09.01.2025

„Jedynie człowiek
zauważa szczególny przypadek
różnorodności przyrody:
gdy dwie połówki wydają się mu podobne.”
„pozwól mi popełniać własne błędy.
Gdybym ich nie popełniała,
to nie byłabym ja, tylko ty.”
„Człowiek niezepsuty to takie
właśnie jak ty
biedne, gołe, dwunożne zwierzę.
Precz, precz pożyczone osłony!”
William Shakespeare, Król Lear
„Traumy to wymysły
najbardziej beznadziejnej z nauk: psychologii.
Wszystko to biochemia i
doświadczenie życiowe”
„Z punktu widzenia komara człowiek nie umiera”
Josif Brodski
[…]
Dziecko było piękne od chwili pojawienia się na świecie – z dostrzegalnym dołeczkiem w bródce i kształtną główką, jakby wyszło wprost spod ręki dobrego fryzjera: krótka fryzurka, dokładnie jak u mamy, tylko włoski jaśniejsze. I Nora od razu je pokochała, choć wcześniej nie była zbyt pewna siebie. Miała trzydzieści dwa lata i sądziła, że nauczyła się już kochać ludzi za ich zasługi, a nie tak po prostu, z powodu pokrewieństwa. Dziecko okazało się całkowicie godne nieumotywowanej miłości – spało dobrze, nie płakało, ssało prawidłowo, z dużą ciekawością przyglądało się swoim zaciśniętym piąstkom. Dyscypliny nie przestrzegało: raz spało dwie godziny, innym razem sześć bez przerwy, budziło się, cmokało w puste powietrze – i Nora od razu przystawiała je do piersi. Sama też nie lubiła dyscypliny i zauważyła ten wspólny im rys. Jej piersi uległy niesamowitej przemianie. Już podczas ciąży ładnie nabrały objętości i choć wcześniej na płaskiej powierzchni sterczały same sutki, teraz, gdy nabrzmiały mlekiem, zyskały na znaczeniu. Nora patrzyła na nie z szacunkiem, odczuwając dziwną przyjemność z tej zmiany. Choć fizycznie było to raczej nieprzyjemne – nieustanne napięcie i niewygoda. W samym karmieniu była obca, niezwiązana z nim, podejrzana słodycz...
[...]
Teraz to nie miało już żadnego znaczenia, ale w minionym sezonie cały teatr był wstrząśnięty skandalem związanym ze zdjęciem tego spektaklu. Nora była scenografką, reżyserem – Tengiz Kuziani. Tengiz, gdy leciał do Tbilisi, powiedział, że nie wróci więcej do Moskwy. Rok później zadzwonił do Nory, poinformował, że zaproszono go do Barnaułu, by wystawił Pannę bez posagu Ostrowskiego i że się nad tym zastanawia. Pod koniec rozmowy zaproponował, by Nora pojechała razem z nim, jako scenografka... Jakby nie wiedział, że Nora urodziła dziecko. Albo udawał. Dziwne było jeszcze i to: czyżby tym razem zakulisowa poczta pantoflowa nie zadziałała? Świat teatru to ohydny śmietnik, w którym prywatne życie zawsze ma wywróconą podszewkę, do wiadomości publicznej podawało się w nim każdy nieznaczący detal, a już to, kto kogo kochał czy nie kochał, kto z kim przypadkiem spotykał się w łóżkach prowincjonalnych hosteli podczas gościnnych występów i czyje dziecko wyskrobała która aktorka, roznosiło się natychmiast.
[...]
Ze wszystkich „mamusiek” najbardziej lubiła takie jak Nora – samotne, pierworódki, pozbawione matczynej pomocy. Była ona po prostu ideałem: z powodu osłabienia po porodzie oszczędzała siły na przetrwanie i nie sprzeciwiała się naukom Taisii. A poza tym miała doświadczenie pracy w teatrze, gdzie aktorzy, jak małe dzieci, wiecznie się kłócili, byli zazdrośni i zawistni, i nauczyła się wysłuchiwać wszelkich bredni z udawaną uwagą, przemilczeć to, co trzeba, współczująco przytaknąć. Nora stała obok Taisii, słuchała jej trajkotania, obserwowała, jak śnieżynki na jej futrze zmieniają się w drobne krople i spływają...
[...]
Teraz leżała na tapczanie, w białej koszuli nocnej, pocerowanej na kołnierzu, drobna, z hardo odrzuconą głową i nie całkiem zamkniętymi oczami. Jej szczęka była odrobinę opuszczona, usta delikatnie otwarte, a na twarzy majaczył cień uśmiechu. Gardło ścisnęło się Norze z żalu. Dostrzegła nagle, jak smutno i dostojnie babcia żyła. Ideologiczna bieda. Gołe okna. Firanki, zgodnie z jej przekonaniami, to atrybut mieszczaństwa. Dwoje udekorowanych, a raczej zabarykadowanych drzwi przed amfiladą – jedne bufetem, a drugie biblioteczką, na której kurzu było nie mniej niż na książkach. Nora zawsze dostawała alergii, gdy tu nocowała – w te lata, gdy babcię Marusię nazywała Muryłką i uwielbiała ją z dziecięcą namiętnością. Książki znała wszystkie, co do jednej. Czytane, dokładnie czytane. I po dziś dzień Nora wszelką ignorancję pokonuje za pomocą kultury, którą całą zdobyła dzięki tym dwóm setkom książek, dobranych jak na bezludną wyspę, upstrzonych drobnymi, pisanymi ołówkiem notatkami na marginesach. Od Biblii po Freuda. No tak, bezludna wyspa. Zresztą całkiem zaludniona – pasły się tu stada pluskiew. W dzieciństwie kąsały Norę, a babcia ich nie zauważała. A może one jej? Na drzwiach wisiały resztki dekoracyjnego suzani [haftowana ręcznie, bogato zdobiona tkanina wyrabiana m.in. w Tadżykistanie, Uzbekistanie i Afganistanie – przyp. red.], które nie zaznało ani prania, ani czyszczenia. Goła żarówka – nazywana wtedy „żarówką Iljicza”, którego babcia szanowała głęboko i trwożliwie. Tak, znała Krupską, Łunaczarskiego, studiowała kulturę – wspominała coś o teatralnym studiu dla bezdomnych, które tworzyła. Przedziwny świat – współistnieli w nim bezkonfliktowo Karol Marks i Zygmunt Freud, Stanisławski i Jewreinow, Andriej Bieły i Nikołaj Ostrowski, Rachmaninow i Grieg, Ibsen i Czechow! No i oczywiście ukochany Hamsun! Głodujący dziennikarz, który przeżuł już nawet skórzane sznurówki, miewa z głodu piękne halucynacje, dopóki nie przychodzi mu do głowy niewiarygodna myśl – a może by tak pójść do pracy? I zatrudnia się jako majtek na statku.
[...]
Nora podeszła do garderoby, czyli do kąta za bufetem, w którym na trzech wieszakach wisiały wszystkie rzeczy babci. Boże, jaka nędza – zimowy płaszcz z barankowym kołnierzem, wytarty do cna, granatowy kostium, przeszyty ze starego męskiego, dwie bluzki – każdą szmatkę Nora pamiętała z dzieciństwa. Wnioskując z fasonu, to koniec lat dwudziestych. Wybrała tę bluzkę, która była mniej znoszona. Z tych resztek odzieży można było studiować historię stroju. Na rękawach zachował się ślad jakiegoś pseudoegipskiego ornamentu. Ciało zastygło, jak zastyga gips, dlatego bluzkę należało rozciąć na plecach. Rozłożyła ją obok ciała. Trzeba będzie babcię ostrożnie przenieść do trumny – pomyślała Nora. – Ale ubiorę ją teraz, by nie leżała naga. Nagle poczuła, że w pokoju jest bardzo zimno. Nie chciała, żeby babcia marzła – zdjęła z wieszaka żakiet. Spódnicy nie trzeba było rozcinać, naciągnęła ją przez nogi.
[...]
Z wsuniętej pod tapczan walizki Nora wyjęła stare pantofle – archaiczne, eksponat muzealny: pasek zapinany na skórzany guzik, obcas kieliszek. W nich babcia chodziła w czasach NEP-u [Nowa Polityka Ekonomiczna, określenie przejściowego okresu przywrócenia mechanizmów rynkowych w gospodarce sowieckiej w latach 1921–1929 – przyp. tłum.]. Teraz nie zdołała ich włożyć na sztywną stopę zmarłej. Nora, chociaż wszystkie czynności związane z pochówkiem wykonywała po raz pierwszy, zachowywała się tak, jakby nie były jej one obce. Nie pamiętała, jak umierała druga babcia, Zinaida – miała wtedy sześć lat. A dziadków swoich praktycznie nie znała... Rodzina kobiet. Jedynym mężczyzną był Gienrich. Jak długo mieszkał z nimi na Nikitskim? Amalia rozwiodła się z nim, gdy Nora miała z trzynaście lat.
[...]
Ojciec spojrzał na nią z wdzięcznością: mieszkał tutaj od dzieciństwa, pamiętał te staruszki jako młode baby, ale i tak nie nauczył się z nimi rozmawiać – wciąż wychodziło mu nierówno, to jakby z góry, to znów przypochlebnie. Nora wiedziała też, że on nie potrafi traktować ludzi jak równych, zawsze ta drabina – wyżej, niżej... Biedaczek, zrobiło jej się żal ojca, poczuła nawet ciepło. A on to wyczuł, położył jej rękę na ramieniu. Niezbyt pewnie. Od wczesnego dzieciństwa Nory uważał, że tylko dlatego, iż ona jest jego córką, sam stoi wyżej; rozmawiał z nią władczo, a potem ona dorosła i zaprowadziła porządek. Miała już osiemnaście lat, gdy przyszła do jego nowego domu, do nowej rodziny, a on, gdy znaleźli się sam na sam, zaczął jej wyrzucać, że rzadko go odwiedza i że to niewątpliwie wpływ matki, która nie chce, by mieli kontakt.
[...]
Nora wrzuciła hiacynty do trumny, nie musiały być specjalnie układane. Magiczne było już to, jak one wszystko wokół przemieniły – bieda stała się luksusem, jak w bajce o Kopciuszku. Nora, doświadczona, zdawałoby się, scenografka teatralna, której zawód polega właśnie na tym, by technicznymi sposobami przekształcić sztuczną przestrzeń sceny, zamarła z zachwytu. To było jak latarnia magiczna, którą tak dawno temu wykorzystano w inscenizacji Niebieskiego ptaka w MChacie, w scenie, w której Jaś i Małgosia przychodzą do babci i dziadka do krainy zmarłych. Tak, oczywiście, to właśnie Marusia prowadzała ją, pięcioletnią, na ten spektakl. Miała wrażenie, że w wąskiej szparze między nieszczelnie zamkniętymi powiekami błysnęła aprobata. Hiacynty miały jakąś niewiarygodną moc – swoją intensywną wonią wypełniły cały pokój, przysłaniając i zapach wody kolońskiej, i odór waleriany. A Nora pomyślała nawet, że cały ten pokój, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zmieni się w pałac, a biedna babcia o wielkich ambicjach – stanie się tym, kim przez całe życie chciała zostać, ale nie zdołała...
[...]
Następnie weszli odprowadzający, wszyscy bez wyjątku w czarnych ciężkich płaszczach z czerwonymi goździkami w rękach i otoczyli trumnę podkową. Wszystko delikatnie migotało, ale widać było wyraźnie. W tej wyrazistości Nora uświadomiła sobie nagle, że jej krewni dzielą się na stryjecznych braci ojca, przypominających odrobinę jeże szorstkimi włosami rosnącymi do przodu nad czołem, długimi nosami ze spiczastymi koniuszkami i krótkimi podbródkami, i bratanice babci – o wąskich twarzach, dużych oczach, trójkątnych rybich ustach... Ja jestem z gatunku jeży, pomyślała Nora i poczuła gwałtowne mdłości. Wtedy rozległ się Marche funèbre Chopina i zniszczył to dziwne przywidzenie – marsz ten już dawno zmienił się w dźwiękową nieprzyzwoitość. Nadaje się tylko do scen komicznych...
[...]
Potem do pokoju wszedł cały autobus, w takim porządku, w jakim siedziano, parami: stryjeczni bracia ojca – jeże, czterej, rozdzielili się i położyli czarne płaszcze na tapczanie. Potem drużyna kobiet o rybiej naturze ławicą przesączyła się przez drzwi. Wszystkie były w futrach – trzy bratanice babci z dwiema młodymi córkami, dalekimi kuzynkami Nory i wszystkie miały zaostrzone ku dołowi podbródki, cudo. I jeszcze para nieznanych dam. Kuzynki te Nora spotykała w dzieciństwie podczas świąt, które babcia urządzała dla kilkorga dzieci z rodziny, ale wszystkie one były młodsze, a przez to dla niej nieciekawe. Nora nie lubiła młodych ludzi, zawsze wolała starszych. W grupie kobiet zauważalnie wyróżniała się rosła Mikaela, czerniawa, z wąsikami, mniej więcej sześćdziesięcioletnia. Nora próbowała sobie przypomnieć, czyją jest córką albo żoną, ale zapomniała, zapomniała... W ogóle całą tę zbieraninę krewnych widziała raz na dziesięć lat, z okazji jakichś okoliczności rodzinnych – ostatni raz ojciec zebrał ich, by uczcić obronę doktoratu. Lusza, Niusia i Wieroczka – tak nazywały się ciotki, a ich córki Nadia i Luba. No i ta nie do pary – Mikaela.
[...]
To tyle – wezmę książki i kuferek. Ale, rozejrzawszy się, wsunęła do wiklinowej skrzyni fotografie ze ścian, wąski srebrny kieliszek, w którym babcia trzymała szpilki do włosów, drugi – na lekarstwa i samotny fajansowy spodeczek bez filiżanki, którą Nora stłukła w dzieciństwie. Następnie wyjęła z bufetu małą cukiernicę oraz szczypczyki do rozłupywania cukru – babcia miała cukrzycę, uwielbiała słodycze i od czasu do czasu tymi szczypczykami odłamywała maleńki, wielkości główki zapałki, kawałek cukru. Przypomniała sobie o zestawie toaletowym – ale on już zaczął nowe życie w starej kuchni – w charakterze naczyń stołowych. A niech to w cholerę. Godzinę później, gdy krewni się rozeszli, Nora razem z ojcem zniosła kuferek i książki do samochodu. Wiklinowa skrzynia zmieściła się w bagażniku, a książki zawaliły tylne siedzenie, zasłaniając szybę.
[...]
Potem przejrzała stos książek leżący przy drzwiach i zrozumiała, że dziś się nie położy, dopóki wszystkiego nie ogarnie. Najbardziej przeszkadzał jej zapach kurzu. Namoczyła szmatkę, wycisnęła i zaczęła przecierać książki jedną po drugiej, nie zwracając uwagi ani na grzbiety, ani na okładki. Poznawała je przez sam dotyk – były jej znajome. Zapełniła puste miejsca w dwóch dużych szafach, potem zaczęła budować stosy w pokoju przejściowym, w którym mieściła się jej pracownia. O czwartej skończyła z książkami, został tylko kuferek. Ale nie miała już siły. Usiadła na skrzypiącym krześle wiedeńskim, by odpocząć. Jednak wtedy Jurik zaczął się kręcić. Nora zdjęła z siebie zakurzone ubranie, weszła pod prysznic, a gdy on marudził, nie rozumiejąc, dlaczego nie dają mu jeść, wytarła się i naga, z dwiema wypełnionymi mlekiem piersiami, pobiegła do syna. Uśmiechnął się jasnymi oczyma i otworzył usta. Gdy Jurik jadł, Nora zapadła w drzemkę, a gdy zasnął, obudziła się. Włożyła piżamę i runęła na tapczan w sąsiednim pokoju. Spała jak zabita, jak kamień i obudziła się – jakby się paliło. Pełzały po niej pluskwy, zostawiając za sobą ścieżkę ukąszeń. Potrząsnęła głową, spojrzała na zegarek – tuż po ósmej. Nie przespała nawet dwóch godzin. Gwałtownie wstała, podeszła do drzwi i dotarło do niej, że pluskwy się rozgrzały i przeszły przez szczeliny między witkami. Nora podniosła wieko – kuferek był pełen papierów, to w nich znajdowały się gniazda wielu pokoleń owadów. Poczuła ich charakterystyczny zapach. To ci spuścizna! Ohyda...
[...]
No i dobrze – pomyślała – nie trzeba będzie zanurzać się w tę rozmoczoną przeszłość. Przyniosła z kuchni wiadro na śmieci i zaczęła przekładać do niego brzydko pachnącą papierową masę. Wyniosła cztery wiadra i nagle na dnie kuferka odkryła zwitek precyzyjnie owinięty różową ceratą. W środku znajdowały się przewiązane tasiemkami paczki listów. Wyjęła pierwszy z wierzchu – na kopercie widniał adres – „Kijów, ulica Mariinsko-Błagowieszczeńska 22” oraz pieczątka pocztowa „16 marca 1911 roku”. Zaadresowany był do Marii Kerns. Nadawcą był Jakow Osiecki, Kijów, ulica Kuznieczna 23. To była ogromna korespondencja, precyzyjnie ułożona latami. Ciekawe. Bardzo ciekawe. Kilka notatników zapełnionych staromodnym drobnym pismem. Nora uważnie przyjrzała się paczkom – nie chciałaby znów narazić domu na plagę pluskiew. Wszystkie były czyste. Włożyła zwitek razem z ceratą do swojego teatralnego archiwum, które już wtedy istniało. I zapomniała o nim na wiele lat. Leżące w ciemności papiery długo dojrzewały – do czasu, gdy pomarli wszyscy ludzie, którzy mogliby odpowiedzieć na pytania, jakie pojawiły się podczas lektury starych listów...
[...]
Marija urodziła się w Kijowie, do którego jej ojciec Pinchas Kerns przybył w 1873 roku, prawie dwadzieścia lat przed jej narodzinami; przyjechał z La Chaux-de-Fonds, małego miasteczka w zachodniej Szwajcarii. Ojciec był zegarmistrzem w trzecim pokoleniu i zamierzał otworzyć własną firmę na podobieństwo niedużych szwajcarskich, które w tym czasie zaczynały podbijać świat. Przyjaźnił się z właścicielem pracowni zegarmistrzowskiej Louisem Brandtem, przyszłym założycielem firmy Omega, i to właśnie on podsunął mu ten pomysł. Pinchas był pierwszorzędnym rzemieślnikiem i przy swojej pracowitości oraz sumienności mógłby zorganizować składanie zegarków ze szwajcarskich części w Kijowie i zbierać bogate plony w brzęczącej monecie. Louis Brandt nawet częściowo finansował te początki. Swoją zaszczytną misję reprezentanta zachodniego kapitalizmu Pinchas stopniowo zrujnował, choć wrósł w nowe miejsce, ożenił się z tutejszą dziewczyną żydowskiego pochodzenia, spłodził trzech synów oraz córkę Mariję. Z biegiem czasu nauczył się obu języków słowiańskich. Ich parzystość była dla niego czymś zwyczajnym, ponieważ w jego rodzinnym La Chaux-de-Fonds obok francuskiego prawie równoprawnie funkcjonował niemiecki, a tę dwujęzyczność dopełniały jeszcze dwa języki żydowskie – domowy jidysz i właściwy wykształconym Żydom hebrajski. Szwajcarskie pieniądze włożone w przeprowadzkę i urządzenie się w Kijowie nie rozpłynęły się całkowicie. Pinchas szybko się przekonał, że sztuka handlu idzie mu znacznie gorzej niż rzemieślnicza, dlatego otworzył zakład naprawczy – wszelkich, najczęściej pozbawionych rodowodu wyrobów miejscowych mistrzów – przy ulicy Mariinsko-Błagowieszczeńskiej.
[...]
Wysoko cenił swoje rzemiosło i z pogardą odnosił się do komercji, uważając ją za odmianę szachrajstwa. Chociaż Kapitał Marksa był już w tym czasie napisany i światowy geniusz, który wówczas nie osiągnął jeszcze pełnej mocy, wspominał w tym perspektywicznym dziele rodzinne miasto Pinchasa La Chaux-de-Fonds w najpochlebniejszych słowach, jako wzór kapitalistycznej specjalizacji produkcji, zegarmistrz nigdy nie przeczytał tej biblii komunizmu. Przez całe swoje życie pozostał rzemieślnikiem i nie dorósł nie tylko do komunistycznego myślenia, ale również i do kapitalistycznego... Za to jego dzieci wcześnie przyswoiły sobie postępowe idee ludzkości i kochając swojego dobrego, wesołego i ze wszech stron porządnego ojca, nieustannie żartowały z jego archaicznych przyzwyczajeń, francuskiego akcentu i staromodnych szwajcarskich surdutów, które donaszał przez prawie czterdzieści lat. Wszystkie dzieci Kernsa świergotały po francusku i to czyniło z nich dziwne ptaki – pozostali obywatele tego społeczeństwa mówili w innym narzeczu. Potomkowie zegarmistrza, choć doskonale władali językiem matki, lubili przerzucać się między sobą arystokratycznym francuskim, którego już kompletnie nikt nie używał na ich ulicy.
[...]
W październiku 1905 roku w Kijowie miał miejsce pogrom Żydów, który dokończył powolny proces popadania w ruinę: pracownia zegarmistrzowska została całkowicie zdewastowana, majątek rodziny rozgrabiony; czego nie wyniesiono, to uszkodzono. Znaleziono nawet sposób na zniszczenie samowara. Żydowscy handlarze i rzemieślnicy w Kijowie zostali zrujnowani, ale następstwa pogromu miały nie tylko materialny charakter. Żydzi, którzy przeżyli pogrom, poczuli, jak cienka jest przesłona oddzielająca ich od całkowitej zagłady. W rezygnacji i smutku pogrążyli się uczeni talmudyści, pełni bożych tekstów i historycznych świadectw z tysiącletniej przeszłości. Modny stawał się syjonizm, zapowiadający zebranie Żydów wygnańców w Ziemi Świętej w celu odbudowy historycznego Izraela; nie mniejszą popularnością cieszyły się wśród żydowskiej młodzieży także idee socjalistyczne. Rewolucja 1905 roku poniosła klęskę, ale myśl o nowej, oczyszczającej i wyzwoleńczej rewolucji niepokoiła serca. Polityka stała się modna. Jeden tylko Pinchas Kerns, którego ulubionym zajęciem od młodości było czytanie prasy w znanych mu językach, stracił zamiłowanie do sporów dziennikarzy i polityków, porzucił lekturę gazet i zajął się naprawą starej szkatułki z pozytywką, pokaleczonej w pogromie.
[...]
Gdy Marusia poszła po ojca, klientka przeglądała stos książek. „Nowyj Żurnał dla Wsiech” nie przykuł jej uwagi. Zaciekawiła ją jednak okładka innego tytułu – czy naprawdę ta subtelna panna czyta po francusku niedawno wydane La Vie de Beethoven młodego autora Romain Rollanda? Pytanie to zadała dama staremu zegarmistrzowi, który zjawił się kilka minut później. Moja córka jest miłośniczką książek. Zegarek przyniesiony do naprawy okazał się, co się rozumie samo przez się, okrągłą złotą omegą, jednym z pierwszych modeli, tak dobrze znanych zegarmistrzowi. Zaczęli rozmawiać. Madame Leroux okazała się Szwajcarką, jej rodzina pochodziła z Górnej Jury; ona sama, podobnie jak Pinchas, dawno opuściła rodzinne strony, ale nawet wypowiedzenie nazw rzek i dolin obydwojgu sprawiało przyjemność. Podczas przyjaznej pogawędki zegarmistrz otworzył tylną ściankę koperty, włożył do oka, na podobieństwo monokla, szkiełko w kościanej oprawie, wyjął pęsetą jakąś maleńką śrubkę, pogrzebał w szufladzie w stole i wyciągnął dokładnie taką samą. Na cyferblacie brakowało jednego drobnego kamyczka. Pinchas zapytał, jakiego ten kamyk był koloru. Czerwonego – odpowiedziała dama. Wszystkie były czerwone. Pinchas skinął głową – kamyk trzeba było sprowadzić ze Szwajcarii, nie miał zapasu rubinów.
[...]
Dziennik Jakowa Osieckiego (1910). 5 grudnia
Czytałem opowiadania Czechowa. Naprawdę dużo pisze o kobietach. Ale wciąż mam wrażenie, że pisze o nich w sposób pogardliwy. Jakby pisał człowiek, który wiele złego wycierpiał ze strony kobiet. Trzeba o tym jeszcze pomyśleć. Anna na szyi! Jak Anna, poczuwszy swoją siłę, przegania Modesta Aleksieicza: „Precz mi stąd, bałwanie!”. Po prostu serce zamiera. W jednej chwili taka zmiana charakteru! I jak jedzie ulicą – pijany ojciec, bracia są opisani z taką sympatią, a ona obok... Szczególnie straszna jest „Tina”. Taka okropna drapieżniczka! Jakby mścił się za to, że sam nie może oprzeć się jej powabowi! A przy tym w nastroju antysemickim. A przecież po Tołstoju największy jest Czechow! Czegoś tu nie rozumiem – jakby cały wdzięk kobiet z subtelnymi dłońmi, z białymi szyjami i kosmykami wysuwającymi się z fryzury został stworzony tylko po to, aby rozbudzić w mężczyźnie najniższe instynkty. A przecież to nie tak!!! Sonata na fort. i skrzypce Straussa. Skrzypce cichutko, fortepian – pasaże, Piękne! W ostatnim czasie dzięki wypełnionemu zajęciami dniu prawie przestałem marzyć. To lepiej! Na razie! Myślę tylko o lepszej organizacji dni, o zajęciu się muzyką, uczeniu się jęz. niem. Skończyłem grać II cz. – e’improvisations. Teraz finał. Najbardziej odległe marzenia nie wykraczają poza lato, które myślę wykorzystać szczególnie produktywnie. Przez ostatnie dni nie radzę sobie zbyt dobrze z muzyką. Kwartet es-moll. Czytałem o Brahmsie – zmarł w 1897 roku. Czyli w chwili jego śmierci miałem już siedem lat. O symetrii. W naturze nie ma symetrii. Natura nie jest symetryczna ani niesymetryczna: natury to nie dotyczy. Symetria występuje tylko tam, gdzie jest człowiek, który dostrzega symetrię. Jedynie człowiek zauważa szczególny przypadek różnorodności przyrody: gdy dwie połówki wydają się mu podobne. W naturze nie ma także estetyki. Fizyka, chemia, zwłaszcza mechanika – są, a estetyka (i jeszcze kilka dyscyplin) w przyrodzie nie występuje. Nie ma również klasyfikacji, nie ma tego, co ważne i nieważne. Wszystko to tworzy człowiek.
[...]
