Blog

 

17.04.2024

Żar

„Tata też jest poetą [...]

Zawsze myśli o czymś innym.”


„Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda.”


„Jesteś beznadziejny, bo jesteś wierny”

[...]

Przed południem generał długo przebywał w tłoczarni wina. O świcie udał się z winogrodnikiem do winnicy, ponieważ wino w dwóch beczkach zaczęło fermentować. Minęła już jedenasta, gdy skończył z butelkowaniem i wrócił do domu. Na werandzie, zalatującej stęchlizną od wilgotnych kamieni, pomiędzy filarami stał sztywno myśliwy; gdy pan się zbliżył, wyciągnął ku niemu rękę z listem. Czego chcesz? – powiedział generał i obrażony przystanął. Odsunął z czoła słomkowy kapelusz, którego szerokie rondo całkowicie ocieniało jego czerwoną twarz. Już od paru lat nie otwierał i nie czytał listów. Korespondencję otwierał i sortował ekonom w biurze zarządcy majątku. Posłaniec przyniósł – powiedział myśliwy, nadal stojąc sztywno. Generał poznał pismo, przyjął list i włożył go do kieszeni. Wszedł do chłodnego przedsionka i bez słowa oddał myśliwemu swój kapelusz i laskę. Z kieszonki na cygara wyjął okulary, podszedł do okna i w półmroku, w świetle przedostającym się przez szczeliny do połowy opuszczonych żaluzji, zaczął czytać list. Zaczekaj – powiedział przez ramię do myśliwego, który już miał odejść z kapeluszem i laską. List wcisnął do kieszeni.

[...]

Generał wyjął pomięty list, starannie wygładził papier i w silnym świetle, z okularami na nosie, jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki, karbowane literami jak drzazgi. Czytał z rękoma założonymi z tyłu. Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. Czternasty sierpnia. Generał spojrzał w sufit, liczył. Czternasty sierpnia. Drugi lipca. Liczył czas, jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. Czterdzieści jeden lat, powiedział półgłosem. Od pewnego czasu mówił głośno w swoim pokoju, także gdy był sam. Czterdzieści lat, rzekł po chwili, zmieszany. I jak uczniak, który się gubi pośród powikłań trudnej lekcji, poczerwieniał, odchylił ciężką głowę, przymknął klejące się powieki. Czerwona szyja wystaje nad kołnierzem kukurydziano-żółtej marynarki. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty, drugi lipca, to wtedy było polowanie, pomrukiwał. Potem umilkł. Zafrasowany oparł się łokciami o pulpit, jak wkuwający uczeń, ponownie zapatrzył się w tekst, w tych kilka ręką skreślonych słów, w list. Czterdzieści jeden lat, powiedział w końcu, ochryple. I czterdzieści trzy dni. A więc tyle to trwało.

[...]

Wtedy zbudowano pałac. Generał urodził się tutaj, w tym pokoju. W owym czasie ten dość ciemny pokój w tyle domu, z oknami wychodzącymi na ogród i zabudowania gospodarskie, był pokojem jego matki, zaś ten pogodniejszy, bardziej przewiewny – garderobą. Przed paroma dekadami, kiedy wprowadził się do tego pałacowego skrzydła i zburzono ścianę oddzielającą sypialnię matki, dwa pokoje rozrosły się w jedną mroczną salę. Od drzwi do łóżka było siedemnaście kroków. A osiemnaście kroków od ściany tylnej, ogrodowej, do balkonowej. Wiele razy obliczał, wiedział to dokładnie. Żył w tym pokoju jak chory, który przyzwyczaił się do wyznaczonej mu przestrzeni. Jakby ta przestrzeń była skrojona na jego ciało. Mijały lata i nigdy nie przeszedł do drugiego skrzydła, gdzie ustawiły się w szeregu trzy salony: zielony, niebieski i czerwony, ze złotymi żyrandolami. Stamtąd okna wychodziły na park, na kasztanowce, które wiosną przechylały się przez balkonową kratę i chełpiąc się różowymi świeczkami oraz ciemnozieloną wspaniałością stały półkolem przed brzuchatą wypukłością południowego skrzydła, przed kamiennymi balustradami balkonów. Krępe anioły podtrzymywały balustrady. Chodził do tłoczarni albo do lasu, albo – każdego ranka, także zimą, także wtedy, gdy padał deszcz – nad potok z pstrągami. Po powrocie do domu z westybulu szedł prosto na piętro do swojego pokoju i tam jadł posiłek.

[...]

Nini miała dziewięćdziesiąt jeden lat i przyszła szybko. W tym pokoju niańczyła generała. Była tutaj, w tym pokoju, kiedy generał przyszedł na świat. Miała wtenczas szesnaście lat i była bardzo piękna. Niska, muskularna i spokojna, jakby jej ciało posiadło jakąś tajemnicę. Jakby coś ukrywało w kościach, we krwi, w skórze, tajemnicę czasu albo życia, której nie można nikomu wyjawić, nie można jej przełożyć na obcy język, słowa nie uniosłyby tej tajemnicy. Była córką wiejskiego listonosza, urodziła dziecko, gdy miała szesnaście lat i nie powiedziała nigdy nikomu, kto był ojcem dziecka. Karmiła generała, bo miała dużo mleka; kiedy ojciec wyrzucił ją z domu, przyszła do pałacu. Nie miała niczego, prócz jednej sukni i w kopercie kosmyka włosków zmarłego dziecka. W takim stanie przybyła do pałacu. Na sam poród. Pierwszy łyk mleka generał wyssał z piersi Nini. Przeżyła w tym pałacu, milcząco, siedemdziesiąt pięć lat. Zawsze uśmiechnięta. Jej imię przelatywało przez pokoje, jakby mieszkańcy pałacu nawzajem zwracali sobie na coś uwagę. Wołano: „Nini!” Jakby mówiono: „Ciekawe, że też na świecie jest coś innego niż egoizm, namiętność, próżność, Nini...” A że była wszędzie tam, gdzie być powinna, nigdy nie rzucała się w oczy. A że zawsze była w dobrym humorze, nigdy jej nie spytano, jak może być w dobrym humorze, skoro odszedł mężczyzna, którego kochała, i zmarło jej dziecko, dla którego wezbrało w niej mleko. Wykarmiła piersią i wychowała generała, a potem minęło siedemdziesiąt pięć lat. [...] Nie miała w tym domu żadnego tytułu ni stanowiska, ale czuło się jej siłę. Jedynie generał mniej więcej orientował się, że Nini jest już po dziewięćdziesiątce. Nikt nie mówił o tym. Energia Nini przepływała przez dom, ludzi, ściany, przedmioty niczym tajemniczy prąd, który na małej scenie wędrownego teatru lalek wprawia w ruch postać Witezia Janósa i Śmierć [według zdarzeń z poematu węgierskiego romantycznego poety Sandora Petofiego – przyp. aut.]. Niekiedy wydawało się, że dom i przedmioty mogłyby – na podobieństwo starych materiałów, które ulegają unicestwieniu, rozpadają się, gdy ktoś je niespodzianie dotknie – runąć, gdyby siła Nini nie trzymała razem tego wszystkiego. Kiedy zmarła mu żona, generał wyjechał. Powrócił po roku. I nieoczekiwanie przeprowadził się do starego skrzydła, do pokoju swojej matki. Zamknął nowe skrzydło, które zamieszkiwał był z żoną: kolorowe salony, gdzie już strzępiła się jedwabna tapeta, duży gabinet z kominkiem i książkami, wejście na piętro z jelenimi rogami i wypchanymi cietrzewiami, z wyprawionymi głowami kozic, obszerną jadalnię, z której okien było widać dolinę i miasteczko, a dalej niebiesko-srebrne góry, pokoje żony i swoją sypialnię w pobliżu jej pokoju.

[...]

Niania usiadła. W ostatnim roku postarzała się. Ludzie po dziewięćdziesiątce starzeją się inaczej niż po sześćdziesiątce lub pięćdziesiątce. Starzeją się bez obrazy. Twarz Nini była pomarszczona i różowa – tak starzeją się bardzo szlachetne materiały, kilkusetletnie jedwabie, w które jakaś rodzina wplotła całą swoją zręczność i marzenia. W ubiegłym roku katarakta zasłoniła jej jedno oko. To oko było teraz smutne, szare. Drugie pozostało niebieskie, tak niebieskie, jak wieczne morskie oko pomiędzy wielkimi górami, w sierpniu. To oko uśmiechało się. Nini nosiła granatową spódnicę, wiecznie taką samą, z granatowego sukna i skromną bluzkę. Jakby przez siedemdziesiąt pięć lat nie kazała uszyć sobie nic innego. Konrad napisał – powiedział generał i w dwóch palcach, jakby od niechcenia, uniósł list. Pamiętasz?  Tak – powiedziała Nini. Pamiętała wszystko.  Jest tutaj, w mieście – rzekł generał do niani, cicho, jakby komunikował jej bardzo ważną i poufną wieść. – Zatrzymał się pod Białym Orłem. Przyjdzie wieczorem, posłałem po niego karetę. Będzie tu na kolacji.

[...]

Może dlatego, że Nini była pierwszą żywą istotą, która zobaczyła generała, gdy przyszedł na świat, która widziała go w chwili narodzin, we krwi i brudzie, jakim zawsze rodzi się człowiek. Może z powodu tych siedemdziesięciu pięciu lat, jakie przeżyli razem pod jednym dachem, gdy to samo jedli, wdychali to samo powietrze; stęchlizna domu, drzewa przed oknami, wszystko było wspólne. I nic nie miało imienia. Nie byli rodzeństwem ni kochankami. Było też coś innego, co niejasno było im wiadome. Pewien rodzaj braterstwa, które jest większe, mocniejsze i ściślejsze niż braterstwo bliźniąt w matczynej macicy. Zycie wymieszało ich dni i noce, znali nawzajem swoje ciała i sny. Niania powiedziała: Czy chcesz, żeby było tak, jak wtedy?  Chcę – powiedział generał. Dokładnie tak. Jak ostatnim razem.  Dobrze – rzekła krótko. Podeszła do generała, nachyliła się i pocałowała żylastą, starczą rękę z pierścieniem i wątrobianymi plamkami.  Obiecaj mi – powiedziała – że się nie zdenerwujesz.  Obiecuję – powiedział generał cicho, posłusznie.

[...]

Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty. Potem czeka. Już od dawna czekał. Już nawet nie wiedział, kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. Wszystko się zachowa, ale będzie bezbarwne, jak te bardzo stare fotografie, które jeszcze utrwalano na metalowej płytce. Światło i czas zmywają z płytki ostre, charakterystyczne odcienie linii. Trzeba obracać fotografią, niezbędne jest też pewne załamanie światła, aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego, którego rysy kiedyś tam wessała lustrzana tafla. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz. Generał przechowywał w szufladzie takie stare fotografie. Portret ojca. Na tym obrazie ojciec jest w mundurze kapitana gwardii. Włosy miał kędzierzawe, jak dziewczyna. Z ramion opadał mu biały płaszcz gwardzisty, którego poły przytrzymywał na piersi upierścienioną ręką. Przechylił głowę, z dumą i urazą. Nigdy nie wspomniał, gdzie go obrażono i dlaczego. Po powrocie z Wiednia zaczął polować.

[...]

W Wiedniu zostali przyjęci przez cesarza i cesarzową. Cesarz był łaskawy, jak w czytankach. Powiedział: „Uważaj, pani! W lesie, dokąd cię zabiera, żyją niedźwiedzie. On także jest niedźwiedziem”. I uśmiechnął się. Wszyscy się uśmiechnęli. Wielka to była łaska, cesarz żartował z francuską żoną węgierskiego oficera gwardii. Dama rzekła: „Wasza Wysokość, oswoję go muzyką, jak Orfeusz dzikie bestie”. Przejeżdżali przez lasy pachnące owocami, przez łąki. Kiedy przekroczyli granicę, znikły góry i miasta, a kobieta zaczęła płakać. „Chéri – powiedziała – mam zawrót głowy. Tutaj nic nie ma końca.” Zawrotu głowy dostała od widoku puszty [bezleśna formacja roślinna podobna do stepu – przyp. aut.], od nadmiernego ciężaru falującego powietrza, od widoku pustkowia, gdzie już wszystko zebrano z pól, gdzie kareta tłukła się godzinami po bezdrożach, po niebie ciągnęły samotne żurawie, a zagony kukurydzy leżały wzdłuż drogi obłupione jak po wojnie, gdy okaleczona okolica dogorywa za wycofującym się wojskiem.

[...]

Kiedy wreszcie urządzili się w pałacu i zaczęli w nim żyć, spadł obfity śnieg i uwięził pałac, niczym milczące, ponure wojsko z północy oblężony zamek. W nocy sarny i jelenie wychodziły z lasu, przystawały w śniegu: w blasku księżyca patrzyły zdziwionymi, opalizującymi na niebiesko, ciemnymi, poważnymi oczyma zwierząt w stronę oświetlonych pałacowych okien i z odchylonymi w bok głowami słuchały muzyki sączącej się z pałacu. „Widzisz?...” – powiedziała kobieta przy fortepianie i roześmiała się. W lutym mróz zegnał wilki z ośnieżonych stoków, lokaje i myśliwi rozpalili w parku stos z faszyny [element budowlany składający się ze stosów pędów wikliny – przyp. aut.]; basiory, wyjąc, krążyły w polu przyciągania ognia, w zasięgu jego czarów. Oficer gwardii wszedł z nożem pomiędzy wilki; kobieta przyglądała się z okna. Czegoś nie umieli ze sobą załatwić. Ale kochali się.

[...]

