Blog

 

09.01.2025

Drabina Jakowa

„Je­dy­nie czło­wiek

 za­uważa szcze­gólny przy­pa­dek

róż­no­rod­no­ści przy­rody:

gdy dwie po­łówki wy­dają się mu po­dobne.”


„po­zwól mi po­peł­niać wła­sne błędy.

Gdy­bym ich nie po­peł­niała,

to nie by­ła­bym ja, tylko ty.”


„Czło­wiek nie­zep­suty to ta­kie

wła­śnie jak ty

biedne, gołe, dwu­nożne zwie­rzę.

Precz, precz po­ży­czone osłony!”

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Król Lear


„Traumy to wy­my­sły

naj­bar­dziej bez­na­dziej­nej z nauk: psy­cho­lo­gii.

Wszystko to bio­che­mia i

do­świad­cze­nie ży­ciowe”


„Z punktu wi­dze­nia ko­mara czło­wiek nie umiera”

Josif Brodski

[…]

Dziecko było piękne od chwili po­ja­wie­nia się na świe­cie – z do­strze­gal­nym do­łecz­kiem w bródce i kształtną główką, jakby wy­szło wprost spod ręki do­brego fry­zjera: krótka fry­zurka, do­kład­nie jak u mamy, tylko wło­ski ja­śniej­sze. I Nora od razu je po­ko­chała, choć wcze­śniej nie była zbyt pewna sie­bie. Miała trzy­dzie­ści dwa lata i są­dziła, że na­uczyła się już ko­chać lu­dzi za ich za­sługi, a nie tak po pro­stu, z po­wodu po­kre­wień­stwa. Dziecko oka­zało się cał­ko­wi­cie godne nie­umo­ty­wo­wa­nej mi­ło­ści – spało do­brze, nie pła­kało, ssało pra­wi­dłowo, z dużą cie­ka­wo­ścią przy­glą­dało się swoim zaciśnię­tym piąst­kom. Dys­cy­pliny nie prze­strze­gało: raz spało dwie go­dziny, in­nym ra­zem sześć bez prze­rwy, bu­dziło się, cmo­kało w pu­ste po­wie­trze – i Nora od razu przy­sta­wiała je do piersi. Sama też nie lu­biła dys­cy­pliny i za­uwa­żyła ten wspólny im rys. Jej piersi ule­gły nie­sa­mo­wi­tej prze­mia­nie. Już pod­czas ciąży ład­nie na­brały ob­ję­to­ści i choć wcze­śniej na pła­skiej po­wierzchni sterczały same sutki, te­raz, gdy na­brzmiały mle­kiem, zy­skały na zna­cze­niu. Nora pa­trzyła na nie z sza­cun­kiem, od­czu­wa­jąc dziwną przy­jem­ność z tej zmiany. Choć fi­zycz­nie było to ra­czej nieprzyjemne – nie­ustanne na­pię­cie i nie­wy­goda. W sa­mym kar­mie­niu była obca, nie­zwią­zana z nim, po­dej­rzana sło­dycz...

[...]

Te­raz to nie miało już żad­nego zna­cze­nia, ale w mi­nio­nym se­zo­nie cały te­atr był wstrzą­śnięty skan­da­lem zwią­za­nym ze zdję­ciem tego spek­ta­klu. Nora była sce­no­grafką, re­ży­se­rem – Ten­giz Kuziani. Ten­giz, gdy le­ciał do Tbi­lisi, po­wie­dział, że nie wróci wię­cej do Mo­skwy. Rok póź­niej za­dzwo­nił do Nory, po­in­for­mo­wał, że za­pro­szono go do Bar­naułu, by wy­sta­wił Pannę bez po­sagu Ostrow­skiego i że się nad tym za­sta­na­wia. Pod ko­niec roz­mowy za­pro­po­no­wał, by Nora po­je­chała ra­zem z nim, jako sce­no­grafka... Jakby nie wie­dział, że Nora uro­dziła dziecko. Albo uda­wał. Dziwne było jesz­cze i to: czyżby tym ra­zem za­ku­li­sowa poczta pan­to­flowa nie za­dzia­łała? Świat te­atru to ohydny śmiet­nik, w któ­rym pry­watne ży­cie za­wsze ma wy­wró­coną pod­szewkę, do wiadomości pu­blicz­nej po­da­wało się w nim każdy nie­zna­czący de­tal, a już to, kto kogo ko­chał czy nie ko­chał, kto z kim przy­pad­kiem spo­ty­kał się w łóż­kach pro­win­cjo­nal­nych ho­steli pod­czas gościnnych wystę­pów i czyje dziecko wy­skro­bała która ak­torka, roz­no­siło się na­tych­miast.

