20.09.2024

„miłość ludzi, których nie kochamy,
pozostaje na powierzchni
naszych wspomnień
i szybko stamtąd wyparowuje.”
„Nie mam zamiaru za nikim chodzić.
Już mi się nie chce.”
„Ludzie sięgali po to, czego pragnęli,
chwytali się przypadków
i budowali na nich życie”
[…]
Umówieni byli przy stacji wyciągu punktualnie o ósmej trzydzieści, kiedy otwierano wstęp na stoki. Koledzy Alice już tam stali w kółeczku, podobni do siebie niczym żołnierze, bezkształtni w swoich kombinezonach, zesztywniali z niewyspania i zimna. Wbili kijki w śnieg i opierali się na nich, wetknąwszy je pod pachy. Gdy poruszali ramionami, przypominali strachy na wróble. Nikt nie miał ochoty na rozmowę, a najmniej Alice. Ojciec uderzył dwa razy w jej kask, trochę za mocno, jakby chciał wbić ją w śnieg. Pokaż im, co potrafisz. I pamiętaj: ciężar zawsze do przodu, rozumiesz? Ciężar-do-przo-du! – wyskandował. Ciężar do przodu, zadudniło echem w głowie Alice. Potem ojciec oddalił się, dmuchając w złożone dłonie. Wróci teraz do cieplutkiego hotelu i będzie sobie czytać gazety. Mgła połknęła go już po paru krokach. Alice pozwoliła, żeby narty bezwładnie spadły z jej ramion na ziemię. Gdyby to widział ojciec, przywołałby ją do porządku przed wszystkimi. Zanim włożyła buty w wiązania, uderzyła w podeszwy kijkiem, żeby odpadł przyklejony do nich śnieg. Już zaczynała to czuć. Ucisk na pęcherz, jakby jakaś szpila wbijała jej się we wnętrzności. Także dzisiaj nie wytrzyma, była tego pewna.
[…]
Widoczność wynosiła najwyżej dwa metry, o słońcu roztapiającym skały można było tylko pomarzyć. Wszędzie było biało, w górze, na dole i dookoła. Jakby świat spowijały świeżo wyprane prześcieradła. Było to dokładną odwrotnością ciemności, ale w Alice budziło ten sam lęk. Zjechała na skraj stoku w poszukiwaniu nieubitego śniegu, w którym mogłaby się załatwić. Jelita wydały podobny odgłos jak zmywarka do naczyń w pierwszej fazie pracy. Obejrzała się za siebie. Nie dostrzegła Giuliany, a więc Giuliana też nie mogła jej widzieć. Podeszła parę metrów wyżej, ustawiając narty skosem, tak jak uczył ją ojciec, kiedy wymyślił sobie, że będzie ją uczył jeździć na nartach. W górę i w dół po stoku dla początkujących, trzydzieści, czterdzieści razy na dzień. W górę skosem, w dół pługiem, bo nie opłacało się kupować karnetu na jeden tylko stok, a poza tym w ten sposób wzmacniały jej się nogi. Alice odpięła narty i przeszła parę kroków. Ugrzęzła w śniegu do połowy łydek. Nareszcie mogła przykucnąć. Przestała powstrzymywać oddech i rozluźniła mięśnie. Przyjemny dreszcz rozszedł się po całym ciele, aż po palce stóp.
[…]
Ojciec na pewno rozsierdzi się jak dzika bestia. Musiała przygotować jakieś kłamstwo. Wymyślić wiarygodną historię, bez luk i sprzeczności. Nie przeszło jej nawet przez myśl, żeby wyznać mu, co jej się przytrafiło naprawdę. Mgła, no właśnie, to przez tę mgłę. Zjeżdżała za innymi na trasie giganta, kiedy odczepił jej się skipass od kurtki. Chociaż nie – nikt nie gubi skipassa. Trzeba być doprawdy idiotą, żeby go zgubić. Niech będzie szalik. Spadł jej szalik, wróciła po niego, a inni na nią nie zaczekali. Wołała ich setki razy, ale bez skutku, zniknęli we mgle, wróciła więc do doliny, żeby ich poszukać. A dlaczego potem nie wjechałaś znowu na górę? – zapytałby ojciec Właśnie, dlaczego? Może lepiej, gdyby zgubiła skipass. Nie wróciła na szczyt, bo nie miała skipassa i bileter nie wpuścił jej na krzesełka. Alice uśmiechnęła się, zadowolona ze swojej historii. Była bez zarzutu. Nie czuła się już nawet tak bardzo brudna. Mokre obrzydlistwo przestało po niej spływać. Pewnie zamarzło, pomyślała.
[…]
Naprawdę nie czuła bólu. Prawdę mówiąc, nie czuła zupełnie nic. Tylko pieczenie w butach i pod kaskiem, w miejscach, gdzie dostał się śnieg. Najpierw poruszyła ramionami. Kiedy była mniejsza, zawsze gdy spadał świeży śnieg, ojciec ubierał ją ciepło i schodził z nią na dół. Na środku podwórka łapali się za ręce, liczyli do trzech i jednocześnie opadali bezwładnie w tył. Ojciec mówił wtedy, żeby zrobiła anioła, i Alice ruszała ramionami w górę i w dół, potem wstawała i patrzyła na ślad odbity na białej powierzchni. Wyglądał naprawdę jak cień anioła o rozpostartych skrzydłach. Alice zrobiła anioła na śniegu, tak sobie, bez powodu, po to tylko, żeby pokazać samej sobie, że jeszcze żyje. Udało jej się odwrócić głowę w bok i zacząć normalnie oddychać, chociaż zdawało jej się, że wdychane powietrze nie dociera tam, gdzie powinno. Miała dziwne wrażenie, że nie czuje, w którą stronę są odwrócone jej nogi. Przedziwne uczucie, jakby nóg nie miała już wcale. Spróbowała się podnieść, ale nie udało jej się. Gdyby nie mgła, pewnie ktoś zobaczyłby ją z góry. Zieloną plamę rozgniecioną na dnie głębokiego wąwozu, kilka kroków od miejsca, gdzie wiosną będzie płynął wąski strumyk, a wczesnym latem wyrosną poziomki, które – jeżeli trochę poczekać – staną się słodkie jak cukierki i będzie ich tyle, że w ciągu jednego dnia da się nimi napełnić koszyk. Alice wzywała pomocy, ale gęsta mgła pochłaniała jej słaby głos. Ponownie spróbowała się podnieść albo przynajmniej obrócić, nie dała jednak rady.
[…]
Alice wyobraziła sobie, jak jej palce stają się niebieskie, a potem, stopniowo, także ramiona i nogi przybierają siną barwę. Pomyślała o sercu, które pracuje coraz intensywniej, zatrzymując resztki ciepła. Stanie się tak sztywna i krucha, że jeżeli przejdzie po niej wilk, ręka złamie się pod jego ciężarem.
Będą mnie szukać.
Ciekawe, czy tutaj naprawdę są wilki.
Nie czuję już palców.
Gdybym tylko nie piła tego mleka.
Ciężar do przodu, pomyślała.
Ależ nie, wilki zapadają w sen zimowy.
Eric będzie wściekły.
Nie chcę startować w tych zawodach.
Nie mów głupstw, dobrze wiesz, że wilki nie zapadają w sen zimowy. Jej myśli były coraz mniej logiczne, coraz bardziej obsesyjne. Słońce powoli zachodziło za górę Chaberton, jak gdyby nigdy nic. Cień gór wydłużył się, docierając teraz do Alice, mgła stała się czarna.
[…]
Kiedy bliźniaki były jeszcze małe, Michela wymyślała wciąż coś nowego, na przykład rzucała się z chodzikiem ze szczytu schodów albo wkładała sobie do nosa groszek, tak że na pogotowiu musieli wyciągać go specjalnymi szczypcami. Ojciec mówił, zwracając się do Mattii, który pojawił się na świecie jako pierwszy, że ich matka miała za małą macicę na ich dwoje. Ciekawe, co tam wyprawialiście w tym brzuchu – powtarzał. Dawaliście sobie pewnie kopniaki i siostra od ciebie oberwała. Potem wybuchał śmiechem, chociaż w jego słowach nie było nic śmiesznego. Podnosił Michelę wysoko w powietrze i wtulał brodę w jej miękkie policzki. Mattia patrzył z dołu. On też się śmiał, a słowa ojca, choć ich nie rozumiał, przenikały do jego wnętrza prawem osmozy. Osadzały się warstwami na dnie jego żołądka, tworząc gęsty, lepki osad, jaki powstaje w winie, które zbyt długo leżakuje.
[…]
W parku nie było nikogo. Przy tym zimnie nikt nie miał ochoty na spacer. Bliźniaki doszły do części zadrzewionej, gdzie stały trzy drewniane stoły i duży grill. Jedli tu kiedyś obiad, w pierwszej klasie, gdy nauczycielki zabrały ich na wycieczkę, żeby zbierali suche liście, z których potem robili brzydkie stroiki na prezent pod choinkę dla dziadków. Miki, posłuchaj mnie uważnie – powiedział Mattia. Słuchasz mnie? Rozmawiając z Michelą, należało zawsze upewnić się najpierw, czy otwarty jest cienki kanał komunikacyjny łączący ją ze światem. Mattia zaczekał, aż siostra skinie głową na znak, że słyszy. Dobrze. Ja teraz pójdę sobie na jakiś czas. Nie na długo, tylko na pół godzinki – tłumaczył jej. Nie było powodu, żeby mówić prawdę. Dla Micheli i tak nie było różnicy między godziną a całym dniem. Pani psycholog powiedziała, że rozwój jej percepcji czaso-przestrzennej zatrzymał się na etapie przedświadomości, i Mattia doskonale rozumiał, co to znaczy.
[…]
Później, kiedy na dworze było już ciemno, chłopiec przebrany za klowna zgasił światło, posadził ich wokół siebie i zaczął opowiadać straszne historie. Trzymał przy tym pod brodą zapaloną latarkę. Mattia uznał, że jego historie wcale nie były straszne, straszna za to była jego podświetlona twarz. Padające od dołu światło barwiło ją na czerwono i wydobywało upiorne cienie. Mattia, patrzył w okno, żeby nie widzieć klowna, i wtedy przypomniał sobie o Micheli. W rzeczywistości nie zapomniał o niej ani na chwilę, ale teraz po raz pierwszy wyobraził ją sobie, jak czeka na niego sama wśród drzew i pociera twarz rękami w białych rękawiczkach, żeby się trochę ogrzać.
[…]
Zatrzymał się kilka metrów od ławki, na której parę godzin wcześniej siedziała Michela, pochłonięta odrywaniem guzika od płaszcza. Stał nieruchomo, aż oddech się wyrównał, i nasłuchiwał, jak gdyby siostra w każdej chwili mogła wyjść zza drzewa i powiedzieć: akuku! a potem przybiec do niego tym swoim nieskoordynowanym krokiem. Mattia zawołał Michelę i wystraszył się własnego głosu. Zawołał ją ponownie, tym razem ciszej. Zbliżył się do drewnianej ławki i położył rękę w miejscu, gdzie siedziała siostra. Było równie zimne jak wszystkie inne. Znudziło jej się i poszła do domu, pomyślał. Ale przecież nie zna drogi. A poza tym nie może sama przechodzić przez ulicę. Mattia rozejrzał się po parku, który tonął w ciemnościach. Nie wiedział nawet, gdzie się kończy. Pomyślał, że nie chce iść dalej, ale że nie ma wyboru.
[…]
Obraz Micheli, która gałązką mąci swoje odbicie na powierzchni wody, po czym wpada do niej bezwładnie niczym worek ziemniaków, ukazał się Mattii gwałtownie jak uderzenie pioruna. Usiadł pół metra od brzegu, był zmęczony. Odwrócił się i zobaczył głęboką ciemność, która miała trwać jeszcze wiele godzin. Na powrót zaczął wpatrywać się w czarną, błyszczącą powierzchnię rzeki. Starał się przypomnieć sobie jej nazwę, ale i tym razem mu się to nie udało. Zanurzył ręce w zimnej ziemi. Przy brzegu, dzięki wilgoci, była mokra i miękka. Znalazł w niej kawałek butelki, pozostałość po jakiejś nocnej imprezie. Kiedy wbił go sobie w rękę, nie czuł bólu, może nawet tego nie zauważył. Zaczął wkręcać szkło głębiej, nie przestając przy tym patrzeć na wodę. Czekał, aż Michela wypłynie na powierzchnię, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego niektóre rzeczy toną, a inne nie.
