04.09.2024

„Największym niebezpieczeństwem może być
twoja głupota”
„Nieliczni ludzie są odważni z urodzenia;
wielu staje się takimi
za sprawą siły samej dyscypliny”
„Temu, kto śmieje się z siebie samego,
nigdy nie zabraknie powodu do śmiechu”
„Psy na szczęście nie są ograniczone przez wyobraźnię.
Żyją chwilą,
nie strachem przed przyszłością”
[…]
Jeśli lord John Grey dobrze się orientował, macochy, tak jak przedstawiano je w literaturze, były na ogół sprzedajne, złe, podstępne, niebezpieczne, czasem skłonne do kanibalizmu. Ojczymowie natomiast jawili się jako osobnicy bez znaczenia czy wręcz nieszkodliwi. Dziedzic Allworthy, jak sądzisz? – zwrócił się do swojego brata. Czy też Klaudiusz? Hal stał niespokojnie, bawiąc się globusem. Nagle przestał nim kręcić i popatrzył na Greya; w jego oczach malowało się niezrozumienie. Co? Ojczymowie – wyjaśnił Grey. Wydaje się, że w porównaniu z ich kobiecym odpowiednikiem niewielu ojczymów można znaleźć na stronicach książek. Zastanawiałem się po prostu, jaki będzie wybór naszej matki w sensie charakterologicznym. Halowi nerwowo zadrżały nozdrza. Jego lektura ograniczała się do Tacyta nieco bardziej szczegółowych, zarówno greckich, jak i rzymskich, opisów osiągnięć militarnych. Czytanie powieści uznawał za objaw słabości moralnej; rzecz wybaczalna, a nawet zrozumiała poniekąd w przypadku ich matki, która była ostatecznie kobietą. Trudniej przychodziło mu akceptowanie faktu, że młodszy brat też oddawał się temu występkowi, teraz, jednakże spytał tylko: Klaudiusz? Ten z Hamleta? Z pewnością nie, Johnie, chyba że wiesz o matce coś, o czym ja nie mam pojęcia. Grey szczerze wierzył, że zna matkę o wiele lepiej niż Hal, ale nie był to odpowiedni czas ani miejsce, by o tym wspominać.
[…]
Obaj byli świadomi, że coś unosi się między nimi w powietrzu, równie odurzające jak woń wina i cynamonu. Hal i sir George zaczęli wypowiadać słowa sugerujące rychłe pożegnanie, czemu towarzyszyły zapewnienia o wzajemnym szacunku. Przez chwilę długie ciemne rzęsy Percy’ego dotykały policzków, potem uniosły się gwałtownym ruchem; oczy młodzieńca napotkały spojrzenie Greya. Być może, zechciałby pan pójść ze mną do salonu lady Jonas… Będzie tam Diderot. W sobotę po południu, jeśli pan zechce? Więc zostaniemy kochankami? O, tak – odparł Grey i przytknął serwetkę do ust. Poczuł pulsowanie krwi w koniuszkach palców. Tak sądzę. No cóż, to chyba nie jest kazirodztwo, pomyślał i odsunął krzesło, by wstać.
[…]
Nagle Grey ujrzał oczami wyobraźni Percy’ego Wainwrighta leżącego przy nim na prześcieradle i poczuł niezwykłą falę ciepła, niewspółmiernego do gorąca szkandeli. Wątpię – odparł, nie zapomniawszy się uśmiechnąć. Możesz zgasić świecę, Tomie. Dziękuję. Życzę dobrej nocy, milordzie. Drzwi zamknęły się za Tomem Byrdem, Grey zaś leżał i wpatrywał się w refleksy blasku ognia. Nie przywiązywał się szczególnie do miejsc, bo jako żołnierz nie mógł tego czynić, ani też nie uważał, by ten dom stanowił ważką część jego przeszłości; hrabina kupiła go zaledwie kilka lat wcześniej. On jednak odczuł osobliwą tęsknotę, lecz nie potrafił określić jej źródła. Chłodna noc, choć cicha, mimo to wydawała się pełna niespokojnego ruchu: migotania ognia i migotania płonącego w jego ciele podniecenia. Czuł, jak coś się porusza, drga, i odnosił nieodparte wrażenie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. To oczywisty nonsens, ma się rozumieć. Bo nic nigdy nie było takie jak dawniej. Mimo wszystko długo nie mógł zmrużyć oka i pragnął, by czas zatrzymał się w miejscu. Jednakże ogień też zamarł, a on zasnął, świadom wzmagającego się na zewnątrz wiatru.
[…]
Czy mylił się co do zauroczenia? Nie. Wciąż czuł niezwykłe ciepło oczu Wainwrighta i ciepło jego dotyku, gdy uścisnęli sobie na pożegnanie dłonie. Możliwość, iż Percy Wainwright wstąpi do jego pułku, była intrygująca, rozważana zaś w jasnym świetle dnia, jawiła się także jako niebezpieczna. Nic nie wiedział o tym człowieku. Fakt, że to pasierb generała Stanleya, gwarantował przynajmniej niejaką dyskrecję Grey znał jednak kilku dyskretnych z pozoru łajdaków. Nie wolno mu też było zapominać, że do pierwszego spotkania między nimi doszło w Lavender House, w miejscu, które skrywało liczne sekrety. Czy wtedy Wainwrightowi ktoś towarzyszył? Grey zmarszczył czoło, próbując przypomnieć sobie tamtą scenę, ale szczerze powiedziawszy, wydawał się wówczas tak rozkojarzony, że dostrzegł zaledwie kilka twarzy. Odniósł wrażenie, że Percy był sam, ale… tak. Nie inaczej, gdyż nie tylko się przedstawił, lecz pocałował też dłoń Greya. Zapomniał o tym i teraz jego ręka zacisnęła się bezwiednie, a przez ramię przebiegł lekki dreszcz. Owszem, ja też chętnie bym go udusił – mruknął mężczyzna siedzący obok niego. Przeklęty gaduła.
[…]
Podszedł do drzwi, ale wyjrzawszy na korytarz, wcale ich nie zamknął. To ciekawe, pomyślał Grey. Czyżby Hal przypuszczał, że pan Beasley może się podkraść i podsłuchiwać, gdyby gabinet był zamknięty? Tak, ta kartka pochodziła z jednego z dzienników – wyjaśnił Hal bardzo cicho. Z ostatniego. Grey skinął głową. Data na tej stronie została umieszczona na dwa tygodnie przed śmiercią ich ojca. Książę był niezwykle sumiennym pamiętnikarzem. W domu przy Jermyn Street znajdowała się mała biblioteczka pełna dzienników prowadzonych przez ponad trzydzieści lat. Grey zapoznał się z ich treścią i odczuwał wdzięczność dla ojca za to, że je zachował. Pozwoliły mu dowiedzieć się o nim czegoś jako o człowieku, kiedy sam osiągnął już wiek męski. Ostatni tom kończył się na trzy miesiące przed zgonem księcia; musiał być jeszcze jeden wolumen, Grey jednak nigdy go nie widział.
[…]
Wciąż przeżywał szok, jakiego doznał, gdy Hal wrzucił papier do ognia, i trudno było mu się pogodzić z faktem, że słowa jego ojca, choć na pozór prozaiczne, zostały na zawsze utracone. Dzienniki księcia nie stanowiły sekretu, a jednak czytywał je w tajemnicy, wyjmując po jednym z półki i przemycając każdy tom do swojego pokoju, a potem odkładał na miejsce ostrożnie, by nikt tego nie zauważył. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego tak mu zależało na tym, by ta pośmiertna relacja z ojcem pozostała sprawą osobistą. Ale taka właśnie była. Zdołał, w mniejszym lub większym stopniu, odtworzyć w pamięci choćby sens słów na nieistniejącej już kartce, kiedy Hal skulił ramiona i odezwał się niespodziewanie:
[…]
Hal odetchnął głęboko, ale wydawało się, że trochę się uspokoił. Nie. W każdym razie nie wprost. I dzięki Bogu, nie krążyły takie pogłoski. Jedynie sporadyczne oskarżenia w chwili jego śmierci, wysuwane przez członków Stowarzyszenia. Były powszechne i wymierzone w niemal każdego znanego człowieka powiązanego z bańką spekulacyjną Kompanii Mórz Południowych. Winą za ten skandal obarczano „kompanie pederastów”, choć Bóg wie, że wskazywano też wszelkie inne ugrupowania i każdego, kto się tylko nawinął. Ale Stowarzyszenie odgrywało wówczas znaczącą rolę, a rzekome spiski pederastów stanowiły jego szczególną obsesję. Stowarzyszenie? – spytał tępo Grey. Co to za Stowarzyszenie? No tak, zapomniałem… byłeś wtedy za mały, by cokolwiek słyszeć… Diabelnie mały… w Aberdeen. Grey nie starał się nawet ukryć goryczy w swoim głosie, brat zaś spojrzał na niego ostro. Właśnie dlatego cię tam odesłano – odparł spokojnie. Tak czy owak, mam na myśli Stowarzyszenie Odnowy Obyczajów.
[…]
Doszło do zdrady. Ministerstwo Wojny dowiedziało się o czymś po cichu badało przez kilka miesięcy tę sprawę. Bates, tak przy okazji, przez jakiś czas, zanim wstąpił do Straży Konnej, był głównym adiutantem generała Stanleya… Chryste. Właśnie. Jak wszystko wskazuje, przekazywał tajne materiały Otwayowi, który z kolei przekazywał je Ffoulkesowi podczas schadzek. A dalej, oczywiście… Grey wciągnął powietrze głęboko w płuca. Płomień gniewu, jaki odczuwał, przygasł, pozostawiając po sobie jedynie chłód. Wszystko to jawiło się jako sprawa osobista – choć nie bezpośrednio. Hal, oczywiście, troszczył się głównie o generała i o swoją rodzinę, by dawne pogłoski nie ożyły w świetle nowego skandalu, podsycane przez rychłe małżeństwo matki. Co dotychczas uczyniono? – spytał Grey. Na ulicy nic się o tym nie mówi, w gazetach też niczego nie znalazłem. Hal przygarbił nieznacznie ramiona. Przechodzili właśnie przez bramę, gdzie płonęły pochodnie i Grey dostrzegł cień swego brata, pomniejszony i skurczony niczym obraz starego człowieka.
[…]
Grey poruszał nerwowo językiem, by zwilżyć usta i machinalnie zanotował sobie datę zakładu – 8 lipca 1741 roku. Miesiąc po śmierci ojca. Nie zamieszczono wzmianki o rozstrzygnięciu owego zakładu. Naprawdę pan nie wiedział? Longstreet przyglądał mu się z pewną dozą współczucia połączonego z ciekawością. Nie – odparł Grey, odzyskawszy wreszcie mowę. Zamknął z niejakim wysiłkiem księgę i ją odłożył. George Longstreet… to pan? Doktor pokręcił głową. Mój kuzyn. Choć byłem świadkiem tego zakładu. Usta medyka, długie i ruchliwe, skrzywiły się w kąciku. To pamiętna noc. Niewiele brakowało, by pański brat wyzwał na pojedynek Twelvetreesa, i został od tego odwiedziony jedynie przez pułkownika Quarry’ego – naówczas porucznika, oczywiście – który wykazał słusznie, że nie zachowałby się honorowo, ryzykując pozostawienie matki i młodszego brata bez opieki, gdyby przyszło mu zginąć. Musiał być pan wtedy nieledwie dzieckiem? Grey poczuł uderzenie gorąca; jego policzki płonęły. Nie pił wcześniej, ale szumiało mu w uszach, doznawał też tego dziwnego wrażenia, jak po spożyciu nadmiernej ilości wina, jakby nie był odpowiedzialny za to, co czyni jego ciało.
[…]
Mógł – jak przypuszczał – zrozumieć, dlaczego Hal nigdy nie wspomniał mu o tamtym zakładzie. Po skandalu związanym ze śmiercią ojca on, Grey, został odesłany czym prędzej do dalekich krewnych matki w Aberdeen. Spędził dwa posępne lata w szarym kamiennym mieście i w tym to czasie widział swego brata tylko dwukrotnie. I gdy powrócił do Anglii, Hal jawił mu się w samej rzeczy jako ktoś obcy, tak zajęty sprawą ponownego sformowania pułku, że nie miał czasu ani dla przyjaciół, ani dla rodziny. A potem… no cóż, poznał Hectora i w tym kataklizmie, jakim było dla niego odkrycie swej prawdziwej natury w wyniku owego spotkania, też nie zamierzał poświęcać nikomu uwagi. Bracia poznali się lepiej dopiero wtedy, gdy Grey wstąpił do pułku i zrozumiał, że podziela rodzinne zamiłowanie oraz talent do żołnierki. Hal nie zapomniał z pewnością o zakładzie, ale ponieważ, jak wszystko na to wskazywało, nie został on rozstrzygnięty, można było pojąć, że Halowi nigdy nie przyszło do głowy o nim napomknąć, zwłaszcza po tylu latach. Nie, irytowało go nie to, że Hal nie wspomniał o zakładzie, ale fakt, że jego brat nie powiedział mu otwarcie o jednym: że uważa, iż ich ojciec nie był zdrajcą. Grey żywił w głębi duszy przekonanie, że tak właśnie było, ale tej kwestii wcale nie poruszali – przypadkowy zaś obserwator wyciągnąłby zgoła odmienne wnioski z poczynań Hala, biorąc je za wysiłki człowieka, który stara się zmazać skazę wstydu i skandalu, odrzucając ojcowiznę.
