Blog

 

16.03.2024

Szczęśliwcy

„Porty to pęknięcia na naszej skórze”


„Świat jest skończony i nieustępliwy,

tak jak i czas”


„niebo leży pod stopami twojej matki”


„Owinę drogę wokół talii jak pasek – śpiewa

 – i będę chodził po ziemi,

nawet jeśli nikt mnie nie zobaczy”

[…]

Wzdłuż baru stoi wielu somalijskich marynarzy z Tiger Bay; apaszka na szyi, zegarek z dewizką i kapelusz trilby [model posiadający wąskie rondo, które z przodu opada a tyłem unosi się do góry – przyp. aut.] nadają każdemu z nich wygląd ni to gangstera, ni to dandysa. Jeden Mahmood ma na głowie homburg [miękki kapelusz filcowy podobny do tyrolskiego, przepasany jedwabną taśmą nad nieco podwiniętym niedużym rondem, z charakterystycznym zagłębieniem na środku główki – przyp. aut.], który zachodzi nisko na jego wymizerowaną twarz i smutne oczy. Cichy z niego człowiek, zawsze pojawia się i znika bezszelestnie, gdzieś w pobliżu marynarzy, hazardzistów i złodziei. Kiedy jest niedaleko, mężczyźni przysuwają bliżej swoje rzeczy i śledzą jego wysmukłe, eleganckie palce, ale Tahir Gass, dopiero co wypuszczony ze szpitala psychiatrycznego w Whitchurch, nachyla się ku niemu, szukając przyjaźni, którą Mahmood nie zamierza go obdarzyć. Tahir podąża drogą, na której nikt nie może ani nie chce mu towarzyszyć, jego kończyny drżą od niewidzialnych elektrowstrząsów, a twarz jest ekranem kinowym, na którym wyświetlają się dzikie grymasy.

[…]

Że niby ja pochodzę z dżungli? Chciałbym pochodzić z dżungli! Powiedziałem mu, rozejrzyj się, to jest dżungla, wszędzie krzaki i drzewa, w moim kraju nic nie rośnie. Ismail kończy dowcip, po czym odpowiada Mahmoodowi: A skąd mam wiedzieć? Zapytaj któregoś z twoich oszustów. Mahmood prycha, zirytowany, wypija espresso na raz, chwyta swój piaskowy płaszcz przeciwdeszczowy, po czym przedziera się przez tłum i wychodzi za drzwi. Zimne powietrze uderza go w twarz jak szpadel i mimo że Mahmood natychmiast wciąga na siebie marynarkę, gorzka lutowa noc chwyta go w swoje łapy, potrząsa nim i każe mu szczękać zębami. Nad wszystkim, co Mahmood widzi, unosi się szara smuga – skutek uderzenia rozżarzonego kawałka węgla, który wyleciał z pieca prosto w jego prawe oko. Ból w tak czystej postaci, że poderwał go do góry i cofnął na stygnący klinkier. Stukot łopat i kilofów porzucanych przez palaczy, którzy skoczyli ku niemu z pomocą, ich ręce odrywające mu palce od twarzy. Łzy zniekształciły ich znajome rysy, w ponurej maszynowni jedynie ich oczy stanowiły jasne punkty; kiedy trzewiki głównego inżyniera schodziły po stalowych schodach, rozległ się alarm. Potem nastąpiły dwa tygodnie w szpitalu w Hamburgu z grubym bandażem owiniętym wokół głowy. Ta smuga i ból pleców to jedyne fizyczne pozostałości po czasie spędzonym na morzu. Od prawie trzech lat nie wszedł na pokład statku, nic, tylko praca w odlewni i przy małych kotłach w więzieniach lub szpitalach. Morze wciąż go przyzywa, równie głośno, jak mewy kołujące po niebie, lecz jest Laura i są chłopcy, którzy go tu zakotwiczają. Synowie mają wygląd Somalijczyków pomimo walijskiej krwi matki, chwytają się jego nóg, wołając „tatusiu, tatusiu, tatusiu”, zmuszają, by schylił głowę, i mierzwią jego wypomadowane włosy, wyciskając mu na policzkach siarczyste całusy, które pachną oranżadą w proszku i mlekiem.

[…]

Widok jest niesamowity, urzekający i za każdym razem zapiera mu dech w piersiach. Mahmood wcale by się nie zdziwił, gdyby ta bulgocząca, sycząca, nasączoną benzyną połać wypluła jakąś wyspę lub wulkan. Do rana woda jednak zawsze się ochładza i odzyskuje posępną, ciemną jednolitość. Doki oraz Butetown zajmują zaledwie dwa i pół kilometra kwadratowego, ale dla Mahmooda i jego sąsiadów to istna metropolia. Sto lat temu szkocki arystokrata, który wynurzył się gdzieś z bagien, zbudował doki i nazwał ulice imionami swoich krewnych. Mahmooda doszły słuchy, że pierwszy na świecie czek na milion funtów wystawiono właśnie tu, na Giełdzie Węglowej. Nawet jeszcze teraz do pracy w Handlowym Urzędzie Morskim lub w Izbie Celnej ściąga rano specjalny gatunek mężczyzn w melonikach. Zarówno w Urzędzie Morskim, jak i w Związku Marynarzy każdy wie, do których drzwi należy zapukać, jeśli się chce uniknąć kłopotów, a dotyczy to zarówno białych, jak i czarnych pracowników. Poza dzielnicą finansową okolica jest dla wszystkich, toteż wszyscy żyją tu w ścisku, zepchnięci na bok przez tory kolejowe i kanały, które oddzielają ich od reszty Cardiff. Labirynt krótkich mostków, śluz kanałowych i linii tramwajowych wprawia w dezorientację nowo przybyłych; jeszcze niedawno somalijscy marynarze zawieszali na szyi tabliczkę z adresem swojej kwatery, licząc na pomoc przechodniów w odnalezieniu tego miejsca. Kanały służą jako teren zabaw dla małych dzieci i pewnego razu, kiedy dwoje z nich zaginęło, Mahmood spędził smutną, bezsenną noc na przeszukiwaniu mulistej wody. Dzieci znaleziono rano – jedno białe, drugie czarne, jedno i drugie utonęło.

[…]

Violet marzy tylko o tym, by położyć się płasko na łóżku i zasnąć, ale musi jeszcze spisać dzienny utarg, zabezpieczyć drzwi od frontu – górny i dolny rygiel, dwa zwykłe zamki plus zamek yale – a następnie tylne drzwi. Potem przeniesie metalową kasetkę z pieniędzmi do sypialni. Ciężar tych wszystkich zajęć przykuwa ją na chwilę do krzesła, lecz Violet zmusza się, by wstać, i jak automat wraca do przylegającego do części mieszkalnej sklepu. Nawet o tak późnej porze muzyka przebija się przez mury z sąsiedniego pensjonatu prowadzonego przez Maltańczyków – rock and roll z sugestywnym saksofonem i pulsującą perkusją. Diana wali pięścią w gipsową ścianę, żeby się uciszyli. Wybuch, który przeżyła w czasie wojennej służby w WAAF [kobieca służba pomocnicza w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii – przyp. narratora], spowodował, że nie dosłyszy na jedno ucho, ale Maltańczycy grają swoją muzykę tak głośno, że umarłego by obudziła. Córka Diany już śpi, gdy ta wkłada koszulę nocną i wsuwa się pod pikowaną jedwabną kołdrę, prezent ślubny od Violet, który z jakiegoś powodu w jednym rogu wciąż jeszcze pachnie wodą kolońską Bena. Noc zawsze sprawia, że jego obecność przesłania jego nieobecność. Diana wyciąga spod poduszki dziennik Bena. Ostrożnie ściska niewielki niebieski blok, żeby nie powypadały z niego luźne kartki. W świetle lampy papier wydaje się przezroczysty, a drobne, równe pismo Bena unosi się w powietrzu niczym łańcuch ważek. Diana mruga dwukrotnie i przysuwa dziennik bliżej, aby unieruchomić słowa. W tym momencie nie są już głosem martwego człowieka – stają się czymś, co pozwala jej wierzyć, że on wciąż jest w Egipcie: chowa się przed burzą piaskową, włóczy się po suku [bazar dla lokalsów – przyp. aut.] gdzieś w Suezie czy Bardii w poszukiwaniu pamiątek, które przywiezie do domu, szykuje się do nocnego lotu na wellingtonie z „chłopakami” z 38 Dywizjonu. Przed wojną nie zdawała sobie sprawy z tego, jak Ben potrafi pięknie pisać. Nawet nudę dni wypełnionych czytaniem wszystkiego, co tylko wpadło mu w ręce, przelewał na papier w taki sposób, że mogła odczuć duszące znużenie w jego namiocie. Teraz opustoszałe stanowiska bojowe Włochów, pełne porzuconych ciężarówek, motocykli, butów wojskowych i lornetek, są jej równie znajome, jak poruszane parą urządzenia w wesołym miasteczku z dzieciństwa. Rtęciowy blask Morza Śródziemnego oświetlonego przez księżyc w pełni zasługuje na więcej miejsca w jej pamięci niż mętne Morze Irlandzkie.

[…]

Drżąca Violet trzyma się Diany i próbuje uspokoić nerwy; nie chodzi tylko o to włamanie ani też o poprzednie, ani o jeszcze wcześniejsze, lecz o listy, które lądują na wycieraczce, z zawiadomieniem o krewnych zamordowanych w Europie Wschodniej. Imiona, które z trudem przypomina sobie z dzieciństwa, postaci, które ledwie potrafi zidentyfikować na czarno-białych portretach rodzinnych, przychodzą do niej w snach, tłoczą się przy stole w jadalni i proszą o więcej jedzenia, więcej wody, o miejsce do odpoczynku: „proszę, proszę, proszę” – błagają ją po polsku – „kuzynko, ocal mnie, kuzynko, ratuj”. Nigdzie nie czuje się już bezpiecznie, jakby świat próbował zmieść ją z powierzchni, ją i takich jak ona, jakby usiłował wpełznąć przez zamknięte drzwi i okna, aby wykraść życie z ich płuc. Awram nie żyje, Chaja nie żyje, Szmul nie żyje. Na Litwie, w Polsce, w Niemczech. Coraz więcej imion, które trzeba dopisać na tablicy pamiątkowej w synagodze. Fakty wciąż wydają się nierzeczywiste. Jak oni wszyscy mogli zginąć? Rośnie stos listów od Volackich z Nowego Jorku i Londynu, ale coraz mniej w nich sensu, są tylko pogłoski o tym, kto i gdzie stracił życie, kiedy i jak. Kroplówka śmierci z miligramem radosnych wieści wciśniętym na końcu – narodziny w Stepney, dyplom ukończenia studiów na Brooklynie.

[…]

Na podłodze przy łóżku leży atlas, Violet sięga po niego i kartkuje go. Czerwień imperium brytyjskiego zabarwia wiele z jego stron. Ostatnio musiała dużo nauczyć się o świecie, poznała nazwy miejsc, które brzmią jak z bajki – Uzbekistan, Kirgistan, Mandżuria. Silni młodzi mężczyźni i kobiety, którzy ukryli się w lasach i przeżyli Hitlera, rozpierzchli się, uciekając od katastrofy jak najdalej na Wschód, jakby chcieli dotrzeć na kraj świata. Zbieraniem tych włóczęgów, opuszczonych dzieci, które nikomu nie ufają, ale biorą wszystko, co im się daje, zajmują się panny takie jak ona, niemające wymówki w postaci męża i rodziny. Wysyła pieniądze tym dalekim krewnym, a nawet ich pozbawionym środków do życia przyjaciołom, przez banki w Amsterdamie, Frankfurcie, Stambule, Szanghaju, choć nigdy się nie dowiaduje, czy dotarły do nich na czas, czy oni się opamiętają i zawrócą ku cywilizacji, o ile coś takiego jeszcze istnieje. Violet upuszcza atlas na podłogę. Rytm wdechów i wydechów Grace działa na nią uspokajająco, ale nie na tyle, by mogła zasnąć; nasłuchuje, jak Diana zmiata na dole odłamki szkła, jej stopy poruszają się tam i z powrotem po deskach podłogi, nieustraszone i silne, aż w końcu wchodzą po schodach, kiedy pierwsze ptaki obwieszczają świt.

[…]

Jedna z gablot [sklepu Violet – przyp. aut.] nadal wygląda tak, jak zostawił ją ich ojciec – pełna drogich kompasów i inkrustowanych kością słoniową piersiówek, które przekraczają możliwości tutejszej klienteli, lecz wciąż wyróżniają sklep spośród innych przy tej ulicy. Resztę sklepu Volackich wypełniają tanie, popularne towary: wysokie kalosze wiszące na hakach, czarne szkolne tenisówki poupychane w drewnianych schowkach, bawełniane sukienki wdzięcznie powiewające na szynie obok magazynu, wełniane koce zawinięte w bibułkę i złożone na górnych półkach. W oczach Diany ten sklep to „dom wariatów”, wytwór myśli szaleńca, po którym jedna Violet potrafi się poruszać. Towary piętrzą się wokół niej w małych, niestabilnych stertach, a ona sprzedaje noże, brzytwy, liny, sztormiaki i kapelusze z impregnowanego płótna, dobre, mocne buty robocze, worki żeglarskie, fajki, tytoń i tabakę. Jednak prawdziwe pieniądze zarabia na wypłacaniu zaliczek dla odpływających marynarzy. Do głębokich przegródek ciężkiej kasy z ręczną korbą, którą obsługuje jedynie Violet, wpada ponad sto funtów dziennie, nie licząc sejfu czy szuflady przeznaczonych na większe banknoty. Ostatni klienci przychodzą po oficjalnej godzinie zamknięcia, pukają dyskretnie, acz niecierpliwie w szybę, by pilnie kupić pudełko zapałek lub papierosy; każdy nagina trochę prawo, aby ułatwić sobie życie.

[…]

Mahmood musi sobie przypominać, że nie czuje nienawiści do Laury. Że bez niej nie jest mu lepiej. Że te wściekłe myśli pojawiające się w jego głowie, kiedy idzie ulicą, które mówią mu, że jej cycki są za małe, tyłek za płaski, a twarz zbyt pociągła, nie pokrywają się z tym, co naprawdę uważa. Dzięki Laurze osiadł w tej długości i szerokości geograficznej. Jeśli zamieszkał na kwaterze wraz z czarnymi mężczyznami, z którymi nie łączą go ani język, ani kultura czy religia, zrobił to tylko po to, żeby mieć żonę na oku i zachować z nią kontakt, dopóki się nie opamięta. Obserwuje jej towarzystwo i co kilka dni idzie kawałek ulicą, by zobaczyć synów. Pod wieloma względami woli to miejsce od zaniedbanego somalijskiego pensjonatu, który kazano mu opuścić po aferze z meczetem. Ma pokój tylko dla siebie, zamykany na klucz, lepszy od tamtego poddasza zastawionego rozkładanymi łóżkami. Nie musi znosić całonocnego kasłania, plotek ani wody skapującej z prania zawieszonego pod sufitem. Marynarze z pensjonatu byli bandą leniwych żebraków, każdy potrafił tylko zwinąć się w kłębek na łóżku i czekać, aż ktoś inny rozpali rano w piecu. Mahmood przypomina sobie pożółkły regulamin przypięty nad jego głową, który Warsame mu odczytał, zanim kazał mu spakować manatki.

