10.02.2024

„Szarość najwidoczniej może jeszcze zszarzeć.”
„Kiedy diabeł się starzeje, robi się pobożny.”
„Człowiek, który nie potrafi wybaczyć, gorzknieje.”
„Nie da się zmienić drogi, można najwyżej pójść drugą stroną.”
[...]
SPRZĄTACZ PATRZY NA ZEGAREK. Od wyłożenia kawałeczków mięsa do pojawienia się pierwszego orła, samicy, upływa czterdzieści jeden sekund. Nigdy nie wiadomo dokładnie, skąd przyleci. Mogła siedzieć na którymś z pobliskich drzew. Albo też szybować na wysokości paru tysięcy metrów. Z takim wzrokiem, dwieście razy ostrzejszym niż u człowieka, potrafi dostrzec zdobycz z odległości wielu kilometrów. Tymczasem on, dobrze schowany około pięćdziesięciu metrów od przynęty, obserwuje jej posiłek przez lornetkę. Padlina na siedem liter. Ścierwo. Czułość, jaką mężczyzna żywi dla tych ptaków, nie jest – o ile wie – miłością ojcowską. A jednak nie potrafi postrzegać ich inaczej jak swoje dzieci. Myśli o nich przed zaśnięciem. I zaraz po przebudzeniu. Podczas wszelkich niezbędnych czynności, jak rąbanie drew, gotowanie albo palenie pod kuchnią, ciągle o nich myśli. Czy dobrały się w pary? Czy młode przeżyją? Czy znajdą dość pożywienia? Czy przetrwają zimę? Owszem. Przy jego pomocy i odpowiedniej obfitości karczowników przeżyją. Przeciera oczy pięścią. Słońce stoi teraz wyżej i grzeje go w plecy. Pewnie ostatni raz tej jesieni. Nieważne. On ma swój dom w miejscu na ziemi zapomnianym przez ludzi. No, dom to może przesada. To raczej sklecona z desek buda, która stała pusta od czasu, jak ostatni robotnicy leśni zniknęli na początku lat sześćdziesiątych i cały obszar został zaklasyfikowany jako rezerwat. Obszar jest trudno dostępny, to pierwotny las o nieregularnej strukturze, z jeziorkami, mokradłami i skałami. Nie prowadzi tu również żadna prawdziwa droga. Poza ścieżkami, po których poruszają się zwierzęta, został jedynie ledwo widoczny ślad po starej przesiece, którą teraz odzyskuje przyroda. Można się tam dostać tylko piechotą albo quadem, ale też trzeba wiedzieć, jak trafić. Od najbliższej szosy jest przeszło dziesięć kilometrów. Mężczyzna porusza się w promieniu maksymalnie kilku kilometrów od chaty. Z początku oznaczał kierunki gałązkami, żeby nie zabłądzić. Teraz ma potok, w którym łowi ryby, wiatrołomy, z których bierze drewno, i odpowiednie polanki, gdzie czatuje na ptaki i drobną zwierzynę. Chata jest jego azylem. Z jedynym udogodnieniem w postaci generatora prądotwórczego, z którego korzysta do ładowania swojej komórki. Tutaj jest nikim. Człowiekiem bez imienia, bez przeszłości i przyszłości. Po prostu jest. Żyje z dnia na dzień. Chodzi wcześnie spać. Budzi się o świcie. Robi, co musi, i nie zastanawia się, czy to słuszne, czy nie. Na ścianach chaty są wyryte daty. I nazwiska. Wiadomości dla przyszłych pokoleń od innych samotnych mężczyzn. Olof Persson 1881. Lars Persson 1890. Sven-Erik Eskola 1910. I tak dalej. Jednak samotność to rzecz względna. Mogą mijać całe miesiące, gdy mężczyzna mówi tylko do siebie, ptaków, drzew czy nawet kamieni. A mimo to czuje się mniej samotny niż kiedykolwiek przedtem. Jakby dogoniło go dzieciństwo. Jest z każdym dniem coraz bliżej tego chłopca szukającego schronienia w lesie. Znieruchomiały, uczy się świata, obserwując wiosną toki cietrzewi. Albo lisicę troszczącą się o swoje coraz większe szczenięta, ruchy mrówek w mrowisku albo drogę kornika drążącego świerk.
[...]
Chłopiec ma ojca. Rosłego drania o ramionach, które sięgają wszędzie. Chłopiec ma matkę. Nikt się z nią nie liczy. Chłopiec ma brata. Leć, mówi brat, kiedy ojciec wraca do domu i chłopiec wtedy biegnie do lasu. Łapie padalca. Gdy ten gubi ogon, łapie go jeszcze raz. Wyciąga nóż z pochwy, odcina łeb od tułowia i robi się cisza. To on jest ciszą. Chłopiec kładzie jaszczurkę na kamieniu. Opiera się o pień świerka i wyciera ostrze noża o nogawkę. Przesuwa nim po paznokciu. Wzdłuż ostrza jest wolność. Tej wolności nikt mu nie odbierze.
[...]
Pierwsze kilometry pokonuje, idąc do kryjówki, w której trzyma quada. Ze względów bezpieczeństwa. Gdyby wbrew przypuszczeniom ktoś znalazł pojazd, nie da się go przypisać ani do niego, ani do chaty. Idąc, ciągle wypatruje orłów. W tej stronie jest jedno gniazdo, ale nie widać żadnego ptaka. Szkoda. Byłoby fajnie. Nie żeby się denerwował, ale jednak. Orzeł bielik to znak. Dobry. Dotarłszy do maszyny, strąca z niej gałązki i igły, do pudła z przodu wrzuca plecak i jedzie na miejsce spotkania. Ziemia trzyma, wszystko przebiega zgodnie z planem. Mając dziesięciominutowy zapas, mężczyzna najpierw czeka w ukryciu, zanim podjedzie do szlabanu i zawróci quada. Samochód już tam stoi. Z dostawą przyjeżdża zawsze ten sam człowiek. Dla sprzątacza jest po prostu dostawcą. Tamten jego zna jako sprzątacza. Poza tym nic o sobie nie wiedzą. Zamieniają ze sobą tylko kilka słów. Od kogo przyjmujesz rozkazy? – pyta. Odpowiedź go uspokaja. Im krótszy łańcuch, tym mniej ogniw. Tym razem prosił tylko o kilka artykułów pierwszej potrzeby. Spożywczych i o butelkę whisky. I jak zwykle o gazety. Pakuje je do pudła i wraca do samochodu. Dostawca wyciąga ciało z tylnego siedzenia. Kobieta, to niezwykłe. Ręce związane z tyłu, na głowie kaptur. Wydawane dźwięki bez słów każą sądzić, że ma zaklejone usta. Bardzo dobrze. Przynajmniej go nie zagada na śmierć. Możesz z nią zrobić, co chcesz – mówi dostawca – masz wolną rękę. Co chce, dopóki robi swoje.
[...]
Twoja mama nie chciała mieć nic wspólnego z rodziną Niedermannów – mówi babcia. To dość zrozumiałe. Dlaczego? – pyta Svala, ale nie dostaje odpowiedzi. Dawne dzieje, nie ma o czym mówić – stwierdza babcia, kończąc rozmowę. Zamiast tego przesuwa palcem po liniach na dłoni Svali. Będziesz miała długie życie – mówi. Co najmniej trójkę dzieci. W którymś momencie nastąpi przerwa. A potem wszystko będzie dobrze. Co najmniej trójka dzieci. Miałaby sprowadzić na ten świat kolejne Jaskółki? 1 Gdyby to od niej zależało, to jednak nie. A co do tej przerwy… Svala ma wrażenie, że przerwa już jest. Jesień się rozpłomieniła. Svala chciałaby namalować płomienie. Okiem można rozróżnić dziesięć milionów odcieni. Chciałaby ułożyć je jako maźnięcia pędzlem wokół liścia. Nie wie, jak nazywają się te typki na przednim siedzeniu. Jednak domyśla się, kto za tym wszystkim stoi: Plastpeder. Jej nieklawy ojczym. Chociaż od roku z nimi nie mieszka, przyczaja się jak wygłodzony szczupak w sitowiu. Zwłaszcza ostatnio, odkąd Mamamarta zaginęła.
[...]
Ciągle ta gazeta. „Millennium”. Dama ponad innymi damami. Która ciągle wygrywa z rodziną, przyjaciółmi i partnerkami. Teraz, po jej śmierci, musi zapytać sam siebie, czy było warto? Tak. Bez wahania. „Millennium” jest powietrzem, którym oddycha. Krwią, która płynie w jego żyłach. Przecież nie wszyscy mogą być idealnymi mężami i ojcami rodzin. Ktoś, między innymi on, musi opowiadać tym idealnym mężom i ojcom rodzin, jak się rzeczy mają poza wygracowanymi ścieżkami do ich willi. I właśnie dlatego to takie niepojęte, że już jest po wszystkim. Zło, niesprawiedliwości, całe to gówno, a jakoś nikt nie ma siły się tym przejmować. Ludzie wracają do domu po dniu spędzonym w biurze, nalewają sobie szklaneczkę whisky, sprawdzają maile, jedzą kolację, grają w padla i idą spać. W takiej cholernej bańce żyje większość znanych mu osób. Zestresowani życiem, przejmują się tylko swoimi najbliższymi, jeśli w ogóle. Służenie sprawiedliwości to przeżytek.
[...]
ESEMES PRZYCHODZI RANKIEM. O 15.30, cmentarz. Przyjdź. Bo inaczej. Inaczej – co? Svala nie wie. Zaczęło się zaraz po zniknięciu Mamamarty. Svala otwiera drzwi i do środka wciska się paru typów. Od jakiegoś roku na uniform wkładają skórzaną kamizelkę z logo Svavelsjo MC na plecach. Latem rozjeżdżają się na amerykańskich motorach, ale teraz jest zima. Na ulicy stoi dodge ram, pomrukując na jałowym biegu. Nie rozumiesz, jaki to zaszczyt być w Svavelsjo. To jest klub z klasą. Zupełnie niezależny od klubów HD 4. Mają własny wyścig, a motory są dla nich wszystkim. I jeszcze pracują jako organizatorzy zajęć rekreacyjnych, dopowiada Svala. Dokładnie, mówi Plastpeder. Zwyczajni przyzwoici robociarze. Svala nazywa znajomków Plastpedera kolejnymi literami alfabetu. Nie ich prawdziwymi imionami, ale raczej chronologicznie, w takim porządku, w jakim się pojawili w jej życiu. Z dokładnością sekretarki zapisuje ich w zeszycie. Te dwa egzemplarze siedzące z przodu to znajomi o literach E i F. Zeszyt liczy sobie co najmniej siedem lat, ale z czasem podlegał zmianom. Z początku notowała w nim takie rzeczy jak „Byłam z E we Frasses” albo „F jest miły, kiedy jesteśmy sami”. Teraz ogranicza się do liter i znaków szczególnych. Na przykład F ma fioletowe znamię na lewej skroni. E nie ma owłosienia i jest okropnie gruby.
