26.08.2024

„Twoja żałoba nie chce znać żadnych
granic; jest bezdenna.”
„Człowiek się smuci, lecz Bóg decyduje,
Kiedy uśmiercić Księcia przypływów.”
„Miasto tak pogłębia moją samotność,
jak
woda sprawia, że Alka – Seltzer się rozpuszcza”
„Prawdą jest to,
o czym
decydujesz się pamiętać.”
[…]
Moją raną jest geografia. Ona też daje mi zakotwiczenie, wyznacza mój port macierzysty. Wzrastałem pośród przypływów i rozlewisk Colleton; ręce miałem ogorzałe i silne od całodziennej pracy na kutrze krewetkowym w oślepiającym upale Karoliny Południowej. Ponieważ byłem jednym z Wingo, więc zacząłem pracować, jak tylko nauczyłem się chodzić. Kiedy miałem pięć lat, potrafiłem gołymi rękami schwytać kraba. Jako siedmiolatek zastrzeliłem pierwszą łanię, a w wieku lat dziewięciu regularnie już dostarczałem mięso na rodzinny stół. Urodziłem się i wychowałem na jednej z brzegowych wysp Karoliny, a słońce tej okolicy na ciemno zabarwiło moje plecy i barki. Jako chłopiec najszczęśliwszy byłem, kiedy w małej łódce przemykałem się między mieliznami ze spokojnym plemieniem ostryg zastygłym na brązowawych ławicach odsłoniętych przez przypływ. Znałem z nazwiska każdego poławiacza krewetek i oni też mnie znali, pozdrawiając syrenami, kiedy widzieli, jak łowię ryby. Jako dziesięciolatek dla przyjemności zastrzeliłem orła bielika; był to wyczyn dla samego wyczynu, a zrobiłem to pomimo urzekającego piękna jego lotu nad rojowiskiem dorszy. Był to pierwszy i jedyny raz, kiedy zabiłem nieznane mi stworzenie.
[…]
Nigdy jednak nie dowiedzieliśmy się, co śniło się jej samej, matka bowiem nie dawała nikomu przystępu do swego życia wewnętrznego. Wiedzieliśmy, że pszczoły śnią o różach, róże – o bladych dłoniach kwiaciarki, a pająki o wielkich ćmach zaplątanych w sieci. Dzieci wkraczały między oszałamiające kołysanki wyobraźni, nie wiedziały jednak, o czym śniła matka. Każdego dnia prowadziła nas do lasu czy ogrodu i nadawała imiona zwierzętom czy kwiatom. I tak monarch [z ang. król -przyp. aut.] stawał się „podstępnym kochankiem sadów”, a żonkile na kwietniowej łące – „tańcem panieńskich parasolek”. Dzięki swej pomysłowości najbanalniejszy spacer po wyspie matka potrafiła przemienić w podróż pełną niespodzianek. Jej oczy stanowiły klucze do pałaców przyrody. Moja rodzina żyła w dumnej izolacji na Melrose Island, w małym białym domku, który pomagał budować dziadek. Front domu wychodził na kanał prowadzący do rzeki, w dole której widać było białe budowle miasteczka Colleton, wznoszące się nad mokradłami niczym figury szachowe. Melrose Island miała kształt rombu, dwieście akrów kwadratowych powierzchni i otoczona była przez słone wody rzeki, strumieni i kanału. Moja rodzinna okolica to żyzny, półtropikalny archipelag, który delikatnie przygotowywał ocean na twardy opór brzegów kontynentalnych. Melrose była jedną z sześćdziesięciu nabrzeżnych wysp hrabstwa Colleton.
[…]
Melrose stanowiła jedyną godną wzmianki posiadłość rodziny mego ojca, klanu pełnego pasji, nader jednak pechowego, a jego upadek po Wojnie Domowej był szybki, niewątpliwy i, jak się zdaje, nieunikniony. Mój prapradziadek, Winston Shadrach Wingo, dowodził pod Beauregard baterią, która ostrzeliwała Fort Sumter. Umarł jako nędzarz w Domu dla Żołnierzy Konfederatów i aż do śmierci nie odezwał się do żadnego Jankesa niezależnie od płci. Pod koniec życia zdobył Melrose Island, grając w podkowy, i miejsce to, zarośnięte i malaryczne, przechodziło z rąk do rąk w trzech pokoleniach Wingo, aż przypadkiem dostało się ojcu. Dziadka zmęczyło już posiadanie Melrose, ojciec zaś okazał się akurat jedynym Wingo, który był w stanie zapłacić podatki stanowe i federalne, aby wyspa nie przeszła na własność państwa. Tak czy owak, gra w podkowy cieszyła się zawsze szacunkiem w mojej familii, zawsze też z uznaniem wyrażano się o Winstonie Sharachu, pierwszym w rodzinie wyróżniającym się sportowcu.
[…]
Zapadał zmrok długiego wieczoru typowego dla Południa i znienacka, dokładnie w miejscu wskazywanym przez jej palec, księżyc wzniósł nad horyzont swe zdumiewająco złote czoło, wyłaniając się z delikatnych, rozświetlonych od wewnątrz chmur, które rozsnuły swój welon nad widnokręgiem. Za nami w skoordynowanym ruchu zapadało się słońce i rzeka rozjarzyła się blaskiem dwóch konkurujących zórz złota... Młode, zdumiewające, wstępujące złoto księżyca i zleżałe złoto słońca, które osuwało się na zachodzie. Nad mokradłami Karoliny rozgrywał się pradawny taniec, na oczach dzieci umierał dzień w sposób zapierający dech w piersi, aż wreszcie słońce zniknęło, zostawiając po sobie pomarańczową wstążkę nad szczytami dębów. Księżyc zaczął teraz szybko wspinać się po niebie, niczym ptak wzbijający się nad wodę, drzewa, wyspy: złoty, żółty, bladożółty, bladosrebrny, jaskrawo-srebrny, aż wreszcie osiągający odcień trudny do nazwania, a właściwy jedynie nocom Południa.
[…]
Dusza moja niby jagnię pasie się pięknem wdzierających się w głąb lądu przypływów. Jestem patriotą jednego tylko krajobrazu, o swoich stronach mówię z religijną nabożnością i dumą. W wielkim mieście poruszam się ostrożnie, zawsze czujny i napięty, ponieważ serce moje należy do krainy bagnistej i podmokłej. Nadal żywy we mnie chłopiec niesie w sobie wspomnienia tamtych dni nad Colleton River, gdy o świcie wyciągałem z wody sieć z krabami; nad tą rzeką byłem niejako ministrantem przypływów.
[…]
Pewnego razu, kiedy opalaliśmy się nad morzem nieopodal Colleton, Savannah z krzykiem zaczęła wskazywać w kierunku morza, skąd wynurzyło się zdezorientowane stado grindwali [ssak morski z rodziny delfinowatych – przyp. aut.], których jakaś czterdziestka przewaliła się koło nas, aż wreszcie czarne i błyszczące znieruchomiały na piachu. Upływały godziny, a my chodziliśmy od jednego zdychającego ssaka do drugiego i dziecinnymi szlochami namawialiśmy je, aby wróciły do oceanu. Byliśmy tacy mali, a one takie piękne. Z daleka przypominały czarne buty wielkoluda. Szeptaliśmy do nich, usuwaliśmy im piach z nozdrzy, spryskiwaliśmy wodą przyniesioną z brzegu, błagaliśmy, by przynajmniej dla nas zechciały przetrwać. Wyszły z morza, tajemnicze i ogromne, a my wymawialiśmy wobec nich dziecięce zaklęcia, nie mogąc się pogodzić z dobrowolną śmiercią. Żaden z nich nawet nie drgnął, ale zostaliśmy z nimi przez cały dzień i usiłowaliśmy zawrócić do wody, ciągnąc za wielkie płetwy, aż wreszcie, wraz z mrokiem, przyszło wyczerpanie i cisza. Byliśmy przy nich, kiedy zaczęły umierać, jeden po drugim. Głaskaliśmy ich wielkie łby i modliliśmy się, podczas gdy wielorybie dusze oddzielały się od wielkich, czarnych ciał i niczym fregaty sunęły przez noc do morza, gdzie nurkowały aż do świetlistego dna świata.
[…]
Odwiedziłem Savannah w nowojorskim szpitalu dla nerwowo chorych po tym, jak po raz drugi usiłowała popełnić samobójstwo. Nachyliłem się, aby ucałować ją w oba policzki – europejski zwyczaj. A potem, wpatrując się w jej wyczerpane oczy, zadałem jej cały ciąg pytań, które stawiałem, ilekroć spotykaliśmy się po długim niewidzeniu. Jak wyglądało twoje życie rodzinne, Savannah? – spytałem, udając, że przeprowadzam wywiad. Hiroszima – wyszeptała. A jak wyglądało twoje życie po tym, jak opuściłaś ciepłe, przytulne łono rodziny, którą spajały sympatia i miłość? Nagasaki – powiedziała z gorzkim uśmiechem. Jesteś poetką, Savannah – powiedziałem, wpatrując się w nią uważnie. Porównaj swoją rodzinę do statku. „Titanic”. Podaj tytuł poematu, Savannah, który napisałaś na cześć swojej rodziny. Historia oświęcimska.
[…]
W tej właśnie chwili moja matka przekracza most przez Shem Creek. Na całej planecie milkną wszystkie ptaki, kiedy matka wyrusza w drogę. Postaraj się być miły, Tom – powiedziała Sallie profesjonalnym głosem, który zawsze doprowadzał mnie do pasji. Nie pozwól jej zajść sobie za skórę. Jęknąłem i pociągnąłem długi łyk. Mój Boże, zastanawiam się, czego ona znowu chce. Odzywa się tylko wtedy, kiedy znajdzie kolejny mały sposób na zepsucie mi życia. Jest w tym prawdziwą mistrzynią. Mogłaby prowadzić wykłady na ten temat Powiedziała, że ma złą wiadomość, ale w naszej rodzinie zawsze były tylko złe wiadomości. Jakby zaczerpnięte z Księgi Hioba. Musisz jednak przyznać, że matka przynajmniej próbuje, aby znowu zapanowała między wami przyjaźń. Przyznaję, próbuje – powiedziałem ze znużeniem. Bardziej ją lubiłem, kiedy nie próbowała; kiedy była potworem bez wyrzutów sumienia.
[…]
Chciałbym umiejscowić moment, w którym było już jednoznacznie przesądzone, że będę wieść nędzne życie, pociągając za sobą wszystkich, których kocham. Musisz mieć coś na tyle wartościowego, aby należało o to walczyć, coś wartego walki, tymczasem wydaje się, Tom, że kapitulujesz, a twoja przeszłość kaleczy także nas. Tam jest Wielka Niedźwiedzica – powiedziałem bez specjalnego zapału. Figę mnie obchodzi Wielka Niedźwiedzica – żachnęła się Sallie. Nie mówię o Wielkiej Niedźwiedzicy, więc nie zmieniaj tematu. Nawet to kiepsko ci wychodzi. Dlaczego wszystko, co mówi matka, każda sylaba, każdy nieszczery fonem tak mnie wkurza? Dlaczego nie mogę jej po prostu ignorować, Sallie? Dlaczego nie mogę po prostu się wyłączyć, kiedy przychodzi? Gdybym jej nie odpowiadał, nie mogłaby mnie dotknąć. Wiem, że kocha mnie całym sercem, a tymczasem siedzimy sobie tutaj i mówimy rzeczy, które nas ranią, rozbijają, niszczą. Potem znika i oboje mamy ręce we krwi. Ona płacze, ja piję, potem ona także pije. Usiłujesz nam przerwać, a my cię oboje olewamy i jesteśmy oburzeni, że w ogóle próbujesz. Zupełnie jakbyśmy uczestniczyli w jakiejś monstrualnej grze emocji, w której każde z nas po kolei krzyżuje drugie. I nie ma w tym jej winy ani mojej.
[…]
Spróbowałem przetrzeć ścieżkę do Sallie, znowu nawiązać kontakt. Nie myślałem wcale, że wszystko już skończone, natomiast nie mogę pojąć, Sallie, dlaczego siebie nienawidzę najbardziej na świecie. To przecież bez sensu. Nawet jeśli mama i tata byli potworami, powinienem z tego wyjść z odrobiną szacunku dla siebie za to przynajmniej, iż przetrwałem. Powinienem z tego wynieść chociażby szczerość, tymczasem jestem najbardziej nieszczerą osobą, jaką znam. Nigdy nie wiem dokładnie, co czuję w jakiejś sytuacji, jest zawsze coś, co się przede mną skrywa.
[…]
Nienawidzić Nowego Jorku we właściwy sposób to pewna sztuka. Jak dotąd zawsze byłem demaskatorem Nowego Jorku wagi co najwyżej piórkowej; zbyt wiele energii i wytrzymałości trzeba, aby podać niezliczoną liczbę sposobów, na jakie to miasto mnie obraża. Gdybym miał je spisać, powstałaby książka grubości żółtych kartek Manhattanu, a byłby to zaledwie prolog. Ilekroć wystawiam się na obelgi i zniewagi tego pyszałkowatego miasta i zaczynam dryfować pośród monstrualnych tłumów, natychmiast ogarnia mnie głębokie i denerwujące uczucie nieswojskości, które poraża wszystkie zakamuflowane komórki mojej ciężko wywalczonej niepowtarzalności. To miasto zostawia na mej duszy najbardziej wyuzdane, nieusuwalne graffiti. Jest tutaj nadmiar nadmiaru. Za każdą wizytą ląduję ostatecznie na nabrzeżu, patrzę na przypływającą Hudson River, czuję, jak na plecy napiera zgiełk miasta, i wiem to, o czym nie wie żaden ze znanych mi nowojorczyków: że wyspę tę otaczały niegdyś głębokie, niezwykłe trzęsawiska i rozlewiska i że cała zawiła cywilizacja słonych bagien leży pochowana pod kamiennymi ulicami. Nie lubię miast, które hańbią swe trzęsawiska.
[…]
Savannah wiedziała, że chce mieszkać w Nowym Jorku na długo przedtem, zanim zrozumiała, że chce pisać poezję. Była jednym z tych południowców, którzy od najwcześniejszych lat czują, że Południe jest dla nich tylko tymczasowym więzieniem, zarządzanym przez wspólnotę kochających, ale zdradzieckich krewnych. Miała piętnaście lat, gdy babka w prezencie na Gwiazdkę zaprenumerowała jej „The New Yorker”. Każdego tygodnia z zapartym tchem czekała na nadejście nowego egzemplarza, a potem całymi godzinami siedziała nad komiksami i zaśmiewała się do łez. Potem ja i Luke patrzyliśmy na te same komiksy i czekaliśmy na coś, co nas rozbawi. Rzeczy, które w Nowym Jorku ludzi przyprawiały o rechot i klepanie się po udach, dla mnie w Colleton, w Karolinie Południowej, były niepojęte, niemożliwe do zgłębienia, niczym swego rodzaju pismo klinowe dowcipu. Kiedy jednak pytałem Savannah, co tam, do cholery, znajduje tak zabawnego, wzdychała głośno i pogrążała mnie jakąś pogardliwą frazą zapamiętaną z komiksu. Mając siostrę, która uważała siebie za rodowitą Knickerbocker [z ang. Nowojorczyk z Manhattanu – przyp. aut.] na wygnaniu, odciętą od ojczystego miasta przez upokarzający fakt urodzenia się w Karolinie Południowej, znienawidziłem Nowy Jork na długo przedtem, nim przekroczyłem jego sławne rzeki.
[…]
Potem pokazała mi najnowszy numer „New Yorkera”, noszący datę 7 marca 1972, a w nim na stronie trzydziestej siódmej jej krótki wiersz. Wrzeszczeliśmy do siebie, kiedy powrócił Luke, a wtedy i on zaczął wrzeszczeć. Otworzył okno, zwinnie wymknął się na schody przeciwpożarowe i wydarł się na całą Grove Street: „Moja siostrzyczka jest w »New Yorkerze«, wy pieprzeni Jankesi!” Tego wieczoru byliśmy na pierwszym wieczorze autorskim, który odbył się w dawnym kościele anglikańskim w West Village. Sponsorowany był przez Kobiecą Unię Rozdeptywania Penisów czy jakąś inną równie maniakalną grupę ekstremistyczną, ku którym Savannah z taką ochotą grawitowała. Najpierwsi i najlepsi przyjaciele Savannah w Village należeli do grupy ruchów feministycznych, wszyscy wielbili pamięć Virginii Woolf, nosili czarne pasy, podnosili ciężary w imię samookreślenia i w świąteczne weekendy sprzątali bary dokerów. „Tylna linia, defensywne gnojki”, mruczał Luke, kiedy znaleźliśmy się przed kiepsko oświetlonym kościołem i zobaczyliśmy w westybulu posępną falangę bojowniczek o prawa kobiet, zajętych kasowaniem biletów. Wyglądały tak, jakby czas spędzały na tłumaczeniu Safony i piciu krwi muszej. Były to jednak dziwne czasy w historii relacji między płciami, a Savannah usiłowała nauczyć mnie i Luke’a swobodnego podejścia do zadziornych Brązowych Koszul z ruchu wyzwolenia kobiet. Sama Savannah była właśnie w bojowej politycznie fazie rozwoju, w której przysadziści bracia z Południa dosyć ją krępowali. Tresowała nas, w jaki sposób należy zachowywać się po ludzku i uprzejmie, kiedy więc otoczyła nas gromada jej najbardziej agresywnych przyjaciółek, daliśmy pokaz służalczego przestępowania z nogi na nogę. Udawaliśmy, że jesteśmy całkowicie pozbawieni penisów, w ten bowiem sposób, jak sądziliśmy, zmniejszymy niepokój Savannah o efekt naszego spotkania z jej przyjaciółkami. „Wszystkie zostały zniszczone przez samców, wyjaśniła, a zwłaszcza przez ojców i braci. Nigdy nie pojmiecie, jak strasznie jest być w Ameryce kobietą”.
[…]
Właśnie tego kompletnie nie rozumiesz, Luke. Jeśli ktoś naprawdę chce prywatności, zawsze musi wylądować w Nowym Jorku. Tutaj możesz się dmuchać z orangutanami czy z papugami i nikogo to nie obchodzi. W porządku, jak kiedyś zacznę posuwać papugi albo bochenki Sunbeam, to pomożesz mi tutaj znaleźć mieszkanie, siostrzyczko. Bo tu akurat masz rację, że to by tak łatwo nie przeszło u nas, w Colleton. Chcę tylko, żebyś pamiętała, skąd pochodzisz, Savannah. Nie chcę, żebyś się zrobiła podobna do nich. Nienawidzę miejsca, z którego pochodzę, Luke. To dlatego przyjechałam do Nowego Jorku, żeby zupełnie zerwać z przeszłością. Nienawidziłam każdego drobiazgu związanego z moim dzieciństwem. Kocham Nowy Jork, bo w niczym nie przypomina mi Colleton. Nic, co tutaj widzę, nic absolutnie, nie przypomina mi dzieciństwa.
[…]
To wszystko od jedzenia tego gówna – powiedział Luke, pogardę wobec miasta koncentrując na mizernym rogaliku. Twój organizm nie może tego znieść. Jak byłem w Wietnamie, przez cały czas miałem sraczkę od jedzenia tych wszystkich przysmaków. Zamknij się, Luke – mruknąłem. Mówi o psychice, a nie o biegunce. A skąd wiesz, mądralo, że psychiczna choroba nie jest jakąś biegunką mózgu? Coś idzie nie tak, a ciało zna tysiąc sposobów, żeby ci o tym powiedzieć. Ciało ma swoją mądrość, a ty musisz go słuchać.
[…]
Znowu to psychologiczne gówno. Ona chyba to lubi. Widzę, że znowu rozmawiałeś z mamą. Czuję się przerażony, jak pomyślę, że ona może to lubić. Chcę wtedy uciekać ”być od niej jak najdalej. Kiedy zaczyna rozmawiać ze ścianami, staje się kimś innym, kimś, kogo nie znam. A potem zaczyna wszystko zrzucać na rodzinę. Na mamę, na tatę. Jeśli byli tak cholernie niedobrzy, to dlaczego wszyscy nie widzimy psów na ścianach? Dlaczego z nami nie zrobiło się to co z nią? A skąd wiesz, że nie, Luke? Ani ty, ani ja nie jesteśmy wariatami. Jesteśmy normalni, a szczególnie ja. Ty masz czasami humory, ale to pewnie dlatego, że lubisz czytać. Ludzie, którzy lubią czytać, zawsze są trochę pokręceni. Weźmy ją jutro i zawieźmy do Colleton. Zabiorę ją do roboty na kutrze. Słone powietrze oczyści jej głowę, podobnie jak ciężka praca. Nie możesz wariować, kiedy trzeba zapieprzać na okrągło, bo idą krewetki. Nie ma czasu. Savannah to żywy dowód, że pisanie wierszy i czytanie książek psuje mózg.
[…]
Tej pamiętnej nocy w Nowym Jorku nie zmrużyłem już oka. Myślałem natomiast o tym, jak wszyscy dotarliśmy do tego momentu, jakie błogosławieństwa i rany każde z nas wyniosło z wyspy, a także jaką niewątpliwą i niezmienną rolę każde z nas odgrywało w groteskowym melodramacie rodzinnym. Od najwcześniejszego dzieciństwa Savannah była zdana na niesienie balastu skumulowanej rodzinnej energii psychotycznej. Promieniejąca wrażliwość otwierała ją na domową przemoc i rozgoryczenie, a my w niej, w Savannah, gromadziliśmy cierpkość naszej chorobliwej kroniki. Teraz widzę to wyraźnie: na drodze skutecznej, lecz zabójczej selekcji jeden z członków rodziny zostaje przeznaczony do szaleństwa, a wtedy wszystkie neurozy, zdziczenie, zabłąkane cierpienia niczym kurz osadzają się pod okapami i w niszach tej najczulszej, najdelikatniejszej psychiki. Szaleństwo zaczyna atakować najwrażliwsze oko i podcinać najsubtelniejsze skrzydła. Pytałem sam siebie, kiedy Savannah została wytypowana do szaleństwa. Kiedy zapadła decyzja i czy dokonało się to przez aklamację, tak że ja, jej bliźniak, przytaknąłem tej decyzji?
