04.08.2024

„Chociaż woda przestała płynąć,
wciąż słyszymy szept jej imienia”
„Ziemia leży teraz we śnie,
obmywana ciemną, cichą łaską deszczu”
„Najbardziej wyblakły tusz przetrwa
dłużej niż ludzkie wspomnienie”
„Wiem, że do kresu zbliżę się przeznaczeń /
W chmurach przeszytych na nieboskłonie”
William Butler Yeats
[…]
Boginię pamięci mamy – jest nią Mnemosyne [w mitologii greckiej także tytanida – przyp. aut.]; bogini niepamięci jednak nie ma. A przecież powinna istnieć, ponieważ są bliźniaczymi siostrami, bliźniaczymi siłami, które nam stale towarzyszą, jedna po jednej, druga po drugiej naszej stronie, spierając się ponad naszymi głowami o to, która nami zawładnie, i o to, kim jesteśmy, przez całą drogę, aż do śmierci.
[…]
Na górskim szczycie powyżej linii chmur przed laty mieszkał pewien człowiek, który niegdyś był nadwornym ogrodnikiem cesarza Japonii. Przed wojną słyszało o nim niewielu, wśród nich jednak ja. Człowiek ten opuścił swój dom na krawędzi świata, tam gdzie wschodzi słońce, i przybył w góry Złotego Chersonezu. Opowiedziała mi o nim siostra niedługo po moich siedemnastych urodzinach. Od podróży podjętej właśnie po to, aby się z nim zobaczyć, dzieliło mnie wówczas dziesięć lat. Ani tamtego smaganego deszczem poranka, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ani nigdy później nie przeprosił za to, co jego pobratymcy zrobili mojej siostrze i mnie. Jakie zresztą słowa mogłyby ukoić mój ból, wrócić mi siostrę? Żadne. Rozumiał to. Niewielu rozumiało. Po trzydziestu sześciu latach, które minęły od tamtego ranka, znów słyszę jego głos, głęboki i głuchy. Trzymane w zamknięciu wspomnienia zaczynają się wyrywać na wolność, jak bryły lodu, które oddzielają się od lodowego klifu. Kiedy śnię, te kry dryfują ku dziennemu światłu świadomości. Budzi mnie spokój gór. Głębia ciszy – ten aspekt życia w Yugiri zatarł się w mojej pamięci. Gdy otwieram oczy, w powietrzu rozbrzmiewają poszepty domu. „Stare domy przechowują skarb wspomnień”, przypominam sobie słowa Aritomo.
[…]
Na wschodzie ponad ogrodzeniem rysują się wzgórza plantacji Majuba. Zagłębienie doliny przypomina mi złączone dłonie mnicha, gotowe przyjąć błogosławieństwo dnia. Jest sobota, ale zbieracze herbaty pracują, przesuwając się miarowo w górę zboczy. W nocy była burza i grzbiety chmur mają jeszcze brunatny odcień. Schodzę z werandy na wąski pas płytek z ceramiki; pod bosymi stopami są zimne i wilgotne. Aritomo pozyskał je ze zniszczonego pałacu w Ayutthaya [miasto w Tajlandii – przyp. aut.], gdzie niegdyś zdobiły dziedziniec żyjącego przed wiekami bezimiennego króla. To ostatnie ślady zapomnianego królestwa, którego historia odeszła w niepamięć. Najgłębiej jak potrafię wciągam do płuc powietrze i wydycham je. Przyglądając się, jak mój oddech, ta pajęczyna powietrza, która jeszcze przed sekundą była wewnątrz mnie, zyskuje kształt, przypominam sobie, jak zaskakiwał mnie kiedyś ten widok. Zmęczenie ostatnich miesięcy wycieka z mojego ciała, ale już po chwili wlewa się z powrotem. A więc koniec z weekendami spędzonymi na lekturze stosów apelacji albo nadrabianiu zaległości w papierkowej pracy z całego tygodnia. Dziwne uczucie.
[…]
W gabinecie któregoś z sędziów rozdzwonił się telefon; dzwonił przez minutę, w końcu zamilkł. Odległe trzaśnięcie drzwiami niosło się po korytarzach; nigdy nie przypuszczałam, że to aż tak słychać. Podniosłam aktówkę i potrząsnęłam nią delikatnie. Była lżejsza niż zwykle. Włożyłam do niej togę. W drzwiach odwróciłam się jeszcze, żeby spojrzeć na mój gabinet. Na myśl, że już nigdy więcej nie przekroczę tego progu, schwyciłam się futryny. Chwila słabości minęła. Zgasiłam światło, ale nie ruszyłam się z miejsca, jeszcze przez chwilę wpatrując się w zmierzch. Podniosłam akwarelę mojej siostry i zamknęłam za sobą drzwi, po czym kilka razy nacisnęłam na klamkę, żeby się upewnić, że się zatrzasnęły. Ruszyłam przed siebie słabo oświetlonym korytarzem. Ze ściany patrzył na mnie rząd fotografii byłych sędziów; ich twarze zmieniały się od europejskich po malajskie, chińskie i indyjskie, od monochromatyzmu do koloru. Minęłam puste miejsce, na którym wkrótce zawiśnie mój portret. Dotarłam do końca korytarza i zeszłam na dół schodami, ale zamiast skręcić w lewo, do prowadzącego na parking wyjścia dla sędziów, wyszłam do ogrodu.
[…]
Kiedy mijałam posiadłość Majuba, strażnik zamykał właśnie bramę z kutego żelaza. Przejechałam główną drogą pół-mili, zanim zdałam sobie sprawę, że przeoczyłam zjazd do Yugiri. Zła na siebie, gwałtownie zawróciłam i jadąc już wolniej, znalazłam skręt, ukryty za billboardami. Droga z laterytu skończyła się kilka minut później, przed wejściem do Yugiri. Na poboczu parkował jakiś land rover. Zatrzymałam się obok niego i wysiadłam, energicznie rozprostowując zesztywniałe nogi. Wysoki mur otaczający ogród pstrzyły kępy mchu i zacieki; w szparach rosły paprocie. Bezpośrednio w mur wprawione były drzwi, do których ościeżnicy przybito drewnianą tabliczkę z wypalonymi dwoma japońskimi ideogramami. Pod nimi widniała nazwa ogrodu w języku angielskim: „Evening Mists”. „Wieczorne mgły”. Poczułam, że przekraczając ten próg, znajdę się w miejscu, które istnieje tylko na styku powietrza i wody, światła i czasu. Przeniosłam wzrok ponad mur i przebiegłam oczyma wzdłuż nierównej linii drzew na górskim grzbiecie rysującym się za ogrodem. Znalazłam drewnianą wieżę widokową, na wpół ukrytą w gęstwinie, jak gniazdo bocianie galeonu, który zatonął wśród gałęzi, uwięziony przez przypływ liści. Ku oddalonym szczytom wiła się ścieżka; przez kilka chwil nie odrywałam od niej oczu, tak jakbym miała zobaczyć Aritomo wracającego do domu. Kręcąc głową, pchnęłam drzwi, weszłam do ogrodu i zamknęłam je za sobą.
[…]
Na przeciwległym brzegu stał pawilon, który odbijał się w wodzie w taki sposób, że wyglądał jak papierowy lampion unoszący się w powietrzu. O kilka stóp od ścian pawilonu rosła wierzba, a jej gałęzie piły ze stawu. Brodząca przy brzegu czapla siwa na mój widok raptownie uniosła łepek i zastygła z jedną nogą zawieszoną w powietrzu, niczym pianistka, która zapomniała nut. Po chwili opuściła nogę i wymierzyła silny cios dziobem czemuś pod wodą. Czy mogła być potomkinią czapli, która miała tutaj gniazdo, kiedy przyjechałam do Yugiri po raz pierwszy? Frederik powiedział mi, że ten ogród od zawsze zamieszkuje jedna czapla – gospodarzy w nim nieprzerwana linia samotnych ptaków. Wiedziałam, że to nie może być ta sama czapla co przed prawie czterdziestu laty, a jednak, przyglądając się jej, miałam nadzieję, że tak jest; chciałam wierzyć, że zamieszkawszy w tym sanktuarium, czapla zdołała jakoś się prześliznąć między palcami czasu. Po mojej prawej stronie na szczycie zbocza stał dom Aritomo. W jego oknach paliło się światło, a kuchenny komin kreślił zawijasy dymu ponad wierzchołkami drzew. W drzwiach od frontu pojawił się jakiś mężczyzna i zaczął schodzić ku mnie. Zatrzymał się o parę kroków, zapewne po to, żeby stworzyć dystans, który pozwoliłby nam przyjrzeć się sobie nawzajem. Jesteśmy jak każda roślina i każdy kamień w tym ogrodzie, pomyślałam, odległość między nami została starannie odmierzona. A już sądziłem, że się rozmyśliłaś – powiedział mężczyzna i definitywnie skrócił dystans między nami. Podróż trwała dłużej, niż zapamiętałam.
[…]
W ciągu ostatnich dwóch czy trzech lat Frederik pojawiał się w stolicy coraz rzadziej, aż wreszcie przestał przyjeżdżać. Już dawno temu uświadomiłam sobie, że jest jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek będę miała. Patrzyłaś na tego ptaka w taki sposób, że uległem wrażeniu, że patrzysz w przeszłość – powiedział. Odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na czaplę jeszcze raz. Weszła głębiej do stawu. Znad powierzchni wody ulatywały mgły, szepty, które mógłby pochwycić tylko wiatr. Myślałam o dawnych czasach. Przez sekundę czy dwie sądziłem, że się rozpłyniesz w powietrzu. Umilkł, po czym dodał: Już miałem do ciebie wołać. Opuściłam sąd i przeszłam na emeryturę. Po raz pierwszy powiedziałam to do kogoś głośno. Jakby coś w głębi mnie oderwało się od całości i rozkruszyło, odbierając mi wcześniejszą integralność.
[…]
Goście z całego kraju przyjeżdżają tu po to, żeby zobaczyć angielski ogród w tropiku. Spacerują pośród pedantycznie przyciętych żywopłotów i bujnych klombów, rabat zielnych i krzewów róż posadzonych przez Emily. Boli mnie wiadomość, że ten ogród ma zostać przekształcony tak, żeby przypominał fragment tropikalnego lasu deszczowego, jaki nas gęsto otacza – zarośnięty, zaniedbany, bez ładu i składu. Mówiłem ci to już dawno temu: ogrody w Majuba są zbyt sztuczne. Im jestem starszy, tym bardziej nie wierzę w to, że naturę można kontrolować. Drzewa powinny rosnąć, jak im się podoba. Frederik przenosi wzrok na mój ogród. Gdyby rzecz zależała ode mnie, zrównałbym to z ziemią. Czy ogrodnictwo nie jest właśnie kontrolowaniem i doskonaleniem natury? Jestem świadoma tego, że podnoszę głos. Nawet kiedy mówisz o „naturalnych ogrodach”, czy jak tam się nazywają, i tak zakładasz ludzką ingerencję. Niwelujesz klomby, ścinasz drzewa, sadzisz nasiona i szczepki. Moim zdaniem to wyjątkowo metodyczne działanie. Ogrody takie jak w Yugiri to oszustwo. Są nieprawdziwe. Wszystko tu zostało przemyślane, ukształtowane i zbudowane. Siedzimy w jednym z najbardziej sztucznych miejsc, jakie tylko można sobie wyobrazić!
[…]
Przesuwam palcem wzdłuż żyłek liścia na logo z opakowania herbaty. Aritomo zacytował mi kiedyś wiersz o wyschniętym strumieniu. Przez chwilę zbieram myśli, a potem go przytaczam: „Chociaż woda przestała płynąć, wciąż słyszymy szept jej imienia”. Nadal jest ci z tym ciężko, prawda? – pyta Frederik. Tyle czasu po jego śmierci. Nieustannie, nawet po tylu latach, każda wzmianka o „śmierci” Aritomo wprawia mnie w zakłopotanie. Są dni, kiedy wydaje mi się, że on tam nadal jest, wędruje po górach jak jeden z Ośmiu Nieśmiertelnych z taoistycznej opowieści. Mędrzec, który wrócił do domu – odpowiadam. Ale naprawdę dziwi mnie to, że ludzie wciąż jeszcze tu przychodzą, tylko dlatego, że usłyszeli o ogrodzie. Mieszkał tu przecież przez trzynaście, nie, chyba przez czternaście lat, prawda? Na wycieczki po dżungli wyprawiał się niemal codziennie, znał ją lepiej niż niektórzy przewodnicy. Jak to możliwe, że zabłądził? Nawet małpy spadają czasem z drzew.
[…]
Aritomo-sensei zajmował się także zupełnie innym rodzajem twórczości, czego nigdy nie ujawnił publicznie. Tatsuji sięga ponad stołem i podnosi obsadkę. Zauważam, że palce ma szczupłe, a paznokcie wypolerowane. Był mistrzem horimono. Czego? – pyta Frederik, zatrzymawszy czarkę w pół-drogi do ust. Lekko drży mu ręka. Kiedy zaczęłam zauważać te wszystkie drobne oznaki starości u otaczających mnie osób? Aritomo-sensei był kimś więcej niż tylko cesarskim ogrodnikiem. Tatsuji poprawia kciukiem węzeł krawata. Był także horoshi, artystą tatuażu. Artysta drzeworytu i mistrz horimono od zawsze mieli ze sobą wiele wspólnego – ciągnie Tatsuji. Czerpią inspirację z tego samego źródła. Co to za źródło? – pytam. Księga – odpowiada. Chińska powieść przełożona na język japoński w osiemnastym wieku. Suikoden. Kiedy się ukazała, zyskała niezwykłą popularność.
[…]
Neurochirurdzy zrobili mi badania i powiedzieli to, czego się spodziewałam. Tracę umiejętność czytania i pisania, a także zdolność rozumienia języka, jakiego bądź języka. Jeszcze rok, może trochę dłużej, może krócej, i nie będę już zdolna wyrazić własnych myśli. Będę bełkotać. A to, co mówią ludzie, słowa, które zobaczę: na papierze, na znakach ulicznych, wszędzie, wszystko to będzie dla mnie niezrozumiałe. Przez kilka sekund milczę. Moja sprawność intelektualna będzie się pogarszać. Wkrótce rozwinie się pełna demencja i zaćmi mój umysł. Frederik patrzy mi prosto w oczy. W tych czasach wszystko można wyleczyć. Frederiku, nie chcę o tym rozmawiać. Zachowaj to dla siebie. Powstrzymuje go moja ręka, okaleczona ręka z dwoma kikutami. Po chwili zaciskam w pięść trzy pozostałe palce i cofam dłoń. Czuję się tak, jakbym schwyciła nimi coś nieuchwytnego. Przyjdzie czas, kiedy całkiem stracę władze umysłowe… a może nawet wspomnienia – mówię, z trudem zachowując spokojny głos.
[…]
Powierzchnię stawu pokrywają pływające liście lotosu. Jest ich zbyt dużo, czego nie zauważyłam poprzedniego wieczoru, po przyjeździe. Żywopłot na drugim brzegu był dawniej prowadzony tak, żeby przypominał wezbrane fale oceanu, ale nie przycinano go jak należy i jego linie się rozmyły. Drewniany strop pawilonu zaczyna się zapadać, a cała konstrukcja wygląda, jakby się rozpływała, traciła pamięć o swoim dawnym kształcie. Na podłodze leżą opadłe liście, martwe owady i kawałki kory. Coś prześlizguje się pomiędzy nimi; wycofuję się. Ścieżka prowadząca w głąb ogrodu jest wyłożona okrągłymi płytkami z łupku, pociętą na plastry skałą pozyskaną z odwiertów w kopalni złota w Raub. Każdy zakręt ścieżki otwiera nowy widok; z żadnego miejsca nie widać całego ogrodu, dzięki czemu wydaje się większy, niż jest w rzeczywistości. W przerośniętej trawie azjatyckiej leżą wpółukryte rzeźby: granitowe popiersie, wykonana z piaskowca głowa Buddy o rysach wygładzonych przez mgły i deszcze, a także niezwykłe pod względem kształtu i faktury kamienie. Kamienne latarnie ogrodowe z daszkami obwieszonymi festonami pajęczyny przycupnęły pośród skręcających się spiralnie liści paproci. Yugiri od pierwszego kamienia położonego przez Aritomo miało wyglądać jak stary ogród; teraz stworzona przez niego iluzja stała się rzeczywistością.
[…]
Aritomo powiedział mi kiedyś, że ze wszystkich ogrodów, które stworzył, ten jest dla niego najważniejszy. W połowie spaceru przez ogród zatrzymuję się, odwracam i ruszam z powrotem w stronę domu. Czternastowieczny Budda z brązu półleżący w gabinecie nie zestarzał się ani trochę; jego twarzy nie poznaczyły troski tego świata. Ah Cheong otworzył okna, żeby przez cały dzień wietrzyć pokój, ale zapach stęchlizny z ustawionych na regałach książek i tak dodaje wieku półmrokowi wypełniającemu dom. Poczucie, że coś jest ze mną nie tak, wypłynęło na powierzchnię mojej świadomości przed pięcioma czy sześcioma miesiącami. W środku nocy często budziły mnie bóle głowy, szybciej odczuwałam zmęczenie. Zdarzały się dni, kiedy nie byłam w stanie wzbudzić w sobie najmniejszego zainteresowania pracą. Moje obawy spotężniały w lęk, kiedy zaczęłam zapominać nazwisk i słów. To nie tylko skutek posuwania się w latach, myślałam, to coś więcej. Po opuszczeniu obozu pracy przymusowej byłam wycieńczona i nigdy już nie wróciłam do pełni zdrowia. Zmusiłam się do powrotu do takiego życia, jakie znałam sprzed wojny. Praca adwokatki, a potem sędzi dawała mi ukojenie; odnalazłam radość w operowaniu słowem, stosowaniu prawa. Przez ponad czterdzieści lat udawało mi się pokonywać zmęczenie ciała, chociaż zawsze się obawiałam, że kiedyś przyjdzie dzień, kiedy siły, które mogłabym jeszcze z siebie wykrzesać, wyczerpią się całkowicie. Nie spodziewałam się jednak, że ten moment nadejdzie tak szybko, tak nagle. Zmieniłam się w spadającą gwiazdę, która wszystko wokół, nawet światło, wciąga w rozszerzającą się bez końca próżnię. Kiedy już stracę zdolność porozumiewania się ze światem zewnętrznym, pozostanie mi tylko to, co pamiętam. Moje wspomnienia będą jak piaszczysta łacha, odcięta od brzegu przez przypływ. Po pewnym czasie i ona zostanie zalana, niedostępna dla mnie. Ta wizja mnie przeraża. Bo kim jest osoba pozbawiona wspomnień? Uwięzionym między światami duchem, bez tożsamości, bez przyszłości, bez przeszłości.
