04.02.2024

„Istnieją tylko dwa bóstwa godne tego, by je czcić.
Przypadek i elektryczność.”
„Lustra okłamują nas tak samo jak wspomnienia.”
„Wszechświat to wyłącznie matematyka i
rachunek prawdopodobieństwa.”
„najlepsze są te zdjęcia, których nigdy nie zrobię”
„w kraju ślepców jednooki jest królem”
„Zwierzęta mają dusze.
Jak wszystkie żywe stworzenia.”
[…]
Wszystko zaczęło się przed wiekami, tysiące wieków temu, ale darujmy sobie te minione dni i przenieśmy się do ostatniego wtorku. Tego ranka budzisz się z kacem i pustką w głowie, czyli tak jak w większość dni. Budzisz się w ciągnącej się bez końca poczekalni. Rozglądasz się wokół i przynajmniej ten jeden raz masz pewność, że to tylko sen, dlatego postanawiasz go przespać. Wszystko w końcu mija, zwłaszcza sny. Jesteś ubrany w kurtkę safari, sprane dżinsy i nie możesz sobie przypomnieć, jak się tu znalazłeś. Masz tylko jeden but, na szyi wiszą trzy wisiorki i aparat fotograficzny. To twój wierny nikon 3ST, choć ma rozbity obiektyw, a obudowa jest pęknięta. Patrzysz przez wizjer, ale widzisz tylko błoto. Maali, chłopcze, czas się obudzić. Szczypiesz sam siebie i czujesz ból, nie jest to jednak ostre szarpnięcie, raczej tępe ukłucie zniewagi. Wiesz, jak to jest nie ufać własnemu umysłowi. Na przykład tamten odlot po LSD podczas Smoking Rock Circus w siedemdziesiątym trzecim, gdy przez trzy godziny obejmowałeś pień aralii w parku Viharamahadevi. Albo dziewięćdziesięciogodzinny maraton pokera, podczas którego wygrałeś siedemnaście lakhów [rasy, nacja wedyjska – przyp. aut.], by potem przegrać piętnaście. Twój pierwszy ostrzał w dystrykcie Mullaitivu w osiemdziesiątym czwartym, gdy tkwiłeś w schronie razem z przerażonymi rodzicami i płaczącymi dziećmi. Albo gdy jako dziewiętnastolatek ocknąłeś się w szpitalu, nie mogąc sobie przypomnieć twarzy swojej ammy [z ind. matki – przyp. aut.] ani tego, jak bardzo jej nienawidzisz.
[…]
Kobieta otwiera wielką księgę rachunkową. Mierzy cię z góry na dół wzrokiem, ale bez zainteresowania ani cienia pogardy. Najpierw musimy ustalić szczegóły. Imię? Malinda Albert Kabalana. Wystarczy jedna sylaba. Maali. Wiesz, co to jest sylaba? Maal. Dziękuję. Wyznanie? Brak. To niezbyt mądrze. Przyczyna śmierci? Nie pamiętam. Czas, który upłynął od zgonu? Nie mam pojęcia. Aiyo! Chmara ludzkich dusz napiera coraz mocniej, złorzecząc kobiecie w bieli i zasypując ją pytaniami. Przyglądasz się ich bezbarwnym twarzom, rozbitym głowom z zapadniętymi oczami, które mrużą we wściekłości, bólu i pomieszaniu. Źrenice w odcieniach sińców i strupów. Rozbełtane brązy, błękity i zielenie – nikt jednak nie zwraca na ciebie uwagi. Żyłeś w obozach dla uchodźców, odwiedzałeś uliczne bazary w samo południe, zasypiałeś w zatłoczonych kasynach. Falująca ludzka masa nigdy nie wygląda zbyt malowniczo. Ta ludzka masa tłoczy się teraz wokół ciebie i odpycha cię od okienka. Lankijczycy nie potrafią stać w kolejkach. Chyba że kolejkę zdefiniujemy jako bezkształtną krętą linię z licznymi przerwami i odstępami. Wygląda, że to jakiś punkt informacyjny dla osób mających pytania na temat swojej śmierci. Jest tu wiele stanowisk, przy których tłoczą się wzburzeni petenci, obrzucając wyzwiskami siedzących w okienkach pracowników. Życie po śmierci przypomina urząd skarbowy, w którym wszyscy domagają się zwrotu podatku.
[…]
Słyszałam już te wszystkie wymówki. Nikt nie chce odchodzić, nawet samobójcy. Myślisz, że ja miałam ochotę umierać? Kiedy mnie zastrzelili, moje córki miały osiem i dziesięć lat. Co zrobić? Narzekanie nic tu nie pomoże. Uzbrój się w cierpliwość i czekaj na swoją kolej. Przebacz to, co możesz. A nam brakuje ludzi do pracy i szukamy chętnych. Podnosi wzrok i zwraca się głośno do całej kolejki: Wszyscy macie siedem księżyców. Jakich księżyców? – pyta dziewczyna z przetrąconym karkiem. Za rękę trzyma chłopczyka z rozłupaną czaszką. Siedem księżyców to siedem nocy. Siedem zachodów słońca. Tydzień. Czasu aż nadto. Myślałam, że księżyc to miesiąc. Księżyc zawsze jest na niebie, nawet gdy go nie widać. Sądzicie, że przestał krążyć wokół ziemi tylko dlatego, że wy przestaliście oddychać?
[…]
Rząd walczy z JVP [partia komunistyczna na Sri Lance – przyp. aut.], a liczba ofiar stale rośnie. Wszystko rozumiem. Ostatnio musi tu panować spory ruch. Ostatnio? Kobieta w bieli marszczy brwi i kręci głową. Co sekundę ktoś pada trupem. Czasem zdarzają się nawet dwa trupy na sekundę. Byłeś już zbadać sobie uszy? Z moim słuchem jest wszystko w porządku. Zajmuję się robieniem zdjęć. Byłem świadkiem zbrodni, których nikt inny nie widział. Potrzebują mnie tam. Ta kobieta ma dzieciaki do wykarmienia. Ten mężczyzna kieruje szpitalem. A ty masz zdjęcia? To ci dopiero! To nie są zwykłe fotki z wakacji. To zdjęcia, które mogą obalać rządy. Zdjęcia, które mogą zapobiegać wojnom. Kobieta wykrzywia twarz. Na jej szyi wisi krzyż egipski, taki sam nosił kiedyś chłopak, który kochał cię bardziej niż ty jego. Kobieta bawi się krzyżem i marszczy nos. Dopiero wtedy ją rozpoznajesz. Jej śnieżnobiały uśmiech jak z reklamy pasty do zębów gościł w gazetach przez większość osiemdziesiątego dziewiątego roku. Wykładowczyni akademicka zamordowana przez tamilskich ekstremistów za to, że była Tamilką o umiarkowanych poglądach.
[…]
Musisz przebadać sobie uszy. Twoje uszy mają tak samo niepowtarzalny wygląd jak odciski palców. Fałdy skrywają przeszłe traumy, płatki ujawniają grzechy, a w chrząstce znajdują się wyrzuty sumienia. Wszystko to, co uniemożliwia ci wejście do Światła. Czym jest Światło? W skrócie Światło jest Tym, Czego Tylko Potrzebujesz. A mówiąc dokładniej, nie mam czasu na dokładniejsze wyjaśnienia. Kobieta podaje ci liść ola. Podobno na takim wyschniętym liściu palmy siedmiu ryszi [tytuł hinduistyczny, natchniony mędrzec – przyp. aut.], mędrców, spisało przed trzema tysiącami lat przepowiednie dla wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek będą żyli. Kanciaste nacięcia rozrywały ziarnistą fakturę liści, więc aby temu zapobiec, skrybowie z południowej Azji opracowali fantazyjnie zaokrąglony alfabet.
[…]
Odwracasz się twarzą do ludzi znajdujących się za tobą. Unosisz ręce niczym prorok. Zawsze lubiłeś się popisywać. Zawsze byłeś głośny, oprócz tych chwil, gdy siedziałeś cicho. Żaden z was, upiory, nie istnieje! Jesteście tylko wytworami mojego śpiącego umysłu. Zażyłem jakieś piguły od Jaki. To tylko halucynacja. Nie ma żadnego cholernego życia po śmierci. Wystarczy, że zamknę oczy, a rozwiejecie się jak śmierdzące pierdy! Poświęcają ci mniej więcej tyle samo uwagi co prezydent Reagan Male? diwom. Ani ofiary wypadku samochodowego, ani uprowadzeni, ani starzy ludzie w szpitalnych koszulach, ani nawet nieodżałowana doktor Ranee Sridharan – nikt nie zauważa twojego wybuchu. Szansa na znalezienie perły w ostrydze wynosi jeden do dwunastu tysięcy. Ryzyko trafienia przez piorun wynosi jeden do siedmiuset tysięcy. Prawdopodobieństwo, że dusza przetrwa śmierć ciała, jest jak jeden do zera, jeden do nada, jeden do nic. Musisz spać, jesteś tego pewien. Niebawem się przebudzisz.
[…]
Wszędzie jest tak samo – zawodzi martwa kobieta z martwym niemowlęciem. W każdym wszechświecie. W każdym życiu. Wszędzie po staremu. Wszędzie tak samo. Rzadko kiedy coś ci się śni, a koszmary to już w ogóle. Unosisz się przy samym brzegu szybu, aż coś cię popycha do środka. Wrzeszczysz niczym królowa krzyku z horroru, a wiatr porywa cię do góry. Z zaskoczeniem odkrywasz, że obok ciebie unosi się postać w czerni. Peleryna z czarnych worków na śmieci furkocze od wściekłych podmuchów wiatru. Postać przygląda ci się, gdy wznosisz się w górę szybu, po czym kłania się, po? zwalając ci odlecieć. Podejmujesz kolejną próbę i pytasz, czym jest Światło. Odpowiadają ci tylko wzruszenia ramion i wyzwiska. Przerażone dziecko nazywa cię ponnaya, to obelga sugerująca zarazem homoseksualizm, jak i impotencję, a ty przyznajesz się tylko do jednego z tych zarzutów. Pytasz członków personelu o Światło i za każdym razem otrzymujesz inną odpowiedź. Niektórzy mówią, że to niebo, inni, że odrodzenie, jeszcze inni, że zapomnienie. Niektórzy, jak doktor Ranee, że to cokolwiek. Żadna z tych możliwości nie przemawia do ciebie szczególnie, może najbardziej ta ostatnia.
[…]
Nawet życie pozagrobowe zostało wymyślone tak, żeby utrzymywać masy w ogłupieniu – mówi chłopak. Każą ci zapomnieć własne życie i pchają cię w stronę jakiegoś światła. Wszystko to burżuazyjne narzędzia ciemiężycieli. Wmawiają wam, że niesprawiedliwość to część jakiegoś wielkiego planu. I to nie pozwala wam się zbuntować. Gdy docieracie na sam dół i wychodzicie z budynku, ze wszystkich stron uderza w was wiatr. Drzewa jęczą, wysypiska śmieci głośno czkają, a za autobusami unoszą się czarne spaliny. Po ulicach pełzają cienie, a Kolombo o brzasku odwraca od nich twarz. Gdzie znalazłeś mój sandał? W tym samym miejscu, w którym widziałem twoje ciało. Chcesz je odzyskać? Niespecjalnie. Miałem na myśli twoje życie. Wiem. Słowa przychodzą ci z łatwością, choć nie miałeś czasu, żeby się nad nimi zastanowić. Czy chcesz zobaczyć swoje ciało? Czy chcesz odzyskać życie? A może powinieneś zadać sobie to najistotniejsze pytanie. Jak się tu, do diabła, znalazłeś?
[…]
Przyszedłeś na świat, zanim Elvis nagrał swój pierwszy przebój. Umarłeś, zanim Freddie nagrał swój ostatni. W międzyczasie zrobiłeś tysiące zdjęć. Masz fotografie ministra rządu, który w osiemdziesiątym trzecim roku przygląda się, jak dzikusy palą tamilskie domy i wyrzynają ich mieszkańców. Masz zrobione w areszcie portrety zaginionych dziennikarzy i aktywistów, związanych, zakneblowanych i martwych. Masz ziarniste, choć pozwalające na identyfikację zdjęcia majora armii Sri Lanki, pułkownika Tygrysów i brytyjskiego handlarza bronią, którzy siedzą przy jednym stole i popijają z jednego dzbanka wodę kokosową. Masz na filmie zabójców amanta filmowego Vijayi i wrak prywatnego samolotu biznesmena Upalego. Trzymasz te wszystkie zdjęcia ukryte w białym pudle po butach razem ze starymi płytami Elvisa i Freddiego, Króla i Królowej. Pod łóżkiem, które kucharka twojej ammy dzieli z jej szoferem. Gdybyś mógł, zrobiłbyś po tysiąc kopii każdego z tych zdjęć i porozlepiał je po całym Kolombo. Kto wie, może jeszcze ci się uda.
[…]
Wiatr unosi cię, a świat w dole przepływa z prędkością pędzącej rikszy, migają twarze i postacie, niektóre mniej, inne bardziej przerażone, większość ze stopami, które nie dotykają ziemi. Tym, którzy uważają, że Kolombo jest zatłoczone, masz do powiedzenia tylko jedno: poczekajcie, aż ujrzycie je wraz ze wszystkimi jego duchami. Podążasz za tą istotą? To stary mężczyzna z haczykiem zamiast nosa i szklanymi kulkami w miejscu oczu, który zdaje się podróżować z tym samym wiatrem. Jego głowa nie tkwi pomiędzy ramionami, czyli w miejscu, które głowy zwykle preferują. Starzec trzyma ją w obu rękach na wysokości brzucha niczym piłkę do rugby. Nie radzę, synu. Chyba że chcesz utknąć tu na dobre. Gdy przelatujecie nad koronami drzew i fasadami budynków, mężczyzna mówi ci, że przebywa w Pomiędzy już ponad tysiąc księżyców. Czym jest Pomiędzy? – pytasz. Starzec mówi, że był nauczycielem w Carey College i każdego dnia dojeżdżał rowerem z Kotaheny do Borelli. Ubranie ma obszarpane i poplamione krwią. Zginąłeś w wypadku samochodowym? – pytasz. Nie bądź taki wścibski. Wyjaśnia, że wszystkie duchy noszą ubrania z poprzedniego życia, lepsze to, niż chodzić nago. Na tych ulotkach leżących przy okienkach jest napisane, że każdy nosi swoje grzechy albo traumy, albo wyrzuty sumienia. Jedno, czego się nauczyłem przez te tysiąc księżyców: jeśli coś śmierdzi ściemą, lepiej w to nie wierzyć.
[…]
Większość morderstw politycznych nie ma nic wspólnego z polityką – stwierdza starzec. Zakapturzona istota stoi na dachu i obserwuje waszą pogawędkę. Nie zauważyłeś, żeby wskoczyła na strumień wiatru, ale ciągle zdaje się wyprzedzać cię o kilka kroków. Jeśli pójdziesz za tym stworzeniem, będziesz skończonym głupcem. Krew mnie zalewa już na sam jego widok. Spoglądasz na krew na koszuli mężczyzny, ale żaden dobry żart nie przychodzi ci do głowy. Będzie ci składał kolejne obietnice, ale żadnej z nich nie dotrzyma. To tak jak niemal każdy chłopak, z którym się całowałem, myślisz sobie, ale nie mówisz tego na głos. To coś przyrzekło załatwić dla mnie mojego zabójcę. A mój zabójca kupił sobie właśnie dom za zrabowane mi pieniądze. Ale to temat na inną opowieść. Tam W Dole ludzie wyglądają jak mrówki, gdyby tylko mrówki były niezdarne i niezaradne. Trzymasz się mocno wiatru, a martwe powietrze Kolombo owiewa ci stopy. Tkwiąca w zgięciu łokcia głowa uśmiecha się do ciebie znacząco. Byłeś wierzący? Wierzyłem tylko w same głupoty. Na przykład w niebo? Czasami. Nie wierzę ci. Wzruszasz ramionami. Pewnie wyobrażałeś sobie, że życie po śmierci wygląda jak w reklamach Air Lanki? Z plażami ze złocistym piaskiem, ustrojonymi słoniami i zbieraczkami herbaty uśmiechającymi się do aparatu. Starzec ma rację, uważając cię za kłamcę, ponieważ: Nie byłeś wierzący. Doskonale go pamiętasz. Startował w wyborach do rady prowincji, ale został zastrzelony przez swojego brata gangstera, który wygrał wybory zamiast niego. Kiedy go fotografowałeś, z jego twarzy nie zostało zbyt wiele, ale teraz z łatwością go rozpoznałeś. A może wierzyłeś, że życie po śmierci to kraina mlekiem i miodem kithul płynąca z ciągnącymi ci druta dziewicami? A może to miejsce pełne tajemnic, zagadek i pytań, których nie powinno się zadawać. Wiesz, dlaczego mężczyźni tak bardzo pragną dziewic? – powtarzasz jedną z durnych teorii DD i od razu przechodzisz do puenty. Bo dziewica nie zorientuje się, jak kiepski jesteś w łóżku.
[…]
Stoisz na zwłokach, jakby to była deska surfingowa. Czy w twoim poprzednim życiu zdarzyło ci się kiedyś surfować? Twoje ciało wydaje się wprost do tego stworzone. Jakim byłeś wspaniale zbudowanym mężczyzną. Co za głupie marnotrawstwo. Szlochasz tak, jak nie szlochałeś nawet wtedy, gdy dada [w ind. tata – przyp. aut.] odszedł od ammy – a potem nagle przestajesz. W sumie to zgadzasz się z Bezgłowym Ateistą. Przez blisko trzydzieści pięć lat z wielką żarliwością wierzyłeś w nic. Nie jest to wprawdzie najlepsze wyjaśnienie tego całego pandemonium, ale jedyne przekonujące. Za? wsze miałeś się za mądrzejszego od tych stad baranów gromadzących się w świątyniach, meczetach i kościołach, a teraz okazuje się, że barany obstawiły mądrzej od ciebie. W czasie swojej krótkiej, bezużytecznej egzystencji badałeś dowody i wyciągałeś wnioski. Jesteśmy tylko mgnieniem światła pomiędzy dwoma długimi snami. Zapomnij te wszystkie bajki o bogach, piekle i ponownych narodzinach. Wierz w szanse na wygraną i w sprawiedliwość, w znaczone karty, ustawione gry i w to, że należy jak najdłużej i jak najlepiej grać tymi kartami, które się dostało. Kazano ci wierzyć, że śmierć jest słodkim zapomnieniem, ale pomyliłeś się w obu tych przypadkach.
