22.04.2024

„żołnierz walczy bohatersko
tylko wtedy, gdy się boi.”
“idealiści to dobrzy ludzie,
tylko niekiedy robią rzeczy
równe zbrodni”
„Szczęśliwy, kto
oglądał świat w chwilach przemiany i przełomu:
bogowie go do swego domu wezwali,
by do uczty z nimi siadł.
Ano, wezwano nas, mój wieku, wezwano,
uczta była na miarę bogów i tytanów,
aż glob nam dotąd trzeszczy”
[...]
Wojna wybuchła za wcześnie, za wcześnie o dobrych parę lat, w osiemnastym roku byłaby dla nas na czasie, ale teraz to klęska, mówił z irytacją generał mieszając łyżeczką herbatę. W rozpalonej miedzi samowara jeszcze bardziej krągło odbija jego szpakowata, strzyżona na jeża głowa i twarz jeszcze bardziej krwista, jeż na raku, myślę siedząc z naszym jamniczkiem na kolanach obok mamy w tym samym miejscu, gdzie przed rokiem podziwiałem ją w ślubnej sukni i pierwszy wypiłem szampana, nim wyszła do gości przesuwających się w amfiladzie kremowych pokoi. Od wina i walca dostałem potem kręćka, jakiejś słodkiej zawiejki, sufit pięknymi stiukami krążył nade mną w łagodnych wirach, gwiezdny blask prószył z kryształowych żyrandoli na ścienne lustra w złocistych ramach festonowych, w ich głębi grały oszalałe świetliki. Różowawa mgiełka zdawała się unosić nad dźwiękami orkiestry, opalizowała falując nad tłumem weselnym, wyłaniały się z niego obce twarze, oczy, uśmiechy, obce a dobre, wszyscy się do mnie uśmiechali, bo to było wesele mojej mamy, mój szampański wielki dzień, rok temu zaledwie, trochę więcej niż rok i już... Jesienna plucha szemrze w koronach drzew Ogrodu Saskiego tuż za szybą, z nowego soboru naprzeciwko biją dzwony na molebien [u prawosł. krótkie nabożeństwo błagalne lub dziękczynne – przyp. aut.] za gwardię, gwardia odchodzi z Warszawy na front, Onufry Jewsiejewicz także powinien być w soborze ze wszystkimi generałami, ale jest dyżurnym generałem, może zostać u siebie, to nasza wizyta pożegnalna, wyjeżdżamy w głąb Rosji, będziemy bieżeńcami [z ros. uchodźca – przyp. aut.], Jabłonna opuszczona, nasz pułk za lasami, za jeziorami, gdzieś tam w Prusach Wschodnich, generał mówi, że to zbrodnia ratować Paryż rzucając na Prusy najlepsze pułki, wyginą w pierwszym ogniu i przyjdzie po nich rezerwowa zbieranina. Mówi głosem ściszonym, znużonym, tylko łyżeczka podzwaniając o szklankę zdradza irytację na przedwczesną wojnę i na Matyldę Wilhelmównę, która została za granicą, niedobrze, to nawet bardzo niedobrze, gdy dyżurny generał w sztabie okręgu nadgranicznego ma za żonę Niemkę i wybuch wojny zastaje ją u krewnych w Niemczech, skąd nie wiadomo jak się wydostać do Warszawy, którędy - neutralny Luksemburg zmiażdżony, Belgia zmiażdżona, armia niemiecka wali na Paryż, może zajmie i Szwajcarię, a my nie mamy żadnego sensownego kontrplanu ani organizacji, ani zaplecza, tylko modły, bohaterskie gesty i bałagan nie z tej ziemi, reforma armii nie ukończona, przemysł wojenny nie rozbudowany, co tam mówić, moja droga, długo będziemy wojować i ciężko, niech Pan Bóg ma nas w swej opiece, jedźcie sobie lepiej do tej mordwińskiej Penzy [w środkowej Rosji – przyp. aut.] i oszczędzajcie każdą kopiejkę...
[...]
Nikt nas nie witał, staliśmy zbitą gromadką przed kopcem bagaży patrząc na obce, tak inne miasto, i to poczucie obcości pozostało, bo i po paru latach nie mogliśmy się przyzwyczaić do Penzy, tymczasem Symbirsk dał się polubić i zostawił więcej dobrych wrażeń, choć mieszkaliśmy tam tylko dwa lata. Myślę, że w czternastym roku byliśmy bardziej “zachodni”, przybyliśmy do Penzy prosto z Warszawy, kontrast był zbyt wielki, zbyt świeże wspomnienia, dopiero tu, na tle szarzyzny i zastoju, widzieliśmy całe piękno i wdzięk Warszawy, jej schludność i klimat jakiejś rześkiej lekkości. A Penza była przede wszystkim ciężka w sobie i bez żadnej gracji. To miasto dźwignąwszy się kopułą katedry spływało bezwładnie ze wzgórza ulicami z początku prostymi i głębokimi na dwa, trzy piętra, potem ulice wykrzywiały się, supłały w zaułki i rozpadały się na sady, płoty, parterowe i piętrowe drewniaki. Asfaltowe lub ceglane chodniki miała tylko dzielnica pryncypalna, a i tam ruch kołowy był taki, że chłopcy mogli grać na jezdni w “kozny” [inaczej: gra w hacele – przyp. aut.], przepuszczając od czasu do czasu przejeżdżającą dorożkę. Tramwajów ani aut nie znano. Poza centrum miasta chodniki wyglądały jak kładki, były bowiem z desek na podłożonych okrąglakach. Na głównej ulicy, na Moskiewskiej, znajdowało się trochę większych sklepów z wystawami, dwie apteki, iluzjon i fotograf, czyli salon. Na budowę teatru dopiero zbierano. Co jeszcze? – biblioteka publiczna, sad archijerejski, dwa klasztory, dwie czytelnie bezpłatne przy sklepach spółdzielców, sporo szkół parafialnych, seminarium duchowne, szkoła malarska, kilka gimnazjów męskich i żeńskich – słowem, pospolite miasto gubernialne, 70.000 mieszkańców, w tym zaledwie parę tysięcy robotników zatrudnionych w warsztatach kolejowych i drobnych zakładach przemysłowych na peryferiach, w osiedlach podmiejskich, miasto raczej handlowe, z przewagą kupców, urzędników i strasznych, prosto od Gorkiego, mieszczan. A królową ich, wykwitem pierwszej klasy, była nasza przyszywana babka, to znaczy matka ojczyma, Anastazja Polikarpowna, panująca na parterze kamienicy generałowej Bondarienko przy ul. Sadowej. Charakteru i poglądów Anastazji Polikarpowny nie kształtowały przeciwności losu ani wielkie namiętności, ani, broń Boże, nędza, młodość jej upłynęła pogodnie w urzędniczej rodzinie pod słonecznym niebem Besarabii, dokładnie: w Kiszyniowie, taka już się urodziła i jeśli w niemowlęctwie nie kąsała piersi matki, to tylko dlatego, że maleństwo jeszcze nie wiedziało, jak to się robi, by mleko ciekło mimo kąsania, co później stało się programem i treścią życia. Ale gdyby tylko to i nic poza tym, toby sobie panowała w domu zadręczając męża i dwóch synów, zajmowałaby się dyskretnym podbieraniem interesantów i podprzedsiębiorców męża jakąś tam godziwą, drobną łapką i w przystępach kostycznego humoru folgowałaby sobie w niewybrednie chamskich kawałach, powiedzmy, częstowała wynajętą do prania babę przede wszystkim śledziem i jeszcze raz śledziem, żeby potem biegała pod kran i nie mogła jeść do syta – otóż gdyby takie tylko hobby, byłaby Anastazja Polikarpowna zwykłą piekielnicą, nie zaś jędzą bizantyjską, jak ją przezwałem później, po zetknięciu się z historią cesarstwa wschodnio-rzymskiego, gdy przymiotnik bizantyjski znaczył tyleż, co super, coś przepysznego, nadziemskiej niemalże wielkości i potęgi.
[...]
Powiedziałem, że panowała zadręczając męża i synów. To niezupełnie tak. Nie zadręczała – ona ich wyniszczała, a oni, krzywdzeni i niszczeni, kochali ją i byli jej wdzięczni jak poganie swym bóstwom życiodajnym, jak chrześcijanie Opatrzności. Tego w żaden sposób pojąć nie mogłem i w tym między innymi widziałem jej bizantyjskość. Starszy syn, także oficer, popełnił samobójstwo, bo ona się nie zgodziła na jego małżeństwo z modystką, niech sobie wybije z głowy tę głupią, niestosowną miłość, te słowa wziął jak rozkaz, więc kulę w skroń, mało tego, jeszcze prosił o przebaczenie, tłumaczył się w ostatnim liście, że kocha je obie, matkę i tę modystkę, żadnej z nich nie może stracić… W salonie wisiał jego portret. W półmroku, bo okna tam były przesłonięte, żeby gobeliny i dywany nie płowiały, patrzył z czarnych ram dziwnie bladą twarzą na ten nie przewietrzany pokój, na paradne meble w pokrowcach, zdejmowanych dwa razy do roku, patrzył z wysoka i dalekim, ledwo dostrzegalnym uśmiechem zdawał się kwitować ciszę opuszczenia, kurz, całą wystawną brzydotę, on na zawsze młody i piękny, pierworodny Wieniamina Lwowicza, ta sama delikatna łagodność rysów i wyraz zamyślenia, może melancholii, serce mi się tłukło z żalu i oburzenia, człowieku, myślałem, coś ty mądrego zrobił, dla kogo, dla takiej jędzy?! A Wieniamina Lwowicza ona także zniszczyła, tylko w inny sposób – zabijając artystę. Malarze są zawsze brudni i biedni, nie wyjdę za pana, tak go niegdyś odpaliła, i Wieniamin Lwowicz rzucił akademię sztuk pięknych, przeniósł się na architekturę, piął się dla niej, Anastazji Polikarpowny, potem razem z nią, po szczeblach urzędniczej kariery, gubiąc po trochu siebie, tak że na ostatnim szczeblu żył już sam wicemundur, co rano wkładał go schludnie uschnięty staruszek – nie mogłem się nadziwić tej metamorfozie! – i wkrótce z bramy wychodził architekt gubernialny, rzeczywisty radca stanu tudzież kawaler orderów przynależnych do takiej rangi i wysługi lat.
[...]
Długo potem przeżywaliśmy tę klęskę, nie, jaką tam klęskę – zagładę pułku! Dla nas on umarł. W sztabach, w ewidencji nadal istniał Ósmy Pułk Strzelców Estlandzkich, bo istniał jego sztandar wyniesiony z Prus przez trzech oficerów i stu kilkudziesięciu żołnierzy, nowa piękna karta pułku w 436 roku jego historii, można wlewać nowe kadry, ale dla nas wszystko to wyglądało inaczej – spalono nam dom, pozostał plac, ten plac i nowy dom nas nie obchodzą. I pomyśleć, że gdyby nie ten podoficer, tobyśmy nawet nie wiedzieli! Po ewakuacji z Jabłonny rodziny oficerów rozproszyły się po całej Rosji, mama korespondując z paniami Grening i Pietrową wiedziała, że straciły mężów, że zginął jeszcze ten i ów, że walki były okropne, nie znaliśmy jednak całej prawdy. Potworne nieszczęście stanęło raptem u naszego progu, dręczyło oczami wdów i sierot, twarzami kolegów, jakby cała nasza rota chłopców zbiegła się na apel poległych, na mszę żałobną po utraconych ojcach. Napisałem do Oli przebywającej u dziadków na Kubaniu i to był zupełnie inny list, nie list, ale pierwsza bliska rozmowa, niby szept jak dawniej, kiedyśmy leżeli obok siebie na jednym łóżku w Szpitalu Ujazdowskim. Dotychczas informowałem pokrótce Olę o naszych sprawach domowych, o sobie, co robię, co czytam, za każdym razem nie bez lekkiego przymuszającego postanowienia: trzeba koniecznie odpisać Oli albo: jutro po lekcjach odpiszę. Teraz siadłem do listu pod świeżym wrażeniem doznanej klęski i żałoby, musiałem się wywnętrzyć, niech się nie dziwi, że piszę tak chaotycznie, sumburno, to słowo, pamiętam, bardzo mi się wówczas podobało, a co do samego listu, to zapewne nie brakło w nim sumburu [z ros. rozgardiasz, nieporządek – przyp. aut.].
[...]
Było to o naszym ordynansie Paszce, ognistym kurskim bałamucie, którego urokowi uległa Niemka guwernantka i który zdradził mi w łaźni tajemnicę poczęcia, o czym naturalnie Oli nie wspomniałem, tylko że nauczył mnie wielu pożytecznych rzeczy, dobry, uczynny, przepięknie gwizdał, naśladując słowika, a – jak wiadomo – u nich, w kurskiej guberni, są najcudniejsze na świecie słowiki, w ogóle życia było w nim za trzech, w głowie mi się nie mieści, że go nie ma, nie będzie, gdzieś tam gnije… Był też przysadzisty, wąsaty Ukrainiec Kozaczenko, najlepszy podoficer ojczyma, pierwszy strzelec na zawodach, wszystko umiał, nawet umiał robić biebutem, tą krzywą sieczną bronią, jaką żołnierze z kompanii karabinów maszynowych nosili u pasa, coś pośredniego między szablą a kindżałem, Kozaczenko właśnie zginął z biebutem w ręku. A podporucznik Griniewicz, o którym przecież mówiłem, ten, co przyniósł do pułku sport, ten mój trener i wzór oficera, kochany Griniewicz, stracił głowę w marszu generalskim, bo to był pierwszy atak na bagnety, dowódca kazał sprowadzić orkiestrę, by grała jak do tańca, by grała jak pod Połtawą i pod Lipskiem, a Niemcy wcale nie przyjęli ataku na bagnety, tylko bili z dalekosiężnych dział, kosili z kulomiotów, i właśnie Griniewiczowi pęd powietrza od ciężkiego pocisku urwał głowę, on jednak pędził przed kompanią wymachując szablą, możesz to sobie wyobrazić – biegnie człowiek bez głowy, krew tryska fontanną, a orkiestra dalej gra i gra, mnie się ciągle wydaje, że orkiestra rechocze, i niedobrze mi się robi, bo może jeszcze ta głowa czuje swe ciało – mniej więcej w ten sposób, bezładnie wyrzucając zasłyszane okropności, dzieliłem się z Olgą wielką, nieporadną skargą na zagładę naszego pułku i moim lękiem przed tajemnicą śmierci. To był pierwszy intymny list z naszej korespondencji, w przyjaźni trwającej lata, aż do zgonu Oli. Naturalnie wszystkiemu był winien Rennenkampf, ten łajdak, to było najzupełniej dla mnie jasne, niepokoili tylko kolejarze i kitajcy [inaczej: Chińczycy – przyp. aut.], o których wspomniał nasz untier [z niem potwór „bizantyjski” – przyp. aut.], że Rennenkampf ich wieszał i rozstrzeliwał [...] Co do mnie, to trzy wydarzenia, trzy przeżycia wybiły się nad wszystkie inne w pierwszym roku wojny – jędza bizantyjska, zagłada pułku i “Potop”. Ten film przeżyłem już w Warszawie, dokąd przyjechaliśmy na spotkanie z ojczymem. Ojczym przybył na dwa dni prosto z okopów nad Bzurą, gdzie dowodził batalionem, awansuję po trupach kolegów – odciął się na jakąś tam próbę pogratulowania mu nowej szarży. Schudł, zbrzydł, miał jeszcze bardziej odmierzone ruchy i spojrzenie kłujące jak szczeć, niewiele opowiadał, w każdym razie przy mnie, pokazywał natomiast dużo zdjęć z okopów, w marszu, na postojach, migawki z wojny na gorąco, niektóre kapitalne, na przykład forsowanie rzeki pod ogniem, rozdęte chrapy i wywrócone gały tonącego konia na pierwszym planie, dalej kipiel z ludzkich ciał między łódkami i na łódkach, fontanny od pocisków artyleryjskich, rzęsista sypkość bąbelków od kul na wodzie, wszystko dokładnie, spokojnie, bez drgnienia ręki, zdawało mi się, że ojczym wlazł w aparat i chodził na trójnogu.
[...]
