07.06.2024

„Byłem tam
i nie było mnie tam:
to właśnie paradoks
wczesnej młodości.”
„W końcu to każdy z nas wymyśla
własną historię dobra i zła.
Jeśli tego nie zrobisz,
pozostaje jedynie relatywizm.”
„Istnieje świat poza
tym małym światem,
który znam”
„Piekło to my: ty i ja.
Nasze obyczaje tworzą traumę.”
„Nigdy nie aspirowałem do niczego,
poza tym:
zmiękczanie kamieni
robienie ognia z wody
zamienianie pragnienia w deszcz”.
Gerrit Kouwenaar
„Źle się wywdzięcza mistrzowi,
kto
zawsze tylko jego uczniem zostaje”.
Fryderyk Nietsche
[...]
Z rosnącym zdumieniem czytałem w zeszły czwartek wasz dodatek specjalny dotyczący sprawy Nico S. (24 stycznia ub. r.). Cały dodatek można by nazwać co najmniej przesadnym. Byłoby inaczej, gdybyście poświęcili te strony na obiektywną analizę sprawy, a także na analizę tego, jak polityka i media podsycają kulturę strachu wokół takich kwestii. Zamiast tego wasza gazeta bierze aktywny udział w tym zjawisku: zamiast analizować i przeciwdziałać histerii, podsycacie ją. Jak pisał Seneka: „Dzieci boją się byle drobiazgu, niemowlęta lękają się urojeń, a my – jednego i drugiego”. Wasza gazeta potwierdza tę gorzką tezę. Dodatek zawiera wywiady z ludźmi, którzy ze sprawą związani są tylko pośrednio; z ludźmi, którzy na jej temat wygłosić mogą jedynie swoją opinię. Takie są wasze źródła. Nie zadajecie podstawowych pytań, takich jak: dlaczego akceptuje się grupy burżujów organizujące demonstracje i wymachujące transparentami ze sloganami typu PEDOFILE TO NIE LUDZIE, podczas gdy ciągle mówimy o prawach człowieka, o tym, jakie nasze społeczeństwo jest postępowe i humanitarne w porównaniu z innymi krajami i kulturami? Z jaką to przyjemnością patrzymy z góry na barbarzyństwo innych, a tymczasem i w naszym kraju wściekłe hordy odmawiają człowieczeństwa swoim bliźnim. A kto rzeczywiście działa na rzecz wykorzystywanych seksualnie dzieci? Właśnie poprzez tabuizację pedofilii tworzymy atmosferę tajemnicy, w której to zachowania dewiacyjne szybko stają się niedopuszczalne. Ponadto tabu powoduje poczucia winy i wstydu u dzieci, które my – przez samo nazywanie ich „ofiarami” – stawiamy w pozycji…
[...]
Dotychczas nieokreślone poczucie niepokoju, trwające od porannego incydentu prysznicowego, z mocą wsteczną zyskuje miano Przeczucia. Czy to rzeczywiście było przeczucie? A może to tylko przypadek i nazwisko Alexander Laszlo trafiło na żyzną glebę jej już i tak marnego nastroju, aby zasiać tam ziarno kolejnych nieszczęść? Aurélie, to mi wygląda na zadanie dla ciebie. Słucham? Zadzwonisz do pedofila. Do kogo? Do pedofila. Tego Laszla, o którym rozmawiamy już od dziesięciu minut, że tak powiem. To chyba żaden pedofil, co? On tylko broni pedofilów. Tak jak teraz Aurélie, z niewiadomych przyczyn, go broni, chociaż absolutnie nie miała zamiaru tego robić. Żaden pedofil? Słyszałaś chyba o jego przeszłości, prawda? Clara bawi się kręconym kosmykiem włosów, rozciągając go i puszczając, tak że ponownie się skręca. Trzeba przyznać, że ma piękne włosy, czarne niczym oprawki okularów przeciwsłonecznych i błyszczące od drogiej odżywki; to jedyne, co w niej nie zwiędło. Przeszłość Laszla jest znana. Nikt nie musi się nad nią rozwodzić. Jedyne, co Aurélie może zrobić, to wymyślić dobry powód, żeby pozbyć się potencjalnego gościa, zaproponować alternatywę i może wtedy zdecydują się na inny temat. Tak, nie, no dobra – mówi. Czy to naprawdę musi być taki człowiek? Po tym liście wygląda mi na okropnego faceta. Zabójca oglądalności. Mogłaby kategorycznie odmówić, zapytać czy ktoś inny nie chciałby się tym zająć, ale wtedy czekałoby ją sporo wyjaśniania.
[...]
Czy zna pan nasz program? Z talerzem na kolanach, tak? Czytałem o nim kiedyś, ale nigdy go nie oglądałem. A pani imię mi umknęło, pani… Lindeboom. Aurélie Lindeboom. Cisza. Sekunda, dwie, pięć, dziesięć, Sprawiła, że zamilkł. Chyba po raz pierwszy w historii. On, ten wulkan słów, cierpiący na biegunkę werbalną, z czarnym pasem w retorycznych technikach walki, feldmarszałek języka, on, który zawsze potrafi wyciągnąć anegdotę z wewnętrznej kieszeni swoich myśli, jakieś skojarzenie, encyklopedyczną ciekawostkę, a w razie potrzeby wiadomość wyczytaną danego dnia w gazecie, on, który potrafi zabić każdego przeciwnika językiem jak samurajskim mieczem. On: zamilkł, słysząc jej imię. Alleluja. Aurélie… Alexander. Znowu cisza. Co to zamierzała powiedzieć? Zerka w swoje notatki. Dzwonię nie w sprawie osobistej, ale w imieniu programu. Chcielibyśmy, abyś wystąpił w odcinku. Rozgląda się, sprawdzając, czy koledzy z pracy zwracają uwagę na to, co robi, albo czy słyszeli, że mówi do Laszla na ty.
[...]
Lindeboom jest nazwiskiem, które nadali Lydii, gdy zgłaszali jej narodziny w urzędzie stanu cywilnego. Pomysł należał do Aurélie. Philip określił to później jako jej „kolejny histeryczny żart feministek”, ale wtedy ujął swój sprzeciw słowami: „To aliteracja”. Odparła, że jego nazwisko doprowadziłoby do nieprzyjemnego potknięcia między „a” kończącym imię Lydii i „a” stojącym na początku Achterberg. Ty też nie przyjęłaś mojego nazwiska po ślubie – brzmiała jego ostatnia próba protestu. Zgadza się, choć ta decyzja nie wynikała z feminizmu, ale z niechęci do tradycji. Jej ostatnie słowo: Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, Flip. I w ten sposób dziewczynka została Lydią Lindeboom. Nazwisko wydawało się Aurélie nagrodą, certyfikatem, który można otrzymać, gdy pomyślnie przejdzie się ciążę: tytuł związany z tym certyfikatem nie przeszedł na nią, ale na noworodka.
[...]
Dzień zaczyna się od liczenia zmarłych. Henri Buijink powiedział to z udawanym znudzeniem w głosie, ale jego słowa i tak zachowały swoją moc. Wypił duży łyk jasnego piwa. Mój dzień zaczął się od liczenia plusów i minusów w wiadomościach giełdowych z porannej gazety. Nawet teraz, gdy byłem „tymczasowo na emeryturze”, robiłem to dalej. Jeden z ostatnich zwyczajów w życiu, z którego większość nawyków już została wyrugowana. Brzmi dobrze – powiedziałem, bo nie chciałem, by jego nonszalancja wywarła na mnie wrażenie. Dobry początek to połowa sukcesu. Lubiłem go, Henriego, ale nieco zbyt poważnie wcielał się w rolę twardego lekarza. Jeden z tych ludzi, których nic nie zdziwi, nawet jeśli połowa świata wokół niego umiera. Kontynuował niewzruszony: Po pozbyciu się umarłych mogę zabrać się do pracy. Zobaczyć, czy wśród żywych jest jeszcze ktoś, kogo można uratować. Najpierw niemowlęta i małe dzieci: wyliczyć BMI, określić, jak bardzo są niedożywione. Niektóre mogę sobie od razu odpuścić. Inne dostaną kroplówkę. Potem przyjdzie kolej na rodziców. Podamy im leki. Czasem trzeba ich zoperować. W prawie wszystkich przypadkach jest to bezcelowe. Nie da się wyleczyć chorego organizmu, jeśli najpierw nie dostanie jeść. Ale dobra… Jedzenie, tego tam nie ma.
[...]
Hendrik Frederik Buijink i ja [Alexander Laszlo – przyp. aut.]. Znaliśmy się od czasów szkoły średniej. Po egzaminach końcowych utrzymywaliśmy kontakt, mimo że on poszedł na medycynę, a ja na ekonomię. Byliśmy typowymi uczniami elitarnego liceum: mój ojciec był bankierem, a jego prowadził prywatną klinikę. Ale przynajmniej pod jednym względem różniliśmy się od naszych kolegów z klasy – i to właśnie dzięki tej różnicy odnaleźliśmy siebie, dzięki naszej niechęci do ideologii marksistowskiej i maoizmu, które tak podziwiali nasi rówieśnicy. W moim wypadku było to raczej oczywiste, biorąc pod uwagę moją przeszłość. W wypadku Henriego to bardziej kwestia charakteru: nie był młodzieńcem, który czułby potrzebę sprzeciwiania się swojemu głosującemu na liberałów ojcu. Jego jedynym aktem sprzeciwu było to, że ku wielkiemu rozczarowaniu rodziców nie chciał rozpocząć automatycznie specjalizacji, co w tamtym czasie, kiedy to miejsc na staż brakowało, stanowiło niebywały przywilej. Nie, wybrał wolontariat w organizacji pomocy rozwojowej i wyjechał do Afryki, dokąd z reguły trafiali ci, którzy nie dostali się na specjalizację. Poza moją głową w parku szalał letni dzień, ale w środku niej chmura przysłaniała słońce. Czasem jedno zdanie – nie wiedzieć dokładnie, dlaczego – wystarczy, żeby całkowicie zmienić nastrój. Jedzenie, tego tam nie ma. Jasne jak słońce. Jak prosty może być problem?
[...]
Miałem trzydzieści lat. Żadnych planów. Tylko czas. W końcu znalazłem czas, żeby się zastanowić nad moim prawdziwym przeznaczeniem w życiu. Mogłem podróżować, ale już tak wiele świata zwiedziłem, że nie ciągnęło mnie do tego; pragnąłem podróżować w jakimś celu. Mogłem pójść śladami mojej matki: skończyć paleontologię ze specjalizacją z historii i przodków rasy ludzkiej. Rozgrzebywać ziemię, odkrywać. Albo mogłem też iść w politykę. Pod względem ekonomicznym były to ciężkie czasy, a polityka oszczędnościowa chrześcijańskich demokratów wielu ludziom nie odpowiadała. Również tam były dla mnie możliwości, ale nie spieszyło mi się: najważniejsze, żebym znów bez zastanowienia nie dał się ubrać w kaftan bezpieczeństwa, tak jak lata temu, gdy wybrałem studia ekonomiczne. Pieniędzy miałem pod dostatkiem. O to chwilowo nie musiałem się martwić.
[...]
Etiopia? Niedobrze. Jednak ten kraj musiał być czymś więcej niż kolejnym pustkowiem zniszczonym przez walkę o wolność i przez wojnę domową – choćby dlatego że jego przeszłość nie była kolonialna, lecz imperialna. Komuniści w połowie lat siedemdziesiątych wypowiedzieli wojnę nie europejskim tyranom, ale komuś z ich własnego ludu: Hajlemu Selasjemu. Jako dziecko słyszałem opowieści o wielkim cesarzu, które – patrząc z perspektywy czasu – prawdopodobnie opierały się raczej na legendach niż na historycznych faktach. Wszechmogący władca, jakiego można spotkać w zasadzie jedynie w bajkach. Potem przypomniałem sobie, jak zachwycona była moja matka, gdy gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych na północy Etiopii odnaleziono kopalne szczątki Lucy. Mają ponad trzy miliony lat – prawie wykrzyczała to, kiedy pewnego wieczoru przyszła do mojego akademika z garnkiem gulaszu, przygotowanym przez panią Gabor. Starsze niż neandertalczycy? – zapytałem. Sándor! – zawołała oburzona opadającym zainteresowaniem jej dziedziną nauki. O wiele starsze! Kiedyś wiedziałeś takie rzeczy… Z pewnością próbowałaby tam pojechać, gdyby w naszej rodzinie od czasów ucieczki z Węgier nie panował bojkot komunistycznych rządów. Zrozumiałe po tym, co przeżyli rodzice, ale myślałem czasem: to tchórzliwe. Zachowanie unikowe. Bo co dawał ten bojkot? Staliśmy rozwścieczeni na linii bocznej, byliśmy jak ludzie, którzy nienawidzą piłki nożnej, a mimo to wciąż oglądają każdy mecz pokazywany w telewizji. Bezsilna nienawiść.
[...]
Cóż, tak jest też z wielkimi ideałami organizacji charytatywnych. Myślisz, że dokonasz czegoś podniosłego, ale potem przyjeżdżasz tam i głód okazuje się naprawdę banalny. Organizacje niosące pomoc mówią o „nieludzkich warunkach”, ale co właściwie jest nieludzkie? Gdy w rzeczywistości widzisz coś nieludzkiego, okazuje się to po prostu brudem. Głód jest przykry, przyziemny. Z głodnych nie pozostaje nic ponad ledwo żywe organizmy. A z ich zachowania jedynie to, co niezbędne. Działają mechanicznie, stają się egoistyczni. Głód to choroba, głód to śmierć. Głód śmierdzi. Smród w tym obozie… Starał się jak mógł. Starał się jak tylko mógł, żebym zmienił zdanie. Pomimo oporu Henriego dwa dni później ponownie do niego zadzwoniłem i zacząłem z nim rozmawiać. A po kilku takich telefonach zaczęło do niego docierać, że biorę tę sprawę naprawdę na poważnie.
[...]
Położyłem torbę, zjadłem kanapkę, która po drodze rozmiękła, wypiłem kilka dużych łyków wody. Zwilżyłem chusteczkę i przetarłem nią twarz. Na chusteczce pojawiły się brązowe plamy. Wyjechaliśmy. Droga do obozu, mieszczącego się na równinie położonej wysoko w górach, trwała jakieś dziesięć minut. Tutaj również znajdował się płot z drutem kolczastym. Teren był jednak o wiele większy niż ten w siedzibie osób niosących pomoc. Znajdowało się tam jedno główne wejście, ale strażnicy byli rozstawieni w różnych miejscach, by trzymać z daleka nieproszonych gości o kreatywnych pomysłach. A niechcianych, czekających za bramą na wpuszczenie, nie brakowało. Na próżno – wyjaśnił Henri. Obóz był przepełniony. Mimo to każdego dnia przybywało więcej głodnych. Kierowca zatrąbił, tłum się rozproszył i minęliśmy strażników. Gdziekolwiek spojrzeć, pole. A na polu wszędzie ludzie. Ludzie lub to, co z nich zostało. Siedzieli albo leżeli na ziemi, niektórzy na chustach, inni na zakurzonych kamieniach. Stały tam przypominające wigwamy namioty zrobione z gałęzi i szmat. Tu i tam tliły się ogniska. Obok namiotu drzemał osioł, sama skóra i kości. Nasz przyjazd nie pozostał niezauważony. Mieszkańcy obozu odnieśli się i zaczęli toczyć w naszą stronę. Z widocznym trudem powitano nas okrzykiem, bardziej boleściwym niż radosnym. Trąbiąc, utorowaliśmy sobie drogę wśród umierających. Obóz jest mały. Pracujemy nad powiększeniem go – zdradził Henri. Położył wtedy dłoń na moim ramieniu i dodał: Dobrze, że jesteś. Kiwnąłem głową, choć nie wiedziałem, co ma na myśli. Czyżby uważał, że mogę w pojedynkę rozbudować ten obóz? W oddali pojawiły się baraki z drewna i blachy falistej, około sześciu zielono-szarych budynków wielkości spichlerza. Otworzyłem okno. Z zewnątrz od razu wdarła się fala gorąca. Zapach bydła, śmieci, gnijących ran i miękkiego gówna. Gdy jechaliśmy, migały mi przed oczami obrazy: niemowlęce usta wykonujące ruchy picia – zupełnie na próżno. Bezsilna dłoń wprawnie odganiająca muchy. Pod zniszczonym kocem leżał człowiek z siwą brodą. Młodzieniec potykający się o własne nogi, tak chudy, że było widać, jak kości przebijają skórę. Kobiety z łysymi głowami – ze względu na wszy czy w wyniku łysienia? Dzieci ssały ich puste, pomarszczone piersi.
[...]
Jeszcze tego samego popołudnia zostałem skierowany do pracy. Kazali mi pomagać przy wydawaniu odzieży przywiezionej przez nas z Addis Abeby. Pełne torby. Zebrane w Holandii. Strażnik z kałasznikowem przykucnął przy stosie ubrań. Tymczasem zrobiło się bardzo gorąco. Ludzie stali na słońcu w długich, długich kolejkach. Szedłem wzdłuż nich z dwoma członkami RRC niosącymi torby, podczas gdy ja co chwila wyciągałem ubrania i je rozdawałem. Czułem się jak Święty Mikołaj, który według holenderskiej tradycji wraz ze swoimi pomocnikami, Czarnymi Piotrusiami, rozdaje prezenty. Tylko tym razem robi to w Etiopii. Dobrze było coś mieć coś do roboty. Nie czuć się już jak wścibski sponsor. Najwidoczniej nikt inny nie był o tej porze dostępny: stałem się potrzebny.
[...]
Pierwszego dnia jeszcze mnie oszczędzili, ale już następnego kopałem swój pierwszy grób w lodowatej, porannej mgle. Tak, ten dzień zaczął się od liczenia zmarłych, dokładnie tak, jak przedstawił to Henri, gdy siedzieliśmy na tarasie ‘t Blauwe Theehuis. Lekarze i pielęgniarki zajęli się pracą w klinice. Don, ja oraz jeden z pracowników RRC zrobiliśmy rundkę wokół obozu. Odmierzaliśmy kolejnych zmarłych za pomocą kresek, tak jak więźniowie liczą dni. Mgła spowiła równinę. Niebo poszarzało, a to, co pod nim, miało wszystkie odcienie brązu. Ziemia, spękana od suszy: brązowa. Jutowe namioty: brązowe. Koce przykrywające ciała tych bez namiotu: brązowe. Ciała tych, którzy nie mieli koców: brązowe. Zeszłej nocy liczba wyniosła czterdzieści siedem. Każdej nocy ludzie umierali. Tyfus, biegunka, zapalenie płuc. Głodujący umierali też z zimna, bo nie mieli już siły się trząść. Na skraju płaskowyżu zebraliśmy plony. Rozdałem płachty, który miały służyć za całuny. Brutalnymi ruchami przekładano zmarłych z pozycji płodowej do pozycji leżącej: suche strzelanie stawów, pośmiertne stężenie mięśni. Żywa stopa używała siły, by wyprostować dwa martwe kolana. Trzask, trzask. Niczym chrust. Niektóre rodziny przenosiły ciała swoich bliskich z powrotem do wioski, z której przybyli z daremną nadzieją na ratunek. Dla pozostałych wyrąbywaliśmy w twardej ziemi płytkie groby, nasze mięśnie sztywniały w chłodnym, porannym powietrzu. Członkowie RRC i żołnierze kopali z nami w milczeniu. Otaczał nas bezustanny lament żałobny. Szloch wyciągany falsetem. Dźwięczne, długo podtrzymywane zawodzenie. I wszystko pomiędzy.
[...]
