Blog

 

22.07.2024

Trylogia kopenhaska

„Bo nie wolno udawać,

że jest się kimś,

kim się nie jest”


Wiem, że czasami trzeba kłamać,

aby wydobyć prawdę”


„Tęsknię za miłością,

nie znając jej.

 A mężczyzna,

którego pokocham,

powinien

się różnić od wszystkich

innych”

[…]

Słońce wyłaniało się zza zielonego cygańskiego wozu, jakby wydobywało się z jego wnętrza, a Hans Świerzb wychodził z nagim torsem i miską w rękach. Polawszy się wodą, sięgał po ręcznik, który podawała mu Piękna Lili. Nie odzywali się do siebie ani słowem, byli niczym obrazki w książce, której kartki przewraca się bardzo szybko. Podobnie jak moja matka, oni także za kilka godzin mieli się odmienić. Hans Świerzb był żołnierzem Armii Zbawienia, a Piękna Lili jego narzeczoną.  Latem upychali w swoim zielonym wozie mnóstwo dzieci i wywozili je na wieś. Rodzice płacili im za to koronę dziennie. Sama z nimi wyjechałam, kiedy miałam trzy lata, a mój brat siedem. Teraz, w wieku pięciu lat, z tego wyjazdu pamiętałam jedynie, że Piękna Lili raz zabrała mnie z wozu i posadziła na ciepłym piasku, w moim przekonaniu będącym pustynią. Potem zielony wóz zaczął się ode mnie oddalać, stawał się coraz mniejszy, w środku siedział mój brat, ja zaś miałam już nigdy nie zobaczyć ani jego, ani matki.  Po powrocie do domu wszystkie dzieci miały świerzb. Właśnie dlatego Hansa nazywano Świerzbem. Ale Piękna Lili wcale nie była piękna. Piękna była moja matka w te dziwne i szczęśliwe poranki, kiedy zostawiałam ją w zupełnym spokoju. Piękna, nieruchoma, samotna i pełna tajemniczych myśli, których miałam nigdy nie poznać. Za jej plecami na tapecie w kwiatki – rozdarcia w niej mój ojciec załatał brązową taśmą klejącą – wisiał obraz, który przedstawiał kobietę wyglądającą przez okno. Na podłodze za nią stała kołyska z malutkim dzieckiem. Obraz podpisano: „Kobieta czekająca na powrót męża z morza”.

[…]

Na samym dnie dzieciństwa stoi mój ojciec i się śmieje. Jest czarny i stary jak kaflowy piec, ale nie ma w nim nic, czego bym się bała. Wolno mi wiedzieć o nim wszystko, co wiem, a gdybym chciała wiedzieć więcej, mam po prostu spytać. Ojciec nie odzywa się do mnie sam z siebie, bo nie wie, co mówić małym dziewczynkom. Od czasu do czasu głaszcze mnie po głowie i mruczy „ho, ho”. Matka zaciska usta, a on wtedy czym prędzej odsuwa rękę. Ojciec ma pewne prawa, ponieważ jest mężczyzną i utrzymuje nas wszystkich. Matka musi się z tym pogodzić, lecz nie robi tego bez protestów. „Mógłbyś usiąść, tak samo jak my”, mówi, kiedy ojciec kładzie się na kanapie. A kiedy ojciec czyta książkę, matka komentuje: „Od czytania człowiekowi miesza się w głowie. W książkach są same kłamstwa”. W niedziele ojciec wypija piwo, wtedy matka mówi: „Ono kosztuje dwadzieścia sześć øre. Jeśli dalej tak będziesz robił, to skończymy w Sundholm”. Wiem, że Sundholm to przybytek, gdzie się śpi na słomie i dostaje się solonego śledzia trzy razy dziennie, lecz słowo to ma swoje miejsce w linijkach, które układam, kiedy się boję lub gdy jestem sama, ponieważ jest piękne jak mój ulubiony obrazek w jednej z książek ojca. Podpisano go „Rodzina robotnicza na wycieczce w lesie” i przedstawia rodziców z dwojgiem dzieci. Siedzą na zielonej trawie roześmiani, jedzą prowiant rozłożony między nimi.  Wszyscy czworo z podniesionymi głowami wpatrują się we flagę, wbitą w trawę przy głowie ojca. Flaga jest cała czerwona. Zawsze oglądam ten obrazek do góry nogami, bo mogę się do niego zbliżyć jedynie wtedy, kiedy ojciec czyta książkę. Matka wówczas zapala światło i zaciąga żółte zasłony w oknach, chociaż jeszcze całkiem się nie ściemniło. „Mój ojciec był łachudrą i pijusem – mówi – ale przynajmniej nie był socjalistą”. Ojciec spokojnie czyta dalej, bo trochę niedosłyszy, co również nie jest żadną tajemnicą. Mój brat Edvin siedzi i wbija gwoździe w deskę, a potem po kolei wszystkie je wyciąga obcęgami. Kiedyś zostanie rzemieślnikiem. To coś bardzo eleganckiego. Rzemieślnicy mają na stole prawdziwy obrus zamiast gazety i jedzą nożem i widelcem. Nigdy nie są bezrobotni i nie są socjalistami. Edvin jest ładny, a ja brzydka. Edvin jest mądry, a ja głupia. To odwieczne prawdy, takie jak drukowane białe litery na szczytowej ścianie domu piekarza kawałek dalej na naszej ulicy. Napisane tam jest: „» Politiken« to najlepsza gazeta”. Spytałam raz ojca, dlaczego w takim razie czyta „Social-Demokraten”, ale on zmarszczył czoło i chrząknął, a matka i Edvin wybuchnęli swoim papierowym śmiechem, ponieważ okazałam się tak bezbożnie głupia.

[…]

Nie słyszy też, kiedy na dole zaczynają się kłócić i bić. Mieszka tam Roszpunka z długim żółtym warkoczem, razem ze swoimi rodzicami, którzy jeszcze nie sprzedali jej czarownicy za garść roślinek. Mój brat jest królewiczem, ale nie wie, że wkrótce oślepnie po upadku z wieży. Wbija gwoździe w deskę i jest dumą rodziny. Chłopcy są dumą, natomiast dziewczynki mają tylko wyjść za mąż i mieć dzieci. Trzeba je utrzymywać, na nic innego nie mogą mieć nadziei ani niczego innego oczekiwać. Rodzice Roszpunki pracują w browarze Carlsberg i w ciągu dnia wypijają pięćdziesiąt piw. Wieczorem, po powrocie do domu, dalej piją, a niedługo przed porą, kiedy ja idę spać, zaczynają wrzeszczeć i bić Roszpunkę grubym kijem. Zawsze przychodzi do szkoły z posiniaczoną twarzą albo nogami. Kiedy już się zmęczą biciem córki, rzucają się na siebie z butelkami i nogami wyłamanymi z krzeseł, często przychodzi policja i zabiera któreś z nich, wtedy w domu nareszcie zapanowuje spokój. Ani moja matka, ani ojciec nie lubią policji. Uważają, że powinno się pozwolić, aby rodzice Roszpunki pozabijali się w spokoju, skoro im to odpowiada. Oni służą panom, mówi mój ojciec o policjantach, a matka często opowiada o tym, jak żandarmi przyszli po jej ojca i wsadzili go do więzienia. Do końca życia tego nie zapomni. Mój ojciec nie pije, nigdy też nie siedział w więzieniu. Moi rodzice się nie biją i jest mi o wiele lepiej niż im w dzieciństwie. Mimo to, kiedy na dole cichnie, a ja mam iść spać, na wszystkich moich myślach kładzie się mroczny rant strachu. Dobranoc, mówi matka, zamyka drzwi i wraca do ciepłego pokoju. Zdejmuję sukienkę, wełnianą halkę, stanik i długie czarne pończochy, które co roku dostaję na Gwiazdkę, wciągam przez głowę nocną koszulę i na chwileczkę siadam na parapecie, patrzę na czarne podwórze głęboko w dole i na mur frontowej kamienicy, która zawsze płacze, jakby przed chwilą padał deszcz. Prawie nigdy nie świeci się w żadnym oknie, bo za nimi są sypialnie, a żaden porządny człowiek nie śpi przy zapalonym świetle. Między murami mogę dojrzeć kwadratowy kawałek nieba, na którym czasami świeci pojedyncza gwiazda. Nazywam ją gwiazdą wieczorną i z całej siły staram się o niej myśleć, kiedy matka już zgasiła mi światło, a ja leżę w łóżku i widzę, jak stosy ubrań za drzwiami przeobrażają się w długie zakrzywione ręce, które próbują złapać mnie za szyję. Usiłuję krzyczeć, lecz wychodzi mi tylko słaby szept, a gdy wreszcie wydobywa się krzyk i ja, i całe łóżko jesteśmy przemoczeni od potu. Światło jest zapalone, w drzwiach stoi ojciec. „To był tylko zły sen – mówi – mnie też bardzo dręczyły w dzieciństwie. Ale to były inne czasy”. Przygląda mi się uważnie, najwyraźniej będąc zdania, że dziecko, które ma takie dobre warunki jak ja, nie powinno mieć koszmarów. Uśmiecham się zawstydzona, przepraszająco, jakby mój krzyk był tylko głupim wymysłem. Podciągam kołdrę pod samą brodę, bo mężczyźnie nie wolno patrzeć na dziewczynkę w nocnej koszuli. „Tak, tak”, mówi ojciec, gasi światło i wychodzi, w pewien sposób zabierając strach ze sobą, bo teraz spokojnie zasypiam, a te rzeczy za drzwiami to tylko stos starych szmat. Uciekam w sen przed nocą, która przesuwa się za szybą, ciągnąc za sobą welon grozy, zła i niebezpieczeństwa. Jestem bezpiecznie schowana pod kołdrą, a gdzieś na Istedgade, tak jasnej i wesołej w ciągu dnia, trąbią samochody policyjne i karetki. Pijani mężczyźni leżą w rynsztokach z rozbitymi, zakrwawionymi głowami, a gdyby człowiek wszedł do Café Charles, zostałby zabity. Tak mówi mój brat, a wszystko, co on powie, jest prawdą.

[…]

Za każdym razem, gdy o tym myślę, przed oczami staje mi pewien rysunek z książki z opowiadaniami Zachariasa Nielsena. Przedstawia bardzo piękną kobietę w długiej czerwonej sukni. Kobieta trzyma wąską białą dłoń pod biustem i mówi do wytwornie ubranego pana: „Noszę pod sercem dziecko”. W książkach rodzenie dzieci jest piękne i bezkrwawe, a to mnie uspokaja i daje mi pociechę. Edvin twierdzi, że w szkole będę dostawać cięgi, bo jestem taka dziwaczna. Jestem dziwaczna, ponieważ czytam książki jak ojciec i ponieważ nie umiem się bawić. Mimo to wcale się nie boję, kiedy trzymając matkę za rękę, przekraczam czerwoną bramę szkoły przy Enghavevej, gdyż ostatnimi czasy matka wywołuje we mnie zupełnie nowe uczucie bycia kimś wyjątkowym. Włożyła swój niedawno kupiony płaszcz, ten z futrzanym kołnierzem sięgającym uszu i paskiem na wysokości pośladków. Policzki ma czerwone od bibułki, wargi tak samo, a namalowane brwi przypominają dwie małe rybki uderzające ogonkami w skronie. Jestem przekonana, że żadne inne dziecko nie ma równie pięknej matki. Sama noszę przeszyte ubranie po Edvinie, czego nikt się nie domyśli, bo zrobiła to ciotka Rosalia. Jest krawcową i kocha mojego brata i mnie, jakbyśmy byli jej dziećmi. Własnych dzieci nie ma.

[…]

Istnieją jednak pewne fakty. Są sztywne i nieruchome jak słupy latarni na ulicy, które mimo wszystko zmieniają się przynajmniej wieczorem za dotknięciem czarodziejskiej różdżki latarnika. Rozświetlają się wtedy niczym wielkie uśmiechnięte słoneczniki w wąskim pasie granicznym między nocą a dniem, po którym wszyscy ludzie poruszają się tak cicho i powoli, jakby chodzili po dnie zielonego morza. Fakty nigdy nie jaśnieją i nie potrafią zmiękczyć serc jak Ditta, jedna z pierwszych książek, które czytam. „To powieść społeczna”, poucza mnie ojciec i być może to kolejny fakt, ale mnie nic on nie mówi i nie jest mi do niczego potrzebny. „Bzdura”, wtrąca się matka, która również nie lubi faktów, ale jej łatwiej ich nie dostrzegać niż mnie. Kiedy ojciec z rzadka naprawdę się na nią złości, mówi, że jest pełna kłamstw, ale ja wiem, że nie ma racji. Wiem, że każdy człowiek ma własną prawdę, podobnie jak każde dziecko ma swoje dzieciństwo. Prawda mojej matki jest zupełnie inna niż prawda ojca, ale to tak oczywiste, jak to, że on ma piwne oczy, a ona niebieskie. Na szczęście świat jest tak urządzony, że o prawdach serca można milczeć, natomiast surowe szare fakty są zapisane w szkolnym dzienniku, w historii świata, w prawie i w księgach parafialnych.

[…]

Urodziłam się 14 grudnia 1918 roku w malutkim dwupokojowym mieszkaniu w dzielnicy Vesterbro w Kopenhadze.  Mieszkaliśmy przy Hedebygade 30A, a A oznaczało oficynę. W domu od frontu, z którego okien można było wyjrzeć na ulicę, mieszkali lepsi ludzie, płacili miesięczny czynsz o dwie korony wyższy niż my, chociaż mieszkania były dokładnie takie same jak nasze. To był rok, w którym skończyła się wojna światowa i w którym wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy. Mój brat Edvin urodził się, kiedy wojna światowa się zaczynała, a ojciec pracował wtedy po dwanaście godzin dziennie. Był palaczem, oczy zawsze miał przekrwione od iskier z ognia. Kiedy przyszłam na świat, miał trzydzieści siedem lat, matka była o dziesięć lat młodsza. Ojciec urodził się w Nykøbing Mors. Był nieślubnym dzieckiem i nigdy się nie dowiedział, kim był jego ojciec. W wieku sześciu lat został oddany na służbę jako pastuszek, jego matka zaś mniej więcej w tym samym czasie poślubiła garncarza o nazwisku Floutrup. Miała z nim dziewięcioro dzieci, ale o całym tym przyrodnim rodzeństwie ojca nie wiem nic, gdyż nigdy nikogo z nich nie widziałam, a ojciec nigdy o nich nie mówił. Zerwał z całą rodziną, gdy jako szesnastolatek wyjechał do Kopenhagi. Marzył o tym, aby pisać i w zasadzie tego marzenia nie porzucił nigdy. Udało mu się zatrudnić w charakterze ucznia dziennikarza w jakiejś gazecie, ale z nieznanych przyczyn zrezygnował z tego zajęcia. Nie wiem nic o tym, jak spędził tych dziesięć lat w Kopenhadze do czasu, gdy jako dwudziestosześciolatek w piekarni na Tordenskjoldsgade poznał moją matkę.  

[...]