[…]
Położył delikatnie dłoń na okładce. Surowo barwiona skóra, zszyte stronice. Wolumin, jak wszystkie dzienniki księcia, sporządzony tak, by przetrwał trudy rozlicznych podróży i zmienne losy kolejnych kampanii. …obserwowaliśmy wraz z V. i Johnem, jak w mroku poranka spadają perseidy. Leżeliśmy na trawniku i naliczyliśmy w ciągu godziny ponad sześćdziesiąt meteorów, co najmniej tuzin bardzo jasnych, z widocznym odcieniem błękitu i zieleni. Powtórzył sobie to zdanie w myślach, upewniając się, że tak właśnie brzmiało – jedyne, które na spalonej przez Hala stronie wymieniało go z imienia; istna perełka.
[…]
Najbardziej utkwiła mu w pamięci cisza. Mężczyźni początkowo rozmawiali, gawędząc od niechcenia, ale nie zwracał na to uwagi, pogrążony w półśnie. Potem jednak ich rozmowa zanikła. Leżeli we trzech na plecach, zwróceni twarzami ku niebiosom. Czekali bez słowa. Poeci mówili o pieśni niebios, muzyce sfer – i Bóg jeden wiedział, że to prawda. Przystanął przy oknie, spoglądając w lawendowe niebo i przywierając palcami do lodowatego szkła. Noc była bezgwiezdna; z ciemności spadały płatki śniegu, pędząc ku niemu bez końca, niezliczone. Podobnie milczące, ale nie jak gwiazdy. Padający śnieg szeptał do siebie sekretnie. A ty jesteś bujającym w obłokach idiotą – oznajmił głośno i odwrócił się od okna. Zacznij pisać wiersze. Położył się z niechęcią i leżał, wpatrując się w sufit. Wspomnienie tamtej obserwacji gwiazd uspokoiło go, choć nie sądził, że zdoła zasnąć. Zbyt wiele myśli kłębiło mu się w głowie, równie nieskończonych i zagmatwanych jak płatki śniegu. Dzienniki, które zniknęły, pojawiające się nagle kartki, pradawne zakłady – czy ten właśnie zakład stanowił trzon animozji między jego bratem a pułkownikiem Twelvetreesem? I czy ów tak zwany spisek pederastów miał coś wspólnego ze sprawami jego rodziny? Równie dobrze mógł podjąć próbę ułożenia spadających śnieżynek w jakiś sensowny wzór.
[…]
Grey poczuł, jak krew uderza mu do twarzy i podniósł filiżankę do ust, aby gorąco napoju ukryło jego zmieszanie. Poszukiwanie… osób sympatycznych nie było moim celem – zaczął rozważnie, opuszczając filiżankę. Udałem się tam, by zapytać właściciela o pewną osobistą sprawę. Mimo wszystko – dodał bez namysłu – należałoby uznać za głupca kogoś, kto nie zwraca uwagi na funt leżący na drodze obok jego stopy tylko dlatego, iż go nie szukał. Zerknął na Percy’ego, który roześmiał się z zadowoleniem. Nagle Grey poczuł przypływ ożywienia. Nie mógł już dłużej znosić przebywania w czterech ścianach i siedzieć bezczynnie. Pójdziemy? Percy dopił pospiesznie kawę i wstał, jedną ręką sięgając po płaszcz, drugą zaś odstawiając filiżankę. Na ścianach Balboy rozwieszono kwasoryty przedstawiające Modne małżeństwo Hogartha [angielski malarz i miedziorytnik – przyp. aut.], otaczały je jednak – gdzieniegdzie zakrywały – grube arkusze gazet, prywatne communiqués [z fr. komunikat prasowy, anons – przyp. aut.] i ogłoszenia z nagłówkiem „Poszukiwane”, wyrażające zapotrzebowanie na dosłownie wszystko: począwszy od sześciu ton surowego ołowiu albo całego statku Murzynów, a skończywszy na zwierzchniku firmy, człowieku o dobrym imieniu i solidnych zasobach finansowych, który mógłby przejąć zarządzanie nową spółką zajmującą się sprzedażą nieodzownych artykułów dla dżentelmenów. Czy chodziło o tabakierki, pończochy czy też kondomy – nie wyjaśniono.
[…]
Generał powiedział mi, bym pod żadnymi pozorami nie zwracał się do pańskiego brata per „Wasza Książęca Mość”, nie zdążył, jednakże wyjaśnić, dlaczego… w tamtym czasie. Grey parsknął. A wyjaśnił od tamtej pory? Nie wdawał się w szczegóły. Percy zerknął na niego zaciekawiony. Powiedział tylko, że doszło do jakiegoś skandalu i że pański brat wyrzekł się w konsekwencji swego tytułu. Grey westchnął. Wiedział, że rzecz jest nieunikniona. Mimo wszystko pragnął to pierwsze spotkanie zachować wyłącznie dla siebie i Percy’ego, wolne od brzemienia przeszłości i teraźniejszości. Niezupełnie – odparł. Coś w tym rodzaju. Jednakże pański ojciec był księciem? Wainwright popatrzył na niego nieufnie. Tak. Księciem Pardloe. Czuł się dziwnie, wymawiając ten tytuł; nie robił tego od ilu… piętnastu lat? Dłużej. Tyle czasu… Poczuł znajomą pustkę na myśl o swym ojcu. Lecz gdyby miało dojść do czegoś między nim a Percym Wainwrightem… Ale pański brat jest teraz księciem Pardloe? Owszem, jest. Nie posługuje się, jednakże tym tytułem ani się nie posługiwał w przeszłości. Zdobył się na nieznaczny gest przeprosin. Mój brat to bardzo uparty człowiek.
[…]
Potrzebował tygodni, by przywyknąć do okropnego akcentu szkockich kuzynów na tyle, by móc zrozumieć, co do niego mówią. Ale nie są przynajmniej barbarzyńcami, jak Szkoci z pogórza. I nie przyłączyli się do powstania katolickiego, jako że są w większości protestantami i nie łączą ich ze Stuartami czy klanami z pogórza ani szczególna sympatia, ani wspólne interesy. Sądzę, jednakże, iż wielu Anglików nie czyni rozróżnienia między jednym Szkotem a drugim – wtrącił Percy. Grey skrzywił się nieznacznie na potwierdzenie tych słów. Nie pomagało, że jeden z wujów mej matki i jego synowie otwarcie wspierali sprawę Stuartów. Ze względu na profity – dodał z niesmakiem. – Nie religię. To lepiej czy gorzej? – spytał Percy, którego uśmiech pozbawił owe słowa uszczypliwego charakteru. Wybór był niewielki – przyznał Grey. I zanim wszystko dobiegło końca, wplątało się w to jeszcze więcej ludzi z rodziny mojej matki. Jeśli nie znani jakobici, to z pewnością splamieni powiązaniami z tą sprawą.
[…]
Generał zabrał mnie tam, bym poznał pułkownika Quarry’ego. Jednakże lady Jonas przeprosiła mnie nad wyraz grzecznie, spytała o nazwisko – znała generała, oczywiście – i koniec końców zaprosiła do swego salonu, pozwalając mi przyprowadzić ze sobą każdego przyjaciela, jakiego mi się spodoba. Percy zarumienił się, unikając wzroku Greya. Oznajmiła, że piękni chłopcy są zawsze u niej mile widziani. Przekonałem się, że to rzecz zwyczajna w towarzystwie – odparł Grey, ignorując taktownie zarówno rumieniec, jak i jednoznaczny komplement. Bez względu na płeć. Wskazał głową czcigodną Helenę Rowbotham, której łabędzia szyja i sarnie oczy wzbudzały jak zwykle podziw, kiedy tak stała obok okna, by korzystać w pełni z bladego zimowego słońca. Zresztą – ciągnął swobodnym tonem – przyjęcia, na których wszyscy goście odznaczają się jednakowym pięknem, są zazwyczaj nudne, ponieważ ludzie ci nie oddają się rozmowom nieodnoszącym się do nich samych. Udane spotkanie wymaga uczestnictwa pewnej liczby osobników niezbyt urodziwych, lecz inteligentnych. Piękni stanowią jedynie ozdobę… pożądaną, ale nie niezbędną.
[…]
A jednak wiedział, że prawdziwa władza jest właśnie tutaj, czuł jej puls tętniący pod paplaniną. Dla większości obecnych takie salony były tym, czym się na pierwszy rzut oka wydawały: w najgorszym razie źródłem zabawy i rozrywki, a w najlepszym szansą bycia dostrzeżonym, uznanym za bohatera chwili. I to w tych najdyskretniejszych zakątkach mówiono o tym, co mogło zmienić czyjeś życie – może nawet wpłynąć na bieg historii. Czy w takich właśnie miejscach przypieczętowano los jego rodziców? To w trakcie wieczoru muzycznego matka, młoda wdowa, została przedstawiona ojcu, jak wiedział. Dlaczego się tam znalazł? Gerard Grey nie miał słuchu. Czy zjawił się z powodu polityki i napotkał nieświadomie miłość? Czy też matka była częścią owej polityki, nawet wówczas?
[…]
Rozluźnił ręce, a sygnet masoński spadł na lewą dłoń, uderzając dźwięcznie o jego pierścień. Szafir Hectora. Hal podzielał z bratem nawyk obracania w palcach przedmiotów, kiedy mówił, ale najczęściej miał w zwyczaju zdejmować i wkładać sygnety – nie po raz pierwszy zgubił jeden z nich. Grey natomiast nigdy nie ściągał pierścienia, chyba że przed kąpielą. Obrócił zaciśniętą dłonią, by szafir błysnął w blasku świecy prawdziwym błękitem. Barwą oczu Hectora.
[…]
Grey za każdym razem sądził, że będzie inaczej. Z dala od zwykłych codziennych spraw, tkwiąc na przemian w nudzie i koszmarze żołnierskiego życia, postrzegał Jamiego Frasera jako kogoś niezwykłego. Posługiwał się wyobrażeniem tego człowieka jak talizmanem, miernikiem własnych odczuć. Z pewnością owo wrażenie powinno przygasać, znikać całkowicie, kiedy widział go na żywo. Fraser był Szkotem, jakobitą, ułaskawionym więźniem, teraz tylko zwykłym stajennym – kimś, na kogo normalnie nie zwróciłby uwagi, a już bez wątpienia nie traktował jako kogoś szczególnego. A jednak za każdym razem było tak samo, do diabła. Jakim cudem? Dlaczego?
[…]
Nie przypominała w ogóle Genevy – była niska i nieco zaokrąglona, jasnowłosa jak matka. Geneva natomiast odziedziczyła aparycję po lordzie Dunsanym, odznaczała się wysokim wzrostem i gęstymi kasztanowymi włosami. Głowa Isobel sięgała Greyowi ledwie do podbródka. Będzie lepiej – wyszeptał do niej. Ból nie przemija, ale staje się znośniejszy. Naprawdę. Wyrwała się gwałtownie z jego objęć, twarz miała wykrzywioną. Ale co mam robić teraz? Jak mam żyć, dopóki tak się nie stanie? Zakrztusiła się, wytarła cieknący nos rękawem i obróciła na niego gniewne spojrzenie. Jak? Co mogę uczynić? Zawahał się, pragnąc żarliwie powiedzieć jej coś kojącego, choć wiedział, że nic takiego nie istnieje. Ja… rozbijałem przedmioty – oznajmił z wahaniem. Kiedy umarł mój ojciec. Pomagało. Trochę.
[…]
Grey uniósł brwi, zachęcając służącego do mówienia. Mówili… czy to prawda, milordzie, że jak ktoś szlachetnie urodzony ginie z własnej ręki, to Korona zabiera mu majątek? Grey poczuł ściskanie w trzewiach, ale odpowiedział ze spokojem. Dlatego właśnie ława koronerów określiła śmierć hrabiego jako wypadek. Tak. Na mocy twierdzenia, że samobójstwo to przestępstwo przeciwko Bogu, a także państwu. Nie jest, jednakże nieodwracalną konsekwencją. Król może postanowić, że nie dojdzie do konfiskaty albo… uznaje się, że odebranie sobie życia nastąpiło w chwili, gdy umysł danej osoby uległ obłędowi, a tym samym osoba ta zostaje uwolniona od brzemienia winy. Wziął głęboki oddech i odwrócił się, by spojrzeć w oczy służącemu. Tak mówiono o mym ojcu. Że był obłąkany.
[…]
Sen, jednakże uparcie nie nadchodził. U wezgłowia łóżka usadowiła się zła wróżka bezsenności, przywołując wszystko: począwszy od makabrycznej opowieści Toma o śmierci Genevy po samooskarżenia jej ojca obwiniającego się bezustannie o zaaranżowanie małżeństwa córki i pozostawienie jej zbyt wielkiej swobody. Dostał do swej dyspozycji ten sam pokój co zwykle. Niebieski, jak go nazywano, z powodu wzorzystej jedwabnej tapety na ścianach, pełnej powtarzających się scen holenderskiego życia – błękit Delft na kremowym tle. Męski w charakterze, o luksusowym umeblowaniu, z trzaskającym wesoło ogniem w kominku, zaliczał się do jednego z najbardziej wygodnych pomieszczeń w domu. A jednak Grey czuł się w nim zziębnięty i niespokojny, jakby w niezgodzie ze swym otoczeniem.
