Blog

 

09.12.2024

Kapitan Corelli

„każdy człowiek potrzebuje jakiejś

obsesji, żeby cieszyć się życiem.”


„Liczyłem na to, że zobaczę się z

kataryniarzem, a nie z jego małpką.”


„Ześlij mnie znowu na ziemię,

bo wolałbym być niewolnikiem

w domu człowieka bez ziemi

niż królem tych wszystkich,

którzy stracili życie"

Odyseja, Homer


„…wolność i porządek

 nie wykluczają się,

 ale wzajemnie

warunkują.”


„Czas był bez wątpienia

 parszywym draniem.”

[…]

Doktor Janis był zadowolony z dnia, w którym żaden z jego pacjentów nie umarł ani nie poczuł się gorzej. Asystował przy zaskakująco łatwym cieleniu się krowy, naciął jeden ropień, usunął jeden trzonowy ząb, zaaplikował pewnej kobiecie lekkich obyczajów salwarsan, wykonał nieprzyjemną, lecz wzorcowo wręcz skuteczną lewatywę i dokonał cudu dzięki kuglarskiej sztuczce medycznej. Zachichotał pod nosem, gdyż ów cud bez wątpienia był już przedstawiany jako wyczyn godny świętego Jerasimosa. Poszedł do domu starego Stamatisa, wezwany, by zająć się jego bolącym uchem, i w pewnym momencie zapuścił spojrzenie w przewód słuchowy – wilgotniejszy, bardziej liszajowaty i bardziej wypełniony stalagmitami niż jaskinia Drogarati. Zabrał się do usuwania liszajów małym wacikiem, nasączonym alkoholem i owiniętym wokół długiej zapałki. Zdawał sobie sprawę, że stary Stamatis jest głuchy na owo ucho od dzieciństwa i że stale go ono boli, ale mimo to był zaskoczony, gdy głęboko w tej włochatej niszy natrafił końcem zapałki na coś twardego i nieruchomego – coś, czego obecności nie dało się wytłumaczyć ani fizjologicznie, ani anatomicznie. Podprowadził starca do okna i otworzył na oścież okiennice. Eksplozja południowego ciepła i światła natychmiast zalała pokój promiennym, oślepiającym blaskiem, jakby jakiś natrętny i zbyt świetlisty anioł nieopatrznie wybrał to miejsce na objawienie. Sędziwa żona Stamatisa cmoknęła z dezaprobatą; dobra gospodyni nie wpuszcza tyle światła do domu o tej porze dnia. Stamatisowa była pewna, że światło wzbiło kurz; wyraźnie widziała pyłki unoszące się z powierzchni sprzętów. Doktor Janis przechylił głowę starca i zajrzał mu do ucha. Długą zapałką odgarnął poszycie ze sztywnych siwych włosów, osypanych płatkami złuszczonego strupa. W środku przewodu znajdował się kulisty obiekt. Janis oskrobał jego powierzchnię, usuwając twardą brązową powłokę z wosku, i ujrzał ziarnko grochu. Był to bezspornie groch – jasnozielony, lekko pomarszczony – i nie mogło być co do tego wątpliwości. […] Doktor Janis rozważał zaistniały problem. Niewątpliwie było to ziarnko uparte i oporne i utkwiło zbyt mocno, by je podważyć. Macie haczyk do połowu kiełbi, taki długi? I lekki młotek? Małżonkowie spojrzeli na siebie, myśląc, że ich doktor musiał postradać zmysły. A co to ma wspólnego z bólem mojego ucha? – podejrzliwie zapytał Stamatis. Masz zator narządu słuchu – odparł doktor, świadom konieczności zachowania pewnej lekarskiej mistyki. Doskonale zdawał sobie sprawę, że diagnoza „masz ziarnko grochu w uchu" nie przysporzyłaby mu sławy. Mogę usunąć ciało obce za pomocą haczyka i małego młotka. To idealny sposób pokonania un embarras de petit pois [z fr. – kłopotu z ziarnkiem grochu – przyp. tłum.]. Wymówił francuskie słowa z przesadnie paryskim akcentem, choć ironia w nich zawarta była oczywista tylko dla niego.

[…]

Twoja głuchota została uleczona – obwieścił doktor Janis. Myślę, że to była bardzo udana operacja. Miałem operację – rzekł zadowolony Stamatis. Nie znam nikogo innego, kto ją przeszedł. I teraz słyszę. To cud, prawdziwy cud. Czuję pustkę w głowie, coś takiego, jakby była wypełniona po brzegi źródlaną wodą, zimną i czystą. Więc jak, jest pusta czy pełna? – zapytała staruszka. Mów z sensem, skoro pan doktor był łaskaw cię uleczyć. Ujęła dłoń Janisa w obie ręce i ucałowała ją. Niedługo potem doktor szedł do domu z tłustą pulardą pod każdą pachą, ciemnymi, lśniącymi bakłażanami powtykanymi we wszystkie kieszenie marynarki i antycznym ziarnkiem grochu zawiniętym w chusteczkę. Miało ono wzbogacić zbiory jego prywatnego muzeum medycyny. Opłaty tego dnia były sowite; Janis otrzymał także dwie bardzo duże langusty, garnek smażonych młodych rybek, bazylię oraz propozycję odbycia stosunku (w dogodnym dla niego terminie). Doszedł do wniosku, że nie skorzysta z tej szczególnej oferty, nawet gdyby salwarsan poskutkował. Został mu jeszcze cały wieczór na pisanie historii Kefalonii, oczywiście jeśli Pelagia nie zapomniała dokupić oliwy do lamp.

[…]

Okazało się, że „Nowa historia Kefalonii" przysparza mu problemów; odnosił wrażenie, iż nie można jej napisać bez wtrętów w postaci własnych odczuć i przesądów. Obiektywizm wydawał się zupełnie nieosiągalny i Janis czuł, że na swoje falstarty zużył chyba więcej papieru, niż normalnie zużywano na wyspie w ciągu roku. Krnąbrny głos uparcie pojawiający się w relacji był jego głosem – nigdy nie był głosem historyka. Brakowało mu podniosłości i bezstronności. Nie był głosem z Olimpu. Janis usiadł i napisał: Kefalonia to fabryka produkująca dzieci na eksport. Za granicą i na morzu żyje więcej Kefalończyków niż na wyspie. Nie ma tu przemysłu, który scala rodziny, brakuje ziemi uprawnej, ryb w morzu nie starcza dla wszystkich. Nasi ludzie wyjeżdżają za granicę i wracają tu, żeby umrzeć, jesteśmy więc wyspą dzieci, starych panien, księży i starców. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji jest to, że tylko piękne kobiety znajdują mężów wśród tych mężczyzn, którzy zostali, a presja doboru naturalnego doprowadziła do tego, iż mamy najpiękniejsze kobiety w całej Grecji, a być może i w całym basenie Morza Śródziemnego. Nieszczęście polega na tym, że piękne i pełne werwy kobiety wychodzą u nas za mąż za najbardziej groteskowo wyglądających i całkowicie nieodpowiednich mężczyzn, którzy nie są i nigdy nie mogliby być nic warci, a kobiety smutne i brzydkie, których nikt nie chce, rodzą się, by żyć jako wdowy po nie istniejących mężach.

[…]

Była to strona tytułowa: „Nowa historia Kefalonii". Skreślił pierwsze słowo i zastąpił je określeniem „Prywatna". Teraz mógł nie pamiętać o pomijaniu naładowanych emocjami przymiotników i urazach z zamierzchłej przeszłości, teraz mógł mówić językiem pełnym jadu o Rzymianach, Normanach, Wenecjanach, Turkach, Brytyjczykach, a nawet o samych wyspiarzach. Napisał: Na poły zapomniana Kefalonia wyrasta nieprzezornie i nieroztropnie z Morza Jońskiego; jest wyspą tak bezgranicznie antyczną, że same skały tchną nostalgią, a czerwona ziemia leży otępiała nie tylko od słońca, ale i od potwornego brzemienia dziejów. Okręty Odyseusza zostały zbudowane z kefalońskiej sosny, członkowie jego straży przybocznej byli olbrzymami z Kefalonii, a co poniektórzy twierdzą, że jego pałac znajdował się nie na Itace, lecz na Kefalonii. Ale zanim jeszcze ów przebiegły wędrowny król stał się faworytem Ateny bądź dryfował zdany na łaskę fal rozpętanych złośliwością nieprzejednanego Posejdona, ludy mezolitu i neolitu łupały noże z obsydianu i zarzucały sieci na ryby. Potem pojawili się Achajowie, władcy Myken; pozostawili po sobie skorupy amfor i groby w kształcie piersi oraz potomków, którzy długo po wyjeździe Odyseusza walczyli po stronie Aten, byli ciemiężeni przez Spartan, a następnie pokonali nawet cierpiącego na megalomanię Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra, znanego jako Wielki, i jeszcze większego niż on sam megalomana. Była to wyspa pełna bogów. Na szczycie góry Enos znajdowała się świątynia Zeusa; następną wzniesiono na maleńkiej wyspie Thios. Demeter czczono za to, że uczyniła z wyspy spichlerz Jonii; podobną czcią darzono Posejdona – boga, który zgwałcił ją, zmieniwszy się w ogiera. Urodziła potem czarnego konia i tajemniczą córkę, której imię odeszło w niepamięć, gdy misteria eleuzyńskie zostały zakazane przez chrześcijan. Tutaj także przebywał Apollo, zabójca Pytona, strażnika wnętrza ziemi, piękny, młodzieńczy, mądry, sprawiedliwy, silny, biseksualny aż do przesady, i jedyny bóg, któremu pszczoły zbudowały świątynię z wosku i piór. Czcią darzono tu również Dionizosa, boga wina, przyjemności i odradzającej się przyrody, ojca małego chłopca, przywiązanego do najpotężniejszego penisa, jaki kiedykolwiek krępował ruchy człowieka lub boga, spłodzonego w związku z Afrodytą. Miała tu także swoich czcicieli Artemida, łowczyni o wielu piersiach, bogini o przekonaniach tak radykalnie feministycznych, że Akteona, który przypadkiem ujrzał ją nagą w kąpieli, zmieniła za karę w jelenia i pozwoliła rozszarpać własnym psom, a zakochanego w niej Oriona ukarała za przypadkowe dotknięcie śmiertelnym ukąszeniem skorpiona. Etykiety przestrzegała tak pedantycznie i karała za jej naruszenie tak błyskawicznie, że całe dynastie mogły stracić władzę i życie za jedno niestosowne słowo lub ofiarę spóźnioną o pięć minut. Na wyspie znajdowały się także świątynie ku czci Ateny, wiecznej dziewicy, która (z wielką wyrozumiałością w porównaniu z Artemidą) oślepiła Tejrezjasza za to, że zobaczył ją nagą w kąpieli, wykazywała niezwykłe uzdolnienia w rzemiosłach nieodzownych w gospodarce i życiu domowym i patronowała hodowli wołów i koni oraz uprawie oliwek. W wyborze bogów mieszkańcy wyspy wykazywali się wielkim rozsądkiem, stanowiącym tajemnicę ich przetrwania przez wieki; jest rzeczą oczywistą, że należy czcić króla bóstw i że winiarze powinni czcić Dionizosa (to nadal najczęściej spotykane imię na wyspie), że Demeter powinna być czczona za zapewnienie samowystarczalności jej mieszkańcom, że Atenie należy oddawać cześć za jej dary mądrości i umiejętności radzenia sobie w życiu codziennym (przypadła jej także w udziale piecza nad niezliczonymi kryzysami militarnymi). Nie należy się też dziwić kultowi Artemidy, stanowił on bowiem ekwiwalent niezawodnej polisy ubezpieczeniowej; Artemida była kłopotliwym gzem, który najlepiej, żeby dokazywał gdzie indziej. Wybór Apollina na obiekt kultu Kefalończyków jest najbardziej, a zarazem najmniej zagadkowy. Nie można go wyjaśnić tym, którzy nigdy nie przebywali na wyspie, dla tych zaś, którzy ją znają, jest oczywisty, gdyż Apollo to bóg kojarzony z potęgą światła. Cudzoziemcy, którzy tu lądują, na dwa dni tracą wzrok. To światło, które wydaje się biec w próżni, jest zupełnie dziewicze, daje nieprawdopodobną ostrość obrazu, ma w sobie heroiczną siłę i jaskrawość. Ukazuje barwy w stanie poprzedzającym upadek pierwszych ludzi, jakby wprost z wyobraźni Boga z czasów Jego młodości, gdy jeszcze wierzył, że wszystko jest dobre. Ciemna zieleń sosen jest nieprawdopodobnie wręcz głęboka, a ocean oglądany ze szczytu urwiska nader szczodry w swym pokazie błękitu i turkusu, szmaragdu, zieleni Guigneta i lapis-lazuri. Kozie oko to żywy kamień półszlachetny, przypomina trochę bursztyn, świerszcze zaś mają barwę fluoryzującej zieleni najświeższych źdźbeł trawy w biblijnym Edenie. Z chwilą gdy oczy oswajają się z dziewiczą czystością tego światła, światło każdego innego miejsca jest w porównaniu z nim marne i mętne jak brudna woda; jest ledwie czymś, co widzi się mimochodem – rozczarowaniem, skazą. Na Kefalonii nawet woda morska jest bardziej przejrzysta niż powietrze gdziekolwiek indziej; można w niej pływać, obserwując odległe dno morza, i wyraźnie widzieć ponure drętwy, którym z jakiegoś powodu zawsze towarzyszą drobne płastugi.

[…]

[Duce – przyp. aut.] Ach, są lustra. Postaw je tam. Nie tu, idioto. Tak, tam. A teraz ustaw drugie w tamtym miejscu. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego, czy ja wszystko muszę robić sam? Człowieku, co z tobą? Hm, chyba podoba mi się lewy profil. Przechyl to lustro nieco w dół. Bardziej, bardziej. Już, wystarczy. Wspaniale. Musimy zrobić tak, żeby ludzie zawsze oglądali mnie z dołu. Muszę być zawsze wyżej od nich. Poślij kogoś na miasto, żeby znalazł najlepsze balkony. Zanotuj to. Zanotuj jeszcze jedno, dopóki pamiętam. Z nakazu Duce wszystkie góry w Italii mają być maksymalnie zalesione. Co znaczy „po co"? To chyba oczywiste. Im więcej drzew, tym więcej śniegu, wie o tym każde dziecko. We Włoszech powinno być zimniej, aby ludzie, którzy się tu rodzą, byli twardsi, bardziej zaradni, bardziej prężni. To smutna prawda, ale jednak prawda, że nasi chłopcy nie są tak dobrym materiałem na żołnierzy, jak ich ojcowie. Muszą być zimniejsi, jak Niemcy. Lód w sercu, tego nam trzeba. Przysięgam, że w tym kraju ociepliło się od czasów pierwszej wojny światowej. To rozleniwia ludzi, czyni ich nieudolnymi. Sprawia, że nie pasują do imperium. Zmienia życie w sjestę. Nie na darmo zwą mnie Czuwającym Dyktatorem – nie przyłapiesz mnie na drzemce przez całe popołudnie. Zanotuj. To będzie nasz nowy slogan: Libro e Moschetto – Fascisto Perfetto [z wł. - Książka i karabin – oto faszysta doskonały – przyp. tłum.]. Chcę, żeby ludzie zrozumieli, że faszyzm to rewolucja nie tylko społeczno-polityczna, ale i kulturalna. Każdy faszysta musi mieć książkę w plecaku, rozumiesz? Nie będziemy filistrami. Chcę, żeby faszystowskie kluby książki powstały w najmniejszych nawet miastach i nie życzę sobie, żeby ci cholerni squadristi [z wł. - członkowie włoskich bojówek faszystowskich – przyp. tłum.] puszczali je z dymem, czy to jasne? […] A skoro mowa o czarnuchach, widziałeś mój egzemplarz pamfletu „Partito e Impero"? Podoba mi się ten kawałek: „Krótko mówiąc, musimy starać się wykształcić w ludziach włoskich mentalność imperialistów i rasistów". Ach tak, Żydzi. No cóż, chyba wyraźnie daliśmy do zrozumienia, że Włosi pochodzenia żydowskiego muszą zdecydować, czy są przede wszystkim Włochami, czy Żydami. Po prostu. Fakt, że Żydzi na całym świecie są antyfaszystami, nie uszedł mojej uwagi. Nie jestem idiotą. Doskonale wiem, że syjoniści są narzędziem brytyjskiej polityki zagranicznej. Co do mnie, to uważam, że musimy narzucić ograniczenia w zatrudnianiu Żydów w urzędach publicznych. Nie będę tolerował żadnych dysproporcji, nawet jeśli to oznacza, że niektóre miasta zostaną bez burmistrzów. Musimy dotrzymywać kroku naszym niemieckim towarzyszom. Tak, wiem, że papieżowi to się nie podoba, ale ma zbyt dużo do stracenia, żeby ryzykować. Wie, że mogę wypowiedzieć traktaty laterańskie. Wbiłem mu trójząb w plecy i zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili mogę go obrócić. Zrezygnowałem z ateistycznego materializmu w imię pokojowych stosunków z Kościołem, ale nie pójdę na dalsze ustępstwa.

[…]

Tajemnicze kozy z góry Enos skręciły o świcie na wiatr, wdychając wilgotne opary morza, które zastępowały wodę na tej jałowej, wojowniczej i nieposkromionej ziemi. Ich pasterz, Alekos, tak bardzo nienawykły do towarzystwa ludzi, że brakowało mu słów nawet wtedy, gdy mówił do siebie, poruszył się pod nakryciem ze skór, sięgnął ręką do uspokajającej kolby strzelby i znowu zapadł w sen. Miał dość czasu, by się obudzić, zjeść chleb posypany oregano, policzyć swoje kozy i zapędzić je na pastwisko. Jego życie było ponadczasowe, mógł być jednym ze swych przodków, a jego kozy także robiły to, co zawsze czyniły kefalońskie kozy. Spały w południe, ukryte przed słońcem na przyprawiających o zawrót głowy północnych zboczach klifu, a wieczorem dźwięki ich hałaśliwych dzwonków, niosące się w milczącym powietrzu i sprawiające, że mieszkańcy odległych wiosek spoglądali w górę, ciekawi, które stado przechodzi nieopodal, słychać było nawet na Itace. Alekos był mężczyzną, który w wieku sześćdziesięciu lat wyglądał tak samo, jak wtedy, gdy miał dwadzieścia – chudy i silny, cudowny okaz ospałej wytrzymałości, równie niezdolny do nagłych wzlotów umysłowych jak jego kozy.

[…]

Nowe imperia zalewały teraz wybrzeża dawnego imperium. Niebawem przestanie chodzić jedynie o pożogę doliny i śmierć jaszczurek, jeży lub świerszczy w płomieniach; będzie chodziło o palenie Żydów i homoseksualistów, Cyganów i chorych umysłowo. Będzie chodziło o Guernikę i Abisynię pisane dużymi literami na niebie Europy i północnej Afryki, o Singapur i Koreę. Samozwańcze rasy wyższe, upojone teoriami Darwina i nacjonalistyczną symboliką, ogłupione eugeniką i omamione mitem, nakręcały machiny ludobójstwa, które wkrótce miały zostać spuszczone na świat znużony już do cna tak bezgraniczną głupotą i niegodziwą pychą. Wszyscy jednak – z Pelagią włącznie – podziwiają siłę i poddają się jej kuszącemu wpływowi. Gdy usłyszała od sąsiadki, że jakiś siłacz dokonuje na rynku cudów godnych samego Atlasa, odstawiła miotłę, którą zamiatała podwórko, i wyszła w pośpiechu, by dołączyć do grupy ciekawskich i żądnych wrażeń; zebrali się już oni w pobliżu studni.

[…]

Ja, Carlo Piero Guercio, piszę te słowa w nadziei, że zostaną odnalezione po mojej śmierci, gdy nie dosięgnie mnie ani szyderstwo, ani nie splami utrata dobrego imienia. Życiowe okoliczności sprawiają, że ten testament mej natury nie może dotrzeć do ludzi, zanim wydam ostatnie tchnienie, i aż do tej chwili będę skazany na noszenie maski przyznanej przez niefortunny los. Zmuszono mnie do wiecznego milczenia, nie wyjawiłem tego nawet kapelanowi podczas spowiedzi. Z góry wiem, co bym usłyszał. Że to zboczenie budzące odrazę w Bogu, że muszę walczyć w słusznej sprawie, że muszę się ożenić i żyć jak normalny człowiek, że mam możliwość wyboru. Nie powiedziałem też lekarzowi. Nazwałby mnie zboczeńcem, uznał, że jestem w osobliwy sposób zakochany w sobie samym, że jestem chory i mogę zostać uleczony, że to wina mojej matki, że jestem zniewieściały, mimo że mam siłę wołu i potrafię podźwignąć ciężar dorównujący wadze mojego ciała, że muszę się ożenić i prowadzić życie normalnego człowieka, że mam możliwość wyboru. Co mógłbym powiedzieć takim kapłanom i lekarzom? Księdzu powiedziałbym, że to Bóg uczynił mnie takim, że wcale nie miałem wyboru, że On musiał uczynić mnie takim celowo, że On zna ostateczne powody wszystkiego, i dlatego dobrze się składa, że jestem taki, jaki jestem, nawet jeśli nie potrafimy odgadnąć, co jest owym dobrem. Mogę powiedzieć księdzu, że skoro Bóg jest przyczyną wszystkiego, to Boga należy winić, a ja nie powinienem być potępiony. […] Nie ma na tym świecie powietrza, którym dane byłoby mi oddychać, jestem rośliną duszącą się z braku tlenu i światła, obcięto mi korzenie i opryskano liście trucizną. Wybucham płomienną miłością i nie ma nikogo, kto by zechciał ją przyjąć lub żywić. Jestem cudzoziemcem we własnym kraju, obcym we własnej rasie, jestem znienawidzony niby złośliwy nowotwór, będąc takim samym człowiekiem jak każdy kapłan lub lekarz. Według Dantego, ludzie mego pokroju należą do trzeciego pierścienia siódmego kręgu Piekła, mając lichwiarzy za towarzyszy. Poeta roztacza przede mną obraz pustyni nagich dusz, nękanych iskrami piekielnego ognia, zmusza do bezustannego i daremnego krążenia w poszukiwaniu tych, których ciała zbezcześciłem. Rozumiecie, jak to jest; byłem zmuszony szukać wszędzie wzmianek o sobie. Nie ma ich prawie nigdzie, ale tam, gdzie je odkrywam, znajduję potępienie. I jakże niezwykłą rzeczą jest to, panowie doktorzy i księża, że Dante współczuł nam w sytuacji, gdy Bóg pozostał obojętny. Napisał bowiem: „Sama myśl o nich przepełnia rozpaczą me serce". I Dante miał rację, jako że wciąż krążyłem, bezskutecznie poszukując ciepła ciał, wzgardzony przez Boga, który mnie stworzył, a całe moje życie było pustynią i deszczem ognistych iskier.