[...]
Sukcesywnie wyłączają się u niej wszystkie zmysły; węch, słuch, czucie i ta część wzroku, która patrzy na zewnątrz. Serce bije wolniej, tętno słabnie do minimum. Gdyby ktoś pytał, powiedziałaby, że to logiczne. Zamiast rozpraszać się równomiernie na zmysły i organy ciała, energia koncentruje się w jednym jedynym miejscu: zdolności oka do spojrzenia wewnątrz. Pytający zapewne zakwestionowałby jej teorię, odrzucając ją jako fantazję, jednak pozostaje fakt: to działa. Wzrok do wewnątrz nie potrzebuje kluczy. Żadnych dowodów empirycznych ani zespołów naukowych. Niezależny od wszystkiego, co przyziemne, kierowany jest jedynie przez gospodarza tego oka. W tym przypadku Svalę. Następuje kliknięcie w drzwiach kasy pancernej. Svala siedzi przez chwilę i nasłuchuje. W domu wciąż panuje cisza. Jeśli ktoś przyjdzie, no to przyjdzie. W końcu jest tylko trzynastolatką na włamaniowym objeździe. Najgorsze, co by się mogło zdarzyć, to to, że mogliby ją gdzieś wysłać. Co być może nie byłoby takie złe. Minuta i już otworzyła drzwi kasy. Która jest pusta.
[...]
Tamten się zbliża. Trzaskają gałązki. Sapanie w kark. Jej płuca też walczą o oddech. Dziewczynka maca na ziemi. Gałązka i kamień. To twoja ostatnia szansa, zajączku. Potem zginiesz. F zwalnia. Nasłuchuje. Dziewczynka czeka. F robi kilka kroków. Znów nasłuchuje. Zaraz. Zaraz. Dziewczynka decyduje się na gałąź. Kamień kładzie przy stopie. Podnosi się powoli, chwyta gałąź w obie ręce. Jest ciężka. Cięższa niż myślała. Giń, draniu! – krzyczy Svala. Giń. Wali go raz, drugi, potem wypuszcza gałąź. A jeśli nie zginął? Zając rzuca się do ucieczki. Księżyc unosi się nad czubkami drzew. W oddali majaczy sylwetka Bjorkberget. Kieruje się w stronę góry, biegnie, przewraca się, zrywa. Gałęzie świerków plączą się wokół nóg. Niedługo powinna być ścieżka. Biegnij, zajączku, jeśli chcesz przeżyć. A chce? Dziewczynka biegnie. Mchy przechodzą w mokradła. Chlupie jej pod butami. Wpada. W bezdennych mokradłach mieszkają duchy. Skrzypy, skalnice, siano, woskownice. Woda sięga już kolan. Svala opada z sił. Chwyta się młodej brzózki i dzięki niej wydostaje się z wciągającego bagna. Przeskakuje ostatni rów i wychodzi na ścieżkę. Chowa się za pniem sosny. Pozwala sobie przez kilka sekund nabrać tchu. Nasłuchuje kroków, ale w lesie panuje cisza. Krople deszczu padają na liście i zarośla. Księżyc wędruje po nieboskłonie.
[...]
Rzeczywiście, rozmawiamy o wiatrakach. Nie mamy nic przeciwko nim. W każdym razie w umiarkowanej liczbie. Jednak ludzi nie powinno się zmuszać, żeby oddali swoją ziemię. Prawda, Marianne? Ale jeśli wszyscy odmówią – odpowiada Svala – to co będzie? Jednak energia wiatrowa jest chyba lepsza od jądrowej, prawda? Ależ tak – zgadza się Marianne – tylko że las jest wielki. A oni budują w takim miejscu, żeby najwięcej na tym zarobić, a nie tam, gdzie byłoby najlepiej. Zostałam w tym domu dla panującej tu ciszy, no i dla lasu. Oni i tak będą budować, nie zważając na moje zdanie, ale o mojej ziemi decyduję tylko ja. Koniec i kropka. To pewne jak amen w pacierzu – stwierdza Anna Maja. Dziewczynka może zabrać się ze mną, jeśli chce.
[...]
Tuż przed Gasskas Salo zwalnia przed renami na drodze. Na parkingu kawałek dalej zebrała się grupa ludzi w kamizelkach odblaskowych. Missing People – mówi Mikael. Czego oni szukają? Kto wie, pewnie jakiegoś naćpanego dzieciaka, który się zgubił w lesie. Aż tyle jest tutaj dragów? To jakby pytać, czy zbieracze jagód srają w lesie! Jak dotąd uniknęliśmy przynajmniej strzelanin gangów. Co to jest, żeby policja nie potrafiła wyłapać tych kilku brodaczy i ich odesłać do kraju talibów. Czy ty nie mieszasz przypadkiem dwóch różnych spraw? – odzywa się Mikael. A nie, nie mieszam i tylko mi nie mów, że ci, co biegają z nabitą bronią, to szwedzkie dzieciaki. Większość z nich urodziła się już w Szwecji – próbuje przekonywać Mikael, ale Salo mu przerywa. To jak jakaś cholerna epidemia – mówi. A policja tylko sterczy, błazny jedne, nic nie rozumieją. Kurde, tych ludzi trzeba po prostu pozamykać, a klucz wyrzucić.
[...]
To nie przypadek, że dom jest położony właśnie tutaj. Szukał, a właściwie szukali długo idealnego miejsca, idealnej góry. Branco wyobraża sobie, że Hitler pewnie myślał tak samo, stojąc na Obersalzbergu, gdzie snuł plany swoich orlich gniazd. Widok miał być niczym niezasłonięty. A podłoże odpowiednie dla budowy bunkrów i podziemnych dróg ucieczki. Bunkier. Niemal trzy tysiące metrów kwadratowych, podzielonych na cztery hale połączone tunelami, schodami i pewną liczbę bocznych pomieszczeń, oraz ziemia nad nim są jego własnością od kilku lat. Dom mieszkalny, wtopiony pomysłowo w górzysty krajobraz i dla postronnych równie niewidoczny jak bunkier, powstał później. The Branco Group jest obecnie tak nieskazitelna, jak sugeruje nazwa. On ma za sobą kilka pieskich lat. Zgromadził niezły kapitał, który wkrótce się rozmnoży jak te łososie wędrujące w górę rzeki, w dodatku zupełnie zgodnie z prawem. Chociaż… czasem trudno oprzeć się pokusie śmiesznie łatwego zarobku.
[...]
W odróżnieniu od twierdzy Boden [obecnie zabytek; zbudowana w latach 1900-1916 na obszarze gór otaczających Boden. Składa się z 5 górskich fortów, 3 mniejszych fortyfikacji, pojedynczych baterii artyleryjskich oraz 40 bunkrów – przyp. aut.], położonej nieco dalej na północny wschód, te skalne pomieszczenia pozostają miejscem nieznanym. Żaden wszędobylski kustosz muzealny nie tknął tutejszych wrót, żeby wpuścić zwiedzających. Nawet Urząd Zasobów Państwowych nie zadbał o ten zabytek. To zapomniane miejsce. Wykreślone ze sfery zainteresowania wojska i na początku lat pięćdziesiątych sprzedane rolnikowi jako część dóbr leśnych, dwóch tysięcy stu hektarów, którymi ten zarządzał do śmierci. Obecny właściciel tej nieruchomości, Marcus Branco, siedzi teraz na dokładnej kopii wózka inwalidzkiego Stephena Hawkinga i czuje się życzliwie usposobiony do życia. I to do tego stopnia, że mógłby zafundować sobie jakąś nagrodę. Ciągnie go w podbrzuszu. Sporo dni minęło, odkąd musiała odejść ta ostatnia. No, może niezupełnie odejść. Teraz pewnie chodzi jeszcze gorzej niż on.
[...]
Gminy są otwarte na zagraniczne spółki, które stoją w kolejce, żeby kupić działkę w zamian za nieograniczony dostęp do energii, chociaż niektóre z nich należałoby pewnie wpuszczać przez piwnicę. Albo wcale. W tym właśnie miejscu Marcus Branco cyzeluje swoje argumenty. Przecież The Branco Group jest w gruncie rzeczy spółką zajmującą się bezpieczeństwem. Niewielu ludzi dysponuje taką wiedzą na temat brudów państw i ich obywateli jak Branco i jego rycerze. On sam stałby jako swego rodzaju zielony Święty Piotr u bramy perłowej. Niektórzy po prostu przez nią nie przejdą. Rzecz jasna, są pewne problemy. Choćby oporni właściciele gospodarstw i konkurencja, ale nie jest to coś, czego nie dałoby się rozwiązać za pomocą kapitału. Branco pomyślał o prawie wszystkim i jest zadowolony, a nawet jeszcze bardziej. Są jeszcze inne części planu, którymi na razie nie chce się dzielić nawet z rycerzami. Myśli uwierają jak wszy. Nie może się ich pozbyć. Nawiązują do czegoś, co tkwi w nim bardzo głęboko, a dotyka części jego życia, nad którą nie panuje, ale którą można streścić jednym słowem: zadośćuczynienie.
[...]
Kiedy byłem dzieckiem – mówi Salo – nie mieliśmy w domu ani centralnego ogrzewania, ani bieżącej wody. I wciąż nam brakowało drew do palenia w piecu. Lasu wprawdzie było dość, ale ze starego był leniwy drań. Był brygadzistą drużyny drwali, jednak dla własnej rodziny nie potrafił załatwić drewna. W tygodniu pracował poza domem. A od piątku do niedzieli chodził pijany. Zaopiekujcie się matką, mówił za każdym razem, gdy wyjeżdżał do pracy. Poza tym nie mówił nic szczególnego ani złego, ani dobrego. Staraliśmy się z bratem, jak mogliśmy. Ścinaliśmy nieduże brzózki ręczną piłą i siekierą. Zbieraliśmy patyki, kiedy nie było śniegu i żebraliśmy o odpadki z tartaku. I tak starczało tego ledwo na część jesieni. Czasem włączało się prąd. Matka nastawiała wtedy grzejnik na maksa, ale najczęściej marzliśmy. Latem, kiedy miałem skończyć dziesięć, a brat dziewięć lat, staremu trafiła się sterta drewna, które zrzucili nam na podwórko. Sam podłapał wtedy robotę dalej na północy, w Ligga i miał wrócić dopiero, jak na dobre zrobi się jesień. A więc trzeba było ociosać to drewno i podzielić na półmetrowe kawałki. Sąsiad pomógł nam przy ociosywaniu i potem obiecał pomóc przy rozłupywaniu, nawet przyniósł ze sobą łuparkę, ale się rozchorował. Przez dużą część lata cięliśmy drewno i układaliśmy w obórce. Żeby było szybciej, zdjęliśmy drążek sterowy i już prawie kończyliśmy, kiedy ostrze trafiło na sęk i wciągnęło mi dłoń. Dzięki temu, że brat rzucił się na wyłącznik bezpieczeństwa, nie straciłem całej. Zatrzymał mi krwawienie własną koszulą, a palce włożył do torebki z lodem. Potem pojechaliśmy rowerem do naszej lecznicy, a następnie już karetką do Boden. Tam udało im się przyszyć dwa palce, ale tak się jakoś stało, że opieka społeczna dowiedziała się o sytuacji w naszym lasku. Matkę zawieźli do psychiatryka. Brat i ja trafiliśmy do różnych rodzin zastępczych. Wtedy widziałem go po raz ostatni.