[…]
Ile lat miała Geneva, gdy zjawił się tu po raz pierwszy? Cztery? Pięć? Widzisz ten obrazek? – wyszeptał, jakby do niewidzialnego towarzysza. Ten z łodzią żaglową? To mój ulubiony. Mogę sobie wyobrazić, jak przemierzam holenderskie kanały i widzę obracające się skrzydła wiatraków. Co to takiego wiatrak, sir? Te wypowiedziane szeptem słowa były obecne tylko w jego pamięci, lecz on sam wysunął rękę, obejmując w pamięci małą dziewczynkę, która przekradła się do pokoju w środku nocy, przerażona jakimś koszmarem. Duży wysoki młyn, taki jak nad rzeką. Koła młyńskie, pojmujesz. Ale nie ma koła na wodzie. Są za to duże żagle, cztery, niczym ramiona, na samej górze. Wiatr nimi obraca i w ten sposób mieli się ziarna. Jest taki na ścianie… widzisz go?
[…]
To stara kaplica – wyjaśniła. Mamy tam ducha, wiedział pan? No cóż, żywię nadzieję, że to prawda – odparł żartobliwie. Wszystkie szacowne rodziny mają swojego ducha. Patrzyła na niego dziwnie przez chwilę, potem się roześmiała. Ten nasz to mnich, młody człowiek, który klęczy tam nocą pogrążony w modlitwie. A jakiego ducha posiada pańska rodzina, lordzie Johnie? Och, nie jesteśmy dostatecznie szacowni, żeby mieć własnego – zapewnił ją z powagą. Chyba że mowa o starym szkielecie w szafie. Słowa te sprowokowały ją do nieumiarkowanego śmiechu – nie miała pojęcia o tym, jak prawdziwe są jego uwagi, pomyślał teraz, uśmiechając się nieznacznie na to wspomnienie. Lecz ten uśmiech przygasł wraz ze świadomością, że nigdy więcej nie usłyszy śmiechu Genevy. Nagle uświadomił sobie nieodwracalną nieobecność tej dziewczyny. Tak bardzo zajmował go smutek rodziny, że przeżywał jej stratę tylko jako ich stratę, okropną, ale nie dotykającą go zbyt osobiście. Teraz, w zupełnej samotności, pojmował ją jako własną. Stał przez chwilę, a jego żal przypominał małą łzę w duszy.
[…]
Po kilku kolejnych zakrętach dotarł niespodziewanie do zewnętrznej ściany domu, jak się zdawało, bo w pokrytych porostami kamiennych blokach widniało łukowate nadproże w kolorze miodu. Stanowiło najwyraźniej wejście do kaplicy; w łuku wyrzeźbiono postaci świętych i aniołów. Uniknęli w poprzednim wieku okaleczeń z rąk wandali Cromwella – dostrzegł pośrodku postać archanioła Michała, jak się domyślał, z wysoko wzniesionym ognistym mieczem. Poniżej kulili się Adam i Ewa z listkami figowymi, kobieta krzyżowała skromnie ręce na obfitych piersiach. Ostatecznie nie byli to święci. Po drugiej stronie łuku z gałęzi jabłoni zwisał splotami wąż, sprawiając wrażenie zadowolonego i rozbawionego. „Niechaj święty Michał ma nas w swojej opiece”. Te słowa pojawiły się nagle, choć Grey nie był katolikiem, w ogóle nie był zbyt religijnym człowiekiem. Słyszał je często u szkockich więźniów w Ardsmuir, wypowiadane po gaelicku, i pewnego wieczoru, gdy spożywali razem posiłek, spytał Jamiego Frasera o angielskie znaczenie. Wszystko wskazywało na to, że znalazł właściwe miejsce. W korytarzu płonęła mała lampka oliwna, przemieniając postać archanioła w surowy relief, a między szparami w drewnianych drzwiach pod łukiem można było dostrzec migotanie świecy. Zastanawiając się na nowo, co tu robi, zawahał się na chwilę, potem zaś wzruszył ramionami, wymamrotał: „Niechaj święty Michał ma nas w swojej opiece”, i wszedł do środka.
[…]
Upuścił niesioną świecę i złapał się za pasek – niestety, nie znalazł przy nim sztyletu. Z kamiennych płyt posadzki zaczęła się podnosić niespiesznie ogromna postać. Poczuł, jak jeżą mu się włoski na ciele, a krew pulsuje w skroniach. Nawet rozpoznawszy, z kim ma do czynienia, nie potrafił zapanować nad szokiem. Świeca zgasła, a człowiek ten jawił się jedynie jako ciemna sylwetka w aureoli blasku za plecami. Grey przełknął z wysiłkiem, zmagając się z sercem, które mu podeszło do gardła, i szukając słów, które nie byłyby bluźniercze. Rany… boskie – zdołał wydusić z siebie po kilku nieudanych próbach. Co pan tu na Boga robi? Modlę się – odparł ze szkockim akcentem cichy głos, którego brzmienie nie mogło ukryć zaskoczenia, a nawet gniewu. A co pan tu robi? Modli się pan? – powtórzył jak echo Grey z wyraźnym niedowierzaniem. Leżąc na podłodze? Nie widział twarzy Frasera, ale słyszał oddech dobywający się ze świstem przez zęby. Stali dostatecznie blisko siebie, by Grey czuł chłód emanujący z ciała tego człowieka, jakby był wycięty z bryły lodu. Chryste, jak długo Fraser przywierał do zimnych płyt? I dlaczego? Kiedy już oczy przywykły mu do mroku, zauważył, że Szkot ma na sobie jedynie koszulę; jego długie ciało przypominało cień. Blask świecy przenikał przez wytarty materiał. To katolicki obyczaj – oznajmił Fraser głosem równie nienaturalnym jak jego postawa. Objaw szacunku.
[…]
Fraser parsknął ironicznie przez nos. Ach tak. Wydam ich i tym samym uzyskam od pańskiego króla ułaskawienie, jak przypuszczam? To także pański król – przypomniał Grey. Możliwe, że uzyska pan ułaskawienie. Bardziej niż możliwe. Antyjakobicka histeria w latach poprzedzających powstanie złagodniała nieco, lecz zdrada stanowiła plamę, która nie zblakła z czasem; wiedział o tym aż za dobrze. Fraser się wyprostował. Odłożył widły i popatrzył na niego, a jego oczy odznaczały się tak ciemnym błękitem, że przywodziły Greyowi na myśl kamienną posadzkę katedry – przyczernioną przez upływ czasu i dotyk stóp, niemal czarną w rozlewiskach cienia, ale dostatecznie trwałą, by przeżyć ludzi, którzy po niej stąpali. Gdybym był gotów przehandlować honor za życie albo za wolność, czy nie uczyniłbym tego podczas własnego procesu? Może wtedy nie mógł pan tego uczynić. Groziłoby panu niebezpieczeństwo ze strony tych jakobitów, którzy pozostali wtedy na wolności. Ta próba nakłonienia Frasera spełzła na niczym. Szkot popatrzył na niego po prostu z taką miną, z jaką patrzy się na odchody na ulicznym bruku. Albo może uświadomił pan sobie, że informacje, jakie pan posiada, nie są na tyle wartościowe, by zdołały kogokolwiek zainteresować – zasugerował Grey, nie chcąc lub nie mogąc się poddać. Frasera zmuszono do złożenia przysięgi na wierność królowi Jerzemu, kiedy darowano mu życie po bitwie pod Culloden, ale Grey był za mądry, by to przypominać.
[…]
Zastanawiał się właśnie, jak oddać dziecko kobietom w sposób w miarę grzeczny, gdy chłopiec sam rozwiązał ten problem, bekając głośno i ochlapując ramię Greya sporą ilością częściowo przetrawionego mleka. Czy patrząc na niego, nie ma pan od razu ochoty ożenić się i mieć własnego syna? – spytała Isobel, poklepując z czułością plecy dziecka, podczas gdy niania z wielką niechęcią wycierała kompromitującą substancję z odzienia Greya. Wierzę głęboko, że potrafię zapanować nad swoją niecierpliwością pod tym względem – oznajmił, a obie kobiety wybuchnęły śmiechem, jakby udał mu się jakiś wyrafinowany żart. Och, proszę spojrzeć! Isobel utkwiła w niemowlęciu pełen radości wzrok. Uśmiecha się, lordzie Johnie. Lubi pana!
[…]
Usłyszawszy jakiś zgrzyt, Grey obrócił gwałtownie głowę. W narożniku pokoju stał duży drewniany kredens, który, jak dotąd sądził, stanowił część bezowocnych wysiłków pana Beasleya, mających na celu zaprowadzenie jakiego takiego porządku w gabinecie Hala. Drzwi owego mebla rozwarły się z wolna, ujawniając w środku jakąś postać. Grey chwycił sztylet, wydając stłumiony krzyk. Wszystko w porządku. Hal wciąż był naburmuszony, ale w jego głosie pobrzmiewała nutka rozbawienia. To tylko robot. Do tej pory stało się to już oczywiste. Kredens skrywał we wnętrzu naturalnej wielkości figurę czy raczej jej połowę; kończyła się ona na wysokości pasa, w dolnej zaś części mebla umieszczono zapewne mechanizm, którego zgrzytanie zwróciło uwagę Greya. Zbliżywszy się, by obejrzeć dokładnie ową konstrukcję, stwierdził, że figura wykonana jest z wosku, drewna i metalu i pomalowana na jaskrawe kolory, by przypominała zgodnie z powszechnym wyobrażeniem rodowitego Hindusa – oczy w otoczce grafitu, czerwone wargi, turban. Wyciągnął rękę i dotknął figury, po czym szybko ją cofnął, gdy z maszyny dobył się głośny brzęk. Postać nachyliła się ku niemu gwałtownie, ale jak się okazało, tylko po to, by wsunąć sztywną dłoń do słoika, który się przed nią znajdował. Kolejny brzęk i warkot, długa pauza… i figura powróciła do pierwotnej pozycji, machając ręką tak gwałtownie, że omal nie uderzyła Greya w twarz. Postać trzymała w metalowych palcach złożoną karteczkę, którą Grey wziął ostrożnie i rozpostarł. „Największym niebezpieczeństwem może być twoja głupota” – przeczytał głośno i wrzucił karteczkę z powrotem do słoika. Bardzo ładne. Skąd to wziąłeś, do diabła?
[…]
Jak się okazało, Percy Wainwright nigdy nie trzymał w ręku ostrza, nie wspominając już o tym, że nigdy też nie posługiwał się nim w morderczych zamiarach. By nadrobić owe szokujące braki, zgodził się po powrocie z Bath towarzyszyć Greyowi i Halowi w ich cotygodniowych ćwiczeniach. Chodziło o nabycie podstawowych umiejętności szermierczych. Ulubiona salle des armes [z fr. szkoła szermierki – przyp. aut.] Greyów znajdowała się przy Monmouth Street – był to niewielki, obskurny budynek wciśnięty między przybytek lichwiarza i sklep handlarza tekstyliami niedaleko St. Giles, a zarządzał nim niewysoki sycylijski dżentelmen, którego sprawność w posługiwaniu się rapierem ustępowała jedynie stylowi języka. Nabrać ciała – oznajmił signor Berculi bez wstępów, dźgając bezceremonialnie Hala w brzuch. Żadnych ćwiczeń, dwa tygodnie! Jakiś pidocchio [z wł. wesz – przyp. aut.] rozprawić się z panem, wepchnąć panu rapier w tyłek. Hal nawykły do signora Berculego zignorował jego uprzejmości i przedstawił pana Wainwrighta jako nowego członka rodziny i pułku. Signor zaczął krążyć wokół Percy’ego, kręcąc głową i zagryzając trwożliwie palec. Młodzieniec sprawiał wrażenie nieco zaniepokojonego, ale jednocześnie patrzył na Greya rozbawiony.
[…]
Był to przede wszystkim pokaz umiejętności. Żaden z przeciwników nie starał się uzyskać przewagi, a jedynie szukał szansy na coupé [z fr. cięcie – przyp. auty.] albo passe avant [z fr. pasywny atak – przyp. aut.]; krążyli wokół siebie, rozluźniając mięśnie. Grey zauważył, że Percy przygląda mu się z zainteresowaniem, ale signor Berculi dostrzegł jego chwilowy brak koncentracji i przywołał go ostro do porządku. Odetchnął głęboko, odurzony wonią potu, starego i świeżego, metalicznym brzękiem stali i dotykiem rękojeści na podbiciu dłoni. Uwielbiał walczyć rapierem; broń była tak lekka, że niemal traktował ją jak przedłużenie własnego ciała. Obaj: on i Hal, byli podobni pod względem fizycznym i odznaczali się identycznym wzrostem. Hal ważył o kilka kilogramów więcej, natomiast Grey miał o jakieś dwa centymetry dłuższą rękę. Pomimo tej niezaprzeczalnej równowagi – i faktu, że Hal był znakomitym szermierzem – Grey wiedział, że jest lepszy. Rzadko demonstrował ową wiedzę podczas ich wspólnych ćwiczeń, świadom, że Hal nienawidzi przegrywać i że wprawia go to w zły humor. Teraz jednak napierał na przeciwnika, a zerknąwszy na Percy’ego i czując łaskotanie skóry, zrozumiał, że zamierza tego dnia wygrać bez względu na konsekwencje.