[…]

Murawa w Chepstow ładnie podrosła; mżawka wydobywa zapach gruntu, trawy i końskiego łajna. Mahmood miał ciężki poranek na torze chartów, ale teraz, przy koniach, czuje się lepiej. Kopyta dudnią, ziemia się trzęsie, jego serce łomocze, pozostali gracze wrzeszczą albo szepczą: „Dawaj, dawaj, dawaj!”. Mahmood z trudem łapie oddech, gdy jeden z dżokejów ląduje na ziemi. Odtąd nie wypuszcza z płuc ani odrobiny powietrza, a tymczasem jego koń wyłamuje się z ławy falujących mięśni i grzyw i smagany batem, smagany, smagany, z łbem wysuniętym do przodu przekracza linię mety. Konfetti rzucanych na wiatr kuponów stanowi potwierdzenie, że oto okazał się jednym z niewielu graczy na tyle bystrych, by zaryzykować zakład na tego ogiera; ponad dziesięć funtów wygranej na konia z szansami 20 : 1. Mahmood zmienił zakład w ostatniej chwili, po tym jak zobaczył w padoku to piękne czarne stworzenie. Mógłby przysiąc, że gdy przechodził obok, koń skinął mu łbem trzymanym przez stajennego za cugle. Imię też miał szczęśliwe: Abisynia. Imiona zaczynające się na A zawsze są dla niego dobre – poza tym był w Abisynii, to kolejny znak. Mówi sobie, że powinien częściej zdawać się na A.

[…]

Doc Madison powinien też szybko dostać od niego pięć funtów za noclegi przy Davis Street, zanim pieniądze przelecą mu przez palce, a stary piernik zacznie się go czepiać. Resztę wyda na chłopców i Laurę, żeby sprawić im przyjemność, skoro już spłacił grzywnę sądową. Ten ostatni raz to był błąd – nie tylko kradzież, ale i świętokradztwo, jak napisano w akcie oskarżenia. Za daleko się posunął, wszyscy zwrócili się przeciwko niemu. Buty ze stosu przed zawiją [siedziba bractwa muzułmańskiego, jak też samo bractwo – przyp. narratora] w piątek to jeszcze nic takiego – można było bez większego problemu przyjść z jedną parą, a wyjść z drugą – ale pieniądze z zakatu [jałmużna, jeden z obowiązków muzułmanina – przyp. narratora] były naprawdę haram [islamskie określenie wszystkiego, co jest zakazane – przyp. narratora]. Mijając kino, spogląda w górę, by sprawdzić, co teraz grają: Double Dynamite. A więc to nadal idzie. I nowości: Quo vadis, Afrykańska królowa. Quo vadis obejrzy, na Afrykańską królową kręci nosem. Wydaje za dużo pieniędzy na kino, to jeden z jego głównych nałogów, ale także jego szkoła. Gdzie indziej mógłby dowiedzieć się tak wiele o miejscu, które postanowił nazwać swoim domem? Poznać marzenia tutejszych, ich historię i mity? W ciemnej, zapchlonej sali nauczył się, jak podrywać dziewczyny, jak mówić prawdziwym angielskim, odkrył, jak jego sąsiedzi widzą samych siebie, a jak widzą jego. Filmy uświadomiły mu, że nie ma co liczyć na to, że babki z Adamsdown zmienią swoje nastawienie; zawsze będą go miały za brudnego kulisa w przepasce na biodrach lub rozwrzeszczanego dzikusa z dżungli, którego spotka szybka, nieopłakiwana przez nikogo śmierć. A w najlepszym razie za służącego, który dumnie, z zaciśniętymi wargami, przyjmuje karę w zastępstwie swojego białego pana. Zdumiewa go, że Laura potrafiła zignorować te bzdury i dostrzec w nim mężczyznę, takiego jak każdy inny. Czy to dlatego, że jej rodzina – głodna, rzucająca przekleństwami, rozgoryczona – nie przypominała bogatych, przekomarzających się, wesołych familii, jakie pokazują w filmach? Teraz już wie, że Laura sama należy do klasy służących, którzy równie dobrze potrafią wdeptać czarnego człowieka w ziemię, co podać mu pomocną dłoń, jak bratu. Cokolwiek nią kierowało, zarobione na morzu pieniądze w jego kieszeni z pewnością pomogły.

[…]

Berlin składa list i podsuwa go Mahmoodowi pod nos. Niektórzy ludzie tylko mienią się poetami, ale twoja matka to autentyczny okaz. Ona używa słów, jakby to były strzały. Poezja to wojna, czego innego się spodziewasz? Rozejmu. Naprawdę nie chcesz? Nie, ty go zatrzymaj. Berlin pociera kciukiem o zagniecenie listu, po czym chowa go do kieszeni. Zobaczysz, przyjdzie taki dzień… twoją matkę przysypie ziemia i nikt już nie będzie się modlił za ciebie ani płakał, ani się o ciebie troszczył tak jak ona. Wtedy będziesz grzał swoje serce tymi listami.

[…]

Laura, spokojna i kanciasta, usadziła sobie Marvina na biodrze i kołysze się w przód i w tył, by go uspokoić, a pomarańczowy abażur rozświetla jej brązowe włosy. Matka stoi obok niej, rozmawiają gwałtownie, jak to zwykle one, machają rękami. Omar i David, ubrani w koszulki i majtki, skaczą po łóżku, dokazują. Gdyby tam wszedł, wdrapaliby się na niego jak małpy na drzewo przy wtórze wariackiego śmiechu, podczas gdy ich matka próbowałaby spopielić go wzrokiem. Była i jest groźnym przeciwnikiem, potrafi mu wmówić, że ciemność jest światłem, a światło ciemnością, wściekła na niego do tego stopnia, że gdyby mogła, wypuściłaby z powrotem na Ziemię starotestamentowe plagi.

[…]

W dniu ślubu nadłożył drogi, aby kupić biały goździk do klapy swojego brązowego garnituru. Kiedy dotarł do urzędu stanu cywilnego, zastał Laurę z zaczerwienionymi oczami i sztywnym karkiem. Jej kuśtykająca babka przyjechała aż z Valleys, aby nie dopuścić do ślubu, lecz że nic nie wskórała, siedziała teraz na drewnianym krześle z tyłu sali, czytając Biblię i wykrzykując przez całą ceremonię: „Panie, miej litość nad naszymi duszami!”. Wszystko potoczyło się zbyt szybko i nie tak jak trzeba. Czas pokazał, że powinien był odwiedzić jej rodziców, dowieść im, że nie jest kanibalem czekającym na ich córkę z kotłem, w którym ją ugotuje, powinien był kupić jej pierścionek i zostawić więcej pieniędzy, żeby mogła przetrwać, kiedy on wypływał na morze. Jest przekonany, że w głębi duszy nigdy mu nie wybaczyła, że wyjechał bezpośrednio po pospiesznym skonsumowaniu – w pożyczonym łóżku – ich małżeństwa, ani że spędził osiem miesięcy hen daleko, przeskakując z Kenii na Cejlon, z Cejlonu do Malezji, a stamtąd do Australii i z powrotem. Był to najbardziej lukratywny kontrakt w jego życiu, ale – do licha – to też miało swoją cenę.

[…]

Rzuca „Echo” w stronę Violet, po czym unosi nóż i widelec. Nie uwielbiam, ale dzięki nim cieszę się, że nigdy nie wyszłam za mąż. Cóż, jeśli już „Echo” o tobie pisze, to znaczy, że źle wybrałaś. Czy myślisz, że któryś z naszych mężczyzn posuwa się do takich rzeczy? – szepcze Violet, kładąc gazetę między sobą a siostrzenicą. Diana unosi brwi. Założę się, że tak. Mężczyźni to mężczyźni. Ich głupie wybryki nie mają granic. Ale to chyba nie dotyczy tych, co są frum [w jidysz: pobożny Żyd – przyp. narratora]? Zwłaszcza tych! Mogłabym zaufać pobożnej kobiecie, ale nigdy nie zaufam pobożnemu mężczyźnie. Oni po prostu lepiej się kryją, takie jest moje zdanie. Ben przecież nie był taki, prawda? Nie, ale Ben był świętym. W dodatku sentymentalnym do granic możliwości, nie potrafił długo dochować tajemnicy ani kłamać, to było zabawne. O, tu piszą o czymś jeszcze gorszym… tym razem chodzi o kobietę! Wystąpiła o rozwód, mimo że przeniosła męża do szopy w ogrodzie, a lokatora wprowadziła do małżeńskiego łoża. Sędzia odrzucił jej pozew rozwodowy o porzucenie ogniska domowego i powiedział, że to ona je opuściła. Bezczelna żmija.

[…]

Tramwaj stukocze wzdłuż Bute Street, powodując podmuch, który uderza z niewielką siłą o okna. Jedną dużą szybę zrobiono z oryginalnego wiktoriańskiego szkła, które o zachodzie słońca rzuca na ścianę zniekształcony cień. Drugą trzeba było wymienić w 1947 roku, kiedy jakiś żołnierz wrzucił do sklepu cegłę, mszcząc się, w swoim mniemaniu, za dwóch brytyjskich żołnierzy powieszonych przez Irgun [żydowska organizacja zbrojna działająca w Brytyjskim Mandacie Palestyny w l. 1931–1948 i stosująca metody terrorystyczne – przyp. narratora] w Palestynie. Głupiec najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że jeden z powieszonych sam był Żydem. Rosenbergowie w Manchesterze mieli jeszcze gorzej. W świąteczny dzień trzeba było zamknąć puby z powodu braku piwa i niektórzy chuligani wykorzystali zdjęcia martwych wojaków zamieszczone na pierwszych stronach gazet jako pretekst do zdemolowania wszystkich żydowskich sklepów, jakie tylko zdołali znaleźć na Cheetham Hill. Szok wywołany roztrzaskaniem ich własnej szyby w tamtą letnią noc naznaczył Violet, która nerwy ma napięte jak struny, każde niespodziewane uderzenie czy stukot wprawia je w drżenie. Nienawidzi pory zamykania sklepu, kiedy ulica wypełnia się męskimi okrzykami, nienawidzi dźwięku tłuczonych butelek i przekleństw o tej godzinie, kiedy między marynarzami, dokerami i rybakami wybuchają bójki.

[…]

Przestań się kołysać. Violet. Violet. Violet. Violet. Violet. Violet. Violet. Violet. Musicie przyjść do nas na noc, żeby być z Danielem i ze mną. Nigdy, nigdy, nigdy. Jak mogło do tego dojść? Chyba Bóg się od nas odwrócił?

Na zewnątrz jest tłum gapiów, szefie. Przegoń ich. Rodzina widziała jakiegoś czarnucha przy wejściu tuż przed zdarzeniem. Trzeba obejść wszystkie kwatery dla kolorowych. I niech żaden statek nie opuszcza portu. Nieźle lamentują tu obok. Tak to już u nich jest. Masz wszystkie zdjęcia, jakich potrzebujesz? Próbowała uciec, spójrz na te smugi. Jakiś straszny sukinsyn to zrobił. Będą chcieli ją jutro pochować, wiesz o tym, prawda? Najpierw sekcja zwłok. Ale wielkiej tajemnicy to tu nie ma, prawda, szefie? Głębokie rany cięte na szyi. Czy coś zginęło? Tego na razie nie da się stwierdzić, ale na pewno coś zginęło. Jest już samochód z kostnicy.

[…]

Mahmood wyciska pocałunek na kuponach zakładów, które trzyma w prawej dłoni, i podchodzi do okienka, by odebrać wygraną. Banknoty jednofuntowe opadają kolejno, aż między nim a kasjerem w płaskiej czapce leży ich dwadzieścia. To dziesięć tygodni pensji, świeżutkich i szeleszczących, o krawędziach tak sztywnych, że można o nie skaleczyć palce. Wystarczy na czynsz, Laurę i dzieci, i na jego utrzymanie przez jakiś czas. Zwitek jest tak gruby, że Mahmood wciska go na siłę do swojej wygłodzonej kieszeni. Wygląda na to, że miałeś dobry dzień, Sam – mówi mężczyzna z fajką, który wypłaca wygrane. Sam? Nie nazywam się Sam. Wszystkich was, chłopcy, nazywam Sam. „Wszystkich was, chłopcy”. Co to ma niby znaczyć? Myślisz, że to zabawne nazywać nas Sambo Bambo? Rozwalę ci łeb. Mahmood uderza w ladę, a mężczyzna aż podskakuje z przerażenia.

[…]

Biali ludzie, nieszczęśliwi, zgorzkniali, sfrustrowani z własnej woli, ale traktujący cię tak, jakbyś był dla nich ostateczną zniewagą. Nie jest jak inni Somalijczycy, którzy kiedyś sypiali z wielbłądami, a życie znają jako łoże z cierni i skał. Nie. Jako chłopiec zawsze sypiał wygodnie, na indyjskim materacu, rano czekał na niego kubek słodzonego mleka, matka szeptała mu do ucha wersy własnej poezji, chwaliła go. Nie może odczuwać wdzięczności, której od niego oczekują, przyjmować z ukłonem i uśmiechem zapłaty dwóch szylingów i pięciu pensów, kiedy rwie go kręgosłup, kurz zatyka nozdrza, knykcie sztywnieją i krwawią. Biali ludzie nie są dla niego niczym nadzwyczajnym, zna ich od najmłodszych lat, kiedy to dostarczał płócienne torby z cukrem i herbatą do klubu kolonialnego w Hargejsie [stolicy Somalii Brytyjskiej – przyp. aut.] i zbierał piłki tenisowe na ich zniszczonym przez suszę korcie. Potrafi spojrzeć im w oczy i się odgryźć, ale nadal jest to trudne. Trudne.

[…]

Miejsce na rogu Angelina Street jak zawsze przykuwa jego uwagę. To na tym znanym hazardzistom rogu Khaireh wycelował pistolet w tył łysej głowy Shaya i rozlał jego mózg na buty Berlina. Dokładnie w tym samym momencie Mahmood czekał przed klubem Paramount w Londynie na blondynkę, która go wystawiła do wiatru; stał tam dwie godziny, przekonany, że pomylił umówioną porę. W każdym razie światła migające na mokrej jezdni pozostały jedynym towarzystwem, które miał tej nocy. Powinien był znaleźć się właśnie tutaj, być świadkiem czegoś, co do tej pory widział jedynie w filmach – czystej, ślepej i krwawej zemsty. Shay był trudnym człowiekiem, ostrzegano go wiele razy, by nie odbierał oszczędności lokatorom, którzy zostawili mu je na przechowanie, ale nikt nie przypuszczał, że Khaireh to właśnie ktoś taki. Zrobić to publicznie, przy użyciu pistoletu, wobec tylu świadków! Facet miał jaja. Gotów dać się powiesić, byle z honorem. Berlin opowiadał, że o mało nie zemdlał z powodu szoku, gdy trzymał na kolanach głowę swojego najbliższego przyjaciela, z którego uchodziło życie.

[…]

Innym razem też stracił panowanie nad sobą i oświadczył matce Laury, że zabije swoją żonę, jeśli ją zobaczy z innym mężczyzną. Laura usłyszała go z górnego piętra i wylała potok przekleństw na jego oddalające się plecy. Oczywiście, nie mówił poważnie, wiedziała o tym, ale miłość może przywieść człowieka do szaleństwa. To miejsce też potrafi doprowadzić do obłędu. Wystarczy pomyśleć, co zrobił ten biedny dureń, sikh o nazwisku Ajit Singh, który czeka na kata w celi cardiffskiego więzienia. Rzuciła go biała dziewczyna, a on tak się wkurzył, że zastrzelił ją przed szpitalem w Bridgend przy tysiącu świadków, aby dać sędziemu okazję do nakrycia sobie głowy czarną szmatką [chodzi o kwadratowy kawałek czarnej tkaniny tradycyjnie nakładany przez sędziego w chwili ogłaszania wyroku śmierci – przyp. narratora]. Idiotyczne, zakończyć życie w ten sposób.

