02.03.2024

„Rudowłosa
powstanę z popiołów,
by jeść mężczyzn jak powietrze.”
Sylvia Plath
„przypominam turkawkę
żałobną,
zawsze posępna,
zawsze piekielnie
smutna.”
„Mlecze w większości
zdążyły się już
przeobrazić ze słońc
w księżyce”
Vladimir Nabokov
„Plotki, które
ciągną się za mną jak
czarna chmura”
[…]
Szykuję się do pracy, a wpis widnieje tam już od ośmiu godzin. Podkręcając włosy, odświeżam stronę. Jak dotąd 224 udostępnienia i 875 polubień. Wkładam czarny wełniany żakiet, znowu odświeżam. Szperam pod kanapą, żeby wyciągnąć czarne półbuty na płaskim obcasie, odświeżam. Do klapy przypinam złotą plakietkę z nazwiskiem, odświeżam. Za każdym razem liczby rosną, mnożą się komentarze.
Jesteś bardzo silną osobą.
Odważna kobieta z Ciebie.
Co za potwór jest zdolny zrobić coś takiego dziecku?
Zerkam na swój ostatni esemes wysłany do Strane’a cztery godziny temu: „Wszystko u Ciebie w porządku?”. Wciąż nie odpisał, nawet go nie przeczytał. Piszę następny – „Jestem tutaj, jeśli chcesz pogadać” – ale rozmyślam się i go kasuję, wysyłam tylko wymowny ciąg znaków zapytania. Odczekuję kilka minut, dzwonię do niego, lecz włącza się poczta głosowa, więc wciskam telefon do kieszeni i wychodzę z mieszkania, domykając drzwi za sobą. Nie ma sensu za bardzo się starać. To on narobił tego całego syfu. Jego problem, nie mój.
[…]
Chcę mu powiedzieć, że dramatyzuje, że wszystko będzie dobrze, skoro jest niewinny, ale wiem, że ma rację. W ostatnim miesiącu to nabrało rozmachu – rzesza kobiet demaskujących mężczyzn jako sprawców molestowania seksualnego. Na celowniku znaleźli się głównie celebryci – muzycy, politycy, gwiazdorzy filmowi – ale nazwiska mniej znanych sprawców również się pojawiły. Bez względu na swój status przechodzą przez to samo. Najpierw wszystkiemu zaprzeczają. Potem, gdy staje się jasne, że oskarżenia nie ucichną, skompromitowani mężczyźni składają dymisję i mgliste przeprosiny, które nigdy nie oznaczają wyraźnego przyznania się do winy. I wreszcie ostatni etap: milkną i znikają. To wręcz surrealistyczne doznanie, gdy dzień w dzień oglądam tę samą sensację, widzę, jak łatwo idą na dno.
[…]
Kiedy się poznaliśmy, ja miałam piętnaście lat, Strane – czterdzieści dwa, prawie idealnie trzydzieści lat różnicy. Tak właśnie wtedy myślałam. Że różnica jest idealna. Lubiłam tę matematykę, trzy razy mój wiek, łatwo wyobrażałam sobie trzy Vanessy wpasowujące się w niego: jedna owinięta wokół jego mózgu, druga wokół serca, trzecia zamieniona w stan ciekły i krążąca w jego żyłach. Powiedział, że od czasu do czasu słyszało się w Browick o romansach między nauczycielami i uczennicami, ale on nigdy nie uwikłał się w nic takiego, bo przed poznaniem mnie nie miał podobnych ciągot. Byłam pierwszą uczennicą, która go do tego pchnęła. Podobno dostrzegł we mnie coś takiego, co sprawiło, że warto było zaryzykować. Pociągał go mój powab. Nie chodziło o to, że jestem bardzo młoda, nie w jego przypadku. Nade wszystko pokochał mój umysł. Powiedział, że mam inteligencję emocjonalną na poziomie geniusza, że mam talent literacki, że umiemy ze sobą rozmawiać, że może mi się zwierzyć. Że głęboko we mnie kryje się ciemny romantyzm, taki sam, jaki dostrzega w sobie. Że dopóki mnie nie poznał, nikt nie rozumiał tej jego mrocznej cechy.
[…]
Skoro narzekasz na swojego pecha – zripostowałam – to spróbuj postawić się na moim miejscu: mieć piętnaście lat i odnaleźć bratnią duszę w mocno starszym facecie. Gdy to powiedziałam, zajrzał mi w twarz, aby się upewnić, że żartuję – oczywiście żartowałam. Nie chciałam mieć nic wspólnego z chłopcami w moim wieku, z ich łupieżem i trądzikiem, z ich okrucieństwem, z krojeniem dziewcząt na kawałki, ocenianiem naszych części ciała w skali od jeden do dziesięciu. To nie był mój świat. Uwielbiałam dojrzałą ostrożność Strane’a, jego nieśpieszne zaloty. Kolor moich włosów przyrównywał do barwy klonowych liści, wsuwał mi wiersze do ręki – Emily, Edna, Sylvia. Sprawił, że postrzegałam siebie jego oczami – jako rudowłosą dziewczynę, która powstanie „z popiołów, by jeść mężczyzn jak powietrze”. Kochał mnie tak bardzo, że czasem, gdy wyszłam z klasy po skończonej lekcji, siadał na moim krześle, kładł głowę na biurku i próbował wchłonąć to, co po mnie zostało. A to wszystko działo się, zanim choćby się pocałowaliśmy. Postępował ze mną bardzo ostrożnie. Starał się mnie nie skrzywdzić.
[…]
Gdy skręcamy na dwupasmową szosę prowadzącą do Norumbegi, mama mówi: Naprawdę chciałabym, żebyś w tym roku znalazła przyjaciół. Zaczynam drugą klasę w szkole średniej, to dzień przeprowadzki do internatu, a ta podróż to ostatnia szansa dla mamy, żeby skłonić mnie do dotrzymania obietnic, zanim Browick mnie wchłonie, a jej kontakt ze mną będzie ograniczony do telefonów i przerw semestralnych. W zeszłym roku martwiła się, że internat mnie zdemoralizuje, więc zmusiła mnie, abym przyrzekła, że nie będę piła alkoholu i uprawiała seksu. W tym roku chce, abym przyrzekła, że nawiążę nowe przyjaźnie, co odczuwam jako wielokrotnie bardziej obraźliwe, może nawet okrutne. Mój rozłam z Jenny nastąpił pięć miesięcy temu, ale rana ciągle jest świeża. Od słów „nowe przyjaźnie” wywracają mi się bebechy, sam pomysł wydaje się zdradą.
[…]
Zanim się rozejdziecie, weźcie sobie po jednym – mówi profesor Thompson, otwierając foliową torebkę. Najpierw myślę, że to cukierki, ale potem widzę garść srebrnych gwizdków. Najprawdopodobniej nie przydadzą się wam – dodaje – ale lepiej zaopatrzyć się na wszelki wypadek. Po co nam gwizdki? – pyta Jenny. No wiesz, to jeden ze środków bezpieczeństwa na kampusie. Profesor Thompson uśmiecha się tak szeroko, że widać, iż jest zażenowana. W zeszłym roku ich nie miałyśmy. To w razie, gdyby ktoś próbował cię zgwałcić – wtrąca Deanna Perkins. Gwiżdżesz, żeby przestał. Wsuwa gwizdek do ust i dmucha mocno. Dźwięk rozchodzi się po korytarzu, jest tak imponująco głośny, że wszystkie musimy spróbować. Profesor Thompson próbuje przekrzyczeć hałas: Dobrze już, dobrze. Śmieje się. W sumie warto sprawdzić, czy działają. Poważnie myślisz, że gwizdek powstrzymałby kogoś, kto chciałby cię zgwałcić? – pyta Jenny. Gwałciciela nic nie powstrzyma – stwierdza Lucy Summers. Nieprawda – zaprzecza profesor Thompson. Poza tym te gwizdki to nie są żadne antygwałty. To taki ogólny środek bezpieczeństwa. Jeśli coś złego dzieje się na kampusie, po prostu gwiżdżcie.
[…]
Jest pierwszy dzień roku szkolnego, kampus tętni życiem, okna w domach z oblicówką są pootwierane na oścież, parkingi kadry zapełnione po brzegi. Podczas śniadania piję czarną herbatę, przycupnąwszy przy końcu stołu, z żołądkiem tak ściśniętym, że nie mogę jeść. Krążę spojrzeniem po stołówce z katedralnym sufitem, chłonę nowe twarze i zmiany w tych znajomych. Zauważam wszystko u wszystkich – że Margo Atherton nosi przedziałek po lewej stronie, aby przysłonić niesprawne prawe oko, że każdego ranka Jeremy Rice kradnie banana. Zanim jeszcze Tom Hudson zaczął chodzić z Jenny, zanim pojawił się jakikolwiek powód, żeby się interesować jego poczynaniami, zauważyłam u niego kolekcję T-shirtów z nazwami zespołów, noszonych pod koszulą. To lekko upiorne i całkowicie poza moją kontrolą, ta umiejętność zauważania wielu szczegółów u innych ludzi, gdy jestem przekonana, że u mnie nikt nic nie dostrzega.
[…]
Pierwszego dnia kursuję po kampusie, od klasy do klasy, obładowana książkami – natychmiast stają się oczywiste zwiększone obciążenia w drugiej klasie w porównaniu z pierwszą. W miarę upływu godzin, gdy każdy nauczyciel zapowiada czekające nas wyzwania, prace domowe, egzaminy, przyśpieszone, czasem wręcz zawrotne tempo nauki – bo to nie jest zwykła szkoła, a my nie jesteśmy zwykłymi młodymi ludźmi, jesteśmy przecież wyjątkowi i powinniśmy stawiać czoło trudnościom, rozkwitać dzięki nim – ogarnia mnie zmęczenie. W środku dnia z trudem trzymam głowę prosto, więc zamiast coś zjeść podczas przerwy obiadowej, wślizguję się z powrotem do Gould, zwijam na łóżku i płaczę. Skoro zapowiada się tak ciężko, to po co w ogóle się starać? Niedobrze mieć takie nastawienie, zwłaszcza pierwszego dnia, zaczynam się więc zastanawiać, co ja w ogóle robię w Browick, dlaczego dali mi stypendium, dlaczego sądzili, że jestem dostatecznie bystra, żeby się tu uczyć. Po tej spirali zsuwałam się już wcześniej i za każdym razem dochodzę do tego samego wniosku: że coś chyba jest ze mną nie tak, że mam w sobie jakąś wrodzoną słabość, która daje o sobie znać jako lenistwo, lęk przed ciężką pracą. Poza tym wydaje się, że mało kto w Browick męczy się tak bardzo jak ja. Biegają z klasy do klasy, znają każdą odpowiedź, są zawsze przygotowani. Jakby wszystko łatwo im przychodziło.
[…]
Wreszcie przychodzi moja kolej i mówię: Nazywam się Vanessa Wye i właściwie pochodzę znikąd. Profesor Strane siada na krześle. Vanessa Wye pochodząca znikąd. Śmieję się nerwowo, słyszę, jak głupio brzmią moje słowa, gdy powtarza je ktoś inny. To znaczy, to nie jest właściwie żadne miasto. Nie ma nawet nazwy. Ludzie mówią o nim „miejscowość numer dwadzieścia dziewięć”. Tu w Maine? – pyta profesor Strane. Przy autostradzie na wschód? Wiem, gdzie to jest. Macie tam jezioro o takiej ładnej nazwie. Whale jakoś tam. Mrugam zaskoczona. Whalesback [z ang. grzbiet wieloryba – przyp. aut.] Lake. Mieszkamy nad samym jeziorem. To jedyny całoroczny dom. Gdy to mówię, w sercu czuję stare ukłucie. W Browick rzadko tęsknię za rodzinnymi stronami, ale może to dlatego, że nikt nie wie, skąd pochodzę. Poważnie? Profesor Strane zamyśla się na moment. Nie czujesz się tam czasem samotna? Przez moment jestem osłupiała. To pytanie otwiera bolesną ranę, szokująco głęboką. Chociaż nigdy nie użyłabym słowa „samotna” na określenie tego, jak się czuję, żyjąc na naszym odludziu, to słysząc je teraz z ust profesora Strane’a, myślę, że to chyba prawda, że prawdopodobnie to zawsze była prawda, i nagle się peszę, wyobrażam sobie, że mam tę samotność wypisaną na twarzy, że to na tyle oczywiste, że nauczycielowi wystarczy jedno spojrzenie, aby wiedział, że jestem osobą samotną.
[…]
Od wielu uczniów dowiaduję się, że jestem najsurowszym nauczycielem w całym Browick – dodaje. Słyszałem, że surowszym niż nauczyciele na studiach. Bębni palcami w stół i odczekuje, żebyśmy przyswoili sobie wagę tej informacji. Następnie podchodzi do tablicy, chwyta kawałek kredy i zaczyna pisać. Powinniście już notować – mówi, zerkając przez ramię. Rzucamy się na zeszyty, a on tymczasem rozpoczyna wykład o Henrym Wadsworcie Longfellowie i wierszu Pieśń Hiawathy, o którym nigdy nie słyszałam, niemożliwe, że tylko ja jedna, ale gdy pyta nas, czy go znamy, wszyscy kiwamy głowami. Nikt nie chce wyjść na ignoranta. Jeśli jest coś, co powinniście wynieść z tych zajęć, to to, że świat składa się ze wzajemnie przecinających się historii, a każda ma sens i jest prawdziwa.
[…]
W Browick wychowawcy i ich podopieczni raz w miesiącu jedzą razem kolację, tradycyjnie w domu nauczyciela, ale moja wychowawczyni, profesor Antonova, nigdy nas do siebie nie zaprasza. Trzeba stawiać granice – mówi. Nie wszyscy z ciała pedagogicznego się ze mną zgadzają, trudno. Ich całe życie to uczniowie, trudno. Ze mną jest inaczej. Pójdziemy gdzieś, zjemy, porozmawiamy trochę, a potem do domu. Granice.
[…]
Oprócz mnie do kółka pisarskiego należy jeszcze tylko jedna osoba – trzecioklasista Jesse Ly, największy w Browick wyznawca gotyckiego rocka i domniemany gej. Gdy wchodzę do klasy, on już siedzi przy stole konferencyjnym z plikiem papierów przed nosem, z nogami w wojskowych buciorach opartymi na krześle i długopisem zatkniętym za ucho. Zerka na mnie, ale nic nie mówi. Wątpię, czy wie choćby, jak mam na imię. Natomiast profesor Strane zrywa się zza biurka i maszeruje przez pokój w moim kierunku. Ty do naszego kółka? Otwieram usta, ale nie mam pojęcia, co odrzec. Gdybym wiedziała, że oprócz mnie będzie tylko jedna osoba, prawdopodobnie bym się na to nie zdecydowała. Najchętniej wycofałabym się teraz, lecz profesor Strane wydaje się zachwycony, ściska mi dłoń i mówi: Dzięki tobie liczba członków wzrośnie o sto procent. Chyba za późno, żeby się rozmyślić.
