22.03.2024

„Pędzę i pędzę bez wytchnienia, a
wszystko to na plecach. Kim jestem?
Rzeką!”
„Śmierć czeka bowiem każdego,
kto się narodził, a
narodziny każdego,
kto umiera”
„Nieruchoma w pędzącym pociągu.
Jestem układem odniesienia.”
[…]
„Jedzie pociąg, jedzie po żelaznych szynach, ciągnie wagoniki, równy takt wybija”. To-to-tak, to-to-tak, to-to-tak... Tuuuuu! Patrzę na pola i łąki, i lasy, i niebo, a może to pola i łąki, i lasy, i niebo patrzą na mnie – to jak z tą otchłanią, w którą spoglądasz tak długo, że w końcu otchłań zaczyna spoglądać na ciebie, czy jakoś tak, mogłabym wam o tym trochę opowiedzieć choćby tu i teraz, skoro siedzę już w pociągu, za oknem przelatuje obraz za obrazem, a ja siedzę, nie ruszam się ani o milimetr; nie muszę, czas gra na moją korzyść, po drugiej stronie mija rok za rokiem, ale tu, w środku, wszystko stoi i czeka. Pędzimy przed siebie, mkniemy szybciej niż rzeka, ta rzeka, do której nie da się wejść dwa razy, dwa ani trzy, ani sto, no nie i już! Gdzieś daleko, daleko na wodzie unosi się Marzanna. Śmierć. „Marzanno, Marzanno, ty zimowa panno, dziś cię utopimy, bo nie chcemy zimy”. Sięgam do kieszeni, zawsze noszę przy sobie kamień. Z przyzwyczajenia. Ale za oknem nie ma już rzeki. Jesteśmy my dwie, Madlenka i ja – i latawiec, który frunie nad polem kukurydzy. Madlenka odwija sznurek opleciony na palcu i śmieje się w głos. Latawiec tańczy, tańczy, tańczy na wietrze. Ta-dam, ta-dam. Miejsce latawca zajmuje tata, w ułamku sekundy na twarzy malują mu się kolejno wszystkie cztery pory roku. Próbuje coś powiedzieć, ale jego usta zmieniają się w cienką, cieniuteńką kreseczkę. Z głośników rozbrzmiewa skoczny kawałek o Moskwie – Ta-dam, ta-dam. Siedzę w koronie moreli. Gałąź pęka, a ja spadam, wkoło sypią się owoce. Karmel szczeka. Trzask! Patrzę na swoją rękę, wykręconą pod dziwacznym kątem, korzenie piłują mnie w plecy. Karmel oblizuje mi czoło.
[…]
Kiedy byłam mała, chciałam zostać iluzjonistką. To znaczy do dziś czasem chcę, ale wtedy chciałam tak naprawdę, z całych sił. Nagrywałam sobie na kasety wideo pokazy Davida Copperfielda, a potem w kółko puszczałam najlepsze sceny i ćwiczyłam przed telewizorem. Oglądałam również niektóre występy Pavla Kozíska – nie umywał się do Copperfielda – i powtórki A może przyjdzie też czarodziej. Zawsze z nadzieją czekałam aż do napisów. Adam, mój starszy brat, strasznie się ze mnie śmiał, choć sam podsunął mi ten program, że niby na pewno czarodziej w końcu przyjdzie. Nie rozumiałam, czemu wszystkie sztuczki zawsze pokazują faceci. Kobiety – cycate asystentki i ochotniczki – co najwyżej podawały im, co trzeba, szczerząc się do kamery, albo, też wyszczerzone, kładły się w trumnie i czekały, aż iluzjonista je rozkroi, a potem poskłada do kupy, ewentualnie dawały się zamknąć w szafie i znikały, a potem triumfalnie pojawiały się z powrotem. Nie myślałam wtedy, że to seksizm czy dyskryminacja, po prostu się dziwiłam i tym bardziej chciałam zostać pierwszą iluzjonistką na świecie, w dodatku taką, która nie będzie potrzebować nikogo, kto szczerzyłby się do kamery, cokolwiek mi podawał czy robił za królika doświadczalnego. Zamierzałam poradzić sobie zupełnie sama. W Ścierwielinie nie mieliśmy jeszcze wtedy internetu – zresztą nie dotarł do nas nawet sporo później, kiedy był już chyba wszędzie, więc co rusz chodziłam do biblioteki, do naszej małej wiejskiej biblioteki, gdzie było strasznie mało książek, nie mówiąc już o książkach z magicznymi sztuczkami; taka była tylko jedna, doszczętnie zaczytana i odczarowana przeze mnie, bo w kółko ją wypożyczałam, czytałam od deski do deski i czarowałam, czarowałam, czarowałam do upadłego. Nauczyłam się wszystkiego sama, nie potrzebowałam asystentki, nie musiałam nikogo kroić ani zamykać w szafie, tyle że to były triki dobre dla maluchów – jakieś karty, monety, apaszki, pudełka od zapałek. Ciągle pokazywałam każdemu, kto się nawinął, co już umiem: rodzinie, panu Voráckovi z gospody, lekarkom ze szpitala, kolegom, nauczycielce dyżurującej na korytarzu. I w końcu wszystkim znudziło się to moje czarowanie. Nawet mnie.
[…]
Ale tak najbardziej, najbardziej na świecie chciałam się nauczyć sztuczki, o której nie pisali w mojej książce ani w ogóle nigdzie. Jakiej? To chyba jasne. No, pomyślcie: czego chcielibyście się nauczyć, gdybyście zamierzali zostać magikami? Ja chciałam umieć znikać. Byłam strasznie ciekawa, co dzieje się z wszystkimi tymi iluzjonistami – czy nawet z ich asystentkami, niech będzie – kiedy znikają. Zwyczajnie rozpływają się w powietrzu czy tylko na chwilę gdzieś się przenoszą? A jeśli przenoszą, to gdzie i jak tam jest? Czy trafiają do miejsca, które już znają? Na przykład taki Copperfield zostawił brudne naczynia w zlewie, więc prędziutko wpada do domu, myje je raz-dwa, a potem – siup! – wraca na scenę i dalej występuje sobie jakby nigdy nic. Czy można się przenieść do lasu, na pustynię, na plażę? A może istnieje jakieś nie miejsce, inny wymiar? Miejsce dla czarodziejów i magików? Czy znika tylko ciało, czy dusza też? I kto tym wszystkim właściwie steruje? Tak, chciałam umieć znikać. Przekonać się na własnej skórze, gdzie trafia taki zniknięty człowiek. A potem wrócić. Wrócić.
[…]
Lubię tu sprzątać, chociaż w kątach jest mnóstwo pajęczyn – od tego ciągłego sięgania chwilami boli mnie już ręka – i chociaż zapach drewna jest czasami aż zbyt oszałamiający. Za bardzo kojarzy mi się z lasem. Czasami. Czasami. Słowo, którego już nigdy nie dam rady wymówić. Kiedy wychodzę, pan Rochester posyła mi jeden ze swoich czarujących uśmiechów. Nigdy nie wiem, czy robi to z uprzejmości, czy ze współczucia. Czary-mary bęc. Pan Rochester wcale nie nazywa się Rochester.
[…]
Kiedy wsiadałam, oprócz mnie na peronie nie było prawie nikogo, dotarłam na dworzec tak wcześnie, że hala jeszcze nie zdążyła się zapełnić kajakarzami, hippisami z gitarami i ludźmi przyjeżdżającymi do pracy. Czuję się nieswojo, kiedy w miejscach, w których normalnie jest tłok, snuje się parę osób na krzyż. Rano Praga często tak wygląda; to też jeden z powodów, czemu nie przepadam za porankami. W ogóle stresują mnie początki dnia, każdy jest zupełnie inny i przychodzą tak nagle, że nie ma kiedy się przygotować. Otwierasz oczy – i bach! już tu jest, pozamiatane. Nic nie przychodzi tak niespodziewanie jak nowy dzień. Jest tylko jeden sposób, żeby oszukać system: nie iść spać. Leżeć i czekać, aż poranek wśliźnie się niepostrzeżenie, na paluszkach; zminimalizować efekt zaskoczenia. Ale trzeba zachować czujność. Nie można zasnąć. Jak ja dzisiaj. Właśnie dlatego byłam na dworcu bladym świtem.
