14.09.2024

„Bo życie warte jest życia.
Choćby ceną była wina i wstyd”
„Wojna najwyraźniej zacierała
granice
między logiką a zabobonem”
„Ludzie często robią coś innego
i mówią coś innego”
[…]
Szczerze pragnę pogodnie podchodzić do tematu, choć większości ludzi trudno w to uwierzyć, niezależnie od tego, jak się staram. Błagam, uwierzcie mi. Ja naprawdę, autentycznie potrafię być wesoły. I przyjacielski. I sympatyczny. I życzliwy. A to dopiero początek wyliczanki. Tylko nie proście mnie, żebym był miły. Ta cecha nie ma ze mną nic wspólnego. Mógłbym wam się przedstawić w sposób formalny, ale to chyba nie jest konieczne. Poznacie mnie wystarczająco dobrze i wystarczająco szybko, w zależności od różnorodnych czynników. Wystarczy, że powiem, iż w pewnym momencie stanę nad wami z całą sympatią. Ukołyszę wasze dusze, z barwą przycupniętą na ramieniu. Delikatnie zabiorę was ze sobą. Będziecie wtedy w pozycji leżącej (ludzie rzadko umierają, stojąc). Będziecie zaskorupiali we własnym ciele. Kiedy was zobaczą, będą wrzeszczeć wniebogłosy. Jedynym dźwiękiem, jaki ja usłyszę, będzie mój własny oddech, echo zapachu, tupot moich kroków. Pytanie, jaką barwę będzie miało wszystko dokoła, kiedy po was przyjdę. Co będzie wyrażać niebo? Osobiście lubię niebo koloru czekolady. Ciemnej, gorzkiej czekolady. Ludzie mówią, że ta barwa do mnie pasuje. Ale staram się równie przychylnie traktować wszystkie barwy tęczy i ich odcienie. Miliardy smaków, które niebo powoli wsysa. To obłaskawia stres. Pomaga mi się zrelaksować.
[…]
Ludzie zauważają kolory dnia jedynie na jego początku i końcu, choć dla mnie jest oczywiste, że zmieniają się one z każdą chwilą, w całej mnogości odcieni i tonacji. Jedna godzina może się składać z tysięcy różnych barw. Woskowych żółcieni i chmurnych błękitów. Mrocznych ciemności. Mam taką pracę, że muszę to zauważać. Jak już napomknąłem, mam dar rozpraszania uwagi. To trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Dzięki temu jakoś sobie radzę, zważywszy, jak długo już wykonuję swoją pracę. No, ale kto mógłby mnie zastąpić? Kto mógłby przejąć obowiązki, kiedy ja bym odpoczywał na wakacjach w modnym kurorcie, czy to w tropikach, czy na nartach? Odpowiedź brzmi: nikt. Podjąłem więc świadomą, celową decyzję – rozpraszam się i to są moje wakacje. Nie trzeba dodawać, że odpoczywam w kolorach. Wciąż jednak może was ciekawić odpowiedź na pytanie: dlaczego on w ogóle potrzebuje wakacji? Od czego pragnie się oderwać? Przechodzę więc do następnego punktu. Chodzi o ludzkie resztki. O ocalonych. Nie mogę znieść patrzenia na nich, choć często się poddaję. Celowo szukam kolorów, by oderwać od nich myśli, ale wciąż się zdarza, że podglądam kogoś, kto został z tyłu i miota się w układance rozpoznania, rozpaczy i zaskoczenia. Ci ludzie mają podziurawione serca i rozbite płuca. To mi każe wrócić do tematu, o którym będę wam dzisiaj opowiadać, w dzień czy w nocy, w dowolnej godzinie i w dowolnym kolorze. Będzie to historia osoby, która należy do wiecznych ocalonych, ekspertki w byciu zostawianą w tyle.
[…]
Najpierw robi się biało. Oślepiająco biało. Niektórzy z was mogą uważać, że biel to nie kolor i pleść różne takie wyświechtane bzdury. Otóż zamierzam was przekonać, że to jednak kolor. Nie ma wątpliwości, że to kolor – osobiście myślę, że nie będziecie chcieli się ze mną sprzeczać. Tak, biel. Wydawało się, że całą Ziemię spowija śnieg. Okrywa ją tak szczelnie, jak sweter okrywa ciało. Obok torów kolejowych widać było głęboko zapadnięte ślady. Drzewa otulały lodowe pledy. Jak się możecie spodziewać, ktoś umarł. Nie mogli go po prostu zostawić na ziemi. Chwilowo nie był to problem, ale niebawem tor przed lokomotywą zostanie oczyszczony, a pociąg będzie musiał ruszyć swoją drogą. Było tam dwóch strażników. Były matka i córka. Zwłoki. Matka, córka i zwłoki uparcie milczały.
[…]
Kolejna puenta ludzkiego losu. Pilot trwał w całunie swego uniformu, kiedy niebem zawładnęła szarość. Jak w wielu innych przypadkach, kiedy zacząłem się wycofywać ze sceny, przemknął przez nie cień, ostatnie zaćmienie – znak, że kolejna dusza odeszła. Trzeba wam wiedzieć, że w takich chwilach, prócz wszystkich barw dotykających mój obraz świata, łapię obraz zaćmienia, gdy umiera człowiek. Widziałem je milion razy. Widziałem więcej zaćmień, niż można spamiętać. Ostatnim razem, kiedy ją widziałem, było czerwono. Niebo gotowało się i bulgotało jak zupa. W kilku miejscach było przypalone. Na tle czerwieni czarne płatki sadzy wyglądały jak ziarnka pieprzu. Wcześniej na ulicy, która teraz wyglądała niczym zatłuszczony papier, dzieci grały w klasy. Kiedy przybyłem, wciąż dało się słyszeć echo. Echo skaczących po asfalcie stóp, roześmianych dziecięcych głosów i uśmiechów, jak sól, która się szybko rozpuszcza. A potem spadły bomby. Tym razem na wszystko było za późno. Syreny. Urywany ryk syren w głośnikach. Wszystko za późno. W ciągu paru minut utworzyły się góry betonu i ziemi. Ulice stały się popękanymi żyłami. Krew płynęła, aż wreszcie przyschła na drodze. Ciała leżały jak kawałki drewna po potopie. Przyklejone do ziemi, co do jednego. Wiązka dusz. Czy to przeznaczenie? Pech? Co sprawiło, że rozpłaszczyli się na ziemi? Nie. Nie wygadujmy głupstw. Przyczyną prawdopodobnie były bomby, miotane z góry przez ludzi ukrytych w chmurach. Tak, niebo było teraz barwy zanieczyszczonej, przypalonej czerwieni. Małe niemieckie miasteczko po raz kolejny zostało rozbite na kawałki. Płatki popiołu opadały tak rozkosznie, że miało się ochotę wyciągnąć język, by je złapać i polizać. Tylko że wtedy poparzyłyby wargi i popiekły usta.
[…]
Śnieg padał uporczywie i pociąg do Monachium musiano zatrzymać, by oczyścić tory. Kobieta zawodziła. Przy niej jak sparaliżowana stała dziewczynka. Matka w panice otworzyła drzwi. Wyskoczyła prosto w śnieg z małym ciałkiem w ramionach. Dziewczynka musiała iść za nią, bo co miała robić? Jak już wam wiadomo, z pociągu wysiadło także dwóch strażników. Kłócili się, co należy zrobić. Mówiąc oględnie, sytuacja była przykra. Postanowiono, że cała trójka zostanie odstawiona do następnej stacji i pozostawiona tam, by załatwić to, co konieczne. Tym razem pociąg wlókł się przez zaśnieżoną krainę, utykając. Poturlał się i stanął. Wysiadły na peronie, martwy chłopiec w ramionach matki. Stały.
[…]
Grabarze, stojący na lewo od Liesel, zacierali ręce, narzekając na śnieg i fatalne warunki do kopania. „Nie da rady przebić się przez ten lód” i tym podobne. Młodszy z nich nie miał więcej niż czternaście lat. Czeladnik. Kiedy odchodził, nie zauważył, że z kieszeni wypadła mu książka w czarnej oprawie. Po kilku minutach matka Liesel i ksiądz też zaczęli zbierać się do odejścia. Kobieta dziękowała kapłanowi za odprawienie ceremonii pogrzebowej. Dziewczynka została. Uklękła w śniegu. Nadeszła właściwa chwila. Ciągle nie wierząc, zaczęła kopać. On nie mógł być martwy. Nie mógł być martwy. Nie mógł… Po paru sekundach śnieg zaczął wżerać się jej w skórę. Dłonie spłynęły zmrożoną krwią. Gdzieś w tym śniegu leżało jej złamane serce, pęknięte na pół. Każda połówka świeciła i tętniła pod białą powierzchnią. Zrozumiała, że matka wróciła po nią, dopiero kiedy poczuła jej rękę na ramieniu. Została odciągnięta. Gorący wrzask wypełnił jej gardło.
[…]
Kawałek drogi za przedmieściami Monachium leżało miasteczko Molching (co wymawia się „Molking”). Tam właśnie ją zabrano, na ulicę o nazwie Himmel = niebo. Ktokolwiek nazwał tę ulicę Niebiańską, musiał mieć spory zmysł ironii. Nie żeby to było jakieś piekło, bo nie było. Ale niech mnie piekło pochłonie, jeśli to było niebo. Tak czy owak, nowi rodzice Liesel oczekiwali jej. Hubermannowie. Czekali na dziewczynkę i chłopca, za których utrzymanie mieli otrzymywać co miesiąc pewną sumę pieniędzy. Nikt nie miał dość odwagi, by poinformować Rosę Hubermann, że chłopiec nie przeżył podróży. W istocie nikt nigdy nie miał ochoty z nią rozmawiać. Jej usposobienie nie było godne pozazdroszczenia, choć miała w przeszłości pewne sukcesy w wychowaniu przybranych dzieci. Niejedno z nich wyprowadziła na ludzi. Dla Liesel jazda samochodem to było coś. Nigdy przedtem nie jechała autem. Żołądek co rusz podchodził jej do gardła. Żywiła daremną nadzieję, że urzędnicy pomylą drogę albo zmienią zdanie. Przede wszystkim dlatego, że nie mogła oderwać się myślami od matki, która stała na dworcu, czekając na pociąg. Trzęsąc się z zimna. Okutana podszytym wiatrem płaszczem. Na pewno czeka, obgryzając z nerwów paznokcie. Na pewno peron jest długi i nieprzytulny – plaster zimnego betonu. Czy w drodze powrotnej wyjrzy przez okno, mijając cmentarz, gdzie pochowała syna? Czy może zaśnie ciężkim snem? Samochód jechał naprzód, a w nim Liesel, przerażona przed ostatnim, śmiertelnym zakrętem. Dzień był szary, jak cała Europa. Samochód otaczała kurtyna deszczu.
[…]
W końcu Liesel Meminger ostrożnie weszła do środka. Hans Hubermann prowadził ją za rękę, w drugiej niosąc jej niewielką walizkę. Pod ubraniami schowana była mała czarna książka, którą, jak już wiemy, zgubił czternastoletni grabarz w mieście bez nazwy i której zapewne długo i bezskutecznie poszukiwał. „Przysięgam – musiał mówić swemu szefowi – że nie mam bladego pojęcia, co się z tym stało. Szukałem wszędzie, dosłownie wszędzie!” Z pewnością nigdy by nie podejrzewał o kradzież dziewczynki, a jednak to ona ją miała – czarną książkę ze srebrnym tytułem, która spoczywała pod sufitem odzieży: PODRĘCZNIK GRABARZA Dwanaście kroków do sukcesu w kopaniu grobów Wydawca: Bawarskie Towarzystwo Cmentarne. Była to pierwsza akcja złodziejki książek i początek jej błyskotliwej kariery.
[…]
Nic nie zmieniało tego, że była zagubionym, wychudzonym dzieckiem w kolejnym obcym miejscu, wśród obcych ludzi. Sama. Hubermannowie mieszkali na Himmelstrasse w jednym z małych, pudełkowych domków. Kilka pokoi, kuchnia i podwórko do spółki z sąsiadami. Dom miał płaski dach i płytką piwniczkę do przechowywania zapasów. Nie była to piwnica odpowiedniej głębokości. W 1939 roku nie stanowiło to jeszcze problemu. Później, w 1942 i 1943, już tak. Kiedy zaczęły się naloty, musieli biec ulicą do lepszego schronu. Na początku największe wrażenie robiły wyzwiska. Były takie wulgarne i pojawiały się w takim nadmiarze. Co chwila padało słowo Saumensch, Saukerl albo Arschloch. Tym, którzy nie rozumieją tych słów, należy się wyjaśnienie. „Sau” odnosi się do świń. Saumensch to obraźliwe, karcące i poniżające określenie istoty rodzaju żeńskiego. Saukerl odnosi się do osób rodzaju męskiego. Arschloch to tyle, co „dupek”. To słowo nie przynależy do żadnej konkretnej płci. Po prostu jest. Saumensch, du dreckiges! – krzyczała przybrana matka pierwszego wieczora, kiedy Liesel nie chciała się wykąpać. Ty plugawa świnio! Dlaczego nie chcesz się rozebrać? Rosa Hubermann umiała się wściekać. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że wściekłość była stałą ozdobą jej twarzy. To dlatego zmarszczki upodobniły ją do pogiętego kartonu. Liesel poszła się kąpać w stanie absolutnego przerażenia. Nie było mowy, żeby weszła do wanny, ani nawet żeby się położyła do łóżka. Skuliła się w kącie przypominającej szafę łazienki, szukając schronienia w nieistniejących ramionach ścian. Nie było tu nic poza suchą farbą, urywanym oddechem i potokiem przekleństw Rosy. Zostaw ją – Hans Hubermann wtrącił się do potyczki. Jego ciepły głos torował sobie drogę do Liesel jak przez gęsty tłum. Zostaw ją mnie.
[…]
Podszedł bliżej i usiadł na podłodze, opierając się o ścianę. Kafle były zimne i odpychające. Umiesz skręcać papierosy? – spytał. Przez następną godzinę siedzieli w basenie mroku, bawiąc się tytoniem i bibułkami, a Hans Hubermann palił skręcone papierosy. Po godzinie Liesel całkiem nieźle nauczyła się robić skręty. Ale nie wykąpała się.
[…]
Dźwięk akordeonu był także sygnałem bezpieczeństwa. Światło dnia. W ciągu dnia nie mogła śnić o bracie. Tęskniła za nim i często cicho popłakiwała w łazience, ale cieszyła się, że nie śpi. Pierwszej nocy u Hubermannów ukryła pod siennikiem ostatnią rzecz, jaka ją wiązała z bratem – Podręcznik grabarza. Od czasu do czasu wyciągała go, żeby potrzymać w dłoniach. Patrząc na litery na okładce i dotykając zadrukowanych stron, nie miała pojęcia, o czym jest ta książka. Zresztą nie obchodziło jej to. Jej znaczenie polegało na czymś zupełnie innym.
[…]
Wieczory w ciasnej kuchni były nieodmiennie wypełnione gadaniem. Rosa Hubermann mówiła bez przerwy, a jej gadanie przybierało formę Schimpfen. Stale narzekała i dążyła do kłótni. Nikt z obecnych nie chciał się z nią spierać, ale mama z talentem wykorzystywała każdą ku temu okazję. Potrafiła w swojej małej kuchni kłócić się z całym światem i czyniła to niemal co wieczór. Kiedy już było po kolacji i papa wychodził, Rosa i Liesel zostawały tam same, a Rosa zajmowała się prasowaniem. Kilka razy w tygodniu Liesel po powrocie ze szkoły przemierzała z mamą ulice Molching, przyjmując i oddając pranie i prasowanie w bogatszych rejonach miasteczka. Na Knauptstrasse, na Heidestrasse i paru innych ulicach. Mama witała się z klientami ze służalczym uśmiechem, ale gdy tylko drzwi się zamknęły, a one odeszły kilka kroków, lżyła tych wszystkich bogaczy za ich bogactwo i lenistwo.