[…]
Uśmiecha się i odczekuje, żeby Jesse wyszedł, po czym mówi: Domyślam się, że to mało rozrywkowe zajęcie. To mi nie przeszkadza. Nie jestem szczególnie towarzyską osobą. A to czemu? Nie wiem. Po prostu nie mam rzeszy przyjaciół. Kiwa głową w zamyśleniu. Rozumiem. Ja też lubię być sam. W pierwszym odruchu chcę zaprzeczyć, nie, wcale nie lubię być sama, ale może to i racja? Może z wyboru jestem odludkiem, wolę własne towarzystwo?
[…]
Przychodzę więc w następny czwartek, potem we wtorek i następny czwartek. Staję się oficjalnie członkinią kółka pisarskiego. Sprawdzenie tekstów złożonych do publikacji w naszym magazynie literackim zajmuje mnie i Jessemu więcej czasu, niż się spodziewałam, głównie z powodu mojego niezdecydowania, ciągłego, wielokrotnego zmieniania wystawionych ocen. Jesse z kolei błyskawicznie i bezlitośnie podejmuje decyzje, chlasta długopisem kartki. Gdy pytam go, jakim cudem tak szybko się rozeznaje, odpowiada, że już po pierwszym zdaniu widać, czy tekst jest dobry, czy nie. Pewnego czwartku profesor Strane znika w gabinecie na tyłach sali i wraca ze starymi numerami magazynu, abyśmy się zorientowali, jak to powinno wyglądać, choć w zeszłym roku to przecież Jesse go redagował, więc wie. Wertując jeden z egzemplarzy, dostrzegam nazwisko Jessego w spisie treści pod hasłem „Fikcja literacka”.
[…]
Siadam oparta plecami o pień i sięgam do plecaka, głębiej, pod podręcznik do geometrii, żeby wyjąć kołonotatnik. Uznaję, że poczuję się lepiej, jeśli najpierw zajmę się swoją poezją, otwieram na stronie z ostatnim wierszem, to kilka strof o dziewczynie usidlonej na wyspie i przyzywającej żeglarzy, czytam te linijki i uświadamiam sobie, że to grafomania – niezdarne, rozlazłe, niespójne. A wydawało mi się, że jest dobre. Jak to możliwe, że tak myślałam? Chała bez dwóch zdań. Zapewne wszystkie moje wiersze są do niczego. Kulę się i wbijam nasady dłoni w oczodoły, aż nagle słyszę zbliżające się kroki, szelest deptanych liści i trzaski gałązek. Spoglądam do góry – rosła postać przyćmiewa słońce. Cześć – mówi. Osłaniam oczy – profesor Strane. Twarz mu się zmienia, gdy widzi moją minę, zaczerwienione oczy. […] Wzdycham, zastanawiam się nad doborem słów, ale po chwili tylko kręcę głową. Ciężko wyjaśnić – odpowiadam. Bo przecież chodzi o coś więcej niż tylko kiepski wiersz, niż to, że czuję się skonana i nie mogę znaleźć miejsca do nauki. To coś mroczniejszego, lęk, że ze mną jest coś fundamentalnie nie w porządku i nie będę potrafiła tego naprawić. Spodziewam się, że po tych słowach profesor Strane odpuści. Ale on czeka, tak samo jak czeka w klasie na odpowiedź na trudne pytanie. „Oczywiście, że ciężko to wyjaśnić, Vanesso. Tak właśnie powinniśmy się czuć w obliczu trudnych pytań”. Wciągam powietrze w płuca. W tym roku dostaję tu obłędu. Jakby czas mi uciekał albo coś. Jakbym marnowała życie. Profesor Strane mruga oczami. Widzę, że spodziewał się czegoś innego. Jakbyś marnowała życie? – powtarza. Wiem, że to brzmi bezsensownie. Wcale nie. To ma głęboki sens. Odchyla się do tyłu wsparty na rękach i przekrzywia głowę. Wiesz, gdybyś była w moim wieku, powiedziałbym, że tak daje o sobie znać kryzys wieku średniego.
[…]
Bojąc się, że wstanie i odejdzie, zastanawiam się gorączkowo, co mogłabym powiedzieć, żeby go zatrzymać, ale zanim zdążam cokolwiek z siebie wydusić, podnosi z ziemi klonowy liść, obraca go w dłoni, trzymając za szypułkę, przygląda mu się przez chwilę, a potem przysuwa go do mojej twarzy. Popatrz – mówi. Idealnie pasuje do twoich włosów. Zastygam z rozdziawionymi ustami. Wciąż trzyma liść w wysuniętej ręce, muskając nim moje włosy. A potem, lekko kręcąc głową, upuszcza go na ziemię. Wstaje, znowu zasłaniając słońce, ociera dłonie o uda i bez pożegnania odchodzi w stronę wydziału nauk humanistycznych.
[…]
Na lekcjach z literatury amerykańskiej czytamy Walta Whitmana i profesor Strane opowiada nam o tej idei, że w ludziach kryje się mnogość różnych cech i sprzeczności. Zaczynam dostrzegać, że on też jest pełen przeciwieństw: mówi, że skończył Harvard, ale dorastał w biedzie, jego krasomówcze wypowiedzi usiane są obscenicznością, marynarki od krawca i wyprasowane koszule nosi do kompletu ze zdartymi butami górskimi. Jego styl nauczania też wydaje się niekonsekwentny. Zabieranie głosu na zajęciach jest zawsze ryzykowne, bo jeśli profesorowi Strane’owi podoba się wypowiedź ucznia, wtedy klaszcze w dłonie i doskakuje do tablicy, żeby zapisać i rozwinąć wspaniały komentarz, jeśli natomiast jest inaczej, nie pozwala nawet dokończyć – przerywa tym swoim „dobrze, wystarczy”, które rani jak nóż. Boję się zgłaszać do odpowiedzi, mimo że czasem zadaje pytanie i patrzy wprost na mnie, jakby chciał wiedzieć, co myślę.
[…]
Obchodzi biurko i wkłada mi tomik w dłonie. Ariel Sylvii Plath. Czytałaś? Kręcę głową i obracam książkę w dłoniach. Niebieska płócienna oprawa jest wyświechtana. Spomiędzy kartek sterczy kawałek papieru jako prowizoryczna zakładka. Ona czasem trochę przedobrza – stwierdza profesor Strane. Ale młode kobiety ją uwielbiają. Nie wiem, co rozumie pod słowem „przedobrza”, lecz nie zamierzam pytać. Zaczynam wertować – błyski poezji – i zatrzymuję się na założonej stronie. Pani Łazarz – widnieje wytłuszczonymi wersalikami. Dlaczego akurat tu zakładka? – pytam. Pokażę ci. Podchodzi do mnie, przewraca kartkę. Stojąc blisko niego, czuję się połknięta; głową nie sięgam mu nawet do ramienia. Tutaj – mówi i wskazuje wersy.
Rudowłosa
powstanę z popiołów,
by jeść mężczyzn jak powietrze.
Te słowa kojarzą mi się z tobą – wyznaje. Potem sięga ręką za moje plecy i ciągnie mnie za koński ogon.
[…]
Odczekuję i po kilku dniach zwracam Ariela, ociągając się w klasie, żeby wszyscy inni wyszli. Kładę książkę na biurku profesora Strane’a. No i? – pyta. Pochyla się wsparty na łokciach, ciekaw mojej opinii. Waham się, marszczę nos. Ona jest bardzo zaabsorbowana sobą. Śmieje się – szczerze. Dobrze powiedziane. Doceniam twoją szczerość. Ale podoba mi się – dodaję. Zwłaszcza ten wiersz, który pan zaznaczył. Właśnie myślałem, że ci się spodoba. Podchodzi do biblioteczki wbudowanej w ścianę, wpatruje się w grzbiety książek. Jest. Podaje mi inną książkę. Emily Dickinson. Zobaczymy, co o tym myślisz. Z Dickinson nie zwlekam. Nazajutrz po lekcji kładę książkę na jego biurku. Nie moja bajka. Żartujesz? Trochę nudne. Nudne?! Przykłada dłoń do piersi. Vanesso, łamiesz mi serce. A mówił pan, że ceni moją uczciwość – odpowiadam ze śmiechem. Cenię. Ale najbardziej wtedy, gdy jesteśmy tego samego zdania.
[…]
Pozostałych dziewięcioro uczniów pakuje rzeczy i wychodzi z sali, żeby dalej żyć swoją codziennością: ćwiczenia, praktyki, spotkania kółek naukowych. Ja też wychodzę, ale nie należę do nich. Oni to wciąż ci sami ludzie, lecz ja już jestem inna. Odczłowieczona. Uwolniona. Gdy oni idą przed kampus, przyziemni, zwykli, ja szybuję, pozostawiając za sobą płomiennorudy ogon jak kometa. Nie jestem już sobą, jestem nikim. Jestem czerwonym balonikiem schwytanym w konarach drzewa. Nie, jestem niczym.
[…]
W milczeniu mijamy kolejne dwie przecznice. Gdy docieramy do Congress Street, gdzie ja zamierzam skręcić w prawo, a on w lewo, serce mi pęka, bo pragnę poprosić go, żeby poszedł ze mną, chociaż nie upiłam się dostatecznie, by się ośmielić, chociaż już wcześniej nienawidziłam siebie za to, że spędzałam z nim w ten sposób pół godziny. Łaknę dotyku drugiego człowieka. Nie powiedziałaś jej – mówi. Powiedziałam. Przechyla głowę, mruży oczy. Poważnie? Powiedziałaś swojej psychoterapeutce, że mężczyzna, który cię wykorzystał, gdy byłaś dzieckiem, został właśnie publicznie oskarżony przez inną kobietę, a jednak wy dwie o tym nie rozmawiacie? Daj spokój. Wzruszam ramionami. To nie jest dla mnie takie ważne.
[…]
Wiem, co myśli, wiem, co każdy by pomyślał – że jestem jedną z tych kobiet, które usprawiedliwiają winowajców, które im to umożliwiają – lecz ja bronię siebie tak samo zawzięcie, jak bronię Strane’a. Bo jeśli nawet czasem używam słowa „przemoc” na określenie tego, co mnie spotkało, to w ustach kogoś innego brzmi ono wstrętnie i bezwzględnie. Wchłania wszystko, co się wydarzyło. Wchłania mnie i te chwile, kiedy pragnęłam tego, błagałam o to. Tak samo czyni prawo, które moje współżycie ze Strane’em przed ukończeniem osiemnastego roku życia banalizuje jako formę przestępstwa na tle seksualnym – czy mamy uwierzyć, że określona data zmienia wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? To arbitralny wyznacznik, jak każdy inny. Czy to się nie liczy, że niektóre dziewczęta są gotowe wcześniej niż inne?
[…]
Wiem, co mnie czeka – ciągnie Strane. Uczę tam od trzydziestu lat, a teraz wyrzucą mnie jak śmiecia. Mogliby przynajmniej uporać się z tym jak najprędzej. Potwory – stwierdzam. Bez przesady – odpowiada Strane. Mają związane ręce. Jeśli można mówić o jakimś potworze, to jest nim raczej ta jak jej tam i jej zarzuty. Oskarżyła mnie o coś tak mglistego, że aż przerażającego. Horror jak w kinie. Dla mnie to bardziej jak z Kafki. Słyszę, że się uśmiecha. Tak, masz rację. A więc dziś nie masz lekcji? Nie, w ogóle nie mam wstępu na kampus, dopóki nie podejmą decyzji. Czuję się jak przestępca. Wzdycha przeciągle. Słuchaj, jestem w Portland. Zastanawiam się, czy moglibyśmy się spotkać.
[…]
Siedzi przy stoliku w kącie, na pierwszy rzut oka mało do siebie podobny, przysadzisty starszy mężczyzna tulący kubek kawy w dłoniach, ale gdy podchodzę, przedzierając się przez ludzi stojących w kolejce do kasy i lawirując między krzesłami, dostrzega mnie i wstaje. Wtedy to już stuprocentowy Strane – olbrzym ponad metr dziewięćdziesiąt, zwarty, godny zaufania – i moje ciało natychmiast się poddaje, zarzucam mu ręce na szyję, chwytam palcami za palto, przytulając się jak najmocniej. Tonąc w jego objęciach, czuję to samo, co czułam, gdy miałam piętnaście lat – zapach kawy i miałkiej kredy, moja głowa ledwo sięgająca jego ramienia. Gdy w końcu wypuszcza mnie z rąk, w jego oczach widzę łzy. Zawstydzony przesuwa okulary na czoło i ociera wilgotne policzki. Przepraszam – szepcze. Wiem, że najmniej ci dzisiaj potrzeba starego mazgaja. Po prostu na twój widok… Urywa wpatrzony w moją twarz.
[…]
Żegnamy się suchym pocałunkiem, barista za ladą liczy napiwki w słoiku, starzec przy oknie wciąż rozwiązuje krzyżówkę. Dawniej pocałunki Strane’a były pożywką dla plotek, które rozchodziły się lotem błyskawicy. Gdy dziś się dotykamy, świat nawet tego nie zauważa. Zdaję sobie sprawę, że powinnam to odczuwać jako wolność, odczuwam jednak tylko stratę.
[…]
Zwykle nie chodzę na tańce. Wzdrygam się na samą myśl – zła muzyka, żenujący didżej z hiszpańską bródką i utlenioną czupryną, dzieciaki udające, że nie podpatrują ocierających się o siebie par. Postanowiłam przemęczyć się na tej zabawie, bo minął tydzień. Cały tydzień, odkąd profesor Strane mnie dotknął, odkąd położył mi rękę na nodze i powiedział, że jesteśmy do siebie podobni, że jesteśmy dwojgiem ludzi, których przyciągają mroczne sprawy. A potem? Nic. Gdy zabieram głos na lekcji, on wbija spojrzenie w biurko, jakby nie mógł znieść mojego widoku. Na zajęciach kółka pisarskiego zgarnął swoje rzeczy i wyszedł, zostawiając mnie i Jessego („Zebranie rady pedagogicznej”, wyjaśnił, ale skoro to zebranie rady, to czy potrzebny był mu płaszcz i wszystko w aktówce?), a później, gdy go szukałam w trakcie zajęć dodatkowych, zobaczyłam, że drzwi do jego gabinetu są zamknięte, było ciemno za matową szybą.
