Blog

 

10.03.2024

Słowik

„Rzeczy najgorsze zawsze są prawdziwe”


“Nie ścierpię, żeby ktoś stał mi nad głową”


„Nie mów o sobie w czasie przeszłym, Isabelle.

Ale ja jestem przeszłością”

[…]

[Oregon, 1995] Jeżeli moje długie życie czegoś mnie nauczyło, to tego, że miłość pokazuje nam, kim chcemy być, wojna zaś - kim jesteśmy. Dzisiejsi młodzi chcą wiedzieć wszystko o każdym. Wydaje im się, że rozwiążą problem, gadając o nim. Ja pochodzę z dyskretniejszego pokolenia. Rozumiemy wartość zapominania, urok ponownego odkrywania. Mimo to ostatnio coraz częściej przyłapuję się na tym, że wspominam wojnę, moją przeszłość i ludzi, których zagubiłam. Zagubiłam. Brzmi to tak, jakbym zostawiła gdzieś moich bliskich; może porzuciła ich w miejscu, do którego nie przynależą, i zawróciła, zbyt zdezorientowana, by móc odnaleźć własne ślady. Nie są zagubieni. Nie znajdują się w lepszym miejscu. Oni odeszli. Zbliżając się do kresu swoich dni, wiem, że niepowodzenia, jak i żal z ich powodu osiadają w DNA na zawsze i stają się częścią nas samych. Postarzałam się w ciągu miesięcy minionych od śmierci męża i wystawionej mi lekarskiej diagnozy. Poorana zmarszczkami skóra wygląda jak woskowany papier siłą rozprostowany do ponownego użycia. Oczy często mnie zawodzą - w ciemności, gdy błyskają przednie reflektory, kiedy pada deszcz. Ta zawodność postrzegania działa mi na nerwy. Być może dlatego oglądam się za siebie. Przeszłość ma klarowność, jakiej brakuje mi w teraźniejszości. Chcę sobie wyobrażać, że kiedy odejdę, będzie panował pokój, że zobaczę wszystkich, których kochałam i straciłam. A wreszcie, że będzie mi wybaczone.

[…]

[Oregon 1995] Po raz pierwszy od trzydziestu lat unoszę wieko kufra. W wyjmowanej górnej części znajdują się pamiątki po dzieciach, z okresu niemowlęcego i nie tylko. Malutkie buciki, zabawki, rysunki kredkami, świadectwa szkolne, zdjęcia ze szkolnych przedstawień. Wyjmuję tę część i odstawiam na bok. Na dnie kufra panuje bałagan. Oprawione w skórę dzienniki, paczka przewiązanych niebieską satynową wstążeczką zżółkłych pocztówek, kartonowe pudełko z wgniecionym rogiem, seria cienkich tomików poezji Juliena Rossignola, duże pudło po butach z setkami czarno-białych fotografii. Na wierzchu wyblakły, pożółkły kartonik. Podnoszę go drżącymi rękami. To carte d’identite, dokument tożsamości z czasów drugiej wojny. Patrzę na mały prostokąt paszportowej fotografii młodej kobiety. “Juliette Gervaise”.

[…]

[Oregon 1995] Gdybym dawno temu wyznała mu prawdę albo więcej piła, tańczyła i śpiewała, to może ujrzałby mnie zamiast zwyczajnej, uzależnionej od niego mamusi. Syn kocha moją niepełną wersję. Zawsze wydawało mi się, że właśnie tego chciałam - być kochaną i podziwianą. Teraz myślę, że wolałabym, aby mnie dobrze poznano. Uznaj to za moją ostatnią wolę. Widzę, że chciałby zaprotestować, lecz boi się, że głos odmówi mu posłuszeństwa. Odchrząkuje. Już dwukrotnie pokonałaś chorobę. Teraz też ją pokonasz. Oboje wiemy, że to nieprawda. Jestem osłabiona i marnie się czuję. Bez pomocy medycyny nie mogę jeść ani spać. Oczywiście. Chcę tylko, żebyś była bezpieczna. Uśmiecham się. Amerykanie potrafią być tacy naiwni. Kiedyś podzielałam jego optymizm. Myślałam, że świat jest bezpiecznym miejscem. Ale to było bardzo dawno temu. Kim jest Juliette Gervaise? - pyta Julien, ja zaś, słysząc z jego ust to nazwisko, doznaję lekkiego wstrząsu. Zamykam oczy i w półmroku cuchnącym stęchlizną i dawno minionym życiem mój umysł podąża w przeszłość wzdłuż niewidzialnej linii przemierzającej kontynenty i lata. Wbrew woli - a może zgodnie z nią, kto to może wiedzieć? - zanurzam się we wspomnienia.

[…]

Vianne wróciła do domu i sięgnęła po wiszący na haczyku przy drzwiach słomkowy kapelusz z szerokim rondem. Mając rudawo-blond włosy, porcelanową cerę i błękitne oczy, zawsze chroniła się przed silnym słońcem. Umieściła go starannie na głowie, chwyciła koronkowe rękawiczki oraz kosz piknikowy i pośpieszyła za Antoine’em i Sophie, którzy znajdowali się już za bramą. Dogoniła ich na drodze gruntowej przed domem, tak wąskiej, że zmieściłby się na niej ledwie jeden samochód. Dalej rozciągały się zielone pola, gdzieniegdzie poprzetykane czerwienią maków i błękitem chabrów. Okolicę porastały rzadkie kępy drzew. W tym zakątku Doliny Loary uprawiano raczej pszenicę niż winorośl. Chociaż do Paryża były tylko dwie godziny jazdy pociągiem, miało się wrażenie przebywania w całkiem innym świecie. Nawet w lecie odwiedzało to miejsce niewielu turystów. Niekiedy drogą z warkotem przejeżdżał samochód, rowerzysta lub wóz ciągniony przez wołu, na ogół jednak byli całkiem sami. Mieszkali o półtora kilometra od Carriveau, miasteczka liczącego niespełna tysiąc mieszkańców, znanego głównie jako przystanek na trasie pielgrzymki do świętej Joanny d’Arc. W okolicy nie było zakładów przemysłowych, zatem brakowało miejsc pracy. Zatrudnienie dawało głównie lotnisko wojskowe, będące dumą Carriveau. Jedyne takie w promieniu wielu kilometrów.

[…]

Dokładnie zamknęła drzwi wejściowe. W kuchni z okapu nad płytą zwisały miedziane i żeliwne rondle i patelnie. U belek pod sufitem suszyły się grube pęki lawendy, tymianku i rozmarynu. Miedziany zlew, któremu wiek nadał zielonkawą patynę, był dostatecznie duży i głęboki, by móc w nim wykąpać małego psa. Tynk na wewnętrznych ścianach tu i tam poodpadał, odsłaniając farbę z dawno minionych lat. Salon był eklektyczną mieszanką mebli i tkanin - tapicerowana kanapa, dywany z Aubusson, zabytkowa chińska porcelana, perkal i grubo tkany len. Niektóre z wiszących na ścianach obrazów były znakomite, może nawet cenne, inne ewidentnie wyszły spod pędzla amatora. W sumie dawało to dość chaotyczne i niepozbawione zgrzytów wrażenie minionej fortuny i dawnych gustów, czyniąc pokój przytulnym mimo śladów zużycia.

[…]

Wojna nie była Vianne całkiem obca. Nie znała, rzecz jasna, bitewnego zgiełku, jęków rannych, dymu i krwi, ale jej następstwa - tak. Chociaż przyszła na świat w czasach pokoju, to jej najwcześniejsze wspomnienia dotyczyły właśnie wojny. Pamiętała, że mama płakała, żegnając się z tatą. Pamiętała ciągłe uczucie głodu i zimna. Niemniej najbardziej zapamiętała to, jak odmieniony wydał jej się ojciec po powrocie do domu, jak utykał, wzdychał i niewiele mówił. Zaczął wtedy pić i trzymać się na uboczu, niemal całkiem ignorując rodzinę. Później doszły jeszcze gwałtownie zatrzaskiwane drzwi, zażarte kłótnie przechodzące w niezręczne milczenie, śpiący w osobnych pokojach rodzice. Ojciec, który wyruszył na wojnę, nie był tym, który z niej powrócił. Starała się mu przypodobać, aby nadal ją kochał, co więcej, starała się nadal kochać jego, lecz na próżno. Odkąd wywiózł ją do Carriveau, zajęła się własnym życiem. Wysyłała ojcu pocztówki na Boże Narodzenie i urodziny, lecz nigdy nie otrzymała od niego nic w zamian, rzadko też rozmawiali ze sobą. Zresztą, co niby mieliby sobie powiedzieć? W przeciwieństwie do Isabelle, która ciągle tęskniła, Vianne szybko zrozumiała - i zaakceptowała - że wraz ze śmiercią mamy jej rodzina rozpadła się bezpowrotnie. Ojciec nie zamierzał dłużej pełnić obowiązków rodzicielskich wobec córek.

[…]

Rachel zajęła miejsce naprzeciw niej, trzymając na kolanach smacznie śpiące niemowlę. Zapadła cisza wypełniona obawą i lękiem. Zastanawiam się, czy mały rozpozna kiedyś ojca -przerwała milczenie Rachel, spoglądając na synka. Wrócą odmienieni - mruknęła Vianne posępnie. Jej ojciec brał udział w bitwie nad Sommą, gdzie straciło życie ponad milion żołnierzy. Nieliczni, którzy powrócili do domów, przynieśli ze sobą pogłoski o potwornościach popełnianych przez Niemców. Rachel oparła sobie dziecko na ramieniu i delikatnie głaskała je po pleckach. Marc nie umie zmieniać pieluch. Mały Ari uwielbia spać w naszym łóżku. Więc w sumie wyjdzie nam to na dobre. Vianne poczuła, że się uśmiecha. Niewinny żarcik poprawił jej humor. Antoine strasznie chrapie. Teraz nareszcie się wyśpię. Na kolację będziemy mogły jadać jajka w koszulkach. I będzie tylko połowa prania. Vianne próbowała ciągnąć wymianę żartów, ale głos jej się załamał. Nie jestem dostatecznie silna, Rachel.

[…]

Antoine siedział przy oknie w fotelu na biegunach; sam go zrobił z drewna orzechowego, kiedy Vianne była w drugiej ciąży. Przez cztery lala ów nieużywany fotel boleśnie z nich drwił. Vianne nazywała je w duchu latami poronień. Pustki w krainie obfitości. Trzy stracone życia w ciągu czterech lat, przerwane bicie maleńkich serduszek, posiniałe rączki. A potem cudownym zrządzeniem losu jedno dziecko przeżyło. Sophie. Chropawa powierzchnia fotela skrywała smutne duchy, ale i dobre wspomnienia. Może powinnaś pojechać z Sophie do Paryża - zagadnął, gdy Vianne usiadła wyprostowana. Julien na pewno się wami zaopiekuje. Mój ojciec dosyć jasno wyraził swoje zdanie na temat mieszkania z córkami. Nie spodziewam się, żeby mnie przyjął z otwartymi rękami.

[…]

Średniowieczna wiejska rezydencja wyrastała na zielonym, porośnięty m lasem wzniesieniu. Przypominała dekorację z wystawy cukiernika, zamek zrobiony z karmelu, z oknami z cukrowej glazury i okiennicami barwy kandyzowanych jabłek. Daleko w dole w błękitnej tafli jeziora odbijały się pierzaste chmury. Starannie utrzymane ogrody umożliwiały mieszkańcom rezydencji - a co ważniejsze, ich gościom - przechadzanie się po ścieżkach i prowadzenie wytwornych rozmów. W oficjalnej jadalni lsabelle Rossignol siedziała sztywno wyprostowana przy nakrytym białym obrusem stole, zapewniającym miejsce co najmniej dwudziestu czterem biesiadnikom. Pomieszczenie utrzymane było w jasnych barwach. Ściany, posadzka i sufit zostały wyłożone ręcznie obrobionym kamieniem w odcieniu ostrygi. Łukowe sklepienie miało w najwyższym punkcie blisko siedem metrów wysokości. Dźwięki w tej zimnej sali rozbrzmiewały donośniej, schwytane w pułapkę tak samo jak siedzące tu osoby. Madame Dutour stała u szczytu stołu, ubrana w surową czarną suknię bez śladu dekoltu. Jedyną jej ozdobą była brylantowa broszka (jedna porządna sztuka, moje panie, za to starannie dobrana; wszystko świadczy o nas, a nic nie przemawia tak głośno jak tandeta). Szczupłą twarz z tępo zakończonym podbródkiem okalała burza ondulowanych loczków mająca sprawiać, jak się zdawało, wyrażenie młodości, lecz bez specjalnego sukcesu. Sztuka polega na tym - mówiła dźwięcznym, wyrobionym głosem - by wykonać zadanie cicho i dyskretnie.

[…]

Panno Rossignol - powiedziała madame. Czemu należy przypisać, że choć od dwóch lat zaszczycasz swoją obecnością nasze mury, tak mało zdołałaś się nauczyć? Isabelle ponownie dźgnęła owoc widelcem. Tym razem wprawdzie bez gracji, za to skutecznie. Uśmiechnęła się do madame. Na ogół, proszę pani, niezdolność ucznia do nauki oznacza niezdolność nauczyciela do uczenia. Wszystkie siedzące przy stole panny aż sapnęły. Ach tak - wycedziła madame. Czyli to przez nas wciąż nie udaje ci się poprawnie zjeść pomarańczy. Isabelle znów zaatakowała owoc, ale za mocno i za szybko. Srebrne ostrze noża ześliznęło się po porowatej skórce i z brzękiem uderzyło w talerz. Ręka madame Dufour wystrzeliła jak wąż, palce zacisnęły się wokół nadgarstka Isabelle. Reszta uczestniczek lekcji zamarła, wytrzeszczając oczy, by nic nie stracić z tej sceny. Uprzejma rozmowa, dziewczęta - napomniała madame, uśmiechając się blado. Nikt nie chce siedzieć przy obiedzie obok milczącego posągu.

[…]

Madame przyjrzała się Isabelle. Nozdrza leciutko jej się rozszerzyły, co wskazywało na uprzejme, acz bolesne niezadowolenie. Strata żony to cios dla mężczyzny. Podobnie jak dla córki utrata matki. Isabelle uśmiechnęła się buntowniczo. W gruncie rzeczy straciłam oboje rodziców, czyż nie? Jedno zmarło, a drugie odwróciło się ode mnie. Nie umiem orzec, co zabolało mnie bardziej. Na miłość boską, Isabelle, czy zawsze musisz mówić wszystko, co masz na języku? Isabelle słyszała te krytyczne słowa przez całe życie i nadal nie rozumiała, dlaczego powinna uważać na to, co mówi. I tak nikt jej nigdy nie słuchał. Wyjedziesz jeszcze dzisiaj. Wyślę telegram do twojego ojca. Thomas odprowadzi cię na stację.

[…]

Za dużo czytasz - powiedział Cristophe, żując łodyżkę perzu. Co to jest, powieść o miłości? Przetoczyła się na bok, bliżej niego, zatrzaskując książkę. Była o Edith Cavell, pielęgniarce z czasów wojny 1914 roku. Mogłabym być bohaterką wojenną, Cristophe. Roześmiał się. Dziewczyna? Bohaterką? Absurd. Isabelle poderwała się z koca, chwytając kapelusz i białe dziecięce rękawiczki. Nie wściekaj się - powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu. Po prostu jestem zmęczony gadaniem o wojnie. A faktem jest, że kobiety na froncie są bezużyteczne. Waszą rolą jest wiernie czekać na nasz powrót.