[…]
Góry za oknami zostały włączone do ogrodu, stały się jego częścią. Aritomo był mistrzem shakkei, sztuki Pożyczonej Scenerii, integralnego wkomponowywania elementów i widoków spoza ogrodu w obręb swojego projektu. Obok mnie przepływa wspomnienie. Sięgam po nie, jakbym chwytała liść, który wirując, spada z wysokiej gałęzi. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek do mnie wróci?
[…]
Nigdy nie towarzyszył tym ludziom podczas ich wizyty w swoim ogrodzie, wolał, żebym to ja ich oprowadzała. Ale odrywał się od swoich zajęć, aby z nimi porozmawiać, ilekroć im go przedstawiłam. Byłam pewna, że zadawane przez nich pytania słyszał już wielokrotnie przez długie lata, które minęły, odkąd przybył w tutejsze góry. Mimo to cierpliwie udzielał odpowiedzi, nie zdradzając najmniejszych oznak zniecierpliwienia, które mogłabym wykryć. To prawda – mówił, zaczynając zdanie od lekkiego ukłonu. Byłem ogrodnikiem cesarza. Ale to się zdarzyło w innym życiu. Nieodmiennie ktoś był ciekaw, dlaczego Aritomo porzucił wszystko i przyjechał na Malaje. Na twarzy Aritomo pojawiał się wówczas wyraz zaskoczenia, jakby jeszcze nigdy go o to nie spytano. W jego oczach dostrzegałam mgnienie bólu; przez kilka chwil nie słyszał niczego poza śpiewem ptaków na pobliskich drzewach. Potem parskał krótkim śmiechem i odpowiadał: – Być może kiedyś, zanim przejdę po pływającym moście marzeń, odkryję powód. Wtedy na pewno państwu powiem. Kilka razy zdarzyło się, że jeden z gości – zwykle ktoś, kto walczył na wojnie, albo, jak ja, był więźniem japońskiego obozu – robił się agresywny; zawsze wcześniej wiedziałam, kto to będzie, jeszcze zanim otworzył usta i zaczął mówić. Oczy Aritomo stawały się wówczas lodowate, kąciki jego warg opadały ku dołowi. Ale niezmiennie pozostawał grzeczny, ujmował wszystkie swoje odpowiedzi w nawias ukłonów, po czym się oddalał. Mimo tych natarczywych pytań zawsze czułam, że Aritomo czasem z upodobaniem myśli o tym, że on sam jest jednym z powodów, dla których ludzie odwiedzają Yugiri – że liczą, iż uda im się go zobaczyć, jakby był rzadkim i niezwykłym okazem dzikiego storczyka, którego nie można spotkać nigdzie indziej na Malajach. Może to właśnie dlatego pomimo swej niechęci wobec obcych nigdy nie wzbraniał się, żebym przedstawiała go gościom; może dlatego wkładał tradycyjny strój, kiedy wiedział, że ogród odwiedzi grupa zwiedzających.
{…]
Obracające się koło wodne. Para żurawi odrywa się od tafli jeziora i bijąc skrzydłami, wznosi się coraz wyżej i wyżej w niebo, ku słońcu. Kiedy otwieram oczy, świat wydaje się jakby zmieniony. Bardziej przejrzysty, lepiej określony, ale i mniejszy. To się nie będzie wiele różniło od napisania wyroku, powtarzam sobie. Znajdę słowa, których potrzebuję; to przecież tylko narzędzia, którymi posługiwałam się przez całe życie. Z komnat mojej pamięci wydobędę i spiszę wszystkie wspomnienia z czasu, który spędziłam z Aritomo. Jeszcze raz zatańczę do muzyki słów. Patrzę, jak mgły za oknami gęstnieją, zacierając rysunek gór pożyczony przez ogród. Czy te mgły także są elementem shakkei, włączonym do niego przez Aritomo? – zastanawiam się. Użył nie tylko gór, lecz także wiatru, chmur, nieustannie zmieniającego się światła? Czy zapożyczył się też w samym niebie?
[…]
Nazywam się Teoh Yun Ling. Urodziłam się w 1923 roku na wyspie Penang u północno-zachodniego wybrzeża Półwyspu Malajskiego. Moi rodzice, z pochodzenia Peranakanie, „Chińczycy znad Cieśniny”, mówili głównie po angielsku, toteż o wybór imienia dla mnie poprosili przyjaciela rodziny, który był poetą. Teoh to moje nazwisko, nazwa rodowa. Tak samo jak w życiu, rodzina jest na pierwszym miejscu. Tego mnie zawsze uczono. Nigdy nie zmieniłam kolejności mojego imienia i nazwiska, nawet gdy studiowałam w Anglii, nie wybrałam też sobie angielskiego imienia, żeby coś komukolwiek ułatwiać. Do posiadłości Majuba przybyłam 6 października 1951 roku. Pociąg wjechał na stację w Tapah Road z dwugodzinnym opóźnieniem, toteż kiedy przez okno wagonu dostrzegłam Magnusa Pretoriusa, poczułam ulgę. Siedział na ławce, ze złożoną gazetą na kolanach; gdy pociąg wyhamował, wstał. Był na peronie jedynym mężczyzną z przepaską na oku. Wysiadłam z pociągu i pomachałam do niego. Minęłam wagon pancerny z dwoma żołnierzami obsługującymi karabiny maszynowe umieszczone na dachu; wchodził w skład pociągu od naszego wyjazdu z Kuala Lumpur. Kiedy przepychałam się przez tłum młodych australijskich żołnierzy w mundurach khaki, ignorując ich gwizdy i taksujące spojrzenia, bawełniana bluzka przykleiła mi się do spoconych pleców. Magnus przepędził tamilskich tragarzy, którzy mnie oblegli. Yun Ling – powiedział na powitanie i odebrał ode mnie walizkę. To cały twój barang [w indonez. rzeczy, bagaż – przyp. aut.]? Przyjechałam tylko na tydzień.
[…]
Pośrodku trawnika na cokołach stały dwa marmurowe posągi zwrócone twarzami do siebie. Na pierwszy rzut oka wyglądały identycznie, aż po ostatnią fałdę szat spływających na cokoły. Odkupiłem je za śmieszną sumę od żony pewnego starego plantatora, po tym jak uciekł z piętnastoletnią kochanką – powiedział Magnus. Ta z prawej to Mnemosyne. Słyszałaś o niej? Bogini pamięci – odparłam. A ta druga? To jej siostra bliźniaczka oczywiście. Bogini zapominania. Popatrzyłam na niego, zastanawiając się, czy mnie nie podpuszcza. Nie przypominam sobie takiej bogini. I czy to nie jest najlepszy dowód na jej istnienie? Uśmiechnął się szeroko. Może istnieje, tylko o niej zapomnieliśmy. A jakie nosi imię? Wzruszył ramionami i rozłożył ręce. Sama widzisz, nie pamiętamy nawet jej imienia. Nie są zupełnie identyczne – zauważyłam, podchodząc do nich bliżej. Rysy Mnemosyne były wyraziste, nos i kości policzkowe wydatne, a wargi pełne. Twarz jej siostry była jakby nieostra, nawet fałdy jej szaty nie były tak wyraźnie zaznaczone jak u Mnemosyne. Jak sądzisz, która z bliźniaczek jest starsza? – zapytał Magnus. Mnemosyne, rzecz jasna. Poważnie? Wygląda chyba na młodszą? Pamięć musi przecież poprzedzać zapomnienie. Uśmiechnęłam się do niego. Zapomniałeś?
[…]
Przypomniała mi się rozmowa z Magnusem sprzed miesiąca, w Selangor Club; wtedy byłam jeszcze zastępczynią Prokuratora Generalnego. Wracając do biura po zakończonej rozprawie, przecięłam jedną z uliczek na tyłach sądu. Skręciwszy za róg, odkryłam, że droga jest zablokowana przez tłum. Mężczyźni w białych podkoszulkach i czarnych spodniach rozstawiali papierowe podobizny japońskich żołnierzy, naturalnej wielkości, z dorysowanymi wnętrznościami wypruwanymi przez demony. Słyszałam o tych obrzędach, ale jeszcze nigdy ich nie widziałam. Ponawiano je, żeby ułagodzić duchy zamordowanych przez Japończyków, duchy, które będą błądziły bezimiennie przez całą wieczność. Stałam z tyłu i patrzyłam, jak taoistyczny kapłan w spłowiałej czarnej szacie kreśli w powietrzu ostrzem miecza niewidzialne słowa amulety. Następnie podobizny podpalono; tłum cofnął się pod wpływem gorąca płomieni. Kiedy popiół ulatywał w niebo, przesycając powietrze smrodem spalenizny, wszyscy ludzie wokół mnie płakali i lamentowali. Być może duchy zmarłych zostały ułagodzone, ale kiedy tłum się rozproszył, ja czułam tylko odnowiony gniew.
[…]
Ostatniego dnia pracy usiadłam przy swoim biurku, żeby je uporządkować. Pakując rzeczy osobiste, przerwałam na widok artykułu, który wycięłam ze „Straits Times”. Zdjęcie, które towarzyszyło tekstowi, przedstawiało grupę Japończyków we frakach, stojących za swoim premierem Yoshidą, który podpisywał traktat pokojowy z Amerykanami. Patrząc na zdjęcie, wróciłam myślami do obozu. Pomyślałam też o Nakamurze Aritomo, przypominając sobie pierwszy raz, kiedy o nim usłyszałam, przed tylu laty. Nigdy nie zapomniałam jego nazwiska; dokądkolwiek się udawałam, podążało za mną. Nadszedł czas, żeby go odwiedzić. Założenie ogrodu było czymś, co musiałam zrobić dla Yun Hong. Byłam jej to winna. Wyjęłam czysty arkusz papieru, zdjęłam nasadkę swojego wiecznego pióra i napisałam do Magnusa, prosząc, żeby umówił mnie na spotkanie z tym ogrodnikiem. Kiedy skończyłam, włożyłam list do koperty, zakleiłam ją i poprosiłam sekretarkę o wysłanie listu, a sama wyszłam z biura po raz ostatni.
[…]
Na skraju platformy stał mężczyzna ubrany w białą szatę nałożoną na szare spodnie, spod których wyglądały białe skarpetki. Zapewne niedawno skończył pięćdziesiąt lat, jego włosy dopiero zaczynały siwieć. W prawej ręce trzymał łuk. Nie zareagował na moją obecność, chociaż coś mi mówiło, że jest jej świadom. Od prawie sześciu lat nie spotkałam żadnego Japończyka, z żadnym też nie rozmawiałam, a jednak zawsze będę potrafiła ich rozpoznać. Napisać do Nakamury Aritomo nie było tak trudno, ale grubo się myliłam, sądząc, że będę umiała tu przyjść i porozmawiać z nim ot tak. Nie byłam na to gotowa; być może nigdy nie zdołałabym się przygotować. Zdjęła mnie przemożna chęć, żeby się odwrócić i opuścić ten ogród. Ale kiedy spojrzałam na zwój dokumentów, który trzymałam w ręce, zrozumiałam, że muszę porozmawiać z tym ogrodnikiem i powiedzieć mu, czego od niego oczekuję. Zrobię to, a potem sobie pójdę. Jeśli przyjmie moją ofertę, dalej będziemy się kontaktować listownie. Nie będzie już potrzeby, żebym z nim rozmawiała twarzą w twarz. Podnosząc łuk, mężczyzna napiął cięciwę, wyciągając ramiona w przeciwległych kierunkach; zdawał się unosić tuż ponad deskami podłogi. Stał z naciągniętym łukiem, a na jego twarzy malował się wyraz kompletnego spokoju. Czas się zatrzymał: nie było początku, nie było też końca.
[…]
Mżawka ustała, ale spod dachu wciąż kapały krople zakrzepłego światła. Służący wszedł, niosąc tacę z dwoma czarkami z celadonu, dzbankiem do herbaty oraz imbrykiem, z którego dzióbka unosiła się strużka pary. Łucznik dołączył do mnie kilka minut później. Przebrał się w beżowe spodnie i białą koszulę, na którą włożył marynarkę z szarego lnu. Usiadł na macie w tradycyjny sposób, z podwiniętymi nogami i ciężarem ciała umieszczonym na piętach. Wskazał mi miejsce po przeciwnej stronie stołu. Spojrzałam na niego i po chwili poszłam w jego ślady, odkładając dokumenty na matę, tuż przy kolanie. Nazywam się Nakamura Aritomo – powiedział i położył na stole kopertę. Widniał na niej jego adres; rozpoznałam swoje pismo. Przedstawiłam się, na co odparł: Proszę mi to napisać po chińsku. I wykonał ruch pisania po stole. Chodziłam do szkoły klasztornej, panie Nakamura. Uczono mnie tam łaciny, ale nie chińskiego. Dopiero po wojnie nauczyłam się kilku zwrotów. Co znaczy „Yun Ling”? Zamglony las. Zamyślił się na chwilę. Piękne imię. Po japońsku pani imię brzmiałoby… Wiem, jak brzmiałoby moje imię po japońsku.
[…]
Kiedy trafiłyśmy do obozu, jej miłość do ogrodów utrzymywała nas przy życiu – powiedziałam. Nie rozumiem? Chroniłyśmy się w wyobrażonych światach – odparłam. Niektórzy wyobrażali sobie, że budują dom swoich marzeń. Albo jacht. Im więcej szczegółów potrafili dodać do tego obrazu, tym lepiej odgradzali się od otaczającej ich grozy. Pewna biała kobieta, żona holenderskiego inżyniera zatrudnionego przez Shella, marzyła o tym, żeby jeszcze raz przejrzeć swoją kolekcję znaczków pocztowych. To dawało jej siłę, żeby żyć dalej. Pewien mężczyzna, kiedy go torturowano, w kółko wymieniał tytuły wszystkich sztuk Szekspira w kolejności, w jakiej zostały napisane. Zaschło mi w gardle; upiłam łyk herbaty. Yun Hong podtrzymywała nas obie na duchu, opowiadając o ogrodach, które widziałyśmy wtedy w Kioto; opisywała mi je z najdrobniejszymi szczegółami. „Dzięki temu przeżyjemy”, mówiła. „To pozwoli nam wyjść z tego obozu”.
[…]
Wspomniała pani, że pracowała jako analityk w Trybunale do spraw Zbrodni Wojennych. Chciałam się upewnić, że ci, którzy byli za nie odpowiedzialni, zostaną ukarani. Chciałam zobaczyć, jak sprawiedliwości staje się zadość. Uważa mnie pani za głupca? To nie miało nic wspólnego z poczuciem sprawiedliwości. To był jedyny sposób, żeby uzyskać dostęp do dokumentów sądowych i oficjalnych danych – powiedziałam. Szukałam informacji na temat swojego obozu. Chciałam się dowiedzieć, gdzie pochowano moją siostrę. Oczy mu się zwęziły. Nie wiedziała pani, gdzie się znajdował ten obóz? Na czas transportu Japońcy, Japończycy, zawiązali nam oczy. To było gdzieś głęboko w dżungli. To wszystko, co wiedzieliśmy. A inni więźniowie, którzy przeżyli obóz? Co się z nimi stało? Nad kannami rosnącymi przy werandzie zatrzepotał motyl. W końcu usiadł na liściu i złożył skrzydła w modlitwie. Nikt inny nie przeżył.
[…]
Przy tej kamiennej misie leżał bambusowy czerpak. Aritomo zaczerpnął nim wody i wypił, a potem podał go mnie. Zawahałam się, ale wzięłam. Woda była lodowata, smakowała mchem i minerałami, deszczem i mgłą. Kiedy się pochyliłam, żeby odłożyć czerpak, mój wzrok powędrował ponad powierzchnią wody ku prześwitowi w żywopłocie, przez który było widać samotny górski szczyt rysujący się w oddali. Ten widok był tak niespodziewany, tak perfekcyjnie obramowany liśćmi, że mój umysł na chwilę się uciszył. Gdy się wyprostowałam, ten spokój wyciekł ze mnie, pozostawiając z poczuciem straty. Pewien mistrz ceremonii herbacianej zaszokował swoich uczniów, kiedy zasadził w swym ogrodzie żywopłot zasłaniający widok na Morze Wewnętrzne, z którego słynęła jego szkoła – powiedziałam na wpół do siebie. Zostawił tylko niewielki prześwit, a przed nim umieścił zbiornik z wodą. Każdy, kto chciał się napić, musiał się pochylić i spojrzeć na morze przez wyrwę w żywopłocie.
