Blog

 

17.02.2024

Byłam Eileen

„przyjaciel to ktoś, kto pomaga pogrzebać trupa”


„Dorosła kobieta jest jak kojot -

- niewiele jej trzeba do życia.”


„Per aspera ad astra.”

[z łac. przez ciernie do gwiazd]

[…]

Na oko nie różniłam się niczym od dziewcząt,  jakie  spotyka się w autobusie, pogrążonych w lekturze książek w płóciennej bibliotecznej oprawie – przyrodniczych, geograficznych;  byłam  jasną szatynką i czasem nosiłam na włosach siatkę. Nie rzucałam się w oczy. Pamięć podsuwa mi szarą myszkę z pospolitą burą torebką w ręku albo z paczką orzeszków ziemnych, które obraca w palcach, nie zdejmując rękawiczek, patrząc w okno i cmokając z dezaprobatą. Poranne słońce oświetla delikatny puszek na twarzy, który próbuję maskować prasowanym pudrem, zbyt jasnym dla mojej bladej karnacji. Byłam chuda, koścista, ruchy miałam kanciaste, nieporadne, chodziłam sztywno, jakbym kij połknęła. Twarz miałam usianą kraterami po trądziku, które odbierały wszelki urok czy choćby krztynę oryginalności, jaka mogła drzemać pod chłodną, obojętną maską mieszkanki Nowej Anglii. W okularach mogłabym uchodzić za intelektualistkę, ale na przeszkodzie stał mój temperament. Wyglądałam, owszem, na kogoś, kto chętnie przesiaduje zamknięty w czterech ścianach, szuka ukojenia w ciszy, wodząc wzrokiem w zadumie po stronicach książek, półkach,  ciężkich zasłonach, kto koncentruje się w pełni na tym, co ma przed oczami – lekturze, biurku, drzewie za oknem, rozmówcy – ale tak naprawdę nie znosiłam ciszy, nie znosiłam bezruchu, złościło mnie wszystko. Zwykle byłam wściekła i niezadowolona.  Gdy próbowałam nad tym panować, mój zły humor i nieprzystosowanie tylko się pogłębiały. Czułam się jak jakaś Joanna d’Arc czy Hamlet, który przez pomyłkę przyszedł na świat w ciele kogoś,  kto  jest nikim, anonimowym cieniem. Byłam nie tym, kim powinnam. Byłam Eileen.

[…]

Moje życie w wydaniu młodej gniewnej skończyło się w ostatnich dniach grudnia, w nękanym mroźną zimą mieście, w którym się urodziłam i wychowałam. Przed każdym domem w ogródku piętrzyły się zaspy sięgające parapetów okien na parterze. W dzień śnieg topniał na wierzchu, a breja z jezdni spływała do rynsztoka i nagle duch wstępował w człowieka, który zaczynał wierzyć,  że  życie może być przyjemne, a słońce w końcu zawsze wyjdzie zza chmur. Jednak po południu, po zachodzie słońca, na śniegu krzepła skorupa lodu tak gruba, że w nocy nie pękała nawet pod ciężarem rosłego mężczyzny. Co rano od ganku do ulicy sypałam z wiadra wąską ścieżkę soli. Z daszku nad drzwiami frontowymi zwisały sople; przechodząc pod nim, lubiłam wyobrażać sobie, że przebijają moją pierś z chrzęstem, jak kule, albo rozrywają mi mózg na strzępy. Chodnik odśnieżali nasi sąsiedzi, ludzie, którym mój ojciec nie ufał, bo byli luteranami, a nie, jak my, katolikami. Ale ojciec nie ufał nikomu. Jak wielu nałogowych alkoholików miał paranoję. Nasi sąsiedzi, luteranie, na Boże Narodzenie postawili nam przed drzwiami biały wiklinowy kosz z woskowanymi jabłkami owiniętymi w celofan, bombonierką i butelką   sherry. Całość wieńczył bilecik „Wesołych świąt”.

[…]

Był to dwupiętrowy, drewniany budynek w kolonialnym stylu, pokryty łuszczącą się czerwoną farbą. Wyobrażam sobie ojca,  jak  sączy tamtą świąteczną sherry, przypalając ogryzek cygara od piekarnika. Żałosny widok. Na co dzień pił dżin, rzadziej piwo. Jak już wspomniałam, był pijakiem, dzięki czemu był prosty w obsłudze. Łatwo się odwracało jego uwagę, gdy się denerwował, łatwo dawał się   udobruchać: po prostu wkładałam mu butelkę w rękę i wychodziłam z pokoju. Naturalnie jego alkoholizm źle na mnie działał. Byłam spięta,  poirytowana, co jest typowym symptomem u osób, które mieszkają pod jednym dachem z alkoholikiem. Ta historia jest historią, jakich wiele. Później mieszkałam z niejednym alkoholikiem, dzięki czemu nauczyłam się, że na nic się zdaje zamartwianie się, pytanie: „dlaczego”, zarzynanie się, żeby im pomóc. Są, jacy są, na dobre i na złe. Teraz mieszkam sama i jestem zadowolona,  ba, szczęśliwa.  Jestem za stara,  żeby  się troszczyć o cudze życie.  I   szkoda   mi   już   czasu, żeby wybiegać myślą w przyszłość i martwić się na zapas. Ale kiedy byłam młoda, martwiłam się nieustannie, głównie o ojca – ile mu jeszcze lat zostało, co może mu strzelić do głowy, co zastanę, gdy wrócę wieczorem do domu. A nie był to przytulny domek.

[…]

Pamiętam, że tamtej zimy cieszyłam się z wczesnych zachodów słońca. Ciemność niosła dla mnie ukojenie. Za to ojciec bał się mroku. Niestety, nie była to bynajmniej urocza słabostka. W nocy zapalał piekarnik i kuchenkę i pił, wpatrując się w buzujące niebieskie płomienie. Mówił, że zawsze mu zimno, mimo to stale chodził rozebrany. Tamtego wieczoru – od którego zacznę tę opowieść – zastałam go siedzącego boso na schodach i pijącego sherry z wygasłym cygarem w dłoni. Biedna Eileen   –   mruknął   sarkastycznie,   kiedy stanęłam w drzwiach. Pogardzał mną bezbrzeżnie, uważał za żałosną i nieatrakcyjną, czego przede mną bynajmniej nie taił. Gdyby moje ówczesne marzenia miały moc sprawczą, pewnego pięknego dnia znalazłabym go pod schodami ze skręconym karkiem, ale jeszcze żywego. „Czas najwyższy” – zbyłabym jego śmiertelne drgawki maksymalnie zblazowanym tonem. Tak więc nienawidziłam go, zdecydowanie, mimo to byłam bardzo posłuszna. W domu było nas tylko dwoje – tato i ja. Owszem, mam siostrę – żyje, o ile wiem, ale nie rozmawiamy ze sobą od ponad pięćdziesięciu lat. Ojciec nie był szczególnie wysoki, za to barczysty,  miał  długie nogi i czuło się w nim coś władczego. Rzednące siwe włosy układały się w zawadiacki czub. Z perspektywy czasu widzę, że podobnie jak chłopcy z więzienia, w którym pracowałam, tłamsił w sobie wrażliwość i gniew. Na jego twarzy – twarzy starca – malował się grymas czujności, sceptycyzmu i wiecznej dezaprobaty. Ręce mu się trzęsły, nawet kiedy solidnie popił. Stale się drapał po podbródku – krwistym, nalanym, obwisłym. Tarł go dobrotliwie, jakby czochrał po głowie niesfornego malca. Mówił, że w życiu żałuje jednego: że nie udało mu się zapuścić porządnej brody – jakby to było świadome zaniechanie. Taki już był – zgorzkniały, arogancki, nielogiczny. Nie sądzę, żeby naprawdę kochał swoje dzieci.  Obrączka, którą nosił latami po śmierci mamy, sugerowała, że może chociaż ją darzył uczuciem. Ale przypuszczam, że nie był zdolny do prawdziwej miłości. Z natury był okrutny.

[…]

Kiedy byłam rozbita, myślenie o sobie przynosiło mi ulgę. Prawdę mówiąc, miałam obsesję na punkcie własnego wyglądu. W moich małych zielonych oczach próżno by szukać – zwłaszcza wtedy – błysku dobroci. Nie należę do osób, które usiłują uszczęśliwiać bliźnich, choćby dlatego, że nie umiem stawiać na swoim. Widząc tamtą mnie – z włosami spiętymi klamerką, w płaszczu mysiego koloru – wzięlibyście mnie za drugoplanową postać w tej opowieści: sumienną, przewidywalną, wtórną i nieciekawą. Wyglądałam jak poczciwa uboga krewna z prowincji i chyba wolałabym być nią niż sobą. Dość często przeklinałam i dostawałam ataków szału, a tamtego dnia przyładowałam z buta w drzwi łazienki tak mocno, że mało nie wypadły z zawiasów. Spowijała mnie otoczka apatii, stoicyzmu i tumiwisizmu [inaczej bierna, skrajnie lekceważąca postawa – przyp. aut.], podczas gdy tak naprawdę kipiałam ze złości, a w głowie miałam szaleńczy natłok myśli, głównie morderczych. Obnosiłam się ze zbolałą, bezbarwną miną, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Moje lektury nie dotyczyły prowadzenia domu i ogródka. Lubiłam czytać o wszelkich okropnościach. Pamiętam, jak wybierałam jedną z najgrubszych książek w bibliotece publicznej – kompendium medycyny starożytnego Egiptu – aby zgłębiać upiorną praktykę wyciągania mózgu zmarłego przez nos. Lubiłam wyobrażać sobie mój mózg zwinięty w czaszce w kłębek. Fantazje, że własny mózg można rozplątać, wyprostować i tym sposobem przywrócić mu spokój i zdrowie, niosły ukojenie. Miałam poczucie, że w moim mózgu coś zostało wadliwie zainstalowane, a problem jest na tyle skomplikowany, że jedynym remedium pozostaje lobotomia – mój mózg wymagał przeglądu generalnego, wymiany starego życia na nowe. Stawiałam samej sobie dramatyczne diagnozy.

[…]

Gdybym wychodząc, mocno trzasnęła drzwiami, na co miałam szczerą ochotę, mógłby się odłamać któryś z sopli nad gankiem. Wyobrażałam sobie, jak wbija się przez nasadę karku i przeszywa mi serce. Z kolei gdybym odchyliła głowę do tyłu, mógłby przebić mi gardło i rozharatać komorę klatki piersiowej – chętnie wyobrażałam sobie to ze wszystkimi szczegółami – przejść przez trzewia, by wreszcie wbić się, jak kryształowy sztylet, w części intymne. Tak w tamtej epoce wyobrażałam sobie mapę anatomiczną mojego ciała – mózg był kłębkiem przędzy, tułów pustym naczyniem, a części intymne ziemią niczyją. Jednak zamknęłam drzwi ostrożnie, bo wcale nie chciałam umrzeć.

[…]

Testowałam   temperaturę   na   zewnątrz,   wystawiając   język tak długo, aż mróz zaczął mnie szczypać. Tamtej nocy musiało być sporo poniżej zera. Sam oddech sprawiał mi ból. Ale ja wolałam mróz od upałów. W lecie byłam niespokojna i rozbita. Dostawałam wysypki od słońca, musiałam wylegiwać się w zimnej wodzie. Przy moim biurku w więzieniu zawzięcie wachlowałam się papierowym wachlarzem. Nie znosiłam pocić się przy ludziach. Wszelkie przejawy cielesności napawały mnie obrzydzeniem. Nie słuchałam Beatlesów, nie oglądałam programów Eda Sullivana. Nie interesowała mnie w ogóle masowa rozrywka. Wolałam czytać o starożytnych dziejach, odległych krainach.  Wszelkie informacje o aktualnych wydarzeniach i bieżących trendach uprzytomniały mi boleśnie moją izolację. Odcinając się z własnej woli od wszelkich nowinek, z ofiary zamieniałam się w sprawcę.

[…]

Teraz, gdy już poznaliście mnie trochę, pozwólcie, że się wam przedstawię. Nazywam się Eileen Dunlop. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata i zarabiałam pięćdziesiąt siedem dolarów tygodniowo,   pełniąc funkcję, można powiedzieć, sekretarki w prywatnym zakładzie poprawczym dla nastoletnich chłopców.  Z perspektywy lat widzę, że instytucja ta była niczym innym jak więzieniem dla małoletnich. Na potrzeby tej historii nazwałam to miejsce Moorehead. Wiele lat później mieszkałam w mieszkaniu, którego właścicielem był skończony psychopata Delvin Moorehead. Uznałam, że jest jak najbardziej stosownym patronem tamtej instytucji. Za tydzień miałam uciec na zawsze z domu. A oto historia mojej ucieczki.

[…]

Piątek był wyznaczany przez mdlący odór ryb wędrujący ze stołówki w piwnicy przez lodowate sypialnie chłopców, po korytarzach wyłożonych linoleum,  aż  do sekretariatu bez okien,  w którym upływały moje dni. Smród był tak intensywny, że czułam go nawet na parkingu, kiedy o poranku dotarłam do Moorehead. Przed wejściem do budynku zawsze zamykałam torebkę w bagażniku. Wprawdzie w pokoju socjalnym za kancelarią mieliśmy szafki, ale nie ufałam personelowi. Ojciec ostrzegł mnie, gdy podejmowałam pracę w zakładzie jako naiwna dwudziestojednolatka, że w więzieniach najgroźniejsi są nie kryminaliści, tylko pracownicy służb więziennych. Nie mylił się. To była bodaj najcenniejsza wskazówka, jakiej udzielił mi w życiu. Miałam ze sobą lunch złożony z puszki tuńczyka i zawiniętych w folię dwóch kromek chleba z masłem. Był piątek, a ja, na przekór wszystkiemu, ani myślałam skończyć w piekle. Zmusiłam się, żeby z uśmiechem kiwnąć głową obu moim współpracownicom; były to wstrętne babska w średnim wieku, ze skorupą lakieru na włosach, które ledwie raczyły podnieść na mnie oczy znad swoich romansideł, chyba że dyrektor kręcił się w pobliżu.

[…]

Później tego samego ranka, kiedy dostarczałam pocztę do gabinetu dyrektorskiego położonego obok pomieszczeń, w których chłopcy uczyli się i spędzali czas wolny,  minęłam strażnika o nazwisku Mulvaney, Mulroony czy może Mahoney, który wykręcał ucho klęczącemu przed nim chłopaczkowi.  Myślisz, że jesteś Bóg wie kim? – grzmiał. Spójrz na podłogę! Jesteś mniej wart niż ten syf między kaflami.  Palnął chłopaka w głowę tak, że tamten poleciał twarzą na jego buty, wielkie, okute z przodu metalem, który pozwalał, jakby co, skopać więźnia na śmierć. Liż! – rozkazał. Widząc, że chłopiec otwiera usta, odwróciłam wzrok.