[…]

Cristophe wyciągnął szyję, by zobaczyć, co się dzieje. Wywożą skarby z Luwru - domyślił się. Isabelle dostrzegła lukę między pojazdami i przyśpieszyła. Po chwili parkowała już przed należącą do ojca księgarnią. Pomachała Cristophe’owi na pożegnanie i wbiegła do sklepu. Był długi i wąski, zastawiony wysokimi pod sufit regałami z książkami. Wraz z upływem lat ojciec starał się powiększyć zasoby, wstawiając do księgami regały wolnostojące. W rezultacie tego “ulepszenia” powstał przedziwny labirynt. Można było w nim krążyć, zagłębiając się coraz dalej w czeluści sklepu. Na samym końcu stały książki dla turystów. Niektóre regały były dobrze oświetlone, inne znajdowały się niemal w półmroku. Nie sposób było doprowadzić oświetlenia do każdego zakamarka i niszy. Niemniej ojciec Isabelle doskonale wiedział, gdzie znaleźć każdą pozycję. Spóźniłaś się - mruknął, podnosząc głowę znad zawalonego papierami biurka. Niedawno musiał mieć do czynienia z prasą drukarską bo czubki palców były ubrudzone na grafitowo. Przypuszczalnie drukował jeden ze swych tomików poezji, których nikt nigdy nie kupił. Wydaje mi się, że chłopcy są dla ciebie ważniejsi niż praca.

[…]

Isabelle weszła za nim do salonu, stanęła przy oknie, ostrożnie uchyliła zaciemniającą żaluzję i wyjrzała na ulicę. Z oddali nadciągał wibrujący dźwięk. W miarę jak narastał, szyba zaczęła drżeć, grzechocząc jak kostki lodu w szklance. Usłyszała wysoki, jękliwy głos, jakby syreny, a po sekundzie ujrzała na niebie czarną flotyllę nadlatującą niczym klucz gęsi w regularnej formacji. Samoloty. Bosze - szepnął ojciec, używając pogardliwej nazwy wroga. Niemcy. Niemieckie samoloty lecące nad Paryżem. Jękliwy dźwięk się wzmógł, przypominał teraz wysoki kobiecy krzyk i raptem gdzieś niedaleko - może w Drugiej Dzielnicy, pomyślała - wybuchła bomba w upiornym rozbłysku jaskrawego światła i w niebo strzeliły płomienie.

[…]

Niemcy zbliżają się do Paryża - odrzekł. Musimy uciekać. Walczyłem w tamtej wojnie. Wiem, co mówię. Niemcy w Paryżu? - parsknęła z niedowierzaniem. To niemożliwe. Mężczyzna odbiegł, kołysząc się na boki i wymachując rękami. Musimy jakoś dostać się do domu - powiedział ojciec, starannie zamykając drzwi księgarni. To nie może być prawda - wybąkała. Rzeczy najgorsze zawsze są prawdziwe - mruknął ponuro. Trzymaj się blisko mnie - dorzucił i wmieszał się w tłum. Isabelle jeszcze nigdy nie widziała takiej paniki. Zewsząd słychać było zatrzaskiwanie drzwi, warkot silników, krzyki i nawoływania. Ludzie wrzeszczeli do siebie i wyciągali ręce, starając się utrzymać razem w tej ciżbie.

[…]

Usiadła prosto i spojrzała przed siebie. Za oknem po swojej stronie ujrzała młodą, przestraszoną kobietę z niemowlęciem przy piersi. Auto poruszało się powoli, niekiedy zatrzymując się na dłuższy czas. Isabelle obserwowała swoich rodaków i rodaczki przepływających obok niej, zmęczonych, wylęknionych i zdezorientowanych. Od czasu do czasu ktoś z niemym błaganiem uderzał pięścią w maskę lub bagażnik samochodu. Pomimo duchoty w środku okna były szczelnie zamknięte. Najpierw czuła smutek z powodu odesłania, lecz teraz zapłonął w niej gniew, gorętszy nawet niż powietrze w tym zaśmiardłym aucie. Była już zmęczona ciągłym rozporządzaniem nią. Najpierw porzucił ją ojciec, potem odsunęła się Vianne. Zamknęła oczy, żeby ukryć napływające do oczu łzy. W półmroku cuchnącym kiełbasą, potem i dymem, ściśnięta obok kłócących się ze sobą dziewczynek, przypomniała sobie pierwszy raz, kiedy została odesłana. Długa jazda pociągiem… Isabelle skulona obok Vianne, która tylko albo siąkała nosem, albo płakała, albo udawała, że śpi. Potem madame patrząca na nią z góry chłodnym wzrokiem. “Nie sprawią kłopotu”.

[…]

Chociaż była wtedy jeszcze bardzo mała, ledwie czterolatka, uznała, że wie, co znaczy samotność, ale była w błędzie. W ciągu trzech lat spędzonych w Le Jardin miała przynajmniej siostrę, chociaż prawie wcale jej nie widywała. Z okna na piętrze spoglądała na Vianne i jej koleżanki, modląc się, by ktoś o niej pamiętał, zajął się nią, a gdy Vianne poślubiła Antoine’a i zwolniła Madame Zarazę (nazwisko, rzecz jasna, nieprawdziwe, ale nader stosowne), Isabelle cieszyła się, że będzie częścią rodziny. Radość nie trwała długo. Kiedy Vianne poroniła, natychmiast pożegnała się z siostrą. Trzy tygodnie później, w wieku siedmiu lat, Isabelle znalazła się w swojej pierwszej szkole z internatem. Dopiero wtedy poznała prawdziwą samotność.

[…]

Przystanęła, napawając się uczuciem samotności i spokoju. Po chwili podjęła marsz. Po kilometrze dotarła do rzadkiego lasku. Stopniowo gęstniał. Zabrnęła w niego już dosyć głęboko, usiłując nie myśleć o bolących stopach, ssaniu w żołądku i suchości w gardle, gdy raptem poczuła dym. I woń pieczeni. Głód sprawił, że przestała się mieć na baczności. Ujrzawszy pomarańczowy poblask ognia, ruszyła w tamtą stronę. W ostatniej chwili uświadomiła sobie grożące jej niebezpieczeństwo i stanęła. A pod jej stopą trzasnęła gałązka. Równie dobrze możesz tu podejść - powiedział męski głos. Nawet słoń poruszałby się ciszej. Isabelle zdrętwiała. Wiedziała, że postąpiła głupio. Samotnej dziewczynie mogło się tu przytrafić coś paskudnego. Gdybym chciał cię zabić, już byłoby po tobie. Była to szczera prawda. Gdyby chciał, mógłby wcześniej podkraść się do niej w ciemności i poderżnąć jej gardło. Zatraciła ostrożność, zaślepiona głodem i upojona aromatem pieczystego. Możesz mi zaufać.

[…]

Usiadła naprzeciw niego na trawie. Nachylił się i podał jej butelkę wina. Pociągnęła długi łyk, tak długi, że zaśmiał się, gdy oddala mu flaszkę i otarła brodę grzbietem dłoni. Niezła z ciebie pijaczka. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Uśmiechnął się. Gaeton Dubois. Przyjaciele mówią na mnie Gaet. Isabelle Rossignol. A, słowik. Wzruszyła ramionami. Słyszała to już niezliczoną ilość razy. Jej nazwisko faktycznie znaczyło “słowik”. Całując córki na dobranoc, mama nazywała je swoimi słowiczkami. Było to jedno z niewielu wspomnień Isabelle o niej.

[…]

Poprosiłem, żebyś poszła ze mną walczyć. Isabelle poczuła coś tak nowego, że nie umiała tego określić. Wiedziała, że jest piękna. Często jej to mówiono. Widziała, jak mężczyźni gapią się z nieskrywanym pożądaniem na jej włosy, zielone oczy, pełne wargi, a zwłaszcza na piersi. W oczach kobiet również widziała odbicie swojej urody, na przykład u koleżanek ze szkoły, które nie chciały, by przebywała zbyt blisko ich chłopaków, i przyklejały jej etykietkę aroganckiej, zanim jeszcze powiedziała bodaj słowo. Uroda stała się kluczem do oceniania jej przez innych, więc podczas dorastania starała się zwracać na siebie uwagę na inne sposoby. Co nie znaczy, że była niewiniątkiem. W końcu dobre siostry od Świętego Franciszka wydaliły ją ze szkoły za całowanie się z chłopcem podczas mszy. Ale teraz było inaczej.

[…]

Budynek szkoły podstawowej nie był duży według miejskich standardów, jednak dosyć obszerny, dobrze wyposażony i z pewnością wystarczający uczniom z gminy Carriveau. Wcześniej mieściły się w nim stajnie zamożnego właściciela ziemskiego, stąd kształt litery “U” z centralnym dziedzińcem jako miejscem dla powozów i dostawców. Miał szare kamienne ściany, jasnoniebieskie okiennice i drewniane podłogi. Dwór, do którego kiedyś przynależał, runął pod ogniem artyleryjskim w czasie Wielkiej Wojny i nigdy nie został odbudowany. Jak wiele innych szkół w małych francuskich miasteczkach, ta również znajdowała się na skraju miejscowości. Vianne siedziała za stolikiem w swojej klasie, patrząc na jasne twarze dzieci i ocierając usta wymiętą chusteczką. Na podłodze przy każdej ławce leżały obowiązkowe maski gazowe. Obecnie dzieci wszędzie je ze sobą nosiły. Grube ściany z kamienia i otwarte na oścież okna pomagały ograniczyć dokuczliwość słońca, ale i tak panował duszny upał. Bóg świadkiem, że i bez niego trudno było się skoncentrować na nauce. Wieści z Paryża były przerażające. Wszyscy mówili tylko o ponurej przyszłości i strasznej teraźniejszości. Linia Maginota została przerwana. Niemcy zajęli Paryż. Francuscy żołnierze ginęli w okopach i dezerterowali z frontu. Vianne od trzech dni, a ściśle biorąc od chwili, gdy zadzwonił jej ojciec, nie zmrużyła oka. Isabelle znajdowała się Bóg wie gdzie między Paryżem a Carriveau, a Antoine nie dawał znaku życia.

[…]

Ostrzeżenie, że dzieje się coś złego, zaczęło docierać do niej stopniowo. Najpierw usłyszała trudny do określenia dźwięk, wibrujący, głuchy pomruk. Potem napłynęły zapachy niepasujące do słodkiej woni ogrodu, gryzące i ostre, kojarzące się z rozkładem. Vianne otarła pot z czoła, świadoma, że rozmazuje po nim czarną ziemię, i szybko wstała z kolan. Wetknęła brudne rękawiczki do kieszeni spodni i ruszyła w kierunku domu. Zanim tam doszła, ukazała się trójka kobiet przypominających cienie i stanęła ciasno zbita na drodze przed jej bramą. Staruszka w łachmanach kurczowo trzymała się młodej kobiety z dzieckiem na ręku i nastolatki z pustą ptasią klatką w jednej ręce i łopatą w drugiej. Wszystkie miały szkliste, rozgorączkowane oczy, młoda matka wyraźnie drżała. Ich twarze były spocone, a spojrzenia zrezygnowane. Staruszka wyciągnęła przed siebie puste, brudne ręce. Ma pani trochę wody? - zapytała dziwnie obojętnie. Bez przekonania. Oczywiście. - Vianne pośpiesznie otworzyła furtkę. Może panie wejdą do środka i odpoczną? Staruszka pokręciła głową. Jesteśmy przed tamtymi. Dla tych z tyłu nic nie zostaje.

[…]

Jestem świetna w dochowywaniu tajemnicy. - Isabelle podeszła do dziewczynki, myśląc: moja siostrzenica. Rodzina. Powiedzieć ci mój sekret, żeby było sprawiedliwie? Sophie entuzjastycznie pokiwała głową. Oczy jej się rozszerzyły. Mogę stać się niewidzialna. Nieee. Zapytaj mamę. Isabelle dostrzegła zbliżającą się Vianne. Wymykałam się przez okna, wślizgiwałam do pociągów, uciekałam z klasztornych lochów. A to wszystko dlatego, że potrafię znikać. Isabelle - powściągnęła ją surowo Vianne. Naprawdę? - zaciekawiona Sophie zadzierała ku niej głowę. Łatwo jest zniknąć - Isabelle zerknęła na siostrę - kiedy nikt nie patrzy. Ale ja patrzę - zawołała Sophie. To czy możesz teraz zniknąć? Jasne, że nie! - roześmiała się Isabelle. Magia działa najlepiej, kiedy nikt się jej nie spodziewa. Zgodzisz się ze mną, prawda? A teraz może byśmy zagrały w warcaby?

[…]

Kapitulacja była gorzką pigułką, ale marszałek Petain to człowiek honoru. Bohater ostatniej wojny z Niemcami. Owszem, był już stary, ale Vianne, jak wielu innych, wierzyła, że pozwala mu to lepiej ocenić zaistniałe okoliczności. Marszałek wymyślił sposób szybkiego zakończenia wojny, żeby nie ciągnęła się latami jak poprzednia, a mężczyźni mogli wrócić do domów. Vianne rozumiała to, co nie mieściło się w głowie Isabelle: Petain skapitulował w imieniu Francji, aby ocalić życie wielu ludzi i to, jak żyli. Co prawda warunki kapitulacji były trudne. Francja została podzielona na dwie z grubsza równe części. Strefa okupowana, obejmująca północną część kraju i regiony nadmorskie (w tym Carriveau), miała znaleźć się pod zarządem Niemców. Środek kraju, tereny poniżej Paryża i aż do linii wybrzeża, miał stać się strefą wolną (nominalnie), zarządzaną przez nowo utworzony rząd z Petainem na czele, ściśle współpracujący z Niemcami, a mający siedzibę w Vichy. Natychmiast po kapitulacji zaczęło brakować żywności. Szare mydło stało się nie do zdobycia. Na kartki żywnościowe nie można było liczyć. Telefony i poczta zaczęły działać zawodnie. Okupanci skutecznie ograniczali komunikację między miastami i miasteczkami. Korespondencję można było wysyłać jedynie na oficjalnie wydawanych niemieckich pocztówkach. Ale nie to było dla Vianne najgorsze. Isabelle stała się niemożliwa we współżyciu. Vianne przyłapywała ją wiele razy na nieruchomym gapieniu się w niebo, jakby zbliżało się stamtąd jakieś straszliwe niebezpieczeństwo.

[…]

Wojna się skończyła? Skończyła?! Przecież widziałaś ich tam, z karabinami, flagami i niemiecką butą! Musimy uciekać, Vi. Zabierzmy Sophie i wyjedźmy z Carriveau. I dokąd pojedziemy? Dokądkolwiek. Może do Lyonu. Do Prowansji. Jak się nazywała ta miejscowość w departamencie Dordogne, gdzie urodziła się mama? Brantóme. Mogłybyśmy odnaleźć jej przyjaciółkę, tę Baskijkę, jak jej tam było? Pani Babineau. Może by nam pomogła. Przyprawiasz mnie o ból głowy. Ból głowy to najmniejszy z twoich problemów -warknęła Isabelle, nerwowo przemierzając pokój. Nie zrobisz niczego głupiego ani szalonego, rozumiesz? Isabelle jęknęła sfrustrowana i pomaszerowała na górę do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Kapitulacja. To słowo utkwiło jej w głowie. Tej nocy, przewracają się bezsennie w łóżku w pokoju gościnnym, czuła się tak przygnębiona i zniechęcona, że nie mogła jasno myśleć. Czy jej przeznaczeniem było spędzić wojnę w tym domu? Czy jak bezwolna, posłuszna dziewczynka miała prać, sprzątać i wystawać w kolejkach po racje żywności? Czy miała się biernie przyglądać, jak nieprzyjaciel robi z Francją, co chce?

[…]

Cokolwiek się wydarzy - mówił spokojny głos - płomień francuskiego oporu będzie płonął i nie zagaśnie. Łzy płynęły po twarzy Isabelle, ale tego nie zauważyła. Francuzi się nie poddali. Teraz musiała jedynie wymyślić, jak odpowiedzieć na to wezwanie. Dwa dni po zajęciu Carriveau Niemcy zwołali zebranie mieszkańców na późne popołudnie. Obecni powinni być wszyscy. Żadnych wyjątków. Mimo to Vianne musiała stoczyć z Isabelle prawdziwą bitwę, by skłonić ją do pójścia. Siostra jak zwykle uważała, że zasady jej nie dotyczą, i poprzez odmowę chciała wyrazić swój sprzeciw. Jakby hitlerowcy przejmowali się tym, co narwana osiemnastolatka myśli o ich okupacji. Zaczekaj tu - powiedziała Vianne z irytacją, gdy w końcu udało jej się wywlec siostrę z domu. Ostrożnie przymknęła popsutą furtkę, której klamka cicho kliknęła.