[…]

Pamiętał swoje zwycięstwo nad strajkującymi robotnikami zakładów tytoniowych w Salonikach – dwanaście trupów. Dzięki tym zamieszkom przekonał króla do zawieszenia swobód konstytucyjnych, by pomieszać szyki komunistom; przekonał władcę także do tego, by mianował go premierem, mimo że był przywódcą najbardziej marginalnej spośród greckich partii prawicowych. Czemu jednak to zrobił? Metaksas, rzekł do siebie w duchu, historycy uznają, że to był oportunizm, że nie potrafiłeś osiągnąć celu demokratycznymi środkami. Nie będzie w pobliżu nikogo, kto powie prawdę w twojej sprawie, czyli że nastąpił kryzys, a nasza demokracja była zbyt słaba i zniewieściała, by się z nim uporać. Łatwo perorować, jak być powinno, trudniej uznać nieubłaganą siłę konieczności. Byłem uosobieniem konieczności, to wszystko. Gdyby nie ja, wystąpiłby w tej roli ktoś inny. Przynajmniej nie uległem niemieckim wpływom, choć Bóg jeden wie, że Niemcy omal nie opanowali naszej gospodarki. Przynajmniej utrzymałem powiązania z Wielką Brytanią, przynajmniej próbowałem stopić wspaniałości starożytnej i średniowiecznej cywilizacji w nową siłę. Nikt nie może powiedzieć, że działałem, nie bacząc na interes Grecji. Grecja była moją jedyną prawdziwą żoną. Być może historia zapamięta mnie jako człowieka, który zakazał czytania mowy pogrzebowej Peryklesa i który zraził do siebie chłopów, ograniczając liczbę kóz niszczących nasze lasy. O Boże, może byłem jedynie głupim małym człowiekiem! […] On pragnął jedynie dobra własnego narodu. Grecja stanowiła zatem naturalny cel ataku. Metaksas zapisał słowo „pudel", a potem je skreślił. Patrzył na słowo „rasizm" i „imperium". Oni myślą, że jesteśmy gorsi – mruknął. Chcą nas mieć w swoim imperium. Było to obrzydliwe i oburzające, denerwowało go. Ujął obydwa słowa w nawias i obok napisał słowo „NIE". Wstał i podszedł do okna, by spojrzeć na nieruchome pinie. Wsparł się na parapecie i zamyślił nad dumną ignorancją tych śniących drzew, osrebrzonych blaskiem księżyca. Zadrżał i wyprostował się. Podjął decyzję; będą następne Termopile. Skoro trzystu Spartan zdołało powstrzymać pięć tysięcy najdzielniejszych Persów, dlaczegóż on nie mógłby tego osiągnąć, rzucając dwadzieścia dywizji do walki z Włochami? Gdyby tylko równie łatwo było się przygotować na straszną i bezgraniczną samotność śmierci. Gdyby tylko równie łatwo było dać sobie radę z Lulu.

[…]

W wojsku rozmawiano w równie niewybredny sposób, ale był to świat pozbawiony kobiet. Dla żołnierza kobieta jest istotą wyimaginowaną. Dozwolona jest przesadna uczuciowość wobec matki, ale to wszystko. Poza tym są pensjonariuszki wojskowych burdeli, fikcyjne lub niewierne ukochane w rodzinnych stronach oraz dziewczyny, na które gwiżdże się na ulicach. Nie jestem mizoginistą, ale powinniście zrozumieć, że towarzystwo kobiety to dla mnie rzecz bolesna, gdyż przypomina mi, kim nie jestem i kim byłbym, gdyby Bóg nie wścibiał nosa w łono mojej matki. Początkowo miałem sporo szczęścia. Nie wysłano mnie do Abisynii ani do północnej Afryki, lecz do Albanii. Walk toczyliśmy niewiele i byliśmy błogo nieświadomi faktu, że Duce może wydać nam rozkaz najazdu na Grecję. Już bardziej prawdopodobna wydawała się perspektywa wplątania się w wałki w Jugosławii oraz to, że Jugosłowianie będą żołnierzami równie bezwartościowymi i tchórzliwymi jak Albańczycy. Było rzeczą powszechnie wiadomą, że Jugosłowianie nienawidzą się między sobą bardziej, niż potrafiliby znienawidzić cudzoziemca lub obcego najeźdźcę. […] Byliśmy młodzi i piękni i kochaliśmy się bardziej niż bracia, to pewne. Przyjemność psuł zawsze fakt, że żaden z nas nie wiedział, po co jesteśmy w Albanii, wszyscy mieliśmy wyrzuty sumienia z powodu tej odbudowy imperium rzymskiego. Zawsze ścieraliśmy się z członkami legionów faszystowskich. Byli oni zarozumiali, bezwartościowi i głupi, a wielu z nas uważało się za komunistów. Nikt nie ma nic przeciwko umieraniu w szlachetnej sprawie, ale spokoju nie dawała nam dziwna bezcelowość życia, które nie miało żadnego rozsądnego wytłumaczenia. Chodzi mi o to, że byliśmy niczym gladiatorzy – gotowi spełnić swój obowiązek, gotowi zachować stoicyzm, lecz zawsze zażenowani. Hrabia Ciano grywał w golfa, Mussolini mścił się na kotach, a my tkwiliśmy na pustkowiu, marnując czas, aż w końcu rzucono nas do źle poprowadzonej walki przeciwko ludziom, którzy bili się jak bogowie. Nie jestem cynikiem, ale wiem, że historia to propaganda zwycięzców. Wiem, że jeżeli wygramy wojnę, pojawią się szokujące opowieści o okrucieństwach Brytyjczyków, książki napisane, by pokazać nieuchronność zwycięstwa i sprawiedliwość naszej sprawy, nieodparte świadectwa zebrane, aby ujawnić spiski żydowskich plutokratów, zdjęcia stert kości znalezionych w zbiorowych mogiłach na przedmieściach Londynu.

[…]

Ojciec Arsenios gorzko rozmyślał za ikonostasem; jak ma wyjść między ludzi, podnosić na duchu chorych i umierających, rozstrzygać spory, głosząc słowo boże i broniąc idei ponownego zjednoczenia Grecji, skoro wydaje się rzeczą niewątpliwą, iż nie ma już u nich żadnego szacunku? Przez chwilę rozważał romantyczną możliwość zniknięcia; mógłby pojechać do Pireusu i podjąć tam pracę jako urzędnik; mógłby zostać rybakiem; mógłby pojechać do Ameryki i zacząć od nowa. Pieścił efemeryczne wyobrażenie samego siebie, uwolnionego od groteskowych fałdów tłuszczu, śpiewającego sprośne rebetika [z gr. - grecka muzyka ulicy miasta – przyp. aut.] w ateńskich burdelach, pijącego łapczywie wino i czarującego młode dziewczyny. Wyobrażał sobie także, że odchodzi do pustelni w górach Epiru, mieszka tam karmiony przez kruki i osiąga wspaniały stan świętości. Pomyślał o cudach, które mogłyby być czynione w jego imieniu, i z przykrością skonstatował, że pewnie stałby się patronem ludzi nieprzyzwoicie grubych. Może mógłby tworzyć wspaniałą poezję i dorównać sławą i poważaniem Kostisowi Palamasowi. Czemu jednak poprzestać na tym? Mógłby przecież być drugim Homerem. Siedząc za ikonostasem, zaczął mamrotać basem: „Drażni mnie, gdy widzę, jak nikczemne są te kreatury u władzy wobec nas, bogów, gdy oskarżają nas o zło (znacznie przewyższające nasze najsurowsze wyroki), które ściągnęli na siebie swą rozpustą". Zawahał się i umilkł, marszcząc czoło; czy następny fragment traktował o Egipcie, czy o Atenie rozmawiającej z Zeusem? „Moje dziecko – zaprotestował Zeus gromowładny – jakież surowe sądy padają z twych ust.…".

[…]

Doktor pozostawił pacjenta w pijackim odrętwieniu i usiadł przy biurku. Postukał piórem o blat i napisał: W 1082 roku nikczemny normański baron nazwiskiem Robert Guiscard próbował podbić wyspę i natrafił na niezwykłe zaciekły opór ze strony miejscowych oddziałów partyzanckich. Świat został uwolniony od jego nieznośnej obecności przez gorączkę, która zabiła go w 1085 roku. Jedynym śladem, jaki po nim pozostał na ziemi, jest fakt, że Fiskardo nazwano od jego imienia, choć historycy nie podają, w jaki sposób G przekształciło się w F. Następny Norman, Bohemund, popisywał się wprawdzie pobożnością świeżo nabytą podczas niedawnej krucjaty, lecz złupił wyspę z niesłychanym i niewybaczalnym okrucieństwem. Należy przypomnieć, że to krzyżowcy, a nie muzułmanie, po raz pierwszy splądrowali Konstantynopol, i fakt ów powinien wzbudzić nieustające powątpiewanie w prawdziwość ich szlachetnych pobudek. Najwyraźniej jednak nie wzbudził, ponieważ rasa ludzka jest niezdolna do czerpania jakichkolwiek nauk z historii.

[…]

Czym mogę służyć? Stamatis poruszył się, zaszurał stopami, spojrzał z troską na okrągły, odziany w sutannę pagórek na podłodze i zapytał: Pamięta pan to... tę rzecz w moim uchu? Tę motylkową okluzję narządu słuchu? Tę właśnie, jatre [z gr. – lekarz – przyp. aut.]. Cóż, chcę wiedzieć, czy... czy może pan wsadzić to z powrotem. Wsadzić z powrotem, kirie [z gr. – panie – przyp. aut.] Stamatis? Chodzi o moją żonę, rozumie pan? Rozumiem – odparł doktor, wypuszczając cuchnący kłąb dymu ze swojej fajki. A właściwie nie rozumiem. Może mi to wyjaśnisz. No cóż, gdy byłem głuchy na to ucho, nie słyszałem jej. Bo widzi pan, kiedy siedziałem tam gdzie zwykle, miałem zdrowe ucho akurat z drugiej strony i potrafiłem to jakoś znosić. Znosić? Co? Zrzędzenie. Chodzi o to, że przedtem przypominało ono szum morza. Lubiłem je. Pomagało mi zasnąć. Ale teraz jest strasznie głośne i w ogóle nie ustaje. Po prostu trwa i trwa. Mężczyzna wzruszył ramionami jak zirytowana kobieta i zaczął naśladować żonę: Nie nadajesz się do niczego, może byś przyniósł drewna, czemu nigdy nie mamy pieniędzy, dlaczego sama muszę wszystko robić, dlaczego nie wyszłam za prawdziwego mężczyznę, czemu dałeś mi tylko córki, co się stało z człowiekiem, którego poślubiłam? Całe to gadanie doprowadza mnie do szału. Próbowałeś ją sprać? Nie, jatre. Ostatnim razem, gdy ją uderzyłem, rozbiła mi talerz na głowie. Nadal mam bliznę. Niech pan popatrzy. Starzec pochylił się do przodu i wskazał jakieś niewidoczne obrażenie na czole.

[…]

Czy nie możemy obejść drzew dookoła? – zapytał. Pamiętaj, że jestem od ciebie wyższy. Tak jest szybciej. Zaciągnęła go do kępy dzikich róż i zarośli, opadła na kolana i zaczęła posuwać się na czworakach przez tunel zrobiony przez jakieś dzikie zwierzę dla własnego użytku. Nie mogę tędy przejść – zaprotestował Janis. Jestem za duży. Torował sobie drogę uderzeniami laski, krocząc śladem umykającej pupy tak szybko, jak tylko potrafił. Z przykrością wyobraził sobie niezadowolenie Pelagii proszonej o załatanie dziur w jego spodniach i zrobienie czegoś z powyciąganymi nitkami. Czuł, że zadrapania już zaczynają go swędzieć. Co ty, u licha, tu robiłaś? – zapytał. Szukałam węży. Czy wiesz, że dzieciństwo to jedyny okres w naszym życiu, gdy nie tylko pozwala się nam na szaleństwa, ale i oczekuje ich od nas? – zadał retoryczne pytanie Janis. Gdybym to ja pełzał w poszukiwaniu węży, zabraliby mnie do Pireusu i trzymali pod kluczem.

[…]

Pelagia wybuchnęła śmiechem. To znaczy jedynie, że ma jakiś nowy plan. Tak naprawdę wcale nie jest szaleńcem. Możesz poszukać słomy, jeśli chcesz. Dzięki – odparł.  Uwielbiam takie zajęcia. Uśmiechnęła się figlarnie. Może ci to wynagrodzę. Za całusa wylizałbym do czysta nawet chlew. Chyba nie myślisz, że pocałowałabym cię po takim wyczynie? Ja pocałowałbym cię nawet wtedy, gdybyś zlizała szlam z dna mojej łodzi. Wierzę ci. Jesteś o wiele bardziej szalony niż mój ojciec. W domu doktor napełnił zakraplacz do oczu kozim mlekiem i zaczął je wpuszczać kunie do gardła. Gdy w końcu zsikała mu się na kolano, poczuł ogromną satysfakcję zawodową. To wskazywało na prawidłową pracę nerek. Zabiję ją, gdy wrócę z kafenijonu [z gr. – lokal z kawą, pub, piwiarnia – przyp. aut.], postanowił, gładząc palcem gęste brązowe futerko na głowie zwierzęcia.

[…]

Janis wyciągnął rękę, żeby poklepać zwierzę po głowie, i przypomniał sobie, że kiedyś zszywał mu głębokie rozcięcie w łapie. Skrzywił się na wspomnienie wyciągania odłamków stłuczonego szkła. Wiedział, że wszyscy uważają go za dziwaka z racji przymusu uzdrawiania, który odczuwał; prawdę powiedziawszy, on sam też sądził, że to osobliwa cecha, zdawał sobie jednak również sprawę, że każdy człowiek potrzebuje jakiejś obsesji, żeby cieszyć się życiem, a jeśli ta obsesja jest konstruktywna, to tym lepiej. Spójrzcie na Hitlera, Metaksasa i Mussoliniego, tych megalomanów. Popatrzcie na Kokoliosa pochłoniętego rozdziałem cudzego bogactwa albo na ojca Arseniosa, niewolnika własnego apetytu, czy na Mandrasa, tak bardzo zakochanego w jego córce, że nawet huśta się na drzewie oliwnym, naśladując małpę, by sprawić Pelagii przyjemność. Doktor wzdrygnął się na wspomnienie pawiana przykutego łańcuchem do drzewa, którego widział w Hiszpanii; dokonywał samogwałtu, a potem zjadał własne nasienie. O Boże, wyobraźcie sobie tylko Mandrasa w takiej roli.

[…]

Ty w ogóle nie pracujesz, ojcze. Codziennie robisz się grubszy. Wszystko dostajesz za darmo. Jesteś pasożytem. Arsenios otarł pulchne dłonie o czarną sutannę, a doktor powiedział: Istnieje coś takiego jak nieodzowny pasożyt. W jelicie są bakterie pasożytnicze, które wspomagają trawienie. Nie jestem człowiekiem wierzącym, jestem materialistą, ale nawet ja widzę, że kapłani to bakterie, które czynią strawnym ludzkie życie. Ojciec Arsenios zrobił wiele pozytywnych rzeczy dla tych, którzy szukają ukojenia. Jest członkiem każdej rodziny i rodziną dla tych, którzy nie mają własnej. Dziękuję, jatre – rzekł duchowny. Nigdy nie myślałem, że usłyszę taką pochwałę z ust człowieka znanego z bezbożności. Jeszcze ani razu nie widziałem cię w kościele.

[…]

Nie zawsze można winić żołnierzy za ich okrucieństwa, ponieważ – wiem to z własnego doświadczenia – są one naturalną konsekwencją piekła ulgi, jaką daje możliwość niemyślenia. Okrucieństwo jest czasem jedynie zemstą udręczonych. Katharsis to słowo, którego szukałem. Greckie słowo. Leżąc nocą w zaroślach przed wieżą strażniczą, czułem obecność Francesca i zrozumiałem, że Fajdros miał rację, sądząc, iż kochanek jest mężniejszy u boku ukochanej osoby. Chciałem ochronić Francesca i udowodnić mu, że jestem mężczyzną. Odkryłem, iż myśl, że wkrótce możemy utracić jeden drugiego, potęguje moją miłość. Zbliżała się północ, piszczały sowy, słyszałem czysty dźwięk kozich dzwonków w oddali. Było bardzo zimno. Nagłe od północy nadciągnął mroźny wiatr. Nazywaliśmy go w rozmaity sposób, ale nazwa Jajoskurcz była chyba najodpowiedniejsza.

[…]

Mówią: „Widziałyśmy, jak Pelagia i Mandras się całują. Co z tego wyniknie? Zarumieniłaby się, gdyby to wiedziała". O, rumienię się. Jestem głupia. I dlaczego chmury wędrują wolniej niż wiatr, który je niesie? I dlaczego czasami wiatr wieje w jedną stronę, a chmury wędrują w przeciwną? Czy tatuś ma rację, gdy twierdzi, że jest kilka różnych warstw wiatru, czy też chmury mają swoje sposoby wędrowania na przekór wiatrowi? Muszę naciąć więcej podpasek, mam bóle w brzuchu i w krzyżu, już nadszedł czas. Zeszłej nocy widziałam księżyc w nowiu, a to znaczy, że się zaczyna. Ciotunia twierdzi, że jedyną zaletą ciąży jest to, że nie trzeba się martwić krwawieniem. Biedna mała Chrisula, biedactwo, jakie to straszne. Tatuś wracający do domu późną nocą, rozdygotany z wściekłości i żalu, a wszystko dlatego, że Chrisula osiągnęła wiek lat czternastu, a nikt jej nie powiedział, że pewnego dnia będzie krwawiła. Jest śmiertelnie przerażona, myśli, że ma jakąś odrażającą, tajemniczą chorobę i nie może nikomu o tym powiedzieć, więc zażywa trutkę na szczury.

[…]

Na wyspie nic się nie zmieniło, nie było żadnych oznak wojny; sam Bóg pozostał niewzruszony na megalomanię i zniszczenie, które nawiedziły świat. 23 sierpnia święta lilia przed ikoną Naszej Pani w Demuncandacie obudziła się punktualnie ze stanu wysuszenia i rozkwitła uspokajająco, odnawiając cud i potwierdzając pobożność wiernych. W połowie miesiąca chmara niejadowitych węży, nieznanych nauce, ozdobionych czarnymi krzyżami na łbach i ze skórą jak atłas, wypełzła z pozornej nicości w Markopulo. Wypełniły ulice swoim wiciem się i pełzaniem, zbliżyły się do srebrnej ikony Maryi Dziewicy, zainstalowały na biskupim tronie i pod koniec nabożeństwa zniknęły równie cicho i zagadkowo, jak się pojawiły. We wspaniałym zrujnowanym zamku Kastro, wysoko nad Trawliatą i Mitakatą, wojownicze widma Rzymian pytały Normanów i Franków o hasło, a cienie brytyjskich Czerwonych Kurtek udawały, że grają w kości z cieniami Turków, Katalończyków i Wenecjan w wilgotnym labiryncie podziemnych cystern, tuneli i kopalń, którego nie można było nanieść na mapę. W zburzonym mieście Wenecjan Fiskardo duch Guiscarda kroczył po wałach obronnych, głośnym rykiem domagając się greckiej krwi i skarbów. Na północnym końcu Argostoli morze jak zawsze wlewało się do zapadlisk na brzegu, znikając w trzewiach ziemi, a w Paliki skała znana jako Kunopetra bezustannie poruszała się w swoim własnym niezmiennym rytmie. Mieszkańcy wsi Manzawinata, równie przewidywalni jak skała, nie zaniedbywali żadnej sposobności informowania wszystkich, którzy chcieli słuchać, że kiedyś marynarze z floty brytyjskich okrętów wojennych obwiązali Kunopetrę łańcuchem i nie zdołali jej ruszyć; mała grecka skała oparła się potędze i naukowej ciekawości przedstawicieli największego znanego im imperium. Co – być może – ciekawsze, francuska ekspedycja po raz kolejny nie zdołała dotrzeć do dna jeziora Akoli, a pewien zaintrygowany zoolog z Wyoming potwierdził informację wybitnego historyka Janisa Kosti Lawerdosa o tym, że zające i niektóre kozice na górze Aja Dinati miały złote i srebrne zęby. Od czasu gdy bogini Io przyczyniła się do zabicia Memnona przez Achillesa i sprowokowała przypadkowe zastrzelenie Prokris przez jej nic nie podejrzewającego męża, wyspa obfitowała w cuda. Ten fakt sam w sobie nie był cudem, Kefalonia posiadała bowiem na własność niezrównanego świętego i wydawało się, że jego boska siła jest zbyt wielka, by zawrzeć się w nim samym.

[…]

Ujrzał, jak para haftowanych trzewików przesuwa się przed jego nosem. Gdy święty został przeniesiony, udręczeni niepewnością ludzie przyglądali się badawczo szaleńcom, żeby sprawdzić, czy zaszła w nich jakaś zmiana. Ktoś spostrzegł Sokratisa i wskazał na niego. Sokratis potrząsał ramionami niczym lekkoatleta mający właśnie rzucić oszczepem i ze zdumieniem wpatrywał się w swoje dłonie, poruszając wszystkimi palcami po kolei. Nagle uniósł wzrok, zobaczył, że wszyscy go obserwują, i nieśmiało pomachał im ręką. W górę wzbiło się nienaturalne wycie tłumu, a matka Sokratisa padła na kolana, całując ręce syna. Po chwili podniosła się, wyrzuciła ramiona ku niebu i zawołała: Chwała świętemu, chwała świętemu! Całe zgromadzenie w mig dostało histerii z radości i lęku. Doktor Janis odciągnął Pelagię, unikając dzięki temu zgniecenia w tłumie, otarł pot z twarzy i łzy z oczu. Drżał na całym ciele, drżała także, jak zauważył, jego córka. Czysto psychologiczny fenomen – mruknął pod nosem i nagle poczuł się jak niewdzięcznik. Dzwon kościelny zaczął huczeć dziko; zakonnice i księża ofiarnie zmagali się ze sznurem. Rozpoczął się karnawał, zapoczątkowany w równym stopniu przez powszechną ulgę i potrzebę wyzbycia się gęsiej skórki, jak i naturalną skłonność do świętowania, wspólną wszystkim mieszkańcom wyspy. Welisarios pozwolił Lemoni przyłożyć zapałkę do zapału działa, rozległ się potężny wybuch i połyskująca chmura folii sfrunęła na ziemię niczym złote łuski Zeusa. Sokratis kroczył, oszołomiony swym szczęściem, w szkwale rąk poklepujących go po plecach i huraganie pocałunków spadających na jego dłoń.

[…]

Pelagia również się położyła, ale nie mogła zasnąć. Garbaty księżyc wsnuwał nitki dziwnego srebrzystego światła między listwy żaluzji. To ono oraz energiczna praca świerszczy przyczyniały się do tego, że dziewczyna leżała na wznak z szeroko otwartymi oczyma. Nigdy nie czuła się bardziej przytomna. Jej myśli splatały się bezustannie. Umysł wciąż odtwarzał zdarzenia dnia: cud, pieśni i tańce, bijatyki, wyścig, propozycję Mandrasa. Każdy ciąg wspomnień nieodmiennie kończył się obrazem przystojnego chłopaka, klęczącego przed ławką, na której siedziała – Mandras na klęczkach w kałuży wina, Mandras, taki piękny, promienny i młody, Mandras urodziwy jak Apollo. Pot wystąpił Pelagii na ręce i nogi, gdy wyobraziła sobie splecione w uścisku ciała ich obojga; przemieniła Mandrasa w demona uwodzącego kobiety w czasie snu, poruszyła się, pieściła jego plecy i czuła in absentia [z łac. podczas nieobecności – przyp. aut.] miękkie dotknięcia jego języka na swych piersiach oraz ciężar gibkiego ciała.