[…]
Nie przypominamy Rosjan, pojmujesz – wyjaśnił Quarry Percy’emu w łagodny sposób. Cholerni oficerowie nigdy nie zbliżają się do swoich oddziałów i nie prowadzą ich do bitwy. Nie? Percy sprawiał wrażenie nieufnego i zdumionego jego słowami. Przez cały miniony tydzień wdrażał się w obowiązki podporucznika i porucznika: asystował przy paradach, musztrze, odprawach i zaciąganiu straży, sporządzał listę oporządzenia i zapasów – kapitan Wilmot pochwalił jego kaligrafię, nim zrugał go za niewłaściwe policzenie butów i beczek prochu – nadzorował opiekę nad chorymi w lazarecie, których na szczęście było niewielu o tej porze roku, i obchodził kwatery żołnierskie. Uważaj na frakcje – dodał Quarry. Mamy dwa bataliony: jeden walczy za granicą, podczas gdy drugi uzupełnia ekwipunek i odzyskuje siłę bojową, ale nie jesteśmy dużą jednostką, a wielu spośród naszych starych żołnierzy to weterani, którzy dobrze się ze sobą dogadują. W przyszłym miesiącu pojawią się jednak nowi ludzie, których wchłonie jedna albo druga grupa. Musisz uważać – będziesz obserwowany z powodu koneksji rodzinnych, a nie ma mowy o faworyzowaniu kogokolwiek, pomijając oczywiście to, że powinieneś zawsze bronić kompanii znajdujących się bezpośrednio pod twoim dowództwem, a będziesz miał ich cztery.
[…]
Zgromadzona przez Hala kolekcja dzieł historyków, taktyków i teoretyków była imponująca. Grey bez skrupułów sięgnął po woluminy, które według niego mogły się okazać najbardziej pomocne w militarnej edukacji Percy’ego. Najpierw wziął Epitoma rei militaris Publiusa Flaviusa Vegetiusa Renatusa – nazywanego przez współczesnych Wegecjuszem – napisaną między 385 a 450 rokiem przed narodzeniem Chrystusa. Jedną z ulubionych ksiąg Hala, w sam raz na początek. „Nieliczni ludzie są odważni z urodzenia; wielu staje się takimi za sprawą siły samej dyscypliny” – wymamrotał Grey, wsuwając tom pod pachę. Potem przyszła kolej na Mauvillona i jego Histoire de la dernière guerre de Boheme w trzech tomach, dzieło bardzo popularne, gdyż ukazało się drukiem w Amsterdamie zaledwie przed dwoma laty. W bibliotece znajdowały się tylko dwa tomy – pierwszy i drugi – Hal czytał zapewne tom trzeci – ale Grey wziął pierwszy. Wahał się między Markiem Aureliuszem, Tacytem i Vaubanem, ale pod wpływem impulsu dorzucił jeszcze Eneidę Wergiliusza dla niejakiego odprężenia. Uznał, że chwilowo powinno wystarczyć, bo Percy miał w tych dniach mało czasu na czytanie – niewiele więcej niż on sam.
[…]
Minnie była oczarowana Percym, którego dotąd nie zdążyła poznać, i jeszcze bardziej oczarowana tym, że potrzebuje jej pomocy. Grey już wcześniej dostrzegł ów paradoks kobiecej natury: niewiasty, które mdlały na myśl o silnych mężczyznach gotowych je chronić, nie pragnęły niczego tak bardzo jak wyznania bezradności ze strony jakiegokolwiek przedstawiciela płci przeciwnej.
[…]
Wejście do więzienia, nawet dobrowolne, nie zaś pod przymusem, nigdy nie jest przyjemnym doświadczeniem. Grey był ponad rok zarządcą więzienia w Ardsmuir i ilekroć się tam pojawiał – nawet we własnej kwaterze – tylekroć musiał wpierw głęboko odetchnąć i przybrać wyprostowaną postawę. Tak samo nie lubił bywać na Fleet Street w poszukiwaniu rekrutów, którzy byli gotowi służyć w wojsku, żeby uniknąć długów, ani też w mniejszych więzieniach i aresztach, skąd, co należało do jego obowiązków, musiał wyciągać żołnierzy, którzy zbłądzili. Mimo wszystko Newgate robiło wrażenie nawet na człowieku tak doświadczonym jak on; przeszedł pod podniesioną kratą w głównej bramie, mając złe przeczucie. Henry Fielding w najnowszej powieści określił owo miejsce jako „pierwowzór piekła”, a Grey uznał to za niezwykle trafne. Pomieszczenie, do którego go wprowadzono, wyglądało posępnie – tylko stół z sosnowego drewna, dwa krzesła i zimny kominek w otoczeniu ścian z bezbarwnego kamienia ze starannie wyrytymi imionami i znaczną liczbą nacięć, które sugerowały, że niejeden zdesperowany nieszczęśnik próbował wydostać się tą drogą na zewnątrz. Poza tą izbą jednak więzienie roiło się od robactwa niczym zwierzęce wnętrzności u rzeźnika.
[…]
Grey współczuł sir George’owi i był zakłopotany zachowaniem matki. Jeśli wolno, sir. Obrócił łagodnie generała ku sobie, rozpiął mu płaszcz zapiął ponownie, tym razem prawidłowo. Powiadają, że, hm, kobiety są zmienne. Ulegają atakom irracjonalnego zachowania. No tak, owszem – zgodził się generał, okazując nieco większe opanowanie. Znam wiele kobiet, których to dotyczy. Gdyby jedna z nich przysłała mi taki list, odczekałbym dzień albo dwa, by mogła dojść do siebie, a potem zjawiłbym się z naręczem kwiatów i wszystko byłoby dobrze. Uśmiechnął się ponuro. Ale pańska matka taka nie jest. Ani trochę – powiedział, kręcąc głową z pełnym bezradności zmieszaniem. To najbardziej logicznie myśląca kobieta, jaką kiedykolwiek poznałem. Do tego stopnia, że niektórzy uznaliby tę cechę za całkowicie niekobiecą. Ale ja nie – dodał pospiesznie, aby Grey nie uznał jego słów za obrazę. Wykluczone! Była to prawda – jego matka odznaczała się racjonalnym umysłem – więc Grey tym bardziej uznał tę sytuację za dziwną.
[…]
Hal wrzucił karteczkę z powrotem do słoja i nim potrząsnął. – Kapitan Rigby… Gilbert Rigby… i lord Creemore. Byłem akurat w Anglii, kiedy matka powróciła z Francji, i odwiedzałem ją niemal codziennie. Miała wielu gości, ale tych dwóch spotykałem najczęściej. Niejednokrotnie siedzieli z nią sam na sam. Grey sięgnął do słoja, by ukryć nieznaczny żal, jaki odczuł na wzmiankę o tamtych latach, kiedy to został wykluczony ze spraw rodzinnych. „Temu, kto śmieje się z siebie samego, nigdy nie zabraknie powodu do śmiechu” – przeczytał i uśmiechnął się z niechęcią. Przypominam sobie kapitana Rigby’ego z czasów, kiedy ojciec jeszcze żył, ale bardzo mgliście… Przyprowadzał swojego psa, o ile pamiętam. Nie wydaje mi się jednak, bym znał lorda Creemore. Może nie pod tym mianem. Nazywa się George Longstreet – oznajmił z powagą Hal. Wyjął ze słoja kolejną karteczkę, zapoznał się z jej treścią i kręcąc głową, wrzucił zwitek z powrotem do szklanego naczynia. Dlaczego mówisz mi o nich teraz? – spytał Grey zaciekawiony. Kiedy ostatnim razem pytałem o okoliczności śmierci ojca, nie chciałeś udzielić odpowiedzi, by nie obrazić mojej inteligencji.
[…]
Brzmiało to sensownie. Antyjakobickie nastroje przygasły w późniejszych latach wraz z porażką armii Karola Stuarta, ale choćby ślad podejrzenia o sprzyjanie jakobickiej sprawie wciąż pozostawiał piętno i mógł być wykorzystywany przez polityków i prasę. Longstreet mógłby się obawiać wówczas groźby ujawnienia, podobnie jak teraz – zauważył Grey. A kapitan Rigby? Hal się uśmiechnął. Tak przypuszczam. Zarządza obecnie Foundling Hospital. Rozwinął następną karteczkę, roześmiał się i przeczytał głośno: – „Konkluzja to miejsce, w którym odczuwa się zmęczenie myśleniem”. Grey uśmiechnął się i wstał. Przypuszczam zatem, że też do jakiejś konkluzji doszliśmy. Powiesz mi o wszystkim, co uda ci się ustalić à propos Longstreeta? Dostrzegł błysk w oczach brata, ale tylko przez chwilę, nie zdążył się więc zorientować, co to takiego.
[…]
Dwudziestego siódmego lutego w należącym do parafii opactwa westminsterskiego kościele pod wezwaniem Świętej Małgorzaty doszło do zawarcia ślubu między sir generałem George’em Stanleyem i Benedictą, hrabiną wdową Melton. Nie była to huczna uroczystość, ale przygotowana z wyszukaną elegancją i smakiem, jak zauważył Horace Walpole, jeden z gości. Olivia kazała przystroić kościół gałązkami choinek, przewiązanymi złotymi wstążkami; woń sosny i cedru odświeżyła zatęchły nieco zapach starego wnętrza. Zgromadzeni – przystrojeni złotymi koronkami i diamentami dygnitarze wojskowi, politycy, przedstawiciele śmietanki towarzyskiej – świecili niemal takim samym blaskiem jak czterysta świec. „Swymi dobrami cię obdarzam, swoim ciałem cię wielbię…”. Grey siedzący w pierwszej ławce z Percym Wainwrightem widział wyraźnie wyraz twarzy generała, który zaskoczył go łagodną powagą. Był tym bardziej zdziwiony – a nawet nieco zaskoczony – kiedy dostrzegł w oczach hrabiny błysk aprobaty.
[…]
Grey, naprężając się z wysiłku, odnalazł nogę pod jedwabiami. Druga musiała gdzieś się znajdo… znalazł ją. Chwycił kolana Olivii, mając nadzieję, że robi to w odpowiedni sposób, i starał się nie patrzeć, co się między nimi dzieje. Nagle kuzynka osunęła się, przywierając do Percy’ego tak mocno, że Grey pomimo muzyki usłyszał jego stęknięcie. Młodzieniec chwycił Olivię za ramiona i przyciągnął jej głowę o zmierzwionych włosach do swej piersi. Grey poczuł dreszcz przenikający ciało kobiety niczym fale dźwięku, które w nich uderzały, i z niechęcią spojrzał w dół. W pobliżu rozległ się łoskot, gdy drzwi kościoła się rozwarły, i po chwili przy akompaniamencie brzęku rapierów i wiwatów żołnierzy w dłonie Greya wśliznął się długi sinawy stwór, któremu towarzyszyła fala płynów brudzących mu kremowe jedwabne spodnie.
[…]
Zwłaszcza kobiety zdradzały podekscytowanie na widok psa i Grey zorientował się z ich uwag, że właściciel czworonoga, wysoki i szczupły mężczyzna o dystyngowanym wyglądzie, to sam dyrektor przytułku. Rigby najwyraźniej pozował na króla, krocząc powoli przez tłum; witał ludzi i przystawał na chwilę, by z kimś pogawędzić. Grey dostrzegł, że Rigby za chwilę się do nich zbliży, więc się odwrócił ku najbliższemu obrazowi. Wystawa była dziełem Dilettante Society, stowarzyszenia szlachetnie urodzonych i uczonych, które tym samym powołało do życia pierwszą publiczną galerię w Londynie. Malarze dostarczyli obrazy, podobnie jak majętniejsi zarządcy i wysoko postawieni patroni Foundling Hospital. Pośród współczesnych dzieł Reynoldsa, Hogartha, Casalego i Rybracka znajdowała się rzadkość – portret z wcześniejszego wieku. Popatrz na to – powiedział Grey, trącając Percy’ego łokciem. Zwrócił jego uwagę na słynny obraz pędzla Larkina, przedstawiający George’a Villiersa, pierwszego księcia Buckingham. Książę, szczupły niczym sylf, w białych jedwabnych obcisłych spodniach i obsypany klejnotami jak rękojeść sztyletu, uśmiechał się do nich z malowidła z nieco frenetyczną wesołością i spoglądał ze zrozumieniem. Percy odwrócił się po długiej chwili do Greya i wskazał głową obraz. Co myślisz? Nie ma wątpliwości, rzekłbym. Przyglądali się razem portretowi, stojąc blisko siebie; Grey czuł ciepło ramienia Percy’ego, ocierającego się o jego ramię. Dziwne, jak ujawnia się to w przypadku niektórych mężczyzn, ale u innych…Percy pokręcił głową, potem zerknął na Greya z uśmiechem. Nie u ciebie, Johnie. Ani u ciebie. Mężczyźni, których spotykał, a którzy podzielali ich „odrażającą perwersję”, w przeważającej mierze nie zdradzali aparycją najmniejszego śladu swych skłonności. Nieliczni zaś odznaczali się zniewieściałym wyglądem; ładni za młodu, starzeli się brzydko.