Nazajutrz spacerowaliśmy w Łazienkach, a po południu poszliśmy w Aleje do Iluzjonu. Dawano “Potop” produkcji moskiewskiej wytwórni Chanżonkowa z Iwanem Mozżuchinem, wschodzącym gwiazdorem, w roli Kmicica. Być może tryumfalny pochód “Quo vadis” przez sale kinowe całego świata natchnął Chanżonkowa do sięgnięcia po kasowego Sienkiewicza, może wpłynęły na to sugestie rządowe, by rosyjska wytwórnia ukazała Polakom bohaterów uwielbianej “Trylogii”, czyny rycerskie w czasach podobnych do przeżywanych, w czasach wojny i najazdu. Jeśli tak, byłby to jeszcze jeden gest w stylu ostatnich carskich reweransów w stronę Polaków, w stylu mglistych obietnic aż do autonomii Królestwa Polskiego włącznie, wszystko niezdecydowane i mocno poniewczasie, tuż przed zajęciem przez Niemców Warszawy i Królestwa, które przyjęło ich bez entuzjazmu, cieszyć się nie było z czego, odszedł Moskal, przyszedł Szwab, świeże bestialstwa w Luksemburgu i Belgii podsycały zadawnioną germanofobię, ruiny i zgliszcza bezbronnego Kalisza, rozstrzelanego przez artylerię niemiecką nie wiadomo za co, budziły odrazę i gniew, cień tego odium padał i na Legiony, królewiacy do nich się nie kwapili, Żymierski mówił, że zamiast sponiewieranej Dywizji Dzieci Warszawy zastał na placu werbunkowym tylko kilkuset ochotników, ledwo starczyło na batalion.
[...]
Poza Dżentelmenem [nauczycielem penzańskim – przyp. aut.] dobra była Niemka, nie pamiętam nazwiska, nie przypominam sobie zresztą, byśmy między sobą nazywali ją inaczej niż Junona, tak ją kiedyś wyrzeźbił jakiś legendarny maturzysta naszego gimnazjum, co byłby drugim Michałem Aniołem, ale zmarł i zostawił gimnazjum kłopot z pośmiertnym darem. Nie wypadało bowiem wystawiać na widok publiczny nauczycielki w kształcie bogini, z drugiej znów strony jakże nie uszanować testamentu młodzieńca, którego talent miał zakomunikować światu istnienie drugiego gimnazjum męskiego w Penzie? Nie znam tu wszystkich kompromisów pomiędzy konwenansem a obowiązkiem moralnym, to się stało na długo przed nami, gdy ona była młodsza i nie miała tego wypadku z nogą, popiersie jej, przemieszczane dyskretnie z kąta w kąt, za naszych czasów stało w gabinecie przyrodniczym. Wśród wypchanych zwierząt i słojów z drobnymi gadami w spirytusie, na wprost szkieletu ludzkiego, jaśniała boską urodą opiekuńcza Junona Sospita, w zsuniętym jak czepek lekkim hełmie attyckim zdawała się czekać na poprawne zdanie niemieckie o kwiatach i świętach kwiatowych Erfurtu, o domku Goethego w Weimarze, bo nasza Junona była z Turyngii. Starsza, wciąż jeszcze piękna pani utykając na nogę wchodziła do klasy z przyjaznym i pewnym siebie uśmiechem, po rosyjsku mówiła z obcym akcentem, ale swobodnie i zajmująco, ogromnie lubiliśmy i umieliśmy prowokować jej dygresje i dywagacje wśród lekcji. Dużo czytała, wiele krajów zwiedziła, wydając wszystkie oszczędności na coroczne podróże w czasie wakacji letnich. Jej wpływ natury estetycznej w swoiście kobiecej emanacji był niewątpliwie ożywczy i cenny, żałowaliśmy, gdy w osiemnastym roku, po traktacie brzeskim, odjeżdżała do swej Turyngii, a i ona miała łzy w oczach żegnając się z nami, z gimnazjum, w którym uczyła dwadzieścia lat, i raptem wszystko poszło w diabły, cała jej i nasza nauka, kwiaty Erfurtu i domek w Weimarze.
[...]
Otóż w tym moim gimnazjum mieliśmy takich i siakich nauczycieli, a wśród nich trzech, których daj Boże każdej szkole. Zastaliśmy już wyraźne zmiany w metodach nauczania, zalecano bowiem poglądowość i zajęcia w gabinetach przyrodniczym, fizycznym, chemicznym, i od 1915 roku wprowadzono prace ręczne jako czynnik wychowawczy, w przyziemiach pierwszego gimnazjum męskiego urządzono dobrze wyposażone warsztaty, mieliśmy do wyboru introligatorstwo, ślusarkę lub stolarkę, wszystkie trzy pracownie znakomicie prowadził szczęśliwie znaleziony w obozie jenieckim specjalista Czech, w cywilu nauczyciel liceum zawodowego w Brnie. Respektowano już inicjatywę i samorządność uczniów, kółko dramatyczne parę razy w roku szkolnym dawało przedstawienia na scenie gimnazjum, mieliśmy kółko literackie, sekcję botaników i we wszystkich niemalże klasach wydawano pisemka odręczne, na maszynie lub na powielaczu, w naszej klasie ja się tym parałem wspólnie z Mincem, bez żadnej cenzury prewencyjnej, co prawda po wydaniu pokazywaliśmy każdy numer, ale z własnej woli i tylko Dżentelmenowi. Na czterdziestu mniej więcej uczniów w klasie było 2 Polaków, 3 Żydów, 2 Tatarów i Ormianin – nie przypominam sobie żadnego wypadku lub scysji na tle narodowościowym. Zdarzył się natomiast wypadek, który dobrze świadczy o naszych pedagogach. Pewnego razu grupa kolegów przechodząc przez kaplicę gimnazjalną przystanęła przed obrazem Matki Boskiej pędzla nauczyciela rysunków, pokpiwano sobie z niego i jego aspiracji artystycznych, więc i tym razem padły uwagi krytyczne na temat ust czy uszu i o tej pani, co mu pozowała do obrazu, a pech chciał, że wśród tych chłopców był Rywkin i dorzucił swoje, i o tym dowiedzieli się rodzice jednego z uczniów, więc w te pędy do dyrektora z piekielną rewelacją, że toleruje u siebie Żyda bluźniercę, znieważającego obraz święty w cerkwi. Nie wiem, w jaki sposób dyrektor Kowalenko zatuszował tak tę sprawę, że skończyło się na wezwaniu Rywkina z rodzicami i przykładnym strofowaniu. Nawiasem mówiąc, zaraz po rewolucji, gdy polowano na monarchistów i Kowalenko, który był monarchistą czy też uchodził za takiego, miał być wyrzucony, przeciwstawiło się temu grono nauczycieli i rodziców, między innymi stary Rywkin przypomniał zebranym tamtą sprawę, to była bomba, powiedział, gdyby jej dyrektor Kowalenko nie rozminował, toby szanowni obywatele zbierali składki na nieszczęśliwych Żydów i strach pomyśleć, co by się stało z moim synem.
[...]
Teodor Minc, z inteligenckiej żydowskiej rodziny uchodźców z Warszawy, chudy i tykowaty, o hetyckim profilu, wypisz, wymaluj staro-asyryjska głowa z ptasim dziobem, ogromnym i tępym jak tasak, bodaj czy nie najlepszy uczeń w klasie, idealista z usposobienia, górował nade mną oczytaniem i wybitnie intelektualnymi zainteresowaniami. Lubiliśmy razem odrabiać lekcje, by potem pogadać, pobredzić o różnych różnościach i wspólnie wydawaliśmy co miesiąc nasze pisemko literackie w jednym kaligraficznym egzemplarzu, ilustrowanym przez Popowicza Miłowa, był to talent malarski naszej klasy i natura wyjątkowej sumienności. A Wincengerode, prawnuk francuskiego rojalisty, co walczył z Napoleonem w szeregach armii rosyjskiej, Sieriożka Wincengerode, leń i mikrus niespożytej ruchliwości, zawsze coś kombinował, zamieniał się, zakładał, lubił karty, domino, palanta i świńskie kości, tak zwane kozny, grał na mandolinie, hodował psy, ganiał gołębie i miał duszę otwartą na przyrodę. Z nim właśnie, wodząc palcem po mapie, odkryliśmy, iż Sura, nad którą leży Penza, wpada do Wołgi, Wołga wpada do Morza Kaspijskiego, a tym morzem, łagodnym, ciepłym i płytkim, trzymając się wybrzeży, można bez trudu dopłynąć do samej Persji piękna wyprawa na całe wakacje letnie i pewna, byle się do niej przygotować, jak należy, a na to mamy zimę i wiosnę. Postanowiliśmy, że on zdobędzie łódkę, a ja strzelbę z amunicją i sprzęt rybacki. Najtrudniej zdobyć broń, w sklepie łowieckim na Moskiewskiej z pewnością nam, uczniom, nie sprzedaliby, dowiedziałem się jednak, że jeśli wysłać przekazem pocztowym dwadzieścia rubli bezpośrednio do fabryki broni myśliwskiej w Iżewsku, to stamtąd przyślą do domu jednolufkę śrutową typu berdanki kaliber 28. Ale pieniądze – dwadzieścia rubli na flintę, plus dziesięć rubli na amunicję i liczmy jeszcze dziesięć na wędkę i inne rybackie akcesoria, bagatela, razem czterdzieści rubli, skąd wziąć taką kupę pieniędzy? Żadnych źródeł, tylko żołądek.
[...]
W ogóle rok zapowiadał się niewesoło. W lecie, gdy Brusiłow ruszył z wielkim natarciem na Austrię, mówiono, że teraz już ta łoskutnaja [z ros. pozszywana z kawałków – przyp. aut.] monarchia nie wytrzyma i rozpadnie się, ale Niemcy ją podtrzymali, natarcie słabło, słabło i w końcu ugrzęzło. Potem jeszcze się łudzono, że Anglicy i Francuzi wnet wykończą Germańca czołgami, które właśnie ukazały się na zachodnim froncie, coś niebywałego, jakieś stalowe, ziejące ogniem płazy, ale i te potwory nie ruszyły pozycji, front stał nadal pod Verdun i gdzie indziej, cały w okopach, zasiekach, blindażach, miliony ludzi zakopywały się krecim sposobem w ziemi, drążyły zakładając kontrminy pod miny, huraganowym ogniem artylerii walczono o punkty, które przechodziły z rąk do rąk i z mapy na mapę, i końca nie było tej makabrycznej punktacji. Czwarty rok już trwała wojna, coraz więcej wojska widziało się w mieście i coraz gorzej to wojsko wyglądało. Z ust do ust krążyły anegdoty, skandale i autentyczne historie o tym, jak dwór rządzi, powtarzano sobie pytanie, jakie rzucił carskim ministrom Milukow, ten dotychczas ugodowy przywódca konstytucyjnych demokratów: “Głupota to czy zdrada”? Głodu w Penzie nie było, ale była drożyzna. Mama zaczęła się rozglądać za pracą zarobkową, przedtem chciała umieścić Lenę w instytucie cesarzowej Marii Fiodorowny i w tej sprawie pojechała do Petersburga. Wróciła z uzyskaną zgodą na przyjęcie Leny do instytutu, była też u brata papy, który miał kancelarię adwokacką, obrońca w procesach politycznych, dużo wiedział. Rozmawiali między innymi o zabójstwie Rasputina. W Penzie wiedziano tylko, że nie żyje, ale kto go zgładził? Była zaskoczona usłyszawszy, że dokonali tego nie byle jacy spiskowcy, bo wielki książę Dymitr, książę Jusupow i sztandarowy monarchistów Puryszkiewicz – a więc tak już źle jest z carem, że najbliżsi z jego otoczenia mordują kreaturę, która nim rządzi?
[...]
I nic nie przeczuwałem wychodząc nazajutrz jak zwykle do gimnazjum, szedłem sobie niespiesznie, do dzwonka było jeszcze dosyć czasu, a dzień wypadł piękny, jakim zima nieraz darzy środkową Rosję, gdy słońce lśni na czystym niebie o trochę zmatowiałym błękicie i skrzy się śnieg diamentowym pyłem, w powietrzu rześkim, w bezwietrznej ciszy, każdy dźwięk żyje dłużej i jaśniejszą swoją barwą, a biały mróz odmienia drzewa w puchate, srebrne kwiaty, w zastygłe dymy i fontanny. Dopiero na rogu Sadowej odniosłem niejasne wrażenie czegoś niezwykłego, wydało mi się, że coś jest tu nie jak co dzień. Przystanąłem rozglądając się i zrozumiałem: znikł Muganow, co to zatrzymał nas z powodu szabli w noc ślubowania i potem sprawił mi nie lada kłopot swymi odwiedzinami w domu, stał tu zawsze, odkąd pamiętam Penzę, stał niewzruszenie i dostojnie, jak godło, jak znak porządku, mordziasty, czujny gorodowoj [z ros. policjant – przyp. aut.] z szaszką w czarnej pochwie i świstawką na czerwonym sznurku.
[...]
Cieszyliśmy się, to znaczy mama się cieszyła, że car abdykował i nastaje republika, ja tę radość mamy i otoczenia przyjmowałem pustym sercem, bez jakichkolwiek osobistych doznań czy rozrachunków z ostatnim samodzierżcą. Car istniał gdzieś poza buszem moich spraw, daleki i nijaki władca, dotknąć mnie czymkolwiek nie zdążył, a zjednać sobie nie potrafił. Wychowanie polityczne młodzieży miało płyciutki zasięg, prymitywne środki i aurę osowiałej nudy – namaszczony banał w podręcznikach, kazanie od wielkiego dzwonu w kalendarzowe dni rodziny carskiej, dużo strachu, trochę sypkiej przynęty dla łatwowiernych i posłusznych – bezmierna pycha panujących nie pozwalała na subtelniejszą obróbkę młodych dusz, nie wiedziano zresztą, jak to się robi. Wychowywano, właściwie tresowano według tradycyjnego modelu tylko w korpusach kadetów i w pewnych zakładach elitarnych, a i tam model nieraz się wymykał albo stawał sztorcem, pozostała młodzież szkolna rosła sobie w klimacie różnych wpływów i żywiła się rozmaitą strawą duchową nie przyjmując jedynie pożywki urzędowej. W starszych klasach z reguły zaczynał się ferment. W miarę uświadamiania sobie otaczającej rzeczywistości kształtowały się postawy na nie albo i na zbuntowane anty, tak było i w Penzie z naszą starszyzną, ale nas, młodsze klasy, tak zwanych gołowastików [z ros. kijanek – przyp. aut.] i pistoletów, rewolucja zastała w stanie całkowitej niewinności politycznej, spadła jak burza na marcowe zajączki, w każdym razie, jeśli co naprawdę przeżywałem i co było moim własnym, jak najbardziej autentycznym odczuwaniem, to przede wszystkim zdumienie. Kiedy Bielajew z Gilowem przemknęli obok mnie wrzeszcząc nieprzytomnie "hurra, cara nie ma!" i staruszek z gołą głową, jakby wyszedł nie z tłumu, ale z cerkwi, wyszeptał, patrz, wschodzi oto gwiazda upojnego szczęścia – zostałem rażony tym cudem, kruchością rzeczy stałych, zdawało mi się, że i pałac gubernatora tak samo nagle i miękko zaraz oklapnie, roztopi się w lepką bryłę jak domek z wosku na patelni. To było nie do pojęcia.
[...]
No i tak w kółko, motłoch, tłum, naród albo lud, jak to się komu widziało, inaczej mówiąc, żywioł ruszył i zmiótł monarchię, czyli nic nowego dorośli mi nie powiedzieli, w dalszym ciągu błądziłem wśród pytań, dlaczego, skąd i w jaki sposób, choć znałem już przebieg dni lutowych, gazety o tym pisały. A gazet było wtenczas mnóstwo, mogłem czytać a czytać, ludzie zachłystywali się wolnym słowem, pławili się w niezależnej prasie, kto chciał, a miał na papier i druk, wydawał pismo, wychodziły więc pisma polityczne, społeczne, literackie, żołnierskie, robotnicze, ludowe, młodzieżowe, regionalne, elitarne, apolityczne, mistyczne i sprośne, jak “Wieniera”, którą zaczął wydawać Szukszyn, bo miał trzy budki z kwasem i papierosami.
[...]
