Blog

 

27.07.2024

Czas gorszego Boga

„Nikt nie zwraca uwagi na życie,

dopóki nie próbuje go opuścić.

Ani na śmierć,

póki nie umiera.”


„Są rzeczy gorsze

 i

rzeczy najgorsze.”


„Bezwstydne

 okrucieństwo Mojr”

[…]

Właśnie takie – z sypialenką, w której każdy dźwięk odbijał się echem, z maleńkim korytarzykiem, kilkoma setkami nierozpakowanych jeszcze z pudeł książek oraz dwiema starymi walizkami na broń z czasów służby wojskowej – było miejsce, gdzie „wyrzuciło” Toma Kettle’a, by użyć słowa, którym sam się posłużył. Nawet jeśli zapomniał już o dawnych zainteresowaniach, książki pamiętały za niego. Historia Palestyny czy Malajów, stare irlandzkie legendy, porzucone bóstwa, garść przypadkowych tematów, w które przy takiej czy innej okazji zachciało mu się wetknąć ciekawski nos. W pierwszej kolejności do wyboru tego miejsca przekonał go szum morskich fal pod panoramicznym oknem, ale podobało mu się tutaj wszystko: pseudogotycka architektura łącznie z zupełnie pozbawionym sensu krenelażem, ostre kanty żywopłotu, który pełnił jednocześnie rolę parawanu i okalał teren najbardziej wystawiony na słońce, popękane granitowe molo, przycupnięta nieopodal wysepka, a nawet sterczące nad wodą poszczerbione rury ściekowe. Spokojne baseniki pływowe przypominały mu o tym wiecznie zafascynowanym chłopcu, którym był sześćdziesiąt lat temu, a odległe głosy dzieci podczas zabawy w niewidocznych stąd ogrodach stanowiły dla wspomnienia Kettle’a mgliście dręczący kontrapunkt. Mglista udręka była, jak sam twierdził, jego specjalnością. Zimny deszcz, nieustępliwe słońce,  nieszczęśni  rybacy bohatersko walczący z zawziętym prądem, by jakoś dowiosłować do wykutej w skale przystani, równie schludnej i urokliwej jak każde miejsce w New Ross, gdzie Kettle pracował jako nieopierzony aspirant – wszystko go zachwycało. Nawet teraz, zimą, którą interesował tylko jej własny nieprzyjazny ziąb.

[…]

Z lubością przesiadywał w spłowiałym od słońca wiklinowym fotelu na środku salonu, ze stopami wystawionymi w kierunku przejmującego chlupotu fal i palił cygaretki. Oglądał kormorany na zbitych gronach czarnych skał na lewo od wysepki. Sąsiad z pobliskiego domku ustawił sobie na tarasie stojak na broń i czasem strzelał wieczorami do mew i kormoranów, stojących niewinnie na skałach w przeświadczeniu, że znajdują się daleko poza zasięgiem ludzkiego zainteresowania. Kilka zwykle trafiał i padały niczym kaczki na strzelnicy w wesołym miasteczku. Tak spokojnie i cicho, jak to tylko możliwe. Kettle nigdy nie był na wysepce, ale latem widywał ludzi, którzy wybierali się tam łódkami. Przewoźnicy wiosłowali, stępki cięły prąd. On tam nie bywał i nie miał na to ochoty, w zupełności wystarczało mu patrzenie z daleka. Tylko tyle. Jego zdaniem w tym właśnie zawierał się cały sens emerytury, cały sens istnienia – trwać w miejscu, szczęśliwie i bezużytecznie.

[…] 

Nawet gdy rozmawiali, Tom czuł zobowiązanie wobec jakichś bóstw rządzących tym niby-zameczkiem i od czasu do czasu wyglądał na ciemno-miedziane morze, teraz z chwili na chwilę matowiejące od gorszego mroku. Była szesnasta, a noc już podłaziła coraz bliżej, żeby zeżreć wszystko, co napotka, aż zostaną tylko słabe światełka lamp na zatoce Coliemore, podrygujące kilka metrów od brzegu nakrapianymi ścieżkami na ciemnych falach. Latarnia Muglins poza granicami wyspy wkrótce zapłonie życiem, a po niej, jeszcze dalej, głębiej w morze, niż umiałby wskazać, bo prawie za horyzontem, jej wysokość latarnia Kish zacznie mozolnie omiatać światłem morską głębię. Pomyślał o rybach w morzu, kręcących się bez celu jak chłopaki na ulicach. Czy o tej porze roku są tam jeszcze morświny? Potężne węgorze wiją się w mroku. Czarniaki o ołowianych tułowiach dające się chwytać z absolutną obojętnością, niczym nieporadni kryminaliści. Wkrótce na starym indyjskim stoliku, który Tom wygrał dawno temu w turnieju golfowym, stanął imbryk i trzy filiżanki. Tak się akurat wtedy złożyło, że tych naprawdę dobrych graczy, Jimmy’ego Bensona i tego drugiego, jak mu tam było, McCutcheona, poskładała panująca wówczas grypa, więc to właśnie on ze swoimi marnymi umiejętnościami dźwignął na barkach cały ten dzień. Zawsze uśmiechał się na to wspomnienie, ale nie tym razem. W słabym świetle taca z polerowanego niklu mogłaby się podszywać pod srebro. Trochę tylko gryzła go myśl, że nie może zaproponować gościom cukru.

[…]

Komendant dał nam znać, że może mógłby pan nam pomóc z jedną rzeczą – zagaił ten drugi, O’Casey, człowiek jakby dla kontrastu chudy i wysoki, o budowie tak szczawikowatej, że chyba każde ubranie wisiało na nim jak na tyczce, ku rozpaczy małżonki, o ile ją miał. Na tym etapie spotkania Tom czekał, aż herbata w imbryku się zaparzy, i poruszał głową to w jedną, to w drugą. W latach siedemdziesiątych jego kolega, inspektor Butt, przyjechał z Bombaju, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat przedziwnych metod działania irlandzkiej policji – nikt tu nie miał broni palnej i Ramesh nie mógł się temu nadziwić – a Tom zaobserwował ten jego hipnotyzujący ruch i jakoś sam zaczął tak robić. Pasowało mu to do stolika. A jak, zawsze chętnie pomogę, już Flemingowi mówiłem. W rzeczy samej, Tom powiedział tak niestety komisarzowi Flemingowi, gdy wychodził z komendy na Harcourt Street ostatniego dnia pracy. Łeb mu rozsadzało po tym, jak koledzy pożegnali go zeszłej nocy – nie od alkoholu, bo był abstynentem, tylko od tego, że położył się spać o świcie. „Matka” June, żony Toma – koszmarna pani Carr – dręczyła ich oboje za czasów wczesnego rodzicielstwa, żądając, by dzieci, Joe i Winnie, do dziesiątego roku życia kładły się nie później niż o szóstej. Sekutnica była z niej jak mało kto, ale co do tego akurat miała rację. Sen to zdrowie.

[…]

Kawał drogi żeście tu do mnie przejechali, kawał drogi. Rozumiem, naprawdę. Tylko że… – zamierzał coś dodać, ale nie znalazł w ustach żadnych słów. Już czas, żeby zostawili go w spokoju, tak chciał im powiedzieć. Niech emeryci odchodzą sobie w spokoju, a młodzi niech się głowią, co zrobić w tej czy tamtej sprawie. Całe życie musiał sobie radzić z przestępcami. Parę dekad takiej roboty i wiara w ludzi idzie w piach. Przedwczesny to pogrzeb, grubo wyprzedzający twój własny. Teraz jednak Tom znów chciał w coś wierzyć. Przejeść swoje bogactwo minut, przynajmniej tych, które mu zostały. Pragnął ciszy i świętego spokoju. Pragnął… Za szybą przeleciała mewa, przecięła niebo wręcz pionowo na całej wysokości okna, nagły jasny błysk dostrzeżony kątem oka, spadający tak gwałtownie, że Kettle aż podskoczył. O tej porze roku wiatr od morza oczywiście wzmagał się zazwyczaj po zachodzie słońca, chłostał ściany domu i nawet mewę potrafił zaskoczyć. Ptak był oszałamiająco biały, choć oświetlony tylko blaskiem żarówki w salonie, a jego lot tak ciężki i niespodziewany, że przypominał raczej samobójstwo czy może egzekucję, do tego stopnia, że na chwilę wytrącił Toma z równowagi.

[…]

Stał i cały się trząsł. Ma udar czy jak? Wilson i O’Casey gapili się na niego z otwartymi ustami. Prawie znowu się roześmiał. Nie żeby chciał mieć udar, ale może teraz nawet by go ta nieprzyjemność ucieszyła, bo może wtedy by się ci dwaj stąd zabrali. Co to on mówił? Och, podła noc. No i proszę, za drzwiami już chlastała wichura. Na pewno potargała siedliska kormoranów na zimnych czarnych skałach. Jak on kochał te ptaki. A za płotem morderca. Siedzi tam z remingtonem, jeśli się Tomowi nie mylił, nie jak ten stary enfield [inaczej broń kolekcjonerska – przyp. aut.], którego on sam dostał na Malajach, by z oddali pozbawiać życia niczego niepodejrzewających ludzi. Jak śmierć zadana ręką bogów. A przecież to chyba dobry człowiek, wiolonczelista. Długie godziny potrafił poświęcać Bachowi. No, na litość boską. Wiatr sobie szalał po wyspie dla własnej przyjemności, zabawił się wpierw falami, a teraz ciskał wiadra, cysterny, rzeki całe słonej wody na zamkowe blanki. Chrystusie panie. Burza jak się patrzy. Nie będzie już litości? Zrobię nam królika po walijsku – oznajmił ponuro.

[…]

Nie tak dawno Tom dzielnie zapuścił się w gardziel National Gallery. Był zdania, że na emeryturze wypada poszerzać horyzonty i gimnastykować skostniały od lat pracy w wąskiej dziedzinie i ogólnie już obkurczony mózg. Poza tym miał legitymację uprawniającą do darmowych przejazdów, więc byłoby marnotrawstwem z niej tu czy tam nie skorzystać. No więc raz na jakiś czas jeździł sobie do miasta, porzucając samotność na rzecz mnogości, czy może nawet jakiegoś uzdrowienia, autobusem ósemką. Posnuł się wśród poważnych malowideł, po opustoszałych marmurowych korytarzach, zachwycony, pomniejszony, uciszony – po kanapce z wołowiną, spożytej w Bewley’s, musiał się raz dyskretnie oddalić do wnęki, żeby sobie beknąć – aż wreszcie, zupełnie bez planu, natknął się na maleńki obrazek. Na wszystko, co dobre, człowiek trafia przypadkiem. Spodobał mu się ten drobiazg, taki skromny wśród większych dzieł. Tak powinno się patrzeć na ludzką duszę na świecie, otoczoną przez słonie, galaktyki. Miniaturowa „scena wiejska”. Pisarro, głosiła tabliczka. Wpatrywał się w obrazek, ogarnięty nagłym przypływem siarczystej wdzięczności,  z  umysłem zapełnionym myślami o Francji i francuskiej wsi, na której nigdy nie był, i zastanawiał się, co mu przypomina osobliwy kwadracik pólka pszenicy, tak żółciutki, że niemal płynny. Dotarło do niego dopiero po wyjściu, kiedy znalazł się już na Merrion Square. Plaster stopionego sera. Horyzonty uznał za stosownie poszerzone. Następne zaś, aj, następne było jego ulubione Muzeum Historii Naturalnej kilka kroków dalej. Żebra i kości gigantycznego łosia irlandzkiego, który nie przemierza już tutejszych lasów, płetwal błękitny podwieszony pod sufitem w gorsecie własnych wielkich kości, żeliwne schody i galeryjki jak potężny szkielet jeszcze większego wieloryba otaczające go ze wszystkich stron, wieloryb w wielorybie, co chyba czyniło Toma podwójnym Jonaszem – o błogosławione, o święte miejsce.

[…]

Po wewnętrznej stronie drzwiczki wyklejone były gazetą z sierpnia czterdziestego drugiego roku, z reklamami fedor [może od typu kapelusza – przyp. aut.] i fascynatorów, po sąsiedzku z dawno już nieaktualnymi wieściami z frontu. Teraz czytać ją mogły tylko przechodzące tamtędy pająki i przelatujące mole, no i Tom, który prześlizgiwał się czasem po nagłówkach rozkojarzonym spojrzeniem. Winnie sypiała u niego na dmuchanym materacu i Tom miał już niezłą wprawę w okrywaniu go przykrótką pościelą z poduszką w misternie haftowanej poszewce, która wyszła spod ręki kolejnej bezimiennej wiejskiej rzemieślniczki. Najlepsze rzeczy w Irlandii były dziełem nikomu nieznanych dłoni. To samo dało się powiedzieć o wielu spośród najgorszych przestępstw. Tom nie był pewien, jak O’Casey i Wilson podzielą się wąskim materacem, ale w razie czego zawsze pozostawała jeszcze krótka kanapa, a ponieważ ogarniała go już lekka panika i czuł, że jako gospodarz znalazł się w pewnym kryzysie, to ułożył materac, pościel i poduszkę na kupce i pokiwał głową roztropnie niczym Archimedes, jakby potwierdzając, że potrzeby wszystkich zebranych zostały niniejszym zaspokojone, choć wcale tak nie uważał. Zrobił jednak co mógł, co mógł, spanie dostali, michę dostali, a teraz on czuł wielkie, wielkie zmęczenie, więc rzucił kilka słów, prostych i wytartych jak garść starych miedziaków, po czym poszedł do własnego wyrka. Budził się w nocy kilka razy, bo pęcherz dawał mu się we znaki, ale poza tym spał jak Drakula w jaskini.

[…]

Być może przyglądali mu się nieznajomi sąsiedzi, może zerkali na tę ludzką bryłę w czarnym płaszczu. Gdzieś tam, w którymś z domów, siedział sławny autor książek o jedzeniu, gdzieś „architekt nowoczesnej Irlandii”. Tak mu powiedziała listonoszka. A czy on nie był kompetentnym detektywem, docenianym za umiejętność dedukcji,  za  intuicję,  nagłe  przypływy inspiracji?  Owszem. A w każdym razie uważał, szczerze sądził, że tak. Nikt by nie jechał na takie wygnajewo, żeby się spotkać ze zwykłym emerytem. Emerytów posyła się w diabły – w ostateczną ciemność, pod wodę – chyba że mają jakieś wyjątkowe talenty. Z gatunku rzadkich. Kettle na to w każdym razie liczył. Nawet płacząc, wciąż chciał w to wierzyć. Odtrącił jednak wyciągnięte dłonie Wilsona i O’Caseya, przyhamował ich rozpędzoną ciekawość, ich pytania, bardzo cierpliwe próby przebicia się do niego. Dotarcia do przeklętego pustelnika usadowionego w wiklinowym fotelu – tym ukochanym. Dalkey dawało mu wiele uniesień. Jednego dnia z wody wyłoniły się delfiny. Innego cały pas morza między jego domem a wyspą zasrebrzył się od maleńkich rybek, dla których zjedzenia makrele ryzykują życiem. Miliony, miliardy rybek. Mrok Dalkey nawet w najgęstszej czerni zachowywał szczególny blask, połyskliwą aurę, jak bazalt. Oj, oj, świat był dla niego za trudny. Naprawdę. Nie. Wstrętne kłamstwo. Sam siebie okłamywał, jak maniak, jak popaprany kryminalista, winien zbrodni tak ohydnych, że nawet przed sobą nie potrafi się do nich przyznać. Wziął ich zainteresowanie i cisnął im je prosto w twarz, zachowywał się jak ślimak, co wlazł na ścieżkę z soli, nie było w tym nic profesjonalnego ani nawet ludzkiego, a co dopiero godnego podziwu. Jak miałby postąpić inaczej? Ich wizyta wytrąciła go z równowagi, wyrwała z milczenia, przeraziła, owszem, przeraziła. Stanowiła akt terroru, ale skąd mieliby o tym wiedzieć,  intencje  mieli tak dobre,  że należałoby je nagrodzić medalem.

