Blog

 

21.06.2024

Wierzyliśmy jak nikt

„wyższy od niego

o dwanaście centymetrów – pięć cali,

pięć lat i pięć punktów IQ”


„Nasze mosty są już

za słabe na wasze gesty

miłości”.


„Chaotyczność świata nigdy jej

 w niczym

nie pomogła.”


„Głębia faktury oleju.

Niebieskie okna Chagalla.

Niebieski mężczyzna Picassa,

mężczyzna z gitarą.”


„Ile razy będziesz żyła?

Ile razy będziesz miała dwadzieścia pięć lat?”

[...]

Im bliżej byli domu Richarda, tym więcej dostrzegali znajomych zmierzających w tę samą stronę. Niektórzy ubrani byli schludnie, jakby to była część pogrzebu, inni szli w dżinsach, skórzanych kurtkach. W kościele zgromadziła się na pewno tylko rodzina, najbliżsi znajomi rodziców, ksiądz. Jeśli potem gdzieś podadzą kanapki, większość się zmarnuje. Yale znalazł w kieszeni kartę z wczorajszego czuwania i ułożył z niej coś w rodzaju piekła – nieba; w dzieciństwie  robili   takie  z  kolegami w autobusie szkolnym, z tym, że jego przepowiadało przyszłość („Sława!” lub „Śmierć!”), w zależności od tego, którą stronę się otworzyło. To nie było tak rozbudowane, ale w każdym kwadracie mieściły się jakieś słowa, niektóre do góry nogami, wszystkie skrócone przez zagięcie karty: „Ojciec George H. Whitb”, „ukochany syn i brat, niech...”, „Wszystko, co jasne i”, „miast kwiatów darowizna”. Wszystkie te słowa zdaniem Yale’a trafnie przepowiedziały przyszłość Nica. Nico był jasny i piękny. Kwiaty nic by nie pomogły.

[...]

A kimże Nico był dla Yale’a? Tylko bliskim przyjacielem. Nikim z rodziny, nikim z kochanków. Nico był w istocie pierwszą osobą, z którą Yale naprawdę się zaprzyjaźnił po przyjeździe do miasta, pierwszą osobą, z którą chciał po prostu pogadać – i to nie przy barze, gdzie trzeba krzyczeć, żeby się usłyszeć. Yale uwielbiał rysunki Nica, zapraszał go na naleśniki, pomagał mu się uczyć do GED i powtarzał mu, że ma talent. Kochanek Nica Terrence nie interesował się sztuką, tak samo jak Charlie, więc to Yale zabierał Nica do galerii i na debaty o sztuce, przedstawiał go artystom. Ale jeśli siostra Nica trzymała się tak dobrze, to czy Yale nie powinien jednak być w lepszym stanie? Każdy to przeżywa – stwierdziła Fiona. Jej rodzice wyrzucili Nica z domu, gdy miał piętnaście lat, ale Fiona w tajemnicy przed nimi woziła mu jedzenie, pieniądze i leki na alergię, szmuglowała je do mieszkania, które dzielił z czterema innymi chłopakami na Broadwayu, najpierw wsiadała w pociąg w Highland Park, a w mieście przesiadała się na Elkę. Mając jedenaście lat. Kiedy Nico przedstawiał Fionę, zawsze mówił: „Oto dama, która mnie wychowała”.

[...]

Kościół pachniał przyjemnie kadzidłem, ale to pewnie wszystko, co spodobałoby się Nicowi. „Prędzej padłby trupem niż wziął udział w czymś takim”, powiedział Charlie i kiedy usłyszał sam siebie, zaśmiał się słabo. Rodzice Nica wystosowali do Terrence’a ostrożne zaproszenie, mówiąc, że czuwanie będzie „właściwą porą dla przyjaciół, którzy chcą okazać szacunek Nicowi”. Czytaj: „proszę nie przychodzić do kościoła na mszę pogrzebową”. Czytaj: „w sumie to wolelibyśmy cię nie oglądać nawet podczas czuwania, ale znaj nasze dobre serce”. Terrence jednak pojawił się wczoraj w kościele, razem   z ośmioma przyjaciółmi Nica. Ci przyszli głównie dla niego, no i żeby wesprzeć Fionę, bo to ona, jak się okazało, przekonała rodziców do zawiadomienia przyjaciół; powiedziała im wprost, że jeśli tego nie zrobią, wstanie podczas mszy pogrzebowej i o wszystkim powie. Jednak wielu przyjaciół Nica odpuściło sobie czuwanie. Asher Glass oznajmił, że po przekroczeniu progu katolickiego kościoła nie odpowiada za siebie. („Zacznę wrzeszczeć o gumkach! Bóg mi świadkiem!”).

[...]

Cała dziewiątka usiadła razem w głębi kościoła, falanga garniturów na obu skrzydłach Terrence’a. Byłoby miło, gdyby facetowi Nica pozwolono wtopić się w tłum i pozostać incognito, lecz nie zdążyli jeszcze usiąść, kiedy Yale już zobaczył, jak jakaś starsza kobieta pokazuje go palcem i mówi mężowi: „Tam.  Ten   czarny dżentelmen w okularach”.  Jakby w kościele był jeszcze drugi czarnoskóry facet, z oczami bez zarzutu. Zresztą nie ona jedna oglądała się za siebie przez całą mszę z zacięciem antropologa, żeby zaobserwować, kiedy – jeśli w ogóle – czarnoskóry osobnik zacznie płakać.

[...]

Fiona chciała nabrać rodziców, podmienić prochy Nica na popiół z kominka i te prawdziwe oddać Terrence’a. Trudno powiedzieć, czy mówiła to serio. Ale Terrence nie miał dostać ani prochów, ani w ogóle niczego – poza kotem Nica, którego wziął do siebie, kiedy Nico pierwszy raz trafił do szpitala. Rodzice Nica dali mu wyraźnie do zrozumienia, że gdy następnego dnia zaczną opróżniać mieszkanie Nica, jego ma tam nie być. Nico nie zostawił testamentu. Choroba zaatakowała nagle, jej porażające skutki były natychmiastowe – z początku, przez pierwsze dni, wyglądało to na zwykły półpasiec, ale już miesiąc później przyszły tropikalne gorączki i demencja. Terrence uczył matematyki w ósmej klasie do tego lata, kiedy Nico zaczął go potrzebować na okrągło, i wtedy też się dowiedział, że sam jest zarażony. Jak teraz przeżyje tę jesień, zimę, bez Nica, bez pracy? Nie była to tylko kwestia finansowa. Terrence kochał szkołę, kochał te dzieciaki. Miał kilka wczesnych, niespecyficznych objawów, trochę schudł, nie było to jednak jeszcze nic poważnego, nic takiego, co pozwoliłoby mu przejść na rentę. Zrobił sobie test, kiedy Nico zachorował – czy z poczucia solidarności, czy po to, żeby wiedzieć, co do tego Yale nie miał pewności. Leku przecież nie było.

[...]

Przez całą jesień karbował sobie w pamięci listę regularnych ofiarodawców galerii. I teraz, żeby wyciszyć rozgwar parteru, robił to samo co często w domu, kiedy nie mógł zasnąć: wyliczał wszystkich darczyńców zaczynających się na literę „A”, potem wszystkich na „B”. Spora część tej nowej listy pokrywała się z listą osób, z którymi współpracował przez ostatnie trzy lata w Instytucie Sztuki, ale były na niej również setki nowych nazwisk – absolwenci Northwestern, typy z North Shore – które powinien natychmiast kojarzyć. Ostatnio wyliczanie nazwisk budziło w nim dziwny niepokój – sprawę otaczała nużąca aura zażenowania. Przypomniał sobie, jak miał osiem lat i spytał ojca, czy w okolicy mieszkają jeszcze jacyś Żydzi („Czy Rothmanowie są Żydami? A Andersenowie?”), na co ojciec potarł podbródek i odpowiedział: „Dajmy sobie z tym spokój, kolego. Historia nas uczy, że kiedy robi się listy Żydów, zaczynają dziać się złe rzeczy”. Ile lat musiało upłynąć, żeby Yale sobie uświadomił, że to dziwactwo typowe dla jego ojca, dla wyhodowanej przez niego odmiany nienawiści do samego siebie. Ale Yale był młody i łatwo ulegał wpływom. I może dlatego recytowanie nazwisk zaczęło go złościć.

[...]

Teddy był przeciwnikiem testów, bał się, że wyniki badań mogą zostać powiązane z nazwiskami i wykorzystane przez rząd, wykorzystane tak samo jak listy Żydów. Tak przynajmniej mówił. Może był po prostu przerażony, tak jak wszyscy. Teddy robił doktorat z filozofii na Loyoli i miał skłonność do opakowywania porażająco przeciętnych uczuć w prawdziwe traktaty. Teddy i Julian co jakiś czas spędzali noc ze sobą, ale Teddy zasadniczo dryfował między Kierkegaardem, barami i klubami. Yale zawsze przypuszczał, że Teddy ma co najmniej siedem odrębnych grup przyjaciół i ta nie zajmowała na jego liście szczególnie wysokiej pozycji. O czym mogło świadczyć jego szybkie wyjście z imprezy. Może ten pokaz slajdów to był już dla niego ten jeden krok za daleko, tak jak dla Yale’a, a może wyszedł na zewnątrz, żeby zrobić sobie rundkę po okolicy, choć Yale w to wątpił. Teddy miał do wyboru inne miejsca, lepsze imprezy.

[...]

Galeria Briggów zajmowała parter byłej jednoizbowej szkoły, którego przebudowany korytarz służył obecnie za galerię.  Ogrzewanie było kapryśne, przez ściany niosły się głosy, ale przestrzeń miała swój klimat. Miejsca było tymczasem na niewielkie wystawy, ale wszyscy żywili nadzieję, że w ciągu kilku lat zdołają wyjść z tych ciasnych murów, czyli w pierwszej kolejności (i na tym etapie dołączył do nich Yale) zdobyć pieniądze na to wyjście.  Co częściowo oznaczało pozyskiwanie funduszy, a częściowo włażenie w dupę rektorowi, radzie uniwersytetu. Za sprawą ciemnych regałów na wszystkich czterech ścianach pokój Yale’a wydawał się mniejszy niż był w rzeczywistości, ale tak właśnie najbardziej mu się podobało. Przyniósł z domu książki, kilka kartonów, ale i tak większość półek była nadal pusta. Czy raczej – zalegały na nich kurz i stare kubki po kawie. Podobno w następnym kwartale Yale miał dostać praktykanta z uniwerku, więc już wyobrażał sobie, że poprosi tego pracowitego młodego człowieka o wypełnienie półek katalogami aukcyjnymi i przeczesanie antykwariatów pod kątem porządnych dzieł o sztuce. W ramach drobnego projektu Yale zamierzał zmontować w najbliższym tygodniu swój obrotowy wizytownik i właśnie się do tego zabrał: różowe karty na ludzi z branży, niebieskie na dawnych, a zielone na potencjalnych ofiarodawców, żółte na kolekcjonerów, białe na pozostałe kontakty. Każdą kartę Yale wkręcał ostrożnie do maszyny do pisania, przepisywał adresy. Okazało się jednak, że nie jest to wcale bezmyślna dłubanina, czego się spodziewał, lecz robota o frustrującym wprost stopniu skomplikowania. Większość odziedziczonych przez niego dokumentów nie miała daty i czasem Yale nie był w stanie stwierdzić, który z dwóch adresów jest aktualny. Na jedną kartę zdążył już wstukać cztery różne numery telefonów, zanim nie wpadł na to, że mógłby po prostu zadzwonić pod każdy, przedstawić się. Ale na to było jeszcze za wcześnie, więc odłożył kartę na bok.

[...]

W samo południe, akurat w chwili, kiedy Yale uznał, że czas iść na lunch, w progu jego pokoju stanęła Cecily Pearce w towarzystwie Billa. Miała fryzurę księżnej Diany, miękką i pełną. Mimo że była od Diany zdecydowanie starsza, bo musiała mieć dobrze po czterdziestce, w perłach i tiarze mogłaby z powodzeniem robić za jej dublerkę. Ale rzeczywiście – ta kobieta miała w sobie coś przerażającego. Może za sprawą spojrzenia, którym mierzyła człowieka błyskawicznie od stóp do głów, jak dyrektorka szukająca uchybień w regulaminowym ubiorze ucznia. Panie Tishman – odezwała się do Yale’a, zbliżając się do jego biurka i wyciągając suchą dłoń. – Mam nadzieję, że jest pan jutro wolny. Tempo artykulacji miała porażające. Mogę być. O której? Przez cały dzień. I możliwe także, że przez całą noc.

[...]

Jestem w posiadaniu wielu dzieł sztuki nowoczesnej, w większości z początku lat dwudziestych. Są to obrazy, szkice i rysunki ołówkiem autorstwa między innymi Modiglianiego, Soutine’a, Pascina i Foujity [wybitni dwudziestowieczni malarze - ekspresjoniści, kubiści i fowiści – przyp. aut.].  Nie były one nigdy wystawiane i nie należały do żadnej innej kolekcji oprócz mojej; wszystkie zostały pozyskane bezpośrednio od ich twórców. Obawiam się, że nie mam na nie żadnych dokumentów, mogę jednak osobiście zaręczyć o ich autentyczności. W sumie posiadam około dwudziestu dzieł, które mogłyby Pana zainteresować, oraz nieco związanych z nimi artefaktów. Zdrowie mam słabe i nie mogę podróżować, lecz chciałabym spotkać się z kimś, kto opowiedziałby mi o tym, jaką pieczą otoczono by te dzieła. Zależy mi na tym, żeby znalazły dom, w którym będą wystawiane, doceniane i konserwowane. Zapraszam Pana do siebie, do Wisconsin, żywiąc nadzieję, że odpisze mi Pan w sprawie ustalenia daty naszego spotkania.

Z serdecznym pozdrowieniem,

Nora Marcus Lerner

Yale zmrużył oczy. „Pozyskane bezpośrednio od ich twórców” było trochę podejrzane. Artyści, których Nora Lerner wymieniła w liście, bynajmniej nie wystawali na rogach ulic i nie wciskali swoich obrazów turystom ze Stanów.

[...]

Most był obwieszony kłódkami na całej długości, lecz teraz chyba większość mostów miała tak samo. Minęła bukinistów rozkładających swoje zielone straganiki z książkami i pornografią w stylu retro. Zatrzymywała się na każdym moście, żeby ocenić, czy wygląda tak samo jak most Claire, żeby sprawdzić, czy jakaś czarodziejska siła nie zatrzymała jej tam w nieruchomym kadrze. Dzień był przepiękny, co umknęło jej uwadze. No i na Boga! – była w Paryżu. W Paryżu! Nie potrafiła jednak wykrzesać z siebie ani trochę nabożnej czci. Jej córka nadal mogła, chociaż nie musiała, mieć coś wspólnego z Kolektywem Hosanna, było też prawdopodobne, że ciągle jest na smyczy Kurta Pearce’a. Jej córka mogła, chociaż nie musiała, być matką małej dziewczynki z filmiku wideo, dziewczynki z blond lokami, takimi samymi, jakie miała przed laty Fiona. Wszystko to było dziwniejsze niż prosty fakt przebywania w Paryżu. Paryż był po prostu miastem. Życie mogło rzucić tu każdego. Ale kto potrafi przewidzieć, że jego dziecko wpadnie kiedyś w sidła sekty? Kto sobie zawczasu wyobraża, że doświadczy kiedyś tego miasta właśnie w takich okolicznościach – szukając tu osoby, która wcale nie chce być odszukana? Było bardzo możliwe, że to misja beznadziejna. Która jej próba zbliżenia się do Claire nie przyniosła efektów przeciwnych do zamierzonych? Myślała ostatnio o tamtym dniu, kiedy Claire miała siedem lat, kiedy byli na Florydzie w trójkę i siedzieli na plaży – ona i Damian jeszcze jako małżeństwo, choć były to już ich ostatnie podrygi – i Fiona oznajmiła, że pora wracać, że minął już dodatkowy czas, jaki Claire dostała na skończenie zamku. Claire wybuchnęła płaczem, a ona zamiast dać jej spokój, pozwolić jej samej to przetrawić, postanowiła ją przytulić. Córka ją odepchnęła i przebiegła dwadzieścia metrów plaży, rzucając się w płytką wodę w letniej sukience. „Niech się wypłacze”, powiedział Damian, ale Claire już się pozbierała i zaczęła oddalać się od brzegu, brnąć w ocean po uda, po pas. „Ona się nie zatrzyma”, powiedziała Fiona, a Damian się roześmiał: „Bawi się w Virginię Woolf”. I tak rzeczywiście było, więc Fiona zerwała się na równe nogi i pobiegła, dobrze wiedząc, że nie może krzyknąć, bo na sam dźwięk jej głosu Claire mogłaby się rzucić w fale.

[...]

Podał jej otwarty album. Zawsze jakoś nadrabiałem stracone lata. Nico, kręcone brązowe włosy i długie zęby, opalona piegowata twarz i oczy patrzące tuż obok obiektywu, uśmiech. Jakiś żart, skrystalizowany po kres czasu. Miała to zdjęcie, tylko powiększone i przycięte. Ta wersja miała pomarańczowy stempel: „6/6/82”; całe trzy lata do początku choroby. I pokazywała nie tylko Nica, lecz także dwóch mężczyzn po obu jego stronach. Pierwszy to Julian Ames. Piękny Julian Ames. Drugiego nie znała albo już nie pamiętała, ale przyglądając się uważnie tej twarzy, dostrzegła nad lewą brwią niewielkie i podługowate, purpurowe znamię. Boże święty – szepnęła, ale Richard wyjaśniał właśnie Serge’owi, jak się żyło w Chicago na początku lat osiemdziesiątych i że Boystown było małe, że w tamtych czasach ciągle jeszcze oscylowało między gejowskim gettem a gejowską mekką. Że nigdzie nie było drugiego takiego miejsca, ani w San Francisco, ani w Nowym Jorku. Fiona spróbowała zetrzeć znamię na zdjęciu, może to była plamka na celofanie, ale nic to nie dało.

[...]