Tłum rzucił się do tyłu i byłby nas przewrócił, gdyby nie słup telegraficzny, uderzyłem o niego plecami, czapka zleciała mi z głowy, Tania wczepiła się w moje włosy, złapałem się oburącz słupa, a nikogo już nie było przede mną, tylko ten generał na B, którego raz koledzy pokazali mi na ulicy mówiąc, satrapa, znęca się nad żołnierzami. W rozpiętym szynelu zmykał co tchu, generalskie wyłogi majtały, ich czerwień biła w oczy żałosną jaskrawością, czymś jarmarcznym, biegł prosto na nas z rewolwerem w ręku. Ścigający go żołnierze, których był powstrzymał ostrzeliwując się przed chwilą, podnieśli karabiny, ale się zawahali mając nas na linii strzału, dzięki temu zdążył dopaść sań, dziesięć kroków ode mnie, widziałem go wyraźnie, ledwo łapał oddech, szary z przerażenia staruszek, zdołał tylko wychargotać: ruszaj! Ale izwozczyk [z ros. taksówkarz – przyp. aut.] nie mógł ruszyć, na defiladę nadciągała właśnie jakaś spóźniona i dobrze prezentująca się kompania, jej dowódca na widok obleganego w sankach generała rzucił komendę i kolumna stanęła jak wryta błysnąwszy bagnetami na rozwścieczonych żołnierzy. Sypnęły się stamtąd wyzwiska i wyrzuty: a coście poszaleli, że na swoich z bronią? i kogo wy bronicie, tego skurwysyna?! Nastroszona szczecina bagnetów drgnęła, generał chciał wyskoczyć z sań, ale izwozczyk, który oglądał się, obracał na koźle to do tych z bagnetami przed nim, to znów do tamtych wrzeszczących z tyłu, raptem uniósł się jak w strzemionach i ciął generała batem przez twarz, generał zwalił się i zaraz wyleciał wyrzucony w górę, szmaciany Pietruszka z szarmankowego [z ros. katarynka, katarynkowego – przyp. aut.] bałaganu, runął w żołnierską, sukienną masę. Stunożna masa dreptała teraz z pomrukiem, z chrobotem, wlokła, rozdrabiała zajadle, zewsząd zbiegali się żołnierze, cywile, kobiety i nad całym tym opętaniem świdrował dziecięcy krzyk Tani: oni go biją, powiedz, dlaczego oni go biją! Zdjąłem ją z ramion, postawiłem, bo już byliśmy sami na rogu, wszystko kotłowało się coraz dalej od nas. Zacząłem szukać czapki, czapka na głowie, o tym tylko myślałem, to mi się wydawało najważniejsze, najpilniejsze. A kiedy w końcu znalazłem ją zdeptaną, podartą, z ułamanym skrzydełkiem srebrnego znaczka gimnazjalnego, kiedy otrzepywałem to coś, co przed kwadransem było czapką, ujrzałem Lilę Sołowjową z siódmej klasy gimnazjum żeńskiego, gwiazdę naszej sceny szkolnej, niezrównaną w heroinach z poetyckiej wizji, biegła ulicą wymachując tryumfalnie strzępem generalskiej podszewki, subtelna Lila Sołowjowa, nasz ideał, tęsknota nasza, uosobienie słodyczy dziewczęcej i czaru, pędziła na złamanie karku z ustami wykrzywionymi dzikim, krwawym śmiechem, z oczami pijanej wampirzycy.
[...]
Pierwszy przemawiał z niego komendant garnizonu, ten właśnie generał na B, co został rozszarpany przez tłum, jakeśmy to widzieli z Tanią, potem wchodził na szafot kto tylko chciał i dziwne, od rana do wieczora, jak dzień cały, nie brakło tam chętnych. Zawsze ktoś przemawiał i zawsze łuskając pestki stali na dole słuchacze, głównie żołnierze. Takiej masy żołnierzy nie widziano dotąd, nie domyślano się nawet, rewolucja wypuściła ich z koszar, eszelonów, etapów i wszelkich innych pojemników czasu wojny, wylegli raptem na ulice i snuli się wszędzie w rozchełstanych burych płaszczach, bezbronni i z bronią, solidarni, podrażnieni i wyglądający czegoś, miasto od nich burawiało [inaczej: szarzało – przyp. aut.] i zatracało się jak po najeździe albo przed zagładą. Co dzień po lekcjach, w drodze do domu, szuraliśmy przez sypki pokład łusek otaczający szafot, noga w tych łupinach grzęzła po kostkę, staliśmy w zbitym lub rozsypanym tłumku, zadzierając w górę głowy, chwytaliśmy rzucane słowa, podziwialiśmy twarze i gesty oratorów, ich mowy, porywające i nudne, podniosłe i proste, biliśmy brawa, gwizdaliśmy łuskając słoneczniki wraz ze wszystkimi jak na każdym widowisku, samym sposobem wypluwania pestek wyrażało się podziw, aprobatę, protest, obojętność czy zachętę, ani przez myśl nam nie przeszło, że z szafotu przemawia rewolucja i że dla nas, gołowastików, nadchodzi oto pora inicjacji politycznej. Na początku, w dniach marcowych, wszystkie głosy były zgodne, brzmiały patetycznie i odświętnie. Z obnażonymi głowami, jak ze stopni ołtarza starzy i młodzi witali rewolucję, mówili tak, że się wprost czuło jej wielkie, przyświecające wszystkim pąsowozłote R. Potem rewolucja przemówiła heroicznie głosami bojowników o wolność, wyszli z zesłania, z więzienia, z katorgi, z mroków konspiracji i zaklinali na święte ideały braterstwa i równości, na pamięć poległych i umęczonych, byśmy strzegli zdobytych swobód i praw człowieka i obywatela, żeby się nie skończyło jak w dziewięćset piątym roku, gdy po zwycięstwie ludu wróciły jednak czarne czasy reakcji. Nie bardzośmy wiedzieli, co to właściwie jest reakcja, ale skoro była czarna, wołaliśmy ze wszystkimi “precz” i “nigdy”, w ogóle trzymaliśmy z socjalistami, wkrótce jednak zobaczyliśmy, że nie można być socjalistą w ogóle, na rusztowanie wstępowali coraz to inni socjaliści, każdy wierzył tylko w swój socjalizm i nawoływał tylko do swej partii, należało zatem wybrać i zostać pewnym szczególnym socjalistą. Największą popularnością cieszyli się u nas w klasie socjaliści rewolucjoniści, zresztą nie tylko u nas było ich najwięcej. Ta partia o najstarszych tradycjach rewolucyjnych, głośna echem niezliczonych aktów terrorystycznych, zamachów i powstań, wydawała się nam partią najbardziej zdecydowanych socjalistów, rewolwerem i bombą walczących o ziemię dla chłopów, o wolność dla wszystkich.
[...]
Przyjrzała mi się potem, nie bardzo widać zadowolona z wyrazu mej twarzy nie, powiedziała, chcę, żebyś pamiętał! – i pocałowała tak, że zrobiło mi się słodko i paląco, jakby wiśnię z nalewki babuni roztarła na moich wargach. W domu stanąłem przed lustrem, usta wyglądały jak dotąd, zwyczajnie do mówienia, jedzenia i gwizdania, a jednak zdawały się nabrzmiewać bezwstydnie, całowane usta, patrząc na nie czułem ciepło i zapach Lizy i dreszcze na myśl, a więc już się zaczyna to, od czego mężczyźni tracą głowę, o czym wieszcze piszą w nieśmiertelnych poematach i chłopcy na ścianach w ubikacji. Liza w snach i marzeniach dręczyła mnie i upajała swą cygańską urodą, cudna Esmeralda albo księżniczka Tamara, dla której Demon byłby się wyrzekł całej samotnej wieczności i władzy nad światem. Pragnąłem, by znów mnie pocałowała, wybierając się do Kazarkinów, pucowałem się, szczotkowałem, myłem zęby, ale wszystko na nic – ten pocałunek już się nie powtórzył. Nawiasem mówiąc, w jakiś czas potem odczułem istnienie brodawek. Do tej pory nie odczuwało się ich, z całego ciała wydawały się czymś najbardziej obojętnym i zbytecznym, takie dwa śmieszne i absurdalne na piersi chłopca pieprzyki, naraz poczęły twardnieć, uczuliły się na dotyk, nabrzmiewały. Przestraszyłem się. Bo Riabcew opowiadał, a Riabcew znał się na sprawach płci jak nikt w klasie i on właśnie powiedział, że zdarza się też i trzecia płeć, nie on ani ona, tylko ono, i to ono jest do pępka mężczyzną, a powyżej kobietą z piersiami jak u mamki. Teraz strach, że mogę zostać takim onym, stał się zmorą moich dni i nocy. Co chwila dotykałem piersi, sprawdzając, czy aby nie rosną, a im bardziej dotykałem, tym wyraźniej czułem, że rosną. Wpadłem w ciężką depresję, nie wiedziałem, jak się skryć z moim wstydem i co w ogóle zrobić z sobą, utopić się czy powiesić. Szczęściem mama dostrzegła, że coś się ze mną dzieje niedobrego, i wypytała zręcznie o wszystko. Dzięki niej oprzytomniałem. Po prostu rosnę, staję się mężczyzną, a to ciężkie przejście, powiedziała mama, będę gorączkował uczuciowo, przechodził rozdrażnienie, roztargnienie, apatię, muszę teraz na siebie uważać…
[...]
A wiesz, co jest potęgą państwa, zapytał Jewgienij Pietrowicz, wiesz, co tworzy prawdziwą jego potęgę? Armia, powiedziałem bez namysłu. Nie, mój chłopcze, o potędze państwa stanowi jego e-ko-no-mi-ka, wysylabizował dobitnie i widząc moje zdziwienie, zaraz wytłumaczył nowe, dziwne słowo, ekonomika, to znaczy całe gospodarstwo narodowe, wszystkie jego stosunki i zdolności gospodarcze, rolnictwo, handel, transport i przemysł, przede wszystkim przemysł. Dziś o zwycięstwie decyduje technika i organizacja, gdybyśmy nawet mieli wodza na miarę Cezara i Napoleona, to wszystko jedno, taki Cezar Iwanowicz Napoleonow, nie wygrałby z Niemcami za rządów carskich. Teraz co innego, Niemcy są już mocno wyczerpane i wygłodzone, Rosja natomiast przeżywa niebywały zryw patriotyczny, odrodzenie państwowe i ekonomiczne, Rosja musi wygrać, a wtedy, pomyśl tylko, jakie wtedy możliwości, jaka przyszłość! Gdy Jewgienij Pietrowicz dochodził do przyszłości Rosji republikańskiej i zwycięskiej, a często powracał do tego mirażu, to nieraz zapominał, do kogo mówi, sypał cyframi, terminami z taką gestykulacją, jakby przemawiał z szafotu do tłumu na placu katedralnym, mógł, dajmy na to, zawołać – wskaźnik industrializacji w ostatnim dziesięcioleciu jest u nas wyższy niż kiedykolwiek w dziejach przemysłu amerykańskiego! co to znaczy? to znaczy i znów coś nie bardzo zrozumiałego o tym, jakie będzie tempo industrializacji po wojnie, w warunkach swobodnego rozwoju i bez zagrożenia ze strony kapitału niemieckiego, to dopiero będzie tempo! – zreflektowawszy się wyjaśniał to i owo, z mgławicy niepojętych słów i rzeczy wyłaniało się rusztowanie prostej koncepcji, oto skończył się carat, skończy się i rewolucja, bo chłop dostanie ziemię, według takiej lub innej ustawy, ale dostanie, a kiedy będzie miał jej pod dostatkiem na wieczystą własność, to zaniecha buntów i zakrzątnie się dokoła swej zamożności jak niemiecki bauer, jak amerykański farmer, a robotnik będzie miał swe osiem godzin, ustawy ochronne, ubezpieczenia, związki i meble na raty, nie zechce mu się ryzykować tym wszystkim, najwyżej będzie walczył po angielsku, by urwać jeszcze jaką reformę z ogólnego dobrobytu.
[...]
Tego jeszcze dnia prosto z lekcji poszedłem do głównej w Penzie księgarni i poprosiłem o stenografię. W drodze do domu, przerzuciwszy parę kartek wstępu, wiedziałem już, że stenografia to sztuka pisania z szybkością mowy, 120, nawet 130 słów na minutę, każdego mówcę można dogonić, choćby trajkotał jak opętany. W oczach powszechnego postępu, czytałem, w dobie elektryczności, telegrafu i awiacji, ludzie wciąż się jeszcze mozolą tym samym mniej więcej barbarzyńskim pismem sprzed dwóch tysięcy lat, to wstyd, człowiek dwudziestego wieku powinien posługiwać się pismem lekkim jak piórko kolibra i lotnym jak myśl. Zrozumiałem. Żywe słowo teraz wiele znaczy, nastały czasy trybunów, kaznodziei i proroków, Minc każdego mówcę, jaki mu się tylko spodoba chce mieć w brulionie i chce być człowiekiem dwudziestego wieku, ano zobaczymy, kto tam będzie pierwszy. Zabrałem się do stenografii, a nie była jak piórko kolibra, ciężka była i nudna, ćwiczyłem jednak codziennie do końca roku szkolnego, a podczas wakacji w niepogody i kiedy zdarzył się pusty dzień, od jesieni znów systematycznie, tak że gdzieś w grudniu, w każdym razie przed przewrotem, bo w Penzie październik wypadł w styczniu, na samym początku osiemnastego roku, a mój wielki dzień nastał przedtem – kiedy Minc położył przed sobą na pulpicie wąskie paski papieru i trzy ostro zatemperowane ołówki Faber nr 2, jak zwykł był czynić od pewnego czasu przed ważniejszym wykładem, to i ja wyłożyłem paski papieru i trzy ołówki, on zaczął notować historyka, ja także. Po historii spytałem najzwyklejszym tonem, starałem się, by głos nie zdradził mego tryumfu ani aktorstwa, spytałem więc niby mimochodem: masz już skrót na jego niemniej jednak, on wciąż powtarza, niemniej jednak i niemniej jednak, trzeba by zrobić specjalny znak…
[...]
Dowiedziałem się, że w czasie wakacji, kiedyśmy się włóczyli z bierdanką, Brusiłow zdołał przerwać front niemiecki, niestety, mógł to uczynić głównie bagnetami udarnych batalionów, fatalna koncepcja, jaka się zrodziła w sztabie na skutek rozkładu armii. Nie mając pewności, które oddziały ruszą, a które nie ruszą, wybrano co najlepszych, najbardziej zdyscyplinowanych żołnierzy i oficerów i uformowano bataliony szturmowe, by dały przykład, porwały za sobą pozostałe pułki. Owe bataliony śmierci rzeczywiście uderzyły, przedarły się i poległy. Nikt ich nie podtrzymał, w sąsiednich jednostkach nadal wiecowano, roztrząsano, pokój czy wojna, pomóc czy nie pomóc tym udarnikom [z ros. strajkujący – przyp. aut.], a Niemcy oprzytomnieli z porażki i jak natarli, to nie było już siły, by ich powstrzymać, armia pierzchła, dywizje zmykały jak oszalałe stada tratujące wszystko po drodze – to był pogrom, kompletny pogrom. Rotmistrz Bek Achmadarow, nasz sublokator, powiedział, że żołnierz walczy bohatersko tylko wtedy, gdy się boi. Pomyślałem, że jest wstrętny, to nieprawda, po prostu bredzi po pijanemu, pił teraz dużo i głośno nie licząc się z protestami mamy ani z danym kiedyś słowem oficerskim, że będzie się zachowywał przyzwoicie, ale tego dnia Bek Achmadarow pił niewiele i raczej refleksyjnie, a tak, mój malczyk [z ros. chłopczyk – przyp. aut.] – mówił ponuro kiwając kudłatą czarną głową i gardłowy akcent kaukaski, ten sam, jaki później wyczułem u Stalina, przebijał się wyraźniej niż zazwyczaj – tak, mój malczyk, żołnierz musi wiedzieć, że jeśli nie pójdzie do ataku, to zostanie rozstrzelany. Nie ma i nie będzie wojska bez strachu, to jest jasne, dla każdego oficera, tylko adwokaci wierzą w słowa. Kiedy adwokat staje na czele armii, to mu się zdaje, że może porwać do boju przemówieniami, pójdą w ogień dobrowolnie, będą umierać świadomie i zwycięsko dla republiki, dla świętej demokracji, dla niego, złotoustego adwokata Kierenskiego!
[...]