[…]

Zwlókł z siebie płaszcz jak złą myśl i upuścił na podłogę. Prawie usłyszał, jak z desek boazerii sączy się karcący głos Winnie. Poszedł do szafeczki, pamiętał, że leży w niej całkiem długi kawał sznura. Każdy głupi umiałby zawiązać pętlę, najprostszy węzeł świata. Później jednak zaczął łazić po mieszkaniu jak ciołek w poszukiwaniu czegoś, do czego mógłby ją przyczepić. W kuchni ze ściany pod sufitem wystawał jakiś pręt, ale po co? Tego Tom nie wiedział. Może to na warkocz cebuli albo jakieś nieobecne już urządzenie. A może to szpilka spinająca dwie fałdy wszechświata? Nie sądził jednak, żeby pręt utrzymał jego ciężar. Niczego innego nie znalazł. Sam się przed sobą wstydził. Stanął przy oknie i popatrzył na morze, przypominało milion szarych talerzy kotłujących się w kanale. W górę, w dół, sztuczka za sztuczką. Jak w cyrku, wirujące spodki na patykach. Duffy’s Circus, w tysiąc dziewięćset którym? Czy to wspomnienie? Talerze obiadowe, tak, obiadowe, dokładnie tak wyglądały. Osobliwe zjawisko na kilka chwil pochłonęło jego uwagę. Następnie zauważył chłopca, który przed świętami wprowadził się z matką do mieszkania w wieży, mały biegł przez podwórko z dziwnym kijkiem w dłoni. Czarna tyczka ze srebrnym końcem – Fred Astaire mógłby z taką tańczyć. Dziecko wymachiwało laseczką na wietrze. Żywopłoty wokół zacisznego zakątka, który stworzył tu może pan Tomelty, a może jeszcze poprzedni właściciel, wyginały się i dygotały na wietrze jak krąg potężnych ogierów. Chłopiec poruszał się bezdźwięcznie, bo okno było zamknięte, ale dało się zgadnąć, że śpiewa. Teraz wirował wokół własnej osi, jakby kręcenie patykiem mu nie wystarczało, wirował w krótkich portkach, szczęśliwy na wietrze, na zimnie, niczego nieświadomy.

[…]

No i co on miał zrobić? Czy był pierwszym człowiekiem w historii, któremu poszukiwania samobójczego ukojenia przerwał dzwonek do drzwi? Nie. Tylko ile razy ktoś zapukał do niego przez ostatnich dziewięć miesięcy? A teraz – już dwukrotnie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Cały ogień, cała złość uszły z niego w jednej chwili. A z nimi siła. Świat domagał się, by Tom wkroczył z powrotem w życie. Och, znowu, znowu. Nie miał na to żadnej rady. Czuł, że lepiej byłoby odejść, naprawdę, i gdyby tylko znalazł jakieś porządne wieszadło dla sznura, miałby już za sobą piękne staroświeckie kowbojskie adios. Nie do końca, ale mógł sobie przynajmniej tak myśleć. Tak naprawdę sam siebie prawie na śmierć przeraził. Akt gorączkowego poszukiwania haka wyglądał teraz w jego głowie o wiele straszniej niż groza, która go do tego popchnęła. No nic, przyszło, poszło. Teraz już twardo stał na ziemi. Matko święta, oby tylko nigdy nie ogarnęło go takie samolubstwo, żeby opowiedzieć o tym Winnie. W poszukiwaniu współczucia. Dziecko musi wierzyć, że ma silnego ojca. To szczepionka, podstawa bezpieczeństwa. Jedynym wyzwaniem okazało się podejście do drzwi. Tom miał wrażenie,   że   podłoga   rozciąga   się   daleko,   daleko, w nieskończoność. Czuł się jak ten chłopaczek z dziewczyną na rowerze w Butchu Cassidym i Sundance Kidzie – o nie, nie że taki szczęśliwy, po prostu oni też się poruszali w zwolnionym tempie. Przy dźwiękach tej głupiutkiej piosenki, którą uwielbiała June i którą przez całe lato w kółko nuciła pod nosem. Raindrops Keep Fallinon My Head. Który to rok, siedemdziesiąty? Niesamowite, że po wszystkim, co się im przydarzyło, dalej potrafili (i to jak potrafili!) robić zwykłe rzeczy i się nimi cieszyć. Chodzić do kina. Co za rozkosz! Bar Pavillon. Autobus z Deansgrange. Ona z małym plecakiem, bo przecież nie z torebką. Mówiła o sobie, że jest prawdziwą hipiską. Idź mi z tymi torebkami! Nosiła dzwony. Oboje dzieci urodziła po dwudziestce. Miała figurę młodej dziewczyny.

[…]

Znów stanęli przed furtką Toma, Fleming wziął trzy duże machy papierosa. Majory to krótkie szlugi, więc i tak by na długo nie starczyło,  ale  Fleming w połowie drogi do filtra wypuścił w deszczowy mrok kłąb dymu. Latarnia w oddali słabo go oświetlała, tak że przez sekundę Fleming wyglądał, jakby miał w ustach wielki biały róg, który zaraz rozpłynął się w powietrzu. Pstryknął kiepa przed siebie, jakby zamierzał nim pogonić dym. Palił niczym kobiety z wyższych sfer w filmie. Bezwstydnie. Bracia Marx, ta pańcia z wielkim biustem. Kacza zupa. Tom uśmiechnął się na tę myśl. Jack Fleming zebrał się w sobie – no to jazda z tym, pomyślał Tom – nagle znów w roli poważnego policjanta, choć życzliwego, najżyczliwszego z przyjaciół, zwrócił twarz ku niemu, starając się jakoś skurczyć całą swoją potężną postać, wydać się mniejszym. Tom wiedział, że tamten rzucił piórko do wody i modli się teraz, by poczuć ciężar łososia. Doskonale wiedział i nie miał pretensji. Nie, nawet to doceniał. Lepsza opcja niż nieistniejący hak na ścianie, na suficie. Sznur w mosiężnej łusce niczym grzechotnik w koszyku fakira.

[…]

Odprowadził go poważnym spojrzeniem. Olbrzym. Z równą powagą wrócił do mieszkania, spokojnymi rękoma zsunął płaszcz i rzucił na przywykłe już do tego krzesło. Przez chwilę trzymał jeszcze obie dłonie przed twarzą,  oglądając  je z uwagą i zainteresowaniem, bo ostatnio zauważył w nich niewielkie drżenie. Teraz ani śladu. Mógłby nimi rozbroić bombę z czasów wojny, bez problemu. Przed snem rozsmarował trochę pasty na tych zębach, które jeszcze miał, i wyszczotkował te włosy, które jeszcze miał, tak jak to robił całe życie. Brat mu powtarzał, że jak będzie myć zęby dwa razy dziennie, to mu do pięćdziesiątki posłużą – jedyna prawdziwa rzecz, jaką ten człowiek kiedykolwiek powiedział. Jutro trzeba będzie się wybrać po nową szczoteczkę. W sypialni, oświetlonej jedynie nieziemskim blaskiem burzowego księżyca, zdjął ubranie i złożył w kostkę, wszystko po kolei, tak, jak go nauczyli, młodego rekruta w Phoenix Park, z powagą umościł się pod kołdrą i złożył stare dłonie na piersi, jakby go tak odpicował sumienny grabarz, i ze spokojem w sercu udał się na poszukiwanie zasłużonego odpoczynku.

[…]

Oczywiście gdy zasnął, jego historia trwała, a mózg dalej ją opowiadał, już w oderwaniu od jawy. W każdej sekundzie przez jego ciało przetaczały się setki bilionów neutrin. Dla każdego z nich Tom Kettle składał się z wielkich pustych przestrzeni, tak przepastnych jak odległości między układami słonecznymi, był tak ogromny, że w ogóle go nie było, a przynajmniej nie dałoby się na niego wpaść. Na górnej krawędzi zasłon w małym okienku wychodzącym na rododendron przysiadły, o czym Tom nie miał pojęcia, trzy czerwono- czarne motyle, żeby przeczekać tam zimę. Ciepło, które mogłoby je zbudzić, nigdy tamtędy nie przepływało o tej porze roku, bo Tom nie uznawał ogrzewania sypialni. Uznawał za to wełniane skarpety i starą kamionkową butelkę na wrzątek, która towarzyszyła mu w łóżku od śmierci June – w tym samym zresztą małżeńskim łóżku, choć w innym domu, tym ich starym, w Deansgrange, w pobliżu słynnego cmentarza. Za wezgłowiem rozciągał się gęsty labirynt pajęczyn, siwy jak zmrożony kłąb dymu, a w nim mieszkała wielka pajęczyca żywiąca się roztoczami i kołatkami. Sypiał w rojnej menażerii najrozmaitszych stworzeń. Na drewnianej szafce zalegały teczki i papiery z pracy, których nie dał rady wyrzucić po przejściu na emeryturę, choć miał dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności, że już nigdy do nich nie zajrzy, tam też znajdowało się eleganckie puzdereczko na medal Scotta za odwagę, choć samego medalu w nim nie było. Kettle przewidział nawet, na który śmietnik wywali to wszystko pan Tomelty, gdy Toma już nie będzie na świecie, nawet nie spoglądając na te papiery, choć tyle w nich ludzkich historii, tyle cierpień i przestępstw – na jego starannie spisywane notatki o morderstwach i rabunkach, zawsze bardzo pomocne w osiąganiu nagłych olśnień, które tak cenił Fleming. Tom nie mógł się nadziwić. Rzeczy zapisuje się po to, żeby je zobaczyć, po raz pierwszy w całości zobaczyć. Zapisz i próbuj uchwycić. Setki zapełnionych stron mieszkały na topornej szafce. Przez nie też przepływały neutrina, biliony obojętnych, neutralnych neutrin spływających na podłogę, w ziemię i przez ziemię niemal z prędkością światła. Przelatywały przez jego wzburzony umysł, przez wszystkie jego iskry i kanały, przez rozkasłane białym szumem radio Toma Kettle’a, przez jego palce, cudownie uspokojone wizytą Fleminga. Przelatywały przez jego bezbronną duszę, obiekt tak wielki, że też nieobecny, przynajmniej dla neutrin. Ale czy to, że Tom Kettle w ogóle nie istniał z perspektywy maleńkiej cząsteczki, oznaczało, że jest całkiem nieważny? Może Bóg go widzi? A co z motylami, co z pajęczycą, roztoczami od pokoleń walczącymi o życie w starym dywanie? Owszem, owszem, z ludzkiego punktu widzenia istnieje tylko wieczny pośpiech, wieczne pożegnania.

[…]

Po nocy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Kartony pełne książek, stare zdjęcia w ramkach, wyblakłe sceny z życia, wyblakli ludzie, wszystko ciemne, ociekające bladą zupą księżycowego światła. Tom nie lubił zapalać lampy, bo czuł wtedy, że mijane przedmioty mają do niego pretensje. Coś drgnęło w pogodzie za oknem, zniknęły gęste chmury, wiatr ustał, a rozlewisty błękitny poblask haratały skrawki księżyca i strzępy chmur. Ciemny, stalowy poblask. Wyspa i skalista mielizna nagich czarnych skał. Morze wzdychało niemo, unosiło się i opadało jak brzuch płaskiego, chudego człowieka, który głęboko śpi. Tom zawsze dziwnie się czuł podczas tych nieplanowanych wybudzeń, kiedy wdzierał się jak intruz w prywatność rzeczy martwych, prywatność tak głęboko przez nie pożądaną. Fotel, stół, dywan, różne drobiazgi, każdy przedmiot pragnął być sam, jak Greta Garbo. Brnął zatem przez mrok, tu obił się o coś łokciem, tam biodrem, aż docierał na posterunek toalety. Znał wszystkie sprawki swojej prostaty, bo jego dobry lekarz mu je objaśnił. Wprowadzono mu palec wiadomo gdzie w celu starannego zbadania nabrzmiałego gruczołu. Podczas całej tej procedury doktor Brownlee opowiadał wesoło o swoich koniach i ogrodzie.

[…]

Pierwszy dzień wiosny to jednak kwestia wiary, coś jak sprawa Matki Boskiej między katolikami a protestantami. Wiosna pogańska, najwcześniejsza. Wiosna June. „Przynajmniej wreszcie przyszła wiosna”, mówiła w czarny jak wnętrze pieca lutowy ranek. Tom usadził tyłek na wiklinowym fotelu. Teraz, kiedy już postanowił, jaki obierze kierunek, jaki będzie jego następny ruch, nie miał ochoty żadnych w ogóle ruchów wykonywać. A co mu tam, zjadł na śniadanie trzy herbatniki z czekoladą. Morze, wyspa, skały, latarnia morska, wszystko salutowało mu na dzień dobry. Radość najjaśniejsza go opromieniała – nawet mu nie przeszkadzało, że będzie mieć swój kres, jak wszystkie radości. O, jak on kochał June. Kiedy żyła, potrafił niewiarygodnie długo ciągnąć, nawet o tym nie pomyślawszy, aż nagle, bez żadnego nasuwającego się powodu, widział ją kątem oka, dostrzegał jakiś jej gest i od nowa go rozkładało. A teraz, chociaż przez tę godzinę, kiedy promienie porannego słońca wpadały do pokoju i obmywały mu twarz, nie interesowało go nic ani nikt. Tulił wspomnienie żony, jakby wciąż była żywą istotą. Jakby nikt nie został zmiażdżony, wypędzony z korytarzy życia, jakby siła jego miłości mogła to sprawić i utrzymać ją, lekką, wieczną, w objęciach zwyczajnego dnia. Słońce wbijało miliony szpilek w zadorszone morze, cała połać tak migotała, jakby lada chwila miała zapłonąć żywym ogniem. A on, sam, zupełnie sam, uśmiechał się, uśmiechał. Zamknął oczy. Otworzył. Morze wciąż było tam, gdzie wcześniej.

[…]

Stary doktor Brownlee ostrzegał go przed cygaretkami. Tom nie wyznał całej prawdy – najpełniejszej, najprawdziwszej – Flemingowi. Nawet ci, których kochamy, nie zawsze potrzebują prawdy. Wręcz przeciwnie. Przez kilka ostatnich miesięcy był całkiem wstrzemięźliwy. Kwadratowa puszeczka kryła się między poduszką a drewnianą ramą łóżka. Tam teraz mieszkała, bo czemu nie? Była pod ręką. Otworzył pokrywkę. Wydała przyjemny blaszany odgłos. Hamletyczny wręcz. Wyjął cygaretkę. Krótka, cienka, barwy torfu. Szurnął zapałką o draskę, odpalił i już ten przeszywający luksus dymu, gorąca w płucach, w ustach. Ukochany gorzki smak tytoniu.