[…]
Luke’owi przypadła w udziale siła i prostota. Fetyszem uczynił swe jednoznaczne poczucie sprawiedliwości i spolegliwości. Ponieważ w szkole nie szło mu najlepiej i ponieważ był najstarszy, to on stawał się obiektem nagłych furii ojca, on był pasterzem, który najpierw odprowadzał stado w bezpieczne miejsce, by później zawrócić i samotnie stawić czoło ojcowskiemu gniewowi. Trudno określić szkody wyrządzone Luke’owi czy też wyliczyć całościową sumę spustoszeń wywołanych przez jego miejsce w rodzinie. Z racji ogromnej siły było w jego istnieniu coś nietykalnego, niedosiężnego. Jego dusza była fortecą, a oczy nazbyt długo spoglądały na świat spoza blanków. Swą ewangelię i filozofię wypowiadał jedynie ciałem. Odnosił rany jedynie zewnętrzne i zastanawiałem się, czy kiedykolwiek będzie musiał ocenić ich rozmiary. Wiedziałem, że nigdy nie pojmie ustawicznej wojny naszej siostry z przeszłością ani niekończącego się przemarszu jej osobistych, niezastępowalnych demonów przez świat jawy, ani też nie sądziłem, by Savannah zrozumiała kiedykolwiek wielkość dylematu Luke’a – dylematu fundamentalnej odpowiedzialności i powinności niewyrażalnej siły. Luke rzucał się do działania wtedy, kiedy krzyczało serce, poezja w nim była bezsłowna. Nie był ani poetą, ani psychotykiem, był, człowiekiem czynu – oto nieznośny ciężar, który nasza rodzina na niego złożyła tylko dlatego, że urodził się pierwszy. A ja? Kim stałem się ja, bezsenny i oślepiony przez monstrualne serafiny, które kołysały się przed oczyma mojej siostry? Jaka była moja rola, czy zawarła się w niej wielkość czy ruina? Mnie została wyznaczona w rodzinie normalność. Byłem dzieckiem zrównoważonym, któremu przyznane zostało przywództwo, zimna krew pod ogniem dział, stabilność. „Solidny jak skała”, tak charakteryzowała mnie matka wobec swoich przyjaciół i myślę, że było to doskonałe określenie. Byłem układny, błyskotliwy, towarzyski i religijny. Byłem krajem neutralnym, familijną Szwajcarią. Jako symbol prawości, składałem hołd obrazowi nienagannego dziecka, którego pragnęli rodzice. Pełen szacunku dla form, w życie dorosłe wkraczałem bojaźliwy i bardzo chętny do sprawiania innym przyjemności. I podczas gdy moja siostra z krzykiem walczyła z czarnymi psiskami z jej piekieł, a brat spał jak niemowlę, ja całą noc spędziłem bezsennie, wiedząc, że przeminął bardzo ważny tydzień mego życia. Byłem żonaty od niemal sześciu lat, pracowałem jako nauczyciel i trener i wiodłem mierne życie.
[…]
Psychiatra Savannah nazywała się Lowenstein, przyjmowała w eleganckiej kamienicy z piaskowca we wschodniej części miasta, a jej poczekalnia cała była w tweedzie i skórze. Popielniczki były wystarczająco ciężkie, by zabić nimi wiewiórkę. Na przeciwległych ścianach wisiały dwa nowoczesne obrazy dostatecznie zgrzytliwe, by spowodować schizofrenię. Przywodziły na myśl plamy Rorschacha [test psychologiczny z plam atramentowych – przyp. aut.] rozwłóczone po zagonie lilii. Zapatrzyłem się w ten, który Wisiał nad recepcjonistką, zanim wypowiedziałem pierwsze słowa.
[…]
Dotarło teraz do mnie, że pokój wypełnia muzyka Bacha. Na półce w końcu pokoju stały świeże kwiaty – starannie ułożone purpurowe irysy nachylały się ku mnie niczym małe, delikatne ptasie łebki. Przymknąłem oczy i usiłowałem odprężyć się przy muzyce, oddać jej uwodzicielskiej mocy. Spowalniała puls; pomyślałem o różach. Lekko bolała mnie głowa, byłem ciekaw, czy zapakowałem do walizki aspirynę. Na regaliku stały książki; wstałem, aby się im przyjrzeć, podczas gdy koncert Bacha dobiegł końca i do pokoju zawitał Vivaldi. Książki były starannie dobrane i ustawione, niektóre miały osobiste dedykacje autorskie i zorientowałem się, że wielu pisarzy siedziało w tym pokoju, dygocząc w obliczu wizji świata anonimowego artysty. Na samej górze wyśledziłem drugi tomik Savannah, Książę przypływów. Otworzyłem na dedykacji i niemal, zapłakałem, czytając jej słowa. Właściwie przyjemnie było poczuć, że łzy szukają dla siebie drogi, stanowiły bowiem dowód, że nadal żywe jest to głębokie miejsce, gdzie ból skrępowany i zdegradowany spoczywał w taniej, obłej skorupie męskości. Moja męskość! Jakże nie znosiłem bycia mężczyzną i związanych z tym zaciekłych obowiązków, pokazu nieustępliwej siły, namiętnej i głupiej brawury. Jakże nienawidziłem siły, powinności i niezłomności. Jakże bałem się widoku ukochanej siostry z poranionymi przegubami, rurkami wprowadzonymi do nosa i butlami glukozy wiszącymi wokół łóżka jak szklane embriony. Znałem jednak świetnie swoją rolę, znałem tyranię i sidła męskości, dlatego też stawię się u siostry niczym filar siły, król roślin stąpający po naszej wspólnej ziemi, z rąk mych będzie biła siła pastwisk, pewność cykli rozwoju, rozbrzmiewać będą zaśpiewem jej odnowy, a z ust popłyną uspokajające słowa trenera i władcy pór roku. Siła była moim darem, a także mym popisem i to ona z pewnością kiedyś mnie zabije.
[…]
Robię się nerwowy za każdym razem, kiedy moja siostra podcina sobie żyły. Takie dziwactwo. Byłeś już kiedyś u psychiatry? – spytała i z barku koło biurka wzięła dwie filiżanki kawy. Chód miała wdzięczny i pewny. Tak, myślę, że przy tej czy innej okazji poznałem wszystkich lekarzy Savannah. Czy próbowała już odbierać sobie życie? Tak. Były jeszcze takie dwa miłe, szczęśliwe wydarzenia. Dlaczego mówisz „miły i szczęśliwy”? To cynizm, przepraszam. Rodzinny nawyk, któremu ulegliśmy wszyscy. Czy Savannah jest cyniczna? Nie. Ta część domowego horroru jej umknęła. Brzmi to tak, jakbyś żałował, że umknęła cynizmowi. Zamiast tego usiłuje się zabić, pani doktor. Wolałbym, żeby była cyniczna.
[…]
Są pewne zupełnie podstawowe pytania, które muszę postawić, jeśli chcemy pomóc Savannah. A jestem pewna, że chcemy, nieprawdaż? Nie, pani doktor, jeśli nie przestanie się pani zwracać do mnie tym obrzydliwie wyniosłym tonem, jak gdybym był niesfornym szympansem, którego chce pani nauczyć pisać na maszynie. I najpierw musi mi pani powiedzieć, gdzie jest moja siostra – powiedziałem, wciskając dłonie pod uda, aby ukryć ich drżenie. Na skutek połączenia kawy z bólem głowy odległe dźwięki muzyki działały na moje nerwy niczym zgrzyt paznokcia po szkle.
[…]
A co ty sądzisz, Tom? Naprawdę chce się pani dowiedzieć? Tak. Bardzo. Zatem, z zachowaniem należnego szacunku, sądzę, że i pani, i Savannah wygadujecie głupoty – odparłem. Z zachowaniem należnego szacunku, dlaczego miałybyśmy podzielać opinie białych samców z Południa? Nachyliłem się i szepnąłem: Ponieważ, pani doktor, kiedy akurat nie zjadam korzonków i jagódek, nie dymam muła, stojąc na pniaku, ani nie zarzynam prosiaka nad zlewem, jestem bardzo bystrym chłopakiem.
[…]
Mnie się zdaje, że za bardzo się skupiasz na kulturowej odmienności między nami. Czuję, jak pani mną gardzi – powiedziałem i zamknąłem oczy, na których ból rozpiął siateczkę cierpienia. Gardzę? – powtórzyła z niedowierzaniem i przewróciła oczyma. Nawet gdyby odpychało mnie wszystko to, co dla ciebie jest ważne, nie czułabym pogardy do ciebie samego. Potrzebuję twego wsparcia, żeby pomóc twojej siostrze, jeśli mi na to pozwolisz. Znam całą jej twórczość, ale muszę wniknąć w szczegóły jej życia, tak bym w chwili, gdy znowu nawiążemy z nią kontakt, mogła spróbować przedrzeć się przez ten destrukcyjny schemat, w którym, jak się zdaje, tkwi od niepamiętnych czasów. Gdyby udało mi się odszukać jakieś wskazówki w przeszłości, pomogłabym jej wypracować strategie przetrwania, które pozwoliłyby jej dalej tworzyć, ale bez takich niszczących konsekwencji.
[…]
Kiedy widziałeś to pierwszy raz? W San Francisco. Jeździła z wieczorami autorskimi. Wsadzili ją do prawdziwego psychiatryka. Trudno powiedzieć, czy malowanie się gównem było aktem auto-nienawiści czy może próbą upiększenia pokoju. Żartujesz sobie z psychozy siostry! Dziwny z ciebie człowiek! To taki styl Południa, pani doktor. Styl Południa? Nieśmiertelna fraza mojej matki. Śmiejemy się, kiedy ból staje się nieznośny. Śmiejemy się, kiedy nędza ludzkiego życia staje się zbyt... nędzna. Śmiejemy się, kiedy już nic więcej nie można zrobić. A kiedy płaczecie... w stylu Południa? Kiedy skończymy się śmiać, pani doktor. Zawsze. Zawsze, kiedy skończymy się śmiać.
[…]
Doktor Lowenstein podeszła do Savannah i delikatnie dotknęła jej ramienia. Savannah, mam dla ciebie niespodziankę. Przyprowadziłam twojego brata, Toma. Siostra nawet nie drgnęła. Jej duch oddzielił się od ciała. W jej bezruchu był spokój minerału, w czarnej bryle katatonii – niesplamiona boskość. Katatonicy zawsze wydawali mi się najświętszymi z psychotyków. W zaprzysięgłym milczeniu tkwi niezłomność i jest coś świętego w tej niezgodzie na ruch. To najspokojniejszy z dramatów upadłej ludzkiej duszy, uroczysta próba kostiumowa do samej śmierci. Widywałem już siostrę w takim bezruchu i teraz byłem wręcz weteranem jej nieuleczalnej statyczności. Za pierwszym razem załamałem się i schowałem twarz w dłoniach. Przypomniałem sobie teraz, co mi kiedyś powiedziała, że głęboko we wnętrzu zastygnięcia i samotności jej duch kurował się w niedosiężnych miejscach, dokopując się do złóż i żył ukrytych w najbardziej niedostępnych zakątkach umysłu. A poza tym, dodała, jak długo trwała w bezruchu, tak długo nie mogła sobie zrobić żadnej krzywdy, a tylko oczyszczała się i przygotowywała do dnia, gdy znowu wyjdzie na światło. A kiedy zacznie wychodzić, chciałem być w pobliżu. Położyłem ręce na ramionach Savannah, ucałowałem w szyję i usiadłem obok niej. Przytuliłem ją mocno i potarłem twarzą o włosy. Starałem się nie patrzeć na bandaże na przegubach. Ej, Savannah – powiedziałem miękko. Jak tam, kochanie? Wszystko będzie dobrze, bo jestem tutaj. Bardzo mi smutno, że źle się czujesz, ale zostanę tutaj, aż ci się polepszy. Wczoraj widziałem się z tatą, kazał powiedzieć, że cię kocha. Ale nie martw się, nic się nie zmienił, nadal pozostał dupkiem. Mama nie mogła przyjechać, bo musiała wyprać rajstopy. Sallie i dzieciaki mają się dobrze. Jennifer zaczynają rosnąć piersi. Któregoś wieczoru przyszła do mnie po kąpieli, spuściła ręczniki mówi: „Spójrz, tatku, podskakują!”, a potem ze śmiechem i okrzykami uciekła do hallu, a ja pogoniłem lubieżnie za nią. Karolina Południowa w ogóle się niewiele zmieniła i ciągle jest to cholerna kulturalna stolica świata. Nawet Sullivan Island zaczyna nabierać trochę ogłady. Tną dyktę na nowy kiosk barbecue przy autostradzie. Ciągle nie znalazłem pracy, ale bardzo się staram, mówię o tym, bo wiem, że się martwisz. Niedawno widziałam babcię Wingo w domu starców w Charlestonie, były jej urodziny. Myślała, że jest rok 1920, a ja jestem biskupem Charlestonu i zamierzam uprawiać z nią seks. Poza tym widziałem jeszcze...
[…]
Czuję, że nadchodzi czas migreny, pani doktor. Nie mam pracy ani perspektyw zatrudnienia. Moja żona, internistka, ma właśnie romans z kardiologiem. Zastanawia się nad rzuceniem mnie. Nienawidzę matki i ojca, ale za pięć minut oświadczę pani, że wcale tak nie myślę i oboje serdecznie kocham. Mój brat, Luke, to tragedia rodzinna, a chociaż usłyszała pani o Luke’u, nie widać jeszcze, jak to się łączy z Savannah. Czy wspomniałem już, że ojciec jest w więzieniu? To, dlatego nie mógł odpowiedzieć na pani telegram. Historia Wingo to humor, groteska i tragedia, ale dominuje tragedia. Zobaczy pani, że szaleństwo Savannah jest naturalną reakcją na życie rodzinne. Moja zaś reakcja była nienaturalna.
[…]
Sheridan Square wydawał się uśpiony i nierzeczywisty w bezksiężycową noc; snuli się po nim poza kastowi mieszkańcy miasta po północy. Każdego dnia przecinały się ich drogi, oni zaś niczym nie zdradzali, że poznają się nawzajem. W uroczystej, zadziwionej nostalgii kroczyli w świetle pełnym ech. Na ich twarzach widać było blask jakiejś wewnętrznej i trwałej równonocy, zupełnie niepojętej dla obcych. Nieustraszeni lunatycy; wpatrywałem się uważnie w każdego z nich, kiedy przechodzili, niepomni mojej obecności. Usiłowałem naśladować ich mimikę, eteryczną, bezinteresowną, niepowtarzalną, ale moja twarz jest marnym aktorem. Oni wiedzieli, jak stawiać kroki w wielkim mieście, ja nie. Ja, gość, człowiek z zewnątrz, wchodząc do budynku Savannah, poczułem morze, stary, znajomy zapach wschodniego wybrzeża toczący się z hukiem ulicami. Antyczna winda o rozmiarach i kształcie trumny ze skrzypieniem i jękiem wpełzła na piąte piętro. Ustawiłem bagaż na marmurowej posadzce i wypróbowałem dwanaście kluczy, zanim znalazłem cztery, które odsunęły ogromne zasuwy odgradzające moją siostrę od świata.
[…]
Byliśmy już w klasie maturalnej, kiedy ojciec zrobił to zdjęcie na pokładzie łódki. Ja i Luke, uśmiechnięci do kamery, zarzucamy ramiona na plecy Savannah, ona zaś rozradowana patrzy w górę na Luke’a z czystym, prostym uwielbieniem. Cała nasza trójka jest opalona, młoda i – tak – piękna. Z tyłu, za zatoką i trzęsawiskiem, mała, ledwie widoczna matka macha do ojca sprzed naszego niedużego, białego domku. Gdybyśmy wiedzieli, co przyniesie ten rok, nikt by się nie uśmiechał. Aparat zatrzymał jednak czas i trójka uśmiechniętych dzieciaków na zawsze będzie stała na łódce, przygarniając się czule w uścisku kruchej, ale niewzruszonej miłości.
[…]
Z listu Savannah do Toma Wingo
Są jednak rzeczy, których nauczyć trenerów mogą tylko siostry. Więc tego ich naucz, Tom i naucz dobrze: łagodnych słów czułości i chęci życia dla innych. Zmuszaj ich do wytworności, popychaj do uprzejmości, daj im zajrzeć głęboko w ciebie, uczyń z nich mężczyzn, ale tak delikatnie jak anioły układające chmury na niebie. Niechże twój duch łagodnie w nich przeniknie, tak jak wnika we mnie.
[...]
Dwa miesiące po zestrzeleniu ojca dwóch brytyjskich pilotów ratowało się z opresji, skacząc na spadochronach. W trakcie poszukiwań odnaleziono zakrwawiony mundur ojca, który kapłan zachował na pamiątkę. Torturowany wyznał, że ukrywał kiedyś amerykańskiego pilota i pomógł mu uciec do Szwajcarii. Guntera Krausa powieszono na szczycie dzwonnicy, a jego ciało dyndało na niej przez tydzień ku przestrodze mieszkańców. W testamencie kapłan pozostawił cały swój dobytek, jakkolwiek marny, niewieście mieszkającej w Hamburgu. Wszystko to było dziwne i smutne. Poza tym wielebny Kraus nie był zbyt dobrym kapłanem, o czym wiedziała cała wioska. Ojciec zapalił świeczkę przed Dzieciątkiem Praskim, dokładnie w miejscu, gdzie pierwsza kropla jego krwi padła kiedyś na duchownego, który go uratował. Pomodlił się za spokój duszy Guntera Krausa, a także dusz rodziny Fischerów. Potem powstał ze łzami w oczach, wymierzył policzek nowemu proboszczowi i ostrzegł go, że o Gunterze Krausie zawsze ma się wyrażać z szacunkiem. Młody kapłan w popłochu wybiegł ze świątyni, a mój ojciec wziął statuetkę Dzieciątka Praskiego pod ramię i wyszedł. Był teraz katolikiem i wiedział, że katolicy zawsze szanują szczątki swoich świętych. Wojna mego ojca się skończyła.
[…]
Po pierwszym tygodniu nabrały kształtu i charakteru owe dni nowojorskie, dni introspekcji i wyznań, w których historię naszej obolałej rodziny przedstawiałem pięknej lekarce, aby ta mogła naprawić szkody, jakich doznał jeden z członków rodziny: Savannah. Historia rozwijała się powoli, a ja czułem, jak ożywa w niej wewnętrzna siła. Pierwszych kilka dni spędziłem, przesłuchując taśmy, które tak przejmująco zarejestrowały rozmiar katastrofy, jakiej uległa siostra. Mówiła poranionymi fragmentami, które zapisywałem na papierze, by je potem studiować, a które każdego dnia zaskakiwały mnie jasnym obrazem przeszłości, wszystkim, co starałem się wyprzeć lub zapomnieć.” Każda z jej fraz, jakkolwiek wydawałaby się nierealna czy dziwaczna, miała korzenie w rzeczywistości, jedno zaś wspomnienie wiodło do drugiego, aż w raptownych błyskach odsłaniały się większe wzorce. Bywały dni, kiedy z trudem mogłem doczekać się godziny piątej i spotkania z doktor Lowenstein. W nieświadomości zacząłem jednak odkrywać nie tylko dzikie kwiaty, ale i starannie utrzymane rabaty. Starałem się wycinać to, co nadmiarowe i banalne, wiedziałem jednak, że wielkie prawdy leżą gdzieś, ukryte pod koniczynami, trawami i dziką miętą. Jako kronikarz trudnej przeszłości siostry nie chciałem niczego zgubić, przede wszystkim jednak chciałem odnaleźć tę jedną różę, która rozkwitła na treliażu, zawierać będzie obraz tygrysa. Kiedy siedziałem w saloniku siostry otoczony przez książki i rośliny, moim wrogiem było niezdecydowanie. Na lato postawiłem przed sobą zupełnie prosty cel: wielka podróż w głąb siebie. Chciałem zbadać wydarzenia i przypadki, które doprowadziły do ukształtowania się człowieka defensywnego i miernego. Przez te dni przedzierałem się powoli. Czas ulegle przeciskał się przeze mnie, podczas gdy słońce przesuwało się nad Manhattanem. Usiłowałem zlokalizować siebie w splocie wydarzeń, badać wewnętrzne satelity w sposób równie beznamiętny jak astronom śledzący dwanaście księżyców związanych z perłową masą Jowisza. Zacząłem znajdować przyjemność w ciszy wczesnych ranków; to ona skłoniła mnie do prowadzenia dziennika: odręczne, surowe notatki sporządzałem szkolarskim pismem, którego litery malały z każdym rokiem, odzwierciedlając moje własne karłowacenie. Zrazu koncentrowałem się na tym, co istotne dla historii Savannah, nieuchronnie jednak powracałem do siebie samego, jako że mogłem je opowiedzieć tylko ze swojego punktu widzenia, nie miałem prawa czy podstaw, by przedstawiać świat widziany jej oczyma. Najlepsze, co mogłem zrobić dla siostry, to opowiedzieć własną historię tak szczerze, jak będę potrafił. Przeżyłem życie szczególnie bojaźliwie, pasywnie, chociaż zarazem czujnie, nieustannie ocierając się o przerażenie. Waga tego zadania polegała też na tym, że byłem obecny przy niemal wszystkich wydarzeniach istotnych w życiu Savannah. Chciałem przemówić czystym głosem świadka, głosem, który miał się zmienić w pieśń oczyszczenia.
[…]
Najpierw jednak musiał przyjść czas odnowy, wypracowania nowego podejścia do autoanalizy. Niemal trzydzieści siedem lat poświęciłem na budowanie obrazu siebie, który niosłem wewnątrz. Sam siebie wciągnąłem w pułapkę, bezkrytycznie i dosłownie przyjmując określenie mego charakteru, jakie ukuli rodzice. Zrobili to bardzo wcześnie, określenie to wycisnęli na mnie jak na monecie, na której umieścili przekład jakiegoś tajemniczego hieroglifu, a ja całe życie strawiłem na zmaganiu się z tym nadrukiem. Rodzicom udało się uczynić mnie obcym dla samego siebie. Uczynili ze mnie ucieleśnienie tego, czego wówczas potrzebowali, a ponieważ w mym charakterze była też pewna istotna skłonność do uległości i ortodoksji, więc pozwoliłem się ugniatać i kształtować, aż stałem się uosobieniem ich wizji dziecka doskonałego. Stosowałem się do miar ich wizji. Gwizdali, a ja tańczyłem niczym pokojowy spaniel. Chcieli mieć układnego chłopca, toteż stara południowa galanteria wylewała się ze mnie nieprzerwanie.
[…]
W tych odgrodzonych obszarach mego dzieciństwa czas płynął od jednego przesilenia do drugiego ja zaś bawiłem się pod roztargnionym majestatem niebieskich oczu matki. Spoczywały na mnie nieustannie i czułem się tak, jakby badawczo wpatrywały się we mnie kwiaty. Wydawało się, iż matka nie może się nami nacieszyć: wszystko, co mówiliśmy i myśleli, sprawiało jej przyjemność. Za naszymi bosymi nogami śmigającymi po trawie gonił jej śmiech. Mówiła sama o sobie, że należy do tych kobiet, które uwielbiają dzieci i niemowlęta. Przez tych sześć czarujących, słonecznych lat całe serce wkładała niemające sobie równych matczyne obowiązki wychowawcze. Nie było jej łatwo i przez resztę życia każdego dnia uważała za stosowne wspomnieć o swej harówce. Byliśmy jednak żywymi pogodnymi dziećmi, chętnymi do zabawy, wnikania w tajemnice lasu i w jej zdumiewającą, własną wizję wszechświata. Nie wiedzieliśmy, że jest kobietą bardzo nieszczęśliwą, podobnie jak nie wiedzieliśmy, że nigdy nam nie wybaczyła naszego wzrastania i doroślenia. Ale nawet one były bagatelką w zestawieniu z jedyną zbrodnią naprawdę nie do wybaczenia: że w ogóle się urodziliśmy. Matkę niełatwo było rozszyfrować. Urodziliśmy się w domu pełnym komplikacji, dramatu i bólu. Byliśmy typowymi południowcami, a w każdym południowcu pod cienką warstewką komunałów kryje się prawdziwa żyła banału, ale nawet banał ma kolosalną siłę, kiedy uwikłane jest weń dziecko. Ojciec prawie zawsze wracał do domu po zmroku. Najczęściej leżałem już w łóżku, kiedy rozlegały się jego kroki na ganku. Zaczął mi się kojarzyć z ciemnością. Wraz z jego pojawieniem zmieniał się głos matki, tracił swą muzykalność. W chwili, kiedy otwierał drzwi, stawała się inną kobietą i zmieniał się w ogóle cały dom. Słyszę ich głosy, ściszone, szepczące, kiedy przy późnej kolacji rozmawiają o wydarzeniach dnia.
