Blog

 

24.05.2024

Mistrz gry

„człowiek równie mało wie o naturze Boga,

co karaluch o naturze człowieka.”

Huldrych Zwingli


„trzeba mieć chaos

w sobie,

by móc porodzić

gwiazdę tańczącą.”


„Nic

nie jest tak straszne

jak wieczność.”


„Cierpienie nie jest dobre;

cierpienie wstrzymuje słowa i oddech.”

[...]

W jedną z owych obrzydliwych i wilgotnych nocy pod koniec listopada, kiedy ulice zalega poszarzały śnieg i lód, Iwan Sierow siedział przy stole w głębi baru „Pod Łajbą”, gdzie przed powrotem do domu zwykł wypijać parę piw. Był to lokal pozbawiony jakiegokolwiek wdzięku, bez muzyki, usytuowany na jednej z banalnych bocznych ulic, a więc bardzo rzadko odwiedzany. Nieliczni klienci szukali tam samotności, ciszy oraz bladego światła, które każdemu zapewniało osobistą przestrzeń. Dowiedział się właśnie, że kelnerka Sonia nie pracuje tego wieczora i że jest prawdopodobnie chora, bo już od kilku dni nie pojawiła się w pracy. Dyżurna kelnerka i chłopak za kontuarem nie potrafili mu nic więcej powiedzieć i poradzili, by raczej zapytał właścicielkę w ciągu dnia. Iwan zmartwił się; spodziewał się bowiem, że zastanie Sonię i tak jak w ubiegłym tygodniu zaprosi ją do siebie po zamknięciu lokalu. Kochali się wówczas nie zadając sobie zbędnych pytań, a Iwan, zazwyczaj nieśmiały wobec kobiet, czuł się swobodnie w towarzystwie dziewczyny zachowującej się zarazem naturalnie i z lekkim dystansem. Miał wyraźne wrażenie, że oddając mu się, kocha się raczej sama z sobą, jak gdyby jego przy niej nie było, jakby jego obecność niewiele się liczyła. Iwan ze swojej strony był odprężony i obydwoje zażyli wiele rozkoszy. Sonia była ładna, ciepła i dobrze wiedziała, czego chce. Zamknąwszy oczy poddawała się pieszczotom, melodyjnie wzdychając. Wszystko to wprowadziło Iwana w stan wielkiego podniecenia. Rano wyszła, odmówiwszy nawet wypicia kawy. Pomimo wspólnie spędzonej nocy nie stała mu się ani odrobinę bliższa - wciąż znał tylko jej imię i adres baru, w którym od niedawna pracowała jako kelnerka.

[...]

Kim naprawdę jestem? - spytał nieznajomy. Dlaczego narzucam ci się z taką przyjemnością? Ależ, Iwanie, to ty sam mnie wezwałeś… Fakt, nie śpieszyłem się z przybyciem. Mała strata, gdyż twoje życie dopiero teraz zaczyna być interesujące, chociaż widząc cię tak oszołomionym, obawiam się, że mogłem popełnić błąd. No, człowieku, obudź się! Jest pan przyjacielem Soni, Tiaga? - spytał nagle Iwan usiłując zrozumieć, dlaczego ogarnia go ten dziwny strach rozprzestrzeniający się po trzewiach, istna trwoga. Ależ nie i wiesz o tym dobrze - żachnął się Lucjan. Twój biedny Tiago w ogóle mnie nie interesuje, a poza tym on nie ma przyjaciół. Ty również. Nawet ty nim gardzisz. Kelnerek nie lubię. Nie jestem też wojskowym, policjantem ani nikim z uniwersytetu, jeżeli to cię uspokoi. Jestem twoim kumplem Lucjanem. A nazwisko? Po prostu Lucjan, nic więcej. Niewdzięczniku, nie rozpoznajesz mnie… Po co miałbym ci wyznawać swoje nazwisko, skoro tak bardzo nie ufasz słowom?

[...]

Czy to ci coś nasuwa? Mefistofeles! - wykrzyknął rozbawiony Iwan. Jeśli się nie mylę, to słowa z prologu „Fausta”. Lucjanie, przecież nie będzie się pan ze mną bawił w diabła! Oczywiście, że nie. Powiedziałem to po prostu, żeby popisać się swoją erudycją, ale też, żeby dać ci wskazówkę. W końcu z nas dwóch to ty jesteś duchem, który mówi: nie, który chce zła, a równocześnie czyni dobro… Nie, nie jestem diabłem… niestety - westchnął Lucjan. Diabeł nie istnieje. Ta wspaniała postać jest hipotezą zbyt łatwą, zbyt ludzką, jak każda z waszych prób zanegowania tego, co jest, poprzez jego przeciwieństwo, zamiast zwyczajnie pogodzić się z tym, co nie do pogodzenia. Moim zdaniem szkoda, że nie istnieje. Byłby świetnym współgraczem, godnym mnie przeciwnikiem. Ileż to razy wzdychałem, z nostalgią czytając to, co ojcowie Kościoła napisali o księciu ciemności! Cóż za płodna wyobraźnia, jaka zmysłowość! Moja nostalgia graniczy chwilami z erotycznym dreszczem… Tak, naprawdę szkoda. To najbardziej oryginalny koncept spośród tych, które stworzyli ludzie, i najbardziej do nich podobny. Lecz szukaj dalej, o, masz coś stworzonego na swój obraz i podobieństwo. Teraz prawie parzy. Łaski! - wykrzyknął Iwan. Muszę już iść. Porzućmy te bzdury.

[...]

Przypominasz sobie? Napisałeś przecież w swojej rozprawie, że wszystkie te rzeczy, które przywołałem, są Diaboli ecclesiae. Jeśli dobrze zrozumiałem to, co napisałeś, twój Orygenes dodaje, że grzesznicy, żydzi, heretycy i niewierni stanowią mistyczne ciało demona. Zatem ja, kochając życie, i ty, kochając dziwki, z definicji stoimy raczej po stronie Złego. Żarty na bok, Iwanie, pozwolisz, że zadam ci podchwytliwe pytanie: twój Orygenes został potępiony jako heretyk, czyż nie tak? Czy on również lubił dziwki? Nie masz pojęcia? A więc dowiedz się, mój drogi intelektualisto, tego, czego nie wiedziałeś: że stosownie do rad udzielanych przez Tertuliana i Euzebiusza na temat eunuchów, biedaczysko kazał się wykastrować. Tak, tak, drogi Iwanie. Wykastrować! Ciach! Co oznacza, że bez wątpienia za bardzo lubił dziwki i nie mógł się kontrolować. W pewnym sensie uspokojony wiedzą swego rozmówcy i sądząc, że prawdopodobnie ma do czynienia z jakimś imbecylem z wydziału teologicznego, Iwan zareplikował: Orygenes napisał też: Per singulos homines bibi sunt angeli - na każdego człowieka przypada dwóch aniołów. Pan, Lucjanie, jest zapewne moim złym duchem. Musi mi pan przedstawić także mojego anioła stróża. Czy przypadkiem nie przyprowadził go pan z sobą? No nareszcie, mój mały! - odparł nieznajomy, najwidoczniej ukontentowany. Wolę cię oglądać zadowolonym i w nastroju do żartów.

[...]

Mógłbyś uczyć patrystyki i scholastyki do końca swoich dni. Teraz gdy sam zrezygnowałeś, będą mogli zatrudnić kogoś bardziej nowoczesnego do nauczania katechezy czy innych banałów. Młodzi nie interesują się już dialektyką dobra i zła. Ponadto, takie rozważania siłą rzeczy prowadzą do sceptycyzmu, jeśli nie prosto do zakonu. Cóż chcesz, coraz mniej jest obdarzonych erudycją profesorów teologii, a religia przyciąga jedynie niezrównoważonych umysłowo osobników poszukujących azylu. Dlatego, mój mały, nie łudź się, że twoja rozprawa znajdzie jakichś czytelników! Może o tym nie wiesz, ale naprawdę im ulżyło, gdy dowiedzieli się o twojej nieoczekiwanej rezygnacji. Obawiali się twego integryzmu.

[...]

Wygląda na to, że mimo wszystko rzucił pan okiem na moją rozprawę. Dlaczego? Z próżności, Iwanie, z czystej próżności. Trochę z nudów, ale przede wszystkim z próżności. Lubię wiedzieć, co o mnie wypisujecie. O panu? Tak, o mnie i o mojej grze. Mówię ci, to nałóg, chociaż nieco monotonny. Nigdy nie mam dosyć waszych dzieł, waszych śmiesznych pomysłów. Naszych? Tak, waszych. Innymi słowy ciekaw jestem tego, co wypisują moje stworzenia. Przecież przed chwilą powiedział pan, że nie jest diabłem - zauważył Iwan z uśmiechem. Był teraz pewny, że rozmawia z szaleńcem, być może z jakimś absolwentem teologii w rodzaju tych, którzy wysiadują w bibliotekach w poszukiwaniu utraconego zdrowia psychicznego. No, Iwanie, prawie trafiłeś. Jeśli nie jestem diabłem, a mimo to wszystko wiem, to… To co? To jestem Bogiem, Iwanie! Bogiem? No cóż, wspaniała nowina! Lucjan Bóg…

[...]

Zatem ojciec małego Jezuska. We własnej osobie - potwierdził nieznajomy z łaskawym uśmiechem. Co do epitetu „dobry” uchylam się od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Nie jestem przeciwieństwem diabła ani rzecz jasna swoich biednych stworzeń. Jestem po prostu Bogiem. I bynajmniej nie Bogiem Ojcem, albowiem nigdy nie popełniłem tego głupstwa, żeby zapłodnić jakąkolwiek kobietę i pozostawić ją po tym dziewicą! Jeśli w przypływie nudy zdarzało mi się z niektórymi kopulować, to mogę cię zapewnić, że rucham je jak trzeba - zakończył wybuchając obscenicznym śmiechem. Wulgarność tej ostatniej uwagi utwierdziła Iwana w przekonaniu, że ma do czynienia z maniakiem, i zesztywniał w odruchu obronnym. Tamten, jakby umiał czytać w jego myślach, ciągnął wyrozumiale: Nie obawiaj się, Iwanie. Nie ma nic złego w prawidłowej kopulacji. Kobieta oddająca się mężczyźnie oczekuje, że posiądzie ją mężczyzna, a nie nieśmiały teolog. Wiem coś o tym. Nieraz zdarzyło mi się przybrać postać kobiety i mogę cię zapewnić, że obwisły kutas obraża kobietę bardziej niż niezręczność czy zbytni pośpiech. No, to teraz już wiesz, że jestem Bogiem, ale mów mi raczej Lucjan, zgoda? Na pewien czas zostaniemy przyjaciółmi, pokażesz mi swoje życie. Jeśli ci to zbytnio nie przeszkadza, zamieszkam u ciebie, tak będzie bardziej intymnie… Zatem dlaczego nie miałbym się nazywać Lucjan Sierow? Będę twoim kuzynem bawiącym u ciebie przejazdem. Co ty na to?

[...]

Czego w gruncie rzeczy chciał? Wszystkie te pytania kłębiły mi się w głowie, gdy kroczyłem pomiędzy przechodniami, starając się uspokoić. Choć to dziwne, cały wypity w ciągu wieczora alkohol nie miał najmniejszego wpływu na tok myśli, które szturmowały mój umysł. Czy było tak wyłącznie z powodu biegu od portu, obfitego potu czy strachu? Jak to sprawdzić? W każdym razie bez najmniejszej wątpliwości byłem trzeźwy. Z pewnością wzburzony do granic wytrzymałości, wstrząśnięty i wystraszony, ale trzeźwy jak nigdy dotąd. A może dosypał czegoś do mojej szklanki? Gdy tak spacerowałem, nieustannie oddalając się od mojego mieszkania, udało mi się zapanować nad nerwowością i nieco uporządkować myśli. Z całą pewnością przeżyłem właśnie epizod depersonalizacji, coś w rodzaju ostrej, bardzo krótkotrwałej psychozy. To było jedyne logiczne wytłumaczenie. Chyba że w grę wchodziło oszołomienie narkotykiem lub zatrucie pokarmowe. Mimo wszystko byłem jednak przekonany o prawdziwości tego, co przeżyłem. Oczywistość tego faktu była bezsprzeczna: nieznajomy był czymś w rodzaju mojego sobowtóra, kimś takim jak Goladkin. Pomimo całej śmieszności tej hipotezy uważałem to za jedyne dające się zaakceptować wytłumaczenie, jedyne, które uwzględniało fakty. Mój zdrowy rozsądek, na pewien czas wyłączony z gry z powodu strachu bądź doznanych halucynacji, powracał w miarę, jak przypominałem sobie poszczególne etapy rozmowy. Tak, jedyne wyjaśnienie to Goladkin, sobowtór z powieści Dostojewskiego. Czy mój sobowtór, mroczna strona mego ja, zła i niemoralna, która upomniała się o swoje, konfrontując mnie z poczuciem porażki, była atakiem depresji czy przejściowym stanem niepoczytalności? Co ważne, wielu informacji zaserwowanych mi przez nieznajomego nie znał nikt poza mną; te dawne wspomnienia istniały wyłącznie w moim umyśle.

[...]

Iwan zapalił światło w swoim mieszkaniu i zastygł jak sparaliżowany. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, czuł się przykuty do podłogi. Przy biurku jakby nigdy nic siedział uśmiechnięty i odprężony Lucjan z litrową butelką szkockiej i dwiema szklankami. Późno wracasz, Iwanie - powiedział zamiast powitania. Czekałem tu na ciebie po ciemku i o suchym pysku, podczas gdy ty degustowałeś pizzę, nie poświęciwszy koledze jednej myśli, niczym prawdziwy dzikus. Tym gorzej dla ciebie; zamówiłem sobie chińszczyznę. Była bardzo dobra. Iwan powiódł wzrokiem za spojrzeniem nieznajomego i istotnie zobaczył na kontuarze w kuchni kartonowe pudełka, brudne talerze i wrzącą w czajniku wodę. Robię herbatę - dodał Lucjan. Mamy przed sobą całą noc. Przyniosłem też whisky. Cutty Sark to twoja ulubiona, czyż nie? Nie chciałem naruszać twoich zapasów alkoholu. Iwan zamknął oczy i ścisnął dłońmi skronie, żeby się obudzić i przerwać ten koszmar, lecz widok Lucjana siedzącego bez marynarki i z rozluźnionym krawatem i uśmiechającego się kordialnie był tak realny, że kiedy po pierwszym szoku postanowił otworzyć oczy, nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Właśnie tak, Iwanie, odpręż się - odezwał się Lucjan. Usiądź i nic się nie bój. Mogę ci obiecać dwie rzeczy: po pierwsze nie zrobię ci nic złego, a po drugie udowodnię ci, że naprawdę jestem twoim Bogiem. Daj mi słowo, że jeżeli dowód cię przekona, ze swej strony będziesz się zachowywał w sposób cywilizowany.

[...]

