Blog

 

28.11.2018

Amerykańska sielanka cz.3

[…]

Szwed [czyli Levov – przyp. aut.] nigdy, w żadnej sytuacji publicznej, nie czuł się równie skrępowany, jak stojąc przed obrazami Orcutta, zdradzającymi – jak głosiła tabliczka przy wejściu – wpływy chińskiej kaligrafii, ale jemu nie mówiącymi nic, nawet po chińsku. Dawn [żona Orcutta – przyp. aut.] z miejsca ochrzciła je „prowokującymi do myślenia” – jej zdaniem dzieła te odsłaniały całkowicie zaskakujące oblicze Billa Orcutta i wrażliwość, jakiej znamion nigdy wcześniej się w nim nie dopatrzyła […] „Kompozycja 16”, „Obraz 6” „Medytacja II”, „Bez tytułu 12”…a na płótnach co? – tylko jakieś długie, bladoszare mazaki, ledwo widoczne na białym tle, jakby Orcutt chciał nie tylko namalować obraz, ile zmazać go z płótna […] „Intensywność kaligrafii Orcutta rozmywa kształty. Smugi pędzla roztapiają się same w sobie od wewnętrznego żaru własnej energii…” Dlaczego człowiek taki jak Orcutt, któremu nieobcy jest ani świat przyrody, ani wielki teatr narodowej historii – i który w dodatku rewelacyjnie gra w tenisa – ubzdurał sobie malować obrazy nicości? […] Szwed nie pomyślał, że interpretacjom nie ma końca właśnie dlatego, że dzieła są skrajnie płytkie, że można je nazwać obrazami czegokolwiek, ponieważ są obrazami niczego – że cała ta pisanina sprowadza się do stwierdzenia, iż Orcutt nie ma talentu i, jakkolwiek szczerze się stara, nigdy nie wydusi z siebie żadnego artystycznego przesłania poza tym jednym jedynym, którego sztywne kanony skrępowały go w momencie przyjścia na świat. Nie przyszło Szwedowi do głowy, że to on właśnie ma rację, uważając, iż facet sprawiający wrażenie tak doskonale dostrojonego do miejsca i środowiska, w którym żyje, bezskutecznie usiłuje się wyobcować – że te próby odzwierciedlają jego sekretne pragnienie, na osiągnięcie którego nie ma żadnej koncepcji, jak tylko uporczywe pacykowanie dziwacznych obrazów, które wyglądają jakby w ogóle nie wyglądały. Ten miałki towar był najwyraźniej szczytem realizacji jego pragnienia bycia kimś innym.

Philip Roth, Amerykańska sielanka

[…]

Jak świat światem istnieje spór lub też zdrowe tarcie między tym, co jest formalne, a więc mające swoją formę alias kształt a tym co stanowi istotę czystego przekazu. Jak też wiadomo może i nie-koniecznie to forma jest ramą dla dalszego sensu przekazu, który zawsze się jej formie tak jakby z uciągiem wymyka.

W sztuce alter-nowoczesnej zaśniedziała forma, a więc teoretycznie skończona całość obrazowa stanowi również środek żywego przekazu. Nie jest już tylko manierą tudzież może wolnym kształtem, ale co ciekawe sama stanowi bodajże w sobie samej wciąż nicującą się otwartą przestrzeń myślową gdzieś tam gdzieś, gdzie też hen jak zarys olśniewającego horyzontu.

Podobnie w sztuce pisanej nie tylko pierwsze skrzypce gra siła werbalnego przekazu czasem również gra zlepko-słów zadzierzga zadumę interpretatora, gdzie sama forma lubi ucieka się w niebyt lśnień autorefleksji. I tak na przykład w poezji czy literaturze pięknej są formalne „marginalia” które wcześniej przemawiają niż sens tuż tuż namacalnego przekazu i to nawet wtedy, gdy biegnące słowa nie mają już żadnego jawnego znaczenia. Ponieważ i pojedyncza litera i właściwy sens napataczającej się wypowiedzi są najpierw wobec słowotwórstwa zakrytymi obrazami a zwiastując swoje dajmy na to takie ukryte niebyty czy też będąc zwłaszcza poza – przechodzą w nicość, czyli znowu w pełnię do-za-myślenia.



powrót ››