Blog

 

24.02.2024

Gdzie śpiewają raki

„Zapuszczaj się jak najdalej.

Tam, gdzie śpiewają raki”


„Poznasz huncwota po jego warkotach”


„Zachody słońca nie takie proste.

Światło w półmroku łamliwe

Nigdy nie oczywiste.

Szarówka niczym przebranie

Zaciera ślady i kłamstwa.

 

Ale nieważne

Że zmierzch nas mami.

Barwy widzimy krzykliwe

I nie wierzymy

Że słońce pod ziemią

Gdy na horyzoncie wciąż łuna.

 

Zachody słońca niczym przebranie

Zacierają ślady i kłamstwa.”


„Od wschodu nadciągał szkwał,

skręcony jak bicz”

[...]

Ranek palił sierpniowym skwarem, wilgotny bagienny oddech obwieszał mgłą dęby i sosny. Kępy karłowatych palm trwały w niezwyczajnej ciszy przerywanej jedynie powolnym stukotem skrzydeł czapli wzbijających się do lotu nad laguną. Nagle Kya – wówczas ledwie sześcioletnia – usłyszała trzaśnięcie moskitiery przy drzwiach.  Stojąc na stołku, przestała szorować rondel i upuściła go do wypełnionego brudnymi mydlinami zlewu. Żadnych dźwięków, tylko odgłos jej oddechu.  Kto wyszedł   z chaty? Nie mama. Ona nigdy nie trzaska drzwiami. Kiedy jednak dziewczynka wybiegła na ganek, ujrzała właśnie matkę. Szła zamaszystym krokiem, ubrana w długą brązową spódnicę, spod której raz po raz wyłaniały się tępe noski szpilek ze skóry aligatora. Wyjściowych, jedynych. Kya chciała ją zawołać, ale wiedziała, że nie wolno budzić taty, więc tylko otworzyła drzwi i przystanęła na ceglano-drewnianych schodach. Dostrzegła w dłoni mamy niebieską walizkę. Ufna niczym szczenię, była pewna, że mama wróci z owiniętym w szary zatłuszczony papier mięsem bądź kurczakiem z dyndającą głową. Z drugiej strony mama nigdy nie wkładała szpilek ze skóry aligatora ani nie zabierała walizki. Zawsze patrzyła za siebie w miejscu, gdzie piaszczysta ścieżka łączy się z szosą, machała wysoko uniesioną, bladą od wewnątrz dłonią i wchodziła na drogę wijącą się wśród bagnistych lasów i obrośniętych sitowiem lagun, w czasie odpływu wprost do miasteczka.  Dziś jednak mama poszła dalej, potykając się w koleinach. Jej wysoka postać pojawiała się i znikała w leśnych ostępach, aż w końcu pomiędzy liśćmi migała już tylko biel jej chustki. Kya popędziła w miejsce, z którego widać było drogę, pewna, że mama jej pomacha, lecz gdy tam dotarła, zdążyła jedynie dostrzec niebieską walizkę, która po chwili zniknęła między drzewami. Jej kolor niemal raził pośród zieleni. Ciężar przytłaczający jak czarna błotnista ziemia na polu bawełny zaległ na sercu Kyi, gdy dziewczynka wracała na ganek, by czekać.

[...]

Prawo własności na tych terenach niewiele zmieniło się od szesnastego stulecia. Rozrzucone wśród moczarów działki nie zostały opisane w księgach. Ich granice wytyczyli renegaci w sposób naturalny – a to wedle strumienia, a to wedle uschniętego dębu. Człowiek nie szuka dachu nad głową pod palmiczką na mokradłach, chyba że przed kimś ucieka lub dociera do kresu swej drogi. Moczarów strzegła poszarpana linia brzegowa, nazwana przez odkrywców „Cmentarzyskiem Atlantyku”, gdyż odpływy, wściekłe wichry i mielizny wybrzeży przyszłej Karoliny Północnej zatapiały ich okręty niczym papierowe łódki. Jeden z żeglarzy zapisał w dzienniku: „Sunęliśmy podle wybrzeża…, lecz nie wypatrzyliśmy wnijścia… Opadł nas srogi sztorm… By chronić siebie i okręt, musieliśmy wyjść na pełne morze, na które wypchnął nas rwący silny prąd...”. „Ląd podmokły i bagnisty, wróciliśmy na statek (…) Zniechęci każdego, kto zawita w te strony, by się osiedlić”. Ci, którzy szukali normalnej ziemi, ruszyli w głąb i tak oto owe niesławne moczary stały się niczym sieć wyłapująca zbuntowanych marynarzy, wyrzutków, dłużników i zbiegów umykających przed wojnami, podatkami bądź prawem. Ci, których nie zabiła malaria i nie wciągnęły bagna, utworzyli leśne plemię potomków różnych ras i kultur; każdy z nich potrafił własnoręcznie wykarczować siekierą mały las lub kilometrami tropić kozła. Niczym szczur wodny miał swoje terytorium, lecz jeśli nie pasował do reszty, któregoś dnia po prostu znikał na bagnach. Po dwustu latach do osadników dołączyli kryjący się na mokradłach zbiegli niewolnicy, zwani „kasztanami”, a także ci, którym zwrócono wolność i którzy bez centa przy duszy trafiali tam z braku lepszych opcji.

[...]

Mieszkańcy bagien sami pędzili whiskey i sami ustanawiali swoje prawa – nie wykute na kamiennych tablicach czy spisane w dokumentach, lecz głębsze, odciśnięte w genach, pradawne i naturalne, jak prawa jastrzębi i gołębi. Człowiek osaczony, zdesperowany bądź osamotniony ucieka się do odruchów, których celem jest wyłącznie przetrwanie. Można powiedzieć, że w takim miejscu przetrwanie zapewniają tylko karty atu. To nie kwestia moralności, lecz prostej arytmetyki. W swoim gronie gołębie walczą równie często jak jastrzębie. Tamtego dnia mama nie wróciła. Nikt tego nie skomentował, zwłaszcza tata. Cuchnąc rybą i bimbrem, z brzękiem unosił pokrywki. Gdzie kolacja? Spuściwszy wzrok, rodzeństwo wzruszyło ramionami. Tata zaklął i pokuśtykał na dwór, z powrotem do lasu. Kłócili się już wcześniej, nawet raz czy dwa mama odeszła, ale zawsze wracała i brała w objęcia każdego, kto chciał się przytulić.

[...]

W ciągu paru tygodni po odejściu mamy najstarsi – brat i dwie siostry Kyi – jakby za jej przykładem też odpłynęli. Znosili wściekłe napady szału taty, które rozpoczynały się od wrzasków, a kończyły na uderzeniach pięścią lub otwartą dłonią, aż w końcu, jedno po drugim, zniknęli. Zresztą byli prawie dorośli. Potem Kya zapomniała, ile mają lat i nie mogła sobie też przypomnieć ich prawdziwych imion; pamiętała jedynie, że wołali na nich Missy, Murph i Mandy. Na wyciągniętym przez nią na ganek sienniku znalazła stosik skarpetek, które zostawiły jej siostry.

[...]

Później, przed zachodem słońca, Jodie odnalazł Kyę na plaży. Wpatrywała się w ocean. Kiedy podszedł, nie odwróciła wzroku, wciąż obserwując drżące fale. Wyczuła jednak po tym, jak do niej przemówił, że tata walnął go w twarz. Muszę się wynieść, Kyu. Dłużej nie mogę tu mieszkać. Prawie się do niego odwróciła. Chciała go błagać, żeby nie zostawiał jej samej z tatą, ale słowa uwięzły jej w gardle. Kiedy dorośniesz, zrozumiesz – dorzucił. Chciała krzyknąć, że może i jest mała, ale nie jest głupia. Wiedziała, że odchodzili z powodu taty, zastanawiało ją tylko, dlaczego żadne nie zabrało jej ze sobą. Ona też chciała odejść, ale nie miała, dokąd, nie miała nawet pieniędzy na autobus. Uważaj na siebie, Kyu. Jeśli ktoś przyjdzie, nie wchodź do domu, bo cię dopadną. Biegnij na moczary, ukryj się w zaroślach. Zawsze zacieraj ślady, tak jak cię uczyłem. Przed tatą też się tam ukryjesz. Nie odezwała się, a on się pożegnał i ruszył przez plażę do lasu. Nim dotarł do linii drzew, wreszcie odwróciła się w jego stronę. Patrzyła, jak odchodzi.

[...]

Gdy blask półksiężyca wreszcie zawitał do chaty, dziewczynka ułożyła się na swoim posłaniu na ganku – powypychanym, leżącym na podłodze sienniku z prawdziwą pościelą w niebieskie różyczki, którą mama kupiła w miasteczku na wyprzedaży garażowej. Pierwszy raz w życiu była w nocy sama. Z początku co kilka minut przysiadała i wyglądała przez pokryte moskitierą drzwi. Nasłuchiwała odgłosu kroków w lesie. Znała na pamięć kształt wszystkich drzew, ale zdawało się jej, że niektóre poruszyły się nagle w księżycowej poświacie. Przez jakiś czas była tak zmartwiała, że aż nie mogła przełknąć śliny, lecz wkrótce, jak na zawołanie, nocne powietrze wypełniły dobrze jej znane pieśni żab i koników polnych, dodające więcej otuchy niż dziecięca kołysanka o trzech ślepych myszkach i kuchennym nożu. Ciemność pachniała słodyczą, ziemistym oddechem ropuch i jaszczurek, którym udało się przetrwać jeszcze jeden upalny dzień. Moczary wtuliły się w nisko wiszącą mgłę i Kya zasnęła.

[...]

[Ojciec – przyp. aut.] Nawet na nią nie spojrzał, tylko cisnął w płomienie stare radio na baterie. Kya próbowała sięgnąć po obrazki, ale poczuła żar ognia na twarzy i ramionach, więc się cofnęła. Nie spuszczając z oczu ojca, pobiegła do chaty, żeby uratować resztę rzeczy. Podniósł na nią rękę, ale się nie cofnęła. Nagle zawrócił i pokuśtykał do swojej łodzi. Kya osunęła się na schody ganku i patrzyła, jak płomienie trawią mamine akwarele z widokami mokradeł. Siedziała tam do zachodu słońca, póki wszystkie guziki nie zamieniły się w rozżarzone węgielki i płomienie nie stopiły jej wspomnień o tańczeniu z mamą jitterbuga [taniec, rodzaj swing dance’ a – przyp. aut.]. Przez kilka kolejnych dni uczyła się na cudzych błędach – a jeszcze bardziej od rybek – jak żyć z ojcem. Nie wchodź mu w drogę, niech cię nie widzi, umykaj z plam słońca w cień. Budziła się i wychodziła, nim wstał. Mieszkała w lesie i nad wodą, po czym zakradała się cichutko na swój siennik na ganku, by spać tak blisko mokradeł, jak było to możliwe.

[...]

Przez ponad dwieście lat ostre słone wiatry nadały obitym cedrem domom barwę rdzy, a farba z okiennych framug, zwykle biała lub niebieska, obłaziła i pękała. Ogólnie miasteczko zdawało się zmęczone kłótnią z żywiołami i zwyczajnie odpuściło. Molo, upstrzone postrzępionymi cumami i starymi pelikanami, wrzynało się w zatoczkę, której wody – przy dobrej pogodzie – odbijały czerwienie i żółcie łodzi poławiaczy krewetek. Tam, gdzie kończyły się sklepy, nieutwardzone drogi z małymi cedrowymi domkami wiły się wśród drzew, lagun i wybrzeża oceanu. Barkley Cove było w sensie dosłownym miastem na wodzie, rozsianym wśród ujść rzek i szuwarów niczym gniazdo czapli, które poszarpał wiatr. Bosa, ubrana w przykrótkie ogrodniczki Kya stanęła w miejscu, gdzie ścieżka prowadząca z mokradeł łączyła się z szosą. Przygryzała wargi, chciała zawrócić biegiem do domu. Nie wiedziała, jak ma się odezwać do sprzedawcy ani czy połapie się z pieniędzmi. Głód był jednak silniejszy, więc ze spuszczoną głową ruszyła Main Street w stronę Piggly Wiggly zniszczonym chodnikiem przezierającym tu i ówdzie spomiędzy kęp trawy.

[...]

Mama zawsze powtarzała, że urodziny Kyi przypadają na jesienną pełnię księżyca. Nawet jeśli nie pamiętała daty swoich urodzin, któregoś wieczoru, gdy nad laguną zawisł nabrzmiały i złocisty księżyc, Kya szepnęła do siebie: Czyli mam siedem lat. Tata nie zająknął się na ten temat; na pewno nie było tortu. Nie wspomniał też ani słowem, że pójdzie do szkoły, a Kya się na tym nie znała i bała się go zapytać. Ale przecież mama na pewno wróci na jej urodziny. Rankiem nazajutrz po pełni księżyca Kya włożyła płócienną sukienkę i wpatrywała się w ścieżkę. Pragnęła ujrzeć mamę idącą w stronę chaty w długiej sukni i w butach ze skóry aligatora. Nikt się jednak nie pojawił, więc wzięła garnek z kaszą i ruszyła przez las na plażę. Przyłożywszy dłonie do ust, odchyliła głowę i zawołała: Kiau, kiau, kiau! Zewsząd znad brzegu i fal wzbiły się ku niebu srebrzyste plamki. Lecą. Nawet nie policzę do tylu, ile jest tych mew – powiedziała do siebie Kya. Wrzeszcząc, ptaki wirowały, nurkowały, zawisały nad jej głową, po czym lądowały na piasku, gdy rozrzucała im kaszę.  W końcu ucichły i zaczęły czyścić sobie pióra. Kya usiadła, rozrzuciwszy nogi na boki. Jakaś duża mewa przysiadła obok na piasku. Dziś moje urodziny – oznajmiła jej Kya.

[...]

Chase Andrews leży na bagnach pod wieżą obserwacyjną! Chyba nie żyje. Nie rusza się. Od momentu założenia Barkley Cove w 1751 roku żaden stróż prawa nie objął swoją jurysdykcją mokradeł. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku kilku szeryfów spuściło psy za przestępcami zbiegłymi na bagna i teraz wciąż trzymano tu te czworonogi, na wszelki wypadek. Szeryf Jackson jednak zwykle ignorował popełniane tam zbrodnie. Niech się pozabijają, szczury. Ale tu chodziło o Chase’a.  Szeryf wstał i zdjął kapelusz z wieszaka. Pokażcie, gdzie. Gałęzie dębów i ostrokrzewów drapały policyjny radiowóz, którym szeryf manewrował po piaszczystej ścieżce. Obok niego siedział doktor Vern Murphy, szczupły, wysportowany, szpakowaty mężczyzna, jedyny lekarz w miasteczku. Obaj podskakiwali na głębokich koleinach, tak że Vern niemal walił głową w szybę. Byli mniej więcej w tym samym wieku i od dawna się przyjaźnili, wyprawiali się razem na ryby i często współpracowali przy śledztwach. Teraz milczeli, pomni, że wkrótce będą musieli zidentyfikować ciało leżące na bagnach.