[…]
Grey spojrzał na młodzieńca osłupiały. O Boże – wyrzekł cicho. Perseverance, mój drogi… W porządku – zapewnił go Percy, uśmiechając się nieco pogodniej. Nie żywiłem do niej urazy. Mój ojciec zmarł rok wcześniej, a ona była zdesperowana. Ale powiedz mi, co sądzisz o naszym dobrym doktorze? Skinął głową w stronę Rigby’ego, który oddalił się już na pewną odległość, jego kordialność zaś wydawała się równie niezmordowana jak merdający ogon Herkulesa. Grey pragnął o coś jeszcze spytać, ale Percy nie chciał najwyraźniej rozmawiać na temat swego wczesnego dzieciństwa, więc Grey przekazał mu wrażenia dotyczące osoby doktora. Trudno mi sobie wyobrazić, by miał cokolwiek wspólnego ze sprawą – oznajmił w końcu. Był zaskoczony moją obecnością i jeśli nie jest nadzwyczaj przebiegły, to rzeczywiście nie wiedział o zamążpójściu mojej matki. W tym momencie pojawił się obok nich tłum, uniemożliwiając prywatną rozmowę, ruszyli więc z wolna wzdłuż galerii, zmierzając wraz z innymi do specjalnej sali, gdzie urządzono stałą wystawę obrazów Williama Hogartha – jednego z głównych dobroczyńców przytułku. Obaj znów zatopili się w swoich myślach.
[…]
Aberdeen to szare miejsce. Grey siedział na łóżku, obejmując kolana, patrzył, jak resztki nocy znikają z miejskich dachów. Kamień. Deszcz. I Szkoci. Przeklęci Szkoci. Pokręcił głową, wspominając. Dźwięk ich mowy przypominał mu chrzęst kół powozu na żwirze. Niewiele słyszałem. Skandale w Londynie… – wzruszył ramionami – …nie wzbudzały w Aberdeen żadnego zainteresowania. I przypuszczałem, że właśnie o to chodziło; ochronić mnie przed gadaniem. Kuzyni matki byli miłymi ludźmi, ale bardzo… chłodnymi. Mimo wszystko udało mi się podsłuchać to i owo. Księżna – albo też hrabina, jak zaczęła się tytułować – stała się we Francji osobą znaną ku cichej dezaprobacie jej krewnych ze szkockich nizin. Była niemłodą, ale wciąż bardzo urodziwą i bogatą kobietą. Krążyły plotki, że spotykała się z kilkoma francuskimi jakobitami. Jestem, jednakże pewien, że moja matka nie odnosiła się – i nie odnosi – z żadną sympatią do tej sprawy. Uważasz, że szukała człowieka, który zabił twego ojca. Grey skinął głową, wciąż patrząc przez okno. Widział nie jaśniejące niebo nad Londynem, tylko szare chmury burzowe Aberdeen.
[…]
Nawet zakładając, że mój ojciec był na tyle głupi, by uwieczniać na papierze takie podejrzenia – a zapewniam cię, że głupi nie był – jak ktoś zdołał to przeczytać? Nikt nie zaglądał do dzienników, także moja matka, która żartowała sobie z jego pisaniny, a on nie zostawiał ich w przypadkowych miejscach. Nie mogąc usiedzieć w miejscu, Grey wstał z łóżka, podszedł do okna i spróbował sobie przypomnieć. Starał się zrekonstruować w myślach bibliotekę w ich wiejskim domu. Nazywali owo pomieszczenie „biblioteką” bardziej dla żartu niż z jakiegokolwiek innego powodu; była to mała wypełniona książkami wnęka bez kominka, a miejsca starczało jedynie na krzesło i małe biurko. Nie przypominała w niczym pokoju, w którym ojciec mógłby przyjmować gości. Zgadzam się, że jest bardziej prawdopodobne, iż ten człowiek zabrał dziennik już po morderstwie. Percy gładził się odruchowo po ramionach, zimnych pomimo wełnianego banyana [rodzaj szlafroka, strój domowy – przyp. aut.]. Gość… który zjawił się, by złożyć kondolencje. Czy nie mógłby w takiej chwili skorzystać z okazji i zabrać ten tom?
[…]
Dwór Stuartów jest dziurawy jak sito, majorze. Z cienia dobiegł spokojny głos. Fraser znów się odwrócił, podejmując swoją robotę. Jeśli pański ojciec miał jakiekolwiek powiązania ze Stuartami i pozostał nieznany… to był bardzo przebiegłym człowiekiem. Tak – odparł posępnie Grey. Owszem. Dziękuję, panie Fraser. Jedyną odpowiedzią był szelest siana, więc wyszedł ze stajni, żegnany rżeniem koni i pozbawionym melodii gwizdaniem Frasera. Świat na zewnątrz przemienił się w miękką, pozbawioną konturów biel. Fakt, że Fraser odpowiedział jednak na jego pytanie, potwierdził podejrzenia Greya dotyczące Genevy. Nie padło ani słowo o spotkaniu w kaplicy, ale to wspomnienie było między nimi obecne. Honor nie pozwolił mu o nim nadmienić; nie chciał, by zostało potraktowane jako groźba – ale groźba się pojawiła. Gdyby ją niedwuznacznie wyraził, Fraser, kierując się własnym honorem – i usposobieniem – też rzuciłby groźbę w twarz Greyowi, odmawiając uparcie wyjawienia czegokolwiek i prowokując go do działania. Grey coś jednak zyskał. Nie był to dowód: ani potwierdzający związek Frasera z Genevą, ani świadczący o niewinności jego ojca – ale z pewnością miał się nad czym zastanawiać.
[…]
Powiedziałem, że dwór Stuartów przecieka jak sito, majorze, ponieważ zarówno król Jakub, jak i jego syn wciąż żyją, a otaczają ich nadal ci sami ludzie. O ile wiem – dodał z cierpkim humorem. Nie sądzi pan, że zrezygnowali? – spytał zaciekawiony Grey, starając się nie zwracać uwagi na tego „króla Jakuba”. – Nie mogą z pewnością żywić żadnej nadziei… Nie, nie żywią żadnej nadziei i nie zrezygnowali – przerwał mu Fraser, a w jego słowach wyraźnie pobrzmiewało rozgoryczenie. Są Szkotami i przestaną spiskować, kiedy umrą. Rozumiem. Była to prawda. Osiemnaście miesięcy w charakterze zarządcy więzienia w Ardsmuir pozwoliło Greyowi ocenić właściwie szkocki charakter. Cesarz Hadrian wiedział, na czym rzecz polega, ale późniejsi władcy Anglii byli mniej roztropni. Mając to na względzie, dobierał teraz słowa starannie.
[…]
Grey odwrócił się i zobaczył padniętego królika wierzgającego spazmatycznie nogami pod krzewem. Bez pośpiechu Fraser zbliżył się do zwierzęcia, podniósł je z ziemi i złamał mu kark. Potem podszedł do Greya i rzucił pod jego nogi bezwładne ciało. Martwy to martwy, majorze – oznajmił cicho. Nie ma w tym nic romantycznego. I bez względu na odczucia, jakie żywię w tej kwestii, moja rodzina nie przedkładałaby mej śmierci nad mój dyshonor. Dopóki żyje choć jedna osoba, którą mam obowiązek chronić, moje życie nie należy do mnie.
[…]
Opowiedział kiedyś całą tę historię – przymuszony – Halowi, choć nieskończenie bardziej wolałby, żeby go rozstrzelano za dezercję albo rozciągnięto na pręgierzu i wychłostano. Wciąż pamiętał twarz brata, kiedy mu to mówił: ulgę, zgrozę, wściekłość, rozbawienie, znowu wściekłość i niech go diabli porwą, współczucie – wszystko to przepływające niczym woda po kamieniach przez te wyraziste rysy. I te głębokie zmarszczki i ślady wyczerpania, oznaki nieprzespanej nocy, kiedy Hal go poszukiwał. Nie powiedział nikomu innemu i czuł się przez chwilę tak, jakby siedział na saniach pędzących po stromym i zaśnieżonym zboczu, pod którym rozciąga się lodowata otchłań.
[…]
Serce podskoczyło mu tak gwałtownie z podniecenia, że omal go nie zadławiło. Na polanie przebywał mężczyzna; siedział odprężony na pniu drzewa. Tak wyraźnie potrafił przywołać ten pierwszy obraz Jamiego Frasera i gwałtowną falę emocji – przerażenie, panikę, oszałamiające podniecenie. Włosy, oczywiście. Przede wszystkim włosy. Przewiązane i opadające z tyłu luźno, nie rude, lecz ciemnoczerwone – czerwień jak sierść jelenia, czerwień, która połyskiwała w blasku płomieni, gdy człowiek ten schylił się, by dorzucić patyk do ognia. Jego postura, wrażenie siły, jaką emanował. Bez wątpienia Szkot wedle ubioru, wedle mowy. Nasłuchał się opowieści o Czerwonym Jamiem Fraserze – z pewnością nie mogło istnieć dwóch takich samych. Ale czy był to – czy też mógł być – on?
[…]
Nie był w domu od trzech dni i żył tylko nieświeżą kawą i pasztecikami, a od czasu do czasu łyknął brandy. Czuł, że coś w końcu pęknie z trzaskiem i miał tylko nadzieję, że kiedy ta chwila nastąpi, będą to jedynie jego nerwy, a nie czyjś kark. Napięcie udzielało się nie tylko jemu czy innym oficerom. U zwykłych żołnierzy objawiało się to niespokojnym wyczekiwaniem, podnieceniem, nerwowością, która skutkowała kłótniami, drobnymi konfliktami i nieporozumieniami dotyczącymi niewłaściwie przyznanego sprzętu i dziwek. Były na ogół ignorowane i tłumione w zarodku przez sierżantów albo łagodzone przez przeciwne strony. Pewne sprawy jednak, siłą rzeczy, należało załatwiać publicznie. Dwa dni przed wymarszem do Gravesend, gdzie miał nastąpić załadunek, na placu koszarowym zebrano cztery kompanie jako świadków wymierzania kary. Przestępstwo: kradzież. Wyrok: sto batów – złagodzony do pięćdziesięciu przez dowódcę, aby żołnierz mógł maszerować wraz z towarzyszami.
[…]
Grey pokonał następny zakręt szlaku, depcząc kamerdynerowi po piętach i oto znalazł się na skraju ogromnej łąki wysypanej piaskiem. Wprost na niego, krzycząc niby orzeł i spoglądając dzikim wzrokiem jak jego konie, pędził jeden z germańskich bogów wojny na rydwanie ciągnionym przez cztery rozpędzone rumaki o pyskach zroszonych różową pianą. Grey uskoczył w bok i padł na ziemię wraz z kamerdynerem, konie zaś przemknęły obok nich w niewielkiej odległości. Potężne kopyta obsypały ich piaskiem i poczuli krople piany, które spadły z pysków rozpędzonych zwierząt. Jezu! Kwadryga – tak, na Boga, była to kwadryga. Cztery konie pędziły pierś w pierś, grożąc w każdej chwili przewróceniem rydwanu, który podskakiwał za nimi jak kamyk odbijający się od powierzchni wody. Mknęły kierowane jedną ręką przez szaleńca, który stał wyprostowany, a obok niego przerażony stajenny trzymający się jedną dłonią rydwanu, a drugą grafa von Namtzena. Grey dźwignął się z wolna, gapiąc się i ocierając oczy z piasku. Tamci nie zamierzali zawracać. Zwolnijcie! – ryknął, ale było już za późno, nawet jeśli usłyszeli go pomimo jazgotu towarzyszącego tej szaleńczej jeździe. Lewe koło rydwanu uniosło się, dotknęło piasku, znowu podskoczyło i przy akompaniamencie wrzasków oderwało się całkowicie od podłoża, podczas gdy konie pogubiły się, wpadając na siebie i skręcając gwałtownie. Rydwan przewrócił się, wyrzucając swą zawartość w plątaninie młócących powietrze kończyn, a konie, ciągnąc za sobą wodze, przegalopowały jeszcze kawałek, nim zatrzymały się gwałtownie wraz z resztkami rozbitej kwadrygi. Jezu – powtórzył Grey, nie wiedząc, co mógłby innego powiedzieć. Na piachu pozostały dwie postaci próbujące się dźwignąć z ziemi. Jednoręki mężczyzna stracił równowagę i upadł; stajenny próbował chwycić go za drugie ramię, żeby mu pomóc, i został za swe wysiłki zwymyślany.
[…]
Podał kieliszek von Namtzenowi i mruknąwszy: „salut”, napił się. Potem ocenił wzrokiem poziom trunku w karafce, myśląc, że nim wieczór dobiegnie końca, będą potrzebowali dodatkowej porcji. Von Namtzen był wielkim, przystojnym mężczyzną o wyraziście wyciosanych rysach twarzy, która teraz wydawała się chudsza i bardziej pomarszczona. Grey miał jednak świadomość, że coś się zmieniło: niezachwiany spokój tego człowieka i jego pogoda ducha zniknęły i obecnie jawił się jako ktoś obcy, zdradzający wewnętrzną nerwowość, serdeczny i zgryźliwy na przemian. Nie plącz się tutaj – rzucił bez ceregieli kamerdynerowi, który zjawił się przed chwilą i starał się oczyścić jego odzienie z brudu. Odejdź i zabierz psy. Wilhelm posłał Greyowi cierpiętnicze spojrzenie, które mówiło: „Widzi pan?”, potem cmoknął na czworonogi, dając im znak, by poszły do kuchni. Jeden pozostał, rozciągnięty na chodniczku obok kominka. Wilhelm próbował go nakłonić, by i on za nim ruszył, ale von Namtzen machnął ręką, odprawiając kamerdynera. Gustav może zostać.