Wychudzona masa ruszyła z miejsca. Ten, kto miał siłę biec, biegł. W chmurze pyłu spieszyli się ku bramie głównej. Za duże głowy i za chude ciała z trudem balansujące na nogach flaminga, ale... biegli. To szalone, zobaczyć ten bierny tłum w ruchu, zdawać sobie sprawę, że w tych wycieńczonych ciałach wciąż gdzieś skrywały się jakieś resztki witalności. Zwierzęce i ludzkie zarazem. To, co zwierzęce, już mnie nie dziwiło, ale to, co ludzkie, ku mojemu zaskoczeniu, tak. Wróciłem myślami do Henriego, który próbując mnie zniechęcić do wyjazdu, porównywał pomoc humanitarną do utraty dziewictwa. Podniosła rzecz, która w rzeczywistości okazała się być tak banalna. Przez ten cały czas wątpiłem w jego słowa. W końcu do takiego kraju jedzie się jako pracownik organizacji pomocowej ze względu na „wspólne człowieczeństwo”, prawda? Oni są ludźmi, ja jestem człowiekiem, jedziemy na tym samym wózku, ale ja mam się dobrze, oni źle, moim obowiązkiem jest pomoc. Takie było moje rozumowanie. Okazało się, że Henri ma rację. Smród, ludzkie odpady, choroby, śmierć: jedynym, co pomagało, jak się wkrótce dowiedziałem, było traktowanie głodnych ludzi jak zwierząt. Empatia, to narastające w piersiach słodkie uczucie w obliczu odległego cierpienia, podczas pracy w obozie okazała się nieprzydatna. Musiałem wyrzec się tej ogólnej idei empatii, by móc działać w prawdziwie empatyczny sposób. By skutecznie pomóc bliźniemu, trzeba przestać postrzegać go jako bliźniego. Nie podawałeś takiej osobie ręki na powitanie. Nie przedstawiałeś się. Byłeś anonimowym urzędnikiem.
[...]
Kiedy umiera zwierzę, można pomyśleć: to tylko zwierzę. Kiedy umiera człowiek, załamujesz się. Kiedy dziennie umierają dziesiątki, setki ludzi, wybór jest prosty: dla mnie byli zwierzętami. Pomaga to, że są czarni – powiedział pewnego wieczoru Don, gdy piliśmy gin z tonikiem. W oczach białej osoby oni wszyscy wyglądają tak samo. Co na swój sposób jest też szalone, ponieważ sprawia, że ci głodni wyglądają niemal tak samo anonimowo, jak pilnujący obozu żołnierze. Ale byłoby śmiesznie, nie sądzicie, gdybyśmy zabrali w nocy mundury tych żołnierzy i przebrali w nie paru głodnych. Potem wrzucilibyśmy tych żołnierzy do obozu. Czy ktoś zauważyłby różnicę? To był jeden z mniej udanych żartów Dona; nikt się nie roześmiał, oprócz niego samego. Bestie, zwierzęta… a jednak: tego popołudnia, kiedy zdawało się, że transport żywności się zbliża…, gdy zobaczyłem biegnący tabun ludzi, podekscytowany daremną nadzieją na ratunek… ten obraz wyraźnie emanował człowieczeństwem. Tak, głodni wykonywali ruchy, z których Etiopia również słynie: biegi lekkoatletyczne. Pełni wdzięku, pomimo kiepskiego stanu. Zwierzę nie mogłoby nigdy zostać lekkoatletą. To, byli ludzie, którzy celebrowali życie, ludzie, którzy nie jedli od wielu dni, a mimo to potrafili biec. Czy naśladowałbym ich, gdybym sam był w takim stanie? Czy umiałbym to znieść? Współczucie ustąpiło miejsca podziwowi.
[...]
Mapa Etiopii przypominała nieco czaszkę goryla, czy raczej czaszkę człekokształtnego australopiteka; weźmy na przykład Lucy, jej szkielet odkryto w roku, w którym rebelianci strącili z tronu cesarza Hajlego Selasjego. To najstarsza antropoidalna skamielina odnaleziona do tej pory, jak wyjaśniła mi matka, gdy wiadomość ta dotarła do Europy. Wiele nie pozostało z biednej Australopithecus afarensis, ale paleontologom dzięki niesłychanej pomysłowości udało się zrekonstruować szkielet niczym puzzle. Jego dwie kopie pokazano w muzeum narodowym w Addis Abebie. Udało mi się je zobaczyć krótko po przyjeździe z Holandii. Nie robiły wielkiego wrażenia. Nie poczułem więzi z wybrakowanym szkieletem wybrakowanego przodka. Etiopia przypominała głowę i profil Lucy: w prawym dolnym rogu widać wysuniętą małpią szczękę Hararghe. Nieco wyżej, na linii wzroku: Welo, które nachodziło na cofnięte czoło Tigraju (od preferencji politycznych zależy, czy bujną fryzurę w postaci Erytrei zalicza się do całości). Gdzieś w położonej pośrodku kraju prowincji Shewa, której punkt centralny stanowiła Addis Abeba, znajdowały się uszy. I uszy były w Addis Abebie, uszy, które podsłuchiwały linie telefoniczne, uszy, które szły za przybyszami z zachodu i słuchały, o czym rozmawiają oni w kawiarniach i restauracjach. Uszy, które podczas przesłuchań otwarcie i surowo słuchały. Bierne, milczące uszy formularzy, które chciały o tobie wiedzieć wszystko. Na ulicy nikt nie rozmawiał o reżimie. Z pewnością nie ze mną, z obcym, niegodnym zaufania. Podejrzenia wisiały w powietrzu niczym nieprzyjemny zapach. Nie zdziwiło mnie to: strach przed Dergiem był ogromny. Radę, która rzuciła najsilniejszego monarchę Afryki na kolana, należało traktować poważnie. Kto był za kim, a kto przeciwko komu? Nikt tego nie wiedział, a ja wiedziałem jeszcze mniej. Paranoja była zaraźliwa. Gdy tylko zaczynałem z kimś rozmowę, nie mogłem się powstrzymać od rozglądania.
[...]
Jeśli chodzi o Marksa, nie miałem żadnych iluzji. Ten dupek najprawdopodobniej byłby dumny ze swojej spuścizny. A jednak, że też kilka dziewiętnastowiecznych pisemek ma tak wielki wpływ na ludzkość nawet dzisiaj… U nas, na Zachodzie często się słyszy, że wolność słowa jest największym dobrem. Słowa sieją mniejsze zniszczenie niż przemoc fizyczna. Bujda. To właśnie słowa wywoływały przemoc, to słowa ją podtrzymywały, to słowa układały się następnie w wymówki i fałszywe przeprosiny. Wolność słowa była najniebezpieczniejszą bronią, jaką można sobie wyobrazić: nie bez powodu to właśnie tę wolność dyktatury odebrały jako pierwsze.
[...]
Byłem nieco wyizolowanym dzieckiem, ale nie przeszkadzało mi to. Rodzice od czasu do czasu zapraszali do nas węgierskie rodziny i oczekiwali, że będę bawić się z potomkami naszych rodaków, ale inne dzieci mnie nie interesowały. Nie chodziło o to, żeby trzymały się z daleka od moich zabawek – byłem hojny i chętnie się dzieliłem. Nawet gdy coś się zepsuło, nie przejmowałem się tym. Ale nie mogłem dojść do intelektualnego porozumienia z innymi malcami. Moje zainteresowania – postimpresjonistyczne malarstwo, kolekcja skamielin mojej mamy – utrzymywały ich uwagę najwyżej przez pięć minut, a chemii nie rozumiały. Dopiero gdy poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej (według rodziców przedszkole było niepotrzebne), zauważyłem, z jak niewielkim uznaniem rówieśnicy podchodzili do mojego zamiłowania do wiedzy. Już po kilku tygodniach obserwacji mogłem przeskoczyć do drugiej klasy, bo na zajęciach plastycznych byłem zafascynowany nie plasteliną, lecz starymi gazetami, których podczas lepienia używaliśmy jako podkładki, by nie zniszczyć szkolnych ławek. Czytałem na głos wiadomości ze świata – wówczas moi koledzy z klasy nie znali jeszcze alfabetu. Druga klasa również była łatwa dla mojego dogłębnie wykształconego w domu dziecięcego umysłu, ale wówczas okazało się, że moje ciało nie rozwija się tak szybko jak mój mózg. Byłem „tym małym”, Sándor stał się „Sandorkiem”. A gdy się wymądrzałem, bo wiedziałem coś lepiej, po szkole musiałem się liczyć z solidnym laniem spuszczanym przez przeciwnika, którego wprawdzie pokonałem słownie, ale który pod względem fizycznym miał nade mną przewagę.
[...]
Niewielka grupa sierot mnie otoczyła i wpatrywała się we mnie z oczekiwaniem. Reszta była zbyt chora, by poświęcać mi uwagę. Oto stałem, milcząc, jak nauczyciel, który zapomniał, co miał powiedzieć. W namiocie śmierdziało. Roje much zrobiły sobie z niego dom. Kurzyło się, było ciasno, gorąco. Nie wiedziałem, co począć z tymi maluchami. Zupełnie nic, może tak by było najlepiej. Nie miałem przy sobie książki, którą mógłbym poczytać, by zabić czas. W razie potrzeby czytałbym ją na głos, mimo że nie zrozumiałyby treści. Nie miało to znaczenia, może uznałyby język niderlandzki lub angielski za zabawny. Co lubiły dzieci? Tak, czytanie. Przynajmniej ja lubiłem to robić jako dziecko, choć wszystkie te chuchra prawdopodobnie były analfabetami i czytanie niewiele im mówiło. Kichnąłem. Rozległ się śmiech. Wskazałem na mój nos i powiedziałem: Nos. Spojrzenia wyrażające niezrozumienie. Wysunąłem palec wskazujący w kierunku nosa jednego z dzieci. Ze względu na odwszawianie wszystkie były zgolone na łyso. Nie mogłem więc rozszyfrować płci dziecka, ale wskazałem palcem na jego lub jej nos. Następnie wystawiłem ręce do góry w nadziei, że gest oznaczający „nie wiem” był międzynarodowy. Nos – powtórzyłem, pokazując na własny nos. Zdawało się, że jedno z dzieci mnie rozumie i wskazując na swój nos, powiedziało: Afincha. Afincha? – zapytałem. Śmiech, przytakiwanie wielkich głów sterczących nad chudymi ramionami. Nagle przypomniała mi się ta niedorzeczna piosenka dla dzieci, w której dotyka się różnych części ciała. Jak to leciało? Głowa, ramiona, kolano, pięty, kolano, pięty, jakoś tak? Zacząłem śpiewać i pokazywać zgodnie z tekstem piosenki, kucając przy „kolano, pięty, kolano, pięty”. Dzieci się roześmiały i szybko dołączyły do zabawy. Śpiewanie nie szło im za dobrze, choć niektóre z nich chyba podłapywały niderlandzkie słowa. Następnie wspólnie ułożyliśmy wersję tekstu w języku amharskim czy tigrinia, czy w jakimkolwiek innym, w jakim tu mówiono. Późnym popołudniem, gdy Fergy wróciła, połowa namiotu śpiewała holenderską mikołajkową piosenkę Sinterklaasje bonne bonne bonne. Spóźniliśmy się o tydzień, ale holenderski odpowiednik Mikołaja z pewnością potrzebował czasu, by – jak głosi nasza tradycja – dopłynąć parowcem z Hiszpanii do Półwyspu Somalijskiego i stamtąd, z Dżibuti przegalopować na koniu do Mekelie. Znalazłeś powołanie, co? – Fergy się zaśmiała. Trzy dni później zobaczyłem, że zabrano z namiotu sierot dziecko, które nauczyło mnie słowa „afincha”. Martwe.
[...]
Stary obóz rozbudowano. Z siedziby głównej w Holandii przyjechało tyle materiałów, że aby wszystko przewieźć, weszliśmy w posiadanie samolotu transportowego An-225 Mrija. Wypożyczony od naszych starych, dobrych przyjaciół Rosjan. Nikt nie zadawał pytań, wszelka pomoc była mile widziana, również ta z komunistycznego podwórka. Nie dało się odrzucić pomocy, ja nie chciałem jej odrzucać, bo te sukinsyny pierwszy raz w życiu zrobiły coś pożytecznego. Napływ żywności był teraz ogromny. Załatwiłem w Addis Abebie pozwolenie na budowę sześciu nowych baraków. Wszystkie potrzebne materiały przyleciały samolotem Mrija na lądowisko w Tigraju, skąd duży konwój ciężarówek przewiózł je do obozu. Gdy przybyłem, Henri uśmiechnął się szeroko i rzucił mi się w ramiona. Catherine i Hana, i Kip, i Ernst, i Michaela, i cała reszta cieszyli się, że znów widzi mnie i Dona (Fergy została w Mekelie, by kierować zespołem pielęgniarskim). Razem z Donem określiliśmy, ilu ludzi potrzebujemy, by zbudować nowe baraki. Rząd przydzielił nam tyle osób, ile tylko chcieliśmy. Utworzono nawet nowy komitet, który przejął zadania RRC: Krajowy Komitet do spraw Klęsk Żywiołowych i Odbudowy. Nazwa była oczywiście przekłamaniem i brzmiała, jak gdyby kryzys żywieniowy był następstwem wyłącznie naturalnych okoliczności, ale co nas to obchodziło?
[...]
Historia o przeprowadzce na południe okazała się prawdą. W listopadzie Mengistu [Mengistu Haile Mariam – etiopski wojskowy, przywódca junty komunistycznej – przyp. aut.] ogłosił program masowych przesiedleń. Dobrowolnych przeprowadzek. Ale już od samego początku krążyły inne informacje. Pogłoski o tym, że zatrzymywano całe wsie, pakowano mieszkańców do ciężarówek i masowo wciskano do samolotu Mrija. Dzieci i rodzice umierający przygnieceni w ścisku podczas startu i lądowania. Pogłoski o tym, że choć na idyllicznym południu nie było suszy, nie przygotowano zaopatrzenia dla nowo przybyłych. Pogłoski o tym, że sami musieli sobie radzić w nowym środowisku, walczyć z nowymi chorobami. Pogłoski o tym, że był to nizinny teren, objęty malarią, przez którą teraz umierali. Tym razem umierali nie na północy, ale na południu.
[...]
Sytuacja wyglądała następująco: kraj rolników i analfabetów zdany na łaskę małej grupy oszalałych intelektualistów. Jedynym, co mogło uchronić naród przed takimi postaciami, była edukacja – najniebezpieczniejsza broń. Nie pomoc żywieniowa, lecz wiedza. Pokarm dla ducha. Oczywiście, przy konfrontacji z lufą pistoletu każdy trzymał gębę na kłódkę. Gdyby jednak miliony ludzi zaczęły się sprzeciwiać, pistolety miałyby mało do gadania, pomyślałem. Może to naiwne, jednak chciałem wierzyć, że wykształceni ludzie wybierają lepszych przywódców niż analfabeci. Wiedza nie była gwarantem, ale była niezbędnym warunkiem dla wzmocnienia pozycji ludu.
[...]
Po tym, w jaki sposób Alexander mówi, Aurélie zauważa, że dla niego to wszystko stało się opowieścią. Jedną z jego opowieści z przyczynami i skutkami, z postaciami, motywami i fabułą, które tak lubił snuć. Na początek coś zupełnie niewinnego. Według niego. Coś, co normalny rodzic omawia ze swoim dzieckiem. Coś, czego zdrowa osoba nie musi się wstydzić. Dlaczego ktoś miałby ukrywać takie rzeczy przed dziećmi? Cóż, wie dobrze, co Alexander ma na myśli. Z prasy. Ale dobroczyńca wykazujący ludzkie cechy powinien zawisnąć. Został wrobiony. Chłopiec, który go oskarżył – Demissie, czy sobie go przypomina? – znajdował się w beznadziejnej sytuacji. Narkotyki. Potrzebował pieniędzy. To po pierwsze. Każdy już i tak miał dosyć Aleksandra Laszla. To po drugie. Miał tylu wrogów w sępim świecie dobroczynności. Dobroczynność działa tylko w jedną stronę: z Pierwszego do Trzeciego Świata. Wewnątrz Pierwszego Świata nikt sobie nawzajem niczego nie daje. Nie ma wzajemnej dobroczynności, empatii, człowieczeństwa. Wzajemna jest tylko zacięta walka o centy darczyńców.
[...]
Podnosi głos. Każdy chciał wierzyć, że jestem zboczeńcem. To twoja odpowiedź. Nie ma innego wytłumaczenia niż to, że jestem pedofilem. Czuje, jak jej policzki rozpalają się pod wpływem spojrzeń innych gości. Pożar, pomocy, pedofil – słowa, które odruchowo przyciągają uwagę. Czy ktoś mógł rozpoznać Laszla? Czy ktoś mógł rozpoznać ją? Kontynuował szeptem: Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. O czymś, co zrobiłem w całkowitym poczuciu intymności, zupełnie niewinnie i z najlepszymi intencjami, wiedział nagle każdy. Moje Dzieciaki? Dwoje z nich się do mnie odezwało, gdy siedziałem w więzieniu. Tylko dwoje! A moi koledzy? Cisza. Nikt mnie nie odwiedził. Nikt mnie nie przyszedł zapytać, jaka była prawda. Jeszcze przed wyrokiem sądu wszyscy byli w stu procentach pewni: ten gość jest tak winny, jak tylko się da. Miałem cię w to wszystko wciągnąć? Uwierzyłabyś mi?
[...]
Skąd wzięliście tego psychiatrę? Dlaczego pytasz? On i to mówienie o tym, że „dzieci nie mogą uprawiać seksu”. W jakich, kurwa, czasach żyjemy? Dlaczego kręcisz taki program? Odcinek o Nico S. rzeczywiście był dosyć nijaki. Źle dobrane grono ekspertów przy stole. Psychoterapeuta zajmujący się psychologią ciała, którego znaleźli w czasopiśmie „Psychologie Magazine”, wyglądał na kogoś, kto potrafi wyjaśnić pewne zjawiska większej publice, ale okazał się gadułą. Mówił o ego i superego, jakby Freud obecnie nie był tak martwy jak Bóg; mówił o „uwarunkowaniach seksualnych”; posługiwał się tymi ciągle wałkowanymi, terapeutycznymi porównaniami. „Jeśli posadzisz małe dziecko przed szachownicą, będzie w stanie poprzestawiać figury, ale oczywiście nie rozegra prawdziwej partii szachów. Tak samo jak dzieci bawiące się w uprawianie seksu swoimi lub cudzymi genitaliami”. I inne tego rodzaju rzeczy. Przy pierwszym przesłuchaniu przekonujące. Po trzech sekundach namysłu widać jednak, jak nietrafne było to porównanie.
[...]
Nigdy nie chciał o tym wiedzieć, ale niegdyś wszyscy byli zgodni, że Alexander Laszlo swój wielki sukces jako symbol holenderskiej pomocy rozwojowej zawdzięcza charyzmie, składającej się przynajmniej w jednej trzeciej z dobrego wyglądu. Wysoki mężczyzna, postawny, zawsze nienagannie ubrany, wyglądający, jakby twórca współczesnego garnituru to właśnie jego miał na myśli podczas projektowania stroju. Jego nieco kujońskie okulary – model z lat pięćdziesiątych, który dopiero później stał się popularny wśród osób robiących w reklamie i hipsterów – nie umniejszały jego wyglądu, wręcz przeciwnie: okulary podkreślały to, co się za nimi kryło, tak jak okulary Clarka Kenta nigdy nie zdołały stworzyć wiarygodnej iluzji mięczaka: to Superman nosił te okulary. Pozostałe dwie trzecie charyzmy Aleksandra składały się z jego głosu, który już sam w sobie był imponujący w swojej seksownej delikatności połączonej z mrocznym pazurem. Głos ten był jednak przede wszystkim narzędziem, pozwalającym mu na wyrażenie myśli, zdań od zawsze wypowiadanych bez zająknięcia, niepowtarzalnych skojarzeń, cytatów, przytłaczającej ilości wiedzy z każdej dziedziny, o której dyskutowano.
[...]
Słowo pisane nigdy nie było moją mocną stroną. Ale moim obrońcą jest Schopenhauer: „Rzecz godną pisania pisze tylko ten, kto pisze tylko ze względu na sprawę”. Chodzi mi o treść. Chcę pokazać ludziom, co ta kultura strachu związana z pedofilią z nami robi. Jak społeczeństwo jest przez nią zatruwane. Jak wszystko, co normalne, kochane i niewinne, jest oszpecane i niszczone przez strach.
[...]