Wśród stałych gości widywało się tam księgowego, nie pamiętam nazwiska, mniejsza o to, był dość aktywnym eserem [bojownikiem partii socjal-rewolucyjnej stosującej terror indywidualny – przyp. aut.] w rewolucji piątego roku, parę lat potem spędził na zesłaniu w jakiejś wsi syberyjskiej, a po wybuchu wojny został przesiedlony do Penzy pod dozór policji i Kazarkin zatrudnił go u siebie w charakterze księgowego. W siedemnastym roku, z chwilą obalenia caratu, nie zajmował się już księgą główną Kazarkina, urzędował gdzieś w dumie miejskiej, zachował jednak dawną zażyłość z domem byłego pryncypała, stary kawaler, trochę mruk, trochę dziwak, zbierał ikony i gwoździe ręcznej kowalskiej roboty, jedne i drugie reprezentowały w jego oczach lud rosyjski, kwintesencję rosyjskości. Kazarkin lubił z nim podyskutować, a dyskusje prowadził na sposób Sokratesa, zadając coraz to nowe i nowe podchwytliwe pytania, erotematycznie, jak powiedziałby pedagog, aż w końcu przypierał do muru przy socjalizmie, że skoro nie widzą na razie możliwości wprowadzenia w Rosji socjalizmu i proszą ich, kadetów, do Rządu Tymczasowego, to czemu, u licha, eserowskie sowiety dyktują temu rządowi z pozycji siły, toć to bałagan, dwa rządy, dwie władze w kraju. Albo w drugiej sprawie, w sprawie stosunku do wojny, bo tylko te dwie rzeczy najbardziej wszystkich podniecały i różniły, socjalizm i wojna, tak długo wypytywał i kluczył, dopóki nie stanęli przed alternatywą, trzeba było wybierać, albo iść za bolszewikami, precz z wojną, pokój natychmiastowy, spontaniczny, żołnierze wszystkich armii, łączcie się bratersko, albo walczyć w obronie republiki i dbać o mocną, zdyscyplinowaną armię, tymczasem wy, mówił Jewgienij Pietrowicz, prowadzicie politykę: Bogu świeczka i diabłu ogarek, w ten sposób dogadzając komitetom żołnierskim wojny nie wygracie, a niewinność socjalistyczną wszystko jedno stracicie, bolszewicy zawsze będą bardziej socjalistyczni? Mniejsza o to, jakie padały słowa i repliki, chodzi o istotę sporu, o stanowiska, a to pamiętam na równi z wrażeniem, że w tych dyskusjach Jewgienij Pietrowicz wiedział, czego chce, a jego oponent nie bardzo.
[...]
Ale intrygowały wyczytane wiadomości, co to za zamach, pewnie znowuż jakaś korniłowszczyzna, tylko z innej beczki, chciałem wiedzieć dokładnie, a któż mógł wyjaśnić lepiej niż Jewgienij Pietrowicz. Było dopiero południe, pora ani na obiad, ani na przyjęcia, w salonie Kazarkinów było jednak pełno ludzi, przyszli jak ja, żeby się czegoś dowiedzieć, wstrząśnięci, wystraszeni grozą, jaka powiała z Piotrogrodu, lecz Jewgienij Pietrowicz promieniał dobrą myślą i optymizmem. Tłumaczył, że nie ma powodu do rozpaczy, przeciwnie, lepiej, że się to stało, przynajmniej sytuacja wyklaruje się do czysta. Ale Aurora! – jęknął któryś z gości. No i co, że Aurora, obruszył się Jewgienij Pietrowicz, niech się pan otrząśnie z mitologii, to nie bogini dała salwę, żadna siła nie utrzyma bolszewików dłużej paru tygodni. A gdyby nawet!
[...]
Lecz ci, co przyszli po niego, także byli dzicy, zupełnie, ale to zupełnie niepodobni do bojowników z pieśni i legend rewolucyjnych, tacy sami rozbijali magazyny monopolowe w Piotrogrodzie i w Penzie, szli za bolszewikami, poszliby i za Chińczykami, za każdym, kto schlebia im i wszystko obiecuje, biedni ludzie, straszni ludzie, tacy właśnie kosili z karabinów maszynowych tyralierę dziewcząt przed Pałacem Zimowym. Ze wszystkich zasłyszanych okropności to najbardziej wstrząsnęło mamą, owe ochotniczki, które uformowały udarnyj [z ros. szokujący – przyp. aut.] batalion żeński by bronić ojczyzny przed Niemcem, a poginęły od kul rodaków w obronie legalnego rządu. Nie mogły nie widzieć całej nieudolności i tragizmu tego rządu, któremu pozostały wierne tylko plutony młodzieży szkół wojskowych i one, kobiety w burych szynelach. Być może idąc na pewną śmierć chciały po prostu przypomnieć mężczyznom słowa przysięgi i kilka innych słów, że nie są pustym dźwiękiem, w każdym razie one jedne ruszyły spod pałacu do kontrataku na bagnety, szaleństwo, szaleństwo świadome największej ofiary – mama poszła na mszę żałobną po nich. Mimo że od dawna – gdzieś to już wyjaśniłem – nie chodziła do cerkwi, w chwilach rozterki i depresji szukała ukojenia w kościółku przy ul. Lekarskiej, tym razem poszła na specjalną panichidę [u prawosł. nabożeństwo żałobne – przyp. aut.] do soboru, gdzie miano odprawić „wiecznuju pamiat” [z ros. wieczne odpoczywanie – przyp. aut.] dziewczętom tego batalionu. Tymczasem panichida ta zbiegła się z nowym wydarzeniem o jeszcze większej liczbie ofiar – po tygodniu walk poddała się Moskwa – modlono się w ogóle za dusze poległych w Piotrogrodzie i Moskwie, tłum klęczał rozełkany, z modłów i jęków biła groza i rozpacz, coś z apokalipsy…
[...]
W grudniu tuż przed Wigilią według starego stylu, to znaczy w pierwszych dniach stycznia 1918 roku według nowego stylu (kalendarz gregoriański Rada Komisarzy Ludowych wprowadziła od 1 lutego tegoż roku) udałem się do filii banku państwa, gdzie pracował Wincengerode, ojciec Sieriożki. Pozwolił nam, mnie i Sieriożce, pisać na maszynie. Usiedliśmy w jednym z bocznych pokoików, ciemnej klitce, gdzie woźny dmuchał w samowar gotując herbatę dla personelu i zabraliśmy się do przepisywania materiałów na użytek “Machaonu”. Nie wiem, kiedy i z jakiej racji kółko literackie naszego gimnazjum nazwano “Machaonem”, ktoś mi tłumaczył, że to motyl, barwisty motyl z rodziny paziowatych – myślę, że po prostu słówko skusiło, takie dziwne, z głębszą metaforą dla wtajemniczonych. Na jesieni zostałem dopuszczony do “Machaonu”, przyjąłem to nie bez tajonej dumy, zwłaszcza wobec Minca, w “Machaonie” bowiem wyżywali się literaci najstarszych klas, ósmej i siódmej, byłem najmłodszym jego członkiem, jedynym z piątej A, toteż zwalano na mnie wszelkie techniczne roboty. Przechodziliśmy w tym kółku znamienną ewolucję od Leonida Andriejewa do Gorkiego-publicysty.
[...]
Pierwszy raz znalazłem się w ogniu, więc pamiętam ten dzień – 29 maja 1918 roku – data nie bez znaczenia w historii wojny domowej. W tym dniu nadeszła depesza Trockiego w sprawie legionu czeskiego – ultimatum dla Czechów, by złożyli broń, jeśli chcą kontynuować swą marszrutę do portów nad Oceanem Spokojnym i rozkaz dla garnizonu miasta: zatrzymać, nie puścić dalej żadnego eszelonu czeskiego z wyposażeniem bojowym. Dowiedzieliśmy się o tym po bitwie, a w przededniu jej chłopcy, którzy chodzili popatrzeć na Czechów przy dworcu, powiadali, że to piękne i wesołe wojsko, orkiestra i łaźnia w każdym pociągu, w ogóle jadą jak na paradę. [...] Zostaliśmy sami, nie rozumiejąc, co by to mogło znaczyć, a na pauzie, kiedyśmy wyszli z przyziemi, gdzieś daleko przy dworcu rozległy się pojedyncze strzały, zlały się potem w sypką strzelaninę. Zwolniono nas z lekcji, żebyśmy natychmiast najkrótszą drogą wracali do domu nie kręcąc się po mieście, co było niemożliwe, musieliśmy popatrzeć, posłuchać, bodaj otrzeć się trochę o prawdziwą wojnę i wtedy właśnie trafiłem między dwa ognie. Byłbym się wysunął zza rogu i wyszedł na skrzyżowanie, gdyby nie rozdzierający, zdławiony raptem skowyt, wówczas padłem. To nie ptaszki skwirzyły w powietrzu i nie chrabąszcze plaskały o kamienie. Pies telepał się na bruku i charczał, mordą w czerwonej kałuży, strzelali z góry i z dołu, rynsztokowy rowek ledwo mnie krył, mogli zabić jak psa, w jego oczach stała mętna śmierć, obrzydliwe do mdłości zdechnięcie z flakami na bruku, dygotałem, nie chciałem do raju, modliłem się przywierając ciaśniej do ziemi cuchnącej pomyjami, aż ogień ustał i z dołu zbliżył się tupot. Uniosłem głowę. Szybkim krokiem, pół biegnąc, posuwali się pod górę Czesi. Odetchnąłem, a więc już po bitwie, skoro tak idą w równych szeregach przez całą ulicę, bez krzyku, bez strzału, z karabinami na paskach i dowódca na drewnianym chodniku krokami swoimi i trzcinką, chlaszcząc rytmicznie o cholewę, wybija tempo ich marszu. Dopiero gdy nad moją głową, od wylotu Sadowej, ocknął się i załomotał karabin maszynowy, oficer rzucił po czesku komendę, i oni, zerwawszy z ramion broń, przemknęli w furiackim ataku na bagnety, zdałem sobie sprawę z tej wyzywającej i straszliwej brawury. Jej ryzyko i grozę wyjaśnił stary dwornik nieco później, gdy stałem w tłumie gapiów nad pokłutym trupem przy karabinie maszynowym na rogu Sadowej, i on, ten dozorca, tłumaczył, że najstraszniejszy to właśnie taki atak w milczeniu i przepisowym ordynku, z hamowaną pasją, można przy tym dużo ludzi potracić, ale jak już dopadną wroga, to choćby została ich garstka, rozniosą wszystko na bagnetach i nikomu nie darują, on to wie, był na wojnie, i ci z czerwonej gwardii też chyba wiedzieli, dlatego nie wytrzymali tego milczenia i uciekli, ale młody, co tu leży, prosto widać z cywila, portki jeszcze cywilne, wojskowych nie zdążył zafasować, cóż, strzelał biedak do ostatka i do tegoż jeszcze nie umiał, tylko psa przypadkiem ubił…
[...]
7 stycznia 1918 roku, a więc w czasie rokowań brzeskich, zamaszystym odręcznym gotykiem, wymienia obszary, jakie mają zostać po wojnie na zawsze pod panowaniem niemieckim, mianowicie – Finlandia, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Ukraina i Krym. Wszystkie te kraje odrywały się i uchodziły we własne dzieje, tak samo Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, Sejm Kaukaski ogłosił ich niepodległość, szczelina oddzielności pękła aż po krańce podbojów carskich w Azji Środkowej, władza radziecka trzymała się już tylko w samej Rosji, a i tu się wykruszyła, wielka kra kołując zdawała się rozpadać na odłamy, niezawisły rząd Syberii w Omsku, Dyrektoriat w Ufie, Komucz w Samarze, rząd uralski w Jekaterynburgu, nawet w Jarosławiu, ledwo Sawinkow zawładnął miastem, proklamowano Republikę Jarosławską. I na to, co zostało przy sowietach, na ten skrawek z Moskwą pośrodku, nacierał cały zastęp generałów, Abramow (nie z rodziny ojca, rostowczanin, dowódca 2 korpusu kozaków dońskich), Biełow, Dutow, Gajda i tak dalej do końca alfabetu, a najwięcej na K, Kaledin i Krasnow, dwóch atamanów i paru generałów, Kappel, Kutiepow, Kozłow i admirał jeden, ale jaki admirał, Kołczak, od Pacyfiku do Wołgi wódz naczelny, wielkorządca ziem wschodnich, jak Denikin na południu, jak Judenicz na zachodzie pod Piotrogrodem. Wszyscy trzej posuwali się zgodnie, koncentrycznie, a za nimi misje wojskowe: angielska, francuska, japońska, amerykańska, nie zabrakło i Turków, przyszli na Kaukaz, ani Polaków, wylądowali w Murmańsku, posępne ptactwo siadało w podskokach wykrakując bliski krach. Pierścień białych zaciskał się i dusił, a wewnątrz hulała anarchia. Przez Moskwę po zmroku nie można było przejść ani przejechać, nawet Lenina zatrzymano pewnego razu i zabrano mu auto, czarne flagi powiewały wokół Kremla urągając władzy komisarzy ludowych, uzbrojeni po zęby anarchiści pozajmowali najokazalsze rezydencje i pałace, robili i brali co chcieli, przyboczne oddziały strzelców łotewskich wybijały ich z tych gniazd, a pierścień generałów zaciskał się w pętlę, a od wewnątrz rozsadzało podziemie, wybuchały bunty, spiski, zdrady – zdrada dowódcy frontu wschodniego Murawiowa, powstanie eserów w stolicy, zabójstwo posła niemieckiego, zabójstwo Wołodarskiego i szefa piotrogrodzkiej Czeka Urickiego, Dzierżyński ruszył z Łotyszami do Piotrogrodu, tymczasem w Moskwie postrzelono Lenina – to był koniec, jak się zdawało, ostateczny krach, echa tych strzałów rozbrzmiewały podzwonnym wszystkiemu, co powstało z Lenina, czego Trocki już nie utrzyma…
[...]
Wkrótce potem ojczym wrócił z niewoli. Oflag miał na twarzy ziemistej, wyschniętej i skamieniałej, straszliwie wychudzony, skóra i kości, ale Niemców, ich pracowitość, organizację, schludność, nadal podziwiał i o armii niemieckiej wyrażał się z jeszcze większym uznaniem, obiektywnie, jak inżynier o maszynie w innym przedsiębiorstwie, chciałby taką zmontować u siebie. Wrócił z Kozakiem orenburskim, który po dawnemu mówił do niego wasza wielmożność, w ogóle zachował postawę, zdrowie i urodę z pierwszego roku wojny, kiedy trafił do niewoli, chwacki Kozak z czarnym wąsem i czubem milion razy powielany kiedyś na plakatach rządowych, tylko bez owej patriotycznej dzikości w oczach, łagodny, o zadumanym spojrzeniu i delikatnie zręcznym obejściu, przetrwał na robotach u bauera, mógłby się tam wżenić w gospodarstwo, mało brakowało, wyznał mamie przy stole, a więc nie byli razem w obozie, poznali się gdzie indziej i jakieś inne, nie obozowe, przeżycia musiały związać ojczyma z tym prostym Kozakiem. Zupełnie nie w jego stylu. Zawsze dbał o żołnierza, rannego byłby wyniósł z pola walki, ale nie znał go poza służbą i nigdy by do domu nie zaprosił. Teraz wprawdzie jego tytułowanie waszą wielmożnością przyjmował jak należność i odpowiadał regulaminowym, stosownym dla szeregowca ty, jednakże zaraz po przyjeździe poszedł z nim razem do łaźni, przyjął i gościł u siebie, traktując go na równi z sobą w stosunkach towarzyskich. To było nowe. Kozak wybierał się dalej na swój chutor w stepach orenburskich, gdzie panował generał Dutow, sądziliśmy, właściwie mama tego się spodziewała, że ojczym także pojedzie do Orenburga, do Dutowa, rozwiązałoby to na razie sprawę, którą się dręczyła – krótko i poprawnie z sobą żyli, wojna ich rozdzieliła, a gdy się spotkali po latach, byli sobie całkiem obcy.
[...]