[…]
Bywały dnie, kiedy matka w ogóle się do nas nie odzywała; siedziała na ganku, patrząc na rzekę i na Colleton, a w oczach miała taką smutną rezygnację i odrętwienie, że nie mógł ich przegnać nawet nasz płacz. Jej bezruch przerażał nas. W roztargnieniu zanurzała długie palce w nasze włosy, z oczu puszczały się łzy, ale wyraz twarzy się nie zmieniał. Nauczyliśmy się żyć pełni lęku w ciszy, kiedy nachodziły ją takie chwile i skupialiśmy się wokół niej w ochronnym jasnowłosym kręgu. Nie mogliśmy do niej dotrzeć, nie chciała dzielić z nami swoich strapień. Tym, co matka prezentowała światu i swojej rodzinie, była biała, impregnowana otulina, haftowana, zdobna fasada, która stanowiła najmniejszy i najmniej ważny fragment jej osobowości. Zawsze była czymś więcej niż tylko sumą swoich części, jako że najistotniejsze z nich pozostawiała w ukryciu. Całe życie poświęciłem na jej studiowanie i nadal nie jestem jeszcze ekspertem. Pod pewnymi względami była matką doskonałą, pod innymi – ucieleśniała apokalipsę.
[…]
Pewna doza poczucia winy jest czymś typowym dla chłopaka z Południa; nasze życie to zawiła, straszliwa prośba do naszych matek o wybaczenie ojcom; iż są tak marnymi mężami. Chłopak przez długi czas potrafi znosić ciężar i potęgę przemieszczonego uczucia, a tylko niewielu z nich potrafi się oprzeć samotniczym i niewinnie uwodzicielskim awansom matki. Jest zakazana słodycz w tym, kiedy zostaje się platonicznym, sekretnym kochankiem kobiety własnego ojca, straszliwy triumf demonicznego rywala, kiedy w zaciszu ojcowskiego domu doznaje się nieznośnie delikatnej miłości tej kruchej kobiety. Nie ma na świecie nic bardziej erotycznego niż chłopak zakochany w postaci matki i w jej dotyku. To rozkosz najgłębsza i najbardziej zakazana, a zarazem najbardziej naturalna i niszczycielska.
[…]
Nie wiem, czy mnie pani zrozumie. Kiedy byłem chłopcem, a ojciec znęcał się nad jednym, z nas albo nad matką, przyrzekłem sobie, że jeśli tylko będę mógł, nigdy nie pozwolę, aby mężczyzna bił kobietę lub dziecko. To sprawiło, że mieszałem się do różnych niemiłych, a nawet obrzydliwych scen. Nie pozwalałem ojcu bić dziecka na lotnisku, mieszałem się do bójki między zupełnie mi nieznaną parą, dałem nauczkę ojcu Sue Elen. W takich sytuacjach dzieje się ze mną coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Ale chyba zaczynam się zmieniać. Może doroślejesz. Nie. Chyba przestaję się już przejmować.
[…]
Uniosłem rękę do twarzy, jakby zasłaniając się przed ciosem. Pani doktor, będę to uważał za akt najwyższego miłosierdzia, jeśli nigdy więcej nie przypomni mi pani, że w ogóle mam matkę. Jest główną postacią w autopsji mej rodziny i jak się pani przekona, jej główna funkcja na ziemi polega na krzewieniu szaleństwa. Wystarczy, że przejdzie przez szklarnię, a brukselki dostają schizofrenii.
[…]
Papa John Stanopolous umarł pod koniec roku 1951; Tolitha pochowała go jak należy na Oak Lawn Cemetery w Atlancie, sprzedała dom przy Rosedale Road i udała się w ekstrawagancką odyseję, w trzy lata trzy razy okrążając świat. Ból po stracie Papy Johna tak ściśle związała z Atlantą, że nigdy już tam nie wróciła, chociażby z krótką wizytą. Była kobietą, która instynktownie wiedziała, że szczęścia nie da się zduplikować, i dlatego potrafiła zręcznie zamknąć drzwi do przeszłości. Podróżowała statkiem, zawsze pierwszą klasą i przez te lata nieskrępowanych wojaży odwiedziła czterdzieści siedem krajów. Z trasy wysłała setki kartek pocztowych, zapełnionych ledwie czytelnym maczkiem i stały się one dla całej naszej trójki pierwszą literaturą podróżniczą. W prawym ich rogu widniały najbardziej świetliste, najwspanialsze znaczki, miniaturowe akwarele i pejzaże – gdy pochodziły z jakichś egzotycznych krajów, a wielkie reprodukcje światowego malarstwa – gdy pochodziły z Europy. Kraje afrykańskie rozkoszowały się bajecznymi zachodami słońca nad dżunglą i przestworami sawanny; na ich znaczkach skrzyły się jaskrawe owoce, papugi czyściły pióra w drzewach mango, pawiany dziko wykrzywiały tęczowe twarze, słonie przechodziły w bród głębokie rzeki, a procesje gazeli sunęły przez równiny u stóp Kilimandżaro. Nie wiedząc o tym, uczyniła z nas zapalonych filatelistów, z zapałem wczytujących się w zapiski podróżne spiesznie kreślone na pokładach statków różnych linii, które poprzez wzburzone i spokojne morza niosły ją wokół świata. Jeśli pisała list, w kopercie zawsze znalazła się garstka monet z odwiedzanych krajów. Odkładaliśmy je do słoja po dżemie i od czasu do czasu rozkładaliśmy na stole w jadalni atlas świata kupiony przez ojca, aby śledzić postępy podróży Tolithy, i przyporządkowywaliśmy pieniążki do miejsca ich pochodzenia. Żółtą kredką zaznaczaliśmy tereny, na których nasza babka postawiła już stopę. Gładko przerzucaliśmy się nazwami mistycznych miejsc: Zanzibar, Kongo Belgijskie, Mozambik, Singapur, Goa, Kambodża. Smakowały w naszych ustach jak dym, podzwaniały echami prymitywnymi i dalekimi. W dzieciństwie uważaliśmy Tolithę za odważną, zamożną i szczęśliwą. Tego samego dnia, kiedy biskup Charlestonu udzielał bierzmowania Savannah, Luke’owi i mnie, biały nosorożec zaatakował dżipa babki na równinach Kenii. Nie upłynął pierwszy tydzień w trzeciej klasie, a Tolitha opisała nam ukamienowanie cudzołożnicy w Arabii Saudyjskiej. Nie cofała się przed bardzo ryzykownymi wyprawami i wszystkie opisywała bardzo szczegółowo. Daleko w górze Amazonki przez kilka pełnych zgrozy minut obserwowała, jak stado piranii objadło tapira do kości. Jego ryki odbijały się rozdzierającym echem od ścian dżungli do chwili, aż ryby dobrały mu się do języka. Język był na deser, dodała okrutnie w jednej z tych mrożących krew w żyłach szczegółowych uwag, ożywiających jej prozę, w którą wczytywaliśmy się z coraz większą biegłością, podczas gdy babka wolno przemieszczała się po kuli ziemskiej, Z Folies – Bergere napisała, że widziała na scenie więcej cycków niż w jakiejkolwiek farmie mlecznej. Z Rzymu przysłała nam kartkę, na której widniała makabryczna kompozycja z czaszek mnichów, które niczym kule artyleryjskie ułożono na bocznym ołtarzu w katakumbach kapucynów. Z Afryki Wschodniej nadeszły pudełeczka z zebranymi na plaży muszlami, z Brazylii – miniaturowa głowa, którą kupiła „za bezcen” od nawróconego łowcy z zepsutymi zębami. Na Boże Narodzenie ojciec dostał zakonserwowany w soli jęzor azjatyckiego bawołu. Kupowała i słała nam flet używany przez zaklinacza węży, kawałek najprawdziwszego Krzyża Pańskiego nabyty u jednookiego Araba, ząb wielbłąda, kły lamparta, przepaskę zdjętą bezpośrednio z genitaliów dzikusa (tę matka natychmiast spaliła, mrucząc, że dosyć mamy zarazków w Karolinie, żeby jeszcze fundować sobie afrykańskie). Tolitha znajdowała dziecięcą uciechę w tym, co dziwaczne, nierealne, absolutnie niepowtarzalne. Z dumą podliczyła, że cierpiała na biegunkę w dwudziestu jeden krajach. Ostre rozwolnienie było dla niej swego rodzaju medalem zasługi, dowodzącym, że podróżniczka nie waha się porzucić malowniczych wygód na rzecz penetracji dzikich zakątków świata. W Syrii zjadła całą misę oczu owczych, które smakowały, pisała, dokładnie tak, jak powinny smakować gałki oczne owiec. Więcej w niej było awanturniczki niż koneserki, niemniej starannie zdawała sprawę ze swego menu. W różnych częściach świata kosztowała: ogon kajmana, trujące mięso kolcobrzucha (po którym zdrętwiały jej palce), filety z rekina, jaja strusie, szarańczę w czekoladzie, marynowane krasnorosty (przez całe lata sądziłem, że były to krasnale zakonserwowane jak ogórki), wątrobę antylopy, jądra kozła i gotowanego pytona.
[…]
Potem przyznała, że chciała nagromadzić jak najwięcej porywających wspomnień na starość, której nieubłagane nadejście już odczuwała. Podróżowała, aby doświadczyć zdumienia, aby przemienić się w inną kobietę niż ta, którą była z urodzenia. Nie musiała dawać żadnych wykładów, wystarczył sam jej przykład, aby została pierwszym filozofem podróżowania w rodzinie. Dzięki tym wędrówkom Tolitha nauczyła się, że są rzeczy, które zrozumieć można najlepiej w postaciach skrajnych i sytuacjach wyjątkowych. Szacunkiem darzyła marginalia – to dzikie, nieposkromione aspekty nadawały całości smak i charakter. Na wiosnę 1954 roku grupka usłużnych Szerpów powiodła babkę na wycieczkę po Himalajach i pewnego brutalnie zimnego poranka na dachu świata patrzyła, jak słońce skrzy się w lodowych zerwach Mount Everestu. Miesiąc później przyglądała się wędrówce węży morskich w Morzu Południowochińskim, a była już w trakcie drogi powrotnej do domu. Do Colleton dotarła dość zmęczona i wymizerowana, a co również ważne – bez centa przy duszy.
[…]
Przeżyłem swe dzieciństwo w przekonaniu, że któregoś dnia ojciec mnie zabije. Zarazem jednak żyłem w świecie, w którym niczego dzieciom nie tłumaczono, z wyjątkiem tego, że najważniejsza jest lojalność. Od matki nauczyłem się, że lojalność to piękna twarz, którą się przybiera, kiedy całe życie opiera się na ciągu straszliwych kłamstw. Lata klasyfikowaliśmy wedle tego, ile razy zostaliśmy zbici przez ojca. Samo bicie było okropne, ale jeszcze gorsza okazywała się irracjonalność jego charakteru. Nigdy nie wiedzieliśmy, co doprowadzi do wybuchu, nigdy nie mogliśmy przewidzieć wahnięcia stanu duszy, które sprawi, że w domu rozszaleje się bestia. Nie istniały wzorce, których można by się trzymać, strategie chociażby prawdopodobne, a poza tym z wyjątkiem babki nie było trybunału, do którego można by się odwołać. Dzieciństwo upływało nam w oczekiwaniu na atak ze strony ojca. W 1955 roku trzy razy powalił mnie na podłogę. W 1956 – pięć razy. Jeszcze goręcej kochał mnie w roku 1957; 1958 był świadkiem dalszego przyrostu uczucia. Kochał mnie coraz bardziej z każdym rokiem, który krętą drogą prowadził mnie do męskości.
[…]
Widzisz, kiedy zobaczyłam Savannah po tym, jak podcięła sobie żyły, byłam bardzo wdzięczna tym „dupkom z Bellevue”, gdyż nie mogłam wobec niej zastosować żadnej terapii. Ma podobnie jak ty rezerwę czy nawet lęk wobec lekarstw i dlatego nie chciała się zgodzić, bym przepisała jej cokolwiek, co zapobiegłoby ponowieniu próby samobójstwa. Jestem zadowolona, że jest teraz w szpitalu, gdzie na siłę podają jej środki, jeśli sama nie chce współpracować. Bo ja chcę, Tom, żeby wyszła z tego żywa. Mało mnie obchodzi czy bierze prochy, korzysta z voodoo, przyjmuje ostatnie namaszczenie czy wróży z tarota – oby tylko wyżyła. Nie ma pani prawa odgradzać mnie od siostry, doktor Lowenstein – powiedziałem. Jesteś w błędzie. W takim razie, po co ja tutaj jestem, doktor Lowenstein? O co chodzi? Po co siedzę tutaj i rozszyfrowuję dla pani taśmę, którą nagrała pani, kiedy Savannah była w fazie największego obłędu, była generalissimusową kukułczego gniazda. Nie wiem wcale na pewno, co Savannah miała na myśli, kiedy wywalała z siebie ten bełkot. Potrafię powiedzieć, co tamte czy inne fragmenty mi sugerują, ale skąd mogę wiedzieć, że dla niej znaczą to samo? Czuję się tak, jak gdybym to ja podlegał terapii. W jaki sposób moja wizja upiornego dzieciństwa może pomóc Savannah? W tej rodzinie okropnie było być chłopakiem. Bycie dziewczyną przekracza jednak granice mojej wyobraźni. Niech więc ona opowie pani swoją historię, a ja wracam do swoich krewetek, bo tam jest moje miejsce.
[…]
Wcale nie. Dlaczego wszyscy w tym mieście są tacy durni, dlaczego powtarzają dookoła to samo o jej wierszach? To je umniejsza, to umniejsza dzieło każdego pisarza. Zatem nie sądzisz, że pisane są przede wszystkim dla kobiet? – spytała. Nie, pisane są po prostu dla ludzi. Dla mężczyzn i kobiet, którzy są odpowiednio wrażliwi. Mają wzbogacać, mają zaskakiwać, ale do tego, żeby je rozumieć i cenić, nie trzeba żadnych przekonań politycznych. To, co znakomite w jej wierszach, nie ma nic wspólnego z jej zapatrywaniami politycznymi. Takie podejście trywializuje jej poezję, każdą poezję. A kiedy ona sama przyjmuje taką postawę, pisze gorsze wiersze, banalne i oczywiste. W tym mieście jest z milion rozgoryczonych kobiet, które mają podobne poglądy polityczne, ale tylko Savannah potrafi sprawić, by język śpiewał jak ptak lub łkał jak zraniony anioł. Trudno oczekiwać, byś zrozumiał stanowisko feministek – rzekła z pasją Lowenstein.
[…]
Aż do roku 1953 oprócz mojej rodziny nie było w Colleton katolików. Ojcowskie nawrócenie w czasie wojny, jedyny w jego życiu radykalny akt ducha, był niebezpieczną i zawadiacką wyprawą na zarosłe zielskiem morza doktryny. Matka bez słowa protestu przystała na zmianę wyznania; podobnie jak on, także ona uważała, że fakt jego uratowania się w Niemczech jest nieodpartym dowodem na istnienie Boga i jego nieustanne uczestniczenie w codziennych ludzkich sprawach. A było tyle naiwności w naturze mojej matki, iż uważała, że nawrócenie na katolicyzm automatycznie poprawi jej pozycję społeczną, i dopiero wolno oraz boleśnie uczyła się tego, iż na amerykańskim Południu nie ma nic dziwniejszego niż rzymski katolik.
[…]
Zanim jednak doszło do owej wymiany tajemnic, matka zdążyła już okazać się najbardziej przerażającą kobietą, jaka kiedykolwiek kroczyła ulicami Colleton. Tej nocy ciągle padało, kiedy kładliśmy się do łóżek. Ojciec przed pójściem spać pogasił światła w całym domu i usiadł z fajką na osłoniętej werandzie. Denerwował się na nas, kiedy matka nie trzymała w garści wszystkich spraw domowych. Kilka razy wrzeszczał na nas, gdy zirytował go jakiś drobiazg. Ojca łatwo było odczytać. Kiedy pojawiało się prawdziwe niebezpieczeństwo, instynktownie wiedziało się, że należy mu schodzić z drogi, miał talent do tyranizowania otoczenia, ale nie dysponował żadnymi spójnymi strategiami. Był brutalny i bezsilny zarazem, jak każdy mężczyzna, który jest obcy w swoim domu. Dzieci traktował jak odmianę pracowników sezonowych, którzy akurat znaleźli się w tej okolicy. Nie spotkałem żadnej innej osoby, która podobnie jak ojciec uważałaby dzieciństwo za wstydliwą przypadłość, z której należy wyrosnąć jak najszybciej. Darzylibyśmy go miłością z racji nieodpowiedzialności i ekscentryczności, gdyby nie to, że z natury był brutalny i nieprzewidywalny. Przypuszczam, że nas kochał, ale nigdy też nie widziałem miłości bardziej dziwacznej czy zwyrodniałej. Policzek uważał za coś w rodzaju kartki walentynkowej. Jako dziecko czuł się zaniedbany i porzucony, a żadne z rodziców nigdy go nie pogłaskało ani nie przytuliło. Zauważał nas dopiero wtedy, kiedy mógł nas za coś skarcić, a gdy dotykał nas, to tylko w gniewie. W nocy, kiedy otaczała go rodzina, czuł się jak w pułapce; na jego przykładzie wiele się dowiedziałem o tym, jak człowiek może samego siebie skazać na samotność. Życie rozpocząłem jako więzień w domu ojca, czas męski zaczął liczyć się od chwili, gdy po nim przeszedłem w drodze do drzwi wyjściowych.
[…]
A co należy do specjalności amerykańskiego samca? – spytała. Wyprowadzać z równowagi. Być nieprzeniknionym, panować nad sytuacją, upierać się przy swoim i demonstrować niewrażliwość. Zdumiałbyś się, jak odmiennym stanowiskom dają wyraz moi pacjenci i pacjentki. Zupełnie jakby byli obywatelami całkiem innych krajów. Jest tylko jedno wykroczenie, które nigdy nie zostanie wybaczone kobiecie: mąż nigdy nie wybaczy jej, że wyszła za niego. Amerykański samiec to trzęsąca się sterta niepewności. Kiedy kobieta popełnia błąd i zakochuje się w nim, on każe jej straszliwie odcierpieć ten skrajny brak gustu. Nie sądzę, by mężczyźni potrafili rozgrzeszyć kobiety z tego, że każdego z nich kochają w sposób wyłączny. Chyba wspominałeś mi, Tom, że Sallie ma romans, prawda? Tak – potwierdziłem. I co zabawne, po raz pierwszy od roku dostrzegłem swoją żonę. Dopiero kiedy przestała mnie kochać, zrozumiałem, jak bardzo ja ją kocham. A czy powiedziałeś swojej żonie, że ją kochasz, Tom? – spytała i sięgnęła po wino. Jestem przecież mężem, doktor Lowenstein – odrzekłem. Oczywiście, że jej nie powiedziałem, iż ją kocham. Dlaczego żartujesz wtedy, kiedy ja pytam poważnie, Tom? Zawsze żartem wykręcasz się od odpowiedzi na poważne pytanie. Boli mnie sama myśl o Sallie, a gdy zaczynam o niej mówić, brakuje mi tchu. Kiedy mój świat się rozpada, jedyną bronią pozostaje śmiech, wszystkie inne zawodzą. Przypuszczam, że łzy byłyby znacznie bardziej skuteczne. U mnie łzy pojawiają się tylko przy błahych okazjach, na przykład, kiedy oglądam igrzyska olimpijskie, słucham hymnu narodowego, podczas ślubów i wręczania dyplomów. Ale ty mówisz o sentymentalizmie, a mnie chodziło o żal i smutek. Dla południowców sentymentalizm nie jest cechą charakteru, doktor Lowenstein. Południowca może doprowadzić do łez niemal każdy absurd. To łączy go z innymi południowcami i czyni śmiesznym w oczach kogoś urodzonego na północnym wschodzie. Moim zdaniem to bardziej kwestia klimatu niż temperamentu. Język cierpienia jest na Południu bardzo ubogi. Smutek zyskuje aprobatę tylko wtedy, gdy rozgrywa się w ciszy.
[…]
Kiedy mówiła o pacjentach, w głosie pobrzmiewała łagodność i miłość, a ja myślałem sobie, jakie to jednak musi być wspaniałe, zostać powalonym na kolana w Nowym Jorku i wtedy natknąć się na ciepłe, wyrozumiałe spojrzenie. Ów arcy-profesjonalizm był w istocie murem obronnym wzniesionym po to, aby zabezpieczyć się przed tym chaotycznym dążeniem do supremacji, które charakteryzowało na przykład mego ojca i mnie. Kiedy opowiadała o ojcu, który najpierw ją wielbił, a potem odwrócił się od niej, słowa sugerowały, że chodzi jedynie ojej własne doświadczenie, ale było w jej głosie coś, półtony, w których pobrzmiewała ciężko zdobyta mądrość, co mówiło, że to jedna z najstarszych i najbardziej zniechęcających opowieści na świecie. Kazało mi to pomyśleć o wszystkich kobietach w moim życiu – matce, siostrze, żonie, córkach i o tym, jak broniłbym się przed oskarżeniem, iż każdą z nich zdradziłem, pozwalając podupaść swej miłości w chwili, kiedy najbardziej jej potrzebowały. Słuchając historii ojca Susan, jednocześnie kuliłem się na myśl o krzywdzie, którą wyrządziłem kobietom z własnej rodziny. W pomyślnych chwilach miłość wylewała się ze mnie niczym świetlisty miód ze skradzionego pieca. Wystarczyło jednak poczucie bólu czy przegranej, bym wycofywał się w ostępy samotności, a kobiety, które usiłowały dotrzeć tam do mnie, cofały się w przerażeniu, nieprzerwanie bowiem je raniłem za to, że ośmielały się mnie kochać, podczas gdy ja świadom byłem rozpadu mego uczucia. Należałem do tych mężczyzn, którzy z wolna zabijają swoje kobiety. Moja miłość miała charakter gangreny, która pożera miękkie tkanki duszy. Miałem siostrę, która usiłowała popełnić samobójstwo i nie chciała mnie widzieć, miałem żonę, która znalazła kochającego ją mężczyznę, córki, które nic o mnie nie wiedziały, i matkę, która wiedziała o wiele za dużo. „Musisz zmienić to wszystko”, powtarzałem sobie, słuchając Susan Lowenstein, która była coraz bardziej odprężona za sprawą wina i uwodzicielskiej atmosfery „Coah House”. „Wszystko musisz zmienić w sobie i to całkowicie”.