[…]

Nie wiedziałaś, że świerszcze gryzą? Pelagia zbliżyła jej palce do swoich ust i poruszała nimi. Mają wielkie szczęki z obcążkami. Za minutę przestanie cię boleć. Lemoni znowu ścisnęła w rękach palec. Ale to piecze. Czy gdybyś była świerszczem, nie gryzłabyś ludzi, którzy chcą cię schwytać? Świerszcz myślał, że masz zamiar go skrzywdzić, i właśnie dlatego sprawił ci ból. Tak to już jest. Gdy będziesz starsza, przekonasz się, że ludzie są bardzo podobni.

[…]

Doktor odwrócił się na pięcie i wszedł do domu, pozostawiając Pelagię na pastwę lęku, który narastał w jej sercu, i bardzo niepożądanej samotności. Pamiętała, że w górach Suli sześćdziesiąt kobiet weszło na jeden ze szczytów, odtańczyło wspólnie taniec i wolało rzucić się razem z dziećmi w przepaść niż oddać w turecką niewolę. Po paru chwilach poszła do swojego pokoju, włożyła derringera [mały, damski pistolet czarnoprochowy – przyp. aut.] pod poduszkę i usiadła na brzegu łóżka, gorączkowo pieszcząc Psipsinę [udomowioną kunę – przyp. aut.] i znowu wyobrażając sobie, że Mandras nie żyje. Drugiego dnia po święcie Pelagia powtórzyła ten sam balet bezcelowych zajęć, które nie zdołały wprawdzie zrównoważyć nieobecności ukochanego, lecz przynajmniej stworzyły dla niej jakieś ramy. Wszystko – drzewa, bawiąca się Lemoni, koziołek, błazeństwa Psipsiny, dumny i ciężki kaczkowaty chód ojca Arseniosa, odległe odgłosy pracy Stamatisa, robiącego drewniane siodło dla osła, ochrypła interpretacja „Międzynarodówki", której brakowało połowy słów – wszystko to było jedynie oznaką tego braku.

[…]

Usiadła na skale i przyglądała się, jak olbrzymi okręt wojenny złowieszczo odpływa na zachód. Najprawdopodobniej należał do Brytyjczyków. Pomyślała o wojnie i poczuła, jak serce zaczyna jej ciążyć. Naszła ją refleksja, że w dawnych czasach ludzie byli zabawkami w rękach bogów, a teraz awansowali jedynie do roli zabawek w rękach innych ludzi, którzy sami uważają się za istoty boskie. Powtarzała na głos: Hitler, Attyla, Kaligula. Hitler, Attyla, Kaligula. Nie znalazła żadnego nazwiska, które brzmiałoby dobrze w zestawieniu ze słowem „Mussolini", dopóki nie natrafiła na „Metaksas". Mussolini, Metaksas – powiedziała i dorzuciła Mandras.

[…]

Nie mogła się oprzeć myśli, że Bóg dał jej szansę obejrzenia czegoś, co będzie jej własnością, zanim tym czymś zawładnęła: wąskich bioder, ostro zarysowanych ramion, napiętego brzucha, ciemnego cienia pachwiny i tajemniczego kształtu, który był tematem tylu lubieżnych kobiecych plotek przy studni. Mandras był za młody, by być Posejdonem, zbyt mało miał w sobie boskiej złośliwości. Czyżby więc był męską nimfą morską? Czy istniało coś takiego jak nereida lub potamida [z gr. – nimfy wodne – przyp. aut.] w męskiej postaci? Czy nie powinna złożyć tej istocie w ofierze miodu, oliwy, mleka lub kozła? Albo samej siebie? Trudno było widzieć na własne oczy, jak Mandras mknie przez wodę, i nie uwierzyć, że taki stwór żyje, jak twierdził Plutarch, dziewięć tysięcy siedemset dwadzieścia lat. Wizja Mandrasa nosiła znamię wieczności, a lata życia podane arbitralnie przez Plutarcha wydawały się za krótkie. Pelagia pomyślała, że ta scena powtarzała się przez pokolenia od czasów kultury mykeńskiej; w czasach Odyseusza też pewnie żyły młode dziewczyny, jak ona, i chodziły nad morze podglądać nagość swoich ukochanych. Zadrżała na myśl o takim wtopieniu się w historię.

[…]

Pelagia usiadła na brzegu łóżka. Serce jej odrętwiało od nadmiaru szczęścia i troski. Oto jest oficjalnie zaręczona z człowiekiem, który miał zamiar zmagać się z losem, z mężczyzną, który powinien był utonąć w morzu, który mieszał małżeństwo z dorszami i wojną, z chłopcem dokazującym z delfinami, zbyt urodziwym, by szukać śmierci w śniegach Camurii. Wydawało się, że nagle stał się niezmiernie, przerażająco kruchym wytworem marzeń, czymś zbyt pięknym i ulotnym, by mogło być istotą ludzką. Zadrżały jej ręce. Nie odchodź, nie odchodź – prosiła, pamiętając, że widok nagiej nimfy przynosi pecha, że wywołuje delirium, a czasem śmierć.

[…]

Opisywanie tamtej kampanii jest dla mnie bolesne i przepełnia mnie niezmierną goryczą. Tu, na tej słonecznej, zacisznej wyspie, z jej dobrodusznymi mieszkańcami i doniczkami z bazylią, wydaje się niepojęte, że znaczna część tych zdarzeń naprawdę miała miejsce. Tu, na Kefalonii, przechadzam się w słońcu i obserwuję taneczną rywalizację mieszkańców Liksuri i Argostoli. Tu, na Kefalonii, wypełniam marzenia senną muzyką kapitana Antonia Corellego – człowieka, który pełen radości, z duszą wirującą w takt melodii mandolin, nie może się bardziej różnić od mego nie żyjącego ukochanego Francesca, lecz którego darzę równie głęboką miłością. Jakże cudownie było wyruszać na wojnę! Jak gwizdaliśmy i śpiewaliśmy, energicznie przygotowując się do wymarszu, a kurierzy na motocyklach pędzili tam i z powrotem niby pracowite pszczoły, jaką radość wzbudzało przekraczanie granicy obcego kraju bez oporu, jak mile łechtało próżność wyobrażanie sobie nas w roli nowych legionistów nowego imperium, które przetrwa dziesięć tysiącleci! Jakże przyjemna była myśl, że niebawem nasi niemieccy sojusznicy usłyszą o wiktoriach dorównujących ich zwycięstwom. Jakaż siła wzbierała w nas, gdy chełpiliśmy się udziałem w słynnym pakcie trzech. Maszerowałem u boku Francesca, obserwując, jak kołyszą się jego ręce i jak czyste krople potu spływają mu po twarzy. Od czasu do czasu patrzył na mnie i uśmiechał się. , Ateny w dwa tygodnie" – mówił.

[…]

[Listy Pelagii do Mandrasa – przyp. aut.] Mandrasie, ubawiłby cię pewnie gwałtowny wybuch aktywności wróżbitów po rozpoczęciu wojny. Wszyscy zaglądają do swoich filiżanek z kawą, by się przekonać, czy ich kuzyni, bracia i synowie wrócą z frontu; to się przerodziło w prawdziwą manię. Żona Kokoliosa wyczytała w moich fusach, że ktoś przybędzie z daleka i na zawsze odmieni moje życie, i powiedziała to tak poważnie, jakby nie wiedziała, że ja wiem, że ona wie, że czekam, aż Ty wrócisz z daleka. Włoskim rodzinom na wyspie przydarzały się przykre rzeczy i władze musiały interweniować, żeby zapobiec puszczaniu domów z dymem i innym idiotycznym aktom przemocy. Paru zapaleńców w Liksuri pobiło nawet staruszkę, która mieszkała tu przez czterdzieści łat i zawsze wywieszała z okna naszą flagę. Czemu ludzie są tak zezwierzęceni?

[…]

Doktor Janis usiadł przy swoim biurku i spoglądał na górę Enos. Postukał piórem o wyszorowany, zblakły blat i pomyślał, że zbliża się pora, gdy będzie musiał spakować swój chlebak i odwiedzić stado kóz Alekosa. Przeklinał samego siebie. Miał pisać o weneckiej okupacji wyspy i proszę, rozmyślał o kozach. Miał wrażenie, że siedzi w nim demon, który spiskuje, by przeszkodzić mu w ukończeniu dzieła literackiego, i wypełnia jego umysł i życie duchowymi rozterkami. Demon zakłócał bieg myśli doktora błahymi pytaniami: dlaczego kozy nie chcą jeść z kubła na podłodze, skoro dość chętnie żywią się wyrastającymi z ziemi roślinami? Czemu kubeł musi zwisać z kabłąka? Dlaczego kopyta kóz rosną wiosną zbyt szybko i trzeba je okrawać? Skąd te osobliwe wady w naturze zwierząt? Kiedy koza nie jest owcą i na odwrót? Dlaczego stworzenia są tak wrażliwe, a zarazem tak nieskończenie głupie – niczym poeci i malarze? Tak czy owak, myśl o wejściu na górę Enos, aby zbadać kozy Alekosa, sprawiła, że doktor poczuł zmęczenie w nogach, zanim zrobił pierwszy krok. Podniósł pióro i w tej samej chwili przyszła mu do głowy kwestia z Homera, który mówi, że nie ma nic tak dobrego i pięknego jak to, że mąż i żona mieszkają w swoim domu w harmonii przekonań i usposobień. Skąd jednak ta myśl i czemu akurat teraz? Co to ma wspólnego z Wenecjanami? Pomyślał przelotnie o swojej uroczej żonie, którą utracił w tak okrutny sposób, po czym zdał sobie sprawę, że myśli o Pelagii i Mandrasie.

[…]

Pelagia była już zaręczona, a zerwanie zaręczyn przyniosłoby wiele wstydu, ba, hańby. Przyszła mu do głowy okropna myśl, że Pelagia mogłaby w końcu z poczucia obowiązku poślubić mężczyznę, którego już nie kocha. Doktor przyłapał się na tym, że ma nieczystą nadzieję, iż Mandras nie przeżyje wojny, i to doprowadziło go do nieprzyjemnego podejrzenia, że wbrew własnym złudzeniom nie jest dobrym człowiekiem. Wszystko to już i tak było wystarczająco fatalne, lecz wojna spowodowała wiele trudności, których nie mógł przewidzieć. Potrafił pogodzić się z utratą dostaw takich rzeczy, jak jodyna oraz galman zmieszany z wodą wapienną, ponieważ istniały równie skuteczne środki zastępcze, ale od wybuchu wojny nie było dostaw kwasu bornego, substancja ta pochodziła bowiem z oparów wulkanicznych w Toskanii, a nie znał lepszego środka do leczenia stanów zapalnych pęcherza i zalegania moczu. Znacznie gorsze od nich były wypadki syfilisu, które wymagały bizmutu, rtęci oraz nowarsenobenzolu. Ten ostatni trzeba było wstrzykiwać co tydzień przez dwanaście tygodni i wszystkie dostawy z pewnością kierowano na front. Janis przeklinał zboczeńca, który spółkując z lamą, pierwszy nabawił się tej choroby, oraz hiszpańskich brutali, którzy przywieźli ją następnie z Nowego Świata, naznaczywszy wstęgą gwałtu ujarzmione terytoria.

[…]

Uniósł dłoń, by podkręcić wąsa, doświadczył osobliwej irytacji, gdy sobie przypomniał, że zgolił go w geście przekory wobec Hitlera, po czym spojrzał na czarną opaskę, którą nosił na ramieniu od śmierci Metaksasa. Westchnął i napisał: Grecja leży na linii uskoku geograficznego i kulturowego, oddzielającego Wschód od Zachodu; jesteśmy polem bitewnym, a zarazem miejscem katastrofalnych trzęsień ziemi. O ile jednak wyspy Dodekanezu należą do Wschodu, o tyle Kefalonia bez wątpienia przynależy do Zachodu, grecki ląd stały natomiast należy jednocześnie do Wschodu i Zachodu, nie będąc całkowicie ani jednym, ani drugim. Bałkany zawsze były narzędziem polityki zagranicznej wielkich mocarstw i od starożytności dzięki wrodzonej indolencji, kłótliwości i brutalności zamieszkujących je narodów nawet w minimalnym stopniu nie zdołały osiągnąć poziomu rozwiniętej cywilizacji. Prawdziwa jednak jest opinia, iż Grecy mają mniej bałkańskich wad niż narody zamieszkujące na północ i na wschód od nich, prawdą jest również niewątpliwie fakt, że spośród wszystkich Greków Kefalończycy mają sławę ludzi najdowcipniejszych i najinteligentniejszych. Czytelnicy pamiętają zapewne, że Homer pochodził z tych stron i że Odyseusz słynął z przebiegłości. Homer ukazuje nas także jako ludzi zapalczywych i niezdyscyplinowanych, nigdy jednak nie zarzucono nam okrucieństwa. Bywa, że spory majątkowe kończą się śmiercią, ale niewiele w nas żądzy zabijania, która stanowi charakterystyczną wadę sąsiadujących z nami narodów słowiańskich. Powodem naszej orientacji na Zachód jest fakt, że wyspa była okupowana przez Turków jedynie przez dwadzieścia lat, między 1479 a 1500 rokiem, w którym wypędziły ich połączone oddziały hiszpańskie i weneckie. Turcy powrócili tu tylko raz, z najazdem 1538 roku, kiedy to opuścili wyspę z trzynastoma tysiącami Kefalończyków, żeby ich sprzedać w niewolę. Krótkotrwałość ich pobytu w połączeniu ze skłonnością do apatii i bezczynności sprawiła, że nie pozostawili po sobie żadnej trwałej spuścizny kulturalnej. Jeśli nie liczyć tego krótkiego okresu, wyspa należała do Wenecji od 1194 do 1797 roku, kiedy to zajął ją Napoleon Bonaparte, notoryczny podżegacz wojenny i megaloman, który obiecał mieszkańcom wyspy unię z Grecją, po czym dokonał jej perfidnej aneksji. Czytelnik z łatwością obliczy, że praktycznie biorąc, wyspa była włoska przez mniej więcej sześćset lat, i to wyjaśnia wiele zjawisk, które mogą zaintrygować cudzoziemca. Dialekt mieszkańców wyspy obfituje we włoskie słowa i zwroty, ludzie wykształceni i arystokraci używają włoskiego jako drugiego języka, a dzwonnice kościołów są wbudowane w ich bryłę w odróżnieniu od typowego greckiego rozwiązania, w którym dzwon mieści się w oddzielnej i prostszej konstrukcji w pobliżu bramy. Architektura wyspy jest w rzeczywistości niemal na wskroś włoska i bardzo sprzyja cywilizowanemu życiu towarzyskiemu dzięki cienistym balkonom, dziedzińcom i zewnętrznym schodom. Włoska okupacja sprawiła, że ewolucja Kefalończyków postępowała raczej zachodnim niż wschodnim torem, wraz ze zwyczajem trucia niewygodnych krewniaków (Anna Paleolog, na przykład, uśmierciła w ten sposób Jana II) włącznie, a nasi władcy byli najczęściej porywczymi i nieuczciwymi ekscentrykami na autentycznie włoską miarę. Pierwszy Orsini wykorzystywał wyspę do pirackich wypadów i wiele razy zdradzał papieża. Pod jego kuratelą zniesiono biskupstwo prawosławne i Kefalończycy po dziś dzień żywią wiele uraz do religii rzymskokatolickiej, uraz sprzężonych z historyczną arogancją jej wyznawców i ich godnym ubolewania zaabsorbowaniem grzechem i winą. Wprowadzono tu włoskie zwyczaje wymierzania podatków w celu zebrania pieniędzy na sowite łapówki, knucia zawiłych niczym labirynt intryg i machinacji, kojarzenia tragicznie nie dobranych małżeństw z wyrachowania, bezlitosnych walk w zwarciu, rodzinnych wojen, przechodzenia wyspy z rąk jednego włoskiego despoty do rąk następnego (abyśmy przez pewien czas byli częścią księstwa Neapolu); wreszcie, w XVIII stuleciu, przemoc w walkach czołowych rodów wyspy  (Aninosów, Metaksasów, Karussosów, Antypasów, Typaldosów i Lawerdosów) wybuchła z taką siłą, że władze deportowały wszystkich agitatorów do Wenecji i straciły ich przez powieszenie. Sami wyspiarze wprawdzie nie dopuszczali do siebie tych wszystkich osobliwych włoskich perwersji, lecz zawarto wiele mieszanych małżeństw i zatraciliśmy zwyczaj noszenia tradycyjnych greckich strojów na długo przedtem, zanim do tego doszło w pozostałej części kraju. Włosi pozostawili nam w spadku europejskie raczej niż wschodnie spojrzenie na życie, nasze kobiety miały znacznie więcej swobody niż gdziekolwiek indziej w Grecji, a przez wieki mieliśmy arystokrację, którą mogliśmy zarówno szkalować, jak i naśladować. Gdy Włosi sobie poszli, ucieszyliśmy się ogromnie, nieświadomi, że czekają nas gorsze rzeczy, lecz z uwagi na długość swego pobytu byli oni bez wątpienia – obok Brytyjczyków – najważniejszą siłą, która ukształtowała nasze dzieje i kulturę; ich panowanie okazało się znośne, a czasem bywało wręcz zabawne, i jeśli kiedykolwiek ich nienawidziliśmy, czyniliśmy to z miłością, nawet z wdzięcznością w sercach. Włosi mieli przede wszystkim jedną nieocenioną zaletę: nie byli Turkami.

[…]

[Doktor – przyp. aut.] Wszedł do kuchni i przełożył wszystkie noże z jednej szuflady do drugiej, aby rozgniewana Pelagia znalazła nową sposobność do katharsis. Łatwiej było być psychologiem niż historykiem; Janis uświadomił sobie, że właśnie na paru stronach opisał kilkaset lat. Naprawdę będzie musiał robić to wolniej i opisywać wydarzenia w odpowiednio szczegółowy sposób. Wrócił do biurka, zebrał mały plik kartek, wyszedł na podwórko, wciągnął nosem powietrze, by wychwycić wonie zbliżającej się wiosny, i ze stoickim spokojem, bez wahania, nakarmił nimi koziołka Pelagii, podsuwając mu jedną stronicę po drugiej. Był strapiony filisterskim brakiem szacunku koziołka dla literatury. Zwierzę trawiło ją jak każdy inny pokarm. Przeklęty przeżuwacz – mruknął doktor i postanowił wybrać się do kafenijonu.

[…]

Matka Mandrasa była jedną z tych kłopotliwych istot, szkaradnych niczym mityczna żona Antyfatesa [antyczny komediopisarz grecki – przyp. aut.]; poeta określił ją jako „potworną kobietę, której wygląd napawał ludzi przerażeniem", a mimo to wyszła za pięknego mężczyznę, urodziła dziecko i zyskała powszechną sympatię. Niektórzy twierdzili, że poszczęściło się jej dzięki czarom, ale prawdę powiedziawszy, była miłą i dobroduszną kobietą, którą los pozbawił pretekstu do młodzieńczej próżności i która stopniowo tyjąc i stając się coraz bardziej owłosiona, nie popadała w zgorzknienie. Kiria [w gr. – Pani – przyp. aut.] Drosula pochodziła z jednego z rodów, nazywanych szyderczo „ochrzczonymi w jogurcie", co znaczy, że jej rodzina została wygnana z tureckiego terytorium bez niczego prócz worków zawierających kości przodków. Umowa w Lozannie doprowadziła do przesiedlenia pół miliona muzułmanów do Turcji w zamian za przeniesienie do ojczyzny ponad miliona Greków i była przykładem czystki etnicznej, która – choć niezbędna dla zapobieżenia następnym wojnom – przyniosła wielką spuściznę goryczy. Drosula potrafiła mówić jedynie po turecku; ona i jej matka były otwarcie lekceważone przez rdzennych Greków, a zarazem płakały z tęsknoty za życiem na utraconych ziemiach ojczystych. Matka Drosuli zakopała kości swego ojca i męża i, bojąc się wystawiać na pośmiewisko z powodu swojego akcentu, postanowiła zaniemówić, pozostawiając wszystkie obowiązki piętnastoletniej córce; ta zaś w ciągu trzech lat nauczyła się posługiwać dialektem kefalońskim i poślubiła sprytnego rybaka, który potrafił rozpoznać w niej materiał na wierną żonę. Podobnie jak wielu kochających łodzie wiosłowe wyspiarzy, stracił życie w nawałnicy, która nagle nadciągnęła ze wschodu, lecz pozostawił syna; on to przejął jego fach i groźną wdowę, która czasami śniła po turecku, ale zapomniała, jak się w tym języku mówi.

[…]

Rozmawiają o mnie – Pelagia, doktor i moja matka – jakby mnie tu nie było. Rozmawiają o mnie, jakbym był otępiały ze starości albo nieprzytomny, jakby w moim ciele nie było ducha. Jestem zbyt zmęczony i zbyt smutny, żeby zbuntować się przeciw temu poniżeniu. Pelagia widziała mnie nagiego, a moja matka myje mnie wszędzie jak niemowlaka i obie smarują moje ciało maściami i płynami, co pieką, uśmierzają ból i cuchną; jestem niczym nacierany olejem i woskiem mebel, w którym wypełnia się dziury po kornikach i łata oraz wypycha poduszki. Moja matka ogląda mój stolec i rozmawia o nim z moją narzeczoną. Karmią mnie łyżką, ponieważ nie mają cierpliwości patrzeć, jak zmagam się z drżeniem rąk. Zadaję sobie pytanie, czy można uznać, że w jakimś sensie istnieję. Przypuszczam jednak, że nie. Wszystko stało się snem. Pomiędzy nami jest zasłona, tamci troje są cieniami, a ja jestem martwy. Ta zasłona to pewnie całun, który przyćmiewa światło i zamazuje obraz. Byłem na wojnie i wojna stworzyła przepaść pomiędzy mną a tymi, którzy nie walczyli; cóż oni wiedzą o czymkolwiek? Odkąd natrafiłem na śmierć, spotykałem ją na każdej górskiej ścieżce, rozmawiałem z nią we śnie, zmagałem się w śniegu, grywałem z nią w kości, doszedłem do wniosku, że nie jest ona przeciwnikiem, lecz bratem. Śmierć to piękny, nagi mężczyzna, który wygląda jak Apollo i nie jest zadowolony z tych, co obumierają na starość. Śmierć to perfekcjonista, lubi młodych i pięknych, pragnie gładzić nas po włosach i pieścić ścięgna, które wiążą mięśnie do kości. Robi wszystko, co może, by nas spotkać, nasze twarze radują jej serce i staje nam na drodze, by nas wyzwać na pojedynek, bo lubi czystą, uczciwą walkę, a po walce chce się z nami zaprzyjaźnić, poklepać nas po ramieniu i rozśmieszyć małością i szaleństwem żywych. U kresu bitwy wędruje wśród zmarłych, wskrzeszając ich i nakładając wieńce laurowe na czoła najbardziej urodziwych, zbiera ich niby własne dzieci i odprowadza, by napić się z nimi wina, co smakuje jak miód, i daje im poczucie proporcji, którego w życiu nigdy nie doświadczyli.