[…]

No cóż, dużo można wywnioskować z czyjegoś głosu, jeśli uda się przekonać człowieka, by się odezwał. Wzrokiem da się rozpoznać tylko fragment historii. A gdyby tak morze umiało mówić? Albo głębiny między lądem a wyspą? I ptaki w powietrzu? Tom przepakował swój niewielki zasób przyborów do czyszczenia itp. do plastikowej siatki ze spękanym kolorowym nadrukiem, którą przyniósł zwiniętą w kłębek, w kieszeni. Główna ulica w wiosce odbijała przed nim lekko w bok, jakby przez wieki wydeptały ją tak krowy. Obywatele w całej swej różnorodności mijali go na wiekowym chodniku. Tomowi nadal niełatwo było się uznać za jednego z nich. Nie zgasł jeszcze stary instynkt – zawodowy dystans. Wnikliwa niedostępność, którą doprowadził do perfekcji, zwłaszcza w pobliżu krwawych przestępstw. Kiedy ginęły dzieci, a nawet zwierzęta. Kiedy na ziemi znajdowano młode dziewczyny, powalone pięścią lub butem. Dawniej, kiedy żony chodziły pobite i zakrwawione, nie należało zapuszczać się dalej niż za próg. O tak. Wolno było sprawdzić, czy ofiara oddycha, ale nic poza tym. To samo z dzieciakiem, choćby tak złojonym, że patrzeć trudno – to też policja musiała zostawić w spokoju. Takie zasady wpajał policjantom dowódca komendy i co twardsi detektywi. Mężczyzna, choćby i największy frajer, był przy kobiecie król. A jak dziewczyny uciekały z pralni czy dzieciaki z sierocińców, to trudno, trzeba je było zwracać na miejsce. Tom nie umiałby wskazać żadnego regulaminu, który nakazywałby mu tak robić. To była sprawa ponad prawem. Tego się po prostu oczekiwało. Wydziwne metody pracy policyjnej, ale Kettle nigdy nie podchodził do tego inaczej jak posłusznie. Nigdy nic nie zrobił, poza tym jednym razem, kiedy zrobił.

[…]

Tom ruszył pospiesznie za panem Tomeltym, nie zważając na plastikową siatkę z zakupami obijającą mu się o nogę, bo ogarnął go nagle strach, że zgubi gospodarza albo że zgubi się sam. Najprawdziwsza panika. Pan Tomelty jednak czekał na niego z uśmiechem. Jego rzadkie włosy, uchwycone między mrokiem holu a światłami pomieszczenia za nim, wyglądały jak aureola na płaskorzeźbie, na malowidle z wizerunkiem średniowiecznego świętego. Tom doskonale wiedział, że w żadnej epoce świętych nie było, tylko ludzie dobrzy i źli, a czasami tego i tego po trochu w jednej butelce. Pan Tomelty wskazał głową za nieznajomym, który zniknął już za drzwiami. A to był właśnie nasz koleżka – wyjaśnił. Aha. Tom jednak czuł, że stoi w obliczu nowego wyzwania. Przez chwilę milczał, po czym ruszył posłusznie za gospodarzem. No i proszę bardzo, na końcu obskurnego korytarza czekał jednak imponujący pokój, jakiego Tom w ogóle się już nie spodziewał.  Były tam trzy okna,  każde  w oprawie zasłon z eleganckim obszyciem, zebranych po obu stronach tak, że widać było między nimi ciemne szyby połyskujące odbitym światłem. Czarny jak atrament wieczór odbierał przyjemność podziwiania krajobrazu, ale Tom świetnie wiedział, jaki rozciąga się za nimi widok, bo znał go doskonale z perspektywy własnej grzędy na wiklinowym fotelu. Przemknęło mu przez myśl, że wszyscy mieszkańcy, co warto zauważyć, mają przyjemność patrzeć na to samo, a jednak są od siebie nawzajem całkiem odcięci, jak obcy ludzie albo gorzej. Każdy skrawek wolnego miejsca w salonie zajmowały rodzinne fotografie; były ich takie ilości, jakby ci ludzie mnożyli się bez ustanku i umiaru. A na półkach książki, jedne stojące, inne przewrócone. Przypominały Tomowi dane w pamięci prymitywnego komputera. Światło bibliotecznych lamp padało mu na buty. Podeszła do niego nieduża kobieta, jakby chcąc zablokować gościowi drogę w głąb pomieszczenia, i chwyciła go za prawą rękę. Wytrąciła go tym gestem z równowagi. Sukienkę miała tej samej barwy co cienie. Znów myślał o duchach, o niczym innym chyba nie potrafił. Dłonie kobiety były ciepłe, jakby dopiero co ogrzała je przy ogniu, ale żadnego ognia Tom się nie dopatrzył. Temperatura we wnętrzu była znośna tylko dzięki długiemu grzejnikowi elektrycznemu,  który  postrzykiwał sobie od czasu do czasu w kontrze do uśmiechniętego milczenia kobiety.

[…]

Wkrótce się dowiedzieli [Tom i duch-przywidzenie zmarłej małżonki Tomelty’ego – przyp. aut.], że Tom jest wdowcem i że stracił dzieci. On natomiast odkrył, że pani Tomelty jest ekspertką na cały kraj od róż herbacianych, bardzo pojemny temat, jak się okazało. Tom myślał sobie może naiwnie, że róża herbaciana to po prostu jedna z odmian tego kwiatu, o ile w ogóle kiedykolwiek przyszło mu do głowy się nad tym zastanawiać. Sam miał jakąś tam wiedzę na temat dzikich kwiatów, bo wiele je łączyło ze zwłokami, a konkretnie z miejscami, w jakich się nieboszczyków znajdowało, no i nierzadko wplątywały się im w swetry czy we włosy. Postanowił o tym jednak nie wspominać. Gospodyni pokazała mu książkę wydaną przez Dublińskie Towarzystwo Królewskie, którą, jak się okazało, sama napisała. Tytuł wytłoczony eleganckimi złotymi literami głosił: Róże herbaciane. Eliza Tomelty. Wyglądało to jak rodzinny egzemplarz Biblii, gruby, oprawiony w skórę. Pan Tomelty wokół wszystkiego, co mówiła małżonka, pozostawiał kilkucentymetrowy margines milczenia, jakby poprzysiągł sobie, że nigdy jej nie zagłuszy ani nie przerwie, czy z miłości, czy ze strachu, tego już Tom nie mógł wiedzieć. Może ostatecznie sprowadzało się to do tego samego, żeby się tak teatralnie wyrazić. Tom podziwiał ich oboje. Sukienka gospodyni była z ciemnego wzorzystego nylonu. Kobieta to zakładała nogę na nogę, to zdejmowała. Czyżby naprawdę dostrzegał maleńkie błyskawice przebiegające po jej udach obleczonych w elektryzujące pończochy? Dopiero teraz, o tak późnej porze – niemal pod koniec ożywczego wiosennego dnia – zauważył, że pan Tomelty ma pod szyją muszkę. Zieloną jak agrest. Jakoś nie rymowała mu się z tym panem w uwalanych ziemią gałganach, który ileś miesięcy temu chciał pożyczyć od niego cukier. Znów uderzyła go myśl, jak obcy i tajemniczy są dla niego ci ludzie, a przy tym – jak rozpoznawalni. Miał poczucie, że od razu ich zna, a to z kolei sugerowało, że cała rasa ludzka jest jakoś w miarę jednolita. Ogólnie podobna. Jak gdyby po świecie chodziło z dziesięć odmian człowieka. Często tak sobie myślał, jedząc ten swój policyjny chleb powszedni. A jednak gdyby mu ktoś z gnatem przy głowie kazał mówić szczerą prawdę, Kettle musiałby przyznać, że każde z tych dwojga jest jednostką zupełnie nietypową. A zatem kojarzył ten typ natychmiast i nie kojarzył wcale, i być może nie powinien się łudzić, że kiedykolwiek przejrzy ich na wylot. W kącie pokoju stał jednorożec z rogiem ze srebra, a może z białego złota. Uniósł delikatne prawe kopyto i spoglądał niewinnie spokojnymi oczyma. Pan Tomelty i małżonka nie zająknęli się ani słowem na temat tego stworzenia. A ono stało sobie, ewidentnie i tak zupełnie po prostu.

[…]

Kim on zresztą był – tego nie wiedział. Czy faktycznie ma na nazwisko Kettle? Czy to w ogóle jest nazwisko? Kettle – czajnik w kuchni. Joseph świetnie się orientował w różnych rodzajach czajników używanych przez rdzennych mieszkańców Ameryki, choć w Nowym Meksyku takich nie mieli. Tom miał kiedyś głowę pełną tego typu informacji – tak zwanej wiedzy bezużytecznej. Nigdy nie miał dość. Zanim Joemu klepnęli wreszcie w dziewięćdziesiątym pierwszym zieloną kartę, chłopak szukał książek o rdzennych plemionach, bo jedyną pracą, na jaką mógł liczyć, było zastępstwo w pueblu w Albuquerque. Ale jak on się cieszył, że wyjedzie i wyrwie się z Irlandii, po wszystkim, co się stało – tak się cieszył. Toma ta jego radość dźgała jak nóż, owszem, ale dobrze ją rozumiał. Przygoda. Nowy start. Dać koniowi ostu, konia do pługa i niech ziemię przewraca. „Tylko na grzechotniki uważaj”, ostrzegł, kiedy odwoził syna na lotnisko w Dublinie. „Dobrze, tata, dobrze”. Uśmiechnięci, weseli. A w oczach łzy, u jednego, u drugiego.

[…]

June miała zaledwie trzy lata, kiedy zmarła jej matka. Matka równie piękna, jak ona sama, jeśli wierzyć maleńkiemu zdjęciu. Gdzie jest teraz? Miał nadzieję, że go nie zgubił. Jak miała na imię? June nigdy się nie dowiedziała. Te parszywe zakonnice nic nie chciały powiedzieć. Raz prawie udało jej się to ustalić. Kiedy miała jedenaście lat, zakradła się do sekretariatu w sierocińcu, by poszukać swojej teczki. Inne dziewczynki twierdziły, że zakonnice trzymają tam informacje o każdej z nich. Wielkie, ponure pomieszczenie. W długim biurku bez większych trudności znalazła teczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem na okładce, wyjęła, a ze środka wypadło małe zdjęcie. Nic więcej tam nie było, pusto. Wtedy do sekretariatu weszła zakonnica i się zaczęło: wrzaski, furia, kara. June zdążyła jednak schować sobie zdjątko w majtki i już, miała je tylko dla siebie. Nie znalazła żadnych imion, faktów, dat, nic, ale matka wpadła jej prosto w dłoń, a zakonnice nie miały o tym pojęcia. Wierzyła, że kobieta na fotografii była jej matką, choć z tyłu nie widniał żaden podpis, a Tom mógł potwierdzić, że ich podobieństwo jest uderzające.

[…]

Miał pójść się spotkać z Flemingiem, no oczywiście, że miał, tego dnia albo jutro, ale następnego poranka zjawiła się – bez zapowiedzi, święte prawo każdego dziecka – Winnie. I jaki to był poranek! Kiedy poszedł jej otworzyć – jeśli ma co chwilę gości wpuszczać, to będzie trzeba w końcu naprawić te zgrzytające drzwi, bo wstyd się robi, no wstyd naprawdę – wczesnowiosenne słońce harcowało już w ogrodzie od frontu. Kwiaty rododendronu zaczynały brązowieć na brzegach, lecz nadal płonęły wyrazistym fioletem. Przez chwilę wydawało mu się, że wokół krzaka kotłują się pszczoły zbierające nektar, że słyszy ich gęste brzęczenie, ale uznał, że najpewniej tylko mu się wydaje. Przed wejściem zaś stała Winnie, ubrana w legginsy – bardzo dobry wybór, nogi miała po matce – i wełnianą sukienkę, jedno i drugie w poważnej szarości, bardzo eleganckiej. Na wierzch narzuciła ten swój cudowny musztardowy płaszcz, który bardzo go za pierwszym razem rozbawił, bo projektant namalował na plecach prawdziwą farbą twarz Marilyn Monroe. Teraz nie mógł jeszcze podziwiać Marilyn, tylko śliczną, znajomą twarz córki. Ależ żałował, że nie zdążył posprzątać mieszkania. Córcia mu się „porozgląda”, jeszcze jak.

[…]

Kiedy już poszła – niedługo później, albo przynajmniej tak mu się wydawało, bo popołudnie przechodziło w wieczór i dzień przeleciał nie wiadomo kiedy, nie do wiary, ale cóż, Tom doskonale wiedział dlaczego: bo był taki szczęśliwy – umył jej kubek w zlewie, płukał zawzięcie, żeby zapobiec przebarwieniom od herbaty. Dobrze wiedział, jaki to zdradliwy napój. Jedno płukanie, drugie. Jak on ją kochał. Winnie: prosty, kompletny zestaw. Pokręcił głową na Ramesha. Kompletna córka, komplet córczany. Jak komplet herbaciany. Dostali taki od pani Carr w prezencie ślubnym, ceramika z Arklow – z biegiem lat wszystko się wytłukło na tej przeklętej kamiennej posadzce w kuchni, co do talerzyka, co do filiżanki. Może dzbanuszek do mleka się gdzieś uchował. Albo waza na zupę? Niewykluczone. Winnie, Winnie. Jak ona się ułożyła w salonie, w tym jego świętym fotelu, jak na obrazie. Tom nie wyobrażał sobie świata bez Winnie. Joego też kochał, kochał syna bardzo, ale świat pozbawiony córki po prostu nie mieścił mu się w głowie. Jaka ona pewna siebie. Zaśmiał się pod nosem, wycierając kubek ścierką jeszcze długo po tym, jak nie było już na nim kropli wody, tak po prostu, bo lubił ten ruch ręką, ha, ha, ha. Potrząsnął głową. Jak ona sobie wspaniale radziła. Zarabiała więcej niż on kiedykolwiek. Jeszcze taka zielona, z żółtym dzióbkiem, a już zaczęła pracę u mecenasa, pana Norrisa, w dublińskim Four Courts. Dziewczyna na posyłki, przynieś-podaj-pozamiataj, od parzenia herbaty i robienia notatek. Nie szkodzi, przyjdzie taki dzień, że Winnie przywdzieje togę. O tak. Włoży białą perukę. Miejcie się na baczności. Jak już do tego dojdzie, jego córka wymiecie z konstytucji wszystkie mizoginistyczne bzdury, co do jednej. Szczególna pozycja kobiety w domu. Nic jej tak nie rozjuszało. McQuaid i de Valera, ksiądz i prezydent. Napędzana jurydycznym wigorem wszystko to zamierzała wypalić do gołej ziemi. Rzucić wyzwanie. W hołdzie swojej matce i wszystkim matkom. W dupie miała ambicje pań domu. Koniec latania ze szmatą. Przyszła pora na kobiety zeźlone, złachmanione, zawzięte, zbuntowane, zażarte, zapienione. Kobiety prawdziwe. Nie te wyprodukowane przez facetów.