Mijał jedenasty rok ich związku. Tengiz zadecydował, że czas już zamknąć temat Czechowa. Nora się zdziwiła: dlaczego? Jak może istnieć teatr rosyjski bez Czechowa? Ale Tengiz powiedział, że od dawna był na to gotów. I zaczął rozkładać na części pierwsze Trzy siostry, nieoczekiwanie ostro i miażdżąco. Podnosił swoje piękne, bardzo piękne ręce, trzymał je w powietrzu, a Nora nie słyszała poszczególnych słów, tylko w całości wchłaniała w siebie dziwne zdania, których nie sposób było nawet powtórzyć. Po rosyjsku Tengiz mówił nie do końca prawidłowo, ale wyjątkowo wyraziście. Miał silny akcent gruziński, z jego powodu odrobinę zmieniał się sens. A nawet się rozszerzał. Dlaczego tak się działo, Nora nigdy nie mogła zrozumieć, ale zawsze ją to cieszyło – czuła, że nie chodzi tylko o język, ale całą konstrukcję myśli człowieka innej ziemi i kultury... A powiedz mi, dlaczego zamknęli Efrosa? Przecież wystawił właściwe Trzy siostry. Biedne, tak ich szkoda. Do łez! Od 1901 roku wszyscy tę sztukę wynoszą i wynoszą coraz wyżej, pod niebiosa. Prawda? Nie mogę dłużej na to patrzeć! Wystarczy już, prawda? Tengiz charakterystycznym gruzińskim zaśpiewem akcentował, sylabę „da”. Nora! Nora! Tołstoj o Trzech siostrach powiedział, że to paskudna nuda! Lew Tołstoj rozumiał cokolwiek? Czy nie? Wszyscy się nudzą! Nikt nie pracuje! W Rosji nikt nie pracuje, w Gruzji też nie pracują, nawiasem mówiąc! A jeśli pracują, to z obrzydzeniem! Olga, dyrektor gimnazjum, to przecież wspaniała praca, początek wieku, gimnazjum żeńskie, edukacja kobiet, zaczynają wykładać naukę, nie tylko uczyć wyszywania i religii, pojawiają się pierwsze wykształcone dziewczęta! A ta się nudzi! Kropla po kropli traci siły i młodość! Masza z nudów zakochuje się w Wierszyninie – bardzo szlachetnym, ale bardzo głupim! Bezradnym! Co to za mężczyzna? Nie rozumiem. Irina pracuje w urzędzie, na telegrafie, Bóg wie, gdzie – praca ją nudzi, męczy, wszystko jest źle! Nie chce pracować, chce do Moskwy! Skarżą się! Cały czas się skarżą! A co, co one będą robić w Moskwie? Nic! Dlatego i nie jadą! Andriej to miernota! Natasza – „najeżony zwierzak”! Solony – zwierzę prawdziwe! A biedny Tuzenbach – jak można ożenić się z kobietą, która w ogóle cię nie kocha? Jakieś takie śmieciowe życie! Nora! Rozumiesz, kto jest głównym bohaterem? Rozumiesz? No myśl! Anfisa! To ona jest główną bohaterką! Niania chodzi i sprząta po wszystkich! Jej życie jest świadome, Nora! Ma miotłę, szczotkę, szmatę, wyciera i myje, sprząta i prasuje! Cała reszta struga głupa i się nudzi! Nudzą się! A co dookoła? Początek wieku, tak? Zaczyna się rewolucja przemysłowa, kapitalizm? Buduje się linie kolejowe, fabryki, zakłady, mosty! A one do Moskwy chcą, tylko nie mogą dojść na dworzec!
[...]
Tengiz będzie się z tego cieszyć, że ona od razu, z miejsca, wszystko wymyśliła, cały spektakl! Już widziała dom Prozorowów, otwarty, obnażony, mocno na proscenium – a z prawej, z lewej, wokół budowa, dźwigi, wagony jadą w swoich kierunkach i życie się toczy, zgrzyta, jakieś syreny, sygnały... ale w domu Prozorowów kompletnie nie zauważa się tego pracowitego życia, ruchu, mieszkańcy błąkają się po domu, piją herbatę, rozmawiają... tylko Anfisa nosi wiadra, szmaty, opróżnia miednice... Wspaniale, wspaniale! Wszyscy bohaterowie są cieniami, tylko Anfisa jest materialna. Wszyscy ubrani są w muślin, w dym, żołnierze też są na wpół rozcieńczeni. Bezsilność. Bezpańska przestrzeń. Sad prawie bezcielesnych dusz. Ubierze wszystkich w sepię, jak na starych fotografiach, w wyblakłe, pozbawione kolorów ubrania. Taka historyczna starzyzna! Tak, oczywiście, Natasza Prozorowa jest przy kości. Intensywnie różowa suknia, zielony pas! Na tle wszechobecnej sepii, bezbarwno-beżowego, brązowawego... Będzie genialnie! Nora powiedziała „tak”. Tengiz ją pochwycił, objął, przycisnął do siebie: Nora, stworzymy coś takiego, czego jeszcze nie widziano! I nigdy nie zobaczą! Rozerwą nas na strzępy, rzecz jasna! Ale zrobimy to! To będzie najlepsze ze wszystkiego, co zrobiliśmy razem!
[...]
Nora przeleżała w pościeli Tengiza do czasu, gdy jego zapach prawie się ulotnił, jedynie poduszka oddawała jakiś cień jego ciepła. Aż Nora miała dreszcze. To tylko taka molekuła, molekuła jego potu – myślała Nora. A ja mam taką chorobę, jestem wyczulona na ten zapach. Co mnie napadło? Dlaczego te krótkie epizody są tak przeszywające, zostawiają taki ślad, taką ranę? A gdyby on był zwykłym kochankiem, z którym się jedzie na tydzień na Krym albo zawiązuje romans na występach gościnnych – był przecież cudowny chłopiec w zeszłym roku w Kijowie czy stary Łukjanow, aktor, babiarz, miłośnik szczegółów i detali, prawie dwadzieścia lat starszy... – aż tak by nie bolało? Nie było odpowiedzi. Nora rozstała się z Tengizem po raz szósty i za każdym razem było to coraz trudniejsze. Wąchała poduszkę, ale jego zapach znikał, zalatywało wilgocią, kurzem, wapnem. Zasypiała i się budziła. Z dołu dolatywały ją gamy i głos Mzii: „Misza! W tercji! Prawa ręka zaczyna od dźwięku mi! W decymie prawa zaczyna od dźwięku mi, ale oktawę wyżej! Misza!”. Gamy się rozbiegały, Nora zasypiała, budziła się, znów zasypiała...
[...]
Minął rok od czasu, gdy Tengiz wyjechał, a nawet więcej. Nora zmieniła w życiu wszystko, do cna. Chciała, żeby nie został żaden ślad przeszłości, żeby nigdy więcej nie zdarzyły się takie pożary, potopy, trzęsienia ziemi, ponieważ trzeba żyć, żyć dalej, a Tengiz wyjechał na zawsze, na zawsze... ze swoimi nieogolonymi policzkami, z ręką wyrzeźbioną jakby przez Michała Anioła, z wadliwym zgryzem, z zapachem wiejskiej tabaki, z wąskimi biodrami i chudymi jak u psa nogami. I nigdy, nigdy więcej nie uda się zagrać tego wielkiego, zabójczego spektaklu... Korespondencja między nimi nie była przyjęta. Rzadkie telefony tylko w jedną stronę – od Tengiza do Nory. Może chronił przed nią swoje tbiliskie życie, a może cała ich długoletnia relacja była wzięta w nawias jako coś szczególnie cennego i niemieszającego się z potokiem nieznanego Norze życia Tengiza, w którym były kobiety, relacje rodzinne z jakąś szychą przestępczego światka, która czasami wyciągała go z kłopotów... Jedyny list, który Nora dostała do Tengiza, przyszedł pół roku po jego wyjeździe, po jego miesięcznym pobycie w Polsce, w Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego.
[...]
Jedynym, co przyćmiewało jej życie, była własna powierzchowność, która nigdy jej nie zadowalała, a w tamtym roku zwłaszcza. Ale teatr pozwalał na inne podejście do życia! Nora zaczęła eksperymenty w poszukiwaniu nowej postaci – zaczęła się mocno malować, obcięła się prawie na łyso, schudła – niechcący, ale spodobało się jej to. Pulchne policzki przypominały różowego niemowlaka, a zapadliny pod kośćmi policzkowymi wyglądały stylowo, wyraziście. Zaczęła dbać o swoją chudość. Postanowiła zrezygnować ze słodyczy, a tego zakazu przestrzegała przez całe życie. Powiedziała sobie: „Nie lubię ich”. I naprawdę je porzuciła. Zaczęła palić – mocno, dużo, kompletnie bez przyjemności. Amalia prawie płakała, wyrzucając pety z popielniczki: „Nora, już lepiej byś piła, zamiast palić. Mało, że to szkodliwe, śmierdzi przy tym tak okropnie! Czechow mówił, że pocałować palącą kobietę to jak oblizać popielniczkę”. Nora śmiała się, „Mamuś! I tak nie będę miała okazji całować się z Czechowem”.
[...]
Dziennik Jakowa Osieckiego (1911). 22 stycznia
Wczoraj nie miałem sił, by pisać. A i dziś nie mam. Ale myślę, że jeśli nie zapiszę wszystkiego, co się mi przydarzyło, od pierwszej do ostatniej minuty, to zniknie. Takiej burzy w życiu jeszcze nie przeżyłem, a co najważniejsze – dopiero wczoraj miał miejsce jakby początek życia, a wszystko wcześniejsze było zaledwie ćwiczeniami, jakimiś etiudami! Gamy, gamy! Najpierw – Rachmaninow. W pierwszej części dyrygował orkiestrą symfoniczną. II symfonia. Nie słyszałem jej wcześniej. Geniusz nowych czasów. Ale trzeba dużo słuchać, wiele dla mnie nowego. Nie był we fraku, jak to należy do zwyczaju, ale w surducie o długich połach. Krótko ostrzyżony, a z wyglądu – jakby był lotnikiem albo uczonym chemikiem. A nie artystą. I wygląd ma taki potężny, że od pierwszej chwili wiadomo, że to jakiś kolos, gigant! I przez całą pierwszą część nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję – w niebiosach? Na pewno nie na ziemi. Jednak miejsce to nie było boskie, tylko ludzkie, ale niezwyczajnie ludzkie. Również początek muzyczny jest bardzo mocny. Jakiś zupełnie inny kierunek niż u Skriabina; bardziej odpowiada mojej naturze. Miałem też takie uczucie, że wewnątrz mojego ciała organy – serce, płuca, wątroba – każdy z osobna, cieszą się z tych dźwięków. [...] Wdrapałem się na jaskółkę, gdy Rachmaninow siadał już przy fortepianie. Wziął pierwszy akord – a ja po prostu przepadłem, przepadłem. Teraz minęły już prawie dwie doby, zdobyłem nawet partyturę przez Filimowa, klarnecistę, przejrzałem i będę ją jeszcze długo studiować, ale wciąż mam poczucie, że pierwsza część jest nieosiągalna. To początek rozmowy w górnym i średnim rejestrze, i niski dźwięk F w kontroktawie, sam początek, i potężny temat, i wejście smyczków i klarnetów... Treść koncertu była ogromna, nie ma w niej ani jednego pustego zwrotu, żadnych ozdobników, samo sedno! Gdy skończyła się część druga, sala po prostu eksplodowała aplauzem! Publiczność reagowała z nerwowym zachwytem, a Rachmaninow był tak spokojny i niewzruszony, gigant, gigant! Klaskano miarowo, wystukując rytm, a potem chaotycznie i znów rytmicznie!
[...]
Witia położył się na kanapie, żeby przed snem przejrzeć książeczkę, której Grisza polecił mu strzec i nie obślinić kartek. Cenna rzecz. Otworzył publikację. Nie widział nic podobnego! I sen, i angina, i samo poczucie rzeczywistości go opuściły. Przepadł! Czuł, jak zmienia się fizycznie wraz z każdą przeczytaną stroną. Przez kilka lat rozwiązywał liczne błyskotliwe zadania i sądził, że zajmuje się matematyką, ale dopiero tej nocy wszedł na terytorium prawdziwej matematyki. To była cała planeta cudownych i rozmaitych mnogości. Rankiem spojrzał w okno i odnotował, że świat ani trochę się nie zmienił, i nie wiadomo było, jak te domy jeszcze stoją, gdy w świecie jest coś takiego! Witia nigdy nie przeczytał znanych wersów Mandelsztama, ale przeżywał dokładnie to samo uczucie, które niejasnymi słowami opisał poeta:
Aż oto z przestrzeni powrócę
Do liczb zdziczałego ogrodu,
Pozory stałości odrzucę
I więź przyczynową dowodu,
I, nieskończoności czytelnik,
Bez świadków się wczytam w jej księgi –
W bezlistny, olbrzymi jej zielnik,
W zbiór zadań podziemnej księgi.
Jednym słowem, trafił do tego właśnie ogrodu. Niczego piękniejszego nie można było sobie nawet wyobrazić.
[...]
Witia dostał się na studia mechaniczno-matematyczne i już na pierwszym roku całkowicie pochłonęła go teoria mnogości, która stosunkowo niedawno, w połowie dziewiętnastego wieku stała się częścią matematyki, nieustannie przyciągającą szaleńców i samobójców. Jego też wessała. Ludzkie losy, charaktery i biografie jeszcze nie stały za nazwami teorii. Dopiero kilka lat później, gdy zaczęto tłumaczyć na rosyjski wielotomowe wydanie podręczników do matematyki i jej historii, napisanych przez grupę matematyków ukrywających się pod pseudonimem Nicolasa Bourbakiego, Witia poznał losy pioniera całego ruchu, Georga Cantora, urodzonego w Petersburgu twórcy pojęcia nieskończoności aktualnej, filozofa, muzyka, badacza twórczości Szekspira, który sam się pogubił w zawiłościach stworzonego przez siebie świata i zmarł w klinice dla nerwowo chorych w Halle. Został po nim – poza wszystkim, co wyżej wymienione – „problem Cantora”, to jest „hipoteza kontinuum”, której, o czym przekonały się następne pokolenia matematyków, nie można ani obalić, ani potwierdzić... Dowiedział się także Witia o śmierci Felixa Hausdorffa [niemiecki matematyk, jeden z twórców topologii – przyp. aut.], który popełnił samobójstwo w czterdziestym drugim roku, przed zesłaniem do obozu koncentracyjnego, zostawiając kontynuatorom w spadku przestrzeń Hausdorffa i paradoks Hausdorffa, oraz o masie innych rzeczy, dotyczących nie tyle matematyki, ile samych matematyków. Przez cały czwarty rok Witia pisał pracę na temat funkcji obliczalnych, budzącą zachwyt kierownika katedry, również dość egzotycznego człowieka.
[...]
Życzliwie nastawiony do Witii promotor doktoratu – tenże sam kierownik katedry – dwa tygodnie po nieudanej obronie osobiście przyjechał do Witii do domu. Witia do tego czasu uporał się ze swoją traumą i myśli kierował ku przyszłości. Dwie pojedyncze krytyczne uwagi oponenta, który rozwalił jego obronę, dotyczące tematu 2.2 oraz twierdzenia 6.4 zawierały w sobie pewien zalążek myśli, która zaczęła go mocno absorbować. On sam dostrzegł już pewne może nie tyle defekty, ile niejasności w swojej rozprawie doktorskiej, zaniepokoił się i rzucił się w najdziksze ostępy ruchliwych i rozgałęziających się mnogości, daleko wychodzące poza granice ubogiego trójwymiarowego świata. Kierownik katedry spędził w suterenie przy Bramie Nikitskiej dwie godziny i wyszedł zasmucony tym, że uczeń opuścił realne, jak sądził, terytorium matematyki i wskoczył w przestrzeń, na której pasą się uszkodzeni ogromnym obciążeniem intelektualiści. To było ryzyko zawodowe matematyków i już dwukrotnie za swojego życia profesor był świadkiem takich dramatycznych wypadków przy pracy. Przykra sprawa. Zdolny chłopak, może nawet geniusz, zakończył aspiranturę, odmawia obrony doktoratu... Bez pracy, rzecz jasna. Bez środków do życia. Co można dla niego zrobić? Nie, nie można było mu pomóc.
[...]
Zrozumiała, że w tej właśnie chwili weszła w najważniejszy etap swojego życia – być obok Tengiza. Rozmawiać z nim, siedzieć przy stole, spać, milczeć – to było najlepsze, co może tylko być, lepsze od wszystkiego, co znała. Jednakowo mocno mam ochotę cię wyrzucić, co położyć do łóżka. Jestem Koziorożcem, Tengiz. Dla Koziorożców świat przestaje istnieć, gdy robią to, co kochają. A tym, co ja kocham, jesteś ty... Uwielbiam cię, Nora. A ja, jak się okazało, jestem Smokiem! Natella wciągnęła się w astrologię i to najlepsze szaleństwo, jakie się jej przydarzyło. Poczekaj, Smok pochodzi z innego kalendarza. W chińskim nie jestem Koziorożcem, tylko Kozą, zdaje się. Dla Smoków to wszystko jedno! Są mądre i wspaniałe i we wszystkim mają powodzenie! Jak ja! Dialog toczył się dalej, ale ubrania już leżały na stercie obok wieszaka, a Nora wdychała ten jedyny na świecie zapach, na który były nastrojone wszystkie jej receptory: barani kożuch, wiejska tabaka i ciało Tengiza. On też zrobił głośny wydech, jak biegacz, który właśnie przerwał szarfę na mecie.
[...]
Zaczynamy, Nora, nową robotę. Lalki. Tym razem będziemy pracować z lalkami. Chodzi mi o naprawdę duże lalki. Architektoniczne. Z aktorami w środku. Z możliwością wychodzenia na zewnątrz! Guliwera gra żywy aktor. Poczekaj, poczekaj! Ja nigdy nie pracowałam z lalkami. Co to za sztuka? I gdzie? Nora! To Swift, rzecz jasna! Guliwer w Krainie Liliputów? Tak, tylko to będzie o Jahusach i Houyhnhnmach, o ludziach, którzy stracili ludzką postać, i koniach, które stoją wyżej od ludzi! A Guliwer jest tylko narzędziem do mierzenia temperatury w tej sytuacji! A sztuka? Nora, jaka sztuka? Nie ma takiej sztuki! Ale chociaż tekst? Najpierw musimy wszystko obmyślić, a ja wiem, kogo poprosić o napisanie tekstu. Tengiz był w swojej najlepszej formie, w najwyższym stopniu pobudzony do działania, a żar ten już udzielił się Norze, choć Swifta czytała w dzieciństwie, w skróconej adaptacji i kiepsko go pamiętała. Trzymaj! Tengiz wyciągnął z sakwojaża mocno zużytą książkę. Nora zważyła w ręku tom Swifta, zaczęła go przeglądać – po rosyjsku, z niebieską pieczątką biblioteczną z gruzińskimi literami. Wydanie z czterdziestego siódmego roku. Ukradłeś z biblioteki? Wziąłem do pracy!
[...]
Dlaczego lalki? U nas wszystkie teatry lalkowe to teatry dla dzieci, dla kogo robimy spektakl? A poza tym, o czym nie wspomniałeś ani słowem, gdzie to wystawiamy? Tengiz się wymawiał: Dlaczego dla dzieci? Skąd ten pomysł? Sama przecież wiesz wszystko! W siedemnastym wieku, już po Szekspirze, parlament angielski zakazał teatru dramatycznego. Akt, edykt, nie pamiętam dokładnie. Było coś takiego, prawda? I co? Wtedy rozkwitł teatr lalkowy! Grano na placach, na rynkach! To przecież klasa wyższa! Nie ma w tym nic dziecięcego. No, co na to powiesz? Zobacz, ten Jahus, lump, cham, a obok niego szlachetne zwierzę, koń! Jeździłaś kiedyś wierzchem? Znasz w ogóle konie? A teatr jest w porządku! Prowincjonalny jak zawsze. Ałtaj! Propozycja jest. Umowa jeszcze niepodpisana. Omówimy to razem i polecę tam... A w ogóle muszę ci powiedzieć, że teraz najciekawsze rzeczy dzieją się w teatrach lalkowych. Tam jest wolność... No, lalkowa, rzecz jasna...
[...]
Otrzymawszy jej zgodę, Tengiz poleciał na Ałtaj podpisać umowę i dogadać szczegóły. Dyrektorem artystycznym był jego kolega z roku w szkole-studium MChAT, gdzie przez dwa lata uczył się w zamierzchłych czasach. Wszystko układało się wspaniale. Wrócił po trzech dniach szczęśliwy – znalazł tam genialnego, jak twierdził, aktora. Zaczął się najszczęśliwszy czas w życiu Nory – we trójkę, z Jurikiem i Tengizem. Spektakl rodził się w dyskusjach o szkicach, w sporach o tym, co tutaj najistotniejsze – o granicy, za którą człowiek staje się zwierzęciem, a zwierzę człowiekiem i na czym właściwie polega ta różnica, i jak może zostać plastycznie wyrażona. Przy uważniejszej lekturze książki Nora doszła do wniosku, że społeczeństwo Houyhnhnmowów wcale nie jest Bóg wie czym – są tępi, ograniczeni i to raczej nudne bydlątka... Tu Nora się zasmuciła, ponieważ rozmyślania o społeczności końskiej i ludzkiej jakoś się nie przekładały na język teatru lalkowego. Ale ta kwestia po pewnym czasie sama się rozwiązała. Tengiz ją trochę pocieszył: Nam do pracy wystarczy wypowiedź Guliwera-Swifta na temat ludzi: „muszę wyznać, że wydawały mi się najobmierźlejszymi stworzeniami, jakiem tylko widział”. Aby pracować z tym materiałem, należy możliwie najdalej odsunąć nasze domysły, że szlachetni Houyhnhnmowie są tępawi w kontakcie emocjonalnym, nie znają miłości ani przyjaźni, strachu, smutku, a gniew i nienawiść odczuwają tylko w stosunku do Jahusów, którzy w ich świecie zajmują mniej więcej to samo miejsce, jakie Żydzi zajmowali w nazistowskich Niemczech.
[...]
Potem zaczął się najszczęśliwszy etap życia – w prowincjonalnym ałtajskim mieście, z dużą rzeką, z odświętną pracą. Nora odkrywała, że lalkarze to szczególny gatunek aktorów, którzy nie odeszli daleko od teatru jarmarcznego, od ludowego święta. Równie interesujących samograjów w teatrze dramatycznym nie znajdziesz! Dyrektor teatru, była kierowniczka partyjna, okazała się wspaniałą kobietą, wręcz niesłychaną, za co ją potem zwolniono z pracy, na szczęście nie za Guliwera, tylko za następny spektakl. Za Guliwera otrzymała jedynie naganę. Dla Jurika ten ałtajski czas też okazał się bardzo ważny – chłopiec z opóźnionym rozwojem mowy zaczął mówić, od razu zdaniami złożonymi i strasznie zabawnie. I, co okazało się wiele lat później, właśnie tu przebudziła się jego niezwykła pamięć: najwcześniejsze wspomnienia dotyczą teatru, pracowni teatralnych i Tengiza, którego mianował swoim ojcem. Premiera odbyła się piętnastego września. Tego samego dnia rano Tengiz otrzymał telegram, że zmarła jego matka. Spektakl zagrano, premiera poszła świetnie, publiczność była zachwycona, ale Tengiz nie wyszedł do ukłonów – wątłym samolotem lokalnych linii leciał już do dużego miasta, Nowosybirska, a stamtąd przez Moskwę do Tbilisi.
[...]
Myli ręce w łazience, Jurik przekręcał kurki – raz puszczał zimną wodę, raz ciepłą. Nora czekała cierpliwie. Nora, a dlaczego zimna woda ma głos męski, a ciepła kobiecy? Nora się zamyśliła: ona tej różnicy nie słyszała. Tak też odpowiedziała. Wtedy on machnął rozczarowany ręką: To w takim razie powiedz, gdzie woda ma środek... Nora czuła, że odstaje od syna w kwestii wchłaniania feerycznego świata i obracania się w nim. We wszystkich rzeczach jest odrobinę ognia – obwieścił chłopiec, bawiąc się sznurkiem. Nie rozumiem, co masz na myśli – nachyliła się nad nim. Jurik ścisnął sznurek w jednej ręce, a drugą mocno pociągnął. Widzisz, w sznurek włożono odrobinę ognia i on się pali... Rozluźnił dłoń, w której wnętrzu został różowy ślad. Mamo, a sznurek ma okrągłą twarz?
[...]
Tengiz nie znikał na długo – teraz wzywał Norę do wspólnej pracy, a to do krajów bałtyckich, a to na Syberię. Związek Radziecki obejmował wielki obszar: od Brześcia po Władywostok. Zaczęto ich zapraszać razem. Ta para gwarantowała sukces, czasem podszyty skandalem. Na zmianę otrzymywali to nagrody, to nagany. Tengizowi zaproponowano objęcie teatru w Kutaisi. Odmówił, przede wszystkim z powodu Nory. Stanowisko dyrektora artystycznego nie pozwalało na swobodne rozjeżdżanie się po całym kraju, a Nory do Gruzji nie mógł zaprosić. A ona też by nie pojechała. Czasem bywał w jej domu, ale starał się tam nie nocować, szedł do hotelu. Chłopiec wybrał go sobie na ojca... za każdym razem wczepiał się tak w niego, że tworzenie iluzji rodziny zdawałoby się nadmiernym okrucieństwem. Było to też coraz trudniejsze również dla Tengiza...
[...]
Ostatecznie wypisano jej skierowanie do Instytutu Defektologii, gdzie Jurika badała cała brygada lekarzy. Nora była obecna podczas tego konsylium i porażał ją brak precyzji pytań lekarzy oraz precyzja odpowiedzi Jurika. Na początku sprawdzili, czy chłopiec rozpoznaje podstawowe figury geometryczne – trójkąt, koło, kwadrat. Potem zapytali, jaki kształt ma choinka. Jest okrągła – natychmiast odpowiedział. Znów pokazano mu figury i powtórzono pytanie. Okrągła – powtórzył. Po raz kolejny mu wytłumaczono zadanie i zadano pytanie raz jeszcze. Ja przecież patrzę z góry! – powiedział rozdrażniony Jurik, a Nora ledwo powstrzymała uśmiech. Ona znała jego zdolność do oglądania rzeczy z własnej perspektywy. Lekarze wymienili spojrzenia i dano mu kolejne zadanie. Na kartce papieru, podzielonej na cztery części, była przedstawiona głowa konia, pies, gęś i sanki. Co tu nie pasuje? – słodkim głosem zapytała starsza kobieta w białym fartuchu, z lakowym koszyczkiem we włosach. Koń – odpowiedział stanowczo Jurik. Dlaczego? – chórem zapytali lekarze. Ponieważ reszta jest pokazana w całości, a tylko on jeden w kawałku, sama głowa. Nie, to niewłaściwa odpowiedź, zastanów się jeszcze raz – poprosił koszyczek. Jurik pomyślał, przyglądając się obrazkom z dużą uwagą: Gęś – powiedział zdecydowanie. I znów wszyscy się zdumieli: Dlaczego? Ponieważ konia i psa można zaprząc do sanek, a gęsi nie. Baby w fartuchach znów wymieniły spojrzenia i poprosiły matkę, by wyszła. Wtedy Nora w końcu domyśliła się, że prawidłowa odpowiedź brzmiała: sanki – jedyny przedmiot nieożywiony w tym zwierzyńcu. I wyszła. Na korytarzu nie było jej do śmiechu, była zła na samą siebie – dlaczego przyprowadziła swojego mądrego chłopczyka do tych idiotów? Nie zrozumieli nawet, o ile jego mózg jest lepiej zorganizowany od ich. Ale diagnoza została postawiona – zaburzenie rozwoju psychicznego.
[...]