[…]

W drzwiach stał kapitan Beck z wojskową czapką pod pachą i małą skórzana walizką w ręku. Witam ponownie - rzucił niemal poufale. Vianne bezwiednie podrapała się po szyi. Pod spojrzeniem tego mężczyzny czuła się dziwnie bezbronna. Tędy, panie kapitanie. Powiodła wzrokiem po salonie dekorowanym przez trzy pokolenia mieszkających tu kobiet. Ściany koloru świeżo upieczonej brioszki [francuskie lekko słodkie pieczywo drożdżowe – przyp. aut.]. złotawe sztukaterie, posadzka z szarego kamienia, przykryta dywanem z Aubusson, obite wzorzystym materiałem ciężkie meble, porcelanowe lampy, grube złotoczerwone zasłony, kosztowne bibeloty z czasów, gdy rod Rossignolów był zamożny i zajmował się handlem. Do niedawna ściany zdobiły cenne obrazy. Obecnie zostało trochę malowideł bez wartości. Cenniejsze Isabelle ukryła w stodole. Vianne zaprowadziła kapitana do niewielkiego pokoju pod schodami. Po lewej znajdowała się dobudowana na początku dwudziestego wieku łazienka. Przystanęła, zanim chwyciła za klamkę. Za plecami słyszała jego oddech. Otworzyła drzwi. Ukazał się dość wąski pokój z dużym oknem obramowanym sięgającymi podłogi niebieskoszarymi zasłonami. Na malowanej komodzie były niebieska misa i dzban. W kącie stara dębowa szata z lustrzanymi drzwiami. Przy podwójnym łóżku stał nocny stolik, na nim zabytkowy zegar z pozłacanego brązu. Ku zaskoczeniu Vianne wszędzie walały się ubrania Isabelle, jakby siostra pakowała się na długie wakacje. Vianne zebrała je pospiesznie z przepraszającym uśmiechem. Kapitan postawił walizkę na podłodze. Vianne uśmiechnęła się blado z czystej uprzejmości. Nie musi się pani obawiać - powiedział łagodnie. Upominano nas, żebyśmy się zachowywali przyzwoicie. Moja matka też by tego żądała, a szczerze mówiąc, boję się jej bardziej niż dowódcy. Powiedział to tak zwyczajnie, że Vianne poczuła się zaskoczona. Nie wiedziała, co odpowiedzieć temu obcemu, ubranemu jak wróg, a wyglądającemu jak młody mężczyzna, którego mogłaby spotkać w miejscowym kościele. I jaka była cena za powiedzenie czegoś niewłaściwego. Przepraszam panią za wszelkie niedogodności -dodał kapitan. Mój mąż niebawem będzie w domu. Wszyscy mamy nadzieję być niebawem w domu. Jeszcze jedna zwykła uwaga. Vianne skinęła uprzejmie i zostawiła go samego, zamykając za sobą drzwi.

[…]

Vianne zostawiła go w salonie i poszła na górę. Isabelle siedziała na łóżku Sophie i trzęsła się z gniewu. Na szyi i policzkach wciąż widać było ślady zadrapań, świadczące o tym, co przeszła. Nierówno obcięte włosy dopełniały żałosnego widoku. Co ty sobie właściwie myślałaś, na Boga? Mogłabym go zabić w czasie snu, zwyczajnie poderżnąć mu gardło. I wydaje ci się, że nikt nie szukałby kapitana, który otrzymał skierowanie na kwaterę w naszym domu? Isabelle, oprzytomnij! Odetchnęła, by uspokoić rozedrgane nerwy. Wiem, że między nami są trudne, nie-załatwione sprawy. Wiem, że w dzieciństwie źle się do ciebie odnosiłam, ale byłam zbyt młoda i przerażona, aby ci pomóc. Tata potraktował cię jeszcze gorzej. Teraz jednak nie chodzi o nas, nie możesz się zachowywać impulsywnie jak mała dziewczynka. Chodzi o moją córkę, a twoją siostrzenicę. Obie musimy ją chronić. Ale… Francja skapitulowała, Isabelle. Z pewnością nie umknęło to twojej uwadze. Przecież słuchałaś generała de Gaulle’a. Powiedział…. Kim jest generał de Gaulle? Dlaczego mamy go słuchać? Marszałek Petain jest bohaterem wojennym i naszym przywódcą. Musimy ufać naszemu rządowi.

[…]

Po śmierci mamy Vianne poczuła się taka bezradna. Kiedy ojciec odesłał je, aby w tym miasteczku żyły pod surowym spojrzeniem zimnych oczu kobiety, która nie okazywała cienia uczucia, Vianne… uwiędła. W innym czasie może zdołałaby podzielić się z Isabelle tym, jak mocno przeżyła śmierć mamy, jak odrzucenie przez ojca złamało jej serce. Albo jak odniósł się do niej, gdy miała szesnaście lat i przyjechała do niego w ciąży i zakochana… a została siarczyście spoliczkowana i nazwana bezwstydnicą. I jak Antoine silnie odepchnął ojca i oznajmił: “Zamierzam ożenić się z Vianne”. I odpowiedzią taty: “Doskonale, to ją bierz. Możesz mieć też jej dom. Ale będziesz musiał zabrać także jej rozwrzeszczaną siostrę”.

[…]

Nie mogę tu zostać - oświadczyła Isabelle. Oczywiście, że możesz. Nie interesuje mnie zaprzyjaźnianie się z wrogiem, Vi. Do diabła, Isabelle. Nie waż się… Isabelle postąpiła krok naprzód i rzekła twardo: Prędzej czy później narażę ciebie i Sophie na niebezpieczeństwo. Wiesz o tym. Powiedziałaś mi, że powinnam chronić siostrzenicę. Tylko tak mogę to zrobić. Czuję, że jeśli zostanę tu dłużej, to eksploduję!

[…]

Na plakacie naklejonym na brudną szybę wystawową modystki widniał starzec z ogromnym zakrzywionym nosem, wyglądający chytrze i groźnie, z workiem pieniędzy w rękach. Za nim pokotem leżały skrwawione ciała. Isabelle przeczytała napis dużą czcionką: Juif-Żyd - i przystanęła. Wiedziała, że nie powinna się zatrzymywać. Ostatecznie była to tylko propaganda wroga, toporna próba oskarżenia Żydów o wszelkie zło tego świata, w tym o tę wojnę. Mimo wszystko nie mogła przejść obok takiej podłości obojętnie. Spojrzała w lewo. O niecałe dwadzieścia metrów stąd przebiegała główna ulica miasteczka, La Grande, po prawej był skręt w boczny zaułek. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej kredę. Upewniwszy się, że jest sama, narysowała na plakacie ogromne V, jak victoire - zwycięstwo, zamalowując przy tym jak najwięcej obrazka. Czyjaś ręka chwyciła ją za nadgarstek tak mocno, że aż cicho krzyknęła. Kreda upadła na bruk, potoczyła się po nim i zniknęła w szparze między kocimi łbami. Panienko - powiedział mężczyzna, popychając ją na szybę wystawową i przyciskając jej policzek do zamalowanego plakatu, tak że nie mogła mu się przyjrzeć - czy wie panienka, że to jest verboten [z niem. zakazane – przyp. aut.]? I że grozi za to kara śmierci?

[…]

Vianne przymknęła powieki i pomyślała: “Spiesz się do domu, Antoine”. Tylko na to sobie pozwoliła, na jedno małe błaganie. Jak mogła sama poradzić sobie z tym wszystkim-z wojną, kapitanem Beckiem, Isabelle? Pragnęła marzyć na jawie, udawać, że jej świat wciąż stoi prosto i wcale nie przewrócił się na bok, że zamknięte drzwi do pokoju gościnnego na parterze nic nie znaczą, że Sophie śpi w łóżku matki, ponieważ obie zasnęły podczas czytania bajki, że Antoine wyszedł z domu tego mglistego poranka, żeby narąbać drewna na opał, choć do zimy było daleko. Wkrótce stanie w drzwiach i powie, że teraz wychodzi roznosić pocztę, tak jak zwykle. Może potem opowie jej o egzotycznym stemplu na liście z Afryki lub Ameryki i zainspiruje do wymyślania związanej z nim romantycznej historii?

[…]

W zeszłym tygodniu - Vianne popatrzyła na Rachel z rozpaczą. Isabelle obcięła sobie włosy na oczach kapitana i oznajmiła, że uroda zapewne jest verboten. Rachel nie całkiem udało się stłumić uśmiech. To wcale nie jest śmieszne - żachnęła się Vianne. Naraziła nas na niebezpieczeństwo. On mógł nas przeleż zastrzelić. Możesz z nią porozmawiać - powiedziała Rachel już bez uśmiechu. O tak, mogę. Tylko kiedy ona kogokolwiek posłuchała? […] To boli - jęknęła Isabelle. Mężczyzna szarpnięciem odciągnął ją od wystawy i powlókł za sobą, nie zwracając uwagi, że dziewczyna obija się boleśnie o mury domów. Gdy noga wykręciła jej się na kocich łbach i Isabelle omal nie upadła, ścisnął ją mocniej za ramię i podtrzymał. Dziewczyno, myśl, nakazywała sobie w duchu. Nie ma munduru, czyli pewnie jest z gestapo. To nie była dobra wiadomość. Widział, jak zamalowywała plakat. Czy kwalifikuje się to jako akt sabotażu, szpiegostwa albo oporu przeciwko okupacji niemieckiej? Trudno to przecież porównać z wysadzeniem mostu lub sprzedaniem tajemnic Brytyjczykom. Rysowałam sobie tylko kredą… To miał być wazon z kwiatami… Żadne V, tylko zwykły wazonik, który głupia dziewczyna rysowała na jedynym kawałku papieru, jaki miała pod ręką. Nigdy nawet nie słyszałam o generale de Gaulle’u. A jeśli jej nie uwierzą? Mężczyzna zatrzymał się przed dębowymi drzwiami z kołatką w kształcie lwiego łba pośrodku. Cztery razy uderzył nią w drzwi. D-dokąd mnie pan prowadzi? - Czy to tylne wejście do kwatery gestapo? O przesłuchujących krążyły pogłoski mrożące krew w żyłach. Ponoć byli bezwzględni i sadystyczni, lecz nikt nie wiedział tego na pewno. Drzwi uchyliły się nieco, ukazując starego mężczyznę w berecie. Z mięsistych warg zwisał mu ręcznie skręcany papieros. Na widok Isabelle stary zmarszczył brwi. Puszczaj - warknął prześladowca Isabelle i starzec odstąpił na bok.

[…]

Sięgnął do przewieszonej przez oparcie krzesła skórzanej torby i wyciągnął z niej plik papierów. Oczom Isabelle ukazał się nagłówek: “Niech żyje generał de Gaulle!”. Treścią był list otwarty do marszałka Petaina, potępiający kapitulację. Ostatnie zdanie brzmiało: “Popieramy generała de Gaulle’a”. I co ty na to? - zapytał cicho Henri. Tych kilka słów zawierało zew do boju, na który Isabelle tak długo czekała. Zajmiesz się ich kolportowaniem? Ja? Jesteśmy komunistami i radykałami - oznajmił Henri. Pilnie nas obserwują. Ty jesteś młodą dziewczyną, i do tego ładną. Nikt nie będzie cię podejrzewał. Dobrze, zrobię to. - Isabelle nie okazała wahania. Mężczyźni chcieli jej podziękować, ale Henri ich uciszył. Drukarz naraża życie, powielając te odezwy, a ktoś inny je przepisując. My narażamy się, przywożąc je tutaj, Ale to ciebie złapią przy ich rozdawaniu - o ile dasz się złapać. Dobrze się więc zastanów. To coś innego niż malowanie V na plakacie. Za to grozi kara śmierci. […] Jak taka młoda osoba zdoła ukryć swoje działania przed rodziną? To żaden problem - odparła Isabelle z pozorną beztroską. Moją rodzinę niewiele obchodzę. Tyle że… w moim domu kwateruje niemiecki oficer. I będę musiała naruszać godzinę policyjną. To nie będzie łatwe. Zrozumiem, jeśli się przestraszysz i zechcesz wycofać - powiedział Henri, odwracając się od niej. Pośpiesznie chwyciła plik ulotek. Powiedziałam, że to zrobię.

[…]

Vianne spojrzała we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, z zaułka wyszła właśnie jej siostra z koszykiem w ręku. Wyglądała… podejrzanie, tylko takie okresie nie przyszło Vianne do głowy. Podejrzanie. Nagle kilka innych elementów układanki znalazło się na swoim miejscu. Drobne sprzeczności utworzyły logiczny wzór. Isabelle często wychodziła z domu przed świtem, znacznie wcześniej, niż to było konieczne. Zawsze miała pod ręką dziesiątki usprawiedliwień przedłużającej się nieobecności, których Vianne praktycznie nie słuchała. Złamała obcas, wiatr zerwał jej kapelusz i musiała za nim pobiec, przestraszył ją, zmuszając do nadłożenia drogi, groźny pies. Czy wymykała się na spotkania z chłopakiem?

[…]

Wiem, że martwi się pani o męża - powiedział Beck ściszonym głosem - więc posprawdzałem tu i tam. Ach tak… Nie mam dobrych wieści, bardzo mi przykro. Pani mąż, Antoine Mauriac, dostał się do niewoli wraz z grupą mieszkańców Carriveau. Przebywa w obozie jenieckim. Wręczył jej listę nazwisk i plik oficjalnych pocztówek. Na razie nie wróci do domu.

[…]

Esesman skinął na policjanta, obaj zawrócili i równym krokiem pomaszerowali do szkoły. Proszę pani? Czyjaś rączka pociągnęła ją za rękaw. Mamo? Sophie zaczęła popłakiwać. Dlaczego oni to robią? Bo są przeklętymi hitlerowskimi draniami - warknął Gilles.  Dlatego. Vianne powinna go ofuknąć za używanie brzydkich słów, ale nie miała do tego głowy. Myślała tylko o liście [z nazwiskami wszystkich Żydów i komunistów w miasteczku – przyp. aut.], którą dała Beckowi. Godzinami Vianne zmagała się ze swoim sumieniem. Przez większą część przedpołudnia prowadziła lekcje, ale niewiele z nich pamiętała. Przed oczami miała jeden obraz: spojrzenie, jakie posłała jej Rachel, kiedy wraz z innymi zwolnionymi nauczycielami opuszczała szkołę. W południe Vianne w końcu się poddała. Poprosiła kolegę o zastępstwo, a sama wybiegła do miasta. Stała teraz na skraju głównego placu. Przez całą drogę planowała, co powie, ale na widok flagi ze swastyką na merostwie jej determinacja osłabła. Gdzie spojrzała, widziała niemieckich żołnierzy maszerujących w patrolu lub jadących. Po drugiej stronie Niemiec kierujący ruchem ostro zagwizdał i kolbą karabinu powalił na kolana jakiegoś starca.

[…]

Niewątpliwie znaleźliby te nazwiska i bez ciebie. Zakonnica mówiła głosem łagodnym, a zarazem surowym. Nie to jednak się liczy. Co matka ma na myśli? Wydaje mi się, że skoro trwa wojna, powinniśmy uważniej zajrzeć w głąb siebie. Tu chodzi nie tyle o nich, ile o nas. Łzy napłynęły Vianne do oczu. Ja już nie wiem, co robić. Antoine zawsze się wszystkim zajmował. Wehrmacht i gestapo to więcej, niż mogę udźwignąć. Nie zastanawiaj się nad tym, kim oni są. Myśl raczej o tym, kim ty jesteś, co możesz bezpiecznie poświęcić, a co może cię złamać. To wszystko mnie załamuje. Muszę brać przykład z Isabelle. Ona jest taka pewna siebie i swoich wyborów. Wojna jest dla niej czarno-biała. Nic jej nie przeraża.