[…]
Musi pan pomedytować nad swoim ciałem. To pomaga? Niespecjalnie. Kto nigdy nie zobaczył swojego zdjęcia i nie doszedł do wniosku, że jest na nim znacznie grubszy i brzydszy niż w rzeczywistości? Lustra okłamują nas tak samo jak wspomnienia. Ale po co kłamać: byłeś wspaniałym mężczyzną. Schludnym, zadbanym, z ładnymi włosami i niezłą cerą. A teraz jesteś truchłem na kamiennej płycie, odessanym z oddechu i barw. Koci rzeźnik wznosi nad tobą swój tasak. Jesteś moim Asystentem? – pytasz, lecz nie otrzymujesz odpowiedzi. Postać zniknęła, więc czekasz, aż znowu się do ciebie podkradnie. Nie, sir. Niech pan zapomni o Asystentach. To wszystko ściema. Ci kretyni w białych strojach to tylko urzędnicy i strażnicy więzienni. Zamienili Pomiędzy w przytułek. Żałosne. Bank Światowy i rząd holenderski przeznaczył kiedyś środki na odbudowę tych kanałów. Duża część tych pieniędzy wylądowała w szczelnie zaszytych kieszeniach. Studium wykonalności zostało odrzucone i włożone do teczki wraz z planami nigdy niewybudowanych autostrad i wieżowców. W Sri Lance wszystko jest budowane przez najtańszego wykonawcę albo – co najbardziej opłacalne – w ogóle niczego się nie buduje.
[…]
Nie jest to więc takie skomplikowane, mój przyjacielu. Nie próbuj szukać tu dobrych, bo takich nie znajdziesz. Wszyscy są pyszni, chciwi i nikt nie jest w stanie niczego załatwić, jeśli nie da komuś w łapę albo nie pogrozi pięścią. Obecnie sytuacja przekroczyła nasze najbardziej ponure wyobrażenia i stale się pogarsza. Uważaj na siebie, Andy. Te wojny nie są warte tego, żeby w nich ginąć. Żadna wojna nie jest tego warta.
[…]
Nie pamiętasz, jak uczyłeś się chodzić oraz mówić ani jak uczono cię srać do nocnika. Kto zresztą pamięta? Nie pamiętasz tego, jak byłeś w łonie matki, jak z niego wyszedłeś ani jak przebywałeś w inkubatorze. Ani co się z tobą działo wcześniej. Pamięć wraca do ciebie w dolegliwościach cielesnych. W kichnięciach i szarpnięciach, w zadrapaniach i w swędzeniu. Dziwne, bo przecież nie masz już ciała, choć może hipnotyzerzy mają rację; może ból i rozkosz to tylko kwestia naszego umysłu. Wspomnienia wracają do ciebie wraz z ciężkim oddechem, dławieniem się i niekontrolowanymi ruchami. Odżywają za każdym razem, gdy przykładasz aparat do oczu. W jego szklanym wizjerze migają błyski światła padającego na twarze, cienie rozpościerające się nad wzgórzami, zrobione przez ciebie zdjęcia i roztrzaskane obiektywy. Pamiętasz jedynie fragmenty i udaje ci się odzyskać za? ledwie ich skrawki. Czujesz ukłucie w wyrostku robaczkowym, gdy widzisz Alberta Kabalanę i Lakshmi Almeidę, jak stoją, trzymając się za ręce, na plaży Pasikuda w przededniu dziesiątych urodzin ich syna. Wtedy, kiedy jeszcze grali ze sobą w mikście w badmintona.
[…]
Nie przypominasz sobie, ile razy zdradziłeś DD [Dilana Dharmendrana, syna ministra ds. młodzieży – przyp. aut.], pamiętasz tylko, że wyrzuty sumienia z tego powodu miałeś jeden jedyny raz. Nie przypominasz sobie, żebyś w wyborach prezydenckich głosował na JR ani żebyś stracił trzynaście lakhów w trzy minuty, ani żebyś powiedział ojcu to, co go załamało. Ale wiesz, że zrobiłeś wszystkie te trzy rzeczy. Nie przypominasz sobie Seny. Ani tego, jak się spotkaliście, ani udziału w wiecach, ani tego, jak próbowałeś się do niego dostawiać. Nie pamiętasz swojej śmierci. Tego, jak wszystko się odbyło ani kto był przy tym obecny. Ani tego, dlaczego wolałbyś tego nie wiedzieć. Może załatwili cię za to, że zbyt dobrze wykonywałeś swoją pracę, tak jak tych wszystkich dziennikarzy i aktywistów w ciągu minionej dekady. Albo wykończyli cię, bo naśmiewałeś się z kogoś, a ojciec tego kogoś znał kogoś innego. A może sam to sobie zrobiłeś – nie zaprzeczysz, że nie próbowałeś już wcześniej. Wszystkie scenariusze są możliwe. Aczkolwiek, co wie każdy hazardzista, najczęstszym zabójcą w tym pozbawionym Boga wszechświecie jest przypadkowy rzut kością. Zwykła, śmierdząca kombinacja pecha. Niefart, który w końcu dopada każdego.
[…]
Borella Kanatte to malowniczy zakątek pełen drzew, węży i nagrobków. Nieraz przychodziłeś tu, żeby pospacerować w ciszy. Dziś jednak trudno tu o spokojną atmosferę. Na cmentarzu roi się od kalek, duchów i rogatych istot, trudno stwierdzić, gdzie można patrzeć, a gdzie lepiej nie. Upiory siedzą na grobach, unoszą się nad żałobnikami, okupują drzewa i ogrodzenia. Miotają się jak potępieńcy, z oczami we wszystkich odcieniach i białą jak talk, łuszczącą się skórą. Omyłkowo zabici studenci inżynierii zatrzymują się przy bramie. Sena ogląda się za siebie i rzuca drwiąco: Czego się boicie? Przecież i tak nie żyjecie! To, co najgorsze, już się stało. Wielokrotnie słyszałeś to syngaleskie powiedzenie, najczęściej w pobliżu stref walk. Słyszałeś je z ust pracowników organizacji pomocowych, żołnierzy, terrorystów i wieśniaków. Wszystko, co złe, już się stało. Gorzej więc być nie może. Nie powinniśmy unikać cmentarzy? – pytasz sunącego alejką Senę. Mahakali nie może tu wejść – odpowiada Sena. Kto? Ma wiele imion – szepcze Sena. – Maruwa, Maha Sona, Kalu Balla, Kuveni. Ja znam ją pod imieniem Mahakali, pożeraczka dusz. To najpotężniejsza istota, jaka wędruje po tych wiatrach. Bóstwo, przed którym klękają demony i yaka [syngaleski demon – przyp. aut.]. Nie taki skromny duch, jak ty czy ja. Ale pamiętaj, demony czy yaka albo ci, co nimi władają, nie mogą wejść tam, gdzie nie zostaną zaproszeni.
[…]
Przywykłeś do tego, że ludzie, którym nie ufasz, nakłaniają cię do robienia rzeczy, na które nie masz ochoty. Ale nie tym razem. Wybaczcie, towarzyszu Sena. Z przyjemnością nauczyłbym się pisać po ścianach, ale muszę lecieć. Nie nazywaj mnie towarzyszem, Maali hamu. Jesteś tylko kawiorowym socjalistą. Dlaczego nazywasz mnie „hamu”? Nie jestem twoim panem. Od maleńkości wpaja się nam, by zwracać się do miernych ludzi „hamu” lub „sir”. Na tym między innymi polega dorastanie w ubóstwie. Pracowałem jako służący. Sprzedawałem na ulicy warzywa, i to już po tym, jak zrobiłem dyplom. Jedyną przepustką pozwalającą nam wejść do tych części miasta jest zwracanie się do bogaczy „sir”. Wsłuchujesz się w wiatr i myślisz o wszystkich rzeczach, których nigdy nie umiałeś zrozumieć.
[…]
Nie medytowałem od lat siedemdziesiątych – odpowiadasz. Medytacja jest tylko dla tych, którzy mają oddech. Czego mam nasłuchiwać? Swojego imienia. O tym też już zapomniałeś? „Dziś słyszę twoje imię i za ciebie płonę”. Skąd znasz poezję? Tylko dlatego, że chodziłem do Sri Bodhi College [szkoła podstawowa na Sri Lance – przyp. aut.], nie mogę się znać na poezji? Da się coś powiedzieć, żeby się zaraz nie obraził? Słuchaj! Słońce zaczyna powoli opadać, a światło płata rozmaite figle. Kondukty żałobników rozpraszają się i coraz więcej karawanów toczy się w stronę grobów. Tymczasem ty tkwisz nieruchomo i nasłuchujesz pieśni w swojej głowie. Nic jednak nie słychać. Nawet Elvisa i Freddiego. Za każdym razem, gdy się rozglądasz, drzewo zmienia swój wygląd. Kora przybiera różne odcienie kawy, na liściach pojawiają się złote plamki, a cała korona wygląda to jakby wzięta z lasu deszczowego, to jakby porastał ją mech. Może to kwestia światła, twojej wyobraźni albo jeszcze czegoś innego.
[…]
Wspomnienia wracają do ciebie z bólem. Ból ma wiele odcieni. Czasami przychodzą wraz z potem, swędzeniem i wysypką. Innym razem z mdłościami i bólem głowy. Może jak w przypadku osób po amputacjach, które dalej czują brakujące kończyny, wciąż nie opuszcza cię złudzenie posiadania rozkładającego się ciała. W jednej chwili wymiotujesz, w drugiej się miotasz, by w kolejnej zacząć wspominać. Poznałeś Jaki przed pięcioma laty w kasynie hotelu Leo. Miała dwadzieścia lat, była tuż po ukończeniu szkoły i sromotnie przegrywała w bakarata [gra karciana – przyp. aut.]. Ty wróciłeś niedawno z wyprawy po skwierczącym w upale Vanni, przerażony toczącą się tam rzezią, spotykałeś się z szemranymi osobnikami, wszędzie widziałeś zło i nosiłeś swoją słynną czerwoną bandanę. Sprzedałeś zdjęcia Jonny’emu z Associated Press i zainkasowałeś przyjemny czek na sześciocyfrową kwotę. Sześć cyfr to zawsze lepiej niż pięć, nawet w rupiach lankijskich. Ograłeś właśnie kasyno w blackjacka, wtrząchnąłeś w barze kraba i po? piłeś darmowym dżinem. Zwykły dzień w biurze.
[…]
Krupier przewiercał cię wzrokiem. Wzruszyłeś ramionami i przesunąłeś jej żetony na pole bankiera. Na poły uśmiechnęła się, na poły zmarszczyła, ale pozwoliła ci postawić za siebie zakład. Jeśli przegram, lepiej, żebyś miał czym zapłacić. Jeśli nie umiesz myśleć liczbami, kochana, to zjedzą cię tu żywcem. Wszechświat to wyłącznie matematyka i rachunek prawdopodobieństwa. Przyszłam się tu odprężyć. A nie robić obliczenia – odrzekła. Kiedy wygrała zakład, pozwoliła ci postawić kolejny, a potem kolejny. To średnio zabawne, gdy ktoś ciągle obstawia za ciebie. To akurat nieprawda – zaprotestowałeś. Zaprowadziłeś ją do baru, gdzie zjedliście pudding czekoladowy i paliliście gold leafy, tymczasem starzejąca się diwa śpiewała Tarzan Boy przy akompaniamencie keyboardu Yamaha. Jaki z londyńskim akcentem żaliła się, jak bardzo nienawidzi Sri Lanki, mieszkania ciotką i porannych dyżurów w rozgłośni Sri Lanka Broadcasting Corporation. Skarżyła się też, że nowy mąż ciotki wchodzi do jej pokoju bez pukania, co przyprawia ją o dreszcz obrzydzenia.
[…]
Przez pierwszy miesiąc prawie w ogóle nie bywałeś w domu. Dla majora Rajy Udugampoli fotografowałeś przejęte arsenały broni, z Andym McGowanem z „Newsweeka” relacjonowałeś zamach bombowy w Anuradhapurze i próbowałeś odwrócić złą passę w kasynie Pegasus. Kuzyna Jaki poznałeś dopiero w drugim miesiącu wspólnego mieszkania, a gdy już do tego doszło, wywiązało się między wami coś więcej niż towarzyska pogawędka. Pamiętałeś go ze szkoły, choć on nie miał pojęcia, kim jesteś. Potem zwróciłeś uwagę na to, jak pachnie, gdy wraca z pływania, na rytm jego kroków, na to, jak spodenki oblepiają mu biodra i jak ci się przygląda kątem oka. Siedziałeś w salonie przy oknie wychodzącym na park Galle Face Green, gapiłeś się na wrony i fantazjowałeś o synu gospodarza. Mieszkanie należało do Stanleya Dharmendrana, ministra do spraw młodzieży, deputowanego z Kalkudy, jedynego Tamila w Radzie Ministrów, człowieka cieszącego się licznymi względami. Jego synem był oczywiście Dilan Dharmendran, były pływak, lekkoatleta i rugbysta, wychowanek St Joseph’s College i miłość twojego krótkiego, żałosnego życia.
[…]
Próbujesz podążać za policjantami, ale wiatr się rozprasza i znosi cię powyżej drzew. Po każdym krytym blachą falistą dachu skrada się kot albo mangusta, albo duch. Szybujesz ponad Beirą, przelatujesz nad torami kolejowymi i zderzywszy się z innymi strumieniami wiatru, tracisz nagle po? czucie kierunku przy dworcu autobusowym w Pettah. Na wiacie przystanku przysiadła istota, którą znasz. Kobieta w różowym sari, z upiętymi do góry włosami. Kobieta, którą kiedyś widziałeś spaloną żywcem. Zrobiłeś jej zdjęcie, które kupił od ciebie „Newsweek”, ale nigdy go nie opublikował. Masz nadzieję, że cię nie rozpozna. Patrzy na ciebie gniewnie zaczerwienionymi oczami. Sari jest nadpalone i przylega do niej jak celofan. Ciało zaś pomarszczone niczym skórka na pieczonej wieprzowinie, jedynym daniu, które DD umiał przyrządzić lepiej niż Kamala, kucharka twojej ammy; to właśnie pod jej łóżkiem dzieło twojego życia zbiera teraz kurz. „Wszystko wydarzyło się tak szybko” – tak usprawiedliwiałeś siebie i tych, którzy stali wokół. „Musiała być terrorystką” – te słowa za to nie padły ani wtedy, ani nigdy później. Bo w osiemdziesiątym trzecim roku wszystkich Tamilów musieliśmy uważać za wrogów. Ale niebawem miało się to zmienić. Jechałeś do mieszkania przy Green Path na sesję kapeli punkowej Coffin Nail. Poproszono cię o to, ponieważ miałeś porządny aparat fotograficzny, był to jeden z tych prezentów, które zamiast miłości otrzymywałeś od swojego dręczonego wyrzutami sumienia ojca. Taki sam nikon 3ST, jaki wisi teraz na twojej szyi, tyle że tamten działał. Nie mogłeś robić nic, tylko pstrykać zdjęcia, i to sprawiło, że czułeś się, jakbyś rzeczywiście nic nie zrobił. Naciskałeś spust migawki, gdy ciągnęli ją za włosy i oblewali benzyną. Ale w chwili, gdy błysnął płomień zapałki, twój nikon się zaciął.
[…]
W migotliwym blasku księżyca jej skóra wygląda jak zdjęta z węża. Jej ramiona splatają się jak kobry, włosy wiją się niczym kłębowisko żmij, a oparzenia na skórze jarzą się niczym rozżarzone węgielki. Ponownie podnosisz do oczu swój zniszczony aparat i bez pytania robisz jej zdjęcie. W osiemdziesiątym trzecim nie myśleliśmy o tym, żeby się zorganizować. Byliśmy zbyt oszołomieni. Ostatnimi czasy ludzie zrobili się bardziej gniewni. Zwłaszcza gdy umierają. Czy pozwoliłam ci zrobić zdjęcie? W aparacie jest błoto. A obiektyw jest rozbity. Więc czemu go ze sobą nosisz? Bo najlepsze są te zdjęcia, których nigdy nie zrobię – mówisz. Prawniczka opowiada, że wszystkie sto trzynaście ofiar eksplozji bomby w osiemdziesiątym siódmym na dworcu w Pettah odmówiło zbadania uszu i nie dało się namówić na wejście do Światła. Chcą zobaczyć, jak zamachowcy zostaną ukarani, i domagają się rozmowy z kimś, kto tym wszystkim zarządza. Asystenci w białych strojach to według Martwej Prawniczki wolontariusze. Dusze, które odwiedziły Światło, ale postanowiły tu wrócić. Twierdzą, że reprezentują istotę, która sprawuje władzę, choć nie mogą dojść do porozumienia, kto mógłby to być.
[…]
Koleś nie jest szczególnie przystojny. Ma posturę byka i taką też facjatę. Nigdy nie zapytałeś go o imię, a po kilku spotkaniach byłoby dość niegrzecznie zadawać mu takie pytanie, więc pozostałeś przy uniwersalnym zwrocie „malli” [mały lub młodszy bracie – przyp. aut.]. Obsługiwał cię szybko, przyjmował hojne napiwki, pozwolił sobie towarzyszyć, gdy poszedł na papierosa na balkon na szóstym piętrze, i nie przeszkadzało mu, gdzie wędrowały twoje ręce. Teraz patrzy gliniarzom prosto w oczy, tak jak często robią kłamcy. Tak, znam tego pana. Wpadł tu poprzedniej nocy, żeby się trochę rozerwać. Niezamierzona gra słów, myślisz sobie. To było około jedenastej. Palił papierosa, gdy wyszedłem na przerwę na dymka. Ha, ha, chyba na dymanko.