[...]

Vern przykucnął, osłuchał mu serce i obwieścił, że Chase nie żyje. Kiedy zmarł? – spytał Ed. Jakieś dziesięć godzin temu. Koroner [w przybliżeniu lekarz medycyny sądowej – przyp. aut.] dokładnie to ustali. Pewnie wieczorem wszedł na wieżę i spadł. Nie dotykając denata, Vern przeprowadził krótkie oględziny, po czym stanął obok Eda. Zapatrzyli się w nabrzmiałą twarz Chase’a, w jego oczy skierowane ku niebu i w jego rozdziawione usta. Ile razy powtarzałem ludziom w miasteczku, że coś takiego musi się kiedyś zdarzyć? – spytał szeryf. Znali Chase’a od urodzenia. Patrzyli, jak zmienia się ze słodkiego dziecka w uroczego nastolatka, z rozgrywającego, gwiazdora szkolnej drużyny futbolowej, w pracownika rodzinnej firmy, a wreszcie w przystojnego mężczyznę, który poślubił najładniejszą z miejscowych dziewczyn. Teraz leżał tu samotnie, lichszy niż to błoto. Brutalna śmierć zawsze ma ostatnie słowo.

[...]

Dwa dni później znów usłyszała forda crestlinera grzęznącego w piachu i pobiegła na mokradła. Zostawiała wyraźne głębokie ślady na piaszczystych łachach, wspiąwszy się na palce, wchodziła do wody, potem się cofała i ruszała w przeciwnym kierunku. Gdy pojawiało się błoto, biegała po nim w kółko, kompletnie myląc trop.  Po ubitej ziemi przemykała, skacząc z kęp trawy na uschłe patyki, tak że jej stopy nie pozostawiały żadnych odcisków. Potem przez kilka tygodni przyjeżdżali co dwa lub trzy dni. Mężczyzna w fedorze [fason kapelusza – przyp. aut.] próbował ją dopaść, ale nawet się do niej nie zbliżył. W którymś tygodniu nie przyjechali. Słychać było tylko krzyk wron. Kya opuściła ręce i wpatrywała się w pustą ścieżkę. Już nigdy nie wróciła do szkoły. Znów podpatrywała czaple i zbierała muszle, bo uznała, że to czegoś ją nauczy.

[...]

Mijały miesiące, aż wreszcie zawitała zima, łagodna, jak to na południu. Promienie słońca, ciepłe niczym koc, otulały ramiona Kyi i zachęcały do wypraw w głąb mokradeł. Czasami słyszała nocą nieznane dźwięki i aż podskakiwała, gdy piorun uderzał zbyt blisko, lecz nawet kiedy upadała, ziemia zawsze brała ją w swe ramiona. I w końcu, w bliżej nieokreślonym momencie, z serca Kyi wysiąkło cierpienie, jak woda, która znajduje ujście między ziarnkami piasku. Niby wciąż gdzieś tam było, ale głęboko. Dziewczynka wsunęła dłoń w oddychającą, wilgotną ziemię i od tej chwili jej matką stały się mokradła.

[...]

W końcu drzewa się rozstąpiły i Kya dotarła do miejsca, gdzie było tylko bezkresne niebo, sięgające ku niemu szuwary i śpiew ptaków. Właśnie to widzi pisklę, kiedy wreszcie przebije skorupkę, pomyślała. Popłynęła dalej – maleńkie dziewczątko w łódce – klucząc niekończącą się siecią rozwidleń i krętych odnóg. „Kiedy kierujesz łódką, zawsze skręcaj w lewo”, radził jej Jodie. Gdy sunęła pod prąd, ledwo dodawała gazu, żeby nie robić hałasu. Opłynąwszy kępę trzcin, natknęła się na łanię z młodymi, które chłeptały wodę. Zwierzęta nagle uniosły głowy, rozbryzgując krople. Kya nie przystanęła, żeby ich nie płoszyć. Nauczyła się tego, gdy podpatrywała dzikie indyki: jeśli zachowujesz się jak drapieżnik, zwierzęta przyjmują rolę ofiary. Zignoruj je, omiń powoli. Kya popłynęła więc dalej, a łania zamarła w bezruchu i trwała tak, póki łódka nie zniknęła wśród szuwarów. Gdy dziewczynka błądziła pośród ocienionych dębami lagun, przypomniała sobie o rzeczce po drugiej stronie, która wpadała do ogromnego rozlewiska. Kya kilka razy utknęła w ślepym zaułku i musiała zawrócić. Zapamiętywała wszystkie szczegóły trasy, by nie zabłądzić w drodze powrotnej. W końcu dotarła do rozlewiska; było tak wielkie, że aż stapiało się z niebem i sunącymi po nim obłokami.

[...]

Kya miała jednak tylko siedem lat i była dziewczyną, więc nigdy nie płynęła łódką sama. A ta kołysała się teraz na wodzie, przywiązana pojedynczą bawełnianą liną do drewnianej kłody. Wewnątrz była szara i brudna, walały się w niej stary sprzęt wędkarski i zgniecione puszki po piwie. Wsiadając, Kya powiedziała do siebie: Tak jak mówił Jodie: „Sprawdź, ile jest paliwa, żeby tata się nie połapał”. Wsunęła zerwaną trzcinę do zardzewiałego zbiornika. Na krótką wyprawę wystarczy. Jak każdy porządny złodziej, rozejrzała się wokół, ściągnęła linę z kłody i wiosłując jednym wiosłem, ruszyła przed siebie. Rozstąpił się przed nią obłok milczących ważek. Nie mogła się powstrzymać. Pociągnęła za linkę. Szarpnęło nią, kiedy silnik zaskoczył za pierwszym razem, warkocząc i krztusząc się białym dymem. Chwyciła za rumpel, ale dodała za dużo gazu, silnik zawył i łódka weszła w ostry skręt. Puściła gaz, wyrzuciła ręce do góry. Łódź mruczała, dryfując. „Kiedy masz kłopot, odpuść. Nie rób nic”.

[...]

Scupper [ojciec Tate’a – przyp. aut.] jak zwykle trochę przypalił hamburgery, ale były soczyste w środku i grube jak książka telefoniczna. Wygłodniali jedli przez chwilę w milczeniu, po czym Scupper spytał syna, co w szkole. Biologia jest fajna, ale na angielskim uczymy się o poezji. Nie przepadam za nią. Każdy musi zadeklamować jakiś wiersz na głos. Recytowałeś mi kilka, ale ich nie pamiętam. Mam dla ciebie coś w sam raz na tę okazję – oznajmił Scupper. Mój ulubiony, Kremacja Sama McGee Roberta Service’a. Często go wam recytowałem. To był też ulubiony wiersz mamy. Zawsze się przy nim śmiała, nigdy się jej nie nudził. Tate spuścił wzrok na wzmiankę o matce i pogrzebał widelcem w fasolce. Niech ci się nie wydaje, że poezja to coś dla panienek. Owszem, są łzawe wiersze miłosne, ale są też zabawne, o przyrodzie, a nawet o wojnie. Chodzi w nich o to, żeby rozbudzić emocje. Tata powtarzał mu nieraz, że prawdziwy mężczyzna nie wstydzi się płakać, odbiera poezję i operę sercem i zrobi wszystko, by bronić honoru kobiety.

[...]

Tate, już w swoim pokoju, przeglądając tomik wierszy w poszukiwaniu tego, który wyrecytuje w klasie, znalazł utwór Thomasa Moore’a.

 …wypłynęła na Jezioro Posępnych Bagien,

gdzie całą noc w blasku świetlików wiosłuje na swej białej łodzi.

Wkrótce ujrzę owadzią poświatę dotrze do mnie plusk jej wiosła

I połączy nas miłość na wieki.

Ukryję swą pannę w koronie cyprysa, gdy kroki śmierci usłyszę…

Te słowa skojarzyły mu się z małą Kyą, siostrą Jodiego. Wydawała się taka krucha i samotna w bezmiarze mokradeł. Wyobraził sobie tam własną siostrę, która zabłądziła. Tata ma rację – wiersze poruszają serce.

[...]

Wieczorem, po tym jak napotkany chłopak pokierował ją przez mokradła do domu, Kya siedziała ze skrzyżowanymi nogami na swoim sienniku na ganku. Mgła po ulewie wdzierała się do środka przez połataną moskitierę i głaskała ją po twarzy. Kya rozmyślała o tym chłopcu. Miły, ale silny, jak Jodie. Jedynymi osobami, z którymi rozmawiała, byli teraz – z rzadka – tata i – jeszcze rzadziej – kasjerka z Piggly Wiggly, pani Singletary, która ostatnio postanowiła nauczyć ją rozróżniania dwudziestopięciocentówki, pięciocentówki i dziesięciocentówki – bo centówki Kya już opanowała. Kasjerka bywała przy tym jednak wścibska. Słonko, właściwie jak ty masz na imię? I dlaczego twoja mama już tu nie przychodzi? Nie widziałam jej, odkąd wystawiłam rzepę. Ma mnóstwo pracy w domu, dlatego posyła mnie do sklepu. No tak, ale przecież to, co kupujesz, nie wystarczy dla całej rodziny. Proszę pani, muszę już iść. Mama czeka na kaszę.

[...]

Następnego ranka Kya rozpędziła się na piaszczystej ścieżce, rozpostarła ramiona i wydymała usta, bryzgając śliną. Uniesie się i poszybuje nad moczarami, szukając gniazd, a potem wzleci jeszcze wyżej, by zrównać się z orłami. Na tle nieba jej palce przemieniły się w długie pióra, którymi zagarniała pod siebie wiatr. Nagle ojciec, który krzyczał coś z łodzi, sprowadził ją na ziemię. Jej skrzydła opadły, poczuła skurcz w żołądku. Pewnie się domyślił, że wypłynęła jego łódką – już czuła uderzenia wiosła na tyłku i udach. Umiała się jednak schować i przeczekać, aż się upije, a wtedy jej nie znajdzie. Teraz jednak stała pośrodku ścieżki, na widoku, a on wołał ją i wymachiwał wędkami. Podeszła, milcząca i wystraszona. Na dnie łódki walał się sprzęt wędkarski, a spod siedzenia sterczała flaszka bimbru kukurydzianego. Wskakuj – rzucił oschle ojciec. Chciała okazać wdzięczność, aby wiedział, jak bardzo się cieszy, lecz beznamiętny wyraz jego twarzy skłonił Kyę do milczenia. Przeszła na dziób i usiadła na ławeczce. Tata odpalił silnik i ruszyli wzdłuż kanału. Schylali się pod zwisającymi gałęziami i wpływali w kolejne wodne odnogi, a Kya zwracała baczną uwagę na powalone drzewa i stare, umieszczone na pniach znaki. Na jednym z rozlewisk tata wygasił motor i dał jej znak ręką, by usiadła na środkowej ławce.

[...]

Wiesz, moi rodzice nie zawsze byli biedni – wypalił któregoś dnia tata, kiedy siedzieli pod dębem ocieniającym brunatne wody laguny, spowitej przez rój brzęczących owadów. Mieli ziemię, żyzną, uprawiali tytoń, bawełnę i takie tam. Pod Asheville. Twoja babcia nosiła czepki wielkie jak koła u wozu i długie spódnice. Mieszkaliśmy w domu z werandą naokoło, piętrowym. Porządnym, bardzo porządnym. „Babcia”. Kya aż otworzyła buzię. Ma, a raczej miała, babcię. Gdzie teraz była? Ogarnęła ją przemożna chęć, by spytać, jaki los ich spotkał, ale się bała. Tymczasem tata ciągnął: A potem wszystko poszło nie tak. Byłem wtedy mały, więc nie wiem zbyt wiele, ale nadszedł Wielki Kryzys, chrząszcze zżarły bawełnę czy jakoś tak… i przepadło. Zostały tylko długi, masa długów. Na podstawie tych szczegółów Kya próbowała wyobrazić sobie jego przeszłość. O przeszłości mamy nie wiedziała nic. Tata się wściekał za każdym razem, kiedy któreś z dzieci napomknęło o ich życiu przed narodzinami Kyi. Wiedziała jedynie, że przedtem jej rodzina mieszkała z dala od mokradeł, niedaleko drugich dziadków. Mama nosiła tam kupowane w sklepach sukienki z małymi perłowymi guziczkami, satynowymi wstążkami i wykończeniem z koronki. Po przeprowadzce do chaty trzymała je w kufrach i co parę lat wyjmowała po jednej, żeby przerobić na strój roboczy, bo na nowe rzeczy nie było pieniędzy. Te piękne ubrania i historia ich małżeństwa poszły z dymem po odejściu Jodiego, gdy tata rozpalił ognisko. Zarzucili wędkę jeszcze parę razy, tnąc żyłką kożuchy ścielącego się na wodzie żółtego pyłku. Kya myślała, że to już koniec wspomnień, ale raptem tata rzucił: Kiedyś zabiorę cię do Asheville i pokażę naszą ziemię, która miała być twoja. Po chwili podciął wędkę. Patrz, skarbie, duża sztuka, wielka jak Alabama!

[...]