[…]
Ostrożnie podwijam nogi. Całą podłogę w przedziale zajmuje Węgier, który właśnie wyskoczył z okna. Leży na brzuchu, połamany, dziwnie wykręcony i płaski. Wciąż oddycha. Słabiutko, ale oddycha. Z głośnika płynie piosenka. Ponura niedziela. Hecho? – pytam cicho. Rezso Seress musiałby się pewnie mocno postarać, żeby rozpoznać w tym charkocie swoje imię. To on napisał melodię do słynnej piosenki. Był pianistą i w latach trzydziestych próbował zrobić karierę jako kompozytor. Ostatecznie popularność zdobył tylko ten jeden kawałek. Ponura niedziela. Szomorú vasárnap. Muzyka do tekstu Lászla Jávora. Smutna piosenka, w pizdę smutna, jak powiedziałaby pewnie Madla, tak smutna, że popchnęła do samobójstwa całe mnóstwo ludzi. Niektórzy skakali podobno do Dunaju z zapisem nutowym w ręce, inni cytowali fragmenty w listach pożegnalnych. Nawet Amerykanie zainteresowali się utworem Seressa – w 1941 roku Billie Holiday zaśpiewała go pod tytułem Gloomy Sunday. Szefostwo BBC zakazało jednak puszczania tej piosenki na antenie ze względu na jej „negatywny wpływ na morale słuchaczy”. A co na to wszystko Rezso Seress, żydowski kompozytor, który wojnę spędził w nazistowskim obozie pracy? W styczniu 1968 roku skoczył z okna swojego budapeszteńskiego mieszkania. Nie wiem, z którego piętra, ale najwyraźniej nie szóstego, a już na pewno nie siódmego. Przeżył.
[…]
Ale najbardziej fascynowała mnie fizyka. Tata tak pięknie o niej mówił – nie szkodzi, że nie rozumiałam ani słowa. Pewnie nauka trwałaby o dwie trzecie krócej, gdybym co rusz nie dopytywała, o co chodzi z tą dźwignią, siłami, bloczkami, oporem i tarciem. A tata potrafił tłumaczyć jak nikt: po prostu brał coś, co mieliśmy normalnie w domu czy w garażu, i pokazywał wszystko na przykładach. I raz wypowiedział przy tym zdanie – jedną z tych formułek, które serwują człowiekowi w szkole i które wydają się równie atrakcyjne, jak rozciapany szpinak albo duszona marchewka ze stołówki, ale potrafią na dobre wryć się w mózg, choć nikomu na nic się w życiu nie przydadzą – no więc wypowiedział zdanie klucz: „Energia dostarczona maszynie nie może być mniejsza niż praca przez nią wykonana”. Jak to nie może? Tata objaśniał mi i objaśniał, aż w końcu zaczął tłumaczyć, co by było, gdyby to prawo nie obowiązywało – i właśnie wtedy padło tajemnicze hasło. Perpetuum mobile. A co to jest perpetlum nolile? To taka maszyna, która pracuje bez przerwy, chociaż nikt nie dostarcza jej energii z zewnątrz. Jest cały czas w ruchu.
[…]
Żonę naszego burmistrza – którego ochrzciłyśmy Didżejem, bo przy okazji ogłoszeń nadawanych przez radiowęzeł namiętnie puszczał nam różne szlagiery – nazywałyśmy panią Ktosiową; byłyśmy z Madlą fankami filmów o Grinchu i Ktosiowie. Pani Ktosiowa czuwała nad programem kulturalnym miejscowej świetlicy, a że pasjonowała się ezoteryką, co rusz gościliśmy w Ścierwielinie speców od ustawień hellingerowskich, tarota, magicznych właściwości kamieni, kart anielskich, hawajskiego rytuału Ho’oponopono, reiki, medytacji i mnóstwa innych rzeczy. Regularnie chadzałyśmy z Madlą na te spotkania i udawałyśmy, że bierzemy to śmiertelnie poważnie – robiłyśmy ćwiczenia, do upadłego mruczałyśmy „ommmmm”, pochłaniałyśmy oceany pozytywnej energii, dawałyśmy się obmywać fali miłości do momentu, aż wypłukała z nas wszystko, co nie było wszechogarniającym współczuciem, oczyszczałyśmy swoje wnętrze, dopóki nie lśniło jak świeżo wylizany talerz. Karmiłyśmy nasze dusze. […] Innym razem poszłyśmy z Madlą na zajęcia o nazwie „Wstęp do psychologii transpersonalnej”. Było nas na sali chyba z piętnaście osób, same kobiety. Brałyśmy udział w czymś w rodzaju medytacji prowadzonej – nic specjalnie ciekawego, miałyśmy już za sobą parę takich kursów, właściwie spokojnie mogłybyśmy się doktoryzować z medytacji. Nasz transguru, czy kto to właściwie był, rozpisał nam na tablicy mantrę:
„Tam jest światło.
Widzę światło.
Światło widzi mnie.
Światło jest we mnie,
Jestem światłem”
Kazał się nam skoncentrować na tych pięciu zdaniach, w kółko powtarzać je w myślach, utożsamić się z nimi, wtransformować je w każdy jeden zwój mózgowy. Naszym celem było połączyć się w jedno z otaczającym nas światem czy coś w ten deseń; zresztą w sumie wszystko zawsze sprowadzało się do tego samego: oczyszczać, skupiać, harmonizować. Najpierw miałyśmy wyobrazić sobie, że trzymamy w rękach świetliste nasionko i ogrzewamy je myślami, aż napęcznieje i zmieni się w kulkę, a potem – już takie podrośnięte – przelewać je z dłoni w dłoń. Kiedy transguru i pani Ktosiowa nie patrzyli, ja i Madla przerzucałyśmy się swoimi światłami jak piłką do siatkówki. W założeniu miałyśmy chyba wyjść z tych zajęć z przekonaniem, że same jesteśmy jak to światło.
[…]
„Śmiertko, śmiertko biała”, powtarzam w myślach – machinalnie, sylaba po sylabie, jak powtarza się wierszyki. Słońce wzeszło już nad horyzont i promienie wdzierają się do przedziału. Nie zasłaniam okna, nie zaciągam smętnego wspomnienia po zasłonkach; przymykam oczy i patrzę, jak sierpień zmienia się w koniec marca. Przez wieś sunie procesja. Niesiemy Marzannę.
„Śmiertko, śmiertko biała,
gdzieś się podziewała?
Hej, nad rzeczką byłam,
ręce, nogi myłam”
Madlenka idzie obok, pociągając nosem. Zerkam na nią raz po raz, a tata przez całą drogę nie spuszcza z niej oka. Boi się, że mogłaby się znowu przeziębić; przy jej chorobie to niebezpieczne.
[…]
Czasem wyobrażam sobie, co robi pan Rochester, kiedy jest sam, kiedy wykonuje wszystkie te nudne, codzienne czynności, które musi wykonywać każdy normalny człowiek. Idzie na zakupy, wraca do domu i układa jedzenie w lodówce. Parzy sobie kawę – pewnie pije najzwyklejszą plujkę. Wieczorem opłukuje naczynia i zostawia je do wyschnięcia przy zlewie; obok kładzie gąbkę z resztkami fusów. Rano prasuje sobie koszulę. Ciekawe, czy w tle leci radio albo telewizja, czy woli robić to w zupełnej ciszy. Wyobrażam sobie, jak odgarnia kołdrę i kładzie się spać. Śpi na plecach, na boku, na brzuchu? Wyobrażam sobie, jak cicho oddycha przez sen, może nawet trochę chrapie. Czasem uśmiecham się do obrazów we własnej głowie, a czasem robi mi się smutno. Najbardziej – tak okropnie, ale to przeokropnie smutno – kiedy wyobrażam sobie, jak pan Rochester siedzi samotnie w kuchni i je na kolację parówki.
[…]
Dotykam nieznajomych, specjalnie ich zaczepiam. Kiedy kasjer wydaje mi resztę, przywieram palcami do jego dłoni, jakbym chciała się do niej przykleić; czasami naprawdę bym chciała. Pcham się w kolejkach, radośnie przyjmując na siebie uderzenia ciał przede mną i za mną, zbieram je wytrwale jak pokemony – złap je wszystkie! Przy pożegnaniu ściskam dłoń mojej logopedki odrobinę dłużej, niż wypada. Siadam wszędzie tam, gdzie i beze mnie brakuje już miejsca. Niby to przypadkiem wpadam na innych przechodniów. Z rozkoszą wtapiam się w tłum. Cisnę się wśród ludzi, którzy czekają na metro albo tramwaj, a kiedy jesteśmy już w środku, opieram się o nich, chwytam się poręczy kilka centymetrów od cudzej dłoni, a potem pomału, pomalutku, po-ma-lu-sień-ku przysuwam swoją coraz bliżej. Dopóki ktoś nie cofnie ręki. Nie zrobi kroku w tył. Nie odsunie się. Nie wysiądzie. Dopóki nie odejdzie. Czary-mary bęc – nie zniknie.