Nie chowaj się, Iwanie - rzekł Lucjan tak łagodnie, jakby zwracał się do nadąsanego dziecka. Siądź ze mną. Jestem przyzwyczajony do zdziwienia, to całkiem naturalna reakcja. Chwali ci się, że we mnie niczym nie rzuciłeś, w przeciwieństwie do niejakiego Lutra, ani nie wymachujesz mi przed nosem czosnkiem, jak zrobiłaby większość ludzi biorąc mnie za wampira. Wyobraź sobie, że często odpędza się mnie znakiem krzyża! No, nie bój się, już ci mówiłem, że nie ma ani diabła, ani żadnych duchów. Westchnął. Przyzwyczaiłem się też, że ludzie uważają mnie za szaleńca… Na szczęście sprawy wyjaśniają się potem same. Właściwie chyba wolę twoją nieufność; mam przynajmniej pewność, że nie zechcesz wywrócić świata do góry nogami zakładając sektę albo ogłaszając koniec świata. Bo prawda jest taka, że z nas dwóch to ty wylądowałbyś w wariatkowie. Współczesna epoka jest bardziej nastawiona na trywialność niż na metafizykę. No chodź, zaspokoję twoje pragnienie namacalnego dowodu.

[...]

Życzenie? Tutaj, na stole? Tak, ofiaruję ci mały prezent. Pomyśl o czymś. Iwan wahał się przez chwilę, po czym uśmiechnął się łobuzersko i poprosił o samowar. Ale taki dymiący, z węglem drzewnym i małym imbrykiem na wierzchu, z czarną, gotową już do picia herbatą. Taki jaki Pietruszka przynosił rano Goladkinowi? - upewnił się rozbawiony Lucjan. Wiesz, Iwanie, często brano mnie za diabła, za czarownika albo ducha, nawet za męża rogacza przebranego za policjanta. Ale za sobowtóra chyba nigdy. Miałeś tupet, żeby pomyśleć o Goladkinie. Zarozumialec z ciebie! Skąd pan może wiedzieć, co sobie pomyślałem? Mój biedny sceptyku! Wybacz mi. Nie śledzę ciebie ani twych myśli z niedyskrecji albo z braku szacunku. Uwierz, byłem bardzo zatroskany widząc, w jak wielkim stanie wzburzenia wyszedłeś z baru, zatroszczyłem się więc o ciebie. To wszystko…

[...]

Przyszedłem do ciebie, bo jestem pewien, że ze swojej strony nie wyjdziesz z inicjatywą intymnego kontaktu. Gra, jaką pragnę z tobą prowadzić, jest całkiem innej natury, czysto intelektualnej, w pewnym sensie artystycznej. Zaufaj mi. Wprawdzie w przeszłości, kiedy to było szczytem mody, interesowałem się cierpieniami mnichów. Przyznaję, że powracam do tego od czasu do czasu. Zdarza mi się również uwieść jakieś stworzenie wyłącznie po to, żeby zobaczyć, jaki będzie ciąg dalszy. Lecz to wszystko jest mniej absorbujące niż rozrywki umysłowe. Sodomizować jakiegoś księcia Kościoła lub mistyka, czy dać im się zsodomizować, to banalne i nudne. Interesujący może być jedynie sposób, w jaki tłumaczą sobie później to doświadczenie albo co z nim później robią. I odwrotnie, weź przypadek Teresy z Avili. To pan? - spytał zdziwiony Iwan. Ależ skąd! To Chrystus; była w nim do szaleństwa zakochana, jak początkująca dziwka w swoim żigolaku. Ale przecież powiedział pan… Jak najbardziej, Iwanie. Przywołuję ten przypadek, bo jest pouczający, jako że wykracza poza zwykły seks. Chrystus nie istnieje. Teresa z Avili od początku do końca wszystko sobie wyobraziła, i to bez żadnej Bożej pomocy. Oto co jest w tym naprawdę wspaniałe!

[...]

Moje odejście w tej chwili oznaczałoby zniszczenie tego pięknego egzemplarza stworzenia, jakim jest młody Iwan Sierow obdarzony niezbędnymi cechami pozwalającymi mu dokonać rzeczy interesujących. Dlaczego „zniszczenie”? Czyż nie widzisz, że spędziłbyś resztę swoich dni targany wątpliwościami, spoglądając na samowar i bawiąc się nożem? W końcu popełniłbyś samobójstwo, choćby w nadziei, że mnie odnajdziesz. A ja mam żelazną zasadę: nigdy radykalnie nie zmieniać swojej pięknej gry. Zdarza mi się przyśpieszać bieg rzeczy, służyć za katalizator, ale cały czas w poszanowaniu reguł. Ale żeby u mnie zamieszkać?… Nie! Co za głupota! Tak się cieszyłem na tę nową partyjkę, że zapomniałem pomyśleć o tym szczególe. Twój sceptycyzm był tak pociągający i uczony, że zignorowałem twą mizantropię. Dlaczego nie mielibyśmy pójść na kompromis, zawrzeć paktu? W waszych bajaniach podpisuje się pakty z diabłem, więc dlaczego nie z Bogiem?

[...]

Nie próbuj robić z siebie bałwana, którym nie jesteś. Mówię ci o Albercie, Koperniku czy Bertrandzie Russellu. Opuść trochę gardę i daj się owładnąć uczuciom. Wiem, że odczuwasz podziw i wdzięczność wobec tych wielkich umysłów. Nie zgrywaj się na twardziela, bo w ten sposób ranisz sam siebie. W królestwie reguł gry nie ma niewolników. W grze stworzenia są pionkami, to jasne, lecz gdy starają się wznieść ponad paradoks bycia jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz gry, bycia symultanicznie pionkami i teoretykami, czasem ocierają się o wzniosłość. Niewolnikami jest reszta stada: ci, którzy zadowalają się władzą przyznaną pionkom zgodnie z regułami gry. Jak mniemam, nie mówię ci nic nowego, bowiem myśl ta implicytnie [w taki sposób, żeby się tego domyślić – przyp. aut.] tkwiła w konkluzjach twojego doktoratu, tyle że ją trochę zamaskowałeś, żeby nie wystraszyć recenzentów. O ile wiem ani Albert, ani Bertrand niczego nie ukrywali. Czy zachował ich pan w niebie dla swojej rozrywki? - spytał gorzko Iwan. Brawo, mój drogi! Oto pytanie, które zawiera w sobie wszystkie inne. A ty zadajesz je jakby nigdy nic, mimochodem i znienacka. Moje gratulacje! Nie chciałbym jednak za dużo zdradzić, zanim nie zyskam pewności, że jestem tu mile widziany.

[...]

Żadnego cyrografu spisanego krwią, żadnej hipoteki na duszę ani wiecznej adoracji. Bóg, ten wielki gracz i mistrz gry, to nie pospolity handlarz dywanami. Żydzi prawie to zrozumieli, chociaż wyobrazili mnie sobie pod postacią Jahwe, tego ultranacjonalistycznego dyktatora i neurotyka. To ich problem, ja nie mam z tym nic wspólnego. Chrześcijanie natomiast wydumali sobie, że raj jest równocześnie okienkiem do załatwiania skarg i zażaleń i pudełkiem z podarunkiem niespodzianką. Gdyby byli w stanie pojąć śmieszność tej wizji a la święty Mikołaj, wszystkie watykańskie pijawki w jednej chwili utraciłyby swoją aureolę i wszyscy ujrzeliby je takimi, jakimi naprawdę zawsze były i są, a zatem: pazernych bankierów. Ale cóż chcesz, wasze życie jest właśnie takie: stworzenia są nazbyt przyzwyczajone do zrzucania odpowiedzialności za swoją ludzką kondycję na mity.

[...]

Nie narażam się na żadne niebezpieczeństwo, Iwanie - odparł Lucjan. Zależy mi jednak, żebyś wiedział, że nie jestem dobrym Bogiem. Nie zapominaj o tym. Jestem tym, co nazywasz Bogiem, ale nie do końca. Twoja koncepcja boskości jest zbyt ciasna, obrzydliwie ludzka. Zatem ustalmy: żadnej adoracji ani próśb. Chciałbym, żebyśmy się rozstali w dobrych stosunkach, jak koledzy, i żeby każdy poszedł w swoją stronę. Uwierz mi, mam powody, by być nieufnym. W ciągu wieczności przeżyłem mnóstwo złych doświadczeń. Oto, dlaczego wspomniałem przed chwilą o Lutrze. Kiedy po raz pierwszy złożyłem mu wizytę, był zachwycony, bardzo podekscytowany i sprawiał wrażenie prawdziwego chłopa z jajami, piwosza gotowego wywrócić wszystko do góry nogami, niemal gotowego oddać się rozpuście. Potem, kiedy ujawniłem swoją grę, natychmiast zmienił się w mistyka skrzyżowanego z przebiegłym politykiem. Oskarżył mnie, że jestem diabłem, i zbombardował kałamarzem i kapciami. Okazał się niereformowalny!

[...]

No dobrze, których nie chcę. Już ci mówiłem, nie jestem gotowy wywrócić wszystko do góry nogami, byleby tylko przypodobać się jakiemuś stworzeniu. Moja gra to wytwór umysłu, to cudowna fikcja, natomiast wy, ludzie, trwacie przy swoich wyobrażeniach nieba i piekła. Są też takie panie, co szaleńczo zakochują się we mnie lub w mojej mocy i stają się zazdrosne, a potem albo odnajdują we mnie mnóstwo przywar, jak Luter, albo oskarżają mnie, że zmarnowałem im życie. To prawdziwa męka! Czasem myślałem sobie, że bardziej niż mnie potrzebują diabła. Albo bogini. Żeby się wyżyć, ile wlezie!

[...]

Nie mogłem temu przeciwstawić żadnego logicznego argumentu. Lucjan jak najbardziej złożył mi wizytę. Ale w jakim celu, skoro rzeczywiście dysponował wszechmocą? Ta ostatnia kwestia irytowała mnie szczególnie, gdyż w sposób nieodwołalny zakładała istnienie ducha wyższego rzędu - cóż za różnica Boga czy diabła - obdarzonego konkretnym istnieniem wykraczającym poza język, mity i mentalne możliwości istoty ludzkiej. W przeszłości rzecz jasna wierzyłem w Boga, ale nawet wówczas nie wierzyłem w niego w taki właśnie sposób. Lucjan wydawał mi się być amalgamatem Boga z katechizmu i Giovanniego Casanovy takiego, jakim on sam opisuje się w swych pamiętnikach, a wszystko to podlane współczesnym sosem na poły nihilistycznym, na poły godnym impresaria popularnej piosenkarki. Jego erudycja mogła być czystym złudzeniem, jako że zachowywał przewagę, cały czas sterując biegiem konwersacji. Ta gadanina stanowiła w większym stopniu retoryczną sztuczkę niż dowód na wyższość intelektualną. Jakże mi to odgadnąć, skoro okazał się skądinąd tak zniewalający? Czyżbym zatem sam siebie oczarował? Bardzo dobrze pamiętałem o swoim narastającym w trakcie pisania doktoratu poczuciu wszechmocy, o swojej własnej arogancji wobec kolegów z uniwersytetu, o pogardzie dla przeciętności umysłowej profesorów. Bez wątpienia miałem skłonność do przerostów miłości własnej. 

[...]

Tiago zgodził się nawet zjeść omlet i większą część popołudnia spędziliśmy gawędząc. Sonia nie pojawiła się, ale skoro już tam byłem, równie dobrze mogłem wysłuchiwać religijnych wynurzeń mojego rozmówcy. Kiedy rozmowy toczyły się u niego, miałem zwyczaj kontrować mistyczne uniesienia Tiaga precyzyjnymi pytaniami zmierzającymi do zmiany jego toku myślenia. Tego dnia po raz pierwszy uświadomiłem sobie ogrom wysiłku, jakiego dokonał od czasu zwolnienia z więzienia, żeby nadać moralny sens swojemu upokorzeniu. Nie był komunistą, lecz członkiem lewicowej organizacji katolickiej współpracującej z robotniczymi związkami zawodowymi. Wedle tego co sam mówił, jego wiara była raczej pretekstem do zaangażowania się w działalność polityczną, do pracy z towarzyszami. Potem, po doświadczeniu tortur, fizycznie złamany i moralnie upodlony, skonstruował sobie system bardzo osobistych relacji z Bogiem, z którego wykluczył zarówno wspólnotowe działanie, jak i praktyczną przynależność do Kościoła. Był sam wobec swego przeznaczenia, zatem samotny wobec Boga bardziej osobistego, bardziej Kierkegaardowskiego niż katolickiego, ale z którym - jak wierzył - utrzymywał uprzywilejowane stosunki.  

[...]

Pomyślałem sobie, że Tiago dochodzi do siebie po długim kryzysie i że dlatego cierpi. Bez wątpienia cierpienie to było konieczne, żeby powrócił do życia. Teraz nie miałem już prawa być w odniesieniu do niego hipokrytą, należało oczyścić jego umysł z religijnego szlamu, może nawet pomóc mu odzyskać zdolność odczuwania gniewu. Zresztą to całkowicie współgrało z planem książki, jaką miałem zamiar napisać na podstawie naszych spotkań. Nie był to, wszakże jedyny powód, bym dalej kroczył wyznaczoną drogą, nawet jeśli zbieżność moich słów z projektem książki mogła chwilami wyglądać na konflikt interesów, na rodzaj egoizmu. Ciągle jeszcze przekonany jestem, że walka to dla istoty ludzkiej wyłączna droga niezależnie od wszelkiego Boskiego objawienia i bez względu na formę, jaką by przybrało. Skupiając się, wszakże na ideach, zapomniałem o człowieku, nie wziąłem pod uwagę jego osobowości i tego nie przestanę sobie nigdy wyrzucać. Żadna abstrakcyjna idea, choćby uznać ją za najbardziej doskonałą, nigdy nie dorówna motywacji konkretnego człowieka.

[...]

To ciekawe, że najbardziej abstrakcyjne problemy stają się całkowicie namacalne, gdy tylko otwieramy się na konkrety egzystencji. Obecność Soni w moim życiu od początku naznaczona była kontrastem między jej prawie niewinną żywotnością a moim strachem, że mogę ją utracić. Zło, pojęcie dotąd czysto abstrakcyjne, którym żonglowałem w sposób nieodpowiedzialny, przybrało konkretną formę bardzo mało filozoficznej troski. Myślałem o niej swoim ciałem, co z kolei prowadziło mnie do odkrycia, że ja również istnieję w sposób cielesny, o czym od bardzo dawna nie myślałem. Zacząłem więc od czynienia niewielkich planów, zwykłych przewidywań, co będziemy robili na naszych kolejnych randkach, gdzie zaopatrywać się w smakołyki i wino; pytałem ją, jaka muzyka czy książki sprawiłyby jej przyjemność. Przyszło mi na myśl, żeby kupić kwiaty, i zdałem sobie sprawę, że nie mam wazonu. To z pewnością drobiazgi, ale były to dopiero początki mojego otwierania się.

