23.12.2024

„Wyrzut sumienia to trucizna życia”
„Przyjaciele zawsze zapominają o tych,
których szczęście opuściło”
„ten świat nie jest miejscem używania;
nie zapatruj się nań w ten sposób;
ani też nie jest miejscem spoczynku”
[…]
Nie znoszę chwytania za słowa i dopytywań, Jane, a przy tym to doprawdy oburzające, gdy dziecko w ten sposób przemawia do starszych. Siądź sobie, gdzie ci się podoba i bądź cicho, dopóki nie nauczysz się mówić grzecznie. Pokoik, gdzie jadało się śniadanie, przylegał do salonu. Tam się wsunęłam. Stała tu półka z książkami; niebawem wyciągnęłam jakiś tom, upewniwszy się przedtem, że jest obficie ilustrowany. Wdrapałam się na kanapkę w zagłębieniu okna, podwinęłam nogi i usiadłam po turecku, a zaciągnąwszy prawie szczelnie pąsową zasłonę z wełnianej mory, poczułam, że jestem ukryta i odosobniona. Fałdy pąsowej draperii zasłaniały mi widok z prawej strony; z lewej szklana szyba chroniła, choć nie odgradzała mnie od posępności listopadowego dnia. Co jakiś czas, obracając karty książki, przyglądałam się naturze. Daleko na horyzoncie rozpościerała się blada pustka mgieł i chmur; bliżej widać było mokry trawnik i krzew szarpany wiatrem oraz nie ustające potoki deszczu, gwałtownie gnane wichrem. Powróciłam do książki. Była to Historia ptaków brytyjskich Bewicka. O tekst drukowany mało, naturalnie, dbałam; jednakże były tam pewne wstępne stronice, które zajmowały mnie mimo mych lat dziecinnych. Była w nich mowa o siedzibach i gniazdach ptaków morskich, „o samotnych skałach i przylądkach”, które tylko one zamieszkują, i o wybrzeżach Norwegii z szeregiem wysepek biegnących od południowego krańca – od Lindesnäs czy Naze – aż do przylądka północnego. Tam, gdzie Arktyka wartka, chłodna fala Tuli samotną wysepkę, okala; Tam, gdzie do Hebryd wody Atlantyku Szturm ponawiają wśród bałwanów ryku. Nie mogłam też pominąć wzmianki o zimnych wybrzeżach Laponii, Syberii, Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii z ich olbrzymią przestrzenią strefy arktycznej, tym strasznym bezludnym przestworem, zbiornikiem mrozu i śniegu, gdzie stwardniałe pola lodowe, przez całe wieki narastając do wyżyn alpejskich, otaczają biegun i są siedzibą najsroższego zimna. O tej śmiertelnie białej krainie wytworzyłam sobie własne pojęcia: mgliste jak wszystkie na wpół zrozumiane wyobrażenia, niejasno tworzące się w umysłach dzieci, ale dziwnie przejmujące. Tekst tych stronic wstępnych nawiązywał do następujących dalej obrazków i nadawał znaczenie to skale, sterczącej samotnie wśród morza bałwanów i piany, to zdruzgotanej łodzi, wyrzuconej na opuszczone wybrzeża, to zimnej, widmowej twarzy księżyca, spoglądającego spoza zwałów chmur na tonący właśnie okręt.
[…]
Jeżeli panienka nie będzie siedzieć spokojnie, będziemy ją musiały przywiązać – rzekła Bessie. Panno Abbot, niech mi panna pożyczy swoich podwiązek; moje zerwałaby od razu. Panna Abbot odwróciła się, by zdjąć z grubej nogi potrzebne tasiemki. To przygotowywanie więzów i dodatkowa hańba z tym złączona uspokoiła mnie nieco. Proszę nie zdejmować podwiązek – zawołałam. Będę siedziała spokojnie. I na poparcie tych słów chwyciłam się rękami siedzenia. No, więc proszę pamiętać – rzekła Bessie; a przekonawszy się, że się rzeczywiście uspokajam, przestała mnie przytrzymywać; teraz stały obydwie założywszy ręce, patrząc chmurnie i podejrzliwie w moją twarz, jak gdyby niepewne, czy jestem przy zdrowych zmysłach. Nic podobnego nigdy przedtem nie zrobiła – rzekła w końcu Bessie, zwracając się do pokojowej. Ale to zawsze w niej tkwiło – brzmiała odpowiedź. Często mówiłam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani zgadzała się ze mną. To chytre małe stworzenie; nigdy nie widziałam dziecka w jej wieku tak bardzo skrytego.
[…]
Na środku, podobne do tabernakulum, stało łoże, wsparte na masywnych mahoniowych filarach, z kotarą z ciemnopąsowego adamaszku; dwa wielkie okna z zapuszczonymi stale żaluzjami udrapowane były w festony i fałdy z podobnej materii; dywan był czerwony; stół w nogach łoża nakryty był karmazynowym suknem; ściany miały delikatny beżowy kolor z odcieniem różowym; szafa, toaleta, krzesła były z ciemno politurowanego starego mahoniu. Na tle tych ciemnych barw wznosił się wysoko i jaśniał białością stos materaców i poduszek na łożu nakrytym śnieżnobiałą pikową kapą. Nie mniej zwracał uwagę szeroki wyściełany fotel, stojący u wezgłowia łoża, również biały, z ustawionym przed nim podnóżkiem; pomyślałam patrząc nań, że wygląda jak jakiś biały tron. W pokoju tym było chłodno, gdyż rzadko w nim palono; cicho, gdyż leżał daleko od dziecinnego pokoju i od kuchni; uroczyście, gdyż było wiadomo, że tak rzadko go używano. Służąca tylko chodziła tam co sobota zetrzeć tygodniowy kurz z luster i z mebli; sama zaś pani Reed odwiedzała go czasami, by przejrzeć zawartość pewnej tajemnej szuflady w szafie, gdzie były złożone różne pergaminy, jej szkatułka z klejnotami i miniatura jej nieboszczyka męża. Tu leży tajemnica czerwonego pokoju, tajemnica jego opuszczenia mimo okazałości. Pan Reed nie żył już od lat dziewięciu; w tym pokoju wydał ostatnie tchnienie; tutaj leżał wystawiony na paradnym katafalku; stąd ludzie z przedsiębiorstwa pogrzebowego wynieśli jego trumnę – i od tego dnia uczucie uświęcającej grozy chroniło ten pokój od częstych odwiedzin.
[…]
Wracając musiałam przejść obok lustra; mój wzrok, jakby urzeczony, spoczął na nim bezwiednie. Wszystko wyglądało w lustrze zimniejsze niż w rzeczywistości, a dziwna mała figurka patrząca stamtąd na mnie, z białą twarzą i białymi rękami, jak plamy w ciemności, i błyszczącymi, wystraszonymi oczami, poruszająca się nieśmiało tam, gdzie wszystko tonęło w nieruchomości, zrobiła na mnie wrażenie prawdziwego ducha; pomyślałam, że podobna jest do tych zjaw, co to są niby boginki, niby chochliki, które wedle wieczornych opowiadań Bessie wychodzą z odludnych, paprocią zarosłych zakątków wśród wrzosowisk i jawią się spóźnionym podróżnym. Powróciłam na swoje miejsce. Strach zabobonny już w tej chwili zaczynał mnie ogarniać, ale nie była to jeszcze godzina jego zupełnego zwycięstwa: czułam jeszcze ciepłą krew w sobie; nastrój zbuntowanego niewolnika krzepił mnie gorzką mocą; musiałam wpierw zatamować szybki pęd myśli biegnącej wstecz, zanimbym się ugięła przed straszną chwilą obecną. Cała brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, odraza ich matki, stronniczość służby, wszystko to burzyło się w mojej zaniepokojonej duszy jak brudny osad w zamąconej studni. Dlaczego ja mam zawsze cierpieć, zawsze być upokarzana, zawsze oskarżana, na zawsze potępiona? Dlaczego nie mogłam nigdy nikomu dogodzić? Dlaczego daremnie starałam się pozyskać czyjekolwiek względy? Elizę, która była uparta i samolubna, szanowano. Georgianie, rozpieszczonej, kapryśnej, skwaszonej, kłótliwej i aroganckiej w obejściu, ogólnie pobłażano. Jej uroda, różowe policzki i złote loki najwidoczniej zachwycały każdego, kto na nią patrzył, i okupywały bezkarność. Johnowi nikt się nie sprzeciwiał, tym bardziej nikt go nie karał, chociaż ukręcał główki gołębiom, zabijał małe pawięta, szczuł owce psami, winogrona w cieplarni ogołacał z owoców, obłamywał pączki najrzadszych roślin w oranżerii; mówił do matki „moja stara”, niekiedy urągał jej, że ma brzydką, ciemną cerę, taką, jak on sam miał; szorstko opierał się wszelkim jej życzeniom, nieraz rozdarł lub splamił jej jedwabną suknię, a jednak był zawsze jej „najdroższym kochaniem”. Ja nie ośmielałam się w niczym zawinić, usiłowałam spełniać wszystkie swoje obowiązki, a jednak od rana do południa i od południa do wieczora nazywano mnie niegrzeczną i nudną, kwaśną i skrytą.
[…]
Nie mieli obowiązku kochać stworzenia, które nie mogło myśleć tak jak oni; stworzenia tak odrębnego, tak krańcowo różniącego się od nich temperamentem, zdolnościami, skłonnościami; stworzenia niepotrzebnego, nie mogącego służyć ich interesom lub przysparzać im przyjemności; szkodliwego stworzenia noszącego w duszy zarodki oburzenia za ich traktowanie, pogardę dla ich sądu. Wiem, że gdybym była dzieckiem żwawym, wesołym, niedbałym, wymagającym, ładnym, rozpuszczonym, choć równie zależnym i równie bez przyjaciół, pani Reed chętniej znosiłaby moją obecność, dzieci jej okazywałyby mi więcej serdeczności, koleżeńskich uczuć, a służba mniej byłaby skłonna robić ze mnie kozła ofiarnego w dziecinnym pokoju.
[…]
Bessie zapytała, czy podać mi jaką książkę: słowo książka ożywiło mnie na razie, poprosiłam ją… żeby mi przyniosła z biblioteki Podróże Gulliwera. Książkę tę czytałam wiele razy z rozkoszą. Uważałam ją za opowieść prawdziwą i więcej mnie zajmowała niż bajki o wróżkach i krasnoludkach. Co się tyczy krasnoludków, to ponieważ szukałam ich na próżno pod liśćmi łopianu i dzwonków, pod grzybami i pod cieniem bluszczów, osłaniających stare zakątki murów, pogodziłam się w końcu z tą smutną prawdą, że wszystkie one musiały opuścić Anglię i przenieść się gdzieś do dzikiego kraju, gdzie lasy są większe i gęstsze, a ludność nie tak liczna. Natomiast wierzyłam w istnienie krainy Liliputów i Brobdingnagów i nie wątpiłam, że kiedyś, odbywszy długą podróż, zobaczę na własne oczy te małe pólka, domki i drzewka, tych malusieńkich człowieczków, krowy, owce i ptaki jednego królestwa oraz zboża, wysokie jak lasy, olbrzymie psy, potworne koty, mężczyzn i kobiety jak wieże – drugiego kraju. Jednakże, gdy dostałam teraz do rąk ten ulubiony tom, gdy zaczęłam przewracać jego karty, szukając w przedziwnych obrazkach tego uroku, który tam dotychczas zawsze znajdowałam– wszystko to wydało mi się niesamowite i straszne; olbrzymy były jakimiś ogromnymi upiorami, Pigmejczycy – złośliwymi, przeraźliwymi chochlikami, Gulliwer zaś był nieszczęsnym wędrowcem po strasznych i niebezpiecznych krainach.
[…]
Boi się panienka duchów? Ducha pana Reeda boję się: umarł w tym pokoju, tam go wystawiono po śmierci; ani Bessie, ani nikt inny nie wejdzie tam za żadne skarby w nocy, i to było okrutne zamykać mnie tam samą bez świecy, to było tak okrutne, że myślę, iż tego nigdy nie zapomnę. Co znowu? I to, dlatego tak się panienka czuje nieszczęśliwa? Boi się panienka teraz, za dnia? Nie, ale noc znów niedługo przyjdzie, a przy tym… ja jestem nieszczęśliwa… bardzo nieszczęśliwa z innego powodu. Z innego powodu? Czy może mi panienka powiedzieć, z jakiego? Jak bardzo pragnęłam odpowiedzieć wyczerpująco na to pytanie! Jak trudno mi było ułożyć odpowiedź! Dzieci umieją czuć, ale nie umieją analizować swoich uczuć; a jeżeli nawet dokonują częściowo analizy w myśli, nie umieją rezultatu wyrazić słowami. Obawiając się jednak stracić tę pierwszą i jedyną sposobność ulżenia swemu zmartwieniu przez wypowiedzenie go… zdołałam, po kłopotliwym milczeniu, ująć je w szczupłą, ale szczerą odpowiedź: Przede wszystkim nie mam ani ojca… ani matki, ani sióstr, ani braci.
[…]
Namyślałam się. Bieda ma pozór straszny dla ludzi dorosłych, tym bardziej dla dzieci; nie mają one pojęcia o pracowitej, pilnej, przyzwoitej niezamożności; dla nich wyraz „bieda” wiąże się z łachmanami, głodem, kominkiem bez ognia, szorstkim obejściem i niskimi nałogami; dla mnie „bieda” oznaczała poniżenie. Nie, nie chciałabym należeć do ludzi biednych – odpowiedziałam. Nawet gdyby byli dobrzy dla ciebie? Potrząsnęłam głową: nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem ludzie biedni mogą być dobrzy; nauczyć się mówić jak oni, nabrać ich manier, być niewykształconą, wyrosnąć na podobieństwo jednej z tych biednych kobiet, jakie widywałem niekiedy, gdy karmiły dzieci albo prały ubrania przed drzwiami chat we wsi Gateshead; nie, nie miałam w sobie dosyć bohaterstwa, by chcieć kupić wolność za cenę wyjścia ze swojej sfery. Ale czyż krewni panienki są aż tak bardzo biedni? Czy to są robotnicy? Nie wiem; wujenka Reed powiedziała, że jeżeli mam jakich, to muszą być żebraczą hołotą, a ja bym nie chciała chodzić po żebraninie.
[…]
Mówię: „prawie mimo woli”, gdyż język mój wymawiał wyrazy bez zgody mojej woli; mówiło przeze mnie coś, nad czym nie panowałam. Co? – powiedziała pani Reed głosem ściszonym.; jej zwykle spokojne, zimne siwe oczy zamąciły się, jak gdyby wyrazem lęku; puściła moje ramię i patrzyła na mnie, jakby w istocie nie wiedziała, czy ma przed sobą dziecko, czy szatana. Ale ja już wzięłam na kieł. Wuj Reed jest w niebie i stamtąd może widzieć wszystko, co wujenka robi i myśli; i mój tatuś, i moja mama też, oni widzą, że wujenka mnie całymi dniami zamyka i życzy sobie, żebym umarła. Pani Reed opanowała się niebawem: wytrzęsła mnie z całej siły, wytargała za uszy i nie mówiąc słowa, wyszła. Bessie następnie wygłosiła mi godzinne kazanie, w którym dowodziła niezbicie, że jestem najniegodziwszym, najniepoczciwszym dzieckiem, jakie się kiedykolwiek uchowało. Uwierzyłam jej w połowie, gdyż czułam istotnie, że tylko złe, gniewne uczucia kotłują w mej duszy.
[…]
Czyż mogłam się nie bać pani Reed? Rzecz prosta, że musiałam jej nie znosić, skoro w jej naturze leżała chęć zadawania mi ran okrutnych; nigdy w jej obecności nie czułam się dobrze; i chociaż starałam się być posłuszna i dogodzić jej, usiłowania moje zawsze odpychała i odpłacała zdaniami takimi jak powyższe. Teraz to oskarżenie, wypowiedziane przed człowiekiem obcym, dotknęło mnie do głębi; niejasno spostrzegłam, że ona już mi zaczyna odbierać nadzieję pokładaną w nowej fazie istnienia, na jaką mnie skazywała, i czułam, choć nie byłabym umiała uczucia tego wyrazić, że sieje wstręt i nieżyczliwość wzdłuż drogi, jaką w przyszłości iść miałam; widziałam, jak w oczach pana Brocklehursta zamieniam się w dziecko fałszywe i szkodliwe – i cóż mogłam uczynić, żeby tej krzywdzie zaradzić? „Nic w istocie” – pomyślałam walcząc, by powstrzymać łkanie i szybko otarłam kilka łez, bezsilne dowody mojej męki.
[…]
Dziecko nie może wojować ze starszymi, tak jak ja to uczyniłam; nie może puszczać wodzy uczuciom wściekłości, nie odczuwając zaraz potem dręczącego wyrzutu sumienia i chłodu reakcji. Wybuch jaskrawego, żywego, gorącego, pochłaniającego płomienia byłby obrazem stanu mej duszy w chwili, gdy oskarżałam panią Reed i groziłam jej; czarna, wypalona pustka z chwilą, gdy płomienie zagasły, byłaby obrazem mego stanu, gdy półgodzinna cisza i zastanowienie wykazały mi szaleństwo mojego postępku i okropność stanowiska nienawidzonej i nienawidzącej. Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz jej zimny i gryzący posmak budził we mnie uczucie, jakbym była otruta. Chętnie byłabym teraz poszła i przeprosiła panią Reed. Wiedziałam jednak, po części z doświadczenia, a po części instynktownie, że odepchnęłaby mnie z podwójną pogardą…
[…]
Było to dziewiętnastego stycznia. Zaledwie wybiła piąta rano, kiedy Bessie wniosła świecę do mojej komórki i zastała mnie już na nogach, prawie ubraną. Wstałam na pół godziny przed jej przyjściem, umyłam twarz i ubrałam się przy świetle blednącego właśnie księżyca, którego promienie wpadały przez wąskie okno w pobliżu mego łóżka. Miałam opuścić Gateshead tego dnia dyliżansem przejeżdżającym obok portierni o szóstej rano. Bessie była jedyną osobą, która dotychczas wstała; rozpaliła ogień w dziecinnym pokoju, a teraz zaczęła przyrządzać mi śniadanie. Dzieci rzadko kiedy potrafią jeść, gdy je podnieca myśl o czekającej podróży, i ja też jeść nie mogłam. Bessie, która na próżno usiłowała wmusić we mnie trochę mleka i bułki, zawinęła w papier kilka biszkoptów i wsunęła do mojej torebki, następnie pomogła mi włożyć płaszcz i kapelusz i zawinąwszy się w szal wyszła ze mną z dziecinnego pokoju. Przechodząc koło sypialni pani Reed zapytała: Czy panienka wejdzie pożegnać się z panią? Nie, Bessie – odpowiedziałam. Pani Reed przyszła wczoraj wieczorem do mojego łóżka, podczas gdy ty jadłaś na dole kolację, i powiedziała mi, że nie potrzebuję budzić rano ani jej, ani moich kuzynek i mam pamiętać, iż zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, tak mam mówić o niej i być jej wdzięczna.
[…]
Z daleka odezwał się dzwonek; natychmiast weszły trzy nauczycielki, z których każda zajęła miejsce przy stole; czwarte krzesło zajęła panna Miller. Krzesło to stało najbliżej drzwi i dokoła niego zgromadziły się najmniejsze dzieci; do tego najniższego oddziału zaliczono mnie i umieszczono na końcu. Zaczęła się teraz praca. Powtarzano kolektę dnia, następnie przepowiadano pewne teksty Pisma św., po czym nastąpiło dłuższe odczytywanie rozdziałów z Biblii, a wszystko to trwało godzinę. Gdy zajęcie to ukończono, już i dzień pełny nastał. Niezmordowany dzwonek odezwał się po raz czwarty. Dziewczęta ustawiły się klasami i pomaszerowały do innego pokoju na śniadanie. Jakże mnie ucieszyła nadzieja, że dostanę coś do zjedzenia! Słabo mi się robiło z czczości, tak mało przecież jadłam poprzedniego dnia. Refektarz był wielki, niski i posępny: na dwóch długich stołach dymiły miseczki czegoś gorącego, co jednak, ku memu niemiłemu zdziwieniu, wydawało woń wcale nie zachęcającą. Zauważyłam ogólne objawy niezadowolenia, gdy woń potrawy uderzyła w nosy dziewcząt; od pierwszych par procesji dziewczynek z najstarszej klasy pobiegły szeptem słowa: Obrzydliwość! Owsianka znowu przypalona!