[…]
Przez kolejny rok nie mogłam się zdecydować, kim chciałabym zostać, kiedy dorosnę. Aż do czasu, gdy w szóstej klasie mieliśmy na geografii lekcję o Wszechświecie. To było jak grom z jasnego nieba, jakby ktoś wskazał mi właściwą drogę. I nie było chyba zupełnym przypadkiem, że tym kimś był nasz facet od gegry – gość z włosami na żel, świeżo po studiach i zabójczo przystojny. W dodatku oprócz geografii uczył wuefu; matma czy historia byłyby pewnie mniej sexy. A już zupełnie przepadłam, kiedy geograf z wychowawczynią zabrali nas do obserwatorium astronomicznego. To było najpiękniejsze uczucie, jakiego doświadczyłam w życiu – tak piękne, że aż trudne do udźwignięcia. Siedziałam i jak zaczarowana patrzyłam na gwiazdy i planety błyszczące wśród mroku. Zapomniałam, że to tylko projekcje na suficie, że nic tu nie dzieje się naprawdę; dałam się porwać iluzji. Aż wstrzymywałam oddech z wrażenia. Nagle miałam na wyciągnięcie ręki cały wielki i piękny świat. To było niesamowicie mocne uczucie, wręcz fizyczny ból, bo wiedziałam, że za nic nie zdołam tego wszystkiego unieść, a to wszystko z całą pewnością nie zdoła unieść mnie. Wszechświat wciągnął mnie wtedy na amen, uczyłam się na geografię z wyprzedzeniem, nawklejałam do zeszytu pełno obrazków gwiazd i planet, podkreślałam najważniejsze fragmenty kolorami, rysowałam na marginesach serduszka, a w domu zamęczałam tatę pytaniami. Dlaczego Słońce jeszcze nie spadło, chociaż jest gwiazdą? Czym różni się gwiazda od asteroidy? Czemu nie przeprowadziliśmy się na Księżyc, skoro już da się tam dolecieć? Co by było, gdyby wciągnęła nas czarna dziura, i czemu jeszcze nie odwiedzili nas kosmici? A może ten dziwny kształt na niebie, który widzieliśmy kiedyś nad Ścierwielinem, to było UFO?
[…]
Wychylam się i patrzę w pustkę. Obserwuję gwiazdy. Właściwie do dziś są dla mnie zagadką. Ale wiem na przykład, że gwiazdą położoną najbliżej Ziemi jest Słońce i że jego światło dolatuje do nas w ciągu ośmiu minut. Albo że Szedar z gwiazdozbioru Kasjopei to pomarańczowy olbrzym, oddalony od nas o dwieście dwadzieścia dziewięć lat świetlnych. Czyli kiedy na niego patrzymy, tak naprawdę spoglądamy w przeszłość. Wychylam się i patrzę na supernową, gwiazdę, która już nie istnieje. Wybuchła kilka lat temu. Wciąż jest przy mnie jej światło. Tylko jej samej już nie ma.
[…]
Pamiętam mamę z tych wszystkich dni pomiędzy, kiedy akurat nie miała ochoty się z nami bawić, kiedy znów była na wpół obcą panią, która układała w kuchni pasjanse albo przesiadywała za domem, gapiła się na las i milczała. W takich okresach ledwo kontaktowała, chwilami aż nas to bawiło. Gotowała, ale wychodziła jej jakaś niejadalna breja; jednym razem całkiem zapominała o obiedzie, innym robiła z rozpędu największy gar jedzenia i potem męczyliśmy to samo trzy dni. Prała w złej temperaturze – ciuchy regularnie się kurczyły i farbowały – albo nie wsypywała proszku. Mama była jak fajowa ciotka, która raz na jakiś czas wpada w odwiedziny. Fajowa ciotka, która z biegiem lat wpadała do nas coraz rzadziej i na coraz krócej. Teraz już tylko na chwilę wracała z daleka, z jakiegoś sekretnego miejsca, gdzie spędzała większość roku. Zostało z nami samo jej ciało, pusta skorupa. Środek ktoś wyssał i zakopał głęboko pod ziemią, może ukrył go w lesie, na który potrafiła gapić się godzinami; zresztą w tym naszym lesie w ogóle roiło się od tajemnic. Tylko czasem na chwilę pojawiała się jeszcze z powrotem, jakby jej ciało było jakimś magicznym portalem, znów miała doskonały nastrój i pociągała becherowkę z filiżanki do herbaty. Aż pewnego dnia odeszła na dobre i nie została nam już nawet ta skorupa.
[…]
Czasem jeżdżę nocami po mieście. Tramwajem, autobusem, ostatnim metrem. Jeżdżę po mieście, bo nie mogę zasnąć. Niekiedy działa bez pudła, rytmiczny ruch i stukot kół kołyszą mnie do snu; kilka razy obudziłam się dopiero w zajezdni (dłoń kierowcy na moim ramieniu – „Halo, pobudka!”), innym razem tylko drzemię (opadająca raz po raz głowa i strużka śliny w kąciku ust). Bywa, że nie jestem w stanie odpłynąć nawet na moment, ale i tak zawsze trochę uspokajają mnie te nocne podróże. Jest coś kojącego w byciu pasażerką. Można siedzieć w miejscu jak kołek, nie trzeba nigdzie iść ani nic robić, można po prostu dać się wieźć, przenosić z miejsca na miejsce. Nieważne dokąd, w końcu czasem sama droga jest celem, właśnie tak, powstała już o tym niejedna piosenka.
[…]
Nagle między drzewami dostrzegacie kamienną fontannę skąpaną w promieniach słońca. A przy tej fontannie przepiękną nagą kobietę... która pierze ciuchy w nowym perwollu o zapachu lasu. ...która pluska się w wodzie i nuci jakąś piosenkę, może nawet kawałek, który dobrze znacie. Znów ogarnia mnie fala mdłości. Przetaczam się z pleców na bok. A może moja wewnętrzna bogini to bogini śmierci? Marzanna? Patrzycie na nią w milczeniu, na boginię nieskrępowanej wolności i miłości. Jej korzenie są korzeniami drzew, jej ciało jest ciałem lasu. Pani o aparycji szamanki zachęca nas, żebyśmy podeszły bliżej i przekonały się, jak bardzo bogini w fontannie przypomina nas same, żebyśmy przekonały się, że ona to my, bo taka kobieta drzemie w każdej z nas i każdą z nas nauczy, jak być sobą, musimy się tylko otworzyć, każdą z nas nauczy, jak pokochać swoje ciało. A teraz czeka, aż zrzucimy ubrania i zdejmiemy maski, aż wyrzekniemy się ego. Mówi, żebyśmy dobrze przyjrzały się naszej bogini.
[…]
Myślę o strumieniu, w którym topiliśmy Marzannę. O naszym domu w Ścierwielinie. O lesie. O chorych drzewach. Kiedyś chciałam zostać dendrolożką, więc znam się trochę na drzewach, potrafię poznać, kiedy chorują. Guzowatość korzeni, parch liści, grzybica, rak kory. Zgadza się, drzewa też mogą chorować na raka. Jak Madla.
[…]
I piosenki, którą chciałaby na pogrzebie, też pewnie nie puścicie? Jakiej piosenki? Magomajewa. Chyba żartujesz... Rany, Mána, przecież to piosenka o Moskwie! To co? Madla ją uwielbiała. Słuchaj, Márinko, nie możemy... Świetnie, czyli urządzimy obrzydliwie sztampowy pogrzeb dla jakiejś nieistniejącej, idealnie przeciętnej Madli, zagramy A kiedy aniołowie wezwą mnie do siebie, Zbawisz wygłosi garść frazesów o tym, że Bóg tak bardzo nie mógł się jej doczekać, że postanowił zabrać ją już teraz, a potem z grobowymi minami pomilczymy na stypie i zwiniemy się do domu. To, co proponujesz, jest zwyczajnie niestosowne. Niestosowne? Dla Madli? Wszyscy pukaliby się w czoła. A co nas obchodzą wszyscy i ich czoła? Myślałam, że to pogrzeb Madlenki! Pogrzeb jest dla tych, którzy zostali. Madli już nie ma – mówi Adam. Patrzę na Karmela. Siedzi czujny, z uniesioną łapą, czeka na komendę. Szukamy Madli? Kręcę głową, że nie. Że. Madli. Już. Nie ma.
[…]
Z czołem na szybie jak w smutku bezsenni
Niebo którego noc przebyłem
Maleńkie równiny w moich otwartych dłoniach
W ich podwójnym horyzoncie biernym obojętnym
Z czołem na szybie jak w smutku bezsenni
Szukam cię poza oczekiwaniem
Szukam cię poza sobą
I już nie wiem tak cię kocham
Kto z nas dwojga jest nieobecny.