[…]
Na ścianach wiszą dobrze ci znane fotografie i zupełnie nieznane obrazy. Fotografie pochodzą w większości z osiemdziesiątego trzeciego roku i zostały zrobione bez przygotowania ani doświadczenia, ani nawet przyzwoitego obiektywu. Wszystkie przedstawiają akty przemocy. Obrazy to ekspresjonistyczne pejzaże z polami ryżowymi i wiejskimi chatkami kupione od ulicznych handlarzy za cenę nieco bardziej wykwintnego obiadu. Zdają się ociekać farbą, mocnymi pociągnięciami pędzla i krzykliwymi barwami, widnieją na nich nieczytelne podpisy wykorzystanego cynicznie domorosłego artysty. W pokoju panuje porządek z wyjątkiem stolika przy oknie, który jest za? walony pudłami, teczkami i filiżankami. Kobieta zaprasza policjantów, by usiedli na trzcinowej kanapie. Byłeś już kiedyś w tym pokoju. Nie masz co do tego większych wątpliwości. Ale jak nazywa się ta kobieta? Przypomina ci oswojoną lwicę z filmu, na który ojciec zabrał cię do kina Savoy, zanim odszedł.
[…]
Głos dobiega z drzwi znajdujących się naprzeciwko kuchni. Mężczyzna ma ciemną skórę, krępą sylwetkę i wąsy tak gęste jak przywódca Tygrysów. To mój kuzyn. Panowie pytają o Malina. Powiedz im, że już dla nas nie pracuje. Między kobietą a jej kuzynem występuje takie samo podobieństwo jak między pawiem a niedźwiedziem polarnym. Ona jest koścista, on przysadzisty. Ona ma twarz, a on – ryj. Ona mówi z północnoamerykańskim akcentem, on charczy niczym tamilski Madrasi. Cassim odwraca się do niego. Pan to kto?... Kugarajah, dyrektor CNTR. Współpracuję z rządami Kanady i Norwegii. Znam głównego inspektora policji. A pańska godność? Jestem detektyw Cassim. To podkomisarz Ranchagoda. Malinda wczoraj zrezygnował z pracy. Wziął czek i wyszedł. Pewnie właśnie siedzi na dole i przepuszcza wszystko w karty. Dlaczego zrezygnował? Jego musicie o to zapytać. Ale pytamy pana. Powiedział, że ma już dość tych zleceń. Zgłoszono jego zaginięcie. Elsa nakrywa dłonią usta i wbija wzrok w podłogę. Kugarajah przysiada na brzegu pustej kanapy. Został aresztowany? Nie, o ile nam wiadomo. Ostatnio widziano go tutaj, gdy szedł na spotkanie. Nie z nami. Mówiła pani, że widziała go wczoraj.
[…]
Chwytasz się kurczowo dachu samochodu, myśli kłują cię niczym zainfekowane igły. Wiatr dookoła jest skażony wspomnieniami, którym nie ufasz. Nowa fala bólu rozwija się od stóp i wędruje aż do gałek ocznych. Usiłujesz nie patrzeć na swój aparat. Samochód odjeżdża, ale bez ciebie. Próbujesz gonić za niebieskim datsunem, jednak twoje stopy nie dotykają asfaltu. Próbujesz pofrunąć, ale nie możesz się ruszyć. Kobieta w białym sari i opatulona w worki na śmieci postać stają z obu twoich stron i kręcą głowami. Skończyli się już kłócić, choć nie wiadomo, które z nich wygrało. Opada kaptur, odsłaniając zmieszaną twarz Seny. Skórę ma teraz tak samo nabiegłą krwią jak oczy. Maal. Nie musisz rozmawiać z tą kobietą. Ona wcale ci nie pomoże. Doktor Ranee Sridharan – odzywasz się. Miło znów panią widzieć. Kobieta w białym sari zakłada kciukiem księgę rachunkową, poprawia okulary i uśmiecha się do ciebie. Możesz mówić do mnie Ranee. Moim zadaniem jest ci pomóc – oznajmia. Miałeś siedem księżyców. A tymczasem jeden już zmarnowałeś.
[…]
Zabierają cię na dach hotelu Leo. Roztacza się zeń widok na cuchnące miasto, w którym złe uczynki pozostają bez kary, a duchy spacerują dla nikogo niewidoczne. Po płytach z eternitu przemykają cienie, lecz nie wszystkie należą do kotów i nietoperzy, karaluchów i szczurów. Czy zwierzęta mają życie pozagrobowe? Czy karą dla nich ma być odrodzenie się w ludzkiej postaci? Wiatr wieje ze wschodu, przynosząc zapach mokrych od deszczu drzew i rosy na kwiatach plumerii [znana także jako Kwiat Lei – rodzaj roślin z rodziny toinowatych – przyp. aut.]. Na krótką chwilę łagodzi fetor, ale gdy dociera nad morze, niesie już ze sobą wszystkie wonie Kolombo. Ten cały Sena potwierdza, że masz amnezję. Zdarza się to dość często. Wszyscy wypierają z pamięci to, jak umarli. Podobnie jest z narodzinami. Ale wspomnienia obu tych chwil w końcu wracają. Badanie Uszu powinno ci pomóc wszystko uporządkować. Doktor Ranee ma na sobie kremowe sari i rozpinany sweter; upięte w kok włosy lekko drżą na wietrze. Mówi, patrząc do swojej księgi rachunkowej, i zerka tylko na ciebie znad okula? rów; okazuje ci więcej zainteresowania niż wcześniej przy okienku. Bardzo przepraszam. W ten ostatni księżyc mieliśmy huk roboty. Wdrażają nowy system, jest mnóstwo zebrań. Tak czy siak, lepiej porozmawiać w cztery oczy, jak teraz. Co chciałbyś mi powiedzieć? Przypominasz sobie wszystkie zdjęcia tej kobiety, które widziałeś w gazetach, wraz z ckliwymi prasowymi hołdami dla zamordowanej w kwiecie wieku matki dwóch córek i oddanej nauczycielki akademickiej. Była bardziej fotogeniczna od większości umiarkowanych Tamilów, którzy skończyli martwi.
[…]
Nie mam żadnego szefa. Jestem Sena Pathirana, organizator struktur JVP w dystrykcie Gampaha. A to jest Maali Almeida. Znakomity fotograf w pełnym tego słowa znaczeniu. Facet, który wyruchał wszystko na południe od Dżafny. A potem został zrzucony z dachu przez siepaczy ze szwadronu śmierci. Maali hamu. Proszę, nie zgadzaj się na Badanie Uszu. Bo wykasują ci w tej rzece cały umysł. Doktor Ranee zbliża się niczym nauczycielka z linijką w ręce. Zza niej z mroku wyskakuje dwóch mężczyzn w białych luźnych bluzach. Obaj mkną w powietrzu. To Afro Wujek, którego widziałeś w okienku i który przypomina ci Mojżesza. Z gęstą brodą, rozwichrzonymi włosami i płomiennym spojrzeniem wygląda, jakby zaraz miał rozdzielić na pół wody jakiegoś morza. Drugi z mężczyzn jest wysoki i umięśniony niczym He- Man z kreskówki, gdyby tylko He-Man urodził się w Avissaweli. Obaj chwytają i przygniatają Senę do ziemi. Doktor Ranee zawisa nad nim, kręcąc głową. Sena patrzy na nią błyszczącymi oczami. Powiedziałaś swoje. Teraz moja kolej – mówi. Podczas gdy pudła ze zdjęciami śpią pod łóżkiem, a nikczemnicy śnią o rzeczach, które dopiero ukradną, zapada decyzja, że w ramach uczciwości i demokracji – choć pojęcia te nie zawsze idą ze sobą w parze – Senie będzie wolno przemówić. Czym prędzej przyjmuje on więc postawę oratora z wiecu JVP, staje na murku na krawędzi dachu i zaczyna przechadzać się po nim wolnym krokiem. Samobójcy gromadzą się w cieniu i słuchają nabożnie niczym uczniowie. Panowie, panie, towarzysze, bracia i siostry w podróży. Pamiętam swoje ostatnie narodziny. Pamiętam też swoją ostatnią śmierć. Nie muszę wystawać z numerkiem w kolejce do okienka, żeby jakiś Asystent wciskał mi kit na temat Światła. Wszystko to samo na mnie spłynęło. Wśród samobójców rozlega się szmer. Doktor Ranee patrzy na ciebie i raz po raz kręci głową. Notuje coś w księdze.
[…]
Sena wykrzywia twarz i wyrzuca z siebie słowa: Jak w typowym urzędzie. Pobierz numerek i czekaj, aż w końcu sam zapomnisz, po co przyszedłeś. Mojżesz wyciąga się, prezentując w całej okazałości swój mizerny wzrost. Okaż odrobinę szacunku, świnio – mówi. Wielu z was zostało zabitych. Wielu doprowadzono do tego, że sami się zabili – ciągnie Sena. Być może wygodniej jest zapomnieć. Ale zapomnienie niczego nie leczy. Złe czyny muszą zostać zapamiętane. W przeciwnym razie wasi mordercy będą chodzić wolni. A wy nie zaznacie spokoju. Tym razem ból atakuje twoje gardło, dławi cię, gdy przypominasz sobie to, co usiłowałeś zapomnieć. To, jaki byłeś przerażony podczas pierwszego zlecenia dla armii, jak cierpiałeś po odejściu ojca i jaki spotkał cię zawód, gdy po przedawkowaniu obudziłeś się w szpitalu. I jak bardzo dwudziestodziewięcioletni ty, jedenastoletni ty i siedemnastoletni ty nienawidzilibyście się nawzajem. I jak obecny ty, w swojej martwej postaci, gardzisz nimi wszystkimi.
[…]
Szwadron śmierci, który mnie zabił, zamordował też i ciebie, Maali. Odpowiedzialność za śmierć nas obu ponosi sześciu ludzi. I jeśli mi pomożesz, sprawię, że będą cierpieć. Co za tupet! – woła doktor Ranee. Zupełnie jak twoi przywódcy. Tanie zbiry. Wciskają ludziom bajki i karmią ich fałszywymi nadziejami. Jesteś martwy! Nie możesz zadać nikomu cierpienia. Niewinni mają prawo pomścić swoją śmierć. Zemsta nie jest żadnym prawem. Ta wyspa nie potrzebuje kolejnych trupów. A ty zachowujesz się jak dziecko. Ludziom władzy morderstwa uchodzą na sucho. A wszyscy bogowie w niebie odwracają wzrok. Ale teraz to się zmieni. My to zmienimy. Jak? Nie masz nawet ręki, żeby chwycić nóż. Żywi nie mogą cię widzieć ani słyszeć. Jak możesz na kimkolwiek się zemścić? Mogę szeptać. Przez tłum przechodzi fala poruszenia. I wszystkich was mogę nauczyć szeptać. To czarna magia. Magia nie jest dobra ani zła. Ani czarna czy biała. Jest jak wszech? świat, jak każdy nieobecny Bóg. Potężna i w najwyższym stopniu obojętna. Samobójcy uderzają w dach, a nieszczęśni biją brawo. Sena znalazł swoją publiczność, a ty, pomimo piorunującego spojrzenia doktor Ranee, spływasz w dół, by do nich dołączyć.
[…]
Znajduje się w nim szerokie łóżko, biurko z lampką i pełna aparatów fotograficznych almirah, wolno stojąca szafa, na ścianach zaś wiszą trzy oprawione reprodukcje fotografii. Pierwsza z nich, autorstwa Jamesa Nachtweya, przedstawia klęskę głodu w Somalii; druga, wykonana przez Henriego Cartiera-Bressona, pokazuje ostatnie dni Pekinu, trzecia zaś, oczywiście twojego autorstwa, ukazuje masakrę policji w Batticaloi. Ranchagoda bierze gwałtowny wdech, a Elsa kiwa głową. Na zdjęciu widać dziesiątki klęczących policjantów, jakby to był piątek w meczecie. Zostało ono przycięte w zakładzie Fuji Kodak w Thimbirigasyayi, więc nie można dostrzec futryn okna, przez które sfotografowałeś całą scenę. Nie wyciąłeś jednak wylotu lufy kałasznikowa w prawym górnym rogu, choć ze szczytu wzgórza, na którym wówczas się znajdowałeś, nie zdołałeś już uchwycić tego, kto trzymał karabin. Obok almirah wiszą oprawione zdjęcia rentgenowskie. Jedno z nich przedstawia twoją klatkę piersiową, gdy chorowałeś na zapalenie płuc, na drugim widać twój ząb mądrości ukryty w szczęce niczym góra lodowa. Fotografowałeś swoje prześwietlenia rentgenowskie, retuszowałeś niewyraźne miejsca, a gotowe zdjęcia oprawiałeś w ramki. Był to rodzaj projektu artystycznego, którego nigdy nie udało ci się ukończyć. W szafie znajduje się pluszowy miś oraz kolekcja kurtek safari, hawajskich koszul i wisiorków. Pod misiem leży notes z adresami, którego nikt nie szuka. Liczysz na to, że tak pozostanie. Lubiłeś nosić na szyi ozdoby, które nie były krawatami. Na rozmowę o pracę powinno się iść w krawacie, zwykł mawiać twój dada. Chcesz, żebym tak jak ty każdego dnia nosił na szyi pętlę? pytałeś go, lecz tylko w myślach. Wisiorki wiszą na drzwiach szafy, niektóre na żyłce, inne na sznurku. To twoje zapasowe. Pacyfa, krzyż, yin i yang, znak Om [znaki, odznaki religijne i światopoglądowe – przyp. aut.]. Nie ma wśród nich złotego wisiorka panchayudha, kapsułek z cyjankiem ukradzionych zabitemu Tygrysowi ani drewnianego krzyża ankh [klucz życia, w starożytnym Egipcie symbolizował życie – przyp. aut.] z ampułką z krwią DD upamiętniającą tamtą idiotyczną przysięgę, którą złożyliście w Yali w czasach, kiedy każdy dzień wydawał się świętem. Miałeś je wszystkie na szyi, kiedy ktoś wreszcie złamał ci kark. Czy twój kark został złamany? Przez kogo? I kto tak twierdzi?
[…]
Z początku było nawet zabawnie. Kiedy zajmowałeś się tym sam z Elsą. Zaniosłeś negatywy do Virana, nerda pracującego w zakładzie Fuji Kodak, który pomógł ci zrobić odbitki zdjęć z osiemdziesiątego trzeciego roku, niektóre powiększył, inne wyretuszował. Viran był znakomitym specjalistą od wywoływania zdjęć i nieśmiałym kochankiem. W swoim domu w Kelaniyi miał jeszcze lepszy sprzęt niż w zakładzie fotograficznym. Zabierał więc do domu twoje zlecenia, a czasami też i ciebie, Elsy za to nigdy. Jak, u licha, zamierzasz zidentyfikować tych wszystkich ludzi? Istnieje baza danych z wszystkimi zdjęciami z dowodów tożsamości. I oprogramowanie komputerowe pozwalające rozpoznawać obrazy. Możemy przejrzeć na komputerze zbliżenia tych twarzy i porównać je ze zdjęciami z bazy danych. Elsa dosypała do kawy tyle cynamonu, że napój przybrał barwę jej skóry. Dysponujecie taką technologią? No co ty, idioto. Może za piętnaście lat. Elsa uśmiechnęła się znacząco. Ale mamy dojścia do ludzi w Welli i Bambie, którzy mogą rozpoznać osoby ze zdjęć.
[…]
Jaki wyłącza zapłon, wysiadają z samochodu i przyczajeni skradają się Lauries Lane. Widzisz, że oboje przybrali nieco na wadze. On przypomina ogiera z krowim dzwonkiem u szyi, ona jest niczym pawica z udami jak tułów pangolina [rodzina ssaków łożyskowych z rzędu łuskowców – przyp. aut.].
[…]
Radika i Buveneka tworzyli rodzaj wodewilowego duetu. Ona wygłaszała żarliwe przemowy, on rzucał rewolucyjne slogany. Ona grzmiała, że zło nie wie, iż jest złem, podobnie jak wariat nie ma pojęcia, że jest obłąkany. A Amerykanie nie poczuwają się do odpowiedzialności za to, że najechali zbyt wiele demokratycznych państw i zabili zbyt wielu niewinnych ludzi. I że nie powinniśmy im pozwalać, niczym najgorszym tyranom, na mordowanie i zrzucanie bomb na dzieci. I że nie ma nic wyjątkowego w kraju zbudowanym na ludobójstwie i pracy niewolników. Podobnie myślałam, jak chodziłam do liceum – stwierdziła Jaki. A wolałabyś, żeby kto nami rządził? Ruscy czy Japońce? Gdybym w młodości słuchała rosyjskiego metalu i oglądała Kurosawę, może ta alternatywa nie wydawałaby się tak idiotyczna. Rosyjski metal, to brzmi nieźle. Jaki się uśmiechnęła. Napalm wynaleziono na Harvardzie. Bombę atomową stworzyli naukowcy z Princeton. Bomba wodorowa to dzieło projektu Manhattan. Myślicie, że Tygrysy zdają sobie sprawę z tego, że są źli? – zapytałeś, lecz nikt na to nie odpowiedział.