W Symbirsku, dokąd przenieśliśmy się tejże zimy, zostawiając Tanię z ojczymem, bo córkę zatrzymał przy sobie, poczuliśmy się raźniej pośród swoich u wuja Stefana. Miasto nam się spodobało, ładniejsze od Penzy, strzeliste, przewiewne, tchnęło rześkością i nadzieją, polubiliśmy je wkrótce i jak się okazało, nie zawiedliśmy się na nim. I chyba sympatia, wytrzymawszy próbę czasu, kazała mi później wybrać Symbirsk na przyczółek dla akcji “Pamiątki z Celulozy”. “Miasto było nie duże, ale i nie małe – średniej wielkości miasto rosyjskie, budowane nie tyle przez kupiectwo, co przez szlachtę. Dlatego mniejsze tu były hale targowe i uboższe cerkwie niż w innych miastach gubernialnych na lewym brzegu Wołgi, ale okazalsze zimowe rezydencje ziemiaństwa, ładniejszy teatr i konserwatorium, więcej młodzieży, bo aż kilka gimnazjów i korpus kadetów. Na Starym Wieńcu, w tej dzielnicy na wysokiej górze, okolonej rzeczywiście wieńcem sadów, stała kanarkowa willa kupca Gołubcowa. Gdy kupiec uciekł z admirałem Kołczakiem, sąsiedzi podzielili się płotem, dobierając się już do willi, ale zjawiła się pani Teresa i z polecenia ludowego komisariatu oświaty wywiesiła szyld w dwóch językach: Dom Dzieci Polskich i po rosyjsku: Polskij Dietskij Dom. Okna wychodziły na Wołgę, płynącą wysoką wodą do ostatniego przełomu w Kredowych Górach Żygulowskich. Tamten brzeg, żółtawy i płaski, podcieniony gdzieniegdzie lasami, widziało się w lecie. A gdy przychodziła wiosna, odurzająca wiosna nadwołżańska, która trwa tydzień i mija jak upojenie, wtedy nic się nie widziało prócz żywiołu. Wołga rozlana na dwadzieścia pięć kilometrów pędziła z głuchym rykiem stada żółtobiałej kry, niosła zielonkawe złomy lodu, chałupy i drzewa.
[...]
W czasie, o którym mówię, na przedwiośniu dziewiętnastego, musiałem już sympatyzować z czerwonymi, skoro zbiegłym do białych kuzynom wyrzucałem z pewną nutką wyższości, czegoście się zlękli, głuptasy, Czeka nie walczy z gówniarzami, pamiętam oczy słuchających królików, półmrok szopy i jak mi się robiło nieswojo na myśl, że biali mogą jednak wrócić. To było przed ofensywą, decydującą ofensywą, która rozgromiła Kołczaka, jeszcze nie wyszła z Symbirska, żyło się niepewnością strefy przyfrontowej, może jutro przyjdą biali? Nie powiem, żebyśmy się ich bali, nic by nam chyba nie zrobili, bo i za co? – aleśmy wszyscy, wuj Stefan z rodziną, mama i ja, czuli do nich odrazę za okrucieństwa i obskurny program. Wprawdzie bolszewicy nie wyglądali łagodnie, w ich Czeka działy się, mówiono, także straszne rzeczy, ale myśmy tego w Penzie nie widzieli, nie zetknęliśmy się bezpośrednio, tymczasem w Symbirsku, kiedyśmy tam przybyli, ziemia jeszcze nie obeschła na mogiłach pomordowanych, pełno było wdów i sierot po nich i świadków zajadłej mściwości starego porządku. Te momenty, odraza z powodu okrucieństw i zawód, że chcą, by było, jak było, odtrącały od białych, w puste miejsce sączyła się sympatia dla bolszewików, dzicy, bo dzicy, niepoczytalni i także okrutni, ale walczą o władzę robotników i chłopów, ale marzą im się niestworzone dzieje, chociaż kto wie, jeśli się dorobią inteligencji… Nieprzejednana do niedawna negacja poddawała się, napotkani bolszewicy, komrot [odpowiednik porucznika – przyp. aut.], Hannibal, Ksenofontow, Warejkis, robili swoje, reszty dokonała wiosna dziewiętnastego roku, roku rwącego w przełomowe wydarzenia wśród straszliwych walk i wielkiej na wieki, na świat cały nadziei.
[...]
Żeby przerwać milczenie, zwrócił się do mnie, co czytam. O wojnie chłopskiej w Niemczech, odrzekłem znad grubego Kautskiego. Zdziwił się, nie słyszeliśmy, nic nam jeszcze nie doniesiono… Ale to było dawno, towarzyszu komrocie, to było w szesnastym wieku… W szesnastym? powtórzył i bujać się przestał wytężając wzrok, jakby chciał przebić gęstą mgłę, to chyba jeszcze przed Aleksandrem Pawłowiczem, przed Kutuzowem? Nie stało mu widać historii, jakiej liznął był w szkółce parafialnej, potem w szkole podoficerskiej, historii ojczystej do wojen z Napoleonem, dalej nie sięgnął, nie wiedział, nie mógł sobie wyobrazić, co się działo gdzie indziej i kiedy indziej. Ano, poczytaj, poprosił, to może być ciekawe. Słuchał, powstanie wybuchło niebywałe, a przewodził mu Munzer, to komrot rozumiał, mieli swego Pugaczowa, ale wszystko inne? – obcy świat, słowa obce, feudalizm, reformacja, beneficja, patrycjat miejski, elektorzy sascy, anabaptyści – zniecierpliwił się, et, powiedziałbyś lepiej swoimi słowami. Zacząłem opowiadać, ale przybiegł żołnierz po niego, musiał wyjść i nie było go parę dni. Wrócił ze sztabu zmordowany, jednakże zadowolony, wyspał się, goląc się podśpiewywał, a kiedy przechodziłem, to przez uchylone drzwi zawołał do siebie i przy herbatce z wędzoną wobłą dokończyliśmy chłopską historię z szesnastego wieku, jak upadło powstanie. Nie zdążyli połączyć się z górnikami, orzekł komrot, zdziwiłem się, słowo w słowo jak Kautsky, gdyby chłopi wraz z robotnikami utworzyli armię, toby ich powstanie nie upadło, szkoda, a nie zdarzyło się wtenczas, że komuniści zajęli jakiś kraj, jakieś miasto chociażby? A tak, zdarzyło się to raz w Monasterze…
[...]
Dużo wtedy czytałem, szkoła często stała dla braku opału bądź profesorów albo z powodu reorganizacji. Postanowiwszy hartować silną wolę i czytać tylko poważne dzieła, przesiadywałem w bibliotece miejskiej, brałem raz Darwina, raz Marksa, to znów Spinozę, Spinozę dla samego nazwiska, o którym w szkole nie słyszano, a które trąciło najgłębszą filozofią; znużony, skołowany całą jego geometryczną, jakże ciężką “Etyką” sięgałem po “Trzech muszkieterów” i gnałem dumasowym gościńcem przygód, aż w głowie huczało, opamiętawszy się, wracałem skruszony do zadanej sobie żmudy nad przepastną filozofią spekulatywną, nad pochodzeniem gatunków lub akumulacją kapitału, mniejsza z tym, chodzi o to, że w bezładzie podobnego samokształcenia się odkrywałem coraz to inne dziedziny wiedzy, problemy, zjawiska, i brał mnie niepokój, ileż to lat trzeba tak czytać, czytać, ilu mądrych słuchać i pytać, żeby coś w końcu zrozumieć i wiedzieć na pewno, tymczasem dla komrota mimo całej jego niewiedzy, czy też raczej właśnie dzięki niej, wszystko było proste i jasne. Nie owiało go jak mnie w owym dziewiętnastym, a w moim szesnastym roku tchnienie wszechświata i wieczności, od wirowania Ziemi przez miliardy lat nie doznawał zawrotu głowy na myśl, jeśli Boga w tym nie ma, to co, jaka siła, jaki sens, a może nic, takie sobie ewolucje od ameby do człowieka i z powrotem? Nie dręczyły go koszmary, że jest trzepoczącą się muszką w potwornej pajęczynie konieczności, albo jeszcze gorzej, tylko ziarenkiem czegoś nie do pojęcia, tej przyrody, w której Bóg rozpłynął się i został, we wszystkim i nigdzie, deus sive natura [z łac. sentencja Spinozy: Bóg lub natura – przyp. aut.], szeptał smutny mądry Żyd z Amsterdamu, szlifując swe szkiełka, ledwo dostrzegalny pyłek unosił się nad nimi, szkło pod ścierniwem szeleściło, szept drążył, tyleż ty znaczysz i możesz co pyłek, zrozum, gdyby kamień rzucony naszą ręką mógł myśleć, myślałby na pewno, że leci z własnej woli – nie, komrot z własnej woli należał do partii i podążał z nią prosto do komunizmu, nic poza tym nie obchodziło go, niegodne uwagi, wszystko bowiem albo było przed Październikiem, zostało więc anulowane odnośnym dekretem komisarzy ludowych, albo dopiero miało być, miało być piękne i sprawiedliwe, o to się już partia postara! W dniach rozterki mojej i mgławicy ta jego wiara urzekała w jakiejś mierze, chciałbym mieć taką siłę i pewność swego, niekiedy widziałem siebie takim, kiedy indziej znowuż podobna prostolinijna jasność myślenia niby mistyczny stan łaski zaczynała irytować, patrzyłem na mego rozmówcę z ukosa, pod kątem jego prostactwa i zmyślałem w duchu sytuacje dramatyczne na uwikłanie, na rozszczepienie komrota, jak by się zachował, na przykład, gdyby partia kazała mu coś, a Czapajew kazałby zupełnie co innego.
[...]
Po uruchomieniu koronkowej siatki wywiadu i protekcji dostałem się do Wydziału Utylizacji w pomagnackim pałacyku, gdzie poza symboliczną pensją dawano dobry pajok [racja żywnościowa, najczęściej wojskowa – przyp. aut.], bo mąkę, krupy, olej słonecznikowy, czasem torebkę cukru. Naczelnik wydziału, obywatel Dariałow, człowiek zniewalającej inteligencji i uprzejmości vicomte [z fr. wicehrabia – przyp. aut.] de Bragelonne z wyglądu i obejścia, usłyszawszy nazwisko osoby polecającej i że znam stenografię, z miejsca mianował mnie utylizatorem pierwszego sektora. – Będziecie oficerem pokładowym, od porządku, bo ja na mostku kapitańskim muszę pilnować nawigacji. Nigdzie dotąd nie pracowałem, towarzyszu naczelniku, nie wiem, czy potrafię… Żachnął się – tak nie wolno, to brzmi demobilizująco – i z łagodnym wyrzutem pouczył towarzysza Lenina należy więcej czytać, kucharka potrafi kierować instytucją państwową, a wy nie? Tak oto znalazłem się w ogromnej sali biurowej, zbudowanej kiedyś na bankiety i tańce. Pod rzeźbionym, wysokim na miarę katedralną sklepieniem fruwały gołębie, które tu się gnieździły gruchając w gipsowym listowiu i na ramionach bachantek i bogów. Mimo coniedzielnych odstrzałów na rosół, jakich dokonywali z flowerku [inaczej: kwietnika – przyp. aut.] na przemian dozorca i zastępca naczelnika, ubytku w ptactwie nie odczuwało się dzięki stałej imigracji przez górne okienka o wybitych gdzieniegdzie szybach. Było cicho, przestronnie i dostojnie. Dwie korynckie kolumny, z prawa i z lewa, wspierały powagę mego urzędu, na jednej szyld w słowach obcych i enigmatycznych, jak to stawało się modne, obwieszczał Utylizator Pierwogo Siektora, czyli ja, a na drugiej był sam sektor, czyli miasto Symbirsk upstrzone różowymi punktami magazynów i wesołym, zieloniutkim kierunkowskazem czynności utylizacyjnych, na domiar wszystkiego z tyłu za biurkiem, za biurkiem antycznym, ciemnym i wielkim jak katafalk wisiała mapa guberni symbirskiej w kolorowych sektorach ze słupkami utylizacji i inną statystyką. Słowa łozungów [z ros. dewiza, hasło – przyp. aut.] biegnące po kapitelach od kolumny do kolumny wołały jak antyfony, czerwień falującej draperii rwała oczy, z obrazów patrzyli towarzysze Lenin i Trocki, jeden z przymrużeniem, drugi sceptycznie. Petent, kiedy tu trafiał, co się na ogół rzadko zdarzało, musiał czapkę zdjąć, dzieciństwo mu się przypominało i chram [z ros. świątynia, bożnica – przyp. aut.] w dniu Wozniesienja Christowa, tylko chóru nie było. Za tym katafalkiem między korynckimi kolumnami, niejako w cieniu akantu spod ich głowic, siedziałem sam jeden, pierwszy i ostateczny utylizator. Innych nie było. Dopiero na drugim końcu sali, pod draceną czy inną palmą egzotyczną w drewnianej donicy, tkwiła przy maszynie do pisania senna Serafima i coś lizała. Nieporadne, zacinające się postukiwanie, dochodziło stamtąd niekiedy, zawsze natomiast przez palmowy woal widziało się, że liże coś słodkiego ze swego schowka na kalkę. Niedorozwinięta, pomyślałem, ale wkrótce musiałem zmienić zdanie, słysząc, jak rezolutnie załatwia telefony modulując głos od wzgardliwej obojętności do niemalże intymnej tonacji.
[...]
Gdzieś w oddali strzelano. Maszynista nie chce ryzykować, ostrożny, mówiono z uznaniem albo z przekąsem, zależnie od usposobienia. Niebo zbladło, strzały umilkły, ale maszynista nadal nie chciał ryzykować. Po paru godzinach zaczęto zbierać składkę na maszynistę i palacza, dawano według uznania i możliwości, pajdę chleba, gotowane jajka, kostki cukru, ktoś dał zupełnie nowy pasek, kto inny chusteczkę, odsypałem na szmatkę soli z woreczka, zasupłałem i wrzuciłem do kosza, głupiś, zganiła mnie sąsiadka, szerokim gestem wyzbywając się zwitka “sowietek”. Po południu pociąg ruszył. W Syzraniu, gdzie miałem przesiadkę, to znaczy zasadzkę pod znakiem zapytania, pojadę czy nie pojadę, przejadłem, przepuściłem na dobre rady cwaniaków resztę soli i nocowałem w kartoflach przy budce dróżnika. Na dworcu bałem się. Było już po żniwach, ze wschodu i południa nadciągała w stronę głodujących miast północy pierwsza fala mieszoczników [z ros. spekulant – przyp. aut.], oddział zaporowy przetrząsał worki, czy nie ma w nich świeżego ziarna i mąki. Leżąc przy warzywniku dróżnika miałem możność przyjrzeć się manewrującym pociągom, i wiedziałem już, że to jest właśnie mój tor. Zasadziłem się w rowie, miałem plan, byłem już mądry. Istotnie, pociąg zwolnił za budką, przystanął na chwilę akurat przede mną, szarpnąłem najbliższe drzwi i ujrzałem mur jeszcze bardziej mądrych, stali ciasno, jeden przy drugim, ten znienacka odsłonięty mur byłby runął na mnie, ale bali się krzyku i zamieszania, przeklinając wciągnęli czym prędzej do środka. Jechaliśmy potem w zgodzie z konieczności, wszyscy w tym samym położeniu, na zajęczych etapach.
[...]
Podjadłszy sobie potem i odpocząwszy popróżnowałem trochę i zapisałem się na kurs bibliotekarski. Zgodnie z ogłoszeniem w czytelni miał trwać trzy miesiące w godzinach wieczornych, był zatem dostępny zarówno dla uczącej się młodzieży, jak i dla pracujących. Wymagano ukończenia siedmiu klas szkoły średniej i siedemnastego roku życia, przyjęto mnie jednak, tak że byłem najmłodszym słuchaczem. Zapoznawałem się z kartoteką, z systemem klasyfikacji dziesiętnej Deweya, słuchając wykładów na temat kontaktu z czytelnikiem, o umiejętności rozmawiania z nim, o pracy oświatowej biblioteki przez odczyty, wystawy i dyskusje, rozumiałem, że bibliotekarz to nie magazynier ani subiekt od książek, ale pionier kultury, wychowawca czytelnika, być może nawet powiernik. Zapragnąłem dla siebie tej pięknej, ocienionej skromnością drogi życia, cichego azylu w zamęcie świata. Budowałem bibliotekę gdzieś za miastem, ale niezupełnie na wsi, bo wsi nie znałem i trochę się jej bałem, a chciałem być z ludem, pożyteczny i szanowany, żeby nikt nie śmiał powiedzieć: pilnuj swoich kaloszy, jeśli nic innego nie widzisz, miałem więc u siebie w bibliotece nieco rozcieńczony lud, ze wsi i z miasta, rozmawialiśmy o książkach, o sprawach wyższych i osobistych, bo i z tym przychodzili do mnie, wieczorami czytałem albo pisałem w ciszy przepojonej obecnością szlachetnych myśli i piękna w płóciennych lub szagrynowych okładkach na półkach, czasem skończywszy prelekcję przechadzałem się ze słuchaczami po parku trochę jak Platon w gaju Akademosa.