[…]
Za każdym razem, kiedy słyszę, że ktoś taki jak ty nienawidzi Nowego Jorku, automatycznie myślę, że na pewno jest także antysemitą. Doktor Lowenstein, proszę mi wyjaśnić ten związek między antysemityzmem a nielubieniem Nowego Jorku. Proszę pamiętać, że jestem z Colleton w stanie Karolina Południowa i rzeczy dla innych jasne mnie wprawiają w konfuzję. W Nowym Jorku jest więcej Żydów niż w samym Izraelu. Najprawdopodobniej jest tu więcej Albańczyków niż w Albanii, Haitańczyków niż na Haiti i Irlandczyków niż w Irlandii. Nie wykluczam tego, że więcej jest tutaj południowców niż w Georgii, ale nie wiem, nie mam pojęcia. Nie lubię Nowego Jorku, bo to bezosobowy moloch. Zawsze jest pani tak podejrzliwa? Tak – odrzekła. Sądzę, że podejrzliwość to niezła taktyka obronna. Chyba rozumie więc pani, jak czuje się człowiek z Południa przybywający do Nowego Jorku. Co pani myślała o Południu, pani doktor, zanim poznała pani Savannah i mnie? To samo, co myślę teraz, Tom – powiedziała. To znaczy, że to najbardziej zacofana, reakcyjna i niebezpieczna część naszego kraju. Ale podoba się ona pani, doktor Lowenstein? Zaśmiała się i był to śmiech pełen sympatii, ja jednak ciągnąłem: Dlaczego są w historii takie okresy, kiedy w porządku jest nienawiść do Żydów, Amerykanów, czarnych czy Cyganów? W każdym pokoleniu jest jakaś grupa zasługująca na pogardę. Jeśli się jej nienawidzi, człowiek sam staje się podejrzany. Kiedy dorastałem, uczono mnie nienawiści do komunistów. Nigdy żadnego nie widziałem, ale jakże nie znosiłem sukinsynów! Kiedy dorastałem, nienawidziłem Murzynów, gdyż w mojej części świata jednym z elementów wiary religijnej było przekonanie o niższości czarnych wobec białych. To zatem interesujące doświadczenie przyjechać do Nowego Jorku i być nienawidzonym za to, że jestem białym mężczyzną z Południa. Uczucie dosyć budujące i odświeżające, chociaż trochę dziwne. W każdym razie pozwala mi zrozumieć pani koncepcję podejrzliwości.
[…]
Musi być jakaś przyczyna, dla której psychiatrzy nie potrafią dać sobie rady ze swymi dziećmi. Wiem, że to pytanie stało się wręcz banalne, ale jest z tym przecież jakiś problem, prawda. Nie w tym przypadku – zaprotestowała. Bernard [Woodruff, syn doktor Susan Lowenstein – przyp. aut.] jest po prostu wstydliwy i sam wyrośnie ze wszystkich tych problemów. Jeśli sama się zastanawiam nad tym, dlaczego psychiatrzy mają kłopoty z dziećmi – chociaż nie wszyscy, możesz mi wierzyć – to myślę, iż przyczyną jest to, że aż za dobrze znają straszliwe konsekwencje niedobrego dzieciństwa. Ów nadmiar wiedzy paraliżuje ich, gdyż boją się nawet najmniejszego fałszywego kroku. Czasami zbyt wielka troska kończy się bezradnością.
[…]
Śmierć to naturalne zdarzenie i czarny jeździec przyjadą po każdego z nas, żeby na końskim grzbiecie ponieść na ławę Sądu Najwyższego. Najlepsze, co można zrobić, to być gotowym, gdy nadejdzie ta chwila. Wiem, gryziesz się tym, że twoja babka smaży się w tej chwili w Ogniu piekielnym. Ale taki był jej wybór. Postanowiła żyć w grzechu, a to powinno być dla nas wszystkich przykładem, iż tu, na ziemi, powinniśmy wieść przykładny żywot. Macie tu wszyscy po jednej Juicy Fruit – powiedziała, wyjęła z podręcznej Biblii otwartą paczkę gumy do żucia i sprawnie wypchnęła palcem trzy żółte kawałki. Guma pozwala nie płakać i odświeża oddech. Zauważyłam, że dzisiejszym dzieciom okropnie pachnie z ust. A wiecie, dlaczego? Bo matki nie uczą ich czyścić języków. Na pewno myślicie, że zwariowałam, ale moja mama nauczyła mnie, że język trzeba czyścić równie starannie jak zęby.
[…]
Na wiosnę matka wplatała we włosy gardenie. Gdy przychodziła ucałować nas na dobranoc, kwiat połyskiwał niczym biały klejnot skradziony z królewskiej szklarni. Kiedy gardenie znużone już były trwaniem na krzakach i pomarszczone kwiaty zaścielały grunt, napełniając powietrze słodkawym zapachem przemijania, wiedzieliśmy, że wkrótce nastanie czas róż. Czas wiosenny i letni odznaczał się dla nas zmieniającym się zestawem kwiatów w matczynych włosach. Ilekroć widzę, jak kobieta unosi ramiona, aby w loki wpiąć kwiat, niezmiennie jest to dla mnie ruch o nieopisanej delikatności i pięknie. W tym zmysłowym geście ulokowałem cały smutek i żałość utraconych matek. I to właśnie za sprawą tego niewinnego i czarownego zwyczaju otrzymałem pierwszą, niezapomnianą lekcję tego, jak w mym południowym miasteczku kaleczy okrucieństwo klasy. Później przyjdą następne, ale żadna nie boli tak jak pierwsza i żadnej nie zapamiętam z tak autentyczną klarownością. Na zakupy w Colleton matka zawsze wychodziła z gardeniami we włosach. Nigdy wiele nie kupowała, ale uwielbiała rytuały i ceremonie małomiasteczkowego handlu, grzeczności wymieniane nad kontuarem, wesołe plotkowanie sprzedawców, ulice zatłoczone sąsiadami. Zawsze starannie się ubierała, gdy planowała wyprawę do miasta. Kiedy Lila Wingo kroczyła Street of Tides [z ang. Ulica Przypływów – przyp. aut.], była najpiękniejszą kobietą w Colleton i dobrze o tym wiedziała.
[…]
Są dwa rodzaje Wingo. Pierwsi to ci, którzy przebaczają, a ich przykładem może być mój dziadek, który życie strawił na rozgrzeszaniu sąsiadów ze wszystkich grzechów i wykroczeń, jakie wobec niego popełnili, Drudzy to ci, którzy zapiekłą urazę będą hodować przez sto lat albo i więcej. Ta część rodziny, zdecydowana większość, niesie heroiczną i bezlitosną rodową pamięć doznanych cierpień i niesprawiedliwości. Wystarczy, by jednego roku stanąć na drodze tym Wingo, a można być pewnym, że uruchomi się mściwą uwagę wielu późniejszych pokoleń Wingo. Ci Wingo swoje urazy przekazywali dzieciom, a wrogości i zalążkowe wendety przekazywane były w darze krwi jak zaśniedziałe dziedzictwo. Ja swoją pamięć niosę w gronie tych drugich.
[…]
Nie znałem kobiety, której obecność bardziej mroziłaby innych ludzi. Wargi miała wąskie i bezbarwne, niemal odruchowo układające się w wyraz milczącej dezaprobaty. Nos ostry i ładnie uformowany decydował o urodzie jej profilu, a teraz wdzięcznie się zmarszczył, gdy stała tak, mając za sobą ciemne wnętrze, jak gdyby raził ją bijący ode mnie zapach. Miała blond włosy, które musiała chyba odrobinę podfarbować. Ale moją oniemiałą uwagę przykuł przede wszystkim zimny, błękitny połysk oczu zamkniętych w siatce zmarszczek, których pęki rozchodziły się na skronie niczym promienie słońca na dziecięcych rysunkach. W poprzek czoła biegły w równej od siebie odległości trzy kreski, które zgodnie się poruszały, kiedy marszczyła brwi. Każde bolesne przeżycie, każdy żal wypisały się na jej twarzy, pozostawiły po sobie widomy ślad, niczym Jankesi w przerażeniu spoglądający w kierunku chirurga. Była o rok młodsza od mojej matki i wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że ludzie nie starzeją się w tym samym tempie.
[…]
Przez tysiące dni mego dzieciństwa prezentowała mi się w tysięcznych postaciach i nigdy nie miałem wtedy jasnego jej obrazu. Właściwie na całe życie pozostałem topografem charakteru mojej matki, nigdy jednak nie mogłem zorientować się w nieregularnościach na antypodach czy wokół stref tropikalnych. W jednej chwili potrafiła się uśmiechać, a ja myślałem o wstydliwych pieszczotach aniołów, a następnej chwili mogła zażądać krajania żywcem terrorystów. Dla mnie zawsze było w niej zbyt wiele kobiety. W swoim sekretnym ja ustanowiła cały pakiet nieprzetestowanych praw zachowania, które stały się jej własnymi masońskimi regułami sprytu i pomysłowości. Wszyscy w Colleton – łącznie z samą Lilą Wingo – nie doceniali tych jej darów. Potrzeba było trzydziestu lat, abym sobie uzmysłowił, że kobieta, która mnie wychowała, jest wojowniczką o niezrównanych talentach. Zastanawiając się nad nimi, jej dzieci sporządziły listę zawodów, w których prymat miałaby zapewniony. Uznaliśmy, że gwarantowany sukces odniosłaby jako księżniczka jakiegoś kraiku zagubionego w Himalajach, zabójczyni ministrów, połykaczka ognia, małżonka dyrektora AT&T, tancerka brzucha, która staje przed królem z głowami świętych. Kiedy spytałem Luke’a, czy jego zdaniem nasza matka jest ładna, przypomniał mi, że jej uroda okazała się dostateczna do tego, aby z lasów Atlanty wywabić olbrzyma – ludobójcę, aby w duszy Callanwolde’a zrodzić demoniczną obsesję.
[…]
Wzrastałem w poczuciu wielkiego współczucia dla matki i niewypowiedzianego oburzenia na ojca. Nie musiało się tak stać, ale Henry Wingo tak bardzo się od niej różnił... Ojciec obdarzony był temperamentem, siłą, rozpaczliwymi wizjami nagłego bogactwa, wielkimi pięściami, matka natomiast – miała plan. Dowiodła nam wszystkim, że nic na świecie nie potrafi być równie potężne i nieodparte jak marzenie, które nie chce się rozwiać. Chciała być kobietą, z którą każdy się liczy, kobietą powszechnie szanowaną; w Colleton jej pozycja społeczna była przesądzona, ona jednak ani myślała godzić się z tą bolesną rzeczywistością. W roku 1957 jakoś udało jej się uzyskać nominację do Ligi Colleton i to dało początek późniejszym dramatom.
[…]
Znalazłszy się w martwym punkcie dojrzewania, Bernard Woodruff uczynił futbol przyjemnością dla trenera. Był jednym z tych nieufnych, zrażających do siebie innych chłopaków, którzy muszą się tylko odrobinę otworzyć, aby zdobyć podziw rówieśników. Gorąco pragnął być sportowcem i niezależnie od tego, ile od niego wymagałem, on chciał jeszcze więcej. Część treningu stanowiła twarda nauka, w jaki sposób przypodobać się trenerom i zdobywać ich uznanie. Trenerzy, mówiłem mu, to prości osobnicy, którzy chcą, żeby ich zawodnicy zachowywali się na boisku jak dzikie bestie, a w klasie – jak dobrze ułożeni dżentelmeni. Na boisku trenerzy cenią sobie postawę brawurowej odwagi, poza nim – cnotę uprzejmości i ogłady. Chcą, abyś bez żadnych względów natarł na człowieka z piłką, potem jednak pomógł znieść go z boiska i napisał bezbłędny gramatycznie list z życzeniami do szpitala. Jeśli nie jesteś wielkim sportowcem, mówiłem Bernardowi, udawaj, że nim jesteś. Wielcy sportowcy nie muszą być aktorami, ale większość z nas musi, tłumaczyłem Bernardowi podczas naszych pierwszych spotkań i pokazywałem, jak powinien się nosić i myśleć. Wyłożyłem mu podstawowe zasady gry, a potem wolno i stopniowo uczyłem go wszystkiego, co wiedziałem o futbolu. Pierwszego dnia zaczęliśmy od postawy trzypunktowej i przez godzinę ćwiczyliśmy różne kontynuacje. Pokazałem mu, jak ciskać piłkę, jak odchylać ramię, ile należy się cofnąć, aby chronić kieszeń, jak zwracać się w kierunku chwytającego przy podaniu, jak chronić piłkę, kiedy złamana została ochrona podania. Rozpoczął się długi proces nauki Bernarda, jak grać na każdej pozycji ofensywnej i defensywnej. Siostra nadal nie chciała mnie widzieć i czasu miałem pod dostatkiem. Dobrze się czułem, znowu trenując, i z radością stwierdzałem, że Bernard ma dobry start, potrafi ładnie podać i potrzebuje trenera, tak jak ja potrzebowałem drużyny. Uczyłem go, jak podawać, gdy ma się przed sobą szybkich obrońców i jak omijać szarżującego bocznego obrońcę. Ćwiczyliśmy wszystko powoli i metodycznie, powtarzając ruchy do chwili, gdy stawały się instynktowne, a niewyuczone.
[…]
Ranek zaczynał się od ćwiczeń i treningu z Bernardem, wczesnym popołudniem udawałem się do gabinetu jego matki, gdzie kontynuowałem opowieść, która zapisane na taśmie okrzyki siostry łączyła z wydarzeniami z jej dzieciństwa. Czytałem wspaniałe dzieła z biblioteczki siostry, liczącej sobie trzy tysiące książek. Zaczynałem zaprowadzać porządek w mym poharatanym życiu. Po raz pierwszy w tym roku miałem sen o nauczaniu. Byłem w klasie i prowadziłem lekcję, której tematem był Tołstoj, ja zaś grupie złożonej z tych wszystkich uczniów, którzy lubili mnie jako nauczyciela, tłumaczyłem, że Tołstoj był wielki z tej przyczyny, że miał pasje. Dlaczego, zastanawiałem się, z największym entuzjazmem mówię o książkach, które najbardziej kocham? We śnie było to proste. Te właśnie książki przydawały mi godności, zmieniały mnie. Najwięksi pisarze towarzyszyli mi i swymi własnymi głosami mówili mi wszystko, co należało wiedzieć o świecie. Kiedy zbudziłem się, nie miałem żadnej klasy, której mógłbym przekazać swą fascynację nową książką. Potrzebowałem uczniów, aby spełniać siebie. Znowu zasiadłem do pisania ofert skierowanych do wszystkich szkół w Charleston. Jako nauczyciel byłbym szczęśliwym człowiekiem – na razie miałem poczucie niższości.
[…]
Piszesz listy do Savannah. Racja, doktor Lowenstein – odrzekłem, zły na jej karcący ton. Widzi pani, to moja siostra, a w naszej rodzinie istnieje tradycja pisania listów, gdy chcemy komuś powiedzieć, że go kochamy i dobrze mu życzymy. Listy źle na nią wpływają. Wczoraj otrzymała jeden od matki i trzeba jej było podawać środki uspokajające. To zrozumiałe – powiedziałem. Na czytelnika listu od mojej matki spływa poczucie winy. Natomiast moje listy mogłyby być wzorem układności. Mam długoletnią praktykę, jak nie denerwować świrów, nawet jeśli są ze mną spokrewnieni. Savannah nie jest świrem, Tom. To bardzo udręczona kobieta. Chciałem sobie zażartować, doktor Lowenstein. To nie był zabawny żart. Zgodzę się z tym, że nie był może najprzedniejszy, ale, na litość boską, trudno rozbawić kogoś, komu amputowano poczucie humoru. Mało rzeczy mnie bawi i nic na to nie poradzę. Wprost przeciwnie, możesz coś poradzić. Ponieważ tak się stało, że spotykamy się codziennie, mogłabyś skorzystać z okazji i popracować nad swoim charakterem.
[…]
Moje życie zaczęło się naprawdę dopiero wtedy, kiedy znalazłem w sobie siły, aby wybaczyć ojcu, że moje dzieciństwo uczynił marszem przez trwogę. Sprzeniewierzenie nie jest przestępstwem trudnym do wybaczenia, chyba że dobrem sprzeniewierzonym jest dzieciństwo. Niczego nie ukrywając, powiem wam, jaki to był straszliwy, destrukcyjny ojciec, a przecież jedną z niewyjaśnionych tajemnic mojego życia będzie moment, w którym poczuję głębokie współczucie dla tego człowieka, a także miłość nerwową i pogmatwaną. Pięści były okrętami flagowymi jego władzy i potęgi, ale oczy były oczyma mojego ojca i kryło się w nich coś, co zawsze mnie kochało, nawet jeśli nie potrafiły tego wyrazić dłonie. Nie miał żadnego wrodzonego talentu, który pozwalałby mu rozwiązać problem, jak właściwie kochać rodzinę, nie rozwinął w sobie daru ojcowskiej czułości, jeśli w ogóle taki otrzymał. Jego pieśni miłosne uznawaliśmy za hymny bojowe, kroki pojednawcze traktowaliśmy jak krótkie i niepewne okresy zawieszenia broni w wojnie na wyniszczenie. Brakło mu jakiejkolwiek czułości i delikatności, zaminował przed nimi wszystkie drogi dojazdowe do serca. Dopiero wtedy, kiedy świat powalił go na kolana, mogłem pogłaskać go po twarzy bez obawy, że skatuje mnie do krwi. W wieku lat osiemnastu znakomicie znałem wszystkie sekrety państwa policyjnego i dopiero trzeba było, abym opuścił dom, by skończył się stan oblężenia.
[…]
Następnym razem, jak będzie jakaś sprawa koło Charlestonu czy Savannah, ładujemy was wszystkich do pickupa i wykupujemy miejsca w pierwszym rzędzie. Widzieliście tylko tych magików, co to się kręcą po jarmarkach, ale teraz załatwimy coś prawdziwego. Ja najbardziej lubię cyrk Barnuma i Bailey a. To prawdziwy McCoy [Real McCoy – potoczne określenie na coś autentycznego – przyp. narratora]. Ale nikomu ani pary z gęby. Jak znajdę gdzieś kurę złotonioskę, sam chcę jej podbierać jajka. Źle mi się robi na myśl o tych wszystkich dupkach, którzy dzięki moim pomysłom stają się milionerami. Uważaj, Luke. Przed nami boja. Za nią pójdź przez rzekę pod kątem czterdziestu pięciu stopni prosto na Gwiazdę Polarną. Dobrze, synu. Masz to we krwi. Tam z przodu jest rafa, na której stary Winn rozpruł się parę lat temu. Kiedyś z tego strumyka wyciągnąłem na przypływie dwieście funtów, ale na ogół nie idzie tu dobrze. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego jedna odnoga każdego roku daje więcej krewetek niż inna, ale tak to już jest. Krewetki są śmieszne. Zupełnie jak ludzie mają swoje naturalne upodobania. I tak płynęło jego ciągnące się przez całe życie solilokwium, luźno zorganizowany monolog o wysokiej oktawie nie kierowany do nikogo konkretnego. Perory te tak były płynne i swobodne, że wyobrażałem sobie, iż rozwija je także wtedy, gdy na łódce nie ma nikogo, bo przecież podczas tych rozważań i dysput nie większą zwracał uwagę na nas, milczących świadków, niż na gwiazdy w pasie Oriona. Równie dobrze mogły naszą rolę odgrywać krajobrazy czy martwe przedmioty.
[…]
Brakuje mu tylko i wyłącznie rozumu, mówiła matka przez łzy. „Dotyk Sadima” [niszczy wszystko, czego się tknie – przyp. aut.], szepnęła mi Savannah do ucha za zamkniętymi drzwiami, kiedy pewnego Bożego Narodzenia matka odkryła, że ojciec ma trzy tysiące pudełek z nie sprzedanymi kartkami świątecznymi, które wziął w komis. Chodząc od domu do domu, sprzedał w Charleston raptem siedemdziesiąt pięć pudełek. Dokładne przeciwieństwo Midasa – ciągnęła Savannah. Czegokolwiek tata dotknie, zamienia się w gówno. Nawet nie powiedział mamie, że kupił też tysiące kart na Wielkanoc – powiedział Luke. Znalazłem je w stodole. Wyrzuca w błoto ogromne sumy – rzekła Savannah. A widzieliście te kartki gwiazdkowe? – spytał ze swojego łóżka Luke. Nie. Jezus, Maria, Józef, pasterze, królowie, anioły – wszyscy są kolorowi. Cooo? To, co słyszysz. Tata sprzedał je tylko rodzinom czarnuchów. Słyszał, że na Północy idą jak gorące bułeczki, więc sądził, że tutaj wskoczy na karuzelę. Biedny tata – mruknąłem. Taka głupota. Jak tylko sobie przypomnisz, że jego krew krąży w twoich żyłach, natychmiast nabierasz do siebie zaufania – powiedziała Savannah. Co za wstyd! Czy kiedykolwiek zarobił na czymś? Na krewetkach – powiedział Luke. Nigdy nie było lepszego niż on. Co za szkoda, że żadnemu z nich to nie wystarcza. Gdyby mu wystarczało, świat nie zobaczyłby dotyku Sadima. Możesz sobie żartować z niego, ile chcesz – zauważył Luke – ale zawsze musisz pamiętać, że kiedy zarzuca sieci, staje się Midasem.
[…]
Zastanawiam się, czy małżeństwo rodziców nie przetrwałoby mocą samego przyzwyczajenia, gdyby ojciec nie kupił stacji benzynowej i nie udał się do wędrownego cyrku, który po raz pierwszy w dziejach Colleton zatrzymał się w pobliżu. Sądzę, że ich współżycie, chociaż może nie ekstatyczne, byłoby jednak znośne, gdyby ojciec nauczył się panować nad impulsami, które popychały go do takich przesadnych i bezużytecznych gestów. Na dodatek najbardziej zawadiackie ze swych decyzji podejmował, nie dając matce tej chociażby satysfakcji, iż spytał ją o zdanie. Ojciec nigdy nie utracił wiary w zdolność do ostatecznej realizacji marzeń, gdyż w jego przekonaniu musi w końcu się udać któraś z jego niezwykłych improwizacji. Interesy były dla niego chorobą i azylem, formą hazardu i samounicestwienia. Mam wrażenie, że gdyby ktoś ofiarował mu milion dolarów, znalazłby niezliczone sposoby na to, aby przepuścić wszystko do ostatniego pensa. Wada ta, chociaż nie jedyna – miał ich co najmniej tuzin – była najbardziej dramatyczna i to ona utrzymywała rodzinę w sytuacji uciążliwej tymczasowości. Miał wrodzoną, nieuleczalną, niewzruszoną wiarę w siebie. Aby chronić siebie i nas, matka z wielkim sprytem operowała pieniędzmi i niejawnie sterowała ojcem. Ową chwiejną budowlę swej miłości podminowali trwającymi przez całe życie potyczkami i wojnami podjazdowymi. Stali się mistrzami we wzajemnym niszczeniu swoich najlepszych cech. W jakimś stopniu ich małżeństwo ucieleśniło pewną klasyczną kwintesencję amerykańskości. Na początku była miłość, ale skończyło się wszystko okropną, nie dającą się zażegnać wrogością. W miłości poczęli dzieci jako wrogowie uczynili ich dzieciństwo kalekim i wystawionym na udręki.