[…]
Pudełko jest liche, zrobione z cienkiej tektury, która chciałaby zostać prawdziwym kartonem, gdy dorośnie. Znajduje się w nim pięć kopert. Kiedyś zawierało chappale [nagranie, inaczej zwane klaskaniem – przyp. aut.] z Madrasu podarowane ci przez dadę z okazji zdania egzaminów na księgowego. Nigdy ich jednak nie włożyłeś i oddałeś je chłopakowi, z którym obściskiwałeś się w toalecie w Liberty Plaza. Jaki rozkłada koperty w wachlarz, tak jak pewien lubiący się popisywać krupier, którego zwolniono z Pegasusa za rozdawanie kart od spodu talii. Jaki prezentuje koperty zgromadzonym i lustruje wszystkich badawczym spojrzeniem. Kiedy chce, czyli niezbyt często, potrafi być naprawdę groźna. Jaki, pozwól, że najpierw sam je obejrzę. Stanley ma poluzowany krawat, a jego władczy, dobitny ton gdzieś się zapodział. To nasze materiały, są poufne – protestuje Elsa, zrywając się z krzesła. Jaki ignoruje ją, otwiera kopertę z napisem „Królowa” i przygląda się każdemu zdjęciu tak, jakby miała na dłoni pijawkę. Podaje fotografie Stanleyowi, który kręci głową, lecz nie może oderwać od nich wzroku. Zdjęcia wędrują niczym w grze w głuchy telefon od ammy do DD, a potem do Elsy, by w końcu znowu trafić do koperty. Rozpoznajesz każde z nich, zostały wywołane w krótko istniejącym studiu wuja Claranthy. Z początku to tylko czarno-białe fotki tłumu, nieostre, zrobione drżącymi rękami z jadącej rikszy. Potem następują zdjęcia płonących sklepów, samochodów, znaków z napisami kończącymi się na spółgłoski. Wreszcie ludzi. Oblewana benzyną kobieta w różowym sari. Nagi chłopiec otoczony przez tańczące diabły. Stojący w płomieniach dom w Wellawatte z twarzami ludzi przyciśniętymi do okien. Te zdjęcia zostały opublikowane i wiele osób je widziało. Dalej znajdują się te uznane za zbyt drastyczne, żeby mogły ukazać się w międzynarodowej prasie. Chłopiec z matką bici kijami, niemowlę ze złamaną ręką, mężczyzna zamierzający się tasakiem na odwróconego bokiem staruszka. To ostatnie twoja amma upuszcza ze wstrętem. Wstaje, nalewa sobie herbaty z imbryka i pociąga duży łyk. Dalej znajdują się zdjęcia twarzy, w większości powiększone w ciemni, którą zrobiłeś w spiżarni w Galle Face Court. Zbliżenia mężczyzn z kijami, niezidentyfikowanych bestii uzbrojonych w bańki z benzyną i karty do głosowania, niezidentyfikowanych fanatyków, którzy ścigali i podpalali obcych sobie ludzi. Niezidentyfikowanych aż do teraz. Tańczący diabeł, mężczyzna z kijem, chłopiec z kanistrem, bestia z brązowym tasakiem rzeźniczym. Gdyby oficerowie Cassim i Ranchagoda byli tu obecni, na pewno rozpoznaliby mężczyznę z ostatniego zdjęcia. Wykwalifikowanego rzeźnika w podkoszulku, machającego tasakiem splamionym krwią kurczaków, świń, członków prześladowanych mniejszości i tysięcy kotów. Ale obaj w tym czasie siedzą w samochodzie i są zajęci kłótnią. Cassim mówi, że powinni się zwijać, natomiast Ranchagoda sugeruje, żeby ukraść pudełko ze zdjęciami. Cassim oznajmia, że nigdy się nie zgadzał na współpracę ze szwadronami śmierci i chciałby odejść z policji.
[…]
Przez otwarte drzwi do środka wparowuje siedmiu potężnych chłopów ubranych na czarno i biało. Filiżanka ammy odbija się od dywanika, nawet się nie potłukłszy. Stanley zrywa się na równe nogi. Co... do... diabła... Mężczyźni, którzy nie są ani z armii, ani z policji, zajmują pozycje przy wszystkich drzwiach i oknach. Do środka wchodzi starszy człowiek w stroju narodowym. Zapłaciłbyś ogromny majątek albo zaprzedałbyś resztkę swojej duszy, żeby móc tylko na niego napluć, narzygać albo nasrać mu do gęby. To sam minister sprawiedliwości, zasługujący na najwyższą pogardę Cyril Wijeratne, filar lankijskiego rządu, człowiek odpowiedzialny za skorumpowanie systemu sądownictwa, stworzenie szwadronów śmierci i podburzanie do pogromów w osiemdziesiątym trzecim. Szósta pozycja na liście Seny. Stanley Dharmendran, jak przystało na tamilskiego pachołka, wita go z pochyloną głową. Dwaj mężczyźni w czerni każą DD i Jaki zejść z kanapy, żeby minister mógł usadowić na niej swój tłusty zad. Żadne z nich nie wygląda na zachwycone takim obrotem spraw. Przypomina ci się, jak DD pisał kiedyś oficjalny list do kancelarii prezydenta i nie chciał użyć zwrotu „Wasza Ekscelencjo”. Czym sobie zasłużył na taki tytuł? Tym, że milczał w lipcu osiemdziesiątego trzeciego? pytał retorycznie DD. Rozpoczął więc list od zwrotu „Szanowny Panie” i oczywiście środki na recykling odpadów w Malabe przeszły mu koło nosa. Wybierz się do Dżafny, namawiałeś DD, a przekonasz się, że ten kraj zmaga się ze znacznie poważniejszymi problemami niż utrata siedlisk miejscowej populacji pangolinów. Fotografowanie trupów jakoś mnie nie kręci, odparł. Jak zobaczysz, co się dzieje z twoimi rodakami, przestaniesz się przejmować smrodem z jezior, odparowałeś mu. Nie bądź zdrajcą, jak twój ojciec, dodałeś, podbijając stawkę i zgarniając wygraną. O ile doprowadzenie ukochanego do płaczu można uznać za zwycięstwo.
[…]
Zabieracie więc rzeczy Maalego bez nakazu rewizji, żeby sprawdzić, czy nakaz rewizji jest w ogóle potrzebny. Jaki wydaje z siebie prychnięcie. Jak się okazuje, do zapakowania jednego pudełka ze zdjęciami potrzeba aż siedmiu bandziorów. Elsa wychodzi na zewnątrz i idzie w stronę dwóch policjantów, którzy są tu równie bezużyteczni, co przejścia dla pieszych na Galle Road. Szepcze coś Ranchagodzie krótkimi, urywanymi zdaniami, a tymczasem Cassim zapada się głęboko w fotel pasażera i zakrywa twarz dłońmi. Elsa prosi ich o zwrot pieniędzy, a Ranchagoda na widok ministra wychodzącego przez bramę twojego dawnego, pełnego goryczy domu chyłkiem wskakuje z powrotem do samochodu. Udaje, że nie słyszy słów Elsy. Największy z bandziorów niesie białe pudełko po butach, a w nim dorobek twojego życia. Widzisz, jak uformowana z cieni bestia otacza na zewnątrz Jego Ekscelencję, Czcigodnego Potwornego Bigota. Wydaje się, że bestii urosły jeszcze ramiona, które zwisają z potężnego jak u zapaśnika sumo cielska. Osadzone w spiczastej twarzy przekrwione oczy spoglądają na ciebie. DD obrzuca ojca wściekłym spojrzeniem. Amma odstawia filiżanki, a Jaki wpatruje się w przestrzeń takim samym wzrokiem jak wtedy, gdy pierwszy raz powiedziała ci, że jest gotowa, a ty odparłeś, że jeszcze nie jesteś. Wzbijasz się pod sufit i chciałbyś poczuć ból. Bo wiesz, że pudełko ze zdjęciami jest już stracone. To zaś oznacza, że musisz jeszcze bardziej wytężyć pamięć. Wspomnienia mogą przynieść ból, którego już raczej nie zdołasz przetrwać, ale na jednym z nich zależy ci szczególnie mocno. I wbrew pozorom nie jest to wspomnienie tego, jak zginąłeś ani kto cię zabił. Chcesz sobie przypomnieć, gdzie ukryłeś negatywy. Wiesz tylko, że schowałeś je w jakimś oczywistym miejscu, a w dodatku gdzieś niedaleko.
[…]
Jeśli wierzyć Mahawansie [historyczna kronika o prapoczątkach Sri Lanki – przyp. aut.], rasa syngaleska narodziła się w wyniku porwania, gwałtu, ojcobójstwa i kazirodztwa. To nie żadna bajka, lecz historia powstania naszego narodu, jaką podaje najstarsza kronika tej wyspy. Kronika, która posłużyła do skodyfikowania praw pozwalających tłamsić wszystkich niebędących Syngalezami, buddystami, a także mężczyznami, najlepiej zamożnymi. A więc dawno, dawno temu na północy Indii pewna księżniczka napotkała lwa. Lew uprowadził ją, a następnie zgwałcił, na skutek czego księżniczka wydała na świat syna i córkę. Gdy chłopiec dorósł, zabił ojca lwa, został królem i poślubił swoją siostrę. Z ich małżeństwa narodził się syn, który zaczął jednak sprawiać kłopoty, więc został wygnany i wraz z siedmiuset oddanymi sobie ludźmi przypłynął w łodziach do wybrzeży Cejlonu. Książę Widźaja z bandą swoich łysych pomagierów dał początek naszej historii, wyrzynając tubylczy lud Naga i uwodząc jego królową, choć niekoniecznie w tej kolejności. Jeśli ta historia jest prawdziwa, nie powinno nas dziwić, że tkwimy w takim bałaganie. Kuveni, królowa ludu Naga, zdradzona i wygnana przez okrutnego księcia, przeklęła tę ziemię, po czym popełniła samobójstwo, zostawiając swoje dzieci same w lesie. Jej klątwa trwa już ponad dwa tysiąclecia i nic nie wskazuje na to, by w l990 roku miała zostać zdjęta. Nasi przodkowie zostali dosłownie zdemonizowani – oznajmia stwór. Słyszałem, że Mahakali jest potomkinią Kuveni. Niektórzy mówią, że to Kuveni we własnej osobie.
[…]
Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu – mówi stwór – że historia to opowieść o ludziach ze statkami i bronią wyrzynających tych, którzy nie zdążyli jeszcze takich rzeczy wynaleźć. Każda cywilizacja rozpoczyna się od ludobójstwa. Taka jest zasada wszechświata. Niezmienne prawo dżungli, nawet jeśli ta dżungla jest z betonu. Można je dostrzec w ruchach gwiazd i pojedynczych atomów. Bogacze będą ciemiężyć nędzarzy. Silni zaś miażdżyć słabych. Stwór wpełza na przednią szybę i jest tak blisko, że mógłby cię uderzyć w policzek. Mercedes mija sklep z ręcznie robionymi pamiątkami, na dachu auta powiewa flaga Sri Lanki. Zawsze miałem problem z tą flagą – mówisz, nie spuszczając oczu z przerośniętych paznokci stwora, który spogląda przez okno na ministra śpiącego z twoim pudełkiem na kolanach. Samochody w końcu ruszają, a ministerialny demon uśmiecha się do ciebie. Chodzi ci o flagę z potężnym lwem? Czy kiedykolwiek żyły tu jakieś cholerne lwy? Albo tygrysy? Lepszy już byłby słoń. Albo pangolin. Większość flag składa się z różnokolorowych pasów ułożonych poziomo, pionowo, niekiedy na ukos, a czasami we wszystkie te trzy sposoby naraz, jak w przypadku Union Jacka, który niegdyś władał nami wszystkimi. Niektóre flagi mają przyjazne symbole, na przykład liść klonu, półksiężyc, kołowrotek albo słońce z afro. W czasach bardziej barbarzyńskich niż obecne na domach widniały symbole wilków, lwów, słoni, smoków i jednorożców. Miały przestrzegać, że zadzierając z mieszkańcami, można obudzić w nich prawdziwe bestie. W dzisiejszych czasach królestwo zwierząt pojawia się na nielicznych flagach. W większości są to ptaki, dostojne i pozbawione przemocy, z wyjątkiem meksykańskiego orła rozszarpującego grzechotnika. Spójrz na naszą flagę. Co za achcharu [lankijskie piklowane warzywa – przyp. aut.]. Czego tu nie ma! Linie poziome, pionowe pasy, barwy podstawowe i pochodne, symbole zwierzęce i roślinne, a do tego jeszcze broń. Kolor żółty, rdzawoczerwony, zielony i pomarańczowy. Liście drzewa Bodhi, miecz i bestia. Jak w sałatce owocowej.
[…]
Jaki opowiadała ci kiedyś o miejscu w Kotahenie, w którym podobno znajdują się horoskopy wszystkich żyjących kiedykolwiek ludzi. Przechodziła akurat przez okres fascynacji astrologią, co nastąpiło tydzień po fascynacji hazardem i kilka miesięcy przed fazą na teatr. Mit brzmiał następująco: trzy tysiące lat temu siedmiu indyjskich astro? logów zapisało na liściach palmowych historie życia wszystkich ludzi, którzy mieli się dopiero narodzić. Każdy taki liść można było kupić w cenie beli tkaniny z bazaru w Pettah. Jeśli podało się datę urodzin, przywożono twój liść ola z jaskini w Indiach i astrolog w wykrochmalonej koszuli odszyfrowywał, co było na nim zapisane. Na podstawie wyrytych w języku pali, sanskrycie i tamilskim horoskopów mędrzec przepowiadał młodym dziewczętom, kiedy wyjdą za mąż, a służącym, kiedy opuszczą brzegi tego kraju. Mówił starcom, że mają przed sobą jeszcze wiele lat życia, a kalekom, że pewnego dnia zaczną chodzić. Co ciekawe, astrolog ów nie wyjawiał nikomu, kiedy umrze. Pamiętasz, jak Jaki mówiła, że zapisanie losu 5,3 miliarda dusz zajęłoby siedmiu mędrcom milion lat. I potrzeba byłoby zużyć na to wszystkie drzewa z lasu Sinharaja. A koniec końców cały ten wysiłek i tak poszedłby na marne. Wszystkie opowieści powtarzają się od nowa i wszystkie są niesprawiedliwe. Wielu ludzi spotyka szczęście i wielu żyje w niedoli. Niektórzy wychowują się w domach pełnych książek, a niektórzy na pogrążonych w wojnie mokradłach. Na końcu i tak wszyscy obrócą się w proch. Wszystkie historie zmierzają do wyciemnienia ekranu.
[…]
Czekasz na wiatr, który zaniesie cię na cmentarz, gdzie w zamian za moc szeptania będziesz mógł zaoferować Senie zapłatę w takiej formie, jakiej zażąda. Czekając na sprzyjający podmuch wiatru, obserwujesz dusze lecące w kierunku dworca autobusowego w Maradanie. Potrafisz już rozpoznać prety po ich fioletowej skórze i brzuchach, demony – po czerwonych oczach i szponach, a także zwykłe duchy – po zdezorientowanych spojrzeniach. Strzeż się tych z czarnymi oczami. Bo załatwią cię na cacy, bracie. Spoglądasz w dół i widzisz gadającego do ciebie lamparta. Nie jest to bynajmniej eufemizm oznaczający uzbrojonego człowieka, który swoją agresywność kryje pod nazwą drapieżnego kota. To prawdziwe zwierzę. Jego futro znaczą podłużne blizny, a oczy lśnią mu czystą bielą. Przepraszam, ale nie rozumiem. Jakoś się nie zdziwiłem. Nie wiedziałem, że istnieją też duchy zwierzęce. Czy w takim razie mam zniknąć, żebyś nie wyszedł na ignoranta? Nie chciałem cię obrazić. A jednak ci się udało – mówi lampart, wskakując na balustradę. Od? chodzi alejką prowadzącą w stronę kanałów Panchikawatte. Dlaczego miałoby nie być duchów zwierząt? Czemu tylko ludzie mieliby otrzymywać dusze? Czy to znaczy, że każdy robak, jakiego kiedykolwiek rozdeptałeś, musi się snuć tutaj przez siedem księżyców i domagać przy okienku zwrotu zabranego życia? Nic dziwnego, że Asystenci wyglądają na zawalonych robotą. Łapiesz wiatr i spoglądasz w dół na siedzące na dachach dusze, które wpatrują się w księżyc. Myślisz o wszystkich istotach, które widziałeś Tam w Dole i w Pomiędzy. Mijasz billboard nieżyjącego polityka i zastanawiasz się, dlaczego niektórzy ludzie trafiają na plakaty, a inni nie mają na? wet własnego grobu. W całym tym szaleństwie jest tylko jedna bestia, w której istnienie wątpisz. I nie masz tu na myśli Boga, znanego również jako Ktokolwiek, ale najbardziej nieprawdopodobne ze wszystkich mitycznych stworzeń: Uczciwego Polityka.
[...]
Pod mostem, poniżej stalowych schodów, schowane przed wzrokiem postronnych znajduje się wejście do miejskiej jaskini. Za skrzynką z bezpiecznikami z napisem „Uwaga! Wysokie napięcie” kryją się małe drzwi. Musisz się schylić, żeby się do nich dostać. Sena przepycha cię przez zardzewiały metal i beton, ciągnie przez drewno. Jakie to uczucie przechodzić przez ścianę? Jakby się szło przez basen śmierdzący kurzem, tyle że pozostajesz całkiem suchy. W jaskini przeciągi czuć z różnych stron. W ścianie od podłogi aż po sufit znajdują się otwory wentylacyjne, przez które do środka wpada światło słoneczne i spaliny. Wewnątrz, wbrew temu, czego się spodziewasz, nie mieści się ratusz dla karaluchów ani szalet dla nietoperzy, lecz oświetlona świecami kaplica dla każdego boga z każdej świętej księgi. Na ścianach wiszą przyklejone taśmą i przybite gwoździami zalaminowane plakaty z ulic Maradany. Jezus, Budda i Osho. Śiwa, Ganeśa i Sai Baba. Marley, Kali i Bruce Lee. Krzyż, półksiężyc, tybetańskie przysłowie nad wizerunkiem Dalajlamy, buddyjski koan [jedna z metod praktyki buddyzmu zen – przyp. aut.] zapisany po syngalesku na niewyraźnym zdjęciu liścia drzewa Bodhi. Pośrodku jaskini znajduje się brzuchaty mężczyzna w tiszercie. Ma uczesane włosy, a broda jest zabarwiona na pomarańczowo henną. Przez grube szkła okularów jego oczy wydają się małe jak koraliki. Siedzi za stołem zawalonym liśćmi betelu, kwiatami, popiołem z kadzideł i zwitkami rupii. Ma przymknięte oczy i mamrocze coś w zmyślonym języku.