[...]
Po paru latach, na jednej z naszych nocnych biesiadek w cenzurze, kiedy opowiadano sobie różne historie i kawały, dowiedziałem się, że Simę trzymano w ścisłej izolacji na dole tego budynku, gdzie byłem na przesłuchaniu, w podręcznej celi, a wyprowadzano do sekretariatu śledczego przed przybyciem utylizatorów na badanie, miała tylko pisać na maszynie i powiedzieć każdemu dwa zdania “proszę wejść” i “do towarzysza śledczego prosto”. Tylko tyle, ale wszyscy oskarżeni, minąwszy ją, załamywali się w panicznym strachu i sypali jeden drugiego, wszyscy prócz Dariałowa, jego w ogóle tam nie było, zdążył uciec przed aresztowaniem. Nie słyszałem o nim więcej, nie wiem, jak potem żył i skończył szef gub-utylizacji Dariałow alias Kulkin, artysta cyrkowy, tylko nieraz odnajduję prekursorskie rysy jego afery w zaaferowanym naszym życiu. Był samoukiem, ale genialnym samoukiem. Wyczuł przyszłość i rzucił ziarno. Zasadnicze elementy metody Dariałowa zakwitły po latach jego bezczelność, rozmach, fantazja oraz wszystkie efekty cyrkowe, jak bombastyczne nazewnictwo, operatywność czystych pozorów, blaga statystyczna i mimikra na czerwonym podłożu pod całkowitą czerwień zlewającą się zupełnie z Leninem. Wuj Stefan, Warejkis, Suworow i Puszkin w 1919 roku W willi Gołubcowa na Starym Wieńcu, potem w śródmieściu, dokąd przeniesiono polski dzieciom, w parterowej kamieniczce z ciosowego granitu przeznaczonej na dostatnie i gustowne gniazdo rodzinne, jakie ze znawstwem urządził był sobie marszałek szlachty symbirskiej i poseł do Dumy, Motowiłow, czuliśmy się poniekąd jak na wyspie z dala od trosk i spraw kontynentalnych.
[...]
Według opowieści wuja Berg był arystokratą w najbardziej wysublimowanym tego słowa znaczeniu, człowiekiem ogromnej prostoty i życzliwym, z poczuciem odpowiedzialności za losy tych, którzy u niego pracowali. Nie znosił służalstwa ani strachu. Zawsze przebaczał, ilekroć ktoś sam się przyznał, rozstawał się natychmiast z tymi, którzy choć raz zełgali lub oszukali. Właśnie ten zarządca dóbr, u którego wuj z początku był na wikcie, został przyłapany na poważnych malwersacjach, Berg miał niezbite dowody, mógłby sądownie odebrać przywłaszczone sumy i wtrącić go do więzienia, a jednak nie uczynił tego, po prostu odprawił, ma pan rodzinę, nie chcę kaleczyć dzieci hańbą ojca… A co do wyrozumiałości, to wuj doświadczył jej na sobie. Pewnego razu, gdy był już łowczym, otrzymał z Petersburga klucz do piwnicy Berga w klubie myśliwskim wraz z poleceniem niezwłocznego dostarczenia starki numer taki a taki. Pojechał do Warszawy, pokazał intendentowi klubu list hrabiego, razem zeszli do piwnicy. Mury wyglądały tam jak plastry miodu, całe w komórkach, a w tych celkach pochyło stały omszone flachy, wszystkie ponumerowane, opatrzone szyldzikami, zdawało się, klejnoty w skarbcu albo białe kruki w księgozbiorze. Intendent odszukał potrzebną butelkę, starł kurz i z cicha gwizdnął: – Patrz pan, rok 1829, to warneńska starka! Wuj nie wiedział, co to znaczy, ale intendent wiedział. W 1829 roku, po zwycięskim zakończeniu wojny z Turcją, na różne sposoby obchodzono i upamiętniano triumf oręża rosyjskiego. Mikołaj I w manifestacyjnym reskrypcie polecił, by armaty zdobyte na Turkach pod Warną zostały przewiezione do Warszawy i wystawione na znak tego, że on, imperator wszechrosyjski i król polski, pomścił bohaterską śmierć swego młodziutkiego poprzednika na tronie Jagiellonów, Władysława Warneńczyka. A dziad tego Berga kazał swej gorzelni wypuścić specjalną starkę, która zdobyła sobie uznanie znawców i po latach stała się legendą. – Armat tureckich spod Warny nie widziałem w Warszawie, ale starkę warneńską piłem, niech ją diabli piją, byłaby mnie zniszczyła, mało brakowało.
[...]
Otóż na jednym z intymnych przyjęć w Pałacu Zimowym. któryś z wielkich książąt w trakcie omawiania trunków wyraził się powątpiewająco o starce warneńskiej, której walory i właściwości zdaniem jego coraz bardziej ubaśniono, w miarę jak znikała ze stołów i piwnic. Berg poczuł się dotknięty, a że nie mógł zareplikować zwracając się bezpośrednio do członka rodziny panującej, zaproponował dość głośno sąsiadowi, że odda Browki za parę kroków, powiedzmy od stołu do ściany, po trzech kieliszkach starki jego dziada. Tamten przyjął zakład i postawił swój majątek ziemski wartości równej Browkom. Ze względu na zakładające się osoby, zwłaszcza Berga, horrendalnego hazardzisty, jak i ze względu na wysokość stawek, majątki te bowiem miały po parę tysięcy dziesięcin ziemi ornej i lasu, rzecz nabrała rozgłosu i stała się sensacją sezonową w Petersburgu. Wuj dowiedział się o tym na mieście, kiedy rozeszła się wiadomość o wygranej Berga, co było poniekąd dodatkową sensacją, bo z reguły przegrywał. Nawiasem mówiąc, niebawem stracił wygrany majątek, a po paru latach niemalże wszystko przepuścił przy zielonym stole i wycofał się. Odszedł, trzeba przyznać, z honorem. Pospłacał długi, uporządkował sprawy osobiste i resztki fortuny, zatroszczył się o losy bliskich mu pracowników.
[...]
A dla wuja Stefana przebudowano specjalnie podstryszek na mansardkę, żeby się tam spokojnie bawił w wolnych chwilach akwarelą i węglem. Jego hobby otoczone było w rodzinie szacunkiem i uznaniem, dzieci zaglądały na górkę, podziwiały, tu portret dziadka Jana, a tu żubra, tam głuszec tokuje, gdzie indziej widać brzózki wczesną wiosną i dwie słonki, co ciągną nisko nad nimi w liliowej zadymce zmierzchu, szkoda, że nie słychać, jak pochrapują, a oto i dom, biały dworek wśród kwitnących jabłoni, na schodku przed oszkloną werandą siedzi Paraska z Wandzią na kolanach, żal się robi Paraski, co ona winna, że taka stareńka i nie ma sił do Wandzi ani do radości, którą wszystko dokoła mieni się i żyje, słońce, kwiaty i kąpiące się w piasku wróbelki – pierwsze wzruszenia przed obrazami przeżyło się w tej mansardce, pamiętam do dziś. A dla wuja były to najmilsze lata, pełnia życia – kochana żona, dobre dzieci, dom bez zbytku, ale i bez niedostatku, praca, którą zdołał polubić, zdrowa praca, cały czas w lesie na nogach, a w lesie zawsze coś się dzieje, pod wieczór jest się w miarę utrudzonym, ma się apetyt i coś dla słuchaczy przy stole – bezczelnością byłoby chcieć czegoś więcej od życia, jeśli tyle dało, i to na warunkach absolutnej pewności, niejako z gwarancją, że za pięć, za dziesięć, za dwadzieścia lat nic się nie zmieni, wszystko będzie, jak jest, ta sama puszcza co przed wiekami i czwarty jej rewir od Hajnówki po Budy, 20.000 dziesięcin [ok. 1,09 hektara – przyp. aut.] kniei, gdzie oberjegier [inaczej: Wielki Łowczy, kapitan – przyp. aut.] Seferyniak z jegrami [inaczej: łowczymi – przyp. aut.] będzie strzegł żubrów, jeleni, danieli, dzików i innej zwierzyny przed wilkami i kłusownikami, będzie ją dokarmiał i pilnie badał jej zwyczaje, wędrówki, ostoje, by spisać się jak najpilniej podczas wielkich łowów, będzie nadal kształcił dzieci w progimnazjum bielskim i w gimnazjum białostockim, malował i grywał na waltorni, robił niekiedy wypady do Zachęty i teatru w Warszawie, tak będzie się powtarzało z roku na rok obok kalendarza ministerstwa dworu, z czasem tylko, gdy odpadną koszty utrzymania dzieci na stancjach w Bielsku i w Białymstoku, zacznie pomału budować sobie gdzieś domek na starość.
[...]
...zwyczajnie mówiąc, bywało podówczas nudnawo i tęskno za czymś bardziej atrakcyjnym z niespodzianki albo jeszcze lepiej z własnego wyboru. Dopiero “w czasach przemiany i przełomu”, na owej “uczcie bogów”, kiedy utraciło się wszelką równowagę i pewność czegokolwiek, kiedy się istniało w trybie doraźnym, z chwili na chwilę, tylko tym, co teraz i zaraz, tamto poczucie bezpieczeństwa i stabilności, życie z konkretną perspektywą na pięć, na dziesięć, na dwadzieścia lat, nawiedzało w rozpamiętywaniach wrażeniem snu, jaki trudno byłoby odtworzyć i pojąć, bo z innej, dawno zgasłej epoki. Na historię wuj [Stefan Newerly – przyp. aut.] patrzył okiem naturalisty i mówiąc epoka, myślał chyba strefa. Dzieje człowieka widziały mu się nie w ruchu pionowo postępowym, wznoszenie się z epoki na epokę, ale poziomo, przechodzenie z jednej strefy do drugiej, gdzie zależnie od klimatu i otoczenia zmieniają się warunki życia, narzędzia, stroje i ustroje, ale człowiek w naturze swej pozostaje ten sam i co najmniej ten sam stosunek zła i dobra, piękna i ohydy utrzymuje się na świecie. Przeżył monarchię z resztkami feudalizmu, rewolucję antycarską, rewolucję socjalistyczną, kapitalizm w odrodzonej ojczyźnie, władzę sowiecką, z którą ponownie zetknął się na Wołyniu, gdzie go druga wojna zastała, wreszcie socjalizm Polski Ludowej – miał dosyć, bał się dalszego ciągu, każdy z tych ustrojów wydawał mu się krojony według niebrzydkich fasonów, ale szyty z felerem albo i zgoła nie na ludzką miarę.
[...]
W zacisznym dworku borowym [w Puszczy Białowieskiej – przyp. aut.] wuj przeżywał książkę za książką nieśpiesznie, z lubością i do dna, każdego napotkanego człowieka, każdą nową sprawę, nowe zjawisko penetrował z tubylczą zachłannością, uczył się życia i fachu, a że najlepszą literaturę fachową miał niemiecką, nauczył się niemieckiego, delegowano go do Hagenbecka w Hamburgu i do Wiednia na światową wystawę łowiecką. To wszystko wygląda fantastycznie, na opak zwykłej kolei rzeczy – przyszedł do puszczy chłopak miejski z kusiutką edukacją w zakresie paru klas elementarnych, a po latach wyszedł z lasów człowiek oczytany, w normie zainteresowań i potrzeb kulturalnych inteligenta, z uczuleniem estetycznym i swoistą filozofią, arbiter vivendi na wszystkich bibach, jakie pamiętam, czy to w pułtuskiej gospodzie pani Lewandowskiej, gdzie zbierała się śmietanka powiatu, czy u Wróbla na Mazowieckiej w gronie pracowników dyrekcji generalnej lasów, ilekroć chciano dobrze zjeść, popić, pogadać i pobawić się ze smakiem, zawsze wybierano wuja Stefana na arbitra tych sympozjonów. Drugie, poza chłonnością inteligencji, co w nim zdumiewało w zestawieniu z życiorysem, to jego polszczyzna. Przez trzydzieści lat rosyjskiej służby państwowej żył wśród Rosjan, mówił, pisał, czytał po rosyjsku, rozmawiając po polsku tylko z żoną i z rodakami, gdy się spotykali, co nieczęsto się zdarzało, dzieci, uczące się poza domem w gimnazjach najbliższych miast, swobodniej wysławiały się po rosyjsku, dopiero w Symbirsku przed powrotem do kraju przeszły zdecydowanie na mowę ojca, otóż proszę sobie wyobrazić, po trzydziestu latach wyobcowania zachował nienaganną, krystalicznie czystą polszczyznę. Żadne z jego dzieci ani wnuków wychowanych w szkołach polskich po odzyskaniu niepodległości już tak pięknie nie mówiło. Broniąc swego zdołał jednak oswoić się z Rosją, polubił jej kuchnię, literaturę i muzykę, miał przyjaciół Rosjan, w roku rewolucji dobrze im życzył, ale tego, co się potem zaczęło dziać, nie rozumiał, nie podzielał i chciał do domu. Powędrował przez całą Rosję centralną i Białoruś do Polski pod okupacją niemiecką, na zwiady, by urządziwszy się sprowadzić następnie rodzinę, i tu gdzieś niedaleko Białowieży zastał go Jedenasty Listopada. Ujrzawszy na własne oczy flagę biało-czerwoną i żołnierzy polskich, ruszył z powrotem ku Wołdze, niosąc przez dwa kordony, sowiecki i ukraiński, wieść o zmartwychwstaniu, Niemców nie ma i nie ma Rosjan, Polska jest wolna i niepodległa, wracamy! W Symbirsku nie znalazł synów, trzeba było czekać, aż się odnajdą, wkrótce żona zmarła, a tymczasem wojna rozszalała się na dobre i drogę do domu odcięła, linia walk czerwonych z białymi skakała jak w pląsawicy i nie było sposobu, żeby ją ominąć i nie wpaść w ręce zielonych, nie uznających ani tych, ani tamtych, pozostawało już tylko trwać do czasu, kiedy to się wszystko skończy, i nie dać się zagłodzić. Za czyjąś dobrą radą przygotował się do egzaminu na sekretarza sądu ludowego i wyjechał w kierunku zbożowym, do Nowodiewicza, bogatej wsi na prawym brzegu Wołgi, ale tam się okazało, że nie jest zdolny, nowa posada otwierała prastare możliwości zarobków z boku i na lewo, on jednak nie miał w sobie nic z tego mańkuctwa ani się kwapił nauczyć, jak to się robi, toteż i na wsi klepał biedę według tej samej normy żywnościowej co w Symbirsku.