[…]

McQuaid. Wylazło jak spod ziemi, mroczne nazwisko. Powinien trochę pomyśleć o McQuaidzie, zanim wybierze się pogadać z Flemingiem. Każdy wiedział, że cały syf się zaczął od tego chuja McQuaida. Arcybiskupa od niszczenia ludzi i wciskania kitu. No, może nie każdy. Oni z Billym Drurym w każdym razie wiedzieli. Tom za biednym Billym tęsknił jak wszyscy – dwóch chłopaków go dojechało w pięć sekund podczas durnego włamania na Clonsilli. Nie był nawet na służbie. Po prostu zobaczył, jak wybiega szczaw jeden z drugim z malutkiego banku, kiedy akurat jechał swoim fordem anglią do roboty. Ładniutki jasnozielony gluaisteán. Ranne ptaszki z tych bandytów. Profesjonaliści. I to uzbrojeni, w prawdziwego gnata, nie taką plastikową pukawkę, jak to mawiali na komendzie, nie, ci dwaj mieli prawdziwą klamkę na prawdziwe pestki. Billy wyskoczył z samochodu, co tu dużo gadać, tyle był dzielny, ile głupi. Jak on ich zamierzał obu złapać, uzbrojony tylko w dwie ręce i donośny głos? Piękny on miał ten głos, bardzo przydatny czasami, a każdy, kto słyszał jego najwyższą nutę w Danny Boy, wiedział, że jest świadkiem czegoś niezwykłego. Billy nie był żonaty, nigdy w życiu nie miał ukochanej. Dopiero zaczynał prawdziwe życie. Nie dorobił się jeszcze własnej kwatery, mieszkali we dwóch, z takim jednym łebkiem, jak rekruci. Prosty chłop, jego ojciec był drobnym rolnikiem z Connemary, gdzie dało się hodować głównie kamień, ale mimo to miał w sobie Billy jakąś królewską dostojność. Policję kochał – jeden z tych rzadkich przypadków, co idą w psiarnię, żeby pomagać, zostają, żeby pomagać, i rzeczywiście pomagają. Tym większa szkoda, że to jego akurat zabili. Ojciec Billy’ego przyjechał z Aughris Beg. Tom napatrzył się w życiu na żałobę, jeszcze jak, w swoim czasie lało się na niego ludzkie cierpienie wiadrami, ale ten facet, ten facet o śniadej, smagłej twarzy… I jego syn. Oj, tak. To ciemna strona pracy w policji, o której nie dowiadujesz się od razu po rozpoczęciu służby. Postrzelili go w pierś, buch, tak po prostu. Był chłop, nie ma chłopa. To jednak było lata później. Kiedy wykipiała na nich ta sprawa z księżmi, aż im poparzyła ręce i twarze, Billy miał numer do McQuaida. Nigdy się nawet ze starym skurwielem nie spotkali, ale jego słowo sięgało wszędzie, wszystko uruchamiało i przenikało jak szczury starą stodołę. Ależ oni wtedy byli młodzi – dwa nieopierzone łebki. Jak się człowiek dostatecznie zestarzeje, to i spojrzenie na dawne sprawy się zmienia, nabiera nowych znaczeń.

[…]

U brzegów Anglii rozpętał się sztorm, deszcz chłostał szybę bulaju, a oni leżeli splątani jak dwa pytony, z odurzenia jej bliskością aż mu płonęła głowa, przepełniała go esencja June. June Kettle. O, jaka to była gorączka uczuć. Młodość. Powiedziała mu w hotelu w Cherbourgu. Całe wybrzeże mieli w nogach, godzinami chodzili tam i z powrotem, chłonąc normandzkie słońce, i wszystkim się zachwycali. Był tam taki przedziwny pirs, który się nie stykał z lądem – nie mogła się temu nadziwić. Nieprzebrana mnogość łodzi i plaż, jak w Rosslare. Tom aż myślał, że umrze od tego szczęścia. Przecież w życiu powinno być coraz gorzej, nie coraz lepiej? Tak chłopaki mówiły albo przynajmniej sugerowały, składając mu żałośliwe gratulacje na komendzie. O, koniec wolności. Gdzie tam, gdzie tam, dopiero początek. Ta niesamowita kobieta wybrała właśnie jego. Oto sedno sprawy. Sedno było takie, że ona go kochała, a on kochał ją. Czym jest ludzka miłość? Diabli wiedzą, ale to właśnie ona była ich bogactwem, wszystkim, co mieli, nawet gdy doszło do bolesnych wyznań. Tom sądził, że upchnęli już to wszystko po kieszeniach i mogą iść dalej. Te gwałty, tych zasranych klechów, zakonnice, te męczarnie, smutki, okrucieństwo, ten niepojęty syf.

[…]

Dodała, że jej zakonnice to były te od Świętego Serca. Jej zakonnice. Jakby miała ich kiedyś całe stado. Jakby je wypasała na zakonniczych polach. Zakonnice od Świętego Serca, powtórzyła. Mama zmarła, no to ktoś się nią musiał zaopiekować. Chociaż właściwie to nic na ten temat nie wiedziała. Może mama wcale nie zmarła, może zakonnice tak tylko jej powiedziały. Szatański pomiot. Miała ojca? Wiele dziewczynek miało ojców, ale jakoś się nigdy nie pojawiali. W sensie, że ojców, o których istnieniu wiedziały. Jej o żadnym ojcu nic nie było wiadomo. Z czasem jednak napatrzyła się na nowe dzieci dołączające do sierocińca jedno po drugim – przysyłały je tam sądy, więc June domyśliła się, że z nią było tak samo. Wcześniej mówiła Tomowi, że miała sześć lat, kiedy tam trafiła, ale to nieprawda, wyznała, wcale nie, była niemowlakiem. Tak jej powiedziała jedna życzliwsza zakonnica, ta, o której June myślała, że jej pomoże. Tyle że w rzeczywistości wcale nie była taka życzliwa. Och, Tom, jaka ja tam byłam samotna, Tom. Setka dziewczynek w jednym pomieszczeniu, wyobrażasz sobie? I jeszcze niemowlaki do tego, jakby było mało. To dziewczynki je tak naprawdę wychowywały. Zakonnicom bardziej zależało na tym, żeby połacie drewnianych podłóg zawsze pięknie błyszczały, więc dziewczynki musiały je froterować na kościstych kolanach, po pięćdziesiąt w rzędzie, każda z wielką szmatą w dłoni. Ręce w nich znikały jak kamyki w śniegu. A stare zakonnice prowadzały dziewczynki po tej podłodze, zaganiały je kijem lub pasem. To jednak nie było najgorsze, nie samotność, zresztą jak niby czuć samotność w takim tłumie? A jednak. Nikogo, kto by cię pogłaskał po twarzy, wziął na kolana Tom, my nasze dzieci będziemy rozpieszczać, będziemy je, kurwa, rozpieszczać, bezgranicznie, bez żadnych hamulców w miłości – nikt nie przytuli, nie pocałuje. Chyba że ten zasrany ksiądz.

[…]

Jak w wiaderku pani Mrugalskiej, o którym czytał Winnie i Joemu ze trzy tysiące razy, kiedy byli w wieku słuchania bajek na dobranoc. I owszem, dotrzymali obietnicy, zasypywali swoje dzieci miłością, jeszcze jak. Na to, co miał wtedy usłyszeć, nie był jednak przygotowany. Po zachodzie słońca, kiedy nad Cherbourgiem rozpełzał się dziwny mrok, przyszła ciemna armia z zachodu i zaczęła zamalowywać szeroki krajobraz pędzlami ociekającymi niekończącą się czarną farbą, już, nie ma, do widzenia, farba pożerała brzeg zatoki, potem wąski pas plaży, zarośla między piaskiem a ludzkimi osadami, aż ktoś daleko zapalił światło w oblepionym solą domku, rozbłysło okienko, maleńkie jak świeczka wotywna, samotny świetlny punkcik w świeżo zakrzepłej pustce. Jaki ksiądz? – powtórzył. Och, mówili na niego ojciec Thaddeus. Albo ojciec Thaddy, siostry tak go nazywały. Przychodził codziennie rano na mszę. Pobudka bladym świtem, o piątej rano już siedziałyśmy grzecznie z wyszorowanymi buziami, nawet pokój niemowląt był otwarty, żeby Słowo Boże dotarło do maluszków, a ten dzień, kiedy będziesz dość duża i grzeczna, żeby, wiesz, móc siedzieć z dużymi dziewczynkami na mszy, na ten dzień wszystkie czekałyśmy jak na wielką nagrodę. Ojciec Thaddy. Młody facet, wszystkie dziewczynki uważały, że bardzo przystojny. W każdym razie prezentował się o wiele lepiej niż ogrodnik, pan Gill, który wyglądał jak jeden wielki krzak…

[…]

Nagle zaczął się zastanawiać, gdzie zniknęła kula słońca, chociaż oczywiście dobrze wiedział gdzie, ziemia się obracała, krążyła po orbicie, zalewała ich ciemność, bo nadeszła pora na ciemność, bo gigantyczny, monstrualny, niezmierzony ogrom ziemi, posłusznego dziecka absolutnie niemierzalnego, niewyobrażalnie gargantuicznego słońca… Słońce w starych opowieściach, o, to było coś zupełnie innego. W starych opowieściach słońce topiło się w oceanie, woda gasiła je jak świeczkę i kto miał je znów zapalić, kiedy się dźwigało z powrotem na wschodzie, otrząsając kaskady wody z ramion, kto miał przyłożyć zapałkę, litościwy, życiodajny płomień – ona tymczasem zwarła ramiona jak bokser, ciężar ciała przeniosła na lewą nogę, mimo że siedziała, to i tak była gotowa przyjąć cios, bronić się. Tom, a jeśli ci powiem, to się mnie wyrzekniesz? Obawiał się, że nie da rady wysłuchać jej historii. Jego żona, mała dziewczynka w saloniku zakonnic, dawno temu, na księżowskich kolanach. Wróciło do niego wspomnienie Brata, smrodu moczu i bezlitosnej chłosty, kija tnącego plecy, tnącego nogi noc w noc przez tysiąc lat, w świecie bez końca, a przecież w porównaniu do innych chłopców i tak miał szczęście – był na przykład ten dzieciak z Limericku, Tom podejrzewał, że został zamordowany, najpierw uciekł, ale policja go zwinęła, policja, a potem kazali mu siedzieć na podwórzu, zimą, w środku zimy miał siedzieć na dworze i kto wie, co się z nim stało, zniknął po prostu, któregoś ranka już go nie było i tyle, nikt nie wiedział, co się z nim stało, mówili sobie: biedny Marty, gdzie on się podział, nikt nie wiedział. Tom tylko zmoczył łóżko, cholerne łóżko zmoczył i zebrał za to baty, ale miał też do czynienia z pupilkiem Brata, dwa lata starszym Bradym, który miał nóż i próbował go oskórować żywcem, kazał swojej bandzie go trzymać i z dziesięć razy przebił mu udo czubkiem ostrza, dziurka za dziurką, dźgał, a reszta rechotała, patrzcie na gnoja małego, patrzcie na gnoja, no cóż, to wszystko do niego wróciło, kiedy słuchał June, a ona dobrze o tym wiedziała.

[…]

Możesz się mnie teraz pozbyć, jeśli chcesz – dodała, znów chichocząc. Tom nadal czuł się jak rozbitek na morzu, ale dostał przynajmniej jakąś łódkę. Nie tonął. Ona też nie tonęła, nie w tamtej chwili. Ten człowiek mnie zgwałcił, Tom. Przypominam, miałam sześć lat. Mówiła tak cicho, że ledwo chwytał jej słowa. Nie wierzyła, że nikt z sąsiadów nie zna angielskiego, choć nawet kelner nie rozumiał ani słowa. Może powinieneś się mnie pozbyć. Zakonnice mówiły, że to moja wina. A to trwało, aż skończyłam dwanaście lat. Wyobrażasz sobie? Dwanaście lat, duża dziewczynka, Tom. Co kilka dni. Przychodził po całuski, tak na to mówił. „June, przyszedłem do ciebie po całuski”. Całuski, kurwa. Wpychał we mnie tego swojego jak rozpalony pogrzebacz. Wyobrażasz sobie, jak to boli małą dziewczynkę? Miałam z pół metra wzrostu, a ten był wielki jak żyrafa. Miał owłosiony brzuch, z gęby mu jechało piwem. I tak mnie na niego nabijał, jakby mnie rozpruwał metalowym bolcem. Sześciolatkę. Tom, Tom, przepraszam. Chcę, żebyś to zobaczył. Żebyś wiedział wszystko, bez cienia niedomówień. Żebyś mnie źle nie zrozumiał. Żebyś mnie nie uznał za kogoś, kim nie jestem. Na wypadek, gdybyś sądził, że jestem kimś innym, Tom. Jeśli zakonnice wiedziały, to nigdy się z tym nie zdradziły. A jeśli nie wiedziały, to musiały być ślepe, głuche i głupie. Przez te lata on to robił kilkunastu dziewczynkom, nawet nie wiem ilu. A zakonnice zawsze były dla niego takie miłe, ojcze Thaddy to, ojcze Thaddy tamto, mówię ci, miały hopla na jego punkcie, a czasami piekły mu po trzy ciasta naraz, ponoć w podziękowaniu za coś tam, dawał mi kawałek mojego ulubionego, z kremem, zjadałam je jak zwierzątko, jak lisie szczenię, a raz mnie aż rozerwał, wiesz, od tyłu, i musiał przyjść lekarz, patrzył, patrzył i tak się zamyślił, hmm, hmm, no tak, tak, dziewczynka ma zapalenie jelita grubego, bardzo wyraźnie to powiedział, żeby zakonnica dobrze usłyszała, biedne dziecko, to bardzo bolesna przypadłość, dam ci na to maść, a jak nie przejdzie, to zaszyjemy w szpitalu, proszę siostry, bo mamy tu pęknięcie odbytu – tak, siostra Brenda przy tym była, Tom, była przy tym, jak pan doktor mi grzebał w dupie, a jak się zacukała, jak się przejęła, rękami to trzepotała jak motylek, ojej, ojej, no jak do tego doszło, panie doktorze, jak do tego doszło, a ten do niej, że małe dzieci, wie siostra, wszystko mają jeszcze delikatne, chwila nieuwagi i już się krzywda dzieje, może na gałązce usiadła, nikt nie wie, co dokładnie powoduje  takie  zapalenie,  nawet  ci  wielcy  panowie  lekarze z Bostonu, co to robili specjalnie badania na ten temat.

[…]

Wyobraził ją sobie w tym saloniku, dużą dziewczynkę ze spoconym księdzem mordercą. Tak, mordercą. Ocean tej chuci niejedną duszę zgasił jak świeczkę. Ciężkie fale zwyrodniałego pożądania zalały maleńkie światełko, które już nigdy nie miało wyruszyć w drogę nad jasną piersią ziemi, nigdy już nie miało wyrosnąć jak stokrotka, złoty pączek światła po drugiej stronie świata, tam, gdzie się wykluwa blask poranka. Zduszone, zgładzone. Widział to na własne oczy, widział, jak światło gaśnie w oczach chłopców gwałconych przez Braci. Ci chłopcy ginęli pod młotem chuci. Przepadali na zawsze. On też na to patrzył. Był świadkiem ich śmierci, gdy nie znał jeszcze słów, którymi mógłby opisać, co zobaczył. Płomyki w ich oczach gasły raz na zawsze. Jak ta jego June zdołała ocalić duszę? Dotarła aż tutaj, na pociemniały taras pośród starych małżeństw, gdzie nadąsany kelner dopiero teraz włączył lampki, a jej twarzy dotknęło nowe światło, jakby blask wschodu słońca. Włosów oczywiście nie rozwiewał jej wiatr, ale coś je pochwyciło, te jej „mysie” kosmyki, te jej bajeczne złote włosy. Zgrabny nos, ciche oczy. Skóra jasna jak księżyc. Na policzku ani jednej łzy, jakby już dawno zostawiła je za sobą. Łzy małej dziewczynki. Sucha, chłodna twarz jego żony. Wtedy jakoś tak się ocknął, dalej stał w kuchni, ze ścierką w jednej ręce i kubkiem Winnie w drugiej, suchym jak pieprz.