[…]
Podpatrywałaś mnie? Kiwam głową. Trzeba było podejść, przywitać się. Mrużę oczy. Nie spodziewałam się, że to powie. A gdyby ktoś mnie zobaczył? Uśmiecha się, przekrzywia głowę. A co to ma za znaczenie, gdyby ktoś cię zobaczył, jak mówisz mi „dobry wieczór” na ulicy? Zaciskam zęby i oddycham mocno przez nos. Jego niewinność wydaje się przywdzianą maską, jakby bawił się ze mną, udając naiwniaka.
[…]
W tym samym czasie na lekcjach literatury amerykańskiej przerabiamy Rzekę wspomnień i przy tej okazji profesor Strane opowiada nam o swoim dorastaniu w Montanie – rancza i autentyczni kowboje, niedźwiedzie grizzly pożerające psy, góry tak wysokie, że zasłaniają słońce. Próbuję ujrzeć go jako chłopca, lecz nie potrafię nawet wyobrazić go sobie bez brody. Po Rzece wspomnień zajmujemy się twórczością Roberta Frosta i profesor Strane recytuje z pamięci Drogę niewybraną. Mówi, że nie powinniśmy czuć się podbudowani przez ten wiersz, że przesłanie poety jest często błędnie rozumiane. To nie pochwała płynięcia pod prąd, lecz raczej ironiczne ukazanie daremności naszych wyborów. Twierdzi, że wierząc, iż nasze życie zawiera nieskończone możliwości, odcinamy się od przerażającej prawdy, że żyć znaczy po prostu przemierzać czasoprzestrzeń, a nasz wewnętrzny zegar odlicza do zera, do pożegnalnej chwili. Rodzimy się, żyjemy, umieramy – dodaje. A wybory, których dokonujemy po drodze, te wszystkie rzeczy, którymi zadręczamy się dzień po dniu, w ostatecznym rozrachunku nie mają żadnego znaczenia.
[…]
Co to jest? Podchodzi do mnie, wciąż zasłaniając dłonią okładkę. Kładzie książkę przede mną, ja natychmiast ją chwytam. Obracam wydanie w miękkiej oprawie, dostrzegam rysunek chudych nóg w skarpetkach i półbutach, plisowaną spódniczkę sięgającą nad guzowate kolana. Przez nogi biegną duże białe litery: Lolita. Kiedyś już zetknęłam się z tym słowem – chyba w artykule o Fionie Apple, napisano tam, że jest „lolitowata”, co znaczyło „seksowna i za młoda”. Teraz rozumiem, dlaczego profesor Strane roześmiał się, gdy spytałam, czy to zakazana książka. To nie poezja – wyjaśnia – ale poetycka proza. Język ci się spodoba, nawet jeśli nie spodoba ci się reszta. Czuję na sobie jego spojrzenie, gdy odwracam książkę i zerkam na opis z tyłu. Najwyraźniej znowu zostałam poddana sprawdzianowi. Zapowiada się ciekawie. Wrzucam powieść do plecaka i sięgam po zeszyt. Dziękuję.
[…]
Wieczorem czytam Lolitę w łóżku, bezmyślnie wcinając słone krakersy z rękawa do pieczenia, z ustawioną na sztorc poduszką, żeby zasłonić okładkę, gdyby rodzice zajrzeli do mojego pokoju. Wiatr grzechocze szybami, a ja przewracam kartki, czując w sobie ogień, rozżarzone do czerwoności węgle. Nie chodzi tylko o fabułę, o historię z pozoru przeciętnej dziewczyny, która w istocie jest śmiertelnie niebezpiecznym demonem ukrytym pod maską niewinności, i mężczyzny, który ją kocha. Chodzi o to, że to profesor Strane dał mi tę książkę. W naszej więzi pojawił się teraz cały nowy kontekst, nowa odsłona tego, co być może chciałby ze mną robić. Jakie wnioski należy wyciągnąć poza oczywistymi? On to Humbert, a ja – Dolores.
[…]
Tego dnia czytamy Edgara Allana Poego, a to się tak idealnie składa, że chętnie spuściłabym głowę na biurko i wybuchła śmiechem. Czy on nie ożenił się ze swoją bliską kuzynką? – pyta Tom. Owszem, ożenił – odpowiada profesor Spencer. Formalnie rzecz biorąc. Hannah Levesque drapie się po nosie. Grubo. Profesor Strane nic wspomina o tym, co w moim przekonaniu jeszcze bardziej zszokowałoby pozostałych, to znaczy, że Virginia Clemm nie była tylko siostrą cioteczną Poego, ale w dodatku miała wtedy trzynaście lat. Każdemu z nas każe przeczytać zwrotkę z Annabel Lee, a mnie głos drży, gdy recytuję: „Ja byłem dzieckiem i ona – dzieckiem”. Obrazy z Lolity tłoczą mi się w głowie, mieszają ze wspomnieniem profesora Strane’a szepczącego, że jesteśmy tacy sami, gdy poklepywał mnie po kolanie. Pod koniec lekcji odrzuca głowę do tyłu, zamyka oczy i deklamuje z pamięci wiersz W samotności, głębokim głosem przeciągając słowa: „I nie czerpałem z ich krynicy / uczuć, nie tak jak śmiertelnicy”, co brzmi jak piosenka. Wsłuchuję się, zbiera mi się na płacz. Widzę go tak wyraźnie, rozumiem, jak czuje się samotny, pragnąc zakazanego owocu i żyjąc w świecie, który uznałby go za przestępcę, gdyby wiedział.
[…]
Po powrocie do pokoju kładę się do łóżka i wertuję Lolitę, aż w końcu na siedemnastej stronie znajduję zdanie, którego szukam. Opisując cechy nimfetki ukrytej między zwykłymi dziewczętami, Humbert stwierdza: „stoi w ich gronie nierozpoznana przez nie i sama nieświadoma swej fantastycznej mocy”. Mam moc. Moc, aby to się stało. Moc nad nim. Idiotka ze mnie, że nie uświadomiłam sobie tego wcześniej.
[…]
Wiersz skończyłam wczorajszego wieczoru, ale doszlifowywałam wersy tego dnia, żeby brzmiały jak zaczerpnięte z Lolity, bardziej wymowne.
Przywołuje statki z mórz,
Jeden za drugim na piaszczysty brzeg,
Grzmotem, który echem się odbija
W jej kościach bez szpiku.
Drży i dygocze,
Gdy marynarze ją biorą.
Potem płacze w utuleniu,
Karmiona przez nich słonym wodorostem,
Kiedy mówią, że żałują,
Tak bardzo żałują tego,
Co jej zrobili.
Profesor Strane odkłada kartkę na biurko i odchyla się do tyłu na krześle, jakby chciał się od niej zdystansować. Nigdy ich nie tytułujesz – mówi nieobecnym głosem. A powinnaś.
[…]
Jeden pocałunek z zaciśniętymi wargami, potem drugi. Profesor Strane wydaje z siebie ciche „mmm” i teraz już otwieramy usta, i całujemy się przez chwilę. Nie mogę się skupić, umysł odlatuje tak daleko, jakby należał do kogoś innego. Przez cały czas myślę tylko o tym, jakie to dziwne, że on ma język. Później zęby mi dzwonią. Chcę być nieustraszona, uśmiechnąć się raźno, powiedzieć coś zalotnego i wstydliwego zarazem, ale tylko wycieram nos rękawem i szepczę: Dziwnie się czuję.
[…]
Odwraca się do tablicy i pisze wersalikami: „Kto ponosi winę?”. W moich uszach ryczy ocean. Streszcza całą fabułę, chociaż na zajęcia mieliśmy przeczytać tylko pierwsze pięćdziesiąt stron. Powab młodej Mattie i moralne rozterki, w które popada żonaty, starszy Ethan. Czy jego miłość do niej naprawdę jest złem? Ethan żyje w rozpaczy. Ma tylko chorą Zeenę na piętrze. Ludzie zaryzykują wszystko, żeby przeżyć odrobinę czegoś pięknego – mówi Strane z tak wielką szczerością w głosie, że dokoła stołu rozbrzmiewają śmiechy. Powinnam już przywyknąć, ale ciągle wydaje mi to się surrealistyczne – że on opowiada o książkach i jednocześnie o mnie, a oni wszyscy nie zdają sobie z tego sprawy. Tak jak wtedy, gdy dotknął mnie za biurkiem, a pozostali siedzieli przy dużym stole, wymyślając tematy wypracowań. To dzieje się na ich oczach. Lecz są zbyt przeciętni, żeby to dostrzec.
[…]
Swift znał niegdyś kobietę o nazwisku Esther Vanhomrigh, zwaną Essa. Rozdzielił jej imię i nazwisko i złożył od nowa z dwóch połówek – dodaje. Van-essa stała się Vanessą. Tobą. Milczę, choć czasem mam wrażenie, że dokładnie to samo Strane robi ze mną – rozłamuje mnie i składa w nową całość. Opowiada, że pierwsza Vanessa była zakochana w Swifcie, młodsza od niego o dwadzieścia dwa lata. Został jej guwernerem. Strane idzie do półek za biurkiem i wyciąga poemat Swifta pod tytułem Kadenus i Vanessa. To długi tekst, sześćdziesiąt stron, o młodej kobiecie zakochanej w swoim nauczycielu. Serce mi bije jak oszalałe, gdy wertuję tomik, czując na sobie spojrzenie Strane’a, próbując zachować spokój. Wzruszam ramionami i odpowiadam nonszalancko: To chyba dość zabawne. Marszczy brwi. Dla mnie to raczej niesamowite, a nie zabawne. Stawia książeczkę z powrotem na półce. Ta historia mocno we mnie wlazła – mruczy. Zacząłem myśleć o przeznaczeniu.
[…]
Wychodzę z Facebooka i w Google wpisuję „Henry Plough Atlantica College”. Pierwszy wynik to jego profil, z tym samym zdjęciem sprzed dziesięciu lat, on w gabinecie, z tyłu na półce nieotwarte butelki piwa, które potem razem wypiliśmy. Miał wtedy trzydzieści cztery lata, zaledwie kilka więcej niż ja mam teraz. Drugim wynikiem jest artykuł z gazety studenckiej z maja 2015 roku: „Profesor literatury Henry Plough laureatem nagrody dla nauczycieli”. Nagrodę tę przyznają co cztery lata, zwycięzcę wybierają studenci w drodze głosowania. Studentka filologii angielskiej Emma Thibodeau mówi, że wszyscy są zachwyceni tą decyzją: „Henry jest niesamowitym nauczycielem, bardzo nas inspiruje i można z nim o wszystkim porozmawiać. Niesamowity człowiek. Zajęcia z nim odmieniły moje życie”.
[…]
Uznał to za zaletę, z mojej bierności uczynił rzadką i cenną cechę. Co ona by zrobiła? To pytanie jest jak labirynt, w którym grzęznę na widok każdej nastolatki. Czy zareagowałaby tak, jak powinna, gdyby nauczyciel zaczął ją obmacywać, odtrąciłaby jego rękę i uciekła? Czy też wystawiłaby ciało, żeby dopiął swego? Czasem próbuję wyobrazić sobie, że inna dziewczyna postępuje tak, jak ja postąpiłam – zanurza się w tę rozkosz, buduje życie dokoła niej – ale nie potrafię. Mój umysł dociera do ślepego zaułka, do części labiryntu spowitej mrokiem. Nieprawdopodobne. Niewyobrażalne. „Nigdy bym się tak nie zachował, gdybyś nie była taka chętna”, zapewniał mnie. Wygląda to jak rojenie. Jaka dziewczyna naprawdę chciałaby tego, co mi zrobił? Ale to prawda – bez względu na to, czy ktoś w to wierzy, czy nie. Pchało mnie do tego, pchało mnie do Strane’a; byłam taką dziewczyną, jaka w ogóle nie powinna istnieć – gotową oddać się w ręce pedofila. Nie, to niewłaściwe określenie. Łatwa etykietka, podobnie jak etykietowaniem jest widzieć we mnie wyłącznie ofiarę i nikogo więcej. On nigdy nie był aż tak jednowymiarowy, ja też nie.
[…]
Przez cały ten czas jestem na wpół obecna. Umysł mam rozdwojony: jedna połowa żyje daną chwilą, druga – tym, co się wydarzyło między mną a Strane’em. Teraz, gdy uprawiamy seks, nie pasuję już do dawnych miejsc i sytuacji. Wszystko, co piszę, wydaje się puste. Przestałam chodzić na spacery z psem profesor Thompson. Podczas lekcji jestem rozkojarzona, jakbym na wszystko patrzyła z dystansu. Na zajęciach z literatury amerykańskiej widzę, że Jenny zmienia miejsce przy stole, przysiada się do Hannah Levesque, która patrzy na nią z baranim uwielbieniem, tak jak zapewne ja patrzyłam w zeszłym roku. Czuję niemą dezorientację, jakbym oglądała film o zawikłanej fabule. Naprawdę wszystko postrzegam jako symulację, nierzeczywistość. Lecz nie mam wyboru, muszę udawać, że nadal jestem tą samą dziewczyną, jednak teraz od innych odgradza mnie mur. Nie wiem, czy ten mur wyrósł z powodu seksu, czy zawsze istniał, Strane zaś tylko pomógł mi go zobaczyć. On sam mówi, że to drugie. Że gdy ujrzał mnie po raz pierwszy, natychmiast dostrzegł moją inność.
[…]
Masuje twarz palcami, wcierając mydło w płynie. Przycięte na początku roku szkolnego włosy urosły jej na tyle, że splotła teraz kok u nasady wąskiego karku – udawała, że ma kompleks cienkiej szyi, mówiła, że przez to jej głowa wygląda jak kula armatnia balansująca na słomce, jak słonecznik na łodydze. Tak samo mówiła o swoich szczupłych dłoniach, drobnych stopach, wciąż zwracając uwagę na te swoje cechy, których najbardziej jej zazdrościłam. Czy nadal zazdroszczę? Zauważam, że czasem Strane przygląda się Jenny na lekcji, spojrzeniem śledzi krzywiznę jej pleców aż po włosy ciemnoblond. Mała Kleopatra. „Masz idealną szyję, Jenny”, zapewniałam. „Wiesz przecież”. Owszem, wiedziała, na pewno. Po prostu chciała, abym potwierdzała.
