Blog

 

17.05.2024

Lincoln w Bardo

„Jesteśmy cieniami wyzutymi z materii.”


„Swoboda każdego człowieka ma jakieś granice;

 nikt nie jest wolnym bez miary.”


[Jesteśmy]

„jako istoty cierpiące, skrępowane…

Wiekuiście niedorastające do okoliczności,

zbyt skąpym zadośćuczynieniem wynagradzane.”

[...]

Gęste tony Orkiestry Marynarki Wojennej dobiegały z sal parteru do pokoju chorego jako cichy, stłumiony szmer, szalony, ledwie słyszalny szloch dalekich duchów.

Keckley, op. cit.

Willie leżał w sypialni Księcia Walii o ścianach ozdobionych ciemnofioletowymi makatami ze złocistą frędzlą.

Epstein, op. cit.

Policzki jego ładnej, krągłej buzi płonęły od gorączki. Stopy niespokojnie poruszały się pod rdzawoczerwoną narzutą.

Historia tuż pod ręką, opr. Renard Kent, wypowiedź pani Kate 0’Brien

Zgrozę i konsternację prezydenckiej pary łacno sobie wystawi każdy, kto kochał dziecko i doznał owego straszliwego przeczucia, wspólnego wszystkim rodzicom, że Los życie malca niekoniecznie aż tak wysoko szacuje, może tedy nim rozporządzić wedle swego widzimisię.

Wybrane listy Edwine Willow z lat wojny domowej, opr. Constance Mays

Ze ściśniętymi strachem sercami po raz kolejny zeszli na parter posłuchać występu śpiewaków w osobach rodziny Hutchisonów, która z przerażającym realizmem wykonała Płonący statek, co wymagało odtworzenia huku sztormu na morzu, trwożnych krzyków uwięzionych pasażerów, płaczu matki tulącej do śnieżnego łona niemowlę - słowem, był to „tupot, popłoch i głosów wrzawa —» Pożar! Pożar! «”.

Na ten widok całkiem pobledli żeglarze,

bo już pewnym się zdało, że zginą w pożarze,

dymu sploty się pięły coraz wyżej nad morze —

straszno w ogniu skonać, o Boże, mój Boże!

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

Trwał taki zgiełk i harmider, że trzeba było krzyczeć, aby zostać zrozumianym. Zajeżdżały coraz to nowe powozy. Wokół otwartych na oścież okien gromadziły się grupki gości złaknionych haustu nocnego chłodu. W sali panował nastrój radosnej paniki. Zrobiło mi się trochę słabo i chyba nie mnie jednej. Niektóre matrony osunęły się tu i ówdzie na fotele. Pijani mężczyźni nieco zbyt uporczywie wpatrywali się w wiszące na ścianach obrazy.

Gareth, op. cit.

[...]

Wielu gościom najbardziej utkwił w pamięci piękny księżyc, który świecił tamtego wieczoru.

Ann Brighney, Czas wojny i straty

W kilku opowieściach o tamtym wieczorze wspomniano niezwykłą światłość księżyca.

Edward Holt, Długa droga ku chwale

Wspólnym akcentem we wszystkich tych opowieściach jest złocisty księżyc wdzięcznie zawisły na całą sceną.

Bernadette Evon, Wieczorki w Białym Domu. Antologia

Noc była bezksiężycowa, a niebo zasnuwały gęste chmury.

Wickett, op. cit.

Opasły zielony półksiężyc wisiał nad całym tym obłędem niby flegmatyczny sędzia na wszelkie szaleństwa ludzkie zobojętniały.

Dolores R Leventrop, Moje życie

Owej nocy księżyc był w pełni, żółtoczerwony, jakby odbijał blask jakiegoś ziemskiego pożaru.

Sloane, op. cit.

Gdym chodził po sali, raz po raz to w tym, to w tamtym oknie ukazywał mi się srebrzysty klin księżyca niby stary żebrak, pragnący, aby go zaproszono do środka.

Carter, op. cit.

Nim kolację podano, wysoko na niebie świecił już księżyc, mały i niebieski, jeszcze promienny, choć nieco uszczuplony.

I.B. Brigg III, Czas miniony (niewydane pamiętniki)

Trwała noc, ciemna i bezksiężycowa; nadciągała burza.

Albert Trundle, Najradośniejsze lata

Goście zaczęli się rozchodzić, kiedy żółty księżyc w pełni wisiał wśród porannych gwiazd.

D.V. Featherly, Waszyngtońskie potęgi

Chmury były gęste, ciężkie, nisko nawisłe, w kolorze matowego różu. Księżyc znikł za nimi. Mój mąż i ja zaszliśmy jeszcze do pokoju, w którym cierpiał mały Lincoln. W milczeniu pomodliłam się za zdrowie chłopca. Odnaleźliśmy swój powóz i pojechaliśmy do domu, gdzie nasze dzieci, Bogu litościwemu niechaj będą dzięki, spokojnie spały.

Abigail Service, Matka pamięta

[...]

Wczoraj koło trzeciej nadjechała spora procesja - może ze dwadzieścia powozów, których nie było gdzie podziać - Stanęły na trawnikach przed domami i skosem na cmentarnym gruncie przy parkanie — I któż to wysiadł z karawanu, jeśli nie Pan L. we własnej osobie, któregom z podobizn rozpoznała — Ale srodze pochylony i smutnego oblicza, prawie iść o własnych siłach niezdolen, jakby wzbraniał się wnijść na owo koszmarne pole — Podówczas jeszcze nie znałam smutnej nowiny, więcem się na chwilę zacukała, lecz gdy wkrótce wszystko jasnym się stało, pomodliłam się za chłopca i rodzinę jego — wiele wszak pisano w gazetach o jego chorobie, a otóż i jej nieszczęsny kres — Powozy zaś nadjeżdżały jeszcze przez godzinę, aż do szczętu ulicę zatarasowały. Cały ten liczny tłum znikł w kaplicy, a ja słyszałam przez otwarte okno, co się tam w środku działo: muzykę, kazanie, płacz. Potem zgromadzeni się rozeszli, a powozy rozjechały, lecz kilka ugrzęzło i trzeba je było wydobyć z błota, na ulicy zaś i trawnikach został wielki nieporządek. Dziś także samo plucha i ziąb, lecz mimo to koło drugiej nadjechał nieduży powozik, zatrzymał się przy cmentarnej bramie i znowu wysiadł zeń Prezydent, tym razem w towarzystwie trzech panów: jednego młodego i dwóch STARYCH. - u bramy powitał ich pan Weston z młodym przybocznym i wszyscy do kaplicy się udali - Niebawem przyboczny pospołu z pomocnikiem załadował trumienkę na ręczny wózek, za którym ruszyła cała ta smutna gromadka. Prezydent i jego towarzysze brnęli w błocie - jakby ku północno-zachodniemu narożnikowi cmentarza. Idzie się tam stromo pod górę, a na domiar złego wciąż padało, była to zatem scena osobliwie łącząca w sobie posępną melankolię z ucieszną karykaturalnością, gdy podręczni z trudem przytrzymywali na wózku trumieneczkę, a jednocześnie wszyscy obecni, nawet pan Lincoln, pilnie dreptali drobnym kroczkiem, iżby im się stopa nie omsknęła na śliskiej od deszczu trawie. W każdym razie wygląda na to, że nieszczęsne dziecko Lincolnów zostanie tam, po drugiej stronie drogi, wbrew zapowiedziom gazet, które twierdziły, jakoby ciało miano niebawem zawieźć do Illinois. Lincolnom użyczono miejsca w grobowcu należącym do sędziego Carrolla, a i wystaw sobie, Andrew, jak musi to być bolesnym, gdy trzeba spuścić najdroższego syna niby zmiażdżonego ptaka w kamienną czeluść i ruszyć dalej. Dziś w nocy spokój, nawet Potok zdaje się pluskać ciszej aniżeli zazwyczaj, drogi Bracie. Właśnie wychynął księżyc, oświetlając kamienne nagrobki, i przez chwilę miałam wrażenie, że cmentarzem zawładnęli aniołowie rozmaitych kształtów i rozmiarów: opaśli, mali jak psy, konni i tam dalej. Przywykłam do towarzystwa tylu Umarłych i dobrze mi z nimi, gdy tak spoczywają w Ziemi i zimnych kamiennych Domkach.

Wojenny Waszyngton. Listy Isabelle Perkins z czasów wojny domowej, zebrał i opracował Nash Perkins III, wpis z 25 lutego 1862

[...]

Prezydent zostawił zatem swego synka w użyczonym mu grobowcu i wrócił do pracy dla dobra kraju.

Maxwell Flagg, Lincoln. Powiastka dla chłopców

Nie sposób było sobie wyobrazić zaciszniejsze ani piękniejsze miejsce niż to, gdzie stał grobowiec, całkowicie niewidoczny dla kogoś, kto przypadkiem zawitał na cmentarz — ostatni wśród grobów po lewej, w najdalszym zakątku, na szczycie niemal pionowego zbocza opadającego ku Skalistemu Potokowi, którego porywisty nurt mile pluskał, a na tle nieba las wznosił się bezlistnym, tęgim murem.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

[...]

Niezwykle wysoki i zaniedbany mężczyzna zmierzał ku nam poprzez mrok.

hans vollman

Wbrew wszelkim prawidłom. Skończył już się wszak czas odwiedzin. Bramę cmentarza zamknięto.

wielebny everly thomas

Dzień przyjazdu chłopca jeszcze nie dobiegł końca. Innymi słowy, mężczyzna ów najpewniej był tu...

roger bevins iii

Dopiero co.

hans vollman

Tegoż popołudnia.

roger bevins iii

Wbrew wszelkim prawidłom.

wielebny everly thomas

Dżentelmen ten zbłąkanym się zdawał. Parokrotnie przystawał, rozglądał się wokoło, po własnych śladach wracał, inną drogę obierał.

hans vollman

Cicho szlochał.

roger bevins iii

Wcale nie szlochał. Mego przyjaciela pamięć zawodzi. Był zdyszanym. Nie szlochał.

hans vollman

Cicho szlochał, a jego smutek wzmagała rosnąca irytacja tym, że zabłądził.

roger bevins iii

Miał sztywne, kanciaste ruchy.

wielebny everly thomas

Chłopczyna wypadł za drzwi i z uradowaną miną ku mężczyźnie biegiem się puścił.

roger bevins iii

Radość jego zastąpiło przykre zdziwienie, gdy tamten nie porwał go w ramiona, jak zapewne w takich razach zwykł był czynić.

wielebny everly thomas

Wręcz przeciwnie: chłopiec przeniknął przez mężczyznę, ten zaś szedł dalej ku domkowi z białego kamienia, nie przestając szlochać.

roger bevins iii

Wcale nie szlochał. Był bardzo opanowanym, poruszał się z wielką godnością i pewnością...

hans vollman

Dzieliło go od nas zaledwie piętnaście kroków i zmierzał prosto ku nam.

roger bevins iii

Wielebny chciał, byśmy ustąpili z drogi.

hans vollman

Jest bowiem głęboko przekonany, że nie lża dawać przez się przenikać.

roger bevins iii

Mężczyzna doszedł do domku z białego kamienia i kluczem kłódkę otworzył, a chłopię w ślad za nim próg przestąpiło.

hans vollman

Pan Bevins, pan Vollman i ja, troską o dobro chłopca przejęci, we drzwiach stanęliśmy.

wielebny everly thomas

I wtedy mężczyzna zrobił coś... nie bardzo to umiem.

hans vollman

Był rosłej budowy. Znać było po nim siłę. Miał jej dość, by wyciągnąć...

wielebny everly thomas

Szpitalną skrzynię.

hans vollman

Szpitalną skrzynkę chłopca z wnęki w ścianie wyjąwszy, na posadzce ją postawił.

roger bevins iii

I otworzył.

hans vollman

Klęknąwszy przy niej, spojrzał na to, co...

wielebny everly thomas

Spojrzał na postać chłopczyny w szpitalnej skrzyni twarzą do dołu leżącą.

hans vollman

Tak.

wielebny everly thomas

I wtedy zaszlochał.

hans vollman

Szlochał od początku.

roger bevins iii

Wyrwał mu się jeden jedyny rozdzierający szloch.

hans vollman

Albo westchnienie. Mnie zdało się to raczej westchnieniem. Jakby westchnął, rozpoznawszy.

wielebny everly thomas

Wspomniawszy.

hans vollman

Nagle sobie przypomniawszy, co był utracił.

wielebny everly thomas

Czule dotknął twarzy i włosów.

hans vollman

Jak to bez wątpienia po wielekroć czynił, póki chłopiec był jeszcze...

roger bevins iii

Mniej chorym.

hans vollman

Westchnął, rozpoznawszy, jakby mówił: Oto znów tu jest, znów tu jest me dziecko, nic a nic nie zmienione. Odnalazłem je, tak niegdyś mi drogie.

wielebny everly thomas

Nadal tak drogie.

hans vollman

Zaiste.

roger bevins iii

Albowiem strata całkiem świeżą była.

wielebny everly thomas

[...]

Willie Lincoln nikł w oczach.

Epstein, op. cit.

Dni wlokły się żmudną koleją, on zaś słabł, coraz bardziej przeźroczyściejąc.

Keckley, op. cit.

William Stoddard, sekretarz Lincolna, zapamiętał pytanie, które wszystkim cisnęło się na usta: „Czy nie ma nadziei? Żadnej. Tak twierdzą lekarze”.

Doris Kearns Goodwin, Drużyna rywali. Geniusz polityczny Abrahama Lincolna

Gdym koło piątej dziś po południu leżał na sofie w sekretariacie, wyrwał mię z drzemki, nagle wchodząc. „Wiesz, Nicolay — rzekł, dławiąc się od uczuć wezbranych - mój synek odszedł, naprawdę odszedł!”, i wybuchnąwszy płaczem, odwrócił się i do gabinetu swego wszedł.

John G. Nicolay, Z Lincolnem w Białym Domu, opr. Michael Burlingame

Śmierć nastąpiła zaledwie przed paroma chwilami. Zmarły leżał na łóżku pod odwiniętą narzutą. Miał na sobie niebieską pidżamę. Ręce wyciągnięte wzdłuż boków. Policzki jeszcze płonęły. Na podłodze leżały ciśnięte na stos trzy poduszki. Stolik nocny stał skośnie, jakby go bez ceregieli odepchnięto.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, opr. Stone Hilyard, wypowiedź pokojówki Sophie Lenox

Pomogłam go umyć, ubrać i na łóżku ułożyłam. I wtedy wszedł pan Lincoln. Nigdym nie widziała mężczyzny tak przytłoczonego żałobą. Podszedł do łóżka, odsłonił twarz dziecka swego i na długo wpatrzył się w nią z miłością szczerą, szepcząc: „Mój biedny synek, za dobry był dla tej ziemi. Bóg wezwał go do domu. Wiem, że dużo mu lepiej w niebie, ale takem go kochał. Trudno, ach, jak trudno z jego śmiercią się pogodzić!”.

Keckley, op. cit.

Był pupilem ojca. Łączyła ich wielka zażyłość. Często widywano, jak trzymali się za ręce.

Keckley, op. cit., wypowiedź Nathaniela Parkera Willisa

Był wierną kopią ojca, którego przypominał zarówno magnetyczną osobowością, jak i wszystkimi talentami oraz upodobaniami.

Ruth Painter Randall, Synowie Lincolna

Był tym właśnie dzieckiem, w którym Lincoln pokładał najtkliwsze nadzieje; rzec by można: zwierciadełkiem, do którego ojciec mógł mówić szczerze, otwarcie i ufnie.

Tyron Philian, Obrachunki. Wspomnienia zza kulis trudnego czasu

Will był to wykapany pan Lincoln, w każdym calu, nawet głowę trzymał tak jak ojciec, ku lewemu ramieniu lekko pochyloną.

Burlingame, op. cit.., wypowiedź sąsiada ze Springfield

Malcy budzą w nas taką miłość, taką nadzieję, że zaznają wszelkich uroków życia, taką czułość wobec kompozycji przymiotów, która w każdym niepowtarzalnie się przejawia: w brawurowych wybrykach, w kruchości, w powiedzonkach, przejęzyczeniach i temu podobnych; w zapachu włosów i głowy, w cieple drobnej rączki, którą trzymasz w swojej - i nagle malec znikł! Zabrany! Spada to jak grom z jasnego nieba, gdy tak brutalny gwałt nastąpi w świecie dotychczas, zdawałoby się, dobrotliwym. Z nicości wykwitła wielka miłość; a kiedy jej źródło unicestwiono, przeistacza się, poszukująca i schorzała, w najotchłanniejsze z wyobrażalnych cierpień.

Pani Rose Milland, Esej o utracie dziecka

„Najcięższa to w mym życiu próba" - wyznał pielęgniarce i w nagłym porywie buntu ten przytłoczony troską i smutkami człowiek zakrzyknął: „Czemu tak? Czemuż to?”.

James Morgan, Abraham Lincoln. Chłopiec i mężczyzna

Potężne łkania odbierały mu mowę. Ukrył twarz w dłoniach a jego wysoką postacią burza uczuć wstrząsała. Z oczami pełnymi łez stałam w nogach łóżka, patrząc nań w niemym, paraliżującym zdumieniu. Żałoba zachwiała nim, czyniąc zeń słabe, bierne dziecko. Anim śniła, że ten twardy charakter może się poddać takiemu wzruszeniu. Nigdy nie zapomnę owych chwil uroczystych, gdy geniusz i wielkość opłakiwały utraconego idola miłości.