[…]
Najpoważniejsi ludzie, jakich znałem podówczas, Gorki i Kazarkin, zwalczali Lenina, każdy z innych pobudek, w imię innych założeń i celów, ale obaj byli jednomyślni w nieprzejednanej postawie antyleninowskiej i ostrzegali mnie, nie słuchaj, chłopcze, tego głosu i nie idź za jego pokuszeniem… Sam Gorki jednak uległ niebawem Leninowi i znalazł się w niewoli u Stalina, w pojmaniu, jak się mówi u nas na Mazurach, Kazarkin budował wielki przemysł sowiecki za Uralem w trzydziestych latach, potem pracował w handlu zagranicznym i został w Belgii przy własnym handlu chemikaliami a ja, wbrew wszystkim ostrzeżeniom i uprzedzeniom, wstąpiłem mimo to do Komsomołu – dlaczego? Głównie dlatego, myślę, że pierwsi bolszewicy, z jakimi się zetknąłem, komrot, Hannibal, Warejkis, przypadkowo okazali się sympatyczni i pociągający, nawet ten czekista, który przesłuchał mnie w związku z aferą w Utylizacji, zrobił dobre wrażenie. Walka bolszewików, ich odwaga i radykalizm budziły podziw, program partii bolszewickiej rozwiązywał wszystko i dawał wszystko, żadna inna partia nie mogła swym programem przemówić tak mocno do wyobraźni i uczuć, nie mogła tworzyć podobnej wiary o charakterze psychozy zbiorowej, co ogarniając masy zdolna była prowadzić do najwyższych poświęceń i stanu ukojonej, raz na zawsze zasilonej świadomości, bezmierna potęga emocjonalna o dość ograniczonym ładunku intelektualnym, wszelkie bowiem wierzenia, religijne czy polityczne, jak najprościej i najściślej chyba zdefiniował Bertrand Russell, są to w gruncie rzeczy “dogmatyczne poglądy na sprawy, o których nie wiemy nic pewnego”, przy czym zależny stosunek zdaje się tu układać w odwrotnych proporcjach – im mniej wiedzy, tym więcej pewności. Nigdy potem nie odczuwałem tej cudownej, absolutnej pewności w rozeznaniu, co dobre, a co złe, nigdy nie widziałem tak jasno wszystkiego, co jest i co będzie, jak w szesnastym i siedemnastym roku życia, kiedy byłem członkiem związku młodzieży komunistycznej, jakkolwiek najmniej wówczas wiedziałem o komunizmie. A nie należałem do najuboższych pod tym względem. Po wstąpieniu stwierdziłem ze zdumieniem, że nadążam, że wiem mniej więcej tyle co i moi rówieśnicy w Komsomole spośród gimnazjalistów, wkrótce musiałem dzielić się swą wiedzą z młodzieżą przedmieścia, a po pewnym czasie, przeczytawszy, co mi dano, prowadziłem pogadanki z żołnierzami w zastępstwie politruka batalionu do czasu, gdy ich skompletowano i wysłano na front.
[…]
…on bowiem wyszperał skądciś tę wiadomość, że wysłany przez Katarzynę Suworow w pościgu za Pugaczowem złapał go w końcu i przywiózł do Symbirska, gdzie przekazał hrabiemu Paninowi. To natchnęło mnie ową prelekcją-przypowieścią, którą wszyscy pochwalili nie zorientowawszy się, że wspiera mnie mocno wówczas podejrzany Dostojewski. Bo zamiast Chrystusa z “Legendy o wielkim inkwizytorze”, na wiązce słomy w lochu leżał skuty Pugaczow i zardzewiałe drzwi jęknęły w nocnej ciszy, gdy wszedł nie Torquemada, ale generał-anszef [z fr. en chef – główny, naczelny – przyp. aut.] Suworow, jednakże ich spór, jej wymowa i całe kuszenie, wszystko odbyło się jak przed wiekami w Sewilli, tylko w sposób bardziej przystępny, z prymitywną bezpośredniością wieku mutacji i dojrzewania, to znaczy, mówiąc pokrótce, mniej więcej w ten sposób: Przegrałeś – rzuca ponuro nocny gość przymykając drzwi za sobą. To się jeszcze pokaże – odchrypnął ktoś z legowiska. Przegrałeś i będziesz ćwiartowany – powtarza suchy staruszek w generalskim mundurze. Spokój mi się przed tym należy, wasze priewoschoditielstwo [z łac. ekscelencjo – przyp. aut.], chciałbym się wyspać. Drobna, niemalże chłopięca dłoń, błysnąwszy sygnetem, unosi latarkę nad głową, mdławy blask pełga po ostro-nosej, czerstwo starzejącej się twarzy z zadziornym, siwym kosmykiem nad wysokim czołem i szczupła sylwetka, z grenadierska podciągnięta, fanagoryjska [od Fanagorii, starożytnej osady greckiej nad Cieśniną Kerczeńską – przyp. aut.] z wyłogów, majaczy w mroku niby jedna z tych spłaszczonych figurek ołowianych żołnierzyków, u których każda strona jest inna. Strona zwrócona do leżącego na ziemi brodacza w kozackim kubraku zdaje się polśniewać metalem, regulaminowo nieskazitelna, odlana na medal. Wstać, gdy mówię z tobą… Baczność! No i po co z tym teraz, wasza miłość, toć i na was przyjdzie kiedyś taki czas… Światło latarki, drgnąwszy lekko, z wolna opada, cienie unoszą się z dołu w górę, czyhają rozedrgane na niskiej powale nad głowami, postać u wejścia traci na połysku, matowieje i głos ma inny, jakby się odwróciła drugą stroną. Nic się nie zmieniłeś, Jemielko, choć brodą od tego czasu zarosłeś jak starorzecze szuwarami. Widziałem cię pod Kunersdorfem, setnie rąbałeś się z Prusakami, setnie, nie ma w tobie strachu. Przyglądałem się potem z daleka, jak poczynałeś sobie z tą wojną mużycką, tak, jesteś sprytny i masz władzę nad prostym ludem. Za to będę ćwiartowany. A może i nie… Chciałbyś pożyć, co? I robak chce. Ale i robak swoje robi według przykazania bożego. Dziwne są słowa waszej wielmożności i przyjście. Przecież nie dla zbawienia duszy, od tego jest pop, więc po co? Ucałuj rękę carycy, a będziesz atamanem wojska dońskiego. Będziesz jak ja, jej-bogu, nawet wyższy rangą ode mnie. Klęknij, ucałuj, a dostaniesz trzydzieści pułków, i ziemię od Azowa po sam Woroneż, i prawo życia i śmierci nad milionem dusz… Wszystko za jeden całus? Nie bluźnij! Z woli Najwyższego i z łaski monarszej dostąpić możesz szczęścia odkupienia wszystkich zbrodni twoich i bezeceństw. Taki cud przed tobą, odzyskać cześć żołnierską i sławę w uczciwych bojach za ojczyznę, za carową. Myślałem, ojczyzna to my… Nie, to Ruś święta, matuszka nasza, jej gloria i potęga, jej carowie i pasterze prawosławni, i lud ciemny, bezrodny [z ros. nieuświadomiony – przyp. aut.], i my, rody stare, z księgi szóstej, aksamitnej. Padnij przed carową i proś o przebaczenie. – Za późno, za wiele win. Małżonkiem jej nazwałem się i carem, przebaczyć może, bo miłościwa, ale kołem potem łamać każe. To ci powiem, że udając się w pościg za tobą, rzecz całą przedstawiłem imperatrycy i poręczyłem. Za mnie?! A jeśli ja, będąc atamanem nad Donem, wam się urwę i zacznę od nowa? Nie urwiesz się, Jemielko, nie urwiesz, będę przy tobie i Tworogow będzie z tymi wszystkimi, co wydali ciebie w moje ręce. Wybieraj: albo jutro przekażę cię hrabiemu Paninowi i ten odstawi kajdaniarza pod wysoki pomost, albo pojedziesz ze mną po buławę, na pokutę, na pożytek wielkiej, nienaruszalnej Rosji. Ale po kiego licha ta maszkara? Jestem oto w kajdanach, dzwony biją na zwycięstwo, na wieczne wasze panowanie… Niechże wasza miłość oświeci mnie, ciemnego, żebym mógł zrozumieć i uwierzyć. Cóż, tak czy owak pozostanie to między nami… Myślisz, że to koniec. Szamerowane durnie w Sankt-Petersburgu tak samo myślą. A to dopiero początek. Motłochu, kiedy raz już ruszy i poczuje swą siłę, nie da się utrzymać w karbach samym knutem ani nawet wiarą bożą. Poćwiartowany, byłbyś się rozmnażał i żył swą haniebną sławą i przykładem, a z buławą u stóp tronu staniesz się jego wsparciem od dołu i nadzieją chłopską. Słowa zapadają w ciszę kamienną, powalony nie rusza się na posłaniu ze słomy. No i cóżeś wybrał? Z trudem, ruchem uczonego niedźwiedzia, skuty powstaje i brzęcząc łańcuchami chyli się w niskim pokłonie. Dziękuję, Aleksandrze Wasiliewiczu… – A, zrozumiałeś nareszcie. Z duszy serca dziękuję, zdjąłeś ciężar, lżej mi teraz będzie na kole. Co ty bredzisz, atamanie! Oj nie, prześwietny, nie będę waszym atamanem, zostanę robakiem, co to, jak powiedziałeś, swoje robi i do reszty was stoczy! Na takie motto życia, na testament Pugaczowa w stylu wieszczej legendy, należałoby odpowiedzieć czymś równie mocnym, w czym byłby cały Suworow, ale Suworow zaczął mi się plątać i tracić, i ja w żaden sposób nie mogłem mu podpowiedzieć. Wiedziałem o nim tyle, co wszyscy, pogromca Turków, Prusaków, Polaków, Francuzów i ostatnich oddziałów Pugaczowa, wielki wódz, a człowiek? Z życiorysu, propagowanego w gimnazjum za cara, nie pozostało w pamięci żadnego znaku na to, że pasjonowało go cokolwiek poza sztuką zwyciężania, że umysł jego poza polem bitwy ogarniał jakieś inne układy i sprawy. Czytywał ponoć pilnie żywoty sławnych mężów i dzieła z zakresu wojskowości, z historii wojen, a co jeszcze? Nie opuszczał nabożeństwa, ale czy był wrażliwy na dobro, na piękno, na wzlot duszy albo grzech? Ożenił się w późnym wieku i tak jakby z musu, zadość czyniąc powinności, nie dawało się wprost wyobrazić, żeby się zakochał, żeby kochał kogokolwiek. Nie grał, nie pił, nie znał rozrywek, jadał z kotła, sypiał w namiocie, z nastaniem dnia budził obóz pianiem kukuryku, żołnierza znał i umiał fascynować go sobą, wobec możnych lubił zgrywać prostaka, wymykały mu się dziwaczne sztuczki i lotne, częstokroć tnące kogoś słowa, bo humor miał kostyczny. Jedyny w armii rosyjskiej generalissimus, nie było bowiem innego przed nim ani po nim (drugi pojawi się dopiero w barwach Armii Czerwonej z własnej nominacji), Aleksander Wasiliewicz, hrabia Rymniku, książę Italii, cały generalissimus Suworow wraz z tym archaicznym, nie używanym od stu pięćdziesięciu lat tytułem był dla nas z gruntu obcy, należał do zburzonego raz na zawsze świata, w blasku gwiazd i krzyży na wąskiej piersi wyglądał ascetycznie, ponad wszystkie ludzkie rzeczy i nie do przeniknięcia poza mundur, sztandarowa postać z epoki samodzierżawia i prawosławia. Ciążyło na nim odium mas i wszystkich partii rewolucyjnych, nawet o jego uczniu i podkomendnym, Kutuzowie, nie mówiło się, jakkolwiek bronił ojczyzny przed Napoleonem, zbyt świeże były okropności wojny imperialistycznej, tak zohydzono sobie słowa ojczyzna, naród państwo i tak nienawidzono wszystkich generałów, że nawet generał-patriota, generał-obrońca był obcy, był nie do przyjęcia, a cóż dopiero generalissimus! Wojny, w jakich brał udział, wszystkie prowadzono w interesie imperium carów, bitwy, w których zawsze zwyciężał, umacniały tylko panowanie Katarzyny i Pawła, a te zdobycze mocarstwowe ani sama chwała oręża rosyjskiego w żaden sposób nie mogły trafić do serc komunistów i ludu w dniach rewolucji socjalnej pod rytm i grzmot Internacjonału, tym bardziej jeśli oprócz chwały pamiętano jeszcze rzeź ismailską i rzeź Pragi, stłumienie polskiej walki wyzwoleńczej i kajdany Pugaczowa.
[…]
… nie dawali takiego wzruszenia, co Aleksander Błok, zwyczajny esteta podobno. Z przezwiskiem esteta kojarzył się blady narcyz o wybrednym grymasie, ktoś nienaganny w każdym calu, irytująco pewny siebie na model pierwszego amanta sceny miejskiej w Penzie, za którego wyszła za mąż Liza, moja Esmeralda. Tak było na początku, potem nic już nie bruździło, ani narcyz, ani ten amant, nic nie unosiło się nad wierszami, nawet myśl o Błoku, strofy zdawały się istnieć bez autora gdzieś w odwiecznej doskonałości, on je tylko dojrzał w błysku jakiejś genialnej magnezji i utrwalił wiernie. Można to tak czy inaczej nazywać, przeżywać, nie sposób jednak odżegnać się od tego, asceci wieków średnich mogli przynajmniej bronić się zaklęciem świętym przed szatańskim urokiem antycznego świata, a tu czym i jak? To przecież poezja, czysta poezja, ponad czasem historycznym, ponad podłożem socjalnym, wolna od wszelkich aspektów politycznych, co z tego, że nikłej treści, ale mocy wielkiej! Nie wiadomo, dlaczego “Nieznajomą” przeżywa się na kształt intymnego doznania nie do zapomnienia, a po “Rawennie”, gdzie “spiż dostojnej mowy łacińskiej śpiewa jak fanfara na nagrobkach starych” i po nocach pochylony nad omroczonym miastem cień Dantego z profilem orlim śni wciąż o Życiu Nowym, chodzi się potem z jakimś żalem w duszy po czymś bezpowrotnie utraconym, z niejasną a żrącą tęsknotą do czegoś, co nie jest znane osobiście i absolutnie nieprzydatne w walce o wyzwolenie proletariatu.
[…]
Obecność Nadii nie łagodziła, przeciwnie, zdawała się zmory podniecać i doprowadzać do stanu największego rozwydrzenia, może nie tyle obecność Nadii, ile jej nieświadomość ich istnienia. Niczego się nie domyślała. Przy opatrunkach, przysypkach, nacieraniu, weszła w rolę siostry panującej na sali i rządziła mną z apodyktycznym miłosierdziem. Gdybyś mnie mogła udźwignąć, myślałem wodząc za nią chmurnym okiem, tobyś mnie lulała albo karmiła ze spodeczka na kolanach i jeszcze bardziej czułabyś się istotą wyższą, życiodajną, jak każda samiczka… Przyjrzała mi się długim taksującym spojrzeniem, specjalnie długim, na zaakcentowanie słów: Wiesz, Goria, kiedy tak leżysz, wyglądasz nawet interesująco, twarz uduchowiona, jakbyś marzył o niebieskich migdałach, a szewelura [z fr. czupryna – przyp. aut.] - zwichrzyła mi włosy – Zinowiew takiej nie ma! Przymknąłem powieki. Nie z błogości jak przy pierwszym opatrunku, ale z bólu. Zapiekło. Kiedy leżysz, powiedziała. Cóż, wyrwało się jej, nie mogła przecież powiedzieć, kiedy chodzisz… Palce jej zdawały się przebierać u mnie w zwojach mózgu, obecność jej nie tchnęła już ukojnym ciepłem, była wstrętna – rozwarły się drzwi i z wagonu znowu buchnęło zaduchem babiego ciała, ohydą zgrzanych, kłębiących się i rozbestwionych kobiet. Odwróciłem z lekka głowę nie mogąc ukryć grymasu odrazy. Zauważyła. Nie wiedziałam, wybacz… Mówiłeś, że mam dobre ręce. Zdmuchnęła lampę i zaczęła słać sobie na dawnym miejscu pod oknem. Milczałem w ciemnościach nie znajdując słów ani sił, by się wytłumaczyć. Bo i jak? Musiałbym powiedzieć, co przeszedłem w związku z kalectwem. Jak walczyłem z nim, jak je pokonałem. Potrafię oto chodzić wytrwale i daleko, jeżdżę na koniu, pływam, próbowałem na Wołdze żeglować i jakoś mi poszło, jestem mocny i doprawdy cholernie wytrzymały, mogę pracować, mogę wiele jeszcze osiągnąć w sprawności fizycznej i w życiu, ale są rzeczy, z których jestem wyeliminowany. Trudno. Nigdy nie pobiegnę, nie zatańczę i nigdy nie będę kochany. Nie poznam kobiety.