[...]

Niemniej, jeżeli ci to nie przeszkadza, chciałbym rozpocząć od problemu zła. Po pierwsze dlatego, że ten problem jest, jak się wydaje, jakąś obsesją wszystkich stworzeń, pretekstem, żeby mi bezustannie robić wymówki. Poza tym dlatego, że jest to problem, który zajmuje cię w tej chwili z powodu owego absurdalnego strachu o utratę nowego szczęścia. Ale przede wszystkim, żeby można było porozmawiać trochę o konkluzjach twego doktoratu. W końcu zainteresowałem się tobą z powodu tego, co w nim napisałeś. Twoja reakcja na to, co powiem o problemie zła, pokaże mi, ile jesteś w stanie przyswoić. Pamiętaj, że w żaden sposób nie chcę burzyć reguł gry, a szkoda byłoby napełniać ci czaszkę po to, żebyś później założył jakąś sektę albo zaczął wieszczyć dyrdymały.

[...]

Oczywiście, że mnie drażni! Tym bardziej że żywię głęboki szacunek dla tego poczciwego Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego. To był wielki wizjoner, człowiek o ogromnej wrażliwości. Szkoda, że nikt go nie posłuchał. Wasz wiek byłby mniej ponury, czy też mniej ekscytujący, w zależności od punktu widzenia obserwatora. Kiedy formułował swoje wizje, obawiałem się wręcz, żeby ludzie nie uświadomili sobie swojej głupoty. Obawiał się pan? Jeszcze jak! Moja gra zostałaby wówczas pozbawiona tego złożonego wieku pełnego tajemnic i nagle wybuchających wojen. Nie zapominaj, że spoglądam na świat z punktu widzenia prowadzącego grę, a nie jej uczestników. Lubię, kiedy gra staje się ostra, a nie kiedy się uspokaja. Mój drogi Iwanie, wieczność jest bardzo nudna. Z drugiej strony otwarte pozostaje pytanie: gdyby ludzie na czas uświadomili sobie niebezpieczeństwa wynikające z populistycznej władzy, jaki byłby ten wiek, co osiągnęliby dzisiejsi ludzie. Czy wasza technologia rozwinęłaby się tak bardzo jak obecna, a wasz zmysł osobistej wolności byłby tak samo wyczulony? Nie mam pojęcia. Mnożenie zdań warunkowych, tych wszystkich „jeżeli”, do niczego nie prowadzi. Żydzi wprawdzie sami stworzyli system ściągający na nich wszelkie rodzaje nieszczęść, ale wypracowali też bardzo realistyczną i prozaiczną mądrość mającą swoje źródło w tych właśnie nieszczęsnych doświadczeniach. Mają bardzo śmieszne powiedzenie odnoszące się do zdań warunkowych: „Gdyby moja babka miała jaja, byłaby moim dziadkiem”.

[...]

Czy widziałeś kiedyś te nieszczęsne dzieciaki z ortodoksyjnych rodzin żydowskich? Litość bierze, gdy się patrzy na te bladawice o spłoszonym wzroku i z czaszką naszprycowaną groteskowo anachronicznymi prawdami Talmudu, które żyją w bezustannym strachu i czołobitności. A jednak nie tylko nie buntują się, ale na dodatek kochają swojego Jahwe jak prawdziwe baranki. Jak to możliwe? Najzwyczajniej w świecie za przyczyną nacjonalizmu, który daje im pewność, że przynależą do narodu wybranego. W zamierzchłych czasach rabini wymyśli ten mit, żeby łatwiej im było rządzić współplemieńcami. Zatem im bardziej ich Bóg jest zły, tym większą czują ulgę, że zostali wybrani. Gotowi są wszystko znieść, aby tylko złość niebiańskiego psychopaty nie zwróciła się przeciwko nim. Tymczasem milion reguł, jakich należy przestrzegać, i wspomnienie napadów złego humoru Jahwe tak bardzo zaprząta ich uwagę, że nie potrafią uświadomić sobie, że są nabijani w butelkę. Czując się więc istotami tak bardzo wywyższonymi, zamykają się we własnym gronie, a im bardziej duszą się we własnym sosie, tym silniejszy strach odczuwają i tym bardziej umacniają swoje poczucie wyższości. Czy chciałbyś mieć poczucie wyższości za taką cenę? No właśnie…

[...]

Najważniejsza jest władza. To władza ustala moralność człowieka; moralność jest zawsze moralnością zwycięzcy. Uznaj tę prawdę, która cię przytłacza, a nie będziesz miał więcej problemów moralnych. Jeżeli chcesz, żeby twoją moralność akceptowano wszędzie, zamiast się uskarżać, ucywilizuj tych, których masz za dzikusów, uzbrój się przeciwko gnębicielom, wychowuj ludzi i karz bez wahania. Ofiara bardziej się w twoich oczach liczy niż agresor? Przestań znajdować usprawiedliwienia dla agresora i postaraj się wzmocnić możliwości ofiary. Nie wiedziałem, że Bóg jest darwinistą - przerwał mu Iwan z uśmiechem. To nie ja jestem darwinistą, tylko Darwin miał bystry umysł. Potrafił zrozumieć tę piękną subtelność mojej gry, jaką jest kontrast między indywidualną moralnością a prawem przeżycia gatunku. To jeden z moich najpiękniejszych wynalazków.

[...]

Wy ludzie wyobraziliście sobie bóstwo tak perwersyjne, demona tak sadystycznego, że trudno wam zaakceptować oczywistość. Przypomnij sobie, co mówił Augustyn, parafrazując Cycerona: ludzie stworzyli Boga na swoje podobieństwo. Jest w tym, raz jeszcze, problem moralny: nie jesteście w stanie wyobrazić sobie władzy absolutnej jak moja, która nie wywoływałaby jednocześnie poczucia zagrożenia. Ale to ludzie nie potrafią się kontrolować, kiedy sprawują władzę, to oni niewolą i źle traktują swoich bliźnich. Ja nie mam z tym nic wspólnego. Zatem odpręż się. Pozostawiam sobie moją moc na sprawy szlachetne, na grę; nie trwonię jej na drobne świństwa, jak to czynią ludzie.

[...]

Nie szukam także uczniów. Wolę partnerów do gry, umysły gotowe do podjęcia ryzyka w imię piękna i złożoności całości. Uczę cię wyłącznie po to, aby obserwować, co zrobisz z tą nową wiedzą. Jeśli uświadomiona figura okazuje się niezbyt pojętna, posępna lub bojaźliwa, niechże i tak będzie. W każdej chwili rozgrywam nieskończoną liczbę partii, wszędzie pojawiają się oryginalne ustawienia. Jeśli nie staniesz na wysokości zadania, trudno. Ciągle muszę udoskonalać swoją grę. Co do tego, że jesteś pionkiem, masz całkowitą rację, a ja nic na to nie mogę poradzić. Tak to już jest… Jesteś śmiertelny, jesteś ograniczony, jesteś w klasie i w sytuacji niższej niż ja. Gra jest meta-światem zawierającym twój świat i wiele innych, a jednak posługując się swoim mózgiem niższej kategorii możesz uświadomić sobie, że jesteś pionkiem - trzciną, powiedziałby Pascal - ale pionkiem myślącym. To twoja przewaga nad innymi zwierzętami, ale musisz za to zapłacić: ceną jest albo trwoga i rozpacz, albo uczestnictwo w czymś większym niż ty. Możesz wybrać bycie szczęśliwym w granicach wyznaczonych twoją kondycją. Oto istota gry dla ludzi. Jeśli zdecydujesz się wyrzucać mi to, że nie stworzyłem cię równym sobie, to zupełnie odrębna kwestia.

[...]

Żadna pomoc nie jest niezbędna. Można by najzwyczajniej w świecie zadowolić się tym, że wobec życia przyjmuje się postawę bezinteresownego estety, toteż kiedy twierdzisz, że Tiago potrzebował twojej pomocy, równie dobrze mógłbym oskarżyć cię o to, że sam chcesz grać rolę Boga. Nie, mój stary. Pomagasz mu, ponieważ potrafisz to zrobić, bo nie jesteś w równie trudnej jak on sytuacji, bo posiadasz wizję całości, która zawiera jego wizję. I usiłujesz dzielić się z nim tą uprzywilejowaną pozycją dla jego dobra i dla przyjemności twojego ego. Jedyne co odróżnia twoją pomoc od mojej, to że potem Tiago będzie mógł stać się równy tobie: człowiekiem trochę bardziej wolnym niż wcześniej, natomiast ty po rozstaniu ze mną bynajmniej nie nabierzesz cech boskich. Nie masz na to żadnych szans. Skądinąd, ponieważ zyskasz większą świadomość gry, twoje własne życie stanie się być może bogatsze, bardziej świadome, bardziej twoje. Bardziej oddalisz się od poziomu pospolitych naczelnych, a zbliżysz do nadrzędnej względem niego sfery śmiertelnych graczy. Wolę ci od razu powiedzieć, że nieśmiertelność nie jest stanem godnym pozazdroszczenia.

[...]

Gdzie w epoce telewizyjnej mógłbym znaleźć młody umysł taki jak twój: narwańca, a przy tym pielęgnującego łacinę? Przyznaję, że u podłoża kompulsywnego nikotynizmu leży być może skłonność do autodestrukcji. Zauważ, że samo w sobie nie jest to czymś złym; taki sposób obcowania ze śmiercią wydaje mi się bardziej zdrowy i bardziej hedonistyczny niż ten, który praktykował staruszek Montaigne, ograniczając się jedynie do czystej refleksji. Przyznaję, że palenie stało się dzisiaj prawie wyzwaniem, oznaką arystokracji, ale pomyśl też o zróżnicowaniu podejmowanego przez siebie ryzyka, o wzbogaceniu swego życia przez inne wyzwania. To cię uspokoi, a każdy kolejny papieros stanie się rodzajem małej celebracji. Oto co ja nazywam eleganckim życiem. Uroczo z pana strony, że mi pan o tym przypomina, Lucjanie. Istotnie żyję zbyt skoncentrowany na swoich własnych obsesjach i nie przywiązuję wagi do drobiazgów. Gdy byłem wczoraj z Sonią, przyszło mi na myśl, żeby odszukać swoje łyżwy i pójść z nią na lodowisko. To idiotyczne, ale ten kaprys mnie uszczęśliwił. Podobnie jak wcześniej nóż sprężynowy. Wiem, że ze strachu przed życiem straciłem zbyt dużo czasu z klasykami, poszukując stałych wartości.

[...]

Pozorna niedoskonałość świata jest tylko złudzeniem; jeżeli potraktować cały świat jako miarę doskonałości, niedoskonały jest raczej twój mózg. W żadnym wypadku nie oznacza to, że z twoim mózgiem jest coś nie w porządku albo że jestem złym duchem. Terminu „doskonałość” używam bez żadnej moralnej konotacji. Powiedzmy raczej, że gra i całe stworzenie są zbyt złożone, aby ogarnął je ludzki mózg. Ludzie są zbyt egocentryczni i arbitralnie uważają się za najdoskonalsze ze stworzeń. To jeden z waszych dawnych nawyków, nawyk bardzo wygodny; możecie go wyrugować na poziomie racjonalnym, ale nie przestaje funkcjonować w rejestrze emocjonalnym. Niezwykle trudno jest wam zatem rozpatrywać wasz mózg jako część natury, jako jeden z wielu innych produktów biologicznych. Za przyczyną doboru naturalnego jest on bez wątpienia odpowiednim narzędziem orientacji i poznania pozwalającym wam zaadaptować się w waszej niszy ekologicznej. To wszystko. Nic nie uprawnia was do ekstrapolacji, że również dzięki niemu jesteście w stanie wszystko poznać, zatem ludzkie hipotezy dotyczące ogółu tego, co istnieje, prowadzą do nieuniknionych sprzeczności. Gdybyś zechciał zastosować do tego problemu formułę Russella, byłbyś zmuszony uznać, że wasz mózg należy do klasy niższej wchodzącej w skład meta-klasy, jaką jest całość wszechświata. Co więcej, mózg ten nie tylko nie może ogarnąć całości tego, co istnieje, lecz nie może także ogarnąć samego siebie, poznać się. Nie powinno przeto dziwić, że człowiek spędza życie na doszukiwaniu się niedoskonałości w mojej grze.

[...]

Dobrą godzinę spędziłem rozmarzony w łóżku, nie bardzo wiedząc, co dalej począć, ciągle jeszcze ogłuszony słowami Lucjana. Nie wątpiąc już w jego fizyczne istnienie, nabierałem coraz większej pewności, że zasłyszane odeń rewelacje i argumenty kiedyś przemknęły mi przez umysł. Czy było możliwe, że bawił się samym tylko zmuszaniem mnie, bym stawił czoło moim własnym elukubracjom [słownikowo: tekst pisany czy mówiony z wysiłkiem, mozołem i bez talentu – przyp. aut.]? W istocie rozpamiętując słowa mojego gościa, nie znajdowałem w jego dyskursie niczego oryginalnego ani transcendentnego z wyjątkiem tego, że przedstawiony został w bardzo zręcznej formie oraz że Lucjan ma prawie teatralny dar szybkiej repliki. Myśl była absurdalna, ale ogólne wrażenie odnosiłem takie, że mam oto do czynienia z profesorem, który nigdy się nie myli, ponieważ z góry zna argumenty swojego ucznia. Albo bezustannie czytał w moich myślach, żeby nadać swoim rozważaniom kierunek zgodny z moimi zainteresowaniami i słabostkami, albo najzwyczajniej w świecie rozmawiałem z samym sobą. Wedle tej ostatniej hipotezy mój sobowtór zręcznie posiadł dar przechwytywania moich własnych zahamowań, mojej własnej złej wiary, aby bezustannie rzucać mi wyzwanie i uciszać moje wahania. To wydało mi się wówczas najlepszym opisem tego, co zdarzyło się poprzedniego dnia: rodzaj przyzwolenia, jakie dawałem samemu sobie, żeby w końcu świadomie rozmyślać nad tym, co wcześniej istniało we mnie w sposób zawoalowany, stłumiony i opatrzony negatywną konotacją moralną. Wątek pionka w grze czy niedoskonałego stworzenia, które służąc Boskim planom realizuje i uświadamia sobie Stworzenie, był mi nieobcy. Przewija się on przez całą myśl chrześcijańską od pierwszych herezji o charakterze panteistycznym i patrystykę aż po Renesans. Przyszła mi wówczas do głowy „Apologia Raimonda Sebon” Michela de Montaigne i zdecydowałem się wreszcie wstać i zajrzeć do tego tekstu w poszukiwaniu innych wskazówek.

[...]