[…]
Rygor zrobił swoje: w pięć minut chaotyczna gromadka rozdzieliła się w porządku i względna cisza zapanowała w tej chwilowej wieży Babel. Nauczycielki wyższych klas wróciły teraz punktualnie na swoje miejsca; wszyscy, jednakże zdawali się czekać. Rządami na ławkach w czterech rogach pokoju siedziało osiemdziesiąt dziewcząt prosto i bez ruchu; dziwnym się wydawały zbiorowiskiem, wszystkie ze sczesanymi gładko z czoła włosami, bez jednego widocznego loczka, w brązowych, wysoko zapiętych sukniach z wąskimi, białymi kołnierzykami przy szyi i płóciennymi kieszonkami (kształtem podobnymi do góralskich sakiewek), przywiązanymi z przodu u paska, a mającymi służyć za torebki do roboty; wszystkie też nosiły wełniane pończochy i na wsi fabrykowane trzewiki, zapięte na mosiężne klamerki. Ze dwadzieścia z nich, w ten sposób ubranych, były to dziewczęta dorosłe; nieładnie im było w tym stroju i nawet najładniejsze wyglądały dziwacznie.
[…]
Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy napis na tym kamieniu nad drzwiami? Co to jest Zakład Lowood? Ten dom, w którym zamieszkasz. A dlaczego nazywają go zakładem? Czy różni się pod jakimś względem od innych szkół? Jest to częściowo szkoła dobroczynności publicznej; ty i ja, i my wszystkie jesteśmy dziećmi korzystającymi z dobroczynności publicznej. Przypuszczam, że jesteś sierotą; czy nie straciłaś ojca albo matki? Oboje umarli, gdy byłam maleńka, tak że ich wcale nie pamiętam. Otóż wszystkie dziewczęta tutaj straciły albo jedno z rodziców, albo oboje, a ten dom nazywa się zakładem wychowawczym sierot.
[…]
Przysłano mnie do Lowood, ażebym zdobyła wykształcenie i na nic by się nie zdało wracać, dopóki nie osiągnę tego celu. Ale ta nauczycielka, panna Scatcherd, jest taka okrutna dla ciebie! Okrutna? Bynajmniej! Jest surowa; nie znosi moich wad. A ja, gdybym była na twoim miejscu, ja bym jej nie znosiła; opierałabym się jej. Gdyby uderzyła mnie tą rózgą, wyrwałabym ją z ręki i połamałabym przed jej nosem. Prawdopodobnie nie zrobiłabyś nic podobnego; a gdybyś to zrobiła, pan Brocklehurst wyrzuciłby cię ze szkoły; byłoby to wielkim zmartwieniem dla twoich krewnych.
[…]
Mówisz, że masz wady, Helenko; jakie wady? Mnie się wydaje, że jesteś bardzo dobra. Więc naucz się ode mnie nie sądzić z pozorów. Jestem, jak mówi panna Scatcherd, nieporządna, rzadko składam swoje rzeczy, a nigdy ich nie utrzymuję w porządku; jestem niedbała, zapominam reguł i przepisów; czytam, kiedy powinnam uczyć się lekcji; nie jestem systematyczna, a czasami mówię, tak jak ty, że nie mogę poddać się systematycznemu porządkowi. Wszystko to bardzo drażni pannę Scatcherd, która jest bardzo porządna, punktualna i dokładna we wszystkim. I zła, i okrutna – dodałam; ale Helena Burns nie chciała się na to zgodzić; milczała. Czy panna Tempie jest równie surowa względem ciebie jak panna Scatcherd? Na wzmiankę o pannie Tempie łagodny uśmiech przebiegł po jej poważnej twarzy. Panna Tempie jest pełna dobroci;
[…]
Życie wydaje mi się zbyt krótkie, by spędzać je na pielęgnowaniu nienawiści i zapamiętywaniu krzywd. Na tym świecie jesteśmy wszyscy i musimy być obciążeni błędami; ale niebawem przyjdzie czas, kiedy, ufam w to, strząśniemy z siebie błędy wraz z przywarami ciała; gdy poniżenie i grzech opadną z nas wraz z tą ciężką powłoką cielesną, a pozostanie tylko iskra ducha – nieuchwytny pierwiastek życia i myśli, tak czysty jak w chwili, gdy Stwórca natchnął nim stworzenie.
[…]
Przez styczeń, luty i część marca leżały głębokie śniegi, a gdy te stopniały, nieprzebyte prawie drogi nie pozwalały nam wyjrzeć poza mury ogrodu, z wyjątkiem tylko gdy musiałyśmy pójść do kościoła; w obrębie jednak tych murów musiałyśmy codziennie spędzać godzinę na świeżym powietrzu. Ubranie nasze niedostatecznie chroniło nas od ostrego zimna: nie miałyśmy wysokich bucików, śnieg wpadał do niskich trzewików topniejąc w nich; ręce bez rękawiczek grabiały i odmrażały się tak jak i nogi. Dobrze pamiętam okropne swędzenie, którego doświadczałam co wieczora, gdy się nogi zaogniły, i mękę wciskania co rano napuchłych, bolących i sztywnych palców w trzewiki. Poza tym szczupła ilość pożywienia była sprawą bardzo ciężką. Przy dobrych apetytach dorastających dzieci dostawałyśmy zaledwie tyle, ile mogłoby utrzymać przy życiu delikatnego chorego. Z tej szczupłości pożywienia wynikło nadużycie, które zwłaszcza młodszym uczennicom ciężko dawało się we znaki: ilekroć wygłodzone duże dziewczęta znalazły sposobność, prośbą lub groźbą wyłudzały od małych ich porcje. Wiele razy musiałam podzielić z dwiema starszymi koleżankami drogocenny kawałek ciemnego chleba dawany nam na podwieczorek, a dopijając odrobinę pozostawionej mi w garnuszku kawy, ocierałam skrycie łzy, które mi głód wyciskał.
[…]
Śniadanie tak było źle ugotowane, że uczennice po prostu nie mogły go jeść, a ja nie śmiałam zostawić ich o głodzie aż do obiadu. Niech pani pozwoli. Wiadomo pani, że zamiarem moim w wychowaniu tych dziewcząt nie jest przyzwyczajanie ich do zbytków i dogadzania sobie, chcę z nich uczynić zahartowane, cierpliwe, pełne zaparcia siebie istoty. O ile by przypadkowo apetyt ich doznał zawodu na skutek nie dogotowanej albo przegotowanej potrawy, nie powinno się dawać w zastępstwie czegoś delikatniejszego, co by sprawiało przyjemność podniebieniu. Byłoby to dogadzaniem ciału i paczeniem za dań tej instytucji; przeciwnie, powinno się zdarzenie takie wyzyskać ku duchowemu zbudowaniu uczennic, ku zachęcie, by okazały męstwo wobec chwilowego braku.
[…]
Dowiedziałem się tego od jej dobrodziejki, od nabożnej i miłosiernej pani, która zaadoptowała tę sierotę, wychowywała jak własną córkę, a której dobroć i wspaniałomyślność ta nieszczęsna dziewczynka odpłaciła niewdzięcznością tak brzydką, tak okropną, że w końcu szlachetna jej opiekunka widziała się zmuszona odłączyć ją od własnych dzieci w obawie, że zły przykład może zarazić czyste ich dusze; przysłała ją tutaj, aby ją uzdrowić, tak jak dawni Żydzi posyłali chorych do mętnego jeziorka w Betsedzie; a was, panie nauczycielki, pani przełożono, proszę, nie pozwólcie, żeby wody dokoła niej stanęły. Po tym wzniosłym zakończeniu pan Brocklehurst zapiął najwyższy guzik surduta i szepnął coś swojej rodzinie, która wstała, ukłoniła się pannie Tempie, po czym wszyscy ci wielcy ludzie uroczyście wyszli z pokoju. Odwracając się w drzwiach mój sędzia powiedział: Niech ona stoi jeszcze pół godziny na tym krześle i niech nikt się do niej nie odzywa przez resztę dnia. Tak więc stałam tam, na wzniesieniu; ja, która mówiłam, że nie zniosłabym wstydu stania na własnych nogach na środku pokoju, wystawiona byłam teraz na widok publiczny na hańbiącym piedestale.
[…]
Co za uśmiech! Pamiętam go dobrze i wiem teraz, że był to promień pięknej duszy, prawdziwej odwagi: rozświetlił jej wybitne rysy, jej szczupłą twarz, jej zapadłe siwe oczy jak odblask istoty anioła. A jednak w tej chwili Helena Burns nosiła na ramieniu opaskę „nieporządna”; ledwie godzinę temu usłyszałam, jak panna Scatcherd skazywała ją na obiad z chleba i wody na jutro za to, że poplamiła ćwiczenie przepisując je na czysto. Tak niedoskonała jest natura ludzka! Takie plamy widnieją na powierzchni najjaśniejszych planet, a oczy takie jak oczy panny Scatcherd mogły dojrzeć tylko te maleńkie skazy, ślepe na pełne światło gwiazdy.
[…]
Nie; ja wiem, że miałabym o sobie dobre mniemanie, ale to nie dosyć. Gdyby mnie inni nie kochali, wolałabym raczej umrzeć niż żyć; ja nie mogę znieść osamotnienia i nienawiści, Helenko. Bo posłuchaj: dla pozyskania prawdziwego uczucia twojego albo panny Tempie, albo kogoś, kogo bym naprawdę kochała, chętnie bym dała sobie kość w ręku złamać albo bykowi wziąć się na rogi, albo stanęłabym za wierzgającym koniem, ażeby jego podkowa uderzyła mnie w pierś… Cicho, daj pokój, Jane! Zanadto myślisz o miłości istot ludzkich; zanadto jesteś porywcza, gwałtowna. Wszechmocna ręka, która stworzyła twoje ciało i tchnęła w nie życie, dała ci inne skarby, wyższe od twojej słabej istoty i stworzeń równie słabych jak ty.
[…]
Kwiecień minął, przyszedł maj, jasny i pogodny maj. Dni były słoneczne, niebiosa błękitne, powiewy zachodnie lub południowe – łagodne. Teraz roślinność dojrzewała pośpiesznie; Lowood rozpuściło warkocze, zazieleniło się, rozkwieciło całe; wielkie szkielety jesionów, klonów i dębów przywdziały znów majestatyczną szatę życia, leśne rośliny wyrastały obficie w zakątkach lasu, niezliczone odmiany mchów wypełniały jego wgłębienia, a dzikie prymulki słały się wśród trawy jak plamy słoneczne, leżały połyskując bladym złotem na gęsto ocienionej trawie, jak promienie najmilszego światła. Wszystkim tym radowałam się często i w całej pełni, wolna, nie pilnowana i nieledwie sama. O przyczynie tej niezwykłej wolności teraz mówić mi wypada. Czy nie opisałam miłego miejsca zamieszkania mówiąc, że położone było wśród wzgórz i lasu, wznosząc się nad brzegiem strumienia? Istotnie, miłe ono było, ale czy zdrowe, to inna sprawa. Leśna dolinka, w której leżało Lowood, była kolebką mgły i z mgły rodzącej się epidemii. Zarazki jej rozwinęły się wiosną, wdarły się do schroniska sierot; tyfus zagnieździł się w przeludnionym pokoju szkolnym i sypialni i zanim nadszedł maj, zakład zmienił się w szpital. Niedożywianie oraz zaniedbane przeziębienia i katary osłabiły odporność dziewcząt. Czterdzieści pięć z osiemdziesięciu uczennic zachorowało równocześnie.
[…]
„Jak to smutno być chorą i móc umrzeć. Ten świat jest piękny; strasznie byłoby zostać z niego odwołaną i pójść nie wiadomo, dokąd.” I wtedy umysł mój zrobił pierwszy poważny wysiłek, by zrozumieć wpojone weń pojęcia o niebie i piekle. I po raz pierwszy wzdrygnął się, nie pojmując; i po raz pierwszy, spojrzawszy za siebie, przed siebie i na wszystkie strony, ujrzał dokoła tylko przepaść niezgłębioną; był pewien tylko jednego punktu, na którym się opierał – teraźniejszości; wszystko pozostałe było tylko bezkształtną mgławicą, pustą głębiną. I zadrżałam z lęku na myśl, że mogłabym zatonąć w tym chaosie.
[…]
Zbliżywszy się dostrzegłam, że drzwi są lekko uchylone, prawdopodobnie, aby wpuścić trochę świeżego powietrza do dusznego pokoju, gdzie leżała chora. Bez wahania, niecierpliwie, ogarnięta śmiertelnym strachem otworzyłam je i zajrzałam do środka. Oczy moje szukały Heleny, a bały się ujrzeć śmierć. Tuż obok łóżka panny Tempie, na wpół zakryte białą jego kotarą, stało wąskie łóżeczko. Widziałam zarysy postaci pod kołdrą, ale twarz zakrywała kotara; pielęgniarka, z którą rozmawiałam w ogrodzie, siedziała w fotelu i spała; nie objaśniona świeca paliła się ciemno na stole. Panny Tempie nie było; dowiedziałam się później, że zawołano ją do innej chorej będącej w ciężkiej malignie. Postąpiłam naprzód; stanęłam przy łóżeczku; już wyciągałam rękę do kotary, ale wolałam wpierw przemówić, zanim ją odsunę. Wciąż jeszcze się bałam, że zobaczę umarłą.
[…]
Dopełniwszy dzieła zniszczenia w Lowood epidemia tyfusu wygasła stopniowo; jednakże jej złośliwość i liczba ofiar zwróciła publiczną uwagę na szkołę. Zbadano powody tej klęski i wkrótce wyszły na jaw różne fakty, które wzbudziły ogólne oburzenie. Niezdrowe położenie; ilość i jakość pożywienia dawanego dzieciom; niedobra, cuchnąca woda używana do gotowania; nędzne ubranie uczennic i braki w urządzeniach mieszkaniowych – wszystko to wykryto, a wykrycie wywołało rezultat przykry dla pana Brocklehursta, ale zbawienny dla zakładu. Kilku ludzi bogatych i dobrej woli subskrybowało większe sumy w hrabstwie na postawienie odpowiedniejszego budynku i w lepszym miejscu niż dotychczasowe. Ułożono nowy regulamin i wprowadzono ulepszenia w odżywianiu i ubraniu dziewcząt; fundusze szkoły wziął w ręce komitet.
[…]
O, ależ z panienki to prawdziwa dama, panno Jane! Wiedziałam, że panienka na taką wyrośnie; zajdzie panienka daleko w życiu, czy tam krewni znać panienkę będą, czy nie będą. Ale o coś chciałam, się panienkę zapytać. Czy słyszała panienka, kiedy coś o krewnych swoich ze strony ojca, nazwiskiem Eyre? Nigdy w życiu. Otóż panienka wie, pani zawsze mówiła, że oni są biedni i że to hołota: może być, że są biedni, ale ja myślę, że to taka sama szlachta jak rodzina Reed; bo niegdyś, będzie temu prawie siedem lat, niejaki pan Eyre przybył do Gateshead i chciał się widzieć z panienką. Pani powiedziała, że panienka jest w szkole o pięćdziesiąt mil stamtąd. Widoczne było, że sprawiło mu to zawód, gdyż, jak mówił, nie mógł się dłużej zatrzymać: wyjeżdżał w podróż do obcego kraju i okręt jego miał odpłynąć z Londynu za dzień czy dwa dni. Wyglądał jak prawdziwy dżentelmen i zdaje mi się, że był to brat ojca panienki. Do jakiego kraju wybierał się, Bessie? To jakaś wyspa o tysiące mil stąd, gdzie wyrabiają wino; mówił mi kamerdyner. Może Madera? – poddałam. Tak, tak właśnie; tak powiedział.
[…]
Nowy rozdział w powieści to coś takiego jak nowa scena w sztuce teatralnej, a gdy teraz podnoszę kurtynę, wyobraź sobie, czytelniku, że widzisz pokój w hotelu „Pod Królem Jerzym” w Millcote, z takim obiciem w duży deseń na ścianach, jakie bywają w pokojach hotelowych; z takim dywanem, takimi meblami, ozdobami nad kominkiem i sztychami, wśród których widzisz portret Jerzego III oraz portret księcia Walii i scenę śmierci Wolfe'a. Wszystko to widzisz przy świetle lampy olejnej, zwieszającej się od sufitu i sutego ognia, przy którym siedzę w płaszczu i kapeluszu: mufka i parasol leżą na stole, a ja rozgrzewam zziębłe i ścierpłe członki nasiąkłe chłodem po szesnastu godzinach podróży w ostrym październikowym powietrzu. Wyjechałam z Lowton o czwartej godzinie rano, a zegar ratuszowy w Millcote właśnie bije ósmą wieczór. Chociaż siedzę tu względnie wygodnie, nie odczuwam zupełnego spokoju. Myślałam, gdy kareta pocztowa stanęła, że ktoś będzie tu na mnie czekał. Niespokojnie rozglądałam się schodząc po drewnianych schodkach, które posługacz przystawił dla mojej wygody; spodziewałam się usłyszeć swoje nazwisko, zobaczyć jakiś powóz przysłany po mnie z Thornfield.
[…]
Przeszłam za nią przez kwadratowy hall o wysokich drzwiach dokoła; wpuściła mnie do pokoju, mocno oświetlonego buchającym na kominku ogniem i świecami. Światło olśniło mnie na razie po ciemnościach, do jakich przez dwie godziny oczy moje nawykły; gdy jednak wzrok mi powrócił, miły obraz ukazał się moim oczom. Zaciszny, mały pokój; stół przed wesołym ogniem na kominku; fotel o wysokim oparciu, staroświecki, a w nim siedząca najmilsza na świecie staruszka we wdowim czepeczku, czarnej jedwabnej sukni i śnieżnobiałym muślinowym fartuszku; zupełnie taka, jak sobie wyobraziłam panią Fairfax, tylko mniej okazała i z pozoru łagodniejsza. Zajęta była robotą na drutach; duży kot poważnie siedział u jej nóg; niczego, jednym słowem, nie brakło ku wytworzeniu idealnego domowego nastroju. Jak na pierwsze kroki początkującej nauczycielki trudno by wymarzyć pomyślniejszą atmosferę; nie było tu przygniatającej wielkości, krępującej wyniosłości; zaledwie też weszłam, staruszka wstała i szybko a uprzejmie podeszła do mnie.
[…]
Dom był na trzy piętra wysoki, niewielkich rozmiarów, ale dość okazały: dwór szlachecki, nie wielkopańska siedziba. Biegnące dokoła dachu blanki nadawały mu wygląd malowniczy. Szary front dworu odbijał od zielonego tła drzew, dźwigających mnóstwo gniazd wronich. Kraczące ich mieszkanki unosiły się teraz w powietrzu przelatując ponad trawnikiem i ogrodem, by opaść na wielkiej łące poza niskim płotem, gdzie rząd potężnych starych drzew cierniowych, silnych, sękatych i szerokich jak dęby, od razu wyjaśnił mi etymologię nazwy miejscowości. Dalej widniały pagórki; nie były one tak wyniosłe jak te, które otaczały Lowood, ani tak skaliste i nie tworzyły takiej zapory odgraniczającej od żyjącego świata, lecz ciche, spokojne, a jednak zamykające Thornfield w jakimś odosobnieniu, jakiego nie byłabym przypuszczała w pobliżu tak ruchliwej miejscowości jak Millcote. Małe osiedle, którego dachy wyglądały spośród drzew, rozpostarło się na pochyłości jednego pagórka; kościół miejscowy wznosił się bliżej Thornfield; szczyt jego starej wieży sterczał nad kępą drzew pomiędzy domem a bramą. Radowałam się jeszcze spokojnym widokiem i miłą świeżością powietrza; przysłuchiwałam się z przyjemnością krakaniu wron. Jeszcze oglądałam szeroki, siwy front domu, zastanawiając się nad tym, jaki to wielki dom dla samotnej jego mieszkanki, małej staruszki pani Fairfax, gdy pani ta ukazała się w drzwiach.
[…]
Po śniadaniu udałam się z Adelką do biblioteki, którą, zdaje się, pan Rochester wyznaczył na pokój szkolny dla nas. Większość książek zamknięta była w oszklonych szafach. Jedna tylko szafa była otwarta, a zawierała wszystko, co mogłoby być potrzebne z dziedziny elementarnej nauki oraz kilka tomów lekkiej literatury, poezji, biografii, książek podróżniczych, kilka romansów itd. Prawdopodobnie pan Rochester uważał, że to jest wszystko, czego nauczycielka może potrzebować do własnej lektury; istotnie książki te zadowoliły mnie na razie w zupełności; w porównaniu z tym, co niekiedy dorywczo mogłam zdobyć w Lowood, przedstawiały one dla mnie źródło rozrywki i wiadomości. W tym pokoju również znajdował się fortepian, zupełnie nowy, o doskonałym tonie, sztalugi do malowania i dwa globusy. Adelka była uczennicą dostatecznie posłuszną, choć nieskłonną do pilności i uwagi. Nie była wdrożona do pracy systematycznej. Czułam, że byłoby nierozsądnie na początek przetrzymywać ją zbyt długo nad książką; toteż opowiadałam jej dużo, zadałam jej trochę do nauki, a że zbliżało się południe, pozwoliłam jej powrócić do bony. Następnie obiecywałam sobie wyrysować parę małych szkiców na jej użytek.