Pałac zawarł w sobie wszystko, niczym wielki, ozdobny, rzeźbiony w kamieniu grobowiec, gdzie rozpadają się kości pokoleń, rozwiewają się śmiertelne odzienia niegdysiejszych kobiet i mężczyzn, szyte z szarego jedwabiu albo czarnego sukna. Zawarł też w sobie ciszę, jak więzień sumienia, który wegetuje w bezwładzie w piwnicznej ciemnicy, zarośnięty i w łachmanach, na spleśniałej, przegniłej słomie. Zawarł wspomnienia – wspomnienia zmarłych, które pochowały się w dziuplastych kryjówkach pokoi, jak grzyb, limfa, nietoperze, szczury i owady w wilgotnych suterenach wielkich, starych domów. Na klamkach czuło się drżenie czyjejś ręki, żar dawno minionej chwili, kiedy ręka ociągała się z naciśnięciem klamki. Każdy dom, w którym namiętność dotknęła ludzi z całą swoją mocą, wypełnia się tą mroczną treścią. Generał przyglądał się portretowi matki. Znał każdy rys jej pociągłej twarzy. Oczy z senną i smutną wzgardą wpatrywały się w czas; dawne kobiety z takim spojrzeniem wstępowały na szafot, gardząc zarazem tymi, za których umierają, jak i tymi, którzy je zabijają. Pałac rodziny jego matki znajdował się w Bretanii, nad morzem. Generał mógł być ośmioletnim chłopcem, gdy zabrano go tam jednego lata. Wtedy już podróżowano koleją, bardzo wolno. Na bagażowej siatce leżały walizy matki, w płóciennych prochowcach, oznaczone jej inicjałami, ozdobione haftem. W Paryżu padał deszcz. Dziecko siedziało w głębi karety wyściełanej niebieskim jedwabiem, skąd przez zamazane okno przyglądało się miastu, które, niczym brzuch tłustej ryby, ślisko świeciło się w deszczu.

[...]

Upłynęły cztery dni, zanim niania dojechała do Paryża. Majordomus z bokobrodami nie poznał jej na dworcu kolejowym, Nini pieszo dotarła do pałacu, z siatką robioną szydełkiem. Zjawiła się tak, jak wędrują ptaki; nie umiała mówić po francusku, nie znała nazwy ulicy, nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, jakim sposobem odnalazła w obcym mieście dom, który ukrywał chore dziecko. Weszła do pokoju, wyjęła z łóżka konającego chłopca, który był już zupełnie cichutki, tylko oczy mu błyszczały; wzięła go na kolana, ciasno otoczyła ramionami i kołysała siedząc w milczeniu. Trzeciego dnia udzielono dziecku ostatniego namaszczenia. Wieczorem Nini wyszła z pokoju chorego i powiedziała hrabinie po węgiersku: Chyba się uchowa. Nie płakała, tylko była bardzo zmęczona, ponieważ nie spała już szóstą dobę. Wróciła do chłopca, z siatki robionej szydełkiem wyjęła domowe jedzenie i zaczęła jeść. Przez sześć dni i nocy własnym oddechem podtrzymywała życie w dziecku. Hrabina klęczała przed drzwiami, płakała i modliła się.

[...]

To tutaj [w Bretanii – przyp. aut.], w godzinach południowych, kiedy morze bezsilnie huczało, chłopiec siadywał z nianią i słuchał. Będę poetą – powiedział jednego razu i spojrzał w górę, z odchyloną głową. Patrzył na morze, jasne kędziory powiewały na ciepłym wietrze, badawczym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek uważnie przyglądał się dali. Niania objęła go, przytuliła do piersi główkę chłopca. I rzekła: Nie, będziesz żołnierzem.  Jak tata? – chłopiec potrząsnął głową. Tata też jest poetą, nie wiesz o tym? Zawsze myśli o czymś innym.  Prawda – odrzekła niania i westchnęła.

[...]

Jesienią, kiedy wracali z Bretanii, oficer gwardii czekał na swoją rodzinę w Wiedniu. Chłopca oddano do szkoły kadetów. Otrzymał szabelkę, długie spodnie i czako. W niedzielę zabierano wychowanków na spacer po Grabenie, w granatowych bluzach, ze sztyletami przytwierdzonymi do pasa. Byli jak dzieci, które dla zabawy poprzebierały się za żołnierzy. Nosili białe rękawiczki, wdzięcznie salutowali. Szkoła kadetów znajdowała się tuż pod Wiedniem, na szczycie wzgórza. Był to żółty budynek, z okien drugiego piętra można było zobaczyć stare miasto, z prościutkimi ulicami, letni pałac cesarza, dachy Schönbrunnu i aleje spacerowe wycięte w rozległym parku, pośród przystrzyżonego listowia. W białych korytarzach o łukowych sklepieniach, w klasach, w jadalni, w sypialniach, wszystko było tak niepokojąco na swoim miejscu, jakby to było jedyne miejsce na świecie, gdzie w końcu uporządkowano i umieszczono, gdzie należy to, co w życiu jest nieporządkiem i co jest zbędne. Wychowawcami byli starzy oficerowie. Wszystko miało smak saletry. W sypialniach spano po trzydziestu, w każdym pomieszczeniu trzydziestu chłopców w jednym wieku, w wąskich, żelaznych łóżkach, jak cesarz. Nad wejściem wisiał krucyfiks i święcona palma. Nocą paliło się w lampach niebieskie światło. Rano budził ich dźwięk trąbki; niekiedy zimą zamarzała woda w blaszanych miednicach. Wówczas ordynansi przynosili w wielkich dzbanach ciepłą wodę z kuchni.

[...]

Konrad spał w sąsiednim łóżku. Mieli po dziesięć lat, kiedy się poznali. Był krępy, a jednak szczupły, jak chłopcy z bardzo starych rodów, w których sylwetkach kości dominują nad ciałem. Powolny, lecz nie leniwy, ze świadomie odmierzonym rytmem. Jego ojciec, z nadanym tytułem barona, był urzędnikiem w Galicji, matka była Polką. Kiedy urósł, wokół jego ust pojawił się bolesny, dziecięcy, słowiański rys. Rzadko się śmiał. Był milczący i uważny. Od pierwszej chwili żyli razem, jak jednokomórkowe bliźnięta w matczynej macicy. Nie musieli „nawiązywać przyjaźni”, jak zwykli to robić rówieśnicy, pośród śmiesznych i uroczystych ceremonii, z dodającą sobie wagi namiętnością, tak jak to jest, kiedy między ludźmi pojawia się pożądanie, w nieświadomej i karykaturalnej formie, kiedy jeden człowiek po raz pierwszy chce odebrać światu ciało i duszę drugiego człowieka, aby jedno i drugie należało już tylko do niego, tylko do niego. Taki jest przecież sens miłości i przyjaźni.

[...]

Byli w tym wieku, kiedy chłopcy jeszcze nie mają określonej płci: jakby się jeszcze nie zdecydowali. Miękkie, jasne włosy, których nienawidził, bo wydawały mu się zbyt dziewczęce, fryzjer co dwa tygodnie strzygł maszynką na zero. Konrad był bardziej męski, spokojniejszy. Szeroko otwierało się przed nimi dzieciństwo i już nie bali się tego okresu, ponieważ nie byli samotni. Francuska mama, pod koniec pierwszego lata, kiedy chłopcy wsiedli do karety, aby udać się w powrotną drogę do Wiednia, przyglądała się odjeżdżającym od drzwi pałacu. Po czym uśmiechnęła się i rzekła do Nini: Nareszcie jakieś udane małżeństwo. Ale Nini nie uśmiechnęła się. Chłopcy każdego lata przyjeżdżali razem, a później już i Boże Narodzenie spędzali wspólnie w pałacu. Wszystko mieli wspólne, ubrania, bieliznę, w pałacu urządzono im wspólny pokój, jednocześnie czytali tę samą książkę, razem odkrywali Wiedeń i las, książki i polowanie, jeździectwo i żołnierskie cnoty, życie towarzyskie i miłość.

[...]

Przyjaźń Konrada i Henryka tak jaśniała w owym ludzkim zamęcie, jak blask subtelnej ceremonii średniowiecznego ślubowania. Nic nie jest równie rzadkie pomiędzy młodymi ludźmi jak sympatia, która jest bezinteresowna i nie żąda od drugich pomocy ni ofiary. Młodość zawsze spodziewa się ofiary od tych, w których pokłada swoją nadzieję. Tych dwóch chłopców czuło, że żyją w jakimś nienazwanym, cudownym stanie czegoś w rodzaju łaski. Nic nie jest równie delikatne, jak taki związek. Wszystko, co życie przynosi z sobą później, wyrafinowane bądź gwałtowne żądze, mocne uczucia, więzy wielkich namiętności, wszystko to jest brutalniejsze, bardziej nieludzkie. Konrad był poważny i wstydliwy, jak każdy prawdziwy mężczyzna, także wtedy, gdy ma dziesięć lat. Kiedy chłopcy zaczęli się stawać wyrostkami, gdy zaczynali świntuszyć i ze smutną chełpliwością roztrząsać sekrety życia dorosłych, Konrad zaprzysiągł Henryka, aby żyli w czystości. Tej przysiędze długo dochowali wierności. Nie było to łatwe.

[...]

Henryk był świetnym jeźdźcem. Konrad rozpaczliwie walczył o utrzymanie równowagi i zachowanie bezpieczeństwa na końskim grzbiecie, jego ciału brakowało dziedzicznej zręczności. Henryk łatwo się uczył, Konrad z trudem, ale to, czego się uczył, chciwie gromadził w pamięci i kurczowo się do tego przywiązywał, jak ktoś, kto wie, że to jest cały jego majątek na tym świecie. Henryk swobodnie poruszał się w towarzystwie, taktownie, zarazem wyniośle, jak ktoś, kogo nic nie zdoła zaskoczyć; Konrad był sztywny, bardzo konwencjonalny. Pewnego lata wybrali się do Galicji, do rodziców Konrada. Byli już wtedy młodymi oficerami. Baron, stary, łysy i uniżony człowiek, którego psychikę przemieliła czterdziestoletnia galicyjska służba i niezaspokojone towarzyskie aspiracje pewnej polskiej szlachcianki – pospieszył z kłopotliwą gotowością służenia młodym panom w zabawie. Miasto było duszne, ze starymi wieżami, ze studnią pośrodku czterokątnego rynku, z ciemnymi pokojami o łukowych sklepieniach. Jego mieszkańcy: Ukraińcy, Niemcy, Żydzi, Rosjanie, żyli w jakimś podnieceniu urzędowo tłumionym przez władze, jakby i w samym mieście, i w niewietrzonych, mrocznych mieszkaniach stale fermentował jakiś proces dojrzewającej rewolucji albo była to tylko żałosna, nędzna i hałaśliwa forma niezadowolenia, tylko jakiś godny współczucia, trajkocący niedosyt, albo i to nie: duszne podniecenie karawanseraju [z pers. dom zajezdny z podcieniami – przyp. aut.] i aura oczekiwania przenikały domy, place, życie w tym mieście. Jedynie kościół katedralny, ze swoją mocną wieżą i szerokimi sklepieniami, spokojnie górował nad tym plątawiskiem krzyku, wrzasku i szeptu, jakby ktoś tutaj ustanowił raz na zawsze pewne prawo, coś ostatecznego i niezmiennego. Chłopcy mieszkali w hotelu, ponieważ mieszkanie barona składało się tylko z trzech pokoi.

[...]

Konrad, wszakże miał pewną kryjówkę, do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę; tajemnicze miejsce, do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. Henryk nie miał słuchu, zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami. W Instytucie nie rozmawiano o muzyce, raczej ją wybaczano i tolerowano, zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. Każdy ma swoją słabostkę. Jeden hoduje psy, za wszelką cenę, inny jeździ konno. Lepsze to niż by miał grać w karty, uważano. Bezpieczniejsze niż kobiety, uważano. Ale generał czasami podejrzewał, że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu, buntu muzyki. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania, lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. O muzyce wiedziano jedynie tyle, że konieczne są do niej trąbki, a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Ta muzyka była głośna i przepisowa, utrzymywała w karbach krok oddziału, przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. Człowiek kroczył sprężyściej, gdy słyszał muzykę, i to było wszystko. Niekiedy muzyka była żartobliwa, niekiedy nadęta i uroczysta. A zresztą nikt się nią nie przejmował.

[...]

Muzyka otwierała przed nim dookolny świat, na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody, w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem. Pewnego lata, wieczorem, kiedy w pałacu grał na cztery ręce z matką generała, coś się wydarzyło. Siedzieli w dużej sali, przed kolacją; oficer gwardii i jego syn w jednym z rogów komnaty uprzejmie słuchali muzyki, z tą cierpliwością i rutyną, o której zapewne ktoś myślał mówiąc, iż „życie jest obowiązkiem, trzeba więc ścierpieć i muzykę”. Hrabina grała żarliwie, wykonywali „Poloneza-fantazję” Chopina. W pokoju jakby wszystko poruszyło się. Ojciec i syn w fotelach, pogrążeni w uprzejmym i cierpliwym oczekiwaniu, także poczuli, że w dwóch ciałach – w ciele Konrada i matki – coś się dzieje. Jakby zbuntowana muzyka uniosła meble, jakby jakaś siła za oknem załopotała ciężką, jedwabną zasłoną, jakby to wszystko, co pogrzebały ludzkie serca, co jest galaretowate i zjełczałe, zaczęło żyć, jakby ukryty w sercu każdego człowieka odezwał się jakiś śmiertelny rytm, który w pewnej chwili życia zaczyna uderzać z jakąś ostateczną siłą. Dwaj uprzejmi słuchacze zrozumieli, że muzyka jest niebezpieczna. Lecz tamtych dwoje przy fortepianie, matka i Konrad, już nie przejmowali się żadnym niebezpieczeństwem. „Polonez-fantazja” był jedynie pretekstem, aby wyzwolić w świecie siły, które poruszą i wysadzą w powietrze to wszystko, co ludzki porządek tak skrzętnie ukrywa. Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu, z wyprostowanymi – przy lekkim odchyleniu – naprężonymi ciałami, jakby muzyka miotała niewidocznym, legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje, w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią, usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymają wodze wyzwolonych żywiołów. Wreszcie, po jednym zgodnym akordzie, umilkli. Promień wieczornego słońca wpadł przez dwuskrzydłowe okno, w snopie światła wirował złoty pył, jakby muzyka, pędząc w ślad za rumakami zaprzęgniętymi do niebiańskiego rydwanu, wzbiła kurz na niebieskiej drodze, która prowadzi donikąd, w zatracenie. Chopin – powiedziała Francuzka i ciężko westchnęła. Jego ojciec był Francuzem. A matka Polką – powiedział Konrad i z głową odchyloną w bok wyjrzał przez okno. Spokrewniona z moją matką – powiedział mimochodem, jakby go krępował ten związek.