Keckley, op. cit.

[...]

Willie Lincoln był najkochańszym chłopcem, jakiegom w życiu znała - bystrym, roztropnym, miłego usposobienia i łagodnego obejścia.

Julia Tafit Bayne, Ojciec Tada Lincolna

Był jednym z tych dzieci, na których podobieństwo ludzie wyobrażają sobie własne, zanim te na świat przyjdą.

Randall, op. cit.

Jego opanowanie - aplomb, jak zowią je Francuzi - zaiste niezwykłym było.

Willis, op. cit.

Umysł miał czynny, dociekliwy i sumienny; naturę przyjazną i czułą; odruchy dobrotliwe i wielkoduszne; w mowie i manierach był zaś łagodnym i urokliwym.

Phineas D. Gurley, Mowa żałobna nad grobem Williego Lincolna, „Illinois State Journal”

Nigdy nie omieszkał odszukać mię pośród tłumu, aby dłoń uścisnąć i miłe słówko rzucić; u chłopca lat zaledwie dziesięciu było to dla obcego człowieka więcej niż ujmujące.

Willis, op. cit.

Ubrania nosił Willie szare i mocno workowate, całkiem inne niźli stroje wyfiokowanych skarbeńków modnych matek.

Laura Searing (pseudonim Howard Glyndon), Prawda o pani Lincolnowej

Gdym dnia pewnego Biały Dom mijał, bawił się z kolegą na chodniku przed wejściem. Pan Seward zajechał powozem z księciem Napoleonem tudzież dwoma z jego świty i żartobliwie bohaterskim gestem (między chłopcem a Sekretarzem najwidoczniej istniała bowiem niejaka zażyłość) owa urzędowa osoba zdjęła kapelusz, a Napoleon poszedł w jej ślady i wszyscy powitali prezydenckie książątko ceremonialnym salutem. Bynajmniej nie stropiony tym hołdem, Willie wyprężył się na baczność, z gracją i opanowaniem zdjął czapeczkę i niczym mały ambasador uroczyście skłonił się do ziemi.

Willis, op. cit.

Twarz jego promieniała inteligencją i wrażliwością, dzięki czemu zdawał się osobliwie interesującym, a nieznajomi określali go mianem udatnego małego mężczyzny.

Searing, op. cit.

Łacno można sobie wystawić, że chłopiec takimi przymiotami obdarzony zdołał przez lat jedenaście wrosnąć w serca tych, co go najlepiej znali.

Gurley, op. cit.

Pogodne dziecko, wszystkim drogie i w obejściu bezpośrednie, ogromnie wrażliwe na uroki świata.

Carol Dreiser, Oni znali synów Lincolna, wypowiedź Simona Webera

Ten chłopiec słodki jak pączuś, pulchny i blady, któremu długa kędzierzawa grzywka często między oczy opadała, w chwilach wzruszenia lub onieśmielenia zaczynał bezwiednie podnosić i zamykać powieki, szybko mrugając.

Opal Stragner, Mali ludkowie prezydenta

Na widok choćby najdrobniejszej krzywdy twarz zasnuwał mu wyraz troski, w oczach zaś łzy wzbierały, jakby w owym niefortunnym szczególe przeczuwał niesprawiedliwość ogólniejszej kondycji. Pewnego razu towarzysz zabaw przyniósł mu zabitego własnoręcznie kamieniem rudzika, trzymając go między dwoma patykami niby w szczypcach. Willie szorstko chłopca ofuknął, zabrał ptaka i odszedł, aby go pochować, po czym aż do końca dnia zgaszonym był i milczącym.

Simon Iverness, Utracony anioł Lincolna

Najgłówniejszą jego cechą była, rzekłbym, nieustraszona, lecz dobroduszna szczerość: pozwalał wszystkiemu być tak rozmaitym, jak tylko samo zapragnie, a zarazem niewzruszenie trwał we własnej świadomej prostolinijności. Spostrzegłem, że nieodparcie przykuwa mą uwagę jako jedno z owych słodkich zagadnień dzieciństwa, którymi świat z rzadka bywa pobłogosławiony. Po pogrzebie doktor Gurley zwierzył się na stronie kilku osobom, że Willie tuż przed śmiercią poprosił go, aby wyjął ze skarbonki na jego biureczku zaoszczędzone sześć dolarów i dał je towarzystwu misyjnemu.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

Wśród całego przepychu, który otaczał tego małego mężczyznę w jego nowym domu, był on mężnie i pięknie sobą i niczym więcej. Niby polny kwiat ze stepu do cieplarni przesadzony zachował swe stepowe nawyki, niezmiennie czyste i proste, aż do samej śmierci.

Willis, op. cit.

Gdym wiele miesięcy później na polecenie pani Lincolnowej jej stare ubrania przeglądała, znalazłam w kieszeni płaszcza zwiniętą w kłębek rękawiczuszkę. Naszło mię wtedy tyle wspomnień, żem łzami się zalała. Nigdy nie zapomnę tego słodkiego chłopczyka ani jego uroczych obyczajów.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź pokojówki Sophie Lenox

Nie był doskonałym; był wszak - pamiętajmy - małym chłopcem. Bywał rozhukanym, niesfornym, nadpobudliwym. Był chłopcem. Ale — powiedzieć należy - całkiem d o b r y m chłopcem.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź kamerdynera D. Strumphorta

[...]

Południową porą Prezydent, pani Lincolnowa i Robert zeszli na parter, aby po raz ostatni wspólnie odwiedzić kochanego i utraconego. Nie życzyli sobie żadnych świadków ostatnich smutnych chwil, które mieli spędzić w domu ze zmarłym dzieckiem i bratem. Zabawili przy nim niemal pół godziny. Przez ten czas nadciągnęła sroga nawałnica, jakiej miasto od lat nie zaznało, a straszliwa ulewa z wichurą, szalejąca na dworze, zdawała się harmonijnie współgrać z burzą rozpaczy, która duszami żałobników targała.

Benjamin Brown French, Świadek młodej republiki. Dziennik pewnego Jankesa, 1828-1870, opr. D.B. Cole i J J. McDonough

Przez te pół godziny, które rodzina spędziła przy zmarłym chłopcu, błyskawice raz po raz pruły mroczne niebo, od grzmotów potężnych jak salwy armatnie drżała zastawa, a z północnego zachodu nacierały porywiste wichry.

Epstein, op. cit.

W przestronnych korytarzach dawały się słyszeć owego wieczoru donośne odgłosy żalu i bynajmniej nie wszystkie dobiegały od strony pokoju, w którym leżała bez zmysłów pani Lincolnowa, albowiem słychać było także głośniejsze jęki Prezydenta.

Elliot Sternlet, Moje dziesięciolecie w Białym Domu

Od tamtej pory minęło już półtora stulecia, wciąż jednak odczuwa się jako niedyskrecję wyobrażanie sobie tamtej okropnej sceny - szoku, łzawego niedowierzania, dzikich okrzyków żalu.

Epstein, op. cit.

Chyba dopiero w porze, gdy zazwyczaj chłopiec przed pójściem spać przychodził pogawędzić albo pozbytkować, pan Lincoln naprawdę pojął nieodwracalność poniesionej straty.

Stanley Hohner, Wybrane wspominki z życia sługi

Koło północy przyszedłem zapytać, czy mogę mu coś przynieść. Wstrząsnął mną jego widok. Włosy miał potargane, a na bladym obliczu świeże ślady łez. Zdumiony jego wzburzeniem, udałem sobie w duchu pytanie, do czego to doprowadzi, jeśli Prezydent nie znajdzie dla swych uczuć jakowegoś ujścia. Nieco wcześniej zwiedziłem był hutę w Pensylwanii, gdzie pokazano mi wentyl bezpieczeństwa do upuszczania pary. Stan pana Lincolna zdawał się domagać użycia takiegoż wentyla.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit wypowiedź kamerdynera D. Strumphorta

[...]

Z ustami przy uchu robala Ojciec rzekł: Bardzośmy się kochali, mój drogi Willie, lecz z przyczyn dla nas obu niepojętych łączącą nas więź nadszarpnięto. Zerwać jej jednak przenigdy się nie da. Dopókim żyw, dopóty przy mnie będziesz, dziecko. I zaszlochał. Mój drogi Ojciec płakał Trudno było na to patrzeć I choćbym nie wiedzieć, ile go głaskał, całował i pocieszyć się starał, nic to nie dało. Niosłeś radość, rzekł. Wiedz to, proszę. Wiedz, żeś niósł radość. Nam. W każdej minucie, w każdej porze, niosłeś... dobrześ się spisał. Tak się spisałeś, że miło było cię znać. I mówił tak do robala! Jakżem pragnął, żeby to do mnie powiedział Jakżem pragnął poczuć na sobie jego wzrok Pomyślałem zatem, zgoda, Boziu dopomóż, dopnę tego, że mię ujrzy No i wszedłem Całkiem gładko Powiadam, czułem się z tym wcale nieźle Trochę jakbym na swe miejsce wracał A kiedym już znalazł się w środku i w mocnym ojcowskim uścisku, tkwiłem też po części w samym Ojcu. I dokładnie wiedziałem, kim jest. Czułem, jak leżą jego długie nogi Jak to jest, kiedy ma się brodę W ustach smakowało kawą i chociaż właściwie nie myślałem słowami, wiedziałem, że... dobrze mieć go w ramionach. Dobrze mi to robi. Czy jest w tym coś niewłaściwego? Bluźnierczego? Nie, nie, on mój, nasz, muszę tedy być w tym rozumieniu tutaj bogiem; o wszystkim, co go dotyczy, sam mogę rozstrzygać. A to, wierzę, dobrze mi zrobiło. Pamiętam go. Znów. Kim był. Bom już trochę zapomniał. I oto: jego dokładne proporcje, ubranie wciąż jeszcze nim pachnące, pukiel włosów między mymi palcami, znajomy ciężar, którym tylekroć podnosił, gdy zasypiał w salonie, a ja z nim na rękach szedłem na górę do... Dobrze mi to zrobiło. Tak wierzę. To sekret. Sekretna słabość, która mię podbudowuje; a podbudowując, sprzyja temu, bym w innych sprawach obowiązki swe wypełnił; przybliża kres tego okresu słabości; nikomu nie szkodzi; nie ma w tym zatem nic złego, odejdę stąd przeto z takim oto postanowieniem: mam prawo tu powracać, ilekroć zechcę, nikomu o tym nie mówiąc, dopóty przyjmując wszelkie wsparcie, jakiego mi te odwiedziny udzielą, dopóki wspierać mię one nie przestaną. A potem Ojciec dotknął głową mojej głowy. Drogi chłopcze, rzekł, przyjdę tu jeszcze. Obiecuję.

willie lincoln

[...]

Około pierwszej dziś w nocy wedle niniejszego raportu przy bramie wjazdowej stawił się Prez. Lincoln prosząc abym go wpuścił rzeczoną bramą żem zaś nie widział wyboru zważywszy na jego stanowisko czyli Prezydenta godność wcale niemałą dla niego czy kogokolwiek innego rad nierad wpuściłem go chociaż jak ci wiadomo Tom podług protokołu po zamknięciu bramy nie lża jej roztwierać aż póki nie nadejdzie wyznaczona pora roztwierania znaczy się ranek lecz prosił mię sam Prez. toteż byłem w niejakiej rozterce a przy tym nieco otumaniony z racji pory późnej jakem już nadmienił i po wczorajszych zabawach w parku z mymi dziećmi Philipem Mary i Jackiem juniorem skąd zmęczenie i przyznam ci się krótka drzemka przy twym biurku Tom. Nie wypytywałem co Prez. tu w ogóle robi ani o nic innego i dopiero gdyśmy się wzrokiem spotkali popatrzył na mnie tak szczerze życzliwie i trochę boleśnie jakby chciał powiedzieć no cóż przyjacielu wiem że to nieco dziwne lecz wejrzenie miał tak stęsknione żem nie potrafił mu odmówić bo przecie jego synka ledwie co dziś pochowano więc sam pomyśl jak ty czy ja czulibyśmy się lub sobie poczynali w podobnie smutnym położeniu Tom gdyby twój Mitchell albo mój Philip Mary czy Jack junior oddał ducha no szkoda gadać. Nie było z nim woźnicy ni stangreta bo przyjechał sam na niedużym koniku co mię mocno zdziwiło bo to przecie Prez. i w ogóle a nogi ma długachne koń zaś był niskawy więc wyglądało jakby jakiś insekt ludzkich rozmiarów przywarł do nieszczęsnej szkapy która gdy ją od brzemienia wreszcie uwolniono stała strudzona oklapła i zdyszana jakby sobie myślała będzie co po powrocie opowiadać innym konikom jeżeli nie będą spały i wtenczas Prez. poprosił o klucz do grobowca Carrollów więcem mu go dał a potem patrzyłem jak idzie przez cmentarz i żałowałem żem nie był uprzejmy przynajmniej się zaofiarować z pożyczeniem lampy bo własnej nie miał tylko brnął w te egipskie ciemności jak pielgrzym co się na pustynne bezdroża zapuszcza Tom okropnie mię to zasmuciło. A najdziwniejsze Tom, że on tam tyle czasu mitręży. Kiedy to piszę jeszcze go nie ma z powrotem. Gdzież on się podziewa Tom. Zabłądził czyżby zabłądził. Zgubił drogę albo upadł i coś sobie złamał a teraz leży i woła. Przed chwilą wyszedłem posłuchać żadnych okrzyków. Gdzież on jest o tej porze nie wiem Tom. Może gdzieś tam w lesie wraca do siebie po tych odwiedzinach dając sobie popłakać w samotności?

Z dziennika stróżów Cmentarza na Dębowym Wzgórzu z lat 1860-1878, wpis Jacka Mandersa z nocy 25 lutego 1862, przytoczony za zgodą pana Edwarda Sansibela

[...]

Nie zrozumcie nas opacznie. Byliśmy wszak niegdyś matkami, ojcami. Przez wiele lat byliśmy mężami, znamienitymi ludźmi, którzy zajechali tu owego pierwszego dnia z tak licznym i smutnym orszakiem, że gdy ten ruszył naprzód, aby oracji posłuchać, parkany nieodwracalnie pouszkadzał. Byłyśmy młodymi żonami, zesłanymi tutaj w czasie porodu, kiedy bezlitosny ból przez okoliczność ową zadany z właściwych nam delikatnych przymiotów nas odarł, nasi zaś owdowiali małżonkowie tak nas miłowali, tak byli udręczeni grozą ostatnich chwil naszych (świadomością, żeśmy wpadły w ten straszny czarny dół, od siebie samych bólem oderwane), że nigdy potem żadnej innej nie pokochali. Byliśmy mężczyznami tęgiej postury, milcząco kontentymi, którzy już w zaraniu młodości pospolitość własną pojąwszy, radośnie (jakby z rozbawieniem na barki brali ciężkie brzemię) życiu swemu inny kierunek nadali; skorośmy wielkości osiągnąć nie mogli, postanowiliśmy być użytecznymi; zamożnymi, łaskawymi, a przeto dobro czynić zdolnymi: z uśmiechem, z dłońmi w kieszeniach, patrzyliśmy, jak świat, który subtelnie naprawiamy, przechodzi mimo (oto pusty kufer posażny za naszą sprawą napełniony; oto czyjeś kształcenie potajemnie ufundowane). Byliśmy jowialnymi, dowcipnymi sługami, których panowie nasi polubili za to, żeśmy umieli rzucić parę słów pociechy, gdy wyruszali na spotkanie ważkiego dnia. Byłyśmy babciami, wyrozumiałymi i szczerymi powiernicami pewnych mrocznych sekretów, potrafiącymi słuchać bez osądzania, a tym samym ofiarowywać milczące wybaczenie i wpuszczać promyk słońca. Zmierzam do tego, żeśmy byli z n a cz n i. K o ch a n i. Nie samotni, nie zagubieni, nie dziwaczni, lecz mądrzy, każdy i każda na swój sposób. Odejście nasze boleśnie przeżywano. Ci, co nas kochali, siadali na łóżkach, głowę dłonią podpierając; twarze na stołach składali, iście zwierzęce dźwięki wydając. Byliśmy kochani, powiadam i jeszcze po wielu latach na wspomnienie nasze ludzie się uśmiechali, wspomnieniem owym przelotnie uradowani.

wielebny everly thomas

A mimo to.

roger bevins iii

A mimo to nikt nigdy tu nie przyszedł uściskać kogoś z nas, czule doń przemawiając.

hans vollman

Przenigdy.

roger bevins iii

XXVI

Niebawem otoczyliśmy niby morze wezbrane domek z białego kamienia.

wielebny everly thomas

I przepychając się w ścisku, chłopca o szczegóły jęliśmy wypytywać: Jak się czuł, kiedy go tak na rękach trzymano? Czy gość naprawdę obiecał znów go odwiedzić? Czy zaofiarował jaką bądź nadzieję zmiany zasadniczego położenia chłopca? A jeśli tak, to czy owa nadzieja nam także dostępną być mogła?

roger bevins iii

Czegośmy chcieli? Chyba tego, żeby chłopię nas d o s t rz e g ł o. Pragnęliśmy jego błogosławieństwa. Chcieliśmy wiedzieć, co ta najwidoczniej zaklęta istota sądzi o powodach, które każdemu z nas zatrzymać się tu kazały.

hans vollman

Bo prawdę rzekłszy, nawet w najsilniejszych spośród nas pozostał lekki osad powątpiewania w roztropność własnego wyboru.

roger bevins iii

Że zaś dzięki czułym uwagom owego dżentelmena chłopiec urósł w naszych oczach, zapragnęliśmy choć na chwilę z nim się stowarzyszyć.

wielebny everly thomas

Z tym nowo koronowanym księciem.

roger bevins iii

Niebawem korowód ludzi złaknionych rozmowy z chłopcem wypełnił ścieżkę aż do domu Everfielda, z płowego piaskowca wzniesionego.

hans vollman

[...]