[…]
W czym jest dziwny? Nie wiem, to niełatwo opisać; nic uderzającego, ale czuje się to, gdy do człowieka mówi; nie zawsze można być pewnym, czy żartuje, czy mówi serio, czy jest kontent, czy przeciwnie; słowem, trudno go do gruntu wyrozumieć, ja przynajmniej nie potrafię; ale to nie ma znaczenia, bo to bardzo dobry pan i chlebodawca. Tyle tylko mogłam się dowiedzieć od pani Fairfax o jej i moim chlebodawcy. Niektórzy ludzie nie potrafią naszkicować charakteru, zauważyć i opisać wybitnych rysów osób czy rzeczy; poczciwa kobieta widocznie należała do tej kategorii. Moje pytania wprowadzały ją w zakłopotanie, ale nie potrafiłam nic z niej wyciągnąć. W jej oczach pan Rochester to był pan Rochester, i koniec; szlachcic, właściciel ziemski – nic więcej; nie pytała i nie szukała dalej, i dziwiła się widocznie, że ja pragnę posiąść dokładniejsze pojęcie o jego osobie.
[…]
Niech mnie zresztą zgani, kto zechce, gdy dodam jeszcze, że niekiedy, gdy przechadzałam się sama po ogrodzie, gdy dochodziłam do bramy i wyglądałam na drogę albo też, gdy Adelka bawiła się z boną, pani Fairfax smażyła galaretki, a ja, wyszedłszy na trzecie piętro, podnosiłam klapę na strychu i wydostawałam się na dach – że wtedy, patrząc w dal ponad pola i wzgórza na mglistą linię widnokręgu, pragnęłam mieć siłę wzroku, która by sięgnęła poza te granice, która by dotarła do ruchliwego świata, do miast pełnych życia, o których słyszałam wprawdzie, lecz nie widziałam nigdy – że wtedy pragnęłam więcej poznać i doświadczyć, nawiązać więcej stosunków z ludźmi, zaznajomić się z większą rozmaitością typów, niż mi było dane. Ceniłam to, co było dobre w pani Fairfax i w Adelce, ale wierzyłam, że istnieją inne i żywsze rodzaje dobrego, a to, w co wierzyłam, pragnęłam zobaczyć. Kto może mieć mi to za złe? Wielu niezawodnie i ci nazwą mnie malkontentką. Nie moja jednak była to wina. Niepokój leżał w mojej naturze, wzburzał mnie niekiedy do bólu. Wtedy doznawałam ulgi chodząc wzdłuż korytarza trzeciego piętra tam i z powrotem, bezpieczna w ciszy i samotności, i pozwalając wyobraźni zajmować się jasnymi wizjami, jakie się przed nią jawiły – a liczne one były i promienne.
[…]
Stuk rozległ się na ścieżce: stuk kopyt końskich; zakręty drogi jeszcze ukrywały jeźdźca, ale przybliżał się. Miałam właśnie zejść z przełazu, ale ponieważ ścieżka była wąska, zostałam na miejscu, żeby koń mógł mnie ominąć. Młoda byłam wówczas i rozmaite fantazje, wesołe i ponure, snuły mi się w głowie: wspomnienia bajek opowiadanych niegdyś w dziecinnym pokoju; gdy wracały w pamięci, dojrzewająca młodość dodawała im siły i wyrazistości, jakiej im wiek dziecinny udzielić nie potrafił. Gdy się ten koń przybliżał, a ja czekałam, czy rychło się ze zmierzchu wyłoni, przypomniały mi się niektóre opowiadania Bessie o duchu z północnej Anglii, imieniem Gytrash, który pod postacią konia, muła albo wielkiego psa straszył na pustych, samotnych drogach, a niekiedy objawiał się spóźnionym podróżnym, właśnie jak ten koń miał się objawić mnie. Bardzo już był blisko, ale jeszcze dla mnie niewidoczny; wtedy oprócz tupotu kopyt końskich usłyszałam szurgnięcie pod płotem i tuż blisko pod krzakami leszczyny przesunął mi się wielki pies, dzięki czarno-białemu zabarwieniu widoczny wśród drzew. Była to dokładnie jedna z postaci Gytrasha – stworzenie podobne do lwa, długowłose, wielkogłowe. Minęło mnie jednak wcale spokojnie, nie zatrzymując się, by spojrzeć mi w twarz dziwnymi, niemal ludzkimi oczami, jak się tego prawie spodziewałam. Za nim podążał koń – rosły wierzchowiec, na którym siedział jeździec. Mężczyzna, ludzka istota, od razu spłoszył czary. Nikt nigdy nie dosiadał grzbietu Gytrasha, był zawsze sam; a duszki, o ile wiedziałam, choć mogły przyoblekać nieme ciała zwierząt, nigdy nie szukały schronienia w pospolitym kształcie ludzkim. Nie był to więc żaden Gytrash, tylko podróżny, który wybrał tę krótszą drogę do Millcote. Przejechał, a ja poszłam dalej; parę kroków uszłam zaledwie, gdy musiałam się obejrzeć, usłyszawszy zgrzyt pośliźnięcia się, okrzyk: „A cóż to, u pioruna?" i odgłos upadku.
[…]
Zatrzymałam się przy bramie; zatrzymałam się na trawniku; chodziłam tam i z powrotem po brukowanej ścieżce; okiennice szklanych drzwi były zamknięte, nie mogłam zajrzeć do wnętrza; coś odciągało moje oczy i duszę od tej posępnej budowli – od tej szarej pustki pełnej ciemnych celek, bo taką mi się teraz wydała; coś mnie ciągnęło do tego nieba roztoczonego nade mną – niebieskiego oceanu bez jednej chmurki. Księżyc sunął po nim uroczyście; tarcza jego, wypłynąwszy zza wzgórz, zdawała się spoglądać coraz dalej i dalej i zmierzać ku zenitowi, czarnemu prawie w swojej otchłannej głębi, w niezmierzonej swej dali; w ślad za księżycem ciągnęły migotliwe gwiazdy, a patrząc na nie czułam drżenie serca, żar w krwi. Drobnostki przywołują nas z powrotem na ziemię; w hallu wybił zegar; to wystarczyło, odwróciłam się od gwiazd i księżyca, otworzyłam boczne drzwi i weszłam do domu. Hall nie był ani ciemny, ani widny, oświetlony jedynie wysoko zawieszoną brązową lampą. Jakiś ciepły blask zalewał go oraz dolne stopnie dębowych schodów. To czerwonawe światło płynęło z wielkiego jadalnego pokoju, którego podwoje były otwarte, ukazując wesoły ogień mile oświetlający marmurowy kominek, mosiężne jego kraty, purpurowe draperie i politurowane meble. W tym świetle widać było kilka Osób siedzących przed kominkiem. Zaledwie pochwyciłam, okiem ten widok, zaledwie dosłyszałam wesoły gwar głosów, wśród których odróżniłam głos Adelki, gdy drzwi się zamknęły.
[…]
Dwie zapalone świece woskowe stały na stole i dwie nad kominkiem; pławiąc się w świetle i gorącu wspaniałego ognia leżał Pilot, Adelka klęczała tuż przy nim. Ujrzałam pana Rochestera na wpół leżącego na kanapce, z nogą podpartą poduszką; przyglądał się Adelce i psu: pełne światło ognia padało mu na twarz. Poznałam podróżnego o szerokich, kruczych brwiach; kwadratowe jego czoło wydawało się jeszcze bardziej kwadratowe przy gładkim uczesaniu czarnych włosów. Poznałam jego wybitny nos, raczej charakterystyczny niż piękny, pełne nozdrza świadczące o gwałtownym usposobieniu, jego surowe usta, brodę, szczękę – tak, to wszystko było strasznie surowe i groźne. Postać jego, teraz gdy nie miał na sobie płaszcza, wydała mi się zupełnie odpowiednia do charakteru twarzy: barczysta i krępa, budowa jego była doskonała w atletycznym rozumieniu słowa – szeroki w piersiach, wąski w biodrach, jednakże nie był ani wysoki, ani zgrabny. Pan Rochester musiał dostrzec wejście pani Fairfax i moje; widocznie nie miał ochoty nas zauważyć, gdyż nie podniósł głowy, choć się zbliżyłyśmy.
[…]
A przybyła pani?… Ze szkoły w Lowood w hrabstwie X. Ach! Zakład dobroczynny. Jak długo była tam pani? Osiem lat. Osiem lat! Twardo się pani trzyma życia. Myślałem, że połowa tego czasu wystarczyłaby, by zniszczyć najsilniejszy organizm! Nic dziwnego, że pani wygląda po trosze jak nie z tego świata. Zadawałem sobie pytanie, skąd pani wzięła taką twarz. Gdy mi się pani ukazała wczoraj wieczór na Hay Lane, przyszły mi nagle na myśl bajki o wróżkach i krasnoludkach i prawie miałem ochotę zapytać, czy to pani urzekła mi konia: jeszcze teraz nie jestem pewien. Kim są pani rodzice? Nie mam rodziców. I zapewne nigdy ich pani nie miała; czy pani ich pamięta? Nie. Tak też przypuszczałem. A więc czekała pani na swoich pobratymców siedząc tam na przełazie? Na kogo, proszę pana? Na tych ludków zielono ubranych; był to przecież odpowiedni dla nich wieczór księżycowy. Czy ja może przerwałem który z waszych tanecznych kręgów, że pani rozpostarła ten przeklęty lód na mojej ścieżce? Potrząsnęłam głową. Wszystkie krasnoludki opuściły Anglię już sto lat temu – rzekłam, mówiąc równie poważnie jak on. – I nawet na drodze ku Hay, nawet na sąsiednich polach nie znalazłby pan śladu po nich. Sądzę, że już żaden księżyc, ani letni, ani jesienny, ani zimowy, nie oświeci więcej ich harców i tanów. Pani Fairfax opuściła robótkę na kolana i podniosła brwi dziwiąc się, co to za rozmowa.
[…]
Podczas gdy pan Rochester zajęty jest oglądaniem obrazków, opowiem ci, czytelniku, co one przedstawia ją; przede wszystkim muszę cię uprzedzić, że nie są niczym nadzwyczajnym. Tematy ich widziałam żywo oczami wyobraźni. Oglądając te tematy oczami ducha, zanim spróbowałam je przekazać na papier, uważałam, że są uderzające; lecz ręka moja nie potrafiła oddać mojej wizji i każdy obrazek był zaledwie słabym odbiciem mojego pomysłu. Były to trzy akwarele. Pierwsza przedstawiała chmury, nisko zawieszone, ołowiane, toczące się nad wzburzonym morzem. Horyzont tonął w mroku, a także i pierwszy plan czy pierwsze fale, gdyż lądu nie było na tym obrazku. Jeden promień światła uwypuklał przez półzatopiony maszt, na którym siedział kormoran, wielki i czarny, o skrzydłach zbryzganych pianą; w dziobie trzymał złotą bransoletę wysadzaną szlachetnymi kamieniami, które iskrzyły się całym bogactwem barw, jakie potrafiłam wydobyć ze swej palety, i były tak uderzające, jak na to pozwalały moje zdolności malarskie. Poniżej ptaka i masztu nurzało się w zielonej wodzie ciało topielicy; widać było jedynie piękne ramię, z którego bransoletka została zmyta lub zdarta. Drugi obrazek przedstawiał na pierwszym planie tylko ciemny szczyt wzgórza z trawą i kilkoma liśćmi jakby poruszanymi wietrzykiem. Poza nimi i w górze rozpościerała się przestrzeń nieba, ciemnogranatowego jak o zmroku; na tle nieba rysowało się popiersie postaci kobiecej, namalowane w barwach tak ciemnych i delikatnych, jak tylko je dobrać mogłam. Ciemne czoło wieńczyła gwiazda; rysy poniżej widoczne były jak przez warstwę mgły; oczy świeciły ciemne i gwałtowne, włosy spływały jak chmura bez promieni, szarpana burzą. Na szyi leżał słaby odblask, jak gdyby światła księżycowego; ten sam odblask dotykał smugi cienkich chmurek, spomiędzy których wychylała się ta wizja Gwiazdy Wieczornej. Trzeci obrazek ukazywał wierzchołek góry lodowej na tle polarnego zimowego nieba; zorza polarna słała krwawe światła na dalekim widnokręgu. Na przednim planie olbrzymia głowa chyliła się ku górze lodowej i opierała o nią. Dwie chude ręce, złączone poniżej czoła i dźwigające je, zasłaniały dolną część twarzy czarną zasłoną; czoło zupełnie bezkrwiste, białe jak kość, i oczy puste, martwe, pozbawione wyrazu oprócz wyrazu szklanej rozpaczy – to jedno tylko było widoczne. Nad skroniami, wśród zwojów czarnej materii turbanu, świecił krąg białych płomieni z plamami iskier żywszej barwy. Ten blady sierp światła przedstawiał „królewską koronę”, spoczywającą na czole „czegoś, co nie ma kształtu”.
[…]
Ale powie pan może, że jestem niegrzeczna, jeżeli zapytam, czy pan jest filantropem? Masz tobie! Znowu ukłucie scyzorykiem, podczas kiedy udawała, że głaska mnie po głowie, i to dlatego, że powiedziałem, iż nie lubię towarzystwa dzieci i starych kobiet (ale o tym nie wolno głośno mówić!). Nie, moja panienko, ja nie jestem filantropem na szeroką skalę, ale mam sumienie – tu wskazał wypukłości, które mają świadczyć o tej właściwości, a które, na jego szczęście, dosyć były widoczne, nadając wybitną szerokość górnej części jego głowy. – A przy tym miałem niegdyś pewną wrodzoną miękkość serca. Gdy byłem w pani wieku, wcale uczuciowym byłem chłopcem; sprzyjałem pokrzywdzonym, opuszczonym i nieszczęśliwym. Ale odtąd rozmaicie los mną poniewierał: tak mnie nawet wgniótł swymi pięściami, że stałem się, pochlebiam to sobie, twardy i giętki jak piłka gumowa, do której uczucie jeszcze zawsze przenika przez parę pozostałych szczelin, i z jednym wrażliwym punkcikiem w samym środku. Tak; czy pozostaje mi, wobec tego jeszcze jakakolwiek nadzieja?
[…]
Chętnie przyczyniłabym się do rozweselenia pana, jeślibym potrafiła, bardzo chętnie; ale nie potrafię wybrać tematu, gdyż nie wiem, co by pana mogło zainteresować. Niech mi pan zadaje pytania, postaram się odpowiadać na nie. A więc przede wszystkim, czy zgadza się pani ze mną, że mam prawo mieć niekiedy wobec pani ton nieco rozkazujący, kategoryczny, że mam prawo być może czasem wymagający na podstawie powodów, które wymieniłem, a mianowicie, że mógłbym być pani ojcem i wiele doświadczyłem w życiu mając do czynienia z wieloma ludźmi i narodami, przewędrowawszy z połowę kuli ziemskiej, podczas gdy pani żyła spokojnie wśród jednego typu ludzi i w jednym domu? Niech pan robi, jak się panu podoba. To nie jest odpowiedź, a raczej to odpowiedź bardzo drażniąca, ponieważ jest bardzo wymijająca. Niech pani odpowie wyraźnie. Nie sądzę, żeby pan miał prawo rozkazywać mi jedynie dlatego, że jest pan starszy ode mnie albo że pan poznał więcej świata ode mnie; prawo do wyższości zależy od tego, jaki pan zrobił użytek z tych lat i doświadczenia.
[…]
O, z pewnością nie pomylę się w tym względzie i nie poczytam nieoficjalnego traktowania mnie za impertynencję; lubię raczej nieoficjalne traktowanie, a impertynencji nie zniósłby żaden człowiek wolny, nawet za zapłatę. Głupstwo! Większość ludzi wolnych zniesie wszystko za zapłatę. Toteż niech pani mówi za siebie, a nie wdaje się w uogólnienia co do rzeczy, o których pani nic a nic nie wie. Pomimo to w myśli ściskam dłoń pani za tę odpowiedź, choć niezupełnie trafną; i to zarówno za treść odpowiedzi, jak i za ton jej wypowiedzenia; ton był otwarty i szczery, nieczęsto się człowiek spotyka z takim tonem; nie, przeciwnie, afektacja albo chłód, albo głupie, ordynarne niezrozumienie intencji bywają zwykłą nagrodą za szczerość. Nie wiem, czy na trzy tysiące nauczycielek prosto z pensji trzy odpowiedziałyby mi tak, jak pani przed chwilą. Ale ja nie chcę pani schlebiać; jeżeli jest pani inna niż większość, to nie pani w tym zasługa. To dar wrodzony. A zresztą, może ja ostatecznie za prędko wyciągam wnioski: może się pani jeszcze okazać nie lepsza od reszty; może pani mieć nieznośne wady równoważące parę zalet.
[…]
Powiedział mi wtedy, że Adelka jest córką francuskiej baletnicy operowej Celiny Varens, dla której niegdyś żywił une grande passion [z fr. – wielką pasję – przyp. aut.], jak się wyraził. Ten afekt Celina, wedle swoich zapewnień, podzielała z większym jeszcze zapałem. Wierzył, że chociaż brzydki, jest jej bożyszczem, wierzył, że ona przenosi jego budowę atlety nad wytworność Apollina Belwederskiego. I, panno Eyre, tak mi schlebiały względy galijskiej sylfidy dla brytyjskiego gnoma, że zainstalowałem ją w pałacyku, sprawiłem jej całe urządzenie, służbę, powóz, kaszmiry, diamenty, koronki itd. Słowem, zacząłem się rujnować w sposób przyjęty, jak każdy inny zakochany żółtodziób. Jak gdyby mnie nie stać było na oryginalność; zamiast wytknąć sobie inną drogę wiodącą do hańby i zepsucia, kroczyłem starym, utartym szlakiem z głupią dokładnością, byle nie zboczyć o cal z ubitego toru. Spotkał mnie – tak jak na to zasługiwałem – los wszystkich innych zakochanych głuptasów. Zaszedłszy przypadkiem pewnego wieczora, gdy Celina się mnie nie spodziewała, nie zastałem jej w domu. Wieczór był ciepły, a że byłem zmęczony chodzeniem po Paryżu, więc usiadłem w jej buduarze, szczęśliwy, że mogę oddychać powietrzem uświęconym niedawną jej obecnością. Nie, przesadzam; nigdy nie myślałem, by była w niej jakaś uświęcająca cnota; zostawiła za sobą raczej woń perfum niż świętości. Powietrze, przesycone zapachem kwiatów i perfum, zaczynało mnie dusić, więc otworzyłem okno i wyszedłem na balkon. Świecił księżyc, świeciły również lampy gazowe, było cicho i pogodnie. Na balkonie stał fotel, usiadłem i wyjąłem cygaro; jeśli pani pozwoli, to i teraz jedno wypalę. Tu pan Rochester zrobił przerwę; wyjął i zapalił cygaro i wypuściwszy kilka kłębów wonnego dymu w mroźne, bezsłoneczne powietrze, mówił dalej: Cukierki też lubiłem w owych czasach, panno Eyre, i właśnie kolejno chrupałem czekoladki i paliłem cygaro (proszę wybaczyć to barbarzyństwo) przyglądając się ekwipażom przejeżdżającym przez modne ulice ku pobliskiej operze, gdy w eleganckim, krytym powozie, zaprzężonym w parę pięknych angielskich koni, rozpoznałem la voiture [z fr. - pojazd – przyp. aut.], którą ofiarowałem, był Celinie. Wracała. Serce moje, naturalnie, zabiło z niecierpliwości, gdy przechyliłem się przez żelazną balustradę. Powóz zatrzymał się, jak się tego spodziewałem, przed bramą pałacyku; moja flama (to właśnie jest odpowiednia nazwa dla takiej operowej kochanki) wysiadła. Chociaż była otulona w płaszcz – zupełnie niepotrzebnie, nawiasem mówiąc, w tak ciepły czerwcowy wieczór – poznałem ją od razu po maleńkiej nóżce, widocznej spod sukni, gdy zeskakiwała ze stopnia powozu. Wychylając się z balkonu miałem właśnie szepnąć: „Mon ange!” [z fr. – mój aniele! – przyp. aut.], tonem, naturalnie, dosłyszalnym jedynie dla ucha miłości, gdy druga jakaś postać wyskoczyła z powozu w ślad za nią – postać również w płaszcz otulona; jednakże ta noga zabrzęczała ostrogą o trotuar i głowa w męskim kapeluszu przesunęła się pod sklepioną bramą pałacyku. Pani, panno Eyre, nigdy nie odczuła zazdrości, prawda? Naturalnie, że nie; nie potrzebuję pani pytać, ponieważ pani nigdy nie zaznała, co to miłość. Obydwa te uczucia pozna pani jeszcze z doświadczenia; dusza pani śpi, musi przyjść jeszcze ten wstrząs, który ją obudzi. Pani sobie wyobraża, że całe życie płynie tak spokojnie jak dotychczas młodość pani. Płynąc przed siebie z zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami, nie widzi pani skał podwodnych ani nie słyszy rozbijających się o ich podstawę bałwanów. Ale ja pani mówię – i niech pani zapamięta moje słowa – dojdzie pani kiedyś do skalistego przejścia w kanale, gdzie cały strumień życia rozbija się w wirach i zamęcie, w łoskocie i pianie – i albo ostre skały rozbiją panią na atomy, albo jakaś potężna fala dźwignie panią i uniesie spokojniejszym prądem jak mnie w tej chwili. Lubię taki dzień; lubię to niebo stalowe; lubię surowość i ciszę tego mroźnego świata. Lubię Thornfield, jego staroświeckość, ustronność, stare drzewa pełne gniazd wronich i ciernie, i szarą fasadę domu, i rzędy ciemnych okien odbijających to metaliczne niebo. A jednak jakże długo nienawidziłem samej myśli o nim, stroniłem od niego jak od siedliska zarazy! Jak ja dotychczas nienawidzę…
[…]
Nie uznawałem naturalnego prawa Adelki do mojej opieki i nie uznaję go i teraz, gdyż nie uważam się za jej ojca; jednakże słysząc, że jest w zupełnej biedzie, wyciągnąłem biedactwo z brudu i błota Paryża i przeflancowałem ją tutaj, żeby sobie rosła czysto na zdrowym gruncie angielskiego wiejskiego ogrodu. Pani Fairfax wyszukała panią na jej wychowawczynię. Ale teraz, skoro pani wie, że to nieprawe dziecko francuskiej baletnicy, może pani inaczej spojrzy na swoje stanowisko i swoją wychowankę; może przyjdzie pani którego dnia do mnie z oznajmieniem, że znalazła pani inne miejsce, i poprosi mnie, bym się obejrzał za inną nauczycielką… No, co? Nie, Adelka nie jest odpowiedzialna ani za błędy swojej matki, ani za pańskie; nie mam powodu źle o niej myśleć; a teraz gdy wiem, że nie ma rodziców, gdyż matka ją opuściła, a pan się jej wypiera, będzie mi jeszcze bliższa niż poprzednio. Jakże mogłabym przenosić rozpieszczone dziecko bogatej rodziny, niecierpiące swojej nauczycielki jak czegoś nieznośnego, nad samotną małą sierotkę, garnącą się do mnie jak do przyjaciółki?