Alexander prostuje się i pochyla do przodu. Teraz nieco mniej przypomina tonącego we własnym tłuszczu, roześmianego buddę. Sam nie jestem tego do końca pewien. Mam mnóstwo pomysłów, tylko… potrzebuję powiernika. Moje myśli wciąż są zbyt otępiałe. Konfrontując je z kimś, widząc, jak docierają, jaką wywołują reakcję, będę w stanie je wyostrzyć. Dopiero rozmawiając, potrafię trzeźwo myśleć. Ale obecnie nie mam z kim rozmawiać. Czytałem esej Heinricha von Kleista, w którym pisał, że czasem do najlepszych wniosków dochodzisz, nie głęboko nad nimi myśląc, ale myśląc na głos. To właśnie dzięki rozmowie, dzięki obserwowaniu reakcji swojego słuchacza, dzięki poczuciu, że ten słuchacz chce ci odpowiedzieć, stajesz się dokładny i energiczny. Tak jakby słuchacz ładował się energią elektryczną przez zbliżenie się do ciała o przeciwstawnym ładunku. I dostrzegam to też u siebie: ty reprezentujesz świat negatywnie nastawiony do moich pomysłów. Ja dołożę wszelkich starań, aby debata o pedofilii dobiegła końca, aby wszystko wróciło do naturalnego stanu rzeczy. Potrzebuję kogoś, kto mnie naładuje, kogoś, kto mnie elektryzuje. Jesteś bystra, krytyczna, zawsze taka byłaś. Potrzebuję kogoś takiego jak ty, kogoś, kto potrafi zarówno słuchać, jak i odpowiedzieć. Jestem głęboko zakorzeniony w moich myślach, nie jestem pisarzem, nie radzę sobie na papierze, w mojej głowie też nie. Pytałem już różnych ludzi, ale nikt nie chce podjąć się tej sprawy.
[...]
Według Kierkegaarda to nie przypadek, że Homer pisał o wojnie trojańskiej, a Mozart skomponował Don Giovanniego. Pomyśleć, że coś takiego to przypadek, to pocieszenie dla przeciętnych umysłów, mówi Kierkegaard. To żaden przypadek. To kwestia pojawienia się odpowiedniego człowieka z odpowiednim talentem w odpowiednim czasie w historii. Pedofilia to moja sprawa. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dostrzegam, jak moje życie prowadziło do walki, którą stoczę w nadchodzących latach. Zawsze zajmowałem się dziećmi, niewinnymi ofiarami, zawsze walczyłem z reżimami ograniczającymi wolność. Zawsze stawałem w obronie grup, których nikt nie broni. Zawsze z Holandii, z kraju, który był dla mnie wyznacznikiem moralności. Jedyne miejsce, w którym poprzeczka moralności była ustawiona wystarczająco wysoko. A gdzie skończyłem po tych wszystkich wędrówkach? Właśnie. Właśnie w tym samym miejscu, do którego wraz z rodzicami uciekłem jako dziecko w poszukiwaniu wolności. Wolności, której brakowało w mojej ojczyźnie. Trafiłem do kraju, w którym wychowałem się w wolności. Do kraju, w którym mogłem rozwijać moją działalność zawodową w wolności. A teraz? W międzyczasie cały świat dowiedział się, czym jest demokracja. Choć nie wszędzie ludzie są do niej przyzwyczajeni, każdy kraj do niej dąży. Do demokracji, do wolności. A teraz, akurat teraz, Holandia stała się krajem, gdzie wolności nie ma.
[...]
Zdaje się, że Alexander czyta jej w myślach. Jestem niewinny, Aurélie. Czy to właśnie chcesz usłyszeć? Bo taka jest prawda. Nie jestem osobą o pragnieniach postrzeganych przez innych jako chore. Nie jestem osobą czerpiącą radość z krzywdzenia dzieci, z powodowania traumy. Czy możemy pozbyć się tej myśli, proszę? Nie jestem „zbokiem”, jak to krzyczą tłumy z widłami. Nie musisz mi przecież wierzyć. Tak po prostu jest. Ale przeżyłem to, co przeżyłem. I zacząłem się zastanawiać nad losem tych ludzi, ludzi, którzy czują się źle fizycznie, którzy czują, jak są rozrywani od środka. To właśnie się dzieje, gdy ma się pragnienia uważane przez innych za zboczone. To nie tylko udręka psychiczna, ale i fizyczna. To uczucie, jakbyś chciała rozerwać się na strzępy, bo nie wiesz, co się z tobą dzieje, bo wiesz, że nikt tego nigdy nie zaakceptuje. Spróbuj to sobie wyobrazić choć przez chwilę, przez jedną sekundę, o nic więcej nie proszę.
[...]
Czas na zdjęcia. Jeszcze nic nie czuję, stwierdza, przeglądając obrazy z Keizersgracht, Everglades, z Central Parku. Na większości zdjęć jest ona, uchwycona jego aparatem. Na niektórych jest on: czterdziestodziewięcio-pięćdziesięcioletni, ale wciąż młody. Tak przystojny. Dziewięć lat. Właściwie to nie był długi czas, jakby się nad tym zastanowić. Potrzeba było tylko dziewięciu lat, by męski, czarujący, zadbany magnat rozwoju Alexander Laszlo zmienił się w zgorzkniały, wyniszczony wrak człowieka. Człowiek, który przez dwie dekady był znany z troski o innych, ze swojej bezinteresowności, z szerokiego spojrzenia na świat, z zainteresowania ludami od Afryki po Amerykę Południową. Ten człowiek, człowiek świata, zawęził teraz swoje spojrzenie do kwestii, która wynikała z niczego innego, jak wyrządzonej mu osobistej niesprawiedliwości. Kosmopolita zredukowany do solipsysty [pogląd subiektywno-idealistyczny głoszący, że jest jedynym elementem poznawczym, a rzeczywistość doświadczalna to stan jego umysłu – przyp. aut.].
[...]
Nawet dom, w którym niewątpliwie wrzeszczałem z bólu porodowego, gdy wyrzynały się moje pierwsze zęby, nie pozostawił po sobie mapy w przestrzennie zorientowanych odmętach mojego mózgu. Na podstawie opowieści moich rodziców powstało wprawdzie pewnego rodzaju symulakrum [z łac. reprezentacja lub imitacja osoby lub rzeczy – przyp. aut.] (trzy pokoje, prysznic, ale brak wanny, piec węglowy), jednak nie mówili o tym chętnie. Nie wspominali o wilgotnej jaskini w poczerniałym budynku, w którym rządzący podzielili niegdyś przestronne apartamenty na dwa lub trzy mniejsze mieszkania w prostackiej próbie walki z kryzysem mieszkaniowym. Rodzice chętniej nakreślali uroki domu w Jászberény, posiadłości rodzinnej, w której wychował się mój ojciec i w której mieszkał razem z matką w pierwszym roku ich małżeństwa. W tym miejscu jednak nawet nie było nigdy tego alter ego, którego nie pamiętam, bo długo przed jego poczęciem przeprowadzono akcje wywłaszczenia, w wyniku których rodzina László straciła swój majątek ziemski. Od dłuższego czasu dziwiło mnie to, że moi rodzice dopiero w 1956 roku odważyli się ostatecznie pożegnać z ojczyzną. W tym wiecznie schizofrenicznym sercu Europy, którego części zmieniały właścicieli równie często jak wymieniano banknoty, od początku XX wieku panował niepokój.
[...]
W późniejszych latach przywłaszczyłem sobie opowieść o naszej uciecze z Budapesztu – tak naprawdę nie pamiętam z niej nic, bo byłem wtedy jeszcze tym innym. Ale zbyt pięknie pasuje to do przebiegu mojego późniejszego życia, więc w wywiadach regularnie mówiłem, że sam to wszystko przeżyłem, jak gdyby ta ucieczka była wydarzeniem formacyjnym. I przyznajcie: czyż to nie wspaniałe psychologizowanie: ja, dziecko uchodźców – ja, sam jestem uchodźcą – prawie trzydzieści lat później sympatyzowałem z cierpiącym krajem, Etiopią, przez którą moje życie już na dobre stanęło pod znakiem ludzi w potrzebie. Wiem, że to zbyt proste. Na całym świecie nieszczęście zbiera swoje żniwo, a ludzie szukają schronienia gdzie indziej. Ziemia obraca się pod wpływem uciekających stóp.
[...]
Keizersgracht: to właśnie tego miejsca moje wspomnienia coraz mocniej się chwytają, wspinając się z otchłani przeszłości. Pierwszym pomieszczeniem, które mam przed oczami, nie jest mój pokój dziecięcy, ale kuchnia, zajmująca prawie całe piętro domu i w której to pani Gabor dzierżyła berło. Tak, dopiero w domu przy Keizersgracht okazało się, że moi rodzice również poważnie cierpieli z powodu reżimu żywieniowego naszych dobrodziejów w Baarn. Jeszcze przed zakupem pierwszego mebla zatrudnili biedną wdowę, która podobnie jak my uciekła z Węgier. Do wykonywania prac domowych, ale przede wszystkim: by gotowała. Pani Gabor była dość czystym stworzeniem. Przypominała raczej nieobecność, która przemierzała dom i która znikała dokładnie wtedy, gdy wchodziłeś do jakiegoś pomieszczenia. Jeśli brakowało jej charakteru, to jej zdolności kulinarne miały go imponująco dużo.
[...]
Dalej gabinet dziwactw, czyli mój pokój, który znajdował się jeszcze jedno piętro wyżej. Pokój, który z każdym rokiem mojego życia coraz bardziej się wypełniał. Nosił ślady moich odwiecznych poszukiwań Idealnego Hobby: w rogu sztaluga i skrzynia z pędzlami oraz farbami z czasów, gdy chciałem zostać Vincentem van Goghiem. Na biurku pod oknem kałamarze i stalówki, którymi próbowałem odtworzyć średniowieczne pismo jak mały mnich. Szafa pełna probówek, słoików z substancjami chemicznymi, pęset i kolb stożkowych oraz mikroskop – bo w międzyczasie chciałem też zdobyć Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii.
[...]
Ojciec grał na fortepianie. Choć nie uczył z tak wielką pasją jak moja matka i nie mógł znieść, gdy łapami ślepo naciskałem klawisze białego fortepianu, stojącego w salonie na pierwszym piętrze naszego domu (atonalność nigdy go nie potrafiła oczarować), postanowił na litość boską nauczyć mnie, jak obchodzić się z instrumentem. Jego ścieżka dydaktyczna nie obejmowała nauki skali: od razu miałem zająć się dziełami wielkich kompozytorów i uważał, że gdy będę wystarczająco dużo ćwiczyć, sam zdobędę pewną biegłość. Dziecięce palce uczą się szybko. Szybko umiałem wykonać pojedyncze utwory Chopina. Moje sześcioletnie łapki były w rzeczywistości za małe, by grać szerokie akordy palcowego akrobaty, ale uciekając się do niezbędnych sztuczek – pomysłowości, którą tata tak cenił! – dość szybko mogłem wyczarować z klawiszy coś zbliżonego do melodii granych przez ojca. Choć nie mogłem jeszcze rozstawić wystarczająco szeroko kciuka i małego palca, najchętniej grałem Preludium C-moll nr 20 (oprócz kilku nieistotnych nut). Jeśli brzmiało to podobnie do nagrania Artura Rubinsteina na płycie winylowej, byłem zadowolony. Następnie przeszedłem do III Sonaty fortepianowej B-moll op. 35, w której to nie ciężkie, czasem pięciopalcowe akordy były dla nas najważniejsze, ale jej trzecia część, Marsz pogrzebowy: Lento, rozdzierający serce des-dur. Wówczas palce mojej lewej ręki dryfowały tam i z powrotem nad lewą połową klawiatury, a moje serce napełniało się smutkiem, którego jeszcze nigdy nie doświadczyłem, lecz w który mogłem się wczuć dzięki muzyce. To było dziwne: początkowo fortepian w naszym domu odgrywał rolę elementu dekoracyjnego, części wystroju. Banalny przedmiot, niebędący niczym innym niż udanym kawałkiem rzemiosła. Gdy zacząłem się uczyć na nim grać, wydawał się niezgrabnym i nieokiełznanym potworem. Trudny do ujarzmienia, bardziej fizyczny niż fizyczność. Musiałem się zastanowić nad każdym ruchem mięśni, którym atakowałem instrument. Im lepiej pojmowałem technikę gry, tym bardziej dostrzegałem transformację fortepianu w coś innego: już nie był ciężkim, drewnianym przedmiotem. Stał się bramą do świata marzeń. Z czasem technika gry stała się oczywista i mogłem bez zastanowienia uderzać w akordy. Słyszałem i czułem muzykę produkowaną przez moje dłonie. Zdarzało się więc, że gdy grałem Marsz pogrzebowy, w oczach stawały mi łzy, bo poruszało mnie to, czego dokonywało moje własne ciało.
[...]
Jednak nasze bogactwo wcale nie było oczywiste. Rodzice cieszyli się szczególnie uprzywilejowanym wychowaniem, ale gdy po drugiej wojnie światowej wrócili na Węgry, czekało ich prawie dziesięć lat biedy. Mogło to ich zmienić w zgorzkniałe sknery: ludzi, którzy po ponownym otwarciu rachunku bankowego stają się skąpi i chciwi – śmiertelne połączenie. Jednak tacy nie byli. Nigdy nie mieli za złe komunistom, że przejęli ich pieniądze i własność. Oddaliby to wszystko z miłością, gdyby lud węgierski choć trochę mógł na tym skorzystać. Nie mogli wybaczyć komunistom tego, że pod ich rządami nie tyle bogaci stali się mniej bogaci, ale przede wszystkim tego, że biedni nie stali się mniej biedni. Oni pozostali biedni. A ponieważ przedsiębiorczość była tłumiona, w tej sytuacji nietrudno było spodziewać się zmian. Nie, rodzice doszli do wniosku, że lepsze są dzwoniące monety kapitalizmu. Zamożni mogli przynajmniej działać charytatywnie – i tak też czynili moi rodzice. Chociaż absolutnie nie chcę tu twierdzić, że moja późniejsza dobroczynność stąd się wzięła.
[...]
Z perspektywy czasu to wszystko nie wydawało się już tak piękne, bo właściwie o ile lepsi byli ci kapitalistyczni wyzyskiwacze od przywódców komunistycznych utopii, których moi rodzice tak nienawidzili? Poruszyłem ten temat z moim ojcem krótko przed jego śmiercią. Ach, chłopcze – powiedział – świat jest zły wszędzie, ale musisz gdzieś wyznaczyć granice. To jest dobre, a to nie. W końcu to każdy z nas wymyśla własną historię dobra i zła. Jeśli tego nie zrobisz, pozostaje jedynie relatywizm.
[...]
Mnie to nic obchodziło, bo bycie Węgrem nic już dla mnie nie znaczyło. Ale w tym samym czasie ojciec wpadł nagle na znakomity pomysł, że być może językiem domowym znów powinien stać się węgierski, żebym całkowicie nie stracił korzeni. Sprzeciwiałem się z całych sił. Nie miało to nic wspólnego z moimi umiejętnościami: w szkole osiągałem najwyższe wyniki z angielskiego, francuskiego i niemieckiego, a także z greki i łaciny – ktoś uzdolniony poetycko mógłby powiedzieć, że pusta przestrzeń w moim mózgu zarezerwowana dla węgierskiego została wypełniona językami, które uczyniły mnie obywatelem świata. Nie Węgrem, nie Holendrem – po prostu: człowiekiem. Narodowość? Nie dotyczy. W narodowości tak czy inaczej nie wierzyłem. Umowna niedorzeczność granic państwowych w niewielu miejscach była tak wyraźnie widoczna jak tam, skąd pochodziła moja rodzina: to, co nazywano Węgrami, na przestrzeni wieków było wielokrotnie gwałcone, rozbijane na części i dzielone przez Rumunów, Wandalów, Hunów, Awarów, Osmanów, Austriaków, nazistów, a na koniec przez plagę wojsk sowieckich. Węgry były bękartem wśród krajów, rozgrywką Ryzyka, nieistniejącym krajem.
[...]
Sądzę, że to doświadczenie w późniejszych latach również przyczyniło się do mojego podejścia do pomocy rozwojowej. Nigdy nie można udawać, że wie się, co jest dobre dla innej osoby. Trzeba jej słuchać, dać jej szansę, wspierać w razie potrzeby. Ale podnoszenie protekcjonalnego palca, nie, nie wierzę, że to przyniosło kiedykolwiek korzyści jakiemuś narodowi lub jakiejś ludności. Tak, było ciężko. To były czasy, w których idee dekonstrukcji i post-strukturalizmu zaczęły spływać zza granicy. Dawne wartości odrzucano, klasyczny sposób nauczania nie był już niczym innym jak potwierdzeniem ucisku klasy robotniczej. Wiedza w ogólnym rozumieniu była podejrzanym zjawiskiem, które jak najszybciej trzeba zniszczyć. Obrazoburców nowych czasów nie dało się nakłonić do subtelności.
[...]
W pewnym momencie zacząłem jednak czytać Kapitał. Trzymaj przyjaciół blisko siebie, ale wrogów jeszcze bliżej. Czułem się trochę jak żydowskie dziecko rodziców, którzy przeszli obóz koncentracyjny, potajemnie czytające Mein Kampf. Właściwie największy problem, jaki miałem z tym tekstem w tym paskudnym wydaniu z lat siedemdziesiątych w czerwono-żółto-białej okładce, był styl. Dzieło Marksa zdawało się chaotyczną zbieraniną słów, ale czytałem dalej, aż miałem dosyć. Aż utwierdziłem się w przekonaniu, że marksizm jest taką samą formą egzegezy niejasnego tekstu jak to, co hindusi wyciągnęli z Upaniszad, chrześcijanie z Biblii, muzułmanie z Koranu: można pójść w każdą stronę, a ludzie najczęściej wybierają tę złą.
[...]
Blada kobieta po pięćdziesiątce – kobieta z domofonu? – wpuszcza ją do środka. Ciężko określić jej narodowość. Wschodnio-europejska? Północno-afrykańska? Z akcentem, którego Aurélie nie potrafi zidentyfikować, mówi: Pan Laszlo czeka na panią w swoim gabinecie. Zaprowadzę panią. Wewnątrz panuje zmrok. Przechodzą przez duży hol, następnie skręcają w korytarz po prawej. Wychodzi na niego wiele drzwi. Aurélie próbuje dostrzec szczegóły, ale jej oczy nie są jeszcze przyzwyczajone do półmroku. Kobieta wchodzi do pokoju na końcu korytarza, w którym ściany od podłogi po sufit zastawione są regałami, głównie regałami na książki. Pachnie starym papierem, papierosami, wyczuwalna jest też nuta piżma. Podłogę pokrywają stosy gazet i czasopism. Jest okropnie gorąco. Dopiero teraz dostrzega Laszla, siedzącego przy staromodnym biurku notarialnym, na tle szafek biurowych. Znowu przeraża ją jego wygląd, który rozpoczął w jej głowie reakcję chemiczną z dawnym Aleksandrem, z tym ze zdjęć: kuracja odmładzająca.
[...]
Pamiętniki: słowo dla czternastoletnich dziewczyn, nie dla wtedy jeszcze trzydziestodziewięcioletniego mężczyzny. Ale naprawdę istniały, pozwolił jej je obejrzeć: od dziesiątego roku życia każdego dnia spisywał kilka krótkich informacji. Wystarczały, by przywołać kompletne wspomnienie danego dnia. Spisywał je na maszynie do pisania, a gdy okoliczności nie pozwalały na przewiezienie sprzętu, robił to odręcznie. Później na laptopie. Kilka razy w miesiącu robił wydruki, które następnie lądowały w segregatorze. Każdy segregator odpowiadał jednemu rokowi jego życia. Porządkując dzienniki, czytał jeszcze raz, co zapisał, i twierdził, że nie ma lepszego ćwiczenia pamięci. Może tłumaczy to, dlaczego tak kiepsko pisze. Przyzwyczajony do stylu telegramów, spisywał teksty tylko na własny użytek jako wsparcie pamięci. Nie miały służyć nauce albo rozrywce tłumów. Polecił jej pisanie dzienników – robiła to przez około połowę trwania ich związku. Drugą połowę. Wypełniła półtora zeszytu. Zapiski podarła, gdy musiała żyć dalej bez niego. Strzępki rozproszyła w morzu, na plaży w Castricum, podczas długiego spaceru wzdłuż brzegu, wrzucając co kilka metrów garść skrawków do zachłannej morskiej paszczy. Tak zapamiętała ten czas: kawałki papieru, kakofonia pojedynczych słów, śpiewanych z różną głośnością i w różnych oktawach. Morze fragmentów.