Gdy anielice na chwilę cofnęły się en masse [z fr. w grupie – przyp. aut.] w promień księżyca, aby światłością swą pospólną mię olśnić, ujrzałem, głowę podniósłszy, rozpostarty wokół domku z białego kamienia istny obraz cierpienia: były nas tam dziesiątki, a wszyscy zastygli w niedoli - skuleni, brzuchami do ziemi przywarci, pełznący, skrzywieni z bólu w obliczu naporu, któremu każdy po swojemu czoło stawiał.

[...]

Wszak Ojciec przyobiecał, rzekł chłopiec. Jakże by to wyglądało, gdyby po powrocie mię tu nie zastał? Twój ojciec nie wróci, oświadczył pan Vollman. A jeżeli, to nieprędko, dodałem. Ty zaś wtedy nie będziesz już zdolnym go przyjąć, powiedział pan Vollman. Jeśli twój ojciec tu przybędzie, rzekł Wielebny, powiemy mu, żeś musiał odejść. Wyjaśnimy, że tak było najlepiej. Pan kłamie, odparł chłopiec. Widać tak już był podupadł, że jęło się to odbijać na jego usposobieniu. Co proszę? - zdziwił się Wielebny. Wszyscy trzej od początku mię oszukujecie, ciągnął chłopiec. Kazaliście mi stąd iść. A gdybym was był wówczas posłuchał? Całkiem bym się z Ojcem rozminął. A teraz mówicie, że przekażecie mu wiadomość? Przekażemy, przytaknął Wielebny. Z pewnością...

[...]

Ona zaś coraz bardziej się pogrążała.

hans vollman

Wspomnieliśmy, jak w początkach opancerzania wesoło śpiewała, jakby przecząc temu, co się z nią działo.

roger bevins iii

„Gałąź pod brzemieniem zwisłą”.

hans vollman

Dziecko drogie.

wielebny everly thomas

O prześlicznym głosie.

hans vollman

Który brzydł z chwili na chwilę, gdy tężał pierwszy pancerz, ona zaś przeistaczała się we wronę rozmiarów dziewczęcia.

roger bevins iii

Koszmarną wariację na ową melodię wykrakując.

hans vollman

Ilekroć zaś zbytniośmy się zbliżali, zamierzała się na nas a to ludzką jeszcze ręką, a to ogromnym czarnym skrzydłem.

wielebny everly thomas

[...]

Dziwnie jakoś trąci ta okolica, powiedział pan Fuller, palcami dwoma nos zatykając. Mój Ojciec tu był i wrócić obiecał, odparł chłopiec. Próbuję dotrwać. Wszystkiego Najlepszego w chwalebnym tym przedsięwzięciu, rzekł pan Lippert, brew unosząc. Uważaj na nogę, malcze, ostrzegł pan Kane. Gośćmi zajęci, niecośmy się zagapili: lewą nogę chłopca przytwierdzało już do dachu kilka nowych a tęgich pędów, każdy grubości nadgarstka. O Boże, westchnął chłopiec, rumieńcem się oblewając. Oswobodzenie go wymagało trudu nie lada, porównywalnego z karczunkiem jeżynowych chaszczy. Chłopiec zniósł ten arcyprzykry zabieg z mężnym, zdumiewającym u takiego dziecka skupieniem i tylko stoicko postękiwał przy każdym szarpnięciu, po czym ze zmęczenia znów zapadł w to samo otępiałe roztargnienie, do szczętu wyczerpany. A ten jego ojciec, zagadnął półgłosem pan Fuller. To taki długonogi mężczyzna? O nieco boleściwej fizjognomii? - dodał pan Lippert. Wysoki, cokolwiek jakby obszarpany? - indagował pan Kane. Owszem, przytaknąłem. Dopiero cośmy go minęli, rzekł pan Fuller. Co proszę? - zdziwiłem się. Dopiero cośmy go minęli, powtórzył pan Kane. Tutaj? - z niedowierzaniem zapytał pan Vollman. - To on wciąż tu jest? Na obrzeżach, nieopodal Bellingwethera, Męża, Ojca, Cieśli Okrętowego, uściślił pan Lippert. Siedział w głębokim milczeniu, dodał pan Fuller. Dopiero cośmy go minęli, powtórzył pan Kane.

wielebny everly thomas

[...]

Przez dach przeniknąwszy, wszyscy trzej daliśmy nura do domku z białego kamienia.

hans vollman

Było tam o kilka stopni chłodniej, pachniało zaś zleżałymi liśćmi i butwą [inaczej zbutwieniem – przyp. aut.].

roger bevins iii

Troszkę też owym dżentelmenem.

hans vollman

Jesteśmy tu dzięki szczególnej łasce, oświadczył Wielebny. Nie dano nam żadnej rękojmi stałego pobytu. Winniśmy zatem oszczędzać siły, powstrzymując się od wszelkich uczynków krom tych, co głównemu naszemu celowi bezpośrednio służą. Nie chcielibyśmy wszak, aby utracjuszostwo naraziło nas na posąd o niewdzięczność za owo tajemnicze błogosławieństwo, które wciąż nam przebywać tutaj pozwala. Jesteśmy tu wprawdzie, lecz na jak długo i za jakiej szczególnej dyspensy sprawą, nie nam to...

roger bevins iii

Zauważyłem, że pan Bevins przewraca kilkorgiem ze swych licznych oczu.

hans vollman

Czekając, aż Wielebny z koturnów zstąpi, pan Vollman zabawiał się kładzeniem raz po raz kamyka na swym olbrzymim członku i patrzeniem, jak kamyk ten na ziemię się stacza.

roger bevins iii

Musimy dbać o się. Czyniąc to, zarazem chłopca uchronimy. Pogłoska ta nie może dotrzeć do jego uszu, tylko by bowiem wznieciła w nim płonną nadzieję. A jak nam wiadomo, jedynie zupełna beznadzieja skłoni go do tego, co mu uczynić trzeba. Zatem ani słowa. Czy jesteśmy co do tego zgodni? Mruknęliśmy potakująco.

hans vollman

Z braku nieodzownej sprężystości w (prastarych) nogach (przybył tu wszak już w sędziwym wieku) Wielebny jął się po ścianie wdrapywać i niebawem (choć nie tak znów od razu) w suficie znikł.

roger bevins iii

[...]

Kiedyśmy mu pierwsze ubranko obstalowali. Tak pomyślał dżentelmen. (I to wreszcie poskutkowało). Kiedyśmy mu pierwsze ubranko obstalowali, spojrzał z góry na swe nogawki, a potem na mnie, zdumiony jakby chciał powiedzieć: Ojcze, mam na sobie dorosłe spodnie. Bez koszuli, boso, z bladym krągłym brzuszkiem jak u starca. A potem koszulka z mankietami i guzików zapinanie. Żegnaj, brzuszku, już cię ukoszulamy. Ukoszulamy? Chyba nie ma takiego słowa, Ojcze. Zawiązałem krawacik. Chłopca twarzą do lustra obróciłem. Wygląda na to, żeśmy dzikusa przyodziali, rzekłem. Zrobił tę swoją minę, jakby warczał. Włosy miał zjeżone, na policzkach rumieńce. (Przed chwilą tak się uganiał po sklepie, że wieszak ze skarpetami przewrócił). Krawiec z miną spiskowca uroczyście przyniósł surducik. I wtedy ten nieśmiały chłopięcy uśmiech, gdym mu surdut nałożył. Czy nie szykownie się prezentuję, Ojcze? Potem przez chwilę ni śladu myśli, więceśmy się tylko rozglądali wokoło: nagie drzewa czerniały na tle granatowego nieba. Surducik surducik surducik. Dźwięczało nam to w głowie. Jakaś gwiazda zgasła i znów mrugnęła. Ten sam, który teraz ma na sobie, tam. Ha. Ten sam surducik. Lecz kto go ma teraz na sobie... (Tak bym chciał, żeby to nie było prawdą). Strzaskany. Blade strzaskane coś. Czemu nie w ruchu. Jakież czarodziejskie zaklęcie w ruch go oprawiało. Kto jest zaklęcia tego włodarzem. Co na tym zyskał, że go wyłączył. Cóż to za machina. Jakim cudem w ogóle działała. Jakąż napędzana iskrą. Wspaniała machinka. Dokładnie dostrojona. Iskrę otrzymawszy; do życia się zerwała. Kto iskrę tę zgasił? Cóż to byłby za grzech. Kto by śmiał. Zniszczyć taki cud. Stąd zakaz zabijania. Uchowaj Boże, abym kiedy popełnił tak ciężki...

[...]

Małego Williego Lincolna złożono do grobu w dniu wywieszenia list ofiar bitwy o Fort Donelson, zwycięskiej dla wojsk Unii, które to obwieszczenie mocno wstrząsnęło społeczeństwem w owym czasie, danina krwi była bowiem większą aniżeli kiedykolwiek przedtem w tej wojnie.

Jason Tumm, Gwoli prawdy. Pamięć, błąd i przemilczanie, „Journal of American History”

Prezydenta szczegółowo powiadomiono o stratach, gdy mały Willie jeszcze leżał zabalsamowany.

Iverness, op. cit.

Po obu stronach padło w sumie ponad tysiąc żołnierzy, a trzy razy więcej zostało rannych. Była to „najkrwawsza z bitew”, jak napisał w liście do ojca pewien młody żołnierz unijny, a jego kompania poniosła tak ciężkie straty, że mimo zwycięstwa wyszedł z owej potrzeby „smutnym, samotnym i przygnębionym”. Z osiemdziesięciu pięciu żołnierzy tej jednostki ocalało zaledwie siedmiu.

Goodwin, op. cit.

Zabici pod Donelson, słodki Jezu. Spiętrzeni w stogi niby wymłócona pszenica, tak że jeden leżał na dwóch, a ci dwaj na trzech. Szedłem przez pobojowisko z nieczystym sumieniem. Boże, jamżem to uczynił, myślałem.

Porucznik Daniel Brower, Wspomnienia z bitwy

Tysiąc poległych. Było to coś nowego. Jakby wojna dopiero teraz naprawdę się zaczęła.

Marshall Turnbull, Wielka wojna w opisach uczestników

Zabici leżeli tak, jak padli, we wszelkich wyobrażalnych pozach: jedni ściskali w dłoniach karabiny jak przy oddawaniu strzału, inni zaś trzymali w zlodowaciałych palcach nabój, śmierć bowiem zaskoczyła ich podczas ładowania broni. Na niektórych twarzach widniał spokojny, kontenty uśmiech, podczas gdy na innych malował się iście szatański wyraz nienawiści. Miało się wrażenie, że każde oblicze wiernie odzwierciedla myśli, które przebiegały przez umysł, kiedy zwiastun śmierci powalił żołnierza. Może ten młodzieniec o szlachetnym wyglądzie, z uśmiechniętą, zwróconą ku niebu twarzą, ze lśniącymi, krwią jego własną zlepionymi lokami, czuł, że gdy uchodzi zeń młode życie, w jego zmysły wkrada się modlitwa matki. Obok niego spoczywał młody małżonek, któremu zastygła na wargach modlitwa za żonę i maleństwo. Młodość i wiek dojrzały, cnota i zło uwidaczniały się na tych upiornych obliczach. Leżały przed nami zwęglone, poczerniałe szczątki żywcem spalonych. Zbyt ciężko ranni, aby ruszyć się z miejsca, wściekłemu żywiołowi pochłonąć się dali. Lata wojny domowej. Kronika życia narodu, dzień po dniu opowiadana, opr. Robert E. Denney, wypowiedź kaprala Luciusa W. Barbera z kompanii D 15. Ochotniczego Pułku Piechoty z Illinois, uczestnika bitwy o Fort Donelson. Nigdym przedtem nieboszczyka nie widział. I nagle mogłem do syta im się napatrzyć. Pewien nieszczęsny chłopiec zamarzł na kość z otwartymi oczami i w takiej pozie, jakby ze spuszczoną głową przyglądał się w osłupieniu swej ranie. Z boku brzucha wypłynęły mu wnętrzności, tworząc pod warstewką lodu fioletowo-czerwoną plamę. W domu na mej komódce stał święty obrazek z Sercem Jezusowym, a ten młodzian wyglądał całkiem tak samo, tyle że u niego czerwono-fioletowa wypukłość zwisła niżej, była większą i w bok przesuniętą, on zaś ze zgrozą na nią patrzył.

Straszliwa chwała. Zbiór listów z okresu wojny domowej> pisanych przez jej uczestników, zebrali i opracowali Brian Bell i Libby Trust

I Matko ogień zamarzłych poległych ogarnął i żarł ich tam, gdzie padli. Znaleźlim między nimi jednego co jeszcze drygał i dalim radę wynieść go stamtąd jeszcze żywego chociażeśmy nawet nie wiedzieli nasz czy nie nasz, taki był popalony i goły, tylko w jednej nogawce. Nigdym się nie dowiedział czy się wy. karaskał. Ale nie wyglądało, żeby była dla bidaka jakaś nadzieja.

Listy żołnierza z Illinois, opr. Sam Westfall, wypowiedź szeregowca Edwarda Gatesa z kompanii F 15. Ochotniczego Pułku Piechoty z Illinois

Braliśmy takiego we dwóch czy trzech i ciągnęli go, tak jakeśmy go znaleźli, bo był ziąb, a ciała na kość zamarzłe. Tamtego dnia przekonałem się, że człowiek do wszystkiego przywyknąć umie. Po niedługim czasie wszystko tak nam spowszedniało, że zaczęliśmy nawet sobie żartować i wymyślaliśmy dla każdego przezwisko wedle tego, jak wyglądał. Był na przykład Zgięty, był Wstrząsły, był Półchłopak.

Brower, op. cit.

Znaleźlim dwóch chłopaczków co mogli mieć najwyżej czternaście piętnaście lat i się trzymali za ręce jakby chcieli razem przejść przez te ciemną bramę.

Listy żołnierza z Illinois, op. cit., wypowiedź szeregowca Edwarda Gatesa

Ilu jeszcze zamiaruje pan trupem położyć zanim będzie panu dość? Ledwie chwile temu nasz mały Nate siedział se z wentkom na mostku i gdzie on tera? I kto go tamój wezwał tym Apelem co go widział w Orbys, panie szanowny, to pańskie własne nazwisko stojało pod spodem, „Abraham Lincoln.

Listy wieśniaków do prezydenta Lincolna, wybór i opr. Josephine Banner i Evelyn Dressman, list od Roberta Hansworthy’ego z Boonsboro w Marylandzie

[...]

On jest tylko jeden. A i tak ciężar tej straty niemal mię zabija. Odstąpiłem innym tę żałobę. Pewnie ze trzy tysiące razy Jak dotąd. Do tej pory. Całą górę. Chłopców. Czyichś synów. I muszę w to brnąć dalej. Może mi zbraknąć serca. Co innego pociągnąć za dźwignię, nie znając skutków. Tu jednak leży jeden drogi przykład tego, co powodują me własne rozkazy... Może mi zbraknąć serca. Co robić. Ogłosić koniec? Cisnąć te trzy tysiące do dołu i odżałować? Prosić o pokój? Zasłynąć jako wielki dureń, co zmienia kurs, król wahań, pośmiewisko dla następnych stuleci, wsiowa ględa, chudy Pan Kurek Na Kościele? Wymknęło się z rąk. Kto to robi. Kto to wywołał. Czyje wyjście na scenę dało temu początek. Co ja robię. Co ja tu robię. Teraz już wszystko niedorzeczne. Ci ludzie na pogrzebie. Podawali ręce. Ich synowie nietknięci. A oni na twarze gwałtem wcisnęli sobie smutne maski, aby przesłonić wszelki ślad szczęścia, które - trwało. Nie potrafili ukryć, jak bardzo ożywia ich radość, ze synowie wciąż żyją i tyle jeszcze mają przed sobą. Do niedawna byłem jednym z nich. Przechadzałem się po rzeźni pogwizdując, odwracając spojrzenie od zwałów trupów, potrafiąc się śmiać, marzyć i mieć nadzieję, jeszcze bowiem nie spotkało to mnie. Nas. Potrzask. Straszliwy potrzask. Wpadamy weń w chwili narodzin. Kiedyś musi nastać ostatni dzień. Gdy trzeba będzie wyjść z tego ciała. Już samo to jest okropne. A potem jeszcze sprowadzamy na świat dziecko. Niewola sroższą się staje. Dziecko także musi odejść. Każda przyjemność winna być tą wiedzą splamiona. Lecz my, słodcy marzyciele, zapominamy. Czymże to wszystko jest, Boże? Całe to łażenie, staranie, uśmiechy, ukłony, żarty? Do stołu siadanie, koszul prasowanie, krawatów wiązanie, butów pucowanie, podróży planowanie, w wannie śpiewanie? Skoro on musi tu zostać? A człowiek ma kiwać głową, tańczyć, rozumować, chodzić, debatować? Jak przedtem? Idzie parada. On nie może wstać i dołączyć. Mam za nią pobiec, zająć swe miejsce, wysoko podnosić kolana, machać sztandarem, dąć w róg? Był mi drogi czy nie? Niechaj zatem już nigdy szczęścia nie zaznam.