[…]

Oprócz płynu   do   ust   trzymałam   w   szafce   flaszkę   wermutu i   torebkę   miętowych   czekoladek,    które    regularnie    kradłam   w miejscowej drogerii.  Kradłam   umiejętnie,   upychając   zdobycz w rękawy. Maska pośmiertna oszczędziła mi kłopotów, ukrywając strach i euforię przed obsługą sklepu, której moja postać kręcąca się wokół półek ze słodyczami na pewno wydawała się podejrzana.  Przed rozpoczęciem pory widzeń musiałam zawsze pociągnąć solidnie z flaszki i zagryźć garścią miętowych czekoladek. Nawet po kilku latach pracy rozstrajała mnie perspektywa   konfrontacji   z załamanymi matkami naszych podopiecznych. W ramach nudnych obowiązków musiałam dopilnować, żeby odwiedzający krewni się zarejestrowali, a następnie usadzić ich na pomarańczowych plastikowych krzesłach na korytarzu. W Moorehead obowiązywał kretyński regulamin, zgodnie z którym dwie wizyty nie mogły odbywać się jednocześnie. Może po prostu niewielka placówka cierpiała na brak personelu. Tak czy owak, przekładało się to na tortury dla matek, które czekały wiele godzin, płacząc, przestępując   z nogi na nogę, smarkając w chustki i złorzecząc. Żeby sobie ulżyć, wymyślałam   absurdalne   ankiety,   które   odbijałam   na powielaczu i rozdawałam na podkładkach z klipsem szczególnie niespokojnym matkom. Liczyłam na to, że obowiązek wypełnienia ankiety podniesie ich poczucie własnej wartości, stworzy złudzenie, że ich życie i poglądy są   ważne   i   interesujące.   Wymyślałam   pytania w rodzaju: „Jak często dolewasz benzyny do baku?” lub „Jak wyobrażasz sobie siebie za dziesięć lat?”. „Czy lubisz telewizję? Jeśli tak, to które programy?”. Matki zwykle z wdzięcznością przyjmowały jakiekolwiek zajęcie, choć udawały, że się wzbraniają. Kiedy pytały,  czemu  to służy,  mówiłam, że to  „badania rządowe” i jeśli chcą zachować anonimowość,  mogą pominąć rubrykę z nazwiskiem. Nigdy nie korzystały z tej opcji. Podpisywały się znacznie wyraźniej niż przy rejestracji. 

[…]

To nie będzie opowieść o miłości. Pozwolę sobie jednak wtrącić parę słów o Randym, zanim na firmamencie tej opowieści zalśni gwiazda pierwszej wielkości. Dziwna rzecz, jak miłość potrafi przeskoczyć z jednego człowieka na drugiego, niczym pchła. Do pojawienia się Rebekki parę dni później tylko obsesyjne myślenie o Randym podtrzymywało we mnie chęć istnienia. Do dziś pamiętam jego adres, bo w weekendy podjeżdżałam pod jego okna   w sąsiednim miasteczku i zsunięta nisko na siedzeniu podglądałam, czy jest w domu, sam i czy nie śpi. Próbowałam ustalić, co robi, zgadnąć, o czym myśli, czy myśli choćby czasem o mnie. Parę razy nieoczekiwanie wpadłam na niego na głównej ulicy X-ville. Za każdym razem unosiłam dłoń obleczoną w rękawiczkę i otwierałam usta, żeby powiedzieć „dzień dobry”, ale on kroczył dumnie, nie zwracając na mnie uwagi. Mało mi serce nie pękło. Ale wierzyłam, że przyjdzie dzień, kiedy łuski spadną mu z oczu, a wtedy mnie pokocha. Tymczasem cierpiałam skrycie i próbowałam rozszyfrować jego gesty, zwyczaje, wyraz twarzy, licząc na to,  że  znajomość mowy jego ciała przyda się, gdy przyjdzie czas, żeby mu dogadzać. Uprzedzałabym jego życzenia, żeby go uszczęśliwić. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że Randy miał już za sobą doświadczenia seksualne. Mimo to nie mogłam go sobie wyobrazić podczas kopulacji, jak w myślach nazywałam stosunek. Nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić jego nagości, choć dzięki świerszczykom ojca wiedziałam, jak wyglądają męskie genitalia. Potrafiłam sobie za to wyobrazić, jak chwilę po stosunku Randy śmieje się zrelaksowany i patrzy przez skotłowane łóżko na niewidoczną kobiecą postać. Był moim idolem. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby tętno podskoczyło mi na pół dnia. Ale dość już o Randym. Na razie zostawmy go na boku.

[…]

„National Geographic” w tym miesiącu był raczej nijaki. Parę lat temu znalazłam ten sam numer w antykwariacie – grudzień 1964 – i trzymam go wśród moich książek i papierów. Nie sądzę, żeby pięćdziesięcioletni egzemplarz miał szczególną wartość, ale dla mnie jest fetyszem, migawką ze świata, który za moment miał zostać przewrócony do góry nogami. Okładka przedstawiała dwa brzydkie białe ptaki, pewnie gołębie,  siedzące  na ogrodzeniu z kutego żelaza. Gdzieś w oddali majaczył niewyraźnie krzyż. W środku zauważyłam artykuły poświęcone stanowi Waszyngton i egzotycznym miejscom wypoczynkowym w Meksyku i na Bliskim Wschodzie. Tamtego piątkowego wieczoru wzięłam do rąk numer pachnący jeszcze świeżą farbą i klejem i otwarłam na chybił trafił na zdjęciu palmy na tle zachodzącego słońca. Z rozczarowaniem rzuciłam pismo na stół. Wolałam czytać o miejscach w rodzaju Indii, Białorusi czy slumsów Brazylii. Albo o głodujących dzieciach w Afryce. Wręczyłam ojcu upomnienie od sierżanta Laffeya i przysiadłam skubnąć trochę orzeszków. Ojciec przebiegł wzrokiem pismo i cisnął je do kubła. Robią to tylko na pokaz – skwitował. Jego urojenia były niezwykle pomysłowe i uniwersalne; wszystko pasowało do jego teorii spisku. Nic nie było tym,  czym  się wydawało. Nękały go wizje mrocznych istot, które nazywał „gangsterami”; twierdził, że przemykają tak szybko, że widzi tylko smugę. Skradały się pod gankiem, kryły w cieniu, w krzakach, na drzewach, skąd naigrawały się z niego. Rzucił przez okno parę kulek śniegu tylko po to, żeby pokazać im, że je przejrzał na wylot. Policja udzieliła mu upomnienia, żeby mu zabezpieczyć alibi – ot, staremu pomieszało się w głowie.

[…]

Ojciec był oficerem wydziału policji naszego hrabstwa,  jednym  z nielicznych miejscowych mundurowych, których obowiązki wykraczały poza przeganianie kotów z drzew i odwożenie pijanych kierowców do domu z izby wytrzeźwień w sąsiednim miasteczku. Gliny z X-ville to była zgrana paczka. Mój ojciec cieszył się wielkim szacunkiem, a jakże, każdy, kto go poznał, natychmiast ulegał jego urokowi, a chłodne niebieskie oczy i moralizatorstwo zyskały mu przydomek „Ojciec Dunlop”. W młodości służył w marines i na zawsze zachował ich cierpkie poczucie humoru. Kochał mundur. Przez lata służby rzadko kładł się do snu bez munduru i broni. Poczucie własnej wielkości kazało mu utrzymywać nieustanną gotowość, by w środku nocy wyskoczyć z łóżka i ruszyć w pogoń za złoczyńcą. Jednak jego heroizm nigdy nie został wystawiony na próbę. Reasumując:  kochał  wyłącznie siebie,  rozpierała  go pycha i nosił swoją odznakę policyjną jak złotą gwiazdę od samego Boga. Brzmi to, jakby był zerem – i nie bez racji. Był wielkim zerem. Dopóki nie umarła mama, w jego pociągu do kielicha nie było nic niepokojącego. Wyglądał na miłośnika piwa, który tylko w chłodniejsze poranki skłania się ku whisky. Regularnie przesiadywał w O’Hara’s z kumplami z wydziału. Był to lokalny pub; nazwałam go na cześć poety, którego twórczość w ogóle do mnie nie przemawiała, nawet kiedy czytałam go jako dorosła. Tato po tym, jak wyjął broń i wycelował we właściciela O’Hara’s, stał się w pubie persona non grata. Kiedy moja mama się rozchorowała – czy mówiąc górnolotnie, „zmogła ją choroba”, i to w lawinowym tempie – ojciec zaczął zwalniać się z pracy, pić w domu, błąkać się nocami po ulicach i spać na gankach sąsiadów. Potem rozpił się jeszcze bardziej – pił w pracy, od samego rana. Skasował radiowóz, potem broń wypaliła mu niechcący w szatni. Ze względu na jego staż pracy i niepojęty dla mnie fakt, że był ulubieńcem wydziału, nigdy publicznie nie komentowano jego wyczynów. Kiedy z upływem lat robił się coraz bardziej kłopotliwy, namówiono go po prostu na wcześniejszą – wysoką   –   emeryturę   i   pilnowano   jak   dziecka. Z jakichś powodów po śmierci matki przerzucił się na dżin. Moja hipoteza jest taka, że dżin przypominał mu zapach jej perfum – używała skromnej, kwiatowej, ale cierpkiej w zapachu wody toaletowej o nazwie Adelaide – może upajanie się ulubionym zapachem zmarłej działało na niego kojąco.

[…]

Spojrzałam do góry, na sople lodu. Mogłabym odłamać jeden z nich i rzucić w ojca, celując między oczy tak, żeby go zabić. Jasne, że nie może. Twoja siostra ma własne życie. Sama doszła do czegoś. Nie to co ty, wiecznie uczepiona czyjegoś fartucha. Schylił się z trudem, żeby podnieść koc. Patrzyłam z korytarza przez drzwi do kuchni, jak drżącymi rękami mocuje się z paskiem szlafroka, próbując go zawiązać, narzuca koc i zataczając się, wraca na krzesło z kolejną butelką dżinu. Zacznij wreszcie żyć własnym życiem, Eileen. Weź się w garść. Zawsze umiał mi dopiec. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że jest pijakiem, a okrutne słowa pod moim adresem są chorym bełkotem szaleńca. Uważał, że za zasługi przy „rozpracowaniu mafii” powinna przysługiwać mu ochrona świadka. Miał się chyba za kogoś w rodzaju więźnia sumienia, świętego, który wypowiedział walkę złu z czterech ścian swojej celi. Skarżył się, że gangsterzy płatają mu figle nawet we śnie. Próbowałam mu wyperswadować jego fobie. To są tylko twoje przywidzenia. Nikt na ciebie nie czyha. Prychał tylko wzgardliwie, klepiąc mnie protekcjonalnie po głowie. Myślę teraz, że oboje mieliśmy lekką szajbę. Naturalnie w X- ville nie było żadnej mafii. Tak czy owak, zasługi mojego ojca jako policjanta sprowadzały się głównie do kierowania na pobocze samochodów, którym wysiadły tylne światła. Wszystko mu się teraz mieszało.

[…]

Kiedy parkowałam przed kinem i domykałam okna, po raz kolejny olśniło mnie, jak łatwo byłoby mi umrzeć.  Jedna podcięta żyła, jeden poślizg późnym wieczorem na oblodzonej autostradzie, jeden skok z mostu w X-ville. W każdej chwili mogłam też po prostu wejść do morza. Na świecie co chwila ktoś umiera, więc czemu mnie miałoby to ominąć? „Będziesz smażyć się w piekle”, powiedziałby mój ojciec, gdyby przyłapał mnie na podcinaniu sobie żył. Tego się właśnie obawiałam. Choć nie wierzyłam w niebo,  wierzyłam  w piekło. W gruncie rzeczy nie miałam ochoty umierać. Często nie chciało mi się żyć, jednak nie do tego stopnia, żebym zapragnęła targnąć się na swoje życie. Poza tym były jeszcze inne opcje. Mogłam zebrać się wreszcie na odwagę i uciec. Nowy Jork wabił mnie hipnotycznie jak pulsujący światłem neon nad wejściem do kina – zapowiedź ciemności i ucieczki od trosk, co prawda ucieczki płatnej i przelotnej, ale wszystko było lepsze od tkwienia bezczynnie w X- ville. Kupiłam bilet na Nie przysyłaj mi kwiatów i ruszyłam po dywanie w czerwono-czarne romby w stronę obitych dermą drzwi. Pryszczaty wyrostek z latarką wprowadził mnie na salę.  Film już się zaczął.  W ciepłym mroku nasączonym zapachem papierosów i prażonej kukurydzy oczy zamykały mi się same pomimo piskliwego szczebiotu Doris Day. A to, co widziałam po ich otwarciu,  było  nudne jak flaki z olejem. Pamiętam film piąte przez dziesiąte. Głównie spałam, ale było tam coś o żonie, której mąż cierpiał na hipochondrię, a może tylko obsesyjny lęk przed śmiercią. Doris, już wtedy dość mocno posunięta w latach, wyglądała jak papierowa laleczka nadgryziona zębem czasu, z dziecięcą fryzurką, w stroju odpowiednim dla pokojówki. Rock Hudson zdecydowanie był nieczuły na jej wdzięki. Później zresztą przeczytałam, że Doris Day nigdy nie miała szczęścia w miłości.

[…]

W moich ostatnich latach w X-ville podczas odwiedzin siostry zwykle nie schodziłam ze strychu. Nie mogłam znieść widoku, jak ojciec daje jej pieniądze, a oczy zachodzą mu łzami dumy i poczucia dobrze spełnionego obowiązku, ani tego, jak się oboje kochali – o ile to była miłość – w sposób dla mnie niezrozumiały. Joanie zawsze była bez zarzutu. Choć była starsza ode mnie, nazywał ją swoim maleństwem, aniołkiem, serduszkiem. Jeśli o mnie chodzi, cokolwiek bym robiła, zawsze było nie tak, o czym nigdy nie omieszkał mi przypomnieć. Gdy zeszłam na dół z książką lub czasopismem w dłoni, mówił: „Nie szkoda czasu na czytanie? Idź lepiej na dwór. Jesteś blada jak dupa”. A kiedy kupiłam kostkę masła, brał ją wzgardliwie w dwa palce, mówiąc: „Naucz się wreszcie, Eileen, że kostka masła to nie jest obiad”.  Kiedy wchodziłam do domu, nieodmiennie witał mnie słowami: „Co tak późno?” albo: „Co tak wcześnie?”, albo: „Musisz skoczyć do miasta, bo nie ma nic do picia”. Choć życzyłam mu nagłej śmierci,  tak naprawdę nie chciałam, żeby umarł. Chciałam, żeby się zmienił, żeby był dla mnie dobry, przeprosił za pięć lat udręki. Dręczyłam się też,   wyobrażając sobie jego pogrzeb z obowiązkową pompą i ckliwym klimatem. Drżące podbródki, składanie flagi i podobne idiotyzmy.