Paul Éluard
[…]
Zastanawiam się, co czuje jej ciało, skupiam się na tym tak mocno, że aż robi mi się niedobrze – jak w obserwatorium, kiedy niemal dotknęłam czegoś naprawdę wielkiego, czegoś pięknego, ale niebezpiecznego i okrutnego, ekscytującego i przerażającego. Tak musi pewnie czuć się człowiek, który pędzi niewiarygodnie szybko, tak szybko, że na dłuższą metę tempo jest nie do utrzymania, i on już wie: prędzej czy później musi się to jakoś skończyć. Przy czym kluczowe jest tu „jakoś”.
[…]
Ale w końcu zaczyna docierać. W końcu zaczynam rozumieć. Poprzedniego wieczoru wyciągnęłam Marzannę ze strumienia i ukryłam ją w lesie. Dziś rano tata wrócił z Madlą ze szpitala. On cały szary na twarzy, Madla chora. A teraz mama sobie poszła. To nie może być przypadek, to na pewno moja wina! Moja! Dlaczego nie rzuciłam w Marzannę kamieniem jak co roku? Dlaczego wyciągnęłam ją z wody? Uratowałam Śmierć! Teraz mama na pewno już nigdy nie wróci, Madla może umrze, a tata zszarzeje jeszcze bardziej. I to wszystko przeze mnie! Biegnę do siebie i zaczynam się gorączkowo ubierać. Naciągam dres na piżamę, wkładam sweter – chyba na lewą stronę – i zgarniam latarkę. W przedpokoju po cichu zdejmuję z wieszaka kurtkę i biorę buty. Mocno ściskam klucze, żeby nie zabrzęczały. Teraz już tylko wymknąć się z domu. Dyskretnie, po cichu – jak mama. Powoli puszczać klamkę, milimetr po milimetrze, poczekać na trzask zapadki. Sama jestem zdziwiona, jak łatwo poszło. Już za progiem wsuwam buty, wkładam kurtkę i pędem rzucam się w kierunku lasu. Nie zwracam uwagi na mróz, chociaż szczypie mnie trochę w oczy i w policzki. To jedyny sposób, żeby naprawić wszystko, co zepsułam. Trzymam w dłoni latarkę, w snopie światła tańczą cienie drzew. Na początku się nie boję, strach oblatuje mnie dopiero w chwili, kiedy o mało co nie potykam się o jakiś korzeń – odwracam głowę, a za plecami mam już tylko drzewa; nie widzę ani szosy, ani ścieżki. Ale nie mogę się teraz bać, przede mną jeszcze kawał drogi, muszę dobiec do paśnika, a tam skręcić w prawo i przejść jeszcze sto pięć kroków. Gdzie jest ten głupi paśnik? No gdzie? W panice biegam w kółko, nad sobą słyszę trzepot skrzydeł; pewnie jakiś nocny ptak. Jest mi zimno i mam wrażenie, że gapi się na mnie tysiąc par oczu. I jeszcze ta cisza: mroczna, głęboka, cisza nad ciszami – nawet najdrobniejszy dźwięk natychmiast rozchodzi się echem. Próbuję zagłuszyć las, zaczynam nucić, a wolną ręką zakrywam jedno ucho, żeby skupić się na melodii. Podśpiewuję pod nosem, odpędzam lęk. Wciąż szukam paśnika. Płaczę – nie ze strachu, z wściekłości, że to trwa tak długo. A potem nagle dochodzi do mnie, co nucę, ale nie jestem już w stanie przestać. To jedna z piosenek, które śpiewaliśmy, niosąc przez wieś Marzannę. „Hej, Marzanno miła, gdzieś ty klucze dała? Co byś zielone pola nimi otwierała? Hej, Marzanno miła...” Ciągle muszę przekładać latarkę z jednej zgrabiałej dłoni do drugiej. Zapomniałam o rękawiczkach! Zawsze szybciej działam, niż myślę, wszyscy mi to mówią. Przykładam do ucha wolną rękę i dalej nucę. „Gdzieś ty klucze dała?” Miotam latarką od prawa do lewa i znów! znów mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, a kiedy już, już prawie dosięga go żółty snop, w ostatniej sekundzie chowa się za jakiś świerk albo modrzew. Że jest ich cała armia. Tysiąc. Albo nawet cały las.
[…]
Budzę się, szukam wzrokiem okna i już wiem: leżę w swojej kuchni, która pełni zarazem funkcję sypialni, salonu i łazienki. Zaczynam wędrować palcami po ciele – odkrywam, że ściskam w dłoni koniec apaszki. Drugi koniec mam omotany wokół szyi. Jakoś trudno mi się oddycha. Pomału, po-ma-lut-ku rozluźniam uścisk. Nie wstaję, znów szukam wzrokiem okna. Gdzieś w oddali przejeżdża pociąg. Siedzę w jednym z przedziałów i patrzę na siebie samą, wyciągniętą na podłodze. Macham, ale tamta ja nie odmachuje. Pociąg jedzie dalej. Na chwilę przymykam oczy, a potem próbuję jeszcze raz: patrzę w okno i z całych sił koncentruję się na tym, co chciałabym zobaczyć. Jest. Dom, pelargonie na parapetach, nasz ogród, wierzba, która cicho szumi na wietrze. Uśmiechnięta zasypiam.
[…]
Patrzę w okno i widzę uchylone drzwi do łazienki. Tata stoi przed lustrem, płucze maszynkę do golenia i nuci pod nosem Our House Crosby’ego, Stillsa i Nasha. Kiedyś myślałam, że mój tata jest jak sekwoja. Największy na świecie. Jak ponad-stumetrowy Hyperion. Ale odkąd umarła Madla, zaczął zapadać się w ziemi. Kora obrosła mchem, powykrzywiały mu się gałęzie i teraz nie przypomina mi już żadnego z dostojnych drzew w atlasie.
[…]
Często chodzę po mieście. Głównie po centrum – specjalnie wybieram miejsca, gdzie jest dużo ludzi, gdzie przewijają się tłumy turystów. Kocham w Pradze to, czego inni nienawidzą. Uwielbiam wpadać na przypadkowych przechodniów, serce zaczyna mi bić mocniej już na samą myśl, że będę miała okazję się z kimś zderzyć. Nie przepuszczam nikomu. Czasem zdarza się, że ktoś, kto właśnie mnie potrącił, spogląda mi w oczy i mamrocze przeprosiny. Obserwuję wtedy jego usta, patrzę, jak poruszają się i układają w uśmiech. Jego dawno już nie ma, a ja wciąż bez końca odtwarzam w głowie całą scenę: zderzenie, krzyżujące się spojrzenia, ruch warg. Przez chwilę jestem nasycona. A potem zasadzam się na kolejną ofiarę.
[…]
Wszystko przez myśl, że tata wrócił do domu, podgrzał parówki, a teraz biedny siedzi w kuchni i posila się w samotności. Aż zanosiłam się płaczem. Tak strasznie miałam ochotę zadzwonić do niego i powiedzieć mu coś, cokolwiek, nieważne co, ale stwierdziłam, że przecież nie mogę dzwonić taka zapłakana, nie dam rady złożyć sensownego zdania, tak sobie mówiłam, zadzwonisz, jak się uspokoisz albo jak już będziesz w akademiku. A w akademiku stwierdziłam, że już za późno, że zadzwonię rano. Ale rano też nie zadzwoniłam, rano ani po południu, ani nawet wieczorem, więc później powtarzałam sobie, że kiedy w weekend pojadę do domu, od razu go uściskam, przytulę go tak, jak dawno go już nie przytulałam, i powiem: „Tato, kocham cię, ale błagam, przestań wreszcie jeść te parówki!” Ale tego też nie zrobiłam. I już nigdy potem niczego mu nie powiedziałam. Nie zdążyłam. I już nigdy nic mu nie powiem. I wszyscy (no, prawie wszyscy) dobrze wiemy dlaczego.