Matka biła często i mocno, ale z reguły przypadkowo i niesprawiedliwie, w trakcie wymierzania kary czułam więc coś na kształt tajemnego wstydu i ciężkiej żałoby, które napędzały mi łzy do oczu i jeszcze zwiększały dzielący nas bolesny dystans. Ojciec nie bił mnie nigdy. Przeciwnie, był dla mnie dobry. Wszystkie książki mojego dzieciństwa należały do niego, a na piąte urodziny podarował mi cudowne wydanie baśni braci Grimm, bez których moje dzieciństwo byłoby szare, smutne i nędzne. Mimo to nie żywiłam wobec ojca żadnych silnych uczuć, co często sobie wyrzucałam, kiedy siedząc na kanapie, patrzył na mnie spokojnym badawczym spojrzeniem, jakby chciał coś do mnie powiedzieć albo wykonać jakiś gest w moim kierunku, co jednak nigdy się nie zdarzyło. Byłam córką matki, tak jak Edvin był synem ojca i tego prawa natury nie dało się zmienić. Raz spytałam go: „Co znaczy strapienie, tato?”. Znalazłam to słowo u Gorkiego i bardzo mi się spodobało. Ojciec długo się zastanawiał, gładząc zakręcone do góry koniuszki wąsów. „To rosyjskie określenie – stwierdził w końcu. Oznacza ból, nędzę i żałość. Gorki był wielkim pisarzem”. Z radością oświadczyłam: „Ja też chcę być pisarką!”. Ojciec zmarszczył czoło i powiedział groźnie: „Nie wyobrażaj sobie za wiele! Dziewczyna nie może zostać pisarką”. Urażona i zasmucona znów zamknęłam się w sobie, a matka i Edvin zaśmiewali się z mojego głupiego pomysłu. Postanowiłam, że nigdy więcej nie zdradzę nikomu swoich marzeń, i tego postanowienia dotrzymałam przez całe dzieciństwo.

[…]

Dzieciństwo jest długie i wąskie jak trumna, nie można się z niego wydostać samodzielnie. Istnieje cały czas i wszyscy mogą je zobaczyć równie wyraźnie, jak się widzi zajęczą wargę Pięknego Ludwika.  Z Pięknym Ludwikiem jest jak z Piękną Lili, która jest tak brzydka, że trudno sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek miała matkę. Wszystko, co brzydkie lub niewydarzone, ludzie nazywają pięknym i nikt nie wie, dlaczego tak jest. Z dzieciństwa nie można się wydostać, ono przykleja się do człowieka jak zapach. Można go wyczuć u innych dzieci, a każde dzieciństwo pachnie inaczej. Swojego zapachu się nie czuje i czasami pojawia się obawa, że jest ono gorsze niż innych. Stoisz i rozmawiasz z inną dziewczynką, której dzieciństwo pachnie popiołem i węglem, a ona nagle odsuwa się o krok, bo poczuła okropny smród dzieciństwa swojej rozmówczyni. Ukradkiem obserwujesz dorosłych, ich dzieciństwo, wystrzępione i dziurawe, tkwi w nich niczym wysłużony, zeżarty przez mole koc, o którym już nikt nie myśli ani go nie potrzebuje. Nie widać po nich, aby mieli jakieś dzieciństwo, a nie masz odwagi pytać, w jaki sposób zdołali je przetrwać, tak by na twarzach nie pozostały po nim głębokie blizny i ślady. Zaczynasz podejrzewać ich o posłużenie się sekretnym przejściem i przebranie się w dorosłą postać na wiele lat przed tym, zanim przyszedł na to czas. Zrobili to pewnego dnia, kiedy byli sami w domu, a dzieciństwo opasywało im serce trzema żelaznymi obręczami, jak u Żelaznego Jana w baśni braci Grimm, któremu te więzy pękły dopiero, gdy jego pan został uwolniony. Ale jeśli się nie zna takiego sekretnego przejścia, to dzieciństwo trzeba wytrzymywać i znosić przez kolejne godziny składające się w kompletnie nieprzewidywalną liczbę lat.  Uwolnić od niego może jedynie śmierć, dlatego w dzieciństwie wiele myśli się o śmierci i wyobraża ją sobie jako ubranego na biało dobrego anioła, który pewnej nocy ucałuje dziecko w powieki, żeby już nigdy więcej się nie otworzyły.

[…]

Opowiada mi, jak wesoło się bawiła, będąc młodą dziewczyną, co wieczór wybierała się na tańce i nigdy nie schodziła z parkietu. „Co wieczór miałam nowego chłopaka – mówi, głośno się śmiejąc – ale kiedy poznałam Ditleva, dłużej tak nie mogło być”. Ditlev to mój ojciec, chociaż na ogół zawsze mówi o nim „ojciec”, tak jak on o niej mówi „matka” albo „mamuśka”. Odnoszę wrażenie, że kiedyś była szczęśliwa i inna, lecz wszystko to nagle się skończyło, gdy poznała Ditleva. Kiedy o nim opowiada, on staje się jakby zupełnie inną osobą, przestaje być moim ojcem. Jest duchem ciemności, który miażdży i niszczy wszystko, co piękne, jasne i wesołe. Zaczynam wtedy pragnąć, żeby ten Ditlev nigdy nie pojawił się w jej życiu. Gdy matka dochodzi do jego imienia, z reguły dostrzega też moje dzieciństwo, patrzy na nie ze złością i gniewem, a ciemny rant wokół jej niebieskiej tęczówki ciemnieje jeszcze bardziej. To dzieciństwo zaczyna trząść się ze strachu i rozpaczliwie wspina się na palce, by uciec, ciągle jednak jest za małe i może zostać wymazane dopiero za kilkaset lat.

[…]

Lekko rozchylam usta, a oczy całkowicie opróżniam, jakby zawsze wpatrywały się jedynie w powietrze. Ze szczególną uwagą pilnuję, żeby w mojej masce nie pojawiły się dziury, kiedy w środku we mnie coś zaczyna śpiewać. Żaden dorosły nie może znieść piosenki w moim sercu i girland słów w mojej głowie. Wiedzą jednak o nich, gdyż ich kawałeczki przesączają się ze mnie sekretnym kanałem, którego nie znam i dlatego nie mogę go zatkać. „Chyba niczego sobie nie wyobrażasz?”, mówią podejrzliwie, a ja ich zapewniam, że nic podobnego nie przyszłoby mi nawet do głowy. W szkole pytają: „O czym myślisz? Jak brzmiało ostatnie wypowiedziane przeze mnie zdanie?”. Nigdy jednak nie potrafią przejrzeć mnie na wskroś. Umieją to tylko dzieci z podwórka albo z ulicy. „Udajesz głupią – mówi groźnie wielka dziewczyna, podchodząc do mnie blisko – ale wcale taka nie jesteś”. Bierze mnie w krzyżowy ogień pytań, a wiele innych dziewczynek zbiera się w milczeniu wokół mnie, tworzą krąg, przez który nie mogę się przedrzeć, dopóki nie udowodnię, że naprawdę jestem głupia. Wreszcie dzięki wszystkim moim idiotycznym odpowiedziom uznają sprawę za wyjaśnioną i niechętnie robią w kręgu lukę, przez którą udaje mi się wymknąć i uciec w bezpieczne miejsce. „Bo nie wolno udawać, że jest się kimś, kim się nie jest”, krzyczy jeszcze któraś za mną umoralniająco i ostrzegawczo.

[…]

Dzieciństwo jest mroczne i zawsze popiskuje jak małe zwierzątko, zamknięte i zapomniane w piwnicy. Wydobywa się z gardła niczym parujący na mrozie oddech; czasami bywa za małe, a kiedy indziej za duże. Nigdy w sam raz. Dopiero gdy kiedyś zostaje zrzucone jak skóra węża, można w spokoju mu się przyjrzeć i porozmawiać o nim jak o zwalczonej chorobie. Większość dorosłych twierdzi, że mieli szczęśliwe dzieciństwo, i może sami w to wierzą, ale ja nie. Wydaje mi się, że po prostu udało im się o nim zapomnieć. Moja matka nie miała szczęśliwego dzieciństwa i nie jest ono tak głęboko schowane w niej jak w innych ludziach. Opowiada mi, jakie to było straszne, kiedy jej ojciec miał delirium, a oni wszyscy musieli stać i podtrzymywać ścianę, żeby się na niego nie zwaliła. Kiedy mówię, że mi go żal, krzyczy: „Żal! To przecież była jego wina, tego zapijaczonego łachudry. Wypijał dziennie całą butelkę wódki, a nam mimo wszystko było o wiele lepiej, kiedy wreszcie wziął się w garść i powiesił”. Matka mówi także: „Zamordował pięciu moich małych braci. Wyjął ich z kołyski i rozbił im główki o ścianę”. Zapytałam kiedyś ciotkę Rosalię, siostrę matki, czy to prawda, a ona odpowiedziała: „Oczywiście, że nie. Oni po prostu umarli. Nasz ojciec był nieszczęśliwym człowiekiem, a twoja mama miała zaledwie cztery lata, kiedy umarł”. Odziedziczyła po babci nienawiść do niego.  Babcia to matka ich obu i chociaż jest już stara, to potrafię sobie wyobrazić, że w jej głowie mieści się mnóstwo nienawiści.

[…]

Ulicą mojego dzieciństwa jest Istedgade, jej rytm zawsze będzie tętnił w mojej krwi, a głos zawsze do mnie dotrze i będzie brzmiał tak samo jak w tamtych odległych czasach, kiedy przysięgałyśmy sobie wierność.  Jest zawsze ciepła i jasna, wesoła i ekscytująca, i obejmuje mnie całą, jakby została stworzona dla zaspokojenia mojej osobistej potrzeby przestrzeni do życia. Tędy chodziłam, będąc małą dziewczynką, z matką za rękę, i zbierałam ważne doświadczenia, takie jak to, że jedno jajko w sklepie spożywczym Irma kosztuje sześć øre, funt margaryny czterdzieści trzy øre, a funt koniny pięćdziesiąt osiem øre. O wszystko inne niż artykuły spożywcze moja matka się targuje, a handlarze z rozpaczy załamują ręce   i zapewniają, że pójdą z torbami, jeśli dalej tak będzie. Co więcej, matka jest tak cudownie bezczelna, że ma odwagę wymieniać koszule, które ojciec już nosił, na całkiem nowe. Potrafi też wejść do sklepu, ustawić się na samym końcu kolejki i krzyknąć przenikliwym głosem: „Chwileczkę, teraz moja kolej! Doprawdy, dostatecznie długo już czekam”. Bawię się razem z nią i podziwiam jej kopenhaską buńczuczność i arogancję.

[…]

Jest jesień, grzechoczą szarpane wiatrem szyldy rzeźników. Drzewa na Enghavevej wkrótce stracą wszystkie liście, które już niemal całkiem pokrywają ziemię żółtymi i rudobrązowymi dywanami, przypominającymi włosy mojej matki, kiedy igra w nich słońce i nagle widać, że nie są całkiem czarne. Bezrobotni marzną, ale i tak stoją wyprostowani z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach i ze zgasłą fajką w zębach. Latarnie właśnie się zapaliły, a spomiędzy ściganych wiatrem chmur od czasu do czasu wyłania się księżyc. Zawsze uważam, że między księżycem a ulicą istnieje tajemnicze porozumienie, jak między dwiema siostrami, które zestarzały się razem i nie potrzebują już żadnego języka, by się porozumiewać. Idziemy w ulotnym zmierzchu, Ruth i ja, wkrótce opuścimy ulicę, nastrojone, że coś się wydarzy, zanim dzień dobiegnie końca. Kiedy docieramy do Gasværksvej, gdzie zwykle zawracamy, Ruth mówi: „Chodźmy popatrzeć na dziwki. Na pewno jakieś już zaczęły”. Dziwka to pani, która robi to za pieniądze, co dla mnie jest o wiele bardziej zrozumiałe, niż robienie tego za darmo.  Ruth mi o tym powiedziała, a ponieważ słowo „dziwka” wydaje mi się brzydkie, w książce znajduję inne określenie: dziewczyna dająca radość. Brzmi o wiele ładniej i bardziej romantycznie. Ruth mówi mi wszystko o tego rodzaju sprawach, dorośli nie mają przed nią żadnych tajemnic. Powiedziała mi też o Hansie Świerzbie i Roszpunce, a ja tego nie pojmuję, bo Hans Świerzb wydaje mi się bardzo stary. Poza tym ma przecież Piękną Lili. Czy mężczyźni potrafią kochać dwie kobiety równocześnie? Dla mnie świat dorosłych wciąż pozostaje tajemniczy.

[…]

Ciotka Rosalia szyje dla domu towarowego Magasin du Nord i często odwiedza nas w drodze do domu. Materiał, z którego ma szyć, nosi przewieszony przez ramię, owinięty w duży kawał alpaki, i kiedy zachodzi do nas, nie odkłada go. Zagląda tylko „na moment” i zawsze zostaje w kapeluszu, jakby na dowód przeciwny do tego, że spędziła u nas kilka godzin. Z matką nieodmiennie rozmawiają o wydarzeniach z ich młodości, a ja w ten sposób dowiaduję się wielu rzeczy, których miałam nie wiedzieć. Raz na przykład moja matka ukryła w szafie w swoim pokoju pewnego golibrodę, bo nieoczekiwanie odwiedził ją mój ojciec. Gdyby matka nie skłoniła go, żeby sobie poszedł, golibroda by się udusił. Wiele jest podobnych historii i obie serdecznie się z nich śmieją.

[…]

Podobno wuj Peter odziedziczył niesłychaną sumę pieniędzy i umieścił je na rozmaitych książeczkach bankowych, żeby oszukać urząd podatkowy. Czasami pracownicy zakładu, w którym jest zatrudniony, bywają zapraszani do odwiedzenia innych zakładów, gdzie otrzymują bezpłatny poczęstunek. Kiedy wuj był wraz z nimi w browarze Tuborg, tak się opił piwa, że następnego dnia musiano zabrać go do szpitala i przepłukać. A gdy odwiedzał mleczarnię Enigheden, wlał w siebie tyle mleka, że chorował przez następnych osiem dni. Ale poza tym nigdy nie pije nic oprócz wody. Wszystkie moje trzy siostry cioteczne są ode mnie starsze i bardzo brzydkie. Co wieczór siadają przy stole i robią na drutach, jakby to była sprawa życia i śmierci, ale one też nie wymyślą prochu, jak mawia mój ojciec, a w całym tym wielkim mieszkaniu nie ma nawet jednej książki. Moi rodzice nie ukrywają, że Edvin i ja jesteśmy lepiej wychowani niż te dziewczynki.

[…]

Poszłam do gimnazjum, a tym samym świat zaczął się rozszerzać. Pozwolono mi na to, gdyż moi rodzice wyliczyli, że mimo wszystko będę miała niewiele ponad czternaście lat, kiedy skończę tę szkołę, a skoro już poświęcają się, zapewniając wykształcenie Edvinowi, ja nie mogę stać w cieniu. Jednocześnie pozwolono mi wreszcie korzystać z biblioteki gminnej przy Valdemarsgade, gdzie jest dział z książkami dla dzieci. Zdaniem matki od czytania książek napisanych dla dorosłych jeszcze bardziej zdziwaczeję, a ojciec, który myśli inaczej, nie odzywa się, ja bowiem podlegam matce, a on w decydujących momentach nie ma odwagi zakłócać tego porządku, według którego urządzony jest świat. Tak więc po raz pierwszy przekraczam próg biblioteki i odejmuje mi mowę z zachwytu na widok tylu rozmaitych książek zgromadzonych w jednym miejscu. Bibliotekarka z działu dziecięcego nazywa się Helga Mollerup, zna ją i kocha wiele dzieci z dzielnicy, bo kiedy w domu nie ma ciepła i światła, pozwala im siedzieć w czytelni aż do zamknięcia biblioteki o piątej po południu. Dzieciaki odrabiają tu lekcje albo przeglądają książki, a panna Mollerup wyrzuca malców tylko wtedy, gdy zaczynają hałasować, bo w bibliotece ma panować zupełna cisza jak w kościele. Bibliotekarka pyta mnie, ile mam lat i wyjmuje książki odpowiednie w jej opinii dla dziesięciolatki. Jest wysoka, szczupła i ładna, ma ciemne, żywe oczy. Jej dłoniom, dużym i pięknym, przyglądam się z pewnym respektem, bo podobno panna Mollerup potrafi wymierzyć nimi mocniejsze policzki niż jakikolwiek mężczyzna. Ubiera się tak jak moja wychowawczyni, panna Klausen, w bardzo długą gładką spódnicę i bluzkę z małym białym kołnierzykiem przy szyi. Ale w przeciwieństwie do panny Klausen nie wydaje się, aby cierpiała na nieprzezwyciężoną awersję do dzieci, przeciwnie, zostaję usadzona przy stole z książką dla dzieci, której tytuł szczęśliwie wyleciał mi z pamięci, podobnie jak nazwisko autora.