[…]
Jenny wpatruje się we mnie, coś wyziera głęboko z jej oczu. Bo w sumie to dziwne, że zawsze zostajesz z nim w klasie po lekcji. Strane zaczyna być wszędobylski, jakby chciał mieć na mnie oko. Pojawia się w stołówce i obserwuje mnie zza stołu dla kadry pedagogicznej. W trakcie godziny prac indywidualnych kręci się po w bibliotece, szpera w książkach tuż przed moim nosem. Podczas lekcji francuskiego przechodzi obok otwartych drzwi do klasy i za każdym razem rzuca mi spojrzenie. Zdaję sobie sprawę, że mnie pilnuje, zarazem czuję się pożądana, a to jednocześnie przytłacza mnie i mi pochlebia.
[…]
Zapomniałeś, że ja mam rodziców? Owszem, masz, ale władze nie lubią rodziców, którzy pozwalają swoim dzieciom zadawać się ze zboczeńcami. Bo za takiego by mnie uznano, za sprawcę przestępstwa na tle seksualnym. Najpierw by mnie aresztowali, a twoim opiekunem zostałyby władze stanowe. Wysłaliby cię do jakiegoś piekła, do zakładu pełnego gówniarzy z poprawczaka, którzy robiliby z tobą Bóg raczy wiedzieć co. To przekreśliłoby całą twoją przyszłość. Gdyby tak się stało, w życiu nie poszłabyś na studia. Pewnie nie skończyłabyś nawet szkoły średniej. Możesz mi nie wierzyć, Vanesso, ale nie masz pojęcia, jak okrutny jest nasz system. Daj im tylko szansę, a zrobią wszystko, aby nam obojgu zrujnować życie…
[…]
Przypomina mi się, że Strane nazwał mnie mroczną romantyczką – oba określenia zdają się wskazywać na skłonność do podejmowania błędnych decyzji. Któregoś dnia stwierdził, że jestem „depresyjna”, więc zajrzałam do słownika. Okazało się, że jedno ze znaczeń to „mająca skłonność do melancholii”.
[…]
Innego popołudnia przynosi mi kolejną książkę Blady ogień Nabokova. Zaczynam kartkować, gdy tylko mi ją podaje, ale to w ogóle nie wygląda jak powieść: na stronach widnieje długi poemat z serią przypisów. To trudna lektura – mówi. Mniej przystępna niż Lolita. Literatura, która wymaga od czytelnika wyzbycia się kontroli. Należy raczej doświadczać niż rozumieć. Postmodernizm… Zawiesza głos, widząc rozczarowanie na mojej twarzy. Chciałam kolejnej Lolity. Coś ci pokażę. Odbiera mi książkę, wertuje, wskazuje strofy na stronie. Zobacz, jakby pisał o tobie.
Chodź, daj się wielbić, moja Vanesso, motylu
Ciemny w szkarłatne pręgi, mój ty od lat tylu
Wiernie admirowany admirale! Powiedz,
Jakże mogłaś pozwolić, by w Alejce Bzowej
John Shade, bliski histerii ciapa-nastolatek,
Obśliniał ci twarz, ucho i jedną z łopatek?
Zapiera mi dech w piersiach, na policzki buchają rumieńce. Niesamowite, co? Strane uśmiecha się do książki. Daj się wielbić, daj się pieścić, moja ciemna Vanesso.
[…]
Patrzy na mnie, gdy szukam właściwych słów. Na jego twarz wpełza uśmiech. Nie, nie robiłem – mówi wreszcie. Jeśli nawet miałem chwilowe pokusy, ryzyko wydawało się zbyt wielkie. Dopiero z tobą jest inaczej. Wywracam oczami, żeby ukryć, jak bardzo uszczęśliwiają mnie te słowa, jak bezgranicznie otwiera się moje serce, czyniąc mnie bezbronną istotą. Nic już nie powstrzyma go od wyciągnięcia rąk i wzięcia tego, na co ma ochotę. Jestem wyjątkowa, wyjątkowa, wyjątkowa.
[…]
Daję się przytulić, opieram policzkiem o jego klatkę piersiową. W uchu słyszę dudnienie jego serca. Ja nie jestem zazdrosny o twoje ewentualne miłostki z czasów, zanim się poznaliśmy – mówi. „Miłostki”. Wypowiadam bezgłośnie to słowo, zastanawiam się, czy ono oznacza to, czego bym chciała – że jeśli robił to z profesor Thompson, to już przestał, i że to, co robił, nigdy nie było niczym ważnym, w przeciwieństwie do tego, co robi ze mną. Nie dam rady cofnąć tego, co było, zanim los nas zetknął – dodaje. Ty też nie dasz. W moim życiu nie było niczego, zanim los nas zetknął, zdaję sobie jednak sprawę, że rzecz jest w czym innym. On potrzebuje czegoś ode mnie. Nie tyle przebaczenia, ile raczej całkowitego rozgrzeszenia, a może rezygnacji. Chce, żeby mnie nie obchodziło, co robił wcześniej.
[…]
Znowu się nakręca i nadaje o tym, jak to z powodu ferii miał czas porozmyślać i doszedł do wniosku, że pod wieloma względami wciąż pozostaję dla niego tajemnicą. Że tak naprawdę wcale mnie nie zna. Że zaczął się zastanawiać, czy nie projektuje czegoś na mnie, wmawiając sobie, że łączy nas więź, a w istocie widzi odbicie własnego „ja”. Nie jestem nawet pewien, czy rzeczywiście lubisz się ze mną kochać, czy po prostu robisz to ze względu na mnie. Lubię.
[…]
Nie, z chłopcami jest inaczej. Nastoletni chłopcy są niekonsekwentni. Prawdziwymi ludźmi stają się dopiero wtedy, gdy dorośleją. Dziewczęta są prawdziwe znacznie wcześniej. W wieku czternastu, piętnastu, szesnastu lat. Wtedy włącza się umysł. Wspaniale, gdy można to obserwować. W wieku czternastu, piętnastu, szesnastu lat. Strane jest jak Humbert Humbert, przypisuje mityczne znaczenie określonemu wiekowi. A nie od dziewięciu do czternastu? – pytam. Droczę się z nim przekonana, że wychwyci aluzję, ale patrzy na mnie, jakbym oskarżyła go o największą potworność. Dziewięciu? Odrzuca głowę do tyłu. W życiu. Jezu, dziewięć? Nie. Żartuję. No wiesz, tak jest w Lolicie. Ile lat mają nimfetki? Tak o mnie myślisz? Masz mnie za pedofila?
[…]
Chwyta mnie dłonią za włosy i pociąga do tyłu, aby zajrzeć mi w twarz – nie zrobił tego mocno, ale delikatnie też nie. Gdy jesteśmy razem, mam wrażenie, że mój mrok wychodzi na wierzch i splata się z twoim mrokiem. Głos mu drży z emocji, oczy ma wielkie i szkliste, przepełnione miłością. Wpatruje się w moją twarz, a ja wiem, czego szuka: wspólnoty, zrozumienia, zapewnienia, że nie jest sam.
[…]
Na artykuł natykam się dopiero w pracy, kiedy siedzę za biurkiem. Wydrukowany na pierwszej stronie gazety portlandzkiej: „Wieloletni nauczyciel zawieszony wskutek kolejnych zarzutów o molestowanie seksualne”. Podobno oskarża go już pięć kobiet. Taylor Birch i cztery inne: dwie niedawne absolwentki liceum i dwie obecne uczennice, a wszystkie były nieletnie w czasie popełnienia domniemanych przestępstw.
[…]
Szesnaście lat. Kręci głową. Praktycznie jesteś już kobietą. Nastawiamy samowyzwalacz i kładziemy polaroid na masce samochodu. Zdjęcie jest nieco prześwietlone – Strane obejmuje mnie ramieniem na tle oceanu. To jedyne istniejące zdjęcie nas obojga. Mam ochotę poprosić go, aby mi je dał, ale boję się, że odmówi, więc gdy zatrzymujemy się po benzynę, po kryjomu wyjmuję fotkę ze schowka i wsuwam ją do torebki. Zostawiam mu zdjęcie ze mną na łóżku. Przecież i tak tylko na tym mu zależy.
[…]
Na rozszerzonych zajęciach z literatury amerykańskiej zaczynamy segment, w ramach którego porównujemy słynne obrazy do książek przeczytanych w ostatnim roku. Śniadanie wioślarzy Renoira to Wielki Gatsby, wszyscy są rozleniwieni i pijani. Guernica Picassa to Pożegnanie z bronią, chaos i potworności wojny. Gdy Strane pokazuje nam reprodukcję Świata Christiny Andrew Wyetha, wszyscy w klasie są zgodni, że to prawdopodobnie Ethan Frome – z tą mroczną samotnością, domem majaczącym na wzgórzu. Po zajęciach mówię Strane’owi, że w obrazie Wyetha widzę Lolitę, próbuję to wyjaśnić – bo kobieta wygląda na pokonaną, te chude kostki, ta nieprzebyta odległość między nią a domem przypomina mi opis Lo na samym końcu: blada, w ciąży, skazana na śmierć. Strane kręci głową i po raz tysięczny mówi, że przypisuję tej powieści zbyt dużą wagę. Musimy ci znaleźć inną ulubioną książkę – stwierdza.
[…]
Nie mogę cię powstrzymać, jeśli postanowiłaś mnie zniszczyć – mówi Strane. Mam jednak nadzieję, że jesteś świadoma, co się stanie, jeżeli to zrobisz. Chcę odpowiedzieć, że nie mam takiego zamiaru, że go nie wydam, ale jego głos zatyka mi usta. Twoje nazwisko i zdjęcie pojawią się we wszystkich gazetach. Będą o tobie trąbić w wiadomościach. Mówi powoli, starannie, jakby chciał się upewnić, że zrozumiem każde słowo. Ta sprawa będzie się za tobą ciągnąć do grobowej deski. Zostaniesz napiętnowana na resztę życia. „Za późno”, mam ochotę powiedzieć. I dodać, że codziennie wstaję, czując się naznaczoną przez niego, ale może to niesprawiedliwe? Czy nie starał się ze wszystkich sił mnie ocalić? Wymusić na mnie obietnicę, że wyjadę na studia, wytłumaczyć, że mój świat jest znacznie większy niż profesor Strane? Pragnie dla mnie o wiele więcej – nieskrępowanej przyszłości, a nie zamkniętej wąskiej drogi, to zaś może się ziścić tylko pod warunkiem, że nasz związek pozostanie tajemnicą.
[…]
W następstwie artykułu o innych dziewczętach władze Browick zawieszają Strane’a w czynnościach bez prawa do wynagrodzenia i wszczynają kolejne postępowanie wyjaśniające. Tym razem do sprawy włącza się policja. A przynajmniej tak mi się wydaje, taką wersję wydarzeń składam z okruchów informacji zamieszczanych przez Taylor Birch na Facebooku oraz z komentarzy, w których potwierdzone fakty mieszają się z plotkami, tyradami i wyrazami ubolewania. Ludzie wrzeszczą: „TO PROSTE, NALEŻY WYKASTROWAĆ WSZYSTKICH PEDOFILÓW!!!”, inni wskazują na zasadę domniemania niewinności, zamieszczają wypowiedzi w rodzaju: „Za przestępcę można uznać osobę skazaną przez sąd, niech więc wymiar sprawiedliwości się tym zajmie, nie wszystkie oskarżenia tego rodzaju są prawdziwe, zwłaszcza jeśli ich autorki to nastolatki o wybujałej wyobraźni i niestabilnej emocjonalności”.
[…]
W telefonie słyszę rwany oddech Strane’a, roztrzęsiony jak po długim płaczu. To już koniec. Ale wiedz, że cię kochałem. Jeśli nawet byłem potworem, to naprawdę cię kochałem. Znajduje się na dworze, wieje wiatr, ściana dźwięku zagłusza jego słowa. Siadam i patrzę w okno. Jest przed wschodem słońca, niebo w stadium przejściowym między czernią a fioletem. Czekałam na twój telefon. Wiem. Dlaczego mi nie powiedziałeś? Musiałam o wszystkim dowiadywać się z artykułu. Mogłeś zadzwonić. Nie wiedziałem, co się szykuje – odpowiada Strane. Pojęcia nie miałem. Co to za dziewczyny? Nie wiem. Po prostu dziewczyny. Nikt ważny. Vanesso, ja nie wiem, o co chodzi. Nawet nie wiem, o co się mnie oskarża. Podobno je molestowałeś. Milczy, prawdopodobnie niemile zaskoczony, że takie słowo padło z moich ust. Przez długi czas obchodziłam się z nim jak z jajkiem. Powiedz, że to nieprawda – mówię. Przysięgnij. Słyszę biały szum wiatru. A ty myślisz, że to może być prawda. Jego słowa nie brzmią jak pytanie, lecz konstatacja, jakby cofnął się o krok i nagle zobaczył zwątpienie podgryzające moją dotychczasową lojalność. Co im zrobiłeś? A jak sobie wyobrażasz? Do czego według ciebie jestem zdolny? Coś zrobiłeś. W przeciwnym razie dlaczego by cię oskarżały? To jak epidemia. Nie ma w tym żadnej logiki. Przecież to zwykłe dziewczyny. Głos mi się łamie, dławi mnie szloch, czuję, jakby płakał ktoś inny, kobieta grająca moją rolę. Przypominam sobie koleżankę z internatu, Bridget, której opowiedziałam o mnie i Stranie, a ona skwitowała wtedy, że moje życie jest jak film. Nie pojmowała potworności kryjącej się w obserwowaniu własnego ciała uczestniczącego w scenach, na jakie umysł się nie godzi. To miał być komplement. Czy nie o tym marzą wszystkie nastolatki? Skrajnie znudzone, spragnione poklasku. Strane mówi, żebym nie próbowała doszukiwać się w tym sensu, bo dostanę obłędu. W czym? – pytam. Co to jest? Potrzebuję konkretu, którego mogłabym się przytrzymać, potrzebuję opisu. Czy to było w klasie, za biurkiem Strane’a, czy przy stole, jakie światło, której ręki używał, ale w tej chwili rozbeczałam się już na całego, a on każe mi słuchać uważnie, przestać płakać i słuchać. Z nimi to nie było to samo, rozumiesz? Z tobą było inaczej. Kochałem cię, Vanesso, kochałem. Rozłącza się, a ja wiem, co się stanie w następnej kolejności.