[…]
Często wydawało się, że matka gardzi tym wszystkim, co było ważne dla ojca, czasami jednak zdarzało mi się pochwycić spojrzenie tak pełne namiętności i uznania dla drugiej osoby, że czerwieniłem się zawstydzony, że przypadkiem w tym uczestniczyłem. Zastanawiałem się, jak też ja zakocham się w kobiecie, czemu towarzyszyła pełna przyjemności i przerażenia myśl, że gdzieś w świecie śmieje się i śpiewa dziewczyna, która kiedyś zostanie moją żoną. Oczyma duszy mogłem ją zobaczyć, jak tańczy, bawi się i flirtuje w przygotowaniu na ten dzień pełen bojaźni i zachwytu, kiedy spotkamy się i w obopólnej ekstazie zawołamy: „Zawsze już będziemy żyć razem!” Jak wiele ze swego ojca przyniosę swej dziewczynie? Jak wiele z matki? I ile minie czasu, zanim ja, Tom Wingo, dziecko burzy, na zawsze uciszę jej śmiech i śpiew? Jak długo to potrwa, zanim zatrzymam taniec tej roześmianej dziewczyny, która nic nie będzie wiedziała o wszystkich wątpliwościach i ułomnościach, z jakimi wiąże się dla mnie kochanie kobiety? Obraz tej dziewczyny pokochałem na długo przedtem, zanim ją spotkałem i chciałem jej powiedzieć, aby strzegła się dnia, kiedy pojawię się w jej życiu. Gdzieś w Ameryce przeżywała swoje dzieciństwo, niewinnie nieświadoma swego losu. Nic nie wiedziała o tym, że czeka ją zderzenie z chłopakiem tak poturbowanym i ogłupiałym, iż całe swe życie strawi na zgłębianiu tego, jak odczuwa się miłość, jak ona się przejawia między dwojgiem osób i jak można ją urzeczywistnić bez furii, bólu i krwi. Miałem trzynaście lat, kiedy uznałem, że ta cudowna dziewczyna zasłużyła na lepszy los i że ostrzegę ją na długo przedtem, zanim zakłócę jej wdzięczny krok przekształcający w taniec wszystko dookoła.
[…]
Bardzo śmieszne – mruknęła. Filmuje tak już od pięciu lat. Ma na taśmie pochodzący z pięciu lat dowód dla sądu, że dziadek jest świrem. Tata mówi, że to do archiwum rodzinnego i że kiedyś będziemy mu wdzięczni, że utrwalił nasze dzieciństwo. Jasne – prychnęła. O niczym innym nie marzę. Sfilmowana historia Oświęcimia. Bo dla ciebie, zdaje się, to normalna rodzina. Nie wiem, czy to jest normalna rodzina – odparłem. To jedyna, w jakiej żyłem. To fabryka wariatów. Zapamiętaj moje słowa. Dom dziadka w Colleton był prostym, parterowym budyneczkiem, pomalowanym na biało z czerwonymi obwódkami wokół okien i drzwi, a wzniesionym na półakrowej działce nad Colleton River. Babkę zastaliśmy w kuchni, skąd przyglądała się, jak dziadek na podwórzu oporządza krzyż. Oto i on – powiedziała na nasz widok pełnym rozpaczy, zrezygnowanym głosem i kiwnęła głową w kierunku podwórka. Wasz dziadek, mój mąż, wioskowy głupek. Przez cały dzień pracuje przy tym swoim drągu.
[…]
Miłość – powiedziała i zamilkła, jak gdyby obracała to słowo w ustach niczym mdłą tabletkę. Tak, chyba go kocham. Musisz kochać kogoś, do kogo zawsze można wrócić, kto będzie na ciebie czekał w domu. Niedawno myślałam o czasie. O czasie, nie miłości, ale one jakoś się ze sobą łączą, a ja nie jestem na tyle mądra, żeby powiedzieć, jak dokładnie. Byłam razem z waszym dziadkiem niemal tyle samo czasu co z Papą Johnem, ale kiedy spoglądam teraz na swoje życie, wydaje mi się, że moje małżeństwo z Papą Johnem trwało tylko kilka dni. Tyle w nim byłam szczęśliwa. A żoną waszego dziadka jakbym była tysiąc lat. To jest dorosła rozmowa – powiedziała z dumą Savannah. Od długiego czasu czekałam na dorosłą rozmowę.
[…]
Bardzo starałam się mieć ciekawe życie i nie widzę, dlaczego miałoby to być złe. A myślisz, że dziadek także miał ciekawe życie? – spytałem. Ale ty zadajesz głupie pytania, Tom – po raz kolejny zirytowała się Savannah. Posłuchaj, Tom, ilekroć będziesz się zastanawiał, jakie życie jest ciekawe, pamiętaj o jednym. Kiedy twój dziadek obcinał włosy, a mama i tata zbierali kraby i obcinali główki krewetkom, ja wjeżdżałam do Afganistanu przez przełęcz Khyber przebrana za afgańskiego wojownika. Przypuszczam, że nie spotkasz żadnej innej osoby, która to zrobiła. Ale wróciłaś tutaj, Tolitho. Co w tym było dobrego, skoro i tak na koniec wylądowałaś w Colleton? Tam, skąd wyruszyłaś? – nastawałem. Skończyły mi się pieniądze. Nie udało mi się zrobić tego, co sobie zamierzyłam. A ja myślę, że z całej rodziny tylko ty odniosłaś sukces – powiedziała Savannah. Mówię prawdę. Tylko dzięki tobie wiem, że mogę stąd uciec. Widać w tobie Tolithę, Savannah, jeszcze od czasu, jak byłaś małą dziewczynką. Ale rozegraj to mądrzej niż ja. Nie byłam zbyt sprytna. Kobiety wtedy miały znacznie gorzej. Trudniej. W każdym razie staraj się wyrwać, jeśli tylko będziesz mogła. Colleton to trucizna, słodka, ale trucizna; kiedy cię raz dotknie, trudno ją usunąć. To śmieszne. Widziałam w Europie, Afryce i Azji miejsca tak piękne, że chciało mi się płakać, ale żadne nie było piękniejsze od Colleton; mówię prawdę. Żadne nie sprawiło, bym zapomniała widok naszych bagien i naszej rzeki.
[…]
Miałem dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem białego morświna, znanego jako Śnieg Karoliny, który płynął za naszą łódką wracającą z całodziennego połowu wzdłuż Spaulding Point. Nikt z krewetkowej braci nie pamiętał, by na wybrzeżu atlantyckim widziano kiedyś białego morświna; niektórzy posuwali się do sugestii, że to jedyny na świecie. W całym hrabstwie Colleton, gdzie było bez liku słonych rzek i strumieni przypływowych, widok Śniega zawsze stanowił wydarzenie. Nigdy nie widziano go w towarzystwie innych morświnów i niektórzy rybacy, w tym także mój ojciec, powiadali, że podobnie jak ludzie, także i morświny nie lubią odmieńców, więc z racji swej białości Śnieg został skazany na banicję i samotnie błąkał się po zielonych wodach Colleton. Owego pierwszego dnia odprowadził nas niemal do samego mostu, zanim zawrócił do morza. Śnieg był jednym z elementów, które pozwalały Colleton czuć się miejscem wyjątkowym, i każdy z mieszkańców już do końca życia pamiętał moment, kiedy go po raz pierwszy zobaczył. Stanowił jakby żywe przypomnienie, że morze nigdy nie traci swej zdumiewającej twórczej siły. Z biegiem czasu Śnieg stał się w miasteczku symbolem szczęścia. Colleton będzie rozkwitać i opływać w dostatki, jak długo biały morświn będzie odwiedzać jego wody. Bywały okresy, kiedy znikał na długo, a potem nagle znowu pokazywał się między morskimi wysepkami Karoliny. Nawet gazeta odnotowywała jego znikanie i pojawianie się. Jeśli wpłynął w główny kanał i majestatycznie sunął przez miasto, na brzegach gromadzili się wszyscy mieszkańcy. Zamierały wszystkie interesy, gdyż obywatele Colleton chcieli uczcić fakt, iż Śnieg ich nie porzucił. Z rzadka pojawiał się w głównej odnodze rzeki i dlatego każdy taki przypadek sprawiał, iż miasto zastygało. Nadpływał jako symbol, dar, władca, zawsze samotnie, więc ludzie, którzy z brzegów pozdrawiali go, wołali po imieniu, sławili białą obecność, stanowili jedyną rodzinę, jaką kiedykolwiek poznał.
[…]
Ona dostała Wielkiego Pokera. Spojrzyj tylko, gdzie teraz jest: z pokaleczonym całym ciałem w domu wariatów, gdzie odwarkuje się psom, które tylko ona może zobaczyć. Jestem jej marnym bratem, próbującym opowiadać ci historie, które rzucą światło na jej przeszłość i może pomogą ci poskładać na nowo Humpty Dumpty’ego [fikcyjna postać z angielskiego wiersza w postaci upersonifikowanego jajka – przyp. aut.]. A przecież, ilekroć myślę o przeszłości, trafiam na te ciemne miejsca, czarne dziury pamięci, lecz nie wiem, jak się dostać w te sfery. Potrafię ci opowiedzieć o wszystkich zdarzeniach, kryjących się za tymi zbolałymi okrzykami z taśmy; najczęściej wiem, jak się narodziły. Ale co z rzeczami, które ona zapomniała, co z jej czarnymi dziurami? Dręczy mnie przez cały czas uczucie, że jest znacznie więcej do opowiedzenia. Czy będziesz bał się opowiedzieć mi o tym, Tom? – spytała, a ja w ciemności nie mogłem dojrzeć jej twarzy i tylko za jej mroczniejącą sylwetką widziałem brzeszczoty budowli sterczące w łunie wielkomiejskiego światła. Pani doktor, powiem wszystko, teraz natomiast usiłuję przestrzec, że nie wiem, czy to wystarczy. Jak dotąd, Tom, stanowisz dla mnie wielką pomoc, to mogę ci zaręczyć. Wyjaśniłeś już kilka kwestii, które ogromnie mnie zastanawiały w związku z Savannah. Co z nią jest nie w porządku? – spytałem i pochyliłem się w kierunku Susan. Ile razy ją widziałeś w ciągu ostatnich trzech lat? Rzadko – mruknąłem, ale zaraz poprawiłem się: Ani razu. Dlaczego? Oznajmiła, że bliskość rodziny wpędza ją w depresję. Nawet moja obecność. Patrzyłem, jak wchodzi do mieszkania, i zobaczyłem, że zerka na portret męża, ale natychmiast odwraca głowę. I wtedy poczułem smutek spowijający tę pełną rezerwy, panującą nad sobą kobietę, która tego lata stanowiła tak ważny i nieodzowny składnik mojego życia. Była słuchaczką, rzeczniczką, uzdrowicielką – wyobrażałem sobie, jak budzi się każdego ranka i wstaje, wiedząc, że szykuje się do wyjścia na świat, gdzie otworzą się przed nią bóle i cierpienia tych, którzy do niej trafią za sprawą przypadku czy namowy. I zaczynałem wątpić, czy przykład pacjentów w czymkolwiek pomaga jej w kręgu własnych problemów. Czy wniknięcie w mądrości Freuda jej samej zagwarantowało szczęście? Wiedziałem, że nie, zastanawiałem się jednak, dlaczego jej opanowana, beznamiętna twarz ożywała tak bardzo, gdy obserwowałem ją ukradkiem. Na tej cudownej twarzy odbijała się każda pokrętna historia, którą usłyszała, każda opowieść o bólu i krzywdzie. Odnosiłem wrażenie, że we własnym domu jej samotność pogłębia się, że w gabinecie jest bardziej odprężona, chroni ją bowiem sława zawodu i wielkich poprzedników, a także ten prosty fakt, iż sprawy jej pacjentów, które ich prowadziły na skraj wytrzymałości, ją przestawały angażować o godzinie osiemnastej. W domu jednak własne porażki i smutki w widmowym pochodzie nie odstępowały jej na krok. Susan i Bernard stawali naprzeciw siebie jak posłowie wrogich armii. Wszędzie odczuwało się potężną osobowość męża, aurę jego sławy. Na podstawie tego, co o Herbercie Woodruffie [genialny skrzypek – przyp. aut.] usłyszałem od jego żony i syna, nie potrafiłem sobie wyrobić żadnego klarownego obrazu jego osoby. Oboje podkreślali, że jest geniuszem, oboje bali się jego niezadowolenia i nagany, oboje także nie wiedzieli, co może ją spowodować, i jaki kształt może przybrać. Podczas posiłku słuchał muzyki zamiast rozmawiać z rodziną, ale potrafiłem go zrozumieć po tym, jak stałem się świadkiem potyczki między Susan i Bernardem. Dlaczego doktor Lowenstein powiedziała mi, że podejrzewa męża o romans z oszałamiającą, zrozpaczoną kobietą, którą zobaczyłem w jej gabinecie?
[…]
Niemal nic nie odsłaniasz z siebie. Przypuszczam, że to dlatego, iż nie mam pewności, kim jestem. Nigdy nie byłem po prostu jedną osobą. Zawsze próbowałem być kimś innym, żyć czyimś obcym życiem. Aż nazbyt łatwo przychodzi mi podszywanie się pod innych ludzi. Dobrze wiem, co to znaczy być Bernardem, i to, dlatego tak mnie dotyka jego cierpienie. Bez trudu staję się Savannah i wiem, jak to jest, kiedy psy zasadzają się na nią. Chcę odebrać jej chorobę i złożyć ją w swojej duszy. Natomiast bardzo trudno jest mi być sobą, gdyż nie znam tego obcego dżentelmena. Ta skłaniająca do torsji informacja powinna zadowolić nawet najbardziej wymagającego terapeutę.
[…]
Spotykamy się u ciebie w gabinecie, gdzie ja przez godzinę nawijam. Czasami wyskoczymy na drinka. Mieliśmy trzecią wspólną kolację. To za mało czasu, aby wyrobić sobie jakikolwiek jasny obraz ciebie. Przedtem sądziłem, że ci się udało. Jesteś piękna, masz ceniony zawód, twój mąż jest sławnym muzykiem, nie cierpisz biedy, żyjesz jak królowa. Bernard, oczywiście, stanowi pewną skazę na tym wizerunku, ale w sumie dotarłaś na szczyt, na którym żyje jeden procent całej harującej ludzkości. Nadal kłamiesz – odezwała się w ciemności. Bardzo smutna z ciebie kobieta, pani doktor. Nie rozumiem, dlaczego i jest mi bardzo przykro z tego powodu. Gdybym wiedział, jak ci pomóc, zrobiłbym to, ale jestem tylko trenerem, a nie kapłanem czy lekarzem. Teraz nareszcie nie kłamiesz i jestem ci za to wdzięczna. Mam wrażenie, że jesteś pierwszym od długiego czasu przyjacielem, jakiego zyskałam, Czułem się okropnie zakłopotany. Bardzo ci jestem wdzięczny za to, co robisz dla Savannah, naprawdę. Czy czujesz się samotny? Doktor Lowenstein, mówi pani do księcia samotności, jak Savannah nazwała mnie w jednym ze swych wierszy. Miasto tak pogłębia moją samotność, jak woda sprawia, że Alka – Seltzer się rozpuszcza.
[…]
W tej chwili nawet nie potrafię o tym myśleć. Przez tak długi czas myślałem, że jestem już niezdolny do miłości, iż w tej chwili sama ta myśl przeraża mnie. Zostańmy przyjaciółmi, dobrymi przyjaciółmi. Byłbym straszliwym przydatkiem do twego życia romantycznego. Chodzący Hindenburg – oto ja. Żywa katastrofa, z którejkolwiek strony na to spojrzeć. W tej chwili staram się wymyślić sposób na ratowanie małżeństwa, którego chyba nie sposób wyratować. Nie mogę nawet dopuścić do siebie myśli o tym, aby zakochać się w osobie tak pięknej i tak ode mnie odmiennej. To zbyt niebezpieczne. Muszę już iść, ale bardzo ci dziękuję za te słowa. Bardzo ich potrzebowałem od chwili, kiedy znalazłem się w Nowym Jorku. Ogromnie ważna jest świadomość, że ktoś mnie pragnie, że jestem dla kogoś pociągający.
[…]
Kiedy jednak teraz oglądam ten film, myślę często, że ów chłopak nie wiedział, ku czemu biegnie, i że to wcale nie strefa końcowa go oczekiwała. W tym dziesięciosekundowym śmigu chłopak przemienił się w metaforę, co widzi dużo starszy od niego mężczyzna, ale nie on, wtedy. Na zawsze pozostanie dobry w biegu i wiecznie będzie uciekał od rzeczy, które go ranią. Od ludzi, którzy go kochają, i od przyjaciół, którzy potrafiliby mu pomóc. Dokąd jednak biegniemy, kiedy nie ma już tłumów, świateł, stref? „Dokąd biegnie człowiek?”, spytał trener, oglądając na filmach siebie jako chłopca. Dokąd może biec człowiek, który nie ma już wymówki w postaci gry? Dokąd ma biec człowiek czy gdzie się skryć, kiedy spogląda w tył i widzi, że to tylko przed sobą samym ucieka?
[…]
Później [Savannah- przyp. aut.] miała pisać o tym pierścionku, przedstawiając go jako doskonały, najwspanialszy dar. Dar doskonały, napisała, zawsze jest schowany zbyt dobrze, ale nie przed poetą. W zwrocie kluczowym dla zrozumienia jej utworów siebie jako poetkę nazwała „kochanką sów”. Przymykała oczy, a rozłożone skrzydła ogromnej sowy rzucały brązowawy cień na zielone przestrzenie boru. Sowa wracała między zapomniane kryjówki, w których przy warowały barwne pakunki, bezbłędnym kołem opadła między kępę cyprysów i znalazła zawieruszony opal, koloru maślanki upstrzonej płaskimi kropkami fioletu. Sowa, szponiasta królowa o nieomylnym instynkcie, chwyciła pierścionek w dziób poplamiony krwią nieostrożnych królików i poprzez koronki bajecznych snów, poprzez powietrze nabrzmiałe słowami i nimi pachnące, wiersz po wierszu przenosiła go poetce. Savannah niczego nie gubiła: wszystko przetwarzała w tajemnicze, zmysłowe ogrody języka. W poezji zachowała upodobanie do gry – skrywała swe dary za kratownicami słów, swe porażki i zmory splatała w bukiety. Nie było wcale mrocznych wierszy, tyle że okolone kwieciem owoce mogły smakującego na zawsze uśpić kolcami spryskanymi cyjankiem. Nawet jej róże były mordercze. We wszystkich utworach kryły się zagadki, fałszywe tropy, pozorujące manewry, gesty iluzjonistki. Niczego nie próbowała stwierdzić wprost; na trwałe pozostał jej nawyk skrywania darów. Nawet tam, gdzie pisała o swoim szaleństwie, czyniła je pociągającym, piekło zarażone rajem, pustynia pełna owoców chlebowca i mango. Potrafiła pisać o zabójczym słońcu, ze skwaru którego wychodziła triumfująca, dumna z opalenizny. Ujawniała szczególną słabość – mogła stąpać po grani Alp, swej ojczyzny, ale nie umiała stulić skrzydeł, które wyrywały ją w powietrze i jego wiry.
[…]
Nie wiem, czy udałoby się znaleźć jedną, w której nie byłyby zakreślone długopisem interesujące ją fragmenty. Kiedyś powiedziałem jej, że wolałbym już zobaczyć zbombardowane muzeum niż książkę pokrytą zapiskami, wzruszyła tylko ramionami i nazwała moją uwagę sentymentalizmem. Musiała zaznaczać w książkach, aby nie umknęły jej idee i obrazy. Czytanie i pisanie Savannah pozostawały w relacji owocnej wymiany. Nabrała zaskakującego zwyczaju kolekcjonowania książek z dziedzin, o których nic nie wiedziała. Jedna, na przykład, silnie pokreślona, opisywała cykl życiowy paproci, inna nosiła tytuł Język migowy Indian równinnych. Sześć książek traktowało o różnych problemach meteorologii, trzy o dewiacjach seksualnych w XIX stuleciu, jedna informowała o hodowli i karmieniu piranii, znalazło się też miejsce dla Słownika marynarskiego i pracy o motylach Georgii. Napisała kiedyś wiersz o motylach, które sfrunęły na Ogród matki, a z notatek na marginesach dowiedziałem się, jak siostra zdobywała wiedzę o paziach królowej czy modraszkach.
[…]
Rozpocząłem lato od przeczytania wszystkich dzieł poetów, którzy należeli do grona znajomych Savannah i tomiki swe opatrzyli dedykacjami dla niej. Z tonu owych przyjaznych, acz formalnych fraz wywnioskowałem, że większość z nich podziwiała wiersze, ale zupełnie jej nie znała. Wielu z owych poetów wiodło życie dumnych z tego, iż są nieznani, a kiedy przeczytałem ich utwory, zrozumiałem, dlaczego. Wszyscy oni byli trubadurami mikroskopijnych epifanii. Pisali o fiołkach i owocach granatu, ale temat był dla nich w istocie bez znaczenia. Savannah była niezmiernie szczęśliwa, kiedy wyznałem jej kiedyś, iż nie zrozumiałem jakiegoś jej wiersza – dzięki temu mogła być pewna, że pozostała wierna swemu darowi. Po przeczytaniu utworów jej przyjaciół pomyślałem, że wszyscy współcześni poeci winni być zaszczepieni przeciw niezrozumiałości, tak czy owak w podkreślonych przez nią wersach było mroczne” niepojęte piękno, a ja wynotowałem je wszystkie i próbowałem odtworzyć życie siostry z jej podróży poprzez książki. Z wierszy zorientowałem się, że Savannah żegnała się już z Południem jako tematem. Nadal mogłem rozpoznać jakieś przebłyski przeszłości, niemniej siostrze udało się zostać tym, czym zawsze chciała być: poetką nowojorską. Trafiłem na serię wierszy z metra, które stanowiły zaśnieżone, hojne, symetryczne uzupełnienie dla widm przesuwających się przez nocne miasto. Były wiersze znad Hudsonu i wiersze z Brooklynu. Przestała podpisywać utwory zaraz po ich ukończeniu. W anonimowych stosach leżały rozrzucone po całym mieszkaniu. Niekiedy tylko połyskliwa, nieuchwytna magia pozwalała rozpoznać wiersz przez nią niewątpliwie napisany. W ostatnich latach jej utwory przybrały na sile, melancholii i pięknie. Wyczuwałem w nich jednak coś zagadkowego, niejasnego, co nadal by mnie nękało, gdybym na jej nocnym stoliku nie natknął się pod Biblią na niebiesko-białą książkę pamiątkową.