No cóż. Zawsze może być tak, że jedzie się na próżno. Są ludzie, na których przez lata wydajemy pieniądze, i to duże pieniądze, jeśli mam być szczera, a oni w końcu i tak oddają wszystko na sterylizację kotów albo coś takiego. No dobra, w takim razie powiem tylko, że… ci artyści, których kobieta wymienia w liście? Bardzo małe prawdopodobieństwo. Zwłaszcza Modigliani. Tu się zawsze zapala czerwona lampka. Każdy myśli, że go ma, ale tak naprawdę nie ma go nikt. Hm. Cecily oderwała rękę od kierownicy, żeby przekręcić kolczyk. Ale dobre falsyfikaty kosztują majątek. Fałszerze polują na ludzi, którzy mają pieniądze do wyrzucenia.

[...]

Cecily podała jej dłoń. Była to Debra, rzeczona wnuczka kobiety; przeprosiła ich, że choć Nora już się ubrała i jest gotowa, nadal czekają na prawnika. Debra nie była ani trochę podobna do Fiony czy Nica. Czarne włosy, podkrążone oczy, cera jakby zarazem opalona i ziemista. Może to kwestia makijażu, źle dobranego odcienia pudru. Poszli za nią przez werandę do salonu, który przypomniał Yale’owi dom, gdzie jako dziecko chodził na lekcje pianina. Nora, podobnie jak jego nauczycielka muzyki, zastawiła każdy centymetr półek i parapetów starannie dobranymi bibelotami – szklanymi figurynkami, muszelkami, roślinami i portretami w ramkach. Książki sprawiały wrażenie czytanych, do kominka przylegała pełna skrzynka płyt. Oparcie kanapy było wystrzępione. To mógł być dom profesora college’u lub emerytowanego terapeuty, którego skromne dochody pozwalają zapomnieć o pretensjonalnym wystroju. Ale nie – zdecydowanie nie był to dom poważnego kolekcjonera sztuki. W drzwiach naprzeciwko pojawiła się kobieta wsparta na chodziku – to musiała być Nora; choć z jej dossier Yale wiedział, że ma dziewięćdziesiąt lat, twarz nie pokazywała więcej niż siedemdziesiąt pięć. Zanim przemówiła, jej usta poruszały się niemo przez dłuższą chwilę.

[...]

Nie muszę ich uwierzytelniać! – odrzekła Nora. Dostałam je osobiście od ich twórców. Mieszkałam w Paryżu dwukrotnie, nie wiem, czy wspominałam o tym w moim liście: od tysiąc dziewięćset dwunastego do tysiąc dziewięćset czternastego, wtedy byłam jeszcze nastolatką, a potem znów po wojnie, do tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego. Tutaj przeczekałam, aż się to wszystko skończy. Zaśmiała się krótko. I jeśli potraficie to sobie wyobrazić, byłam studentką sztuki, a do tego ładną, więc nie było to wcale aż takie strasznie trudne, żeby spotykać się z tymi artystami. Zaczęłam pozować im po wojnie... moi rodzice byliby zgorszeni, pozowanie uznawano za formę prostytucji... i większość z tych dzieł otrzymałam w ramach zapłaty za moją pracę. Mam też kilka innych, o których nie wspomniałam w liście, kilka prac, które mogą nie być warte złamanego centa. No i mnóstwo rzeczy, które zdążyłam rozdać przez te wszystkie lata. Ktoś umierał, to posyłałam wdowie jakiś szkic, tak to było… Nora przerwała, by zaczerpnąć tchu. Nie wszyscy byli geniuszami, a ja nie grymasiłam ani nie przebierałam. Ale niektórzy z nich to były już wtedy wielkie nazwiska. Och, jakże oni mnie fascynowali. Są podpisane, większość z nich. Taki stawiałam warunek. A oni nie zawsze chcieli się podpisywać, zwłaszcza na szybkich szkicach. Taka była jednak moja cena. Yale był co najmniej zaintrygowany. Nora mogła być fasadą szajki sprytnych fałszerzy (słyszał o przypadkach jeszcze dziwniejszych), mogła mieć nawet zwyczajne urojenia, sama jednak nie padła ofiarą fałszerzy.  A w tylu podobnych przypadkach tak właśnie się działo – człowiek musiał siedzieć i patrzeć, jak milioner słyszy po raz pierwszy, że jego de Chirico, którym chwalił się wszystkim od trzydziestu lat, to ordynarna podróba.

[...]

Ulewa próbowała ruszyć dom w posadach. Załóżmy, że wszystko będzie w porządku – rzekł Stanley. Czy możecie mi zagwarantować, że dzieła z kolekcji mojej klientki zajmą poczesne miejsce w waszej galerii? Że nie odsprzedacie ich nagle komuś innemu? Yale zapewnił, że dzieła będą w regularnej rotacji. Że jeśli przestrzeń galerii zostanie powiększona, wejdą w skład stałej wystawy. A zatem – odezwała się Nora i pochyliła się, by spojrzeć Yale’owi prosto w oczy, jakby zamierzała powiedzieć rzecz najważniejszą. Nie chciałabym, żebyście bawili się w wybieranie. Chcę, żebyście wystawili całą kolekcję. To tak naprawdę nie ode… Mam paru nieznanych, a szczególnie jednego, nazywa się Ranko Novak, trzymałam jego prace ze względów sentymentalnych.  Jest dobry, nie sądzę, żeby to były jakieś chałtury, ale to nie jest nazwisko. Nie chcę, żebyście wystawili Soutine’a, a Ranka zamknęli w szafie.  Wycelowała palec w Yale’a. Zna pan Foujitę? Yale mógł uczciwie przytaknąć skinieniem głowy. Rzeczywiście wiedział znacznie więcej o sztuce niż przeciętny gość od finansów, to była jego wielka zaleta.

[...]

Rzeczywistość była trochę inna, przez całą drogę do domu na zimową przerwę po trzecim semestrze studiów Yale ćwiczył w myślach, jak przekazać ojcu, że przenosi się z finansów na historię sztuki – ale tego samego wieczoru do domu zatelefonował jego chłopak i nie zorientował  się po głosie, że nie rozmawia z Yale’em, tylko z jego ojcem („Brakuje mi ciebie, bejbi”, powiedział, na co ojciec Yale’a odparł: „Przepraszam – że co?”, więc Marc, jak to on, wszystko mu wytłumaczył), no i reszta ferii upłynęła pod znakiem tylko tej sensacji, wzajemnego unikania kontaktu, spożywania odgrzewanego spaghetti bez jednego słowa. Yale zamierzał powiedzieć ojcu o profesorze, z którym mógłby od jesieni robić niezależne badania – o tym, że jego miłość do finansów jest zupełnie inna, że z takim dyplomem w kieszeni mógłby uczyć albo pisać książki czy odnawiać dzieła sztuki, a nawet pracować w domu aukcyjnym. Zamierzał mu wyjaśnić, że kiedy patrzy na Świętego Hieronima, ręce zaczynają mu drżeć i cały świat rozpada się w drobny mak – i, co ciekawe, bynajmniej nie przez słynne cienie Caravaggia, lecz właśnie przez jego   światło.   Ale   po   telefonie   Marca   cały   plan   legł w gruzach; mówienie o tym wszystkim teraz byłoby dla Yale’a zbyt wielkim upokorzeniem. Nie dość, że gej, to jeszcze gej na historii sztuki.

[...]

Ale nie, chodziło mi o to, że…, że geje… znaczy wiesz, przepraszam za to przypuszczenie, ale tak przypuszczałam, no i miałam rację, że dawniej nikt nie umiał się bawić tak dobrze jak wy. Aż wam zazdrościłam. A teraz wszyscy zrobiliście się tacy poważni i siedzicie po domach przez tę głupią chorobę. Ktoś zabrał mnie kiedyś do Baton Show. Czy Baton Club? Nieważne… No i to był naprawdę czad.

[...]

Kiedy Claire była w szóstej klasie, Fiona spróbowała sztuczki, na którą wiele lat wcześniej chciała ją wziąć matka: „No wiesz, jesteś po części Kubanką. Nie sądzisz, że hiszpański…”, ale Claire ucięła: „Jestem też Francuzką. I moje DNA jest w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach identyczne z DNA myszy. To mam się teraz uczyć popiskiwać?”.

[...]

Claire faktycznie uwielbiała przemysł filmowy. Fiona postanowiła zająć się tym później. Jest dużo bardziej prawdopodobne, że Claire maluje, niż że robi filmy – powiedziała. Jej sekta… ci ludzie byli przeciwni wszelkiej technice. Sama nie wiem. Ale ona odeszła z sekty. Arnaud zamknął laptop i wziął do ręki widelec, co miało pewnie oznaczać, że Fiona powinna mu teraz opowiedzieć ze szczegółami całą historię, którą w mailach opowiedziała jedynie w grubszych zarysach. W sumie to ja poznałam ją z tym facetem – zaczęła. Z Kurtem. Starszy od niej, można powiedzieć, że przyjaciel rodziny. Miałby teraz czterdzieści jeden lat. Mam jego zdjęcia – oznajmił Arnaud z truskawką przy ustach. Nie chciałam wcale, żeby między nimi coś zaiskrzyło, Claire spędzała po prostu lato w Kolorado, dostała pracę kelnerki, ale nie chciała tylko siedzieć w restauracji, a on tam wtedy mieszkał. To był rok dwa tysiące jedenasty, wakacje po pierwszym roku college’u. Ale nie mija wiele czasu, a ona jest zakochana, potem nie wraca na zajęcia we wrześniu, tylko zostaje w Boulder, pracuje na jakiejś farmie. A potem już nie pisze i nie dzwoni, tam nie ma telefonu, nie ma internetu, tylko zwykła poczta, więc w końcu piszę do niej list, że przyjadę ją odwiedzić, a ona mi na to, że to niemożliwe. I wtedy wpadam w panikę.

[...]

Fiona nie pamiętała szczegółów tamtej rozmowy. Przez te nerwy nic nie było jasne i choć zapytała ich o ludzi, z którymi tam żyją, bardziej od odpowiedzi zmartwił ją wygląd Claire, jej tępe spojrzenie i podrygująca stopa. Pamiętała, że powiedziała im wtedy, bez przekonania: „W Chicago też są nowe kościoły do odkrywania”, na co Kurt pokręcił głową i odrzekł: „Współczesny Kościół chrześcijański to matka wszetecznic”. Claire nie chciała z nią wracać, nie chciała nawet wsiąść do samochodu, żeby pojechać na obiad do miasta, nie chciała wziąć telefonu, by porozmawiać z ojcem, nie chciała zrobić nawet kroku bez Kurta Pearce’a. „Tak naprawdę to bezprawne wtargnięcie”, powiedział Kurt. Spokojnie, jakby to on był tutaj głosem rozsądku.

[...]

Scenografia Nica była ponura i post-apokaliptyczna. Tutaj Hamlet nie mieszkał w zamku, lecz w wąskim zaułku – wszędzie było widać schody przeciwpożarowe i kontenery na śmieci. Wszystko to było osobliwie piękne, choć może bardziej pasowałoby do West Side Story. Yale wyobrażał sobie, że gdyby Nico żył i miałby nad wszystkim pieczę, dałby pewnie więcej kolorów, świateł i grafiiti. Julian, jak zawsze, wyglądał, jakby był stworzony dla sceny. Jego ciemne włosy lśniły jak świeżo pomalowane. Yale żałował w szkole średniej, że nie ma żyłki aktorskiej. Nie chciał wyróżniać się z tłumu, ale chciał, ba, rozpaczliwie pragnął jakichś wspólnych tematów z chłopakami, którzy się zapisali i bez widocznego skrępowania śpiewali, a nawet tańczyli swoje partie w Facetach i laleczkach, w Camelocie. Ale myśl o wyjściu na scenę była przerażająca i tu nie chodziło wyłącznie o lęk przed napiętnowaniem. Yale nigdy by nie potrafił otworzyć ust przed wszystkimi. Wspomniał kiedyś o tym mimochodem psychologowi, którego widywał na uniwerku; gość od czasu do czasu sugerował, że Yale jest osobą nie tyle homoseksualną, ile po prostu samotną. „Czy w tym pragnieniu nie chodzi czasem o twoją matkę? – spytał wtedy. Czy to nie tego właśnie pragniesz, nawiązać z nią kontakt za pośrednictwem teatru?” A Yale zbył to wtedy lekceważącą uwagą, że absolutnie nie w tym rzecz. Z biegiem lat jednak nieraz się zastanawiał, czy tu nie chodzi o coś jeszcze prostszego – czy nie nosi w sobie czasem uśpionego genu aktorskiego, który może nigdy się nie uaktywni, lecz od czasu do czasu daje o sobie znać.

[...]

Rozerwał kopertę i wyjął z niej polaroidy – kilkanaście sztuk, które rozłożył na blacie. Rozmazane barwy i linie, refleksy światła. Był też list, ale ten mógł poczekać. Yale usiadł, zamknął oczy, na chybił trafił wybrał jedno zdjęcie i podniósł je, żeby obejrzeć w świetle padającym z okna. Foujita – czy raczej rzekomy Foujita, przypomniał sobie – a w każdym razie to, co zobaczył, natychmiast przypisałby właśnie jemu. Ale nigdy wcześniej tego nie widział, to nie była kopia żadnego ze słynnych dzieł Foujity. Młoda kobieta z profilu, prosty szkic tuszem, detale – włosy, zielona sukienka – wypełnione akwarelą. Czarująco niedokończona, a jednak ukazana   w pełni.  W   narożniku podpis, japońskie   znaczki i łacińskie litery. Chwilę potem uderzyły go szkice Modiglianiego. Może słowo szkice nie było właściwe; były to proste rysunki, być może studia czegoś innego, być może – o czym wspomniała Nora – forma zapłaty za pozowanie. Wyglądało na to, że wszystkie cztery zostały wykonane niebieską kredką. Trzy były podpisane. Same akty. Gdyby okazały się autentyczne, gdyby zdołali je uwierzytelnić, byłyby warte znacznie więcej niż zwykłe szkice ołówkiem, których spodziewał się Yale. Obejrzał jeszcze trzy rysunki piórkiem Foujity – kobieta w sukni, kobieta trzymająca różę na tle nagich piersi, sterta owoców – oraz obraz pustej sypialni i pospieszne studium ołówkiem mężczyzny w garniturze, które nie pasowały do żadnego z wymienionych przez Norę artystów. A kiedy chwycił zdjęcie cudownie rozmazanego Soutine’a – Boże, toż to pełen obraz, rozchwiany, dziki, od którego można było dostać oczopląsu – zerwał się na równe nogi, ale zaraz usiadł z powrotem, bo kolana odmówiły mu posłuszeństwa. Na obrazie rozpoznał tę samą kobietę, którą widział już na szkicach Foujity: blondynkę o drobnych   uszach i   małych piersiach, z psotnie uniesionym kącikiem ust. Przypuszczalnie Norę. Kiedy przekrzywił głowę, może nawet była trochę podobna do Fiony. Pomieszało mu się w głowie? Nie, ona naprawdę była podobna do Fiony. Prace Modiglianiego wyglądały zbyt abstrakcyjnie, żeby móc je skojarzyć z Norą, same ścięgna i zaostrzone owale.

[...]

Do niniejszego listu dołączam dziewiętnaście (19) zdjęć polaroidowych dokumentujących kolekcję Nory Marcus Lerner. Pani Lerner pragnie przypomnieć Panu, że zdjęcia te przedstawiają dzieła następujących artystów: Chaima Soutine’a, Amedea Modiglianiego, Jeanne Hébuterne, Tsuguharu Foujity, Jules’a Pascina, Jeana Metzingera, Siergieja Muchankina i Ranka Novaka, powstałe w okresie od 1910 do 1925 roku. Dodatkowo jedno (1) zdjęcie pokazuje zbiór korespondencji, fotografii osobistych i innych pamiątek, które Pani Lerner zgromadziła podczas swojego pobytu w Paryżu. Pani Lerner i ja z wielką radością przyjęliśmy zainteresowanie Galerii Briggów tą kolekcją. Czekamy na list od Pana.

Z serdecznym pozdrowieniem,

Stanley Toynbee, adwokat

[...]

Wszystko w porządku? – spytała. Co? A, tak. Tak. Nie, spoko, znaleźli moje papiery na lotnisku. Lecą do mnie. Tak po prostu? Wzruszył ramionami. Portfel wraca do mnie zawsze, jak bumerang. Gubiłem go już chyba ze dwanaście razy. I za każdym razem ktoś mi go oddał. To aż… niewiarygodne. Nie, dlaczego. To taki prosty test na uczciwość. Gość widzi portfel, no i się zaczyna: „Jestem dobrym człowiekiem czy złym?”. Ludzie chcą wierzyć, że są raczej dobrzy. Ci sami ludzi kradną w miejscu pracy, ale to jest spoko, no nie? Ale portfel odeślą i już nie muszą się obawiać o swoją duszę. Z tym mogła się zgodzić. Tylko skąd miał tyle odwagi? Odwagi, żeby gubić swoje rzeczy na całym świecie i ufać, że ktoś mu je odeśle?

[...]

W ciągu tamtego tygodnia Bill Lindsey codziennie zaglądał do biura Yale’a, żeby podzielić się z nim nowymi informacjami od tego czy innego eksperta od Pascina lub Metzingera, który powiedział mu, nieoficjalnie, ile mogłyby być warte opisane przez Billa dzieła. „Nie żeby mnie obchodziły te pieniądze – rzekł raz Bill – ale im dalej ta wycena wychodzi poza dwa miliony, tym lepiej się czuję”. Bill w ogóle był „miłośnikiem kartki i ołówka” – w bardzo podobnym tonie wujek Yale’a mówił zawsze o „miłośnikach cyca i dupy” – i bardziej się podniecał tymi rysunkami niż Yale, lecz szczególnie upodobał sobie obraz sypialni namalowany rzekomo przez Jeanne Hébuterne. Hébuterne, konkubina Modiglianiego, sama była artystką, ale po jej przedwczesnej śmierci rodzina nie zgadzała się na wystawianie jej prac. Uwierzytelnienie tego obrazu będzie szczególnie trudne, niewykluczone jednak, że jego obecność w kolekcji będzie przemawiać na korzyść autentyczności Modiglianich. Yale również uwielbiał tę sypialnię, jej powykrzywiane ściany i cienie. Ranko Novak i Siergiej Muchankin byli nieznani, lecz Yale trochę poszperał i dokopał się do jednego rysunku Muchankina, który nawet całkiem przypominał ten z kolekcji Nory – oba były aktami naszkicowanymi węglem – i poszedł za przyzwoitą cenę w Sotheby’s w siedemdziesiątym dziewiątym roku. Ale Bill tak czy owak był zauroczony tym Muchankinem. Jedyne rozczarowanie stanowiły dzieła Novaka, które Nora tak uparcie wciskała im na wystawę. Było ich pięć – dwa małe, surowe obrazy i trzy szkice. Kurioza bez większej wartości. Yale nie miałby nic przeciwko mężczyźnie w kamizelce w kratę, podobało mu się to, że zarysy rombów wychodzą poza ubranie i że w oczach mężczyzny widać mroczną głębię, ale Bill nie mógł na niego patrzeć, podobnie jak na drugi obraz Novaka, przedstawiający smutną dziewczynkę, i na jego szkice: na wszystkich były krowy.