[…]
Zapadam z powrotem w sen, najpierw niespokojny, potem głęboki jak śmierć. Budzę się dopiero kwadrans po jedenastej, gdy już przeczesali rzekę w poszukiwaniu zwłok. O piątej po południu w portlandzkiej gazecie ukazuje się artykuł:
Utonięcie wieloletniego nauczyciela z liceum Browick
NORUMBEGA – Jacob Strane, lat 59, wieloletni nauczyciel w liceum Browick, zginął w sobotę rano. Biuro szeryfa okręgu Norumbega donosi, że zwłoki Strane’a znaleziono w rzece w pobliżu Narrows Bridge. „Mężczyzna skoczył z mostu. Ciało wyłowiliśmy dziś rano”, poinformowało biuro szeryfa. „O 6.05 otrzymaliśmy zgłoszenie. Świadek widział skaczącego mężczyznę. Nie ma dowodów na udział osób trzecich”.
Strane urodził się w Butte w stanie Montana i przez trzydzieści lat uczył literatury amerykańskiej w prywatnym liceum w Norumbedze. Był dobrze znanym członkiem miejscowej społeczności. W ubiegły czwartek pisaliśmy, że Jacob Strane został objęty dochodzeniem w wyniku oskarżeń o molestowanie seksualne wytoczonych przez pięć uczennic, do którego jakoby doszło w latach 2006–2016. Choć śmierć Strane’a uznano wstępnie za samobójstwo, biuro szeryfa prowadzi postępowanie wyjaśniające.
[…]
Po mniej więcej dwudziestu czterech godzinach sprawę rozdmuchują na południu. Podejmują ją gazety w Bostonie i Nowym Jorku, dziennikarze zaczynają snuć rozważania. Próbując pohamować kulturowy pęd do obwiniania, artykułom nadają tytuły w rodzaju: „Czy rozliczenia nie poszły za daleko?”, „Kiedy zarzuty sieją śmierć”, „Pora zatrzymać gołosłowne pomówienia”. Pojawiają się zdjęcia Taylor Birch ze Strane’em – z jej postaci zostaje wykuty archetyp nadgorliwej oskarżycielki, należącej do pokolenia Y bojowniczki o sprawiedliwość nieświadomej konsekwencji własnych działań. Niektórzy bronią kobiety w mediach społecznościowych, ale donośniejsze są głosy ją szkalujące. „Egoistka”, „babsztyl bez serca”, „morderczyni” – takie określenia padają, bo przecież śmierć Strane’a to jej sprawka, doprowadziła go do samobójstwa. Facet prowadzący podcast o prawach mężczyzn poświęca sprawie jeden odcinek, nazywając Strane’a ofiarą feministycznego terroryzmu, a jego zwolennicy ruszają do ataku na Taylor. Zdobywają numer jej telefonu, adres e-mailowy i adres pracy. Taylor publikuje na Facebooku zrzuty ekranu ukazujące wiadomości od anonimowych mężczyzn grożących jej gwałtem, śmiercią, poćwiartowaniem. Kilka godzin później znika. Jej profil zostaje zamknięty, wszystkie upublicznione treści wyparowują. Zawrotne tempo.
[…]
Gdybym była mądra, spaliłabym wszystko, zwłaszcza zdjęcia, bo zdaję sobie sprawę, jak wyglądałyby w oczach normalnej osoby, jak towar skonfiskowany szajce handlującej żywym towarem, oczywisty dowód popełnionego przestępstwa – ale nie potrafiłabym tego zrobić, nigdy. To byłoby jak samospalenie. Zastanawiam się, czy można mnie aresztować za posiadanie tych zdjęć. Zastanawiam się, czy sama nie zmieniam się w seksualnego drapieżcę. Czy świadczy o mnie to, jak reaguję na nastolatki? Myślę o tym, że ci, którzy krzywdzą, byli krzywdzeni w dzieciństwie. Podobno to błędne koło – można się wyrwać, jeśli odwali się ciężką pracę nad sobą. Lecz jestem zbyt leniwa, żeby zająć się własnymi brudami, żeby zainicjować proces oczyszczania. Zresztą to mnie nie dotyczy. Nie byłam krzywdzona jako dziecko. Przestać myśleć, poczuć żałobę – ale jak czuć żałobę, skoro nie ma nekrologu, żadnej informacji o pogrzebie, są tylko te artykuły napisane przez obcych ludzi? Nie wiem, kto w ogóle zadba o pogrzeb, może siostra z Idaho? Ale jeśli nawet będzie pogrzeb, kto na niego pójdzie? Ja nie mogę. Ludzie by mnie zobaczyli, a wtedy wszystko by się wydało. Zaczęliby mnie nagabywać. „Powiedz, co się stało, powiedz, co ci zrobił”.
[…]
Myślę o tym, że przez całą sesję [wyznaniową – przyp. aut.] Ruby traktowała mnie jak płochliwe zwierzątko gotowe do ucieczki, a jej ostrożność była jak echo nieśpieszności Strane’a. Jakże powściągliwy był, najpierw przysunął kolano do mojej nogi, drobniutki ruch, który równie dobrze mógł być przypadkowy, potem dłoń na udzie, lekkie poklepanie, przyjacielski gest, ludzie zachowują się tak wobec siebie. Klep-klep-klep. Wielkie rzeczy, przecież widziałam, jak nauczyciele przytulają uczennice. Potem sprawy nabrały przyśpieszenia, bo Strane zorientował się, że nie mam nic przeciwko – czy nie na tym właśnie polega wyrażenie zgody? Gdy druga strona daje znać, czego chce. Czy chciałam, żeby mnie pocałował? Żeby mnie dotykał? Czy chciałam się z nim pieprzyć? Powoli wiedziona w ogień – dlaczego wszyscy tak bardzo boją się przyznać, że to rozkoszne uczucie? Być podpuszczaną oznacza być kochaną, traktowaną jak delikatna drogocenna rzecz. Gdy oddycham stęchłym powietrzem swojego pokoju, uniesienie przygasa, opuszcza mnie, bo chłonę wzrokiem prozaiczny bałagan w postaci niezasłanego łóżka, opakowań po jedzeniu na blacie w kuchni, kalendarza na drzwiach lodówki, który przed miesiącami kazała mi założyć Ruby, każdy dzień oznaczony zawstydzająco przyziemnymi obowiązkami – pranie, wyrzucenie śmieci, zakupy, opłacenie czynszu – których wypełnianie normalnym ludziom przychodzi prawdopodobnie bez najmniejszego trudu. Gdybym nie widziała zadań wypisanych czarno na białym, chodziłabym w brudnym ubraniu i żywiła się chipsami ze spożywczaka za rogiem. Polaroidy ciągną się szeregiem po podłodze w dużym pokoju, a na kaloryferze wisi piżama w truskawki [nawiązanie do Lolity i piżamy Dolores – przyp. aut.]. Zastanawiam się, jaki poziom szaleństwa osiągnęłam i jak daleko jeszcze zabrnę, ile kroków dzieli mnie od stania się kobietą, która zabije okna deskami, żeby żyć samotnie w syfie z przeszłości. Powiedziałam Ruby, że wyobrażałam to sobie wcześniej – że Strane umiera, w jakich okolicznościach i co wtedy czuję. Był dwadzieścia siedem lat starszy ode mnie – przygotowałam się więc na tę ewentualność. Lecz w moim umyśle widziałam go pomarszczonego i bezradnego, patrzącego na mnie z łoża śmierci. Myślałam, że zostawi mi coś konkretnego po sobie: dom, samochód albo po prostu pieniądze. Jak Humbert na samym końcu, dający Lo kopertę pełną pieniędzy, namacalne wynagrodzenie za to, przez co przeszła z jego powodu.
[…]
Zamykam oczy i słyszę plusk przy burcie pontonu, di-di-di sikorek, drozdów i turkawek żałobnych. Gdy byłam mała, rodzice mówili, że przypominam turkawkę żałobną, zawsze posępna, zawsze piekielnie smutna.
[…]
Pozostaje przecierpieć. A więc popłynąć kajakiem na środek jeziora i pozwolić, aby zdryfował z powrotem do brzegu, przeczytać Lolitę tysięczny raz i przejrzeć wyblakłe już komentarze Strane’a. Wlepić wzrok w stronę 140, na której Humbert i Lo jadą rano samochodem po swojej pierwszej nocy i na której jedno zdanie jest podkreślone jakby świeższym atramentem: „Było to doprawdy szczególne uczucie: dręczące, ohydne skrępowanie, jakbym siedział przy jednym stole z małym duszkiem kogoś, kogo przed chwilą zabiłem”. Myślę o Stranie odwożącym mnie na kampus po naszej pierwszej nocy w jego domu, o tym, jak mi się przypatrywał i pytał, czy wszystko w porządku. Zapisuję w notesie: „»Lolitka« oznacza właściwie osobę mającą moc zrobienia z mężczyzny przestępcy jedynym pstryknięciem palców”.
[…]
Mojego czwartego dnia w szkole [w Atlantica College – przyp. aut.] dwie dziewczyny podchodzą do mnie w drodze na stołówkę. Jade Reynolds znam jeszcze z podstawówki. Brązowe włosy przefarbowała na krzykliwy oranż i pozbyła się noszonych dawniej dzwonów i naszyjników ze sztangą, nie rozstała się jednak z czarnym eyelinerem. Druga dziewczyna, Charley, chodzi razem ze mną na chemię. Jest wysoka i cuchnie papierosami, a włosy ma tak rozjaśnione, że prawie białe. Z powodu haczykowatego nosa wydaje się lekko zezowata, jak kot syjamski.
[…]
Tego lata ojciec załatwia mi pracę archiwistki w swoim szpitalu – osiem dolców za godzinę, trzy dni w tygodniu. Przydzielają mnie do oddziału urologicznego – długie pozbawione okien pomieszczenie, w którym od podłogi po sufit ciągną się półki obładowane dokumentacją medyczną przysyłaną z całego stanu. Gdy przychodzę rano do pracy, na zarchiwizowanie czeka już nowy plik kart oraz lista pacjentów, których papiery muszę przygotować, bo mają zaplanowaną wizytę u lekarza lub umarli, a wtedy dane można usunąć. W szpitalu brakuje personelu, więc przez całe dnie nikt mnie nie nadzoruje. Większość czasu spędzam na czytaniu dokumentacji medycznej, czego nie powinnam robić. Jest jej mnóstwo – gdybym nawet miała pracować w tym miejscu do końca swoich dni, nie zdołałabym przeczytać wszystkiego. Odszukanie interesujących przypadków to gra w ciemno polegająca na obmacywaniu palcami kodów w postaci kolorowych nalepek – wyciągam daną kartę w nadziei, że czeka mnie interesująca historia. Naprawdę trudno przewidzieć, która okaże się ciekawa. Zawartość grubych kopert czyta się jak powieść, całe lata symptomów, operacji, powikłań uwiecznionych na kalkach i kartkach pokrytych wyblakłym atramentem. Czasem skąpa treść jest najbardziej poruszająca – ludzka tragedia zamknięta w sekwencji kilku wizyt i zwieńczona czerwoną pieczątką: „ZGON”. Prawie wszyscy pacjenci oddziału urologii to mężczyźni, przeważnie w średnim wieku lub starsi. Jedni sikają krwią lub nie sikają w ogóle, inni wydzielają kamienie i hodują w sobie guzy nowotworowe. W kopertach tkwią niewyraźne obrazy rentgenowskie nerek i pęcherzy rozjaśnionych środkami kontrastowymi, charakterystyki prącia i jąder z adnotacjami lekarzy. W jednej kopercie znajduję zdjęcia trzech kamieni z pęcherza moczowego na dłoni w rękawiczce przypominających kanciaste ziarnka piasku.
[…]
W przerwie obiadowej idę do stołówki uzbrojona w książkę, więc mam pretekst, żeby nie siadać z tatą. Czuję się lepiej, gdy między nami jest trochę wolnej przestrzeni, bo w szpitalu ojciec staje się jakby inną osobą. Mówi z wyraźniejszym akcentem, słyszę, jak śmieje się z chamskich żartów, którymi byłby zniesmaczony w obecności mamy. W dodatku ma rzeszę przyjaciół. Ludzie rozpromieniają się na jego widok. Nie wiedziałam, że jest aż tak lubiany. Pierwszego dnia, gdy zapoznawał mnie chyba z każdym pracownikiem szpitala, spytałam, jakim cudem wszyscy go znają. Roześmiał się i odpowiedział, że pomaga, gdy nosisz imię wyszyte na koszuli. Wskazał „PHIL” widniejące nad kieszenią na piersi, ale to coś więcej – nawet lekarze się uśmiechają, gdy go mijają, a oni prawie nigdy się nie uśmiechają, poza tym niektórzy wiedzieli już o mnie to i owo, ile mam lat i że lubię pisać. Myślą, że nadal uczę się w Browick, no i nic dziwnego. Zapewne pochwalił się wszystkim, gdy mnie przyjęto, a potem nie łaził przecież od jednego do drugiego, aby powiadomić, że zostałam wyrzucona.
[…]
Historia wyłaniająca się z dokumentacji medycznej Strane’a jest mało burzliwa, a mimo to surrealistyczna, zwłaszcza uwagi dotyczące zdrowienia, opis przykładania torebki z lodem do krocza. Próbuję to sobie wyobrazić – zabieg miał w lipcu, więc lód musiał topnieć, na szortach ciemne plamy, oszroniona szklanka napoju z boku, proszki przeciwbólowe z grzechotem wysypywane z pomarańczowej buteleczki na dłoń. Ile miałam wtedy lat? Liczę w myśli: sześć, pierwszoklasistka, ledwie osoba, dziewięć lat przed pójściem z nim do łóżka, gdy wiłam się w jego dłoniach, a on mówił mi, abym się uspokoiła, nie zajdę w ciążę, bo miał wazektomię [zabieg chirurgiczny u mężczyzn polegający na podwiązaniu nasieniowodów – przyp. aut.]. Mam ochotę ukraść tę dokumentację, ale gdy mnie zatrudniono, musiałam podpisać zobowiązanie do zachowania poufności, z wyraźnie zaznaczonymi wytłuszczonym drukiem konsekwencjami prawnymi ujawnienia informacji medycznych. Zadowalam się więc zaglądaniem do tej koperty każdego dnia, biorę ją ze stałego miejsca na najniższej półce i przepisuję treść do swojego pamiętnika, podkreślając zdanie „kawaler zdecydowany na bezdzietność”. Przywodzi mi to na myśl jedyny fragment Lolity, którego nie cierpię, w którym Humbert najpierw wyobraża sobie, że ma córki z Lo, a potem z córkami płodzi wnuczki. Przypomina mi też to, o czym prawie zapomniałam – że przez telefon Strane prosił, abym nazywała go tatusiem, gdy walił konia po drugiej stronie. Lecz myśli te są jak kamienie wygładzone przez wodę, które podnoszę i oglądam chłodnym wzrokiem, a potem wrzucam z powrotem do jeziora. W zaciszu szpitala obracające się wentylatory poruszają moimi włosami, a myśli opadają na dno świadomości, nikną pod mułem. Zamykam dokumentację, biorę inną kopertę, archiwizuję.