[…]
Ale najwięcej ze swych pretensji Rosa rezerwowała dla numeru ósmego przy Grandestrasse. Był to duży dom położony na wzgórzu, w górnej części Molching. Ten – wskazała Liesel posiadłość, kiedy poszły tam po raz pierwszy – to dom burmistrza, tego złodzieja. Jego żona całymi dniami nie wychodzi i jest za skąpa, żeby napalić w piecu. Dlatego można tam zamarznąć. To wariatka – wyskandowała. Absolutna wariatka. A przy bramie skinęła na dziewczynkę: Ty tam pójdziesz. Co? – Liesel była przerażona widokiem potężnych drzwi z mosiężną kołatką, wznoszących się nad schodami. Nie mówi się „co”. Mama pchnęła ją mocno. Idź, Saumensch, rusz się.
[…]
Jeśli chodzi o złośliwości w tych zawodach, Frau Holtzapfel bardzo się starała. Nigdy, przechodząc ulicą, nie zapomniała splunąć na drzwi domu numer trzydzieści siedem z przekleństwem „Schweine!”. To jedno trzeba Niemcom oddać: żywią szczególne upodobanie do świń.
[…]
Przeznaczeniem Rudy’ego Steinera, czy był normalny, czy nie, było zostać najlepszym kumplem Liesel. A walnięcie kogoś prosto w twarz śnieżką jest idealnym sposobem zawarcia wiecznej przyjaźni. Kilka dni po rozpoczęciu nauki Liesel poszła do szkoły ze Steinerami. Matka Rudy’ego, Barbara, kazała mu zaopiekować się nową dziewczynką, głównie dlatego, że dowiedziała się o śniegowej kuli. Trzeba oddać Rudy’emu, że zastosował się do tego polecenia z przyjemnością. Nie był taki, jak inni młodociani mizogini. Bardzo lubił dziewczyny i lubił Liesel (stąd ta śnieżka). W istocie Rudy Steiner był jednym z tych bezczelnych małych drani, którzy uwielbiają towarzystwo kobiet. To się zdarza wśród dzieci. Trafiają się chłopcy, którzy nie okazują strachu przed płcią przeciwną, głównie dlatego, że cała reszta go okazuje. Nieustraszone typki wolne od wahań w swych decyzjach. Jeśli o to chodzi, Rudy Steiner od początku wiedział, czego chce od Liesel Meminger. W drodze do szkoły pokazywał jej charakterystyczne punkty miasta, a przynajmniej próbował, miotając się między młodszym rodzeństwem, na które pokrzykiwał, żeby się zamknęło, a starszym, które z kolei pokrzykiwało na niego. Pierwszą rzeczą, jaką jej pokazał, było małe okno na pierwszym piętrze jednej z kamienic. Tam mieszka Tommy Müller – powiedział i od razu zauważył, że Liesel wcale go nie kojarzy. No wiesz, ten nerwus. Jak miał pięć lat, starzy zgubili go na rynku, a było strasznie zimno. Kiedy go znaleźli po trzech godzinach, był prawie zamarznięty i odmroził sobie uszy. Potem zrobiło mu się w tych uszach zakażenie. Miał trzy czy cztery operacje. Przez doktorów ma zszarpane nerwy. I dlatego tak mu twarz lata.
[…]
W tym miejscu nikt nie chciał przebywać ani na nie patrzeć, ale prawie wszyscy to robili. Przy drodze w kształcie złamanego ramienia stało kilka domów z powybijanymi szybami i poobijanymi ścianami. Na drzwiach były wymalowane gwiazdy Dawida. Domy wyglądały jak zarażone trądem. Zakażone rany na poranionym niemieckim terytorium. To Schillerstrasse – powiedział Rudy. Droga żółtych gwiazd. Na końcu ulicy widać było jakichś ludzi. Za zasłoną mżawki wyglądali jak duchy. Nie ludzie, lecz niewyraźne kształty poruszające się za ołowianymi chmurami.
[…]
Rok 1936. Olimpiada. Igrzyska Hitlera. Jesse Owens pobiegł na dystansie 400 metrów i zdobył swój czwarty złoty medal. Cały świat zbulwersowały wypowiedzi, że jako czarnoskóry zalicza się do podludzi oraz fakt, że Hitler odmówił uściśnięcia mu ręki. Nawet najbardziej zdeklarowani rasiści byli pod wrażeniem jego sukcesu. Największym fanem sprintera był Rudy Steiner. Cała rodzina zgromadziła się w pokoju dziennym, tylko on wymknął się do kuchni, gdzie nabrał w dłonie sadzy z piecyka. Już – powiedział do siebie z uśmiechem. Był gotów. Grubą warstwą rozsmarował węgiel na twarzy, przeciągnął nim nawet po włosach. Przejrzał się w szybie i – ubrany tylko w szorty i koszulkę – na rowerze podkradzionym starszemu bratu popedałował na Stadion Huberta. W kieszeni miał zapasowe kawałki węgla, na wypadek gdyby pierwsze smarowidło się zużyło.
[…]
W normalnych okolicznościach pan Steiner był człowiekiem wyjątkowo uprzejmym i łagodnym. Jednak odkrycie, że jeden z jego potomków przemalował się w letnią noc na Murzyna, nie było dla niego normalną okolicznością. Ten chłopak zwariował – wymamrotał, choć, mając szóstkę dzieci, mógł coś podobnego przewidzieć. Przynajmniej jedno z nich musiało się okazać czarną owcą. No? Byłem Jesse Owensem – odparł zdyszany Rudy, opierając ręce na kolanach. Jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie. W jego tonie było nawet coś bezczelnego, jakby miał pretensje o pytanie ojca. Uspokoił się jednak, widząc, jak resztki snu znikają z ojcowskich oczu.
[…]
Cztery lata później, kiedy Liesel zaczęła pisać w piwnicy, uderzyły ją dwie myśli, dwa wspomnienia z tamtej nocy. Po pierwsze, była ogromnie szczęśliwa, że to właśnie papa odkrył książkę. (Na szczęście po ostatnim praniu bielizny Rosa nauczyła Liesel samodzielnie zmieniać pościel. „Tylko się pośpiesz, Saumensch! Nie mam zamiaru stać nad tobą cały dzień!”). Po drugie, była dumna, że Hans Hubermann przyczynił się do jej edukacji. Nikt by nie pomyślał – napisała – że wcale nie w szkole nauczyłam się czytać. Papa mnie nauczył. Ludzie uważają, że nie jest zbyt bystry, i to prawda, że nie czyta zbyt szybko, ale przekonałam się, że słowa i pisanie ocaliły mu kiedyś życie. A dokładniej: słowa i człowiek, który nauczył go grać na akordeonie…
[…]
To przeczytaj mi coś. Nie umiała. Kiedy kazał jej wskazać słowa, które umie odczytać na głos, okazało się, że są tylko trzy – trzy niemieckie rodzajniki. Cała strona musiała liczyć około dwustu słów. Będzie ciężko, pomyślał, a ona go na tej myśli przyłapała. Podniósł się i wyszedł. Kiedy wrócił, powiedział: Mam lepszy pomysł. W jego dłoniach tkwił gruby stolarski ołówek i arkusz papieru ściernego. Będziemy rysować. W rogu odwróconego arkusza narysował kwadracik wielkości jakichś dwóch centymetrów kwadratowych, a w środku drukowaną literę „A”. W drugim rogu postawił małe „a”. Na razie szło dobrze. A – powiedziała Liesel. „A” jak co? Apfel – uśmiechnęła się Liesel. Napisał to słowo drukowanymi literami, a pod spodem niezgrabnie narysował jabłko. Nie był artystą, tylko malarzem pokojowym. Kiedy skończył, powiedział: Przechodzimy do „B”.
[…]
W Molching dzień był chłodny, kiedy zaczęła się wojna, a mnie przybyło pracy. Cały świat o tym mówił. Nagłówki gazet szalały. Głos Führera ryczał ze wszystkich niemieckich radioodbiorników. Nie wycofamy się. Nie spoczniemy. Zwyciężymy. Nadszedł nasz czas. Rozpoczął się atak Niemiec na Polskę i ludzie gromadzili się, słuchając najnowszych wiadomości. Münchenstrasse, jak każda główna ulica w każdym niemieckim mieście, żyła wojną. Jej zapachem, jej odgłosami. Pogłoski rozeszły się już wcześniej – dzięki napisom na murach – a teraz zostało to oficjalnie ogłoszone. Anglia i Francja opowiedziały się przeciw Niemcom. Było jak w zdaniu wypowiedzianym przez Hansa Hubermanna: Zaczęła się zabawa. W dniu ogłoszenia wojny papa miał to szczęście, że ciężko pracował. Kiedy wracał do domu, podniósł z chodnika zmiętą gazetę i – zamiast przystanąć i wcisnąć ją między kubełki farby na wózku, zwinął ją i schował za koszulę. Nim doszedł do domu, pot rozmoczył litery i odcisnął je na skórze. Gazeta wylądowała na stole, ale on miał najświeższe wiadomości na piersi. Jak tatuaż. Z rozpiętą koszulą pochylił się nad gazetą w mdłym kuchennym świetle. Co piszą? – spytała Liesel. Patrzyła to na jego skórę z odciśniętymi czarnymi literami, to na papier. Hitler zajmuje Polskę – odparł Hans Hubermann i osunął się na krzesło. Deutschland über Alles – wyszeptał, a w jego głosie nie było ani cienia patriotyzmu.
[…]
Złodziejka książek jeszcze raz popatrzyła na napisane słowa. Dawaj, Liesel, wyszeptał bezgłośnie Rudy. Dawaj, Liesel. Krew zaczęła jej szybciej krążyć w żyłach, a zdania rozmazywać prze oczami. Biała stronica wydawała się zapisana w obcym języku, a łzy w oczach dodatkowo utrudniały sprawę. Liesel w ogóle nie widziała już słów. I jeszcze to słońce. Straszne słońce. Wdzierało się przez szyby i padało prosto na nią, beznadziejną dziewczynkę. Jakby krzyczało jej prosto w twarz: „Umiesz ukraść książkę, ale żadnej nie potrafisz przeczytać!”. Ale nagle samo przyszło. Rozwiązanie. Oddychać, oddychać. Zaczęła czytać, ale nie tekst, który był napisany w trzymanej w rękach książce. Czytała fragmenty Podręcznika grabarza z rozdziału trzeciego Co robić w razie śniegu. Pamiętała każde słowo tekstu odczytywanego przez papę.
[…]
Kiedy się wreszcie pozbierała i wstała, objął ją gestem dobrego kumpla i ruszyli do domu. Nie było mowy o pocałunkach. Nic z tych rzeczy. Możecie pokochać Rudy’ego za jego zachowanie, jeśli chcecie. Tylko nie kop mnie w jaja. Tak myślał Rudy, choć nie powiedział tego Liesel. Powiedział jej to cztery lata później. Na razie wracali we dwójkę w deszczu na Himmelstrasse. On był szaleńcem, który pomalował się na czarno i chciał zwyciężyć cały świat. Ona była złodziejką książek, której brakowało słów.
[…]
Na to, że wygłodniała złodziejka książek sięgnęła po swą drugą zdobycz, złożyło się wiele czynników. Akt kradzieży miał niezwykle ważne, wręcz kluczowe konsekwencje: Liesel ostatecznie zdecydowała się nadal kraść książki, zaś Hans Hubermann postanowił pomóc żydowskiemu bokserowi. Co do mnie, przekonałem się już nie pierwszy raz, że okazja czyni złodzieja, ryzyko skłania do jeszcze większego ryzyka, chęć życia budzi do życia, a zadawanie śmierci powoduje coraz więcej śmierci. To musiało być przeznaczenie. Ludzie twierdzą, że nazistowskie Niemcy były produktem antysemityzmu, nadgorliwego przywódcy, zakompleksionych bigotów, ale do niczego by to nie doprowadziło, gdyby Niemców nie łączyła jedna, wszechogarniająca namiętność: palenie. Niemcy uwielbiali palić rzeczy. Sklepy, synagogi, Reichstagi, domy, dokumenty, zwłoki, no i oczywiście książki.
[…]
Wyczekała się 463 dni, ale było warto. Pod koniec pociągającego złem, podniecającego, krwawego i dopełnionego karą z zaufanej ręki popołudnia Liesel Meminger odniosła swój drugi życiowy sukces. Zdobyła Wzruszenie ramion, błękitną książkę z wytłoczonym na czerwono tytułem i niewielkim rysunkiem czerwonej kukułki umieszczonym poniżej. Liesel, wspominając później moment kradzieży, nie czuła się zawstydzona. Przeciwnie, była dumna i ta duma rozlewała jej się w żołądku jak małe jeziorko. Jej motywacją była złość i nienawiść. 20 kwietnia, w dniu urodzin Führera, w dniu, gdy Liesel wyciągnęła książkę z dymiących popiołów, stała się dziewczyną z ciemności.
[…]
Odwinąwszy papier, znalazła dwie książeczki. Pierwsza, zatytułowana Pies Faust, została napisana przez Mattheusa Ottleberga. Liesel przeczytała ją trzynaście razy. W Wigilię przeczytała pierwszych dwadzieścia stron, podczas gdy papa i Hans Junior kłócili się o coś, czego nie rozumiała. Coś zwanego polityką. Potem czytała dalej w łóżku, podkreślając niezrozumiałe słowa i wypisując je, tak jak robiła to wcześniej z papą. Książka Pies Faust miała śliczne ilustracje, przedstawiające owczarka niemieckiego, który się okropnie ślinił i potrafił mówić. Autorką drugiej książki, zatytułowanej Latarnia morska, była kobieta, Ingrid Rippinstein. Książka była dłuższa, więc Liesel przeczytała ją tylko dziewięć razy.
[…]
Czy mogę napisać list do mamy? Cisza. A po co masz do niej pisać? Widzisz ją codziennie. Na twarzy papy pojawił się szelmowski uśmiech. Nie dość ci jeszcze? Nie do tej mamy – przełknęła ślinę. A. Papa odwrócił się i malował dalej. Chyba tak. Możesz go przesłać do tej kobiety, zapomniałem nazwiska, która cię tu przywiozła i odwiedziła parę razy. Frau Heinrich. Zgadza się. Wyślij go do niej, może ona będzie mogła przekazać go twojej mamie... Nie brzmiało to przekonująco, jakby coś przed Liesel ukrywał. Frau Heinrich podczas swoich wizyt też ani razu nie wspomniała o jej prawdziwej mamie.