[…]
Ilekroć jestem zły, wypisane to jest na mych ustach, w ich cienkim, zakrzywionym w dół łuku. Doskonale panuję nad całą resztą twarzy, ale usta są renegatem, który ujawnia moją irytację i gniew światu zewnętrznemu. Przyjaciele, którzy nauczyli się czytać z moich ust, bezbłędnie potrafią odgadywać stan mych nastrojów. Z tego powodu ani kompanów, ani wrogów nigdy nie mogę wziąć z zaskoczenia, niezależnie od tego, o jak ważną by sprawę chodziło. To od nich zależy, czy się wycofają, czy podejmą wyzwanie. W gniewie usta mnie zdradzają. Nawet jednak, kiedy nie rozsadzało mnie oburzenie, w żaden sposób nie mogłem sobie poradzić z nieprzeniknioną powierzchownością doktor Lowenstein. Potrafiła zneutralizować wszelki mój gniew, strategicznie wycofując się za parawan swych nienagannych manier. Ilekroć ją atakowałem, tylekroć chroniła się w okopach i murach swej inteligencji. Potrafiła osadzić mnie spojrzeniem swych brązowych oczu, które wtedy wydawały się tafelkami przesłaniającymi wspomnienia epoki nad wyraz lodowcowej. Kiedy traciłem panowanie nad sobą, oczy te powiadały, że jestem jakimś dziwem natury, huraganem nadlatującym nad czujnie zakotwiczone miasto nabrzeżne. Jak długo byłem spokojny, miałem poczucie, że mogę potykać się z doktor Lowenstein na równych prawach, wystarczyło, by górę wzięły nerwy, a mogłem być pewien, że wystrychnie mnie na południowego dupka.
[…]
Nic nie wiesz o mężczyznach – oznajmiłem kategorycznie. Roześmiała się. To powiedz mi wszystko, co ty wiesz. Masz dziesięć minut. Całe dziesięć minut? To ograniczę się do tego, że o wiele trudniej jest być mężczyzną, niż ci się wydaje. Tę żałosną piosenkę słyszałam już wiele razy, Tom. Połowa moich pacjentów usiłuje sobie zyskać moją sympatię, snując ten lament. Także mój mąż stosuje tę samą strategię, najwyraźniej nieświadom tego, że podobnych elegii wysłuchuję pięćdziesiąt razy na tydzień. Teraz powinieneś mi coś opowiedzieć o dylematach wodzostwa. Jakżeż samotni są ci, co na szczycie, maleńka. Ta straszliwa odpowiedzialność głowy domu. Ileż razy byłam tym faszerowana. Pani Lowenstein – powiedziałem – jest tylko jedna jedyna racja, dla której trudno być mężczyzną, a której zupełnie nie rozumieją współczesne kobiety. A w każdym razie nie rozumiała jej Savannah i jej radykalne przyjaciółki feministki. Wszystkie nic tylko pokrzykiwały na mnie i na Luke’a, kiedy odwiedziliśmy Savannah w Nowym Jorku. Wydaje się, że moja siostra uważała, że będzie dobrze dla jej braci, prostaków z Południa, jeśli ktoś zdecydowanym tonem im uświadomi zło posiadania penisa we współczesnym świecie. Radykalne feministki! Uchowaj Boże! To z powodu Savannah żaden inny z mieszkańców Południa nie został poddany równie bezlitosnej obróbce przez radykalne feministki. Są przekonane, że jeśli będą na ciebie wrzeszczeć przez czterdzieści osiem godzin bez przerwy, to z wdzięczności sam wepchniesz kutasa do robota domowego i włączysz przycisk „Start”.
[…]
Zdawało mi się, Tom, że przy pierwszym naszym spotkaniu oznajmiłeś, że sam jesteś feministą. Bo jestem – powiedziałem. Jestem jednym z tych żałosnych nieudaczników, którzy uczyli się przyrządzać suflet i perfekcyjny sos bernaise, podczas gdy moja żona otwierała jamy brzuszne i niosła pocieszenie pacjentom chorym na raka. Mówię to, dobrze wiedząc, jak żałosną postacią w naszych głupich czasach jest mężczyzna, który sam nazywa siebie feministą. Moi przyjaciele chichoczą w odpowiedzi i opowiadają mi najnowsze pieprzne kawałki. Kiedy powtarzam to moim kobietom z Południa, patrzą na mnie z politowaniem i informują, jak bardzo je cieszy to, że są kobietami, i jak bardzo lubią, kiedy otwiera się przed nimi drzwiczki samochodu. Ale najbardziej wrogo reagują na taką informację feministki. Uważają to za afektowany, protekcjonalny gest wykonywany przez owłosionego szpiega z wrogiego obozu. Tyle, że ja naprawdę jestem feministą, do jasnej cholery, proszę mi wierzyć, doktor Lowenstein. Nazywam się Tom Wingo i jestem feministą, konserwatystą, białym liberałem, pacyfistą, agnostykiem i z tego powodu w ogóle mogę traktować siebie poważnie, czego nie robi nikt inny. Aby zapewnić sobie odrobinę szacunku do siebie, zamierzam poprosić o dożywotnią przynależność do klubu południowych prostaków.
[…]
Nie mogła już znieść bólu wokół siebie, nazbyt długo trwała w poczuciu beznadziejności. Miała nadzieję, że jako Renata Halpern będzie mogła rozpocząć życie bardziej uporządkowane i rozsądne. Życia Savannah Wingo nie liczyła już nawet na rok. O Boże – jęknąłem, zamknąłem oczy i spróbowałem sobie przypomnieć nas jako małych, szczupłych blondasów pod słońcem Karoliny. Pojawił się przede mną obraz rzeki: błotne ptaki czatowały na ryby na rozlewiskach, a nasza trójka pływała w zielonej rzece, wysokiej w przypływie i gładkiej niczym płachta lnu. Jeszcze jako malcy stworzyliśmy rytuał, którego nie ujawniliśmy przed nikim obcym. Ilekroć stała nam się jakaś krzywda, coś zgubiliśmy albo byliśmy smutni, ilekroć rodzice ukarali nas lub zbili, wszyscy troje szliśmy na koniec przystani, nurkowaliśmy do przesyconej słońcem wody, wypływaliśmy dziesięć jardów, bliżej środka koryta i tam tworzyliśmy krąg, trzymając się za ręce. Pływaliśmy w kółko, wiosłując rękami, ale nie zrywając uścisku. Z jednej strony trzymałem dłoń Savannah, z drugiej – Luke’a. Zamknięty krąg ciała, krwi i wody. Na znak Luke’a wszyscy nabieraliśmy powietrza i ze splecionymi nadal rękami nurkowaliśmy do dna, gdzie pozostawaliśmy tak długo, aż jedno z nas ściskało pozostałą dwójkę i wyskakiwaliśmy na powierzchnię, gdzie czekało na nas słońce i oddech. Ale kiedy byliśmy jeszcze pod wodą, otwierałem oczy na sól i cienie, a wtedy widziałem rozmyte sylwetki brata i siostry, unoszące się obok mnie niczym embriony. Czułem wtedy zadziwiającą więź między nami, trójkąt bezsłownej, podniosłej miłości, podczas gdy czując pod palcami swe pulsy, wzbijaliśmy się ku światłu i przeraźliwości naszej egzystencji. Kiedy spływaliśmy do dołu, wiedzieliśmy, że czeka nas bezpieczeństwo i cisza świata bez matki i ojca, dopiero kiedy płuca nas zdradzały, wypływaliśmy ku wrakowi świata.
[…]
To, dlatego, doktor Lowenstein, gardzę stuleciem, w którym się urodziłem. Dlaczego musiałem przyjść na świat w wieku Zygmunta Freuda? Nienawidzę jego gadaniny fanatycznych zwolenników, wyszukanych przemów do duszy, wyspekulowanych, niedających się dowieść teorii, niekończących się kategoryzacji wszystkich spraw ludzkich. Pierdolę Zygmunta Freuda, Pierdolę jego matkę, ojca, dzieci, dziadków. Pierdolę jego psa, kota, papugę i wszystkie zwierzęta w wiedeńskim zoo. Pierdolę jego książki, idee, teorie, marzenia senne, brudne fantazje, fotel, w którym siadywał. Pierdolę to stulecie, dzień po dniu, rok po roku, a potem chwytam wszystko, co składa się na tę stuletnią aborcję czasu i spuszczam w wonnym kiblu Zygmunta Freuda. I wreszcie, pierdolę ciebie, Lowenstein, Savannah, Renatę Halpern i każdą osobę, którą moja siostra zechce jeszcze zostać w przyszłości. Kiedy zbiorę już w sobie siły, żeby się ruszyć, wyjdę z pani gustownego gabinetu, spakuję swe nędzne graty, zatrzymam któregoś z tych niewymownie obrzydliwych taksówkarzy i każę się zawieść na La Guardię. Stary poczciwy Tom wraca do domu, gdzie jego żona kocha się z kardiologiem. A jakkolwiek może to być dla mnie okropne, ma przynajmniej jakiś sens, w przeciwieństwie do tych wszystkich spraw z Savannah i Renatą.
[…]
Są całe partie jej życia skryte w ciemności. Nazywa to białymi pauzami. Wydaje się, że są to okresy, gdy jej halucynacje wymykają się spod kontroli, okresy, które wymykają się czasowi, przestrzeni i rozumowi. Zawsze miała kłopoty z pamięcią. Tak, powiedziała mi, że problem ten pojawił się u niej w okresie dojrzewania, ale nikomu o tym nie wspominała. To był jej straszliwy sekret Mówiła, że zawsze z tego powodu czuła się inna, zagrożona, samotna. Stała się więźniarką czasu utraconego, dni zapoznanych. Jeszcze bardziej zaczęła się niepokoić, kiedy stało się to zagrożeniem dla jej poezji. Czuła, że szaleństwo bierze nad nią górę, atakując z olbrzymią siłą. Najbardziej przerażała mnie myśl, że wejdzie w którąś z faz nieutrwalanych przez pamięć i nigdy już z niej nie wyjdzie.
[…]
Byłeś dla Savannah bardzo ważną osobą w czasach, kiedy dorastaliście. Ty i Luke stanowiliście dla niej ochronę przed światem, a zwłaszcza jej światem. Chociaż od samego początku była inna, bracia pozwalali jej zachowywać pozory normalności. Obydwaj pomagaliście jej przemierzać trudną drogę dzieciństwa. Szczególnie tobie, Tom, przypadła w udziale kluczowa rola. Bardzo wcześnie rozpoczął się u niej proces blokowania wspomnień, usuwania tych najbardziej zabójczych. Z chęcią nazwałabym to wyparciem, gdybym nie znała twojej niechęci do terminologii freudowskiej. Bardzo wcześnie wyznaczyła ci zadanie do wypełnienia: stałeś się jej pamięcią, oknem w przeszłość. Zawsze, ilekroć wynurzała się z ciemnych faz, to ty mogłeś jej powiedzieć, co się stało, gdzie była, co mówiła. Skoro utraciła pamięć, jak mogła być poetką? – spytałem. Ponieważ ma poetycki geniusz, a jej wiersze wyrastają z bólu bycia człowiekiem i bólu bycia kobietą w naszym społeczeństwie.
[…]
Jest północ po rozdaniu dyplomów, a my siedzimy na drewnianym moście, który łączy naszą wyspę z kontynentem Stanów Zjednoczonych. Księżyc drży w przybierającej wodzie przypływu, jego blada tarcza podryguje w nurcie. Nad nami gwiazdy są w połowie swego perfekcyjnego przemarszu przez noc i odradzają się w połyskliwym lustrze przypływu pod nami. Na lewo i na prawo od nas mokradła przyjmują w siebie napływające wody w roślinnym zachwycie; czuć prastary zapach błogości i odnowy. Dla przybysza z zewnątrz woń trzęsawisk jest odpychająca, dla miejscowych natomiast jest aromatyczną esencją planety. Nozdrza wypełnia nam rześki zapach rodzinnej okolicy. Ciasne szeregi palm na froncie każdego cypla i potoki dzielące się na jeszcze mniejsze strumyczki wyglądają niczym arteria rozdzielająca się na coraz mniejsze żyły i naczynia. Ogończa [gatunek ryby płaskodennej – przyp. aut.] unosi się tuż pod powierzchnią niczym ptak ze snu. Od wyspy wieje wiatr, który porywa ze sobą wieść w postaci kapryfolium i jaśminu. Na chwilę zapach nocy zmienia się, gaśnie, nabiera mocy, znowu gaśnie; jest ostry niczym ocet, niepowtarzalny jak olejek laurowy.
[…]
To mnie nieomal zabija, Tom, Luke. Jestem chora, umysłowo chora od czasu, gdy byłam małą dziewczynką. Widzę dziwne rzeczy. Słyszę dziwne głosy. Mam straszne sny. Ilekroć mówiłam o tym mamie, ona odpowiadała: „Weź dwie aspiryny i zrezygnuj z deseru”. Ile mnie kosztowało wysiłku, żeby wytrzymać do tego dnia. Dlaczego nic nam nie powiedziałaś? – spytał Luke. A co byście na to poradzili? – odparła. Kazalibyśmy ci wziąć trzy aspiryny i zrezygnować z deseru – powiedziałem. Wiecie, co widzę, kiedy patrzę teraz w wodę? – rzekła cicho Savannah. Setki utopionych psów, których ślepia wpatrują się we mnie. Spojrzałem w wodę i zobaczyłem tylko wodę.
[…]
W nocy świetliki budowały swoje nietrwałe zodiaki. Skupieni, świadomi tego, co upływa, okazywaliśmy sobie sympatię, podczas gdy czerwiec wyletniał się zielono.
[…]
Tego wieczoru leżeliśmy na przystani i czuliśmy wielkość zżywania się rzeki z prądami przypływu. W mdłym świetle dojrzewającego księżyca mogliśmy widzieć każdą gwiazdę, którą Bóg zechciał odsłonić przed ludzkim spojrzeniem w tej części świata. Nad sobą widziałem białą rzekę Drogi Mlecznej, a podniósłszy do góry rękę, mogłem dłonią unicestwić jej połowę. Odpływ obniżał poziom wody i skrzypłocze wynurzyły się ze swoich jam w błocie; samce w zdumiewającej harmonii poruszały hałaśliwymi kleszczami, a była to synchronia wody, gwiazd i wiatru. Swymi zbrojnymi odnóżami dawały do zrozumienia, że świat jest taki, jak być powinien. Tysiące krabów dawały Bogu znać, że nastąpił przypływ, że Pegaz lśnił odpowiednio mocno, że delfiny snuły łowiecką pieśń w opadającej wodzie, że Księżyc służbiście wypełniał swe obowiązki. W ich ruchach widziało się taniec, ufność, ceremonię boskiej afirmacji. Także i ja na wzór krabów podniosłem rękę i pomachałem do dzielnego piechura, Oriona, który swym niespiesznym krokiem szedł w pełnej zbroi. Jego pas odległy był o miliony mil od moich oczu, a przecież wydawał się bliższy od gwiazd domu.
[…]
Chłopak jest zawsze skarbem, gdyż stoi na progu swojego życia i zawsze jest pełen lęku. Trener wie, że niewinność jest święta, trwoga jednak nie. Poprzez sport trener może zaoferować chłopcu sekretną drogę, pozwalającą zagłębić się w tajemnice męskości. Przez całe lato uczyłem Bernarda Woodruffa wszystkich sekretnych dróg. Podczas owych dwugodzinnych zajęć pośrodku Central Parku przekazałem mu wszystko, co wiedziałem o futbolu. Nauczył się zatrzymywać, gdyż musiał zatrzymywać mnie, i zaczął robić to naprawdę dobrze. Nie był zapewne utalentowanym sportowcem, ale nie należał do osób, które boją się sprawić ci ból. Niejeden raz dał mi się we znaki podczas treningów, aleja z pewnością dałem mu się we znaki o wiele, bardziej. Trzeba rzeczywiście niezłej pasji, żeby stuczterdziestofuntowe ciało chłopaka zderzyć z rozpędzonym ciałem dojrzałego mężczyzny.
[…]
O istnieniu blond flecistki podatnej na stresy przypomniałem sobie dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem, jak powstaje wraz z innymi muzykami. Przypomniałem sobie także, że spotkałem ją w poczekalni Susan, na imię miała Monique, skłamałem jej, że jestem prawnikiem, oraz że Susan podejrzewała ją o romans z Herbertem. Usiadła, a ja patrzyłem, jak płynnym, wdzięcznym ruchem unosi do ust flet. Miała pełne usta, a kiedy teraz zaczerpnęła tchu, z instrumentu popłynęły czarowne dźwięki. Przy użyciu swych palców, oddechu i ust Monique pozwalała na nowo rodzić się Vivaldiemu, a na to Herbert Woodruff odpowiedział jej nagłymi, pełnymi pasji ruchami ramienia, gdy w języku Vivaldiego prowadzili erotyczny dialog między fletem a skrzypcami. Muzyka płynęła z nich tak, jak gdyby jedwab spływał ze stołu bławatnika. Broda Woodruffa spoczywała na kobiecym kształcie skrzypiec i wydawało się, że dźwięki przepełniają jego mięśnie i krew. Zwinna siła mieszkała w jego ramionach i przegubach, a w swym występie na poły był tancerzem, a na poły atletą.
[…]
Mamo – powiedziałem ze znużeniem. Jesteśmy w przededniu wyzwolenia wszystkich kobiet. Musiałbym być cymbałem, żeby przypalać ci papierosa, kiedy ty nawet nie jesteś przekonana, że kobietom powinno przysługiwać prawo głosu. To nieprawda – sprzeciwiła się – ale pod innymi względami jestem istotnie staromodna. Po prostu uwielbiam być kobietą. Lubię, kiedy otwiera się przede mną drzwi i kiedy dżentelmen przysuwa mi krzesło. Nie jestem zwolenniczką ani palenia staników, ani poprawek gwarantujących równość praw. Zawsze uważałam, że kobiety ogromnie górują nad mężczyznami, i nigdy nie chciałam uczynić niczego, co zapewniłoby im równość z nami.
[…]
Przez dziesięć minut skarżyła się, łkała i słuchała pociech matki. Kiedy odwiesiła słuchawkę, pozostała w budce i dalej płakała. Wyjrzałem zza swojej przegródki i powiedziałem: Mnie przytrafiło się to samo. Może pójdziemy na colę? Spojrzała zaskoczona, łzy toczyły jej się po twarzy. Nie wiedziałam, że ktoś jeszcze tu jest. Też przed chwilą dzwoniłem do matki, żeby jej powiedzieć, ale zabrakło mi odwagi. Więc nie powiedziałem jej, że nie chcieli mnie przyjąć do żadnego bractwa [studenckiego – przyp. aut.]. Nie chcieli? A taki jesteś czarujący. Zaczerwieniłem się, zupełnie nieprzygotowany na podobny komplement. To jak z colą? – spytałem, zacinając się. Dobrze, ale najpierw muszę umyć twarz. Nazywam się Tom Wingo. A ja Sallie Pierson – oznajmiła przez łzy. Strasznie się cieszę, że cię poznałam. I tak spotkałem moją żonę.
[…]
Dwa lata później czekał nas na przykład zdumiewający wieczór, gdy byliśmy wprowadzani do Phi Beta Kappa. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że w mojej grupie tylko ja słyszałem o Williamie Faulknerze, a co dopiero mówić o czytaniu go. Namiętnie uwielbiałem zajęcia z literatury angielskiej i nie mogłem uwierzyć swojemu szczęściu, że oto oddaję się zajęciu, które polega na czytaniu najlepszych książek, jakie kiedykolwiek napisano. Zaczął się mój długi romans z Wydziałem Anglistyki University of South Carolina, którego pracownicy nie mogli uwierzyć, że futbolista jest w stanie napisać zdanie po angielsku bez gwałtu na języku. Nie wiedzieli, że wychowywałem się w jednym domu z siostrą, która miała zostać najlepszą poetką amerykańskiego Południa, ani że po trzy godziny dziennie uczyłem się z dziewczyną, która za swoje najważniejsze zadanie na studiach postawiła sobie osiągnięcie pierwszego miejsca na liście absolwentów. Matka absolutnie nie była oczarowana tym, że spotykam się z córką normalnych robotników, i robiła wszystko, aby wyperswadować mi ten związek. W całej serii listów wyłożyła mi, na jakie kobiety powinienem zwracać uwagę, rozglądając się za żoną. Odczytałem je Sallie, a ona zgodziła się z moją matką. Tom, nie możesz zapominać o moim pochodzeniu – powiedziała. Z pewnością nie mogę dać ci tego wszystkiego, co mają do zaoferowania niektóre inne dziewczyny.
[…]
W Colleton zacząłem wchodzić w rytm regularnego życia nauczycielskiego. Przez pięć godzin dziennie zajmowałem się z uczniami literaturą angielską i kompozycją tekstów, zapuszczając się z nimi w zdradliwą architekturę angielskiej gramatyki i każąc im brnąć przez gęstwiny Silasa Marnera [powieść angielskiej pisarki George Eliot – przyp. aut.] czy Juliusza Cezara [autorstwa Williama Shakespeare’a – przyp. aut.]. Dyrektor ukarał mnie za specjalizację w angielskim tym, że w pierwszym roku dał mi drugie klasy. Drugoklasiści buzujący hormonami i obciążeni zmianami cielesnymi, które ledwie rozumieli, siedzieli otępiali, z opadłymi szczękami, podczas gdy ja rozwodziłem się nad zaletami strony czynnej albo perfidią Kajusza [bohater „Juliusza Cezara” Williama Shakespeare’a – przyp. aut.]. Takich słów jak „perfidia” zdecydowanie nadużywałem podczas owego pierwszego, niepewnego roku. O wiele bardziej byłem słownikiem niż nauczycielem, a biedni drugoklasiści musieli ponosić konsekwencje mej niewprawności.
