28.06.2024

„Co mu przyjdzie z tego grania?
W czasie wojny będzie biegał szybciej od kuli?”
„Dusza się wyrywa, tylko ciało mdłe”
„Każdy, kto wiele doświadczył,
może pisać opowieści,
ale tylko ten, kto zrozumiał świat,
ma coś ważnego do opowiedzenia”
„muzyka nie kryje się w fortepianie,
lecz w moim cieniu.”
„na tym świecie
równość można osiągnąć
jedynie dzięki sztuce.”
[…]
Na początku wszyscy byliśmy jedynie bezcielesnymi duszami. Kiedy Bóg zapragnął nadać im fizyczny kształt, odmówiły, nie chciały zespolić się z materią, która podlega chorobom, śmierci i nie może swobodnie podróżować w czasie i przestrzeni. Wtedy Bóg użył podstępu – na jego rozkaz aniołowie zagrali cudowną melodię. I stało się: muzyka urzekła dusze, które zapragnęły usłyszeć ją najwyraźniej, jak to możliwe. Istniał wyłącznie jeden sposób – za pośrednictwem ludzkiego ucha. Boski fortel się powiódł i dusze oblekły się w ciała. Poniższą historię chyba należałoby zacząć od Rachmaninowa usłyszanego przez Lin Sanga. Dźwięki fortepianu dochodziły z sali ćwiczeń na drugim piętrze. Lin Sang nie znał opowieści o duszach, które straciły wolność za parę uszu. Niedawno zresztą sam doświadczył straty, choć innego rodzaju. Od śmierci jego żony minęły trzy miesiące i w końcu pozbierał się na tyle, że postanowił zająć się prowadzoną przez nią szkołą muzyczną. Wkładała w nią serce i duszę, miejsce zdobyło renomę w okolicy, dlaczego zatem, zbliżając się do kresu, nie przekazała mu obowiązków? Zgadywał… Może nie chciała go obarczać koniecznością prowadzenia tej firmy. Musiała przecież wiedzieć, że bez jej wyraźnej prośby Lin Sang, amator, który niekiedy lubił posłuchać muzyki, ale nic więcej, prędzej czy później zdecyduje się zamknąć szkołę, prawda? Takie domysły umniejszały nieco wyrzuty sumienia Lin Sanga. W końcu dopóki nie poznał Emily, dopóty nie odróżniał altówki od skrzypiec.
[…]
Jego pierwsze małżeństwo zakończyło się po sześciu latach rozwodem. Drugie, jeszcze krótsze, trwało zaledwie cztery – Emily nie zdążyła nawet zrobić z niego konesera muzyki klasycznej. Rak zjawił się nagle, przeszedł jak pożar i zabrał ją, zanim minęło sześć miesięcy. Był starszy od niej o równe dwadzieścia lat i wahał się przed ponownym małżeństwem, obawiał się, że pewnego dnia stanie się brzemieniem dla młodej żony, nie przyszło mu do głowy, że koniec będzie takim, jakim się okazał. Płynąca zza uchylonych drzwi sali ćwiczeń łagodna melodia brzmiała wyjątkowo czysto w nocnym powietrzu. Emily zabierała go na mnóstwo świetnych koncertów i na własne recitale, ale utwory, które potrafił rozpoznać natychmiast, mógł policzyć na palcach. Zaskoczony dobiegającymi z góry dźwiękami, przerwał rozmowę z kierowniczką i odruchowo poszukał wzrokiem źródła muzyki. To była Vocalise Rachmaninowa [rosyjski kompozytor, pianista i dyrygent – przyp. aut.].
[…]
Po raz pierwszy usłyszał ją graną na skrzypcach przez Emily. Było to wieczorem, przed ich pierwszą rocznicą ślubu, na którą przygotował prezent niespodziankę, nie biżuterię ani nie markową torebkę, ale samodzielny recital. Promieniejąca z radości żona kazała mu usiąść w salonie i wykonała cały program koncertu dla jednoosobowej publiczności. Słuchał bez większych emocji czy przemyśleń, ale gdy zagrała utwór Rachmaninowa, dźwięki płynące ze strun zabrzmiały tak przejmująco, że nie wiadomo dlaczego pomyślał o zmarłej przed kilkoma laty matce i bez zastanowienia skomentował: „Nie za smutne?”. Emily taktownie usunęła z programu Vocalise. Ale ona już została w jego głowie, zmieniła się wręcz w coś w rodzaju alergicznego tiku i słyszał ją nieustannie, w śpiewie sopranu i w grze wiolonczeli, w reklamach aut i na ścieżkach dźwiękowych, nieustannie zmieniająca formę melodia wciąż krążyła wokół niego.
[…]
Tego wieczoru jednak, grana na fortepianie w pustym budynku, z jakiegoś powodu nie budziła w nim ponurych myśli, wręcz przeciwnie, słyszał w niej bezkresną lekkość. Ktoś jeszcze gra o tej porze? – zapytał kierowniczkę. Tęgawa kobieta o pełnych policzkach, która od pojawienia się Lin Sanga usiłowała wymusić smutek na swojej naturalnie pogodnej twarzy, po tym niespodziewanym pytaniu rozluźniła się i poczuła ulgę. Och, to nasz stroiciel. Nie przekazano mu, że ma już nie przychodzić? Wie, ale powiedział, że dokąd nie zabiorą instrumentów, będzie się nimi zajmował za darmo. Lin Sang bez słowa lekko zmarszczył brwi. (Boże, jeszcze te fortepiany, z którymi nie wiadomo, co zrobić…) Kierowniczka mówiła dalej: On też jest pianistą, ale gdy pytałam, czy nie chciałby u nas uczyć, zawsze odmawiał. Od czasu do czasu pozwalamy mu pograć na naszych instrumentach. Nie ma własnego instrumentu, nie chce uczyć i woli pracować jako stroiciel. Lin Sang nie widział w tym cienia logiki. Gra naprawdę nieźle…
[…]
Gdy stanął na szczycie schodów, zajrzał do jedynej sali z zapalonym światłem i tuż za uchylonymi drzwiami zobaczył plecy siedzącego przy pianinie mężczyzny w czapce z daszkiem. Lin Sang od razu rozpoznał instrument – pianino Bösendorfer. Studiująca skrzypce Emily z rzadka siadała do fortepianu i na stojącym w domu steinwayu grał tylko ćwiczący z nią akompaniator. W dzieciństwie uczyła się gry na fortepianie, w szkole średniej ćwiczyła już na dwóch instrumentach i gdy Lin kiedyś ją zapytał, dlaczego zdecydowała się na skrzypce, pół żartem, pół serio odpowiedziała, że w tym życiu nie miała nadziei na karierę pianistki solistki, ale być może zdołałaby wygrać przesłuchanie i zarabiać na chleb jako skrzypaczka w orkiestrze.