[…]
Dopiero po udaniu się na noc do swojego pokoju rozważyłam dokładnie to, co mi pan Rochester opowiedział. Wedle jego własnego wyznania, w treści tego przeżycia nie było prawdopodobnie nic tak dalece nadzwyczajnego: miłość bogatego Anglika do francuskiej tancerki i jej zdrada były to niewątpliwie w życiu towarzyskim rzeczy dość częste; jednakże było coś stanowczo niezwykłego w paroksyzmie wzruszenia, jaki go nagle ogarnął, w chwili, gdy okazywał zadowolenie ze swego obecnego nastroju; gdy mówił o uroku, jaki zaczął znów odnajdywać w starym domu i jego otoczeniu. Dziwiąc się rozmyślałam nad tym zajściem; stopniowo jednak, nie mogąc go sobie na razie wytłumaczyć, przeszłam do rozważań nad stosunkiem mojego chlebodawcy do mnie. Zwierzenia jego wydały mi się hołdem złożonym mojej dyskrecji: jako takie je przyjęłam i jako takie ceniłam. Zachowanie jego względem mnie stało się od kilku tygodni równiejsze i jednostajniejsze niż początkowo. Nigdy już nie miałam wrażenia, że mu zawadzam; nie nachodziły go nastroje mrożącej wyniosłości. Jeśli mnie spotkał niespodziewanie, najwyraźniej bywał rad spotkaniu; miał zawsze słówko, a niekiedy uśmiech dla mnie; gdy przychodziłam, przyzwana formalnym zaproszeniem, zaszczycał mnie taką serdecznością przyjęcia, że czułam, iż rzeczywiście posiadam umiejętność rozerwania go i że pragnął tych wieczornych pogawędek zarówno dla własnej przyjemności, jak i mojej korzyści.
[…]
Usposobienie miał kapryśne, i to bez powodów. Nieraz, gdy wzywał mnie, by mu poczytać, zastawałam go w bibliotece samego, z głową opartą na złożonych rękach; a wtedy, gdy podnosił oczy, ponury, nieledwie złośliwy grymas leżał jak czarna chmura na jego twarzy. Wierzyłam jednak, że jego złe humory, szorstkość i dawniejsze niemoralne wybryki (mówię dawniejsze, gdyż obecnie, zdaje się, już w nie wpadał) pochodziły z jakichś okrutnych powikłań losu. Wierzyłam, że był z natury człowiekiem o lepszych skłonnościach, wyższych zasadach, czystszych zamiłowaniach niż te, które okoliczności w nim rozwinęły, wy chowanie wszczepiło czy też los pobudził. Myślałam, że posiada doskonałe cechy, choć na razie nadpsute i pokręcone. Nie mogę zaprzeczyć, że martwiłam się jego zmartwieniem, czymkolwiek ono było, i że wiele byłabym dała, by móc mu ulżyć.
[…]
Opowiadanie pani Fairfax o spaleniu się zasłony puszczałam mimo uszu, głowę moją zaprzątnął zagadkowy charakter Gracji Poole i niezrozumiały dla mnie problem jej stanowiska w Thornfield. Nie mogłam pojąć, dlaczego zaraz rano nie oddano jej do aresztu albo co najmniej nie wydalono ze służby. Przecież pan Rochester tak jakby wyjawił w nocy przekonanie, że to ona jest zbrodniarką; jakaż tajemnicza przyczyna wzbraniała mu ją zaskarżyć? Dlaczego i mnie zobowiązał do tajemnicy? Dziwne to było: odważny, mściwy i dumny pan zdawał się być pod władzą jednej z najniższych swych sług, tak dalece pod jej władzą, że chociaż targnęła się na jego życie, nie śmiał jej otwarcie obwinić o zamach, a tym bardziej ukarać jej za to.
[…]
Na szczęście było tam drugie wejście do salonu oprócz wejścia przez jadalnię, gdzie wszyscy siedzieli przy stole. Zastałyśmy salon pusty; suty ogień palił się na marmurowym kominku, a woskowe świece świeciły jasno wśród wykwintnych kwiatów zdobiących stoły. Karmazynowa zasłona zwieszała się u arkady. Choć draperia ta stanowiła wątłą przegrodę od zgromadzonego w przyległej jadalni towarzystwa, rozmawiano tam tak przyciszonym głosem, że nic nie można było dosłyszeć prócz przytłumionego szmeru. Adelka wciąż jeszcze pod wpływem uroczystego nastroju usiadła nic nie mówiąc na podnóżku, który jej wskazałam. Ja sama schroniłam się w zagłębienie okna, siadłam tam i wziąwszy jakąś książkę z najbliższego stołu próbowałam czytać. Adelka przyniosła sobie stołeczek do moich nóg; niebawem trąciła mnie w kolano. Czego chciałaś, Adelko? Est-ce que je ne puis pas prendre une seule de ces fleurs magnifiques, mademoiselle? Seulement pour compléter ma toilette? [z fr. - Czy nie mogę wziąć choć jednego z tych wspaniałych kwiatów, mademoiselle? Tylko po to, żeby dokończyć toaletę? – przyp. aut.] Za wiele myślisz o swojej toilette, Adelko; ale możesz dostać kwiatek. I wyjąwszy różę z wazy przypięłam do jej paska.
[…]
Powiadają, że geniusz jest zarozumiały. Ja nie wiem, czy panna Ingram była geniuszem, ale była zarozumiała, uderzająco zarozumiała doprawdy. Zaczęła rozprawiać o botanice z miłą panią Dent; zdaje się, że pani Dent nie studiowała botaniki, chociaż, jak mówiła, lubiła kwiaty, „zwłaszcza polne i leśne”; panna Ingram, owszem, uczyła się jej, i z jakąż miną zasypywała słuchaczkę katalogiem nazw! Spostrzegłam od razu, że ona, jak to mówią, chce „wpakować” panią Dent, wyzyskując jej niewiedzę; to „pakowanie” może było sprytne, ale stanowczo nie było ani poczciwe, ani delikatne. Zagrała na fortepianie – wykonanie było świetne; śpiewała – głos miała piękny; rozmawiała z matką po francusku i mówiła biegle i z dobrym akcentem. Mary miała twarz łagodniejszą i bardziej otwartą niż siostra; rysy jej były łagodniejsze i cera o parę odcieni jaśniejsza (panna Blanka Ingram smagła była jak Hiszpanka); ale Mary brakowało ożywienia; twarz była bez wyrazu, oczy bez blasku; nie miała nic do powiedzenia, a raz zająwszy miejsce, pozostawała tam nieruchomo jak posąg w niszy. Obydwie siostry ubrane były wyłącznie na biało.
[…]
Nie, wy, mężczyźni, nigdy nie zastanawiacie się nad kwestią oszczędności i zdrowego rozsądku. Chciałabym, by pan usłyszał, co mama potrafi powiedzieć ha temat guwernantek. Mary i ja miałyśmy swojego czasu coś ze dwanaście guwernantek; połowa ich były to nieznośne kreatury, reszta śmieszne, a wszystkie czupiradła, nieprawdaż, mamo? Czy do mnie mówisz, moja jedyna? Panna, tak pieszczotliwie nazwana, powtórzyła pytanie z odpowiednim objaśnieniem. Moja najdroższa, nie mów mi o guwernantkach; samo to słowo działa mi na nerwy. Wycierpiałam męki z powodu ich nieumiejętności i grymasów. Bogu dziękuję, że skończyłam z nimi raz na zawsze!
[…]
[Ingram – przyp. aut.] Nie była dobra, nie była oryginalna; powtarzała pięknie brzmiące frazesy z książek; nigdy nie miała własnego zdania. Uderzała w wysoki ton sentymentów, ale nie znała uczuć litości ani współczucia; nie było w niej ani czułości, ani prawdy. Aż nazbyt często zdradzała się z tym, dając niewłaściwie folgę złośliwej antypatii względem Adelki; to odpychając ją z dodatkiem niemiłego epitetu, jeśli się dziecko do niej przypadkiem zbliżyło, to nakazując jej wyjść za drzwi, a zawsze traktując ją zimno i kwaśno. Były jeszcze inne oczy oprócz moich, które śledziły te objawy charakteru – śledziły uważnie, bacznie, bystro. Tak jest; przyszły mąż, pan Rochester, sam wykonywał nad wybraną bezustanny nadzór; właśnie ta jego bystrość, ostrożność, ta doskonała, jasna świadomość wad jego wybranej, ten widoczny brak miłości w stosunku do niej – to właśnie było źródłem nieustannej mej męki. Rozumiałam, że zamierza ocenić się z nią, może dla względów rodzinnych, może politycznych, ponieważ stanowisko jej i stosunki mu odpowiadały. Czułam, że nie obdarza jej miłością i że ona nie ma danych po temu, by skarb ten u niego pozyskać. I to był punkt drażliwy, to podsycało we mnie i karmiło gorączkę: że ona go nie może oczarować.
[…]
Ich wizyta [u Cyganki-wróżki – przyp. aut.] nie odbyła się tak cicho jak wizyta panny Ingram: dolatywał nas z biblioteki to śmiech histeryczny, to lekkie okrzyki, a po jakich dwudziestu minutach usłyszeliśmy otwieranie drzwi i panny biegnąc pędem przez hall wszystkie trzy wpadły do salonu, jak gdyby od zmysłów odchodząc, półprzytomne ze strachu. Jestem pewna, że w niej jest coś niesamowitego! – wołały jedna przez drugą. Takie nam rzeczy powiedziała! Wie o nas wszystko! – i padły zadyszane na foteliki, które im panowie śpiesznie podsuwali. Gdy nalegano, prosząc o dalsze wyjaśnienia, panienki opowiedziały, że wróżka mówiła im o rzeczach, które mówiły i robiły będąc jeszcze dziećmi; że opisywała książki i ozdoby, jakie miały w domu w buduarach; pamiątki, jakie od różnych krewnych dostały w upominku. Twierdziły, że nawet myśli ich odgadywała i że szepnęła każdej do ucha imię osoby przez nią najwięcej na świecie lubianej i powiedziała im, czego sobie najgoręcej życzą.
[…]
Wszedłszy do biblioteki ujrzałam Sybillę – jeśli to była Sybilla – siedzącą spokojnie i wygodnie w fotelu przy kominku. Miała na sobie czerwony płaszcz i czarny kapelusz cygański o szerokim rondzie, spuszczonym na twarz na kształt budki zawiązanej pod brodą pasiastą chustką. Zgaszona świeca stała na stole. Cyganka chyliła się nad ogniem i przy świetle płomieni zdawała się czytać w małej czarnej książeczce podobnej do modlitewnika; czytając mruczała półgłosem wyrazy, jak to czyni wiele starszych kobiet. Nie zaraz przestała, chociaż weszłam; zdawało się, że chce doczytać do końca ustępu. Stanęłam na dywaniku i grzałam sobie ręce, gdyż zziębłam w salonie. Czułam się tak spokojna jak zazwyczaj; w powierzchowności Cyganki nie było nic niepokojącego. Zamknęła książkę i powoli podniosła oczy; opuszczone rondo kapelusza częściowa zasłaniało jej twarz, mogłam, jednakże dojrzeć, gdy ją podniosła, że jest to twarz szczególna. Cała była brunatna i czarna; kosmyki kołtuna sterczały spod białej przepaski obejmującej jej podbródek i zakrywającej połowę policzków czy raczej szczęk; skierowała śmiałe spojrzenie prosto na mnie. Tak więc, panienko, chcesz, żebym ci wywróżyła przyszłość? – przemówiła głosem równie stanowczym jak jej spojrzenie, równie szorstkim jak jej rysy. Nie dbam o to, matko; możecie mówić, jeśli wam się podoba, ale ostrzegam was, że nie wierzę.
[…]
Tak, z piękną panną Ingram, Czy wkrótce? Sądząc z pozorów, tak należy wnioskować; i z największą pewnością (choć ty w swym zuchwalstwie zdajesz się wątpić o tym) będzie z nich jak najszczęśliwsza para. On musi kochać taką piękną, szlachetną, dowcipną, wykształconą kobietę i ona prawdopodobnie kocha jego, a jeżeli nie jego osobę, to przynajmniej jego sakiewkę. Wiem, że uważa Rochestera z jego dobrami za pierwszorzędną partię; chociaż (niech mi to Bóg przebaczy!) z godzinę temu powiedziałam jej w tej kwestii coś, wobec czego spoważniała dziwnie. Kąciki jej ust opadły o pół cala. Radziłabym jej czarnemu konkurentowi mieć się na baczności: jeśli się zjawi inny z dłuższym czy czystszym wykazem dochodów, czeka go kosz… Ależ, matko, ja nie przyszłam tutaj słuchać wróżb przyszłości pana Rochestera; przyszłam dowiedzieć się czegoś o mojej własnej; a dotąd nic mi o tym nie powiedzieliście. Twój los jest jeszcze wątpliwy; badałam twoją twarz: jeden rys w niej przeczy drugiemu. Los odmierzył dla ciebie wielką miarę szczęścia, to wiem. Wiedziałam to, zanim tu przyszłam dziś wieczór. Odłożył to szczęście starannie na bok dla ciebie. Widziałam, jak to czynił. Od ciebie tylko zależy wyciągnąć rękę i wziąć, co ci przeznaczone, ale czy ty to uczynisz, oto zagadka do rozwiązania. Uklęknij jeszcze raz. […] Jedynego wroga pomyślnego wyniku twoich losów widzę tylko w czole; a czoło to zdaje się mówić: „Potrafię żyć sama, jeżeli poczucie własnej godności i okoliczności zażądają tego ode mnie. Nie sprzedam swojej duszy za cenę szczęścia. Mam w głębi duszy skarb wrodzony, który potrafi utrzymać mnie przy życiu, gdyby wszelkie z zewnątrz płynące radości były mi wzbronione lub ofiarowane jedynie za cenę, której zapłacić nie mogę.” Czoło oświadcza: „Rozum stoi pewnie i dzierży cugle, i nie pozwoli się ponieść uczuciom i pędzić ku dzikim przepaściom. Niech sobie namiętności, pogańskie plemię, szaleją wściekle; niechaj pragnienia snują w wyobraźni ułudne mary, ale zdrowy sąd będzie miał zawsze i w każdym sporze ostatnie słowo i rozstrzygający głos w każdej decyzji. Może przyjść wicher, trzęsienie ziemi, pożar, ale ja zawsze słuchać będę wskazań tego cichego głosu, który tłumaczy rozkazy sumienia.”
[…]
I cóż, Jane, czy poznaje mnie pani? – zapytał dobrze znajomy głos. Niech pan tylko zdejmie ten czerwony płaszcz, a wtedy… Ale sznurek zaplątał się na węzeł; pomóż mi. Niech go pan zerwie. Zaraz. Już!… Precz, wypożyczone szaty! I pan Rochester ukazał się bez przebrania. Co za dziki pomysł, proszę pana! Ale dobrze wykonany, co? Wobec pań musiał pan dobrze grać. A wobec ciebie nie? Ze mną nie grał pan roli Cyganki. Jakąż więc rolę odegrałem? Czy własną? Nie; jakaś niezrozumiałą. Krótko mówiąc, myślę, że pan chciał ze mnie coś wyciągnąć albo mnie naciągnąć; prawił pan niedorzeczności, żeby mnie wyciągnąć na niedorzeczności. To nie bardzo ładnie, proszę pana.
[…]
Zapomniałam dnia tego zaciągnąć zasłonę koło łóżka, co zwykle czyniłam, a także spuścić storę na oknie. Toteż gdy księżyc w pełni posunął się tak daleko, że przez nie zasłoniętą szybę oświecił moje posłanie, blask jego mnie obudził. Zbudzona w środku nocy otworzyłam oczy i popatrzyłam na tarczę księżyca – srebrnobiałą i czystą jak kryształ. Piękna była, lecz zbyt uroczysta; uniosłam się i wyciągnęłam rękę chcąc zaciągnąć zasłonę. Wielki Boże! Co za krzyk! Noc – jej spokój, jej ciszę – rozdarł dziki, ostry, przeraźliwy głos, wstrząsający domem od końca do końca. Puls mój stanął; serce bić przestało; wyciągnięta ręka zdrętwiała. Krzyk zamarł i nie powtórzył się więcej. W istocie, żadne stworzenie, które by wydało krzyk tak okropny, nie mogłoby powtórzyć go prędko; żaden potężny kondor ze swego gniazda na szczytach Andów nie mógłby powtórzyć go, nie odpocząwszy przed nowym wysiłkiem. Głos ten płynął z trzeciego piętra, gdyż dochodził z góry. I na górze też – w pokoju tuż nad moim sufitem – posłyszałam teraz walkę; śmiertelna wydawała mi się, sądząc po hałasie; równocześnie na wpół zduszony głos zawołał po trzykroć z rzędu: Na pomoc! Na pomoc! Na pomoc!
[…]
Jane! Otworzył furtkę i stał przy niej czekając na mnie. Chodźmy odetchnąć przez chwilę świeżością – rzekł. Ten dom to po prostu więzienie; czy tego nie odczuwasz? Mnie się on wydaje wspaniałą rezydencją. Masz na oczach urok niedoświadczenia – powiedział – widzisz ten dom przez zaczarowane szkła; nie potrafisz się dopatrzyć, że pozłota to brud, jedwabne draperie to pajęczyny; że marmur to ordynarny łupek, politurowane drzewo to nędzne heblowiny i chropawa kora. Ale tutaj (tu wskazał na liściaste otoczenie dokoła nas), tu wszystko jest rzetelne, miłe i czyste. Szedł wzdłuż ścieżki, po jednej stronie obsadzonej bukszpanem, jabłoniami, gruszami i czereśniami, po drugiej obwiedzionej grządką różnych kwiatów: lewkonii, goździków, prymul, bratków, zmieszanych z polnymi różyczkami i różnymi wonnymi ziołami. Były tak świeże, jak tylko być mogły po szeregu kwietniowych deszczyków i słonecznych prześwietleń w ten uroczy wiosenny poranek; słońce właśnie wypływało na zaróżowione od wschodu niebo, a promienie jego oświecały kwiatem i rosą osypane drzewa owocowe i cieniste ścieżki pod nimi. Czy chcesz kwiat, Jane? Zerwał na wpół rozwiniętą różę, pierwszą z brzegu i podał mi ją. Dziękuję panu.