Zawsze wychodząc przed chatę, Kya spoglądała na ścieżkę. Nawet późną wiosną, gdy przywiędły dzikie glicynie, liczyła, że zobaczy mamę, jak zmierza po piachu w stronę domu w tych butach ze skóry aligatora. Choć przecież odeszła poprzedniego lata. Teraz, kiedy Kya łowiła ryby i rozmawiała z tatą, może znów mogliby być prawdziwą rodziną. Tata lał ich wszystkich, zwykle po pijaku. Bywało, że przez parę dni było dobrze – jadali gulasz z kurczaka, a raz puszczali nawet latawiec na plaży. A potem, nagle, pojawiał się bimber, wrzaski i ciosy. Szczegóły tych awantur głęboko zapadły jej w pamięć. Kiedyś tata pchnął mamę na ścianę w kuchni i bił, póki nie osunęła się na podłogę. Szlochając i prosząc, by przestał, Kya dotknęła jego ręki. Chwycił ją za ramiona, wrzasnął, żeby ściągnęła dżinsy i majtki, i pchnął na stół. Sprawnym, wyćwiczonym ruchem wyciągnął pasek ze spodni i okładał ją. Jasne, że pamiętała piekący ból przeszywający nagie pośladki, lecz – co ciekawe – jeszcze bardziej wyrazisty był obraz dżinsów, które zsunęły się na jej chude łydki. I widok płaczącej, sponiewieranej mamy w kącie przy piecu. Kya nie wiedziała, jaki był powód tej awantury. Gdyby mama wróciła teraz, kiedy tata zachowuje się jak trzeba, może mogliby zacząć wszystko od nowa? Kya nigdy by nie przypuszczała, że to mama odejdzie, a tata zostanie. Była jednak pewna, że nie porzuciła jej na zawsze i że jeśli wciąż jest na świecie, wróci. Nadal miała przed oczami pełne, czerwone usta mamy, gdy podśpiewywała do muzyki z radia i wciąż słyszała jej słowa: „Słuchaj uważnie pana Orsona Wellesa, bo wysławia się jak prawdziwy dżentelmen. I nigdy nie mów» se «, bo nawet nie ma takiego słowa”. Mama malowała rozlewiska i zachody słońca farbami olejnymi i akwarelami o barwach tak nasyconych, że wyglądały jak żywe. Trochę akcesoriów malarskich przywiozła ze sobą, a resztę dokupowała w Five and Dime. Czasami pozwalała Kyi malować obrazki na szarych papierowych torbach z Piggly Wiggly.

[...]

Po odejściu taty Kya całymi tygodniami wypatrywała kruków. Może widziały, jak kuśtyka gdzieś przez las? Gdy wiatr przyniósł jakiś obcy dźwięk, nadstawiała uszu i nasłuchiwała. Ucieszyłby ją nawet odgłos energicznych kroków pani z inspekcji szkolnej. Przede wszystkim jednak szukała chłopca z łódki. Parę razy w ciągu tych kilku lat widziała go z daleka, lecz nie rozmawiała z nim od trzech lat, od dnia, gdy poprowadził ją przez mokradła do domu. Był jedyną znaną jej osobą – prócz Skoczka i paru sprzedawczyń – dlatego płynąc łódką, zawsze się za nim rozglądała. Pewnego ranka, wpłynąwszy między   szuwary, ujrzała w trzcinach jego łódź. Nosił teraz inną czapeczkę bejsbolową i był wyższy, ale nawet z odległości ponad pięćdziesięciu metrów rozpoznała jego blond loczki. Wyłączyła silnik, wprowadziła łódź w gęste sitowie i przyglądała się mu. Zagryzając wargi, zastanawiała się, czy podpłynąć do niego i spytać, czy biorą. Tata i inni tutejsi właśnie tak by zagadnęli kogoś, na kogo nagle się natknęli: „Biorą? Złapałeś coś?”. Ona tymczasem ani drgnęła, tylko się w niego wpatrywała. Jednocześnie coś bardzo ją do niego ciągnęło i odpychało, dlatego wciąż tkwiła w miejscu. W końcu zawróciła do domu, czując, jak łomocze jej serce. Za każdym razem kończyło się to tak samo – podpatrywała go, jak czaple. Nadal zbierała pióra i muszle, lecz zostawiała je – słone, wilgotne i zapiaszczone – na stopniach ganku. Rozleniwiła się; w zlewie rosła góra naczyń, poza tym po co prać ogrodniczki, skoro znów się pobrudzą? Kiedyś donaszała stare ubrania po rodzeństwie. Teraz chodziła w dziurawych koszulach, a butów nie miała w ogóle.

[...]

Pośrodku polany stał przegniły pień obrośnięty mchem, który przypominał starca okrytego peleryną. Kya podeszła do niego. Z pnia wystawało cienkie, czarne, kilkunastocentymetrowe pióro. Większość uznałaby je za zwyczajne, może wronie, lecz Kya wiedziała, że jest wyjątkowe, bo pochodziło z „brwi” czapli modrej, wyrastającej nad jej okiem i tworzącej wdzięczną ozdobę z tyłu głowy. Jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy, jaką można znaleźć na przybrzeżnych mokradłach, właśnie tutaj! Kya nigdy wcześniej nie natrafiła na takie pióro, ale przez całe życie stawała oko w oko z czaplami, od razu wiedziała, z czym ma do czynienia. Upierzenie czapli modrej ma kolor szarej mgły, odbija się w niebieskiej tafli wody i tak jak mgła stapia się z otoczeniem. Tylko okolone czarnymi piórami oczy pozostają widoczne. Czapla to cierpliwy samotny myśliwy, który potrafi wpatrywać się w wodę tak długo, dopóki nie pochwyci swej ofiary. Zdarza się też, że kiedy już ją namierzy, sunie za nią powoli niczym druhna polująca na męża. Z rzadka atakuje w locie, ostro pikując w dół z wyciągniętym dziobem wyglądającym jak szabla.

[...]

Przez wiele dni Tate nie wracał, by rozpocząć lekcje czytania. Nim Kya podjęła grę w pióra, samotność była dla niej czymś oczywistym, jak dodatkowa kończyna.  Teraz, gdy zapuściła w niej korzenie, zaczęła ciążyć.

[...]

Później oznajmił: Musisz ćwiczyć alfabet. Trochę to potrwa, zanim go opanujesz, ale dzięki temu coś już przeczytasz. Pokażę ci. Nie miał podręcznika gramatyki, więc pierwszą książką Kyi został należący do jego ojca Almanach Okręgu Sand Aldo Leopolda. Tate wskazał palcem pierwsze zdanie i poprosił, żeby je przeczytała. Musiała wrócić do książki z alfabetem i poćwiczyć wymowę zgłosek, ale on był cierpliwy. Kiedy wreszcie dobrze połączyła zlepek liter ch, wyrzuciła ręce w górę i się roześmiała, a on patrzył na nią rozpromieniony. Powoli rozszyfrowała wszystkie słowa w zdaniu: „Niektórzy mogą żyć z dala od natury, a niektórzy nie”. Umiesz czytać. Już nigdy nie będzie to dla ciebie problem. Nie chodzi tylko o to – odpowiedziała niemal szeptem. Nie przypuszczałam, że słowa mogą znaczyć tak wiele i że zdanie może zawierać aż tyle treści. Uśmiechnął się. To bardzo dobre zdanie. Nie wszystkie znaczą aż tyle.

[...]

Teraz pouczymy się podstaw rachowania. To proste. Przyniosę ci podręczniki. Kya wczytywała się we wszystko – w instrukcję gotowania kaszy na torebkach, notatki Tate’a i bajki. Przez lata tylko udawała, że je czyta. Pewnego wieczoru z lekkim westchnieniem wzięła z półki stary egzemplarz Biblii. Usiadłszy przy stole, ostrożnie przerzuciła cienkie stronice, aż dotarła do tej, na której zapisane były dane całej rodziny. Jej imię umieszczono na samym dole, wraz z datą urodzin: „Panna Catherine Danielle Clark, 10 października 1945”. Wędrując wzrokiem w górę listy, przeczytała imiona swojego rodzeństwa: „Pan Jeremy Andrew Clark, 2 stycznia 1939”. Jeremy – powiedziała na głos. – Jodie, nigdy nie myślałam o tobie jako o „panu Jeremym”. „Panna Amanda Margaret Clark, 17 maja 1937”. Kya przebiegła po wpisie palcami. Przeczytała go kilka razy. I dalej: „Pan Napier Murphy Clark, 4 kwietnia 1936”. Murph, miałeś na imię Napier – wyszeptała. Na samej górze najstarsza „Panna Mary Helen Clark, 19 września 1934”.  Kya znów przebiegła palcami po imionach i stanęły jej przed oczami ich twarze. Były rozmazane, lecz ujrzała ich wszystkich, jak siedzą przy stole, jedzą gulasz, podają sobie chleb, a nawet się śmieją. Wstydziła się, że zapomniała ich imiona. Teraz, gdy je odnalazła, już nigdy ich nie zapomni. Nad nazwiskami dzieci widniał napis: „Pan Jackson Henry Clark poślubił pannę Julienne Marię Jacques 12 czerwca 1933 roku”. Kilka minut wpatrywała się w otwartą na stole Biblię. Oto jej rodzina. Upływ czasu sprawia, że dzieci nie znają swoich rodziców w młodości. Kya nigdy nie ujrzy przystojnego Jake’a kroczącego zamaszyście do dystrybutora napojów w Asheville na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku, przy którym wypatrzył Marię Jacques, piękność z czarnymi lokami i karmazynowymi ustami, przybyłą tu z wizytą z Nowego Orleanu. Przy koktajlu mlecznym wyjawił jej, że jego rodzice są właścicielami plantacji i że po skończeniu ogólniaka będzie studiował prawo, a potem zamieszka w rezydencji z kolumnadą.

[...]

Po południu, gdy przy brzegu zacumował Tate i kadłub jego łodzi delikatnie zaszorował po piasku, Kya spytała: Możemy się spotykać gdzieś indziej, że nie tutaj? Miło cię widzieć – powitał ją, wciąż siedząc przy sterze. No, to jak myślisz? Nie „że nie”, tylko „a nie”, a poza tym najpierw wypada się przywitać, a dopiero potem o coś pytać. Ty też mówisz   czasami „że   nie” –   odparła, niemal z uśmiechem. Jak jesteś z jakiejś dziury w Karolinie Północnej, to zawsze coś palniesz, ale trzeba się starać. Dzień dobry panu – rzuciła, dygając. Tate wyczuł w tym wyzwanie i kpinę. Możemy się spotykać gdzieś indziej, a nie tutaj? Pewnie tak. Czemu? Skoczek [czarnoskóry sprzedawca ze sklepiku miejskiego – przyp. aut.] doniósł, że interesuje się mną opieka społeczna. Boję się, że wyciągną mnie jak leszcza i oddadzą do jakiejś rodziny zastępczej. No, to lepiej poszukajmy kryjówki tam, gdzie śpiewają raki, bo nie chciałbym być w skórze ludzi, którzy cię do siebie przyjmą. Tate uśmiechnął się promiennie. Gdzie śpiewają raki? Tak mówiła moja mama: „Zapuszczaj się jak najdalej. Tam, gdzie śpiewają raki”. Czyli w głąb lasu, tam, gdzie żyją dzikie zwierzęta. Masz jakiś pomysł? Kiedyś trafiłam w takie miejsce. Stoi tam rozpadająca się chata. Jeśli znasz drogę, możesz dotrzeć tam łódką. Ja wiem, jak dojść na piechotę.

[...]

Pamiętasz, jak przeczytałaś swoje  pierwsze zdanie i powiedziałaś, że słowa niosą w sobie wiele znaczeń? Pamiętam, a co? Dotyczy to zwłaszcza wierszy. Tam słowa nie służą tylko do opowiadania. Wywołują emocje, a czasami śmiech. Mama często czytała wiersze, ale żadnego nie pamiętam. Posłuchaj tego. Napisał go Edward Lear. Tate wyjął złożoną kopertę i zaczął czytać:

Wtem Tatuś Długonogi I Pan Rozwiane Ucho

Wbiegli w spienioną kipiel

I okrzyk im z piersi gruchnął;

Znaleźli bowiem łódeczkę O żaglach różowo-szarych

 I wyruszyli, tnąc fale,

Za morza ścielące się w dali.

Te słowa mają taki sam rytm, jak fale uderzające o brzeg. Oceniła Kya z uśmiechem.

[...]

Któregoś dnia, późnym popołudniem, kiedy czytała przy kuchennym stole, przypomniała sobie o tomiku poezji należącym do mamy. Szukała tak długo, aż wreszcie znalazła. Opleciony dwiema sparciałymi gumkami, dawno stracił okładkę i był bardzo sfatygowany. Kya ostrożnie zdjęła gumki i wertowała kartki, wczytując się w notatki na marginesach. Na końcu była lista z numerami stron zawierających ulubione wiersze mamy. Najpierw Kya trafiła na ten autorstwa Jamesa Wrighta:

Raptem samotny i zziębnięty,

Patrzyłem na puste podwórze,

Tęskniąc za tym, by przytulić Me dziecię, rozgadane dziecię,

Roześmiane, szalone, nieposkromione…

Drzewa i słońce odeszły,

Wszystko odeszło, prócz nas.

Jego matka nuciła w tym domu,

Czekała z gorącą kolacją

I kochała nas, Bóg jeden wie jak,

A teraz ziemia nagle pociemniała.

 Potem Kya przeczytała ten wiersz Galwaya Kinnella.

Kochałem…

Wypowiadałem wszystkie swe myśli

Słowami najczulszymi, jakie znałem.

A teraz… Ulżyło mi, że już po wszystkim,

Bo pod koniec czułem tylko żałość

Dla niegasnącej żądzy życia.

…Żegnaj.

Kya dotykała tych słów palcami, jakby były przesłaniem, jakby mama celowo je    zaznaczyła, by ona przeczytała je w przyćmionym świetle lampy naftowej i zrozumiała. Nie było to nic wielkiego – nie był to odręczny list wetknięty do szuflady ze skarpetkami – ale zawsze coś. Kya czuła, że w tych słowach kryje się jakaś wewnętrzna moc, lecz nie potrafiła jej jeszcze uwolnić. Jeśli kiedyś zostanie poetką, odszyfruje to przesłanie.

[...]

Gdy przestąpił próg, prawie przez dwadzieścia minut zachwycał się jej kolekcją piór, muszli, kości i gniazd. Kiedy wreszcie usiedli przy stole, Kya przysunęła krzesło tak, by być jak najbliżej niego. Ich ramiona i łokcie niemal się stykały. Na co dzień Tate był bardzo zajęty, pomagając ojcu, więc czas dłużył się Kyi niemiłosiernie. Kiedyś, późnym wieczorem, pierwszy raz sięgnęła na półkę po powieść – Rebekę Daphne du Maurier – i przeczytała o miłości. Po jakimś czasie odłożyła ją i podeszła do szafy. Włożyła letnią sukienkę mamy i wirowała przed lustrem. Zarzucała włosami, kręciła biodrami i wyobrażała sobie, że Tate prosi ją do tańca i kładzie dłoń na jej plecach. Jakby była panią de Winter. Nagle się zatrzymała i zgięta wpół zaczęła chichotać. A potem stanęła w bezruchu.

[...]