[…]

Ale musisz być bardziej ostrożna, Vi. Wiem, że Beck jest młody, przystojny i uprzejmy, ale to hitlerowiec, a oni są niebezpieczni. Zima 1940 roku była najzimniejsza, odkąd ludzie sięgali pamięcią. Śnieg padał dzień po dniu, pokrywając pola i lasy bielą, na gałęziach drzew wisiały sople lodu. Mimo to Isabelle pracowała w każdy piątkowy poranek przed świtem, roznosząc “terrorystyczne odezwy”, jak zaczęli je nazywać Niemcy. W ostatniej ulotce była mowa o operacji wojskowej w Afryce Północnej oraz o tym, że przyczyną braków w zaopatrzeniu nie były wcale blokady stosowane przez Anglików, jak głosiła niemiecka propaganda, lecz rabunkowa gospodarka okupantów, którzy rekwirowali wszystko, co udało się Wyprodukować we Francji. Isabelle roznosiła ulotki już od wielu miesięcy i szczerze mówiąc, nie widziała, żeby robiły na mieszańcach Carriveau jakiekolwiek wrażenie. Wielu z nich wciąż popierało Petaina. Jeszcze innych niewiele to obchodziło. Niepokojąco dużo sąsiadów patrzyło na Niemców, myśląc, “jacy młodzi, to jeszcze chłopcy”, po czym spuszczało głowy i wracało do swoich spraw, starając się nie narażać na niebezpieczeństwo. Do okupantów za to szybko dotarło istnienie buntowniczych druków. Niektórzy Francuzi, mając nadzieję na nagrodę w postaci dodatkowych przydziałów żywności, skwapliwie zanosili wyjęte ze skrzynek odezwy do komendantury.

[…]

Na dworze było upiornie cicho. Przebrnęła w śniegu do bramy i wyszła na drogę. Z powodu śniegu i mrozu rozniesienie ulotek zajęło jej trzy godziny (w tym tygodniu tematem był blitzkrieg - Niemcy tylko jednej nocy zrzucili na Londyn trzydzieści dwa tysiące bomb). Nadszedł świt, blady jak bezmięsny rosół. Isabelle była pierwsza w kolejce do rzeźnika, ale niebawem nadeszły inne kobiety. O siódmej rano żona właściciela sklepu podniosła żaluzje w oknach i otworzyła drzwi. Kalmary - oznajmiła zwięźle. Nie ma mięsa? - zapytała dziewczyna, czując ukłute rozczarowania. Nie dla Francuzów, panienko.

[…]

Przyniósł to Henri Navarre. Syn właściciela hotelu. Nie wiedziałam, że go znasz. Isabelle podarła kartkę na drobniutkie strzępy i rzuciła je na trawę. To komunista, wiedziałaś o tym? - dodała szeptem siostra. Muszę już iść. Nie wierzę, że przez całą zimę wymykałaś się na randki z komunistą. Vianne przytrzymała siostrę za rękę. Przecież wiesz, jak Niemcy ich traktują. Niebezpiecznie jest być widzianą w towarzystwie takiego człowieka. Naprawdę sądzisz, że obchodzi mnie, co myślą Niemcy? - odparła Isabelle, wyrywając rękę.

[…]

[Oregon, 1995] Wysiada z samochodu i otwiera drzwi od strony pasażera, zanim jeszcze sięgnę po torebkę. Otwiera je szeroko, podaje mi rękę i pomaga wysiąść z auta. Na krótkim odcinku między parkingiem a wejściem do budynku muszę przystanąć dwa razy, żeby złapać dech. O tej porze roku drzewa wyglądają zjawiskowo -mówi syn, gdy powoli idziemy przez parking. Tak. To śliwy ozdobne, bardzo piękne, ale mnie przypominają się nagle kasztany na Polach Elizejskich. Syn mocniej ściska mnie za rękę. Ma to oznaczać, że rozumie ból związany z opuszczeniem domu, który od blisko pięćdziesięciu lat był moim sanktuarium. Niemniej teraz trzeba patrzeć w przyszłość, a nie oglądać się za siebie. Na Osiedle Pogodnej Starości i Dom Opieki Bezkres Oceanu. Po prawdzie nie wygląda to źle. Trochę może zbyt surowo prezentują się równe rzędy okien i doskonale utrzymane trawniki oraz amerykańska flaga nad drzwiami. Budynek jest długi i niski. Przypuszczam, że powstał w latach siedemdziesiątych, kiedy niemal wszystko było raczej brzydkie. Od niego odchodzą dwa skrzydła, okalając główny dziedziniec, i wyobrażam sobie, że siedzą w nich staruszkowie na wózkach inwalidzkich, z twarzami zwróconymi ku słońcu, czekając. Dzięki Bogu nie zamieszkam po wschodniej stronie budynku, czyli w domu opieki. Przynajmniej na razie. Nadal potrafię o siebie zadbać, bez obaw, i utrzymać mieszkanie w czystości. […] Już to omówiliśmy, Julien. Jesteś zbyt zajętym człowiekiem. Nie będziesz się musiał o mnie martwić przez dwadzieścia cztery godziny siedem dni w tygodniu. Myślisz, że będę się mniej martwił, kiedy zamieszkasz tutaj? Patrzę na niego, moje ukochane dziecko, i wiem, że moja śmierć wprawi go w rozpacz. Nie chcę, żeby patrzył, jak powoli umieram. Nie chcę tego także dla jego córek. Dobrze wiem, jak to jest; niektórych obrazów, raz ujrzanych, nigdy się nie zapomina. Pragnę, żeby zapamiętano mnie taką, jaką jestem, a nie, jaka będę, gdy rak ostatecznie mną zawładnie. Syn prowadzi mnie do saloniku i siada ze mną na kanapie. Trwamy tak chwilę, po czym on wstaje, nalewa po kieliszku wina i wraca do mnie na sofę. Zastanawiam się, co poczuję, kiedy już stąd po-jedzie, i jestem pewna, że on myśli o tym samym. Wzdychając, sięga do aktówki i wyjmuje plik kopert. Westchnienie ma zastąpić słowa. To moment przejścia z jednego życia do innego. Teraz syn będzie się mną opiekował, nie-odwrotnie. To sytuacja krępująca dla nas obojga. […] List z Paryża. Są na nim zapiski czerwonym atramentem, jakby poczta przesyłała go z miejsca na miejsce po błędnym dostarczeniu. Mamo? - pyta Julien. Jest bystry, nic mu nie umknie. - Co to za list? Sięga po kopertę. Zamierzam ją zatrzymać, nie wypuszczając z palców, ale one odmawiają posłuszeństwa. Serce bije mi nierównym rytmem. Julien rozrywa kopertę, wyjmuje z niej grubą kartkę barwy ecru. Zaproszenie. Po francusku - mówi. - Coś o Krzyżu Wojennym. To z czasów drugiej wojny? Czy to list do taty? No jasne. Mężczyźni zawsze sądzą, że wojna dotyczy tylko ich. W rogu jest odręczny dopisek. Co to takiego? Guerre. To słowo rozpościera wokół mnie swoje czarne skrzydła, staje się tak ogromne, że nie mogę uciec wzrokiem. Wbrew woli biorę do ręki zaproszenie. Dotyczy spotkania passeurs w Paryżu. Chcą, żebym wzięła w nim udział. Jak mogłabym tam pojechać, nie przypomniawszy sobie zarazem wszystkiego - strasznych rzeczy, jakie robiłam, tajemnic, jakie mi powierzono, mężczyzn)’/ który zginął z mojej ręki… i tego, którego także powinnam zabić? Mamo? Co to znaczy passeur? To osoba, która pomagała ludziom w czasie wojny - mamroczę przez ściśnięte gardło.

[…]

[Paryż 1940] Isabelle pośpiesznie wybiegła z księgarni, nie troszcząc się o odłożenie klucza na miejsce. Wrzuciła go do kieszeni żakietu, odpięła łańcuch i wskoczyła na siodełko. Trzymając się bocznych ulic, dotarła do ulicy de Grenelle, skręciła i popedałowała prosto do domu. Mieszkanie przy alei de La Bourdonnais od ponad stu lat było własnością rodziny ojca. Po obu stronach alei stały kamienice z jasnego piaskowca, z balkonami z kutego żelaza i spadzistymi dachami. Frontony domów zdobiły kamienne rzeźby cherubinów. O sześć przecznic dalej wznosiła się dumnie w niebo wieża Eiffla. Wzdłuż alei ciągnęły się kawiarnie i sklepy osłonięte eleganckimi markizami. Zazwyczaj Isabelle spacerowała pomału ulicą, oglądając wystawy i ciesząc się wielkomiejskim gwarem. Ale nie dzisiaj. Kawiarnie i bistra stały puste. Kobiety w zniszczonych ubraniach, z wyrazem znużenia na twarzach, wystawały w kolejkach po żywność.

[…]

Dostałem dobrą pracę w hotelu de Crillon - odparł zmienionym głosem. Jako kelner? Nie wyobrażała go sobie podającego piwo niemieckim prostakom. Odwrócił wzrok. Poczuła żółć podchodzącą jej do gardła. Gdzie pracujesz, tato? W niemieckiej kwaterze głównej w Paryżu - odrzekł. Isabelle zarumieniła się ze wstydu. Po tym, co ci zrobili na poprzedniej wojnie… - zaczęła. Isabelle… Dobrze pamiętam, jak mama opowiadała nam, jaki byłeś przed wojną i jak ciężkie przeżycia cię załamały. Marzyłam, że pewnego dnia mimo wszystko przypomnisz sobie, że wciąż jesteś ojcem, ale to było kłamstwo, prawda? W rzeczywistości jesteś zwykłym tchórzem. Jak tylko pokazali się tu Niemcy, od razu pobiegłeś im pomagać! Jak śmiesz osądzać mnie i to, przez co przeszedłem? Masz dopiero osiemnaście lat. Dziewiętnaście - poprawiła. Powiedz mi, tato, czy przynosisz naszym okupantom kawę albo przywołujesz im taksówki, gdy wybierają się do Maxima? Czy zjadasz resztki z ich obiadów? Zdawał się starzeć, flaczeć na jej oczach. Pożałowała ostrych słów, choć były prawdziwe i w pełni na nie zasługiwał. Ale nie mogła się teraz wycofać.

[…]

Rzuciła walizkę na łóżko i zaczęła się rozpakowywać. Nieliczne ubrania były znoszone i niewarte powieszenia w obszernej szafie obok strojów odziedziczonych po mamie - zwiewnych sukienek, koronkowych wieczorowych sukien, wełnianych kostiumików, ładnych wzorzystych podomek. Oprócz tego kolekcja kapeluszy i pantofli przeznaczonych do tańca w salach balowych i spacerów po Ogrodach Rodina z miłym, odpowiednim dla jej pozycji chłopcem u boku. Stroje pasujące do świata, który zniknął. W Paryżu nie było już żadnych “odpowiednich” chłopców. Poprawka -praktycznie nie było ich wcale. Ukrywali się lub siedzieli w obozach jenieckich na terenie Rzeszy. Przesunęła w bok ubrania w mahoniowej szafie, uzyskując dostęp do tajemnych drzwiczek, które wyłożona w tyle mebla tapeta czyniła praktycznie niewidocznymi. Jej forteca.

[…]

Isabelle wyjechała przed tygodniem. Vianne przyznawała w duchu, że życie bez siostry było jednak łatwiejsze. Skończyły się wybuchy gniewu, prowokacyjne uwagi pod adresem Becka, namawianie Vianne do toczenia jałowych bitew w dawno przegranej wojnie. Czasem jednak dom wydawał się okropnie cichy, a w tej ciszy myśli atakowały Vianne bez pardonu. Tak jak teraz. Leżała bezsennie już od wielu godzin, wpatrując się w sufit i czekając na nadejście świtu. W końcu wstała i zeszła na dół. Nalała sobie kubek ohydnie gorzkiej kawy z żołędzi i wyszła z nią na podwórze, gdzie usiadła na ulubionym krześle Antoine’a pod rozłożystym cisem, słuchając cichych odgłosów krzątania się kur grzebiących w ziemi. Pieniądze praktycznie się skończyły. Odtąd obie z Sophie będą musiały żyć z jej skromnej nauczycielskiej pensji. Jak zdoła wszystkiego nastarczyć? Sama jedna…

[…]

Nagle przeszyła ją straszna myśl, że może być w niebezpieczeństwie. Mężczyzna wepchnął ją do środka, a drzwi zatrzasnęły się za nimi. Isabelle otworzyła oczy, chociaż nikt jej nie pozwolił. Pomyślała jednak, że najlepiej będzie już na początku pokazać, że jest niepokorna. Wzrok nie od razu się przyzwyczaił. W pokoju było dość ciemno i śmierdziało papierosami. Wszystkie okna były zaciemnione. Jedyne światło dawały dwie lampy naftowe. Przy stole, na którym stała tylko przepełniona popielniczka, siedziało trzech mężczyzn. Dwaj byli młodzi, ubrani w połatane kurtki i wystrzępione przy mankietach spodnie. Miejsce pomiędzy nimi zajmował wychudły, wąsaty starzec. Wydał się jej znajomy. Pod ścianą stała kobieta, która pierwsza się z nią spotkała. Cała w czerni, jak wdowa na pogrzebie, paliła papierosa w długiej cygarniczce. M’sieur Levy? - odważyła się zapytać Isabelle. To pan? Tamten ściągnął złachmaniony beret, ukazując lśniącą łysą czaszkę, i aż klasnął w dłonie. Isabelle Rossignol? Znasz tę małą? - zapytał jeden z mężczyzn. Regularnie odwiedzałem księgarnię jej ojca - odrzekł Levy. Zawsze słyszałem, że jego młodsza córka jest impulsywna, niezdyscyplinowana i urocza. Z ilu szkół cię wywalili, Isabelle? Ze zbyt wielu, jak uważa mój ojciec. Na cóż mi jednak w tych czasach wiedza o sadzaniu gości przy stole? - odpowiedziała. Za to nadal jestem urocza. I nadal pyskata. Impulsywność i pochopne słowa mogłyby każdego tutaj narazić na śmierć - odparł Levy.

[…]

Wreszcie będzie robić coś ważnego, co będzie się liczyło; była o tym przekonana. Na razie hitlerowcy są tak pewni siebie, że nie wierzą, żebyśmy mogli stawić im opór - powiedział Levy. Niedługo zmienią zdanie, a wtedy staną się dla nas niebezpieczni. Nie wolno ci nikomu wspomnieć o kontaktach z nami. Nikomu. Także twojej rodzinie. To dla twojego i ich bezpieczeństwa. Isabelle nie przewidywała w tej kwestii żadnych trudności. Nikogo nie obchodziło, co robi i dokąd wychodzi. Dobrze - odrzekła. Więc… co mam robić? Anouk oderwała się od ściany i przestąpiła stos leżących na podłodze ulotek. Isabelle nie widziała dokładnie nagłówka, chyba coś o bombardowaniach Hamburga i Berlina przez RAF. Kobieta sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej niewielką paczuszkę rozmiarów talii kart owiniętą w jasnobrązowy papier i przewiązaną szpagatem. Dostarczysz to do trafiki w starej dzielnicy w Amboise, poniżej zamku. Musisz tam dotrzeć nie później niż jutro o czwartej po południu. Wręczyła Isabelle paczuszkę i połówkę banknotu pięciofrankowego. -W kiosku pokaż ten banknot. Jeśli właściciel wyjmie drugą połowę, oddaj mu przesyłkę. Wyjdź od razu. Nie oglądaj się. Nie rozmawiaj z nim.

[…]

Przez ostatnie sześć dni Isabelle opuszczała Paryż czterokrotnie. Dostarczała przesyłki do Amboise, Blois i Lyonu. Więcej czasu spędzała na dworcach kolejowych niż w paryskim mieszkaniu ojca, co obojgu odpowiadało. Jeśli tylko wystawała w kolejkach po żywność i wracała przed godziną policyjną, ojciec nie miał do niej zastrzeżeń. Obecnie znajdowała się znowu w mieście i zamierzała przejść do drugiej fazy planu. Nie otworzysz ponownie księgarni. Isabelle wpatrywała się w ojca, który stał przy zaciemnionym oknie. W półmroku mieszkanie wydawało się ogromne niczym sala muzeum, w której wystawiono kolekcję zabytkowych przedmiotów. Obrazy w ciężkich pozłacanych ramach (niektórych brakowało, zapewne ojciec je sprzedał), antyczne meble. A gdyby można było wyjrzeć przez okno, ujrzałoby się zapierający dech widok na wieżę Eiffla. Powiedziałeś, że mam znaleźć pracę - odparła nadąsana. Paczuszka w torebce dodała jej energii i siły w konfrontacji z ojcem. Poza tym był już nieźle podpity. Niedługo zwali się na otomanę w salonie i zaśnie, pochrapując i jęcząc przez sen. Kiedy była mała, te przykre dźwięki sprawiały, że pragnęła go utulić. To się dawno skończyło. Miałem na myśli płatną pracę - odparł sucho, dolewając sobie wódki. Nie zgadzam się. Koniec, kropka. Ojciec zignorował jej sarkazm. Nie otworzysz księgarni. Już to zrobiłam. Dzisiaj. Sprzątałam tam przez całe popołudnie.