[…]
Wujek Wrona nie widzi niczego bez okularów – tłumaczył ci Sena w drodze do jaskini. Niektórzy mówią, że oślepł w wyniku zamachu bombowego w osiemdziesiątym ósmym, inni, że z powodu wybuchu miny, a jeszcze inni, że od ukąszenia węża. W swojej jaskini tylko on może żartować. Więc nie wymądrzaj się przy nim. Gdy zdejmuje okulary, wszystko mu się rozmywa i nie widzi ani ptaków, które karmi, ani nędzarzy ze slumsów, którym stawia kapliczki, ani klientów, których okłamuje. Za to widzi zjawy, widzi duchy i słyszy, co do niego mówią. O przeszłości Wróblego Chłopca też różnie mówią. Rękę stracił albo na torach kolejowych, albo w zamachu bombowym w osiemdziesiątym ósmym, albo pozbawił go jej jakiś sadystyczny wujek. Siedzi przy stole i w tej ręce, która mu została, trzyma pióro. Na półeczkach na ścianie widać prymitywne laleczki zrobione z liści palmy kokosowej, miskę z bryłkami węgla i grawerowane pudełko.
[…]
Pociągnąłeś za dźwignię automatu i poszedłeś na całość. Twoje pokolenie przejebało ten kraj. A ty potem uciekłeś. I kto to mówi? Sam przecież ze wszystkiego rezygnujesz. Po drugiej stronie rozległo się ciężkie sapanie, odczekałeś chwilę, po czym wypowiedziałeś słowa, które układałeś w głowie przez całe swoje chłopięce życie. Niczego w życiu nie dokonałeś. I niczego już teraz nie dokonasz. A ja robiłem zdjęcia, które przetrwają nas wszystkich. Jedyne, co ci się udało, to że mnie spłodziłeś. Kiedy w końcu dotarłeś do Missouri, okazało się, że twój ojciec zmarł w wyniku zatrzymania akcji serca w trakcie rozmowy z tobą, a ciotka Dalreen oświadczyła, że nie życzy sobie twojej obecności na pogrzebie. Obie twoje przyrodnie siostry nie podeszły nawet do drzwi. Zarówno Jenny, jak i Tracy Kabalana nie odbierały też od ciebie telefonów.
[…]
Ale prawo jest potrzebne, bo same te zmyślone religie nie wystarczą. Kolejny ateista – oświadczasz, wtykając głowę w prawnicze księgi. Życie pozagrobowe wydaje się przeciwieństwem życia w okopach. Księgi cuchną pleśnią i stęchlizną, więc nie znalazłszy w nich wydrążonych otworów z ukrytą biżuterią, wynurzasz się, zanosząc się kaszlem. Księgozbiór pana Piyatilaki to kolejne tomy tego samego wydawnictwa, Komentarza do prawa rzymsko-holenderskiego autorstwa Simona van Leeuwena z l652 roku. Na Sri Lance obowiązywało prawo rzymsko-holenderskie jeszcze długo po tym, jak sami Rzymianie i Holendrzy przestali je stosować. Nie należałem do osób religijnych, ale byłem wierzący – mówi gospodarz. A potem zachorowałem na raka. Wtedy zacząłem czytać święte księgi, odwiedzać świątobliwych mężów i modlić się w świętych miejscach. Moje modły nie zostały wysłuchane. Tam, gdzie toczy się wojna, ludzie modlą się każdego dnia – odpowiadasz. Żołnierze, cywile, nawet dziennikarze. I też nikt ich nie słucha. Potrzebujemy przepisów prawa, ponieważ żadna religia nie zakazuje nawet gwałtu. Wiedzieliście o tym? W dziesięciu przykazaniach zabrania się wzywać w niedzielę imienia Boga nadaremno, ale nie ma żadnego „nie będziesz gwałcił”. To nie może być prawda – protestujesz. W hinduizmie jest mowa o brahmaćarji, wstrzemięźliwości seksualnej i wierności, ale nie ma nic o gwałcie. Buddyjskie „nie cudzołóż”, czyli przykazanie k?mesu micch?c?ra, w ogóle nie wspomina o gwałcie. Inne religie zakazują bekonu, napletka i hazardu, ale nie gwałtu. Prawo jest pisane przez ludzi – odpowiadasz. Ludzi, którzy nie mają nic przeciwko temu, żeby innym przydarzały się nieprzyjemne rzeczy. Myślisz o DD i egoizmie, którego nauczył się w London School of Economics. I o ciągle powracającym temacie waszych kłótni. Ludzie zawsze cierpieli – argumentował DD. Można ustanawiać przepisy prawa, które zredukują ludzkie cierpienie na poziomie makro. Ale nigdy go nie wyeliminują. Można liczyć jedynie, że to, co złe, będzie omijać twoich bliskich. Nie powinniśmy gratulować sobie z powodu dobrego urodzenia. Zawdzięczamy je wyłącznie zrządzeniu losu.
[…]
Wspinasz się na wyższą gałąź rozłożystego drzewa mara; jego liście na wietrze wydają się niemal żywe, niczym palce drapiące cię po twarzy; jego kwiaty mają barwę świeżych ran, ciała rozerwanego szrapnelem. Sena plecie coś o rzeczach, których może nauczyć cię Wujek Wrona. Panie, będziesz mógł rozkazywać owadom, pojawiać się w snach żywych, a nawet ich opętać. Obserwujesz żywych idących przez park. To zwykli, przeciętni ludzie, którzy w ogóle cię nie widzą. Na plecach przeszło połowy z nich siedzą duchy albo biegają dookoła nich, szepczą im do uszu. Zawsze ci się wydawało, że głos, który słyszałeś w głowie, należy do kogoś innego. Opowiada ci historię twojego życia tak, jakby już się wydarzyła. Wszechwiedzący narrator komentujący z offu [z zewnątrz – przyp. aut.] każdy twój dzień. Tre? ner powtarzający ci, żebyś przestał się nad sobą użalać i zajął się tym, w czym jesteś dobry. Czyli grą w blackjacka, uwodzeniem młodych wieśniaków i fotografowaniem przerażających miejsc. To właśnie ten głos pięciokrotnie przywiódł cię do strefy walk, za każdym razem w służbie innego pana. To ten głos prowadził cię do kasyn, ciemnych zaułków i dziwnych chłopców ukrytych w mrokach dżungli. Masz jednak wątpliwości, do kogo należy. Czy zorientowałbyś się, że na plecach siedzi ci duch i szepcze do ucha? A nawet gdyby, czy zdołałbyś odróżnić ten głos od wszystkich innych? Słyszysz, jak ktoś wypowiada najpierw twoje, a potem imię Seny. To Wujek Wrona, wydaje się równie poirytowany jak ty. Znowu rozwiewasz się w powietrzu, a doznanie to, coraz lepiej ci znane, nie jest wcale nieprzyjemne. Znajdujesz się z powrotem w jaskini pełnej ptaków, owoców oraz niezliczonych rzędów płonących świec.
[…]
Jonny przechwalał się, że to on wpadł na pomysł z czerwonymi bandanami. Wspomniał o tym podczas koktajlu w ambasadzie Gercie Muller z Czerwonego Krzyża, która – z typową dla swoich rodaków skutecznością w ciągu miesiąca sprowadziła całe ich kartony. Czerwona bandana miała być odpowiednikiem białych flag dla osób nieuczestniczących w walkach, osłoną przed ostrzałem na polu bitwy, talizmanem, który miał chronić przed kulami niczym legendarna maść henaraja thailaya. Nikt nie pomyślał, że bandana podziała na wszystkich wymachujących w dżungli karabinami niczym czerwona płachta na byka. Podobało ci się, jak dobrze bandana komponowała się z twoją kurtką safari i wisiorkami, choć było to, jeszcze zanim członkowie JVP zaczęli czerpać inspiracje modowe od Czerwonych Khmerów. To był bardzo dobry pomysł – mówił Jonny długo po tym, jak okazało się, że czerwone bandany nie zdały egzaminu. Szkoda, że wasi yako [bojownicy – przyp. aut.] nie potrafili tego uszanować. Dlaczego mieszkasz tutaj już prawie dwadzieścia lat, skoro tak bardzo nienawidzisz miejscowych? – zapytałeś go kiedyś. Znasz powiedzenie, że w kraju ślepców jednooki jest królem? Gadasz jak twoi kolonialni przodkowie. Przez dwadzieścia pięć lat żyłem w Newcastle – powiedział Jonny. Tamtejszych mieszkańców też nienawidzę. To zatem nic osobistego, chłopcze. Wszyscy ludzie to ścierwa.
[…]
Pamiętaj, nie jestem wcale taki nieczuły – mówił. Każdy z nas przez to przechodził. Cieszyłem się, kiedy Wietkong spuścił wpierdol jankesom. Być może nawet uroniłem łzę nad wymordowanymi w Indonezji towarzyszami. I nie ma wątpliwości, że ręka kapitalizmu w końcu udusi nas wszystkich. Ale musimy pogodzić się z faktami, chłopcze. A prawda jest taka, że największymi mordercami komunistów są inni komuniści. Jedynym mordercą, który ma na koncie więcej ofiar niż Stalin, Mao czy Pol Pot, jest tylko sam Bóg.
[…]
Przemykasz obok twarzy niczego nieświadomych ludzi wlokących się podłymi ulicami Kolombo, obok śmiertelnych braci i sióstr tych, którzy odeszli i szybko zostali zapomniani. Jesteś liściem porwanym przez wichurę, niesionym siłą, której nie kontrolujesz ani której nie możesz się oprzeć. Lankijski wizjoner Arthur C. Clarke powiedział, że za każdym żywym człowiekiem stoi trzydzieści duchów, a przynajmniej w takim właśnie stosunku liczba martwych przewyższa żyjących. Rozglądasz się wokół i nachodzi cię obawa, że szacunki tego wielkiego myśliciela mogą się okazać zbyt ostrożne. Za każdym człowiekiem, którego widzisz, czai się duch. Część ludzi ma swoich opiekunów, którzy unoszą się nad nimi i odpędzają wszystkie upiory, prety i rahu. Przed innymi stoją najbardziej złośliwe z demonów i syczą im w twarz jałowe myśli. Na ramionach kilku osób przycupnęły diabły i sączą im do uszu żółć. Sir Arthur spędził na tym nawiedzonym skrawku lądu trzy dekady swojego życia i niewątpliwie należy go uznać za Lankijczyka. Austrii udało się przekonać cały świat, że Hitler był Niemcem, a Mozart Austriakiem. Z pewnością więc po stuleciach grabieży, które zawdzięczamy piratom morskim z Londynu, Amsterdamu i Lizbony, my, Lankijczycy, możemy chyba przywłaszczyć sobie chociaż jednego wizjonerskiego pisarza science fiction?
[…]
Duchy gromadzą się wokół stołów w kostnicy i gderają. Kości ułożono na długich pasach przezroczystej folii, dwa przenośne klimatyzatory chłodzą pomieszczenie, a pięć osób w białych fartuchach kuca nad kośćmi i gmera przy nich srebrnymi przyrządami. Obecnych jest również trzech państwowych patologów: zapewne mają się uczyć od ekspertów z zagranicy, a przy okazji ich szpiegować. Spoglądasz na to spod sufitu i widzisz, jak inne duchy rozpraszają się wzdłuż ścian niczym muchy. Kafirscy niewolnicy kulą się w kącie, martwe prostytutki unoszą się nad swoimi kośćmi, młody chłopiec ze śladami zębów w boku ciała przygląda się arsenałowi srebrnych narzędzi, Anglik w pogniecionym białym kapeluszu siedzi z boku i ziewa. Rozpoznajesz też dwóch studentów. Mają fioletowe oczy, a z ust zwisają im wywalone języki. Czego tu szukacie? – rzuca drwiąco znajomy głos. Sena ma na sobie tunikę i czarną pelerynę, ale z materiału, nie z worków na śmieci. Liczycie na godny pochówek? Pośmiertny tytuł szlachecki? – mówi, patrząc na Anglika. Wszystkich was wrzucą do pieca. I to wszystko. Ale teraz za pomocą izotopu węgla można ustalić datę śmierci i... – odzywa się student inżynierii z Dżafny. I co to da? Dowiedzą się, że ten chłopiec został pięćdziesiąt lat temu pożarty przez krokodyla? Jak ci na imię, synu? Vincent Salgado – mamrocze nieśmiało młodzieniec w pumpach. Sądzicie, że postawią pomnik dla uczczenia pamięci Vincenta Salgada? – kpi Sena.
[…]
To raport specjalny Sri Lanka Broadcasting Corporation. Szczątki piętna? stu niezidentyfikowanych ciał wyrzuciły fale na brzeg jeziora Beira. Zespół ekspertów z ramienia ONZ-u we współpracy z lankijskimi patologami sądowymi próbuje ustalić tożsamość osób, których kości znaleziono. Rzecznik rządu twierdzi, że szczątki pochodzą sprzed tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku, a ich odkrycie nie ma żadnego związku z obecną sytuacją polityczną. Po wygłoszeniu tego niezatwierdzonego przez kierownictwo radia komunikatu Jaki otrzymuje pierwsze ostrzeżenie. Jej szef, pan Som Wardena, mówi, że odebrał telefon od pewnego ministra, który udzielił SLBC „surowej reprymendy” i oznajmił, że takie działania nie będą tolerowane w przyszłości. Przedstawiciele ONZ-u wypełniają raport, który miejscowe służby przekazują potajemnie ministrowi Cyrilowi, on zaś udostępnia go ministrowi do spraw młodzieży Stanleyowi Dharmendranowi, który dyskutuje o raporcie ze swoim synem, a ten z kolei pokazuje go swojej współlokatorce. Oboje płaczą przez całe popołudnie, a potem przestają. Przez kilka kolejnych godzin Jaki przegląda gazety, w końcu decyduje się na krok, za który ostatecznie zostanie zwolniona. Dwa spośród piętnastu znalezionych ciał udało się zidentyfikować. Jedno należy do Seny Pathirany, organizatora struktur Janatha Vimukthi Peramuna w dystrykcie Gampaha, drugie zaś do Malindy Almeidy, mieszkającego w Kolombo fotoreportera wojennego. Podejrzewa się, że obaj zostali zamordowani przez rządowe szwadrony śmierci. Według danych ONZ-u tylko w tym roku pochowano szczątki ośmiuset siedemdziesięciu czterech osób o nieustalonej tożsamości i zgłoszono zaginięcie tysiąca pięciuset osiemdziesięciu czterech obywateli Sri Lanki. To był raport specjalny Sri Lanka Broadcasting Corporation.
[…]
Zgodnie z popularnym mitem zamieszki w osiemdziesiątym trzecim zaczęły się w Borella Kanatte od pogrzebu trzynastu żołnierzy zabitych na północy w największym podówczas ataku Tamilskich Tygrysów. Ta pechowa liczba wydaje się dzisiaj drobnostką w porównaniu z rzeką trupów, jaką od tamtego czasu spłynął cały kraj. W rzeczywistości zamieszki miały swoje źródło w podobnym do tego gabinecie, w którym groźni mężczyźni w garniturach odbijali na powielaczach karty do głosowania dla pijanych mężczyzn w sarongach [duży kawałek materiału, który można nosić na wiele sposobów - jako spódnicę, szal, bluzkę lub sukienkę – przyp. aut.]. Wygląda na to, że macie duże studio fotograficzne. Jak udało wam się powiększyć te twarze i w ogóle? Malinda wszystkim się zajął. Mówił, że ma od tego gościa. Nie jestem durnym kitajcem z warkoczykiem. Dlaczego miałbym wydać wam te zdjęcia? Otwiera pudełko i wyjmuje z niego koperty. As, król, królowa, walet, dziesiątka. Królewski strit. Elsa ma minę, którą już nieraz u niej widziałeś. Robi ją zawsze, kiedy zastanawia się nad jakimś dyplomatycznym rozwiązaniem, lecz w końcu z niego rezygnuje. Nie było żadnych oficjalnych przeprosin za lipiec osiemdziesiątego trzeciego. Próby zapomnienia tamtych wydarzeń nie wymażą ich z historii. Jeśli doprowadzicie przed oblicze sprawiedliwości choć jednego mordercę, odzyskacie zaufanie Tamilów. Bez niego nigdy nie wygracie tej wojny.
[…]
Mawiają, że śmiech jest jak muzyka, ale to tylko jedno z tysięcy kłamstw, którymi karmimy się na co dzień. Śmiech może być ostry, niekiedy ohydny, a czasami potrafi ścinać krew w żyłach. Rechot, który wydają z siebie unisono major Raja Udugampola i minister Cyril Wijeratne, to najstraszliwsza muzyka, jaka kiedykolwiek dotarła do twoich niedawno przebadanych uszu.
[…]
Na twoim drzewie robi się tłoczno od mamroczących cicho samobójców. Zaraz po pretach najłatwiej ich zauważyć: mają żółtozielone oczy, nierzadko złamane karki i ciągle coś mruczą pod nosem, tylko do siebie. Pozwalasz, by wiatr niósł cię od jednego do drugiego punktu kontrolnego, wzdłuż opustoszałych dróg i przystanków autobusowych. Koty patrolują boczne uliczki, wrony strzegą dachów, a pozbawione oddechu istoty wloką się wszędzie mozolnym krokiem. Główną ulicą przejeżdża, dudniąc, ciężarówka, jasnoniebieska ashok leyland, pierwszy pojazd, który pojawił się tego ranka na zazwyczaj naj? bardziej ruchliwym odcinku Galle Road. Ciężarówka nie zwolniła przed punktem kontrolnym w Bambie, a wartownicy nie unieśli nawet ręki ani choćby brwi. Za to kilka chwil później zatrzymują zieloną toyotę, wyciągają ze środka kierowcę i poddają rewizji. Mężczyzna wskazuje na naklejkę na szybie oznaczającą, że jest lekarzem, dzięki czemu zostaje puszczony wolno. Druga ciężarówka, tym razem czerwona z paką z drewnianymi burtami, przyspiesza przed punktem kontrolnym, a strażnicy przepuszczają ją, machając rękami. Wskakujesz na jej tył, gdy skręca w Bullers Road. Ciężarówka podskakuje na wybojach i roznosi się z niej zniewalający fetor. Brak nosa nie zwalnia cię od wdychania zapachu rozmarzających i rozkładających się ciał. Na dachu ciężarówki nie jesteś sam. Razem z tobą w rytm jazdy kiwają się inne pozbawione oddechu istoty. Przenikające przez nie podmuchy wiatru rozmazują im twarze. Zapomniane uśmiechy i oszołomione spojrzenia drżą w powietrzu, gdy ciężarówka wjeżdża na teren Kanatte.