[…]
Tu znowu pan Rochester zadał pytanie: Czy taki błądzący grzesznik, ale teraz zdjęty żalem, pragnący spokoju, ma prawo, wbrew opinii świata, przywiązać do siebie na zawsze to miłe, wdzięczne, mądre stworzenie, zdobywając przez to spokój duszy i nowe życie? Panie – odpowiedziałam – odpoczynek tułacza ani poprawa grzesznika nie powinny nigdy zależeć od innej istoty. Ludzie umierają; filozofom często braknie mądrości, chrześcijanom dobroci; jeżeli ktoś, kogo pan znał, cierpiał i błądził, niechaj spojrzy wyżej ponad swoich bliźnich, szukając tam siły ku poprawie i pociechy kojącej cierpienie. Ale narzędzie, narzędzie! Bóg, który spełnia dzieło, wyznacza narzędzie. Ja sam, mówię ci to teraz bez obsłonek, byłem człowiekiem wykolejonym, błądzącym, grzesznym i wierzę, że ku uleczeniu swemu znalazłem narzędzie w… Przerwał; ptaki śpiewały dalej, liście lekko szeleściły. Aż dziwnie mi było, że nie przerwały śpiewów i szeptów, by pochwycić najbliższe słowo wyznania; ale długo musiałyby czekać, gdyż długo trwało milczenie. W końcu podniosłam oczy na milczącego towarzysza; on przenikliwie wpatrywał się we mnie. Przyjaciółeczko – przemówił zmienionym zupełnie tonem, podczas gdy i twarz jego przybrała inny wyraz, tracąc łagodność i powagę, a przyoblekając się w szorstkość i sarkazm – zauważyłaś moje tkliwe uczucia dla panny Ingram; czy nie sądzisz, że gdybym się z nią ożenił, ona by mnie skutecznie powiodła ku wielkiemu odrodzeniu?
[…]
Przeczucia, sympatie i znaki są to trzy dziwne zjawiska, które razem tworzą tajemnicę, ale do tej ludzkość jeszcze nie znalazła klucza. Nigdy nie wyśmiewałam przeczuć, gdyż sama ich doświadczałam. Wierzę, że istnieją niezrozumiałe dla nas, śmiertelników, sympatie, jak na przykład sympatia między krewnymi, którzy albo wcale, albo mało się znają. Istnienie takich uczuć stwierdza bodaj ich pochodzenie z jednego źródła. A znaki? Czyż możemy wiedzieć? Może to po prostu dowody sympatii natury dla człowieka. Będąc jeszcze małą dziewczynką, może sześcioletnią, słyszałam, jak Bessie Lieven opowiadała raz Marcie Abbot, że śniła o małym dziecku i że sen o dzieciach to nieomylny znak zmartwienia dla tego, który śni, albo dla jego krewnych. To wyjaśnienie byłoby mi może wyszło z pamięci, gdyby nie nastąpił potem wypadek, który je utrwalił. Nazajutrz wezwano Bessie do umierającej siostrzyczki. W ostatnich czasach często przypominało mi się to opowiadanie i ten wypadek, przez cały bowiem poprzedni tydzień nie było prawie nocy, która by mi nie przyniosła snu o małym dziecku: to piastowałam je na ręku, to kołysałam na kolanach, to przyglądałam się bawiącemu się stokrotkami na trawniku, to maczającemu rączki w bieżącej wodzie. Jednej nocy było to dziecko płaczące, innej znowu śmiejące się; raz tuliło się do mnie, kiedy indziej uciekało ode mnie; jakikolwiek jednak zdradzało humor, jakikolwiek był jego wygląd, przez siedem nocy z rzędu zjawiało się z chwilą, gdy wstępowałam w krainę snów.
[…]
Wzgardliwy jednak uśmieszek, skryty czy otwarty, nie miał już teraz nade mną tej władzy co niegdyś. Siedząc z kuzynkami dziwiłam się sama, że tak swobodnie się czuję wobec zupełnego ignorowania mnie przez jedną, a na półsarkastycznej grzeczności drugiej. Eliza nie potrafiła mi wyrządzić przykrości, Georgiana nie mogła mnie wyprowadzić z równowagi. Bo też o czym innym miałam do myślenia; w ubiegłych paru miesiącach obudziły się we mnie uczucia tak potężne, że one takich nie mogły we mnie wywołać; moje cierpienia i radości były żywsze i pełniejsze niż uczucia, które one mogły we mnie poruszyć, więc miny ich i tony pozostawiły mnie zupełnie obojętną. Jak się miewa pani Reed? – zapytałam niebawem, patrząc spokojnie na Georgianę, która uważała za właściwe żachnąć się z lekka na to zapytanie zadane wprost, jakby to było niespodziewanym zbytkiem poufałości z mojej strony. Pani Reed? Ach! to znaczy mama; czuje się nadzwyczaj marnie; wątpię, czy pani będzie mogła zobaczyć ją dziś wieczorem. Gdyby pani zechciała – rzekłam – pójść na górę i powiedzieć matce, że przyjechałam, byłabym pani bardzo wdzięczna. Georgiana nieledwie skoczyła i wytrzeszczyła na mnie szeroko niebieskie oczy. Wiem, że specjalnie życzyła sobie widzieć się ze mną – dodałam – a ja nie chciałabym ociągać się dłużej, niż koniecznie potrzeba, z wypełnieniem jej życzenia.
[…]
Czyś ty Jane Eyre? Tak, jestem Jane Eyre. Więcej kłopotu miałam z tym dzieckiem, niżby ktokolwiek uwierzył. Taki ciężar na mnie zwalić… i tyle utrapienia, co ona mi sprawiała, co dzień, co godzina, tym swoim niezrozumiałym usposobieniem i tymi nagłymi wybuchami gniewu, i bezustannym a nienaturalnym śledzeniem każdego mojego ruchu! Doprawdy, przecież ta dziewczyna przemawiała raz do mnie zupełnie jak wariatka albo jak sam szatan – żadne dziecko nigdy tak nie przemawiało i nie wyglądało jak ona; rada byłam, kiedy jej się pozbyłam z domu. Co oni z nią zrobili w Lowood? Zaraza tam wybuchła i wiele uczennic zmarło: a ona nie umarła. Ale ja powiedziałam, że umarła; żałuję, że nie umarła! Dziwne życzenie, pani Reed; dlaczego jej pani tak nienawidzi? Nigdy nie lubiłam jej matki, gdyż była to jedyna siostra mojego męża i bardzo przez niego kochana. Gdy rodzina wypierała się jej z powodu mezaliansu, on się temu sprzeciwiał, a gdy przyszła wiadomość o jej śmierci, płakał jak głuptas. Uparł się posłać po dziecko, chociaż go błagałam, żeby je raczej oddał do mamki i płacił za jego utrzymanie. Znienawidziłam je od pierwszego wejrzenia – chorowite, piszczące, skamlące stworzenie! Kwiliło w kołysce jak noc długa, nie krzycząc zdrowo i głośno jak każde inne dziecko, ale popiskując i pojękując… Mąż litował się nad nim; nieraz je niańczył i roztkliwiał się nad nim więcej niż kiedykolwiek nad własnymi dziećmi w tym wieku. Starał się usposobić moje dzieci przyjaźnie do tej małej żebraczki, ale kochaneczki nie mogły jej znieść, a on się gniewał na nie, gdy okazywały jej antypatię. W ostatniej chorobie kazał sobie wciąż dzieciaka przynosić do łóżka, a na godzinę przed śmiercią wymógł na mnie uroczyste przyrzeczenie, że będę chowała i zatrzymam to stworzenie. Równie chętnie dałabym sobie narzucić bębna nędzarki z przytułku, ale on był słaby, słaby z natury… John nie jest ani trochę podobny do ojca, i to mnie cieszy; wdał się we mnie i moich braci… John to wykapany Gibson. Och, jakżebym chciała, żeby przestał mnie dręczyć listami o pieniądze! Nie mam już pieniędzy… nic mu nie mogę dać: popadamy w biedę. Muszę odprawić połowę służby i zamknąć część domu… albo dom wynająć. Nigdy się na to nie potrafię zdobyć… ale jakże mamy dalej ciągnąć? Dwie trzecie moich dochodów idzie na opłacenie procentów od długów. John strasznie gra i zawsze przegrywa, biedny chłopak! Lichwiarze go napastują; John podupadł, zmarniał, wygląda okropnie; wstydzę się za niego, gdy go widzę!
[…]
Pomyślałam, że pójdę na górę i przekonam się, jak się miewa umierająca, która leżała tam prawie opuszczona; nawet służące tylko niekiedy przypominały sobie o jej istnieniu; wynajęta pielęgniarka, którą się nikt nie zajmował, wymykała się z pokoju, gdy tylko mogła. Bessie pozostała wierna; miała jednak własną rodzinę i tylko czasem mogła przychodzić do dworu. Nie zastałam, jak się tego spodziewałam, nikogo w pokoju chorej; pielęgniarki nie było; chora leżała spokojnie jak w letargu; sina jej twarz zapadła w poduszki; ogień na kominku dogasał. Dołożyłam węgla, poprawiłam posłanie łóżka, popatrzyłam chwilę na tę, która teraz patrzeć na mnie nie mogła, a potem odeszłam do okna. Deszcz bił silnie o szyby, wiatr szarpał gwałtownie. „Tu oto – pomyślałam – leży ludzka istota, dla której niebawem walki ziemskich żywiołów będą niczym. Dokąd poleci ten duch walczący teraz o wyzwolenie z cielesnej powłoki, gdy się nareszcie wyswobodzi?” Rozmyślając nad wielką tajemnicą, przypomniałam sobie Helenę Burns, jej przedśmiertne słowa, jej wiarę, jej teorię o równości dusz bezcielesnych. Wciąż jeszcze nasłuchiwałam w myśli jej dobrze pamiętnego mi głosu, wciąż jeszcze uprzytomniałam sobie jej blady, uduchowiony wygląd, jej wymizerowaną twarz i nieziemskie spojrzenie, gdy leżała spokojnie na śmiertelnym posłaniu i szeptała o swej tęsknocie do niebieskiego Ojca – gdy wtem słaby głos odezwał się z łóżka poza mną: Kto tu jest? Wiedziałam, że pani Reed już od szeregu dni zaniemówiła. Czyżby wracała do życia? Podeszłam do niej. To ja, ciociu. Kto taki… „ja”? – odpowiedziała. Kto ty jesteś? – i spojrzała na mnie zdziwiona i jakby przestraszona, ale wciąż jeszcze przytomna. – Ty mi jesteś zupełnie obca… gdzie Bessie? U siebie w domu, ciociu. „Ciociu”? – powtórzyła. Kto mnie nazywa ciocią? Nie jesteś żadną z Gibsonów; a jednak ja ciebie znam: ta twarz… te oczy i czoło… to wszystko jest mi dobrze znajome, jesteś podobna… tak, jesteś podobna do Jane Eyre! Nie odpowiedziałam nic: bałam się wywołać wstrząsające wrażenie, gdybym oświadczyła, kim jestem. Tak – zaczęła chora znowu – lękam się, że to pomyłka; myśli mnie łudzą. Pragnęłam zobaczyć Jane Eyre i wyobraziłam sobie podobieństwo tam, gdzie go nie ma, zresztą przez osiem lat ona się musiała mocno zmienić. […] Powiedziano nam nazajutrz rano, że już jest po wszystkim. Ciało tymczasem ubrano i wystawiono. Poszłyśmy do niej z Elizą. Georgiana, która uderzyła w głośny płacz, oświadczyła, że nie odważy się pójść. Oto leżała przed nami Sara Reed, silna i czynna niegdyś, teraz sztywna i spokojna; twarde jej oko kryła zimna powieka; na czole i wyrazistych rysach leżało jeszcze teraz piętno jej nieubłaganej duszy. Dziwnym i uroczystym przedmiotem były dla mnie te zwłoki. Patrzyłam na nie przejęta posępnym smutkiem i przykrością: nie budziły żadnych uczuć łagodnych, rzewnych, litosnych lub osłodzonych nadzieją, lecz jedynie drażniącą mękę na myśl o jej cierpieniach, nie o mojej stracie, i posępną grozę bez łez wobec okropności takiej śmierci. Eliza spokojnie przypatrywała się matce. Po kilkuminutowym milczeniu zauważyła: Z jej organizmem można było dożyć późnej starości; życie jej skróciły zmartwienia. A wtedy chwilowy skurcz przebiegł po ustach Elizy; gdy przeminął, odwróciła się i wyszła z pokoju, a ja za nią. Żadna z nas nie uroniła ani jednej łzy.
[…]
Nie wiedziałam, co czują ludzie powracający do domu po dłuższej czy krótszej nieobecności, nigdy tego nie doświadczyłam. Wiedziałam, co czułam jako dziecko, gdy wracałam do Gateshead po długim spacerze i dostawałam burę, że wyglądam zziębnięta albo chmurna; a potem pamiętam, co czułam, gdy wracając z kościoła do Lowood pragnęłam obfitego jedzenia i dobrego ognia i nigdy nie było mi to dane. Żaden z owych powrotów nie był ani miły, ani upragniony; żaden magnes nie przyciągał mnie do miejsca mego zamieszkania; magnes, którego siła przyciągania rosłaby w miarę zbliżania się do celu. O tym, jaki będzie mój powrót do Thornfield, miałam się dopiero przekonać.
[…]
W wigilię najdłuższego dnia Adelka, znużona zbieraniem przez pół dnia poziomek na drodze do Hay, poszła spać z kurami. Pilnowałam jej, dopóki nie usnęła, a potem wyszłam do ogrodu. Była to najmilsza godzina z dwudziestu czterech godzin doby. „Dzień gorące ognie strwonił”, a chłodna rosa opadała na spragnione równiny i spieczone szczyty. Tam, gdzie słońce skromnie zaszło – nie w przepychu chmur – roztaczała się purpura, płonąc jak krwawy klejnot lub rozżarzony ogień na szczycie jednego wzgórza i sięgając w coraz łagodniejszych tonach do połowy nieba. Wschód miał też swój własny urok pięknego, głębokiego szafiru i własny skromny klejnot – wschodzącą, pojedynczą gwiazdę; niebawem miał się poszczycić księżycem; ale tymczasem księżyc był jeszcze poniżej widnokręgu.
[…]
Nikt mnie nie deptał. Nikt nie zmuszał do zaskorupienia się w sobie. Nie pogrzebano mnie z niższymi duszami, nie wykluczono od przestawania z tym, co jasne, energiczne i wzniosłe. Żyłam obok tego, co czczę, co nad wszystko przenoszę; obcowałam z oryginalnym, potężnym, szerokim umysłem. Poznałam pana, panie Rochester, przerażenie i męka przejmują mnie na myśl, że koniecznie muszę się oderwać od pana na zawsze. Widzę konieczność odejścia i czuję, jakbym patrzyła na konieczność śmierci. W czym widzisz tę konieczność? – zapytał nagle. W czym? Pan sam ją przede mną postawił. W jakiej postaci? W postaci panny Ingram; szlachetnej i pięknej kobiety: pańskiej narzeczonej. Mojej narzeczonej! Jakiej narzeczonej? Ja nie mam narzeczonej.
[…]
Czyż jestem kłamcą w twoich oczach? – zawołał namiętnie. Ty mała sceptyczko, ja ciebie muszę przekonać. Jaką ja miłość odczuwam dla panny Ingram? Żadnej i ty o tym wiesz! Jaką miłość ona ma dla mnie? Żadnej, przekonałem się o tym. Postarałem się, by dotarła do niej pogłoska, że mój majątek nie wynosi nawet trzeciej części tego, czego się spodziewała, a potem stawiłem się przed nią, by stwierdzić rezultat; spotkało mnie oziębłe przyjęcie z jej strony i ze strony jej matki. Nie chciałbym, nie mógłbym ożenić się z panną Ingram. Ty… ty prawie nieziemskie stworzenie! Ciebie kocham jak siebie samego. Ciebie: biedną i nieznaną, małą i nieładną, ciebie błagam, byś przyjęła mnie za męża.
[…]
Wstając i ubierając się rozmyślałam nad tym, co się stało, i pytałam siebie, czy to sen. Nie mogłam być pewna, że to się naprawdę wydarzyło, dopóki znów nie zobaczę pana Rochestera i z ust jego nie usłyszę wznowionych słów miłości i oświadczyn. Układając włosy przypatrzyłam się swej twarzy w zwierciadle i przekonałam się, że już nie jest brzydka: promieniała nadzieją, zabarwiło ją ożywienie, oczy jaśniały nowym jakimś blaskiem. Często niechętnie patrzyłam na mojego pana w obawie, że mój wygląd nie może mu się podobać; ale teraz byłam pewna, że mogę śmiało wznieść ku niemu twarz, gdyż jej wyraz nie ostudzi jego przywiązania. Wyjęłam z komody prostą, ale czystą i jasną letnią sukienkę i włożyłam ją; zdawało mi się, że nigdy w żadnej sukni nie było mi tak dobrze, ale bo też w tak szczęśliwym usposobieniu nie miałam na sobie żadnej. Nie zdziwiło mnie to bynajmniej, gdy zbiegłszy na dół do hallu ujrzałam, że słoneczny ranek czerwcowy nastąpił po nocnej burzy i że przez otwarte szklane drzwi zalatuje świeży, wonny wietrzyk. Natura musi być radosna, kiedy ja jestem taka szczęśliwa. Ścieżką ku domowi szła żebraczka z chłopczykiem, oboje bladzi, obszarpani; pobiegłam ku nim i dałam im wszystkie pieniądze, jakie miałam przy sobie, jakieś trzy czy cztery szylingi; źli czy dobrzy, niechże się cieszą w to moje wielkie święto. Wrony krakały, śpiewały weselsze ptaki, ale nic nie dorównywało weselem memu rozradowanemu sercu.
[…]
Ubiorę moją Jane w atłasy i koronki i będzie nosiła róże we włosach; i nakryję jej ukochaną głowę bezcennym welonem. A wtedy mnie pan nie pozna i nie będę już pańską Jane Eyre, lecz małpką w kurtce arlekina, lekkomyślną kobietką przystrojoną w cudze piórka. Równie przykro byłoby mi widzieć pana w aktorskim przebraniu, jak siebie w dworskiej toalecie; i nie nazywam pana ładnym, choć kocham pana tak gorąco, o wiele za gorąco, by panu pochlebiać. Niech mi pan też nie pochlebia. On, jednakże ciągnął swoje dalej nie zważając na moje prośby.
[…]
Przez bardzo krótki przeciąg czasu będzie pan może taki jak teraz; przez bardzo krótki przeciąg czasu. A potem pan ostygnie; a potem stanie się pan kapryśny; a potem będzie pan poważny i surowy, a ja będę miała dużo kłopotu chcąc panu dogodzić. Gdy się pan jednak dobrze do mnie przyzwyczai, może mnie pan znów polubi – polubi, mówię, nie pokocha. Przypuszczam, że miłość pańska wypali się w sześć miesięcy, może prędzej. Czytałam w książkach pisanych przez mężczyzn, że to najdalszy kres, do jakiego sięga zapał miłosny męża. Jednak mam nadzieję, że jako przyjaciółka i towarzyszka nigdy nie stanę się niemiła mojemu drogiemu panu.
[…]
Tego systemu trzymałam się odtąd przez cały czas naszego „nowicjatu”. Z najlepszym zresztą rezultatem. Mój pan, to prawda, bywał często kwaśny i chropawy, ale na ogół widziałam, że bynajmniej się nie nudzi i że gdybym była uległa jak baranek, a czuła jak synogarlica, wzmacniałabym tylko jego despotyzm, ale mniej bym mu się podobała, mniej zadowalała jego rozsądek, a nawet jego smak. W obecności innych osób byłam jak dawniej pełna uszanowania i spokojna, bo każde inne postępowanie byłoby niewłaściwe; tylko w czasie wieczornych posiedzeń tak mu się sprzeciwiałam i dokuczałam, W dalszym ciągu kazał mnie zawsze prosić, z chwilą, gdy zegar wybił siódmą; chociaż, gdy teraz stawałam przed nim, nie miał dla mnie tych miodowych słówek: „kochanie moje”, „moja najmilsza”; dostawały mi się zamiast tego takie wyrazy, jak „impertynencka figura”, „złośliwy chochlik”, „odmieniec” itp. Zamiast pieszczot darzył mnie srogimi minami, zamiast uścisków dłoni – szczypnięciem w ramię; zamiast pocałunku w policzek – szarpnięciem za ucho. Owszem, owszem, na razie stanowczo wolałam szorstkość od tkliwości. Widziałam, że w oczach pani Fairfax mam uznanie; jej obawy o mnie znikły; to mnie utwierdziło w przekonaniu, że postępuję słusznie. Pan Rochester skarżył się, że go zamęczam, i groził straszną zemstą w niedalekim czasie. Śmiałam się w duchu z jego gróźb. „Potrafię trzymać cię w ryzach teraz – rozmyślałam – nie wątpię, że potrafię i później; jeżeli zużyje się jeden sposób, trzeba będzie obmyślić inny.”