[...]
Za parę godzin ma się spotkać z trzecim udziałowcem planowanej farmy wiatrowej. To globalna firma mająca szwedzkiego właściciela, niejakiego Marcusa Branco, o którym Salo nie wie zbyt wiele. Oczywiście zaznajomił się z sytuacją ekonomiczną firmy, przejrzał dane dotyczące działalności, a jej referencje omówił z prawniczką gminy Katariną da Silva, ale kontakty odbywały się do tej pory przez przedstawicieli. Na świecie jest wielu Marcusów Branco, ale żaden tu nie pasuje, stwierdza Henry Salo po próbie wygooglowania dyrektora firmy. Z otrzymanej przez nich firmowej prezentacji wynika, że to człowiek trzymający się w cieniu, odnoszący sukcesy w wielu branżach, między innymi w nieruchomościach i bezpieczeństwie. Typ, który nie pojawia się na żadnych zdjęciach i nie uprawia marketingu w mediach społecznościowych, co samo w sobie nie jest niezwykłe. Dość dziwne wydaje się to, że nie mógł znaleźć o nim żadnych informacji osobistych.
[...]
Salo jest sam jak mucha pływająca w zupie. Powstanie i upadek burmistrza. Nie sprawi pismakowi tej radochy. Salo jest człowiekiem czynu. Pominąwszy pecha, jakiego miał w loterii genetycznej, co zresztą dotyczy większości ludzi, szło mu naprawdę świetnie i zamierza to kontynuować. Do gminy wpadają z rozgłosem miliardowe projekty. A on dowozi je do portu, sterując pewną ręką. Czasem wbrew niechętnej postawie polityków, którzy prędzej czy później stają jednak po jego stronie. If you’re not in, you’re out. Zawieranie kompromisów to alfa i omega polityki. Hala do gry w padla zamiast krytej ujeżdżalni, kolejne sztuczne lodowisko w miejsce domu kultury, osiemnaście dołków golfowych na polu z zabytkami z epoki brązu w zamian za halę targową. I to jest nic w porównaniu z tym, co za rogiem. A przynajmniej, jeśli Salo postawi na swoim. Plany związane z kopalnią to jeszcze sprawa przyszłości. Czas mu sprzyja, a potrzeba go na to, żeby opinia publiczna przeszła na jego stronę. Rosnąca inflacja, wzrost odsetek od kredytów i galopujące ceny mieszkań to nie jest raczej polityczna viagra, ale im bardziej ludzie boją się o swoje miejsca pracy, tym bliżej do realizacji jego wspaniałych planów. Kopalnia to miejsca pracy. Przynajmniej na papierze. A nie jego wina, że na końcu jest to najczęściej importowana siła robocza. Jeśli związki nie będą potrafiły dostosować swoich oczekiwań płacowych do rzeczywistości, to w całym przemyśle językiem oficjalnym stanie się angielski ze wschodnioeuropejskim akcentem. To już nie jego problem. Problem związany z kopalnią stanowi to, o co zawsze chodzi tu na północy: renifery i ekofaszyści.
[...]
Lisbeth nie potrafi wnieść niczego do poweekendowych rozmów ani z Cariną, ani z pozostałymi nerdami [osoba przesadnie interesująca się naukami ścisłymi, zwłaszcza informatyką oraz grami komputerowymi – przyp. aut.]. Jest samotniczką i dobrze jej z tym. Według pracowników firmy sama jest sobie winna. Już jej nie proponują, żeby dołączyła do Władcy Pierścieni na żywo albo przyszła na spotkanie fanów techniki w Hiltonie. Lisbeth odmawia, ale nie dlatego, że chce być nieuprzejma. Rozkodowanie czynnika ludzkiego to nie to samo co zhakowanie danych. Do tego trzeba czegoś jeszcze. Może umiejętności czytania między wierszami. Relacje z innymi ludźmi – z nielicznymi wyjątkami – kosztują za dużo energii. Większość tych, którzy cokolwiek dają, oczekuje czegoś w zamian. Wszystkie dni wyglądają u niej podobnie. Pracuje, a kiedy nie pracuje, to ćwiczy albo śpi. Nie ma partnera. Żadnych dzieci. Zwierząt. Nawet roślin. A więc nie sili się na nic. Nie udziela niepotrzebnych informacji o sobie, poza tym, że pracuje i ćwiczy. Chodzisz wciąż na ten box-kicking? – pyta Carina uprzejmie, a więc Lisbeth musi odpowiedzieć równie uprzejmie: To się nazywa kick-boxing. Ale już jej się nie chce dodawać, że obecnie ćwiczy karate, a wszystko przez tego cholernego Paolo Roberta. Wprawdzie nie obchodzi jej, z kim facet sypia, ale żeby najpierw zostać bohaterem w aferze handlu ludźmi, a potem latać na kurwy, to jak dla niej trochę za dużo.
[...]
Zafrapowało ją brakujące ogniwo w hipotezie Goldbacha [Christian, pruski matematyk – przyp. aut.]. Jego założenie, że każda liczba parzysta większa od dwóch stanowi sumę dwóch liczb pierwszych, być może jest prawdziwe, bo nikomu nie udało się udowodnić, że tak nie jest. Ale może również być fałszywe. Wtedy odpowiedź powinna się znajdować w przypuszczalnie nieskończonym ciągu liczb pierwszych, a nie w kapryśnej psychice jednego człowieka. Dlatego Lisbeth szuka jakiegoś wzoru. Spędza noce, czasem również dnie z liczbami, które dają jej poczucie bezpieczeństwa. Nie po to, by dojść do jakiejś antytezy i koniecznie mieć rację. Nie – znaczenie ma sama możliwość, że Goldbach mógł się mylić. I gdyby ta możliwość wbrew przypuszczeniom się ziściła, to jest absolutnie czysta. Wolna od ludzkiego uważania i subiektywizmu. Prawda to bezpieczny ciąg liczb, które ustawiają się kolejno w szeregu aż do momentu, gdy jedna wypada. To wina tego cholernego psychoterapeuty, myśli sobie Lisbeth. Kurta Agrena, którego szybko przechrzciła na Ingego Agrena.
[...]
Obecnie Inge Agren uważa, że Lisbeth powinna odważyć się wyjść ze swojej strefy komfortu, jak to określa. Chociaż na tym etapie już wie o dość licznych niekomfortowych strefach, w jakich Lisbeth się znajdowała i wciąż znajduje. Właśnie dlatego – przekonuje ją. Świat nie jest tak zły, jak ci się wydaje. Świat jest gorszy, niż potrafisz to sobie wyobrazić, Inge Agrenie. W końcu dalej już się nie dało. Coś w jej środku musiało opuścić swoje miejsce. Zostać wykreślone i zastąpione przez nowe myśli.
[...]
Lisbeth też wypija kilka łyków piwa. Cholerne tętno. Cholerny ból głowy, który nie chce ustąpić. I cholerny Niedermann, który powinien był umrzeć bezdzietnie. Skąd miała wiedzieć? Zresztą nawet gdyby wiedziała, czy robiłoby to jakąś różnicę? Sprawa była prosta – albo on, albo ona. To on ją ścigał, nie odwrotnie. No, może z wyjątkiem ostatniego razu. To wciąż jej ulubiona scena. Ta jego furia, a potem puste spojrzenie i mamrotanie po niemiecku. Odgłos nadjeżdżających motocykli. Ona, wracająca swoją czerwoną hondą w stronę miasta w poczuciu wolności. Wniosek: ze wszystkich złych rzeczy, które wyrządziła innym, śmierć Niedermanna należy do najlepszych. Lisbeth niczego nie żałuje. Nawet biorąc pod uwagę osierocone dziecko.
[...]
Marta Hirak ma wiele powodów do wyrzutów sumienia, jeśli chodzi o córkę. Po pierwsze taki, że się w ogóle urodziła. Gdyby wrócić do spotkania plemnika z komórką jajową, to podstawowy błąd leży po stronie dawcy spermy, ale również po jej. Trzeba niezwykłego zuchwalstwa, żeby zadawać się z Ronaldem Niedermannem. Ale, ale… Była młoda, chciała odejść z domu, no i stało się, jak się stało. Duchowe blizny jakoś otorbiła. A cielesne pokrywała systematycznie nowymi tatuażami. Na szczęście córka nie jest podobna do niego. I jeszcze: na szczęście on umarł. Wszystkie późniejsze problemy to już drobiazgi. Poza córką. Svala Inga-Marta Niedermann Hirak nie domaga się ani jedzenia, ani ubrania, za to jej umysł domaga się stałej pożywki. W wykształconej rodzinie, czy choćby nieco lepszej, już byłaby uznana za dziecko genialne. Przeskakiwałaby kolejne klasy, trafiłaby między podobnych sobie i byłaby zachęcana przez oddanych nauczycieli, tak się jednak złożyło, że urodziła się w zupełnie innych warunkach i musi zadowolić się tym, co się jej trafiło. Marta nie jest nieświadoma uzdolnień córki, tylko nie wie, co z tym zrobić. Dość ma własnych problemów.
[...]
Svala jest inna. Peder chciał się dostać do jej mózgu, już, kiedy była mała. Wykorzystywał do własnych celów, a mimo to umknęło mu najważniejsze. Bo Svala jest kimś więcej niż tylko pamięcią do liczb i kostki Rubika. Ona jest, myśli Marta, oświecona, chociaż właściwie to szuka innego słowa. Po wyprowadzce Pedera Marta stara się narobić sobie długów, które spłaca różnymi przysługami. To może idiotyczny plan, jednak krok po kroku przybliża się w ten sposób do wewnętrznego kręgu. Tego, dla którego pracują zarówno gówniany przegryw Peder, jak i Svavelsjo. Jego awans od dilera do organizatora, jak sam siebie nazywa, to nie jest żaden szczebelek w górę, chociaż on pewnie tak myśli. Zaopatruje w dragi płotki takie jak on sam, chociaż wierzy, że w swoich rękach ma cały region, ale to tylko zasłona. A za zasłoną jest zupełnie inny świat, tyle wie Marta. Bycie lokalsem ma swoje zalety, bo zna się ludzi zarówno na szczycie, jak i na dole.