[…]
Oberleutnant Weber – wyjaśnił Grey z nadzieją, że jego głos brzmi normalnie. Michael Weber. Miał wrażenie, że wymawia to nazwisko z niejakim wstrętem, i stłumił niepożądane wspomnienia, które powracały, gdy owo nazwisko słyszał albo gdy padało z jego ust: obraz muskularnego, poruszającego się rytmicznie, bladego tyłka, zmiętych płowych bryczesów na podłodze i towarzyszącą owej wizji gorącą falę gniewu. Chciałbym z nim porozmawiać…, jeśli nie masz żadnych obiekcji. Von Namtzen zmarszczył czoło. Pokręcił głową, przełykając i skrzywił się, jakby trunek palił go w gardło. Masz obiekcje? Grey uniósł brew. Stephan znowu pokręcił głową, odstawił kieliszek i otarł usta wierzchem dłoni. Nie żyje – oznajmił chrapliwym głosem, jeszcze raz pokręcił głową i odchrząknął hałaśliwie, a po chwili powtórzył wyraźniej: Er ist tot. Grey już wcześniej zrozumiał, co przyjaciel powiedział. Co się stało? – spytał. Jego serce jakby na chwilę zatrzymało się na dźwięk słów von Namtzena, po czym wróciło do życia z bolesnym skurczem. Von Namtzen sięgnął po karafkę, choć kieliszek wciąż był prawie pełny. Zastrzeliłem go – odparł bardzo cicho. Ty… – Grey stłumił krzyk, który cisnął mu się na usta, i wziął głęboki oddech. Jak? – dociekał, siląc się na obojętność. To znaczy… dokonałeś jego egzekucji? Osobiście?
[…]
Grey miał wrażenie, że widzi tego człowieka, tak jak widział go Stephan, wspaniałego w pędzie ku zatraceniu, ku kresowi, wojownika – i coś jeszcze, jego piękno w wymiarze bardziej osobistym, śmiertelnej i przemijającej istoty ludzkiej. Poczuł się poruszony boleśnie do głębi, a jego zazdrość została stępiona przez ten ostatni obraz uroczego chłopca, tego Webera o twarzy upadłego anioła, widzianej przez chwilę, przyjmującego od Stephana dar szlachetnej śmierci. Von Namtzen odsunął dłoń od kieliszka i nachylił się niezgrabnie, by poklepać psa, który wydał głęboki pomruk i polizał dłoń swego pana. Ale nie zginął – oznajmił ze smutkiem, wciąż pochylając jasnowłosą głowę nad psem. – Nie odniósł nawet rany. Wyprostował się, ale nie spojrzał na Greya. Wpatrywał się w chryzantemy, które w cieniach nadchodzącej nocy straciły barwę zaschniętej krwi. Dobrze poprowadził swych ludzi, zabił trzech Francuzów i zmusił wroga do ucieczki. Potem stał samotnie na skraju lasu, podczas gdy jego ludzie rzucili się w pogoń za nieprzyjacielem. I wtedy… odwrócił się i spojrzał na mnie. Z takim przerażeniem, z taką rozpaczą, że von Namtzen sięgnął odruchowo po pistolet i spiął konia ostrogami, niemal bezwiednie ruszając w stronę Michaela i pragnąc za wszelką cenę odpowiedzieć na ten pozbawiony słów krzyk. Zatrzymałem się kilka kroków od niego i strzeliłem mu w serce. Nikt tego nie widział. Zsiadłem na ziemię i wziąłem go w ramiona; ubranie miał mokre, ciało wciąż było gorące po stoczonej walce. Stephan zamknął oczy. Wydał z siebie głębokie westchnienie, jakby z samego dna duszy. Zdawało się, że uchodzi z niego powietrze, a mocarna sylwetka zapada się w sobie. Położyłem go na grzbiecie jego konia i zawiozłem do domu, do matki – oznajmił bezbarwnym głosem. Martwy bohater, którego się opłakuje i czci, nie zaś okryty hańbą zboczeniec, którego imienia najbliżsi nigdy nie mogliby nawet wypowiedzieć.
[…]
Borsucza nora znajdowała się w odległości około dwóch kilometrów od domu myśliwskiego, jak zapewnił ich łowczy, więc ruszyli przez las, rozkoszując się łagodnością wieczoru. Jako że zbliżało się lato i słońce trwało na niebie jeszcze dobrze po dziewiątej, ich polowanie przebiegało w przyćmionym, zaróżowionym blasku, Greyowi zaś zdawało się, że bierze udział w ekspedycji, której celem jest schwytanie elfów albo wróżek, a nie małego dzikiego zwierzęcia. W ciągu tego dnia między Greyem a von Namtzenem nie padło ani jedno istotne słowo, ale obaj byli świadomi, że są rzeczy, o których należy porozmawiać. A jako że łowczy i jego syn szli tuż obok, nie spuszczając oka z Gustava, który podążał przed siebie, unosząc długi nos i wychwytując zapachy w wieczornym powietrzu, pozostawała im tylko pogawędka o nieistotnych i nieosobistych sprawach. Grey nie bardzo wiedział, czego się spodziewać po polowaniu na borsuka. Łowczy odsłonił częściowo norę w zboczu wzgórza i wejście do ciemnego tunelu stało się dobrze widoczne. Gustav zaczął drżeć z podniecenia, gdy wiatr się zmienił, przynosząc ze sobą woń tak wyrazistą, że nawet słaby nos Greya ją wyczuł. Pies zjeżył kark i zaczął warczeć entuzjastycznie, potem szczekać, jakby rzucał borsukowi wyzwanie. Jeśli ten przebywał w norze, to się nie pokazał. Na znak von Namtzena łowczy spuścił ze smyczy Gustava, który wystrzelił ku wejściu do tunelu, zatrzymał się na chwilę, by kopać wściekle, wyrzucając spod grubych łap glebę, a później wcisnął szerokie barki w otwór i zniknął, prężąc ogon podniecenia. Z dziury dobiegły odgłosy węszenia i drapania i Greya ogarnęło chwilowe przerażenie, gdy wyobraził sobie, jak to jest zagłębiać się w ciemność, w zamknięciu pochłanianym przez ziemię, ze świadomością, że gdzieś z przodu czekają niewidoczne zęby i furia. Powiedział o tym von Namtzenowi, który wybuchnął śmiechem. Psy na szczęście nie są ograniczone przez wyobraźnię – zapewnił Greya. Żyją chwilą, nie strachem przed przyszłością.
[…]
Taki człowiek zawsze jest bohaterem przeróżnych opowieści i przypuszczam, że niektóre z nich mogą być nawet prawdziwe. Von Namtzen się roześmiał. Ta akurat jest prawdziwa – zapewnił Greya. Mój ojciec był obecny podczas egzekucji. Egzekucji? – powtórzył niczym echo Grey. Czyjej? Kochanka Fryderyka. Graf nie sprawiał już wrażenia rozbawionego, ale uśmiechał się krzywo. Kiedy był młodym człowiekiem, jego ojciec… no wiesz, stary król… kazał mu wstąpić do armii, choć ten nie znosił wojska, bo przerażał go rozlew krwi. Ale nawiązał głęboką więź z innym młodym żołnierzem i obaj postanowili uciec z kraju. I schwytano ich, oczywiście – oznajmił Grey, czując nagle w piersi ziejącą dziurę. Oczywiście. Stephan skinął głową. Sprowadzono ich, obu oskarżono o dezercję i zdradę, a stary król kazał ściąć kochanka Fryderyka na dziedzińcu. Sam Fryderyk był zmuszony patrzeć na to z balkonu. Zemdlał, jak twierdził mój ojciec, jeszcze nim ostrze spadło na szyję skazańca. Twarz Greya ogarnęło nagle zimno, a brodę zakłuły kropelki potu. Przełknął z wysiłkiem ślinę, próbując zapanować nad oszołomieniem. Pozostawała pewna kwestia – ciągnął von Namtzen rzeczowym tonem. Czy samego Fryderyka powinien spotkać ten sam los bez względu na to, czy był synem króla, czy nie. Ale ostatecznie… Pogodził się z nieuniknionym i został żołnierzem, w dodatku wielkim.
[…]
Grey poczuł ściskanie w sercu. A co według ciebie można zrobić dyskretnie? Osądzić go i zwolnić z wojska z jakiegoś innego powodu? Nie – zaprzeczył Hal bezbarwnym głosem. Można by tak zrobić, gdyby nikt nie wiedział, co się wydarzyło. Ale w tych okolicznościach… Napił się brandy i odkaszlnął; jego twarz stała się czerwona. Niestety. To właśnie powtarzał książę Brunszwiku na ten swój precyzyjny i zwięzły sposób. „Niestety”. Ferdynand miał bardziej niepewną pozycję niż król Fryderyk. Ten był absolutnym panem swojej armii, Ferdynand natomiast dowodził określoną liczbą związanych luźnym sojuszem kontyngentów i odpowiadał przed paroma książętami za oddziały, które mu dostarczyli. Niektórzy z tych książąt są luteranami, skłonnymi traktować takie sprawy… dość surowo. Ferdynand uważa, że nie może ich do siebie zrazić. Nie ze względu na nas – oznajmił z goryczą. Grey wpatrywał się w blat stołu, przesuwając dłonią po drewnie. Co więc zamierza zrobić? – spytał. Dokonać egzekucji Wainwrigtha bezzwłocznie, bez sądu? Chciałby – odparł Hal, odchylając się na krześle i wzdychając. Tyle że spowodowałoby to jeszcze więcej zamieszania i wywołałoby skandal. I oczywiście – dodał, sięgając po brandy – poinformowałem go, że byłbym zmuszony wycofać nasze oddziały i złożyć oficjalną skargę królowi czy też królom – naszemu i Fryderykowi, gdyby spróbował potraktować w taki sposób brytyjskiego żołnierza.
[…]
Percy siedział na drewnianej ławie, która służyła mu za krzesło, łoże i stół. Podniósł wzrok, kiedy drzwi się otworzyły, ale się nie poruszył. Wbił czujne spojrzenie w twarz Greya. Niewielka pobielona izba lśniła czystością, ale jej woń uderzyła Greya niczym cios. Brakowało tu okna, a powietrze było duszne i parne; przenikał je zapach niemytego ciała i brudnej bielizny. Pomieszczenie pełniło niegdyś funkcję spiżarni. Z belek sufitowych wciąż zwieszały się splecione sznurki cebuli i czarne pęta kaszanki, a ich woń zmagała się z odorem dobywającym się z nieosłoniętego kubła na nieczystości, który stał nieopróżniony w kącie. Już chciał coś powiedzieć na temat tej niedogodności, ale się powstrzymał, kiwając głową wartownikowi. Wziąwszy pod uwagę jego misję, jakie znaczenie miały takie kwestie? Między ścianami a dachem izby widniały wąskie szczeliny, a samo pomieszczenie ginęło w cieniach pokawałkowanych przez ruchliwe liście drzewa, które zwieszało swe konary nad budynkiem. Grey zanurzył się w przyćmione, rozproszone światło, odnosząc wrażenie, że porusza się pod wodą; każda jego myśl gest były jakby spowolnione. Zamknęły się za nim drzwi. Po chwili kroki ucichły i zostali sami, nie lękając się, że ktoś ich podsłucha. Z dali dobiegały różne odgłosy: szuranie butów, wykrzykiwane rozkazy na dziedzińcu, gwar jakiejś hałaśliwej kompanii w pobliskiej tawernie.
[…]
Oznaczałoby to koniec jego kariery i miałby złą reputację. Niektórzy dostrzegliby w tym dowód źle rozumianej lojalności wobec rodziny, inni, a byłoby ich wielu, widzieliby w tym dowód na aprobatę dla skłonności Percy’ego, a może ich podzielanie. Tak czy inaczej, ścigałyby go plotki. Usunięcie z wojska wydawało się nieuniknione, a ten ciągnący się za nim odór skandalu pozbawiłby go wszelkiej nadziei na akceptację angielskiego towarzystwa – czy nawet służbę w obcej armii. A jednak… chodziło o życie Percy’ego. „Jeśli łączy nas jeszcze jakakolwiek życzliwość, to błagam cię. Ocal mnie” – przypomniał sobie te słowa. Czy mógł wyznać prawdę i zobaczyć, jak prowadzą Percy’ego na szubienicę – albo do więzienia czy na ciężkie roboty – a potem wrócić po prostu do własnego życia? Przez krótką chwilę oddawał się fantazji o ocaleniu wolności Percy’ego: albo dzięki kłamstwom, albo przekupstwu, a później o wspólnym wyjeździe za granicę. Miał dostatecznie dużo pieniędzy. By wieść bezcelową egzystencję nieróbstwa z człowiekiem, któremu nie mógł ufać. Nie, nic by z tego nie wyszło. Niech cię diabli wezmą, Perseverance – powiedział cicho. Żałuję, że kiedykolwiek ujrzały cię moje oczy. Westchnął, pocierając dłońmi przymknięte powieki.