[…]

Za Dunleary jednak pociąg znów pomknął wzdłuż wody. Teraz Tom widział trójpalczasty pomost Monkstown na najwłaśniejsze oczy. Przebiły go na wskroś wspomnienia June, ich niewinnych spacerów. I dalej, dalej, telepał się pociąg, z łoskotem przez powidoki chwil na łące na Seapoint. O, tak go to uderzyło, że aż pochylił głowę, pradawny klif zbryzgany zdziczałymi ogrodami, piaszczyste plaże zaciskające i rozszerzające się wraz z falami przypływu i odpływu. Nagle wszystkie myśli wypełniła mu stara zatoka, zapchała wszystko światłem. Tom chciał krzyknąć do współpasażerów: patrzcie, zatoka, zatoka, ustał już deszcz i tyle tu było światła, tyle światła, wypłukanego w ulewie, srebrzystego światła, od którego aż grzechotały malutkie kołki pamięci, na których nic już się nie da zawiesić w tym miejscu, opisywanym od dwóch tysięcy lat, odkąd Rzymianie, Wikingowie i Bóg wie kto jeszcze przybyli tu na triremach i łodziach z wielkimi smokami na dziobnicy, miejscu wypełnionym małymi historiami rybaków zamieszkujących ten piękny zakątek, i Howth wydęte jak brzuch ciężarnej, i latarnia morska na Kish niczym kryształ w pępku jakiejś boginki… Tom wyprostował się na burozielonym siedzeniu. I jak June obciągała ramiona, przygotowując się do opowiedzenia mu o doznanych potwornościach, tak on bezwiednie uniósł dłonie, niczym małe dziecko, próbujące pochwycić światło. Czuł, że mógłby złożyć teraz swój podpis na starym płótnie zatoki, na tysiącu arów stubarwnej wody, mógłby na nim napisać Tom Kettle, Tom Kettle, Tom Kettle, do czego jako prawie dublińczyk miałby prawo. Gdyby ubiegał się o obywatelstwo, wybrałby na ojczyznę tę cudowną zatokę.

[…]

Tom był tylko starym policjantem o pogniecionym sercu, ale gdyby umiał, wessałby cały ten krajobraz w siebie, każde ziarenko soli i piasku, każdą kropelkę morza, połknąłby wszystko na jeden raz, jak te stare wieloryby w jego ukochanym muzeum, jak potwór z przedwiecznej opowieści. Cały ten błękit, taki i inny, te zielenie, te połacie rozdmuchanej bieli, te niepojęte błyski podeszczowego złota i srebra. Wiedział, wiedział, że ma kłopoty, wyczuwał to gliniarskim instynktem, choć było jeszcze za wcześnie, by rozpoznać ich kształty. Zatoka wreszcie go uwolniła, dała mu cudowną chwilę dzikiej wolności, w której serce i dusza doznały wstrząsu, a zaraz po nim spokoju odnowy – wszystko to w jednej chwili, na jednym oddechu. Gdyby został w tym pociągu, gdyby zatoka rozciągnęła się z ziemi aż do Andromedy, gdyby tylko zechciała mu wyświadczyć tę uprzejmość, dzięki, piękne dzięki, to nigdy by nie umarł.

[…]

Dopiero dochodziła osiemnasta, ale jego i tak zaskoczył widok chłopca biegnącego przez plamy światła. Towarzyszyła mu dziewczynka, starsza, a w każdym razie wyższa, więc może miała za zadanie go pilnować. To pewnie ta niewidzialna siostrzyczka. Rozmawiali, śmiali się i pokrzykiwali do siebie, chwilami nawet całkiem głośno. Zeszli po granitowych schodach do starego nadmorskiego muru, dalej przez bramę i na betonowe molo, szerokie i ciemne, z rurą ściekową wystającą z bocznej ściany niczym świeży pęd. Rura też była opakowana w betonową skorupę, aby nie zniszczyły jej burze. Dziewczynka zaczęła kręcić rękami, chłopiec też i już oboje wirowali i tańczyli na molo, jakby jutra miało nie być. Nagle powstrzymała chłopca i podprowadziła do skraju molo, tak blisko wody, jak tylko zdołała. Woda była jakiś metr pod nimi.  Po chwili zamachnęła się gwałtownie,  mocnym  łukiem i uderzyła chłopca w pierś, a on poleciał do morza. Tom zesztywniał. Nie wierzył własnym oczom. Zawołał coś w próżnię, do nikogo konkretnego, obrócił się na pięcie, ruszył biegiem, szarpnął z wielką mocą drzwi wejściowe i pognał dookoła zamku, mijając eleganckie auto pana Tomelty’ego, dalej metalowe śmietniki i na ukos przez ten nieziemski trawnik, przez kwadrat żywopłotów, po dwa kroki naraz, z energią i sprawnością, na jakie już od dobrych paru lat się nie porywał. Był śmiglejszy od źrebaka. Dotarł do łukowatej bramy i przystanął. Już się szykował do skoku – przeleciało mu przez myśl, czy nie powinien zrzucić butów, na wypadek, gdyby prąd ściągnął go w głębinę za chłopcem? Tyle tylko, że nie zastał na miejscu żywej duszy.

[…]

Jedyne, co mu wychodziło podczas krótkiej służby wojskowej, to snajperstwo. Miał stabilne oko, więc w przeciwieństwie do wielu innych żołnierzy zabił całkiem sporo jednostek wroga. Wolałby nie. Zamyślił się nad tymi żywotami, którym położył kres. Większość malajskich rebeliantów stanowili miejscowi mężczyźni. Po roku dostał honorowe zwolnienie ze służby. Zaczęła się bezsenność, a jak już udało mu się zasnąć, to miał koszmary. Lekarz wojskowy uznał to za „ostre zaburzenie stresowe”. Medycyna nawet dla zgrozy musiała znaleźć nazwę kliniczną. Konsekwencje służby na Malajach rozlewały mu się po ciele jak wstrząsy sejsmiczne – gdy wrócił do domu, był wrakiem. Jednak kiedy tylko stanął na irlandzkiej ziemi, objawy jakimś cudem zaczęły powoli, litościwie ustępować, aż wreszcie przyszło mu do głowy, żeby spróbować pracy w policji. Nie był pewien, czy z takim szpotawym życiorysem w ogóle go zechcą. Sieroty nie były mile widziane. Tom wprawdzie nie zaliczał się do sierot, ale uwalał się w tym samym brudzie. Oni jednak go przyjęli. Odpowiadało im, że dobrze strzela, a poza tym szef komisji bardzo cenił wojskowych. Szczęście się do Toma uśmiechnęło.

[…]

Na świecie działy się najróżniejsze okropieństwa, a on o większości z nich słyszał. W takiej branży przyszło mu pracować: w branży koszmarnych historii. Niemożliwy zawód. Mleczarz nie musiał myśleć o niczym poza swoją furgonetką i zabezpieczeniem butelek. Nawet lekarz, chyba że policyjny, był w porównaniu z nimi odgrodzony od przepaści cierpienia. Ludzie przeżywali największe potworności, a później nie byli w stanie o nich mówić. Prawdziwe historie tego świata kryły się pod warstwą milczenia. Milczeniem była zaprawa i milczeniem były cegły tworzące ściany, których często nie mogło przebić nic.

[…]

Ale pośród przyjaciół i kolegów z pracy to co innego, musieli wziąć jego szczoteczkę bez pozwolenia, tak dla porządku, na wypadek, gdyby w pięknie zapakowanych przez Billy’ego woreczkach z materiałem dowodowym zachowała się odrobina DNA z zamierzchłych lat sześćdziesiątych [Tom tak naprawdę to stał się głównym podejrzanym o zabójstwo księdza-pedofila – przyp. aut.], proszę bardzo, czemu nie. Tom doskonale to wiedział. Gdyby go poprosili, żeby zajrzał do chłopaków z kryminalistyki w tym ich paskudnym klocku, toby przecież powiedział, że jasne, nie ma sprawy. Bo nie było. Nie było. Nad jego głową toczyła się odwieczna walka Układu Słonecznego, w której dzień przepychał się z nocą. Noc wygrywała, zrobiło się już tak ciemno, że bardziej by się nie dało, ale nadal o wiele za wcześnie, żeby iść spać.

[…]

I tak, kiedy Joseph wyjeżdżał po raz ostatni, rozwarła się szczelina między tą chwilą a drobiazgami codzienności, bajkami na dobranoc, próbą „morderstwa” [wrzucenie przez Josepha dziecka na głęboką wodę w basenie – przyp. aut.], i uczyniła je mitologią dzieciństwa jego i Winnie, i wszystko koniec końców wyszło na dobre, udało się wyłowić złoto wspomnień, głównie za sprawą pierwiastka humoru, a gdy nadeszła albo prawie nadeszła dorosłość, śmiali się z nich całą czwórką do rozpuku i nawet dawne chwile zgrozy można było zmienić w anegdoty, a to właśnie wtedy, na lotnisku w Dublinie, pojawiła się ta szczelina i nadeszła chwila prawdziwie nowa między Tomem a jego synem, kiedy tak siedzieli na plastikowych krzesełkach i czekali, aż ogłoszą lot Josepha. Samolot miał go zabrać – wtedy chyba najpierw do Dallas, potem Santa Fe, Albuquerque i wreszcie na pustynię, do jego przychodni? Mieszkanie miał w Albuquerque, no tak, przychodnia później. Tam „nigdy nie czuję się samotny, tata”, powtarzał jak refren, „bo pustynia jest tak niesamowicie piękna. Jak młoda dziewczyna, jak milion dziewczyn, a każda absolutnie doskonała”. Czy coś w ten deseń. Żeby tylko ojciec pojął, jak bardzo Joseph nie jest samotny. Choć to wcale nie w dziewczynie Joseph pragnął się zakochać, tylko w chłopaku, Tom doskonale to wiedział, choć nie było to coś, o czym potrafiłby z synem rozmawiać tak dobrze, jak by należało. „Nic w tym złego – stwierdziła June. – To zupełnie tak samo jak Winnie, kiedy jej się podoba jakiś chłopak, zupełnie tak samo”. W oczach Toma to jednak nie było dokładnie tak samo, ale z czasem rozumiał syna coraz lepiej, aż wreszcie czas został mu odebrany. Nie było sensu rozmyślać o Bracie, który go wykorzystywał, bo to nie było to samo. June mówiła, że to nie to samo. To dusza kocha, tłumaczyła – dusza Josepha szuka swojej drugiej połowy. „Chyba potrafisz to zrozumieć, Tom?” „Rozumiem”, zapewniał, ale nie rozumiał, nie tak naprawdę, całkowicie, do końca. Jego syn całujący się z innym chłopakiem. W sierocińcu to nie było nic dobrego, to było bardzo złe, tak jak wiele innych złych rzeczy. „No nie, Tom, to co innego, pomyśl o Davidzie Bowiem, jak on się maluje, a chłopcy lubią jego piosenki, to przecież zupełnie coś innego. Jo-Jo potrzebuje, żebyś to zrozumiał, ty dinozaurze”.

[…]

Kiedy Tom żenił się z June, umiał nazwać może dmuchawiec i stokrotkę. Ona jednak urządziła im na maleńkim podwórku za domem kawałek raju. Postawiła nawet malowaną ławeczkę, żeby można było się powygrzewać w słońcu. Dopiero kiedy zaczęła zaniedbywać swój ogródek, Tomowi zapaliła się czerwona lampka. Przez dwadzieścia lat tak dobrze sobie radziła, wszystkie problemy miała pod kontrolą, nie dopuszczała światła do paskudnych chwastów myśli, którym nie należało dać się mnożyć. Ale cóż, chwasty chyba wszędzie się wcisną. Zagłada przyjemnych myśli. Czasami jego umysł zmieniał się w dzikiego konia bez uzdy i bez wodzy. Nie mógł tego tak zostawiać. Należało gadać do siebie, wydawać sobie dobre rozkazy, być jak wojskowy wyższego stopnia. Widział ten stan u wielu, bardzo wielu chłopaków w wojsku, tych po sierocińcach i państwowych szkołach dla dzieci osieroconych i porzuconych. Wszyscy oni byli uwięzieni w matni niemożliwych, wciąż narastających stopni udręki. A jednak często się zdarzało, że po ukończeniu szesnastego roku życia oszołomiony chłopiec przekraczał bramy szkoły i ronił inną łzę, przerażony tym, co na niego czekało w wielkim obcym świecie. Pobudka skoro świt, połknąć śniadanie i słuchać rozkazów – wojskowy żywot dawał jakieś pocieszenie, zresztą byli pewni, że żadna wojna nie może się równać z tym, co już przetrwali. Nic nie będzie tak przerażające jak cień Brata w ciemnej sutannie majaczący w środku nocy przy łóżku, żeby cię złoić albo zerżnąć. Żaden malajski wojownik, nawet najwspanialszy, najstraszniejszy, najciemniejszy, nigdy nie wzbudziłby w nich tyle strachu, co drobny syn sklepikarza ubrany jak obdartus, ale uzbrojony w tchórzowską przewagę: przynajmniej był dorosły. Nic dziwnego, że chłopców wypuszczano z ośrodków jak poobijane charty z klatki, w wieku szesnastu lat, zanim zdążyli nabrać mięśni i dość siły, by zasypać Braci gradem zasłużonych bezlitosnych ciosów.

[…]

Tom wyobraził sobie, jak po spotkaniu Fleming wsiada do swojego drogiego samochodu. Ciekawe, co sobie teraz myśli. Przynieść tego rodzaju rzecz staremu koledze do domu, ciężka sprawa. Takiego zagrożenia nigdy się nie dopatrywał w nierozwiązanych sprawach. Jak minie dość czasu, to pewne zdarzenia jakby nigdy nie zaszły. To, co dawniej było świeże, bliskie, straszne, odpływa w czas starego Boga, jak ludzie spacerujący po Killiney Strand tak daleko, że przychodzi chwila, kiedy zmieniają się w maleńkie czarne kropeczki, aż wreszcie znikają. Może czas starego Boga tęskni za czasem, kiedy był tylko czasem, materią wskazówek i zegarów. To jednak nie oznacza, że można go przywołać z powrotem ani że go przywołać należy. Toma poproszono, by sięgnął w głąb pamięci, jakby człowiek naprawdę był w stanie coś takiego zrobić. Czy kiedykolwiek zdoła naprawdę powiedzieć Jackowi Flemingowi, co się zdarzyło na tamtej górze? Jego wstyd brał się po części z tego, że Tom nie wiedział, ale kiedyś przecież wiedzieć musiał, i niewykluczone, że nigdy już tej wiedzy nie odzyska, nie pozna ewangelii według ojca Josepha Byrne’a. To było coś, co należało do dawnej przeszłości, zostało w niej na śmierć zamknięte, a teraz nie było już ani prawdą, ani kłamstwem. Zgodne z prawdą odpowiedzi na pytania Fleminga nie kryły się w czaszce Toma, one istniały gdzie indziej, w wielkim obłoku niewiedzy, tam, gdzie zbierają się wszystkie ludzkie historie. Przeciętne życie trwa pół miliona godzin, co więc zostaje z każdej godziny, przeżytej przez każdego człowieka od zarania dziejów? Które przepadłe historie są ważniejsze od innych? Tom mógł mieć pewne podejrzenia co do prawdziwości każdej swojej myśli, każdej. Kiedy przyglądał się im uważnie, badawczo, jak biegli w policyjnym laboratorium zamknięci w tym obskurnym budynku na tyłach Harcourt Street, wiedział, że to wspomnienie dziecka przywiązanego do nocnika, dziecka z odbytem wychodzącym na wierzch, nie mogło być wspomnieniem jakiegoś innego, obcego cierpiącego dziecka, lecz jego samego – wspomnieniem, którego mózg nie rozpoznawał już jako należącego do Toma. Było czymś, na co patrzył teraz z zewnątrz, aby je przytłumić, rozbroić, jak saper nad bombą, musiał wyjąć siebie z tego obrazka, by wyświadczyć temu nieszczęsnemu dziecku jakiś akt łaski, uczynić je anonimowym, wolnym od bólu, minionym, przeszłym.