[...]
Jeśli plan ma się udać, musi wypalić wszystko po kolei, tyle że tkwi w tym jedna niewiadoma, a nawet kilka. Świnia Peder należy do łatwej części. Niby nie jest głupi, ale ma taką skłonność, żeby poślizgnąć się i wylądować na dupie nawet wtedy, gdy droga została wysypana piaskiem. Psycholog wytłumaczyłby to niską samooceną. Głęboko zakorzenioną nienawiścią do samego siebie rekompensowaną przez wybujałe mniemanie o sobie. Taka hybryda. Spędziła z nim co najmniej dziesięć lat. W gruncie rzeczy chodzi tu o dług. Jednak nie dług w pieniądzach, ale moralny. To Peder Sandberg pomógł jej odejść od ojca dziewczynki. Gdyby nie Peder i paru innych, byłaby dziś martwa. Przez wszystkie lata jej to wypominał, zmuszając do okazywania wdzięczności. [...] Najpierw pojawiają się tylko pojedyncze płatki śniegu, które giną na asfalcie. Jednak nagle zaczyna wiać i śnieg zaczyna walić z nieba. Marta przystaje pod latarnią, zadziera głowę i otwiera usta. Pojawia się poczucie szczęścia, kilka sekund radości. Więcej nie trzeba.
[...]
Powinna spać, ale nie potrafi. Poczucie zawodu przykleiło się jak guma do żucia do obcasa, chociaż właściwie nie było takiego powodu. Że laska nie miała ochoty iść do łóżka? Nie, nie chodzi o seks. Raczej o… najbrzydsze słowo ze wszystkich: o samotność. Samotność jest azylem, kiedy sama ją wybierze, to znaczy przez co najmniej trzysta sześćdziesiąt dni w roku. Ta sama samotność nabiera innej barwy, kiedy Lisbeth opuszcza ów azyl, żeby poczuć jakąś wspólnotę. Jak dziś wieczorem. Akurat łatwo się rozmawiało. Mogłaby powiedzieć cokolwiek. Gadać o sobie albo wcale, wszystko jedno. Lisbeth rozbiera się, odsuwa fotel i liczy do pięćdziesięciu. Już przy trzydziestej ósmej pompce kończą jej się siły. Trzydzieści dziewięć, czterdzieści, czterdzieści jeden. Nie, nie da się. Ramiona słabną. Musi dać radę, jeszcze dwie, cztery, osiem, dwanaście i bum, nos uderza o dywan. Lisbeth leży jeszcze chwilę. Nabiera tchu i czeka, żeby wchłonął się kwas mlekowy. Dzieciak. Mogłaby się wymeldować z hotelu i wrócić pierwszym samolotem. Dzieciak. Może się z nią spotkać przy kawie i czymś słodkim, wytłumaczyć, dlaczego jest nieodpowiednią osobą, żeby u niej mieszkała. Lista powodów byłaby długa. Lisbeth nie umie gotować, prawie nie posiada przyjaciół, ma za to pewne ustalone porządki i czynności, których nie może zmienić, ciągle pracuje, nienawidzi ludzi, nigdy nie sprząta, a na dodatek właściwie zabiła ojca dziewczynki. Dzieciak.
[...]
Między życiem dziewczynki a jej życiem są podobieństwa. Matka, która nie umie wyznaczać granic. Ojciec bydlę. Ojczym podejrzany o przestępstwo, ale uniewinniony. Niewiele koleżanek i kolegów. Samotniczka, która się bije, jeśli musi. Odnotowany incydent, gdy koleżance złamała nos (na co ta prawdopodobnie zasłużyła). Niemobbingowana, ale niebędąca częścią społeczności szkolnej. Ale nie wydaje się, żeby była do niczego, myśli Lisbeth. Mimo nieobecności ma bardzo dobre stopnie ze wszystkiego oprócz matmy. Nie wiadomo o jakichkolwiek problemach z dragami. Utrzymuje porządek w swoim pokoju. Utrzymuje porządek w swoim pokoju. Co za pierdoły. To tak jakby uniewinnić gwałciciela, bo ofiara nosiła stringi. Cholerne urzędasy, zawsze to samo. Żadnego kontaktu ze swoim biologicznym ojcem. Ciesz się z tego, dziewczynko. Cierpi na wrodzoną niewrażliwość na ból. Dziedziczną neuropatię autonomiczną typu V. Defekt genetyczny, który sprawia, że nie odczuwa bólu, ciepła i zimna, co zwiększa ryzyko uszkodzenia ciała. Lisbeth zatrzymuje się w tym miejscu. Niewrażliwość na ból. Niedermann musiał mieć to samo. To, dlatego ta góra mięsa ledwo reagowała na przemoc, która dla kogoś innego byłaby paraliżująca. Ciosy nożem, strzały, uderzenia i kopniaki. Nic go nie ruszało. Lisbeth czyta zdanie ponownie, podczas gdy życie przesuwa się przed jej oczami. A w każdym razie jego części. Wniosek: w tym dziecku nie ma nic takiego, co byłoby nie w porządku. Nie w porządku za to jest Lisbeth.
[...]
Moczenie, wykręcanie i szorowanie to od zawsze robota Svali. Tak samo jak odkurzanie, zmywanie naczyń i pranie, wynoszenie śmieci, mycie lodówki, czyszczenie piecyka, jak też sprzątanie po Mamamarcie i świni Plastpederze. Dostaje za to parę koron tygodniowo, ale robiłaby to i tak. Nienawidzi ich bałaganu. Nienawidzi ich razem. Razem są ludzikami, jakich Botticelli przedstawił w piekle Dantego. Svala rysuje ich ukradkiem. Węże oplatają i wnikają w ich ciała nagie i obrzydliwe, zaróżowione jak u świni i pijane. Potem nachodzą ją wyrzuty sumienia, więc gniecie rysunek. To nie jest wina Mamamarty, która kocha swoją córkę, bo chyba kocha? Lisbeth szoruje, a Svala odkurza. Nie tyle dlatego, że mieszkanie było zakurzone, ile po to, by zagrzebać się w odgłosie. Nie miała zamiaru płakać z powodu śmierci babci. Zwłaszcza przy innych. Wszyscy muszą kiedyś umrzeć, a babcia była stara, miała co najmniej sześćdziesiąt lat.
[...]
Nawet nie musi odwracać głowy, żeby zeskanować najbliższe otoczenie, a spostrzeżenia gromadzi w mózgowym pliku z informacjami dotyczącymi przetrwania. W ten sam sposób skanuje ludzi. Zwraca uwagę na osobowość, cechy szczególne, wygląd, głos i sposób bycia. Nic jej nie umknie. Svala nie stanowi wyjątku. Dziewczynka się boi. Być może jednocześnie boi się i smuci. Przypuszczalnie opłakuje zarówno babcię, jak i mamę, jednocześnie ma nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Idiotyzmy życia już dawno nauczyły ją, jaka jest definicja siły i słabości. Silny człowiek to ktoś, kto nigdy nie okazuje uczuć. Mniej więcej tak jak Lisbeth, która się do tego przyznaje. Człowiek słaby to ten, kto pokazuje, że jest podatny na zranienie. Jednak świadomość własnych braków to jedno, a mieć trzynaście lat i poddać się swojemu dziedzictwu to drugie.
[...]
JAK ROZMAWIAĆ Z NASTOLATKĄ, zastanawia się Lisbeth, odcinając sobie jeszcze kawałek pizzy. Jedyną nastolatką, do której mogłaby się odwołać, jest ona sama, co nie wydaje się zbyt przydatne. Lisbeth Salander, lat trzynaście. Kim była? Aż do pojawienia się w jej życiu Ingego Agrena wyrzucała wspomnienia na wysypisko mózgu. Problem w tym, że wspomnienia nigdy nie murszeją. W każdej chwili potrafią ożyć i rozchodzić się w postaci zanieczyszczeń. Jak teraz. Na tyle, na ile poznała Svalę, głównie na podstawie raportów opieki społecznej, dostrzega podobieństwa między sobą a nią. Nie powierzchowne, jak wygląd czy głos. Nie, te podobieństwa sięgają głębiej. To tak jak z kamieniami, które są identycznie kształtowane przez warunki geograficzne. Powinna dotrzeć jakoś do dziewczynki. Zbudować zaufanie, inaczej Svala nigdy nic jej nie opowie. Ani o matce, ani o tych facetach w samochodzie. Są tylko dwie możliwości. Drugą jest grożenie.
[...]
Przez szkło w suficie przestrzeń nieba jawi się jak szaroczarna masa bez spadających meteorytów czy mrugających gwiazd.
[...]
Wbrew temu, co ludzie myślą, do Mikołaja pisze więcej dorosłych niż dzieci. To smutne opowieści o biedzie i rozwodach, nieuleczalnych chorobach i samotności. Ostatnią nadzieję widzą w Mikołaju. A on odpowiada jak potrafi. Że problemy się rozwiążą, byle nie tracić nadziei, a na koniec wszystko będzie dobrze. Więcej nic nie może zrobić. Listy od tej dziewczynki są inne. Bo to nie są listy, tylko wiersze. Te wiersze potrafią doprowadzać go i do śmiechu, i do płaczu. Przede wszystkim jej język, literacki, właściwy raczej historii literatury. Aż tak doskonały, co akurat on potrafi ocenić jako domorosły poeta amator. Gdyby tylko mógł odpowiedzieć na listy. A ona podpisuje je jedynie Svala H. Nie podając adresu. Właśnie dlatego pozwolił sobie na trochę zbyt wiele. Sfotografował te wiersze i wykorzystał jako własne pod pseudonimem Svala H. Z początku były to pojedyncze słowa czy zdania, z czasem całe wiersze. Nawet – i teraz tak się wstydzi, że na tę myśl robi przerwę i idzie do toalety – przetłumaczył je na fiński i wysłał do wydawnictwa, które je przyjęło. Tylko tygodnie dzielą go od ukazania się zbiorku w księgarniach. Cholera, ale się spocił pod tym kostiumem. Broda swędzi, a okulary uciskają skronie. Jest fejkiem. Idiotą, który ukradł i przywłaszczył sobie teksty dziewczynki.