[…]
Sprzedała się w przeszło milionie egzemplarzy. Dotąd nie przetłumaczono jej w całości na żaden język – w każdym razie oficjalnie – ale po angielsku, a nawet po czesku można znaleźć o niej całkiem sporo informacji, łącznie z fragmentami opisu z okładki: „Od śmiercionośnych leków, które dostaniesz w każdej aptece, po najmniej bolesne metody samobójstwa. Książka przydatniejsza od Biblii”. Albo: „U schyłku wieku bardziej niż prywatne ubezpieczenie czy fundusze emerytalne ludzki lęk koi świadomość, że w każdej chwili można wybrać śmierć”. Sam autor utrzymywał, że nie chciał popchnąć nikogo z czytelników do samobójstwa, a jedynie uczynić świat miejscem znośniejszym do życia: w sytuacji, w której jedynym wyjściem wydaje się śmierć, lektura takiego poradnika może przynieść człowiekowi ulgę. Książkę podzielono na jedenaście rozdziałów zatytułowanych kolejno: przedawkowanie, powieszenie, skok z wysokości, podcięcie żył i tętnicy szyjnej, zderzenie z samochodem, zatrucie gazem, porażenie prądem, utonięcie, samospalenie, zamarznięcie, metody mieszane. Musi to być bez wątpienia fascynująca lektura – Tsurumi szczegółowo opisuje, z czym wiąże się dany rodzaj śmierci. I tak na przykład pierwsze zdanie rozdziału dziewiątego brzmi: „Samospalenie boli”. Poszczególne metody oceniono w kilku kategoriach: bolesność, trudności logistyczne, stopień uszkodzenia ciała, niewygoda sprawiona osobie, która znajdzie ciało, szok dla otoczenia, śmiertelność. Zamiast gwiazdek użyto małych czaszek. Domyślam się, że samospalenie ma pięć we wszystkich kategoriach. Instruktaż zdobył sporą popularność wśród osób poniżej trzydziestego roku życia – podobno wielu samobójców znajdowano z książką Tsurumiego w kieszeni. Rzecz jasna posypały się na niego głosy krytyki. W odpowiedzi autor wydał drugą część: Nasz komentarz do książki „Samobójstwo. Kompletny instruktaż”. Zebrał w niej listy od hejterów i wdzięcznych czytelników. W efekcie uwaga opinii publicznej przeniosła się na pobudki ludzi, którzy sami decydują się na śmierć, i kontrowersje nieco przygasły.
[…]
Przez chwilę słychać tylko zgrzyt druciaka szorującego o dno garnka. Myślałaś sobie kiedyś, że może tak naprawdę wcale nie istniejemy? – pyta Madla. W sensie, że jesteśmy tylko czyimś snem? Aha, coś w tym stylu. Był taki jeden facet... chyba Chińczyk, nie wiem, w każdym razie filozof z jakiegoś starożytnego kraju... To pewnie Chińczyk. No, chyba, w każdym razie koleś mówił, że kiedyś śniło mu się, że jest motylem, i teraz nie wie już, czy jest Chińczykiem, któremu śniło się, że jest motylem, czy motylem, któremu właśnie śni się, że jest Chińczykiem. Uhm, przyszło mi kiedyś do głowy coś podobnego, ale bez Chińczyka.
[…]
Mama już nie wróciła do domu, od czasu do czasu dzwoniła tylko do taty, który zwykle przekazywał potem słuchawkę mnie i Madli. Adam nie chciał z nią rozmawiać. Długo nie wiedzieliśmy nic poza tym, że mieszka gdzieś w mieście, potem zresztą też nie wyjaśniło się wiele więcej. Minął prawie rok, zanim zaczęła do nas wpadać. Nasza fajowa ciotka. Madlenka zawsze prosiła ją, żeby została, żeby nigdzie nie odjeżdżała. Ale mama i tak odjeżdżała. Czasem Madla dostawała takiego ataku histerii, że nawet tata nie umiał jej uspokoić, potrafiła wyć całymi godzinami, dopóki nie usnęła z wyczerpania wtulona w Karmela. Znów była zdrowa, rak ustąpił i wrócił dopiero po kilku latach. Ja o nic mamy nie prosiłam, a tym bardziej Adam. Bywało też, że mimo obietnic nie przyjeżdżała – albo odwrotnie, pojawiała się bez zapowiedzi i zabierała nas na wycieczkę, na przykład szliśmy razem do kina albo jechaliśmy do miasta na lody. Kilka razy zdarzyło się, że taty nie było wtedy w domu, mama zostawiała mu tylko wiadomość – zawsze potwornie się złościł, kiedy przywoziła nas z powrotem. Do dziś pamiętam, jak wzięła nas na odpust. Wróciliśmy po zmroku, Madla zasnęła w samochodzie i Adam musiał zanieść ją do łóżka. Tata strasznie się wtedy darł, krzyczał, że nie robi się takich rzeczy i że mama ma się wynosić. I jeszcze że jest nieodpowiedzialną kretynką.
[…]
Stoję w naszym domu, w przedpokoju. Skąd ja się tutaj wzięłam? Przecież nie było mnie tu już kilka miesięcy. Tak przynajmniej mi się wydaje. Jest ciemno i cicho, jak to w nocy. Nagle dociera do mnie, że się ukrywam. Chowam się we wnęce pod schodami. Tylko przed kim? Parę metrów dalej, przy drzwiach wejściowych, rozlega się szelest. Czyjeś stopy wsuwają się do butów, dłoń naciska na klamkę, przez ułamek sekundy w futrynie widzę czyjeś plecy, na progu miga mi fragment nóg. Stoję w swojej kryjówce i słyszę trzask zapadki – dokładnie jak wtedy – obserwuję klamkę, która pomału, po-ma-lut-ku wraca do swojej zwykłej, poziomej pozycji, kiedy Madla ostrożnie puszcza ją po drugiej stronie drzwi. Madla?! „Błagam, nie rób tego!”, drę się wniebogłosy, choć w rzeczywistości z mojego gardła nie wydobywa się ani jeden dźwięk. Zresztą i tak za późno już na krzyk.
[…]
Najbardziej lubię pochody. Kiedy coś się dzieje, na przykład na starym mieście, i tłumy cisną się w wąskich uliczkach, które odchodzą od rynku i których nazw już chyba nigdy się nie nauczę. Kocham tłum. Zawsze wciskam się między demonstrantów i daję się porwać ludzkiej fali. Nie zastanawiam się, dokąd idę, nie stawiam oporu. Jestem całkowicie bezwolna, jak kukła ze słomy i z gałganów, którą niesie nurt rzeki. Lubię iść ściśnięta między ludźmi, czuć na sobie ich napierające ciała; zalewa mnie wtedy jakieś ciepło i wdzięczność. Nie przeszkadza mi, że jestem unieruchomiona – nie mogę zrobić kroku w bok ani nawet poruszyć ręką, wręcz przeciwnie, to prawdziwa ulga – to jak po męczącym dniu zanurzyć nogi w misce z gorącą wodą albo roześmiać się po długim, długim płaczu. Jest zimno i ciemno mimo wczesnej pory; zaczął się adwent i noce są coraz dłuższe. Zagraniczni turyści mieszają się z turystami z Czech i Moraw, którzy przyjechali nacieszyć się świąteczną Pragą, i kieszonkowcami, którzy przyjechali skroić cieszących się, a wśród nich idę ja – płynę z tłumem, co chwila ktoś depcze mi po nogach albo wbija łokieć w plecy, w powietrzu unosi się smród piwa i fajek, parę razy zostałam już boleśnie stratowana, ale to nie szkodzi, zupełnie nic nie szkodzi. Ludzkie głosy i języki zlewają się w jeden wielki szmer, są jak bzyczenie w ulu, jak kosmiczny chór. Patrzę na przechodniów, przyglądam im się z bliska, patrzę na zaczerwienione nosy i czapki naciągnięte głęboko na oczy, na roześmiane twarze i skwaszone gęby, patrzę na nich wszystkich i mam ochotę im podziękować; jestem wdzięczna, że zabrali mnie ze sobą. Płynę w ekstazie, rozgrzana ciepłem ludzkich ciał, i tak docieram aż pod ratusz. Unoszę głowę wysoko, nad dachy, ku ciemnemu niebu, z którego sypią się płatki śniegu – a może tylko je sobie wyobraziłam – i nachodzi mnie ochota, żeby złapać kogoś za rękę, więc wyciągam palce i chwytam pierwszą lepszą dłoń. Starsza Azjatka odskakuje z przestrachem i mamrocze „sorry”. Już od kilku miesięcy ludzie uśmiechają się do mnie co najwyżej przez pomyłkę, czysto odruchowo – wystarczy, że przyjrzą mi się ciut dłużej, a na ich twarzach od razu pojawia się strach, litość albo zakłopotanie.