[…]
Brzydki wazon z białej ceramiki, ozdobiony skomplikowanym, złoconym kwietnym motywem, który od zawsze stał w kącie łazienki, był własnością rodziny Della Rocca od pięciu pokoleń, ale tak naprawdę nikomu się nie podobał. Alice często miała ochotę cisnąć nim o podłogę i wyrzucić jego drogocenne skorupy do śmietnika przed domem, wraz z puszkami po sosie pomidorowym, podpaskami zużytymi nie przez nią i pustymi pudełkami po środkach uspokajających ojca. Dziewczynka pogładziła go palcem i pomyślała, że jest bardzo zimny, gładki i czysty. Soledad, ich gosposia z Ekwadoru, z czasem nauczyła się dokładnie sprzątać, bo u państwa Della Rocca zwracano uwagę na szczegóły. Kiedy pojawiła się po raz pierwszy w ich domu, Alice miała sześć lat. Przyglądała się jej wówczas podejrzliwie, trzymając się spódnicy matki. Soledad pochyliła się nad małą i spojrzała na nią z zachwytem. Jakie masz piękne włosy, powiedziała, mogę ich dotknąć? Alice przygryzła język, żeby jej nie odmówić, i Soledad uniosła pasmo kasztanowych włosów, jakby to był kawałek jedwabiu, a potem pozwoliła, żeby opadło na ramię dziewczynki. Nie potrafiła uwierzyć, że włosy mogą być tak delikatne.
[...]
Pietro Balossino już dawno zaprzestał prób przeniknięcia mrocznego świata syna. Kiedy przypadkiem natykał się spojrzeniem na jego pokryte bliznami ręce, przypominał sobie bezsenne noce spędzane na przeszukiwaniu mieszkania, by usunąć wszystkie ostre przedmioty. Noce, kiedy Adele spała na kanapie – z otwartymi ustami, spuchnięta od środków uspokajających – bo nie chciała dzielić z nim łóżka. Noce, kiedy przyszłość zdawała się sięgać najwyżej do rana, a on liczył godziny, każdą jedną, w odległym biciu dzwonów. Przeświadczenie, że któregoś ranka znajdzie Mattię z twarzą w poduszce przesiąkniętej krwią, tkwiło tak głęboko w jego głowie, że powoli zaczynał myśleć o synu, jakby go już nie było, nawet teraz, gdy siedział obok niego w samochodzie. Zawoził go do nowej szkoły. Padał deszcz tak drobny, że bezgłośny. Kilka tygodni wcześniej dyrektorka liceum wezwała jego i Adele do swego gabinetu, by „poinformować ich o pewnych okolicznościach”, jak napisała w dzienniczku Mattii. Podczas spotkania długo krążyła wokół zasadniczego tematu, rozwodząc się nad wrażliwością chłopca, jego niezwykłą inteligencją i niezmiennie wysoką średnią ocen ze wszystkich przedmiotów.
[…]
Dyrektorka przerwała, oparła się w swoim wygodnym fotelu i otworzyła skoroszyt, w którym nic nie musiała czytać. Potem na powrót go zamknęła, jak gdyby przypominała sobie nagle, że nie jest sama w gabinecie. W starannie dobranych słowach zasugerowała państwu Balossino, że prawdopodobnie to liceum nie jest w stanie w pełni usatysfakcjonować potrzeb ich syna. Gdy przy kolacji ojciec zapytał Mattię, czy naprawdę chce zmienić szkołę, chłopak odpowiedział tylko wzruszeniem ramion, a potem obserwował odbicie światła neonu na ostrzu noża, którym miał pokroić swoje mięso.
[…]
Viola Bai wzbudzała w koleżankach z klasy równie wielki podziw jak lęk. Jej uroda onieśmielała, poza tym w wieku piętnastu lat ona znała życie lepiej niż którakolwiek z rówieśnic albo przynajmniej takie chciała sprawiać wrażenie. W poniedziałek rano na przerwie dziewczęta otaczały jej ławkę i chciwie słuchały sprawozdania z minionego weekendu. Zazwyczaj była to zgrabna przeróbka tego, co Viola usłyszała poprzedniego dnia od swej starszej o osiem lat siostry Sereny. Viola przypisywała sobie jej doświadczenia, ale wzbogacała je o pikantne szczegóły, najczęściej wymyślone na poczekaniu, które w uszach słuchaczek brzmiały niepokojąco i tajemniczo. Opowiadała o lokalach, do których wprawdzie nigdy w życiu nie weszła, ale potrafiła dokładnie opisać psychodeliczne oświetlenie czy szelmowski uśmiech, jaki posłał jej barman, gdy przyrządzał dla niej cuba libre.
[…]
W pierwszej klasie cztery jędze złapały Alessandrę Mirano, tę która nie przeszła potem do następnej klasy i przeniosła się do szkoły dla kosmetyczek, i zawlekły ją do męskiej szatni. Zamknęły ją w środku, gdzie dwaj chłopcy wyjęli przed nią swoje ptaszki. Z korytarza Alice słyszała krzyki pomieszane ze śmiechem czterech katów. No właśnie. Byłam tego pewna. A teraz miałabyś ochotę na cukierka? – zapytała Viola. Alice zastanowiła się. Jeżeli odpowiem, że tak, nie wiadomo, co mi każą jeść. Jeżeli powiem, że nie, Viola rozzłości się i mnie też zamkną w męskiej szatni. Milczała, jakby zapomniała języka w ustach.
[…]
Viola spojrzała na nią. Jej błyszczące oczy były ogromne jak dwa oceany. Wariatka z ciebie – rzekła. Wiesz, co on zrobił? Alice zaprzeczyła ruchem głowy. Wbił sobie nóż w rękę. I zrobił to specjalnie. Tu, w szkole. Alice wzruszyła ramionami. Mnie się wydaje interesujący. Interesujący? To psychopata. Z takim skończysz pokrojona na kawałeczki i zamrożona w lodówce. Alice uśmiechnęła się, ale nie spuszczała wzroku z chłopca z zabandażowaną dłonią. Było coś w sposobie, w jaki trzymał opuszczoną głowę, co sprawiało, że miała ochotę podejść do niego, podnieść mu brodę i powiedzieć: spójrz na mnie, jestem tutaj.
[…]
Mattia patrzył przez matowe szyby hallu. Był dzień pełen światła, zapowiedź wiosny na początku marca. Zdawało się, jakby silny wiatr, który nocą oczyścił niebo z chmur, popchnął czas, sprawiając, że przyśpieszył bieg. Mattia liczył dachy domów, widoczne z tego miejsca, i zastanawiał się, jak daleko leży horyzont. Denis stał obok niego i obserwował go ukradkiem, starając się odgadnąć myśli kolegi. Nie rozmawiali o tym, co się wydarzyło w pracowni biologicznej. W ogóle mało rozmawiali, ale spędzali czas razem, każdy nad własną otchłanią, chroniąc się wzajemnie i ratując, i nie potrzebując do tego słów. Cześć – usłyszał Mattia zbyt blisko siebie. W szybie zobaczył odbicie dwóch dziewcząt, które stały za nim, trzymając się za ręce. Denis spojrzał na niego pytająco. Zdawało się, że dziewczyny na coś czekają. Cześć – odpowiedział cicho Mattia. Opuścił głowę, jakby chronił się przed ostrym spojrzeniem jednej z nich. Ja jestem Viola, a to Alice – powiedziała właśnie ta dziewczyna. Chodzimy do drugiej B. Mattia skinął głową. Denis stał z otwartymi ustami. Żaden z nich się nie odezwał. I co? – zaczęła znowu Viola. Wy się nie przedstawicie? Mattia wypowiedział swoje imię cichym głosem, jak gdyby sam musiał je sobie przypomnieć. Wyciągnął miękko rękę, tę bez bandaża, i Viola ścisnęła ją mocno. Druga dziewczyna dotknęła jej zaledwie, uśmiechała się, patrząc w innym kierunku. Następnie przedstawił się Denis, równie niezręcznie jak Mattia. Chciałyśmy was zaprosić na moje urodziny w sobotę za dwa tygodnie – powiedziała Viola.
[…]
Mattia starał się poruszać jak najciszej. Wiedział, że bałagan na świecie i tak będzie coraz większy, a hałas w tle natęży się do tego stopnia, że w końcu zagłuszy wszelkie znaczące sygnały. Był przekonany, że zwracając uwagę na każdy gest, zmniejszy swój udział w tym powolnym rozkładzie. Nauczył się stawiać stopy od palców do pięt i opierać ciężar ciała na ich zewnętrznej krawędzi, by jak najbardziej zmniejszyć powierzchnię kontaktu z podłożem. Udoskonalił ten sposób chodzenia wiele lat wcześniej, kiedy w nocy budził się i cichaczem przeszukiwał dom, bo skóra na rękach stawała się tak wysuszona, że jedynym sposobem na to, by poczuć, że należą do niego, było przeciągnięcie po nich jakimś ostrzem. Z czasem ten dziwaczny, ostrożny krok wszedł mu w krew. Często się zdarzało, że pojawiał się przed rodzicami nieoczekiwanie, jak jakiś hologram, z tym swoim posępnym spojrzeniem i zawsze półotwartymi ustami. Pewnego razu matka tak bardzo się wystraszyła, że upuściła talerz na podłogę. Mattia schylił się, pozbierał skorupy, z trudem opierając się pokusie, by wypróbować ich ostre brzegi. Matka podziękowała mu, zakłopotana, a kiedy się oddalił, usiadła na podłodze i siedziała tak bez ruchu przez kwadrans, pokonana.
[…]
Lekki dreszcz przebiegł Mattii po plecach. Jakby był kim? Jakby był normalny – rzekła matka. Głos drżał jej trochę i Mattia zastanawiał się, czy płacze. Od tamtego popołudnia często płakała. Najczęściej bez powodu. Czasem płakała, bo przyrządzone przez nią mięso było łykowate, albo dlatego, że kwiaty na balkonie miały pasożyty. Jakakolwiek byłaby przyczyna, jej rozpacz była zawsze taka sama. Jakby nie można było nic poradzić. Nauczyciele mówią, że nie ma przyjaciół. Rozmawia tylko z kolegą z ławki i z nim spędza cały czas. Chłopcy w jego wieku wychodzą wieczorami, interesują się dziewczętami... Myślisz, że on jest... – przerwał jej ojciec. Tak, w gruncie rzeczy...
[…]
Mattia popatrzył w punkt gdzieś między nimi. Powiedział tylko: Ja mam przyjaciół. W sobotę idę na urodziny. Potem wyszedł na korytarz i zniknął w swoim pokoju. […] Mężczyzna wykonujący tatuaże obrzucił Alice nieufnym spojrzeniem, podejrzliwie popatrzył też na kobietę o ciemnej karnacji i wystraszonych oczach, którą dziewczynka przedstawiła jako swoją matkę. Nie wierzył jej ani przez sekundę, ale to nie była jego sprawa. Znał się na rozpuszczonych dorastających panienkach. Przychodziły do niego coraz młodsze. Pomyślał, że ta tutaj na pewno nie skończyła jeszcze siedemnastu lat. Ale on nie mógł przecież dla zasady rezygnować z zarobku. Kobiecie wskazał krzesło, usiadła i nie wypowiedziała ani jednego słowa. Ściskała mocno torebkę, jak gdyby chciała być w każdej chwili gotowa do wyjścia. Obserwowała wszystko dokoła, omijając wzrokiem tylko igłę. Dziewczynka była dzielna. Zapytał, czy ją boli, bo wszystkim zadawał to pytanie, odpowiedziała przez zaciśnięte zęby, że ani trochę.