[...]
Widziałyście zorzę polarną? – pyta Lisbeth, żeby przełamać ciszę. Oczywiście, ale ty pewnie nie wiesz, jak ona powstaje – odpowiada Svala tonem, w którym słychać sarkazm. Nie wiem, za to ty na pewno wiesz. Tak, uważam na lekcjach fizyki. Aurora borealis powstaje wtedy, gdy cząstki naładowane, głównie elektrony, osiągają dużą prędkość w niektórych miejscach magnetosfery, a następnie zderzają się z molekułami i atomami w atmosferze. Te z kolei otrzymują energię od elektronów. Od elektronów na spidzie – mówi Lisbeth. Byle dureń mógłby to wygooglować. Svala patrzy na nią i kręci głową. Można by sądzić, że w tym samochodzie to ja jestem dorosła, ale okej, posłużmy się twoją metaforą: kiedy spid już opuści ciało, powstaje foton, jeśli pamiętasz, co to jest. Japońskie łóżko. Foton, nie futon. Mam mówić dalej czy nie? Foton to najmniejsza ilość energii, która może być przekazywana przez promieniowanie magnetyczne, a powstaje, gdy na przykład jeden atom przechodzi z wyższego do niższego stanu energii. W odniesieniu do twojego świata przypominałoby to mrugające światła dyskotekowe. Błękit zorzy jest niezwykle rzadki, więc mam nadzieję, że wczoraj nie robiłaś nic innego poza wpatrywaniem się w niebo. Svala, mimo że wciąż skwaszona, nie potrafi ukryć swojego podniecenia tym światłem. Ostatnim razem niebieskie światło zorzy było widziane w dwa tysiące dziesiątym roku w Moskosel. To dosyć blisko Gasskas. Skoro już mowa o Gasskas, zastanawiałam się nad sprawą długu twojej mamy. Co wiesz na ten temat? Nic. Te typy pojawiły się po tym, jak zaginęła. Zmusili mnie do zrobienia włamania, ale kiedy otworzyłam kasę pancerną, okazała się pusta.
[...]
W przerwie między degustacją whisky a kolacją ludzie chodzą po sali, zamieniając tu i tam kilka słów, by po chwili pójść dalej. Sieć w sensie sieci pajęczej jest zdecydowanie myląca. Pająk przędzie jej nici według ustalonego wzoru, a nie według tego, co w nią wpadnie. Gdyby chcieć nakreślić linie, po których poruszają się ludzie z Zakonu Kła Tygrysa, to pojawi się wyraźny schemat. Są oczywiście osoby kluczowe, a jedna z nich to Salo. Drugą jest szef spółek gminnych. Linie prowadzące do nich są jak autostrady. Proponuję, żebyśmy ponownie przemyśleli decyzje w sprawie farmy wiatraków – mówi Salo. Fortum już i tak jest aktorem dominującym. Podobnie jak Holendrzy. Osobiście jestem zdania, że najodpowiedniejszy do tego zadania jest nasz trzeci interesariusz, który jest gotowy rozpocząć budowę już w końcu przyszłego roku, podczas gdy tamci planują to najwcześniej za trzy lata. Dla gminy najważniejsze jest zabezpieczenie dostaw elektryczności. Cholera wie, co ten Putin jeszcze wymyśli. Sabotaż Nord Stream, zresztą cokolwiek. Chyba trochę przesadziłeś. Jednak dostawy elektryczności są ważne, zdecydowanie. Na obrzeżach tego towarzystwa ruch nie jest może równie duży, niemniej stabilny. Tu znajduje się na przykład Olofsson i jego kolega Lennart Svensson. Dalej są już osoby będące ponad takim określeniem jak „ważny kontakt”, a więc ruch w ich kierunku jest inny. Na przykład Douglas Ferm. Dyrektor naczelny Paperflow, fabryki celulozy w znakomitej nadmorskiej lokalizacji. Właścicielem jest Swedish Wood.
[...]
Sięga po komórkę i przez parę sekund świeci na podłogę. Tych parę sekund wystarcza jej, żeby zrozumieć, gdzie by się znalazła, gdyby przeszła jeszcze kilka metrów. Prosto w nieokreśloną głębokość dziury w podłodze. Umierać można na wiele sposobów. Przeraża ją nie tyle sama śmierć, a nawet nie ból, tylko czas. Przedłużające się bezsensowne umieranie na skutek pomyłki. Pomyłką jest też pewnie jej obecność tutaj, ale w tym momencie nie ma innej możliwości.
[...]
Sonny. To na pewno on. Męt, bydlę nienawidzące kobiet i morderca, który powinien dostać dożywocie i zostać wyruchany przez innych skazanych, a potem udusić się własnymi odchodami, tymczasem najwyraźniej żyje i ma się dobrze. Mogła to przeciąć. Wybacz, Inge, ale niektórzy ludzie nie zasługują na drugą szansę. To jej wina, że ocalał. A może nie tak było? Za długo czekała i nagle zniknął. Wszystko jedno. Sonny nie jest taką samą kupą gówna jak tamci. Jest jeszcze gorszy. Lisbeth sunie do drzwi, którymi weszła, przystaje koło dziury i patrzy w ciemność. Reszta jakichś schodów do piekła. Dlaczego życie nie może sobie po prostu płynąć. Gdziekolwiek pójdzie, w jakimkolwiek kierunku ruszy, zawsze dopada ją przeszłość. Właśnie dlatego powinnaś tu nadal przychodzić. Nie uporałaś się z tym, co było, ale potrafię ci pomóc.
[...]
Dla tych, którzy nigdy nie byli w Norrbotten, a dotyczy to większości ludzi – Storforsen to najdłuższe nieuregulowane bystrze w Europie. Woda huczy na odcinku pięciu kilometrów przy spadku wynoszącym osiemdziesiąt dwa metry. I chociaż ten rejon jest prawdziwym biegunem zimna, gdzie zimą temperatura sięga minus czterdziestu stopni, to woda tu nigdy nie zamarza. Już w XIX wieku ludzie spławiali drewno zmierzającą w stronę morza rzeką Pite. Aby spławiane drewno się nie zniszczyło, utworzono boczne koryto. Doda fallet, czyli Martwy Wodospad. To piękne miejsce, ze strumykami płynącymi wokół wielkich kamieni i skałek gładkich jak zamsz. Pernilla wyobraziła sobie, że ślub odbędzie się koło Martwego Wodospadu w słoneczny letni dzień wśród storczyków, obuwików i zimoziołów kwitnących w szczelinach skał.
[...]
Salo odwraca głowę w stronę Lukasa. Bardzo stara się go pokochać. Jednak chłopak jest wrażliwy, a wrażliwe dzieci spotykają różne nieszczęścia.
[...]
Sekundy, które upływają, nim goście zorientują się, co się dzieje – jak miałby je opisać? To przejście od zabawy do przerażenia. Od zaprzeczenia – niemożliwe – do prawdy, na którą ludzie reagują różnie. Gdyby jakiś behawiorysta obserwował z kąta wzorce ich zachowań, mógłby napisać dzieło stulecia na temat reakcji ucieczkowych. Jedni krzyczą, inni biegną, popychają się, przewracają. Potykają się o nogi, łamią nadgarstki, depczą ciałka dzieci, byle dostać się do toalet w nadziei, że uda im się pozostać przy życiu. Bach, bach. Parę strzałów od drzwi. Obrana strategia odniosła skutek. Nie chodzi przecież o masowe zabijanie. Varg napawa się ich strachem. To on ma władzę, decydując o życiu i śmierci. Strach wydaje woń, która przebija się przez zapachy perfum i wód po goleniu. Strach sika i sra pod siebie. Rozchodzi się na boki i toruje drogę temu, kto tu zawiaduje. To Varg. Od pierwszego wystrzału w Afganistanie aż do dziś zawiaduje swoim życiem, działaniem i swoją godnością. Nie żałuje ani jednego dnia. Wygląda tylko następnego. Następnego konfliktu, następnego rozkazu, po którym adrenalina pompuje krew jak sterydy.
[...]
Upewniwszy się o tym, sprzątacz zamyka chatę. Słońce dopiero co wzeszło. Mężczyzna bierze wiadro z przykrywką, napełnia je kawałkami mięsa i idzie do karmnika. Im jest bliżej, tym lżej robi mu się na duszy. Las jest przepastny, drzewa grube. Niektóre sosny mają po kilkaset lat. Las został tu przetrzebiony ludzką ręką i potem się sam odrodził. Mchy, nieporwane nigdy przez opony ciężkich ładowarek leśnych, rozpościerają się miękką wykładziną po ścieżkach i pniakach. Zdumiewające połączenie grzybów i alg; zwieszające się z drzew porosty przypominają włosy elfów, ożywiając kamienie i skałki swoimi łagodnymi odcieniami od jasnej zieleni po czerń. W odróżnieniu od większości ludzi, którzy myślą, że drzewa rosną w równych szeregach, sprzątacz ma dość rozumu, by docenić to piękno otaczające go na co dzień. Przystaje przy butwiejącym wiatrołomie i grzebie delikatnie w zmurszałym wnętrzu, w nadziei ujrzenia jakiegoś mieszkańca. Ma szczęście. Gramoli się tam żuk, który przełazi przez jego knykieć, traci równowagę i ląduje na grzbiecie, wymachując odnóżami. Kto pomoże leżącemu na grzbiecie żukowi, otrzyma przebaczenie za grzechy. Sprzątacz idzie dalej w stronę orlego gniazda. W odróżnieniu od większości innych ptaków bieliki budują gniazda wyłącznie na naprawdę starych i grubych sosnach. Patrzącemu z ziemi gniazdo przypomina pleciony ręcznie kosz. Przez całe lata uszczelniane patyczkami, gałązkami, piórami i mchem tworzy bezpieczne miejsce dla wysiadujących samic, a nieco później dla coraz większych młodych. Wokół gniazda panuje cisza. Może już czują zapach mięsa, myśli i kieruje się do karmnika. Już z daleka widzi, że coś się stało. Stawia na ziemi wiadro i biegnie na miejsce. Nie, nie, nie, nie – powtarza głośno. Tylko nie ty, malutki, przecież już wydobrzałeś. Wszystko szło ku lepszemu. Jedno z piskląt, które wykluły się wiosną, leży na ziemi martwe. Sprzątacz opada kolanami na wilgotny mech. Gładzi łebek. Bierze na ręce ptaka i kołysze w ramionach. Musiało się to wydarzyć dopiero co, bo ciałko jest wciąż ciepłe. Nie ma oznak przemocy z zewnątrz ani choroby. Ciemnobrązowe pióra mienią się zielonkawo w łagodnym świetle słońca. Odkłada pisklę na ziemię. Opróżnia wiadro ze śmierdzących kawałków mięsa, potem podnosi martwe pisklę i kieruje się do domu. Tuż pod chatą, w kryjówce utworzonej przez długie gałęzie świerka, układa pisklę pod mchem, porostami i suchymi gałązkami. Na koniec kładzie parę większych kamieni i splata dłonie. Boże, zabierz do siebie moje dziecię. Pozwól mu latać między drzewami raju na wieki wieków. Amen.