[...]

Panował wielki ziąb. (Tkwiąc w dżentelmenie, byliśmy po raz pierwszy od...

hans vollman

Bardzo dawna.

roger bevins iii

Dość zmarznięci).

hans vollman

A on siedział, zrozpaczony i drżący, jakiejkolwiek pociechy szukając. Musi być teraz w jakimś miejscu szczęsnym lub w nijakim... Tak myślał dżentelmen. W każdym razie już nie cierpi. A pod koniec tyle wycierpiał. (Szarpiący kaszel drgawki wymioty żałosne próby otarcia ust drżącą dłonią a jego przerażone oczy sunęły wzwyż i z mymi się spotykały jakby pytał czy naprawdę nic nie możesz zrobić Tatusiu?) Dżentelmen duchem swym stał (a myśmy z nim razem stali) na bezludnej równinie, krzycząc, ile sił w naszych płucach. A potem spokój i ogromne znużenie. Wszystko skończone. On mieszka w radości lub w nicości. (Skąd więc ta rozpacz? Najgorsze - dla niego - już się wszak skończyło). Otóż stąd, żem bardzo go kochał i kochać przywykłem, a miłość ta chce przybrać postać zaprzątnięcia, zatroskania i czynu. Tylko że tu nie ma już nic do uczynienia. Uwolnić się od tej ciemności, na ile zdołam, pozostać użytecznym, nie oszaleć. A gdy o nim pomyślę, niechaj wiem, że on przebywa w jakimś miejscu jasnym, cierpieniu niedosiężny, w nowym trybie bytu promienny. Tak myślał dżentelmen. Kępę trawy palcami w zadumie przeczesując.

roger bevins iii

[...]

Pragnęliśmy, aby chłopiec ucieczką się salwował. Jego ojciec pragnął, aby synek przebywał w miejscu jasnym, cierpieniu niedosiężny; w nowym trybie bytu promienny. Niezmiernie fortunna zbieżność pragnień. Wyglądało na to, żeśmy winni wpoić dżentelmenowi chęć powrotu z nami do domku z białego kamienia. Gdyby udało nam się tego dopiąć, należałoby skłonić chłopca, iżby wniknął w dżentelmena, dawałoby to bowiem niejaką nadzieję, że życzenie ojcowskie od wewnątrz podsłuchawszy, da się przekonać do...

hans vollman

Zamysł to znakomity, powiedziałem. Ziścić go nie mamy wszelako sposobu.

roger bevins iii

(Na przestrzeni dziejów w poglądach co do tej kwestii pakował niejaki zamęt). Nie ma tu żadnego zamętu, przyjacielu. Po prostu nie jesteśmy zdolni nic przekazać istotom owego autoramentu, a co dopiero nakłonić je do jakichkolwiek czynów. I chyba sam pan to wie.

roger bevins iii

[...]

Mary Lincoln zawsze była słabego zdrowia psychicznego, a utrata małego Williego na dobre wytrąciła ją z ról żony i matki.

Jayne Coster, Matka w obliczu próby. Mary Lincoln i wojna domowa

Koło drugiej po południu z części domu, w której leżało chore dziecko, dobiegły odgłosy straszliwego zamieszania. Pomyślałam, że nadeszła chwila. Pani Lincolnowa przemknęła mimo mnie z głową spuszczoną, wydając dźwięki, jakich ni przedtem, ni potem z ludzkiej krtani nie słyszałam.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź pokojówki Sophie Lenox

Rozpacz Prezydenta jeszcze dawała się ująć w słowach, lecz wybuch jego żony był nie do opisania.

Epstein, op. cit.

Na widok bladej twarzyczki zmarłego synka konwulsji dostała.

Keckley, op. cit.

Mary Lincoln padła na swoje łóżko.

Von Drehle, op. cit.

Zmieniona nie do poznania.

Keckley, op. cit.

Podano jej laudanum, lecz nawet ten silny specyfik nie uciszył krzyków rozpaczy, w których oburzenie mieszało się z niedowierzaniem.

Coster, op. cit.

Stan zdrowia nie pozwolił pani Lincolnowej wziąć udziału w uroczystościach pogrzebowych.

Leech, op. cit.

Mary Lincoln po pogrzebie przez dni dziesięć z łóżka nie wstawała.

Kevin Swarney, Piękność przeistoczona. Podróż Mary Lincoln

Pani Lincolnowa przez wiele tygodni po tej tragedii nie mogła wyjść z pokoju czy choćby z łóżka wstać.

Sloane, op. cit.

Gdy po miesiącu wreszcie stamtąd wychynęła, chodziła niczym kukła nakręcana, patrząc na nas obojętnie jak na obcych.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź lokaja D. Strumphorta

Niektóre ciosy są zbyt ciężkie dla osób nadto wrażliwych.

Coster, op. cit.

Leżała, pragnąc, aby wszystko to się odstało; chwilami nie wierzyła, że nieszczęście naprawdę się zdarzyło, a niebawem znów nabierała przekonania, że jednak na nią spadło. Wokoło wciąż te same ściany, pościel, filiżanka, sufit, okna. Nie mogła wstać i wyjść, świat zewnętrzny zbytnio ją bowiem przerażał. Sączyła odurzający napój, jedynej nadziei spokoju w nim upatrując.

Swarney, op. cit.

Gdzie mój chłopiec? - pytała raz po raz. - Gdzie jest? Czy ktoś nie mógłby go odnaleźć i natychmiast do niej przyprowadzić? Bo on gdzieś przecie musi chyba jeszcze być?

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź pokojówki Sophie Lenox

[...]

Tu wciąż cisza zupełna, Bracie drogi - Tylko ogień strzela, a z Twego dawnego pokoju dobiega chrapanie kochanej Grace, którą tam umieściłam, żeby łatwiej jej było mną się opiekować w te trudne noce - Księżycowa poświata ukazuje drugą stronę drogi, gdzie jak okiem sięgnąć poniewierają się szczątki po wczorajszej nawałnicy - Potężne konary opierają się o grobowce i leżą w poprzek grobów - Pamiętasz może posąg łysego mężczyzny w rzymskim stroju (któregośmy „Mortym” zwali), co stoi, stopą szyję węża nadeptując, i jak pewien młody psotnik po wielekroć sweter swój do góry podrzucał, aby Morty nadział go na koniec miecza - Otóż Morty'ego już nie ma - A przynajmniej nie jest tym, kim był niegdyś - Spadająca gałąź trafiła mężnego Rzymianina w rękę, odłamując ją wraz z mieczem, ten zaś w locie ku ziemi utrącił wężowi łeb - Teraz ręka, miecz i łeb węża leżą na kupie - a sam Morty, jakby owym dowodem swej śmiertelności wstrząśnięty, nieco się wraz z cokołem przechylił. Chybam się na chwilę zdrzemnęła - Tak, czwarta dochodzi - Za drogą stoi koń uwiązany do cmentarnego parkanu -spokojny i zmęczony, kiwa łbem, jakby mówił: No cóż, choć znalazłem się na podwórcu Umarłych głuchą nocą, Koniem jestem, winienem więc posłuch swemu panu. Mam tedy zagadkę, która mię zajmuje - Któż to tam zawitał tak późną porą? Jakiś młodzian, mam nadzieję, hołd składa szczerze ukochanej, którą utracił. W małej wartowni Mandersa się świeci, on zaś przechadza się pod oknem, jak to ma we zwyczaju - Może pamiętasz, że to właśnie Manders wspiął się po drabinie, aby zdjąć z miecza Morty'ego rzeczony sweter - Widać, jak się postarzał -Mniemam, że od nadmiaru trosk rodzinnych - O, wychodzi z wartowni - Jego latarnia się oddala - Szuka zapewne naszego „północnego gościa” — Wielce mię to wszystko intryguje - Kto by myślał, że takie kalectwo jak moje wyklucza pragnienie podniet, niechby usiadł tu ze mną tej nocy przy oknie - Chyba już nie zasnę, bo rada bym ujrzeć choć w przelocie twarz naszego gościa, kiedy już go Manders przywiedzie z powrotem.

Wojenny Waszyngton. Listy Isabelle Perkins z czasów wojny domowej, op. cit.

[...]

Byłem martwy. Czułem, że pora odejść. Toteż odszedłem. Tak: stając się tym samym sprawcą, a zarazem (zdumionym) widzem (od wewnątrz) zjawiska mrożącego do szpiku kości, czyli rozświtu materii przy wtórze huku wystrzału (którego to doznania nawet nie spróbuję opisać), odszedłem. Okazało się, że idę wysokogórską ścieżką, a przede mną kroczy dwóch mężczyzn, którzy, jakem się domyślił, odeszli zaledwie kilka sekund wcześniej. Jeden miał na sobie ubiór trumienny bardzo lichy i rozglądał się to tu, to tam, jakby wędrował dla przyjemności, a przy tym nucił nieco dziwacznie, zdając się przez to człekiem bezmyślnie szczęśliwym, z dobrawoli w niewiedzy trwającym. Nie żył, lecz jego zachowanie mówiło: Ha, ha, czymże to wszystko jest? Drugi miał na sobie żółty kostium pływacki, płomiennie rudą brodę i gniewnie stąpał, jakby śpieszno mu było dokądś dojść, choć zarazem mocno się wzdragał tam dotrzeć. Pierwszy pochodził z Pensylwanii, a drugi z Maine (z Bangor lub jego okolic) - wiele przybywał na polach uprawnych i często nad morze chadzał, aby na skałach godzinami przesiadywać. Był w kostiumie pływackim, bo utonął podczas morskiej kąpieli. Skądś to wiedziałem. Idąc ową ścieżką, co czas jakiś powracałem tutaj. Kładłem się w swym grobie, lecz wypłaszał mię zeń widok czegoś, co leżało w mej trumnie (tego świętoszkowatego, sucholicego szczątku); zawisałem więc nad grobem, nerwowym szybko-chodem koła zataczając.

[...]

Żółtostopa istota po prawej wyśpiewała jeden jedyny radosny ton, po czym kilka jej miniaturowych sobowtórów w y t a ń cz y ł o z niej (wybrałem to słowo, aby oddać ich ruchów grację nadzwyczajną), niosąc wielkie zwierciadło o brzegach drogimi kamieniami inkrustowanych. Żółtostopa istota po lewej wyśpiewała s w ó j radosny ton, po czym kilka jej miniaturowych sobowtórów wyturlało się z niej i koziołkując w sekwencji najwyszukańszych ewolucji gimnastycznych, jakie można sobie wyobrazić, wagę przyniosło. Szybki sprawdzian, rzekł wysłannik Chrystusa ze swego miejsca za brylantowym stołem. Istota po prawej nadstawiła zwierciadło rudobrodemu. Ta z lewej dłoń w piersi mu zanurzyła i zręcznym, a zarazem jakby nieco przepraszającym ruchem serce z niej wyjęła, aby je na wadze położyć. Istota z prawej spojrzała w zwierciadło, a ta z lewej na wagę. Bardzo dobrze, orzekł wysłannik Chrystusa. Tacyśmy radzi szczęściu twemu, powiedziała istota z prawej, a ja nie umiem należycie opisać radosnych dźwięków, co rozniosły się szerokim echem po bezmiarze, który, jakem wówczas pojął, we wsze strony wokół pałacu bezkresnym królestwem się rozciągał. W głębi komnaty otwarły się na ścieżaj brylantowe wierzeje, ukazując jeszcze większą salę. Ujrzałem w niej namiot z najczystszego białego jedwabiu (lubo takie jego opisanie jedynie go zniesławia, nie był to bowiem jedwab ziemskiego gatunku, lecz wyższego, doskonalszego, którego nasz jest tylko żałosną namiastką), gdzie miała się właśnie zacząć wielka uczta, a na podwyższeniu siedział nasz gospodarz, Król Królów, obok niego zaś stał pusty fotel (a raczej majestatyczny tron, złotogłowiem obity, rzec by można, gdyby złotogłów tkano ze światła, z którego każdej drobinki biłaby radość i radosne dźwięki), przeznaczony, jakem odgadł, dla naszego rudobrodego przyjaciela. Owym królem w namiocie był sam Chrystus, tak jak i (com nagle ujrzał) siedzącym przy stole księciem wysłannikiem, Chrystusem w przebraniu lub wtórną jego emanacją. Nie umiem tego wytłumaczyć. Rudobrody przeszedł właściwym sobie rozkołysanym krokiem przez brylantowe wrota, które wnet się za nim zamknęły. Przez niemal osiemdziesiąt lat przeżytych na ziemi nigdym nie odczuł większego ani przykrzejszego rozziewu między szczęściem (którym napawał mię sam przelotny i jakże daleki widok owego podniosłego namiotu) a smutkiem (nie byłem wszak w owym namiocie, a nawet kilka sekund na zewnątrz niego okrutną wiecznością mi się zdało).

[...]

Bo i po cóż miałbym opowiadać? Dla nas wszystkich, jak tu jesteśmy, za późno już na jakąkolwiek zmianę postępowania. Wszystko się dokonało. Jesteśmy cieniami wyzutymi z materii, że zaś osąd dotyczy naszych uczynków (lub zaniechań) z dawnej (materialnej) sfery, droga poprawy na wieki zamkniętą przed nami pozostanie. Nasze tamtejsze dzieło dobiegło końca i już tylko zapłaty czekamy. Długo i głęboko rozmyślałem nad tym, czym na karę tak straszliwą zasłużyłem.  Nie wiem. Nie zabijałem, nie kradłem, nie oszukiwałem; nie cudzołożyłem, zawsze litościwym i sprawiedliwym być się starałem; wierzyłem w Boga i wszelkich starań dokładałem, aby w miarę swych zdolności żyć zgodnie z wolą Jego. A jednak mię potępiono. Czyżby za to, żem (z rzadka) miewał okresy zwątpienia? Za przypływy żądzy? Za dumę, którą mię napawało jej przezwyciężanie? Za bojaźliwość, która zabraniała mi żądzom ulegać? Za to, żem życie zmarnował, zewnętrznych form przestrzegając? A może w sprawach rodzinnych zdarzyło mi się jakoweś uchybienie, niedopatrzenie czy potknięcie, którego dziś już nie pomnę? Czy zgubiła mię pycha (bezgraniczna!), wiara zadufana, że żyjąc tam (w okowach umysłu i ciała), mogę choć w przybliżeniu wyobrazić sobie, co stanie się tutaj? Czyżbym grzech jakowyś popełnił, tak bardzo mą zdolność pojmowania przekraczający, że do dziś nieświadomym go będąc, gotowem czyn ów powtórzyć?

[...]

To się naprawdę stało. Tak prawdziwie jak drzewa, które teraz nade mną się kołyszą; jak wysypana jasnym żwirem ścieżka pode mną; jak słabnący, omotany chłopiec, który z piersią ciasno przepasaną niby u jeńca dzikich Indian, u mych stóp ledwie dycha - ofiara mego niedbalstwa (zatopiwszy się w powyższych wspomnieniach, dawnom już przestał trudzić się gwoli jego ratunku); jak panowie Vollman i Bevins, którzy właśnie ścieżką nadciągnęli, biego-szybując, szczęśliwsi (o wiele szczęśliwsi) niż kiedykolwiek za mej pamięci. Dopięliśmy tego! - rzekł Vollman. - Naprawdęśmy dopięli! My sami! - dodał Bevins. Wniknęliśmy weń i go przekonali! - zawołał Vollman. Wspólną radością gnani, razem dali susa na dach. I rzeczywiście stał się cud nad cudy: sprowadzili owego dżentelmena z powrotem. Wyszedł na polanę pod nami, dzierżąc w ręku kłódkę, tę od drzwi domku z białego kamienia i lubo złamany był bólem, podrzucał ją w dłoni jak jabłko. Księżyc jasno świecił, więcem po raz pierwszy zdołał dokładnie się przyjrzeć twarzy przybysza. I cóż to była za twarz!

wielebny everly thomas

[...]

Był brunetem o włosach nietkniętych siwizną.

Nathaniel Hawthorne, Głównie o sprawach wojny

Włosy miał mocno posrebrzone, chociaż górę wciąż brał podówczas naturalny brąz; broda bardziej zdążyła już posiwieć.

Cordelia A.P. Harvey, Prezydent Lincoln w oczach mieszkanki Wisconsin, „The Wisconsin Magazine of History”

Uśmiechał się zaiste ujmująco.

Charles A. Dana, Wspomnienie wojny domowej. Z przywódcami w Waszyngtonie i w polu w latach sześćdziesiątych

Uszy miał duże i niekształtne.

Abraham M. Gordon, Abraham Lincoln. Opis medyczny

Gdy     był      w         dobrym         humorze,      zawszem       się       spodziewała, że załopocze nimi jak dobroduszny słoń.

Księżna Feliksowa Salm-Salm, Dziesięć lat życia mego

Nos, choć nie za długi w stosunku do reszty rysów, na tle chudej twarzy wydawał się duży.