[…]
Ten widok zawsze przypomina mi tydzień, który spędziłem w Chinach, w prowincji Fujian – odezwał się Magnus. Wybrałem się na górę Li Wu. Stał tam klasztor, tysiącletni, tak przynajmniej powiedzieli mi mnisi. Uprawiali własną herbatę. Powiedzieli mi, że pierwsze drzewo herbaciane zostało tam zasadzone przez boga, dasz wiarę? Klasztor słynął ze smaku tej herbaty, smaku, jakiego nie dawało się osiągnąć nigdzie indziej na świecie. Co w nim było takiego szczególnego? Żeby zachować niewinność herbaty, liście mogli zbierać tylko ci mnisi, którzy nie weszli jeszcze w wiek dojrzewania – opowiadał Magnus. A przez miesiąc przed zbiorem tym chłopcom nie było wolno jeść chilli, marynowanej kapusty, czosnku ani cebuli. Nie mogli spróbować choćby kropli sosu sojowego, żeby ich oddech nie zanieczyścił liści. Herbatę zbierali o świcie, mniej więcej o tej porze co teraz. Pracowali w rękawiczkach, żeby ich pot nie skaził smaku. Tak zebraną i zapakowaną herbatę przesyłano w darze cesarzowi.
[…]
Z doliny, w której pracowali zbieracze, niosły się głosy i śpiewanie. Przeważały kobiety o twarzach osłoniętych przez wystrzępione słomkowe kapelusze. Na plecach miały przytroczone wielkie rattanowe kosze, dodatkowo przymocowane taśmami do czół. Zbierały niemal pięćdziesiąt funtów liści dziennie, wracając co jakiś czas do fabryki, żeby wyładować przepełnione kosze i znów powrócić na wzgórza; ponawiały tę procedurę tak długo, aż skończył się dzień. Kiedy się im przyglądałam, uderzyło mnie, jak kłamliwe były reklamy, które od dzieciństwa widywałam na ścianach zatęchłych sklepików z żywnością, obok wyblakłych plakatów piwa Tiger i chesterfieldów. Reklamy te przedstawiały ponętne zbieraczki herbaty odziane w czyste kolorowe sari, z odsłoniętymi w uśmiechu wspaniałymi białymi zębami, ze złotymi ozdobami połyskującymi w ich nosach i uszach oraz złotymi bransoletami na nadgarstkach.
[…]
Okna były otwarte, mimo że w powietrzu czuć już było chłód. Góry w oddali zanurzały się w zmierzchu. Rozejrzałam się po pokoju, wypatrując tego, na czym mi zależało. Długi na mniej więcej stopę Budda z brązu półleżał na parapecie, linia jego ręki spoczywającej na biodrze była tak łagodna jak linia gór za jego plecami. Czarno-białe zdjęcie cesarza Hirohito w wojskowym mundurze wisiało na ścianie; odwróciłam wzrok. Przeciwległy koniec pokoju był zastawiony regałami, na których stały tomy o historii Malajów i pamiętniki Stamforda Rafflesa, Hugh Clifforda i Franka A. Swettenhama [angielscy administratorzy kolonialni – przyp. aut.]. Para chińskich łuczników z brązu, wysokich na mniej więcej dziewięć cali, stała na biurku, naciągając łuki pozbawione cięciw i strzał. Z sufitu na cienkiej linie zwieszała się bambusowa klatka dla ptaków, pusta, wyjąwszy ogarek świecy. Ogrodnik najwyraźniej był kolekcjonerem starych map – posiadał oprawione mapy Archipelagu Malajskiego i południowo-wschodniej Azji, sporządzone odręcznie z najdrobniejszymi szczegółami przez osiemnastowiecznych eksploratorów z Holandii, Portugalii i Anglii. Na drugim końcu gabinetu wisiał obraz przedstawiający rezydencję w stylu angloindyjskim, tak popularnym na wyspie Penang. Szeroka weranda otaczała dom z trzech stron, przypięta do niego portykiem od frontu. Na tympanonie widniał napis: „Athelstane”, a poniżej data: „1899”. Za domem zielone wody kanału oddzielały Penang od stałego lądu. Pamiętam, jaka dumna była moja siostra, kiedy skończyła malować ten obraz.
[…]
Wygładził powietrze rękoma. Dużo myślałem o pani propozycji od pani poprzedniej wizyty. Spięłam się, niepewna, co mi chce powiedzieć. Zaprojektuje pan i założy dla mnie ten ogród? Pokręcił głową. Może się pani nauczyć, jak zrobić to samodzielnie. Chwilę trwało, zanim dotarło do mnie, na czym polega jego propozycja. Proponuje mi pan… że mnie pan przyjmie na naukę? Nie tego oczekiwałam. To jakiś absurd. Przekażę pani umiejętności, które pozwolą pani założyć własny ogród – powiedział. Prosty, skromny ogród. Yun Hong zasługuje na coś więcej niż wymęczony ogródek. To wszystko, co mogę pani zaoferować – odparł. Nie mam czasu ani chęci zakładać dla pani ogrodu. Ani dla kogokolwiek innego. Ostatnie zlecenie, jakie przyjąłem, nauczyło mnie, żeby nigdy więcej tego nie robić. Dlaczego się pan na to decyduje? Dlaczego zmienił pan zdanie? Potrzebuję tu kogoś do pomocy. Pomysł, że miałabym zostać jego uczennicą i być na każde jego zawołanie, nie podobał mi się ani odrobinę. Kiedy po wyjściu z obozu wracałam do zdrowia w szpitalu, poprzysięgłam sobie, że już nikt nigdy nie będzie sprawował kontroli nad moim życiem.
[…]
Inicjatywa Aritomo była jedynym sposobem na to, żeby podarować mojej siostrze japoński ogród. To tylko sześć miesięcy, powiedziałam sobie. Przetrzymałam już gorsze rzeczy. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. Do następnego monsunu. Przyjęcie kogoś na naukę, a zwłaszcza kobiety, nie jest sprawą błahą. Ostrzegawczo podniósł palec. Biorę na siebie poważne zobowiązanie. Spodziewam się, że to nie będzie weekendowe hobby. Marszcząc brwi, podszedł do biblioteczki i wyjął z niej książkę. To pomoże pani zrozumieć, czym się zajmuję. Cienki tom był oprawiony w szare płótno; pod linijką japońskiego pisma wydrukowano tytuł alfabetem łacińskim. Sakuteiki – przeczytałam. Antologia najstarszych pism na temat japońskiej sztuki ogrodniczej. Oryginalne rękopisy powstały w jedenastym wieku. Ale wówczas nie było jeszcze osób projektujących ogrody – zauważyłam. Aritomo uniósł brwi. Yun Hong mi o tym powiedziała – dodałam. Jeśli dobrze pamiętam, przeczytała to w jednej ze swoich książek. Miała rację. Tachibana Toshitsuna, który opracował Sakuteiki, był wysoko urodzonym członkiem dworu. Mówiono o nim, że miał niezwykłą rękę do drzew i roślin.
[…]
Od początku wiedziałam, że nie będzie łatwo go przekonać, żeby zaprojektował i założył dla mnie ogród. Ale teraz uświadomiłam sobie, że najtrudniejsza część dopiero przede mną. Nagle poczułam zwątpienie w samą siebie i w to, na co się zgodziłam. Ta dziewczynka, która kiedyś chodziła z siostrą po ogrodach w Kioto, czy ona wciąż tam jest? – zapytał Aritomo, patrząc mi w oczy tak badawczo, jakby chciał dojrzeć kamyk, który wrzucił na dno stawu. Minęło trochę czasu, zanim odzyskałam głos, ale nawet wtedy wydał mi się cichy i oschły: Tak wiele ją spotkało. Nie odwrócił spojrzenia. Ależ tak – orzekł, odpowiadając na własne pytanie. Gdzieś w głębi jest tam nadal.
[…]
Sztuka projektowania ogrodów wywodzi się z chińskich klasztorów, gdzie zajmowali się nią mnisi. Ogrody tworzono po to, żeby zbliżyć się do idei raju istniejącego w zaświatach. Odwołania do góry Sumeru, centrum buddyjskiego kosmosu, pojawiały się w Sakuteiki kilkakrotnie; zaczęłam rozumieć, dlaczego centralnym elementem tak wielu ogrodów, które widziałam w Japonii, jest charakterystyczna formacja skalna. W geograficznym i emocjonalnym krajobrazie Japonii dominują góry, a przez stulecia ich obecność przeniknęła także do poezji, folkloru i literatury. Być może to właśnie dlatego Aritomo wybrał ten górzysty region, pomyślałam. Może to dlatego osiedlił się pośród chmur. Pierwszą wzmiankę o projektowaniu ogrodów w Japonii odnotowano w okresie Heian, około tysiąca lat temu – w epoce, w której kładziono wielki nacisk na mono no aware, uwrażliwienie na to, co wzniosłe, i bezkrytycznie ceniono wszelkie aspekty kultury chińskiej. W tamtym okresie ogrody, z których żaden nie przetrwał do naszych czasów, projektowano z myślą o naśladowaniu rozległych parków na przeciwległym brzegu Morza Japońskiego, należących do chińskiej arystokracji. Parki te zakładano wokół jezior, aby umożliwić pływanie łódkami, organizowanie przyjęć literackich i konkursów poetyckich, kiedy to śpiewano pieśni i słowa niosły się po wodzie. Z upływem czasu wpływy chińskie malały, ograniczane przez estetykę kolejnych epok: Muromachi, Momoyama i Edo, a japońscy ogrodnicy wypracowali własne reguły kompozycji i konstrukcji. Na kształt japońskich ogrodów nie oddziaływały już mody pradawnego kontynentu po drugiej stronie morza, ale krajobrazy samej Japonii. Rozkwit buddyzmu zen skierował sztukę ogrodniczą w stronę coraz bardziej restrykcyjnego ascetyzmu; nadmiar poprzednich epok został zniwelowany, w miarę jak mnisi, rozmyślając nad swoją wiarą, zaczęli tworzyć ogrody coraz oszczędniejsze, redukując projekty aż do punktu, w którym zaczęły graniczyć niemalże z pustką.
[…]
Pierwszymi ogrodnikami w Japonii byli mnisi, którzy na terenach przyklasztornych odtwarzali marzenie o niebie na ziemi. Ze wstępu do Sakuteiki wiedziałam, że począwszy od XVI wieku, członkowie rodziny Aritomo byli niwashi, nadwornymi ogrodnikami władców Japonii – najstarszy syn zaczynał pracę tam, gdzie skończył ją jego ojciec. Legenda mówi, że protoplasta rodu Nakamura był chińskim mnichem za panowania dynastii Sung. Został wygnany z kraju i przepłynął morze, mając nadzieję, że w Japonii będzie mógł krzewić nauki Buddy. Zamiast tego jednak zakochał się w córce dworskiego dygnitarza, porzucił swe śluby i pozostał w Japonii na zawsze. Patrząc na Aritomo kątem oka, gotowa byłam uwierzyć w tę legendę. Jego sposób bycia pod pewnymi względami był właśnie mnisi – zwłaszcza jego opanowana, ale pełna determinacji postawa i powolny, rozważny sposób wypowiadania się. Proszę się skupić. Aritomo pstryknął palcami tuż przy mojej twarzy. Jaki rodzaj ogrodu próbuję tutaj stworzyć? Wróciwszy myślą do tych części ogrodu, które już widziałam, krętych ścieżek i zróżnicowanych widoków, nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią: Ogród spacerowy. Nie, chwileczkę, połączenie ogrodu spacerowego i widokowego. Z jakiej epoki? Tym pytaniem kompletnie zbił mnie z pantałyku. Nie umiem wskazać jednej – przyznałam. Nie jest w stylu Muramachi; nie wpisuje się też całkiem w okres Momoyama ani Edo. Bardzo słusznie. Kiedy projektowałem ogród w Yugiri, chciałem w nim połączyć elementy z różnych epok.
[…]
Czy w sztuce zakładania ogrodów kiedykolwiek kształciły się kobiety? Nigdy. Co nie znaczy, że jest to zabronione – odparł. Jednak do tego, aby założyć ogród, potrzebna jest siła fizyczna. Kobieta nie będzie w stanie wytrwać zbyt długo w tym zawodzie. Jak pan sądzi, czym zajmowałam się w obozie pracy?! – wybuchnęłam. Strażnicy kazali nam drążyć tunele, mężczyznom i kobietom, bez różnicy. Mężczyźni kruszyli skałę, a myśmy wynosiły urobek do wąwozu oddalonego o kilka mil. Zrobiłam głęboki wdech i wolno wypuściłam powietrze. Yun Hong powiedziała mi kiedyś, że aby stworzyć ogród, potrzeba siły psychicznej, a nie fizycznej. A pani nie brak ani jednej, ani drugiej – powiedział.
[…]
Komponujemy obraz w tych ramach. Wskazał na linie dachu, filarów i podłogi, rysując palcem prostokąt. Kiedy patrzysz na ogród, patrzysz na dzieło sztuki. Ale ta kompozycja nie jest wyważona – stwierdziłam. Odstęp pomiędzy pierwszym kamieniem a pozostałymi jest zbyt duży, poza tym ostatni kamień stoi za blisko poprzednika. Przyjrzałam się układowi głazów jeszcze raz. Wyglądają, jakby miały zaraz runąć w pustkę. A więc ten układ wywołuje wrażenie pewnej dynamiki, prawda? – zapytał. Proszę spojrzeć na nasze obrazy. Zawierają sporo pustej przestrzeni, a kompozycja jest asymetryczna… Tchną uczuciem niepewności, napięcia, możliwości. To właśnie zamierzam osiągnąć tutaj.
[…]
Po tygodniu pracy w Yugiri wszystko mnie bolało i cieszyłam się na myśl, że mi ktoś pomoże. Tego wieczoru, zanim położyłam się spać, spędziłam kilka minut przy balustradzie tarasu, pomiędzy cieniami rzucanymi przez marmurowe posągi. W powietrzu czuć było zbliżający się deszcz, pachniał świeżo i metalicznie, jakby został zaprasowany przez błyskawice ukryte w chmurach. Ten zapach przypomniał mi o czasie spędzonym w obozie, kiedy mój umysł czepiał się najdrobniejszych, najbardziej błahych rzeczy, żeby tylko odwrócić moją uwagę: motyla unoszącego się nad skarłowaciałym krzewem, pajęczyny przymocowanej do gałązek jedwabnymi nićmi i odsiewającej z wiatru owady. Przez otwarte okna salonu leniwie popłynęły pierwsze takty Und ob die wolke Magnus znów słuchał płyt Cecilii Wessels [południowoafrykańskiej śpiewaczki operowej – przyp. aut.]. W dole, pośród drzew otaczających Yugiri, rozbłysnął koralik światła. Wpatrzyłam się w niego, zastanawiając się, co porabia u siebie Aritomo. Aria dobiegła końca. Czekałam, dobrze wiedząc, co będzie dalej. Po chwili doleciały do mnie nieśmiałe dźwięki fortepianu, które przybrały kształt Chopinowskiego nokturnu.
[…]
Przypomniałam sobie incydent z poprzedniego wieczoru. Aritomo zaprowadził mnie do sągu drewna. Drzewa ściął przed miesiącem i pozostawił oczyszczone okrąglaki. Niech któryś z mężczyzn potnie te maruta na mniejsze kawałki i zabierze – zarządził. Zamiast dopilnować, żeby jego polecenie zostało wykonane, odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Słyszałam, że za mną wołał, ale się nie zatrzymałam. Szłam coraz szybciej, zapuszczając się coraz głębiej w ogród. Przewróciłam się, podniosłam i szłam dalej, w górę zbocza, aż dotarłam na grań nad urwiskiem, gdzie przed sobą miałam już tylko góry i niebo. Nie wiem, jak długo tam stałam. W pewnym momencie wyczułam obecność Aritomo; podszedł do mnie. Maruta – odezwałam się, patrząc w przestrzeń. Tak o nas mówili obozowi funkcjonariusze: kłody. Byliśmy dla nich tylko kłodami. Takimi, które można pociąć, spalić.
[…]
To najwyższy punkt w Yugiri – powiedział, kiedy dotarliśmy na grań. W tym miejscu zaczynało się pogórze, przechodząc w coraz wyższe wzniesienia o tonsurach z chmur. W dole rozciągał się ogród z domem Aritomo umieszczonym gdzieś pośrodku. Skrawek dachu wyłożonego czerwoną dachówką z terakoty tkwił między gałęziami jak zabłąkany latawiec. Ruszyliśmy dalej i znaleźliśmy się przy stawie zasilanym przez mały wodospad. Brzegi były zarośnięte wysokimi szuwarami. Tatarak – odezwał się Aritomo, odłamując kilka liści. Moja żona bardzo lubiła ten zapach. Rozgniótł liście w palcach i podsunął mi je pod nos; pachniały słodko. Gdzie ona teraz jest? Asuka zmarła wiele lat temu. Usiedliśmy na kamiennej ławce i na chwilę wystawiłam twarz do słońca. Jakie stare koło – zauważyłam. Koło wodne o średnicy mniej więcej piętnastu stóp znajdowało się na drugim końcu stawu, pod wodospadem. Obracało się powoli, przenosząc spienioną wodę ponad jazem i dalej, w dół wąskiego strumyka obrzeżonego przez paprocie i głazy porośnięte mchem. Żołnierze zrabowali je z buddyjskiego klasztoru w górach pod Kioto przed dwustu laty. Opat, udzielając wsparcia grupie buntowników, naraził się jednemu z szogunów Tokugawa. Dostałem je w prezencie od cesarza Hirohito.