[…]

Gdy przybyłem na miejsce, spotkałem się tylko z odrazą dorównującą mojej reakcji na widok staruchy w lesie. Rozpoznała mnie jedynie mała głupia kuna, Psipsina. Rozczarowanie, po tylu marzeniach, tylu walkach i wędrówce z Pelagią prowadzącą mnie niczym światło, zgasiło płomień w moim sercu i zmęczenie opadło na mnie jak mgła, która spowija łódź w październiku w cieśninie Zakinthos. Zamknąłem oczy i osunąłem się w mrok, niczym dusze zmarłych. Powiedziałem już, że to Pelagia i poczucie piękna przywiodły mnie do domu, ale dotąd nie wspomniałem nic o poczuciu piękna. Raz, w pobliżu przełęczy Mecowon, w grudniu, gdy temperatura spadła do dwudziestu stopni poniżej zera, ponieważ niebo było bezchmurne, Włosi wystrzelili pocisk oświetlający. Eksplodował kaskadą jaskrawego niebieskiego światła na tle tarczy księżyca w pełni, a iskry spływały na ziemię w zwolnionym tempie niczym dusze nieposłusznych aniołów. Gdy to małe magnezjowe słońce kręciło się i płonęło na niebie, czarne sosny wystąpiły z cienia, jakby dotąd, niczym dziewice, kryły się pod welonem, lecz teraz postanowiły wyglądać niczym w niebie. Śnieżne zaspy pulsowały żarem absolutnej nieskazitelności lodu, moździerz zakasłał posępnie i zahuczała sowa. Po raz pierwszy w życiu zadrżałem od czegoś innego niż zimno; świat zrzucił skórę i ukazał się w postaci energii i światła. Pragnę wydobrzeć, żeby móc wrócić na front i przeżyć, być może tylko jeszcze jeden jedyny raz, ową niepokalaną chwilę, w której ujrzałem oblicze Gabriela w machinie wojny.

[…]

Krąży opowieść, że w pałacu królewskim, tak rozległym i pustym, że rodzina królewska podróżowała po nim na rowerach, i tak zaniedbanym, że krany wypluwały karaluchy, pojawiała się Biała Dama jako zapowiedź katastrofy. Jej kroki były bezgłośne, a z twarzy biła niechęć; kiedyś, gdy dwaj adiutanci próbowali ją aresztować za napaść na babcię księcia Krzysztofa, Biała Dama ulotniła się. Gdyby błąkała się po pałacu tego dnia, stwierdziłaby, że zajmuje go nie król Jerzy, ale niemieccy żołnierze. Gdyby wyszła do miasta, ujrzałaby flagę ze swastyką powiewającą na Akropolu i musiałaby popłynąć na Kretę, żeby znaleźć króla. Kefalończycy nie potrzebowali ostrzeżeń ze strony tak złośliwych duchów. Dwa dni wcześniej Włosi zajęli Korfu w groteskowych okolicznościach, mających się dzisiaj powtórzyć, a na wyspie nie było osoby, która nie oczekiwałaby najgorszego. I właśnie oczekiwanie było torturą. Wielka tęsknota wzbiła się niczym namacalna mgła; przypominało to kochanie się po raz ostatni z kimś, kogo uwielbiamy, ale kto na zawsze wyjeżdża. Delektowano się każdą ostatnią chwilą wolności i bezpieczeństwa i zapamiętywano jej smak. Kokolios i Stamatis, komunista i monarchista, zasiedli razem przy stole i czyścili części strzelby myśliwskiej, która przez pięćdziesiąt lat kurzyła się na ścianie. Nie mieli amunicji, ale im – podobnie jak wszystkim na wyspie – wydawało się rzeczą ważną, by zamanifestować jakiś gest oporu. Zajęte palce starały się uspokoić burze niepokoju w sercach i spekulacji w umysłach obu mężczyzn. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, przyjaźnie i życzliwie, co zadawało kłam latom gwałtownych sporów ideologicznych. Żaden z nich nie wiedział, jak długo jeszcze pożyją, i w końcu wzajemnie docenili swą wartość.

[…]

Doktor zdjął Psipsinę z biurka, usiadł i napisał: Mamy zwyczaj porównywać wiele narodów, które uzurpowały sobie prawo do tej wyspy, do Turków. I tak Rzymianie i Normanowie byli gorsi od Turków, katolicy także, sami Turcy prawdopodobnie nie byli tak źli, jak lubimy sobie wyobrażać, i tym samym, paradoksalnie – lepsi od samych siebie. Rosjanie byli o niebo lepsi, a Francuzi tylko trochę. Ci ostatni lubili budować drogi, ale nie można było im ufać – Turcy nigdy niczego nam nie obiecywali i dlatego z definicji byli niezdolni do wiarołomstwa – a Brytyjczycy byli gorsi niż Turcy przez pewien okres i lepsi od nich wszystkich przez resztę czasu. Powszechna uraza Greków do Brytyjczyków wzięła się stąd, że bezczelnie sprzedali oni Pargę Alemu Paszy, ale na tej wyspie wzbudzał ją gubernator, sir Thomas Maitland, który był skończonym tyranem. Jednakże Charles de Bosset, Szwajcar służący w armii brytyjskiej, zbudował nieoceniony most, biegnący przez zatokę Argostoli. Lord Napier zbudował w Liksuri wspaniałą salę posiedzeń sądu nad targowiskiem Markato z podcieniami i był człowiekiem tak popularnym, że po jego wyjeździe mieszkańcy miasta urządzili składkę na pamiątkowy pomnik. Lord Nugent zyskał tak powszechną sympatię, że nasz parlament wystosował specjalne pismo dziękczynne. Frederic Adam, Stewart McKenzie i John Seaton byli chyba większymi hellenofilami niż my sami, ale generał Howard Douglas był oburzająco, skandalicznie wręcz despotyczny. I tak to trwa. Jaka stąd dla nas nauka? Taka, że współdziałanie z Brytyjczykami równa się propozycji zawiązania sobie u szyi jednego z dwóch worków – do wyboru. Jeden zawiera żmiję, a drugi złoto. Jeżeli masz szczęście, wybierzesz worek ze złotem, po to tylko, by stwierdzić, że Brytyjczycy zastrzegli sobie prawo zamiany worków bez uprzedzenia. I na odwrót – pech może sprawić, że wybierzesz worek ze żmiją, po czym Brytyjczycy poczekają, aż gadzina cię ukąsi, i oświadczajcie mieliśmy złych zamiarów. Weź ten drugi worek". Nie wiemy, co o nich sądzić. Jeśli chodzi o Turków, wiedzieliśmy, że nasi synowie zostaną wcieleni do janczarów, a córki trafią do haremu. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zwolnieni ze służby wojskowej, że nie będziemy mogli jeździć konno i że nasi sułtani to sabaryci i szaleńcy. Z Brytyjczykami nie można być pewnym niczego z wyjątkiem jednej rzeczy – że potraktują cię nikczemnie, a potem po stokroć ci to wynagrodzą. W pewnym momencie pokochaliśmy ich tak serdecznie, że poprosiliśmy, by książę Alfred został naszym królem – wciąż też darzymy czcią lorda Byrona – a innymi czasy oni kopali nas w zęby. Z ciężkim sercem odnotowuję tu fakt, że zostawili nas własnemu losowi, ponieważ sądzili, że wojna nie rozstrzygnie się w Grecji. Czekam w przygnębieniu, wiedząc, że Korfu padło i że to być może ostatnie słowa, jakie piszę. Powierzam moje wspomnienia potomności i ukochanej córce Pelagii i błagam, by ktoś, kto znajdzie te dokumenty i moją niedokończoną historię, pozostawił je w nienaruszonym stanie. Modlę się o to, by Brytyjczycy nie opuścili nas nieodwołalnie, i o to, żeby mogli wywalczyć zwycięstwo, nawet wtedy gdy ja nie będę już żył. Wierzę, że prowadziłem dobre i pożyteczne życie, i gdyby nie córka, która może zginąć, i wnuki, których mogę nigdy nie zobaczyć, to właściwie cieszę się, że umrę w nadziei, iż – jak mówi Platon – śmierć może być zmianą, wędrówką duszy z jednego miejsca na drugie. Nigdy w to nie wierzyłem, ale groźba inwazji przekonuje mnie, że życie może być sprawą smutną i męczącą i że śmierć mogłaby zapoczątkować czas, gdy znowu zaznam spokoju z moją żoną w dowolnym miejscu, do którego mogła odejść. Solon powiedział, że nie powinno się nazywać żadnego człowieka szczęśliwym, dopóki nie umrze, ponieważ do tej chwili w najlepszym razie ma szczęście. Ale ja byłem szczęśliwy – w małżeństwie – a zarazem miałem szczęście – jako ojciec. Obym tylko nie miał szczęścia na próżno.

[…]

Jakiś oficer szukający swoich ludzi zatrzymał się i, wymachując doktorowi przed oczyma mapą, zapytał niecierpliwie: Ecco una carta delia Cephallonia. Doue e Argostoli? [z wł. - To mapa Kefalonii. Gdzie jest Argostoli? – przyp. tłum.] Doktor spojrzał w ciemne oczy, osadzone w urodziwej twarzy, stwierdził nieuleczalny przypadek skrajnej uprzejmości i odparł po włosku: Nie znam włoskiego, a Argostoli leży mniej więcej naprzeciwko Liksuri. Jak na kogoś, kto nie zna włoskiego, mówi pan bardzo dobrze – zauważył oficer, uśmiechając się, i dodał: Więc gdzie leży Liksuri? Naprzeciwko Argostoli. Niech pan znajdzie jedno, a znajdzie pan i drugie, tyle że drogę między nimi musi pan pokonać wpław. Pelagia szturchnęła ojca w żebra, lękając się o niego. Ale oficer westchnął, uniósł hełm, podrapał się w czoło i zerknął na nich spod oka. Pójdę za innymi – rzekł i pośpiesznie odszedł. Chwilę później wrócił, wręczył Pelagii żółty kwiatek i znowu zniknął. Niesamowite – mruknął doktor, zapisując coś naprędce w swoim notesie.

[…]

Na Kefalonię przybyłem dopiero w połowie maja, a przeniesiono mnie tam – do 33. pułku artylerii w dywizji „Acqui" – tylko dlatego, że uszkodzenia mięśni uda uczyniły mnie czasowo niezdolnym do czegokolwiek poza służbą garnizonową. Byłem wówczas tak bardzo rozczarowany wojskiem, że dla świętego spokoju pojechałbym wszędzie tam, gdzie mógłbym snuć wspomnienia i rozdrapywać rany. Przeżywałem coś w rodzaju skrajnej depresji, nachodzącej żołnierzy, którzy zdali sobie sprawę, że walczą po niewłaściwej stronie.  Wymaga to bezmiaru wysiłku i całkowicie wyczerpuje odwagę i rozsądek, aż wreszcie wydaje się, że nic już nie zostało; prawdę powiedziawszy, czułem pustkę w głowie i próżnię w klatce piersiowej. Wciąż byłem oniemiały z żalu po śmierci Francesca i wstrząśnięty własną głupotą oraz niezdolnością uznania, że marzenia o przemienieniu moich wad w zalety opierały się na błędnym założeniu; co prawda miłość do Francesca natchnęła mnie do wielkich rzeczy, ale zapomniałem o tym, że on może umrzeć. Wyruszyłem na wojnę jako romantyk, a wyszedłem z niej stroskany, posępny i samotny. Przychodzi mi na myśl określenie „ze złamanym sercem", tyle że jest nieadekwatne w opisie uczucia kompletnego załamania psychicznego i fizycznego wyczerpania. Wiedziałem, że chcę uciec – zazdrościłem naszym żołnierzom w Jugosławii, którzy przeszli na stronę przeciwnika i przyłączyli się do dywizji „Garibaldi" – ale w końcu nie można uciec od potworów, które pożerają od wewnątrz, a jedyny sposób, by je pokonać, to zmagać się z nimi jak Jakub z aniołami lub Herkules z wężami albo ignorować je, dopóki nie zrezygnują i nie odstąpią. Uczyniłem to drugie, a sprawę ułatwił mi mały cud, który nazywał się kapitan Antonio Corelli. Stał się on dla mnie źródłem optymizmu, swego rodzaju świętym, który nie nosił odpychających znamion pobożności, świętym, który uważał pokusę raczej za coś, z czym należy igrać, niż za coś, czemu należy się opierać, lecz który pozostał człowiekiem honoru, ponieważ nie potrafił być inny.

[…]

Po raz pierwszy natknąłem się na niego w obozowych latrynach. Jego bateria miała latrynę znaną jako La Scala, ponieważ Corelli założył mały klub operowy, którego członkowie wypróżniali się tam każdego rana o tej samej porze, siedząc rzędem na drewnianej desce z opuszczonymi do kostek spodniami. Corelli miał dwóch barytonów, trzech tenorów, basa i kontratenora (który był obiektem ciągłych drwin spowodowanych tym, że musiał śpiewać wszystkie partie kobiece) i chodziło o to, by każdy z nich wypróżniał się lub puszczał bąki w trakcie crescend, gdy śpiew zagłuszał inne odgłosy. W ten sposób zmniejszali uczucie poniżenia wywołane wspólnym oddawaniem stolca, a cały obóz rozpoczynał dzień, nucąc porywającą melodię, która dolatywała z wychodków. Moim pierwszym doświadczeniem z La Scalą było wysłuchanie o wpół do ósmej rano chóru na kowadła przy akompaniamencie ogromnych, dźwięcznych kotłów. Naturalnie nie mogłem się oprzeć pokusie sprawdzenia, co to takiego, i podszedłem do płóciennego ogrodzenia z napisem „La Scala" namalowanym bryzgami białej farby. Poczułem przerażający smród, ale wszedłem do środka, by ujrzeć rząd żołnierzy srających na swych grzędach, z zaczerwienionymi twarzami, śpiewających z wielką ochotą i walących łyżkami w stalowe hełmy. Byłem zmieszany i zdumiony zarazem, szczególnie gdy zobaczyłem, że wśród nich siedzi oficer, beztrosko dyrygując tym koncertem za pomocą trzymanego w prawej ręce ptasiego pióra. Oficerowi w mundurze zazwyczaj się salutuje, zwłaszcza gdy ma na głowie czapkę. Mój salut był pośpiesznym i niedokończonym gestem, towarzyszącym wycofaniu się – nie znałem przepisów, które regulują salutowanie umundurowanemu oficerowi w bryczesach spuszczonych do połowy masztu podczas ćwiczenia, które polega na chóralnym wydalaniu na terytorium okupowanym.

[…]

Wczesnym wieczorem przyjechał kapitan Corelli, przywieziony przez swojego nowego barytona, bombardiera Carla Piera Guercio. Dżip z poślizgiem zatrzymał się przed domem, wzbijając kłęby kurzu i piskliwy popłoch wśród kurczaków na drodze, i na podwórko weszli dwaj żołnierze. Carlo spojrzał na drzewo oliwne, zdumiony jego wielkością, a kapitan rozglądał się dokoła, delektując się oznakami spokojnego domowego życia. Był tu koziołek przywiązany do drzewa, pranie wiszące na sznurku rozpiętym od pnia do domu, bugenwilla i winorośl, stary stół, na którym leżała mała sterta posiekanych cebul. Była także młoda, ciemnooka kobieta w chustce na głowie i z dużym nożem kuchennym w dłoni. Kapitan padł przed nią na kolana i teatralnie zawołał: Błagam, nie zabijaj mnie, jestem niewinny! Niech się pani nim nie przejmuje – doradził Carlo. Zawsze robi z siebie błazna. Nie potrafi się powstrzymać.

[…]

I może mi pan powie, czemu zakazano nauczania historii Grecji w naszych szkołach? Czemu wszyscy muszą się uczyć włoskiego, hę? Pelagia uśmiechnęła się do siebie; nie potrafiła już zliczyć, ile razy jej ojciec snuł dywagacje o absolutnej konieczności i sensowności wprowadzenia w szkołach obowiązkowej nauki włoskiego. Sam kapitan miał ochotę wić się niczym mały chłopiec, przyłapany na wykradaniu z puszki cukierków przeznaczonych na niedzielę. W imperium włoskim – rzekł, czując gorzki smak słów – rzeczą logiczną jest, by wszyscy uczyli się włoskiego... Sądzę, że to z tego powodu. Ale powtarzam, nie jestem za to odpowiedzialny. Zaczął się wyraźnie pocić. Doktor rzucił mu spojrzenie, które miało być, i było, miażdżące.

[…]

Pelagia popatrzyła na siedzącego przy stole oficera i poczuła, że musi go podnieść na duchu. Co to jest Antonia? – zapytała. Corelli unikał jej spojrzenia. Moja mandolina. Jestem muzykiem. Muzykiem? W wojsku? Gdy znalazłem się w wojsku, kiria Pelagia, życie tam polegało głównie na otrzymywaniu pieniędzy za zbijanie bąków. Mnóstwo czasu na ćwiczenie. Miałem zamiar zostać najlepszym mandolinistą we Włoszech, a potem odszedłbym do cywila i zarabiał graniem na życie. Nie chciałem być kawiarnianym grajkiem, chciałem grać Hummla, Conforta i Giulianiego [kompozytorzy i wirtuozi gitarowi – przyp. aut.]. Zapotrzebowanie na mandolinistów jest niewielkie, więc trzeba być bardzo dobrym. Chce pan powiedzieć, że został pan żołnierzem przez pomyłkę? – zapytała Pelagia, która nigdy nie słyszała o żadnym z tych kompozytorów. Mój plan się nie powiódł. Duce uległ swym wielkim złudzeniom.

[…]

Kapitan cmoknął z dezaprobatą. Symetria jest cechą rzeczy martwych. Widziała pani kiedyś drzewo lub górę, które byłyby symetryczne? To dobre w wypadku budowli, ale jeśli kiedyś zobaczy pani symetryczną ludzką twarz, będzie pani miała wrażenie, że powinna pani uznać ją za piękną, a tymczasem stwierdzi pani, że jest tylko zimna. Serce człowieka lubi lekkie zaburzenia w jej geometrii, kiria Pelagia. Niech się pani przyjrzy swojej twarzy w lustrze, a zobaczy pani, że jedna brew wznosi się odrobinę wyżej, że powieka lewego oka jest tak wykrojona, iż wydaje się ono nieco szerzej otwarte niż drugie. To właśnie czyni panią atrakcyjną i piękną zarazem, podczas gdy... w przeciwnym razie przypominałaby pani posąg. Symetria jest dobra dla Boga, nie dla nas.

[,,,]

W oddali na drodze Carlo i kapitan, obaj pokryci drobnym, beżowym pyłem, z ponurymi minami przyglądali się [swemu – przyp. aut.] łazikowi. Nie miał kół, a wewnątrz leżała wysoka, dymiąca sterta gnoju. Tamtego wieczoru kapitan zauważył wspaniale haftowaną kamizelkę, wiszącą w kuchni na oparciu krzesła. Wziął ją do ręki i uniósł pod światło; aksamit miał barwę soczystego szkarłatu, a satynowa podszewka została wszyta starannymi ściegami, tak drobnymi, że mogły je wykonać tylko palce maleńkiej sylfidy. W sieci złotych i żółtych nici dostrzegł omdlałe kwiaty, szybujące orły i wyskakujące z wody ryby. Powiódł palcem po hafcie i wyczuł spoistość wzorów. Zamknął oczy i uświadomił sobie, że każde stworzenie odtwarzało wypukłością naturalne kształty.

[…]

Popatrzył na Pelagię i zapragnął wpełznąć pod pościel obok niej – wydawało się, że nie może być nic bardziej naturalnego – ale zamiast to uczynić, wrócił do pokoju i wyjął Antonię z futerału. Zaczął ćwiczyć palcówki, wydobywając tony jak najdelikatniej, uderzając w struny i szarpiąc je palcami. Znudzony wziął plektron i ułożył prawą rękę na gryfie mandoliny, aby móc stłumić dźwięki i grać eon sordino [z wł. – wyciszenie instrumentu muzycznego – przyp. aut.]. Przypominało to brzmieniem skrzypcowe pizzicato. W wielkim skupieniu przystąpił do wykonywania bardzo trudnego i szybkiego utworu Paganiniego, który w całości wymagał takich zabiegów. Jego odległy rytm przedostał się do pogodnego półsnu Pelagii.

[…]

Gdy Corelli podjechał do wejścia na podwórko i czesząca koziołka Pelagia uniosła wzrok, siwek nastroszył uszy i rozpoczął harce. Kapitan zdjął czapkę, uśmiechając się szeroko, i Pelagia poczuła nagle przyjemność, jakiej nieczęsto dotąd doświadczała. Tego rodzaju przyjemność odczuwa się, gdy tancerz, który dotąd wyrzucał nogi niezwykle wysoko w powietrze, nagle wykonuje salto w tył, lub wtedy, gdy jabłko stacza się z półki, uderza w łyżkę, a ta wylatuje w powietrze, ląduje w filiżance trzonkiem ku górze i z brzękiem nieruchomieje, tak jakby wrzucono ją tam celowo. Pelagia ujrzała Corellego i bezwstydnego konia, uśmiechnęła się i spontanicznie klasnęła w dłonie; twarz kapitana przeciął uśmiech od ucha do ucha, przypominający radość małego chłopca, który po latach płaczliwych próśb dostał w końcu piłkę nożną. W jej śnie koń harcował w tempie utworu Paganiniego, a jeździec chwilami miał twarz Mandrasa, a chwilami kapitana. Było to bardzo denerwujące i Pelagia usiłowała zredukować liczbę twarzy do jednej. Stała się ona twarzą Mandrasa, ale to jej nie zadowoliło, więc zmieniła ją na oblicze Corellego.

[…]

Ma cudowne zdobienia. Czy to wszystko poprawia brzmienie? Wątpię – odparł kapitan, obracając mandolinę w rękach. Sam już zapomniał o tym, jaka jest piękna. Brzeg pudła rezonansowego zdobiły trapezy z mieniącej się masy perłowej; była też czarna płytka w kształcie powojnika, inkrustowana wielobarwnymi kwiatami, dzieło bujnej wyobraźni lutnika. Przy piątym, siódmym i dwunastym progu skali hebanową szyjkę znaczyły kropkowane wzory z kości słoniowej, a zaokrąglony rezonator zrobiono ze zwężających się pasków klonu o gęstych słojach, misternie oddzielonych cienkimi listewkami z palisandru. Kołeczki wykonano w kształcie starożytnych lir, a – jak zauważyła Pelagia – same struny ozdobiono przy srebrnej płużce małymi kulkami puchu w jaskrawych kolorach.

[…]

Może mi pan coś zagra? O Boże, ilekroć ludzie proszą, bym coś zagrał, zapominam utworów, które znam. I zawsze muszę mieć przed sobą nuty. To fatalne. Już wiem, zagram pani polkę. Skomponował ją Persichini. Kapitan ułożył mandolinę i wydobył z niej dwa dźwięki. Przerwał, tłumacząc: Wyśliznęła mi się. Na tym polega kłopot z neapolitańskimi mandolinami o zaokrąglonym pudle. Często myślę, że powinienem sprawić sobie portugalską, z płaskim, ale gdzie ją dostać w czasie wojny? Po tym retorycznym pytaniu zagrał, ritardando, te same dwa dźwięki, cztery akordy ósemkowe, a po nich takt, który zniweczył oczekiwania słuchacza wprowadzeniem pauzy i pary szesnastek, po chwili zaś uruchomił kaskady zharmonizowanych i niezharmonizowanych szesnastek, które sprawiły, że Pelagia z wrażenia otworzyła usta. Nigdy jeszcze nie zetknęła się z tak wyszukaną wirtuozerią i nigdy nie słyszała utworu muzycznego, który byłby równie pełen niespodzianek. Na początku każdego taktu pojawiały się nagłe błyskotliwe tremolanda, a chwilami muzyka wahała się, nie tracąc tempa, lub utrzymywała tę samą szybkość, mimo że zdawała się ją zwalniać lub nawet podwajać. Najlepsze zaś było to, że miejscami rozbrzmiewał dźwięk tak wysoki, iż ledwie go było słychać, sprowadzany w radosnym tempie w dół skali i spadający na dźwięczną nutę basową, która nie miała czasu, by wybrzmieć przed nadejściem słodkiej kombinacji basów i sopranów. Ta muzyka wzbudziła w Pelagii chęć zatańczenia lub zrobienia jakiegoś głupstwa.