Jeśli wierzyć słowom Lucjana, była to groteska. Nie mogłem zaprzeczyć, że Lucjan ma rację zachęcając mnie do patrzenia na życie jak na walkę. W istocie stan Tiaga bardzo się poprawił, odkąd go poznałem, a stało się to właśnie za sprawą realistycznego uporządkowania emocjonalnego bezładu całości jego wspomnień, zaś kierunkiem, jakiego nie przestawałem nadawać naszym rozmowom, był powrót do życia, chociażby miało to być życie pojmowane jako gra. Obiektywnie Lucjan nie miał w sobie nic demonicznego, nie licząc faktu, że usiłował odwrócić mnie od Boga, żeby doprowadzić mnie do życia. Skoro sam wybrałem tę drogę, zanim jeszcze go poznałem, zdawał się wymagać ode mnie jedynie refleksji. Kością niezgody między nami pozostawał problem zła. Nawet jeśli zdołał mnie przekonać, tak jak to uczynił poprzedniego dnia, doświadczenie Tiaga [męczennika sprawy rewolucyjnej w południowo-amerykańskim więzieniu – przyp. aut.] jako niepowtarzalnej istoty ludzkiej na zawsze pozostanie częścią mej świadomości, oddzielając świat Lucjana od mojego. Różnica polegała na tym, że Lucjan był mistrzem gry, natomiast udziałem pionków było całe cierpienie i całe ryzyko. Dał mi wszelako do zrozumienia, że w końcu wyjaśni mi również i ten sporny punkt i że definitywnie mnie przekona.

[...]

Sądzę, iż [Sonia – przyp. aut.] zrozumiała, że ja również bałem się od momentu naszego pierwszego spotkania. Swoim ładniutkim buziakiem, po dziecinnemu wydymając wargi, jakby się dąsała, zapytała mnie wówczas: Czy mimo wszystko lubisz mnie jeszcze troszeczkę? Znów z wielką czułością zaczęliśmy się kochać. Każde chciało zaspokoić drugie, jakby nasze ciała były czymś niesłychanie cennym. Co do nas samych i życia każdego z nas, musieliśmy nauczyć się ponosić ryzyko. Jakie to szczęście, że jest taka zdrowa, tak bliska rzeczy prostych - pomyślałem zasypiając.

[...]

A ty, Iwanie, czy zwierzyłbyś się komuś ze spraw tak intymnych? - zapytał poruszony. Nie wiem - odparłem. Być może nie. Jednakże bez wątpienia trzeba się samemu znaleźć w takiej sytuacji, żeby móc to ocenić. Jeśli to cię gnębi, dlaczego nie? Zapewne treść twoich majaków nie ma znaczenia, skoro były wynikiem osłabienia organizmu. Sądzę, że jednostka przestaje być odpowiedzialna za to, co myśli, jeśli znajdzie się poniżej pewnego progu zachowań ludzkich. W takich okolicznościach doznania psychiczne nie zależą od nas i nie należy się w nich dopatrywać jakiegokolwiek sensu. Wówczas były to niewątpliwie reakcje twojego rozregulowanego mózgu. Powinieneś się raczej starać o tym zapomnieć…

[...]

Nigdy nie odmawiam dysputy na temat mojego dzieła. Więc odpręż się i wysłuchaj słowa Bożego. Słowo Boże jest urocze, to Słowo Pańskie. Nie sposób temu zaprzeczyć: gdy chodzi o mnie, wy stworzenia wykazujecie wiele finezji. Cenię to; stanowi to dla mnie dowód na to, że nie jesteście wszyscy idiotami. A więc na początku było nie Słowo, ale wyłącznie ja sam. Możesz sobie wyobrazić, że nie gadałem sam do siebie, w tym bowiem wypadku byłbym bóstwem mamroczącym, a nie kreatywnym. Zresztą ludzie dosyć dobrze zrozumieli podstawową zasadę stworzenia, tyle tylko że kompletnie mylą się co do szczegółów. Hegel na przykład był o krok od opisania procesu, ale nie, musiał uczynić ze mnie byt abstrakcyjny, który potrzebuje świata, żeby się sobie samemu wyobrazić. Ja - abstrakcyjnym bytem odwołującym się do niebytu, żeby doprowadzić do pełni, którą jest niemiecki imperializm! Czegóż to nie trzeba znosić… Augustyn myli się również, kiedy twierdzi, że przed stworzeniem świata niczego nie robiłem. Nic oznacza gnuśność, a co innego można robić, gdy się jest pogrążonym w gnuśności, jak się masturbować? Wystarczyło trochę pomyśleć! Zatem sam i pogrążony w lenistwie masturbowałem się. Nie śmiej się, Iwanie, mówię poważnie.

[...]

Celem był, jeśli tak się mogę wyrazić, zachwyt nad samym sobą; zbyt dużo czasu zabrałoby mi wyjaśnianie niektórych złożonych aspektów mojej natury, których nie byłbyś w stanie pojąć. By rzecz uprościć: pułapką jest to, że doskonałość jest najbardziej nudną z zalet. Nie wiedziałem o tym; byłem tak spowity w doskonałość w jej nieskończonych przejawach, że nie byłem w stanie zajmować się czymkolwiek innym. Czymś innym, o czego istnieniu nie wiedziałem, gdyż byłem samą doskonałością. Aby pomóc ci to zrozumieć: byłem jak kobieta, która spędzałaby całe życie przed lustrem kontemplując swoją piękność, na dodatek nigdy nie pozwalając się zdeflorować. W podobnym razie trzeba co najmniej gwałtu, inaczej nic z tego nie wyjdzie. Gwałtu albo jakiejkolwiek obsceniczności, wprowadzenia czarującej rysy, która uczyniłaby z tej lustrzanej kobiety kobietę przeznaczoną dla przyjemności. W moim wypadku skazą była sama nuda w łonie doskonałości. Pomyśl tylko: prowadziłem moją grę od nieskończoności, zawsze w poszukiwaniu nowych doskonałości, ale byłem już wystarczająco zblazowany. Znam inne bóstwa, które muszą wieczyście pozostawać w tym stanie otępienia, nie wybudzając się na niedoskonałość, i nawet się na to nie uskarżają. Inni bogowie? - przerwał zdumiony Iwan. Tak, istnieje ich nieskończona liczba, a każdy pogrążony w swoich własnych fantazjach, bo jesteśmy wszak czystymi duchami. Lecz dobrze ci radzę, zapomnij o tym! Już jeden bóg rodzi wystarczająco dużo komplikacji, więc pogubisz się, jeśli podążysz tym tropem. Powiedz sobie, że absolutne duchy są jak same siebie myślące narcystyczne bańki mydlane czy - jeśli wolisz - wieczyści masturbatorzy. Inni dla tego świata się nie liczą, nie ma sensu się nimi zajmować. Nasze granice są zbyt szczelne, do tego stopnia, że tak samo ja nie potrafię im przekazać mojego wynalazku, jak oni nie mogą zakomunikować mi swoich. To bardzo samotna egzystencja… Zatem jest się i się marzy. Nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jak bardzo wieczność jest nudna. To trwa i trwa, aż wreszcie zaczyna się powtarzać. Obraz kalejdoskopu pozwoli ci to sobie wyobrazić. Obraca się, obraca i na koniec obrazy zaczynają się powtarzać. Otóż nie robi się nic innego. To co wydawało mi się nie całkiem doskonałe, było oddalane i ustępowało miejsca coraz bogatszej doskonałości, która nie przestawała się doskonalić. Pewnego dnia, całkiem przypadkowo, ale w łonie moich pragnień, zostałem potencjalnie zgwałcony czymś bardzo absurdalnym. Z czystej nudy odwróciłem wówczas bieg kolejnych doskonałości i zatrzymując najmniej doskonałą z ich łańcucha, odkryłem niedoskonałość. Nie sposób wyjaśnić ci to inaczej niż mówiąc, że odkryłem urok błędu, zupełnie jak niewinny chłopak w zachwycie odkrywa grzech nieczystości.

[...]

Pożądanie, Iwanie, prawdziwa rozkosz, jest wynikiem rozziewu pomiędzy bytem a jego ideałem, między rzeczywistością a marzeniem, między posiadaniem a nostalgią. Czy nie wolałbyś niedoskonałej kobiety, która ogromnie pragnie stać się w twoich oczach doskonała i której się to nie udaje, czy też takiej, co nie życzy sobie stać się dla ciebie doskonała? No, nareszcie zrozumiałeś: rysa, niedoskonałość, upadek, śmierć, miłość, niemożliwe - oto różnorodne formy tego, co usiłuję ci wyjaśnić. Moje odkrycie otwierało tym samym nieskończone możliwości, które wykorzystałem podczas kolejnych wieczności, zanim na nowo nie pogrążyłem się w nudzie. Musisz zrozumieć: mogłem stwarzać światy wyobrażone bardzo żywe, fabuły wspaniałe lub odrażające, gorszące lub wzniosłe, pełne miłości i śmierci, przesycone niedoskonałościami tkwiącymi w zarodku pod innym niedoskonałościami, a także inne niespodzianki, które ujawniając się znienacka budziły moją zgrozę lub zachwycały swą niewinnością. Wszystko. Tyle że to pozostawało spektaklem. Ja zaś pozostawałem na zewnątrz jako zwykły obserwator moich własnych fantazji.

[...]

Być może dlatego wszystkie bóstwa trwają w letargu, żeby nie przyznać się do udręk wieczności. Tak, Iwanie, śmierć… To co wydaje się napawać was tak wielką trwogą, śmierć, koniec, wyzwolenie, to coś, co jest dla mnie niedostępne i na zawsze pozostanie mi nieznane. Doskonałość wyklucza śmierć, a w konsekwencji ryzyko, przyjemność, wszystko co sprawia, że wasze życie jest tak ekscytujące. Ja nie żyję! Żyje jedynie istota śmiertelna. Ja skazany jestem na trwanie bez jakiejkolwiek szansy na odpoczynek. To takie smutne… Ktoś taki czuje się okrutnie wykluczony z wszystkiego, jak bogate dzieci zamknięte w swoim zamku i spoglądające na małych łobuziaków, które bawią się i biją na ulicy, wgryzają się w życie niczym się nie przejmując. Śmierć, Iwanie, to także to, co przydaje piękna doskonałości; jak można by docenić chwilę obecną, gdyby nie wady, gdyby nie fakt, że naszym przeznaczeniem jest sczeznąć i zgnić? Przyjemność to rodzaj chwilowej wibracji pomiędzy pragnieniem a niemożnością zachowania w nienaruszonym stanie jej przedmiotu, to frenezja chwili sprawiająca, że wieczność staje się wstrętna. Wieczność to jakby przyjść najedzonym na biesiadę, na której nic się nie tknie. Głodny może przynajmniej pomarzyć o kanapce…

[...]

Twoja samotność jest jedną z konsekwencji śmierci, co dowodzi, że nigdy nie będziesz w stanie pojąć absolutnej głębi rozpaczy ani samotności totalnej. Twoja ludzka samotność istnieje względem ogółu twoich bliźnich, to jakby rodzaj strachu, że musi się opuścić ucztę, zanim zaspokoi się głód. To dobra samotność, sprawia, że możesz zakosztować chwili obecnej. Co prawda wiele stworzeń żyje pogrążonych w czymś w rodzaju wyalienowanej senności podobnej nieco do wieczności, którą nazywają „samotnością”, ale to błąd. Wasza samotność, gdy jest autentyczna, świadoma i odważna, związana jest z przemijalnością i popycha was do podejmowania wyzwań, do wykraczania poza siebie. Samotność, o której mówię, jest rozmarzona, otępiająca i lepka jak narkotyk. Poczytaj trochę o orientalnych koncepcjach religijnych, a niejasno przeczujesz, czym może być obrzydliwość mojej nirwany. Gdybyż ci biedni buddyści wiedzieli, jak bardzo zazdroszczę im ich wiecznego cyklu niedoskonałych reinkarnacji… Ale powróćmy raczej do śmierci. Uświadomienie sobie tej cudownej możliwości najzwyklejszego anulowania nie tylko chwili obecnej, lecz również samej wieczności, pomogło mi się zmienić; kto wie, może nawet stać się lepszym. Nawiedziła mnie myśl o przedtem i o potem, więc stworzyłem czas. Tak, wiem, dziwisz się, ale to dlatego, że żyjesz w czasie i że nie możesz wyobrazić sobie wieczności innej niż temporalna, przebiegającej wzdłuż pewnej osi i w pewnym kierunku. To nie tak. Wszystko co powiedziałem ci przed chwilą o wieczności, wszystkie formy mojej wyobraźni rozwijały się równolegle we wszystkich możliwych kierunkach, otwierały się sferycznie wychodząc z centrum, którym jestem, czy też - jeśli wolisz - w formie bańki mydlanej. Ale także ku środkowi i w innych jeszcze kierunkach, których nie znasz. Byłoby to coś na kształt bańki, wewnątrz której przebiegałyby nieskończenie różnorodne wibrujące fale, lecz ich harmonie niedostępne są twojemu mózgowi ograniczonemu do geometrii czasoprzestrzennych.

[...]

O, mam! Drugi krąg Dantego; wszystkie te chmary splątanych i roznamiętnionych ciał kołysanych burzami, ale poruszanych równocześnie we wszystkich kierunkach. Oto marne przybliżenie tego, czym jest wymiar trwania w skali wieczności. To wzniosłe, ale niemniej to spektakl, ponieważ wszystko jest możliwe, ponieważ nic się nigdy nie zatraca, ponieważ wybór jednego kierunku nie zakłada rezygnacji z innych. Nigdy nie ma ryzyka, jest się tam sytym i zblazowanym. To całkowite przeciwieństwo waszego linearnego czasu ukierunkowanego na śmierć, zakładającego bezustanny wybór, możliwość żalu i nostalgii, utraty i rozkładu tego, co jest. Zawiera on także przebaczenie i zemstę, te dwa produkty uboczne śmierci, waszej śmiertelnej egzystencji. Nie mówiąc o miłości, nienawiści, zazdrości i urokach waszej wyobraźni; o całej tej waszej małostkowości czy wreszcie o waszym pospolitym skąpstwie, waszej bezgranicznej szlachetności, czułości, wdzięczności i o waszym okrucieństwie. Inaczej mówiąc, o tym wszystkim, co pozostawało poza moim zasięgiem z powodu tej jedynej i dyskretnej niedoskonałości, która mnie charakteryzuje, czyli nieobecności śmierci. Nie może pan popełnić samobójstwa, to znaczy dokonać samozniszczenia; nie wiem, implodować w siebie zamiast eksplodować na światy wyobrażone? To miłe, Iwanie, że tak bardzo przejmujesz się moją sytuacją. Nie, to niemożliwe. Bycie duchem implikuje niematerialność czy też, inaczej mówiąc, tylko materia podlega realnej transformacji.

[...]