[…]

Maleńkie ciało dziecka, wielki lekarz, wielka igła, nieziemski biały płyn odciągany Winnie z kręgosłupa – a na całą tę przygnębiającą scenę padało światło z ogromnego metalowego okna na spartańsko urządzonym oddziale. Boże miłosierny. To były rzeczy ważne, nanizane na tasiemkę czasu, drogocenne korale zdarzeń ich wspólnych dni. A tu nagle to stare imię i nazwisko, Thaddeus Matthews, dawny upiór, diabeł w osobie czterdziestopięcioletniego księdza, wciąż pełniącego posługę i tak nietykalnego, jak tylko się da, ryknęło na June z otchłani lat i coś rozbiło, coś przecięło niby wariat, co pobiegł z nożyczkami na tkaninę z Bayeux i przeciął ją na dwoje. Tom miał ich adresy, wiedział, gdzie mieszkają, gdzie znajduje się duża, elegancka plebania, w której knują razem kolejne ciemne sprawki, teraz najwyraźniej w duecie. Matthews nie był już samotnym wilkiem. Dołączył do niego inny ksiądz-nieksiądz, bo razem mogli jeszcze więcej. „Jedźmy tam, tylko zerkniemy”, namawiała. Był wtorek, Tom musiał oczywiście iść następnego dnia do pracy, więc powiedział, że zrobią to w sobotę, jeśli ona naprawdę chce, jeśli dalej będzie przekonana.

[…]

Chcą próbki jego krwi, to dostaną. Teraz, kiedy doświadczał życia po tej drugiej stronie – w półcienistym świecie człowieka w mniejszym czy większym stopniu podejrzanego, a na pewno kogoś do eliminacji, żeby posłużyć się dość morderczą terminologią fachową – wciąż buzował w nim ładunek poczucia obowiązku. Fleming chciał próbkę, Fleming dostanie próbkę. Równie dobrze Tom mógłby mieć na koszuli guzik z podpisem „Zrób to, proszę, teraz”, który komendant mógłby wcisnąć. Flakonik „Wypij mnie” z Alicji w Krainie Czarów nie miałby nad nim takiej władzy. Miasto, maszyneria o potężnych szprychach, zwojach i ukrytych przewodach, opadło go jak zawsze ze wszystkich stron, a on przemierzał je niczym stworzenie o stu oczach i stu uszach. Po raz tysięczny zatęsknił za obojętną sytością normalnego życia, chociaż kiedy w sumie to jego życie było normalne? A może to właśnie anormalność jest miarą wszystkich żywotów? Bez wątpienia. Tak czy inaczej, Tom na wpół śnił. I to raczej nie było do końca zdrowe. Miasto leżało pod zwalistym brzuchem ciemnej chmury,  jak  dziecko schowane z książką pod kocem, z tą różnicą, że słabego światła było dość, by miasto mogło przy nim czytać. Właśnie wybiło południe, z wieży zegarowej na Trinity [święto Trójcy Świętej – przyp. aut.] rozległ się dźwięk dzwonu,  chyba  że w bezwietrznym powietrzu przypłynęły do niego odgłosy któregoś z pozostałych dublińskich kościołów, może od karmelitów na Grafton Street albo od protestantów na Dawson. Zdesakralizowanych kościołów było w mieście już prawie tyle co pubów. Dawni kupcy z tego miasta uwielbiali budować kościoły. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Kiedy Tom myślał o tych słowach, zawsze przypominała mu się londyńska Igła Kleopatry, choć nie miała z igłą wiele wspólnego, a na pewno nie miała żadnego ucha. Dźwięk dzwonu przedarł się do ucha jego biednego mózgu. Tom jednak nie był tak całkiem obecny. Co takiego, jaki widok, jaki uliczny krajobraz poniósł jego myśli z powrotem na Malaje? Może potrzebował bohaterskich uczuć. Wybierał się na spotkanie z biegłymi, ale w duchu już wiedział, że ich nie zadowoli. Może nawet coś tam sobie do niego dopasują, ale o niczym konkretnym to nie przesądzi. Albo w ogóle nic im się nie zgodzi i będą tylko rozczarowani, sfrustrowani. Na miejscach zbrodni roiło się od kryminalistyków, którzy potem wycofywali się z łupami do swoich zacisznych, odosobnionych salek.

[…]

Przyjemna zielona wysypka pojawiała się już w powietrzu, niektóre drzewa budziły się do życia szybciej od innych. Tom wiedział, że ostatni będzie jesion. Wiosenny spóźnialski. Może to właśnie ta subtelna zieleń coś przesuwała w mózgu Toma. Ogromne malajskie liście, ponure cienie lasów, krępe chaty w ogłuszającym upale. Człowiek zawsze miał na sobie dwie warstwy: pod spodem pot, na wierzchu ubranie. Nie było takiego żołnierza, co by się na Malajach nie pocił, nie istniało po prostu takie stworzenie. Chińczyków się zaganiało do nowych wiosek, biednych łapserdaków prowadziło się na ulice świeżo wyłożone drewnem, a ci na ohydny przymus odpowiadali nieskrywanym obrzydzeniem. Wioski były po to, żeby nie poszli w sukurs buntownikom na tej wojnie. Nieuchwytnym, widmowym mężczyznom głodniejącym gdzieś poza zasięgiem wzroku. O zmierzchu będą się zakradać po miskę ryżu. Jego zadaniem było przy pomocy sznura i krążka linowego wejść na wysokie drzewo, usadowić się na gałęzi i bez ruchu celować z karabinu w wąskie ścieżki prowadzące do wioski. To nie był jakiś tam lee-enfield, nic podobnego. Winchester siedemdziesiątka. Model piękny jak amerykański samochód. Celny jak szewska obelga. Kiedy widział, że ktoś się zbliża – nieznajomy, niepewny, rozglądający się nerwowo – musiał podjąć decyzję. Zabić czy nie. Jeśli intruz nie wyglądał na Chińczyka, no to, kolego, zła wiadomość. A jeśli przypominał malajskiego rebelianta, no to do widzenia, spust szedł w ruch i bum, pocisk leciał na czterysta jardów, łuska wyskakiwała ze sztucera jak szwarccharakter z eleganckiego auta Jamesa Bonda, robiła kilka obrotów, błyskając miedzią, już spełniwszy swoją funkcję, pocisk w ułamku sekundy osiągał cel, a rebeliant na skraju wioski bez wątpienia słyszał wystrzał za późno, bo kula przemieszczała się nieco szybciej od dźwięku i to nie po to, żeby mu pomóc. I bez jednego odgłosu, w sposób niemal komiczny, biedna postać uderzała o zupełnie tym faktem nieprzejętą twardą ziemię, bo Tom miał takiego cela, że koledzy nadali mu wesoły przydomek Kettle Sokole Oko.

[…]

Siedzieli w parku St Stephen’s Green, ważnym punkcie na mapie dzieciństwa każdego dublińczyka. On wprawdzie dzieciństwa jako takiego nigdy nie miał, to fakt, ale jako dorosły mężczyzna, policjant na służbie, patrzył często na matki z dziećmi nad brzegiem jeziora, które rozlewało się ileś jardów za jego plecami. Kruszyły z maluchami kromki chleba tostowego dla słynnych miejscowych kaczek. Jak długo żyje kaczka? Tom dopiero niedawno się dowiedział, że rudzik, najlepszy kumpel pośród ptaków, spędza na tym świecie ledwo dwa lata. I już, po nim. Lepszy to interes niż być ważką, co żyje raptem jeden dzień, ale i tak kiepski. W szlachetnym ogrodzie pana Tomelty’ego człowiek mógł o dowolnej porze usiąść w kojącym zaciszu żywopłotu i zawsze zjawiał się jakiś rudzik, żeby sprawdzić,  czy  ktoś tu nie planuje czegoś rozkopać.  Rudzik o ślicznej czerwonej piersi, choć jeśli przyjrzeć mu się z bliska, to jednak bardziej kasztanowej. Na tym polegała praca Toma, kiedyś w każdym razie, żeby przyglądać się z uwagą każdej rzeczy, nawet piersi rudzika. Czy kochał tego ptaszka tak samo jak Winnie i Joego? Czemu nie – czy to nie pasowało do papierów, w których zawarty został boski plan? Ten słynny niespisany, niewidziany, przemyślnie ukryty dokument.

[…]

No nie umie na chwilę wziąć na wstrzymanie, tylko rozgaduje wszystko na prawo i lewo. Ksiądz, Tom, nóź kurwa, ksiądz. Czy naprawdę nie możemy liczyć, że na księży będą szli przyzwoici ludzie? Nie da się? On tak naprawdę wcale nie jest księdzem – odparł Tom i aż go skręciło, żeby rozwinąć temat, ale przełknął słowa, które cisnęły mu się na usta. Wezbrały w nim głównie z miłości do June, a może też, i to była zupełnie nowa myśl, z miłości do siebie samego. Ci goście to myśliwi, Tom, zgadzam się. O’Casey i ja byliśmy u niego, gadaliśmy z nim. Przemiły facet, mówię ci. Herbatki nam zrobił, czy raczej, kurwa, gosposia nam zrobiła. Herbatka, ciasteczka maślane. Od lat takich nie próbowałem.

[…]

Tom wzdrygnął się, jakby budząc się ze snu. Takie uczucie jak w kinie tuż po zakończeniu filmu, kiedy wracał do rzeczywistości i odkrywał, jak głęboko zapadł się w siebie i w świat fantazji, a krajobrazy Dzikiego Zachodu znikały, wyparte przez zatęchłe tapicerowane fotele i publiczność rozpełzającą się jak prosionki [gatunek skorupiaka – przyp. aut.] pod uniesionym nagle kamieniem. Musiał to z siebie strząsnąć, żeby na powrót wejść do „prawdziwego” świata. Prawdziwego świata, pełnego chaotycznej przypadkowości, miłych kałuż ciszy, a nawet piękna. Ano. Jak w tym parku pełnym ciekawskich wróbli i na ulicy głośnej od samochodów. Może i była między nimi jakaś graniczna linia, ale co jej pilnowało? Tajemnica. Gdzie kończy się świat, a zaczyna kosmos? Gdzie się kończy Droga Mleczna i zaczyna jakaś inna wielka galaktyka? Jeśli Tom był złożony z atomów, w co jak najbardziej wierzył, i między tymi jego atomami rozciągały się takie wielkie odległości, to gdzie kończył się on, a gdzie zaczynał park? Może nawet żeby wstać, musiał zrzucić z siebie parę atomów, tak jak w tej chwili?

[…]

Kto odprawi liturgię za zmarłych? Pan Bóg wysyła ci wiadomość o twoim przeznaczeniu, otwierasz kopertę, a w środku znajdujesz pustą kartkę, na której wszystko jest jednak wypisane. Może i tak. Toma ogarnęła nagle przemożna potrzeba, żeby opowiedzieć komuś swoją historię, pod warunkiem, że byłby to ktoś bez uszu. Tak, aby on mógł mówić, lecz by nikt go nie słyszał. A tak. Billy Drury wiedział o całej sprawie, ale tylko do momentu, w którym zginął. Reszta historii pozostała nieopowiedziana. June też znała ją do miejsca, w którym sama umarła, oczywiście. Chociaż ich wersje się różniły. Były w nich niedokończone rozdziały, zresztą nawet kiedy Tom składał je sobie w całość, nie bardzo umiał znaleźć punkty styczne. Albo uwierzyć choć w połowę. Wiara była jednak jego obowiązkiem. Zbyt wiele niegodziwości i nieporozumień brało się z tego, że nie wierzono świadkom. Z miejsca ich skreślano. Biedak jeden z drugim przychodzi i wyznaje całą koszmarną prawdę, a tu nic nie brzmi tak, jakby mogło się wydarzyć. Często jednak to, co niewiarygodne, okazywało się prawdziwe, jak się człowiek koniec końców przekonywał, kiedy już było za późno. Tom czuł, że powinien uwierzyć – sobie.

[…]

Kiedy miał siedemnaście lat i ledwo od kilku miesięcy służył w wojsku, powiedzieli mu, że wysyłają go do Palestyny. No tak, teraz pamiętał. Te broszurki cholerne. Wciąż leżały gdzieś w tych jego uświęconych kartonach. Czy w ogóle je kiedyś rozpakuje? Sam nie wiedział. Sierżant dał mu jedną broszurkę o świętach arabskich i drugą o świętach żydowskich, żeby nikogo czasem nie obraził. Jakby to robiło jakąś różnicę, kiedy zobaczą Toma z karabinem. Najróżniejsze książeczki o miejscowej diecie, zwyczajach, historii i czym tam jeszcze. A do tego rozmówki po arabsku i hebrajsku. I poradnik, jak rozmawiać z Żydówkami, jak z Arabkami dorosłymi, a jak z dziewczynkami, i o tym, że ma mu nawet przez myśl nie przejść pomysł, by którąkolwiek z nich zaprosić na randkę. Czy tędy na dworzec? Czy mogę prosić o klucz do mojego pokoju? Ile masz sióstr i braci? Tom przeczytał wszystkie otrzymane materiały od deski do deski, bo miał siedemnaście lat i chciał sobie poradzić w wojsku. Nareszcie wyrwał się z sierocińca i nie zamierzał tam już nigdy wracać, no więc jeśli w tym celu miałby się nauczyć na pamięć tysiąca broszurek, to z wielką chęcią. Pod koniec roku jednak Brytyjczycy wyjechali z Palestyny, a może chwilę później, ale tak czy inaczej sierżant Toma najwyraźniej się tego nie spodziewał, więc cała ta nauka poszła na marne, a młodego żołnierza wysłali na Malaje, w służbie kolejnych grzechów imperium. No ale tak, Tom uzbierał sporo wiedzy, która miała mu się nigdy do niczego nie przydać, tyle że teraz, pięćdziesiąt lat później, na drogim tarasie, w towarzystwie tego bardzo ciekawego człowieka natknął się nagle na frazę Kol Nidrei, która brzmiała znajomo, bo ze stosownej broszury dowiedział się kiedyś, że to pieśń śpiewana w przededniu Jom Kipur, Dnia Przebłagania. To słowo niewiele dla niego znaczyło, gdy miał lat siedemnaście, ale teraz zyskało wielką wagę. Wszystkie przysięgi i obietnice, które złożyło się przez cały rok i których się nie dotrzymało, teraz można było odłożyć i anulować: Kol Nidrei. Ta idea, pięć dekad temu nieistotna, teraz budziła w nim wielką tęsknotę.

[…]

Świetna – ocenił Tom, zerkając w okular zamontowanej na karabinie lunety. Ja na moim mam starego weavera. Też przyzwoite szkiełko. Ale to… To jest… Mówił szczerze. Miał wrażenie, że w produkcji lunet karabinowych zaszła jakaś rewolucja, kiedy nie patrzył. Od wielu lat nie musiał strzelać ze swojego karabinu. A ta tutaj chyba łapała w jakiś sposób światło, którego źródła Tom nie mógł namierzyć. Kormorany siedziały mu tuż przed nosem, widział nawet pąkle na czarnych skałach i ciemne firany wodorostów kołyszące się w głębi wieczornego przypływu. Czuło się w tym dzikość i chłód. Kormorany wyglądały tak, jakby ktoś wyciosał je brutalnie w ciemnej skale. Pomyślał, jak by to było pociągnąć łagodnie za spust, swobodnie poprowadzić palec wskazujący po maleńkim łuku, puścić nabój prosto w upierzoną pierś i patrzeć, jak ptak upada, tak daleko, tak blisko. W duchu wiedział jednak, że nie dałby rady strzelić.