[…]
Chrzest Cromwella Percivala Johna Malcolma Stubbsa odbył się tydzień później w odległości zaledwie trzech metrów od miejsca jego narodzin. Olivia, trwając w uporze – niektórzy nazywali to przewrotnością – który charakteryzował całą rodzinę, nalegała, by nadać dziecku takie, a nie inne imię, a ponieważ jej mąż był nieobecny i nie mógł się sprzeciwić, sprawa została przesądzona. Masz coś przeciwko temu? – spytała Greya. Jeśli tak, to zrezygnuję. Jestem pewna, że Melton by się nie zgodził, ale nie ma go tutaj, więc nie może niczego zakazać. Pytasz mnie jako de facto głowę rodziny? Uśmiechnął się nieznacznie pomimo okoliczności. Przyszła do ogrodu, gdzie Tom zmuszał go do siedzenia każdego popołudnia i twierdził uparcie, że domownicy są zaniepokojeni, wiedząc, iż wciąż leży w łóżku i patrzy w sufit. Oczywiście, że nie – odparła Olivia. Pytam, ponieważ… no, bo pytam. Powinien ją powstrzymać. Był to prywatny chrzest, z udziałem jedynie członków rodziny i kilkorga przyjaciół, ale ludzie i tak by gadali. Matką chrzestną dziecka została Lucinda, lady Joffrey. Sir Richard zesztywniał bez wątpienia, kiedy usłyszał, jak pastor wymawia imiona maleństwa, i popatrzył ostro na Greya. Grey jednak był uodporniony na takie spojrzenia, a także wszelkie słowa. Poruszał się okryty zasłoną miękkiej szarej mgły, która tłumiła wszystko i sprawiała, że czuł się niewidzialny. Od czasu do czasu przenikało ją jednak coś nieoczekiwanego, bezwzględnego i raniącego niczym tkwiące w jego piersi odłamki szrapnela [rana wojenna z pobytu w Nadrenii podczas wojny siedmioletniej – przyp. aut.], przebijające się jeden za drugim ku powierzchni. Zeszłego tygodnia była to wizyta Harry’ego, tego dnia zaś światło.
[…]
Cierpliwość, lordzie Johnie – oznajmił zdecydowanym tonem. Cierpliwość to najlepszy lek niemal we wszystkich przypadkach. Gorąco ją zalecam, choć jest rzeczą zadziwiającą, jak niewielu ludzi może przyjmować ten konkretny specyfik. Roześmiał się jowialnie. Mniemają, że źródłem ozdrowienia musi być ostrze albo butelka, i czasem tak jest, czasem tak jest. Z grubsza jednakże uważam, że ciało potrafi samo się uleczyć. I umysł – dodał w zamyśleniu, patrząc z ukosa na Greya, który zaczął się z niepokojem zastanawiać, w jakim stopniu doktor w trakcie tej rozmowy poznał jego umysł. Nie sądzi więc pan, że te pozostałe odłamki są dla mnie niebezpieczne? – spytał, zapinając koszulę. Doktor skrzywił się w odruchu zawodowej dwuznaczności. Nigdy nie ma pewności w takich sprawach, lordzie Johnie, ale uważam, że nie. Mam nadzieję, że nie. Myślę, że sporadyczny ból, jaki pan odczuwa, jest jedynie rezultatem podrażnienia nerwów i całkowicie nieszkodliwy. Powinien z czasem zaniknąć zupełnie. Z czasem – mruknął Grey do siebie, kiedy wracał do Argus House. Wystarczało mu to w zupełności, jeśli rzecz tyczyła ciała. Zapewnienie, że najprawdopodobniej nie umrze, czyniło cuda; nie odczuwał bólu ani w piersi, ani w ręce. Jeśli jednak chodzi o umysł… tam czasu było coraz mniej.
[…]
Grey poczuł się wielce podniesiony na duchu po wizycie u Humperdincka, ale wciąż nie miał nic szczególnego do roboty. Nie wydobrzał jeszcze na tyle, by powrócić do swych obowiązków, a z braku jakiegoś pożytecznego zajęcia dryfował niejako bez celu. Wybierał się do Befsztyka i nagle łapał się na tym, że wędruje po obrzeżach Hyde Parku albo spaceruje pośród rozkrzyczanych straganiarzy w Covent Garden. Siadał do jakiejś lektury, by ocknąć się godzinę później i zobaczyć, że ogień w kominku przemienił się w rozżarzone głownie, a książka spoczywa na kolanach nadal otwarta na pierwszej stronicy. Nie była to melancholia. Wciąż widział tę otchłań, ale odwracał od niej zdecydowanie wzrok i stawał plecami do jej wabiącej krawędzi. Nie, to coś innego – poczucie, jakby czekał na coś, bez czego nie mógł wieść dalej swej egzystencji – a jednak nie miał pojęcia, co to takiego ani jak to znaleźć. Jego codzienna korespondencja w tym czasie nie grzeszyła obfitością. Przyjaciół, którzy wyrażali współczucie i składali zaproszenia, zraziły bezustanne odmowy i choć kilka upartych osób wciąż go odwiedzało albo pisało do niego – chociażby Lucinda Joffrey – z reguły dawały mu spokój.
[…]
Dom Longstreeta był skromny. Ludzie zasobni nie zostawali chirurgami wojskowymi i choć kuzyn Longstreeta mógł bez wątpienia postawić w zakładzie dwadzieścia tysięcy funtów, jak zauważył Grey, krewni ze strony doktora musieli być o wiele mniej zamożni. Nigdy nie słyszał, by Longstreet się ożenił. Przyjęła go wyraźnie zaskoczona służąca w średnim wieku, która oddaliła się pospiesznie w poszukiwaniu doktora, pozostawiając Greya w małym, schludnym salonie. Jego ściany, półki i szafki pełne były pamiątek należących do człowieka, który spędził większość życia za granicą: dwa niemieckie kufle do piwa, trzy emaliowane francuskie tabakierki, zestaw noży zdobionych techniką markieterii, cztery pokryte jaskrawymi kolorami i końskim włosiem groteskowe maski, których proweniencji Grey nie potrafił określić… Jak wszystko na to wskazywało, Longstreet lubił przedmioty w kompletach składających się z identycznych sztuk. Grey miał nadzieję, że owa tendencja sugeruje zamiłowanie doktora do kompletności.
[…]
Mój kuzyn był jakobitą – oznajmił znienacka Longstreet. Zaskoczyło to Greya, ale tylko nieznacznie uniósł brwi, choć serce zabiło mu żywiej. Wielu nimi było i jest nadal. Chyba że ma pan na myśli… Wie pan, co mam na myśli. W głosie Longstreeta wciąż pobrzmiewała chrapliwa nuta, ale sam głos był mocny, a spojrzenie pewne. Podjął decyzję. I opowiedział o spisku mającym na celu zgładzenie króla, tyle że, oczywiście, w centrum angielskiego spisku stał nie książę Pardloe, lecz hrabia Creemore. I dowiedział się pan o tym… kiedy? W tamtym czasie. Longstreet spuścił wzrok, palce przesuwały się niespokojnie po łuskowatym ogonie syreny. Nakłaniano mnie… bym się do nich przyłączył. Odmówiłem. Niezbyt bezpieczne – zauważył sceptycznie Grey. Dla nich albo dla pana. Tylko mój kuzyn wiedział. On mnie nakłaniał. Próbował przekonać o… słuszności ich sprawy. Wierzył w nią – dodał cicho wciąż ze spuszczonym wzrokiem, jakby słowa i argumenty kierował do małej syreny. Że Jakub Stuart to prawowity władca. A więc jego motywy były całkowicie bezinteresowne? Longstreet uniósł głowę, w jego oczach malowała się zawziętość. A czyż inni nie postępowali tak samo? Grey wzruszył ramionami, godząc się z tym. Longstreet ze swej strony zgodził się z czymś innym. Bez względu na motywy, jakimi kierował się George, te, którymi kierowali się inni spiskowcy, miały różny charakter. Nie znałem ich wszystkich. George nie zdradził mi ich nazwisk, dopóki do nich nie przystałem. Dość rozsądne – przerwał, by zakasłać.
[…]
Spytałem pana, co jest ważniejsze – życie czy honor? Sam się o to pytałem. Wielokrotnie. A wtedy… wybrałem życie kuzyna, nie swój honor. Pański ojciec już nie żył. Nie mogłem tego zmienić. Powinienem był wydać lorda Creemore, wiem. Nie mogłem jednak tego uczynić. W końcu co to szkodziło? – rzekł Grey, zaciskając pięści, by nie uderzyć Longstreeta. Pozwolić, by honor mego ojca został zbrukany, a jego rodzina żyła w przekonaniu, że popełnił samobójstwo? Nie próbował nawet ukryć emocji w swym głosie i Longstreet skulił się nieznacznie, po czym odwrócił wzrok. Wybrałem życie kuzyna – powtórzył tak cicho, że jego słowa były prawie niesłyszalne. Po chwili uniósł głowę i spojrzał raptownie na Greya. Co pan ma na myśli…Przekonanie, że popełnił samobójstwo? Przecież się zabił. Nie… nie popełnił samobójstwa? Po raz pierwszy w głosie doktora pojawiła się niepewność. Nie, do diabła – odparł Grey. Został zamordowany, a ja zamierzam odkryć, kto to uczynił. Longstreet ściągnął brwi i popatrzył Greyowi głęboko w oczy, jakby chciał postawić jakąś diagnozę. Zamrugał parę razy, potem wstał gwałtownie i wsparty na lasce, opuścił bez słowa pokój. Grey siedział skonsternowany i zastanawiał się, czy pójść za doktorem, który jednak nie wyglądał na niedomagającego czy szczególnie obrażonego. Czekał więc, obchodząc niespiesznie pokój i oglądając zbiór osobliwości, które doktor gromadził latami. Po kilku chwilach usłyszał stukanie laski i odwróciwszy się od gzymsu kominka, zobaczył Longstreeta ze znajomą książką w dłoni, oprawioną w surową skórę, o poczerniałej i miejscami wytartej okładce. Doktor podał ją Greyowi, oddychając ciężko, ten zaś omal nie wyrwał mu jej z ręki i poczuł, jak ogarnia go panika. Pomyślałem… że może… chciałby pan to odzyskać. Longstreet wskazał głową książkę. Ja… tak. Grey spojrzał na niego, choć z trudem mógł oderwać wzrok od tego niewielkiego woluminu. Skąd pan to ma?
[…]
Longstreet oddychał już swobodniej. Przeczytałem. Czy on… mój ojciec… napisał coś o spisku jakobickim? Tak. Wiedział trochę, podejrzewał znacznie więcej, ale postępował na tyle rozważnie, by uciekać się do szyfru, gdy pisał o sprawach istotnych. Mojego kuzyna nazywał Bankiem. Doktor skrzywił w uśmiechu kącik ust. Było jeszcze trzech, których wymienił z imienia: Makbet, Fleance i Siward. Wydaje mi się, że Siward to człowiek o nazwisku Arbuthnot… Victor Arbuthnot. Nie wiem, kim są pozostali. Grey czuł pulsowanie krwi w palcach dotykających dziennika. Powiedziałem, że byłem zmuszony wybierać między prawdą a życiem swego kuzyna, no i wybrałem George’a, na dobre i na złe – ciągnął Longstreet. Ten wybór jednak nie zwolnił mnie z odpowiedzialności, jaką nadal ponosiłem. Nie interesuję się polityką: jeden szarlatan na tronie jest wart drugiego, a jeśli papież knuje, czyni to także Fryderyk Pruski. Zacisnął dłoń na małej syrenie spojrzał na Greya. Głos mu wyraźnie złagodniał. Ale uważałem, iż moją powinnością jest zapobiegać w miarę możności dalszym szkodom. Gdyby którykolwiek z tych ludzi nabrał przekonania, że pańska matka wiedziała to, co pański ojciec, mógłby ją bez trudu zabić, zamiast ryzykować, że ujawni jego tożsamość. Matka musiała się lękać właśnie tej ewentualności, jak i pewności, że Hal weźmie sprawy w swoje ręce, jeśli odkryje prawdę. Zatem przedsięwzięła wszelkie możliwe środki – upozorowała samobójstwo ojca, wysłała młodszego syna do Aberdeen i sama opuściła kraj. A potem milczała przez siedemnaście lat. Czekała.
[…]
W jego głowie panował chaos z powodu ujawnionej prawdy, szoku, domysłów i frustracji, a pod tym wszystkim krył się ból zrodzony z myśli o ojcu, matce, Halu. Ucisk w piersi sprawiał, że każdy oddech był wysiłkiem, ale Grey nie martwił się o ten tkwiący w nim jeszcze odłamek metalu; przystawał od czasu do czasu, gdy brakowało mu tchu. W końcu zawędrował nad Tamizę, gdzie znalazł odwróconą do góry dnem małą łódź płaskodenną i usiadł na niej z dziennikiem wetkniętym pod płaszcz, a potem obserwował nurt brązowej wody, która chlupotała przy brzegu wraz z przypływem. Wyczerpany, uwolnił się od wszelkich rozważań, a jego umysł ogarniała z wolna pustka. Spadł na niego przelotny deszcz, ale wraz z zachodem słońca chmury na niebie zaczęły się przerzedzać. Konkluzja to po prostu punkt, w którym rezygnuje się z myślenia. Zrezygnował i gdy dźwignął się z łodzi, stwierdził, że konkluzja niczym perła w muszli przybrała w jego głowie konkretny kształt. Był spowiednikiem Longstreeta. Nadszedł czas, by poszukać teraz swojego.