Najważniejszy rok (1911)
Marusia – która do tego czasu z pomocnicy nauczycielki sama została nauczycielką i już nie biegała na siódmą, by powitać dzieci z ochronki, a zamiast tego przychodziła na dziewiątą i prowadziła z nimi niewyszukane zajęcia muzyczne – od razu na pierwszym wykładzie zrozumiała, po co uczyła się tej całej historii i literatury, anatomii i botaniki, po co słuchała wszystkich na wpół niezrozumiałych rozmów dorosłych i mądrzejszych od niej, chodziła do teatrów i na koncerty: żeby natychmiast zacząć naukę u zachwycającej pani Rabeneck! Wykład był porywający! Wystarczy wspomnieć same nazwiska! Nietzsche, Isadora Duncan [amerykańska tancerka – przyp. aut.], Émile Jaques-Dalcroze [szwajcarski kompozytor i pedagog, twórca rytmiki – przyp. aut.] ... rytmy świata, rytmy ciała... A wszystkie te rytmy zaszyfrowane są w muzyce, która sama jest także odbiciem pulsu kosmosu. O tym, że na drodze słuchania i odtwarzania tych kosmicznych rytmów powstaje nowy człowiek, Marusia jeszcze nie zdążyła się dowiedzieć, ale już wkrótce, wkrótce... Oczywiście, było to właśnie tym, o czym Marusia marzyła – stać się takim nowym, wolnym, myślącym i czującym człowiekiem, nową kobietą, i pomagać innym iść tą drogą! Och, przeczucie cudownej przemiany! Ale najważniejsze wydarzenie, być może najważniejsze w jej życiu, miało miejsce w dniu, w którym Ella Iwanowna wygłosiła ostatni wykład i urządziła pokaz do muzyki. Zmieniła swój męski garnitur na biały krótki chiton. W ruchach jej nie było niczego z baletu – wolność i energia, naturalność i śmiałość. To jest moje! To jest właśnie moje! – poczuła Marusia całym swoim ciałem. Po wykładzie leciała do domu jak na skrzydłach, w ciągu godziny zmienił się jej sposób chodzenia: plecy się wyprostowały, ramiona opadły, długa szyja jakby jeszcze bardziej się wydłużyła, a stopy lekko ślizgały się po ziemi jak po lodzie.
[...]
Roześmiała się, ponieważ świetnie pamiętała, która z ukochanych bohaterek Tołstoja wypowiadała tę kwestię, ciesząc się z wiosny i młodości [nawiązanie do Wojny i pokoju Lwa Tołstoja – przyp. tłum.]. Wybiła dziesiąta, gdy wyszła z domu. Było słonecznie, ale dość zimno, jasno i czysto, wróciło do niej wczorajsze uczucie lekkości, wolności i uśmiechnęła się do minionego dnia. Okazało się jednak, że nie do poprzedniego dnia się uśmiecha, tylko do młodego mężczyzny, który stał obok witryny pracowni zegarmistrzowskiej. Miał kręcone włosy w kolorze rudawego blondu, nosił studencką furażkę i szynel, a twarz jego, niezupełnie nieznajoma, jaśniała taką samą radością, jaka przepełniała Marusię. Marijo! A już straciłem nadzieję, że panią spotkam. Pamięta pani, byliśmy na koncercie Rachmaninowa! I choć minął prawie miesiąc od tego dnia, Marusia od razu sobie przypomniała studenta, który odstąpił jej miejsce na parterze, a potem odprowadził do domu. Wywarł na niej wówczas wrażenie dobrze wychowanego młodego człowieka, a i teraz zachowywał należyty szacunek. [...] Tak, tak, rozumiem to doskonale, rozumiałem to jeszcze jako dziecko, chorowałem na anginę, stałem z obwiązanym gardłem przy oknie i liczyłem opadające jesienne liście, i wiedziałem, że od tego, jak one opadają, zależy ból, który odzywa się przy każdym dotknięciu ziemi przez liść, i nikomu nie mogłem tego powiedzieć. [...] Pokój był dość duży, ze sceną, z kolosalnym oknem na całą ścianę, na podłodze leżał dywan, ściany – obite jasnym suknem. Małe czarne pianino było przysunięte prawie do samej ściany. Do sali weszła młoda dama o mocnej budowie ciała, odsunęła instrument od ściany, wyciągnęła spod niego okrągły taboret, otworzyła pokrywę i cicho zagrała nieznaną Marusi melodię. Jakow, oczywiście, rozpoznałby kompozytora... Marusia rozejrzała się w poszukiwaniu krzesła, nie znalazła, wyszła na korytarz, ale i tam żadne nie stało. Gdy błąkała się po korytarzu, w sali pojawiło się stado młodych kobiet, bosych, w krótkich tunikach, a Ella Iwanowna wygłosiła przed nimi mowę. Uczennice jakby jej nie słyszały, chodziły w tę i we w tę po scenie, niedbale wymachując rękoma i nogami, chaotycznie, w sposób nieskoordynowany. Muzyka wciąż cicho grała. Tak, tak, tak... Nataszo, Nataszo, powtórzę to dla pani – każdy ruch odbywa się z jak najmniejszą utratą energii, podnosi pani rękę, zaczyna ten ruch od dłoni, od łokcia, potrzebne jest tylko lekkie napięcie mięśnia ramiennego, a wszystkie pozostałe mięśnie pozostają całkowicie nieporuszone! To podstawa podstaw! Trzeba uwolnić rękę od zbędnego napięcia, pani ruch stanie się wtedy plastyczny, naturalny! Stop! Proszę zastygnąć. Właśnie, powinna pani poczuć ciężar ręki, ciężar ciała, ciężar jego poszczególnych członków... Nataszo, proszę spojrzeć na Elizę... Właśnie tak... Właśnie w taki sposób przywraca się jedność, która jest naruszona przez nasze nienaturalne ubrania, niedorzeczne nawyki... Wracają do nas te plastyczne ruchy, które obserwujemy na antycznych wazach, w greckich rzeźbach. Utraciliśmy je! Podnieść rękę, podnieść kolano, wyprostować tułów! Lepiej, już lepiej... Dobrze, stop. Poproszę o linę!
[...]
Jednak metody wychowawcze Nory były dla Taisii zbyt okrutne, rozpieszczała więc swojego wychowanka z całych sił. Mimo to Jurik stawał się dość samodzielny i niezależny, co Nora popierała. Czasami Norze zdawało się, że dostrzega w jego niezależności cechy zamknięcia się w sobie Witasi, brak chęci albo umiejętności, by komunikować się z otoczeniem. Nowe znajomości zawiązywał z trudem, wiele czasu musiało minąć, zanim nazwał po imieniu dziecko, z którym każdego dnia bawił się na podwórku. Potrafił bawić się sam ze sobą, niespecjalnie potrzebując towarzystwa. Właśnie w pierwszych latach życia Jurika Nora przemyślała wiele rzeczy związanych z historią ich rodziny. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego tak bardzo chciała urodzić syna i odganiała od siebie myśl, że to może być dziewczynka. Wręcz się tego bała. Swoją babcię od strony matki, Zinaidę Filippownę, słabo pamiętała – ta zmarła, gdy Nora nie miała jeszcze siedmiu lat. Ostatnie dwa lata babcia leżała w łóżku, słabowita, zawsze w wełnianej czapce, zawsze z umalowanymi ustami, od czasu do czasu pokrzykując na Amalię głośno, choć niezupełnie zrozumiale. Nawiasem mówiąc, poszczególne obelgi były całkowicie czytelne. Wiele lat później, gdy Nora dorosła, poprosiła Amalię, by opowiedziała jej o swojej matce. Opowieść była dość krótka: Zinaida miała nieszczęśliwe życie. Rodzice, podupadli kupcy, wyrzucili szesnastoletnią dziewczynę z domu. Za co, Amalia nie wiedziała dokładnie, ale sądziła, że matka miała sekretnego kawalera. Zinaida wyjechała do Moskwy i pracowała jako służąca. Za ostatniego swojego gospodarza, Aleksandra Ignatjewicza Kotienkę, wyszła za mąż. Ów wdowiec, sporo od niej starszy i do tego prawie ślepy, w czasach młodości był dyrygentem chórku cerkiewnego, a w ostatnich latach życia śpiewał w chórze głębokim dudniącym basem, dlatego Zinaida nazywała go trąbą jerychońską. Małżeństwo nie należało do lekkich, mąż w tajemnicy się upijał, od czasu do czasu ją tłukł. Nie bestialsko, ale w celach wychowawczych. Z tego pozbawionego radości związku Zinaida Filippowna urodziła córkę Amalię. Kotienko powiedział, że dziecko jest bękartem, ale żony nie wypędził. Amalię traktował obojętnie, ale raczej dobrze. Co prawda ochrzczono ją na życzenie wątpiącego w swoje ojcostwo Aleksandra Ignatjewicza jako Magdalenę, matka później zmieniła w dokumentach córce imię na Amalia. A Zinaida Filippowna żyła z mężem, który w końcu zupełnie oślepł, do jego śmierci znosząc w milczeniu kopniaki i obelgi.
[...]
Jedziemy do Polski wystawić razem Króla Leara. Nora milczała. Tengiz mówił dalej: Król Lear. To szczyty! Wyżej się nie da. Przez półtora roku czytałem, czytałem. Nauczyłem się angielskiego, żeby czytać. Teraz wiem wszystko. Prawie wszystko. Zrobimy to razem. Wcześniej nie rozumiałem, jak to jest – wystawić jedną rzecz? Jeden autor. Jeden spektakl. Jedna myśl. A teraz pojąłem. To naprawdę zadziała, gdy jest to jedyna rzecz na świecie. Zrozumiałem – trzeba zrobić to tak, by świat skończył się twoim spektaklem. Był kropką. To właśnie jest teatr. Jedna myśl, ale rozegrana tak, żeby nic więcej nie zostało. Rozumiesz mnie? Nora wciąż nie mogła przełknąć grudy w gardle, ale też nie było tu nic do powiedzenia. Pożar we krwi, wybuchłszy, zaczął przygasać sam z siebie. Głęboki smutek i zdumienie: słowa, puste słowa. Przestał nadawać na jej falach? Najwyraźniej najpierw powinni byli iść do łóżka, dopiero później rozmawiać. A jednak – dotyka ją do głębi, szaleńczo. Taki już jest – talentu ma więcej niż rozumu! Tak jakby ktoś żelazem... rozpalonym...
[...]
Byłam już scenografką, początkującą. Miałam dwadzieścia lat. Byłam młodsza od ciebie! Michoels zaprosił ojca na premierę do żydowskiego teatru przy Małej Bronnej. Mój ojciec starał się zapomnieć o swoim żydostwie ze wszystkich sił. Był radzieckim pisarzem – nie z tych całkiem bez talentu, nie z tych najpodlejszych. Spektakl grano w jidysz. Jidysz to on akurat znał, choć wolałby nie... to ja nie rozumiałam ani słowa. Ale nie mogłam oderwać oczu od sceny. Okazało się, że tekst nie ma znaczenia. Właśnie wtedy to zrozumiałam, to znaczy, zrozumiałam to o wiele później. Ale wtedy zobaczyłam, że natura teatru jest taka, że działa nie tekst, tylko aktor wygłaszający tekst. Gest, ruch, mimika. Marusia to doskonale wiedziała. Wiesz, że Gordon Craig był w Moskwie na jednym ze spektakli Króla Leara i powiedział, że w Anglii nie ma prawdziwego Szekspira w teatrze, ponieważ w Anglii nie ma takiego aktora jak Michoels. Pomyśl – Gordon Craig, który zna każde słowo tej sztuki, słyszy ją w jidysz i tak mówi! To był aktorski teatr! Tyszler tam pracował, wspaniały scenograf, Chagall też pracował w tym teatrze. Chagall akurat w ogóle nie rozumiał natury teatru, budował swój własny, na płótnie. Ale ten spektakl wymyślił Łeś Kurbas. To był wybitny reżyser, z Ukrainy. Ale świat... Jego teatr do tego czasu już rozpędzono. W 1933 roku, zdaje się... Przez trzy miesiące miał próby z Michoelsem. Podczas tego spektaklu Michoels z Radłowem, oficjalnym reżyserem, całkiem się pokłócili. Michoels wszystko dostał z rąk Łesia Kurbasa. To był pomysł Łesia – zmusić króla Leara do młodnienia na scenie. I Michoelsowi się to udało. Ale Łeś nie występował tu jako scenograf, choć myślę, że wiele rzeczy wymyślił. Aktorzy, oczywiście, byli wspaniali – sam Michoels, Zuskin, wspaniała Sara Rotbaum. Ale dziś teatr nie opiera się na aktorach. No, w mniejszym stopniu... Dziś spektakl musi wymyślić reżyser, scenograf, żeby nie tylko słowa działały – bo kto tych słów nie zna? Każdy uczeń je zna! Cała odpowiedzialność dziś leży właśnie na reżyserze i scenografie. Aktor jest bardziej wykonawcą niż twórcą. Nie mówię tu o geniuszach! [...] W klasyce dziś ważne są właśnie reżyserskie rozwiązania. Poradziłaś sobie już z Czechowem, zdałaś egzamin z profesjonalizmu. A Król Lear to zadanie tego samego gatunku. Jeśli razem z Tengizem wymyślicie, o czym będzie wasz spektakl – poza powszechnie znanym tekstem! – wtedy jest sens się za to brać. Ale weź pod uwagę myśl Kurbasa o przeżywaniu życia od starości do młodości. Zapomniano o nim, całkiem zapomniano. Posadzono go w 1933 roku, krótko potem zabito. Rozumiesz, był hołodomor w Ukrainie. On wystawił Króla Leara czasów wielkiego głodu, czasów ludobójstwa. A Tyszler był niezły, ale jako scenograf nie równał się z Kurbasem. Tyszler miał swój teatr – z braku ciekawych propozycji na scenie tworzył swój w malarstwie, w rzeźbie!
[...]
Nawet myśli o Tengizie jej nie przeszkadzały – tym razem przyszedł z królem Learem i król Lear okazał się ważniejszy... Chodziło o „nagiego dwunoga”. Jak powiedział Tengiz – pół życia zbierasz, a potem zaczynasz rozdawać. Nie dotyczyło to jedynie Leara. Tylko każdego. Wykonać ruch odwrotny, zakończyć cykl: urodzić się, zyskać wiele cech, władzę, mienie, sławę, wiedzę, nawyki. Zyskać osobowość, a potem wszystko z siebie zrzucić. Również osobowość. Dojść do całkowitego, początkowego obnażenia, do stanu bycia nowo narodzonym, pierwotnym.
[...]
Tego właśnie mi trzeba – finał, gdy Lear objawia się w innym wymiarze, poza granicami ludzkiej marności, ale nie jest martwy, tylko w innym stanie. A ludzie, którzy są obok niego, wciąż żywi, nie potrafią tego zobaczyć. Oni, razem z widzami, muszą pozostać wstrząśnięci, nierozumiejący, co się wydarzyło. Potem Tusia podsunęła jej książkę filozoficzną – Bierdiajewa. I tam też Nora znalazła coś ważnego. U niego wyłożone to było trudnym językiem, ale jeśli uprościć do potrzebnego Norze poziomu – cała materia jest uduchowiona. Ale w człowieku tej duchowej treści jest więcej niż w zwierzętach. W drzewach, w roślinach też jest zawarta pewna miara duchowego zaczynu, ale jeszcze mniej. Nawet skostniała materia, jak kamień, też nie jest zupełnie martwa, ona także nosi ślad ducha. A to bardzo ważne dla naszej historii, ponieważ burza w Królu Learze to bunt uduchowionych żywiołów: wody, wiatru, ognia. Właśnie tu dochodzi do olśnienia Leara na temat nagiego człowieka. Dokładnie tak. I to olśnienie sprawia, że młodnieje. I w ogóle on przez cały czas młodnieje. Zaczyna się historia ze starcem Learem, a kończy – przez Przemienienie – Learem, który zrzucił z siebie wszystko. To znaczy zaczyna zrzucać z siebie wcześniej. A pierwszym, czego się pozbywa, jest władza. Ale jeszcze nie rozumie, jakie będą tego następstwa. Na pierwszym rysunku, który wykonała Nora, znalazł się Lear z pierwszego aktu. Ma na sobie wielowarstwowe ubranie, rzeczy narzucone są na niego jak na wieszak z rogami-haczykami, na wierzchu tego wszystkiego ma płaszcz królewski. Zdejmuje go, informując, że odda władzę córkom. Zgarbiony, grube dłonie z ogromnymi opuchniętymi stawami, może nawet się trzęsą. Twarz pokryta głębokimi zmarszczkami, w fałdkach obwisłej skóry, z dwiema żyłami na szyi, między którymi wisi zwiędnięty worek pod podbródkiem. Zrobię taką maskę z lateksu. Spróbuję. I starcze brodawki z kępkami włosów. I opadnięte przerośnięte brwi, prawie zasłaniające oczy. Po wygnaniu najstarszej córki, Goneril, ubrań jest na nim mniej, zrzucił część w gniewie, jego twarz jest młodsza, bardziej surowa, powiedzmy, z dziewięćdziesięciu lat odmłodniał o dwadzieścia. A po burzy – po prostu dobra charakteryzacja na starego człowieka, ale już bez tych naddatków, wszystkie ornamenty zdejmujemy z twarzy. Aktor już w bieliźnie. A w finale, na samym końcu, jest młodzieńcem, z młodą Kordelią na rękach, są już rówieśnikami. Zero charakteryzacji. Młoda twarz, młode ciało. Niech Leara gra aktor trzydziestoletni. I właśnie wtedy powinno się wydarzyć pełne przemienienie – nie powinni mieć na sobie ubrań, będą zupełnie nadzy. A właściwie niech to będzie kombinezon w cielistym kolorze, żeby nie było widać żadnych włosów, żadnych cech płci, bo płeć też już została zrzucona. Nagi człowiek!
[...]
Tajny ślub (1911)
Jakow, który przywykł już dzielić się z Marusią swoimi najskrytszymi myślami, wyłożył jej swoje rozważania w składniejszej formie. Tak, tak, ona też zastanawiała się nad kwestią płci, duże wrażenie wywarły na niej wykłady z biologii – z nich Marusia przyswoiła, że kobieta płaci wysoką cenę za zdolność wydawania na świat dzieci, a sama nierówność płci związana jest właśnie z odmiennymi funkcjami męskiego i kobiecego organizmu. Ale jej myśli szły w innym kierunku – nie w stronę androgyne [postać dwupłciowego bóstwa, protoplasty rodzaju ludzkiego, występująca w wielu starożytnych mitologiach – przyp. aut.], ale prawdziwej emancypacji kobiety w obszarze ducha, ponieważ w biologicznym sensie nie może być mowy o żadnej równości, skoro natura przeznaczyła kobiecie rolę kontynuatorki rodu, to ona rodzi i karmi dzieci – to nie daje jej możliwości pełnego rozwoju. Jakow całkowicie podzielał poglądy Marusi na emancypację, a nawet uzmysłowił jej, że ideę emancypacji koniecznie powinni podzielać mężczyźni, inaczej zamiast rozumnego partnerstwa będziemy mieli wyłącznie rywalizację, co nie prowadzi do niczego dobrego. Te rozmowy zbliżyły ich jeszcze bardziej, rozmyślania Marusi w jakiś sposób dokarmiały męskość Jakowa. [...] Marusieńka nie chodziła na kółko przez cały rok – kilka razy zaciągnął ją na zajęcia Iwan Biełousow, było nudno. Pani Marusiu, a co tu ukrywać? Nie ma teraz ani jednego kursu ekonomii politycznej, na którym nie uwzględniano by Marksa. Przerobiłem wszystko, od Rękopisów filozoficzno-ekonomicznych z 1844 roku... od pierwszych prac do ostatnich. Po co pani to kółko? Podstawowe prace mam, co prawda, po niemiecku. Rosyjskie przekłady są bardzo złe. Ale mógłbym zdobyć dla pani francuski przekład. Wiem, że istnieje. Przeczytałem je uważnie – we wczesnych pracach Marksa można dostrzec, że jest humanistą, a jego celem jest uwolnienie człowieka spod władzy stosunków kapitalistycznych, ale w woli człowieka widział tylko przejaw uwarunkowań historycznych, a wartość indywidualnego istnienia, wolność jednostki podporządkowywał ideałom tego samego sprawiedliwego przyszłego społeczeństwa. Myślę jednak, że w takiej sytuacji możliwy jest taki ucisk jednostki, podporządkowanie interesów indywiduum interesom społecznym, że mnie to przeraża. Nie, nie, za nic nie zostałbym marksistą. I po co jest to kółko? Zajęcia grupowe zawsze prowadzą do zbędnej straty czasu, przekonałem się o tym.
[...]
Notatniki Jakowa (1911). 21 listopada
Teraz dostrzegłem, że zajęcia moje mają naukowy sens. Żadna historia cywilizacji nie istniałaby bez ekonomii. Nie sposób przyglądać się cywilizacji bez tego ważnego czynnika, funkcjonują w niej swoiste reguły, które wplatają się także w zasady porządku świata. Bez tego nic się nie uda. Dlatego też przez cały tydzień czytałem – od Adama Smitha! I zrozumiałem, że bez głębokiej znajomości historii średniowiecza też nie można niczego ze sobą powiązać. I tak przez cały czas – ciągniesz za niteczkę, a okazuje się, że wszystko ze wszystkim jest połączone.
[...]
A potem, Jurik już zasypiając, powiedział: Nora, przyjemność ma swoje granice. Po ich przekroczeniu robi się okropnie nieprzyjemnie. Na początku jest bardzo, bardzo przyjemnie, ale gdy jest za bardzo, to z raju trafiasz do piekła. Skąd on to wie? zdumiała się. Nie może tego wiedzieć...
[...]
Odbyłem rozmowę wstępną z profesorem Pogorielskim o pracy wykładowcy, która pociąga mnie o wiele bardziej niż działalność praktyczna, o której marzy mój papa. Kwestia chrztu jest jeszcze bardziej poniżająca. Nieraz dotykaliśmy tego tematu – żyjąc w prawosławnym kraju, otoczeni jego kulturą, prawosławie pokochaliśmy, zaaprobowaliśmy je. O moim religijnym minimum też Ci mówiłem: przykazania, dane Mojżeszowi, są podstawą chrześcijaństwa. Obraz Chrystusa budzi współczucie, tym bardziej, że to jeden z najbardziej fascynujących bohaterów historii, kultury. Ale nie wierzę w jego boskie pochodzenie. Syn Człowieczy – mówił o sobie. Jak i my wszyscy, cała reszta ludzi, Izraelici w pierwszej kolejności, a przez nich wszyscy, którzy w tej czy innej formie przyjęli Stary Testament. Ta propozycja chrztu jest dla mnie bardziej poniżająca niż dobrowolne przejście z grona studentów w grono wolnych słuchaczy. Rozważania filozoficzne i religijne w ogóle zostawiam z boku, sam mam wiele kwestii światopoglądowych nierozstrzygniętych, ale żadna religia, ani judaizm, ani chrześcijaństwo, ani taoizm, nie grają ważnej roli w tej konstrukcji. A tu – przymusowa manipulacja. Co się tyczy mojego stosunku – zajmuję raczej stanowisko agnostyka. Choć pojęcia te – gnostycyzm i agnostycyzm – są trochę poplątane, jednego nie można przeciwstawić drugiemu. Jeśli gnostycy uważają, że świat jest poznawalny do końca, a agnostycy – że świat nie jest do końca poznawalny, to w charakterze Boga wybiorę dla siebie właśnie gnozę i wszystkie sprzeczności zostają usunięte. Oznacza to, że całe życie jestem gotowy iść w stronę poznania, bez nadziei na to, że pełne poznanie można osiągnąć. Oczywiście, rozważania te stoją o wiele wyżej od tej praktycznej decyzji, która mnie czeka, ale nie mogę nie wziąć ich pod uwagę. I ceną decyzji, którą mam podjąć, choćby nawet w sferze równie praktycznej, jaka zajmuje mnie w tej chwili, nie może być zaproponowany kompromis. Podjąłem własną decyzję – wypisuję się z instytutu. Napisałem o swojej decyzji Gienrichowi. Opinia starszego brata na ten temat jest dla mnie o wiele ważniejsza niż zdanie ojca. Ale odpowiedź od niego nie przyjdzie prędko, a decyzję już podjąłem. Nie wiem, czy mnie poprze. Lecz mamy odmienną sytuację materialną... W tym roku do Szwajcarii wysłali młodszą siostrę Gienricha, Aniutę, uczy się w Zurychu w szkole medycznej. Ja o niemieckim uniwersytecie nie mogę nawet marzyć...
[...]
Reżyser, z którym wtedy pracowała, zaproponował jej, by wspólnie odwiedzili miejscową sławę i dużą grupą pojechali na ponure przedmieścia, do szarego ośmiopiętrowca, do ormiańskiej malarki, o której Nora słyszała już od jakichś wspólnych przyjaciół. Drzwi otworzyła im najprawdziwsza Pytia o chudym garbatym nosie, wyrazistych śliwkowych oczach, w dziwnej derce z przetartego sinoniebieskiego jedwabiu i z nieprawdopodobnym turbanem na głowie. Nora od razu zapragnęła ją narysować. W milczeniu oglądała obrazy, które pokrywały wszystkie powierzchnie, stały w trzech rzędach pod ścianami i nie wiadomo było, gdzie malarka w swoich jedwabiach sypia, ponieważ wszędzie znajdowały się sztalugi, blejtramy, papiery, puszki. Wśród tego artystycznego nadmiaru mieściła się niewielka kuchenka z dwoma tygielkami i kilka filiżanek do kawy: ani śladu codzienności, życia, łóżka... Wszystkie obrazy miały jakąś fikcyjno-mitologiczną tematykę – baśniowe zwierzęta, węże, dewy i dziewice. Wschodnie kolorowe szaleństwo niewątpliwie utalentowanej osoby... A pośrodku pokoju na sztaludze stał duży portret Tengiza, o surowej kresce, namalowany twardą ręką, bez aluzji do orientalnej swawolności. Patrzył spode łba, malarka precyzyjnie uchwyciła zarys jego ust, kolorystyka obrazu była właściwa, ciężka, a nad głową miał jakby wyrwę w niebie – rozpaczliwie ciemnoniebieską... Duży, nieukończony wciąż portret. Nora natychmiast wyczuła zapach jego tytoniu samosieja. Dopiero co tu był, pozował – domyśliła się.
[...]
W moim życiu zaszły zmiany, rozumiesz. Nanka wyszła za mąż, jej mąż ma dom pod Tbilisi. No, Natella postanowiła przeprowadzić się do córki, teraz wszyscy tam mieszkają. Natella mnie zostawiła, tak? Jestem teraz samotnym wilkiem. Rozumiem – przytaknęła Nora. To prawda, było w jego wyglądzie coś wilczego, w oczach ni to drapieżność, ni to utajony strach. On przecież chce zostać ze mną, ze mną, tutaj! Ręce Tengiza zawsze były mocniejsze od głowy, sam tak o sobie mówił. „Zwłaszcza, gdy to ty jesteś moimi rękoma”, przyznał się Norze. Ale to nie było tak, miał na myśli coś innego: Nora potrafiła oblec w słowa to, co jemu się nie udawało. Rosyjski, oczywiście, nie był jego pierwszym językiem, ale i po gruzińsku nie potrafił precyzyjnie wyrazić swoich myśli, robił to jakąś drogą naokoło, gestykulując, porykując, w sposób bezsłowny, ale ostatecznie umiał tak zawładnąć aktorami, że ci całkowicie podporządkowywali się jego woli. A i nie tylko aktorami. Miał talent: umiał ustawiać ludzi, a oni robili to, co chciał. Najpewniej dawną siłą sugestii. Na świecie był tylko chyba jeden człowiek, jego żona Natella, który nie poddawał się tej sile, ale na odwrót, on sam był podporządkowany jej prymitywnej, ale potężnej, nieprzezwyciężonej kobiecej władzy. Przez prawie trzydzieści lat trwała ich niekończąca się walka. Oboje przeczuwali klęskę tego boju, którego nie mogli przerwać.