[…]

W tamtą niedzielę obudziłam się z kacem na moim łóżku polowym na strychu; ojciec wzywał mnie z dołu, żebym pomogła mu zebrać   się do kościoła, czyli zapiąć koszulę i podać do ust butelkę, bo za bardzo trzęsą mu się ręce. Sama też, naturalnie, czułam się nie za dobrze; po wczorajszej whisky świat jawił mi się jak przez mgłę,  a po wieczornych tabletkach przeczyszczających czułam się jak wyżęta ścierka. Zimno mi – powiedział ojciec. Poskrobał się po nieogolonej brodzie i spojrzał na mnie, jakby mówił:  „Bierz się za brzytwę”,  więc  się wzięłam. Namydliłam go i ogoliłam na miejscu, w kuchni, stojąc przy zlewie, nad stertą brudnych naczyń, salaterką pełną popiołu z cygar i okruchów spleśniałego chleba, zielonych jak zaśniedziały miedziak. To nie brzmi strasznie, ale   całość wyglądała dość upiornie. Humory i wybuchy ojca   wykańczały   mnie. Wiele rzeczy wytrącało go z równowagi, a ja stale się bałam, że niechcący czymś go zdenerwuję, albo byłam na niego tak rozeźlona, że próbowałam go specjalnie czymś wkurzyć. Uprawialiśmy takie gierki jak stare małżeństwo, przy czym on zawsze był górą. Śmierdzisz jak dudek – stwierdził tamtego ranka, kiedy prowadziłam brzytwę po jego brodzie. To chyba oczywiste, że miewałam czasem mordercze myśli. Tamtego ranka miałam ochotę poderżnąć mu gardło. Mimo to ugryzłam się w język: nie chciałam dać mu satysfakcji, że udało mu się wytrącić mnie z równowagi. Wolałam,  żeby  nie wiedział,  jaką ma nade mną władzę, jak bardzo potrafi mi dopiec. Bałam się też zdradzić z tym, jak wielką miałam ochotę rzucić go w diabły. Im dłużej myślałam o tym, żeby uciec, tym bardziej bałam się, że może próbować mnie ścigać. Mógłby postawić na nogi dawnych kumpli z wydziału, ogłosić pościg za dodge’em na terenie całego stanu, wkleić moją twarz w plakat „Poszukiwany” i rozlepiać po całym Wschodnim Wybrzeżu.

[…]

Nie siedź jak chłop w karczmie – powiedział, patrząc na moje rozsunięte nogi i twarz pomazaną szminką. Tego rodzaju seanse to była u nas normalka. Odnosiliśmy się do siebie szorstko, ale zdarzało nam się rozmawiać. Spieraliśmy się. Wymachiwałam rękami, gadałam za dużo. Podobnie zachowywałam się w późniejszym życiu, kiedy piłam z innymi mężczyznami, zwykle durnymi. Liczyłam na to, że zainteresuję ich sobą. Że mój pijacki słowotok wezmą za kokieterię, coś w rodzaju stwierdzenia: „Jestem tylko niewinnie paplającym dzieckiem. Czyż to nie urocze? Kochaj mnie, a ja będę patrzeć przez palce na twoje braki”. W odniesieniu do wspomnianych mężczyzn taktyka ta przynosiła mi krótkie miłosne uniesienia, dopóki łuski nie opadły mi z oczu, odsłaniając prawdę, że sama próba przypodobania się im jest hańbą. Raz po raz bezskutecznie próbowałam tą metodą przy kuchennym stole zdobyć uczucia mojego ojca: zalewałam go potokiem myśli, cytowałam recenzje z okładek książek, które ledwie liznęłam, rozwodziłam się nad sobą, swoim życiem, czasami, w których przyszło nam żyć. Po paru głębszych uderzałam w ton patosu. Ludzie zachowują się, jakby świat był w porządku, a to nieprawda. Świat jest do niczego. Ludzie umierają. Dzieci głodują. Bezdomni zamarzają na śmierć dokładnie w tej chwili. Tak nie powinno być. To nie jest fair. Wszyscy to mają gdzieś, pieprzą tylko od rzeczy. Tato. Tato! Waliłam w stół, bo czułam, że mnie nie słucha. Żyjemy w piekle. Przyznasz, że to jest piekło? Ojciec tylko wywracał oczami, czym doprowadzał mnie do szału.

[…]

Wzułam botki i pojechałam do biblioteki. Ostatnio połknęłam krótką historię Surinamu i opowieść o wróżeniu z gwiazd. W pierwszej książce były świetne zdjęcia mężczyzn rozebranych prawie do rosołu i starych kobiet z piersiami na wierzchu. Może zmyślam, ale wydaje mi się, że widziałam zdjęcie małpy ssącej ludzką pierś. Czułam pociąg do podobnych perwersji. Natomiast moje zainteresowanie gwiazdami miało bardzo prozaiczny powód: tęskniłam za tym,  by  ktoś wywróżył mi świetlaną przyszłość. W tamtej epoce byłam skłonna sądzić, że życie jest jak książka z biblioteki – nie należy do mnie, jest tylko czymś wypożyczonym, w dodatku nie na zawsze. Byłam niezłą idiotką. Nie powiem, żebym kiedykolwiek rozumiała w pełni, co znaczy być katoliczką. Kiedy ja i Joanie byłyśmy małe, matka w każdą niedzielę wyprawiała nas z ojcem do kościoła. Joanie nigdy nie protestowała, grzecznie siedziała w czasie liturgii,  czytając  książki z serii Nancy Drew – dziewczyna detektyw i żując gumę. Nie chciała klękać ani wstawać z nami i mamrotała „bla bla bla”, zamiast odmawiać Ojcze nasz, albo bawiła się kosmykiem włosów. Już w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat była tak ładna i pewna siebie,  że ojciec nie potrafił jej ofuknąć. Za to ja w wieku lat pięciu byłam pulchna, blada, mrużyłam małe oczka – dopiero jako trzydziestolatka dowiedziałam się,  że  powinnam nosić okulary – i mój niepokój oraz brak pewności siebie udzielały się ojcu, który się mnie wstydził.

[…]

Ze wszystkich stron padały powitania – wierni podlizywali się tacie, bo warto trzymać sztamę z mundurowymi. Ojciec, jakże by inaczej, do kościoła też wkładał mundur. Może się go po prostu bali. Ja na pewno bałam się ojca. Pamiętam, że na czas nabożeństwa zostawiał rewolwer w schowku w samochodzie, poza tym chyba nigdy się z nim nie rozstawał. „Dzień dobry, panie władzo”, witano go. Ojciec ściskał dłonie, a potem wdawał się w pogawędkę, jedną ręką obejmując Joanie, drugą kładąc na mojej głowie. Jeśli, z rzadka, ktoś spytał mnie o coś albo w ogóle zwrócił na mnie uwagę, ojciec patrzył na mnie z ukosa, jakby mówił: „Zachowuj się jak człowiek, uśmiechnij się, odpowiedz grzecznie”. Nieodmiennie sprawiałam mu zawód. Zapominałam języka w gębie albo język mi się plątał, krzywiłam się i wyrywałam, kiedy któryś z jego kolegów próbował uszczypnąć mnie w policzek. Nie cierpiałam kościoła.

[…]

W tamtą niedzielę zajechałam do biblioteki w X-ville, zaparkowałam samochód i brnąc w roztopionej brei, ruszyłam do czerwonych drzwi, które okazały się zamknięte. Była to mała biblioteka w miejskim domu kultury, a jedyna bibliotekarka – do dziś pamiętam jej nazwisko: Buell – otwierała ją, kiedy miała akurat czas. Bywałam tam na tyle często, by rozróżniać książki po grzbietach i kolejności, w jakiej stały na półkach. W niektórych książkach znałam na pamięć nawet plamy na kartkach – kropla sosu pomidorowego, rozgnieciona mrówka, rozmazany smark. Pamiętam, że w lekkim wietrze tamtego ranka była jakaś nuta nadziei. Choć był dopiero grudzień, czuło się powiew wiosny. Do nadużywania alkoholu skłaniały mnie głównie entuzjazm i wigor,  jakie  wstępowały we mnie nazajutrz, niekiedy połączone z irracjonalną ekscytacją – czymś, co nazywa się obecnie manią. Dobre samopoczucie w południe nieuchronnie ustępowało depresji,  ale  w słonecznej glorii niedzielnego poranka wrzuciłam książki przez specjalną szparę w drzwiach i postanowiłam wybrać się na przejażdżkę do Bostonu. Gdyby przeszło mi przez myśl, że to będzie ostatnia niedziela, jaką spędzę w X-ville, pewnie przeznaczyłabym ją na pakowanie chyłkiem walizki na strychu lub ponure rozmyślania o domu, którego miałam już nigdy nie ujrzeć. Przed powrotem ojca z kościoła miałabym czas i przestrzeń, żeby zapłakać przy kuchennym stole nad swoją młodością.

[…]

Teraz, kiedy zostawiłam za sobą X-ville, przemknęło mi przez myśl, żeby przystanąć przy moim dawnym college’u położonym przy drodze na Boston, ale nie mogłam zebrać się na odwagę. W mieście, w którym był college, mieszkałam niewiele ponad rok, w akademiku z dziewczynami. Chodziłam na zajęcia, jadłam w stołówce i tym podobne. Delektowałam się ekspresem do kawy,  własną  pościelą i tym, że wyrwałam się z domu, choć niespecjalnie daleko. Potem, w połowie drugiego roku,  musiałam  wracać do X-ville,  żeby  się „troszczyć” o matkę, choć, przyznam szczerze, nie byłam prawdziwie zatroskana. Matka mnie przerażała. Zawsze była mi obca, w tamtym okresie bardziej niż kiedykolwiek. Ponieważ chorowała, musiałam troszczyć się o nią jak pielęgniarka, ale w moich zabiegach nie było krztyny ciepła ani prawdziwej troski. W pewnym sensie było mi na rękę, że muszę odejść z college’u.  Nie miałam dobrych stopni i perspektywa, że zawalę rok studiów – opłacanych przez ojca – spędzała mi sen z powiek. Już i tak miałam na bakier z dziekanem, bo zostałam w łóżku, symulując chorobę, zamiast podejść do egzaminów semestralnych. Naturalnie po powrocie do domu oskarżałam rodziców o to, że moje plany legły w gruzach, marzyłam o tym, żeby wrócić na uczelnię i dalej uczyć się pisania na maszynie, historii sztuki, łaciny, Szekspira i czego tam jeszcze się dało.

[…]

Jak zwykle, kiedy byłam bardzo rozbita psychicznie, pojechałam przed dom Randy’ego. W drodze myślałam o jego umięśnionych ramionach, górnej wardze, chłopięcej, a przecież zmysłowej, o tym, jak jego uśmiech wyglądał z boku, kiedy skrywał twarz za komiksem albo którymś z czasopism humorystycznych.  Czy tęskniłby za mną, gdybym wyjechała? A nuż? „Zniknęła, zanim zebrałem się na odwagę, żeby zaprosić ją na randkę. Zawsze będę żałować straconej szansy”. Znajdowałam ukojenie w fantazjach o nas jako parze – nareszcie, po wszystkich latach, podczas których próbowałam zostać kobietą w jego typie – cokolwiek to mogło znaczyć – tuliliśmy się, łkając z żalu nad naszą miłością i latami straconymi przez rozłąkę. „Byłem ślepy”, mówiłby, całując moje dłonie, a łzy płynęłyby po jego pięknych policzkach. Uwielbiałam płaczących mężczyzn – ta słabość rzuciła mnie później w objęcia korowodu mazgajów i smutasów. Podejrzewałam, że Randy rzadko płacze, ale jeśli już dojdzie do tego, jest to widok zachwycający. Nie uwierzycie, ale tamtego popołudnia naprawdę przejechałam przed jego domem w fotelu mokrym od topniejącego śniegu.  Trudno powiedzieć,  czego  konkretnie szukałam,  choć  nigdy nie traciłam nadziei, że któregoś dnia się pojawi, by wyznać mi miłość, wybawi mnie, ucieknie ze mną, uwolni mnie od wszystkich kłopotów. Kiedy tak budowałam zamki na lodzie pod jego oknami, nagle chwyciły mnie mdłości. Otwarłam drzwi samochodu i zwymiotowałam. Szary strumień rozpuszczonych lodów chlusnął na zaspę, by zaraz wsiąknąć bez śladu.

[…]

Strych był miejscem, w którym nocowałby mój wujek, gdyby do nas przyjechał. Mój wyimaginowany wujek. Dobry wujek, może wojskowy, ze smykałką do majsterkowania, drobnych napraw, który nigdy nie skarżyłby się, że mu zimno i go suszy, który bez mrugnięcia okiem wcinałby najpośledniejsze ochłapy befsztyka czy kury, z tłuszczem i chrząstkami. Wyobrażałam sobie, że miałby długie, obwisłe płatki uszu i wąskie ramiona, ale za to byłby muskularny i obdarzony wielkimi   oczami. Mogłoby się okazać, że kochany wujek w rzeczywistości jest moim ojcem. Czasem przetrzepywałam szafę matki w poszukiwaniu śladów cudzołóstwa. Plamy po jedzeniu lub kawie na przodzie bluzki czy szminka rozsmarowana na pożółkłym kołnierzyku nie były głosem zza grobu, mimo to chyba liczyłam na jakąś miłą niespodziankę: jakiś znak, pozdrowienie, dowód na to, że mnie kochała, cokolwiek, sama nie wiem co. Parę lat po jej śmierci chodziłam ciągle w jej ubraniach. Pozwalałam ojcu wierzyć, że nie potrafię rozstać się z nieboszczką,  że  noszę jej stare sukienki w dowód przywiązania, żeby zatrzymać jej ducha czy coś w tym stylu. Sądzę jednak, że używałam ubrań zmarłej jako kamuflażu, licząc na to, że w takim przebraniu będę niewidzialna. Pamiętam, jak siedziałam na łóżku polowym przy świetle gołej żarówki i rozglądałam się po pobojowisku, jakim był strych. W powyrywanych szufladach komody piętrzyły się sterty nadgryzionej przez mole pościeli, którą moja mama odziedziczyła po swojej mamie. Pudła pełne starych książek i papierzysk, staroświecki patefon i skrzynie płyt, których nigdy nie próbowałam puszczać. Z powodu spadzistości sufitu musiałam na czworakach czołgać się do okna wychodzącego na tyły domu, skąd widziałam tylko biały śnieg i czarne, bezlistne gałęzie drzew w liliowej poświacie dogasającego dnia. Gdzieś tam w dole spoczywała Mona, moja zdechła suczka. Opadły mnie wspomnienia matki, jak leżała złożona chorobą, z dłońmi na wymiętej, krzywo udzierganej kapie, jak wytężając gardło, żali się ojcu, że jeśli Bóg istnieje, jest sukinsynem. „Dawno powinno już być po mnie”, chrypiała. Posłusznie gotowałam rosół co drugi dzień i karmiłam ją, łyżka po łyżce, klarownym bulionem z dużej zielonej salaterki, która bezpiecznie pozwalała złapać to, co ulewało się z ust, gdy matka młóciła na oślep słabymi rękami, próbując odtrącić moją dłoń.

