06.07.2024

„Kto ma siłę, ten bierze, a kto
potrafi, ten zachowa”
„Wydaje mi się, że wszechświat jest zmęczony
czekaniem,
aż wreszcie dotrze do ciebie, co trzeba”
„Na jodze mówią, że
jedyną stałą jest zmiana”
„Godzina wolności jest warta
beczki jedzenia”
„najgorszy rodzaj samotności to nie stan,
kiedy jesteś sama,
ale kiedy jesteś z niewłaściwą osobą.”
[…]
Historia zaczyna się w pierwszym roku życia mojej córki, w chwili gdy zdałam sobie sprawę, że nie potrafię odczuwać żadnych innych emocji poza tymi, którym towarzyszy oprawa muzyczna Walt Disney Company. Wyeliminowałam Disneya, jego toksyczne przesłanie i wypaczone wartości, zabroniłam tego swojemu dziecku na długo przed jego poczęciem. A jednak słuchałam ścieżki dźwiękowej Vaiany [film animacyjno-familijny o przygodach córki przywódcy plemienia – przyp. aut.] kilkanaście razy dziennie, i to z ogromną przyjemnością; oglądałam ten film tak często, jak tylko pozwalały na to rozwijające się synapsy mojej córki. Nic innego nie poruszyło mnie równie mocno, może z wyjątkiem Pajęczyny Charlotty, zwłaszcza rozdziału zatytułowanego Ucieczka, w którym Wilbur na krótko wydostaje się ze swojej zagrody, a Gęś, która niebawem tam utknie, bo będzie musiała wysiadywać jaja, namawia go, by uciekał jak najdalej. „Lasy, lasy! Nigdy – nigdy, przenigdy – nie złapią cię w lesie!” A może historia zaczyna się jeszcze wcześniej. Jak już mówiłam, próbowałam ją opowiedzieć wiele razy. Każda próba oddala mnie od tego, o co mi chodzi. Kończę na obcym brzegu z tratwą pełną potrzeb, ponownie przekonując się, że książki nieustannie uzdrawiają ludzi, tyle że zazwyczaj nie tych, którzy je piszą. Obiecuję sobie, że niczego nie będę potrzebować od momentu tej ostatniej próby. To tylko bajka dla lalek.
[…]
Czytałam, że szkliwo zębów to najtwardsza substancja w organizmie, i zrozumiałam, że jestem wyjątkową i mityczną istotą. Może to sprawka mojej wyobraźni (a nawet jeśli, to jakie to ma znaczenie? Czym jest wszystko – zwłaszcza miłość – jeśli nie dziełem wyobraźni?), ale odkąd pojawiły się te zęby, moje orgazmy stały się dłuższe i potężniejsze, bardziej intensywne i łatwiejsze do osiągnięcia. Wypełniałam nimi czas, który spędzałam sama. Tak, powiedziałam „miłość”. Kochałam zęby i nie bałam się tego uczucia. Kochałam bez ograniczeń, jak radzi poetka. Zęby stały się moimi sekretnymi towarzyszami. Nie powiedziałam o tym nikomu: ani Theo, ani – jak już wspomniałam – ludziom z jego pracy, którzy mieli za zadanie ocenić, jakie ryzyko stwarzam i dla kogo. Nie chciałam zrobić krzywdy dziecku ani sobie. Podkreślałam to. Byłyśmy jedynymi osobami, których nie chciałam skrzywdzić. Od jak dawna tak się czujesz? – wszyscy lubili to pytanie. Odkąd urodziło się moje dziecko. Nie, wcześniej. Znacznie wcześniej. Odkąd byłam chmurą przyciśniętą do góry. Od czasu Tecopy [osada w stanie Kalifornia – przyp. aut.].
[…]
Rzeka Amargosa zaczyna bieg jako rzadki deszcz na poligonie Pahute Mesa, niedaleko miejsca, gdzie Kalifornia staje się Nevadą. Strugi spływają po aluwialnych zboczach Frenchman Flat i Yucca Mountain, przesączają się do wnętrza skały, płyną na południe pod ziemią przez jakieś dziesięć tysięcy lat, dziewięćdziesiąt sześć kilometrów pod pustynną doliną, która mieni się turkusem, akwamaryną, smugami ametystu i kwarcu różowego, fałdami węgla drzewnego i onyksu, połyskującymi nad wyschniętymi jeziorami wyblakłego pyłu kostnego. Rzeka jest efemeryczna, czasami się pojawia, ale najczęściej jej nie ma, a nielicznych oaz strzegą nieprzeniknione gęstwiny ciernistych jadłoszynów [rodzaj rośliny z rodziny bobowatych – przyp. aut.] o czarnej korze. Jednak w pobliżu miejscowości Tecopa Amargosa wyłania się w niespodziewanej scenerii nadrzecznych cudów. Jadłoszyn, jak wszędzie, ale także zagrożone wyginięciem karpieńce i norniki kalifornijskie, rysie, kojoty, pałka szerokolistna, mięta, wierzba, której kora zawiera salicylany, oraz inne rośliny lecznicze. W tym miejscu rzeka skręca, kieruje się na zachód, a następnie na północ, co mój biolog nazywa meandrem J, a podczas tej wędrówki drąży kanion. Przez całą jego długość ciągną się źródła, a gorąca woda wypływa ze skały przez okrągły rok. Jadeitowe błoto wokół źródeł to bentonit, dobry na duszę, skórę, rozstrój żołądka i ukąszenie węża. Okład z tego minerału wyciąga truciznę. Mówi się, że woda również ma właściwości lecznicze. Mój biolog nazywa ją wodą reliktową.
[…]
»Dolina Śmierci stała się punktem zwrotnym dla Rodziny Mansona« – „napisał” mój ojciec. Według legendy naszej rodziny to właśnie ta pustynia uratowała mu życie, ale najpierw usilnie próbowała go zabić. »Kosmiczna pustka pustyni stanowiła idealne miejsce do programowania młodych umysłów«. Ogrom przestrzeni wypełnionej tylko przez gwiazdy, bezdrzewne pasma górskie i głębokie doliny sprawiał, że umysły łatwiej się poddawały. »Kiedy nieskończoność była tak blisko, łatwiej było się podporządkować. […] Idee, które w zachodnim Los Angeles wydawałyby mi się zupełnie niepojęte, w krystalicznie czysty poranek na szczycie pasma górskiego Panamint stawały się całkowicie zrozumiałe«. Dolina Śmierci w dużej mierze zainspirowała apokaliptyczną wizję Charliego [Mansona, amerykańskiego przestępcy, przywódca grupy religijnej „Rodzina” – przyp. aut.] – szczególnie rzeka widmo Amargosa, która to płynęła, to szalała, to znów zupełnie wysychała. Obsesyjnie myślał zwłaszcza o jednym źródle, Devil’s Hole, bezdennym zbiorniku, w którym woda faluje od trzęsień ziemi po drugiej stronie świata. »To zjawisko zawsze intrygowało Charliego, który od przyjazdu zaczął mówić o ‘dziurze’ na pustyni, która doprowadzi nas do wody, może nawet do jeziora i miejsca do życia«. Mityczna hydrogeologia Charliego kazała mu zabierać Paula na wyczerpujące nocne wędrówki w poszukiwaniu »podziemnego świata, jaskini, miejsca, gdzie moglibyśmy zabrać Rodzinę i urządzić sobie dom, gdy wszystko jebnie«. Chodzili po górach, palili, Charlie gadał. Paul zbierał kamienie i gapił się nienaukowo na ogrom gwiazd nad nim. Czyżby zawsze tam były?
[…]
»Przygotowania do Helter Skelter [czasu apokalipsy – przyp. aut.] przyspieszyły«. Członkowie Rodziny przenieśli się z powrotem na ranczo Spahna, zaczęli gromadzić terenówki buggy i harleye, a także słuchali bez przerwy Białego albumu. Charlie gadał o Apokalipsie świętego Jana, o rozdziale dziewiątym, o szarańczy i skorpionach, o gitarach elektrycznych i o nadchodzącym holokauście, który Rodzina przeżyje w swojej dziurze. Powiedział, że »kiedy skończy się walka, przyjdą muzułmanie i posprzątają cały bajzel […], bo czarnuchy zawsze sprzątały bajzel po białasach. Ale czarnuch sobie z tym nie poradzi, przyjdzie i rzuci: ‘Ja już swoje zrobiłem, stary. […] Pozabijałem wszystkich i mam dość zabijania. Walka się skończyła’. A my wtedy podrapiemy czarnego po głowie, kopniemy go w tyłek i powiemy, żeby spadał zbierać bawełnę«.
[…]
Paul powiedział: »Charlie mówi, że wszystko dzieje się w twojej wyobraźni«. »W pewnym sensie tak […]. Ale tak jest, bo się na to zgadzamy…« Góry Panamint zgodziły się na Paula i zaoferowały mu czyste powietrze i wodę, trzeźwość, medytację, ciemne niebo oraz głęboki sen. Poranki mijały mu na wspinaczce na szczyt, a potem schodzeniu z góry z plecakiem pełnym tejże góry. Popołudnia spędzał, pomagając Juanicie w ogrodzie, przygotowując pochodzące z góry jedzenie lub ścierając górę w moździerzu tłuczkiem, żeby wyłuskać złoto z kwarcowej bazy. Wieczór oznaczał kolację i muzykowanie. Wtedy to Mały Paul wyruszył na mistyczną wyprawę do Las Vegas, która ostatecznie odcięła go od Charliego. W Vegas ukradł motocykl, »trzy żywe kurczaki, koguta, dwa arbuzy i dwa tuziny jaj«. Załadował łup na motor i z mozołem go taszczył, ale rozbił się głęboko w kanionie Goler. Temperatura wynosiła ponad pięćdziesiąt stopni.
[…]
Paul wspina się i wychodzi na bezdrzewną równinę. Przed nim wznosi się wzgórze rudy o ciekawej barwie palonej pomarańczy, odznaczające się na tle wzniesień w ciemnych kolorach, szarozielonych po deszczu, różowych o zachodzie słońca, a wiosną spowitych żółcią werbeny. U podstawy tej osobliwej góry otwiera się w ciemności jama – kopalnia. Paul wchodzi do środka w poszukiwaniu opalu, lapis-lazuli, złota. Kopalnia jest chłodna, nie dość głęboka, by mógł w niej stanąć. A jednak, pochylony w ciemności, dostrzega tysiące obiecujących błysków. Jakiś czas później wyłania się z plecakiem ciężkim od znalezisk. Podekscytowany idzie dalej, aż zatrzymuje go jednoznaczny omen: czarne wulkaniczne głazy ułożone w posępny pierścień, krzyż wykonany z rzadkiego gatunku drewna poczerniałego od słońca – opuszczona mogiła drga w upale. Przypuszczalnie spoczywa w niej właściciel kopalni. Czy mój ojciec uklęknął? Czy się pomodlił? Powiedzmy, że się modlił. Powiedzmy, że przeprosił zwłoki, że tak krótki czas był im dany na tej planecie. Powiedzmy, że wyszeptał „niech Bóg ma go w opiece”, chociaż wtedy jeszcze nie znał Boga. To kolejna rzecz, której tam poszukiwał.