[…]

Dopiero gdy upieram się, żeby mnie dopuściła do półek z literaturą dla dorosłych, ugina się w końcu ze zdziwieniem i proponuje, że przyniesie mi książki, muszę tylko powiedzieć jakie, bo mnie samej nie wolno tam wchodzić.  „Coś Victora Hugo”, mówię. „Mówi   się» Ygó «”, wyjaśnia mi z uśmiechem i głaszcze mnie po głowie. Nie jest mi wcale głupio, że poprawia moją wymowę, ale kiedy wracam do domu z Nędznikami, a ojciec z uznaniem mówi: „Victor Hugo, tak, on jest niezły”, pouczam go z ważną miną: „Ojciec źle to wymawia, mówi się» Ygó«”. „Nic a nic mnie obchodzi, jak to się wymawia – odpowiada ojciec spokojnie – wszystkie nazwiska trzeba wymawiać tak, jak się je pisze.  Inaczej będzie sztucznie”. Nie ma żadnego sensu wracać do domu i przekazywać rodzicom, co mówią ludzie spoza naszej ulicy. Raz, kiedy szkolna dentystka każe mi poprosić matkę o kupienie szczoteczki do zębów, a ja jestem na tyle głupia, żeby powtórzyć to w domu, moja matka odparowuje szybko: „Możesz ją pozdrowić i powiedzieć, żeby sama ci kupiła szczoteczkę!”. Kiedy matkę boli ząb, najpierw stara się to przetrzymać przez tydzień, a po całym domu roznoszą się jej rozpaczliwe jęki. Potem naradza się na klatce schodowej z inną kobietą, która każe jej nalać spirytusu na watkę i przykładać do chorego zęba, na czym mija jej kolejnych kilka dni bez żadnego skutku. Dopiero potem zbiera się na odwagę, wkłada najlepsze ubranie i idzie na Vesterbrogade, gdzie przyjmuje nasz lekarz z kasy chorych. On bierze obcęgi i wyrywa ząb, po czym matka ma przez pewien czas spokój. O żadnym dentyście nie ma mowy.

[…]

Wszystkie dziewczynki w klasie mają pamiętniki, a ja po dostatecznie długim zadręczaniu   matki   też   taki   dostaję.   Jest   brązowy, a   na   okładce   ma napis „Pamiętnik” wytłoczony złotymi literami. Pozwalam kilku dziewczynkom wpisać popularne wierszyki, a między nimi wpisuję własne utwory z datą i nazwiskiem poniżej, aby w przyszłości nikt nie miał wątpliwości co do tego, że byłam cudownym dzieckiem. Pamiętnik chowam w szufladzie komody w sypialni pod stosem ręczników i ścierek, gdzie moim zdaniem jest jako tako zabezpieczony przed spojrzeniem profanów. Ale pewnego dnia Edvin i ja zostajemy sami w domu, bo rodzice poszli na karty do ciotki i wuja. Edvin zwykle wychodzi gdzieś wieczorami, ale odkąd dostał się do terminu, jest na to zbyt zmęczony. „To jest złe miejsce”, mówi. Często prosi i błaga ojca, aby pozwolił mu poszukać innego warsztatu do nauki zawodu. Kiedy ojciec się nie zgadza, Edvin zaczyna krzyczeć i zapowiada, że zaciągnie się na statek, ucieknie z domu i wiele innych rzeczy. Ojciec także krzyczy, a kiedy w kłótnię włącza się matka, trzymająca stronę Edvina, w pokoju wybucha taka awantura, że niemal zagłusza burdę na dole u Roszpunki.

[…]

Ojciec napisał jednak wiele moich wypracowań i dostał dobre oceny od panny Matthiassen. Nie udało się dopiero, kiedy wypracowanie o Ameryce zakończył w następujący sposób: „Amerykę nazywa się krajem wolności. Dawniej wolność oznaczała bycie sobą, wykonywanie pracy i posiadanie ziemi. Teraz najbliższe wolności jest głodowanie, jeśli nie ma się pieniędzy na jedzenie”. Co, na miłość boską, miałaś na myśli w tej przemowie? Nie potrafiłam się wytłumaczyć i za ten wytwór dostaliśmy tylko bardzo dobry zamiast celującego. Nie, nie otrzymam pozwolenia na dalszą naukę, a dzieckiem będę jeszcze tylko przez krótki czas. Po skończeniu szkoły przystąpię do konfirmacji i znajdę pracę służącej w jakimś domu, gdzie jest dużo rzeczy do zrobienia. Przyszłość jest potworem, przytłaczającym kolosem, który wkrótce na mnie spadnie i mnie zmiażdży.  Moje dzieciństwo w strzępach powiewa wokół mnie i ledwie zdążę zacerować jakąś dziurę, już pojawia się nowa. Jeszcze nigdy nie działo się to tak szybko. Jestem z tego powodu przeczulona i skłonna do irytacji.

[…]

Opowiadam mu różne dykteryjki z domu. Na przykład historię z odziedziczonymi po nim trzewikami z natłuszczanej skóry. Ojciec wywoskował im podeszwy, żeby dłużej się trzymały, przeciągnął też woskiem po noskach, przez co się podniosły i całkiem sczerniały, podczas gdy reszta butów pozostała brązowa. Któregoś dnia matka rzuciła mi jakieś ścierki i przykazała: „Natrzyj tym buty i wrzuć je do pieca”. „Buty?”, spytałam uradowana, a ona długo i szczerze się ze mnie śmiała. „Nie, głupia! Ścierki!” Takie sytuacje bawią również Edvina, dlatego mu o nich opowiadam, skoro nie może uczestniczyć w naszym codziennym życiu. Nic nie jest takie, jak było dawniej. Jedynie Istedgade jest taka sama. A teraz mogę tą ulicą chodzić wieczorami. Przechadzam się z Ruth i Minną. Ruth zdaje się nie zauważać, że między mną a Minną panuje coś na kształt nienawiści. Czasami idziemy na Saxogade, by odwiedzić Olgę, starszą siostrę Minny, tę, która poślubiła policjanta i jest ustawiona. Olga zajmuje się córeczką i pozwala mi wziąć ją na ręce. To cudowna przyjemność. Minna też chce poślubić mężczyznę w mundurze, bo, jak mówi, oni się tak pięknie prezentują.

[…]

Następnego wieczoru ze sztambuchem w szkolnej torbie maszeruję na Bagerstræde. Bardzo śmiało patrzę na mijanych ludzi, bo przecież wkrótce będę sławna, a oni będą dumni, że spotkali mnie na mojej drodze do gwiazd. Strasznie się boję, że ten Thorvald wyśmieje moje wiersze, tak jak Edvin dawno temu. Wyobrażam sobie, że jest podobny do mojego brata, tyle że ma wąski czarny wąsik. Kiedy wchodzę do pokoju Edvina, Thorvald siedzi na łóżku obok mojego brata. Jest mały i gruby.  Ma jasne sztywne włosy, a twarz pokrytą pryszczami o różnym stopniu dojrzałości. Jest wyraźnie skrępowany, cały czas przeczesuje ręką włosy, więc sterczą mu do góry. Patrzę na niego przerażona, bo wydaje mi się niemożliwe, abym to jemu miała pokazać swoje wiersze. „To moja siostra”, przedstawia mnie zupełnie niepotrzebnie Edvin. „Niech mnie drzwi ścisną, ale ona ładna”, mówi Thorvald i znów przegarnia włosy palcami. Uważam za bardzo miłe z jego strony, że tak powiedział, i uśmiecham się do niego, siadając na jedynym krześle w pokoju.  Nie należy komentować cudzego wyglądu, upominam się w duchu, ale może on naprawdę myśli, że jestem ładna. W każdym razie jest pierwszą osobą, która kiedykolwiek tak powiedziała. Wyjmuję pamiętnik z teczki i przez chwilę trzymam go w rękach. Tak się boję, że ten wpływowy człowiek uzna wiersze za kiepskie. Przecież nie mam pojęcia, czy są dobre. „Daj mu to wreszcie”, niecierpliwi się mój brat, z wahaniem podaję więc pamiętnik. Kiedy Thorvald go przegląda i czyta, z powagą marszcząc czoło, znajduję się jakby na zupełnie innym poziomie istnienia. Jestem podniecona, poruszona i przestraszona, a pamiętnik jest niczym drżąca żywa cząstka mnie samej, którą może unicestwić jedno nieprzyjemne albo raniące słowo. Thorvald czyta w milczeniu, a na jego twarzy nie ma uśmiechu. Wreszcie zamyka album, patrzy na mnie z podziwem bijącym z wodnisto-niebieskich oczu i mówi z naciskiem: „Niech to, cholera, one są dobre!”.

[…]

Siadam więc i czuję, że ogarnia mnie ogromne zawstydzenie. „A więc słucham – mówi, zdejmując okulary.  Z czym do mnie przyszłaś?” Ponieważ nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa, nie potrafię zrobić nic innego, jak podać mu bardzo już wyświechtany pamiętnik. „Co to jest?” Przegląda go i półgłosem odczytuje parę wierszy. Potem patrzy na mnie sponad okularów: „Dużo w nich erotyzmu, prawda?”. Płonę jak pochodnia i w końcu odpowiadam: „Nie we wszystkich”. On czyta dalej i mówi: „No tak, ale erotyki są najlepsze. Ile ty masz lat?”. „Czternaście”, odpowiadam. „Hmm… Z wyraźnym wahaniem głaszcze się po brodzie. Ja redaguję tylko stronę dla dzieci, a tam nie możemy ich zamieścić. Wróć za dwa lata”.  

[…]

Jestem sama w pokoju mojego dzieciństwa, tu, gdzie kiedyś mój brat wbijał gwoździe w deskę, podczas gdy matka śpiewała, a ojciec czytał zakazaną książkę, której nie widziałam od wielu lat. Wszystko to wydarzyło się lata temu i wydaje mi się, że byłam wtedy bardzo szczęśliwa, mimo bolesnego wrażenia, że dzieciństwo nigdy się nie skończy. Na ścianie wisi żona marynarza i wpatruje się w morze. Spogląda na mnie poważna twarz Stauninga [Thorvald, polityk duński o orientacji socjaldemokratycznej – przyp. aut.], mój Bóg już od dawna nie jest stworzony na jego podobieństwo. Chociaż dalej będę tu nocować, to jednak czuję, jakbym tej nocy żegnała się z tym pokojem. Nie mam ochoty kłaść się do łóżka, nie chce mi się spać. Ogarnął mnie bezdenny smutek. Rozsuwam pelargonie na parapecie i patrzę w niebo, gdzie wątła gwiazda świeci na dnie kołyski księżyca w nowiu, kołyszącej się wesoło wśród sunących po niebie chmur. Powtarzam sobie kilka linijek z Lodowca Johannesa V. Jensena, książki, którą czytałam tyle razy, że długie fragmenty znam na pamięć: „To znów jako jutrzenka lub gwiazda wieczorna błyszczy na niebie dziewczynka, zabita na łonie matki – biała i przesłonięta jak dusza dziecka, samotna, w milczeniu bawiąc się z sobą samą, bieży po nieskończonych szlakach”. Łzy płyną mi po policzkach, bo te słowa nieodmiennie kojarzą mi się z Ruth, którą straciłam na zawsze. Z Ruth o delikatnych ustach w kształcie serca i mocnych przejrzystych oczach. Z moją utraconą małą przyjaciółką o ciętym języku i kochającym sercu. Skończyła się nasza przyjaźń, skończyło się dzieciństwo. Osypują się teraz ze mnie ostatnie jego resztki, niczym płatki spalonej na słońcu skóry, a spod nich wyłania się niewydarzony, nieznośny dorosły. Czytam wiersze w swoim pamiętniku, noc wędruje za szybą i bez mojego udziału dzieciństwo cichuteńko opada na dno pamięci, tej biblioteki duszy, z której wiedzę i doświadczenie będę czerpać przez całe życie.

[…]

Znalazłam się wśród obcych, a dla nich byłam jedynie osobą, której siły cielesne wykupili na konkretną liczbę godzin każdego dnia w zamian za konkretną zapłatę. Cała reszta mnie była im obojętna. Kiedy przeszłyśmy do kuchni, przybiegł chłopczyk w nocnym stroju. „Dzień dobry, Mummy”, powiedział słodko, oparł się o nogi matki, a mnie posłał wrogie spojrzenie. Pani delikatnie uwolniła się od niego, mówiąc: „To jest Tove, przywitaj się z nią ładnie”. Chłopiec z wahaniem wyciągnął rączkę, a gdy ją ujęłam, oświadczył groźnie: „Masz robić wszystko, co ci każę, a jak nie, to cię zastrzelę”. Matka roześmiała się głośno i zaczęła mi pokazywać tacę z filiżankami i dzbankiem, a następnie poleciła mi przygotować herbatę i przynieść ją do bawialni. Potem wzięła chłopca za rączkę i na swoich wysokich obcasach podreptała z nim właśnie tam. Zagotowałam wodę i nalałam jej do dzbanka, na którego dnie leżały listki herbaty. Nie byłam pewna, czy robię to właściwie, bo nigdy wcześniej nie piłam ani nie zaparzałam herbaty. Pomyślałam sobie, że bogaci piją herbatę, a biedni kawę. Nacisnęłam klamkę łokciem, weszłam do salonu i znieruchomiałam przerażona. Pani Olfertsen siedziała na kolanach wuja Williama, o którego istnieniu całkowicie zapomniałam, natomiast Toni leżał na podłodze i bawił się pociągiem. Pani natychmiast się poderwała i zaczęła chodzić po pokoju, a jej szerokie rękawy cały czas cięły światło słońca na krótkie złośliwe błyski. „Trzeba pukać przed wejściem – syknęła. Nie wiem, do czego pani jest przyzwyczajona, ale tu u nas obowiązują takie zwyczaje i do tego musi pani przywyknąć. Proszę wyjść i wejść jeszcze raz!” Wskazała mi drzwi, a ja, zdezorientowana, odstawiłam tacę i wyszłam. Z jakiegoś powodu fakt, że zwracała się do mnie na pani, ukłuł mnie jak igłą. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Kiedy znalazłam się w przedpokoju, zawołała: „Proszę zapukać!” Zapukałam. „Proszę wejść!” Tym razem ona i milczący wuj William siedzieli już na różnych krzesłach.

[…]

Piję kawę, a matka pyta: „Tak przycichłaś, chyba nic złego się nie stało?” Mówi to ostro, bo kocha mnie tylko wtedy, gdy mój umysł całkowicie poddaje się jej umysłowi, gdy nie zostawia żadnego sekretnego skrawka dla siebie. „Jeśli nie przestaniesz być taką dziwaczką – dodaje – nigdy nie wyjdziesz za mąż”. „Wcale tego nie chcę”, odpowiadam, chociaż właśnie rozważam w myślach takie rozpaczliwe wyjście. Myślę o upiorze z dzieciństwa: o solidnym rzemieślniku. Nie mam nic przeciwko rzemieślnikowi, to określenie „solidny” kładzie się cieniem na wszelkich marzeniach o jasnej przyszłości. Jest szare jak zachmurzone niebo, przez które nie jest w stanie się przebić żaden wesoły promyk słońca. Matka wstaje. „No nic – mówi – trzeba się kłaść. Rano musimy wstać wcześnie. Dobranoc”, rzuca od drzwi z podejrzliwą, urażoną miną. Po jej wyjściu odsuwam dzbanek z kawą i jeszcze raz czytam nekrolog. Nad nazwiskiem widnieje czarny krzyż. Mam przed oczami życzliwą twarz redaktora i słyszę jego głos: „Wróć za dwa lata, moja droga”. Łzy skapują na litery i wydaje mi się, że to najsmutniejszy dzień w moim życiu.