[…]
Często tu siadam, żeby posłuchać, jak koło się obraca. Aritomo przymknął oczy. Nawet teraz, kręcąc się wolno w wodzie, brzmi tak, jakby śpiewało żałobne sutry – wymruczał. Przypomina mi starego mnicha, ostatniego, który pozostał w opuszczonej świątyni i śpiewa w oczekiwaniu na dzień, kiedy umrze. Po spodniej stronie łopatek są jakieś inskrypcje – stwierdziłam. Niewielu je zauważa. Otworzył oczy. To modlitwy wyryte przez mnichów. Za każdym obrotem koła łopatki tłoczą wodę, odciskając święte słowa na jej powierzchni – powiedział. Proszę tylko pomyśleć: kiedyś woda niosła te modlitwy ze świątyni w górach aż do morza, błogosławiły wszystkich, których mijała. Oczyma wyobraźni zobaczyłam strumień wijący się ku dolinie, opuszczający Yugiri, żeby wpaść do rzeki. Zobaczyłam, jak modlitwy parują znad wody w porannym słońcu, kiedy rzeka płynie przez las deszczowy, mijając tygrysa i kanczyla, które z niej piją; jak przepływa obok malajskich kampongów, tradycyjnych długich domów i osad chińskich skwaterów. Zobaczyłam, jak rolnik na swoim polu ryżowym nad brzegiem rzeki prostuje plecy i spogląda ku niebu, czując chłodny wietrzyk na twarzy i niewytłumaczalne zadowolenie w sercu.
[…]
Przywołał mnie gestem zamykanej ręki. To ten sam trawnik, który pokazałem pani wcześniej – odezwał się. Nie potrafiła pani powiedzieć, co jest w nim niezwykłego. Z miejsca, w którym stałam, między drzewami widać było taoistyczny symbol harmonii, dwie łezki – pozytywny i negatywny element – tworzące doskonały okrąg. Przystrzygł pan trawę na różnej wysokości! – stwierdziłam. To było takie proste; że też od razu nie zauważyłam. Wykorzystał pan grę światła i cienia. Pozory – odrzekł. Chmury zasnuły niebo. Symbole jin i jang wytłoczone na trawniku przez światło i cień zniknęły i trawa znów była po prostu trawą.
[…]
Podnosi odbitkę leżącą na wierzchu pliku w taki sposób, jakby była sztuką cennej materii zachwalanej przez kupca. Niczego pani nie zauważyła? To przedstawienia gór i natury. Można by sądzić, dość konwencjonalne tematy dla ukiyo-e [z jap. obrazy przepływającego świata; rodzaj malarstwa i drzeworytu japońskiego – przyp. aut.]? Wszystkie przedstawiają krajobraz malajski – mówi. Co do jednego. Nie ma na nich nic, co łączyłoby się z jego ojczyzną, żadnego z tradycyjnych motywów, tak lubianych przez naszych artystów ukiyo-e, żadnych pejzaży zimowych, żadnych widoków Fudżijamy ani obrazów Przepływającego Świata. Jeszcze raz przeglądam odbitki. Na każdej dostrzegam rozpoznawalne akcenty malajskie: bujną roślinność tropikalnej dżungli, szeregi kauczukowców na plantacji, palmy kokosowe kłoniące się ku morzu, kwiaty, ptaki i zwierzęta występujące tylko w wilgotnym lesie równikowym – raflezję, dzbanecznik, kanczyla, tapira. Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam – przyznaję. Zapewne łatwo to przeoczyć, kiedy widzi się to wszystko wokół siebie. Głaszcze drzeworyt. Chciałbym je dokładnie obejrzeć, zanim zdecyduję, które zamieścić w książce.
[…]
Sztuka horimono nigdy nie została zaakceptowana przez społeczeństwo japońskie, zdarzają się jednak bogaci kolekcjonerzy zainteresowani nabyciem tatuaży, które stworzyli słynni mistrzowie – mówi Tatsuji. Bywa, że ktoś jest gotów sprzedać własną skórę; pośredniczyłem w kilku takich transakcjach. To ile można za nią dostać? Ceny znacznie się różnią – opowiada Tatsuji. Zależą od ręki artysty, który stworzył tatuaż, dostępności innych jego prac, a także jakości i rozmiaru danego tatuażu. Przypomina mi się wizyta w pewnym tokijskim muzeum, które odwiedziłam dziesięć lat temu. Muzeum słynęło ze swojej kolekcji tatuaży. Różniły się wielkością i wiekiem, ale wszystkie były zakonserwowane i zapieczętowane w szklanych gablotkach. Chodziłam pośród eksponatów zawieszonych na ścianach, patrząc na wyblakły tusz na ludzkiej skórze, zdegustowana i jednocześnie zachwycona. Co pana skłoniło, żeby zająć się tatuażami? Światy ukiyo-e i horimono się przenikają – oświadcza Tatsuji. Wielu horoshi tworzyło także drzeworyty.
[…]
Podnoszę ostatnią odbitkę z pliku drzeworytów. To tryptyk, przedstawia trzy wydłużone trapezowe ramki, które niemalże na siebie nachodzą, jak piramidy o ściętych wierzchołkach. Przedmioty wewnątrz ramek są zniekształcone. Niespodziewanie robi mi się niedobrze; opieram się ręką o blat biurka, przerażona, że moja choroba weszła w nowe stadium, pozbawiając mnie zdolności rozpoznawania kształtów. Lekarze nic o tym nie mówili. Kilkakrotnie mrugam, ale przedmioty pozostają wykrzywione. Tatsuji wyjmuje mi z ręki ukiyo-e i podnosi odbitkę wysoko, odchylając głowę do tyłu, żeby się jej przyjrzeć. Światło przeświecające przez papier ryżowy kładzie mu się na twarz kolorami; Tatsuji wygląda teraz jak śpiewak opery w Pekinie, na której kiedyś byłam. Mam ochotę spytać go, czy w jego oczach drzeworyt wygląda normalnie, ale boję się tego, co usłyszę. Przez moją dezorientację przebija się pewien pomysł. Proszę mi to dać – mówię do Tatsujiego. Żądanie w moim głosie trochę go zaskakuje. Odbieram mu odbitkę, prawie wyrywając mu ją z ręki, rozkładam na biurku i wygładzam dłonią. Cofam się o krok, a potem o jeszcze jeden. Tatsuji dołącza do mnie. Oboje patrzymy na ukiyo-e. Zniekształcenia znikają. Stoimy nad brzegiem pierwszej z trzech równoległych sadzawek, które w oddali się zwężają. Drzewa, niebo i chmury przeglądają się w wodzie, wkomponowane w rysunek. Czuję gwałtowną ulgę. Gabinet wypełnia się moim głośnym śmiechem, nienaturalnym, ale tym się nie przejmuję. Śmieję się jeszcze raz. Tatsuji patrzy na mnie, rozbawiony, chociaż niezupełnie wie dlaczego. Bardzo sprytne – mówi. Świetny przykład zabawy perspektywą.
[…]
Oparta o parapet, wpatruję się w góry. Shakkei. Aritomo nie potrafił się oprzeć stosowaniu zasad sztuki Pożyczonej Scenerii we wszystkim, cokolwiek robił; nachodzi mnie myśl, że mógł je stosować także w życiu. A jeśli tak, to czy dożył momentu, w którym nie potrafił już odróżnić tego, co było w nim prawdziwe, od tego, co było tylko odbiciem? I czy mnie to kiedyś także spotka? Tego wieczoru przed zaplanowanym spacerem do Majuba postanawiam zmieść opadłe liście z karesansui [w jap. ogród kamienny suchego krajobrazu – przyp. aut.] przed frontową werandą. Pięć kamieni, które pomagałam wkopać w ziemię, jest teraz gładszych niż dawniej, zatarły się także linie na żwirze między nimi. Staję nad krawędzią suchego ogrodu i usiłuję sobie przypomnieć, jak wyglądał ostatnim razem, kiedy go widziałam, jaki wzór wygrabił na nim Aritomo. Miał swoje ulubione: kontury mapy, słoje drewna, fale na jeziorze. Po dłuższej chwili zaczynam rysować własne linie, żwir cicho chrzęści pod moimi grabkami. Kiedy kończę, miniaturowe skiby między liniami są już zalane przez cienie, które wyglądają jak fale przypływu.
[…]
Pewnie chce po prostu wrócić do wioski, w której się urodził. Kto raz opuści granice swojego świata, nie powinien liczyć na to, że będzie on na niego czekał. Ten świat, który znał Chin Peng, należy już do przeszłości. Zagłębiam się w fotelu; chłód skóry, z której jest zrobiony, przesącza się przez moje spodnie. Wyglądasz na rozdrażnionego i wątpię, żeby powodem były niedole staruszka Chin Penga.
[…]
A czym się mają zająć po całym dniu pracy, skoro nie pozwalasz im na posiadanie prywatnych telewizorów? Emisja sygnału telewizyjnego ma niekorzystny wpływ na owady żyjące w ogrodach. Badania naukowe to potwierdzają – odpowiada. Jeśli chcesz, mogę ci je pokazać. Naprawdę sądzisz, że jak zabronisz oglądania telewizji, sygnał zniknie i przestanie docierać do twojego ogrodu? Parskam drwiącym śmiechem. Pomyśl o deszczu, który pada nad Majuba. Czy podstawisz wiadro na deszczówkę, czy nie – grzechoczę kostkami lodu w mojej szklance – ten deszcz i tak będzie padał i zalewał ziemię. A śmiej się ze mnie na zdrowie, kobieto! Odkąd wprowadziłem szlaban na telewizory, na plantację w wielkich ilościach powróciły motyle. Podobnie jak inne owady. Ptaków też jest teraz w Majuba znacznie więcej. Właśnie że tak!
[…]
Yggdrasil to drzewo życia – wyjaśnia mi Frederik. Jego gałęzie rozpościerają się na cały świat i sięgają nieba. Ale Yggdrasil ma tylko trzy korzenie. Pierwszy z nich obmywają wody źródła mądrości. Drugi tonie w ogniu. Ostatni jest podgryzany przez straszliwego potwora. Kiedy dwa z trzech korzeni zostaną zniszczone przez ogień i bestię, drzewo runie, a świat spowije wieczna ciemność. A więc drzewo życia jest skazane od chwili, w której je posadzono. Zwracając na mnie oczy, Frederik mówi cicho: Ale jeszcze nie runęło. Siadam głębiej w fotelu, przymykam powieki i słucham Larghetta [w muz. tempo powolne, nieco szybsze niż largo – przyp. aut.]. Pianiście towarzyszy tylko kwartet smyczkowy; muzyka ma w sobie nagą czystość grupy kamieni leżących na dnie strumienia, strumienia, który wysechł dawno temu.
[…]
Sztuka eksponowania kamieni okazała się czymś innym, niż się spodziewałam. Kiedy jako piętnastolatka spacerowałam z Yun Hong po ogrodach Kioto, nie miałam pojęcia, jakiego nakładu pracy wymagało ich stworzenie i utrzymanie. I ona pewnie też, naszło mnie przypuszczenie, ale natychmiast zagłuszyła je myśl, że jestem wobec niej nielojalna. Aritomo dbał o to, żeby zajęć mi nie zabrakło; z początku podejrzewałam, że robi to z rozmysłem, ponieważ chce, abym się poddała, abym zrezygnowała pod wpływem frustracji i opuściła Yugiri. Jednak od czasu, kiedy przyjął mnie na naukę, nigdy nie dostrzegłam u niego choćby śladu niechęci. Praca była wyczerpująca, ale zaczęła sprawiać mi radość. Narzędzia, których używał Aritomo, były stare i specjalistyczne. Musiałam nauczyć się je czyścić i konserwować, a także zapamiętać ich nazwy.
[…]
Stary pan Ong, nasz dawny sąsiad, wydawał niegdyś przyjęcia połączone z podziwianiem księżyca. Widziałyśmy, jak jego dzieci bawią się lampionami. Jego pierwsza żona częstowała nas ciasteczkami księżycowymi. Zawsze się zastanawiałam, czy to prawda, że w tych ciasteczkach ukrywano tajne wiadomości, które miały pomóc spiskowcom w obaleniu chińskiego cesarza. Aiyo, twoją wiedzę wyraźnie trzeba uporządkować…! – jęknęła Emily. To spiskowcy byli Chińczykami. I chcieli położyć kres mongolskiemu panowaniu. Powstanie zaplanowano właśnie na święto Zhongqiu [z chin. Święto Środka Jesieni – przyp. aut.]. A wiadomości wcale nie zawsze były ukryte w ciastkach. To w takim razie gdzie? Czasami były ukryte na nich. Wiadomość była wyryta na formie do pieczenia. Upieczone ciastka dzielono na cztery części. A wiadomość można było odcyfrować tylko wtedy, kiedy się je złożyło z powrotem – domyśliłam się. Sprytnie, co? Pomyśl tylko: ukryte na widoku!
[…]
Aritomo wybrał dla mnie łuk i podał mi go na wyciągniętych rękach. Łuk, zrobiony z kompozytu bambusa i drewna cyprysowego, sięgał mi ponad głowę, kiedy oparłam jego koniec na podłodze. Napinając cięciwę aż do pozycji do oddania strzału, przezwyciężyłam niechęć łuku, żeby nagiąć się do mojej woli. Nie należy robić tego na siłę. Siła pochodzi nie z ramion, ale z ziemi, przepływa od nóg przez biodra po klatkę piersiową aż do serca – powiedział Aritomo. Proszę oddychać jak należy. Używając do tego hara, brzucha. Wciągnąć każdy oddech głęboko. Poczuć, jak ciało rozciąga się przy każdym oddechu, to właśnie tam żyjemy, w tych krótkich chwilach między wdechem a wydechem. Zastosowałam się do jego poleceń, zakrztusiwszy się kilka razy, zanim udało mi się osiągnąć jakie takie pozory tego, czego ode mnie oczekiwał. Czułam, że tonę w powietrzu. Na cięciwie swojego łuku umieścił strzałę, drugą trzymał między palcami ręki, którą naciągał łuk – każda runda składała się z oddania dwóch strzałów. Napiął cięciwę z łatwością, której mu natychmiast pozazdrościłam, wiedząc już, jakie to trudne. Opierzony koniec strzały przysunął blisko do ucha, jakby nasłuchiwał drgania lotek. Świat wokół nas skupił się w pełnej oczekiwania ciszy, kropla rosy zamarła na krawędzi liścia. Wypuścił strzałę – uderzyła w środek tarczy. Pozostał w tej pozycji jeszcze przez sekundę lub dwie i dopiero potem opuścił ramiona, a łuk opadł z nieważkością księżyca w nowiu, który chowa się za górami. Powtarzając całą procedurę, posłał drugą strzałę prosto w sam środek tarczy. Brzdąknęłam na mojej cięciwie, ale nie udało mi się powtórzyć dźwięku, który usłyszałam przy jego strzałach. Tsurune – powiedział, patrząc na moje ręce. Śpiew cięciwy. Ma nawet własną nazwę? Wszystko, co piękne, powinno mieć swoją nazwę, nie sądzi pani? – odparł. Podobno umiejętności kyudoki [z jap. łucznika – przyp. aut.] można ocenić tylko na podstawie dźwięku jego cięciwy podczas strzału. Im czystsza tsurune, tym wybitniejszy łucznik.
[…]
Przed jedzeniem oprowadził mnie po swoim domu. Dom został zbudowany w tradycyjnym japońskim stylu, z werandą – którą Aritomo nazywał engawą – biegnącą wzdłuż frontu i po bokach. Pokój, w którym Aritomo przyjmował gości, znajdował się od frontu. Sypialnie mieściły się we wschodnim skrzydle, a jego gabinet – w zachodnim. Pośrodku znajdował się dziedziniec ze skalnym ogrodem. Galeria, zadaszona, ale otwarta po bokach, łączyła poszczególne części domu, a liczne zakręty sprawiały, że wydawał się większy niż był w rzeczywistości. To była ta sama zasada, którą wykorzystał przy projektowaniu ogrodu. Wszystkie pokoje otwierały się na werandę. Jedynym ustępstwem Aritomo na rzecz górskiego klimatu były szklane przesuwne drzwi – można było siedzieć w ciepłym domu i patrzeć na ogród nawet w najchłodniejsze dni. Oszczędna dekoracja podkreślała tylko lśniącą pustkę cedrowych podłóg. W salonie stał parawan ozdobiony motywem tulipanów; kielichy kwiatów pokryte płatkami złota błyszczały w półmroku. Wapienne popiersie Buddy z siódmego wieku, z odłamanymi ramionami i głową, jaśniało w kącie.
[…]
Pożyczonej Scenerii. Pożyczonej? Nie rozumiem. Istnieją cztery główne sposoby jej pożyczania, wyjaśnił mi: enshaku – pożyczanie na odległość – wkomponowuje w ogród góry i wzgórza, rinshaku przejmuje charakterystyczne obiekty z najbliższego sąsiedztwa, fushaku czerpie z ukształtowania terenu, a gyoshaku wykorzystuje chmury, wiatr i deszcz. Rozważyłam dokładnie jego słowa. To nic innego jak rodzaj oszustwa. Każdy aspekt ogrodnictwa jest rodzajem oszustwa – odparł głuchym głosem wzmocnionym przez wyraz oczu.
[…]
Jak długo trzeba się uczyć, żeby zostać wykwalifikowanym projektantem ogrodów w Japonii? Piętnaście lat. Co najmniej. Uśmiechnął się. Wygląda pani na zaskoczoną. Tak było dawniej. Obecnie nauka zawodu trwa zwykle tylko cztery do pięciu lat. Pokręcił głową. Standardy się degradują, jak zresztą wszystko inne. Mimo wszystko… pięć lat to jednak dosyć długo. Przez jego twarz przemknęło jakieś wspomnienie, jak deszcz, który ominął górę. Ojciec zaczął mnie uczyć, kiedy miałem pięć lat – powiedział. W dniu moich osiemnastych urodzin wręczył mi torbę pełną szkicowników i tylko tyle pieniędzy, żeby starczyło mi na półroczną wędrówkę po Honsiu. „Najlepszym sposobem nauki jest obserwacja natury. Rysuj, co widzisz, co cię porusza. Nie wracaj przed pierwszym śniegiem”, przykazał.