[…]
Jak już wspominałam, mamy lata osiemdziesiąte. W dolinie między Tecopą a Las Vegas nie powstała jeszcze żadna przemysłowa farma słoneczna. Żaden ptak nie pomyli jej z wodą, nie stanie w płomieniach i nie spadnie na ziemię jak dzienna kometa. Nie przekroczyliśmy jeszcze rozmaitych śmiertelnych granic. Trzcina nie zarosła jeszcze źródła na szczycie wzgórza, tamaryszek nie opanował jeszcze gruntu poniżej. Na razie mamy cud pośrodku pustyni: źródło. Paul nie wie jeszcze, że to stary młyn stępowy z Tecopy, tylko że ktoś zainstalował żelazny zbiornik, który napełnił się wodą, nawet znośnie czystą. Paul nalewa jej do manierki, pije, ponownie zwilża chustkę i przykłada ją do poparzonego karku, wyobrażając sobie rurę, którą poprowadzi stąd do stóp wzgórza, do chaty pod tamaryszkami – miejsca, które już zdążył uznać za swoje. Tamaryszek to rasistowskie drzewo, narzędzie świetnie udokumentowanego redliningu [to dyskryminująca praktyka polegająca na odmawianiu usług finansowych dzielnicom zamieszkałym przez znaczną liczbę mniejszości rasowych i etnicznych – przyp. aut.]. Szpalery tych kudłatych drzew o ciemnej korze sadzono, żeby odciąć czarne dzielnice od pól golfowych, widoków na góry i innych pożądanych elementów pustynnego życia w Palm Springs i w okolicy, co spowodowało redystrybucję bogactwa na rzecz białych – mówi mój biolog.
[…]
W Malibu były kwiaty, które wyglądały jak ptaki i nosiły ich nazwy. Ślimaki i rosa, wszystko lśniło. Dom jednego sąsiada był gigantyczną beczką, innego – kopułą geodezyjną. W osuszonym basenie za domem, który wynajęliśmy, kumkały żaby. Papierowe lalki na urodzinach Lise. Zoo, wyrobiska smoły, plaża, Disneyland. Malibu. Miejsce, dokąd nasz ojciec przybył, by umrzeć, i gdzie umarł, podczas gdy ja robiłam fikołki w popsutym jacuzzi, a moja siostra siedziała obok i liczyła. Odtąd mama prowadziła sklep z minerałami, a nas obie wysłała do przedszkola w miejscowej szkółce – kilkanaścioro dzieci w przyczepie, klasy od zerówki do szóstej w jednym pomieszczeniu, od siódmej do dwunastej w drugim, dwie łazienki pomiędzy nimi. Dla Lise było na to za wcześnie i lgnęła do mnie, aż stałyśmy się nierozłączne. Nasi koledzy z klasy, biali chłopcy i rosły Indianin o imieniu Winston, lubili wymieniać nasze podobieństwa: takie same włosy, takie same oczy, ten sam śmiech, ten sam głos. Tylko rozmiarem się różniłyśmy. Czy to Lise była trochę zbyt drobna, czy też ja trochę za gruba?
[…]
Kanion Trout było to mroczne, zmysłowe miejsce, a sama działka okazała się stroma, skalista i pełna dzikich jałowców, drzewek wiśni i moreli oraz wspinających się po siatkowym ogrodzeniu jeżyn. W dolnej części posesji, w pobliżu polnej drogi, znajdował się mulisty staw otoczony wierzbami płaczącymi. Sosny żółte lepiły się od soku, a ja lubiłam chodzić boso po skrawku ziemi porośniętym kępami czyśćca wełnistego. W chacie, między dwoma kamieniami w kominku, umieszczono ukryte drzwiczki. Kiedy je otwieraliśmy, spoglądała na nas maleńka czaszka jakiegoś zębatego zwierzęcia. W kanionie Trout powiedziałam mamie, że chcę tylko, żebyśmy byli normalni, żebyśmy byli normalną rodziną. Kochanie, nie ma czegoś takiego – odparła. Najchętniej zostałabym tam na zawsze, ale działka nie należała do nas. Znów się przeprowadziliśmy, z gór na sam dół doliny, do Pahrump, nieposiadającego osobowości prawnej skupiska niezliczonych libertarian-emerytów, którzy nie chcieli uczestniczyć w spisie powszechnym. Północną granicę Pahrump stanowiła Yucca Mountain, a najbardziej wysunięty na południe punkt to wyschnięte jezioro, przy którym znajdowały się dwa legalne burdele i komercyjny poligon, gdzie można było postrzelać z bazooki. W pogodną noc z progu naszej wyłożonej drewnem przyczepy, stojącej na północnym krańcu doliny, mogliśmy zobaczyć nad pasmem górskim światła Vegas, naszą neonową zorzę polarną.
[…]
Spike zmarł ze starości w domu przy Navajo, z głową na moich kolanach, na podłodze przed biblioteczką – metalowym regałem, który moja matka pomalowała farbą FlexStone, co stanowiło podstawowy element jej repertuaru dekoratorskiego. Regał był wypełniony wszelkiego rodzaju książkami: jedna wielka, cudowna ściana bez ładu i składu, z wyjątkiem zestawów encyklopedii, które ustawiono razem. Encyklopedia skał i minerałów, Encyklopedia zjawisk nadprzyrodzonych, Encyklopedia mitów greckich. Dobrałam się do tej półki pewnego lata, które upłynęło mi na pracy, czytaniu i opalaniu się. Na rozgrzanej trampolinie czytałam Zane’a Greya, leksykony kamieni, pamiętniki uzależnionych, manifesty feministyczne drugiej fali, N. Scotta Momadaya i Tony’ego Hillermana. Eseje Orwella, a także Rok 1984 i Folwark zwierzęcy (myślałam, że to książka o folwarku zwierzęcym). Ponownie przeczytałam moje stare serie: Gęsią skórkę i Boxcar Children, oraz Czarownice z Eastwick Updike’a. Przeczytałam Cadillac Desert i Silent Spring oraz kilka antologii o tematyce lokalnej i propagandzie Objawionego Przeznaczenia. Codziennie czytałam gazetę „Pahrump Valley Times” – zaczynałam od działu sportowego, szukałam tam zdjęć gorących chłopaków grających w dowolną grę. Czytałam wycinki z „Amargosa News and Views” znalezione w zakurzonej teczce mamy, jej pisane w rzeczowym stylu Caruthersa felietony o osobliwych mieszkańcach pustyni, z których połowa to psy. Czytałam jej teksty o chemtrailsach [inaczej: smugi chemiczne – teoria spiskowa zakładająca, że smuga kondensacyjna powstająca za lecącym samolotem jest – zawsze bądź tylko w niektórych przypadkach – wytworem mającym utajony cel, wywoływany dystrybucją na wielkich obszarach dużych ilości substancji, które mogą być szkodliwe dla organizmów żywych – przyp. aut.], Yucca Mountain [góra, repozytorium odpadów nuklearnych w stanie Nevada – przyp. aut.] i przemocy domowej.
[…]
W domu przy Navajo Road obowiązywało kilka zasad. Nie wolno nam było mówić „zamknij się”. Nie wolno było wyzywać kogoś od głupich. Nie wolno było mówić „nie mogę”. Nie mogłyśmy odbierać telefonów w czasie kolacji ani wtedy, gdy na wyświetlaczu pojawiał się napis NUMER NIEZNANY. Cała poczta trafiała nieotwarta do szuflady przy tylnym wejściu i nikt jej nigdy nie otwierał. Gdyby ktoś podszedł do drzwi, miałyśmy poszczuć go psami. To w tym domu mamie zaczęły się trząść ręce. Pewnego razu w Boże Narodzenie czekałam przy oknie na chłopaka, który miał po mnie przyjechać. Gdy tak stałam, odbicie mamy mówiło do mnie absurdalne rzeczy, głupie rzeczy – chyba wiedziała, że są zabawne, choć nie rozumiała dlaczego. Rozśmieszyła mnie i przestraszyła jednocześnie. Przypuszczam, że musiała bardzo cierpieć – nawet teraz trudno mi powiedzieć po prostu, że cierpiała. Trudno powiedzieć: była chora. Niejeden wieczór w dzieciństwie spędziłam w świetlicach klubów dwunastu kroków, niejeden weekend upłynął mi na piknikach i zlotach AA. Siedziałam na otwartych mityngach i podsłuchiwałam zamknięte. Przemierzałyśmy całe kilometry opustoszałych pustynnych dróg, moja mama, siostra i ja, słuchając z kaset magnetofonowych opowieści o dnie absolutnym. Czytałam rozmaite publikacje. Sama brałam udział w licznych mityngach dla rodzin alkoholików. Uzależnienie to jedno z tych pojęć, co do których nie mam pewności, kiedy je poznałam. Nie mogę sobie przypomnieć. Wydaje mi się, że urodziłam się z jego znajomością. Słowa, które zbyt późno nauczono moją matkę wypowiadać.
[…]
Mama po każdym przedawkowaniu mówiła, że to był wypadek. Pozwoliłam sobie jej wierzyć. Lise nie chciała, nie mogła. Ale w swojej życzliwości nie odebrała mi złudzenia. Wiele lat wcześniej, kiedy umierał nasz ojciec, to właśnie Lise powiedziała mi, co oznacza umieranie. To moje pierwsze wspomnienie. Wyjaśniła mi nietrwałość delikatnie, ale wyczerpująco, kiedy wynurzyłam się na powierzchnię wody w zepsutej wannie z hydromasażem, więc może uznała, że nie musi tłumaczyć tego ponownie. Niemniej wciąż mam problem z tym pojęciem. Przeprowadziłam się do LA, zamieszkałam z kuzynkami. Lise została w Pahrump z Lyn. Wtedy, jak opowiada Lise, zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Mama coraz częściej jeździła do Las Vegas, do swojej siostry, po tabletki. Podczas jednej z tych wypraw zjechała z autostrady i rozbiła auto. W samochodzie była z nią Lyn. Po latach dowiedziałyśmy się, że to Lyn prowadziła. Miała wtedy dziesięć lat. Po wypadku mama gdzieś ją zabrała. Zniknęły na sześć dni. Gdy wróciła, bez pieniędzy, powiedziała, że były w Utah, że zabrała koleżankę do lekarza, że chciała pokazać Lyn stan, że to nie nasza sprawa, gdzie ona jeździ, że jest wolną kobietą.