[…]
W ostatniej chwili zmieniła zamiar. Mężczyźnie, który włączył już swój brzęczący aparat i właśnie zbliżał igłę do jej brzucha, powiedziała właśnie tak: zmieniłam zamiar. Mężczyzna zapytał bez zdziwienia: Nie chcesz go zrobić? Alice odparła, że chce zrobić tatuaż, ale nie chce róży. Wolałaby rysunek fiołka ogrodowego. Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony. Potem przyznał się, że nie wie, jak się rysuje fiołki. Podobnie jak margerytki – wytłumaczyła Alice – ale z trzema płatkami u góry i dwoma na dole. I ma być fioletowy. Mężczyzna powiedział: okej, i zabrał się do pracy.
[…]
Mattia zauważył Alice, gdy dziewczyna oparła rękę na stole; równowaga została zakłócona i trochę płynu przelało się przez brzeg kubka, tworząc wokół jego dna ciemny pierścień. Podniósł odruchowo oczy i zetknął się z jej spojrzeniem. Jak się bawisz? – zapytała. Dobrze – powiedział. Podoba ci się ta impreza? Mhm. Mnie od tej głośnej muzyki boli głowa. Alice czekała, aż Mattia coś powie. Spojrzała na niego i wydawało jej się, że nie oddycha. W jego oczach zobaczyła łagodność i cierpienie. Tak jak przy pierwszym spotkaniu zapragnęła zrobić coś, co sprawiłoby, że skierowałby oczy na nią. Na przykład wziąć jego twarz w obie ręce i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Pójdziemy do innego pokoju? – odważyła się zaproponować. Mattia skinął głową, jakby czekał na te właśnie słowa. Dobrze – powiedział.
[…]
Mattia nie wiedział, co powiedzieć. Alice zapięła dżinsy i wsunęła do środka koszulkę. Potem znowu usiadła, trochę bliżej niego. Zaległa cisza, trudna do zniesienia dla obojga. Przestrzeń między ich twarzami naładowana była napięciem i skrępowaniem. Podoba ci się w nowej szkole? – zapytała Alice, żeby tylko coś powiedzieć. Tak. Mówi się o tobie, że jesteś geniuszem. Mattia wessał policzki i przygryzł je zębami, aż poczuł w ustach metaliczny smak krwi. Naprawdę lubisz się uczyć? Mattia przytaknął. A dlaczego? To jedyna rzecz, jaką potrafię robić – odparł cicho chłopak. Chciał jej powiedzieć, że lubi się uczyć, bo jest przy tym sam, bo wszystko, o czym się uczy, jest martwe, zimne i już przetrawione. Chciałby jej powiedzieć, że strony szkolnych podręczników mają wszystkie jednakową temperaturę, a poza tym pozostawiają czas do wyboru, nie robią nikomu krzywdy i im też nie można nic zrobić. Ale pozostał w milczeniu.
[…]
Świadkowie tej sceny byli pierwszymi, którzy zauważyli to, co Alice i Mattia zrozumieli dopiero wiele lat później. Kiedy weszli do salonu, trzymając się za ręce, nie uśmiechali się i ich spojrzenia wędrowały po różnych torach, ale zdawało się, jakby ich ciała przenikały jedno drugie poprzez ręce i splecione palce. Ostry kontrast między jasnymi włosami Alice, które okalały jej twarz o zbyt bladej cerze, a ciemnymi włosami Mattii, z rozczochraną grzywką ocieniającą czarne oczy, znikał dzięki temu cienkiemu łukowi, który ich łączył. Istniała między nimi wspólna przestrzeń o nieokreślonych granicach, w której niczego nie brakowało, a powietrze w niej było nieruchome, niczym niezakłócone. Alice wyprzedzała Mattię i ciągnęła go lekko za sobą, dzięki czemu rytm jej kroków wydawał się równiejszy, a ułomność była ledwie zauważalna. Pozwalał się prowadzić, stawiając stopy bezgłośnie na terakocie. Jego blizny były ukryte i bezpieczne wewnątrz jej dłoni. Zatrzymali się na progu kuchni, w pewnej odległości od grupki dziewcząt i Denisa. Usiłowali pojąć, co się tam działo. Mieli nieobecne oczy, jak gdyby przybywali z jakiegoś odległego, sobie tylko znanego miejsca. Denis odepchnął silnie Giulię i ich usta rozdzieliły się z głośnym cmoknięciem. Spojrzał na Mattię i szukał w wyrazie jego twarzy śladu tego, czego najbardziej się obawiał. Pomyślał, że przyjaciel i Alice powiedzieli sobie coś, czego on nigdy się nie dowie, i krew uderzyła mu do głowy.
[…]
Poprzedniego dnia rodzice poprosili, by usiadł z nimi na chwilę w salonie na kanapie. Ojciec chciał, żeby opowiedział im o urodzinach. Mattia zacisnął mocno ręce, ale zaraz potem rozluźnił je i położył na kolanach tak, żeby rodzice mogli je widzieć. Wzruszył ramionami i stwierdził tym swoim cichym głosem, że nie ma nic do opowiadania. Matka nie wytrzymała nerwowo, wstała i zniknęła w kuchni. Natomiast ojciec podszedł do niego i poklepał go po plecach, jak gdyby chciał syna z jakiegoś powodu pocieszyć. Mattia przypomniał sobie, jak był małym dzieckiem i w gorące letnie dni ojciec dmuchał Micheli i jemu w twarz, żeby ich ochłodzić. Przypomniał sobie, jakie to było przyjemne, gdy pot wyparowywał ze skóry, i poczuł rozdzierająco bolesną tęsknotę za tym światem, który zatonął w rzece razem z Michelą. Zastanawiał się, czy jego koledzy wiedzą o wszystkim. Czy może wiedzą też nauczyciele. Czuł się, jakby ich ukradkowe spojrzenia splotły się nad jego głową niczym rybacka sieć.
[…]
Otworzył podręcznik do historii na przypadkowej stronie i zaczął uczyć się na pamięć wszystkich dat wydrukowanych na tej, a także na następnych stronach. Ten ciąg liczb, pozbawiony logicznego sensu, utworzył w jego głowie długą drogę. Podążając nią, Mattia powoli oddalał się od myśli o Denisie stojącym w mroku i zapominał o pustym krześle przy swojej ławce.
[…]
Alice rozpięła zamek swojej błyszczącej kurtki, potem zaczęła się rozbierać, podobnie jak w domu Violi. Podciągnęła koszulkę, a dżinsy, te same, które miała na sobie u Violi, opuściła do połowy siedzenia. Nie patrzyła na Mattię. Zachowywała się, jakby była sama. W miejscu białego opatrunku, który miała na brzuchu w sobotę wieczorem, widniał wytatuowany kwiatek. Mattia chciał już coś powiedzieć, ale zrezygnował i odwrócił wzrok. Poczuł ruch między udami i za wszelką cenę starał się myśleć o czymś innym. Przeczytał napisy na ścianach, nie zastanawiając się nad ich treścią. Zauważył, że żaden nie jest równoległy do brzegu kafelków. Prawie wszystkie tworzyły podobny kąt z krawędzią podłogi i Mattia ocenił, że był to kąt mniejszy od czterdziestu pięciu, a większy od trzydziestu stopni. Weź to – powiedziała Alice. Podała mu ostry jak sztylet kawałek szkła, które z jednej strony odbijało obrazy, a z drugiej było czarne. Mattia nie rozumiał, o co jej chodzi. Dotknęła jego brody i podniosła ją, tak jak chciała to zrobić przy ich pierwszym spotkaniu. Musisz to wyciąć. Ja sama nie dam rady – rzekła.
[…]
Mattia miał rację. Dni spływały, jeden po drugim, zacierając stopniowo, jak delikatny rozpuszczalnik, barwnik tatuażu Alice oraz wspomnienia obojga. Kontury, podobnie jak okoliczności, były wciąż dobrze widoczne, ciemne i wyraźne, ale kolory zbladły, wymieszały się, aż przybrały nieokreślony, jednolity odcień, stały się neutralne i bez znaczenia. Lata liceum pozostały otwartą raną, która Mattii i Alice wydawała się tak głęboka, że aż niemożliwa do zabliźnienia. Przeszli przez nie w stanie bezdechu, on – odcinając się od świata, ona – czując się przez świat odrzucona, aż do momentu, gdy uświadomili sobie, że właściwie jest im to już obojętne. Skonstruowali swoją przyjaźń, ułomną i asymetryczną, na którą składały się częste oddalenia i długie okresy milczenia; czystą, pustą przestrzeń, do której oboje mogli zawsze wrócić, w której mogli oddychać, gdy mury szkoły stawały się nazbyt ciasne, by nie zauważać zaduchu, jaki w nich panował.
[…]
No tak, zapomniałam, że ty jesteś taki sam jak on – stwierdziła Alice z sarkazmem. Obaj zawsze wiecie, co należy robić. Ty już w wieku pięciu lat wiedziałeś, że chcesz studiować matematykę. Jesteście nudni. Starzy i nudni. Potem odwróciła się do okna i zrobiła zdjęcie, nie patrząc nawet, co fotografuje. To zdjęcie też spadło na dywan, obok dwóch pozostałych. Alice weszła na nie nogami i deptała po nich, jak przy wytłaczaniu soku z winogron. Mattia zastanawiał się, co powiedzieć, by naprawić swą niezręczną uwagę, ale nic mu nie przyszło do głowy. Schylił się i wyciągnął spod stopy Alice pierwsze zdjęcie. Linia jego ramion skrzyżowanych za głową wyłaniała się stopniowo z białego tła. Był ciekaw, na czym polega skomplikowany proces, który zachodzi na tej błyszczącej powierzchni, i obiecał sobie, że sprawdzi to w encyklopedii, jak tylko wróci do domu.
[…]
A jednak, kiedy otworzyła drzwi szafy i lustro po wewnętrznej stronie odbiło jej postać w białej sukience obok Mattii, na moment wzruszenie odebrało jej oddech. Tutaj nie ma nic odpowiedniego – stwierdziła pośpiesznie. Chodź ze mną. Mattia wykonał jej polecenie. Zawsze, gdy Alice zachowywała się w ten sposób, czuł mrowienie w nogach i chęć znalezienia się daleko od niej. Było coś w jej sposobie bycia, w zapale, z jakim wprowadzała w życie swoje dziecinne kaprysy, czego nie mógł ścierpieć. Czuł się, jakby Alice przywiązała go do krzesła, by potem przywołać tłumy ludzi i pokazywać go jako swoją własność, jak jakiegoś zabawnego, oswojonego zwierzaka. Najczęściej nic nie mówił, dezaprobatę okazywał gestami. W końcu dziewczynę nużyła jego apatia i zostawiała go w spokoju, mówiąc, że przy nim zawsze czuje się jak idiotka.
[…]
Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne, i dlatego fascynowały Mattię. Czasami myślał, że znalazły się przypadkiem w tym ciągu, uwięzione jak perełki nawleczone na nitkę. Podejrzewał też, że i one wolałyby nie różnić się od innych, być zwykłymi liczbami, tylko że z jakiegoś powodu nie potrafiły. Ta druga myśl nachodziła go przeważnie wieczorem, w tych chwilach, gdy przed snem przesuwał mu się przed oczami chaotyczny korowód obrazów, co zdarza się tylko wtedy, gdy umysł jest zbyt osłabiony, by się okłamywać. Na pierwszym roku studiów Mattia dowiedział się, że wśród liczb pierwszych niektóre są jeszcze bardziej szczególne. Matematycy nazywają je liczbami pierwszymi bliźniaczymi. Są to pary liczb pierwszych, które z sobą sąsiadują albo raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. Liczby takie jak 11 i 13, 17 i 19, 41 i 43. Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi, w której panuje cisza i rytmiczny porządek. Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność. Później, kiedy nadzieja znika, a liczenie zaczyna nużyć, niespodziewanie trafia się znowu para liczb bliźniaczych, uczepionych jedna drugiej. Wśród matematyków powszechne jest przekonanie, że jakkolwiek długo by się liczyło, zawsze napotka się kolejną parę, chociaż nikt nie będzie wiedział gdzie, dopóki tego nie odkryje.