[…]
Fortepian, jeśli jest strojony i zadbany, gwiżdże na upływ czasu, i wydobywające się z niego dźwięki nawet po pięćdziesięciu latach będą tak samo piękne jak w dniu jego narodzin, albo i piękniejsze, jeśli zagra je para magicznych rąk, jednocześnie silnych i zręcznych. Słysząc płynące z bösendorfera nuty, czyste i przejrzyste jak szklane kulki, nagle poczuł, że chce mu się śmiać. Idealne warunki dla steinwaya stojącego w domu to temperatura dwudziestu stopni Celsjusza i wilgotność na poziomie czterdziestu dwóch procent, ale przez ostatnie pół roku nie zapewniał instrumentowi należnej troski. Stare pianino, przebywające tu właściwie na wygnaniu, otaczano troskliwą opieką, podczas gdy na steinwayu leżała gruba warstwa kurzu, a klawisze i struny z pewnością zachrypły i utraciły właściwy kształt. Ukłuła go ironia tej sytuacji i poczuł, jak do gardła podchodzi mu kwaśny posmak podbity rdzawą nutą. (Znów zostałem sam, sześćdziesięcioletni stary dziad…)
[…]
Rachmaninow sprawił, że na chwilę zgubił się we wspomnieniach. Gdy ucichły ostatnie nuty, ręce pianisty podfrunęły jakby unoszone niewidzialną chmurą, nakreśliły łuk w powietrzu i sfrunęły na kolana. Stojący za drzwiami Lin w milczeniu obserwował kończące grę gesty. Wtedy musiał po raz pierwszy zauważyć moje istnienie. Przez następne dni często chodziliśmy do pewnego baru, gdzie Lin raz wyznał, że jego zdaniem niektóre instrumenty wyjątkowo pasują do kobiecych ciał, na przykład flet i harfa. Grające skrzypaczki w jego oczach wyglądały smukło i powabnie, w odróżnieniu od rosłych mężczyzn, którzy przechyloną głową zdawali się miażdżyć instrument spoczywający na ich ramieniu. Uważał, że wiolonczelistki, grające z szeroko rozłożonymi nogami, zawsze wyglądają nieco wulgarnie. Nie mówił tego na głos, ale jego zdaniem kształt fortepianu bardziej pasował do mężczyzn, zwłaszcza modele koncertowe, które mogły być poskromione jedynie przez duże dłonie i szerokie ramiona.
[…]
Legenda mówi, że pewnego dnia w 530 roku p.n.e. grecki matematyk Pitagoras przechodził obok kuźni i zafascynowały go dobiegające ze środka odgłosy. Zauważył, że niekiedy brzmią nieprzyjemnie i drażniąco, a chwilę później niezwykle elegancko i harmonijnie. Wszedł do warsztatu, żeby to zbadać, i odkrył, że zjawisko to ma związek z wagą młotów, które huczą odmiennie w zależności od siły uderzenia kowala. Przyjemne dla ucha dźwięki pojawiały się, jeśli stosunek wagi dwóch równocześnie opadających młotów wynosił dwa do jednego, trzy do dwóch czy cztery do trzech. W ten sposób powstała podstawowa zasada strojenia instrumentów klawiszowych. Źródłem dwóch harmonijnych dźwięków jest proporcja pomiędzy siłą uderzeń, z których powstaje rezonans. Co ostatecznie poruszyło najgłębiej dusze, gdy już zdobyły uszy? Czy była to jedynie molekularna wibracja wywołana ciśnięciem kamyka do nieruchomego jeziora? A może jakaś częstotliwość, która od zawsze istnieje we wszechświecie i którą odczuwa się nawet bez materialnego ciała?
[…]
Nieustanne granie na pianinie to kluczowa sprawa, jeśli pragniesz pracować jako stroiciel. Oczywiście, bycie najlepszym to marzenie. Zdecydowałem się rzucić lepiej płatną pracę nauczyciela muzyki i wybrałem zawód przez wielu uważany za techniczny i niezwiązany ze sztuką częściowo dlatego, że miałem dość rodziców. Nie potrafiłem się przemóc, żeby chwalić i motywować ich pozbawione talentu dzieci tylko po to, żeby dalej zarabiać na dawaniu lekcji. Ważniejszym powodem był jednak lęk, że ich kiepska gra, przypominająca raczej walenie, zniszczy mój czuły słuch i przyczyni się do powstania nienaprawialnych strat fizycznych i psychicznych.
[…]
Chyba lepiej to nazwać kalibrowaniem tonów niż strojeniem. Wyjaśniałem dalej, dlaczego strojenie przez technika systemem równomiernie temperowanym czy strojem naturalnym nie wystarcza, niekiedy trzeba także przysłuchać się alikwotom, w końcu na klawiaturze wygrywane są też akordy, a z powodu różnicy częstotliwości tonów harmonicznych zawsze się zdarzą jakieś pojedyncze dźwięki wchodzące ze sobą w dysonanse… Lin Sang próbował się skupić, chciał zrozumieć, o czym mówię, ale techniczne słownictwo było dla niego zbyt skomplikowane. Co więcej, od kilku tygodni nie spał dobrze i wyglądał na jeszcze bardziej wyczerpanego niż wtedy, kiedy spotkaliśmy się w szkole. Wiedział, że jego żona zawsze była spięta i nerwowa, choć dla reszty świata nosiła przyklejony do ust słodki i elegancki uśmiech. Ale nawet on nigdy nie słyszał, żeby skarżyła się na fortepian. Dopiero dziś dowiedział się o tym sekrecie istniejącym w ich relacji. Głęboko ukryta w życiu codziennym tajemnica wyszła w końcu na światło dzienne, kiedy ich małżeństwo dobiegło kresu. Okazało się, że steinway ją rozczarował, nie znalazła w nim upragnionej barwy.
[…]
Muzycy nie zawsze rozumieją swoje fortepiany, często przelewają na nie własne emocje i zapominają, że to jedynie maszyna działająca na zasadzie uderzeń, a nie dzięki jakiejś sekretnej formule. Podobny błąd popełniają zwykli ludzie, nie dostrzegając, jak złożone i nieprzewidywalne jest ludzkie serce. Wydaje im się, że istnieją partytury, z których można się nauczyć zasad postępowania z drugim człowiekiem. Lin Sang nie mógł zrozumieć, dlaczego przy każdym związku miłosnym do jego życia wciska się banda nieznajomych, a on jest wciągany w ich krąg towarzyski. Kiedy był z Beatrix, otaczali go projektanci i architekci. Dopiero po ślubie z Emily odkrył, że muzycy nie są grupą samotników z rzadka wychodzących do ludzi, o nie, jest na odwrót, ich życie to pasmo niekończących się spotkań i nieustannych koncertów i przyjęć. Szczerze mówiąc, nie miał własnych przyjaciół. Po finansowym tsunami, które uderzyło niedługo po drugim ślubie, zdecydował się zamknąć firmę o ponad trzydziestoletniej historii i sądził, że czeka go życie wyrafinowanego wielkomiejskiego emeryta, sądził, że będzie motywującym pomocnikiem stojącym za plecami odnoszącej sukcesy skrzypaczki – a ostatecznie pogrążył się w samotności, której sam nie mógł za bardzo zrozumieć.