[…]

Zapamiętałam poniedziałkowy prysznic, bo ciepła woda skończyła się nagle, kiedy mizdrzyłam się przed lustrem, oglądając moją nagą postać w kłębach pary. Teraz jestem już starszą panią. Czas mnie nie oszczędził, jak zresztą nie oszczędza nikogo: mam zmarszczki, obwisłe policzki i worki pod oczami, a ciało – wiotkie,  pomarszczone i bezkształtne – właściwie jest już bezpłciowe, więc tylko z przymrużeniem oka mogę się wcielić w tamto filigranowe ciało dwudziestoczteroletniej dziewicy. Miałam wąskie, spadziste ramiona. Dekolt kościsty, który dudnił jak bęben, kiedy waliłam się w pierś jak małpa. Piersi – dwie połówki cytryny, twarde, z sutkami ostrymi jak kolce. Właściwie składałam się z samych kości i żeber i byłam tak chuda,  że  moje biodra sterczały dziwacznie:  stale  się o coś obijałam i byłam cała w sińcach. W tamten poniedziałek nadal gniotło mnie w żołądku po niedzielnej jajecznicy i lodach. Z powodu skłonności do zatwardzeń byłam wiecznie zaabsorbowana wypróżnieniami. Pochłaniała mnie zawiła logistyka jedzenia i wydalania, balansowanie między dolegliwościami obstrukcji a katharsis wspomaganych farmaceutycznie sążnistych defekacji.  W ogóle o siebie nie dbałam. Zdawałam sobie sprawę, że powinnam pić wodę i jeść zdrową żywność, jednak szczerze powiedziawszy, nie lubiłam ani pić wody, ani jeść zdrowej żywności. Brzydziłam się owocami i jarzynami – smakowały jak mydło albo świeca. Miałam zaburzenia psychiczne w związku z pokwitaniem i nawet w wieku dwudziestu czterech lat wstydziłam się własnej kobiecości. Zdarzały się dni, kiedy nie jadłam prawie nic – skubnęłam parę orzechów albo rodzynków, ewentualnie skórkę chleba. Czasem też dla rozrywki zdarzało mi się żuć i wypluwać cukierki i ciastka, tak jak w zeszłym tygodniu czekoladki – były smaczne, ale mogłam od nich nabrać ciała.

[…]

Żałowałam, że nie mam pozytywki, od której dźwięków ojcu pękałoby serce. Chciałam, żeby konał z tęsknoty za mną. „Kochałem ją i nigdy nie wybaczę sobie tego, jak źle ją traktowałem”. Tak właśnie wyglądały myśli, które snuły mi się po głowie w drodze do pracy w tamten poniedziałkowy ranek. Nie przeczuwałam, że wyjadę w pierwszy dzień świąt o poranku i chociaż moje wspomnienia tamtych czasów zatarły się i zblakły, postaram się, na ile pamięć pozwoli, zrelacjonować wydarzenia ostatnich dni w X-ville i przedstawić sytuację z całym bogactwem niuansów. Najlepiej zapamiętałam drugorzędne szczegóły, jednak nie będę ich pomijać, jeśli uznam, że pomagają w oddaniu klimatu tamtych chwil. I tak na przykład, kiedy rano dotarłam do Moorehead, przyszły właśnie gwiazdkowe swetry dla chłopców, robione na drutach przez panie z grupy dobroczynnej działającej przy miejscowym kościele. Swetrów pewnie było za dużo, dlatego jeden z nich wylądował na moim biurku, owinięty w papier pakunkowy. Pani Stephens powiedziała, że to prezent od dyrektora. Rozdarłam papier i w środku znalazłam zrobiony równiutko na drutach granatowy sweter z pomarańczowym krzyżem na piersi i przypiętym agrafką do kołnierza kawałkiem pergaminu z nakreśloną starczym pismem literą „S” – rozmiar mały. Ten kolor… Czyżby jednak dyrektor mnie lubił? Nie bardzo wypadało mu przecież dawać mi czekoladki. Nie chciał zwracać uwagi pań z sekretariatu ani wzbudzać niechęci posądzeniami o faworyzowanie mnie lub pokątny romans. Wyobrażałam sobie, jak w gabinecie dyrektora leżę pod nim niczym szmaciana lala. Czy o to mu chodziło? W mojej głowie mnożyły się nieprzyzwoite scenariusze; pamiętam je, podobnie jak do dziś mam w uszach głuchy łomot szuflady, w której zatrzasnęłam sweter.

[…]

[O nowym pracowniku zakładu poprawczego, czyli o Rebecce – przyp. aut.]

Zachowałam w pamięci niejasne wspomnienie jej kreacji w dziwnych odcieniach różu, może nie tyle niemodnych, ile niespotykanych, przynajmniej w X-ville. Miała na sobie długą zwiewną spódnicę, sweter bliźniak układający się ładnie na jej szczupłej figurze i kapelusz z wywiniętym brzegiem, podobny do toczka jeździeckiego, tyle że szary i miękki, chyba z filcu, przybrany tęczowym piórkiem. A może ten kapelusz jest tylko wytworem mojej fantazji?  Na sto procent natomiast miała długi złoty łańcuszek z wisiorkiem. Jej kozaczki wyglądały jak męskie oficerki, tylko mniejsze i na damskim obcasie. Miała bardzo długie nogi, a smukłe ręce krzyżowała na szczupłej piersi. Z zaskoczeniem odnotowałam w jej dłoni papierosa. Naturalnie w tamtych czasach wiele kobiet paliło, więcej niż teraz, jednak ona stała w sekretariacie z papierosem i z taką miną, jakby była na koktajl party, i to we własnym domu. To, jak paliła, też mną wstrząsnęło. Jest w tej czynności coś łapczywego i ordynarnego, ale kiedy ona się zaciągała, jej twarz drżała, a rzęsy trzepotały z wysublimowaną rozkoszą, jakby skosztowała przepysznego deseru albo zanurzyła się w wannie z ciepłą wodą. Sprawiała wrażenie oczarowanej, wręcz zachwyconej. Uznałam jej zachowanie za perwersyjne, bo nie używało się jeszcze słowa „pretensjonalne”. Prędzej „wydumane”.

[…]

Wiem dobrze, że tylko nieszczęsne, zakompleksione dziewczyny zrozumieją, dlaczego tamta wymiana zdań z Rebeccą połączyła nas jak dwóch spiskowców. Po latach skrywanego wstydu w jednej, jedynej chwili zły czar prysł:  moje  ciało,  moje  istnienie samo w sobie doczekało się akceptacji. Przeżywałam niesamowitą bliskość i wzruszenie, jakbym nigdy dotąd nie miała przyjaciółki. Bo też tak było. Całe życie byłam skazana na Suzie, Alice czy Maribel, wyimaginowane – bo tylko one mnie chciały – koleżanki, które powoływałam do życia, żeby zmylić ojca. Nie speszyłaś mnie ani trochę. Ta deklaracja wymagała ode mnie niesłychanej odwagi, gdyż po raz pierwszy od lat choć na chwilę uchyliłam twardej przyłbicy. Zgadzam się z tobą w stu procentach. Jak mówi stare przysłowie, przyjaciel to ktoś, kto pomaga pogrzebać trupa – to właśnie była esencja naszego związku. Czułam to od pierwszej chwili. Moje życie miało się zmienić. W tamtej zadziwiającej istocie spotkałam własne dopełnienie, bratnią duszę, sprzymierzeńca. Pod wpływem głębokiego poruszenia i żeby raz na zawsze skończyć z przerażającą samotnością, gotowa byłam naciąć dłoń i podać Rebecce, żeby zawrzeć braterstwo krwi. Mimo to trzymałam ręce w kieszeniach. Tak zadzierzgnęła się między nami tajemna więź, za sprawą której moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej.

[…]

Choć na twarzy Rebekki Saint John tamtego dnia nie udało mi się wypatrzyć śladu makijażu, wyglądała świeżo i nieskazitelnie – była obdarzona naturalną urodą. Miała długie, gęste ciemnorude włosy, które – odkryłam z ulgą – aż się prosiły o szczotkę. Jej skóra miała złotawy blask, twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi była okrągła i pełna, usta przypominały pączek róży, brwi były cienkie, a rzęsy zaskakująco jasne. Błękitne oczy miały dziwny odcień, jakby były lekko podretuszowane, niczym baseny kąpielowe w reklamach tropikalnych kurortów. W realnym świecie taki kolor spotyka się wyłącznie w płynach do płukania ust, pastach do zębów, żelach do WC. Moje oczy wydawały mi się podobne do mętnej sadzawki – mroczne, zielonkawe, zmętniałe od piasku i mułu. Nie muszę chyba dodawać, jak strasznie czułam się upokorzona w obecności tej pięknej kobiety. Może powinnam była chronić się przed zranieniem i trzymać od niej z dala, ale fascynowała mnie: chciałam się lepiej przyjrzeć jej rysom, sprawdzić, jak oddycha, jak wygląda jej twarz, kiedy jest zamyślona. Liczyłam na to, że uda mi się wypatrzyć w niej jakieś drobne niedoskonałości czy skazy charakteru,  które choć trochę zrównoważyłyby nieskazitelną urodę. O święta naiwności! Napisałam jej na karteczce kombinację cyfr do zamka i podając ją, pociągnęłam lekko nosem. Pachniała zasypką dla niemowląt. Nie miała w ogóle pierścionków. Byłam ciekawa, czy ma chłopaka.

[…]

Ja też jestem taka. Mam w nosie, co ludzie o mnie myślą. Oczywiście wolę, żeby myśleli dobrze, bo to ma pewne plusy. Spojrzałyśmy na siebie, kiwając porozumiewawczo głowami. Czy byłyśmy do końca szczere? Nieważne. Czułam się jakby moje głęboko skrywane niedoskonałości zostały nagle wzięte za dobrą monetę. Nie wątpię, że Rebecca doskonale wiedziała, ile są warte te buńczuczne deklaracje, ale nie dała mi tego odczuć. Byłam pewna, że dała się zwieść mojej pozie. Do zobaczenia – rzuciłam. Czułam, że nie należy przeciągać tej sytuacji w nieskończoność. Pomachałyśmy do siebie i Rebecca wyfrunęła przez sekretariat z powrotem na korytarz, jak jakiś egzotyczny ptak czy kwiat, rażąco niestosowny w mdłym świetle jarzeniówki.  Z rękami założonymi z tyłu ruszyłam mechanicznie, jak automat, w stronę swojego biurka, pogwizdując improwizowaną melodię. Czułam się jak nowo narodzona. Popołudnie upłynęło mi na kwestii odpowiedzi, których zamierzałam użyć w konwersacji z Rebeccą. Ogromnie mi zależało, żeby zrobić na niej dobre wrażenie i żeby nie wzięła mnie za prowincjonalną gąskę, którą byłam; liczyłam, że uda mi się jej zaimponować moim anarchizmem, wspólną pogardą dla wielkich piersi, chłodnym, przenikliwym spojrzeniem i ogólną postawą. Nie byłam przy tym żadną anarchistką, tylko po prostu nieszczęśliwą dziewczyną. Siedząc za biurkiem, ćwiczyłam więc swoją maskę pośmiertną – kamienną twarz, w której nie drgnie żaden mięsień, oczy martwe i bez wyrazu, lekko ściągnięte brwi. Żywiłam naiwne przekonanie, że w kontaktach z nowo poznanymi lepiej powstrzymywać się od opinii, zanim druga strona nie ujawni swojego stanowiska. Dziś tego rodzaju zachowanie nazwalibyśmy defensywnym; to poza charakterystyczna dla osób niepewnych siebie, które na wszelki wypadek wolą w ogóle zrezygnować z poglądów i oczekiwań niż podpisać się pod jakimś światopoglądem czy próbować dołączyć do grupy, ryzykując, że zostaną odrzucone i wyszydzone.

[…]

Moja postawa nie świadczyła bynajmniej o obojętności na los chłopców, raczej o bezsilności: byłam młoda i biedna, nie miałam   jak im pomóc. Prawdę mówiąc, czułam się jedną z nich, ani gorszą, ani lepszą niż oni. Od najstarszych chłopców dzieliło mnie raptem sześć lat. Niektórzy z nich wyglądali już jak mężczyźni – byli wysocy, smukli, sypały im się brody i wąsy, mieli łapy jak bochny, niski głos. Zwykle byli synami białych robotniczych rodzin, ale było wśród nich paru czarnych chłopców. Tych lubiłam najbardziej. Czułam, że widzą coś, co umyka reszcie. Wydawali się bardziej zrelaksowani, oddychali jakby trochę swobodniej, nosili perfekcyjne maski pośmiertne, podczas gdy biali chłopcy krzywili się,  marszczyli, pluli i obrzucali wyzwiskami jak uczniacy na szkolnym boisku. Niejednokrotnie zastanawiałam się, co myślą o mnie, kiedy stoję w drzwiach podczas odwiedzin – o ile w ogóle mnie zauważali. Rzadko patrzyli w moją stronę, w ich niechętnych spojrzeniach nigdy nie wyczułam, by mnie identyfikowali. Przychodziło mi do głowy, że może zapominają mnie przez noc i sądzą, że w moją funkcję wciela się niekończący się zastęp kobiet podobnych do siebie jak dwie krople wody.  Albo w rozmowie z matką mówią   o mnie „ta suka”, kiwając głową w moją stronę, gdy odwrócona plecami myślałam o Randym, starając się nie podsłuchiwać ich rozmów. Ale mogli też mówić: „Nie znoszę ich wszystkich, z wyjątkiem tej”. Albo myśleli, że mam szmergla. Spokojnie mogłam uchodzić za pomyloną w dni, kiedy byłam niewyspana i pojawiałam się w pracy niechlujna i skacowana, wywracając oczami przy każdym głośniejszym dźwięku i zgrzytając zębami, kiedy ktoś włączył światło.