[…]
Nie bez pewnej dzikiej rozkoszy gnałam, pędzona wiatrem, topiąc troskę mojej duszy w bezmiernym strumieniu powietrznym grzmiącym w przestworzach. Przebiegłszy ścieżkę wśród krzewów, stanęłam przed ruiną kasztana; stał tam sczerniały, rozdarty; pień, rozłupany przez środek, świecił straszną raną. Rozłupane połowy nie odłamały się od siebie, gdyż mocna podstawa i silne korzenie spajały je od spodu; jednakże wspólne życie uległo zniszczeniu; soki już nie mogły krążyć; wielkie konary po obu stronach były martwe, a wichury zimowe niewątpliwie zwalą je na ziemię; tymczasem jednak można było powiedzieć, że jeszcze tworzą jedno drzewo – ruinę wprawdzie, ale ruinę czegoś jednolitego. „Dobrze, że się trzymacie razem – powiedziałam, jakby te olbrzymie drzazgi były żywymi stworzeniami i mogły mnie słyszeć. Choć wyglądacie na zniszczone, spalone i zwęglone, musiała w was pozostać jakaś iskra płynąca z waszej wspólnoty u podstawy wiernych, dobrych korzeni; nie okryjecie się już nigdy zielonym listowiem, nigdy już ptaki nie uwiją gniazd, nie zaśpiewają pieśni w waszych gałęziach, czas wesela i miłości przeminął dla was, nie jesteście jednak opuszczone: każde z was ma współczującego towarzysza w godzinie śmierci.” Gdym na nie patrzyła, księżyc na jedną chwilę ukazał się między obiema częściami pnia. Krąg jego był krwawy, na wpół zamglony; zdawał się rzucać na mnie jakieś złowrogie spojrzenie i zaraz znów zasnuł się głęboką falą chmur. Wiatr ucichł na moment dokoła Thornfield, ale w oddali nad lasami, nad wodami zawodził smętnym, ponurym jękiem. Smutno było go słuchać.
[…]
Opisz ją, Jane. Była to kobieta wysoka i tęga, z długimi, gęstymi, ciemnymi włosami, opadającymi jej na plecy. Nie wiem, jakie ubranie miała na sobie; było to coś białego i prostego, ale czy to była suknia, prześcieradło czy koszula, nie wiem. Czy widziałaś jej twarz? Z początku nie. Ale po chwili wzięła mój welon z miejsca, gdzie wisiał, podniosła go w górę, patrzyła na niego długo, a potem zarzuciła go sobie na głowę i obróciła się do zwierciadła. W tej chwili zobaczyłam odbicie jej twarzy i jej rysów zupełnie dokładnie w ciemnym podłużnym zwierciadle! Jakież one były? Straszne i widmowe. O panie, ja nigdy nie widziałam podobnej twarzy! Była to twarz bez koloru… była to twarz dzika. Pragnęłabym zapomnieć o tych toczących się błędnie zaczerwienionych oczach, o tej okropnej sinej obrzmiałości rysów! Duchy zazwyczaj bywają blade. Ten był fioletowy; usta miał nabrzmiałe i ciemne; czoło zmarszczkami poryte; czarne brwi wysoko podniesione ponad krwią nabiegłymi oczami. Czy mam panu powiedzieć, kogo przypominała mi ta twarz? Powiedz. Diabelskie widmo… upiora.
[…]
Pan Rochester mówił dalej śmiało, bez ogródek: Bigamia to brzydkie słowo… ja jednak zamierzałem popełnić bigamię; los, jednakże mnie przechytrzył czy też Opatrzność mnie powstrzymała, może ta ostatnia. W tej chwili niewiele lepszy jestem od diabła i, jak by mi to powiedział tu obecny pastor, zasługuję niewątpliwie na najsurowszy wyrok Boży, nawet na ognie piekielne, na wiekuiste potępienie. Panowie, mój plan został zburzony; to, co ten prawnik i jego klient mówią, jest prawdą: jestem żonaty, a kobieta, która została mi zaślubiona, żyje! Mówi pan, panie Wood, że pan nigdy nie słyszał o żadnej pani Rochester tam we dworze, przypuszczam jednak, że nieraz dawał pan posłuch pogłoskom o jakiejś tajemniczej wariatce, trzymanej tam pod kluczem i strażą. Niektórzy szeptali panu, że to moja przyrodnia siostra z nieprawego łoża, inni, że moja porzucona kochanka. Otóż teraz oznajmiam panu, że ona jest moją żoną poślubioną przeze mnie piętnaście lat temu – Bertą Mason, siostrą tego zucha, który teraz blady, drżący na całym ciele pokazuje, jakie odważne serce zdobić może mężczyznę. Nabierz otuchy, Dick!… nie bój się mnie!… tak jak bym nie uderzył kobiety, tak nie uderzyłbym i ciebie. Berta Mason jest obłąkana i pochodzi z obłąkańczej rodziny: idioci i wariaci przez trzy pokolenia. Matka jej, Kreolka, była nie tylko wariatką, ale i pijaczką, o czym dowiedziałem się już po ślubie, gdyż przedtem oni milczeli o tych tajemnicach rodzinnych. Berta jako posłuszna córka, naśladowała swoją rodzicielkę tak w jednym, jak i w drugim. Uroczą miałem towarzyszkę: czystą, mądrą, skromną, możecie sobie wyobrazić, jaki szczęśliwy był ze mnie człowiek. Jakie bajeczne sceny przeżyłem! Jakie niebiańskie miałem życie, żebyście tylko wiedzieli! Ale nie potrzebuję dawać wam bliższych wyjaśnień. Panie Briggs, panie Wood, Ryszardzie, zapraszam was wszystkich, przyjdźcie do mojego domu i odwiedźcie pacjentkę pani Poole, a moją żonę! Zobaczycie, jakiego rodzaju istotę, oszukany, pojąłem w małżeństwo i osądźcie, czy miałem prawo, czy nie powinienem był zerwać tego związku i szukać współżycia z człowiekiem. To dziewczątko – ciągnął dalej patrząc na mnie – tyle wiedziało co i pan, panie Wood, o tej wstrętnej tajemnicy; myślała, że wszystko załatwiam prawnie, że wszystko jest w porządku. Nie śniło się jej, że może być wciągnięta w fikcyjny związek z nieszczęśliwcem już związanym ze złą, obłąkaną i zbydlęconą istotą! Pójdźcie wszyscy, proszę, za mną! Wciąż trzymając mnie silnie przy sobie wyszedł z kościoła; trzej panowie poszli za nami.
[…]
Usunęliśmy się wszyscy. Pan Rochester pozostał jeszcze na chwilę, by wydać jakieś polecenie Gracji Poole. Adwokat przemówił do mnie, gdy schodziliśmy ze schodów: Pani – rzekł – jest wolna od wszelkiego zarzutu; wuj pani ucieszy się, gdy się o tym dowie, o ile naturalnie będzie jeszcze żył, gdy pan Mason powróci na Maderę. Mój wuj! Co pan wie o nim? Czy pan go zna? Pan Mason go zna. Pan Eyre przez kilka lat był korespondentem jego firmy w Funchalu. Gdy wuj pani otrzymał list z wiadomością o zamierzonym małżeństwie pani z panem Rochesterem, pan Mason przypadkiem był właśnie u niego. Pan Eyre wspomniał o tej wiadomości, gdyż wiedział, że mój klient znał pana tego nazwiska. Pan Mason zdziwiony i zmartwiony, jak pani może to sobie wyobrazić, wyjawił istotny stan rzeczy. Wuj pani (przykro mi, że muszę to powiedzieć) jest obłożnie chory. Zważywszy istotę jego cierpienia – uwiąd starczy już mocno posunięty – trudno się spodziewać, by się mógł jeszcze podźwignąć. Nie mógł zatem sam pośpieszyć do Anglii, by wyplątać panią z sieci, w jaką pani wpadła, ale błagał pana Masona, by nie tracąc czasu poczynił odpowiednie kroki ku zapobieżeniu nieprawemu małżeństwu. Odesłał go do mnie po pomoc. Spieszyłem się, jak tylko mogłem, i rad jestem, jak i pani niewątpliwie, że się nie spóźniłem. Gdybym nie był przekonany, że wuj pani umrze, zanimby pani zdążyła dostać się na Maderę, radziłbym pani towarzyszyć panu Masonowi w jego powrotnej drodze: w obecnym, jednakże położeniu myślę, że lepiej, by pani pozostała w Anglii, dopóki nie otrzyma pani dalszych wiadomości albo od pana, albo o panu Eyre. Czy czekamy tu jeszcze na co? – zwrócił się do pana Masona.
[…]
Jane Eyre, wczoraj płonąca, pełna nadziei kobieta, panna młoda – dziś była znowu zziębniętym, samotnym dziewczęciem; życie jej było bezbarwne, widoki na przyszłość smutne. Mróz grudniowy przyszedł w pełni lata; lód osiadł na dojrzałych owocach; wicher złamał rozkwitające róże; łąki i pola pokrył lodowaty całun; dróżki, które ubiegłej nocy rumieniły się kwieciem, były dziś zasypane śniegiem, a lasy, jeszcze przed dwunastu godzinami tak zielone i pachnące jak tropikalne gaje, rozciągały się teraz puste i białe jak puszcze świerkowe w zimnej Norwegii. Wszystkie moje nadzieje umarły pod obuchem straszliwego wyroku takiego, jaki padł niegdyś na wszystkich pierworodnych w krainie Egiptu. Spojrzałam na swe najmilsze życzenia jeszcze wczoraj tak żywo płonące: leżały martwe, zimne, sine trupki, które już nigdy odżyć nie mogły. Spojrzałam na moją miłość, na to uczucie, własność mego pana, gdyż on je stworzył; drżało w moim sercu jak chore dziecko w zimnej kołysce. Choroba i męka nim wstrząsały; nie mogło szukać objęć pana Rochestera, nie mogło zaczerpnąć ciepła przy jego piersi. Ach, nigdy już nie będę mogła się zwrócić do niego, gdyż wiara zawiodła, zaufanie znikło! Pan Rochester nie był już dla mnie tym, kim był pierwej, gdyż nie był tym, za którego go miałam. Nie chciałam przypisywać mu występku; nie chciałam powiedzieć, że mnie oszukał, ale pojęcie nieskazitelnej prawdy już się nie wiązało z wyobrażeniem o nim. Widziałam jasno, że muszę wyjechać.
[…]
„Nie jestem żoną Edwarda Rochestera, ale to jeszcze najmniejszy powód do żalu – mówiłam sobie. – Zbudziłam się wprawdzie z najpiękniejszych snów i przekonałam się, że próżne są i puste, i to jest okropne, ale potrafiłabym to znieść i opanować się; natomiast nieznośna jest myśl, że muszę go opuścić stanowczo, niezwłocznie, nieodwołalnie. Tego uczynić nie mogę.” Ale wtedy głos wewnętrzny powiedział mi, że mogę to uczynić, i przepowiedział, że to uczynię. Walczyłam z własnym postanowieniem; pragnęłam być słaba, by uniknąć nowych dotkliwych cierpień, które, już wiedziałam, mnie czekają… Moje sumienie okazało się despotą chwytającym miłość za gardło, powtarzającym jej szyderczo, że zaledwie umoczyła elegancką nóżkę w bagnie, przysięgającym, że żelazną ręką zepchnie ją w przepaść męki. „A więc niech mnie ktoś stąd wyrwie! – wołałam w duszy. – Niechaj mi kto dopomoże!” „Nie; sama się stąd oderwiesz, nikt ci nie dopomoże; sama wydrzesz sobie prawe oko, sama odetniesz sobie prawą rękę; serce twoje będzie ofiarą, a ty kapłanem, który ją przebije.” Wstałam nagle, przerażona samotnością, którą ten srogi sędzia nawiedzał; przerażona milczeniem, w jakim ten okropny głos rozbrzmiewał. Kręciło mi się w głowie, gdy powstałam. Jasne było, że osłabłam z podniecenia i czczości, nic bowiem dotąd w ustach nie miałam, nawet śniadania nie jadłam.
[…]
Jeżeli tak myślisz, musisz mieć dziwne wyobrażenie o mnie. Musisz mnie uważać za rozpustnika, intryganta, za podłego niegodziwca, który udawał bezinteresowną miłość, ażeby cię wciągnąć w rozmyślnie nastawioną pułapkę, ażeby obedrzeć cię z honoru i z szacunku dla samej siebie… Co ty mi na to odpowiesz? Widzę, że nie możesz nic powiedzieć, bo najpierw, jesteś tak słaba, że z trudem oddychasz, po wtóre, jeszcze nie przyzwyczaiłaś się obwiniać mnie i oczerniać, a przy tym źródła łez są otwarte i gotowe wytrysnąć, gdybyś coś więcej mówiła. Ty zaś nie masz ochoty czynić wymówek i wyrzutów, robić scen. Myślisz nad tym, jak działać; mówienie uważasz za rzecz niepotrzebną. Ja ciebie znam… toteż mam się na baczności. Ja nie chcę działać przeciwko panu… – odpowiedziałam, ale mój niepewny głos ostrzegł mnie, że należy przerwać zdanie. Nie w twoim rozumieniu słowa, ale w moim, układasz plany na moją zgubę. Przecież powiedziałaś, że jestem człowiekiem żonatym i jako żonatego człowieka będziesz mnie unikała, trzymała się z dala ode mnie…
[…]
Muszę opuścić Adelkę i Thornfield. Muszę się z panem rozłączyć na całe życie; muszę rozpocząć nowe istnienie wśród obcych twarzy i w nowych warunkach. Naturalnie, powiedziałem ci, że musisz. Pomijam to szaleństwo o rozłączeniu się ze mną. Masz na myśli zapewne, że musisz stać się cząstką mnie. Co do nowego istnienia, to wszystko jest w porządku: będziesz jeszcze moją żoną; ja nie jestem żonaty. Będziesz panią Rochester – i w rzeczywistości, i z imienia. Do ciebie jednej będę należał, póki twego i mego życia. Zamieszkasz w domu, który posiadam na południu Francji; jest to biała willa nad brzegiem Morza śródziemnego. Tam będziesz wiodła życie szczęśliwe, bezpieczne i tak bardzo niewinne. Nie lękaj się, nie chcę cię otumanić, nie chcę cię uczynić swoją kochanką. Dlaczego potrząsasz głową, Jane? Bądź że rozsądna, gdyż doprawdy oszaleję znowu!
[…]
Wszystkie prowadzą przez wrzosowisko, a wrzosy, gęste i bujne, sięgają po same ich brzegi. Drogi są puste, jednak jakiś przypadkowy podróżny mógłby przechodzić tędy, a ja pragnę, by mnie żadne ludzkie oko nie widziało. Obcy mogliby się dziwić, co ja robię pod tym drogowskazem, stojąc widocznie bez celu, jak ktoś zabłąkany. Może zacząłby mnie wypytywać, a to, co mogłabym odpowiedzieć, wydałoby się niewiarogodne i podejrzane. Nic mnie w tej chwili nie łączy ze społecznością ludzką, żadna nadzieja nie wzywa mnie między ludzi; nikt z nich nie mógłby o mnie dbać, nikt nie okazałby mi życzliwości. Pozostaje mi tylko matka natura; na jej łonie poszukam wypoczynku… Puściłam się prosto w gęstwinę wrzosów; po kolana brodziłam w zaroślach. Udałam się do kotliny, gdzie mchem porosły złom granitu stanowił pewną ochronę; usiadłam; złom granitu osłaniał mi głowę; nade mną roztaczało się niebo.
[…]
Co za cichy, gorący, wspaniały dzień! Co za złotą pustynię tworzyło pagórkowate wrzosowisko! Wszędzie jaśniał blask słoneczny! Żałowałam, że nie mogę żyć w tym blasku i tym blaskiem. Zobaczyłam jaszczurkę przebiegającą po kamieniu; zobaczyłam pszczołę kręcącą się wśród słodkich jagód. Ach, jakże pragnęłam stać się pszczołą lub jaszczurką i znaleźć odpowiednie pożywienie i stałe schronienie tutaj! Byłam, jednakże ludzką istotą, miałam ludzkie potrzeby; nie mogłam zatrzymywać się tutaj, gdzie nie znalazłabym nic do ich zaspokojenia. Wstałam, obejrzałam się raz jeszcze na miejsce mojego nocnego spoczynku. Pozbawiona wszelkiej nadziei na przyszłość, żałowałam, że Stwórca nie powołał tej nocy mojej duszy do siebie i że moje umęczone ciało nie zostało wyzwolone przez śmierć. Nie musiałoby dalej walczyć z przeciwnościami losu, lecz mogłoby stać się cząstką tego pustkowia. Byłam, jednakże przy życiu odczuwając wszystkie potrzeby, bóle i obowiązki życia. Musiałam dźwigać ciężar tego życia, znaleźć sposoby zaspokojenia mych potrzeb, znosić cierpienie, wypełnić obowiązek. Ruszyłam w drogę.
[…]
Mglista tylko pozostała mi pamięć o następnych trzech dniach i nocach. Przypominam sobie niektóre odczucia i wrażenia, myśleć, jednakże logicznie nie mogłam, a byłam wprost niezdolna do jakiegokolwiek czynu. Wiedziałam, że jestem w małym pokoiku i że leżę w wąskim łóżku. Do tego łóżka byłam jakby przyrośnięta – leżałam na nim bez ruchu, jak kamień i umarłabym chyba, gdyby mnie chciano zeń zerwać. Nie uważałam na bieg czasu, na to, że ranek zmieniał się w południe, południe w wieczór. Spostrzegałam, gdy ktoś wchodził do pokoju albo gdy wychodził; wiedziałam nawet, kto to taki, rozumiałam, co mówili, o ile mówiący stał blisko mnie; odpowiadać, jednakże nie mogłam; nie potrafiłabym otworzyć ust albo poruszyć się. Hanna była najczęstszym u mnie gościem. Jej przyjście zawsze było mi niemiłe. Miałam wrażenie, że jest mi nierada, że nie rozumie mnie ani moich warunków, że jest do mnie uprzedzona. Diana i Mary zjawiały się u mnie w pokoju raz, czasem dwa razy dziennie. Szeptały niekiedy do siebie tego rodzaju zdania: Jak to jednak dobrze, że wzięłyśmy ją do siebie.
[…]
Panu St. Johnowi, siedzącemu nieruchomo, nie odrywającemu oczu od kartek czytanej książki, nie otwierającemu zaciśniętych ust, nietrudno się było przypatrzyć. Gdyby był posągiem, a nie człowiekiem, nie mogłoby to być łatwiejsze. Był młody – mógł mieć lat dwadzieścia osiem do trzydziestu – wysoki, szczupły. Twarz jego przykuwała oko; była to twarz greckiego posągu, niezmiernie czysta w rysunku: zupełnie prosty, klasyczny nos, usta i broda Ateńczyka. Rzadko istotnie twarz Anglika tak bardzo się zbliża do antycznego modelu. Nie dziw, że go raziła nieregularność moich rysów, skoro sam miał tak harmonijne. Oczy jego były wielkie, niebieskie, o ciemnych rzęsach; wysokie czoło, blade jak kość słoniowa, przysłaniały częściowo niedbale opadające pukle jasnych włosów.
[…]
Mogłam brać udział we wszystkich zajęciach Diany i Mary, rozmawiać z nimi, ile zapragnęły, i pomagać im, w czym mi pozwoliły. Znajdowałam ożywczą przyjemność w tym stosunku – przyjemność pierwszy raz w życiu poznaną, a wynikającą z pokrewieństwa upodobań, uczuć i zasad. Lubiłam czytać to co i one; co je cieszyło, sprawiało mi radość; co one uznawały, i ja szanowałam. Kochały wielce swój ustronny domek. I dla mnie ten szary, mały, staroświecki budynek o niskim dachu, okratowanych oknach, omszałych ścianach, z aleją starych jodeł – krzywo wyrosłych pod naporem górskich wiatrów – z ogrodem ciemnym od cisów i ostrokrzewów, posiadał nieodparty urok. Kochały purpurowe pagórki dokoła swego mieszkania, głęboką dolinę, do której prowadziła od ich bramy kamienista ścieżka wijąca się zrazu wśród paprocią zarosłych brzegów, a dalej wśród dzikich pastwisk otoczonych polami wrzosowisk, gdzie pasły się stada szarych, górskich owiec i jagnięta o omszonych pyszczkach. Widoki te kochały gorąco. Umiałam zrozumieć to uczucie i podzielić je z równą mocą i prawdą. Odczuwałam pociągający urok tej miejscowości – świąteczny nastrój jej osamotnienia; oczy moje rozkoszowały się linią wzniesień i zboczy, urozmaiconym zabarwieniem, jakie wzgórzom i wklęsłościom terenu nadawały mchy, dzikie dzwonki, ukwiecone łączki, jaskrawe wrzosy i łagodne tony skał granitowych. Te szczegóły były dla mnie tym samym, czym były dla nich – czystymi i słodkimi źródłami przyjemności. Silny wicher i łagodny wietrzyk, posępny lub pogodny dzień, wschód i zachód słońca, światło księżycowe i chmurne noce – wszystko to miało dla mnie taki sam powab jak i dla nich, takim samym napawało mnie czarem. W domu zgadzałyśmy się równie dobrze. One więcej miały wiadomości i więcej czytały ode mnie; ja, jednakże gorliwie podążałam ścieżką wiedzy, którą one już przeszły przede mną. Pochłaniałam książki, które mi pożyczały, wieczorem zaś rozkoszą było przedyskutować z nimi to, co w ciągu dnia przeczytałam. Myśl trafiała do myśli, zdanie przystosowywało się do zdania, słowem, zgadzałyśmy się doskonale.