[…]

Muzyka przeszywała go na wskroś i muzyka dawała mu ukojenie. Dźwięki ułożone przez pana Bacha – nie, pana Brucha [autora melodii Kol Nidrei – przyp. aut.] trzymały go, znieruchomiałego, na krześle. Myśli nie szalały, nie goniły się dziko, przestały podrygiwać i skakać. Jak narowisty koń pod dłonią zaklinacza. Żona, poezja jego życia, wciąż doskonale wyraźna, unosiła się przed jego zamkniętymi oczyma. Tyle stracił. Czy powinien szaleć z rozpaczy, a może oddawać się żałobie po cichu? Ogarnęło go obłąkańcze przeświadczenie, że pomimo całej tyranii czasu i kalendarza ona tu jest, nie w pamięci, lecz tak naprawdę, i pilnował się bardzo, żeby nie otworzyć oczu. Wiedział, że gdy tylko to zrobi, ona zniknie. Ronnie McGillicuddy jednak rozcinał smyczkiem słodycz na tysiące słodyczy, zaś stara żydowska melodia sączyła się w Toma i sączyła w Ronniego, który kołysał się, a nawet mamrotał coś do siebie, można by pomyśleć – biedak napadnięty i uprowadzony przez wróżki. Obaj dali się im na chwilę uprowadzić, June żyła, piękna i mądra, i już zawsze miała być przy nim, pełna życia, spokojna jak te wszystkie malowane Madonny, wystarczyło tylko, by Tom już nigdy nie otworzył oczu. Uniósł ręce i wyciągnął je przed siebie, by dotknąć tej wytęsknionej twarzy. By wziąć ją w dłonie, poczuć miękkie policzki, ciemną skórę i trzymać ją, trzymać.

[…]

Weszli razem na górską ścieżkę, szli tym samym szlakiem co dwaj księża. Łatwo powiedzieć. Ale czy tak rzeczywiście było? W głębi racjonalnego policyjnego serca wiedział, że wspomnienie tamtego zdarzenia nie może być prawdą. A jednak widział to wszystko oczyma duszy, a zatem to pamiętał, i to czyniło wspomnienie prawdziwym. Prawdziwym niedostatecznie, bo nikomu by się na nic nie przydało, ale jednak. A zatem prawda i nieprawda. Jak to możliwe? Właśnie dlatego, kiedy June zrzuciła z siebie ten ciężar, musiała w jego miejscu położyć coś innego. O wiele, wiele lżejszego i o wiele, wiele groźniejszego. Ziarno późniejszego rozkładu? Plamkę zarazy, trucizny. Poszli szlakiem razem, tak było, razem, jedno z drugim jak kanapka. On był chlebem, ona szynką. Schowała mu się pod płaszcz jak plasterek wędliny, jak szczur, który zapada się we własne kości, żeby się wcisnąć w wąziutką szczelinę, i położyła mu się na plecach, rozlała na kręgosłupie, jakby jej prawie nie było, bo może i nie było. Wjechali na parking u stóp wzgórza jak najniewinniejsi z obywateli, jak nowo narodzone dzieci. Wysiedli z gluaisteán nadal doskonale niewinni. Do tego miejsca niewinni. W oddali Tom zobaczył ciemny grzbiet, należący, jak się okazało, do Byrne’a, który szedł w ślad za kolegą, bo ten najwyraźniej popruł przodem. Ale Tom, nie zapędzaj się, powiedział sobie Tom teraz, wtedy jeszcze nie wiedziałeś, że to Byrne. Tyle że na pylistym, zachwaszczonym parkingu nie stało ani jedno auto poza ich fordem anglią i tym komicznym księżym mini-samochodem. A przyjechali ledwo chwilę po nich. Tom jednak pomyślał: buty, grube skarpety, możliwe, że będą się przebierać, przysiądą sobie bokiem na siedzeniach, przy otwartych drzwiach, więc lepiej chwilę poczekać w zielonej uliczce, to dotrą niezauważeni. Niewidziani. Wreszcie wjechał i oboje wyskoczyli z auta – ona z pewnością wyskoczyła – i zobaczyli dwóch księży daleko przed sobą, zaskakująco daleko, skoro minęło ledwo kilka minut, więc gliniarski mózg mu podpowiedział, że pewnie nie zmienili butów. Co za różnica? Tom rozejrzał się po szlaku i po lesie dookoła, aż dostrzegł drugą ścieżkę, prowadzącą między drzewa, i z jakiegoś powodu, wiedziony tym czy innym instynktem, pomyślał, że najlepiej będzie ich wyprzedzić, obie drogi prowadziły zapewne na szczyt, tak to oceniał, a tam mogliby się na nich zaczaić. Ale po co właściwie? Tego nie wiedział. Był naprawdę zszokowany, kiedy June wyciągnęła spod kurtki ich poczciwy nóż do chleba. Wyciągnęła spod kurtki, a potem schowała mu się pod płaszcz jak szczur, co się zapada we własne kości, w sposób dla żadnego człowieka niemożliwy.

[…]

Tak długo był szczęśliwy. Szczęśliwy, tak mu się wydawało. Zemsta? Sprawiedliwość? No ale przecież był gliniarzem. Ilekroć zbliżał się do granicy zdarzenia na wzgórzu, jego mózg hamował ze zgrzytem, myśli zamierały. Zdarzenie na wzgórzu, co on wygaduje? Morderstwo pierwszego stopnia, dostałby najpewniej dożywocie, ze względu na powagę czynu i brak skruchy, bez możliwości zwolnienia warunkowego. Powiedzmy, że zamordował Matthewsa. Powiedzmy, że z miłości do June, z przytłaczającego szacunku do niej i zgrozy na myśl o cierpieniach, jakie przeszła w dzieciństwie, zamordował Matthewsa. I co to niby jest dla adwokata? Nic. A co na to ponury sędzia? Co na to państwo z klasy średniej, panie i panowie spoglądający ze swojego podwyższenia na rozpaczliwą szamotaninę istot niższych? Bezwzględne dożywocie. Odebranie życia księdzu, osobie duchownej? Czy to nadal zbrodnia absolutna, jeśli mowa o mordercy dziecięcych serc? O pożeraczu ich radości? Grabieżcy jaźni? Gwałcicielu ich ciał? Obleśnej, mrocznej, podłej, zimnej, morderczej, ohydnej kreaturze z penisem zamiast duszy? Czy wedle kodeksu to nadal morderstwo?

[…]

Crimen pessimum [nazwa „niezwykle grzesznego” aktu homoseksualizmu dokonanego przez księdza, także pedofilii czy zoofilii – przyp. aut.]. Zgadza się. Zbrodnia, za którą żadna kara nie jest zbyt wysoka. Takiemu człowiekowi można byłoby odkrawać części ciała kawałek po kawałku, metodą lingchi [w tłum. śmierć przez tysiąc cięć – przyp. aut.], następnie upiec mu kończyny na otwartym ogniu na wzór hiszpańskiej inkwizycji, dusić pętlą, aż zabraknie mu powietrza w płucach, wywlec mu wnętrzności, póki jeszcze będzie oddychał, a wreszcie przepiłować jego parszywe cielsko powoli na cztery ćwierci. W stylu irlandzkiej egzekucji. Robert Emmet tak skończył. Na koniec wrzucić zwłoki na masarską taczkę i nakarmić nimi lwy w zoo. Wedle rzymskich zasad sprawiedliwości. Zniszczyć, zmieść z powierzchni ziemi, rozbić każdy atom jego istoty, tak by żaden nigdy już nie stał się częścią materii. Ani gwiazd, ani królików, ani wody morskiej, ani złotych obrączek. Aby nie uczestniczył żadną miarą w cudzie boskiego stworzenia. Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie. Nie było zbrodni mroczniejszej, bardziej, kurwa, pessimum, bardziej wykluczającej ludzką łaskę. Zrobić coś takiego z taką drobiną jak June, której wspomnienie unosiło się już tylko na irlandzkim wietrze. Tyle dzieci tak bardzo skrzywdzonych. Wszystkie dzieci w bagnie irlandzkiej historii, dla których nie było komu zadąć w róg i ruszyć na ratunek, dla których nie było ramion, w których mogłyby się schować, ani troskliwych dłoni, które obmyłyby ich rany. Księża! Nadęte klechy kupczące świętoszkowatą dobrocią. Tacy byli święci, tacy dobrzy jak… Nie, nie było żadnej istoty, żadnego zwierzęcia, żadnej rzeczy, do której dałoby się ich przyrównać. Rekin jest krwiożerczy, ale do czegoś takiego nie byłby zdolny.

[…]

Przywołał wiele upiorów. Przebiły go dziesiątki nieuchwytnych mieczy trzymanych przez niewidzialne dłonie. Zabójstwo Matthewsa nie dało jej [June – przyp. aut.] wolności. Ten stan jedynie wolność przypominał. Nowy czas. Nowy początek. Dbała o dzieci z macierzyńską wirtuozerią. Żyła niczym najświetlistszy przykład człowieczeństwa. Zwykła kobieta, która uświęciła akt stworzenia. Człowiek zamordowany, który też zamordował. Bez cienia wątpliwości, czy to akt sprawiedliwy. Nie ufała   żadnym   sędziom,   sądom,   więzieniom.   Wymierzyła sprawiedliwość swoją własną, szybką, lotną. Spojrzała na tego człowieka i wydała wyrok. Zejdź z tej ziemi. Strącony zostaniesz do wąwozu, gdzie umrzesz. Przemówiła, podjęła decyzję, a karę wykonała bez litości i bez żalu. Bo w oczach Boga to było sprawiedliwe. Nawet jeśli w oczach człowieka nie.

[…]

Jego historia była historią potworności, tak. Prawie niemożliwą do opisania, zresztą całe lata ciężko pracował, by jej nie opisywać nikomu, a przede wszystkim sobie. Nigdy nie pozwalał, aby ta krótka sekwencja koszmarów wyświetliła mu się w mózgu. Pomyśl o wszystkim innym, zanim pomyślisz o tym. Myśl o rzeczach, które nie istnieją, rozmawiaj z każdym kłębem liści i patyków, udającym człowieka. Z duchami rozmawiaj, zanim o tym pomyślisz. Pozamykaj umysł na ciężkie wiktoriańskie wrzeciądze. Tak było, ale koniec z tym. Nie mógł już dłużej być obywatelem państwa żałoby, stracił paszport, nie miał jak przekroczyć granicy. Teraz musiał być odważny. Oczywiście był odważny przez całe życie, choć sam o tym nie wiedział. Taka była prawda, lecz nie jego prawda. Jednostajny jazgot kobzy, który od sześćdziesięciu z okładem lat wył w tle każdej jego chwili na alarm i na pogubienie, jak w samym miąższu bitwy. A teraz – teraz już nie. Czyżby Pan Bóg maczał w tym palce? Czyżby uwolnił go od tej udręki? Tom nie wiedział. Mógłby nawet podejrzewać, że ten nowy wewnętrzny blask wypełniający wszystkie kończyny, ten stan bliski ekstazy został mu podsunięty przez jakieś bóstwo medycyny niczym strzykawka ze szczepionką. Nie miał dobrej odpowiedzi. Równie dobrze Bóg mógłby do niego zatelefonować. Zawracaj łódkę, zawracaj, nie dasz już rady wiosłować. Prądy ci nie sprzyjają. Tam jest zatoczka. Odsapnij.

[…]

W warsztacie na rogu June napełniła kanister galonem benzyny, pewnie zapomniała, że następny jest przy Parkgate Street, to oszczędziłoby jej dźwigania pełnego pojemnika do parku przez jakieś dwie mile z hakiem. Chłopak, który sprzedawał na Baker’s Corner wieczorną gazetę, pamiętał, jak przechodziła, zwrócił uwagę na kobietę z zielonym blaszanym kanistrem w dłoni. Wkrótce dotarła do parku, najpewniej minęła plac zabaw po lewej stronie ścieżki i ruszyła ku głównej alejce, przecinającej zieleń na dwoje. Przeszła na drugą stronę, na połać trawy, na którą mówiono „dziewiętnaście akrów”, rozległą łąkę, po której w pustce zieleni snuły się tylko sarny, i powędrowała przed siebie, zapewne w poszukiwaniu prywatności. Dotarła do niewielkiej doliny wśród setek niskich drzew, zarośli głogu i leszczyny. Tam oblała sobie całą śliczną letnią sukienkę benzyną i podpaliła. Z początku nikt jej nie zauważył. Wreszcie czarny dym zwrócił uwagę trzech policjantów w dżipie. Zanim dotarli na miejsce, ogień zdążył się wypalić i czekały na nich już tylko dymiące zwłoki, otoczone trawą zwęgloną w promieniu dwudziestu stóp. Cały dzień zajęło im ustalenie jej tożsamości, podczas gdy Tom, nieświadomy, co się wydarzyło,  przeszukiwał  całe Dunleary,  Deansgrange i Monkstown, zupełnie nie tam, gdzie należało. Zostawiła mu list, w którym napisała, że kocha jego, Winnie i Josepha.

[…]

Nadeszła pora sów, pora księżyca. Bez niej. Syn i córka leżeli w łóżkach z czasów dzieciństwa. Ona została na cmentarzu, w letnim chłodzie. Jej szczątki w ohydnej trumnie. Serce nie biło. Umysł nie myślał. Twarz nie nabierała blasku, nie pochmurniała. Już nigdy nie miał się wydarzyć żaden z jej tysięcy przeróżnych nastrojów i stanów ducha, przepadły wszystkie jej radości i niechęci. A w kuchni na desce do krojenia, zimnej i ciemnej, leżał uświęcony nóż do chleba. Który zabiwszy – nie zabił. Wymierzywszy karę – nie ukarał. Miał być narzędziem odkupienia, lecz nie odkupił nikogo.

[…]

Nagle zobaczył to wszystko oczami Fleminga, oczami Wilsona i O’Caseya. Bo Fleming bez wątpienia im całą tę historię opowiedział, o ile nie znali jej wcześniej. I człowieka o takiej przeszłości mieli teraz dręczyć perspektywą sprawy sądowej. Starego emeryta, no ludzie, z medalem Scotta na dodatek. Dziewięć miesięcy spokoju. Jakie to było niewiarygodne zwycięstwo. Nie powinien się dziwić, że dobiegło końca. I to nie z powodu narodzin dziecka, ale dalszych problemów. Kim byli kumple Hioba? Gdzie byli przyjaciele Jonasza? Czyżby ta ciemna letnia noc to było wnętrze brzucha wieloryba? Czy taki go czekał los, leżeć w nocnej pustce, myląc blask robaczków świętojańskich w wielorybich trzewiach z blaskiem gwiazd? Ale to były gwiazdy, wisiały w nieskończonej mnogości nad kamienistą wysepką i udawanym zamkiem. Sprawiedliwie rozdzielone, życzliwe, łagodzące światło gwiazd. Przebłyskiwało przez nieskończoną głębinę atramentowego powietrza. Czyżby niespieszne wiadomości od Pana Boga? Monety wpychane do maszyny w wesołym miasteczku, aż zatrybi stary mechanizm?