Edward J. Kempf, Abrahama Lincolna filozofia zdrowego rozsądku

Nos ma wprawdzie długawy, lecz i sam jest dość długi. Konieczność nakazuje zatem proporcję zachować.

Ruth Painter Randall, Biografia pewnego małżeństwa., wypowiedź żołnierza

Śmiał się w taki Sposup że boki zrywać a Gesty miał niezdarne jak Żaden inny Człowiek wienc Każdy zwracał na nie uwagę tak Stateczny starzec jak i Uczniak a on jusz po paru Mijnutach był Spokojny i zamyślony jak jaki Sendzia na Ławie.

Rozmówcy Herndona, op. cit., wypowiedź Abnera Ellisa

Zdał mi się bodaj najszpetniejszym z ludzi, których w życiu widziałem.

Francis F. Browne, Życie codzienne Abrahama Lincolna. Biografia wielkiego prezydenta amerykańskiego z całkiem nowego punktu widzenia., z wykorzystaniem świeżych i bezcennych materiałów, wypowiedź wielebnego George’a C. Noyesa

Gdym ujrzał prezydenta Lincolna raz pierwszy, zdał mi się najpospolitszym z wyglądu człowiekiem, jakiegom w życiu widział.

Clark E. Carr, Moje czasy i pokolenie

Najgorszy brzydal, na jakim kiedykolwiek wzrok mój spoczął.

Frederick Hill Meserve i Carl Sandburg, Fotografie Abrahama Lincolna, wypowiedź pułkownika Theodore’a Lymana

Najpospolitszej prezencji człowiek, jakiegom w życiu oglądał.  

Piatt, op. cit.

Nie dość, że jest to najgorszy brzydal, jakiegom w życiu widział, to jeszcze na domiar złego niechluj i gapa względem manier i wyglądu.

David Herbert Donald, Lincoln, wypowiedź żołnierza

Nigdy nie był przystojnym, trzeba przyznać, a w dodatku z miesiąca na miesiąc coraz bardziej trupiał i nie zgrabiał.

W.A. Croffut, Waszyngton Lincolna. Wspomnienia żurnalisty, który znał wszystkich

Dość spędzić z nim pięć minut, aby przestać go uważać za brzydala bądź niezdarę.

„The Utica Herald”

Co się tyczy oblicza i postury, tak osobliwie przez Naturę urządzonych, to zdanie na ich temat w większym chyba stopniu aniżeli zazwyczaj od nastawienia Widza zależało.

Listy Sama Hume’a, opr. Crystal Barnes

Nigdy brzydkim mi się nie zdawał, albowiem twarz jego, bezmierną dobrocią i życzliwością wobec rodzaju ludzkiego promieniejąca, znamię intelektualnego piękna nosiła.

Salm-Salm, op. cit.

Tak promienieje dobrym humorem, wielkodusznością tudzież intelektem, że wzrok z lubością na niej spoczywa, aż nieomal przystojną się zdawał.

Lillian Foster, Spojrzenia z ukosa od Północy i Południa

Sąsiedzi uprzedzili mię, że znajdę pana Lincolna brzydkim, choć jest on najprzystojniejszym mężczyzną, jakiegom w życiu widział.

Allen Thorndike Rice, Abraham Lincoln we wspomnieniach znamienitych współczesnych

Nigdym nie widział bardziej myślącego oblicza ani też dostojniejszego.

Rice, op. cit., wypowiedź Davida Locke’a

O, tragiczna postaci! - wynędzniała, w kontury niewysłowionego zasmucenia wciśnięta, emanująca samotnością niby dusza, której smutku i goryczy żadne współczucie ludzkie przenigdy nie zgłębi. Wyniosłem z tego spotkania wrażenie, żem nie prezydenta Stanów Zjednoczonych, lecz najsmutniejszego człowieka na świecie widział.

Browne, op. cit.

[...]

Choć ruch każdy straszliwego wysiłku zdawał się odeń wymagać, pan Lincoln łańcuch ujął i kłódkę na nim zawiesił.

roger bevins iii

Ze jednak drzwi były uchylone, a w domku leżała szpitalna larwa jego synka, nie oparł się pokusie, aby raz jeszcze tam wejść.

wielebny everly thomas

Z dachu dawszy susa, śladem dżentelmena weszliśmy.

hans vollman

Bliskość szpitalnej larwy zachwiała widać pana Lincolna w jakowymś wcześniejszym postanowieniu, wyciągnął bowiem skrzynię z wnęki w ścianie i na posadzce złożył.

wielebny everly thomas

Wyglądało na to, że dalej posunąć się nie zamierza.

roger bevins iii

(Już i tak posunął się dalej, niźli był zamierzył).

wielebny everly thomas  

Klęknął jednak.

hans vollman

 I gdy tak klęczał, zdało nam się, że nie oprze się pokusie, aby jeszcze ten jeden ostatni raz skrzynię odemknąć.

wielebny everly thomas

W końcu ją odemknął; zajrzał do środka; westchnął.

roger bevins iii

Sięgnął ręką i czule poprawił pukiel włosów na czole.

hans vollman

Lekko zmienił ułożenie bladych dłoni, na piersi skrzyżowanych.

roger bevins iii  

Chłopiec krzyknął z dachu.

 hans vollman

Całkiem o nim byliśmy zapomnieli.

roger bevins iii

Wyszedłem, dałem susa z powrotem na dach i przez czas jakiś trudziłem się, aby chłopczynę uwolnić. Był już mocno sponiewierany: oszołomiony, oniemiały, na dobre do dachu przykuty. Wtem naszła mię myśl, że skoro go podnieść nie zdołam, może da się zepchnąć go w dół. Fortunny był to pomysł: chłopiec plecy miał nienaruszone. Przez miąższy, wciąż jeszcze tworzący się pancerz dłonie przecisnąłem, pierś chłopca zmacałem i tęgo ją pchnąłem, on zaś z okrzykiem bólu przeleciał przez dach do wnętrza domku z białego kamienia.

hans vollman

Chłopiec przebił sufit i na posadzce obok ojca swego wylądował. Wnet to samo uczynił pan Vollman.

roger bevins iii

Który na klęczkach jął chłopca zachęcać, aby ku ojcu ruszył. Wniknij weń i uważnie posłuchaj, rzekł. Może dowiesz się czego pożytecznego. Dopiero cośmy słyszeli, jak ojciec twój wyraził pewne życzenie, dodał pan Bevins. A raczej nadzieję, że przebywasz… - zaczął pan Vollman. W jakimś miejscu jasnym — dokończył pan Bevins. Cierpieniu niedosiężny — dodał pan Vollman. W nowym trybie bytu promienny - dorzucił jeszcze pan Bevins. Wniknij weń, poradził pan Vollman. I pójdź za jego radą, rzekł pan Bevins. Zobacz, czego się po tobie spodziewa. Chłopię z trudem dźwignęło się z ziemi.

hans vollman

Ile że z opresji wyszło srodze poturbowane.

roger bevins iii

Starczym krokiem ku ojcu pokuśtykało.

wielebny everly thomas

Poprzednim razem nie wnikało weń z własnego zamysłu, lecz mimochcąc.

hans vollman

 I teraz też wyraźnie się wzbraniało.

 roger bevins iii

[...]

Dokonałem swego czasu licznych odkryć, panteonowi naukowemu wcześniej nie znanych, za które należnego uznania nigdym się nie doczekał. Czym już wspomniał, jakimi nudziarzami byli moi koledzy? W porównaniu z mymi badaniami ich własne wyniki karleją. A mimo to wierzyli, że jest akurat na odwrót. Za przyczynkarza mię mieli. Chodem wiedział, żem wybitny. Spłodziłem równo osiemnaście genialnych woluminów, a każdy z nich otwierał całkiem nowe horyzonty w takich dziedzinach, jak… Stokrotnie przepraszam. Chwilowo nie potrafię sobie przypomnieć, jakim właściwie tematem naukowo się zajmowałem. Pomnę jednak owo ostateczne pohańbienie, gdy po mym odejściu, a przed wywiezieniem tutaj (kiedym leżał wzburzony wielce, w znajomej już skrzyni z klonu) dom mój opróżniono, a papiery na pustą parcelę ciśnięto i…

profesor edmund bloomer

Proszę się nie podniecać, łaskawy panie. Kiedy się pan tak szamocze, boli mię w miejscu naszego złączenia.

lawrence t. decroix

I spalono! Me genialne inedita [z łac. niewydane: rękopisy – przyp. aut.] spalono.

profesor edmund bloomer

No, no. A wie pan, co się stało z moją fabryką pikli? Nie żebym chciał temat zmieniać. Owszem, stoi. Z tego przynajmniej mogę być dumnym. Chociaż pikli już się w niej nie wyrabia. Jest tam teraz coś na kształt warsztatu szkutniczego. A nazwa Pikle DeCroix popadła w niemal zupełne…

lawrence t. decroix

Co za niesprawiedliwość! Me dzieło, pionierskie me dzieło puszczono z…

profesor edmund bloomer

Czuję to samo, wie pan, na myśl o swej fabryce. Była niegdyś ważną ogromnie. Na dźwięk porannego gwizdka z okolicznych domów wylewał się tłum siedmiuset oddanych…

lawrence t. decroix

 Dziękuję, że pan także widzi w tym niesprawiedliwość. Niewielu jest tak przenikliwych ludzi. Wrażliwych sympatyków. Dzieła mego. Wierzę, że doceniłby pan podówczas mą wielkość. Ach, gdybyśmy się byli w porę spotkali! Gdyby pan był naczelnym redaktorem jednego z pierwszorzędnych czasopism naukowych mych czasów! Mógłby pan prace me zamieścić. I dopilnować, żeby mię należycie doceniono. Ale i tak jestem szczerze wdzięcznym, że uznaje pan we mnie najwybitniejszego myśliciela mej epoki. Odczuwam to jako poniekąd zadośćuczynienie, że w końcu dostrzeżono we mnie najświetniejszy umysł mego pokolenia.

profesor edmund bloomer

Czy kosztował pan, kiedy mych pikli? Jeśli w początkach stulecia zjadł pan w Waszyngtonie lub w jego okolicach choć jedną piklę, było to najpewniej Piekło w Gębie DeCroix.

lawrence t. decroix

Słoje miały czerwono-żółte nalepki, jeśli mię pamięć nie zwodzi. A na każdej widniał rysunek przedstawiający rosomaka w kamizelce?

profesor edmund bloomer

Tak! To moje pikle! A czy smakowały panu?

lawrence t. decroix

 Bardzo.

 profesor edmund bloomer  

Jakże się cieszę, że wydały się panu wyśmienite. Jak to miło z pańskiej strony, że spośród wszystkich pikli podówczas wytwarzanych w kraju właśnie moje wspomina pan jako stanowczo najlepsze.

[...]

No, muszę powiedzieć, Elson - wybacz ten wtręt - że ominęły mię takie straszne przeżycia jak twoje. Pan Conner, jego zacna żona, wszystkie dzieci i wnuki były dla mnie jak własna rodzina. Nigdy mię z żoną ani z dziećmi nie rozdzielono. Jadaliśmy do syta i wcale nas nie bito. Dostaliśmy żółty domek, mały wprawdzie, lecz ładny. Było to w sumie szczęśliwe położenie. Swoboda każdego człowieka ma jakieś granice; nikt nie jest wolnym bez miary. Wiodłem po prostu (tak mi się przeważnie zdawało) takie samo życie, jak wszyscy, tylko w trochę skrajny sposób. Uwielbiałem żonę i dzieci, więc robiłem to, co robiłby każdy pracownik: to właśnie, co było dla nich z korzyścią i pozwalało nam miło żyć razem, czyli starałem się być dobrym i zacnym sługą dla ludzi, którzy na nasze szczęście sami też byli dobrzy i zacni. Oczywiście zdarzały się chwile, kiedy po otrzymaniu rozkazu słyszałem w zakamarkach głowy jakiś krnąbrny głosik. Zadaniem było wtedy puścić jego podszepty mimo uszu. Nie wyrażał się zresztą zbyt buntowniczo ani gniewnie, tylko, wiecie, po ludzku mówił: chcę robić to, co chcę, a nie to, co mi każecie. I przyznam, że nigdy nie udało się go całkiem uciszyć. Choć z biegiem lat mocno ś c i c h ł. Nie powinienem jednak przesadnie się uskarżać. Przeżyłem wiele swobodnych, szczęśliwych chwil. Na przykład w środowe popołudnia zawsze miałem dwie godziny tylko dla siebie. A w co trzecią niedzielę cały dzień, jeśli akurat nie było za wiele roboty. Co prawda moje rozrywki w tych porach wytchnienia były dość pospolite, prawie dziecinne: „Przejdę się pogadać z Redem. Przejdę się nad staw i sobie posiedzę. Skręcę w tę ścieżkę, a nie w tamtą”. I nikt nie wołał: „Thomas, chodź no tu”, „Thomas, bądź no łaskaw podać tacę” ani „Thomas, trzeba zadbać o tę grządkę, sprowadź Charlesa i Violet i zagoń ich do pracy, dobrze, mój stary?”. Chyba że jakiś mus nakazywał przerwać mi wypoczynek. W takich razach oczywiście czasem mi przerywano. Nawet w środowe popołudnie. Czy w niedzielę. Albo i w środku pierwszej lepszej nocy. Kiedym napawał się chwilą poufałości z żoną. Lub trwałem pogrążony w jakże potrzebnym śnie. Albo się modliłem. Albo w wychodku. Ale miewałem te swoje chwile. Swobodne, bez przerw, na osobności. O dziwo właśnie i c h wspomnienie najbardziej mię trapi. Zwłaszcza myśl, że innym dane było całe życie tylko z chwil takich złożone.

thomas havens

A jak pan trafił mieszkać w naszym dole?

elson farwell

Byłem w mieście. Wysłany w jakiejś sprawie. Nagle w piersi zabolało i…

thomas havens

[...]

Pan Lincoln nic z tego wszystkiego nie słyszał, oczywista. Zdało mu się, że siedzi głuchą nocą w cichym grobowcu.

wielebny everly thomas

Nadeszła przełomowa chwila.

roger bevins iii  

Chłopiec wejść musiał z ojcem w styczność.

hans vollman

Która by go oświeciła, pozwalając mu odejść lub wręcz do odejścia zachęcając.

roger bevins iii

 Inaczej wszystko byłoby stracone.

 wielebny everly thomas

 Czemu zwłóczysz? — zapytał chłopca pan Vollman.

roger bevins iii

Chłopczyna zaczerpnął tchu, jakby wreszcie gotów był wniknąć w ojca i naukę odeń odebrać.

hans vollman

[...]

Boże, jakiż on był zgnębiony. Próbował sklecić pożegnalnych słów parę, siląc się na krzepiący ton, żeby nad tym ostatecznym odejściem nie zawisł ponury nastrój, który chłopię mogłoby jakimś sposobem wyczuć (choć zarazem dżentelmen mówił sobie, że chłopczyna jest już dla uczuć wszelkich niedosiężnym), nosił jednak w sobie tylko smutek, skruchę, żal i mało co więcej wykrzesać umiał. Zwłóczył tedy w nadziei, że nasunie mu się jakaś myśl pocieszająca, którą rozwinąć zdoła. Nic się wszelako nie nasuwało. Był zgnębionym, bardziej niż przedtem zmarzniętym i smutniejszym, gdy zaś próbował wybiec myślą ku sprawom zewnętrznym, w wyobrażeniu swego życia publicznego pociechy szukając i w widokach na przyszłość tudzież w otaczającej go estymie zachętę znaleźć usiłując, nie tylko ukojenia nie zaznał, ale wręcz się okazało, że ludzie wcale nie mają o nim dobrego mniemania i nic prawie mu się nie udaje.

hans vollman

[...]

I gdy tak piętrzyły się niewyobrażalne stosy zabitych, a troska troskę goniła, nienawykły do poświęceń naród jął winić Lincolna za nie dość stanowcze dowodzenie działaniami wojennymi.

Larry Tagg, Niepopularny pan Lincoln. Historia najzajadlej przeklinanego prezydenta

Prezydent to idiota.

Zapiski Georgesa B. McClellana z czasów wojny domowej, opr. Stephen Sears

Próżny, słaby, infantylny, hipokryta, bez ogłady, towarzysko niezręczny, ma zwyczaj rozmówcę pięściami pod żebra kuksać.

Carl Sandburg, Wojenne lata, wypowiedź Sherrarda Clemensa

Jest to najwidoczniej osobnik niezmiernie pośledniego charakteru, kryzysowi w żaden sposób sprostać niezdolny.

Allan Nevins, Świt Lincolna. Prolog do wojny domowej, 1859-1861, wypowiedź Edwarda Everetta

Jego przemówienia wszystkich tutaj zgasiły, myśl wszelką o wielkości wypłaszając.

Tagg, op. cit., wypowiedź kongresmena Charlesa Francisa Adamsa

Pod każdym względem najsłabszy człowiek, jakiego dotąd na ten urząd wybrano.

Clemens, op. cit.

Potomność zapamięta go jako człowieka, który odczytać znaków czasu ni zrozumieć sytuacji oraz interesów kraju nie umiał… pozbawiony był jakichkolwiek uzdolnień politycznych; wtrącił kraj swój w otchłań wielkiej wojny, nie mając żadnego jej planu; zawiódł niewybaczalnie i upadł, przez przyjaciół opuszczony.