[...]
Tak jak już pisałam, jeśli o mnie chodzi, niczego jeszcze nie zdecydowałam. Ale widzę możliwości. Co ważne, mam reputację poważnej, szanowanej dziennikarki. I nie chcę jej stracić. Cała ta sprawa jest dla mnie ryzykowna i nie podejmę się jej, jeśli nie oprzemy projektu na pewnych warunkach. Oprócz tego sądzę, że… Jakie warunki? Na chwilę zbił ją z tropu. Nie podoba się jej, że przerywa jej opowieść, że od razu próbuje przejąć kontrolę nad rozmową. To sztuczka, ona też musi ją zastosować. Nie zgadzam się z twoimi poglądami. Na temat pedofilii, konkretniej mówiąc. Nie będę ukrywać: nie rozumiem twojego toku myślenia i brzydzi mnie to, czego bronisz. Ale moje zainteresowanie ma charakter dziennikarski. Chcę stworzyć twój szczegółowy portret. Kim jesteś, co osiągnąłeś, co poszło nie tak, jak teraz wygląda twoje życie. Przekażę ci głos i nie oceniając, spiszę to, co słyszę i widzę. Ale to nie znaczy, że nagle zgadzam się twoimi poglądami.
[...]
Rozpocznijmy więc fazę zapoznawczą – mówi i dźwiga ciało do góry, opierając się pięściami na podłokietnikach fotela. Idzie do biurka, ciągnąc nogami, otwiera szufladę i wyciąga z niej dwa zeszyty. Proszę! – rzuca, wracając. Może od razu powinnaś je przeczytać. Możesz to uznać za podstawowy materiał. Pewnie pamiętasz, że kiedyś zawsze miałem przy sobie pamiętnik. Odkąd wyszedłem z więzienia, już tego nie robię. Wszystko spaliłem. Chciałem zacząć na nowo, ale cóż, to długa historia, okropna strata, rzecz jasna. Ale te zeszyty to próba odrestaurowania pamiętników na podstawie dawnych zapisków w kalendarzu. W ostatnim czasie nad nimi pracowałem. Zeszyty. Marmurowe okładki, jedna czerwona, a druga szara. Grzbiety obu wykonane z czarnego płótna. Otwiera szary. Pożółkły papier, nieczytelne czarne litery, gęsto ściśnięte na cienkich niebieskich liniach. Tu i tam rozpoznaje jakieś słowo. W międzyczasie Alexander sięgnął po saszetkę i skręcił papierosa. Palisz jeszcze? Aurélie kręci głową, gdy on zapala zapałkę. Chmura czarnego dymu leci w jej stronę, będzie nim czuć przez resztę dnia. Klasyczny Alexander: nadal piszesz odręcznie.
[...]
Etiopia – mówi wolno – to kraj, w którym można tworzyć własne mity. Oczywiście wówczas tego jeszcze nie wiedziałem, ale z perspektywy czasu to właśnie musiał być ten powód. To kraj, w którym przepisano Biblię, aby uprawomocnić rodzinę cesarską. To tam Rimbaud – „ja to ktoś inny” – porzucił poezję i został biznesmenem. To tam cesarstwo zmieniło się w komunistyczną dyktaturę. To tam będący intelektualistą dowódca rebeliantów został później premierem. To tam ja, ekonomista, zostałem pracownikiem pomocy rozwojowej. Czy nie w każdym kraju można tworzyć własne mity? W Holandii można przecież o wiele łatwiej zostać tym, kim lub czym chce się być. Po co jechać do Afryki? I znów ten protekcjonalny uśmieszek. Uczeń udzielił błędnej odpowiedzi i nauczyciel zaraz wyjaśni, jak to wygląda. Mówi: W Holandii – wymawia to słowo, jakby opowiadał o odrażającym, śliskim mięczaku – nie lubi się mitów. Racjonalność, z której Holendrzy są tak dumni, niszczy wszystko. Holandia jest krajem programów reality. Holandia jest krajem, w którym film musi być oparty na faktach, by wzruszyć publiczność. Holandia jest krajem, w którym książkę warto przeczytać, tylko jeśli autor sam uczestniczył w opisanych wydarzeniach. Holandia jest krajem, w którym u wybitnej osoby ceni się to, że zachowuje się jak zwyczajny człowiek. Holandia jest krajem, w którym Dobry z definicji oznacza też Obłudny, a co za tym idzie, również Zły. Holandia jest krajem, w którym ja, pracownik pomocy rozwojowej, według demokratycznego ludu, stałem się pedofilem. Holandia jest krajem, który lubi demaskować.
[...]
Moje kontakty z Dzieciakami. Moje poglądy na temat wychowania. I jak to wszystko doprowadziło do sytuacji z Demissiem. Ale bez samousprawiedliwienia, rozumiesz? Przynajmniej nie powinno to tak wybrzmieć. Jakbym wciąż próbował uratować moją skórę. Użalanie się nad sobą przedstawione jako szczerość nikomu na nic się nie zda. To powinno być raczej wyznanie. Wyznania Rousseau, Augustyna, to działa. Mężczyźni spoglądający wstecz na życie pełne ciężkich i nieoczywistych decyzji, zwrotów. Nie czytałam wyznań twoich przyjaciół, ale zgadzam się. Jeśli chcesz być zrozumiany, musisz być szczery. Szczery oraz godny naśladowania. Żart o „przyjaciołach” nie był trafiony. Litania filozofów, naukowców, artystów jest tak głęboko zakorzeniona w jego systemie, że Alexander nie dostrzega w tym żadnej ironii. To dobra forma, wyznanie – mówi dalej – ponieważ możesz przedstawić nie tylko swoje poglądy, ale też argumenty za tymi poglądami i przeciwko nim.
[...]
Trwało to długo. Próbowała wszystkiego, by pozbyć się bólu. Całkowita izolacja, cisza, celibat, rozmyślania. Nie działało. Okres ciągłego puszczania się, który tylko ją zasmucił. Nie leżało to w jej naturze. Poświęcanie się z pełnym oddaniem studiom, by tylko zapomnieć. Nie mogła się skupić. Nic nie pomagało. Rok po zerwaniu nadal się nie pozbierała. Nigdy nie wierzyła w wielkie historie – z racjonalnego przekonania – ale miłość to nie ideologia, miłość to mała historia, dwie osoby, nic więcej. Jednak jak się okazało, nawet taka mała historia mogła się w pewnym momencie rozpaść na kawałki, jak wielkie historie to mają w zwyczaju w wyniku rewolucji czy spuszczenia bomby atomowej.
[...]
Rozszyfrowania. Wcześniej jego pismo także było nieczytelne. Przychodzą jej na myśl liściki miłosne, które jej zostawiał, gdy wychodził z domu, gdy jeszcze spała. Nie znalazła ich w pudle w swoim gabinecie. Utracone na zawsze rozmowy z życia codziennego. Jego pismo stało się jeszcze mniejsze i bardziej chwiejne. Jakby odzwierciedlało skurczenie się świata, myśli Aurélie, ale może to zbyt daleko idący wniosek. U góry pierwszej strony widnieje tytuł „Etiopia 1984 r.”. Następnie zamieścił datę, poprzedzoną tekstem: „Przybycie do Addis Abeby”. I znów data: „Wyjazd do obozu”.
[...]
Przez chwilę rozważa wyśledzenie dawnych kolegów Aleksandra oraz przeprowadzenie z nimi wywiadów, ale szybko rezygnuje z tego pomysłu. To ma być jego historia. Audi alteram partem [z łac. należy wysłuchać drugiej strony – przyp. aut.] pozostawia gazetom. Opracowuje notatki, w których Laszlo opisuje swoje pierwsze kontakty z osieroconymi dziećmi w Mekelie [miasto w Etiopii, stolica regionu Tigraj – przyp. aut.]. Aurélie szuka też odpowiednich szczegółów, by ożywić historię. „Bawił się z nimi, uczył ich holenderskich piosenek dla dzieci”. Tak w najlepszym wypadku wygląda podsumowanie w jego notatniku. Zbyt niejasne, zbyt ogólne. „Głowa, ramiona, kolana i pięty, kolana i pięty” – tak śpiewa czasami Lydii. I tak śpiewała jej wcześniej matka. Ta piosenka mogłaby sprawić, że scena w namiocie sierot stanie się jeszcze bardziej przejmująca. Może jednak. Jeśli Laszlo się na to nie zgodzi, zawsze może skasować ten fragment. Dotarłszy do jego decyzji o adopcji kilkorga dzieci, wysyła mu kolejnego maila z pytaniami o przełomowy moment, a on znów nie udziela satysfakcjonującej jej odpowiedzi. To nie tak działa, Aurélie. Nie ma momentu prawdy.
[...]
Wiesz, jak jest, Aurélie? W domach na całym świecie rodzą się naukowcy, pisarze, artyści sztuk wizualnych, postaci historyczne, a te domy później przerabia się na muzea… Jest Dom Narodzin Picassa w Maladze albo ten Michała Anioła w miejscu, które nota bene nazywa się Caprese Michelangelo. Dla mnie to może być dom narodzin Multatuliego [Eduarda Douwesa Dekkera, pisarza niderlandzkiego – przyp. aut.] w Amsterdamie. Byłem w wielu z tych domów. Za każdym razem w ten czy inny sposób przyciągały mnie do siebie. I za każdym razem byłem rozczarowany. Zwiedzałem je i odkrywałem, że szukam czegoś, czego tam nie ma. Klucza do sztuki, klucza do geniuszu, klucza do przełomu politycznego: tego nie znajdziesz w domu narodzin. Młodość może pójść w dowolnym kierunku i przez to większość z tych domów jest tak zwyczajna jak domy wszystkich innych ludzi. Dopiero z perspektywy czasu przypisujemy im jakieś znaczenie, ale jest ono fałszywe. Prawie ją przekonał.
[...]
Do głosu doszedł Laszlo: Problemem nie jest system ostrzegania. Ten działa. Rząd przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego, że istnieją trudności, w osiemdziesiątym czwartym było inaczej. Obecnie zasygnalizowano niebezpieczeństwo i podjęto kroki. Istnieją jednak dwa zasadnicze problemy. W długiej perspektywie: jak sprawić, żeby nie wymknęło się to spod kontroli? System ostrzegania jest świetnym pomysłem, ale tak naprawdę nie powinno być niczego, o czym można by ostrzegać. A na krótką metę: jak zmusić inne kraje do działania? Etiopia sama sobie z tym nie poradzi… Potem nastąpiła gadka, którą zapamiętała z imprezy zapoznawczej. Brak zainteresowania ze strony mediów. Świat nie jest zainteresowany. Zaufanie do organizacji pomocowych bliskie zeru. Tego wieczoru jedli w tradycyjnej restauracji. Dołączył do nich Alemayehu, nowy „repat”, jak określał Laszlo powracające Dzieciaki [adoptowani Etiopczycy, którzy przez jakiś czas przebywali w kulturze europejskiej – przyp. aut.]. Kelnerka w tradycyjnej białej szacie przyniosła kartę, na której każdą potrawę oznaczono jako traditional national food [z ang. tradycyjne danie regionalne – przyp. aut.]. Kiedyś, podczas wakacji w Grecji, Aurélie zauważyła w sklepiku z pamiątkami pełnym pseudoantycznych dupereli napis Authenticity is a Greek word [z ang. autentyczne jak greckie słowo – przyp. aut.]. Tutaj nie wyczuwało się nic z tej ironii.
[…]
Jak myślisz, co czują Biniam i Alemayehu, i inni repats? Jakie to uczucie powrócić do tego kraju? Stali się ludźmi z zewnątrz, nie ufa się im, podobnie jak białym. I słusznie: przyjeżdżają tutaj z zagranicznym dyplomem i wiedzą i mówią ludziom, co robić, żeby było lepiej. Nikt tu na nich nie czeka. No to masz: zdałeś grzecznie maturę, skończyłeś studia i znalazłeś się w Etiopii. Ale oni przecież wrócili z własnej woli? Z własnej woli… kurwa. Myślisz, że się cieszyli, że „mogą” wrócić? Tak, „mogą”. Nikt nie wywierał na nich widocznego nacisku, nikt nie zabroniłby im pozostać w Holandii, ale gdyby to zrobili, uznano by ich za niewdzięczników. Samolubów. Rozumiesz, jak działa ten subtelny psychologiczny mechanizm? Ten cały projekt jest formą szantażu. A ty? Nie chcesz wrócić? W życiu. Rozejrzyj się wokół siebie, Aurélie! Czy ty chciałabyś zamienić Holandię na coś takiego? Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nic jeszcze prawie z tego kraju nie widziała, ale to wystarczyło, żeby stwierdzić, że dało się tutaj żyć, w każdym razie w stolicy. Miała wrażenie, że Etiopia nie jest już absolutnym piekłem, o którym mówił Laszlo w wygłoszonej podczas imprezy zapoznawczej przemowie, kiedy powracał myślami do 1984 roku.
[…]
Zakładam, że słyszałaś o dylemacie wagonika Philippy Foot? Nie słyszała, a po jego spojrzeniu mogła poznać, że on o tym wiedział i że użyje teraz tej historii, aby dowieść, że ona nie ma racji. Rozpędzony wagonik wymyka się spod kontroli i jedzie z dużą prędkością w kierunku pięciu osób, które pracują na torach – ciągnął. One nie zdążą uciec, a kiedy wagonik w nie uderzy, wszystkie zginą. Możesz je uratować, przekręcając zwrotnicę. Wtedy tramwaj zjedzie na boczny tor. Na tym torze pracuje tylko jeden człowiek. Co zrobisz: naciśniesz dźwignię zwrotnicy czy nie? Wzruszyła ramionami, jak ktoś, kto właśnie przegrywa grę, która go od początku nudziła: Myślę, że tak. Lepiej, jeśli zginie jeden człowiek niż pięciu. Dobra, przyjmujesz utylitarny punkt widzenia. Nie szkodzi. Tak robi większość ludzi. Weź jednak pod uwagę, że pełne dobrych intencji działanie może mieć negatywne konsekwencje. Ginie zatem jeden pracownik na torach. Z powodu twojej interwencji. I oczywiście jest to sztuczny dylemat. Należy założyć, że w rzeczywistości prawdopodobnie nie będzie wiadomo, ilu ludzi jest na tych dwóch torach. Dokonujesz oceny z nadzieją na najlepszy wynik, twoje intencje są dobre. Ciekawe jest to, że spytałaś, czy nie powinniśmy po prostu wstrzymać pomocy rozwojowej, ponieważ ma ona negatywne skutki. Sprowadza się to do niepociągania za dźwignię. Umywasz ręce, ale szkoda może być znacznie większa niż gdybyś nie zrobiła nic. Pięciu mężczyzn na torze, Aurélie… Choć już i tak było gorąco, nawet pod paryskim parasolem, to jej głowa była teraz naprawdę rozpalona. Nie tylko z powodu publicznego poniżenia. Zażenowanie, tak, ale czuła też złość. Złość z powodu nieznośnej zarozumiałości Laszla. Publiczna chłosta jeszcze się nie skończyła: Ale niezależnie od wyniku – kontynuował Laszlo – i od liczby ofiar… Pamiętaj, że istnieją przypadki, w których niepodejmowanie działania jest karalne. Co myślisz o ojcu, który nie daje dziecku jeść? Ściśle mówiąc, nie robi on absolutnie nic złego, w rzeczywistości nie robi nic. Ale jeśli dziecko umrze z głodu, będzie za to odpowiedzialny. Bo coś zaniedbał. Każdy się z tym zgodzi. Zawsze mnie dziwi, że jest jeszcze tyle osób, które nie mają problemu z pozwoleniem setkom tysięcy ludzi umrzeć z głodu, bo przypadkowo mieszkają na innym kontynencie. Na jego ustach pojawił się przebaczający uśmieszek. Wzniósł ręce ku niebu i powiedział: Ja wolę być człowiekiem, który ma brudne ręce.
[…]
Teraz, podczas kolacji – niezależnie od tego jak smacznej – nikt z towarzystwa nie odważył rzucić się łapczywie na jedzenie. Byli niezwykle powściągliwi. Choć nikt nie wyraził głośno tej myśli, wszyscy prawdopodobnie siedzieli ze ściśniętym żołądkiem: niedaleko stąd, w marnym baraku, na którym ktoś przykleił słowo „klinika”, umierały z głodu dzieci. Jak w takiej sytuacji można napychać się do syta? Laszlo zakończył tę hipokryzję: Chyba nie będziecie też n i e jeść? Bo przypadkiem dzisiaj po raz pierwszy w życiu zobaczyliście głód? Cóż tym ludziom przyjdzie z tego, że wy z solidarności będziecie cierpieć z nimi? Dzielony z kimś smutek to podwójny smutek. Szczególnie jeśli walczy się o to, żeby inni mogli cieszyć się bogactwem życia, samemu też należy umieć się tym życiem cieszyć. W przeciwnym razie naprawdę nie jest się w porządku. Po czym, jak gdyby nigdy nic, zaczął opowiadać o swoim spotkaniu z piosenkarzem Mahmoudem Ahmedem. Nastrój przy stole powoli się zmieniał, zaczęto odrywać kolejne kawałki indżery [rodzaj etiopskiego pieczywa w postaci porowatych naleśników – przyp. aut.], a tymczasem Laszlo serwował jedną soczystą anegdotę za drugą. Aurélie pomyślała, że to niewiarygodne, jak wiele razy udawało mu się zjednać sobie całą grupę. Wcześniej często denerwowało ją to, że tak jawnie domagał się pełni uwagi dla siebie, teraz jednak dostrzegła pozytywną stronę: ospałe towarzystwo budziło się na nowo do życia. Co więcej, te jednoosobowe występy głównie zachwycały. Jego niespożyta energia, z jaką pędził przez życie! Wieczór przy stole z Laszlem: od komentarza dotyczącego stroju rzecznika prasowego Saddama Husajna Al-Sahafa przeszedł, drogą swobodnych skojarzeń, do rozmowy o znanym z apokryfów życiu seksualnym papieża Sergiusza III i jego innych morderczych praktykach, co doprowadziło go do najnowszego filmu Larsa von Triera, po czym zakończył ten wątek wadami datowania węglowego używanego do określania wieku skamielin. Dwa lub trzy razy w ciągu jednego wieczoru recytował wiersz z repertuaru tysięcy, które znał na pamięć, albo śpiewał a cappella Chelsea Hotel – jego imitacja Leonarda Cohena była tak doskonała, że aż porażająca, ale zanim zdążyłeś otrząsnąć się ze zdumienia, on już perorował na temat emocjonalnej niewystarczalności twierdzenia o niezupełności Kurta Gödla. Fantazjował o tym, czy fotografia zostałaby wynaleziona, gdyby film pojawił się wcześniej, a niedługo później zaryzykował improwizowaną teorię na temat atrakcyjności programów telewizyjnych typu Big Brother. Alexander Laszlo poruszał się niczym świetnie wyćwiczony kurator po gabinecie osobliwości, jakim był jego umysł, wyłuskując przy tym bibeloty, by zaprezentować je zafascynowanym gościom.
[…]
Czasem on wstaje, żeby zilustrować opowieść przedmiotem z wypełnionych regałów. Prowadzi ją obok witryn ze skamielinami, które w swojej karierze zgromadziła jego matka. Większość znajduje się oczywiście w muzeach i magazynach uniwersytetów. Czasami jednak zabierała coś do domu. Nie zawsze całkiem legalnie, ale świat należy przecież do nas wszystkich, czyż nie? Laszlo otwiera szklane wieko gabloty w drewnianej ramie i wyciąga z niej kawałek brązowo-żółtego, cętkowanego kamienia. Spójrz! – mówi, trzymając go między kciukiem a palcem wskazującym na wysokości jej twarzy. Kawałek jest niekompletny i wypolerowany, a mimo to Aurélie natychmiast rozpoznaje w nim ząb trzonowy. Pochodzi, jak wyjaśnia Laszlo, od Homo erectusa, jego wiek szacuje się na milion lat. Ząb trzonowy wypadł z połowy dolnej szczęki, którą jego matka odkopała podczas ekspedycji w Indonezji, w regionie Sangiran na Jawie. Przynieść ze sobą do domu tak rzadki materiał kopalny to w przypadku naukowca grzech śmiertelny, ale ona nie mogła się oprzeć pokusie, no i reszta szczęki trafiła – zgodnie z zasadami – do kolekcji Smithsonian w Waszyngtonie. Kiedy odbyła się ta ekspedycja? Och, jakoś pod koniec lat sześćdziesiątych. Mogę to sprawdzić. Moja matka prowadziła zeszyt, w którym zapisywała podstawowe informacje o każdej skamieniałości ze swojej prywatnej kolekcji. Mam go w jednej z tych szafek z dokumentami. Przypominasz sobie, jak wyjechała do Indonezji? Ach, ona tak często wyjeżdżała. – Alexander Laszlo wpatruje się w ząb trzonowy, który trzyma teraz kciukiem i palcem środkowym, a palcem wskazującym pociera jego startą powierzchnię żującą. – Przypominam sobie jeszcze, że w gazetach można było przeczytać o przewrocie w Indonezji. Został stłumiony przez armię. To było w sześćdziesiątym piątym, jeśli dobrze pamiętam. I niedługo po tym zaczęli mordować komunistów, których oskarżali o zamachu stanu. Tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy. Wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale ostatnio widziałem film dokumentalny na ten temat.