[…]
Całe to gadanie, że rasa jest ważniejsza niż kraj, to jakieś plemienne brednie – stwierdziła Jaki. Nie jest to całkiem pozbawione racji. Znaczy się, kwestia plemienności, moja droga – odparł Stanley. Syngalezi przewyższają liczebnie Tamilów. Ale Tamilowie są sprytniejsi od Syngalezów. Ciężej pracujemy. I musimy być od nich lepsi. A zarazem musimy się z tym kryć. Bo inaczej Syngalezi staną się zazdrośni. Dalej obawiasz się o swoje bezpieczeństwo, wujku? Próbowałeś spojrzeć mu prosto w oczy, ale ciągle zerkałeś na jego syna, który rozbierał się, żeby iść popływać. Zrzucił przepocony podkoszulek oraz szorty i został tylko w niebieskich kąpielówkach Speedo. Zachowuję dystans i staram się nie wychylać. Wstrzymuję się przy głosowaniach nad kłopotliwymi ustawami. Unikam konfrontacji z Syngalezami, ale współpracuję z nimi. Wszyscy przecież chcemy żyć w spokoju. Nie mam racji, Malinda? A potem Stanley wygłosił wykład na temat tradycyjnie ojczystych ziem Tamilów i o tym, że w okresie średniowiecza i rządów kolonialnych Tamilowie mieli na północy własne królestwa. Jaki zapytała, dlaczego Syngalezi odczuwają takie zagrożenie z ich strony, a Stanley odparł, że z tego samego powodu, dla którego biali Amerykanie obawiają się ciemiężonych niegdyś przez siebie Murzynów, w tym czasie zaś DD przepłynął dwie długości basenu delfinem i dołożył jedną długość żabką. Ale koncepcja rasy nie ma nic wspólnego z faktami. To fikcja – oznajmiła Jaki. Wymyślona przez ludzi ściema. Kto potrafi odróżnić Syngaleza od Tamila? Nie zgadzam się – zaoponował Stanley. Prawdą jest, że czarni szybciej biegają, Chińczycy lepiej pracują, a Europejczycy tworzą wynalazki. Następnie wygłosił monolog na temat tego, co jest ważniejsze, natura czy wychowanie, w który jakimś cudem wplótł wzmiankę o tym, że gdy w latach pięćdziesiątych uczył się w Royal College, uprawiał pływanie i biegi. Zakończył wnioskiem, że to właśnie rasa, wykształcenie i rodzina decydują o tym, jak potoczą się koleje naszego życia.
[…]
Wszystkie religie pilnują, żeby ubodzy byli potulni, a bogacze siedzieli w swoich pałacach. Nawet niewolnicy w Ameryce klęczeli przed Bogiem, który odwracał wzrok, kiedy ich linczowano. O co ci chodzi? – pytasz. Chodzi mi o to, panie Maali, że karma nie pozwala wcale na zachowa? nie równowagi we wszechświecie. Dobre uczynki zawsze popłacają. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. To same brednie. Komuch ateista. To ci niespodzianka. A co innego mi zostaje? Sowieci, Chińczycy i Khmerzy też byli bezbożnikami. Może wyrzekając się wiary w istnienie bogów, dajesz sobie przyzwolenie na to, żeby stać się demonem? Jakby sama wiara w Boga czy karmę czyniła z człowieka chodzącą dobroć. Masz rację, towarzyszu Pathirana. Wszyscy jesteśmy dzikusami, bez względu na to, komu oddajemy cześć. I właśnie w tym rzecz. Wszechświat posiada samoregulujący się mechanizm. Ale nie jest nim Bóg ani Śiwa czy karma.
[…]
Moc niesprawiedliwości, jaka nas spotkała, w końcu zgniecie ten kraj. Pomiędzy jest takie samo jak miejsce Tam w Dole. Nie różni się niczym od Światła. Nie ma żadnej siły wyższej, która rządzi motylami czy Buddami ani tym, co jest sprawiedliwe. Wszechświat to anarchia. To tryliony atomów rozpychających się wzajemnie w poszukiwaniu odrobiny wolnej przestrzeni.
[…]
Nie znasz nazwy drzewa, na którym przycupnąłeś, wiesz tylko, że ma gęste listowie, które zdaje się chwytać podmuchy wiatru i szepty. Patrzysz na dym unoszący się w oddali nad dachami i zastanawiasz się, czy płoną tam ludzie czy fotografie. Twoje imię nadpływa z wiatrem ze wschodu, a ty, jak tylko możesz, starasz się je ignorować. Wszystko to, czym byłeś, i wszystko, czego dokonałeś, obróciło się teraz w proch. Nikt nie odzyska negatywów, zapewne padną łupem robactwa, które będzie je podgryzać, aż to, co czarne, stanie się białe. A ty niebawem przestaniesz słyszeć swoje imię i to będzie kres tego wszystkiego.
[…]
Utrzymujesz nienaturalne relacje z żołnierzami. Nie możemy tego tolerować w czasie wojny. Ani w żadnym innym czasie. Udzielono ci już wcześniej ostrzeżenia. Na froncie wszystkie relacje międzyludzkie wydają się nienaturalne. Przyjaźnie są wymuszone i szorstkie. Strach, nuda i samotność prowadzą niekiedy do powstania dziwnych więzi, a wytchnienie można czasem znaleźć w ramionach nieznajomego. Ty zaś potrafiłeś rozpoznać ładnych chłopców, którzy lubili przystojnych mężczyzn, bez względu na to, czy no? sili mundury, sarongi czy stroje narodowe. Uśmiechali się do ciebie w autobusie czy akurat kłócili z żonami. Zabawiałeś się jednak tylko z tymi cichymi, wiejskimi chłopakami, zagubionymi samotnikami, którzy nie mieli komu się poskarżyć, a przynajmniej tak sądziłeś. Major wstał, wolnym krokiem obszedł dookoła biurko i zatrzymał się obok ciebie. Przyglądał ci się przez chwilę, a ty cały czas patrzyłeś na wprost. Przesunął dłonią po twoim policzku i musnął cię palcami po szyi. Jesteś ciotą? Nie, proszę pana. Powiódł palcami po twoich wisiorkach, wówczas nosiłeś ich więcej niż trzy – ankh, symbol Om, nieśmiertelnik, kapsułki, fiolka z krwią – aż jego ręka powędrowała w dół, wzdłuż brzucha, i zatrzymała się na kroczu. Po? tarł je wierzchem palców, nie jakoś mocno, ale też wcale nie tak delikatnie. Jakby szukał ukrytych rolek z filmem. Dłonie miał zrogowaciałe, lecz jego dotyk był czuły. Stałeś na baczność, choć tam w dole pozostawałeś niewzruszenie miękki.
[…]
Opuszczasz Hotel Leo i kierujesz się w miejsce, którego nigdy nie byłeś w stanie ponownie odwiedzić. Przez wiele ciemnych nocy, na długo przed tym, nim pochłonęła cię ta najczarniejsza noc ze wszystkich, zastanawiałeś się, czy zdołasz tam wrócić z aparatem, usiąść po drugiej stronie uliczki na drzewie mangowym i zrobić serię zdjęć, dzięki którym zdobędziesz Pulitzera. Major nie kazał zasłaniać ci oczu, ponieważ wiedział, że nigdy nie od? ważysz się tam przyjść. Nie masz najmniejszych wątpliwości, że w trakcie minionego roku bheeshanayi wszystkie dwadzieścia jeden pokojów Pałacu było stale zajętych. Rzeź podejrzewanych o anarchizm nie była prowadzona tak wydajnie jak dokonane w majestacie państwa wyrżnięcie miliona indonezyjskich komunistów w l965 roku, więc nikt nie przejmował się dokładnymi liczbami. Jedni mówili o pięciu tysiącach, inni o dwudziestu, niektórzy nawet o stu, a byli i tacy, którzy twierdzili, że ofiar było znacznie mniej. Poza tym Nagrodę Pulitzera dostają tylko Amerykanie. Amerykanie, których Centralna Agencja Wywiadowcza sponsorowała indonezyjską ma? sakrę, którzy mieli bazę morską na południe od Malediwów i którzy wysyłali do tego tak zwanego Pałacu w tym tak zwanym raju swoich instruktorów od technik przesłuchań. Nigdy tu nie wróciłeś, bo wiedziałeś, że nikt nie opuszcza Pałacu żywy. Widziałeś przywiezione stamtąd zwłoki leżące na stołach w policyjnych komisariatach i w koszarach wojskowych. Zamordowanych „podejrzanych” służących propagandowej walce z buntownikami, agitatorami, kryminalistami i terrorystami. Choć ofiary w większości nie miały z nimi nic wspólnego. Czasami zdarzało ci się zauważyć w celi dziennikarza albo profesora, ludzi o znanych, lecz pobitych nie do poznania twarzach. Wtedy pstrykałeś dodatkową fotkę, po wywołaniu chowałeś ją w pudełku po butach, a negatyw ukrywałeś w swoim schowku, w miejscu, do którego nikt z dobrym słuchem nie będzie zaglądał. Z gałęzi mangowca, na której przysiadłeś, widzisz migające na drugim piętrze światła, słyszysz wrzaski, jęki i buczenie prądu. Wraz z wiatrem nadpływa smród żółci. Okropny fetor wymiocin, zjełczały bukiet wmuszanego siłą jedzenia i cuchnącego strachem potu. Zapalają się kolejne światła, po nich następują nowe krzyki. Co mogło je wywołać? Woda wlewana do nozdrzy? Elektrody przypięte do krocza? Wbijane w stopy gwoździe? Nigdy tu nie wróciłeś, ponieważ bałeś się tego, co możesz zobaczyć, i że sam skończysz w którymś z lochów. Ale nawet teraz, po tych wszystkich strasznych rzeczach, które ci się przydarzyły, wciąż nie potrafisz się zmusić, żeby przefrunąć przez ogród w stronę migających w oknach świateł.
[…]
Czy istnieje coś potworniejszego niż ten budynek, na którego dachu siedzimy? – pyta Martwy Kapłan. Są budynki podobne do tego, gdzie w każdym pokoju starsi mężczyźni zabawiają się z przerażonymi dziećmi. Bywałem w tych pokojach. Karmiłem się ich krzykami. I jak ci smakowały? Epikur uważał, że Bóg jest albo bezsilny, albo złośliwy. Bo jeśli chce i jest w stanie powstrzymać zło, to czemu tego nie robi? Ale jednej możliwości wielki Grek nie wziął pod uwagę. Z cienia formuje się duży tułów i jeszcze większa głowa, która wygląda jak łeb bestii albo niekształtne afro. Że Bóg jest nieobecny? Nie. Że Bóg jest obłąkany? Nehi! Bóg jest zwyczajnie nieudolny. On chce i jest w stanie zapobiec złu. Tylko że jest po prostu źle zorganizowany. Chcesz powiedzieć, że tak jak cała reszta z nas jest zapatrzony we własny pępek? Chodzi o to, że jest wiecznie spóźniony i nie rozumie, które sprawy należy traktować priorytetowo.
[…]
Kogo obwiniasz o cały ten syf? Kolonialistów, którzy rżnęli nas przez wieki? Czy supermocarstwa, które ruchają nas teraz? Z dołu dobiega straszliwy krzyk i dach wypluwa z siebie czarne cienie, które Martwy Kapłan zasysa przez coś przypominającego wielką słomkę do picia. Więc kto nas wyruchał? Portugalczycy zaczęli od pozycji misjonarskiej. Holendrzy wzięli nas od tyłu. A gdy pojawili się Brytyjczycy, znajdowaliśmy się już na kolanach, z rękami splecionymi z tyłu i szeroko otwartymi ustami, gotowi obciągnąć im z połykiem. Cieszę się, że zostaliśmy skolonizowani przez Brytyjczyków – mówisz. Lepsze to niż zostać zarżniętym przez Francuzów – odpowiada kapłan. Albo zniewolonym przez Belgów. Albo zagazowanym przez Niemców. Albo zgwałconym przez Hiszpanów. Czasami, kiedy myślę o syfie, jaki toczy ten kraj, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby pozwolić Chińczykom lub Japońcom, żeby nas wykupili, jankesom lub Sowietom, żeby opanowali nasze myśli, a Hindusom, żeby zajęli się rozwiązaniem problemu z Tamilami, tak jak Holendrom pozwoliliśmy zająć się naszym problemem z Portugalczykami.
[…]
Bez względu na to, kim po śmierci stała się doktor Ranee, wciąż pozo? staje nauczycielką, tylko że bez uczniów. Takie osoby zaś łatwo popadają w dydaktyczny ton. Nie ma jednego szatana, którego trzeba zniszczyć. Za to każdą drogę i każdą ulicę przemierzają setki diabłów i tysiące yaka. To prawda. Nie trwa tutaj żadna walka dobra ze złem. Jedynie występujące w różnym natężeniu zło toczy spór z całym konglomeratem niegodziwości. Na każde cholerne nieszczęście w tym kraju przypada jeden yaka – mówi doktor Ranee. Czarny Książę powoduje poronienia i bóle menstruacyjne. Mohini uwodzi w nocy samotnych kierowców, Riri yaka szerzy nowotwory. Mnich z trójzębem to zasadniczo duch, ale za sprawą swojego gniewu zamienił się w upiora. Duch, upiór, preta, diabeł, yaka, demon. Dobrze rozumiem obowiązującą tu hierarchię? Dziecko, w tym chaosie nie ma żadnej hierarchii. Nawet pretom nie należy ufać. Doktor Ranee tłumaczy, że prety występują w różnych odmianach. Prety mala pozbawiają jedzenie smaku, a gevala sprawiają, że twoje gówno robi się wodniste. Większość z nich zna się doskonale na czytaniu z uszu i ludzkich upodobaniach.
[…]
Negatywy były włożone do foliowych koszulek i przyklejone taśmą do okładek Hot Space Queen i His Hand in Mine Elvisa. Wiedziałeś, że istniało nikłe prawdopodobieństwo, by ktokolwiek ze zdrowym słuchem sięgnął akurat po te dwie płyty. Oczywiście nie każdy, kto odkryłby kawałki negatywów przyklejone do dwóch kiepskich muzycznie albumów, wiedziałby, co z nimi zrobić. Dlatego na wewnętrznej stronie okładki przykleiłeś na wszelki wypadek karteczkę.
[…]
Wznosisz się na dach hotelu Leo i choć pora już późna, kasyno wciąż jest otwarte. Ta noc rozbrzmiewa rzężącymi silnikami samochodów, warczeniem bezpańskich psów i głosami hazardzistów przy barze, którzy powtarzają sobie, że dziś w końcu szczęście się do nich uśmiechnie i rozbiją bank. A ty jak zwykle popadasz w banał – tak w życiu, jak i po śmierci. Bo wszystkie duchy zawsze wracają do miejsca, w którym umarły. To tak samo sztampowe jak krążenie wokół własnego grobu albo nawiedzanie domu rodzinnego. I równie bezcelowe. Jaki siedzi sama przy stoliku, popija sok pomarańczowy, który przyniósł jej kelner wyglądający jak byk, ten sam, którego skosztowałeś w ostatnią noc, kiedy dane ci było oddychać. Sądzi, że jest sama, i nie widzi ani ciebie, ani wianuszka samobójców, którzy kręcą się po dachu i wpatrują w księżyc. O trzeciej nad ranem na dachu hotelu Leo panuje spokój, nie licząc oczywiście zwisających z jego krawędzi samobójców. Wśród nich jest drag queen, mężczyzna w średnim wieku, ubrany w sari z okresu królestwa Kandy, z bransoletkami, łańcuszkami i grubą warstwą makijażu na twarzy. Zrobiłam to, bo byłam smutna. Bo widzisz, większość z nas jest smutna. Ale zrobiłam to też dlatego, że byłam buddystką. Uznałam, że reinkarnacja wyjdzie mnie taniej niż operacja zmiany płci. Dlaczego nie weszłaś do Światła? Przebywałam w Pomiędzy przez całe swoje życie – odpowiada ta, która żyła jako on. Może po prostu tu jest moje miejsce.
[…]
Krążysz dookoła i podsłuchujesz dalej. Spotykasz piątkę dzieci żołnierzy walczących w szeregach Tygrysów, przywieziono je do Kolombo, żeby je przesłuchać i poddać resocjalizacji. Na terenie więzienia dzieciaki znalazły daturę i zaparzyły z jej kwiatów herbatkę. Cała piątka jest zachwycona życiem po śmierci („nikt na nas nie krzyczy i nie wydaje nam rozkazów”) i skacze z dachu uradowana niczym grupka przedszkolaków. Trudno zaprzeczyć wysokiemu odsetkowi samobójstw na Sri Lance, widząc kłębiącą się na dachu hałastrę: są tu młodzi, starzy i ludzie w średnim wieku, mężczyźni, kobiety i wszyscy ci, co pomiędzy; porzuceni kochankowie, pozbawieni środków do życia farmerzy, uciekinierzy po upadłych rewolucjach, ofiary gwałtów, studenci, którzy zawalili egzaminy, i co naj? mniej kilku niepotrafiących wyjść z szafy homosiów. Wszyscy suną w kierunku krawędzi dachu i skaczą. Zbliża się do ciebie jeden z zakonspirowanych pedałów i chce porozmawiać, ale ty nie jesteś zainteresowany nieurodziwymi chłopcami, tym bar? dziej że sam przestałeś być przystojnym mężczyzną. Zauważasz, że garbus przygląda ci się spode łba, więc ruszasz w jego kierunku. Kiedy Portugalczycy spalili mi statek, powiesiłem się w porcie w Kolombo. A gdy straciłem ziemię, utopiłem się w Diyawanna Oya. Jak nie masz pieniędzy, twoje życie jest nic niewarte. Gdybym mógł, zabiłbym się ponownie. Żeby tylko skończyć z tym wszystkim.