Tagg, op. cit., cytat z londyńskiego „Morning Post”

Ludzie od dziewiętnastu miesięcy ślą na Pańskie wezwanie synów, braci, mężów tudzież pieniądze. I cóż to dało? Czy pojmuje Pan, że sam winny jest nieszczęść, smutku i żalu, co kraj ten nękają? I że młodzieńcy, których raniono, okaleczono, zamordowano lub na dozgonne inwalidztwo skazano, zawdzięczają ten los Pańskiej słabości, niezdecydowaniu i brakowi moralnej odwagi?

Tagg, op. cit., list S.W. Oakeya

Pieniądze płyną strumieniem, dziesiątki tysięcy mężczyzn czekają, przegrupowywane bez żadnego celu, maszerują donikąd po kosztownych mostach, specjalnie po to wzniesionych i wnet przemaszerowują po nich z powrotem, a mosty te wtedy się burzy. I nie masz z tego żadnej korzyści.

Tobian Clearly, Listy zwolennika Unii

Jak nie Ustąpisz to ci wsadzimy pająka w pulpet i poślemy cię do Diabła ty boże jakiś wszem potężny przeklęty zsukinsynie idź do piekła i całuj mię w Dupę ciągnij kutasa i kłaniaj sie moim Jają jak własnemu Stryjku przeklęty durniu przeklęty Abe Lincolnie kto by cię chciał ty przeklęty daruj te ostre słowa, ale ci się należom boś jest zwykły Czarny smoluch przeklęty.

Szanowny panie Lincoln, opr. Harold Holzer

Jeśli żona porzucić mię zechce, czy mam prawo pod groźbą użycia broni w naszej „unii” ją zatrzymać? Zwłaszcza gdy jest zawziętszą w boju aniżeli ja, lepiej zorganizowaną i gotową na wszystko, byle się ode mnie uwolnić?

Glosy podzielonego kraju, opr. Baines i Edgar, wypowiedź P. Mallona

Ułóżcie trupy rzędem; przejdźcie wzdłuż niego od końca do końca; spójrzcie na każdego ojca, męża, brata, syna; tym sposobem koszty podliczywszy, pomyślcie (jak czynią wszyscy nasi wojskowi, poufnie o to pytani), że ten ponury szereg zniszczonych przyszłości to zaledwie początek fali młodych śmierci, która musi na nas runąć niebawem.

Artykuł w „Field Gazette” z Allentown

Pokój, panie prezydencie, zaprowadź pokój: jego to woła ludzkość co najmniej od czasów Zbawiciela naszego. Czemu właśnie teraz puszczasz okrzyk ten mimo uszu? Błogosławieni, którzy pokój czynią, powiada Pismo Święte, a my musimy uznać za prawdę także przeciwieństwo tej maksymy: przeklęci, którzy wojnę wzniecają, choćby najbardziej wierzyli w słuszność swej sprawy.

Artykuł w „Truth Sentinel” z Cleveland

Nie Zgodzilim sie i pszenigdy sie nie zgodzimy walczyć za Mużyna, bo go mamy za nic. Zapomniane głosy z wojny secesyjnej, opr. J.B. Strait, list od żołnierza piechoty z Nowego Jorku do Lincolna. Chwyciłeś wodze, dyktatorem samozwańczo się mianowałeś, stworzyłeś nową monolityczną postać rządu, która nad prawami jednostki wziąć musi górę. Panowanie twe zwiastuje straszny czas, gdy wszystkie swe swobody na rzecz monolitu utracimy. Założyciele ze zgrozą na to patrzą.

R.B. Arnolds, Łotr Lincoln, wypowiedź Darrela Cumberlanda

Stoimy tedy w obliczu dylematu. Cóż nam czynić trzeba, skoro trwał będzie u władzy jeszcze dwa lata, a samo istnienie ojczyzny naszej może zostać zagrożone, nim go zastąpimy kimś rozważnym. Jakże trudno dla ratowania kraju znosić rządy człowieka nieumiejętnego.

David Herbert Donald, Lincoln w nowym świetle, list George’a Bancrofta do Francis Lieber

Gdyby Abe Lincoln na kolejne cztery lata tak nędznych rządów miał zostać wybranym, oby znalazła się śmiała dłoń, która dla dobra ogółu sztylet w sercu tyrana zatopi.

Artykuł w „La Crosse Democrat”

Stary Abe Lincolnie: Przeklinam cię przeklęty stary boże z Piekła rodem niech twą duszę diabli porwą bądź przeklęty razem ze swą przeklętą rodziną przeklęty piekielniku niech dusza twoja w piekle się smaży bądź potępiony ty i wszyscy twoi krewni i przeklęci przyjaciele też do diabła z wami potępienie na wasze dusze bądźcie przeklęci.  

Szanowny panie Lincoln, op. cit.

[...]

W owych strasznych dniach nieżyczliwie naszeptywano, dając do zrozumienia, że chłopiec byłby życie ocalił, gdyby tylko któreś z rodziców w porę go pohamowało.

James Spicer, Męka na prerii. Psychika Lincolna

Zachwycony swym kucykiem, Willie upierał się jeździć na nim co dnia. Pogoda zmienną była, więc przeziębi i srodze zaniemógł, a niebawem jął mocno gorączkować.

Keckley, op. cit.

Czemu, pytano, dziecko jeździło na kucyku w ulewnym deszczu, i to bez płaszcza?

Spicer, op. cit.

Ci z nas, którzy osobiście znali małych Lincolnów i widywali, jak uganiają po Białym Domu niby dwóch dzikusów nieokrzesanych, zaświadczą, że w domostwie tym bezhołowie nieustanne panowało, a zaślepioną wyrozumiałość z miłością do synów mylono.

Kristen Toles, Jehowa z przypadku. Wola, dążenie i wielki czyn, wypowiedź B. Milbanka

[Lincoln] nie sprawował we własnym domu żadnej władzy. Jego dzieci zwykle robiły, co im się żywnie podobało. On zaś pochwalał wiele ich zbytków i w niczym ich nie powściągał. Nigdy nie beształ ani nawet nie karcił spojrzeniem.

William H. Herndon i Jesse W. Weik, Życie Lincolna

Zawsze mawiał: „Rad [jestem], że dzieci me swobodą się cieszą, szczęśliwe i tyranii rodzicielskiej nie poddane. To miłość jest łańcuchem, którym dziecko do rodziców Przykuć należy”.

Rozmówcy Hemdona, op. cit., wypowiedź Mary Lincoln

Dzieci te ściągały książki z półek - wysypywały na nie popiół z wiadra i z popielnika - chlustały atramentem z kałamarza - na to rzucały papiery - złote stalówki — listy i tam dalej, po czym na takim to stosie puszczały się w tany. Lincoln nic na to nie mówił, własnymi sprawami pochłonięty i na błędy swych synów ślepy. Gdyby naf…ali mu do kapelusza i wytarli mu nim buty, śmiałby się, za dowód bystrości wybryk ten uznawszy.

Herndon o Lincolnie. Listy, opr. Douglas L. Wilson i Rodney O. Davis, list do Jesse W. Weika

Mogliby minąć go pędem, biegnąc na strzeleckie zawody, a on nawet oczu od pracy by nie oderwał. Był bowiem Lincoln (wbrew chwalbie późniejszych hagiografów) człowiekiem ambitnym niemalże do zaślepienia.

Ci, co go znali, opr. Leonora Morehouse, wypowiedź Theodore’a Biasgena

[Każdy] kto mniema, że Lincoln spokojnie szaty na sobie drapował, czekając, aż naród go wezwie, ma o nim niezmiernie mylną wiedzę. Nieustannie snuł rachuby, planując zawczasu. Jego ambicja była niezmordowanym motorkiem.

Michael Burlingame, Świat wewnętrzny Abrahama Lincolna, wypowiedź Williama H. Herndona

Kto tak jak ja dawno postanowił wyrzec się światowych dążeń dla łagodniejszych domowych uciech na łonie rodziny i pogodził się z tym, że w zamian czeka go znacznie mniej chwalebny żywot publiczny, ten może tylko sobie wyobrażać, jaka ciemna chmura spowija głowę, w której gości myśl o tym, co m o g ł o było się stać, gdyby całą uwagę zgodnie z nakazem powinności najistotniejszym sprawom ogniska domowego się poświęciło.

Norman G. Grand, Mądre słowa i listy zebrane dziadka (niewydany rękopis, opr. Simone Grand, wykorzystany za zgodą)

Po stracie dziecka rodzic sam sobie bez końca katusze zadaje. Kiedy kochamy, a przedmiot naszej miłości - mały, słaby i kruchy - li tylko od nas opieki wygląda, ona zaś z tej czy innej przyczyny zawiedzie, cóż nam zostaje na pociechę (usprawiedliwienie, obronę)? Otóż nic. Wątpliwość będzie się w nas jątrzyć aż po życia kres. A gdy się z jednym powodem wątpliwości rozprawimy, miast niego pojawiać się będą coraz to nowe.

Milland, op. cit.

[...]

Wina i Skrucha są to furie, które nawiedzają domy, skąd śmierć zabiera takie dzieci jak Willie Lincoln; w tym zaś wypadku winą szczodrze można było wszystkich obdzielić.

Epstein, op. cit.

Krytycy zarzucali Lincolnowi brak serca, skoro zaplanował przyjęcie podczas choroby Williego.

Brighney, op. cit.

Z perspektywy czasu wspomnienie owego triumfalnego wieczoru musiało być splamione udręką.

Leech, op. cit.

Stwierdziwszy, że stan Williego się pogarsza, pani Lincolnowa postanowiła cofnąć zaproszenia i odłożyć przyjęcie na kiedy indziej. Pan Lincoln uznał jednak, że zaproszeń cofać nie należy.

Keckley, op. cit.

Wieczorem piątego lutego Willie cały płonął od gorączki, podczas gdy jego matka stroiła się przed balem. Przy każdym oddechu z trudem wciągał powietrze. Pani Lincolnowa widziała, że chłopiec ma zajęte płuca, więc bała się o niego.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

[Lincoln] zalecił przynajmniej, aby przed podjęciem jakichkolwiek kroków zasięgnięto zdania lekarza. Wezwano zatem doktora Sloana. Stwierdził on u Williego poprawę i powiedział, że są wszelkie powody do nadziei na rychłe wyzdrowienie.

Keckley, op. cit.

Lekarz zapewnił Lincolna, że Willie wyzdrowieje.  

 Dr Deborah Chase, Hipokrates prezydenta, wypowiedź Joshuy Freewella

Dom pęczniał od triumfalnych, dziarskich tonów Orkiestry Marynarki Wojennej, które godziły w rozgorączkowany umysł chłopca niby drwiny zdrowego towarzysza zabaw.

Sloane, op. cit.

Nawet jeśli przyjęcie nie przyspieszyło śmierci chłopca, z pewnością przysporzyło mu cierpień.

Wybrane listy Edwine Willow z lat wojny domowej, op. cit.

W waszyngtońskim szmatławcu „Gab & Joust” ukazał się satyryczny rysunek, na którym państwo Lincolnowie wychylają kieliszki szampana, podczas gdy chłopiec (z maleńkimi iksami zamiast oczu) schodzi do otwartego grobu, pytając: Ojcze, może i dla mnie kieliszek na odchodnym?”.

Maureen H. Hedges, Okręt bez steru. Gdy prezydenci zawodzą

[...]

Na zewnątrz zaskrzeczała sowa. Poczułem unoszącą się z naszego ubrania woń: bielizny, potu, sfermentowanego jęczmienia. Zamierzałem już tu nie przychodzić. Tak myślał pan Lincoln. I oto jestem. Jedno ostatnie spojrzenie. I kucnął przy szpitalnej skrzyni. Oto znów jego twarzyczka. Rączki. Oto są. I na zawsze pozostaną. Właśnie takie. Uśmiech zgasł. Nieodwołalnie. Usta szczelnie zaciśnięte. Nie wygląda (nie), jakby spal. Zwykle sypiał z otwartymi ustami, często zmieniając wyraz twarzy, gdy o czymś śnił, a czasem zdarzało mu się wymamrotać parę głupiutkich słów. Jeżeli Łazarz naprawdę istniał, nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby ówczesne okoliczności znów zaszły tu i teraz. I wtedy - rzecz niebywała - pan Lincoln szpitalną larwę do powstania skłonić spróbował. W tym celu umysł swój uspokoił, a potem otworzył go przed wszystkim, co poza horyzontem jego wiedzy istnieć mogło, a zdolne byłoby pozwolić larwie wstać lub wręcz jej to nakazać. Było mu głupio i właściwie nie wierzył, że coś takiego w ogóle… Ale świat jest przecie ogromny i wszystko zdarzyć się może. Wpatrywał się z góry w larwę, w palec u jej dłoni, wyczekując choćby najlżejszego… Proszę, proszę, proszę. Nic z tego. To przesąd. Nie wystarczy. (Opamiętaj się pan, wróć do rozumu). Byłem w błędzie, kiedy zdawał mi się trwałym i stałym, więc myślałem, że mam go na zawsze. A on nigdy nie był trwały ani stały, lecz w wiecznym przelocie, chwilowy gejzer energii. Powinienem był to wiedzieć. Czyż nie wyglądał inaczej po narodzinach niźli w wieku lat czterech, jeszcze inaczej jako siedmiolatek, a już całkiem po nowemu, gdy skończył lat dziewięć? Nigdy nie był ten sam, nawet z mgnienia w mgnienie. Przybył z nicości, oblekł się w postać, był kochanym, lecz od początku na powrót w nicość skazanym. Tylko nie myślałem, że to się stanie tak szybko. Ani że on nas wyprzedzi. Dwie przelotne chwilowości obdarzyły się wzajem uczuciem. Dwa obłoki dymu się polubiły. Wziąłem go za opokę i teraz to bólem przypłacam. Nie jestem stałym i Mary nie jest stałą, ba! - nawet tutejsze budynki i pomniki stałymi nie są, miasto z przykrościami też stałym nie jest, podobnie jak świat szeroki. Wszystko zmienne, zmienia się choćby w tej sekundzie. (Czy to cię pociesza?) Nie. (Już pora. Iść). Pan Lincoln rozmyślał z takim wytężeniem, żem całkiem zapomniał, jaki cel mi przyświeca. W końcu jednak go sobie przypomniałem. Zostań, pomyślałem. Koniecznie musisz zostać. Niech Manders wraca sam. Siądź na posadzce jak najwygodniej, my zaś wprowadzimy w ciebie chłopca i kto wie, co dobrego wyniknie z tego ponownego złączenia, którego obaj tak żarliwie pragniecie. Potem jąłem mu podsuwać najdokładniejsze wizje pozostania, jakiem przywołać potrafił, w których to wizjach siadał i był z tego rad; rozsiadał się wygodnie, dzięki pozostaniu spokój osiągając, i tam dalej.

[...]

A zatem: pozostań, zwłócz, nie spiesz się, mój panie, posiedź chwilę, rozgość się, zamarudź, a zadomawiając się tutaj, bądź kontent. Upraszam.

Myślałem, że to pomaga. Otóż myliłem się. Nie potrzebuję już tego widoku. Jeśli zechcę spojrzeć na Williego, uczynię to w swym sercu. Jak przystoi. Tam, gdzie wciąż jest nietknięty i cały Wiem, że gdybym mógł z nim porozmawiać, przyklasnąłby temu; powiedziałby, żem winien stąd odejść i nie wracać więcej. Był tak szlachetny duchem. Jego serce dobroć nade wszystko ukochało. Taki był dobry. Mój drogi malec. Zawsze wiedziały co słusznym będzie. I nalegał, żebym to właśnie uczynił. Tak i teraz postąpię. Chociaż wiele mię to trudu kosztuje. Wszystkie dary są chwilowe. Niechętnie rozstaję się z tym oto. Dziękując zań. Bogu. Lub światu. Ktokolwiek mi go ofiarował, pokornie mu dziękuję mając nadzieję, żem z darem dobrze się obszedł i gdy już pójdę dalej, nie przestanę dobrze się obchodzić. Miłości, miłości, wiem, czymżeś jest.

hans vollman

[...]