Lubię tu przyjeżdżać, żeby pobyć w ciszy, i podoba mi się to, że interesują cię mokradła. Dla większości ludzi liczy się tylko to, że mogą tu wędkować. Traktują je jak ugór, który trzeba osuszyć i zagospodarować. Nie rozumieją, że dla przeważającej liczby stworzeń, w tym dla tych, które stanowią ich pożywienie, mokradła są niezbędne. Nie wspomniał, że było mu żal, że jest taka samotna, że wie, jak przez lata traktowały ją inne dzieci, a mieszkańcy Barkley Cove nazywali Dziewczyną z Bagien i opowiadali o niej niestworzone rzeczy. Zakradanie się do jej chaty i zabawy w berka w ciemnym lesie były okoliczną tradycją, a dla chłopców czymś w rodzaju inicjacji. Jakie wystawiało im to świadectwo? Niektórzy już się zakładali, który pierwszy „zerwie jej wisienkę”. Tate’a jednocześnie irytowało to i martwiło. Jednak nie był to główny powód, dla którego zostawiał jej w lesie pióra, a teraz często ją odwiedzał. Żywił do niej silne uczucia, coś pomiędzy czułym przywiązaniem do nieżyjącej siostry i płomienną miłością do niej jako do dziewczyny. Sam nie bardzo umiał się w tym połapać, lecz nigdy przedtem niczego nie odczuwał z taką intensywnością. Były to emocje równie bolesne, co miłe sercu.

[...]

Moja mama i młodsza siostra zginęły w wypadku samochodowym w Asheville. Siostra miała na imię Carianne. Współczuję ci. Twoja mama na pewno była bardzo miła i ładna. Obie takie były – odparł Tate, wpatrzony w ziemię między swoje kolana. Nigdy o tym nie mówiłem. Nikomu. Ja też, pomyślała Kya, a na głos powiedziała: Moja któregoś dnia wyszła z domu i nie wróciła. Łanie zawsze wracają do swoich młodych. Tobie przynajmniej została nadzieja. Moja mama już na pewno nie wróci. Zamilkli, a potem znów odezwał się Tate. Myślę, że… Tu jednak urwał i spuścił wzrok. Kya spojrzała na niego, ale on bez słowa wpatrywał się w ziemię. Myślisz, że co? Mnie wszystko możesz powiedzieć. Ale Tate wciąż milczał. Wiedziała, że musi być cierpliwa, więc go nie pośpieszała. Wreszcie wyszeptał: Myślę, że pojechały do Asheville, żeby kupić mi prezent na urodziny. Marzyłem o takim jednym rowerze, musiałem go mieć. W Western Auto ich nie było, więc pewnie pojechały do Asheville, żeby mi go kupić.

[...]

Zawsze, kiedy się do niej wyprawiał, zabierał podręczniki lub książki z biblioteki, zwłaszcza te o zwierzętach żyjących na bagnach i poświęcone biologii. Postępy, jakie robiła, były zadziwiające. Teraz mogła już przeczytać wszystko, a skoro tak, to mogła się wszystkiego nauczyć. Zależało to od niej. Jeszcze nikt nie wykorzystał możliwości mózgu do końca – tłumaczył jej. Jesteśmy jak żyrafa, która nie używa swojej długiej szyi, żeby dosięgnąć najwyżej rosnących liści. Kya spędzała długie godziny przy lampie naftowej, czytając   o tym, jak rośliny i zwierzęta z czasem ulegają przemianom, by przystosować się do zmiennych warunków panujących na Ziemi; jak niektóre komórki dzielą się i przekształcają w płuca lub serca, a inne pozostają komórkami macierzystymi na wypadek, gdyby organizm potrzebował ich później. Ptaki zwykle śpiewają o świcie, bo wtedy jest chłodno i wilgotne poranne powietrze niesie ich trele i zawarte w nich sygnały dużo dalej. Kya od urodzenia obserwowała te zjawiska, więc bez trudu pojmowała mechanizmy natury i próbowała znaleźć w nich odpowiedź na pytanie, dlaczego matka zostawia swoje młode.

[...]

Laguna pachniała jednocześnie życiem i śmiercią, organiczną mieszaniną obietnicy i rozkładu. Rechotały żaby. Kya tępo wpatrywała się w bazgrzące po niebie świetliki. Nigdy nie łapała ich do słoików; „dowiesz się o nich o wiele więcej, kiedy nie są zamknięte w szkle”. Jodie powiedział jej, że samice włączają światełko na odwłoku, by zasygnalizować samcom, że są gotowe do godów. Różne ich odmiany mają własny język takich sygnałów. Teraz Kya zauważyła, że niektóre wysyłają komunikat „kropka-kropka-kropka-kreska”, a inne „kreska-kreska-kropka”. Rzecz jasna, samce znają te sygnały i podlatują tylko do samic swojego gatunku. Jodie wyjaśnił jej także, że – jak to ujął – owady ocierają się odwłokami, żeby spłodzić młode. Nagle coś przykuło jej uwagę – jedna z samic zmieniła kod. Najpierw wysłała typowy sygnał, przyciągnęła samca i połączyła się z nim w parę. Potem wysłała inny i podleciał do niej samiec obcego gatunku. Był przekonany, że znalazł gotową na gody partnerkę tej samej odmiany i zawisł nad nią, by mogli się połączyć.  Tymczasem samica chwyciła go w otwór gębowy i zjadła – całego, z sześcioma nóżkami i obojgiem skrzydeł. Kya przyglądała się innym osobnikom. Samice zawsze stawiały na swoim – najpierw partner do rozpłodu, potem posiłek – zmieniając sygnały. Wiedziała, że nie należy tego oceniać. Zło nie miało tu nic do rzeczy – po prostu tak pulsuje życie, czasami kosztem niektórych graczy. Z punktu widzenia biologii dobro i zło mają tę samą barwę.

[...]

Jej kolekcja przybrała bardziej dojrzały charakter.  Z metodyczną dokładnością opisywała swoje zbiory, uwzględniając rząd, rodzaj, gatunek, wiek oceniany na podstawie zużycia kości, określany w milimetrach rozmiar piór oraz najmniejsze niuanse barw. Łączyła naukę ze sztuką. Kolory, światło i cień, gatunki zwierząt i formy życia tworzyły tu arcydzieło wiedzy i piękna, widoczne w każdym zakamarku chaty – jej własny świat, który był jak korzeń winorośli. To tu dorastała, samotna wśród tych wszystkich cudów. Wraz z powiększaniem się tej kolekcji rosła także samotność Kyi. W jej sercu ziała wielka rana. Nic nie koiło bólu – ani mewy, ani piękne zachody słońca, ani najrzadsze okazy muszli. Z miesięcy zrobił się rok. Nie była w stanie dłużej znieść tej samotności. Tęskniła za czyimś głosem, obecnością, dotykiem, lecz jeszcze bardziej pragnęła chronić swoje serce. Minęły kolejne miesiące i kolejny rok, a potem następny.

[...]

Tate niby miał świadomość, że czasami tak się zachowuje, lecz odkąd zaczęli obdarowywać się piórami, nie widział jej tak prawdziwej i nieokrzesanej. Tak cierpiącej, wyobcowanej i samotnej. Spędził w koledżu niecałe dwa miesiące, lecz już zdążył wrosnąć w świat, którego pragnął. Analizując zadziwiającą symetrię cząstek DNA, czuł, jakby wślizgnął się do lśniącej katedry atomów i wspinał po spiralach helisy. Wiedział już, że wszelkie formy życia zależą od precyzyjnego, misternego kodu wpisanego w kruche organiczne skrawki, które natychmiast by zginęły w zaledwie odrobinę wyższej lub niższej temperaturze. Wreszcie stawiał najważniejsze pytania w otoczeniu ludzi równie dociekliwych i pragnących poznać odpowiedzi jak on. Wszystko to przybliżało go do celu. Być biologiem, mieć własne laboratorium, współpracować z innymi naukowcami. Umysł Kyi mógłby żyć w takiej przestrzeni, lecz ona sama już nie. Zdyszany Tate skryty w szuwarach pojął, przed jaką staje decyzją: Kya albo cała reszta.

[...]

Chase skierował łódkę na północ. Minęli majaczące w oddali pogodne i kolorowe Barkley Cove i przybili do plaży w niewielkiej, otoczonej gęstym lasem zatoce. Wyciągnęli łodzie na brzeg, a następnie ruszyli ścieżką obrośniętą kłującym ostrokrzewem i mirtem woskowym. Kya nigdy nie była w tym podmokłym, korzenistym lesie, bo rósł po drugiej stronie miasteczka i był zbyt blisko ludzkich siedzib. Spod zarośli sączyły się tu cienkie strużki wody, jakby przestrzegając, że to ziemia, która należy do oceanu. Dotarli do grzęzawiska o charakterystycznej ziemistej woni stęchlizny. Pojawiło się nagle i bez zapowiedzi, acz subtelnie, i ciągnęło się ku ciemnej paszczy lasu. Kya ujrzała ponad baldachimem z koron drzew zniszczoną drewnianą platformę opuszczonej wieży obserwacyjnej. Po kilku minutach dotarli do jej rozkraczonej podstawy z nieociosanych pali. Sączył się spod nich czarny szlam, a po belkach pięły się plamy wilgoci. Na górę prowadziły kręte schody. Z każdą kondygnacją wieża stawała się węższa. Przebrnąwszy przez muł, wspinali się na szczyt. Chase szedł przodem. Na piątym podeście ujrzeli krągłe korony dębów ciągnące się jak okiem sięgnąć na zachód. A wszędzie wokół wśród bujnych traw wiły się strugi, laguny, potoki i rozlewiska, rozciągnięte aż do oceanu. Kya nigdy nie widziała mokradeł z tej perspektywy. Teraz wszystkie elementy układanki leżały w dole; wreszcie ujrzała oblicze tej ziemi – swojej przyjaciółki – w pełnej krasie.

[...]

Spoglądając na połatany, obity moskitierą ganek, Chase spytał: Jak długo mieszkasz tu sama? Nie pamiętam dokładnie, kiedy odszedł tata, ale pewnie jakieś dziesięć lat. Fajnie. Przynajmniej starzy nie mówili ci, co masz robić. Kya nie skomentowała tej uwagi. W środku nie ma czego oglądać – rzuciła. Tymczasem Chase już wszedł na schody ganku i dojrzał kolekcję zgromadzoną na samodzielnie skleconych półkach, tętniący życiem kolaż widoczny przez moskitierę. Sama to zrobiłaś? Tak. Przyjrzał się paru motylom, lecz szybko stracił zainteresowanie. Na cholerę trzymać tu rzeczy, które można zobaczyć na dworze?

[...]

Był jej pierwszym gościem od czasu, kiedy odwiedzał ją Tate; ale Tate przyjmował wszystko w sposób naturalny, jak mieszkaniec mokradeł. Przy Chasie Kya czuła się obnażona, niczym filetowana ryba. Płonęła ze wstydu. Stała tyłem, ale słyszała, jak skrzypi podłoga, kiedy chłopak chodzi po kuchni. Nagle podszedł, delikatnie ją ku sobie obrócił i przytulił. Dotknął ustami jej włosów, jego oddech błądził w jej uchu. Nikt, kogo znam, nie mógłby mieszkać samotnie w takich warunkach. Dzieci od razu by się przeraziły, a nawet niektórzy dorośli.

[...]

Pokroiła resztkę chleba dla mew i poprowadziła go ścieżką wprost nad ocean. Gdy cicho przywołała mewy, te natychmiast się zleciały i krążyły wokół niej. Największy samiec, którego nazwała Rudzielcem, opadł na piasek i przechadzał się między jej stopami. Chase stał w pewnym oddaleniu i patrzył, jak Kya znika pośród ptasich skrzydeł. Nie przypuszczał, że poczuje coś do tej dziwnej bosej dzikuski, ale gdy patrzył, jak wiruje z mewami na piasku, zafascynowały go jej niezależność i uroda. Nigdy nie znał takiej dziewczyny. Budziła w nim ciekawość i pożądanie. Gdy do niego podeszła, spytał, czy następnego dnia też może ją odwiedzić. Obiecał, że nie dotknie nawet jej ręki. Powiedział, że po prostu chce z nią być. Skinęła głową. Pierwszy promyk nadziei po odejściu Tate’a.

[...]

Patti Love [matka Chasego – przyp. aut.] przeniosła wzrok na Joego, a potem znów spojrzała na Eda. Chase nosił wisiorek z muszlą. Od lat. Wiem, że miał go na sobie tamtego wieczoru na wieży. Zaprosiliśmy go z Samem na kolację. Pamiętasz? Mówiłam ci. Pearl nie mogła przyjść, bo zawsze chodzi tego dnia na brydża. Chase miał na sobie ten wisiorek, zanim pojechał pod wieżę. Myślałam, że to patolog mu go zdjął, więc nic nie powiedziałam. Zresztą pogrzeb i tak dalej, nie miałam do tego głowy. Potem któregoś dnia podjechałam do Sea Oaks i poprosiłam koronera o rzeczy Chase’a. Potrzebowali ich do badań, ale chciałam ich dotknąć, żeby dokładnie sobie przypomnieć, jak był wtedy ubrany. Koroner posadził mnie przy stole i pozwolił je przejrzeć. Szeryfie, tego wisiorka tam nie było. Spytałam koronera, czy go zdjął, ale odpowiedział, że nie. Że w ogóle nie widział go na oczy. To bardzo ciekawe. Z czego był zrobiony? Może zgubił go podczas upadku. To była pojedyncza muszla nawleczona na skórzany rzemyk. Ledwo przechodził mu przez głowę. Był dopasowany i związany na węzeł. Nie wydaje mi się, żeby mógł go zgubić.

[...]

Nie znam jej nazwiska – odparła Patti Love. Nie wiem, czy w ogóle je ma. Ludzie mówią o niej Dziewczyna z Bagien. Przez lata sprzedawała małże Skoczkowi. Czyli myślimy o tej samej osobie. Mów dalej. Byłam zszokowana, kiedy koroner mi oświadczył, że Chase nie miał wisiorka. Później przyszło mi do głowy, że tylko jej mogło na nim zależeć. Chase zerwał z nią i ożenił się z Pearl. Nie mogła mieć go dla siebie, więc może go zabiła i ściągnęła mu   z szyi wisiorek. Patti Love lekko zadrżała, po czym znów odzyskała dech. Rozumiem… To bardzo ważna informacja, Patti Love i warto ją zbadać, ale nie zapędzajmy się. Jesteś pewna, że dostał go od niej? – spytał Ed. Całkowicie. Z początku Chase nie chciał mi tego powiedzieć, ale w końcu się przyznał.

[...]