[…]
Jestem przekonany, że każdemu, kto doczytał do tego miejsca, Lin Sang wydaje się postacią o wiele bardziej interesującą ode mnie, prawda? Wiem, kim jestem. Nikim ważnym w tej historii. Gdyby nie ta odrobina mądrości, moje życie prawdopodobnie byłoby jeszcze bardziej bezużyteczne. Niemniej jako narrator tej opowieści dostrzegam pewne podobieństwa pomiędzy tym zadaniem a strojeniem fortepianów. Kiedy duszę przenika niebiańska melodia, wszyscy zapamiętują talent kompozytora i wirtuozerię wykonawcy, nikt nie pomyśli o roli stroiciela. Tak właśnie jest, stroiciele znają swoje miejsce i są przyzwyczajeni do swej niewidzialnej pracy. Nie będzie udanego występu bez prawidłowego rytmu i harmonijnego tonu; aby opowieść przyciągnęła ludzi, narrator musi ją trzymać w ryzach, musi wyciąć zbędne szczegóły, wyostrzyć fokus i rytm zdań, nie przejaskrawiać, nie próbować na siłę doprowadzić do pożądanego przez siebie finału. Przyzwyczaiłem się do stania w cieniu, ale wiem, że we wszystkich zawodach istnieją minimalne wymogi profesjonalizmu. Jeśli wykonawca nie jest zadowolony z występu, stroiciel z pewnością nie uniknie pretensji. Jeśli opowieść nie zdoła zaskarbić sobie zainteresowania i zaufania czytelników, winę, moim zdaniem, powinien wziąć na siebie narrator.
[…]
W rzeczywistości jestem muzycznym geniuszem. Sekret, który ukrywałem tak desperacko, koniec końców sam tutaj wyjawiam. Stało się to tajemnicą, nie dlatego, że od początku byłem zdeterminowany, żeby jej strzec, ale dlatego, że wszyscy inni mieli to w nosie i nikt o tym nie mówił – z tego powodu o moim talencie pamiętam wyłącznie ja sam i nie mam ochoty nikomu tego wyjaśniać. Dawno temu mój talent nie tyle nie był sekretem, ile wręcz, kiedy uczyłem się w szkole podstawowej, pisano o nim w gazetach. Minęło tyle lat, nikt już o tym nie pamięta. Kiedy byłem w drugiej klasie, po lekcji muzyki, gdy pozostałe dzieci hałaśliwie wybiegały z klasy, podszedłem do pianina i zagrałem melodię piosenki, którą chwilę wcześniej uczyliśmy się śpiewać. Wchodząca na następne zajęcia nauczycielka osłupiała ze zdumienia – w takim wieku potrafiłem zagrać akordy, a nie wyłącznie pojedyncze dźwięki.
[…]
W przeddzień ukończenia szkoły podstawowej nauczycielka muzyki zabrała mnie na recital pianisty. Dwudziestokilkuletni muzyk, zwycięzca którejś edycji konkursu chopinowskiego, miał taki sam kolor włosów i odcień skóry jak ja. Urodził się w Hanoi w Wietnamie, pochodził z bardzo biednej rodziny. Pewien sławny nauczyciel wysłał go do Moskiewskiego Konserwatorium im. Czajkowskiego, a po kilku latach chłopak się wybił i został sławny. To wszystko opowiedziała mi nauczycielka. Ta legendarna wręcz historia nie wzbudziła we mnie żadnej zazdrości czy pragnień, ponieważ i Hanoi, i Moskwa były dla mnie zbyt abstrakcyjne i nierealne. Najgłębsze wrażenie wywarło na mnie coś innego – pod koniuszkami palców chłopaka zdawały się lśnić drogocenne kamienie. Po raz pierwszy w życiu płakałem, słuchając koncertu na żywo.
[…]
Wejdźmy do wspaniałego starego lasu, potem wybierzmy jedno drzewo, aby ściął je drwal i wysłał do tartaku. Następnie projektant zaczyna pracę nad pudłem i płytą rezonansową, do dzieła przystępują stolarz i kowal. Struna za struną, śruba po śrubie i oto wyłania się mechanizm młoteczkowy, na pudle rzeźbione są zawijasy, pojawia się stroiciel kończący dzieło. I stał się fortepian. Niektórzy się nie zgodzą, że fortepian to po prostu instrument mechaniczny – w ich oczach każdy, kto go do dotyka podczas tego skomplikowanego i precyzyjnego procesu tworzenia, począwszy od drwala aż do przenoszącego go tragarza, dodaje mu wyjątkowego ducha. Wiedzą bowiem, że to nie samochód czy telewizor, których przecież nie otacza aura tajemniczości i boskości. Ale nawet aura nie zmienia faktu, że każdy fortepian istniejący na świecie ma swoje odrębne brzmienie. Większość ludzi nie ma o tym pojęcia, trwają w przekonaniu, że każdy dźwięk, który słyszą, jest identyczny i perfekcyjny. Taka jest moc cywilizacji.
[…]
Stary stroiciel wprowadzający mnie do zawodu powiedział kiedyś, że stosunek pomiędzy fortepianem, pianistą i stroicielem przypomina relację pomiędzy małżeństwem a terapeutą par. Kiedy neurotyczny gracz wejdzie w związek z niedoskonałym instrumentem, doniosłą rolą stroiciela jest pomóc im nakreślić szczęśliwą wizję tego, co mogą wspólnie osiągnąć. Stroiciel, co ważne, nie musi być perfekcyjny – wystarczy, że ma parę uszu, które potrafią usłyszeć wibracje dobiegające z tych dwóch noszących w sobie skazy stworzeń.
[…]
Gdy zaś występował sławny pianista, czekał go wyjątkowy spektakl, typowy dla Tajpej – pojawiała się chmara oficjeli, którzy jakby chcąc udowodnić, że nadążają za światowymi trendami, natychmiast nawiązywali bliskie relacje z maestro i nikt, kto był kimś, nie chciał przepuścić takiej imprezy, nowej odsłony spotkania w rodzinnym gronie. Lin Sang zdawał sobie sprawę, że jest tylko biznesmenem – zresztą nie był towarzyski z natury – więc przed koncertem zawsze siedział spokojnie na swoim miejscu, podczas gdy Emily sama witała się z ważnymi personami. Nie miał złudzeń, wiedział bardzo mało o życiu Emily sprzed ślubu. W końcu był od niej starszy o dwadzieścia lat, nie męczył go brak wiedzy, od tak dawna żył na tym świecie, że niewiele mogło go już zdziwić, i czy koniecznie musiał zobaczyć dno rzeki, żeby poczuć spokój, patrząc na jej nurt? Życie to pasmo konfrontacji i uników. Ponadto wychował się w środowisku, gdzie nauka gry na instrumencie oznaczała odebranie pewnego typu wychowania, a Emily, która skończyła studia magisterskie w USA, była zdecydowanie mniej skomplikowana niż kobiety spotykane w jego otoczeniu.
[…]
Wokół niego nigdy nie pojawiła się kobieta, która by czegoś od niego nie chciała. Emily nie była wyjątkiem. W przeciwnym razie nie miałaby chyba ochoty na kolację z mężczyzną starszym od niej o dwie dekady, prawda? Jeśli bowiem nie istniałyby podaż i popyt, czy między ludźmi mogłaby powstać prawdziwa relacja? Beatrix Huang praktycznie niczego nie brakowało, poza mężczyzną z jej romantycznych fantazji. Jego pierwsza żona studiowała, tak jak i on, na wydziale filologicznym, była wybitną studentką i kilka lat po ich rozstaniu rozkręciła w Stanach prężny biznes internetowy, wiodło się jej doskonale (no, może oprócz wytatuowanego od stóp do głów i wiecznie przeklinającego syna) i prawdopodobnie nadawała się do więzi małżeńskich jeszcze mniej niż on. Bycie feministką czy szowinistycznym maczo niczego właściwie nie zmieniało – może niektórzy ludzie potrzebowali, żeby ich druga połowa miała właśnie takie cechy. Emily musiała zauważyć, że za władczym i porywczym stylem bycia ukrywa się wspaniałomyślny, ale samotny człowiek. Dusza się wyrywa, tylko ciało mdłe – w jego przypadku nie chodziło jednak wyłącznie o siły fizyczne. Kolejna osoba to brzemię kolejnych trosk, a martwienie się jest wyczerpujące. Dlaczego nigdy wcześniej tak się nie czuł? To nie był żal, wyłącznie wyrzuty sumienia. Wracając myślami do przeszłości, dochodził do wniosku, że nie potrafił z łatwością odgadnąć, co myślała, ponieważ tak bardzo odróżniała się od innych, bywałych w świecie kobiet.