Wezwałem Kawalerów, którzy natychmiast przybyli, zawisając nad nami, i zrzucili z góry (na swój uroczy, naiwny sposób uwagę okazując) maleńkie bireciki, jam zaś nasze rozpaczliwe położenie jął im objaśniać, prosząc, aby nad posesją przelecieli, skrzykując wszelką pomoc, jaka się nadarzy. Ale właściwie jak mamy to powiedzieć? - zapytał pan Kane. Nie jesteśmy wszak „słowmistrzami”! - dodał pan Fuller. Ogłoście wszem wobec, że próbujemy ratować pewnego chłopca, rzekł pan Vollman. Zgrzeszył on tym jedynie, że jest dzieckiem, a budowniczy tego miejsca zarządził z niedocieczonych przyczyn, że jeśli dziecko kocha życie dość mocno, aby pragnąć tutaj pozostać, jest to ciężki grzech, najsroższej godzien kary. Obwieśćcie im, że nie chcemy już dłużej być niczym, nic nie robić i nic dla nikogo nie znaczyć, żyjąc w ciągłej trwodze, dodał Wielebny. Nie wiem, czy wszystko spamiętamy, przyznał pan Kane. Wygląda to na poważne zobowiązanie, powiedział pan Fuller. Zdamy się na pana Lipperta, rzekł pan Kane. Jest wszak z nas najstarszy.

roger bevins iii

Choć Prawdę powiedziawszy, wszyscy Trzej byliśmy sobie rówieśni, każdy z nas zawitał bowiem Tutaj w dwudziestym ósmym roku Życia (niekochany i nieżonaty jeszcze), lecz w istocie to właśnie ja byłem, formalnie rzecz biorąc, najwyższym rangą w naszym niewielkim Kółku, bom zjawił się pierwszy i (Samotnie) lat niemal dziewięć spędziłem, zanim Dołączył do mnie pan Kane (za sprawą Włóczni Indiańskiej, co mu pośladki jakże niefortunnie przebiła), dzięki czemu Duet Nierozłącznyśmy utworzyli na lat jedenaście bez mała, po czym pan Fuller, ów Zuch Młody, po wypitce nieroztropnie z Silosu w Delaware skoczywszy, Tercet niniejszy sformować nam pomógł. Uznałem tedy po Namyśle, że mieszanie się w tę Sprawę bynajmniej w Interesie naszym nie leży, nie ma ona bowiem z nami nic wspólnego, a może Zagrozić samej Wolności naszej, Zobowiązaniami Przykrymi nas obarczając, pozbawiając Swobody czynienia zawsze i wszędzie Li Tylko tego, co Chcemy, a nawet zdolność naszą do Pozostania na Szwank Wystawiając. Bardzo nam przykro! - krzyknąłem do tych w dole. - Nie chcemy, więc się nie podejmiemy!

Stanley „profesorek” lippert

Kawalerowie poczęli wtedy zrzucać ku nam meloniki: czarne, posępne, pogrzebowe, jakby mimo całej swej trzpiotowatości powagę chwili pojęli, a lubo trwać przy nas nie zamierzali, z niejakim żalem odmawiali nam pomocy.

wielebny everly thomas

Ich smutek rychło jednak pierzchł.

 hans vollman

Gonili za miłością (tak przynajmniej sobie wmawiali), musieli więc trwać w ciągłym ruchu, pełni nadziei, dowcipni, ożywieni, mając oczy otwarte w nieustannym poszukiwaniu.

roger bevins iii

[...]

Jakem sam w kazaniach wielu prawił, Bóg nasz jest Bogiem straszliwym i tajemniczym, a wyroki Jego są niezbadane, sądzi bowiem według uznania Swego, my zaś jesteśmy wobec Niego jako te jagnięta, do których ni tkliwości, ni złości nie żywi; jedne na rzeź posyła, inne zaś na łąkę wypuszcza, własnym kaprysem wiedziony, wedle praw, których wzrok nas, maluczkich, nie dosięga. Jeno uległość nam pozostaje. Mamy poddać się wyrokom Jego i pokornie znieść karę. Mych jednak rozterek owa nauka nie rozstrzygała. I jakżem nad tym bolał, do głębi duszy bolałem.

wielebny everly thomas

Gdzież więc ma zostać? - zapytał Brytyjczyk. - Tu? Czy na dachu?

hans vollman

Wszystkie spojrzenia ku chłopcu pobiegły.

roger bevins iii

On zaś dwakroć mrugnął, lecz nic nie powiedział.

hans vollman

 A może, zaczął pan Bevins. Może zrobilibyście dlań wyjątek. Z pancerza buchnęła salwa gorzkiego śmiechu. Zacne zeń dziecko, dodał pan Vollman. Zacne dziecko o wielu… Uczyniliśmy to już mnóstwu zacnych dzieci, rzekła kobieta. Prawo jest prawem, powiedział Brytyjczyk. Ale czemu, pozwolę sobie spytać, zagadnął pan Bevins, prawo jest inne dla dzieci niźli dla reszty z nas? To chyba niesprawiedliwe. Z pancerza dobiegł gwar oburzonych głosów sprzeciwu w rozmaitych językach, z których wieluśmy ni w ząb nie rozumieli. Nie wspominajcie nam o sprawiedliwości, proszę, rzekła kobieta. Furda sprawiedliwość, prychnął Vermontczyk. Czy ja zamordowałam Elmera? - zapytała kobieta. Ano zamordowałaś, przytaknął Brytyjczyk. A jakże, zgodziła się. A czy to nie wrodzone skłonności i pragnienia przywiodły mię do tego, że choć przez całe życie nikoguteńko nie zabiłam, w końcu popełniłam ów czyn? Tak, to one. A czy moja w tym wina? Czy było to sprawiedliwym? Czy chciałam się urodzić rozwiązłą, chciwą i ludziom cokolwiek niechętną, a wobec Elmera aż tak niecierpliwą? Wcalem się o to nie prosiła. Lecz taką właśnie byłam. I właśnie za to tu jesteś, rzekł Brytyjczyk. Właśnie za to tu jestem, święta racja, przyznała kobieta, Ja też tu jestem, wtrącił Vermontczyk. Czy chciałem urodzić się jako ktoś, kto z dziećmi zespoleń pragnie? Nie pamiętam, żebym w matczynym łonie życzenie to wyraził. Czy walczyłem z tym popędem? Ze wszystkich sił. No, prawie ze wszystkich. Walczyłem, jak mogłem. Jak mógł walczyć ktoś, kto się urodził z tą akurat przypadłością, tak, a nie inaczej nasiloną. A gdym opuszczał dawne miejsce, czy próbowałem wytłumaczyć to swym oskarżycielom? Zapewne, rzekła kobieta.

[...]

I Wielebny znikł.

roger bevins iii

Po jego odejściu próżnia na chwilę w pancerzu powstała…

hans vollman

Pan Vollman kopnął go z całej siły, aż pancerz się zapadł.

roger bevins iii

Gdyśmy się nań wściekle rzucili, szarpiąc go i drapiąc, czułem, że demoniczne istoty spozierają zeń na nas z urazą, zniesmaczone zaciekłością naszą, świeżo wskrzeszoną skłonnością ludzką do czynów z nienawiści płynących. Pan Bevins wepchnął rękę aż po łokieć. Od drugiej strony napierając, przebiłem powierzchnię pancerza długą gałęzią, a wślizgnąwszy się pod nią, niby dźwignię o kolana ją sobie oparłem i nacisnąłem, gdy zaś pancerz się rozpuknął, pan Bevins zdołał wsunąć weń całe ręce. Jął ciągnąć, krzycząc z wysiłku, i po chwili niczym źrebak noworodek (równie mokry i nieogładzony) wytoczył się chłopczyna, a myśmy przez sekundę wyraźnie widzieli w rozbitym pancerzu odcisk twarzy Wielebnego, na którą, radem rzec, w tych ostatnich chwilach nie powrócił znajomy wyraz (najczystsza zgroza, której świadectwem były uniesione brwi i rozwarte w kształt litery O usta), malowała się bowiem na niej ostrożna nadzieja, jakby pastor, udając się w owo miejsce nieznane, był kontent, że przynajmniej tutaj zrobił wszystko, co mógł.

 hans vollman

Pan Vollman chłopca na ręce porwał i do ucieczki się rzucił. Wypłynąwszy spośród szczątków pancerza na ziemię, demoniczne istoty w pogoń ruszyły. Pełznąc od dołu, nogi w kostkach niebawem panu Vollmanowi spętały, runął przeto na kolana, istoty zaś na powrót przybrały kształt pędów, błyskawicznie obrosły mu nogi oraz tułów i aż na ręce jęły się zapuszczać. Podbiegłem, chwyciłem chłopca i rzuciłem się do ucieczki. Zaledwie po paru sekundach prześladowcy mię doścignęli.

roger bevins iii

Zerwałem się na równe nogi, podbiegłem, chłopię panu Bevinsowi odebrałem, ku kaplicy pomknąłem i zanim pościg znów mię dopędził, ledwiem zdążył dać nura głową naprzód przez północną ścianę. Znam to miejsce, wymamrotał chłopczyna. Ja myślę, odparłem. Wszyscy je znamy. Wielu z nas kaplica posłużyła za wrota; lądowisko; ostatnie miejsce, gdzie jeszcze nas brano serio. Ziemia wokół kaplicy jęła się poruszać.

 hans vollman

[...]

Tom kiedyśmy się do bramy zbliżali Prez. na widok kaplicy powiedział, że chyba się tam przejdzie posiedzieć chwilę w zaciszu, jeżeli się nie sprzeciwię i wyznał, że wciąż czuje przy sobie synka i nie potrafi się uwolnić od tego uczucia, ale jak w przybytku modlitwy pomilczy minut parę to może mu się uda. Nie przyjął ode mnie latarni mówiąc, że mu jej nie potrza, bo całe życie nieźle widzi po ciemku no i poszedł przez ten sam plac, na którym nie dalej jak wczoraj ludzie stali setkami na trawie w mżawce czarno ubrani i pod parasolami przy smutnych dźwiękach organów z kaplicy a jam się do wartowni wrócił i tu właśnie piszę a na dworze bidny konik niecierpliwie kopytami o bruk stuka jakby czuł bliskość jeźdźca i przez to tańczył w miejscu koński taniec przed długą jazdą ku domowi. Prez. ciągle w kaplicy.

Manders, op. cit.

[...]

Witraże w oknach dawały przyćmiony, lecz mocny odzew bladej poświacie księżyca, co przez nie przebijała.

hans vollman

Niebieskawym odcieniem wszystko nasycając.

roger bevins iii

Po wczorajszym nabożeństwie wyniesiono wszystkie krzesła prócz kilku pierwszych rzędów, a i te w lekkim nieładzie stały.

hans vollman

Pan Lincoln siedział twarzą do ołtarza, z wyciągniętymi nogami, z dłońmi splecionymi na udach i głową zwieszoną. Zrozum pomyślał, że śpi. Wnet jednak jakby wyczuł, żeśmy weszli, bo się ocknął i rozejrzał.

roger bevins iii

Zaciekawione postaci z całej posesji wlewały się przez ściany kaplicy niby woda przez groblę nieszczelną. Wniknij weń, rzekłem do chłopięcia. Chłopiec dwakroć mrugnął. I wniknął. Niby to siadając ojcu na kolanach.  

hans vollman

Jak to zapewne nieraz czynił w dawnym miejscu.

roger bevins iii

I gdy tak siedzieli jeden w drugim, tę samą przestrzeń fizyczną zajmowali, a dziecko było mniejszym sobowtórem mężczyzny.

hans vollman

[...]

Z gorączki, którą zrazu uznano za objaw przeziębienia, wywiązał się tyfus.

Leech, op. cit.

Tyfus rozwija się wolno i bezlitośnie przez kilka tygodni, uniemożliwiając ofierze trawienie, dziurawiąc jelita, wywołując krwotoki i zapalenie otrzewnej.

Epstein, op. cit.

Osłabiające działanie choroby odbiło się na stanie pacjenta, powodując wysoką gorączkę, biegunkę, bolesne skurcze, wylewy wewnętrzne, wymioty, silne wyczerpanie i omamy.

Goodwin, op. cit.

Nalewka makowo-kamforowa może złagodzić szarpiący ból żołądka; omamy mogą zaprowadzić dziecko w zacisze słodkich snów lub wtrącić w labirynt koszmarów.

Epstein, op. cit.

Pacjent był tak rozkojarzony, że nie poznał zrozpaczonej, kochającej twarzy wysokiego mężczyzny, który się nad nim pochylał.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

Od pracy dla kraju raz po raz się odrywając, Prezydent krążył po pokoju i oburącz za głowę się chwytał, gdy jego synek jęczał boleśnie.

Flagg, op. cit.

„Dobrotliwe słówka, które są z tejże krwi co wielkie i święte czyny”, nieustannie z ust mu płynęły.

Harold Holzer, Lincoln, jakiego znaliśmy, wypowiedź Elizabeth Todd Grimsley

Lincoln miał niezwykle czułe serce dla każdej cierpiącej istoty, człowieka na równi ze zwierzęciem czy ptakiem.

Holzer, op. cit., wypowiedź Joshuy Frya Speeda

Odznaczał się wielką dobrocią serca. Umysł pełen miał tkliwej wrażliwości. Był ludzkim niezwykle.

Rozmówcy Herndona, op. cit., wypowiedź Leonarda Swetta

Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z nikim, kto byłby aż tak gotowym bliźnim służyć.

Holzer, op. cit., wypowiedź Johna H. Littlefielda

Zaiste nie umiał on nienawidzić.

William H. Herndon i Jesse W. Weik, Abraham Lincoln. Prawdziwa historia wielkiego życia

Jakież katusze musiały zadawać człowiekowi tak z natury współczującemu cierpienia ukochanego chłopca!

Flagg, op. cit.

Willie Lincoln miotał się i jęczał, lecz nic nie dawało się zrobić.

 Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź kamerdynera D. Strumphorta

 Płonące policzki, rozbiegane oczy i ciche jęki rozpaczy zdawały się świadczyć, że chory przeżywa wielką udrękę wewnętrzną i chciałby się od niej uwolnić, aby znów być tym samym szczęśliwym malcem co przedtem.

Hohner, op. cit.

Pościel rozkopawszy, mały Willie zrzucił złoto-fioletową narzutę. Leżała zmięta na podłodze.

Sternlet, op. cit.

Żółte lamówki, złote frędzle i bordiury nie tylko nie rozpraszały posępności monarszego wystroju, lecz tym bardziej przypominały odwiedzającym, że ciemność i śmierć przychodzą nawet po książęta.

Epstein, op. cit.

Oczy zmętniały, a niespokojna szamotanina ustała. Bezruch ten wydał się jeszcze bardziej przerażający. Chłopiec był już zdanym tylko na siebie. Nikt nie mógł mu pomóc ni go powstrzymać w tej podróży otchłannej, w którą wedle wszelkich oznak już był wyruszył.

Hohner, op. cit.

Pot śmiertelny na czoło mu wystąpił.

 Keckley, op. cit.

 W pokoju Konania tuż przed ustaniem oddechu czas zdaje się zupełnie zatrzymywać.

Sternlet, op. cit.

Prezydent mógł tylko stać i patrzeć, z oczami rozszerzonymi rozpaczą, bezsilny wobec bezlitosnego królestwa, które przed jego synem podwoje swe otwierało.

Hohner, op. cit.

[...]

Ciało zabalsamowali dwudziestego drugiego lutego doktorzy Brown i Alexander w asyście doktora Wooda.

Legenda Lincolna, biuletyn Lincoln Life Foundation, nr 1511, styczeń 1964

Ani Brown, ani Alexander nie brał udziału w balsamowaniu Williego; powierzyli oni to zadanie swemu mistrzowi balsamowania Henry’emu P. Cattellowi.

Thomas J. Craughwell, Jak ukradziono ciało Lincolna

Przygotowaniami do pochówku kierował Frank T. Sands. Być może to on doradził dla pewności przykryć pierś trupa zielono-białymi kwiatami rezedy wonnej (Reseda odorata), słynącej z przemożnie słodkiego zapachu. Zastosowano metodę Sagneta z Paryża.

 Epstein, op. cit.

Sagnet był pionierem nowatorskiego zastosowania chlorku cynku.

Legenda Lincolna, op. cit.

Steven Wedge i Emily Wedge, Zatrzymać śmierć. Balsamowanie i kult nieśmiertelności w XIX wieku. Pięć kwart dwudziestoprocentowego roztworu chlorku cynku wstrzyknięte przez tętnicę podkolanową nie tylko konserwowało zwłoki na co najmniej dwa lata, lecz także powodowało cudowne przeistoczenie, nadając ciału wygląd świetliście białego marmuru.

Craughwell, op. cit.

Metodzie Sagneta przypisywano nadzwyczajne właściwości, twierdząc, jakoby szczątki stawały się dzięki niej „posągową konchą, rzeźbą”.

Legenda Lincolna, op. cit.

W tym celu stół na krzyżakach ustawiono. W Zielonej Sali zwinięto dywany, a podłogę zabezpieczono wielką kwadratową płachtą płótna namiotowego.

Dr Donovan G. Root, Asystent lekarza. Wspomnienia doktora D. Roota

Zabieg nie wymagał spuszczenia krwi z ciała. Chłopca rozebrano, po czym wykonano nacięcie na lewym udzie. Wpuszczono tam chlorek cynku za pomocą metalowej pompki o niewielkiej średnicy. Wszystko odbyło się bez żadnych szczególnych przeszkód. Na miejsce nacięcia trzeba było założyć mały szew, po czym chłopca z powrotem ubrano.

Wedge i Wedge, op. cit.

Matka tak z rozpaczy szalała, że to ojciec wybrał ubranie do trumny i w wielkim pudle na kapelusze nam je przysłał.

Root, op. cit.

Williego ubrano w codzienny strój: spodnie, kurtkę, białe pończochy i płytkie buty. Biały kołnierzyk koszuli wyłożono na wierzch, a mankiety wywinięto na rękawy kurtki.

Wayne C. Temple, Abraham Lincoln. Od sceptyka do proroka, za: „Illinois State Journal”, 7 lipca 1871

My, domownicy, za życia chłopca wszyscyśmy nieraz widywali na nim owo szare ubranko.

Naoczny świadek dziejów. Biały Dom za kadencji Lincolna, op. cit., wypowiedź kamerdynera D. Strumphorta

Mały Willie, straszliwie wyniszczony, w jednym ze swoich starych brązowych ubranek, białych skarpetkach i płytkich butach wyglądał jak sponiewierana marionetka.

Epstein, op. cit.