[…]
Pani nie zostanie długo w Morton: nie, nie! Dlaczego? Na jakiej podstawie pan to mówi? Czytam to w pani oczach; nie zapowiadają one utrzymania równej linii w życiu. Nie jestem ambitna. Drgnął, usłyszawszy to słowo. Powtórzył: Nie. Co panią naprowadziło na myśl o ambicji? Kto jest ambitny? Ja wiem, że jestem ambitny; ale jakim sposobem pani to odkryła? Mówiłam o sobie. No więc, jeżeli pani nie jest ambitna, jest pani… – przerwał. Jestem jaka? Chciałem powiedzieć: namiętna, ale może by pani źle zrozumiała to słowo i może by panią dotknęło. Ja przez to rozumiem, że ludzkie uczucia i sympatie mają nad panią potężną władzę. Jestem pewien, że pani nie potrafiłaby być długo zadowolona spędzając wolne godziny w samotności, a godziny pracy na jednostajnym zajęciu, zupełnie bez podniety.
[…]
Mój dom zatem – gdy nareszcie znalazłam się u siebie w domu – okazał się chatą; na dole był mały pokoik, właściwie kuchnia o bielonych ścianach i piaskiem wysypanej podłodze, zawierający skromne umeblowanie: cztery malowane krzesła, stół, zegar, mały kredens z paru talerzami i półmiskami, i fajansowym serwisem do herbaty. Na górze pokój o tych samych rozmiarach co kuchnia, z białym sosnowym łóżkiem i małą komodą, za wielką jednak, bym ją mogła wypełnić szczupłą garderobą, chociaż dobroć moich miłych i zacnych przyjaciółek powiększyła jej zapas tym, co potrzebne. Nadszedł wieczór. Odprawiłam sierotkę, która pomaga mi w gospodarstwie, zapłaciwszy jej pomarańczą. Siedzę sama przy kominku. Dziś rano szkółka wiejska została otwarta. Miałam dwadzieścia uczennic. Tylko trzy umieją czytać, żadna nie umie pisać ani rachować. Niektóre umieją robić na drutach, a kilka z nich trochę szyje. Mówią najbardziej gwarowym językiem miejscowym. Na razie mamy wzajemną trudność w rozumieniu się wobec tych odrębności naszego języka. Niektóre z dziewcząt są źle wychowane, nieokrzesane, trudne do prowadzenia i nic nie umieją. Ale inne są posłuszne, chętne do nauki i miłe. Nie wolno mi zapomnieć, że te prosto ubrane wieśniaczki są z krwi i ciała równie dobre jak potomkowie rodowej szlachty i że zarodki wrodzonej doskonałości, kultury, inteligencji, delikatnych uczuć mogą równie dobrze istnieć w ich sercach jak w sercach wysoko urodzonych. Mam obowiązek rozwijać te zarodki; z pewnością spełnianie tego zadania da mi zadowolenie. Nie obiecuję sobie wiele uciechy z życia, które się przede mną otwiera; niewątpliwie jednak, gdy doprowadzę do ładu swoje myśli i zdobędę się na właściwy wysiłek, da mi ono tyle radości, ile potrzeba, by żyć z dnia na dzień. Czy bardzo byłam uradowana, zadowolona podczas godzin, które spędziłam w pustym, skromnym szkolnym pokoju dziś rano i po południu? Nie chcąc samej siebie oszukiwać, muszę odpowiedzieć – nie. Było mi ciężko: czułam się… idiotka ze mnie!… czułam się poniżona. Zadawałam sobie pytanie, czy nie uczyniłam kroku, który mnie obniża, zamiast podnieść, w skali społecznej. Przeraziłam się małodusznie brakiem wiedzy, ubóstwem i prostactwem wszystkiego, co słyszałam i widziałam wokół siebie. Ale nie będę zanadto gardziła sobą za te uczucia. Wiem, że są godne nagany, a to już wielki krok naprzód; będę się starała je przezwyciężyć. Jutro, mam nadzieję, zwalczę je częściowo; a za parę tygodni może zduszę je w sobie zupełnie. Być może, za parę miesięcy na widok postępów, zmiany na lepsze dokonującej się w moich uczennicach, poczuję radość zamiast niesmaku.
[…]
Pracowałam w wiejskiej szkółce tak pilnie i wiernie, jak tylko mogłam. Była to naprawdę ciężka robota z początku. Jakiś czas upłynął, zanim przy wielkich wysiłkach zrozumieć mogłam moje uczennice i ich natury. Zupełnie nie uczone, z nierozwiniętymi zdolnościami wydawały się beznadziejnie tępe. Z początku wszystkie wydawały mi się jednakowe. Wkrótce jednak przekonałam się, że się mylę. Różniły się od siebie tak jak i ludzie wykształceni. Gdyśmy się zapoznały, gdy przestały mi się dziwić, różnica ta jeszcze bardziej się uwydatniła. Gdy się oswoiły ze mną, mo im językiem, moimi zwyczajami i moim sposobem bycia – znalazłam, że niejedna z tych ociężałych, gapowatych prostaczek to wcale bystra dziewczyna. Okazało się, że wiele jest uprzejmych i miłych, a niektóre odznaczały się taką wrodzoną grzecznością, godnością i wybitnymi zdolnościami, że zjednywały moją przychylność i podziw. Te niebawem zaczęły znajdywać przyjemność w dobrej nauce, w utrzymywaniu osobistej czystości, w regularnym uczeniu się i zdobywaniu spokojnych, przyzwoitych manier. Szybkość ich postępów w niektórych wypadkach była zadziwiająca, co mnie napełniało prawdziwą i radosną dumą. Przy tym zaczęłam osobiście lubić niektóre z najlepszych dziewcząt i one mnie polubiły. Miałam pomiędzy uczennicami kilka córek farmerów, dziewcząt wyrośniętych, prawie dorosłych. Te już umiały czytać, pisać, szyć i rachować; uczyłam je początków gramatyki, geografii, historii i delikatniejszych robót igłą. Pomiędzy nimi znalazłam wartościowe charaktery, kulturalne, spragnione wiedzy jednostki, spędziłam z nimi niejeden miły wieczór w ich własnych domostwach. Rodzice ich otaczali mnie względami. Miło mi było przyjmować dowody ich prostej uprzejmości i odwzajemniać się szacunkiem, wielką atencją dla ich dobroci – z którą nie zawsze się spotykali i która zdobywała mi ich serca, a im również wychodziła na dobre: podnosiła ich bowiem we własnym mniemaniu i nakazywała podobnie traktować innych.
[…]
Czy nie chciałaby pani naszkicować mojego portretu, żebym go mogła pokazać papie? Z przyjemnością – odpowiedziałam czując dreszcz artystycznej radości na myśl o rysowaniu z tak doskonałej modelki. Miała wtedy na sobie ciemnoszafirową jedwabną suknię, ramiona jej i szyja były odsłonięte; jedyną ozdobę stanowiły kasztanowate włosy wijące się na ramionach z całym swobodnym wdziękiem naturalnych loków. Wzięłam kartkę pięknego kartonu i narysowałam starannie kontury. Obiecywałam sobie przyjemność wykończenia portreciku kolorami, a ponieważ już późno się robiło, powiedziałam jej, że musi przyjść pozować mi innego dnia. Panna Rozamunda tak mnie wychwalała przed ojcem, że pan Oliver sam przyszedł z nią następnego wieczoru. Był to wysoki, w średnim wieku mężczyzna o grubych rysach, siwy; przy jego boku śliczna córka wyglądała jak jasny kwiat obok omszałej wieżycy. Była to małomówna i może dumna osobistość, bardzo, jednakże był dla mnie uprzejmy. Szkic portretu Rozamundy bardzo mu się podobał; powiedział mi, że muszę zrobić z tego skończony portret kolorami.
[…]
Tu położył na stole dzieło świeżo wydane, poemat, jeden z tych szczerych utworów, którymi tak często obdarzana bywała szczęśliwa publiczność owych czasów – czasów złotego wieku naszej literatury. Niestety, czytelnicy naszych czasów nie mają takiego szczęścia. Lecz odwagi! Nie mam zamiaru nikogo oskarżać w tym miejscu. Wiem, że poezja nie umarła, geniusze nie znikły, że potęga pieniądza nie skrępowała ani nie załamała ich, że któregoś dnia zamanifestują swoje istnienie, swoją wolność i moc. Są jak potężni aniołowie bezpieczni w niebie i uśmiechają się na widok triumfu plugawych duszyczek i żalu słabych dusz z powodu ich rzekomego zaniku. Poezja zniszczona? Geniusz wygnany? Nie! Niech zazdrość nie podszeptuje tej myśli miernocie. Nie! Poezja i geniusze nie tylko żyją, lecz panują i wyzwalają, a bez ich boskiego wpływu przejawiającego się wszędzie, miernota znalazłaby się w piekle, w piekle własnej nikczemności. A gdy ja chciwie przeglądałam świetne karty Marmiona [poemat epicki Waltera Scotta, szkockiego pisarza epoki romantycznej – przyp. aut.], St. John nachylił się, by przypatrzyć się mojemu rysunkowi. Nagle drgnął i prostując się odskoczył. Nie powiedział ani słówka. Spojrzałam nań: unikał mego wzroku.
[…]
Znowu wyraz zdziwienia przebiegł mu po twarzy. Nie wyobrażał sobie, żeby kobieta mogła w ten sposób mówić do mężczyzny. Ja byłam przyzwyczajona do takiej rozmowy. Nigdy nie potrafiłam przebywać w obecności silnych, opanowanych i kulturalnych ludzi, czy to były kobiety, czy mężczyźni, nie dążąc do przełamania ich rezerwy, nie pragnąc zdobyć ich zaufania, znaleźć się w kręgu ich najskrytszych myśli. Pani jest oryginalna – powiedział – niekonwencjonalna i śmiała. Ma pani spojrzenie przenikliwe; niech mi jednak będzie wolno zapewnić panią, że pani po części źle tłumaczy moje uczucia. Pani uważa je za głębsze i potężniejsze, niż są w istocie. Obdarza mnie pani większym współczuciem, niż na to zasługuję. Gdy się rumienię, gdy drżę w obecności panny Oliver, wtedy ja sam nie lituję się nad sobą. Pogardzam własną słabością. Wiem, że jest niskiego poziomu: to prosta gorączka zmysłów, nie żaden wstrząs duszy. Dusza moja jest niewzruszona jak skała silnie osadzona na dnie niespokojnego morza. Niech mnie pani zobaczy takim, jakim jestem: zimnym, twardym człowiekiem. Uśmiechnęłam się niedowierzająco.
[…]
Zanim zacznę, muszę panią uprzedzić, że opowieść ta wyda się pani może po trosze znajoma; ale znane rzeczy często nabierają świeżości w nowych ustach, zresztą znajoma czy nowa dla pani, w każdym razie jest krótka. Dwadzieścia lat temu ubogi wikary, nie chodzi w tej chwili o jego nazwisko, zakochał się w córce bogacza. Ona również go pokochała i poślubiła wbrew woli rodziny, która wyrzekła się jej natychmiast po ślubie. Zanim minęły dwa lata, młodzi małżonkowie zmarli oboje. Pochowano ich pod jednym kamieniem grobowym. (Widziałem ten grób na wielkim cmentarzu okalającym ponurą, czarną od sadzy, starą katedrę przeludnionego przemysłowego miasta w hrabstwie X.) Pozostawili córkę. Dziecko to zaraz po urodzeniu zostało zdane na łaskę dobroczynności – zimnej jak te zaspy śnieżne, w których omal, że nie ugrzęzłem dziś wieczór. Dobroczynność zaniosła sierotę do domu jej bogatych krewnych ze strony matki; wychowywała ją wujenka nazwiskiem (przechodzę teraz do nazwisk) Reed z Gateshead. Pani drgnęła, czy pani usłyszała jaki hałas? To może tylko szczur skrobie pod podłogą w sąsiadującej z tym pokojem szkole; była to stodoła, zanim ją kazałem przerobić na szkołę, a w stodołach szczury lubią się trzymać… Pani Reed przez lat dziesięć chowała sierotę u siebie. Czy dziecku było tam dobrze, czy źle, nie wiem, bo mi tego nie powiedziano, ale po upływie tego czasu przeniosła ją wujenka do miejscowości dobrze pani znanej, gdyż mówię tu o szkole w Lowood, gdzie pani sama przebywała tak długo. Zdaje się, że tam sprawowała się bardzo chwalebnie; z uczennicy została nauczycielką, tak samo zresztą jak pani… Istotnie, uderza mnie to, że tyle jest podobieństwa w jej dziejach z dziejami pani… Opuściła Lowood, żeby przyjąć miejsce nauczycielki; otóż tu znowu wasze losy są podobne; podjęła się wychowania pupilki niejakiego pana Rochestera.
[…]
Tak… tak; ale gdzie jest pan Briggs? Może on wie o panu Rochesterze coś więcej od pana? Briggs jest w Londynie. Wątpię, czy on w ogóle wie cokolwiek o panu Rochesterze; on się nie interesuje panem Rochesterem. A pani tymczasem zapomina o ważnych punktach uganiając się za drobiazgami; pani nie pyta, dlaczego pan Briggs poszukuje pani, jaki może mieć interes do pani. No dobrze, czegóż on chce ode mnie? Chce panią tylko powiadomić, że umarł stryj pani, pan Eyre z Madery, i zostawił pani cały majątek, tak że pani jest teraz bogata; tylko tyle, nic więcej. Ja! Bogata? Tak… pani, bogata, prawdziwa dziedziczka. Nastąpiło milczenie. Musi pani, oczywiście, dowieść swojej tożsamości – mówił po chwili dalej St. John. Jest to krok, który nie przedstawia trudności, po czym może pani wejść w natychmiastowe posiadanie. Majątek pani umieszczony jest w papierach angielskich; Briggs ma testament i potrzebne dokumenty.
[…]
Pewną słuszność uznaję; ale jest to przeciwne wszelkim zwyczajom. Zresztą cała ta fortuna jest prawnie pani własnością: wuj zdobył ją własną pracą, wolno mu było pozostawić ją, komu chciał; pozostawił ją pani. Ostatecznie słuszność pozwala pani ją zatrzymać; może pani z czystym sumieniem uważać ją za bezspornie swoją. Dla mnie – odpowiedziałam – jest to sprawa zarówno uczucia, jak sumienia; ja muszę postępować zgodnie z moim sercem, tak rzadko miałam po temu sposobność! Gdyby pan dowodził, sprzeciwiał się, męczył mnie przez rok, nie mogłabym wyrzec się cudownej przyjemności, która mi się uśmiechnęła, przyjemności odpłacenia wielkiego długu i pozyskania sobie przyjaciół na całe życie. Tak pani teraz myśli – odparł St. John – ponieważ pani nie wie jeszcze, co to znaczy posiadać, a więc i korzystać z bogactwa. Pani sobie nie wyobraża, jakie znaczenie nada pani posiadanie dwudziestu tysięcy, jakie miejsce w towarzystwie pozwoli to pani zająć, jakie widoki to przed panią otworzy; pani nie może… A pan – przerwałam – nie może sobie wcale wyobrazić, jak ja tęskniłam za siostrzaną i braterską miłością. Nigdy nie miałam rodzinnego domu, nigdy nie miałam sióstr ani braci. Muszę ich mieć, chcę ich mieć teraz; czy pan nie ma ochoty dopuścić mnie do tego, przyznać się do mnie? Jane, będę twoim bratem, siostry moje będą ci siostrami nie licząc na to, że zrezygnujesz z twych słusznych praw.
[…]
Zgoda zatem na jego żądanie byłaby możliwa, gdyby nie jeden szczegół, jeden okropny szczegół… On żąda, bym została jego żoną, a serce jego nie byłoby dla mnie czulsze od tego ponurego, olbrzymiego głazu, po którym tam w wąwozie stacza się spieniony strumień. On mnie ceni, jak żołnierz ceni dobry oręż i tyle. Gdybym nie miała mu być poślubiona, nie martwiłabym się tą nieczułością; ale czyż mogę mu pozwolić postąpić tak z wyrachowaniem, chłodno wykonać swoje zamierzenia, dopełnić ceremoniału zaślubin? Czyż mogę przyjąć od niego pierścień ślubny, znosić wszystkie pozory miłości (których by niewątpliwie skrupulatnie pilnował) i wiedzieć, że jego duch nie bierze w tym udziału? Czy mogłabym znieść świadomość, że każda pieszczota, którą by mnie obdarzył, to poświęcenie dla zasady? Nie, takie męczeństwo byłoby potworne. Nie chcę go podjąć. Jako jego siostra mogłabym mu towarzyszyć, lecz nie jako jego żona; powiem mu to teraz." Obejrzałam się. St. John leżał jak przedtem, podobny do przewróconej kolumny, z twarzą zwróconą ku mnie; oczy jego błyszczały, baczne i przenikliwe. Wstał i podszedł do mnie. Jestem gotowa pojechać do Indii, jeżeli mogę to zrobić jako osoba wolna.
[…]
Nieobecność moja potrwa dwa tygodnie; przez ten czas rozważ moją propozycję i nie zapomnij, że jeżeli ją odrzucisz, zaprzesz się nie mnie, ale Boga. Bóg ci przeze mnie otwiera drogę do szlachetnego zajęcia; możesz je podjąć jako moja żona jedynie. Jeżeli odmówisz i nie zechcesz być moją żoną, ograniczysz się na zawsze do ścieżki samolubnej wygody i bezowocnego zapomnienia. Drżyj, ażebyś wówczas nie była zaliczona pomiędzy tych, co się zaparli wiary i gorsi są niż niewierni! Skończył. Odwracając się ode mnie, raz jeszcze Spojrzał na rzekę, spojrzał na wzgórza. Ale tym razem zamknął uczucia we własnym sercu. Nie byłam godna, by je przede mną wypowiadał. Wracając obok niego do domu, czytałam jasno w jego zakamieniałym milczeniu, co czuł wobec mnie: rozczarowanie surowej i despotycznej natury, która napotkała opór tam, gdzie liczyła na uległość, naganę chłodnego, nieugiętego sędziego, który odkrył w drugim człowieku uczucia i poglądy, których nie potrafi podzielać; słowem, jako człowiek byłby pragnął zmusić mnie do posłuszeństwa, a tylko jako szczery chrześcijanin znosił tak cierpliwie moją przewrotność i dawał mi tak długi czas do namysłu i żalu.
[…]
A przy tym – ciągnęłam dalej – chociaż teraz mam dla niego tylko siostrzane uczucie, to jednak potrafię sobie wyobrazić, że gdyby mnie zmusił do poślubienia go, mogłabym powziąć ku niemu rodzaj dziwnej, nieuchronnej i dręczącej miłości, ponieważ on jest takim niezwykłym człowiekiem i ma w sobie często jakąś bohaterską wielkość. W takim wypadku los mój stałby się niewypowiedzianie ciężki. On by wcale nie pragnął, bym go kochała; a gdybym okazywała uczucie, dałby mi do zrozumienia, że to rzecz zbyteczna, jemu niepotrzebna, we mnie niewłaściwa. Ja wiem, że on tak by postępował. A jednak St. John to dobry człowiek – rzekła Diana. On jest dobry i wielki, tylko zdążając sam do wielkich celów, bezlitośnie zapomina o uczuciach i prawach ludzi małych. Toteż lepiej, by mali schodzili mu z drogi, ażeby ich w rozpędzie nie zdeptał.