[…]
jenny9876: Tak, widuję. Wolałabym nie. Nie cierpię typa. Chodzi po kampusie jak skrzywdzony człowiek, tyle że nie ma powodu tak się czuć. Przecież to Ty się nacierpiałaś, nie on.
mroczna_vanessa: Jak to? Jest smutny?
jenny9876: Mocno nieszczęśliwy. Absurdalne, biorąc pod uwagę, że zrobił z Ciebie kozła ofiarnego.
mroczna_vanessa: Jak to?
jenny9876: Nie wiesz?
mroczna_vanessa: Czego?
jenny9876: Że to on doprowadził do tego, że wywalono Cię ze szkoły. Naciskał dyrektorkę, żeby to zrobiła.
jenny9876: Chyba nie powinnam Ci mówić.
jenny9876: Właściwie nie powinnam tego wiedzieć.
mroczna_vanessa: ???
jenny9876: No dobra. W zeszłym roku ja i kilkoro innych założyliśmy kółko o nazwie Uczniowie na rzecz Sprawiedliwości Społecznej. Jedną z ważniejszych rzeczy, którymi chcieliśmy się zająć, było wprowadzenie do Browick konkretnej polityki przeciwdziałającej molestowaniu seksualnemu, bo nie mieli żadnej z prawdziwego zdarzenia (co jest nieodpowiedzialne i formalnie niezgodne z prawem). No więc zeszłej zimy spotkałam się z dyrektor Giles w tej sprawie, ponieważ władze szkoły nijak nie chciały nam pomóc, no i na tym spotkaniu wykorzystałam Ciebie trochę jako przykład sytuacji, którym chcielibyśmy zaradzić.
jenny9876: No bo wiesz, niby było to zebranie, na którym wzięłaś całą winę na siebie, ale wszyscy wiedzą, jak było naprawdę. Wiedzą, że to Ty byłaś ofiarą, a on sprawcą.
jenny9876: W każdym razie gdy się spotkałyśmy, dyrektor Giles powiedziała, że nie mam racji, że wcale nie zostałaś skrzywdzona, a szkoła nie ma sobie nic do zarzucenia. Pokazała mi kilka notatek, które Strane napisał na Twój temat, twierdząc w zasadzie, że wszystko zmyśliłaś.
jenny9876: No i to jest dla mnie mocno frustrujące, bo wiem, że nie zmyśliłaś. Nie wiem, co dokładnie zaszło między wami, ale widziałam, jak Cię wtedy złapał.
mroczna_vanessa: Kilka notatek?
jenny9876: No tak. Dwie właściwie. Jedna była o tym, że zniszczyłaś jego reputację, a w Browick nie ma miejsca dla nałogowych kłamców. Pamiętam, że określił Cię jako „bystrą, ale emocjonalnie niezrównoważoną dziewczynkę”. Napisał, że złamałaś kodeks etyczny szkoły, więc powinnaś zostać usunięta z grona uczniów.
jenny9876: Druga notatka była wcześniejsza. Chyba ze stycznia 2001. Że się w nim podkochujesz i ciągle wysiadujesz w jego klasie. No i że woli to zgłosić natychmiast, mieć na papierze w razie, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli. Jakby chciał w ten sposób zyskać alibi, gdyby go przyłapano.
[…]
Myślisz, że powinnam pozwolić tej dziennikarce, aby o mnie napisała? – pytam. To ty musisz dokonać wyboru. Oczywiście. Już zdecydowałam. Za nic się nie zgodzę. Chcę tylko wiedzieć, co ty o tym myślisz. Myślę, że naraziłabyś się na wielki stres, gdybyś się zgodziła – odpowiada Ruby. Bałabym się, że objawy, które opisałaś, nasiliłyby się do tego stopnia, że trudno byłoby ci funkcjonować na co dzień. Ale ja mówię o etycznej stronie całej sprawy. Czy to niewarte całego tego stresu? Tak ludzie twierdzą. Że należy za wszelką cenę ujawniać takie przypadki. Nie – odpowiada Ruby stanowczym tonem. Nie mają racji. To niebezpieczne narażać kogoś, kto przechodzi traumę, na tak wielką dodatkową presję. No to dlaczego ciągle to słyszę? Nie tylko od tej dziennikarki. Od każdej kobiety, która się zgłasza. A jeśli ktoś nie chce się zgłosić i opowiedzieć światu o całym złu, które mu się przytrafiło, to co? To znaczy, że jest słabym człowiekiem? Egoistką? Wymachuję dziko ręką. To wszystko gówno prawda. Kurewsko tego nienawidzę. Jesteś rozzłoszczona – stwierdza Ruby. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam cię naprawdę wściekłej. Mrugam powiekami, oddycham przez nos. Wyznaję, że czuję się atakowana. Pyta, co przez to rozumiem. Czuję się przyparta do muru – wyjaśniam. Nagle okazuje się, że ponieważ nie chcę się zgłosić, to staję po stronie gwałcicieli. A ja nawet nie powinnam być stroną w tym konflikcie! Nie zostałam wykorzystana tak, jak podobno zostały wykorzystane inne kobiety. A czy rozumiesz, że kobieta mogła być w relacji podobnej do twojej i uważać, że była molestowana? No jasne – odpowiadam. Nie wyprano mi mózgu. Wiem, dlaczego nastolatki nie powinny się wiązać ze starszymi mężczyznami. No właśnie, dlaczego? – pyta Ruby. Wywracam oczami i zaczynam wyliczać. Nierównowaga sił, nastoletni mózg nie w pełni rozwinięty i tak dalej. Całe to pierdolenie.
[…]
Ruby wpatruje się we mnie, marszcząc czoło. Znam cię, Vanesso, więc myślę, że prędzej coś minimalizujesz, niż wyolbrzymiasz. Zaczyna mówić autorytatywnym tonem, jakiego nigdy u niej nie słyszałam, perswaduje. Mówi, że w Browick potraktowano mnie w sposób poniżający. Że zmuszenie mnie do oczerniania siebie przed rówieśnikami wystarczy, aby spowodować zespół stresu pourazowego bez względu na to, co przeżyłam oprócz tego. Obnażenie się w ten sposób przed jedną osobą jest czymś okropnym – stwierdza. A takie poniżenie na oczach tłumu… [Vanessa musiała publicznie wobec rówieśników szkoły w Browick potwierdzić, że nic ją nie łączyło z nauczycielem angielskiego, poza własną wyobraźnią, która jej podsunęła tak kłamliwy koncept – przyp. aut.] Nie mówię, że to gorsze przeżycie, ale inne. Okrutnie odczłowieczające, zwłaszcza dla dziecka. Gdy wskazuję, że słowo „dziecko” jest być może nie na miejscu, Ruby natychmiast koryguje. Dobrze, to dla osoby, której mózg nie jest jeszcze w pełni rozwinięty.
[…]
A więc uważasz, że kłamią? Nie do końca. Uważam, że dały się ponieść. Jak to dały się ponieść? Na fali tej histerii, która się teraz rozpętała – mówię. Te ciągłe oskarżenia. To jak ruch społeczny, co nie? Ludzie nawet tak to nazywają. A gdy widzimy, jak taki ruch nabiera rozpędu, to naturalne, że mamy ochotę się do niego przyłączyć. Natomiast żeby stać się częścią tego konkretnego ruchu, trzeba wcześniej przeżyć coś strasznego. Więc przesada jest nieuchronna. Poza tym to wszystko wydaje się mocno niewyraźne. Bardzo łatwo manipulować kategoriami, którymi się posługujemy. Wszystko może być molestowaniem. Wystarczy, że poklepał którąś po nodze albo coś. Ale skoro według ciebie był niewinny, to dlaczego odebrał sobie życie? – pyta Ruby. Zawsze powtarzał, że woli umrzeć niż żyć z piętnem pedofila. Gdy te oskarżenia padły publicznie, wiedział, że wszyscy z góry uznają go za winnego. Jesteś na niego zła? Za to, że popełnił samobójstwo? Nie. Rozumiem, dlaczego to zrobił. I wiem, że przynajmniej częściowo ponoszę za to winę.
[…]
Pomyśl, Ruby. Jak normalny facet poklepie dziewczynę po kolanie, to nie ma sprawy. Ale jeśli to samo zrobi taki, którego wcześniej oskarżono o pedofilię? Wtedy ludzie reagują przesadnie. A więc nie, nie jestem na niego wściekła. Jestem wściekła na nich, na świat, który zrobił z niego potwora, kiedy cała jego zbrodnia polega na tym, że miał pecha i zakochał się we mnie.
[…]
Taka mentalność jest atrakcyjna szczególnie dla młodych kobiet – stwierdza. Świat ma żywy interes w tym, aby utrzymać cię w poczuciu bezradności. Dodaje, że w naszej kulturze bycie ofiarą traktujemy jak przedłużenie dzieciństwa. Więc kiedy kobieta wybiera bycie ofiarą, zostaje uwolniona od osobistej odpowiedzialności, co z kolei zmusza innych, aby się nią zaopiekowali, dlatego gdy już raz kobieta dokona takiego wyboru, będzie go powielać. Nadal czuję się inna od reszty, mroczna i z gruntu zła, tak samo jak czułam się w wieku piętnastu lat, próbuję jednak lepiej zrozumieć powody tego stanu rzeczy. Stałam się ekspertką od toposu różnicy wieku, pochłaniając książki, filmy i wszystko, co opowiada o romansie między osobą dorosłą a nieletnią. Szukam niestrudzenie, lecz nie znajduję niczego, co byłoby naprawdę trafne. Dziewczęta w tych historiach zawsze są ofiarami, a ja ofiarą nie jestem – i nie ma to nic wspólnego z tym, co Strane mi zrobił lub nie zrobił, gdy byłam młodsza. Nie jestem ofiarą, bo nigdy nie chciałam nią być. Nie chciałam, więc nie jestem. Tak wygląda zależność. Różnicą między gwałtem a seksem jest stan umysłu. „Nie da się zgwałcić chętnej, prawda?”, powiedziała moja współlokatorka na pierwszym roku, kiedy próbowałam ją powstrzymać od powrotu po pijaku do domu z jakimś facetem poznanym na zabawie. Nie da się zgwałcić chętnej. Przyznaję, kiepski żart, ale ma to sens.
[…]
Pod koniec września, w przerwie tuż przed rozpoczęciem zajęć magisterskich z Henrym Ploughem, dziewczyna, z którą od pierwszego roku chodzę na warsztaty pisarskie, siada przy stole i stawia na nim stertę książek. Nosi kowbojki i krótkie spódniczki, wysyła swoje teksty do magazynów literackich, a mój pedagog określił ją kiedyś jako „kandydatkę do Iowa”. Na samej górze tej sterty widzę Blady ogień, autor: Vladimir Nabokov. Zastygam. „Chodź, daj się wielbić, moja Vanesso”. Henry wskazuje książkę palcem. Świetny wybór – stwierdza. To jedna z moich ulubionych. Dziewczyna szczerzy zęby w uśmiechu i natychmiast rumieni się w reakcji na pochwałę. To na zajęcia z literatury dwudziestego wieku – wyjaśnia. Piszę o tym tekst, temat jest – wybałusza oczy – trochę wstydliwy.
[…]
Wracam po zajęciach do domu, robię sobie kolację i czytam Tytusa Andronikusa na zajęcia w następnym tygodniu, bo zaczynamy blok Szekspirowski. To brutalny, krwawy dramat o odciętych rękach i głowach, gotowanych w cieście. Lavinia, córka generała, pada ofiarą zbiorowego gwałtu i zostaje okaleczona. Oprawcy odcinają jej język, żeby nie mogła mówić, i ręce, żeby nie mogła pisać. A jednak jest tak zdeterminowana, aby prawda wyszła na jaw, że patykiem trzymanym w ustach pisze na ziemi imiona sprawców. Gdy docieram do tej części dramatu, przestaję czytać i chwytam z biblioteczki stary egzemplarz Lolity od Strane’a. Wertuję, aż trafiam na poszukiwany fragment na stronie 165: Lo śmieje się z artykułu w gazecie, w którym radzi się dzieciom, że gdy nieznajomy częstuje je cukierkiem, powinny odmówić i napisać na poboczu numer rejestracyjny jego samochodu. „Lavinia?”, dopisuję ołówkiem na marginesie i zaginam róg kartki. Wracam do lektury Tytusa Andronikusa, ale nie mogę skupić myśli.
[…]
Gabinet Henry’ego znajduje się na trzecim piętrze najokazalszego budynku na kampusie, betonowy brutalizm, największe szkaradztwo Atlantica. Mieści się tam większość wydziałów: trzecie piętro należy do profesorów anglistyki, w otwartych drzwiach widoczne biurka i fotele, zapchane biblioteczki. Każdy pokój przypomina mi Strane’a – chropawa kanapa i szyby w morskim kolorze. Ilekroć idę tym korytarzem, czas wydaje się spłaszczony, jakby kartka papieru złożona na cztery, w żurawia. Drzwi do gabinetu są uchylone i przez kilkucentymetrową szparę widzę, że Henry siedzi za biurkiem, ogląda coś w laptopie. Podskakuje, gdy pukam lekko we framugę, i wciska pauzę, żeby zatrzymać odtwarzane wideo. Vanessa. Otwiera szerzej drzwi. W jego głosie słychać nutę zadowolenia, jakby ucieszył się, że to ja stoję w progu, a nie ktoś inny. W gabinecie jest niby tak samo pusto jak wtedy, gdy zajrzałam do środka przed rozpoczęciem semestru. Goła podłoga, gołe ściany, ale tu i ówdzie zaczyna się gromadzić nieład. Luźne kartki rozsypane na biurku, książki rzucone od niechcenia na półki, z szafki kartotekowej zwisa na jednym pasku zakurzony czarny plecak. Jeśli jest pan zajęty, mogę przyjść kiedy indziej. Nie, nie, próbowałem tylko trochę nadgonić robotę. Oboje zerkamy na zatrzymane wideo na ekranie laptopa, gitarzysta zastygły w akcie szarpania strun. Z naciskiem na „próbowałem” – dodaje i wskazuje wolne krzesło. Siadając, oceniam odległość między krzesłem a biurkiem – blisko, ale nie na tyle, żeby mógł wyciągnąć rękę i mnie dotknąć. Mam pomysł na pracę zaliczeniową – mówię. Ale uwzględniłabym tekst, którego nie przerabialiśmy na zajęciach. Jaki tekst? Nabokova. Chciałabym napisać o tym, jak Shakespeare przewija się w Lolicie.