[…]

Niczym Bóg sprowadzający na niebo tęczę, żeby przypomnieć Izraelitom, kto jest ich panem, Hitler wysłał do Liksuri trzy tysiące grenadierów z 996. pułku pod komendą pułkownika Bargego. Nikt ich nie lubił, chociaż stosunki pomiędzy Niemcami i Włochami były na pozór przyjazne i pełne nadziei na współpracę. Niemcy uważali Włochów za przedstawicieli gorszej rasy negroidalnej, a Włochów zdumiewał nazistowski kult śmierci. Pasy i mundury ponuro zdobione trupimi główkami i piszczelami, podobnie jak żelazna dyscyplina, irracjonalna i denerwująca jednolitość poglądów oraz niepojęte umiłowanie hegemonii wydawały im się czymś patologicznym. Włosi, którzy wykazywali uporczywą skłonność do wzajemnego zarzucania sobie rąk na ramiona, nie czuli podobnej chęci w towarzystwie Niemców, jakby mieli doznać porażenia prądem, jakby od tego ich ręce mogły zamienić się w lód lub zagubić w pustce. Wieczorami słychać było dobiegającą z niemieckich kasyn „Liii Marlenę", wesoły gwar rozmów, ryki śmiechu, odgłosy hucznej zabawy, ale to był ich zamknięty świat. Za dnia Niemcy byli poważni, nie rozumieli ironii, obrażali się w uprzejmy sposób i byli bezlitośnie i brutalnie skuteczni w kontaktach z miejscową ludnością. Kapitan Corelli zaprzyjaźnił się z jednym z nich – chłopakiem, który mówił trochę po włosku – i odkrył, że tamten staje się prawdziwie ludzki dopiero wtedy, gdy zrzuca z siebie mundur, wkłada kąpielówki i pluska się w morzu.

[…]

Myśli pan, że pamflet mógł napisać jakiś Grek? Doktor popatrzył na nią spod oka i oświadczył: Co za idiotyczny pomysł! Po prostu myślałam... Ilu Greków mogłoby wiedzieć o tym wszystkim, ilu Greków umie pisać po włosku i ilu Greków dysponuje takim środkiem transportu, aby móc porozrzucać egzemplarze na całej wyspie? Nie bądź niemądra. Pelagia jednak zapaliła się do swej hipotezy: Wiele R zostało napisanych jak P, a to typowy grecki błąd, więc Włoch mógł przekazać wszystkie informacje jakiemuś Grekowi, mogli ułożyć pamflet i go wydrukować, a potem ten Włoch mógł dostarczyć go wszędzie na motorze lub w inny sposób. Uśmiechnęła się z triumfem i uniosła ręce, by pokazać, jakie to wszystko proste. A zresztą wszyscy wiedzą, że ludzie słuchają BBC. Pomyślała, że wspominanie w obecności Carla o tym, że mężczyźni w wiosce słuchają brytyjskich audycji stłoczeni w dużej spiżarni kafenijonu, paląc zawzięcie, a potem wychodzą z niej, dławiąc się i bełkocąc, by zanieść wieści swoim żonom, które z kolei przekazują je sobie w kuchniach i przy studni, jest nieostrożnością. Nie miała się nigdy dowiedzieć, że włoscy żołnierze robili mniej więcej to samo w swoich koszarach i na kwaterach, co by wyjaśniało, dlaczego wszyscy na wyspie znali identyczne dowcipy o Mussolinim.

[…]

[Pelagia – przyp. aut.] Uśmiechnęła się żałośnie i znowu wybuchnęła płaczem. Chwycił ją w ramiona i poklepał po plecach. Poczuła, że zaczyna jej cieknąć z nosa, i przestraszyła się, że może zostawić śluz na epoletach munduru. Pociągnęła mocno nosem, żeby temu zapobiec, i nagle wyrzuciła z siebie: Nie zniosę tego dłużej. Przepraszam. Wszystko jest parszywe – przyznał kapitan, zastanawiając się, czy on również mógłby ulec pokusie wybuchnięcia płaczem. Ujął delikatnie głowę dziewczyny i przytknął usta do załzawionych policzków. Pelagia popatrzyła nań z niedowierzaniem i nagle – pod gałęziami dzikiej róży, w zachodzącym słońcu, pomiędzy dwoma wiadrami wypełzających ślimaków, z otartymi i brudnymi kolanami – złączyli się w pierwszym niepatriotycznym i potajemnym pocałunku. Złaknieni i doprowadzeni do rozpaczy, przepełnieni wewnętrznym światłem, nie mogli się od siebie oderwać, a gdy w końcu o zmroku wrócili do domu, podejrzanie, haniebnie wręcz znikomy plon ich wspólnych poszukiwań nie zdołał dorównać ilości ślimaków zebranej przez małą Lemoni.

[…]

Myślę o Pelagii w kategoriach akordów. Antonia ma trzy akordy, które żyją razem w pierwszych trzech podziałkach, C-dur, D-dur i G-dur, i każdy z nich trzeba uciszać dwoma palcami. Gram G-dur, przesuwam je o jeden odstęp i wykonuję C-dur, a one wybrzmiewają w sobie niczym sopran i alt w tej samej tonacji w toskańskiej piosence. Gram D-dur, skręcając rękę, robiąc podwójny odstęp, i D-dur wybrzmiewa razem z pozostałą dwójką, lecz wtedy jest smutne i niespełnione, niczym dziewica. Błaga: „Zabierz mnie z powrotem tam, gdzie mogę znaleźć spokój", i wracam do G-dur, i wszystko jest doskonałe, a ja czuję się jak sam Bóg, który stworzył kobietę i uznał swój świat za ukończony ostatnim, dopełniającym dotknięciem. Pelagia uczestniczy w tych prostych wesołych akordach. Bawi się z kotem i śmieje się, i to jest G-dur. Unosi brew, gdy przyłapuje mnie na tym, że ją obserwuję, i udaje, że gani mnie i potępia za grzeszne uwielbienie, i to jest C-dur. Pyta, czy nie mam nic pożytecznego do roboty, i to jest jak D-dur, wymagające zdecydowania. Odpowiadam: „II Duce i ja podbijamy dziś Serbię", a ona wybucha śmiechem i wszystko jest na powrót jasne. Odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem, jej białe zęby błyszczą i wie, że jest piękna i że ja też tak uważam. Przypominają mi się połyskujące domy na odległym wzgórzu w Candii. Pelagia jest zadowolona, dumna i powściągliwa, wszystko zatoczyło krąg i powróciło do punktu wyjścia. Pelagia wróciła do G-dur. Stwierdzam, że ja także się śmieję; dzieli nas parę oktaw, śmiejemy się razem w swoich oktawach – mandola i mandolina – a w oddali jakieś działo ryczy do nie istniejących brytyjskich samolotów, rozlega się fałszywy terkot karabinów maszynowych i spójrzcie, oto nasz kocioł. Pelagia słyszy działa i marszczy czoło. Byliśmy szczęśliwi, siedząc na tym balkonie ocienionym bugenwillą odwiedzaną przez pszczoły, ale teraz jest wojna; wojna wróciła i Pelagia ściąga brwi i marszczy czoło. Chcę powiedzieć: „Przepraszam, Pelagio, to nie był mój pomysł, to nie ja zagarnąłem Jonie. Nie chciałem zabierać waszych kóz i palić waszych gajów oliwnych. Nie jestem urodzonym pasożytem". Nie mogę jednak nic takiego powiedzieć i Pelagia wie o tym. Rozumie, dlaczego nie mogę, lecz mimo to obwinia mnie o brak energii. Słyszała, jak mówiłem o nowym pax Romana, ustanowieniu na nowo antycznej władzy, która niegdyś przyniosła wszystkim ład i pokój, najdłuższy znany człowiekowi okres rozwoju cywilizacyjnego, i teraz boczy się na mnie.

[…]

W wiosce nie było nikogo, kto potrafił się oprzeć pokusie dołączenia do długiej procesji ciekawskich, która ciągnęła urwiskami na piaszczystą plażę. Gdy ujrzeli minę, pokazywali palcami i wołali: Tam, tam jest mina! I rzeczywiście, była tam, umiejscowiona w zwodniczo niewinny, naturalny wręcz sposób na samym skraju pawiego morza kula wysokości człowieka, no, może trochę szersza niż wyższa, nabita tępymi kolcami, upodobniającymi ją do nienaturalnie wielkiego kasztana lub ogromnego jeża morskiego, którego kolce wyszły przed chwilą spod maszynki wojskowego fryzjera. Zebrali się w sporej odległości od miny, a kapitan wraz z Carlem podeszli bliżej, żeby się jej dokładnie przyjrzeć. Jak myślisz, ile zawiera materiału wybuchowego? – zapytał Carlo. Bóg jeden wie – odparł kapitan. Dosyć, by wysadzić okręt wojenny. Będziemy musieli otoczyć ją kordonem i wysadzić. Nie mam pojęcia, jak zrobić to bezpiecznie.

[…]

Jeden z odłamków z suchym trzaskiem trafił w podeszwę jej buta, dokładnie odcinając ją od obcasa. Płonące pyłki rdzy osiadły na ubraniu dziewczyny, wypalając maleńkie jak ziarna pieprzu dziurki i zadając tortury ciału. Pelagia skręcała się z bólu ostrego jak użądlenia szerszeni i os, pełne piekącego jadu. W myślach miała próżnię rezygnacji, która w bezpośredniej bliskości śmierci ogarnia ludzi wyzbytych nadziei. Gdy minęła już cała wieczność, przedstawienie zakończyło się kojącym deszczem suchego piasku, który z łagodnym szmerem bezwładnie opadł wokół nich, tworząc symetryczne stożki na ich głowach, przyklejając się niczym lukier do nieregularnych bryzgów i pręg mokrego piachu, wkradając z wprawą spiskowca za kołnierze ubrań i w przyszwy butów. Piasek był ciepły i metafizycznie nieomal przyjemny w dotyku. Ludzie, drżący i słabi jak szczenięta, zaczęli chwiejnie stawać na nogi. Niektórzy upadali, gdy tylko się wyprostowali, a inni dlatego, że ktoś w pobliżu wyciągnął rękę, by się podeprzeć. Trwał kołowrót wstawania i przewracania się, festiwal chodzenia po omacku i błądzenia, karnawał zagadkowo osłabionych stawów kolanowych i niepokojąco bladych twarzy pokrytych strużkami zakrzepłego już lub ściekającego jeszcze piasku. Odbywało się pełne godności i namaszczenia przyczesywanie dziwacznie zmienionych fryzur i wygładzanie postrzępionych ubrań, nieziemski, styksowy taniec słaniających się ciał i pląs niewinnych, wytrzeszczonych oczu, osadzonych jak na ironię w twarzach minstreli ucharakteryzowanych na Murzynów. Uspokajająca piaskowa mżawka była bezlitosna; upudrowała ludzi, osiadła im na rzęsach i brwiach w postaci maleńkich żółtych okruchów, przywarła z nieustępliwą, elektrostatyczną siłą do włosów w nozdrzach, wkradła się w okropny sposób do ust, przedostała nieprzyzwoicie do bielizny, przerażając kobiety, przykleiła się z wdzięcznością do spoconych pach i przypadkowo odmłodziła starców, wypełniając bruzdy ich zmarszczek. […] Corellego nie sposób było dostrzec wśród mokrego piasku, ponieważ był nim zupełnie zasypany. Wybuch spowodował u niego wstrząs mózgu, a wstępujący prąd powietrza porwał go w górę, potem zaś cisnął w dół. Kapitan leżał teraz na plecach, pod warstwą piasku, idealnie wkomponowany w plażę. Gdy nieudolnie i bezskutecznie usiłował usiąść, bardzo przypominał jakiegoś filmowego potwora. Carlo roześmiał się głośno, ale w tej samej chwili jego wesołość stłumiła obawa, że człowiek, którego tak bardzo kocha, mógł doznać jakichś strasznych obrażeń. Nie przyszło mu do głowy nic innego niż wzięcie go na ręce i zaniesienie do morza, to zaś znowu przywróciło wspomnienie o tym, jak niósł Francesca z miejsca, gdzie jego ukochany upadł. Znowu też słyszał rycerskie wiwaty Greków. Obmył swego kapitana w falach i stwierdził, że jest on całkowicie zdezorientowany, ale najwyraźniej nie odniósł żadnych zewnętrznych obrażeń.

[…]

Zostali kochankami w staroświeckim znaczeniu tego słowa i kochali się w równie staroświecki sposób. W ich mniemaniu polegało to na całowaniu się w ciemności pod oliwką po godzinie policyjnej lub obserwowaniu delfinów ze skały przez lornetkę kapitana. Corelli za bardzo kochał Pelagię, by wystawiać jej szczęście na niebezpieczeństwo, ona zaś była zbyt rozsądna, by nie zważać na względy ostrożności. Wiele razy widziała cierpienia dziewczyn z nie uznanym przez ojca dzieckiem i wciąż stykała się z przypadkami posocznicy, z przewlekłym konaniem tych, które poddały się zabójczej skrobance szydełkami i drutami. Leczyła dziewczyny razem z ojcem, a potem odwiedzała z duchownymi, i wiedziała, że kapitan rozumie, iż nie sypiają ze sobą nie dlatego, że Pelagia tego nie pragnie, ale dlatego, że w rzeczywistości po prostu nie ma wyboru. Kradziony czas wykorzystywali do maksimum. Stało się to łatwiejsze, gdy Günter Weber załatwił Corellemu motocykl „wypożyczony" z Wehrmachtu w zamian za parmeńską szynkę, chianti i mozzarellę. Motor został oficjalnie skreślony z ewidencji po sfingowanym wypadku, a Weber po prostu oddał go do naprawy i dostarczył przyjacielowi.

[…]

[Doktor – przyp. aut.] Zostawił ją na podłodze i powrócił do pisania: Ponieważ wyspa jest prawdziwym klejnotem, już od czasów Odyseusza była zabawką w rękach ludzi wielkich, potężnych, bogatych i godnych nienawiści. Nie wdający się w filozoficzne rozważania Rzymianie, biegli jedynie w sztuce wysługiwania się niewolnikami i podboju militarnego, złupili miasto Sami i okrutnie potraktowali jego mieszkańców po czterech miesiącach ich heroicznego oporu. Rozpoczął się długi i godny ubolewania okres, w którym miasto było przekazywane z rąk do rąk jako dar, a jednocześnie padało ofiarą wielokrotnych najazdów korsarzy z licznych zakątków ogarniętego korupcją basenu Morza Śródziemnego. A zatem Kefalonia była wyspą wiecznie plądrowaną, wyspą, której sławny muzyk Melampos zdobył nagrodę za grę na kitarze na igrzyskach olimpijskich jeszcze w 582 roku p. n. e. Od czasów Rzymian jedyną nagrodą dla nas było przetrwanie.

[…]

Jestem lekarzem, ale także człowiekiem, który ma za sobą kawał życia i który je bacznie obserwował – rzekł. Miłość to rodzaj odurzenia o bardzo wyraźnych i często powtarzających się objawach. Rumienicie się w swojej obecności, oboje kręcicie się stale w miejscach, gdzie spodziewacie się natknąć na siebie, oboje trochę bełkoczecie, oboje śmiejecie się zbyt długo i z nie wyjaśnionych powodów, ty stajesz się obrzydliwie dziewczęca, a on absurdalnie szarmancki. Robicie się także trochę otępiali umysłowo. On dał ci różę parę dni temu, a ty sprasowałaś ją w mojej książce medycznej. Gdybyś nie była zakochana i pozostała ci odrobina rozsądku, włożyłabyś ją do jakiejś innej książki, z której nie korzystam na co dzień. Myślę, iż fakt, że ta róża znalazła się w części traktującej o erotomanii, jest również bardzo znamienny. Pelagia obawiała się rychłego rozwiania tysięcy pięknych marzeń. Przypomniała sobie poufną radę swojej ciotki: „Kobieta, żeby odnieść zwycięstwo, zmuszona jest płakać, zrzędzić albo się dąsać. Musi być gotowa czynić to przez lata, jest bowiem własnością mężczyzn ze swojej rodziny, a mężczyźni, niczym skały, ścierają się bardzo długo". Pelagia próbowała się rozpłakać, ale powstrzymał ją przed tym narastający paniczny strach. Wstała nagle i równie nagle usiadła z powrotem. Ujrzała otchłań otwierającą się u swych stóp i turecką armię w osobie ojca, gotującą się do zepchnięcia jej w przepaść. Wydawało się, że beznamiętna analiza uczuć Pelagii dokonana przez doktora przegnała już magię ze świata jej wyobraźni.

[…]

Ostatecznie nie należy wkładać psiego gówna do łoża Afrodyty. Mówił dalej: Musisz jednak pamiętać, że jesteś zaręczona z Mandrasem. Pamiętasz o tym, prawda? Formalnie rzecz biorąc, kapitan jest naszym wrogiem. Możesz sobie wyobrazić, jak inni ludzie będą się nad tobą pastwić, gdy dotrze do nich, że wyrzekasz się miłości greckiego patrioty na rzecz obcego najeźdźcy, ciemiężyciela? Nazwą cię kolaborantką, faszystowską dziwką, znajdą jeszcze tysiąc innych epitetów. Będą cię obrzucać kamieniami i opluwać, zdajesz sobie chyba z tego sprawę? Gdybyś chciała z nim zostać, musiałabyś przenieść się do Włoch, bo tutaj nie moglibyście bezpiecznie żyć. Jesteś gotowa opuścić tę wyspę i tych ludzi? Co wiesz o tamtejszym życiu? Sądzisz, że Włosi potrafią przyrządzić placek z mięsem i mają kościoły pod wezwaniem świętego Jerasimosa? Nie, nie mają. I jeszcze jedno. Miłość to chwilowe szaleństwo, wybucha jak wulkan, a potem ustaje. A gdy ustanie, musisz podjąć decyzję. Musisz ocenić, czy wasze korzenie splotły się tak mocno, że rozstanie byłoby rzeczą niemożliwą. Ponieważ tym właśnie jest miłość. Nie jest brakiem tchu, nie jest ekscytacją, nie jest wypowiadaniem obietnic wiecznej namiętności, nie jest pragnieniem cielesnego obcowania ze sobą co chwila, nie jest nocnym czuwaniem i wyobrażaniem sobie, że on całuje każde zagłębienie twego ciała. Nie, nie rumień się, przekazuję ci tylko parę prawd. Nie chodzi jedynie o bycie „zakochanym", co potrafi każdy głupiec. Sama miłość jest tym, co pozostaje, gdy wypali się miłosne uniesienie; to zarówno sztuka, jak i szczęśliwe zrządzenie losu. Ja i twoja matka zaznaliśmy tego, mieliśmy korzenie, które rosły ku sobie pod ziemią, i gdy wszystkie piękne kwiaty opadły z naszych gałęzi, stwierdziliśmy, że jesteśmy już jednym drzewem. Ale czasami płatki opadają, a korzenie nie są ze sobą splecione. Wyobraź sobie, że porzucisz swój dom i swoją rodzinę po to tylko, by po sześciu miesiącach, roku bądź trzech latach odkryć, że drzewa waszej miłości nie mają korzeni i przewróciły się. Wyobraź sobie tę pustkę. Wyobraź sobie swoje uwięzienie. Mówię ci, że poślubienie kapitana jest niemożliwe dopóty, dopóki nasza ojczyzna nie zostanie wyzwolona. Grzech można wybaczyć jedynie wtedy, gdy grzesznik przestanie go popełniać; nie możemy sobie pozwolić na jego odpuszczenie w czasie, gdy wciąż jest popełniany. Dopuszczam taką możliwość, z radością wręcz bym na to przystał. Być może nie kochasz już Mandrasa. Być może należy zbilansować rachunek – miłość po jednej stronie, hańba po drugiej. Nikt nie wie, gdzie jest Mandras. Może nie ma go już wśród żywych. To jednak oznacza, że będziesz musiała powstrzymywać swą miłość, Pelagio, a wiesz równie dobrze jak ja, że powstrzymywana miłość wzmaga pożądanie. Nie, nie patrz na mnie w ten sposób. Nie jestem nieświadomy ani głupi i nie urodziłem się wczoraj.

[…]

Weber uśmiechał się. Słyniesz z obrony praw Greków. Czasem się zastanawiam, czy rozumiesz, po co tu jesteś. Nie po to, żeby być draniem – odparł Corelli. Mówiąc szczerze, nie jest mi z tym dobrze. Staram się myśleć o tym jak o wakacjach. Nie mam twoich zalet, Günterze. Zalet? Tak. Nie jestem zdania, że inne rasy są gorsze od mojej. Nie czuję, bym miał do tego prawo, to wszystko. To kwestia nauki – rzekł Weber. Nie można zmienić faktu naukowego. Corelli zmarszczył czoło. Nauka? Marksiści uważają się za uczonych i myślą coś wręcz odwrotnego. Nie obchodzi mnie nauka. Ona nie ma tu nic do rzeczy. To zasad moralnych nie można zmienić, a nie faktu naukowego. Nie zgadzamy się – odparł pojednawczo Weber. Jest dla mnie oczywiste, że etyka zmienia się z upływem czasu tak samo jak nauka. Etyka zmieniła się pod wpływem teorii Darwina. Masz rację, Günterze – wtrącił Carlo – ale nie wszystkim musi się to podobać. Mnie się to nie podoba, tak samo jak nie podoba się kapitanowi, i to wszystko. W nauce chodzi o fakty, a w etyce o wartości. Różnią się one od siebie i nie rosną razem. Nikt nie dojrzy wartości na szkiełku pod mikroskopem. Może to i prawda, że Żydzi są źli lub gorsi od nas,  nie wiem, bo skąd miałbym wiedzieć? Ale dlaczego ma to oznaczać, że powinniśmy ich traktować niesprawiedliwie? Nie pojmuję takiego rozumowania. Czy pamiętasz, Antonio – zapytał Weber, odchylając się w swoim krześle – jak wyciągnąłeś na mnie pistolet, gdy miałem zamiar zatłuc tę kunę, by odrzeć ją ze skóry? Nie zabiłem jej. W każdym razie nie wiedziałem, że to wasze ulubione zwierzę. Nie byłem w stanie dyskutować z pistoletem. To właśnie jest nowa moralność. Siła nie potrzebuje usprawiedliwień i nie musi przedstawiać racji. Jak już mówiłem, to właśnie jest darwinizm.