[...]

Nie dane mi było pojechać do jego mieszkania. Nie było… wszyscy gdzieś poszli. I wszystko przeze mnie – przyznała ze smutkiem Fiona. Nie mogę przestać o tym myśleć. Tak strasznie jest mi przykro, Yale. Czy to przez to jesteś taki rozstrojony? – spytała Cecily. Nie, Cecily. Jestem rozstrojony, bo mam, kurwa, trzydzieści jeden lat, a wszyscy moi przyjaciele umierają.

[...]

Powód, dla którego nie znamy wszystkich nazwisk – mówił Charlie – tych wszystkich   stu   trzydziestu   dwóch   mężczyzn, którzy   zmarli   w Chicago, jest prosty; słuchajcie, połowa to żonate cioty spoza miasta, które nigdy nie wyszły z szafy. Łapią to w kiblach na dworcu, jak wszyscy wieśniacy. Lekarzowi w swojej dziurze każą, by mówił ich żonie, że mąż ma raka. W porządku, nie znamy tych gości, i jeśli o mnie chodzi, to nie mam z tym problemu. Jebać hipokrytów, mam rację czy nie? Sami we własnej sprawie głosują przeciw sobie. Ale to nie zmienia faktu, że ci ludzie umierają. Cierpienie to cierpienie. I ciągle to roznoszą. W ręku Yale’a zmaterializowało się kolejne piwo; ostatnia rzecz, której teraz potrzebował. Ludzie wokół Charliego wyglądali jak marionetki: nic tylko kiwali i kiwali głowami. Wystarczyłoby pociągnąć za właściwy sznurek, a zaczęliby bić brawo tymi swoimi kukiełkowymi rączkami.

[...]

Bo może wartościowych w ogóle nie ma – odrzekła mu Fiona. A potem dodała: Nie to chciałam powiedzieć. Serge spytał czy zaskoczyło ją to aresztowanie Kurta. Nie była pewna, ale chyba tak. W sumie to się cieszę – powiedziała. Czy to dziwne? Tak trochę jakby… jakbym poczuła jakąś satysfakcję. Że narobił sobie kłopotów. Nie żeby tylko czekała, aż Kurtowi [członkowi sekty Kolektyw Hosanna – przyp. aut.] podwinie się noga, ale chciała, żeby Claire przejrzała na oczy, żeby zobaczyła, że się związała z niewłaściwym człowiekiem.

[...]

Wrodzona cecha Marcusów, jak mawiał jej ojciec, i coś na rzeczy było – okazało się bowiem, że Claire również jest odporna na działanie cebuli. Kto wie, czy nie była to jedyna rzecz, która łączyła ich wszystkich. Nora zawsze twierdziła, że w ich rodzinie krążą dwa wyraźnie od siebie różne zestawy genów – jeden artystyczny, drugi analityczny – i albo dostaje się ten pierwszy, albo ten drugi. Było prawdą, że ojciec Fiony, który prawdopodobnie chciał pewnego dnia przekazać synowi swoją praktykę ortodontyczną, po prostu nie wiedział, co zrobić z Nikiem, i to zanim jeszcze wypłynęła sprawa jego orientacji seksualnej.  Lloyd Marcus próbował   zrobić   z   syna   szachistę, próbował    go   nauczyć   punktacji w bejsbolu. Ale Nico uparcie kalkował stripy z niedzielnego wydania gazety, rysował statki kosmiczne i zwierzęta. I to matka próbowała przypominać ojcu – bez powodzenia, jak to ona – że w końcu jego rodzona ciotka Nora jest artystką i zdaje się, że był też jakiś poeta na jednej z kubańskich gałęzi jego drzewa genealogicznego. Ale to Nora przysłała Nicowi na Gwiazdkę aparat fotogra?czny, zestaw cieniutkich pisaków artystycznych, album ze zdjęciami André Kertésza. Nora oglądała jego prace i krytycznie je komentowała. Fiona nie miała żadnych zdolności artystycznych – jej mocną stroną było tysiąc praktycznych umiejętności niezbędnych do prowadzenia second-handu – ale kiedy urodziła się Claire, kiedy w wieku pięciu lat zaczęła szkicować realistyczne podobizny koni, kiedy mając lat dziewięć, siadała i rysowała z pamięci zarysy wieżowców w centrum, Fiona zrozumiała, że jej córka jest właśnie z tych pierwszych Marcusów. Problem polegał na tym, że Nory i Nica już nie było, a o rzekomym poecie już dawno zapomniano. 

[...]

To zabawne – odpowiedział Richard. Kiedy byłem w pana wieku, zakładałem, że po pięćdziesiątce to już będzie tylko zjazd. Cóż, ageizm [dyskryminacja ze względu na wiek – przyp. aut.] to jedyne uprzedzenie, które znika samoistnie z wiekiem, prawda?

[...]

Następnego dnia Charlie zabierał swoich pracowników na coroczny lunch, po którym wszyscy mieli się rozejść na swoje zabawy sylwestrowe. Charlie i Yale postanowili jednak, że zamiast iść się bawić, pójdą odwiedzić Terrence’a, który leżał w szpitalu Masonic. Zatelefonował do nich poprzedniego dnia i powiedział, że jest gotowy na gości. Z tego wynikało, że na nowym oddziale AIDS umieli urządzać pacjentom święta, ale Terrence nie spodziewał się, żeby robili wielkie powitanie Nowego Roku, bo i tak niewielu z nich miało dożyć do jego końca. Sylwester należał jednak do ulubionych imprez Terrence’a i chciał go uczcić, jak należy. Przynajmniej na tyle, na ile mógł. Fiona zapowiedziała, że przyjdzie wcześniej, za to potem będzie musiała wrócić do rodziny, w której zajmowała się dziećmi, by ich rodzice zdążyli jeszcze gdzieś wyjść.  „Wy też   macie   być, chłopaki   –   przykazał    im   Terrence. Niekoniecznie o północy. Ale chcę mieć swojego sylwestra”. Yale tęsknił do porządnej zabawy, żeby się najzwyczajniej w świecie odstresować – i uznał, że lunch z pracownikami Charliego chyba da się podciągnąć pod tę kategorię. Lubił ludzi z „Out Loud Chicago”. Teraz pobawią się z nimi i na trzeźwo pójdą wieczorem do Terrence’a. W drodze do domu będą obchodzić kałuże wymiocin.

[...]

Teddy zapalił kolejnego papierosa. Powiedział, że Julian nie zamierza brać żadnych antybiotyków, żadnych   witamin, nic, nawet enzymów z papai, o których mówił Terrence. No i jest jeszcze to połączenie dwóch dragów z Meksyku. Znam gościa, który to sprowadza. Ale Julian nie chce. Odniosłem wrażenie, że Julian wierzy, że lada chwila wynajdą na to lek – powiedział Yale. Wiara to bardzo kruche naczynie – odparł na to Asher, który balansował na wychylonym do tyłu krześle i Yale ciągle się bał, że Asher upadnie na plecy.

[...]

Nie możecie tu przyjeżdżać i jej [Nory Marcus Lerner, właścicielki cennych obrazów i szkiców z początku dwudziestego wieku – przyp. aut.] nękać. Proszę wybaczyć. Nie mieliśmy numeru telefonu, a wiem, że pani Nora chciała poznać dyrektora galerii. Jest nim Bill Lindsey – tu Bill skinął głową – i wzięliśmy ze sobą także jednego z naszych doktorantów. Yale mówił za szybko. Frank Lerner zmierzył ich wzrokiem od stóp do głów i Yale nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić, co o nich teraz myślał: trzęsące się pedały w eleganckich płaszczykach i szalikach, każdy w innym wieku.

[...]

Ale pozwólcie, że opowiem wam o jej ojcu, a synu Nory. O Franku. Stanley rozparł się na biurowym krześle, które było dla niego za małe. Urodziła go w wieku trzydziestu dwóch lat, co… sami wiecie, w tamtych czasach to było o wiele za późno na pierwsze dziecko. I zarazem jedyne. Nora ma wyrzuty sumienia, że to przez nią wyrósł na tyrana. Doszedł do niezłych pieniędzy i uważa się za konesera win. Za enofila [miłośnik win – przyp. aut.]. Znaliście takie słowo? Ja właśnie poznałem. Córka dała mi na Boże Narodzenie kalendarz ze słowami dnia. Poklepał mały bloczek papieru zamocowany w plastikowym stojaku na swoim biurku, obrócił go w ich stronę. Tym razem słowem dnia był „antenat”. Tak, to wielki enofil – zarechotał Stanley. Brzmi jak zboczenie, co? Ale zmierzam do tego, że Frank nie umrze z głodu, jeżeli Nora odda wam swoją kolekcję. Jeszcze pięć czy sześć lat temu nawet o niej nie wiedział.

[...]

Yale nigdy nie potrafił przyjąć szczęścia za dobrą monetę. Obawa przed tym, że ktoś chce mu zrobić kawał, sięgała korzeniami co najmniej szóstej klasy, tamtego dnia, kiedy na szkolnej tablicy ogłoszeń zawisła lista przyjętych do drużyny koszykówki, a kolega Yale’a z klasy dopisał jego nazwisko, starannie podrabiając podpis trenera. Yale zjawił się na treningu zupełnie nieświadomy, że robią go w balona, i na jego widok trener bez cienia złośliwości w głosie spytał: „Panie Tishman, a pan co tu robi?”. Stojący za nim członkowie drużyny zwijali się i krztusili ze śmiechu, klepiąc się po plecach.  Trener zadał im za karę kółeczka, a Yale’owi zaproponował, że mógłby zostać kierownikiem technicznym zespołu. Nie był jednak zdziwiony, że Yale nie przyjął propozycji. Potem przyszło kolejnych siedem lat nauki i tysiące drobnych okrucieństw, tysiące wabików prowadzących do pułapek. I przez cały ten czas Yale próbował, beznadziejnie próbował nabić w butelkę wszystkich dokoła w tej najważniejszej ze wszystkich spraw, wierząc – bez nadziei na sukces – że dadzą się nabrać na jego udawane durzenie się w Helen Appelbaum, na pożeranie wzrokiem dziewczęcej drużyny siatkówki.  Ale nie dali się nabrać i Yale zrozumiał, że już zawsze tak będzie: że to on będzie robiony w konia, nigdy oni. I to właśnie stąd wzięły się jego podejrzenia na tamtej imprezie w dniu pogrzebu Nica, że padł ofiarą zorganizowanej szydery. I kto wie, czy nie z podobnych powodów Charlie obawiał się tamtej nocy i gorszych rzeczy. Charlie miał jeszcze trudniejszy okres dorastania; wiadomo, jakie w tej Anglii mają szkoły. Ale był już dorosłym człowiekiem i nawet jeżeli świat nie zawsze był dla niego dobry, Yale przypominał sobie, że teraz może ufać własnym zmysłom.

[...]

Kiedy po skończeniu szkoły średniej przenosiła się do miasta, Nico miał już swoje mieszkanie, ale wielu z chłopaków z tamtego okresu wciąż się kręciło w jej polu widzenia, wciąż nazywało ją Sroką Złodziejką i uwielbiało opowiadać przy niej całą historię tamtych czasów. „Ta dziecina to był prawdziwy Robin Hood!”, mówili wtedy. James, Rodney, Jonathan Bird. Prawie nie pamiętała Jonathana Birda, poza tym, że to on umarł pierwszy. Było to tak dawno, że nie umarł na AIDS, bo wtedy jeszcze ten akronim nie istniał; Jonathan zmarł na GRID. Pierwsza litera oznaczała „geja”, resztę zdążyła wyprzeć ze świadomości. Jednego dnia Jonathan był zdrów jak ryba, następnego dnia zaczął kaszleć, tydzień później wylądował w szpitalu, a dzień później już go nie było. Nigdy wcześniej nie przyszło to Fionie do głowy, dopiero teraz – kiedy trzymała się kurczowo zimnej balustrady na paryskim moście – że matka mogła cały czas wiedzieć, gdzie jej córka znikała w te wszystkie weekendy, przez te wszystkie lata. Kiedy Fiona była już starsza i skauting przestał być wiarygodnym pretekstem do   wyjścia z domu, wymyślała   bajki o wrotkowych imprezkach, o wspólnych sesjach rycia na sprawdziany i testy. Może matka zostawiała swoją portmonetkę na wierzchu nie bez powodu. Kiedy Fiona wykrzyczała na wiatr imię swojej córki jeszcze jeden, ostatni raz, kiedy miasto odesłało jej głos z powrotem przez wilgotne powietrze, Fiona przypomniała sobie, że gdy byli dziećmi i bawili się przed domem, matka bez przerwy przywoływała Nica. Czy kiedykolwiek przestała go przywoływać? Czy kiedykolwiek przestała podrzucać drobne tam i siam – w nadziei, że w końcu trafią do jej chłopca?

[...]

Rysunki i szkice znajdowały się w – pożal się Boże – dwóch już kruszejących szarych kopertach. Pod nimi, zupełnie niezabezpieczona, leżała akwarela Foujity, Nora w zielonej sukience. Yale szacował jakość papieru, zniszczenia, rozdarcia. Nie był ekspertem, ale na jego oko wszystko miało odpowiedni wiek i wyglądało na przyzwoicie zachowane. Obrazy olejne, które Nora przypisywała Hébuterne i Soutine’owi, oraz dwa Novaki były zrolowane i zabezpieczone gumkami recepturkami.  Bill zsuwał je powoli i równo, co Yale’owi przypominało ostrożne rozwijanie prezerwatywy. Bill poprosił o pomoc Romana i cztery opięte rękawiczkami dłonie w przerażająco spowolnionym tempie rozwinęły płótno i trzymając je za cztery rogi, przyłożyły do blatu. Hébuterne, sypialnia. Cholibka, jakby mnie ktoś otwierał, wiecie? – odezwała się Nora. Strasznie dziwne uczucie. Pochyliła się, żeby spojrzeć na obraz. Yale słyszał jej świszczący oddech, szybki i gruby. Nie potrafił natomiast odczytać reakcji Billa, a nie chciał powiedzieć czegoś nie na miejscu – a jeśli Bill już widzi, że to akryl, a nie olej, że to nie może być autentyk? – coś jednak należało powiedzieć. Pani Noro – wymyślił w końcu – jesteśmy pani ogromnie wdzięczni. Bill kiwnął na Yale’a, żeby się zamienili, żeby teraz Yale przycisnął dwa rogi   obrazu   do   blatu, a   sam   odstąpił   trochę, by   obejrzeć   płótno z dystansu. A potem westchnął – i było to westchnięcie jak po udanym seksie, westchnięcie wyrażające nadzwyczajne spełnienie. Ha, podobał mi się ten odgłos – stwierdziła Nora. Są fenomenalne – orzekł Bill.

[...]

Bill szybko przerzucił obrazy Novaka – mężczyzna w kraciastej kamizelce był mniejszy, niż Yale go sobie wyobrażał, wielkości kartki z notesu, za to smutna dziewczynka była ogromna – i zatrzymał się na dłużej przy portrecie Soutine’a. Muszę się wam przyznać – odezwała się Nora – że ten mu ukradłam, dlatego nie jest podpisany. Chciał go spalić razem z całą masą innych portretów. A to przecież ja! Nie mogłam dopuścić do tego, żeby mnie spalił! Straszny był z niego dziwak. Po obrazach Bill nie potrzebował już nikogo do rozkładania płócien; pozostałe dzieła były   płaskie.   Wyjmował   szkice   z   szarych   kopert z ostrożnością chirurga podczas operacji. Yale odsunął się od stołu, ale nie zdjął jeszcze białych rękawiczek. Jak Myszka Miki albo jakiś lokaj. Bill spytał Norę o datowanie niepodpisanych prac. Będę się musiała porządnie zastanowić – odparła. Prace Ranka są najwcześniejsze. To jedyne przedwojenne. Tysiąc dziewięćset trzynasty, powiedziałabym. Oczywiście oprócz tego portretu z kamizelką! Nikt nie nosił takiej kraty przed wojną! Roześmiała się, jakby stwierdziła właśnie rzecz oczywistą. Bill skinął głową z zakłopotaniem.

[...]

Przy stole zrobiło się głośno z powodu napisu na drugiej stronie jednego szkicu, który po kolei obracano i trzymano parę centymetrów nad blatem. Miała niewiarygodne życie – wyszeptała Debra.  Umieram z nudów i rezygnuję z wolności, żeby się nią zajmować, a ona? Swoje szalone lata przeżyła w Paryżu, gdzie zadawała się z takim Monetem, rozumie pan? I mogła mi dać choć trochę tego wszystkiego. Ale nie. Yale spojrzał na nią inaczej niż do tej pory – cały czas myślał, że Debrze chodzi wyłącznie o pieniądze, a tu, jak się okazuje, może to wcale nie było tak.

[...]

Yale pomógł jej rozłożyć biżuterię na niezajętym narożniku blatu. Naszyjniki i kolczyki Nory fascynowały go prawie tak samo jak jej dzieła sztuki. Nie lśniły od drogich kamieni, ale wszystko było w stylu art déco, eleganckie i bijące po oczach, jakby żywcem wyjęte z grafiki Ertégo [właściwie Romain de Tirtoff - rosyjski malarz, grafik, projektant mody i ilustrator, przedstawiciel stylu art déco – przyp. aut.]. Yale patrzył, jak Debra wybiera kosztowności, w których nawet nie potrafiłby jej sobie wyobrazić. Grzebień z motywem słońca, kolczyki w kształcie żyrandola, broszka skarabeusz. Był też naszyjnik z kamieniem wyglądającym na prawdziwy szmaragd; Yale nie znał się na tym, ale przełożył go na jej kupkę rzeczy do zabrania.