[…]

Księgarnia Mauriaca była kiedyś ulubionym miejscem spotkań pisarzy i poetów, miłośników literatury i akademików. To z tych suchych, przesyconych zapachem papieru pomieszczeń pochodziły najlepsze wspomnienia Isabelle z dzieciństwa. Podczas gdy ojciec w pokoiku na tyłach zajmował się rachunkami, mama czytała jej bajki i wiersze, a czasem inscenizowała razem z nią rozmaite ciekawe opowieści. Obie były tu przez pewien czas bardzo szczęśliwe, zanim mama ciężko zachorowała, a ojciec zaczął pić. “Moja słodka Isabelle, chodź, usiądź na kolanach tatusia, razem napiszemy dla mamy poemat”. A może tylko wymyśliła sobie to wspomnienie, zbudowała je z okruchów swoich potrzeb i ukryła głęboko w zakamarkach pamięci. Nie umiała na to odpowiedzieć. Obecnie między regałami tłoczyli się Niemcy.

[…]

Mój Boże - szepnęła Isabelle. Anglik? - spytała po angielsku. Nieznajomy milczał. RAF? - spróbowała jeszcze raz. Oczy mu się rozszerzyły. Widziała, że próbuje ocenić, czy może jej zaufać. Powoli skinął głową. Jak długo pan się tu ukrywa? Przez cały dzień - odpowiedział po chwili wahania. Złapią pana - oznajmiła. Prędzej czy później. Wiedziała, że powinna go wypytać o szczegóły, ale nie było czasu. Każda sekunda tu z nim i rozmowa zwiększały grożące im obojgu niebezpieczeństwo. I tak było dziwne, że dotąd nie został schwytany. Musiała podjąć decyzję, czy udzielić mu pomocy, czy jak najśpieszniej odejść w swoją stronę, zanim ktoś ich zauważy. Rzecz jasna, oddalenie się stąd i zajęcie własnymi sprawami było mądrzejszym posunięciem. Wobec tego zdecydowała inaczej. Aleja La Bourdonnais numer pięćdziesiąt siedem - szepnęła cicho po angielsku. Tam właśnie się wybieram. O dziewiątej trzydzieści wyjdę przed dom na papierosa. Podejdzie pan wtedy pod drzwi. Jeśli uda się panu tam trafić, nie będąc widzianym przez nikogo, pomogę panu. Czy mnie pan zrozumiał? Skąd mam wiedzieć, czy mogę pani zaufać? Rozmawiając z panem, popełniam niewybaczalne głupstwo - odparła. A obiecałam komuś, że nie będę impulsywna. No cóż… Okręciła się na pięcie i wyszła z podwórza na ulicę, zamykając za sobą bramę.

[…]

Nie jest pan tutaj bezpieczny. Domyślam się. Uśmiech złagodził jego rysy, pomyślała, że jest tylko młodym chłopakiem, który znalazł się daleko od domu. Może sprawi to panience przyjemność, jeśli powiem, że zniszczyłem przy tym trzy szkopskie maszyny. Powinien pan wrócić do Anglii, żeby dalej walczyć z Niemcami. Pełna zgoda, ale jak tego dokonać? Wybrzeże na całej długości zagradza drut kolczasty i pilnują go patrole z psami. Nie mogę opuścić Francji powietrzem ani morzem. Mam… przyjaciół, którzy ewentualnie mogliby pomóc. Pójdziemy do nich jutro.

[…]

Zaplanowanie wszystkiego zajmie kilka tygodni, może nawet dłużej - powiedział Levy. Spojrzał na Gaetona. Będziemy niezwłocznie potrzebowali pieniędzy. Pogadasz ze swoim kontaktem? Gaeton skinął głową. Chwycił leżący na komodzie czarny beret i włożył go na głowę. Isabelle nie odrywała od niego wzroku. Była na niego zła, czuła to, ale gdy tylko się do niej zbliżył, złość rozwiała się bez śladu. Krótką chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym Gaeton wyminął ją bez słowa i wyszedł. Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem. No to zabieramy się do planowania - rzekła Anouk. Isabelle spędziła sześć godzin w mieszkaniu przy ulicy Saint-Simona. Rozdzielono zadania: zebranie odzieży dla pilotów, zapasów żywności. Przejrzano mapy, wytyczono najbezpieczniejsze trasy; teraz należało znaleźć pewne noclegi po drodze. W końcu plan zaczął nabierać kształtów, przestał być zarysem śmiałego pomysłu. Isabelle podniosła się z krzesła dopiero wtedy, gdy Levy wspomniał o godzinie policyjnej. Towarzysze próbowali ją namówić, by została, ale z pewnością wzbudziłoby to uzasadnione podejrzenia ojca. Zgodziła się jedynie pożyczyć od Anouk długi czarny płaszcz, mając nadzieję, że otulona w niego, przemknie się niezauważona w ciemnościach.

[…]

Musisz znaleźć kobietę nazwiskiem Micheline Babineau - powiedział. To przyjaciółka mamy z Urrugne. Jej mąż zginął w czasie Wielkiej Wojny. Myślę, że chętnie ci pomoże. Aha, powiadom Paula, że bezzwłocznie potrzebuję fotografii. Fotografii? Lotników. Gdy jej milczenie się przedłużało, w końcu się uśmiechnął. - No co ty, Isabelle? Jeszcze nie dodałaś dwóch do dwóch? Ale… Wyrabiam lewe papiery, dziecko. To dlatego zatrudniłem się w kwaterze głównej. Zacząłem od ulotek, które roznosiłaś w Carriveau, ale wkrótce się okazało, że poeta ma rękę fałszerza. Jak sądzisz, kto nadał ci nazwisko Juliette Gervaise? A-ale… Uwierzyłaś, że kolaboruję z wrogiem. Nie mam ci tego za złe. Nagle zobaczyła w ojcu kogoś obcego, złamanego człowieka, który zastąpił okrutnego, obojętnego mężczyznę, jakim jawił się jej dotąd. Podsunęła się do niego na klęczkach i podniosła załzawione oczy. Dlaczego odtrąciłeś mnie i Vianne? Mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, jaka jesteś krucha, Isabelle. Nie jestem krucha - zaperzyła się. Wszyscy jesteśmy, Isabelle - powiedział z cieniem uśmiechu. Tego właśnie uczy nas wojna.

[…]

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się Isabelle w oczy, był wiszący nad ogniem kominka wielki osmalony gar, w którym, sądząc po zapachu, dochodził zawiesisty gulasz. Pod ścianą obszernej izby siedziała przy wielkim, porysowanym stole kobieta. W półmroku zdawało się, że ubrana jest w jednolicie czarne łachmany, ale kiedy starzec zapalił lampę naftową, okazało się, że to męskie bryczesy z surowej wełny i płócienna, sznurowana rzemykiem koszula. Kobieta miała włosy barwy opiłków żelaza i paliła mocnego papierosa. Isabelle rozpoznała ją od razu, nawet po upływie piętnastu lat. Pamiętała piękną plażę w Saint-Jean-de -Luz. W uszach wciąż brzmiał jej chrapliwy śmiech i towarzyszące mu słowa: “Ta ślicznotka przysporzy ci mnóstwo kłopotów, Madeleine, kiedyś nie będzie mogła się opędzić od chłopców”. I mamę mówiącą: “Jesteś za mądra na to, żeby marnować życie na chłopaków, prawda, Isabelle?”. Masz buty ubrudzone ziemią. Szłam pieszo od stacji w Saint-Jean-de-Luz. Ciekawe… Kobieta czubkiem buta podsunęła jej krzesło. Nazywam się Micheline Babineau. Siadaj. Wiem, kim pani jest - odparła Isabelle, nie dodając nic więcej. Lepiej było nie wiedzieć zbyt dużo. Wiedza mogła się okazać niebezpieczna. Czyżby? Jestem Juliette Gervaise. Czemu miałoby mnie to obchodzić?

[…]

Po przydzieleniu każdemu mniej więcej odpowiadających rozmiarami espadryli Eduardo ustawił czterech mężczyzn w szeregu. Obejrzał uważnie każdego z nich, pomacał ubranie i plecak. Wyjmijcie wszystko z kieszeni i zostawcie tutaj. Hiszpanie mogą was aresztować za cokolwiek, a nie po to uciekacie od Niemców, żeby wylądować w hiszpańskim więzieniu. Wręczył każdemu mocny kostur, a sam przerzucił sobie przez plecy ciężki bukłak z winem. Potem klepnął jednego po drugim w ramię tak silnie, że niemal się ugięli. Cisza - polecił surowo. Zawsze. Wyszli z chaty na nierówny teren pastwiska. Świecił blady, niebieskawy księżyc.

[…]

Zmierzch zapadł po raz czwarty. Isabelle straciła poczucie miejsca i czasu. Nie wiedziała, gdzie się znajdują ani jak długo jeszcze potrwa ta męka. Myśli zlały się w jedno błaganie, monotonne jak stawiane kroki: byle do konsulatu, byle do konsulatu, byle do konsulatu. Zatrzymać się - powiedział Eduardo, podnosząc rękę. Isabelle wpadła na MacLeisha. Był zaczerwieniony od chłodu, ze spękanych ust wydobywał się świszczący oddech. W oddali ukazał się patrol żołnierzy w bladozielonych mundurach. Zdążyła pomyśleć: “Jesteśmy w Hiszpanii”, nim Eduardo pchnął ją mocno w zarośla. Kryli się w nich przez długi czas, po czym ruszyli w dalszą drogę. Po kilku godzinach Isabelle usłyszała narastający plusk. Gdy zbliżyli się do rwącej rzeki, wszelkie inne odgłosy zostały skutecznie stłumione.

[…]

Wydostanie się z okupowanej Francji było trudne i niebezpieczne. Natomiast powrót - przynajmniej dla dwudziestoletniej, skorej do uśmiechu dziewczyny - okazał się łatwizną. Po dwóch dniach spędzonych w konsulacie brytyjskim w San Sebastian, zajętych głównie naradami i przesłuchaniami, Isabelle siedziała w pociągu do Paryża, na drewnianej ławce w wagonie trzeciej klasy (nawet z doskonale podrobioną przepustką, pozwalającą na tę podróż, zdobycie miejsca w wyższej klasie było niemożliwe), podziwiając widoki w Dolinie Loary. Było przeraźliwie zimno i tłoczyli się rozkrzyczani niemieccy szeregowcy wymieszani z obywatelami Francji, którzy z nisko pochylonymi głowami starali się nie rzucać w oczy. Isabelle miała w torebce jabłko i kawałek sera, ale choć konała z głodu, nie odważyła się po nie sięgnąć. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że w swych workowatych brązowych spodniach i wełnianym palcie zwraca na siebie uwagę. Spierzchłe, czerwone policzki i suche, popękane wargi również wyglądały podejrzanie. Niemniej prawdziwa zmiana dokonała się w jej wnętrzu. Duma z tego, czego dokonała w Pirenejach, uczyniła ja dojrzalszą. Po raz pierwszy w życiu wiedziała dokładnie, co chce robić.

[…]

Beck sięgnął do kieszeni i wyjął fiolkę leku. Proszę. Vianne podniosła na niego wzrok. Nie było chyba przesadą twierdzenie, że ratował życie jej dziecka? A może Beck chciał, żeby tak myślała? Umiała wytłumaczyć, dlaczego korzysta z zapasów jego żywności. Ostatecznie musiał przecież jeść, a jej obowiązkiem było dla niego gotować. Jeśli więc coś zostawało na dnie garnka… Natomiast to było przysługą, za którą trzeba będzie zapłacić słoną cenę. Proszę wziąć lekarstwo - powiedział łagodnym tonem. Sięgnęła po fiolkę. Przez moment trzymali ją razem. Zetknęły się ich palce i spojrzenia, dokonując krótkiej, niemej wymiany zdań. Padło pytanie i odpowiedź. Dziękuję - wyszeptała. Ależ nie ma za co. […] Sir, jest już Słowik. Proszę ją tu przysłać - odrzekł krótko konsul brytyjski. Isabelle weszła do ciemnego, wykończonego mahoniem gabinetu na końcu długiego korytarza. Nim zdążyła podejść do wielkiego biurka, siedzący za nim mężczyzna wstał na jej powitanie. Dobrze znów panią widzieć. Usiadła na niewygodnym skórzanym krześle i przyjęła zaproponowaną szklaneczkę sherry. Ostatnia przeprawa przez Pireneje okazała się nadzwyczaj trudna pomimo dobrej lipcowej pogody. Jeden z Amerykanów nie mógł się pogodzić ze słuchaniem “babskich” poleceń i odłączył się od grupy. Potem doszły ich słuchy, że został aresztowany przez Hiszpanów. Jankesi, skwitowała Isabelle, kręcąc głową. To mówiło wszystko. Ze swoim kontaktem łanem, pseudonim Wtorek, pracowała od początku i teraz rozumieli się praktycznie bez stów. Z pomocą siatki Paula zorganizowali na terenie całej Francji wiele bezpiecznych kryjówek i mieszkań oraz armię ludzi, którzy za cenę życia gotowi byli pomagać pilotom alianckim w powrocie do domu. Gdy wypatrzyli na niebie opadające spadochrony lub obniżające lot uszkodzone samoloty, zaczynali przeczesywać ulice, szopy, stodoły, opuszczone domostwa, w których mogli się ukryć zestrzeleni alianccy lotnicy. Ci z kolei po powrocie do Anglii nie mogli już brać udziału w nalotach ze względu na wiedzę o rozgałęzionej francuskiej siatce ruchu oporu. Zamiast tego uczestniczyli w szkoleniach, podczas których informowali kolegów o czyhających na nich niebezpieczeństwach, uczyli technik przetrwania na terenie Francji i sposobów znajdowania pomocy. Nowe załogi zaopatrywano w banknoty frankowe, kompasy i fotografie na wypadek konieczności wyrobienia fałszywych dokumentów.

[…]

Wróciła do Paryża okrężną trasą, zatrzymując się w bezpiecznych kryjówkach w Carriveau, Brantóme, Pau i Poitiers, by zwrócić prowadzącym je ludziom wydatki na odzież i żywność przekazaną uratowanym lotnikom. Dla pomagających, którzy narażali przecież własne życie, było to bowiem spore obciążenie. Za każdym razem, gdy w pelerynie z kapturem przemykała się nocą uliczkami Carriveau, myślała o siostrze. Ostatnio zaczęła tęsknić za Vianne i Sophie. Z przyjemnością wspominała spokojne wieczory, gdy we trójkę grały w belotkę albo warcaby, Vianne uczyła ją robić na drutach (z mizernym skutkiem), Sophie plotła trzy po trzy. Czasem zdarzało jej się nawet myśleć, że siostra mogłaby jej ofiarować prawdziwy dom. Na to było już jednak za późno. Isabelle nie mogła narazić Vianne na niebezpieczeństwo swym nagłym pojawieniem się w Le Jardin. Beck na pewno zapytałby, co robiła tak długo w Paryżu. I kto wie, może spróbowałby sprawdzić… W Paryżu wysiadła z pociągu z tłumem pochmurnych, ciemno ubranych ludzi, którzy wyglądali, jakby wyszli z obrazów Edwarda Muncha. Gdy mijała złotą kopułę kościoła Inwalidów, nieoczekiwanie opadła mgła, tłumiąc letnią zieleń listowia. Większość kafejek była nieczynna, ustawione jedno na drugim krzesła sterczały smętnie pod osłoną wyblakłych markiz.