Chase, jak większość ludzi, traktował mokradła jako miejsce, gdzie można pływać łodzią lub wędkować, lub które należy osuszyć pod uprawy, dlatego wiedza Kyi na temat tutejszych stworzeń, prądów i roślin wydała mu się fascynująca. Drwił jednak z jej delikatności, spowalniania motorówki, mijania w ciszy jeleni i szeptania w pobliżu ptasich gniazd. Nie interesowały go muszle ani pióra i dziwił się, kiedy robiła notatki w dzienniku i zbierała okazy fauny i flory. Po co malujesz trawę? – spytał ją kiedyś w kuchni. Maluję jej kwiaty. Trawa nie ma kwiatów – roześmiał się. Oczywiście, że ma. Spójrz tutaj. Są maleńkie, ale piękne. Każda odmiana rodzi inne. I po co ci to wszystko? Zachowam te notatki i dzięki temu dowiem się więcej o mokradłach. Grunt to wiedzieć, gdzie i kiedy biorą ryby, a tego dowiesz się ode mnie. Roześmiała się, żeby zrobić mu przyjemność, jak nigdy wcześniej. Znów oddała cząstkę siebie, by kogoś przy sobie zatrzymać.

[…]

Kilka dni później, korzystając z przerwy w zajęciach, Tate pomknął motorówką do wylotu kanału prowadzącego do chaty Kyi, pierwszy raz od pięciu lat. Sam nie rozumiał, dlaczego nie zrobił tego wcześniej – pewnie dlatego, że stchórzył i się tego wstydził. Teraz jednak postanowił ją odnaleźć, powiedzieć, że nigdy nie przestał jej kochać, i błagać o przebaczenie. W ciągu czterech lat spędzonych na uczelni przekonywał sam siebie, że Kya nie pasuje do świata nauki, na którym tak mu zależało.  Przez pierwsze dwa próbował o niej zapomnieć, a w Chapel Hill nie brakowało dziewczyn. Miał nawet parę dłuższych związków, ale żaden nie mógł się równać z uczuciem, które przeżył z Kyą. Po tym jak zrozumiał, czym jest DNA, izotopy i pierwotniaki, pojął też, że nie może bez niej żyć. To prawda, że ona nie wpasowałaby się w świat akademicki, ale on mógł teraz zamieszkać w jej świecie. Wszystko sobie zaplanował. Promotor oznajmił mu, że może skończyć studia i obronić pracę doktorską w ciągu trzech lat, ponieważ zbierał do niej materiały od samego początku studiów i już prawie ją napisał. Tate dowiedział się również, że rząd zamierza wybudować laboratorium badawcze pod Sea Oaks i że ma wielką szansę znaleźć tam zatrudnienie na pełny etat. Nikt nie miał lepszych kwalifikacji; Tate interesował się mokradłami niemal od urodzenia, a wkrótce zyska dodatkowy argument w postaci doktoratu. Za kilka lat będzie mógł zamieszkać tam z Kyą. I się z nią ożenić, jeśli go zechce.

[…]

Teraz, siedząc przed swoją „czytelnią”, Kya wzięła do ręki przegląd naukowy. Jeden z artykułów poświęcony rozrodczości nosił tytuł Cwane fajfusy. Kya wybuchnęła śmiechem. Napisano w nim, że – jak powszechnie wiadomo – zwykle samce o najbardziej wyrazistych drugorzędnych cechach płciowych, chlubiący się największym porożem, najniższym głosem, najszerszymi barkami czy największą wiedzą, zajmują najlepsze tereny, bo udaje im się odpędzić słabsze osobniki. Samice lgną do tych samców   alfa   i   pozyskują   nasienie o najmocniejszym DNA, które przekazują potomstwu. Jest to jedno z najważniejszych zjawisk w procesie życiowej adaptacji gatunków. Ponadto samice zapewniają w ten sposób swoim młodym najlepsze żerowiska. Jednakże mniej imponujące samce, nie tak silne, urodziwe i mądre, które nie potrafią utrzymać tych terenów, dysponują całym arsenałem sztuczek pozwalających wywieść samice w pole. Przybierają nadęte pozy bądź często wydają z siebie głos, nawet jeśli jest cienki. Wykorzystują pozory i fałszywe sygnały    i dzięki temu udaje im się czasami doprowadzić do kopulacji. Niepozorny samiec żaby chowa się w trawie w pobliżu samca alfa, kiedy ten, rechocząc, z werwą wabi do siebie samice. Jeśli jego głośne nawoływania skuszą jednocześnie większą ich liczbę, a samiec alfa skupia się na kopulacji z jedną, jego słabszy kolega dopada którąś z pozostałych. Właśnie takie samce autor artykułu nazwał „cwanymi fajfusami”. Kya przypomniała sobie, jak przed laty mama przestrzegała jej starsze siostry przed chłopakami, którzy żyłują swoje przerdzewiałe pickupy albo jeżdżą starymi rzęchami i puszczają muzykę na cały regulator. "Poznasz huncwota po jego warkotach" mawiała. Ten artykuł był pocieszający dla wszystkich samic. Natura nie waha się sprawić, że samce wysyłający fałszywe sygnały lub biegający od jednej samicy do drugiej, niemal zawsze kończą w samotności. Inny poruszał kwestię szaleńczej rywalizacji między plemnikami. Samce większości gatunków konkurują o samice. Lwy niekiedy staczają o nie walki na śmierć i życie. Słonie sczepiają się kłami i tratują ziemię, próbując zadać rany przeciwnikowi. Choć walki te mają charakter rytualny, zdarza się, że prowadzą do okaleczeń. By ich uniknąć, samce niektórych gatunków rywalizują przy użyciu mniej brutalnych i bardziej pomysłowych metod. Przodują w tym owady. Penis samca ważki równoskrzydłej jest wyposażony w niewielką łyżeczkę, którą samiec usuwa nasienie poprzednika, nim dostarczy samicy własne.

[…]

Ciekawe, co sprawia, że gwiazdy migoczą – zagadnął Chase. Zawirowania w atmosferze, wiatry w jej wyższych partiach. Serio? Na pewno wiesz, że większość jest zbyt daleko, byśmy mogli je zobaczyć. Widzimy tylko ich blask zdeformowany przez warstwy atmosfery. Rzecz jasna, gwiazdy nie stoją w miejscu, tylko mkną z dużą prędkością. Dzięki lekturze książek Alberta Einsteina Kya wiedziała, że czas jest równie niestały jak gwiazdy, lecz przyśpiesza i ulega załamaniom wokół planet i słońc, jest różny na szczytach gór i w dolinach i pochodzi z tej samej tkanki co przestrzeń, która zakrzywia się i wzbiera, podobnie jak woda w oceanach. Obiekty - czy to planety, czy jabłka – spadają lub krążą po orbitach nie z powodu siły ciążenia,  lecz wpychane przez inne obiekty o większej masie w jedwabiste fałdy czasoprzestrzeni niczym w zmarszczki wody na tafli stawu. Tego jednak Kya mu nie powiedziała. Niestety, ludzka myśl nie zawsze nadąża za osiągnięciami nauki i licealne podręczniki wciąż uczyły, że jabłka spadają na ziemię z powodu wszechpotężnej siły grawitacji.

[…]

Masz rację – przytaknął Tate. Wszystko, co powiedziałaś, to prawda. Zachowałem się jak tchórz. Nie mam prawa oceniać Chase’a. To nie moja sprawa. Już nie będę zawracał ci głowy. Chcę cię tylko przeprosić i wszystko ci wyjaśnić. Od lat żałuję swojej decyzji. Opadła z sił, poczuła się jak żagiel, gdy ustaje wiatr. Tate był kimś więcej niż jej pierwszą miłością. Dzielił z nią pasje, nauczył czytać i był jedynym ogniwem – choć być może słabym – łączącym ją z przeszłością i rodziną. Był niczym stary wycinek wklejony do pamiętnika, jedynej rzeczy, która jej pozostała. Jej serce wciąż łomotało, lecz wściekłość gdzieś się rozmyła.

[…]

Spojrzał na nią. Wciąż stała w drzwiach. Te opisy są genialne, bardzo szczegółowe. Możesz je opublikować, wydać książkę, dużo książek. Nie. Robię to dla siebie. Pomagają mi poznawać mokradła. Posłuchaj. Dobrze wiesz, że praktycznie nie ma publikacji dotyczących tych obszarów. Twoje notatki, dane i piękne ilustracje to coś, na co wszyscy czekają. Tak było w istocie. Stare przewodniki mamy z informacjami o muszlach, roślinach, ptakach i pozostałych zwierzętach z tych okolic były jedynym drukowanym źródłem wiedzy na ten temat, w dodatku raczej pobieżnym i niezbyt dokładnym, zawierającym tylko czarno-białe ryciny. Jeśli dasz mi kilka próbek,  poszukam  jakiegoś wydawcy i spytam go, jak to widzi. Wpatrywała się w niego, nie wiedząc, co o tym myśleć. Musiałaby dokądś pojechać, rozmawiać z jakimiś ludźmi? Tate odgadł treść pytań kłębiących się jej w głowie. Nie musiałabyś nigdzie jechać, wystarczy przesłać próbki do wydawnictwa. Zarobiłabyś na tym, pewnie niedużo, ale może nie musiałabyś do końca życia zbierać małży.

[…]

To nie przypadek, że Chase kusił ją wzmiankami o ślubie, żeby zaciągnąć do łóżka, a potem rzucił dla innej. Podpatrując zwierzęta, przekonała się, że samce biegną od jednej samiczki do drugiej – więc dlaczego dała się nabrać? Droga motorówka Chase’a była tym, czym u byka potężna szyja i imponujące poroże, które miały odstraszać rywali i przyciągać kolejne samice. A jednak dała się złapać na ten sam podstęp co mama. „Cwane fajfusy”. Jakież to kłamstwa wcisnął jej tata? Do jakich drogich restauracji ją zabrał, nim skończyły mu się pieniądze     i wywiózł ją na swoje prawdziwe żerowisko – do chaty na bagnach? Może miłość jest szczęśliwa tylko w opowieściach? Kya wyrecytowała na głos wiersz Amandy Hamilton [pseudonim artystyczny Kyi – przyp. aut.]:

Muszę pozwolić.

Pozwolić ci odejść.

Miłość to zbyt często

Pretekst, by zostać

Zbyt rzadko powód

By odejść.

Wypowiadam te słowa

I patrzę, jak znikasz.

Cały czas Myślałeś

Że płomienny dech

Z piersi twej kochanki

Wciąga cię zbyt głęboko.

Lecz to pław mego serca

Uwolnił cię

Byś spłynął

Z wodorostami.

[…]

Później, wędrując plażą, Kya wyrecytowała swój ulubiony wiersz Amandy Hamilton.

Blednący księżycu,

pójdź Moim śladem

Przez światło nietknięte

Cieniami ziemi

I wejdź w moje zmysły

Które czują

Chłodne ramiona ciszy.

Tylko ty wiesz

Że z jednej strony chwili

Ciągnie się samotność

Kilometrami

Na jej drugą krawędź

I że niebo

To jeden oddech 

Gdy czas zsuwa się tyłem

Po piasku.

Jeśli ktokolwiek rozumie samotność, to właśnie księżyc. Powróciwszy do tak dobrze jej znanych cykli rozwoju kijanek i baletu świetlików, Kya jeszcze bardziej zagłębiła się w ciszę pustkowia. Przyroda była dla niej   niczym   jedyny   kamień w strumieniu, na którym się nie potknie.

[…]

Lecz jako dwudziestodwulatka, rok po zaręczynach Chase’a i Pearl, codziennie chodziła piaszczystą, parzącą w stopy ścieżką i zaglądała do skrzynki. Wreszcie któregoś ranka znalazła w niej wypchaną szarą kopertę, z której wyjęła egzemplarz książki Muszle Wschodniego Wybrzeża autorstwa Catherine Danielle Clark. Wzięła głęboki oddech. Nie miała jej komu pokazać. Siedząc na plaży, uważnie obejrzała wszystkie strony. Kiedy napisała do wydawnictwa,  z  którym skontaktował ją Tate, i dołączyła więcej ilustracji, w odpowiedzi przesłali jej umowę.  Z uwagi na to, że kompletowała te szkice i opisy przez wiele lat, wydawca, pan Robert Foster, napisał, że chce wydać jej książkę w rekordowo krótkim czasie, podobnie jak następną, poświęconą ptakom. W załączeniu przesłał jej pięć tysięcy dolarów zaliczki. Tata pewnie by się przewrócił i rozlał cały bimber. Teraz trzymała w rękach egzemplarz autorski. Wszystkie pociągnięcia pędzla, każdy starannie przemyślany odcień koloru, każde słowo wydrukowane w książce. Były tam też rysunki stworzeń zamieszkujących te muszle, pokazujące, jak się odżywiają, poruszają i rozmnażają. Ludziom często umyka, że muszle miały swoich lokatorów. Kya   dotykała   stron   i   przypominała   sobie    te    muszle   i okoliczności, w jakich je znalazła; gdzie leżały, o jakiej porze roku i jak padały wtedy promienie słońca. Album rodzinny. W następnych miesiącach sklepy z pamiątkami i księgarnie w Karolinie Północnej i Południowej, w Georgii, Wirginii, na Florydzie i w Nowej Anglii umieszczały jej książkę w witrynach lub wystawiały na półkach z nowościami. W wydawnictwie powiedzieli, że tantiemy będą przekazywane co pół roku i mogą osiągnąć wysokość kilku tysięcy.

[…]

Kya wskazała lagunę i z grubsza granice terenu, który uznawała za swoją działkę. Urzędnik sprawdził numer referencyjny i zaczął szukać aktu własności na starym drewnianym regale. Jest. Wymierzona przez geodetę i zakupiona w 1897 roku przez Napiera Clarka.  To mój dziadek – ucieszyła się Kya. Przewertowała cienkie stronice Biblii i wśród wypisanych tam nazwisk znalazła adnotację: Napier Murphy Clark. Brzmiało to po pańsku, tak jak nazwiska jej braci. Powiedziała urzędnikowi, że jej ojciec nie żyje, co pewnie było prawdą. Działka nie została sprzedana, czyli jako żywo należy do pani. Niestety, trzeba opłacić zaległe podatki, żeby mogła ją pani zachować. Zgodnie z przepisami każdy, kto uiści należność, przejmie tę ziemię, nawet jeśli nie ma aktu własności. Ile? Kya nie otworzyła rachunku w banku. Wszystkie oszczędności, które jej zostały po remoncie domu – jakieś trzy tysiące dolarów - miała ze sobą w plecaku. Zaległości dotyczyły około czterdziestu lat, czyli z pewnością były to tysiące dolarów. Niech no spojrzę. To działka z kategorii „ugory”. Zwykle roczny podatek wynosił około pięciu dolarów, ale muszę policzyć. Podszedł do opasłej kasy, wstukał odpowiednie sumy, za każdym razem przekręcając korbkę, która burczała, jakby naprawdę dodawała te liczby. Wychodzi mniej więcej osiemset dolarów. Kya wyszła z budynku sądu z wystawionym na jej nazwisko aktem własności trzystu dziesięciu akrów [około 125 ha – przyp. narratora] przepięknych lagun, połyskliwych mokradeł, dębowych lasów i wstęgi prywatnej plaży na wybrzeżu Karoliny Północnej. „Ugory. Ponure bagna”.