[...]

Ten tutaj – zaczęła Nora – jest podpisany, sami widzicie, „Fou-Fou”, i jestem pewna, że domyślacie się, że chodzi o Foujitę, ale popatrzcie tu. Pokazała im małego kudłatego szczeniaczka przy podpisie. Tego byście nie wiedzieli, bo nazywał mnie „Nora Inu”, a tak Japończycy mówią na wałęsające się po polach psy. To mu się szalenie podobało, że jestem takim bezpańskim psem, który znalazł sobie miejsce dopiero za oceanem. Nie brzmi to pewnie szczególnie pochlebnie, ale nie dla mnie. Zdumiewające – rzekł Yale, napotykając roziskrzone spojrzenie Billa. Te… te wszystkie detale będą moim zdaniem bardzo pomocne przy uwierzytelnianiu.

[...]

Przepraszam – powiedział. Przepraszam. Nie mogę przestać być dziennikarzem. Ale też, wiesz… to chyba taka sprawa, o której trzeba by pogadać? Jakoś to przepracować? Przepracowuję to od trzydziestu lat – odparła. Przepracowuję to od czasu, kiedy ty oglądałeś w piżamie kreskówki w niedzielne poranki. Mam terapeutkę specjalnie od tych spraw. Nie potrzeba mi dziennikarza. Ale nie kochasz się ze swoją terapeutką. No…, chyba że?  Bo mówię serio, że po seksie to co innego. Pewnie dlatego Freud brał wszystkich do łóżka. To Freud spał ze swoimi pacjentkami? Tak myślę.

[...]

Kiedy na wiosnę poszli razem zrobić ten test, Yale wyobrażał sobie, że gdyby się okazało, że są zakażeni, padną sobie w ramiona i zaczną płakać, a potem pójdą na miasto do dobrej restauracji i będą żartować, że trzeba się roztyć, że zamówią butelkę najdroższego wina i że to będzie dla nich przerażająca noc, ale że będą szli do końca razem. Doktor Vincent przed testami wziął ich na rozmowę. „Porozmawiajmy o tym, co będzie dla was oznaczał wynik dodatni”, powiedział i wytłumaczył, że wszystko przebiega lepiej, kiedy człowiek zawczasu, na spokojnie, przemyśli swoje reakcje i opinie na ten temat. „U kogo szukalibyście wsparcia?”, spytał. Wskazali nawzajem na siebie. Charlie dodał jeszcze: „Mamy również krąg bliskich przyjaciół. I moją matkę”. I nagle Yale poczuł, że wszyscy ci ludzie znikają z jego życia jak zjawy. Jeżeli Yale nie będzie miał Charliego, nie będzie też miał Teresy. Ani wspólnych przyjaciół, którzy na samym początku byli przecież przyjaciółmi Charliego. Yale był przekonany, że Charliego już nie ma. Charlie najwyraźniej wolał Juliana. I kto wie, co jeszcze chodziło mu po głowie.

[...]

Tymczasem Bill stanął za Richardem, który z powrotem zakładał białe rękawiczki, szykując się do wyjęcia z teczki krów Ranka Novaka. Tego nie – szepnął mu do ucha. I bynajmniej nie dlatego, że nie było na świecie eksperta od Novaka, któremu można by wysłać fotografie tej pracy. Temu artyście Bóg poskąpił talentu. Szkice krów nie były złe, ale wszystkie trzy wyglądały niemal identycznie i zdawały się zbyt uładzone i  zbyt proste, jak obrazki z dziecięcej książeczki o rysowaniu zwierząt. Mimo to Yale nie do końca potrafił zrozumieć niechęć Billa do nich. Ale cóż, chyba jeszcze nigdy dyrektorem galerii nie został egalitarysta. Richard wzruszył ramionami, przekartkował ostrożnie do pierwszego szkicu Metzingera. Allen był wyraźnie zakłopotany, podrapał się za uchem. Wiecie, o czym właśnie pomyślałem? – odezwał się. O tych fałszywych głowach, które znaleźli w rzece. Dwa lata wcześniej w wakacje kilka osób przeszukało dokładnie pewien kanał we Włoszech w nadziei na odszukanie rzeźbionych głów, które młody Modigliani miał w nim utopić, kiedy dzieła zostały surowo skrytykowane przez jego przyjaciół. Wyłowiono trzy głowy i szybko wystawiono, lecz kilka   tygodni   później   zgłosili   się jacyś   studenci i przyznali się, że to oni dla kawału wyrzeźbili te głowy i wrzucili je do rzeki. Bill wziął list, który przed chwilą czytał Roman, odłożył go na stertę i położył na niej dłoń. To prawda, że mamy tu teraz wojnę nerwów, poprzeczka jest ustawiona wysoko, zwłaszcza w przypadku Modiglianiego. Ale słuchajcie, jesteśmy co do tej sprawy absolutnie pewni. Sęk w tym, że uwierzytelnienie może zająć lata. Więc czemu nie zacząć działać już teraz?

[...]

Fiona wyobrażała sobie, że będą się włamywać do mieszkania Kurta głęboką nocą, a przynajmniej po zmroku, ale to przecież nie miało sensu. Musieli to zrobić, kiedy on i jego żona będą w pracy. Zakładała też, że konsjerżka będzie chciała mieć na nich oko i pilnować, by niczego nie ukradli, a jednak nie, wręcz przeciwnie – ważniejsze, żeby nie było jej na miejscu, żeby nie można jej było w tę sprawę później wmieszać. Fiona wpatrywała się w każdą mijaną twarz, tym razem jednak nie szukała Claire – sprawdzała, czy gdzieś nie zobaczy Kurta, czy nie będzie musiała szybko zanurkować za plecy Arnauda, zarzucić sobie włosy na twarz. Proszę się uspokoić – upomniał ją Arnaud. Ha. Łatwo panu mówić. Ale spróbuję. Z początku dzielnica sprawiała wrażenie pretensjonalnej, lecz im dalej szli, tym ulice – pełne zarówno kebabowni, jak i tęczowych ?ag – stawały się coraz bardziej obskurne. Przy bocznej uliczce, w którą właśnie skręcili, było coś na kształt seksklubu, a może salonu striptizu. Fiona nie do końca zrozumiała napisy na szyldach, ale ogólny klimat się zgadzał. Arnaud zatrzymał się przy kiosku z gazetami i kupił „Le Monde”.

[...]

Kolega Terrence’a ze szkoły odczytał wiersz, na którym Yale zupełnie nie mógł się skupić. Kapłan poprowadził wspólną medytację. Asher, który miał klasycznie wyszkolony baryton, zaśpiewał Pie Jesu z nowego requiem Webbera – pieśń, którą Yale słyszał jedynie na sopran, co nie miało w sumie znaczenia, bo zawsze mówił, że Asher ma w krtani żywą wiolonczelę. Yale, nie bardziej katolicki od Ashera, rozkoszował się teraz łaciną, jej czystymi, liturgicznymi samogłoskami, staccato „Q” i „C”. To nie była zwykła lamentacja; to był emocjonalny magiel. Yale czuł się jak wyżymana nad zlewem szmata. Nie patrzył na Charliego. Słyszał jego oddech, słyszał, jak wydmuchuje nos. Na czuwaniu przed pogrzebem Nica trzymali się za ręce. Spojrzał natomiast za siebie. Siedmioro nastolatków bez rodziców. Yale wyobrażał sobie, że to uczniowie Terrence’a, którzy skądś się dowiedzieli. Za nimi siedzieli Teddy i Richard. Teddy bębnił lewą dłonią o oparcie krzesła. Na samym końcu kilka osób z rodziny. A przynajmniej Yale tak przypuszczał. Wysoki młodzieniec, zdumiewająco podobny do zmarłego, trzy młode czarnoskóre kobiety. Nikt nie był w wieku jego rodziców, za to jedna kobieta mogła być babcią Terrence’a. Kiedy było po wszystkim, Yale i Charlie wyszli razem i po kolei przytulili Fionę. Po drugiej stronie holu Yale dostrzegł Juliana. Nie widział go w kościele; teraz Julian stał przy wieszakach, szkliste oczy miał szeroko otwarte. Schudł. Yale nie przypuszczał, że to przez wirusa; prawdopodobieństwo, że Julian zachorował zaraz po tym, gdy się dowiedział o wynikach testu, były znikome.

[...]

A ja myślę, że ta twoja cienka autoanaliza jest gówno warta! Myślę, że właśnie chciałeś zachorować! – Yale już krzyczał, ale miał to gdzieś. Pytanie tylko dlaczego, na to jednak musisz sobie już sam odpowiedzieć. Może nienawidzisz samego siebie. Może nienawidzisz mnie. Może chcesz być w centrum uwagi. Nie istnieje żaden dobry powód, co? Kiedy wiesz, jakie jest ryzyko. Nie jesteś naiwny. Przecież jesteś gumowym królem Chicago, do chuja!

[...]

Fiona w dorosłym życiu poświęcała zdecydowanie za dużo czasu na snucie dwóch niezależnych   fantazji.   Jedna   z   nich, żywa   zwłaszcza w ostatnich latach, wiązała się z chodzeniem po Chicago i ćwiczeniem się w odtwarzaniu miasta z roku osiemdziesiątego czwartego, osiemdziesiątego piątego. Fiona zaczynała od wyobrażania sobie brązowych aut na ulicach. Brązowe auta z odpadającymi tłumikami parkowały na grubość lakieru.    Zamiast Gapa był Woolworth’s z długachną ladą, gdzie sprzedawali lunch.  I Wax Trax!  Płyty z muzyką w tym samym miejscu, gdzie teraz jest klinika dentystyczna. Kiedy już zdołała sobie to wszystko wyobrazić, przed oczami jej duszy na chodnikach stawali od razu jej chłopcy w kurtkach pilotkach, wołali na siebie i biegli   do   przejścia, żeby   zdążyć   jeszcze na zielone.  Gdzieś w oddali widziała też Nica, szedł właśnie w jej stronę. W drugiej fantazji Nico był cały czas przy niej i nie mógł się nadziwić, do czego służą te wszystkie diabelstwa. Był Ripem Van Winkle’em, a ona miała mu objaśniać współczesny świat. Robiła to na lotnisku w Chicago, kiedy tu leciała. Choć była zaabsorbowana Claire i myślała tylko o tym, żeby dostać się do Paryża, nagle zobaczyła obok siebie Nica na ruchomym chodniku, gdy przejeżdżała obok reklamy „Firewalla w chmurze”. I jak mu to wytłumaczyć, od czego w ogóle zacząć, dlaczego chmura powinna być zabezpieczona przed ogniem? A skoro już Nico pojawił się w jej myślach, nie odstępował jej na krok w całym terminalu – zamawiał z nią jedzenie na iPadzie przy ladzie   pizzerii, podskakiwał   ze   strachu przy toalecie z   automatyczną   spłuczką, czytał   pasek na   kanale   wiadomości   CNN i spytał, co to takiego ten bitcoin. Spytał, dlaczego wszyscy gapią się w kalkulatory. „Ty żyjesz w przyszłości – wyszeptał w końcu. – Sroka, tak wygląda przyszłość”.

[…]

Przykro mi, że tak to wyszło – mówił [Kurt – przyp. aut.] dalej. Był taki czas, że totalnie mi odwaliło. Ale teraz wszyscy są zadowoleni. Jest nam wszystkim dobrze. Ej, co ci się stało w rękę? Czy one są tutaj, w Paryżu? Tyle mogę ci powiedzieć, że są całe i zdrowe. Ale co do reszty... to nie moja rola, żeby z tobą gadać. I tak mam szczęście, że było mi dane wrócić do ich życia. Mam szczęście, że Claire się na to zgodziła. Fiona sama nigdy nie liczyła na nic więcej – żeby tylko Claire pozwoliła jej wrócić. Nie odwaliło jej tak totalnie jak Kurtowi – w każdym razie nie była aresztowana – ale może za to odwalało jej dłużej. I może trudniej wybaczyć własnej matce niż swojemu facetowi.  Fiona zawsze sądziła, że z biegiem czasu Claire będzie lepiej rozumieć jej matczyne ułomności – że dorosła kobieta potrafi spojrzeć na romans matki (taki pospolity błąd!) zupełnie inaczej niż dziecko. Czyż Claire nie powinna już teraz rozumieć, jak głupie potrafi być serce człowieka?

[…]

Bo ona tego chciała! Bo... na początku bardziej zależało jej na nich niż na mnie, i to bez dwóch zdań. Gdybym kazał jej wybierać, z góry wiedziałem, jaka będzie odpowiedź. To nie byłbym ja. Fiona zerknęła na Jake’a, który nadal stał nieruchomo pod ścianą. To, co Kurt gadał, było zupełnie bez sensu. To przecież ty mieszkałeś w Boulder – powiedziała. – I to ty ich znalazłeś... tę sektę. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Na kuchni w restauracji, gdzie pracowała, Claire spotkała takiego jednego gostka i wiedziałem, że pary z nich nie będzie, bo gość miał tragiczną cerę i wyglądał, jakby go głodzili, ale zaprosił ją na imprezę do tego ich obozu i wzięła mnie tam ze sobą. Dla mnie cała ta heca to była jedna wielka beka. Tamburyny i bębny, aha, wszystko jasne. No i była taka dziewczyna, Ryba na nią wołali, mówię to z ręką na sercu, no i ta Ryba przyssała się do Claire i nadawała jej całą noc. Mnie dali tę swoją herbatkę, ale czymś ją zaprawili. Alkoholu nie uznawali, ale człowieku, mówię ci, herbatki chrzcić to oni   umieli.  No i skończyło się to tak, że zostaliśmy u nich i spaliśmy na podłodze.  I nic ci nie podpadało, myślałeś, że żyją tam sobie na zupełnym luziku, aż nie wbili w ciebie szponów. Claire chciała wracać, powtarzała to codziennie. Pod koniec miesiąca kończył jej się najem i mogła stracić mieszkanie, no to jej mówię, żeby przeniosła się do mnie, ale wtedy ta Ryba jej powiedziała, że mają wolny pokój i że możemy w nim zamieszkać, ona i ja. I to naprawdę... no serio, mnie to też zaczęło brać po pewnym czasie, nie mówię, że nie, już oni to potrafią, ale to Claire wciągnęła mnie do tej Króliczej Nory. I nie mówię tego dlatego, żebym chciał robić tu z siebie niewiniątko.

[…]

Teraz Fiona była gotowa, żeby o to zapytać. Dlaczego wybrali ją? Skąd wiedzieli, że z nią się uda? Bo możesz spróbować z setką osób i dziewięćdziesiąt dziewięć nie pójdzie na to. Kurt wzruszył ramionami. Chyba mają to wyćwiczone. Słuchaj, skoro już tak bardzo chcesz psychologizować, to wiesz... ona już wcześniej miała pociąg do starszych facetów, zgadza się? Szukała wzorców rodzicielskich. Fiona chciała, żeby powiedział to na głos – żeby go mogła za to znienawidzić. Damian był z nią przez kawał jej życia. Ty zresztą też byłeś dzieckiem rozwiedzionych rodziców, i to w czasach, kiedy nie było to aż tak powszechne.  I to wcale nie znaczy, że do końca życia będziesz nosił w sobie jakąś ranę.

[…]

Bill zaparkował tuż przed klubem. Nie wydawał się tym wcale zażenowany, mówił tylko szybciej niż zwykle. Patrz! – rzekł i cisnął mu na ręce ogromne tomiszcze. Yale położył księgę na masce samochodu. Pascin: Catalogue raisonné: Peintures, aquarelles, pastels, dessins [z fr. - Pascin: Katalog uzasadniający: Malarstwo, akwarele, pastele, rysunki – przyp. aut.]. Tom drugi. Strona sześćdziesiąta – poinstruował go Bill. I powiedz mi, co widzisz. A niech mnie. Kobieta na krześle, kaskady blond włosów z przedziałkiem mocno przesuniętym w bok, spływająca z ramion koszula nocna zebrana na udach w fałdy. Poza była ta sama jak na rzekomym studium Pascina z kolekcji Nory. Ta sama twarz. Jedyna różnica polegała na tym, że tu kobieta była ubrana. Rewelacja – sapnął Yale. Aż miał ochotę się roześmiać. Że ma takie szczęście wyłącznie w pracy. Mogę ją o to spytać – dodał po chwili. Zabiorę tę cegłę ze sobą, kiedy tam pojadę.

[…]

Co za rzadki widok! – powiedział głośno. Yale tutaj, w slumsach Dalekiego Południa, bratający się z typami mojego pokroju! Musiałem po prostu gdzieś się zahaczyć. Richard skinął głową, jakby wszystko rozumiał. Muzea powinny być otwarte przez całą noc, właśnie z tego powodu. Mógłbyś sobie pospacerować po Muzeum Historii Naturalnej. Nikt nie śmiałby cię molestować przed sarkofagiem.

[…]

To nie jest tak, Teddy, on nie jest chory, ma tylko wirusa. I wiesz, jak go złapał? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Bo zaraz pojawi się osąd i wina, a ja nie chcę mieć z nimi do czynienia. Czyli co, będziemy teraz robić drzewko zakażenia?  Grafik?   Daj   spokój.   Każdy   musiał   złapać   to   od   kogoś. A wszyscy złapaliśmy to od Reagana, tak czy nie? Jak mamy już kogoś obwiniać, to bądźmy kreatywni i zrzućmy to na ignorancję i zaniedbania jebanego Reagana. Zrzućmy to na Jessego Helmsa. No i nie zapominajmy o papieżu. Ja wiem jedno. Wiem, że twój partner... jak długo jesteście razem, pięć lat?... sra ze strachu dalej niż widzi, a ty uznałeś, że właściwą reakcją będzie odwrócenie się od niego i zostawienie go samego z przerażoną matką, a potem jeszcze zjebanie go jak psa na pogrzebie przyjaciela.