[…]
Dużo bym za to dał, żeby jakiś paleontolog z przyszłości znalazł moją dolną szczękę i wystawił ją w ładnej gablocie. Albo chociażby jeden ząb, już to byłoby wspaniałe, nie sądzisz? Nikt by nie pamiętał, że ten trzonowiec należał do Aleksandra Laszla, niesławnego pedzia, nie, byłby to anonimowy ząb. Być może do tego czasu gatunek ludzki zaakceptuje pedofilię. A może wymaże to zjawisko z arsenału ludzkich żądz za pomocą technik eugeniki. Kto to wie, kto wie. Ostrożnie układa ząb z powrotem na czarnym aksamicie pokrywającym spód gabloty. Naprawdę byś tego chciał? – pyta Aurélie. To wydaje mi się bardzo intymne. Intymne. Alexander Laszlo patrzy na nią, jakby usłyszał słowo, którego nie zna. To znaczy – tłumaczy Aurélie – usta, ludzkie usta, to miejsce, do którego jedynie dentyści i chirurdzy wkładają swoje palce, prawda? W dodatku w lateksowych rękawiczkach. A oprócz nich tylko kochankowie. Coś bardziej intymnego trudno sobie wyobrazić. Alexander Laszlo wybucha śmiechem i zamyka wieko gabloty. Ja – mówi – oprócz tego jednego razu w burdelu w Addis Abebie nie mam doświadczenia z prostytutkami, ale podobno dziwki nie całują. To zawsze wydawało mi się dziwne: pieprzyć się, ale nie całować. Więc myślę, że masz rację. Usta są najbardziej intymną częścią ciała. Może dlatego że znajdują się tak blisko mózgu, czyli, powiedzmy, duszy. W dodatku usta są również organem, który tę duszę wyraża. Teraz Aurélie wybucha śmiechem: Może jednak lepiej, że ten trzonowiec leży tutaj. W domowym zaciszu. Zamiast w peep show muzealnej witryny.
[…]
Wspomniałaś o Freudzie. Plotka głosi, że Freud miał trudną relację ze swoim ojcem. Jako dorosły wymyślił kompleks Edypa. Czy jedno i drugie mają ze sobą coś wspólnego? Pewnie tak. Ojciec Harry’ego Mulischa [niderlandzki pisarz – przyp. aut.] w czasie wojny pracował dla Niemców, matka pisarza była Żydówką. Właśnie dzięki temu, że ojciec był kolaborantem, mógł uchronić przed wywózką matkę i dziecko. Z ostatniej książki Mulischa wynika, że Hitler spłodził dziecko – Siegfrieda. Rodzice, dzieci, wojna – czy to przypadek? Raczej nie. A jednak. Jest tylu chłopców, którzy mieli problemy ze swoim ojcem, a nie zostali Freudami. Jest tyle dzieci rodziców, którzy podczas wojny piastowali różne stanowiska, a nie wszystkie zostały Mulischami. Rozumowanie to działa tylko w jedną stronę, a tego nie lubię.
[…]
Czy to było zwykłe współczucie? Współczucie? Laszlo wybucha śmiechem, drwiącym śmiechem, jakby na pytanie na egzaminie udzieliła najgłupszej z możliwych odpowiedzi. Pytanie wielokrotnego wyboru: zawsze dwie prawdopodobne odpowiedzi i jedna ewidentnie zła. Czym jest współczucie, Aurélie? Współczucie to coś, co się czuje do bezradnych słabeuszy… Montaigne wspomina gdzieś o wojownikach, którzy byli bezlitośni dla kobiet i dzieci z podbitej wioski błagających ich o życie… Pac, bum, rzeź. Żadnej litości dla błagających o nią. Ale ci sami wojownicy… oszczędzili człowieka, który walczył dzielnie do samego końca. Z szacunku. To jest, moim zdaniem, sedno. Współczucie można zaakceptować tylko w formie szacunku… nie we współczesnym znaczeniu tego słowa, że należy oszczędzać wszystko i wszystkich z szacunku dla wzajemnych przekonań, ale raczej z podziwu. Podziwiać indywidualność drugiej osoby i zgodnie z tym działać… To coś innego niż współczucie względem kogoś, bo jest tak bardzo żałosny.
[…]
Pamiętam dokładnie, jak to było z Biniamem. Stał w łachmanach, na tych swoich wrzecionowatych nogach i kreślił w piasku litery. Wszyscy w tym obozie byli analfabetami, a ten dzieciak napisał „World Medical Care” zachodnim alfabetem. Oczywiście tak naprawdę to nie było prawdziwe pisanie, lecz raczej kopiowanie, ale kiedy skończył, spojrzał na mnie z taką wyczekującą pozą: przeczytaj to! Ze świadomością, że choć sam nie umie czytać, są ludzie, którzy to potrafią. Wtedy wiesz, że masz do czynienia z małym talentem. Albo dzieci, które nigdy nie widziały samolotu, i kiedy widzą go po raz pierwszy, nie myślą, że to potwór powietrzny, nie, one rozumieją, że jest to maszyna stworzona przez ludzi, ludzi, którzy wyglądają inaczej niż one i inaczej od nich mówią, ale mimo wszystko: przez ludzi. „Istnieje świat, poza tym małym światem, który znam”. Tak, dzieci, które to dostrzegały, które to rozumiały: to były dzieci, które wybierałem.
[…]
Jest zbyt dorosła, żeby akceptować tego rodzaju zagrania. Wybacz, ale… ehm… słucham już twoich historii przez cały ranek. Życie toczy się też, poza tym domem, poza tym ogrodem. A to tutaj – demonstratywnie unosi telefon w górze – też jest obecnie naszym światem. Jak możesz skupić się na naszym projekcie, jeśli w międzyczasie, czy ja wiem, tweetujesz? Tak? To wyobraź sobie, że napisałam trzy książki, choć byłam zajęta wysyłaniem maili i przeglądaniem mediów społecznościowych. Właśnie wtedy, jak się mnie od wszystkiego odetnie, blokuję się. To jest nowa era, Aleksandrze. Mam nowoczesny umysł. Umysł wielościeżkowy. Jak mam to ująć? Lubię, kiedy okno jest otwarte i przez cały dzień do środka wpada świeże powietrze.
[…]
W latach dziewięćdziesiątych wydawało się, że świat łatwiej formować niż kiedykolwiek wcześniej. Żelazna kurtyna została zerwana, na Zachodzie żyło się dobrze i wierzono, że przy odrobinie dobrej woli bałagan po kolonializmie da się z łatwością posprzątać. Laszlo stał się poszukiwanym konsultantem w dziedzinie pomocy rozwojowej, jeździł po świecie i realizował projekty w Ameryce Południowej i Środkowej, w Azji, w dużej części Afryki Subsaharyjskiej. Ale wiesz, na czym polegał problem w tamtym okresie? Było nam zbyt dobrze. Cynizm stał się stylem życia, ironia bronią przeciw wszystkiemu. Coś takiego jak postmodernizm wymyśla się dopiero wówczas, kiedy ma się pod dostatkiem żarcia i cały dzień można sobie siedzieć na leniwej akademickiej dupie… A my siedzieliśmy nie tylko na dupie, ale i na naszej forsie.
[…]
I wiesz, może historia rzeczywiście dobiegła końca. Przynajmniej dla nas. Ale czy my pomyśleliśmy o tym, żeby i resztę świata zaprowadzić na koniec historii? Ależ skąd! Siedzieliśmy sobie wygodnie rozparci i czuliśmy się pokrzywdzeni jak rozpuszczone bachory, oto co robiliśmy. Rozpieszczone dzieci Europy. Skrajna prawica rosła w siłę, populizm stał się nowym socjalizmem. Pim Fortuyn [skrajnie prawicowy polityk holenderski – przyp. aut.] został uznany za zbawcę, ale on oczywiście uosabiał zachodni egoizm. W dodatku głupi egoizm, bo nie myśl sobie, że reszta świata nie wiedziała o naszym bogactwie. A ponieważ nie pozwolono jej mieć w nim udziału, przyszła po nie. I patrzcie, dotarliśmy do terroryzmu. To wszystko nie jest wcale takie skomplikowane.
[…]
Laszlo opada na fotel za biurkiem, mebel wzdycha pod jego ciężarem: sprężone powietrze funkcji regulacji, guma piankowa pod skórzaną tapicerką. Ach, to wszystko nie ma znaczenia. Ostatecznie przyznałem się do winy i zapłaciłem odszkodowanie. Co miałem zrobić? Procesować się? Udowodnić swoją niewinność? Moją niewinność… Jaką niewinność, Aurélie? Nie skrzywdziłem tego chłopca, ale on uważał, że go skrzywdziłem, i sędziowie, media oraz opinia publiczna też tak uznali. A nawet jeśli ten czyn, o który zostałem oskarżony, byłby zły, i nawet gdybym niezbicie udowodnił, że go nie popełniłem… czy myślisz, że miałoby to znaczenie? Mój wizerunek został zniszczony. Nikt mi nie wierzył. Dla dobra pozostałych Dzieciaków przyznałem się do winy. Żeby mieć to z głowy. Im dłużej to trwało, tym gorzej dla nich. To zainteresowanie mediów. Ci wszyscy dziennikarze, którzy chcieli się dowiedzieć, czy oni też zostali wykorzystani przez tego drania. Inni studenci i koledzy, którzy ich o to pytali. To musiało się skończyć.
[…]
Rozsądni? Serio? Pytam tę kobietę: „Czy pani wciąż wierzy we Freuda? A w Świętego Mikołaja też?”. „Freud był ważnym twórcą psychologii”. „Tak – mówię – a Hipokrates był wielkim prekursorem medycyny, ale czy dałaby się pani zoperować chirurgowi, który nadal używa noża zgodnie z zasadami starożytnych Greków? Freud, proszę pani, zamienił ludzki umysł w kryptogram i sam dostarczył jego rozwiązania. Trzynaście poziomo: okres dojrzałości. Dwa słowa, odpowiednio cztery i sześć liter”. Widzę, jak ta kobieta patrzy, marszczy brwi i się zastanawia: co ten szaleniec ma na myśli? Odpowiadam: „Faza oralna. To nie takie trudne, prawda? Widziała pani jego schemat Signorellego [Luca, włoskiego malarza renesansowego – przyp. aut.]? Jest przezabawny! Uważa pani, że za pomocą tego kryptogramu rozszyfruje pani moją duszę. Proszę się stąd wynosić!”. Zarzucono mi oczywiście, że sabotowałem badania.
[…]
Godzinę później unosili się w powietrzu. Obserwacja z okna samolotu: coraz bardziej oddalający się krajobraz sprawiał wrażenie jadalnego. Grzbiety górskie z czekolady, mokki, praliny, karmelu, tak kapryśne w kształcie, jakby pazerny bóg jadł je łyżeczką z ząbkami. Po półtoragodzinnym locie dotarli do Aksum. Na schodach samolotu Aurélie musiała się zatrzymać. Widok zamroził czas. Znajdowali się na rozległej jałowej równinie, otoczonej łańcuchem gór. Nie spiczastych, archetypowych, ale w kształcie sękatych potworów, z szerokimi wąwozami, które przypominały kaniony. Rdzawo-brązowych i makabrycznych, makabrycznych w swoim pięknie.
[…]
A gdy królowa Saby usłyszała wieść o Salomonie opartą na chwale Pana, wybrała się do Jerozolimy (w tym czasie trzeba było poświęcić na to co najmniej kilka tygodni), żeby go doświadczyć przez stawianie trudnych pytań. Błędnie to jednak oceniła, gdyż ten mądrala miał odpowiedź na wszystkie pytania: żadna rzecz nie umknęła Salomonowi. Wyobraź sobie, że stoisz tam z całym bagażem: świetnym orszakiem, wielbłądami, wonnościami i mnóstwem złota oraz drogocennych kamieni. Tak jest, drogocennych. No ale kobieta o takim statusie w takim momencie nie jest zbyt dumna, aby przyznać się do pomyłki, woła więc: „Początkowo nie dawałam w to wiary, ale to wszystko prawda, co mi opowiadano o twoim dość wysokim IQ”. A także: „Niech będzie błogosławiony Pan, Bóg twój, który cię sobie upodobał”. I wyciąga portmonetkę i – hop – daje Salomonowi sto dwadzieścia talentów złota i bardzo dużo wonności oraz drogocennych kamieni. A Salomon? Jak to co? Ten podarował królowej Saby wszystko, w czym okazała swe upodobanie i czego pragnęła. Po czym, choć temu nie poświęca się zbyt wielu słów, poszli się oczywiście bzykać. A potem? Cóż, gość miał już siedemset żon prawowitych i trzysta nałożnic, zatem, posiadając do tego królową Saby na dłużej niż jedną noc, posunąłby się za daleko. Wynocha więc, wracaj do swojego kraju. I tak wyruszyła w drogę powrotną, ona i jej słudzy. Czy urodził się z tego syn, który później wywiezie Arkę Przymierza z Jerozolimy do Aksum? Nie wiadomo, Biblia o tym nie wspomina. No cóż, tak to już jest z dziećmi odnoszących sukcesy rodziców: często same nie osiągają zbyt wiele.
[…]
Słońce było wszechobecne. Góry – Aurélie nie mogła przestać patrzeć na ich potęgę, na ich dziwne kształty: sylwetki nieistniejących zwierząt. Wszystko tak piękne, tak niewiarygodnie piękne. Ale bez względu na to, jak ostro ciemnobrązowe góry odcinały się od błękitnego nieba, ten tigrajski krajobraz był bezlitosny. Pozwalał się podziwiać, tak jak tygrys pozwalał podziwiać swoje oszałamiające piękno, ale zbliżyć się do niego? Jednym pociągnięciem pazura oderwałby ci głowę od tułowia. W tym krajobrazie umierali ludzie. Słońce było najokrutniejszym z bogów. Haile zaczął opowiadać o tym, czym wypełnić program ich pobytu. Na przykład popołudniowa wycieczka po „historycznych miejscach” w Aksum i okolicach. Wspomniał o tych samych zabytkach, które koniecznie trzeba było zobaczyć, jak wyblakły plakat w hali bagażowej lotniska: o stelach, ruinach pałacu, kościołach. W kolejnych dniach mogli wybrać się na wycieczki do dalej położonych atrakcji, do skalnych kościołów w Debre Damo i Abuna Yemata Guh i… Człowieku, zamknij się! pomyślała Aurélie. Psujesz moje pierwsze wrażenie.
[…]
W kawiarni Aurélie i Yohannes dyskutowali jeszcze o przypadku Awasha. Wnioski? Nie mam pojęcia – odpowiedział Yohannes. Co najwyżej zaczyna się wyłaniać wzorzec, o którym mówił profesor Alemseged w Addis Abebie. Że wszyscy ci ludzie kładą większy nacisk na skutki ekonomiczne, a mniejszy na swoje emocje. Masz rację. Czyli odkrywamy dokładnie to, co Alemseged wiedział już od dawna. Tak. A oprócz tego? Nie mam pojęcia. To uderzające, prawda? Mam na myśli to, jak mówią o swoim ciele, o dzieciach i małżonkach. Jakby oni byli produktami. Przedmiotami użytkowymi. Odliczanymi od podatku.
[…]
Przemądrzałe komentarze w bieżącym tekście były przez pewien czas modne wśród autorów tak zwanej metafikcji, to znaczy fikcji, która snuje refleksje nad samą sobą. Inne popularne określenie to proza postmodernistyczna, która nie jest tym samym co metafikcja, ale jedynie pedant przywiązuje do tego wagę. Jakkolwiek by ją nazwać, jest to gatunek, którym w dzisiejszych czasach interesuje się co najwyżej kilku zatwardziałych akademików. Normalny czytelnik – ale na ile normalny jest ktoś, kto czyta? – woli, żeby podobne sztuczki nie podkopywały jego suspension of disbelief – rozmyślnego i chwilowego zawieszenia niewiary. Podobnie jak Państwo.
[…]
…w Radzie Bezpieczeństwa ONZ Colin Powell przedstawił ostatnio nieprzekonującą prezentację PowerPoint, aby udowodnić, że Irak ukrywa broń masowego rażenia, a oni w końcu znajdują bar, w którym gwar ogranicza się do wesołych piątkowych rozmów, podczas gdy w samym Iraku minister informacji Mohammed Said al-Sahaf codziennie posługuje się wojennym językiem tak groteskowym, że w kolejnych tygodniach zyska przydomki Baghdad Bob i Comical Ali, a wojna coraz bardziej się zbliża, jednak piękno tej sytuacji polega na tym, że Aurélie nie jest tego wszystkiego świadoma, nie w tej chwili. Tutaj jest świat. Tutaj, w Mekelie, w niepozornej knajpce. Nie ma innego świata, poza tym.
[…]
Pożegnanie z bronią Hemingwaya. Hm… Nie wiem… To zapewne bardzo nieromantyczne z mojej strony, ale zwyczajnie nie przepadam za epickimi historiami miłosnymi w czasach wojny… i to często w egzotycznej scenerii. Włochy, pierwsza wojna światowa. To takie… Banalne. No właśnie! Za to moja przyjaciółka Alice… ona za tym przepada. Uwielbia też Angielskiego pacjenta. Znowu wojna, znowu Włochy… i Tunezja, jeśli się nie mylę? Egzotyka! A potem zakazana miłość. Auć… Tak jakby miłość była ważniejsza czy wspanialsza w trudnych okolicznościach. Podczas gdy tak naprawdę…, jeśli spojrzeć na to trzeźwo… to z pewnością szanse na prawdziwą, trwałą miłość są największe w czasie pokoju, w bezpiecznym i wolnym kraju, gdzie można ją podtrzymywać do końca życia. Prawda? Na jego twarzy pojawił się uśmiech: Ależ jesteś surowa w kwestii literatury! Ale chyba mam rację? To bzdury, prawda? Nie wiem – powiedział teraz poważniej. Nie obraź się, ale dorastałaś w czasach pokoju. Wojna robi z ludźmi dziwne rzeczy. Miłość i wojna to duet stary jak ludzkość. Wiesz, od czego zaczyna się europejska literatura? Uniósł palec wskazujący, zapowiadając, że zaraz sam udzieli odpowiedzi. I oto nadeszła. Od kłótni. Literatura całej Europy wynikła ze sprzeczki. Iliada, Aurélie, w niej jest wszystko. „Gniew Achilla, bogini, głoś (…) Odtąd, gdy się zajątrzyli sporem niebezpiecznym / Agamemnon, król mężów, z Achillem walecznym”. A o cóż to się kłócą te dwie zaciekłe, przerażające dusze? O typowy przedmiot karczemnej burdy. Kłócą się o kobietę. O dziewczynkę właściwie. Dziewczynkę wykradzioną ojcu. Uprowadzoną na wojnie. No dobra… I tak dalej, stulecie po stuleciu ten sam temat. Miłość i wojna. All is fair in love and war [z ang. W miłości i na wojnie wszystko jest dozwolone - przyp. narratora]. Dlaczego Romeo i Julia nie mogą być ze sobą, te beznadziejnie zakochane w sobie słodziaki? Ponieważ ich rodziny toczą ze sobą wojnę. Miłość w czasach zarazy. Ludzka skaza stojąca na przeszkodzie namiętności. Która część Maksa Havelaara [powieść Multatuliego – przyp. aut.] najmocniej chwyta za serce? Nie te nudne brednie Droogstoppela [bohatera powieści – przyp. aut.] ani nie moralizatorskie trele-morele Multatuliego na końcu. To, co zapada w pamięć, to historia Saidzi i Adindy. Ucisk, walka, egzotyczne pochodzenie. I miłość. To wszystko tam jest. I podobnie jest w przypadku filmów. Widziałaś Casablankę? Halo? Tu chodzi o kontrast. Piękno miłości przeciwstawione brzydactwu wojny. Ale z psychologicznego punktu widzenia to nie trzyma się kupy. Dlaczego miłość miałaby być lepsza lub bardziej intensywna z powodu wojny? To ma związek z zagrożeniem. Niebezpieczeństwo potęguję siłę uczuć. Kiedyś… kiedyś byłem żonaty i – nie jestem z tego dumny – w tym okresie miałem przez jakiś czas romans. I to, co z niego pamiętam, to napięcie, dreszczyk tajemnicy. Uczucie zauroczenia, a zwłaszcza seks, stały się tak bardzo intensywne i nieposkromione właśnie z tego powodu. Także powtarzanie sobie za każdym razem: musimy z tym skończyć sprawia, że za każdym razem myślisz: to może być ostatni raz. Tak jak na wojnie: to może być ostatni raz, jutro ty albo ta druga osoba możecie już nie żyć. W tym sekretnym zauroczeniu jest jednak coś sprzecznego: Gdy tylko ją zalegalizujesz, to znaczy rozstaniesz się ze swoim oficjalnym partnerem i rozpoczniesz „normalny” związek z tą drugą osobą, swoją byłą kochanką… Gdy tylko to zrobisz, napięcie znika. W jego miejsce pojawia się rozczarowanie. Bo nie byłeś zakochany w tej drugiej osobie, tylko w przygodzie. W adrenalinie. Jedyną rzeczą, która może zakonserwować intensywność, tak jak piasek skamielinę, jest dramatyczny koniec. Ukochana osoba umiera, jak w Pożegnaniu z bronią. Jak w Angielskim pacjencie. Oto paradoks: aby epicka miłość mogła trwać w całej swojej intensywności, musi się zakończyć.