[…]
Henry krzyżuje ręce na piersi i wyprostowuje się w fotelu. Pyta, jakie związki widzę między Lolitą a dramatami, które czytaliśmy, więc zwracam uwagę na paralele, które dostrzegłam: Lavinia z Tytusa Andronikusa pisząca patykiem imiona gwałcicieli na ziemi i zgwałcona, osierocona Lo kpiąca z sugestii, że powinna zrobić to samo, jeśli obcy mężczyźni spróbują poczęstować ją cukierkiem; Falstaff z Henryka IV odciągający Henryka od rodziny w taki sam sposób, jak pedofil wabi kapryśne dziecko; symbolika dziewictwa w postaci chusteczki haftowanej w truskawki w Otellu i piżama w truskawki, którą Lo dostaje od Humberta. Przy ostatnim punkcie Henry marszczy brwi. Nie pamiętam tej piżamy – stwierdza. Urywam, w myśli wertuję książkę, szukam właściwej sceny: czy to było przed śmiercią matki Lo, czy w tym pierwszym hotelu, w którym zatrzymuje się z Humbertem, na samym początku podróży. I nagle moje ciało dygocze. Przypominam sobie, że to Strane wyjął piżamę z szuflady, czuję materiał między palcami, przymierzam ją w łazience, ostre światło i zimne kafelki na podłodze. Jak scena z filmu, który oglądałam wiele lat temu, coś widzianego z bezpiecznej odległości.
[…]
Kiwa głową, ma tak zatroskaną minę, że odnoszę wrażenie, iż mogłabym zwierzyć mu się ze wszystkiego, a on wysłuchałby tego ze zrozumieniem. Czuję wyraźnie jego życzliwość, zanim wypowiem byle słowo. A zna pan tam jeszcze kogoś? Nie, nikogo. Vanesso, co się stało? W Browick zgwałcił mnie nauczyciel – wypalam. Miałam piętnaście lat. Jestem zszokowana tym, jak gładko to kłamstwo spływa mi z ust, jakbym sama nie wiedziała, czy kłamię, czy tylko nie mówię całej prawdy. On ciągle tam pracuje. Więc jak pan powiedział, że zna tam pan kogoś… No po prostu spanikowałam. Henry podnosi ręce do twarzy, do ust. Bierze butelkę i zaraz ją odstawia. Jestem wstrząśnięty. Otwieram usta, żeby doprecyzować, wyjaśnić, że trochę przesadziłam, nie powinnam użyć tego słowa, ale Henry mnie ubiega. Mam siostrę – mówi. Przeżyła coś podobnego. Spogląda na mnie, duże smutne oczy, każdy rys jego twarzy jest łagodniejszą wersją Strane’a. Nietrudno wyobrazić sobie, jak osuwa się na kolana, kładzie mi głowę na kolanach, ale nie po to, aby lamentować, że nieuchronnie mnie zniszczy, lecz aby ubolewać, że zniszczył mnie inny mężczyzna.
[…]
Nie wszystko zawsze kręci się wokół ciebie. Strane wzdycha, przeczesuje włosy dłonią. Przepraszam, jestem zdenerwowany, chociaż nie mam pojęcia dlaczego. W końcu jeśli ktoś może mnie zrozumieć, to tylko ty. Mówi, że w Browick zdarzył się pewien incydent. Jeszcze w październiku, podczas jego zajęć dodatkowych. Spotkał się sam na sam z uczennicą, która miała pytania dotyczące zadanej pracy. Ta dziewczyna zawsze pytała o wszystko. Z początku myślał, że jest po prostu zagubiona, że boi się złych ocen, lecz zaczęła się kręcić w pobliżu jego klasy i wtedy zrozumiał, że się w nim podkochuje. Szczerze mówiąc, przypominała mu mnie – dość swobodna postawa, nieskrywana adoracja. Tamtego popołudnia w październiku siedzieli obok siebie przy stole, omawiali pierwszą wersję jej eseju. Była dziwnie wytrącona z równowagi, właściwie dygotała z niepokoju – z powodu zbliżającego się terminu, z powodu jego obecności – i w pewnym momencie podczas tego spotkania wyciągnął ramię i poklepał ją po kolanie. Chciał jej dodać otuchy. Próbował okazać życzliwość. Lecz uczennica zinterpretowała to inaczej i zrobiła z tego okropną aferę. Zaczęła opowiadać koleżankom, że próbował się do niej dobrać, że chciał ją przelecieć, że molestował.
[…]
Na ułamek sekundy wywracam oczami. Powstrzymuję się natychmiast, ale Strane to dostrzega. Drwij ze mnie, ile chcesz, ale gdyby nie ty, nikt nie wyciągałby dziś takich pochopnych wniosków. W życiu nie uwierzyliby słowom tej dziewczyny, tylko moim. To są moi koledzy, ludzie, z którymi pracuję od dwudziestu lat. Ten czas nic teraz nie znaczy, bo moje nazwisko zostało zszargane. Wszyscy podejrzewają mnie o najgorsze. Ciągle czuję na sobie spojrzenia, czuję się podglądany. Afera z powodu czegoś takiego? Mój Boże, poklepałem ją przyjacielsko po kolanie, zrobiłem to bezwiednie. Ale okazuje się, że to dowód mojego zepsucia moralnego. A tak dokładnie to ilu dziewczyn dotykałeś? To pytanie pali mnie w język, lecz milczę. Przełykam, teraz pali mi gardło, coraz głębiej, żar w żołądku. Miłość do ciebie napiętnowała mnie jako zboczeńca – mówi. Dla nich już nic innego się nie liczy. Jedno wykroczenie zdefiniuje mnie na resztę życia.
[…]
Jakby powietrze uszło z kawiarni, wszystkie odgłosy stają się głośniejsze, kolory matowieją. Nie postrzegam siebie jako ofiary – dodaję. Wiem, w co się pakowałam. I chciałam tego. Miałaś piętnaście lat. Mimo to wiedziałam. Tłumaczę, usprawiedliwiam się, słowa bez trudu spływają mi z ust, dobrze znany, wyćwiczony tekst. On i ja byliśmy dwojgiem ludzi o mrocznych ciągotach, pragnęliśmy tego samego, nasza relacja okazała się okropna, ale nigdy nie polegała na krzywdzeniu. Im bardziej zatrwożoną minę ma Taylor, z tym większym uporem brnę dalej. Gdy mówię, że związek taki jak mój ze Strane’em to temat wielkich historii miłosnych, przykłada dłoń do ust, jakby za chwilę miała zwymiotować. Będę z tobą całkowicie szczera – dodaję. Uważam, że to, co robisz ty i ta dziennikarka, jest mocno pojebane. Zastyga z niedowierzania jak sparaliżowana. Mówisz poważnie? Tak. Wydaje mi się to nieuczciwe. Podajesz o nim szczegóły, które nie odpowiadają temu, co ja wiem. Uważasz, że kłamię? Uważam, że robisz z niego gorszego człowieka, niż był.
[…]
Ale mnie nie dotyka. Nie robi nic, co zakrawałoby na dotyk, nie podaje nawet ręki. Jest tylko niekończące się patrzenie – w gabinecie, na zajęciach. Gdy tylko otwieram usta, żeby coś powiedzieć, Henry rozczula się, wszystko, co mówię, chwali do tego stopnia, że pozostali studenci wymieniają poirytowane spojrzenia – „Znowu to samo”. To wszystko wydaje się jakże znajome, trajektoria tak dobrze mi znana, że muszę zaciskać pięści, aby powstrzymać się od dopadnięcia go, gdy jesteśmy sami. Powtarzam sobie, że to dzieje się tylko w mojej głowie, że tak właśnie normalni nauczyciele traktują swoich najlepszych studentów, poświęcają im odrobinę szczególnej uwagi, to nic takiego, z powodu czego trzeba by tracić rozsądek. Po prostu jestem zdeprawowana, mój umysł tak wypaczony przez Strane’a, że niewinne faworyzowanie odbieram jako pociąg seksualny. No, ale… przecież wypalił dla mnie tę płytę. Codziennie woła mnie do swojego gabinetu. Moje ciało nie odczuwa tego jako normalności, a ciało wie lepiej, umysł jest zdezorientowany. Czasem odnoszę wrażenie, jakby czekał, żebym się zbliżyła, nie mam jednak odwagi, jaką miałam w wieku piętnastu lat. Boję się odtrącenia, poza tym nie daje mi żadnych podstaw, nie było dłoni na kolanie, liścia przysuniętego do głowy. Moje najbardziej bezwstydne zachowanie dotąd: pewnego dnia poszłam do niego w jedwabnej bluzeczce bez stanika, ale byłam zniesmaczona, gdy się gapił – więc czego ja w końcu chcę? Nie wiem, nie wiem.
[…]
Pewnie pan myśli, że jestem okropna. Nie myślę tak. To wszystko takie skomplikowane. Nie musisz się tłumaczyć. Nie chcę, żeby pan uważał mnie za egoistkę. Nie uważam. W moich oczach jesteś bardzo silną osobą. Niewiarygodnie, niewiarygodnie silną. Henry stwierdza, że Strane cierpi na urojenia, że próbuje mnie kontrolować, sprawić, abym poczuła, że znowu mam piętnaście lat, że to, co mi zrobił i nadal robi, przekracza wszelkie granice. Słysząc to, widzę nagie białe niebo i bezmiar spalonej ziemi, sylwetkę ledwo widoczną za zasłoną dymu, Strane przesuwa palcem po niebieskich żyłach na jasnej skórze, drobinki kurzu wirują w słabym świetle zimowego słońca. Nigdy na niego nie doniosę – mówię. Bez względu na to, jak złym jest człowiekiem. Twarz Henry’ego łagodnieje jeszcze bardziej – i smutnieje, aż czuję, że gdybym w tej chwili zbliżyła się do niego, pozwoliłby mi na wszystko, czego chcę. Nie odmówiłby mi. Siedzi blisko, na wyciągnięcie ręki, czeka, kolano zwrócone w moją stronę. Wyobrażam sobie, że otwiera ramiona, przytula mnie. Moje usta centymetry od jego szyi, drży na całym ciele, gdy dotykam go wargami. Pozwoliłby mi. Na wszystko.
[…]
Ożenić się z własną studentką to nieźle pojebane – mówię. Zwiesza głowę i wzdycha. Spodziewał się, że ten moment nadejdzie. Okoliczności były zupełnie inne – odpowiada. Był pan jej nauczycielem. Profesorem na studiach. Wielka mi różnica. To jest różnica. Wiesz o tym. Pragnę mu powiedzieć to samo, co powiedziałam Strane’owi: że już nie wiem, co wiem. Kilka miesięcy temu napisałam na blogu, że z Henrym czuję się inaczej, że tym razem nie zostanę wykorzystana. Teraz ta inność wydaje się zbyt nieuchwytna, aby ją wskazać. Chciałabym, aby ktoś wytyczył dla mnie granicę, która oddziela mężczyznę o dwadzieścia siedem lat starszego od mężczyzny starszego o lat trzynaście, nauczyciela od profesora, przestępstwo od zachowania akceptowanego społecznie. A może powinnam tę różnicę po prostu uosabiać. Sporo lat po osiągnięciu pełnoletniości jestem kobietą do wzięcia, osobą dorosłą, która świadomie o sobie decyduje. Powinnam donieść na pana za to, co pan mu zrobił – mówię. Władze uczelni muszą wiedzieć, jakich ludzi zatrudniają. Trafiam w czuły punkt. Henry czerwienieje i właściwie wrzeszczy: Donieść na mnie?! Na ułamek sekundy widzę gniew, którego posmakował Strane. Lecz potem Henry słyszy kroki ludzi przechodzących korytarzem i ścisza głos do szeptu: Vanesso, wiedziałaś, jak ten mężczyzna postąpił z tą drugą dziewczyną, a kiedy o tym wspomniałem, zareagowałaś tak, że poczułem się jak idiota. Potem przyszłaś i stwierdziłaś, że cię nęka, krzywdzi. Czego się spodziewałaś? On nic nie zrobił tej dziewczynie. Dotknął tylko jej kolana, wielka afera, kurwa mać. Błądzi spojrzeniem po mojej twarzy, jego gniew przygasa. Mówi, tonem delikatnym jak do dziecka, że słyszał coś jeszcze, że Strane poważył się na znacznie więcej niż położenie ręki na kolanie. Nie wyjaśnia jednak, a ja nie pytam. Bo jaki jest sens? Nie da się o tym wszystkim rozmawiać, a gdy próbuję, wychodzę na wariatkę, w jednej chwili nazywam to gwałtem, w następnej wyjaśniam, że to nie był gwałt przez duże „g”. Tylko mącę wodę.
[…]
Przypominam sobie wpisy o Henrym, wyznania, że pragnę go tak bardzo, aż ciało mnie boli, komentarze, które czasem pojawiały się w środku nocy – od niego? Przełykam głośno ślinę, drżą mi kolana i ręce. Umysł mi drży. Skoro pan to przeczytał, dlaczego pan chce, żebym to teraz na głos wyznała? – pytam. Milczy, a ja znam odpowiedź. Musi wiedzieć, że jestem chętna. Tak samo postępował Strane, skłaniał mnie do wywalania kawy na ławę, mówienia otwarcie, czego chcę, bo wtedy brałam na swoje barki brzemię odpowiedzialności. „Przegadanie tego, Vanesso, to jedyny sposób, żebym mógł z tym żyć”. „Nigdy bym się na to nie poważył, gdybyś nie była taka chętna”. Jesteś niepojętą zagadką – mówi Henry. Nie można cię zrozumieć. I znowu mam poczucie, że mogłabym go dotknąć, że pozwoliłby mi na to. Gdybym choćby musnęła go dłońmi, skoczyłby jak zwierzę uwolnione z klatki. „Nareszcie”, powiedziałby. „Vanesso, czekałem na to od pierwszego dnia”. Wybiegam myślą do następnego roku, pracuję jako jego asystentka, oboje zamknięci w gabinecie, nieuchronny przeciągający się romans. Nadal nie poszłam do łóżka z żadnym innym mężczyzną oprócz Strane’a, ale bez trudu wyobrażam sobie, jaki byłby Henry. Ciężkie ciało, głęboki oddech, obwisła szczęka.