[…]

Jakiś czas temu Yale zakreślił w swoim kalendarzu dwudziesty szósty stycznia – nie pamiętał, żeby to robił, co znaczy, że prawdopodobnie był pijany – i w ciągu minionych tygodni przeliczał to jeszcze kilkakrotnie. Tego dnia był dwudziesty siódmy. Dwanaście pełnych tygodni i jeden dzień od pogrzebu Nica i imprezy u Richarda. Jeśli to rzeczywiście była ta noc, kiedy Charlie został zarażony, Yale mógł się zarazić niedługo potem. Mógł zaczekać do końca marca, kiedy upłyną trzy pełne miesiące od ostatniego razu, gdy kochał się z Charliem albo mógł nacisnąć spust już teraz. Ponieważ nawet   jeśli   zaraził   się   dopiero   ostatnim   razem, to w osiemdziesięciu przypadkach na sto – jak mu powiedziały w dwie różne noce dwie różne osoby z gorącej linii kliniki Howarda Browna – pierwsze przeciwciała już by się pojawiły. Poza tym niektórzy lekarze uważali, że do transmisji wirusa dochodzi najczęściej tuż po zakażeniu – o czym dowiedział się z kilku dobrych artykułów z tygodnika skurwiela, który prawdopodobnie go zamordował.

[…]

Yale spytał go, czy nadal uważa się za mormona. Roman się skrzywił, nie wiedział, co odpowiedzieć. Bardzo trudno jest od nich odejść. To trochę tak, jakbyś próbował się wypisać z Reader’s Digest. Ha! Przysyłają ci kupony? Mowa. Jedenaście lat poczucia winy za jednego dolara. Na pytanie Yale ‘a, czy Roman byłby skłonny opuścić swój Kościół, ten tylko wzruszył ramionami. Z pewnymi rzeczami mam problemy – stwierdził i Yale uznał, że nie będzie go dłużej cisnął. Pamiętał, jak to jest, kiedy ktoś podejrzewa cię o coś, do czego sam nie jesteś w stanie się przyznać nawet przed samym sobą i nie chciał chłopakowi fundować tego uczucia. Kiedy był nastolatkiem, mieli w sklepie kasjerkę, starszą kobietę, która patrzyła na niego z największym politowaniem. Yale zawsze bił się tam z myślami – czy jak kupię gumę do żucia, to nie będę wygląda jak gej? – i w końcu wynajdywał jakiś pretekst, żeby pojechać do sklepu dziesięć kilometrów dalej na południe. I był też pan Irving, doradca zawodowy, który pewnego dnia, marszcząc mocno czoło, spytał ostrożnie, czy Yale nie chciałby poszukać sobie college’u, w którym panuje „bardziej kosmopolityczny klimat”. Przyklejona przez te dwie osoby łatka doskwierała mu bardziej niż krytyka rówieśników, którzy nazywali go po prostu „pedałem” i podrzucali mu do szatni podpaski. Bo takie rzeczy zdarzały się też innym dzieciakom. Każdy mógł się spodziewać, że jego gacie wylądują w basenie, że dzień w dzień będzie musiał korzystać z podręcznika chemii, który został kiedyś porządnie oszczany. Dorośli patrzą z politowaniem wyłącznie na prawdziwych pedałów.

[…]

[Ranko Novak – przyp. aut.] Był Serbem – powiedziała [Nora – przyp. aut.]. Ale urodził się w Paryżu, tam się wychował. To Roman miał robić notatki, ponieważ jednak był zajęty, Yale chwycił jego notes. Powietrze miało teraz mocno miętowy, przyjemnie antyseptyczny zapach. Chodziliśmy do różnych szkół – ciągnęła. Mój ojciec był Francuzem i kiedy zdecydowałam się na studia, ojciec potraktował to poważnie i uznał, że nie ma sensu, bym studiowała w Filadelfii. Mówiła szybko, lecz między zdaniami robiła przerwy – jak pływak wynurzający się z wody, żeby nabrać powietrza. Wielką paryską szkołą, jak pan zapewne wie, była École des Beaux- Arts, ale oni nie przyjmowali kobiet, a nawet gdyby, tam już za mocno trąciło myszką. Napisałam do dwóch innych szkół, w tym do Académie Colarossi. I – roześmiała się – powiem panu, co mnie najbardziej urzekło: nie mieli nic przeciwko temu, żebym malowała nagich modeli. Wie pan, to właśnie był pretekst w większości szkół, by nie przyjmować kobiet. Nie możemy mieć tu kobiet, tu są nadzy mężczyźni! Tak więc los zadecydował, że miałam pójść do Colarossiego... Nora przeliterowała mu nazwę, bo choć Yale ją znał, był jeszcze dwa zdania do tyłu – i ojciec zawiózł mnie do Paryża. Był rok tysiąc dziewięćset dwunasty, miałam wówczas siedemnaście lat. Miałam zamieszkać z ciotką ojca, Tante Alice. Była to kobieta bardzo leciwa, która nie wstawała już z łóżka. W ryzach miała mnie trzymać jej pielęgniarka, ale biedna kobieta nie miała na to żadnego pomysłu. Rano robiła mi tost i do tego sprowadzał się cały jej nadzór nade mną. Pierwszej jesieni u Colarossiego były zajęcia anatomii otwarte dla publiczności. Wie pan, jak działa kolano i tym podobne. W Beaux-Arts mieli podobny kurs, ale to była wyjątkowa sprawa, ktoś specjalnie przyjechał, żeby ten kurs poprowadzić, więc przychodziło też kilku studentów od nich. Roman wrócił i przejął długopis jak pałeczkę w sztafecie. Yale spojrzał na swoją listę, na puste kratki na datę przy każdym dziele, które miał nadzieję wypełnić, tymczasem jednak spodziewaną chronologię mógł uzupełnić jedynie o „1912 – przyjazd do Paryża”. I obok mnie siedział chłopiec o ciemnych, kręconych włosach, całkiem jak u pana, Yale, choć twarz miał bardziej pociągłą. I robił sobie koronę ze spinaczy. Połączył je ze sobą i włożył sobie na głowę. I siedział w tej koronie, która odbijała promienie słońca, jak gdyby nigdy nic. W pierwszym odruchu chciałam go namalować, to była moja pierwsza myśl, ale już w następnej chwili byłam zauroczona. Nigdy wcześniej nie potrafiłam tego zrozumieć, jak to jest, że artyści zakochują się w swoich muzach. Myślałam, że niektórzy mężczyźni po prostu nie mogą zapanować nad swoim koniem. Ale coś wiązało tę potrzebę namalowania go z pragnieniem, żeby go posiąść, to był ten sam impuls. Nie wiem, czy to ma sens, lecz tak to właśnie było.

[…]

Chcieliśmy się pobrać, ale trzeba to było odłożyć, bo w kwietniu Ranko zgłosił się do Prix de Rome. Nie była to taka zwyczajna nagroda, to był roczny konkurs dla studentów, którzy jeden po drugim odpadali w eliminacjach. Jak w Miss America, po każdej rundzie biedne dziewczęta wracają z płaczem do domów. A nigdy byście na to nie wpadli, że do Prix de Rome mogli się zgłaszać wyłącznie kawalerowie. Do tego trzeba było być Francuzem i oczywiście któryś z uczestników narobił hałasu, że Ranko tak naprawdę jest Serbem... Chodziło pewnie o jego imię, dlaczego nie brzmi Renée... Ale w końcu go dopuścili. Tylko że Ranka mocno to ubodło. Wszystko przez to, że był bardzo delikatny – podjęła po chwili. A dziwak! Ktoś taki nie powinien chodzić do Beaux-Arts. Wiecie, tam był sam establishment i oni chcieli go ułożyć. To był czas bohemy i ostatnie, czego człowiekowi było wtedy trzeba, to wyrazy uznania od normatywnej konserwy. Ale dla niej Ranko zawsze temperował swoją odmienność. I niestety z powodzeniem. Wygładzał i upiększał swoje prace, dopóki konserwa nie była zachwycona. Te dwa jego obrazy wcale nie wyglądają na upiększone – zauważył Roman. Otóż to. Bo jego nauczyciele nigdy ich nie widzieli. Ta mała dziewczynka... namalował ją mniej więcej w tym samym czasie, praktycznie machnął ją na kolanie. To miałam być niby ja; tak mnie sobie wyobrażał jako małą dziewczynkę. Obawiam się, że nic mu z tego nie wyszło, ale ten obraz ma duszę. Natomiast to, co namalował dla nich, było płaskie i religijne. A przecież Ranko był ateistą! Przeszedł wszystkie eliminacje, a na sam koniec tej całej mordęgi zamykali człowieka w studiu w Château de Compiègne na siedemdziesiąt dwa dni. Siedemdziesiąt dwa dni! Wyobrażacie to sobie? I zadawali temat. Dwanaście godzin na szkic, a pozostałe dziesięć tygodni na namalowanie obrazu i nie było mowy, żeby odejść od szkicu. A kto powiedział, że artysta nie może zmienić zdania w trakcie pracy? No więc Ranko był pod kluczem przez siedemdziesiąt dwa dni, a ja siedziałam i usychałam z tęsknoty. Mógł pisać listy do pani? – spytał Roman. Nie! To były najgorsze tygodnie w całym moim życiu. No, teraz tak mówię, ale wtedy z każdym dniem byłam w nim zakochana jeszcze bardziej. Co może być bardziej romantycznego od czekania na kochanka trzymanego pod kluczem w château? Schudłam wtedy dziesięć kilo. Nie pamiętam już, jaki mu zadali temat, ale namalował im tę sztywną pietę – podjęła po chwili. Wyglądało to jak wielkanocny kicz, przynajmniej dla mnie. Ale wygrał. Tak naprawdę to wygrało trzech studentów, co było skandalem. W poprzednim roku nie wyłonili zwycięzcy, a jeszcze przedtem ktoś musiał zwrócić nagrodę z jakiegoś idiotycznego powodu, więc mieli trzy wolne miejsca w Villa Medici w Rzymie, gdzie wysyłali zwycięzców. Tak szczerze, to w żadnym innym roku Ranko by nie wygrał. Wszyscy wiedzieli, że w sumie zajął trzecie miejsce, on sam to wiedział. Możecie więc sobie wyobrazić: miłość mojego życia daje się zamknąć w jakimś zamku na dwa miesiące i w nagrodę może spędzić w Rzymie od trzech do pięciu lat. I w tym czasie nie możemy się pobrać, bo w Rzymie miejsca dla żony nie ma. Ranko był w siódmym niebie, a ja byłam zdruzgotana.

[…]

Nie jestem pewny, czy mam aż taką władzę nad wszechświatem. Kiedy myślisz, że zdarzy się coś konkretnego, coś złego – odpowiedział Roman – to to się nigdy nie zdarzy. I nie że patrzysz na niebo i myślisz sobie, że będzie padać, i deszczu nie będzie, ale myślisz, że twój samolot się rozbije, i wtedy się nie rozbija. Yale pokręcił głową. Chcę żyć w twoim świecie. Fatum to piękna sprawa, a człowiek jest panem własnego losu. Inna rzecz, że był to system przekonań, którego Roman prawdopodobnie bardzo potrzebował. Po co robić mu mętlik w głowie? Yale nie mógł mu powiedzieć niczego, czego prędzej czy później chłopak i tak nie pozna na własnej skórze.

[...]

Co się stało z Rankiem? – spytał Roman i Yale myślał, że go udusi. Pewnie, sam chciał to wiedzieć, ale najpierw powinni ustalić najważniejsze sprawy. Powoli zaczął sobie przypominać, że Ranko śnił mu się w nocy, Ranko zamknięty w swoim zamku. Yale próbował do niego telefonować, próbował go namówić, żeby spotkał się z Norą, zanim ona spali jego obrazy. I teraz Yale uzmysłowił sobie, że dzwoniąc do Ranka, wykręcał numer redakcji „Out Loud Chicago”. Ha, sama chciałam to wiedzieć – odparła Nora. Nie miałam żadnej informacji ani jednego listu. Pewnie dlatego czasem miałam nadzieję, że zginął, żeby to jego milczenie nie znaczyło, że mnie odtrącił, a czasem znów liczyłam na to, że mnie nienawidzi, bo to by znaczyło, że przeżył. Nie myślcie, że przez cały czas byłam w nim zakochana. Przyjaźniłam się w Filadelfii z kilkoma dżentelmenami, choć za żadnego z nich nie miałam ochoty wyjść. Chłopcy, z którymi się wychowałam, poszli na wojnę, byłam więc skazana na tych... mój Boże, jeden z nich był sprzedawcą butów. Umierałam tam z nudów. Yale otworzył usta i już miał spytać, w jakich okolicznościach zaczęła pozować, ale był za wolny – kac go bynajmniej nie przyspieszał – no i Nora znowu zerwała się z łańcucha. Musicie zrozumieć, że nie wiedzieliśmy, kto przeżył, a kto zginął. Mówię nie tylko o swoich przyjaciołach z Colarossiego, ale także o profesorach. A jakby nie dość wojny, była jeszcze ta grypa! Czasem dostawało się list, że ten i ten został ranny na polu bitwy. A potem się słyszało, że zmarł w lazarecie, i nikt nie wiedział, czy to z powodu ran, czy to przez tę grypę. Najczęściej jednak nie mieliśmy żadnych wieści o nikim. Chyba nie znajdzie pan tam za wiele Modiego, kochaniutki – zwróciła się do Romana.

[...]

Bo pan zrozumie: to było miasto duchów. Niektórzy z tych chłopców to byli moi bliscy przyjaciele. Studiowałam z nimi przez dwa lata. Rozbijałam się z nimi po mieście, robiłam te wszystkie głupoty, które człowiek robi, kiedy jest młody. Mogłabym powiedzieć wam, jak się nazywali, ale nic by wam to nie dało. Gdybym powiedziała, że Picasso zginął na wojnie, to byście zrozumieli. Trach, i Guerniki nie ma. Ale powiem wam, że Jacques Weiss zginął nad Sommą, a nie będziecie mieli pojęcia, co wam odebrano. I to wszystko... powiem wam, że to wszystko przygotowało mnie na starość. Wszyscy moi przyjaciele umierają albo już umarli, ale ja to już kiedyś przerobiłam.

[...]

Cóż. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Część moich przyjaciół nadal studiowała u Colarossiego, ale ja nie miałam pieniędzy, żeby tam wrócić; zdołałam odłożyć tylko na rejs do Europy.   Zamieszkałam razem z Rosjanką, z którą kiedyś studiowałam i która miała na mnie okropny wpływ. Organizowali płatne kursy wieczorowe dla wszystkich i niektórzy wykładowcy wpuszczali nas po cichu. Myślałam, że będę biegać po mieście i malować, lecz nie miałam pojęcia, co ze sobą począć. Chciałam malować chłopców, którzy stracili ręce, ale nie mogłam się przemóc. Tak więc w całym tym chaosie zaczęłam malować owoce. To samo odmóżdżające ćwiczenie, które zadawałam dzieciom w Filadelfii. I wtedy spotkała pani tych artystów? – podsunął Yale. W tamtym roku czy później? Latem i jesienią tamtego roku. Roman wziął notes od Yale’a, przewertował kilka stron wstecz. Modigliani wrócił do Paryża wiosną tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku – powiedział.  Przed przyjazdem zrobił sobie wykres czasowy, z kolorami i innymi bajerami. Z Jeanne Hébuterne i ich córką.

[...]

Ale co z tego, w styczniu następnego roku już go nie było. To wam pewnie daje jakieś ramy czasowe, co? Nora sprawiała wrażenie zadowolonej z siebie. Modi wcześniej studiował u Colarossiego i lubił tam wracać, żeby pobłyszczeć. Wyglądał jak czarny charakter z jakiejś opery, już wtedy był sławny. Okropny oddech, okropne zęby, ale gdy go zobaczyłam, byłam jak urzeczona. Stał w korytarzu z naszym wykładowcą i pod jakimś pretekstem zadałam mu pytanie. I to on pierwszy poprosił mnie, żebym mu pozowała. Sęk w tym, że chciałam być muzą – ciągnęła Nora. To musiało mieć jakiś związek z moją własną sztuką, z tym, że nie potrafiłam w niej wyrazić poczucia wielkiej straty. A skoro nie potrafiłam namalować tego wszystkiego sama, pomyślałam, że może ktoś zdoła namalować mą duszę. Było to oczywiście porwanie się z motyką na słońce nieśmiertelności.

[...]

Przez to ta historia jest jeszcze lepsza! A im lepsza historia, tym większa szansa, że Bill włączy Ranka do wystawy. Jeśli to gostek jak każdy inny, to mamy same szkice jakichś krów. Ale jeżeli to miłość jej życia i do tego jeszcze on się zabił, to mamy najważniejszą historię kolekcji. Po powrocie musimy wyciągnąć z niej szczegóły! Myślisz, że się zastrzelił? Chyba musiał, co? Żołądek Yale’a był w tragicznym stanie, a on sam najbardziej chciał złożyć gdzieś głowę i zasnąć. Nie chciał teraz mówić Romanowi, że najprawdopodobniej nigdy nie pozna końca historii Ranka Novaka, a w każdym razie nie z pierwszej ręki. Wiesz, że kiedy Jules Pascin podciął sobie nadgarstki, ostatnie słowa do swojej kochanki napisał krwią? – spytał Roman. Jakie romantyczne.

[...]

W szpitalu, kiedy Claire przyszła na świat, Fiona znajdowała się pod tak silnym   wpływem   hormonów, paniki, żalu, strachu, poczucia winy i obrzydzenia, że gdy Damian przyniósł jej ich córeczkę, to niewiarygodnie małe i obce, rozwrzeszczane, różowe ciałko, kazała mu ją zabrać w jakieś bezpieczne miejsce jak najdalej od niej. W horrendalnych majakach widziała samicę, która dusi swoje młode, pożera je.  Jak się potem okazało, Fiona rzeczywiście miała gorączkę i kiedy trochę się z niej otrząsnęła, minęło pięć godzin i pielęgniarki zdążyły już nakarmić Claire butelką. Fiona była wściekła – wszystkie książki mówiły, żeby tego nie robić – ale kiedy przyniosły jej Claire na karmienie, i tak nic z tego nie wyszło. Niemowlę nie chciało ssać, a ona nie miała mleka. Pielęgniarka zapewniała ją, że właśnie tak to działa, że mleko się pojawi, musi tylko pozwolić dziecku próbować. Fiona wypłakiwała tyle łez i pociła się tak bardzo, że nie wierzyła, by jej ciało było zdolne produkować cokolwiek poza roztworami soli. „Masz teraz tyle tego wszystkiego – powiedział Damian. Jestem pewny, że to po części kwestia psychiczna”. Chciał ją pocieszyć, ale w jej uszach zabrzmiało to jak akt oskarżenia: W grę nie wchodziły zwyczajne niedomagania fizyczne, to była wyłącznie jej wina.