[…]

Chyba nie zabrzmi odkrywczo, jeśli powiem, że sytuacja młodej pracownicy czysto męskiej instytucji ma swoje uroki. Nie chcę przez to powiedzieć,  że moja pozycja w Moorehead pozwalała mi w jakikolwiek sposób odczuć kobiecą władzę ani też że stwarzała warunki do realizacji erotycznych scen, o których nagminnie fantazjowałam – nic z tych rzeczy. Jednak praca w więzieniu dawała mi pewien wgląd w męską psychikę. Zdarzało mi się czasem przyglądać chłopcom z boku, jak zwierzętom w zoo – obserwowałam ich ruchy, oddech, ich gesty i reakcje. Właśnie studiując zachowania młodocianych więźniów, rozwinęłam w sobie zdolność wczuwania się w zdumiewające spektrum męskich emocji. Wzruszenie ramion znaczyło „później ci dołożę”. Uśmiech mógł być obietnicą dozgonnej miłości i sympatii lub oznaką głębokiej nienawiści, morderczej wręcz wściekłości. Czy czerpałam przyjemność erotyczną z przyglądania się młodym chłopcom? Szczerze mówiąc, niewielką, ponieważ oglądałam ich tylko wyrywkowo i zawsze w nietypowych okolicznościach. Widywałam ich wyłącznie, jak wchodzą i wychodzą gęsiego z apelu albo ze stołówki i podczas widzeń z matkami. Nigdy nie miałam okazji oglądać ich na pryczach, przy zajęciach w świetlicy ani w trakcie zabaw na boisku, gdzie prawdopodobnie zachowywali się najswobodniej, byli bardziej ożywieni i przejawiali większą subtelność, wrażliwość, humor oraz spontaniczność. Tak czy owak, gustowałam w tym korowodzie nieszczęsnych twarzy, a najbardziej lubiłam, gdy spod pulchnych policzków i delikatnych, dziecięcych rysów przebijała zawzięta twarz bezlitosnego mordercy. Podniecało mnie to.

[…]

Dorosła kobieta jest jak kojot – niewiele jej trzeba do życia. Mężczyźni bardziej przypominają domowe koty – gdy zostawić ich zbyt długo samych, umierają ze smutku. Z biegiem lat nauczyłam się kochać ich za tę słabość. Próbowałam szanować jako ludzi, istoty czujące, piękne, choć niestałe. Słuchałam zwierzeń, pocieszałam, ocierałam łzy. Ale za młodu, w X-ville, nie przypuszczałam nawet,   że inni – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – mogą przeżywać świat równie głęboko jak ja. Nie miałam współczucia dla nikogo, chyba że czyjeś cierpienie akurat potrąciło strunę mojego cierpienia. Pod tym względem byłam opóźniona w rozwoju. Czy wiedziałam, że chłopcy w Moorehead – nie inaczej zresztą jak więźniowie na całym świecie – byli nocami zmuszani do walk ku uciesze strażników, że kazano im załatwiać się do poszewek na poduszki, że byli nagminnie przymuszani do obnażania się przez oficerów wychowawczych, którzy ich opluwali, bili, wiązali, upokarzali i wykorzystywali? Krążyły takie pogłoski, ale wszyscy przymykali na nie oczy. Powiecie, że mało mnie wzruszało, iż chłopcy drogę do pokoju widzeń i z powrotem odbywali w kajdankach? Czemu niby miało mi pękać serce z powodu kogoś, kto nie był mną? Byłam dla siebie jedyną osobą, której cierpienie się liczyło. Było czymś moim, własnym.

[…]

Miałam ochotę spytać, od  kogo ją dostała,  ale  ugryzłam się w język. Otwarła papierośnicę i poczęstowała mnie papierosem. To był pall mall, gruby, bez filtra, najmocniejszy papieros, jaki miałam w życiu w ustach. Paliłam je potem jeszcze przez kilka lat, niezmiennie podziwiając cudowną maksymę umieszczoną w poprzek znaku firmowego – tarczy trzymanej w łapach przez dwa lwy – Per aspera ad astra. Przez ciernie do gwiazd. Uważałam, że ta maksyma zapowiada moją drogę życiową, niestety, okazała się na wyrost. Rebecca podała mi z wdziękiem ogień. Zapalając papierosa dla siebie, przechyliła głowę z namysłem, jak ptak, nieznacznie wsysając policzki. Te nieistotne szczegóły na zawsze wryły mi się w pamięć. Musiałam być nią nieźle zafascynowana. Czułam, że samo to, że ją znam, nobilituje mnie, podnosi z dna na wyższy poziom. Nie palę na co dzień – oznajmiłam, krztusząc się, choć miałam w torebce paczkę salemów. Brzydki nałóg, ale chyba dlatego go lubię. Co prawda niezbyt twarzowy. Zęby żółkną, o, popatrz. Przysunęła się do mnie, odchylając palcem dolną wargę, żeby pokazać dziąsła. Widzisz te przebarwienia? To kawa i papierosy. I oczywiście czerwone wino.

[…]

Oblałam się rumieńcem i kiwnęłam głową. Mów mi Rebecca. Mrugnęła porozumiewawczo i odpłynęła, stukając obcasami. Mało nie padłam z zakłopotania i ze szczęścia. Zapamiętała moje imię. To wiele dla mnie znaczyło. Na śmierć zapomniałam o aktach Leonarda Polka. Miałam nadzieję, że Rebecca zwróci je z samego rana i pani Stephens nie spyta mnie znienacka, co się z nimi stało. Chwilowo jednak było mi wszystko jedno. Miałam prawdziwą przyjaciółkę – kogoś, kto poznał się na mnie, komu zależało na moim towarzystwie, kogoś, z kim czułam duchową więź. Latami odtwarzałam w pamięci tamtą rozmowę z Rebeccą i pozostałe, usiłując wybaczyć sobie to, co nieuchronnie miało się wydarzyć w najbliższych dniach. Na razie jednak tryskałam szczęściem. Znajomość z Rebeccą była ekscytująca jak lekcja tańca, jak odkrycie jazzu. Czułam się tak, jakbym się po raz pierwszy w życiu zakochała. Przez całe życie czekałam, że moja przyszłość objawi się nagle przede mną jak róg obfitości, i wreszcie czułam, że to nastąpiło, a wszystko dzięki Rebecce. Per aspera ad astra.

[…]

Stojąc przed pokojem widzeń, waliłam się pięściami po kościstych biodrach – był to rytuał, który budził we mnie poczucie wyższości i mocy. Kiedy młodociany podpalacz usiadł przy stole naprzeciwko matki, zrobił to, co robili w tej sytuacji wszyscy młodsi chłopcy. Splatali ręce przed sobą, wbijali tępo wzrok w ścianę, nadąsani i nieprzystępni. Ledwie jednak ich wzrok padł na zbolałą twarz matki, wybuchali płaczem. Mały podpalacz wybuchnął płaczem.  Jego matka wyjęła z kieszeni chusteczkę i podała mu ją nad stołem. Randy rzucił się do przodu, zasłaniając jedną ręką chłopca, a drugą blokując dłoń matki z chustką. Przykro mi – powiedział bezbarwnie. To niedozwolone. Wolno pani uścisnąć go na odchodnym – wtrąciłam się – ale nie wolno mu nic dawać. To dla jego bezpieczeństwa. Miałam dobrze przećwiczone podobne teksty. Oczywiście przepisy nie miały chronić dzieci przed chusteczkami do nosa. Wiedziałam doskonale, że moje słowa rozmijają się z prawdą. Ale byłam młoda, a państwowa edukacja i mój katolicki ojciec nie wyrobili we mnie własnego zdania; do tego bałam się kary, przesłuchań, napiętnowania, więc przestrzegałam wszelkich reguł Moorehead. Trzymałam się ściśle litery prawa.

[…]

Pani Polk, chyba żeby się nie rozpłakać, zacisnęła mocno powieki i zrobiła głęboki wydech. Po chwili splotła dłonie i złożyła je na stole. Właśnie otwarła usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle głośny stukot obcasów z korytarza sprawił, że wszystkie głowy odwróciły się w tamtą stronę. W naszym kierunku sunęła Rebecca, z notesem   w jednej i papierosem w drugiej dłoni. Zamarliśmy wszyscy, wpatrzeni w przybliżającą się zjawiskową postać w gamie bladych fioletów; wokół jej ramion falowała burza ciemnorudych włosów. Emanowała spokojem i powagą; jej palce spoczywały leniwie na notesie niczym jaszczurki na nasłonecznionym kamieniu, jednak czuło się w niej jakieś napięcie. Siliła się na uśmiech, ale jej oczy błyszczały nerwowo. Za zasłoną urody kryła się ludzka, neurotyczna istota, skonstatowałam z ulgą. Uderzyło mnie, że jej nadejście idealnie zbiegło się w czasie z porą widzenia. Czyżby to ona wezwała panią Polk? Co zrobiła z aktami Leonarda? Skinęła głową Randy’emu i mnie, po czym stanęła między nami w progu, opierając notatnik o pierś.  Obserwując matkę siedzącą z synem przy stole, pisała ciurkiem, w ogóle nie patrząc w zeszyt. Kiedy papieros zaczął parzyć ją w palce, niedbale strząsnęła popiół na podłogę. Pani Polk cedziła przez zęby. Nie pamiętam już, co mówiła, ale mówiła niewiele. Coś tam o kuzynach Leonarda, chyba też o jakichś pieniądzach. Nic ważnego. Jej syn milczał. W pewnym momencie pani Polk ciężko westchnęła i wbiła wzrok w ścianę. Próbowałam podpatrzyć, co Rebecca pisze – niestety, gryzmoliła jak kura pazurem. Nie wiedziałam o istnieniu stenografii, więc uznałam, że bazgrze byle co, żeby wyglądało, że coś notuje. Łamałam sobie głowę, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy doktor Frye przychodził przyglądać się wizytom, nigdy nie robił żadnych notatek. Zastanawiałam się, co w ogóle Rebecca tutaj robi.

[…]

O’Hara’s była mroczną speluną z drewnianymi boksami odwiedzaną przede wszystkim przez przedstawicieli klasy robotniczej. Klientelę stanowili głównie gliniarze, strażacy i dokerzy; ci ostatni cuchnęli niemożliwie potem i solą. Dwie samotne kobietki w takim miejscu będą obiektem co najmniej dwuznacznych spojrzeń. Ale ja nie pękałam. Byłam naiwniaczką, byłam popychadłem, ale nie byłam tchórzem. To jedyny pub w mieście – zaznaczyłam. Brzmi zachęcająco – mruknęła Rebecca. Uśmiechnęła się konspiracyjnie. Do zobaczenia więc. Siódma, mur-beton. Dobrze powiedziałam? Mur-beton? Zamknęła mi drzwi przed nosem. Zaproszenie było nie lada wyzwaniem. Musicie pamiętać, że byłam durną staroświecką frajerką, do tego tchórzem. Nigdy nie wychodziłam sama wieczorem. Nawet potańcówki w college’u były nadzorowane, a wśród moich koleżanek z akademika panowało przekonanie, że ta, która odłączy się od stada, jest dziwką, puszczalską, chutliwą jawnogrzesznicą, osobą niekulturalną i złą. Odwiedziny w lokalu typu O’Hara’s raczej nie były zalecane. Ale skoro Rebecca decydowała się na to, to ja też. Co miałam do stracenia? Wyszłam z pracy wcześniej, żeby zdążyć dojechać do domu i się przebrać. Chciałam włożyć sukienkę, pomalować się i spryskać perfumami matki, oczywiście bez wielkiego pindrzenia się. Kiedy kobieta jest przesadnie wysztafirowana, to albo jest gdzieś po raz pierwszy, albo jest wariatką.

[…]

Patrzyła na mnie wyczekująco, więc czułam się zobowiązana dorzucić coś jeszcze. Coś jest nie tak z moim samochodem. Nic lepszego nie przychodziło mi do głowy. Musiałam jechać z opuszczonymi szybami, bo inaczej w środku zbierają się spaliny. Z tymi rzeczami nie wolno żartować. Musisz się koniecznie napić jeszcze whisky. Skinęła na Sandy’ego, pokazując nasze puste kieliszki. A mąż nie może tego naprawić? Nie mam męża – odparłam półgębkiem, żeby Sandy nie usłyszał. Na kilometr było widać, że nie mam męża. Rebecca tak się tylko wygłupiała. Wolę z góry niczego nie zakładać. Niektórzy ludzie są uprzedzeni wobec niezamężnych kobiet – stwierdziła. Osobiście nie wiem, o co ten cały szum. Sama jestem singielką. Nie interesuje mnie małżeństwo, ot co. Postukała paznokciem w nóżkę kieliszka. Lepiej nie mów o tym przy tych kolesiach. Zaśmiałam się, rozbawiona własnym dowcipem. Przyglądałam się spod oka mężczyznom, którzy mruczeli do siebie pod nosami,  jakby  chcieli coś rozważyć, zanim podejmą decyzję. Wszyscy wydawali mi się znajomi – mogli być znajomymi Joanie – ale nie wiedziałam, jak się nazywają. Wiesz, że jesteś paradna – paplała dalej Rebecca. Zawsze byłam singielką. A kiedy jestem z facetem, to krótko, tylko żeby się zabawić. Nie lubię wiązać się z żadnym miejscem ani osobą. Jedni widzą w tym modus vivendi, inni patologię,  zależy, z kim rozmawiam. Urwała, patrząc na mnie wymownie. Czy raczej do kogo mówię, paplam, trajkoczę. Wytrzeszczyła komicznie oczy.

[…]

Moi rodzice umarli, kiedy byłam mała. Utonęli – wyjaśniła. Wychował mnie wujek na słonecznym Zachodzie. Nie mogę pojąć, jak znosicie tutaj rok w rok tę zimę.  Te obrzydliwe ciemności i piekielny ziąb doprowadzają mnie do szaleństwa. Rozgadała się o oceanie, o tym, jak kocha plaże. Jako dziecko całymi dniami bawiła się na słonecznej plaży itepe,  itede. A potem opowiedziała o przeprowadzce do Cambridge, o tym, jak wiosłowały z koleżankami po Charles River. Wychwalała zieleń, historię, wyśmiewała się z tamtejszych intelektualistów, nazywając ich „sztywniakami”. Oznajmiła, że jest „paradoksalnie zakochana w Nowej Anglii”. Nie wspomniała słowem o studiach na Harvardzie ani o swoim życiu zawodowym. Tutaj wszystko jest jakby bardziej realne, nie   uważasz? Tu nie ma miejsca na fantazjowanie i sentymenty.  To właśnie mnie frapuje.  Mimo że czuje się tutaj chwałę przeszłości i powiew historii, ludziom jakby brakuje wyobraźni.