[…]
W Addis Abebie spotkałem kiedyś mężczyznę, który spędził dziesięć lat w więzieniu za czasów Dergu. To nie były wygodne cele z łazienkami, toaletami i telewizorem w pokoju, tylko zatłoczone, ciemne, brudne klitki. Cieszyłeś się, jeśli dali ci jeść, cieszyłeś się, jak cię nie torturowali. Tak czy inaczej, mężczyzna był intelektualistą, ale nie było tam biblioteki więziennej. Wyobraź sobie: dzień po dniu bez stymulacji umysłowej. Ten człowiek zaczął wariować. Pewnego dnia przybył nowy więzień, z jakiegoś powodu nie oddał on książki, którą miał przy sobie. Nie zauważono tego podczas odwiedzin albo strażnicy po prostu się tym nie przejęli. W końcu jak niebezpieczna może być książka? Ale jak myślisz, o jaką powieść chodziło? Ehm… Poddaję się… Przeminęło z wiatrem. Beznadziejna książka. Ale ci faceci w więzieniu po prostu się cieszą, że mają coś do czytania. Ta książka krąży, każdy z nich czyta ją za każdym razem przez godzinę. A ten mężczyzna, o którym mówię, postanawia ją przetłumaczyć. Przemyca do więzienia długopis i zaczyna pisać po wewnętrznej stronie srebrnej folii z paczek po papierosach. Tak małym pismem, jak to tylko możliwe. Za każdym razem, gdy dostaje książkę na godzinę, tłumaczy jej fragment, a następnie czyta go mniej piśmiennym współwięźniom. Wyobraź to sobie. Etiopskie więzienie pod rządami terroru Dergu, a oni siedzą tam sobie i słuchają historii romansu Scarlett O’Hary i Rhetta Butlera. Za każdym razem, gdy jakiś więzień zostaje zwolniony, dostaje w pustej paczce po papierosach kilka złożonych karteczek Przeminęło z wiatrem w języku amharskim.
[…]
Jestem przeciwna gloryfikowaniu miłości w czasach wojny. Jeśli szczęście to brak cierpienia, to miłość, która prowadzi do cierpienia, jest formą nieszczęścia, której nie rozumiem, a jej gloryfikacja w sztuce wywołuje we mnie niepokój, a czasami nawet bunt. Aha! – powiedział. Wyjaśniła, że przez długi czas była przeciwna miłości jako takiej. Jako dziecko wciąż miała wysokie oczekiwania, wobec tego uczucia, a kiedy po raz pierwszy zaczęła chodzić z chłopakiem z liceum, Ianem, miłość wciąż wydawała się piękną rzeczą. Ale wkrótce to się zmieniło. Związek z Ianem ją ograniczał. Uważała, że miłość nie powinna oznaczać posiadania; była to forma prawa do własności, która jej nie dotyczyła. Po półtora roku poczuła przesyt Ianem, tak jak nagle można poczuć przesyt zbyt często spożywanym warzywem. Przejrzała iluzję: to, co nazywali miłością, było cielęcym zauroczeniem. Powiedziała do Iana: „Wracaj do domu. Odejdź. Błagam cię, idź stąd. Nie chcę cię więcej widzieć. Robi mi się niedobrze na twój widok”. Miłość była formą dyscypliny, podobnie jak masowe morderstwa i praca w fabryce, a na to uważała się za zbyt młodą. Szukała wolności. Znalazła ją w nocnym życiu. Regularnie odwiedzała puby i dyskoteki, gdzie polowała na mężczyzn jak gestapowiec na Żydów. Mężczyźni ci natychmiast się w niej zakochiwali, a ona często niszczyła ich iluzję już po jednej nocy. Nie dlatego, że sama nigdy się nie zakochała. Może i zdemaskowała miłość, ale dążyła do szczęścia. Krótkotrwałego szczęścia. A zakochanie składało się na szczęście, którego systematycznie poszukiwała. Aurélie była wszędzie tam, gdzie można je było znaleźć. Pożerała swoich kochanków w całości, a następnie pozbywała się ich tak, jak pozbywa się odchodów. Szybko i higienicznie. Niektórzy z jej chłopaków na jedną noc chcieli się z nią żenić, inni tylko z nią zamieszkać, a jeszcze inni zamieszkać z nią i mieć z nią dzieci, najchętniej więcej niż troje. Aurélie nie chciała niczego, tak naprawdę chciała być tylko odrobinę szczęśliwa, ale to szczegóły, którymi się z nikim nie dzieliła. Zauroczenia wzniosły ponad iluzję. Aurélie nie szukała znaczenia w zakochaniu; chodziło o krótkie próby ucieczki, które skazane były na niepowodzenie. Tak jak widziała w filmach, że naziści zmuszali bojowników ruchu oporu do ucieczki, zanim skosili ich serią z karabinów maszynowych, aby ci przez kilka sekund, może nawet mniej, wierzyli, że są szybsi od kul. Aurélie wiedziała, że jej zauroczenia nigdy nie będą szybsze od kuli. Dlatego po skonsumowaniu jednego obiektu zauroczenia jak najszybciej zmieniała go na kolejny.
[…]
To prawda: czasami czuła się bezdomna, jak osoba ubiegająca się o azyl, która opuściła swoją ojczyznę. Krainę miłości. Czasami nawet popadała w rozpacz, ale rozpacz wymagała czasu, a jeśli było coś, czego nie miała w tym zabieganym studenckim życiu, to był tym właśnie czas. Musiała znaleźć na niego miejsce w swoim grafiku. Była zatem szczęśliwa z przekonania, przynajmniej tak sobie tłumaczyła, bo nie chciała nic, czego nie mogła dostać. A to, czego chciała – mogła. Czego nie mogła dostać, tego nie chciała. Tak prosty był przepis na szczęście. I to, że szczęście ostatecznie mogło nie być niczym więcej niż dobrym samopoczuciem, zadowoleniem czy brakiem cierpienia, wcale jej nie przeszkadzało. To brzmi, jakbyś była osobą z autyzmem – powiedział Laszlo, ostrożnie się śmiejąc. Z autyzmu nie można się wyleczyć – odparła Aurélie. A cokolwiek mnie wtedy opętało: wydaje mi się, że z tego wychodzę. Być może tak należało podsumować kilka ostatnich tygodni, które spędziła w przygnębieniu. Jej dawne przekonania oznaczały pójście na łatwiznę, przez lata doskonale się to sprawdzało, ale być może nadszedł czas, by je odrzucić. Wygoda równała się tchórzostwu. Gdy tak szła, promieniejąc nieznanym szczęściem, musiała przyznać, że jej wielka potrzeba demaskowania mogła być iluzją. Iluzją wywołaną młodzieńczym zamiłowaniem do rozczarowań. Młody człowiek nie pragnie niczego więcej niż zburzyć ustalony porządek, aby móc zbudować nowy własny porządek na jego gruzach. Ale to pragnienie stanowiło być może największą iluzję ze wszystkich.
[…]
Pamiętam dzień, w którym wyszedłem na wolność. Szaro ani gorąco, ani zimno, bezpłciowe światło słoneczne. To był świat, za jakim w celi tęskniłem każdego dnia, lecz kiedy ponownie do niego wszedłem, zrozumiałem, że tęskniłem za czymś zupełnie innym. Tym, do czego chciałem wrócić, było moje życie przed aresztowaniem. Ale to życie już nie istniało. Z niezbędnym wysiłkiem mógłbym odzyskać jego elementy, wciąż byłem bogatym człowiekiem, a pieniądze mogą wiele zdziałać, ale nie można nimi zmienić ludzkich umysłów. Nie da się nimi naprawić utraconego zaufania. A moja reputacja? Nadszarpnięta reputacja jest jak otwarty szampan – nie da się jej już odzyskać, tak jak w żaden sposób nie można ponownie zakorkować butelki. A teraz, dziesięć lat później? Czy stałem się mądrzejszym człowiekiem? Czy się wyleczyłem? Rozglądam się i oto świat, który widzę. Widzę boisko szkolne, w deszczu, mżawce, bladym holenderskim świetle, więcej tam cienia niż blasku: boisko szkolne, na którym matka pyta swoją czteroletnią córkę, jak minął jej dzień. Córeczka odpowiada, że kolega z klasy, F. (pięciolatek), na przerwie bawił się z nią w dziwną grę. „Palec w groblę”, tak brzmiała jej nazwa. Dwa dni później już wszyscy rodzice wiedzą o niewłaściwym zachowaniu F. (przedstawiamy go tutaj z czarnym paskiem na niewinnych oczach). Panika w okolicy. Portret pamięciowy F. przekazywany jest w plotkach. („Ten blondynek z anielskimi włosami? Z anielskimi włosami? Raczej z fryzem à la Lucyfer!”) Do dyrekcji szkoły płyną skargi. F. zostaje zawieszony w prawach ucznia. Zaniepokojonym rodzicom to nie wystarcza. Żądają przeniesienia F. do innej szkoły.
[...]
Nasze rządy prawa? Jałowe pustkowie. Istnieje alternatywa. Istnieje alternatywa i opiszę ją na kolejnych stronach. Proszę jedynie ciebie, czytelniku, byś na czas czytania tego rozdziału odłożył na bok swoje obiekcje. Byś nie przestraszył się tego, co początkowo może budzić twoją odrazę. Nie otrzymasz alternatywy za darmo. Będziesz musiał się trochę napocić. Pomyśl o tym jak o wspinaczce. Tak, stoimy u podnóża góry, która z naszej perspektywy żaby wydaje się monstrualna i nie do zdobycia. Wędrówka w górę będzie żmudna i wbrew naszej naturze. Nie jesteśmy przyzwyczajeni, by się wznosić; wolimy pozostać na tym samym poziomie, na ziemi, która jest płaska. Ale gdy już wejdziemy na szczyt, widok będzie oszałamiający, a nawet uwznioślający. Na początku trudno będzie nam oddychać tym rozrzedzonym powietrzem – lecz ludzie są stworzeni do adaptacji. Dostosowujemy się, jeśli okoliczności tego wymagają. A kiedy już przyzwyczaimy się do naszej nowej wysokości, będziemy się zastanawiać, co nas opętało tam na dole, gdy błądziliśmy w cieniu góry, w dolinie zmierzchu. Ziemia jest okrągła.
[...]
Przez długi czas w Holandii odnośnie do seksu z dziećmi panował stosunkowo liberalny klimat. Doprowadziło to między innymi do tego, że w 1991 roku niższa izba parlamentu zaakceptowała tak zwany wymóg skargi dla młodych ludzi w wieku od dwunastu do szesnastu lat. Zasadniczo oznaczało to, że prokuratura nie mogła już ścigać pedo-seksualistów według własnego uznania, ale tylko wtedy, gdy „ofiara” sama o to wniosła. Choć wydaje się, że to jedynie szczegół prawny, oznaczało to jednak, że kontakty seksualne między dorosłymi a młodzieżą nie były już z definicji karalne. Dopiero od czasu sprawy Dutroux71 polityka i sądownictwo stały się bardziej konserwatywne, czego punktem kulminacyjnym była sprawa Nico S. Strach przed przestępstwami pedo-seksualnymi bardzo się pogłębił i rozprzestrzenił na obszary, które nie mają nic wspólnego z pedo-seksualizmem. Wspomniałem już o kilku przykładach: zdjęcia nagich dzieci są z definicji pornografią dziecięcą; każdy kontakt między dorosłym a dzieckiem, jeśli dorosły nie jest rodzicem lub bliskim krewnym dziecka, uważa się za podejrzany. Zachowania seksualne między dziećmi są karane. Taka wygląda obecnie rzeczywistość.
[...]
To przede wszystkim największe religie stłamsiły miłość fizyczną, opakowując je szczelnie winą i wstydem, z katastrofalnymi konsekwencjami dla kolejnych pokoleń. Duchowe okaleczanie – oto boży corebusiness [z ang. główna działalność – przyp. narratora]. Czerwony znak zakazu z czarną ikoną reprezentującą ludzki mózg na kremowym tle. Zakazać, zakazać, zakazać.
[...]
Nie powinno nas to dziwić. także pod ciężkim jarzmem religii seks był (i jest) obsesją. Restrykcje powodują niedostatek, a niedostatek prowadzi do nadmiernego zainteresowania. Głodny myśli tylko o jedzeniu. Sam o tym doskonale wiem. Ci, których ogranicza się w ich życiu seksualnym, lub którzy sami narzucają sobie ograniczenia, wpadają w obsesję na punkcie seksu. Ci wszyscy rzymskokatoliccy księża, którzy nie mogli się powstrzymać od wsadzania swoich wygłodzonych kutasów przez kraty celibatu w tyłki bezsilnych chłopców. Prorok Mahomet medytował samotnie w grocie na szczycie góry Hira, kiedy zostały mu objawione pierwsze wersety Koranu. Był to miesiąc ramadan: człowiek ten musiał być spragniony na wszystkich frontach. Nic dziwnego, że Koran jest histerycznie sfiksowany na regułach związanych z jedzeniem i nakazach dotyczących seksualności. A Jezus? Miał dwunastu dobrych przyjaciół, ale żeby dokonać coming outu? Tego już nie zrobił. Maria Magdalena była jedynie przykrywką: Jezus Chrystus jest prawdopodobnie najbardziej znanym sfrustrowanym gejem w dziejach ludzkości. Ograniczenia, obsesje. Wszystkie ograniczenia, które pojawiły się wraz z największymi religiami świata, tkwią nadal w naszym systemie.
[...]
Dlatego nie jest to powód, dla którego stawiamy mur między dziećmi a seksem. Prawdziwą przyczyną jest to, że chcemy chronić ich niewinność. Tak brzmi często przytaczany argument. Dzieci są niewinne i tę niewinność należy zachować tak długo, jak to możliwe. A seks najwyraźniej związany jest z winą. Jest czymś, z powodu czego należy czuć się winnym, jakby to było przestępstwo. Już cała ta koncepcja dziecięcej niewinności jest dość bezsensowna. Dzieci często bywają – spójrzmy prawdzie w oczy – gorszymi socjopatami niż większość dorosłych, a wychowanie polega właśnie na ścieraniu grubej warstwy egocentryzmu dziecka, tak aby stało się ono istotą społeczną. Niewinność jest wymysłem dorosłych. Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku niewinności seksualnej: już na wczesnym etapie rozwoju dzieciom serwuje się sztuczny podział na miłość i pożądanie. Fizyczna bliskość między dorosłym a dzieckiem, a także między dziećmi, musi być aseksualna: przytulanie jest dozwolone, zabawa genitaliami nie jest. Całowanie jest dozwolone, nawet w usta, ale bez języczka. „Zabawa w lekarza” nie ma nic wspólnego z seksem, tylko z „odkrywaniem” i „ciekawością”. Nastolatek, który po raz pierwszy wchodzi w związek z rówieśnikiem, słyszy pejoratywne określenie „miłość cielęca”: Nastolatki nie mogą doświadczać prawdziwej miłości, ponieważ prawdziwa miłość zarezerwowana jest dla dorosłych. Tak więc najpierw łączymy seks z poczuciem winy, następnie trzymamy dzieci z dala od połączonego z poczuciem winy seksu, a na koniec z tego względu nazywamy dzieci „niewinnymi”. W ten sposób przekazujemy swoją wadliwą i opartą na frustracji percepcję seksu następnemu pokoleniu.
[...]
To także przestarzały pogląd, że ludzie, którzy są bliżej natury, są lepsi. Cywilizacja polega właśnie na ujarzmianiu natury. Zabijanie się nawzajem jest naturalną tendencją człowieka, którą w cywilizowanym społeczeństwie staramy się ze wszystkich sił stłumić. Zgoda, zgoda. Masz rację. Co więcej: zgadzam się z tobą pod wieloma względami. Nie gardzę zachodnią kulturą. Cieszę się, że żyję w kraju, w którym nie wydłubią ci oczu, gdy spojrzysz na cudzą żonę, i w którym nie odetną ci ręki, kiedy kradniesz bochenek chleba ze zwykłego ubóstwa. Mimo to chętnie przytaczam słowa Lévi-Straussa: „Etnolodzy są po to, by zaświadczyć, że sposób, w jaki żyjemy, nie jest jedynym możliwym, że istnieją inne sposoby, które pozwoliły ludziom żyć szczęśliwie. Etnolodzy zachęcają nas, byśmy nieco złagodzili naszą zarozumiałość, byśmy szanowali inne wzorce życia. Społeczności badane przez etnologów udzielają lekcji, których warto wysłuchać”. O to właśnie mi chodzi. O zainteresowanie, ciekawość. Chęć uczenia się od innych. Żyjemy w kulturze tak pewnej siebie, że wszelkie wątpliwości dotyczące naszych obyczajów są natychmiast tłumione. To był mój powód naszej błyskawicznej podróży dookoła świata. Nie dlatego, że gdzie indziej jest lepiej. Ale dlatego, że jest inaczej.
[...]
Podam przykład. Słynny pedo-seksualista Sywert van der G. odsiadywał wieloletni wyrok więzienia za kontakty seksualne z dorastającymi chłopcami. Po wyjściu na wolność prześladowano go wszędzie, gdzie tylko się pojawił. Jakiś czas temu przydzielono mu mieszkanie w Amersfoorcie. Należy pamiętać, że mężczyzna ten odsiedział swój wyrok i w zasadzie zaczynał z czystym kontem. Jednak władze Amersfoortu nie zrobiły nic, by chronić jego prywatność. Wyciekła informacja, że do miasta sprowadził się pedofil, i zaniepokojeni mieszkańcy natychmiast zaczęli protestować. Przypadek chciał, że mieszkanie van der G. znajdowało się nad żłobkiem i przedszkolem. Sprawą natychmiast zajęły się media. Czy urzędnicy oszaleli? Żeby przydzielić skazanemu pedo-seksualiście mieszkanie nad placówką dla dzieci! To jakby wpuścić lisa do kurnika. Suchy komentarz van der G.: „Pociągają mnie jedynie dorastający chłopcy. W żłobku i przedszkolu są same niemowlęta i małe dzieci. To nie jest moja grupa docelowa”. To mam na myśli, mówiąc o przesadnym strachu. To strach, który nie zna niuansów. To strach przed całym królestwem zwierząt, podczas gdy nie wszystkie zwierzęta są niebezpieczne. To strach przed lataniem – jak często widzimy w wiadomościach rozbite maszyny? – podczas gdy samolot jest jednym z najbezpieczniejszych środków transportu, jakie można sobie wyobrazić.