[…]
Molching, podobnie jak reszta Niemiec, było w wirze przygotowań do urodzin Hitlera. Tego akurat roku, gdy wojna postępowała jak burza, a Hitler stale zwyciężał, jego nazistowscy zwolennicy z Molching chcieli je uczcić w sposób szczególny. Szykowali paradę, marsze z muzyką i masowymi pieśniami. I wielki ognisty stos. Podczas gdy Liesel przemierzała ulice miasta, odnosząc i odbierając pranie, członkowie NSDAP gromadzili opał. Liesel kilka razy była świadkiem, jak mężczyźni i kobiety stukają do drzwi i pytają, czy ludzie nie mają przypadkiem niepotrzebnych rzeczy, których chcieliby się pozbyć. Zakupiony przez papę „Molching Express” ogłosił, że z okazji święta na centralnym placu będzie urządzone ognisko, na które przybędą także młodzieżowe oddziały hitlerowskie. Będzie to uczczenie nie tylko urodzin Führera, ale także chwalebnych zwycięstw nad jego wrogami i końca pohańbienia Niemiec po I wojnie światowej. Zażądano, by na miejsce zbiórki w siedzibie NSDAP przy Münchenstrasse przynosić „wszelkie wrogie materiały propagandowe z tamtych czasów, takie jak gazety, plakaty, książki i flagi”. Nawet Schillerstrasse – ulica żółtych gwiazd – która czekała na odbudowę, została po raz kolejny splądrowana w poszukiwaniu wszystkiego, co nadawałoby się do spalenia na chwałę Führera.
[…]
Przyjęli cię już? – spytał Hans Junior, podejmując temat tam, gdzie przerwali na Boże Narodzenie. Gdzie? Zgadnij! Do partii. Nie. Chyba o mnie zapomnieli. A nie próbowałeś drugi raz? Nie możesz tak po prostu siedzieć na tyłku i czekać, aż przyjdzie nowy świat. Musisz go współtworzyć, musisz działać – mimo że kiedyś popełniałeś błędy. Błędy? – Papa podniósł wzrok. Popełniłem w życiu wiele błędów, ale to, że nie wstąpiłem do partii, nie jest jednym z nich. Poza tym ciągle mają moje podanie, o czym świetnie wiesz. Ale nie mogłem tam znowu iść po prośbie.
[…]
Nareszcie te stare graty na coś się przydadzą. Rzeczy przeznaczone do spalenia zwożono wózkami i zrzucano na środek placu. Były polewane czymś słodkim. Książki i inne papierowe materiały też wysypywano z wózków i rzucano na stos. Z daleka przypominało to stożek wulkaniczny albo dziwny, nieznany obiekt latający, który cudownym sposobem wylądował na środku placu i teraz trzeba go szybko zniszczyć. Zapach substancji palnej docierał nawet do tych, którzy stali daleko, zbici w tłum. Zebrało się ponad tysiąc ludzi. Stali wszędzie: na ziemi, na schodach ratusza, nawet na dachach domów otaczających plac.
[…]
Ludzie szturchali go, polewali, nawet pluli. Przypominał klasową ofiarę, samotną i prześladowaną, niezdolną do walki ze swym losem. Dzieciaka, którego nikt nie lubi. Spuszczona głowa. Ręce w kieszeniach. Koniec. Amen. Rzeczy do spalenia wciąż przybywało, a Liesel wypatrywała Rudy’ego. Gdzie ten Saukerl się podziewa? Spojrzała w górę. Niebo się obniżyło. Wznoszący się horyzont hitlerowskich flag i mundurów zasłaniał jej widok za każdym razem, gdy próbowała się wychylić nad głową niższego dziecka. Sprawa była beznadziejna. Tłum żył własnym życiem. Nie sposób było go wyminąć, przecisnąć się, pertraktować. Oddychało się jego oddechem, śpiewało jego głosem. Czekało na jego ogień. Mężczyzna na trybunie kazał się wszystkim uciszyć. Jego mundur lśnił brunatną barwą, jakby wciąż jeszcze nosił ślady żelazka. Zapadła cisza. Heil Hitler! – brzmiały jego pierwsze słowa. Salut na cześć Führera był jego pierwszym gestem. Mamy dziś wielki dzień – mówił. To nie tylko dzień urodzin naszego wielkiego przywódcy, ale dzień kolejnego tryumfu nad wrogami. Nie pozwolimy im zatruwać naszych umysłów… Liesel wciąż usiłowała się przecisnąć bliżej. Położyliśmy kres zarazie, która toczyła Niemcy przez ostatnie dwadzieścia lat, jeśli nie więcej! – ryczał.
[…]
To on był „onymi”, o których mówili Hubermannowie tego wieczora, kiedy napisała pierwszy list do matki. Wiedziała to, ale musiała się upewnić. Czy moja mama jest komunistką? Patrzyła. Prosto przed siebie. Zanim tu przyszłam, ciągle zadawali jej pytania. Nie mam pojęcia. Hans pochylił się lekko, inicjując kłamstwo. Nigdy jej nie spotkałem. Czy to Führer ją zabrał? Pytanie zaskoczyło ich oboje, papa poczuł się zmuszony wstać. Popatrzył na grupę mężczyzn w brunatnych koszulach, którzy łopatami zbierali popiół. Słyszał, jak spluwają. W ustach rosło mu drugie kłamstwo, ale nie czuł się na siłach, by je wypowiedzieć. Zamiast tego rzekł: Tak, myślę, że to on.
[…]
Żar był wciąż dość silny, by ogrzać ją, kiedy stanęła na skraju pogorzeliska. Kiedy wyciągnęła rękę, cofnęła ją zaraz od gorąca. Za drugim razem musiała być szybsza. Sięgnęła po najbliższą książkę. Była gorąca, przypalona na brzegach, z nietkniętym środkiem. Okładka była niebieska. Wyglądała, jakby zrobiono ją z setek gęsto tkanych, a potem sprasowanych nitek. Wytłoczono na nich czerwone litery. Jedyne słowo, jakie Liesel zdołała odczytać, to „ramion”. Nie miała czasu doczytać reszty. Problemem był dym. Okładka dymiła, kiedy podrzucając ją w rękach, odbiegła od stosu. Szła ze spuszczonymi oczami, a w środku, za każdym krokiem, szarpały ja nerwy. Zdołała zrobić czternaście kroków, kiedy za plecami usłyszała głos. Hej! Była bliska tego, żeby zawrócić i rzucić książkę tam, skąd ją wzięła, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Jedyne, do czego była zdolna, to odwrócić głowę. Są tu resztki, które się nie dopaliły – zawołał jeden ze sprzątających. Nie patrzył na dziewczynkę, tylko w stronę ludzi przy ratuszu.
[…]
Zaczęli oddalać się od sceny zbrodni. Książka dosłownie paliła jej ciało. Tytuł Wzruszenie ramion odcisnął się na jej żebrach. Kiedy mijali złowróżbne cienie przy ratuszu, twarz złodziejki książek wykrzywił grymas. Co jest? – spytał papa. Nic. Ale parę spraw nie wyglądało najlepiej: Zza kołnierza Liesel unosił się dym. Gardło ściskała jej obręcz potu. Ukryta pod bluzą książka pożerała ją żywcem.
[…]
Ukradła książkę. Ktoś ją na tym nakrył. Złodziejka zareagowała. Prawidłowo. Każdą godzinę i minutę wypełniało zdenerwowanie, a właściwie paranoja. Tak się dzieje z przestępcami, szczególnie gdy kryminalistą jest dziecko. Wyobraża sobie ono wszelkie możliwe okoliczności przyłapania. Na przykład ludzi goniących je w ślepej uliczce albo nauczycieli znających wszystkie jego grzeszki. Każdy szelest liści lub trzaśnięcie odległej bramy bierze za policję u drzwi. Dla Liesel już sama ta paranoja była dostateczną karą, podobnie jak strach przed dostarczeniem bielizny do domu burmistrza. Jak łatwo sobie wyobrazić, kiedy przyszło co do czego, Liesel najwygodniej było pominąć dom przy Grandestrasse.
[…]
Był to dzień odbierania prania. Żona burmistrza otworzyła drzwi, ale w jej ręku tym razem nie było torby. Zamiast tego odsunęła się na bok i swą kredowobiałą dłonią zrobiła gest zapraszający dziewczynkę do środka. Przyszłam tylko po pranie. Liesel czuła, jak krew tężeje jej w żyłach. Miała wrażenie, że zaraz, tu, na schodach, rozpadnie się na kawałki. Wtedy kobieta po raz pierwszy w życiu się do niej odezwała. Dotknęła jej zimnymi palcami i powiedziała: Warte – czekaj. Kiedy była pewna, że dziewczynka posłuchała, odwróciła się szybko i zniknęła w głębi domu. Bogu dzięki – odetchnęła Liesel. Zaraz to przyniesie. „To” odnosiło się do prania. Ale kobieta wróciła z czymś zupełnie innym. Trzymała w rękach stos książek, sięgający od pępka do piersi. Na tle wielkich drzwi wyglądała niesamowicie bezbronnie. Na twarzy o jasnych, długich rzęsach malował się leciutki wyraz zachęty. Ta twarz mówiła: chodź i zobacz.
[…]
Jezus, Maria… Wypowiedziała te słowa na głos, w pokoju wypełnionym chłodnym powietrzem i książkami. Książki były dosłownie wszędzie! Przy każdej ścianie stały wypchane nimi, schludne półki. Zza książek nie widać było koloru ścian. Na okładkach – czarnych, czerwonych, szarych i w ogóle we wszystkich możliwych kolorach pyszniły się litery wszelkich krojów i wymiarów. Była to najpiękniejsza rzecz, jaką Liesel Meminger widziała w swym życiu. Uśmiechnęła się na widok cudu.
[…]
Zdaniem Liesel Wzruszenie ramion było wspaniałą książką. Co noc, po obudzeniu z sennego koszmaru, szybko się pocieszała i była bardzo zadowolona, że nie śpi, mogąc czytać. „To co, parę stroniczek?” pytał papa, a Liesel przytakiwała. Czasem kończyli rozdział następnego popołudnia w piwnicy. To, dlaczego władzom nie podobała się ta książka, było oczywiste. Głównym bohaterem był Żyd, przedstawiony w bardzo korzystnym świetle. Błąd nie do wybaczenia. Był bogatym człowiekiem znużonym tym, że życie przecieka mu przez palce. Określał to jako wzruszenie ramionami na problemy i przyjemności tego świata. W Molching było wczesne lato. Liesel i papa przedzierali się przez karty książki, tymczasem jej bohater podróżował w interesach do Amsterdamu w drżącym śniegu. Dziewczynce bardzo podobał się ten drżący śnieg.
[…]
Wiele łączyło Liesel i Rudy’ego, ale ostatecznie ich przyjaźń scementowała namiętność do złodziejstwa. Okazało się to przypadkiem, a siłą sprawczą był głód Rudy’ego. Chłopak permanentnie umierał z głodu. W okresie racjonowania żywności interes jego ojca mocno kulał (wprawdzie znikła żydowska konkurencja, ale znikła też żydowska klientela). Steinerowie ledwo wiązali koniec z końcem. Jak wielu ludzi z Himmelstrasse i okolic musieli parać się handlem wymiennym. Liesel chętnie podkarmiałaby Rudy’ego, ale w jej domu też się nie przelewało. Mama zwykle gotowała grochówkę. Gotowała ją w niedzielę wieczorem, nie na dwa czy trzy dni, ale na cały tydzień, do soboty musiało wystarczyć. W następną niedzielę gotowała kolejny gar. Do tego chleb, czasem odrobina kartofli czy mięsa. Zjadało się swój talerz bez skarg i bez prośby o repetę.
[…]
Drugą korzyścią było obserwowanie ludzi, którzy stale, tydzień po tygodniu, robili to samo. Jedną z takich osób był ich kolega szkolny Otto Sturm. Każdego piątkowego popołudnia woził na rowerze do kościoła żywność dla księży. Obserwowali go przez miesiąc, a kiedy pogoda się popsuła i w październiku zrobiło się bardzo zimno, Rudy gotów był się założyć, że Otto nie dojedzie. Ci wszyscy księża – tłumaczył Rudy Liesel, kiedy szli razem przez miasto – i tak są za tłuści. Mogą się obejść przez tydzień bez wałówki. Liesel nie mogła się z tym nie zgodzić. Po pierwsze, nie była katoliczką. Po drugie, była głodna jak wilk. Jak zwykle niosła pranie. Rudy dźwigał dwa wiadra wody, lub, jak mówił, dwa wiadra przyszłego lodu. Tuż przed drugą zabrał się do roboty. Bez wahania wylał wodę dokładnie na zakręcie, który miał pokonać Otto. Liesel uważała, że to świetny pomysł. Najpierw było jej trochę wstyd, ale generalnie plan był doskonały, prawie idealny. W każdy piątek po drugiej Otto Sturm skręcał w Münchenstrasse z jedzeniem umieszczonym w koszyku z przodu, przy kierownicy. Tego piątku w tym akurat miejscu jego podróż miała się zakończyć. Droga już była oblodzona, a zadowolony z siebie Rudy tylko ją w tym względzie ulepszył. Uśmiech przebiegł przez jego twarz. Chodź – powiedział – schowamy się w tych krzakach.
[…]
[Max Vandenburg – żydowski uciekinier] Przeszedł z Pasing do Molching wedle wyuczonej na pamięć mapy. Było już późno, gdy wyłoniło się przed nim miasto. Nogi potwornie go bolały, ale już był prawie na miejscu – najbardziej niebezpiecznym ze wszystkich. Na wyciągnięcie ręki. Odnalazł Münchenstrasse i zaczął iść chodnikiem. Wszystko zamarło. Jarzące się kule latarni. Ciemne, nieruchome budynki. Ratusz wyglądał jak umięśniony młodzieniec, zbyt wyrośnięty na swoje lata. Kościół tylko mignął w ciemności. Wszystko go obserwowało. Zadrżał. Miej oczy otwarte, przestrzegł się w duchu. (Niemieckie dzieci bystro poszukiwały zgubionych na ziemi monet. Niemieccy Żydzi wypatrywali, czy ktoś ich nie łapie). Myśląc o trzynastce, tej szczęśliwej, liczył po drodze kroki, zaczynając od nowa po każdej trzynastce. Jeszcze tylko trzynaście kroków – powtarzał. No i jeszcze trzynaście. Zanim doszedł do rogu Himmelstrasse, uzbierało się około dziewięćdziesięciu trzynastek. W jednej ręce trzymał walizkę. W drugiej Mein Kampf.
[…]
Ogólnie rzecz biorąc, odkąd wstąpił do wojska, Wielka Wojna [pierwsza wojna światowa – przyp. aut.] nie przestała go zaskakiwać. Była jak serial. Dzień za dniem, dzień za dniem, dzień za dniem. Świst pocisków. Mężczyźni odpoczywający w okopach. Najlepsze świńskie dowcipy na świecie. Zimny pot – ten złośliwy mały przyjaciel – zagnieżdżający się pod pachami i w spodniach. Najbardziej lubił grę w karty albo w szachy, choć w tej konkurencji był zupełnie beznadziejny. I muzykę. Muzykę przede wszystkim. Poznał o rok starszego chłopaka, niemieckiego Żyda nazwiskiem Erik Vandenburg, który nauczył go grać na akordeonie. Stopniowo się zaprzyjaźniali, także na skutek tego, że żaden z nich nie miał serca do walki. Zamiast pełzać po śniegu i błocie woleli skręcać papierosy. Woleli puszczać bąki, zamiast wystrzeliwać kule. Hazard, palenie i muzyka były mocnym fundamentem przyjaźni, nie wspominając o wspólnej woli przeżycia. Problem tylko w tym, że jakiś czas później Erika Vandenburga odnaleziono w kawałkach na trawiastym wzgórzu. Jego ślubna obrączka została skradziona. Zabrałem go wraz z innymi i odpłynęliśmy. Horyzont był mlecznobiały. Zimny i świeży. Oblewał martwe ciała. Po Eriku Vandenburgu tak naprawdę zostało parę drobiazgów i poplamiony palcami akordeon. Wszystko poza instrumentem odesłano do domu. Akordeon uznano za zbyt duży. Jakby z wyrazem samooskarżenia leżał na jego pryczy w obozie i w końcu dano go Hansowi Hubermannowi, przyjacielowi, jedynemu, który przeżył.