[…]
Wrócił pan jeszcze kiedyś do domu? To już nie jest mój dom. Moi rodzice nie żyją. Wszystko, co znałem, co zapamiętałem, wszyscy przyjaciele, których miałem, wszystko zniknęło w zawierusze. Opuścił wzrok na ręce spoczywające na stole. Pozostały mi tylko wspomnienia. Patrzyłam na niego, mężczyznę, który osiedlił się w tych górach i stał na straży swojego ogrodu, kiedy zmieniały się niezbyt zróżnicowane pory roku, lata mijały, a on sam robił się coraz starszy. Ogród może pożyczać od ziemi, nieba i wszystkiego wokół, ale pan zapożyczył się u czasu – powiedziałam wolno. Pańskie wspomnienia też są formą shakkei. Włącza je pan do swojego życia, żeby wydawało się mniej puste. Widzi je pan, podobnie jak górskie szczyty i chmury nad pańskim ogrodem, ale na zawsze pozostaną poza zasięgiem. Oczy mu sposępniały. Przekroczyłam granicę, której nie powinnam była przekraczać. Podobnie jest z panią – odezwał się chwilę później. Pani dawne życie także zniknęło. Przyjechała tu pani, zapożyczywszy marzenia u swojej siostry, i szuka pani tego, co straciła.
[…]
Zawierał rysunek wykonany czarnym tuszem i wodą na czystym białym tle: wątły starzec prowadził domowego bawołu o zapadniętych bokach na sznurze przywiązanym do kółka w nozdrzach zwierzęcia. Starzec już miał przejść przez okrągłą bramę w wysokim murze, ale zatrzymała go podniesiona ręka wartownika. Za bramą rozciągała się szarość, rozbielając się we włóknistą pustkę ryżowego papieru. Podróż na zachód – odezwał się Aritomo. To praca mojego ojca. Podarował mi ją przed śmiercią. Kim jest mężczyzna z bawołem? To Laozi. Był filozofem na chińskim dworze dwa i pół tysiąca lat temu. Rozczarowany dworskim życiem postanowił z nim zerwać. Tutaj jest przedstawiony przy bramie Hanku, gotowy opuścić granice królestwa i odjechać ku nieznanym krainom na zachodzie. Moja ręka zawisła nad postaciami. Został zatrzymany przez wartownika. Strażnika bramy. Rozpoznał mędrca i błaga go, aby zatrzymał się u niego na noc i ponownie rozważył swoją decyzję. Twarz Aritomo była w cieniu; widziałam tylko błysk jego oka, płaszczyznę policzka i zmarszczkę w kąciku ust. Laozi się zgadza. Tej nocy spisze zasady i przekonania, którym hołdował przez całe życie: Tao-teking. Aritomo umilkł na sekundę. „Czyż tao niebios nie jest podobne do naciągania łuku? Jeżeli wysoko w górę mierzymy, wówczas cięciwę w dół odciągamy. Jeżeli nisko w dół celujemy, wówczas cięciwę w górę przyciągamy. Jeżeli nadmiernie ją naciągnęliśmy, zmniejszamy trochę naciągnięcie. Jeśli niedostatecznie naciągnęliśmy, uzupełniamy trochę naciągnięcie. Tao niebios samo zmniejsza nadmiar i uzupełnia niedostatek. Tao ludzi natomiast nie jest takie”.
[…]
Bardzo lubiłam trening łuczniczy z Aritomo. Droga Łuku nie sprowadzała się bynajmniej do trafienia w tarczę. Głównym celem kyudo jest ćwiczenie umysłu, żeby wzmocnić koncentrację poprzez każdy ceremonialny gest, który wykonujemy w shajo [z jap. przestrzeń strzelnicza – przyp. aut.], powiedział mi Aritomo. Od chwili, kiedy podchodzimy do linii, z której oddajemy strzał, oddech musi być regularny – powiedział. Każdy oddech musi łączyć się z wykonywanym ruchem, dopóki strzała nie opuści nie tylko naszych rąk, lecz także naszego umysłu. Trening zawsze zaczynał się od tego, że siedzieliśmy w milczeniu przez kilka minut, oczyszczając myśli z wszelkich dystrakcji. Odkryłam, jaki tumult tłucze mi się po głowie. Miałam poważne trudności, żeby usiedzieć w spokoju i nie myśleć zupełnie o niczym. Nawet z zamkniętymi oczyma byłam świadoma wszystkiego wokół: szelestu wiatru, ptaka skaczącego po dachówkach, swędzącej mnie nogi. Pani umysł jest jak lep na muchy zwisający z sufitu! – narzekał Aritomo. Przylega do niego każda myśl, choćby najbardziej ulotna i błaha. Każdy szczegół ośmiu etapów procesu strzelania był ściśle określony, nawet sekwencja oddechów; spełnianie tych precyzyjnych i zrytualizowanych gestów sprawiało mi przyjemność.
[…]
Pewien kolekcjoner z Tokio chce go kupić. Ma pan też inne prace? Chciałabym je zobaczyć. Ze skrzyneczki wyjął kilka innych odbitek. Inaczej niż się spodziewałam, nie przedstawiały kwiatów, ale demony, wojowników i rozwścieczonych bogów wymachujących mieczami i halabardami. Przejrzałam je pobieżnie i oddałam, nie kryjąc niesmaku. To bohaterowie naszych mitów i legend – wyjaśnił. Wojownicy i banici pochodzą z kart Suikoden, japońskiego przekładu chińskiej powieści Sui Hu Chuan. Ten tytuł był strzałą wystrzeloną przez moją młodość. Opowieści znad brzegów rzek! – powiedziałam. Tę książkę, klasyczne dzieło literatury chińskiej, znała większość Chińczyków, także tych, którzy, jak ja, w swoim własnym języku umieli tylko milczeć. Czytałam je, kiedy miałam piętnaście lat. W przekładzie Waleya [Arthur, angielski orientalista – przyp. aut.]. Książki nie skończyłam, ale nie wydaje mi się, żeby były w niej rysunki takie jak te. To kopia Suikoden. Liczy sobie dwieście lat – oświadczył. Ilustracje odbił ręcznie sam Hokusai. Westchnął, widząc, że nie mam pojęcia, o kim mówi. Powinna pani zobaczyć jego pracę przestawiającą wielką falę uchwyconą w chwili, w której już-już ma się przełamać i wrócić do morza. Pod nią uwięziona jest mała łódka, a w tle widać górę Fudżi. Oczywiście znam tę pracę. Jest słynna. To właśnie dzieło Hokusai. Pogroził mi palcem w białej rękawiczce. Większość ludzi sądzi, że go zna, bo kojarzy go z Za wielką falą w Kaganawie [właśc. - u Kaganawy – prefektury w Japonii - przyp. aut.]. Ale Hokusai stworzył o wiele więcej. Przesunął książkę do mnie. Pionowa linia japońskiego pisma odbitego czerwonym tuszem układała się wzdłuż krawędzi popielatej okładki. Książka otwierała się z prawej strony na lewo, a pierwszy ukiyo-e przedstawiał strzelistą górę, na zboczu której przycupnęła maleńka świątynia. Kiedy przewracałam karty książki, w pokoju było zupełnie cicho. Są bardzo szczegółowe – zauważyłam. W zależności od tego, ile chciał mieć kolorów i jaki uzyskać efekt, artysta musiał wyrzeźbić odpowiednią liczbę drewnianych matryc.
[…]
Kiedy po półgodzinie wracamy nad staw, Vimalya zatrzymuje się i rozgląda wokół. Z tego, co mi pani powiedziała, rozumiem, że chodzi głównie o kwestie estetyczne, tak? O estetykę ogrodu? Oczywiście, że nie. Ogród powinien docierać do głębi. Odmienić serce, zasmucić je, uszlachetnić. Jego rolą jest skłonić nas do zadumy nad przemijalnością wszystkiego, co nas otacza – mówię. Ten szczególny punkt w czasie, kiedy ostatni liść już-już ma opaść, gdy ostatni płatek już-już ma się osypać, ten moment zawiera wszystko, co w życiu piękne i bolesne. Mono no aware, nazywają to Japończycy. Niezbyt zdrowy sposób zapatrywania się na życie. Wszyscy umieramy – odpowiadam. Dzień po dniu, sekunda po sekundzie. Każdy oddech, który bierzemy, narusza ograniczoną rezerwę, z którą się rodzimy. Temat śmierci wyraźnie jej nie interesuje, widać, jak tylu innych młodych ludzi, wierzy, że to jej nie dotyczy.
[…]
W mojej głowie znów rozbrzmiewa głos Aritomo: „Wykonuj starannie każdą czynność, a ogród zapamięta je za ciebie”. W minionych latach kilkakrotnie zastanawiałam się, dlaczego nigdy nie pozwalał zapisać swoich wskazówek, dlaczego tak się obawiał, że jego pomysły mogą zostać przez kogoś przywłaszczone i powielone. Tyle czasu spędziłam z dala od Yugiri, że w końcu zaczynam rozumieć – naprawdę rozumieć – o co mu chodziło. Jego nauki są wpisane w każde drzewo i w każdy krzew, są w każdym widoku, na który patrzę. Miał rację: zapamiętałam wszystko, czego mnie nauczył. Ale ten zbiornik zaczyna przeciekać. Jeśli nie spiszę nauk Aritomo, kto będzie w stanie odcyfrować jego wskazówki, kiedy nie będę już zdolna nikomu ich wytłumaczyć – kiedy sama nie będę w stanie wytłumaczyć sobie, co właściwie mówię?
[…]
Rozkładając wyciągnięty z koperty list, stopniowo uświadamiam sobie, że papier, który trzymam w ręce, wypełniają niedające się odcyfrować gryzmoły. Wokół robi się tak cicho, że niemal słyszę, jak krew płynie mi w żyłach. Po chwili – chyba nie dłuższej niż minuta lub dwie – podnoszę kolejny list. Trzęsą mi się ręce. To pismo także jest nieczytelne. Przenoszę wzrok na stos książek na biurku – tytuły wypisane na grzbietach są nierozpoznawalne. Sięgam po notes, żeby w nim coś napisać, ale za bardzo drży mi ręka. Biorę kilka oddechów i kiedy uznaję, że jestem gotowa, powoli, drukowanymi literami zapisuję moje nazwisko i imię. Chociaż pamięć ręki podpowiada mi, że piszę poprawnie, na papierze widnieje linijka hieroglifów. Przypływ paniki wypędza mnie z gabinetu. Neurochirurdzy uprzedzali mnie, że takie historie będą mi się przytrafiały coraz częściej i za każdym razem będą trwały coraz dłużej. Nie potrafili podać przyczyny szybko pogłębiającej się dysfunkcji mojego mózgu. Nie mam guza, nie cierpię na demencję, nigdy nie doznałam wylewu. I tak ma pani dużo szczęścia – powiedział mi ostatni z szeregu specjalistów, których odwiedziłam. W niektórych przypadkach afazja atakuje nagle i już się nie cofa.
[…]
Podarunek cesarza – obwieszcza. Z tego, jak sztywno się trzyma, wnoszę, że gdyby nie ja, oddałby mu pokłon. Jestem ciekaw, ile razy to koło obróciło się od czasu, kiedy zostało zbudowane. Tyle razy, ile obrotów ziemia wykonała wokół słońca – odpowiadam, żeby mu sprawić przyjemność. Cesarze i ogrodnicy. Tatsuji kręci głową. Wie pani, co się stało z chińskim cesarzem po tym, jak komuniści przejęli władzę? Został zresocjalizowany. Żywota dokonał jako ogrodnik. Inskrypcje pod ocalałymi łopatkami zarasta mech; pismo jest czytelne tylko w części, modlitwy – zniekształcone i osłabione. Nachodzi mnie myśl, że pewnego dnia ucichną zupełnie.
[…]
Są i tacy, którzy uważają, że Aritomo był szpiegiem i został wezwany z powrotem do Japonii. Jeśli tam wrócił, nikt go nigdy nie widział. Wie pan, którą lubię najbardziej? – pytam. Tę, którą przedstawił mi bomoh, malajski szaman: otóż w Aritomo zakochała się lokalna wiedźma i czarami zmusiła go, żeby zamieszkał z nią w dżungli. Pamiętam ranek, kiedy przeczytałem w gazecie o zaginięciu Aritomo-sensei – mówi Tatsuji. Dopiero wtedy stał się dla mnie realną osobą, a nie tylko nazwiskiem. Dziwne, że człowiek może się stać rzeczywisty dopiero wtedy, gdy zniknie, prawda? Rosnące między skałami paprocie – „słoniowe uszy” – lekko falują; przez chwilę wyobrażam sobie, że starają się podsłuchać naszą rozmowę. Jak pani sądzi, co się wtedy naprawdę wydarzyło? – pyta Tatsuji. Proszę się tylko rozejrzeć. Moja ręka zakreśla okrąg w powietrzu, zarzucając lasso na okoliczne góry. Wie pan, jak łatwo zgubić w dżungli drogę? Wystarczy jeden skręt w nie tę stronę i można zupełnie stracić orientację. Wskazuję na przeorany żlebem masyw za naszymi plecami. Widzi pan tę wieżę widokową, wystającą tam spośród drzew? Tamtędy przebiega jego ulubiona trasa spacerowa. Sądzi pan, że trafiłby pan z powrotem, gdyby zszedł tam ze szlaku?
[…]
Słuchałam wiatru i wyobrażałam sobie, jak wieje od drzewa do drzewa, od liścia do liścia. Oczyma umysłu zobaczyłam skrzydła ptaka wprawiające powietrze w ruch. Patrzyłam, jak liście opadają, wirując, z najwyższych gałęzi na mszystą ściółkę. Wdychałam woń ogrodu: świeżo rozkwitłej lilii, paproci ciężkich od rosy, kory kruszącej się pod naporem żarłocznych termitów, pudrowy zapach z nutą wilgoci i butwienia. Czas nie istniał; nie miałam pojęcia, ile minęło minut. Czym zresztą jest czas, jeśli nie wiatrem, który nigdy nie ustał? Kiedy otworzy pani oczy – głos Aritomo zdawał się dobiegać z bardzo daleka – proszę się rozejrzeć wokół. Moje oczy prześlizgnęły się po lustrze wody ku żywopłotom z kamelii, ku drzewom sięgającym gór, ku górom wnoszącym się nad pułap chmur. Nie pozwoliłam spojrzeniu zatrzymać się zbyt długo na żadnym z tych elementów, ale próbowałam zobaczyć całość. W tym właśnie momencie pojęłam, czego ode mnie oczekiwał, co miałam zrozumieć, żeby stać się takim ogrodnikiem jak on, który poświęcił temu całe życie. Po raz pierwszy poczułam, że znajduję się wewnątrz żywego, trójwymiarowego obrazu.
[…]
Przenieśli swoją uwagę w mrok ponad naszymi głowami. Podążyłam wzrokiem za ich spojrzeniem, czując, że ziemia usuwa mi się spod nóg. Z początku nie widziałam nic. Stopniowo dostrzegłam, że na ścianie jaskini coś się porusza. Chłopiec, mniej więcej jedenastoletni, wdrapywał się chwiejnie po bambusowej tyczce, jak mrówka po źdźble trawy. Znajdował się już na wysokości siedemdziesięciu, może osiemdziesięciu stóp, nie zabezpieczony żadną liną. Od czasu do czasu zatrzymywał się i zwieszał ze skalnego występu na jednej ręce, a drugą odcinał gniazda od ściany i wrzucał je do torby przywiązanej do pasa. A co z jajkami? – zapytałam, patrząc na chłopca; mój głos w olbrzymiej jaskini wydawał się cichutki. Zabierają gniazda, zanim ptaki zdążą złożyć w nich jaja – odparł Aritomo. Kiedy samica odkrywa, że jej gniazdo zniknęło, buduje następne. Zostawiają je dla niej, żeby mogła się nieść. Gniazd z pisklętami nie zabierają. Od zadzierania głowy zesztywniała mi szyja. Kiedy chłopiec zszedł z rusztowania, nie pamiętałam już o moim lęku przed jaskiniami. Perang [w indonez. - wojownik – przyp. aut.] odebrał od niego torbę i kucnął przy niskim płaskim głazie zalanym światłem. Wysypał na niego zawartość torby. Drobinki pyłu wzbiły się i zawirowały w świetle. Gniazda, niejednokrotnie pełne piór, różniły się pod względem barwy – od czerwonobrązowych po bladożółte i prawie białe. Ich kształt przypominał ludzkie uszy.
[…]
Dotknęłam drewnianej tabliczki na ościeżnicy i pchnęłam drzwi. Wszyscy zamilkli i weszli za mną do Yugiri. Za murem światło wydawało się bardziej miękkie, starsze; w powietrzu unosił się intensywny zapach żółknących bambusowych liści. Zakręty ścieżki zmyliły nie tylko nasz zmysł orientacji, ale także pamięci – po kilku minutach byłam gotowa wyobrazić sobie, że zapomnieliśmy o świecie, z którego właśnie przybyliśmy. Lady Templer i Emily westchnęły ze zdumienia, kiedy wynurzyliśmy się u wylotu ścieżki nad brzegiem stawu. Patrząc na ogród na nowo oczyma tych ludzi, przypomniałam sobie o talencie Aritomo. Sześć podłużnych kamieni wystających ponad powierzchnię wody wyglądało jak palce wyciągające się po magiczny miecz wrzucony w toń stawu. Przez chwilę zastanawiałam się, dlaczego Aritomo nie poszedł za radą Sakuteiki i nie ograniczył liczby kamieni do pięciu, tak jak to zrobił w skalnym ogrodzie przed domem. Staw nosi nazwę Usugomo – powiedziałam. Pasma Chmur. Dziwna nazwa dla stawu – skomentował Wysoki Komisarz. Spójrz na wodę – poradziła mu żona. Wiatr zamarł, a chmury na powierzchni wody wyglądały jak odbicia twarzy zaglądających do studni. Sprytnie – powiedział Templer. Chciałabym panią zapytać, co znaczy „Yugiri”? – zapytała lady Templer. Wieczorne Mgły.