[...]

Dawniej myślałem, że Julian jest strasznie naiwny. A właśnie do mnie dotarło, że jestem taki sam jak on. Jesteś znacznie mądrzejszy od niego – powiedziała. Ta jego głupkowatość to tylko poza. Zresztą sam nie wiem.  Nie przestaję myśleć, że może oni zaczną to wszystko od nowa, wiesz? Kolejne pokolenie dorastających gejów, kiedy nas już nie będzie. Ale może właśnie nie, bo będą zaczynać wszystko od zera. I będą wiedzieli, co się z nami stało, a Pat Robertson jeszcze ich przekona, że sami ukręciliśmy bat na siebie. Żyłem w złotym wieku, Fiona, a o tym nie wiedziałem. Sześć lat temu chodziłem po mieście, żyłem, tyrałem jak osioł i nie wiedziałem, że to nasz złoty wiek.

[...]

Nie mógł zasnąć do trzeciej. Ryzyko, że Charlie zaraził się po jednym zbliżeniu i że potem Yale zaraził się od niego w trakcie jednego z zaledwie kilku zbliżeń z nim, byłoby bardzo niewielkie. Ale teraz ta statystyczna pociecha prysła jak bańka mydlana. Yale wiedział, że wirus ma w dupie sprawiedliwość czy rachunek prawdopodobieństwa – ale nie czuł się przez to ani trochę bardziej bezpieczny. Nagle przyszło mu do głowy, że Charlie może w ogóle nie zrobił tego testu na wiosnę. Na rozmowie z doktorem byli razem, ale krew pobrano im oddzielnie i oddzielnie zaproszono do gabinetu na omówienie wyników. Nic teraz nie wydawało się już zbyt dziwne dla Yale’a, potrafił sobie wyobrazić każdy poziom konspiracji. Charlie mógł być zbyt spietrany, żeby się poddać procedurze, mógł sobie wmówić, że nic mu nie jest, dopóki nie stanął twarzą w twarz z niezaprzeczalnym faktem, że ktoś, z kim spał, faktycznie to ma.

[...]

Yale’owi przyszło do głowy, że może to wcale nieprawda, że może cała scena powtórzy się za trzy miesiące i doktor Cheng znów będzie się zarzekał, że to ostatni raz. A teraz ważne zastrzeżenie. Wyniki oznaczają, że nie ma przeciwciał w tej chwili. Powiedziałeś, że ostatnio intymny kontakt ze swoim partnerem miałeś... Moim byłym partnerem. W grudniu. Czyli tak naprawdę nie mamy pewności do marca, prawda? Mam wrócić w marcu? Jasne. Normalnie powiedziałbym, że mamy trzy miesiące, ale może być też marzec. I chcę cię uprzedzić, żebyś do tego czasu w każdej sytuacji stosował zabezpieczenia, nawet w kontaktach z niezakażonym, monogamicznym partnerem. Niemniej ryzyko pojawienia się przeciwciał tak późno jest znikome. Na twoim miejscu spuściłbym powietrze. Świętuj, chłopie. Odpowiedzialnie. Ale jesteś pewny? Wiesz, ten twój system kodowania i w ogóle... Jestem pewny. Słuchaj, tak czy owak, dobrze by było, żebyś przyszedł na wizytę. Wiem po sobie, ile musiałem się namęczyć z poczuciem winy, kiedy się okazało, że jestem negatywny.

[...]

Tak, wiem, kiedy się zaraziłem. Latem w osiemdziesiątym drugim. Był tam taki reżyser, za którym snułem się miesiącami jak pies, aż w końcu dał za wygraną, zlitował się nade mną i mnie przeleciał. Zmarł może rok później na raka ucha czy coś takiego, wiesz, jak jest.  Byłem na jego pogrzebie i pomyślałem sobie wtedy: „Memento mori, jak to mówią, smutne, że nie znasz dnia ani godziny”. A już to w sobie nosiłem. Bardzo długo to wypierałem, Yale. Wypierałem to, wypierałem to jeszcze wtedy, kiedy pielęgniarka spojrzała mi w oczy i powiedziała, że mam ten wirus. Trzy razy musiała to powtórzyć. No więc tak, powiedzmy, że kilka lat to potrwa podjął po chwili Julian. Jestem teraz tu, na początku zjazdu. Mam nadzieję, że zacznie się od razu od opryszczki i pleśniawki i że jak otworzę usta, to będę wyglądał jak smok z białym jęzorem. Jak się nazywa ta choroba, kiedy krwawią ci dziąsła? To też chcę mieć. I wtedy, specjalnie dla ciebie, Yale, kiedy spojrzę w lustro i otworzę moje popękane usta, żeby zobaczyć moje zakrwawione dziąsła i moją hodowlę drożdży w przełyku, specjalnie dla ciebie wyczyszczę sobie zęby nicią dentystyczną. Bo przecież nikt by nie chciał w takiej sytuacji, żeby mu płytka nazębna komplikowała sprawy.

[...]

Roman obszedł biurko Yale’a – tak blisko niego nie był jeszcze od czasu wyjazdu do Wisconsin – i otworzył tom w miejscu zaznaczonym kartą wypożyczeń. Przypis zajmował połowę strony i Yale musiał pochylić się jeszcze bliżej niego, żeby zobaczyć fragment, który Roman zakreślił ołówkiem. Jest tu w zasadzie wszystko, co powiedziała o tej nagrodzie – wyjaśnił Roman, zanim Yale zdążył sam doczytać. I nie brzmi to zbyt pochlebnie. Bardziej tak, że w sumie to nie powinien jej dostać. Czy właśnie to nie byłoby w tym wszystkim najgorsze, żyć ze świadomością, że nikt inny nie dałby mu tej nagrody? Yale odczytał daty, nazwiska zwycięzców, informację o trzech miejscach wolnych w tamtym roku i o tym, że przyznanie nagrody się opóźniło. „Ostatecznie Despujols i Poughéon wyjechali do Rzymu po wojnie – napisano w przypisie – ale śmierć Novaka (1920), który wrócił z wojny z niedowładem dłoni, przeszkodziła mu w odebraniu nagrody”.

[...]

Macie szczęście, że głowę mam jeszcze w porządku – odezwała się Nora. – Ciągle pamiętam, co już wam powiedziałam. Skończyliśmy na tysiąc dziewiętnastym, zgadza się? Fiona usiadła przy stole obok Yale’a, wzięła jego notes i długopis i napisała drukowanymi literami: ZRÓB TO. Yale musiał tłumić śmiech, śmiech jedenastolatka w synagodze; Fiona rysowała dwóch ludzików oddających się czynnościom lubieżnym. Roman włączył magnetofon, który ze sobą przywiózł, i Nora zaczęła mówić o lecie tamtego roku, o tym, że pozowanie kończyło się szalonymi popijawami i długimi kolacjami, inicjacją do kręgu prawdziwych artystów, której nie mogła dostąpić jako studentka akademii. Pięć lat rozłąki – rzekła. – W sumie uwierzyłam, że przeżył te wszystkie bitwy, bo kilkoro przyjaciół widziało go pod sam koniec wojny. Oczywiście nie miało się nigdy pewności, szalała grypa. W każdym razie spisałam go na straty. Wszyscy wiedzieli, że nie zgłosił się po nagrodę. Opowiedziała im o Paulu Alexandrze – to imię zdawało się coś mówić Romanowi – mecenasie sztuki, który wynajmował walący się dworek i pozwalał artystom urządzać w nim wielodniowe przyjęcia. Było tam sporo kokainy – powiedziała, na co Fiona wybuchnęła śmiechem. – Cóż, moja złota, przeżyliśmy właśnie coś potwornego i nie mieliśmy pojęcia, co ze sobą zrobić. Modi był jak magnes, to on mnie tam wprowadził. Nie miał więcej niż metr sześćdziesiąt i stracił dużo zębów. I czasem dostawał szału, przez gruźlicę. A czasem najzwyczajniej płakał. Kiedy rysował mnie jednego dnia, wściekał się jak małe dziecko, że Braque zniknął za horyzontem, a on został sam na oceanie w małej szalupie. Mówię tak o nim, jakby był potworem, ale Modi miał po prostu niewiarygodny seksapil. Zabrał mnie do pałacyku Alexandre’a, byłam pijana w sztok, uniosłam oczy... i zobaczyłam w drzwiach ducha, to był Ranko.

[...]

[Ranko – przyp. aut.] Był taki wściekły na mnie, że wyjechał na miesiąc do Nicei. Nie wiem, czego się spodziewał; powinien się cieszyć, że nie spotkał mężatki z trójką dzieci. Ale domyślałam się zawsze, że tak naprawdę miał pretensje o to, że obracałam się w kręgu poważanych artystów. Kiedy wrócił, strasznie się pokłóciliśmy, lecz potem się zeszliśmy. Wprowadził się do nas, do mieszkania, które wynajmowałam ze swoją przyjaciółką Valentiną. Nadal jednak pozowałam i od czasu do czasu Ranko dostawał napadów zazdrości. Namawiał mnie, żebym malowała za niego; szliśmy do pracowni któregoś z jego znajomych, Ranko szkicował coś lewą ręką, bardzo topornie, a potem próbował mną sterować jak jakąś pacynką. Mieszał farby i pokazywał, gdzie mam przykładać pędzel, wszystko lewą ręką. To była dla mnie najstraszniejsza tortura, więc gotowy obraz wyglądał, jakby namalowało go dziecko. Sama namalowałabym lepiej, gdyby nie stał nade mną i się nie wydzierał. I... nie powinnam wam tego mówić, ale obawiam się, że już się wygadałam... Ten obraz... Mężczyzna w kamizelce – wtrącił Yale. Głowa ulatywała mu gdzieś jak balon. Powiedziała pani, że powstał po wojnie. To jego obraz! Nie mój! Ranko chciał mieć autoportret, ale nie namalował nigdy nic, co by mu się podobało. Pewnie, że chciałam być jego rękami. I sami widzicie, stylem jest bardzo zbliżony do tamtego obrazu ze mną jako małą dziewczynką!

[...]

Tak właśnie wyglądał Ranko? No, nie bardzo. Nie jest tu szczególnie do siebie podobny. Choć akurat oczy namalowałam dobrze. Jestem z nich dumna. Ale trudno człowiekowi malować, kiedy ktoś wrzeszczy mu ciągle nad uchem. Dlaczego się na to godziłaś? – spytała Fiona. Przez poczucie winy, tak sądzę. Ranko tyle wycierpiał. A ja byłam w nim zakochana do szaleństwa, a człowiek zakochany nigdy nie myśli racjonalnie. Fiona nie wyglądała na zadowoloną z tej odpowiedzi. Ale z drugiej strony nie rozumiała też, dlaczego Yale tak długo znosił Charliego. Sama do tego dojdzie, prędzej czy później – jak bardzo bliska osoba potrafi się czasem zmienić, a my trzymamy się kurczowo naszego pierwszego wyobrażenia o niej. Jak osoba, która dawniej była dla ciebie idealna, może zostać uwięziona w ciele obcego człowieka. Siedzący obok Yale’a Roman rozdzielił swoją kanapkę, ściągnął z niej plasterek sera, złożył go wpół i wsadził do ust. Ani on, ani Fiona nie sprawiali wrażenia wstrząśniętych wyznaniem Nory. Wiecie na pewno, jak umarł Modi. W styczniu Jeanne zjechała do Paryża, była w ciąży. Słyszałam, że jest w mieście, więc trzymałam się z dala. On mieszkał tuż za rogiem La Rotonde i po prostu mdli mnie na samą myśl o tym, że siedziałam tam sobie spokojnie tyle razy, kiedy on umierał jeden kwartał dalej. Było tak, że kiedy ich sąsiad w końcu do nich zajrzał, on i Jeanne byli nieprzytomni, nieledwie zmarznięci na śmierć. Nie mieli nawet drewna na opał. Jeanne wróciła do życia, ale on już nie. Zmarł na gruźlicę, lecz wykończyło go zimno. Grupka przyjaciół Modiego chciała wykonać maskę pośmiertną. Jednym z nich był Kisling, malarz, który na wojnie zaprzyjaźnił się z Rankiem. I Lipchitz, ten rzeźbiarz. Żaden nie miał pojęcia, jak to się robi. Trzeci był astrologiem. I zaprosili Ranka, żeby się im przyglądał. Byłam zazdrosna, bo chciałam pożegnać się z Modim, a zamiast mnie poszedł Ranko, który go nienawidził. Problem w tym, że Lipchitz użył złego gipsu, był zbyt szorstki, więc kiedy go ściągnęli – Nora spojrzała na nich po kolei – zerwali mu policzek i powieki. Byli tak przerażeni, że cisnęli tę maskę od razu na ziemię. W końcu jednak złożyli ją z powrotem i ostatecznie Lipchitz wyrzeźbił tę twarz praktycznie od nowa. Ta maska znajduje się teraz w muzeum na Harvardzie, ale nie mam najmniejszej ochoty jej oglądać.

[...]

To ostatecznie zachwiało psychiką Ranka – podjęła Nora. Już wcześniej był wrakiem, ale myślę, że kiedy zobaczył, jak ktoś z takim talentem, bo tak to trzeba nazwać, na jego oczach zamienia się w szkielet... Cóż, zdołał mi jakoś opowiedzieć tę historię, lecz to były praktycznie ostatnie słowa, które wypowiedział w mojej obecności. Jestem pewna, że widywał na wojnie jeszcze gorsze rzeczy, to było jednak coś zupełnie innego. Tymczasem Jeanne zabiła się z powodu Modiego. Wyskoczyła z okna domu swoich rodziców, w ciąży i w ogóle... Nad tym też się zastanawiam, że to musiało wpłynąć na Ranka. Bo wiecie, że nazywają nas „straconym pokoleniem”. Kto to powiedział, Hemingway czy Fitzgerald? To była... przepraszam – wtrącił się Roman. To chyba powiedziała Gertrude Stein do Hemingwaya. Ale tak, on to potem zapisał.

[...]

Kiedy Roman wyszedł przed dom na papierosa, Nora powiedziała: Na pewno macie mnie za głupią, bo kto żywiłby tak silne uczucia do kogoś tak trudnego. Fiona i Yale nie zaprotestowali, więc Nora podjęła: To wcale nie znaczy, że odmawiałam sobie normalnego życia. Gdyby Ranko przeżył, niedługo potem byśmy się rozstali. On ułożyłby sobie życie w innej części świata, a co z oczu, to z serca. Ale gdy ktoś odchodzi i ty zostajesz główną depozytariuszką jego pamięci, rezygnacja z tej roli byłaby chyba równoznaczna z morderstwem, nie sądzicie? Darzyłam go miłością wielką i głęboką i choć nie była to miłość łatwa, to co miałam z nią począć? Ranka już nie było, więc moje uczucie nie mogło się już zmienić, nie mogło się wypalić, wyrodzić w obojętność. Ugrzęzłam z całą tą miłością na dobre i na złe. Kolekcja, wystawa... – odezwał się Yale. Oto co pani robi ze swoją miłością.  Zdał sobie właśnie sprawę, że Fiona cicho płacze. Wyciągnął ramię i delikatnie podrapał ją po plecach.

[...]

„Oto co zdołał ustalić mój przyjaciel Speedy Gonzales, ale naprawdę nie szukał długo – pisał Fernand. Mówi mi, że to 1911. Ranko Novak stoi w trzecim rzędzie, drugi od lewej. Jeżeli chce pani wiedzieć coś jeszcze, poproszę o szczegóły! Bardzo się cieszę, że mogę pomóc przyjaciółce Richarda. Ukłony dla zranionej dłoni”. Fiona kliknęła na załączony skan. Ustawiona w piramidkę grupa mężczyzn z wąsikiem – dziesięciu w pierwszym rzędzie, siedmiu w drugim i tak dalej – wpatrujących się raczej w siebie niż w obiektyw aparatu. Ci w pierwszym rzędzie trzymali na kolanach ludzki szkielet. Na dywanie przed nimi, tyłem do obiektywu, leżała naga kobieta o rubensowskich kształtach. Jajcarskie zdjęcie grupowe w wersji belle époque [z fr. piękny okres, piękny czas – przyp. aut.]. Fiona przesunęła palcem po ekranie, żeby zobaczyć trzeci rząd, drugiego mężczyznę od lewej. Kręcone i przylizane ciemne włosy, długa i wąska krecha ust. Pośrodku głowy przedziałek. Na szyi wymięta muszka. Co w nim było takiego? Fiona nie miała pojęcia, na co liczyła, ale chyba jednak na coś więcej. Ranko Novak był wart siedemdziesięciu lat niegasnącej miłości. Ranko Novak był niezastąpiony, był dziurą ziejącą pośrodku wszechświata Nory. I to miał być on? Zwyczajna twarz, z oczami    i uszami. No ale spróbuj powiedzieć coś takiego zakochanej na zabój kobiecie.

[...]

Fiona powiedziała: „A zawsze myślałam, że gęsi są takie śmieszne”. Dan wybuchnął śmiechem, a ona dodała: „Nie, ale wiesz, o co mi chodzi, gęsi dobierają się w pary na całe życie, tak? A wszystkie wyglądają dokładnie tak samo. One po prostu są wszystkie takie same! Nie wiem, jakim cudem mógłbyś odróżnić jedną gęś od drugiej? Co, wszystkie mają niby inny gust muzyczny? A taka gęś rozpozna swojego partnera z paru kilometrów”. „A nam się wydaje, że jesteśmy tacy wyjątkowi” – odpowiedział Dan. Miał to coś i to właśnie wtedy zaczął ją pociągać. „Prawdziwa miłość, te sprawy. Myślisz, że jesteśmy wszyscy jednakowi, jak te gęsi?” „Tragiczne jest to – odparła – że wiemy to wszystko, a to i tak niczego nie zmienia”.

[...]