[…]
Hubermann. Erik dodał jeszcze: Ma piękny charakter pisma, po prostu doskonały. Więc sprawa załatwiona – tym słowom towarzyszył nieznaczny uśmieszek. Angażuję cię, Hubermann. Niepewny młody żołnierz wystąpił naprzód i zapytał o swoje obowiązki. Sierżant westchnął. Kapitan ma atak artretyzmu i potrzebuje, żeby ktoś za niego napisał kilkadziesiąt listów. Ty to zrobisz. Nie był to moment na wymówki, szczególnie po tym, jak Schlink wyczyścił latryny szczoteczką do zębów, a inny żołnierz, Pflegger, omal się nie otruł, liżąc koperty. Język miał potem zupełnie siny. Tak jest, panie sierżancie – przytaknął Hans i na tym się skończyło. Jego umiejętności pisarskie były co najmniej wątpliwe, ale uważał się za szczęściarza. Pisał listy najlepiej, jak umiał, podczas gdy reszta kolegów ruszyła do walki. Żaden z nich nie wrócił.
[…]
W listopadzie 1940 roku, kiedy Max Vandenburg wszedł do kuchni domu przy Himmelstrasse 33, miał dwadzieścia cztery lata. Ubranie wydawało się ciągnąć go do ziemi i był tak zmordowany, że mógłby złamać się na pół, gdyby go choćby podrapać. Stał w drzwiach, cały roztrzęsiony. Czy nadal gra pan na akordeonie? Oczywiście pytanie to znaczyło: „Czy nadal chce mi pan pomóc?”. Przybrany ojciec Liesel podszedł do frontowych drzwi i otworzył je. Ostrożnie wyjrzał na ulicę. Spokój. Żyd Max Vandenburg przymknął oczy, zanurzając się nieco głębiej w bezpieczeństwo. Sama myśl o nim była absurdalna, ale i tak ją zaakceptował. Hans sprawdził, czy okna są dokładnie zasłonięte. Nie mogła pozostać nawet szczelinka. Kiedy skończył, Max nie wytrzymał. Kucnął i zacisnął ręce. Głaskała go ciemność. Jego palce cuchnęły walizką, metalem, książką Mein Kampf i szansą przeżycia.
[…]
Kiedy Żyd wchodzi nad ranem do twego domu, w samym mateczniku ruchu nazistowskiego, masz prawo czuć dyskomfort, i to na wielu poziomach. Strach, niedowierzanie, paranoja. Każdy z tych czynników gra swoją rolę i każdy sprawia, że spodziewasz się jak najgorszych konsekwencji. Pulsujący strach. Bezlitosny. Zadziwiające, że mimo tego migotliwego strachu, jarzącego się w ciemności, udało im się nie popaść w histerię. Mama odesłała Liesel do łóżka. Bett, Saumensch – jej głos był spokojny i stanowczy. Niezwykły. Po kilku minutach papa przyniósł pościel na drugie łóżko. Alles gut, Liesel? Wszystko gra? Tak, papo. Jak widzisz, mamy gościa. Liesel widziała w mroku tylko zarys jego wysokiej postaci. Będzie tu dzisiaj nocował.
[…]
Pamiętasz tamten dzień – urodziny Führera – kiedy wracaliśmy z domu po ognisku? Pamiętasz, co mi wtedy obiecałaś? Że dotrzymam tajemnicy – Liesel kiwnęła głową do ściany. Właśnie. Na ścianie, między połączonymi dłońmi cieniami, rozrzucone były malowane słowa; siedziały im na ramionach, spoczywały na głowach, zwisały z rąk. Liesel, jeśli komukolwiek powiesz słowo o tym człowieku, wszyscy będziemy mieć poważne kłopoty. Hans umiejętnie balansował między zastraszaniem a uspokajaniem, żeby się nie zdenerwowała. Karmił ją słowami i przyglądał się jej swymi metalicznymi oczami. Desperacja i spokój. W najlepszym wypadku ja i mama zostaniemy wywiezieni. Hans obawiał się trochę, czy nie przestraszy jej za bardzo, ale wykalkulował sobie, że lepiej postraszyć za bardzo niż za mało. Uległość dziewczynki musiała być całkowita i niewzruszona. Pod koniec Hans Hubermann popatrzył na Liesel Meminger, zmuszając ją do najwyższego skupienia. Przedstawił jej listę konsekwencji. Jeśli powiesz o nim komukolwiek… Wychowawczyni. Rudy’emu. Komukolwiek. Wszystko groziło karą.
[…]
Muszę ci coś powiedzieć, Liesel. Liesel usadowiła się na metrowej kupie prześcieradeł, papa na piętnastolitrowej puszce z farbą. Przez parę chwil szukał właściwych słów. Kiedy napłynęły, wstał, by je wypowiedzieć. Potarł ręką oczy. Nie wiedziałem, czy to się kiedykolwiek zdarzy, więc ci o tym nie opowiadałem. Nie opowiadałem o sobie ani o tym człowieku na górze – mówiąc, chodził z kąta w kąt, a jego powiększony przez lampę cień chybotał się na ścianie. Kiedy przystanął, cień wyczekująco przyczaił się za nim. Obserwował. Zawsze ktoś kogoś obserwował. Znasz mój akordeon? – zapytał papa i opowiedział całą historię. Opowiedział o I wojnie, o Eriku Vandenburgu i o odwiedzinach u żony zmarłego żołnierza. Ten chłopiec, który wtedy wszedł do pokoju, to jest właśnie ten pan na górze. Verstehst? Rozumiesz? Złodziejka książek siedziała i słuchała historii Hansa Hubermanna przez dobrą godzinę, aż do puenty, którą skończył się obowiązkowy wykład.
[…]
Max Vandenburg poprzysiągł, że już nigdy nie będzie spać w pokoju Liesel. Co sobie myślał tamtej, pierwszej nocy? Samo przypomnienie paraliżowało go. Wytłumaczenie było jedno – oszołomienie po podróży. Teraz wiedział, że jedynym miejscem, w którym może przebywać, jest piwnica. Nie szkodzi, że jest tam zimno i samotnie. Był Żydem, więc przysługiwała mu tylko piwnica lub podobna kryjówka pozwalająca na przetrwanie. Przepraszam was – wyznał swe myśli Rosie i Hansowi, schodząc do piwnicy. Odtąd stąd nie wyjdę. Będę siedział cicho jak mysz, nawet mnie nie usłyszycie.
[…]
To, co chciała powiedzieć, ćwiczyła przed lusterkiem w łazience. Wciąż jeszcze była przesiąknięta odorem moczu, widocznie Max użył swej puszki po farbie tuż przed jej przyjściem. So ein G’schtank, pomyślała, co za smród. Tylko zapach własnego moczu nie drażni człowieka.
[…]
Pewnego wieczora Hans, Max i Liesel siedzieli przed kominkiem. Mama była w kuchni. Max znowu czytał Mein Kampf. Wiesz co? – Hans pochylił się w stronę ognia. Liesel bardzo lubi czytać. Max opuścił książkę. Macie ze sobą wiele wspólnego. Hans sprawdził, czy Rosa nie słyszy. Liesel też lubi się boksować. Papo! Liesel niebawem miała skończyć jedenaście lat i wciąż była chuda jak patyk. Ja się nigdy nie biję! Szszsz – zaśmiał się papa i pokazał jej gestem, żeby ściszyła głos. Tym razem pochylił się ku dziewczynce. A co powiesz o tym laniu, które spuściłaś Ludwigowi Schmeiklowi? No? Ja nigdy… – zaczęła Liesel, ale nie było sensu się zapierać. Skąd wiesz? Spotkałem u Knollera jego ojca.
[…]
W ciągu tego tygodnia Max wyciął trochę kartek z Mein Kampf i pomalował je białą farbą. Rozwiesił je do suszenia na sznurku, od jednego końca piwnicy do drugiego. Potem zaczęły się trudności. Jego edukacja była wystarczająca, żeby dał sobie radę w życiu, nie był jednak ani pisarzem, ani rysownikiem. Ale tak długo przepowiadał sobie słowa w głowie, aż był pewien, że napisze je bez błędu. Dopiero wtedy – na papierze, który wybrzuszył się i pomarszczył w procesie suszenia, zaczął małym pędzelkiem malować czarną farbą wymyśloną historię. Zbędny człowiek. Wyliczył sobie, że potrzebuje trzynastu stron, więc pomalował czterdzieści na zapas, przewidując, że będzie musiał robić poprawki. Próbne wersje malował na stronach „Molching Express”, doskonaląc swą sztukę do momentu, kiedy mógł zaakceptować rysunki. Pracując, miał w uszach słowa dziewczynki: „Jego włosy są jak piórka”. Kiedy skończył, przedziurawił strony czubkiem noża i przeciągnął przez nie sznurek.
[…]
Teraz mieszkam w piwnicy. Złe sny ciągle we mnie żyją. Pewnej nocy kiedy skończył się koszmar, stanął nade mną jej cień. Powiedziała: „Opowiedz mi, co ci się śniło”. Opowiedziałem. [kolejna str.] Wtedy ona opowiedziała mi, co jej się śni. [kolejna str.] Teraz myślę, że ta dziewczynka i ja jesteśmy przyjaciółmi. W swoje urodziny to ona ofiarowała mi prezent. Dlatego zrozumiałem, że najbardziej zbędny człowiek, jakiego znam, wcale nie jest człowiekiem… [kolejna str.]
NAJWAŻNIEJSZE
NAJWAŻNIEJSZE
NAJWŻA
NAJWAŻNI
ŚWIATŁO
WODA
RUCH
ŚWIATŁO
ŚWIATŁO
[koniec]
[…]
Książka płynęła na falach Amper. Chłopak wskoczył do rzeki, złapał ją i uniósł prawą ręką. Zaśmiał się. Stał po pas w lodowatej, grudniowej wodzie. Będzie pocałunek, Saumensch? – zapytał. Powietrze było cudownie, wspaniale, aż do mdłości zimne, nie mówiąc o wodzie, ogarniającej go od palców po biodra. Będzie pocałunek? Będzie pocałunek? Biedny Rudy.
[…]
Z czasem Liesel zaczęła zamykać oczy, prosząc Maksa, by przepytywał ją ze słów, które stale pisała z błędami, jakby chciały przed nią uciec. Potem malowała te słowa na ścianie, nawet po kilkanaście razy. Razem wdychali zapach farby i cementu. Leżąc w łóżku, wyobrażała go sobie tam, na dole. W jej wyobrażeniach zawsze spał w ubraniu i butach, jakby się szykował do ucieczki. Spał z jednym okiem otwartym.
[…]
Czy możesz wyjrzeć i powiedzieć mi, jaka jest pogoda? Liesel popędziła na górę. Stanęła przed oplutymi drzwiami i zaczęła patrzeć w niebo. Kiedy wróciła, zameldowała: Niebo jest dzisiaj niebieskie, Max, a pośrodku jest długa biała chmura, rozciągnięta jak lina. A na końcu słońce, taka żółta dziura… Max pojął natychmiast, że tylko dziecko potrafiłoby tak skonstruować prognozę pogody. Namalował na ścianie długą grubą linę, a na końcu słońce, do którego można z niej wskoczyć. Na linie namalował dwie figurki – chudą dziewczynkę i wyniszczonego Żyda. Szli z rozpostartymi rękami w stronę kapiącego farbą słońca.
[…]
Czwartki były teraz jedynym dniem dostarczania bielizny, a Liesel Meminger zawsze osiągała wówczas jakieś korzyści. Za każdym razem, kiedy znalazła „Molching Express” albo jakąś inną publikację, rozpierało ją uczucie tryumfu. Znalezienie gazety czyniło dzień udanym, a gdy jeszcze w dodatku była w niej nierozwiązana krzyżówka – szczęśliwym. Wracała do domu, zatrzaskiwała drzwi i zanosiła gazetę Maksowi Vandenburgowi. Krzyżówka? Nierozwiązana. Super. Żyd uśmiechał się, przyjmując papierowy dar, i zaczynał czytać przy nędznym piwnicznym świetle. Liesel często obserwowała, jak w skupieniu czytał gazetę od pierwszej do ostatniej strony, rozwiązywał krzyżówkę, a potem zaczynał czytać od początku. Kiedy się ociepliło, Max przestał opuszczać piwnicę. W ciągu dnia drzwi na górę zostawiano otwarte, żeby miał trochę dziennego światła z korytarza.
[…]
Inaczej niż innym złodziejom Viktorowi Chemmelowi niczego nie brakowało. Mieszkał w najlepszej dzielnicy Molching, na wzgórzu, w willi zdezynfekowanej po wysiedleniu Żydów. Miał pieniądze i papierosy, ale chciał czegoś więcej. Nie ma nic złego w tym, że człowiek chce mieć więcej – klarował, leżąc na plecach w trawie, otoczony wianuszkiem chłopaków. Chcieć więcej to fundamentalne prawo każdego Niemca. Co mówi nasz Führer? – dodał retorycznie. Że musimy sobie wziąć to, co nam się słusznie należy. Viktor Chemmel był typowym przedstawicielem nieuzdolnionej młodzieży o ambicjach artystycznych. Na nieszczęście posiadał także rodzaj charyzmy, czegoś, co przekładało się na „chodźcie za mną”.
[…]
W przedłużającej się ciszy Liesel omiotła oczami pokój i zobaczyła Świstaka leżącego spokojnie na biurku burmistrza. Szybciej – ponaglał ją Rudy. Liesel z najwyższym spokojem podeszła do biurka i wzięła książkę, po czym zabrała się do wychodzenia. Najpierw głowa, potem reszta ciała i skok na stopy. Poczuła ból w kostkach. Lecimy – polecił Rudy. Biegiem, schnell! Za rogiem, na ulicy prowadzącej w stronę rzeki i do Münchenstrasse, przystanęli, żeby odetchnąć. Liesel zgięła się wpół, z zamarzniętym oddechem na ustach i sercem bijącym jak oszalałe. Rudy był w podobnym stanie. Kiedy spojrzał i zobaczył książkę, z trudem zmusił się, żeby wykrztusić parę słów. Co… Co to? Książka? To wszystko, co znalazłam – powiedziała Liesel z głębokiego już teraz mroku. Usta jej odtajały. Na jej nieszczęście Rudy zawsze potrafił wywęszyć, czy ktoś kłamie. Uniósł głowę i stwierdził oczywisty dla siebie fakt. Wcale tam nie poszłaś po jedzenie. Ale dostałaś, co chciałaś…
[…]
No dobra – poddał się bez walki, unosząc ręce. Po drodze trzepał jak najęty, a Liesel próbowała go nie słuchać. Dotarło do niej jednak ostatnie zdanie. I tak bym się nie chciał z tobą całować, jeśli twój oddech cuchnie tak, jak twoje buty. Jesteś obrzydliwy – stwierdziła, zadowolona, że jest ciemno. Dzięki temu nie zobaczył uśmiechu wykwitającego na jej twarzy.
[…]
Szkoda, że książki nie są jadalne. Pamiętasz, Arthur Berg raz coś takiego powiedział? Przez pozostałą część drogi wspominali dawne, dobre czasy. Liesel co krok spoglądała na szarą okładkę Świstaka i wytłoczone na niej czarne litery. Zanim doszli do swych domów, Rudy zatrzymał się na moment. Dobranoc, Saumensch – zaśmiał się. Dobranoc, złodziejko książek. Wtedy to Liesel pierwszy raz usłyszała swój przydomek i nie potrafiła ukryć, jak bardzo jej się spodobał.