[...]
Wiedza o świecie współczesnym. Nudne słowo ze szkoły, przedmiot, którego nie poważa żadne dziecko w klasie, może z wyjątkiem Svali. Ale jeśli mieszkańcy Gasskas nie chcą ani farmy wiatrowej, ani kopalni, czy nie jest nie w porządku, żeby je budować? – pyta swego nauczyciela, Everta Nilssona. Przecież nie można nie zgadzać się na coś dlatego tylko, że zepsuje to komuś widok albo rybacy będą musieli kupować łososia w sklepie, jak wszyscy. Potrzebujemy miejsc pracy, a świat potrzebuje elektryczności. Elektryczności i minerałów. No ale jednak – oponuje Svala – czy nie powinno się wtedy robić referendum? Przecież żyjemy w demokracji. Sam pan mówi, że demokracja polega na tym, że wszyscy mają prawo do własnych poglądów. Demokracja znaczy, że decyduje większość, jednak nie zawsze. W tym przypadku trzeba chyba zaufać ekspertom. Jakim? – pyta Svala, ale nauczyciel nie odpowiada. Wystarczy – mówi. Mamy jeszcze co innego do omówienia. Svala zakłada, że jednym z ekspertów jest czarnowłosy mężczyzna, który pojawia się na prawie wszystkich zdjęciach w toalecie. Wie, kto to jest. To burmistrz Gasskas. Sprawdziła adres. Gaupaudden 7. Henry Salo. Ten, który mignął jej między garniturami i poruszył wspomnienia. A raczej fragmenty jednego wspomnienia, którego nie potrafi uchwycić w całości.
[...]
Chcę się dowiedzieć o wszystkich nieszczęściach rodziny Hiraków, które najwyraźniej zostały zawinione przez Svalę. Nieźle jak na trzynastolatkę. Nie przez nią, ale przez Martę i starego – mówi Per-Henrik. No więc zrobiła, jak mówił. Wyjechała, żeby zostać kimś wyjątkowym, i parę lat później wróciła jako skończona narkomanka, a z nią ojciec Svali, Ronald Niedermann. Poznali się w Sztokholmie. Zjawili się pewnego dnia i chociaż nasi rodzice wciąż żyli, zażądali części gospodarstwa przypadającej na Martę. Potrzebowali pieniędzy. Stary, który zawsze miał słabość do Marty, nie umiał jej odmówić. Zmyśliła historię, że niby założą jakiś biznes, i stary otworzył portfel. Nie taki znowu duży. Na reniferach nie można się wzbogacić, ale coś niecoś odłożył przez lata. Krótko potem wrócili do Sztokholmu. Następnie nie mieliśmy żadnych wiadomości przez parę lat, aż ktoś ją zrzucił tu przed domem, ledwo żywą. Nie miała kawałka ciała bez sińców, złamań albo ran. Zamieszkała tutaj. Wyszła z nałogu i dostała pracę w gminie. Wszystkie te brednie i marzenia o sztuce odłożyła na szczęście na półkę. Wróciła nawet do związku z Henrym i powoli stała się taka jak dawniej. Z tym Henrym…? – odzywa się Mikael. Tak, Salo. Już w dzieciństwie byli nierozłączni. Stary pewnie nie był tym zachwycony, nazywał go cygańskim bachorem, ale on był dosyć w porządku. W każdym razie wtedy. I wszystko by się pewnie ułożyło, gdyby się nie okazało, że jest w ciąży. Zrobili test na ojcostwo i wygrał Niedermann. A potem zaczęło się prawdziwe piekło.
[...]
Idą do pierwszego orlego gniazda. Przodem chłopiec. Sprzątacz nie zna jego imienia. Chłopiec mówił mu nie raz, ale sprzątacz nie pamięta. Nie chce pamiętać. Wystarczy „chłopiec”. Dogadują się. Kładzie mu dłoń na ramieniu. Zaczekaj – szepcze i pokazuje palcem na koronę sosny. Patyczki i gałązki splecione jak koszyk zwisają w rozwidleniu gałęzi. Gniazdo kołysze się na wietrze. Z drzew kapie roztopiony śnieg. Mieszka w nim ktoś? – pyta szeptem Lukas. Nie, teraz nie. Samica zaczyna znosić jaja w marcu. Wysiaduje każde przez trzydzieści osiem dni, po których pisklęta się wykluwają. Gdybym ich nie wspierał karmą, połowa z nich by zginęła. Dlaczego szepczemy? Żeby ich nie wystraszyć. Są w pobliżu. Chodź, to zobaczysz.
[...]
Chłopak śpi. Zasnął. On w tym czasie nalał sobie resztkę whisky i przejrzał „Gaskassen” z ostatniego tygodnia. Uważnie przeczytał nekrologi i fantazjował o nowym życiu. Dobrze mu jest. Lepiej niż większości ludzi. A jednak czas podjąć nowe decyzje. Nikt nie wie, kim jest. Ani Henry, ani nikt inny. Oprócz chłopca. Sprzątacz wchodzi do środka i budzi go. Odcina opaskę uciskową i popycha go w stronę drzwi. Czy dostrzega bose stopy na śniegu? Nie. Ramiona, które pokrywają się gęsią skórką na zimnie? Czy słyszy jego proszący głos? Nie. Czy widzi orła, który nurkuje w stronę chłopca i wbija szpony w jego ramiona? Tak. I słyszy krzyk. Dziób, który dźga kark chłopca, i krzyk. Życie za życie. Strzela. Ptak spada na ziemię. Chłopiec krwawi. Sprzątacz podnosi ciało i wnosi do chaty. Nie wie, czy chłopiec żyje. Jednak wszystko, co przedtem wymyślił, zniknęło. Grzeje wodę. Przemywa rany i obwiązuje je szarpiami ze starego T-shirtu. Podtyka chłopcu pod nos torebkę ze słodyczami i modli się za niego. Boże – mówi – nie jestem mordercą dzieci. Zgódź się, żeby przynajmniej on przeżył.
[...]
Wyłącza silnik i czeka, co przyniesie milczenie. Coś się stało. Co? Lisbeth ją przytula. Wdycha zapach splątanych włosów. Gładzi jej skrzydlate łopatki. Przeżyłaś coś, z czym nie umiesz sobie sama poradzić. Jeśli potrafisz nazwać to słowami, będzie to już spore osiągnięcie. Dzięki, Inge Agren, jednak nie, są ludzie, którzy rozumieją wyłącznie język przemocy. Mów. Jessica prostuje się na siedzeniu. Naciąga na dłonie rękawy koszulki. Szyby zaparowały od wydychanego powietrza. Zgwałcił mnie. I tyle. Lata temu. Na zakończenie roku w dziewiątej klasie. A potem przechwalał się przed każdym, kto chciał tego słuchać, czyli pewnie przed wszystkimi w całym Gasskas. A ty? Zachowałam się pewnie tak jak większość dziewczyn, milczałam i cierpiałam. Dobrze mi zrobiło, że mogłam mu się odpłacić. Niemal za dobrze. Gdyby nie ty, skopałabym go na śmierć.
[...]
SIEDZĄC NA PODWÓJNYM ŁÓŻKU, czytają głośno dziennik Marty Hirak, którego sporadyczne i krótkie ustępy sięgają dwa tysiące dziesiątego roku. Gdzie znalazłaś ten dziennik? Klucz – odpowiada Svala i czyta dalej. – To prawie całe moje życie. I mamy. W głowie mi się nie mieści, że ona to wytrzymała. A jak wytrzymywała matka Lisbeth? Dlaczego nie poprosiła o pomoc, nie zabrała dzieci i się nie wyprowadziła? Bała się – mówi Lisbeth. – Strach robi z ludźmi różne rzeczy. Sprawia, że podejmują irracjonalne decyzje, byle tylko przeżyć. Chociaż potem to się odbija na ich dzieciach? Wyprowadzić się, schować, liczyć na ochronę ze strony państwa. I tak by je zawsze znalazł. Nawet wtedy. Niektóre ustępy dotyczą przemocy Pedera Sandberga wobec Svali. Lisbeth usiłuje zachować spokój. Może nie należało powstrzymać Jessiki przed skopaniem go na śmierć. Czy myślisz, że to Plastpeder zamordował mojego prawdziwego tatę? – pyta Svala. Pytanie jest całkiem naturalne. A odpowiedź? Wiele myślała o tym, jak powiedzieć to Svali, a jednak prawda nie chce jej przejść przez usta. Nie może opowiedzieć o śmierci Niedermanna, nie mówiąc jej całej reszty. Dziewczynka ma wokół siebie dostatecznie wielu durniów. Im mniej wie, tym lepiej dla niej samej. Nie wiem – mówi. – To było dawno, ale nie wydaje mi się, żeby miało ci go brakować. Był groźnym przestępcą. Peder Sandberg to przy nim kaszka z mleczkiem.
[…]
Sala w stronę klatki. Ciało się nie porusza. Jej twarz to krwawa masa, jakby zanurzyli głowę w gotującej się wodzie. Mimo to poznaje. Wydobywa się z niego szloch. Usiłuje wepchnąć dłoń przez kratę, żeby dosięgnąć jej dłoni. Tylko nie Marta, jego Marta. Jak widzisz, Romeo, byliśmy uprzejmi zachować ją przy życiu. Wprawdzie niewiele tego życia w niej zostało, ale zawsze. Może pamiętasz, jak sam powiedziałeś, że możemy zrobić z nią, co chcemy, no to zrobiliśmy – mówi mężczyzna i rechocze. Człowiek już rozumie, dlaczego tak bardzo ją lubisz. Sobota. Ojciec wraca do domu. Henry i Joar wypatrują go. Chowają się w garażu. Ojciec wyskakuje. Henry unosi młotek. Wydając ryk, odtrąca kobietę i udaje mu się uderzyć mężczyznę. Jeszcze raz i znów. Nie wie, w co trafia. Śmiech kobiety jest paskudny jak listopadowy poranek w Murjek. A potem zapada ciemność. Dużo później, sam nie wie, po jakim czasie, Salo otwiera drzwi auta i znów wymiotuje. Transportera nie ma. Minusowa temperatura zamieniła parę na szybach w lód. Salo skrobie szybę i płacze. Zamiast wrócić do Gasskas, jedzie teraz dalej w stronę Storforsen, ale przed hotelem zjeżdża do rzeki. Biegnie po pomostach i ślizga się po kamieniach, aby dotrzeć do najdalej wysuniętego punktu skalnego. Przełazi przez poręcz i patrzy w dół na rwące wody. Boże, już ze sobą rozmawialiśmy. Chcesz, żebym żył i zajął się tym rozgardiaszem, ale nie mam już siły. Słyszysz? Nie mam siły. Najpierw Lukas, potem Marta. Mnie też dopadną. Jak stałem się tym, kim jestem? Chciałem tylko zyskać trochę uznania, nie rozumiesz? Wszystko, co robię, jest dla dobra mojej okolicy, rodziny i koła łowieckiego, ale nikt tego nie dostrzega. I dlatego, Boże, wystarczy już tego dobrego. Dzwonek. Boże, zadzwoń kiedy indziej. Salo traci wątek. Sięga do komórki. Pernilla. Gdzie jesteś? – pyta. Przy bystrzu. Co tam robisz? Mam zamiar skoczyć. Henry, odejdź stamtąd. Cofnij się. Teraz. Nie, za późno. Na wszystko jest za późno. Przykro mi, Pillan, to nie twoja wina.