[…]
Nigdy nie podałam nikomu prawdziwego powodu, dla którego zatrudniłam się w Trybunale do spraw Zbrodni Wojennych, nawet ojcu ani bratu. Szukałam informacji, które pomogłyby mi odnaleźć mój obóz, i miałam nadzieję, że praca asystentki analityka sądowego umożliwi mi kontakt z japońskimi zbrodniarzami wojennymi sądzonymi na Malajach. Zatrudniłam nawet pewną Japonkę, która uczyła mnie języka. Normy postępowania karnego w przypadku procesów o zbrodnie wojenne nie były ściśle egzekwowane. Trybunał uwzględniał niepotwierdzone informacje, uznawał poszlaki i dowody ze słyszenia przedstawione przez ofiary. Prowadziłam przesłuchania japońskich oficerów i dokumentowałam ich zeznania, przemycając swoje własne pytania i badając, czy oskarżeni nie wiedzą czegoś o moim obozie. Dokładałam starań, żeby sprawy, nad którymi pracowałam, były tak dobrze skonstruowane, by zbrodniarze wojenni nie mieli szansy na ułaskawienie. Moja nieustępliwość imponowała oskarżycielom, ale przypłacałam ją zdrowiem – sprawdzałam każdy dowód, który uzyskałam, a jeśli tylko mogłam, nie opuszczałam żadnego przesłuchania. Oporne ofiary prośbą i groźbą skłaniałam do składania zeznań przeciwko japońskim oprawcom. Oczywiście nie byłam w stanie zachować dystansu w stosunku do mojej pracy. Zdarzało się, że kiedy przypominałam sobie strach i cierpienie, które dawniej były moim udziałem, nie mogłam już dłużej czytać sądowych dokumentów. W takich chwilach zmuszałam się do dalszej pracy, do wytropienia w gąszczu informacji tej jednej, na której mi zależało. Ale nigdy nie natrafiłam na wzmiankę o obozie, w którym więziono Yun Hong i mnie. Kiedy odeszłam z pracy w Trybunale i wyjechałam na studia, zachowałam notes. W głębi serca nadal wierzyłam, że znajdę w nim odpowiedź.
[…]
Zagłębienia między łańcuchami górskimi więziły kłęby chmur. Przy stawie Usugomo zatrzymałam się i zawahałam. Teraz, kiedy staw był pełen, ogród wydawał się większy; uświadomiłam sobie, że to ciekłe lustro jest kolejną formą shakkei, pożyczania od pustki, żeby mnożyć pustkę. Mniejsze i większe kamyki, którymi wyłożyliśmy dno stawu, znalazły się pod wodą. Na myśl o tym, że wszystko zrobiliśmy jak należy, mimo że rezultatu naszych starań nie było widać, poczułam głęboką satysfakcję. Zatopione kamienie nadały wodzie inny charakter, dzięki nim staw wyglądał na starszy, gęstszy, skrywający jakąś tajemnicę. Na płyciźnie stała na jednej nodze czapla siwa, czyszcząc pióra. Zatrzymała się i obrzuciła mnie spojrzeniem, a potem zaczęła przeglądać się w wodzie. Z jakiegoś powodu zdecydowała się tutaj zostać; czasem znikała na dzień lub dwa, ale zawsze wracała nad staw.
[…]
Czapla poruszyła skrzydłami raz i jeszcze raz, strzepując z nich odrętwienie; dźwięk zwielokrotnił się echem i ucichł między drzewami. Kiedy odleciała, krople wody z jej nóg rozkwitły nakładającymi się na siebie obręczami na powierzchni stawu. Zwróciliśmy uwagę na jakiś ruch wysoko nad naszymi głowami, wyżej niż odlatująca czapla. Równocześnie podnieśliśmy twarze ku niebu. Aritomo wskazał mi kierunek główką laski – wyglądał przy tym jak prorok na pradawnej ziemi. Na odległym krańcu nieba na wschodzie, gdzie panowała już noc, kładły się strumienie światła. Z początku nie wiedziałam, na co patrzę, ale kiedy zdałam sobie z tego sprawę, wyrwało mi się westchnienie. To był deszcz meteorów, świetlnych strzał wypuszczonych przez łuczników z dalekiego końca wszechświata, które zajmowały się ogniem i spalały, przebiwszy tarczę atmosfery. Całe ich setki gasły, nie dotknąwszy ziemi, rozbłyskując najjaśniej tuż przed końcem. Kiedy tam staliśmy z głowami odchylonymi do tyłu, żeby widzieć niebo, z twarzami rozjaśnionymi prastarym światłem gwiazd i gasnącym ogniem kawałków planety, która rozpadła się dawno temu, zapomniałam, gdzie jestem, przez co przeszłam, co straciłam.
[…]
Tutaj gwiazdy są inne. Jego oczy jeszcze raz prześlizgnęły się po niebie, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy poczucie straty, które usłyszałam w jego głosie, nie opuści go do końca życia. W jednym z ogrodów, które założył, dziadek użył wyłącznie białych kamieni – podjął po chwili, nadal patrząc na niebo. Zupełnie białych, niemal fosforyzujących. Ułożył je tak, aby odzwierciedlały konstelacje, które kochał najbardziej: Wiejadło, Narzędzie Rzeźbiarza, Purpurowy Zakazany Zaułek. W jego ustach te nazwy brzmiały jak ofiary składane kopule niebieskiej nad nami. Chciał, żeby ludzie, którzy będą odwiedzali ten ogród, czuli się, jakby chodzili po nocnym niebie. Strumień spadających gwiazd wysechł, ale niebo wciąż promieniowało blaskiem, jakby zatrzymało światło meteorów. A może ten blask pozostał nie na niebie, ale w naszych oczach, w naszej pamięci?
[…]
Dwie godziny po północy przerywam pisanie. Nie chcę stawić czoła temu, co zapamiętałam, pośród tych wszystkich stron pełnych słów. Lecz to tam jest, czai się za głazem w mojej pamięci, czyha, aby znów się pokazać. Odkładam pióro na blat biurka, odsuwam krzesło, otwieram przesuwne drzwi i przechodzę po ciemnej werandzie od frontu. Wszystko pokrywa szron księżycowego światła. Odzywa się lelek i po chwili cichnie. Czekam, aż znów zaterkocze, lecz lelek sprawia mi zawód. Rozcierając zdrętwiałe nadgarstki, przypominam sobie, że od tamtego wieczoru spędzonego z Aritomo nad stawem spoglądam na niebo, ilekroć znajdę się wieczorem na powietrzu. Ale nigdy więcej nie udało mi się zobaczyć nic takiego jak tamten monsunowy deszcz spadających gwiazd.
[…]
Za nimi kłonią się ku sobie palmy kokosowe o liściach wyrytych tak precyzyjnie, że niemal słyszę, jak szumią na słonym wietrze. Aritomo umieścił ten pejzaż wewnątrz konturu olbrzymiej mątwy, a brzegi pracy pokrył nakładającymi się na siebie sylwetkami mniejszych mątw, odbitymi półprzejrzystym granatowym tuszem, jak cienie na cieniach. Starożytni Chińczycy nazywali mątwę skrybą boga oceanu, ponieważ jej ciało zawiera zbiornik z barwnikiem – szepczę. Kiedyś wspomniał mi o tym Aritomo.
[…]
Spędziłem wtedy noc w pewnym klasztorze. Powoli obracał się w gruzy i mieszkał w nim już tylko jeden mnich. Był stary, bardzo stary. Był też niewidomy. Następnego ranka, zanim ruszyłem dalej, porąbałem dla niego trochę drewna na opał. Kiedy stamtąd odchodziłem, stanął pośrodku dziedzińca i wskazał w górę. Na skraju dachu łopotała spłowiała i wystrzępiona flaga modlitewna. „Młody człowieku”, odezwał się do mnie stary mnich, „powiedz mi: czy to wiatr jest w ruchu, czy tylko flaga się porusza?”. I co mu odpowiedziałeś? – zapytałam. Powiedziałem: „Poruszają się i wiatr, i flaga, czcigodny ojcze”. Mnich pokręcił głową, wyraźnie rozczarowany moją ignorancją. „Pewnego dnia zrozumiesz, że wiatru nie ma, a flaga nie łopocze”, powiedział. „To tylko serca i umysły ludzi, którzy nie znają spokoju”. Przez chwilę staliśmy tam w milczeniu, patrząc na doliny.
[…]
Kompleks klasztorny był zlepkiem niskich zapuszczonych zabudowań, które przylgnęły do zbocza góry jak pąkle. Byłam rozczarowana – po tak mozolnej wspinaczce spodziewałam się czegoś więcej. Między świątynnymi zabudowaniami płynął strumień i znikał w wąskim parowie. W pyle wodnym powstającym nad uskokiem tworzyła się i migotała mała tęcza. Aritomo wskazał na skały na drugim brzegu. Wyglądały tak, jakby drżały. Dopiero po sekundzie uświadomiłam sobie, że obsiadło je tysiące motyli. Przyglądałam się im przez moment, ale niecierpliwiłam się, żeby iść dalej. Poczekaj – powstrzymał mnie Aritomo, spoglądając na niebo. Słońce przebiło się przez chmury i zmieniło powierzchnię skał w połyskliwą materię mieniącą się barwami turkusu, żółci, czerwieni, fioletu i zieleni, tak jakby światło uległo rozszczepieniu. Motyle skrzydła drgnęły i zatrzepotały. Niewielkie roje motyli odrywały się od skał i na kilka chwil zawisały w świetle, a potem rozwiewały się w stronę dżungli jak znaczki pocztowe porwane przez wiatr. Kilka przefrunęło przez tęczę nad parowem – uległam wrażeniu, że wynurzyły się po drugiej stronie bardziej kolorowe, ze skrzydłami ożywionymi przez barwy łuku wzniesionego przez światło i wodę. Podeszliśmy do bram klasztoru. Z daszku zwisały dwa płócienne, niegdyś białe lampiony, jak kokony porzucone przez jedwabniki. Wykaligrafowane na nich czerwone znaki, poczerniałe od dziesięcioleci sadzy i dymu kadzideł, popękały i wykrwawiły się na postrzępione płótno, sutry zmienione w rany. Kiedy minęliśmy bramę i weszliśmy po pokruszonych kamiennych stopniach, nikt nas nie powitał. Szum rzeki ucichł. W głównej sali modlitewnej minęła nas mniszka w szarych szatach, z bukietem dymiących kadzidełek w dłoniach. Z krokwi w omdlewających bez końca spiralach zwieszały się olbrzymie zwoje kadzideł z drzewa sandałowego. Na ołtarzach stali bogowie, nachmurzeni, ciskając gromy wzrokiem; niektórzy dzierżyli trójzęby i pałasze o grzbietach nabijanych metalowymi kółkami; wszystko okrywał rzadki kożuch kurzu i popiołu. Rozpoznałam czerwone oblicze Kuan Kunga, boga wojny – moja amah [w azjat. - opiekunka, niania – przyp. aut.] zabrała mnie kilka razy do świątyni w Georgetown [miasto w Malezji – przyp. aut.], kiedy szła prosić bogów o szczęśliwe numery na cotygodniowej loterii. Nigdy nic nie wygrała, ale też nigdy jej to nie powstrzymało przed powrotem do świątyni, dokąd chodziła regularnie, tydzień w tydzień. Bóg wojny był odziany w czarny pancerz; pożółkłą brodę trzymał w urękawicznionej ręce. Jest także bogiem handlu – powiedziałam Aritomo. Podobno prowadzenie interesu to wojna. A wojna – odparł Aritomo – to niezły interes.
[…]
Któregoś razu, kiedy byłem nieposłuszny, matka opowiedziała mi historię o pewnym mordercy – odezwał się Aritomo; głos miał lekko ochrypły od dymu kadzidła przesycającego powietrze. – Po śmierci trafił do piekieł. Pewnego dnia, gdy Budda przechadzał się po rajskim ogrodzie, przypadkiem spojrzał w głąb sadzawki. I tam na samym dnie zobaczył tego mordercę cierpiącego męki piekielne. Już miał kontynuować swoją przechadzkę, gdy dostrzegł pająka snującego sieć i przypomniał sobie, że morderca powstrzymał się kiedyś od zabicia pająka, który chodził mu po nodze. Za zgodą pająka Budda wyplątał z pajęczyny jedną nić i zarzucił ją na dno sadzawki. W czeluści piekieł morderca zauważył, że na krwistoczerwonym niebie coś połyskuje, opadając coraz niżej ku niemu. Kiedy nić zawisła tuż nad jego głową, wyciągnął rękę i pociągnął za nią. Ku jego zdumieniu utrzymała jego ciężar. Zaczął się po niej wspinać, wdrapywać z piekieł do raju. Ale piekło dzielą od raju tysiące mil. Inni grzesznicy szybko zauważyli, co się święci, i oni także zaczęli się wspinać po pajęczej nici. Morderca był już wysoko, prawie wydobył się z piekieł. Zatrzymawszy się, żeby odpocząć, spojrzał w dół i zobaczył tysiące ludzi, mężczyzn i kobiet, starych i młodych, którzy wspinali się w ślad za nim, kurczowo trzymając się nici. „Puszczajcie! Ta nić jest moja!”, zawołał. „Puśćcie ją!” Ale nikt go nie słuchał. Morderca bał się, że nić zaraz pęknie. Kilkoro innych grzeszników prawie go dogoniło. Zaczął ich kopać i kopał tak długo, aż puścili nić i spadli w otchłań. Lecz jego rozpaczliwe ruchy zerwały nić ponad nim i on także ze strasznym krzykiem runął z powrotem do piekieł.
[…]
W domu mówiliśmy po angielsku, wtrącając wyrażenia w hokkien, dialekcie Chińczyków z Penang. Mój ojciec, kiedy był chłopcem, chodził do szkoły prowadzonej przez angielskich misjonarzy, w związku z czym nie nauczył się mówić ani czytać w języku mandaryńskim i ten brak przekazał swoim dzieciom: mój brat ukończył St. Xavier’s Institution, a Yun Hong i ja uczyłyśmy się w szkole klasztornej. Malajscy Chińczycy, którzy nie mówili po angielsku, pogardzali nami za to, że nie znamy języka naszych przodków. „Połykacze europejskich gówien”, mówili o nas. Z kolei my, Chińczycy znad Cieśniny, śmialiśmy się z ich nieokrzesania i litowaliśmy się nad nimi, bo nie mieli szans na dobrą pracę w służbie cywilnej ani na awans społeczny w naszym kolonialnym społeczeństwie. Nie ma żadnej potrzeby uczyć się języka innego niż angielski, powtarzał nam ojciec, kiedy dorastaliśmy; nie ma, ponieważ na Malajach zawsze będą rządzić Brytyjczycy.
[…]
Trzy lata później, w grudniu 1941 roku, piętnaście minut po północy i godzinę przed nalotem na Pearl Harbour, wojska japońskie wylądowały na północno-wschodnim wybrzeżu Malajów. Uważa się, że Japonia przystąpiła do wojny, atakując Pearl Harbour, ale najpierw otworzyła sobie drogę na Malaje. Japońscy żołnierze przeczołgali się przez plażę w Pantai Cinta Berahi, jak żółwie skórzaste, które co roku w tym mniej więcej czasie wychodzą na ląd, żeby złożyć gładkie okrągłe jaja. Z Plaży Namiętnej Miłości zaczęli się posuwać na rowerach w głąb półwyspu, przemieszczając się bocznymi drogami przez malajskie kampongi [typowe osady, wioski malajskie – przyp. aut.], pola ryżowe, a także przez dżunglę, jak zapewniały nas władze, nieprzebytą. Ojciec był pewien, że Brytyjczycy powstrzymają japońską inwazję. Ale po trzech tygodniach Japończycy dotarli na Penang. Brytyjczycy ewakuowali swoich obywateli do Singapuru, nas, tubylców, zostawiając na pastwę najeźdźcy. Europejczycy, którzy od lat bywali u nas na przyjęciach – Faradayowie, Brownowie, bracia Scott – i których rodzice uważali za swoich przyjaciół, odpłynęli bez słowa pożegnania. Ale było też wielu takich, którzy nie chcieli uciekać, nie zamierzali porzucać swoich przyjaciół i służących – jak Huttonowie, Codringtonowie, rodzina Wrightów. Kian Hock, mój brat, służył w policji. Dwa miesiące przed japońską inwazją wysłano go na Cejlon na szkolenie. Ojciec polecił mu tam zostać. Stary pan Ong zaoferował nam, żebyśmy wraz z jego rodziną schronili się na jego plantacji durianów w Balik Pulau na zachodnim brzegu wyspy. Tam będziemy bezpieczni od Jipunakui [w tłum. japońskich duchów – przyp. aut.] – zapewniał nas.