[…]

Tom widywał, jak syn siedzi nad kartką przy kuchennym stole, jeszcze za czasów odrabiania prac domowych, i pisze równie szybko i płynnie co dorosły, zawijający słowa w pętelki. Przydałby im się taki na komendzie, bo dyżurny gryzmolił jak kura pazurem, ten to dopiero mógłby robić za lekarza. Billy Drury za to miał pismo przepiękne, Tom doskonale je pamiętał. Poczciwy Billy Drury z blond czupryną, zawsze przestrzegający prawa co do litery, chyba że w grę wchodziła przyjaźń. Bardziej był przekonujący w kłamaniu, niż kiedy mówił prawdę. I ten jego szurpaty akcent z Roscommon. Usta mu skręcały na jedną stronę jak miasteczko Loughglynn. Joemu jednak ręka przy pisaniu szła lotem zimorodka, prosto, szybko, a twarz miał jasną, aż biła od niej inteligencja. Lekarz medycyny. Jego listy do domu miewały i po dwadzieścia stron. Kroniki Albuquerque, gdzie miał mieszkanie, i miasteczka Zuni, w którym pracował. Opowiadał o ludziach, których poznawał w barach, o przedziwnie nieskazitelnych bulwarach imperialnej Ameryki. Wszystko tu takie czyste,  pisał, jak na zdjęciach z Anglii z lat dwudziestych. Z wyjątkiem małych dzielniczek dla rdzennych mieszkańców, zbiorowisk wysiedlonych Indian Pueblo, bo tam świat był zapuszczony i obdarty. Poza tym wszystko po prostu sobie jakoś leciało, myślałby człowiek, że na wieki wieków, ale to zawsze był taniec na skraju nicości. Nad głowami mieszkańców ryczały burze i tornada. Można się ich było spodziewać nawet i dwudziestu na rok.

[…]

W szkole nigdy nie miał dziewczyny na stałe, aż wreszcie nadszedł czas małego olśnienia. Chłopiec, który lubi chłopców. Ale gdzie w takim razie ci chłopcy? Czy w tym pustynnym kraju mieszkał z nim jakiś młody człowiek? Nie żeby syn palił się do mówienia o tym ojcu. A czy matce się z takich spraw zwierzał? Tyle dni Tom spędził z synem na zwiedzaniu okolicy w lśniącym buicku, którym jeździli sobie jak dwaj kumple, a Joe ani razu nie zająknął się o miłości. W listach też nie. A listy pisał piękne, pełne spostrzeżeń na temat miejsc, które odwiedzał na starym szlaku do Santa Fe. W wolne dni często jeździł pozwiedzać coś nowego. Placówki handlowe, stare jaskinie, w których chronili się wędrowcy. Puebla wciąż jakoś się trzymały na pustynnych równinach. Zwłaszcza o swoim dowiedział się wszystkiego, co się dało, o plemiennych rytuałach braterstwa krwi, o starożytnej medycynie. Miał świadomość, że miejscowi najpierw chodzą do własnych znachorów, a do niego zwracają się dopiero wtedy, gdy nie pozostaje im już nic innego. Nadawał się w sam raz do zszywania ran, ale do spuszczenia z człowieka wyniszczającej wiedźmiej trucizny już nie bardzo. Nie miał o to pretensji. Kochał swoją pracę. Miał przyjaciół wśród Indian, o których mówił, że to jego rdzenni kumple. Po jakimś czasie pokazali mu starożytne malowidła naścienne i rysunki pod nawisami klifów, dzięki temu niezniszczone nigdy przez burze i deszcz. Znał się też na wężach i innych stworzeniach – słuchaj, tatuś, co robić, jak cię użre grzechotnik. Upewnij się, że ukąszenie jest poniżej serca. A może powyżej? Tom czytał wszystkie listy sumiennie, z powagą, wychwytując w nich osobliwy smutek, a czasem przegapiając drobne żarty. Joe wyjechał tak daleko, w tak ważnej sprawie. Nie zarabiał tyle co prawdziwy miejski lekarz przyjmujący białych pacjentów, ale miał pensję pozwalającą mu przeżyć w Ameryce. Z dala od Irlandii. Od rzeczy nie do wytrzymania. Pośród Zuni, gdzie wykonywał swoją pracę, gdzie znalazł się w czymś starym. Daleko poza irlandzkim poczuciem czasu. Oni mieszkali tam od co najmniej dwóch tysięcy lat, w pueblu, które nazywali Halona Idiwan’a, Miejsce Pośrodku.

[…]

Jak mógłby odpowiednio wyrazić zachwyt nad obfitością zielonego raju za oknem? Pan Tomelty przeszedł samego siebie, pogoda oczywiście mu w tym sporo pomogła, ale jakaż to była radość: posiedzieć sobie w tej zieleni, opuścić małe mieszkanko i usiąść na rozchwianej metalowej ławeczce, gdzie trzmielim lotem pękatych sterowców lądowały w kwiatach naparstnicy, łubinu, floksów, od zapachu morza aż buzowały zmysły, a złote światło spajało to wszystko ciepłą słodyczą – cóż za prosta radość. Pomyślał sobie, że właśnie do tego stworzony został człowiek. Oto sprawiedliwość lata, chwila zmiłowania. Nie mogło istnieć nic wspanialszego. Żółte gatki do kąpieli bardzo mu się przydawały, nawet nie bawił się w wycieczki na Killiney czy White Rock ani nawet do najbliższego w okolicy kąpieliska na Vico Rock, tylko ostrożnie, delikatnie, kroczek po kroczku zanurzał się w wodzie za domem. Po jakichś dziesięciu stopach robiło się głębiej, a prąd tężał, napinał się jak ogromny mięsień rozbity na płasko niewidzialnym młotkiem. Na powierzchni widać było ślady po uderzeniach, wgłębienia i dziobate wgniotki, połyskujące przez chwilę, nim zniknęły, iskry sypiące się na ułamki sekundy przed zgaśnięciem. Tego lata do Dalkey zjeżdżali się nawet letnicy z innych miast. Po Coliemore Road samochody sunęły całymi dniami. Tom wcale im się nie dziwił. A on – zanurzał się w tym wszystkim. Chłonął epicki widok kanału z dociskającą krajobraz ciężką wysepką. Czerpał z tego tyle przyjemności, że aż się śmiał do siebie.

[…]

Och, Thomasie Kettle. Wrócił do mieszkania i usiadł w fotelu, nie spuszczając wyspy z oka. Minęło z pół godziny,  aż  wreszcie stateczna łódź ratunkowa z Dunleary przepłynęła przez zatoczkę i zabrała dziecko. Spodziewał się, że zobaczy straż przybrzeżną albo, jeszcze lepiej, helikopter policyjny, może ratunkowy. Strasznie byłoby znaleźć się teraz w skórze tego chłopca, który patrzył na śmierć własnego ojca. Strasznie. Tom pomyślał o tym. I myślał dalej, a przez ten czas nikt po niego nie przyszedł. Ani pani McNulty, ani nikt inny. Ani dziadek chłopca, ani McGillicuddy, ani koledzy z policji. Nikt. W pewnym sensie sam jestem nikim, stwierdził. Nikt po nikogo nie przyjdzie. Niech więc tak będzie. Miał jednak absolutną pewność, że ktoś się o niego upomni. Tylko jeszcze nie teraz. Wiklinowy fotel stał się osobliwie miękki. Pasował do niego idealnie. Tom sięgnął po ostatnią cygaretkę i wypalił ją niemal jak dla zabawy. Dzień przepalał się powoli w wieczór, a kiedy słońce zaszło za jego plecami, na rozlewisku krajobrazu przed jego oczami wykwitły szerokie płaty przygasającego światła. Latarnia morska za wyspą nieco przypominała malutki parowiec, niestrudzenie próbujący wypłynąć z portu. Wiecznie w podróży donikąd. Kormorany rozsiadły się ufnie na skałach. Teraz na odległym brzegu panowało już zamieszanie, przypłynęły służby, miejscowa policja z pewnością wezwała posiłki, może sprawą zajmie się nawet Harcourt Street. A może nie. Chłopaki z Wexford, Wicklow czy południowego Dublina nadawali się do tej roboty równie dobrze. Zaczną sprawdzać, pod jakim kątem padł strzał, ktoś będzie miał dobre oko, bez dwóch zdań, i w końcu uda im się nakreślić linię strzału wiodącą do tarasu McGillicuddy’ego. Tom miał tylko szczerą nadzieję, że nie aresztują sąsiada. Trzymanie na tarasie naładowanej broni bez opieki nie było zbyt mądre. Chłopiec przeżył. Taką niewypowiedzianą obietnicę złożył Tom pani McNulty, przyrzekł, że zrobi wszystko, by ochronić jej synka przed niebezpieczeństwem. Nie tylko ze względu na ogólną zasadę, ale też jego własne, osobiste przekonanie, że wszystkie dzieci należy chronić. Zapewniać im bezpieczeństwo, a jeśli da się to połączyć z miłością, tym lepiej. Grozić dziecku i je krzywdzić – to największa zbrodnia przed Bogiem i człowiekiem. Nie można pozwolić, by pozostała bezkarna. Kto przemówi w imieniu dziecka? Kto je weźmie w obronę? W całej tej mrocznej gęstwinie ludzkich spraw Tom był gotów powiedzieć, że on to zrobi. I zrobił. Myśli miał doskonale jasne, wyraźne niczym to morze i wyspa w pełnym słońcu. Wyszedł prawdzie na spotkanie i powitał ją czynem. Uratował chłopca. A chwila, w której to zrobił, zawarła w sobie ziarno jego własnego zbawienia.

[…]

Tym razem, i tylko tym, wypłynął dalej, na szerokie wody, porzuciwszy wyznawaną przez Winnie zasadę dziesięciu stóp. Woda była ciepła i nieustępliwa. Sól wypychała go ku powierzchni tak dziwnie, jakby nie znajdował się w wodzie, tylko na niej. Jak gdyby leżał na jakimś przedwiecznym materacu. Nagle serce wypełniły mu wszystkie rzeczy, które w swoim życiu kochał, i zajęły miejsce tych, które go raniły i przytłaczały. Jego nogi i ramiona poruszały się z nową siłą. Wiedział, że na południe od wyspy znajduje się wir i że będzie musiał mocno się postarać, żeby tam dopłynąć pod prąd. To wymagało determinacji, nieprzerwanego ruchu bez chwili odpoczynku. Kiedy ruszył, opadły go wszystkie uczucia do June niczym tłum posłańców niosących mu dobre wieści. Z każdej strony towarzyszył mu zgiełk i radosny hałas. Miłość do Winnie, która przetrwała śmierć, miłość do Joego, jedna i druga domknęły w jego sercu   poczucie   wszechogarniającego   spełnienia.   Płynął w niesłabnącym, odświeżającym pięknie blasku księżyca. Na późnym niebie nie wisiała ani jedna chmura. Woda chlupotała, migocząc iskrami srebrnych błysków, jak szprotki, po których nastaną sierpniowe makrele, a te przyciągną na pirs chłopców z wędkami. I wszystko będzie toczyć się dalej, w nieskończoność, wszystkie te drobne cuda życia. Ciął wodę równomiernie i stanowczo. Nie czuł ani odrobiny zmęczenia, jedynie czystą determinację. Zwycięstwo. Kiedy dotrze do wiru, nie będzie już odwrotu. Szukał w wodzie zmiłowania. Przeżył życie obrabowany z czegoś, co ledwo potrafił nazwać. Poprosił los o June, a kiedy jego pragnienie się spełniło, poczuł, że zaczyna mu się naliczać wielki dług. Różne przyjaźnie, cały podziw, jaki czuł do innych – wszystko to wydawało mu się obwarowane bardzo konkretnymi warunkami. Jak każda osoba ludzka cierpiał,  lecz  otrzymał też od życia niezmierzone pokłady szczęścia. Nadeszła chwila prostego rozliczenia. Zaciągnął z otchłani pożyczkę, a teraz miał ją spłacić.

[…]

Nic mu się nie pomyliło. W jednej chwili był w wodzie, a w następnej się obudził. Nagle, gwałtownie. Czyżby przyśnił mu się chłopiec w niebezpieczeństwie i nocne pływanie? Czy ktokolwiek zdołałby przepłynąć zatokę tak, jak on dopiero co? Może to w ogóle nie było możliwe. Przez ścianę sączyły się dźwięki Kol Nidrei… Strzał z remingtona był jednak więcej niż możliwy, w to ani trochę nie wątpił. Z tego strzału był dumny. Trzysta jardów. Zdjął gościa jak kormorana! W pokoju panował mrok, choć po bladych prześwitach w oknie domyślał się, że już dnieje, zaglądały do niego pierwsze smugi poranka, słońce budziło się za horyzontem, unosiło przedwieczną grzywę. Tom pokręcił głową nad sobą, nad własną głupotą, wydłubał ziarenka snu z kącików oczu i dopiero wtedy zauważył, że na krześle przy łóżku siedzi kobieta. Siedziała na krześle i patrzyła na niego. Dobrze ją znał. Jak zawsze trzymała dłonie na udach, nie dało się tego nie rozpoznać. Była tuż obok – jakim cudem nie zauważył jej od razu? Czuł, że nie musi mówić, ona też nie. Wszystko było takie naturalne, tak zupełnie normalne. Włożyła odpowiednią sukienkę, żeby uczcić to lato, takie dziwne lato. Materiał wyglądał tak świeżo i ładnie jak pierwszego dnia, kiedy miała ją na sobie. Przez długie minuty sypialnia wypełniała się światłem, a jej twarz stawała się coraz wyraźniejsza. Twarz, której barwy i kontury działały na niego silniej niż jakiekolwiek inne w historii istnienia. Tylko przy niej czuł tak absolutne, bezwarunkowe szczęście. Nie miał na to słów. Był po prostu wdzięczny. Oddał cześć wszystkiemu, co należało uczcić pośród bóstw i ludzi. Była tak blisko, że wystarczyło, by wychyliła się na sześć cali do przodu, a mogłaby położyć dłoń na narzucie. Uśmiechała się jak dawniej, Boże, i był ten uśmiech jak zastrzyk morfiny. Jej dłoń tuż przy nim, ciemna i delikatna. Czy zdołałby jej dotknąć, gdyby wysunął nieco ku niej lewą rękę? A jeśli tak – co to oznaczało? Bał się drgnąć, na wypadek, gdyby miała zniknąć, ale mimo to zdobył się na odwagę i odrobinę wyciągnął dłoń. I już, dotknął jej ciepłych palców. Teraz chciał jej coś powiedzieć, ale tym dotykiem mówił wszystko, co było trzeba. Jak wtedy, kiedy dopiero ją poznał, to samo dawne uczucie z dawno nieistniejącej kawiarenki, a zarazem, w oka mgnieniu, zorientował się, że wie o niej wszystko, co wiedzieć powinien. Ten niezwykły przywilej. Ta cudowna gorączka.

Sebastian Barry, Czas gorszego Boga

Powieść psychologiczno-obyczajowa Sebastiana Barry’ego – irlandzkiego pisarza, dramaturga i poety przenosi akcję tej nostalgicznej opowieści będącej na długiej liście nominacyjnej do Nagrody Bookera w 2023 roku – do zielonej Irlandii, najczęściej na południowe wybrzeża stołecznego Dublina, w okolice Dalkey, ogólnie rzecz biorąc do historii rozgrywającej się od lat sześćdziesiątych po niemal koniec ubiegłego wieku. Tom Kettle, emerytowany wojskowy i policjant osiada w wiktoriańskim zameczku czy obszernej willi. Z chwilą swego odejścia z zajmującej pracy do głosu dochodzą tępe wyrzuty sumienia i ucieleśniające się demony tak z przeszłości jego pokiereszowanego życia prywatnego, jak i niedające się sensownie zracjonalizować nowe projekcje zwichniętego umysłu, którego myśli wciąż krążą wokół aktu samobójczej desperacji. W międzyczasie policja dublińska wpada na trop, że to właśnie emerytowany policjant zamordował księdza-pedofila. Dojmująca miejscami i drastyczna opowieść Barry’ego to śmiała próba rozliczenia się z życiem, w którym myślami rządzi ślepe przeznaczenie lub ciężkiego kalibru fatum co nie daje spokoju, dopóki dopóty przędzie się nić pojedynczego żywota. Z drugiej strony to jakże ważny głos w sprawie księżowskiej pedofilii, która bezkarnie bruka niewinność dziecięcą i chowa się pod dawno przebrzmiałymi autorytetami.



powrót ››