Aha, już wiem, stwarzałem świat. Naszła mnie więc fantazja, żeby mieć do dyspozycji rodzaj teatru, w którym akcja toczyłaby się bez mojej interwencji i w który mógłbym się wkraść dla rozrywki w przebraniu stworzenia podlegającego regułom gry. Pozwoliłoby mi to odpocząć od wieczności. Coś jakby gigantyczne mrowisko, które oglądałbym bez zmęczenia, w którym bez znudzenia mógłbym się zanurzać, gdyż nie byłoby przewidywalne. Oto trudność: nieprzewidywalność, nowość. Musiałbym stworzyć tę rzeczywistość tak, aby była w stanie mnie porywać, gdy każdego dnia będę ją odkrywał; aby była wytworem mojego umysłu, zarazem pozostając dla mnie tajemnicza. To stanowi istotę gry: zna się reguły gry, wie się, jak grać, ale nigdy się nią nie nudzi, gdyż reguły w żadnym stopniu nie determinują pionków ani ich poszczególnych ruchów. Czysty przypadek wydawał mi się, wszakże kategorią zbyt chaotyczną, a ponadto obficie już wykorzystywałem nieprzewidywalność w moich marzeniach z okresu doskonałości. Jak ci już ukazałem na przykładzie kalejdoskopu, przypadek staje się w końcu nużący. Musiałem więc zastosować jakąś innowację. Mój sposób rozwiązania tego problemu był tym, co najbardziej zaimponowało drogiemu Albertowi. Oto on: w największym uproszczeniu wyszedłem od tego, co proste, zmierzając ku temu, co złożone, w taki sposób, aby - sukcesywnie się rozwijając - to, co złożone, wykorzystywało skrajne możliwości od początku tkwiące w tym, co proste, ale tak skrajne i będące owocem zwielokrotnienia tylu zmiennych, żeby mogły jawić mi się jako oryginalne. Ten stary kabotyn Hegel uchwycił to w swojej „Nauce logiki”. Tyle że ja chciałem uzyskać coś dużo bardziej skomplikowanego. Toteż obdarzyłem to, co w punkcie wyjścia proste, tyloma funkcjami, zmiennymi, potencjalnymi wyjątkami i regułami operacyjnymi, że zanim jeszcze na dobre zacząłem, cieszyłem się już na myśl o szaleństwie twojego świata. Podjęcie decyzji zajęło mi sporą część wieczności, a nawet mało brakowało, a nie wykonałbym inicjalnego prztyczka, gdyż w każdej chwili przychodziły mi do głowy coraz to inne dziwaczne pomysły na skomplikowanie tego wspaniałego wyjściowego algorytmu. A więc to były wyliczenia matematyczne? Matematyka waszego umysłu może opisać niewielki ułamek globalnego procesu, stąd niedorozwój waszej wiedzy chemiczno-fizycznej. Jednakże, jeśli nazywam punkt wyjścia „algorytmem” albo „równaniem”, czynię to w sposób czysto alegoryczny.

[...]

Iwanie, jak wszyscy filozofowie wyjaśniali przyczynę stworzenia? Zastanów się. Mówię ci o przyjemności ludycznej, o zabawie, o czystej rozrywce. Świat powstał wyłącznie dla rozrywki, dla mojej rozrywki, a nie w żadnym innym celu. Jesteście tylko fikcją, której reguły zostały ustalone przed waszym powstaniem. Czy dociera do ciebie wspaniałość tej gry? Mogę stać się bakterią i posługując się środkami dostępnymi bakterii, którą w owej chwili jestem, mogę zadecydować o ominięciu pewnych wypadków albo wybrać inne możliwości. Zdajesz sobie sprawę, co z tego może wyniknąć? Albo też w jakimś momencie waszej historii, gdy staje się za mało interesująca, mogę wybrać jedne opcje przeciwko innym i w zależności od tego zdecydować, w kogo się wcielę. Nawet z dala od wielkiej perspektywy społecznej może się zdarzyć, że wpływam na losy jakiejś rodziny czy jednostki, a potem obserwuję przebieg wypadków, równocześnie uczestnicząc w ich nowym przeznaczeniu. Oto co nazywam rozgrywaniem partii albo posuwaniem figury na szachownicy. Do dyspozycji mam nieskończoną liczbę możliwości. Proszę poczekać, Lucjanie, nie bardzo rozumiem. Przecież powiedział mi pan, że nigdy nie wpływa pan na grę. Jak zatem może pan w niej uczestniczyć? To proste. W zależności od gry uczestniczę w niej zawsze jako istota ludzka, bakteria czy gwiazda, nigdy nie korzystając z mojej wszechmocy. Nie naruszam reguł gry ani nie modyfikuję sytuacji wybranego stworzenia. Na przykład teraz w twojej obecności wybrałem Lucjana i on jest Bogiem. Moim celem jest dostarczyć ci informacji o grze, żeby nadać właściwą perspektywę twoim moralnym rozważaniom.

[...]

Poza tym nigdy nie interweniuję bezmyślnie. Nie, Iwanie, wasz świat jak najbardziej istnieje, jesteście realni i całkowicie wolni, a ja ani niczego nie aprobuję, ani nie potępiam. Nie karzę i nie zbawiam. Łaska nie istnieje, albowiem nie ma ani nieba, ani piekła. Umrzecie naprawdę, zapewniam cię. Po śmierci istnieje tylko pośmiertny rozkład spowodowany działaniem mikroorganizmów i rozpadem tkanki biologicznej na jej składowe elementy chemiczne. Nic więcej, Iwanie. Wasz wkład w grę ogranicza się do życia, do znaczenia, jakie wasze czyny mają dla was samych, do skutków, jakie osiągniecie w czasie waszej egzystencji. Świat jest naprawdę otwarty; to nie teatr marionetek. Zresztą ludzka wolność jest wspaniałym produktem ubocznym pewnego imponderabilium [z łac. coś niewymiernego – przyp. aut.], które wprowadziłem do inicjalnego algorytmu. Jestem z tego bardzo dumny. Jego potencjalności okazują się zadziwiająco płodne: mogą doprowadzić do wzniosłości lub do obłędu, do najbardziej poniżającej służalczości lub do powstania najosobliwszych ustrojów społecznych, a nawet do morderstwa czy samobójstwa. Wolność jest zresztą zasadniczą składową śmierci jako wartości ludzkiej. Ludzie zbyt przewidywalni to z reguły ci, którzy postanawiają ignorować śmierć, i ci za bardzo mnie nie interesują, podobnie jak większość zwierząt. Moje własne próby skonfrontowania ich ze śmiercią nie są zbyt obiecujące: niektórzy z nich trochę się rozwijają, czasem w sposób interesujący, ale w większości okazują się tchórzami szukającymi ucieczki w religijnej iluzji.

[...]

Wyobraź sobie, że mógłbyś śledzić w całej rozciągłości prawdziwe ludzkie egzystencje, jakbyś był w kinie. Lubisz przecież chodzić do kina i czytać powieści. Tymczasem utwór fabularny jest zamkniętym światem obdarzonym logiką teleologiczną, który daje ci złudzenie, że przeżywasz fragment czyjegoś życia. W istocie to jednak ułuda, ponieważ autor stosuje określone techniki, żeby dostarczyć czytelnikowi iluzji wolności. Wszystko zawczasu zorganizował, każdy element opowieści zmierza do celu według woli pisarza czy reżysera. W mojej grze przeciwnie, części składowe nie są z góry dobrane; wszystko już jest i rozwija się spontanicznie. Mnie pozostaje obserwowanie, żeby zrozumieć i żeby wedle mojego życzenia skadrować jedną lub więcej historii, które w tej rzeczywistości po sobie następują. Wyobraź sobie zresztą przyjemność, jakiej dostarczyło mi obserwowanie życia w starożytnej Grecji czy w Egipcie faraonów. Równocześnie próbowałem zrozumieć, w jaki sposób ludzie doszli do tego etapu i jak będzie się to dalej rozwijać. Mnóż możliwości, a zobaczysz, że nawet gdy ograniczyć się do jednego spektaklu, moja gra warta jest zachodu. To czasami tak absorbujące, że zapominam się inkarnować.

[...]

Och, nie! Nie znam waszej przyszłości. Mógłbym oczywiście pójść dalej, jak to robią niektórzy zbyt niecierpliwi czytelnicy, którzy od razu zerkają na ostatnie strony, gdy książka wydaje im się za długa lub przerażająca. Ale nie robię tego. Byłoby to sprzeczne z moim ludycznym projektem, byłoby jego lekceważeniem. Nie zepsuję go dla tak nikłego efektu. A jeśli pewnego dnia wszystko się skończy? Zacznę od nowa inną grę, tu i ówdzie zmieniając kilka detali, żeby dodać pikanterii. A tak w ogóle ta, którą teraz prowadzę, nie jest pierwsza. Przed nią wypróbowałem dwa inne prototypy, ale w pierwszym zgrzeszyłem nadmiarem skromności i stało się to prawie równie nudne jak wieczność. Drugi był tak bezbarwny, że zastanawiam się czasem, czy nie legł u podstaw waszej koncepcji raju. W każdym razie zbieżność jest uderzająca.

[...]

Nigdy na nic nie wpływam; zdarzenia toczą się swoim biegiem, a stworzenia reagują w zależności od stopnia wolności sytuacji, w których się znajdują. Jeżeli na przykład - podjął Iwan powracając do salonu - wróci pan teraz, żeby zabić Napoleona w kołysce, to zmieni pan moją teraźniejszość. Tak, rozumiem, co masz na myśli. Ale to nie działa w ten sposób. Makbet nie miał racji mówiąc, że moja gra to historia opowiedziana przez wariata. Po pierwsze, jeśli chodzi o inkarnacje, które mogą mieć pewne konsekwencje, ograniczam je zawsze do teraźniejszości. Nie przejmuj się: jutro jeszcze nie nadeszło, a my jesteśmy w realnej teraźniejszości gry. Przeszłość zachowana jest wyłącznie na mój użytek pod postacią całkowicie odrębnej wieczności na wypadek, gdyby teraźniejszość mnie znudziła lub gdybym zdecydował, że pragnę ponownie przyjrzeć się niektórym drobnym sprawom, których żałuję. Jest jak książka, która spisywałaby się w miarę, jak przebiega ją moje spojrzenie czytelnika. Gdy powracam do przeszłości, żeby zabawić się w niej wcielony w jakieś stworzenie, baczę, aby nie zmienić nic istotnego. Oczywiście to, co się tam dzieje, jest dla mnie mniej interesujące niż teraźniejszość. W istocie w przeszłości istnieje nieskończona liczba nieistotnych elementów, które nie wpływają na przyszłość. Nie mogę wyeliminować Napoleona, ponieważ stanowi odtąd część aktualnych reguł, ale miliardy innych stworzeń nie pozostawiły żadnego śladu i nadają się na przedmiot badań.

[...]

Powiedziałbym raczej: aktorzy, którymi się posługuję w reżyserowanych przeze mnie sztukach. Na przykład, jeśli z jakiejś aktualnie rozgrywanej partii dowiaduję się czegoś interesującego o niewpływających na los świata stworzeniach i gdy nie wynika stąd ryzyko dla gry, mam możność eksperymentowania tych samych posunięć w innych epokach czy w innych kulturach. I odwrotnie, w domenie istot żywych nic nie stoi na przeszkodzie, abym spróbował niektórych wariacji, które nie zachowały się w toku naturalnej selekcji czy wręcz nigdy nie zaistniały. Jeśli je poprawnie wyizoluję i jeśli zadbam o to, żeby na odchodnym wszystko wyczyścić, moje małe fantazje pozostają bez konsekwencji. Ot, zwykłe kaprysy podziwu godnej ciekawości, jak powiedziałoby ci wielu uczonych. Najważniejsze to nie powodować szkód ani nie pozostawiać śladów, czego niektórzy z was nie przestrzegają.

[...]

Moja rola ogranicza się do tego, żeby pomóc ci uporządkować myśli, zachęcić cię do uważnego rozpatrzenia hipotez, które zbyt pochopnie odrzuciłeś. Postępuję w ten sposób również dla twojej ochrony, gdyż zależy mi na tobie; zależy mi na twojej otwartej przyszłości. Wy, stworzenia, boicie się ryzyka, nawet jeśli jest ono waszym wyłącznym zbawieniem. Macie obsesję przyszłości, chcecie gwarancji; odkąd istnieje świat, odwołujecie się do różnych guru, jasnowidzów i horoskopów. Tymczasem jedyna metafizyczna zaleta życia polega na tym, że jest otwarte, a nie zamknięte pod postacią przeznaczenia. Poznanie przed czasem zakończenia powieści zamienia dzieło sztuki w prasową wzmiankę o niecodziennym wydarzeniu. Powinieneś być tego świadomy po tym wieku mesjanistycznych historycyzmów, które nie przyniosły żadnej promiennej przyszłości. Mrówki, termity, oto zamknięte społeczeństwa; ich przyszłość znana jest z góry, gdyż stanowi część przeszłości. Koniec czasu zapowiedziany przez małego Jezuska jest ułudą równie prymitywną jak Leninowski ostateczny triumf komunizmu czy raj na ziemi w wydaniu kultury amerykańskiej. Podążajcie za tego rodzaju utopiami, a w końcu staniecie się równie szczęśliwi i pozbawieni trwogi jak mrówki czy termity. Moja gra zawiera inne możliwości, ale mimo wszystko nie mogę nad wami czuwać i bezustannie wpajać wam upodobania do wolnego życia.

[...]

Pomyśl o grze w szachy, a zobaczysz, że tylko dzieci i wariaci przywiązują się do pionków w oderwaniu od ich pozycji na szachownicy. Zresztą moralne koncepty nie dotyczą żadnej gry; gra to wytwór umysłu. Gdybym dał dzisiaj śmiertelnikom alternatywę: albo wszystkiego nagle zaprzestać, albo kontynuować jakby nigdy nic, wiesz doskonale, jaka byłaby ich odpowiedź. Tylko kilku oszołomów albo skner wybrałoby całkowite unicestwienie. Jeśli naprawdę tego chcą, niech popełnią samobójstwo i dadzą żyć większości. Nawiasem mówiąc to, jak prowadzę grę, dotyczy was wyłącznie w sposób czysto teoretyczny; potraficie wszystko wyjaśnić odwołując się do praw przyrody albo do przypadku. W czym więc problem? Zawdzięczacie mi przecież wasze piękne życie pełne zmiennych kolei losu, ten świat jakże piękny i dziki, wszystkie te drobne przyjemności, dla których gotowi jesteście dać się posiekać. Więc jest jak najbardziej sprawiedliwe, że mogę się przy tym odrobinę rozerwać…

[...]