[…]
Jakimś cudem mama przekonała kogoś, aby wynajął jej dom, chociaż nie miała pracy, pieniędzy ani zdolności kredytowej. Wątpię, żeby wtedy miała choć konto bankowe. Ale była sprytna i wiedziała, jak manipulować wieśniakami, jak określała mężczyzn w naszej osadzie. Powiedziała właścicielowi domu, że nasz ojczym ją bije. Nie wiem, czy tak było, ale nigdy nie widziałam, żeby ją uderzył ani żeby zachowywał się wobec kogokolwiek agresywnie. Widziałam natomiast, jak moja matka robiła sobie krzywdę, często i nie zawsze przez przypadek. Mdlała na toalecie i upadała twarzą na umywalkę albo rzucała się ze schodów. W ten sposób wielokrotnie łamała sobie nos, naczynia krwionośne wydawały się już trwale otwarte, przez co był zgnieciony, różowy i przekrwiony. Nietrudno byłoby jej przekonać właściciela mieszkania, że maltretowana kobieta i jej córki potrzebują jak najszybciej dachu nad głową. Każdy, kto znał moją matkę, zdawał sobie sprawę, że bez trudu mogłaby przekonać mężczyznę, by pozwolił jej tam mieszkać przez kilka tygodni bez płacenia choćby grosza. Dla niej było to coś w rodzaju sportu – lubiła przekręty, podkradała papier firmowy i papeterię, gdziekolwiek się pojawiła, zawsze mówiła, że warto mieć pod ręką parę aktów zgonu. (W tym czasie mieszkałam w dzielnicy Mar Vista i płaciłam część czynszu wyłudzoną rentą rodzinną po ojcu, która powinna była wygasnąć w dniu moich osiemnastych urodzin, tyle że matka użyła listów polecających na studia do sfałszowania dokumentów i przedłużyła ją o kolejny rok – taki prezent na zakończenie szkoły). Dlatego też, choć nietrudno mi zrozumieć, jak zorganizowała sobie to mieszkanie, nie przestaję myśleć o tej postaci: właścicielu.
[…]
Mama zawsze mówiła, że Lise odziedziczyła po niej holenderskie cechy. Ja w spadku po tacie dostałam zabawową irlandzkość i wredną angielskość. Obydwie odziedziczyłyśmy szaleństwo, bo pochodziło od obu stron. Mówiła, że my, jej wszystkie trzy córki, mamy takie same ręce, ręce artystek. Nauczyła nas tworzyć biżuterię, robić zdjęcia, włamywać się do domów. Zbierać, budować i odnawiać, wyłudzać, kraść i ściemniać. Nauczyła nas nazw roślin, skał oraz każdej części naszego ciała. Nauczyła nas, skąd pochodzi woda. Umarła tak, jak umiera rzeka Amargosa – niedaleko miejsca, gdzie się narodziła. Całe jej życie upłynęło w przykurzonych osadach rozsianych wzdłuż Starego Hiszpańskiego Szlaku. Widzę je teraz z góry: Las Vegas, Tecopa, kanion Trout i Pahrump, wyschnięte i obojętne miasteczko, w którym umarła na kanapie, a może na podłodze przed kanapą, w salonie przyczepy stojącej zbyt blisko drogi.
[…]
W przyczepie, gdy znaleźli mamę: dziesiątki okularów z Walmartu [amerykańska sieć supermarketów – przyp. aut.] z czujnikami antykradzieżowymi. Pakiet sześciu kaset samopomocowych o depresji, ze sprzedaży wysyłkowej, bez kasety numer dwa, znalezionej później w odtwarzaczu w łazience. Książki, które czytałam na studiach i przekazałam jej, łudząc się, że ją uzdrowią. The House on Mango Street i Love Medicine. Wszystkie odcinki serialu Star Trek: Następne pokolenie na kasetach VHS, wszystkie odcinki Z archiwum X. W naczyniu na komodzie moneta z napisem „PAUL KOCHA MARTHĘ, Disneyland, 1989” i metalowy łańcuch z plastikowym breloczkiem ze szkolnym zdjęciem Lyn. W przyczepie, gdy znaleźli mamę: dziura w miejscu przed wejściem, gdzie podłoga przegniła od spodu, przykryta podartym w jednym rogu dywanem, o który przez lata wiele osób się potykało. Mój pierwszy ukochany wpadł kiedyś do tej dziury i poważnie skręcił kostkę. Nie jesteśmy subtelnymi ludźmi. Wtedy widziałam mamę po raz ostatni. Przyniosła mu trochę lodu. On nastroił jej gitarę. Mama wyglądała nieźle. Przyczepa była czysta. Kwiatki rosły w doniczkach. W przyczepie, gdy znaleźli mamę: ciemna plama na dywanie w salonie. Kanapa z mnóstwem wypalonych oczu. Automatyczna sekretarka bez głosu córki. Rośliny w wannie. Musiała je podlać tuż przed.
[…]
W każdym razie była to nasza studencka grupa, nasza piątka w większym gronie wieśniaków z pierwszego pokolenia, wywodzących się z białej hołoty niedoszłych artystów i muzyków, emo Basków z Elko, którzy mieli programy radiowe i pisali felietony do gazet, snowboardzistów, których rodzice uparli się wysłać na studia, więc wybrali uczelnię jak najbliżej Tahoe [jezioro na granicy stanów Nevada i Kalifornia – przyp. aut.], metalowców z upodobaniem do cipek i pindoli, samozwańczych pijaków w wybuchowych, opartych na współuzależnieniu związkach, które eksplodowały na zawodach wrestlingu i odradzały się na galach branżowych, bowiem ponad wszystko łączyła nas praca, czułe i pełne nostalgii doglądanie podupadłych kasyn w mieście. Obsługa od frontu, obsługa od tyłu, parkingowy, bufetowa, hostessa, kelnerka, konsjerż, krupierka, bukmacher, wszyscy ramię w ramię z tymi, którzy tkwili tam dożywotnio.
[…]
Pokolenie Oregon Trail to my! – wyjaśnił Ty. Generacja, która osiągnęła pełnoletność wraz z rozwojem internetu. Urodzeni w latach osiemdziesiątych. Ostatni z analogowych tubylców. Mieliśmy telefony stacjonarne, a dorośliśmy do cyfrowej biegłości. W podstawówce graliśmy w The Oregon Trail na macu II, a w gimnazjum uprawialiśmy cyberseks na domowych komputerach. W liceum mieliśmy modemy, a na studiach ethernet. Teoria tożsamości pokoleniowej – powiedział Rust. Klasyczna ściema. Pokolenia wymyślili marketingowcy. Ale ta teoria jest akurat całkiem spoko! Chodzi o to, że przez szybkie zmiany w technologii zostaliśmy… odizolowani od pokoleń, z którymi normalnie wiele by nas łączyło. Z jednej strony mamy pokolenie X, z drugiej milenialsów. Nie jesteśmy starymi milenialsami – dodał Ty. Tylko mikrogeneracją.
[…]
Czy nie da się być porządnym i lojalnym, a jednocześnie całkowicie wolnym człowiekiem? Może takie pojęcia jak lojalność i wolność oznaczają co innego dla różnych osób, ale czy to sprawia, że ktoś o odmiennej wizji lojalności lub wolności się myli albo jest z gruntu zły?
[…]
Ja tam z żadnymi e-papierosami się nie pierdolę. Jestem ziołową purystką, jak Willie Nelson. Nie dam sobie z płuc zrobić popcornu! Ty opowiedział nam, że pracuje z szamanem nad technikami świadomego śnienia. Chodzi o to, żeby osiągnąć DILD, indukowany świadomy sen – wyjaśnił. Ucisnął palcem wskazującym wnętrze dłoni, żeby sprawdzić, czy to sen czy nie. Mówił, że cała sztuka polega na tym, by na jawie tak często robić rzeczy niemożliwe, aż w końcu zrobi się je we śnie – tylko że we śnie przeciśnie palec przez dłoń i w ten sposób pozna, że śni, i od tego momentu będzie mógł dokonać wszystkiego.
[…]
Puściłam to mimo uszu i zastanowiłam się nad teorią Theo, że Rust uczestniczy teraz w wyjątkowo długoterminowym performansie. Tylko tym można było wyjaśnić jego ostatnią fazę ortodoksji rozpłodowej. Wysyłał nam kartki świąteczne ze zdjęciami, na których on, Ivy i ich córki w odświętnych białych koszulach wyglądali jak zgraja mormonów, oraz walentynki z przyklejonymi wewnątrz cukierkowymi serduszkami. Jeździli do Disneylandu, robili zakupy w sieci Kohl’s, mieli prawdziwy biały płotek przed domem. Theo uważał Rusta za geniusza. Ja myślałam, że on się po prostu starzeje. Że jest stary, nudny i odrętwiały jak reszta z nas i z rzadka tylko przytrafiają mu się krótkie, intensywne zrywy, momenty ożywienia, które rano wydają się snem. Już wiem, że dzisiejszy wieczór będzie jednym z takich zrywów. Ty zastygł z wypaloną fifką w ręce. W skali od jednego do dziesięciu, gdzie zero to brak haju, a dziesięć to najwyższy poziom porobienia w twoim dotychczasowym życiu, gdzie teraz się znajdujesz? – zapytał. Oceniłam swój obecny stan na dwa i pół.
[…]
Domostwo było miejscem, które odwiedzałam. W którym panowała zgoda co do tego, że z natury nie jestem zbyt wyrozumiałą osobą. Gdzie trudno było mi się wczuć w czyjś punkt widzenia. Czy całą sprawę pogarszało to, że publicznie sławiono mnie za umiejętność, o której braku wiedziano w domostwie? Kasa się zgadzała, ale zaczynałam podejrzewać, że w kreowaniu siebie na mistrzynię oddawania cudzych punktów widzenia było coś nieuczciwego. Może nawet było coś niebezpiecznego w odmowie przyznania się do tego, że kiedy mówimy o swojej bezgranicznej empatii i zainteresowaniu innymi, w rzeczywistości mamy na myśli to, że ćwiczymy, najlepiej codziennie, empatię i zainteresowanie nami samymi – wszystkimi różnymi wersjami nas samych. Nie były to nowe myśli, ale ostatnio doprowadziły mnie do tego, że zaczęłam ogłaszać najdrobniejsze akty dobroci i domagać się pochwały za nie. Otworzyłam drzwi do twojego gabinetu, żeby rano nie było tam zimno – oznajmiałam Theo. Wyjęłam część naczyń ze zmywarki! Nie mogłam się powstrzymać. W moim mózgu tykał mały, głośny zegar, który kontrolował, jak długo sprawuję w pojedynkę opiekę nad dzieckiem, a każda sekunda ponad mój przydział musiała zostać odpowiednio doceniona. Nie byłam zbyt dobra w przebywaniu z córką sam na sam. Gryzła mnie, a ja za bardzo się na nią wściekałam. Zawsze miałam na przedramionach siniaki dokładnie takiej wielkości, jak jej małe, szeroko otwarte usta. Uciskałam te siniaki, gdy chciałam coś poczuć. Teraz też ucisnęłam jeden.