[…]
W Penzie przeżyłem z mamą ciężkie chwile. Miała sprawę rozwodową, potem walkę o dziecko. Ojczym nie chciał oddać Tani. Po zeznaniach świadków, po konfrontacji z teściową, sąd przyznał matce – odzyskała córkę przypłaciwszy to chorobą serca. Pierwszy raz zapadła na serce. Musiałem zająć się przewiezieniem jej i Tani do Symbirska. Dopiero tu, w Domu Dzieci Polskich, kiedy przyszła do siebie, mogłem oznajmić, że muszę wracać do Ługańska. Nie powiedziałem, że kocham, żyć nie mogę bez Nadi, ale że obowiązki komisarza wzywają mnie do natychmiastowego powrotu. To brzmiało, jak mniemałem, bardziej poważnie i przekonywająco. Tymczasem mama zażądała kategorycznie, żebym najpierw skończył szkołę. Potem możesz zająć się polityką albo czym tylko zechcesz. Nie byłam apodyktyczna, musisz to przyznać, nie narzucałam swego zdania, ale teraz absolutnie tak, masz siedzieć w domu i uczyć się aż do świadectwa szkoły średniej. Wtedy wyznałem wszystko. Sięgnęła po papierosy. Nie pomogły perswazje, że doktor zabronił – musiała zapalić. Zaczęła wypytywać. Podążając wzrokiem za siwymi dymkami, które umiała układać w kółeczka i nizać prześlicznie, zasłuchana, śledziła rozwój naszej miłości, sama jeszcze w stanie kochać i być kochaną, taka piękna, z lekko odrzuconą głową w złotej glorii puszystych włosów, o rysach omglonych wczesną jesienią, jaka była za oknem. Raz się uśmiechnęła, takim uśmiechem kobiety porozumiewają się czasem między sobą, wydało mi się, że widzę Nadię. Jeśli nie koloryzujesz, to trafiłeś na dobrą i mądrą dziewczynę, twoje szczęście, Goria… Czy żyliście z sobą normalnie? Ma się rozumieć, mamo. No, to ja mogę zostać babcią… Co się tak gapisz, nie pomyślałeś o tym? Policzyła na palcach miesiące. Wypadłoby to gdzieś w kwietniu, maju… Tatuś miałby lat osiemnaście, a babcia czterdzieści trzy, trochę za wcześnie, synku, ale ci nie wymawiam…
[…]
Kiedy pożegnał się i odszedł, zapowiedziawszy, że jutro przyjdzie po nie, starsza pani spróbowała nawiązać ze mną rozmowę po polsku. Tłumacząc w myśli każde zdanie z rosyjskiego na polski, z trudem znajdowałem słowa, podpowiadała mi życzliwie i nie dość biegle, sama mocno zruszczona, jej polszczyzna nawet dla mnie wyglądała wyblakle i ubogo, daliśmy w końcu spokój uciążliwej konwersacji i z ulgą przeszliśmy na rosyjski. O sobie, kim jestem, o rodzinie powiedziałem mniej więcej prawdę, zataiłem tylko fakt aresztowania i ucieczki, a od niej dowiedziałem się, że stara się przedostać do syna, w ten sposób mogłaby się z córką uratować, to dobry syn i brat, i dzielny, był w korpusie Dowbór-Muśnickiego, odznaczył się w powstaniu wielkopolskim, teraz jest przy wojewodzie w Nowogródku – słysząc to zrozumiałem bezinteresowność i dobre serce naszego szwarcownika [inaczej: przemytnika – przyp. aut.], mieć dług wdzięczności u człowieka z otoczenia wojewody, to pewna lokata, to w razie potrzeby obywatelstwo polskie… Z pewnością zamierza pan studiować w Polsce? Tak, przede wszystkim chciałbym się uczyć. A czego? Nie wiem… Tak mi się głupio wyrwało i w tejże chwili uświadomiłem sobie, że naprawdę nie wiem. Prawo przestało mnie interesować, nie wrócę na prawo, medycyna mnie nie pociąga, politechnika odpada ze względu na niewydolność w matematyce… Z czegoś musi pan żyć, musi mieć jakiś zawód. Najchętniej, proszę pani, studiowałbym szeroko i bezinteresownie, poznawałbym świat, człowieka i kulturę dla samej przyjemności poznawania. Luksusowy program edukacji. Mój ojciec tak studiował, ale miał majątek i dwa tysiące poddanych… W Polsce jest wolność, za wszystko jednak trzeba płacić. Rozmawialiśmy siedząc obok siebie pod sosną, z drugiej strony pnia usadowiła się ignorująca mnie córka, odzywała się tylko do matki i ostentacyjnie po francusku. Nie miałem do niej żalu o tę nieufność i wrogość, zbyt wiele przeszła, była tragiczna…
[…]
Patrzyłem z mego wzniesienia na tę widną jak na dłoni granicę, drugi brzeg mego życia. Tu gdzieś mam się przeprawić i pójść przez puste, szeroko rozwierające się błonia, aż do niewyraźnych zabudowań i dymów Międzyrzecza [hist. Międzyrzecz Ostrogski, dziś na terenie Ukrainy – przyp. aut.] na horyzoncie, gdzie jest, gdzie przebada mnie jakaś władza polskiej republiki burżuazyjnej… Na tamtym brzegu inna mowa, kultura, ustrój, obyczaje, stosunki, ubrania, papierosy i pieniądze, życie tak inne, że będę musiał wszystko zaczynać od nowa, kto wie, może i duszę przeszczepiać do tego wszystkiego, a czy się przyjmie? Na tamtym brzegu wolność, nikt się do ciebie nie wtrąca, póki masz czym płacić. A kiedy wydamy te paręset dolarów, co jeszcze zostały? Ma się rozumieć, wujowie pomogą – jak długo? – sami mają rodziny i dorastające dzieci i ostatecznie utrzymują się tylko z państwowej posady. Dotychczas żyłem przyszłością, zdaje się nawet, że bardziej przejmowałem się przyszłością świata niż rodziny, w każdym razie miałem dążenie, ruch i cel, a to, co się z nami działo, wydawało się tymczasowe i mało ważne. Teraz muszę myśleć o mamie i o Helence, dosyć nacierpiały się przeze mnie, jestem odpowiedzialny za nie, liczą na mnie, została mi tylko ich wiara i miłość, na dobrą sprawę jestem bliski wykolejenia u tej granicy, bez drogowskazu, bez znajomości kraju, bez fachu, doprawdy nie wiem, z czego i jak żyć, najprędzej mógłbym może zarabiać piórem stenografa. Jak się okazuje, żyć znaczy płacić, móc płacić uczciwie, potem może być fachowy albo luksusowy program edukacji i wszystko inne…
[…]
Żołnierze wciąż siedzieli plecami do mnie, siedzieli spokojnie na brzegu zwiesiwszy nogi nad nurtem. Petrus [kontrabandzista – przyp. aut.] wciąż stał przy nich, ale nie gestykulował. Może zauważył komisarza i dlatego opuścił rękę, a może czekał już, kiedy ukażę się na tamtym brzegu, w każdym razie stał nieruchomo. Nie wiedziałem, czy leżeć dalej przy ognisku, czy się chyłkiem wycofać i schronić w lesie. Ale Petrus znów spojrzał za siebie, czy jestem, znów przypalił i ruchem wskazującym podniósł rękę. Rzuciłem chłopcom resztę sowieckich pieniędzy i poczołgałem się ku zapadlinie – Boże, oby się udało, musi się udać, widziałem przecież siebie wyraźnie w starszym wieku! – potem wstałem osłonięty pagórem i poszedłem wiedząc, że działać muszę szybko, ale spokojnie, to kwestia trzech minut. Woda była lodowata, a nurt ostry, poniósł mnie, ledwo wszedłem po pas. Do przebycia miałem dwadzieścia, trzydzieści metrów, machnąłem parę razy i byłem już przy polskim brzegu. Ale trafiłem na stromiznę i glinę, ręce mi się ślizgały, co się podciągnąłem, to znów opadałem, opadałem ze świdrującą w potylicy świadomością, że ci dwaj na zakolu mogą już zobaczyć moją głowę za zakrętem pod tym brzegiem, mogą już mierzyć, łupną i popłynę z nurtem jak zdechły szczur… Nie wiem, jak się wykaraskałem, ale się wykaraskałem i ociekając wodą, z dyndającą u szyi ceratową torbą, poraczkowałem od rzeki na błonia, długo nie oglądając się za siebie. A kiedy to uczyniłem, ujrzałem ten sam widok, pograniczniki nadal siedzieli i Petrus unosił się nad nimi jak anioł stróż. Wtedy i oni zerwali się na nogi. Patrzyli spod dłoni na goły dotąd teren przed sobą, gdzie zjawił się nagle człowiek. Mogli strzelić i przeciągnąć trupa na swoją stronę, wokoło jak okiem sięgnąć nigdzie nie było żadnej warty polskiej. Patrzyliśmy na siebie z odległości stu metrów. Nie miałem już sił i tak stałem bezradny, wyprostowany, czekając na podrzut ich broni do oczu. Nie poruszyli się. Uniosłem rękę dziękując, pomachałem na pożegnanie i krokiem rozbitka, noga za nogą, poczłapałem przez podmokłe łąki na odgłos szosy Międzyrzec-Ostróg.
[…]
Jakże to się zaczęło? Cóż, byliśmy młodzi, taką rzewną nutką wspominkową można by zagaić albo zamknąć, byliśmy młodzi i bardzo naiwni, ja i Wiek Dwudziesty: on miał wtedy osiemnaście lat, a ja piętnaście. Skończyła się właśnie wojna, pierwsza wojna światowa, a w Rosji od roku panował już rząd komunistyczny, władza, jakiej świat nigdy jeszcze nie oglądał. Otrząsał się z żałoby po poległych. Miliony grobów bratnich nad Marną i Sommą, pod Verdun i Lwowem, zwęglone trupy miast jak Reims i Kalisz, szatańskie maszyny i środki, owe drednoty [inaczej: okręt typu pancernik – przyp. aut.], samoloty bombowe, czołgi, miny i gazy, wszystko to miał już za sobą i żegnał się z tym na zawsze – nigdy więcej wojny! – pamiętasz? Jak gdyby w ramach repartycji, zmazania win i hańby, obalono despotyczne rządy cara, kajzera i cesarza, zmartwychwstawały pochowane w historii państwa: Polska, Węgry, Czechy, Litwa, Łotwa, Estonia – świat wyraźnie demokratyzował się i pragnął odnowy. W literaturze zrobiło się gorąco od buntu i żarliwej wiary, szlachetne dążenia i zasady stawały się powszechne, zgoda narodów, wyzwolenie ujarzmionych klas i narodów, emancypacja kobiet… Ludzie wyglądali Mesjasza, musi skądsiś wreszcie przyjść nowa ewangelia, nowy humanizm, może z Moskwy? – politycy wzdragali się i spiskowali, ale intelektualiści jeździli do Moskwy, ale proletariusze wszystkich krajów spoglądali w tę stronę i zaczynali marzyć o czymś takim u siebie… Doprawdy, jeśli na początku przydarzyła się kompromitacja z tą wojną światową, to potem wiele uczyniono dobrego i ludzie to odczuli, są wyrozumiali, mój Boże, młodość musi się wyszumieć… Nabrali zaufania, jakżeby inaczej, mój wieku, i co się z tobą zrobiło?
[…]
Socjalizm był utopią. Socjaliści przemawiali wieszczym głosem i mieli los proroków, wywożono ich na pustynię, do wsi syberyjskiej, dawano sześć rubli miesięcznie i przestrzeni życiowej mniej więcej sto dwadzieścia tysięcy kilometrów kwadratowych tajgi, do granic powiatu, ani kroku dalej. Dzieciństwo moje upłynęło w ciszy i pokoju, ani dziadkowie, ani rodzice nie znali wojny, ojciec wprawdzie walczył z Japończykami, ale krótko i bardzo daleko, na ziemi chińskiej, została po nim szabla i wraz z tą starą rycerską bronią przeświadczenie, że wojna to rycerska rzecz, czasem się zdarza, bębny biją, wojsko odchodzi, przychodzą listy i pamiątki jak chiński album dla mamy o pięknie rzeźbionej w kości słoniowej okładce, potem wojsko powraca i znów jest pogoda i słońce. Przeżyłem dwie wojny światowe i jedną domową, zwycięstwo rewolucji, więzienia sowieckie, polskie, niemieckie, obozy zagłady, dwa ustroje społeczne, które legły w gruzach na moich oczach; przeżyłem nadzieje, przemiany, dumę, hańbę i klęskę naszego wieku. Dożyłem dnia, w którym człowiek dotknął stopą księżyca, ale nie było u nas najścia znajomych jak niegdyś, kiedy porucznik Sikorski wzbił się w powietrze na Polu Mokotowskim, nie było wstrząsu ani zdumienia.
[…]
Jeden po drugim znikali koronowani władcy z łaski bożej, zjawiali się arcykapłani takiego bądź innego kultu. Mieli władzę bogów, mądrość bogów i żądzę sakralną unicestwiania ludzi w astronomicznych ilościach. Po pierwszej wojnie światowej, po feerii Ligi Narodów i powszechnego rozbrojenia przyszła druga wojna światowa, wobec której pierwsza wyglądała jak jeden do dziesięciu w ilości pomordowanych i zupełnie dziecinnie pod względem zwyrodnienia i bestialstwa. Teraz oglądamy sejmikowanie narodów dookoła rozbrojenia jak za Wilsona i Chamberlaina, jak za Hitlera i Stalina, a jeszcze przed nimi, jak za pokój miłującego cara Aleksandra Trzeciego, co przegrywając wyścig zbrojeń z Niemcami zawołał głosem pierwszej pacyfistki: “Die Waffen nieder!” [z niem. Precz z bronią! – przyp. aut.] – i założył w Hadze międzynarodowy trybunał rozjemczy. Dziewięćdziesiąt lat temu można było jeszcze wierzyć w trybunały, dziś w myśl przysłowia “ty mów, a ja zdrów” liczy się tylko siła.
[…]
… jak mistrz Jan-tsy wybrał się z uczniami na świętą górę Pajtouszan, by wykraść z gniazda młodego Huanga, ptaka podniebnego lotu i powszechnej szczęśliwości. Szedł i szedł pokonując straszliwe przeszkody, wdrapywał się coraz wyżej i wyżej, krwawym oblewał się potem, ale zdobył. Podał uczniom i ptak bezmiernej szczęśliwości przechodził z rąk uczniów Jan-tsy do jego domowników, do sąsiadów i dalej przez cały tłum. A nie wszystkie ręce były czyste, nie wszystkie ręce były mądre, nie wszystkie były czułe. Ten mocniej przycisnął, tamten wyrwał piórko, albo zagiął sobie na szczęście, inny wziął pod puch, żeby zostało na dłoni trochę księżycowej rosy, i tak kiedy doszło w końcu do ludzi z krainy Cz-u, ludzi głodnych i zgnębionych, cudowny ptak leżał martwy na ziemi, brudny i ze wszystkiego oskubany. Każdy wolał zwykłą kurę w rosole.
Igor Newerly, Zostało z uczty bogów
Powieść autobiograficzna Igora Newerlego vel Igora Abramowa, właściwie to Igora Abramow-Newerlego – polskiego pisarza i pedagoga, ale i czesko-rosyjskiego rodowodu, przenosi akcję tej burzliwej opowieści do Rosji tej carskiej, potem także sowieckiej zwłaszcza do miast takich jak rosyjska Penza i Symbirsk, ukraiński z kolei Charków, Kijów czy też Ługańsk, ogólnie rzecz ujmując w drugie i trzecie dziesięciolecie dwudziestego wieku tuż przed a także w trakcie, jak również i po pierwszej wojnie światowej w czasy tzw. rosyjskiej wojny domowej i sowieckiego systemu opartego na Nowej Polityce Ekonomicznej. Utwór Zostało z uczty bogów w swej osnowie jest przejrzystą opowieścią o latach wędrówki przez trudne, młodzieńcze życie narratora-autora, w której dopusty „rewolucyjnej” historii politycznej idą w sukurs z odyseją budzącej się w nim samoświadomości. Historia Igora jest nie tylko jego historią osobistą, jest także historią ogólnoludzką, ponieważ w powieści przewija się i wielobarwny portret pozostałych postaci: od najbliższej rodziny począwszy, poprzez rówieśników z młodzieży Symbirska czy Ługańska oraz przedstawicieli różnych nurtów politycznych na czele z bolszewikami, aż po wyraziste postacie zrewolucjonizowanych atamanów i agitatorów sowieckich. W ujęciu metaforycznym Zostało z uczty bogów to powieść z gatunku odkrywania w sobie należnej tożsamości (przynależności) w nieludzkim systemie politycznym, w którym wolność jednostki uzyskuje się dopiero gdzieś po drugiej stronie tego wysokiego, podłego muru albo może i po drugiej stronie, ale głębokiej już granicznej rzeki z Polską, którą musiał pokonać Igor po sparzeniu się do żywego ciętą komunistyczną socjotechniką.