Mam wrażenie, że zawsze grzebie pan w naszym gównie. Cave, cave, Dominus videt [z łac. jaskinia jaskinią, Bóg i tak zwycięża – przyp. aut.]. Cóż chcesz, za bardzo lubię ludzkość, to silniejsze ode mnie. Jesteście moimi stworzeniami, to wy dostarczacie mi rozrywki. Tak, widzę wszystko albo raczej wszystko, co może się okazać interesujące. Zarówno wasze gówno, jak i wasze piękne czyny. Ale powiedz mi, czy to nie ty wyrzucałeś mi, że nie widzę gówna świata? Czy nie jest przypadkiem tak, że kiedy chodzi o twoje gówno, stajesz się podejrzliwy, a gdy w grę wchodzi cudze, powołujesz się na moralność. W istocie bardzo to pocieszające. I jakie chrześcijańskie, pozwól mi zauważyć. Jeśli pragniesz stać się spójny, powinieneś wzbogacić swoją moralność o trochę większą dawkę cnoty. Cnota to po łacinie virtus, „męskość”, „odwaga”, rzymska wersja greckiego arete. Przypomnij sobie „Iliadę”, a pojmiesz, że arystokracja i cnota od początku były ze sobą związane jako jedyna podstawa etyki. Współczucie to wynalazek przeznaczony dla słabych, dla tych, którzy lubią móc igrać z dwuznacznością, jak również dla tych, którzy chcą dominować w świecie wypełnionym słabymi. Wobec cierpienia śmiertelnika grecki heros nie próbuje pocieszać; przeciwnie, używa miecza, żeby przyspieszyć śmierć tego, kto cierpi, i oszczędzić mu katuszy upokorzenia. W „Etyce nikomachejskiej” Arystoteles wykazuje zresztą, że honor jest miarą cnoty, ale cnoty osobistej; aristos oznacza „najlepszego”, nie „najbardziej miłego” ani „najbardziej zakompleksionego”. W „Iliadzie” polemos - „wojna” - jest prawdziwą przestrzenią, w której najlepszy mierzy się z innymi. Robi to nie dla jakiejkolwiek nagrody materialnej, ale żeby zyskać swój własny szacunek. Taka jest, Iwanie, intymna istota gry: ryzyko, wewnętrzne napięcie, niepewność i możliwość udowodnienia swojej odwagi w symbolicznej przestrzeni piękna, ładu i harmonii. Tego właśnie chciałem, stwarzając świat; nie dla osobistej chwały, ale wyłącznie dla własnej przyjemności. Na chwałę z uczestnictwa w grze zasługują tylko stworzenia odważne. Dopiero judaizm i chrześcijaństwo rozwaliły wszystko tą swoją moralnością rodem z arabskiego bazaru; moralnością dwudzielną: jedną dla silnych, a drugą dla słabych. Oto prawdziwe świństwo!

[...]

Gdybyś bardziej kochał literaturę niż metafizykę, wiedziałbyś, że twoje pytanie jest wariantem tego, które Piętaszek stawia Robinsonowi Crusoe: jeżeli Bóg jest silniejszy od diabła, dlaczego pokonanie go zabiera mu tak wiele czasu? Przeczytaj odnośny fragment, a zobaczysz, że próbując odpowiedzieć Piętaszkowi, Robinson gmatwa się w sofizmatach i kończy tym, że Bóg ostatecznie przebacza diabłu. A przecież to dokładnie apokatastaza [z gr. ponowne włączenie, odnowienie; w religii chrześc. potocznie idea pustego piekła – przyp. aut.], która zgubiła twojego Orygenesa i sprawiła, że został potępiony jako heretyk. Piszesz o tym w swojej rozprawie. Powróćmy do świata jako gry, a zrozumiesz, co to oznacza. Gra zakłada, by tak rzec, równowagę pomiędzy ruchem pozytywnym a negatywnym. Sprawa jest prosta, gdy mówimy o ekologii, populacjach zwierzęcych, w sumie o wszystkim, co nie jest człowiekiem. Jeśli zgadzasz się z Akwinatą, katastrofy naturalne nie należą do moralności, ta zaczyna się bowiem wraz z istotą ludzką. Zatem żeby rzecz uprościć i uniknąć wszelkiego pomieszania, uznajmy od razu ogół wszechświata z wyłączeniem ludzi za doskonały, piękny i harmonijny.

[...]

Otóż: można powiedzieć, że ludzki mózg jest najbardziej spektakularnym osiągnięciem w historii mojej gry. Jesteście naczelnymi, a tym samym należycie do reszty stworzeń zwierzęcych. Jako tacy nie jesteście podporządkowani regułom moralności, lecz regułom gatunku. Skądinąd posiadacie jednak zdolność do uświadamiania sobie waszych czynów i do wydawania dychotomicznych sądów. Oto krytyczny i piękny etap ewolucji gry, który da się streścić w kilku prostych zdaniach. Najpierw więc mamy do czynienia z unifikującą myślą przez opozycję do globalnej rzeczywistości zbyt złożonej dla kategorii tego nowego mózgu. Następnie - i jako wniosek - mamy unifikujący zmysł moralny przeciwstawiony ogółowi sprzecznych pragnień. Pragnienie poznania równe jedynie swojemu egocentryzmowi versus mózg będący w istocie jedynie narzędziem orientacji, wytworzone przez tę samą rzeczywistość, którą ma ambicję poznać. Bardzo płodna wyobraźnia sprzęgnięta ze środkami zbyt ograniczonymi, by ją zaspokoić. I wreszcie miłość i nienawiść, żądza władzy i potrzeba samotności, czułość i przemoc, wszystko to wkomponowane w skrajną wrażliwość połączoną z głupio zimną logiką. Żeby spuentować, można by dorzucić wolę bycia bogiem zanurzoną w kałuży mózgu z endokrynologicznym napędem. Jeśli przełożyć wszystkie te sprzeczności na język teologii, dochodzimy do zdań typu: Chrystus przychodzi wyzwolić nas z mocy diabła, zatem diabeł jest niezbędny, aby Chrystus nie był zbyteczny. Gorzej jeszcze: aby wszystko było zrównoważone, wielkość Chrystusa okaże się funkcją wielkości diabła. Sine diabolo nullus Deus [w tłum. z łac. bez Diabła nie ma Boga – przyp. aut.]. Zresztą jak doskonale pamiętasz, Anzelm z Canterbury flirtował z hipotezą, że Chrystus był tylko pułapką, którą Bóg zastawił, żeby odpłacić diabłu pięknym za nadobne i w ten sposób uratować swój honor. Oto równanie między dobrem a złem. Zło i dobro nie istnieją więc w przyrodzie, a jedynie w waszym mózgu; to kantowskie czy augustiańskie kategorie, za pomocą których wyjaśniacie wasze własne wzajemnie sprzeczne czyny. U Greków słowo diabolos oznacza „przeciwnika”; w ich wizji świata to poprzez tego „przeciwnika” aristos udowadnia sobie, że jest cnotliwy i zyskuje zaszczyty. Bez diabła nie ma cnoty.

[...]

Takich Tiagów [bohater książki Iwana, ale i postać realna, której przyszło zmierzyć się z własnym cierpieniem w więzieniu dyktatury południowo-amerykańskiej – przyp. aut.] jest legion, stanowią część gry; to pionki, które zbija się, żeby posuwać się naprzód. Powiedziałbym nawet, że Tiago rozegrał swoją partię, i to stawia go wyżej od ciebie. Ty jesteś całkowicie zanurzony w fikcji, gdyż fikcja wydaje ci się dziedziną pozbawioną ryzyka. Sądzisz, że możesz w niej robić wszystko z niczego, nie zdając nikomu sprawy ani nie ryzykując swojej skóry. Uważasz, że w fikcji można grać w Pana Boga i w diabła nie ponosząc konsekwencji, czyż nie tak? Przypominasz mi tych autorów, którzy każą swoim postaciom popełniać wszelkie niegodziwości, myśląc wyłącznie o pięknie toczącej się właśnie historii lub o dreszczach, które będą odczuwać czytelnicy. Sofizmaty, Lucjanie. Mimo wszystko istnieje różnica pomiędzy istotą ludzką a postacią, różnica poziomu egzystencji. Tiago istnieje w rzeczywistości, postaci powieści są tworami wyobraźni. Już kilkakrotnie użył pan tej metafory postaci, ale jest zbyt naciągana. Co ty o tym możesz wiedzieć…? - spytał Lucjan bardzo zamyślony, z wzrokiem wpatrzonym w dal, jakby obawiał się dokończyć zdanie. Iwan zaskoczony zamilkł w oczekiwaniu. Lucjan wydawał się nagle nieobecny, znudzony, na jego twarzy zarysował się grymas rozgoryczenia.

[...]

Zajmujesz się Tiagiem, bo stał się postacią twojej fikcji i nie wiesz, jak dalej pociągnąć jego historię. Robisz to z czystego egoizmu, z autorskiej próżności. Gdzie według ciebie miałbym stworzyć raj dla wszystkich ofiar? Potrafisz sobie wyobrazić mnie otoczonego przez resztę wieczności wszystkimi tymi? słabeuszami? W trymiga musiałbym się postarać o piec do kremacji, żeby do niego wszystkich powrzucać; wszyscy trafilibyście wtedy do piekła, a ja zostałbym bez mojej gry. Nie, raj i piekło to dwie idiotyczne hipotezy, zwykłe ludzkie małostkowości. A przy okazji uważam, że to głupota wymyślić piekło, w którym nie ma nadziei; sądzę, że rozczarowanie jest dużo gorsze niż rozpacz, gdyż utrzymuje ono człowieka, który cierpi, w jego człowieczej kondycji. W tym samym sensie raj, w którym nie byłoby ryzyka, bardzo szybko utraciłby całą swoją atrakcyjność. Otóż zamiast tych dwóch bzdur macie swoje ziemskie życie, a ono ma w sobie to co najlepsze z obydwóch światów.

[...]

O negacji, ale także o śmierci, tym cudownym wynalazku, którego dobrodziejstwa nigdy nie zaznam. Otóż zrobiłem z niej ważny użytek w architekturze mojej gry i ofiarowuję ją też jako nagrodę dla waszych pełnych nieszczęść istnień. To jedyna pochodząca bezpośrednio ode mnie nagroda, jaką was obdarzyłem, ale nie jesteście w stanie docenić jej wartości, gdyż nie znacie mąk wieczności. Przypomnij sobie, że „chaos” pochodzi od greckiego rdzenia kaein, który oznacza „ziewać”. Grecy przeczuwali, czym jest wieczność i nie obawiali się tak bardzo śmierci.

[...]

Powieściopisarz nie może być zarazem sobą samym i swoją postacią, bo niemożliwa jest relacja odwrotna; jego postać nie może być nim. Chodzi o dwa odrębne rejestry rzeczywistości, przy czym rejestr postaci jest w nieunikniony sposób podporządkowany rejestrowi autora. Fikcja nie może zmieszać się z rzeczywistością, autor więc z definicji kłamie.

[...]

Moja gra jest moją fikcją, nie z gatunku literackich czy filmowych, ale z gatunku realnych. To gatunek - jako zbyt złożony - niedostępny śmiertelnikom. Wasze pragnienie mocy zawiera niejasną nostalgię za tym rodzajem gry, w którą tylko ja mogę grać. Ty, Iwanie, podobnie jak wszystko, co istnieje, jesteś moją postacią. Nie stworzyłem cię dzisiaj ani z niczego; jesteś konieczną konsekwencją inicjalnego algorytmu, wewnętrznych praw wszechświata i wariantów jego narracji w formie, w jakiej rozwinęła się do tej chwili. Podobnie jak fikcja powieściowa, świat ma również swoje reguły rozwoju wewnętrznego i istnienia, w których centralne miejsce zajmuje śmierć. Spisuję tę fikcję dla swojej własnej przyjemności i pozwalam sobie na drobne wycieczki do fikcji jako postać w ten sam sposób, w jaki Hitchcock pojawiał się w swoich filmach. Wielu pisarzy przebiera się w ten sposób, żeby wniknąć w swoje własne powieści w przebraniu postaci i przeżywać ich przygody; mogą zawrzeć w nich także swoich przeciwników, żeby się zemścić, jak to między innymi czynił Dante, który odnajdywał w piekle wielu swoich żyjących jeszcze współczesnych. To drobna przyjemność oddalająca ode mnie nudę wieczności, a od pisarzy nudę rzeczywistości.

[...]

Sam doskonale wiesz, że kiedy czytasz dobrą powieść, powieść pasjonującą, przyjemność, jaką odczuwasz, wynika przede wszystkim z możliwości utożsamienia się z niektórymi postaciami; muszą być do ciebie choć trochę podobne. Jeżeli główna postać jest ci całkowicie obca, bardzo trudno wykrzesać z siebie zainteresowanie. Bywa, że całkiem przeciętna powieść wydaje się niektórym czytelnikom bardzo dobra, gdy tymczasem arcydzieło nie poruszy wcale innych odbiorców. Przyczyną jest narcyzm będący zasadniczą właściwością wyobraźni. Oto, dlaczego mężczyźni tak rzadko gustują w powieściach napisanych przez kobiety i odwrotnie. To dwa światy zbyt odrębne, stykające się ze sobą tylko w sytuacjach wyjątkowych, prawie paradygmatycznych, które to przypadki stanowią później punkt odniesienia dla poszukiwania szczęścia i dla miłosnych uniesień reszty ludzkości na sposób podobny Platońskim ideom. Tak już jest. To zapewnia kontynuację poszukiwań szczęścia tym bardziej intensywną, że - poprzez kontrast - porażki wzmagają świetlistość ideału. Zbliżamy się więc do sedna objawienia. Jestem pewien, że przeczuwasz, o co mi chodzi, chociaż nie ośmielasz się w to uwierzyć, tak bardzo zuchwała jest ta podskórna myśl. Niestety, Iwanie, nie mylisz się! Jestem zachwycony, że stworzyłem coś na mój obraz. Również wy, moje stworzenia, tworzycie światy, tak jak ja stworzyłem wszechświat. Powiesz mi, że to światy fikcyjne; równie fikcyjne jak mój - odpowiem ci na to. Ale - wykrzykniesz - one nie istnieją realnie, postaci z naszych fikcji nie cierpią, nie żyją na tym samym poziomie egzystencji co rzeczy świata. Czy jesteś tego naprawdę pewien, mój drogi Iwanie? Mówiąc tak, wyrażasz być może pogardę dla mojej kreatywności. Dlaczego ja, wielki artysta, miałbym się bojaźliwie zatrzymać przed tą wspaniałą możliwością dostarczenia sobie rozrywki także poprzez gry, których sam nie wymyśliłem? Pozbawiłbym się bardzo intensywnej przyjemności, którą jest bawienie się fantazjami moich własnych stworzeń. Czerpanie przyjemności wyłącznie z ich ciał staje się na dłuższą metę nudne.

[...]