[…]

Diana obserwuje z przystanku autobusowego przed sklepem, jak główna procesja Id al-Adha wyrusza w drogę przy kanale, skąd przejdzie dookoła Loudoun Square i kończy się koło zawii przy Peel Street, podczas gdy konkurencyjna, lecz mniej liczna grupa szejka Hassana zdąża tam od strony doków. Dzieci w jemeńskich saubach [długa szata sięgająca kostek – przyp. narratora] i nakryciach głowy, w kubrakach zdobionych blaszanymi kółkami i czerwonym haftem przewodzą śpiewom i narzucają tempo. Nawet dzieci chrześcijańskie, buddyjskie i żydowskie dołączyły do swoich kolegów. Przywdziawszy jasełkowe kostiumy w kolorze błękitu albo w drobną czaro-białą kratkę, próbują powtarzać wersety arabskich naszidów [pieśni, hymny – przyp. narratora] i podnoszą głos przy refrenie Ja Allah, ja Allah, ja Allah karim. Rytm nadaje darbuka [instrument muzyczny, bęben kielichowy – przyp. narratora], a wzmacnia go dudniący krok setek uczestników. Z przodu idzie Ali Salaiman, właściciel Cairo Café, trzymając w rękach ciemnoniebieski transparent, na którym nawrócone żony z Cardiff wyhaftowały święte wersety. Jego żona Olive stoi przed kawiarnią, rozdając mięsne sambusy [rożki z mięsem – przyp. aut.] i papierowe kubki z nektarem Vimto. Z okien machają matrony w fartuchach, hazardziści w kaszkietach, zrujnowani gracze, ujadają psy, dziewczyny z barów o świeżych twarzach i nastoletni przestępcy w skórzanych kurtkach przyglądają się z chodnika. Łopocze kilka podniszczonych Union Jacków, pozostałych po obchodach Dnia Zwycięstwa w Europie [chodzi o VE–Day, święto upamiętniające zakończenie II wojny światowej w Europie, obchodzone w Wielkiej Brytanii 8 maja – przyp. narratora].

[…]

David wtula się między nogi ojca, ssąc knykcie swojej prawej ręki; nerwowo drapie się stopą w łydkę, oczy ma niespokojne i błagalne. Byłem spłukany. Kompletnie spłukany. Przyjmiesz to do wiadomości? Przyjmę, bo taka jest prawda. Laura uśmiecha się i jest w tym trochę triumfu i trochę miłości. Mogłabym napisać książkę o byciu spłukanym, Moody, to dla mnie nic nowego, nie pozwalam na to, żeby coś takiego wyprowadziło mnie z równowagi. Ale kradzież? Zbyt długo siedziałam w szkółce niedzielnej, żeby uznać, że to jest w porządku. A ja nigdy nie chodziłem do szkółki niedzielnej, ale w piątki macalim [po somalijsku – nauczyciel – przyp. aut.] siadywał ze mną pod drzewem i mówił mi, że złodziejom trzeba obcinać ręce. Prawdziwe życie uczy nas czegoś innego.

[…]

Pogrzeb odbył się w weekend. Kondukt wyruszył spod sklepu dokładnie o wpół do trzeciej, odprowadzany przez tłum mieszkańców na cmentarz żydowski w Cardiff. Wieńce z białych kwiatów, dwa konie z klapkami na oczach i ozdobami z czarnych piór na głowach, trumna w przeszklonym powozie, wzdłuż drogi mężczyźni trzymający kapelusze na wysokości pasa, dzieci podchodzące zbyt blisko koni, jakby chciały dotknąć ich boków, woźnica w kapeluszu i ciężkim płaszczu, który odpychał je batem. Grace przeszła całą drogę bez płaczu i skarg, ściskając mocno dłoń matki. Jej twarz okalał czarny szal, który sprawiał, że wyglądała na starszą niż w rzeczywistości. Przybyło ponad dwustu żałobników ze wszystkich dzielnic Cardiff, czarnych i białych, muzułmanów i chrześcijan, przedstawicieli starych żydowskich rodzin i świeżych imigrantów, prawników i rzeźników. To było piękne pożegnanie, bez liczenia się z wydatkami, ale odbyło się jak niemy film, nierealne i nie do zapamiętania. Violet żyła tak spokojnie, w odosobnieniu, że mało kto wiedział, jak oddać jej hołd, ludzie mówili tylko: „To była dobra dziewczyna, prawdziwa mechayeh”[w jidysz: przyjemność, radość – przyp. narratora]. Nie mieli pojęcia, że prowadziła album ze zdjęciami aktorów, że w niedzielę potrafiła spędzać długie godziny w wannie na czytaniu powieści kryminalnych, że sama nauczyła się z podręczników, jak tańczyć walca, fokstrota i cza-czę.

[…]

Jak zarzyna się zwierzęta w pana kraju? Ale o co chodzi? Jak to robicie? Co sprawia, że ofiara jest święta? Mówisz bismillah [imię Boga – formuła religijna, którą muzułmanin rozpoczyna wszelką pracę – przyp. aut.] nad zwierzę. I przejeżdżasz mu ostrzem po gardle, tak? Czy kiedykolwiek robił to pan w swoim kraju? Ja nie rzeźnik. Widziałem to tutaj, w Cardiff, w dni waszych świąt, nigdy nie brał pan w tym udziału? Za bardzo lubię swoje ubrania. Powell [komisarz policji – przyp. aut.] bazgrze coś w notatniku, po czym wstaje powoli od stołu i bez słowa wychodzi z pokoju.

[…]

W recepcji dają mu koc, kubek, miednicę, nowy strój więźniarski. Tylko dwie noce tutaj, potem go zwolnią. Wchodzą do skrzydła A, gdzie unosi się zapach gotowanej kapusty i niemytych mężczyzn. Nastoletni więzień, który sprząta na kolanach, zaopatrzony w szufelkę i zmiotkę, unosi głowę i szeptem prosi o papierosa. Mahmood wyciąga w odpowiedzi puste kieszenie spodni. Światło słoneczne przenika przez wysokie okna i odbija się od metalowych barierek, krat i klatek schodowych, prawie go oślepiając. Klawisz prowadzi go na trzecie piętro. Mahmood przypomina sobie, że cele są tak ciasne, że kiedy się wyciągnie ramiona na boki, można dotknąć obu ścian jednocześnie.

[…]

Pamięta, jak kiedyś w Cardiff, na samym początku, z pubu wyszedł mężczyzna, łysol wciśnięty w trzyczęściowy garnitur, złapał go za ramię i powiedział, że jego żona chciałaby się z nim przywitać. Podeszli do tej chudej żonki. Czarne podniesione włosy, biała od pudru twarz, wyglądała na zakłopotaną i próbowała ukryć zepsute zęby. Mężczyzna rozkazał: „Przywitaj się!”, a ona spuściła głowę i wymamrotała coś jak „…dobry”. Mahmood oswobodził ramię i zrobił krok, żeby odejść. „Proszę zostać – błagał mężczyzna – ma pan gdzie się zatrzymać? Dysponujemy wolnym łóżkiem, po co ma się marnować”. Nie rozumiał wtedy, dlaczego tak chcieli go zabrać do domu, skoro nawet nie patrzyli mu w oczy. Zajęło mu trochę czasu, zanim w końcu zrozumiał, że dla niektórych mężczyzn naprawdę podniecające jest obserwować, jak ich kobietę posuwa ktoś inny, a już czarny najbardziej ich podnieca. Czuł się tak, jakby się dowiedział, że jest otoczony przez kanibali, jego umysł nie mógł tego rozsupłać, jak mężczyzna może robić coś takiego swojej żonie? Swoim dzieciom? Samemu sobie? Czuł się tak, jakby zapędził się zbyt daleko od domu, zbyt daleko, by cokolwiek zrozumieć.

[…]

W więzieniu panuje hałas jak na stacji kolejowej, goła cegła i metalowe kraty potęgują wszelkie dźwięki i zwiększają pogłos. Śmiech, brzęk łyżek o emaliowane miski, gwizdki strażników. Przy jednym ze stołów mężczyzna śpiewa barytonem w kierunku pustej ściany smutny walijski hymn. Grupa maltańskich więźniów trzyma się blisko, ich opalone ciała i zadbane ciemne wąsy sprawiają, że wydają się zdrowsi i jakby groźniejsi niż blada, nieostrzyżona horda tutejszych. Jest jeszcze kilku innych ciemnoskórych: paru z drobnymi nacięciami na policzkach, z Afryki Zachodniej, chudy Arab z ciemnymi półksiężycami pod oczami, Chińczyk o szerokim karku z tatuażami na grzbietach rąk, przystojny, wymuskany Hindus. Zaledwie kilka minut temu wydano owsiankę, a z kuchni już unosi się zapach kapusty i gotowanego mięsa. Dzień w więzieniu mija błyskawicznie, jakby strażnikom zależało na tym, by jak najszybciej położyć więźniów do łóżek, a potem mieć tylko dla siebie korytarze i spacerniaki, zjeżdżać po balustradach i ćwiczyć na poręczach jak na trapezie.

[…]

Założę się, że ty jesteś jakiś książę, syn wodza albo kuzyn w drugiej linii samego Syllasje. Kto, ja? Śmiech nagle uwiązł Mahmoodowi w gardle. Żartujesz, mieliśmy sklepik w Hargejsie, może dziesięć wielbłądów, pasły się na pustyni z resztą zwierząt naszego klanu. Nie ma do czego wracać… Mój ojciec był niski jak Syllasje, tylko tyle mieli wspólnego. Czyli tyś tu przyjechał spróbować szczęścia jak wszyscy inni? Kumple ze szkoły mi mówili, że stara Anglia jest na kolanach i że powinienem przyjechać, żeby ją wyruchać od tyłu – mówi Lloyd [współwięzień – przyp. aut.]. Mam duszę hazardzisty. Nawet jak byłem mały, niech no tylko ktoś mi powie: „Wiem, że nie zrobisz tego” albo „Nie możesz tego zrobić”, to ja mu patrzę w oczy i po prostu to robię. Biorę wszystko, co życie mi daje, i rzucam to w twarz losowi. Matka wysłała mnie ciężarówką z handlarzami do Dire Dawa i na wzgórzach wypadłem przez tył paki i uszkodziłem sobie ramię. O, widzisz, jak wygląda? Mahmood wykręca niezręcznie rękę w łokciu i wyciąga ją tak, by Lloyd mógł ją zobaczyć z dolnej pryczy. I wtedy mężczyźni mówią do mnie: „Wracaj do domu, idź do nastawiacza kości, nie możesz z nami jechać”, ale ja po prostu zmuszam rękę, żeby się wyprostowała, i wchodzę z powrotem na ciężarówkę, jadę aż do Dire Dawa. Nikt nie może mi powiedzieć „nie”, bo ja wtedy zwyczajnie powiem „tak”.

[…]

Sędziowie pokoju, bardzo poważni, wymieniają niezadowolone spojrzenia. Jeden z nich przerywa tę wymianę zdań, mówiąc: Chcemy panu pomóc, tak jak tylko możemy. Sędzia ten patrzy życzliwie, wyczekująco na Mahmooda. Nie chcę od nikogo pomocy. Mówi pan, że to zależy od nas. Przyznamy panu pomoc prawną i zatrzymamy pana w areszcie do dwudziestego piątego marca. Kiedy go wyprowadzają z sądu, Mahmood słyszy nad sobą wycie Laury, na które nakładają się inne okrzyki. W drodze powrotnej do więzienia wszystko łączy mu się w całość: dziwna rozmowa o zabitej kobiecie, syczenie, gadanie tamtego o policjantach, jakby to byli jego starzy kumple, uśmieszki strażników na jego widok. Lloyd to kapuś. Wąż. Przemawia słodko, a potem wstrzykuje ci jad. Najgorszy typ czarnego człowieka, w ogóle człowieka. Musi natychmiast dobrać mu się do skóry, zanim go przeniosą do innego skrzydła albo zwolnią z więzienia. Cela jest pusta. Mahmood kołysze się w przód i w tył na twardym materacu. Czeka na dzwonek. Przygląda się wszystkim twarzom na dziedzińcu. Widzi Lloyda. Ustawia się powoli. Przystępuje do ataku z butem w ręce. Bum! Jeden. I drugi. Czarnuch! To obce słowo wypłynęło z jego ust nieproszone, wystrzeliło jak jad.

[…]

To trzydziestosześcioletnie ciało jest wciąż silne, wciąż zgrabne, ale Diana od dawna trzyma je w naftalinie, dla dobra córki, z rozsądku. Jej myśli dryfują do wersów skierowanych do Cnotliwej damy, które kiedyś recytowała na lekcji angielskiego u pani Benson.

Nikt tam piękności nie znajdzie po tobie

Ni ci nie zabrzmi w marmurowym grobie

Echo mej pieśni, lecz za to robactwo

Stoczy twej cnoty chronione bogactwo.

„Mej cnoty chronione bogactwo, o tak” – myśli Diana, zastanawiając się, jak Marvell mógł postrzegać martwą kobietę jako straconą okazję, by dostać to, co chciał. Ale jest w tym trochę prawdy: kiedy ostatni raz dotykał ją mężczyzna? Nie licząc podania dłoni lub krótkiego pocieszającego uścisku? Kiedyś była namiętna, wolna. A teraz co? Przestraszona? Oziębła? Wszystko już za nią? Żadne z tych wyjaśnień nie wydaje się właściwe. Jej dusza nadal pragnie ludzkiego dotyku, ciepła i bliskości, ale teraz nie ma na to czasu ani nawet miejsca. „Gdybyśmy czasu mieli dość na świecie” [Andrew Marvell, Do cnotliwej damy – przyp. narratora], nie byłaby kobietą, która patrząc w lustro, patrzy za siebie, która sądziła, że może zmienić świat i wybrać swoje miejsce w nim, a teraz tylko szeroko otwiera podkrążone, smutne oczy. Świat jest skończony i nieustępliwy, tak jak i czas – mówią te oczy.

[…]

W którym tygodniu ciąży była wtedy? Ósmym? Dziesiątym? Wcześnie, ale zbliżał się moment, w którym należało to oznajmić i podjąć odpowiednie decyzje. Ben jeszcze o niczym nie wiedział, list utknął gdzieś między Londynem a Egiptem. Dałaby sobie rękę uciąć, że odpowie podekscytowanym telegramem, gdy tylko go odbierze. Cóż to był za czas, ćwierć wieku życia za nią i, jak się zdawało, całe stulecia przed nią, Grace jako maleńka kijanka w jej brzuchu, historia Volackich i Tanayów złączona w jedno i ciśnięta w przyszłość. Ben, strzelec pokładowy i sierżant w Królewskich Siłach Powietrznych, opalony i przystojny w kombinezonie lotniczym i kurtce bomblerce. Jakiż wysiłek musiała wkładać w to, żeby się nie chwalić, kiedy dziewczyny pytały, czym zajmuje się jej mąż.