Leżał z zamkniętymi oczami, ciemne włosy uczesane miał z dobrze nam znanym przedziałkiem, pobladły w śmiertelnym śnie; poza tym jednak wcale się nie był zmienił, ubrano go bowiem jak na wieczór, a w jednej z rączek złożonych na piersi trzymał bukiecik wonnego kwiecia.

Willis, op. cit.

Wszedł Prezydent, aby nań spojrzeć - lecz zbytnio się pospieszył. Stół na krzyżakach stał jeszcze. Jenkins właśnie zwijał płachtę. W otwartym puzdrze widać było narzędzia naszego fachu. Pompa wciąż bulgotała. Wszystko to było godne pożałowania. Psuło zamierzone wrażenie. Prezydent wyraźnie zbladł, podziękował nam i z pokoju szparko wyszedł.

Root, op. cit.

[...]

W dniu pogrzebu Williego Lincolna wicher zrywał dachy i darł flagi na strzępy.

Leech, op. cit.

W kondukcie zmierzającym na Dębowe Wzgórze, gdzie mieścił się cmentarz w Georgetown, dwa siwki ciągnęły karawan wiozący chłopczyka, który za życia jedynie szczęścia zaznał. Lecz powóz, w którym siedział znużony, zbolały Prezydent, zaprzężono w karosze.

Randall, op. cit.

Wichura zrywała dachy z wysokich domów, wybijała szyby w oknach, zrównywała z ziemią całe pola namiotów wojskowych, zamieniała błotniste ulice w kanały, a kanały w wartkie strumienie. Porywisty wiatr zniszczył kilka kościołów i wiele lichych chat, powyrywał drzewa, zdarł świetliki z dachu Biblioteki Kongresu; fale zalały Długi Most na Potomaku, prowadzący do Alexandrii.

Epstein, op. cit.

Ojciec jechał przez to rumowisko, patrząc niewidzącym wzrokiem.

Leech, op. cit.

Złożony z mnóstwa powozów kondukt ciągnął się przez tyle kwartałów ulic, że minęło wiele czasu, nim wjechał krętą drogą na pagórki Georgetown i na piękny cmentarz na Dębowym Wzgórzu, zwieńczony dąbrową.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

Gdy czoło konduktu dotarło ulicą Waszyngtona do cmentarza na Dębowym Wzgórzu, okazało się, że z racji jego długości trzeba go częściowo poprowadzić przez Bridge Street do High Street. Kondukt wjechał na wzgórze, mijając nowy rezerwuar, zwany Górnym, skręcił w Road Street i ruszył na wschód w stronę cmentarza, gdzie ciało Williama Wallace’a Lincolna miało spocząć w grobowcu W.T. Carrolla na parceli dwieście dziewięćdziesiątej drugiej.

Mathilde Williams, kustoszka Peabody Library Association, Esej o śmierci Williego Lincolna

Wszystko znieruchomiało, a setki ludzi wysiadły z powozów i weszły przez bramę na cmentarz, po czym ruszyły do pięknej gotyckiej kapliczki z czerwonego piaskowca, o oknach z niebieskimi witrażami.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

Wtem wyjrzało słońce, wlewając się przez okienka i malując wszystko wewnątrz kaplicy niebieską poświatą jakby z morskiego dna, aż na chwilę umilkły modlitwy, a zebranych zdumienie nabożne ogarnęło.

Listy zebrane Barbary Smith-Hill z czasu wojny, op. cit.

Tam też nad trumną pomodlił się jeszcze doktor Gurley.

Kunhardt i Kunhardt, op. cit.

Możemy być przeświadczeni - a zatem pogrążeni w żałobie rodzice i wszystkie dzieci smutku przeświadczonymi być mogą - że ich nieszczęście nie powstało z prochu, a troska z ziemi raptem nie wyrosła. Dzieje się to wedle pewnego ładu, z nakazu ich Ojca i Boga. Jakkolwiek tajemniczym może im się zdać owo zrządzenie, On to tak zrządził. A gdy żałobą są okryci, mówi im, jako Pan nasz Jezus Chrystus rzekł onego czasu Uczniom swym, zdumionym zachowaniem Jego: „To, co ninie czynię, jest dla was niepojętym, lecz z czasem pojmiecie”.

Gurley, op. cit.

I oto siedział tam, dźwigając w umyśle brzemię, którym świat się zdumiewa, człowiek przygięty do ziemi ciężarem serce i mózg przytłaczającym, chwiejąc się od ciosu, jakim była utrata dziecka!

Willis, op. cit.

Prezydent wstał, do trumny podszedł i samotnie nad nią stanął. Napięcie i żałoba w kaplicy wręcz namacalne się zdały.

Francine Cane, Mroczne dni

W ostatnich bezcennych chwilach przy synku spędzonych Prezydent głowę pochylił, myśmy zaś poznać nie umieli, czyli jest rozmodlonym, zapłakanym, czy też skonsternowanym.

Listy zebrane Barbary Smith-Hill z czasu wojny, op. cit.

Czyjś okrzyk w oddali. Może robotnika, który kierował uprzątaniem śladów po przejściu burzy szalonej.

Cane, op. cit.

Prezydent jakby li tylko siłą woli od trumny się odwrócił, jam zaś sobie uświadomił, jak trudno musi mu być własne dziecko porzucić w miejscu tak ponurym i samotnym, czego przenigdy nie byłby uczynił, za dziecko wciąż żywe odpowiedzialnym będąc. Z prywatnej korespondencji pana Samuela Pierce’a, za zgodą spadkobierców. Wyglądał, jakby przez kilka ostatnich dni ogromnie się postarzał. Płynęło ku niemu wiele współczujących spojrzeń i modlitw, aż zebrał się w sobie i z kaplicy wyszedł, z miną srodze zgnębioną, lecz łzom jeszcze nie folgując.

Listy zebrane Barbary Smith-Hill z czasu wojny, op. cit.

Podszedłem do Prezydenta i dłoń jego ująwszy, współczucie najszczersze wyraziłem. Jakby mię nie słuchał. Na jego twarzy odmalowało się mroczne zdumienie. Willie nie żyje, powiedział, jakby dopiero co doń to dotarło.

Pierce, op. cit.

[...]

Umysł jego od niedawna ku smutkowi się skłaniał; ku poczuciu, że świat przepełniony jest smutkiem; że każdy dźwiga jakieś smutku brzemię; każdy cierpi; i jakąkolwiek w tym świecie obrałoby się drogę, pamiętać należy, że wszyscy cierpią (nikt nie jest kontent; wszyscy skrzywdzeni, zaniedbani, poniechani, niezrozumiani), trzeba tedy czynić, co w naszej mocy, aby ulżyć wszystkim napotkanym; i że jego teraźniejszy smutek nie jest li tylko jego własnym, bynajmniej nie jest, lecz odczuwały go i jeszcze odczują dziesiątki ludzi we wszystkich czasach, w każdym czasie, nie lża go zatem przewlekać ni z nim przesadzać, ponieważ w tym stanie on sam, prezydent Lincoln, nikomu przyjść z pomocą nie zdoła, że zaś z racji swego stanowiska w świecie może ogromnie pomóc lub wielce zaszkodzić, nie powinien trwać w przygnębieniu, jeśli tylko zdoła zeń się otrząsnąć.

hans vollman

Wszyscy byli zasmuceni, teraz albo dawniej, a jeżeli nie, to niebawem posmutnieć mieli.

roger bevins iii

Naturalną rzeczy koleją.

hans vollman

Choć na pozór człek każdy innym od reszty się zdawał, w istocie tak nie było.

roger bevins iii

W samym rdzeniu każdego tkwiło cierpienie; nasz ostateczny cel i kres, a w drodze ku niemu wiele strat nam sądzonych. Tak tedy winniśmy wzajem się widzieć.

 hans vollman

 Jako istoty cierpiące, skrępowane…

hans vollman

Wiekuiście niedorastające do okoliczności, zbyt skąpym zadośćuczynieniem wynagradzane.

roger bevins iii

Jego współczucie biegło w owej chwili ku wszystkim, dzięki swej ścisłej logice podziały wszelkie omackiem przekraczając.

hans vollman

Odchodził stąd złamany, zadziwiony, spokorniały, umniejszony.

roger bevins iii

Gotów uwierzyć w każde o tym świecie twierdzenie.

hans vollman

Poniesioną stratą ze swych sztywnych ram wytrącony.

roger bevins iii

I dzięki temu potężny.

hans vollman

[...]

Gdy Prez. z kaplicy wychynął, w te pędy wypadł z wartowni bramę roztworzyć Prez. wyszedł bez słowa jakby roztargniony rękę wyciągnął i przedramię serdecznie mi uścisnął na konika wskoczył ażem myślał że oba razem na bok gruchną ale konik mężnie ustał i kopytami stukocząc wnet z godnością niemałą pobiegł jakby chciał chronić dobre imię jeźdźca chociaż Prez. prawie włóczył stopami po ziemi i powiadam ci Tom że gdy odjeżdżali R Street w zimną noc ta szlachetna szkapa tak dumnie stąpała jakby dźwigała na grzbiecie samego Herkulesa albo G. Waszyngtona. Kiedym bramę z powrotem zamykał poczułem Tom że ktoś na mnie patrzy więc głowę zadarłszy zobaczyłem w oknie naszą „tajemniczą pannę” z przeciwka która właśnie na swym stanowisku wiernie siedziała i tak siedząc okno rzeczone ze sporym trudem do góry odsunąwszy do mnie przez drogę zawołała pytając czy to w rzeczy samej Prez. dopiero co był odjechał na com odkrzyknął że owszem i posmutniałem Tom znałem ją bowiem wszak a przynajmniej widywałem kiedy będąc jeszcze małą chodziła a nawet biegała z resztą dzieciarni a teraz chyba lat trzydziestu dobiega więcem życzliwością wiedziony zawołał żeby okno zamknęła bo ziąbem wieje a ona ponoć niedomaga i za troskę mi dziękując rzekła smutne to nieprawdaż że taki los spotkał prezydenckiego syna a ja na to że doprawdy bardzo smutne na co ona że dziecko zapewne jest już w lepszym świecie a ja że taką też mam nadzieję i o to właśnie się modlę i głosy nasze zawisły jakbyśmy byli ostatnimi żywymi duszami na ziemi aż powiedziałem dobranoc i ona także życzyła mi dobrej nocy Po czym okno zasunęła i niebawem światło u niej zgasło.

Manders, op. cit.

[...]

W dawnym wagonie restauracyjnym wyraźnie widziałem twarz panny Traynor z tapety w lawendowe paski wyzierającą.

hans vollman

[...]

Jak zawsze o wschodzie Słońca obie sfery Zjednały się ze sobą i wszystko, co było prawdziwym w Naszej, zyskało też walor prawdy w Ich sferze: wszystkie Kamienie, Drzewa, Krzewy, Wzgórza, Doliny, Strumienie, Sadzawki, Mokradła, Plamy Światła i Cienia się zjednały i były odtąd Tożsame w obu Światach, tych zaś żadną Modą odróżnić się nie dawało. Wiele Nowych, Dziwnych i Niepokojących rzeczy zdarzyło się minionej nocy. My, Trzej Kawalerowie, przyglądaliśmy się im z Wyżyn: bezpieczni, osobni i Wolni - tak jak lubimy. Wezwałem swych młodych Podopiecznych do co najrychlejszego Odwrotu ku naszym Skrzyniom Szpitalnym, iżbyśmy Wniknęli. W to, co tam na nas Czekało.

Stanley „profesorek” lippert

[...]

Tom dopiero com kopnął się z latarnią do grobowca Carrollów sprawdzić czy wszystko w porządku i widzę, że trumna małego Lincolna ździebko wystaje z wnęki więcem ją wepchnął z powrotem o bidulek właśnie dobiega końca naj-pierwsza jego samotna noc spośród wielu które go tu czekają przez wieczność długą a smutną. Nie mogłem opędzić się od myśli że nasz Philip jest prezydentowiczowi mniej więcej rówieśnym a kiedy się po podwórku naugania do dom wpada rozczochrany płonąc radością życia bo przed chwilą się przekomarzał przez płot z pannami amy i rebą leonardównymi a teraz łap za miotłę i z nadmiaru szczęścia szturcha w zawzięcie kucharkę panią Alberts a ona się obraca z wielgachną rzepą w ręku żeby mu dać przez łeb ale widzi tę jego rozpromienioną twarz więc rada nie rada rzepę do miski upuszcza a chłopca za szyję chwyta i całusami obsypuje ja zaś ukradkiem miotłę jej podaję żeby mogła w odwecie też dać mu szturchańca w znoszone i podniszczone w zabawach spodnie kiedy będzie czmychał zwycięstwem się napawając a nie lada jaki to szturchaniec skoro owa dama ręce ma jak udźce pieczone o Boże nieznośna jest myśl że to Philip mógłby leżeć w takim miejscu jak to a gdy mię ona nachodzi muszę dziarsko nucić urywek jakowejś melodii zarazem modląc się Nie nie nie zabierz od mnie ten kielich Panie obym odszedł przed wszystkimi których kocham (Philipem Mary Jackiem juniorem i drogą Lydią) chociaż tak też będzie źle bo jak dotrą do kresu to mię zabraknie i im nie pomogę. Tak czy owak to nie do zniesienia o Boże w jakim trudnym położeniu człek tkwi na tym padole Tom drogi przyjacielu Tom łaknę snu czekam przybycia Twego z nadzieją, że te myśli smutne a niezdrowe zblakną niebawem, gdy tylko ucieszy nas swym widokiem nasz drogi przyjaciel wschodzące Słońce.

Manders, op. cit.

[...]

Jechałem tedy w owym dżentelmenie cichymi ulicami, wraz z nim konika dosiadając i nie byłem nieszczęśliwym. Chociaż on sam cierpiał. Czuł, że folgując żałobie, żonę swą tej nocy zaniedbał. A mieli wszak w domu jeszcze jednego synka chorobą złożonego. Którego także mogli stracić. Dziś co prawda mu się polepszyło, lecz los jego wciąż się ważył. Wszystko mogło się stać. Dżentelmen już to wiedział. Ale zapomniał. Jakoś zapomniał o drugim synku. O Tadzie. Drogim małym Tadzie. Dżentelmen był zaprzątnięty myślami. Nie chciał żyć. Już tego nie pragnął. Życie zbyt ciężkim się stało. Tyle było do zrobienia, a on sobie nie radził, gdyby zaś pokpił sprawę, wszystko wniwecz by się obróciło. Może z czasem (mówił sobie) poprawiłoby się i kto wie, czy w końcu nie byłoby znów całkiem dobrze. Ale właściwie sam w to nie wierzył. Zmagał się. Było mu ciężko. I mnie też. Tkwić w nim. Mimo to postanowiłem tam zostać. Zbliżał się ranek. Zazwyczaj za dnia spoczynkuśmy zażywali. Ściągało nas z powrotem w nasze skorupy i musieliśmy w nich wypoczywać. Lecz tamtej nocy nigdzie mię nie ciągnęło. Morzył mię jednak sen. Zdrzemnąłem się i osunąłem z dżentelmena w jego konia, który był w owej chwili - poczułem - Cierpliwością wcieloną, od łba aż po kopyta, i lubił swego pana, jam zaś nigdy jeszcze nie czuł, że obrok jest na tym świecie tak dobrą rzeczą, i nie tęskniłem do tyła za pewną niebieską derką. Po chwili ocknąłem się, usiadłem prosto i znowu w pełni wtopiłem się w dżentelmena. I takeśmy jechali w noc, uśpione domy rodaków naszych mijając.

thomas havens

George Saunders, Lincoln w Bardo

Eksperymentalna powieść George’a Saundersa – amerykańskiego pisarza, zwłaszcza opowiadań, także i powieści, nowel, książek dla dzieci oraz esejów, przenosi akcję niekonwencjonalnej opowieści, nagrodzonej prestiżową i angielską Nagrodą Bookera za 2017 rok, w samo serce Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, do stołecznego Waszyngtonu, generalnie rzecz ujmując w początki lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Samo nowatorstwo tej powieści zasadza się przynajmniej na dwóch środkach przekazu. W przytłaczającej większości, o ile nie w całości, czyli tak naprawdę to w ogóle opowieść – o Prezydencie Lincolnie, jego synu Willie oraz żywotnych duszach bytujących pomiędzy życiem a śmiercią w swoistym „czyśćcu”, jakim jest w dopowiedzeniu tytułowym buddyjski stan podprogowej świadomości zwany inaczej Bardo – jest ciągiem umiejętnie zestawionych cytatów literackich, w czym też należy upatrywać ogromnej erudycji autora, z drugiej strony powieść nie gardzi mową potoczną daleką od zasad gramatycznej czy stylistycznej poprawności, tudzież „czystej” ortodoksji ortograficznego zapisu biegu myśli plejady duchów bardyjskich. Osnową opowieści są w zasadzie ostatnie godziny życia, następnie śmierć na tyfus i pogrzeb nastoletniego Williego, ukochanego synka Lincolna, dalsza też rozpacz i „piekące” rozterki Prezydenta-rodzica oraz u będącego w „krainie duchów” Williego dramatyczna próba pocieszenia czy ukazania się Ojcu w postaci znowu fizycznej. W ostatecznym rozrachunku ten świat i tamten poza-świat się nie przenikają nawzajem, choć nocne wizyty Abrahama w grobowcu Williego dają przyczynek do ciekawych spekulacji…



powrót ››