Bardzo dobrze, mój drogi Lucjanie poeto. Ma pan boską wyobraźnię, jestem urzeczony. Na dodatek właśnie wymyślił pan nowy gatunek literacki: fikcję teologiczną. Z trudem ogarniam wszelkie implikacje tej nowinki, ale pewien jestem, że Watykan gorzko pożałuje, że nie zastrzegł sobie praw autorskich na utwory apologetyczne. Lucjan zaśmiał się bardzo zadowolony, oczy mu błyszczały. Wziął kolejnego papierosa. Zapalił go, jednym łykiem opróżnił szklaneczkę szkockiej i zaciągnąwszy się głęboko, wypuścił w twarz swojego rozmówcy gęstą chmurę dymu. Iwan odnalazł się natychmiast w bardzo starym szpitalu w towarzystwie jakiejś biednej kobiety. Wchodzili właśnie po schodach, gdy usłyszeli wycie, od którego zimny dreszcz przeszedł im po plecach. Strażnik w uniformie drwiąco poinformował ich, że krzyczał mąż kobiety i że zdarzało mu się także tańczyć. Gdy podeszli do wyściełanej celi, Iwan zobaczył chorego w napadzie ostrego szaleństwa, człowieka, który rzucał się we wszystkie strony, krzycząc i drżąc jak opętany. Nieszczęśnik nazwiskiem Coupeau [bohater powieści Zoli „W matni” – przyp. aut.] nie rozpoznał swojej żony i kontynuował swoją piekielną rundę dookoła celi z wykrzywioną twarzą, błyszczącymi oczami i niewidzącym spojrzeniem. Jego gorączka była tak intensywna, że powietrze dymiło na powierzchni jego ciała; jego słowa nie miały sensu, tym bardziej że - jak się zdaje - posługiwał się jakimś francuskim żargonem, którego Iwan nie znał. Kobieta rozmawiała ze strażnikiem, potem z lekarzem; w tym czasie Iwan znalazł się wewnątrz celi, zamknięty z szaleńcem. Usłyszał, jak kobieta ucieka po schodach, ale sam nie ruszył się z obawy, by szaleniec go nie dostrzegł. Strażnicy oddalili się, również udając, że nie słyszą jęków i skarg wydawanych przez Coupeau. W czasie nocy Iwan pozostał zamknięty wraz z nim, ale szaleniec zdawał się go nie zauważać. Nie przestawał krzyczeć i podskakiwać, rzucając się na ściany. Cały czas wstrząsały nim ponadto spazmy.

[...]

Śniłem o powieści? Nie, pozwoliłem ci przeżyć ją jako widz i uczestnik, nie jako czytelnik, żeby dać ci wgląd od wewnątrz w sposób życia postaci. Postaci żyją? Nie żartuje pan? Bynajmniej, żyją tak samo jak ty czy reszta śmiertelników. Tyle że ich egzystencja predestynowana jest intencją autora. Wszystkie żyją wiecznie, czy raczej wiecznie odżywają, przynajmniej tak długo, jak trwa ten wszechświat, książki lub ludzka pamięć, tego jeszcze dokładnie nie wiem. Wiele jeszcze musi się wydarzyć, żebym mógł się na ten temat wypowiedzieć. Jedno jest pewne: przeżywają swoich autorów. Nie wiem, jak umierają; zapomniane książki, obrazy i sztuki teatralne wydają się już nie istnieć. Wszakże tak długo, jak długo jeden z was o nich pamięta lub jeśli istnieją zagrzebane gdzieś jakieś ich egzemplarze, w dalszym ciągu żyją i odtwarzają swoje przeznaczenie. Los nie do pozazdroszczenia, jeśli chcesz znać moje zdanie.

[...]

Na przykład, jeśli mój ideał jest natury estetycznej, nie ponoszę wobec ludzi żadnej odpowiedzialności. A nie możesz zaprzeczyć, że wszelka kosmogonia, zanim zacznie podpadać pod etykę, w apodyktyczny sposób przynależy do dziedziny estetyki. Podobnie wszelkie stworzenie niezależnie od tego, jakie jest. Stwórca jest wolny, ponieważ jego ideał jest ludyczny. Mimo że później chciałby wyjaśnić swoje intencje, na początku zawsze jest ludyczny jak dziecko puszczające bańki mydlane. Pewien poeta francuski powiedział na ten temat wielce zasadnie, że wbrew regułom niemożliwy jest jakikolwiek sceptycyzm.

[...]

Nie zapominaj więc, że gra rządzi się swoją własną etyką i że etyka ta jest przede wszystkim estetyką ryzyka. Będę o tym pamiętał. Dzięki temu nie zapomnę też, że wszechmocne duchy lubią czasem zwodzić innych. A propos, Lucjanie, zwracam pana uwagę na jeden punkt, którego dotąd nie poruszyliśmy: nigdy nie dał mi pan dowodu, że nie jest pan diabłem.

[...]

Wy, stworzenia, twierdzicie, że szanujecie Boga i nienawidzicie diabła. Ale pomyśl o wszystkich dziełach umysłu dotyczących diabla i jego piekła, które wytworzyliście; tymczasem Bogu i jego rajowi poświęciliście tylko utwory drugorzędne. Cóż, mówi się kompetentnie tylko o tym, co się dobrze zna. Swojego Boga traktujecie jak statystę w dramacie, w którym główną rolę odgrywa Lucyfer. Dobrze wiesz, że nawet jego upadek, samotność i perspektywa wiecznego potępienia poruszają was i pobudzają. To wszechwładzy Boga nie możecie znieść. Zawsze, gdy objawia się jakiś buntownik, potępiacie go, równocześnie poświęcając jego pamięci wspaniałe opowieści: Ewie, wężowi, Kainowi, żonie Lota, Hiobowi, nawet Chrystusowi… Uwielbiacie bunt; nienawidzicie natomiast władzy, która nastaje, skoro już pożre buntownika.

[...]

Oto, dlaczego utopie nie mają szans powodzenia, Iwanie: istota ludzka jest ostrożna i bojaźliwa. Jak jednak oczekiwać po tobie innych pytań, skoro wszystko już zbadałeś w swojej rozprawie? Obydwaj zajęliśmy jasne stanowiska, ty, wszakże z obawy przed egzaminatorami ograniczyłeś się do zbytniej subtelności, co doprowadziło do zaciemnienia problemu. Odtąd nie będziesz już mógł chować się za zagmatwanym stylem. Wygraliśmy pierwszą rundę, ale splendor spływa na ciebie. W czasie naszego następnego spotkania wyrażę sugestie co do możliwych rozwinięć rozgrywanej partii. Tylko sugestie, gdyż nie chcę brać odpowiedzialności za twoje decyzje. Zrozumiałem, Lucjanie: jest pan nieodpowiedzialny. Każdy gracz jest nieodpowiedzialny wobec świata; szanuje tylko grę i swoją namiętność. Artyści również są nieodpowiedzialni; oto, dlaczego mogą dokonać tylu fascynujących rzeczy. Bez wątpienia zauważyłeś, że kobiety szaleją za artystami, ale na mężów wybierają raczej bankierów.

[...]

Po powrocie do salonu, gdy Lucjan krzątał się po kuchni, Iwan zauważył, że jego papiery są w nieporządku. Bez wątpienia szperał w nich jego gość. Najwyraźniej to myszkujące bóstwo miało słabość do intymnych spraw swoich stworzeń. Jak widzę, kolejny raz nie uszanował pan mojej nieobecności - odezwał się Iwan, gdy Lucjan przyniósł imbryk z herbatą i szklanki. Czyżby moje zapiski aż tak bardzo pana interesowały? Mój drogi, nie interesuje mnie ich treść, ale styl. Treść znam od dawna. Przejrzałem je, żeby zobaczyć, czy masz szansę zostać pisarzem z prawdziwego zdarzenia. Nie zapominaj, że twoje historie to coś innego niż metafizyka. To w dalszym ciągu fikcja, choć środki są odmienne; opowieści pisze się, żeby ktoś je przeczytał; do tego potrzebne są środki artystyczne.

[...]

Całkowicie zgadzam się z panem, że Jahwe jest krwawym dyktatorem. Jednakże obawiałem się wulgarnych dykteryjek o Chrystusie, których zapewne by mi pan nie oszczędził, więc wolałem ich nie wysłuchiwać. Nie rozumie pan? To na pewno dlatego, Lucjanie, że jest pan mistrzem gry, nie pionkiem. Nam pionkom zależy na pięknie naszych opowiastek, na naszych bajeczkach, jeśli pan woli. Chrystus jest dla ludzi paradygmatem nie jako Syn Boży, ale jako ofiara możnych. Fascynuje nas i uspokaja jego pokora i niewinność, kontrast tego, kim był, z barbarzyństwem panów i dyktatorów. Niewątpliwie przypomina pan sobie, co powiedział o dziewiątej, gdy wszystko zmroczniało: Éli, Éli, lema sabachtani? W tym momencie był jednym z nas, Lucjanie. Każda ofiara zawsze wykrzykiwała to samo zdanie, nigdy nie otrzymując odpowiedzi. Rozumie pan? Chociaż to prawda, iż wiara w to, że miałby być synem Boga, zawsze psuła mi przyjemność myślenia o nim. Mimo to nie chciałem, żeby zbrukał go pan swoimi słowami.

[...]

Co więcej, w swojej analizie Ewagriusz [z Pontu; starożytny teolog chrześcijański – przyp. aut.] tworzy prolegomena [z łac. wstępne rozważania – przyp. aut.] do czegoś w rodzaju kombinatoryki logismoi [z gr. namiętnych myśli – przyp. aut.]. Dowodzi na przykład, że niezmiernie rzadko cierpi się równocześnie z powodu łakomstwa i intelektualnej próżności, gdyż pierwsza zakłada ociężałość wnętrzności wykluczającą abstrakcyjne myślenie. Tak samo jest z pożądliwością i skąpstwem, gdyż pełna realizacja pierwszej wymaga cielesnych ekscesów, jeśli nie wręcz trwonienia energii na próżno, jak to było w przypadku Onana i jego nasienia. Natomiast acedia (nie zaś to, co zwykło się przedstawiać później pod nazwą „lenistwa”) albo demon południa - skłaniający samotnika do odwrócenia się od zajęć szlachetnych, duchowych na korzyść trywialności spraw tego świata - łatwo sprzęga się z pożądliwością, z próżnością, a w najlepszym razie nawet z pychą. Para próżność - pycha symbolizuje wyzwanie rzucone przez człowieka Bogu, a jeśli dochodzi do tego melancholia, może dać początek spektakularnym buntom, które wyrażają się poprzez dzieła sztuki, odkrycia naukowe, jak również poprzez heretyckie i godne anatemy filozoficzne konstrukcje. Przemyśl na swój własny użytek te różnorodne warianty, nie zapominając przećwiczyć ich w praktyce, a pozwoli ci to na stworzenie trafnej analizy tego, co nie pozwala ci się rozwijać. Przede wszystkim więc w odniesieniu do relacji z kobietami z wielkim pożytkiem będziesz mógł przemyśleć warianty związane z pożądliwością. Na przykładu, jeśli zależy ci jedynie na parze pożądliwość - melancholia, by przeżywać młodzieńcze miłostki, to twój problem. Zastanów się jednak, czy twoja kelnereczka nie wolałaby od czasu do czasu jakichś bardziej męskich wariantów, jak pożądliwość - pycha, przyprawionych odrobiną gniewu; być może ingrediencja ta jest niezbędna, żeby zawibrowała jej samicza duszyczka. Nie wiem. Ty sam musisz improwizować z każdą kobietą, która cię zechce, w zależności od jej własnych inklinacji. Nie należy skądinąd lekceważyć pary pożądliwość - łakomstwo, bo może się okazać bardzo zabawna, choć z reguły bywa dosyć plugawa. Twoja sąsiadka Izabella - znasz wszak jej bujne krągłości - mogłaby bez wątpienia nauczyć cię czegoś nowego na ten temat. Pomyśl także o sprzężeniu acedia - vanitas i zastanów się następnie, czy twoja książka o Tiagu rzeczywiście traktuje o tym nieszczęśniku czy też jest on może jedynie spowodowaną próżnością dewiacją twojego talentu podporządkowanego anachronicznemu chrześcijańskiemu współczuciu, które potajemnie kołacze się jeszcze po twej duszy. Lecz pomyśl przede wszystkim o zastanawiającym fakcie, że w całej historii grzechów głównych, począwszy od ich greckich prapoczątków, nikt nigdy nie uznał za stosowne włączyć do nich okrucieństwa. Odpowiesz mi być może, że okrucieństwo jest mieszaniną gniewu, próżności i skąpstwa z okazjonalną domieszką pychy i pożądliwości. A jednak nie. Istnieją osobnicy, którzy specjalizują się w nim na zimno, rzec by można z powodów estetycznych, jak inni specjalizują się w łakomstwie lub skąpstwie. To fakt. Dlaczego zatem okrucieństwo nie figuruje na tej liście? Po prostu dlatego, że nie interesuje władzy; to forma jej sprawowania, a nie przywara. Okrucieństwo w większym jeszcze stopniu niż pycha jest paradygmatem władzy absolutnej we wszelkich jej przejawach, począwszy od tej, jaką dziecko sprawuje nad osobnikami słabszymi od siebie. Okrucieństwo jest zresztą zbyt zakorzenione w człowieku jako rodzaj ponurej dewiacji waszego mózgu istoty człekokształtnej, która aspiruje do bycia Bogiem. Żadne inne zwierzę nie pastwi się nad swoim bliźnim. Okrucieństwo staje się naganne dopiero wówczas, gdy oprawca traci władzę na rzecz innego, wyżej od niego postawionego, który osądzi tamtego oskarżając go o okrucieństwo, żeby umocnić swoją własną dominację. Wypada przeto powrócić do starej prawdy, że moralność jest zawsze moralnością zwycięzców. Cnoty główne albo kardynalne to przeciwnie, paradygmaty na użytek słabych: zachęcają do podporządkowania się. Osiem przywar Ewagriusza to natomiast paradygmaty na użytek silnych, ponieważ zachęcają do braku umiaru i transgresji. Zatem, mój drogi Iwanie, zemsta - której nie bez powodu nie dołączono do listy cnót - jest jedyną szlachetną odpowiedzią na nieszczęścia twojego Tiaga Cruza. Ale czy zdolny jest jej dopełnić? Doskonałe pytanie. Prawdziwy oprawca, specjalista od okrucieństwa, oszczędza życie swojej ofierze wówczas jedynie, gdy jest pewien, że nie przestanie ona cierpieć. W przeciwnym wypadku likwiduje ją. Tiago był zatem praktycznie martwy, i to od dawna, chociaż zawziął się, żeby nie sczeznąć. Twoja interwencja w jego życie była wspaniała i gratuluję sobie, że pomyślałem o skrzyżowaniu z twoją partii, którą rozgrywałem z nim.

[...]