[…]
Jeśli akurat był w budynku, przynosił krzesło i siadał obok mnie. Niekoniecznie chodziło tu o rozkoszowanie się muzyką, obstawiałbym raczej, że słuchanie stało się czymś w rodzaju terapii. Mogłem sobie wyobrazić, że może mieć halucynacje po całych dniach samotnego siedzenia w salonie naprzeciwko steinwaya. Dlatego się nie zdziwiłem, gdy mi powiedział, że czasami wydaje mu się, że go słyszy. Przypominał stary fortepian, chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Może dlatego myślał, że słyszy dźwięki fortepianu. Instrument, na którym nikt nie grał, stał się, choć Lin Sang nie chciał tego przyznać, projekcją jego samego.
[…]
Pewnych rzeczy ludzie nie są w stanie pojąć, nawet jeśli im je dogłębnie wytłumaczysz. Na przykład moje najwcześniejsze wspomnienia o steinwayu. Na przykład steinway Emily, z którym nie było żadnego problemu. Ale ona i tak się miotała niezadowolona. Albo szansa, którą raz kiedyś miałem, szansa, która mogła mnie poprowadzić ku całkowicie innemu życiu. Gdybym tylko był w stanie zapomnieć dezorientację i żal w ten upalny letni dzień, kiedy bez konkretnej przyczyny myślałem, że właśnie spadł śnieg…
[…]
Dlaczego miałbym zdawać na akademię muzyczną? Jesteś za dumny. Znam cię lepiej niż ty sam. Czekałeś do tego dnia, właśnie po to, żeby udowodnić, że nie musisz kroczyć tą samą ścieżką co inni. Pokazać wszystkim, jaki jesteś wyjątkowy. W jeden semestr przegonisz tych, którzy harowali przez pięć, sześć lat… Podczas jej motywującej przemowy zauważyłem spojrzenie siedzącego obok niej pianisty, który cały czas wpatrywał się w moje dłonie. Pani Chiu wyszła, żebyśmy mogli porozmawiać we dwóch. Kiedy poprosił, żebym mu zagrał jakiś utwór, wybrałem Vocalise op. 34 nr 14 Rachmaninowa. Zapytał, dlaczego ten. Patrząc na niego, wzruszyłem ramionami i nagle z jakiegoś powodu ogarnęła mnie złość. Ponieważ moim zdaniem to błąd, że tę pieśń napisano dla sopranu!
[…]
O czym myślałeś podczas gry? O śniegu – odpowiedziałem. Widziałeś kiedyś śnieg? Nigdy. Więc skąd ten śnieg? Pamiętam, że najpierw opuściłem głowę, nie patrzyłem mu w oczy, potem nagle poczułem się bliski łez. Nie umiałem wytłumaczyć, że to uczucie przypominało chodzenie w czasie śnieżycy, choć nigdy żadnej nie widziałem. Brakowało mi słów. Może to nie był śnieg – powiedziałem. Po prostu czułem, że wokół mnie coś wiruje i opada. Chwilę się zastanawiał. To, czego nie potrafiłeś opisać – powiedział – to czas. Muzyka pozwala nam usłyszeć upływ czasu. Usłyszeć nasze własne cienie. Zaskoczony podniosłem głowę – patrzył na mnie badawczo. Dotąd wiedziałem jedynie, że mam wyjątkowe predyspozycje, ale nikt nigdy mi jeszcze nie powiedział, że muzyka nie kryje się w fortepianie, lecz w moim cieniu.
[…]
W tym wyjątkowym otoczeniu, w półmroku starego domu, stał imponujący steinway – za każdym razem, kiedy wspominam ten niespójny widok, czuję, że doświadczam czegoś surrealistycznego i niezwykłego. Pianista powiedział, że musiał zatrzymać się w domu, ponieważ nie może grać na nieznajomym fortepianie. To najdroższy prezent od ojca, moje studia za granicą nic go nie kosztowały, wszystko pokrywały wygrane stypendia. Wiesz, co najbardziej lubiłem w tym domu? Kiedy byłem mały, w okolicy kwitło życie nocne i nie musiałem się martwić, że sąsiedzi będą się wściekać na moje ćwiczenia, knajpy były głośniejsze!
[…]
Mijają lata, a ja za każdym razem, słysząc radzieckiego pianistę Światosława Richtera, wracam myślami do tego upalnego lata, kiedy po raz pierwszy pianista puścił mi jego nagranie z koncertu. Sonata fortepianowa nr 18 G-dur D.894 Schuberta pod palcami Richtera była nieprzewidywalna i pełna gracji, tak odmienna od powściągliwego, spokojnego stylu innych wykonań. I wciąż pamiętam, że powietrze wydawało się przesycone unikalną samotnością, możliwą tylko w zimnym północnym kraju. Richter nie odebrał żadnej formalnej edukacji muzycznej – gdy miał dwadzieścia lat, zauważył go Henryk Neuhaus, pianista w Konserwatorium Moskiewskim, i łamiąc wszelkie zasady, przyjął go na ucznia. Słuchałem w milczeniu opowieści pianisty. W 1949 roku Richter zdobył Nagrodę Stalina, dzięki czemu w końcu pozwolono mu na zagraniczne trasy koncertowe. Początkowo mógł wyjeżdżać jedynie do Chin i krajów Europy Wschodniej. W Stanach Zjednoczonych wystąpił po raz pierwszy w 1960 roku i momentalnie podbił zachodnie sceny muzyczne. Ale nie lubił Stanów i nie lubił zagranicznych tras. Wolał podróżować po swojej ojczyźnie – jeździł pociągiem przez Syberię, wysiadał, kiedy zainteresowała go panorama jakiegoś miasteczka, i dawał tam kameralny koncert dla miejscowej ludności. Ponieważ nie lubił grać w studiu nagraniowym, większość jego wykonań, których słuchałem, zarejestrowano podczas koncertów na żywo. Zwróć uwagę, jak opanował te krótkie chwile ciszy pomiędzy nutami. Pamiętaj, partie bez dźwięku to też część gry. Wielu pianistów potrafi być majestatycznych i pełnych pasji, ale jedynie Richter potrafił tak perfekcyjnie wydobyć z fortepianowych strun lekkość i spokój.