[…]

Długo pobrzękują łańcuch i klucze, ale drzwi wreszcie się uchylają i ukazuje się twarz pana Krogha. Przez chwilę spogląda na nas podejrzliwie, w końcu odpina łańcuch i wpuszcza nas do środka. „Ojej – wołam – ile tu książek!” Salon jest niemal wytapetowany książkami i wielkimi obrazami, jakie do tej pory widziałam jedynie w muzeach. Pan Krogh nic nie mówi, dopóki nie usiądziemy. Bacznie się we mnie wpatruje i w końcu pyta życzliwie: „Lubisz książki?”. „Tak”, odpowiadam i przyglądam mu się uważniej. Nie jest wcale taki stary, jak twierdziła Ruth, ale i nie jest młody. Ma zupełnie łysą głowę i pucołowate rumiane policzki, jakby dużo chodził po świeżym powietrzu. Jego piwne oczy spoglądają odrobinę melancholijne tak jak oczy mojego ojca. Lubię go i czuję, że on też ma dla mnie sympatię. Przynosi nam kawę, a Ruth pyta, czy rozmawiał już z Holgerem Bjerrem. „Nie, Holger Bjerre jest, niestety, chwilowo na urlopie”. Kiedy pan Krogh patrzy na Ruth, jego wzrok poszukująco przesuwa się w górę i w dół jej sylwetki, ale na szczęście moją się nie interesuje. Proponuje nam ciastka, mówi o pięknej pogodzie i o młodych dziewczynach, które rozkwitają na miejskim bruku jak kwiaty. „To – dodaje – niezwykle orzeźwiający widok”. Ruth się nudzi i kopie mnie pod stołem. Pytam: „Czy ja też mogę zostać girlsą, panie Krogh?”. „Ty? – dziwi się. Nie, ty się do tego zupełnie nie nadajesz”. „Właśnie, że tak – protestuje Ruth – jak zrobi sobie trwałą i się umaluje, to na pewno”. Bez ubrania wygląda bardzo ładnie. Czerwienię się i pierwszy raz w życiu irytuję się na Ruth. Pan Krogh przenosi spojrzenie z niej na mnie i pyta: „Jak wy dwie, na miłość boską, na siebie trafiłyście?”. Pytam czy mogę rzucić okiem na książki, a kiedy pan Krogh słyszy, że najchętniej czytam wiersze, pokazuje mi, gdzie stoją. Na chybił trafił wyciągam tomik i otwieram. Przejęta i uszczęśliwiona czytam:

„Wieczorem, z konwią wina, w altanach sekretnych, Lecz miłości dziecinnych tamten raj zielony”.

Baudelaire. Kwiaty zła, czytam na stronie tytułowej, a potem idę do pana Krogha i pytam, jak się wymawia to nazwisko. On mi to mówi i dodaje, że mogę pożyczyć tę książkę, jeśli obiecam, że ją odniosę.

[…]

Matka zawsze uważała, że dla ciotki Rosalii najlepiej byłoby, gdyby wuj Carl umarł, ale nie wygląda na to, by ciotka Rosalia była podobnego zdania. Na pogrzebie jesteśmy wszyscy, również wuj Peter i ciotka Agnete, którzy nie chcieli znać wuja Carla, kiedy żył. Są też moje trzy siostry cioteczne, niskie, grube, o twarzach bladych jak mąka. A matka stwierdza kąśliwie, że nigdy nie wyjdą za mąż, więc nie wiadomo, dlaczego ich rodzice tak zadzierają nosa. Oboje z ojcem stale krytykują ciotkę Agnete i wuja Petera, a mimo to wciąż dwa razy      w tygodniu wieczorami grywają z nimi w karty. Irytuje mnie to, kiedy wracam do domu z pracy, bo nie mogę się położyć, dopóki nie wyjdą. Podczas mowy pastora o wuju Carlu nie śmieję się tak jak na pogrzebie babci, tylko myślę o tym, że oprócz ciotki Rosalii nikt go nie znał i nie wiedział, jaki był naprawdę. Najpierw był huzarem, potem został kowalem, później pił piwo, a na koniec oranżadę. To wszystko, co o nim wiemy. Pijemy kawę w restauracji w pobliżu cmentarza, panuje atmosfera przygnębienia, bo ciotka Rosalia nie daje się niczym pocieszyć. Jej łzy kapią do filiżanki i za każdym razem, kiedy chce je wytrzeć, musi unosić czarną woalkę przy żałobnym kapeluszu. „Za młodu był bardzo przystojny – zwraca się do mojej matki – prawda, Alfrido?” „Tak – przyznaje matka – wtedy był przystojny”. Ciotka Rosalia oznajmia: „Dobrze wiem, że nikt z was go nie lubił, ponieważ pił. Bardzo z tego powodu cierpiał. Nie znosiła go też własna rodzina”.

[…]

Kiedy ojciec jest w domu, zawsze śpi na otomanie. Gdy matka wyłącza radio, budzi się gwałtownie i oświadcza: „Nie da się, do cholery, spać w tym bezbożnym harmiderze!”. Bardzo nas to bawi. Ale ja już nie angażuję się we wszystko, co się dzieje w domu, tak jak dawniej. Żyję naprawdę tylko wtedy, gdy jestem u pana Krogha. A bywam u niego tak często, jak starcza mi odwagi, bo boję się matki. Mówię, że odwiedzam Yrsę, ale matka nie może pojąć, że tak nagle się zaprzyjaźniłyśmy, bo przecież stale powtarzałam, że jej nie lubię. Pożyczam od pana Krogha książki i odnoszę je po przeczytaniu. Zawsze przyjmuje mnie w swoim jedwabnym szlafroku i czerwonych kapciach, nalewa nam kawy ze srebrnego dzbanka. Jeśli nie ma pieczywa, daje mi pięćdziesiąt øre, żebym zeszła i coś kupiła. Kawę pijemy przy niskim stoliku z cyzelowanym mosiężnym blatem. Pan Krogh ma smukłe białe dłonie, zawsze odrobinę drżące, a mówi niskim przyjemnym głosem, którego bardzo lubię słuchać. Kiedy tam jestem, to głównie on mówi, bo nie przepada za okazywaniem przeze mnie ciekawości. Pewnego wieczoru, gdy go spytałam, dlaczego się nie ożenił, odparł: „Nie trzeba wiedzieć wszystkiego o człowieku, zapamiętaj to. Taka osoba przestaje być interesująca”.

[…]

Któregoś wieczoru, kiedy pan Krogh pozapalał świece w wysokim świeczniku stojącym na stole między nami, zbieram się na odwagę i mówię: „Panie Krogh, w dzieciństwie pisałam wiersze”. On się uśmiecha. „No tak i chcesz mi je pokazać?” Czerwienię się, ponieważ odgadł, o co mi chodzi, i pytam, skąd to wie. „Cóż – mówi – zawsze o coś chodzi. Ludzie zawsze czegoś od siebie chcą, a ja przez cały czas wiedziałem, że zechcesz mnie do czegoś wykorzystać”. Kiedy protestuję gestem, pan Krogh dodaje: „Nie ma w tym nic złego, to całkiem naturalne. Ja pewnie też czegoś od ciebie chcę”. „A czego?” „Niczego konkretnego – odpowiada i wyjmuje z ust swoją długą cienką fajkę. Po prostu kolekcjonuję oryginałów, ludzi, którzy są inni, przypadki szczególne. Chętnie spojrzę na twoje wiersze. Poklep mnie po plecach”.

[…]

Przychodzi mi na myśl pewna rubryka w „Politiken”, zatytułowana Oferty teatralno-muzyczne. To chyba coś, czym można się zajmować wieczorami, a mnie wolno teraz przebywać poza domem do dziesiątej. Muzyka to dla mnie zamknięta kraina, ale mogłabym zostać aktorką. W wielkiej tajemnicy odpowiadam na ogłoszenie, w którym poszukuje się aktorów do teatrzyku amatorskiego. Od Trupy Teatralnej Sukces, która ma swoją siedzibę w restauracji w dzielnicy Amager, dostaję listowne zaproszenie na spotkanie w konkretny wieczór. Wkładam brązowy spacerowy kostium, który, zachęcana przez matkę, kupiłam zamiast roweru i tramwajem jadę do restauracji. Tu poznaję trzech poważnych młodych mężczyzn i młodą dziewczynę, która tak jak ja przyszła pierwszy raz. Siadamy przy stole, a szef mówi, że ma w zamyśle wystawić dla lokalnej publiczności komedię pod tytułem Ciotka Agnes. Ma przy sobie scenariusz i obrzuciwszy nas krótkim taksującym spojrzeniem, decyduje, że ciotką Agnes będę ja. To, jak tłumaczy, rola komiczna, do której będę się znakomicie nadawać.

[…]

Szef naszej trupy teatralnej nosi przydomek Jarmark. Ma dwadzieścia dwa lata, żonę i dziecko. Próby odbywają się u niego w domu, a żona się złości, bo niemowlę płacze zbudzone hałasami. Jarmark mówi z żalem, że ona w ogóle nie jest wrażliwa na sztukę, w przeciwieństwie do niego. Reżyserując, wykorzystuje zarówno głowę, jak i ręce oraz nogi niczym słynni dyrygenci. Wścieka się, krzyczy i niemal ze łzami w oczach błaga nas, abyśmy wkładały w wypowiadane kwestie więcej duszy i bez reszty wczuwały się w rolę. Ciotka Agnes to głupkowata, naiwna osoba, którą młoda para oszukuje – właśnie w tym tkwi komizm, bo same kwestie wcale nie są zabawne. Jest ich niewiele i są krótkie. Punkt kulminacyjny polega na tym, że starsza pani wchodzi do salonu z zastawą do herbaty na tacy. Widząc parę ciasno objętą na kanapie, na której się zaręczyli, upuszcza tacę, składa ręce i mówi przerażona: „Boże, zbaw nas ode złego!”. „Wtedy sala ma gruchnąć śmiechem”, mówi Jarmark, tymczasem ja wypowiadam te słowa, jakbym czytała je z książki. „Jeszcze raz! – wrzeszczy. Jeszcze raz!” W końcu udaje mi się włożyć w tę kwestię dostatecznie dużo zdumienia, a jego zdaniem jakoś to pójdzie, kiedy na tacy znajdą się prawdziwe filiżanki. Na razie jego żona nie chce mi ich dać. W domu odgrywam ciotkę Agnes przed matką, która jest zachwycona.

[…]

W gospodzie Pod Gwiazdą musimy się szybko przebrać i umalować. Mam na sobie czarną suknię babci Jarmarka. Sięga do podłogi, a pod sukienką mam na brzuchu przywiązaną poduszkę. Na głowie noszę perukę z szarej włóczki, a Jarmark namalował mi na twarzy czarne kreski. To mają być zmarszczki. Mam chodzić zgięta wpół jak składany scyzoryk, bo dokucza mi reumatyzm. Wyglądamy przez szparę w kurtynie. Szukamy członków własnych rodzin i liczymy, czy są wszyscy. Rodziny wypełniają jedynie trzy czy cztery pierwsze rzędy, a reszta sali świeci pustkami, wyjąwszy kilkoro młodych ludzi, którzy siedzą i ziewają z całkowitym brakiem zainteresowania, ponieważ przyszli tu wyłącznie z uwagi na bal. Nina pokazuje mi swojego gajowego, który zajął miejsce zaraz za ciotką Rosalią. Wygląda tak, jakby chciał się odciąć od tego wszystkiego, ale wiem też od Niny, że jest bardzo przeciwny temu, aby mieszkała w Kopenhadze. „Na co on się tak złości?”, pyta Jarmark, który patrzy razem z nami. W końcu orkiestra zaczyna grać i kurtyna idzie w górę. Serce bije mi mocno z napięcia i nie jestem pewna czy moja ciotka Agnes zdoła kogokolwiek rozśmieszyć. Ale to niezmiernie wdzięczna publiczność, klaszcze w ręce i świetnie się bawi, a Jarmark po każdym akcie powtarza, że musimy odnieść sukces, i pyta, czy widziałyśmy tego człowieka, który zapisuje coś w notesie. To dziennikarz z „Amagerbladet”, a przysłano go tu dlatego, że to wielkie wydarzenie. Wreszcie nadchodzi moment, w którym z tacą w rękach zaskakuję młodych ludzi na kanapie. Upuszczam tacę, składam dłonie i wołam: „Boże, zbaw nas ode złego!”. W tej samej chwili za wejściem na scenę otwierają się jakieś drzwi i przeciąg zwiewa mi perukę. Przerażona chcę ją podnieść, ale Jarmark z kanapy kręci głową, bo z sali bucha na mnie serdeczny śmiech. Śmiech, oklaski i tupanie. Jedynie Nina śle mi spojrzenie pełne urazy, bo przecież to ona jest primadonną. Po opadnięciu kurtyny Jarmark ściska obie moje ręce. Ocaliłaś całe przedstawienie, mówi. W następnej sztuce dostaniesz główną rolę.

[…]

Kiedy następnym razem widzimy się w kawiarni na Strandlodsvej, Jarmark pokazuje mi wycinek z „Amagerbladet”, w którym między innymi napisano: „Bardzo młoda dziewczyna, Tove Ditlefsen, odniosła wielki sukces w roli Ciotki Agnes”. Wprawdzie w moim nazwisku zrobiono błąd, ale jednak dziwnie się czuję, widząc je po raz pierwszy w druku. „A tutaj – mówi energiczny Jarmark – są rozpisane role do nowej sztuki: Trilby”. Tytułowa bohaterka to biedna młoda dziewczyna pozostająca w mocy starego czarownika, zmuszana przez niego do śpiewu, a śpiewa pięknie. „No, a kto będzie grał Trilby?”, pyta Nina chłodno. „Tove – odpowiada Jarmark – a ponieważ nie umie śpiewać, to będzie tylko ruszać ustami, śpiewać natomiast będziesz ty za kulisami”. Nina ze złości aż czerwienieje. Zabiera torebkę i wstaje.

[…]

Plotki o moich poetyckich zdolnościach dotarły do drukarni i teraz codziennie spływają nowe zamówienia. Przyjmuje je Carl Jensen i przekazuje pannie Løngren, która wciąż jest jedyną osobą, z którą mam bezpośredni kontakt. Piszę piosenki na wszelkiego rodzaju okolicznościowe imprezy, a kiedy idę na górę rozdać koperty z wypłatą, robotnicy dziękują mi skrępowani, ja zaś równie skrępowana mówię, że nie ma za co. Piszę piosenki i stenografuję ważne komunikaty dla braci albo ich nekrologi. Są drukowane w biuletynie członkowskim Zakonu Świętego Jerzego. Wszystko to nie ma zbyt wielkiego związku z pracą biurową, a w nią panna Løngren nie chce mnie wtajemniczać, kiedy więc poszła na urlop, wszystko o mało się nie zawaliło, bo nie miałam o niczym pojęcia. Kiedy skończę osiemnaście lat, poszukam sobie prawdziwej pracy biurowej i nie będę już więcej uczennicą. Dostanę też wyższą pensję. Kiedy skończę osiemnaście lat, świat stanie się inny pod każdym względem, Nina i ja będziemy miały do swojej dyspozycji całe noce. Będę też musiała pozbyć się cnoty, Ninie bardzo na tym zależy. Sama miała zaledwie piętnaście lat, kiedy straciła cnotę z gajowym. Gdy wychodzimy wieczorami, Nina zdejmuje pierścionek zaręczynowy. Chodzi do łóżka tylko z facetami, którzy nie są bezrobotni, a ja nie opowiedziałam jej o Kurcie. 