[...]
Chętnie myślimy o starożytnej Grecji jako kolebce zachodniej cywilizacji. Platon, Sofokles, Arystoteles, Pitagoras, Hipokrates – to ikony. Demokracja, którą próbujemy szerzyć ogniem i mieczem na całym świecie, jest wynalazkiem starożytnych Greków. Ale fakt, że Grecy nie robili problemu z seksu między dorosłymi mężczyznami a nieletnimi chłopcami, wolimy bagatelizować. No cóż, inne czasy, czyż nie?… Dante czerpał inspirację dla swojej Boskiej Komedii z miłości do dziewięcioletniej Beatrycze, którą poznał na piątkowej popołudniowej bibce we Florencji w 1274 roku. Petrarka nie napisałby swojej mistrzowskiej poezji bez miłości do Laury, dwunastoletniej jasnowłosej nimfy. Choć Szekspir miał prawowitą żonę, jego serce należało do tajemniczego młodzieńca, który występuje w jego sonetach będących trawestacją gatunku jako Mroczna Pani. Edgar Allan Poe poślubił w 1835 roku swoją siostrę cioteczną, trzynastoletnią Virginię Clemm (sam Poe miał wówczas dwadzieścia siedem lat). Lewis Carroll, którego opowieści o przygodach Alicji w Krainie Czarów wciąż uwielbiamy czytać naszym dzieciom, był wielkim miłośnikiem nieletnich dziewczynek.
[...]
Sugeruję prewencję. Nie chodzi o to, że powinniśmy badać każdego obywatela pod kątem cech charakteru, które mogą wskazywać na predyspozycje do zachowań pedo-seksualnych. Właśnie to byłoby złe. Prewencja powinna polegać na budowaniu społeczeństwa, w którym frustracja seksualna jest rzadkością. Społeczeństwa, w którym nieco mniej ostentacyjnie machamy tablicami zakazu. Społeczeństwa, w którym ludzie nie muszą przez lata tłumić swoich pragnień, aż w pewnym momencie eksplodują i popełniają straszną zbrodnię. To byłby pierwszy krok. Kiedy mimo wszystko coś pójdzie nie tak, powinniśmy postępować z przestępcami w sposób inteligentny. Zamiast lat więzienia – leczenie. Żadnych psychoanalitycznych manipulacji, ale terapie, których skuteczność została udowodniona naukowo. Należy wygospodarować fundusze umożliwiające badania naukowe nad takimi terapiami. Gdy taki delikwent zostanie wypuszczony na wolność, nie powinniśmy polegać na intuicji, która mówi: potępić zboczeńca! Wcześniej odwoływałem się do kanadyjskich badań pokazujących, że dawni przestępcy, którym oferuje się siatkę kontaktów społecznych, są znacznie mniej skłonni do recydywy niż byli przestępcy, których się izoluje. Tak, czytelniku, ty też jesteś za to odpowiedzialny. Odłóż je, te transparenty z tekstami typu: „Nie chcemy pedofilów w naszej okolicy!”.
[...]
Są to jednak ci sami ludzie, którzy odmawiają uznania, że dzieci w ogóle mają uczucia seksualne. To te sfrustrowane seksualnie osoby, które opisałem wcześniej, a którymi nie mam zamiaru się przejmować. Mam nadzieję, że niewielka grupa, która wciąż towarzyszy mi w drodze na szczyt, przyznaje mi w międzyczasie rację. Co najwyżej dzieci uznają kontakty seksualne z dorosłymi za „dziwne”, rzadko jako traumatyczne. Trauma pojawia się dopiero później, gdy dziecko dorośnie i przeczyta w gazecie o wykorzystywaniu seksualnym. Wtedy zdaje sobie sprawę z tego, że to, co wydarzyło się w jego własnym dzieciństwie, nazywa się „wykorzystywaniem” i że należy się tego wstydzić, ponieważ jest to bardzo, bardzo złe. W tym momencie powstaje trauma. Innymi słowy: to nie pedofil o dobrych intencjach wywołuje traumę, ale społeczeństwo, które robi problem ze stosunków seksualnych między dorosłymi a dziećmi. Piekło to my: ty i ja. Nasze obyczaje tworzą traumę. Nie jest to popularny punkt widzenia. Czy mogę przedstawić ci znaną amerykańską psycholożkę Susan A. Clancy? Napisała ona podważającą rzeczony punkt widzenia książkę The Trauma Myth, w której na podstawie obszernych danych udowadnia dokładnie to, co twierdzę powyżej. Ale Clancy nie poświęcono uwagi, na jaką zasługuje. To proste: oczywiście, głosi niewygodną prawdę, ale jest jeszcze prostsza przyczyna – pieniądze. Wiele milionów pieniędzy przeznacza się na badania dotyczące traumy seksualnej. Te prawdziwe traumy występują tylko u około dwóch procent populacji. Ale to nie ma znaczenia. Udajemy, że zjawisko to jest znacznie bardziej rozpowszechnione, podobnie jak zagrożenie terroryzmem. Istnieją psychiatrzy i psychologowie, którzy piszą bestsellery na tego rodzaju tematy, są grupy nacisku, prawnicy, którzy uczynili z tego swoją specjalizację; krótko mówiąc, wokół wykorzystywania seksualnego dzieci wyrósł cały przemysł. A takiego przemysłu nie da się tak po prostu zlikwidować. Ten przemysł zrobi wszystko, aby zniszczyć ciebie. I tak też Susan Clancy nie jest już związana z prestiżowym Harvardem, gdzie prowadziła swoje ważne badania, ale spędza swoje dni na trzeciorzędnym uniwersytecie w Nikaragui. Nie obchodzi nas prawda, lecz jedynie utrwalanie naszych kłamstw.
[...]
Wybrali miejsce, zamówili colę, która miała być „chłodniejsza niż lód”, jak Alexander poinstruował kelnera. Wkrótce do ich stolika zgłosił się „gospodarz”, który rzekomo chciał ich „poznać”. Aurélie i Alexander wymienili, jak to się mówi, „pełne zrozumienia spojrzenia”, bo oto oczywiście kolejna osoba ubiegała się o posadę „przewodnika”, i rzeczywiście, szanowny pan miał krewnego, który „organizował wycieczki” po okolicy. Alexander zbył mężczyznę, mówiąc, że przyjechali „w interesach” i nie mają czasu na „zabawę w turystów”. Widok był przepiękny, czy też, jak to się określa: „idylliczny”. Wszystko „porastała” zieleń: cierniste krzewy, rośliny o gwiaździstych liściach i kaktusy, na których rosły kolorowe bulwy. Alexander wyjaśnił: To są tak zwane opuncje figowe. Czy jadłaś je już kiedyś? Po raz pierwszy spróbowałem ich, gdy pojechałem z rodzicami do Maroka. Było to w „szalonych” latach sześćdziesiątych. Nazywali tam te owoce El-hindia. Ładnie, prawda? Później natknąłem się na nie ponownie w Meksyku. Tam mieli jej różne, ehm, „warianty” i określali je mianem tuna, co jest dość śmieszną nazwą, ponieważ „mimowolnie” przywodzi na myśl tuńczyka. Ale tutaj, w Etiopii, mają najładniejszą nazwę. Mówią na nie Q’oel q’ual. Zachichotała z powodu wyartykułowanych przez niego staccato „q”, które łaskotały ją w uszy. Niebo: błękitne. W oddali: góry spowite lekką mgłą. A może był to kurz? Dalej, u ich stóp: plaża, na której zdawało się, że ludzie brodzą w wodzie. Wszystko tchnęło szczęściem.
[…]
Kolacja się udała, pomyślała Irene, co było powodem do satysfakcji, ale o wiele bardziej cieszyło ją to, że ten Laszlo był bardzo odpowiednim facetem, nie cwaniakiem, którego znała z telewizji, ale ciepłym, sympatycznym i – tak – przede wszystkim szczerym człowiekiem. Czuła się szczęśliwa, że jej córka nie podpierała ścian, ale odważnie rzucała się w wir wielkiego i pociągającego życia, koniec z przypadkowymi facetami, o których opowiadała, ale których prawie nigdy nie przyprowadzała do domu rodziców, bo relacje kończyły się, zanim w ogóle padło słowo „teściowie”. Tak, facet jest w porządku. Mimo to, pomyślał Guy, gdy całe towarzystwo wróciło do salonu na kawę i calvados, muszę go jeszcze trochę przetestować. Niecałe sześć lat młodszy ode mnie, on jest z mojego pokolenia! I jest z moją córką, niech sobie zbyt wiele nie wyobraża, z tymi gładkimi gadkami o ważnych celach charytatywnych, jeśli o mnie chodzi, jest tylko jeden dobry cel – Aurélie. Zaproponował Laszlowi kubańskie cygaro, ale ten odmówił, bo z tymi dobroczyńcami zawsze to samo: nie wiedzą, co to przyjemność. Och, on też przeżywał fazę trzeźwości, długą fazę, zgadza się, obejmowała niemałą część lat siedemdziesiątych i całkiem sporo osiemdziesiątych, ale wraz z upływem lat człowiek z tego wyrasta, a czasu coraz mniej. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy trzeba pomyśleć o sobie i zacząć sobie używać.
[...]
Kiedy nie nazywała go Aleksandrem, mówiła do niego X. „Alex” do niego nie pasowało, imię „Lex” uznała za brzydkie, „Sander” za zbyt zwyczajne. Jeśliby pominąć „Aleksa” – sam zasugerował – zostanie „ander” – Inny [lub Aleks i ander, czyli Aleks Inny – przyp. aut.]. Jak w pojęciu „znaczący inny”. Parsknęła śmiechem.
[...]
Gałka muszkatołowa, którą posypujesz teraz ziemniaki z endywią [inaczej cykorią – przyp. aut.]: czy wiesz, ile kosztuje? Euro? Dwa euro? Czy wiesz, co można było dostać za gałkę muszkatołową w siedemnastym wieku? Mówi się u nas, że coś jest „drogie jak pieprz”, ale to gałka muszkatołowa była naprawdę droga. Uważano, że leczy dżumę. A ten, kto potrafił wyleczyć zarazę, rządził życiem i śmiercią. Ten, kto rządził życiem i śmiercią, miał władzę nad całym światem. Zatem pojechali tam nasi chłopcy. Na Wyspy Banda, bo tam to rosło. Dokonując eksterminacji każdego, kto stanął między nimi a gałkami muszkatołowca. A teraz? Posypujesz nią swoje jedzenie, nawet nie wiesz, że ma taką historię, a potem mówisz: wielka mi rzecz, ta gałka muszkatołowa. Tak nie można! Nie miałam na myśli gałki muszkatołowej, kiedy to mówiłam – protestowała, a innym razem przewracała oczami lub śmiała się z niego otwarcie, albo mówiła mu, że nie jest jej ojcem, ale wewnętrznie podobały jej się jego upomnienia, jego próby uczynienia z niej interesującej osoby o szerokich horyzontach. Chciała stać się tym, co próbował z niej zrobić. Nie była już dziewczynką, ale kobietą.
[...]
Większość dnia spędzali w ogrodzie, na tarasie przy basenie. On na leżaku, czytając fachową literaturę, z której odfiltrowywał fakty, natychmiast utrwalające się w jego mózgu, czasem także jeden z jej tomików poezji (przywiozła jakieś z domu i kupiła kilka w Barnes & Noble w Miami), a potem wbija sobie do głowy wersy podczas czytania, ta jego pamięć… Ona sama wolała siedzieć wyprostowana przy małym stoliku i ślęczeć nad poezją. Odkąd była z Alexandrem, częściej pisała wiersze, co wydawało się jej dziwne: wcześniej robiła to tylko wtedy, gdy była smutna lub „nieszczęśliwa”, jak sama siebie wtedy opisywała. Być może była to różnica między okresem dojrzewania a dorosłością: nastolatka chce uchwycić znaczenie własnych uczuć, dorosły chce uchwycić piękno świata, zanim będzie za późno. A może to nie miało nic wspólnego z wiekiem, a było przejściem od skupienia uwagi na świecie wewnętrznym do skupienia jej na świecie zewnętrznym? Czy to z jego powodu, ponieważ ciągnął ją ze sobą po świecie, poznawał z ludźmi, których sama nigdy by nie spotkała?
[...]
Dla Aleksandra, który jako nastolatek siedział przed telewizorem, gdy Neil Armstrong jako pierwszy człowiek odbył radosny taniec na Księżycu, było to przejmujące doświadczenie. Zastanawiał się nad ludzką zuchwałością, chęcią podbijania nowych światów, podczas gdy człowiek nie umiał zaprowadzić porządku nawet we własnym. Ale może to właśnie dlatego – stwierdził. To ucieczka od własnego świata, w którym panuje wielki bałagan, i poszukiwanie miejsca, gdzie można zacząć od nowa: czy to nie ideał każdego imigranta?
[...]
To znaczy, tak, to wiąże się z ryzykiem. Upublicznienie takiej historii. Tak. Ale czym jest człowiek unikający niebezpieczeństwa? Życie wolne od niebezpieczeństw – to stąd biorą się nieukierunkowane lęki. Instynkt chce być czujny, ale nie wie po co. Zaczyna wymyślać niebezpieczeństwa. Dzięki nim nadal istnieje. Czy to zaszyfrowana wiadomość? Czy odnosi się do niej, do jej życia wolnego od niebezpieczeństw? A może go to kręci: perspektywa, że książka wywoła wiele agresji i że ta agresja będzie skierowana na niego? Rola męczennika.
[...]
Laszlo jest zajęty tytoniem i bibułką. Skręca papierosa, zapala go, zgodnie ze swoim charakterem, bez pytania. Wypuszcza gęstą smugę dymu. Satysfakcja maluje się na jego twarzy, krzyżuje ręce, spoczywają na jego masywnym brzuchu, papieros wesoło unosi się w powietrzu. Po tych wszystkich latach znowu znajduje się w centrum uwagi. …chcę też podziękować tym wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej książki za kulisami – patrzy z naciskiem na Aurélie – ale którzy nie chcą być wymieniani z imienia i nazwiska. To oczywiście ma związek z tematem… Rita, Linda i Eva wpatrują się nieruchomo w Edgara, ich oczy wyrażają chrześcijańską błogość, jakby był samym Bogiem. Miklós szepcze coś czule do ucha Miny. Alice stuka nerwowo w nóżkę już pustego kieliszka, który trzyma w dłoni. …oczywiście, że to będzie ogromny sukces. A teraz chciałbym przekazać pierwszy egzemplarz człowiekowi, który w tej książce dzieli się z nami swoim uniwersum życia i myśli. Aleksandrze, czy możesz wystąpić naprzód? Laszlo podchodzi przy akompaniamencie oklasków, Edgar wręcza mu pierwszą kopię, aplauz wybucha ponownie, a on zabiera głos: Nie uwierzycie mi, gdy powiem, że zamierzam się streszczać. Śmiech. A jednak tak będzie. Trzymam w rękach publikację, w której wystarczająco długo się wypowiadam, na licznych stronach, i musiałbym być niezwykle próżny, żeby podczas prezentacji takiej książki wygłaszać jeszcze przemówienie à la Fidel Castro. Tak więc, drodzy przyjaciele, wszyscy wiecie, jaki wkład wnieśliście w tę książkę, niektórzy większy od innych, pewne klauzule w pewnych umowach zabraniają mi udzielania bardziej szczegółowych informacji, mimo że jesteśmy wśród swoich. Dziękuję wszystkim, dziękuję.
[...]
Dlaczego całkowicie odszedł pan od pomocy rozwojowej? Żyjemy w czasach, w których i w Holandii idee kogoś takiego jak Ayn Rand stały się bon ton. „His own happiness is man’s only moral purpose” [z ang. pierwszym obowiązkiem człowieka jest obowiązek wobec samego siebie – przyp. narratora], czyż nie? Nie ma sensu wskazywać takim osobom na poczucie wspólnoty, współodpowiedzialność, empatię czy sprawiedliwy podział dóbr. Rzecznik równych szans to grabieżca cudzej własności i ambicji. Tak myśli wiele osób. Tych ludzi nie przekona się miękkimi argumentami. W dzisiejszych czasach każda ideologia, która ma siłę przekonywania, musi koncentrować się na własnym interesie człowieka. Co daje ona jednostce, co jednostka może dzięki niej zyskać? Jeśli potrafi to przekonująco wyjaśnić, ma szansę. Ale to już zadanie dla nowego pokolenia. Ja nie mam na to ochoty. Poza tym już dość się nawalczyłem. Fakt, że nie zajmuje się pan już pomocą rozwojową, ma niewątpliwie również związek z pana aresztowaniem dziesięć lat temu. Tak, można tak powiedzieć. Książka nie bez powodu nosi tytuł Jak z dobroczyńcy zmieniłem się w diabła. W chwili, gdy dostajesz podobne zarzuty, stajesz się łatwym celem. Unikają cię jak zarazy. Nikt już nie chce mieć z tobą nic wspólnego.
[...]
Bertram ponownie przejmuje prowadzenie rozmowy. Od wyjścia na wolność trzymał się pan z dala od światła reflektorów, a teraz napisał historię swojego życia. Dlaczego właśnie teraz? Bardzo dobrze. Książka. Dziesięć lat zajął Odyseuszowi powrót do domu, a my wciąż o tym rozmawiamy. Laszlo chichocze, ale nikt się do niego nie przyłącza. Pot przebija się przez jego makijaż, spływając kropelkami wzdłuż linii włosów. Ale odpowiadając na pańskie pytanie: czułem, że społeczeństwo potrzebuje takiej książki. No tak, bo pan pisze nie tylko o swoim życiu, ale raczy nas też swoimi ehm… pomysłami dotyczącymi pedofilii. Pedofilia to klosz, pod który nikt nie chce zaglądać. Wystarczy, że ktoś go lekko podniesie i natychmiast rozlegają odgłosy obrzydzenia. O wiele skuteczniejsze jest całkowite podniesienie klosza i zbadanie, co się pod nim znajduje? Czym to jest? Co możemy z tym zrobić? Lotte ponownie zabiera głos: Próbuje pan usprawiedliwić nadużycia seksualne? Skąd! Krytykuję sposób, w jaki traktujemy seks. I opowiadam się za światem, w którym nasze dzieci mogą żyć swobodniej, bez lęku, bez traumy, bez poczucia winy. I naprawdę dziwi mnie, że ktoś mógłby być temu przeciwny.
[...]
W książce sam pan opisuje, jak traktuje się pedofilów. Można mieć na ten temat różne zdanie, ale ogólnie rzecz biorąc, niezbyt delikatnie, prawda? Żył kiedyś mistyk o imieniu Al-Halladż, w okresie, kiedy islam był jeszcze oświeconą religią. I to, co Al-Halladż w dziesiątym wieku głosił, brzmiało: jestem bogiem. Z nowoczesnego punktu widzenia, człowiek ten miał oczywiście rację: wszyscy jesteśmy zamknięci we własnym mózgu, a bez naszego postrzegania świata on nie istnieje, więc w tym sensie każdy jest bogiem. Cóż, za czasów Al-Halladżego niechętnie przyjmowano takie informacje. Stracił życie. Islam nie był aż tak oświecony. Oczywiście mógł się tego spodziewać, gość nie był głupi. Co chcę przez to powiedzieć: osoby, które zbyt daleko wykraczają poza opinio communis [z łac. opinia publiczna – przyp. aut.] swoich czasów, wpadają w tarapaty. Przypomnijmy sobie Galileusza, Spinozę. Czy to ma być powód, dla którego ma się tego nie robić? Czy dlatego powinno się trzymać język za zębami? Nawet w kraju, gdzie wolności słowa przypisujemy wielką wartość, nie można powiedzieć wszystkiego. Podejmę ryzyko. Nie dlatego, że chcę być bohaterem, ale dlatego, że gdybym teraz milczał, później nie byłbym w stanie spojrzeć na siebie w lustrze.
[...]