[…]
Czy mi nie powiedziałeś, że kiedy Richter miał zagrać swój pierwszy koncert w Wiedniu, na chwilę przed wyjściem na scenę dowiedział się od ojczyma o śmierci matki? W efekcie koncert był klapą, krytycy bezlitośnie go zaatakowali, że koniec mitu, że zniszczona legenda… Dlaczego pozwolono na takie upokorzenie? Muzycy to również ludzie, też czują, dlaczego nie mają prawa do gorszego dnia? Pianiści nie żyją dla krytyków! Ci wszyscy znawcy to banda podłych drani, którym nie udało się zostać muzykami! Udają ekspertów, robią afery z drobiazgów i zadowalają ich nędzne honoraria za napisane recenzje. Pozbawieni marzeń, bez cienia kreatywności, chowają się za mianem krytyka muzycznego i się nim pysznią. Gdyby pewnego dnia wszyscy ci znawcy padli trupem, na muzykę nie wywarłoby to najmniejszego wpływu, taka jest prawda!
[…]
Wraz z końcem Arabeski nr 1 Debussy’ego pianista przez trzy sekundy trzymał ręce zawieszone w powietrzu, jak para łabędzi płynących leniwie po jeziorze, zanim dotrą do brzegu. Ćwierć wieku później pewien nastolatek zdołał znów usiąść przed steinwayem i usłyszeć szepczące pod jego koniuszkami palców klawisze. Ten chłopak sprzed dwudziestu pięciu lat mignął, pojawił się na chwilę w odbiciu na lakierowanym mahoniu i rozpłynął się w powietrzu wraz z ostatnią nutą. Siedziałem nieruchomo przez kilka sekund, spodziewając się zza moich pleców komentarza pianisty „excellent”. Zamiast tego usłyszałem brawa Lin Sanga, który niepostrzeżenie wszedł do salonu. Odetchnąłem głęboko, jakbym obudził się ze snu.
[…]
Usłyszawszy pytanie, odwróciłem się do Lin Sanga: Dlaczego nagle chcesz się uczyć grać na pianinie? Zawsze chciałem, ale nigdy się nie mogłem zebrać. Im się jest starszym, tym bardziej się człowiek boi zrobić z siebie głupka, a im bardziej się boisz, tym trudniej zacząć. Więc dlaczego teraz? Popatrzyłem na nuty na półce, nie było tam nic zdatnego dla początkujących. Mam wrażenie, że byłbyś dobrym nauczycielem. W taki właśnie sposób mówił Lin Sang, w jego biernym tonie wybrzmiewało silne pragnienie dominacji.
[…]
Bezsilnie obserwowałem w pamięci tego nastolatka odtrąconego przez pianistę. W moich wspomnieniach chłopak zaciska pięści, spomiędzy jego palców wystaje śruba. Zamyka oczy i słychać jedynie, jak metal ze zgrzytem sunie po gładkim jak jedwab pudle steinwaya, i wtedy rozlega się ostry i przenikliwy jęk. Potem wybiega z płaczem, pędzi na złamanie karku, nie odwracając głowy. Wie, że nikt nie zauważy jego nieobecności i nie wyruszy na poszukiwania, ale po prostu musi dalej biec. Myślałem, że mogę robić wyłącznie to. Biec bez końca. Biec, dopóki nie będę miał pojęcia, gdzie jestem. Aż do chwili, kiedy Lin Sang pozwolił mi znów usiąść przy steinwayu i usłyszeć bicie własnego serca. Od wieków nie prowadziłem zajęć, a co dopiero mówić o uczeniu tego mężczyzny. Dlatego wymijająco powiedziałem, że jestem zajęty strojeniem, bez wchodzenia w szczegóły, ze strachu, że będzie dalej naciskał. Przechylił głowę, pomyślał kilka sekund i kiedy znów się odezwał, brzmiał znacznie poważniej: Jeśli nie zacznę się uczyć, ten fortepian będzie po prostu stał, nikt go nawet nie dotknie.
[…]
Podniosłem wzrok i miałem wrażenie, że pod drzewem parasolowym znów widzę dwie obejmujące się sylwetki. Czy ktoś taki jak ja – ktoś, kto nigdy nie czuł potrzeby przyjaźni – może stwierdzić, że zdrada jest nieuniknionym hałasem w rezonansie między ludźmi? Siedmioletni ja i dwudziestoczteroletnia pani Chiu. Siedemnastoletni ja i trzydziestoletni pianista. Czterdziestotrzyletni ja i sześćdziesięcioletni Lin Sang. Identyczna różnica wieku, powtarzalna jak w kole sansary. Albo jak odległość pomiędzy dwoma klawiszami fortepianu, identyczna odległość w innych interwałach podczas gry produkuje odmienne wibracje i rezonanse. Czy jeśli w rezonansie sześćdziesięciolatka wyczuwasz samotność i rozpacz, to przyczyną może być brak strojenia? Który z powtarzających się interwałów jest najbliższy pitagorejskiej zasadzie harmonii?
[…]
Wtedy myślałem, że już podjął decyzję, ale równocześnie wyczułem w jego słowach drugie dno. Prawdę mówiąc, wpadłem na pomysł, co zrobić ze szkołą. Trzymałem jednak język za zębami, obawiałem się, że przekroczę swój status stroiciela, myślałem, że mogę być inny niż reszta ludzi w jego życiu, nie chciałem, aby mnie źle zrozumiał, a w rzeczywistości byłem taki sam jak wszyscy – nie potrafiłem się zatrzymać i nie oczekiwać więcej. Co się wtedy właściwie stało? Pamiętam tylko, że kiedy sekundę później odzyskałem kontrolę nad sobą, usłyszałem swój przytłumiony głos i słowa… – …zysk nie jest najważniejszy, kluczowe będzie to, że zatrzymasz nie tylko fortepiany pani dyrektor, ale także szkołę. Jest tam dużo przestrzeni, bez problemu zmieści się tam dziesięć fortepianów. Może i nie będzie tam zajęć, ale przynajmniej coś związanego z muzyką…
[…]
Technika produkcji fortepianów osiągnęła swój szczyt pod koniec dziewiętnastego wieku. W Nowym Jorku handel tymi instrumentami odgrywał równie ważną rolę, jak giełda na Wall Street, teatry na Broadwayu czy branża gazetowa. W mieście działało ponad sto siedemdziesiąt fabryk fortepianów. Produkowano i sprzedawano dziesiątki tysięcy instrumentów kilkuset marek. Apogeum przypadło na lata dwudzieste dwudziestego wieku, potem sprzedaż fortepianów w Nowym Jorku malała z każdym rokiem. Postęp w technikach nagrywania i ich rozprzestrzenianie się wraz z upowszechnieniem transmisji radiowych podważył panującą od wieków zasadę, że gdzie gra muzyka, tam stoi fortepian. Chodzenie do sal koncertowych i nabożne słuchanie recitali stało się luksusem, więc pianiści weszli do studiów nagraniowych. W latach osiemdziesiątych w Nowym Jorku został tylko jeden zakład fortepianów – Steinway. W całych Stanach Zjednoczonych w tej branży przetrwało zaledwie pięciu producentów. Zarazem, choć wciąż wielu ludzi chciało posiadać fortepiany, na świecie ubywało odpowiednich drzew, a surowce niezbędne do produkcji stawały się coraz droższe i trudniejsze do zdobycia. Poza nielicznymi sławnymi instrumentami, o które wyjątkowo dbano, większość fortepianów rozbierano – zdatne elementy stawały się następnie częściami zamiennymi, a te nieprzydatne wyrzucano na złom. Nowy Jork przestał być fortepianową stolicą świata, ale po wielu latach i obrotach koła fortuny stał się centrum napraw i handlu używanymi fortepianami. Czy da się mówić o duszy instrumentu złożonego ze starych części? Jako profesjonalista mogę powiedzieć, że każdy fortepian, nowy czy stary, ma duszę. Dopiero strojenie łamie zaklęcie i ją uwalnia, w innym przypadku pozostałaby uwięziona na wieki.