[…]
Ale co tu jest honorem? Fraser wzruszył nieznacznie ramionami, Grey zaś dostrzegł błysk rudych włosów uchwyconych przez zabłąkany promyk światła przenikający szczelinę w deskach poddasza. To, co dla mnie jest honorem, nie musi być honorem dla pana, majorze. Dla mnie, dla nas, naszym honorem jest rodzina. Nie chciałbym widzieć żadnego krewniaka jako skazanego bez względu na jego zbrodnię. Ale – dodał, unosząc brew – odrażająca zbrodnia zostałaby ukarana. Przez wodza klanu, przez krewnych – nie przez sąd. Rozumiem – rzekł powoli. I rzeczywiście rozumiał, co Fraser pojmuje przez honor. Ostatecznie było to proste, a ulga wynikająca z podjęcia decyzji przyćmiewała świadomość trudności, z jakimi należało się jeszcze zmierzyć. To sprawa honoru, ale nie chodzi o moją reputację. W ostatecznym rozrachunku – ciągnął z rozmysłem – nie mogę zachować honoru i ujrzeć, jak wieszają go za zbrodnię, za którą ponoszę część winy, a uniknąłem konsekwencji jedynie za sprawą przypadku. Fraser zesztywniał. Zbrodnię, za którą ponosi pan część winy… – mówił wyraźnie, a świadomość prawdy i odraza ujawniały się dobitnie w brzmieniu jego słów. Umilkł, nie chcąc powiedzieć nic więcej, ale widać było, że nie potrafi na tym poprzestać.Ten człowiek… jest nie tylko pańskim przybranym bratem, ale… pańskim… Szukał odpowiedniego określenia. Kochankiem?
[…]
Nie wierzy pan, że mężczyźni mogą się kochać? Nie – odparł Fraser bez ogródek. Nie wierzę. Zaciskał przez chwilę usta, a potem dodał, jakby przymuszony przez uczciwość: Nie w taki sposób przynajmniej. Miłość braci, krewnych… tak, oczywiście. Albo żołnierzy. Rozmawialiśmy… o tym. O Sparcie? Owszem. Grey uśmiechnął się niewesoło. Toczyli pewnego wieczoru bitwę pod Termopilami w jego kwaterze w więzieniu w Ardsmuir, posługując się solniczkami, kośćmi do gry i guzikami mankietów na mapie nakreślonej kawałkiem węgla na blacie biurka. Był to jeden z wieczorów ich przyjaźni. Miłość Leonidasa do jego ludzi… jeden za drugiego jako wojownicy. Tak, to dostatecznie prawdziwe. Ale żeby… wykorzystywać mężczyznę w taki sposób… Uczynił gest zaprzeczenia. Tak pan sądzi, prawda? Grey już czuł, jak pulsuje w nim krew; czuł jej żar w piersi. Czytał pan Platona, wiem o tym. A że jest pan człowiekiem wykształconym, mogę zakładać, że słyszał pan o świętym zastępie z Teb? Na twarzy Frasera pojawiło się napięcie i pomimo przyćmionego światła Grey dostrzegł u niego rumieniec. Słyszałem – odparł krótko. Kochankowie – powiedział Grey, uświadamiając sobie, że jest cudownie rozgniewany. Wszyscy żołnierze. Wszyscy kochankowie. Każdy mężczyzna jego ukochany. „Kto porzuci ukochanego albo zawiedzie go w godzinie niebezpieczeństwa?”. Popatrzył Fraserowi twardo w oczy. I co pan na to, panie Fraser? Oczy Szkota zrobiły się czarne. Powiem – odrzekł, odmierzając słowa jak monety – że tylko mężczyźni, którzy nie są zdolni posiąść kobiety, albo tchórze, którzy się ich boją, muszą uciekać się do takich nieprzyzwoitości, żeby ulżyć pożądaniu. A kiedy słyszę, że tym samym tchem wymawia pan słowo „honor…”. Jeśli chce pan wiedzieć, ściska mnie w żołądku. I co pan na to powie, milordzie? Powiem, że nie chodzi mi o nieprzyzwoitości żądzy, i jeśli życzy pan sobie rozmawiać o takich rzeczach, pozwolę sobie zauważyć, że widziałem większe nieprzyzwoitości, jakich doznawały kobiety ze strony mężczyzn, tak jak i pan. Obaj walczyliśmy w armiach. Powiedziałem „miłość”. I czym według pana jest owa miłość, że może być ona zarezerwowana jedynie dla mężczyzn, których pociągają kobiety? Na policzkach Frasera wciąż widać było plamy rumieńca. Kochałem żonę ponad życie i uważałem tę miłość za dar od Boga. Śmie mi pan mówić, że uczucia… jakiegoś zboczeńca, który nie potrafi mieć do czynienia kobietami jako mężczyzna, tylko poluje na bezbronnych chłopców… że to jest miłość?
[…]
Liścik był zwięzły i nie nosił podpisu. Uważam, że jego lordowska mość pragnie schwytać dzikie gęsi w locie. No cóż, dzięki za opinię, panie Fraser! – mruknął, zmiął papier w kulkę i wepchnął ją do kieszeni. Możesz być gotów rano do wyjazdu, Tomie? Och, nawet za kwadrans, milordzie! – zapewnił gorliwie Tom, a Grey uśmiechnął się odruchowo. Wystarczy rano, jak sądzę. Nie zmrużył jednak w nocy oka, obserwując wczesnojesienny księżyc, który wschodził nad stajniami, wielki i złoty, a potem coraz mniejszy i bledszy, by w końcu pojawić się pośród gwiazd, przesunąć nad domem i zniknąć.
[…]
Stał i patrzył przez chwilę na staw, nieświadom tego, gdzie się znajduje i na co patrzy. Jak wszystko tego dowodziło, plan Adamsa polegał na tym, by to Bates, Otway i Jeffords zostali obwinieni o kradzież dokumentów. Nie mógł przewidzieć tego, co wydarzy się naprawdę – że sama kradzież zostanie zatuszowana, spiskowcy skazani za niezgodny z naturą występek, nie zaś za kradzież i zdradę, które, oczywiście, były jak najbardziej z naturą zgodne. Jaką rolę odegrał w tej sprawie Ffoulkes? Przypuszczalnie miał negocjować z Francją, wykorzystując krewnych swej żony jako pośredników między nim a szpiegami Ludwika. Kiedy Ffoulkes się zastrzelił? – zastanawiał się. Wydawało się, że dawno temu, ale wspomnienia Greya o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej niż dnia poprzedniego, nie były wiarygodne. Przypomniał sobie jednak pewną rzecz i bez zwłoki wszedł do domu. Udał się do biblioteki, po czym zaczął przetrząsać szufladę, w której zwykł chować przeróżne papiery, aż znalazł pobrudzoną i postrzępioną stronicę gazety, w której zagięciach wciąż wyczuwało się leciutką woń kawy. Sięgnął czym prędzej do zeznania Batesa, żeby sprawdzić datę. Nie, Ffoulkes zastrzelił się kilka dni przed aresztowaniem kapitana, Otwaya i Jeffordsa. Kradzież wyszłaby na jaw bardzo szybko, bo Adams nie mógł zwlekać z wykonaniem tej części planu, która miała chronić go przed oskarżeniem. Ale co z drugą częścią? Dostarczeniem skradzionych materiałów do Francji? Wraz ze śmiercią Ffoulkesa ta ścieżka mogła być zamknięta.
[…]
Dom Bernarda Adamsa nie był okazały, ale odznaczał się elegancją – klejnot architekta Inigo Jonesa osadzony w małym prywatnym lasku. Grey nie miał nastroju do podziwiania scenerii, ale zauważył niewielki kamienny budynek oddalony nieco od głównej siedziby, jego zdobienia zaś dowodziły niezbicie, że to niegdysiejsza kaplica katolicka. Adams nie był jednakże katolikiem – w przeciwnym razie nie mógłby piastować żadnej funkcji w rządzie. W każdym razie nie mógł nim być otwarcie. Irlandzki jakobita – mruknął do siebie Grey. Jezu. Droga Adamsa ku władzy zaczęła się od stanowiska sekretarza Roberta Walpole’a i Grey oczami wyobraźni ujrzał tak wyraźnie, jakby ta scena rozgrywała się w tej chwili, postać wysokiego, schorowanego premiera wspartego ciężko na swym sekretarzu – swym irlandzkim sekretarzu – zmierzającego ścieżką, by złożyć wizytę wdowie po księciu Pardloe. Zaciskając szczęki tak mocno, że aż zazgrzytały mu zęby, pokonał zdecydowanym krokiem schody i zapukał do drzwi.
[…]
Proszę, byś wyszedł, Johnie – powiedziała jak najspokojniej, choć dostrzegł przyspieszony puls we wgłębieniu jej krtani i nieznaczne drżenie dłoni. Musisz odejść, i to natychmiast. Opowiem ci wszystko, przyrzekam. Ale nie teraz. Nie ma go. Nie przyjdzie. Tyle mu zaświtało w głowie. Dochodziło prawie wpół do piątej; słyszał tuż przed swoim przybyciem bicie dzwonów. Gdyby Adams zamierzał się zjawić, już by tu był. A to, że go nie było… Patrzyła na niego, nie rozumiejąc. Adams – powtórzył. Czy to Bernard Adams zabił ojca? Z jej twarzy zniknęła wszelka barwa, ona sama zaś usiadła znienacka na sofie. Oczy miała zamknięte, jakby nie mogła unieść powiek. Coś ty zrobił, Johnie? – wyszeptała. Co ty wiesz? Zbliżył się i usiadł obok niej, po czym wyjął pistolet z jej dłoni, która opadła, nie stawiając oporu. Wiem, że ojciec został zamordowany – odparł łagodnie. Wiem o tym od tamtego ranka, kiedy go znalazłaś. Byłem tam, ukryty w oranżerii. Zszokowana, otworzyła raptownie oczy; były jasnoniebieskie, takie jak jego.
[…]
Zawrócił pospiesznie, zastanawiając się, od czego zacząć poszukiwania Bernarda Adamsa. Uważał za bardzo prawdopodobne, że matka ma rację. Adams zamierzał wyjechać do Francji. Jeśli tak, to czy wszedłby na pokład statku wypływającego z najbliższego portu? W takiej sytuacji zdołałby go dopaść, miał bowiem przewagę godziny, może nawet dwóch. A jeżeli Adams planował najpierw wyruszyć lądem i wsiąść na statek w jakimś odleglejszym porcie, by zmylić pogoń? Czy się jej spodziewał? Postępował zapewne, opierając się na przekonaniu, że księżna dysponuje dowodami jego działalności i postępków, ale upłynęłoby kilka dni, nim zapoznałaby z owymi dowodami – jeśli istniały – ludzi, którzy mogliby podjąć stosowne działania. Jeśli zaś nie spodziewał się pogoni… ale opuścił znienacka swój dom, nie zabrawszy ze sobą jakichkolwiek rzeczy osobistych…? Dowodziłoby to zamiaru pospiesznej ucieczki…
[…]
Minnie znajdująca się po drugiej stronie chrzcielnicy popatrzyła na niego surowo, ale była zajęta poskramianiem trzech synów, którzy zachowywali się cicho, ale wiercili niczym odziane w atłasy robaki. Hal, tuż obok niej, zdawał się zasypiać na stojąco. Pan Gainsborough, portrecista, którego najęto w celu uwiecznienia uroczystości chrztu, przycupnął w zacienionej części kościoła, gdzie udzielał wskazówek swemu pomocnikowi i co chwila odrywał wzrok od szkicownika, by spojrzeć na rozgrywającą się przed nim scenę. Uchwycił wzrok Greya i dał mu znak, by uniósł wyżej brodę i obrócił się do światła.
[…]
Oddał płaszcz lokajowi i ruszył za nimi, ale przystanął, ujrzawszy swe nazwisko. Na srebrnej tacy przy drzwiach pozostawiono poranną pocztę, a na samym wierzchu leżał list zaadresowany do lorda Johna Greya. Marszcząc czoło, wziął go do ręki. Kto mógłby przysłać tu list? – zastanawiał się. Przełamał pieczęć i rozłożył dwie kartki. Na pierwszej widniał rysunek: szkic Forum Romanum. Rozpoznał ten widok rozciągający się ze szczytu Kapitolu. Wiadomość na drugiej kartce [od uratowanego z więzienia Perce ’go – przyp. aut.] była krótka, nakreślona wyraźnie i starannie. Mewy na Tybrze wołają przez całą noc, wołają twe imię. Ave! – krzyczą. Ave. Ave – cicho rzekł Grey – atque vale, frater meus. Witaj i żegnaj. Przysunął kartkę do płomienia świecy i trzymał tak długo, aż ogień zaczął parzyć go w palce, potem rzucił ją na tacę, na której papier zamienił się po chwili w popiół. Rysunek zachował – by pamiętać.
Diana Gabaldon, Lord John i Bractwo Ostrza
Powieść z gatunku fantastyki historycznej Diany Gabaldon – amerykańskiej pisarki pochodzenia meksykańsko-angielskiego przenosi nas do „starej” dziś Anglii do zapomnianego już Londynu, także w samodzielnych wątkach „na wojenną ścieżkę” ku „światowej” wojnie siedmioletniej do Nadrenii w Niemczech, ogólnie rzecz ujmując w drugą połowę osiemnastego wieku. Lord John, angielski i nieheteronormatywny arystokrata, będąc w dzieciństwie świadkiem śmierci swego ojca Gerarda, księcia Pardloe krok po kroku odkrywa, że nie było to samobójstwo, a morderstwo, które miało „spiskowy” kontekst polityczny. W międzyczasie przeżywa swe nieheteroseksualne fascynacje, z których jedno — do Perce ‘go Wainwright ’a kończy się szczęśliwie dla obojga, czyli ostatecznym rozstaniem, z kolei drugie uczucie do Jamiego Frasera, dumnego i walecznego Szkota nadal trwa w platonicznym tyglu niespełnienia. Powieść Gabaldon nadaje wielkiej historii przede wszystkim ludzkiego i obyczajowego oblicza, nie deprecjonuje też natury ludzkiej, w której meandry zakazanej przez prawo pożądliwości stapiają się z duchem nakrapianym wolnością w idealnej harmonii lordowskiego życia wewnętrznego.