[…]
To była twoja ostatnia misja w Dżafnie. Wszyscy zapewniali, że będzie bezpiecznie, ale nie mogli chyba bardziej się mylić. Kiedy było już po wszystkim, odesłali cię do domu autobusem. Podczas trzynastogodzinnej podróży miałeś mnóstwo czasu na myślenie, ale ty raz po raz odtwarzałeś w głowie tylko jedną scenę. Od eksplozji ostatniego pocisku minęła już godzina, ale w powietrzu wciąż unosił się dym i ta dziwna woń. Brnąłeś w pyle i nagle ujrzałeś jęk rozpaczy. Nie mogłeś go usłyszeć, ponieważ twoje uszy wypełniał głuchy gwar dobiegający z krańca świata, nadawany na częstotliwości, na której kłębią się duchy, biały szum tysięcznych krzyków. Wszędzie wokół widziałeś jednak jęki i zawodzenie. Ludzie przestali uciekać, tkwili nieruchomo w miejscu, wpatrywali się w niebo i wyli. Była tam kobieta tuląca martwe dziecko, starzec z ciałem usianym odłamkami i zbłąkany pies, który leżał, dygocząc, pod złamaną palmą. Niebiański palec zwolnił nagle przycisk wyciszający głos i wszystkie krzyki zaatakowały z furią twoje uszy. Nigdzie nie było żadnych sanitariuszy ani pracowników organizacji pomocowych, żadnych żołnierzy czy bojowników o wolność, żadnych rebeliantów ani separatystów, którzy mogliby przyjść z pomocą. Tylko biedni wieśniacy i jeden nieszczęsny fotoreporter. Na twój widok kobieta z dzieckiem przestała lamentować, spojrzała ci głęboko w oczy i wskazała na wisiorki na twojej szyi. Krzyż ankh z ampułką z krwią DD, łańcuszek z panchayudhą i sznurek z kapsułkami cyjanku. Powtarzałeś sobie, że wziąłeś je z zapasów majora Udugampoli, w razie gdybyś został schwytany, nieważne przez kogo. Rząd mógłby cię bowiem uznać za zdrajcę, a LTTE [ruch tamilskich Tygrysów walczących o niezależność państwową – przyp. aut.] za szpiega. A wtedy połknąłbyś jedną z kapsułek, zanim zaczęliby zadawać pytania, na które nie miałeś żadnych odpowiedzi. Kapsułki miały być niewidoczne, ukryte pomiędzy innymi wisiorkami na twojej szyi, ale podczas ostrzału, jak wiele innych rzeczy, musiały się odsłonić. Kobieta dyszała spazmatycznie i pokazywała palcem na kapsułki, a ty spojrzałeś na martwego chłopca przewieszonego przez jej ramię niczym worek ziemniaków, po czym podałeś jej dwie pigułki i patrzyłeś, jak wkłada je sobie do ust, potem podszedłeś do trzęsącego się mężczyzny z wystającym z ciała kawałkiem drewna i siłą wepchnąłeś mu dwie pigułki do gardła, w końcu przykucnąłeś przy skomlącym z bólu psie, pogłaskałeś go po dygoczącym ciele, wsunąłeś biedakowi dwie pigułki pod język i zamknąłeś mu pysk.
[…]
W Yali DD powiedział ci, że został przyjęty na Uniwersytet San Francisco i zastanawia się nad wyjazdem. Jego comiesięczna śpiewka. Często mówił, że chce stąd uciec, uważał, że Sri Lanka to niebezpieczne miejsce dla młodego mężczyzny, w dodatku Tamila, ale wtedy po raz pierwszy wspomniał o ucieczce w jakieś konkretne miejsce. W San Fran możemy być tym, kim naprawdę jesteśmy. A nie tym, kogo musimy udawać. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Jestem, kim jestem. I ty też. Nie musisz uciekać z kraju. Tutaj nigdy nie czuję się wolny. Mogę zostać wtrącony do więzienia praktycznie za nic. I appa nic na to nie poradzi. Jeśli tu zostanę, ożenię się, dołączę do jego firmy i stanę się kimś innym. Jestem tu wyłącznie ze względu na ciebie. Opowiadał o życiu pełnym sztuki, jedzeniu bajgli, całowaniu się na ulicach, tańczeniu w miejscach publicznych bez konieczności ukrywania się, a ty, gdy gwiazdy rzucały blask pomiędzy drzewami, prawie mu uwierzyłeś. Tydzień później przyjąłeś propozycję wyjazdu z Bobem Sudworthem na dwa miesiące do Dżafny. Nie mogłeś jej odrzucić, choć dokładnie tak właśnie DD postąpił z propozycją z Uniwersytetu San Francisco. Odbywaliście wciąż ten sam idiotyczny taniec. DD mówił ci, że dostał ofertę pracy, co robiło na tobie spore wrażenie. Prosił cię, żebyś z nim wy? jechał, lecz ty odmawiałeś, ponieważ tutaj robiłeś coś, czego nikt inny nie potrafił, a tam byłbyś nikim. On groził, że i tak wyjedzie, a ty mówiłeś mu, słusznie, jedź, czego DD ostatecznie nie robił. I to powtarzało się raz po raz, aż w końcu przestało. Twój umysł zalewają fotografie i echa słów DD, który mówi, że kochasz swojego nikona bardziej od niego, na co ty odpowiadasz, że może ma rację.
[…]
Viran dostarczył piękne czarno-białe odbitki przywiązanych do pni pojmanych terrorystów, szczątków helikoptera, którym leciał umiarkowany tamilski polityk, rozerwanego wybuchem kadłuba samolotu linii Air Lanka, lot 5l2 z lotniska Gatwick. To ostatnie zdjęcie zrobiono, zanim jeszcze ciała niemieckich, brytyjskich, francuskich i japońskich turystów zostały usunięte z wraku. Potem następowały zdjęcia z twojego ostatniego zadania dla króla Rajy. To nieprawda, że major nie widział cię od osiemdziesiątego siódmego roku. Wojskowi nie mieli problemów z naginaniem prawdy; robili to bez przerwy, nawet wobec samych siebie. Przed trzema miesiącami Raja we? zwał cię do Pałacu, żebyś sfotografował lidera JVP Rohana Wijeweerę. Gdy przybyłeś na miejsce, ten lankijski, brzydszy odpowiednik Che Guevary uśmiechał się do ciebie i gawędził ze strażnikami. Gdyby nie broda i beret, wyglądałby jak zwykły nauczyciel muzyki. Trzy dni później zostałeś wezwany ponownie, żeby sfotografować jego okaleczone zwłoki. Na ścianach wiszą zdjęcia z odciętych końcówek negatywów, o których istnieniu Król nie miał pojęcia. Ojciec Jerome Balthazar, anglikański ksiądz i obrońca praw człowieka z Mannaru, związany, zakneblowany i zabity, choć władze utrzymywały, że uciekł łodzią do Indii. D.B. Pillai, dziennikarz Radia Cejlon, zastrzelony w areszcie za to, że w swoich cotygodniowych audycjach podawał dokładną liczbę ofiar wojny domowej. Jego ciało porzucono na plaży. Płonący samochód pełen młodych Tamilów, zdjęcie wykonane z myślą o prywatnym archiwum majora Udugampoli, ale ty włączyłeś je do swojej kolekcji. Wszystkie te fotografie, o czym zawsze marzyłeś, wiszą teraz na ścianach galerii Wendta. Twój plan zakładał, że organizacją wystawy będziesz kierował z zagranicy, tymczasem wszystko udało ci się przeprowadzić zza grobu. Brawo.
[…]
Niemal wszystkie zdjęcia, które zrobiłeś dla CNTR, wiszą teraz oprawione na ścianach galerii, a ciebie ogarnia zdenerwowanie, choć wiesz, że to słuszna decyzja. Są tam fotografie przedstawiające barbarzyństwo Indii na północy wyspy w osiemdziesiątym dziewiątym, okrucieństwo Tamilów na wschodzie w osiemdziesiątym siódmym i bestialstwo Syngalezów na południu w osiemdziesiątym trzecim. Nawet najbardziej groteskowe obrazy – a jest ich niemało – mają w sobie coś, co nie pozwala odwrócić od nich wzroku. Viran majstrował przy ekspozycji, a także samodzielnie je przycinał i nie masz na co się skarżyć, nawet gdybyś mógł. Umiejętności tego chłopaka przeniosły twoje trywialne naciskanie migawki na poziom, o jakim nie śniłeś. Zostały zdjęcia z ostatniej wywołanej rolki filmu i ku twojemu przerażeniu chłopcy też wkładają je do ramek. Te fotki nie miały trafić na twoją wystawę. Były przeznaczone wyłącznie do prywatnego użytku. Viran to wie, ale w tym cały kłopot z artystami: słyszą tylko to, co chcą. Kiedy DD podnosi leżące na wierzchu odbitki, przeczuwasz, co zaraz nastąpi. Rozglądasz się za innymi duchami, które mogłyby ci pomóc zapobiec nadchodzącej katastrofie. Ale te, które przyplątały się tu z teatru, poświęcają ci tyle uwagi, co młodzież starcom. Kiedy DD przegląda zdjęcia, możesz jedynie przygotować się na wybuch. Na tych ostatnich fotografiach znajdują się mężczyźni, niektórzy ubrani, inni bez koszul, kilku zaś nie ma na sobie zupełnie nic. Gdyby był tutaj duch Lionela Wendta, zajrzałby DD przez ramię i skinąłby z aprobatą głową. Kilku z nich znałeś z imienia, reszcie nadałeś własne przydomki. Lorda Byrona z Kotaheny, z długimi włosami i tłustą cerą, poderwałeś, gdy brandzlował się w autobusie i pstryknąłeś go bez koszuli w toalecie publicznej. Boya George’a z parku Viharamahadevi sfotografowałeś pod drzewem, nosił makijaż i nucił Amaradevę, gdy robiłeś mu dobrze. DD dyszy ciężko, ponieważ zna ten wyraz twarzy, jaki widać u chłopców ze zdjęć. Szeroko rozwarte oczy, ospały, postkoitalny [w luźnym tłum. zblazowany, bez jaj - przyp. aut.] zjazd. Sam rzadko pozwalał ci się takim zobaczyć. Abraham Lincoln, przy torach kolejowych, próbował cię uderzyć i odebrać ci aparat. Barman z hotelu Leo, zdjęcie zrobione o świcie, w wynajętym na godzinę pokoju na siódmym piętrze. DD rozpoznaje dwóch spośród modeli, mimo że twarze mają zasłonięte jedynym rekwizytem, jaki nosiłeś ze sobą w torbie razem z kondomami, kartami do gry, rolką filmu i czerwoną bandaną, a mianowicie małą maską diabła. Ostatnie dwie fotografie, które trafiły do kolekcji Waleta Kier, to je? dyne dwie fotografie znanych ci z imienia mężczyzn. Na pierwszym Viran z zakładu Fuji Kodak leży na twoim łóżku w Galle Face Court. Zrobiłeś je w tym tygodniu, kiedy DD przebywał ze Stanleyem w Genewie. Maska diabła spoczywa między nogami chłopaka. Na drugim Jonny Gilhooley siedzi bez koszuli w jacuzzi i prezentuje swoje chińskie tatuaże. Maska diabła zakrywa mu oczy.
[…]
To sześć zdjęć, nad którymi zastanawiał się Clarantha. Perły twojej ko? lekcji. Wszystkie wykonane w ogniu walki, kiedy dziwne kąty trzeba było rekompensować większą ostrością. Dwa z nich pokazują twarze z zamieszek z osiemdziesiątego trzeciego, na dwóch znajdują się zabici przez policję. Ostatnie dwa zdjęcia przedstawiają mężczyzn, którzy bez żadnego zrozumiałego powodu spotykają się ze sobą w chacie w Vanni. Obiektyw przenika przez wściekły tłum, by uchwycić znudzony wyraz twarzy ministra. Rozprasza delikatnie światło wokół pozbawionych życia sylwetek księdza i dziennikarza. Zdaje się wić między drzewami i prześlizgiwać przez kraty w oknie, aby pokazać leżące na stole dokumenty. Rezultaty może nie są ładne, ale nie kłamią. Nie są to twoje najlepsze prace, stary – stwierdza cockney [z ang. mieszkaniec przedmieścia, najczęściej robotniczego używającego swoistej gwary – przyp. aut.] w czerwonym. Hm, niezbyt to interesujące – mamrocze monsieur w niebieskim. Zauważasz więcej duchów napływających z klatki schodowej, niektóre korzystają nawet z głównego wejścia. Herr [z niem. Pan – przyp. aut.] fotograf – odzywa się Fräulein [z nie. panienka – przyp. aut.] w żółtej koszuli. To za te zdjęcia cię zabili? Spoglądasz na swój aparat. Nikon jest pęknięty, gdzieniegdzie wgnieciony, utytłany w błocie i krwi. Przystawiasz go do prawego oka i usiłujesz sobie przypomnieć.
[…]
My zabijamy potwory. Nikt z nas nie chce śmierci niewinnych ludzi. Jesteśmy jednak gotowi poświęcić kilka istnień, żeby ocalić tysiące. Na tym polega wojna.
[…]
To miejsce, w którym umarłem. Kiedy już mnie zabili, nie pamiętałem nic oprócz bólu. A potem usiadłem na tym właśnie drzewie. Ile spędziłem tu księżyców? Nie mam pojęcia. Czułem jedynie ból wywołany dręczeniem przez szkołę, przez społeczeństwo, przez prawo i przez mój własny kraj. Ból wynikający ze świadomości, że zawsze jest jakaś potężniejsza siła. I że ta siła zawsze jest zwrócona przeciwko mnie. Oddział duchów mruczy potakująco i wiatr porusza gałęziami. Na wojnach wysyła się pionki po to, żeby zabijały inne pionki. Ale na tej wojnie pionki będą mogły zbić gońca, wieżę i króla. Za kilka godzin major Raja spotyka się z ministrem Cyrilem. Obecny będzie też Maska. To idealna okazja. Żadnych przypadkowych ofiar. Same gnidy. Choć raz! – wykrzykujesz, a upiory odwracają w twoją stronę głowy. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia do naszego planu, to może iść się jebać. Z powodu takich wrażliwców jak Maali Almeida ta wojna będzie się ciągnąć w nieskończoność. Nic nie trwa wiecznie. W tym jednym Budda miał rację – zwracasz się do Martwego Dziecka Żołnierza, ale malec cię nie słucha. Nie potrzeba nam tchórzy i kawiorowych socjalistów. Mamy Martwe Tygrysy, które potrafią szeptać do uszu żywym. Mamy Męczenników JVP, którzy potrafią przemawiać w ludzkich snach. Mamy Martwych Inżynierów, którzy potrafią kierować elektrycznością. Szofer-malli dostał swoją kurtkę. A jutro jej użyje. Myślisz o martwych jeziorach przepełnionych zwłokami, o komisariatach, w których bogaci przetrzymują biednych, o pałacach, w których posłuszni rozkazom torturują odmawiających ich wykonania. Myślisz o zrozpaczonych kochankach, opuszczonych przyjaciołach i nieobecnych rodzicach. O niedotrzymanych traktatach pokojowych i o fotografiach, obejrzanych i zapomnianych, niezależnie od tego, na jakich ścianach je powieszono. I o tym, że świat będzie trwał dalej już bez ciebie i zapomni, że w ogóle po nim chodziłeś. Myślisz o matce, starcu i psie, o rzeczach, które zrobiłeś dla swoich najbliższych, i o tych, których nie zdołałeś zrobić. Myślisz o przyczynach zła i o szlachetnych ludziach. I o tym, że szanse na za? kończenie przemocy poprzez stosowanie przemocy są jak jeden do zera, jeden do nada, jeden do nic.
[…]
Nagle drzewa nieruchomieją i wiatr ustaje. Między twoje uszy wpełza głos, a nos wypełnia ci fetor gnijących dusz. Wszechświat zdaje się oddychać przez ciebie, lecz najwyraźniej zapomniał dziś umyć zęby.
[…]
Tablica przy windzie informuje, że na tym piętrze mieści się Księgowość, a także Finanse, Archiwum i Kadry. Budynki takie jak te znajdują się na całej wyspie, choć większość skupia się w stolicy. Budynki, które przynoszą straty, lecz księgują zyski. To właśnie w takich miejscach muszą przydzielać budżety dla oprawców, tworzyć plany emerytalne dla porywaczy i zatwierdzać kredyty mieszkaniowe dla zabójców. Przypominasz sobie, co mawiał kiedyś twój dada, i była to je? dyna rzecz, która nie wprawiała cię w zażenowanie, choć nie jest jasne, dlaczego dzielił się tym akurat z dziesięciolatkiem. „Wiesz, Malin, dlaczego walka dobra ze złem ma tak jednostronny przebieg? – pytał. Ponieważ zło jest lepiej zorganizowane, lepiej wyposażone i lepiej opłacane. To nie potworów, yaka czy demonów powinniśmy się lękać, lecz zorganizowanych grup złoczyńców, którym wydaje się, że wykonują szlachetną i słuszną pracę. To przed nimi powinniśmy drżeć ze strachu”.
[…]
Winę za wydarzenia, które doprowadziły do śmierci dwudziestu trzech osób na czwartym i trzecim piętrze Wydziału Administracyjnego Ministerstwa Sprawiedliwości, przypisano później pechowi oraz złym urokom, za które częściową odpowiedzialność wziął Człowiek Wrona. W rzeczywistości było to dzieło armii umarłych Seny Pathirany, który zabawił się w tym celu wiatrem i zmiennymi kolejami losu. Ty sam natomiast, w swój ostatni księżyc, przyłożyłeś rękę do uratowania przynajmniej jednego ludzkiego żywota. Ludzie wierzą, że sami są źródłem swoich myśli i mają własną wolę. To jednak tylko kolejne placebo, które łykamy po urodzeniu. Nasze myśli to szepty, które pochodzą zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Można je kontrolować w takim samym stopniu jak wiatr. Szepty wieją bez przerwy przez połacie naszego umysłu, a my ulegamy im częściej, niż nam się zdaje. Duchy są niewidoczne dla tych, którzy wciąż potrafią oddychać, niewidoczne jak poczucie winy, grawitacja, elektryczność lub myśli. Tysiące niewidocznych rąk kierują życiem każdego z nas. A my nazywamy tę siłę Bogiem albo karmą, albo łutem szczęścia, albo innymi niezbyt trafnymi określeniami.