[…]
Po wyczerpaniu tematów muzycznych nasze spotkanie zmieniło się w rozmowę starych przyjaciół wspominających przeszłość. W mgnieniu oka stałem się mężczyzną w średnim wieku i przez chwilę myślałem, że zaraz wybuchnę płaczem. Zwłaszcza kiedy pani Chiu nagle zmieniła temat i zapytała, czemu nie założyłem rodziny. Czyżbym nie spotkał nikogo odpowiedniego? Pani Chiu sprzed trzydziestu lat nigdy by nie zadała takiego pytania. Nie miałem ochoty kłócić się z obecną panią Chiu i pytać, kto jej zdaniem jest odpowiedni. To określenie nie nadawało się nawet do nazwania relacji pomiędzy pianistą a fortepianem, a zastosowane do dwojga ludzi stało się określeniem oczywistym, niewymagającym wyjaśnień. Czyżbym był jedynym, który go nie rozumie?
[…]
Barwa. Po naciśnięciu klawisza fortepianu nasz nerw słuchowy rejestruje trzy części składowe dźwięku. Pierwsza część, nazwijmy ją dźwiękiem podstawowym, buczy weng weng. Druga dzwoni qiang qiang i odpowiada za siłę i czystość. Trzecią kontroluje zaś syczenie si si, które dodaje dźwiękowi wyrazu, przypomina nieco odcienie światła. Proporcjonalne zgranie weng weng, qiang qiang i si si tworzy to, co nasze uszy odbierają jako barwę. W odróżnieniu od wysokości dźwięku czy intonacji, które możemy matematycznie obliczać, choć bez stuprocentowej dokładności, barwa to kwestia subiektywnych preferencji – podobnie jak kiedy ktoś darzy sympatią pewien konkretny typ osób i nie wiedząc, czy to wspomnienie poprzednich wcieleń, czy też psikus, który nam płata nasz układ nerwowy, ludzie często zdają się wierzyć, że to jakiś rodzaj instynktu. Dla zwykłego ucha pięknie brzmi dźwięczna i nasycona melodia, ale warstwy barwy są czymś więcej – niektóre dźwięczne tony są ostre jak diament, a inne mają w sobie gładkość pereł. Czy nasycony ton przypomina promień słońca? A może jest liryczny jak szumiący strumień? Jak możemy zrozumieć, jakiej barwy domaga się muzyk? Równie dobrze może ona nie istnieć, jeśli nie potrafi jej opisać dokładnie i precyzyjnie. Może się okazać, że dwie osoby inaczej rozumieją te same określenia – to kolejne wyzwanie, któremu należy stawić czoło. Stroiciel musi przygotować się psychicznie na interakcje z klientami, domorosłymi znawcami, którzy chcą górować nad tłumem i wyrażają się w taki sposób: „Odrobinę mroczniejsza, trochę bardziej ponura, ale równocześnie ciepła, otulająca i delikatna…”. Stroiciel musi wtedy zachować kamienną twarz i powstrzymać śmiech. Melodię można zapisać. Można odtworzyć emocje i efekty obecne podczas występu. Jedynie barwa pozostaje niedookreślona. Nawet ta najpiękniejsza zawsze trwa jedynie chwilę. Nie warto nawet mówić, że powtarzające się uderzenia w struny sprawiają, że barwa nieustannie się zmienia. Większość ludzi jednak woli tę pierwszą, jak zaskoczeni miłością od pierwszego wejrzenia.
[…]
Moje uszy odróżniają wszystkie tonacje, mam doskonałą pamięć i potrafię wychwycić najdrobniejszą różnicę pomiędzy barwami, ale paradoksalnie nigdy nie miałem ulubionej. Dla kogoś, kto nigdy nie będzie posiadał własnego fortepianu, pozwalanie sobie na kaprys preferencji barwy byłoby oszukiwaniem samego siebie. Może dlatego zawsze uważałem, że praca stroiciela pasuje do mnie bardziej niż nauczyciela czy pianisty – ponieważ mogłem zachować chłodny dystans wobec uporu i perfekcjonizmu muzyków żądających konkretnych barw. Praca stroiciela zapewniała mi minimalny kontakt ze światem zewnętrznym. Wydawało mi się, że to szczęście być kimś, komu się ufa i na kim się polega. Ale bycie kimś, komu się ufa, i bycie wspólnikiem to jednak nie to samo.
[…]
Emily od początku fascynowała mnie swoimi sprzecznościami i złożonością i wydawało mi się, że w końcu usłyszałem tę barwę, tak odmienną od innych. Po tamtym wydarzeniu, co zaskakujące, Emily nie zrezygnowała natychmiast z mojego strojenia. Dalej niezmordowanie tworzyłem dla niej barwy, ale ostatecznie sama już nie potrafiła ich ocenić. W końcu mnie zapytała: „A ty co myślisz?”. Odpowiedziałem, że teraz najlepszym rozwiązaniem będzie wymiana wszystkich młoteczków na nowe i zaakceptowanie ich brzmienia. Bo ciągłe grzebanie przy nich zniszczy instrument.
[…]
Lin najpierw nie wiedział, co się stało, ale gdy zobaczył, jak wpatruję się w niebo za szklanymi drzwiami, uśmiechnął się ze zrozumieniem: Nigdy wcześniej go nie widziałeś? Płatki śniegu nie opadały wolno, tak jak widziałem w kreskówkach w dzieciństwie, ale dziko wirowały niesione podmuchami wiatru pomiędzy liniami wieżowców ułożonych jak rybie łuski. W świetle ulicznych lamp maleńkie czarne punkciki i opadające na ziemię pasma bieli przypominały wymieszane białe i czarne klawisze. Czy śnieg, zanim spadnie z nieba, wie, że zostanie śniegiem?
[…]
Scena. Richter [Światosław, wybitny rosyjski pianista – przyp. aut.] powoli wstaje i lekko kłania się publiczności, w sali panuje kompletna cisza. Nikt nie śmie zniszczyć tej uroczystej i poruszającej chwili. Zazwyczaj nieudzielający wywiadów Richter pod koniec życia zrobił wyjątek i zgodził się na propozycję francuskiego reżysera Brunona Monsaingeona. Dokument Enigma udostępniono rok po śmierci Richtera. Film pozwolił milionom fanów poznać bliżej życie autentycznego maestra poza sceną. Zbudował swój własny świat, sekretny i olśniewający. Monsaingeon powiedział: „Grał bez zadęcia, ale z absolutną wolnością”. Ale czy naprawdę tak było? Czy tytuł filmu sugerował, że Richter był zagadkową postacią, której nikt nie był w stanie poznać? Kiedy po raz pierwszy znalazłem ten film na YouTubie, prawie powiedziałem na głos: „Jak myślisz?”. Szkoda, że pianista zmarł zbyt wcześnie, żeby go zobaczyć. Nie mogłem jednak przestać wyobrażać sobie, jak by zareagował, gdybyśmy razem obejrzeli ten dokument. Czy widząc starego mistrza, który, jakby zdając sobie sprawę z bliskiego kresu, chciał zostawić coś po sobie, ucieszyłby się, że sam nie musi stawić czoła nieuniknionemu starczemu uwiądowi?