[...]
Nora dawała mu to, co zabierała Natella, na tym też opierał się ich wieloletni związek. Nora była idealnym odbiornikiem i stacją przekaźnikową jego woli, a praca z nią przy spektaklu była dla Tengiza rozkoszą. Udawało się jej jego zamysły, jego ryki zmieniać w tworzywo – a to w rudą scenę imitującą cegły, a to w sepiowe suknie, a to w białe tło, jakby poszarpane pociskami artyleryjskimi... A ona całowała jego ręce, oblizywała każdy jego palec, jak szczeniak, który liże brzuch matki w poszukiwaniu pełnego pokarmu sutka. „Moja mądra główka”, szeptał bezdźwięcznie, oddając swoje palce jej wilgotnym zębom, twardemu językowi.
[...]
Tengiz każdego dnia spotykał się ze scenarzystą, omawiając olbrzymi projekt, zaproponowany mu przez Mosfilm – ekranizację Rycerza w tygrysiej skórze, średniowiecznego eposu gruzińskiego. Usiłowali razem napisać pierwszą wersję. Nora czytała Rycerza, próbowała znaleźć w nim coś swojego, zorientować się w tej nieskończenie poplątanej historii stosunków między władcą, jego rycerzem i ich ukochanymi, a wszystko to zdawało się jej ornamentacyjne, wymyślne, górnolotne. Gdy chciała powiedzieć o swoich wrażeniach Tengizowi, ten machał tylko ręką: to zaledwie materiał wstępny, a scenariusz, który piszą, będzie się bardzo różnił od pierwowzoru. I w ogóle to będzie o czymś innym! A ty czytaj, czytaj, później będziemy rozmawiać, gdy scenariusz będzie gotowy, będziemy robić swoje! Tengiz ani przez chwilę nie wątpił, że zdoła wystarać się o zatrudnienie Nory jako scenografki przy planowanym filmie. Ale ona nigdy wcześniej nie pracowała w filmie i zdawała sobie sprawę, że tam mają swój zespół i raczej nie dopuszczą do niego postronnego człowieka, a przy tym takiego, który nie ma żadnego doświadczenia poza teatralnym. Tengiz nie widział problemu – „ostatecznie zostaniesz pomocnikiem reżysera!”. Nora w tym czasie rysowała zamówione szkice do Królowej Śniegu dla teatru w Taszkiencie, bawiąc się różnicą temperatur między widownią a sceną.
[...]
Listy z Uralu i na Ural (październik 1912 – maj 1913)
Czytam Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość Tołstoja. Bywały chwile okropnej tęsknoty za Tobą, zapragnąłem być właśnie z przyjacielem, jedynym w całym życiu przyjacielem. Przypomniały mi się pewne obrazy z dzieciństwa, dawne marzenia – wspomnienia, o których nikomu, poza Tobą, nie mógłbym powiedzieć. Dlaczego ja i Ty tak lubimy Tołstoja? Poza wszelkimi innymi zaletami – Tołstoj nas oboje wychowuje w szczerości. Nie ma niczego trudniejszego od szczerości – tak sądzę, a przekonanie to przybrało ostateczny kształt dopiero w ostatnich dniach. Carlyle [Blackwell, amerykański aktor, reżyser i producent filmowy – przyp. aut.] uważa szczerość za oznakę geniuszu. Gdy weźmiemy to pod uwagę – można by pomyśleć – że nie ma nikogo ponad Tołstoja, w tym też zawiera się jego wychowawcze znaczenie. Kolejna logiczna przesłanka – dlatego właśnie zbliża on ludzi. Dlatego on tak zbliża ludzi. Co jeszcze tak zbliża jak szczerość? Mam dziwny stosunek do ludzkich dłoni – zbyt wiele znaczą one w charakterystyce. Dlatego nader je cenię. Są bliscy ludzie; spośród ich pięknych cech mógłbym oddać wszystko, byle nie ręce. Niech zmienią się ich oczy, brwi, włosy, ale ręce niech zostaną zachowane. A przezorna natura zawsze się ze mną zgadza, traktuje tę ozdobę z delikatnością. Włosy wypadną, oczy zmętnieją, ciało się zestarzeje, a dłonie będą te same. Odrobinę tylko pokryją się drobnymi zmarszczkami, ale kształtu swego nie zmienią!
[...]
Nić DNA to alfabet, w którym jest zapisana historia świata. I to nie tylko zestaw genów, ale jeszcze i program do molekularnych komputerów żywej komórki. Interesujące – przytaknął Witia. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wychodzi na to, że molekuła chemiczna, jak ty ją nazywasz, może być programem? Grisza otworzył należącą wcześniej do świętej pamięci dziadka, sławnego doktora, sfatygowaną teczkę ze srebrną tabliczką „Fur liebe Isaak Lieber” i z zagadkowym wyrazem twarzy wyjął z niej książkę. Witia uważnie się jej przyjrzał: właśnie z tym wyrazem twarzy Grisza piętnaście lat wcześniej przyniósł mu Teorię mnogości Hausdorffa, która zmieniła jego życie. Kolejna książeczka była zniszczona, niewielka i nosiła tytuł Czym jest życie? Fizyczne aspekty żywej komórki. Nazwisko na okładce przeczytał dopiero rano: „Schrödinger” [austriacki fizyk-teoretyk, autor mechaniki kwantowej – przyp. aut.]. Banalna codzienna reguła parzystości, zgodnie z którą istnieją podobne wydarzenia, które kolejno następują po sobie, dwukrotnie – raz jako szkic, drugi raz w wersji skończonej – znana wszystkim spostrzegawczym ludziom, a zwłaszcza kobietom, Witii była obca. Grisza ponownie informował go o czymś spektakularnym, zdolnym odmienić jego los. Niepozorna książeczka całkowicie pochłonęła Witasię. Męcząca go zazwyczaj bezsenność stała się tej nocy łaską, jasny umysł cieszyła praca, jakby opadła zasłona, a świat się przemienił – przez jego głowę przeleciała zupełnie nowa myśl: matematyka, najwyższy stopień ludzkiego umysłu, nie istnieje osobno od reszty świata, sama też jest nauką służebną, częścią całości, części wspólnego i jeszcze wyższego stopnia... czego? Słowo „dzieło”, którym z taką łatwością operował Grisza, nie znajdowało się w zwyczajowym słowniku i Witia czuł jednocześnie zawiść, pragnienie i pośpiech – chciał wejść do tego świata, który jeszcze wczoraj kompletnie go nie interesował. Resztki depresji zniknęły jak ręką odjął. [...] Jak większość matematyków, fizykę traktował z pogardą. A biologii w ogóle nie uważał za naukę, tylko za ogromne śmietnisko faktów. Była dla niego nieoranym polem, robionymi na łapu-capu eksperymentami, danymi, demonstrującymi niezdolność badaczy do udźwignięcia i przemyślenia uzyskanych wyników. W dodatku całkowicie brakowało w tym wszystkim aparatu matematycznego. Chemia, na której temat miał tylko mętne pojęcie, zdała mu się nauką bardziej ścisłą niż biologia. Schrödinger umiał spojrzeć na ten zestaw osobnych faktów i uznał teorię ewolucji Darwina za jedyną strukturę, która była zdolna utrzymać i zorganizować tę lawinę. I, co najważniejsze, pokazał, że zjawiska związane z przestrzenią i czasem, ustalone przez fizyków, dają się przełożyć również na żywe organizmy. Dzięki książeczce Schrödingera Witia odkrył, że matematyka nie jest docelowym osiągnięciem ludzkiego umysłu, lecz jedynie narzędziem do poznawania świata, który jest większy od matematyki... Wcześniej nie przyszło mu to do głowy.
[...]
Komputery stworzone przez człowieka pod koniec lat siedemdziesiątych robiły pierwsze kroki na drodze swojej ewolucji. Wycyzelowany umysł Witii funkcjonował w zwyczajnym trybie, lecz stojące przed nim zadania zmuszały go do zaglądania w nieopisany sposób w formalny chaos życia biologicznego i łączenia go z surowym porządkiem matematyki. Ale czy można skonstruować komputer w oparciu o analogie z dziedziny biologii? Im głębiej Witia zanurzał się w pracy, zbliżając się do odpowiedzi na prywatne pytania, tym bardziej niepokoiło go poczucie, że tylko drepcze na progu. Nie sposób było chyba uzyskać ostatecznej odpowiedzi. Ale też nie było na świecie niczego ważniejszego. Grisza coraz bardziej przeciągał go na swoją stronę, przekonywał, że trzeba się skupić na badaniu żywych komputerów komórki. Witia jednak uważał, że Grisza zanurza się w obszarze fantastyki naukowej, a praktycznym i wykonalnym zadaniem dzisiejszych uczonych jest stworzenie „myślących” komputerów, które byłyby „mądrzejsze” od swojego twórcy. Tu wystąpiły między nimi głębokie rozbieżności.
[...]
Tengiz odsunął się trochę, żeby widzieć jej twarz: Powiem ci jedną rzecz. Miałem wiele kobiet. Aktorki lubią reżyserów. Dostaje się je jak resztę z rubla. A potem zawsze przychodzi wstyd i nuda. Śmiertelna nuda i smutek, Nora. Zawsze tak miałem. Z tobą jedną nie czuję tej nudy po stosunku. Znasz to uczucie, a może dotyczy ono wyłącznie mężczyzn? Nie znam. Nora trawiła słowa Tengiza. To była najlepsza rzecz, jaką jej powiedział. Tak, właściwie nigdy nie skomentował przyjmowanej przez nich pozycji poziomej... To było bardzo mocne wyznanie. Nic więcej nie należało dodawać. Nora wyciągnęła rękę po paczkę papierosów, szczęśliwie leżącą na podłodze w jej zasięgu. Nie wiem, Tengiz. W wieku piętnastu lat doszłam do wniosku, że sprawy łóżkowe należy oddzielać od wszystkiego, co można by nazwać miłością. Wiesz, by nie mylić różnych rzeczy. Uwolniło mnie to od wielu emocjonalnych nieprzyjemności. Raz je połączyłam i wciąż się nie mogę z tego wyplątać... Śmiertelnej nudy nie czułam, ale znudzenie już tak, zdarzało się. Moja seksualna rewolucja miała miejsce jeszcze w szkole... Dobrze, wracamy do miłości! Do tej! – Zagwizdał Habanerę [znana także jako L'amour est un oiseau rebelle - w tłum. z franc. Miłość jest wolnym ptakiem – aria z opery Georges'a Bizeta Carmen – przyp. aut.].
[...]
Pamiętasz scenę z Felliniego, w której Cyganka się śmieje, patrząc na dłonie jakiejś damy? Wróżenie, oczywiście! Mętne wieloznaczne słowa! Starucha wróży Carmen. Strzeż się żołnierza. „W naszej profesji... boją się żołnierzy... – co tam masz? Żołnierz cię zabije. Strzeż się żołnierza!”. I Carmen wie wcześniej, że on ma ją zabić. Ona zmusi go, by ją zabił! Realizuje plan losu! To niebezpieczne! Bardzo niebezpieczne! Znów zbliżamy się do opery! A tę warstwę należy... obciosać! Żeby nie zostało nic z tej perfumowanej powierzchni! Można też Śmierć wyciągnąć! Trzeba! Carmen spokrewniona ze Śmiercią! Śmierć jako rewers jej wolności! Nie rozumiem! Potem zrozumiesz! Miłość naszej Carmensity w ogóle nie interesuje. Nie ma pojęcia o miłości! Dla niej miłość jest tylko przejawem jej woli, własnej woli, jeśli chcesz. Jest tylko narzędziem! A on? Co z nim? José? Nic! To szlachcic, we wsi ma narzeczoną. Zbójnikiem został z głupoty! To w ogóle głupi chłopak. Nie, nie głupi – prosty. Może nawet scena z narzeczoną. Rozmowa o „swojej wsi”. Czysta relacja idiotów. On, rzecz jasna, jest ofiarą, ale ostatecznie zachowuje się godnie. Trafił do cudzej historii! Jego przeznaczeniem tak czy inaczej jest sadzenie kapusty, a Carmen zahaczyła go przypadkiem. Trudno go polubić. Co to za ideał – czyste życie, białe firanki, wychodzące na biały ogród i w ogóle, zdaje się, że zachwyca się bielą, a trafia w czerń i czerwień...
[...]
Siedzieli w ciasnym pokoju hotelowym – wybity z rytmu Witia po dziewięciogodzinnym locie i świeży, spragniony rozmowy Grisza. Kwestia, która zajmowała go już tyle lat, okazuje się poważna: co było pierwsze: idea żywej komórki czy komputer? Najpierw pojawiły się komputery... Każda żywa komórka jest komputerem, a komputer kwantowy... Witia zmarszczył brwi – czy to jego głowa wciąż nie przełączyła się na czas amerykański, czy to Grisza wygadywał bzdury. Nie, gadasz od rzeczy. Molekularny komputer komórki pracuje z DNA. DNA programuje jego pracę. Skąd tu komputer kwantowy? To wynika ze względów energetycznych – komputerowi molekularnemu nie starczy mocy. Powiem ci więcej – komputer kwantowy powinien być akustyczny! Ogromne teksty! Boskie teksty, wielkie! I komputery biologiczne powinny być bardzo potężne! Witia tylko wzruszył ramionami i przerwał Griszy natchnione naukowo-religijne wywody, sprowadzając go na ziemię repliką: Tego nie rozumiem... Jakie Boskie teksty? Chcesz cały proces ewolucji przeczytać jako Boski tekst? To nieudowodnione... [...] W końcu różnice między nimi zaszły tak daleko, że Witia obwieścił: jemu osobiście przez wszystkie te lata koncepcja Stwórcy i Boskiego tekstu ani razu się nie przydała. Z łatwością można się bez tego obejść! Grisza protestował z właściwym mu rozgorączkowaniem: To przecież oczywiste, że podstawowy, początkowy tekst został dany przez Stwórcę i wszyscy zajmujemy się jego rozszyfrowaniem! Nie, nie, ja jestem zajęty konkretem. Piszę konkretne programy, i to dość proste teksty, a biochemicy sprawdzają, na ile odpowiadają one realnym procesom syntezy w komórce... Wszystko to nie ma żadnego związku z zamysłem twojego Stwórcy.
[...]
Takie laboratorium! Sto osób czeka w kolejce, by tam trafić! Zasłużyłeś! Jeszcze i Nobla dostaniesz! A w Moskwie tylko kopniaka w tyłek byś dostał! Grisza cieszył się z tej propozycji bardziej niż Witia. Na pożegnanie Grisza zażartował: Najpierw przyniosłem ci Stary Testament pod postacią Hausdorffa, a potem Schrödingera w charakterze Nowego Testamentu. Ale tu będziesz musiał w końcu dostrzec, że wszystkich nas pochłania wspólne zadanie – rozszyfrowanie tego języka, bez którego nie istniałaby na tym świecie ani jedna żywa istota... Tekst, Witasia, Boski tekst! Na świecie nie ma niczego ważniejszego! Po namyśle Wiktor przyjął propozycję – miał swoje powody: laboratorium było pierwszorzędne, zdawał też sobie sprawę, że będzie tu pracował bardziej efektywnie niż w Moskwie.
[...]
Korespondencja Jakowa i Marii (maj 1913 – styczeń 1914). 23 sierpnia 1913
Czytam książkę Mity w sztuce – starej i nowej. René Joseph Ménard [francuski malarz i teoretyk malarstwa – przyp. aut.]. Nie tyle czytam, ile oglądam. Nie mogę się napatrzeć. Rzeźba antyczna – jeśli wiernie oddaje budowę współczesnego sobie ludzkiego ciała – podkreśla taką cechę, której wcześniej nie dostrzegałem. Ciało kobiety nie różni się tak bardzo od męskiego. Istnieje masa posągów, gdzie jedyną cechą płci są piersi. A są figury, gdzie i ta cecha niczego nie mówi. Większość bogów, mężczyzn, ma miękką, obłą budowę, o pewnej krągłości bioder, ramion, rąk, z piersiami – zbyt małymi dla kobiety i odrobinę zbyt dużymi dla mężczyzny. Twarz nie zawsze ma typowe cechy płci, zwłaszcza u młodych. Co więcej, w błąd wprowadza szerokość bioder. Biodra współczesnych nam mężczyzn są znacznie węższe. Najlepiej się skupić na ubraniu. „Apollo Musagetes” nosi udrapowaną suknię z przedłużeniem z tyłu i wysoką talią. „Apollo Sauroktonos” ma typowe kobiece ciało o zgrabnych nogach. „Aphrodite Naples Fréjus” zaś typowo męskie ciało. Można by masę przykładów przywołać, ale po co. Wystarczy pobieżnie przyjrzeć się rzeźbom w muzeum albo w albumie, by się przekonać. Czy ludzie wówczas nie różnili się od siebie nawzajem stylem życia, nawykami, wykształceniem? Razem żyli, tańczyli, uczyli się, kąpali, uprawiali gimnastykę, razem kochali. Życie było naiwniejsze i prostsze. I tak cudnie, po balmontowsku, poza granicami wstydu. Trudno jest kochać egipską rzeźbę kamienną, z martwymi postaciami i jednakimi profilami. [...] 15 września 1913. Gdybym był teraz reżyserem operowym, zająłbym się wprowadzeniem poglądów Reinhardta [austriacki reżyser teatralny i aktor żydowskiego pochodzenia – przyp. aut.] w operze. R. jest wręcz stworzony dla opery, z jej umownością, podkreśloną teatralnością. Umowność to cecha całej sztuki, rzecz jasna, ale dramat jest jednak bliższy życiu. A opera, z jej ogromną skalą, wymaga wielkich form reżyserskiej twórczości... Architektoniczno-rzeźbiarskie tendencje mogą być odrobinę zmienione, dostosowane do konkretnej opery. Ale najważniejsze są wymogi „widowiska” – nieprawdziwy kształt, największą swobodę otrzymuje w operze, w feerii, w balecie oraz w tragedii. Teatr Artystyczny w Monachium podjął działania, których celem jest zmniejszenie sceny. Na dużej scenie aktorzy, twarze, słowa rozmywają się. Duża scena zawsze wymaga wielu osób, co nie zawsze jest artystycznie uzasadnione. A Reinhardt bierze tysiące osób, cyrk, setki świateł, tysiące kolorów.
[...]
Reakcje krytyki i publiczności były niekiedy nawet euforyczne, zwłaszcza publiczności festiwalowej, zachodniej. Zapraszano ich i do Jugosławii, i do Polski; raz Tengiz trafił nawet na festiwal teatralny w Edynburgu, choć, co prawda, bez Nory. Tym razem zrobiło się o nich głośno w Moskwie. Sukces przyniósł Gogol. Wystawili Wija. Inscenizację Nora przygotowała sama, ze sporą pewnością siebie – po Carmen nabrała dość odwagi. Występowała w dwóch rolach – jako autorka tekstu i jako scenografka. Sztukę zatytułowali Choma Brut. Spektakl wyszedł tak, jak to zaplanowali, raczej śmieszny niż straszny. Dramat uzupełnili o dodatkowy wątek – bezsłowną walkę o „filozofa” Wiedźmy-Panienki i odmłodzonej epizodycznej baby z kuchni w domu setnika. Nie do końca było jasne, która z pretendentek zwyciężyła. Tengiz był zadowolony z finału: ostatnia noc – Choma, zakreśliwszy magiczny krąg, recytuje modlitwy za niebezpieczną zmarłą. Unoszą się wiszące do ziemi powieki Wija, rozpoczyna się wspaniały choreograficzny sabat, pierwszym promieniom słońca towarzyszy pianie koguta, ikony spadają na ziemię, a w pustych oczodołach ikonostasu tkwią i biesy, i wszystkie inne poczwary, i chutornicy, którzy się tu zjawili i którzy nie różnią się zbytnio od biesów. Wszyscy poruszają się w ramach okien i zastygają, gdy rozlegają się drugie kury. Tylko sczepione w ostatnim starciu o Chomę Wiedźma-Panienka i Baba nadal szarpią się nawzajem za włosy. Słowem – powieść gotycka! Muzykę do spektaklu napisał młody kompozytor, wyszła zabawna mieszanka awangardy i etnografii. Choreografa, starego znawcę tanecznego folkloru i mistrza na wpół zakazanego w Rosji stepowania, Tengiz zaprosił z Permu. Tańce wyszły nad wyraz porywające. Któryś z ich teatralnych przyjaciół przyciągnął na ich spektakl Felixa Cohena, goszczącego w Moskwie producenta z Broadwayu, który wpadł w nieopisany zachwyt. Po spektaklu Amerykanin, pomarszczony staruszek o pofarbowanych włosach i w pantoflach z krokodyla, zaprosił Tengiza z Norą do restauracji, w której spędzili miły wieczór, racząc się barszczem, pielmieniami i wódką, a pod koniec późnej kolacji reżyser zaproponował im, by przenieśli ten „very Russian” [z ang. - bardzo rosyjski – przyp. aut.] spektakl na scenę amerykańską... Tengiz z Norą zapomnieli o tej propozycji od razu, gdy tylko wyszli z restauracji. Historia ta jednak miała swój ciąg dalszy: półtora miesiąca później przyszło zaproszenie od Felixa Cohena i bilety wraz z informacją, że koszty pobytu pokrywa strona zapraszająca. Wielopiętrowe perypetie z kierownictwem Rosyjskiego Stowarzyszenia Teatralnego i załatwieniem wizy trwały około ośmiu miesięcy, ale w końcu Tengiz z Norą znaleźli się w Nowym Jorku, w teatralnej dzielnicy Broadway.
[...]
To Montauk Point Light, chyba najstarsza latarnia morska w Ameryce – zauważył Witia. Martha już mnie tu przywoziła. Ocean był ogromny. Zaokrąglał się na końcach i każde, najbardziej niewprawne oko mogło dostrzec, że ziemia jest okrągła. Nie wiadomo tylko, czy jak dysk, czy jak kula... Raczej kula, jeśli weźmie się pod uwagę to, jak zsuwał się za horyzont brzeg Rhode Island. I nie było takiej perspektywy – ani liniowej, ani odwróconej, ani sferycznej – która pozwoliłaby oddać ten obraz, ponieważ przestrzeń funkcjonowała zgodnie z regułą kompletnie nieznaną ludzkiemu oku czy rozumowi. Nawet wiatr tu, na wysokości, był kulisty. Miało się takie uczucie, że stoi się na szczycie świata, a świat otacza cię jak ziarno schowane w miąższu owocu...
[...]
Nora, która w wieku piętnastu lat wybrała profesję scenografki teatralnej, wiedziała, że mogłaby robić też inne rzeczy – zająć się reżyserią, nawet dramaturgią, mogła też być aktorką czy, ostatecznie, pedagożką, ale nigdy nie zostałaby ani lekarką, ani inżynierką, ani matematyczką. Tengiz za to mógł być kimkolwiek – wytwórcą win, psychologiem, nawet sprzedawcą na bazarze. Kimkolwiek, poza tymi zawodami, które wymagają surowej dyscypliny zewnętrznej, jak choćby żołnierz czy maszynista. Witia mógł być wyłącznie matematykiem. Ale w przypadku Jurika nic nie było wiadome, od samego dzieciństwa: mógł robić cokolwiek, ale tylko gdy miał wenę. Jeśli mijała, w tej samej chwili porzucał swoje zajęcie. Nie sposób było go nakłonić do zrobienia czegoś, co mu nie odpowiadało. Musiało pojawić się coś, co by go całkiem pochłonęło, trzymałoby go przy sobie natarczywie i nieustannie. Jak matematyka Witię. W dwunastym roku życia jego zainteresowania dookreśliły się pod postacią muzyki. Ale nie ogólnie muzyki, tylko wyłącznie muzyki zespołu The Beatles. Jurik nagrywał piosenkę za piosenką – Norę ta jego maniakalna pracowitość doprowadzała do kresu. Podejmowała pewne próby wyciągnięcia Jurika z beatlemanii, próbując oddać go do normalnej szkoły muzycznej, gdzie panowały gamy, etiudy Goedicke’a, lekcje solfeżu i chóru. Na nic jednak się to zdawało – za każdym razem, gdy zaczynały się jakieś regularne zajęcia, rzucał je z rozmaitych przyczyn: to nauczyciel był zły, to instrument przestawał mu odpowiadać, to pozostali uczniowie budzili taki jego sprzeciw, że odmawiał chodzenia na zajęcia.
[...]
Ojca skremowano w pierwszym moskiewskim krematorium, na tyłach Monastyru Dońskiego, a urnę Nora umieściła w kolumbarium numer 6, w komórce, w której były prochy jego rodziców, Jakowa Osieckiego i Marii Kerns. Gdy robotnik wyjmował marmurową klapę, żeby wcisnąć w wąską szczelinę nową urnę, Nora przypomniała sobie życzenie Marusi, które ta przekazała Gienrichowi niedługo przed śmiercią: „możesz mnie pochować gdziekolwiek, byle nie z Jakowem”. Gienrich też nie chciał znaleźć się w nudnym materialistycznym pośmierciu z rodzicami. Jakie trudne, jakie niejasne stosunki...
[...]
To był list napisany nie przez Witię, tylko Marthę, po angielsku. Ta dość niedorzeczna kobieta – taka wydała się Norze podczas ich pierwszego spotkania – z zachwytem przyjęła pomysł o przeprowadzce Jurika do Ameryki. Pisała: „będziemy szczęśliwi”, „zrobimy wszystko, co w naszej mocy”, „czekamy na Jurika, począwszy od dzisiejszego dnia...”. Ogromna, nieforemna, w dresie i trampkach, z chłopską różową twarzą i uśmiechem sięgającym uszu... Poruszała się tak, jakby była wyciosana z drewna, ale nie z polana, tylko z pnia ogromnej miękkiej lipy. I ten jej piskliwy głos, jak u Buratina [pajacyka z książki Aleksego Tołstoja – przyp. aut.] z bajki... I tak zakochana w Witii. Zdaje się, że widzi w nim cechy, których ona, Nora, w nim nie dostrzegła. Nora się zamyśliła. W życiu Witii niewątpliwie zaszła głęboka zmiana: teraz jego zachowaniem zarządzała nie Warwara Wasiljewna, tylko Martha. Czy Witia się zmienił, czy był gotów podejmować życiowe decyzje, czy jego serce zaczęły poruszać jakieś emocje – z listu nie sposób było wywnioskować. Ale miał przy sobie dobrą kobietę. Ona go wybrała... Od chwili, w której dostała ten list, Norze zrobiło się lżej na sercu. Pomysł, by wysłać Jurika do ojca, zaczynał nabierać realnych kształtów.
[...]