[…]

Godzinę później Kya popłynęła do Skoczka z drugim egzemplarzem książki w plecaku. Już z daleka zobaczyła go opartego o ścianę chłostanego przez wiatry sklepiku. Wstał i pomachał do niej, ale mu nie odpowiedziała. Przeczuwając, że stało się coś wyjątkowego, czekał w milczeniu, aż zacumuje łódź. Podeszła,  wzięła  go za rękę i włożyła mu w dłoń   książkę. Z początku nie wiedział, o co chodzi, ale wskazała na swoje nazwisko i oznajmiła: Już dam sobie radę. Dziękuję tobie i Mabel za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Spojrzał na nią. W innym miejscu i czasie starszy czarnoskóry mężczyzna i młoda biała kobieta pewnie by się uściskali, lecz nie tam i nie wtedy. Kya położyła dłoń na jego dłoni, obróciła się i odpłynęła. Pierwszy raz widziała, że odjęło mu mowę. Wciąż u niego tankowała i robiła zakupy, ale już nigdy nie przyjęła wsparcia. Zawsze gdy przybijała do pomostu, widziała swoją książkę wystawioną w małym okienku, tak żeby wszyscy widzieli. Tak jakby wystawił ją ojciec.

[…]

Kya krzyczała wniebogłosy i chwytała go za rękę, kiedy okładał mamę po piersiach. Na kwiecistej letniej sukience pojawiła się krew – jakby była czerwona, w kropki. Nagle przez korytarz przemknął jakiś duży cień i Kya zobaczyła, jak Jodie rzuca się od tyłu na ojca. Razem upadli na podłogę. Krzyknął do niej i do mamy, żeby uciekały. Rzuciły się do drzwi, lecz kątem oka Kya dostrzegła jeszcze,  jak  ojciec podnosi pogrzebacz i chlasta nim Jodiego w twarz. Wykrzywiona szczęka, strumień krwi. Teraz, w sekundę, wszystko to do niej wróciło. Jej brat osuwający się na podłogę   między   fioletowo-różowe   jajka i czekoladowe króliczki. Ona i mama biegnące wśród palmiczek i kryjące się w zaroślach. Mama, w pokrwawionej sukience, powtarzająca, że to nic, że skorupki jajek nie popękały i że jeszcze upieką tego kurczaka. Kya nie rozumiała, czemu chowają się w krzakach. Jodie na pewno kona i trzeba mu pomóc. Bała się jednak ruszyć. Długo tam siedziały, a potem przemknęły do domu, zaglądając przez okna, by mieć pewność, że tata już sobie poszedł. Jodie leżał nieprzytomny na podłodze w kałuży krwi. Kya krzyknęła, że na pewno nie żyje. Mama przeniosła go na sofę i zszyła mu rany igłą z nićmi. Kiedy wreszcie zapanował spokój, Kya podniosła swój czepek z podłogi, pobiegła do lasu i cisnęła go z całej siły między trzciny.

[…]

Kiedy nas zostawiła, była bardzo chora. Pojechała do Nowego Orleanu, miasta, w którym dorastała. Cierpiała fizycznie i psychicznie. Pamiętam trochę Nowy Orlean. Miałem jakieś pięć lat, kiedy stamtąd wyjechaliśmy. Pamiętam ładny dom z dużymi oknami wychodzącymi na ogród. Kiedy się tu przenieśliśmy, tata zakazał nam rozmawiać o Nowym Orleanie i dziadkach, więc wspomnienia się zatarły. Ja nic nie pamiętam – przyznała Kya. Rosemary wyjawiła mi, że ich rodzice od początku byli przeciwni temu małżeństwu,  a  jednak mama przeniosła się z ojcem do Karoliny, choć nie mieli ani centa. W końcu mama napisała do Rosemary, że mieszka w chacie na bagnach z mężem pijakiem, który bije ją i dzieci. I nagle, po latach, zjawiła się u niej. W tych szpilkach ze sztucznej skóry aligatora, które tak lubiła. Od wielu dni nie kąpała się ani nie czesała. Miesiącami milczała, nie powiedziała ani słowa. Zamieszkała w swoim dawnym pokoju w domu rodziców. Prawie nie jadła. Oczywiście wzywali lekarzy, ale żaden nie zdołał jej pomóc. Dziadek skontaktował się z szeryfem z Barkley Cove i spytał go, co się z nami dzieje, ale ten odpowiedział, że nawet nie próbuje śledzić losów mieszkańców bagien. Słuchając tej opowieści, Kya od czasu do czasu pociągała nosem. Wreszcie,  niemal  po roku,  mama  dostała ataku histerii i przypomniała sobie, że zostawiła swoje dzieci. Razem z Rosemary napisała list do taty z zapytaniem, czy może nas ściągnąć do Nowego Orleanu. Odpisał, że jeśli wróci albo spróbuje się z nami skontaktować, zleje nas tak, że nikt nas nie pozna. Wiedziała, że jest do tego zdolny. List w błękitnej kopercie. Mama pytała o nią i o pozostałe dzieci. Chciała się z nią spotkać. Tymczasem list przyniósł efekt odwrotny do zamierzonego. Ojciec wpadł w szał, znów zaczął pić, a w końcu porzucił Kyę. Nie wspomniała Jodiemu, że wciąż przechowuje w słoiku spalone skrawki listu.

[…]

List w błękitnej kopercie. Mama pytała o nią i o pozostałe dzieci. Chciała się z nią spotkać. Tymczasem list przyniósł efekt odwrotny do zamierzonego. Ojciec wpadł w szał, znów zaczął pić, a w końcu porzucił Kyę. Nie wspomniała Jodiemu, że wciąż przechowuje w słoiku spalone skrawki listu. Wiem od Rosemary, że mama z nikim się nie zaprzyjaźniła, nie uczestniczyła w rodzinnych kolacjach i nie nawiązywała żadnych kontaktów. Wycofała się z życia i odmawiała sobie wszelkich przyjemności. Z czasem odzywała się częściej, ale mówiła wyłącznie o dzieciach. Zdaniem Rosemary zawsze nas kochała, ale żyła w koszmarnym przeświadczeniu, że jeśli wróci, spotka nas krzywda. Nie porzuciła nas dla kochanka. Została doprowadzona na skraj szaleństwa i ledwie miała świadomość, że nas zostawia. Na co umarła? Na białaczkę. Według Rosemary dałoby się ją wyleczyć, ale odmówiła przyjmowania leków. Słabła z każdym dniem, aż w końcu dwa lata temu odeszła. Ponoć tak jak żyła: w ciemnościach i w milczeniu. Oboje zamilkli. Kyi przypomniał się wiersz Galwaya Kinnella, który mama zakreśliła w tomiku:

Ulżyło mi, że już po wszystkim,

Bo pod koniec czułem tylko żałość

Dla niegasnącej żądzy życia.

…Żegnaj.

[…]

Usiedli na tylnym siedzeniu. Jodie ściągnął plandekę, otworzył duże kartonowe pudło i wyciągał z niego i rozpakowywał obrazy, po czym ustawiał je jeden obok drugiego. Na jednym były trzy dziewczynki – Kya i jej siostry – kucające nad laguną i obserwujące ważki. Na innym Jodie i jego brat trzymali nanizane na sznurek ryby. Przywiozłem je, licząc, że cię tu zastanę. Przesłała mi je Rosemary. Mama latami, dniem i nocą, malowała swoje dzieci. Na jednym cała piątka sprawia wrażenie, jakby przypatrywała się malarce. Kya utkwiła wzrok w rodzeństwie spoglądającym na matkę. Szeptem spytała: Kto tu jest kim? Jak to? Nie mieliśmy zdjęć. Nie rozpoznaję ich. Kto jest kim? Jodie na moment zaniemówił. To Missy, najstarsza spośród nas. Murph. Mandy. Ten słodki czaruś to oczywiście ja. I ty. Chwilę odczekał, po czym rzucił: Spójrz na ten. Wskazał na oszałamiająco kolorowy obraz przedstawiający dwójkę dzieci przycupniętych wśród kłębów zielonej trawy i polnych kwiatów. Dziewczynka była maleńka, mogła mieć ze trzy lata. Proste czarne włosy spływały jej na ramiona. Chłopczyk ze złocistymi loczkami, nieco starszy, jedną ręką wskazywał motyla o czarno-pomarańczowych skrzydłach, danaida wędrownego, który przysiadł na stokrotce, a drugą obejmował dziewczynkę.

[…]

Spojrzała na obraz. Był taki pastelowy, taki spokojny. Mamie nawet w tych okolicznościach udawało się dostrzec piękno. Patrząc na te obrazy, ktoś mógłby uznać, że przedstawiają szczęśliwą rodzinę, która mieszka nad morzem i cieszy się słońcem. Przysiedli na pace i w milczeniu wpatrywali się w obrazy. Mama czuła się tu kompletnie samotna, a w takich warunkach ludzie różnie reagują – powiedział Jodie. Kya wydała z siebie cichy jęk. Błagam, nie mów mi o samotności. Nikt mi nie musi tłumaczyć, jak bardzo zmienia człowieka. Sama tego doświadczyłam. Samotność to ja – wyszeptała z lekką urazą w głosie. Wybaczyłam mamie, że odeszła, ale nie rozumiem, dlaczego nie wróciła i mnie porzuciła. Pewnie tego nie pamiętasz, ale kiedy nas zostawiła, powiedziałeś mi, że lisica czasami porzuca młode, jeśli głoduje bądź przeżywa jakiś wielki stres. Młode padają, chociaż prawdopodobnie i tak by padły, a ich matka, gdy warunki są bardziej sprzyjające, znów się szczeni i odchowuje nowy miot. Potem sporo o tym czytałem. W przyrodzie, „tam, gdzie śpiewają raki”, takie pozornie okrutne zachowania zwiększają liczbę poczętych później młodych, a tym samym liczbę jej genów w następnych pokoleniach. Z ludźmi jest podobnie. Niektóre pozornie nieludzkie reakcje umożliwiły przetrwanie naszego gatunku we wczesnych stadiach rozwoju człowieka. Bez tego nie byłoby nas tutaj. Te instynktowne zachowania są obecne w naszych genach i w pewnych okolicznościach biorą górę. Gdzieś w głębi pozostajemy tacy, jacy byliśmy dawno, dawno temu, dzięki czemu gatunek przetrwał.

[…]

Większość samców biega od samicy do samicy. Puszą się i próbują nabrać każdą kolejną na swoje sztuczki. Pewnie dlatego mama zakochała się w kimś takim jak ojciec. Tate nie był jedynym, który mnie rzucił. Chase Andrews wspominał nawet o ślubie, ale ożenił się z inną. Nawet mi nie powiedział. Przeczytałam o tym w gazecie. Współczuję, ale nie tylko faceci zdradzają. Mnie też nie raz dziewczyna wykiwała, porzuciła i sponiewierała. Powiedzmy sobie szczerze, miłość nie zawsze wypala. Ale nawet jeśli, to przynajmniej łączy cię z innymi, a to wszystko, co mamy, te połączenia. Pomyśl, teraz odnaleźliśmy siebie. Jeśli ja będę miał dzieci i ty też, powstanie ich nowy strumień, który popłynie dalej. Jeśli kochasz Tate’a, zaryzykuj. Pomyślała o obrazie, na którym mama namalowała ich razem jako dzieci, z głowami tuż obok siebie, w otoczeniu pastelowych kwiatów i motyli. Może jednak przesłała jej wiadomość.

[…]

Omietli wzrokiem ostatnią stronę. Wszystko jasne – orzekł Ed. Pasują idealnie. Martwy Chase miał na kurtce włókna z jej czapki. Szeryf wziął raport do ręki. Podsumujmy. Po pierwsze, poławiacz krewetek zeznał, że widział pannę Clark płynącą w stronę wieży tuż przed upadkiem Chase’a. Jego kolega to potwierdzi. Po drugie, Patti Love zeznała, że Clark podarowała mu wisiorek z muszlą, który zniknął tej nocy, gdy Chase zginął. Po trzecie, włókna z jej czapki były na jego kurtce. Po czwarte, motyw: porzucona kobieta. Do tego alibi, które łatwo podważyć. To raczej wystarczy. Przydałby się lepszy motyw – zafrasował się Joe. To, że ją spuścił, to trochę za mało. Jeszcze nie zakończyliśmy śledztwa, ale mamy dość, żeby ją przesłuchać, a być może nawet postawić zarzuty. Zobaczymy, co dalej, kiedy ją tu wezwiemy. Z tym może być problem. Bo niby jak? Ona [Kya – przyp. aut.] od lat skutecznie wszystkich unika: inspekcji szkolnej, ankieterów spisu powszechnego. Dosłownie wszystkich, jak leci. Nas też. A jeśli będziemy ganiać za nią po mokradłach, wyjdziemy na głupków. Ja nie widzę problemu. To, że wszystkim się wymyka, nie znaczy, że sobie nie poradzimy. Ale bieganie za nią to nie jest najlepszy pomysł. Proponuję zastawić sidła. Na tym akurat się znam. Zwykle kiedy chcesz usidlić lisa, to cię przechytrzy, zwłaszcza jeśli nie działasz z zaskoczenia. Pukaliśmy do niej tyle razy, że teraz nawet niedźwiedź by zwiał. Może psy? Te by nie zawiodły. Szeryf na moment zamilkł. Czy ja wiem? Mam pięćdziesiąt jeden lat i może mięknę na starość, ale zaszczuwanie dziewczyny psami, żeby ściągnąć ją na przesłuchanie, jakoś mi nie leży. To dobre na zbiegłych skazańców, których już osądzono. Tymczasem jej winę trzeba jeszcze udowodnić, dlatego nie spuszczę za nią psów. Chyba że nie będzie innego wyjścia.