[…]

Gdy pewnego dnia rano skręcam za róg willowej ulicy na Frederiksberg, gdzie znajduje się drukarnia, widzę, że w niedużym ogródku przed budynkiem biura flaga jest opuszczona do połowy masztu. Od razu myślę sobie, że może panna Løngren umarła, co napełnia mnie paskudną radością. Wreszcie będzie mi wolno zajmować się centralką telefoniczną i rozmawiać przez telefon. Będę też mogła dzwonić do Niny tak często, jak będę chciała. Odrobinę podniesiona na duchu, idę na górę po schodach, ale kiedy wchodzę do środka, panna Løngren siedzi na swoim zwykłym miejscu i głośno wydmuchuje nos. Nos jest cały czerwony, jakby opalała się na zbyt ostrym słońcu. „Mistrz nie żyje – oznajmia nieoczekiwanie łamiącym się głosem. Był razem z braćmi w loży. W połowie przemówienia upadł na stół. Atak serca, nie dało się nic zrobić”. Siadam na swoim miejscu i w ogóle się nie odzywam. Mistrz był małomównym człowiekiem, którego wszyscy się bali, również synowie. Miał trudności z wyrażaniem się na piśmie, zawsze więc poprawiałam styl w listach do braci czy ich nekrologach, bo nie pamiętał, co mi dyktował. Oprócz dyktowania listów nigdy się do mnie nie odezwał. Panna Løngren patrzy na mnie z wyrzutem, gdy zaczynam rejestrować zamówienia.

[…]

Z wysiłkiem otwieram kopertę, wyjmuję list i czytam: „Droga Tove Ditlevsen! Dwa z Pani wierszy, łagodnie mówiąc, nie są dobre, ale trzeci, Do zmarłego dziecka, wykorzystam. Z poważaniem, Viggo F. Møller”. Natychmiast rwę na kawałeczki te dwa wiersze, które, łagodnie mówiąc, nie są dobre i czytam list jeszcze raz. Viggo F.  Møller chce wydrukować mój wiersz w swoim piśmie!  To człowiek, na którego czekałam całe swoje życie. Mam numer „Vild Hvede”, kupiony za pieniądze pożyczone od Niny. Jest w nim wiersz pewnej kobiety, Huldy Lütken, który czytałam wiele razy, bo nie potrafię zapomnieć, że ojciec kiedyś powiedział, że dziewczyna nie może zostać pisarką. Chociaż mu nie uwierzyłam, to jednak jego słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

[…]

Wiesz co – mówi – ten redaktor na pewno się z tobą ożeni”.  Odpowiadam ze śmiechem, że ona myśli jedynie   o wydaniu mnie za mąż. Śmieję się, ale kiedy po powrocie do siebie już leżę w łóżku, zastanawiam się, czy jest żonaty. Jeśli nie, to nie mam nic przeciwko temu, żeby za niego wyjść. Nie muszę nawet go oglądać. Ubrany jest w zielony garnitur i zielony krawat. Ma siwe, gęste, kręcone włosy i siwe wąsy, których koniuszki często podwija palcami. Ma staroświecko łamany kołnierzyk, na który lekko zwiesza się drugi podbródek. Jego oczy są intensywnie niebieskie jak oczy małych dzieci, a cera jasnoróżowa i przezroczysta jak u niemowlaka.  Ma miękkie, zamaszyste gesty rąk i drobne delikatne dłonie z dołeczkami przy knykciach. Jego usposobienie jest ciepłe i życzliwe, w jego towarzystwie prędko zapominam o wstydzie. Z wyglądu nie przypomina pana Krogha, a jednak trochę się z nim kojarzy. Bardzo długo studiuje menu, zanim wybierze jakieś danie, a ja, nie wiedząc, co to jest, proszę o to samo. Mówi, że lubi dobrze zjeść i że to, zdaje się, po nim widać. Uprzejmie zaprzeczam. Przyznaję, że nigdy nie zwracam uwagi, na to, co jem, a on ze śmiechem stwierdza, że to doprawdy, też po mnie widać. Dodaje, że jestem za chuda. Do obiadu pijemy czerwone wino, a ja się krzywię, bo jest kwaśne. Tłumaczy, że to przez moją młodość. Gdy będę nieco starsza, nauczę się cenić dobre wino.

[…]

Czytam go wiele razy i czuję dziwne ssanie w żołądku. W druku wygląda zupełnie inaczej niż napisany na maszynie albo ręcznie. Nie mogę już niczego w nim poprawić i przestał należeć tylko do mnie. Został zamieszczony w wielu setkach lub tysiącach egzemplarzy pisma, obcy ludzie będą go czytać i być może uznają, że jest dobry. Rozszedł się po całym kraju, może przeczytają go ci, których spotykam na ulicy. Może już niosą numer pisma w wewnętrznej kieszeni albo w torbie. Gdy będę jechała tramwajem, ktoś być może usiądzie naprzeciwko mnie i będzie go czytał. To niesamowite przeżycie, a nie mam z kim się nim podzielić. Pędzę do rodziców i pokazuję im wydrukowany wiersz. „Uważam, że jest niezły – mówi matka – ale powinnaś mieć jakiś pseudonim artystyczny. Takie nazwisko nie jest dobre. Powinnaś raczej używać mojego panieńskiego nazwiska. Tove Mundus brzmi o wiele lepiej”. „Nazwisko jest dobre – stwierdza ojciec – ale wiersz zbyt nowoczesny. Nie rymuje się tak jak trzeba. Mogłabyś się wiele nauczyć od Johannesa Jørgensena”. Nie przejmuję się krytyką ojca, bo on zawsze chciał nam oszczędzić rozczarowania. Z jego doświadczeń wynika, że człowiek nie powinien niczego oczekiwać od życia, dzięki temu uniknie zawodu. Mimo to prosi, żebym zostawiła mu egzemplarz, i trzyma go w rękach z taką samą delikatnością jak swoje książki.

[…]

„Czy nie pomyślałaby pani – pyta Viggo F. Møller – o wydaniu zbioru wierszy?” Mówi to tak, jakby to nie było nic szczególnego. Mówi to tak, jakby wydawanie zbiorów wierszy było dla mnie codziennością. Jakby nie było tym, czego pożądałam najmocniej na świecie, odkąd sięgam pamięcią. Odpowiadam więc zwyczajnym cienkim głosem, że owszem, mogłabym o tym pomyśleć, tylko że nigdy wcześniej nie wpadło mi to do głowy, ale teraz, gdy o tym wspomniał, wydaje mi się to dość ciekawe. Mam nadzieję, że redaktor nie czuje, jak radośnie    i mocno bije mi serce. Bije tak, jakbym była zakochana, więc przyglądam się temu mężczyźnie, który wzbudził we mnie taką radość. Siedzi po drugiej stronie stołu nakrytego obrusem w kolorze butelkowej zieleni. Pijemy z zielonych filiżanek. Zasłony są zielone, wazony i doniczki są zielone, a redaktor jest w zielonym garniturze jak poprzednio. Regały z książkami sięgają prawie do sufitu, a całą ścianę pokrywają obrazy i rysunki. Wszystko to przypomina mi salon pana Krogha, ale Viggo F. Møller nie przypomina tak bardzo samego Krogha. Jest o wiele mniej tajemniczy i mogę go pytać o wszystko, co chcę wiedzieć. 

[…]

Widziała   pani   niedawną   recenzję   pisma w » Politiken « Valdemar Koppel bardzo chwali pani wiersz”. Wyjmuje wycinek i mi go pokazuje. Czytam: „Już jeden wiersz, Do zmarłego dziecka, autorstwa Tove Ditlevsen, jest dowodem uprawniającym istnienie tego pisemka”. „Ojej – mówię przejęta – ależ jestem z tego powodu szczęśliwa. Czy mogę to dostać?” Redaktor daje mi wycinek i nalewa więcej wina do zielonych kieliszków.  Potem mówi: „Widok swojego nazwiska w druku po raz pierwszy robi wielkie wrażenie na młodym człowieku”. „Bardzo się cieszę, że pana poznałam – wyznaję. – Mam wrażenie, że nic złego nie może mnie spotkać, kiedy jestem z panem. Będąc tu, nie wierzę, że wybuchnie wojna światowa”.  Viggo F. Møller nagle poważnieje. „Akurat ta sprawa wygląda dość ponuro – mówi. – Owszem, mogę zrobić dla pani to czy owo, moja droga, ale wojny nie zdołam odwołać”. To wino skłania mnie do mówienia takich rzeczy. Wszyscy dorośli oddalają się ode mnie, gdy zaczynają myśleć o sytuacji na świecie. W porównaniu z nią ja i moje wiersze są jedynie pyłkiem, który zdmuchnąć może najlżejszy powiew wiatru. „No tak – mówię – ale pan nagle nie umrze ani tego domu nie zburzą”. Opowiadam mu o redaktorze Brochmannie i o panu Kroghu.  

[…]

„Jeśli ich nie przyjmą – mówi Viggo F. – to po prostu wyślesz je do innego wydawnictwa. Wydawnictw jest w bród”. Jestem jednak pewna, że zostaną przyjęte, skoro Viggo F. ocenił, że są dobre. Zna dyrektora tego wydawnictwa, to kobieta, nazywa się Ingeborg Andersen i ubiera się jak mężczyzna. „Ale to nie ona decyduje – tłumaczy Viggo F.  – tylko konsultanci, Paul la Cour i Aase Hansen, a ich nie znam”. Osobiście nie znam żadnej sławy, bo prawie nigdy nie kupuję gazet, a czytałam jedynie dawno zmarłych pisarzy. Nigdy wcześniej nie uświadamiałam sobie, że jestem taka głupia i nic nie wiem. Viggo F. obiecuje, że zadba o moją ogładę, i pożycza mi Rewolucję francuską Carlyle’a. To bardzo ciekawe, ale wolałabym zacząć od współczesności.

[…]

Chcę tu być, kiedy przyślą mi książkę. Któregoś wieczoru wracam i widzę na stole dużą paczkę. Rozdzieram papier drżącymi dłońmi. Moja książka! Biorę ją do ręki i czuję podniosłe szczęście. Niepodobne do żadnego wcześniejszego uczucia. Tove Ditlevsen. Dziewczęca dusza. Nie da się już tego cofnąć. To nieodwołalne. Książka będzie istnieć już zawsze, niezależnie od tego, jak ułoży się mój los. Otwieram jeden z egzemplarzy i czytam kilka wersów. Teraz, kiedy widzę je wydrukowane, są dziwnie dalekie i obce. Otwieram następny egzemplarz, bo nie mogę uwierzyć, że we wszystkich jest to samo. Ale tak jest. Może moja książka trafi do bibliotek. Może jakieś dziecko, które w tajemnicy pisze poezje, znajdzie ją tam kiedyś, przeczyta wiersze i coś poczuje, coś, czego nikt z jego otoczenia nie zrozumie. To wyjątkowe dziecko, dziewczynka, w ogóle nie będzie mnie znać, nie pomyśli o tym, że jestem żywą młodą dziewczyną, która pracuje, je i śpi jak inni ludzie. Sama bowiem nigdy się nad tym nie zastanawiałam, czytając książki w dzieciństwie. Rzadko zapamiętywałam nazwiska tych, którzy je napisali. Moja książka trafi do bibliotek, a może znajdzie się także na wystawach księgarń. Wydrukowano ją w pięciuset egzemplarzach, a ja dostałam dziesięć gratis. Czterysta dziewięćdziesiąt osób kupi ją i przeczyta.

[…]

Matka często mnie odwiedza i potrafimy się razem wygłupiać. Parę dni po moim ślubie matka otworzyła szafę i obejrzała wszystkie ubrania Vigga F. Matka nazywa go Viggusiem, bo tak jak inni nie może do niego mówić Viggo. Ja też się tak do niego nie zwracam, bo jest coś idiotycznego w tym imieniu, jeśli nie jest mowa o dziecku. Matka podniosła wszystkie jego zielone ubrania pod światło, aż w końcu znalazła garnitur tak zjedzony przez mole, że, jak stwierdziła, dla niego już się nie nadawał. Oświadczyła: „Z tego pani Brun może mi uszyć sukienkę”. Sprzeciwianie się takim pomysłom matki nigdy się na nic nie zdawało, pozwoliłam jej więc bez oporów zabrać te rzeczy z nadzieją, że Viggo F. nie będzie o nie pytał. Jakiś czas później odwiedziliśmy rodziców. Nie chodzimy do nich często, bo nie potrafię znieść czegoś w sposobie, w jaki mój mąż z nimi rozmawia. Viggo F. mówi do nich głośno i powoli jak do opóźnionych w rozwoju dzieci i starannie wyszukuje tematy, które jego zdaniem mogą ich zainteresować. Tak więc byliśmy u nich z wizytą i Viggo F. nagle poufale szturchnął mnie łokciem. „Dziwne – powiedział, dwoma palcami podkręcając wąsa – zauważyłaś, że materiał sukienki twojej matki jest identyczny jak garnitur, który mam w szafie? Obie z matką uciekłyśmy do kuchni, żeby tam się wyśmiać.

[…]

Klub Młodych Artystów staje się rzeczywistością, a życie odzyskuje barwy i pełnię. Jest nas dziesięcioro–dwanaścioro młodych ludzi, którzy w każdy czwartek wieczorem spotykają się w lokalu mieszczącym się w podziemiach Domu Kobiet, którym możemy dysponować w zamian za to, że każdy wypije tu filiżankę kawy. Kosztuje to koronę, a ci, którzy nie mają pieniędzy, pożyczają od tych, którzy mają. Spotkanie rozpoczyna się od wykładu wygłaszanego przez „gwiazdę”, którąś ze starszych sław, wyświadczających w ten sposób przysługę Viggowi F. Nigdy nie dociera do mnie z tego ani słowo, bo tak bardzo ciąży mi myśl, że na koniec będę musiała wstać i podziękować. Mówię zawsze to samo: „Proszę pozwolić, że podziękuję za znakomity wykład. Bardzo miło z pańskiej strony, że zechciał pan przyjść”. Z reguły gwiazda ku naszej uldze odmawia pozostania i wypicia z   nami   kawy, możemy   więc   miło   i   bez   skrępowania pogadać o wszystkim, co nam przyjdzie na myśl, ale rzadko wspominamy o tym, co nas tu sprowadziło. Co najwyżej ktoś rzuca do mnie od niechcenia: „Nie wiesz, co Møller sądzi o tych dwóch wierszach, które niedawno mu wysłałem?”. Wszyscy nazywają go Møller i wyrażają się o nim z największym szacunkiem. Dzięki niemu nie są anonimowi, dzięki niemu mogą od czasu do czasu mieć to szczęście, że ich nazwisko znajdzie się w recenzji „Vild Hvede”, którym zawsze interesowała się prasa. W klubie są tylko trzy dziewczyny, Sonja Hauberg, Ester Nagel i ja.

[…]

Któregoś dnia mówię matce o swoich planach rozwodowych. Opowiadam jej o Piecie Heinie, o prezentach, którymi mnie obdarowuje, i o tym, jak chce zabezpieczyć moją przyszłość. Matka marszczy brwi i długo się zastanawia.  Na naszej ulicy nikt nigdy się nie rozwiódł. Ludzie się kłócą i biją, żyją jak pies z kotem, ale rozwód nie wchodzi w grę. Nie wiedzieć czemu z takiego rozwiązania można korzystać jedynie w wyższych sferach. „No dobrze, ale czy on się z tobą ożeni?”, pyta matka w końcu, palcem wskazującym pocierając nos, jak zawsze, gdy coś przyprawia ją o ból głowy. Mówię, że o tym nie wspominał, ale na pewno tak będzie. Mówię, że nie wytrzymam dłużej w małżeństwie z Viggiem F., że codziennie w porze jego powrotu do domu zaczyna mnie boleć serce. Mówię, że to małżeństwo było pomyłką z obu stron. „To prawda – potwierdza matka – w pewnym sensie dobrze cię rozumiem. W dodatku to tak głupio wygląda, kiedy idziecie razem ulicą, a on jest od ciebie o tyle niższy”. Matce brakuje wszelkiej umiejętności wczucia się w myślenie innych, co nie pozwala jej zanadto się do mnie zbliżyć, a mnie to bardzo odpowiada.