[…]
W kopalni pracowało się po osiemnaście godzin dziennie, utrzymując się przy życiu o kawałku chleba i misce zupy, w której pływały kawałki nadpsutych warzyw. Wszyscy chorowaliśmy: na dyzenterię, beri-beri, malarię, pelagrę, bardzo często na kombinację tych chorób. Miałam szczęście, że pracowałam w kuchni, chociaż mój przydział chorób i bicia mnie nie ominął. Niedostatek żywności i leków, ciężka praca i kary fizyczne powoli nas dziesiątkowały. Najokrutniejszym strażnikom wymyślaliśmy przezwiska: Wściekły Pies, Rzeźnik, Krościuch, Ciemna Sraka, Czarna Śmierć. Dzięki temu chociaż przez krótką chwilę czuliśmy, że mamy jakąś kontrolę nad własnym życiem. Dwa albo trzy razy za ogrodzeniem dostrzegłam gibkie brązowe sylwetki, poruszające się bezszelestnie między drzewami. Orang Asli – powiedział mi jeden z więźniów. Japońcy ich nie tykają. Jakiś Japoniec zginął od ich zatrutych strzał. Co trzy tygodnie do obozu przyjeżdżały ciężarówki ze znakiem Czerwonego Krzyża, przywożąc stalowe skrzynie i beczki, które następnie więźniowie na rozkaz zanosili do kopalni. Pewien australijski jeniec, sądząc, że żaden strażnik go nie widzi, zajrzał raz do jednej ze skrzyń. Strażnik Fumio kazał go przywiązać do bambusowej kraty na placu apelowym i wychłostać. Potem na dwa dni zamknięto go w niskiej klatce z blaszanym dachem, w której nie mógł się wyprostować ani usiąść. Postradał zmysły i w końcu musieli go zastrzelić.
[…]
Wojna się skończyła – powtórzyłam. Pozwoliłam się wykrwawić wszystkiemu, co tak długo tamowałam, powinnam więc chyba poczuć się lepiej, ale wcale tak nie było. Pokaż mi rękę – powiedział Aritomo. Zdejmij rękawiczkę. Tyle razy widział ją już bez okrycia. Nie poruszyłam się. Kiwnął do mnie głową. Ściągnęłam lewą rękawiczkę, odsłaniając kikuty dwóch palców. Ujął moją dłoń, głaszcząc blizny. Jesteś leworęczna – zauważył. Fumio o tym wiedział. Musiałam się na nowo nauczyć najprostszych czynności. A ten szkic karesansui, który widziałaś w chacie Tominagi Noburu, jak wyglądał? – zapytał Aritomo. Zastanowiłam się przez moment. Trzy kamienie w jednym rogu, dwa niskie płaskie szare głazy ułożone na ukos naprzeciw, a między nimi miniaturowa sosna, ukształtowana jak wgnieciony świątynny dzwon. Suchy ogród w letnim domu jego dziadka nad jeziorem Biwa – stwierdził Aritomo. Liczący sobie trzy wieki, słynny na całą Japonię – urwał. Jeśli chodzi o sztukę eksponowania kamieni, Tominaga-san miał dużą wiedzę. Ale brakowało mu twojego talentu. Był odmiennego zdania. Tominaga-san był kuzynem cesarzowej – ciągnął tak cicho, że sądziłam, iż mówi do siebie. Znaliśmy się już jako pięcio-, sześcioletni chłopcy. To z nim pokłóciłeś się o projekt ogrodu. Powinnam była domyślić się tego już dawno. Cesarz zwolnił cię z powodu Tominagi. Kiedy Aritomo nie odpowiedział, dodałam: Toczyć boje o ogród. To było absurdalne!
[…]
Kilka miesięcy przed inwazją naszych żołnierzy Tominaga [wybawca Teoh Yun Ling z japońskiego obozu koncentracyjnego – przyp. aut.] przyjechał do mnie z wizytą – powiedział Aritomo. Wyprostowałam się i utkwiłam w nim wzrok. Tutaj? Czego chciał? Przekazał mi podarunek od cesarza. Koło wodne. Aritomo przyglądał się bruzdom na swoich dłoniach. Jeśli będzie to dla ciebie pocieszeniem, choćby niewielkim, mogę cię zapewnić, że Tominaga nie zgwałcił twojej siostry. Wolał mężczyzn. Od zawsze. Myślę, że poszedł do twojej siostry, ponieważ sądził, że bez niej nie uciekniesz. A jednak to zrobiłam. Porzuciłam ją. Chciała, żebyś to zrobiła. Spełniłaś obietnicę, którą jej dałaś. Siedzieliśmy na kamiennej ławce, wsłuchując się w głosy starzejących się mniszek, pozostawionych w klasztorze, o którym wkrótce zaginie wszelka pamięć. Może przyzywały śpiewem chmury, żeby przybyły po nie, kiedy przyjdzie czas pożegnać się z tym światem.
[…]
Tatuaż? Taki jak ten, który zrobiłeś Magnusowi? Nie rozumiesz. Kilka razy zgiął i rozprostował palce. To będzie prawdziwe horimono, na pół twojego ciała. Oszalałeś! Wlepiłam w niego oczy. Pomyślałeś, jakie to będzie miało dla mnie konsekwencje, jeśli ktoś się dowie, że mam coś takiego? Gdybyś się przejmowała tym, co myślą inni ludzie, nigdy byś tutaj nie przyjechała, żeby się ze mną spotkać. Przecież mówiłeś, że zerwałeś z tatuowaniem. Ostatnio znów się to we mnie odezwało. Zwinął palce w pięść. Stawy wyglądały na bardziej spuchnięte, niż wcześniej mi się wydawało. Ból jest coraz dokuczliwszy. Chciałbym wykonać horimono, Yun Ling. Nigdy nie miałem po temu sposobności. Ani też nie znalazłem właściwej osoby.
[…]
Proces tatuowania zaczyna się od suji, naniesienia konturów pędzelkiem – wyjaśnił. Jego palce poruszały się wokół odbitki lekko jak ważka muskająca powierzchnię stawu. Kontur zostanie wytatuowany w pierwszej kolejności. Potem następuje kolejny etap, bokashi, wypełnianie rysunku kolorem. Bokashi można wykonać na dwa sposoby. Tam, gdzie kolor ma być ciemniejszy, potrzeba będzie więcej igieł. Tusz wprowadza się pod skórę na tę samą głębokość, a igły trzyma się tak… Ułożył palce, zbierając koniuszki razem, jakby chciał rzucić na ścianę cień głowy ptaka. Pionowym ruchem dziobnął nimi mój nadgarstek. Efekt cieniowania, taki jak tu – wskazał na płatki kamelii w narożniku ukiyo-e – jest trudniejszy do uzyskania. Tusz trzeba wprowadzić pod skórę na różną głębokość. Igieł będzie mniej, ale nakłucia będą robione pod kątem. Jego powolne, rzeczowe wyjaśnienia mnie uspokoiły. Horimono będzie ujęte w ramę – ciągnął. Ale mogłoby też wtapiać się w otaczającą je skórę, tworząc wzór akebono mikiri, wzór świtu. Świtu – powtórzyłam szeptem. Przywiodło mi to na myśl oddzielenie czegoś niewidzialną granicą, niebo obwiedzione tylko konturem światła. Jakieś niekorzystne efekty uboczne? No cóż… Dawniej, kiedy składnikiem czerwonego tuszu był kadm, klientom dokuczały gorączka i ból. Niektórzy skarżą się, że ich wytatuowana skóra przestała się pocić i jest im chłodno nawet w najcieplejsze dni.
[…]
Tamtego ranka, kiedy cię odwiozłem do Majuba. Kiedy się poznaliśmy. Był ewidentnie zły, sądząc, że tego nie pamiętam. No tak, ale ogród nie był wtedy jeszcze skończony. Skończony czy nie, wszystko sprawiało wrażenie, że jest pod kontrolą, że jest sztuczne. W takim razie nie zrozumiałeś, o co chodzi. Ogrody takie jak ten jego są zaprojektowane, żeby manipulować emocjami. Uważam, że to nieuczciwe. Czyżby? – wypaliłam. To samo można powiedzieć o każdym dziele sztuki, każdym utworze literackim czy muzycznym. Bardzo ciężko pracowałam w tym ogrodzie i jego krytyka wzbudziła we mnie złość. Gdybyś nie był taki ograniczony, zauważyłbyś, że ten ogród nie manipuluje emocjami, on je budzi do czegoś wyższego, czegoś poza czasem. Każdy krok po Yugiri ma służyć temu, żeby otwierać umysł i wprowadzać spacerującego w stan głębokiej kontemplacji.
[…]
Dokładnie o ósmej powiedziałam: Wypuść go, Emily. Na chwilę przymknęła oczy i wypuściła lampion. Przez kilka sekund wisiał w powietrzu, a potem zaczął się wznosić, kołysząc się ku górze jak fosforyzująca meduza. W dolinach niezliczone lampiony zaczęły odrywać się od ziemi, światełka szybujące w ciemność. Frederik i ja wypuściliśmy nasze lampiony w tej samej chwili i poczułam, jak jego dłoń zamyka się wokół mojej ręki. Nad ciemnymi, bezkształtnymi drzewami w Yugiri samotny koralik światła dryfował ku górze, znoszony w bok silnym wiatrem. Emily przyjęła ten widok lekkim skinieniem głowy; na jej policzkach błyszczały łzy. Niektóre lampiony szybko zniknęły w chmurach, połyskując zza nich jak odległe błyskawice. Inne żeglowały coraz dalej, gnane przez wiatr hen za góry. Wyraziłam w myślach życzenie, żeby nie spadły nigdy.
[…]
Przez ostatnie cztery dni słowa nie chcą do mnie przychodzić na zawołanie, mogę się tylko gapić w puste kartki. A kiedy już spływają z mojego pióra, nie potrafię z nimi dojść do ładu. Tylko w nocy zły urok nie działa i dysleksja nie ma nade mną władzy. A więc piszę wtedy, starając się napisać jak najwięcej, zanim zasnę. Siedzę przy biurku od północy, pracując nad fragmentami, w których opisałam wydarzenia z obozu internowania. Zmieniam dobór słów i strukturę zdań. Mam na sobie kardigan, ale w gabinecie jest zimno i bolą mnie palce. Wstaję z krzesła i robię kilka kroków po pokoju, rozmasowując sobie szyję. Ciało mam obolałe, ale to przyjemny ból, ból, który jest skutkiem ciężkiej fizycznej pracy: znowu zaczęłam wprawiać się w kyudo. Po kilku sesjach czuję, jak to, czego się niegdyś nauczyłam, do mnie wraca. Siadam z powrotem przy biurku, przewracam kilka stron i czytam to, co napisałam. „Nawet małpy spadają czasem z drzew”. Tak, jestem zupełnie pewna, że to właśnie powiedział do mnie Fumio, zanim obciął mi palce. Pamięć przypomina plamy słonecznego światła nad zasnutą chmurami doliną, które przemieszczają się wraz z ruchem chmur. Od czasu do czasu snop światła pada na konkretny punkt w czasie, rozświetlając go na moment, a potem wiatr zapieczętowuje wyrwę i świat znowu spowija cień. Zdarzają się chwile, kiedy przypomniawszy sobie, co się wydarzyło, nie jestem w stanie pisać dalej. Jednak najbardziej niepokoją mnie te momenty, gdy nie potrafię sobie przypomnieć z całą pewnością, co się stało. Większość życia zajęły mi próby, żeby zapomnieć, a teraz zależy mi tylko na tym, żeby pamiętać. Nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądała moja siostra; nie mam nawet jej zdjęcia. A moja rozmowa z Aritomo przy stawie tamtej nocy, kiedy spadały meteory – czy to było tego samego dnia, kiedy odwiedził nas Templer, czy zupełnie innego wieczoru? Czas osłabia moją pamięć. Czas i ta choroba, ten intruz w moim mózgu.
[…]
Chce pani zobaczyć ogród. Ogród? Przez sekundę wygląda na zaskoczoną. Och! Nie. Ale pan Aritomo powiedział mi kiedyś, że ma pracę przedstawiającą Laoziego. Chciałabym ją obejrzeć, jeśli jeszcze tu jest. Jest tu nadal. Podobnie jak wasza świątynia. Prowadzę ją do środka, przed rysunek, który wykonał tuszem ojciec Aritomo. Mniszka staje przed starym mędrcem. Rysunek jest pośrodku przedarty, ale został tak zręcznie naprawiony, że prawie tego nie widać. „Gdy dzieło zakończysz, spełnisz swe zadania, wycofaj się z życia” – mówi cicho mniszka. „Takie jest bowiem Tao nieba”. Wielokrotnie czytałam Tao-te-king i te słowa są mi znane. Dzieło Aritomo nie było zakończone, kiedy odszedł. Mniszka odwraca się w moją stronę i uśmiecha – nie do mnie, ale do samego świata. Ach… Czy może pani być tego pewna?
[…]
Kamerdyner, który dość szybko się zorientował, że przejęłam od Aritomo zwyczaj udawania się na wieczorne wędrówki, kiedy tylko słyszy, że zbieram się do wyjścia, niezmiennie się pojawia, żeby podać mi laskę. Jeszcze nigdy jej od niego nie wzięłam, ale go to nie zniechęciło i oferuje mi ją za każdym razem. Trzy wioski znajdujące się w górach Cameron oplata sieć trzynastu oficjalnych szlaków pieszych, które różnią się długością i stopniem trudności. Jest tu też wiele innych, nie zaznaczonych na mapach ścieżek, o których wiedzą tylko strażnicy leśni oraz ci, którzy mieszkają w tych górach od zawsze. Jedna z takich ścieżek wije się tuż przy granicy Yugiri. Mój spacer potrwa niecałą godzinę, a o tej porze roku zapewne nie spotkam nikogo. Kiedy tak idę, czuję rosnącą we mnie ociężałość. Nad moją głową liście odbijają swoje cienie na liściach poniżej. Zapach ściółki łagodzi woń dziko rosnących storczyków. Z gałęzi banianu wyrastają korzenie powietrzne; te najstarsze z biegiem lat stwardniały w stalaktyty, które podpierają uginające się konary. Nic poza ścieżką pod moimi stopami nie wskazuje na to, że kiedykolwiek był tu ktoś przede mną, i już po kilku minutach czuję, jak wchłania mnie wilgotne, gnijące jądro lasu deszczowego. Ścieżka jest stroma i niełatwa. Na przełęczy, z której roztacza się widok na doliny, robię przystanek, żeby odzyskać oddech. Znów odzywa się we mnie zadawnione poczucie niesprawiedliwości: byłabym znacznie bardziej krzepka, gdyby obóz nie zniszczył mi zdrowia. Kiedy neurochirurg przekazał mi diagnozę, zapytałam go, czy choroba nie jest skutkiem wszystkiego, co wycierpiałam, nasieniem posianym przed czterdziestu laty, które wolno zapuszczało zatrute korzenie coraz głębiej w moje ciało. Tego nie wiemy na pewno – odpowiedział. Ale to mało prawdopodobne. W głębi serca nie przestaje mnie to zadziwiać. Afazja. Taka piękna nazwa, myślę, siadając na pniu po ściętym mahoniowcu. Przypomina nazwę kwiatu, prawie jak kamelia. Nie – bardziej jak raflezja, przyciągająca hordy much zapachem gnijącego mięsa, który roztacza, kiedy kwitnie. Myślami wracam do teorii Tatsujiego na temat Złotej Lilii [japońska tajna organizacja rabująca dobra kulturalne na podbitych terenach – przyp. aut.]. Jeśli ma słuszność i Tominaga Noburu był głową tej organizacji w Azji Południowo-Wschodniej, to pewne, że obóz, do którego mnie wysłano, należał właśnie do niej. Ale gdzie w tym scenariuszu umieścić Aritomo? Czy Tatsuji ma rację, sądząc, że przysłano go tutaj, żeby przygotował grunt dla działań Złotej Lilii?
[…]
Na mgłach wiszących nisko nad wzgórzami kładzie się pomarańczowy blask, jakby drzewa zajęły się ogniem. Z setek jaskiń, które dziurawią zbocza tych gór, wylatują stada nietoperzy. Patrzę, jak bez wahania zanurzają się we mgle, zawierzając echu i ciszy. Czy wszyscy jesteśmy tacy sami, zastanawiam się; czy naszą życiową drogę odnajdujemy, interpretując ciszę pomiędzy wypowiedzianymi słowami, analizując powracające echo naszych wspomnień, żeby sporządzić sobie mapę terenu, żeby zrozumieć otaczający nas świat?
[…]
Na każdy ogród składa się wiele zegarów, powiedział mi kiedyś Aritomo. Niektóre z nich chodzą szybciej od pozostałych, niektóre zaś odliczają czas wolniej, niż kiedykolwiek będziemy w stanie zauważyć. Zrozumiałam to w pełni dopiero długo po tym, jak zostałam jego uczennicą. Każda roślina i każde drzewo posadzone w Yugiri rosły, zakwitały i umierały we własnym rytmie. A jednak ten ogród spowijała atmosfera ponadczasowości. Drzewa pochodzące z chłodniejszego świata – dęby, klony i cedry – przyzwyczaiły się do ciągłych deszczów i mgieł, do upływu czasu, który w tych górach nie jest podzielony na pory roku. Nie zmieniały w sposób wyraźny barw liści. Tylko rosnący przy domu klon w coraz obszerniejszych słojach swej pamięci przechował wspomnienie o zmianie pór roku – jego liście zabarwiały się całkiem na czerwono i odrywały od gałęzi, żeby dryfować po ogrodzie. Często znajdywałam je przyklejone do mokrych kamieni na brzegu stawu Usugomo, jak rozgwiazdy porzucone przez przypływ.