[…]

Kilka lat wcześniej, zaraz po ogniskach i fajerwerkach Nocy Guya Fawkesa [święto zwane też Nocą Ognisk – wspomnienie wydarzeń z 1605 roku związane z nieudaną próbą przywrócenia monarchii katolickiej w Anglii – przyp. narratora], usłyszeli po obudzeniu wiadomość, która miała ukształtować resztę ich krótkiego małżeńskiego życia. Kristallnacht [po niem. Noc Kryształowa, dzień podpalania i mordowania Żydów w Niemczech – przyp. aut.]. Dziewięćdziesiąt ofiar śmiertelnych, tysiąc czterysta doszczętnie spalonych synagog, tłuczone szkło i szyderstwa tłumu. I tak przez wiele dni. Niemieccy Żydzi wsadzani do więzień. Nie wolno im było pracować, studiować ani posiadać własności, a mimo to musieli płacić odszkodowania za przemoc, która odbierała im domy i środki do życia. Ben i Diana nasłuchiwali, wyczekując reakcji rządu brytyjskiego wobec tego barbarzyństwa, jednak tylko Amerykanie odwołali swojego ambasadora. Brytyjczycy wydusili z siebie ozdobne słowa potępienia i anemicznie pogrozili palcem panu Hitlerowi. Diana nie pamięta już dokładnie, kiedy pojawił się pomysł zaciągnięcia się do wojska, kto i gdzie z nim wystąpił. Oboje z Benem byli na tyle świadomi, by się zorientować, że pomimo wahań Chamberlaina wojna jest nieunikniona. Rodzice zupełnie nie pojęli ich gestu, równie dobrze mogli im oznajmić, że wyruszają na wyprawę polarną. Dopiero kiedy zobaczyli nowiutkie, starannie wyprasowane mundury, uwierzyli, że to prawda. Pewnej nocy pod jej drzwiami stanął ojciec, przekonany, że zdoła ją skłonić do tego, by została, nawet jeśli Ben jest gotów porzucić wszystko dla obcych. Zasiedli przy kuchennym stole z kubkami herbaty, pozwoliła mu wygłosić przemówienie – opisać sprzedaż charytatywną, którą mogła organizować dla dzieci z Kindertransportu [z niem. transport dziecięcy – przyp. aut.], petycje, które mogła redagować i wysyłać do lokalnego parlamentarzysty, a także plany przygotowane przez Radę Deputowanych [reprezentatywna organizacja żydowska w Wielkiej Brytanii, istniejąca od XVIII w. – przyp. narratora], aby przekonać rząd do przyjęcia większej liczby uchodźców. Pchnęła w stronę ojca poranny egzemplarz „Daily Mail”, którego nagłówek krzyczał „OBCY ŻYDZI ZALEWAJĄ KRAJ!”, i poczekała, aż przeczyta artykuł potępiający żydowskich uchodźców zabierających miejsca pracy Brytyjczykom, podczas gdy rodzima ludność wegetuje na zasiłku.

[…]

W WAAF na balony mówiło się „kiełbaski”, lecz jej zdaniem wyglądały jak wieloryby z trzema migającymi srebrnymi płetwami. Ich bulwiaste, gładkie ciała unosiły się na niebie, a obok przepływały fale chmur. Przywiązane do sieci stalowych lin, wypełnione wodorem balony wciągano w górę, by uniemożliwić bombowcom loty nurkowe lub precyzyjne zrzuty ładunków wybuchowych nad Londynem. Instruktorzy ostrzegali przed niebezpieczeństwami: piorun mógł podpalić gaz lub zejść po stalowych linach do wciągarki, silny wiatr groził przewróceniem balonów albo ich zerwaniem. Aby zostać operatorem balonu, należało przejść jedenastotygodniowe szkolenie. Diana pamięta, jak stała boso, w kombinezonie, łatając wewnętrzne rozdarcia nylonowej tkaniny przy użyciu szkodliwego kleju. Tylko trzydzieści minut w środku, potem dwadzieścia na świeżym powietrzu. Kiedy czas minął, wyciągano ją za ramiona jak współczesnego Jonasza. Inny dzień: błoto po kolana i walka z nadmuchanym balonem na środku Wembley Common; rozplątywanie ostrych, śliskich linek stalowych obolałymi, zsiniałymi palcami. Robienie notatek o tym, jak załadować linkę do wciągarki lub obliczyć wysokość, na jaką wzbije się balon.

[…]

Pewnej nocy, mniej więcej tydzień po tym, jak to się stało, przyszło jej do głowy, że może naprawdę ich rodzina jest przeklęta. Jej matka powtarzała to od czasu do czasu na przestrzeni lat, ale Diana reagowała zniecierpliwieniem na takie gadanie. We współczesnym świecie nie było miejsca na klątwy ani na czterolistną koniczynę, przynajmniej tak jej się wydawało. Za to teraz myśl, że całe to cierpienie jest poza kontrolą człowieka i poza sferą modlitwy, intelektu czy sprawiedliwości, stanowi dla niej dziwne pocieszenie. Przecież w Biblii istnieją przekleństwa, prawda? Bóg rzucał klątwę, prorocy rzucali klątwy, aniołowie też. Tak wiele nieszczęść: sieroce dzieciństwo matki, dwa rozwody, słabe płuca ojca, skręcony kręgosłup Violet, śmierć Bena, zanim zdążył zobaczyć swoje dziecko, Violet zabita kilka kroków od miejsca, w którym najbliższe jej osoby jadły kolację. Klątwa o tak niejasnym pochodzeniu i przyczynie, że nie ma sposobu na to, aby ją zdjąć, wydaje się najbardziej sensownym wyjaśnieniem. Mężczyźni zawsze uważali, że Bóg jest z nimi – bo są wyjątkowi i mogą go słyszeć, błagać, śpiewać dla niego, władać w jego imieniu – i dokąd ich to zaprowadziło? Kręcą się w kółko, próbując wytłumaczyć niewytłumaczalne, a przecież kroniki filmowe niczego nie ukrywają, nawet tego, jak ciała ostatnich Żydów w Europie staczają się i przełamują, spychane buldożerami do masowych grobów. Kobiety wiedziały, że to klątwa.

[…]

Jest kupiec zainteresowany nieruchomością, handlarz artykułami żelaznymi z Newport, który stara się doprowadzić do obniżenia ceny o jedną czwartą. Diana prawdopodobnie się zgodzi, nie czuje się jednak zobowiązana do pośpiechu. Kupiec wciąż dzwoni do Daniela, przekonuje go, żeby przemówił jej do rozsądku, co jeszcze bardziej ją spowalnia. Uważa, że ponieważ w sklepie doszło do morderstwa, powinien dostać zniżkę. W swoim przekonaniu wyświadcza jej przysługę, skoro w ogóle chce kupić tę nieruchomość. Dla niego to tylko inwestycja, ale cała jej historia jest związana z cegłami i zaprawą murarską tego budynku. Ojciec kupił go w 1909 roku, najpierw część oznaczoną numerem 203, później drugą, numer 204, i przebudował je, tworząc jeden duży sklep. Miał wystarczająco dużo pieniędzy w banku, żeby zatrudnić pokojówkę i zamówić sporych rozmiarów obraz olejny, przedstawiający jego córki wystrojone jak caryce, który miał zawisnąć w jadalni. Najwcześniejsze wspomnienia Diany wiążą się z błądzeniem po dziewięciopokojowym labiryncie na piętrze i zerkaniem z okien na ogarniętą karnawałowym szaleństwem Bute Street. Parada potężnych, rosłych wikingów z jasnymi brodami w podartych, zakrwawionych po bijatyce koszulach, orkiestra Armii Zbawienia szukająca pijaków, których można by uratować, Jemeńczycy i Somalijczycy w swoich szatach w przemarszu z okazji święta Eid, wymyślne kondukty pogrzebowe ostatnich zamożnych kapitanów z Loudon Square, w Boże Ciało katolickie dzieci w białych strojach z żonglującym pałeczkami bębniarzem na czele i zmontowane naprędce zespoły calypso, które buszowały po ulicach, by zebrać pieniądze na krajowe tournée, mężczyźni grający w kości na ulicy – zabawa tak łatwo przeradzająca się w beztroski śmiech lub wulgarne groźby, dziwki stroszące pióra niczym ptaki, aby złapać przechodzącego kasjera. Cóż to była za edukacja dla młodej panienki! Ale przynajmniej było bezpiecznie, na tyle bezpiecznie, że Violet lub jej matka mogły co tydzień udawać się w pojedynkę do banku z kilkoma setkami funtów w torebce. Stara, okryta złą sławą Tiger Bay, oswojona jak cyrkowy lew. Postanowiła zostawić to wszystko za sobą, opuścić zatokę i nigdy już tu nie wracać.

[…]

Lekarka spotyka spojrzenie Diany i przetrzymuje je z mocnym, matczynym naciskiem. Czy ma pani jakieś wsparcie w domu? Z dokumentacji wynika, że jest pani wdową wojenną z małym dzieckiem. „Wdowa wojenna z małym dzieckiem” brzmi prawie jak rakieta przeciwokrętowa [w tym przypadku chodzi konkretnie o Tiny Tim, amerykańską rakietę wyprodukowaną w czasie II wojny światowej – przyp. narratora] – myśli z goryczą Diana, ale odpowiada: Mam jeszcze jedną siostrę i szwagra. To dobrze. Zajmijmy się na początek bezsennością, zgoda? Znajdźmy coś, co przywróci pani sen, który „rozplata trosk zwikłany motek”, jak to ujął Shakespeare w Makbecie. Diana patrzy na swoje ręce, nie wie nic o Makbecie.

[…]

Diana siada na łóżku w wynajętym pokoju, kładzie na języku tabletkę nasenną i popija ją szklanką wody. Porozrzucała na podłodze zdjęcia Bena, Violet i Grace i patrzy na nie z góry, przeskakując od jednego do drugiego. Wyraziste czarno-białe postaci zaczynają się zamazywać przez łzy, więc szybko przykłada do policzków chusteczkę. Jedna z fotografii wywołuje szczególnie bolesne odczucia: na małym obrazku trzy siostry z warkoczykami, w białych skarpetkach, czekają na prom, który zabierze je na piaszczyste plaże Ilfracombe. W ich rękach dyndają wiaderka i łopatki. Rodzice stoją niezręcznie z boku. Diana ma co najwyżej dziesięć lat, a jej szeroki uśmiech pełen nowych krzywych zębów zdaje się cudownie niewinny wobec tego, co życie trzyma dla niej w zanadrzu. Życie to dopiero jest… – myśli. – Chaos w chaosie. Chciałaby ostrzec tę dziewczynkę: „Nie dorastaj, rób, co chcesz, tylko nie dorastaj”.

[…]

Wellington Bena opuścił bazę RAF-u o dwudziestej trzeciej trzynastego kwietnia z zadaniem ataku na lotnisko wroga. Potem już nic. Żadnego wraku. Żadnego ciała. Jakby polecieli prosto w górę, w kosmos. Nadzieja. Nadzieja. Nadzieja na Boże zmiłowanie, o ile nic innego by nie pomogło. Każdy o tym mówił. Ona też, z mocą, która wskrzesiłaby Łazarza. Ben zaginął w drugi dzień święta Paschy, a to przecież pomyślny czas, zapewniano ją. Co więcej, to była Niedziela Wielkanocna, do cholery, czy można lepiej wybrać moment, aby prosić o cud, o zmartwychwstanie? Czytała opowieści o lotnikach ratowanych i pielęgnowanych przez somalijskich Beduinów lub takich, którzy ni stąd, ni zowąd odnaleźli się w odległych obozach jenieckich. Dziwne to były historie, ale w czasie wojny wszystko może się zdarzyć. Dziecko szykowało się do przyjścia na świat, prostując ramionka i kolanka w matczynym brzuchu, zostało mu zaledwie kilka tygodni. Czerwony Krzyż zawiadomił listownie Dianę o tym, że skontaktuje się z Niemcami i sprawdzi, jakie mają informacje o Benie i jego załodze. „Zachowaj spokój, musisz skupić się na tym, żeby bezpiecznie urodzić dziecko, a kiedy on wróci do domu, ranny czy nie, będziecie wszyscy razem” – powtarzała sobie. Poród zbiegł się z kolejnym krótkim nalotem na Cardiff. Było zbyt niebezpiecznie, aby udać się do szpitala, więc rozwiązanie nastąpiło w domu, w obecności jednej Violet, która przy świecach udzielała siostrze wskazówek. Wśród ryku syren, wozów strażackich pędzących wzdłuż Bute Street, wycia bomb V2, eksplozji, które wstrząsały domem, i osypującego się tynku Diana wcisnęła twarz w poduszkę i wydała na świat córeczkę.

[…]

Strażnik podbiegł do sterty gruzu pod pubem Marquis of Bute i zaczął rozgarniać cegły i zaprawę murarską. Z pomocą pospieszyli mu dokerzy, którzy akurat tamtędy przechodzili. Diana patrzyła, jak spod gruzów wynurzają się pomalowane na zielono ramię i czarne spodnie. Rozległ się śmiech. Mrużąc oczy, Diana dostrzegła zdekapitowaną sylwetkę. Śmiech zrobił się nieprzyjemnie histeryczny. Kobieta podeszła niepewnie do mężczyzn, nadal chowając twarz za makabryczną maską gazową. Dokerzy postawili na nogi ciało obute w wysokie, zapięte na klamrę oficerki, a biedna kobieta odskoczyła przerażona. Diana rozpoznała w ofierze bombardowania wysoki na metr dwadzieścia posąg markiza, który dotychczas stał dumnie na kopule pubu. Ta scena rozśmieszyła ją tak bardzo, że jej mała córeczka przestraszyła się i zaczęła płakać. „ZAWSZE BĘDZIE TIGER BAY”. Pewnie, że będzie – pomyślała. Rok wcześniej w Londynie na każdym kroku spotykała napis „ZAWSZE BĘDZIE ANGLIA”: na ruinach zbombardowanych domów przy Victorii, na cokole kolumny Nelsona przy Trafalgar Square, na szarych kamieniach Waterloo Bridge. To był rodzaj zaklęcia, modlitwy, i to działało, nigdy przecież nie przyszło jej do głowy, że mogliby przegrać wojnę.

[…]

Teraz jednak modlitwa to poważna sprawa. Chce mieć Boga po swojej stronie, aby przeważył szalę losu na jego korzyść. Ma poczucie, że od pewnego momentu szczęście przestało mu dopisywać. Od dzieciństwa aż do wieku dwudziestu lat wszystko szło po jego myśli bez większych starań z jego strony, lecz potem, przez ostatnie cztery lata, pech otoczył go jak mgła. Krótkie chwile wytchnienia na wyścigach lub przy stole pokerowym nie przyniosły istotnej zmiany w jego życiu ani nie uczyniły go na powrót szczęściarzem. Potrzebuje, aby Bóg go wysłuchał, dojrzał go w tym obskurnym więzieniu, otoczonego przez bezdusznych obcych ludzi, i przywrócił rodzinie. Koniec z hazardem i bezbożnością – obiecuje. Po powrocie do celi Mahmood rzuca koc na podłogę i ustawia stopy w kierunku Mekki, tam, gdzie w przybliżeniu powinien być południowy wschód. Przykłada do uszu rozpostarte dłonie, zamyka oczy i zaczyna.