[…]

Chciałabym, żeby zostawił mnie w spokoju. Chciałabym, żeby życie dalej trwało przez całą wieczność takie, jakie jest. Chciałabym kursować między nim a Viggiem F., nie tracąc żadnego z nich, żeby obyło się bez wielkich zmian. Nigdy nie lubiłam zmian i znajdowałam poczucie bezpieczeństwa w niezmienności rzeczy. Ale to nie może tak trwać. Wytrzymuję teraz widok zakochanych par na ulicach, natomiast odwracam głowę, napotykając matki z małymi dziećmi.  Staram się nie zaglądać do wózków i nie myśleć o dziewczętach z naszej ulicy, które z dumą wstrzymywały się z urodzeniem dziecka do ukończenia osiemnastu lat. Grzebię wszelkie swoje nadzieje w tym względzie, bo Piet pilnuje, żebym nie zaszła w ciążę. Twierdzi, że poetki nie mogą mieć dzieci. Jest dość takich osób, które mogą. Niewiele jest natomiast takich, które potrafią pisać książki.

[…]

W drodze do Sydhavnen Nadja opowiada mi trochę o „kręgu latarnianym”. Nie wiadomo, skąd wzięła się taka nazwa. Krąg składa się z absolwentów gimnazjum w Høng, którzy przyjechali do Kopenhagi studiować na uniwersytecie, ale zajmują się w zasadzie wyłącznie urządzaniem „bibek” i upijaniem się albo leczeniem kaca. Jedziemy na rowerach pod wiatr. Pada deszcz i jest zimno. Przebrałam się za małą dziewczynkę, mam króciutką sukienkę, wstążkę we włosach, podkolanówki i buty na płaskim obcasie. Na sukienkę wciągnęłam wełnianą bluzę, na nią włożyłam prochowiec tak jak Nadja, a na szyi zawiązałam czerwoną apaszkę rożkiem do tyłu. W tych latach taki sposób wiązania jest modny. Nadja jest Indianką z plemienia Apaczów, jej długie czarne spodnie z jedwabiu furkoczą, obijając się o osłonę łańcucha. Opowiada mi, że to krąg prawdziwych wolnomyślicieli. Wszyscy są biedni jak myszy kościelne, z domu dostają jedynie niewielką pomoc. Bibka będzie u Olego i Lise, którzy są małżeństwem i mają malutkie dziecko. Ole zamierza zostać architektem, a Lise pracuje w biurze, w opiece nad dzieckiem pomaga jej matka, która jest wdową i mieszka obok. Żyją z pieczarek zbieranych na położonym niedaleko wysypisku. Nadja wyjaśnia też, że to impreza składkowa, ale dziewczyny nie muszą niczego przynosić. Do kręgu nie są dopuszczani żadni nowi mężczyźni, dziewczyny natomiast zawsze się przydają. Kiedy przychodzimy, wszyscy siedzą przy stole w dużym jasnym pokoju, pełnym pięknych starych mebli. Jedzą kanapki, w większości z „ramoną”, czymś w rodzaju pasty marchewkowej o jadowitej barwie. Piją „pullimut”, marne owocowe wino, jedyny alkohol, jaki można dostać. Nastrój już jest bardzo rozluźniony, wszyscy się przekrzykują jeden przez drugiego.

[…]

Nagle drzwi się otwierają.  Staje w nich Ole, szarpiąc się za czarne kręcone włosy. „Ebbe tu jest – oznajmia. – Chcesz się z nim przywitać, Tove?” Idę z nim do pokoju, gdzie od hałasu niemal pękają ściany. Z żyrandola zwisa obwoluta płyty gramofonowej, a między meblami wiją się serpentyny we wszystkich kolorach, oplatają ramiona i włosy tańczących. Wśród tego wszystkiego stoi młody mężczyzna w niebieskim szlafroku narzuconym na piżamę w paski, szyję ma wielokrotnie owiniętą długaśnym szalikiem. „To Ebbe”, prezentuje go Ole z dumą, a ja ściskam dłoń chłopaka, wilgotną od gorączki. Ebbe ma miłą twarz o słabych, delikatnych rysach, ale jest, jak się teraz orientuję, samym jądrem tej grupy.

[…]

Właśnie oddałam maszynopis zbiorku wierszy, który będzie nosił tytuł Mały świat. Ebbe go wymyślił. Bardzo się angażuje w moją pracę. Powinien był studiować literaturę, ale jego zmarły przed dwoma laty ojciec stwierdził, że to mrzonka, z której nie będzie chleba, teraz więc studiuje ekonomię, choć ani trochę go to nie interesuje. Kocha jednak literaturę i, jeśli nie rozmawiamy, stale czyta powieści. Zwraca mi uwagę na książki, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Każdego popołudnia po powrocie z pracy koniecznie musi zobaczyć, co napisałam, a jeśli coś krytykuje, zawsze ma to sens, więc przyjmuję jego uwagi. Rzadko widuję się z moją rodziną. Brat zamieszkał z rozwiedzioną kobietą, która ma trzyletnie dziecko. Odwiedziliśmy ich z Ebbem, ale Edvin i Ebbe niewiele mieli sobie do powiedzenia. Ebbe to chłopak z wyższych sfer na prowincji, Edvin zaś to kopenhaski czeladnik lakierniczy, który codziennie wciąga lakier celulozowy w zniszczone płuca, ponieważ nie ma innego wyjścia. Również świat moich rodziców jest bardzo daleki od świata Ebbego. Z ojcem Ebbe rozmawia o książkach, a z matką trochę tak jak Viggo F. Ale w jego stosunku do nich nie ma żadnej pogardy.

[…]

Pożyczył garnitur do ślubu od brata. W kręgu latarnianym nie dość, że źle się ubierają, ponieważ są biedni, to jeszcze elegancja jest postrzegana jako śmieszność. Ebbe przejeżdża palcem wzdłuż sztywnego kołnierzyka, który także jest za duży, i maszeruje przede mną, sadząc długie kroki. Kiedy dochodzimy do ratusza, nie odezwawszy się do siebie ani słowem, Ebbe zatrzymuje się i mocnym ruchem głowy odgarnia włosy. „Jeśli nie odwołasz tego z górną wargą – oświadcza groźnie – to w ogóle się z tobą nie ożenię”. Wybucham śmiechem. „Co za dziecinada – odpowiadam. Naprawdę mamy się kłócić o to, które z nas ma większą górną wargę? Niechże to będzie moja”. Ściągam górną wargę na dolną i próbuję zezować, żeby ją zobaczyć. „Ma długość kilometra – mówię – a teraz chodź. Przecież mamy wziąć ślub”.

[…]

Któregoś dnia się kłócimy, ponieważ w mojej powieści Ulica dzieciństwa pojawia się niejaki pan Mulvad, którego ulubionym zajęciem jest rozwiązywanie równań, co wywołuje w Ebbem wściekłość. „To przecież ja – mówi – wszyscy moi przyjaciele mnie rozpoznają i będą się ze mnie naśmiewać”. Żąda, żebym całkiem wyrzuciła pana Mulvada, i rzeczywiście jest on nietrafioną postacią, bo nie potrafię jeszcze odpowiednio opisywać mężczyzn, ale nie chcę się go pozbywać. „Nie rozumiem – prycha Ebbe ze złością – dlaczego nie potrafisz tworzyć swoich postaci, tak jak robi to na przykład Dickens. Po prostu odwzorowujesz rzeczywistość. To nie ma nic wspólnego ze sztuką”. Proszę, żeby na przyszłość trzymał się z dala od tego, co piszę, bo i tak w ogóle tego nie pojmuje. Ebbe oświadcza, że jest śmiertelnie zmęczony małżeństwem z pisarką, na dodatek oziębłą.  Zapiera mi dech w piersiach i nagle wybucham płaczem. Nie kłóciłam z nikim od czasu kłótni z bratem, kiedy byliśmy dziećmi i nie wytrzymuję wrogości między mną a Ebbem. Helle budzi się i zaczyna kwilić, biorę ją więc na ręce. „Dlaczego on nie może rozwiązywać równań? – pytam żałośnie. Przecież nie wiem, co taki facet może robić w wolnym czasie”. Ebbe obejmuje mnie i Helle jednocześnie. „Przepraszam, Tove, już nie płacz. Niech sobie rozwiązuje te równania, wcale nie myślałem tego, co mówiłem. Po prostu mnie to denerwuje, zrozum”.

[…]

Sama złożyłam już maszynopis Ulicy dzieciństwa i teraz, kiedy nie piszę, czuję w sobie wielką pustkę, której nic nie może wypełnić. Mam wrażenie, że wszystko we mnie wpada, a nic ze mnie nie wychodzi. Lise sugeruje, że powinnam przez pewien czas po prostu cieszyć się życiem, bo zasłużyłam na to po całej tej harówce. Ale dla mnie życie jest przyjemnością tylko wtedy, kiedy piszę.  Z poczucia bezowocności godzinami przesiaduję u Arnego i Sinne, którzy mieszkają przy Schubertsvej. To ta para, która leżała w dziecinnym łóżeczku, gdy Ebbe i ja spędziliśmy razem pierwszą noc. Arne studiuje ekonomię, tak jak Ebbe, i dostaje tyle wsparcia z domu, że nie musi pracować. Sinne jest córką rolnika z okolic Limfjord, pełną energii piegowatą dziewczyną o bujnych kształtach. Chce studiować i zaczęła się uczyć na kursie przygotowawczym, bo nie może znieść własnej niewiedzy. Mówię jej, że ja do swojej już się przyzwyczaiłam i nie potrafię się niczego nauczyć. Opowiadam, że rozwiodłam się z Viggiem F., zanim przebrnęłam przez historię rewolucji francuskiej.

[…]

Dom jest położony nisko, na jego tyłach rozciąga się pole pszenicy, a wysokie sztywne trawy i krzaki dzikich malin porastają zbocze ciągnące się do drogi, gdzie para krzywych sosen zasłania ścieżkę do domu. W środku jest duży salon ze staroświecką kuchenką na jednym końcu i malutki pokoik z dwoma łóżkami stojącymi tak blisko siebie, że kiedy nocą na chwilę się budzę, słyszę cichy oddech Ester. Śpię razem z Helle, czuję się bezpieczna i zadowolona, mając przy sobie jej ciepłe ciałko. W ciągu dnia Helle leży w wózku wystawionym na słońce, ale tak jak ja prawie się nie opala. Obie mamy jasną karnację. Ester natomiast już po paru dniach nabrała koloru. Jej zęby wydają się bielsze, a białka oczu na tle jędrnej, opalonej skóry przypominają mokrą porcelanę. Rano wstaję pierwsza, ponieważ Ester potrzebuje więcej snu ode mnie. Z trudem rozpalam w piecyku drewnem, które kupujemy od wieśniaka z sąsiedztwa, bierzemy od niego również mleko i jajka. Kuchnia daje więcej dymu niż ognia, muszę rozpalać kilka razy, nim ogień zapłonie. Potem szykuję herbatę i kanapki, a czasami zanoszę Ester śniadanie do łóżka. „Rozpieszczasz mnie”, mówi zadowolona, ścierając sen z brązowych jak jesienne liście oczu. Jej długie czarne włosy opadają prosto z gładkiego czoła. Dni spędzamy na dalekich spacerach, plotkowaniu i zabawie z Helle, której właśnie wyrżnął się pierwszy ząbek. Nigdy wcześniej nie byłam na wsi i jestem zdumiona wielką ciszą, niepodobną do niczego, co do tej pory przeżyłam. Czuję coś na kształt szczęścia i myślę, że może właśnie na tym polega używanie życia. Wieczorem często wychodzę na samotny spacer, a Ester w tym czasie zajmuje się Helle. Czuję, że zapach pól i świerkowego lasu jest intensywniejszy niż tego dnia, kiedy przyjechałyśmy. Rozświetlone okna gospodarstwa jaśnieją w ciemności jak żółte prostokąty; patrząc na nie, zastanawiam się, jak też miejscowi spędzają dni.

[…]

Mijają dni, mijają tygodnie, mijają miesiące. Zaczęłam pisać opowiadania, a zasłona odgradzająca mnie od rzeczywistości znów jest gęsta i bezpieczna. Ebbe pilnie uczęszcza na wykłady, a ja już tak bardzo się nie boję, kiedy wychodzi razem z Hjalmarem. Ku mojej uldze mniej się teraz wtrąca w to, co piszę i zostawia moje męskie postacie w spokoju. Ale po tamtej awanturze z Mulvadem zawsze się staram, aby żadna nie miała zewnętrznych cech podobieństwa do Ebbego. Wieczorami, kiedy Helle już leży w łóżeczku, Ebbe czyta mi na głos wiersze Sophusa Claussena [duński poeta – przyp. aut.] albo Rilkego [Rainer Maria, wybitny austriacki poeta – przyp. aut.].  Ten ostatni robi na mnie wielkie wrażenie, a nigdy bym na niego nie wpadła, gdyby Ebbe nie skierował mojej uwagi w jego stronę. Bardzo interesuje się też w tym czasie Hørupem [Knut, wybitny duński pejzażysta i dekorator wnętrz – przyp. aut.].  Ebbe przejęty staje w naszym małym saloniku i z nogą na krześle i ręką na sercu cytuje głębokim głosem: „Moja ręka zawsze pozostanie wzniesiona przeciwko tej polityce, którą uważam za najnikczemniejszą ze wszystkich. Tej, która polega na sprzysięganiu się bogatych i rzucaniu się na kark tym, którzy mają najmniejsze możliwości stawiania oporu, aby ich całkiem zdusić”.

[…]

Odsuwam nieco zasłonę i wyglądam na pustą ulicę. Po drugiej stronie ludzie z HIPO [ochotnicza formacja duński policjantów kolaborująca z okupantem hitlerowskim – przyp. aut.] przez okno na najwyższym piętrze kamienicy wyrzucają meble. Palą je na wielkim ognisku, pod murem stoi kobieta z dwojgiem dzieci, z rękami wysoko uniesionymi nad głową, a wydający wrzaskiem rozkazy mężczyźni trzymają ich na muszkach pistoletów maszynowych. „Biedacy – wzdycha pani Hansen ze współczuciem – ale na szczęście ta przeklęta wojna niedługo się skończy”. Zamierzam już opuścić swój punkt widokowy, gdy nagle widzę wybiegającą zza rogu kobietę i ku swojemu przerażeniu stwierdzam, że to Tutti. Jeden z HIPO krzyczy na nią i strzela w powietrze, ale Tutti już zniknęła na naszej klatce schodowej.  Kiedy ją wpuszczam do mieszkania, z płaczem rzuca mi się na szyję. „Morten nie żyje”, szlocha, a do mnie w pierwszej chwili te słowa w ogóle nie docierają. Każę Tutti usiąść i widzę, że jest w dwóch różnych butach. „Jak to nie żyje? Naprawdę? Przecież widziałam go zaledwie parę dni temu”. Tutti z płaczem wyjaśnia, że to był wypadek, zupełnie bez sensu. Morten siedział naprzeciwko oficera, który miał go nauczyć, jak obchodzić się z bezgłośnym rewolwerem, nagle jednak broń wypaliła i kula trafiła Mortena prosto w serce. „Miał tylko dwadzieścia dwa lata – mówi Tutti, patrząc na mnie bezradnie – tak bardzo go kochałam, nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam się z tym pogodzić”. Przed oczami staje mi kanciasta, szczera twarz Mortena i myślę o jego wierszu: „Śmierć poznałem już jako chłopiec”. „Dziwne – mówię – ale on tyle pisał o śmierci”. „To prawda – przyznaje Tutti i trochę się uspokaja. Jakby przeczuwał, że nie dane mu będzie długo żyć”.