[…]
Siedzę w uczelnianej bibliotece. Poza mną przy długim stole – kojarzy mi się trochę ze strudlem leżącym na blasze wśród innych bliźniaczo podobnych strudli – jest jeszcze szóstka czy siódemka innych studentów. Każdy zajmuje się sobą: ktoś coś czyta, ktoś przepisuje skrypt, dwie dziewczyny z pierwszego roku szepczą coś do siebie, schowane za laptopem. Ja siedzę nad kserówkami, a w palcach trzymam kredkę. Lubię podkreślać podczas czytania słowa i zdania, najchętniej zieloną kredką. Skserowałam Podnieść na siebie rękę Jeana Améry’ego. Autor – który tak naprawdę nazywał się Hans Chaim Mayer – w czasie drugiej wojny światowej walczył przeciwko nazistom, a potem przeszedł przez kilka obozów koncentracyjnych, przeżył też gestapowskie tortury. Po wojnie osiadł w Belgii i został filozofem. W latach siedemdziesiątych napisał książkę, w której właśnie mażę zieloną kredką, a niedługo później przedawkował tabletki nasenne.
[…]
Za oknem zapada już zmrok, więc moje odbicie w szybie robi się coraz wyraźniejsze, choć chwilami w miejscu mięsa i skóry pojawiają się jeszcze brzozy rosnące wzdłuż torów czy krowy na wzgórzu. Brzozy to moje ulubione drzewa, krowy to moje ulubione zwierzęta, wzgórza to moje ulubione wzgórza. Przyglądam się, jak moja twarz zlewa się z krajobrazem, jak wszystko, co dzieje się po drugiej stronie, wyświetla się na niej niby na ekranie do projektora. Nie lubię swojej twarzy, już od kilku miesięcy patrzę na nią tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę. Większość ludzi mówi rano, że wygląda okropnie, ale ja naprawdę wyglądam okropnie – rano, wieczór i w południe, cały boży dzień. Moje ciało pokrywa masa blizn różnej wielkości, jedne wygojone, inne jeszcze całkiem świeże. Czasem śni mi się, że o zmroku rozchylają się jak płatki wiesiołka, który kwitnie tylko nocą, a rano więdnie i opada. No i ta moja twarz.
[…]
Patrzymy na lekarza, który mówi nam, że Madla umarła, bo przedawkowała środki nasenne. Pytamy, czy na podstawie sekcji zwłok można ocenić, jak bardzo urósł jej nowotwór. Może było już bardzo źle, tak źle, że nie miała szans na wyleczenie, dlatego postanowiła załatwić sprawę na własną rękę, dlatego nic nam nie powiedziała. Ale lekarz stwierdza, że Madla wcale nie chorowała na raka, że była zupełnie zdrowa. Dłoń mojej siostry zmienia się w pistolet, Madla przykłada go sobie do skroni i naciska niewidzialny spust. Stoję obok taty. Niemal słyszę, jak uchodzi z niego powietrze niczym z przekłutego balonika.
[…]
Przecież Wielki Wóz nie jest gwiazdozbiorem! – odpowiadam, nie otwierając ust. To asteryzm, część konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy. Jak pan może tego nie wiedzieć? Ach, no przecież! Klepie się po kolanach. Meteoryzm. Asteryzm! Facet od gegry tylko głupawo się uśmiecha. Wstaje, machając gwizdkiem, i wychodzi na korytarz obejrzeć sobie planetę. Niezły ten Jowisz, co? – chichocze, jakby mówił: a to łobuz jeden! Żaden Jowisz, ty nażelowany debilu. Za oknem przelatuje grupa planetoid; zostawiają za sobą smugę kurzu. Po jednym z księżyców Saturna przechadza się kosmonauta. Pukam w szybę. Choć dzielą nas lata świetlne, od razu się odwraca. Macha mi i podskakuje – mija dobra chwila, zanim opadnie z powrotem na ziemię. Podobnie zachowuje się ludzkie ciało zanurzone w wodzie. I nagle znów zalewa mnie tamto znajome uczucie – przychodzi falami i po prostu rozsadza mnie od środka, wciska się w każdą najmniejszą szczelinę. Cała jestem w szczelinach.
[…]
Adam stawia obok siebie dwa krzesła złączone oparciami i zarzuca na nie kurtynę z koca – nie chce, żebym widziała, co robi. Bo Adam czaruje. Mój brat jest pierwszym iluzjonistą, którego oglądam, jeszcze przed Copperfieldem i Kozískiem, i przed tym magikiem z A może przyjdzie też czarodziej, który w końcu nigdy nie przyszedł. W rękach trzyma małego żołnierzyka. Czary-mary bęc! Figurka na moich oczach rozpływa się w powietrzu. Adam pokazuje mi swoje dłonie i rękawy, pozwala, żebym sprawdziła mu kieszenie i wytrzepała koc. Ale żołnierzyka nie ma. Adam naprawdę go zniknął! Aż piszczę z zachwytu. Kiedy idę później do łazienki, żołnierzyk stoi na opuszczonej klapie sedesu i uśmiecha się do mnie. Od tamtej pory idąc do toalety, zawsze czuję dziwne łaskotanie w brzuchu, jakbym spodziewała się, że w środku zastanę samego Copperfielda, który co prawda występuje teraz gdzieś w Las Vegas, ale chwilę temu, przed sekundą, właśnie zniknął ze sceny. Tłum w napięciu czeka, aż mistrz znów się pojawi, a tymczasem Copperfield siedzi sobie u nas w Ścierwielinie, na naszym sedesie. Może mamy w kibelku magiczny portal! Czasem przesiaduję w łazience strasznie, strasznie długo, aż tata albo Madla zaczynają się dobijać, siedzę i siedzę, i czekam, czasem nawet któreś zagląda do środka i z irytacją pyta, co ja tu właściwie robię tyle czasu. Tylko Adam domyślał się, co naprawdę robię. Adam nigdy mi nie zaglądał.
[…]
Mijamy łąki, jedziemy wśród trawy wysokiej jak ja, a może nawet wyższej – jak dwie ja, postawione jedna na drugiej, tak wysokiej, że znad długich źdźbeł wystają tylko głowy biegnących żyraf, głowy i szyje, które falują jak na zwolnionym filmie, choć nikt niczego nie zwalniał: tak po prostu wyglądają biegnące żyrafy. Zamykam oczy i wkoło robi się ciemno. Kiedy byliśmy mali, tata wychodził czasem przed dom i wołał na przykład: Dzieci, chodźcie tu migiem! W naszym ogrodzie biegają żyrafy! Albo stał przy oknie w kuchni i krzyczał: No, czegoś takiego jeszcze nie widzieliście! Hej, chodźcie, zobaczcie sami! Po ulicy idą słonie! Tak wyciągał nas z łóżek, kiedy w niedzielę wylegiwaliśmy się aż do południa. A czasem robił to tylko dla zabawy, kiedy oglądaliśmy akurat telewizję czy sprzątaliśmy. Chodźcie, dzieciaki! Mamy w kuchni krowę, właśnie liże Darinkę! Prędko, chodźcie zobaczyć! Zawsze działało bez pudła, przybiegaliśmy za każdym jednym razem. Nawet kiedy byliśmy już starsi i dobrze wiedzieliśmy, że nie zobaczymy żadnych żyraf, słoni, niedźwiedzi, kangura ani wieloryba. Przybiegaliśmy, a tata załamywał ręce.
[…]
Chyba nigdy nie byłam w pełni sobą. Zawsze tylko pomieszkiwałam w światach innych ludzi. Wprowadzałam się do nich jak do cudzych domów. Do domu Madli, do domu mojego pierwszego, a potem drugiego chłopaka, do domów moich znajomych ze studiów, do domu pana Rochestera. Może tak naprawdę wcale nie istnieję. Może tylko udaję. Może potrafię jedynie przejmować czyjeś emocje, nawyki, opinie. Zbliżam się do kogoś i stopniowo zadomawiam się w jego świecie, aż w końcu zaczynam się zlewać z otoczeniem, moje własne kontury ulegają zatarciu, chromatocyty w mojej skórze przybierają kolor jego tapet. Zaczynam zmieniać stan skupienia, topnieję, rzednę, rozpływam się jak kałuża i wsiąkam w dywany. Cudze dywany w cudzych domach. Nie jestem sobą. Ciągle muszę się przysysać. Pasożytować. Jestem wybrakowana. Niepełna. Rama bez obrazu. Szczotka bez szufelki. Półprosta. Nieskończone zda – – nie. To-tak, to-tak.