[…]
Potem poruszono kwestię wyboru fortepianu. O dziwo, słaby i drżący głos Richtera stał się pełen pasji: „Nie wiem, jak wybierać fortepian, nigdy nie potrafiłem! Kiedy pojechałem do Ameryki, dali mi tuzin do wyboru! To właśnie zrujnowało mój koncert!”. „Wybieranie instrumentu szkodzi muzykowi. To jak wybór własnego losu, im dłużej próbujesz, tym gorzej kończysz”. „Dobór fortepianu należy do stroiciela. To jak bycie św. Piotrem, który dzięki wierze mógł iść po wodzie i nie zatonąć. Czasami grałem wyjątkowo dobrze na fatalnych instrumentach!”. Jaka pewność siebie i jaki upór!
[…]
Przez ostatnie lata powtarzam studentom, że marzeń nie należy ścigać, nie można ich również posiadać ani zdobywać. Powinny być jak sumienie, jak najszczersza melodia w sercu, a nie coś ulokowanego poza nami. Wielu młodych ludzi ściga lub buduje swe marzenia, snują kolejne i kolejne plany, z których część realizują, a części – nie. Ich tak zwane marzenia stają się zwykłymi zapiskami wydarzeń z życia. […] Nie mogłem dłużej czytać, powietrze w pokoju było tak suche, że brakowało mi tchu. Otworzyłem okno i do środka natychmiast wdarły się kłęby śniegu, jak rozwścieczone oddziały wojsk lecące na lodowatych podmuchach. Stałem oszołomiony, schwytany pomiędzy piekącym mrozem a odwadniającym upałem. Po tylu latach, tego wieczoru, kiedy po raz pierwszy spadł na mnie śnieg… Kto uwolnił ducha zamkniętego w tym fortepianie, aby mógł przemierzyć świat i mnie odnaleźć?
[…]
Och, staramy się maksymalnie wykorzystać części ze zniszczonych instrumentów do naprawiania tych wyglądających przyzwoicie. Bezużyteczne elementy najpierw składujemy tutaj, te niepalne ostatecznie lądują na śmietniku. Pudła, po wybebeszeniu, idą do spalenia. Nasz magazyn ma tak dużą powierzchnię, że zimą koszty ogrzewania, czy to prądem, czy ropą, by nas zjadły. O tam, to wlot pieca. Dzięki spalaniu starych fortepianów inne dostają szansę na przetrwanie. Przed oczami przepłynął mi obraz czerniejącego w płomieniach pokurczonego fortepianu. To miejsce wyglądało jak brudny rewers pięknych salonów wystawowych z Manhattanu. Ile wystawianych tam fortepianów przeszło przez ten obóz koncentracyjny? Izolatkę w domu wariatów? Piec znajdował się na drugim końcu łukowatego przedsionka, ale miałem wrażenie, że słyszę trzaskanie ognia. Ciepło ze spalanych pudeł rezonansowych nie wystarczało jednak do ogrzania magazynu, idąc za Karlem, czułem ziąb wspinający się po moich nogach. Doszliśmy do prowadzących w dół schodów na końcu pomieszczenia i kiedy stanąłem na ich szczycie, przed moimi oczami ukazała się hala wielkości dwóch boisk do koszykówki. W świetle kilku słabych lamp – w pomieszczeniu nie było żadnych okien – z morza kurzu wynurzały się kadłuby fortepianów. Setki starych instrumentów czekały na swój los, niektóre bez pudeł rezonansowych, innym brakowało mechanizmów, część nadal owinięta w brudną folię bąbelkową, a wszystkie wyglądały tak nędznie, jakby ich życia wisiały na jednej strunie. Przyszły mi na myśl mroczne ładownie niewolniczych statków, błagalne oczy konających. Bez pokryw, z połamanymi nogami, wybebeszone pudła, stosy mechanizmów, wiszące na ścianach pęki miedzianych strun, jeszcze drgające jak nerwy pozbawione ochrony mięśni i skóry. Jak w piwnicy w horrorach, te fortepiany wyglądały niczym zakładnicy porwani przez bezlitosnego psychopatę z najróżniejszych miejsc, których czeka jedynie rozczłonkowanie. Poza pojedynczymi instrumentami w stanie na tyle dobrym, aby dało się je sprzedać, pozostałe mogły się spodziewać pocięcia na kawałki albo złożenia od nowa. Czy tak zrekonstruowane fortepiany będą cierpieć na schizofrenię?
[…]
Gdy stałem naprzeciwko tego gigantycznego cmentarzyska fortepianów, nie ogarnęło mnie przerażenie i rozpacz, o nie, poczułem radość, jak wieloryb, który żałuje, że tak późno odnalazł bezludną wyspę, pełną jego oczekujących na śmierć towarzyszy. Nie pamiętam już, kiedy zacząłem słyszeć dobiegające skądś wołanie połamanych szkieletów. Ale ten dzień w końcu nadszedł, znalazłem je i byliśmy razem. Zgromadziły się i otoczyły mnie, z wysiłkiem starałem się odnaleźć między nimi ścieżkę. Za chwilę, wyzwolenie…
[…]
Kilka miesięcy później ukazał się jej pierwszy album, który w zaledwie trzy miesiące sprzedał się w rekordowym nakładzie trzystu tysięcy egzemplarzy. Wiem, że jej interpretacje nie zrobiłyby na tobie wrażenia, powiedziałbyś, że to zachowawcza gra środka w akademickim starym stylu, nic specjalnego. Odłóżmy to na bok, na jej przykładzie chcę ci pokazać, jak zmieniły się czasy po twoim odejściu. Najdoskonalsza technika nie wygra z kimś, kto ma historię do opowiedzenia. Muzycy twojego pokolenia nigdy by nie odgadli, że idąca pod prąd zwiędnięta kobieta przyciągnie więcej uwagi niż kipiące talentem cudowne dziecko. Na co narzekałby Glenn Gould, gdyby żył? Uważał, że nagrywanie w studiu było właściwą drogą, i odmawiał udziału w koncertach. Zapomniał jednak, że gdyby w swoich czasach najpierw nie występował i nie odnosił sukcesów, to nie wiadomo, czy ktoś by zwrócił uwagę na jego płyty. Ta starsza pani zdecydowanie wcieliła w życie jego pomysły – całkowicie pominęła etap koncertowania i dotarła bezpośrednio do statusu legendy. Ale gdyby nie dwudziesty pierwszy wiek i promocja w internecie, w którym raz za razem udostępniano zazwyczaj mało popularny program, grająca Liszta pani o siwych włosach zginęłaby w hałasie.