[…]

Isabelle rozejrzała się gorączkowo. Widziała jedynie przestraszony, skłębiony tłum, poniżany i popychany przez policję, rodziny próbujące trzymać się razem. Małe dzieci płakały, jakaś kobieta w zaawansowanej ciąży klęczała i kołysała się w przód i w tył, przytrzymując wydęty brzuch. Przecież tych ludzi jest za dużo… Nie pomieszczą się… - bąknęła Isabelle. Wkrótce zostaną deportowani. Dokąd? Nie wiem. Policjant wzruszył ramionami. Coś przecież musi pan wiedzieć. Do obozów pracy - mruknął. W Rzeszy. Tyle wiem. Ale… tam są kobiety i dzieci… Znów wzruszył ramionami. Isabelle nie mogła tego pojąć. Jak francuscy policjanci mogą tak postępować z paryżanami? Z kobietami i dziećmi? Dzieci nie mogą wydajnie pracować. A tam są tysiące dzieci, kobiety w ciąży… Jak… Widzi pani u mnie dystynkcje oficerskie? Czy wyglądam, jakbym ja to wymyślił? Robię to, co mi każą. Miałem aresztować paryskich Żydów urodzonych za granicą, i to zrobiłem. Chcieli, żeby ich rozdzielić samotnych mężczyzn do Drancy, a rodziny na welodrom. Proszę bardzo! Zrobione. Rząd chce wysłać Żydów z całej Francji na wschód do obozów pracy, więc zaczęliśmy tutaj. Z całej Francji? Isabelle zbrakło tchu. Operacja “Wiosenny Wiatr”. Czyli, że to nie tylko w Paryżu? Nie. To dopiero początek.

[…]

Beck w końcu spojrzał prosto na nią. Pani dzieci nas nie interesują. Urodziły się we Francji. Ich nazwisk nie ma na liście. Lista. Słowo, które nabrało ostatnimi czasy złowieszczego znaczenia. Przed czym chce pan nas ostrzec? - spytała cicho Vianne. Powiadam tylko, że jeśli pani przyjaciółka będzie jutro w domu, to następnego dnia już jej tu nie będzie, Ale… Gdyby była moją przyjaciółką, na pewno znalazłbym sposób żeby ukryć ją choć na jeden dzień. Tylko na jeden? – zapytała Vianne, nie spuszczając z niego w wzroku. Nie mam nic więcej do powiedzenia, drogie panie, i tak postąpiłem niewłaściwie. Gdyby ktoś się o tym dowiedział, poniósłbym surową karę. Bardzo proszę w razie późniejszych pytań nie wspominać o mojej wizycie. Stuknął obcasami, obrócił się na pięcie i odszedł.

[…]

Vianne nie mogła powiedzieć jej bez ogródek, że Sarah została zastrzelona przy próbie przejścia przez granicę. Przecież córka mogła się przed kimś wygadać. Mamo? Sarah wczoraj umarła - powiedziała łagodnie, biorąc Sophie za rękę. Umarła?! Przecież nie chorowała… Czasami tak się dzieje. Vianne pilnowała się, by mówić pewnym tonem. - Bóg powołuje nas do siebie nieoczekiwanie. Sarah poszła do nieba. Będzie tam ze swoją i twoją babcią. Myślisz, że jestem głupia? Sophie wyrwała matce rękę, zerwała się z miejsca i odskoczyła o dwa kroki. Co ty mówisz? Sarah jest Żydówką.

[…]

Oderwała od brzegu rękawa ozdobną lamówkę. Widzisz to czerwone pasemko na gałęzi nad naszymi głowami? Sophie podniosła głowę. Wełna straciła już trochę koloru, spłowiała, ale nadal była dobrze widoczna wśród zieleni listowia. Dziewczynka skinęła głową. Przywiązałam ją tam na pamiątkę po tacie. Ty także możesz zawiązać tę tasiemkę dla Sarah. Za każdym razem, gdy tu przyjdziemy, będziemy mogły ją wspomnieć. Ale tata żyje, prawda? - zaniepokoiła się Sophie. A może mnie okłamałaś… Nie. Nie! Tych, za którymi tęsknimy, wspominamy równie często jak zmarłych, czyż nie? Sophie wzięła lamówkę do ręki. Wspięła się na palce i zawiązała ją na tej samej gałęzi, trochę poniżej miejsca, gdzie wcześniej jej matka zawiesiła swoją wełnę. Vianne pragnęła, by Sophie wróciła do niej, przytuliła się, szukając pociechy, ale córka stała nieruchomo, oczami pełnymi łez wpatrując się w skrawek tkaniny.

[…]

Wyszła z domu, odrywając od kołnierzyka bluzki ozdobną lamówkę i ruszyła chwiejnie w stronę jabłonki. Pamiętała, kiedy dostała od Rachel tę bluzkę. Trzy lata temu. W Paryżu wszyscy to noszą, powiedziała wtedy przyjaciółka. Gałęzie jabłoni wyciągały się do niej jak ramiona. Drżącymi palcami zawiązała tasiemkę na tej samej gałęzi, na której wisiały już czerwona nitka dla Antoine’a i tasiemka dla Sarah. Potem cofnęła się o krok. Sarah. Rachel. Antoine. Kolory się rozmazały i Vianne stwierdziła, że płacze. Proszę Cię, Boże - zaczęła się modlić, patrząc na poruszane wiatrem skrawki materiału, ale urwała. Co znaczą modlitwy, kiedy bliscy odeszli?

[…]

Isabelle miała czelność wyglądać na zranioną. Ale… Dość - ucięła Vianne. Nie zamierzam się przed tobą usprawiedliwiać. Byłam dla ciebie niedobra, mama umarła, tata pił, madame Dumas źle cię traktowała. Wszystko to prawda i zawsze żałowałam, że nie byłam dla ciebie lepszą siostrą, ale teraz z tym koniec. Jesteś jak zwykle bezmyślna i szalona, tyle że teraz to może być zabójcze. Nie pozwolę, żebyś narażała Sophie. Nie wracaj tu, już nigdy. Nie chcę cię więcej widzieć. A jeśli znów się pojawisz, sama na ciebie doniosę. To rzekłszy, weszła po drabinie na górę i z hukiem zatrzasnęła klapę. Musiała czymś się zająć, by nie wpaść w panikę. Obudziła dzieci, dała im lekkie śniadanie i wzięła się do domowych prac. Zebrała ostatnie jesienne warzywa, porobiła weki z ogórkami i cukinią, przyrządziła puree z dyni i również przełożyła je do słoików. Mimo to nie mogła przestać myśleć o siostrze i pilocie w stodole. Jak należało postąpić? Prześladowało ją to przez cały dzień, przyprawiając o ból głowy. Każdy wybór był niebezpieczny. Ostatecznie uznała, że nie powinna mówić o lotniku w stodole. Milczenie było zawsze najbezpieczniejsze. Ale co będzie, jeśli Beck, gestapo i esesmani z psami sami trafią do stodoły? Gdyby kapitan znalazł zbiega na terenie swojej kwatery, nie zyskałby uznania w oczach komendanta. Zostałby poniżony. “Komendant oskarża mnie o nieudolność, bo nie potrafiłem znaleźć zestrzelonego pilota”. Upokorzeni mężczyźni mogą być niebezpieczni. Może wobec tego powinna powiadomić Becka, jak się sprawy mają. Był przecież dobrym człowiekiem. Próbował ocalić Rachel. Załatwił fałszywe papiery dla Ariego. Osobiście pilnował, żeby paczki Vianne były wysyłane do adresata. Być może udałoby się przekonać go, żeby zabrał sobie pilota, a Isabelle zostawił w spokoju. Amerykanin trafiłby najwyżej do obozu jenieckiego w Niemczech, co nie było przecież takim nieszczęściem.

[…]

Pozbycie się zwłok to najłatwiejsza część zadania. Co to za ludzie? - zachodziła w głowę Vianne. Przyjdą tu szukać Becka. A moja siostra nie wytrzyma przesłuchania - powiedziała Isabelle. Musimy ukryć ją razem z córką. Vianne w końcu się otrząsnęła. Rozmawiali o niej, jakby jej tu nie było! Ucieczka tylko potwierdzi moją winę. Nie możesz tu zostać - upierała się Isabelle. To niebezpieczne. Pomijając wszystko inne, to ciekawe, że martwisz się o mnie teraz, gdy już naraziłaś mnie oraz dzieci na niebezpieczeństwo i zmusiłaś do zabicia przyzwoitego człowieka! - wybuchła Vianne. Vianne, proszę cię… Poczuła, że twardnieje w środku. Miała wrażenie, że za każdym razem, kiedy myślała, że już nic gorszego nie może się wydarzyć, spotykało ją coś jeszcze bardziej okropnego. Teraz stała się morderczynią z winy Isabelle. Nie zamierzała słuchać jej rady i opuścić Le Jardin.

[…]

[Oregon 1995] Chodzi o zaproszenie. Zaskoczona, omal nie wypuszczam słuchawki z rąk. Szalenie trudno było panią odnaleźć, madame. Dzwonię w związku ze spotkaniem rodzin ocalonych jutro wieczorem. Spotykamy się dla uczczenia ludzi, dzięki którym kanał przerzutowy do Hiszpanii służył z takim powodzeniem. Czy otrzymała pani zaproszenie? Tak - mamroczę, ściskając słuchawkę. Przykro mi, ale pierwsze zaproszenie, które do pani wysłaliśmy, zostało zwrócone przez pocztę. Proszę wybaczyć opieszałość… Czy przyjedzie pani do Paryża? To nie mnie ludzie pragną zobaczyć, tylko Juliette. A ona już od dawna nie istnieje. Zapewniam, że pani się myli, madame. Spotkanie z panią jest bardzo ważne dla wielu osób. Odkładam słuchawkę tak mocno, jakbym rozgniatała insekta. Nieoczekiwanie jednak pomysł powrotu - powrotu do domu - zagnieżdża się w moim umyśle. Mogę myśleć tylko o tym. Latami trzymałam wspomnienia z dala. Ukryłam je na zakurzonym strychu, z daleka od czujnych oczu. Mężowi, dzieciom, w końcu sobie samej wymówiłam, że nic mnie we Francji nie czeka. Byłam pewna, że uda mi się rozpocząć w Ameryce nowe życie i zapomnieć, co zrobiłam, żeby przeżyć. A teraz nie mogłam zapomnieć. Czy podejmuję decyzję? Świadomą, przemyślaną w szczegółach decyzję, najlepszą z możliwych?

[…]

Vianne tak to zaskoczyło, że nie umiała znaleźć odpowiedzi. Gaeton był gotów oddać życie, by chronić jej siostrę. Obrócił głowę i wpił się w nią wzrokiem. Wpił, a nie spojrzał. Znów ujrzała w tych mrocznych oczach intensywną drapieżność, ale było tam coś jeszcze. Czekał - cierpliwie! - na to, co powie. W jakiś sposób mu na tym zależało. Mój ojciec wrócił z wojny odmieniony - powiedziała cicho, niespodziewanie dla samej siebie. To nie było coś, o czym by dotąd rozmawiała. Gniewny. Złośliwy. Pijący zbyt wiele. Póki mama żyła, jeszcze się hamował. Wzruszyła ramionami. Po jej śmierci już nie musiał. Wysłał Isabelle i mnie z domu, pod opiekę obcej kobiety. Byłyśmy wtedy jeszcze dziećmi i bardzo to przeżyłyśmy. Różnica między nami polegała na tym, że ja pogodziłam się z odrzuceniem. Wykluczyłam ojca ze swojego życia i znalazłam kogoś, kto mnie pokochał. Ale Isabelle… nie umiała się z tym pogodzić. Latami odbijała się od zimnego muru jego obojętności, desperacko walcząc o miłość. Dlaczego mi to mówisz? Isabelle wydaje się nie do złamania. Na zewnątrz to czysta stal, a w środku serce miękkie jak wosk. Nie zrań jej, to chcę powiedzieć. Jeżeli jej nie kochasz…

[…]

Ogień.

Otacza ją, chybocze się, tańczy. Ognisko. Rozmazane nieco przez pojawiające się, to znikające czerwone pasma. Płomień liże jej twarz, mocno parzy.

Jest wszędzie, po czym… znika.

Świat jest lodowaty, biały, przezroczysty i spękany. Ona drży z zimna, patrzy, jak palce stają się sine, pękają i odpadają. Osypują się jak kredowy pył na jej zlodowaciałe stopy.

Isabelle.

Śpiewa ptak. Słowik. To smutna pieśń. Słowik przynosi stratę, czyż nie? Miłość, która odchodzi lub nie przetrwa albo wcale nie zaistniała. Jest o tym taki poemat. Oda.

Nie, to nie ptak.

Mężczyzna. Może król ognia. Książę ukrywający się w zamarzniętym lesie. Wilk.

Zaczyna wypatrywać śladów na śniegu.

Isabelle. Obudź się. Słyszała ten głos w sennym majaczeniu. Gaeton. W rzeczywistości go tutaj nie było. Była sama - zawsze była sama - a cała reszta tylko jej się przyśniła. Była gorąca i zimna, obolała i zużyta. Pamiętała coś - głośny huk. I głos Vianne: “Nie wracaj tu, już nigdy”. Jestem tutaj. Zorientowała się, że usiadł przy niej, bo materac lekko się ugiął.

[…]

Von Richter wziął dla siebie pokój na górze. Vianne oddała mu w użytkowanie całe piętro i przeniosła się razem z dziećmi na parter do mniejszego pokoju gościnnego, w którym spali we troje na podwójnym łóżku. Dawny pokój Becka. Nic dziwnego, że stale jej się śnił. Wciąż wyczuwała w nim ślad jego zapachu i nie mogła przestać myśleć, że nie żyje, że to ona pozbawiła go życia. Pragnęła odpokutować za swoją zbrodnię, ale jak miałaby to zrobić? Zabiła człowieka, i to przyzwoitego, który nie wyrządził jej żadnej krzywdy. Nie miało znaczenia, że był wrogiem i groził śmiercią jej siostrze. Wiedziała, że dokonała właściwego wyboru. Nie chodziło o dobro czy zło, ale o czyn, jaki popełniła. Morderstwo. Wyszła z pokoju, starając się jak najciszej zamknąć za sobą drzwi.

[…]

Odkąd Isabelle pamiętała, ludzie nazywali ją porywczą. A potem nawet lekkomyślną. Przez ostatni rok dorosła na tyle, by umieć dostrzec, że to była prawda. Jak daleko sięgała pamięcią, zawsze najpierw działała, a potem myślała o konsekwencjach. Być może dlatego, że od tak dawna czuła się całkiem samotna. Nie miała bliskich przyjaciół ani znajomych. Nikogo, kto by jej pomógł uporać się z problemami. Poza tym nigdy się zbytnio nie kontrolowała. Może dlatego, że nigdy nie miała wiele do stracenia. Teraz dowiedziała się, jak to jest, kiedy człowiek się boi, pragnąc czegoś - lub kogoś - tak bardzo, że aż serce boli. Dawna Isabelle powiedziałaby po prostu Gaetonowi, że go kocha, i niech się dzieje co chce. Nowa Isabelle chciała odejść, nawet nie spróbowawszy działania. Nie wiedziała, czy ma dość siły, aby znieść kolejne odrzucenie. A jednak… Byli na wojnie. Czas był luksusem, którego nikt nie miał w nadmiarze. Jutro wydawało się nierzeczywiste jak pocałunek w ciemności.

[…]

Była tak zmęczona stawianiem czoła zimnu i własnym nerwom, że dopiero po chwili spostrzegła, iż zrównał się z nią Henri. Rozejrzał się, lecz na takim zimnie i wietrze ulica była pusta. Żaluzje trzaskały, kawiarniane stoliki były puste. Wręczył Vianne bagietkę. Nadzienie jest niezwykłe. To przepis mojej mamy. Zrozumiała - w środku były papiery. Kiwnęła głową. Ostatnio bardzo trudno dostać pieczywo ze specjalnym nadzieniem. Proszę jeść rozumnie - przestrzegł. A gdybym potrzebowała… więcej pieczywa? Więcej? Tyle jest głodnych dzieci. Przystanął, odwrócił się do niej i ucałował ją ceremonialnie w oba policzki. Wówczas proszę mnie znowu odwiedzić. Niech pan powie mojej siostrze, że o nią pytałam. Rozstałyśmy się w gniewie. Wciąż kłócę się z bratem, nawet podczas wojny. Henri uśmiechnął się smutno. W końcu jesteśmy braćmi. Kiwnęła głową z nadzieją, że taka jest norma. Włożyła bagietkę do koszyka i przykryła ją lnianą ściereczką, na wierzch zaś położyła torebkę płatków owsianych i paczkę okrawków od rzeźnika. Popatrzyła za oddalającym się mężczyzną. Z każdym jego krokiem jej koszyk sprawiał wrażenie cięższego. Chwyciła mocniej pałąk i ruszyła w dół ulicy.