[...]

Konrad był „człowiekiem innego rodzaju” i nie można było drogą pytań przybliżyć się do jego tajemnicy. Zawsze spokojny. Nigdy nie polemizował. Tak żył, tak wypełniał swoją służbę, tak obcował z towarzyszami broni, tak bywał w świecie i w towarzystwie, jakby służba wojskowa nigdy nie miała się skończyć, jakby życie było jedynie służbą i stosowaniem regulaminu, nie tylko w dzień, ale i w nocy. Byli młodymi oficerami i syn oficera gwardii niekiedy dostrzegał, że Konrad żyje jak zakonnik. Jakby nie żył na świecie. Jakby po przepisowych godzinach służby zaczynała się dla niego inna służba, bardziej skomplikowana, bardziej odpowiedzialna niż służba młodego zakonnika, bowiem czasu służby nie wyznaczały jedynie modlitwa i nabożne ceremonie, lecz samotność i przytomność umysłu, tak, nawet we śnie. Bał się muzyki, z którą miał jakąś tajemniczą więź, i nie była to jedynie więź świadomości, ale i ciała: jakby głębszy sens muzyki był czymś w rodzaju nieodwołalnego nakazu, który odsuwa go od kariery, coś w nim łamie. Rano razem jeździli konno na Praterze albo na szkolnym hipodromie, potem Konrad zdawał służbę, wracał do mieszkania na Hietzingu [dzielnica Wiednia – przyp. aut.] i bywało, że całymi tygodniami nie ruszał się wieczorem z domu. W starych domach palono jeszcze lampy naftowe albo świece; syn oficera gwardii prawie zawsze wracał do domu po północy, z balu albo z towarzyskiego spotkania, i już z ulicy, z dorożki, widział w oknie pokoju przyjaciela nieśmiałą, pełną wyrzutów jasność słabego światła. W tajemniczym sygnale jasnego okna było coś oskarżycielskiego. Syn oficera gwardii dał dorożkarzowi monetę, przystanął na cichej ulicy przed starą bramą, ściągnął rękawiczki, wyjął klucz od bramy i poczuł się tak, jakby odrobinę zdradził wieczór i przyjaciela.

[...]

Wiedeń był w dobrym humorze. W stęchłych, o łukowych sklepieniach śródmiejskich szynkach, odmierzano najlepsze piwo świata, a na głos dzwonu w południe miasto wypełniał zapach gulaszu wołowego, rozlewając po ulicach i w duszach uczucia takiej uprzejmości i serdeczności, jakby pokój na świecie był nieprzemijający. Kobiety nosiły czarne futrzane mufki, kapelusze z piórami, a ich noski i oczy połyskiwały zza woalek osłaniających twarze, gdy padał śnieg. O czwartej po południu w kawiarniach zapalano gazowe lampy i podawano pieniącą się kawę, generałowie i urzędnicy siedzieli przy stołach dla stałych gości, kobiety z zaczerwienionymi twarzami kryły się w głębi dorożek i spieszyły do kawalerek opalanych drzewem, bowiem był karnawał, i miłość tak wrzała i władała miastem, jakby agenci jakiegoś olbrzymiego sprzysiężenia, które omotało wszystkie klasy społeczne, podburzali i niepokoili dusze. Na godzinę przed otwarciem teatru, w piwnicy miejskiej rezydencji księcia Esterhazy’ego, zbierali się na sekretne spotkanie amatorzy ognistych win, u Sachera nakrywano już w osobnym gabinecie stół dla arcyksiążąt, a w zadymionych i dusznych izbach piwnicy opactwa, otwartej w sąsiedztwie katedry Św. Stefana, polscy panowie podnieceni i smutni pili mocną palinkę, ponieważ ich ojczyzna nie była szczęśliwa. Poza tym trafiały się takie godziny owej zimy we Wiedniu, kiedy wydawało się, że wszyscy są szczęśliwi. Myślał o tym syn oficera gwardii, cicho pogwizdując i uśmiechając się. W przedpokoju poczuł dotknięcie ciepła kaflowego pieca, jak uścisk ręki kogoś z bliskich krewnych. Wszystko w tym mieście było takie rozległe, a do tego wszystko i każdy był na swoim miejscu: arcyksiążęta i ludzie trochę nieokrzesani, dozorcy domów i tajemniczy beneficjanci oraz ludzie natrętnie demonstrujący swoją pozycję, wszyscy mieścili się w hierarchii, nieskończonej i przyjaznej ludziom.

[...]

Ta „inność”, o której mówił ojciec, gdy Konrad i hrabina grali „Poloneza-fantazję”, dała Konradowi władzę nad duszą przyjaciela. Co było tej władzy sensem? W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych, nad którymi panujemy. Nad ludzką duszą jedynie wtedy potrafimy sprawować całkowitą władzę, gdy poznamy, zrozumiemy i bardzo taktownie wzgardzimy tymi, którzy są zmuszeni ulec. Owe nocne rozmowy w domu na Hietzingu z czasem przybrały ton dysputy mistrza z uczniem. Jak każdy człowiek, którego wrodzona skłonność i okoliczności zmuszają przed czasem do samotności, tak i Konrad, tym swoim lekko szyderczym, łagodnie lekceważącym i jednocześnie okazującym bezradne zainteresowanie, głosem, mówił o świecie, jakby to wszystko, co tam, na tamtym brzegu można dostrzec, ciekawiło jedynie dzieci i istoty jeszcze mniej zorientowane od dzieci. Ale w jego głosie wyczuwało się tęsknotę za ojczyzną: młodość zawsze czuje tęsknotę za ojczyzną, wiecznie tęskni za podejrzanym, obojętnym i budzącym lęk domem, któremu na imię świat. I kiedy Konrad bardzo po przyjacielsku i wyniośle, żartobliwie i nawiasem pokpiwał sobie z syna oficera gwardii za to wszystko, czego doznawał w świecie, to przecież w jego głosie wyczuwało się spragnione i pożądliwe przełknięcie śliny.

[...]

W rodzinie generała była taka tradycja, iż w pałacu utrzymywano także domowego malarza: takiego, co był tu przejazdem, wędrownych portrecistów, ale i sławniejszych, jak praskiego artystę S., który w czasach dziadka generała spędził tutaj osiem lat i namalował każdego, kto nawinął mu się pod pędzel, majordomusa i co znaczniejsze konie. Ofiarą pędzla błąkających się, przygodnych artystów padali prapradziadkowie i praprababki: i oto spoglądali z wysoka szklanym wzrokiem, w galowych strojach. Potem następowało kilka spokojnych, poważnych męskich twarzy, byli to rówieśnicy oficera gwardii, prawdziwi mężczyźni, z węgierskim wąsem, z włosami zaczesanymi w ślimaka na czole, w czarnym odświętnym ubraniu lub w żołnierskim galowym mundurze. To było dobre pokolenie, myślał generał i przyglądał się podobiznom krewnych ojca, przyjaciół i kolegów z pułku. To było dobre pokolenie, cokolwiek osamotniony gatunek ludzi, którzy nie umieli szczęśliwie zmieszać się ze światem, byli dumni, lecz wierzyli w coś: w honor, w męskie cnoty, w milczenie, w samotność i w dane słowo, także w kobiety. I kiedy doznawali zawodu, milkli. Większość milczała przez całe życie, oddając się obowiązkom i milczeniu, niczym zakonnym ślubom. W końcu korytarza wisiały obrazy francuskie: stare francuskie damy z wypudrowanymi ozdobami na głowach, portrety tłustych, obcych panów w perukach, o ustach żądnych rozkoszy, daleka rodzina jego matki, ludzkie twarze prześwitujące z teł o różowych i gołębich odcieniach. Obcy ludzie. A potem portret ojca, w mundurze oficera gwardii. I jeden z portretów mamy, w kapeluszu z piórami, ze szpicrutą w ręce, jak woltyżerka. A teraz, zamiast portretu, następowała czterometrowa próżnia na ścianie: bladoszara smuga obrębiała białe tło i pokazywała, że tutaj też kiedyś wisiał obraz.

[...]

Czego chcesz od tego człowieka? – spytała niania.  Prawdy – powiedział generał.  Dobrze znasz prawdę. Nie znam – powiedział głośno i nie przejmował się tym, że lokaj i pokojówka, na dźwięk jego głosu, przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. Po czym gwałtownie spuścili oczy i układali dalej. Kiedy właśnie prawdy nie znam.  Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym, zaczepnym tonem.  Rzeczywistość to jeszcze nie jest prawda – odparł generał. Rzeczywistość to tylko ułamek. Krystyna także nie znała prawdy. Może on, Konrad, zna ją. Teraz mu ją odbiorę – powiedział spokojnie.  Co mu odbierzesz? – spytała niania.  Prawdę – odparł krótko. Po czym umilkł.

[...]

Dwaj starcy przyglądali się sobie z ową znajomością rzeczy, z jaką jedynie ludzie odnoszą się do cielesnych fenomenów: bardzo uważnie, śledząc wnikliwie ostatnie oznaki żywotnych sił, szukając w twarzy, w postawie, śladowych resztek ochoty do życia.  Nie – powiedział Konrad poważnie – człowiek nie młodnieje. Lecz obaj z zazdrosnym i jednocześnie radosnym zdziwieniem czuli, że drugi stawia czoło surowemu egzaminowi: minione czterdzieści jeden lat, czas oddalenia – czas, kiedy się nie widywali, a jednak każdego dnia, w każdej godzinie myśleli o sobie – na nich nie działał. Przetrwaliśmy, myślał generał. A gość, z dziwnym zadowoleniem, w którym uczucie zawodu i Schadenfreude [z niem. przyjemność czerpana z cudzego nieszczęścia bądź niepowodzenia – przyp. aut.] były wymieszane z satysfakcją z cielesnego sprawdzianu – uczucie zawodu, bo ten drugi stał przed nim świeży i zdrowy, i Schadenfreude, bo sam potrafił przyjechać tutaj żywy i cały – myślał: „Czekał na mnie, dlatego jest taki silny”. Obaj czuli w owej chwili, że w ciągu minionych dziesięcioleci czerpali życiodajne siły z owego oczekiwania. Jak ktoś, kto przez całe życie przygotowywał się tylko do jednego zadania. Konrad wiedział, że kiedyś będzie musiał tutaj powrócić, a generał wiedział, że pewnego dnia ta chwila nastąpi. Po to żyli.

[...]

Mówił o tropiku. Byłem jeszcze młody, kiedy tam dotarłem, przecież pamiętasz. Miałem trzydzieści dwa lata. Raptem znalazłem się wśród bagien. Ludzie tam mieszkają w domach o blaszanych dachach. Nie miałem pieniędzy. Wszystko opłaciło towarzystwo kolonialne. Kładziesz się w nocy i jakbyś leżał w ciepłej mgle. Rano ta mgła jest gęstsza i gorąca. Później drętwiejesz. Wszyscy piją, ludzie mają przekrwione oczy. W pierwszym roku myślisz, że umrzesz. W trzecim roku czujesz, że nie jesteś tym dawnym człowiekiem, jakby zmienił się rytm twojego życia. Żyjesz szybciej, coś się w tobie pali, serce bije ci inaczej, a jednocześnie jesteś obojętny. Miesiącami obojętny. A potem ta chwila, kiedy nie wiesz, co się dzieje z tobą i dokoła ciebie. Czasami następuje to dopiero po pięciu latach, niekiedy już w pierwszych miesiącach. Napad szału. Wielu wtenczas popełnia morderstwo albo samobójstwo.

[...]

Niedługo umrę. Dlatego wyruszyłem w podróż, dlatego też przyjechałem i tutaj.  Powiadają – odpowiada generał grzecznie, tonem zachęty – że kiedy człowiek dożyje tych lat, to potem żyje tak długo, aż się znudzi. Nie czujesz się tak?  Już się znudziłem – mówi gość. Mówi to bez nacisku, obojętnie.  Wiedeń – mówi. Wiesz, że Wiedeń był dla mnie tym, czym w świecie jest kamerton. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak, jak wywołać dźwięk kamertonu, a potem obserwować, co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek, ten, z którym właśnie rozmawiam. Tak sprawdzałem ludzi. Ten, kto nie potrafił odpowiedzieć, nie był moim człowiekiem. Bo Wiedeń był nie tylko miastem, lecz pewnym dźwiękiem, który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy albo nie. To było najpiękniejsze w moim życiu. Byłem biedny, ale nie byłem samotny, ponieważ miałem przyjaciela. A Wiedeń także był czymś takim, jak ów przyjaciel. Zawsze słyszałem jego głos, w tropiku, gdy padał deszcz. Kiedy indziej także.

[...]

I co znalazłeś po czterdziestu jeden latach? – pyta generał raz jeszcze.  Miasto – odpowiada Konrad i wzrusza ramionami. Zmianę. Tutaj – mówi generał – przynajmniej nie można doznać zawodu. U nas niewiele jest zmian. Nie podróżowałeś ostatnimi laty? Mało. Generał patrzy w płomień świecy. Tyle tylko, ile wymagała służba. Do pewnego czasu myślałem nawet, żeby porzucić służbę, tak jak ty to zrobiłeś. Była taka chwila, kiedy myślałem o tym. Żeby wyjechać w świat, rozglądnąć się, szukać, poszukać czegoś albo kogoś.