Nora wyszła od Tusi z grubym tomem Frazera [Sir James George, szkocki antropolog społeczny, filolog i historyk religii – przyp. aut.] i ta Złota gałąź, wcześniej jej nieznana, skierowała jej myśli w nową stronę. I nie chodziło wcale o badanie magii i wszystkich niezliczonych faktów na temat rozwoju religii i całej reszty myśli ludzkiej, ale o to, że przeraziła ją bezdeń własnego braku wykształcenia. Ileż interesujących i ważnych rzeczy ominęło ją przez te lata, gdy ślepo podążała za wszystkimi przedsięwzięciami Tengiza... Siedziała teraz w bibliotece Wszechrosyjskiego Towarzystwa Teatralnego od otwarcia do zamknięcia, studiując wody, które w mitologii wszystkich narodów pojawiały się przed ludzką duszą od razu po śmierci. To były małe rzeki albo strumienie, czasem podziemne, czasem oceany, ogromne i mroczne wody wszystkich narodów, wymarłych i żywych: Egipcjan, Skandynawów, Hindusów i Mongołów. Ale Nora miała odgadnąć, jak ta rzeka może wyglądać u Słowian... Praktyczne zadanie scenografa okazało się tylko pretekstem do tych zachwycających studiów. Choć pamięć Nora miała doskonałą, robiła małe konspekty, w których zapisywała nazwy rzek i imiona przewoźników, czasami nawet nazwy łodzi, którymi dokonywano tej wielkiej przeprawy, fragmenty zachowanych rytuałów. Łodzie też były najrozmaitsze – to wątła łódeczka, to skrzydlaty statek... Jasne było i to, że kierownik małego folklorystycznego zespołu chciał porwać się na rzecz olbrzymią: na jedną z najbardziej niedostępnych świadomości kwestii, na mit o pośmiertnym życiu duszy ludzkiej. Obraz ten okazał się uniwersalny dla wszystkich kultur: świat ludzki, ziemski i stały, istnieje w otoczeniu wielkich wód, a po śmierci dusza jest zmuszona przeprawić się przez wielkie wody, aby przedostać się na drugi brzeg, przekroczyć granicę innego świata, innego bytu. Nora już widziała, jak z prawej i lewej kulisy wypływają brzegi tych światów, a pośrodku, na ciemnych falach wszystkich przygranicznych wód, opisanych przez wszystkie mitologie świata, we wszystkich księgach zmarłych, porusza się łódź z wioślarzami, marynarzami, kapitanem i bosmanem. A rzeka – może być jakakolwiek. Choćby i Wołga...
[...]
Siedząc w bibliotece nad książkami, Nora przypomniała sobie bardzo wyraźnie brzeg Oki, siebie na tym brzegu, jak leży na starym flanelowym prześcieradle, które wykorzystywano w formie koca, czterokolorową piłkę i młodego mężczyznę z mokrymi włosami, który się nad nią pochyla. Wszystko się zgadzało – Amalia mówiła, że uratował ją i ocucił syn gospodyni, student medycyny. Do tego dawnego wspomnienia przyczepił się również koszmar, który raz przyśnił się Norze, także związany z wodą: płynęła do brzegu w strasznej atramentowej cieczy, znacznie cięższej i gęstszej niż zwykła woda. Gdy jednak wydostała się na brzeg, zrozumiała, że dopłynęła nie do lądu, tylko do ogromnego potwora. Niewyobrażalne przerażenie wystrzeliło ją, z trudem łapiącą oddech i mokrą, ze snu, jak korek z butelki. Zapach jej własnego potu był okropny, ale był to zapach tej strasznej wody... Odłożyła książki, skończyła lekturę. Od czasu, gdy kwestia wiary została w jej życiu sformułowana i gdy twardo opowiedziała się po stronie niewiary, uważała się za bezwarunkową materialistkę. Ani niejasne panteistyczne wypowiedzi babci Marusi, ani wzruszająca dziecięca półwiara Amalii, ani tym bardziej książkowe formułki przyjaciół, nowo nawróconych chrześcijan w duchu ekumenicznym, kompletnie jej nie pociągały. Ale teraz, po tych właściwie archeologicznych studiach, poczuła, że ten drugi, odległy brzeg istnieje, a, co za tym idzie, śmierci takiej – jaką ją widziała, obserwowała, zbliżała się do niej – takiej śmierci nie ma. Jest coś o wiele bardziej złożonego i o wiele ciekawszego... A najbardziej potwierdza to właśnie muzyka. Może zwłaszcza te lamenty ludowe, które zbierał po wymierających wsiach, nagrywając skrzypiące głosy półmartwych staruszek, ten geniusz folkloru, z którym poznała ją Tusia.
[...]
Właśnie skończyłem czytać Rollanda [Romain, francuski pisarz, ojciec powieści rzeki – przyp. aut.] i chciałem się podzielić z Tobą niektórymi myślami na jego temat, na mój i Twój temat. To Francuz i wszystkie te zabójcze dla Francuzów uogólnienia częściowo odnoszą się także do niego. Ten duch kulturowej prostytucji i bezpodstawnego zniszczenia zaraził odrobinę i jego. Paryż zdyskredytował, ale należało także coś zbudować. Uważnie śledziłem, jak rozbiera kamień po kamieniu wielki budynek. Gdy wieczne miasto przybrało postać rozebranego gmachu, myślałem, że on, być może, zacznie z tych kamieni budować nowe, majestatyczne, pogłębione dzieło sztuki. Powiada on – a ja dobrze zapamiętałem jego słowa – że Francja przecież żyje, że muszą gdzieś istnieć te podstawowe, pierwotne strumienie świadomości narodowej, którymi karmi się cały naród. Tego, że one istnieją – nikt nie wie lepiej od Rollanda, a tego, że on do nich nie dotarł – nikt nie wie lepiej od czytelników Rollanda...
[...]
Korespondencja rodzinna (1916). 30.12
Dziecinność to poważne traktowanie każdego głupstwa i tych wszystkich szczerych emocji, które głupstwa wzbudzają. Dziecinność to uczucie niewątpliwie nieświadome. Wystarczy, że dorosły w tej samej chwili zrozumie swoją infantylność i dalej ciągnie tę grę – a migiem zmieni się w nieprzyjemne uszkodzone stworzenie. Ale nieświadoma infantylność jest urzekająca. Patrzysz na człowieka, gdy jeździ na łyżwach albo gdy z ciekawością przygląda się wymyślnej rączce parasola (Twój papa), albo gdy po prostu inaczej, po dziecięcemu się uśmiecha (mój papa) – wtedy zaczynasz rozumieć, że odkryłeś w chaosie codziennego życia jakieś cenne szlachetne rysy i je kochasz... Dziś znów mieliśmy wieczorną musztrę. Na dworze jest bardzo zimno, ale nie ma większej przyjemności od tego wesołego orszaku. W zaginionym liście pisałem, że musztra to cała symfonia przeżyć masy młodych zdrowych ciał. Ten nastrój przechodzi z jednego na drugiego i potrafi zawładnąć najbardziej mrocznymi duszami. Gdy zaczyna grać muzyka (to my gramy, to ja gram), cały ten nastrój otrzymuje rytmiczne wcielenie. Ze wszystkich bram wybiegają dzieci, kucharki w kaloszach na bosych nogach, podśmiewają się z żołnierzy, a ci patrzą, jak stado wygłodzonych wilków. [...] Myślę, że wszelkie smętne wywody na temat tego, co minęło, w rodzaju Wiśniowego sadu, nie mają żadnego uzasadnienia w życiu. Pozostaje tylko pewien estetyczny całun. Żaden ze mnie Łopachin, ale Łopachin jest mi bliższy od całej reszty tych umierających ludzi. On jedyny jest żywy! A wymyślony został jako postać komiczna! I to w ogóle komedia! Czechow postrzega mieszkańców majątku jako typy satyryczne. Ale skoro tak, to Łopachin jako jedyny z nich jest aktywny. Oskarżenie przeszłości, ale w miękkiej komediowej formie. A Stanisławski grał to jako dramat. Ładny dworek z kolumnami, ładne cierpienie jego wzniosłych mieszkańców. Czechow się nie śmieje, on się smutno uśmiecha do tego zacisznego świata, do którego i sam też należy, i jest to uśmiech pożegnalny. Nie z powodu świadomości, że wkrótce umrze, ale z powodu zrozumienia, iż ten świat umrze niedługo po nim. Niech rąbią kwitnące drzewa – wiem, w ich miejscu wyrosną krzywe zaułki biednych domów, które stłoczą się wokół fabryki. Cierpienia się wzmogą, warstwa rodzinna się rozpadnie, ale będzie zrobiony jeszcze jeden krok w kierunku świadomości, uświadomienia. Czy będzie zrobiony kolejny krok ku walce – to mnie teraz mało interesuje. Największym złem jest ludzkość biedna, brudna, pozbawiona kultury, nierozumiejąca niczego. A za zyskanie świadomości płaci się zwykle wiekowymi cierpieniami i ogromem krwi. Ale jest to warte tej ceny. Wydaje mi się, że Czechow to przeczuwał. Minionym światem pogardzał, a przyszłego się bał. Cierpienie wiśniosadowców jest upiększone. Inne cierpienie – obnażone, obszarpane, głodne, ale aktywne, czynne – przekształci się w coś zupełnie nowego, co przewyższy wszystkie utopie pierwszych socjalistów od Thomasa More’a po Tommaso Campanellę, wszystko na długo przed Marksem zostało wymyślone i obmyślone. Myślę, że za sto lat, gdy kultura rozwinie się do niewidzianego poziomu, Czechowa będzie się oglądać w teatrach właśnie jako wzniosły pomnik minionego świata. Ale jego sztuki to niezbędny stopień ku temu, co lepsze, bardziej wzniosłe...
[...]
Pierwsze dni na Long Island przypadły na przerwę bożonarodzeniową. Martha planowała zawieźć Jurika do Nowego Jorku, ale się przeziębiła i podróż trzeba było przełożyć. Jurik usiadł do gitary, ale nijak nie mógł się skupić – coś mu przeszkadzało. Wiktor te świąteczne dni spędzał w laboratorium – pod koniec grudnia uniwersytet kupił komputer firmy NeXT, ostatnie dziecko Steve’a Jobsa, który w tamtym czasie został zwolniony z Apple i stworzył nową firmę produkującą te nowiutkie „nexty” z nowym systemem operacyjnym, pierwowzory przyszłych Maców. Witia w żaden sposób nie mógł oderwać się tej nowinki technologicznej. Zaprosił Jurika, by obejrzał urządzenie – to był pierwszy komputer, który Jurik zobaczył na własne oczy. Witia głaskał korpus i wychwalał czarne pudełko, jak właściciel psa wynoszący pod niebiosa sylwetkę swojego pupila: zachwycał się jego mocą, pamięcią operacyjną, monitorem o niespotykanej rozdzielczości. Jurik pytał, Witia odpowiadał, Jurik dopytywał. I chwytał w lot. Przesiedzieli w pustym laboratorium ze cztery godziny, które Jurikowi minęły jak jedna chwila, i chłopak zrozumiał, że są też inne ciekawe rzeczy oprócz muzyki. Przesiedzieliby tak i całą noc, ale zadzwonił telefon i Martha powiedziała, że czeka na nich z kolacją. Wracali w mżawce, w ciemności, w milczeniu, każdy zajęty własnymi myślami: Witia – na temat tego, jak cudowne możliwości modelowania procesów komórkowych czają się w nowym komputerze, Jurik – o tym, że wspaniale byłoby połączyć muzykę z tą niesamowitą maszyną. Nie był pierwszy, któremu to przyszło do głowy, ale się tego nie domyślał. Jurik nie wiedział jeszcze, że zaledwie za parę lat komputer stanie się nieodzowną częścią każdego muzycznego procesu – od nauki po nagrania i wykonania.
[...]
Cudowna staruszka, Francuzka, uczyła gry na fortepianie. Patrząc na jej podrygujące, pomarszczone, drobne dłonie, Jurik doświadczał profesjonalnej zawiści: pianista dla obu rąk stosuje ten sam mechanizm ruchu, a gitarzysta musi wypracować znacznie bardziej złożoną koordynację – lewa i prawa ręka muszą żyć odrębnymi życiami, ale w idealnej synchronizacji... I, rzecz jasna, największą zaletą fortepianu jest to, że pozwala prowadzić kilka głosów jednocześnie i odkrywa cały wszechświat znaków niemożliwych do uzyskania na gitarze. Poza tym dla fortepianu istnieje masa literatury muzycznej – więcej niż dla jakiegokolwiek innego instrumentu.
[...]
Jurik zaprowadził Norę do ukochanych miejsc imprezowania – Performance Space 122, Collective Unconscious. Ludzi tam prawie w ogóle o tej porze nie było, tylko puste puszki po coli, torebki, części rozłożonego roweru, brudny materac, śpiwór i popsuty parasol uosabiały tę „Zbiorową Nieświadomość”. To naprawdę było miejsce przygodnych radości i wariackiej wolności, w którym się śpiewa, pije, gra i ćpa późnymi wieczorami i nocami. Nora poczuła się odrobinę nieswojo. Obeszli kilka podobnych punktów: gdzieniegdzie Jurika znano, witano się z nim, a on był dumny ze swojej przynależności do tego undergroundowego życia. Kilka osób, owiniętych w śpiwory, spało jak zabite. Jeden jawnie pijany stary mężczyzna obudził się, wylazł z kupy szmat, poprosił o pieniądze. Skończony człowiek. [...] Potem Jurik zaprowadził ją do Nuyorican Poets Café. Gości w ten przedwieczorny czas nie było wielu, a na ścianach wisiały fotografie strasznie znanych ludzi, z których Nora rozpoznała tylko Che Guevarę. Jurik po raz pierwszy w życiu okazał się lepiej poinformowany: „Zobacz! To Allen Ginsberg”. Pod jego fotografią – mało sympatyczna morda! – wisiała jego wypowiedź, napisana białymi literami na czarnym tle – „the most integrated place on the planet”. Dobrze powiedziane, ale w sposób niemożliwy do przetłumaczenia na rosyjski... Miejsce integracji... Ale można to zrozumieć jako miejsce równości ludzi, niestosujące segregacji, wolność wyrazu aż do ostatecznych granic i w ogóle bezgraniczna. Książkowa wiedza Nory podsunęła jej natychmiast wszystkie artystyczne kawiarnie początku wieku – paryskie Les Deux Magots i La Rotonde, petersburską piwnicę Bezpański Pies, barcelońską Els Quatre Gats (Cztery Koty). Wszystkie one były przodkami w trzecim pokoleniu tego nowojorskiego artystycznego gniazda, tylko pachniało tu nie dekadentyzmem, nie futuryzmem i nie dada, ale społecznym sprzeciwem, rewolucją i zamachami terrorystycznymi... To było miejsce dzisiejszej oraz odrobinę wczorajszej awangardy, wszystko na umownej pierwszej linii frontu – i muzyka, i poezja, i performance i nic nie miało najmniejszego związku ani z mainstreamem, ani z komercją. Nagrywano jakąś fantastyczną śpiewaczkę operową, Nora aż się zatrzymała, zasłuchana, ale Jurik machnął ręką i powiedział, że to kontratenor. Taki wysoki męski głos, we Włoszech pisano specjalną muzykę dla kastratów.
[...]
Przez ostatnie dwa lata poczuł się częścią tego miasta. Muzyka, jego muzyka, wyrywała się z każdego skrzyżowania, ze wszystkich szczelin. Gdy z rzadka jechał do Witii i Marthy na Long Island, zaczynał tęsknić już w pociągu. A dziecięca Moskwa odsunęła się na tyle daleko, że zmieniła się w obrazek w odwróconej lornetce. Jedynie wizyty Nory przypominały mu o wcześniejszym, przedamerykańskim życiu. Nora przyjechała na „dni rodzica”, jak nazywała swoje coroczne wizyty w Nowym Jorku. Przyjazd matki zniweczył plany Jurika na zdobywanie nowych wrażeń. Przez cały tydzień po zmianie w „moovingu” [z ang. – także slangowo przeprowadzki – przyp. aut.] zamiast zaplanowanych nowych wrażeń odświeżał stare: spacerował z Norą po mieście, pokazując jej słodkie zakamarki. Nora szła przy boku całkiem już dorosłego mężczyzny, przystojnego i wysokiego, ale zupełnie nieprzypominającego młodych mężczyzn, studentów i aktorów, z którymi miała do czynienia w domu. Czym się różnił? Całkowitą beztroską, niepokojącym infantylizmem, jakąś rozchwianą wolnością... Nie, próbowała pocieszyć się Nora, po prostu skończyło się nasze wspólne życie, on teraz płynie własnym nurtem. Swoją drogą... Nie mogę go zawrócić. I też po co? I co miałabym mu powiedzieć? Sama wyskoczyłam z przyjętych kolein w wieku piętnastu lat... [...] To stary irlandzki bar, w którym podają guinnessa. To hotel, w którym zatrzymywali się wszyscy. Mieszkał w nim Jimmy Hendrix, no i cała amerykańska literatura, niemalże z Dickensem – komentował Jurik z dumą, jakby hotel był jego własnością. A Nora zapatrzyła się w wejście na podwóreczko, gdzie stało jedyne usychające drzewo. Stara ławka. Wygląda, jakby właśnie tu mógł żyć chorujący na gruźlicę mężczyzna z opowiadania Ostatni liść, a w tym mieszkanku na górze Jim i Della, bohaterowie opowiadania Dary Trzech Króli. Nora tak lubiła w dzieciństwie te opowiadania, że od razu rozpoznała przestrzeń sceniczną O. Henry’ego [właściwie William Sydney Porter, amerykański pisarz, opowiadań- humoresek – przyp. aut.]. Zatrzymała się. Piekielna kuchnia, dzielnica krawców, rynek rzeźniczy... wszystko to rozgrywało się gdzieś tutaj...
[...]
Pamięci Mickeya. Właśnie od niego, żyjącego lekko i umierającego ciężko, mądrego, kapryśnego i awanturniczego, Jurik wziął, przejął myśl, że w sensie wyższym muzyka nie ma autorów, jest jedynie umiejętnością czytania z Boskiej Księgi i przekładania pewnej melodii świata, niewymagającej nut, na język żałosnych instrumentów muzycznych i zapisu nutowego, wymyślonych dla wygody wyłożenia treści, nieprzekładalnych w żadnym innym języku. Kompozycji Jurika słuchały tego wieczoru najlepsze uszy i najlepsze dusze tego muzycznego kosmosu. I go usłyszały. Od tego dnia trajektoria życia Jurika znów się zmieniła. Otrzymał kilka kuszących propozycji i wybrał tę najbardziej dla siebie interesującą i najmniej perspektywiczną z punktu widzenia ekonomicznego – prawie nieznany zespół, wykonujący fankowe przeboje lat siedemdziesiątych. [...] Zanim zasnął, zdążył powiedzieć Marcie, że zabito mu przyjaciela. Trauma, kolejna trauma – powiedziała do Witii Martha, która pamiętała zeszłoroczną historię z Mickeyem. Witia zgodził się w roztargnieniu: tak, tak, trauma... Grisza, który, kiedyś przy kości, przez ostatnią dekadę schudł i wyglądał jak za młodu, ojciec sześciorga dzieci w różnym wieku, zauważył: „Traumy to wymysły najbardziej beznadziejnej z nauk: psychologii. Wszystko to biochemia i doświadczenie życiowe”. Martha, która przez wiele lat pracowała w administracji uniwersytetu, ale z zawodu była psychologiem, zdziwiła się: dlaczego beznadziejnej? Grisza miał wówczas odpowiedzi na wszystkie pytania: Ponieważ takiej nauki w ogóle nie ma! I nie było! To aberracja świadomości, a nie nauka. Istnieją surowe struktury, oczywista, nie całkiem jeszcze opracowana biochemia i zaprogramowane w związku z tym zachowanie. Co mają z tym wspólnego traumy? – I gderliwie zakończył: – Powariowali z tym Freudem! Jakaś światowa mistyfikacja... Chemia życia, oto, co jest...
[...]
Grisza westchnął: tłum, jak wiadomo, proroków nie słucha, usiłuje ich albo wyśmiać, albo ukamienować. Właśnie w Izraelu! Zwłaszcza w Izraelu! W ostatnich latach stracił tyle sił, żeby przebić się do Pisma, które zdawało mu się najważniejsze na świecie, do Tory, i doszedł do wniosku, że jest ona zaledwie przeglądem, komentarzem i odesłaniem do o wiele ważniejszego Tekstu. Ale ze zrozumieniem Grisza nie spotkał się zarówno wśród uczonych współbraci, jak i wśród swoich nauczycieli religijnych. Jeden tylko głupi kabalista z Safedu[najprawdopodobniej Izaak ben Szlomo Luria Aszkenazi, rabin, kabalista z XVI wieku – przyp. aut.], przywódca nieistniejącej szkoły, aprobował rozważania Griszy. Grisza oczekiwał, że spotka się ze zrozumieniem Witii, którego omijał strumień współczesnych fantazji naukowych. Spotkał się jednak wyłącznie z niezrozumieniem. Ale nie tracił nadziei. Sztuczka, Witasia, polega na tym, że podstawowy alfabet, którym jest napisany tekst, został odkryty dopiero w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim roku – to czteroliterowy kod DNA. Nawet sami jego odkrywcy, Crick i Watson, nie zdawali sobie sprawy, że daje on możliwość odczytywania Tekstu Bożego! Dali najbardziej przekonujący dowód na istnienie Stwórcy! Grisza poczerwieniał, podnosił chude ręce jak uliczny kaznodzieja i wykrzykiwał z przerwami: Przekonujący dowód! Absolutny! A nie zdawali sobie sprawy! Poczekaj! Witasia próbował pohamować podnieconego Griszę. Poczekaj, a może Watson i Crick nigdy nie potrzebowali koncepcji Stwórcy? Ja, prawdę mówiąc, też nigdy jej nie potrzebowałem. Ani trochę... [...] W tym miejscu obudził się Jurik, który nie do końca zdawał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Ale to, co mówił dość piskliwy męski głos, docierało do niego jak specjalnie dla niego przeznaczone słowa... Istnieje Tekst Boży! A jedynym zadaniem ewolucji człowieka jest doprowadzić to nieukończone Dzieło do etapu, gdy ono, czyli ludzkość, nauczy się czytać. I właśnie w tym celu zostały wynalezione wszystkie alfabety, wszystkie znaki, cyfry, a nawet nuty! Jurik oderwał głowę od poduszki. Na jego policzku odcisnął się guzik. Pierwszym, co zobaczył, był obcy mu Żyd w kipie, z zadartą do góry na wpół siwą brodą i uniesionymi do góry rękoma. Mam zwidy – pomyślał. Gdy jednak dostrzegł, że za miotającym się Żydem siedzi zasępiony ojciec, uspokoił się. A jednak nie... [...] Jurik nieoczekiwanie poczuł się dobrze. Trafnie pan powiedział o tym braku autora. Też tak myślę, muzyka istnieje gdzieś w niebiosach, a rolą muzyka jest usłyszeć ją i zapisać za pomocą nut. Ale ponieważ ja jestem muzykiem jazzowym, wiem, jak wiele muzyki w ogóle nie zostaje zapisane i żyje tylko w chwilowych improwizacjach... Grisza ogromnie się ucieszył, otrzymawszy tak nieoczekiwane wsparcie. Nie martw się, nie martw! Jest w bezpiecznym schronieniu! Wszystko jest zapisane! Widzisz, widzisz, Witia, twój syn od razu zrozumiał, o czym mowa! Świat to księga, którą dopiero uczymy się odczytywać z archiwów! Próbujemy za pomocą naszych alfabetów, najprostszych systemów znaków odczytać teksty o największym stopniu trudności, które istnieją poza naszą świadomością. Weźmy Platona! [...] Grisza zaczął od prawa hierarchicznego podobieństwa – wszechświat, komórka i atom zbudowane są według jednej i tej samej zasady: „To, co znajduje się niżej, jest takie jak to, co powyżej, a to, co znajduje się wyżej, jest podobne do tego, co niżej”. Następnie przeszedł do rytmicznego charakteru wszystkich procesów zachodzących w przyrodzie, od obrotu planet po rytm oddychania, bicia serca ludzkiego organizmu, by doprowadzić Jurika do pojęcia pola informacyjnego i pierwszej zasady termodynamiki. Zwracam twoją uwagę, Jurik! – odrobinę zmęczonym po wielogodzinnych wykładach głosem wykrzykiwał Grisza. – Lord Kelvin w połowie minionego wieku wypowiedział myśl, że Stwórca w momencie stworzenia świata obdarzył go niewyczerpalnym zapasem energii i że ten Boski Dar będzie istniał wiecznie! Nic podobnego! Przeleciawszy drugą zasadę termodynamiki, Grisza doszedł do teorii komórkowej w jej wersji klasycznej i, zacząwszy od Schleidena i Schwanna [botanik i zoolog, twórcy teorii komórkowej – przyp. aut.], triumfalnie obwieścił, że teraz zbliżyli się do tego, co najistotniejsze, do tego, o czym pojęcia nie mieli twórcy teorii komórkowej, obejmującej wszystkie żywe organizmy – komórka jest komputerem molekularnym, którego oprogramowaniem jest DNA stworzone przez Boga. Być żywym oznacza nie powiększać entropii w trakcie cyklu życiowego organizmu, mimo wszelkich opcji – zwłaszcza rozmnażania – którymi dysponuje komórka. Komórka to szalenie złożony system. Aby zrozumieć, jak funkcjonuje, uczeni tworzą modele posiadające właściwości żywej komórki. Najlepiej na świecie robi to, zdaje się, Witia, twój ojczulek. To geniusz, ale nie rozumie jednej podstawowej rzeczy, jak to czasem z geniuszami bywa. [...] Skupimy uwagę na organizacji samego procesu informacyjnego. Czym jest właściwie informacja? Jeszcze niedawno uważano, że to wiadomości przekazywane sobie nawzajem ustnie, pisemnie albo za pomocą jakichś sygnałów. Stworzono teorię informacji – przekaz może być realizowany nie tylko od osoby do osoby, ale i od osoby do maszyny, od maszyny do maszyny. Istnieje także algorytm – system zasad, zgodnie z którymi informacje są przekazywane w celu realizowania zadań o różnym poziomie trudności... Podobne procesy algorytmiczne są obecne także w komórce! I nie ma przy tym absolutnie znaczenia to, jak my rozumiemy ten proces – jako sposób komunikowania się obiektów materialnych czy też przyjmując, że sama komórka wykorzystuje rozmaite obiekty materialne do swojego istnienia. Najważniejsze jest to, że informacja i materia nie istnieją niezależnie od siebie. Życie komórki przejawia się w pracy jej systemu informacyjnego. Można ją porównać z grą orkiestry symfonicznej, w której biorą udział kompozytor, dyrygent, muzycy, instrumenty muzyczne, partytura, a nawet elektryk, który oświetla nuty... Tak, to dobry przykład, powinien być dla ciebie jako muzyka, zrozumiały. Kompozytor tworzy muzykę – algorytm gry – i zapisuje ją – programuje albo koduje – pod postacią partytury, za pomocą nut – specjalnego alfabetu – w pamięci długotrwałej, to znaczy na papierze albo w pamięci komputera. Partytura zawiera informacje o początku i końcu utworu muzycznego oraz o tym, co i jak powinien grać każdy instrument muzyczny w określonym momencie podczas wykonywania utworu. I tyle! [...] Rozumiesz, kim jest w takim razie kompozytor? To Stwórca! Partytura została napisana przez Niego za pomocą Tekstu zapisanego za pomocą DNA! Ponieważ DNA to abecadło Stwórcy! I teraz wytłumacz mi, dlaczego twój ojciec odżegnuje się od tej prostej prawdy? To przecież oczywistość! Stwórca sformułował Prawo, ale sam też jest jemu podporządkowany. Wszechświat jest rozumny i wielopoziomowy. A każdy poziom zrozumienia ma swój kres. Ta wielopoziomowość opisywana jest różnymi słowami we wszystkich systemach religijnych i z tego wynika pryncypialna poznawalność wszechświata. Zrozum, skoro wszechświat jest poznawalny, to można go modelować.