[…]
Skąd pani wie, że właśnie tak to wszystko działa, karma i tak dalej? Saxana posyła Madli ciepły, wręcz serdeczny uśmiech, jakby chciała powiedzieć: „Nic nie rozumiesz, głuptasku”, ale na głos mówi tylko: Kosmiczny komputer, dziecko. Facet w jeansach i marynarce wybucha perlistym śmiechem. Saxana robi krótką pauzę, a potem znów spogląda na Madlę. Uczyłam się pod kierunkiem samego Andreja Dragomireckiego, który niestety opuścił już świat materialny. Mówimy tu o jednym z największych autorytetów w dziedzinie abreaktywnej psychoterapii głębi. Poza tym sama doświadczyłam wyjścia poza ciało i dzięki metodom, do których, jak mam nadzieję, za chwilę przejdziemy, pamiętam niektóre ze swoich poprzednich wcieleń. Madla siedzi z założonymi rękami, nie spuszczając z niej oczu.
[…]
Mój pociąg zwalnia, przejeżdżamy przez kawiarnię, do której chodziłam po zajęciach z ludźmi ze studiów. Wtedy też wyobrażałam sobie scenę z pistoletem. Pamiętam, jak dyskutowali o różnych arcyważnych rzeczach – na przykład o stylu życia, o duńskim hygge, o szwedzkim lagom, o niderlandzkim niksen. A potem ktoś mówił, że jeśli człowiek porządnie posprząta sobie w mieszkaniu, będzie miał też porządek w głowie, a ktoś inny mówił, że najlepiej w ogóle pozbyć się wszystkiego i zostać minimalistą i że to też jest styl życia, a jeszcze ktoś inny dodawał: pewnie będziecie się ze mnie śmiać, ale moje życie odmieniła książka Odmień swoje życie, ale wcale nikt się nie śmiał, ktoś powiedział tylko, że on czytał z kolei Zaakceptuj swoje życie, a drugi zapytał, czy to przypadkiem nie druga część Pokochaj swoje życie – i że to naprawdę świetny instruktaż, jak żyć. Na dźwięk słowa „instruktaż” aż przeszedł mnie dreszcz. Miałam ochotę ich zapytać, czy słyszeli może o ludziach z plemienia Bajau, którzy żyją sobie gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej, na Pacyfiku, i nie mają normalnych domów, bo przez większość czasu pływają sobie na łódkach od wyspy do wyspy, czy wiedzą, że ludzie z plemienia Bajau potrafią tylko łowić ryby i nic poza tym – nie czytają, nie piszą, nie wiedzą nawet, ile sami mają lat, nie znają żadnej waluty ani w ogóle nie mają pojęcia, czym są pieniądze; prawie nie utrzymują kontaktów z cywilizacją, całymi dniami tylko nurkują i łowią ryby, ale według fotografa, który robił o nich reportaż, żyją jak w raju i nic nie wskazuje na to, żeby czegokolwiek im brakowało. Ale nie zapytałam.
[…]
Naprzeciwko mnie siedzi profesor od wykładów o egzystencjalizmie, na które chodziłam, kiedy studiowałam filozofię, chociaż byłam wtedy dopiero na pierwszym roku i nie rozumiałam mnóstwa rzeczy. Pociąg raźno pnie się pod górę, pędzi, aż wbija mnie w fotel. Mimo wszystko próbuję siedzieć prosto. Patrzę na profesora, profesor patrzy na mnie. Splata dłonie na kolanach, okulary twardo tkwią na swoim miejscu, jakby prędkość i kąt nachylenia pociągu nie robiły na nim najmniejszego wrażenia.
„Stąd płynie milcząca radość Syzyfa. Los jest jego własnością, kamień jego kamieniem”, mówi nam Camus. Syzyf jest panem swojego losu. Jego głaz jest jego własnością – stwierdza profesor.
Chwilę przygląda się własnym palcom, a potem znów unosi głowę i głośno, niemal krzycząc, kończy: Zostawiam Syzyfa u stóp góry! Aż wzdrygam się na siedzeniu, uspokajam się dopiero, kiedy zamyka usta. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam przypadkiem notować; pewnie uzna mnie za leserkę. Ale zaraz dochodzę do wniosku, że w sumie to przecież jestem leserką, zresztą on i tak nie zwraca na mnie uwagi, zapatrzył się gdzieś w dal i znów cytuje Camusa:
„Człowiek zawsze odnajdzie swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre”.
Ściskam w garści kamień. Zawsze noszę jeden przy sobie.
„Świat bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda z cząsteczek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom”.
Profesor kończy zdanie i podrywa się z siedzenia. Choć jedziemy już niemal pod kątem prostym, twardo stoi, spoglądając na mnie z góry. A potem i on schodzi niżej – na początku zdaje się, że chce kucnąć, oprzeć dłonie na kolanach, ale nie – kładzie ręce na moich ramionach. Małe oczka świdrują mnie znad oprawek okularów.
„Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym”.
[…]
Adam siada na podłodze i podaje mi chusteczki. Obejmuje mnie ramieniem. Przez chwilę oboje siedzimy tak i milczymy. Przy Adamie dobrze się milczy. I płacze. To ważne – mieć kogoś, przy kim dobrze się płacze. Wiesz, jaka jest różnica między listonoszem a impotentem? – wypala, kiedy mieszam w ustach wino i colę. Listonosz zawsze puka dwa razy, a impotent wcale.
[…]
Kiedy studiowałam na wydziale nauk przyrodniczych i najpierw chciałam zostać dendrolożką, a potem speleoalpinistką, zapisałam się na kurs krasologii [nauka zajmująca się badaniem krasu – przyp. aut.], na którym dowiedziałam się, że z perspektywy krasologicznej otchłań jest depresją – serio, to oficjalny termin – i że otchłanie dzielimy na dwa rodzaje w zależności od tego, czy na dno dociera światło. Jeśli tak, mamy do czynienia z light hole [z ang. jasna, świetlista dziura – przyp. aut.], jeśli nie, mówimy o aven [z fr. - lej krasowy – przyp. aut.]. Pociąg robi się przezroczysty i ja w środku też tracę kolor, turkot kół niesie się echem, a my jesteśmy tylko obrazkiem odbitym przypadkiem na kartce, wyblakłym negatywem. Przezroczysta pani Ktosiowa stoi w przezroczystej sali przy przezroczystej tablicy, na której ktoś napisał, że tam jest otchłań, że widzę otchłań, że otchłań widzi mnie, że otchłań jest we mnie, że jestem otchłanią. Po stokroć powtórzona scena, wspomnienie wyprane z sensu, nie umiem już przywołać twarzy Madli w tamtej chwili. A może wcale na nią nie patrzyłam? Nie, niemożliwe, na bank wymieniłyśmy spojrzenia. Ale jak wyglądała? Czy już wtedy coś przeczuwałam? Że to ona napisała to wszystko? Madla wpadła w light hole, a ja nic nie zrobiłam. Pozwoliłam jej się stoczyć w aven. Próbuję przypomnieć sobie cokolwiek, jakiś cień na jej twarzy, jakieś znaki ostrzegawcze, które przeoczyłam. Próbuję z całych sił, aż robi mi się niedobrze. Czy już wtedy przeczuwałam, że to Madla napisała o tej otchłani? Gdzieś głęboko w środku? Czy już wtedy Madla krzyczała do mnie z najciemniejszej szpary w najdalszym kącie na samym, samym dnie mojej głowy?
[…]
Trudno było wejść między ciebie i Madlę, nie dopuszczałyście do siebie nikogo. Pewnie zabrzmi to okropnie, ale w sumie dobrze wspominam czasy, kiedy Madla leżała w szpitalu. Z jednej strony się o nią martwiłem, wiadomo, z drugiej lubiłem być z tobą tylko we dwójkę. Ja też. Byłaś zupełnie inna bez niej obok. Inna? No... Sam w sumie nie wiem. Po prostu byliśmy jakoś bliżej. Jakbym dopiero wtedy mógł cię naprawdę poznać. Kiedy byłaś z Madlą, zlewałyście mi się w jedno. Zachowywałaś się trochę jak jej klon.
[…]
Mama odeszła, Madla zachorowała. Bałaś się. Od zawsze ciągle coś sobie robiłam. Tak, choć zwykle to nie było nic poważnego. Niektórzy tak już mają, potykają się o własne nogi. Ale w pewnym momencie przestało być zabawnie... Nagle zaczęły się złamania, oparzenia, raz ucięłaś sobie kawałek palca... Sam się zastanawiałem, czy ty przypadkiem nie robisz tego specjalnie. Tata chyba myślał, że próbuję zwrócić na siebie uwagę, bo wszystko kręciło się wokół Madli. Może – odzywa się po chwili Adam. Ale na pewno nie był na ciebie zły. Nie przyszłoby mu do głowy, że możesz celowo wyrządzać sobie krzywdę. I tylko jednego nie rozumiem: dlaczego to znowu się powtarza. I dlaczego teraz, kiedy Madli nie ma i nigdy już nie będzie, nagle zupełnie straciliśmy kontakt. Nie wiem, co robić. Przecież nie mogę tak cię z tym zostawić.