[...]

Potem zrozumiałem. Człowiek wie, co jest dla niego ważne, bez aparatów i telefonów.  Myślisz? – pyta generał.  Ja to wiem – odpowiada spokojnie. Kiedy zmarła Krystyna? – pyta, nagle zmieniając temat. Skąd wiesz, że Krystyna umarła? – pyta generał bez żadnego nacisku. Żyłeś w tropiku, od czterdziestu jeden lat nie byłeś na kontynencie. Wyczułeś, jak kulisi rewolucję [październikową – przyp. aut.]?  Wyczułem? – pyta gość. Może. Ale nie ma jej tutaj, nie siedzi pomiędzy nami. Gdzie może być? Tylko w grobie.  Tak – mówi generał. Spoczywa w ogrodzie, pośrodku oranżerii. Tak, jak chciała.

[...]

Byłem obywatelem angielskim – powtarza zakłopotany Konrad. Człowiek nie może zmieniać ojczyzny co dekadę. Nie – mówi zgodnie generał. Myślę, że człowiek w ogóle nie może zmienić ojczyzny. Co najwyżej może wymienić dokumenty. Nie odczuwałeś tego w ten sposób? Moja ojczyzna – mówi gość – przestała istnieć, rozpadła się. Moją ojczyzną była Polska i Wiedeń, ten dom tutaj i koszary w mieście, Galicja i Chopin. Co pozostało z tego? To, co to wszystko wiązało w całość, to tajemnicze spoiwo już nie działa. Znieważono to subtelne uczucie. W takich przypadkach człowiek odchodzi. W tropiki albo jeszcze dalej.  Dalej, dokąd? – pyta chłodno generał.  W czas.

[...]

Kiedy wyjechałeś – mówi generał przyjaźnie, jakby to, co najważniejsze, krępujące już sobie powiedzieli, a teraz jedynie gawędzą – długo wierzyliśmy, że jeszcze powrócisz. Wszyscy czekali na ciebie. Wszyscy byli twoimi przyjaciółmi. Trochę byłeś dziwakiem, nie gniewaj się. Wybaczyli ci, ponieważ wiedzieli, że dla ciebie ważniejsza jest muzyka. Nie rozumieli twojego odejścia, lecz pogodzili się z nim, ponieważ rozumieli, że miałeś swój powód. Wiedzieli, że wszystko znosisz trudniej niż my, prawdziwi żołnierze. To, co dla ciebie było pewnym stanem rzeczy, dla nas było powołaniem. To, co dla ciebie było kostiumem, dla nas było przeznaczeniem. Nie dziwiliśmy się, kiedy zrzuciłeś z siebie ten kostium. Lecz wierzyliśmy, że pewnego dnia powrócisz. Albo napiszesz. Wielu tak to odczuwało, przyznaję, ja także. Krystyna też. Kilku w pułku, jeśli ich pamiętasz. Już tylko jak przez mgłę – mówi obojętnie gość.  Tak, musiałeś wiele przejść. Żyłeś w świecie. Wtedy człowiek prędko zapomina. Nie – mówi. Świat to jest nic. Tego, co ważne, nigdy nie zapomnisz. Zrozumiałem to później, kiedy się już zestarzałem. Ale rzeczy drugorzędnych nie ma, człowiek je wyrzuca z pamięci, jak sny. Nie pamiętam pułku – mówi posępnie. – Od pewnego czasu pamiętam tylko to, co istotne. Na przykład Wiedeń i tamten dom? To masz na myśli?...

[...]

Pamięć w cudowny sposób wszystko przecedza. Po dziesięciu, dwudziestu latach okazuje się, że wielkie wydarzenia nie zmieniły w tobie niczego. I pewnego dnia przypominasz sobie pewne polowanie albo fragment jakiejś książki, albo ten pokój. Kiedy ostatni raz jedliśmy tutaj kolację, było nas troje. Krystyna jeszcze żyła. Siedziała tutaj, pośrodku. Wtedy stół również był przyozdobiony takimi figurkami. Tak – mówi generał. Przed tobą stał Wschód, przed Krystyną Południe. A przede mną Zachód.

[...]

Pada deszcz. Siedzisz w swoim pokoju, pijesz wódkę, bardzo dużo wódki, palisz słodkawy tytoń. Czasami ktoś przybywa, niewiele mówi, także pije wódkę i pali słodkawy tytoń. Chcesz czytać, ale deszcz w jakiś sposób pada również do książki; nie dosłownie, a jednak rzeczywiście, nie umiesz uchwycić znaczenia liter, ponieważ słuchasz deszczu. Chcesz grać na fortepianie, ale deszcz siedzi obok ciebie i gra razem z tobą. Po czym przychodzi susza, ta parująca jasność. Człowiek prędko się starzeje. Czy tam w tropiku – pyta uprzejmie generał – grywałeś czasami „Poloneza-fantazję”?

[...]

Samotność, w gruncie rzeczy, jest dosyć osobliwa... czasami tak, jak puszcza, pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. Znam wszystkie jej odmiany. Nudę, którą daremnie chcesz odegnać doskonale skonstruowanym porządkiem życia. Po której następują gwałtowne wybuchy. Samotność jest tak samo tajemnicza, jak dżungla – powtarza uparcie. – Ktoś, jakiś człowiek, żyje w surowym rygorze, aż pewnego dnia dostaje amoku, jak twoi Malajowie. Ma pałac, tytuł i pozycję, wiedzie głupkowato punktualny tryb życia. Aż któregoś dnia wyrywa się z tego wszystkiego, z bronią w ręku albo bez broni... a to jest może i bardziej niebezpieczne. Rzuca się w wir świata, z tym swoim drętwym spojrzeniem; kompani i starzy przyjaciele schodzą mu z drogi. Jedzie do wielkich miast, kupuje kobiety, wszystko wokół niego eksploduje, szuka zwady i wszędzie ją znajduje. I powiadam ci, to jeszcze nie jest najgorsze. Może w czasie owej bieganiny zabiją go jak parszywego, wściekłego psa. Może wpadnie na mur, może życie zderzy go z tysiącem przeszkód i rozbije się. Gorzej, gdy ktoś zdławi w sobie tę furię, jaką samotność rozpaliła w jego duszy. Nie biegnie donikąd. Nikogo nie pobije. Co robi? Żyje, czeka, nie burzy porządku. Żyje jak zakonnicy, wedle jakiejś pogańskiej, świeckiej reguły..., lecz zakonnikowi jest łatwiej, ponieważ ma wiarę. A człowiek, który duszę i los oddał samotności, nie ma wiary. Tylko czeka. Na ten dzień albo na tę godzinę, kiedy to wszystko, co zmusiło go do samotności, raz jeszcze będzie mógł przedyskutować z tymi (albo z tym), którzy go do tego doprowadzili. I tak szykuje się na tę chwilę przez dziesięć lat albo przez czterdzieści lat, albo żeby już być całkiem dokładnym, przez czterdzieści jeden lat, jakby przygotowywał się do pojedynku. Wszystkie sprawy doprowadza do porządku, aby, jeżeli padnie, nikomu nie być dłużnym. I co dnia ćwiczy, tak jak ćwiczą zawodowi zawadiacy. W czym się ćwiczy? We własnych wspomnieniach, w tym, aby samotność, aby trans czasu, nie przebłagały niczego w jego duszy i w sercu. Jest bowiem w życiu jeden taki pojedynek, bez szabli, do którego warto się przygotować kompletnie. I to jest najbardziej niebezpieczne. Ale pewnego dnia przychodzi ta chwila.

[...]

Wydaje się, że człowiek dobrze zna sprawy rozstrzygające i prawdziwe. Masz rację, zna, nawet nie mając dostępu do telefonu i radia. W moim domu nie ma telefonu, jest tam, na dole, w biurze rządcy, radia także nie mam, ponieważ zabroniłem wpuszczać do pokoi, w których mieszkam, wszelki brud i głupi zgiełk. Świat nie może mi już nic więcej zrobić. Nowy ład może unicestwić ten sposób życia, w jakim się urodziłem i w jakim żyłem, burzące się i atakujące siły mogą mnie pobić, odebrać wolność i życie. Wszystko to jest mi obojętne. Natomiast ważne jest to, że ja nie targuję się ze światem, który poznałem i wykluczyłem z mojego życia. A jednak bez współczesnych środków pomocniczych dowiedziałem się, że żyjesz i pewnego dnia przyjedziesz do mnie. Nie przyspieszałem tej chwili. Wolałem czekać, tak jak każdy człowiek czeka na swój czas i naturalną kolej każdej rzeczy. Ta chwila nadeszła.

[...]

Staliśmy pod kasztanami, u początku długiego podjazdu i ojciec uścisnął ci rękę. „Jesteś przyjacielem mojego syna” – powiedział. „Uszanujcie tę przyjaźń” – powiedział poważnie. Myślę, że nic nie było dla niego równie ważne, jak to słowo. Słuchasz mnie? Dziękuję. Wobec tego będę mówił. Postaram się mówić składnie. Nie niepokój się, powóz czeka, w każdej chwili, jeśli zechcesz stąd wyjść, możesz wrócić do miasta. Sądzę, że przenocowanie tutaj nie sprawiłoby ci przyjemności. Ale, jeśli sobie życzysz, możesz tu spędzić noc – mówi obojętnie, mimochodem. A gdy gość przecząco kręci głową: Jak sobie życzysz – mówi. Powóz czeka. Powrócisz do miasta, stamtąd rano udasz się w podróż powrotną, do domu, w pobliżu Londynu albo w tropiki, dokąd zechcesz.

[...]

Tutaj, w samotności, wśród lasów, kiedy próbowałem zrozumieć wszystkie zagadnienia życia, czasami, nie mając nic do roboty, myślałem o tym. Przyjaźń to naturalnie coś innego niż problem ludzi o chorobliwej skłonności, którzy u tej samej płci szukają jakiegoś zwyrodniałego zadowolenia. Eros przyjaźni nie potrzebuje ciała... ono mu nawet przeszkadza, albowiem działa podniecająco. A jednak Eros. Na dnie każdej miłości, każdego ludzkiego związku żyje Eros. Wiesz, dużo czytałem – mówi tonem usprawiedliwienia. Dzisiaj piszą o tym o wiele swobodniej. Ale Platona także czytałem, wielokrotnie, bo w szkole jeszcze go nie rozumiałem. Przyjaźń – tak ja uważam – ty, który dużo jeździłeś po świecie, z pewnością wiesz o niej więcej i coś innego niż ja w mojej wiejskiej samotni – jest to taki ludzki związek, od którego nie ma nic szlachetniejszego pomiędzy żywymi istotami. Ciekawe, że znają go zwierzęta. Bo istnieje także przyjaźń zwierzęca, bezinteresowność, gotowość przyjścia z pomocą. Pisał o tym pewien rosyjski książę, nie pamiętam jego nazwiska. Są lwy i cietrzewie-samce, żywe istoty wszelkiego rzędu i stopnia rozwoju, które starają się pomóc nieszczęśnikom należącym do tego samego rodzaju, które wpadły w tarapaty, co więcej, sam widziałem, jak czasami spieszą z pomocą także osobnikom innego gatunku. Zauważyłeś coś takiego zagranicą? Tam z pewnością przyjaźń jest inna, bardziej postępowa, bardziej nowoczesna niż u nas, w naszym zacofanym świecie. Żywe istoty organizują sobie pomoc wzajemną... niekiedy trudno jest im pokonać przeszkody, ale zawsze, w każdej żywej wspólnocie trafiają się silne istoty, skłonne dopomóc słabszym. Widziałem na to setki przykładów w świecie zwierząt. Pomiędzy ludźmi rzadziej widywałem podobne przykłady.

[...]

Sympatie, jakie na moich oczach rodziły się pomiędzy ludźmi, w końcu zawsze grzęzły w bagnie samolubstwa i próżności. Niekiedy koleżeństwo wygląda tak, jakby było przyjaźnią. Wspólne interesy także czasem stwarzają pewne sytuacje podobne do przyjaźni. Wreszcie, ludzie chętnie uciekają od samotności we wszelkiego rodzaju poufałość, aczkolwiek najczęściej tego żałują, ale do czasu skłonni są wierzyć, że owa poufałość jest pewną odmianą przyjaźni. Wszystko to, oczywiście, nie jest prawdziwe. Człowiek wyobraża sobie – i mój ojciec tak to właśnie rozumiał – że przyjaźń jest służbą. Przyjaciel, podobnie jak zakochany, nie oczekuje nagrody za swoje uczucia. Nie chce kompensaty. Tego, kogo obdarzył przyjaźnią, nie uważa za istotę nierealną, zna jej błędy, a jednak angażuje się ze wszystkimi tego konsekwencjami. To byłby ideał. Swoją drogą, czy warto żyć, czy warto być człowiekiem nie mając takiego ideału?

[...]