[…]

Rebecca nie nalegała na dalsze wyjaśnienia. Czy wyczułaś gniew w pani Polk? – spytała. Była zmartwiona. Matki są zawsze zmartwione. Zastanawiałam się, do czego Rebecca zmierza. Może milczy dla jej dobra? Z litości, rozumiesz? Przekrzywiła głowę, patrząc mi badawczo w twarz. Nie nadążałam za jej tokiem myślenia, ale kiwnęłam głową, siląc się na uśmiech. Zamiast kłamać, po prostu milczy. – Zanurzyła palec w kieliszku i possała go. Powiem ci coś, ślicznotko. Spłonęłam rumieńcem. Niektóre rodziny są tak chore i porąbane, że jedynym lekarstwem jest śmierć któregoś z jej członków. Z chłopcami zawsze jest kłopot. Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Rebecca roześmiała się tylko. To samo powiedział mi dziś po południu dyrektor, kiedy pytałam go o Leonarda. Zaskoczyła mnie tą informacją. Dopiła martini, a potem okręciła się na stołku, znowu zwracając się twarzą do mężczyzn w boksie. Wyzywającym gestem zapaliła papierosa, wydmuchując z ust słup dymu pod sam sufit. Spytałam go – podjęła głośniej, zezując na mężczyzn, którzy oniemiali otarli usta, a potem jakby życie w nich wstąpiło – czym Leonard zasłużył sobie na tyle dni w tej, jak mówicie, norze. Powiedział mi, słowo w słowo, to co ty, Eileen: „Z chłopcami zawsze jest kłopot”. Położyła rękę na moim kolanie i zostawiła ją tam, jakby to było jej miejsce postoju. Podejrzewam, że wykroczenie miało coś wspólnego z seksem. Musiał zrobić coś nieprzyzwoitego. Nam, dziewczętom, nie mówi się o takich sprawach. Leonard wygląda mi na to. Wiesz, o czym mówię?

[…]

Dom był zamknięty na klucz. Przez okna widziałam ojca śpiącego na rozkładanym fotelu w kuchni, przy otwartej lodówce. Czasem łapały go poty od rozpalonej kuchenki i piekarnika, wtedy otwierał na oścież drzwi lodówki. Na nogach miał buty. Jeśli nie liczyć niedziel, kiedy jeździł do kościoła pod nadzorem siostry, zawsze, gdy miał buty na nogach, należało się spodziewać kłopotów. Nie był groźny i agresywny, ale kiedy wyrwał się z domu, robił rzeczy,  które dyrektor Moorehead uznałby za obrazę moralności: zasypiał na cudzym trawniku, miął pocztówki na stojaku w sklepie, wywracał automat z gumą do żucia. Do bardziej agresywnych wyczynów ojca zaliczało się sikanie do piaskownicy na placu zabaw, wymyślanie kierowcom na Main Street i rzucanie kamieniami w psy. Za każdym razem policja łapała go i odwoziła do domu. Robiło mi się słabo, kiedy słyszałam dzwonek do drzwi, a na ganku stał gliniarz z X-ville z ojcem, który był pijany albo tarł się po brodzie, a oczy uciekały mu w bok. Kiedy stawałam w drzwiach, policjant zdejmował czapkę   i mówił przyciszonym głosem,  natomiast  ojciec rzucał się szukać w domu jakiejś flaszczyny. Jeśli jednak zostawał z nami i włączał się do rozmowy, podawali sobie z gliniarzem ręce i klepali się po plecach na znak miłości i zgody. Po prostu jestem na obchodzie – tłumaczył się gliniarz. Jeśli   zdradzał   choć   lekki   niepokój, ojciec brał go na bok i zaczynał jeremiadę na temat gangsterów, mafii i dziwnych odgłosów w domu. Narzekał na kłopoty z sercem, bóle w plecach i na to, że ja, jego  córka,  zaniedbuję  go, maltretuję i myślę tylko o jednym – jego pieniądzach.

[…]

Nie mogłam wołać zbyt głośno, bo usłyszeliby mnie sąsiedzi. Ponieważ właśnie zaczynał się dzień i wkrótce kobiety miały wysyłać swoje pociechy do szkół, a mężczyźni wsiadać do aut, by jechać do pracy, za chwilę wszyscy mieli zobaczyć wbitego w zaspę starego dodge’a. Auto to jedno, ale kierowca chyba nie miał piątej klepki. My, Dunlopowie, już i tak uchodziliśmy w okolicy za rarogów. To, że ojciec był policjantem, a więc szacownym obywatelem, który służył krajowi,  nie  stanowiło dostatecznej przeciwwagi faktu,  że  w ostatnich latach nie kosił trawnika i nie przycinał żywopłotu. Raz czy dwa każdego lata robił to za nas sąsiad, chyba po to, żeby zachować pozory, choć nazywało się to wdzięcznością za zasługi ojca i współczuciem dla mnie, chuderlawej dziewczyniny bez matki i z nikłą szansą na zamążpójście. Nasz dom był jedynym w okolicy, który nie miał kolorowych lampek w ogrodzie, pięknie ubranej choinki świecącej w oknie salonu i wianka ostrokrzewu na drzwiach wejściowych. Kupowałam słodycze na Halloween, ale żadne dziecko nigdy nie zadzwoniło do naszych drzwi. Kończyło się tym, że samotnie żułam i wypluwałam smakołyki na strychu. Nie lubiłam nikogo z naszych sąsiadów, podobnie jak ojciec – nawet tych luteranów, mimo ich podarunków i przysług. Uważałam ich za świętoszkowatych i czułam, że biorą mnie za niedorajdę, której auto zasmradza całą uliczkę po włączeniu silnika. Ale nie chciałam, żeby mnie   potępiali   jeszcze   bardziej. Nie chciałam dawać nikomu kolejnego materiału do plotek.

[…]

Kiedy odfajkowywałam te procedury wstępne, czułam się całkiem zwyczajnie, jak każda inna osoba wypełniająca rutynowe obowiązki. Lubiłam mieć jasne wytyczne i przestrzegać reguł. Dawało mi to poczucie ładu, ulgę, wytchnienie od męczącej, uporczywej gonitwy myśli. Jestem pewna, że wiele osób uważało mnie i do dziś uważa    za dziwną. Oczywiście zmieniłam się bardzo przez tych pięćdziesiąt lat, ale nadal potrafię wprawić niektórych w głębokie zakłopotanie, choć teraz z całkiem innych powodów. Zrobiłam się zbyt szczera, zbyt kochająca. Jestem czuła, namiętna, wylewna aż do przesady. Ale wtedy byłam po prostu jakimś dziwolągiem. Nieprzystosowaną bidulą. Nie było jeszcze takiej mody na kryzys wieku dojrzewania. Moja kamienna twarz przeraziłaby mnie, gdybym ją dzisiaj zobaczyła w lustrze. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że  byłam dosyć gruboskórna. W końcu nie bez kozery pracowałam właśnie w więzieniu. Nie byłam też szczególnie miła.  Wolałabym być kasjerką w banku, ale który bank by mnie zatrudnił? Ani by się obejrzeli, jak zaczęłabym podkradać z kasy. Więzienie stwarzało mniej pokus. Godziny widzeń wlekły się w nieskończoność. Patrzyłam z zachwytem na moją obskurną torebkę przewieszoną przez krzesło za biurkiem. Gdyby ktoś ją potrącił, rewolwer szczęknąłby o metalowe oparcie. Co pomyślałaby o mnie Rebecca, słysząc, że jestem uzbrojona? Miałam lekkie obawy,  że  noszenie broni jest w złym guście. Polowanie, wyłączając milionerów, to rozrywka dla agresywnych warstw niższych, prymitywnych wieśniaków, prostaków i odrażających, niewrażliwych głupców. Przemoc była po prostu jedną z wielu naturalnych funkcji ludzkiego ciała, równie prozaiczną jak pocenie się czy wymioty. Można ją w pewnym sensie przyrównać do seksu, z którym zresztą często idzie w parze. Przez resztę dnia mechanicznie wykonywałam swoje obowiązki. Próbowałam się znów zafiksować na Randym, nawykowo obserwując go siedzącego na jego stołku, ale moja fascynacja nim osłabła.

[…]

Ojciec wrócił do domu o lasce, z zabandażowaną kostką i szwem na brodzie. Obnosił się dumnie ze swoją raną, najpierw przemywając ją sporadycznie, a potem nałogowo, spirytusem, którego coraz częściej się domagał. Też spodobał mi się ten zapach i kiedyś za plecami ojca upiłam łyk, krztusząc się potężnie. Teraz wzięłam dżin i torebkę na strych, przebrałam się w piżamę i wsunęłam rewolwer pod poduszkę. Czułam się odświętnie, jakbym odmawiała wieczorny pacierz albo jak w dzieciństwie wkładała pod poduszkę pierwszy ząb, który mi wypadł. Po przebudzeniu znalazłam pod poduszką dwie lśniące pięciocentówki. Byłam wstrząśnięta nie tyle przemianą zęba w srebro, ile myślą, że matka lub ojciec zakradli się do mnie w nocy, kiedy byłam nieprzytomna, niczego nieświadoma, bezbronna. Pamiętam, jak rano łamałam sobie głowę – co jeszcze robili ze mną we śnie? Często zastanawiałam się, co mogłam przespać, jakie ich kłótnie, jakie tajemnice. Kiedy myślę teraz o moim dzieciństwie, w pamięci pojawiają się nieliczne obrazy domu, mebli i ich ustawienia, zmian pór roku w ogródku na tyłach domu. Jeśli chodzi o matkę, to najlepiej pamiętam jej ciało w łóżku, lekkie jak piórko, chłód jej dłoni, których dotknęłam chyba po raz pierwszy od dzieciństwa, jej ramię, które ugięło się pode mną, kiedy z płaczem przytuliłam się do niej.

[…]

Po śmierci matki zawarliśmy z ojcem niepisaną umowę, że damy sobie spokój z Gwiazdką. Tylko jednego roku zrobiłam mu prezent – którego bezużyteczność była jak policzek – krawat. Joanie przysyłała nam zwykle kartkę, jeśli przypomniała sobie w porę. Wiedziałam, że urządza przyjęcia świąteczne u siebie, ale nigdy mnie nie zapraszała. Nie mam jej tego za złe. Nie byłam zbyt zabawna. Budząc się w tamtą pamiętną Wigilię, ostatnią, którą spędziłam w X- ville, miałam sześćset czterdzieści siedem dolarów zachomikowanych w szkatułce na biżuterię. W tamtych czasach była to całkiem spora sumka. Oszczędności życiowe. No i miałam broń. Wyciągając rewolwer spod poduszki, czułam się bajecznie. Byłam świadoma jego bogatej historii. Ojciec najpierw używał go na służbie jako atrybutu władzy, a potem jako straszaka na gangsterów, których nikt poza nim nie widział. Owi wyimaginowani przestępcy wiedzieli, że nie ma z nim żartów. Trzeba przyznać, że kiedy człowiek trzyma broń w garści, wstępuje w niego szatańska pycha. „Ten rewolwer utoruje mi drogę do wolności”, myślałam w wigilijny poranek, mierząc do wyimaginowanych wrogów. Wstyd mi, gdy myślę, jak łatwo ów gadżet dodał mi pewności siebie i wiary we własne możliwości. Postanowiłam pokazać go wieczorem Rebecce. Może namówię ją, żebyśmy poszły do lasu postrzelać do drzew? Albo na zamarznięty staw – postrzelać do księżyca? Albo pojedziemy na plażę, zrobimy orła na śniegu, a potem będziemy strzelać do gwiazd? Takie to właśnie romantyczne plany snułam na okoliczność wspólnego wieczoru z najlepszą przyjaciółką.

[…]

Zanim zrelacjonuję wam moje wspomnienia z tamtego wieczoru, chcę zaznaczyć, że nigdy przedtem nie miałam prawdziwej przyjaciółki. Kiedy byłam dziewczynką, miałam tylko Joanie, która nie przepadała za mną, i jedną, może dwie koleżanki w podstawówce, zwykle, jak ja, outsiderki. W gimnazjum była jeszcze dziewczyna z nogami w klamrach, a w liceum grubaska, która się prawie nie odzywała, no i skośnooka córka właścicieli chińskiej restauracji w X-ville, ale nawet ona wypięła się na mnie, kiedy założyła grupę cheerleaderek. To nie były prawdziwe przyjaźnie. Przeświadczenie, że przyjaciel to ktoś, kto cię kocha, i że miłość to gotowość na wszystko, największe poświęcenie, żeby uszczęśliwić bratnią duszę, skazywało mnie na bolesny zawód, dopóki w moim życiu nie pojawiła się Rebecca. Trzymałam telefon przy sercu. Brakowało mi tchu. Miałam ochotę piszczeć z radości. Każdy, kto kiedyś był zakochany, zna to cudowne oczekiwanie, tę euforię. Czułam, że zaraz zacznie się coś niebywałego. Chyba jednak byłam zakochana w Rebecce. Obudziła w moim sercu uśpiony płomień. Już nigdy później nie czułam w sobie takiego ognia.  Tamten dzień niewątpliwie był najbardziej podniecającym dniem w moim życiu.

[…]

To wszystko było jakieś podejrzane. Czyżby to był dom jej chłopaka? Mieszkała w tej norze z jakimś miejscowym? Kto ją wie. Czy czułam się zawiedziona? Jeszcze jak! Spodziewałam się szlachetnej porcelany, mahoniu, luster z rżniętego kryształu, obić z adamaszku, miękkich poduch, aksamitów – luksusów i dekadencji, jak w magazynach mody, tymczasem ten dom należał do jakiegoś nędzarza, gorzej, do człowieka w stanie ciężkiej depresji. Może byliście kiedyś w takim domu, obskurnym i przytłaczającym, pozbawionym życia i kolorów, jak szum na ekranie zdezelowanego telewizora. W późniejszych latach mieszkałam w wielu takich wnętrzach, których progu nie przestąpiłabym teraz za nic. Niesamowite, na ile rzeczy ludzie przymykają oczy, kiedy ich dusza jest pogrążona w mrokach. W tamtej sytuacji jedyną pociechą było dla mnie to, że ów dom był w jeszcze gorszym stanie niż mój. Pozwolę sobie wtrącić parę słów na temat domów. Te piękne, nieskazitelne domy w kolonialnym stylu, które mijałam, jadąc przez X-ville, to w gruncie rzeczy maski pośmiertne praworządnych obywateli. Człowiek nie jest z natury tak idealny i uporządkowany. Taki dom wystawia właścicielom gorsze świadectwo niż rozpadająca się rudera. Właściciele wymuskanych domów to, mówiąc wprost, ludzie z obsesją śmierci. Dom wypielęgnowany, umeblowany w najlepszym stylu, pełen wysmakowanych ozdób, dom, gdzie każda rzecz ma ściśle wyznaczone miejsce, to grobowiec. Ludzie, którzy żyją pełnią życia, mają w domach bałagan. Przeczuwałam tę prawdę w wieku dwudziestu czterech lat, może dlatego, że od wczesnej młodości miałam obsesję śmierci. Próbowałam zagłuszyć moje lęki niepraniem i sprzątaniem, jak typowe gospodynie w X- ville, tylko dziwaczną dietą, natręctwami, huśtawką nastrojów, Randym i tak dalej. Świadoma myśl o śmierci dopadła mnie dopiero w tamtej kuchni, kiedy patrzyłam, jak Rebecca rozłupuje orzeszek ziemny, zjada i oblizuje palce – olśniło mnie, że pewnego dnia umrę, choć jeszcze nie teraz.