[…]
Historię o rajskim ogrodzie pierwszy opowiedział mi Magnus. Miałem poważny kłopot, żeby to sobie wyobrazić – odparł Aritomo. Ogród, w którym nic nie usycha ani się nie rozkłada, gdzie nikt się nie starzeje i nie zmieniają się pory roku. Co za przygnębiająca wizja. Co w niej takiego przygnębiającego? Wyobraź sobie, że pory roku to sztuki najdelikatniejszego, najbardziej przejrzystego jedwabiu w różnych kolorach. Oglądane osobno są piękne, ale nałóż jedną na drugą, choćby tylko na obrzeżach, a powstanie coś wyjątkowego. Ten wąski pas czasu, kiedy początek jednej pory nakłada się na koniec poprzedniej, jest właśnie taki. Milczał przez kilka chwil. Potem zapytał: Co się stało z Edenem, kiedy mężczyzna i kobieta zostali zmuszeni do jego opuszczenia? Czy wszystko uległo zniszczeniu? Drzewo życia i drzewo poznania dobra i zła? A może ogród trwa tam nadal, niezmieniony, i czeka? Próbowałam sobie przypomnieć, czego nauczyły mnie zakonnice w szkole. Nie wiem. To tylko mit.
[…]
Było już po północy, kiedy przerwał i usiadł z powrotem na piętach. Za oknami żaby gulgotały w trawie. Chwilę później poczułam jego lekkie dotknięcie na ramieniu. Jest gotowy – powiedział. Złapanie ostrości zabrało moim oczom sekundę lub dwie. Podparłszy się na rękach, podniosłam się z maty tatami i wstałam. Spoglądając przez ramię, uważnie obejrzałam moje ciało w lustrze, szukając ostatniego tatuażu, który wypełnił kolorem: zaokrąglonego kształtu Majuba House, arki unoszącej się na zielonych falach herbaty. Horimono wtapiało się w nagą skórę wokół karku, szczytów ramion, boków, kończąc się tuż nad wypukłością pośladków. Obróciłam się tak, żeby widzieć w lustrze całe plecy. Wyglądałam, jakbym miała na sobie za ciasną bluzkę z batiku. Poruszyłam ramieniem, a wtedy wytatuowane kształty wydłużyły się. Znienacka zdjęło mnie przerażenie. Masz teraz nową skórę. Obszedł mnie dookoła, tak samo jak prawie rok wcześniej, kiedy jego palce badały moje gładkie wówczas plecy. Ale nie jest skończony, brakuje jeszcze tego kawałka tutaj. Dotknęłam prostokąta wielkości dwóch pudełek papierosów nad lewym biodrem. Puste miejsce wyglądało nienaturalnie, niezdrowo. Horoshi zawsze zostawia fragment horimono pusty, jako symbol tego, że nigdy nie będzie w pełni skończone, doskonałe – odparł Aritomo, wycierając dłonie w ręcznik.
[…]
To nie mogło być zbyt trudne, skoro nie użyłeś strzały – oświadczyłam, maskując dezorientację lekką kpiną. Wręcz przeciwnie. To wymaga lat praktyki. Kiedy zacząłem, chybiałem za każdym razem – odparł. A strzała była. Nie było strzały – powtórzyłam, powstrzymując się, żeby się nie odwrócić do tarczy i nie sprawdzić. Była. Dotknął skroni. Tutaj. Zaczął spędzać coraz więcej czasu w shajo, wystrzeliwując niewidzialne strzały. I każdej nocy prosił, żebym pozwoliła mu popatrzeć na horimono. Leżałam na pościeli, a on oglądał moją skórę, pieszcząc palcami obrazy, które wymalował mi na plecach: świątynię w górach, jaskinię salangan, łucznika zestrzeliwującego słońce.
[…]
Lokalne gazety z początku ignorowały wiadomość o zaginięciu Aritomo – nie był w końcu pierwszym wędrowcem, który nie wrócił z dżungli. Ale kiedy japoński dziennikarz pisujący o komunistach w górach zamieścił o nim tekst w tokijskiej gazecie, do Tanah Rata zaczęły zjeżdżać gromady reporterów. Dziennikarze rozdmuchali fakt, że byłam ostatnią osobą, która widziała Aritomo. Wywleczono moją więzienną przeszłość w japońskim obozie, jak również moją relację z Aritomo. Ojciec rozkazał mi natychmiast wyjechać z gór Cameron, zanim plama na naszym nazwisku będzie nie do usunięcia, ale go nie posłuchałam.
[…]
Wydobywam ze szkatułki egzemplarz Suikoden i kładę go na biurku. Tatsuji wspominał o książce, która zmieniła sztukę tatuażu, pamiętasz? Opowieści znad brzegów rzek. Powieść, napisana w czternastym wieku, opowiada historię Song Jianga i jego stu siedmiu zwolenników, którzy w dwunastym wieku zbuntowali się przeciw skorumpowanym rządom w Chinach, wyjaśniam Frederikowi. Historia grupy banitów walczących przeciwko uciskowi i tyranii zyskała szeroki oddźwięk wśród Japończyków żyjących za szogunatu Tokugawów. W połowie osiemnastego wieku popularność powieści jeszcze się zwiększyła, skutkując niezliczoną liczbą wydań. To najbardziej znane zostało zilustrowane przez Hokusai. Podnoszę książkę. Ten egzemplarz zawiera oryginalne odbitki, które zrobił. I trzymałaś go tu przez cały czas? Musi być wart fortunę! Frederik wolno przewraca kartki, zatrzymując się przy drzeworytach i od czasu do czasu wracając do tych, które już obejrzał. Wyryte w drewnie i odbite na papierze linie Hokusai są tak misterne jak odcisk kciuka starej kobiety. Niesamowite, prawda? Że powieść może przenieść tatuaż z płaszczyzny pospolitości w rzeczywistość sztuki – mówi Frederik, przekartkowawszy księgę do końca. Ta książka zrewolucjonizowała tatuaż. Zanim się pojawiła, standardy były dość prymitywne.
[…]
Moja skóra jaśnieje blaskiem, który zdaje się rozświetlać półmrok i otwierać przestrzeń za ścianami. Nawet po tylu latach, kiedy oglądam ten tatuaż, czuję ukłucie niepokoju, niepokoju pomieszanego z dumą. Znam każdą kreskę i każdą krzywiznę horimono, ale pamiętam czasy, gdy mój wzrok wciąż przykuwał jakiś nowy szczegół, coś, co Aritomo wplótł po mistrzowsku między poszczególne motywy. Znieruchomiała twarz Frederika wyraża podniecenie, podziw i, tak, także domieszkę lęku, który sama przed chwilą poczułam. To jest… to wygląda groteskowo – stwierdza ochryple. Obrzydliwie. Na moich plecach stoi czapla siwa. Spomiędzy chmur wyłania się świątynia. Filigranowe rysunki kwiatów i drzew występujących tylko w wilgotnych lasach równikowych pną się w górę z mojego biodra. Przetykają je ezoteryczne, nieprzeniknione symbole, których nigdy nie potrafiłam rozszyfrować: trójkąty, koła, sześciokąty, zaznaczone prymitywną kreską jak najwcześniejsze znaki chińskiego pisma ryte na skorupach żółwi szylkretowych. Tatsuji wpatruje się we mnie jak zahipnotyzowany; wygląda jak drzewo, które czeka, aż wiatr poruszy jego liśćmi. Jego cień pogrąża w mroku fragmenty horimono, ale kiedy Tatsuji zmienia pozycję, tatuaże znów się wynurzają, jak rafa koralowa, która odzyskuje barwy, z chwilą gdy chmury się rozstępują i robią miejsce słońcu. Zimna metalowa oprawka lupy dotyka moich pleców; wzdrygam się. Przepraszam – mamrocze. Proszę podnieść ręce. Wykonuję polecenie, patrząc przed siebie. Drobinki kurzu unoszące się pomiędzy warstwami światła i cienia są jak kryl dryfujący w morzu; przypominam sobie o wielorybach, które widziałam jako młoda dziewczyna, stojąc na plaży poniżej plantacji durianów starego pana Onga. Nadzwyczajne! – odzywa się Tatsuji; jego głos wyrywa mnie z zamyślenia. Styl jest japoński, ale motywy nie. To horimono można by niemal uznać za pracę komplementarną wobec jego ukiyo-e. Czy to pani wybrała motywy? Ustaliliśmy, że inspiracją będzie Sakuteiki. Ale ostatecznie wszystkie decyzje pozostawiłam jemu. Rozpoznaję dom w Majuba – mówi Tatsuji, a Frederik pomrukuje potakująco. Ale ten tatuaż tutaj? Dotyka wgłębienia u podstawy mojego kręgosłupa. Nie muszę się odwracać, żeby sprawdzić, co tam jest. To obóz, w którym mnie więziono – wyjaśniam. A to? Palce Tatsujiego przemieszczają się o cal na lewo, gdzie, jak wiem, znajduje się kwadrat wielkości znaczka pocztowego, niemal zupełnie czarny. Czym są te białe linie? To deszcz meteorów – odpowiadam na wpół do siebie. Jego palce naciskają na punkt o cal nad moim biodrem. Wytatuowany jest tam łucznik, ukazany chwilę po wypuszczeniu strzały prosto w słońce, na tle zupełnie białego kwadratu nieba. Legenda o Hou Yi – mówię, zerkając na Frederika. Chiński mit.
[…]
Przechodzę na tyły domu. Zatrzymuję się na widok pary posągów. Mnemosyne i jej bezimiennej siostry bliźniaczki. Bogini pamięci trwa niezmieniona, ale ku mojemu przerażeniu twarz jej siostry jest niemal gładka, jej rysy zatarły się zupełnie. Być może powodem jest różnica w jakości materiału, którego użył rzeźbiarz, ale i tak czuję się wytrącona z równowagi. Dzierżąc laskę, ostrożnie schodzę po wyłożonych płytkami stopniach do właściwego ogrodu. Strach przed upadkiem, kolejna oznaka starzenia się. Jak ja tego nienawidzę. Biały jak kreda łuk z dzwonem do zwoływania niewolników ściąga mnie w swoją stronę. Szpak, który na nim przysiadł, obserwuje mnie, przekrzywiając łepek. Podnoszę wzrok na dzwon i spoglądam w czarną tęczówkę jego wnętrza. Wyciągam rękę, żeby dotknąć serca dzwonu; ciało mam zesztywniałe. Metal jest chłodny nawet przez rękawiczkę; rdza przywiera do moich palców jak płatki przesuszonej skóry.
[…]
Dźwigając się z kolan za pomocą laski, dostrzegam wąski pionowy kamień stojący głęboko wśród drzew, skryty w półmroku. Dziwne, że go nie zauważyłam, kiedy chowaliśmy Emily. Podchodzę do niego. Kamień niknie pod warstwą porostów, ale ku mojemu zdumieniu odkrywam na nim imię Aritomo wyryte pionowo znakami kanji [logogramy pisma japońskiego – przyp. aut.]; przypomina wąski płytki potok spływający po nagim zboczu góry. Nikt mi nie powiedział o tym kamieniu, który oznacza nie grób, ale próżnię. Zapalam jeszcze trzy kadzidełka i sadzę je na wilgotnym spłachciu ziemi przed kamieniem, a potem patrzę, jak dym unosi się między drzewa.
[…]
Powiedziałaś mi kiedyś, że Aritomo nadał pawilonowi nazwę zaczerpniętą z ulubionego wiersza twojej siostry – odzywa się. Pawilon Niebios – mówię niemalże do siebie. Ogród dla niej już istnieje, Yun Ling. Jest tutaj od prawie czterdziestu lat. Wbijam w niego wzrok. Frederik uwalnia moje dłonie, ale ja nie puszczam jego rąk. Z tamtych uwiędłych czasów zostaliśmy już tylko my dwoje – mówi. Ostatnie dwa liście, wciąż uczepione gałęzi w oczekiwaniu, aż opadną. W oczekiwaniu na wiatr, który uniesie nas w niebo.
[…]
Stoję tak przez dłuższy czas. Stoję, dopóki pustka przed moimi oczyma nie wypełnia się rozmazanymi obrazami, które zespalają się w znajome kształty drzew, gór i długiego pasa żwiru przed shajo. Podnoszę rękę do oczu i znów staję się dla siebie widoczna. Odkładam łuk na miejsce i wracam do domu, zostawiając strzałę utkwioną w samym środku tarczy. Lampion z papieru ryżowego, który dostałam od Emily, leży na półce w gabinecie. Późnym wieczorem, kiedy zamierzam zasiąść przy biurku, zatrzymuję się i patrzę na niego. Zaczynam przetrząsać szuflady w poszukiwaniu kawałka papieru, wycinam z niego kółko i zakrywam nim wierzch lampionu, przymocowując je paskiem taśmy klejącej, której rolkę Tatsuji zostawił w swojej pracowni. Staw jest łąką pełną gwiazd. Żabi rechot cichnie, kiedy żaby wyczuwają moją obecność, ale wznawia się już po kilku chwilach. Zapalam świeczkę wewnątrz lampionu i chwytam go oburącz. Zamykam oczy i widzę Aritomo. Pod moimi powiekami pojawia się także twarz kobieca i uświadamiam sobie, że to Yun Hong. Nie uśmiecha się. Nie jest zła, nie jest też smutna. Jest tylko wspomnieniem. Lampion staje się coraz lżejszy, aż w końcu nie waży już nic. Wypuszczam go, czując się tak, jakbym wypuszczała z garści ptaka. Noc jest bezwietrzna i lampion, migocąc, szybuje w górę, świetlna boja wnosząca się coraz wyżej. Patrzę za nim, aż znika gdzieś ponad chmurami. Kiedy ostatnie zdanie jest skończone, nastaje świt. Pracowałam przez całą noc, przeredagowując to, co napisałam, ale wcale nie czuję zmęczenia. Kiedy tak trzymam w dłoni kartkę papieru, moje myśli pozostają daleko stąd, na tej porośniętej paprociami polanie, gdzie po raz ostatni widziałam Aritomo, prawie czterdzieści lat temu. Zdarzało mi się winić siebie za to, że do niego nie zawołałam – może by się rozmyślił, wybrał na swój spacer później albo innego dnia i uniknął tego, co go spotkało. Po ustaleniu przebiegu wypadków, które się wydarzyły w ciągu tych kilku lat, spisaniu ich i przeczytaniu, nadal nie jestem zupełnie pewna. Ale wiem już teraz, że niezależnie od tego, czy to był wypadek, czy też plan, nie mogłam powiedzieć ani zrobić niczego, co zdołałoby temu zapobiec.
[…]
Ciemność spowijająca niebo rozrzedza się, kiedy wychodzę nad staw Usugomo. Po niebie przelatuje ptak, wracając w góry. Przypominam sobie jaskinię, do której zabrał mnie Aritomo, żeby pokazać mi salangany. Ciekawe, czy miejscowi nadal zbierają tam ptasie gniazda, czy bambusowe rusztowanie, z którego korzystali, nadal jest przyczepione do ścian; ciekawe, czy potrafiłabym tam trafić. Być może niewidomy mnich, z którym Aritomo rozmawiał za młodu podczas swojej wędrówki po Honsiu, miał rację: wiatru nie ma, a flaga nie łopocze, to tylko serca i umysły ludzi, którzy nie znają spokoju. Myślę jednak, że – powoli i pewnie – także to niespokojne serce wkrótce odnajdzie spokój, cichy spokój, ku któremu biło przez całe swoje życie. Nawet jeśli ja się zatracam, Yugiri powróci do życia. Będę pracowała w ogrodzie, będę odwiedzała Frederika. Będziemy rozmawiać, śmiać się i płakać, tak jak to potrafią tylko starzy przyjaciele. A wieczorami będę chodzić na spacery po okolicznych wzgórzach. Ah Cheong będzie czekał przy drzwiach i podawał mi laskę Aritomo. Będę ją przyjmowała, oczywiście. Wiem jednak, że przyjdzie dzień, kiedy powiem mu, że jej nie chcę. Przede mną podróż tysiąca mil, a pamięć to promyk księżyca, który pożyczę sobie, żeby oświetlił mi drogę. Kwiaty lotosu otwierają się w pierwszych promieniach słońca. Na horyzoncie widać już jutrzejszy deszcz, ale wysoko na niebie jakiś jasny punkt schodzi coraz niżej i zbliżając się, staje się coraz większy. Patrzę, jak czapla zatacza krąg ponad stawem, liść wirujący w dół ku tafli wody, a bezgłośne fale rozchodzą się promieniście po całym ogrodzie.
Tan Twan Eng, Ogród wieczornych mgieł
Sfilmowana powieść obyczajowa Tan Twan Eng’a – malezyjskiego pisarza i prawnika przenosi akcję opowieści będącej na krótkiej liście nominacyjnej do Nagrody Bookera w 2012 roku do dzisiejszej Malezji, do stołecznego Kuala Lumpur i stanu Penang, choć przede wszystkim na Wyżynę Cameronu do środkowej części Półwyspu Malajskiego, ogólnie rzecz ujmując w lata czterdzieste po koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Teoh Yun Ling, córka malajskiego biznesmena wraz z siostrą trafia w czasie drugiej wojny światowej do zlokalizowanego daleko w dżungli japońskiego obozu internowania, gdzie spotyka się z niesłychaną przemocą zadawaną przez japońskich oprawców. Niebawem okazuje się, że jest jedyną osobą, która przeżyła to piekło. Po wojnie rozpoczyna studia prawnicze i działa jako analityk w Trybunale do spraw Zbrodni Wojennych próbując bezskutecznie ustalić, gdzie przebywała i gdzie też zginęła jej siostra. Po kilku latach chcąc udoskonalić swe umiejętności ogrodnicze, trafia w malajskich Górach Cameronu do Nakamury Aritomo, cesarskiego ogrodnika i banity oraz mistrza ogrodniczo-japońskiej sztuki Pozorowanych Scenerii. Przy tym, wtedy jeszcze nie wie, że to i takie spotkanie odmieni ją oraz ukształtuje jej życie na zawsze, dając kres wojennej traumie. Opowieść Tana próbuje złamać stereotypy wrogiego myślenia o sobie nawzajem, w którym i szowinistyczny patriotyzm jest zbyt wyidealizowaną oraz pozorowaną scenerią, a relacyjność - zawsze zindywidualizowaną perspektywą.