[…]

Kiedy jego stary już ojciec Hussein wrócił po czterech latach handlowania w Adenie, przywiózł w białych bandażach, którymi obwiązał nogi, na tyle dużo banknotów dziesięcio-rupiowych, że stać go było na czynsz i licencję na sklep w Hargejsie. Mieszkało tam już wtedy wielu członków jego klanu. Mahmood wraz z rodzicami i czterema braćmi przeniósł się do jednopokojowego domku z cegły mułowej, a wielbłądy, oznaczone charakterystycznymi gwiazdkami, zostały odesłane do wuja. Wraz ze zwierzętami odeszły też niepokoje, które mógł sprowadzić na rodzinę sezon suszy, pomoru zwierząt, wąglika lub szarańczy. Mahmood stracił co prawda skały i dzikość pustyni, ale zyskał odmianę w postaci intrygującego miejskiego życia. Hargejsa była kiedyś zaledwie najszerszym punktem długiego cieku wodnego, przy którym w czasie deszczu zbierały się słonie, a koczownicy poili swoje zwierzęta, lecz potem przyszli szejkowie. Pod koniec ubiegłego wieku powstała tam jamaca, sanktuarium dla ludzi pobożnych, ubogich lub przebywających w niewoli, z dala od zgiełku wojny derwiszów i świeckiej surowości koczowniczego życia. Zasadzili w dolinie sorgo, uprawiali wzdłuż rzeki banany, mango i granaty, zbudowali kanciasty meczet i go pobielili, wieczory zaś spędzali na modlitwie. Mahmood przybył do Hargejsy, gdy wzmocnił się jej miejski charakter. Wystarczyły jedna utwardzona droga, piętnaście jadłodajni, trzydzieści dwa sklepy ogólnospożywcze, więzienie działające na pół gwizdka, przychodnia oferująca podstawową opiekę medyczną i irlandzki komisarz okręgu, aby stało się ono trzecim co do wielkości ośrodkiem w protektoracie. W sklepie jego ojca sprzedawano herbatę, proso, mięso, białą bawełnę, szary materiał pościelowy, ryż, cukier, sól, siano na paszę i wszelkie towary, którymi handlowali z nim koczownicy. Dochody wzrosły wystarczająco, by zatrudnić do prac domowych młodą, ładną jariyad [z arabskiego - niewolnica, tu w znaczeniu pokojówki, służącej – przyp. narratora], aby zastąpiła jego matkę, która dzięki wygodnemu życiu stała się gruba, powolna i pobożna. Mahmood trzymał się kolan służącej z plemienia Oromo, Ebado z długimi warkoczykami, i nie potrafił zasnąć, dopóki mu nie zaśpiewała lub nie natarła olejkiem jego zmęczonych stóp.

[…]

Hadżi [pomocnik ojca Husseina w sklepie – przyp. aut.] zabiegał kolejno o względy każdego z braci, od najstarszego do najmłodszego, zwracając się do nich z przymilnymi af-minshaar [w somalijskim dosłownie: ostrze piły – przyp. aut..]. Nieproszony, dawał im dobre rady w dowolnej dziedzinie, od nowych towarów przywożonych do Berbery po zdolnych mechaników ciężarówek i popularne kroje ubrań, podsuwał też imiona dziewcząt, które mogliby poślubić. Nauczył się znów uśmiechać po porażce w sprawie kary śmierci, kiedy jednak obnażał rząd złotych zębów, które przyćmiewały spróchniałą resztę, jego uśmiech wydawał się Mahmoodowi zjadliwy. Był odnowionym człowiekiem, zaangażowanym w kampanię propagandy i cichego oporu przeciw Brytyjczykom. Żadne potyczki nie były potrzebne, dla koczowników nie istniało nic ważniejszego niż wielbłądy, więc jedyne, co musiał robić, to szerzyć wątpliwości co do bezpieczeństwa przynęty na szarańczę i zastrzyków weterynaryjnych. Urzędnik robót publicznych podkładał przynętę na szarańczę, a jakieś dziecko lub kobieta rozrzucała ją z dala od studni. Hadżi uważał, że może wygrać tę wojnę na zmęczenie, a umacniały go w tym sporadyczne samobójstwa urzędników kolonialnych, którzy w misjach rozsianych po opustoszałych terenach nie mieli nic poza alkoholem, towarzystwem kobiet upadłych i służby. Jeśli, jak się wydaje, było prawdą, że Brytyjczycy nienawidzili swojego życia w Somalilandzie [Somalii Brytyjskiej – przyp. aut.], w pewien sposób wyjaśniałoby to fakt, że tak szybko opuścili protektorat w 1941 roku, kiedy Włosi najechali tę krainę ze swojej kolonii na południu. Brytyjczycy zabrali się razem z Hindusami, sprawiając przy tym wrażenie, jakby wyrywali się z więzienia. Życie stało się trudne, gdy Royal Navy zablokowała porty przybrzeżne, więc rodzinny sklep, by utrzymać klientów, musiał bazować na drogich owocach i warzywach przywożonych ciężarówkami z Gabiley i Arabsiyo. Włosi mieli własne plantacje w pobliżu rzek Shebelle i Dżuba oraz dużych handlarzy w Mogadiszu, którzy zaopatrywali ich wojsko, więc bracia zaczęli w końcu nielegalnie kupować zapasy od La Forza, zamiast cokolwiek jej sprzedawać. Jako pierwsi w Hargejsie oferowali spaghetti i macaroni, ale stali klienci, nie wiedząc, jak przyrządzić to suche ciasto, z obrzydzeniem karmili nim swoje kozy i nigdy nie wracali po więcej.

[…]

Pod koniec 1941 roku bracia zarobili wystarczająco dużo, by kupić używaną trzytonową ciężarówkę Bedford, która uzupełniła ich niewielki tabor. Matka zaczęła przebąkiwać, że może wysłanie Mahmooda do szkoły z internatem dodałoby rodzinie prestiżu. Mahmood twardo stawiał opór, argumentując, że zrobią tam z niego chrześcijanina, każą mu jeść wieprzowinę i nauczą patrzeć z góry na niepiśmiennych braci. Mogą go dokądś wysłać, ale nie do Amoud czy innej przypominającej więzienie szkoły, najchętniej pojechałby do Kenii lub Tanganiki, gdzie mógłby kupować towary przeznaczone do transportu do Hargejsy. O Kenii i Tanganice słyszał tylko od marynarzy, to oni zaciekawili go opowieściami o suahilijskich dziewczętach, które mrugają wolno powiekami i mają ciemne wargi, o dziwnie wysokich, obitych materiałem łóżkach i o starych, kosmopolitycznych portach. Zdumiewające, że najstarszy brat wyraził na to zgodę – Mahmood nie dociekał, czy zrobił to w celu oderwania go od marynarzy, tych rozrabiaków, czy raczej po to, żeby go zahartować – ale trzynastolatek miał popróbować szczęścia jako mężczyzna. Zaplanowano, że pojedzie do Garissy w północnej Kenii, na tereny zamieszkane przez Somalijczyków, zatrzyma się u kogoś z klanu, a potem bracia przyślą ciężarówkę po wcześniej ustalone zamówienia do sklepu. Nie minął miesiąc, a Mahmood uciekł potajemnie z Garissy. Gardził obskurnymi, zakurzonymi budynkami i nużącą przewidywalnością tego miejsca. Na poczcie głównej w uroczyście nadętym Nairobi podyktował telegram do domu, po czym ruszył w kierunku obiecanych atrakcji Mombasy. Pracował jako tragarz, rozładowywał na nabrzeżu tradycyjne dau [tradycyjny arabski statek żaglowy – przyp. aut.] i statki pasażerskie, a potem znalazł zatrudnienie u uczonego somalijskiego kupca z Zanzibaru. Pracował za ladą jego sklepu z biżuterią i tkaninami w Stone Town i wzdychał do dziewcząt przekraczających próg mrocznego składu o posadzce z kamienia koralowego.

[…]

Twoi krewni wszędzie cię szukają, chłopcze z ulicy. Mahmood zamrugał gwałtownie, ścisnął mocniej kierownicę i namacał stopą pedał gazu. O co ci chodzi? – spytał słabo. Wiesz, o co mi chodzi – parsknął mężczyzna. Twoja matka wypytuje każdego kupca, marynarza i żołnierza w Afryce i w Adenie, czy może widział ciebie, a choćby i twoje gnijące, zaśmierdłe zwłoki. Masz na karku policję? Dlaczego uciekłeś od rodziny? Allah cię za to pokarze. Nikt cię nie nauczył, że niebo leży pod stopami twojej matki, yaa? Pracuję, będę wysyłał im pieniądze – skłamał Mahmood wysokim, dziecinnym głosem. Poczuł ciężkie perfumy Bibi Zahry, jeszcze zanim zdążył ją zobaczyć. Co się stało, Mahmood? Przyłapałem go – powiedział tamten mężczyzna. Przyłapałeś go? A co on zrobił?! – krzyczała, zwracając się raz do jednego, a raz do drugiego. Nic, matka mnie szuka – rzucił Mahmood w stronę kierownicy. Nie wiedzą, czy jeszcze żyje, czy umarł. Harami! [po arab. przekleństwo – przyp. aut.]– zakrzyknęła Bibi Zahra, wsuwając rękę do samochodu, by spoliczkować Mahmooda. Chcesz, żeby wszyscy myśleli, że cię porwałam? Że ze mnie jest dad qalaato [w somalijskim – nieznajomy – przyp. aut.]? Myślałam, że jesteś sierotą. Nigdy tego nie powiedziałem i nigdy nie życzyłem śmierci mojej matce. Powiedziałem, że mój ojciec umarł. Bibi Zahra potrząsnęła głową, a jej obwiedzione kohlem [czarny pigment makijażu oczu – przyp. aut.] oczy napełniły się łzami.

[…]

Co go czekało w Hargejsie? Łzawe spotkanie z matką, po którym szybko nastąpią kara, nudne zajęcia w rodzinnym sklepie, długie oczekiwanie, aż każdy z jego braci znajdzie żonę, zanim przyjdzie kolej na niego. Chciał zobaczyć więcej piękna, więcej dziwnych miejsc na świecie, zwierząt i kobiet. Chciał zobaczyć pałace, wielkie statki, góry, czcicieli ognia i dziewczęta o płomienistych włosach. Kiedy myślał o Hargejsie, od razu widział burze piaskowe, które szczypią w oczy i szarpią ubraniem, starych mężczyzn klepiących modlitwę na paciorkach tusbahu [arabskiego różańca – przyp. aut.], przekonanych, że wszelkie nowości wymyślił shaydaan [somalijski: szatan – przyp. narratora], niekończące się negocjacje między klanami w sprawie ziemi, kobiet i studni. To miejsce dla starych, a nie dla tych, którzy dopiero zaczynają życie.

[…]

Czasami budzę się i nie wiem, gdzie jestem, w jakim łóżku, w jakim miejscu, w jakim kraju. Mam wrażenie, że dryfuję po głębokim morzu, między jednym obchodem a drugim. To dziwne uczucie, bardzo dziwne. Słyszę, jak strażnik przechodzi w nocy koło mojej celi, przygląda się, jak leżę na pryczy, a ja myślę, że to matka sprawdza, co u mnie, i że powinienem zamknąć oczy. Zastanawiałem się nad Tahirem, wiesz? Jak czasami oglądał swoje ręce, zadziwiony, jakby nie mógł uwierzyć, że są jego. Wiem, jak ludzie popadają w szaleństwo. Otwierasz w swoim umyśle furtkę i po prostu przez nią przechodzisz, nic trudnego. Nie jesteś szalony. Czasami widziałem, że się podłamujesz, ale ostatecznie nigdy się nie dałeś. Nie pozwól, żeby to cię złamało. Oni zawsze nas się czepiają, ale ty trzymasz waran i gaashaan [w somalijskim: włócznia i tarcza – przyp. narratora] w górze, i tak trzymaj dalej. Berlin udaje, że dzierży mocno w obu rękach włócznię i tarczę. Zachować czujność, sahib [po arab. panie – przyp. aut.], zachować czujność.

[…]

Głos lekarza czytającego instrukcje z czarno-białego formularza buczy monotonnie. Mahmood mechanicznie wypełnił dwie pierwsze części testu na inteligencję. Chodzi o prosty zestaw liczb, kształtów i gier słownych, ale jego myśli błądzą gdzie indziej. Otaczając kółkiem poprawne jego zdaniem odpowiedzi, zastanawia się, jakim cudem miesiąc w więzieniu mógł mu się tak dłużyć. „Będziesz wisiał, obojętnie, czy to zrobiłeś, czy nie”. Słowa Powella wracają do niego, wyraźne i ostre. Wtedy słyszał w nich arogancję i frustrację człowieka przyzwyczajonego do przemawiania z pozycji siły, teraz rozumie, że była w nich prawdziwa groźba. Lekarz zagląda mu przez ramię na kartkę z odpowiedziami i unosi brew. Mahmood rozważał, czy nie wypełnić testu tak źle, by uwierzyli, że mają do czynienia z przygłupem, ale ostatecznie duma mu na to nie pozwoliła.

[…]

Wasz Bóg umiera. To niemożliwe, że Bóg umiera. Mówicie, że przez minutę, pięć minut, godzinę wasz Bóg nic nie widzi, nic nie słyszy, nic nie rozumie? Wy musicie mieć dwa Bogi, jeden, co umiera, i jeden, żeby go wrócić do życia. Mój Bóg jest jeden. Wszystko może, ale i wszystko wybacza. Wzywasz imię Allaha w chwili, gdy wiesz, że umierasz, a on obmywa cię do czysta i jesteś jak nowo narodzone dziecko. Jak tylko to idzie u ciebie z serca, jesteś w niyaadaada [z arab. raj – przyp. aut.], on ci wszystko wybaczy. To pocieszające. Lekarz uśmiecha się, nie chcąc drążyć tematu. Mahmood śmieje się. Chrześcijanie są śmieszni. Jak wasz Pan umarł za wszystkie nasze grzechy, to dlaczego macie więzienia? To jest pytanie dla osoby o bardziej filozoficznej duszy niż moja.

[…]

To było rozczarowujące spotkanie; Mahmood czekał od tygodni, żeby wypracować z prawnikiem strategię wydostania się z tego bałaganu, lecz odniósł wrażenie, że tamten już się poddał. Odczytał listę świadków oskarżenia, było ich ponad trzydzieścioro. Mahmood rozpoznał zaledwie cztery nazwiska. Doc i Monday oczywiście śpiewali tak, jak im policja zagrała, ale nie tylko oni, także Billa Khan i człowiek z toru wyścigowego. Pozostali albo korzystali z okazji – jak stary sklepikarz bigot – albo byli informatorami, albo zostali zmuszeni do powiedzenia czegoś, czegokolwiek, przez policję, która miała na nich haka. Adwokat poinformował go również, że policyjne laboratorium znalazło na jego butach plamki krwi, tak małe, że trzeba było użyć mikroskopu, żeby je znaleźć. Twierdzili, że to ludzka krew. Buty kupił od matki Laury, aby oddać jej przysługę. Jej brat znalazł je na wysypisku śmieci, a ponieważ nie pasowały ani na jej męża, ani na synów, chciała się ich pozbyć za parę groszy. Bóg jeden wie, skąd pochodziły i ilu mężczyzn nosiło je przed nim, nieważne, nic się z tym nie da zrobić. Mahmood wielokrotnie powtarzał, że chciałby zeznawać na rozprawie, lecz adwokat się na to nie zgadzał, argumentował, że w ten sposób zdradzą prokuraturze swoją linię obrony.

[…]

Mimo to świadków wciąż przybywa, jakby ktoś wyławiał ich z dna kanału Glamorganshire i wyrzucał na podłogę sali sądowej: grubych, chudych, czarnych, białych, brązowych, elegantów i włóczęgów, obcych i znajomych. Wszyscy zjawiają się po to, żeby wbić Mattanowi nóż w plecy. „Widziałem u niego brzytwę, jestem pewny” – mówi jeden z Nigeryjczyków. „Groził nożem mojemu sąsiadowi” – twierdzi gospodyni domowa. Policja wciąż nie znalazła narzędzia zbrodni ani pieniędzy, więc używa kapusiów, aby zrujnować jego reputację, przedstawić go jako człowieka zdolnego do wszystkiego. W kronikach filmowych mówi się o takich jak on „zdesperowany przestępca”. Tych, którzy twierdzą, że widzieli go wychodzącego ze sklepu wieczorem szóstego marca jest tak wielu, że nieomal zaczyna w to wierzyć. Oskarżają go Jamajczyk, Walijczyk, Arab, Maltańczyk, Hindus, Żyd – prawie cała Liga Narodów. Nurzają jego nazwisko w błocie i traktują go jak winnego, on zaś może jedynie stać z zasznurowanymi ustami za barierką dla oskarżonych. Do czyjego łóżka nasrał, że mu to robią? Żaden Somalijczyk jeszcze nie zeznawał, ani po stronie oskarżenia, ani obrony, i za to jest wdzięczny; wtedy, kurwa, ten cyrk stałby się już zbyt realny.