[…]
W końcu pojawiła się możliwość przeniesienia Rudy’ego do innego oddziału, co skłoniło go do podjęcia rozsądnej decyzji. Rozsądnej i szczęśliwej dla rodziny, bo gdyby się nie pokazał w organizacji, Steinerowie ponieśliby karę. Jego starszy brat Kurt zaczął rozpytywać, czy Rudy’ego nie przyjęto by do Dywizji Lotniczej, gdzie młodzież uczono pilotażu i budowy samolotów. Przede wszystkim zajmowali się składaniem modeli, no i nie było tam Franza Deutschera. Rudy zaakceptował propozycję i Tommy też tam wstąpił. Ten jeden jedyny raz w życiu niezrównoważone zachowanie Rudy'ego przyniosło błogosławione rezultaty. W nowym oddziale, pytany o datę urodzin Führera, odpowiadał z uśmiechem, że to dwudziesty kwietnia 1889 roku. A potem szeptał Tommy’emu na ucho coś zupełnie innego – daty urodzin Beethovena, Mozarta albo Straussa. Uczyli się właśnie w szkole o wielkich kompozytorach, w czym, mimo swej oczywistej głupoty, Rudy przodował.
[…]
Powiedzcie mi, kto był zwycięzcą w rzucie dyskiem na olimpiadzie w Berlinie? – spytał Viktor, napinając ramię. No, kto to był? Mam to na końcu języka. Jakiś Amerykanin, Carpenter, czy jak mu tam… Błagam cię! – powiedział Rudy. Woda rwała. Viktor Chemmel zrobił wymach z półobrotu. Książka wspaniałym łukiem wyleciała z jego ręki. Stronice łopotały w powietrzu. Do czasu, póki nagle książki nie przyciągnęła woda. Wpadła do rzeki i popłynęła z prądem. Słaby rzut – pokręcił głową Viktor. Nie uzyskałem dobrej wysokości. Ale to chyba wystarczy, żeby wygrać, co? Liesel i Rudy nie czekali na wybuch śmiechu. Biegli nad samym brzegiem. Rudy pierwszy. Usiłował wypatrzeć książkę. Widzisz ją? – wołała za nim Liesel. Rudy pędził. Tam jest! – zawołał wreszcie. Pobiegł dalej, by ją przechwycić. W mgnieniu oka zrzucił kurtkę i wskoczył do rzeki. Liesel przestała biec. Szła wolno, widząc, jak boli go każdy krok. Przeszywał przejmującym zimnem. Widziała, jak książka przepływa obok Rudy’ego, który jednak zaraz ją dopadł. Jego dłoń schwyciła czarny blok zlepionych teraz kartek. Świstak – zawołał chłopiec. Była to jedyna tego dnia książka przepływająca rzeką Amper, ale i tak czuł potrzebę ogłoszenia tego całemu światu. Ciekawe, że Rudy wcale nie spieszył się z wyjściem z lodowatej wody. Dobrą minutę trzymał książkę w wyciągniętej ręce. Nigdy nie powiedział Liesel, dlaczego, ale ona i tak wiedziała.
[…]
Nie używam ani sierpa, ani kosy. Czarny habit noszę tylko wtedy, kiedy jest zimno. I nie mam czaszkopodobnych rysów twarzy, jak sobie wyobrażacie. Chcecie wiedzieć, jak naprawdę wyglądam? Pomogę wam. Tylko przygotujcie sobie lustro. Ja będę opowiadać dalej. Czuję się egoistą, wciąż opowiadając o sobie, o sobie, o sobie. O moich podróżach, o tym, co widziałem w 1942 roku. Z drugiej strony, jesteście ludźmi, więc obsesja na punkcie własnej osoby nie powinna być wam obca. Chodzi o to, że mam poważny powód, by objaśnić wam, co się działo w tym czasie. Ma to wiele wspólnego z osobą Liesel Meminger. Wojna zbliżyła się do Himmelstrasse, pociągając mnie za sobą. Wiele się napodróżowałem tego roku, z Polski do Rosji, z Rosji do Afryki i z powrotem. Możecie powiedzieć, że stale odbywam takie wyprawy, ale trzeba przyznać, że rasa ludzka od czasu do czasu przechodzi sama siebie. Powstaje wówczas nadprodukcja martwych ciał, a wraz z nimi i dusz. Wystarczy parę bomb. Mogą też być komory gazowe albo zmasowany ostrzał artyleryjski z obu stron. Jeśli to nie załatwia ostatecznie sprawy, i tak pozbawia ludzi dachu nad głową i środków do życia. Bezdomni idą za mną sznurem, kiedy przemierzam ulice zbombardowanych miast. Błagają, bym ich zabrał ze sobą, nie zdając sobie sprawy, ile mam tu prawdziwej roboty. I na was przyjdzie czas – pocieszam ich, nie odwracając głowy. Czasem korci mnie, żeby powiedzieć: Nie widzicie, że i tak się ledwo wyrabiam? Ale powstrzymuję się od tego. Skarżę się w milczeniu, pracując dalej. Są lata, kiedy ciała i dusze nie sumują się, lecz mnożą.
[…]
Mógłbym kontynuować tę wyliczankę, ale uznałem, że wystarczy kilka przykładów. Konkretnie trzy. I tak poczujecie popiół na języku – to doświadczenie definiujące moje samopoczucie tamtego roku. Tak wielu ludzi. Tak wiele kolorów. Nadal we mnie celowali. To prześladuje moją pamięć. Widzę góry zwłok, leżących jedne na drugich. Powietrze jest jak plastik, horyzont jak klej. Są chmury wytwarzane przez ludzi, podziurawione i przeciekające, no i są miękkie, czarne jak węgiel chmury pulsujące niby czarne serca. I... I jest śmierć. Przedziera się przez to wszystko. Na powierzchni: nieporuszona, bez emocji. W głębi: pełna niepokoju, bez nadziei.
[…]
Tym razem to Rudy chciał wleźć do środka. Moja kolej – powiedział. Ręce przymarzały im do kierownic. Nie powinieneś, Rudy – odparła Liesel po krótkim zastanowieniu. Tam jest pełno mebli i ciemno. Taki idiota jak ty na pewno na coś wpadnie i się wywali. Dzięki za komplement. Rudy nie był w pojednawczym nastroju. Poza tym okno jest wysoko. Trzeba zeskoczyć. Chcesz powiedzieć, że nie umiem skakać? Wcale nie. – Liesel mocniej nacisnęła pedały. Minęli most i krętą drogą dojechali na szczyt Grandestrasse. Okno było otwarte. Okrążyli dom, podobnie jak za pierwszym razem. Z zewnątrz mogli dostrzec, że w jednym z pomieszczeń na dole paliło się światło, najprawdopodobniej w kuchni. Jakiś cień poruszał się tam i z powrotem. Objedźmy dom parę razy – powiedział Rudy. Dobrze, że wzięliśmy rowery, co? Tylko nie zapomnij zabrać swojego do domu. Bardzo śmieszne, Saumensch. Na szczęście jest trochę większy niż twoje śmierdzące buciory.
[…]
Oparła kierownicę o śmietnik, rozejrzała się, czy nikt z sąsiadów nie patrzy i wlazła na okno. Szybko, ale bez popłochu. Ściągnęła buty i miękko zeskoczyła na palce. Stopy przylgnęły do drewna. Tym razem czuła się, o ile to możliwe, nieco swobodniej. Pozwoliła sobie na kilkakrotne okrążenie pokoju – jakże cenne chwile! – szukając pożądanego tytułu. Trzy lub cztery razy sięgnęła do półki. Pomyślała, że może warto ukraść kilka tomów, ale nie chciała zaburzać kruchego, wytworzonego przez siebie systemu. Na razie potrzebowała jednej książki. Oglądała półki i czekała. Za jej plecami czaiła się coraz głębsza ciemność. Pokój wypełnił zapach kurzu i złodziejstwa. I wtedy ją zobaczyła. Książka była czerwona, z czarnymi literami na grzbiecie. Der Traumträger. Tragarz snów. Pomyślała o Maksie Vandenburgu i jego snach. O winie. O przeżyciu. O porzuceniu rodziny. O walce z Führerem. Pomyślała też o własnych snach – o bracie zmarłym w pociągu, o jego pojawieniu się na schodach, niedaleko tego pokoju. Złodziejka książek ujrzała jego zakrwawione kolano. Upadł pchnięty jej własną ręką. Wysunęła książkę z półki i wcisnęła ją pod pachę. Jednym płynnym susem wskoczyła na parapet i zeskoczyła na ziemię. Rudy miał już naszykowany jej rower i buty. Gdy tylko je włożyła, odjechali.
[…]
Mam nową książkę, Max. Specjalnie dla ciebie. Rozdział pierwszy: „Gdy tragarz snów przyszedł na świat, całe miasto spało…”. Liesel codziennie czytała po dwa rozdziały. Jeden rano, przed wyjściem do szkoły, a drugi zaraz po powrocie do domu. W bezsenne noce czytywała jeszcze połówkę trzeciego. Czasem przy tym zasypiała i padała głową na brzeg łóżka. Stało się to jej misją. Ofiarowywała Maksowi Tragarza snów, jakby same słowa były zdolne go nakarmić. We wtorek zdawało jej się, że zauważyła jakiś ruch. Była gotowa przysiąc, że otworzył oczy. Jeśli nawet tak było, to trwało to ułamek sekundy. Raczej jednak należało to złożyć na karb przywidzenia lub myślenia życzeniowego.
[…]
Jeśli o mnie chodzi, niebo nabrało koloru Żydów. Kiedy ich ciała przestawały szukać szczelin w drzwiach, podnosiły się ich dusze. Ich paznokcie skrobały w drewno albo wczepiały się w nie ostatkiem sił, a dusze w moje ramiona. Wypływaliśmy z kabin natryskowych na dach, w otchłań nieskończoności. Dostarczano mi ich bez końca, minuta po minucie, natrysk po natrysku. Nigdy nie zapomnę pierwszego dnia w Auschwitz i pierwszego dnia w Mauthausen. W tym drugim obozie zbierałem dusze także u podnóża urwiska, gdzie kończyły się nieudane ucieczki. Leżały tam połamane ciała i słodkie, martwe serca. Jednak nawet to było lepsze od gazu. Niektóre dusze łowiłem w połowie drogi z klifu. Uratowałem was, myślałem, zgarniając je w locie, podczas gdy ich ziemskie powłoki spadały na ziemię. Były lekkie jak puste orzechy. Nad obozami rozciągało się zadymione niebo. Pachniało jak wygasły, zimny piec. Mam dreszcze na samo wspomnienie. Chuchałem w ręce, żeby ogrzać dusze. Ale trudno je rozgrzać, jeśli wciąż dygocą.
[…]
23 czerwca 1942 roku w niemieckim obozie na polskiej ziemi znalazł się transport francuskich Żydów. Pierwsza dusza, którą zabrałem, należała do człowieka znajdującego się blisko drzwi. Jego umysł szalał, potem zwolnił obroty, potem zwalniał coraz bardziej, coraz bardziej… Musicie mi uwierzyć, gdy powiem, że tego dnia zbierałem te dusze, jakby były duszami noworodków. Kilka nawet ucałowałem w wyniszczone, zatrute policzki. Słuchałem cichnących krzyków, ostatnich oddechów, zanikających słów. Patrzyłem na piękne obrazy przed ich oczami i uwalniałem ich od strachu. Zabrałem wszystkich. Bardzo potrzebowałem chwili oderwania. W całkowitej samotności spojrzałem w górę. Patrzyłem, jak niebo ze srebrzystego robi się szare i deszczowe. Nawet chmury starały się patrzyć w inną stronę.
[…]
Schrony dokładnie oznaczono, okna zaciemniano na noc i każdy wiedział, gdzie jest najbliższa piwnica. Dla Hansa Hubermanna ten nerwowy okres był jak odroczenie wyroku. Czasy były ciężkie, ale jego malarski interes właśnie dlatego rozkwitł. Ludzie, którzy mieli rolety i żaluzje, na gwałt zamawiali ich pomalowanie. Problem leżał w tym, że normalnie Hans używał czarnej farby tylko jako domieszki, a teraz było o nią ciężko. Niemniej jednak był dobrym fachowcem, a dobrzy fachowcy mają swoje sposoby. Barwił farbę miałem węglowym, a poza tym był tani. W wielu dzielnicach Molching ukrył świecące okna przed oczami nieprzyjaciela. Czasem Liesel towarzyszyła mu w pracy. Ciągnęli wózek przez miasto, na jednych ulicach wyczuwając głód, na innych kręcąc głowami na widok bogactwa. Wiele razy gdy wracał do domu, kobiety zaopatrzone tylko w dzieci i biedę błagały o pomalowanie okien.
[…]
Był poranek, świeciło słońce, a na niebie wisiały kłębiaste chmurki. Liesel stała pośrodku biblioteki burmistrza z głodem w palcach i tytułami książek na wargach. Tym razem pozwoliła sobie na pogłaskanie ich grzbietów, podobnie jak za pierwszą wizytą w tym pokoju. Mijając je, odczytywała tytuły. Pod wiśniowym drzewem. Dziesiąty porucznik. Jak zwykle kusiło ją wiele książek, ale po kilku minutach zdecydowała się na Pieśń w ciemności. Głównie dlatego, że jej okładka była zielona, a nie miała jeszcze książki tego koloru w swej kolekcji. Wytłoczone na okładce litery były białe, a między nazwiskiem autora i tytułem widniał mały rysunek fletu. Wskoczyła z książką na parapet i zanim znikła, powiedziała „dziękuję”. Brakowało jej Rudy’ego, ale z jakichś powodów tego akurat ranka złodziejka książek cieszyła się swą samotnością. Wypełniła swoje obowiązki i poszła poczytać nad rzekę, daleko od miejsc spotkań dawnej bandy Arthura Berga, teraz dowodzonej przez Viktora Chemmela. Nikt tędy nie chodził, nikt jej nie przeszkadzał, więc Liesel przeczytała cztery krótkie rozdziały z Pieśni w ciemności. Była szczęśliwa. Odczuwała przyjemność i satysfakcję. Była dobrą złodziejką.
[…]
Długo się zastanawiali, co począć z tym fantem, aż w końcu ustalili, że muszą to zrobić. Książka została ustawiona specjalnie, była pułapką, ale wartą ryzyka. To coś dla złodziejki książek – szepnęła Liesel, ukryta między niebieskawymi igiełkami. Rzuciła rower, obejrzała się na ulicę i przebiegła przez podwórze. W mroczniejącą trawę zapadały cienie chmur. Jak dziury, w które można wpaść, lub dodatkowe placki mroku, ułatwiające ukrywanie się. Liesel wyobraziła sobie, że ślizga się i wpada w jedną z takich dziur, w sidła zastawione przez samego burmistrza. Ta myśl tak ją zaabsorbowała, że znalazła się przy oknie szybciej, niż oczekiwała. Powtórka ze Świstaka. Z nerwów powilgotniały jej dłonie. Strumyczki potu spływały spod pach. Kiedy uniosła głowę, przeczytała tytuł: Duden. Wielki słownik encyklopedyczny. Odwróciła głowę i bezgłośnie samym ruchem warg poinformowała Rudy’ego: „To jest słownik”. Wzruszył ramionami i wyciągnął ręce.