[…]

Kya zacisnęła powieki. Jaskrawe światło lamp wiszących pod sufitem raziło ją w oczy, podobnie jak promienie słońca wdzierające się przez sięgające sufitu okna. Przez dwa miesiące żyła w mroku, a teraz, gdy uniosła powieki, dojrzała wreszcie miękki zarys ścielących się na zewnątrz mokradeł z masywnymi dębami, pod którymi skryły się paprocie i krzaki ostrokrzewu. Próbowała choćby jeszcze przez chwilę zatrzymać w sobie tę bujną zieleń, ale czyjeś mocne dłonie chwyciły ją i poprowadziły do długiego stołu z krzesłami, przy którym siedział jej obrońca, mecenas Tom Milton. Skuta kajdankami, nieporadnie złożyła ręce, jakby się modliła. Ubrana w luźne czarne spodnie i zwykłą białą bluzkę, z warkoczem opadającym między łopatki, nie obejrzała się, by popatrzeć na zgromadzoną w sali publiczność. Czuła jednak za plecami gorący oddech szeleszczącego tłumu, który ściągnął do sądu na jej proces, w którym oskarżano ją o zabójstwo. Czuła, jak ludzie wychylają się z ławek i obracają głowy, by choć przez moment jej się przyjrzeć. Woń potu, zastałego papierosowego dymu i tanich perfum wywoływała w niej mdłości. Pokasływania ustały, ale w sali podniosła się wrzawa, gdy Kya podchodziła do swojego miejsca. Wszystkie te dźwięki zdawały się jej odległe, bo słyszała głównie własny, niespokojny i rwany oddech. Gdy ją rozkuwali, wbiła wzrok w wypastowaną podłogę z sękatych sosnowych desek i ciężko opadła na krzesło.

[…]

Kiedy dwa miesiące wcześniej pierwszy raz odwiedził ją w areszcie, zaprowadzili go do małej, ciemnej sali. Kya siedziała przy stole. Nie spojrzała na niego. Gdy przedstawił się i oznajmił, że będzie ją reprezentował, milczała, wciąż nie podnosząc wzroku. Miał przemożną chęć poklepać ją po ręce, jednak coś – może jej wyprostowana sylwetka albo niewidzące spojrzenie – uchroniło ją przed dotykiem. Poruszając głową na wszystkie strony, by napotkać wzrok dziewczyny, wyjaśnił niuanse procedury i wspomniał, czego może się spodziewać, po czym zadał jej kilka pytań. Na żadne nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła ani na niego nie zerknęła. Kiedy ją wyprowadzali, odwróciła się i popatrzyła w małe okienko, przez które widać było niebo. W porcie krzyczały ptaki; miał wrażenie, że wsłuchuje się w ich pieśni. Podczas następnej wizyty sięgnął do szarej papierowej torby i podsunął jej książkę w błyszczącej okładce, zatytułowaną Najrzadsze muszle świata.  Zawierała malowane farbami olejnymi rysunki naturalnej wielkości, przedstawiające muszle z najdalszych zakątków kuli ziemskiej. Z lekko rozchylonymi ustami Kya powoli przewracała strony, czasami z uznaniem kiwając głową. Tom nie pośpieszał jej, a po jakimś czasie znów do niej przemówił. Tym razem spojrzała mu w oczy. Cierpliwie raz jeszcze wyjaśnił procedury i nawet narysował salę sądową z ławą przysięgłych, stołem sędziowskim i ławą oskarżonych. Umieścił tam też postaci strażnika sądowego, sędziego i protokolantki, tłumacząc Kyi, jaką funkcję pełni każda z tych osób.

[…]

I co zobaczyliście? Kiedy się tam zbliżyliśmy, ta babka stała nad nim i kopała go w… Rodney zerknął na sędziego. W co go kopała? Proszę powiedzieć – ośmielił go sędzia Sims. W jaja, aż przekręcił się na bok i jęczał. Potem kilka razy w plecy. Była wściekła jak muł, który nażarł się trzmieli.

[…]

Kya nie czuła się tu jednak pewnie. Nie dostrzegłaby Chase’a, gdyby się pojawił. Dlatego przysiadła nad brzegiem strumienia, lustrując prawym okiem trawiaste moczary. Lewe było całe spuchnięte. W dole strumienia stadko pięciu łań skubało liście przy brzegu i kompletnie nie zwracało na nią uwagi. Gdyby tylko mogła do nich dołączyć! Kya wiedziała, że bez jednej łani stado wciąż czułoby się kompletne, za to pojedynczej samicy bez stada czegoś by brakowało. Nagle jedna z nich uniosła głowę i wpatrywała się w las swymi ciemnymi oczami, tupiąc a to jedną, a to drugą nogą. Inne spojrzały w tamtą stronę i wyraźnie się zaniepokoiły. Kya również łypnęła okiem, szukając oznak obecności Chase’a lub innego drapieżcy, ale wokół panowała cisza. Może spłoszył je wiatr. Przestały tupać, ale ruszyły z wolna w wysoką trawę. Kya znów została sama.

[…]

Kya wyglądała jak kiedyś jej mama – tak potwornie, że aż bała się pokazać dzieciom. W przebłysku świadomości pojęła, przez co musiała przechodzić i dlaczego odeszła. Mamo… – szepnęła. Wreszcie rozumiem, dlaczego zniknęłaś i nie wróciłaś. Żałuję, że tego nie wiedziałam i nie umiałam ci pomóc. Spuściła głowę i się rozpłakała. Potem energicznie wyprostowała plecy i powiedziała: Nigdy nie będę tak żyć, nie będę drżała o to, gdzie i kiedy padnie kolejny cios.

[…]

Samiec, napuszony jak paw z dumnie uniesioną głową, próbował ją do siebie przywabić. Udawała zainteresowaną, prężyła swoje czułki jak różdżki. Złapał ją mocno lub czule – Kyi trudno było to stwierdzić – lecz gdy gmerał w niej swoim przyrodzeniem, żeby ją zapłodnić, nagle obróciła długą, zgrabną szyję i odgryzła mu głowę. Był tak pochłonięty kopulacją, że nawet tego nie zauważył. Wymachiwał okaleczoną szyją i robił swoje, gdy samiczka zjadała jego krtań. Potem zabrała się do skrzydełek, aż w końcu z jej gardła wystawał już tylko fragment jego ostatniej kończyny. Tymczasem dół jego pozbawionego serca i głowy korpusu wciąż wykonywał rytmiczne ruchy. Samice świetlików przyciągają samców obcych gatunków, wysyłając fałszywe sygnały, po czym ich zjadają, a modliszki pożerają własnych partnerów. Samice owadów wiedzą, jak sobie radzić z kochankami, pomyślała Kya.

[…]

Najczęściej wymieniali się plotkami, które zasłyszeli o Kyi od osób, które ich odwiedzały, zwłaszcza na temat tego, czy zostanie skazana na karę śmierci, co nie zdarzyło się w tym okręgu od dwudziestu lat, a w przypadku kobiety – nigdy. Kya słyszała każde słowo. Nie przejmowała się uwagami o śmierci; nie przestraszy się gróźb, że odejdzie z tego padołu łez. A jednak myśl, że mogą odebrać jej życie w sposób zaplanowany, była dla niej tak niewyobrażalna, że aż odbierała dech. Sen najwyraźniej jej unikał – czaił się gdzieś na obrzeżach, a potem pierzchał. Jej świadomość nagle osuwała się w głęboki niebyt, gdzie zaznawała chwili szczęścia, z którego gwałtownie wyrywało ją ciało.

[…]

Stanęła nad wodą. Chase nie odpuści. Życie w samotności to jedno, ale życie w strachu to coś całkiem innego. Kya wyobraziła sobie,  jak  wchodzi do spienionej wody i zanurza się w spokojną głębię. Kosmyki jej włosów na tafli niczym plama farby na bladym błękicie oceanu, długie palce i ręce unoszące się ku jego rozświetlonej powierzchni. Marzenia o ucieczce – nawet poprzez śmierć – zawsze sięgają ku światłu. Spokój: połyskliwa, nieosiągalna nagroda. Ciało opada na dno i mości się w nieprzeniknionej ciszy. Wreszcie bezpieczne. Lecz kto decyduje, że czas umrzeć?

[…]

Milczała. Tate dodał: Bo kiedy już stąd wyjdziesz, znów będziemy wyprawiać się na laguny, jak za dawnych lat. Tate, musisz o mnie zapomnieć. Nigdy nie zapomniałem i nie zapomnę. Wiesz, że jestem inna. Nie pasuję do ludzi i do twojego świata. Proszę cię, zrozum. Boję się ponownie do kogokolwiek zbliżyć. Nie umiem. Nie dziwię ci się, ale… Tate, posłuchaj. Przez lata tęskniłam za ludźmi. Wierzyłam, że wreszcie ktoś przy mnie wytrwa, że będę miała przyjaciół i rodzinę. Ale nikt nie wytrwał, ani ty, ani nikt z moich krewnych. Teraz już wiem, jak sobie z tym radzić i jak się bronić. Nie chcę już o tym rozmawiać. Jestem ci wdzięczna, że mnie odwiedziłeś. Może kiedyś będziemy się jeszcze przyjaźnić, ale teraz nie jestem w stanie o tym myśleć. Nie tutaj.

[…]

Język sali rozpraw nie był, rzecz jasna, tak poetycki jak język mokradeł, Kya dostrzegła jednak podobieństwa. Sędzia, samiec alfa, czuł się pewnie; był jednocześnie władczy i odprężony, jak knur na swoim terenie. Od Toma również biła pewność siebie – był świadom swojej pozycji i poruszał się po sali z dużą swobodą. Mniejszy samiec musi krzyczeć, by go dostrzeżono. Strażnik stał najniżej w samczej hierarchii. By podkreślić swój status, musiał zdać się na pas z połyskującą bronią, dźwięczący pęk kluczy i nieporęczną krótkofalówkę. Hierarchie oparte na dominacji wprowadzają stabilność do funkcjonujących w przyrodzie populacji, a także tych poza nią, pomyślała Kya.

[…]

No, to czekamy – powiedział, nalewając herbatę z termosu i częstując ją „szopimi jajami”, czyli klopsikami z okruchów bułeczek, kawałków ostrej kiełbasy i cheddara, które sam przygotował. Nawet w tej zimnej sali rozpraw wciąż czuła ciepło jego ramion, gdy okryci kocem, raczyli się tym cudownym piknikowym smakołykiem. Nie musieli długo czekać. Po chwili z północy dobiegł ich uszu huk głośniejszy niż kanonada z dział. Lecą! – zawołał Tate. Ujrzeli na horyzoncie wąską, ciemną chmurę, która zbliżyła się i wzbiła w niebo. Wrzask coraz bardziej się wzmagał, aż w końcu chmura przesłoniła cały błękit. Tysiące łopoczących skrzydłami i gęgających gęsi śnieżnych zasnuły świat aż po horyzont. Ptaki krążyły wokół i przysiadały na ziemi. Może nawet pół miliona białych skrzydeł błyskało unisono [termin muzyczny, z wł. jednogłośny – przyp. aut.] w słońcu, gdy rój różowo-pomarańczowych nóżek szukał sobie miejsca, by opaść na trawę. Istna nawałnica – jak okiem sięgnąć ani skrawka ziemi. Najpierw jedna, potem dziesięć, a w końcu setki gęsi osiadły tuż obok skrytych pod paprociami Kyi i Tate’a. Niebo opustoszało; łąkę zasnuł biały skrzydlaty puch. Żadna elegancka restauracja nie mogła się z tym równać, a „szopie jaja” wygrywały o dwie długości z pstrągiem w migdałach.

[…]

Szanowni państwo,  wychowałem  się w Barkley Cove i nasłuchałem się wielu dziwnych opowieści o Dziewczynie z Bagien. Tak, powiedzmy to sobie wprost. Właśnie tak ją nazywaliśmy. Wielu nazywa ją tak do tej pory. Ludzie szeptali, że to półwilczyca albo brakujące ogniwo między małpą a człowiekiem. Że jej oczy żarzą się nocą. Tymczasem w rzeczywistości była tylko porzuconym dzieckiem, małą dziewczynką walczącą o przetrwanie na bagnach, głodną i zziębniętą. I nie pomogliśmy jej. Nikt oprócz jedynego przyjaciela, Skoczka, żaden kościół, żadna organizacja dobroczynna nie przekazywały jej jedzenia ani ubrań. Naznaczyliśmy ją i odrzuciliśmy, bo uznaliśmy, że jest inna. Tylko, drodzy państwo, czy wykluczyliśmy ją, bo była inna, czy też stała się inna, bo ją wykluczyliśmy? Gdybyśmy potraktowali Catherine Clark jak jedną z nas, sądzę, że byłaby dziś jedną z nas. Gdybyśmy ją karmili, odziewali, kochali, zapraszali do naszych świątyń i domów, nie mielibyśmy wobec niej uprzedzeń. I myślę, że nie siedziałaby tu teraz oskarżona o zabójstwo. Spadło dziś na wasze barki zadanie osądzenia tej nieśmiałej i odrzuconej młodej kobiety. Niech podstawą osądu będą fakty przedstawione w tej sali podczas rozprawy, a nie pokutujące tu od blisko dwudziestu lat plotki i pomówienia. A jakie są niepodważalne fakty? Podobnie jak podczas wystąpienia prokuratora, Kya wyłapywała tylko strzępy. …Prokuratura nie zdołała nawet udowodnić, że zdarzenie to było zabójstwem, a nie nieszczęśliwym wypadkiem. Nie ma narzędzia zbrodni, obrażeń wskazujących na wypchnięcie ofiary z wieży, żadnych świadków ani odcisków palców… Udało się tylko udowodnić jedną ważną rzecz: że pani Clark ma mocne alibi. Wiemy, że była w Greenville tej nocy, gdy zginął Chase… Brak dowodów na to, że przebrana za mężczyznę wróciła autobusem do Barkley… Prokuratura nie wykazała, że oskarżona w ogóle była tamtej nocy w Barkley Cove i że dotarła do wieży. Powtarzam, nie ma ani jednego dowodu na to, że pani Clark przebywała na wieży czy w Barkley Cove i że zabiła Chase’a Andrewsa… Szyper Tim O’Neal, który od trzydziestu ośmiu lat łowi swoim kutrem krewetki, zeznał, że było zbyt ciemno, by rozpoznać łódź… Włókna z czapki mogły być na tej kurtce od czterech lat… To wszystko niepodważalne fakty… Ani jeden świadek oskarżenia nie był pewien tego, co widział. Ani jeden. Tymczasem wszyscy świadkowie obrony są stuprocentowo pewni swoich zeznań… Tom zatrzymał się przed ławą przysięgłych. Większość z was dobrze znam i wiem, że potraficie odłożyć na bok uprzedzenia. Mimo że Catherine Clark spędziła w szkole tylko jeden dzień – bo inne dzieci jej dokuczały – sama się wyedukowała i została znaną przyrodniczką i autorką książek. Nazywaliśmy ją Dziewczyną z Bagien, a teraz instytuty naukowe widzą w niej Znawczynię Bagien. Wierzę, że nie dacie wiary plotkom i niestworzonym opowieściom. I wierzę, że podejmiecie decyzję, biorąc pod uwagę fakty, z którymi się tu zapoznaliście, a nie krzywdzące pogłoski, których słuchaliście latami. Już czas, żeby wreszcie sprawiedliwie potraktować Dziewczynę z Bagien.