[…]
Po jakimś czasie jego zainteresowanie zapisanymi kartkami papieru zaczynało maleć; symbole, które jeszcze chwilę wcześniej spływały z długopisu dzięki ruchom jego własnej ręki, teraz wydawały mu się dalekie, ukryte w miejscu, do którego nie miał dostępu. W ciemnościach jego głowa na nowo zapełniała się mrocznymi, chaotycznymi myślami i wtedy Mattia najczęściej brał do ręki książkę, otwierał ją na chybił trafił i wracał do nauki. Analiza zespolona, geometria wykreślna i rachunek tensorowy nie zdołały oddalić go od jego pierwszej miłości: od liczb. Mattia lubił liczyć, zaczynać od jedynki i posuwać się naprzód według skomplikowanych reguł, które często sam wymyślał. Liczbom pozwalał się prowadzić i zdawało mu się, że zna je wszystkie, co do jednej. Dlatego gdy nadszedł czas wyboru tematu pracy magisterskiej, nie wahał się ani przez chwilę. Udał się do gabinetu profesora Niccoli, specjalisty w dziedzinie matematyki dyskretnej, choć nie miał z nim ani jednego egzaminu i znał go tylko z nazwiska.
[…]
Później, w pewnym dokładnie określonym momencie, który był jak linia oddzielająca światło od cienia, choroba Fernandy [matki Alice – przyp. aut.] weszła w stan ciężki, co zaprowadziło wszystkich troje do zwężającego się tunelu nowych obowiązków, aż w końcu znaleźli się w trudnym do uniknięcia stanie apatii i wzajemnej obojętności. Alice przestała chodzić na uniwersytet, a ojciec udawał, że o tym nie wie. Poczucie winy, którego przyczyna należała już do innej epoki, nie pozwalało mu narzucić córce swojej woli, sprawiało, że właściwie z nią nie rozmawiał. Czasami myślał sobie, że może nie trzeba wiele, może wystarczy wejść któregoś wieczoru do jej pokoju i powiedzieć... No właśnie: co miałby jej powiedzieć? Jego żona znikała powoli z życia, jak plama wilgoci wysychająca na bluzce, jednocześnie więzi łączące go jeszcze z córką rozluźniały się, pozostawiając jej swobodę decydowania o sobie.
[…]
Przychodziła codziennie, ale nic przy niej nie robiła. Wszystkim zajmowały się pielęgniarki. Sądziła, że jej zadaniem było mówić do matki. Wielu ludzi zachowuje się, jak gdyby chorzy byli w stanie odczytywać myśli, rozumieć tego, kto stoi przy ich łóżku i mówi do nich bezgłośnie. Jak gdyby dzięki chorobie otwierał się nowy kanał porozumienia między ludźmi. Alice nie wierzyła w to i w szpitalnym pokoju czuła się po prostu samotna, nic więcej. Zwykle siedziała, czekała, aż minie pół godziny, po czym wychodziła. Jeżeli spotykała lekarzy, pytała o stan chorej, na co otrzymywała zawsze tę samą odpowiedź. Ich słowa oraz uniesienie brwi oznaczały, że spodziewają się już tylko pogorszenia. Ale tego dnia przyniosła z sobą szczotkę do włosów. Wyjęła ją z torebki i delikatnie, uważając na to, by nie zadrasnąć twarzy matki, uczesała jej włosy, przynajmniej te, które nie były przyklejone do poduszki. Matka leżała nieruchoma i uległa jak lalka.
[…]
Mattia wrócił do gabinetu profesora Niccolego tydzień po ich pierwszym spotkaniu. Profesor rozpoznał jego sposób pukania do drzwi i fakt ten wzburzył go w sposób szczególny. Na widok Mattii przekraczającego próg drzwi nabrał głęboko powietrza, gotowy wybuchnąć, jak tylko chłopak zacznie się tłumaczyć, że jest w artykule kilka rzeczy, których nie zrozumiał, i że chciałby go prosić o wyjaśnienie pewnych etapów rozumowania. Niccoli pomyślał, że jeżeli okaże wystarczające zdecydowanie, być może uda mu się szybko pozbyć kłopotu. Mattia przywitał się i nie patrząc w twarz profesorowi, położył na brzegu stołu artykuł, z którym miał się zapoznać. Kiedy Niccoli wziął go do ręki, spomiędzy palców wyśliznął mu się plik kartek, zapisanych wyraźnym pismem, ponumerowanych i starannie spiętych. Zobaczył na nich prawidłowo wykonane obliczenia dotyczące zagadnienia artykułu, każde z zaznaczonym odnośnikiem do tekstu. Przejrzał pobieżnie wszystkie kartki, nie potrzebował poświęcać im wiele uwagi, by zorientować się, że obliczenia są poprawne. Świadczyła o tym choćby kolejność stron. Czuł się zawiedziony, bo nie mógł rozładować irytacji, która pozostała uwięziona w gardle jak niewyzwolone kichnięcie. Podczas przeglądania pracy Mattii pokiwał kilka razy głową. Na darmo starał się nie dopuścić do siebie uczucia zazdrości w stosunku do tego chłopaka, który wydawał się nieprzystosowany do życia, ale bez wątpienia miał wybitny talent matematyczny. Czego on by o sobie nigdy nie powiedział. Bardzo dobrze – powiedział w końcu, jakby mówił do siebie, nie zamierzając bynajmniej prawić chłopcu komplementów. Później, akcentując znudzenie w głosie, dodał: W ostatnich akapitach został poruszony pewien problem. Chodzi o średnią wartość funkcji zeta dla... Zrobiłem to – przerwał mu Mattia. Myślę, że go rozwiązałem.
[…]
Potem przeczytał jeszcze raz, wolniej, i teraz przeprowadzony dowód wydał mu się jasny i ścisły, choć miejscami zdradzał nadmierną drobiazgowość dyletanta. Kiedy śledził poszczególne etapy rozumowania, twarz mu łagodniała i machinalnie zaczął się gładzić po dolnej wardze. Zapomniał o Mattii, który od początku tkwił nieruchomo w tej samej pozycji, ze wzrokiem wbitym we własne nogi, i mówił do siebie w myślach: oby tylko nie było żadnego błędu, oby nie było błędu! – jakby od werdyktu profesora zależała reszta jego życia. Kiedy powtarzał sobie te słowa, nie wiedział jeszcze, że rzeczywiście tak będzie. Niccoli ponownie położył zapisane kartki na stole, tym razem staranniej, i oparł się na krześle, z rękami splecionymi za głową – w jego ulubionej pozycji. Cóż, muszę powiedzieć, że nie mam panu nic do zarzucenia – stwierdził wreszcie. Ustalili datę obrony pracy magisterskiej na koniec maja.
[…]
Na ogłoszenie ocen Mattia ustawił się w rzędzie z innymi magistrantami. W ogromnej auli uniwersyteckiej tylko oni stali, wszyscy inni siedzieli. Mattia czuł spojrzenia ludzi uczestniczących w uroczystości jako mrowienie na plecach. Starał się myśleć o czymś innym, ocenił wzrokiem wymiary pomieszczenia, posługując się jako miarą wielkości figurą przewodniczącego komisji, ale mrowienie nie minęło, objęło kark, a potem rozdzieliło się na dwa strumienie i podeszło aż do skroni. Wyobraził sobie tysiące małych owadów, wpełzających mu do uszu, tysiące wygłodniałych korników, wygryzających tunele w jego mózgu. Każda kolejna formułka, wygłaszana przez przewodniczącego przy nazwisku każdego z magistrantów, wydawała mu się coraz dłuższa. Szum narastający w jego głowie zagłuszał je do tego stopnia, że gdy nadeszła jego kolej, ledwo usłyszał swoje nazwisko. W gardle miał kawałek czegoś twardego, jakby kostkę lodu. Uścisnął dłoń przewodniczącego, która wydała mu się tak sucha, że odruchowo sięgnął do klamry paska, którego nie miał na sobie. Publiczność wstała ze swoich miejsc, hałasując jak morski przypływ. Profesor Niccoli podszedł do niego i poklepał go po plecach: Gratuluję. Zanim jeszcze zamilkły oklaski, Mattia był już na korytarzu i szedł szybko, nie pamiętając o delikatnym stawianiu stóp, przez co jego kroki odbijały się głośnym echem.
[…]
Alice wsiadła z powrotem do samochodu. Czasami nie rozumiem, czy... Tam zostawiłem moją siostrę bliźniaczkę – przerwał jej Mattia bezbarwnym, prawie nieludzkim głosem. Podniósł prawą rękę i palcem wskazał na drzewa w parku. Potem zawiesił ją w powietrzu, jakby o niej zapomniał. Bliźniaczka? O czym ty mówisz? Przecież ty nie masz siostry bliźniaczki... Mattia skinął powoli głową, nie przestając patrzeć na drzewa. Była do mnie bardzo podobna. Taka sama, identyczna. Potem, nie zostawiając Alice czasu, żeby o to poprosiła, opowiedział jej o wszystkim. Cała ta historia wylała się przed nią, jakby przez przerwaną groblę. Dżdżownica, urodziny, klocki lego, rzeka, kawałki szkła, szpitalny pokój, sędzia Berardino, komunikaty w telewizji, rozmowy z psychologiem – o wszystkim, o czym nigdy dotąd nikomu nie opowiedział. Mówił, nie patrząc na nią, nie okazując emocji. Potem zamilkł. Prawą ręką obmacywał siedzenie od spodu, ale znalazł tam tylko obłe kształty. Uspokoił się. Znowu czuł się daleki, jego ciało było mu obce.
[…]
Mattia wziął list z krzesła i poszedł do swego pokoju. Usiadł na łóżku i obracał kopertę w rękach. Zginał ją w jedną i drugą stronę, szeleszcząc papierem. Następnie obejrzał dokładnie pieczęć przy adresie. Był na niej jakiś drapieżny ptak, prawdopodobnie orzeł, z rozpostartymi skrzydłami i głową zwróconą w jedną stronę, żeby z profilu lepiej było widać jego ostry dziób. Końcówki skrzydeł i szpony dotykały koła, które wskutek niedoskonałości druku było lekko spłaszczone. W drugie koło, usytuowane koncentrycznie, większe od pierwszego, wpisana była nazwa uniwersytetu, który proponował Mattii posadę. Gotyckie litery, wszystkie te obce „k” i „h” oraz „o” przekreślone na skos, które w matematyce oznaczało zbiór pusty, przywiodły Mattii na myśl jakiś duży, ciemny budynek z wysokimi sufitami, z korytarzami, w których głos odbija się echem, otoczony zielonym trawnikiem skoszonym na wysokość kilku milimetrów, cichy i bezludny niczym jakaś katedra na końcu świata. W tym nieznanym, dalekim miejscu była jego przyszłość matematyka, była obietnica ocalenia, nieskalana przestrzeń, w której jeszcze nic nie zostało zniszczone. Natomiast tutaj była Alice, po prostu ona, i grzęzawisko wokół.
[…]
Mattia pomyślał, że nie ma nic pozytywnego w posiadaniu takiej głowy, jaką ma on. Chętnie odkręciłby ją sobie i zamienił na inną, albo nawet na pudełko po herbatnikach, byleby tylko było puste i lekkie. Otworzył usta, żeby wyznać ojcu, że czuć się kimś specjalnym to najciaśniejsza klatka, jaką można sobie zbudować, ale w końcu nie powiedział nic. Przypomniał sobie, jak wychowawczyni posadziła go kiedyś na środku klasy, a wokół niego innych uczniów, którzy patrzeli na niego jak na jakieś rzadkie zwierzę, i przyszło mu do głowy, że wciąż się czuje, jakby przez te wszystkie lata się stamtąd nie ruszył. Czy to mama ci powiedziała, żebyś tu przyszedł? – zapytał ojca. Pietro poczuł, jak sztywnieją mu mięśnie karku. Zacisnął usta i potaknął. Twoja przyszłość jest najważniejsza – rzekł głosem, w którym było znać lekkie zmieszanie. Teraz powinieneś myśleć o sobie. Jeżeli zdecydujesz się pojechać, my ci pomożemy. Nie mamy dużo pieniędzy, ale wystarczą, jeżeli będziesz ich potrzebował.