[…]
Następny nalot był prawdziwy. 19 września w radiu zakukała kukułka, a następnie głęboki głos spikera poinformował, że Molching jest prawdopodobnym celem ataku. I znów na Himmelstrasse wyszła kawalkada ludzi, a papa znów zapomniał akordeonu. Kiedy Rosa mu przypomniała, odmówił wzięcia instrumentu. Za pierwszym razem go nie wziąłem i przeżyliśmy. Wojna najwyraźniej zacierała granice między logiką a zabobonem. Do piwnicy Fiedlerów schodzili w upiornej atmosferze. Tym razem będzie na serio – powiedział pan Fiedler, a dzieci natychmiast wyczuły wzmożony lęk rodziców. Najmłodsze zaczęły ryczeć i zawodzić, aż zatrzęsła się piwnica. Nawet spod ziemi słyszeli głuche uderzenia bomb. Powietrze zrobiło się gęste, napierało z góry jak opadający sufit gotów przygwoździć ludzi do ziemi. Puste ulice Molching zostały pokąsane.
[…]
Atmosfera w piwnicy uspokoiła się. Kiedy Liesel doszła do strony trzeciej, wszyscy prócz niej milczeli jak grób. Nie rozglądała się wokół siebie, ale czuła, jak liczne pary przerażonych oczu wiszą na niej i na odczytywanych przez nią słowach. W jej ciele głos grał jak z nut. To twój akordeon, mówił głos. Melodię przerywał jedynie szelest przewracanych stron. Liesel czytała. Przez całe dwadzieścia minut. Małe dzieci uspokoiły się, słysząc monotonny głos, a dorośli wyobrażali sobie Świstaka uciekającego z miejsca zbrodni. Liesel nie dzieliła tych wizji. Złodziejka książek kontentowała się pojedynczymi słowami, ich wyglądem na papierze, pokusą ich odczytywania po kolei. Gdzieś pomiędzy kropką a wielką literą kolejnego akapitu zwidywał jej się Max. Pamiętała, jak mu czytała, kiedy chorował. Czy wciąż siedzi w piwnicy? Czy może znów patrzy w niebo?
[…]
Czytała Świstaka – poinformowała go Rosa. Rozdział pierwszy. I dokończyła opowieść o tym, co się zdarzyło w schronie. Liesel stała w kącie piwnicy, a Max patrzył na nią, pocierając dłonią podbródek. To w tym momencie wymyślił tytuł dla swej rysowanej książki. Strząsaczka słów. Wyobraził sobie, jak dziewczynka czyta tę książkę w schronie. Bardzo dokładnie widział, jak wymawia słowa. Z równą dokładnością widział nad sobą cień Hitlera. Prawie słyszał jego kroki po Himmelstrasse, zmierzające do kryjówki w piwnicy. Po dłuższej pauzie zamierzał się odezwać, ale Liesel go uprzedziła. Widziałeś dziś niebo? Nie. Max wskazał na ścianę, na której były wymalowane słowa i zrobiony ponad rok temu rysunek liny i kapiącego farbą słońca. Tylko to. Nikt się więcej nie odezwał. Wszyscy rozmyślali.
[…]
Stali na Münchenstrasse. Inni ich mijali lub przepychali się do przodu. Patrzyli na Żydów pędzonych drogą jak na katalog kolorów. To nie złodziejka książek wymyśliła to określenie, lecz ja. Tak właśnie wyglądali przed śmiercią. Niebawem będą mnie witać jak ostatniego dobrego przyjaciela, z dymiącymi kośćmi i porzuconymi duszami. Kiedy wypełnili ulicę, ich buty zadudniły po asfalcie. W wygłodzonych czaszkach jarzyły się ogromne oczy. Byli brudni. Brud ich oblepiał. Nogi im się plątały, gdy ręce żołnierzy popychały ciała do chwilowego biegu. Potem marsz wygłodzonych znowu zwalniał. Hans obserwował ich nad głowami tłoczącej się publiczności. Jego oczy były srebrzyste i pełne napięcia. Liesel zerkała przez luki między ramionami innych. Cierpiące twarze wycieńczonych mężczyzn i kobiet przybliżały się ku nim, nie prosząc nawet o pomoc – co było niemożliwe – ale o wyjaśnienie. O jakiekolwiek uzasadnienie tej poniżającej sytuacji. Ich stopy ledwo się odrywały od ziemi. Do ubrań mieli przyszyte gwiazdy Dawida, do twarzy nieszczęście. „Nie zapominajcie o swej nędzy…”. W niektórych przypadkach nieszczęście obrastało ich jak winorośl. Z boku przeciskali się żołnierze, pokrzykując, żeby szli szybciej i nie marudzili. Wielu żołnierzy miało chłopięcy wygląd i obraz Führera w oczach. Patrząc na pędzonych Żydów, Liesel myślała, że to najnieszczęśliwsi ludzie na świecie. Tak o nich potem pisała. Ich wymizerowane twarze napinało cierpienie. Szli naprzód zżerani przez głód, niektórzy opuszczali głowy, by nie napotkać obcych oczu. Inni wymownie patrzyli na widownię swego poniżenia, które było preludium do śmierci. Jeszcze inni czekali, aż ktoś się wyrwie i weźmie ich w ramiona. Nikt tego nie uczynił.
[…]
Po jedenastej w nocy Max Vandenburg szedł Himmelstrasse z walizką pełną jedzenia i ciepłej odzieży. Płuca wypełniało mu niemieckie powietrze. Żółte gwiazdy płonęły. Zbliżając się do sklepu Frau Diller, obejrzał się i po raz ostatni spojrzał na dom numer 33. Nie widział postaci w oknie, ale ona widziała jego. Pomachała. Nie odmachał. Liesel wciąż czuła jego pocałunek na swoim czole. Czuła jego oddech. Zostawiłem coś dla ciebie – powiedział – ale nie możesz tego wziąć, póki nie będziesz gotowa. Odszedł.
[…]
Myślała o badaniu [rekrutacyjnym do specjalnej szkoły Hitlerjugend – przyp. aut.] Rudy’ego. Leżała w łóżku, tęskniła za Maksem, modliła się za niego i zastanawiała się, gdzie teraz jest, ale za tym wszystkim czaiła się wizja Rudy’ego. Jego nagość aż świeciła w ciemności. Było w tym coś wstrętnego, szczególnie moment, kiedy kazali mu podnieść ręce. Ale choć Liesel się wstydziła, nie mogła przestać o tym myśleć.
[…]
Liesel stała i patrzyła. Minuty mijały. Złodziejka książek marzyła, by z instrumentu wydobył się dźwięk, ale tak się nie stało. Klawisze pozostały nienaciśnięte, akordeon nie nabrał powietrza. Był tylko promień księżyca, jak długie pasmo włosów na zasłonie. I była Rosa. Akordeon wciąż miała założony na piersi. Kiedy głowa jej opadła, instrument zsunął się na podołek. Liesel patrzyła. Wiedziała, że przez ładnych parę dni mama będzie nosić na brzuchu odcisk akordeonu. Zrozumiała też, że to, czego jest świadkiem, ma w sobie niezwykłe piękno, i postanowiła tego piękna nie zakłócać. Wróciła do łóżka. Zasypiając, wciąż widziała mamę i jej niesłyszalną muzykę. Później, kiedy obudził ją codzienny koszmar i poszła do sypialni rodziców, znów zobaczyła uśpioną Rosę z akordeonem.
[…]
Przedzierała się przez niezliczone historyjki, ilustracje i obrazki z napisami. Był tam Rudy z trzema złotymi medalami na szyi i podpisem: „Ma włosy żółte jak cytryna”. Był też bałwan, podobnie jak lista trzynastu prezentów, nie mówiąc o opisie wielu nocy spędzonych w piwnicy czy przy kominku. Było tam wiele myśli, rysunków i marzeń odnoszących się do Stuttgartu i Führera. Podobnie jak wspomnień o rodzinie Maksa. Nie mógł ich pominąć. To był przymus. Aż wreszcie doszła do strony 117. Tu zaczynała się tytułowa Strząsaczka słów. Była to przypowieść lub bajka, Liesel nie była pewna. Nawet późniejsze sprawdzanie obu pojęć w słowniku nie rozproszyło jej wątpliwości. Historię poprzedzała mała notka.
[…]
[s. 475] BYŁ SOBIE raz dziwny mały człowieczek, który podjął trzy ważne życiowe decyzje: 1.Zrobił sobie przedziałek po innej stronie niż wszyscy. 2.Zapuścił mały kanciasty wąsik. 3.Postanowił, że zdobędzie władzę nad światem. Ów młody człowiek wędrował przed siebie, a po drodze planował i rozmyślał nad tym, jak podporządkować sobie cały świat. Pewnego dnia ni stąd ni zowąd wpadł na genialny pomysł. Zobaczył na ulicy matkę z dzieckiem. Matka zaczęła karcić chłopczyka, aż ten się rozpłakał. Wtedy zaczęła przemawiać do niego łagodnie, a on się uspokoił i rozchmurzył. Młody człowiek skoczył i porwał kobietę w objęcia. „Słowa!” Uśmiechnął się szeroko. „Co?” Odpowiedzi nie było, bo już sobie poszedł.
[…]
Führer wpadł na pomysł, że będzie rządził światem za pomocą słów. „Nie będę strzelał z pistoletu – stwierdził. Nie będę musiał”. Trzeba mu przyznać, że nie działał pochopnie ani głupio. Swój plan ataku zaczął od tego, że cały obszar swego kraju gęsto obsadził słowami. Sadził je i pielęgnował dzień i noc. Patrzył, jak wyrastają, aż wkrótce całe Niemcy zarósł gęsty las hodowlanych myśli. [linia] PODCZAS GDY słowa rosły, młody Führer zasadził nasiona symboli i one także szybko dojrzały. Nadszedł jego czas. Führer był gotów do działania. Zerwał z drzew najlepsze, najpotworniejsze słowa i za ich pomocą zwołał do siebie cały naród. Ludzie do niego przyszli. Zostali ustawieni na pasie transmisyjnym i przepuszczeni przez wielką machinę, która umiała skondensować całe ludzkie życie do dziesięciu minut. Ludzie zostali nakarmieni słowami. Zniknął czas. Ludzie wiedzieli tylko tyle, ile potrzebowali wiedzieć. Zostali zahipnotyzowani. Następnie ofiarowano im nowe symbole i wszyscy byli uszczęśliwieni. Wkrótce zapotrzebowanie na wspaniałe, straszne słowa wzrosło tak gwałtownie, że w miarę rozrostu lasów trzeba było coraz więcej pracowników do obsługi. Jedni zostali zatrudnieni do wchodzenia na drzewa i zrywania słów, inni do ich zbierania. Słowa trafiały do tej części narodu, która jeszcze ich nie spróbowała, i do tych, którzy przychodzili po dokładkę. Tych, którzy wchodzili na drzewa, nazywano strząsaczami słów.
[…]
Z początku nic się nie działo, aż pewnego popołudnia, kiedy przyszła w to miejsce po całodziennym strząsaniu słów, ujrzała małą roślinkę. Długo się w nią wpatrywała. Drzewo rosło bardzo szybko, szybciej od innych drzew, aż wreszcie wybujało najwyżej w całym lesie. Wszyscy przychodzili je oglądać. Plotkowano o nim wszędzie i czekano na wizytę samego Führera. Rozwścieczony Führer natychmiast kazał je ściąć. Wtedy przez tłum przedarła się strząsaczka słów. Padła przed nim na kolana z błaganiem, by tego nie robił. Jednak Führer był nieugięty. Nie mógł sobie pozwolić na robienie wyjątków. Kiedy odciągnięto strząsaczkę słów, zwrócił się do swego adiutanta i rozkazał: „Dawać siekierę”. [linia] W TYM MOMENCIE strząsaczka słów wyrwała się i uciekła. Wspięła się na drzewo, mimo że Führer walił w nie siekierą. Doszła do samego wierzchołka. Coraz słabiej słyszała echo głosów i uderzeń. Obok niej przepływały chmury – białe potwory o szarych sercach. Przestraszona, lecz uparta strząsaczka słów pozostała na drzewie. Czekała, aż się zwali. Ale drzewo ani drgnęło. Minęło wiele godzin, a siekiera Führera nawet nie naruszyła kory pnia. Bliski omdlenia nakazał innym, by kontynuowali pracę. Mijały dni i tygodnie. Stu dziewięćdziesięciu sześciu żołnierzy nie dało rady drzewu strząsaczki słów.
[…]
Zgłupiałeś? Dałbyś mi wreszcie ukraść książkę! Liesel podeszła do półki za biurkiem. Znalazła tam czysty papier, a w szufladzie pióro. Napisała „dziękuję” i położyła kartkę na biurku. Z półki po prawej stronie jak wystająca kość sterczała książka. Z jasnego grzbietu krzyczały przerażone czarne litery: Die Letzte Menschliche Fremde – Ostatnia obca wśród ludzi. Wyjmowany z półki tom zaszeptał coś cicho. Posypał się kurz. Kiedy Liesel była już prawie na parapecie, gotowa zeskoczyć, usłyszała skrzyp otwieranych drzwi. Jedną nogę podniosła do góry, a książkę oparła o szybę. Obejrzawszy się, ujrzała żonę burmistrza w nowiutkim szlafroku i kapciach. Na kieszonce wyhaftowana była swastyka. Niemiecka propaganda sięgała nawet łazienki. Patrzyły na siebie. Na widok symbolu na piersi Ilsy Hermann Liesel uniosła dłoń w pozdrowieniu Heil Hitler. I wtedy dotarła do niej zupełnie nowa myśl. Ciastka. Stały tu parę tygodni.
[…]
Kiedy zapominali o zwłokach, opierali o nie nogi. Po przybyciu na miejsce każdy usiłował wymigać się od obowiązku ich wyniesienia. Hans Hubermann próbował kuśtykać, ale ból powalił go na ziemię. Po godzinie, kiedy wreszcie zbadał go lekarz, stwierdził złamanie. Sierżant, który czekał nieopodal, zareagował półuśmiechem. No i co, Hubermann? Wygląda na to, że ci się upiekło? Potrząsnął okrągłą głową, zaciągnął się i zaczął mówić, co będzie dalej: Odpoczniesz. Spytają mnie, co z tobą zrobić. Powiem im, że byłeś świetnym żołnierzem. Znów wypuścił kłąb dymu. A potem im powiem, że już się nie nadajesz do LSE i trzeba cię odesłać do Monachium do pracy biurowej albo coś w tym guście. Podoba ci się ten scenariusz? Podoba się – powiedział Hans, uśmiechając się mimo bólu. Boris Schipper zgasił papierosa. Będziesz miał życie jak w Madrycie, Hubermann. Masz szczęście, że cię polubiłem. Masz szczęście, że jesteś w porządku facet. Zawsze się dzieliłeś papierosami. W sąsiednim gabinecie rozrabiano gips.