Roman pojawiał się jak deszcz, raz na dwa tygodnie i zostawał do czwartej nad ranem, żeby zniknąć przed przebudzeniem się miasta. Za każdym razem, kiedy wkładał buty, powtarzał to samo: „Nie mam pojęcia, co ja robię”. A Yale myślał wtedy, choć już mu tego nie mówił, że obaj zgubili się w tym lesie. Tyle tylko że Roman był przekonany, że Yale będzie wiedział, jak odnaleźć drogę.

[...]

A po powrocie do domu dziw nad dziwy: list zaadresowany do niego ręką Charliego.  Jego dziwaczny sposób pisania „E”: trzy poziome kreseczki wiszące w powietrzu bez żadnego podparcia. Błękitny papier, granatowy atrament. Napisał, że wie. Że cała trójka: Teddy, Asher i Fiona, zapewniała go, że on nie jest za to bezpośrednio odpowiedzialny, ale mimo to chciałby usłyszeć to od niego. To potworne, napisał, przypisywać winę ludziom a nie samemu wirusowi, czy też ludziom u władzy, którzy pozwalają chorobie siać spustoszenie, ale on nic na to nie poradzi, on chce wiedzieć. Mimo że jest, w najlepszym przypadku, odpowiedzialny niebezpośrednio. Yale uznał, że Charlie chce od niego rozgrzeszenia. A on nie był jeszcze gotów mu go udzielić.

[...]

Ludzie nadal umierają, tylko w wolniejszym tempie, zachowując odrobinę więcej godności. No, przynajmniej w Chicago. Za jedną ze swoich największych moralnych porażek Fiona uważała to, że tak naprawdę, w głębi duszy, nie przejmowała się tak bardzo trwającym od lat kryzysem AIDS w Afryce. Nie żeby nie wpłacała pieniędzy na konta organizacji charytatywnych, które się nim zajmowały, ale wyrzucała sobie, że nie zżera ją to od środka, że nie zasypia każdego dnia z płaczem. W ubiegłym roku na AIDS zmarło milion ludzi na świecie, a ona nie uroniła z tego powodu ani jednej łzy. Milion ludzi! Ileż to razy zadawała sobie pytanie, czy nie jest czasem rasistką, czy jej rasizm nie jest większy od Atlantyku. A może było tak dlatego, że choroba nie była wyłącznie kwestią chicagowskiej społeczności gejów, że nie zabijała samych pięknych młodych mężczyzn, którzy przypominali jej Nica i jego przyjaciół. Oczywiście, wszelki altruizm jest w pewnym sensie egoistyczny. I może było też tak, że Fiona mogła pomieścić w sercu, w tym życiu, tylko jedną wielką sprawę, historię tylko jednego kataklizmu. Claire z pewnością dorastała, wyczuwając to wszystko – że największa miłość jej matki na zawsze została za horyzontem wydarzeń z przeszłości. To właśnie jest różnica między optymizmem a naiwnością – odezwała się Cecily. Nikt w tym pokoju nie jest naiwny. Ludzie naiwni nie zostali jeszcze poddani prawdziwym próbom i dlatego żyją w przekonaniu, że im się nigdy nic nie przydarzy. My, optymiści, mamy to już za sobą i wstajemy dzień w dzień z łóżek, bo wierzymy, że potrafimy zapobiec temu, co już się nam kiedyś raz przydarzyło. A może sami siebie oszukujemy, żeby właśnie tak myśleć.

[...]

Powiedziałby Charliemu, że Bill przesunął termin otwarcia wystawy dzieł Nory najwcześniej na jesień dziewięćdziesiątego i że choć Yale trzymał się nieźle – tu pewnie podziękowałby Charliemu, że nie raczył zapytać – bał się, że tego nie dożyje. Powiedziałby mu, że Nora zmarła ubiegłej zimy; że tak bardzo chciał choćby przesłać jej zdjęcia, gdyby nie mogli już wwieźć jej na wózku do galerii, jak im się marzyło. Oczywiście Charlie mógłby nawet nie pamiętać, kim była Nora. Zabrać cię na spotkanie Ligi w przyszły weekend? –  spytał Asher. Yale nigdy nie był pewny, jaka w sumie jest misja tej jego Ligi, czyli LGPR; po części dlatego, że rozwinięcie ostatniej litery akronimu ciągle się zmieniało – Lesby i Geje Przeciw Reaganowi, Republikanom, Represji albo Rasistom. Za każdym razem, kiedy Yale pytał, było to coś innego. Teraz pewnie walczycie z Rajfurami, co? – spytał Yale.

[...]

Oddział wyglądał już na rozchodzony, w pozytywnym sensie. Na ścianach wisiały plakaty z Broadwayu, oddział był przystrojony na Halloween. Przy dyżurce stał mężczyzna w koszuli szpitalnej, opierał się o ladę i rozmawiał z pielęgniarkami. Na nogach miał żółte włochate pantofle, na ramionach liszaje. Była tam też tablica ze zdjęciami personelu i wolontariuszy, ich nazwiska były zapisane mazakiem na białych paskach. Największa różnica była taka, że teraz Yale wiedział, że jeśli tylko nie straci ubezpieczenia i nie wyląduje w szpitalu miejskim, to ogląda właśnie oddział, na którym sam umrze. To będzie jego dom ostatni i twarze tych dwóch pielęgniarek, które go właśnie mijają, staną się z czasem dla niego najbardziej rozpoznawalnymi twarzami na świecie. A on będzie znał każdy szczegół tego linoleum, każdą lampę na oddziale.

[...]

Nie wiedział, czy powinien się w ogóle odzywać. Mógłby wyjaśnić Charliemu, że siedzi przy nim, i wypatrywać w jego twarzy jakiejś reakcji. Ale Charlie był nadal pod wpływem leków, a poza tym nie widział, co dawało Yale’owi margines anonimowości – za którym mógł się bezpiecznie schronić, przynajmniej tego dnia. Później, jeżeli Charlie odzyska jasność umysłu, powie mu wszystko, co chciał mu powiedzieć. Przynajmniej te dobre rzeczy. Może wtedy mu powie, przynajmniej ten jeden raz, że mu wybaczył. I nawet jeśli Charlie już nigdy się w pełni nie wybudzi z tego stanu... chyba i tak mu to powie. Może to nadal będzie się liczyć. Usiadł na krześle przy łóżku. Weszła pielęgniarka i pokazała Yale’owi małą różową gąbkę zatkniętą na kijku, a następnie wytłumaczyła mu, jak poić nią Charliego, przytykając ją do ust. Powtórzył to kilka razy, gładził kciukiem po przegubie Charliego, wsłuchując się w odgłosy dochodzące zza ścian. Poił Charliego, kropla po kropli. Czuł to wyraźnie: że wszędzie – w korytarzu za drzwiami, w korytarzach innych szpitali Chicago, innych zapomnianych przez Boga miast na całym świecie – tysiąc mężczyzn takich jak on robi to samo.

[...]

Piękny obraz: Fiona szczęśliwa, Fiona zakochana. Może zaczekaj do wystawienia ocen – poradził. Dla przyzwoitości. I wtedy. Wiesz. Serio? Sądziłam, że akurat ty będziesz próbował przemówić mi do rozumu. Jesteś podobno najrozsądniejszym z moich przyjaciół. Sroka, prosisz o radę człowieka, który coraz dobitniej uświadamia sobie, że życie jest bardzo krótkie. Zaczekaj, aż ci wystawi ocenę, a potem idź do jego pokoju i rozepnij mu spodnie. Yale mówił cicho, ale Fiona aż krzyknęła: Przestań, to takie gejowskie! Nikt się nie obejrzał; ludzie co najwyżej wzięli to za zwykłą obelgę, bez podtekstu. Jestem pewny, że na heteryków to działa tak samo. Serio. Ile razy będziesz żyła? Ile razy będziesz miała dwadzieścia pięć lat? Fiona uniosła brew. Brwi miała ciemniejsze niż włosy i Yale’owi bardzo się to podobało, bo wyglądała jak cyniczny szyderca. Stosujesz się do własnych rad? – spytała. No, przecież jadę właśnie na jakąś zadymę, zgadza się? To chyba nie za bardzo w moim stylu, co? Absolutnie nie. Ale wiem, dlaczego to robisz. Nie dlatego, że życie jest krótkie. Dlatego, że kochasz się w Asherze.

[...]

LGPR [Liga Gejów Przeciw Republikanom – przyp. aut.] znalazła się pod parasolem chicagowskiego oddziału ACT UP i Asher miał pełne ręce roboty z obsługą prawną, a do tego brał na siebie gaz pieprzowy. Na większości protestów gromadziło się dwudziestu czy trzydziestu najaktywniejszych członków, ale ten marsz miał charakter ogólnokrajowy – ludzie przylecieli z całych Stanów, żeby demonstrować pod siedzibą Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego i protestować przeciw torpedowaniu przez nie ubezpieczenia powszechnego. I przeciw systemowi opieki szpitalnej, i przeciw towarzystwom ubezpieczeniowym, i Bóg jeden wie, przeciw czemu jeszcze. Yale się w tym wszystkim całkiem pogubił, lecz zdaniem Ashera większe jest lepsze. „Jeżeli nie będziemy walczyć o biedne czarne kobiety, które potrzebują łóżek w szpitalu miejskim – argumentował Asher – to będziemy tyle samo warci co jebani Republikanie! Nie ładujesz się w coś takiego, żeby dopominać się tylko o swoje. I posłuchaj, Yale – dodał po chwili, co Yale’a trochę zdziwiło, bo sądził, że Asher zapomniał o jego obecności, zapomniał o tym, że nie wygłasza przemówienia – myślę, że byłbyś w tym świetny, tak na dłuższą metę. Może za kulisami, ale jesteś nam potrzebny. Zawsze będziemy potrzebowali nowych liderów. Problem z tym ruchem jest taki, że liderzy umierają. Musimy mieć zastępców”.

[...]

W lutym – czyli za niecałe dziesięć miesięcy – kolekcja Nory miała w końcu zostać wystawiona w Galerii Briggów. Po niekończących się opóźnieniach, niekończących się pierdołach. Bill strasznie namieszał, obiecując wypożyczyć prace Foujity japońskiemu Muzeum Sztuki Ohara, zanim galeria miała szansę sama je wystawić. Yale nadal był na liście mailingowej galerii i z przerażeniem stwierdził, że w opisie przyszłej wystawy zostali wymienieni wszyscy artyści oprócz Ranka Novaka. Nawet Siergiej Muchankin. Yale zatelefonował do galerii, podając się za redaktora z „Out Loud Chicago” – dlaczego nie? – i spytał kobietę, która podniosła słuchawkę, czy na wystawie będą prezentowane prace artysty o nazwisku Novak. „Nie widzę nikogo takiego”, odpowiedziała. I Yale odchylił głowę do tyłu, aż podbródek i grdyka wycelowały w sufit i zabolała go szyja. Dobre choć to, że Nora zmarła w przekonaniu, że dała Rankowi należną mu wystawę, ale na ile Yale wierzył w życie po śmierci (a ostatnimi czasy przynajmniej próbował w coś takiego uwierzyć), na tyle czuł, że zawiódł ją na całej linii. Ona mu zaufała, zostawiła jemu – i tylko jemu – spuściznę po Ranku, a on to zaufanie zawiódł. Było to też jej własne dzieło, choć sama patrzyła na to inaczej. Yale niczego tak bardzo nie pragnął, jak zobaczyć na ścianie Briggów portret Ranka namalowany przez Norę zaraz obok namalowanego przez Ranka portretu Nory – byłby to ich sekretny triumf, który doceniłaby tylko garstka wybranych. Ale teraz wszystkie prace Novaka zostały zamknięte w jakiejś szafie w magazynie. Kiedy o tym myślał, coś ściskało go za gardło. Jeszcze o tym Fionie nie powiedział; czułby się z tym tak, jakby mówił to Norze.

[...]

Te słowa cisnęły Fionę z powrotem w czasie do setek dyskusji, które toczyła przed wieloma laty. Asher Glass pomstujący w kółko na „poczucie winy i wstydu”, na bliźniacze plagi, które nastały po wirusie. Już to przerabiałam – odparła Fiona. I problem w tym, że kiedy przestajesz obwiniać ludzi, a wszędzie wokół nadal widzisz jedno wielkie gówno, to zostaje ci tylko jedno: musisz obwiniać świat. A jak zaczynasz obwiniać cały świat, jak masz bez przerwy wrażenie, że ta planeta w ogóle cię nie chce, że Bóg, jeśli w ogóle istnieje, to cię nienawidzi... To jest jeszcze gorsze od nienawiści do samej siebie. Serio. Spodziewała się, że Elena jej zaprzeczy, powie, że nie ma racji, że nienawiść do siebie samej to ta najgorsza odmiana – ale jej milczenie stawało się już zbyt wymowne, żeby mogło zwiastować coś dobrego.

[...]

Przez złamane żebro Yale nie mógł zrobić w mieszkaniu tyle, ile zamierzał. Teresa nalegała, żeby siedział na tapczanie, a ona donosiła mu tylko kolejne pudła rzeczy do przejrzenia. Ubrania Charliego, których nie chciał. Książki Charliego, których też nie chciał. Przybory kuchenne, które kiedyś były jego, ale już dawno zdążył zastąpić je nowymi.  Szalik Nica w pomarańczowe paski. Yale nie wierzył własnym oczom. Przesunął palcami po frędzlach. Zwinął go ostrożnie w gruby zwój. Nareszcie będzie mógł oddać go Fionie. I jego stara koszulka uniwersytecka, cuchnąca grobową kryptą. Nie wiedział, czy Charlie zatrzymał ją sobie celowo, czy po prostu została w mieszkaniu pod stosem innych rzeczy, nigdy nieodkryta. I zabazgrana przez Nica mapa Chicago, z ilustracjami przedstawiającymi wszystkie miejsca, w których byli razem – maleńki Richard ze swoim aparatem na Belmont Rocks, maleńki Julian z tacą przy sklepie z kanapkami, gdzie kiedyś pracował, Yale w berecie przy Instytucie Sztuki. To sobie zatrzyma.

[...]

Ten jeden, jedyny raz. Ale w tych okolicznościach trzymanie się za ręce stało się celem samym w sobie. Jakimś potwierdzeniem, zanurzeniem się na chwilę w tym samym wszechświecie równoległym, do którego Yale zerknął przy domu na Briar. I czy przyjaźń tak bardzo różni się od miłości? Wykreśl z niej potencjalny seks, a będzie w niej chodzić dokładnie o to samo, o bycie tu i teraz. O to, że istnieje się w czyimś życiu. Że robi mu się miejsce w swoim.

[...]

Masz pan dziurę w skarpecie? – zwrócił się do Yale’a. W tych poczujesz się pan lepiej. Dobre skarpety, zaraz lepiej. Za dolara zaraz lepiej. Yale znalazł dolara i podał go mężczyźnie, który w szerokim uśmiechu odsłonił bezzębne dziąsła i podał mu skarpety. Yale czekał na swoją stację, ściskając w ręku worek. Podarunek od miasta, pomyślał. Coś miękkiego między nim a ziemią.

[...]

W galerii panował straszny ścisk. Yale był zdecydowanie nieodpowiednio ubrany – wszyscy inni mężczyźni mieli krawaty, a on włożył stary sweter, który kiedyś ładnie go opinał, a teraz wisiał na nim jak namiot – ale przecież i tak nikt nie będzie patrzył na jego ubranie. Był Warner Bates z „ARTnews”, już mu machał i pokazywał go komuś obok siebie. Warner odwiedził go ubiegłej jesieni i zrobił z nim wywiad, zaraz po pierwszym artykule Glorii w „Tribune”. Przyprowadził ze sobą fotografa, który pstryknął Yale’owi zdjęcie na jego kanapie, gdzie siedzieli z Fioną i się śmiali. Yale był onieśmielony uwagą mediów, podkreślaniem jego roli w sprawie. Artykuł Glorii był o samej kolekcji. „Po siedemdziesięciu latach artysta odbiera swoją nagrodę”, napisała w nagłówku. W treść wplotła masę pożytecznych cytatów z wypowiedzi Billa Lindseya, który nie wiedział, co się kroi, i nie zdawał sobie sprawy z tego, że artykuł będzie przede wszystkim o Ranku Novaku. Gloria nie była nieuczciwa – nigdzie nie napisała wprost, że dzieła Novaka zostaną wystawione. Ponieważ jednak tak szczegółowo rozwodziła się nie tylko o jego życiu i śmierci, ale również o jego pracach, sugerowała ni mniej, ni więcej, tylko właśnie to. „Nora chciała mu oddać sprawiedliwość – przytoczyła też wypowiedź Yale’a. – Chciała, żeby wisiał obok Modiglianiego”. Sam artykuł w „Tribune” może by nie wystarczył, żeby zmusić Billa do zmiany stanowiska, ale sześć kolejnych tekstów, które pojawiły się po nim w prasie – już tak. I nagle cała własna kampania medialna galerii była pełna Ranka Novaka.

[...]

Kolekcję Nory wystawiono na ścianach niewysokiego labiryntu, na których zgrupowano prace poszczególnych artystów i ustawiono je wszystkie mniej więcej w kolejności chronologicznej; Cecily zaproponowała, żeby zaczęli od końca. Każda grupa prac została bardzo szczegółowo opisana. Opis do Foujity otaczały listy i notatki w ramkach. Tutaj też, na tle śnieżnobiałej ściany, wisiał jego atramentowy rysunek Nory w zielonej sukience. W tym czasie, kiedy Yale nie widział kolekcji, wszystkie prace zdążyły nabrać aury słynnych dzieł sztuki.  Ważnych, bo widział je wcześniej i miał już dla nich w mózgu odpowiednie szufladki. Każde było jak stary przyjaciel spotkany po latach na rogu ulicy. Jak odnaleziony po latach podręcznik do historii ze szkoły średniej, uświęcony mglistym rozpoznaniem. Esmé powiozła go obok grupki skupionej wokół rodziców Fiony, którzy nie spojrzeli na niego, i Debry, która spojrzała. Miała jednak w oczach tak absolutną pustkę, że Yale nie był wcale pewny, czy go rozpoznała. Sama się zmieniła – zaokrągliła się, trochę ożywiła. Fiona już mu kiedyś mówiła, że jej kuzynka spotyka się obecnie z jakimś bankierem inwestycyjnym z Green Bay. Nie brzmiało to jak życie pełne dzikich przygód, jakiego życzył jej Yale, ale dobre i to. Nagle zobaczył nad sobą Warnera Batesa z „ARTnews”, bo zasłonił mu widok; przedstawiał go właśnie dwojgu starszych ludzi, którzy patrzyli na Yale’a z nieskrywanym przerażeniem. Nie wyciągnął do nich ręki na powitanie; nie zrobiłby im tego. To zwycięstwo, Yale! – cieszył się Warner. Musisz być teraz bardzo szczęśliwy! I jestem. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko naprawdę tu jest. No wiesz, to twoja robota. Warner odwrócił się do tamtych. To człowiek, dzięki któremu mamy tę wystawę.