[…]
A pamiętasz, jak się poznaliśmy? Tak. To opowiadaj, jak to było, kiedy się poznaliśmy? Byłaś na trasie koncertowej z chórem. Siedziałem wśród publiczności. Mów dalej, co było potem? Teraz krzyczy, okala ją huk wodospadu. Śnieg utrudnia jej marsz. A musi zdążyć. Byłaś taka piękna – mówi Salo. I dobra. Kurde, wcale nie jestem dobra – wrzeszczy Pernilla. Jestem zwyczajna. Nie krzycz – przekrzykuje huk. Teraz przełazi przez poręcz i stara się nie patrzeć w dół. Jestem tu za tobą. Nie, nie rozumiesz. Może i nie, ale jeśli skoczysz, to ja też skoczę. Masz Lukasa. On żyje. Skąd wiesz? Ktoś mi powiedział. Kiedy bawiłem się w Pana Boga i zamieniłem jedno życie na inne. Ktoś, czyli kto, do cholery? Henry się poddaje. Widocznie dziś to nie ten dzień. Cofnij się! – krzyczy do niej. Ja też idę. Przełazi przez poręcz. Chce ją objąć i żeby ona jego objęła. Dygocą oboje od wilgoci i zimna. Kiedy nie ma adrenaliny, skały robią się śliskie, a ciemność nieprzebyta, czarna. Salo chce opowiedzieć jej o wszystkim. Podzielić się swoim strachem. Uzyskać poczucie bezpieczeństwa.
[…]
A więc jak ma dojść do dogłębnych zmian w społeczeństwie? Musimy zacząć od skorumpowanych polityków, orędowników globalizacji, wielokulturowości i masowej imigracji. Podlegają im systemy polityczne i aparat państwa, a w partiach politycznych mają wielu pomagierów, których należy wyeliminować. Tak, przyjaciele, wyeliminować. Nikt się nawet nie zbliża do tej najważniejszej kwestii. Jak Ziemia ma przetrwać?
Cześć, Marcus, widziałem twoją prelekcję na TED. Bardzo inspirująca. Masz jakąś organizację, do której można by wstąpić? A może polecisz jakieś filmy?
Peder, miej oczy otwarte. Jest nas wielu podobnie myślących. Właśnie się organizujemy, żeby przeniknąć do społeczeństwa. Wkrótce przyjdzie nasz czas. Marcus.
[…]
Svala otwiera dziennik. Chciałabym ci coś przeczytać. Jasne, byle nie Biblię. Biblię Mamamarty.
Czwarty marca 2016. Powstał spór ze sprzedawcą w Kalix. Peder chce, żebym z nim pojechała. Kiedy pytam po co, mówi, że nauczę się czegoś nowego. Przyjeżdżamy do jakiegoś mieszkania. Jest wieczór. Otwiera nam chłopiec, pięć lat, może sześć. Peder siada w kuchni, rozmawia z ojcem, czyli sprzedawcą. Ja z chłopcem oglądamy program dla dzieci. Wybucha awantura. Chłopiec się boi. Zamykam go w sypialni, żeby nie słuchał. Płacze.
Co to za gówno? – pyta Peder. Czekaj – mówi Svala i czyta dalej.
Peder przywiązuje sprzedawcę do krzesła w kuchni i zaczyna od góry. Odcina mu płatek ucha. Potem drugi. Mężczyzna krzyczy, prosi o litość, przyrzeka, że zapłaci i tak dalej. Chłopiec też krzyczy. Proszę Pedera, żeby przestał. On mówi okej i wyjmuje broń. Celuje do mnie, podając nóż, i mówi, że albo będę cięła dalej, albo mnie zastrzeli. Wybieram to drugie, ale on nie daje rady tego zrobić. Wychodzimy z mieszkania. Późnym wieczorem napada na Svalę. Noc spędzamy na pogotowiu.
Svala zamyka dziennik.
[…]
Chłopiec śpi. W ostatnich dniach głównie śpi. Sprzątacz zagląda do niego. Teraz udaje mu się wmusić dziecku trochę wody, ale nie jedzenia. Rany po ataku orła nie chcą się goić – i cóż w tym dziwnego? Pokaleczył mu dziobem głowę. Złapał go szponami i usiłował podnieść. Orzeł bielik potrafi pochwycić uciekającego cielaka renifera. Zgodnie z porządkiem świata drapieżników chłopiec zapewne nie powinien przeżyć. Zamiast jak zwykle ugotować sobie kawy, sprzątacz wychodzi przed dom. Śnieg zaległ. Październik przeszedł w listopad. Zostało ćwierć beczki mięsa. Ostatnia wyżerka. Jest wyż. Z ziemi podrywa się przestraszony cietrzew. Trzeba podjąć jakąś decyzję. Odgłosy wydawane przez bielika są zagadkowe. Z książek ornitologicznych wynika, że ten gatunek się prawie nie odzywa poza okresem wysiadywania jaj, gdy kwili głośno i przeraźliwie jak dzięcioł czarny. Orły sprzątacza kwilą na widok mięsa rozrzuconego na karmniku. Wyjątkowo dużo, wołają, wystarczy dla wszystkich! Raz, dwa, trzy. Orły wylądowały. A mężczyzna, zamiast zostać w ukryciu, jak to zwykle robi, wraca do chaty i sprząta. Zaciera własne ślady. I roni łzy. Sprząta ze świadomością, że bez dokarmiania zginie co najmniej połowa orłów. Sprzątając, rozmyśla też o dwóch latach spędzonych w tej chacie. O ludziach, co się tu pojawili, a odeszli już jako orle pisklęta, które wykluły się i kilkanaście tygodni później zerwały do pierwszego niezdarnego lotu. Ale nie chłopiec. Nawet dla takich ludzi jak sprzątacz istnieją wyjątki. Decyzja została podjęta. Chłopiec potrzebuje leczenia. Lukas.
[…]
Chłopiec leży zawinięty w drewnianej skrzyni. Ktoś nazwałby ją trumną. Sprzątacz ciągnie ją po śniegu przez kilka kilometrów, by dotrzeć do quada. Pojazd jest ośnieżony. Lepszy byłby samochód czy nawet skuter śnieżny, ale przynajmniej jest wóz, a opony są wyposażone w łańcuchy. Skórą renifera, na której zamierzał siedzieć, okrywa chłopca, na to jeszcze pokrywa. Łączy ze sobą części tego ekwipażu, przywiązuje skrzynię i wyjeżdża na szosę. Po dwudziestu paru kilometrach przystaje na mijance i dolewa benzyny. Luzuje taśmy mocujące i uchyla wieko skrzyni. Chłopiec śpi, bo chyba śpi? Jego twarz jest nieruchoma. Halo. Obudź się. Nie chciałem zrobić ci nic złego. Wykonywałem tylko rozkazy. Chłopiec porusza się lekko. Otwiera oczy i zamyka je ponownie. Płatki śniegu topią się na jego twarzy. Sprzątacz wyciera mu policzki, zamyka wieko i jedzie dalej.
[…]
Wieczorem w Orlim Gnieździe [bunkier z czasów I wojny światowej – przyp. aut.] odbędzie się przyjęcie z okazji jubileuszu. Dwadzieścia pięć lat, to dopiero. Chciałby świętować również inne rzeczy, ale jeszcze przyjdzie na to czas, jest tego pewien. Niektóre przeszkody zostały już wyeliminowane. Inne czekają na swoją kolej. Odszykowali się. Uroczyście kiwają głowami Marcusowi, aby następnie zasiąść przy półokrągłym marmurowym stole, który dla uświetnienia wieczoru został nakryty obrusem. Już jako dzieci mieliśmy wizję – mówi Branco i robi sztuczną pauzę. Chcieliśmy zarabiać pieniądze. I chcieliśmy zobaczyć świat. Przeszliśmy razem przez ogień i wojny. Niektórzy z was dosłownie. To cena za to, co mamy dziś. Ciągle pamiętam tamten magiczny wieczór w Nikozji. Taras na dachu, jedzenie, wina i łagodne nocne powietrze. Tam zdefiniowaliśmy, kim chcemy być i jak tego dopiąć. Dotarliśmy wtedy do rozstaju dróg, przyszedł moment, w którym należało postawić kropkę zamykającą to, co było, i spojrzeć w przód. Działalność spółek Branca przyniosła od tamtej pory wiele sukcesów. Nieruchomości, kopalnie, bezpieczeństwo i rozrywka to solidna kombinacja. A jednak nigdy na tym nie poprzestaliśmy, zawsze podążaliśmy dalej. Pytaliście, dlaczego kierujemy się na północ, skoro reszta naszej działalności jest rozrzucona po świecie, a ja odpowiedziałem: „Wracamy do naszych korzeni”. Wszyscy z wyjątkiem Lo znają się, od kiedy mieli po dziesięć lat. Robili biznesy, odkąd się tylko nauczyli obliczać procent. Oszczędzali, inwestowali, rozwijali się. Są do siebie niepodobni i jednocześnie podobni. Varg to prawdziwy wojownik. Jarv jest małomówny i być może najinteligentniejszy z nich wszystkich. Björn pasjonuje się techniką. Ulf jest fetyszystą broni. I wreszcie Lo. Branco zatrzymuje na niej spojrzenie. Wierniejszej kobiety nigdy nie spotka. Aż szkoda, że nie będzie służyć żadnemu mężczyźnie. Oprócz niego, rzecz jasna. Ani nie urodzi dziecka. „Rak”, to pierwsze, co mówi w odpowiedzi na pytanie, dlaczego wybiera inne życie. Życie z nimi. „Moja matka, ciotka i siostra. Wtedy kazałam sobie wyciąć wszystko. Dwadzieścia cztery lata i nienadająca się do użytku jako kobieta, przynajmniej w powszechnym mniemaniu. Jednak ja tego nie widzę w ten sposób. Nie mam w środku tykającego zegara biologicznego. Moim życiem nie sterują hormony. Mam wolność, której nie znają inne kobiety”.