[...]
Nora od szkolnych lat odczuwała dumną pogardę wobec kolektywizmu i odrazę w stosunku do kłamliwej idei „to, co wspólne, jest ważniejsze od tego, co prywatne”, a Tengiz w swojej patriarchalnej Gruzji od trzynastego roku życia, gdy jego ojciec poszedł na front, orał w dosłownym i przenośnym sensie, by zapewnić byt rodzinie, był karmicielem siostry, matki, babci i dziadka oraz ślepej siostry babci, która przez całe życie mieszkała z nimi, i ten wczesny ciężar bronił go i chronił przed rozmaitymi głupotami. Mało chodził do szkoły i dopiero po powrocie ojca rzucił się do nadrabiania wszystkiego tego, czego nie otrzymał w dzieciństwie. Pojechał do wujka do Kutaisi, zaczął naukę w instytucie kultury, przeniósł się potem na aktorstwo, rzucił to, służył w wojsku w batalionie budowlanym, pracował wieczorami, nocami jako model pozujący artystom, jako szewc, przez jakiś czas jako kucharz, aż określił się jako reżyser. Nie miał, kiedy stać się ani sowiecki, ani antysowiecki. Wolność, na którą przyzwolono, jej cień, nie zrobiła na nich żadnego wrażenia. Nora też niespecjalnie ją zauważyła – w niej samej było zbyt wiele anarchii, która od wczesnych lat zastępowała jej wolność. Prawdopodobnie samodzielność Tengiza i wewnętrzna swoboda Nory wzajemnie im imponowały. Tak czy inaczej każde z nich cieszyło się tą wolnością, którą w sobie nawzajem odkrywali. I wspólna praca była dla nich szczęściem. Ale ono – Nora prawie się z tym pogodziła – się skończyło.
[...]
Potem rozmowa zeszła na tory przyszłej pracy. Opowiedzieli o zamówieniu – dobra rosyjska klasyka, z dala od polityki. Czechow! – żywo zareagowała Tusia. – Bo któż inny? Tengiz pokręcił głową: on z Czechowem rozstał się jeszcze w latach siedemdziesiątych. Tusia zdjęła okulary, spojrzała na nich odsłoniętymi zaczerwienionymi oczami: Pomyślę. Miłość i śmierć. Jacy wy jesteście jeszcze młodzi... Jacy młodzi? Nora zbliżała się do sześćdziesiątki, Tengiz przekroczył siedemdziesiątkę. Nora o mały włos nie zacytowała ulubionego wersu z Brodskiego – „Z punktu widzenia komara człowiek nie umiera”, ale zdążyła ugryźć się w język, ponieważ życie Tusi było bardzo długie nie tylko z punktu widzenia komara. Zamawiający chce coś bardzo rosyjskiego – uśmiechnęła się Nora. Nie wiem, burłacy na Wołdze, piraci z Nowogrodu, Kozacy rozbójnicy... Co powiesz, Tusiu? Najbardziej rosyjska historia to Córka kapitana. Tam jest wszystko – całe to „doli swojej końmi nie objedziesz” ... Zbrodnia, kara, więzienie, nawet miłość do pewnego stopnia też jest. Polityka nie ma znaczenia u Puszkina. Tam chodzi o ludzką godność. Rzadki temat w Rosji. Nie, nie, Tusiu! Za to się nie zabiorę. Nie poradzę sobie, nie odważę się na inscenizację Córki kapitana... Więzienie to rosyjski temat. Powiedziałabym Archipelag GUŁag, ale Sołżenicyn to jeszcze nie klasyka i nie ma tam prawie nic więcej poza polityką. Sama tylko polityka, oblana łzami i krwią. Leskow [Nikołaj Siemionowicz, rosyjski prozaik i publicysta – przyp. aut.]. Powiatowa lady Makbet. Tam jest wszystko. Z ust mi to wyjęła, pomyślała Nora. Od razu pomyślałem o Jekatierinie Izmajłowej, ale Szostakowicz mnie powstrzymał – odpowiedział natychmiast Tengiz. Wymienili spojrzenia. Tak, oczywiście. Namiętność, śmierć. Dzieciobójstwo. Los ślepy, nieubłagany... Tak, oczywiście. Nie od razu zrozumiałem, dlaczego Szostakowicz wyrzucił dzieciobójstwo. Miał dwadzieścia siedem lat, gdy pisał operę. Nie rozumiał, że zabicie dziecka to składanie ofiary. Tylko Katierina nie rozumie, co robi. Zjada ją namiętność, ona w ten ogień wrzuca wszystko i Fiedię, i swoje własne... Urodziła i oddała – zabierzcie go ode mnie całkiem! Jakby w ogóle nie zauważyła. Już po zabójstwie Fiedii! Jaka tam lady Makbet! U lady Makbet namiętność jest nawet z niższej półki – chce nosić koronę! Ale sumienie ma żywe – popada w obłęd, nie może zmyć krwi z rąk. A przecież nie dokonywała zabójstw własnymi rękami! Nie, Noro, lady Makbet daleko do naszej Katii! Naszej kupcowej namiętność przysłoniła oczy – czym? – właśnie nią samą... Biedna Katia! Biedna Katia! Co za los! I cała muzyka Szostakowicza to sam los! A my będziemy pracować bez tej muzyki. Nora, chcę, żeby wszystko było tylko o losie! Okropny los wetknął palec w życie prostej kobiety – nie Medea czarodziejka, nie lady Makbet – zwyczajna baba i taki mamy rezultat. Los! Czemu ona jest winna? Niczemu! Płytka dusza i ogromna namiętność – to przecież los! Nie jest winna...! I wszyscy ci więźniowie u Leskowa – to także los. Rosyjski los, pozwolę sobie zauważyć! Właśnie tak – doli swojej końmi nie objedziesz... Chcę powiedzieć, że sam los jest więzieniem. Z tej plątaniny odkryć narodził się spektakl.
[...]
Ogromny niewidzialny pająk owinął ciemnymi nićmi całe lustro sceny, kurtyna była z grubych, mechatych, delikatnie się poruszających sznurów. Pajęczyna. On sam zaś przyczaił się na górze, na rusztowaniu, widać tylko jego kosmate łapy, które poruszały się powoli, kołysały sznurami, sprawiającymi wrażenie, jakby ściekały z czterech par odnóży. A po proscenium od prawej do lewej szli katorżnicy, powoli, zgarbieni, ze smętną pieśnią, szli długo, nieprzerwanym zapętlonym ruchem, wciąż ci sami, w długich ciemnych ubraniach, bez twarzy, w średnim wieku, nie mężczyźni i nie kobiety, a każda figura była jakby podwieszona na czarnym grubym sznurze biegnącym w górę, ku niewidzialnemu pająkowi, ku jego łapom. Ludzie wychodzili razem z więzienną ciągnącą się pieśnią, a wtedy pojawiał się Siergiej w czerwonej koszuli, w czarnych butach, z harmonią i, potrząsając kędzierzawą głową, tańczył i tak, i siak, i w przysiadach... Sieriożeńka, kochanek... Przetańczył swoją drogę w kierunku odwrotnym – od kulisy, za którą weszli więźniowie, do tej, skąd przyszli. I wtedy na niewielkiej dwupoziomowej platformie pojawiała się ona, Katierina Izmajłowa, z kołowrotkiem, wrzecionem. Obojętnie skręcała różowymi pełnymi dłońmi nić – białą, puszystą...
[...]
Jakow dostał oficjalne pozwolenie na pokazanie synowi fabryki i w jeden z pierwszych dni wizyty Gieni zaprowadził go tam. Najpierw zaprezentował mu amerykański projekt fabryki, wytłumaczył jego specyfikę: była to konstrukcja modułowa. Gienrich się zachwycił – jak klocki! Rozpoznał swój pierwszy zestaw do budowania, który w dzieciństwie dał mu tyle twórczej radości. I cała ta fabryka będzie zbudowana tak, jakby jakiś olbrzym złożył ją z klocków. Tylko klocki były ogromne i o wiele bardziej różnorodne niż w jego zestawie. Jakow pokazał na makiecie, jak łączą ze sobą poszczególne bloki i jak z jednakowych bloków powstają różne konstrukcje. Gienrich patrzył jak zaczarowany na makietę, coś sobie obmyślając, a Jakow cieszył się, że syn ma takie zmyślne oczy, że jego twarz odzwierciedla pracę umysłu. Tata, to znaczy, że każdy blok jest jak litera, a łącząc się ze sobą, tworzą słowa i całe zdania? Dobrze pomyślane, synku – ucieszył się Jakow. Gienrich skinął z powagą głową – ojciec nieczęsto go chwalił – i kontynuował rozważania na głos: Myślę, że cały świat można łatwo zbudować z takich liter. To dopiero byłby zestaw klocków!
[...]
I jeszcze to, że każdy ich niedomyty rówieśnik w Rosji czyta przez rok tyle książek, ile oni we dwójkę z bratem nie przeczytali przez całe swoje życie, a każdy przyzwoity dorosły zna na pamięć tyle wierszy, ile tu nawet profesorowie filologii nie znają. Ale niczego takiego Marina swoim dzieciom nie powiedziała, ponieważ chciała, żeby stały się stuprocentowymi Amerykanami, żeby jak najszybciej, w pierwszym pokoleniu, pozbyły się emigranckiego zapaszku. Wszyscy, którzy przyjechali z Rosji, podzielili się na dwa obozy: jedni uczyli dzieci języka rosyjskiego, żeby czytały Puszkina i Tołstoja w oryginale, nie straciły rosyjskiej kultury, inni, jak Marina, tego nie robili. A jednych i drugich łączył fakt, że emigracja z zasady prowadziła do ogromnego obniżenia statusu społecznego i mało komu udawało się osiągnąć pozycję, jaką zajmował w ojczyźnie. Wiktor Czebotariew akurat był jednym z niewielu, którym udało się bezboleśnie wtopić: w Ameryce pozostał tą samą osobą, którą był w Rosji – utalentowanym oryginałem, dla którego nie miał znaczenia status społeczny. A poza tym spotkało go szczęście pod postacią Marthy, która zajęła miejsce Warwary Wasiljewny w sferze domowej, ale która została też jego wierną przyjaciółką, a po kilku latach także i żoną. W Nowym Jorku Norze nie od razu udało się złapać syna – przez dwa dni telefon odbierał Tom i mówił, że Jurika nie ma w domu. Trzeciego dnia Jurik zadzwonił sam, przyjechał do mieszkania Mariny. Nora przygotowywała się do spotkania: trzeba było wziąć się w garść, nie robić mu wymówek, stłumić w sobie to przerażenie... Jurik wyglądał parszywie, był obdarty i strasznie zmęczony. Ucałowali się. Śmierdział starym ubraniem, gnijącymi zębami i śmiercią.
[...]
Bijsk. Listy Jakowa (1934 – 1937). 15.11.34. Bijsk
Z przeszłości ożyli wszyscy radykałowie, wszyscy, którzy mogli czuć bardzo mocno. Dlatego Turgieniew, Gonczarow odeszli, a zbliżyli się Gogol, Dostojewski. I zaczęto się nimi bardziej zajmować. To wynika z ich nasyconej formy. Rewolucja lubi ludzi gorących, krzyczących, a nie znosi mamroczących pod nosem, letnich. Tylko Tołstoj jest na wszystkie czasy. To dotyczyło formy, teraz przejdę do treści. Środowisko Gogola to najsilniejszy wróg Rewolucji: prowincjonalne mieszczaństwo. Nie okrutne miasto Okurow, okrucieństwa u Gogola nie ma, jest tylko nieskończone bagno. Zebrał do kupy wszystkie bolączki z rosyjskiej historii, przecierpiał je i zaprezentował całemu narodowi z wstrząsającą mocą. Stworzył obraz o zdumiewającej precyzji, pokazując przy tym, że z tego świata nie ma wyjścia. Co z nim w takim razie robić? Tego Gogol nie mówi. Odpowiedź przyniosła rewolucja – zniszczyć, nie zostawić kamienia na kamieniu. Temat w takiej interpretacji okazuje się aktualny. [...] 08.02.1935. Książki na temat literatury. Cztery tomy Kogana [radziecki skrzypek i pedagog pochodzenia żydowskiego – przyp. aut.]. Historia najnowszej rosyjskiej literatury. Wziąłem tylko dla Briusowa, który stał mi się bliskim poetą, a przy okazji przeczytałem całość. Dowiedziałem się masę rzeczy, które już dawno powinienem był wiedzieć. Kogan to niegłęboka książka, ale niezwykle bogata w informacje i nawet myśli, które nie należą do autora. A w kolejce na stole już leżą Szkice literackie Łunaczarskiego [Anatol, rosyjski rewolucjonista, radziecki filozof, teoretyk kultury i publicysta – przyp. aut.]. Nie pozwoliłem sobie przytaszczyć mnóstwa książek na temat nauk przyrodniczych, fizyki. Mimo to na stole leży Historia kontynentów (książka z dziedziny geografii). Historia zajmie mnie do wiosny, a może nawet do lata. Przerabiam średniowiecze, a potem – historia rosyjska i najnowsza. Tak się spieszę, jakby zostało mi niewiele życia albo jakby czekały mnie jakieś egzaminy. Z każdej książki zostaje coś w moich zapiskach. Bardzo spodobał mi się wątek dotyczący sporu na temat tego, czy Gorki [Maksim, rosyjski pisarz i publicysta – przyp. aut.] jest pisarzem proletariackim, czy nie. Łunaczarski pisze: tak nie można – stworzyć miarę pisarza proletariackiego i przyłożyć ją do niego jak arszyn: pasuje czy nie pasuje. Gorki jest potężnym zjawiskiem w literaturze i należy zrobić na odwrót: wychodząc od samego Gorkiego, skonstruować pojęcie pisarza proletariackiego. Nie miary tworzą rzeczy, lecz z samych rzeczy rodzą się miary. [...] 28.11.1935. Do oceny Erenburga [Ilja, rosyjski pisarz żydowskiego pochodzenia, publicysta, poeta – przyp. aut.] brakuje Ci obiektywizmu. Wiem, osądzasz go przez pryzmat jednego białogwardyjskiego zdania o narodowej fladze na samochodzie, który napisał w kijowskiej białej gazecie w chwili przejściowego zrywu. Od tego czasu go nie uznajesz, cokolwiek by stworzył. Niesłusznie. Erenburg to wielki mistrz. I Dzień wtóry, i Jednym tchem – to wspaniałe, mistrzowskie książki – tak brzmiała jednogłośna ocena całej krytyki radzieckiej. Erenburg to pisarz złożony, włada technikami literatury francuskiej. I wnosi do radzieckiej literatury tradycje literackiego opracowania materiału słownego, te tradycje, które są u nas słabe, a u Ostrowskiego w ogóle ich brak. Ostrowski nie pisze... Warto odnotować – Ostrowski wieczorem skończył pisać książkę, a rano udał się na pocztę, by ją wysłać. O święta prostoto! Poczytaj jeszcze te wiersze Erenburga – w poezji nie ma miejsca na fałsz. A on jest poetą subtelnym, prawdziwym. [...] 19.02.1936. Po obiedzie poszedłem do biblioteki – gazety – przez cały wieczór czytałem powieść amerykańskiej pisarki Pearl Buck [powieściopisarka i nowelistka amerykańska, noblistka – przyp. aut.] Łaskawa ziemia z przedmową Trietjakowa [Sergiej, pisarz rosyjski – przyp. aut.]. Wspaniała powieść o życiu w Chinach. Koniecznie ją wypożycz, znajdziesz ją w dziale z literaturą zagraniczną! Buck to kobieta niemłoda, misjonarka w Chinach, która nagle napisała wyśmienitą powieść. I ta początkująca pisarka od razu zyskała światowy rozgłos. Gdy teraz czytam książkę, odbieram ją jako czytelnik, jako technik słowa, jako pisarz, jako konkurent. Odczytuję zdania oraz to, jak te zdania są zrobione. Jak toczy się fabuła przez nagromadzenie przeszkód i jak się temat domyka w finale. Finisz tematu to chyba najtrudniejszy element. Czytałem, że francuscy dramaturdzy, pisząc sztukę, zaczynają od aktu piątego, od finału, i jeśli jest on wystarczająco efektowny, to przyjmują go za podstawę i do niego podłączają pierwsze cztery akty. Koniecznie przeczytaj Pearl Buck, to po prostu wzorcowa, z mojej perspektywy, powieść, prawdziwa szkoła dla początkującego pisarza. 01.07.1936. To komentator, który wskrzesza, kontynuuje albo bada funkcje społeczne idei wyrażonych przez pisarza. Tym bardziej – nie chwali. Ten mankament jest obecny: „Wspaniale zorganizowany umysł... wielogłos ... niezwykły pisarz (dwukrotnie)... wieloznaczny... wyjątkowe mistrzostwo (!)... wspaniałe szkice... pisarz wszystkich gatunków...”.
Czy to wszystko jest prawdą? To jakby dać do szklanki herbaty pięć kawałków cukru. Jeśli on naprawdę jest pisarzem wszystkich gatunków, to powiem – wielki jest w swoim gatunku, tylko gatunek jego jest mały. Trietjakow to pożyteczny pisarz, ale skoro potrzebujemy oceny, to powiem, że to typowy, druga kategoria, przeciętny pisarz. Jego główną wadą (i wielu innych pisarzy) jest to, że nie ma własnych idei. Nie mogłabyś wymienić ani jednej myśli, idei, która by w czytelniku od razu wywołała obraz S.T. Rozpuszcza się w epoce, która go zrodziła, uczy się od niej, ale jej nie wzbogaca. Bierze i nie daje. Do tego brakuje mu radykalizmu i samoograniczenia. In der Beschrankung zeigt sich erst der Meister (Goethe). Przetłumaczyłbym to niedosłownie, ale precyzyjnie – „W ograniczeniu jest mistrzostwo”. [...] Wziąłbym jakąś jedną ideę autora (jeśli ma jakieś) i zrobiłbym z niej zarówno tytuł, jak i centralną myśl szkicu. O autorze byłaby mowa (w miarę możliwości bez ocen) tylko w odniesieniu do danej idei. Szkic byłby wtedy poświęcony nie pisarzowi, tylko jego idei i zaciekawiałby niezależnie od pisarza, którego dotyczy. Co za idee ma ten pisarz? Co znaczy w naszych czasach: „życie jest ważniejsze od literatury, a pisanie to produkt poboczny czynów”? „Na początku był Czyn”, potem pojawiło się Słowo – oto jego charakterystyka naszych czasów. A jakie są czyny S.T.? Jego czyny są niewielkie, a pisarstwo nie najwyższych lotów... a jego własna idea („literatura jako odchody życia”) nie wytrzymuje próby życia, okazuje się niesłuszna, fałszywa. Literatura jest wartością samowystarczalną. To byłoby zakończeniem, a szkic miałby swoją generalną tezę, swoje uzasadnienie niezależne od drugorzędnych przykładów. Takie myśli podpowiedział mi Twój szkic.
[...]
Wojna (1942–1943). 15.02.1942. Opisujecie fragment z Peer Gynta [dramat Henrika Ibsena – przyp. aut.] – śmierć Azy. Macie rację, Marijo Pietrowna, że to chyba najmocniejsze miejsce zarówno w sztuce Ibsena, jak i w muzyce Griega. O macierzyńskiej miłości, o jej niezłomności i sile powiedzieli wiele wielcy mistrzowie słowa – Romain Rolland i Gorki, Czechow i Maupassant, Niekrasow i Heine, i wielu innych, ale ta krótka scena cichej śmierci matki w objęciach syna marnotrawnego, który przyszedł zamknąć jej oczy i pocieszyć przed śmiercią, przewyższa swoją lakonicznością, powściągliwością emocji i siłą może nie wszystko, ale wiele. Tak, wojna się skończy, Związek nasz jeszcze się wzmocni i zjednoczy, zagoją się wszystkie rany, odbudują wszystkie zniszczenia, życie wybuchnie z nową mocą, kobiety i dziewczyny znajdą sobie nowych mężów i ukochanych – ale kto zagoi rany tysięcy matek? Kto odpowie za wszystkie ich cierpienia i niewyobrażalny ból? Bo i kto, poza samymi matkami, zrozumie ich cierpienia? Przecież nie można o tym mówić. Macie we wszystkim rację. Każdy list, który dostaję od mojej mamy, w którym ona, starając się nie pokazać mi swojej strasznej – by kolejny raz mnie nie martwić – tęsknoty, wnika we wszystkie najdrobniejsze cząstki mojego życia, budzi we mnie taką nawałnicę oburzenia i smutku, że trudno nawet pojąć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. [...] 15.02.1942. Szczęście! Szczęście! Marusia znów oddychała teatralnym powietrzem i scenicznym kurzem. Wystawiali sztukę, jakiej potrzebował naród – Rosjan Konstantina Simonowa [rosyjski pisarz, poeta i dramaturg – przyp. aut.]. I nie miało znaczenia, że dramat jest nieco toporny, a byt trudny, i brakuje wszystkiego, co niezbędne. To była rozkosz pracy twórczej, która dla Marusi zawsze była droższa od chleba powszedniego. Latała po zaciemnionej Moskwie odrodzona, a przy tym śmiertelnie zmęczona. Pisała do Gienricha rzadkie, pełne werwy listy i pracowała do utraty sił ku chwale ojczyzny!
[...]
Porozmawiamy dziś nie o jazzie, który etapami wykształcał się w przeciągu dwóch, trzech dziesięcioleci, ale właśnie o tych muzycznych zjawiskach, które istniały przed nim, istniały zawsze, ale, szczęśliwie się połączywszy, dały początek ogromnemu fenomenowi, które określa się wspólnym słowem „jazz” ... A potem opowiadał i opowiadał o kompletnie nieznanych Lizie sprawach – wygrywał na gitarze, wystukiwał rytm na małym bębenku, a czasem również śpiewał jakieś frazy muzyczne. Pokazał bluesa, pieśni amerykańskich niewolników, przeprosiwszy za banalność, której nie może uniknąć, podał dawno już strywializowaną, ale klasyczną definicję bluesa – „gdy dobremu człowiekowi jest źle...”. I grał, pokazywał, wyśpiewywał angielskie frazy, potem je tłumaczył i znowu śpiewał... W ten sposób doszedł do czarnych ewangelickich chrześcijan, do ich pieśni kościelnych, psalmów, tego wszystkiego, co określa się mianem negro spirituals. Potem przerwał sam sobie, powiedział, że dał się ponieść i kompletnie nie zrealizował swojego planu, i że będzie kontynuował wykład dokładnie od tego miejsca za tydzień – a na pożegnanie zagrał im najbardziej popularny na świecie utwór negro spirituals – Go Down Moses. Po wykładzie Jurik podszedł do odrobinę rozmiękczonej Lizy, podziękował jej za to, że tak mu się dobrze „na nią” mówiło, ponieważ mało powiedzieć, że jej twarz jest mądra, ale również i empatyczna. Po rosyjsku nie mówi się „empatyczna twarz”, ale mnie się podoba.
[...]
Rodzinne tajemnice (1936 – 1937).
Ale nie tylko te widoczne oznaki cierpienia dręczyły Jakowa – o wiele głębiej czuł rozczarowanie Marusi: mężem, który tak wiele jej obiecywał, życiem, które wciąż ją oszukiwało. Wyglądała na nieszczęśliwą. Wpływała na to znacząco różnica w ich konstrukcji wewnętrznej: Marusia, aby czuć się szczęśliwa, potrzebowała nieustannych oznak sukcesu, powodzenia, docenienia i gdy Marusia zachwycała się Jakowem, przekonana była o ich świetlanej przyszłości, jej siły się znacząco zwielokrotniały. Ale gwałtowny temperament łączył się w niej z kruchością i słabowitością, a wyrazistość pragnień z ich łatwym ulatywaniem. Jej dusza nie była gotowa znosić ciosy od życia – Marusia utyskiwała, winiła okoliczności, wpadała w rozpacz. Dla Jakowa poczucie „nieszczęsności” było obce, nie pozwalał sobie na nie, wstydził się, gdy przemknęło mu przez myśl i w najtrudniejszych okolicznościach starał się czerpać radość z codziennych drobnych prezentów od życia: słońca, które wyjrzało zza chmur, zielonej gałązki w oknie, spotkanego po drodze przyjaznego człowieka, z którym można porozmawiać, a co najważniejsze – dobrej książki. Marusia też potrafiła cieszyć się z drobiazgów, ale do tego potrzebowała mieć przy sobie Jakowa, ponieważ jeśli nie było świadka i widza, radość gorzej jej wychodziła. Artysta zawsze potrzebuje publiczności. Jakow był przekonany, że zdołałby przezwyciężyć Marusi przytłoczenie swoją męską siłą, tą cudowną i rzadką bliskością, która tak ubarwiała ich wspólne życie. Pogłaskać, popieścić, pocałować, doprowadzić na najwyższy szczyt wzajemnej rozkoszy, a nawet przejść w najczystszy obszar, znajdujący się poza radością cielesną... Ale nieważne, z jaką wirtuozerią władałby piórem, jak czułe listy by pisał do żony, jego fizyczna nieobecność była przeszkodą nie do pokonania. Wyczuwał to w jej listach, w rozdrażnieniu, które się w nich odzywało, wyrzutach i wymówkach, a co najważniejsze, we wciąż rosnącej energii ideologicznego protestu – siebie nazywała „bezpartyjną bolszewiczką”, a Jakowa oskarżała o polityczną krótkowzroczność i zanurzenie w drobnoburżuazyjnym bagnie.
[...]
Jakowowi Marusia nie napisała o rozwodzie, wciąż to odkładała. Korespondencja trwała, ale było w niej coś sztucznego. Zbliżał się koniec wyroku męża – Marusia coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że chce żyć sama. Marusi los tak się ułożył, że całą swoją młodość przeżyła jako żona „jedynego męża”. Choć duchem była kobietą nowych czasów, emancypantką, to życie skierowało ją na tory mieszczaństwa. Tak się złożyło: Jakow całkowicie władał jej uczuciami i nigdy nie chciała znaleźć się w objęciach kogoś innego. Teoretycznie całkowicie podzielała teorię „szklanki wody” [pogląd na miłość, małżeństwo i rodzinę sprowadzający stosunki między kobietą a mężczyzną do zaspokojenia potrzeby fizjologicznej i propagujący seks bez zobowiązań – przyp. aut.], pełnej swobody seksualnej, głoszoną jeszcze przez George Sand, Aleksandrę Kołłontaj, Inessę Armand. Ale w praktyce zawsze ją coś powstrzymywało: nawet wielbiciela, którego miała na stanie, Marusia trzymała na dystans, choć od dawna chodzili po krawędzi. Iwan zachowywał się a to z wdzięcznością, a to bojaźliwie, a to oczekiwał na jakiś specjalny znak z jej strony. Wszystko sprowadzało się do tego, że nastała pora uwolnienia się od nieznośnej władzy starej miłości. Obalić ją, obalić! Pod koniec listopada Marusia otrzymała list od Jakowa ze spisem papierów, których będzie potrzebował do zameldowania. Nie wiedział, że już istnieje dokument, który znosi wszystkie jego kłopoty – zaświadczenie o rozwodzie. Marusia wpadła w popłoch, ale decyzja już była podjęta. Nie zamelduje Jakowa, by zachować... Nie, nie pokój w mieszkaniu komunalnym – swoją niezależność, swoją osobowość.