[…]

Są ślepi na Mahmooda Husseina Mattana i jego prawdziwe wcielenia: niestrudzonego palacza okrętowego, pokerowego rekina, eleganckiego wędrowca, spragnionego miłości męża i ojca o miękkim sercu. Będzie proces. Będzie proces. Będzie. Proces. To już koniec, przesłuchania się odbyły, wszystkie kłamstwa są na swoim miejscu. Policja wykonała kawał dobrej roboty, żeby go załatwić. Musi teraz oszczędzać siły na rozprawę przed Sądem Przysięgłych, podczas której będzie zeznawał, niezależnie od tego, co twierdzi jego przeklęty adwokat. Fakty są takie, że jest niewinny. „Prawda cię wyzwoli”. Słyszał to wielokrotnie od miejscowych, chyba uczą tego w ich kościele.

[…]

Twarz Laury jest zbyt odległa, żeby mógł ją wyraźnie zobaczyć [zza krat – przyp. aut.], ale Mahmood orientuje się, że zauważyła ruch, bo schyliła się, aby pokazać Davidowi, w którym kierunku ma patrzeć. Omar dostrzega ojca bez niczyjej pomocy i zaczyna skakać, zatacza się z radości, trzymając się za brzuch, jakby odgrywał pantomimę. Oni machają, on macha, oni machają bardziej energicznie, on macha aż do bólu. Chciałby do nich krzyknąć, ale nie ma możliwości, żeby jego głos dotarł aż tam. Trzepocząca biała chusteczka to wszystko, co ma. Ten moment kojarzy mu się z chwilą, kiedy statek pasażerski szykuje się do opuszczenia portu, podróżni zbierają się na pokładach pierwszej, drugiej i trzeciej klasy, by pożegnać tłumy na nabrzeżu. Kiedy pilot wyprowadza liniowiec w morze, na obu burtach chusteczki kłębią się niczym padający śnieg i trwa to jeszcze długo po tym, jak wybrzmi syrena – statek zdąży odpłynąć tak daleko, że zdawałoby się, że zmieściłby się nawet do butelki.

[…]

Nigdy nie rozmawiają o tym, co się stało, ale to zawsze jest między nimi, w ich milczeniu, w niespokojnych spojrzeniach, i bardzo im ciąży. Grace będzie musiała złożyć zeznania w sądzie. Komisarz Powell bardzo na to nalega, jego zdaniem sąd przysięgłych musi ją zobaczyć w miejscu dla świadka. Trudno się z nim spierać; kończy się na tym, że Diana ulega jego sugestii, zamiast domagać się tego, po co przyszła, a w ostatecznym rozrachunku czuje się zlekceważona i jednocześnie doceniona. Powell twierdzi, że stworzyli mocną linię oskarżenia przeciwko Somalijczykowi, z dowodami kryminalistycznymi i wieloma świadkami oskarżenia, jednakże nadal potrzebują Grace, aby zeznała, że właśnie tego mężczyznę widziała na progu. Komisarz uważa, że po ciężkim szoku umysł może płatać figle, wymazywać niektóre wspomnienia i dodawać wyrazistości innym, więc muszą się bardziej postarać, aby przypomnieć sobie twarz napastnika, ponieważ wszystkie dowody wskazują na Somalijczyka. Ponownie pokazał jej zdjęcie podejrzanego, posępne spojrzenie Mattana wpatrujące się w nią znad stołu, i powiedział, że Grace ma dużo czasu, by przypomnieć sobie, co widziała, ponieważ proces rozpocznie się dopiero wraz z obradami Sądu Przysięgłych w Swansea.

[…]

Diana stara się zgrabić na skąpy trawnik zbrązowiałe liście jaworu z zeszłej jesieni, aby kwiaty miały więcej światła, a przy okazji grzeje w słońcu swoje białe jak mąka ramiona. Temperatura wynosi prawie dwadzieścia stopni Celsjusza. To pierwszy od katastrofy dzień, w którym Diana ma czas dla siebie. Odzyskuje własne życie, sprawy publiczne związane z żałobą coraz mniej ją absorbują: wizyty, pytania, rozmowy i pocieszenia, pieniądze, adwokaci, policja. Po procesie to wszystko się skończy. Prostuje się, odrzuca grabie i wyjmuje z kieszeni fartucha papierośnicę. Popołudniowe słońce przysiadło za dwoma dorodnymi jaworami, które osłaniają ogród od torów kolejowych; splecione wrzecionowate gałęzie jarzą się jak zapałki potarte o draskę. Diana długo zaciąga się papierosem mentolowym, jej policzki się wydymają, płuca rozszerzają, a słodkie, chłodne powietrze spływa aż do żołądka. Jasność. Spokój. Przez kilka sekund czuje i to, i to. W dzieciństwie lubiła gapić się przez okno, udając, że pali papierosa, którym był ściśnięty między palcami kawałek ułamanej kredy. Kiedy tak siedziała ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dymiących kominach, ojciec ganił ją za marnowanie czasu, uważając próżniactwo za grzech największy ze wszystkich, ale chwile, kiedy wiatr głaszcze jej włosy i przenosi w dal myśli, uspokajają jej wojowniczą duszę.

[…]

Violet zajmowała się domem, dbała o to, żeby wszyscy byli nakarmieni i czyści; nawet jeśli wiedziała coś więcej o „sytuacji”, nigdy o tym nie wspomniała. Do domu przychodzili rabini w długich płaszczach, którzy godzinami przesiadywali z ojcem w jadalni, doradzając cierpliwość i zaufanie, lecz on już nigdy nie spojrzał łaskawie na matkę swoich córek. Niecałe sześć lat później założył nowy proces o zdradę i wygrał, po czym wyrzucił ją z domu i spalił wszystkie jej zdjęcia, których dziewczynki nie zdążyły uratować. Widział w mamie zupełnie inną kobietę niż one: w dotyku jej rąk czuły miłość, a on skażenie; w jej śmiechu słyszał zdradę, a one wesołość; w melancholijnym spojrzeniu, które interpretował jako przebiegłe, one dostrzegały smutek. Matka była drzewem, które chciał ściąć, a za siekierę posłużyły mu przepisy prawa. Dziewczynki pomogły jej spakować rzeczy i przenieść się do małego domku, gdzie wypłakała sobie oczy i zmarła kilka lat później. Całe swoje życie zbudowała wokół macierzyństwa, a potem najwyższy sąd w kraju uznał ją za nieodpowiednią matkę. Biedna kobieta. Diana nadal nie wie, co o tym myśleć: czy sędziów zwiodła paranoja jej ojca, czy też ich mama naprawdę kochała mężczyznę o imieniu Percy. Dorastały w świecie, w którym należało się chronić przed prawdą. Nie jesteśmy stworzone do łatwego życia – wzdycha Diana, uderzając ciastem o stolnicę. Nie jest taka jak matka, wie o tym, nie potrzebuje mężczyzny dla jego pieniędzy ani dla ochrony przed czymkolwiek i, do stu diabłów, postara się, aby Grace też taka nie była.

[…]

Pięć lat. Pięć lat zajęło mu pozbycie się wszelkich złudzeń co do miejsca, w którym żyje. Jeżeli wcześniej nie dostrzegłeś swoich błędów, ujawni je cela więzienna. Mahmood wstaje i zaczyna dreptać po wolnej przestrzeni, niewiele większej niż metr kwadratowy. Początkiem jego końca był ten dzień w Durbanie, kiedy zobaczył swój pierwszy statek – rozsiadł się na wodzie niczym dymiąca wyspa wulkaniczna. Zgodził się na pomocnika kucharza, ponieważ uznano, że jest za słaby, żeby przystąpić do „Czarnego Gangu”. Teraz z uśmiechem wspomina, jak bardzo denerwowała go praca w kuchni, kiedy wszyscy jego bracia byli na dole, w maszynowni. Musiało minąć kilka tygodni, zanim zdał sobie sprawę, że „Czarny Gang” składa się z ludzi o różnych kolorach skóry, a swoją nazwę zawdzięcza temu, że po zakończeniu wachty wszyscy ci mężczyźni, czarni od węglowego pyłu, ledwie trzymają się na nogach. Jego praca była czysta, łatwa i upokarzająca: „Obierz kartofle, Ali”, „Nie domyłeś patelni, rusz dupę, na miłość boską!” czy „Chuj mnie obchodzi, że nie jesz wieprzowiny, masz ponacinać szynki”. Stewardzi byli szorstcy w obejściu, lecz niepozbawieni życzliwości. Jeden z nich, łysy Szkot z żyłami jak powrozy, omal nie udusił inżyniera za to, że rzucił w Mahmooda talerzem oślizgłej peklowanej wołowiny.

[…]

Magia białego człowieka. Odbierał to tak, jakby Europejczycy stworzyli od nowa świat i wystarczyło im wykonać czarodziejski gest, by pokazały się wszelkie cuda tego świata. Statek uświadomił mu przepaść pomiędzy życiem, jakie wiódł w Afryce, a tym, co istniało poza nią. SS Fort Ellice był jak pojazd kosmiczny, który zabrał go na planetę zielonych ludków gadających w obcym narzeczu i mórz skutych lodem. Im bardziej zbliżał się do celu, czyli do Cardiff, tym wyraźniej czuł, że Afryka będzie już dla niego za mała. Dopiero podczas trzeciego rejsu, kiedy jego mięśnie urosły w małe wzniesienia na drobnych kościach, przedostał się do wnętrzności statku – tam, gdzie pracowali prawdziwi mężczyźni. Nie był jeszcze materiałem na palacza okrętowego, więc został zatrudniony w bunkrze jako trymer przerzucający węgiel przeznaczony do kotłów, który następnie palacze, ledwie żywi ze zmęczenia, wrzucali w płomienie. Bunkier był czarny jak smoła, oświetlała go tylko jedna przenośna lampa. Kołysany falami Atlantyku pokład przechylał się, trymerzy ślizgali się na grudach węgla, które przetaczały się prosto pod ich stopy. To na tym statku w bunkrze wybuchł pożar, ale nie żaden normalny pożar – nie było widać płomieni, nie czuło się dymu – tylko z głębi czarnej sterty buchał żar tak intensywny, że spowodował wyrwanie stalowej grodzi. Nasir, stary trymer z Jemenu, który potrafił ocenić jakość węgla po nagryzieniu go, twierdził, że to się zdarza, jeśli się przysypie stary węgiel zbyt dużą ilością świeżego, albo wtedy, kiedy zasobnia stoi zbyt długo nieużywana. Mówił o węglu jak o serdecznym, lecz nieobliczalnym znajomym, nie przestając przebierać sękatymi nogami uczernionymi pyłem aż po workowate szorty.

[…]

Hazard dopadł go później, przy stole pokerowym w Singapurze, kiedy dzięki szczęściu debiutanta wyłożył dziesięć funtów, a wygrał sto. Przyniosło mu to silniejszy dreszcz emocji niż alkohol i kobiety, i już wiedział, że znalazł odpowiednią truciznę dla siebie. Został, żeby przyjrzeć się, jak grają inni, powtarzał sobie, że ma już dosyć, lecz ostatecznie znów usiadł, położył na wąskim drewnianym stole dziesiątkę, potem dwudziestkę, a w końcu całą pulę. Chińscy kucharze, do których się przyłączył, w ogóle nie położyli się tej nocy, przeganiając senność kolejnymi talerzami smażonego jedzenia i naparstkami whisky. Żółte jarzeniówki buczały, jego mózg szumiał z wyczerpania, a jednak przyglądał się z uwagą, jak stary kucharz, na którego kolanach usadowiła się odurzona opium jinu [chiński: dziwka, prostytutka – przyp. narratora] i zachęcająco pocierała jego cętkowaną łysinę swoimi czarnymi szponami, wygrał stertę gotówki przemieszanej z biżuterią. Było tego dość, by mógł odejść na emeryturę, ale staruszek nawet się nie uśmiechnął. Zsunął dziewczynę z kolan, podał banknot każdemu mężczyźnie przy stole, po czym sztywnym krokiem ruszył w stronę statku szerokimi, pustymi ulicami oświetlonymi wschodzącym słońcem, z wygraną ukrytą w papierowej torbie.

[…]

Obmył swoją duszę i z czystym, szczerym sercem może błagać Boga o sprawiedliwość. Sprawiedliwość, nic więcej. Nie oczekuje, że jego własne grzechy zostaną pominięte, nie powinien tylko płacić za cudze. Ale nawet część jego własnych grzechów została w jego odczuciu wymuszona przez ten cholerny kraj. Nigdy w życiu niczego nie ukradł, dopóki za sprawą tych drani nie poczuł się jak gówno wdeptane w trawę. Te stare jędze przyciskające torebki do piersi na sam jego widok, gotowe się przeżegnać, gdyby tylko padł na nie jego cień. „Czego się tak boisz?! – nieraz miał ochotę wrzasnąć. – Przecież to twoi ziomkowie bez problemu zabijają nas dla sportu!” Możesz być archaniołem Dżibrilem [arabski: Archanioł Gabriel – przyp. narratora], ale kiedy jesteś ciemny na twarzy, to choćbyś nie wiem jak był uczciwy, miły, przyjemny, i tak biorą cię za diabła. Na ulicy zaczął chodzić ze skrzyżowanymi ramionami, jakby związanymi, aby dać im do zrozumienia, że nie zamierza ich skrzywdzić. W jego głowie kłębiły się shaki [somalijski: wątpliwości – przyp. narratora], zastanawiał się: Czy ta kobieta spojrzała na swoją torebkę, bo zobaczyła, że nadchodzę, czy po prostu czegoś z niej potrzebuje? Czy ten mężczyzna mnie pilnuje, czy po prostu kręci się po swoim sklepie? Aż pewnego dnia miał dość. Jakieś babsko rzuciło mu naprawdę wredne spojrzenie, jednoznacznie mówiące „wracaj, skądeś przyszedł”. Jemu, w tym jego trzyczęściowym garniturze i jedwabnym szaliku, a to stare pudło miało na sobie kurtkę przeciwdeszczową, która nie widziała prania od wojny. Tego mu było za wiele. Kiedy się z nią zrównał, targowała się o cenę tanich filetów z Tommym Rybką. Zobaczył, że rzuciła swoją syntetyczną torebkę na brzeg wózka, więc zaczepił palcem o pasek i z nią odszedł.