[…]

Przyglądałam się, jak przegląda, a potem zatrzaskuje szuflady i szafki. Szlafrok zsunął jej się z ramion jak etola. Ktoś taki jak ona mógł sobie pozwolić na wszystko. Mam! – wykrzyknęła, stawiając na stole dwa kubki do kawy, porcelitowe kubki, jak w stołówce, nadtłuczone i pokryte od wewnątrz brązowym osadem. Niezdarnie nalała wino z rozbitej flaszki. Lubisz muzykę? – spytała, podnosząc smukły palec do góry. Była nienaturalnie podniecona. Zastanawiałam się, czy nie zażyła czegoś przed moim przyjściem. W tamtych czasach wiele kobiet brało pigułki odchudzające, po których były nerwowe i wybuchowe,   a Rebecca z powodzeniem mogła do nich należeć. Kiedy teraz wspominam jej prostą jak trzcina sylwetkę, długie niesforne włosy, niespotykane monochromatyczne kreacje, dociera do mnie, że musiała być niesamowicie próżna. Naturalnie – odparłam, wodząc wzrokiem za jej palcem, który sugerował, że muzyka jest czymś namacalnym, co można dostrzec w powietrzu. Przepadam za muzyką. Pchnęła w moją stronę miskę pełną łupin orzeszków. To będzie popielniczka dla ciebie. Uważaj na wino. W środku może być tłuczone szkło.

[…]

Sytuacja robiła się nieznośna. Krzesło wrzynało się w plecy, po domu hulał przeciąg. Mimo to popijałam dalej wino, kiwając głową i siląc się na uśmiech. Dobrze wiedziałam, co przed nią ukrywam – moje rozczarowanie, moje płonne nadzieje, moje tęsknoty. Ale co ukrywa Rebecca i dlaczego, pozostawało dla mnie nieprzeniknioną zagadką. Bez końca rozwodziła się nad swoją letnią opalenizną, nad tym,  jak na dłuższych trasach łapią ją za kierownicą   skurcze w rękach, wymieniała ulubionych malarzy – jeśli dobrze pamiętam, wyłącznie przedstawicieli ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Umówiłyśmy się, że na wiosnę wybierzemy się do Bostonu połazić po muzeach, ale Rebecca przez cały czas sprawiała wrażenie, jakby ją coś trawiło, a ze mną obcowała tylko na powierzchni.  „Może mam tylko prawo podziwiać ją z dala?”, przemknęło mi przez myśl. Kimże byłam, żeby sobie roić, że ktoś taki jak Rebecca – piękna, niezależna, wykształcona – miałby nagle mieć ochotę spoufalać się ze mną? I co miałam w zamian do zaoferowania? Byłam nikim, nieudacznicą. Powinnam być jej wdzięczna, że się zgodziła wziąć na siebie ciężar rozmowy.

[…]

Jak zdążyłaś się już pewnie zorientować, żyję inaczej niż większość ludzi – odezwała się po chwili. Ależ skąd, masz bardzo miły dom – zaprotestowałam grzecznie. Proszę cię, nie wysilaj się. Nie mam na myśli domu. Schrupała na stojąco cebulkę. Rozumiesz, mam swoje poglądy, ideały. Nie jestem jak tamte dwie, z którymi pracujesz. Nie jestem zwykłą panią od czegoś tam w szkole. Nic mnie też nie łączy z twoją matką. Wstawiła swój talerz do zlewu. Na pewno też masz swoje ideały, może nawet zbieżne z moimi? Czułam, że próbuje wybadać, czy jak „większość ludzi” idę za głosem stada, czy jestem „inna”, jak ona. Kanapka podchodziła mi do gardła. Chleb był spleśniały, szynka gumowata. Mimo to żułam jak grzeczna dziewczynka, potakując. Zdążyłam w życiu przemyśleć to i owo – wyznała Rebecca, oblizując palce. Nie wierzę w dobro i zło. Podsunęła mi papierosa, a ja z chęcią przyjęłam pretekst, żeby odłożyć kanapkę. Ci wszyscy chłopcy w Moorehead, oni nie powinni tam siedzieć, bez względu na to, co zrobili. Żadne dziecko nie zasługuje na taką karę. Miałam w sobie tylko niecałe dwa kubki wina, a że nigdy na trzeźwo nie miałam odmiennego zdania niż rozmówca, zaskoczyły mnie własne słowa. Może przemówił przeze mnie ojciec policjant, bo mnie ta sprawa ani ziębiła, ani grzała. Popełnili przestępstwo; nie może im to ujść bezkarnie.

[…]

Prawdę mówiąc, wcale nie czułam skruchy. Nagłe torsje mnie podnieciły. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zwymiotować od samego patrzenia na coś. Najchętniej popatrzyłabym znowu na zdjęcie. Było w nim coś,  czego  nie umiałam rozgryźć do końca.  W otoczeniu zmiętych prześcieradeł, koszuli nocnej w drobne prążki i czarnej plamy krwi na dywanie obwisła, sflaczała twarz pana Polka zdawała się coś ukrywać. Twarz bez wyrazu z fotografii była maską skrywającą prawdziwe życie. Gdybym mogła, weszłabym w tamto zdjęcie, obejrzała szczelinę na poderżniętym gardle, dotknęła krwi, zbadała ranę, czy nie kryje się w niej jakiś sekret, ale rana na zdjęciu nie była widoczna. Co te oczy widziały? Co było ostatnią rzeczą, jaką ujrzał pan Polk? Lee, nóż, ciemności, żona, jego własny duch wychodzący z ciała? Fascynowało mnie wymijające spojrzenie nieruchomych oczu. Czułam, że pan Polk ukrywa jakąś tajemnicę, i chciałam ją zgłębić. Może ujrzał śmierć. Wiedział, że umiera. Może wszystko sprowadzało się tylko do tego. Skąd masz to zdjęcie? – spytałam Rebeccę. Wyjęłam z kartoteki Lee. Straszne, co? Usiadłam z powrotem na krześle, trzeźwa i spokojna. Czy ja wiem? – skłamałam nie wiedzieć czemu. Lee zakradł się do pokoju rodziców z nożem kuchennym i poderżnął ojcu gardło. Jego matka twierdzi, że była w szoku. Nie zadzwoniła na policję od razu. Mówi, że zbudziła się i widząc martwego męża, uznała, że miało miejsce włamanie. Swoją drogą,  jak można przespać coś takiego? To się w głowie nie mieści. Nóż znaleziono w zlewie, a Lee leżał w łóżku, tuląc swojego misia.

[…]

Ale Lee wcale nie jest winien – podjęła. To właśnie wyjawił mi wczoraj. Całą swoją gehennę. To więcej, niż dziecko jest w stanie unieść w samotności. Odwróciła się, jakby za bardzo uległa emocjom, ale kiedy z powrotem popatrzyła na mnie, była spokojna, opanowana, wręcz uśmiechnięta. To zdjęcie jest koszmarne, zdaję sobie sprawę.  Nie da się na nie patrzeć. Kiedy je zobaczyłam, a potem spotkałam Lee, nie mogłam pojąć, jak bystry, nieśmiały chłopaczek mógł posunąć się do czegoś takiego. Przecież to przeczy prawdopodobieństwu. Spytałam go, czy naprawdę to zrobił,  czy  zabił swojego ojca. Postukała palcem w fotografię, w twarz nieboszczyka. Powiedział, że tak, że to jego robota. Nie tyle powiedział, ile kiwnął głową. Spytałam go, dlaczego, ale tylko wzruszył ramionami. Nie od razu otworzył się przede mną, rozumiesz, musiałam go naprowadzić pytaniami. Na początku strzelałam na chybił trafił. Czy tato bił mamę? Czy matka kazała mu zabić ojca dla polisy ubezpieczeniowej? Co to było? Czułam, że tam coś śmierdzi. To było zresztą wypisane na twarzy jego matki. Sama ją widziałaś. Czułam, że ona coś ukrywa. Dlatego zadzwoniłam do niej i kazałam jej przyjść. Powiedziałam: „Myślę, że pani syn chciałby z panią porozmawiać”. Widziałaś ich we dwoje. Biedny chłopiec unikał jej wzroku, dlatego po wszystkim spytałam go wprost: „Co twój ojciec ci zrobił? Czy on cię dotykał?”. I Lee nagle zaczął mówić. W kilka minut wyrzucił z siebie wszystko. Ten człowiek, stary Polk, gwałcił go, gwałcił własnego syna. Nikt nie raczył nawet spytać chłopca o to. Wszyscy woleli nie wiedzieć.

[…]

Patrzyła w sufit. Teraz, kiedy  odsunęła się ode mnie,  dopadły  mnie chłód i samotność. Zapragnęłam wstać, podejść do niej, wśliznąć się pod szlafrok, tulić do niej jak dziecko. Spróbuj się wczuć w jego sytuację, Eileen. Wyobraź sobie, że jesteś małym dzieckiem. Zaczęła roztaczać przede mną wizję conocnych rytuałów w domu Polków, tak jak je sobie wyobrażała; wyjaśniła mi ze szczegółami, jak działa lewatywa, jak ciasne są otwory dziecięcego ciała, jak okolice intymne dziecka ulegają rozdarciu podczas stosunku płciowego, naszkicowała też psychologiczny portret ojca, rozwodząc się nad tym, jak bardzo musiał męczyć się przez całe życie w szponach żądzy,  której  nie miał jak zaspokoić. Raczej wiadomo, co kierowało ojcem – ciągnęła. Miał w mózgu poprzestawiane wtyczki. Możliwe, że robiąc te rzeczy z synem, wierzył, że to miłość. Choć brzmi to strasznie, niektórym miłość objawia się właśnie tak, a nie inaczej, i może ich popchnąć do molestowania własnego dziecka. Normalny człowiek nigdy by się do czegoś takiego nie posunął, ale pan Polk najwyraźniej potrzebował tego do życia. Pomyślałam o moim ojcu i mojej matce, jak niewiele okazywali mi czułości jako nastolatce, jeśli nie liczyć   podszczypywania i dźgania palcem. Mimo wszystko chyba miałam szczęście, choć trudno powiedzieć, kto z nas gorzej trafił, Polk czy ja.

[…]

Czuję, że ta kobieta posiada brakujący element łamigłówki – ciągnęła Rebecca – i musimy go z niej wydobyć, żeby Lee mógł wreszcie zamknąć ten etap. Jak już wspomniałam, nie jestem zwolenniczką kary, ale wierzę w sens zadośćuczynienia. Ojciec Lee gwałcił go. Postępował podle, więc zginął. Lee zabił ojca, więc poszedł do więzienia. Matka też musi mieć coś na sumieniu, ale jej uszło to bezkarnie. Błagam cię tylko, Eileen, nie mów tego nikomu. Schyliła się, łapiąc mnie za łydkę. Obiecaj! Kiwnęłam głową. Kiedy trzymała mnie za nogę, gotowa byłam jej obiecać wszystko. Ciągle jednak nie rozumiałam śmiertelnej powagi, z jaką angażowała się w sprawy Polków. Co ją to obchodziło? Czemu to miało dla niej aż takie znaczenie? Wyciągnęła do mnie swój szczupły mały palec. Bez wahania zahaczyłam o niego moim. Potrząsnęłyśmy dłońmi. Ten gest wydawał się tak szczery, niewinny, a przy tym tak perwersyjny, że mało się nie popłakałam ze szczęścia. To nie jest mój dom – powiedziała Rebecca. To jest dom Polków. Rita Polk leży związana w piwnicy.

[…]

Jakiej znów prawdy?! – krzyknęła pani Polk. Nie wiem, o co wam chodzi, na litość boską! Patrzyła na mnie, jakby spodziewała się po mnie odpowiedzi. Milczałam. Nawet kiedy mierzyłam z broni do tej nieszczęsnej kobiety, cała ta sytuacja w piwnicy miała w sobie jakiś element maskarady. Przypominało mi to trochę zabawę w siedem minut w niebie, kiedy wylosowaną parę zamykało się w szafie, gdzie przez chwilę w ciemnościach mogła robić, co chciała. Nigdy nie brałam udziału w grach towarzyskich, ale wyobrażałam sobie, że po wyjściu z szafy wszyscy zachowywali się jakby nigdy nic. Skoro nikt nikomu nie zrobił krzywdy, wszystko znów było po dawnemu. Mimo to po zabawie twoja popularność i prestiż mogły wzrosnąć lub, na odwrót, twoja reputacja doznawała uszczerbku, jeśli w szafie nie stanąłeś na wysokości zadania. Dla mnie w piwnicy gra toczyła się o szacunek Rebekki, który mnie czynił szczęśliwą. Naturalnie liczyłam na to, że jej plan się powiedzie: pani Polk przeżyje taką ulgę, kiedy się przyzna, jak z mężem traktowali syna, że naprawdę podziękuje Rebecce za wydobycie na światło dzienne skrywanej przez lata prawdy i wyrwanie jej z zaklętego kręgu mrocznych tajemnic i upiorów przeszłości. Będzie mogła zacząć od nowa budować relacje z synem. Poczuje się jak nowo narodzona. A nasza przyjaźń z Rebeccą rozkwitnie i wszystko skończy się happy endem.

[…]

Zastanawiałam się, jak bliskie stosunki z Polkami utrzymywał mój ojciec, kiedy był jeszcze gliniarzem, czy gawędzili czasem z panem Polkiem przy kawie, narzekając na dzieci i małżonki. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek spotkała pana Polka, a nawet jeśli, to nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. To ponoć jest częste u zboczeńców: na oko nie dałbyś za nich trzech groszy, dopiero za zamkniętymi drzwiami zamieniają się w monstra. Sądzę, że gdyby pani Polk poszła zgłosić go na policję, jej zeznania wzięto by za wytwór chorej wyobraźni. Żonka plecie duby smalone, żeby pogrążyć męża. Durna baba. Nie wątpię, że mój ojciec tak właśnie odebrałby jej słowa.