Gazeta „Trouw” nie przyznaje gwiazdek ani punktów, ale jest entuzjastyczna. Recenzent chwali naszkicowany przez autora wyważony obraz pomocy rozwojowej w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. „Laszlo wyznacza granice tego gatunku. W których miejscach autobiografia węgierskiego uchodźcy, który stał się celebrytą w Holandii, stanowi szczerą, odważną opowieść, a gdzie skłania się ku samochwalstwu, ukrytemu pod płaszczykiem skromności? Odpowiedź zależy od stopnia, w jakim czytelnik będzie skłonny obdarzyć autora sympatią. Ten, kto to zrobi, przeczyta emocjonującą i wciągającą relację z życia człowieka, które kończy się szekspirowskim dramatem ojca i syna”.
[...]
Czy coś się stało Aleksandrowi? Głębokie westchnięcie drugim końcu linii. Aurélie, to dosyć poważne. Dzisiaj wieczorem został pobity. Co? Przez kogo? Nie mam pojęcia, uciekli. Ktoś przypadkowy go znalazł i zadzwonił po karetkę. A czy on…? Żyje, ale jest w bardzo ciężkim stanie. Strasznie go pobili. Teraz jestem w szpitalu, Alexander leży na oddziale intensywnej opieki. Telefon zsuwa się z jej ucha, jej dłoń jest wilgotna od potu, Aurélie klinuje aparat między uchem a ramieniem i wyciera dłoń w kołdrę. Philip spogląda na nią, spięty.
[...]
X [Laszlo – przyp. aut.] zasugerował, żebym przejrzała jego bibliotekę, sekcję „literatura podróżnicza” („biblioteka” to według mnie dziwne słowo, gdy chodzi o przestrzeń we własnym domu: jakby pożyczało się od siebie książki). O ile jego gabinet jest chaotyczny, o tyle zbiór książek jest uporządkowany. Wszystkie starannie poukładane według gatunku i tematu. Wiele materiałów edukacyjnych – przez wiele lat po przyjeździe Dzieciaków do Holandii X prowadził tutaj rodzaj prywatnej szkoły. Rzeczywiście jest regał pełen literatury podróżniczej. Także tutaj ścisłe rozróżnienie: dzieła klasyczne (Herodot, Ibn Battuta, Mandeville, Marco Polo, Darwin, Richard Burton), po niderlandzku (dużo Nootebooma, Bob den Uyl) i obszerna sekcja zagraniczna: Naipaul, Michael Palin, Redmond O’Hanlon, Paul Theroux). Wyciągnęłam z półki książkę tego ostatniego, zatytułowaną Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu. Trasa, która mogłaby prowadzić również przez Etiopię. Książka wyglądała na nową, ktoś ją jednak – wnioskując z pomarszczonego grzbietu – czytał. Faktycznie: dwa spore rozdziały o Etiopii. Czytałam książkę w łóżku obok X, z notatnikiem i ołówkiem na nocnej szafce. Wiele rozpoznawalnych rzeczy, ale też dużo nowych informacji. I nagle coś dziwnego: historia człowieka, który spędził dziesięć lat w więzieniu pod rządami Dergu i w swojej celi na folii z paczek po papierosach popełnił tłumaczenie jedynej książki w więzieniu: Przeminęło z wiatrem. Dokładnie ta sama historia, którą X opowiedział mi w Mekelie.
[...]
Myślisz, że to przypadek? – spytała Aurélie. Chodzi mi o to, że teraz tu razem siedzimy. Że Yohannes był wtedy w Mekelie chory i nie mógł pójść z nami na kolację, więc zostaliśmy skazani na siebie? Nic nie istnieje naprawdę oprócz przypadku – odpowiedział Alexander. Tak by to przynajmniej wyrazili twoi francuscy przyjaciele, postmodernistyczni filozofowie. Sam uważam, że przypadek jest zupełnie nieinteresujący. Istnieje rzeczywistość, z którą trzeba sobie radzić. Czasami ta rzeczywistość wypada dla ciebie korzystnie, czasami nie. No dobra, przypadek nie jest zatem odpowiednim słowem. W takim razie co? Przeznaczenie? Ha! Odgryzł kęs hamburgera, żuł go długo w zamyśleniu, a potem popił go łykiem coli. Przeznaczenie to słowo dla ludzi o podejrzanych zamiarach. Religijnych. Komunistów. Tego rodzaju gości.
[...]
Gdy dojeżdża na właściwe piętro, rozbrzmiewa „ping”. Drzwi otwierają się, to tutaj. W recepcji podaje jego nazwisko. „Pokój A.312”, mówi pielęgniarka, z którą rozmawia. Nigdy wcześniej nie była na oddziale intensywnej terapii, jednak ma w głowie wyraźny obraz tego, czego się spodziewać, telewizyjny wariant, który straszliwie odpowiada rzeczywistości, stwierdza to, gdy wchodzi do pokoju A.312. Wszystko tu jest: cichy szum maszyn, które mają utrzymać ciało przy życiu, migają zielone diody. Wyświetlacze z niezrozumiałymi danymi. Monitor przekładający funkcje organizmu na zielone, czerwone i niebieskie fale. Tętno? Ciśnienie krwi? A ta trzecia? Ludzkie ciało symbolicznie oddane w twardych liczbach i aktualnych wykresach. Przerywany oddech respiratora. Rurki znikające w ciele Aleksandra. Gdzieś w tym całym maszynowym pokazie siły: ranne ciało. Aurélie zmusza się, żeby na nie spojrzeć. Twarz jest ledwo rozpoznawalna. Spuchnięte mięso, fioletowo-brązowa skóra. Od policzka do policzka biegnie biały plaster przytrzymujący w miejscu rurkę z tlenem. Tuż pod prawym okiem zeszyta rana. Turban z gazy opatrunkowej. Nawet nie jest pewna, czy to on. A jednak tak. Brzuch. Nienaruszony wypiętrza się pod białą kołdrą.
[...]
Szczegóły techniczne Aurélie puszcza mimo uszu. Myśli przede wszystkim: jego mózg. Że też akurat bili go po głowie. Człowieka, który jest swoim myśleniem, który przez wszystkie te lata, a zwłaszcza przez ostatnią dekadę, traktował swoje ciało jak niezdarny dodatek do myślącego umysłu, człowieka, który z ciała wykorzystuje co najwyżej usta jako przydatny element, ponieważ dzięki nim może wyrazić swoje myśli. Akurat jego mózg. Lewa półkula. Próbuje sobie przypomnieć: czy to lewa półkula jest odpowiedzialna za mowę, czy prawa? Tyle się o tym naczytała podczas studiów. A teraz zapomniała, jak to wygląda. Lewa półkula, prawa półkula. Jak nazywają się obszary mózgu odpowiedzialne za mowę? Ośrodek Bernickego? Nie, Wernickego… Boca? Nie, Boca to od Boca Raton. Broca. Broki? Z zachwytem przeglądała w swoich podręcznikach opisy przypadków różnych rodzajów zaburzeń mowy, które powstawały, gdy jeden z tych obszarów przestawał działać. Rozumienie języka, ale brak umiejętności wypowiedzenia czegokolwiek zrozumiałego. Słowa tak, lecz składnia już nie. Wszelkie możliwe warianty. Czy uraz mógłby wpłynąć na jego mowę? Jego eksplozje słów – jego werbalną biegunkę, jak to sam nazywał? Nazywał. Słyszy to słowo w swojej głowie. Czas przeszły niedokonany.
[...]
Boi się, że on umrze. Teraz już tak. Kiedy była jego ukochaną, nigdy o tym nie myślała. Wówczas, o ile dobrze pamięta, nie przepełniały jej żadne obawy. Oczywiście nie było jeszcze Lydii, nie spoczywała na niej żadna odpowiedzialność. I ta nieustraszona, lekko cyniczna dziewczyna sprzed lat, dziewczyna, która wybrała się w podróż w niebezpieczne rejony bez strachu, która wdała się w związek ze skomplikowanym mężczyzną; nie przestraszyła się osądu rodziców ani przyjaciół, nie cofnęła się przed myślą: on umrze wcześniej niż ja, bo jest prawie trzydzieści lat starszy. Nie. Nie bała się. Gdzie ona teraz jest? Intuicyjnie mówi: masz określony charakter i dlatego zachowujesz się w określony sposób. Jej dwudziestodwuletnie ja miało inny charakter niż jej obecna inkarnacja. Ale czy to nie działa, tak jak to często bywa z ludzką psychiką, właśnie na odwrót? Czy nie może być tak, że dawniej wykazywała to nieustraszone zachowanie bez zastanowienia i dlatego miała mniej lękliwy charakter? W ostatnich latach unikała niebezpieczeństwa: mieszka w dobrej okolicy, rzadko wyjeżdża za granicę, ma cudowną pracę, redakcja to jej drugi dom, tak, wszystko jest bezpieczne, zamknęła się w świecie, który coraz bardziej się kurczy. Czy nie może być tak, że właśnie dlatego stała się bardziej strachliwa? Gdy twój własny świat robi się mniejszy i bezpieczniejszy, świat, który cię otacza, staje się większy i groźniejszy.
[...]
Nie, oczywiście nie jest to wina Koka [agresywnego prezentera prowadzącego ostatnią rozmowę z Laszlo w studiu telewizyjnym – przyp. aut.], że teraz Laszlo leży w szpitalu. Ale każdy wie, jak wrażliwa jest pozycja obrońcy pedofilów, który staje się publicznie znany. Lincz gwarantowany. Laszlo też to wiedział i chciał się temu przeciwstawić. To była z góry przegrana walka. Jedynie osoba o nieposzlakowanej opinii mogłaby sobie pozwolić na wyrażanie własnego zdania na temat pedofilii, choć nawet ona otrzymywałaby pogróżki. Ona mogła to zrobić. Mogła umieścić swoje nazwisko na okładce. Mogła być obecna podczas wywiadów. Mogła nawet samodzielnie przeprowadzić całą promocję. Jako autorka książki wziąć odpowiedzialność za to, co napisała. Może to ona byłaby teraz osobą leżącą na oddziale intensywnej terapii. Woli o tym myśleć, ale to, że siedzi tu i teraz bezpiecznie na kanapie, cała i zdrowa, nie jest przyjemną alternatywą. Zachowała się tchórzliwie. Pozwoliła, by strach wygrał z pryncypiami. Jest zwykłym tchórzem.
[...]
Na oddziale intensywnej opieki Laszla już odłączono od aparatury. Węże i rurki, które utrzymywały jego ciało w stanie śpiączki, zniknęły. Yohannes ponownie bierze ją w ramiona. I tym razem jest sam. Czy naprawdę nie ma nikogo innego, kto chciałby się z pożegnać z Aleksandrem? Aurélie patrzy na ciało. Teraz zwłoki. To jego kolejna wersja, choć ta bardzo przypomina to, co zastała wczoraj, kiedy jeszcze oddychał, przy pomocy maszyny, ale: oddychał. Żył. Yohannes opowiada o przyczynie śmierci. Obrzęk, nowe krwawienia w mózgu. Ucisk pnia mózgu. Zatrzymanie akcji serca. Resuscytacja. Operacja. Nieudana. Kolejne zatrzymanie akcji serca. Śmierć. – Dwie po szóstej – mówi Yohannes. Próbuje przyswoić sobie godzinę, aby odkryć jej znaczenie, ale go nie ma. To po prostu przypadkowa godzina.
[...]
Często przygotowywali już wspólny materiał poświęcony zmarłym, czasem poświęcali cały odcinek śmierci wybitnego rodaka. Polityka, pisarza, aktora lub artysty sceniczno-kabaretowego. Programy o piosenkarzach też cieszyły się popularnością. Odraża ją zawsze, gdy z takich okazji musi dzwonić do „przyjaciół zmarłego”. Narzucać się tym ludziom i pytać, czy chcieliby opowiedzieć na antenie o swoim smutku. Zawsze ją dziwi, gdy się na to godzą. Dlaczego mieliby to robić? Co mogą cię w takich chwilach obchodzić holenderscy widzowie? A niech ich diabli wezmą. Ale wielu gości traktuje to jako hołd. I owszem, są i tacy, którzy chcą poprawić własną renomę, opowiadając, jak głębokie więzi łączyły ich ze zmarłym. Dla niej najtrudniejsze programy do przygotowania.
[...]
Wielu ludzi nie chciało cię znać po twoim aresztowaniu. Przyznaję, że ja też nie. A jednocześnie ty również nie chciałeś nikogo widzieć. Stałeś się samotny, dopiero stopniowo odnawiały się niektóre kontakty. Jak dokonać bilansu ludzkiego życia, zastanawiała się Aurélie. Jak wyważyć dobre czyjeś uczynki ze złymi? Jaką wagę ma czyn? Jaki jest wynik? Obiektywnie rzecz ujmując, Laszlo w swoim życiu uczynił znacznie więcej dobrego niż złego. Jeden czyn, jedna chwila, w której źle ocenił sytuację. Zrujnowane życie. Wynik życia już na zawsze negatywny. Gdy Yohannes milknie, przestraszona kończy swój tok myślenia. Czy stracił panowanie? Nie, skończył. A ona przegapiła zakończenie… Mężczyzna spokojnymi ruchami składa kartki ze swoją przemową [pogrzebową – przyp. aut.], które wcale nie drżą, jest całkowicie zrelaksowany. Może raczej: pogodzony. On tak.
[…]
[fragment książki o Aleksandrze Laszlo – przyp. aut.]
Nigdy wcześniej nie opowiadałem tej historii w ten sposób [o wspólnej masturbacji przybranego Ojca Aleksandra z jego wychowankiem z Etiopii Demissie ’m – przyp. aut.]. Uważałem ją za prywatną sprawę, nawet gdy stanąłem przed sądem z jej powodu. Również jako rodzic jest się zobowiązanym do zachowania tajemnicy. Jedynym powodem, dla którego teraz ją opowiadam, jest to, że chłopiec nie żyje, i choć może mam wiele sobie do zarzucenia, to w każdym razie nie jego śmierć. Przez wiele lat unikałem mediów. Ze wstydu. Z tego ciemiężącego cię wstydu, który sprawia, że to, co tak naprawdę jest normalne, jest odczuwane jako coś strasznego, ponieważ społeczeństwo zdecydowało, że jest straszne. Podczas gdy nie robiłem nic innego, jak tylko starałem się być dobrym ojcem. Ojcem zaangażowanym w rozwój syna. Czy czyni to ze mnie pedofila? Jeśli tak, to chętnie i z całym przekonaniem jestem pedofilem, drogi czytelniku. I nie zamierzam dłużej znosić zniewag za jedno z najczystszych czynów, jakich kiedykolwiek dokonałem. A wy, z waszymi potępiającymi mnie pochodniami i widłami? Nie znacie swojego dziecka. Zaprzeczacie temu, że wasze dziecko jest żywą istotą o prawdziwych uczuciach i pragnieniach. Zaprzeczacie człowieczeństwu własnego dziecka. Powiedzcie mi więc: kto tu właściwie jest bestią?
[…]
Wiesz co – mówi Henri [przyjaciel Aleksandra – przyp. aut.] – ten komunizm… On nienawidził go nie tyle za idee, które propagował, ale za to, co zrobił z jego rodziców. Totalnie egoistycznych, histerycznych wyznawców kapitalizmu. Pieniądze były wszystkim, a gdy tylko przybyli do Holandii, całkowicie przestali się przejmować rodakami, których zostawili. Należeli kiedyś do arystokracji, wiesz o tym oczywiście. W zupełności nic nich nie obchodziło, co stanie się z ludźmi na Węgrzech. Jeśli lud chce się określać mianem proletariatu i przejąć władzę, proszę bardzo, niech się tym wszystkim udławi. Aurélie powoli przyswaja sobie te słowa. Do tej pory postrzegała rodziców Laszla jako szlachetnych ludzi, bezradnych uchodźców, którzy w miejscu, w którym otrzymali azyl, zbudowali nowe życie. Odważnych ludzi, dobrych ludzi. Ale teraz przypomina sobie, że Laszlo kiedyś wyraził krytykę wobec… wobec czego? Tak – potakuje – czasami przyznawał, że potępiał ich podróże do krajów, gdzie wykorzystywano ludność. No właśnie! – ciągnie Henri. Nigeria, Boliwia, Indonezja, te wszystkie miejsca, do których go ze sobą ciągnęli. On tych podróży nienawidził. Jeden kraj był większym piekłem od drugiego, poza tymi, którzy znajdowali się u władzy. Laszlo też to dostrzegał, ale to było dla niego trudne: nie mógł potępiać imperialistycznego kapitalizmu, bo w jego oczach oznaczałoby to, że opowiada się za drugą stroną: komunizmem. A to szło za daleko. Myślę, że łatwiej mu było po śmierci matki. Kochał ją wbrew wszystkiemu. Kiedy odeszła, odważył się pójść swoją ścieżką. Skończyć z pracą ekonomisty. Włączyć się w pomoc rozwojową. Odwiedzić kraj komunistyczny, choć w rodzinie go bojkotowano. Jeszcze trochę podokuczać swojemu ojcu, zanim i ten biedak wyciągnął kopyta. Najpierw stracił żonę, potem syna, to wszystko wcale tak pięknie nie wyglądało.
[…]
Ale czterysta to coś więcej niż numer naszego miłosnego gniazdka w Mekelie. Czy wiesz, że Słońce jest około czterystu razy większe niż Księżyc, ale znajduje się również około czterystu razy dalej od Ziemi niż nasz srebrny satelita, przez co wydaje się nam, że są tej samej wielkości? Uważam, że to piękne, że tak ogromne liczby się wzajemnie znoszą. Sugestia systemu. Nie mieszając w to Boga, nie, po prostu: porządek w chaosie. To dobra historia. Wyjęła papierosa z paczki, a on zapalił zapałkę i dał jej ogień. Zaciągnęła się głęboko, potem jeszcze raz, a następnie podała mu papierosa, ściskając filtr w triadzie kciuk–palec wskazujący–palec środkowy. On również się zaciągnął i rozdzielił chmurę dymu na dwie części, wydmuchując ją przez nozdrza.
[…]
Pieprzyć ich. Jesteśmy kochankami, którzy działają innym na nerwy, bo ucieleśniamy to, czego oni nie mają. Jesteśmy kochankami, na których rybacy gwiżdżą z dwoma palcami w ustach, bo figlujemy na nadbrzeżu. Jesteśmy kochankami, którym inni zazdroszczą. Jesteśmy kochankami, którzy do siebie szepczą, gdy nikt nas nie słyszy.
Jamal Quariachi, Głód
Powieść psychologiczno-obyczajowa Jamala Quariachiego, holenderskiego pisarza, nagrodzona w 2017 roku Nagrodą Literacką Unii Europejskiej, przenosi akcję tej kontrowersyjnej opowieści przede wszystkim do „reżimowej i głodnej” Etiopii oraz współbieżnie do Holandii, a tutaj do Amsterdamu, ale i w okolice wiejskie niedaleko Nijmegen, także w podróżach „narracyjnych” do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, chronologicznie zaś w lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, aż prawie po czasy nam współczesne. Aleksander Laszlo, uchodźca węgierski i zawodowy bankier porzuca dotychczasową pracę i wygodne, dekadenckie życie, aby oddać się szeroko rozumianej filantropii i pomocy rozwojowej w Etiopii, będącej w szponach komunizmu i rzecz jasna w gardzieli nieludzkiego głodu. Po latach organizacyjnej pracy w fundacjach pomostowych postanawia adoptować kilkanaścioro dzieci etiopskich z nadzieją wyedukowania i uratowania bezdomnych jestestw przed niechybną etiopską zagładą. Jedno z nich Demissie w okresie swego trudnego dojrzewania zdradza przed organami ścigania wychowawcze metody Laszla, które w purytańskiej Holandii uchodzą za… pedofilię. Po wyroku skazującym i tzw. więziennej odsiadce Laszlo próbuje „odzyskać twarz”, wydając książkę o swym niezwykłym życiu, której rozgłos staje się jednak kresem jego ziemskiego żywota. Opowieść Jamala to traktat o piętnie, co jak tatuaż nie da się już wymazać z życiorysu, także o pięknej walce o taką wolność co poleguje z dala od uprzedzeń i stereotypów, to również pean o miłości cielesnej może nawet i z pogranicza seksoholizmu, mającej przełamywać współczesne zlodowacenie ducha ludzkiego.