Bo istnieje prawda konkretna. Zdarzyło się to i to. Tak i tak. Wtedy i wtedy. Nietrudno się o tym dowiedzieć. Fakty mówią, jak zwykły mówić, pod koniec życia wszystkie fakty denuncjują i wyją coraz głośniej, jak skazańcy na torturach. Na końcu wszystko się wydarzyło i nie można tego rozumieć opacznie. Lecz fakty niekiedy są tylko żałosnymi konsekwencjami. Człowiek nie grzeszy tym, co uczynił, ale zamiarem, który doprowadził do tego czy tamtego. Wszystko jest zamiarem. Wielkie, dawne, oparte na religii systemy prawne, które studiowałem, wiedzą to i głoszą. Człowiek może dopuścić się wiarołomstwa, popełnić podłość, ba, coś najgorszego, może zabić, a w środku pozostać czystym. Sam czyn jeszcze nie jest prawdą. Zawsze jest tylko następstwem, jeżeli człowiek pewnego dnia jest sędzią i chce orzekać, nie może zadowolić się faktami zawartymi w policyjnym meldunku, ponieważ musiałby znać to, co prawnicy nazywają motywem. Fakt twojej ucieczki łatwo jest zrozumieć. Jej powodu – nie. Możesz mi wierzyć, że w ciągu minionych czterdziestu jeden lat przedsięwziąłem wszystkie możliwe działania i zbadałem to, co tłumaczy ten twój niezrozumiały krok. I ani jedna hipoteza nie dostarczyła mi odpowiedzi. Jedynie prawda może dać odpowiedź.

[...]

Nic nie zależy od słów. Mów dalej, skoro zacząłeś.  Tak myślisz? – pyta nabożnie generał, głosem pełnym zaciekawienia. Nic nie zależy od słów? Nie ośmieliłbym się powiedzieć tego tak kategorycznie. Czasami wydaje mi się, że bardzo wiele, może nawet wszystko zależy od słów, które człowiek w swoim czasie wypowiada, przemilcza albo zapisuje... Tak, wierzę, że tak jest – teraz już mówi stanowczo.

[...]

Wtedy zrozumiałem, że naprawdę jesteś artystą. Zrozumiałem również, jak bardzo musiałeś być obcy wśród nas, pomiędzy ludźmi innego rodzaju. I jak dalece zawinili wobec ciebie ci, którzy z miłości i ambicji oddali cię na żołnierza. Nie, ty nie byłeś żołnierzem – i zrozumiałem tę głęboką samotność, w jakiej żyłeś pomiędzy nami. Lecz ten twój dom był twoją kryjówką, czymś takim, jak w średniowieczu zamek albo klasztor dla samotników. I jak żebrak skradzione rzeczy, tak ty znosiłeś tutaj wszystko, co piękne i szlachetne: firany i dywany, stare brązy i srebra, kryształy i meble, rzadkie tkaniny... Wiem, że w owym czasie zmarła twoja matka, a także otrzymałeś spadek po swoich polskich krewnych. Kiedyś opowiedziałeś mi o tym, że gdzieś na rosyjskiej granicy jest dwór i majątek, i że kiedyś ten dom będzie twój. A więc to był ten dwór i majątek zamieniony na meble i obrazy, i trzy pokoje. Wielki fortepian stał pośrodku pokoju na parterze, przykryty starym brokatem, z kryształowym wazonem, w którym stały trzy orchidee. W tej okolicy jedynie w mojej oranżerii rosły orchidee. Przeszedłem przez pokoje, wszystko gruntownie obejrzałem. Zrozumiałem, że żyłeś wśród nas, a przecież nie wszedłeś między nas.

[...]

Stałem przed fortepianem, patrzyłem na orchidee – mówi dalej. To mieszkanie było takie jak czyjeś przebranie. A może to mundur był dla ciebie przebraniem? Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć, a zresztą, teraz gdy wszystko już przeminęło, odpowiedziałeś swoim życiem. W końcu człowiek zawsze odpowiada własnym życiem na co ważniejsze pytania. Nie liczy się, co tam mówi po drodze, jakimi się broni słowami i argumentami! U kresu, u kresu wszystkiego, faktami swojego życia odpowiada na pytania, które świat zadaje mu z takim uporem. Te pytania brzmią tak: kim jesteś?... Czego naprawdę chciałeś?... Co naprawdę wiedziałeś?... Czemu byłeś wierny i niewierny?... Do czego byłeś odważny, przed czym lub przed kim stchórzyłeś?... Takie są te pytania. A człowiek odpowiada, tak jak umie, szczerze albo kłamliwie; ale to nie jest takie ważne. Ważne jest to, że u kresu odpowiada całym swoim życiem. Ty zrzuciłeś mundur, ponieważ odczuwałeś go jako przebranie, to już się wyjaśniło. A ja zachowałem go do ostatniej chwili, dopóki żądał tego ode mnie świat, dopóki wymagała tego służba; ja także odpowiedziałem. To było jedno pytanie. I drugie: co miałeś wspólnego ze mną? Byłeś mi przyjacielem? Przecież w końcu uciekłeś. Odszedłeś bez pożegnania, jeśli nawet nie całkiem bez pożegnania, bo poprzedniego dnia, na polowaniu, zdarzyło się coś, czego sens pojąłem później; i to już było pożegnanie. Człowiek rzadko wie, które jego słowo lub działanie, zapowiada ostatecznie rodzaj nieodwracalnej zmiany w stosunkach między ludźmi.

[...]

To bardzo stary gest. Na Wschodzie zachował się w ręce każdego mężczyzny. Być może tym gestem zaczął się człowiek, kiedy rozstał się z ową poślednią istotą, jaką był, pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem... Wedle antropologii człowiek zaczął się wraz z tą oto umiejętnością: gdy potrafił zgiąć wielki palec, a więc złapać w garść broń, narzędzie. Możliwe, wszakże, iż zaczął się od duszy, nie od zgiętego kciuka; możliwe, nie wiem... Arabski pan zarżnął jagnię i ten wiekowy człowiek w owej chwili, w białym burnusie, na który nie spadła ani jedna kropla krwi, naprawdę był taki, jak wschodni arcykapłan, gdy składa ofiarę. Ale oczy mu lśniły, odmłodniał na moment, wokół zaległa śmiertelna cisza. Siedzieli dokoła ognia, widzieli gest zabijania, błysk noża, drgające ciało jagnięcia, krew ściekającą strumieniem i wszystkim błyszczały oczy. Wtedy zrozumiałem, że ci ludzie wciąż jeszcze żyją bardzo blisko faktu zabijania, krew jest im dobrze znaną materią, a błysk noża jest dla nich równie naturalnym zjawiskiem jak uśmiech kobiety albo deszcz.

[...]

Czuje to pantera, gdy szykuje się do skoku, wąż, kiedy się wyprostowuje między skalnymi odłamkami, sęp, kiedy się rzuca z wysokości tysiąca metrów i człowiek, kiedy wpatruje się w swoją ofiarę. To właśnie czułeś ty, może po raz pierwszy w życiu, w zasadzce, w lesie, kiedy podniosłeś broń i wycelowałeś we mnie, aby mnie zabić.

[...]

Bo serce człowieka także ma swoją noc, z porywami, które są tak samo dzikie, jak szalejące pasje myśliwskie w sercu jelenia lub wilka. Sen, pożądanie, próżność, samolubstwo, lubieżna ruja, zazdrość, żądza zemsty, czają się w sercu człowieka jak puma, sęp, szakal w pustyni arabskiej nocy. I są takie chwile, kiedy już noc ustąpiła z serca człowieka, a dzień jeszcze w nim nie nastał, kiedy bestie wyłażą ze spróchniałych kryjówek duszy, kiedy w naszych sercach porusza się, a w rękach przemienia w ruch pewna pasja, którą latami daremnie hodowaliśmy i oswajaliśmy... Wszystko było na próżno, beznadziejnie zaprzeczaliśmy przed samymi sobą prawdziwemu sensowi tej pasji: rzeczywista treść namiętności była silniejsza niż nasze zamiary, nie roztopiła się, pozostała zbita i twarda. Na dnie wszystkich ludzkich związków jest jakiś namacalny materiał, daremna jest wszelka argumentacja, usilne starania, rzeczywistość się nie zmienia. Rzeczywistość była taka, że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata, z tą pasją, której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak, miłość.

[...]

Nienawidziłeś, a gdy uczucie, pasja całkowicie wypełni ludzką duszę, na spodzie takiego stosu, obok entuzjazmu, żarzy się i dymi żądza zemsty... Bo namiętność nie posługuje się argumentami rozumu. Dla namiętności jest całkowicie obojętne, co otrzymuje od drugiego, chce bez reszty wyrazić samą siebie, chce bez reszty oddać własną wolę, również i wtedy, gdy w zamian nie otrzymuje nic innego, jak tylko subtelne uczucia, grzeczność, przyjaźń albo cierpliwość. Każda wielka namiętność jest beznadziejna, w przeciwnym razie nie byłaby to namiętność, lecz ugoda, mądra spolegliwość, pozbawione żaru wzajemne usługi. Nienawidziłeś, a to stwarza więź równie silną, jakbyś kochał. Dlaczego nienawidziłeś?... Był czas, kiedy usiłowałem zrozumieć to uczucie. Nigdy nie przyjąłeś ode mnie pieniędzy ani prezentu, nie dopuściłeś, aby z tej przyjaźni zrodziło się prawdziwe braterstwo, i gdybym w tamtym czasie nie był zbyt młody, musiałbym wiedzieć, że to znak podejrzany i niebezpieczny. Bo ten, kto nie przyjmuje części, prawdopodobnie chce wszystkiego, całości.

[...]

Musimy to znosić, oto i cała tajemnica. Musimy znosić nasz charakter, naszą naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmienią jej wad, samolubstwa, chciwości. Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Że ci, których kochamy, nie kochają nas albo, że nie kochają tak, jak się spodziewamy. Trzeba znosić zdradę i niewierność, i to, co liczy się między najtrudniejsze zadania każdego człowieka, trzeba znosić wybitność charakteru lub umysłu drugiego człowieka. Tyle się nauczyłem w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat, tutaj, w środku lasu. Ale ty nie umiałeś znosić tego wszystkiego – mówi cicho, konstatując.

[...]

Ty pogardzałeś tą ufnością i przyjaźnią, jaką świat promieniował ku mnie, pogardzałeś i jednocześnie byłeś śmiertelnie zazdrosny. Mogłeś sobie wyobrazić – oczywiście domeną twojej wyobraźni nie były słowa, lecz mgliste uczucia – że w tym, iż ktoś jest pieszczochem losu, że jest kochany – jest coś nierządnego. Są ludzie, których wszyscy kochają, dla których każdy ma wybaczający i ciepły uśmiech, i w takich ludziach rzeczywiście jest jakaś potrzeba wdzięczenia się, coś z obyczajów ulicznicy.

[...]

Bo człowiek nie jest bezwarunkowo i najbardziej winny w momencie, gdy podnosi broń, aby kogoś zabić. Wina jest wcześniej, zamiar jest winą. I kiedy mówię, że pewnego dnia ta przyjaźń popsuła się, powinienem wiedzieć, czy naprawdę się zepsuła, a jeśli tak, to co i kto ją popsuł. Bo różniliśmy się, a jednak należeliśmy do siebie, byłem inny niż ty i uzupełnialiśmy się, byliśmy związkiem, umową ludzką, a to rzadko zdarza się w życiu. I to, czego brakowało twojej istocie, w młodzieńczym związku nas dwóch osiągnęło pełnię dzięki temu, że świat był dla mnie miły. Byliśmy przyjaciółmi – teraz mówi podniesionym głosem. – Zrozum, na wypadek, gdybyś tego nie wiedział. Ale z pewnością wiedziałeś i wcześniej, i później, w tropikach czy gdziekolwiek. Byliśmy przyjaciółmi, a to słowo napełnione jest tego rodzaju sensem, iż wiąże się z nim odpowiedzialność, jaką znają jedynie mężczyźni. Powinieneś poznać odpowiedzialność, jakiej żąda to słowo. Byliśmy przyjaciółmi, a więc nie kompanami, nie bratającymi się wyrostkami, nie towarzyszami broni.

[...]

Patrzyła mi w oczy, jakby mnie przesłuchiwała. Sądzę, że dobrze zniosłem to jej patrzenie. W tamtej chwili, także później, byłem spokojny, moja twarz nie mogła niczego zdradzić Krystynie. I naprawdę, tego ranka i po południu, na tym dziwnym polowaniu, kiedy to ja byłem poniekąd zwierzyną, postanowiłem, że cokolwiek życie przyniesie, ja po wsze czasy będę milczał o tych kilku chwilach o świcie, nigdy nie powiem słowa dwóm moim powiernicom, Krystynie i niani, o tym, czego dowiedziałem się tego ranka w lesie. Zdecydowałem, że niepostrzeżenie poddam cię obserwacji lekarza, ponieważ demon obłędu włada twoją duszą: tak to sobie wyobrażałem. Nie znalazłem innego rodzaju wytłumaczenia dla tych chwil. Człowiek, który należał do mnie, oszalał: powtarzałem to uparcie, nieomal z rozpaczą, całe przedpołudnie i popołudnie, i z takimi myślami witałem cię wieczorem, kiedy przyszedłeś do nas. Stawiając tę hipotezę, chciałem w jakiś sposób ocalić rangę ludzkiej istoty w ogóle i rangę konkretnej osoby, bo, jeżeli jesteś osobą o zdrowych zmysłach, i masz powód ku temu – wszystko jedno, jaki powód – aby podnieść broń na mnie, znaczy to, że my wszyscy, którzy żyliśmy w tym domu, utraciliśmy naszą ludzką rangę, i Krystyna, i ja. Tak też tłumaczyłem sobie przestraszone, zdumione spojrzenie Krystyny, kiedy stałem przed nią po owym polowaniu.

[...]