[…]

Musi znaleźć sposób na wydostanie się z tej pułapki. Czy już za późno, żeby powiedzieć im trochę więcej? Trochę, na przykład: „Rzeczywiście, zahaczyłem o dom Laury, zanim wróciłem do siebie” i „Tak, zaszedłem na Bute Street w tygodniu, kiedy zabili tę kobietę”. Czy to by coś pomogło? Czy może powiedzą tylko: „Ha! Teraz mamy dowód, że jesteś kłamcą”? Utknął na wysepce swoich kłamstw i nie sposób jej opuścić, bo w morzu dookoła pełno rekinów. Niech tak będzie, po prostu musi się z tym pogodzić i zaufać temu, który wszystko widzi i wszystko wie. Berlin w czasie ostatnich odwiedzin powiedział, że ramadan rozpocznie się wraz z najbliższym nowiem. Mahmood stuka się w skroń, żeby dobrze zapamiętać – po zachodzie słońca musi sprawdzić fazę księżyca. Będzie pościł, we właściwy sposób wykorzysta ten martwy okres; jedyne, za co może podziękować draniom, to że trzymają go z dala od całego belwo, do którego przywykł – alkoholu, muzyki, picia, hazardu, kobiet, pięciu filarów jego dawnego życia. Tutaj, na więziennej pustyni, może zacząć pokutę za niektóre z grzechów przeszłości.

[…]

Naprawdę nie godzi się atakować strażników, panie Mattan. Człowiek w pańskiej sytuacji jest nikim więcej jak tylko podopiecznym państwa, a pańska fizyczna i słowna napaść na strażników stanowi obrazę dla samego państwa. Osiągnie pan znacznie więcej poprzez podejście pojednawcze i pełne godności. Pan Rhys Roberts i ja przygotowaliśmy silną linię obrony dla pana, natomiast prokuratura nie była w stanie zrobić nic więcej, jak tylko sklecić zestaw pomówień i przypuszczeń. Byłbym wdzięczny, gdyby wyraził pan nieco więcej wiary w nasze umiejętności. Dobrze by też panu zrobiło, gdyby zażywał pan więcej powietrza, lepiej się odżywiał, więcej spał, wzmacniał swoje morale przed procesem – adwokat patrzy na zegarek – który odbędzie się za niecałe dziewięć dni.

[…]

Sekretarz sądowy:

Sędziowie przysięgli, oskarżony nazywa się Mahmood Hussein Mattan, a zarzuca się mu, że szóstego marca bieżącego roku w mieście Cardiff zamordował Violet Volacki. Oskarżony nie przyznaje się do winy i zdaje się na wymiar sprawiedliwości swojego hrabstwa, który reprezentujecie. Waszym obowiązkiem jest wysłuchać zeznań i orzec, czy jest winny morderstwa, czy nie.

[…]

Niechaj będzie jasne, sędziowie przysięgli, że w tej sprawie mamy jedynie dowody poszlakowe, a państwo są proszeni o wyciągnięcie z tych poszlak pewnych wniosków. Mogą państwo pomyśleć, że oskarżenie zostało przedstawione niezwykle zwięźle przez mojego uczonego kolegę. Nie pamiętam, czy wezwano przed państwa trzydziestu dziewięciu, czy czterdziestu jeden świadków, ale w praktyce sumę, treść i podporę oskarżenia stanowi zaledwie dwoje świadków. Pierwszy to pan Harold Cover, który widział Mattana w pobliżu sklepu, w którym panna Volacki została tak okrutnie zamordowana, mniej więcej w porze popełnienia zbrodni, oraz pani Gray, która widziała go później z dużą kwotą w ręku. Po pierwsze, jak powiedział mój uczony kolega, cała historia Mattana, wyjaśnienia, zeznania i dowody są pełne kłamstw. Sędziowie przysięgli, kiedy będę komentował dowody, poproszę, aby państwo zapamiętali i mieli na uwadze fakt, że nie tylko zaprzeczył on sugestiom mego kolegi, ale i pewnym dowodom, które w ogromnym stopniu przemawiają na jego korzyść. Dlaczego miałby to robić? Zapewne zadali sobie państwo to pytanie na jego widok: Czym on jest? W połowie dzieckiem natury? Na wpół ucywilizowanym dzikusem? Człowiekiem, który wplątał się w sieć niesprzyjających mu okoliczności? Który znalazł się w kręgu podejrzeń policji i wiedząc, że jest podejrzany, w dziecinny sposób próbował wywinąć się z tego kłamstwem – próbował wywinąć się z tego kłamstwem. I to doprowadziło go przed państwa oblicze.

[…]

Wlókł się w milczeniu, umysłem wciąż tkwiąc w sądzie, którego obrazy wracały do niego w przebłyskach: Laura szlochająca na galerii, gdy schodził po schodach z miejsca dla oskarżonego, całkowite odrętwienie, jakie poczuł, gdy usłyszał wyrok, dziwna czarna szmata na szarej peruce sędziego, gdy odczytywał treść orzeczenia, poklepanie po ramieniu przez funkcjonariusza więziennego, który z powrotem założył mu na nadgarstki kajdanki. Długa droga powrotna ze Swansea w czarnej furgonetce; las, przez który przejeżdżali, wystarczająco gęsty, by ukryć uciekiniera; stare wioski z szarymi kościółkami i niskimi pubami, dzieci o rumianych policzkach bawiące się na ulicach; jaskrawe reklamy jarmarków i przejażdżek łodzią, bladoskórzy ludzie wygrzewający się w Alexandra Gardens. Patrzył na to wszystko beznamiętnie, dopóki nie zbliżyli się do doków i nie zobaczył metalicznego morza, które go wzywało. Następnie pomknęli prosto przez Bute Street, obok pustego sklepu martwej kobiety, obok kwatery, w której mieszkał, obok Colonial Annex, jego fryzjera, jego sklepu z przyprawami, lombardu, obok grupki ludzi, w tym Ismaila, zajętych hazardem na rogu Angelina Street. Wtedy pękło mu serce.

[…]

Jeśli zamierzali go torturować, znaleźli doskonały sposób, lepszy niż jakikolwiek rodzaj bólu fizycznego, który mogliby mu zadać. Utrata prywatności sprawia, że ma ochotę zdjąć skórę, wyjść z niej. Rano ma spotkanie z tym draniem adwokatem, umieści ten temat na pierwszym miejscu. Jak będą traktować go w ten sposób, nic go nie powstrzyma przed odebraniem sobie życia. Chciałby ich wszystkich pozabijać: matkę Laury z „tym człowiekiem”, tego byka Madisona z jego „hipnozą”, kłamliwego stolarza z Jamajki i wiedźmę May Gray z jej nietrzymającymi się kupy, podłymi kłamstwami rzucanymi z powodu chciwości. A najgorszy, najgorszy ze wszystkich, był adwokat. Czerwony na twarzy, brzuchaty, nadęty sukinsyn, gadający o „dzikusach”, jakby występował w filmie o dżungli. „Dziecinne kłamstwa”, „głupi człowiek”, „dziecko natury”, co go ugryzło, że te wszystkie słowa wylały mu się z ust? I żeby potem mówić o smutnych oczach? Gdzie jest Bóg? Gdzie jest ten Bóg, na którego zmarnował tyle modlitw i pokłonów? Najsprawiedliwszy, najuczciwszy, najmiłosierniejszy? Dlaczego milczy? Jakiej próbie go poddaje? Czy pozwoli, by go zabiły te dzikusy, ci kanibale? Próbują go utuczyć na rzeź. Ta czarna czapka, czarna suknia z fałdami przypominającymi skrzydła, ostry szary dziób, jak u ptaka z piekła rodem, który potrafi mówić. Waaq, zapomniany bóg Somalijczyków o postaci wrony, ożył, by wyrwać mu serce, a modlitwy wysłane do Allaha sterczą jak strzały wbite w jego rozgoryczone dumne ciało.

[…]

Mahmood parska. Mocna argumentacja? Jeden mówi, że byłem w domu za piętnaście dziewiąta, druga, że o tej samej godzinie byłem u niej w sklepie i się przechwalałem forsą, i to się nazywa mocna argumentacja? I że przychodzę w czystych, białych spodniach po tym, jak poderżnąłem cztery razy gardło kobiecie, to jest mocny argument? Że trzymam przy sobie brzytwę, co nią zabiłem, i że ją chowam w czyimś praniu w czasie pokera, to jest dobry argument? Panie, to jak by wyglądał słaby argument? Wydaje się, panie Mattan, że zapomina pan o swojej roli w tej katastrofie. Wyraźnie pamiętam, że na wiele ważnych pytań odpowiadał pan zwrotami „nie potrafię sobie wyobrazić” i „nie mnie to oceniać”. Patrząc z perspektywy czasu, być może byłoby korzystniej, gdyby udzielił pan jaśniejszych i bardziej szczerych wyjaśnień na temat swoich poczynań tamtego wieczoru – oczy adwokata patrzą zimno – ponieważ prawdę mówiąc, to pańskie wystąpienie rozwiało wszelkie wątpliwości sądu co do pańskiej winy. Mogę oczywiście mówić tylko o własnych spostrzeżeniach, ale wyglądał pan wojowniczo i przebiegle i spowodował pan pomieszanie, z którego będę teraz próbował pana ratować. Nie chciałem wchodzić we wzajemne oskarżenia, ale, panie Mattan, niewątpliwie potrafi pan zalać sadła za skórę.

[…]

Mahmood w połowie pości, a w połowie sam sobie wymierza karę. Spędził dwa dni bez jedzenia i picia i jest tak słaby, że ledwie może poruszać kończynami. Ma wątpliwości, czy taki post się liczy, skoro nie przerywa go o zachodzie słońca, i nie wie nawet, czy ramadan jeszcze trwa, ale nie rezygnuje. Próbując wykroić sobie trochę samotności w zatłoczonej celi, nigdy nie obraca się w łóżku, jeśli nie jest ukryty pod kocem, nigdy nie patrzy na strażników ani z nimi nie rozmawia, wystarczy, że musi wysłuchiwać ich głupiej gadaniny. Angielski jest teraz dla niego jak drut kolczasty, to śmiertelnie niebezpieczny język, który musi trzymać z dala od ust. Proces wciąż trwa w jego snach i w rozmyślaniach na jawie. Sam wciela się w role sędziego, oskarżyciela, obrońcy, wszystkie jednocześnie, sam siebie rozrywa na strzępy, po czym nawołuje się do porządku i raz po raz dowodzi własnej niewinności. W sądzie naśladował słowa prawników – ich „możliwe”, „nie wiadomo mi” i „nie mnie to wyjaśniać” – kiedy powtarzał „nie zamierzam sobie wyobrażać” prawdziwości zarzutów, ale w jego ustach brzmiały one zupełnie inaczej. Powinien był płakać, szlochać, błagać, rwać na sobie ubranie, mówić, że jest tylko dzikusem, którego przechytrzyli mądrzy walijscy policjanci. Smutnym dzikusem o uśmiechniętych oczach. Uśmiechniętym dzikusem o smutnych oczach.

[…]

Mahmood, przybity, wzrusza ramionami. Przeprowadzimy cię przez to, wiesz o tym, pieniądze, które zebraliśmy, już się rozeszły, nie pomyśleliśmy o apelacjach czy innych takich rzeczach, ale rozmawialiśmy z Somalijczykami w Newport, South Shields, Hull, Sheffield i we wschodnim Londynie, wszyscy powiedzieli, że się dołożą. No bo co? Dwa, trzy funty na człowieka? To nic takiego. Nie muszą sięgać zbyt głęboko do kieszeni. Doceniam to, stary, naprawdę. Nigdy nie musiałem prosić tych ludzi o łaskę i to jest jedyna pozytywna rzecz. Widziałem wszystko. Byłem na procesie. Pojechałeś do Swansea? Myślałem, że nie znosisz opuszczać zatoki. Tak, ale wsiadłem do tego cholernego, śmierdzącego pociągu. Pomyślałem, że potrzebujemy tam człowieka, obserwatora. I co sądzisz? Lepiej niż na filmie, co? Wahollah! [Somalijski: Na Boga!] To był cyrk, brakowało tylko akrobatów i połykaczy ognia. Mahmood rozluźnia napięte ramiona i śmieje się głośno. I lwów, i kobiet, co się wiją jak węże, zamiast mówić prawdę. Ale ona była jak lew, może nie? Nie widziałeś tej szarej grzywy i ostrych pazurów? Nie lubi cię. Co jej zrobiłeś, zabrałeś jej torebkę? Mahmood kładzie rękę na sercu, uśmiechając się nieco maniakalnie.

[…]

Mahmooda wypuszczono na oddzielne podwórko na codzienną godzinę ćwiczeń. Nareszcie czuje, jak wstępuje w niego życie. Dzień jest ciepły, po raz pierwszy od dawna niemal upalny, ale w powietrzu unosi się świeży, zielony zapach ziemi schnącej po deszczu. Światło jest ostre, kładzie się na wilgotnych ścianach z cegły i żelaznych sprzętach więziennych niczym warstwa werniksu. Wszystko zdaje się nowe i czyste, nawet drut kolczasty nad głową błyszczy od kropel deszczu zwisających ze zwojów. Mahmood zamyka oczy i pozwala, by promienie słońca spływały mu po twarzy jak święty olej. Strażnik obserwuje go apatycznie od strony wejścia. Mahmood jest zadowolony, że przynajmniej otacza go przestrzeń, w której może myśleć, czuć, przypomnieć sobie, kim naprawdę jest poza numerem więziennym. Mury sięgają tuż ponad jego głowę i gdyby miał dość odwagi, podciągnąłby się na rękach i przebiegł przez wszystkie te czworokąty, trawniki i więzienne bramy, pokonałby niewielką odległość dzielącą go od Laury i dzieci. Nie widział jej od ponad tygodnia, ale wie, że zastałby ją w gorszym stanie niż on teraz, pełną poczucia winy i strachu. Na papierze zostały mu dwa tygodnie życia, lecz w głębi duszy w to nie wierzy, czuje w żyłach i ścięgnach, że mają więcej czasu, że Laura ma czas, by uciszyć nerwy, zanim stanie z nim twarzą w twarz. Nie wie, skąd bierze się ta pewność, ale ona jest, solidna i niepowstrzymana.

[…]

W górze po południowym niebie krąży mewa, raz po raz skrzeczy gdzieś niewidoczny kruk, najwyraźniej czerpie przyjemność z wibracji w swoim gardle. Życie. Życie. Takie proste i piękne. Woskowe liście bluszczu wyrastające z nieurodzajnej ziemi, pająk drgający na wysadzanej klejnotami sieci, przepływ powietrza w płucach i pęd krwi w sercu – wszystko to znajduje się poza kontrolą Mahmooda, w jakiś sposób jednocześnie ulotne i wieczne. On sam mógłby zniknąć ze świata równie łatwo, jak mewa, która wytycza w powietrzu ścieżkę donikąd; jej kości rozpadną się pewnego dnia nie wiadomo gdzie i jak, i nikt się nimi nie zainteresuje. Jest człowiekiem, wokół istnieją inni ludzie, tak jak istnieją inne mewy, nie może jednak wyzbyć się myśli, że bez niego nastąpi mały koniec świata.

[…]

Jeżeli – świadomie odrzuca to „jeżeli” – egzekucja zostanie wykonana, ma tak mało do przekazania swoim dzieciom. Szczoteczka do zębów, Koran, kilka zdjęć u Laury; resztę przetrzymuje policja, oznaczoną etykietami i skażoną przez niesprawiedliwość. Dzieci nie dostaną nawet jego ciała, sąd chce zatrzymać je tutaj, nie wiadomo, za karę czy w nagrodę. Jedyne znaczące dziedzictwo, jakie otrzymają, to jego opowieści, rozprowadzone przez Laurę lub Berlina i pokryte odciskami palców tych dwojga. Usłyszą, ale nie od niego, że był nomadą, spryciarzem, wojownikiem, buntownikiem, dowiedzą się, jaka jest cena bycia tym wszystkim, jaki to nektar i trucizna zarazem.