[…]

Dzień później sam dzwoni i pyta, czy nie moglibyśmy się wkrótce zobaczyć. Zgadzam się i umawiamy się, że przyjdę do niego wieczorem następnego dnia. Mieszka w Instytucie Biochemii, gdzie również pracuje. Jest naukowcem. Ebbemu mówię, że idę do Nadji. O zmierzchu jadę rowerem przez Nørre Allé, gdzie drzewa stoją nieruchomo jak na rysunku. Jest lato, mam na sobie białą płócienną sukienkę, którą kupiłam od Sinne. Pokój Carla wygląda tak, jak wszystkie studenckie stancje: łóżko, stół, dwa krzesła, kilka regałów wypełnionych książkami. Kupił kanapki, piwo i sznapsa, ale niczego nie tykam. Kiedy siedzimy przy stole, oświadczam: „Jestem w ciąży i nie chcę tego dziecka. Nie wiem, kto jest ojcem”. „Aha – odpowiada spokojnie, patrząc na mnie poważnymi szarymi oczami; to jedyne, co jest w nim ładne. Ale ja ci pomogę – zapewnia. Możesz przyjść jutro wieczorem, zrobię ci skrobankę”. Mówi to tak, jakby to było coś, co należy do jego codziennych obowiązków i w ogóle sprawia wrażenie człowieka, którego nic pod słońcem nie jest w stanie wytrącić z równowagi. Uśmiecham się z ulgą i pytam: „Będziesz mógł mnie znieczulić?”. „Dostaniesz zastrzyk – odpowiada – niczego nie będziesz czuć”. „Zastrzyk?  –  pytam. Jaki zastrzyk?” „Z morfiny albo z petydyny – wyjaśnia. To drugie jest lepsze, po morfinie wiele osób wymiotuje”.

[…]

Gdybym wyznała, że zakochałam się w zastrzyku, a nie w człowieku, w którego posiadaniu się znajdował? Ale nie powiedziałam mu tego, nie powiedziałam tego nigdy nikomu. Było tak jak w czasach mojego dzieciństwa. Słodkie tajemnice ulegały zniszczeniu, jeśli zdradziło się je dorosłym.  Obróciłam się na bok i zasnęłam. Następnego dnia Helle i ja miałyśmy się wyprowadzić do pensjonatu w Charlottenlund, który znalazł dla nas Carl. To był pensjonat dla starszych samotnych pań. W pokoju stały wyściełane kretonem wiklinowe meble, fotel bujany z zawieszoną na oparciu poduszką pod plecy, wysokie żelazne łóżko z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i nieduże damskie biureczko, które prawie się zawaliło, gdy umieściłam na nim swoją solidną maszynę do pisania. Nawet szczebelkowe łóżeczko Helle wydawało się toporne w tym kruchym otoczeniu, nie mówiąc już o samej Helle. Ruszyła do zabawy w statek na odwróconym fotelu bujanym i już pierwszego dnia zaczęła obgryzać ohydnie brzydką naturalnej wielkości figurę Chrystusa ustawioną za biurkiem. Była w tym czasie na etapie jedzenia wapna ze ścian. W klasztornej ciszy tego miejsca jej przenikliwy dziecięcy głosik rozbrzmiewał z prowokującą intensywnością i starsze panie jedna po drugiej stawały w drzwiach, domagając się odrobiny spokoju. Nie wiem, dlaczego w ogóle pozwolono nam tu zamieszkać. Gdy następnego dnia rano zaczęłam pisać na maszynie, w całym pensjonacie zapanowało wrzenie, a kierowniczka, również starsza pani, przyszła do mnie z pytaniem, czy takie hałasy są konieczne. Wyjaśniła, że wszystkie jej pensjonariuszki to osoby, które wycofały się z życia, i nawet rodziny traktują je jak zmarłe. W każdym razie nigdy ich nie odwiedzały, czekając tylko, aż odziedziczą po staruszkach odrobinę pieniędzy i wreszcie będą mieć z nich jakiś pożytek. Uważnie przyglądałam się starszej pani, gdy o tym mówiła, ponieważ chciałam zostać w tym pensjonacie. Podobało mi się to miejsce, pokój i widok na dwa młode klony, między którymi zawieszono hamak z wystrzępionej sieci rybackiej, ciągle jeszcze pokryty śniegiem, chociaż był już prawie marzec. Starsza pani miała naznaczoną chorobą, ale łagodną twarz o pięknych, miłych oczach i wzięła Helle na kolana tak ostrożnie, jakby to silne, zdrowe dziecko mogło rozpaść się na kawałeczki przy najlżejszym dotknięciu. Umówiłam się z nią, że nie będę używać maszyny między godziną pierwszą a trzecią po południu, kiedy panie odpoczywają. Obiecałam też, że od czasu do czasu będę odwiedzać pensjonariuszki, skoro krewni całkiem o nich zapomnieli. Lubiłam towarzystwo tych spośród pań, które nie były zupełnie głuche i którym skazanie na dożywotni pobyt tutaj nie przydało złości i rozgoryczenia.

[…]

Oddałam do wydawnictwa zbiór opowiadań i chwilowo w ogóle nie miałam ochoty na pisanie. Niemal stale myślałam o tym, jak skłonić Carla, żeby znów dał mi petydynę. Pamiętałam, że nazwał ją środkiem przeciwbólowym. Na co mogłam się poskarżyć? Z jednego ucha po starym nieleczonym zapaleniu ucha środkowego od czasu do czasu coś mi się sączyło i któregoś dnia, kiedy leżałam u Carla na łóżku i obserwowałam, jak krąży po pokoju, gadając trochę do mnie, a trochę do siebie, nagle złapałam się za ucho i zawołałam: „Ojej, ależ mnie tu boli!”. Podszedł i przysiadł na brzegu łóżka. „Bardzo?”, spytał ze współczuciem. Skrzywiłam się, jakby ból był trudny do zniesienia. „Tak – odparłam – to nie do wytrzymania. Od czasu do czasu napada mnie taki ból”. Przysunął lampę, żeby mi zajrzeć do ucha. „Coś ci z niego leci – stwierdził przerażony. – Musisz mi obiecać, że pójdziesz do laryngologa. Znajdę kogoś odpowiedniego”. Pogłaskał mnie po policzku. „Już dobrze, dobrze, zaraz dostaniesz zastrzyk”. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, a płyn w strzykawce zmieszał się z moją krwią i przeniósł mnie na jedyny poziom, na którym chciałam żyć. Potem Carl poszedł ze mną do łóżka, zawsze to robił, kiedy działanie zastrzyku osiągało punkt kulminacyjny. Jego uściski były dziwnie krótkie i brutalne, bez żadnej gry wstępnej, pozbawione czułości, a ja nic przy tym nie czułam. Przez głowę przelatywały mi lekkie, pogodne, beztroskie myśli. Ciepło myślałam o wszystkich przyjaciołach, z którymi prawie w ogóle się nie widywałam, i prowadziłam z nimi wyimaginowane rozmowy. „Jak to możliwe – spytała niedawno Lise – zakochać się w kimś takim?” Odpowiedziałam, że człowiek nigdy nie rozumie zakochania innych.

[…]

Gdybym nie poszła na tę kolację, moje ucho nie zostałoby zoperowane i być może wiele spraw dzisiaj wyglądałoby inaczej. Było to w okresie, kiedy Carl robił mi zastrzyki tylko okazjonalnie. Żyłam na butalginie [silny środek przeciwzapalny i przeciwbólowy, o działaniu narkotycznym – przyp. aut.] i ślady wzdłuż żył na moich rękach zaczęły blaknąć. Tak samo jak tęsknota za petydyną. Kiedy się odzywała, przypominałam sobie, że pod jej wpływem nie mogę pisać, a byłam bardzo zajęta nową książką. Życie na Ewaldsbakken przybrało prawie normalny charakter.  W ciągu dnia dużo czasu spędzałam z Jabbe i dziećmi, a wieczorami po obiedzie szliśmy z Carlem do mojego pokoju, gdzie piliśmy kawę, a Carl czytał swoje naukowe książki, mało się do mnie odzywając. Rozpostarła się między nami dziwna pustka i odkryłam, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Carl nie miał żadnego stosunku do literatury i sprawiał wrażenie, że zajmuje go wyłącznie jego fach. Siedział z fajką, którą przytrzymywał nieregularnymi zębami, wysuwając przy tym żuchwę, wyglądało to tak, jakby ta szczęka podtrzymywała całą resztę twarzy.

[…]

Przy kolacji siedziałam obok Evelyna Waugha [angielski pisarz – przyp. aut.], niewysokiego, tryskającego młodzieńczą energią pana o bladej twarzy i pełnych ciekawości oczach. Friis Møller elegancko pomagał    mi    we    wszystkich    problemach    językowych i zachowywał się tak uważnie i uprzejmie, że aż trudno było przyjąć, iż ma tak ostre pióro. Kjeld Abell [duński dramatopisarz – przyp. aut.] spytał Evelyna Waugha, czy mają w Anglii takie młode i piękne pisarki. Zaprzeczył, a kiedy spytałam, co go sprowadza do Danii, odpowiedział, że zawsze jeździ po świecie, gdy jego dzieci przyjeżdżają do domu na ferie ze szkoły z internatem, bo nie może z nimi wytrzymać. A żeby wytłumaczyć mój rzucający się w oczy brak apetytu, powiedziałam, że musiałam tuż przed wyjściem zjeść z dziećmi. W zamian sporo piłam, a ponieważ zawczasu połknęłam garść butalginu, wpadłam w bardzo radosny nastrój i gadałam jak najęta, raz po raz prowokując tych trzech sławnych panów do śmiechu. Byliśmy prawie jedynymi gośćmi w restauracji. Za oknem padał śnieg i na świecie panowała taka cisza, że słychać było silniki statków stojących daleko na wodzie. Gdy siedzieliśmy przy kawie i koniaku, Friis Møller i Kjeld Abell nagle zdziwieni zaczęli wpatrywać się w wejście do restauracji, którego nie widziałam, ponieważ siedziałam odwrócona tyłem. „Kto to, na miłość boską, może być? – spytał Friis Møller, wycierając usta serwetką. Wygląda na to, że zmierza w naszą stronę”. Odwróciłam głowę i ku swojemu przerażeniu zobaczyłam Carla maszerującego do nas w długich skórzanych butach, z kaskiem w ręku i uśmiechem na ustach tak spokojnym, jakby był na nich namalowany. „To… to mój mąż”, wyjaśniłam zrozpaczona, bo w porównaniu z tymi trzema eleganckimi panami Carl wyglądał jak jakiś Marsjanin; uświadomiłam też sobie, że nigdy tak naprawdę nie widziałam go w relacjach z innymi.

[…]

Przychodzi moja matka i siada przy łóżku. Bierze mnie za rękę, głaszcze ją. „Ojciec i ja – mówi, ocierając oczy wierzchem dłoni – uważamy, że to Carl wpędza cię w chorobę. W jaki sposób, nie potrafimy stwierdzić, ale wydaje mi się, że on ma nie po kolei w głowie. Tak dziwacznie rozmawia przez telefon i nigdy nie ma go w domu, kiedy przychodzimy”. Jabbe też potwierdza, że zrobił się bardzo dziwny. Niedawno kazał jej myć podeszwy butów dzieci ze względu na zarazki. Jabbe mówi, że po prostu się go boi. „On mnie wcale nie wpędza w chorobę – odpowiadam spokojnie – wprost przeciwnie. Próbuje mnie uzdrowić. Możesz już sobie iść? Tak mnie męczy rozmowa”. Ale niekiedy i ja myślę sobie, że Carl jest dziwny z tym swoim zbieraniem paprochów, z tymi skradającymi się krokami i zamykaniem się w swoim pokoju, kiedy go nie wzywam. Od czasu do czasu przez głowę przelatuje mi myśl, że chyba umieram, i chociaż nie towarzyszy jej żaden szczególny lęk, uznaję, że muszę wziąć się w garść i zadzwonić do Geerta Jørgensena. Ale jeśli to zrobię, skończą się zastrzyki, wiem to. Jeśli to zrobię, Jørgensen położy mnie do szpitala, gdzie będą mi podawać wyłącznie aspirynę. Dlatego cały czas to odkładam, a poza tym jestem w takim stanie, że przytomne myśli nie utrzymują się zbyt długo. Przychodzi Lise i przykłada twarz do mojej twarzy, przytulając się policzkiem. Odsuwam się gwałtownie, bo dotyk boli. Nie znoszę nacisku cudzej skóry na moją i Carl już dawno przestał ze mną sypiać. „Co ci dolega, Tove? – pyta Lise poważnie. Ty coś ukrywasz, coś okropnego. Kiedy pytamy Carla, zbywa nas”. „To choroba krwi – mówię zgodnie ze wskazówkami Carla – ale kryzys już jest pokonany. Teraz wszystko zmierza ku lepszemu. Możesz już iść? Taka jestem zmęczona”. „Czy ty już w ogóle nie piszesz? – pyta Lise. Nie pamiętasz, jak świetnie się czułaś, kiedy pracowałaś nad książką?” „Owszem – przytakuję, patrząc na zakurzoną maszynę. Dobrze to pamiętam. To wróci. Idź już”.

[…]

Piekło na ziemi. Marznę, trzęsę się, pocę, płaczę i wykrzykuję jego imię do pustego pokoju. Przychodzi Jabbe i siada przy mnie. Szlocha zrozpaczona. „On się zamknął – informuje – ja się go boję. Mam stawiać mu jedzenie pod drzwiami, zabiera je, kiedy odejdę. Nie może pani zadzwonić do innego lekarza? Pani jest tak strasznie chora, a ja nie mogę nic zrobić. Kiedy przychodzą pani przyjaciele, on mi nie pozwala ich wpuszczać. Nie chce widzieć nawet własnej matki”. „Może popada w szaleństwo – mówię – wiem, że raz już tak było”. Czuję, że będę wymiotować, Jabbe przynosi miskę i obciera mi twarz ściereczką. Proszę, żeby w książce telefonicznej odszukała numer Geerta Jørgensena i zapisała go na kartce. Przynosi mi go, wkładam kartkę pod poduszkę. Teraz nie mogę spać nawet po chloralu. Kiedy zamknę oczy, pod powiekami ukazują mi się straszne obrazy. Jakaś mała dziewczynka idzie ciemną ulicą i nagle pojawia się za nią mężczyzna. Na głowie ma czarny kaptur, a w ręku trzyma długi nóż. Rzuca się naprzód jednym skokiem i wbija dziewczynce nóż w plecy. Mała krzyczy na wyścigi ze mną. Otwieram oczy. Carl wchodzi na palcach. „Znów śniło ci się coś paskudnego? – pyta, nachyla się i zbiera paprochy z podłogi. Nie mamy już więcej petydyny, chyba zapomniałem zapłacić ostatni rachunek, ale dostaniesz jeszcze jedną dawkę chloralu”. Odmierza ją w kieliszku z miarką. Błagam, żeby dał mi jeszcze jeden kieliszek. „Niech to szlag – przeklina, ale robi to, czego się domagam. To ci przynajmniej nie zaszkodzi”. Czuję się odrobinę lepiej, a Carl głaszcze mnie po ręce, która jest jak pół jego dłoni. „To   kwestia   odżywiania   –   stwierdza z idiotycznym uśmieszkiem.  Jak przytyjesz dziesięć kilo, wszystko będzie w porządku”. Przez chwilę siedzi, pustym wzrokiem patrząc przed siebie. Potem śpiewa, fałszując: „Pieprzymy nasze dziewczyny, kiedy nam się zechce”. „To piosenka z akademika, z Regensen – wyjaśnia. W czasie, gdy tam mieszkałem, byłem wegetarianinem. Często sobie wyobrażam, że jesteś moją siostrą – mamrocze i nachyla się do podłogi. Kazirodztwo jest bardziej powszechne niż się ludziom wydaje”. Potem próbuje położyć się u mnie na łóżku, a ja po raz pierwszy czuję, że się go boję. „Nie – protestuję, odpychając go ruchem zupełnie pozbawionym siły. Zostaw mnie, chcę spać”. Po jego wyjściu nagle w jednej chwili przytomnieję. On jest chory na umyśle, mówię do siebie, a ja umieram.