[…]

Kapitan odwinął splątany przy kołkach strojących drut i odparł: Z całym szacunkiem, ale nie o to chodzi. To sprawa bardziej osobista. Pozwoli pan, że się panu zwierzę, dottore. Pelagia powiedziała mi, że ja i pan jesteśmy bardzo do siebie podobni. Moją obsesją jest muzyka, pańską zaś – medycyna. Obaj jesteśmy ludźmi, którzy postawili przed sobą konkretny cel i żaden z nas nie dba o to, co inni mogą o nas myśleć. Pelagia mogła mnie pokochać tylko dlatego, że najpierw nauczyła się kochać innego mężczyznę, do którego ja jestem podobny. I ten mężczyzna to właśnie pan. Tak więc narodowość jest tu rzeczą drugorzędną. Doktor był tak wzruszony tą hipotezą, że aż go coś ścisnęło w gardle. Stłumił jednak emocje i rzekł: Nie rozumiesz nas. Oczywiście, że rozumiem. Doktor Janis zirytował się trochę. Ależ skąd – odparł nieco porywczo. Myślisz, że dostaniesz miłą i uległą dziewczynę i że wszystkie wasze ścieżki będą usłane różami? Nie pamiętasz już, jak pytałeś, dlaczego Grecy uśmiechają się, gdy są rozgniewani? No cóż, pozwól, że ci coś powiem, młody człowieku. Każdy Grek, mężczyzna, kobieta i dziecko, ma w sobie dwóch Greków. Mamy nawet na to techniczne określenia. Są oni częścią nas, równie nieuchronną jak fakt, że wszyscy piszemy wiersze, oraz to, że każdy z nas uważa, iż wie wszystko, co warto wiedzieć. Wszyscy jesteśmy gościnni dla cudzoziemców, wszyscy za czymś tęsknimy, każda grecka matka traktuje swoich dorosłych synów jak niemowlęta, każdy grecki syn traktuje swoją matkę jak świętą i bije swoją żonę, nikt z nas nie lubi samotności, każdy próbuje dowiedzieć się od obcego, czy nie jest z nim spokrewniony, każdy stosuje wszystkie znane mu długie słowa najczęściej, jak to możliwe, każdy wychodzi wieczorem na spacer, żeby zaglądać do sąsiadów przez płot, każdy myśli, że dorównuje najlepszym. Rozumiesz?

[…]

Najpierw powiem ci o Hellenach. Hellen posiada cechę, którą zwiemy sofrosyne. Ten Grek unika przesady, zna swoje ograniczenia, tłumi w sobie przemoc, szuka harmonii i rozwija poczucie proporcji. Wierzy w rozum, jest duchowym spadkobiercą Platona i Pitagorasa. Ci Grecy nieufnie traktują własną wrodzoną impulsywność i zamiłowanie do zmian dla samych zmian i narzucają sobie dyscyplinę, żeby mimo woli nie stracić panowania nad sobą. Kochają wykształcenie dla samego wykształcenia, w ocenie innych nie biorą pod uwagę ich pozycji ani bogactwa, skrupulatnie przestrzegają prawa, wydaje im się, że Ateny to jedyne ważne miejsce na świecie, mierżą ich haniebne kompromisy; uważają oni w dodatku, że są uosobieniem europejskości. Źródłem tych cech jest krew naszych starożytnych przodków, która wciąż w nas płynie. Doktor przerwał, pyknął z fajki, po czym mówił dalej: Ale egzystując obok Hellenów, musimy również żyć z Romei. Chyba mogę zwrócić ci uwagę, kapitanie, że to słowo pierwotnie znaczyło „Rzymianie", i uosabiało te właśnie cechy, które nabyliśmy od twoich przodków – a podczas setek lat panowania nie dokonali oni żadnego postępu technologicznego i zniewolili całe narody, całkowicie lekceważąc wszelkie zasady moralne. To ludzie bardzo podobni do waszych faszystów, tak że z nimi powinieneś się czuć swobodnie, gdyby nie to, że – jak mi się zdaje – osobiście nie posiadasz żadnej z ich wad. Oni są improwizatorami, dążą do władzy i bogactwa, działają nieracjonalnie, ponieważ kierują się instynktem i intuicją, tak że wszystko partaczą. Nie płacą podatków i przestrzegają prawa tylko wtedy, gdy nie ma innej możliwości, wykształcenie postrzegają jako sposób wysuwania się na czoło, zawsze poświęcą ideał dla własnego interesu. Lubią się też upijać, tańczyć i śpiewać, i tłuc sobie butelki na głowach. Mają w sobie nikczemną złośliwość i brutalność, które mogę ci unaocznić, tylko odwołując się do gazowania przez was tubylców w Etiopii i waszych bombardowań szpitali polowych Czerwonego Krzyża. Jedynym punktem styczności między tymi dwiema stronami Greka jest miejsce opatrzone etykietą „patriotyzm". Zarówno Romei, jak i Helleni z radością zginą za Grecję, ale Helleni będą walczyli mądrze i po ludzku, a tamci uciekną się do każdego podstępu i barbarzyństwa i w beztroski sposób niepotrzebnie poświęcą życie swoich żołnierzy, tak jak robi to wasz Mussolini. W gruncie rzeczy swą chwałę mierzą liczbą ludzi posłanych na śmierć, a bezkrwawe zwycięstwo jest dla nich zwykłym rozczarowaniem.

[…]

Tej nocy włoskie okręty wojenne w portach Kefalonii podniosły kotwice i uciekły w kierunku Włoch. Były wśród nich trałowce, kutry torpedowe i jeden pancernik. Ich dowódcy nie uprzedzili o tym nikogo i nie zabrali ze sobą ani jednego Włocha z wyspy. Ani jednego żołnierza, ani jednej bezradnej wojskowej dziwki. Zabrali ze sobą potężną siłę ognia okrętowych dział i pozostawili jedynie wilgotny siarkowy smród tchórzostwa i palonego węgla. Niemieccy żołnierze uśmiechali się drwiąco, a ludzie Corellego węszyli zdradę. Kapitan czekał przy telefonie na rozkazy, a gdy żadne nie nadeszły, zasnął na swoim krześle, postawiwszy podwójne warty przy działach baterii. Śnił o Pelagii i szalonym kaznodziei, który twierdził, że wszyscy zostaną wtrąceni w ogień. W czasie gdy spał, radio nadawało apele aliantów o podjęcie walki z Niemcami. Zadzwonił telefon i ktoś z kwatery generała powiedział kapitanowi, by nie atakował i zachował spokój. Oszalał pan? – zawołał Corelli, ale na linii zapadła głucha cisza. Porucznik Günter również drzemał z przerwami na swoim krześle w oczekiwaniu na rozkazy. Czuł niezmierne zmęczenie i stracił całą śmiałość. Tęsknił za swoimi przyjaciółmi, a co gorsza, brakowało mu pewności, którą dawały minione sukcesy. Rasa panów przegrywała we Włoszech i Jugosławii, rosyjski front załamywał się, Hamburg został zniszczony. Weber nie czuł się już dumny i niezwyciężony; czuł się gorszy i upokorzony, tak obrzydliwie nabrany i zdradzony, że gdyby był kobietą, rozpłakałby się. Myślał o motcie swojego pułku, „Bóg z nami", i zastanawiał się, czy rzeczywiście tylko Włosi zdradzili. W każdym razie wszystkie rachuby brały w łeb; cała włoska dywizja miała przeciwko sobie jedynie trzy tysiące żołnierzy 996. batalionu grenadierów i nawet z boską pomocą nie miał szans. Próbował się modlić, ale czuł w ustach gorycz słów luterańskiej wiary.

[…]

Myślał o powrocie do Włoch, o ratowaniu własnej skóry, o Pelagii. Prawdę powiedziawszy, nie miał domu i właśnie dlatego nigdy o nim nie mówił. Duce zmusił jego rodzinę, by przeniosła się do Libii w ramach programu kolonizacji i tam zginęła z rąk rebeliantów, w czasie gdy on leczył się w szpitalu z czerwonki. Który z domów jego krewnych, gdzie mieszkał, był jego domem? Nie miał rodziny poza swoimi żołnierzami i mandoliną, a sercem pozostawał tutaj, w Grecji. Czy zniósł tyle cierpienia, tyle samotności, czy w końcu znalazł swoje miejsce po to tylko, by mu je zabrano? Próbował sobie przypomnieć rodziców. Ich obraz był tak blady i niewyraźny, tak mglisty jak wyobrażenie ducha. Przypomniał sobie przyjaznego młodziutkiego Araba, z którym nie pozwalali mu się bawić rodzice. Rzucał razem z nim kamieniami w ustawione rzędem butelki i stale wracał z tych zabaw do domu z udarem słonecznym i biegunką. Zabroniono mu jeść owoce granatu, żeby przypadkiem nie zaraził się żółtaczką. Świadomość, że zapamiętał tak wiele, a zarazem tak mało, była bardzo gorzka i po raz pierwszy zaczął tęsknić za Pelagią w taki sposób, jakby należała już do przeszłości. Przypomniała mu się opowieść doktora o Lotofagach, wędrowcach, którzy kiedyś zjedli owoce lotosu i wyzbyli się tęsknoty za domem. Był jednym z nich. Myślał o umieraniu i zastanawiał się, jak długo Pelagia będzie po nim płakała. Zeszpecenie jej pięknej twarzy łzami wydawało się rzeczą bezwstydną; żałosne było już samo wyobrażanie sobie tego. Pragnął dodać jej otuchy zza grobu, mimo że jeszcze żył. Gdy w końcu wrócił do koszar, stwierdził, że żołnierze jego baterii podnieśli bunt. Z Supergreccii nadszedł rozkaz poddania się nazistom nazajutrz rano.

[…]

Na Kefalonii Niemcy mieli teraz dwa tygodnie wytchnienia, w ciągu których mogli się przygotować oraz ściągnąć posiłki i dodatkowe uzbrojenie, podczas gdy zdezorientowani Włosi z braku jakiegokolwiek dowództwa działali (lub nie) zgodnie z inicjatywą poszczególnych oficerów. Niektórzy, jak Appollonio i Corelli, przygotowali swoich żołnierzy na wszystko, lecz inni, upojeni i zaślepieni perspektywą powrotu do domu, pogrążyli się w samobójczym letargu, przyprawiającym podwładnych o gniew i przerażenie; ci przewidywali, że zostaną przewiezieni do obozów pracy w wagonach dla bydła bez światła, urządzeń sanitarnych i żywności – czyż wszystkim nie było wiadomo, że Grekom przytrafia się to od miesięcy? – przewidywali również masakry. Jedni wpadali w fatalistyczne przygnębienie, drudzy z determinacją zaciskali zęby i tak mocno chwytali za kolby karabinów, że aż bielały im palce. Grecy, a wśród nich Pelagia i doktor Janis, patrzyli na siebie niespokojnie, z sercami wzburzonymi przez złowróżbne znaki. Żałosne dziwki z wojskowego burdelu zapominały o makijażu i snuły się bezradnie z pokoju do pokoju w szlafrokach niczym smutne, nieprzytomne cienie, odsuwając żaluzje, wyglądając za okno, znowu je zasuwając i przyciskając dłonie do kołaczących w piersiach serc.

[…]

Rankiem dwudziestego drugiego września, po trzech nieprzespanych nocach, kapitan Antonio Corelli z 33. pułku artylerii, wiedząc, że nad kwaterą główną w Argostoli ma zawisnąć biała flaga, wsiadł na swój motocykl i popędził w kierunku domu doktora. Wtedy właśnie z rozpalonym wzrokiem rzucił się Pelagii w objęcia, wsparł czoło na jej ramieniu i powiedział: Siamo perduti [z wł. – Jesteśmy zgubieni – przyp. tłum.] Skończyła się nam amunicja, a Brytyjczycy zdradzili nas. Błagała, by został, żeby ukrył się w domu, w jamie pod podłogą, razem ze swoją mandoliną i zapiskami Carla, ale on ujął jej twarz w dłonie, pocałował ją, zbyt zmęczony i zrezygnowany, by ronić łzy, a potem kołysał dziewczynę w ramionach, ściskając tak mocno, że myślała, iż popękają jej żebra. Znowu ją pocałował i rzekł: Koricimu, już więcej cię nie zobaczę. Ta wojna była haniebna, ale muszę zostać z moimi chłopcami. Zwiesił głowę. Koricimu, nie wyjdę z tego żywy. Ukłoń się ode mnie ojcu. Dziękuję Bogu, że żyłem dostatecznie długo, by cię kochać.

[…]

Carlo utkwił w nim oczy pełne niezmiernego smutku i bardzo cicho zanucił „Ave Maria". Nie była to ani wersja Schuberta, ani Gounoda, lecz coś, co sączyło się z jego duszy, i jego pieśń była piękna dzięki swej łagodności i liryzmowi. Żołnierze przestali się modlić i słuchali. Jedni rozpoznali w niej nuty kołysanki zapamiętanej z dzieciństwa, drudzy usłyszeli urywki piosenki miłosnej. Carlo powtórzył dwa razy: „Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej", a potem umilkł i otarł oczy rękawem. Jeden z tenorów La Scali zaintonował „Nucący chór" z „Madame Butterfly" i już po chwili dołączyli do niego inni, w miarę jak pozwalały im na to łamiące się głosy. W tej melodii było coś kojącego i bardzo na miejscu; pasowała jakoś do tych wyczerpanych, brudnych i obszarpanych mężczyzn, stojących u progu śmierci, zbyt przytłoczonych niedolą, by patrzeć na ukochane twarze towarzyszy, których niebawem mieli utracić. Łatwo było nucić, myśląc o matkach, wioskach, dzieciństwie spędzonym pośród winnic i pól, o objęciach ojców, pierwszym pocałunku adorowanej dziewczyny, weselu siostry. Łatwo było niemal niedostrzegalnie kołysać się w takt melodii i dumać o tej wyspie, miejscu tylu pijanych nocy, hałaśliwych meczów i pięknych dziewczyn. Łatwiej było nucić niż rozmyślać o śmierci; serce miało dzięki temu jakieś zajęcie. Gdy ciężarówka zbliżyła się do różowych murów burdelu, pod Günterem Weberem ugięły się nogi. Tuż przed jej przyjazdem zrozumiał chyba, że los wezwał go do zabicia przyjaciół.

[…]

Los wyznaczył im piękny dzień na umieranie. Kilka miękkich, wygiętych w łuk chmur spoczywało bezczynnie na szczycie Enos. Nieopodal zadźwięczał pasterski dzwonek i rozległo się beczenie stada kóz. Antonio uświadomił sobie, że drżą mu nogi, i nie mógł w żaden sposób temu zapobiec. Pomyślał o Pelagii, o jej ciemnych oczach, porywczości, czarnych włosach. Myślał o niej, stojącej w drzwiach Casa Nostra, śmiejącej się, gdy ją fotografował. Seria obrazów: Pelagia czesząca Psipsinę i mówiąca do niej piskliwie, głosem imitującym głos zwierząt; Pelagia szatkująca cebulę, ocierająca łzy z oczu i uśmiechnięta; Pelagia bijąca go, gdy ukradziono koziołka (uświadomił sobie, że wbrew obietnicy nigdy nie dał jej następnego – może więc powinien poprosić o odroczenie egzekucji?); Pelagia zachwycona, gdy po raz pierwszy zagrał „Marsz Pelagii"; Pelagia całująca Güntera Webera w policzek za obietnicę ofiarowania gramofonu; Pelagia szydełkująca narzutę, która w rzeczywistości kurczyła się z każdym dniem szydełkowania; Pelagia zażenowana asymetrią haftu na kamizelce; Pelagia krzycząca mu do ucha, gdy w motocyklu wysiadły hamulce i pędzili po zboczu góry; Pelagia pod rękę z ojcem, wracająca znad morza. Pelagia, taka krągła i tryskająca zdrowiem, a teraz tak blada i wychudzona. Do porucznika podszedł sierżant. Był on Chorwatem, jednym z tych zbirowatych fanatyków, bardziej narodowosocjalistycznych niż sam Goebbels, za to obdarzonych znacznie mniejszym urokiem osobistym. Weber nigdy nie zrozumiał, jak taki człowiek mógł trafić do grenadierów. Panie poruczniku, niedługo przyjadą następni. Nie możemy dłużej zwlekać.

[…]

Corelli leżał pod zwłokami przyjaciela przez wiele godzin, ich krew mieszała się w ziemi, na ich mundurach i ciałach. Dopiero wieczorem Welisarios natknął się na tę splątaną stertę żałosnych szczątków i rozpoznał mężczyznę wielkiego jak on, który kiedyś wyciągnął rękę ponad barierą wrogości i zaproponował mu papierosa. Spojrzał w nieprzytomne, wytrzeszczone oczy, wzdrygnął się na widok roztrzaskanej i przesuniętej szczęki i sięgnął, by zamknąć mu powieki. Nie zdołał. Pozostawienie takiego człowieka na pastwę much i ptaków wydało mu się nieprzyzwoitością. Uklęknął więc i wsunął ręce pod masywny tors i przypominające kształtem pnie drzewa nogi. Z ogromnym trudem podniósł Carla, omal nie przewróciwszy się z wysiłku, i spojrzał w dół. Spostrzegł szalonego kapitana, który mieszkał w domu doktora, tego, o którego starannie skrywanej miłości do Pelagii wiedzieli i dyskutowali wszyscy na wyspie. Jego oczy nie były nieprzytomne i zamrugały. Wargi poruszyły się, mówiąc: Aiutarmi [z wł. – Pomóż mi – przyp. tłum.] Welisarios oparł ciało Carla o różową, pokrytą dziobami od kul ścianę, i wrócił, by klęknąć obok kapitana. Patrzył na okropne rany Włocha, ciemną, czerniejącą już kałużę krwi, i zastanawiał się, czy nie przysłużyłby mu się lepiej, po prostu dobijając go. Jatros – rzekł umierający mężczyzna. Pelagia. Siłacz ostrożnie podniósł kapitana, poczuł, jaki jest lekki, i ruszył przez kamieniste pola, by uratować mu życie.

[…]

„Trup" otworzył oczy, na jego ustach pojawił się uśmiech. Kalimera, koricimu – powiedział. Pelagia poznała ten głos. Jest wieczór – odparła w idiotyczny sposób z braku innych słów, które nie byłyby banalne. W takim razie kalispera – wymamrotał i zamknął powieki. Pelagia spojrzała na Welisariosa okrągłymi z rozpaczy oczyma i powiedziała: Welisarios, nigdy nie dokonałeś równie wspaniałej rzeczy. Pójdę po ojca. Zostań z nim. Wtedy po raz pierwszy kobieta weszła do kafenijonu. Nie był on już tym miejscem co niegdyś, ale dla mężczyzn pozostał świętym przybytkiem, i gdy Pelagia wpadła do środka i otworzyła drzwi wielkiej spiżarni, w której wszyscy mężczyźni słuchali BBC (o tym, że cała włoska dywizja „Venezia" przyłączyła się do partyzantów Tity), eksplodowali wręcz dezaprobatą. Wewnątrz kłębiła się chmura papierosowego dymu; Pelagia zastała w ciasnym pomieszczeniu ojca i czterech mężczyzn – wszyscy zerwali się na równe nogi, spoglądając na nią ze zgorszeniem graniczącym z nienawiścią. Kokolios ryknął na nią, ale Pelagia chwyciła ojca za rękę i wywlokła protestującego ze spiżarni.

[…]

Zbliżyła się do twarzy kapitana i oczyściła bruzdę po kuli. Zastanawiała się, czy pozwolić, by zagoiła się sama, czy ją zaszyć. To zależy od tego, czy chcesz, by się krzywo uśmiechał, czy nie – odparł doktor, przygotowując następny zastrzyk morfiny. Masz wybór między krzywym uśmiechem a szeroką blizną. Każde z nich może być urocze, prawda? Blizna wyglądałaby romantycznie – zauważyła Pelagia. Te blizny – rzekł doktor, wskazując skalpelem na pierś Corellego – będą wyglądały okropnie. O ile przeżyje. Tej nocy Welisarios pochował zwłoki Carla Guercio na podwórku domu doktora. Idąc przez pola i przełażąc z wysiłkiem przez kamienne mury w towarzystwie kleistego zapachu śmierci, ze śliskimi rękami, czuł się niczym Atlas obarczony ciężarem świata. Szybko stwierdził, że ładunek jest zbyt ciężki, by nieść go na rękach, tak jak wcześniej niósł kapitana, i w końcu szedł chwiejnie z ogromnym ciężarem na grzbiecie, jakby niósł wielki wór pszenicy. W ciemnościach obwiązał pogruchotaną szczękę Carla kawałkiem prześcieradła, a potem kopał kilofem, przecinając korzenie oliwnego drzewa, odkrywając stare warstwy kamieni i węgli, wyrzucając skorupy garnków i pochodzące z zamierzchłych czasów łopatki owiec. Nie zdawał sobie z tego sprawy, lecz pochował Carla w ziemi z epoki Odyseusza, tak jakby od początku w niej właśnie było jego miejsce.

[…]

Po upływie bardzo krótkiego czasu Niemcy wzmocnili swoje pozycje i zaczęli się interesować szabrem. Doktor nie tylko musiał ukryć swoje kosztowności, co stało się udziałem wszystkich i nie było niczym dziwnym, ale stwierdził, że zawstydza go obecność włoskiego oficera, unieruchomionego w łóżku córki. Pelagia przygotowała więc pościel na dnie kryjówki pod podłogą kuchni i sprowadzili Welisariosa, bo ani doktor, ani ona nie mieli siły przenieść Antonia bez ryzyka kontuzji. Kapitan spotkał się tam ponownie ze swoją mandoliną, a zapiski Carla zostały chwilowo usunięte. Ze względu na zdrowie Corellego, jeżeli w pobliżu nie było niemieckich żołnierzy, klapa piwniczki pozostawała otwarta – podpierał ją kawałek kija od szczotki, który można było szybko usunąć kopnięciem, a potem z powrotem przykryć podłogę matą i ustawić w tym miejscu stół. Miał nadejść czas, gdy Antonio i Pelagia tkwili bezradnie w ciemnościach kryjówki, a Niemcy kradli rodzinną zastawę stołową, pobiwszy i znieważywszy doktora. Przez kilka dni po operacji Corelli spał, nieświadom niczego, ale gdy po raz pierwszy się ocknął, uczuł straszny ból i miał wrażenie, że kiszki mu się ruszają. Sam jednak nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Miał wrażenie, że przewalił się po nim tabun byków lub zmiażdżono go drzwiami, na których – niczym w średniowiecznej torturze – ustawiono stertę obciążników. Nie mogę oddychać – wyznał doktorowi. Gdybyś nie mógł oddychać, nie mógłbyś mówić. Powietrze przechodzi z płuc przez struny głosowe. Ból jest nie do zniesienia. Masz kilka połamanych żeber. Sam parę złamałem, żeby usunąć kule. Doktor umilkł i dodał: – Jestem ci winien przeprosiny. Przeprosiny? Użyłem części strun twojej mandoliny do połączenia kości. Nie było nic innego.

[…]

Gdy tylko Corelli tył w stanie chodzić, ciemną nocą wyruszył w towarzystwie doktora i Welisariosa do Cosa Nostra. Pelagia została w domu w kryjówce, do której na powrót trafiły mandolina, „Historia" doktora i zapiski Carla. Dopóki na wyspie przebywali niemieccy gwałciciele, prawie nie opuszczała domu i w jamie pod podłogą snuła wspomnienia, szydełkowała i pruła swą narzutę i myślała o Antoniu. Dał jej swój, zbyt duży na jej palec sygnet, który obracała teraz w świetle lampy, patrząc na półsokoła wzlatującego z gałązką oliwną w dziobie i widniejące poniżej słowa semper fidelis – zawsze wierny. W głębi duszy obawiała się, że wróciwszy do domu, Antonio przestanie o niej myśleć, że te słowa odnoszą się tylko do niej, że zostanie tu już na zawsze, wierna i zapomniana, czekając niczym Penelopa na człowieka, który w końcu nigdy nie przybył. Ale Antonio mówił – co innego. Przychodził często po zmroku, narzekając, że w ich schronieniu jest zimno i wieje, i snuł jeżące włosy na głowie opowieści o tym, jak ledwie uniknął schwytania, z których tylko część była prawdziwa. Jego broda drapała Pelagię w policzki, gdy wtuleni w siebie leżeli w ubraniach na jej łóżku, rozmawiając o przyszłości i przeszłości. Już zawsze będę nienawidziła Niemców – wyznała. Günter uratował mi życie. Wymordował wszystkich twoich przyjaciół. Nie miał wyboru Nie zdziwiłbym się, gdyby zastrzelił się potem. Próbował powstrzymać łzy.