[…]

[Oregon 1995] To początek wszystkiego. Albo koniec, w zależności od punktu widzenia. - Ma się odbyć spotkanie po latach. W Paryżu. Nie rozumiem - mówi Julien. Bo też nigdy byś nie zrozumiał. Sięga po moją rękę. Jego dotyk uzdrawia, nie mam co do tego wątpliwości. W jego twarzy widzę całe moje życie. Widzę dziecko, które było mi dane po długim oczekiwaniu… ślady mojej dawnej urody. W jego oczach widzę całą mnie. Wiem, że jest coś, o czym chcesz mi powiedzieć, ale to dla ciebie trudne. Zacznij więc po prostu od początku. Uśmiecham się mimo woli. Ten mój syn jest stuprocentowym Amerykaninem. Myśli, że każde życie da się sprowadzić do uporządkowanej opowieści, która ma początek, środek i koniec. Nie ma pojęcia o ofierze, która kiedyś złożona nie może zostać całkowicie odwołana ani zapomniana. Zresztą skąd mógłby o tym wiedzieć? Chroniłam go przed tym przez całe długie życie. A jednak siedzę teraz w samolocie do domu i mam okazję dokonać innego wyboru niż ten, który uczyniłam, gdy mój ból był jeszcze świeży, a przyszłość niemożliwa. Później - mówię, tym razem całkiem szczerze. Opowiem mu historię mojej wojny i mojej siostry. Oczywiście bez niepotrzebnych szczegółów, oszczędzę mu najbardziej przykrych fragmentów. Powiem mu w każdym razie dość, by mógł poznać prawdziwszą wersję mnie. I nie tutaj. Jestem piekielnie zmęczona. -Opieram się wygodnie w wygodnym fotelu i zamykam oczy. Jak mogę zacząć od początku, skoro myślę wyłącznie o końcu tej opowieści?

[…]

Ostatnimi czasy Paryż przypominał rozhisteryzowaną kobietę. Ciągłe krzyki, wrzaski, niecichnący zgiełk. Gwizdki, wystrzały, warkot pędzących ciężarówek, wściekłe niemieckie nawoływania. Losy wojny zostały odwrócone. Alianci wkroczyli do Włoch, a Niemcom nie udało się ich odeprzeć. Ponosili dotkliwe straty, co prowokowało ich do coraz większej agresji i aktów terroru. W marcu rozstrzelali w Rzymie ponad trzystu ludzi w odwecie za zamach bombowy partyzantów, w którym zginęło dwudziestu ośmiu Niemców. A wreszcie Charles de Gaulle przejął kontrolę nad wszystkimi oddziałami Wolnych Francuzów i w najbliższym tygodniu szykowało się coś dużego. Kolumna niemieckich żołnierzy, dowodzona przez oficera na potężnym białym ogierze, maszerowała bulwarem Saint-Germain w kierunku Pól Elizejskich. Gdy tylko Niemcy przeszli, Isabelle przebiegła przez ulicę i szybko wtopiła się w tłum, idąc ze spuszczoną głową i ściskając w ręku torebkę. Jej ubranie było znoszone jak u większości paryżan, drewniaki głośno stukały o trotuar. Nikt nie nosił już butów na skórzanej podeszwie, bo brakowało skóry. Isabelle mijała długie kolejki kobiet i dzieci, stojące przed piekarniami i masarniami. Od dwóch lat niemal ciągle władze zmniejszały racje żywnościowe i obecnie każdy Francuz musiał przeżyć, spożywając jedynie osiemset kalorii dziennie. Na ulicach nie widywało się psów, kotów ani szczurów. W tym tygodniu w sklepach można było kupić tylko tapiokę i fasolę, nic innego. Na przydworcowym bulwarze piętrzyły się stosy wartościowych rzeczy odebranych ostatnio wywiezionym Żydom, czekając na transport do magazynów, skąd posortowane i popakowane w skrzynie były wywożone do Rzeszy.

[…]

W ciągu półtora roku narastającej niemieckiej brutalności Vianne udało się zapewnić schronienie trzynaściorgu dzieciom, które ukryła w przyklasztornym sierocińcu. Na początku rozpytywała się w najbliższej okolicy, ale z biegiem czasu matka przełożona skontaktowała się z działającym w Stanach Zjednoczonych Amerykańsko-Żydowskim Komitetem Rozdziału Pomocy, będącym przykrywką dla działań zmierzających do ratowania żydowskich dzieci na ogarniętych wojną terenach. Przedstawiciele owego komitetu skierowali do Vianne więcej dzieci znajdujących się w potrzebie, którym mogła udzielić pomocy. Zdarzało się, że przychodziły do niej zapłakane, nieszczęśliwe kobiety, błagając o pomoc dla swojego potomstwa. Vianne nigdy nikomu nie odmówiła, ale takie wizyty napełniały ją strachem. Pewnego gorącego dnia w czerwcu 1944 roku, tydzień po udanej inwazji aliantów w Normandii, gdzie wylądowało ponad sto pięćdziesiąt tysięcy alianckich żołnierzy, Vianne stała w klasie w sierocińcu, patrząc na smutne, skulone w ławkach dzieci. Wydawały się bardzo zmęczone, czemu trudno było się dziwić.

[…]

Naga. Zamknęła oczy, czując obrzydzenie na myśl, że ją rozbierał, dotykał, kiedy była nieprzytomna. W nieprzeniknionej ciemności zdała sobie nagle sprawę z cichego, ale wyraźnego szumu. Na początku myślała, że to krew pulsuje jej w skroniach albo wali serce, desperacko próbując pozostać przy życiu, ale nie, to było coś innego. Silnik. Szumiał gdzieś blisko. Rozpoznała dźwięk, ale nie wiedziała, co to było. Zadrżała, usiłując poruszać zdrętwiałymi palcami stóp i rąk, by pobudzić krążenie w kończynach. Przedtem bolały ją stopy, potem czuła mrowienie, a teraz… nic. Poruszyła głową i mocno o coś uderzyła. Była naga, przywiązana do krzesła wewnątrz… Lodowate zimno. Ciemność. Regularny szum. Ciasnota… Lodówka. Wpadła w panikę, zaczęła gorączkowo szarpać więzy, próbowała przewrócić się razem ze swoim więzieniem, ale nic nie wskórała. Osłabła jedynie i zabrakło jej tchu. Nie mogła zmienić pozycji, palce stóp i rąk odmówiły posłuszeństwa, bo z zimna straciła w nich czucie. Błagam, tylko nie tak, nie w ten sposób… Zamarznie na śmierć. Albo udusi się z braku powietrza. Szmer jej drżącego oddechu powracał do niej echem, otaczał jak kłąb wilgotnej waty. Zaczęła płakać, ale łzy zamarzały, zamieniały się w sople na policzkach. Pomyślała o ludziach, których kochała - o Vianne, Sophii, Gaetonie, ojcu… Dlaczego, kiedy miała sposobność, nie powtarzała im codziennie, jak bardzo ich kocha? A teraz umrze bez przebaczenia Vianne i nie poprosiwszy jej o wybaczenie. Vianne, myślała gorączkowo. Tylko tyle. Jedno słowo. Imię. Po części modlitwa, po części żal i pożegnanie.

[…]

Wpuściła go do domu. Spojrzał na nią i zmarszczki mu się pogłębiły, fałdy skóry wyglądały jak kieszenie topiącego się wosku. Przejechał ręką po przerzedzonych włosach. Przydługie siwe kosmyki podniosły się jak naelektryzowane. Podszedł do niej powoli, lekko utykając. Ten charakterystyczny dla niego sposób szurania stopami przeniósł ją jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w odległą przeszłość. Mama prosząca żałośnie: “Daruj mu, Vianne, on nie jest już dawnym sobą i nie może przebaczyć sam sobie… To my musimy udzielić mu przebaczenia...”. Vianne - wypowiedział jej imię miękko, nieco przeciągle. To z kolei przypomniało jej czasy, kiedy ojciec jeszcze był sobą. Ta myśl była już zresztą dawno zapomniana. Po powrocie ojca z wojny Vianne pogrzebała głęboko wszystkie wspomnienia, a z biegiem lat o nich zapomniała. Nieoczekiwanie do niej powróciły. Przeraziły ją własne uczucia. Przecież ojciec tyle razy ją zranił. Tato.

[…]

Vianne wychwyciła wyznanie, jakie ojciec uczynił między wierszami. W jedyny możliwy sposób opowiadał jej własną historię, choć mówił rzekomo o Isabelle. Chciał rzec, że niejednokrotnie zadawał sobie pytanie, czy postąpił słusznie, wstępując do wojska w czasie Wielkiej Wojny, i zamartwiał się, że ucierpiało na tym dobro jego rodziny. Zdawał sobie sprawę, że wrócił z frontu jako człowiek odmieniony, a straszne przeżycia i ból, jakich doświadczył, oddaliły go od żony i córek, zamiast zbliżyć. Żałował, że odtrącił od siebie rodzinę, zwłaszcza córki, i odesłał je pod opiekę obcej kobiety. Taki wybór musi być niesłychanym ciężarem. Po raz pierwszy Vianne spojrzała na swoje dzieciństwo okiem dorosłej osoby, i to doświadczonej przez wojnę. Wojaczka złamała ojca, zawsze to wiedziała. Mama powtarzała jej wielokrotnie to, co Vianne zrozumiała dopiero teraz. To go złamało. Ty i Isabelle będziecie częścią pokolenia, które przeżyje ten czas i go zapamięta - ciągnął ojciec. Niektóre sprawy trudno będzie wspominać, ale nie da się ich zapomnieć. Będzie wam potrzebna bliskość, powinnyście być razem. Okaż Isabelle, że jest kochana. To smutne, lecz ja nigdy tego nie umiałem. A teraz jest za późno. Mówisz tak, jakbyś się żegnał… Dostrzegła w jego oczach smutek i zagubienie i nagle pojęła, dlaczego tu przyjechał i co chciał jej powiedzieć. Zamierzał się poświęcić dla młodszej córki. Nie wiedziała, jak chce tego dokonać, lecz nie miała wątpliwości co do jego zamiaru. To był jego sposób zadośćuczynienia za te wszystkie odtrącenia. Tato - szepnęła - co ty chcesz zrobić? Dotknął jej policzka ciepłym, pocieszającym ojcowskim gestem. Nie uświadamiała sobie lub nie chciała się do tego przyznać, jak bardzo za nim tęskniła. Chwila pełna nadziei, odkupienia win była jednak taka ulotna.

[…]

Skinął głową i usłyszała kroki za plecami. Drzwi do celi otworzyły się ze skrzypieniem. To nie boli, powtarzała w duchu, to tylko moje ciało. Nie mogą tknąć mojej duszy. Te słowa stały się jej mantrą. Skończyliśmy z tobą. Uśmiechnął się do niej w taki sposób, że przeszył ją dreszcz. Dawajcie go tu. Potykając się, wszedł mężczyzna w kajdankach. Tata. Ujrzała w jego oczach nieme przerażenie i domyśliła się, jak sama wygląda: podbite oczy, popękane, zakrwawione wargi, głęboka rana na policzku… ślady po przypalaniu papierosem na ramionach, krew w rozczochranych włosach. Powinna była zostać tam, gdzie stała, ale musiała do niego podejść. Zaciskając z bólu zęby, powlokła się ku ojcu. Wyglądał zwyczajnie, nie był pobity ani pokrwawiony. Nikt nie miażdżył mu ramienia w żelaznym uścisku. Skoro nie był torturowany, to znaczyło, że jeszcze go nie przesłuchiwali. To ja jestem Słowikiem - powiedział ojciec do jej oprawcy. Czy to chcieliście usłyszeć? Pokręciła głową, szepcząc “nie” tak cicho, że nikt nie usłyszał. To ja jestem Słowikiem - zwróciła się do Niemca łamiącym się głosem. Poranione stopy piekły i bolały. Ty, dziewczyna? - zarechotał Schmidt. Ty miałabyś być cholernym Słowikiem? Ojciec powiedział do Niemca coś po angielsku, czego ten ewidentnie nie zrozumiał. Isabelle załapała. Mogli rozmawiać w tym języku. Stała tak blisko ojca, że mogłaby go dotknąć, ale tego nie zrobiła. Nie poświęcaj się dla mnie - poprosiła. To już się stało.

[…]

Został dziś rozstrzelany - powiedziała Isabelle szeptem. Przyznał się, że to on jest Słowikiem. Nie dziwi mnie to. Kobieta uścisnęła jej rękę. -Pewnego dnia to zrozumiesz, kiedy sama zostaniesz matką. Pamiętam, jak wydawało mi się, że twoi rodzice nie pasują do siebie: Julien, spokojny mól książkowy, a matka, żywe srebro. Wyglądało, że niewiele ich łączy, ale teraz już wiem, że w miłości często tak bywa. To wojna go złamała, wiesz, jak papierosa. Nie do naprawienia. Twoja matka próbowała go ratować. Bardzo się starała. Kiedy umarła… Tak… Wtedy było z nim jeszcze gorzej. Zaczął pić całkiem zapadł się w siebie, zmienił się nie do poznania. Niektóre opowieści po prostu źle się kończą.  Micheline znowu westchnęła. Nawet historie miłosne. A może zwłaszcza one.

[…]

Mimowolnie przeniosła wzrok na małżeńskie łóżko, lecz mogła myśleć jedynie o nim, o znienawidzonym von Richterze. K-kiedy cię nie było… Czy musimy teraz o tym mówić? Chciała wyznać mu prawdę, wypłakać się w jego ramionach, usłyszeć słowa pociechy i zapewnienie, że wszystko się ułoży. Jak jednak miała to uczynić? Antoine przeszedł przez piekło, widziała to w jego oczach. Czerwone pręgi na ciele z pewnością pochodziły od razów pejczem. Kochał ją. To także widziała, czuła całym sercem. Był mężczyzną. Gdyby mu powiedziała, że została zgwałcona, a w jej łonie rozwija się dziecko innego mężczyzny, zagryzłby się tym. Z biegiem czasu zacząłby się zastanawiać, dlaczego nie broniła się przed oprawcą, nie starała się go powstrzymać. A jeszcze później może przyszłoby mu do głowy pytanie, czy nie sprawiało jej to aby przyjemności. Na tym polegał problem. Mogła mu wyznać, że zabiła Becka, ale nie wolno jej się było przyznać do tego, że została brutalnie zgwałcona. Dziecko w jej łonie urodzi się przedwcześnie. Wszystkie dzieci tak się ostatnio rodziły. Najgorsza była obawa, że ten sekret, nawet zatajony, wzniesie między nimi nieprzebyty mur. Bezpowrotnie zniszczy ich związek. Mogłabym ci o wszystkim opowiedzieć - szepnęła z przejęciem. Z jej oczu popłynęły łzy wstydu, utraty, miłości. Głównie miłości. Mogłabym opowiedzieć o kwaterujących u mnie niemieckich oficerach, o tym, jak ciężkie było wtedy życie, jak ledwo udało nam się przeżyć, jak Sarah zginęła zastrzelona na moich oczach i jak silna okazała się Rachel, gdy wepchnęli ją do bydlęcego wagonu, ja zaś przyrzekłam zaopiekować się Arim. Mogłabym opowiedzieć, jak zginął mój ojciec, a Isabelle została aresztowana i wywieziona… ale wydaje mi się, że ty o tym wszystkim wiesz. Boże, przebacz mi, pomyślała. Prawdopodobnie nie ma sensu tego roztrząsać. Być może… Powiodła czubkiem palca wzdłuż głębokiej blizny biegnącej po lewym ramieniu Antoine’a niczym błyskawica. Może najlepiej zapomnieć o przeszłości i zacząć nowe życie. Antoine ją pocałował. Wciąż przytulony do niej, szepnął z ustami na jej wargach: Kocham cię, Vianne.