[…]
Wiele razy mówiono mi przy różnych okazjach, że to bardzo powszechne zjawiska – unikanie rodzicielstwa, kiedy czujesz, że nie przychodzi ci ono z łatwością, wycofywanie się w stronę rzeczy, w których być może lepiej ci idzie – ratowania robali, odśnieżania czy seksu. Promiskuityzm [kontakty seksualne pozbawione uczuć – przyp. aut.], macierzyńska ambiwalencja, furia żony – wiele kobiet to odczuwało, a nawet jeśli nie, to uważały takie uczucia za normalne. Podkreślały to. Ale co mnie obchodziło, że to normalne? Zwłaszcza mój zespół specjalistów od zdrowia psychicznego zdawał się nie rozumieć, że nie znajduję pocieszenia w byciu normalną, że odbieram normalność jako obelgę, że świadomość, iż te problemy są powszechne, nie łagodzi ich, a jedynie oznacza, że na domiar złego, oprócz nieustannego unikania, odczuwania winy, wstydu i odrętwienia, czuję się teraz nudna, jakby to była w pewnym sensie śmierć. Świadomość, że to wszystko jest normalne, sytuowała mnie gdzieś na skali pomiędzy żałosnością a myślami samobójczymi. Pomyślałam, że jeśli to jest normalne, to ja dziękuję.
[…]
Mój problem polega na tym, że nie potrafię określić, jak przykro powinno mi być z powodu tego, jak się zachowałam. Jest mi albo trochę przykro, albo bardzo przykro, albo wcale nie jest mi przykro.
Mój problem polega na tym, że czasami wracam późnym wieczorem i zapominam zamknąć drzwi na klucz. Czasami zostawiam włączone światło na werandzie. Czasami przez cały wieczór dotykam kolanem kolana innej osoby pod stołem.
Mój problem polega na tym, że mam za dużo przestrzeni i spędzam mnóstwo czasu na tworzeniu przytulnych, zachęcających do pracy aranżacji na blacie, których potem nie używam. Wiecznie przenoszę biurko z jednego pokoju do drugiego, ciągle przestawiam meble, a potem wpadam na nie w nocy, i stale zajmuję stół w kuchni.
Mój problem polega na tym, że dostaję maila o minucie ciszy, ale zbyt późno i ta minuta już minęła, choć była cicha – pamiętam ją, minęła mniej więcej pół godziny wcześniej – ale choć ta minuta była cicha, bo byłam sama, pracowałam i milczałam, to nie wykorzystałam jej chyba do refleksji nad tymi, których straciliśmy, nad poniesionymi przez nich ofiarami ani nad stratami i ofiarami ich rodzin, do czego zachęcał mail. Mój problem polega na tym, że mam swoją własną minutę ciszy i myślę nie o ofiarach ani o ich rodzinach, ale o sprawcach, i to tych niewłaściwych, tych wcześniejszych, o ich prochowcach, o ich swastykach.
Mój problem polega na tym, że nie mogę znaleźć telefonu, kluczy, portfela, okularów przeciwsłonecznych, zwykłych okularów, butów, torebki, książki, długopisu, szminki, kolczyków, zegarka, kubka z wystygłą kawą i podejrzewam, że wszystkie te rzeczy siedzą sobie gdzieś razem beze mnie.
Mój problem polega na tym, że nie tęsknię za tobą.
Mój problem polega na tym, że nie mogę pojąć, jak ostateczna jest śmierć.
Mój problem polega na tym, że mam pracę, której ona nie miała szansy mieć, i wykształcenie, którego nie miała szansy zdobyć, a ja onieśmielam ludzi i nie mam w sobie tyle opiekuńczości, ile wszyscy się po mnie spodziewali. Mój problem polega na tym, że się nie nawróciłam. Mój problem polega na tym, że jestem ustawiona raz na zawsze.
Mój problem urodził się w Las Vegas, w University Medical Center 28 kwietnia 1957 roku. Mój problem miał prawie pięćdziesiąt lat. Mój problem nauczył mnie jeździć samochodem ze skrzynią biegów, kupować po dwa opakowania farby, bo obie miałyśmy tak samo gęste włosy. Mój problem nauczył mnie nazw wszystkich części mojego ciała i tego, że to ja decyduję, komu wolno ich dotykać, a komu nie. Mój problem polega na tym, że nie zdążyłam się pożegnać albo wiecznie mówiłam: żegnaj, żegnaj, żegnaj, żegnaj, żegnaj, żegnaj, żegnaj, więc znaczenie się ulotniło, jak to ze znaczeniem bywa.
Mój problem polega na tym, że dorastałam w biedzie. Mój problem polega na tym, że jestem pochodną, kopią kopii, całkowicie wyblakłą. Mój problem polega na tym, że kable w moim mózgu są poprzepinane i wszystko, co powinno być radosne, budzi strach – i na odwrót. Mój problem polega na tym, że poślubiliśmy inne osoby. Mój problem polega na tym, że prawie nigdy nie stawiam jednej stopy przed drugą. Mam kolekcję kamieni, których nazw nie znam, i nie udaję, że znam. Mój problem polega na tym, że to wszystko tylko trochę mi przeszkadza i wcale nie chcę się zmienić.
[…]
Nie dam rady! Z nastolatkami? W szkole publicznej? Kurwa. Mam przejebane. Wstałam, zaczęłam myśleć o ucieczce, ale moja dupa puściła do mnie oczko. Opróżniłam ją w damskiej toalecie, umyłam ręce i napiłam się wody z kranu. Na ścianie wisiały plakaty z okazji balu szkolnego, przymocowane taśmą ochronną. Zauważyłam, że papier się marszczy, i poczułam się trochę lepiej, podobnie jak Rust, który tymczasem wyżebrał od ładnej sekretarki paczuszkę karteczek samoprzylepnych i długopis, a potem zapisał je maleńkimi liścikami ze słowami zachęty i żarliwej wiary, które teraz wsuwał do wywietrzników w przypadkowych szafkach. „To nie jest błąd”. „Przecięta dżdżownica wybacza pługowi”. Tego typu rzeczy. Wręczył mi jedną. „Nie jesteś zjebem”. W tym momencie rozległ się dzwonek i korytarze wypełniły się młodzieżą. Szczęknęły szafki. Bałam się tak samo jak w moim liceum, choć był to strach bardziej rozproszony, ponieważ nie dało się dostrzec warstw społecznych, które były dla mnie tak boleśnie oczywiste w dzieciństwie i które, jak dobrze wiedziałam, przesądzały o całym życiu tutejszych uczniów i uczennic – więc bałam się prawie wszystkich, z wyjątkiem tych, którzy byli tak wyraźnie na samym dole hierarchii, że aż zapragnęłam umrzeć; prawdziwe jednostki typu „jeszcze będzie lepiej”. Miałam nadzieję, że zapiski Rusta do nich dotrą. Zastępca dyrektora zjawił się ponownie i zaprowadził nas do sali gimnastycznej.
[…]
W pracy idzie mi niesamowicie. W zeszłym tygodniu wydrukowali trzy moje teksty – nieźle jak na stażystkę. Płacą mi pensję stażystki, wiadomo, ale kiedy rzucę tę robotę i przeniosę się do jakiejś porządnej gazety, będę mogła powiedzieć, że zaczęłam pisać wiadomości w wieku szesnastu lat. W szkole było ciężko, ale W KOŃCU POKONAŁAM SYSTEM!!! A pisałam Ci o tym, co się wydarzyło w gabinecie dziekana? Zawiesili mnie za wagary, więc mama przyszła do szkoły i ustaliliśmy z dziekanem, że dostanę przepustkę, kiedy tylko zechcę. Mama napisała mi usprawiedliwienie, które umieścili w moich aktach, i wystarczy, że pójdę do sekretariatu, powiem, że chcę przepustkę, a oni mi ją dadzą. Nie muszę nawet mówić, dokąd idę! Dziekan namawia mnie, żebym w przyszłym roku zrobiła rok pomostowy na uniwerku. Tym samym kończyłabym szkołę średnią i jednocześnie miałabym już za sobą pierwszy rok studiów. Ta instytucja (szkoła) to chujnia, ale jeśli chcę mieć dobrą pracę, muszę iść na studia. Z wywiadami do projektu dotarłam już do etapu senatorów stanowych. Te zajęcia otworzyły mi oczy na to, jak powinny być prowadzone różne rzeczy, a jak rzeczywiście są prowadzone. Na koniec mam oddać dziekanowi jakąś durną pracę zaliczeniową, ale zamierzam napisać coś bardzo radykalnego, coś, co pokaże, jak jest. Nie podoba mi się, jak jest.
[…]
Wesołego Dnia Indyka. Próbowałam się do Ciebie dodzwonić, ale nikogo nie było w domu. W sumie masz gdzie dzisiaj być. Ostatnio czuję się dość dziwnie. Czuję, że czas mija. W domu mamy jest tak cicho, że aż chce się umrzeć. Wszyscy pracują. Znajoma laska załatwiła mi trochę zioła i palę od rana; teraz czuję się tak, jakbym utknęła we własnej głowie. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że to, co wydaje mi się, że widzę, wcale nie musi być tym, co tam jest. Życzę Ci udanego obżarstwa.