[…]
Syreny milczały od wielu godzin, czekając na kolejny alarm. W powietrzu rozpływał się dym. To mała Bettina Steiner zauważyła, jak na nadrzeczne łąki spada mały, świecący ogniem punkcik z ogonem srebrnego dymu. Rudy zareagował natychmiast. Ruszył biegiem w dół Himmelstrasse, nie wypuszczając z dłoni swej skrzynki. Klucząc bocznymi uliczkami, wypadł na zadrzewioną polanę. Za nim pędziła Liesel (udało jej się wcześniej obarczyć książkami głośno protestującą Rosę), a także przypadkowi ludzie z kilku dalszych schronów. Rudy, czekaj! Rudy nie zaczekał. Liesel widziała tylko migającą wśród drzew czerwoną skrzynkę, która zbliżała się do dogasającego samolotu. Wylądował na łące tuż nad rzeką. Tyle jeszcze zdołał zrobić pilot. Rudy zatrzymał się po dwudziestu metrach. Ja przybyłem tuż po nim. Wciąż jeszcze dyszał po biegu. W mroku widać było połamane gałęzie drzew liściastych i iglastych, otaczające samolot jak całopalny stos. Po lewej było widać na ziemi trzy wypalone bruzdy. Stygnący metal trzeszczał jak zegar – „tik-tak, tik tak”. I choć trwało to sekundy i minuty, zdawało się, że minęło wiele godzin. Za plecami Liesel i Rudy’ego zgromadził się zdyszany, rozgadany tłum. Przyjrzymy się z bliska? – spytał Rudy. Przeskoczył połamane kikuty gałęzi i podszedł do uziemionego kadłuba samolotu. Dziób dotykał wody, za nim sterczały powykręcane skrzydła. Rudy wolno okrążył maszynę. Tu jest pełno szkła – stwierdził. A potem zobaczył ciało. Rudy Steiner pierwszy raz w życiu tak pobladł. Nie podchodź, Liesel. Ale Liesel podeszła. Widziała nieprzytomną twarz obcego pilota na tle wysokich drzew i płynącej rzeki. Samolot zakrztusił się jeszcze parę razy. Głowa rannego kiwała się w lewo i w prawo. Wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowo. Jezus, Maria, on żyje – wyszeptał Rudy. Metalowa skrzynka brzęknęła o kadłub. Do samolotu zaczęli podchodzić inni ludzie. Nie było już poświaty ognia. Nadchodził szary, spokojny świt. Pozostał tylko dym, a i on miał się niebawem rozwiać.
[…]
Mimo rady Rudy’ego Liesel podeszła jeszcze bliżej i wówczas, przysięgam, znów mnie zobaczyła i rozpoznała. Wiem, co sobie pomyślicie. Był kiedyś pociąg i kaszlący chłopczyk. Był zaśnieżony cmentarz i oszalała z rozpaczy dziewczynka. Urosłaś, ale cię poznaję, pomyślałem. Nie cofnęła się ani nie próbowała ze mną walczyć. Widziała jednak, że jestem. Czy wyczuła mój oddech, czy może usłyszała regularne tykanie serca w piersi Śmierci? Nie wiem, ale wiem, że patrzyła mi prosto w twarz, nie odwracając oczu. Kiedy niebo straciło węglowy kolor i zaczęło jaśnieć, oboje się poruszyliśmy. Patrzyliśmy, jak chłopak grzebie w swojej skrzynce i wyciąga małą, żółtą pluszową zabawkę. Ostrożnie wspiął się do kokpitu z umierającym. Usadził uśmiechniętego misia przy piersi pilota. Czubek ucha zabawki dotykał jego gardła. Konający mężczyzna wciągnął nowy zapach. Odezwał się. Powiedział po angielsku „dziękuję”.
[…]
Niebo nade mną pociemniało nagle i, przysięgam, zobaczyłem na nim czarny znak swastyki. Chwiał się nad ziemią. Heil Hitler – powiedziałem, znikając wśród drzew. Za mną został siedzący na zwłokach pluszowy miś. Żółta głowa mignęła pod gałęziami. Dusza pilota spoczywała w moich ramionach. Trzeba przyznać, że podczas wszystkich lat rządów Führera nikt nie służył mu bardziej lojalnie niż ja. Ludzie nie mają tyle serca. Działają linearnie, ja zaś krążę po okręgu, wykorzystując swą nieskończoną zdolność pojawiania się we właściwym miejscu o właściwej porze. W rezultacie widzę, co w ludziach jest najlepszego i najgorszego. Widzę ich brzydotę i piękno i zastanawiam się, jak to możliwe, że te dwie rzeczy tak mocno ze sobą współistnieją. Ludzie mają jednak coś, czego im szczerze zazdroszczę. Mają dość rozumu, by umierać.
[…]
W początkach kwietnia gips Hansa Hubermanna przycięto do kolana i wsadzono go do pociągu jadącego do Monachium. Po tygodniowej rekonwalescencji w domu oczekiwał przydziału przy papierkowej robocie. Miał pomagać przy ewidencji zniszczeń w fabrykach, domach, kościołach i szpitalach w aglomeracji Monachium. Wszystko zależało od jego stanu zdrowia i warunków panujących w mieście. Do domu przybył o zmroku, dzień później, niż planował. Pociąg miał opóźnienie z powodu alarmu bombowego. Stanął przed drzwiami domu przy Himmelstrasse 33 i zwinął dłoń w pięść. Cztery lata wcześniej przez te same drzwi wleczono Liesel Meminger. To przed nimi stał Max Vandenburg z kluczem w zaciśniętej dłoni. Teraz przyszła kolej na Hansa Hubermanna. Zastukał cztery razy. Otworzyła mu złodziejka książek. Papa! Papa! Powtórzyła to ze sto razy w kuchni, ściskając go do utraty tchu i nie chcąc puścić.
[…]
I znów umożliwię wam rzut oka w przyszłość. Może po to, by oszczędzić wam najgorszego na koniec, a może robię to dla siebie, żeby lepiej wszystko opowiedzieć. Tak czy inaczej, w dniu, w którym rozpadł się świat Liesel Meminger, na Himmelstrasse padało. Niebo przeciekało. Jak kurek w kranie, niedokręcony przez zbyt słabe dziecko. Pierwsze krople były zimne. Stojąc przed sklepem Frau Diller, czułem chłód na rękach. Usłyszałem ich nad głową. Przez zachmurzone niebo patrzyłem na blaszane samolociki. Ich brzuchy rozwierały się i na ziemię leciały bomby. Bez celu. Najczęściej spadały bez celu.
[…]
Była to ta sama kobieta, która pierwszy raz zapowiedziała z balkonu paradę Żydów. Jej twarz widziana z poziomu chodnika wyglądała jak suszona śliwka. Jej oczy były jak błękitne żyły. A jej przepowiednia się sprawdziła. W środku lata Molching otrzymało znak, że wiele się zmieni. Znak zmaterializował się w znanym już widoku. Najpierw podskakująca w marszu głowa żołnierza z karabinem. Lufa podrygująca nad ramieniem. Potem złachmaniona kawalkada żydowskich więźniów. Tyle że tym razem szli od strony obozu, do miasteczka Nebling, gdzie mieli zamiatać ulice i wykonywać inne prace fizyczne, których odmawiali żołnierze. Pod wieczór pędzono ich z powrotem do Dachau, zmordowanych, ledwo żywych, upadłych na duchu. Liesel znów wypatrywała Maksa Vandenburga, stwierdziła bowiem, że mógłby trafić do Dachau niekoniecznie zaraz po pobycie w Molching. Nie było go. Nie tym razem. Ale poczekajmy do ciepłego sierpniowego popołudnia – wtedy na pewno spotkamy Maksa, który przejdzie przez miasto wraz z innymi Żydami. Lecz w przeciwieństwie do nich nie będzie wbijał wzroku w ziemię ani rzucał ukradkowych spojrzeń na germańską trybunę Führera.
[…]
Nie widziałem na ulicy zemdlonej Frau Holtzapfel z rozrzuconymi ramionami, na samym dnie rozpaczy. Nie, nie wiedziałem o tym nic, póki nie przeczytałem opisu złodziejki książek. Zrozumiałem, że prawdziwą przyczyną samobójstwa Michaela Holtzapfla nie były rany, lecz poczucie winy, że żyje. W dniach poprzedzających jego śmierć dziewczyna dowiedziała się, że Michael w ogóle nie sypia i każda noc jest dla niego jak trucizna. Wyobrażam sobie, jak leży z otwartymi oczami, zapocony w śnieżnobiałej pościeli, przeżywający okaleczenie brata. Liesel napisała, że wiele razy chciała mu opowiedzieć o śmierci własnego brata, o czym opowiadała Maksowi, ale wydawało jej się, że różnica między dławiącym kaszlem a urwanymi nogami jest zbyt wielka. Jak pocieszyć człowieka, który przeżył takie rzeczy? Czy pocieszy go zapewnienie, że Führer jest z niego dumny, że Führer go kocha i podziwia jego zmagania pod Stalingradem? Jak można mówić takie rzeczy? Można było co najwyżej pozwolić mu się zwierzyć. Ludzie zwykle odkładają najważniejsze słowa na później, a ich bliscy odnajdują je w pośmiertnych listach, jak to zdarzyło się na Himmelstrasse w lipcu 1943.
[…]
To Hans Hubermann zaniósł złą nowinę Frau Holtzapfel. Zrozumiała to, ledwo stanął w progu. W ciągu pół roku straciła dwóch synów. Sylwetkę mężczyzny obrysowały promienie wschodzącego słońca. Chuda kobieta minęła go i pobiegła z płaczem w górę ulicy. Wciąż powtarzała imię Michaela, wołała go, ale odpowiedź już padła. Złodziejka książek napisała, że Frau Holtzapfel przez godzinę tuliła ciało syna w ramionach. Potem wróciła na zalaną słońcem Himmelstrasse i usiadła. Nie mogła dalej iść. Ludzie patrzyli z daleka, bo z daleka łatwiej patrzeć na taką rozpacz. Hans Hubermann usiadł przy niej. Przytrzymał ją za rękę, gdy padła na twardą ziemię. Pozwolił, by jej krzyk wypełnił całą ulicę. Później odprowadził ją do samego domu. Nie mogę się oderwać od mojej wizji…
[…]
Oparła się ręką o drzewo. Rudy, jeśli ci coś wyznam, obiecasz, że nikomu nie powiesz? Jasne. Patrzył na jej poważną twarz, słyszał ciężar w jej głosie. Także oparł się o pień. No, mów. Przysięgnij. Już obiecałem. Przysięgnij jeszcze raz, że nic nie powiesz ani mamie, ani Kurtowi, ani Tommy’emu. Nikomu. Przysięgam. Oparli się o siebie. Patrzyli w ziemię. Liesel nie wiedziała, jak zacząć. Zdania układały się na ziemi, słowa przyczepiały do szyszek i gałązek. Pamiętasz, jak się skaleczyłam, kiedy graliśmy w piłkę? – spytała. Opowieść zajęła jej jakieś trzy kwadranse. Była mowa o obu wojnach, o akordeonie, o żydowskim bokserze i piwnicy. No i o tym, co się zdarzyło przed czterema dniami na Münchenstrasse. To dlatego wychylałaś się wtedy, jak rzuciliśmy chleb – powiedział Rudy. Chciałaś sprawdzić, czy go tam nie ma. Trójkątne choinki stały w ciszy. Liesel wyjęła z torby Strząsaczkę słów i pokazała Rudy’emu jedną ze stron. Był tam narysowany chłopak z trzema medalami na szyi. „Ma włosy żółte jak cytryna” – przeczytał Rudy. Dotknął palcami słów. Opowiadałaś mu o mnie? Z początku Liesel nie mogła odpowiedzieć. Poczuła nagle, jak bardzo go kocha. A może zawsze go kochała? Możliwe. Nie mogła mówić, ale pragnęła, żeby ją pocałował. Chciała, żeby wyciągnął rękę i przytulił ją. Usta, szyję, policzki. Czekała. Jej skóra tęskniła.
[…]
Wyciągnęła książkę z półki i usiadła na podłodze. Czy jestem w domu? – pomyślała. Było jej wszystko jedno, gdzie jest i co robi Ilsa Hermann. Czy obiera ziemniaki, czy stoi w kolejce na poczcie. Czy też jak duch zagląda jej przez ramię, sprawdzając, co czyta. Nie dbała o to. Długo siedziała, aż wreszcie doznała wizji. Zobaczyła umierającego brata z jednym okiem otwartym, a drugim uśpionym. Pożegnała się z matką i wyobraziła ją sobie stojącą samotnie na peronie, obojętnie oczekującą na powrotny pociąg. Chuda kobieta rzucała się na bruk z krzykiem wypełniającym całą ulicę, póki nie zamarł w bezruchu jak zakręcona moneta na sekundę przed upadkiem. Młody mężczyzna wisiał na sznurze uplecionym ze śniegu spod Stalingradu. Patrzyła, jak umiera pilot bombowca w swej metalowej puszce. Zobaczyła Żyda, który na swej drodze do obozu koncentracyjnego dwukrotnie podarował jej najpiękniejsze stronice w życiu. W centrum stał Führer, wykrzykujący słowa, rozdzielający je naokoło. Te obrazy były jej światem, światem, który dusiła w sobie jak gulasz, siedząc z książką na kolanach, taką elegancką, pięknie oprawioną, ze stronicami od brzegu do brzegu wypełnionymi słowami i akapitami. Wy oszuści, pomyślała. Cudowni oszuści. Nie dam się wam dłużej uszczęśliwiać. Nie mówcie już do mnie, nie chcę myśleć, że to mi przyniesie coś dobrego. Patrzcie na moje rany. Patrzcie na zadrapania. Widzicie, jaka jestem podrapana od środka? Widzicie, jak te wewnętrzne rany mnie zżerają? Nie chcę już fałszywych nadziei. Nie chcę się modlić za życie Maksa ani Aleksa Steinera. Bo ten świat nie zasługuje na takich ludzi. Wyrwała stronę z książki i przedarła ją na pół. Potem cały rozdział. Po niedługim czasie otaczały ją strzępy podartych na małe kawałeczki stron i słów. Słowa. Po co są słowa? Świat bez słów wyglądałby inaczej. Bez słów Führer byłby niczym. Nie byłoby kulejących więźniów, nie byłoby potrzeby pocieszania się oszukańczymi słowami.
[…]
Liesel zdziwiła się, widząc ją bez szlafroka. Jej letnia sukienka była żółta z czerwoną lamówką. Na kieszonce nie było swastyki, lecz haftowany kwiatek. Na nogach czarne pantofle. Liesel po raz pierwszy zobaczyła łydki Ilsy Hermann. Miały kolor porcelany. Pani Hermann… Jest mi strasznie wstyd za to, co zrobiłam w bibliotece. Kobieta uspokoiła ją. Sięgnęła do torebki i wyjęła czarną książkę niewielkiego formatu. Nie było w niej drukowanych stron, tylko papier w linie. Pomyślałam, że skoro nie chcesz już czytać moich książek, może napiszesz własną. Twój list był taki… Podała notes Liesel. Z całą pewnością masz talent. Piszesz bardzo dobrze. Notes był ciężki, solidny, a jego okładka matowa jak okładka Wzruszenia ramion. I jeszcze jedno – Ilsa Hermann dała jej dobrą radę. Nie próbuj się karać, Liesel. Nie stań się taka, jak ja. Danke schön, Frau Hermann. Liesel otworzyła notes i pogładziła kartki. Chętnie zrobię pani kawy. Wejdzie pani? Jestem teraz sama. Mama siedzi u naszej sąsiadki, Frau Holtzapfel. Mam wejść drzwiami czy przez okno? Liesel była pewna, że Ilsa Hermann nie śmiała się tak szczerze od lat. Zapraszam drzwiami. Będzie wygodniej.
[…]
[Strona 42] Papa siedział dzisiaj przy mnie w nocy. Zniósł akordeon i usiadł tam, gdzie zwykle siedział Max. Lubię patrzeć na jego palce i twarz, kiedy gra. Akordeon oddycha. Na twarzy papy są wyrysowane głębokie bruzdy i kiedy na nie patrzę, chce mi się płakać. Nie ze smutku ani z dumy, tylko dlatego, że lubię patrzeć, jak się poruszają i zmieniają. Czasem myślę, że papa to żywy akordeon. Kiedy patrzy na mnie, śmieje się i oddycha, słyszę, jak gra. Po dziesięciu nocach pisania Monachium zostało powtórnie zbombardowane. Liesel doszła do strony 102 i zasnęła w piwnicy. Nie słyszała kukania kukułki ani wycia syren. Kiedy papa po nią przyszedł, przyciskała notes do piersi.