[…]
Wymawiając te ostatnie słowa położył mi rękę na głowie. Mówił poważnie, łagodnie; spojrzenie jego nie było, to prawda, spojrzeniem kochanka patrzącego na ukochaną, ale spojrzeniem pasterza odwołującego zbłąkaną owieczkę, albo raczej spojrzeniem anioła stróża strzegącego duszy, za którą jest odpowiedzialny. Wszyscy ludzie wybitni, czy są uczuciowi, czy nie, czy są zapaleńcami, idealistami lub despotami, o ile tylko są szczerzy, mają swoje chwile wzniosłości, a wtedy podbijają i panują. Poczułam uwielbienie i cześć dla St. Johna, cześć tak silną, że poryw jej poniósł mnie od razu tam, dokąd dotrzeć wzbraniałam się tak długo. Wzięła mnie pokusa zaprzestania z nim walki, rzucenia się w strumień jego woli i jego istnienia, żeby tam zatracić własną wolę. Czułam, że on nieomal tak zniewala mnie teraz, jak niegdyś, w odmienny sposób, opanowywał mnie inny. Byłam szalona tak wtedy, jak i w tej chwili. Ustąpić wtedy byłoby występkiem przeciw zasadom, ustąpić teraz – występkiem przeciw rozumowi. Tak to widzę obecnie, gdy patrzę wstecz z odległości czasu; w owej chwili nie uświadamiałam sobie, że to szaleństwo.
[…]
Czy pan Rochester mieszka obecnie w Thornfield Hall? – zapytałam wiedząc, naturalnie, jaka będzie odpowiedź, ale odwlekając proste pytanie o obecne jego miejsce pobytu. Nie, pani, o, nie! Nikt tam teraz nie mieszka. Pani zapewne jest obca w tych stronach, inaczej byłaby pani słyszała, co się tu stało zeszłej jesieni… Thornfield Hall to zupełna ruina; spaliło się w samą porę żniw. Straszna katastrofa! Taka niezmierna moc cennych rzeczy zniszczona; zaledwie cośkolwiek z mebli dało się uratować. Ogień wybuchnął w nocy, a zanim straż pożarna dojechała z Millcote, budynek cały stał w płomieniach. Straszny to był widok! Byłem tego świadkiem. W nocy! – szepnęłam. Tak, w Thornfield zawsze noc była porą fatalną. Czy wiadomo, co wywołało pożar? – zapytałam. Zgadywali ludzie, proszę pani, zgadywali. Mogę nawet powiedzieć, że zostało to stwierdzone ponad wszelką wątpliwość. Może pani tego nie wie – tu przysunął się z krzesłem trochę bliżej stołu i mówił cicho – że trzymano tam w domu pewną panią… taką niespełna… wariatkę, jednym słowem.
[…]
Powiadają, że raz o mało nie spaliła swego męża w łóżku, ale ja o tym nic nie wiem. Tej nocy jednak najpierw zapaliła firanki i portiery w pokoju obok swojego, a potem zeszła na niższe piętro i dostała się do pokoju, który był przedtem pokojem nauczycielki (zdawałoby się, że coś wiedziała o tym, jak sprawy stoją, i miała złość do niej), i tam podpaliła łóżko; na szczęście nikt na nim nie spał. Nauczycielka uciekła dwa miesiące przedtem, a chociaż pan Rochester poszukiwał jej jak czegoś najdroższego w świecie, nie mógł się o niej niczego dowiedzieć; zupełnie zdziczał, można by powiedzieć, że się wściekł, gdy go ten zawód spotkał; nigdy nie był człowiekiem powściągliwym, ale teraz, gdy ją utracił, stał się niebezpieczny. A do tego chciał być zupełnie sam. Odesłał panią Fairfax, zarządczynię, gdzieś daleko do jej rodziny, ale zrobił to ładnie, gdyż wyznaczył jej dożywotnią pensję, a ona na to zasłużyła, bo była bardzo dobrą kobietą. Pannę Adelę, swoją wychowanicę, umieścił w szkole. Zerwał ze wszystkimi znajomymi, z całą okoliczną szlachtą i zamknął się jak pustelnik we dworze. Jak to! Więc nie wyjechał z Anglii? On miałby wyjechać z Anglii? Gdzież tam! Nie ruszał się za próg swego domu, chyba nocą; a wtedy to jak duch chodził i chodził po ogrodzie, po sadzie, zupełnie, jak gdyby był zmysły postradał; bo, wedle mojego rozumienia, tak też i było: gdyż tak żwawego, śmiałego, mądrego pana, jakim on był, zanim mu ta maleńka nauczycielka weszła w drogę, nie widziała pani chyba w życiu. W winie, kartach, wyścigach nie lubował się, jak to czyni wielu i nie był znów tak bardzo piękny; ale miał rzadką, prawdziwie męską odwagę i wolę. Bo widzi pani, ja go znałem od małego chłopca; nieraz myślałem sobie: bodajby byli w morzu utopili tę pannę Eyre, zanim przybyła do Thornfield Hall! Więc pan Rochester był w domu, gdy ten pożar wybuchł? Tak… owszem; i poszedł na strych, gdy wszystko gorzało na górze i na dole, i wyrzucił służące z łóżek, i sam im pomógł zejść na dół, a potem wrócił, żeby wariatkę żonę wydobyć z jej celi. A wtedy zawołano ku niemu, że ona jest na dachu, gdzie też stała wymachując rękoma nad blankami i wydając takie krzyki, że można ją było słyszeć o milę; ja sam ją słyszałem i widziałem na własne oczy. Była to duża kobieta i miała długie czarne włosy; na tle płomieni widać było, że spływają jej na plecy. Byłem świadkiem i wielu innych oprócz mnie również, jak pan Rochester przez drzwi w dachu wyszedł na dach; słyszeliśmy, jak wołał: „Berto!” Widzieliśmy, jak zbliżał się do niej; a wtedy, proszę pani, ona wrzasnęła i padła z dachu na bruk.
[…]
Dwór w Ferndean był to budynek dość stary, średniej wielkości bez architektonicznych pretensji, głęboko ukryty w lesie. Słyszałam o nim dawniej. Pan Rochester często o nim mówił, a niekiedy tam jeździł. Ojciec jego kupił ten majątek ze względu na obfitość zwierzyny w tych okolicach. Byłby wynajął dom, ale nie mógł znaleźć lokatora, bo okolica była niedostępna i niezdrowa. Ferndean pozostało przeto nie zamieszkane i nie umeblowane, z wyjątkiem dwóch czy trzech pokoi urządzonych dla wygody dziedzica, gdy tam przyjeżdżał na polowanie. Do tego domu przyjechałam przed wieczorem, niebo okrywały chmury, wiał zimny wiatr i zacinał drobny deszcz. Ostatnią milę przeszłam pieszo, odprawiwszy powozik po zapłaceniu woźnicy przyobiecanej podwójnej zapłaty. Nawet z bliska nie można jeszcze było dojrzeć dworku, tak gęsto otaczał go ponury las. Żelazna brama, osadzona na granitowych słupach, wskazywała wejście; przeszedłszy ją znalazłam się od razu w półcieniu gęstego szpaleru drzew. Zarośnięta trawą dróżka prowadziła brzegiem lasu pośród omszałych i sękatych pni pod sklepieniem gałęzi. Posuwałam się tą drogą mając nadzieję, że wkrótce dotrę do domu. Tymczasem droga ciągnęła się, wiła i skręcała coraz dalej: ani śladu mieszkalnego domu albo ogrodu. Już myślałam, że obrałam zły kierunek i że zabłądziłam. Otaczał mnie zmrok i cień leśny. Obejrzałam się – innej drogi nie było: wszędzie tylko pnie jak kolumny, gęste listowie – żadnej otwartej przestrzeni. Szłam dalej; nareszcie droga się rozszerzyła, gęstwina drzew nieco zrzedła; po chwili ujrzałam sztachety, a potem dom zaledwie dający się odróżnić od drzew przy tym słabym świetle, tak zmurszałe i zielonawe były jego ściany. Wszedłszy przez bramkę stanęłam w obrębie zamkniętego ogrodu, który las obejmował półkolem. Nie było tam kwiatów ani grządek – jedynie żwirowana szeroka ścieżka biegła dokoła trawnika, a wszystko to ciężką ramą otaczał las. Front domu miał dwa ostre szczyty, okna zakratowane i wąskie, drzwi frontowe również wąskie, prowadził do nich jeden stopień. Całość robiła wrażenie, jak się właściciel gospody wyraził, „całkowitego opuszczenia”.
[…]
Czy życzy pan sobie trochę więcej wody? Połowę tego, co było w szklance, wylałam – rzekłam. Kto to? Co to? Kto mówi? Pilot mnie poznał, a John i Mary wiedzą, że tu jestem. Przybyłam tu dopiero dziś wieczór – odpowiedziałam. Wielki Boże!… co za złudzenie mnie nachodzi! Co za słodkie szaleństwo mnie ogarnia! Nie, nie złudzenie… nie szaleństwo. Umysł pański jest zbyt silny, by dać się omotać złudzeniu, zbyt zdrowy, by ulec szaleństwu. A gdzież jest mówiąca osoba? Czy to tylko sam głos?… Ach, ja nie mogę widzieć, ale muszę dotknąć, inaczej serce we mnie bić przestanie i krew zaleje mi mózg. Czymkolwiek, kimkolwiek jesteś, daj mi się dotknąć, bo umrę. Szukał wyciągniętą ręką. Ujęłam tę błąkającą się rękę i uwięziłam ją w obu moich dłoniach. Jej własne palce! – zawołał – jej drobne, delikatne paluszki! A skoro tak, to musi być i ona sama! Muskularna dłoń wyrwała się z moich rąk; chwycił moje ramię, moją szyję, objął mnie wpół, oplótł ramionami i przytulił do siebie.
[…]
Niezależna! Co przez to rozumiesz, Jane? Mój stryj na Maderze umarł i pozostawił mi pięć tysięcy funtów. Ach! to sprawa praktyczna… to coś rzeczywistego! – zawołał – to by mi się nie mogło śnić. A przy tym słyszę jej szczególny głos, taki ożywiony i przekorny, a zarazem słodki; ten głos krzepi moje zmęczone serce, dodaje mu życia. Więc jakżeż to, Jane? Jesteś teraz niezależną, bogatą kobietą? Dosyć bogatą, proszę pana. Jeżeli mi pan nie pozwoli mieszkać z sobą, mogę sobie postawić własny domek tuż blisko pańskich drzwi, a pan będzie mógł przychodzić i siadywać w moim saloniku, gdy pan wieczorem zapragnie towarzystwa. Ależ, skoro jesteś bogata, Jane, masz teraz niewątpliwie przyjaciół, którzy się tobą zaopiekują i nie zniosą tego, abyś się poświęcała dla takiego ślepego kaleki jak ja. Powiedziałam już panu, że jestem niezależna i bogata: jestem panią siebie. I chcesz pozostać ze mną? Z pewnością, chyba że pan mnie nie zechce. Będę pańską sąsiadką, pielęgniarką, gospodynią. Widzę, że pan samotny, będę pańską towarzyszką, będę panu czytała, chodziła z panem, siadywała z panem, usługiwała panu, będę pańskim okiem i pańską ręką. Nie smuć się tak, mój drogi panie; nie będziesz opuszczony, dopóki ja żyję.
[…]
Zostanę z tobą; już ci to przecież powiedziałam. Tak, ale mówiąc, że zostaniesz ze mną, może masz co innego na myśli, a ja co innego. Ty może zdecydowałaś się być koło mnie, usługiwać mi, czuwać nade mną jak dobrotliwa pielęgniareczka, gdyż dobre masz serce i szlachetną naturę, i to cię skłania do poświęceń dla tych, nad którymi się litujesz, a mnie to niezawodnie powinno by wystarczyć. Ja zapewne powinien bym mieć teraz tylko ojcowskie uczucie dla ciebie, jak myślisz? No, powiedz mi… Będę myślała, co pan zechce; chętnie będę tylko pańską pielęgniarką, jeśli pan uważa, że tak będzie lepiej. Ale ty nie możesz zostać na zawsze moją pielęgniarką, Jane, jesteś młoda, musisz kiedyś wyjść za mąż. Nie dbam o zamążpójście. Powinnaś dbać; gdybym był tym, czym kiedyś byłem, postarałbym się, abyś o to dbała… ale… taki ślepy pień! Znowu zapadł w posępną zadumę. Ja, przeciwnie, poweselałam i nabrałam świeżej otuchy. Jego słowa pozwoliły mi zrozumieć, w czym leżała trudność; a że to dla mnie nie było trudnością, więc i poprzednie moje zakłopotanie minęło. Uderzyłam w żywszą nutę w rozmowie. Czas już, żeby się ktoś zabrał do przywrócenia ci bardziej ludzkiego wyglądu – rzekłam, rozdzielając jego gęste i dawno nie strzyżone włosy. Widzę bowiem, że się zamieniasz w lwa czy coś w tym rodzaju. I masz w sobie coś z Nabuchodonozora, to pewne. Włosy twoje przypominają mi orle skrzydła, a czy ci paznokcie urosły jak ptasie szpony, czy nie, tego jeszcze nie zauważyłam.
[…]
Może by pani zechciała zejść z moich kolan, panno Eyre – usłyszałam trochę niespodziewaną uwagę. Dlaczego, panie Rochester? Obraz, który pani w tej chwili nakreśliła, przedstawia kontrast trochę zanadto uderzający. Bardzo ładnie opisała pani urodziwego Apollina. Widzi go pani w myśli – wysokiego, niebieskookiego, o jasnych włosach i greckim profilu. A oczy pani spoczywają na Wulkanie, prawdziwym kowalu, śniadym, o szerokich barach i kalece w dodatku. Nigdy mi to na myśl nie przyszło, ale pan doprawdy jest raczej podobny do Wulkana [inaczej Hefajstosa – przyp. aut.]. Więc proszę niechże mnie pani opuści, ale zanim pani pójdzie (tu przytrzymał mnie silniej niż dotąd), proszę mi łaskawie odpowiedzieć na parę pytań…
[…]
On nie jest moim mężem i nigdy nim nie będzie. On mnie nie kocha ani ja jego nie kocham. On kocha (o ile potrafi kochać, ale inaczej niż pan) piękną, młodą pannę imieniem Rozamunda. Chciał się ze mną żenić jedynie dlatego, iż sądził, że byłabym odpowiednią żoną dla misjonarza, czym nie byłaby Rozamunda. St. John jest dobry i wielki, ale surowy, a w stosunku do mnie zimny jak lodowiec. On nie jest podobny do pana, nie czuję się dobrze przy nim, obok niego ani z nim. Nie ma dla mnie pobłażliwości ani ciepłych uczuć. Nic go we mnie nie pociąga, nawet moja młodość. Widzi we mnie tylko kilka pożytecznych właściwości umysłu… Więc mamże pana opuścić i wracać do niego? Zadrżałam mimo woli i instynktownie przycisnęłam się bliżej do mego ociemniałego, ukochanego pana. Uśmiechnął się. Co mówisz, Jane! Czy to prawda? Czy istotnie tak się mają sprawy między tobą a Riversem? Jak najbardziej, mój panie! O, nie potrzebujesz być zazdrosny! Chciałam się z tobą odrobinę podroczyć, ażebyś się trochę otrząsnął ze smutku. Myślałam, że gniew będzie lepszy od zgryzoty.
[…]
Siedziałem w pokoju przy otwartym oknie. Koiło mnie balsamiczne powietrze nocne. Chociaż nie mogłem widzieć gwiazd, niewyraźna, świetlista mgiełka zwiastowała mi obecność księżyca. Tęskniłem za tobą, Jane! Och, jak tęskniłem za tobą, duszą i ciałem! Pytałem Boga w męce i pokorze, czy nie dość długo jestem opuszczony, dotknięty smutkiem, udręczony, czy nie zaznam nareszcie szczęścia i spokoju. Uznawałem, że zasłużyłem na wszystkie cierpienia, skarżyłem się, że już więcej znieść nie mogę, i nagle, mimo woli, całe pragnienie mego serca wydarto mi się z ust słowami: „Jane! Jane! Jane!” Czy wymówiłeś głośno te słowa? Tak, Jane. Gdyby mnie kto słyszał, pomyślałby, że zwariowałem, z tak szaloną wymówiłem je energią. A działo się to w poniedziałek nocą, około północy? Tak, ale czas tutaj nic nie stanowi. To, co nastąpiło, jest najdziwniejsze. Pomyślisz, że jestem zabobonny, może trochę byłem i jestem przesądny, pomimo to jest to rzeczywista prawda, prawda w każdym razie, że słyszałem to, o czym opowiadam. Otóż, gdy zawołałem: „Jane! Jane! Jane!”, odpowiedział mi głos – skąd pochodził, nie wiem, ale czyj był, poznałem – odpowiedział mi: „Idę! Czekaj na mnie!”, a w chwilę potem z wiatrem doleciał mnie szept: „Gdzie jesteś?”
[…]
Wsunęłam mu w rękę banknot pięciofuntowy i nie czekając dłużej wyszłam z kuchni. Nieco później, przechodząc obok drzwi tego sanktuarium, posłyszałam te słowa: Ona z pewnością będzie lepsza dla niego niż która z tych wielkich pań. A poza tym, chociaż nie jest jedną z najpiękniejszych, nie jest brzydka i bardzo jest poczciwa; a w jego oczach była zawsze bardzo piękna, każdy mógł to widzieć. Napisałam natychmiast do Moor House i do Cambridge, donosząc, co uczyniłam, i zarazem podając im obszerne motywy swego kroku. Diana i Mary pochwaliły mój krok bez zastrzeżeń. Diana oświadczyła, że zaczeka tylko, aż skończy się miodowy miesiąc, a wtedy przyjedzie mnie odwiedzić. Niech lepiej na to nie czeka, Jane – powiedział pan Rochester, gdy mu przeczytałam jej list – gdyż gotowa zbyt długo czekać; nasz miesiąc miodowy będzie trwać przez całe życie, promienie jego zgasną dopiero nad twoim albo moim grobem!
[…]
Moja opowieść zmierza do końca; jeszcze słowo o mych przeżyciach małżeńskich, jeszcze krótki rzut oka na losy tych, których imiona najczęściej pojawiały się w tym opowiadaniu, a odłożę pióro. Jestem zamężna od lat dziesięciu. Wiem, co to znaczy żyć całkowicie dla tego i z tym, którego kocham nad wszystko w świecie. Uważam się za nieskończenie szczęśliwą, za szczęśliwą ponad wszelki wyraz, gdyż w całej pełni jestem wszystkim dla mojego małżonka, tak jak on dla mnie. Nigdy żadna kobieta nie była bliższa ode mnie swemu mężowi, nigdy nie była bardziej kością jego kości i krwią jego krwi. Nigdy mnie nie nuży towarzystwo mojego Edwarda ani jemu nie przykrzy się moje – tak jak nas nie nuży tętno naszych serc bijących odrębnie w jego i w mojej piersi; toteż jesteśmy ciągle razem. Być razem znaczy dla nas być jednocześnie wolnymi jak w samotności i wesołymi jak w towarzystwie. Rozmawiamy, zdaje mi się, jak dzień długi; rozmowa jest dla nas tylko żywszą i głośną formą myślenia. Ja całe zaufanie pokładam w nim, on nawzajem we mnie; jesteśmy doskonale dobrani charakterami, stąd wynika doskonała zgoda.
Charlotte Bronte, Dziwne losy Jane Eyre
Powieść obyczajowa Charlotte Brontë – angielskiej powieściopisarki i poetki przenosi akcję tej klasycznej już opowieści do Wielkiej Brytanii, w fikcyjne lokalizacje, jednak które dziś da się sprowadzić w okolice miasta Leeds w północnej Anglii, ogólnie rzecz ujmując, w czasookres wydarzeń pierwszej połowy dziewiętnastego wieku. Tytułowa w powieści Jane Eyre to zubożała szlachcianka, która we wczesnym dzieciństwie traci oboje rodziców, a także i po śmierci nieodżałowanego oraz dobrotliwego wujka Reeda przechodzi w posiadłości Gateshead pod opiekę wujenki, która faworyzuje własne dzieci kosztem szczęścia „niechcianej” pasierbicy. W końcu oddana do ascetycznej i „dobroczynnej” szkoły dla osieroconych dziewcząt nabywa tam stosownego wykształcenia, aby następnie po osiągnięciu pełnoletności rozpocząć samodzielną już pracę jako domowa nauczycielka w zamożnym domu angielskiego arystokraty Edwarda Rochestera w posiadłości Thornfield. Po zawirowaniach emocjonalnych Jane ucieka od swego pracodawcy i szczęśliwym trafem przybywa do domu duchownego St. Johna Riversa, który wraz ze swoimi dwoma siostrami okazuje się dalekim kuzynem z rodu Eyre. Z kolei, nie chcąc poślubić swego dalekiego czy "nawiedzonego" kuzyna i wyjechać z nim do Indii, Jane wraca do Sir Edwarda Rochestera, który już jako wdowiec odgradza się od świata w ponurej beznadziei. W nowej rzeczywistości bierze ślub z Edwardem i poświęca się w imię miłości własnej budowaniem wspólnej przyszłości z okaleczonym przez los arystokratą. Powieść Charlotte Brontë to opowieść z morałem, w którym miłość przeznaczona dla dwojga to nie tylko górnolotne, afektywne uczucie, a raczej swoisty rodzaj intelektualnej gry, czy może nawet inspiracyjnej zabawy, w której nie ma miejsca na nudę.