[…]
W ubraniu Jesse był po prostu wysokim, szczupłym, białym facetem. Długie, kobiece palce, zawadiacka czupryna: lśniące brązowe loki, z których był dumny, czasem durna kozia bródka, czasem wąsy, rzęsy jak u łani. Nadal pociągają mnie tacy mężczyźni. Ale kiedy się rozebrał, odsłaniał tors, bicepsy i uda pokryte tuszem: strach na wróble i graffiti, które sfotografował na stacji kolejowej w Reno, a także jego własne, powiedzmy, że średnio udane rysunki. Obojczyki mówiły: „Kocham cię, ale wybieram ciemność”. Z kropką, jak gdyby to był koniec dyskusji. Mieliśmy wspólnych znajomych w liceum, gdzie jego macocha, która wierzyła w Niepokalane Poczęcie, prowadziła zajęcia z nauk o zdrowiu. Jestem niesprawiedliwa. Miała też wiele innych cech, ale przez tę surową pobożność potajemny bunt jej pasierba stawał się doskonałym materiałem na plotki. Poza tym wiele z tych tatuaży wykonano urządzeniem z przerobionego długopisu marki Bic. Jesse należał do drużyny futbolowej, używał eyelinera, czasem nawet więcej kosmetyków, do tego nosił bluzę na meczach lokalnych, a na wyjazdach – garnitur. Umawiał się z dziewczynami z Kościoła ewangelickiego, które pozwalały mu wyłącznie na seks analny – kolejny sekret przed jego rodzicami. Przed rodzicami tych dziewczyn pewnie też. Jego ojciec, olbrzym z brodą, naprawiał klimatyzacje, uczył karate, prowadził domowy Kościół oparty na własnej surowej i ekscentrycznej doktrynie. Ich nauki opierały się na opracowanym przez niego szyfrze, który służył do odkrywania sekretnych znaczeń Biblii; że niby trzeba czytać co siódme albo co czwarte słowo. Każda osoba w ich niewielkim zgromadzeniu miała swój segregator, w którym znajdowały się poznaczone zakreślaczem skrypty do rozszyfrowania tekstów, przechowywane w plastikowych osłonach. Ojciec Jessego zakopał gdzieś na terenie ich posiadłości kontener transportowy, w którym znajdowały się zapasy pozwalające przetrwać okres między rokiem 2000 a Pochwyceniem. Wszystkie te informacje przekazał mi Jesse, bo choć w tamtym czasie wciąż pozostawałam analną dziewicą, nigdy nie zostałam do nich zaproszona. Mogło to wynikać z tego, że mój ojczym miał więzienne tatuaże na całym ciele, w tym na szyi i rękach, ale zapewne chodziło o to, że moja rodzina nie miała swojego Kościoła. W liceum nie zwracałam uwagi na Jessego, bo jeździł na rolkach, a ja wolałam deskorolkarzy, a poza tym podejrzewałam, że jest gejem. Miałam czternaście, piętnaście, szesnaście lat i nie wiedziałam, jak spędzać czas z chłopakiem, który nie chciał mnie przelecieć. Nagle nadszedł sierpień i wszystkie baseny w mieście zrobiły się za ciepłe, więc człowiek nie miał ochoty pływać, dopóki nie zapadnie zmierzch, Jesse wrócił z college’u, a ja za kilka tygodni wybierałam się na tę samą uczelnię. Naprawiał klimatyzatory i był zmęczony czołganiem się pod przyczepami w upale w bluzie z długim rękawem, żeby jego ojciec nie zobaczył tatuaży.
[…]
Jesse żył tak, jakby wiedział, że umiera – przesłodzony frazes, który strasznie wygląda wcielony w życie. Uwierz mi, nie chcesz mieszkać z kimś, kto żyje tak, jakby umierał. Ciało Jessego kipiało erotyką, anarchią i innymi przejawami mrocznej, migotliwej energii. Prowokował bójki na koncertach albo nakładał eyeliner, ubierał się w chłopięcą koszulkę z superbohaterami, jedną z tych, które kupował w Walmarcie, szedł do klubu ze striptizem i czekał, aż ktoś wyzwie go od pedałów, a potem się z tym człowiekiem bił. Zanim wyleciał ze studiów, należał do uczelnianej drużyny bokserskiej, a kolesie z korpo, którzy przyjeżdżali do miasta na wieczory kawalerskie, nie mieli pojęcia o zasięgu jego długich ramion ani że wychowywał go olbrzymi instruktor sztuk walki. Potem Jesse szedł na burgera albo na żeberka. […] Jesse zawsze pozwalał, żebym to ja była tą dobrą. Nie zwracał uwagi na to, co robię, i to właśnie do tej wersji wolności najbardziej się przyzwyczaiłam – najbardziej ją chroniłam. Widział, że jestem obserwatorką, i zapewniał mi coś, co warto obserwować. Nie był przemocowcem, ale lubił przemoc. Był wandalem i wojownikiem, ale nigdy nie był podły, nigdy nie tolerował podłości. Był osobą, do której dzwoniłam, gdy się bałam. Odprowadzał mnie wszędzie, gdzie poprosiłam, chociaż przyznawał, że na ulicy czuł się zagrożony tylko wtedy, gdy towarzyszyła mu dziewczyna. Zawsze pozwalał mi być lepszą osobą, mimo że nie byłam od nikogo lepsza. Nie był roztrzęsiony, ale pozwalał, żebym to ja była stabilną stroną, żebym sama sobie dawała poczucie bezpieczeństwa. Kiedy z nim przebywałam, zawsze panowałam nad sytuacją, nawet wtedy, kiedy wybraliśmy się na koncert Radiohead do Berkeley, a potem zbakani przejechaliśmy przez most i spaliśmy u mojej siostry w Tenderloin, na podłodze w salonie, bo mieliśmy po dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat.
[…]
Postanowiłam, że skończę studia bez doświadczenia gwałtu – taki naprawdę postawiłam sobie cel. Zanim jednak rozpoczęłam studia, w sklepie obuwniczym, gdzie pracowałam, poznałam pewnego chłopaka, który zaprosił mnie na imprezę, ale impreza polegała tylko na grze w karty, więc grałam w pokera, grę dla turystów, z nim i kilkoma innymi osobami, popijałam coronę, po czym obudziłam się, był ranek, a ja leżałam na podłodze w łazience, obolała, ze spodniami wokół kostek. Weszłam do głównej sypialni w poszukiwaniu chłopaka, który mnie zaprosił, do którego należało to mieszkanie, jedynej osoby, którą znałam na tej imprezie. Leżał w łóżku, spał bez kołdry, miał erekcję, a obok niego była dziewczyna, której nie rozpoznałam, naga, z rozrzuconymi na boki kończynami i rękami przywiązanymi do słupków, tak mi się wydaje, ale mogę się mylić. Zapisałam swój numer telefonu na lustrze łazienkowym szminką, która, jak teraz sobie uświadamiam, musiała należeć do niej. Do którego Kościoła należy twoja rodzina? – zapytał mnie ojciec Jessego, gdy po trzech latach po raz pierwszy zaprosili mnie na obiad do domu. Odparłam, że do żadnego, a może powiedziałam, że do Kościoła pracy. Praca była naszym Kościołem, a także śmiech. Śmiech, praca i słowa. Kamienie, zdjęcia, psy, książki i telewizja. Włamywanie się do domów, oglądanie rzeczy w nocy. Moja siostra, moja matka i ja przy kuchennym stole. Ziemia ciało siostrzeństwo.
[…]
Jesse, żałuję, że cię tu nie ma. Ameryka jest brutalna i zajebiście queerowa [z ang. queer; inaczej: dziwna, osobliwa – przyp. aut.]. Zaspy rosną i każdego ranka przejeżdżam przez zamarzniętą rzekę, mijam meczet, szkoła podstawowa przysłała w tym tygodniu list, w którym grozi, że to świetny czas dla amerykańskich patriotów. Mijam dzieciaka, który wygląda jak ty, chodzi jak ty, mijam rzeźbę Mayi Lin zatytułowaną Pole fal, która jest jak kłębowisko fal z trawy pokrytych śniegiem, a więc jak kłębowisko wyboistego śniegu. Jadę do centrum handlowego, palę zioło w moim SUV-ie i uprawiam jogę z bogatymi sukami, z tymi zaciekłymi starymi lesbami, dziewczynami z podmiejskich stowarzyszeń i całą resztą przeciętnych, zdradzieckich pizd, a wszystkie to moje siostry, i za dwadzieścia dolarów każda z nas wychodzi po godzinie, wyglądając, jakby ją właśnie wyruchali. Mayę Lin wybrano na projektantkę pomnika Weteranów Wojny w Wietnamie, kiedy jeszcze studiowała na Yale. Ross Perot nazwał ją sajgonką, pamiętasz? Byliśmy dzieciakami. Czy w końcu udało ci się zobaczyć ten pomnik? Nie sądzę. Ja widziałam większość pomników w Waszyngtonie. Byłam w Paryżu, Hadze i Antwerpii na jedną noc, w Londynie i Toronto, na Wybrzeżu Amalfitańskim we Włoszech i dwukrotnie w Walii. Piłam kawę z Margaret Atwood, jadłam lunch z sędzią Stephenem Breyerem i poszłam na piwo z jednym z tych kolesi z Gry o tron. Raz rozmawiałam na przyjęciu z Michaelem Chabonem, a Ira Glass przerwał Chabonowi, żeby porozmawiać ze mną, i wtedy – wtedy! – ktoś się wtrącił, żeby porozmawiać z Irą, i to była Meryl Streep.
[…]
Nie mogę się otrząsnąć ze zdjęć, które zamieściłeś na Myspace [serwis społecznościowy w internecie – przyp. aut.], a były ich setki. Na niektórych jesteś Jessem, na innych Jessem Rayem, który żyje, ale umiera, aktywnie umiera, wygląda na martwego, wybiera ciemność. Na żadnym z nich, w albumie bez nazwy, nie jesteś ostatecznie i prawdziwie martwy. Jesteś tułowiem pod prześcieradłem na pustyni. Rozbita szyba, radiowóz, karetka, wóz strażacki na miękkim poboczu autostrady, migające światła. Słońce wschodzi, a góry nad tobą mają barwę indygo. Ktoś cię zawinął tak, że nic nie widać, żebyśmy nie musieli widzieć tych części ciebie, których nie chcemy. Byłeś, a potem zniknąłeś. Kocham cię. Ćwiczę mówienie tego.
[…]
Jesteśmy optymistami jak milenialsi, ale nie jesteśmy tak cyniczni jak pokolenie X. I w tym tkwi problem. Chcemy wierzyć w zmiany, ale nie potrafimy – powiedział Rust. W głębi duszy wiemy, że to bzdura. Umiera się od ukąszenia węża, umiera się na tyfus. Chodzi o dysonans poznawczy i niemożność empatii oraz niemożność etycznej konsumpcji w czasach kapitalizmu i dojrzewania w dobie internetu. Jak tata Claire, jego pokolenie, ludzie, którzy naprawdę myśleli, że schowają się do jakiejś dziury w Dolinie Śmierci i świat się skończy, a potem wyjdą na powierzchnię. Na ich obronę dodam, że w Dolinie Śmierci można tak pomyśleć – wtrąciłam. Wiem, siła, wściekłość, wzniosłość, bla, bla, bla. Helter Skelter to po prostu ciągle ten sam stary rasizm i mizoginia, jeśli się nad tym zastanowić. To tak jak ze szkołami: mają zahartować, tak? Wiele z tych dziewczyn oddano Mansonowi i nikt się tym nie przejął. Jesteśmy widzami – wyjaśniłam. Strasznie to skomplikowane – powiedziała Wendy i przegapiła zjazd. I ten kutas jakimś cudem położył kres kontrkulturze?! – krzyczał teraz Rust. Może, ale to i tak bez znaczenia! Ja pewnie umrę od wifi. Elon Musk zamierza nas wysłać na Marsa. Chciałbym wiedzieć, jak bardzo tacy ludzie ufają swoim ochroniarzom, pilotom helikopterów. To będą ostatni przedstawiciele homo sapiens, proszę pani, to znaczy Wendy: pilot helikoptera Zuckerberga i jego rodzina, żywiący się radioaktywnymi świerszczami w Nowej Zelandii. Nie ja. Ja nie jestem ostatni. W ogóle ledwo jestem. Nie zamierzam zabijać ludzi, nie będę pił z kałuży przez cholerną słomkę.