[…]
Alice odwróciła się, żeby zamknąć drzwi, mosiężna gałka ślizgała się w jej spoconej dłoni. Drzwi trzasnęły, aż zadrżała futryna, i Mattię przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Co ona tu robi? – pomyślał. Wydawało mu się, jakby Alice, która pojawiła się bez zapowiedzi w jego domu, nie była tą samą dziewczyną, o której mówił Denisowi przed niespełna kilkoma minutami. Starał się wyrzucić tę idiotyczną myśl z głowy, ale pozostało przykre uczucie, coś jak lekkie mdłości. Przyszło mu do głowy słowo: obława. Potem przypomniał sobie zabawę z dzieciństwa, kiedy ojciec ciągnął go po dywanie, a potem zamykał w swoich ogromnych, silnych ramionach. Łaskotał go po brzuchu i po bokach, a on śmiał się tak mocno, że prawie nie mógł oddychać.
[…]
Mattia stał w progu swojego pokoju. Mam zamknąć? – zapytała Alice, wskazując drzwi. Nagle opuściła ją cała odwaga. Mhm. Mattia usiadł na łóżku, skrzyżowane ręce oparł na kolanach. Alice rozejrzała się po małym pomieszczeniu. Miała wrażenie, że przedmiotów, które się w nim znajdowały, nikt nie dotykał, wyglądały jak artykuły wyeksponowane w sklepowej witrynie. Nie było tu nic zbędnego. Ani jednego zdjęcia, choćby maskotki zachowanej z dzieciństwa na szczęście, niczego, co stwarzałoby nastrój, atmosferę swojskości i niefrasobliwości, jaka zwykle panuje w pokojach młodych ludzi. Alice, z całym chaosem, jaki panował w jej głowie, poczuła się w tym pomieszczeniu nieswojo.
[…]
Dokładnie wiedział, co powinien zrobić. Powinien wstać i usiąść obok niej. Powinien się uśmiechnąć, popatrzyć jej w oczy i pocałować ją. Tylko tyle, sama mechanika, banalne następstwo wektorów ruchu, jednego po drugim, dzięki któremu jego usta zetkną się z jej ustami. Mógł to zrobić, nawet jeżeli w tej chwili nie miał na to ochoty, mógł po prostu dać się ponieść naturalnym odruchom. Poruszył się, jakby chciał się podnieść, ale miękki materac zatrzymał go na miejscu, jak lepkie bagno. I znowu Alice zadziałała zamiast niego. Czy mogę usiąść obok ciebie? Mattia skinął głową i chociaż nie było takiej potrzeby, przesunął się na brzeg łóżka. Alice wstała, podpierając się rękami. Na łóżku, na miejscu, które Mattia pozostawił puste dla niej, leżała kartka papieru, zapisana na maszynie, z widocznymi trzema zagięciami, jak w miechu akordeonu. Alice wzięła ją do ręki, żeby na niej nie usiąść, i zauważyła, że była zapisana po angielsku. Co to jest? – zapytała. Dzisiaj to dostałem. List z pewnego uniwersytetu. Alice odczytała nazwę miasta, napisaną tłustym drukiem w lewym rogu koperty i litery zamazały się w jej oczach. Co piszą? Zaproponowali mi stypendium. Alice zakręciło się w głowie, nagły strach pobielił jej twarz. Świetnie – powiedziała. Na jak długo? Cztery lata.
[…]
Spłuczka przestała pracować po kilkunastu niemiłosiernie długich sekundach. Pomidor wciąż tkwił nieporuszony na swoim miejscu. Kałuża na podłodze już się nie powiększała. Pewnego razu Mattia wytłumaczył jej, że jest taki moment, w którym woda przestaje się rozlewać, następuje on wtedy, gdy napięcie powierzchniowe jest wystarczająco silne, by górna warstwa cieczy, jak napięta błonka, mogła utrzymać ją w bezruchu. Alice spojrzała na bałagan, jakiego narobiła. Zamknęła deskę sedesową, jakby się poddała, zwyciężona rozmiarami katastrofy, i usiadła na sedesie. Zakryła dłońmi oczy i zaczęła płakać. Płakała nad Mattią, nad swoją matką, nad ojcem, nad całą tą wylaną wodą, ale przede wszystkim nad sobą. Półgłosem zawołała Mattię, jak gdyby szukała u niego pomocy, ale jego imię, zbyt słabo wymówione, pozostało przyklejone do jej ust.
[…]
Pojawiła się w pracowni Marcella Crozzy pewnego dnia o dziesiątej rano i udając pewność siebie, która kosztowała ją trzy okrążenia sąsiednich ulic, powiedziała, że chce się nauczyć zawodu, i poprosiła, żeby wziął ją do siebie na praktykę. Crozza, którego zastała przy urządzeniu do wywoływania zdjęć, zgodził się kiwnięciem głowy. Potem odwrócił się i patrząc jej prosto w oczy, powiedział, że na razie nie będzie mógł jej płacić. Nie poradził, żeby dała sobie spokój, bo wiele lat wcześniej zrobił to samo co ona i wspomnienie emocji, jakie wtedy odczuwał, było wszystkim, co mu pozostało z jego miłości do fotografii. Niezależnie od późniejszych rozczarowań, tego uczucia nie potrafiłby nikomu odmówić. Pracowała przede wszystkim przy zdjęciach z wakacji. Rodziny trzy- lub czteroosobowe, nad morzem lub na tle zabytków, objęte ramionami na środku placu św. Marka albo pod wieżą Eiffla, z obciętymi nogami i zawsze w tej samej pozie. Zdjęcia zrobione aparatami automatycznymi, prześwietlone lub nieostre. Alice już nawet nie patrzyła na nie, wywoływała je, a potem wkładała do papierowych kopert z żółtoczerwonym znakiem Kodaka. Siedziała w pracowni, przyjmowała filmy dwudziestocztero- lub trzydziestosześcioobrazkowe, zamknięte w plastikowych pojemnikach, zapisywała nazwiska klientów na kwitkach i obiecywała, że następnego dnia będą gotowe; wybijała paragony, mówiąc: dziękuję i do widzenia.
[…]
Podczas gdy nowożeńcy wychodzili z kościoła, Alice wyprzedzała ich, idąc tyłem i utykając przy tym, pochylona, by dzięki ujęciu z dołu nie zmieniać proporcji. Przez obiektyw widziała, że w uśmiechu Violi był strach, jak gdyby jako jedyna z obecnych zobaczyła ducha. Alice błyskała jej fleszem w twarz w równych odstępach czasu, jakieś piętnaście razy, zanim panna młoda zaczęła mrużyć oczy. Śledziła nowożeńców wzrokiem, aż wsiedli do samochodu. Viola spojrzała na nią przez tylną szybę. Na pewno opowie zaraz o wszystkim mężowi – o tym, jakie to dziwne, że spotkała ją w tym miejscu. Opisze ją jako anorektyczkę, z którą chodziła do tej samej klasy, kulawą dziwaczkę, z którą nigdy się nie zadawała. Nie wspomni o cukierku, o urodzinach ani o niczym innym. Alice uśmiechnęła się na myśl, że będzie to pierwsza półprawda w ich małżeństwie, pierwsza z małych rys w ich związku, w które życie prędzej czy później włoży wytrych i otworzy dostęp poważnym kłamstwom.
[…]
Ojciec dzwonił do niego zawsze w środę wieczorem, między ósmą a ósmą piętnaście. W ciągu ostatnich dziewięciu lat widzieli się zaledwie kilka razy i od ostatniego spotkania minęło dużo czasu, ale telefon nigdy nie dzwonił na próżno w mieszkanku Mattii. Podczas długich przerw między słowami po obu stronach panowała zawsze ta sama cisza, nigdy nie było słychać telewizji lub radia, głosów gości czy brzęku sztućców na talerzach. Mattia potrafił wyobrazić sobie matkę, jak siedzi w fotelu z tym samym wyrazem twarzy, jaki miała, gdy w szkole podstawowej mieli z Michelą recytować przed nią zadane wiersze. Mattia mówił je bezbłędnie, a Michela milczała, niezdolna do jakiegokolwiek wysiłku umysłowego. W każdą środę, po odłożeniu słuchawki Mattia zastanawiał się, czy ten fotel wciąż jeszcze jest obity materiałem w pomarańczowe kwiaty, czy też może rodzice wymienili go wreszcie, co należało zrobić już wtedy, gdy mieszkał z nimi. Był ciekawy, czy się postarzeli. Na pewno się postarzeli, odgadywał to po głosie ojca, który mówił wolniej i jakby z trudem. Słyszał to po jego oddechu, coraz głośniejszym przez telefon, coraz bardziej przypominającym zadyszkę. Matka brała słuchawkę do ręki tylko co jakiś czas i zadawała zawsze te same, przewidywalne pytania. Jaka u ciebie pogoda, czy jadłeś już kolację, jak ci się wiedzie na uniwersytecie. Na początku Mattia tłumaczył jej, że w kraju, w którym mieszka, kolację jada się o siódmej. Teraz ograniczał się już tylko do słowa: tak.
[…]
[Mattia – przyp. aut.] Był zbyt zmęczony, żeby wrócić do tej pracy. Poszedł do kuchni i nalał do garnka wody z kranu. Postawił go na piecu i zapalił gaz. Spędzał tak dużo czasu sam, że każdy normalny człowiek na jego miejscu zwariowałby w ciągu miesiąca. Usiadł na składanym krześle plastikowym, jednak nie potrafił się odprężyć całkowicie. Podniósł oczy na lampę, która wisiała na środku sufitu, ale nie dawała światła. Żarówka przepaliła się miesiąc po tym, jak się wprowadził, i od tego czasu jeszcze jej nie wymienił. Jadł przy świetle zapalonym w sąsiednim pomieszczeniu. Gdyby tego wieczoru wyszedł z tego mieszkania i nigdy więcej do niego nie wrócił, trudno byłoby w nim odnaleźć ślady jego pobytu, oprócz tego stosu papieru z niezrozumiałymi zapiskami. Mattia nie wniósł tam nic swojego. Mieszkał wśród prostych mebli z jasnego dębu, w ścianach wyklejonych pożółkłą tapetą, niezmienianą od czasu, gdy wybudowano ten dom. Podniósł się. Nalał wrzątku do filiżanki i wrzucił do niego saszetkę z herbatą. Obserwował, jak ciemnieje woda. Płomyki metanu paliły się jeszcze, w półmroku miały niebieskofioletowy kolor. Zmniejszył strumień gazu tak, że prawie go wyłączył, i syk ucichł. Zbliżył rękę do płomieni, trzymał ją nad nimi. Ciepło wywierało słabe ciśnienie na skórę wnętrza dłoni naznaczoną bliznami. Mattia obniżał powoli rękę, aż wreszcie zamknął ją na płomieniach.
[…]
Przyciągnęła go do siebie, kierując jego głowę we wgłębienie u nasady szyi. Kiedyś, jeszcze przed ślubem, Fabio stwierdził, że było to idealne miejsce, stworzone właśnie dla jego głowy. Co o tym myślisz? – zapytał Fabio głosem lekko zagłuszonym poduszką. Alice nie odpowiedziała, ale przyciągnęła go do siebie jeszcze mocniej. Brakowało jej oddechu, nie mogła mówić. Słyszała, jak zamyka szufladę z prezerwatywami, i zgięła mocniej prawe kolano, żeby mu zrobić miejsce. Przez cały czas trzymała oczy szeroko otwarte i głaskała go rytmicznie po włosach. Ciągnęła za sobą tę tajemnicę od czasów licealnych, ale nigdy nie myślała o niej dłużej niż przez chwilę. Odłożyła to na bok, jakby postanowiła, że pomyśli o tym później. Teraz problem pojawił się niespodziewanie i zaskoczył ją tak samo, jak gdyby w suficie nad nią otwarła się czarna dziura, przerażająca i nie do zatkania. Alice najchętniej powiedziałaby do Fabia: zatrzymaj się na chwilę, poczekaj, muszę ci coś powiedzieć – ale on, z rozbrajającym zaufaniem, zatracił się w swoich ruchach i na pewno nie zrozumiałby, co do niego mówi. Poczuła, że Fabio ma orgazm, po raz pierwszy w życiu, odkąd byli razem, będąc w niej bez prezerwatywy, naprawdę. Wyobraziła sobie, jak ta ciecz, lepka i pełna obietnic, wpływa do jej bezpłodnego łona i tam powoli wysycha.