[...]
Po kolacji Marusia zasiadła z powieścią Podróż do kresu nocy Céline’a [Louisa-Ferdinanda, debiut pisarski francuskiego prozaika – przyp. aut.] w małym saloniku, w niewygodnym wysokim fotelu z podgłówkiem. Powieść została wydana kilka lat wcześniej, po francusku nie trafiła w ręce Marusi, ale teraz czytała ją w przekładzie Elsy Triolet. Zabrała się za nią Marusia po niedawnym krytycznym artykule w „Prawdzie”. Autor recenzji rugał Céline’a za „estetykę brudu”, przy czym brudu społeczeństwa kapitalistycznego, brudu burżuazyjnego. Marusi podobała się i powieść, i przekład, a jednocześnie syciła wzrok obrazami, mahoniowymi meblami, widokiem na park i pojmowała przewagę arystokracji nad chciwą i przegniłą burżuazją.
[...]
Marusia nie spotykała się długo z Iwanem. On był prostolinijny i solidny – politycznie uświadomiony i moralnie stabilny. Aresztowano go w kwietniu. Odbył się cichy proces, niezauważony wśród wielu głośnych procesów tego roku. Podczas rewizji w domu Iwana, między pudełkami z katalogiem, szufladkami z cytatami z Lenina, znaleziono wycinek z francuskiej gazety „L’Echo de Paris” z recenzją ostatniej książki Trockiego Zdradzona rewolucja. Marusia, którą Iwan poprosił o przetłumaczenie artykułu, czerwonym ołówkiem podkreśliła zdanie, które ją oszołomiło: „Gruzin o niskim czole stał się, sam tego nie chcąc, bezpośrednim następcą Iwana Groźnego, Piotra Wielkiego i Katarzyny Wielkiej. Likwiduje swoich przeciwników – rewolucjonistów, wiernych swojej szatańskiej wierze, pożeranych nieustannym neurotycznym pragnieniem zniszczenia”. Iwan uczciwie negował podczas przesłuchania znajomość języka francuskiego. Imienia osoby, która zaznaczyła czerwonym ołówkiem cytat pociągający za sobą karę śmierci, nie wymienił. Dwa miesiące później rozstrzelano wszystkich uczestników procesu – trockistów. I tych ważnych, i tych drugoplanowych. Trockistą Iwan nie był, był wiernym leninowcem, ale to nie miało znaczenia. Trwał rok trzydziesty siódmy. Przeżyć to wszystko nie było łatwo. Ale przeżyli. Choć nie wszyscy.
[...]
Teatr, do którego szły tym razem, był niewielki, reżyser, choć cieszący się wielką sławą, jak na gust Tusi – przeciętny, a modnego i utalentowanego dramaturga, który przysposobił rozgadanego Szolema Alejchema na scenę, charakteryzował niezniszczalny duch amatora z teatrzyku studenckiego. Zaprosił ich scenograf, jeden z najlepszych uczniów Tusi. Grali historię Tewje Mleczarza, Tusia nie oczekiwała po niej niczego dobrego: pamiętała w tej roli Michoelsa w trzydziestym ósmym roku... Na widowni już panowała atmosfera szczęścia i zachwyt oczekiwania. Gdy na scenie pojawił się uwielbiany przez wszystkich aktor komediowy, specjalizujący się w rolach czarujących i uczciwych prostaczków, z jakiegoś powodu na tle dużego prawosławnego krzyża, sala zawyła z zachwytu. Na początek aktor powiedział: „Tu, w naszej wsi, mieszkają Rosjanie, Ukraińcy i Żydzi...”. Następnie przedstawił obrzydliwą mitologię przyjaźni narodów w intonacji żydowskiego kawału – dobrodusznego, kwaśno-słodkiego – oraz klownady niskiej próby, od której Tusia coraz bardziej posępniała, a sala była coraz bardziej rozochocona... Pod koniec pierwszego aktu żydowskie wesele zmieniło się w pogrom, którego przyszli dokonać pokojowo nastawieni rosyjscy sąsiedzi z przekonującą motywacją: trzeba bić, bo nas ukarzą! Policjant był rozdarty między poczuciem obowiązku – przeprowadzić zaplanowany pogrom – a sąsiedzkimi uczuciami w stosunku do prostych chłopów Żydów, wobec sympatycznego Żyda mleczarza. Na inspiratorkę pogromu dramaturg wyznaczył niedobrą kobietę, prowokatorkę, niejaką Ilzę Koch, która o wiele lat wyprzedziła zbudowane przez innych niedobrych ludzi narodowości niemieckiej komory gazowe. Pogrom się udał. Tewje przeniósł po proscenium na rękach zakrwawioną najmłodszą córkę, a potem pozostawił na białej ścianie czerwone odbicie swojej dużej dłoni robotnika. Dzwoniły dzwony, dokonujący pogromu skakali w tańcu kozackim, dobroduszny policjant prosił, by go nie niepokoić, dobry kapłan rozkładał ręce, Tewje wzywał żydowskiego Boga, który zbrodniczo pozostawał bezczynny, skłaniając tym samym młodych i oświeconych Żydów do rewolucji. Szolem Alejchem już od siedemdziesięciu lat spoczywał na żydowskim cmentarzu w Queens, a dusza jego rozmawiała w dawno pogrzebanym języku jidysz z duszami sześciu milionów europejskich Żydów, którzy zamieszkiwali wcześniej kraj o nieokreślonych granicach, nazywany Jidyszlandem, ojczyznę milionów europejskich Żydów.
[...]
Pierwsze pytanie, jakie Jefim zadał Norze, brzmiało: jakiej ona jest narodowości? Czy aby nie Żydówka? Nora się zdziwiła: w paszporcie miała zapisaną narodowość matki – rosyjską, ale nigdy nie ukrywała żydowskości swojego ojca. W połowie, po ojcu – odpowiedziała lakonicznie. Pasujesz mi! – powiedział Jefim i zaprosił Norę do pracy nad wystawieniem Skrzypka na dachu. Jak się później okazało, kulisy tej propozycji były bardzo ciekawe. Chodziło o to, że szkice dekoracji do tego spektaklu zostały już zrobione przez bardzo znanego malarza sztalugowego Kononowa, zaakceptowano je nawet, ale w ostatniej minucie Jefim z niego zrezygnował. Kononow, laureat wszystkich nagród państwowych i ulubieniec władz, nigdy wcześniej nie pracował w teatrze. Wsławił się portretami działaczy państwowych i ogromnymi patriotycznymi panneau na heroiczno-historyczne tematy – od bitwy nad jeziorem Pejpus po rozgromienie faszystów pod Stalingradem. Kononow był ideowym antysemitą, o czym wszyscy doskonale wiedzieli i Jefim Bierg niewypowiedzianie się zdziwił, gdy otrzymał od niego propozycję zrobienia scenografii do żydowskiego spektaklu Skrzypka na dachu. Sama obecność tak znanego nazwiska na afiszu zapewniała przyszłemu spektaklowi zainteresowanie publiczności i pobłażliwość ministerstwa. Monumentalny Kononow szybko i całkiem realistycznie narysował pochylone domki żydowskiego miasteczka, szkice zostały już przekazane do teatralnych pracowni, można było budować dekoracje, i wtedy wybuchł skandal. Przed samym wyjazdem reżyser z artystą napili się „przed drogą”, obaj się rozluźnili, a Jefim w porywie pijanej wdzięczności przyznał, że zawsze uważał Kononowa za antysemitę i cieszy się, że ten okazał się „normalnym facetem”, wziął udział w żydowskim spektaklu. Ale Kononow zaczął bronić swojej reputacji i przedstawił Jefimowi uzasadnienie swojego udziału w tym projekcie: wy, Żydzi, jesteście agresywni i cały czas zawłaszczacie sobie cudze terytorium – wasz Lewitan maluje nasze pejzaże, wasz Chagall wnosi na nasz teren swoje żydowskie fantazmaty, wasi Pasternak i Mandelsztam posługują się naszym językiem jak własnym, zaśmiecacie rosyjską sztukę, przesycając ją duchem kosmopolityzmu, naruszając rosyjską jedność i czystość. Antysemityzm to nasza jedyna obrona, ponieważ gdybyśmy się od was nie odgradzali, nie budowali wam przeszkód, zarazilibyście swoimi żydowskimi ideami świat! I ta awangarda, cały ten Malewicz i Szostakowicz (a tu się pomylił!) to wytwór żydowskiej zarazy, wchłonięty przez Rosjan przez kontakt z wami. Tak, jestem antysemitą, ale jestem gotów pomóc zrobić wasz żydowski spektakl, bylebyście tylko nie leźli ze swoimi niszczącymi ideami do naszego rosyjskiego świata... A niech rozkwita sto kwiatów, ale nikt nie potrzebuje kundli i hybryd, będę walczyć o czystość sztuki rosyjskiej. Wystawiaj sobie swojego Szolema Alejchema, pomogę ci nawet, ale nie tykaj mojego Czechowa! – obwieścił Kononow na koniec z dobrodusznym uśmiechem.
[...]
Ich znajomość też była związana z konfliktem sprzed pięciu lat: Jefima mianowano wówczas głównym reżyserem, zaprosił Tengiza, którego znał z jego licznych prac, by wystawił u niego Opowieść wigilijną Dickensa. Tengiz przyjął propozycję, przyjechał z Norą. Czasu było mało, spektakl trzeba było zrobić przed początkiem ferii szkolnych, wszyscy się spieszyli, atmosfera była nerwowa, a pod koniec Jefim z Tengizem pokłócili się z powodu, którego obaj nie mogli sobie później przypomnieć. A teraz Jefim zapraszał Norę, by wystawiła z nim Szolema Alejchema... Nora się roześmiała – dopiero byłam na moskiewskiej premierze, o mało dachu nie zerwano owacjami. Nie da się drugi raz powtórzyć takiego sukcesu. Ale ja nie mówię o tej sztuce, tylko o Skrzypku na dachu. Genialnym broadwayowskim musicalu, wystawianym na całym świecie. Libretto Joseph Stein, kompozytor Jerry Bock. Mam teraz w teatrze dwa takie głosy, że Topol [Chaim, izraelski aktor teatralny i filmowy – przyp. aut.] powiesi się z zazdrości.
[...]
Widzisz, Nora – wyjawiła jej Tusia – pod koniec życia byłam zmuszona zrewidować swój stosunek do żydowskości... Dla rosyjskich Żydów pokolenia naszych ojców i twoich dziadków to nader dręczący problem. Problem asymilacji. Oni wstydzili się żydowskości i dołożyli ogromnych starań, żeby oderwać się od korzeni i bez reszty wejść do kultury w Europie. Tylko tam się wcześniej zaczęło, jeszcze pod koniec osiemnastego wieku. Weź encyklopedię i poczytaj. Na literę A – asymilacja. Sprawdź też Austro-Węgry. Tom pierwszy – machnęła ręką w kierunku biblioteczki. Pokrótce... W dziewiętnastym wieku wykształceni Żydzi stali się głównymi kosmopolitami Europy, twórcami intelektualnego uniwersalizmu. To była kolosalna eksplozja. Żydowska młodzież z szaloną energią wyrwała się z chederów w stronę świeckiej edukacji. I osiągnęła ogromne rezultaty tak w nauce, jak w sztuce i literaturze. No i w ekonomii, ma się rozumieć... A jednocześnie zaczęła tracić to, co później nazwano „tożsamością narodową”. W tym samym czasie pojawił się także nurt całkiem przeciwny, syjonizm, którego celem było utworzenie samodzielnego państwa żydowskiego, które nie istniało od dwóch tysiącleci. Wbrew całemu historycznemu doświadczeniu państwo to powstało, ale zapłacono za nie ogromną cenę – sześć milionów zginęło w komorach gazowych. Mój świętej pamięci ojciec, gdyby usłyszał to, co dziś mówię, postradałby zmysły... Takie to przemyślenia na stare lata... Dlaczego Żydzi tak pokochali radziecką władzę? A dlatego, że początkowo zastąpiła wartości narodowe „internacjonalnymi” i właśnie tu wielu Żydów miało nadzieję uchronić się przez brzemieniem żydostwa...
[...]
To była najtrudniejsza praca Nory. Stoczyła z tekstem ciężki bój. Najbardziej pomogła jej w pracy ta napuszona premiera z biciem dzwonów w finale – na tym terenie nie miała prawa znaleźć się pod żadnym pozorem. Jefim Bierg przyjechał do Moskwy w jakichś swoich sprawach, spotkali się i spędzili wspaniały wieczór z Tusią. Jefim, zazwyczaj rozgadany i kiepsko słuchający swoich rozmówców, tym razem był skupiony i milczący. Rozmawiali o zaletach i niedostatkach teatru muzycznego, o stopniowej transformacji opery i demokratycznym musicalu, o dwóch rewolucyjnych amerykańskich musicalach – West Side Story Bernsteina i Jesus Christ Superstar Webbera, a Tusia po raz kolejny zdumiała Norę swoimi przemyśleniami o możliwych drogach rozwoju teatru, o poszerzeniu przestrzeni teatralnej przez wykorzystanie technik filmowych oraz akcji ulicznych, wciągnięcia widzów do udziału w spektaklu, o karnawalizacji życia. O powrocie teatru do jego dawnych misteryjnych korzeni. Wszystko to zostało wypróbowane w Rosji od razu po rewolucji, ale się skończyło... Dość szybko wrócono do konserwatywnych form, a rosyjska awangarda, tak obiecująca, została zablokowana.
[...]
Na szesnastu drążkach wisiały trzy warstwy materiału, w środku każdego pasma było nieduże pionowe rozcięcie całkowicie niewidoczne. Pierwsza warstwa była gęsta, czerwona, świąteczna i niespokojna. Pod koniec sceny „szabasowej modlitwy” Tewje ściąga z drążka zasłonę, zakłada ją na siebie jak płaszcz, przecisnąwszy głowę przez rozcięcie, i wszyscy pozostali też wkładają te czerwone zaimprowizowane płaszcze, śpiewają pieśń, o której Nora już wie, że nie jest to żadna szabasowa modlitwa, tylko chodliwa muzyka, po mistrzowsku złożona ze śpiewów synagogalnych i prowincjonalnego folkloru. W tym miejscu Nora wyjęła wewnętrzny szkielet konstrukcji: na drążkach wisiała kolejna warstwa zasłon, ochrowo-brązowych, i gdy rozegra się następna scena – ze swatami i weselem, płynnie przechodzącym w pogrom – te zasłony zostaną zerwane i staną się płaszczami podróżnymi, a na proscenium tłum wstrząśniętych Żydów zaśpiewa odpowiednie pełne bólu melodie, a spod warstwy brązowej wyłoni się warstwa ostatnia, ciemnoniebieska... Nora wyjęła środkową część makiety i została ostatnia... Tu rozegra się finał: policjant poinformuje Żydów, że wszystkich czeka wysiedlenie z Anatewki, spod stropu zostanie spuszczona drabina – i można ją odczytać, jak się chce, w zależności od swojego obeznania w kontekstach. Może to być drabina Jakuba – Żydzi ściągają z drążków ostatnią warstwę zasłon, narzucają na siebie te niebieskie nocne płaszcze i wspinają się po drabinie, i znikają tam, pod stropem, a na ciemnej scenie, w czarnym gabinecie, pozostają tylko drążki, nie ma ani jednego człowieka – pusty świat, z którego zniknął naród... A to, że idąc do nieba, będą śpiewać swoje głupawe kuplety: A nie zapomniałaś patelni? A dywanik? A gdzie garnuszek, uzda dla konia, świecznik? – to nawet dobrze! Ponieważ kontrast między małym, nic nieznaczącym życiem ze swatami, zamążpójściem, piątkową krzątaniną, chorobą krowy, groszowymi oszustwami i maleńkimi podstępami a wielkim dramatem życia człowieka, końcem ludzkiego istnienia na ziemi i całkowitą klęską nieudanego zamysłu Pana Boga, będzie wtedy wyraźniejszy. I niech tam, w niebiański mrok, pójdą nie tylko te ubogie ludowe dźwięki, ale... również VI symfonia i VII, i VIII... i XVII, i XXXII, i fragmenty Das Wohltemperierte Klavier, największego tekstu muzycznego po wsze czasy. Ostatecznie, wszystkie te szalone i złe gry niemądrych ludzików doprowadziły przecież do próby generalnej ludzkości, do Holocaustu... A na scenie zostaną tylko czarne drążki, pustka i cisza... Tak, co do kostiumów... Jakie kostiumy? Trykoty gimnastyczne, na których wierzch narzucone będą nieokreślone chlamidy, szmaty bez koloru i kształtu, i żadnej etnografii, czarnych surdutów, kamizelek, chustek z węzełkiem nad czołem, żadnej etnografii. I proszę, bez żadnych oklasków. Tylko zimny strach i przeczucie powszechnego końca... Rozchodźcie się, drodzy państwo, w ciemności i ciszy. Dobrze, Nora! Bardzo dobrze! Robimy! Tylko nie zrozumiałem, co to za drabina Jakuba, o której mówiłaś. Nora spojrzała na Bierga ze zdumieniem: Jak to? Sen patriarchy Jakuba obok Betel. Przyśniła mu się drabina, po której schodzą i wchodzą aniołowie, a na samej górze drabiny Pan Bóg mówi mniej więcej coś takiego: ziemię, na której leżysz, oddaję tobie i twojemu potomstwu, błogosławię ciebie i wszystkich twoich potomków, a przez ciebie i przez nich również wszystkie plemiona ziemi. Wspaniały sen. Z jakiegoś powodu go nie zapamiętałem. Też bym to przegapiła, ale Tusia zwróciła mi na niego uwagę. Nie zadręczaj się. Najważniejsze dla nas jest to, że Pan Bóg przez Żydów pobłogosławił wszystkich, wszystkich bez wyjątku. I jeśli się wypędzi Żydów z tego świata, nie wiadomo, czy jego błogosławieństwo zostanie zachowane... – zaśmiała się Nora.
[...]
Wiele lat później, w roku 1925, już jako mieszkańcy stolicy, Jakow z Marusią trafili na spektakl w Teatrze Żydowskim. Marusia do tego czasu ostatecznie rozstała się z teatrem, ale młodzieńcze marzenia o karierze artystycznej odzywały się z goryczą. Spektakl Noc na starym rynku wprawił Marusię w zakłopotanie. Z jednej strony podobała się jej tradycja teatru jarmarcznego, z drugiej jednak, opowieść o ożywionych zmarłych do niej nie trafiała: z mistyką do tego czasu wzięła rozbrat, wzniosła się ponad swoją teatralną przeszłość, zrezygnowała z bezideowego artyzmu, we wszystkim szukała politycznego sensu, przesiąkła ideami proletariackiego internacjonalizmu i drażniło ją, że to zrobione po mistrzowsku widowisko jest zupełnie bezideowe, a język jidysz sam w sobie budził asocjacje z burżuazyjnym nacjonalizmem. Spektakl był nijaki w treści, a przy tym wspaniały: reżyseria i scenografia na najwyższym poziomie, aktorzy grali wyjątkowo dobrze – lekko, ostro, z zaskakująco zsynchronizowaną intonacją, mistrzowsko ustawionym ruchem scenicznym i bardzo dobrą muzyką. Jednym słowem, Marusię dręczył dyskomfort na gruncie artystyczno-ideologicznym, a Jakowowi w odbiorze spektaklu przeszkadzało poczucie, że skądś zna jednego z głównych aktorów. Wyjął z rąk Marusi program, ale po ciemku nie mógł przeczytać nazwiska tego wspaniałego błazna, który z wirtuozerią łączył małomiasteczkowy humor, skierowany pod swoim adresem, i włoską jarmarczną manierę wyśmiewania wszystkich dokoła.
[...]
Do hotelu Michoels [Solomon, żydowski aktor, reżyser i pedagog – przyp. aut.] nie wrócił. Znaleziono go wczesnym rankiem 13 stycznia, z wieloma złamaniami i rozbitą głową. Jakow dowiedział się o tym nieszczęściu następnego dnia z radia. Kilka dni później odbył się pogrzeb. Ludzi było tak wielu, że Jakow czekał prawie godzinę, żeby podejść do trumny. Głowa zmarłego była okaleczona, ale twarz rozpoznawalna – niebieskawoszara i kamienna. Obok na stoliku leżały jego rozbite okulary... Jakow wyszedł z teatru. Było bardzo mroźno, a światło gasło szybko, jak w teatrze. Z Małej Bronnej automatycznie skręcił w stronę swojego dawnego domu, na Powarską. Potem się zatrzymał, skręcił i poszedł bulwarem w kierunku Ostożenki. Przeszłość nie znika, tylko schodzi na głębinę. Pamięć pewnie zanurza się w jakieś głębokie warstwy kory mózgowej i tam drzemie... Jakow nie miał wątpliwości, że popełniono polityczne zabójstwo. O czym pomyślał, co sobie przypomniał Michoels, gdy go mordowano? Rzucić, rzucić wszystko, wyjechać na prowincję, uczyć dzieci solfeżu [z wł. - nauka i metoda czytania nut głosem - przyp. aut.], gry na pianinie czy klarnecie, czytać Dickensa, opanować włoski i czytać Dantego. Jeśli zdążę...
[...]
Jesteś całkiem pewien, że jedyne? – zaprotestował odrobinę leniwie Witia. Jesteś przekonany, że na tym etapie ewolucji nie powstaje nowe pokolenie ludzi, superludzkość, która będzie czymś w rodzaju produktu hybrydowego? Ot, na ten przykład matka Marthy od dziesięciu lat chodzi ze sztucznym rozrusznikiem serca, nasz sąsiad Jeremy sztuczną ręką zapuszcza sobie krople do oczu, nie będę ci nawet opowiadać, co dziś potrafią robić rozmaite roboty. Perspektywy są obecnie jasno nakreślone, ja nie lubię tego definiować – ale sens jest taki, że świat wkroczył na nowy etap: trwa hybrydowa ewolucja. Zdajesz sobie sprawę, że ludzka świadomość połączona z komputerem to zupełnie nowy jakościowo produkt... Grisza, który wypił pół butelki, coraz bardziej się zapalał: Witasia! Nie rozumiesz rzeczy najważniejszej! Wybacz, jesteś technokratą! Wszelki tekst to forma istnienia informacji! Życie na ziemi należy rozumieć jako tekst. Boski Tekst, nienapisany przez nas! Stwórca to Informacja. Boski Duch – to Informacja! Dusza ludzka to fragment tej informacji! „Ja” jest fragmentem tej informacji! Życie to nie sposób istnienia ciał białkowych, jak sądził Engels, tylko sposób istnienia Informacji. Białka podlegają denaturacji, a informacja jest niezniszczalna! Nie ma śmierci! Informacja jest nieśmiertelna! Ale ta wasza amerykańska walka o prędkość doprowadzi w końcu do tego, że świat będzie należeć do tych, czyje komputery będą szybciej pracować. Wewnątrz tej gonitwy założony jest instynkt konsumpcji. I samokonsumpcji! Dzisiejszy człowiek nie może poskromić samego siebie, pragnie władać, pragnie wojen! Chce wszystko pożreć! I Ameryka, i Rosja, i Chiny! To błędna droga! Otwórz oczy! Działacie na rzecz wojen! W tej walce przeżyją tylko pustelnicy z Tybetu i w ten sposób... to od nich wywiedzie się nowe pokolenie ludzi, to będzie nowa gałąź ewolucji sapiensów, nie pośród mamutów i tygrysów szablozębnych, tylko pośród zardzewiałych komputerów i w wysokim promieniowaniu...
[...]
Im bardziej gorączkował się Grisza, tym spokojniej i weselej wyglądał Witia. Grisza, ja przeczytałem ten tekst. Dawno temu. Moja żona Martha bardzo chciała wziąć ze mną ślub. Ja, muszę przyznać, po dziś dzień nie rozumiem, dlaczego to było dla niej takie ważne. Sądziłem, że założę czarny garnitur i krawat, pojadę z nią do jej ulubionego kościoła i stracę na to cały dzień. Ale się nie udało. Kapłan zażądał, bym wcześniej poznał zasady nauki chrześcijańskiej, jednym słowem, stracił masę czasu, no i przeczytałem Biblię. Może ona i jest Boskim Tekstem dla dawnych Żydów, ale dziś to dla mnie całkiem archaiczny dokument... Masa okrucieństwa, zagwozdek, niejasnych miejsc i sprzeczności. To nie przypadek, że Żydzi od trzech tysięcy lat komentują, interpretują te teksty, wywracają je na lewą stronę, próbując usunąć sprzeczności. Wydaje mi się, że powszechnie znana skłonność Żydów do nauk bierze swój początek właśnie w tym tysiącletnim szlifowaniu umysłów. Nie potrafisz czytać! Nie potrafisz! – krzyknął Grisza. Żyd to model człowieka. Jak każdy model – uproszczony. Wszyscy ludzie, w pewnym sensie, powinni stać się Żydami. Adam Kadmon, pierwszy człowiek [według kabały żydowskiej – przyp. aut.], to duchowy przejaw istoty ludzkiej, pierwowzór duchowego i materialnego świata. Ale dziś uważamy, że „duchowe” to synonim „informacyjnego”. A człowiek jest stworzony, jak uważa rabin Akiwa ben Josef [żydowski rabin, nauczyciel prawa ustnego – przyp. aut.], a ja się z nim zgadzam, na podobieństwo Adama Kadmona. Czyli to jest właśnie model, który został zrealizowany w ramach Stworzenia!
[...]