[…]
Branco, podobnie jak wszyscy wielcy ludzie, odczuwa potrzebę ujęcia swoich idei na piśmie. Tyle że bez czytelników i publiczności. Dlatego spotykają się czasem tylko we dwóch. Marcus czyta głośno, a Varg z tym swoim nielotnym umysłem kwestionuje każde najmniejsze słowo. Kiedy w końcu zrozumie, nie ma odwrotu. Staje po stronie Marcusa. Mimo że nazywa go zarówno Hitlerem, jak i członkiem partii zielonych. Zarówno partia zielonych, jak i Greta Thunberg mają w gruncie rzeczy rację – mówi Branco. – Człowiek jest na najlepszej drodze do zniszczenia Ziemi, która warunkuje jego życie. Jeśli Ziemia ma uniknąć zagłady, to nie ma dróg na skróty. Zagrożenie klimatu nie jest wymysłem naukowców ani dziewczynek szukających zainteresowania, tylko rzeczywistością. Człowiek i jego potrzeby ciepła, pożywienia, środków lokomocji i wygody stanowią największe zagrożenie dla Ziemi i paradoksalnie dla niego samego. Te słowa mogą się wydawać brutalne – mówi – ale jeśli Ziemia ma przetrwać, duża część ludzkości musi umrzeć. Ujmując rzecz w miękkiej prozie polityków, brzmiałoby to mniej więcej w ten sposób. Branco sięga do swojej ulubionej tablicy demonstracyjnej i ujmuje kij do wskazywania.
1. Obecnie żyjące płodne pokolenia są ostatnie. Ludzie muszą przestać się rozmnażać, dopóki Ziemia nie odzyska równowagi.
2. Firmy wspierające paliwa kopalne i przekraczające dopuszczalne limity emisji powinny być karane finansowo i zamykane.
3. Wszystkie pojazdy przyczyniające się do emisji węglowodorów powyżej granicy 0 zostaną zakazane.
4. Dozwolona będzie jedynie produkcja energii neutralnej dla klimatu.
5. Jeśli wymagane będzie użycie siły, żeby świat zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, to należy takiej siły użyć.
[…]
Salo nie jest wielbicielem broni palnej. Wprawdzie wszystkie jesienne weekendy wypełnia polowaniem, a jednak ledwo potrafi podać nazwę swojej strzelby. Tym bardziej nie przyszłoby mu na myśl, by załatwić sobie osobistą broń. W tym momencie tego żałuje. Życie składa się z mnóstwa paradoksów. Na przykład takich, że w jednej chwili chce się umrzeć, aby już w następnej chcieć żyć. Przede wszystkim jednak chciałby o swoim odejściu decydować sam. Nie ginąć jak jakiś ćpun w Brancolandzie ani we własnej chacie weekendowej.
[…]
Przypadek, Branco. Kto jak nie ty zrozumie rolę przypadku? Nie urodziłeś się w 1961 roku, jak większość osób urodzonych z wadami kończyn po zażywaniu przez ich ciężarne matki leku sprzedawanego w Szwecji pod nazwą neurosedyn. Nie, urodziłeś się w 1987 z matki Brazylijki, cierpiącej na niedobór odporności. Już w 1965 roku neurosedyn, ale pod nazwą talidomid, zostaje w Brazylii ponownie dopuszczony ze względu na swoje właściwości immunomodulujące i antyangiogenetyczne. Twoja matka kupuje ten lek na czarnym rynku. Zachodzi w ciążę i rodzi ciebie. Dziecko bez nóg, z nienaturalnie długimi ramionami i penisem, którego rozmiar w proporcji do reszty ciała można porównać do konia. Nic dziwnego, że lalka nazywa cię potworem.
[…]
Kilka pięter niżej Lisbeth siedzi przy stoliku barowym i ogląda plany. Nie do końca bez pomocy Mikaela Blomkvista, okej. Znalazł nieruchomość, którą Zarząd Fortyfikacji sprzedał w 1951 roku Andersowi Johanssonowi. Dwa tysiące hektarów lasu, głównie sosnowego i świerkowego. Potem się zacięło i bunkier znalazła dopiero, gdy sama zabrała się do zgłębiania tajnych pomieszczeń wojskowych. Niby jest pośpiech, jednak wejście do tego, co, jak zakłada, jest bunkrem Branca, wymaga planowania. Jeśli informacje Sophii zgadzają się ze stanem faktycznym, Branco ma wokół siebie cztery osoby po przeszkoleniu wojskowym, które nie tylko dysponują bronią palną, ale są prawdopodobnie w dobrej formie fizycznej. Minus jedna osoba, która po spotkaniu w lesie nie bardzo może chodzić. Konstrukcja bunkra jest bardzo dziwna. Budowany etapami począwszy od roku 1910 na skale silnie wychylonej od frontu i płaskiej z tyłu. Idealny fort dla lubiącego dyskrecję biznesmena prowadzącego podejrzaną działalność, cokolwiek to jest. Hacker Republic nie zdołał jeszcze wedrzeć się do spółki od tyłu, ale to tylko kwestia czasu. Przynajmniej to musi oddać The Branco Group, że może służyć za przykład bezpieczeństwa danych. Chyba że…?
[…]
Mamamarta otwiera oczy. Właściwie tylko szparki otoczone opuchlizną, ale widać w nich spojrzenie. To spojrzenie coś mówi. Podobnie jak wargi, które układają się w jakieś słowo. Nie słyszę – mówi Svala, przyciągając bliżej mamę. Powiedz to jeszcze raz. Jaskółka – svala [w szwedz. - svala to jaskółka – przyp. aut.] – może lecieć z prędkością sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Svala siedzi nieruchomo, trzymając Mamamartę w objęciach. Jej ostatnie tchnienia są skokowe. Oddalają się jak uciekające stado reniferów. Lisbeth Salander obejmuje ramieniem Svalę. Siedzą tak do chwili, gdy od strony szosy dobiegają ich syreny policyjne.
[…]
Natomiast również sprzątacz czyta gazetę. Przerzuca strony, aż trafia na imię chłopca. Lukas. Żyje. Ma się dobrze. Nie, no nie było tak źle i nie musiał się bać. Pojadali słodycze i podglądali orły. No pewnie. Jedyna populacja orła bielika w głębi kraju. Wystarczyło zadzwonić do Towarzystwa Ochrony Przyrody, a znaleźliby chatę. Chatę, ale nie sprzątacza. Opis sporządzony przez chłopca mógłby wskazywać na jakiegokolwiek myśliwego w średnim wieku. Starszego pana w wieku taty Henry’ego. Zielona czapka. Pomarańczowy sweter. Czy znał go przedtem albo poznał jego imię? Nie. Oprócz Lukasa gazeta cytuje też Henry’ego Salo, jego dramatyczną relację z chaty w Kvikkjokk, burzy śnieżnej i jazdy samochodem do Sunderbyn. Czy wie, kto zostawił tam chłopca? Nie.
[…]
To piękny dzień. Kilka stopni poniżej zera. Śnieg lśni jak na pocztówce. Sprzątacz otwiera plecak, wyjmuje z niego plastikową torbę i opróżnia ją na ziemię, a potem chowa się pod tę samą sosnę co zawsze. Zazwyczaj trwa to minutę, dwie. Mija piętnaście minut i sprzątacz daje za wygraną. Coś jest nie tak. Ani jednego orła w polu widzenia. Zostawia mięso. Przynajmniej lisy albo kruki się ucieszą. Sprzątacz odwraca narty i odpychając się kijkami, kieruje się do gniazda. Już z daleka widzi, że coś jest nie tak. Prastare sosny, które z dumą nosiły gniazdo w swoich koronach, leżą okorowane na ziemi. Z gniazda zostały tylko urwane kawałki splecionych gałązek. Do cholery, przecież to rezerwat. Sprzątacz rozgląda się po raz ostatni, robi pełny obrót w miejscu i rusza z powrotem po własnych śladach. Jego myśli też zmierzają w przód. Nigdy nie wspominać, nigdy nie tęsknić.
[…]
Przed nimi rozpościera się kraina bez początku i bez końca. Tu i ówdzie z kominów unosi się dym. Biedna Marianne Lekatt – mówi Svala, wysypując prochy babci w stronę jej domu. Ktoś tam jednak pali w piecu – zauważa Elias. Może będziemy mieli nowych sąsiadów. Urnę Mamamarty Svala zostawia sobie na koniec. Długo trzyma ją w objęciach, wreszcie odkręca wieko i pozwala wiatrowi rozrzucić prochy, jak mu się podoba. Leć, Eadni – mówi. Leć szybko jak jaskółka. Unoś się jak orzeł bielik nad ziemią. Moja ty Eadnimarto.
Karin Smirnoff, Krzyk Orła
Powieść kryminalna Karin Smirnoff – szwedzkiej pisarki przenosi akcję tej opowieści na północne krańce Szwecji, do regionu administracyjnego Norrbotten, ogólnie rzecz ujmując, w drugie dziesięciolecie obecnego wieku. W miasteczku Gasskas znikają ludzie bez śladu, którymi nawet nie interesują się stróże prawa, ale nie rodziny i znajomi ukradkiem pozbawiani nadziei na szybkie powroty. Svala, utalentowana nastolatka oraz jej przyrodnia, sztokholmska ciotka Lisbeth wpadają poprzez analizę dziennika Mamamarty co zaginęła bez wieści wpadają na trop grupy samozwańczych szaleńców wieszczących rychły koniec świata ludzkiego w związku ze zmianami klimatycznymi. W międzyczasie szaleńcza grupa Marcusa Branco terroryzuje burmistrza Gasskas Henrego Salo i mieszkańców gminy, którzy nie chcą pozbyć się swych domostw pod budowę ekologicznej farmy wiatrowej. Zmilitaryzowani członkowie Branco Group, ale i odizolowani w zabytkowym, pierwszowojennym bunkrze – ostańcu w gminie Boden – nie spodziewają się, że na ich trop wpadną zdeterminowane do żywego Svala i Lisbeth. Opowieść o domorosłym krzyku orła, który znowu symbolizuje zwycięstwo, siłę, dominację dobra nad złem, ducha nad materią i światła nad ciemnością.