[…]
Wytłumacz mi, dlaczego tak robisz – poprosił, tym razem głośno. Dlaczego jedzenie budzi w tobie taki wstręt? Alice przyszedł na myśl ojciec, jego głowa nisko nad talerzem przy jedzeniu zupy i te odgłosy – jakby ssał łyżkę zamiast wkładać ją po prostu do ust. Pomyślała z obrzydzeniem o przeżutej masie, którą oglądała między zębami męża za każdym razem, gdy przy kolacji siedziała naprzeciw niego. Pomyślała o cukierku Violi oblepionym włosami, o smaku syntetycznej truskawki. Wreszcie pomyślała o swoim odbiciu w wielkim lustrze, bez koszulki, i o bliźnie, przez którą jej noga wyglądała, jakby była doszyta i nieużyteczna. Pomyślała też o tym, jak łatwo utracić swoją sylwetkę, i o delikatnym rysunku żeber nad brzuchem, którego była gotowa bronić za wszelką cenę.
[…]
Zabrał się do zapełniania tablic swoim starannym pismem. Zaczął w lewym górnym rogu i szybko zapisał pierwsze dwie tablice. Na trzeciej skopiował wyniki, które miały mu się przydać później. Wydawało się, jakby wykonał te obliczenia już ze sto razy, podczas gdy w rzeczywistości wyciągał je z myśli po raz pierwszy. Od czasu do czasu odwracał się do Alberta, ten poważnie kiwał głową i starał się nadążyć za kredą. Kiedy Mattia dotarł do końca, po dobrej półgodzinie, obok wyniku narysował ramkę, zamalował jej wnętrze i obok napisał c.d.n., jak robił w czasach szkolnych. Kreda wysuszyła mu skórę na palcach, ale nawet tego nie zauważył. Drżały mu lekko nogi. Przez następnych dziesięć sekund obaj rozmyślali w milczeniu. Wreszcie Alberto klasnął i to klaśnięcie zabrzmiało w ciszy auli jak trzaśnięcie z bata. Zszedł z katedry i prawie przy tym upadł, bo zdrętwiały mu nogi, które długo zwisały w powietrzu. Położył rękę na ramieniu Mattii, a jemu ten ciężar dał poczucie bezpieczeństwa. Tym razem się nie wykręcisz – powiedział. Dzisiaj wieczorem masz być u nas na kolacji, musimy coś uczcić. Mattia uśmiechnął się lekko i odrzekł: Dobrze.
[…]
Pocałowała go, jej oddech był zbyt ciepły. Nie poruszył się, czekał, aż przestanie. Przeniesiemy się do sypialni? – zaproponowała. Mattia potaknął. Wolałby wrócić do swego mieszkania, do swej komfortowej próżni, ale wiedział, że to nie byłoby w porządku. Oboje mieli poczucie nienaturalności sytuacji, gdy wchodzili pod prześcieradła z dwóch przeciwnych stron łóżka. Nadia uśmiechnęła się do niego, jakby chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. W ciemnościach przytuliła się do jego ramienia. Pocałowała go raz jeszcze i zaraz zasnęła. Mattia też zamknął oczy, ale musiał je szybko otworzyć, bo pod powiekami czekał na niego natłok przerażających wspomnień. Oddech znowu zatrzymywał się w połowie tchawicy. Spuścił lewą rękę pod łóżko i zaczął pocierać kciukiem o metalową siatkę w miejscu, gdzie oczka łączyły się z ramą, tworząc ostrą krawędź. W mroku włożył palec do ust i ssał go. Smak krwi uspokoił go na kilka sekund. Stopniowo docierało do niego coraz więcej obcych hałasów: ciche mruczenie lodówki, odgłos pieca akumulacyjnego, który szumiał kilka minut, po czym wyłączał się z głośnym kliknięciem, oraz zegara w sąsiednim pokoju, który zdawał się tykać zbyt wolno. Pragnął poruszyć się, wstać z łóżka. Nadia leżała na środku i zabierała mu miejsce, nie mógł się nawet obrócić. Jej włosy kłuły go w szyję, oddech suszył mu skórę na piersiach. Mattia był pewny, że nie zdoła już zasnąć ponownie. Było późno, minęła pewnie druga w nocy, a on miał rano ćwiczenia ze studentami. Będzie zmęczony, pomyli się w obliczeniach i narobi sobie wstydu. We własnym mieszkaniu mógłby się wyspać, przynajmniej przez tych kilka godzin, jakie mu zostały. Jeżeli będę się cicho zachowywać, nie zauważy, pomyślał. Leżał nieruchomo jeszcze przez minutę. Hałasy stawały się coraz bardziej uciążliwe. Przy następnym suchym kliknięciu pieca zdecydował się wyjść.
[…]
[Alice – przyp. aut.] Pewnego wieczoru, po przyjściu z pracy, nie znalazła go. Fabio nie zabrał znacznie więcej – meble stały wciąż na swoich miejscach, szafa pełna była jego ubrań, ale w biblioteczce zauważyła puste miejsca między książkami, czarne dziury, które zwiastowały początek końca. Alice długo się w nie wpatrywała; po raz pierwszy ich rozstanie przybrało konkretną formę. Z poczuciem pewnego rodzaju ulgi przestała się czymkolwiek przejmować. Doszła do wniosku, że zawsze robiła wszystko dla innych, a teraz ma tylko siebie i nareszcie może przestać, po prostu poddać się i koniec. Miała więcej czasu na wykonywanie tych samych czynności co zawsze, ale czuła niechęć do jakiegokolwiek działania oraz obezwładniające zmęczenie, jakby poruszała się w jakiejś gęstej cieczy. Skończyło się na tym, że zaniedbywała także najprostsze obowiązki. W łazience rosła kupa brudnych ubrań, a ona leżała godzinami na tapczanie. Wiedziała, że czekają na nią i że wystarczy niewiele wysiłku, żeby sobie z nimi poradzić, ale nie chciało jej się angażować do tego ani jednego mięśnia. […] Po przebudzeniu atakowały ją myśli częściowo tylko sformułowane. Wstawała z łóżka dopiero wtedy, kiedy to było już naprawdę konieczne, myślowy chaos półsnu ustępował powoli, pozostawiając w jej głowie mgliste smugi, jak niepełne wspomnienia, które mieszały się ze wspomnieniami z rzeczywistości i robiły wrażenie równie jak one prawdziwych. Wałęsała się po cichym mieszkaniu jak duch samej siebie, w nieśpiesznym poszukiwaniu jasności umysłu. Wpadam w obłęd, myślała czasem. Ale nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie, ta myśl przywoływała jej uśmiech na usta, bo nareszcie robiła coś z własnego wyboru. Wieczorami jadła liście sałaty prosto z celofanowego woreczka. Były chrupiące i miały smak wody. Nie jadła ich po to, żeby napełnić żołądek, ale żeby dotrzymać tradycji kolacji i zapełnić czymś czas, z którym w przeciwnym razie nie wiedziałaby, co począć. Żuła sałatę tak długo, aż od tego pustego pożywienia zbierało jej się na wymioty.
[…]
Jakkolwiek się starała, z wszystkich tych lat przeżytych z Fabiem nie potrafiła przypomnieć sobie ani jednego obrazu, od którego równie silnie ścisnęłoby się jej serce i który miałby równie wyraziste kolory. Nie doznała niczego tak intensywnego, niczego, co jeszcze teraz czułaby na skórze, u nasady włosów i między udami. To prawda, był kiedyś taki epizod na kolacji u Riccarda i jego żony, kiedy to dużo się śmiali i sporo wypili. Pomagała potem Alessandrze zmywać naczynia i skaleczyła przy tym kciuk szkłem szklanki, która pękła jej w rękach i spadła na podłogę. Wyrwało jej się ciche ała! – słabe, ledwie wyszeptane, ale Fabio usłyszał i zaraz pośpieszył na ratunek. Obejrzał kciuk pod lampą, schylił się i włożył go sobie do ust, wysysając krew, żeby przestała płynąć, jakby była jego. Wciąż trzymając jej palec w ustach, patrzył na nią z dołu tymi swoimi czystymi oczami, których spojrzenia nie potrafiła wytrzymać. Potem zamknął jej zraniony palec w swojej dłoni i pocałował ją w usta. Poczuła w jego ślinie smak własnej krwi i wyobraziła sobie, że jej krew krąży po całym ciele męża, a potem wróci do niej oczyszczona, jak przy dializie.
[…]
Odłożył kredę i patrzył, jak studenci, nieco zaskoczeni, wstają ze swoich miejsc, a przed wyjściem z auli kierują do niego gesty pożegnania. Nadia wciąż siedziała na tym samym miejscu i w tej samej pozycji, ale wydawało się, że nikt jej nie zauważył. Zostali sami. Byli od siebie daleko. Nadia wstała w tej samej chwili, w której Mattia poruszył się, żeby do niej podejść. Spotkali się mniej więcej w połowie auli, utrzymując między sobą ponad metrową odległość. Cześć – odezwał się Mattia. Nie przypuszczałem... Posłuchaj – przerwała mu, wbijając zdecydowane spojrzenie w jego twarz – my się prawie nie znamy. Przepraszam, że tak cię tutaj nachodzę. Nie, nie... – próbował zaoponować, ale Nadia nie dopuściła go do słowa. Obudziłam się i nie było cię w mieszkaniu, mogłeś przynajmniej... Zatrzymała się na sekundę. Mattia był zmuszony spuścić oczy, ponieważ czuł, że go pieką, jak gdyby nie przymykał powiek ponad minutę. Ale to nieważne – zaczęła znowu Nadia. Nie mam zamiaru za nikim chodzić. Już mi się nie chce. Podała Mattii bilecik, on wziął go do ręki. Tu jest mój numer telefonu. Ale jeżeli zdecydujesz się go użyć, nie trać czasu. Oboje wbili wzrok w podłogę. Niewiele brakowało, żeby Nadia zrobiła krok do przodu, zachwiała się już nawet lekko na obcasach, ale zmieniła decyzję i odwróciła się gwałtownie.
[…]
Alice znalazła się na dziedzińcu szpitala Maria Ausiliatrice, lecz nie przyszło jej do głowy, że po tych alejkach spacerowała kiedyś z Fabiem. Czuła się, jakby nie miała za sobą przeszłości, znalazła się w tym miejscu, nie pamiętając, skąd przybyła. Ogarnęło ją zmęczenie, takie zmęczenie, które daje tylko pustkę. Wspinała się po schodach, trzymając się poręczy i stanęła przed wejściem na oddział. Chciała dotrzeć właśnie w to miejsce, wprawić w ruch automatyczne drzwi, odczekać parę minut, tyle, ile trzeba, żeby nabrać siły i odejść. Tak tylko, żeby trochę pomóc przypadkowi, nic więcej. Chciała znaleźć się tam, gdzie jest Fabio, i zobaczyć, co z tego wyniknie. Nie miała zamiaru słuchać Crozzy, nikogo nie będzie słuchać i nie przyzna się nawet przed samą sobą, że naprawdę miała nadzieję spotkać męża.