[…]
Dziś wieczorem Vicky, Scott, Greg i ja poszliśmy obejrzeć Szkołę kowbojów. Zapomniałam już, jaki to odjechany film. O wielu rzeczach zapomniałam. Ty, ja, wszyscy jesteśmy tak kurewsko piękni, że normalnie nie mogę. Jezu, wszyscy jesteśmy najpiękniejszymi ludźmi. Nie mogę w to uwierzyć! Jesteśmy wyrzutkami, outsiderami. Jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy wciąż zachowali łagodność na tym pojebanym świecie. Jesteśmy tym, co Bóg zamierzał, kiedy tworzył człowieka. Chciał, żeby ludzie byli tacy jak my – odczuwający prawdziwe ludzkie uczucia. Nie jak maszyny. Nie jak pszczoły robotnice. Prawdziwie żywi. A jednak to nas ludzie odrzucają. Gdyby tylko mogli poczuć coś innego niż presja społeczeństwa. Czy to nie byłoby wspaniałe? Pewnego dnia wszyscy ludzie powstaną razem! Rany, to będzie piękne. Nie wiem, czy popadam w obłęd czy co, ale po prostu musiałam to napisać i opowiedzieć komuś o tych wariackich pomysłach. Mam nadzieję, że uda Ci się w to wczuć.
[…]
Cudownie jest tu, w teraźniejszości. W pełni rozumiem jej urok. W teraźniejszości nie ma masowych wyginięć, masowych morderstw, z definicji nie ma mas. „Teraz” to czysta cząstka. Istnieje jednak problem zębów. Bardzo polubiłam zęby mojej waginy, ale nie mogę zaprzeczyć, że stanowią ogromną przeszkodę dla fiuta. Jeśli uznajesz bardzo hetero-normatywną definicję seksu, na przykład: seks = penis + wagina, to w tym momencie naszej historii możesz odczuwać dezorientację. Jak już wspomniałam, żyliśmy z Theo w otwartym małżeństwie. Przez wiele lat korzystałam z tej polityki i ochoczo wpuszczałam do pochwy wszelkiego rodzaju rzeczy, w tym penisy, palce i urządzenia wykonane z miękkiego, nieśmiertelnego plastiku. Ale po urodzeniu dziecka, kiedy pojawiła się vagina dentata [z łac. zębata pochwa; mit seksualny traktujący o pochwie pożerającej penisa – przyp. aut.], stosunek dopochwowy stał się kłopotliwy. I tu muszę powiedzieć, że mi go nie brakowało. Teraz, kiedy miałam dziecko, już tego nie potrzebowałam. Niewiniątka uwielbiały seks analny. Wiele z nich uczęszczało na zajęcia z wprowadzenia do studiów kobiecych w ramach dążenia do różnorodności albo poszło na studniówkę z lesbijką. Większość słyszała Dobre Słowo o sromie i wszystkie wiedziały, że lepiej nie przyznawać się do lęku przed zabawką. Przez cały mój okres przytulankowego zdzirostwa miałam więcej orgazmów niż kiedykolwiek wcześniej i właśnie o coś takiego chodziło pramatkom.
[…]
W drodze zastanawiałam się nad tym – nad pytaniem, które wszyscy lubią.
Lubię to w lesie. Lubię to w vanie. Lubię to na plaży. Lubię, gdy Noah wkłada mi rękę pod sukienkę przed kinem, w którym serwują pizzę i piwo. Lubię to z pizzą i piwem. Lubię to z frytkami, gyrosem, z tacosami z food trucka ustawionego przy papierni. Lubię to z baklavą, zlizywanie miodu z palców. Lubię to w górach, lubię to na wybrzeżu. Lubię to na łonie natury, a jeśli nie na łonie natury, to przynajmniej w pobliżu wody, przynajmniej pod drzewem, przynajmniej pachnące ogniskiem, whisky, ziołem. Lubię ideę ruchania alpinisty, ale nie lubię, kiedy zamiast spędzać ze mną czas, idziesz się wspinać.
Lubię to nad basenem, ale nie w basenie, w rzece, w gorącym źródle.
Lubię to na Zagubionym Wybrzeżu i pod Drzewami Tajemnic. Lubię to z prawdziwą klasą robotniczą. Brudne spodnie robocze, buty ze stalowymi noskami i kofeina w tabletkach. Lubię to w Humboldt, gdy całą noc rozmawiamy o Absolwencie.
Lubię, kiedy mnie całujesz i strącasz szklankę z baru, a ona się rozbija.
Lubię, kiedy się opamiętujemy i znów zatracamy.
Lubię, gdy pytasz o moją córkę, ale nie o męża.
Lubię to gdzieś w hrabstwie Mendocino, w deszczu, na postoju. Lubię, kiedy płacimy za rzeczy trawką, oglądamy filmik, na którym mała panda maluje łapkami, filmik, na którym widać pierwsze kroki mojej córki. Lubię to z kawą z ogniska i bekonem na śniadanie i lubię czytać „Timesa”.
Mów mi sprośnie o tym, dlaczego jesteś feministą. Lubię słowa „cipa”, „pizda” i „dochodzić”. Lubię słowo „miłość” – jest zdradliwe, ale je lubię. Lubię na ostro. Lubię beznamiętnie. Lubię, kiedy doprowadzasz mnie do śmiechu, śmiechu i śmiechu, aż nie pamiętam jak. Lubię być u twojego boku, po prostu tam być, czuć twój oddech. Lubię, gdy zbierasz dla mnie polne kwiaty, nawet jeśli muszę o to poprosić. Lubię ścięte bzy na łóżku, bo poprzedniej wiosny szliśmy razem i chyba przystanęłam, powąchałam je i wyglądałam tak żywo, że ty też chciałeś być żywy, poniekąd.
Lubię, kiedy słowo z modlitwy traci znaczenie, słowo jak „śmierć”, słowo jak „córka”, słowo jak „żona”.
Lubię to po jodze dla bogatych suk w centrum handlowym.
Czasami tęsknię za mężem, tak to lubię.
Lubię, kiedy mówię: co robimy? A ty odpowiadasz, że po prostu dryfujemy w basenie. Lubię, gdy palisz ze mną papierosa. Lubię to bardziej z blantem. Lubię, kiedy mówisz, że powinniśmy zarzucić kwas w Malakoff, jak w Dryfując. Lubię to w Diggins, gdzie Didion nigdy nie była. Lubię to podczas porannej medytacji, spod chustki pachnącej kadzidłem.
[…]
Jesse, nie chcę skrzywdzić dziecka ani siebie. Nie wybieram ciemności, to ciemność wybiera mnie. Jestem na tej obskurnej plaży w parku Malakoff Diggins. Potrzebuję wodospadów, wiszących jezior zabarwionych na różowo przez odpadki. Przynajmniej głębokich, pełnych czci zagłębień, gdzie kiedyś były lodowce. Jeziora Donner i Marlette, otwarte oko Tahoe. Widzę, jak spływa przez pogórze, do Reno i na zewnątrz, znika w Wielkiej Kotlinie, z której nie ucieka żadna woda, chyba że za ucieczkę uznasz transmutację w siano, steki, chaszcze, mustangi, owce w Ruby Mountains, a za nimi maleńkie miasteczko Ruth. Oto jestem z innym zranionym kochankiem nad śmierdzącym, prawie nieistniejącym stawem. Szare trzciny, niedopałki papierosów i sterty śmieci. Dym z jakiegoś pożaru. Chciałam, żebyśmy pływali nago w promieniach słońca. Potrzebowałam czystej wody. Ale lato się skończyło. Nie ma już takiego miejsca. Patrzę na wschód, na stumilową pustynię, na łańcuch górski i prerię. Niebo jest coraz niżej i niżej. W Iowa wrzeszczące cykady kapią z drzew. W Michigan jest zima. Piąta godzina i ciemno. Toksyczne smugi i kwitnące algi. Ołów w wodzie, inhibitory spalania w mleku matki. Theo odbiera Ruth od niani. W teraz moja matka mi pokazuje.
[…]
Według mojej książki drzewo Jozuego, Yucca brevifolia, kiedyś było obiektem regularnych minet, wykonywanych niedorzecznie długimi językami przez olbrzymie leniwce. Nieco to parafrazuję. Po wyginięciu leniwcowych kochanków drzewo Jozuego pozostaje w pozbawionym miłości małżeństwie z pospolitą ćmą w kolorze ziemi. Moja książka określiła to mianem cudu. Podjechałam do publicznej łaźni w Tecopie, otwartej dwadzieścia cztery godziny na dobę i dwuizbowej, podzielonej według płci. Moja siostra i ja jako dziewczynki często szłyśmy za mamą do części dla kobiet, a potem gapiłyśmy się na tajemnicze ciała w wodzie. Były to ciała, z których dało się czytać, historie zapisane na skórze słońcem i bliznami, historie bólu, zniekształceń, złośliwości, dowody wielu operacji. Pamiętam, że czułam respekt wobec tych starych, nagich kobiet, moich sąsiadek. Nigdzie indziej nie widziałam takich ciał – tak naznaczonych, tak wytrzymałych, tak wyrazistych. Widać było na nich upływ czasu, wałki tłuszczu, zmarszczki, włosy wszędzie. Dokładnie pamiętam, że każda z kobiet wydawała się niewiarygodnie silna, co mogło wynikać z załamania światła w wodzie albo z wielkich, starczych kęp owłosienia. Ciała tych kobiet były pierwszymi książkami, jakie przeczytałam, a dotyczyły głównie pracy. Wychowanie dzieci, obowiązki gospodarcze, prace w ogródku, kelnerowanie, poszukiwania minerałów. Znaki porodów na piersiach, udach, brzuchu i – choć wtedy tego nie wiedziałam – w środku. Najbardziej zdeformowane były stopy, pokiereszowane przez jedną długą historię – trwającą całe wieki – w której dziewczyna przynosi mężczyźnie coś do picia.
[…]
Kupiłam kamień i jedną z książek leżących przy kasie, nowe wydanie Caruthersa. Jest we wszystkich sklepach z pamiątkami. Przewodniczka podliczyła mnie, a wtedy w jej głowie najwyraźniej zaświtała jakaś myśl. Poderwała się ze stołka. Niedawno byłam w archiwum i znalazłam coś, co napisała pani mama. Wyszła na zaplecze. Może to pani pokazać starszej siostrze – zawołała. Gdziekolwiek wylądowała. Myślała, że jestem Lise. Wróciła z fioletowym drukiem z powielacza. Dostrzegłam tytuł gazety, którą przez krótki czas wydawali moi rodzice. Kobieta złożyła kartkę i wsunęła ją do egzemplarza Caruthersa. Jak się miewa pani siostra? Szczerze mówiąc, trochę jej się pokomplikowało – odpowiedziałam. Zostawiła męża i dziecko. Dottie – tak głosił napis na jej identyfikatorze. No cóż. – Dottie wzruszyła ramionami. Życie to skomplikowana sprawa.