Pytasz Krystynę, co czytała wieczorem, kiedy przyszedłeś do nas, do salonu. Krystyna czytała o tropikach. Długo rozmawialiście o tej lekturze; pytasz Krystynę o tytuł tej książki, wypytujesz, jakie wrażenie zrobiła na niej ta książka, chcesz wiedzieć, jak wygląda życie w tropikach, zachowujesz się jak ktoś, kogo bardzo interesuje ten temat, o którym nic nie wie – a ja dopiero później dowiaduję się od księgarza w mieście, że tę książkę, a także inne, na ten sam temat, ty sprowadziłeś i pożyczyłeś je przed paroma dniami Krystynie. Owego wieczora jeszcze tego wszystkiego nie wiem. Wyłączyłem się z rozmowy, ponieważ nie mam pojęcia o tropikach. Później, kiedy już wiem, że oszukaliście mnie tego wieczora, powracam myślą do tej sceny, słyszę przebrzmiałe słowa i ze szczerym uznaniem odkrywam, że oboje graliście naprawdę doskonale. Ja, profan, niczego nie podejrzewam w waszych słowach: mówiliście o tropiku, o książce, o zwyczajnej lekturze. Chciałbyś poznać opinię Krystyny, szczególnie interesuje cię, czy człowiek urodzony i wychowany w innym klimacie potrafi znieść warunki życia w tropikach... Co myśli o tym Krystyna?... (Mnie nie pytasz.) I czy ona, Krystyna, osobiście, potrafiłaby znieść deszcz, ciepłe opary, dławiące, gorące mgły, samotność pośrodku moczarów i puszczy?...

[...]

Przez cały następny dzień starałem się być spokojny, nienaturalnie zdyscyplinowany, co mi się udało; Krystyna, kiedy patrzyła na mnie, blada, tym swoim pytającym spojrzeniem, nie mogła dowiedzieć się niczego. Nie mogła się dowiedzieć, nie mogła wyczytać z mojej twarzy, co właściwie wydarzyło się na polowaniu... A w samej rzeczy, co się wydarzyło? Czy ja nie fantazjuję? Czy to wszystko nie jest chimerą? Gdybym to komuś opowiedział, prawdopodobnie wyśmiałby mnie. Brak danych, dowody przesypują się przez palce... dlatego, że jakiś głos, który jest mocniejszy od każdego dowodu, woła we mnie – tak niedwuznacznie, z taką siłą nie cierpiącą polemiki, sprzeciwu, wątpliwości – że się nie mylę, że znam prawdę. A prawda jest taka, że mój przyjaciel chciał mnie zabić tamtego dnia o świcie. Co za śmieszny, wzięty z powietrza zarzut, prawda? Czy tę pewność, straszniejszą od faktu, mogę gdzieś komuś przekazać? Nie mogę. Lecz teraz, kiedy znam prawdę, i to tak niewzruszenie i pewnie, jak tylko człowiek znać może proste fakty życia, czy możliwe jest jakieś nasze współżycie w przyszłości? Czy potrafię spojrzeć ci w oczy, czy mamy grać komedię we troje, Krystyna, ty i ja, kiedy przyjaźń wyrodzi się w grę i wzajemny nadzór – czy będzie można tak żyć? Jak powiadam, miałem nadzieję, że oszalałeś. Może to ta muzyka, myślałem. Zawsze byłeś dziwny, inny, daleki. Człowiek nie może być bezkarnie muzykiem i krewnym Chopina.

[...]

Życie nas trojga, nasze poznanie Krystyny, moje małżeństwo, nasza przyjaźń, wszystko to jest takie otwarte, czyste, przejrzyste, charaktery i sytuacje są tak niedwuznaczne, że byłbym wariatem, gdybym choć przez chwilę wierzył w coś podobnego. Namiętnych uczuć, nawet jeśli są pomylone, nie wolno zatajać, namiętności, która zmusza opętanego, aby pewnego dnia podniósł broń na najlepszego przyjaciela, nie można miesiącami ukrywać przed światem, jakiś jej ślad nawet ja, ten trzeci, wiecznie ślepy i głuchy, dostrzegłbym – przecież żyjemy nieomal razem, nie ma tygodnia, byś trzy, cztery wieczory nie był u nas na kolacji, w ciągu dnia jestem z tobą w mieście, w koszarach, na służbie, wiemy o sobie wszystko. Noce i dnie Krystyny, jej ciało i duszę znam jak samego siebie. Głupia hipoteza, że ty i Krystyna... nieomal doznaję ulgi, kiedy patrzę w oczy tej hipotezie. Tutaj w grę wchodzi coś innego. To, co się wydarzyło, jest głębsze, bardziej tajemnicze, bardziej niedocieczone. Powinienem pomówić z tobą. A może kazać cię śledzić? Niczym zazdrosny mąż w kiepskich komediach? Nie jestem zazdrosnym mężem.

[...]

Oprawiony w żółty aksamit pamiętnik, jaki dałem jej w pierwszych dniach naszego małżeństwa, opowiada wszystko, ponieważ uzgodniliśmy, że przede mną i przed samą sobą będzie się zwierzać z uczuć i z myśli, z uczuć i pragnień, ze strzępów ludzkiej duszy, o których człowiek nie potrafi wypowiedzieć się żywą mową, bowiem krępuje się albo wypowiedzenie tych akurat słów uważa za coś nieistotnego; w tym osobliwym dzienniku zostawia ślad każdej sprawy, jednym, dwoma słowami zawiadamia mnie, abym wiedział, co myślał lub co czuł ów człowiek, pod wpływem pewnej sytuacji... Oto jakimi jesteśmy powiernikami. I ten sekretny pamiętnik zawsze leżał w szufladzie biurka, do której tylko my dwoje mieliśmy klucz, ona i ja. Ten pamiętnik to dowód największego zaufania, jakie jest możliwe między mężczyzną i kobietą... Gdyby w życiu Krystyny była jakaś tajemnica, dziennik by o tym zasygnalizował. Prawda, myślę, że od pewnego czasu zapomnieliśmy o tej tajemniczej grze... i wstaję, chodzę po ciemnym domu, idę do bawialni Krystyny, otwieram szufladę w biurku i szukam pamiętnika oprawionego w żółty aksamit. Ale szuflada jest pusta.

[...]

Wchodzi, zatrzymuje się w progu – mówi generał. – Przybywa z domu, jest bez kapelusza, sama powoziła lekkim, jednokonnym powozem. „Odjechał?” – pyta. Jej głos jest dziwnie ochrypły. Kiwam głową, że tak, odjechałeś. Krystyna stoi w drzwiach, prosta, smukła, może nigdy nie widziałem jej tak pięknej, jak w tamtej chwili. Jej twarz jest biała, jak twarze rannych, którzy się wykrwawili, jedynie oczy jarzą się buntowniczo, jak poprzedniego wieczora, kiedy podszedłem do niej, a ona czytała książkę o tropiku. „Uciekł” – mówi w końcu i nie oczekuje odpowiedzi; sama to mówi, oznajmia i stwierdza. „Stchórzył” – mówi jeszcze, cicho i spokojnie. Tak powiedziała? – pyta gość [interlokutor, choć na razie słuchacz Konrad – przyp. aut.] i porusza się; w tej chwili zmienia się jego posągowa postawa, chrząka. Tak – potwierdza generał. Nie mówi nic więcej. Ja też nie pytam o nic. Stoimy bez słowa w twoim pokoju. Po czym Krystyna rozgląda się, przypatruje się z osobna dziełom sztuki, meblom, obrazom. Obserwuję każde jej spojrzenie. Przygląda się temu pokojowi jak ktoś, kto się żegna. Przygląda się tak, jak ktoś, kto już to wszystko widział i teraz żegna się z każdym przedmiotem z osobna. Widzisz, pokój, przedmioty można oglądać dwojako: jak ktoś, kto odkrywa coś po raz pierwszy i jak ktoś, kto się z czymś żegna. We wzroku Krystyny nie było nic z ciekawości odkrywcy. Jej spojrzenie było takie spokojne, wędrowało po pokoju z naturalnym rozeznaniem, tak jak zwykle człowiek rozgląda się po swoim domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Oczy jej lśnią chorobliwie i jednocześnie są zamglone.

[...]

Wyciągam chustkę, wycieram czoło. Wystarczy jedno pytanie, a ten człowiek teraz odpowie. Pytanie brzmi: „Czy ta dama, która była tu przed chwilą, bywała też tutaj dawniej?...” Jeżeli nie odpowie, zabiję go. Ale może zabiję go także wtedy, gdy odpowie i może nie tylko jego... człowiek w takich chwilach nie ma już przyjaciół. Zarazem wiem, że to zbyteczne pytanie. Wiem, że Krystyna była też tutaj dawniej; i to nie jeden raz, wiele razy. Odchyla się w fotelu, znużonym ruchem kładzie ręce na poręczach fotela, by odpoczęły. Teraz już nie ma sensu pytać o cokolwiek – mówi. Tego, co warto wiedzieć, obcy człowiek nie może zdradzić. Czy warto wiedzieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło? I gdzie jest granica między człowiekiem i człowiekiem? Granica zdrady? To warto by wiedzieć. A także i to: co w tym wszystkim jest moją winą?... Mówi to zupełnie cicho, tonem pytającym, zdezorientowany. Słychać w jego słowach, że po raz pierwszy wypowiedział na głos to pytanie, które żyje w jego duszy od czterdziestu jeden lat i na które dotychczas nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

[...]

Człowiek i los trzymają się nawzajem, jedno przyzywa drugie, jedno nadaje drugiemu formę. To nieprawda, że przeznaczenie wkracza na ślepo do naszego życia, nie. Przeznaczenie wchodzi przez drzwi, które my sami przed nim otwieramy. Nie ma człowieka, który byłby dość silny i mądry, aby słowem bądź czynem odeprzeć to złe fatum, które ze swej istoty, z charakteru, działa z żelazną konsekwencją. Czy naprawdę nie wiedziałem nic o tobie i Krystynie?... Czy tak myślałem wtedy albo na początku, na samym początku historii nas trojga? W końcu to ty przedstawiłeś mi Krystynę. Znała cię w dzieciństwie, to ty byłeś tym, który przepisywał nuty u jej ojca – starego człowieka, któremu bezwład ręki pozwala jedynie przepisywać utwory muzyczne, ale nie mającego dość sił, by utrzymać skrzypce i smyczek; już nie potrafi wyczarować z instrumentu czystych, szlachetnych dźwięków, wcześnie musi zrezygnować z kariery, z sali koncertowej, musi zadowolić się nauczaniem głuchych jak pień albo rzekomo niezwykle zdolnych dzieci w prowincjonalnej szkole muzycznej, musi zadowolić się tym skromnym, dodatkowym zarobkiem, jaki mu daje poprawianie lub przepisywanie na czysto utworów utalentowanych dyletantów... W ten sposób poznałeś ojca Krystyny i Krystynę, która miała wówczas siedemnaście lat. Jej matka – w ostatnich latach leczyła się na serce w sanatorium, gdzieś tam w Południowym Tyrolu, bo gdzieżby indziej – już nie żyła.

[...]

Mój ojciec mówi o tobie, Konradzie – teraz wymawia po raz pierwszy imię gościa, a wypowiada to imię bez gniewu i złości, obojętnie i uprzejmie – i mówi, że nie jesteś prawdziwym żołnierzem, że jesteś człowiekiem innego rodzaju. Nie rozumiem tego słowa, jeszcze nie wiem, na czym polega ta różnica?... Czas i wiele samotnych godzin nauczą mnie, że niezmiennie chodzi właśnie o tę różnicę, że wszystko zależy od niej, kobieta i mężczyzna, przyjaciele, wszelkie związki na tym świecie zależą od tej różnicy, która rozrywa ludzkość na dwie części. Niekiedy zgoła myślę, że na świecie są już tylko te dwie części i najrozmaitsze warianty owej różnicy: różnice klasowe, światopoglądowe, stopnie władzy, wszystko jedynie wynika z tej podstawowej różnicy. I jak tylko ludzie mający tę samą grupę krwi mogą pomóc sobie w momencie zagrożenia, oddając bliźnim, o pokrewnej strukturze krwi, swoją krew, tak i dusza jedynie wtedy może pomóc drugiej duszy, jeśli nie jest „inna”, jeśli jej ogląd świata, jeśli jej istota, skrytsza niźli przekonania, jest podobna... To wtedy, w Arco, poczułem, że święto się skończyło, że Krystyna także jest „innego rodzaju”. I przypomniały mi się słowa mojego ojca, który nie czytał książek, lecz samotność i życie nauczyły go poznawać prawdę; wiedział o owej dwoistości, co więcej, on także spotkał kobietę, którą bardzo kochał i obok której, mimo to, pozostał samotny, ponieważ byli ludźmi dwu różnych rodzajów, dwu temperamentów, dwu-odmiennych rytmów życia, ponieważ moja matka również była „inna”, jak ty i Krystyna...

[...]

Jej duma także była innego rodzaju niż tych, którzy są dumni ze swojej rangi, pochodzenia, majątku, pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości, jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła, a to już jest bardzo rzadkie; rzadkością jest człowiek suwerenny, zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. Wydaje się, że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. Nie można było jej obrazić, nie można było postawić jej w takiej sytuacji, z której by się wycofała, nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. Rozumiała coś jeszcze, a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność, do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. Pamiętasz – tak, z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, w pokoju, gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. Wniosła nie tylko swoją młodość, nie. Wniosła namiętność i hardość, suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka, który umiałby, jak ona, całym sobą reagować na wszystko, co daje mu świat i życie: na muzykę, na poranny spacer w lesie, na zapach i barwę kwiatu, na czyjeś rozumne i właściwe słowa.

[...]

Powoli zaczynałem rozumieć pewną cząstkę tego, co się wydarzyło. Tu chodziło o muzykę. W życiu ludzi są pewne tragiczne elementy, powracające elementy, na przykład muzyka. Pomiędzy moją matką, Krystyną i tobą była muzyka jako materiał wiążący. Prawdopodobnie muzyka mówiła wam coś, czego nie można wyrazić słowem ni działaniem i prawdopodobnie wy także coś sobie mówiliście poprzez muzykę, a tej drugiej mowy, którą dla was w pełni wyrażała muzyka, dwaj jakże inni od was ludzie, ojciec i ja, nie rozumieli. Dlatego pozostaliśmy samotni między wami. Ale muzyka przemawiała do ciebie i do Krystyny, więc mogliście rozmawiać ze sobą także wtedy, kiedy między Krystyną i mną zamierała wszelka rozmowa. Nienawidzę muzyki – mówi nieco głośniej; pierwszy raz tego wieczora wypowiada słowa ochryple, z pasją. Nienawidzę tej melodyjnej i niezrozumiałej mowy, jaką pewnego rodzaju ludzie potrafią ze sobą gadać, opowiadają sobie coś całkowicie luźnego, niekonwencjonalnego, co więcej, czasami wydaje mi się, że poprzez muzykę mówią sobie coś niestosownego i niemoralnego.