[…]
Drzwi wejściowe pozostały otwarte, ale Fabia w nich nie było. Zamiast niego stała za progiem jakaś dziewczyna. To ona uruchomiła drzwi, ale ich nie przekraczała. Stała w miejscu, przygładzając spódnicę. Wreszcie zrobiła to samo co Alice: zrobiła krok do tyłu i drzwi się zasunęły. Alice obserwowała ją, zaintrygowana jej zachowaniem. Zauważyła, że nie była wcale taka młoda, mogła mieć mniej więcej tyle samo lat co ona. Miała lekko zaokrąglone plecy i strome, bardzo wąskie ramiona, jakby nie było na nie dość miejsca dokoła. Alice pomyślała, że jest w niej coś znajomego, może w wyrazie twarzy, ale nie potrafiła tego z niczym skojarzyć. Jej myśli wirowały bezładnie, jak w zaklętym kręgu, nie osiągając żadnego celu. Potem dziewczyna zrobiła to jeszcze raz. Poszła krok do przodu, złączyła stopy, a po kilku sekundach odstąpiła do tyłu. I w tej właśnie chwili podniosła głowę i uśmiechnęła się po drugiej stronie szyby. Alice poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz, żebro po żebrze, aż do ułomnej nogi. Wstrzymała oddech. Znała kogoś, kto uśmiechał się w ten sam sposób, wyginając samą tylko górną wargę i odkrywając przy tym górne zęby, podczas gdy pozostała część ust pozostawała nieruchoma. To niemożliwe, pomyślała. Podeszła, żeby lepiej przyjrzeć się dziewczynie, i drzwi rozsunęły się znowu na całą szerokość. Na twarzy nieznajomej malowało się rozczarowanie, patrzyła na Alice pytająco. Alice zrozumiała i odsunęła się do tyłu, żeby nie przeszkadzać jej w zabawie. Dziewczyna wróciła do niej jak gdyby nigdy nic. Miała te same ciemne włosy, gęste i falujące na końcach, których Alice tak rzadko zdarzało się dotykać. Wystające kości policzkowe zacieniały jej czarne oczy, lecz Alice zobaczyła w nich te same błyski, które czasem nie pozwalały jej spać w nocy do późna – te same błyski co w oczach Mattii. To ona, pomyślała i uczucie podobne do paniki zacisnęło jej gardło. Instynktownie sięgnęła do torby po aparat fotograficzny, ale nie miała z sobą nawet najprostszego automatu. Nie spuszczała wzroku z dziewczyny, nie wiedziała, co ma dalej robić. Kręciło jej się w głowie i ćmiło w oczach, jak gdyby soczewki nie były w stanie przybrać odpowiedniej krzywizny. Suchymi ustami wymówiła imię: Michela, ale spomiędzy jej warg nie wydobyło się wystarczająco dużo powietrza. Wydawało się, że dziewczyna nigdy się nie znudzi. Bawiła się drzwiami z fotokomórką, jak dziecko. Teraz dla odmiany skakała w przód i w tył, jakby chciała zaskoczyć drzwi znienacka. Szpitalnym korytarzem nadeszła jakaś starsza kobieta. Z jej torby wystawała duża żółta koperta, być może z wynikami radiografii. Bez słowa złapała dziewczynę za rękę i wyprowadziła ją na zewnątrz. Dziewczyna nie protestowała. Kiedy mijała Alice, odwróciła się, żeby spojrzeć na przesuwne drzwi, może chciała im podziękować za przednią zabawę. Znajdowała się tak blisko, że Alice poczuła ruch powietrza sprowokowany ruchem jej ciała. Gdyby wyciągnęła rękę, mogłaby jej dotknąć, ale była jak sparaliżowana. Śledziła wzrokiem oddalające się od niej wolnym krokiem kobiety. Teraz sporo ludzi wchodziło i wychodziło. Drzwi otwierały się i zamykały bez przerwy w hipnotycznym rytmie, który grzmiał jej w głowie. Potem ocknęła się nagle i zawołała: Michela! tym razem głośno.
[…]
Usiadł na murku przed wejściem i zaczął się zastanawiać, dlaczego właściwie zareagował w ten sposób, jak gdyby przez wszystkie te lata czekał tylko na sygnał, żeby wrócić. Spojrzał jeszcze raz na zdjęcie, które wysłała mu Alice. Byli na nim razem, przed łóżkiem jej rodziców, ubrani jak młoda para, w tych strojach, które pachniały naftaliną. Mattia miał zrezygnowaną minę, podczas gdy ona uśmiechała się. Obejmowała go w talii, druga ręka trzymała aparat fotograficzny i znajdowała się częściowo poza kadrem; miał wrażenie, jakby wyciągała ją teraz do niego, dorosłego mężczyzny, by obdarzyć go pieszczotą. Na odwrocie Alice napisała w jednej linijce: Musisz tu przyjechać, i pod spodem podpisała się: Alice.
[…]
Poszła do domu. Przez całą drogę nie mogła myśleć o niczym innym. Jej umysł odzyskiwał sprawność, ale wszystkie obrazy, jakie przez niego przebiegały, pozostawały w cieniu twarzy tamtej dziewczyny. Szczegóły zaczęły się już z sobą mieszać, topić w oceanie wspomnień bez znaczenia, ale pozostawało żywe to niewytłumaczalne wrażenie bliskości. I ten uśmiech, taki sam jak u Mattii, nałożony na jej własne odbicie w szybie. Być może Michela żyła i ona ją właśnie spotkała. To szaleństwo, a jednak Alice nie potrafiła całkiem odrzucić tej myśli. Jak gdyby jej umysł właśnie tej myśli desperacko potrzebował. Jak gdyby dzięki niej miała się czegoś uchwycić, żeby pozostać przy życiu. Zaczęła przeprowadzać logiczne rozumowanie, formułować hipotezy, rekonstruować możliwy bieg wypadków. Być może ta starsza kobieta porwała Michelę, znalazła ją w parku i wzięła do swego domu, bo bardzo pragnęła córki, a nie mogła mieć dzieci. Jej łono miało jakąś wadę albo to ona nie chciała zrobić w nim miejsca dla nikogo. Dokładnie tak samo jak ja, pomyślała Alice.
[…]
Ten zatrzymany obraz przywołał w pamięci Alice inne obrazy i wszystkie one połączyły się w jej głowie, przestały być nieruchome, zabrzmiały w nich dźwięki, zapulsowały uczucia. Ogarnęło ją rozdzierające, a jednak przyjemne uczucie tęsknoty. Gdyby miała wybrać moment, od którego chciałaby zacząć wszystko na nowo, wybrałaby ten właśnie, kiedy Mattia i ona znajdowali się sami w pokoju, każde ze swoją odrębną, nienaruszalną tożsamością; tak dokładnie do siebie pasowały. Musiała go zawiadomić. Będzie miała pewność dopiero wtedy, kiedy go zobaczy. Pewność, że jego siostra żyje. Mattia ma prawo wiedzieć.
[…]
Samolot, którym podróżował Mattia, przed wylądowaniem przeleciał nad zieloną plamą wzgórza, minął bazylikę i dwa razy okrążył centrum miasta. Mattia wyszukał wzrokiem most, ten starszy, i wykorzystując go jako punkt odniesienia, odnalazł wzrokiem drogę prowadzącą do domu rodziców. Dom miał wciąż ten sam kolor, jak wtedy, gdy go opuścił. Poznał park, leżał niedaleko; przecięty na pół rzeką i ograniczony dwiema alejami, które schodziły się za nim szerokim zakolem. Powietrze było tak przejrzyste, że z góry wszystko było dokładnie widać. Tego popołudnia nikt nie mógłby zniknąć bez śladu. Wychylił się do przodu, żeby dalej patrzeć na smugę, którą samolot zostawiał za sobą na bezchmurnym niebie. Zobaczył krętą drogę, która wspinała się na wzgórze, przy niej stał dom rodziny Della Rocca, z białą fasadą i oknami wyciętymi blisko siebie przypominał trochę wielką bryłę lodu. Nieco wyżej stała jego stara szkoła z zielonymi schodami przeciwpożarowymi. Pamiętał, jak zimne i chropowate były w dotyku. Miejsce, w którym spędził połowę życia, tę, którą miał już za sobą, przypominało z góry gigantyczną makietę zbudowaną z kolorowych sześcianów i różnych nieożywionych form.
[…]
Ojciec zniknął w kuchni, mogło się wydawać, że czekał tylko na pretekst, żeby się oddalić. Mattia pomyślał, że miłość rodziców sprowadza się w końcu do takich małych gestów i do troski o rzeczy, o które rodzice pytali w każdą środę: jedzenie, ciepło, zimno, zmęczenie, czasem pieniądze. Wszystko inne spoczywało na nieosiągalnych głębokościach, w skamieniałej masie nieprzeprowadzonych rozmów, niewypowiedzianych przeprosin i wspomnień, które należałoby skorygować, które jednak już na zawsze pozostaną takimi, jakie są. Przeszedł korytarzem do swojego pokoju. Był pewny, że znajdzie w nim wszystko tak, jak zostawił, jak gdyby ta przestrzeń była odporna na erozję powodowaną mijaniem czasu i wszystkie lata jego nieobecności były dla niej zaledwie krótką przerwą. Kiedy zobaczył, że wystrój pokoju jest zupełnie zmieniony, doznał potwornego uczucia, jakby już nie istniał. Ściany pomalowane niegdyś jasnoniebieską farbą pokrywała teraz kremowa tapeta, która sprawiała, że pokój był pełen światła. Miejsce jego łóżka zajmował tapczan, który przez lata stanowił umeblowanie salonu. Biurko stało wciąż pod oknem, ale nie było na nim nic, co należałoby do niego, leżała tam tylko sterta gazet i stała maszyna do szycia. Nie zobaczył zdjęć, ani jego, ani Micheli. Pozostał na progu, jakby nie był pewny, czy może wejść. Ojciec podszedł do niego ze szklanką wody w ręce i powiedział: Matka chciała nauczyć się szyć, ale szybko jej przeszło. Mattia wypił duszkiem całą szklankę. Oparł torbę o ścianę, w miejscu, gdzie nikomu nie przeszkadzała. Muszę wyjść – oznajmił.
[…]
Przez pierwszy rok pisali do siebie listy. Zaczęła Alice, jak wszystko, co robili. Posłała mu zdjęcie tortu z krzywym napisem: Wszystkiego najlepszego! ułożonym z truskawek przekrojonych na pół. Na odwrocie napisała tylko „A.”, nie dodając nic więcej. Tort upiekła sama z okazji urodzin Mattii, a potem wyrzuciła go w całości do śmieci. Mattia odpowiedział listem, w którym na czterech stronach zapisanych maczkiem opowiadał jej, jak trudne są początki w nowym miejscu, zwłaszcza gdy nie zna się języka, i w którym przepraszał, że wyjechał. A przynajmniej tak to odczytała. Nie pytał o Fabia, ani w tym, ani w żadnym z następnych listów, a ona też mu o nim nie pisała. Jednakże oboje czuli jego obecność, niebezpieczną i obcą, zaraz za krawędzią tych zapisanych kartek. Był to jeden z powodów, dla których z czasem ton ich listów stawał się coraz chłodniejszy, a przerwy między nimi wydłużały się, aż w końcu korespondencja całkiem zamarła. Po kilku latach Mattia dostał jeszcze jedną wiadomość od Alice. Było to zaproszenie na jej ślub z Fabiem. Przykleił je do kaloryfera kawałkiem taśmy klejącej, jak gdyby wisząc na tak widocznym miejscu, miało mu o czymś przypominać. Każdego ranka i każdego wieczoru miał je przed oczami i za każdym razem czuł na ten widok coraz mniejszy ból. Tydzień przed ślubem zdobył się na wysłanie telegramu ze słowami: Dziękuję za zaproszenie. Nie mogę przyjechać z powodu obowiązków służbowych. Najlepsze życzenia. Mattia Balossino. W jednym ze sklepów w centrum miasta stracił godzinę, żeby wybrać kryształowy wazon, który potem kazał wysłać do nowożeńców na ich nowy adres.
[…]
Pustka po rozstaniu z Fabiem została zapełniona fantazjami jak u nastolatki. Wyobrażała sobie na różne sposoby scenę spotkania z Mattią, uzupełniała ją szczegółami, analizowała z różnych punktów widzenia. Tak intensywnie żyła tą myślą, że w końcu wydało jej się, że to nie jest fantazja, lecz wspomnienie. Spędziła sporo czasu w bibliotece miejskiej. Musiała się najpierw zapisać, bo nigdy przedtem w niej nie była. Szukała gazet, w których byłaby mowa o zniknięciu Micheli. Ich lektura wprowadzała ją w stan wzburzenia, jak gdyby to straszne wydarzenie działo się aktualnie, gdzieś niedaleko. Jej pewność zachwiała się, gdy zobaczyła zdjęcie Micheli na pierwszej stronie jednej z gazet. Miała na nim zagubione spojrzenie, skierowane gdzieś powyżej obiektywu, może na czoło osoby, która ją fotografowała. Ten wizerunek naruszył wspomnienie dziewczyny ze szpitala, nałożył się na nie tak dokładnie, że straciło wiarygodność. Alice po raz pierwszy zastanawiała się, czy nie uległa jakiemuś złudzeniu, jakiejś zbyt długotrwałej halucynacji. Potem zakryła zdjęcie dłonią i czytała dalej, starając się ze wszystkich sił zagłuszyć w sobie tę wątpliwość.