[…]
Niektórzy ludzie bez kiwnięcia palcem dostają się na sam szczyt, podczas gdy innych czeka jedynie upadek na samo dno. Który fragment życia nagle przyciąga uwagę fortuny? Spojrzenie z perspektywy czasu również niewiele daje, jak zgubiony puzzel z układanki. Niejasno wyczuwam, że przeznaczenie bawi się mną, kiedy odgrywam rolę narratora. Jako stroiciel niewiele wiem o metafikcji, dekonstrukcji czy parodii, po prostu starałem się przywołać wszystko, co zapamiętałem. Nic na to nie poradzę, jeśli naraziłem się tym na gniew losu. Mogę jedynie spokojnie czekać, zobaczyć, co po kolejnej ewaluacji ma dla mnie przeznaczenie. Koniec. To wszystko, co wiem. Właśnie, czy ktoś uznałby, że podeptałem etykę zawodową, pozwalając, żeby steinway niszczał w pustym domu? Uwierz mi, ten fortepian znajdzie nowego stroiciela. Tak jak twój steinway, choć zajęło mu to dwadzieścia pięć lat, znów pojawi się przede mną. Jeśli w zaświatach wpadniesz kiedyś na Richtera, przekaż mu, proszę, moje słowa: „Zrozumiałem, na czym polega różnica pomiędzy jego a moim niepodobaniem się sobie”. Ego jest czymś, z czym nie radzą sobie zwykli ludzie, a dla niego staje się męczącą iluzją.
[…]
Z Nowego Jorku nie poleciałem prosto do Tajpej ani nie wylądowałem w Yichangu w Hubei, zdecydowałem się zobaczyć dom Richtera. Śnieżącym popołudniem myślałem, że odwiedzę pierwsze malutkie mieszkanko ich dwojga, ale okazało się, że to jedyne miejsce udostępnione do zwiedzania. Wprowadził się tu z Niną w 1971 roku, był to nowy wieżowiec przeznaczony wyłącznie dla artystów. Nigdy nie wzięli ślubu, więc dostali dwa mieszkania, które potem połączyli w jedno, ale zostawili dwa wejścia. Po zapłaceniu pięciuset rubli pilnująca drzwi babuszka zawołała anglojęzycznego przewodnika, który wprowadził mnie do środka lewym wejściem. Gdyby mi nie powiedziano wcześniej, nie dowiedziałbym się, kto niegdyś tu mieszkał. Poza gabinetem, w którym dawała lekcje, z jej portretem wiszącym tam na ścianie i obłażącym z lakieru beckerem, w mieszkaniu nie było śladu Niny. Wyniesiono wszystkie meble z sypialni, na ścianach wisiały obrazy Richtera i zwiedzający mieli okazję poznać pozostałe talenty mistrza. W jadalni urządzono wystawę pamiątek z dzieciństwa pianisty i dziennik jego matki z widocznym fragmentem: „Wiedziałam, że to dziecko to geniusz!”. Podszedłem do barwnego i żywego rysunku wykonanego kredkami świecowymi, obrazek wyszedł spod dziecięcej ręki Richtera i był plakatem obwieszczającym premierę musicalu, który skomponował przyszły maestro. Miałem nadzieję podejrzeć ich codzienne życie, a dostałem starannie przygotowaną inscenizację. Przewodnik powiedział, że zgromadzenie tych wszystkich przedmiotów zajęło Ninie wiele lat i wysiłku. Z jadalni przeszliśmy do pomieszczenia powstałego po usunięciu ściany dzielącej dwa pokoje dzienne, duża i jasna przestrzeń służyła jako pokój do grania i odbywały się w nim prywatne koncerty. Niesprawiedliwy podział przestrzeni zdawał się istnieć już za ich życia. Zawsze tak to wyglądało. Nina śpiewała w swoim maleńkim gabinecie, a Richter ćwiczył w przestronnym i jasnym pokoju.
[…]
Zlikwidowano jadalnię w jego części, czy to oznaczało, że chodził do niej na posiłki? Czy często jadali razem w domu? Czy kiedy Nina gotowała, wspominała z żalem o dawnych czasach, gdy miała własną przestrzeń bez Richtera? Czy ten związek dawał jej szczęście?… Żaden przewodnik nie potrafiłby odpowiedzieć na tak paranoiczne pytania. Jego pokój muzyczny był tak duży, że mieściły się w nim dwa koncertowe steinwaye. Przewodnik z dumą zaprowadził mnie do jednego z nich i powiedział, że na tym ćwiczył maestro. Miałem ochotę zapytać, czy wie, że stary Richter koncerty grał wyłącznie na yamahach. W późnych latach Richter większość czasu bawił za granicą, więc pewnie nie spędził tu zbyt wiele czasu na grze, ale te dwa fortepiany nadal występowały na scenie, tworzyły iluzję dla turystów: To one! To te wyjątkowe fortepiany, na których maestro wykuł swoje niezwykłe umiejętności! Przypomniały mi się widoki z parku rozrywki, pracownicy przebrani za postacie z kreskówek, żeby przyciągać klientów, i zrobiło mi się żal obu steinwayów. Stały tu praktycznie zapomniane, nikt się nimi nie zajmował. Nikt na nich nie grał, co już było dość smutne, ale co gorsza, służyły jako rekwizyty w fałszywej szczęśliwej scence dla pielgrzymujących turystów. Przynajmniej nie tkwiły tu samotnie, miały siebie do towarzystwa, a nocą, gdy zamykano drzwi, mogły razem wspominać przeszłość. Prawdopodobnie jednak nigdy się nie dowiedziały, że grając na nich, maestro marzył o pianissimo innego fortepianu.
[…]
Czy ćwiczył tutaj? Przewodnik osłupiał. Nie, w daczy na przedmieściach, na zachód od miasta. Przed wyjściem zapytałem, czy mógłbym zagrać kilka nut na jednym steinwayu, tylko kilka – ku mojemu zaskoczeniu przewodnik się zgodził. Zdawałem sobie sprawę, że to uprzejmość wyświadczana turyście, ale i tak serce zabiło mi mocniej. Wróciłem więc do pokoju muzycznego i wbiłem wzrok w stojące cicho fortepiany, i mój wskazujący prawy palec zadrżał… Czy obudzenie ich, jakby znów miały wyjść na scenę, nie będzie okrutne? Niech dalej spokojnie śpią. Odwróciłem się i wyszedłem w ścianę gęstego śniegu.
Chiang-Sheng Kuo, Stroiciel fortepianów
Powieść obyczajowa Chiang-Sheng Kuo – tajwańskiego pisarza, eseisty i dramaturga przenosi akcję tej ciekawej opowieści przede wszystkim do Tajwanu, a konkretnie do stołecznego Tajpej, choć także w impresjach podróżniczych do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a tam przede wszystkim do Nowego Yorku, ogólnie rzecz ujmując w koniec ubiegłego wieku aż po czasy nam współczesne. Narrator i jego przyjaciel Lin Sang przez całe życie pozostają wierni… fortepianom jako ich stroiciele, ale fortepian czy pianino z upływem lat przestaje być instrumentem, który zdobi i nie tylko, w tym też i niejedno wnętrze wśród wytłumionych sal akustycznych czy prywatnych salonów jako element nieodzownej rozrywki. Obaj mając przy tym bezwzględny słuch i niewątpliwe talenty muzyczne wybrali jednak niszowe zajęcie w charakterze biznesmenów branży fortepianowej, z tej niby dalszej perspektywy obserwując świat wirtuozerii nie byle jakich tuzów koncertów klasycznych. W tak nieodżałowanej samotności z dala przecież od „próżnej” sławy i „wścibskich” fleszy osiągają maestrię jako pewną przydawkę do oświecenia w świecie usystematyzowanych dźwięków wydawanych przez białe i czarne klawisze.