[…]
A czasem nie wiem nawet, czy istnieję. Serio-serio. To na górze to moja głowa. A ja nie wiem, co w mojej głowie faktycznie wzięło się z mojej głowy. Gdzie jest jakiś rdzeń, jądro, prawdziwa ja. Co czuję, a czego już nie. O czym marzę, a o czym już nie. Kiedy ostatni raz chciałam czegoś tak naprawdę, a nie tylko wydawało mi się, że chcę. Że powinnam chcieć. Bo tak trzeba, tak wypada. Czy ja w ogóle chciałam kiedyś czegoś naprawdę? To na górze to moja głowa. Jej wnętrze stopniowo traciło kształt, aż została tylko płaska, rozmazana plama, jak w teście Rorschacha [tzw. test plam atramentowych, projekcyjny szwajcarskiego psychoanalityka Hermanna Rorschacha mający uświadomić nieświadome treści psychiczne – przyp. aut.].
[…]
„Gwizd, świst, buch! Rusza pociąg, koła w ruch. Powolutku, ociężale, coraz szybciej, coraz dalej. I już pędzi, gna po szynach. Czy ten pociąg ktoś zatrzyma?”. W pociągu siedzę ja. Jestem zupełnie sama, w pobliżu nie ma ani jednego człowieka, o którego mogłabym się otrzeć. Wyglądam przez okno, odwracam głowę i spoglądam w dal, na to wszystko, co zostało już za mną, co stopniowo kurczy się i blaknie, aż w końcu na horyzoncie widać już tylko niewyraźną smugę. Moja podróż trwa i trwa, i trwa. Jadę, a za szybą przelatują wiosna, lato, jesień i zima, mijają ułamki sekund i całe lata, mieszają się zapachy, okrzyki, westchnięcia i gesty, forma i materia; pędzę jak strzała i wlokę się niemiłosiernie, przejeżdżam tunel za tunelem, zakręt za zakrętem, raz śmigam, raz ociężale toczę się pod górę, aż cały skład rzęzi i dyszy, a potem znów mknę w dół i zatykam uszy, żeby nie słyszeć zgrzytu hamulców, albo łapię się za nos, zamykam oczy i dmucham z całych sił, kiedy od tego skaczącego ciśnienia zaczyna mnie boleć głowa. Podróż trwa, ale ja jestem tu tylko pasażerką, niczym nie kieruję, po prostu patrzę na obrazy przelatujące za oknem. Nieruchoma w pędzącym pociągu. Jestem układem odniesienia. „Pociąg raźno toczy się, każdy dotrze tam, gdzie chce”, śpiewa mała dziewczynka. Siedzi naprzeciwko mnie i macha nogami. Uśmiecha się do mnie. Ja też chciałabym się do niej uśmiechnąć. Ale nie mogę.[…] Zostawiam ją, odwracam wzrok i spoglądam w okno. Czas całkiem je odsłonić; teraz część widoku zakrywają mi zasłonki – właściwie widzę tylko fragmenty, wycinki, skrawki scen. Odgarniam materiał i z zapartym tchem patrzę na przeogromną panoramę za szybą. Pędzimy szybciej niż rzeka, ta rzeka, do której nie wejdę dwa razy, nie wejdę, nie wejdziesz, nie wejdziemy, on, ona i ono też nie. Gdzieś w oddali miga mi Marzanna, która ugrzęzła na błotnistym brzegu. „Hej, Marzanno miła, gdzieś ty klucze dała? Co byś zielone pola nimi otwierała?” Sięgam do kieszeni, zawsze noszę przy sobie kamień. Z przyzwyczajenia. Ale za oknem nie ma już błota ani rzeki.
[…]
Czasem kiedy budzę się w nocy, słyszę szelest i drapanie, a potem cichy bulgot i czyjś chrapliwy oddech. Właściwie zdążyłam już przywyknąć przez te wszystkie lata. Do szelestów i do niej. Jest dla mnie trochę jak coachka, przewodniczka, tyle że nic nie mówi – nawet że dam radę. Rano wyciska mi na szczoteczkę pastę do mycia zębów, wieczorem czesze mi włosy i poprawia poduszkę. Chodzi ze mną po mieście, jeździ ze mną tramwajem, cały czas depcze mi po piętach. Wyciąga do mnie ręce. Moja przewodniczka. Moja wewnętrzna bogini. Marzanna. Śmiertka. Śmierteńka.
[…]
Wjeżdżam w stan zerowy. Szyny biegną teraz przez sam środek mnie. Słyszę las, słyszę go w sobie. Pociąg jedzie coraz szybciej, mknie jak błyskawica, koła stukają o tory, a za oknem falują długie szyje żyraf spacerujących sobie po pierścieniu Saturna. Korytarzem ciągnie procesja tych, którzy zapragnęli nie żyć, i tych, którzy zapragnęli przeżyć. Patrzę na dziewczynkę na siedzeniu naprzeciwko i uśmiecham się do niej, chociaż to tak strasznie, strasznie boli.
[…]
Wciąż mogę jeszcze przeżyć kiedyś wspaniałe rzeczy, mogę nauczyć się kilku nowych sztuczek, mogę polecieć w kosmos, mogę mieć męża i dzieci, mogę stwierdzić, że to jednak nie był ten, i poszukać sobie drugiego. A potem trzeciego. Wciąż mogę dojść do wniosku, że żaden facet nie jest dla mnie albo odwrotnie – że wszyscy są okej. Wciąż mam Adama i tatę, i swój dawny pokój w naszym domu. Wciąż mam jeszcze dokąd wrócić. Wciąż czuję na sobie zapach pana Rochestera. Wciąż mogę jeszcze wybaczyć kiedyś mamie. I Madli. I sobie. Wciąż może mi być dobrze na świecie, w którym nie ma już Madli, chociaż widzę ją wszędzie i we wszystkim. Wciąż mogę pocieszać się myślą, że to wszystko miało jakiś sens, że ta śmierć musiała mieć przecież jakiś sens. Ta śmierć musiała mieć przecież jakiś sens. Wciąż mogę się uwolnić od dojmującego lęku, że Madla rozmyśliła się w ostatniej chwili. Wciąż jeszcze nie okaleczyłam się na amen. Wciąż jest jeszcze ta zdrowa, nietknięta część mnie. Wciąż mogę się zastanawiać, kim chcę zostać, jak będę duża, ale tak naprawdę, naprawdę. Albo nigdy tego nie odkryć. Wciąż mogę wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym. W przyszłym wcieleniu mogę jeszcze zostać krową. A to na górze to wciąż moja głowa. Wciąż mogę jeszcze przeżyć kiedyś wspaniałe rzeczy. Wciąż. Jeszcze. Mogę. Być. Dopóki mnie to nie zabije. Właśnie tak.
Otwierają się najciemniejsze szczeliny.
[…]
Zmiana kierunku.
Lucie Faulerova, Śmierteńka
Powieść obyczajowa Lucie Faulerovej – obiecującej czeskiej pisarki, powieści już nagrodzonej przez Unię Europejską (UE) za literaturę, umiejscawia akcję opowieści w fikcyjnym Ścierwielinie niedaleko czeskiej Pragi, do której wciąż dojeżdża główna bohaterka, narratorka Marie, dojeżdża kolejami publicznymi, w czasach jak najbardziej nam współczesnych dwudziestego pierwszego wieku. W metaforycznym „przelocie”, w jakim jawi się czytelnikowi przemykanie pomiędzy wciąż uciekającymi za oknem pejzażami czas na refleksję o czasie przeszłym, czy i przyszłym wydaje się wręcz naturalną skłonnością umysłu goniącego za każdą chwilą. U ledwie dojrzałej Marie natarczywe stają się rozmyślania nieadekwatne do wieku dopiero co wchodzącego w „poważne”, samodzielne życie. Przeznaczenie czy los - czasem osobno, czasami wspólnie - płatają Marie i mniej zabawne figle, a ona wciąż musi się żegnać z najbliższymi, którzy odchodzą zbyt szybko lub też pochopnie. Niby młodość ma swoje prawa, ale czy zawsze jest to jedynie prawo do życia „na całego”, o czym się może wie dopiero później, czy też najpóźniej? Podobnie jak u mitologicznego Syzyfa, który do końca nie ma świadomego czy nieświadomego przekonania co do celowości własnego wysiłku, tak też nie da się spekulatywnie rozstrzygnąć co jest lepszym: nieznana nicość czy krótka doczesność. A, jeśli na tej właśnie paraboli życie od-do smakuje najbardziej, to co wtedy?