[…]
Chociaż małżeństwo rodziców mogło służyć jako podręcznikowy przykład mezaliansu, sądziłem, że sama siła przyzwyczajenia uczyniła je nienaruszonym. Kiedy upływały lata, a ja już wychowywałem własne dzieci, zacząłem dostrzegać nieustanną erozję wszelkiego szacunku, jaki matka mogła kiedykolwiek żywić dla mego ojca. Gdy dzieci się usamodzielniły, matka swą niewyczerpaną energię poświęciła na wielkie projekty realizowane poza domem. Zbrodnia naszego doroślenia polegała na tym, że zacieraliśmy klarowność cech, przy użyciu których matka określała siebie, chociaż zarazem wyzwalaliśmy ją od ograniczeń związanych z tym samookreśleniem. Matka w istocie przez całe życie czekała na moment, gdy jej żądza władzy oraz intryganctwo będą mogły się zmierzyć z materią życia małomiasteczkowego. Kiedy chwila taka nadeszła, matki nie trzeba było zachęcać. Ze swą urodą Lila Wingo mogła spełnić nawet nader wyuzdane sny królewskie. Jej uroda w połączeniu z pomysłowością mogła poderwać do czynu rzesze anarchistów i królobójców, gotowych przynieść jej na porcelanowych półmiskach monarsze głowy przystrojone pietruszką i różami. Później będziemy się głośno zastanawiać, czy matka od lat planowała widowiskowe zerwanie z przeszłością, czy też z genialną spontanicznością wykorzystała okazję, którą przyniósł niezależny bieg wydarzeń. Od dawna podejrzewaliśmy, że jest kobietą pełną inwencji, ale tylko Savannah nie była zaskoczona, gdy matka okazała odwagę i brak skrupułów. Za nic nigdy nie przeprosiła, nie czuła też potrzeby wyjaśnień. Zrobiła to, do czego popychała ją własna natura, a nie należała do osób, które w nagłym akcie szczerości zaczynają z uwagą wpatrywać się w siebie.
[…]
To właśnie ta południowa cząstka mnie jest najbardziej żywotna, pełna najgorętszej pasji. Głęboko południowe wspomnienia otaczają tę gwiazdę, której autentyczności nie jestem pewien, a którą ja wprowadzam w świat. Należę do rodziny, która ma fatalną skłonność do niezwykłych gestów. Arogancja i przesada zawsze stanowiły to upierzenie, które każdy Wingo ochoczo odsłaniał, jeśli uznał, że otacza go nieżyczliwy świat. Jako rodzina działaliśmy instynktownie, nie słuchając porad rozumu. Naszych przeciwników nigdy nie potrafiliśmy przechytrzyć, natomiast zawsze mogliśmy ich zaskoczyć pomysłowością reakcji. Najlepiej sprawdzaliśmy się jako koneserzy ryzyka i zagrożenia. Prawdziwie szczęśliwi byliśmy dopiero wtedy, gdy toczyliśmy swoją prywatną wojnę ze światem. Nawet w wierszach siostry można było wyczuć napięcie zbliżającej się grozy. Brzmiały tak jakby tworzyła je z kruchego lodu i spadających kamieni. Był w nich ruch, ciężar, zaskoczenie i wirtuozeria. Jej poezja, dzika i nieokiełznana, hasała strugami czasu niczym ów starzec [dziadek Amos Wingo, który, aby odzyskać prawo jazdy odbył rajd na nartach wodnych – przyp. aut.], który wchodził do Savannah River, aby czterdziestomilową jazdą udowodnić, że nadal jest mężczyzną.
[…]
Nie byłem bardzo dobrym trenerem, ale nie byłem też najgorszy. Nie przypuszczam, żebym któremuś z podopiecznych pojawiał się jako bohater nocnych koszmarów. Nigdy nie udało mi się pokonać nieprawdopodobnie zdyscyplinowanej drużyny futbolowej wielkiego Johna McKissicka z Summerville. On wychował całe dynastie znakomitych graczy, ja miałem znacznie mniej błyskotliwe osiągnięcia. Nie miałem niekończących się serii porażek, ale nie było też tak, by prowadzony przeze mnie zespół miał rekordowo długie pasmo zwycięstw. Moje drużyny ponosiły porażki i odnosiły zwycięstwa, a chociaż te drugie zawsze były lepsze, to jednak brakło im tej subtelnej namiętności, tej swoistej godności cechującej grę, w której jedna strona dała z siebie wszystko, ale jej umiejętności okazały się niewystarczające. Tak czy owak, uczyłem swoich podopiecznych, że piękna przegrana jest dowodem siły ducha, ale prawdziwa męskość wyraża się w pięknym zwycięstwie. Przegrana, mówiłem im, potrzebna jest, żeby nie stracić poczucia proporcji.
[…]
Savannah nadsyłała mi paczki z książkami, które kupowała w Barnes&Noble. Uważała, iż przeżywam wielkie rozterki duchowe, gdyż zdecydowałem się pozostać na Południu, Pokładała w książkach taką wiarę, jaką sklepikarz pokłada w kuponach rabatowych, które mogły być zamienione na najróżniejsze dobra. Wiem, że Savannah bardzo martwiła się o mnie i mą fatalną skłonność do tego, co konwencjonalne i bezpieczne. Myliła się chyba jednak, gdyż moim problemem było przepojenie dorosłego życia nostalgią za straconym dzieciństwem. Chciałem wychować swoje córki na tym Południu, którego odmówili mi ojciec i matka. Pragnąłem życia pełnego pasji, zachwytu i radości. Chciałem córkom przekazać wiedzę, która nie miała nic wspólnego z wielkim miastem. Savannah nie rozumiała tego, że żarliwie pragnę jedynie być porządnym człowiekiem i niczego więcej. Chciałem, bym na łożu śmierci usłyszał z ust całującej mnie po raz ostatni Sallie: „Wybrałam właściwą osobę”. To był gorejący we mnie płomień, jedyna zasada mojego życia. Przyczyna tego, że mi się nie udało, bardziej, jak sądzę, leży we mnie niż w niekorzystnych warunkach zewnętrznych. Kiedy zdecydowałem się powrócić do Colleton, nie miałem najmniejszego przeczucia, że przestanie ono być dla mnie ucieleśnieniem miasteczka Karoliny Południowej, a wszelką taką sugestię głośno bym wyśmiał. Wiele jeszcze miałem się dowiedzieć o stuleciu, w którym przyszło mi żyć. A miała to być nader dotkliwa nauka.
[…]
Musiałem być pijany do nieprzytomności, a przyznam, że nie najlepiej znosiłem alkohol. Także Savannah tego nie pamięta, tato. Kiedyś ją pytałem. Luke zaś nie chciał o tym ze mną rozmawiać. Więc może to, synu, tylko wymysł; wyobraźnia płata ci figle. Tak z pewnością o to właśnie chodzi. Zawsze lubiłeś zmyślać różne historyjki. Założę się, że wymyśliliście to razem z matką, żeby mieć na mnie haka przed sądem, co? To skąd ta blizna, tato? Mówiłem ci, łowienie to niebezpieczny zawód. Może kołowrót, może pękła lina... To nóż kuchenny – powiedziałem beznamiętnie. A co z telewizorem, tato? Nie pamiętasz także, że musiałeś kupić nowy? Jak wszystkie inne południowe rodziny, nie mogliśmy wytrzymać nawet dwudziestu czterech godzin bez telewizora, więc bardzo szybko wymieniliśmy ten rozwalony. Wydaje mi się nawet, że nowy stał już, kiedy wróciliśmy do domu. Nie było też ani śladu krwi czy jakiejkolwiek kłótni. Jak zwykle, zachowywaliśmy się dalej tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Może i teraz powinniśmy tak postąpić, synu. Udawać, że nic takiego się nie zdarzyło, chociaż zdaje się, że żadne moje słowa cię o tym nie przekonają. Teraz jednak coś dzieje się naprawdę – powiedziałem. Matka cię opuszcza i będziesz musiał spojrzeć prawdzie w oczy, i zobaczyć, kim byłeś. Nie będziemy mogli udawać, że to nie nastąpiło, prawda? Nareszcie doszliśmy do momentu, kiedy udawanie na nic już się nie zda. Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz? – spytał, a w jego głosie znowu słychać było rozpacz. Tato, nietrudno nienawidzić człowieka, który lał cię przez całe dzieciństwo – rzekłem łagodnie. Ale zaczynam cię nienawidzić tylko wtedy, kiedy przypominam sobie tamte chwile.
[…]
Jak miałem się nauczyć tego, jak mąż powinien traktować żonę? Myślałem, że Tolitha opuściła Amosa, bo był słaby. Zawsze uważałem, że żaden z niego mężczyzna. Nie chciałem, żeby mnie przytrafiło się to samo. Moja matka nie porzuciła ojca – powiedziałem i przysunąłem się bliżej do niego – dlatego nauczyłem się, jak traktować żonę, przyglądając się jego postępowaniu. Nauczyłem się, że to normalne, iż mężczyzna bije kobietę, tato. Nauczyłem się, że to normalne, iż ojciec bije dzieci, znęca się nad swoją rodziną, ilekroć przyjdzie mu na to ochota, a ponieważ jest od wszystkich silniejszy, nikt nie potrafi mu oddać i nie ma, dokąd uciec. To od ciebie dowiedziałem się wszystkiego o mężczyznach, tato, i bardzo ci za to dziękuję, ponieważ zapragnąłem być taki jak twój ojciec, Amos. Chcę być słaby, łagodny i dobry dla każdego stworzenia na ziemi. Wolałbym umrzeć niż zostać kimś, kim uczyłeś mnie być. Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie – powiedział. Także twoja matka myślała przez cały czas, że jest lepsza ode mnie, chociaż jej rodzice byli tylko wieśniakami, którzy chcieli podskoczyć wyżej nosa. Nie myślę, że jestem lepszy od ciebie, tato – sprostowałem. Jestem łagodniejszy.
[…]
Ojciec nie zgodził się na rozwód, znienacka wysunąwszy argument, że jest katolikiem, a kościół katolicki nie uznaje rozwodów. Uznawał je jednak niezależny stan Karoliny Południowej. Dzień przed rozprawą przyjechała Savannah, aby przygotować się do roli koronnego świadka matki. Podczas swych zeznań Savannah łkała, podobnie jak Lila i Henry Wingo. Sędzia Cavender był długoletnim wspólnikiem Reese’a Newbury’ego. Proces był smutny, ale nie było żadnych zaskoczeń. Ojciec i matka mijali się na korytarzach sądowych, jakby zupełnie się nie znali. Zaczynali już przybierać maskę obcości na widok drugiego. Ich historia przypominała opowieść o dziecku zostawionym na śniegu. Proces przypominał czuwanie przy zwłokach, był abstrakcją, a żywymi emblematami wygaśnięcia uczuć była trójka dzieci, z bólem śledzących rozpad małżeństwa, które było okropne – co do tego nikt nie miał wątpliwości. Pięści Henry’ego Wingo i jego temperament nic nie znaczyły wobec żarliwej pogardy, z jaką prawo traktowało mężów maltretujących swoje żony. Na miejscu dla świadków ojciec zawodził, łkał i jak mógł próbował ułagodzić sędziego. Był w tym bardzo ludzki, a jego wystąpienie sprawiło, że omal nie pękło mi serce. Matka była piękna, opanowana i zachowywała się całkiem przyzwoicie, ale w jej głosie było coś sztucznego i nieprzekonującego. Wydawało się, że swoje słowa kieruje bardziej do jakiegoś sekretnego słuchacza za oknem niż do sędziego Cavendera. Kiedy złożone zostały wszystkie zeznania, sędzia natychmiast orzekł rozwód. Potem dokonał podziału majątku. Henry Wingo pozostał właścicielem kutra rybackiego, domu na wyspie i umeblowania, całej gotówki i wszystkich aktywów na rachunkach bankowych, pojazdów mechanicznych, sprzętu gospodarskiego oraz wszelkich innych ruchomości. Nie spoczął na ojcu obowiązek płacenia jakichkolwiek alimentów, zwolniony też został od jakiejkolwiek odpowiedzialności za długi, jakie matka mogła zaciągnąć po wyniesieniu się z jego domu. I kiedy wydawało się, że matkę pozbawiono wszystkiego, sędzia przedstawił ostatnią i najbardziej zaskakującą część swego postanowienia. Matka została jedyną i wyłączną właścicielką Melrose Island.
[…]
Zanim przekroczyliśmy więzienną bramę, matka uścisnęła mi ramię i powiedziała: Proszę, pomóż mi przynajmniej w tym, Tom. Wiem, że jesteś na mnie wściekły, ale strasznie niepokoję się o to, co Luke może jeszcze zrobić. Znam go lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Przez całe życie szukał takiej sprawy, za którą mógłby polec, a obawiam się, iż jest przekonany, że nareszcie ją znalazł. Jeśli go nie powstrzymamy, stracimy go na zawsze. Pomieszczenie podzielone było na osiem cel; Luke spoglądał przez okno, kiedy szeryf pozwolił nam porozmawiać z nim przez drzwi. Światło księżyca wplatało się w jego włosy, a cienie prętów kraty podkreślały zarys jego głowy. Pomyślałem, że już nigdy nie zobaczę równie pięknego męskiego ciała: mięśnie długie, wyraźne, warstwami nakładające się na rusztowania kości. Spowijała go aura zimnej stanowczości i siły. Jego gniew natychmiast się wyczuwało lub odczytywało z graffiti napiętych pleców. Nie odwrócił się, żeby nas przywitać.
[…]
A od kiedy to rząd najlepiej wyznaje się na różnych sprawach? – sprzeciwił się Luke głosem pełnym znużenia i rozgoryczenia. W czym to jest takim świetnym specjalistą? To samo mi powiedziałaś, kiedy wysyłali mnie do Wietnamu. Te same cholerne słowa. Więc przemierzałem daleki kraj wzdłuż i wszerz, żeby zabijać wieśniaków, tak biednych, mamo, że sama zapłakałabyś nad nimi. Zabijałem ich woły, żony, dzieci – wszystko, co się ruszało. Zabiłem też paru żołnierzy, to prawda, ale nie było ich wielu. A robiłem to, bo mój rząd wie najlepiej. Więc teraz stoję przed tobą, mamo, i mówię, że rząd gówno zna się na czymkolwiek. Władza jest zawsze podła, obojętna, taka czy owaka. Sam do tego doszedłem. Jeśli rząd daje coś biedakom, to tylko dlatego, że boi się, aby nie powstali i nie poderżnęli im gardeł. I cała ta gadanina o Rosji. Wiesz, co myślę o Rosji? Że gówno mnie ona obchodzi. Gówno mnie też obchodzi Ameryka. Gówno mnie obchodzi ten rząd w Wietnamie, którego pomagałem bronić. Gówno mnie obchodzi Północny Wietnam. Wiesz, dlaczego walczyłem w Wietnamie, mamo? Bo gdybym nie walczył, to załadowaliby mnie do pudła. Piękny wybór, co nie? Także tylko z tego powodu płacę podatki. Jak nie będę płacił, to mnie załadują do pudła. A teraz, kiedy chcę zostać na miejscu, gdzie się urodziłem, mój kochany rząd grozi, że zapakuje mnie do pierdla, a kiedy wczoraj powołałem się na Deklarację Niepodległości, to natychmiast znalazłem się za kratkami.
[…]
Wiem tyle, że ja mówię: „Nie”. I mam do tego prawo, do cholery, jest pełnoprawnym Amerykaninem, Poszedłem na wojnę i dlatego mam prawo powiedzieć „nie”. Wywalczyłem je sobie. Mój kraj toczył gównianą wojnę w gównianym kraju, a ja powiedziałem wtedy „tak”. Oznajmili nam jednak, że toczymy tę wojnę, aby bronić prawa ludzi do tego, by sami wybierali, jak chcą żyć. Powtarzali nam to na okrągło. Kłamali, oczywiście, ja jednak chciałem w to wierzyć. Kiedy ryzykowałem swoje życie na wojnie, nigdy bym nie przypuścił, że mój własny rząd zechce mi odebrać mój kraj. Gdybym o tym wiedział, walczyłbym po stronie Wietkongu. Savannah i Tom tamtej wojnie powiedzieli „nie”. Mogli to zrobić, gdyż ja walczyłem. W jeszcze jednym masz rację, mamo. Głupiec ze mnie. Wierzyłem we wszystko, co mi mówiono o Ameryce. Nikt nie kocha tego kraju bardziej ode mnie, chociaż nie chodzi o cały kontynent. Gówno mnie obchodzi Idaho czy Dakota Południowa. Nigdy tam nie byłem. Moim domem jest moje hrabstwo. To je widzę tam za oknem. Raptem czterdzieści mil kwadratowych z wielkiej planety. Aleje właśnie kocham i za nie walczyłem.
[…]
W czerwcu kierownik programu wysłał na Melrose Island ekipę, aby rozebrała dom, w którym spędziłem dzieciństwo. Zadanie miało wykonać dwunastu mężczyzn, którym dano do pomocy trzy ciężarówki i dwa buldożery. Kiedy jeden z robotników wepchnął łom między drzwi i framugę, z lasu padł wystrzał, który odłupał drewno o dwa cale od jego głowy. Następne trzy strzały przedziurawiły oponę w każdej z ciężarówek, a mężczyźni rzucili się do ucieczki. Luke wyszedł spomiędzy drzew i przy użyciu schowanego w stodole koktajlu Mołotowa wysadził w powietrze ciężarówki i buldożery, które miały zniszczyć jego dom. Walka rozpoczęła się na serio. Następnego dnia ekipa rozbiórkowa powróciła, tym razem jednak w towarzystwie batalionu Gwardii Narodowej, który najpierw przeczesał las wokół domu, zanim dał znać robotnikom, że mogą przystąpić do dzieła. Z drzewa po drugiej stronie rzeki Luke patrzył, jak kawałek po kawałku ulega zniszczeniu jego rodzinny dom, przy czym – jak mi później opowiadał – miał wrażenie, iż przygląda się wymordowaniu rodziny. Miasto moje z rozmysłem zatem przemieniono w ruinę, w przeciwieństwie jednak do dawnych cywilizacji po Colleton nie pozostało żadnych zagrzebanych w ziemi świadectw życia. Z gleby wydarto nawet wspomnienie miasta. Teren po Colleton zaorano, a potem pod egidą Ministerstwa Gospodarki Ziemią Stanów Zjednoczonych posiano tutaj pinie. Każdego dnia sześć tysięcy pracowników, mających specjalne oznaczenia na samochodach osobowych i ciężarowych, przekraczało mosty prowadzące na place budów. Pierwszego października granice hrabstwa Colleton zostały zamknięte dla wszystkich, którzy nie byli pracownikami Komisji Energii Atomowej, a Rada Lotnictwa Cywilnego zakazała samolotom przelotu nad wydzielonym terenem. Na czterech wielkich budowach w różnych częściach kraju wrzała praca. Gubernator Karoliny Południowej obwieścił, że ostatecznie wszyscy mieszkańcy Colleton zostali przeniesieni do miast i miejscowości na terenie całego stanu, a Program Colleton River ruszy za trzy lata.
[…]
W całym stanie list ukazał się na pierwszych stronach, obok niego zaś zamieszczono zdjęcie moje i Luke’a, jak trzymamy puchar dla futbolowych mistrzów stanu wywalczony w klasie maturalnej, oraz fotografię Savannah z okładki jej Córki krewetkarza. Gwardii Narodowej kazano chronić wszystkie mosty na terenie hrabstwa, natychmiast też podjęto prace nad odbudową zniszczonych. Wszędzie wzmocniono straże i został wydany nakaz aresztowania Luke’a. Po ukazaniu się listu poznałem chyba wszystkich policjantów i oficerów policji czynnych w Karolinie Południowej. W ich opinii Luke był uzbrojony, groźny i najpewniej chory umysłowo. W najważniejszych czasopismach ukazały się histeryczne artykuły redakcyjne, często i gęsto cytowano słowa senatora Emetsa Hollingsa, który dla „News and Courier” powiedział: „Być może koleś ma świra, ale nam niewiele już zostało mostów wiodących do Colleton”. Na University of South Carolina korporacja studencka zorganizowała przyjęcie z zielonymi opaskami na ramionach, aby zebrane pieniądze przeznaczyć dla dzieci upośledzonych. W „Columbia State” ukazał się list, którego autor nazywał Luke’a „ostatnim wielkim Karolińczykiem”.
[…]
Czy jest chociaż jedna osoba w Nowym Jorku, która nie odwiedziła psychiatry? Jeśli tak, to pewnie jakiś podróżny, który na La Guardia przesiada się z jednego samolotu do drugiego i dlatego nie ma czasu na pięciominutową sesję na Upper East Side. Tobie specjalista psycholog przydałby się bardziej od jakiejkolwiek innej ze znanych mi osób. Gdybyś tylko potrafił wsłuchać się w swój głos i zobaczyć, ile w nim gniewu. Nie wiem, jak postępować z ukochaną osobą, która zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Mama zna wszystkie odpowiedzi, ty także, i w ogóle wydaje się, że pośród kobiet w tej rodzinie to dziedziczna choroba. Czy kiedy kiedykolwiek zdarza ci się mieć jakieś wątpliwości? Tak – odrzekła. Mam wiele wątpliwości, jeśli chodzi o ciebie, Tom. Co do wyborów, jakie poczyniłeś w życiu. Nie widać w nich żadnego ukierunkowania. Nie widzę w nich śladu ambicji, pragnienia zmiany i zmierzenia się z okolicznościami. Dryfujesz, odrobinę oddzielony od żony i dzieci, odrobinę oddzielony od swej pracy, nie wiedząc, czego chcesz ani gdzie podążać. To czyni mnie Amerykaninem, Savannah – powiedziałem. Nic w tym specjalnego. Wracasz po ostatnim treningu, robisz sobie drinka, siadasz przed telewizorem i czekasz, aż będziesz dostatecznie zmęczony lub pijany, aby iść spać. Nie czytasz książek, nie prowadzisz żadnych ważnych rozmów, po prostu wegetujesz. Właśnie prowadzę ważną rozmowę – zauważyłem. I to dlatego tak ich nienawidzę. Nienawidzisz swojego widoku, Tom – powiedziała Savannah i ścisnęła mi ramię. Jesteś w połowie nijakiego życia i obawiam się, że nic się już nie zmieni. O to się martwię. Dlaczego od każdego, kogo spotkasz, wymagasz, żeby przyznał się do świra lub do tego, że jest nieszczęśliwy? Czy jedyną postawą wobec świata, którą szanujesz, jest wariactwo? Słyszałem, że są ludzie zdrowi umysłowo, ale jak na razie nie natrafiłam jeszcze na ani jednego członka tego plemienia. Są jak Inkowie. Można o nich przeczytać, obejrzeć ruiny ich budowli, ale niepodobna porozmawiać z którymś, aby się dowiedzieć, jak im się udało.
[…]
Wynajęli tropicieli, jakby był jeleniem albo wściekłym psem. Bardziej boję się o nich niż o Luke’a – powiedziała. Oboje wiemy, jak znakomicie daje sobie radę w lesie; wszystko tam potrafi wykorzystać na swoją korzyść. Myślę, że gdyby pomylił się chociaż raz, już by go mieli. To dzięki niemu uratowaliśmy morświna. To dzięki niemu załadowaliśmy żółwia do łóżka Newburych. Pamiętasz, potrafił wynieść na plecach ciało dowódcy, a potem płynąć z nim trzy mile. Zawsze wierzył w siebie i nigdy ta wiara go nie zawiodła. Ale teraz to bezsensowne. Nic dzięki tej walce nie zyska. Skupił na sobie uwagę.