[…]

Wiesz, ona ma rację – odezwała się pani Polk. Ta pani. To twoja znajoma? Mówiła wysokim, monotonnym głosem. Flegma bulgotała jej w gardle. To prawda, co mój syn mówił o ojcu.  Mitch, mój mąż, miał chore nawyki. Rozumiesz, dziwne upodobania. Myślałam, że niektórzy mężczyźni tak po prostu mają i nic się nie da na to zaradzić. Nigdy tego nie pochwalałam,  ale  mam na swoją obronę to, że nie mogłam odejść.  Przysięga małżeńska zobowiązuje do szacunku dla męża i posłuszeństwa, a ja ją składałam. Zresztą dokąd miałam niby pójść? Jej oczy zalśniły w półmroku. Przełknęła ślinę, spojrzała w sufit i kaszlnęła. Gdzież ta Rebecca? Na początku myślałam, że Mitch po prostu dogląda śpiącego Lee, jak dobry ojciec – podjęła pani Polk. Że sprawdza, czy mały śpi spokojnie. To naturalny odruch u rodziców. Ale te wizyty zaczęły się dziwnie przeciągać. Spędzał u małego coraz więcej czasu. Niekiedy orientowałam się przez sen, że wstaje z łóżka. Kiedy indziej czułam, że wraca, całuje mnie, przytula i takie tam. Przestaliśmy się kochać od urodzenia Lee. Straciłam, straciliśmy na to ochotę. A tu nagle Mitch znów zaczął mieć na mnie ochotę, co bardzo mi schlebiało. Jednak zaczęłam mieć nawracające zakażenia na dole, znaczy się w okolicach intymnych. […] Tak czy owak, infekcja powracała. Aż wreszcie zbudziłam się kiedyś w środku nocy, poszłam na górę i zobaczyłam Mitcha w łóżku Lee. Z początku nie dotarło do mnie, co robią, przysięgam. Nikt nie spodziewa się czegoś takiego po własnym mężu. Nie chciałam wierzyć, ale z czasem się pogodziłam. Uznałam, że to chyba jakoś specjalnie małego nie boli. Pewnie to nic strasznego. Zresztą Lee nigdy nie wspomniał o tym słowem, więc doszłam do wniosku, że mu to nie przeszkadza. Łudziłam się, że po prostu za mało wiem o mężczyznach. Może wszyscy to robią z synami? Mogło tak być, tylko ja o tym nie wiedziałam, bo niby skąd? A Lee nie wyglądał, jakby mu się działo coś złego. Był grzecznym, spokojnym dzieckiem, miał niezłe stopnie. Słodka dziecina, siedział cichutko, bawił się grzecznie z dziećmi z sąsiedztwa, nigdy nie miałam z nim żadnych kłopotów, więc pogodziłam się z tą sytuacją. Aż któregoś dnia olśniło mnie,  że  gdyby był czysty, wszyscy byśmy na tym skorzystali. Może skończyłyby się wreszcie te infekcje, przez które stosunki z Mitchem były bardzo bolesne. Lee zresztą nigdy nie jadł dużo, a ja po pewnym czasie zorientowałam się, czym go karmić, żeby lewatywa zadziałała szybko. Wiem, że to brzmi śmiesznie. Zdawałam sobie sprawę, że to, co robię, nie jest całkiem w porządku. Ale Lee był takim kochanym, dzielnym chłopcem, nigdy się nie opierał. Zawsze dbał o to, żeby wszyscy byli zadowoleni. Mówił, że nie chce, żeby   ktoś się na mnie gniewał. Przynosił dla mnie z prac ręcznych śliczne kartki na Gwiazdkę i na walentynki. Miałam go za dobre dziecko, więc robiłam dobrą minę do złej gry. Co zresztą miałam robić? Oni nie mówią o takich rzeczach. Nie uczą, co masz robić w podobnej sytuacji.

[…]

Cicho bądź! – syknęła Rebecca, podchodząc z boku do pani Polk. Sąsiedzi cię usłyszą, a to tylko pogorszy twoją sytuację. Zamknij się. Zakryła usta kobiety dłonią. Mówiłam jej przecież, że z bronią nie ma żartów. Pani Polk nic nie będzie, starałam się pocieszyć. Rana na obrośniętej sadłem ręce wyglądała na powierzchowną. Nic poważnego się nie stało. Ale pani Polk nie chciała się uspokoić. Dyszała jak oszalałe zwierzę, szarpała się, próbując wyrwać głowę z rąk Rebekki, żeby wezwać pomocy. Podniosłam rewolwer i czując rozgrzaną kolbę w dłoni, wpadłam na znakomity pomysł. Możecie myśleć o mnie, że byłam zła i łatwo pobłażałam sobie, że byłam egoistką żyjącą w świecie własnych urojeń, że byłam tak zboczona i paranoidalna, że tylko śmierć i destrukcja mogły mnie zadowolić, sprawić, bym w końcu poczuła się szczęśliwa. Powiecie pewnie, że miałam umysł zwyrodnialca, że tylko cudze cierpienie mogło mi sprawić przyjemność i tak dalej. W tamtej chwili jednak próbowałam po prostu wymyślić, jak oszczędzić nam wszystkim kłopotu: mnie, Rebecce, pani Polk i mojemu ojcu. Mój pomysł zasadzał się na tym, żeby wziąć panią Polk do nas, zastrzelić, poczekać, aż umrze, a potem wetknąć upitemu do nieprzytomności ojcu rewolwer w garść i odjechać w siną dal. Jasne, że chciałam uciec, zwłaszcza gdyby Rebecca zdecydowała się mi towarzyszyć. Szczerze wierzyłam w to, że zastrzelenie pani Polk jest jedynym sposobem uniknięcia skutków niefortunnego pomysłu Rebekki. Przecież nikt nie będzie szukał związku śmierci pani Polk ani z moją, ani z Rebekki osobą. Będziemy wolne.

[…]

Nie wzięłam z X-ville żadnych rodzinnych fotografii, więc mogę polegać tylko na wspomnieniach, które się zacierają. Zapamiętałam ojca takiego, jak go żegnałam – nieprzytomnego na łóżku. Joanie przetrwała w moich wspomnieniach jako młoda, ładna, seksowna dziewczyna, trochę bezmyślna. Oczywiście jest mi o wiele trudniej wspominać mamę. Pamiętam jej szorstkie, siwiejące włosy, kiedy odkryłam, że jest nieżywa, i kuliłam się obok niej, próbując wyrównać oddech, zanim pójdę powiedzieć naprutemu od tygodni ojcu, że już jej nie ma. Jesteś pewna? – spytał, kiedy stanęłam przed nim w tamten duszny, słoneczny poranek. Pamiętam to poczucie straszliwego osamotnienia, kiedy patrzyłam na półprzymknięte drzwi, za którymi nie spała już moja matka. Płakać poszłam do łazienki.  Pamiętam doskonale moje odbicie w lustrze, z czerwonymi, podpuchniętymi oczami. Wciąż dygocąc, rozebrałam się, a potem obejmując się rękami, miękkimi jak z waty, szlochałam pod prysznicem. Odeszła, kiedy miałam raptem dziewiętnaście lat i byłam chuda jak patyk, czym zasłużyłam na jej uznanie. Nie lubiłam oglądać się na zdjęciach. Byłam pulchnym dzieckiem - bladą, nieatrakcyjną uczennicą podstawówki, która nie potrafiła na WF-ie wspinać się po linie i biegać jak reszta klasy. Chodziłam niezdarnie, kolebiąc się jak kaczka, bo moje grube toporne uda rozsadzały spodnie, które matka kupowała o numer za ciasne,  łudząc się, że się dopasują. Z wiekiem nie przybyło mi wzrostu, za to zrobiłam się drobna jak ptaszek. Przez jakiś czas wciąż jeszcze miałam brzuch – okrągły, wystający brzuszek dziecka – ale kiedy wyjeżdżałam z X-ville, byłam chuda jak patyk i nie miałam grama tłuszczu, co zresztą mi odpowiadało. Naturalnie zdawałam sobie sprawę, że to nie jest całkiem w porządku. Obiecywałam sobie, że kiedy będę dorosła, będę się lepiej odżywiać i ubierać, że zostanę prawdziwą damą. Wyobrażałam sobie chyba, że po wyjeździe z X- ville urosnę z piętnaście centymetrów, zrobię się piękna i ponętna. Myślałam o Rebecce, wyobrażałam ją sobie w kostiumie kąpielowym – szczupłe biodra, długie uda jak u modelki z żurnala. Zdrowy połysk skóry. Może Rebecca jakoś mi pomoże, marzyłam, pokieruje mną, powie, dokąd iść, jak się ubrać, jak żyć, co zrobić ze sobą. Moje wyobrażenia na temat przyszłości z czasów, nim poznałam Rebeccę, w znacznym stopniu się sprawdziły: zakładałam, że wprowadzę się do jakiegoś odrapanego mieszkania, może do pensjonatu dla dziewcząt, gdzie będę mogła bez przeszkód oddawać się cudownym czynnościom: czytać gazety, zajadać się cętkowanymi bananami, spacerować po parku, przesiadywać w swoim pokoju, jak normalny człowiek. Liczyłam na to, że towarzystwo Rebekki pchnie mnie w jakimś lepszym kierunku. Zapragnęłam osiągnąć coś wielkiego w życiu. Tak straszliwie tęskniłam za tym, żeby zostać kimś ważnym, żeby spoglądać na świat z wyżyn drapacza chmur, a tych, którzy ośmielą mi się sprzeciwiać, deptać jak karaluchy.

[…]

Usiadłam przy nim, wręczyłam butelkę i patrzyłam, jak pije, trzymając ją drżącymi rękami, a oczy zachodzą mu mgłą. To nie wilki, to myszy – uspokoiłam go. Osuszenie butelki do dna nie zajęło mu więcej niż minutę, dwie. Pamiętam, jak zrobił się senny – wstąpił w niego duch dżinu – głowa zaczęła   mu   się   kiwać   jak   dziecku,   usta   się   ściągnęły,   a powieki zatrzepotały jak konające ćmy.  Wzięłam go pod łokieć i pomogłam wstać, a on zatoczył się i poleciał na mnie, ocierając się o mój policzek lepką szyją. Myszy? – wymamrotał. Zaprowadziłam go do pokoju mamy, położyłam do łóżka i pocałowałam w pokrytą plamami wątrobowymi obrzękłą dłoń. Dobranoc, tato. Tak właśnie się z nim pożegnałam.

[…]

Nie wiem, w czym moja rodzina pobłądziła. Nie byliśmy jacyś szczególnie źli – ani lepsi, ani gorsi od was. Obawiam się, że to, co każdy dostaje od losu, to, jak kończy, to w znacznej mierze ślepy traf. Zamknęłam za sobą drzwi domu po raz ostatni, a kiedy odwracałam się w stronę ulicy, nagle, jakby niebiosa chciały mnie pokarać, jeden z sopli pękł i spadł mi na policzek, rozcinając go gładko od oka do szczęki. Nie bolało, trochę tylko zapiekło. Czułam, że krew płynie mi po twarzy, a mróz podstępnie wsącza się w ranę. Mężczyźni mówili później, że ta blizna dodaje mi wyrazu. Jeden twierdził, że pionowa rysa na twarzy kojarzy mu się z pustym grobem. Inny nazwał ją ścieżką łez. Dla mnie jest po prostu pamiątką, że kiedyś byłam kim innym, tamtą dziewczyną, Eileen, która uciekła z domu.

[…]

Chętnie poczułabym znowu tamten wewnętrzny spokój, który ogarnął mnie, kiedy jechałam na północ. Nie myślałam o niczym, chłonęłam tylko wzrokiem ośnieżone pastwiska. Zorza raziła mnie spomiędzy drzew, a na którymś zakręcie całkiem mnie oślepiło. Kiedy odzyskałam wzrok, przede mną stał jeleń, zagradzając drogę. Zwolniłam, przypatrując się zastygłemu w bezruchu zwierzęciu,  które patrzyło na mnie bykiem, jakby przeze mnie nie mogło biec dalej. Zjechałam na bok i zasunęłam szyby w samochodzie. Pani Polk spała jak zabita, kiedy ją porzuciłam na poboczu w aucie z pracującym silnikiem. W baku było benzyny na wiele godzin. Mam nadzieję, że chociaż raz otwarła oczy i doceniła miejsce, w jakim ją zostawiłam. Bujny, zakrzepły na mrozie las, spowity poranną bielą opalizującą błękitem, wydał mi się miejscem, w którym sama umarłabym z przyjemnością. Pożegnałam się z dodge’em i ruszyłam w stronę jelenia, który stał nadal nieruchomo, a para z jego nozdrzy unosiła się między nami, dołączając do zastępu duchów. Uniosłam dłoń, jakbym chciała go pozdrowić. Stał nadal, wbijając we mnie czarne wielkie oczy, płochliwy, ale spokojny, z oszronionym pyskiem i koroną poroża nad głową. I wtedy coś we mnie pękło, wskutek bliskości tego wielkiego, drżącego zwierzęcego ciała. Wreszcie łzy napłynęły mi do oczu. Otwarłam usta, żeby coś powiedzieć, ale jeleń oddalił się truchtem i zbiegł po skarpie, znikając w leśnym gąszczu. I to już wszystko. Płakałam i rozmazywałam łzy, żeby zmyć krew z twarzy. Szłam przed siebie, a moje kroki skrzypiały raźnie na zamarzniętym śniegu. Kiedy parę kilometrów dalej, na rozstaju dróg, machnięciem ręki zatrzymałam jadący na południe samochód, powiedziałam kierowcy, że pobiłam się z matką, na co wręczył mi termos wypełniony po korek whisky. Piłam łapczywie, a potem znowu zaczęłam płakać. Już dobrze, dobrze. Poklepał mnie po udzie topornym, poodmrażanym łapskiem.

Ottessa Moshfegh, Byłam Eileen

Sfilmowana powieść psychologiczna Ottessy Moshfegh – amerykańskiej powieściopisarki przenosi akcję tej nietuzinkowej opowieści do miasteczka, a może raczej do wioski o skrywanej nazwie X-ville, nieopodal miasta Rutland w stanie Vermont, zatem w północno-wschodnie części Stanów Zjednoczonych Ameryki, w czym także i w połowę lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dorosła i wcześnie osierocona przez matkę, Eileen Dunlop wciąż żyje samotnie, w toksycznym domu rodzinnym z ojcem, emerytowanym policjantem i alkoholikiem z którym relacje są co najmniej zbyteczne. Pracując jako sekretarka w więziennym zakładzie poprawczym dla małoletnich poznaje przebojową i bezwzględną Rebeccę, dzięki której dojrzewa do decyzji definitywnego opuszczenia rodzinnego domu i coraz bardziej świrującego ojca. Niemniej w przeddzień swego postanowienia, w noc wigilijną, a przede wszystkim za nieznającą sprzeciwu namową Rebekki, terroryzuje w domostwie Polków - Ritę Polk, matkę będącego raczej ofiarą niż katem Leonarda, wychowanka więziennego domu poprawczego sama niejako w ten sposób zachęcając się do ucieczki byle dalej stąd. Opowieść o tym, że choćby było już za późno to nigdy też na tyle, żeby nie spojrzeć w siebie i przed siebie z nutą optymizmu na przyszłość w ostracyzmie swego dwugłosu, który asekuracyjnie podszeptuje najgorsze.



powrót ››