[...]

Yale żałował, że nie wygląda to bardziej spektakularnie, ale wszystkie prace  były ładnie oprawione, a tabliczki z informacjami o Ranku stanowiły przyjemne dopełnienie nijakości krów. Obraz Nory jako smutnej dziewczynki nabrał blasku po renowacji i jej niebieska sukienka miała teraz znacznie bardziej interesujący odcień niż ten, który zapamiętał Yale. I w końcu Ranko w kraciastej kamizelce. Yale nie widział tego obrazu, odkąd dowiedział się, że przedstawia Ranka, że to sama Nora trzymała wtedy pędzel. Na tabliczce pod spodem widniał tytuł Autoportret; choć tyle Yale zdołał im przekazać. I obraz naprawdę sprawiał wrażenie, jakby wyszedł spod ręki tego samego artysty, a w każdym razie tak to widział Yale, choć gdy dokładnie przyjrzał się liniom, może rzeczywiście wydawały się jakby mniej pewne niż na pozostałych pracach; jak gdyby obraz był dziełem osoby, która rozpaczliwie usiłowała wywiązać się z zadania. On również po renowacji wyglądał żywiej. Yale nawet sobie nie uświadamiał, w jak kiepskim stanie była na początku kolekcja Nory. I dopiero teraz w gęstwinie kędzierzawych włosów Ranka dostrzegł jakąś srebrną iskrę. Podjechał bliżej, lecz nic to nie pomogło, więc odjechał od obrazu dwa razy dalej. Nie zwariował: to był spinacz. Nie rzucał się w oczy, ale gdy teraz tak na niego patrzył... tak i jeszcze drugi, trochę bliżej czoła. Różniły się kształtem i Nora zdołała stworzyć iluzję refleksu świetlnego. Jej to był pomysł czy Ranka? Czy tamtego dnia miał znów na głowie swoją koronę, kiedy jej pozował? Czy też dodała te spinacze sama, już po jego śmierci? Jakie to osobliwe, jakie przytłaczające, jak niemożliwe do opisania: dwa spinacze. Chciał się roześmiać, wykrzyczeć to na całą galerię, wyjaśnić – ale mógł tylko, w najlepszym razie, powiedzieć o tym w tajemnicy Fionie. Obrócił się do Esmé. To mój ulubiony. Mężczyzna stojący przy wózku Yale’a zwrócił się do żony: Słyszałem, że musieli wszystko wystawić, tak sobie zażyczyła pani Lerner.

[...]

W poniedziałek dwudziestego trzeciego listopada, dokładnie tydzień później niż planował Richard, wystawa Warstwy wreszcie doczekała się przedpremierowego pokazu w Centrum Pompidou. Dla publiczności miała zostać otwarta w środę, również tydzień później niż zakładano, mimo że przed muzeum wisiał gigantyczny banner z pierwotnymi datami wystawy i zdjęciem raczej młodego Richarda patrzącego w obiektyw kodaka brownie. Przez cały banner biegł wielkimi literami napis „CAMPO”. Fiona zdołała przekonać Claire, żeby też przyszła. Pragnęła wierzyć, że córka zgodziła się ze względu na nią, bo chciała się pogodzić i spędzić z nią trochę czasu, ale z drugiej strony Claire znała Richarda od dziecka i nadal była artystką, czy może, nadal chciała nią być. No i znalazła opiekunkę do dziecka: Cecily się uparła, że zdecydowanie woli zostać z Nicolette, niż wciskać się w szpilki i próbować mówić po francusku. Fiona przyjechała cała w nerwach czterdzieści minut przed czasem. Chciała   dać   Richardowi   przestrzeń   do   przygotowań, więc   wyszła z mieszkania w porze lunchu, zakotwiczyła się w kawiarni; a teraz wałęsała się po sklepie z pamiątkami w Pompidou, gdzie umówiła się z Claire, oglądając jaskrawe silikonowe łopatki, grube naszyjniki i albumy o sztuce. Szukała czegoś dla Nicolette.

[...]

Claire mrugnęła i odłożyła talerz, wyszli do obszernego holu. Każdy wie, jak krótkie jest życie – podjął Julian. Wiemy o tym zwłaszcza Fiona i ja. Ale nigdy nie mówi się o tym, jakie to życie jest długie. A to... czy to w ogóle ma sens? Każde życie jest za krótkie, nawet to długie, ale i tak niektórzy żyją za długo. Nie wiem... może to bez sensu, może musicie najpierw trochę się zestarzeć. Julian wszedł na schody pierwszy i jechał tyłem, żeby je widzieć. Gdybyśmy tylko mogli być na tej ziemi w tym samym czasie i w tym samym miejscu co wszystkie osoby, które kochamy, gdybyśmy mogli razem się urodzić i razem umrzeć, wszystko byłoby takie proste. A tak nie jest. Ale słuchajcie: jesteście obie na tej planecie w tym samym czasie. I jesteście teraz w tym samym miejscu. To cud. I to tylko chcę wam powiedzieć.

[...]

[Yale – przyp. aut.] Pierwszy raz od trzech tygodni mógł oddychać. Nie za dobrze, ale dość, by wyduszać z siebie całe ciągi słów, całe myśli i zdania.  A dopiero co wczoraj był już przekonany, że to koniec, i po każdym oddechu spodziewał się już tylko jednego, góra dwóch więcej. Jakiś głos mu szeptał, że powinien oszczędzać oddech, zachowywać go na jutro, on jednak chciał przede wszystkim mówić, dopóki to jeszcze było możliwe, chciał powiedzieć to wszystko, czego później już nie będzie w stanie. Fiona siedziała na krześle przy łóżku.  Już w prawie ósmym miesiącu, a nadal taka mała – gdyby nosiła trochę luźniejszą bluzkę, niczego nie byłoby po niej widać. Obiecała mu, że kiedy dojdzie do dziewiątego miesiąca, nie będzie już ryzykować długich przejazdów autem z Madison. Ale w ostatnim tygodniu stawało się coraz bardziej oczywiste, że może w ogóle nie trafić na porodówkę przed jego śmiercią. Wąsy tlenowe łaskotały go w nos, lecz zdołał je poprawić bez kichnięcia; to by zabolało. Tego dnia mieli wieczór z pizzą – pizzeria Pat ‘s tydzień w tydzień przywoziła darmowe jedzenie – i Fiona żuła kawałek pepperoni. Yale nie jadał stałego pokarmu od tygodni, ale teraz, po raz pierwszy od dłuższego czasu, odczuwał lekką zazdrość na ten widok – to był dobry znak.

[...]

Yale był świadomy, że śni, ale miał wrażenie, że to sen, który nigdy się nie skończy. Fiona, sama na ulicy. Czasem to on był Fioną, patrzył wtedy w dół na pchany przez siebie wózek, który z początku był pusty, potem leżały w nim bliźnięta, a potem znów był pusty. Po pewnym czasie wózek gdzieś zniknął. A czasem patrzył na nią, szedł za nią, był nad nią, wyciągał rękę, by dotknąć jej włosów. Fiona sama na Broadwayu, szła na południe. Gorąca, parna letnia noc, dookoła rozświetlały się okna, ale ulice były puste. Okna też były puste i parkingi. Broadway i Roscoe. Broadway i Aldine. Broadway i Melrose. Broadway i Belmont. Samoloty przecinały niebo i gdzieś daleko widać było, że ulice żyją, lecz tutaj nie było nikogo. Fiona przepychała się łokciami przez skrzepy zimnego powietrza. Na karku czuła wiatr i powiedziała: „Oni na mnie dyszą. Są wszędzie wokół mnie”. Mignął jej obraz nastolatka na ławce na przystanku, pisał coś w pamiętniku niebieskim piórem wiecznym. Odwróciła się, ale chłopak zniknął i wtedy powiedziała: „Och, to był tylko...”, a Yale – bo znów tu był, jakby gdzieś za nią – próbował jej zaprzeczyć, powiedzieć, że się myli, ten chłopak zmarł już   dawno, w latach sześćdziesiątych, zginął w Wietnamie, i byli też inni, były też starsze duchy. Ale Yale nie mógł wydać z siebie głosu, bo tak naprawdę był tam. Fiona była teraz na School Street i Yale za dobrze tej ulicy nie znał, lecz zawsze podobała mu się ta nazwa. Ulice, które nosiły własną historię: takie właśnie lubił. Czy na tej School Street stała jeszcze szkoła? Jasne. Oto i ona, wyludniona i omszała. Ciągnęła się bez końca, a Fiona patrzyła w dół na wózek, na maleńkiego Nica. Bo tak, to był Nico, urodziła brata i musiała po prostu zaczynać od nowa. Był opatulony w swój pomarańczowy szalik. Na głowie miał koronę ze spinaczy. Fiona powiedziała: „Jest jeszcze za mały, żeby iść do szkoły. Musisz zaczekać do roku dwutysięcznego”. Ale czy to nie było już jakoś niedługo? Byli teraz z powrotem na Broadwayu i rok dwutysięczny był tuż-tuż. To, dlatego wszystko się kończyło. Sylwester to był deadline. Dosłownie. To był dzień, w którym umrze ostatni gej. A ponieważ było mu teraz bardzo, ale to bardzo gorąco – tak gorąco, jakby go zaszyli w tysiącu kołder – i ponieważ ten żar zalewał mu właśnie płuca, choć jednocześnie czuł gdzieś w środku zimno, czuł faktycznie, jak gdzieś tam tworzy się lód, Yale wybrał sobie niedźwiedzie polarne.

[...]

Wstrzymała oddech i poszła za Julianem, oglądając się, czy Claire jest nadal z nimi, ale ona szła już prosto ku ścianie, prosto ku gigantycznej fotografii ust, o której tyle się zawsze mówiło. Były to usta mężczyzny, pod dolną wargą widać było zarost. Czarno-białe, nieznacznie rozchylone. Ujęcie z pozoru banalne, jakich pełno na wystawach kółek fotograficznych w szkołach średnich, a jednak zdjęcie to było jednym z najbardziej intrygujących i najbardziej osobliwych motywów seksualnych, jakie Fiona widziała w życiu. Wrażenie ruchu, jak gdyby wargi chciały rozchylić się szerzej, wypowiedzieć słowo. Skąd się brała ta pewność, że usta się otwierają, a nie zamykają? Nie myślała o tym od lat, ale przypomniała sobie, zupełnie nagle i ze szczegółami, otwarcie wystawy kolekcji Nory u Briggów, pierwsze prawdziwe otwarcie, na którym w życiu była.  Coraz częściej myślała o tamtych czasach, kiedy zabierała Claire na stałą wystawę wówczas już ogromnego i znanego na całym świecie Muzeum Briggów. Opowiadała jej wtedy o Soutinie i Foujicie; pokazywała jej dzieła Ranka Novaka i mówiła: „Kochała go całe życie. A żyła bardzo długo”. I myślała wtedy, że kochać kogoś tak długo można chyba tylko wtedy, kiedy tej drugiej osoby już nie ma wśród żywych. Czy można by kochać żywego, niedoskonałego człowieka przez tyle lat? Opowiadała jej o tym, jak Yale zdobył tę kolekcję, jak doprowadził do powstania wystawy, do zachowania prac Ranka w kolekcji Nory, a na koniec powtarzała: „Tak właśnie dostałaś swoje drugie imię! Yale był w szpitalu piętro niżej, kiedy się rodziłaś, pomagał dobrymi myślami sprowadzić cię na ten świat! I kiedy przyszłaś tu do mnie z nieba, zostawiłaś mu uchylone drzwi, żeby sam mógł odejść”. Nie wydawało się to wcale takie straszne, mówienie Claire takich rzeczy, ale teraz było dla niej jasne, oczywiście, że dziecko mogło zrozumieć to opacznie, usłyszeć wyrzut w jej głosie, wziąć go do siebie.  Jak mogła o tym nie pomyśleć? Ale może wcale nie myślała o Claire; może była to bajka, którą sama chciała sobie opowiedzieć.

[...]

Claire nadal stała przy ustach; Fiona uznała, że da jej przestrzeń dla siebie. Była coraz bardziej spokojna o to, że Claire jej nigdzie nie ucieknie. Prace na wystawie były znacznie bardziej postmodernistyczne, znacznie bardziej multimedialne – Fiona żałowała, że brakuje jej słownictwa – od wszystkich dzieł Richarda, które widziała wcześniej. Duża fotografia pokazująca zrobione polaroidem zdjęcie leżące na stercie gazet. Polaroid z kolei pokazywał mężczyznę na krześle, z twarzą ukrytą w dłoniach. To zdjęcie mogło być zrobione w latach osiemdziesiątych albo na początku dziewięćdziesiątych – to było widać po białej koszulce, po mokasynach – ale nie rozpoznała gościa z polaroida. Obok wisiała fotografia fasady kamienicy, trzy okna zostały zamalowane wielkim czerwonym iksem. W podpisie można było przeczytać, że zdjęcie domu Richard zrobił w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim, ale iksy dorobił dopiero w tym roku. Fiona się domyśliła, że tytuł wystawy – Warstwy – nawiązuje właśnie do tego, do nakładania się nowych rzeczy na stare.

[...]

W tym momencie Fionę wypełniła absurdalna, irracjonalna miłość do Juliana, do wszystkiego, co zaraz jej powie, bo czuła obok siebie Nica, Yale’a, Terrence’a i wszystkich pozostałych, czuła, jak przewracają oczami, Julian znowu zaczyna, znowu pozuje na wielkiego aktora, co było tak bardzo w jego stylu, ale wszyscy i tak go kochali, a ona kochała go nadal. Cała sztuka jest o tym, że Hamlet próbuje pomścić śmierć ojca, próbuje powiedzieć prawdę, no nie? – podjął Julian. A potem, kiedy umiera, przekazuje to wszystko Horacemu. „I ponieś trudy oddychania dłużej w zepsutej atmosferze tego świata dla objaśnienia moich dziejów”. Widzisz? Byłbym wielkim Hamletem! Ale co to za krzyż. Być Horacym. Być tym, który musi dźwigać całą pamięć. I co ten Horacy ma z tą pamięcią zrobić? I co ten palant robi w akcie szóstym?

[...]

Wideoinstalacje. Dwa ekrany na samym końcu wystawy, daleko od siebie. Julian zaprowadził ją do lewego, ustawił przed nim. Na tym drugim są pokazy drag. A ty masz obejrzeć to. Ekran pokazywał nieruchomy tłum na chodniku. Bistro. Pamiętasz Bistro czy byłaś za młoda? To była ta dyskoteka, prawda? Pamiętam, że wszyscy o niej mówili, jakby to był jakiś raj utracony. No tak... Tam po prostu czuliśmy się naprawdę szczęśliwi. Nie żeby nie było innych miejsc do zabawy, ale nie wiem, czy kiedykolwiek potem byliśmy jeszcze tacy radośni. Tu jest pokazany dzień, kiedy zburzyli Bistro. Postąpiła krok w stronę ekranu. Film miał dźwięk, lecz trzeba było stać tuż przed głośnikiem, żeby go usłyszeć. Ktoś w tłumie mówił: „Ta była największa, najlepsza ze wszystkich”. Inny mężczyzna: „To było nasze Studio 54. Nie, czekajcie. To było nasze niebo. Nasze siódme niebo!”.

[...]

Może pan robić zbliżenie!”. Rynsztok i przeciągła cisza. Spodziewała się, że film skończy się właśnie w tym momencie, ale nie: kiedy śmiechy ucichły, kamera zatrzymała się niepokojąco długo na mężczyźnie zbierającym swoje długie czarne włosy w kucyk. Na matce przenikającej przez grupkę ostatnich gapiów, ciągnącej za rękę synka. Na Yale’u i Charliem oddalających się chodnikiem – ramię w ramię, choć nie za rękę, typowa gejowska para. Dookoła nich cisza wielka jak miasto. A potem film ruszył od początku. I znowu wszyscy stali, patrzyli na Bistro. Chłopaki z rękami w kieszeniach stały i czekały, aż wszystko się zacznie.

Rebecca Makkai, Wierzyliśmy jak nikt

Obyczajowa powieść Rebeki Makkai – amerykańskiej powieściopisarki i nowelistki przenosi akcję tej „obrazoburczej” opowieści do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, tym razem przede wszystkim do stanu Illinois, do stołecznego Chicago i do tamtejszego miasteczka uniwersyteckiego nad jeziorem Michigan, także i do Europy Zachodniej głównie w tym nurcie do Paryża, ogólnie rzecz ujmując w dwa przeciągi czasowe: w amerykańskie lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku oraz w paryskie drugie dziesięciolecie naszego wieku. Na młodego dyrektora chicagowskiej galerii sztuki Yale’a Tishmana i na jego przystojnych, tudzież gejowskich przyjaciół będących w jaskrawej pełni swego „rajskiego” życia w rozrywkach pada nagły strach; to nowa nieuleczalna choroba, która zabija układ immunologiczny człowieka i jako zespół nabytego niedoboru odporności prowadzi do powolnego zgonu. Śmierć wśród nich zbiera swoje żniwo i po kolei przyjaciele odprowadzają się na ostatnią drogę. Równolegle w opowieści Fiona po latach trudnej rozłąki z córką Claire próbuje ją odnaleźć, aby ułożyć sobie przyszłe z nią współżycie na zdrowszych już zasadach. W obu współbieżnych wątkach powieści nie brakuje odniesień do sztuki Wielko-artystycznej, która będąc ponadczasową, jednoczy przemijające pokolenia ludzkie. Przede wszystkim jednak w powieści Rebeki Makkai uczłowieczono zjawisko homoseksualizmu, w którym uniwersum przyjaźni nabiera w tej perspektywie głębszego, wrażliwszego znaczenia.    



powrót ››