[…]

Był samozwańczym królem, kimś, kto znaczy o wiele więcej niż młodzieniec z Reer Gedid, członek klanu Sacad Musa, Somalijczyk, muzułmanin, czarny. Te etykiety były tak puste, że odbijały się od niego, nie poruszając żadnej części jego umysłu ani serca. Wmawiał sobie, że jest odlany z jednego kawałka, dlatego też mocno starał się żyć według zasad, których próbowali się trzymać inni ludzie. Nie wykłócaj się, nie walcz, nie proś o więcej, niż ci dają, nie chodź tam, gdzie nie twoje miejsce. Ale teraz te etykiety powbijały się w jego ciało: klan ma znaczenie, bo w Cardiff żyje niewielu jego członków, somalijskość ma znaczenie dla ludzi z Afryki Zachodniej i z Karaibów, którzy biorą go raczej za Araba niż za swojego, jego wiara ma znaczenie dla szejka i innych w meczecie Noor ul-Islam, którzy uważają, że już dawno temu zrobił się z niego kuffar [w arab. niewierny – przyp. aut.]. A czarna skóra? Bzdura. Był szalony, sądząc, że kiedykolwiek uda mu się wznieść ponad takie sprawy.

[…]

Pozostała nam jedna, ostatnia ścieżka prawna: zwrócić się do ministra spraw wewnętrznych z prośbą o królewskie ułaskawienie. Mahmood zamyka oczy, nie obchodzi go, jeśli wygląda to dziwnie; potrzebuje tylko pustki, czerni, która go otuli. Panie Mattan, czy pan słucha? Jak długo? Ile mam czasu? Oczy nadal ma zamknięte. Adwokat wydaje przeciągłe, zmęczone westchnienie. Przełożyli egzekucję na trzeciego września. Dlaczego mi się zdaje, że ta data jest ważna? – zastanawia się Mahmood, pocierając dłonią oczodoły, ale nie może sobie przypomnieć odpowiedzi. Natychmiast napiszę do ministra spraw wewnętrznych. Pan powiedziałeś „królewskie”: naprawdę królewskie czy rządowe?

[…]

Bawi się końcówką papierosa. Wyobraża sobie, co może teraz robić jego matka: w Hargejsie są trzy godziny do przodu, wezwanie do modlitwy asr [modlitwa popołudniowa u muzułmanów – przyp. aut.] z meczetów odbija się echem na wschód i zachód od ich zalanego słońcem domku. Matka nie wstaje z kuchennego stołka, tylko mamrocze pod nosem długie modlitwy. Nie przerywa mycia pomidorów, które wyrosły koło domu, może też drewnianym tłuczkiem rozdrabnia w moździerzu przyprawy z Hararu. Hooyo macaan, słodka matko, gdybyś tylko wiedziała, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest twój syn, odłożyłabyś miski i noże i sięgnęła po matę modlitewną. Wiatr się zrywa, spryskuje mu czoło deszczem; w domu matka też tak robiła, gdy miał gorączkę, skrapiała go wodą, którą wcześniej pobłogosławiła, i mocnym głosem odstraszała złe duchy. Dom. Mahmood po raz pierwszy głęboko tęskni za domem, za uściskiem i trudnym do określenia zapachem matki, za jej silnymi palcami, które kiedyś mocno obejmowały go za głowę, by złożyć na jego policzkach suche, pierzaste pocałunki. Minęło tyle czasu, nawet nie potrafi policzyć, ile lat upłynęło od chwili, gdy po raz ostatni widział dom – na pewno z dziesięć.

[…]

Ich czterogodzinne zmiany, polegające na naprzemiennej pracy i odpoczynku, zaczynały się i kończyły bez większych rezultatów. Morze złagodniało, ale nadal wydawało się, że kpi ze wszystkich, rzucało lekko statkiem i ciągnęło za kotwicę. Czas się zatrzymał; w nocy, gdy na statku pogasły światła, a rzadko ktokolwiek przepływał w pobliżu, Mahmood miał dziwne zawroty głowy, w których niebo i morze zlewały mu się w jedno. Mógł być kimkolwiek, w dowolnym czasie i miejscu, choćby na początku historii. Rozległość przestrzeni i głębia oceanu przypominały mu, jak niewiele znaczy, jak znikoma jest cała ludzkość. Nieomal każdej nocy spadały meteory, a niektóre schodziły tak nisko, że mógłby usłyszeć, jak przeskakują przez atmosferę. Wyginał szyję do tyłu, by obserwować ich taniec. Pierwszy oficer odpalał flary w kierunku gwiazdozbiorów, by ostrzec przepływające statki o ich niewidzialnej obecności.

[…]

Mahmood kładzie lewą rękę na sercu, a prawą unosi do góry, z palcem wskazującym skierowanym ku niebu. Allah mi świadkiem, nie zabiłem tej kobiety, moja krew i jej krew są rozlane niewinnie. Powiedz to wszystkim. Nie umieram jako człowiek bez winy, ale umieram jako szahid. Męczennik? – powtarza Al-Hakimi [szejk, duchowny islamski – przyp. aut.], unosząc brew. Taka jest prawda. Mahmood trzyma ręce w pozycji przysięgi. Pamiętam każdy hadis [hadisy – przekazy o czynach lub wypowiedziach Mahometa – przyp. narratora], którego macalim nauczył mnie w dzieciństwie. Istnieje wiele rodzajów męczenników: kobieta, która umiera przy porodzie, też jest męczennikiem, a jej dziecko będzie ją ciągnąć do raju za pępowinę: to z Musnad Ahmad. Inny: „Muzułmanin, który umiera jako obcy lub w obcej krainie, jest shaheedem”, jak zapisał Ibn Madżah [uczony z VIII w., który opracował jeden ze zbiorów hadisów – przyp. narratora]. Czy ja nie jestem obcym na obcej ziemi? Al-Hakimi przytakuje. A co otrzymuje męczennik? – pyta Mahmood, bawiąc się w nauczyciela. Dżannat al-Firdaus. Tak. Najwyższy poziom w raju. Wiele się tu nauczyłem, szejku. Dowiedziałem się, jak bardzo trzeba się bać, aby naprawdę błagać Boga o przebaczenie, z głębi żołądka. Dowiedziałem się, jak samotna może być dusza, gdy odbiera się jej wszelkie rozrywki, wszystko, co miłe, a także rodzinę. Dowiedziałem się, jak małe i kruche jest to życie i jak wszystko na tym świecie, w duniya, jest mirażem, który wyparowuje na naszych oczach. Zakosztowałem goryczy niesprawiedliwości.

[…]

Budzi się i zasypia z uczuciem autentycznego poddania, nie musi go wcale szukać, bo ono trwa i trwa pomimo upływu dni. Pociąg, który wywiózł go z Dar es-Salaam na południe, pierwszy statek w Południowej Afryce, spotkanie z Laurą w kawiarni, członek ławy przysięgłych, który zwrócił się ku niemu i odczytał słowo „winny” – wszystko to były szczeble niewidzialnej drabiny, po której wspinał się coraz wyżej i wyżej w stronę nieba. Dokładna data i godzina jego śmierci były już ustalone, ci nic niewiedzący biali ludzie dawali sobą manipulować jak marionetki. Nie ma na kogo się złościć ani nawet kogo obwiniać. Żałuje tylko, że nie zwrócił kiedyś większej uwagi na Violet Volacki, tę niską, krępą, ciemnowłosą kobietę, której śmierć miała nierozerwalnie związać się z jego własną. Nigdy nie pomyślał, że może być kimś więcej niż umiejącą mówić i twardo się targować wersją swoich manekinów sklepowych. Powinien był przytrzymać jej rękę, kiedy oddawała mu resztę, albo delikatnie położyć dłoń na jej krzywych plecach. Spojrzeć głęboko w plamki jej brązowych oczu i powiedzieć: „Ty i ja jesteśmy połączeni na wieczność. Nić mojego życia zostanie przecięta z chwilą, gdy umrzesz”.

[…]

Powell – mówi Mahmood, domagając się uwagi – wsadziłeś mnie tutaj i już za późno, żebyś mnie stąd wyciągnął, kapujesz? Teraz biorę tych dwóch ludzi na świadków – wskazuje na Perkinsa i Wilkinsona [klawiszy – przyp. aut.] – a ty słuchaj i pisz. Nie ty będziesz opowiadał moim synom czy komu innemu moją historię. Jestem tylko pokornym sługą prawa, nie mogę umieścić nikogo tam, gdzie nie powinien się znaleźć, panie Mattan. Mahmood przygląda mu się tak, jak patrzyłby na obiekt pod mikroskopem, próbując dociec, czy Powell to naprawdę ludzka istota, w której żyłach płynie krew. Drobne czerwone żyłki na jego nosie i policzkach zdają się to potwierdzać, ale jaki człowiek siedziałby tak spokojnie, znając kłamstwa, które wypowiedział, by skazać niewinnego na śmierć?

[…]

Niebo jest czerwone i spękane, tak że ukazuje ciemny tron Boga. Substancja o zapachu siarki rozprzestrzenia się nisko nad asfaltem i zmusza Mahmooda, który idzie w kierunku doków, żeby zatykał nos. Księżyc rozpadł się na dwie postrzępione połówki i tonie, podobnie jak gwiazdy, które wpadają jedna po drugiej do Morza Irlandzkiego, gdzie wyparowują, niknąc w otchłani. Fabryki i magazyny zamieniły się w pył. Mahmood idzie sam, przerażony, i szlocha jak dziecko. Mija opuszczone sklepy i kawiarnie przy Bute Street, które stoją nietknięte, tak jak je zostawił. Za ladami i przy stolikach siedzą szkielety, u Berlina ciasno jak w katakumbach. W oddali widać samotne postaci, które suną do przodu, on jednak wie, że ani one nie mogą mu pomóc, ani on im. To Kijama. Dzień sądu ostatecznego. W głębi duszy czuje, że jest potępiony, że w końcu stanie w obliczu przerażającej rzeczywistości Boga, zostanie zawstydzony i strącony w otchłań. Idzie, jak gdyby zmuszała go do tego siła, nad którą nie ma panowania. Płomienie strzelają z dachu nad sklepem Volackich, a potem sięgają chmur, z których spadają krople płynnego złota i palą jego skórę.

[…]

Słabe ciśnienie w kranach na tym piętrze sprawia, że trzeba wiele czasu, aby strużka wody spłukała grubą warstwę mydła z kończyn Mahmooda. Siedzi w małej wannie pokryty białą pianą, spod której tylko miejscami przeziera jego prawdziwy kolor, i zastanawia się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby urodził się z tak białą skórą. Po pierwsze, zarabiałby o jedną czwartą więcej jako marynarz i nie musiałby się ograniczać do szukania zatrudnienia w marynarce handlowej. Mógłby zostać wykształconym człowiekiem i wykorzystywać swoje umiejętności w dowolnej pracy, kupić przyzwoity dom dla Laury i dzieci, a stare białe kobiety komentowałyby, jaką wspaniałą rodzinę tworzą. Zaznałby też sprawiedliwości.

[…]

Naczelnik patrzy mu prosto w oczy, w rękach trzyma telegram. Mahmoodzie Husseinie Mattan, pana wniosek do ministra spraw wewnętrznych o ułaskawienie przez królową został odrzucony. Zostanie pan stracony za zabójstwo panny Violet Volacki w środę, trzeciego września, o ósmej rano. Niech Bóg zmiłuje się nad pana duszą.

[…]

Laury Mattan nie poinformowano o egzekucji Mahmooda, dowiedziała się o niej dopiero wtedy, gdy przyszła odwiedzić go w więzieniu. Ten dzień stał się początkiem trwającej dziesiątki lat walki o przywrócenie jego dobrego imienia. Po egzekucji rodzina przeniosła się do innej części Cardiff, gdzie doświadczyła skrajnego ubóstwa i rasistowskiej przemocy. W 1969 roku Harold Cover [świadek „koronny” na procesie Somalijczyka – przyp. aut.] został skazany na dożywocie za próbę zamordowania swojej córki przez podcięcie jej gardła brzytwą. Wkrótce potem Laura, wspierana przez somalijską społeczność z Tiger Bay, podważyła wyrok skazujący jej męża. Minister spraw wewnętrznych, a zarazem deputowany z Butetown, James Callaghan, odmówił ponownego rozpatrzenia sprawy Mahmooda, pomimo podobieństw obu przypadków i dotychczasowego zatajenia aktów przemocy ze strony Covera. W 1996 roku rodzina Mattanów wywalczyła prawo do ekshumacji ciała Mahmooda z nieoznaczonego grobu w pobliżu warzywnika w więzieniu w Cardiff i pochowała go w muzułmańskiej części Western Cemetery. W 1998 roku powołano komisję rewizyjną w sprawach karnych, na której spoczęło zadanie przebadania ewentualnych pomyłek sądowych z przeszłości. Sprawa Mahmooda trafiła jako pierwsza do trzech sędziów sądu apelacyjnego będących członkami tejże komisji. W obecności Laury, Davida, Omara i Marvina Mattanów, a także Harolda Covera, który został powołany na świadka, uznano, że wyrok został wydany na podstawie niewystarczających dowodów, i go unieważniono, czterdzieści sześć lat po egzekucji. Znaleziono nowe dowody, które pozwoliły zidentyfikować Tahira Gassa jako Somalijczyka widzianego przez Covera przed sklepem w noc morderstwa. Cover wskazał Mahmooda Mattana jako podejrzanego dopiero po zaoferowaniu nagrody i naciskach ze strony policji. Pomimo że Gass został w 1954 roku skazany za zabójstwo mężczyzny w Newport i osadzony w więzieniu w Broadmoor, społeczność somalijska zgłaszała później jeszcze innych podejrzanych, zwłaszcza marynarza Dahira Awaleha, który przyznał się, że był poszukiwany przez policję, zanim uciekł do Brazylii w marcu 1952 roku. Niesłuszne skazanie i egzekucja Mahmooda Mattana stały się pierwszą pomyłką sądową naprawioną przez brytyjski sąd, ale krzywdy wyrządzonej jego rodzinie nie dało się już cofnąć. Po tym, jak jej mąż został pośmiertnie uniewinniony przez sąd apelacyjny, Laura powiedziała dziennikarzom: „Gdybyśmy z Mahmoodem żyli w czasach biblijnych, zostalibyśmy ukamienowani. On był wspaniałym człowiekiem. Był najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło”. Sprawa morderstwa Lily Volpert do dziś pozostała nierozwiązana.

Nadifa Mohamed, Szczęśliwcy

Powieść obyczajowa Nadify Mahamed – utalentowanej somalijsko-brytyjskiej pisarki przenosi akcję tej „realistycznej” opowieści do walijskiego Cardiff i pobliskiego Swansea w Wielkiej Brytanii, w reminiscencjach również do dawnej Somalii Brytyjskiej, Kenii czy Tanganiki, obecnie już Tanzanii, a ogólnie czas ujmując w początki lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Mahmood Mattan, somalijski obieżyświat, złodziejaszek, hazardzista i palacz okrętowy za niewybredny żart po tragicznej w skutkach śmierci żydowskiej sklepikarki Violet Volacki zostaje wplątany sieć intryg, pomówień i mistyfikacji, które doprowadzają go wprost na szafot. Chciwość na „nagrodę” biedoty cardiffskiej, tudzież uprzedzenia rasowe „białej” ulicy i stróżów prawa oraz pasywna postawa wobec oskarżeń Mahmooda doprowadzają do rozwiązań krańcowych, które w historii Wielkiej Brytanii zapisały się jako ostatnia, zasądzona kara śmierci wymierzona przez trybunały sędziowskie. Skoro o winie człowieka decydują poszlaki to i anonimowość oraz wolność mogą i dziś stać się fikcją.  



powrót ››