[…]
[Strona 175] Książka płynęła na falach Amper. Chłopak wskoczył do rzeki, złapał ją i uniósł prawą ręką. Zaśmiał się. Stał po pas w lodowatej, grudniowej wodzie. Będzie pocałunek, Saumensch? – zapytał.
[…]
Słowa wyblakły, a czarny notes szargany w mojej kieszeni rozpada się ze zniszczenia. To kolejny powód, dla którego warto opowiedzieć tę historię. Pamiętacie, o czym mówiliśmy? Powtórz coś wielokrotnie, a nigdy tego nie zapomnisz. Poza tym mogę wam powiedzieć, co się stało, gdy złodziejka książek przestała pisać, a przede wszystkim to, jak zapoznałem się z jej opowieścią. Wyobraźcie sobie, że idziecie w ciemności Himmelstrasse. Macie coraz bardziej mokre włosy i w powietrzu czujecie raptowną zmianę ciśnienia. Pierwsza bomba spada na blok Tommy’ego Müllera. Gdy klękam przy jego łóżku, niewinną twarz chłopca wykrzywia we śnie skurcz. Obok śpi jego siostra. Stopy Kristiny sterczą spod koca. Pasują do śladów na ulicy pozostałych po grze w klasy. Mają malutkie paluszki. Ich matka śpi w tym samym pokoju. W popielniczce widać cztery niedopałki. Pozbawiony dachu sufit rozżarza się jak kuchenna płyta. Himmelstrasse płonie. Syreny zaczynają wyć.
[…]
Leżał w łóżku obok jednej z młodszych sióstr. Musiała go skopać, walcząc o więcej miejsca, bo leżał na samym brzegu, obejmując dziecko ramieniem. Spał. Jego jasne jak płomień świecy włosy oświetlały łóżko. Zabrałem dusze Rudy’ego i Bettiny wciąż nakryte kocem. Przynajmniej umarli szybko, ich ciała były wciąż ciepłe. Chłopiec przy samolocie, chłopiec z pluszowym misiem. Kto pocieszy Rudy’ego? Kto mu ulży po tym, jak zrabowano jego życie? Kto go ukoi, gdy dywan życia wyrwano mu spod śpiących stóp? Nikt. Zostałem mu tylko ja. A ja nie jestem dobrym opiekunem, szczególnie gdy łóżko jest ciepłe, a moje ręce lodowate. Niosłem go ostrożnie obróconą w gruzy ulicą, niosłem ze łzą w oku i śmiertelnie ciężkim sercem. Z nim było mi szczególnie trudno. Wejrzawszy na ułamek sekundy w jego duszę, dostrzegłem chłopca z pomalowaną na czarno twarzą, chłopca o nazwisku Jesse Owens, który biegł po wyobrażonej bieżni. I chłopca stojącego po pas w lodowatej wodzie, łowiącego książkę. I chłopca, który wyobrażał sobie przed zaśnięciem smak pocałunku cudownej dziewczyny z domu obok. Ten chłopak nie pozostawia mnie obojętnym. To jego jedyna wada. Włazi mi do serca. Sprawia, że płaczę. Na koniec Hubermannowie. Hans. Papa. Jego długa postać w łóżku i srebro oczu, przeświecające spod powiek. Jego dusza usiadła, potem wyszła mi naprzeciw. Takie dusze zawsze to czynią – to te najlepsze. Podnoszą się i mówią: „Znam cię, jestem gotowa. Nie, żebym się prosiła, oczywiście, ale pójdę z tobą dobrowolnie”. Te dusze są bardzo lekkie, bo idą bez bagażu, rozdały już siebie. Ta częściowo odpłynęła z oddechem akordeonu, ze wspomnieniem bąbelków wypitego latem szampana, z dotrzymanymi obietnicami. Teraz odpoczywała w moich ramionach. Tęskniła tylko za ostatnim machem ostatniego papierosa i magnetyczna siła ciągnęła ją do piwnicy, gdzie pisała książkę dziewczyna będąca córką Hansa, który pewnego dnia chciał tę książkę przeczytać. Liesel. To wyszeptała jego dusza, gdy ją zabierałem. Ale w tym domu nie było Liesel, przynajmniej nie dla mnie. Dla mnie była Rosa, którą uniosłem między jednym a drugim chrapnięciem; jej usta były wpółotwarte, a kartonowe rysy drgały. Gdyby mogła mnie ujrzeć, na pewno wrzasnęłaby „Saukerl”, a ja bym się wcale nie obraził. Po przeczytaniu Złodziejki książek wiedziałem, że do wszystkich tak mówiła. Saukerl, Saumensch. Szczególnie do tych, których kochała. Jej włosy leżały na poduszce, jej ciężkie ciało unosiło się w rytmie bicia serca. Bo ta kobieta miała serce. Większe, niż mogło się zdawać. Bardzo pojemne i pełne skrytek, jak głęboka szafa. Pamiętajcie, to ona siedziała całe noce z akordeonem przytroczonym do piersi. To ona od pierwszej nocy karmiła obcego Żyda, nie zadając żadnych pytań. To ona aż po pachę wsadziła rękę w materac, by wydobyć z niego książkę dla nastoletniej dziewczynki.
[…]
Zaraz ją zabierzemy – zameldował sierżantowi. Złodziejka książek patrzyła na swą rękę, na ciężki, bolesny przedmiot. Książka. Słowa. Jej palce krwawiły, jak tego wieczora, kiedy przywieziono ją na Himmelstrasse. Żołnierz z LSE wziął ją na ręce. Minął ich człowiek niosący rozbity futerał na akordeon. Liesel widziała zamknięty w środku instrument. Widziała jego białe zęby przetykane czarnymi klawiszami. Uśmiechały się do niej i budziły do życia. Zbombardowali nas, pomyślała i powiedziała do swojego wybawcy: To akordeon mojego taty. To akordeon mojego taty – powtórzyła. Nie martw się, dziecko, już jesteś bezpieczna. Przejdźmy dalej. Ale Liesel nie chciała iść. Patrzyła za mężczyzną, który niósł akordeon. Czerwone niebo wciąż śnieżyło delikatnym popiołem. Liesel zatrzymała wysokiego żołnierza z LSE. Wezmę to – powiedziała. Należał do mojego papy. Odebrała pudło mężczyźnie. I wtedy ujrzała pierwsze ciało. Akordeon z hukiem eksplozji wypadł jej z ręki. Na bruku rozkrzyżowana była Frau Holtzapfel.
[…]
Rudy?! Leżał ze swymi żółtymi włosami i zamkniętymi oczami. Złodziejka książek podbiegła ku niemu i upadła. Rzuciła na ziemię swój czarny notes. Rudy… Obudź się! – zaczęła nim potrząsać, nie wierząc w to, co widzi. Rudy! Liesel szarpała go za koszulę. Rudy, proszę cię. Łzy pociekły jej po twarzy. Rudy, obudź się, do cholery. Rudy, kocham cię. Rudy, ty jesteś Jesse Owens. Rudy, kocham cię, obudź się. Nic nie skutkowało. Góra gruzów rosła coraz wyżej. Betonowe falbany z czerwonym wykończeniem. Śliczna dziewczynka zalana łzami, potrząsająca martwym ciałem. Obudź się, Jesse Owens. Ale chłopak się nie obudził. Liesel ukryła twarz na jego piersi. Podniosła go, przytuliła, zaczęła kołysać. Martwe ciało ciążyło jednak ku ziemi. Liesel opuściła go delikatnie. Wolno. Bardzo wolno. Boże, Rudy… Liesel pochyliła się nad martwą twarzą i pocałowała swego najlepszego przyjaciela, Rudy’ego Steinera, szczerze i mocno w same usta. Smak pocałunku był słodki i duszący. Był wspomnieniem po niedokonanych pocałunkach wśród świerków i w sklepie z garniturami. Liesel całowała go delikatnie i długo, a kiedy oderwała się od martwego ciała, jej palce nadal błądziły po jego wargach. Ręce jej się trzęsły, spuchnięte wargi po raz ostatni próbowały całować, ale nie trafiły w cel. Ich zęby zetknęły się z trzaskiem. To pasowało do atmosfery zdemolowanej Himmelstrasse.
[…]
Może gdyby stała tam wystarczająco długo, to jednak ich ciała zaczęłyby się ruszać, ale na razie były równie martwe jak jej ciało w bezruchu. Wtedy zauważyłem, że nie ma na sobie butów. Dziwne. Być może wolałem patrzeć na jej stopy niż na twarz. Wyraz tej twarzy to na pewno nie był miły widok. Zrobiła krok, bo choć już nie mogła więcej znieść, jednak musiała. Usiadła na ziemi między nimi. Ujęła rękę mamy i spytała: Pamiętasz, mamo, jak tu przyjechałam? Jak się trzymałam furtki i płakałam? Pamiętasz, co powiedziałaś do tych ludzi na ulicy? „Na co się, dupki, gapicie?!” Mamo, ja wiem, że ty… Pamiętam, jak przyszłaś do szkoły, żeby mi powiedzieć, że Max się obudził. Nie wiedziałaś, ale patrzyłam, jak siedziałaś z akordeonem papy. Liesel ścisnęła mocniej tężejący nadgarstek. Przyszłam i patrzyłam. Byłaś taka piękna, mamo. Cholera jasna, byłaś cudowna, mamo.
[…]
Przysięgam, że wtedy zobaczyłem to, co widziała złodziejka książek. Hans Hubermann zagrał jej na akordeonie. Ona klęczała na ziemi, on wstał i zagrał. Grał pośród zburzonych domów, mrugając swymi rtęciowymi oczami, z papierosem przylepionym do ust. Zrobił kiksa i zaśmiał się cicho z własnego fałszu. Miech poruszał się, oddychał, a wysoki mężczyzna po raz ostatni grał dla Liesel Meminger pod rozgrzanym do czerwoności niebem. Graj, papo. Akordeon zamilkł. Opuścił instrument na ziemię, a jego srebrne oczy pokryła rdza. Było już tylko martwe ciało na bruku. Liesel uniosła je i przytuliła. Wypłakała się na ramieniu Hansa Hubermanna. Żegnaj, papo. Darowałeś mi życie. Nauczyłeś mnie czytać. I nikt nie grał tak jak ty. Już nigdy nie spróbuję szampana. Nikt nie umiał grać tak pięknie jak ty.
[…]
Liesel Meminger dożyła sędziwego wieku, daleko od Molching i od Himmelstrasse. Zmarła na przedmieściach Sydney. Jej dom nosił numer 45 – taki sam jak schron na Himmelstrasse u Fiedlerów. Niebo najpiękniej błękitniało po południu. Jej dusza, podobnie jak dusza papy, podniosła się na moje przybycie. Tuż przed śmiercią zobaczyła trójkę swoich dzieci, swoje wnuki, swego męża i mnóstwo ludzi, z którymi skrzyżowała się droga jej życia. Najważniejsi byli Hans i Rosa Hubermann, mały braciszek i chłopiec o włosach koloru cytryny. Na zawsze.
[…]
[Max] Kiedy wojna się skończyła i przyszedłem po samego Hitlera, Alex Steiner znów otworzył swój sklep. Nie żeby specjalnie na tym zarabiał, ale przynajmniej miał jakieś zajęcie, a Liesel mu pomagała. Spędzali razem wiele czasu, wiele razy też chodzili do Dachau, ale od Amerykanów niczego się tam nie dowiedzieli. W końcu w październiku 1945 roku do sklepu wszedł gładko ogolony mężczyzna o przepastnie głębokich oczach i włosach jak krucze pióra. Podszedł do lady. Czy zastałem Liesel Meminger? Jest na zapleczu – odparł Alex. Przewidywał odpowiedź, ale chciał się upewnić. A kto o nią pyta? Liesel przyszła. Objęli się bez słowa, zapłakali, upadli na podłogę.
[…]
Kiedy zjawiłem się w Sydney po Liesel, zrobiłem coś, na co długo czekałem. Odłożyłem na chwilę jej duszę i zabrałem ją na spacer niedaleko stadionu na Anzac Avenue. Wyciągnąłem z kieszeni zniszczony czarny notes. Staruszka była zadziwiona. Wzięła książkę, nie wierząc własnym oczom, i spytała: To naprawdę to? Przytaknąłem. Drżącymi z lęku dłońmi otworzyła Złodziejkę książek i przekartkowała ją. Nie mogę uwierzyć… Mimo że atrament wyblakł, dawało się odczytać zdania. Głaskała dłońmi słowa zapisane w piwnicy przy Himmelstrasse. Opanowała się. Czytałeś to? - spytała, nie patrząc na mnie. Jej wzrok był skupiony na słowach. Wiele razy. I zrozumiałeś? Zamilkłem. Ulicą jechały samochody prowadzone przez Hitlerów, Hubermannów, Maksów, Dillerów, Steinerów… Dużo rzeczy miałbym do powiedzenia złodziejce książek, i o ludzkim pięknie, i o ludzkiej brutalności. Ale czyż sama tego wszystkiego nie wiedziała? Chciałem jej powiedzieć, jak stale mi się zdarza nie doceniać ludzkiej rasy albo ją przeceniać. Najgorzej ze sprawiedliwą oceną. Chciałem ją zapytać, jakim sposobem te same rzeczy mogą się wydawać równie obrzydliwe i równie wspaniałe, dlaczego te same opowieści bywają równie wstrętne i równie cudowne. Ale o nic nie zapytałem. Wszystko, co powiedziałem duszy Liesel Meminger, powiem i wam.
Markus Zusak, Złodziejka książek
Powieść obyczajowo-historyczna Markusa Zusaka – australijskiego pisarza pochodzenia niemieckiego osadzona w realiach nazistowskich Niemiec III Rzeszy przenosi akcję opowieści do fikcyjnego miasteczka Molching niedaleko Monachium, ogólnie rzecz biorąc w koniec lat trzydziestych i wczesne lata czterdzieste ubiegłego wieku. Ledwie nastoletnia Liesel Meminger zostaje adoptowana czy w zasadzie „przymusowo” oddana w ręce rodziny Hansa i Rosy Hubermannów, którzy mieli jej zapewnić „porządne” niemieckie wychowanie. Niebawem też okazuje się, że przybrani rodzice potrafią nauczyć ją znacznie więcej, niż mogłoby oczekiwać dziecko w rodzinie zastępczej. W miasteczku poznaje Rudiego Steinera, z którym wspólnie spędzają wolny czas, to „kopiąc” piłkę nożną, to znowu wraz z bandą miejscowych malkontentów kradnąc, co popadnie od owoców po książki z biblioteczki burmistrzowej Ilsy. To właśnie słowo pisane – przywłaszczane książki – stają się dla Liesel światem, w którym nie ma ani fałszu, ani brutalności, ani też strachu, jakimi operuje pokrętna rzeczywistość hitlerowskiej ideologii. Z kolei „wymuszone” spotkanie z prześladowanym przez nazizm, a ukrywającym się w domu Hubermannów Maksem Vandenburgiem otwiera ją na magię pojedynczego życia, które „w czasach pogardy” nie jest już jedynie pustą walką o przeżycie kolejnego dnia. Opowieść Zusaka to przede wszystkim wielki antywojenny hołd złożony tym wszystkim bez względu na nację i pochodzenie, którzy nie dają się skusić ideologiom zbudowanym na brakujących słowach.