[…]

W lutym 1945 roku śnieg przykrył nagie zwłoki zwalone na stertę przed nowo wzniesionym budynkiem krematorium. Z kominów wydobywał się cuchnący czarny dym. Trzęsąc się z zimna, Isabelle stała na porannym apelu. Przenikliwy, wilgotny ziąb paraliżował, skuwał lodem płuca, palce u rąk i nóg, rzęsy i powieki. Było jej tak zimno, że bała się, iż straci czucie i upadnie, a wtedy… Z rozpaczą w sercu czekała na koniec apelu, ale nie było gwizdka. Śnieg nie przestawał padać. Kilka więźniarek zaczęło gwałtownie kasłać. Jakaś kobieta padła twarzą w mokrą śniegową breję i już nie wstała. Porywisty wicher dął nieubłaganie. Pojawił się esesman i powoli przeszedł między rzędami więźniarek, świdrując jedną po drugiej groźnym wzrokiem. Wydawało się, że prześwietla je oczami na wylot, widzi pod warstwami szmat ogolone czaszki, czerwone ukąszenia wszy, sine, odmrożone palce, wyłuskuje z tłumu specjalne trójkątne naszywki na obozowych drelichach Żydówek, lesbijek, więźniarek politycznych. Z oddali dochodził głuchy huk eksplozji. Niemiec pokazywał palcem poszczególne więźniarki, które następnie brutalnie wyciągano przed szereg. Także Isabelle. Szarpnięta za ramię, z ledwością ustała na nogach. Pluton esesmanów otoczył wybrane kobiety. Kazano im stanąć parami. Rozległ się przeraźliwy gwizd. Ruszać się! Raz-dwa, raz-dwa! Isabelle pomaszerowała naprzód na zesztywniałych z zimna nogach, czując pieczenie w płucach. Micheline zrównała z nią krok. Zdążyły przejść około półtora kilometra, gdy z warkotem minęła je wyładowana nagimi trupami ciężarówka. Micheline sapnęła ze zgrozy, potykając się o własne nogi. Isabelle podtrzymała przyjaciółkę za łokieć. Maszerowały dalej.

[…]

Nadeszła wiosna, a wraz z nią ostateczny koniec krwawej wojny. Generał Eisenhower zażądał kapitulacji Niemiec. Amerykanie przekroczyli Ren i zajęli dużą część Rzeszy, wojska alianckie wygrywały na wszystkich frontach i zaczęły wyzwalać kolejne obozy. Hitler zamknął się w swoim bunkrze, skąd nadal usiłował dowodzić. A Isabelle wciąż nie wracała. Jakby zupełnie znikła - mruknęła Vianne, zatrzaskując skrzynkę pocztową. Antoine nic nie powiedział. Od tygodni poszukiwali zaginionej Isabelle, która przepadła bez wieści. Vianne godzinami wystawała w kolejkach do telefonu, wysyłała listy z pytaniem do niezliczonych szpitali i organizacji. Oboje z Antoine’em jeździli po obozach przejściowych dla byłych więźniów, ale bez rezultatu. Nigdzie nie natrafili na ślad Isabelle Rossignol. Jak gdyby nigdy nie istniała, przepadła wraz z tysiącami innych osób. Może została zastrzelona tuż przed wyzwoleniem go przez aliantów? Ponoć w jednym z obozów, Bergen—Belsen, wyzwoliciele natrafili na stosy jeszcze ciepłych zwłok więźniów. Dlaczego? Żeby nie mogli nic powiedzieć.

[…]

Rabbi zbliżył się do Vianne i ujął jej rękę w dłonie. Wiemy, że pani go kocha, a on kocha panią. Wiemy też, że Ari jest zbyt mały, żeby to zrozumieć, więc będzie płakał i tęsknił, być może przez lata… Mimo to chcecie mi go odebrać. Pani widzi jedno złamane dziecięce serce. Ja przyjechałem tu z powodu złamanego serca mojego ludu. Rozumie pani? Twarz mu obwisła, wargi się skrzywiły. Proszę pani, podczas tej wojny zginęły miliony Żydów. Miliony - umilkł, by to do niej dotarło. Przepadło całe pokolenie. Musimy się teraz zjednoczyć, odbudować to, co z nas zostało. Jeden mały chłopiec, który nie pamięta, kim był, wydaje się niewielką stratą, ale dla nas jest przyszłością. Nie możemy dopuścić, żeby wychowała go pani w religii, której pani nie zna, i zabierała go do synagogi, kiedy pani sobie przypomni. Ari musi być tym, kim się urodził, musi żyć z własnym ludem. Jego matka na pewno tego by chciała. Vianne pomyślała o ludziach widzianych w hotelu Lutetia, chodzących szkieletach o mrocznym, nawiedzonym spojrzeniu, o ścianie zakrytej fotografiami. Zginęły miliony ludzi. Przepadło całe pokolenie. Zabrakło jej argumentów. Rabbi miał przecież rację. Kto dał jej prawo decydowania o życiu Ariego z dala od swoich? Walczyłaby o swe dzieci do ostatniego tchu, ale nie miała przed sobą przeciwnika, bo obie strony były przegrane.

[…]

Isabelle stała na baczność. Musiała stać sztywno wyprostowana, bo to był apel. Jeżeli zachwieje się i upadnie z powodu zawrotów głowy, oberwie pejczem albo stanie się coś jeszcze gorszego. Nie, to nie był apel. Była teraz w Paryżu, w sali szpitalnej. Czekała na coś. Czy może na kogoś? Micheline poszła porozmawiać z zebranymi w holu pracownikami Czerwonego Krzyża i dziennikarzami, Isabelle natomiast miała zaczekać tutaj. Drzwi się otworzyły. Isabelle - powiedziała Micheline z przyganą. Nie powinnaś tak ciągle stać. Boję się, że jak się położę, to umrę - odparła Isabelle. A może tylko pomyślała sobie te słowa. Podobnie jak Isabelle, Micheline była chuda jak szczapa, jej kości biodrowe sterczały niczym guzy pod bezkształtną sukienką. Niemal całkiem wyłysiała, jedynie tu i ówdzie sterczały kępki stalowoszarych włosów, i nie miała brwi. Na szyi i ramionach widniały brzydkie, ropiejące liszaje. Chodź - powiedziała. Wyprowadziła Isabelle z pokoju i powiodła przez milczący tłum ocaleńców w brudnych łachmanach i wzruszonych, płaczących rodzin, między którymi kręcili się gorączkowo reporterzy, zadając pytania. Zaprowadziła przyjaciółkę do znacznie cichszego pomieszczenia, gdzie siedzieli na krzesłach byli więźniowie obozu. Isabelle usiadła posłusznie na wolnym krzesełku i złożyła dłonie na kolanach. Płuca piekły ją i paliły przy każdym oddechu, czuła narastające pulsowanie w skroniach. Już pora, żebyś wróciła do domu - powiedziała Micheline.

[…]

Isabelle objęła mocno Micheline, a potem spojrzała w jej poznaczoną zmarszczkami, poszarzałą twarz. Kochałam cię, Micheline - powiedziała ciepło i ucałowała przyjaciółkę spierzchniętymi wargami. Nie mów o sobie w czasie przeszłym, Isabelle. Ale ja jestem przeszłością. Dziewczyna, którą byłam… Ona nie odeszła, Isabelle. Jest chora i była okropnie traktowana, ale istnieje. Miała lwie serce. Teraz ty używasz czasu przeszłego. Prawdę mówiąc, Isabelle zupełnie nie pamiętała tamtej dziewczyny, która bez zastanowienia wstąpiła do francuskiego ruchu oporu. I lekkomyślnie sprowadziła jednego zestrzelonego pilota do paryskiego mieszkania ojca, drugiego zaś ukryła w stodole siostry. Która po wielekroć przemierzała Pireneje i zakochała się bez pamięci podczas ucieczki z okupowanego Paryża.

[…]

[Paryż 1995] Kurczowo ściskam drewnianą krawędź mównicy. Moja siostra Isabelle była osobą bardzo żywiołową - zaczynam niezbyt głośno. Do wszystkiego, co zamierzyła, ruszała z pełną prędkością i bez hamulców. Kiedy była mała, nieustannie się o nią zamartwialiśmy. Ciągle uciekała ze szkół z internatem, wychodziła przez okna, wskakiwała do pociągów, albo z tych szkół ją wyrzucano. Uważałam wtedy, że jest lekkomyślna i nieodpowiedzialna, bo piękna, co automatycznie tak ją klasyfikowało w moich oczach. W czasie wojny wykorzystała to błędne mniemanie przeciwko mnie. Nagadała mi, że ucieka z ukochanym do Paryża, a ja uwierzyłam jej bez zastrzeżeń. Uwierzyłam jej… I po tylu latach wciąż mi to doskwiera. Powinnam się domyślić, że Isabelle jedzie do Paryża nie za chłopakiem, lecz za swymi przekonaniami, by robić coś ważnego. - Na moment przymykam powieki i przypominam sobie ją w objęciach Gaetona, jak patrzy na mnie załzawionym wzrokiem, z ogromną miłością. Potem zamyka oczy, szepcze coś, czego żadne z nas nie dosłyszało, i wydaje ostatnie tchnienie w ramionach mężczyzny, który ją kochał. Wówczas widziałam w tym straszną tragedię, lecz teraz widzę czyste piękno. […] Isabelle i mój ojciec Julien Rossignol wraz z grupą przyjaciół stworzyli kanał przerzutowy pod kryptonimem Słowik. Wspólnie ocalili życie stu siedemnastu pilotom. - Przełykam z trudem. - Podczas wojny nie miałam częstego kontaktu z Isabelle, niewiele rozmawiałyśmy. Trzymała się z dala ode mnie, żeby nie narażać mnie na niebezpieczeństwo, z jakim wiązała się jej działalność. Tak więc o wszystkim, czego dokonała, dowiedziałam się dopiero po jej powrocie z Ravensbruck. - Ocieram łzy z oczu. Nie słychać skrzypienia krzesełek ani szurania stóp. Publiczność siedzi nieruchomo, wpatrzona we mnie. Przystojna twarz Juliena jest studium zaskoczenia. Po raz pierwszy o tym wszystkim słyszy. Po raz pierwszy w życiu dostrzega między nami bardziej zatokę niż most. Teraz nie jestem po prostu jego matką, jego przedłużeniem. Jestem pełną kobietą, on zaś nie wie, co ma z tym fantem zrobić. -Isabelle, która powróciła z obozu koncentracyjnego, nie była tą samą kobietą, która przeżyła bombardowanie Tours i wielokrotnie przeszła przez Pireneje. Isabelle, która wróciła do domu, była złamana i ciężko chora. Wielu rzeczy w życiu nie była pewna, ale akurat nie tego, czego dokonała. - Wodzę wzrokiem po obecnych. - W przeddzień śmierci siedziała razem ze mną w ogrodzie. W pewnym momencie wzięła mnie za rękę i powiedziała: “Wiesz, Vianne, już mi wystarczy”. “Ale czego?”, zapytałam. “Mojego życia”, odparła. “Już mi go wystarczy”. Tak też się stało. Wiem, że Isabelle ocaliła niektórych z tutaj obecnych, ale wiem także, że i wy byliście dla niej ocaleniem. Isabelle Rossignol umarła jako bohaterka i zakochana dziewczyna. Nie mogłaby dokonać innego wyboru. Pragnęła tylko jednego: by o niej pamiętano. Dziękuję wam wszystkim, że nadaliście jej życiu znaczenie, wydobywając z niej to, co miała w sobie najlepszego, i pamiętacie o niej nadal, po tych wszystkich latach. Po wypowiedzeniu tych słów, przestaję zaciskać palce na krawędzi mównicy i wracam na swoje miejsce.

[…]

[Gdzieś nad Francją 1995] Opowiadanie historyjek to działka mężczyzn -mówię. To najprawdziwsza i najprostsza odpowiedź na jego pytanie. Kobiety żyją dalej. Dla nas ta wojna była czym innym niż dla nich. Kiedy się skończyła, nie brałyśmy udziału w paradach, nie dostawałyśmy medali, nie wspominano o nas w książkach historycznych. W czasie wojny robiłyśmy to, co do nas należało, a gdy się skończyła, pozbierałyśmy kawałki i zaczęłyśmy życie od nowa. Twoja siostra równie rozpaczliwie jak ja pragnęła o tym zapomnieć. Być może popełniłam błąd. pozwalając jej na to. Może jednak powinniśmy o tym rozmawiać. Czyli Isabelle ratowała lotników, tata był jeńcem wojennym, a ty zostałaś w domu razem z Sophie. Wiedziałam, że syn patrzy na mnie już innymi oczami, zastanawiając się, czego jeszcze nie wie. Co robiłaś w czasie wojny, mamo? Starałam się przetrwać - odpowiadam cicho. To proste wyznanie sprawia, że zalewa mnie nieznośna tęsknota za córką, bo prawda jest taka, że starałyśmy się przetrwać razem. Wbrew wszelkim przeszkodom. Pewnie nie było to łatwe… Nie było. Zaskakują mnie moje słowa.

[…]

[Gdzieś nad Francją 1995] Przywróciłeś mnie do życia, Julien - mówię, głaszcząc syna po policzku. - Kiedy wzięłam cię na ręce po piekle, jakie przeszłam, znowu mogłam swobodnie oddychać. I pokochać twego ojca jak dawniej. Nigdy wcześniej tak o tym nie myślałam. O tej prawdzie, że to Julien przywrócił mnie do życia. Jego narodziny były cudem w morzu rozpaczy. Dzięki niemu Antoine, Sophie i ja znowu byliśmy rodziną. Dostał imię po moim ojcu, którego nauczyłam się kochać stanowczo zbyt późno, bo dopiero po jego śmierci. A Sophie stała się starszą siostrą, tak jak zawsze tego pragnęła. Wreszcie opowiem memu synowi całą historię. Wspomnienia będą bolesne, ale znajdzie się w nich także radość. Opowiesz mi o wszystkim? Prawie o wszystkim - odpowiadam z uśmiechem. Pamiętaj, że rodowita Francuzka musi mieć swoje tajemnice. Tak będzie. Jedno z pewnością zachowam w tajemnicy. Uśmiecham się do moich dwóch synów, którzy powinni byli mnie złamać, a zamiast tego ocalili, każdy na swój sposób. Dzięki nim wiem teraz, co w życiu ważne; wcale nie to, co straciłam, lecz moje wspomnienia. Rany się zabliźniają. Miłość trwa. My także trwamy.

Kristin Hannah, Słowik

Sfilmowana powieść historyczna Kristin Hannah – amerykańskiej pisarki przenosi akcję tej wzruszającej opowieści przede wszystkim do okupowanej w czasie II wojny światowej Francji, zarówno do Paryża jak i do fikcyjnego miasteczka Carriveau, położonego gdzieś w Dolinie Loary, ogólnie rzecz ujmując, w lata czterdzieste ubiegłego wieku, choć także i do stanu Oregon w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale już pięćdziesiąt lat później od głównego nurtu zaprzeszłych wydarzeń. Młoda matka Vianne i jej młodsza siostra Isabelle, to pozornie dwa różne światy osobowościowe. Nieco wycofana i zarazem łagodna Vianne „żyje” ustabilizowanym życiem rodzinnym, w którym upatruje swego człowieczego spełnienia i życiowego przeznaczenia, w przeciwieństwie do dynamicznej i temperamentnej Isabelle, której burzliwe życie wciąż szuka swej odpowiedniej ekspresji, a i finalnego potem pojednania. Okazuje się jednak, że w obliczu wojny, zwłaszcza w traumie, jaką ona przynosi obie postaci, każda na swój "uwikłany" sposób stają się, chcąc nie chcąc bohaterkami wspólnej sprawy - ratowania pojedynczego życia ludzkiego. Dorastając do takiej wielkości, niebawem zrozumieją, że tak naprawdę przeżyć, to znaczy kochać najtkliwsze o swym życiu - chwytliwe wspomnienia.



powrót ››