[...]

Przeżyłem wojnę – mówi z zadowoleniem. Nie szukałem śmierci, nigdzie nie wybiegałem jej naprzeciw: bo to prawda i nie ma sensu, abym mówił co innego. Wydaje się, że jeszcze miałem swoją sprawę – mówi, pogrążając się w myślach. Dokoła mnie umierali ludzie, widziałem różne odmiany śmierci i niekiedy zdumiewała mnie rozmaitość możliwości niszczenia; bo śmierć tak samo ma wyobraźnię jak życie. Dziesięć milionów ludzi zmarło na wojnie, tak obliczono. Świat się zapalił i płonął takim ogniem i dymem, że człowiek niekiedy sądził, iż wypala się każda osobista wątpliwość, indywidualny problem i pojedynczy gniew... Ale nie wypalił się. Nawet pośród największej ludzkiej nędzy wiedziałem, że mam jeszcze jakąś osobistą sprawę, dlatego nie byłem tchórzliwy ani odważny, w książkowym znaczeniu tych słów, nie: byłem spokojny, w ataku i w starciu, bo wiedziałem, że nie może mi się przydarzyć żadne prawdziwe nieszczęście. Aż pewnego dnia powróciłem do domu z wojny i czekałem. Mijał czas i świat ponownie się zapalił; wiem, że to jest jeszcze ten sam ogień, tyle że teraz znowu się roznosi... W mojej duszy również żarzyło się to samo pytanie, którego nie potrafił zdławić nagromadzony z czasem popiół i sadza.

[...]

Możliwe, że ta forma życia, którą poznaliśmy, w której rozmawialiśmy, ten dom, ta kolacja, ba, nawet te słowa, którymi dzisiaj omawiamy główny problem naszego życia, wszystko to już należy do przeszłości. Zbyt wiele napięcia w ludzkich sercach, zbyt wiele złości, zemsty. Spójrzmy w nasze serca i co w nich znajdujemy? Gniew, który czas jedynie zdusił, tak iż stał się bledszy, ale nie potrafił zgasić jego żaru. Dlaczego mamy oczekiwać czegoś innego od świata, od ludzi? Przecież my obaj, mądrzy i starzy, którzy jesteśmy już u kresu życia, my także pragniemy zemsty... zemsty, na kim? Na sobie nawzajem albo na pamięci kogoś, kogo już nie ma. Głupie afekty. A jednak wciąż żyją w naszych sercach. Czego więc innego oczekujemy od świata, który jest pełen nieświadomości i pożądliwości, porywów i gwałtowności, w którym młodzi ludzie ostrzą sobie zęby na równie młodych ludzi innej narodowości, obcy ludzie drą z siebie pasy, wszystko, co było regułą i ugodą, jest nieważne, tylko ogień żyje i pali się, płonie aż po samo niebo... Tak, zemsta.

[...]

Wróciłem do zamku, poszedłem do mojego pokoju i czekałem na Krystynę. Czekałem, aby ją zabić, bądź też czekałem, że powie prawdę, a ja jej przebaczę... w każdym razie czekałem. Czekałem do wieczora; gdy nie przyszła, udałem się do domu myśliwskiego. Może to było dziecinne... teraz, po latach, kiedy patrzę wstecz i chcę osądzać siebie i innych, widzę i odczuwam tę pychę, to oczekiwanie, to odejście, jako dziecinadę. Ale, widzisz, taki jest człowiek i tylko niewiele może zdziałać umysłem i doświadczeniem przeciwko uporczywym urojeniom nagiej natury. Teraz wiesz to już i ty. Udałem się do pałacyku myśliwskiego, który znasz, niedaleko stąd, i potem przez osiem lat nie widziałem Krystyny. Zobaczyłem ją dopiero martwą, rano, kiedy Nini zawiadomiła mnie, że mogę powrócić, bo umarła. Wiedziałem, że choruje, wiem także, że leczyli ją najlepsi lekarze – mieszkali tutaj, w zamku, miesiącami i zrobili wszystko, aby ją uratować, powiedzieli tak: „Uczyniliśmy wszystko, na co tylko pozwala stan dzisiejszej medycyny”. To są te słowa. Prawdopodobnie zrobili to i owo, na co starczyło im ułomnej wiedzy, czemu nie stanęła na zawadzie ich nadętość i próżność. Co wieczór, przez osiem lat, donoszono mi, co dzieje się w zamku, także wtedy, gdy Krystyna jeszcze nie chorowała, i później, kiedy postanowiła, że zachoruje i umrze. Bo wierzę, że można postanowić coś takiego – a teraz wiem to z całą pewnością. Ale ja nie mogłem pomóc Krystynie, ponieważ pomiędzy nami była tajemnica, jedyna tajemnica, której nie można wybaczyć ani przed stosownym czasem naruszyć, bo niepodobna wiedzieć, co leży na dnie takiej tajemnicy? Jest coś, co jest gorsze od śmierci i namiętności... to, że człowiek traci szacunek dla samego siebie. Dlatego bałem się tajemnicy, naszej wspólnej – Krystyny, twojej i mojej – tajemnicy.

[...]

Ale Krystyna nie przyszła. Z pałacyku myśliwskiego do zamku, tutaj, dwie godziny drogi powozem. Ale te dwie godziny, tych dwadzieścia kilometrów było dla mnie większą odległością w przestrzeni i czasie, niż mogła być dla ciebie odległość tropiku. Taka jest moja natura, tak mnie wychowano, tak się wszystko uformowało. Jeśli Krystyna da mi znak – obojętnie jaki – stanie się jej wola. Jeśli zażyczy sobie, abym cię wezwał z powrotem, wyjadę, poszukam cię w świecie, wezwę tutaj. Jeśli zażyczy sobie, abym cię zabił, zrobię to, znajdę cię choćby na końcu świata i zabiję. Jeżeli zechce się rozwieść, dam jej rozwód. Ale nie chciała niczego. Bo ona także była kimś, na swój sposób, na sposób kobiecy, kimś, kogo obrazili ci, których kochała; jeden tym, że uciekł przed namiętnością, nie był skłonny spłonąć w związku, o którym wiedział, że jest tragiczny, drugi tym, że poznał prawdę, czekał i milczał. Krystyna także miała charakter, w innym znaczeniu tego słowa niż rozumiemy je my, mężczyźni. W ciągu tych lat stało się coś także z nią, nie tylko z tobą i ze mną. Los dotknął nas i spełnił się nad nami, i wszyscy troje znosiliśmy ten los. Nie widziałem jej osiem lat. Nie wezwała mnie przez osiem lat. Przedtem, kiedy czekałem na ciebie, abyśmy omówili to, co wreszcie trzeba omówić, bo nie mamy dużo czasu, dowiedziałem się czegoś od niani: dowiedziałem się, że konając, wzywała mnie. Nie ciebie... i nie mówię tego z satysfakcją, ale nie mówię też z przykrością, dobrze to sobie zapamiętaj. Wzywała mnie, i to jest coś, choć przecież nie tak wiele... Ale zobaczyłem ją już martwą. Była piękną umarłą. Umarła młodo, samotność nie zeszpeciła jej, choroba nie dotknęła tego osobliwego piękna, skończonej i poważnej harmonii twarzy Krystyny. Ale to wszystko już nie dotyczy ciebie – mówi teraz butnie. Ty żyłeś w świecie, a Krystyna umarła. Ja żyłem w samotności, z urazą, a Krystyna umarła. Ona odpowiedziała nam obu, tak jak mogła, bo widzisz, ten, kto jest martwy, daje dobrą odpowiedź, ostateczną – niekiedy myślę, że tylko martwi dają dobre i kompletne odpowiedzi.

[...]

Widziałem rozmaite obrazy, z dawnych, bardzo dawnych czasów. I dzisiaj po południu pojąłem rozumem to, co już dawno zrozumiałem sercem: tę niewierność, to oszustwo, tę zdradę nas obojga. Zrozumiałem i cóż mogę o tym powiedzieć?... Człowiek starzeje się powoli: najpierw starzeje się jego ciekawość ludzi i chęć życia, wiesz, powoli wszystko staje się takie oczywiste, poznajesz sens wszystkiego, wszystko się powtarza, tak okropnie i nudno. To także starość. Kiedy już wiesz, że szklanka nie jest niczym innym jak tylko szklanką. A człowiek, biedny człowiek, niczym innym jak tylko człowiekiem, śmiertelnym, cokolwiek by robił... Potem starzeje się twoje ciało; nie od razu, nie, najpierw starzeją się twoje oczy albo nogi, albo żołądek i serce. Tak starzeje się człowiek, w częściach. Po czym, naraz zaczyna starzeć się twoja dusza: bo ciało daremnie pada i psuje się, dusza wciąż jeszcze pragnie i wspomina, szuka i raduje się, pragnie radości. A kiedy mija to pragnienie radości, nie pozostaje nic innego, tylko pamięć i próżność; i wtenczas starzejesz się naprawdę, ostatecznie i nieodwołalnie. Pewnego dnia budzisz się, przecierasz oczy: już nie wiesz, dlaczego się obudziłeś. To, co pokazuje słońce, znasz dokładnie: wiosnę albo zimę, dekoracje życia, pogodę, porządek dnia. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego, nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego, niezwyczajnego, budzącego grozę, ponieważ znasz każdą szansę, na wszystko już liczyłeś, nie czekasz już na nic, ani na złe, ani na dobre... to właśnie jest starość.

[...]

Człowiek powoli pojmuje świat, po czym umiera. Pojmuje zjawiska i przyczyny ludzkich postępków. Język migowy nieświadomości..., ponieważ ludzie przekazują swoje myśli językiem migowym, nie zwróciło to twojej uwagi? Jakby o istotnych sprawach mówili językiem obcym, po chińsku i dopiero ten język trzeba tłumaczyć na rozumną mowę rzeczywistości. Nie wiedzą niczego o sobie. Zawsze mówią jedynie o pragnieniach i popadając w rozpacz nieświadomie się maskują. Życie staje się nieomal interesujące, kiedy już poznałeś ludzkie kłamstwa i zaczynasz rozkoszować się obserwowaniem, jak to zawsze mówią co innego niż myślą i naprawdę pragną... Tak, pewnego dnia przychodzi poznanie prawdy: i to jest tyle samo, co starość i śmierć. Ale wtedy już nic nie boli. Krystyna mnie zdradziła, co za głupie słowo!... I to zdradziła z tobą, cóż to za żałosny bunt! Nie patrz na mnie z takim zdumieniem: mówię to litościwym tonem. Później, kiedy wiele dowiedziałem się i wszystko zrozumiałem, bowiem czas przynosił na moją samotną wyspę zdradzieckie sygnały, pojedyncze odpadki z materiału owego rozbitego statku, litościwie oglądałem się w przeszłość i widziałem tam was, parę buntowników, moją żonę i przyjaciela, dwoje ludzi, którzy ze świadomością winy, szczękając zębami, odrętwiali z samooskarżenia i płonąc w tej krnąbrnej namiętności, nieszczęśliwie buntowali się na śmierć i życie przeciwko mnie...

[...]

... wyobrażam sobie nienawiść, która wypełnia wasze serca, kiedy myślicie o mnie, kiedy przy każdym kroku, w każdej chwili potykacie się o moją władzę, władzę męża, władzę ziemianina, władzę pana, o moją wyższość społeczną i majątkową, o rój moich służących, o to, co jest władzą silniejszą niż wszystko inne: o przywiązanie, które nakazuje wam, byście poza wszelką miłością i nienawiścią wiedzieli, iż beze mnie nie potraficie w pełni żyć ni umrzeć. Jesteście nieszczęśliwymi kochankami, mogliście mnie oszukać, ale nie mogliście mnie ominąć; na próżno jestem człowiekiem innym niż wy, bo my troje mamy ze sobą tak wiele wspólnego, jak kryształy wewnątrz geometrycznego wzoru. Opada ci ręka z bronią, kiedy w pewien poranek chcesz mnie zabić, bo już nie wytrzymujesz tego pościgu, tego ukrywania się, tej nędzy... i cóż możesz uczynić? Zabrać Krystynę? Musiałbyś zrzec się szarży, a jesteś biedny, Krystyna też jest biedna, nie możesz przyjąć niczego ode mnie, nie, nie możesz z nią uciec, żyć z nią także nie możesz ani się z nią ożenić, zrobić z niej utrzymankę rzecz niebezpieczna dla życia, groźniejsza niż śmierć: w każdej chwili musiałbyś się liczyć ze zdradą i zdemaskowaniem, musiałbyś się obawiać, że opowiesz mi wszystko, właśnie mnie, przyjacielowi i bratu. Nie wytrzymujesz długo tego zagrożenia. I pewnego dnia, kiedy chwila dojrzała i stanęła pomiędzy nami dwoma w postaci możliwej do przyjęcia, podnosisz broń; a później, wiele razy i szczerze współczuję ci z powodu tej chwili. To musi być nadzwyczaj dręczące i ciężkie zadanie, zabić kogoś, kto jest nam bliski – mówi nawiasem. – Nie jesteś dość silny, by wykonać to zadanie. A może ta chwila mija i już nie możesz nic zrobić. Bo taka jest natura chwili – czas przynosi i unosi sprawy, samowolnie, nie tylko my umieszczamy w czasie nasze czyny i zjawiska. Jest tak, że chwila stwarza szansę i dokładnie określa czas, a gdy ta chwila mija, jesteś bezradny. Opada ci ręka z bronią. I nazajutrz rano wyjeżdżasz do tropiku.