[…]

Nikt obecny w tej sali jeszcze nigdy nie doświadczył takiej wspólnoty bijących serc i wstrzymanych oddechów. Nerwowe spojrzenia, spocone dłonie. Poławiacz krewetek, Hal Miller, wciąż bił się z myślami, próbując przekonać samego siebie, że naprawdę widział tamtej nocy łódkę pani Clark. A jeśli się pomylił? Większość zgromadzonych wpatrywała się nie w tył głowy Kyi, lecz w podłogę i ściany. Zupełnie jakby to nie ona, lecz miasteczko czekało na werdykt; paru odczuwało złośliwą satysfakcję na myśl, co się teraz zdarzy. Przewodniczący Tomlinson wręczył karteczkę strażnikowi, który przekazał ją sędziemu. Ten rozwinął ją i przeczytał z kamienną twarzą. Następnie strażnik podał karteczkę protokolantce, pannie Jones. Niech ktoś nam to wreszcie przeczyta! – wypalił Tate. Panna Jones wstała, obróciła się do Kyi, rozwinęła karteczkę i przeczytała: Ława przysięgłych uznaje Catherine Danielle Clark za niewinną zabójstwa Chase’a Andrewsa. Kya opadła na krzesło, a Tom za nią. Tate zamrugał. Jodie łapczywie wciągnął powietrze. Mabel zaszlochała. Publiczność siedziała bez ruchu. Pewnie czegoś nie zrozumieli. „Niewinna?”. Pytanie najpierw zadawane szeptem,  a potem głośno i ze złością. Pan Lane krzyknął: Nie może być! Sędzia uderzył młotkiem w stół. Cisza! Pani Clark, przysięgli uznali panią za niewinną stawianych jej zarzutów. Jest pani wolna. Wyrażam ubolewanie w imieniu władz stanowych, że musiała pani spędzić dwa miesiące w areszcie. Dziękuję przysięgłym za poświęcony czas i spełnienie obywatelskiego obowiązku. Koniec posiedzenia.

[…]

Woń chrupiącego ciasta wypełniała chatę aż pod sufit, ale Kya nie była głodna. Usiadła w kuchni, wyjęła farby i rozmyślała nad kolejną książką, tym razem o trawach. Ludzie rzadko o nich myśleli, chyba że akurat je kosili, deptali po nich bądź truli jako chwasty. Kya gorączkowo przesuwała pędzel po płótnie; jej trawa była bardziej czarna niż zielona. Powstał posępny widok – uschnięta łąka pod burzowymi chmurami? Trudno to było ocenić. Kya spuściła głowę i zaszlochała. Dlaczego jestem taka zła? Akurat teraz.

[…]

Niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka przyszli na pogrzeb Skoczka. Ale nie Kya. Dopiero po uroczystości ruszyła do Mabel z dawno obiecanym słoikiem dżemu z jeżyn. Zatrzymała się przy płocie. Rodzina i przyjaciele Skoczka stali na jak zwykle idealnie pozamiatanym podwórku. Jedni rozmawiali i śmiali się z opowieści o zmarłym, a inni płakali. Gdy Kya otworzyła furtkę, spojrzeli na nią, a potem się rozstąpili, żeby ją przepuścić. Mabel podbiegła do niej od progu. Zapłakane, uściskały się, kołysząc na boki. Boże, przecież on cię kochał jak córkę – powiedziała Mabel. Wiem. I był mi jak tata. Potem Kya poszła na plażę i pożegnała go własnymi słowami, po swojemu, sama. Gdy spacerowała po piasku, wspominając Skoczka, nagle pojawiły się myśli o mamie. Kya poczuła się, jakby znowu miała sześć lat i patrzyła, jak mama idzie piaszczystą ścieżką w starych butach ze sztucznej skóry aligatora, klucząc między koleinami. Lecz teraz mama przystanęła na końcu ścieżki, obejrzała się i pomachała jej na pożegnanie. Kya uśmiechnęła się do niej, a mama wyszła na drogę i zniknęła w lesie. Tym razem wreszcie wszystko było już dobrze.

[…]

Kya później już ani razu nie była w Barkley Cove. Głównie spędzała czas z Tate’em na mokradłach. Mieszkańcy miasteczka widywali ją tylko z oddali, gdy przemykała łodzią przez mgłę. Z czasem jej tajemnicza historia obrosła legendą, którą ludzie bez końca opowiadali sobie w barze przy naleśnikach i ostrych kiełbaskach. Domysłom i plotkom na temat śmierci Chase’a nie było końca. Ostatecznie wszyscy zgodzili się co do jednego – że szeryf nigdy nie powinien był jej aresztować. Przecież nie miał żadnych twardych dowodów, nawet na to, że doszło do przestępstwa. To zwykłe okrucieństwo traktować w ten sposób nieśmiałą dziewczynę. Od czasu do czasu nowy szeryf – bo Jacksona już nie wybrali – sięgał po teczkę z aktami i rozpytywał o podejrzanych, ale niewiele z tego wynikło. Z czasem ta sprawa również obrosła legendą. Mimo że Kya nigdy do końca nie zapomniała o pogardzie i podejrzeniach, to wreszcie czuła się zadowolona z życia, a może nawet szczęśliwa.

[…]

Kya i Tate chcieli powiększyć rodzinę, ale nie doczekali się dziecka. To rozczarowanie jeszcze bardziej ich do siebie zbliżyło. Rzadko rozstawali się na dłużej niż na parę godzin. Czasami Kya wyprawiała się samotnie na plażę i gdy zachód słońca malował barwne pasy na niebie,  czuła, jak fale biją w rytmie jej serca. Schylała się wtedy, dotykała piasku, wyciągała ramiona ku obłokom – i czuła te połączenia. Nie takie, o jakich mówiły jej mama i Mabel, bo Kya nigdy nie miała przyjaciółek, ani nie takie, jakie miał na myśli Jodie, bo nie miała dzieci. Wiedziała,  że  lata spędzone w samotności zmieniły ją,  aż   w końcu stała się inna niż wszyscy. Lecz to nie ze swojej winy była samotna. Jej nauczycielką była dzika przyroda. To ona ją karmiła i chroniła, kiedy inni nie chcieli. Zatem ta jej inność też wynikała z działań natury. Oddanie, z jakim traktował ją Tate, przekonało w końcu Kyę, że miłość jest czymś więcej niż tylko dziwacznym rytuałem godowym stworzeń zamieszkujących mokradła. Życie nauczyło ją jednak również, że pradawne geny służące utrzymaniu gatunku przetrwały – czasami w niepożądanej formie – w genotypie człowieka.

[…]

Włosy sześćdziesięcioczteroletniej Kyi z czarnych zrobiły się całkiem białe, jak piasek. Któregoś wieczoru, gdy nie wróciła z wyprawy, Tate wsiadł do łódki i rozpoczął poszukiwania.  O zmierzchu, kiedy wypłynął zza kępy traw, dostrzegł jej łódź dryfującą w lagunie obrosłej sięgającymi nieba platanami. Kya leżała oparta o swój stary plecak. Zawołał ją cicho, a gdy się nie poruszyła, zaczął krzyczeć, a potem wyć. Dobił do niej i z trudem przeszedł na rufę jej motorówki.  Chwycił Kyę za ramiona i delikatnie potrząsnął. Jej głowa opadła na bok. Te oczy już niczego nie widziały. Kya! Nie! Wciąż taka młoda, taka piękna, mimo to jej serce niepostrzeżenie przestało bić. Doczekała powrotu bielików, czyli – jak sądziła – żyła wystarczająco długo. Tate wziął ją w ramiona i kołysał się, szlochając. Okrył ją kocem i przyholował w jej starej łódce na wody laguny przez labirynt strumieni i rozlewisk. Ostatni raz minęła czaple i jelenie.

Ukryję swą pannę w koronie cyprysa

gdy kroki śmierci usłyszę…

Tate wystarał się o pozwolenie na pogrzeb na jej działce, pod dębem z widokiem na ocean. Przyszło całe miasto. Kya nie uwierzyłaby w ten powolny pochód żałobników. Oczywiście przyjechali Jodie z rodziną i wszyscy kuzyni Tate’a. Ściągnęli też ciekawscy, ale większość pojawiła się, by okazać szacunek kobiecie, która tyle lat przetrwała samotnie w głuszy. Niektórzy pamiętali tę dziewczyneczkę w za dużym, wyświechtanym paltociku, przybijającą do nabrzeża i biegnącą boso po kaszę do sklepu. Inni przyszli ją pożegnać, bo dzięki jej książkom pojęli, że mokradła łączą ziemię z oceanem, bo tak siebie nawzajem łakną.

[…]

Pod wieczór, gdy słońce zachodziło już nad laguną, Tate przygotował kukurydzianą papkę dla mew i bezmyślnie wpatrywał się w podłogę. Przekręcił głowę, bo pierwszy raz zauważył, że pod stosem drewna i starym piecem posadzka nie została wyłożona linoleum. Kya zawsze trzymała dużo szczap   w domu, nawet latem. Teraz, gdy było ich mniej, Tate dostrzegł rozcięcie w deskach podłogi. Odsunął szczapy i zobaczył, że jest tam właz ze sklejki. Przykucnąwszy, uniósł go ostrożnie. W schowku między belkami leżało stare, zakurzone kartonowe pudełko. Wyciągnął je i otworzył. Wewnątrz było sporo szarych kopert i kolejne mniejsze pudełeczko. Na wszystkich kopertach widniały inicjały „A.H.”. Tate wyjął z nich kartki z wierszami Amandy Hamilton, miejscowej poetki publikującej w lokalnych czasopismach. Zawsze uważał, że nie jest to poezja najwyższych lotów, ale Kya zbierała wszystkie wycinki i – jak widać – wkładała je do kopert. Niektóre wiersze były skończone, lecz większość nie. Zawierały przekreślone zdania i dopiski na marginesach. To był charakter pisma Kyi! Czyli Amanda Hamilton to Kya. Kya była poetką. Na twarzy Tate’a pojawił się grymas niedowierzania. Latami musiała wrzucać te koperty z wierszami do zardzewiałej skrzynki na listy, rozsyłając je do wydawców. Pod pseudonimem, więc bez ryzyka. Pewnie próbowała się odkryć, wyrazić swoje uczucia nie tylko mewom, znaleźć ujście dla tkwiących w niej słów. Tate rzucił okiem na parę tekstów, w większości o przyrodzie i miłości.  Jeden z wierszy był schowany do osobnej koperty i starannie złożony. Wyjął go i przeczytał:

ŚWIETLIK

Zwabić go było tak łatwo

To jak kartka na Walentynki.

Lecz u samicy świetlika

Kryje śmiertelną pułapkę.

Ostatni akt

Niedokończony.

Ostatni krok w mrok.

I spada, spada w dół

Wciąż widzę jego wzrok

Na tamten świat go przeniesie.

Widzę jego przemianę.

Niedowierzanie,

Odpowiedź

I koniec.

I tak mija miłość

Do tego, co było, nim się zaczęła.

[…]

Wciąż klęcząc, Tate przeczytał wiersz jeszcze raz, a potem przyłożył go do piersi, do bijącego w niej serca. Wyjrzał przez okno, by się upewnić, czy nikt nie idzie – ale, no skąd, kto by tu przyszedł? Chciał mieć pewność. Potem otworzył to małe pudełeczko, świadom, co w nim znajdzie. Na skrawku bawełny leżał starannie ułożony wisiorek z muszlą, który Chase nosił aż do śmierci. Tate długo siedział przy kuchennym stole, trawiąc to wszystko, wyobrażając sobie Kyę, jak jedzie nocnymi autobusami, wykorzystuje prądy, planuje i rozmyśla o fazach księżyca. Jak cicho woła Chase’a w ciemnościach. Jak go popycha, a potem kuca w błocie i unosi ciężką, martwą głowę, żeby zdjąć mu wisiorek. Jak ściera odciski palców, by nie zostawić żadnych śladów. Rozłupawszy szczapę na drzazgi, Tate rozniecił ogień w piecu i spalił jej wiersze, koperta po kopercie. Może nie musiał palić wszystkich, może wystarczyło zniszczyć ten jeden, ale nie mógł zebrać myśli. Stary, pożółkły papier buchał pięknym, wysokim płomieniem, a potem już tylko się ćmił. Tate ściągnął muszlę z rzemyka, wrzucił go do ognia i zakrył schowek deskami.

[…]

Przez chwilę przyglądał się muszli Chase’a, trzymając ją w rozwartej dłoni,  i  upuścił ją na piach.  Wyglądała jak inne i wkrótce zniknęła. Zbliżał się przypływ. Tate poczuł na stopach falę, która zabierze setki muszli z powrotem do oceanu. Kyę zrodził ten ląd i ta woda; teraz znów ją do siebie przyjmą, głęboko skrywając jej sekrety. Nadleciały mewy. Gdy spostrzegły Tate’a, krążyły nad jego głową. Nawołując i nawołując… Gdy zapadła noc, Tate ruszył do chaty. Dotarłszy nad lagunę, przystanął pod ciemnym baldachimem nieba i patrzył, jak setki świetlików nęcą inne swoim światłem w mrokach mokradeł.

Delia Owens, Gdzie śpiewają raki

Sfilmowana powieść obyczajowo-kryminalna Delii Owens – amerykańskiej pisarki, zapalonej zoolożki, ale i kontrowersyjnej ekolożki przenosi akcję "bagiennej" opowieści do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a bliżej na wybrzeża wschodnie stanu Karolina Północna, do fikcyjnej miejscowości Barkley Cove z kolei położonej w pobliżu realnego już miasta Greenville, ogólnie rzecz ujmując, w lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Najmłodsza z wielodzietnej familii Clarków, Catherine Clark zostaje na stałe pozostawiona samej sobie w środku laguny przez rodzinę w której przemoc i alkohol sieje spustoszenie. Kya chcąc nie chcąc zdaje się na objęcia nieokiełznanej natury i obojętnych, czy czasem nawet barbarzyńskich mieszkańców najbliższego miasteczka na suchym lądzie. Z upływem lat wychowana przez Matkę-Naturę i "kreatywną" samotność, ale też dzięki pomocy nielicznych tych, co zauważyli ją na dobre - dorasta co znaczy wybiera, żeby nadal przeżyć postawy życiowe nielicujące z kodeksem etycznym, w jakim układają się stosunki międzyludzkie. Opowieść w sensie metaforycznym z gruntu, jednak prawdziwa, bo i pyta czytelnika: jak daleko można zgłębiać zakamarki ludzkiej psychiki i czy można skrzyżować swe pojedyncze życie z tym drugim, będącym jedynie jaskrawo obok.



powrót ››