[…]
Mattia usiadł na stopniu naprzeciw wejścia, plecami do drzwi. Patrzył na małe podwórko porośnięte trawą, na niski żywopłot, który rósł prawie symetrycznie po dwóch stronach dróżki, zauważył jego falisty zarys podobny do sinusoidy przerwanej w środku okresu. Na odgłos klucza obracanego w zamku odwrócił się. Alice wyszła, uśmiechnięta i ładnie ubrana, gotowa, by pójść gdzieś razem z nim ulicą, bez celu. Schyliła się i pocałowała go w policzek. Żeby usiąść przy nim na stopniu, musiała się oprzeć na jego ramieniu, z powodu swojej sztywnej nogi. Przesunął się na bok. Nie mieli o co oprzeć pleców, oboje siedzieli więc lekko pochyleni. Szybko przyjechałeś – powiedziała Alice. Twój list przyszedł wczoraj rano. Zatem to miejsce nie jest więc znowu tak bardzo odległe. Mattia spuścił głowę.
[…]
Mattia zamilkł, ale nie przeprosił za swoje pytanie. A ty? – zapytała Alice po dłuższej chwili. Wahała się, zanim zadała to pytanie. Bała się odpowiedzi. W końcu wypowiedziała je bez udziału woli, aż ją to zaskoczyło. Nie – odparł Mattia. Nie masz dzieci? Nie mam... Mało brakowało, a skończyłby to zdanie słowem: nikogo. Nie ożeniłem się. Alice pokiwała głową. Krótko mówiąc, dalej wysoko się cenisz – skomentowała, odwracając się w jego stronę z uśmiechem. Mattia skinął głową, był zmieszany, zrozumiał, co miała na myśli.
[…]
Przed sobą miała mężczyznę, którego kiedyś znała i który teraz był kimś innym. Może rzeczywiście istniało podobieństwo między nim a dziewczyną ze szpitala, ale na pewno nie byli identyczni, co to to nie. A Mattia, który spał na jej tapczanie, nie był tym chłopcem, który zniknął za drzwiami windy owego wieczoru, gdy od gór wiał ciepły, siejący niepokój wiatr. To nie był ten Mattia, który tkwił w jej głowie i zagradzał drogę wszystkiemu innemu. Nie, miała przed sobą dorosłego człowieka, który zbudował swoje życie wokół przerażającej otchłani, na obsuwającym się terenie, i któremu, pomimo wszystko, udało się to, z dala od tego miejsca, wśród nieznanych jej ludzi. A ona była gotowa zniszczyć to wszystko, wydobyć dawno pogrzebaną potworność z powodu jakiegoś podejrzenia, nikłego jak wspomnienie odległych majaków z przeszłości. Ale teraz, gdy Mattia leżał tak przed nią z oczami zamkniętymi na myślach, do których ona nie miała dostępu, nagle wszystko stało się jasne. Szukała go, ponieważ go potrzebowała, ponieważ od tego wieczoru, kiedy zostawiła go na schodach, jej życie stoczyło się do wąwozu i tam już zostało. Mattia był końcówką gmatwaniny, jaką nosiła w sobie od lat. Jeżeli istniała jeszcze jakaś szansa, żeby ją rozplątać albo przynajmniej rozluźnić, było to możliwe tylko poprzez pociągnięcie końcówki, którą teraz ściskała w palcach.
[…]
Prawda była taka, że po raz kolejny to ona zrobiła coś zamiast niego – zmusiła go do powrotu, podczas gdy on zawsze tylko pragnął to zrobić. Napisała do niego, żeby przyjechał, i on bezzwłocznie ruszył w drogę. Połączył ich list, tak jak inny list kiedyś ich rozdzielił. Mattia wiedział, co należało zrobić. Powinien wrócić do salonu i usiąść na tapczanie, powinien wziąć jej rękę w swoją i powiedzieć, że źle zrobił, wyjeżdżając za granicę. Powinien pocałować ją znowu, i potem jeszcze raz, i jeszcze, aż przyzwyczailiby się do tego i nie mogliby się już bez tego obejść. Tak to się działo w filmach i tak też działo się w życiu, każdego dnia. Ludzie sięgali po to, czego pragnęli, chwytali się przypadków i budowali na nich życie. Powinien powiedzieć do Alice: jestem. Albo wyjechać. Wsiąść w pierwszy samolot i zniknąć, wrócić do miejsca, gdzie żył w zawieszeniu przez wszystkie te lata. Już się nauczył, że wyborów dokonuje się w kilka sekund, a ich skutków doświadcza się przez resztę życia. Tak się zdarzyło z Michelą, potem z Alice i teraz znowu. Tym razem zdawał sobie z tego sprawę: przeżywa właśnie tych kilka sekund i nie może się pomylić.
[…]
Rozejrzał się uważnie wokół siebie. W szklance z wapiennym osadem stała tylko jedna szczoteczka, obok leżał koszyczek bezładnie zapełniony różnymi drobiazgami: słoiczki z kremem, czerwona gumka do włosów, szczotka z zaplątanymi w niej włosami, nożyczki do paznokci. Na półce pod lustrem leżała maszynka do golenia, milimetrowe kawałki zarostu tkwiły jeszcze pod ostrzem. Był kiedyś taki czas, gdy siedząc na łóżku w pokoju Alice i rozglądając się dokoła, natrafiłby na półkach na przedmioty, o których mógł powiedzieć, że to on je dla niej kupił. Te prezenty upamiętniały etapy pewnej drogi, jak chorągiewki zatknięte na mapie wzdłuż trasy odbytej podróży. Przypominały o miarowym rytmie świąt i urodzin. Niektóre z nich jeszcze pamiętał: pierwsza płyta grupy Counting Cross, termometr Galileusza z kolorowymi bańkami zanurzonymi w przezroczystej cieczy i książka o historii matematyki, którą Alice przyjęła z niechętnym prychnięciem, którą jednak później przeczytała. Wszystkie prezenty przechowywała pieczołowicie i znajdowała dla nich dobrze widoczne miejsca, tak żeby wiedział, że są zawsze blisko niej. I Mattia rzeczywiście to wiedział. Wiedział wszystko, ale nie umiał ruszyć się z miejsca, w którym tkwił. Jak gdyby, odpowiadając na wezwanie Alice, mógł się znaleźć w pułapce bez wyjścia, zagubić się w niej i zniknąć na zawsze. Pozostał więc niewzruszony i milczący, czekając, aż zrobi się za późno.
[…]
Rzucił torbę na ławkę, ale nie usiadł. Na horyzoncie ukazał się już skrawek słońca. Mattia próbował sobie przypomnieć matematyczną nazwę tej płaskiej figury ograniczonej łukiem i odcinkiem, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Miał wrażenie, że słońce porusza się znacznie szybciej niż w ciągu dnia, jak gdyby śpieszno mu było wyłonić się z wody. Promienie odbite w jej powierzchni były czerwone, pomarańczowe i żółte. Mattia wiedział, dlaczego, ale ta wiedza niczego mu teraz nie dawała, choć nie rozpraszała go. Półkoliste wybrzeże było płaskie, omiatał je wiatr, a on był jedynym człowiekiem, który na nie patrzył. W końcu gigantyczna czerwona kula, niczym rozżarzona bańka, oderwała się od morza. Przez chwilę Mattia myślał o obrotowym ruchu gwiazd i planet, o słońcu, które wieczorem zniża się w miejscu, które teraz znajdowało się za jego plecami, a rano podnosi w punkcie, na który spoglądał. Każdego dnia, do morza i z morza, niezależnie od tego, czy on na to patrzył, czy też nie. Czysta mechanika, zachowanie energii i momentu pędu, siły, które się równoważą, odśrodkowe i dośrodkowe, ruch po trajektorii, która nie może być inna, niż jest. Powoli kolory bladły i nad wszystkimi zaczął przeważać jasny błękit poranka, oblewając najpierw morze, a potem niebo.
[…]
Tylko na najwyższych szczytach leżał jeszcze śnieg. Alice rozciągnęła się nad strumykiem, czym przyniosła ulgę kalekiej nodze. Większe kamienie uwierały ją w plecy, ale nie zmieniła pozycji. Zamknęła oczy i próbowała wyobrazić sobie, że wokół siebie i nad sobą ma wodę. Myślała o Micheli, jak wychylała się od brzegu. O jej okrągłej twarzy, którą widziała w gazetach, odbitej w srebrnej powierzchni rzeki. O pluśnięciu, którego nikt nie usłyszał, i o mokrych ubraniach, które ciągnęły ją na dno. O włosach, unoszących się w topieli jak ciemne algi. Wyobrażała sobie, jak dziewczynka wymachuje rękami nieskoordynowanymi ruchami i łyka bolesne hausty tej zimnej cieczy, która wciąga ją coraz głębiej. Potem wyobraziła sobie, jak jej ruchy stają się bardziej harmonijne, ramiona znajdują rytm i zarysowują w wodzie coraz większe koła, nogi prężą się jak dwie płetwy, a głowa wyciąga się do góry, gdzie prześwituje jeszcze trochę światła. Widziała, jak Michela wypływa na powierzchnię i nareszcie oddycha. Podążała za nią w wyobraźni, gdy płynęła z prądem do nowego miejsca. Przez całą noc, aż do morza. Kiedy otworzyła oczy, niebo wciąż było na swoim miejscu, błyszczące monotonnym błękitem, bezchmurne. Mattia był daleko. Fabio był daleko. Strumień wody szemrał usypiająco. Przypomniała sobie, jak leżała w wąwozie, zagrzebana w śniegu. Przypomniała sobie tę doskonałą ciszę. Także teraz, podobnie jak wtedy, nikt nie wie, gdzie jest. Także teraz nikt po nią nie przyjdzie. Ale ona już na to nie czeka. Uśmiechnęła się do czystego nieba. Przy odrobinie wysiłku potrafiła podnieść się sama.
Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych
Powieść psychologiczno-obyczajowa Paola Giordano – włoskiego pisarza przenosi akcję tej intrygującej inaczej opowieści przede wszystkich do północnych Włoch, być może do samego Turynu, ale też i do północnej Europy, w tym możliwe, że do Norwegii, ogólnie rzecz biorąc, w lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, aż po pierwsze dziesięciolecie obecnego już stulecia. Dwójka bohaterów Alice Della Rocca i Mattia Balossino wchodzą w dorosłe życie z niezagojonymi traumami: Alice po wypadku narciarskim ma trwały uraz biodra, Mattia we wczesnym dzieciństwie stracił siostrę-bliźniaczkę Michelę, która utopiła się w rzece. Toteż ich relacyjność pozostawia wiele do życzenia: Alice próbuje swoje niedoskonałości fizyczne rekompensować nadmierną pobudliwością i krzykliwym optymizmem, Mattia z kolei niby odwrotnie, czyli w bliskich relacjach pozostaje ostrożnym upatrując najpierw podstępu, a potem nie inaczej osaczenia. Kiedy niespodziewanie dla obojga ich drogi życiowe się krzyżują, nie potrafią podtrzymać przypadkowego, przez co kruchego związku w odpowiednim napięciu emocjonalnym, które co najwyżej może podkreślać wszelką inność. W swych kolejnych ucieczkach i samotnościach tak Alice, jak i Mattia jak liczby pierwsze chcą dzielić się przez swoją pojedynczość bądź przez samych siebie, zapominając o kuriozalnej zasadzie, że dwie bliźniacze cyfry o takim właśnie profilu i na dodatek stojące tuż obok siebie zdarzają się i w matematyce nader rzadko. Powieść Giordano to opowieść o narcystycznej wręcz potrzebie człowieka szukającego swego odbicia we wnętrzu drugiego ludzkiego istnienia, któremu to człowiekowi ciężkie traumy z dzieciństwa nie pozwalają potem znaleźć w życiu codziennym lżejszego, przez co wspólnego mianownika.