[…]
Dzień przed wręczeniem dyplomów Henry zabiera mnie na obiad, żeby się pożegnać. Jako prezent daje mi powieść jednej z sióstr Bronte – nawiązanie do jakiegoś naszego prywatnego żartu – z dedykacją podpisaną „H.”. Po mojej wyprowadzce z Atlantica jego nazwisko pojawia się w mojej skrzynce e-mailowej regularnie co pół roku i za każdym razem żołądek mi się wywraca. W końcu zaprzyjaźniamy się na Facebooku i raczę się odsłonami życia, które przez tak długi czas sobie wyobrażałam: zdjęcia Penelope z córeczką, Henry siwiejący, starzejąca się twarz, każdy kolejny rok coraz bardziej upodabnia go do Strane’a. Ze mnie upływ czasu robi podejrzliwą cyniczkę. Wyzbywam się swoich fantazji, powtarzam sobie, że gdy się poznaliśmy, Henry Plough był znudzony i przeżywał ostatnie lata młodości, ja zaś byłam młoda i go ubóstwiałam. Starszy mężczyzna wykorzystał młodą kobietę, aby poczuć się lepiej sam ze sobą – jak łatwo taka historia staje się banałem, gdy nie patrzymy na nią przez różowe okulary romantyczności. Któregoś roku w dniu swoich urodzin dostaję od niego e-mail wysłany o drugiej w nocy. „Pamiętam Cię jako jedną z moich najlepszych studentek i tak już zostanie”. Zaczynam odpisywać: „Henry, a co to w ogóle znaczy?”, ale się reflektuję, kasuję e-mail i ustawiam filtr, żeby kolejne listy od niego trafiały od razu do kosza. „Jedną z moich najlepszych studentek”. Dziwny komplement od faceta, który wśród studentek znalazł sobie żonę.
[…]
W biurze, ze słuchawkami na głowie, porządkuję akta i czuję się, jakbym wróciła do archiwizowania w szpitalu, takie same metalowe szafki i kod w postaci kolorowych naklejek, włosy rozwiewane przez klimatyzator. A jednak w tych teczkach są zawarte potworne historie, o wiele gorsze od nowotworu, gorsze nawet od śmierci. Opisy dzieci oblepionych własnym gównem w łóżeczkach, noworodków z odłażącą skórą z powodu zanurzania ich w wybielaczu. Staram się nie rozmyślać o tym. Nikt wyraźnie nie zakazał mi czytania, a jednak chłonięcie szczegółów wydaje mi się nietaktem większym niż czytanie o sflaczałych fiutach u mężczyzn. Akta niektórych dzieci to wiele szarych kopert pełnych niekończącej się dokumentacji – przesłuchania w sądzie, opinie biegłych, protokoły policyjne. Natykam się na przypadek pewnej dziewczynki – dziesięć opasłych teczek spiętych gumkami. Z jednej teczki wystają kawałki wypłowiałego fioletowego papieru do wycinania i kartki z kolorowanki – przedszkolne przybory. Znajduję drzewo genealogiczne narysowane dziecięcą ręką, a dalej na kawałku brystolu dziewczynka wyznała swoje pragnienia: „Chciałam mieć mamę i tatę, no i psa, i małego braciszka”. Na dole kartki dodano wielkimi literami: „I BEZ ŻADNYCH KRYCYCANTÓW”. Pod spodem dostrzegam list napisany odręcznie na białej kartce, litery małe, kobiece, dorosłe. Nie mogę się powstrzymać. Autorką jest matka dziewczynki, trzy strony pełne przeprosin. Są nazwiska różnych mężczyzn, wyjaśnienia, który z nich wciąż odgrywa rolę w jej życiu, a który nie, ale nie wyjmuję dokumentacji, tylko stoję przy szafce, przytrzymuję otwartą szufladę, bo nie chcę, aby ktoś przyłapał mnie na podczytywaniu, więc dostrzegam zaledwie połowę strony. „Gdybym wiedziała, że jesteś molestowana, molestowana seksualnie – napisała matka – nigdy w życiu…” Reszty nie widzę. Na ostatniej stronie matka kończy słowami: „Z miłością głęboką jak ocean, Twoja Mama”. Pod spodem narysowano buzię zapłakanej dziewczynki, łzy zlewają się, tworzą strzałkę wskazującą „ocean”.
[…]
Uświadamiam sobie, że właśnie tak to zawsze musiało się skończyć. Pozwoliłam mu robić nieprawdopodobne rzeczy, których pragnął, złożyłam w ofierze swoje ciało jako pożywkę dla jego przestępczych skłonności, a on folgował sobie przez pewien czas, lecz w głębi serca nie jest kanalią. Jest mężczyzną, który chce być dobrym człowiekiem, a ja wiem nie gorzej od innych, że najłatwiejszy sposób, aby to osiągnąć, to odciąć się od tego, co czyni nas człowiekiem złym. Z dłonią na klamce pytam, czy niedługo się zobaczymy, a on mówi, że jasne, ale szepcze tak cicho, że wiem, iż wystawi mnie do wiatru. Ucieka spojrzeniem w bok, jakbym była świadectwem czegoś, o czym chciałby zapomnieć. Mijają lata bez niego. Tata ma pierwszy zawał, mama wreszcie robi dyplom. W letnie popołudnie, gdy akurat przyjechałam do domu z wizytą, Babe pęka tętniak w mózgu podczas brykania po podwórku – suka pada jak od kuli z karabinu. Próbujemy z tatą ją ratować, jakby była człowiekiem, uciskamy klatkę piersiową, wtłaczamy powietrze do pyska, ale już po niej, ciało zimne, łapy ciągle mokre od wody z jeziora. Odchodzę z ośrodka ochrony praw dziecka i zaliczam kolejne stanowiska asystentki, choć nienawidzę tej pracy, sterylnych biur, spinaczy, karteczek samoprzylepnych i wykładzin dywanowych. Kiedy wpisuję do Google’a zdanie: „Co należy zrobić, jeśli praca budzi w tobie myśli samobójcze?”, uznaję, że najwyższy czas rzucić to w cholerę, świadoma, że ten sposób zarabiania na życie może mnie doprowadzić do śmierci. Zatrudniam się w recepcji w eleganckim hotelu. Płaca jest niska, ale przynajmniej to ucieczka od rozświetlonego jarzeniówkami załamania nerwowego.
[…]
Na drugiej randce oglądamy film, w którym jest wątek o księżach pedofilach. Przez całe dwie godziny facet nie zauważa, że mam spocone dłonie, że z mojego gardła wydobywają się ciche jęki. Na ogół sprawdzam skrupulatnie, o czym jest film, który zamierzam obejrzeć, żeby nie natknąć się na nic, co mnie rozstroi, ale tym razem się nie przygotowałam. Potem, gdy idziemy Congress Street do mojego mieszkania, facet mówi: Tacy mężczyźni wiedzą, jak wybierać dziewczynki, wiesz? To prawdziwi drapieżcy. Patrzą na stado i selekcjonują najsłabsze sztuki.
[…]
Tydzień przed Świętem Dziękczynienia ukazuje się artykuł Janine Bailey, ale tematem nie jest Strane. W jednym z pierwszych akapitów znajduje się wzmianka o Taylor i internetowych atakach na nią. Reszta opowiada o nauczycielu w szkole z internatem w New Hampshire, który wykorzystywał uczennice przez czterdzieści lat swojej pracy zawodowej. Przedstawiono profil ośmiu dziewcząt, podano ich prawdziwe nazwiska. Zamieszczono ich zdjęcia, z tamtych i dzisiejszych czasów, fotokopie zapisków w pamiętnikach, fragmentów listów miłosnych napisanych przez nauczyciela. Przez wszystkie lata używał tych samych określeń i zdrobnień wobec każdej swojej ofiary. „Moja malutka, jesteś jedyną, która mnie rozumie”. W nagłówku artykułu wymieniono nazwę szkoły – to rozpoznawalna, prestiżowa instytucja, gwarancja wielu odsłon w internecie. Ciężko nie być cyniczką, nie podejrzewać, że głównie o to chodzi. Władze Browick publikują wyniki swojego postępowania w sprawie zarzutów stawianych Strane’owi, używając tego nieprzeniknionego języka, który zamazuje prawdę: „Doszliśmy do wniosku, że choć być może doszło do nagannego zachowania, nie znaleziono żadnych świadectw molestowania na tle seksualnym”. Wydają oświadczenie, w którym podkreślają zaangażowanie Browick w stworzenie kształcącego, bezpiecznego środowiska oświatowego. Obiecują, że z własnej inicjatywy będą okresowo uaktualniać szkolenia dotyczące niewłaściwych zachowań nauczycieli wobec uczniów. Jest numer telefonu, pod który mogą dzwonić zaniepokojeni rodzice. Chętnie odpowiemy na wszystkie pytania.
[…]
Mówię Ruby, że czuję, jakbym od żałoby po stracie Strane’a przeszła do żałoby po stracie siebie. Że opłakuję własną śmierć. Część ciebie umarła razem z nim – stwierdza. To raczej normalne. Nie, nie część. Cała umarłam. Wszystko, co mam, łączy się z nim. Jeśli wytnę z siebie tę truciznę, nic nie zostanie. Odpowiada, że nie powinnam tak o sobie mówić, bo to oczywista nieprawda. Założę się, że już w wieku pięciu lat byłaś osobą o złożonej psychice. Pamiętasz siebie z tamtych czasów? Kręcę głową. A gdy miałaś osiem lat? Dziesięć? Wydaje mi się, że nie pamiętam niczego z okresu, zanim poznałam Strane’a. Parskam śmiechem, ocieram dłońmi twarz. To mocno przygnębiające.
[…]
Pamiętasz, jak jeździłaś na łyżwach? – pyta mama. Zastanawiam się: rozmazane wspomnienia spękanej skóry białych butów, ból w kostkach po godzinnym balansowaniu na płozach. Przez pewien czas nie chciałaś robić nic innego – ciągnie. Nie można cię było zapędzić do domu, a bałam się zostawiać cię samą na jeziorze. Bałam się, że lód się pod tobą załamie. Tata wziął szlauch i zalał wodą podwórko. Pamiętasz to? Owszem, ale mgliście – jazda po zmroku, manewry między korzeniami drzew sterczącymi z lodu, zbieranie się na odwagę, żeby spróbować piruetu. Nie bałaś się niczego – stwierdza mama. Wszyscy rodzice mówią tak o swoich dzieciach, ale ty naprawdę niczego się nie bałaś. Patrzymy na łyżwiarkę sunącą po lodowisku. Wiruje na czubkach płóz, nagle hops do tyłu, ręce wyrzucone na boki, zebrane w koński ogon włosy chłoszczą twarz. Znów zmiana kierunku i teraz jedzie na jednej nodze, zbiera się do ostrego piruetu, ręce wyprostowane nad głową, im szybsze wirowanie, tym wyższe wydaje się jej ciało.
[…]
No cóż, myślałam, że to jakby zakończy sprawę, ale teraz jest we mnie jeszcze więcej gniewu niż wtedy. Pociąga nosem, gmera przy wieczku kubka. Szczerze mówiąc, ona była trochę szemrana, powinnam się połapać. Dziennikarka? Taylor kiwa głową. Wątpię, że tak naprawdę się tym przejęła. Chciała się załapać na trend, zbić na tym kapitał. Niby wiedziałam o tym od początku, ale łudziłam się, że odzyskam poczucie sprawczości czy coś. Skończyło się na tym, że czuję się znowu wykorzystana. Uśmiecha się, łaskocze Jo [suczkę Vanessy – przyp. aut.] za uszami. Zastanawiałam się, czy nie iść na terapię. Próbowałam już wcześniej, ale z marnym skutkiem. Coś jednak muszę ze sobą zrobić.
[…]
Tuż przed pożegnaniem Taylor skrobie Jo za uszami ostatni raz i speszona macha do mnie ręką. Patrzę, jak idzie ulicą, nie plotka, tylko rzeczywista osoba, kobieta, która dawniej była dziewczyną. Ja też jestem rzeczywista. Czy kiedykolwiek myślałam o sobie wyraźnie w ten sposób? To małe objawienie. Jo szarpie smyczą i po raz pierwszy wyobrażam sobie, jak to jest nie być jego własnością, nie być nim. Jak to jest, gdy czuje się, że można być dobrym człowiekiem. Ze słońcem na twarzy i psem u boku mam w sobie mnóstwo zdolności do dobra.
[…]
Wskakuje, zwija się w kłębek i wzdycha. On cię nigdy nie pozna – dodaję. To twarda prawda, w której kryją się smutek i radość. Jo otwiera oczy, nie podnosi łba, tylko patrzy na mnie. Bez przerwy chłonie moją twarz i ton głosu, odnotowuje wszystkie moje cechy. Gdy powieki zaczynają mi się kleić, grzmoci ogonem w kanapę, to jak rytm bębna, rytm serca, rytm zakorzeniania się. „Jesteś tu”, mówi Jo. „Jesteś tu, jesteś”.
Kate Elizabeth Russell, Moja mroczna Vanesso
Debiutancka powieść psychologiczna Kate Elizabeth Russell – amerykańskiej pisarki, a zarazem objawienia na amerykańskim rynku wydawniczym w 2020 roku – przenosi akcję tej „fikcyjnej” opowieści znowu do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, głównie do północno-wschodniego stanu Maine ze stolicą w Portland, w środowisko uczelniane do tamtejszych prywatnych koledżów w Bar Harbour i zagadkowego Browick, generalnie w pierwsze i drugie dziesięciolecie naszego wieku. Nastoletnia Vanessa Wye przyjeżdża z odludnego pogranicza stanów: New Hampshire i Maine do umownego Browick, żeby pobierać dalsze nauki na poziomie licealnym. W nowym środowisku uczelnianym nie szuka zbliżenia z rówieśnikami, a z dojrzałym nauczycielem anglistyki Jacobem Strane’em, z którym przeżywa osobliwą czy mroczną wieź, którą też próżno by nazwać platoniczną. Piętno, jakie wycisnął na młodziutkiej i niedoświadczonej Vanessie kontrowersyjny Jacob doprowadza do szeregu dalszych, a zatem i nieszczęsnych wydarzeń, których konsekwencje pozostawiają obojgu postaciom traumy nieprzystosowania się czy wycofania z życia. Powieść Russell pozostaje ważnym głosem w sprawie wciąż „modnego” medialnie molestowania seksualnego wśród nieletnich, jego też „umownych” granic wiekowych i osobistej współodpowiedzialności, która czyni nas nie-egocentrykami. W ujęciu psychologicznym skłania do pogłębionej refleksji, iż egotyczne podróżowanie w sferze ducha kończy się zazwyczaj konfrontacją z własną tożsamością, zaś w sferze mowy ciała z kolei przegraną walką z wzajemnym pożądaniem płciowym, które chce przekroczyć wszelkie rodzaje samotności.