[...]

Ale my zostajemy tutaj – mówi w trakcie sprawdzania, jakby to było najważniejsze – tutaj zostajemy, Krystyna i ja. Tutaj zostajemy i wszystko się wyjaśnia, w ów przepisowy i niezrozumiały sposób, jak to pomiędzy ludźmi bywa, że przepływają pomiędzy nimi wiadomości przy pomocy fal, także wtedy, gdy w pobliżu nie ma nikogo, kto narusza tajemnicę i zdradza sekret rozmowy. Wszystko się wyjaśnia, bo ty odjechałeś, a my zostaliśmy tutaj, żywi, ponieważ ty przegapiłeś tę chwilę, albo chwila przegapiła ciebie – co na jedno wychodzi – i Krystyna, bowiem chwilowo nie może zrobić nic innego, musi na coś czekać, może tylko chce się upewnić, że umiemy milczeć, my obaj, ty i ja, dwóch mężczyzn, na których jej zależy i którzy zeszli jej z drogi: czeka, aż zrozumie i pozna prawdziwy sens tego milczenia. I wtedy umiera. Ale ja zostaję tutaj, wiem wszystko, a jednak czegoś nie wiem. Dlatego muszę żyć i czekać na odpowiedź. Odpowiedz, proszę cię: czy Krystyna wiedziała, że w tamten poranek, na polowaniu, chciałeś mnie zabić?

[...]

Wybacz – mówi. – A więc widzisz, powiedziałem to – kontynuuje szybko, z zapałem, nieledwie tonem usprawiedliwienia.  Musiałem powiedzieć, i teraz, kiedy to powiedziałem, czuję, że nie zapytałem właściwie, postawiłem cię w przykrej sytuacji, ponieważ chcesz odpowiedzieć, chcesz powiedzieć prawdę, a ja nie zapytałem właściwie. Moje pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. Nie przeczę, w ciągu minionych dziesięcioleci żyło w mojej duszy podejrzenie, że ta chwila w lesie, o świcie, na polowaniu, była nie tylko przypadkiem, pomysłem, okazją, chwilą diabelskiego podszeptu – nie, dręczy mnie podejrzenie, że tę chwile poprzedzały inne chwile, trzeźwe, jasne jak słońce. Bo Krystyna, kiedy dowiedziała się, że uciekłeś, powiedziała: „Stchórzył” – to wszystko, co mówi, to są ostatnie słowa, jakie od niej słyszę, i ostatni sąd nad tobą, jaki wypowiada. I ja pozostaję sam z tymi dwoma słowami. Stchórzył, dlaczego?... – zastanawiam się później, znacznie później. Stchórzył, przed czym? Przed życiem? Przed wspólnym życiem nas trojga albo osobnym was dwojga? Stchórzył przed śmiercią? Nie odważył się i nie chciał żyć ani też umrzeć z Krystyną?... Nad tym się zastanawiam. A może stchórzył jeszcze przed czymś innym, nie przed życiem i nie przed śmiercią, nie przed ucieczką, także nie przed oszustwem, nie stchórzył przed odebraniem mi Krystyny ani przed tym, abym ja zrezygnował z Krystyny, nie, stchórzył przed czymś bardzo prostym i nadającym się do policyjnego zakwalifikowania, co omawialiście i zaplanowaliście wy oboje, moja żona i mój najlepszy przyjaciel? I ten plan nie powiódł się, ponieważ ty stchórzyłeś?... To jest to, czego jeszcze chciałbym się dowiedzieć.

[...]

Chciałbym tylko to wiedzieć. Bo wszystko inne to jedynie słowa, kłamliwe wyobrażenia: zdrada, miłość, intryga, przyjaźń, wszystko to zblednie przed oślepiającą siłą tego pytania, będzie takie blade, jak umarli i jak malowidła, na których cienie czasu zakrywają postaci. Nic już mnie nie interesuje, nie chcę odpowiedzi na pytanie o naturę waszego związku, nie chcę znać szczegółów, nie interesuje mnie „dlaczego” i „w jaki sposób”. To pospolite wyobrażenie zasługujące na pogardę. Zawsze jest tak dlatego, że tak być musiało, i tak się stało, taka jest prawda. Nie warto, u kresu, wypytywać o szczegóły. Ale warto i trzeba dogrzebywać się istoty i prawdy, w przeciwnym bowiem razie, po cóż żyłem? Dlaczego znosiłem to przez czterdzieści jeden lat? Dlaczego czekałem na ciebie – inaczej niż brat na wiarołomnego brata, inaczej niż przyjaciel na przyjaciela-dezertera, nie, ja czekałem na ciebie tak, jak sędzia i zarazem ofiara czeka na oskarżonego. I oto teraz oskarżony siedzi tutaj, ja pytam, a on chce odpowiadać. Czy jednak zapytałem właściwie i czy powiedziałem wszystko, co powinno się wiedzieć, co powinien wiedzieć on, sprawca i oskarżony – jeśli chce, by jego odpowiedź była tożsama z prawdą. Pewnego dnia, w wiele lat po jej śmierci, znalazłem ten jej pamiętnik oprawny w żółty aksamit, którego pamiętnej nocy – dla mnie jest to niezwyczajne przypomnienie, bo to była noc po dniu polowania – daremnie szukałem w szufladzie jej biurka. Wówczas ta książka gdzieś zniknęła, ty nazajutrz wyjechałeś, a ja nigdy nie rozmawiałem z Krystyną. Potem Krystyna zmarła, ty żyłeś gdzieś daleko, a ja żyłem w tym domu, do którego powróciłem po śmierci Krystyny, ponieważ chciałem żyć i umrzeć w tych pokojach, w których się urodziłem, w których urodzili się, żyli i pomarli moi przodkowie. I teraz to się stało, bo istnieje pewien porządek rzeczy, a ten porządek jest niezależny od naszej woli. Lecz książka, oprawna w żółty aksamit książka, także żyła na swój zagadkowy sposób, obok nas i ponad nami w czasie, ta osobliwa „księga szczerości”, to straszne wyznanie, bezwzględne wyznanie miłości i wątpliwości, lęków i najistotniejszej tajemnicy Krystyny. Żyła i ja ją znalazłem, później, znacznie później, pewnego dnia, pomiędzy rzeczami Krystyny, w pudełku, gdzie przechowywała portret matki namalowany na kości słoniowej, sygnet ojca, zasuszoną orchideę – kiedyś dostała ją ode mnie – i tę żółtą książkę przewiązaną niebieską wstążką. Jeden koniec wstążki opieczętowała ojcowskim pierścieniem. To jest ta książka – mówi i wyjmuje ją, wręcza przyjacielowi. To pozostało po Krystynie. Nie rozerwałem wstążki, ponieważ nie pozostawiła pisemnego zezwolenia, nie dołączyła sposobu użycia tego dziedzictwa, nie mogłem też wiedzieć, czy to wyznanie zza grobu wysyła mnie, czy tobie. Przypuszczalnie w tej książce jest prawda, bo Krystyna nigdy nie kłamała – mówi głosem surowym, pełnym namaszczenia. Ale przyjaciel nie sięga po książkę.

[...]

Chowa głowę w dłoniach, siedzi bez ruchu, patrzy na cienki tomik oprawny w żółty aksamit, przewiązany niebieską wstążką, zamknięty niebieską pieczęcią. Nie rusza się, nie drgnie mu oko.  Czy chcesz, abyśmy razem przeczytali wieści od Krystyny?... – pyta generał.  Nie – mówi Konrad.  Nie chcesz – pyta generał chłodno, wyniośle, jak zwierzchnik – czy nie masz odwagi przeczytać? Długie minuty patrzą na siebie szeroko otwartymi oczami, ponad książką, którą generał wyciąga w stronę Konrada; w tym czasie nie drży mu ręka. Na to pytanie – mówi wreszcie gość – nie odpowiem.  Rozumiem – mówi generał. Jego głos zdradza nadzwyczajną satysfakcję. Powolnym ruchem rzuca w żar cienki tomik. Żar rozpala się w ciemności, przyjmuje ofiarę, powoli, dymiąc, wsysa materiał książeczki, drobne płomyki wzniecają się wśród popiołu.

[...]

Tak to odczuwaliśmy, że trzeba pozostać przy życiu, i tego nie wolno upiększać, bo ona na to umarła. Umarła, bo ty odjechałeś, umarła, bo ja zostałem tutaj i nie zrobiłem kroku w jej stronę, umarła, bo my obaj, mężczyźni, do których należała, byliśmy podlejsi, dumniejsi, tchórzliwsi, nad miarę krzykliwi i milczący niż mogła to znieść ta kobieta, uciekliśmy przed nią, zdradziliśmy ją, ponieważ przeżyliśmy. Taka jest prawda. Powinieneś to wiedzieć, w Londynie, kiedy wszystko dobiegnie kresu, w ostatniej godzinie, w samotności. Ja też będę to wiedział, tutaj, w tym domu: zresztą już to wiem. Przeżyć kogoś, kogo tak bardzo kochaliśmy, że nawet potrafilibyśmy dla niego zabić, przeżyć kogoś, z kim tyle nas łączyło, że omal nie umarliśmy, jest jedną z tajemniczych, niemożliwych do zakwalifikowania zbrodni życia. Kodeks nie zna takiej zbrodni. Ale my dwaj znamy – mówi cicho, oschle. Wiemy też, że wszelką urażoną, tchórzliwą i butną mądrością niczego dla siebie nie ocalimy, ponieważ ona umarła, a my żyliśmy, i coś nas troje łączyło, tak czy inaczej, w życiu i w śmierci. Człowiek pojmuje to z wielkim trudem, a kiedy już zrozumie, nie opuści go dziwny niepokój. Co chciałeś przez to osiągnąć, że przeżyłeś, co przez to wygrałeś?... Wyzwoliłeś się z kłopotliwych sytuacji? Cóż znaczą sytuacje, kiedy idzie o prawdę życia, o to, że żyje na ziemi pewna kobieta, na której ci zależy, a ta kobieta jest żoną człowieka, który jest twoim przyjacielem, i na którym też ci zależy?... Nic – mówi zwyczajnie. U kresu świat nic nie znaczy. Liczy się tylko to, co zostaje w naszych sercach.

[...]

Drugie pytanie, którego sens jest taki: co wygraliśmy całą naszą mądrością, pychą i wyniosłością? Drugie pytanie – czy ten dręczący pociąg do kobiety, która umarła, nie był, aby prawdziwym sensem naszego życia? Wiem, że to trudne pytanie. I nie umiem na nie odpowiedzieć. Przeżyłem wszystko, widziałem wszystko, a nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Widziałem pokój i widziałem wojnę, widziałem nędzę i świetność, widziałem twoje tchórzostwo i moją butę, widziałem walkę i zgodę. Ale sensem każdego naszego postępku, u samego rdzenia życia, być może jednak był ten węzeł, który nas z kimś łączył – węzeł albo namiętność, nazwij to, jak chcesz. I to jest to pytanie. Tak, to jest to pytanie. Chciałbym, abyś powiedział – ciągnie, ale tak cicho, jakby się obawiał, że ktoś stoi za jego plecami i słucha jego słów – co o tym myślisz? Przecież ty także wierzyłeś, że sensem życia nie jest nic innego niż namiętność, która pewnego dnia przenika nasze serca, dusze i ciała, a potem wiecznie się pali, aż do śmierci? Niezależnie od tego, co w tym czasie się dzieje? A jeżeli to przeżyliśmy, być może nie żyliśmy na próżno? Czy aż tak głęboka, tak zła, tak wspaniała, tak nieludzka jest namiętność?... Może nie dotyczy osoby, lecz jedynie żądzy?... Oto jest pytanie. A może jednak zawsze związana jest z tą jedyną tajemniczą osobą, która być może jest dobra, być może zła, ale intensywność namiętności, która nas do niej przywiązuje, nie zależy od jej uczynków i właściwości?

Sándor Márai, Żar

Powieść obyczajowa Sándora Márai’a – węgierskiego, aczkolwiek z pochodzenia niemieckiego - prozaika, poety i publicysty koncentruje akcję tej psychologicznej opowieści na Węgrzech, w pałacyku ziemiańskim w pobliżu miasteczka X, czyli gdzieś na wsi wśród stepów i uroczysk Niziny Panońskiej, generalnie rzecz ujmując w latach czterdziestych ubiegłego wieku z reminiscencjami sięgającymi końca dziewiętnastego stulecia. Emerytowany generał Henryk to bogaty z dziada pradziada austro-węgierski ziemianin i zapalony myśliwy. Eks-oficer i równolatek Konrad to z kolei ubogi szlachcic polski, z Galicji Wschodniej, utalentowany muzycznie z wrażliwością bynajmniej nie-żołnierską. Od wczesnej młodości połączyła ich zażyła przyjaźń, a potem i tajemnica, z którą przyszło im żyć z dala od siebie przez kolejne czterdzieści lat. Dopiero nieprzypadkowe spotkanie po latach rozwiewa wszelkie wątpliwości i poczucie winy, a obydwóm wyjaśnia do końca, że postąpili „niezależnie” szlachetnie, przedkładając dozgonną przyjaźń nad miłość do tej samej kobiety. Powieść Marai’a to traktat o niepospolitej wręcz wierności nie tyle wobec kogoś zgoła drugiego, ile raczej w stosunku do swego wyidealizowanego świata wartości, także o kręgach swej samotności, w której rozliczyć się ze sobą samym jest zawsze najtrudniej, w końcu również o namiętności co czasem króluje przed mową serca, zdrowym rozsądkiem i egotycznym rozumem.    



powrót ››