Trzeba zaufać możliwościom gry; jej ruch ma majestatyczną harmonię. Mam nadzieję, że z czasem to pojmiesz. Co do ciebie, Iwanie, zaczynasz stawać się interesującym graczem, chociaż musisz się jeszcze wiele nauczyć, nabrać doświadczenia, a przede wszystkim wyzbyć się swoich moralnych przesądów. Oto, dlaczego poleciłem ci dzieło Ewagriusza Pontyjskiego. Zapomnij o mnichu i bigoterii, a zachowaj ten aspekt jego dzieła, który ujawnia arystokrację tego umysłu, aspekt męskiej siły i samotności. Wówczas zastosujesz jego mądrość do wszystkich form przyjemności, również tych najbardziej zaawansowanych, którymi są formy ducha i gry. Wykorzystaj tę refleksję nie po to, żeby stać się ascetą, ale żeby zacząć kroczyć ludyczną drogą ku władzy. Ewagriusz konkludował, że celem ćwiczenia się we wszystkich logismoi było osiągnięcie stanu zwanego „apatią”, nieobecnością emocji, to znaczy stanu, który predysponuje do poznania niebiańskiego. Tyle że, dla twojej informacji, raj nie istnieje. Dlaczego zatem nie poświęcić się władzy, która jest najwyższą znajomością gry świata? Ten kto ma władzę, posiada nie tylko moralność, lecz również prawdę o swoim czasie. Ponieważ nie istnieje życie po śmierci, posiada on absolutną prawdę w okresie, gdy prowadzi grę. To oczywiste. Historia jest sprawą żywych. Co za różnica dla Stalina, że po jego śmierci rozpadło się stworzone przez niego imperium? Żadnej różnicy nie widzą też zrehabilitowane pośmiertnie ofiary. Ale zachowaj kurs. Energia, którą zużyłeś na swoje studia, jest zbyt cenna, żeby trwonić ją na kwestie metafizyczne. Teraz chodzi o zdobycie władzy realnej, co łatwo osiągniesz, jeśli skierujesz się ku prawdziwym źródłom mocy.

[...]

Udało ci się z Tagiem; dlaczego nie rozszerzyć działalności wykorzystując stosowne środki? Pomyśl o tym. Ale postępuj tak, żeby wykorzystać wszystkie moje nauki; wszystkie, nie tylko te, które ci odpowiadają. Odczekaj, aż dobrze pojmiesz, bo daleko ci jeszcze do zrozumienia prawdziwego ducha gry, ducha poruszającego pionkami. Pewnego dnia zdasz sobie sprawę, że jestem bardziej wyrafinowany, niż wyglądam, mój drogi Iwanie Sierowie. Wspomniał pan o swojej walizce. Co to znaczy? Zobaczysz. To część tajemnicy, rodzaj szczeliny wolności, którą wprowadzam do twojej sytuacji. Ale weź na wstrzymanie, zanim dowiesz się, co zawiera. Nie działaj pochopnie; wielkie partie wymagają cierpliwości. Pomyśl o Tiagu i o moim zwycięstwie; długoterminowe kalkulacje wymagają uporu i pobłażliwości, a także - jeśli to możliwe - dużo humoru. Ostatnia rada: uważaj na melancholię i ukierunkuj swoją pychę przeciwko swoim prawdziwym przeciwnikom. Z Bogiem, Iwanie. Albo z diabłem, jeśli wolisz. To pojęcia synonimiczne, a różnica jest nieistotna. Obiecuję, że nie ujrzysz mnie już więcej; nie ma sensu mnie wzywać. Jesteś na świecie sam i sam umrzesz. Jedyna twoja nadzieja w grze, choćby w bólu i smutku.

[...]

Funkcjonariusze chodzili leniwie tam i z powrotem, bez pośpiechu wypełniając swoje obowiązki, bez wątpienia dlatego, że w kostnicy wszelki pośpiech wydaje się śmieszny. Nieliczni interesanci przybyli, żeby zidentyfikować inne zwłoki, miny mieli poważne, prawie uroczyste i oczekiwali na wezwanie z rezygnacją, którą odczuwa się wobec wielkich biurokratycznych instytucji. W tym miejscu osobiste istnienie stawało się w istocie kategorią wielce pretensjonalną. Nie byłem jeszcze w stanie wyobrazić sobie martwego Tiaga. Miałem dziwne wrażenie, że Tiago nie może leżeć w jakiejś schłodzonej szufladzie, że niebawem to nieporozumienie się wyjaśni, a ja będę się czuł ośmieszony, że niepotrzebnie alarmowałem władze. Wydawało mi się, że nawet jego śmierć jest częścią fikcji, zwykłą śmiercią książkowej postaci; walczyłem z wrażeniem absurdalności wynikającym z faktu, że jestem oto tutaj, sądząc, że postawią mnie twarzą w twarz z prawdziwym trupem, a nie ze zdaniami czy metaforami. Lekarz sądowy przyjął mnie najpierw w swoim biurze i wypytał mnie, kim jest dla mnie osoba, którą przyszedłem zidentyfikować. W kilku słowach streściłem mu, jakie stosunki łączyły mnie z Tiagiem i co o nim wiedziałem. Na wzmiankę o torturach, których padł ofiarą w przeszłości, lekarz wykazał zaciekawienie i wyznał mi, że to najbardziej zaskoczyło go w czasie autopsji. Istotnie mężczyzna, którego wyłowiono w porcie, nosił zadziwiające ślady dawnych tortur, których w całej swej karierze patologa nigdy jeszcze nie widział.

[...]

„Pod Łajbą” młodą nieznaną kelnerkę przedstawiono mi jako jedyną Sonię, która tam kiedykolwiek pracowała. Dziewczyna znała mnie zresztą z widzenia i przypomniała sobie, że kilka dni temu przedstawiłem jej kolegę, z którym siedziałem przy stoliku. Smutny starszy pan w ciemnych okularach - powiedziała mi. Nie przypominała sobie natomiast, żeby widziała mnie w towarzystwie kogokolwiek innego. Odszedłem w ciemną zimną noc jak pijany duch. Wszystko wokół mnie wirowało; czułem się niezdolny wynurzyć się na powierzchnię rzeczy. Niemniej miałem wrażenie, że nie śnię, że jak najbardziej znajduję się w realnym świecie, w którym wszystko ma wyraźne, ostateczne kontury. Dlaczego więc moje życie tak nagle się rozpadło? Ulice dzielnicy portowej były mroczne i puste. Przypominam sobie, że szukałem schronienia w kącie przy wejściu do hangaru. Usiadłszy na ziemi, natarłem sobie twarz i skronie kawałkami lodu, żeby złagodzić gorączkę. Tak ukryty śledziłem okolicę w śmiesznym oczekiwaniu, że pojawi się Lucjan, że po prostu przyczaił się jak ja, żeby napawać się moją rozpaczą, śmiejąc się swoim obscenicznym śmiechem. On albo może nawet Tiago, ktoś musiał przyjść, ktoś bez wątpienia będzie tamtędy przechodził, żeby wskazać mi drogę. Ale nie, chowałem się raczej przed samym sobą, upokorzony myślą, która powoli zaczynała się narzucać jak oczywistość: Sonia była inną inkarnacją Lucjana, innym sposobem, żeby mnie opętać, żebym popchnął Tiaga do samobójstwa.

[...]

Była na swoim miejscu, pod łóżkiem. Długo wahałem się, zanim wziąłem nóż, żeby sforsować zamki. Nie mogłem sobie wyobrazić, co zawiera. I bardzo bałem się tego, co nazwał „częścią tajemnicy”, „szczeliną wolności”. Nagle, gdy z roztargnienia dotknąłem jednego z zamków, walizka otworzyła się sama. Lucjan przed swym odejściem zadbał o to, żeby otworzyć ją kluczykiem. Jakież było moje osłupienie, gdy otworzywszy walizkę zobaczyłem, że jest po brzegi wypełniona pieniędzmi. Wielkie banknoty porządnie ułożone, ale używane. Numery serii nie powtarzały się. Prawdziwa fortuna, bez słowa wyjaśnienia ani sugestii śladu pochodzenia. Więc to była ta inwestycja w moją przyszłość… Łajdak. Alternatywa bardzo dychotomiczna: z jednej strony nóż, żeby sobie poderżnąć gardło, a z drugiej fortuna, żeby pomóc mi w zdobyciu władzy. Bez żadnego szacunku dla mojej osoby, gdziekolwiek był, bawił się moim dylematem. Byłem wolny, bez wątpienia, ale w imadle wolności wyznaczanej jego kaprysem. Z wszystkiego zadrwił; posłużył się mną jako Lucjan i jako Sonia, a teraz wskazywał mi drogę, żeby upiększyć swoją grę. Roztaczał nade mną opiekę, jak ktoś w rodzaju Wielkiego Inkwizytora, żeby oddalić ode mnie torturę trwogi. Musiałem tylko wybrać, a on zacznie się bawić.

[...]

Po pogrzebie Tiaga powróciłem do siebie. Siedząc przy stole, czekałem na Lucjana. Doskonale wiedziałem, że nie przyjdzie, że nie przyjdzie już nigdy. Ale wiedziałem też, że łajdak był tutaj, że mnie słyszał. Więc mówiąc do samego siebie, wyjaśniłem mu, co miałem zamiar zrobić. Oto jak spożytkowałem pana pieniądze, Lucjanie. To była piękna impreza i jestem pewien, że Tiagowi bardzo by się spodobała, zwłaszcza gdyby znał całą historię. Teraz my dwaj musimy się rozliczyć. Przyznaję, że po pana wyjeździe byłem skonfundowany, ale wybaczyłbym nawet to, że przebrał się pan za Sonię. Mimo wszystko była rozkoszna i nauczyła mnie, co to miłość. Ale nie mogę wybaczyć tego, co pan zrobił Tiagowi. Odkąd przeczytałem jego zeszyt, mogę panem tylko gardzić. Oszukuje pan i zawsze będzie oszukiwał, bo taka jest natura pana małodusznej rozrywki. Zawsze będzie pan bydlakiem; teraz wiem, że pionki nie mają względem pana żadnych zobowiązań. Ta gra mogłaby być piękna w rękach innego gracza, kogoś, kto byłby również wrażliwy na siłę słabych. Ale zagram w nią choćby dlatego, żeby wkurzyć swojego stworzyciela. Czy to nie pan powiedział: słaby nie może nic, najwyżej bezustannie wkurzać? Ale ja rozegram moją własną partię zainspirowaną tą, którą rozgrywał Tiago. Wydaje mi się, że szło mu całkiem nieźle. Im więcej o tym myślę, tym bardziej podziwiam biednego Tiaga. Cóż to był za wspaniały człowiek! Chciałbym zobaczyć pana na jego miejscu i podziwiać wszystkie podłości, do których byłby pan zdolny. Jedno jest pewne, Lucjanie, nie będzie pan miał drugiego Stalina i nie przyczynię się do tego, żeby odkrył pan inne możliwości Aleksieja Karamazowa. Pan natomiast, przynajmniej w moich oczach, na zawsze pozostanie ojcem Karamazowem, łotrem i błaznem. Oto mój pierwszy ruch. Wydałem prawie całą zawartość walizki. To co pozostało, pójdzie na dobroczynność, dla kloszardów i innych istot bez znaczenia, jak je pan nazwał. Nie zostanie złamany grosz. Nie chcę pana mocy ani pana obrzydliwego wiatyku. Niech pan sobie przypomni jedyną prawdę, którą dotąd znalazłem, żeby skontrować pańską wszechwładzę: to nie ja podjąłem decyzję, żeby się urodzić. Oto odpowiedź, którą Hiob powinien był dać swojemu oprawcy; nie tylko zresztą on, wszyscy inni, którzy padli ofiarą totalitarnej władzy. Stwarzając mnie, podobnie jak każde inne stworzenie, zaciągnął pan względem mnie zobowiązanie odpowiedzialności. Każdy powinien czuć się zobowiązany względem swoich stworzeń, żeby zapewnić im wolność, nawet gdy są zwykłymi książkami. Jeśli nie jest pan zadowolony, mój drogi Jahwe, w każdej chwili może mnie pan unicestwić. Mam to gdzieś, podobnie jak miał to gdzieś Tiago. W przeciwnym wypadku sam musi pan rozegrać moją partię. Istnieje pan tylko poprzez mnie, tak jak artysta istnieje tylko poprzez swoje dzieło. A celem mojej partii będzie wkurzanie pana i możnych, których jest pan Bogiem. Jedyny krzyk, jaki usłyszy pan z moich ust, będzie brzmiał: Dlaczego upiera się pan, żeby nas nie porzucić? To znaczy, pieprzony Jahwe, że albo wrócisz do swojego wieczystego zacisza pozostawiając nas w spokoju, albo przyłożysz się do tego, żeby naprawdę ulepszyć tę grę, która należy do nas. Nie chcę raju na ziemi, bo raj sprawia, że się gorzknieje - jest pan tego dowodem. Chcę trochę więcej ładu między ludźmi, to wszystko, a jeśli to niemożliwe, to przynajmniej niech pan się przestanie bawić naszymi nieszczęściami. Niech pan się, wszakże nie łudzi, nie przemawiam jak wielcy inkwizytorzy. Oni są w Rzymie i w Waszyngtonie, we wszystkich siedzibach przedsiębiorstw i we wszystkich władzach, a pan zachowuje ich tam, bo dobrze pilnują pana interesów.

[…]

[Zeszyt Tiaga – przyp. aut.]

Przyszedł do mojej celi zaraz po aresztowaniu. Był to mężczyzna młody jeszcze, spokojny, ale można w nim było wyczuć jakieś zniecierpliwienie albo jakby silną wolę z odrobiną uporu. Pokazał mi różne sposoby popełnienia samobójstwa przed pierwszymi przesłuchaniami. W tym momencie pomyślałem, że to podstęp, i obiecałem, że zabiję się, gdy tortury staną się nie do zniesienia. Wydawał się bardzo zadowolony i udawał, że ubawi go rozczarowanie jego kolegów wojskowych, gdy znajdą mnie powieszonego na spodniach. Ciekawe tylko, że unikał odpowiedzi na moje pytania, ograniczając się do przedstawienia się jako przyjaciel, jako kolega z gry, który na mnie postawił. Nigdy nie poznałem jego nazwiska, ale jestem przekonany, że miał wyższą szarżę, bo przychodził i wychodził wedle swojego widzimisię, do tego w różnych mundurach, i to on przedstawił się później jako kapelan, żeby podarować mi Biblię.

Sergio Kokis, Mistrz gry

Obyczajowo-filozoficzna powieść Sergio Kokisa – brazylijskiego pisarza tworzącego w Kanadzie w języku francuskim przenosi akcję tej opowieści zasadniczo nad kanadyjskie, wschodnie nadbrzeże, choć również i to raczej do fikcyjnego państwa „totalitarnego” w Ameryce Południowej, najprawdopodobniej też w lata sześćdziesiąte lub siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Iwan Sierow, trzydziestodwuletni teolog z wykształcenia przypadkowo poznaje świeżo upieczonego uchodźcę – Tiago Cruza, który poddany torturom cudem ocalał po wojskowej katowni, jaką urządziła lewicującym i liberalnym „bojownikom” o swobody obywatelskie i równouprawnienie w życiu społecznym - iberoamerykańska, prawicowa junta. Ich - Iwana i Tiaga - długie oraz przyjacielskie rozmowy skłaniają tego pierwszego do napisania beletrystycznej książki o Tiadze i jego z kolei męczeństwie „za sprawę”. Nieoczekiwanie, także dla czytelnika w to życie codzienne wkrada się postać „ludycznego Boga” i/lub „ki diabła” co równolegle prowadzi z nimi swoistą zabawę czy też "pouczającą" grę, w której rubaszny cynizm staje się celem samym w sobie.



powrót ››