[…]
Wysyłamy pionki, żeby zabijali królów. Ale na miejsce złych królów przychodzą jeszcze gorsi i kolejne pionki wysyłane są na śmierć. Zwracasz się do każdej obecnej w gabinecie istoty. Szofer-malli poci się i trzęsie. Stara się nie zwracać uwagi na otaczające go głosy i kilogramy przewodów, które ciążą jego zdrowej nodze. Recytuje słowa, które usłyszał od Kugarajaha i których nauczył się na pamięć, gdy karmił wiewiórki. Wszyscy bojownicy wroga są współwinni. Wszyscy zasługują na śmierć. To nie są żadni bojownicy, malli. Chłopcy tacy jak ty ciągle wysadzają się w powietrze i czy to coś zmienia? Czy warto poświęcić własne życie nawet po to, żeby zgładzić te szumowiny? A życie tej kobiety? Albo tam? tych ludzi na dole?
[…]
Płyniesz w stronę horyzontu, mijasz tamilskiego robotnika z plantacji kłócącego się z kanadyjskim szlachcicem, a potem holenderskiego nauczyciela pogrążonego w rozmowie z arabskim marynarzem. Podobne twarze, identyczne uszy. A więc to już? To jest Światło? Miejsce, do którego demony nie mają wstępu? Pozwalasz obmywać się falom i zanurzasz się w wodzie. Nie musisz wstrzymywać oddechu, ale też nie ma nic, co trzymałoby cię na powierzchni. Opadasz na samo dno i oto jest. To coś, co umykało ci przez wszystkie księżyce. Ostatnia rzecz, którą zrobiłeś, ostatnia, którą zrobiono tobie, a której nie chciałeś sobie przypomnieć. Prawda, której unikałeś, odpowiedź, której obawiałeś się najbardziej. Wdychasz czystą wodę, ocierasz błoto z obiektywu aparatu i przypominasz sobie ostatnie tchnienie, które wydałeś jako Malinda Almeida Kabalana.
[…]
Kiedy twoje ciało uderzyło o asfalt, nie wydało żadnego dźwięku, a przy? najmniej takiego, który przebiłby się przez zgiełk miasta i gwar dochodzący znad krańca ziemi. Poczułeś, jak twoja osoba rozpada się na „ty” i „ja”, a potem na wielu „was”, którymi byłeś wcześniej, i niezliczone „ja”, którymi znowu będziesz. Obudziłeś się w ciągnącej się bez końca poczekalni. Rozejrzałeś się wokół i przynajmniej ten jeden raz miałeś pewność, że to tylko sen, dlatego postanowiłeś go przespać. Wszystko w końcu mija, zwłaszcza sny. Obudziłeś się z odpowiedziami na pytania, które wszyscy sobie zadają. Pierwsza odpowiedź brzmi „tak”, a druga „tak samo jak tutaj, tylko gorzej”. To cała wiedza, jaką otrzymałeś, uznałeś więc, że możesz wrócić do spania.
[…]
Ujrzałeś twarz DD i dostrzegłeś, jak bardzo różni się od twarzy jego ojca. Zobaczyłeś, jak DD ląduje w samolocie w jakimś słonecznym miejscu, wyobraziłeś sobie, jak oczyszcza skażone studnie i jak się uśmiecha. Wyobraziłeś sobie, że podobnie jak ty poświęca swoje życie jakiejś beznadziejnej sprawie, i ogarnęła cię radość. Każdy bowiem powinien znaleźć sobie jakąś beznadziejną sprawę, dla której mógłby żyć, bo inaczej, po co w ogóle się męczyć? Bo po tym, jak już zobaczyłeś własną twarz i rozpoznałeś kolor swoich oczu, kiedy już poczułeś smak powietrza i zapach ziemi, kiedy już piłeś z najczystszych źródeł i najbrudniejszych studni, to najmilsza rzecz, jaką możesz powiedzieć o życiu: to nie jest wcale takie nic.
[…]
Woda wcale nie szczypie cię w oczy. Przeciwnie – przynosi im ukojenie, niczym okład z ciepłego ręcznika nasączonego wyciągiem z trawy cytry? nowej z dodatkiem cynamonu, jakie serwuje się gościom w hotelach na południu, w których bywałeś z zamożnymi mężczyznami. Woda nie jest niebieska ani zielona, ani błękitno-zielona, lecz biała. Biała taką samą bielą, jaka powstaje z połączenia wszystkich barw w widmie optycznym. Tak przynajmniej wyczytałeś kiedyś w książce dla dzieci. Ale gdy poszedłeś na zajęcia plastyczne i wymieszałeś wszystkie kolory, jakie tylko wpadły ci w ręce, wyszedł ci czarny. Woda wiruje i wciąga cię w głębiny, płyniesz z prądem obok stad węgorzy, ławic ryb i skał pokrytych algami. Głazy układają się pod wodą w dziwne kształty, odsłaniają szczeliny, z których wydobywa się światło. Krople deszczu przeszywają powierzchnię nad twoją głową i opadają drobnymi bąbelkami na samo dno. Nurkujesz głębiej i docierasz do wylotu groty osłoniętej przez spienioną wodę i poszarpane skały. Ściany, strop i podłoga mają barwę jajecznicy, a od bijącego z wnętrza światła otwierasz szerzej oczy. Poruszasz się naprzód, ponieważ to jedyny możliwy kierunek. Ściany po bokach, bulgoczący strumień pod stopami i światło na wprost. Ściany i strop stają się lustrami, światło odbija się od ich załamań, przeskakuje z jednego na drugie. A jeśli zwolnisz kroku i przechylisz głowę pod odpowiednim kątem, ujrzysz w nich swoje odbicie. Twoje oczy z zielonych stają się niebieskie, a potem brązowe. Za to uszy pozostają niezmienne.
[…]
Budzisz się w obecności jedynego prawdziwego Boga. Rozpoznajesz go, ale zapomniałeś, jak ma na imię. Nie budzisz się i nie wiesz o tym, że śpisz. Najcudowniejsze w zapomnieniu jest to, że nie masz o nim pojęcia. Budzisz się w kanale rodnym swojej matki i płyniesz w kierunku światła, a gdy już do niego docierasz, wrzeszczysz rozczarowany. Budzisz się nagi obok DD i nie możesz sobie przypomnieć, jaki jest dzień. Żadne z powyższych. Stoisz za białym biurkiem, choć twoje stopy nie odczuwają ciężaru spoczywającego na nich ciała ani duszy. Na blacie przed tobą znajduje się telefon z okrągłą tarczą i wielka księga. Masz na sobie białą szatę, z szyi zwisa ci znak om, przed tobą zaś kłębi się chmara ludzi i wszyscy coś krzyczą, lecz ty ich nie słyszysz. Zakrywasz uszy i mrugasz, a zgiełk uderza w ciebie niczym niespodziewany podmuch wiatru. Tłum zasypuje cię pytaniami, na które nie znasz odpowiedzi.
[…]
Karma wyrównuje się w trakcie naszych kolejnych wcieleń. Jeśli niewłaściwe dusze weszły do Światła, są odsyłane w jakieś Lepsze Miejsce. „Lepsze Miejsce” to eufemizm, którym księga posługuje się dość często. Mojżesz radzi ci nie wdawać się w spory teologiczne z osobami religijnymi, których po śmierci jest zaskakująco mało. Mówisz więc zabitej inżynierce, że jeśli chce, może dalej narzekać albo wejdzie do Światła. Rezultat będzie jednak taki sam. Tak to już działa. Otrzymujesz oszałamiającą fortunę na długo po tym, jak już zapomniałaś o dawnym nieszczęściu. I vice versa. Musisz jedynie uzbroić się w cierpliwość.
[…]
Po śmierci ojca DD [w wyniku zamachu bombowego – przyp. aut.] szykuje się do wyjazdu do Hongkongu. Na pogrzebie zjawia się w towarzystwie białego chłopca w okularach, a ty, widząc to, zastanawiasz się nad sprawami, które nie są tego warte. O dziwo jednak odczuwasz coś w rodzaju dumy. Jeśli trafiłeś na ziemię tylko po to, żeby pomóc temu chłopakowi wyjść z szafy, to znaczy, że twoje życie nie poszło całkiem na marne. Lucky Almeida przyłącza się do Frontu Matek i prowadzi kampanię w imieniu kobiet, których dzieci zaginęły. Odwiedzasz ją w snach i powtarzasz jej, że wszystko jest w porządku, że o nic jej nie obwiniasz i że jest ci przykro z powodu tego wszystkiego. Jaki wprowadza się do prezenterki telewizyjnej Radiki Fernando, z którą uprawia cudowny seks, i już nigdy więcej cię nie wzywa. Lanka tymczasem się rozpada. Wojna toczy się dalej, a ludzie pocieszają się, że obecnie nie jest tak źle jak poprzednio, choć pod wieloma względami jest znacznie gorzej. Rząd zaprzecza, że wybuch, w którym zginęły dwadzieścia trzy osoby, nastąpił w budynku rządowym. Minister, który odniósł w wyniku zamachu obrażenia, twierdzi, że budynek należy do przedsiębiorstwa Asian Fisheries, a on brał tam udział w spotkaniu dotyczącym eksportu morskiego. Dziękuje lekarzowi, wszystkim swoim sympatykom i osobistemu astrologowi.
[…]
Po zamachu bombowym wiszą na ścianach galerii Lionela Wendta przez kilka tygodni, ale nie możesz się przemóc, żeby tam pójść. Trzymasz się z dala od miejsc, w których prawdopodobieństwo, że wpadniesz na Senę lub Mahakali, jest dość wysokie. Wprawdzie doktor Ranee zapewnia cię, że odkąd nosisz białe szaty, żaden demon nie może cię tknąć, ale nie czujesz się w pełni uspokojony. Kiedy w końcu się tam wybierasz, bez większego zdziwienia odkrywasz, że galeria jest pusta. Twoje fotografie przyciągnęły kolejne duchy, za to niewielu ludzi. Może dlatego, że trwa pora monsunowa i jest duszno jak w piekle, a może ludzie mają po prostu lepsze rzeczy do roboty niż ogląda? nie czarno-białych zdjęć martwych ciał. Upiory, prety i poltergeisty przychodzą, żeby z tobą porozmawiać, ale ty masz już dość gadania o fotografiach. Szóstego dnia po otwarciu wystawy przychodzi Kugarajah i zdejmuje ze ścian zdjęcia z osiemdziesiątego trzeciego roku, zdjęcia ofiar mordów Indyjskiego Korpusu Pokojowego i dziesięć fotografii zabitych tamilskich wieśniaków. Swoim wtargnięciem zakłóca spokój Martwych Turystów, którzy wpatrywali się jak urzeczeni w fotkę pangolina o zmierzchu.
[…]
Jonny Gilhooley przychodzi z Bobem Sudworthem. Kręcą głowami i nie mówią za wiele. Jonny zdejmuje ze ściany dwie fotografie ze spotkania majora, pułkownika i Sudwortha. Zabiera również kilka aktów, które wbrew twoim instrukcjom Clarantha zawiesił po wyjściu DD. Byron, Hudson i Boy George. Kolejna kradzież, która nawet nie zakłóciła strażnikowi drzemki. Przychodzą też twoi znajomi z prasy i zaczynają dzielić się opowieściami. Jeyaraj z „Observera” mówi, że byłeś głupcem, a Athas z „The Times” uważa cię za geniusza. Na nic bliższego mowie pogrzebowej nie masz już co liczyć. Jonny podchodzi do siedzącej przy drzwiach Jaki i szepcze jej coś na ucho. Unosisz się na tyle blisko, by móc ich podsłuchać. Czym prędzej stąd wyjdź, skarbie. Zaraz puszczą tę galerię z dymem.
[…]
W takim razie pozwól mi spotkać się ze Stwórcą. Przedstawię mu swoją prośbę. Nie wierzę w żadnych Stwórców. Nie bądź śmieszny. Nawet świnie w rzeźni wierzą w Stwórcę. Nie wierzę, by ktokolwiek nad czymkolwiek czuwał. Lampart prycha i liże sobie łapę. Dlaczego Stwórca miałby nad tobą czuwać? Czy samo stworzenie cię nie wystarczy? Nieczęsto zdarza się, żeby kot zabił ci klina. Ten drapieżnik z dżungli zdaje się mieć duszę potężniejszą niż większość byłych homo sapiens, którzy gościli przy twoim okienku. Chyba każde stworzenie uważa siebie za centrum wszechświata. Ja nie. Bo nie jesteśmy centrum wszechświata, tylko mikrokosmosem – mówi lampart. Kolonia mrówek zawiera w sobie cały wszechświat. Ale nie jest jego centrum. Używasz wielkich słów do opisu małych rzeczy – stwierdzasz, a lampart rumieni się jak kociak. Spędziłem wiele czasu na obserwowaniu owadów. Rzeczywiście, mawiają, że owady panują nad tą planetą w większym stopniu niż ludzie. Przerzucasz stronę w swojej księdze i widzisz następujące słowa: Nie daj się wciągnąć w rozmowy, na które nie masz ochoty. Owady są bez wątpienia obdarzone geniuszem. Istnieją tysiące ich gatunków na ziemi i w wodzie o wiele inteligentniejszych od ludzi. Posłuchaj, mam dziś dużo roboty. Ale żaden z nich jak dotąd nie wynalazł żarówki.
[…]
A co ci się nie podoba w byciu lampartem? Przecież jesteś tu królem dżungli. Tylko że dżungla ciągle się kurczy. Mówisz jak chłopak, którego kiedyś znałem. Próbowałem raz przeżyć bez zabijania. Wytrzymałem miesiąc. Cóż począć? Jestem dziką bestią. Tylko ludzi stać na prawdziwe współczucie. Tylko ludzie mogą żyć bez stosowania przemocy. A czy większość roślinożerców nie jest z natury łagodna? Króliki nie mają wyboru. A ludzie tak. Chciałbym zaznać tej możliwości. Nie ma za bardzo czego. Wszyscy wokół starają się tylko uniknąć pożarcia przez innych. Muszę się wyrwać z tego zaklętego łańcucha pokarmowego. Byłeś już... na Badaniu Uszu? Oczywiście. Wierz mi, nie ma bardziej okrutnego zwierzęcia niż człowiek. Co do tego nie mam wątpliwości. Ale zazwyczaj zło da się wyplenić od środka. Kiedy staniesz się człowiekiem, nie będziesz pamiętał, że kiedykolwiek byłeś lampartem.
[…]
Większość sapiens jest sobą bardzo rozczarowana. Uważaj więc, czego... Tak, tak. Już to słyszałem. Ale potraficie stworzyć światło za pomocą paru drutów i pstryczka. Zaryzykuję więc. Nie jestem pewien, czy będziesz miał jakiś wybór. Och, tego jednego jestem akurat pewien. Wszyscy mamy wybór. Jeśli nie możesz sprowadzić mnie z powrotem w postaci człowieka, przywróć mnie do życia w ciele lamparta, ale z inteligencją królowej pszczół, duszą płetwala błękitnego i przeciwstawnymi kciukami dzikiej małpy, bo przeciwstawne kciuki są niezbędne przy wkręcaniu żarówek.
[…]
Spotkałem istoty stworzone z cienia, które żyją w lustrach i obserwują was, jak się w nich przeglądacie. To mi dopiero rozrywka. Spotkałem orlicę pacyfistkę, która odmawiała łowienia myszy i pozwoliła, żeby jej pisklęta przymierały głodem. Większość znanych mi bezwzględnych morderców twierdzi, że nienawidzi zabijania. Zwykle to po prostu kolejna ściema. Przyglądałem się waszemu rodzajowi. Zarówno jako zwierzę, jak i duch. Nie rozumiem, dlaczego ludzie niszczą, skoro mogą tworzyć. Co za marnotrawstwo.
[…]
I w tym momencie, kiedy księżyc świeci jasno na niebie, uświadamiasz sobie, że nie zostało ci już nic do opowiedzenia i nie został nikt, kto by cię słuchał. Stwierdzasz to jako zwykły fakt i nie czujesz się tym ani przygnębiony, ani uradowany. No więc skaczesz. Skacząc zaś, jesteś pewien trzech rzeczy. Po pierwsze, że blask Światła zmusi cię do szerszego otwarcia oczu. Po drugie, że wybierzesz to samo naczynie co poprzednio, lecz jego zawartość przeniesie cię w zupełnie inne miejsce. I po trzecie, że gdy się już w nim znajdziesz, zapomnisz wszystko, co tu się wydarzyło.
Shenan Karunatilaka, Siedem księżyców Maalego Almeidy
Obyczajowo-mistyczna powieść Shenana Karunatilaka – lankijskiego pisarza, całkiem nie tak dawno uhonorowanego Nagrodą Bookera przenosi akcję tej nietypowej czy może raczej surrealistycznej opowieści raz, że tuż poza granice Półwyspu Indyjskiego, czyli na sąsiadującą od południa wyspę Cejlon, a zatem do Sri Lanki, w tym przede wszystkim do stołecznego w niej Kolombo, dwa, że i w mitologiczne zaświaty do plejady wałęsających się tu i ówdzie duchów-ofiar okrutnego reżimu wojskowego, jaki przetoczył się przez tamilsko-syngaleskie państwo w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Malinda Albert Kabalana, młody i utalentowany fotoreporter przede wszystkim drastycznych scen z szerzącej się w Sri Lance wojnie domowej, w niewyjaśnionych okolicznościach ginie z rąk prorządowych, a zwłaszcza syngaleskich „Szwadronów Śmierci”. Dopiero w zaświatach dowiaduje się o prawdziwych przyczynach swego odejścia w innym wymiar nierzeczywistości. Chcąc nie chcąc podejmuje się „szeptanej” wojny z oprawcami co mają aż za dobrze wśród żywych, pozbawiając ich wkrótce tego „wygodnego” życia z kolei w okrutnej dla ogółu ciemiężonych doczesności. Kolejna opowieść o nieuchwytnych granicach pomiędzy dobrem, a złem; proza z gatunku tych, które pokazują jak może tylko człowiek w swej głupocie być temu drugiemu człowiekowi wilkiem.