[…]

Nie możesz sądzić tylko po mundurach. Naziści wcielali do wojska żołnierzy ze Śląska i Pomorza, werbowali ich na Ukrainie, Łotwie, Litwie oraz w Czechosłowacji, Chorwacji, Słowenii i Rumunii, gdzie tylko chcesz. Nie wiesz o tym, ale na kontynencie mają w swoich szeregach Greków, którzy tworzą tak zwane Bataliony Bezpieczeństwa. To nieprawda! A jednak. Przykro mi, ale tak jest. Każdy naród ma swoją porcję kanalii. Wszystkich tych zbirów i zera, którzy chcą czuć się lepsi. Dokładnie to samo zdarzyło się we Włoszech, wszyscy oni przyłączyli się do faszystów, by sprawdzić, czego mogą się dochrapać. Wszyscy synowie urzędników i wieśniaków, którzy chcieli być czymś. Same ambicje i żadnych ideałów. Nie rozumiesz, jak wielki jest urok armii? Jeśli potrzebujesz dziewczyny, to ją zgwałć. Jeśli potrzebujesz zegarka, weź go sobie. Jeżeli jesteś w podłym nastroju, zabij kogoś. Czujesz się lepiej, czujesz się silny. Dobrze jest należeć do grona wybranych, możesz robić, co chcesz, i wszystko usprawiedliwić, głosząc, że takie jest prawo natury lub wola Boga. Mamy takie porzekadło: „Daj wieśniakowi odwagę, a skoczy ci do łóżka". Podoba mi się to drugie, które mi cytowałaś. „Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka"? Co ono ma z tym wspólnego? Nie, nie to. „Kto w ul dmuchnie, temu gęba spuchnie".

[…]

Corelli nie wrócił przed świtem do Casa Nostra, lecz za zgodą doktora został z Pelagią w domu. Ten dzień tak nagle okazał się ich ostatnim spędzonym razem, że przystanie na ryzyko wydawało się rzeczą humanitarną, a zresztą w ubraniu wieśniaka i ze wspaniałą brodą, która jeszcze nie przesłoniła sinej blizny na policzku, Corelli wyglądał jak prawdziwy Grek. W dodatku teraz mówił po grecku na tyle dobrze, by zwieść Niemców, którzy w ogóle nie znali tego języka. Uderzał nawet, w typowy dla Greków sposób, palcami w grzbiet ręki, by podkreślić czyjąś głupotę, oraz odrzucał głowę do tyłu i cmokał na znak odmowy. Od czasu do czasu śnił w grece, co ogromnie przeszkadzało śpiącemu umysłowi, gdyż siłą rzeczy zwalniało tempo narracji w snach. Kapitan zauważył też, że mówienie po grecku zmienia jego osobowość. Czuł się wtedy człowiekiem bardziej gwałtownym i – z jakiegoś niezwykłego powodu, który nie miał nic wspólnego z jego brodą – bardziej owłosionym.

[…]

W „Odysei" Achilles mówi coś takiego: „Ześlij mnie znowu na ziemię, bo wolałbym być niewolnikiem w domu człowieka bez ziemi niż królem tych wszystkich, którzy stracili życie", i ma rację – oświadczył doktor. Gdy umierają nasi ukochani, musimy żyć w ich imieniu. Oglądać wszystko ich oczyma. Pamiętać, jak się wyrażali, i samemu używać tych słów. Być wdzięczni, że możemy czynić to, czego oni uczynić nie mogą, i czuć smutek z tego powodu. Tak właśnie żyję bez matki Pelagii. Nie interesuję się kwiatami, ale dla niej spoglądam na posłonka pospolitego lub lilię. Dla niej jem oberżyny, ponieważ przepadała za nimi. Dla swoich chłopców powinieneś muzykować – i radować się, czyniąc to dla nich. A zresztą – dodał – może nie przeżyjesz podróży na Sycylię.

[…]

A ja przepraszam, jatre, za pogwałcenie neutralności wyspy. Nie przypuszczam, by kiedykolwiek nam to wybaczono. Wybaczyliśmy Brytyjczykom i Wenecji. Chyba nie wybaczymy Niemcom. Nie wiem. W każdym razie obecność barbarzyńców zawsze była nam na rękę, bo mieliśmy kogo winić za nasze klęski i katastrofy. Łatwo nam będzie wam wybaczyć, ponieważ wszyscy jesteście martwi. Tatusiu – znowu zaprotestowała Pelagia. Nie mów tak. Czy trzeba nam o tym przypominać, gdy Carlo spoczywa na naszym podwórku? To prawda. Tylko żywi potrzebują przebaczenia i, jak wiesz, kapitanie, musiałem ci wybaczyć, bo inaczej nie pozwoliłbym ci poślubić mojej córki.

[…]

Corelli podszedł do linii wody i ujrzał unoszące się i opadające czarne fale; zastanawiał się, czy i jak wyjdzie z tego cało. Wspominał inne plaże, widząc chłopców z La Scali śpiewających i popijających, w czasie gdy nagie prostytutki pluskały się na mieliznach morza tak spokojnego i przejrzystego, jakby było jeziorem w Arkadii. Oczyma duszy oglądał niesamowity turkus zatoki Kiriaki widzianej latem z góry, w drodze powrotnej z Assos, i piękno tego wspomnienia spotęgowało poczucie straty. Przypomniał sobie to, co doktor mówił mu o ksenitia, strasznej, nostalgicznej miłości do ziemi ojczystej, na którą cierpią Grecy na wygnaniu, i poczuł, jak obraca się ona w jego piersi niczym bagnet. Teraz miał swoją wioskę, swą własną patrida [z gr. – ojczyzna – przyp. aut.] i nawet jego myśli i mowa się zmieniły. Wrzucił do morza czarny kamień, by zaczarować szczęście, i wrócił do Pelagii. W ciemności ujął jej twarz w dłonie, a potem przytulił dziewczynę. Jej włosy nadal pachniały rozmarynem; wciągnął tę woń tak głęboko, że zabolały go zrastające się żebra. Zimne świeże powietrze wzmocniło aromat i Antonio zrozumiał, że rozmaryn już nigdy nie będzie miał woni równie przejmującej i doskonałej. Odtąd będzie pachniał wygasłym światłem i pyłem.

[…]

Na temat niemieckiej okupacji niewiele można powiedzieć poza tym, że sprawiła, iż mieszkańcy wyspy nieomal pokochali Włochów, których stracili. Rzadko się zdarza, by ludzie potrafili się zmusić do obdarzenia miłością swoich ciemięzców, lecz od czasów imperium rzymskiego nie rządzono tu w inny sposób. Teraz nie było już Włochów pracujących wśród winorośli u boku miejscowych wieśniaków, żeby uciec od nudy garnizonowego życia, nie było meczów między drużynami, których gracze kłócili się, oszukiwali i rzucali z pięściami na sędziego, skończyło się flirtowanie miejscowych dziewczyn z nie ogolonymi bombardierami w czapkach na bakier, z połówkami papierosa tlącymi się w kącikach ust. Nie było już tenorowych głosów posyłających fragmenty neapolitańskich pieśni i sentymentalnych arii przez górskie lasy piniowe. Nie było nieudolnych żandarmów, powodujących korki w centrum Argostoli wymachiwaniem ramion i piskliwym gwizdaniem na wszystkich naraz, nie było niepunktualnego hydroplanu, z furkotem odbywającego leniwy i niezdecydowany rekonesans po wyspie, nie było gorszących wojskowych kurew, z umalowanymi wargami i parasolkami, kąpiących się nago w morzu i obwożonych furmanką przez zamroczonego starego Greka. Nie wiadomo, co się stało z tymi dziewczynami; przypuszczalnie zostały wysłane do niewolniczej pracy do jakiegoś nieznanego obozu w Europie Wschodniej, możliwe też, że zostały zgwałcone i zabite, znajdując grób wśród mężczyzn, z którymi kochały się z obowiązku, lub na biblijnych stosach, co zasnuwały niebo czarnym dymem, pozostawiając w wypalonej ogromnymi kręgami murawie ich prochy zmieszane z prochami żołnierzy, i drażniąc nozdrza odorem nafty i zwęglających się kości. Adriana, La Triestina, Madama Nina – wszystkie przepadły bez śladu.

[…]

Odeszli czarujący złodzieje kur, komiczni indywidualiści i piosenkarze, i rozpoczęło się interregnum, które doktor nazwał w swej „Historii" czasami najstraszniejszymi w dziejach. Wyspiarze pamiętają, że Niemcy zachowywali się jak zwierzęta. Byli automatami bez zasad, maszynami doskonale wyspecjalizowanymi w sztuce brutalnych grabieży, wyzbytymi wszelkich uczuć z wyjątkiem umiłowania siły i nie wierzącymi w nic prócz naturalnego prawa do zdeptania przedstawicieli gorszych ras. Włosi byli wprawdzie złodziejami, ale ich nocne wypady, ich zabiegi, by uniknąć schwytania, ich wstyd, gdy łapano ich na gorącym uczynku, świadczyły o tym, że wiedzieli, iż to, co robią, jest złem. Niemcy wchodzili do domów o dowolnej porze dnia, kopnięciami przewracali meble, bili mieszkańców bez względu na ich wiek i stan zdrowia i na ich oczach wynosili, co tylko im się spodobało. Ozdoby, pierścionki przekazywane w rodzinie od pokoleń, lampy oliwne, piecyki na benzol, marynarskie pamiątki ze Wschodu – wszystko to przepadło bez śladu. Upokarzanie negroidów o tak nędznej kulturze było rzeczą zabawną i pożyteczną. Niemcy beztrosko pozwalali ludziom głodować i unosili kciuki, gdy trumny z Grekami mijały ich w drodze na cmentarz.

[…]

W noc poprzedzającą ewakuację Günter Weber, który od czasu masakry wstydliwie trzymał się z dala od domu doktora, przywiózł swój gramofon i kolekcję nagrań Marleny Dietrich i zostawił je przed drzwiami, tak jak obiecał w pomyślniej szych czasach. Pod wiekiem zostawił kopertę, i gdy Pelagia ją otworzyła, znalazła zdjęcie przedstawiające Antonia Corellego i porucznika na plaży, splecionych ramionami. Corelli był w damskim czepku ze sztucznymi owocami i różami z postrzępionego papieru i wymachiwał do aparatu butelką wina, Günter zaś miał na głowie włoską czapkę z daszkiem z przodu i z tyłu włożoną na bakier. Oczy mieli na wpół przymknięte i najwyraźniej obaj byli pijani. Pelagia z trudem rozpoznała postać nagiej kobiety, brodzącej w wodzie przy brzegu, w oficerskiej czapce niemieckiego grenadiera na głowie. Ręce rozpostarła w geście zachwytu, a słońce rozświetliło łuk wody, którą rozpyliła w powietrzu stopą. Nie wiedzieć czemu Pelagia nie była zaskoczona ani nie poczuła zazdrości na widok tej postaci; jej obecność wydawała się rzeczą właściwą, stosowną do rajskich znaków, które Corelli zwykł był wyczarowywać z powietrza.

[…]

Mandras zszedł nad brzeg morza. Stał na linii wody, przyglądając się pęcherzykom piany połyskującym i pękającym na jego butach. Włoskich butach, przypomniał sobie, od człowieka, który marnie skończył. Zrzucił je z nóg i obserwował, jak wpadają łukiem między fale. Sprawną ręką rozpiął guziki bryczesów, pozwolił, by opadły, i zsunął je z nóg. Ostrożnie zdjął kurtkę, uważając na zranione ramię. Ze zdumieniem przyglądał się, jak coraz większy krąg na jego koszuli nasiąka krwią wokół maleńkiej postrzępionej rany. Rozpiął koszulę i jej także pozwolił opaść na piasek. Mimo przejmującego zimna stał nago na wprost morza i wypatrywał mew na niebie. Poprowadziłyby go do ryb. Uświadomił sobie, że niczego nie pragnie tak bardzo, jak poczuć morze na swym ciele, piasek sunący po skórze, skurcz w pachwinach pod wpływem zimnych pieszczot słonej, jedwabistej wody. Czuł smaganie wiatru i rana sprawiała mu teraz mniejszy ból. Musiał się obmyć. Przypomniał sobie dni spędzone na łodzi, gdy nie miał nic do roboty poza łowieniem ryb i mrużeniem oczu przed światłem, przypomniał sobie swą triumfalną radość, gdy w cedzaku pojawiała się jakaś piękna sztuka dla Pelagii, przyjemność, jaką sprawiało mu jej zadowolenie z prezentu, pocałunki kradzione wieczorami, gdy grały świerszcze, a słońce opadało nagle na niebie nad Liksuri. Pamiętał, że był wtedy szczupły i piękny, że mięśnie rysowały się dumnie i wyraźnie na jego ciele i że istniały wówczas trzy dzikie i pełne życia stworzenia, które kochały go i ufały mu. Stworzenia obojętne w swej prostocie i gracji na sprawy posagów i kobiecej niestałości, obojętne na przekształcanie świata, stworzenia obdarzające go miłością, lecz nie komplikujące życia. Kosmas! Nionios! Kristal! – wykrzyknął Mandras i zaczął z wysiłkiem posuwać się w głąb morza. Rybacy, którzy znaleźli opasłe ciało, opowiadali, że gdy je zobaczyli, trzy delfiny na przemian pchały je w kierunku brzegu. Podobne opowieści krążyły jednak od czasów starożytnych i, prawdę mówiąc, nikt już nie wiedział, czy to tylko romantyczna metafora, czy też fakt.

[…]

Próbowała zainteresować go dalszą pracą nad „Historią", i gdy wyjęła zapiski z kryjówki i ułożyła przed nim na stole, wydawało się, że jest skłonny powrócić do pisania. Przeczytał je, ale pod koniec tygodnia Pelagia stwierdziła, że dodał tylko jeden krótki ustęp pismem, które z dawnego i pewnego przekształciło się w pajęczą gmatwaninę chwiejących się kresek i rozciągniętych pętli. Odcyfrowała ten fragment i przypomniała sobie to, co ojciec powiedział Antoniemu. U dołu ostatniej strony doktor napisał na ukos: W przeszłości mieliśmy barbarzyńców. Teraz możemy winić jedynie siebie. W piwniczce Pelagia odkryła na nowo karabin Mandrasa, mandolinę Antonia i zapiski Carla. Z treścią zapisków zaznajomiła się w ciągu jednego wieczora, poczynając od rozdzierającego serce proroczego listu pożegnalnego i czytając dalej o Albanii i śmierci Francesca. Nigdy nie przypuszczała, że ów męski i dobroduszny tytan tak bardzo cierpiał z powodu swej nieszczęsnej, skrywanej skłonności, która na zawsze zmieniła go w człowieka obcego samemu sobie, wysuszając źródła szczęścia. W końcu jednak zrozumiała, skąd naprawdę wzięły się jego hart ducha i poświęcenie i uzmysłowiła sobie, że najmniej oczywiste jest w człowieku to, co wydaje się niewątpliwe. Zrozumiała, że Carlo był równie zdecydowany stracić własne życie, jak uratować życie Corellego, i zdała sobie sprawę, że zagrożenie jej adoptowanego dziecka wzbudziłoby w niej samej równie niezachwianą odwagę.

[…]

Gdy Zeus zapragnął ustalić dokładne położenie pępka świata, wypuścił dwa orły z najdalszych jego kresów i obserwował, gdzie przetną się linie ich lotu. Nastąpiło to w Delfach – i w ten sposób Grecja stała się miejscem, które oddziela Wschód od Zachodu i Północ od Południa, miejscem spotkania wzajemnie wykluczających się kultur i skrzyżowaniem dróg przemarszu niesytych krwi armii z całego świata. Pelagia szczyciła się tym, że żyje w samym centrum, ale teraz, o ile coś takiego jest w ogóle możliwe, przestała być Greczynką. Widziała na własne oczy, z jaką pogardą traktowano Drosulę tylko dlatego, że owdowiała, a wdowieństwo oznaczało przejście w stan niebytu. Dzięki prawdziwie idealistycznym próbom leczenia chorych Pelagia zyskała sławę czarownicy, a co gorsza, barbarzyństwo wojny domowej na zawsze pozbawiło ją helleńskiej wiary, którą wpoił jej ojciec. Nie mogła już dłużej wierzyć, że jest dziedziczką najwspanialszej i najsubtelniejszej kultury w dziejach świata; starożytna Grecja mogła znajdować się w tym samym miejscu, co Grecja współczesna, ale nie była tym samym krajem i zamieszkiwali ją inni ludzie. Papandreu nie był Peryklesem, a królowi daleko do Konstantyna.

[…]

Jednakże obłudna ziemia Kefalonii bynajmniej nie spoczywała w bezruchu; była niczym pies, który zasnął na deszczu, a potem podnosi się, by strzasnąć z siebie krople. Podobno w zamierzchłych czasach wszystkie lądy tworzyły całość. Wydaje się, że kontynenty wyrażają tęsknotę za tym pierwotnym stanem, tak jak bywają ludzie, którzy twierdzą, że przynależą nie do swego narodu, lecz do świata, żądając paszportu międzynarodowego i prawa pobytu w dowolnie wybranym miejscu. Tak więc Indie, rozorywując Himalaje, prą na północ, zdecydowane nie być półwyspem, lecz obarczyć Azję wilgotnym brzemieniem swego tropikalnego pożądania. Półwysep Arabski przebiegle bierze rewanż na Turkach, opierając się niedbale na ich kraju w nadziei, że zepchnie go do Morza Czarnego. Afryka – zmęczona białymi, którzy uważają, że jest cuchnąca, niebezpieczna, niepoznawalna i niepraktyczna – napiera na północ z mocnym postanowieniem, że Europa choć raz spojrzy jej w twarz i jednak przyzna, iż cywilizacja europejska została poczęta w Egipcie. Tylko Ameryki uciekają na zachód, tak bardzo zdecydowane odizolować się i wywyższyć, że zapomniały, iż świat jest kulisty i że pewnego dnia z konieczności przywrą w złowieszczy sposób do Chin. Po fakcie wydawało się oczywiste, że od początku wszystko na to wskazywało, jednakże ostatni raz taki wypadek miał miejsce nie na Kefalonii, ale na Lefkadzie, na północ od niej, w 1948 roku, gdy Grecja była tak głęboko pogrążona w barbarzyństwie, że nikt nic nie zauważył; teraz znaki i zapowiedzi owego szczególnego poranka uznano za dziwne raczej niż złowróżbne.

[…]

Trzęsienie ziemi w jakiś niewytłumaczalny sposób rozjaśniło mu umysł, podobnie jak Drosulę uleczyło z reumatyzmu – jak gdyby jakaś lampa oświetliła jego zwierzęcą spostrzegawczość i instynktowny refleks. To właśnie Welisarios podjął się trudu wskrzeszenia wioski, a jego śladem poszli jej wdzięczni mieszkańcy. Z siłą zdającą się przewyższać siłę trzęsienia ziemi odrzucił belki i kamienie, które uwięziły skręcone ciało doktora, świadom, że gnijące zwłoki stwarzają groźbę chorób, potem zaś zgromadził zdezorientowanych i zrozpaczonych i zorganizował ich w małe brygady robocze, wyznaczone do rozmaitych prac. Sam zszedł do studni i zaczął usuwać wypełniający ją gruz, pracując tak zawzięcie, że wyczerpał dwie grupy pomocników, nie dając samemu sobie chwili wytchnienia. Tylko dzięki Welisariosowi nikt we wsi ani przez chwilę nie odczuwał pragnienia. Rozeszła się pogłoska, że wyspa pogrąża się w morzu i że rząd nakazał całej ludności uciekać na łodziach. Gdy naiwni i łatwowierni pobiegli do ruin swoich domów po wszystko, co tylko mogli uratować, Welisarios chodził od jednego do drugiego, odwołując się do ludzkiej zachłanności i zdrowego rozsądku: Zgłupieliście? To jakieś brednie rozgłaszane przez ludzi, którzy chcieliby sobie poszabrować. Chcecie wszystko stracić i wyjść na głupców? Jeżeli ktoś wyjedzie, to obiecuję, że będzie żałował. Kefalonia nie tonie, ona pływa. Nie bądźcie idiotami, bo tego właśnie się po was spodziewają.

[…]

Było to miejsce, w którym czułam się bezpieczna, moje jedyne schronienie, jądro moich wspomnień. W tym domu moja matka o błyszczących piwnych oczach trzymała mnie w ramionach i w tym domu umarła. A mój pogrążony w smutku ojciec zebrał całą swą miłość i obdarzył nią tylko mnie, wychował mnie i przyrządzał mi niesmaczne, typowo męskie posiłki, sadzał na kolanach i, opowiadając swoje historyjki, sprawiał, że nogi wrastały mi w ziemię. Rozmawiał ze mną z tak wielką miłością, pracował dla mnie, pozwolił mi być dzieckiem. Gdy byłam zmęczona, podnosił mnie do góry i zanosił do łóżka, gładził po włosach, a w ciemności słyszałam, jak mówi: „Koricimu, gdyby nie ty, gdyby nie ty... ", kręcąc głową, ponieważ brakło mu słów, jego serce było zbyt wielkie, by je utrzymać. Zamykałam oczy i zasypiałam, czując zapach leczniczych maści i tytoniu, a w moich snach nie było Turków ani strasznych potworów. Czasem tylko w nocy wydawało mi się, że widzę, jak moja matka wchodzi przez drzwi i się uśmiecha. Rano budził mnie, przynosił mi czekoladę i mówił: „Koricimu, wychodzę do kafenijonu. Pamiętaj, że masz wstać, zanim wrócę". Mówił tak nawet wtedy, gdy miałam już dwadzieścia lat. A ja leżałam radosna jak skowronek, rozmyślając o wszystkim, co mogę robić tego nowego dnia, i nasłuchiwałam jego kroków na płytach chodnika, i w ostatniej chwili wyskakiwałam z łóżka, a on wchodził do domu i mówił: „Mój mały leniuszku, tym razem omal cię nie przyłapałem", aż w końcu sama to mówiłam, a on wybuchał śmiechem i obiecywał: „Dobrze, dzisiaj opowiem ci wszystko o Pitagorasie, a wieczorem wybierzesz wiersz, który mi przeczytasz, a ja wybiorę wiersz, który przeczytam tobie, a potem wyjaśnię, dlaczego twój mi się nie spodobał, a ty możesz powiedzieć, dlaczego nie spodobał ci się mój, a potem możemy się rozzłościć i stoczyć bitwę". Ja zaś podskakiwałam do góry i proponowałam: „Bijmy się teraz, bijmy się teraz!", a on łaskotał mnie tak długo, aż mi się prawie robiło niedobrze ze śmiechu. Później sadzał mnie na krześle i czesał moje włosy, ciągnąc je o wiele za mocno i opowiadając przerażające historie o opatach z Krety, którzy woleli spalić się na śmierć ze swoimi mnichami niż poddać się Turkom. Opowiadał mi też o wyspach, które widział, na których kobiety miały po czterech mężów i wszyscy chodzili nago, oraz o krajach w Afryce, gdzie ludzie byli szersi niż wyżsi, i miejscach tak zimnych, że nawet morze zamarzało i wszystko było białe. Ale to już przeszłość. Przychodzę i siadam w ruinach mojego domu i widzę jedynie duchy. Teraz nie ma tu nic oprócz wyschniętej trawy, spękanych kamieni i rozdartego drzewa. Nie ma stołu, przy którym śpiewali chłopcy z La Scali, nie ma Psipsiny łapiącej myszy, koziołka, który beczał i budził mnie o świcie, nie ma Antonia uwodzącego mnie kwiatami i grą na mandolinie, nie ma tatusia, który wracał z kafenijonu i mówił: „Kokolios powiedział dziś coś zupełnie niedorzecznego... ".