Weszli do czarnej sali. Ciemność była gęsta i namacalna. Stanęli przy drzwiach, oparli się o ścianę. Rozległ się cichy, skrzypiący, jakby owadzi dźwięk, na jednej nucie. Rozświetlił się ekran – dość długi i niezbyt wysoki. Falami przebiegły przez niego nieokreślone cienie – ni to woda, ni to trawa, ni to obrazek w obiektywie mikroskopu. Ładnie, niezrozumiale, ale objaśnienia nie były potrzebne. Potem cienie połączyły się w dwie postaci, męską i kobiecą. Między nimi zachodził wzajemny ruch i oto już nie postaci, ale same ręce zbliżają się do siebie, dotykają, a ekran rozbija eksplozja cieni. Żadnej muzyki – tylko od czasu do czasu falujące i nieokreślone dźwięki, które nie od razu dają się rozpoznać jako muzyka. Wyrastają z niczego rośliny, rozkwitają i więdną osobliwe kwiaty, i nie można się rozeznać, z czego to zrobione – dopóki nie pojawiają się ręce: droga, góry, pejzaż. Cerkiew na górze, rzeka. Kompletnie nie wiadomo, jak to jest zrobione. Cienie są gęste i zupełnie przezroczyste... Przepływają ryby – ławicą, potem zamiast masy drobnych rybek pojawiają się dwie duże i ogromny potwór. To nie walka, lecz taniec. Ekran migocze, nie ma nic oprócz cieni – i dziwnych zwierząt: jedne to znajome psy i zające, niedźwiedzie i słonie, a inne to kroczące ośmiornice i sczepione węże. Trwa pełne wydarzeń życie, tylko wydarzenia są nie do odczytania, same aluzje, domysły... I tajemnicze dźwięki – czy to instrument muzyczny, czy głos ludzki, czy to zwierzę wysyła jakieś sygnały? No tak, sygnały... Urzekające. Oto cienie lgną do siebie nawzajem, łączą się ze sobą i rozłączają. Pojawia się niemowlę, niemowlę w wielkich dłoniach... Kompletnie nie wiadomo, z jakiej materii jest to zrobione. Nie ma żadnej materii – to teatr w ogóle bez materii. Teatr idealny, w którym nie ma niczego, poza cieniem, a zamiast muzyki jest cień dźwięku... Pociekły łzy. Takiej przestrzeni nie było nigdzie na świecie, w ogóle nigdy. To świat, który od początku do końca stworzył Tengiz z samych tylko cieni, treści nie da się oddać w żadnym języku. I nie ma też ani jednego słowa. Nie ma w ogóle niczego... To Stworzenie. No tak, oczywiście. Nie opowieść o Stworzeniu, tylko samo Stworzenie. I właściwie można zrozumieć, dlaczego porzucił materialny teatr rzeczy, dlaczego przez ostatnie lata wspólnej pracy męczyła go ordynarność teatru, dlaczego mówił o tym, jak zmęczył go fałsz teatru, kłamstwo słów, iluzja dekoracji, kostiumów, charakteryzacji, nieustanne chybienia tekstu, omyłkowość początkowych założeń i niemożność trafienia do celu, który sam w sobie nie wymaga żadnych wysiłków... [...] Jak znalazł trupę, w której wykonawcy zgodzili się zrezygnować z prezentowania własnej osobowości? Skromne wyjście na koniec... Co za całkowita rezygnacja z teatru! Na co komu Stanisławski, gdzie Meyerhold, po co Brecht, jaki znów Grotowski? On wyszedł poza granice tego, co materialne, poleciał tam, gdzie poza cieniami nie ma już nic... Na ekranie nagle wszystko się zmieniło – pojawiły się wyraźne misie i zajączki, żyrafy i łabędzie, odgrywały śmieszne scenki, na widowni rozległy się śmiechy. Szydzi? Pokazuje miejsce widzowi, który zdążył się wznieść na wyżyny? Robi z niego jelenia? I faktycznie pojawił się cień jelenia z wielkimi rogami. Nora nie zauważała swoich łez, które płynęły po zapadniętych policzkach, tylko się uśmiechała. Ach, Tengiz, Tengiz! Byliśmy razem młodzi, a ja nie wiedziałam tego, co ty... a może wtedy i ty nie wiedziałeś? Naprawdę tylko po to tak ciebie przebolałam, żeby na starość zrozumieć, że zostają tylko cienie... Jedynie istotne, jedynie istniejące... Zapaliło się światło. Sala była nieduża, nie wszystkie miejsca zajęte. Klaskano. Na widowni było sporo dzieci, ale więcej dorosłych. Rozmawiano głośno i niezrozumiale, po gruzińsku. A potem na scenę wyszedł masywny starzec z laską. Duża ogolona głowa, jasna twarz; machnął ręką i wyszli ci, którzy tworzyli cienie. Nora się uśmiechnęła – cienie cieni, młodzi chłopcy i dziewczęta w liczbie siedmiorga... [...] Następnego dnia poleciała do Moskwy. Nora, jak mało kto, lubiła długie loty, gdy znajdowała się nigdzie, w oderwanej przestrzeni i niepewnym czasie, gdy jednocześnie kończą się wszystkie zobowiązania, obietnice, wszystko zostaje odłożone, telefony, poczta, prośby, propozycje i skargi nie dochodzą, i się wisi, leci, szybuje między niebem a ziemią, między ziemią a księżycem, między ziemią a słońcem, wypada ze zwykłego systemu układu współrzędnych. Leci... Jak Tengiz to zrobił? Przyjaciel mojej duszy, jedyny, kto mógł za życia przekroczyć wszystkie granice i urządzić inny świat, świat cieni... Tengiz... Miłość bezkontaktowa.
[...]
Początkowo, po sprawdzeniu w papierach stopnia jego kompetencji, Jakow został skierowany do księgowości elitarnego oddziału technicznego, ale pokłócił się z chamem naczelnikiem, również więźniem, który w efekcie napisał raport o nieznanej Jakowowi treści. Najpierw wsadzono go więc na pięć dni do karceru, a potem mianowano bibliotekarzem w części kulturalno-edukacyjnej, gdzie był raczej stróżem niż kierownikiem. Mieszkańcami wsi byli więźniowie polityczni, skazani za oszczerstwa pod adresem obrażalskiej władzy radzieckiej oraz szpiegostwo. Prawdziwa międzynarodówka: Rosjanie ze wszystkich stron kraju, Litwini, Polacy, Żydzi, po parze z każdego rzadkiego stworzenia... Na krańcach obozu, za rowem melioracyjnym, w którym raz płynął strumyk, raz gniło błoto, nigdy jednak całkiem nie wysychał, rozciągał się ogromny, prawie czterohektarowy cmentarz. Przez rów były przerzucone mostki z podkładów kolejowych, a dalej, po horyzont, ciągnęły się kolejne doły, ale mogilne. Zimą śnieg miłosiernie ukrywał wyryte zawczasu zbiorowe groby, każdy na pięćdziesiąt trupów, a wiosną, gdy śnieg topniał, odmarznięte ciała przysypywano ziemią. Podczas mrozów ziemi tej nie przebije żaden kilof, tym bardziej, że ci, którzy wciąż żyli, byli słabowici. We wszystkich dołach bez ładu i składu leżały wyniszczone tysiące, tysiące wielbicieli i nienawistników władzy, niepiśmiennych i wykształconych, głupich i mądrych, tych o światowej sławie i tych zupełnie bezimiennych... Pod palikami z numerem. Jakow znał tajemnicę, którą wygadał mu znajomy, felczer Kostia Goworunow: gdzieś w tych dołach, pośród tysięcy innych, leżał prawosławny filozof Karsawin, do niedawna profesor Uniwersytetu Wileńskiego. Jeden z więźniów, litewski lekarz, wsunął mu do brzucha podczas przeprowadzanej sekcji flakonik z ciemnego szkła z nazwiskiem zapisanym na skrawku papieru. Kostia był przy tym obecny i widział to na własne oczy. Doktor ten miał nadzieję, że przyjdą czasy, gdy potomkowie zaczną ekshumację trupów, znajdą wśród szczątków bezimiennych ciał tę notatkę, wrzuconą do oceanu ludzkich szczątków, i postawią filozofowi pomnik...
[...]
To dno życia było w pewnym sensie szczytem łagrowego szczęścia. Biblioteka była zbieraniną rupieci. Księgozbiór składał się głównie z książek odebranych więźniom. Najlepszym, co dało się tu znaleźć, był drugi tom Ałpatowa, poświęcony epoce odrodzenia, przysłany do łagru Nikołajowi Nikołajewiczowi Puninowi. Prawie rok tom ten przeżył z Puninem, ale ostatecznie trafił do biblioteki. Jakow postawił na nim pieczątkę, nadał mu numer inwentarzowy i na kilka dni zanurzył się w renesansie, żałując, że północne odrodzenie zostało przedstawione tak skąpo i że w tak oczywisty sposób przyznaje się wyższość włoskiemu. W jego głowie już formowały się myśli na temat różnic postrzegania postaci ludzkiej na obrazach włoskiego i północnego odrodzenia, ale, pamiętając o śmierci rękopisu powieści przed ostatnim etapem, powstrzymał sam siebie. W duszy wyrzekł się ulubionego zajęcia – pisaniny. Ponieważ nie umiał żyć bez wyznaczania sobie wielkich celów, zaczął się uczyć języka litewskiego. Był łatwy, z rodziny indoeuropejskiej i nie brakowało wokół konsultantów. Dobiegał końca sześćdziesiąty trzeci rok jego życia, Jakow zdążył przemyśleć wszystkie przeżyte lata w odwrotnym toku. Bustrofedon [z gr. - sposób pisania w kolejnych wierszach tekstu na przemian od prawej do lewej, i od lewej do prawej – przyp. aut.] mojego życia – uśmiechnął się pod wąsem, ale nie miał nawet komu tego napisać... Marusia, Marusia... Nawet teraz pisałby do niej listy, ale ona zakazała mu korespondencji, nawet tej jednostronnej. Rozgrzewając skostniałe dłonie oddechem, z przyzwyczajenia tworzył pozbawione adresata zapiski, które zatytułował nic nieznaczącym słowem „Teksty”.
[...]
Jakow zmarł osiem miesięcy później, pod koniec sierpnia, na zawał serca. Asia pojechała do Moskwy odebrać emeryturę, a po powrocie znalazła go martwego. Leżał na materacu. Na jego ostatnim biurku leżały dwie wczorajsze gazety, stosik świeżo napisanych na tanim szarawym papierze listów i cztery książki z biblioteki – podręcznik do nauki języka litewskiego, Materializm a empiriokrytycyzm Lenina, opatrzony uwagami gęsto zapisanymi ołówkiem, dopiero co wydana Ewolucja fizyki Einsteina i Infelda oraz przedrewolucyjna partytura oratorium Haendla Mesjasz. Na kartce szarawego papieru, włożonej w tomik Lenina, było napisane: „Zawsze pozostaje w tyle z lekturą literatury naukowej. Pisze o istnieniu materii w przestrzeni i w czasie w 1908 roku, już po odkryciu teorii względności, ogłasza twierdzenie o przekształceniu masy w energię przez idealizm, podczas, gdy już w 1884 roku John Henry Poynting wykazał, że energia, podobnie jak masa substancji, jest zlokalizowana, przenoszona przez pole, jej strumień posiada powierzchniową gęstość”.
[...]
Skończył się pośpiech, z jakim Nora przeżyła całe świadome życie. Podróż do Tbilisi ustawiła wszystko na właściwym miejscu: nie pomyliła się w niczym, Tengiz nie tylko jej nie rozczarował, ale okazał się w końcu tym właśnie człowiekiem, który prowadził ją za sobą dokładnie tyle, ile potrzebowała, żeby dojść do tego spokojnego i całkowicie świadomego punktu, a miłosne burze, które z nim przeżywała, nie pozostawiły ani goryczy, ani bólu. Jedynie wyraziste i bogate wspomnienia oraz odrobinę zakłopotania: dlaczego te hormonalne pobłyski zajęły tak wielką część życia? Tak jest skonstruowany kobiecy organizm? Takie jest ultimatum postawione przez genetykę? Takie są biologiczne reguły przedłużenia gatunku? Nora do tego czasu zdążyła napisać książkę o rosyjskiej awangardzie teatralnej, w tymże roku przetłumaczono ją na angielski i francuski.
[...]
Nie otwierała tego zawiniątka od czasu jej śmierci, ale pamiętała, że na górze leżały listy dziadka Jakowa, datowane na rok 1911. Rozwinęła rozpadającą się ze starości ceratę. Zmurszałe listy przeżyły stulecie, a Nora zdała sobie sprawę, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który pamięta tych dawno już zmarłych ludzi – Marusię Kerns, którą tak kochała w dzieciństwie, a później przestała, i Jakowa Osieckiego, którego jako dziewczynka widziała raz w życiu, niedługo przed jego śmiercią, gdy przejazdem z jednego zesłania na drugie odwiedził ich na Bulwarze Nikitskim... Listy były skrupulatnie ułożone latami, wszystkie w kopertach ze znaczkami, z datami i adresami, skreślonymi takim charakterem pisma, jakim nigdy nie będą już pisać żadni ludzie na świecie. Lektura ich trwała tydzień, właściwie bez przerw. Nora płakała, śmiała się, była zdumiona. I zachwycona. Odkryła w tym zawiniątku kilka notatników, które Jakow zaczął prowadzić jako nastolatek. Historia wielkiej miłości, historia poszukiwania sensów, twórcze podejście do życia i niewiarygodna żądza wiedzy, rozumienia rozwichrzonego i szalonego świata. Na jaw wyszło wiele rodzinnych tajemnic, ale pojawiło się również kilka pytań, na które nie było odpowiedzi. Nora rozłożyła stare fotografie – dziedzictwo Gienricha. Było ich dość sporo. Część została podpisana, te Nora odłożyła na bok. Masa fotografii przedstawiała nieznanych ludzi – krewnych i przyjaciół, których imion nie sposób już było ustalić. Fotografii amatorskich na początku wieku w zasadzie nie było – wszystkie to były przyklejone na karton profesjonalne zdjęcia z atelier fotograficznego z podaniem adresu zakładu, a często również nazwiska fotografa. Najwcześniejsza fotografia była datowana na 1861 rok, przedstawiała starca z długą brodą w jedwabnej okrągłej czapeczce. To pewnie dziadek Marusi...
[...]
Dziwne, mocne uczucie: ona, Nora, jedna jedyna Nora, pływa w rzece, a za nią rozszerzającym się wirem jej przodkowie, trzy pokolenia twarzy o znanych imionach, uwiecznione na karteluszkach, a za nimi, w głębi tych wód, nieskończone mrowie bezimiennych przodków, mężczyzn i kobiet, którzy wybrali się z miłości, z namiętności, z wyrachowania, na polecenie rodziców, płodzących i chroniących potomków, i jest ich wielka masa, zaludniają całą ziemię, brzegi wszystkich rzek, są płodni i rozmnażają się, żeby wyprodukować ją, Norę, a ona swojego jedynego chłopca Jurika, a ten jeszcze jednego małego chłopczyka Jakowa, i pisze się nieskończona historia, której sens tak trudno uchwycić, choć od dawna wyłania się jakąś cienką niteczką. Praca wszystkich pokoleń, wszystkie gry przypadku tylko po to, by urodziło się nowe dzieciątko Jakow i wpisało się w ten nieskończony, bezmyślny strumień. Spektakl ten grany jest od tysięcy lat, z nieznacznymi w sumie wariacjami: narodziny-życie-śmierć, narodziny-życie-śmierć... I dlaczego wciąż jeszcze płynie się po tej rzece z ciekawością i z fascynacją, obserwując zmiany pejzażu? Czy dlatego, że została obmyślona sprytna banieczka, najdelikatniejsza osłonka, która zamyka w ograniczonych ramach każdą żywą istotę, każde ja, płynące po rzece dopóty, dopóki nie pęknie z głuchym jękiem i nie wyleje się z powrotem do nieskończonej wody? Te zmurszałe, cudem zachowane listy są właśnie nieśmiertelną treścią tego ja, śladem istnienia...
[...]
Dwa tygodnie później Nora odebrała telefon z archiwum – powiedziano jej, że może przyjść zapoznać się z aktami sprawy Jakowa Osieckiego. Udała się do archiwum na most Kuzniecki. Sympatyczna kobieta położyła przed Norą teczkę, na której wierzchu było napisane:
„Sprawa J.S. OSIECKIEGO
Początek 1 gr. 1948 – koniec 4 kwietnia 1949 r.
Oddano do archiwum R-6649
Archiwum KGB nr 2160”.
Teczka była gruba, obok zszytych pożółkłych kartek znajdowały się w niej duże koperty zamknięte pieczęcią, których, jak uprzedziła ją pracownica archiwum, nie można było otwierać. Nie można było także fotografować czy kserować, pozwalano jednak robić notatki. W kopercie niezamkniętej pieczęcią leżała fotografia. Jakow Osiecki w dniu założenia akt, profilem i en face – ogolona głowa, niewielkie wąsy, mocno zaciśnięte usta. Nora nie mogła złapać oddechu na widok tej twarzy...
[...]
„Podczas rewizji skonfiskowano także 34 notatniki dużego formatu, 65 teczek i 180 zeszytów na temat historii literatury i muzyki oraz książeczkę oszczędnościową z kwotą 400 rubli”. Na osobnej kartce, dwadzieścia stron dalej, Nora odkryła decyzję: „Decyzja z 21.03.1949 r. Zniszczyć wymienione materiały poprzez spalenie. Podpis: major Jeziepow”. Na następnej stronie raport „o wykonaniu decyzji spalenia w więzieniu wewnętrznym MBP-KGB w obecności majora Jeziepowa”. I podpis majora. Przez trzy miesiące, wnioskując z dat, specjaliści badali książki i papiery dziadka, zanim skazano je na spalenie. W tym miejscu Nora poczuła mdłości, przerwała notowanie, oddała akta w ręce miłej pracownicy i wyszła. Wróciła następnego dnia i chodziła do archiwum do końca tygodnia, przepisując fragmenty akt do zeszytu, niezbyt dobrze rozumiejąc, po co to robi. Zeszyt był zapełniony do połowy, ale Nora nie mogła się zatrzymać. Zaświadczenia medyczne. W jednym „Hroniczne korzonki”, w innym, napisanym z większą kulturą, z użyciem łaciny „egzema tybolicum, forma chroniczna”. I podsumowanie – „zdolny do wykonywania pracy fizycznej”. Nora spojrzała na swoje nadgarstki: przez ostatni rok egzema się uspokoiła, przypominała o niej cienka, błyszcząca skóra pokrywająca wcześniej dotknięte miejsca. A maluch od pierwszych dni życia ma diatezę. Czyli to pewnie rodzinna choroba. Geny...
[...]
„...Na początku wojny, mniej więcej we wrześniu 1941 roku, spotkałem ojca przypadkiem na ulicy; omawiając sytuację na froncie, ojciec wyraził przypuszczenie, że w najbliższym czasie Niemcy mogą podejść pod Moskwę i ją zająć (nie pamiętam, jak dokładnie sformułował tę myśl, jednak jej sens był mniej więcej taki). Nie zwróciłem wówczas uwagi na te słowa i dopiero później uznałem jego wypowiedź za sianie defetyzmu. Wypełniając polecenie biura partyjnego i informując was o tym fakcie, proszę was o uwzględnienie, że w danym przypadku, jeśli moje zeznania się wam przydadzą, będę je składać nie jako syn aresztowanego, tylko jako członek WKP(b), ponieważ moje poglądy polityczne stoją ponad moimi uczuciami wobec członków rodziny. W przypadku, gdy mój ojciec okaże się wrogiem narodu, bez żadnych wątpliwości wyrzeknę się go, ponieważ partia oraz władza radziecka, które mnie ukształtowały, są mi droższe od wszystkiego innego. 5.01.1949. Następna była kartka, na której zapisano protokół przesłuchania Gienricha Jakowlewicza Osieckiego. Norę strasznie bolała głowa. Mdliło ją. Zaschło jej w ustach. Zaczęła się migrena, jakiej od dawna już nie miała. Ostatnia notatka, jaką Nora zrobiła tego dnia, brzmiała: „Skierowany do specjalnego łagru MSW ZSRR – 10 lat za agitację i przechowywanie kontrrewolucyjnej literatury”.
[...]
Doszła do Łubianki. Zatrzymała się przed szarym potworem. Wysokie drzwi wejściowe były martwe, nikt nie wchodził i nikt nie wychodził. To piekielne monstrum, tylko udające szpetny budynek, wydzielało zapach strachu i okrucieństwa, podłości i tchórzostwa, którego nie łagodziło żadne delikatne światło zachodzącego słońca. Dlaczego nie pochłonął go ogień piekielny? Dlaczego na to przeklęte miejsce nie spadł deszcz smoły i siarki? Biedna mała Sodoma, nędzna Gomora, schronienie lubujących się w rozkoszy rozpustników, zostało spalone, dlaczego kara boska się nie dokonała i to diabelskie gniazdo stoi pośród obojętnego narcystycznego miasta? Na wieki? Nie, niczego nie ma na wieki... Nie ma już Bramy Nowej Nikolskiej, nie ma domu kompanii ubezpieczeniowej „Rosja”, nawet pomnika Dzierżyńskiego już nie ma... Nora zawróciła i poszła w stronę ulicy Teatralnej. Ból głowy nie odpuszczał, a przez ból przebijała się wciąż jedna i ta sama myśl: Biedny Gienrich! Dobry, ograniczony, śmiejący się z głupich żartów, nieszkodliwy i lekki Gienrich, dlaczego następnego dnia po aresztowaniu ojca pobiegł się go wyrzec, donieść na niego, usprawiedliwiać się i ostatecznie pogrążyć własnego ojca? Chronił swoją karierę, miejsce pod wątłym słońcem, a może rodzinę? Mnie i mamę? Biedny Gienrich... Co to za głęboki rozkład? Co za zepsucie? Strach, tchórzostwo... Albo wiedział coś, czego ja się nigdy nie dowiem...
[...]
Nieoczekiwanie Nora się rozpłakała. W ogóle nie była religijna, nie miała nic wspólnego z prawosławiem, podobnie jak z każdą inną religią. Ale serce zareagowało na dźwięki. Boże mój! Ten drugi dziadek, kierownik chóru, Aleksandr Ignatjewicz Kotienko wysłał mi znak, to jego muzyka, jego życie. Niczego, niczego o nim nie wiem – dręczył babcię, był ślepy i zły, jak mówiła Amalia... Dlaczego tak poruszyły ją te śpiewy? To naprawdę jakiś znak... Wszyscy byli tacy muzykalni, i dziadek Aleksandr, i dziadek Jakow, i Gienrich... Gienrich... I w jej duszy nagle rozległ się jakiś straszny płacz, i było tak, jakby to nie ona płakała, tylko Gienrich w niej... mały Gienrich, nieznośne dziecko, które rzucało się na podłogę i tupało nóżkami, które chciało latać szybowcem albo samolotem, którego nie dopuszczono do ukochanej awiacji, ponieważ jego ojciec Jakow był wrogiem narodu i wszystko zepsuł. Odebrano mu marzenie, nadzieję, świetlaną przyszłość... Och, biedny Gienrich! I Nora płakała razem z nim, tym chłopcem, swoim przyszłym ojcem i byłym ojcem, któremu nie udało się przeżyć takiego życia, o jakim marzył. On łkał, zachłystywał się płaczem, potem się męczył i cicho zawodził, zawodził, wpadał w histerię, a Nora tylko ocierała łzy. To straszne! Czy ten ból naprawdę się w nim nie skończy, nie wypali, nigdy nie umrze, tylko będzie dręczyć i jego, i Norę, i tego małego Jakowa, który dopiero się urodził i niczemu, niczemu nie jest winien... Czy naprawdę całe zło, którego się dopuszczamy, nie rozpływa się z czasem i wisi nad każdym następnym niemowlęciem wynurzającym się z tej rzeki? Nora wyszła z cerkwi.
[...]
A może rozłoży stare listy i napisze książkę... Książkę, której dziadek czy to nie zdążył napisać, czy to spalano ją na wewnętrznym podwórzu wewnętrznego więzienia na Łubiance...Ale kto będzie moim głównym bohaterem? Jakow? Marusia? Gienrich? Ja sama? Jurik? Nie, nie! W ogóle żadna z istot, świadomych swojego indywidualnego istnienia, narodzin oraz sądzonej i nieuniknionej śmierci. Można by było powiedzieć, że nie istota, tylko substancja o określonym składzie chemicznym. Ale czy można nazwać substancją to, co, będąc nieśmiertelne, potrafi się zmieniać w swoich zwrotach, zakrętach, pierwiastkach... To raczej istota nieprzynależąca ani do bytu, ani do niebytu. To, co błąka się przez pokolenia, przechodzi z osoby na osobę, co tworzy iluzję osobowości. Nieśmiertelna istota, zapisana kodem, organizującym ciała Pitagorasa i Arystotelesa, Parmenidesa i Platona oraz pierwszą osobę napotkaną w tramwaju, w metrze, na sąsiednim fotelu samolotu... Jest tym, co nagle mignie rozpoznaniem, niejasnym uczuciem wcześniej już widzianej cechy, podobieństwa – może u pradziadka, mieszkańca tej samej wsi albo w ogóle kogoś z innego kraju. Czyli moim bohaterem jest istota. Nośnik tego wszystkiego, czym dysponuje człowiek – wysokością i niskością, odwagą i tchórzostwem, okrucieństwem i czułością, a także żądzą wiedzy. Sto tysięcy istot, połączonych znanym porządkiem, tworzy człowieka, tymczasową siedzibę wszystkich osobowości. Oto ona, nieśmiertelność. A ty, człowieku, biały mężczyzno i czarna kobieto, idioto, geniuszu, afrykański piracie, paryski piekarzu, transwestyto z Rio De Janeiro, stary rabinie z Bene Berak – jesteście tylko jego tymczasowym domem...
[...]
Nora pod koniec życia zaczyna przypominać Tusię, nosi jej duże pierścionki na kościstych palcach, uczy młodych scenografów teatralnych. Witia otrzymuje całkowicie zasłużoną Najważniejszą Nagrodę, o której skrycie marzył Grisza. Grisza pod koniec lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku umiera w głębokiej starości w Jerozolimie; na jego grobie liczne dzieci i wnuki postawią płytę, na której, zgodnie z jego życzeniem, napisane będzie nie jego imię, tylko adres strony www... Po wejściu na nią, chętni mogą przeczytać entuzjastyczne przesłanie na temat Tekstu Bożego, skierowane do potomków, a przy okazji również i do całej ludzkości. Tekst ten jest długi i zawiły, ale piękny w swojej istocie. Jurik, na podobieństwo swojego pradziadka Jakowa, cały jest zanurzony w muzyce. Nie klarnet, nie fortepian, nie gitara – próbuje usłyszeć tę muzykę, która rozbrzmiewa w kosmosie. I zupełnie nie jest ważne, czy został profesjonalnym kompozytorem, czy pozostał tym chłopcem, który pytał: „Mamo, a pamiętasz, jak śpiewałem u ciebie w brzuchu?”.
Ludmiła Ulicka, Drabina Jakowa
Powieść obyczajowa Ludmiły Ulickiej – rosyjskiej pisarki i scenarzystki, także działaczki społecznej przenosi akcję tej sagi rodzinnej, przede wszystkim do byłej już Rosji carskiej i byłego Związku Radzieckiego, choć również do nowej, współczesnej nam Rosji, w tym zwłaszcza, do takich miast, jak Kijów czy Moskwa, a ponadto do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, tutaj z kolei głównie do Nowego Jorku, ogólnie rzecz ujmując, w przeciąg czasowy od pierwszego dziesięciolecia dwudziestego wieku, po drugie dziesięciolecie panującego nam stulecia. To nade wszystko barwna - poprzez stare listy i pożółkłe notatniki - zaprzeszła fabuła rodzinna o Marii Kerns-Osieckiej i Jakowie Osieckim, ale i z wnikliwą narracją bardziej współczesną ich wnuczki Nory Osieckiej. W dużej też mierze z myślą przewodnią o człowieku jako autonomicznej jednostce, człowieku „utopionym” w burzliwych i nieludzkich czasach ideologicznych sofizmatów, w jakich przyszło żyć w zasadzie bezimiennemu człowiekowi pod butem sowieckim. Jak również w następnej czy uprzedniej kolejności, także i w narratorskim zaokrągleniu Nory Osieckiej, że to: „Historia wielkiej miłości, historia poszukiwania sensów, twórczego podejścia do życia i niewiarygodnej żądzy wiedzy, rozumienia rozwichrzonego i szalonego świata”. Epicka saga Ulickiej może przede wszystkim przestrzega, że na świecie ludzkim czy tym bardziej nieludzkim nie wystarczy po prostu „uczciwie” własne życie przeżyć, że konformizm w wymiarze społecznym chcąc nie chcąc, skraca czasem cierpienie, które można zadać drugiemu człowiekowi mimowolnie.