[…]
DOLINA ŚMIERCI – historia wielkich pustyń Zachodu pełna jest zawiłych legend o bohaterach. O mężczyznach, którzy przybyli z innego miejsca, żeby wyrzeźbić swoją spuściznę na tej ogromnej, pięknej i budzącej grozę ziemi. Rodziny takie jak Chalfantowie, Fairbankowie, Brownowie i Lowesowie. Członkowie starego rodu Lee nadal zamieszkują tę nieco oswojoną, ale nieustannie zmieniającą się pustynię. Przemierzając tę bezkresną krainę, dostrzegli bogactwa i możliwości – i wszyscy byli oszołomieni czystą obecnością Boga. Owe legendarne postaci osiedliły się tu z takich czy innych powodów, zaczęły się żenić i płodzić dzieci, dla których hrabstwo Inyo stało się domem, a kilka pokoleń później ludzie szeptali: „Ona jest z rodziny Lee, rozumiesz”. Wszyscy ci bohaterowie, którym nasze góry i doliny zawdzięczają swoje miana, ostatecznie stanęli twarzą w twarz z równym sobie przeciwnikiem. Śmierć wezwała każdego i nikt nie mógł odmówić. Niedawno odszedł kolejny bohater hrabstwa Inyo. Nie pochodził z żadnego ze „starych” rodów, ale pozostawił po sobie własne, niewielkie plemię. Paul Watkins, górnik, muzyk, pisarz, geolog, operator ciężkiego sprzętu, artysta obróbki kryształu i turkusu, kanciarz, mówca, kobieciarz, zmarł 3 sierpnia 1990 roku w wieku czterdziestu lat po sześcioletniej walce z rakiem i białaczką.
[…]
Stampmill Road, która prowadzi do domu w Tecopie, tak zwanego rancza Watkinsa, to nie tyle droga, ile żwirowa łacha porośnięta tamaryszkiem. Zbliżając się do celu, napotkałyśmy nową przeszkodę o dziwnym kształcie. Po bliższych oględzinach okazało się, że to gigantyczny żelazny łuk. Jakiś madmaxowy odpał z Burning Mana, zespawany ze sprzętu górniczego, zardzewiałych narzędzi i części samochodowych. Prawdopodobnie zionął ogniem. Pod łukiem stał zaparkowany mercedes rocznik 1980, blokując przejazd. Samochód był po brzegi zapełniony ziemią. Artyści czy ćpuny? – zapytała Lise. Zaparkowała i wtedy usłyszałyśmy szczekanie psów. Sklejka, łańcuch i drut kolczasty otaczały to, co kiedyś było siedzibą naszego najbliższego sąsiada, już wówczas zbyt starego, by mógł jeszcze żyć. Niezależnie od tego, kto tam teraz mieszkał, jego psy nie były szczególnie przyjazne ani małe. Może jednak zawróćmy. To czyjś dom – powiedziałam. To nasz dom – odparła Lise i podeszła do budynku, który wyglądał jak kryjówka producenta dziecięcej pornografii, albo jeszcze gorzej. Namierzyła podświetlany dzwonek do drzwi umieszczony w pępku manekina i zadzwoniła.
[…]
Poddałam się feerii barw, faktur i struktur, aż w końcu skupiłam się na stoliku pod ogromnym żyrandolem, gdzie zaprosiła nas gospodyni. To tiffany – powiedział głos należący do innej kobiety, osoby, kobiecej osoby o królewskiej aparycji, której nie zauważyłam, usadowionej po królewsku na odległym końcu stołu, całkiem nieironicznie ubranej w długi kaftan. Lise skomplementowała żyrandol, mówiąc, że wygląda znajomo. Wisiał kiedyś w lobby w Caesars. Dowiedziałyśmy się więcej o tym miejscu – Villa Anita, nieustannie zmieniająca się i tworzona na bieżąco rzeźba, została zbudowana przez kolektyw artystyczny złożony w większości z kobiet, z których dwie siedziały tu z nami: Deena, prerafaelitka [stowarzyszenie artystyczne – przyp. aut.], która wpuściła nas za bramę, i dostojna Carlotta, starsza od Deeny o co najmniej trzy dekady, boska. Wyczuwałam, że są kochankami. I że to Carlotta rządzi. Z pracowni jubilerskiej na tyłach chaty wezwała androginiczną, podobną do ćmy istotę, którą przedstawiono nam jako J.
[…]
Najczęściej rozmawiałyśmy z Mari o Villi Anita. Uznałyśmy, że to jak mieszkanie w wielkiej fortecy – zabawnej, ekstatycznej, chaotycznej i wciąż dla mnie tajemniczej. O ile ranczo Watkinsa było otwarte na pustynię, nieogrodzone, wtulone w kanion, o tyle Villa Anita została ufortyfikowana. Villa (jak nazywali ją wolontariusze) była wewnątrz jak szalony plaster miodu, pełen ścieżek i sekretnych pomieszczeń. Właściwie słowo „pomieszczenie” nie było w tym wypadku szczególnie przydatne, wziąwszy pod uwagę, jak trudno było odróżnić, czy jest się w środku czy na dworze. Ktoś gdzieś miał dużo pieniędzy. Bezcenne orientalne dywany leżały na podartej wykładzinie z kasyna, a ta wprost na ziemi. W łazience, z której korzystałam, znajdowały się podróbka świetlika Chihuly’ego [amerykańskiego rzeźbiarza instalacji szklanych – przyp. aut.] i żwirowa podłoga, ściany były kolażem z brezentu, tablic reklamowych, butelek po piwie i trawy trzcinowej, którą Erin określiła mianem nowej glinobitki. Powiedziałam, że trawa trzcinowa jest inwazyjna. J odparło, że coś takiego jak inwazyjność nie istnieje, a gdyby istniało, to nas też należałoby nazwać inwazyjnymi, a ja powinnam postarać się nie podchodzić do ogrodnictwa jak faszystka. Panował tu radosny, zakazany klimat, jak w burdelu w opustoszałym miasteczku. Nic nie znajdowało się tam, gdzie się tego spodziewałam, zwłaszcza włączniki światła, drzwi, podłogi i klamki. To mnie spowolniło, sprawiło, że znów stałam się początkująca. Za każdym razem kiedy po coś sięgałam, odkrywałam ortodoksje architektoniczne zapisane w głębi moich mięśni, czułam, jak często moje ciało dostosowywało się do cudzego kodu. Żałowałam, że większość życia spędziłam w budynkach zaprojektowanych przez banki. Czasami czułam się tak, jakbym przebywała w świecie wyobraźni mojego najbardziej żywego ja, a czasami, szczerze mówiąc, jakbym trafiła do sekty. Carlotta sprawiała, że dużo płakałam. Czasami pozostawałam naga przez długi czas – zanim dotarło do mnie, że to już nie czas na bycie nago, że czas nagości nastał i minął. Nie trzeba dodawać, że ciągle byłam na haju. W Villi Anita nie było czegoś takiego jak odpady. Rodzina nie wyrzucała odpadów do komunalnego śmietnika od ponad dwunastu lat. Erin i Mari pokazały mi, jak izolują przyczepy i domki plastikiem, styropianem i innymi wiecznymi tworzywami. Czułam, jak moje zwyczajowe zastrzeżenia – mrówki, rak – ożywają, a potem nikną. Tutaj nie miały sensu. Erin nauczyła mnie robić cegły z trzciny i ściany z butelek. J nauczyło mnie uzdrawiać zestresowane rośliny za pomocą mojej czakry korzenia. Szamanka Skandar, która nas odwiedziła, przeprowadziła analizę kryształem i wyregulowała mi parametry. Obowiązywały tu jeszcze dwie inne ważne zasady: przedmioty są obdarzone świadomością i nie istnieje coś takiego jak zagubienie. Garrison, który mieszkał w Villi przez dziewięć miesięcy, odkrył nagle komnatę, w której nigdy wcześniej nie był, o ścianach wykonanych ze sprężyn materaca i części samochodowych zamienionych w donice, z których wyrastały kaktusy. Jeśli człowiek coś odłożył, mogło to uciec i stać się częścią dzieła sztuki. Często tak bywało z przedmiotami Mari. Ale ona natykała się też na różne rzeczy. Wszechświat jej ich dostarczał. Na przykład jej chłopak, strażnik parkowy, znalazł kilka grzybów podczas zbierania śmieci, a Mari je przechowywała. Psychodeliki znajdują mnie wtedy, kiedy ich potrzebuję – powiedziała, co wywołało u mnie gwałtowny przypływ krwi do sromu. Powiedziałam jej, że Foucault [francuski filozof, historyk i socjolog – przyp. aut.] zażywał psychodeliki w Dolinie Śmierci i że jego faza wywarła duży wpływ na jego późniejszą filozofię.
[…]
W Tecopie mieszkało około stu osób i każda z nich, jak mi się wydawało, o zachodzie słońca wchodziła do wody, czy to w łaźni publicznej, czy w prywatnej łazience, czy też w dzikich źródłach, które najchętniej wybierałyśmy z Mari. W Tecopie żadna sieć komórkowa nie miała zasięgu i nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tego żałował. Miejsca bez sieci są niczym rezerwaty przyrody dla osobliwych myśli – stwierdziłam porobiona, gdy przejeżdżałyśmy na rowerach obok łaźni, gdzie zaczynał się popękany od słońca napis: „Te prastare wzgórza…”. Podążałyśmy szlakiem do miejsca, gdzie woda wypływała ze skały, ciepła i uzdrawiająca. Ścieżka nie jest drogą do źródeł, ale ich częścią – powiedziała Mari. Idealna kąpiel rozpoczynała się przed zachodem słońca i trwała do zmroku, przy czym nie podlegała żadnemu zegarowi poza tym na niebie. Wiatr poruszał trawą i wzbijał kłęby pary ponad wodę. Zrzuciłyśmy ubrania na ziemię.
[…]
Patrzyłam, jak kępa jej obfitego, czarnego owłosienia wyłania się i wznosi ku fioletowym górom, prastarym i obojętnym. Leżałam na wodzie na plecach i czułam, jak moje sutki twardnieją pod wpływem wiatru. Mari pokazała mi, gdzie są wyloty, nauczyła, że ciągle się przemieszczają, że trzeba je wyczuć. Znalazłam je teraz, przyciskając stopy do najgorętszych kamieni, jakich parzenie mogłam wytrzymać. Pomyślałam o tym, jak rzadko pozwalamy, by kierowała nami przyjemność. Przez większość życia wydawało mi się, że moje ciało jest formowane przez rozmaite struktury – ciasne paski, staniki, krępujące stopy buty na wysokich obcasach. Jak często sama pozwalałam – i płaciłam za to – żeby jakiś drut wbijał się we mnie, i po co? Jeśli zależało mi na swobodzie, wystarczyło przyjść do gorących źródeł i choć raz dać się unieść wodzie, a potem robić to codziennie. Pozwoliłam, by ukołysała mnie woda reliktowa. Mari przyciągnęła moją rękę do otworu. Wcisnęła moje i swoje palce w jedwabiste błoto. Trochę mnie to przestraszyło. Kazała mi wziąć pełną garść. Delikatnie rozsmarowałyśmy sobie nawzajem na twarzach zielonoszarą maź.