[…]

Po roku zaczęła się odbudowa; zakończono ją po trzech latach. Stare i piękne miasta weneckie pojawiły się na nowo w postaci niczym się nie odznaczających skupisk bielonych wapnem, betonowych pudełek. Jedną wioskę odbudował jakiś emigrant-filantrop, który nie żałował swego bogactwa na bieżącą wodę, kanalizację, pokryte tłuczniem ulice i latarnie z kutego żelaza. Stała się ona równie urocza jak Fiskardo – jedyne miasto nie naruszone przez kataklizm. Wioska Pelagii została odbudowana niżej na zboczu wzgórza (bliżej nowej drogi, którą zbudowali pomysłowi francuscy inżynierowie), jej stary dom opuszczony, a jego skarby i pamiątki w kryjówce nieodwołalnie, jak się wtedy wydawało, pogrzebane. Ponieważ trzęsienie ziemi wywołane zostało wyłącznie falami ściskającymi, w ziemi otworzyło się bardzo niewiele szczelin. Jednak tuż po katastrofie jakiś włoski strażak odkrył jedną z nich. Przyjechał z Argostoli dżipem pożyczonym od pewnego Amerykanina i zatrzymał się przed opuszczonym, zrujnowanym domem Pelagii; oglądał go z przerażeniem, drżąc cały. Przeszedł przez podwórko obok rozdartej oliwki i zauważył, że pęknięcie w ziemi poszerzyło się. Spojrzał w dół i ujrzał ludzki szkielet z rozłupaną klatką piersiową, z pogruchotaną szczęką potężnej czaszki, rozchyloną jakby w pół słowa, i zaśniedziałymi srebrnymi monetami w oczodołach, nadającymi jej wyraz smutku, zdumienia i niemego wyrzutu.

[…]

Trzęsienie ziemi zmieniło życie ludzi na wyspie tak gruntownie, że po dziś dzień stanowi najważniejszy temat rozmów. Gdy rodziny gdzie indziej spierają się o to, czy socjalizm ma przyszłość, lub o to, czy zniesienie monarchii to dobry pomysł, Kefalończycy zastanawiają się, czy nastąpi kolejne trzęsienie i czy będzie równie groźne jak ostatnie. Żyją w cieniu apokalipsy, a gdy rozmawiają o socjalizmie bądź monarchii, w rzeczywistości myślą o roku 1953. Zaznacza się to chwilą ogólnego milczenia, podczas której ktoś zapomina, o czym mówił, albo chwilowym zatrzymaniem widelca w drodze do ust. Podobnie jak stary wilk morski, Kefalończycy nie mogą się oprzeć chęci zanudzania obcych ludzi, żeby poinformować ich o faktach, a przewodnicy wycieczek muszą znaleźć sposób, by skłonić ich do wygłaszania opinii dotyczących widoków na lepszą pogodę. Starzy ludzie określają rozpamiętywany rok zależnie od tego, czy poprzedzał trzęsienie ziemi, czy też nastąpił po nim, tak samo jak nadal zwyczajowo zdarzenia w roku sytuuje się przed lub po uroczystościach ku czci świętego. Kataklizm sprawił, że ludzie wspominali wojnę jako rzecz stosunkowo błahą i nieistotną i odzyskali sens życia. Człowiek mógł teraz budzić się rano i być zdumionym i wdzięcznym losowi za to, że nadal żyje i mieszka w solidnym domu, a wieczorem kłaść się do łóżka z ulgą, że przeżył zwyczajny dzień, nie zakłócony żadnymi wypadkami. Kochankowie, którzy dotąd zwlekali z zamiarem małżeństwa, zawierali związki, a małżonkowie niezadowoleni z długoletniego pożycia patrzyli na siebie, zdumieni tak ogromnym marnotrawstwem czasu, i natychmiast się rozwodzili. Serdeczne więzi rodzinne stawały się jeszcze serdeczniejsze, a skłóceni bracia i siostry emigrowali do różnych krajów, chcąc, by wreszcie rozdzieliło ich morze. Trzy mieszkanki nowego matriarchalnego domu stały się sobie jeszcze bliższe i skoncentrowane na sobie. Budowały swoje życie na fundamencie straszliwego poczucia winy Pelagii. Pelagia, cierpiąca na bezsenność i okresowe napady histerii, bezlitośnie wyrzucała sobie, że przyczyniła się do śmierci ojca.

[…]

Niełatwo odegrać rolę ducha. Ja jestem za wysoka, a ty zbyt mała, i nie umiemy mówić tak jak on. Wiesz, mam na myśli wszystkie te słowa długie na trzy strony, gdy je zapisać, i zdania, w których można by pomieścić całą książkę. No i musisz pamiętać, że to mogłoby jeszcze pogorszyć sprawę. To może po prostu przywiążemy ją do łóżka i spierzemy? Drosula westchnęła tęsknie do tego przyjemnego wyobrażenia i zastanawiała się, czy ten właśnie sposób by nie poskutkował. W dawnych czasach, kiedy jeszcze była dzieckiem i mieszkała w Turcji, szaleńców leczono, bijąc ich tak długo, aż stawali się zbyt wystraszeni, by nadal trwać w swym szaleństwie. Wtedy okazywało się to dość skuteczne, ale nie sposób było ocenić, jak bardzo od tamtego czasu zmieniła się natura ludzka. Drosula podejrzewała, że obłęd Pelagii ma w sobie coś z pobłażania samej sobie, że to rodzaj skrajnie masochistycznego egotyzmu, i pacjentka mogłaby uznać bicie raczej za karę aż nadto zasłużoną niż za środek zapobiegawczy. Kobieta chwyciła dziewczynkę za ręce i ucałowała w czubek głowy; oczy jej zajaśniały.

[…]

Antonia odwróciła się do Pelagii i zapytała niewinnie: Masz zamiar ją napisać? Nie ma sensu jej o to pytać – wtrąciła Drosula. Za daleko od nas odeszła. Wciąż tu jestem – zaprotestowała Pelagia. Witaj – rzekła sarkastycznie Drosula. Pelagia wróciła na cmentarz i uzupełniła oliwę w lampie. Stała wpatrzona w napis (Ukochany ojciec i dziadek, wierny mąż, przyjaciel ubogich, uzdrowiciel wszystkich żywych stworzeń, człowiek niezmiernej wiedzy i wielkiej odwagi) i przyszło jej do głowy, że rzeczywiście istnieje sposób podtrzymania płomienia jego życia, nawet jeżeli wszystkie te opowieści o snach są tylko głupotą i niedorzecznością. Pojechała do Argostoli, podwieziona furmanką ciągniętą przez muła, i wróciła do domu z piórami oraz grubą ryzą papieru. Pisanie okazało się zaskakująco łatwe. Czytała rękopis ojca tyle razy, że wszystkie stare zwroty wyłaniały się zza drzwi kuchni i zza okna, stawały się słyszalne, choć nieuchwytne dla ucha, spływały po jej prawej ręce i dłoni, wyłaniając się ze stalówki i zapełniając kartkę za kartką:

Na poły zapomniana Kefalonia wyrasta nieprzezornie i nieroztropnie z Morza Jońskiego; jest wyspą tak bezgranicznie antyczną, że same skaty tchną nostalgią, a czerwona ziemia leży otępiała nie tylko od słońca, ale i od niezwykłego brzemienia dziejów...

Drosula i Antonia podglądały Pelagię, gdy niczym uczony siedziała przy stole, stukając końcem pióra o zęby i od czasu do czasu spoglądając przez okno bez konkretnego powodu. Dwie konspiratorki wymknęły się ukradkiem w bezpieczne miejsce, objęły się i zatańczyły z radości.

[…]

Pod koniec zimy Pelagia przejrzała swe obszerne dzieło i zdała sobie sprawę, że w jego kompozycji i stylu ujawnia się magiczna przemiana, która w niej zaszła. Jej pismo na początku było równie pajęczyno watę i rozchwiane jak pismo ojca z okresu długoletniego milczenia, ale w miarę upływu czasu stało się stateczniejsze i bardziej zaokrąglone, śmielsze i pewne. Ale co jeszcze ważniejsze, sam proces pisania skrystalizował opinie i zapatrywania filozoficzne, z których posiadania Pelagia nawet nie zdawała sobie sprawy. Odkryła, że jej rozumienie procesów gospodarczych jest w zasadzie marksistowskie, ale paradoksalnie uważała, że kapitalizm radzi sobie najlepiej z problemami ekonomicznymi. Sądziła, że tradycje kulturalne oddziałują na bieg historii z większą siłą niż przekształcenia gospodarcze i że natura ludzka jest w gruncie rzeczy irracjonalna aż do granic szaleństwa, co tłumaczy skwapliwość, z jaką ludzie akceptują wszelką demagogię i niewiarygodne wręcz sądy. Doszła do wniosku, że wolność i porządek nie wykluczają się, ale wzajemnie warunkują.

[…]

Wszystkie rzeczy w kryjówce, które były szczelnie zamknięte przez prawie trzydzieści sześć lat, zachowały się w doskonałym stanie. Janis i Spiridon znaleźli stary, nakręcany ręcznie niemiecki gramofon z korbką i zestawem płyt, dużą, misternie szydełkowaną narzutę, nieco pożółkły, ale nadal owinięty i wypchany miękką bibułką żołnierski chlebak, pełen wojennych osobliwości, dwie ładownice z kulami, plik zapisanych po włosku kartek, drugi plik zapisany pięknym pismem greckim, umieszczony w czarnym blaszanym pudełku i opatrzony tytułem „Nowa historia Kefalonii". Był tam również pakunek owinięty suknem, zawierający futerał z umieszczoną w środku najpiękniejszą mandoliną, jaką Spiro widział w swoim życiu. Obracał ją na wszystkie strony w świetle słońca, zdumiony przepięknymi szlaczkami i obramowaniami, wspaniałą intarsją i mistrzowskim wykonaniem wypukłych fragmentów pudła rezonansowego. Powiódł wzrokiem po gryfie i stwierdził, że nie jest wypaczony. Brakowało czterech strun, a pozostałe cztery pokryły się czarnym nalotem, leżąc luźno na gryfie, gdyż Corelli zmniejszył ich naciąg, chowając instrument w 1943 roku.

[…]

Jeśli chodzi o Pelagię, Janis nigdy przedtem nie widział, by tak często płakała. Babcie były sentymentalnymi istotami i płakały nawet wtedy, gdy dawało się im znalezioną na plaży muszlę, ale ten całotygodniowy płacz przekraczał zdolność pojmowania chłopca. Najpierw przycisnęła mandolinę do piersi, wołając: „Antonio, mio carino, Antonio!", z twarzą drżącą z emocji, ze łzami kapiącymi z oczu, rozpryskującymi się na kaflach posadzki i spływającymi po policzkach, by zniknąć pod kołnierzem i w pomarszczonej szczelinie między falującymi piersiami. Potem podniosła plik zapisków po włosku i przycisnęła je do piersi, zawodząc: „Carlo, mio poverino, Carlo". Następnie podniosła plik kartek zapisanych po grecku i jęknęła: „Och, tatku, tatusiu" – i tuliła do piersi szydełkowaną narzutę, a jej twarz spłynęła kolejnymi łzami i rozległ się lament: „O moje biedne nie spełnione życie, o Boże w niebiosach, o moje życie, samotne i pełne oczekiwania, o... ", po czym Pelagia znowu wracała do mandoliny, obcałowując ją i tuląc do siebie jak niemowlę lub kota. Bezustannie puszczała stare porysowane płyty, zawzięcie kręcąc korbką i zużywając wszystkie zapasowe igły z małej przegródki w ściance gramofonu. A wszystkie te płyty nagrała kobieta śpiewająca po niemiecku nosowym, dobiegającym jakby z oddali głosem. Janisowi podobała się jedna z nich, zatytułowana „Liii Marlenę", która świetnie nadawała się do gwizdania podczas ulicznych spacerów. Płyty były bardzo grube i sztywne i wszystkie miały pośrodku małe czerwone nalepki.

[…]

Pelagia spojrzała na niego i odparła: Wszyscy umierają, chłopcze. Niektórzy umierają młodo, niektórzy staro. Ja też wkrótce umrę, ale miałam swoją szansę. Człowiek umiera, a potem ktoś przychodzi, by zająć jego miejsce. Nieśmiertelni wyznaczyli człowiekowi stosowny czas na każdą rzecz na tej żyznej ziemi. Tak twierdzi Homer. Oprócz narodzin, bo to jedyny moment, w którym nie mamy wyboru. Pewnego dnia, ufam, że w bardzo sędziwym wieku, ty też umrzesz, więc nie próbuj mnie naśladować. Wykorzystaj wszystko do maksimum, dopóki możesz. Gdy umrę, chcę tylko, żebyś o mnie pamiętał. Dobrze? Och, przepraszam, Jani, nie chciałam cię zmartwić. Nie, nie płacz. O Boże. Zapomniałam, że jesteś jeszcze taki młody...

[…]

Antonio Corelli, mimo swych siedemdziesięciu paru lat, na nowo odkrył w swoich starych członkach odrobinę młodzieńczej zwinności. Uskoczył przed żeliwną patelnią i skrzywił się, gdy roztrzaskała okno za jego plecami. Sporcaccione! Figlio d'un culo! [z gr. – Świnia! Dupek! – przyp. tłum.] – wrzasnęła Pelagia. Pezzo di merda! [z gr. Wypierdek! – przyp. tłum.] Całe życie na ciebie czekałam, całe życie cię opłakiwałam, całe życie myślałam, że zginąłeś. Cazzo d'un cane! [z gr. – Podlec! – przyp. tłum.]. A ty żyjesz. Ależ ja jestem głupia! Jak śmiałeś złamać takie obietnice? Zdrajca! Corelli oparł się plecami o ścianę, cofając się przed ostrymi dźgnięciami kija od miotły, z rękami uniesionymi na znak kapitulacji. Mówiłem ci już! – krzyknął. Myślałem, że jesteś mężatką. Mężatką! – zawołała z goryczą. Mężatką? Aż tak mi się nie poszczęściło! I to dzięki tobie, bastardo. Znowu go szturchnęła i złożyła się do walnięcia go kijem od miotły w głowę. Twój ojciec miał rację. Powiedział, że masz w sobie dzikość. Dzikość? A nie mam prawa mieć, porco? Nie mam prawa? Wróciłem po ciebie. W 1946. Wyszedłem zza zakrętu i ujrzałem cię z maleńkim dzieckiem i palcem w jego buzi. Wyglądałaś na tak szczęśliwą.

[…]

Mężczyźni nie starzeją się tak jak my. Ty wyglądasz tak samo, tylko starzej i szczupłej. Ja wyglądam jak ktoś inny, wiem o tym. Chciałam, żebyś mnie zapamiętał taką, jaką byłam kiedyś. Teraz jestem tylko kupą mięsa. Zapominasz, że przyjeżdżałem tu na przeszpiegi. Jeżeli widzisz, jak coś następuje stopniowo, nie jesteś zaszokowany. Nie ma rozczarowania. Dla mnie jesteś ciągle taka sama. Położył dłoń na jej rękach, uścisnął je delikatnie i dodał: – Nie martw się. Jestem z tobą dopiero przez krótką chwilę i wciąż mam do czynienia z Pelagią. Z Pelagią złośnicą, ale nadal Pelagią.

[…]

Biedny Carlo. Chciał zrobić coś, żeby to sobie wynagrodzić. Biedny człowiek. Tak mi przykro. Czuję się winny. Chłopcy zmuszali go do chodzenia do burdelu. Taka tortura. To okropne. Umilkł zadumany; po chwili przyszła mu do głowy pewna myśl. Po wojnie odnalazłem Güntera Webera. Nie było to trudne – cały czas gadał przecież o swojej wiosce. Myślał, że szukam go z chęci zemsty, na zlecenie jakiejś komisji badania zbrodni wojennych czy coś w tym rodzaju. Błagał mnie o litość. Na kolanach. To było takie żałosne, że nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. I wiesz co? Poszedł w ślady ojca i został duchownym. I oto klęczał przede mną w stroju pastora, płaszcząc się i skomląc. Nie mogłem tego znieść. Chciałem mu podziękować i przyłożyć zarazem. Wyszedłem po prostu i już nie wróciłem. Przypuszczalnie wylądował u czubków. A może jest biskupem.

[…]

Więc jesteś sławny? Tylko w tym sensie, że słyszeli o mnie inni muzycy. Mam masę idiotycznych recenzji, przyrównujących mnie do innego Corellego. Wykorzystuję to. Jestem dość cyniczny. Próbowałem komponować nowoczesną muzykę wszelkiego rodzaju. No wiesz, skale chromatyczne i mikrodźwięki oraz wszelkie huki, brzęki, piski i hałasy pracujących kosiarek do trawy, ale tylko fachowcy i krytycy nie zdają sobie sprawy, jakie to straszne śmieci. Moja idea piekła: Schönberg i Stockhausen [kompozytorzy modernistyczni, pedagodzy i teoretycy muzyki – przyp. aut.]. Skrzywił się. Prawdę mówiąc, nie lubię nawet Bartoka, ale nie mów o tym nikomu. Nie pochwalam też Brahmsowskich przeskoków z jednej tonacji w drugą bez porządnego przygotowania. Zdałem sobie sprawę,  że jestem z gruntu staroświecki, musiałem więc znaleźć inny sposób na muzyczne nowatorstwo. Wiesz, co zrobiłem? Wybrałem stare melodie ludowe, takie jak niektóre z melodii greckich, i rozpisałem je na niezwykłe instrumenty. Mój drugi koncert obejmuje partie irlandzkich dud i bandżo i zgadnij, co się stało? Krytycy byli zachwyceni. W rzeczywistości ten utwór ma dokładnie taką samą formę, ten sam rodzaj rozwinięcia, jakie znajdziesz u Mozarta lub Haydna lub gdzie indziej. I w dodatku dobrze brzmi. Jestem po prostu oszustem czekającym, aż go nakryją. Specjalizuję się w znajdowaniu nowych sposobów bycia anachronicznym.

[…]

Przyniosła sobie kieliszek z winem na ogólne wzmocnienie i zabrała się do lektury notek. Ich autorem był niejaki Richard Usborne, Anglik, który – zgodnie z jeszcze jedną notką – był znanym krytykiem i specjalistą od Rossiniego. Zaczęła czytać:

Utwór ten, długo oczekiwana reedycja pierwszego koncertu na mandolinę i orkiestrę kameralną, został opublikowany po raz pierwszy w 1954 roku i miał swą premierę w Mediolanie, gdzie kompozytor wykonywał partię solową. Inspiracją dla autora była kobieta wymieniona w partyturze jako „Pelagia", jej też został on zadedykowany. Główny motyw, skomponowany w takcie 2/2, został bardzo wyraźnie i z emfazą wykonany na instrumencie solowym po krótkim ozdobniku muzycznym na instrumentach drewnianych. To prosta żołnierska melodia, którą jeden z pierwszych recenzentów określił mianem „przebiegle naiwnej". W pierwszej części koncert rozwija się w formie sonaty i...

Pelagia pobieżnie przeczytała resztę recenzji. Zawierała ona bezsensowne uwagi o fugowym przetworzeniu tematu i temu podobne dyrdymały. Kobieta przyjrzała się badawczo rzędowi przycisków odtwarzacza ozdobionych strzałkami wskazującymi różne kierunki, ostrożnie wetknęła słuchawki do uszu i wcisnęła mały przycisk z napisem play. Rozległ się szum, a potem, ku jej zdumieniu, muzyka – zamiast w jej uszach – zaczęła grać w samym środku głowy.

[…]

Pelagia nie wypuszczała go z kurczowych objęć. Uświadomiła sobie, że przez te lata schudł tak bardzo, jak ona przytyła. Nagle Antonio skręcił ku brzegowi jezdni, wpadając w lekki poślizg i wyrzucając spod kół drobny żwir. Ratuj mnie, święty Jerasimosie, pomyślała Pelagia. Odruchowo, szukając bezpieczeństwa, przesunęła ręce nad jego biodrami i splotła palce. Jakiś wiekowy szary moped [inaczej motorower – przyp. aut.] minął ich, dysząc i strzelając z tłumika. Był przystrojony nie jedną, lecz trzema dziewczynami, ubranymi w identyczne, bardzo kuse białe sukienki. Corelli dostrzegł w przelocie smukłe złociste uda, świeżo uwypuklone piersi, brwi biegnące łukiem nad czarnymi oczyma oraz długie rozpuszczone włosy, tak czarne, że prawie granatowe. Usłyszał, jak w jego sercu zaczyna wzbierać melodia, radosny utwór, wyrażający wiecznego ducha Hellady, koncert grecki. Komponując go, musiałby tylko wyobrazić sobie, że jedzie z Pelagią w poszukiwaniu Casa Nostra i mija trzy młode dziewczyny w najwspanialszym, pierwszym rozkwicie kobiecej swobody i piękna. Dziewczyna kierująca mopedem trzymała nogi na baku z paliwem, druga poprawiała pędzelkiem makijaż gestami malarki, przeglądając się w różowym lusterku, a trzecia siedziała tyłem, pogrążona w lekturze gazety; jej obute w sandały stopy ślizgały się tuż nad powierzchnią drogi. Twarz dziewczyny przybrała wyraz głębokiej powagi, gdy starannie umalowanymi paznokciami próbowała poskromić łopoczące na wietrze strony.

Louis De Bernieres, Kapitan Corelli

Sfilmowana powieść historyczno-obyczajowa Louisa De Bernieres – brytyjskiego pisarza, laureata za swe dzieło literackie Nagrody Pisarzy Wspólnoty Narodów, przenosi akcję tej wzruszającej opowieści do nowożytnej Grecji, na jej Wyspy Jońskie, aczkolwiek przede wszystkim w okolice Liksuri i Argostoli na zjawiskowej wyspie Kefalonii, ogólnie rzecz ujmując, w przeszłe wydarzenia dziejące się w latach czterdziestych po dziewięćdziesiąte ubiegłego już wieku. Historia wojennej przyjaźni pomiędzy: Antoniem Corellim, osieroconym, ale i włoskim żołnierzem w randze kapitana, przy tym również i utalentowanym muzykiem, a charakterną wieśniaczką grecką Pelagią to, zwłaszcza liryczna i metaforyczna opowieść o tym, że człowiecze podziały narodowe, mentalne, a nawet światopoglądowe od-chodzą na dalszy plan, gdy do głosu do-chodzą: wzajemna sympatia i wnikliwa empatia. W umiejętności bowiem współżycia ze sobą zawiera się kodeks tego wszystkiego, co potrafimy dać drugiemu człowiekowi.  



powrót ››