[…]

Leżę w łóżku z głową lekko uniesioną znad poduszki i sztywnym wzrokiem wpatruję się w swój zegarek. Drugą ręką ocieram pot z oczu. Gapię się we wskazówkę sekundnika, bo ta wskazująca minuty w ogóle się nie porusza, a od czasu do czasu przykładam zegarek do zdrowego ucha, bo wydaje mi się, że stanął. Dostaję zastrzyk co trzy godziny, a ta ostatnia jest dłuższa niż wszystkie te lata, które przeżyłam na ziemi. Od podnoszenia głowy boli mnie kark, lecz jeśli kładę ją na poduszce, ściany zaczynają coraz bardziej na mnie napierać, aż w końcu w małym pokoiku zaczyna brakować powietrza. Kiedy kładę głowę na poduszce, to na kołdrze zaczynają roić się jakieś stworzenia, małe, paskudne, przypominające karaluchy, są ich tysiące, łażą po całym moim ciele, wpełzają mi do nosa, do ust i do uszu. To samo dzieje się, gdy na moment zamknę oczy, robaki już są na mnie i nie mogę ich powstrzymać. Chcę krzyczeć, ale nie mogę rozchylić ust. Poza tym powoli zaczęło do mnie docierać, że z krzyku nic mi nie przyjdzie, nikt na niego nie zareaguje. Zjawią się u mnie dopiero, kiedy nadejdzie odpowiednia pora. Jestem przypięta do łóżka skórzanym pasem, który przepoławia mnie w talii i utrudnia obracanie się. Nie odpinają go nawet wtedy, gdy zmieniają pode mną prześcieradło, zawsze pełne moich wydzielin. „Oni” to coś niebieskobiałego, co przelatuje mi przed oczami całkowicie pozbawione tożsamości. To oni mają teraz władzę i na nic wykrzykiwanie imienia Carla w nieskończoność, aż do ochrypnięcia, kiedy z gardła wydobywa mi się już tylko niesłyszalny szept. Jest za pięć trzecia, przyjdą o trzeciej i zrobią mi zastrzyk. Jak to możliwe, żeby pięć minut dłużyło się jak pięć lat? Zegarek przy moim uchu cyka w rytm oszalałych uderzeń serca. Może źle chodzi, chociaż bez przerwy każę im go ustawiać, może o mnie zapomnieli, może są zajęci przy innych pacjentach, których krzyki i wołania docierają do mnie z nieznanego świata rozpościerającego się za drzwiami do mojego pokoju.

[…]

Wypięto mnie z pasa i pozwolono mi iść do toalety, rzecz jasna z podtrzymującą mnie pielęgniarką. Koło mojego pokoju znajdowała się wielka sala, w której łóżka ustawiono tak gęsto, że między nimi było tylko wąskie przejście. Większość pacjentów leżała w pasach, a niektórzy mieli na rękach wielkie rękawice. Patrzyli na mnie pustymi, szklanymi oczami, a ja jeszcze mocniej przyciskałam się do pielęgniarki. „Niech się pani nie boi – powiedziała – to po prostu bardzo chorzy ludzie. Nikomu nie robią krzywdy”. Ale krzyczeli i darli się tak, że człowiek nie słyszał własnego głosu. „Dlaczego tu trafiłam? – spytałam. Przecież nie jestem umysłowo chora”. „To oddział zamknięty – wyjaśniła. Nigdzie indziej nie mogła pani przebywać, gdy panią przyjmowano. Gdy będzie pani zdrowsza, na pewno zostanie pani przeniesiona na otwarty oddział. Chodźmy – powiedziała życzliwie, podprowadzając mnie do umywalki. Proszę umyć ręce, niech pani spróbuje, czy sama może pani to zrobić”. Kiedy unoszę głowę, widzę swoje odbicie w lustrze i muszę zasłonić usta ręką, żeby stłumić krzyk. „To nie ja – zaczynam płakać. Ja tak nie wyglądam. To niemożliwe!”. W lustrze widzę wyniszczoną, postarzałą, obcą twarz z szarą, łuszczącą się cerą i przekrwionymi oczami. „Wyglądam na siedemdziesiąt lat”, szlocham, tuląc się do pielęgniarki, która przyciska mi głowę do swojego ramienia. „Już dobrze, dobrze, nie pomyślałam o tym, niech pani nie płacze.

[…]

Pewnego dnia przed południem przyszedł do mnie doktor Borberg. „Musimy poważnie porozmawiać”, oświadczył, siadając. Przycupnęłam na brzegu łóżka, patrząc na niego z wyczekiwaniem. „Wyzdrowiałam – powiedziałam – taka jestem szczęśliwa”. Wytłumaczył mi, że owszem, fizycznie jestem już prawie zdrowa, ale to najmniejszy problem. Teraz musi nastąpić proces stabilizacji, a właśnie on zajmuje najwięcej czasu. Muszę się nauczyć wieść zwyczajne życie bez żadnego wspomagania, a wszelkie wspomnienia petydyny powinny powoli znikać z mojego umysłu. „Łatwo poczuć się zdrowym i zadowolonym w bezpiecznym życiu szpitalnym – wyjaśnił – lecz gdy wróci pani do domu i napotka na przeszkody, a z tym musimy się zmagać wszyscy, pokusa znów się pojawi. Nie wiem, kiedy wyzdrowieje pani mąż, jeśli w ogóle kiedykolwiek był zdrowy, lecz nie wolno pani nigdy więcej się z nim zobaczyć, bez względu na to, co się będzie działo, a my zadbamy o to, żeby pani nie nachodził”. Doktor spytał mnie, czy kiedykolwiek bywałam u innych lekarzy, a ja zaprzeczyłam. Spytał również, czy Carl dawał mi coś oprócz petydyny, wspomniałam butalgin. „To równie niebezpieczne – ocenił. Tego także nie może pani już nigdy zażywać”. Powiedziałam mu, że zamierzam do końca życia trzymać się z daleka od takich środków, bo nigdy nie zapomnę cierpień, przez które musiałam przejść. „Niestety – odparł z powagą – zapomni pani o nich szybko. Jeśli kiedykolwiek poczuje pani pokusę, będzie sobie pani tłumaczyć, że tym razem na pewno się uda, że bez trudu będzie pani mogła zerwać z nałogiem, i zanim się spostrzeże, znów wpadnie w sidła”. Roześmiałam się beztrosko: „Nie ma pan o mnie najlepszego zdania”. „Mamy bardzo przykre doświadczenia z narkomanami – wyjaśnił poważnie – tylko jeden na stu naprawdę zdrowieje. Potem się uśmiechnął i życzliwie poklepał mnie po ramieniu. Czasami jednak myślę, że może tym jednym jest właśnie pani, ponieważ pani przypadek jest szczególny i w przeciwieństwie do innych pani ma po co żyć”.

[…]

Nagle jednak moją uwagę przykuła ładnie oświetlona witryna apteki. Lekko połyskiwały pojemniki z rtęcią i okrągłe słoje wypełnione kryształkami. Długo przed nią stałam, czując, że tęsknota za małymi białymi tabletkami, które tak łatwo dostać, wzbiera we mnie jak mroczna ciecz. Przerażona zorientowałam się, że ona wciąż we mnie tkwi jak próchno w zaatakowanym przez chorobę drzewie albo jak płód, który żyje swoim życiem i rośnie, nawet jeśli nie chce się go znać. Niechętnie oderwałam się od witryny i wolnym krokiem poszłam dalej. Wiatr zawiewał mi długie włosy na twarz, odgarniałam je na bok z irytacją. Rozmyślałam o słowach Borberga: „Jeśli kiedykolwiek znów poczuje pani pokusę…”. Po powrocie do szpitala wzięłam do ręki kawałek papieru maszynowego i zaczęłam się w niego wpatrywać. Jak łatwo byłoby przyciąć go nożyczkami do odpowiedniego rozmiaru, wypisać receptę na butalgin, a potem iść do apteki i tam ją zrealizować. Pomyślałam jednak o tym, ile dla mnie tu zrobiono, jak szczera była radość z mojego powrotu do zdrowia, i poczułam, że nie mogłabym okazać aż takiej niewdzięczności. Przynajmniej, dopóki jestem tutaj. Wyszłam do łazienki, zebrałam się na odwagę i spojrzałam w lustro. Nie przeglądałam się od tamtego dnia, gdy tak się przeraziłam widokiem własnej twarzy. Zadowolona uśmiechnęłam się do siebie i dotknęłam gładkich okrągłych policzków. Oczy miałam przejrzyste, włosy błyszczące. Nie wyglądałam nawet o dzień starzej niż wskazywał mój prawdziwy wiek.

[…]

Nadszedł czas, kiedy Victor i ja niemal ciągle byliśmy razem. Jechał do domu tylko wtedy, gdy chciał, żeby żona uprała mu i uprasowała koszulę. Mówiłam wtedy, że może za kilka lat mój los będzie taki sam. Victor miał czteroletnią córeczkę, którą bardzo kochał, i o dużo o niej mówił. Co drugi dzień urywał się z pracy, a gdy tam szedł, co godzinę rozmawialiśmy przez telefon. Był ekonomistą jak Ebbe i tak jak on bardziej interesował się literaturą. Potrafił krążyć po moim pokoju, udając księcia Andrieja z Wojny i pokoju Tołstoja lub d’Artagnana z Trzech muszkieterów. Wymachiwał w powietrzu niewidzialnym kordzikiem i odgrywał wielkie sceny walki, w których grał role wszystkich bohaterów. Jego szczupła postać poruszała się po pokoju, a z ust sypały się cytaty, aż wreszcie ze śmiechem padał wyczerpany na łóżko. „Urodziłem się w niewłaściwym czasie – mówił – jakieś dwieście lat za późno. Ale gdybym się urodził wtedy, nigdy nie poznałby ciebie”.  Brał mnie w ramiona i zapominaliśmy o całym świecie. Ledwie zaspokoiliśmy pożądanie, a już budziło się na nowo; dzieci znów były całkowicie zdane na opiekę Jabbe. „W miłości straszne jest to, że człowiek obojętnieje na wszystkich innych ludzi”, powiedziałam. „To prawda – przyznał Victor – i w dodatku zawsze kończy się to straszliwym cierpieniem”. 

[…]

Przed wyjazdem zażyłam cztery tabletki butalginu, ale zapomniałam zabrać ze sobą słoiczek. Siedzieliśmy, patrząc sobie w oczy, a kelner uśmiechał się do nas pobłażliwie. „Bóg jeden wie, co on sobie myśli”, powiedziałam. Victor się roześmiał. „Przecież wiesz – odparł – że nie ma nic śmieszniejszego od zakochania innych ludzi. Po prostu go bawimy. Nakrył ręką moją dłoń. Przypominasz odaliskę [biała niewolnica w haremie sułtana – przyp. aut.], powiedział i musiał mi wytłumaczyć, kim jest odaliska. Niebo było błękitne na całej połaci, a w śpiewie ptaków dźwięczała szczególna wiosenna radość. Na obrusie w czerwoną kratkę przysiadł wróbel i dziobał okruszki. Chwila ta zapisała się w mojej pamięci jako coś, do czego zawsze można sięgnąć i przeżyć to ponownie, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Spacerowaliśmy po lesie, trzymając się za ręce. Opowiedziałam Victorowi o swoim małżeństwie z Viggiem F. i o tym, jak nie mogłam wtedy patrzeć na młodych zakochanych ludzi. Czas płynął, w końcu Victor zaproponował, abyśmy wrócili do restauracji na lunch. Mną nagle wstrząsnął dreszcz, jakby zaatakowano mnie z zasadzki, i już wiedziałam, co to oznacza. Puściłam rękę Victora. „Nie – zaprotestowałam – wolę wrócić do domu”. „Ależ, dlaczego – zdziwił się i trochę zaniepokoił – przecież jest tak cudownie, a do domu zawsze zdążymy”. Stałam, obejmując się ramionami, jakbym chciała zatrzymać w sobie ciepło. Do ust napłynęła mi ślina i zrobiło mi się niedobrze. Nagle wypaliłam: „Zrozum, mam w domu tabletki, które bezwzględnie muszę zażyć. Bez nich nie dam rady. Możemy wrócić do domu?”. Spytał zmartwiony, co to za tabletki. Odparłam, że nazwa nic mu nie powie. „A więc ciągle jesteś narkomanką – zdenerwował się – a sądziłem, że ja ci wystarczam”. Kiedy jechaliśmy do domu, obiecałam mu, że będę stopniowo zmniejszać dawkę, bo chcę się od tego wyzwolić.

[…]

Obdzwonił mnóstwo lekarzy, którym groził interwencją Urzędu Zdrowia, więc do tych nie mogłam się zwrócić już nigdy więcej. Ale szalony głód petydyny kazał mi ciągle szukać nowych. Przestałam jeść i znowu schudłam, Jabbe poważnie martwiła się o moje zdrowie. Doktor Borberg powiedział Victorowi, że jeśli taki stan będzie się utrzymywał, to będę musiała wrócić do szpitala, ale błagałam, żeby pozwolił mi zostać w domu. Obiecywałam poprawę i zaraz znów łamałam obietnicę. Wreszcie Borberg powiedział Victorowi, że jedynym rozwiązaniem jest wyprowadzka z Kopenhagi. W tym czasie nie przelewało nam się, ale udało się wziąć pożyczkę w wydawnictwie Hasselbalch i kupiliśmy dom w Birkerød. W tym mieście było pięciu lekarzy, Victor natychmiast do nich poszedł i zakazał wszelkich kontaktów ze mną. Wreszcie zdobycie narkotyku stało się dla mnie niemożliwością i powoli nauczyłam się godzić z życiem takim, jakie było. Kochaliśmy się, wystarczaliśmy sobie nawzajem, mieliśmy też dzieci. Znów zaczęłam pisać, a gdy rzeczywistość stawała się jak ziarenko piasku drażniące oko, kupowałam butelkę czerwonego wina i wypijaliśmy ją razem. Byłam ocalona z mojej ciągnącej się latami narkomanii, ale po dziś dzień dawna tęsknota budzi się na chwilę, gdy tylko mam iść na pobranie krwi lub gdy mijam witrynę apteki. Nigdy nie umrze, dopóki będę żyła.

Tove Ditlevsen, Trylogia kopenhaska

Powieść obyczajowa Tove Ditlevsen – duńskiej poetki, prozatorki i feministki przenosi akcję tej autobiograficznej opowieści do Królestwa Danii, w samo jej serce, a zatem do stołecznej Kopenhagi, ogólnie rzecz ujmując także gdzieś w okres międzywojenny aż po koniec lat czterdziestych dwudziestego wieku. Tove tak w dzieciństwie, jak i w młodości próbuje wybić się z robotniczego zaścianka, tworząc najpierw wiersze, potem opowiadania i liryczne powieści. W kręgu swej „literackiej samotności” i w jakimś też znaczeniu w niezaradności czy nawet niesamodzielności życiowej ciągle zakochuje się w przygodnych postaciach oraz popada w związki, które nie za wiele mają wspólnego z prawdziwym uczuciem. W końcu następna „przygoda” prowadzi ją wprost w objęcia psychotycznego lekarza, który niszczy jej zdrowie i nadweręża osobowość tabletkami oraz dożylnymi zastrzykami psychotropowymi, po których samopoczucie i wena pisarska pozostają okrutnie nieskrępowanymi. Z takiego uzależnienia nikomu nie idzie się wyzwolić, gdyż narkotyczny sen staje się rzeczywistością, przed którą nigdy nie trzeba już uciekać. Opowieść o traumach z dzieciństwa, które nie pozwalają kochać siebie więcej niż powierzchownie.



powrót ››