[…]
Dawno, dawno temu wszystko to było jeziorem Tecopa – powiedziałam. Potem jezioro Tecopa przeciekło przez kanion do jeziora Manly, które teraz nazywamy Doliną Śmierci. Tę historię moja matka opowiadała mi wiele razy. Za sprawą psylocybiny od strażnika parkowego powróciły do mnie dawne wspomnienia. Nauczyli mnie tu pływać. Pamiętam, jak całym ciałem wyciągałam się w ich stronę, w stronę moich rodziców. Widziałam gwiazdy i czułam ich ręce pod sobą. Z dna zanikłego jeziora krzepła we mnie nicość. Uczucie wzniosłej nieistotności, nieomal orgazmicznej straty. Inne osoby przychodziły się wykąpać, a potem odchodziły. Szeptały, plotkowały, potajemnie pieściły się nawzajem. Czujesz to? – zapytałam Mari w ustronnym zakątku. Odpowiedziała, że tak. Chyba powinnyśmy się pocałować – powiedziałam. Nie mogę – odparła. Po prostu nie mogę. A potem się pocałowałyśmy. Kiedy wychodziłam z dzikich źródeł, zwracałam uwagę nie tylko na ekstatyczny chłód, ale także na to, że ta ekstaza żyła na styku wiatru i mojego doskonałego, umierającego ciała. Ćwiczyłam, żeby nie chcieć więcej, ale moje zęby zawsze chciały. W niedziele mnisi schodzili z gór. Rozkładali swoje szafranowe szaty na trzcinach wokół dzikich źródeł i puszczali za głośno radio. Wyglądało na to, że znajdzie się tam miejsce dla mnie.
[…]
Patrzyłam na gołębia w czerwonym plastikowym kapeluszu kowbojskim, który przechadzał się dumnie po parkingu. Samica z tego samego stada nosiła różowy kapelusz. Wszystko to było doskonałe, kapelusze, ptaki, proporcje, mowa ciała – gołębie niczym zadufani, ale bezsilni gangsterzy, z identycznym sposobem chodzenia jak każdy z mężczyzn, których przyprowadzała do domu babcia. Nie mogłam oderwać wzroku. „Ja pierdolę, te ptaki chodzą w kapeluszach!” – usłyszałam pełen zachwytu głos na nagraniu.
[…]
Gorące źródła Tecopa bardzo cenili sobie Indianie z pustyni i zawsze reklamowali te wody, mające według nich właściwości lecznicze. W paśmie górskim Coso wykorzystali ściany kanionu prowadzącego do źródeł, by to przekazać. Prosty rysunek przedstawiał zgarbionego mężczyznę opierającego się ciężko na kiju. Inny rysunek ukazywał tego samego mężczyznę po wyjściu ze źródeł – kroczącego prosto, bez laski. Źródła Tecopa znajdują się około dwóch i pół kilometra na północ od Tecopy i stanowią zadziwiający przykład dalekosiężnej mocy plotki. Pierwotnie było tam tylko jedno źródło i kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy, był to okrągły basen o średnicy dwóch i pół metra, głęboki na półtora metra i tak ukryty wśród zarośli, że można było minąć go w odległości kilku kroków, nie zdając sobie sprawy z jego istnienia. Ta wyjątkowo czysta woda wypływa z jałowego wzgórza. Wokół znajduje się oślepiająco biała skorupa z boru i alkaliów. To tam Ann Cowboy prowadzała Mary Shoofly, żeby powstrzymać ślepotę, która groziła tej ostatniej. Kiedy biali odkryli źródło, Indianie je porzucili. Później pełniło funkcję wspólnej łaźni i pralni. Poszukiwacze bogactw naturalnych przybywali z odległych miejsc, ponieważ woda była gorąca – miała aż czterdzieści pięć stopni, zaś zawartość boraksu ułatwiała mycie się i czyszczenie odzieży. Mężowie i żony zaczęli się tu kąpać, ktoś przyniósł kilka kawałków blachy falistej i zrobił przesłony, za którymi kąpano się nago. Na zasłonie wieszano ubranie na znak, że miejsce jest zajęte, a dowodem rycerskości mężczyzn pustyni jest to, że zawsze zatrzymywali się kilkaset metrów dalej, żeby sprawdzić, czy coś wisi, a szli dalej wyłącznie wtedy, gdy oznaczenia nie było.
[…]
Niektórzy koczują pod derkami i gotują w blaszanej puszce na kawałkach drewna, których strzegą niczym złota, bo okolica jest pozbawiona roślinności. Teren należy do władz stanowych i można tu przebywać za darmo. Niektórzy obozują na gołej ziemi bez namiotu, a za posłanie służy im jedynie miękki muł. „Coś złego mam we krwi. Ramię zaczyna boleć. Szyja sztywnieje. Przyjechałem tu, żeby to wygotować”. „Ta woda jest magiczna. Byłem w każdej leczniczej łaźni w Europie i Ameryce. Ta bije je wszystkie na głowę”. W końcu odwracasz się, oszołomiony opowieściami o słoniowatych nogach, przywróconych do idealnego rozmiaru i symetrii. O mięśniach martwych od dekady, które poruszają się z precyzją silnika. O stawach sztywnych niczym metalowa szyna, które nagle zrobiły się elastyczne jak kostki stepującej tancerki. Siedzą tu w słońcu – cierpliwi, pełni nadziei; kule opierają o stopnie przyczepy. Mają ten błogi przywilej, że mogą rozmawiać ze sobą o swoich dolegliwościach. „Och, twoje cierpienia to nic takiego. Lekarze mówili, że nie dotrę tutaj żywy…”. Analiza wykazała śladowe ilości radu.
[…]
Popioły pamięci pokryły wszystko. Tecopa była w moich włosach, w moim ciele, w moich śmiesznych butach. Powiedziałam: Tu jest kurewsko przygnębiająco. W sensie obiektywnym. Wszędzie dookoła jest śmierć! Ale właśnie dzięki temu czujesz, że żyjesz. Powiedziałam mu, że staram się ćwiczyć, jak być sama, jak nie potrzebować tak wiele, jak się troszczyć. Chciałam być dla niego lepsza niż dotychczas, ale nie dobra bez reszty. Ta cała sprawa z byciem żoną – powiedziałam. Mam z tym problem. Nie chcę być kanalią. Nie jesteś kanalią – odparł. Kochanie ludzi to nigdy nie jest coś złego. Dziękuję. Bardzo to doceniam. Naprawdę. Czuję, że wymusiłam na tobie, żebyś to powiedział, bo tak bardzo potrzebowałam to usłyszeć. Więc dziękuję. Ale to nie w tym sensie jestem kanalią. W jakim sensie jesteś kanalią? Jestem kanalią, bo nie mogę wrócić.
[…]
Miałam wyczulone zmysły. Codziennie czułam jakieś sto rzeczy, a każda z nich była bardzo intensywna. Posłuchałam rady poetki, robiłam wewnątrz to, co zrobiłam na świecie. Zaczęłam rozumieć każde słowo – każde odczucie – jako przesłanie i część systemu przesłań. Zwracałam uwagę. Sednem sprawy było, żeby odpuścić. Odpuściłam. Dzięki temu w końcu wszystko zmieniło się na lepsze. Straciłam pracę, udało mi się znaleźć mniej prestiżową, wynajęłam przez Airbnb domek niedaleko Tecopy: czterdzieści pięć metrów kwadratowych na dwóch hektarach porośniętych kreozotem, przez który przepływa strumień tamaryszków morskiej barwy i kamieni w kolorze najczystszego fioletu. Moje życie to teraz czas miłości i samotności. Siedzę w ogrodzie z lalkami. Spaceruję samotnie po pustyni. Robię rzeczy z kamieni, które znajduję – bezimienne rzeczy przeznaczone tylko dla mnie. Chodzę po stożkach napływowych albo w cieniu kanionu, aż znajdę dobry widok na rzekę lub miejsce, gdzie kiedyś była rzeka. Czytam, piszę, drzemię, uczę, pławię się w wodzie, palę, szyję, gotuję, opierdalam się w internecie i pierdolę z różnymi kochankami.
[…]
Chodzimy po górach ze sporym zapasem wody, w czapkach, z zakrytymi ramionami, w solidnych butach. Tupiemy tak, że węże czują, kiedy się zbliżamy. Jemy kolację na rozklekotanym stole piknikowym przed domkiem, patrzymy, jak słońce zachodzi, a gwiazdy wschodzą. Staram się dotrzymywać obietnic. Zabieram ją do domu w Tecopie. Opowiadam jej o teraz i o wielkim koszmarze, o tym, że każdy robi, co może, z tym, co ma, wybierając ciemność, wybierając światło. Kiedy pyta o was, mówię jej prawdę. Byliście tu, a potem was nie było. Umarliście tak, jak umiera ta rzeka – niedaleko miejsca, gdzie się narodziła. Zmieniona w niebo. Jesse, Jesse, Jesse Ray, mój zmarły były chłopak, mój syn, mój pasierb, moja siostra, mama, Martha Claire. Mam teraz córkę. Ona zna wasze imiona.
Claire Vaye Watkins, Kocham Cię, ale wybieram ciemność
Powieść obyczajowa Claire Vaye Watkins – amerykańskiej pisarki i naukowca przenosi akcję tej wielowątkowej opowieści ponownie do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, tym razem na ich południowo-zachodnich krańce, w tym przede wszystkim do Kalifornii gdzie króluje Los Angeles czy do pobliskiej Nevady ze stolicą w Las Vegas, ogólnie rzecz ujmując w historię ciągnącą się od końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku po czasy niemal nam współczesne. Opowieść jest nade wszystko próbą rekonstrukcji autobiograficznej, w której dominują wątki tzw. trudnego dzieciństwa przeplatanego nadużywanymi używkami i błędnym kołem ubóstwa z wyboru. Na cień historii rodziców autorki Paula i Marthy pada bowiem zauroczenie życiem hippisowskim i apokaliptycznymi wizjami Charlesa Mansona w aureoli artystycznego życia z dala od konformizmu, w jakim pławi się „dorosły” świat prosperity gospodarczej i małej stabilizacji. W takiej „zbuntowanej” atmosferze trudno jest budować prawdziwe w rozumieniu jednostkowe więzi międzyludzkie, a jeszcze trudniej stawać się lepszym od siebie samego.