[…]
Dlaczego jesteś taki wściekły na Luke’a? Ponieważ jest idiotą! Niepoprawnym egoistą! Ale jest w tym coś, Savannah, czego nie rozumiem. Zazdroszczę mu tej swobody obstawania za tym, w co wierzy, pasji, której nie czuję i w ogóle nie znam. Zazdroszczę mu, że może postawić na nogi całą okolicę, gdyż tak zażarcie wyznaje swoje proste prawdy. Muszę go powstrzymać, gdyż gdzieś w największej głębi duszy czuję, że ma rację w tej swojej wojnie ze światem. A ponieważ tak czuję, więc jego nieugiętość uświadamia mi, jak wiele w sobie stłumiłem. Stłumiłem z powodu hipoteki, rat za samochód, planu lekcji, dzieci i żony, która ma o wiele bardziej intensywne marzenia i ambicje niż ja. Życie płynie mi w ciepłym spokoju, rozwiązuję krzyżówkę codziennych zajęć, oglądam wieczorne wiadomości, podczas gdy mój brat je surowe ryby i staje przeciw armii okupacyjnej, która obrabowała nas z naszego jedynego domu. Powtarzam sobie, że nie jestem fanatykiem ani sabotażystą. Jestem porządnym obywatelem, mówię sobie. Mam duszę kolaboranta, zwolennika rządu Vichy. Stałem się dokładnie tym typem człowieka, którego najbardziej na świecie nienawidzę. Mam ładnie przystrzyżony trawnik i nigdy nie wlepiono mi mandatu za przekroczenie szybkości.
[…]
Bardzo mnie boli, że muszę to mówić. Chciałabym, żebyście obaj z Lukiem nie odwracali się od świata, żebyście otworzyli się na jego bogactwo, żebyście nie sprzedali swoich dusz Południu. Widzisz to słońce, Savannah? – spytałem, wskazując nad mokradłami. To słońce Karoliny, które całą naszą trójkę opaliło na południowo i choćbyś nie wiem ile siedziała w Nowym Jorku, tego ze skóry nie usuniesz. Mówimy o czymś innym – zniecierpliwiła się Savannah. Boję się, że Południe wyciągnie z ciebie wszystko, co oryginalne. Boję się, że zabije Luke’a, gdyż dał się opętać wizji Południa jako zagrożonego raju. Savannah, kiedy zjawi się Luke, proszę cię, pomóż mi namówić go do powrotu. Nie broń jego punktu widzenia. Stoją za nim wielkie hasła i cała sprawa jest cholernie romantyczna. Luke jest straszliwym fanatykiem. Cały gorzeje tym przeklętym romantycznym ogniem, ma dziwne oczy i w ogóle nie chce słyszeć przeciwnych argumentów. Jako poetka musisz być zakochana w tej wojnie Luke’a ze światem. Jestem tutaj z tobą, Tom, żeby mu pomóc, Jestem z tobą, żeby namówić go na powrót do domu. Odpowie ci, że właśnie jest w domu.
[…]
Przed ułożeniem się spać siedzieliśmy oboje pod gwiazdami, popijając francuskie wina, a Savannah recytowała z pamięci wszystkie swe wiersze. Większość z nich sławiła nadbrzeżną krainę Karoliny! jej język, a słowa płynęły nad rozlewiskiem niczym srebrnoskrzydłe, zagubione motyle, które żywiły się tajemnym nektarem zrodzonym z czasu, światła gwiazd i Wiatru znad Atlantyku. Opowiadając o swej rodzinnej okolicy, Savannah nazywała rzeczy ich konkretnymi imionami, których zebrała tutaj wielkie bogactwo. W wierszach były nie jakieś tam ptaki, lecz śnieguły i łuszczę. Sławiła zmierzchnice za ich zdolność mimikry, z uczuciem mówiła o przedrzeźniaczach, potrafiła nazwać każde najdrobniejsze stworzenie, jakie sieć wydobyć mogła z morskiej wody, znała wszystkie odmiany fiołków i róż. Wiedzę tę nabywała w sposób tak naturalny, jak babie lato naturalne jest dla jesieni. W wierszach ciskała róże na płonące fale naszej historii. Gdy zbrakło róż, na pierwszym planie pojawiały się chmurne anioły, które nuciły kantyczki o nożu i uległych, niebieskawych żyłach na przegubie, T jak w przypadku wszystkich wielkich poetek naszego stulecia, jej skargi i rany przeradzały się w piękno artyzmu.
[…]
Wyrosłem w miasteczku, które miało wszystkiego sześć tysięcy obywateli, i nawet pośród nich nie byłem najciekawszą osobą. Do diaska, nawet we własnej rodzinie nie ja byłem najbardziej interesujący. Jakże więc mogę być przygotowany na miasto ośmiomilionowe? Tam każda telefonistka w centrali ma więcej osobowości ode mnie. Nie znoszę wielkich miast, które wrzeszczą na mnie z góry: „Ej, Wingo, gówno jesteś wart”, chociaż ja tylko wyszedłem, żeby kupić sobie kanapkę z pastrami. Dla mnie jest tam dużo za dużo wszystkiego, Savannah. Mogę przystosować się do wielu – sytuacji, z wyjątkiem tych, które są tytaniczne i kolosalne. Ale z tego jeszcze nie wynika, że marny ze mnie człowiek. Właśnie takiej odpowiedzi można się spodziewać po prowincjuszu. A ja tak bym chciała, żebyś nie był przewidywalny. Kiedyś nie byłeś. Nieprawda, kochana siostrzyczko. Pamiętaj, że w końcu mamy wspólne korzenie. Nasz ojciec jest tak wierną kopią przeciętnego południowca, że zakrawa to na genialność lub parodię. Tak samo jest z Lukiem. Do diabła, on przecież dokonał secesji od Stanów Zjednoczonych. Ja jestem kopią. Na Południu nie rodzą się idee jest tylko pieczenina. Stopy mam przybite do czerwonej gliny, ale zjem wszystko, co pochodzi z rożna. I tylko ty obdarzona zostałaś skrzydłami, Savannah. I to prawdziwa rozkosz patrzeć Jak wzbijasz się w pieprzone niebo.
[…]
Na każdą Gwiazdkę od czasu skończenia szkoły Savannah przysyłała mi w prezencie oprawny w skórę zeszyt, podobny do tych, których sama używała, i zachęcała mnie, abym i ja rejestrował codzienne szczegóły. Schludne brązowe książeczki układały się w stosik na półce nad moim biurkiem, a jeśli było w nich coś godnego uwagi, to fakt, iż nigdy nie zapełniłem w nich ani jednej linijki. Z przyczyn niejasnych dla mnie samego, w księdze własnego życia nigdy nie złamałem ślubu milczenia. Stałem się właścicielem półki oskarżycielskich dzienników, które niczego nie ujawniały z mego życia wewnętrznego. Nieobcy mi był zmysł samokrytycyzmu, ale obawiam się, że w dziejach moich porażek jego triumf był najbardziej niewybaczalny. Wiedziałem, że całymi dniami mogę opowiadać o swoich wadach, ale nigdy nie pozbędę się tego specyficznego poczucia zadowolenia z siebie. Powtarzałem sobie, że zacznę prowadzić dziennik, kiedy będę miał coś interesującego do powiedzenia. Nie chciałem zostać jedynie biografem własnych klęsk, chciałem napisać coś godnego uwagi. Owe puste zeszyty były wymowną metaforą mego życia. Żyłem w straszliwym przekonaniu, że pewnego dnia okażę się starcem, który ciągle czeka na rozpoczęcie się prawdziwego życia. I już teraz opłakiwałem tego starca.
[…]
Czego właściwie chcesz dowieść, Luke? – spytałem. Nie wiem, Tom – odrzekł. Chcę chyba pokazać, że jest na całej ziemi przynajmniej jeden człowiek, który nie stał się owcą. Od tego przynajmniej się zaczęło. Byłem tak cholernie wściekły na mamę, miasto i władze, tak schwytany w ich sieci, że nie widziałem dla siebie żadnego wyjścia. Kiedy jednak wysadziłem te mosty, a potem zginęli ci czterej, nie było już drogi odwrotu. Teraz większość czasu spędzam na ukrywaniu się przed nimi. I ani razu nie pomyślałeś o tym, żeby się poddać? – spytała Savannah. Nie. Muszą wiedzieć, że ich projekt spotkał się jednak z jakąś opozycją. Nie żałuję niczego, z wyjątkiem śmierci tych czterech ludzi. No, może żałuję jeszcze tego, że nie byłem bardziej skuteczny.
[…]
Przez dwa dni w uświęconym obecnością Luke’a sekretnym świecie pełnym srebrzystej poświaty, z wolna ustępującej miejsca porankom, które nasycała woń palm, brat opowiedział historię swej rebelii przeciw krajowi. Poczucie niesprawiedliwości kazało mu z bronią w ręku stanąć w obronie zagrabionej ziemi. Fakt, że niczemu nie udało się zapobiec, z protestu uczynił nieodpartą konieczność. Nie mając za sobą żadnego zwycięstwa, nie mógł odwołać jednoosobowej wojny. Stał się pierwszą ofiarą swojej brawury. Zrazu myślał, że powrócił do Colleton, ponieważ był już ostatnim człowiekiem z zasadami, jakiego wydało miasto. Podczas długiej samotności zaczął sobie jednak uświadamiać, że za sprawą swej wyniosłej dumy z prostej decyzji politycznej uczynił sprawę honoru. Nie widział, jak się wycofać, i bywały chwile, gdy nadal wydawało mu się, że robi to, czego właśnie należało się spodziewać po osobie jego pokroju. Wcale nie utracił przekonania, że ma rację, fakt jednak, iż pozostał samotny, zaczynał być coraz poważniejszą winą. Opowiadał znużonym głosem o żmudnym przemykaniu się przez oczyszczoną z mieszkańców okolicę, spotkaniach ze zbrojnymi patrolami, ucieczkach do Georgii po każdym udanym rajdzie, cierpliwym podkradaniu dynamitu z budowy, niebezpieczeństwach, które na niego czyhały, ilekroć łódkę kierował w główne koryto. Od Wietnamczyków nauczył się działać w ciemności oraz cierpliwości, nieodzownej wtedy, kiedy przeciwko sobie miało się o wiele liczebniejszego przeciwnika. Mówił o tym, jak długo obserwował mosty wysadzone na północy hrabstwa. Nie mógł uwierzyć, że tak słabo były bronione; udało mu się zamontować cztery bomby z opóźnionym zapalnikiem, które eksplodowały jednocześnie o drugiej w nocy, sam zaś zdążył wrócić na Chruścielową Wyspę przed wschodem słońca. Mostów, podobnie jak wszystkich innych punktów o znaczeniu strategicznym, zaczęto pilnować znacznie uważniej, ale tym, co naprawdę zmieniło charakter całego przedsięwzięcia, mówił Luke, była śmierć tych czterech mężczyzn. Rozlana krew odebrała jego protestowi moralne uzasadnienie. Skoro już musiał zabić, to lepiej, żeby ktoś inny stał się ofiarą.
[…]
W głębi duszy nie potrafił zrozumieć, dlaczego natychmiast nie przyłączyli się do niego wszyscy Amerykanie, kiedy poznali sens jego sporu z władzami. Nie uświadamiał sobie, że sprzedawanie ziemi i praw do miejsca rodzinnego było w Ameryce królewskim sportem. Rodzice nauczyli go wierzyć, iż dla mieszkańców Południa nic nie jest cenniejsze od ziemi przodków. To miłość do niej miała ich odróżniać od reszty Amerykanów i wynosić ponad nich. Zdaniem Luke’a jego jedyny błąd polegał na tym, że uwierzył w znakomitość południowego sposobu życia; potraktował słowa zbyt poważnie. Kiedy się tutaj znalazłem, myślałem o sobie” że jestem ostatnim południowcem. Potem zacząłem nazywać siebie ostatnim dupkiem Południa.
[…]
Drugiej nocy opowiadał o swych odwiedzinach w mieście i cudownych wizjach jego odrodzenia w ziemi. Ze zdumieniem i strachem mówił o swych coraz częstszych monologach. Te samotne rozmowy napełniały go lękiem, zarazem jednak nadawały nowy sens jego przedsięwzięciu. Wspominał, jak nie mógł odnaleźć miejsca po domu dziadków, potknął się o krzyż Amosa i jak raz jeszcze poniósł go po Street of Tides, by potem przyzywać wszystkie sklepy miasta, które z ochotą odradzały się na jego oczach. Całe miasto z pasją sprzeciwiało się wyniszczeniu, a on był tego świadkiem. Kiedy się odwrócił, zobaczył, że w jego kierunku zmierza pan Fruit, podobny jak on banita, nadal wykonujący swą cudaczną służbę drogową. Dął w gwizdek i sterował ruchem niewidocznych pojazdów, a ruchy jego pełne były milczącej prostoty i wielkości. Tyle, że jego materializacja sprawiła, iż rozmył się i rozpłynął obraz zmartwychwstałego miasta.
[…]
Po pogrzebie [zastrzelonego Luke’a – przyp. aut.] wzięliśmy z Savannah ciało Luke’a, wywieźliśmy daleko poza strefę trzech mil i powierzyliśmy Golfsztromowi, który tak ukochał. Po tym, jak przerzuciliśmy przez burtę obciążoną balastem trumnę, Savannah odczytała wiersz, który napisała ku czci Luke’a. Nosił tytuł Książę przypływów. Kiedy przebrzmiało ostatnie słowo, zawróciliśmy do Charlestonu, wiedząc, że do końca życia będziemy się uczyć, jak się obyć bez Luke’a. Mieliśmy całe lata na to, żeby rozpadać się wewnętrznie i robić to z klasą.
[…]
Kiedy doszedłem do momentu pochowania Luke’a w morzu, Susan [Lowenstein – przyp. aut.] trzymała mnie w ramionach, gładziła po włosach i osuszała łzy. Opowieści o Luke’u wysłuchała niejako psychiatra, lecz jako moja kochanka, towarzyszka, najlepsza przyjaciółka. Przez dwa tygodnie kochaliśmy się tak, jak gdybyśmy przez całe dotychczasowe życie czekali na chwilę, aż padniemy sobie w ramiona. Każdego dnia szliśmy na długi spacer wzdłuż morza, zbieraliśmy kwiaty i jagody, wykopywaliśmy kraby, aż wreszcie odwracała się do mnie, przeciągała palcami po plecach i szeptała: „Wracajmy do domu, żeby się kochać i opowiadać o wszystkim, co zdarzyło się w świecie”. Tak wspaniale było jej o tym mówić. Ostatniego wieczoru w Maine siedliśmy na skale, okryci kocem. Księżyc zasłał ocean srebrzystą narzutą, niebo było rozgwieżdżone i czyste. Czy nie zatęskniłeś za miastem, Tom? – spytała, całując mnie w policzek. Ja jestem już zmęczona tym spokojem, ciszą, pięknem, wspaniałym jedzeniem i cudownym seksem.
[…]
Savannah wydawała się zdziwiona moim widokiem, kiedy pielęgniarka wprowadziła ją na salę wizyt. Trochę niezgrabnie mnie pocałowała, ale przycisnęła mocno i powiedziała: Pozwolili ci. Lowenstein daje ci przepustkę na jeden dzień. Na mnie spadnie całkowita odpowiedzialność, jeśli skoczysz z Empire State Building z połówką salta do tyłu. Postaram się kontrolować – powiedziała z uśmiechem. Zabrałem ją do Muzeum Sztuki Współczesnej, gdzie była wystawa zdjęć Alfreda Stieglitza i malarstwa Georgii O’Keeffe. Przez pierwszą godzinę rozmawialiśmy bardzo mało i tylko kroczyliśmy obok siebie z galerii do galerii. Zbyt wiele czasu, zbyt wiele krwi rozlało się w zakolach wspólnej przeszłości. Tyle lat zrabował nam bezwzględny los, iż teraz każde z nas lękało się odezwać przedwcześnie. Pierwsze pytanie całkiem mnie zaskoczyło. Wiesz o Renacie Halpern? – spytała, gdy zatrzymaliśmy się przed fotografią nowojorskiej sceny ulicznej. Mhm – mruknąłem. Kiedyś wydało mi się to dobrym rozwiązaniem. Nie byłam wtedy w dobrej formie. Szukałaś ucieczki – powiedziałem. Każdy to może zrozumieć. A zwłaszcza ja.
[…]
Savannah przyjrzała mi się uważnie. To dlaczego nie jesteś szczęśliwy, Tom? Z tego samego powodu co ty. Weszliśmy do sali Moneta; usiadłem na ławce pośrodku i wpatrzyłem się w płótna pełne lilii i stawów. Było to dla Savannah najulubieńsze miejsce na świecie i zawsze tu przychodziła, aby wprawić się w lepszy nastrój. Lowenstein niedługo zwolni cię do domu – oznajmiłem. Chyba już jestem gotowa – rzekła. Gdybyś znowu postanowiła się oddalić, daj mi znać. Być może jeszcze długo będę musiała pozostać z daleka od was wszystkich – powiedziała. Będę cię kochał, cokolwiek zrobisz, ale nie mogę znieść myśli o świecie bez ciebie. Czasami mi się wydaje, że świat beze mnie byłby znacznie lepszy – westchnęła, a smutek w jej głosie poruszył jakieś głębokie struny w mej duszy. A ja wiem, co może to zebrać – powiedziałem i wskazałem na senne, nieśmiertelne kwiaty Moneta unoszące się na zimnych wodach Giverny. Savannah podniosła wzrok, a ja ciągnąłem: – Twoja sztuka. Możesz napisać piękne wiersze o naszym bracie. I to tylko ty możesz nam przywrócić Luke’a.
[…]
Walizka otworzyła się i papiery rozsypały się na trotuar, spływając pod koła samochodów. Otarła mi jedną łzę, drugą scałowała. Wiedzieliśmy, że nadejdzie taki dzień. Mówiliśmy o tym. Jedną z tych rzeczy, które w tobie kocham, Tom, jest twoje bezgraniczne przywiązanie do rodziny, Do cholery z rodziną. Do cholery z Sallie, która pokochała cię, zanim ja to zrobiłam. Te słowa mnie dobiły i jeszcze głośniej załkałem, wtulony w jej ramię. Pogładziła mnie po głowie i dodała: Muszę sobie znaleźć jakiegoś fajnego żydowskiego chłopaka. Wy, goje, zawsze mi coś wykręcicie. I poprzez łzy oboje ryknęliśmy śmiechem.
[…]
Więc co się stało? Zadziałała jedna z najważniejszych cech mego charakteru. Nie mam odwagi, aby porzucić żonę i dzieci, a nowe życie rozpocząć z tobą. Nie potrafię i musisz, mi to wybaczyć, Susan. Jest we mnie taka cząstka, która pragnie cię tak, jak niczego innego na świecie. Ale inna cząstka wzdraga się przed jakimikolwiek istotnymi zmianami w życiu. I ta druga jest silniejsza. Przecież mnie kochasz, Tom – powiedziała. Nie wiedziałem, że można być zakochanym w dwóch kobietach naraz. Wybierasz jednak Sallie. Wybrałem wierność swojej historii. Gdybym był odważniejszy, potrafiłbym postąpić inaczej. Co takiego mam zrobić, żeby cię zatrzymać przy sobie? – zapytała z pasją. Powiedz mi, proszę. Nie znoszę błagać o cokolwiek, ale tym razem gotowa jestem nawet do takiego poniżenia. Powiedz!!! Odrzekłem z przymkniętymi oczyma: Spraw, bym urodził się w Nowym Jorku. Pozbaw mnie przeszłości. Odbierz mi wszystko, co poznałem i pokochałem. Nie pozwól mi spotkać Sallie i mieć z nią córek. Usuń moją miłość do niej.
[…]
Na La Guardia pocałowałem ją mocno, a potem odwróciłem się raptownie i ruszyłem do odprawy. Zawołała mnie i odwróciłem się: Tom, pamiętasz mój sen? Jak tańczymy podczas śnieżycy? Nigdy go nie zapomnę. Teraz to Susan płakała, a rozstając się z nią, czułem się jak morderca Obiecaj mi coś, trenerze. Obiecaj mi, że kiedy wrócisz już do tej swojej Karoliny Południowej, przyśnię ci się chociaż raz. Obiecaj mi.
[…]
Cała rodzina zgromadziła się, aby obserwować koniec dnia. Ogromne, czerwone słońce zaczęło się zapadać na zachodzie i jednocześnie po przeciwnej stronie rzeki wynurzył się księżyc obleczony we własny odcień czerwieni, by wzbijać się ponad drzewa niczym blado-ognisty ptak. Słońce i księżyc jakby nawzajem się pozdrawiały, w zgodnym tańcu światła poruszając się za, przesłoną dębów i palm. Ojciec stał zapatrzony i pomyślałem, że zaraz się rozpłacze. Po latach więzienia powrócił nad morze, w krainę, do której należał sercem i duszą. Dzieci krzyczały, na przemian wskazując to na słońce, to na księżyc. Każdego wieczoru po zakończeniu treningu wracam do domu ulicami Charlestona swym volkswagenem» odsunąwszy w nim dach. Jest już ciemno, rześki wiatr jesienny rozwiewa mi włosy. Kiedy pod gwiazdami wjeżdżam na most, spoglądam na północ i marzę, by każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie dane były dwa życia. Za mną Charleston wibruje w zimnych eliksirach jego niepochwytnego piękna, przede mną żona i dzieci czekają na mój powrót W ich oczach wyczytuję swe rzeczywiste życie i przeznaczenie. W tej jednak chwili pogrążam się w życiu sekretnym i na szczycie mostu szeptem wygłaszam modlitwę, przeprosiny, pochwałę. Nie potrafiłbym wam wyjaśnić, dlaczego to robię, ale każdego wieczoru, kiedy zmierzam do swego południowego domu i południowego życia, szepczę: „Lowenstein, Lowenstein”.
Pat Conroy, Książę Przypływów
Sfilmowana powieść psychologiczno-obyczajowa Pata Conroy ’a – amerykańskiego pisarza przenosi akcję tej fascynującej opowieści do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, przede wszystkim do samego Nowego Jorku z Manhattanem, choć w suspensach narracyjnych najczęściej przywołuje się rozlewiska hrabstwa Colleton w Karolinie Południowej, wydarte czasowi wydarzenia z Atlanty w Georgii, a nawet i epizody z Miami na Florydzie, przenosi do sagi rodzinnej toczącej się od lat czterdziestych po lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Tom Wingo, charakterny „południowiec” z traumą po nieco ekscentrycznej, przez co aż za bardzo typowej rodzinie karolińskiej, udaje się do Nowego Jorku, żeby znowu „ratować” podupadające zdrowie psychiczne swej siostry bliźniaczki Savannah, gdzie też poznaje psychiatrę doktor Susan Lowenstein, u której z kolei życie osobiste i rodzinne w cieniu geniusza muzycznego jawi się jako smutne, nudne i schematyczne. W skrzyżowaniu się skrajnie odmiennych światów i dróg życiowych rodzi się między nimi nieoczekiwana więź, która przewartościuje ich myślenie o człowieku, żywo uwikłanym w nieprzebytym czasie i przestrzeni. Opowieść Conroy’ a to przede wszystkim gromki traktat o tym nieuchwytnym niemal też toksycznym przywiązaniu do najbliższych oraz o miłości do tej małej czy nawet osobliwej ojczyzny.