[...]

Ze wszyst­kich „ma­mu­siek” naj­bar­dziej lu­biła ta­kie jak Nora – sa­motne, pier­wo­ródki, po­zba­wione mat­czy­nej po­mocy. Była ona po pro­stu ide­ałem: z po­wodu osła­bie­nia po po­ro­dzie oszczę­dzała siły na prze­trwa­nie i nie sprze­ci­wiała się na­ukom Taisii. A poza tym miała do­świad­cze­nie pracy w te­atrze, gdzie ak­to­rzy, jak małe dzieci, wiecz­nie się kłó­cili, byli za­zdro­śni i za­wistni, i na­uczyła się wysłuchi­wać wszel­kich bredni z uda­waną uwagą, prze­mil­czeć to, co trzeba, współ­czu­jąco przy­tak­nąć. Nora stała obok Ta­isii, słu­chała jej traj­ko­ta­nia, ob­ser­wo­wała, jak śnie­żynki na jej fu­trze zmieniają się w drobne kro­ple i spły­wają...

[...]

Te­raz le­żała na tap­cza­nie, w bia­łej ko­szuli noc­nej, po­ce­ro­wa­nej na koł­nie­rzu, drobna, z hardo od­rzu­coną głową i nie cał­kiem za­mknię­tymi oczami. Jej szczęka była odro­binę opusz­czona, usta delikat­nie otwarte, a na twa­rzy ma­ja­czył cień uśmie­chu. Gar­dło ści­snęło się No­rze z żalu. Do­strze­gła na­gle, jak smutno i do­stoj­nie bab­cia żyła. Ide­olo­giczna bieda. Gołe okna. Fi­ranki, zgod­nie z jej prze­ko­na­niami, to atry­but miesz­czań­stwa. Dwoje ude­ko­ro­wa­nych, a ra­czej za­ba­ry­ka­do­wa­nych drzwi przed am­fi­ladą – jedne bu­fe­tem, a dru­gie bi­blio­teczką, na któ­rej ku­rzu było nie mniej niż na książ­kach. Nora za­wsze do­sta­wała aler­gii, gdy tu no­co­wała – w te lata, gdy bab­cię Ma­ru­się na­zy­wała Mu­ryłką i uwiel­biała ją z dzie­cięcą na­mięt­no­ścią. Książki znała wszyst­kie, co do jed­nej. Czytane, do­kład­nie czy­tane. I po dziś dzień Nora wszelką igno­ran­cję po­ko­nuje za po­mocą kul­tury, którą całą zdo­była dzięki tym dwóm set­kom ksią­żek, do­bra­nych jak na bez­ludną wy­spę, upstrzonych drob­nymi, pi­sa­nymi ołów­kiem no­tat­kami na mar­gi­ne­sach. Od Bi­blii po Freuda. No tak, bez­ludna wy­spa. Zresztą cał­kiem za­lud­niona – pa­sły się tu stada plu­skiew. W dzie­ciń­stwie ką­sały Norę, a bab­cia ich nie za­uwa­żała. A może one jej? Na drzwiach wi­siały resztki de­ko­ra­cyj­nego su­zani [ha­fto­wana ręcz­nie, bo­gato zdo­biona tka­nina wy­ra­biana m.in. w Ta­dży­ki­sta­nie, Uz­be­ki­sta­nie i Afga­ni­sta­nie – przyp. red.], które nie za­znało ani pra­nia, ani czysz­cze­nia. Goła ża­rówka – na­zy­wana wtedy „ża­rówką Il­ji­cza”, któ­rego bab­cia sza­no­wała głę­boko i trwoż­li­wie. Tak, znała Krup­ską, Łuna­czar­skiego, stu­dio­wała kul­turę – wspo­mi­nała coś o te­atral­nym stu­diu dla bez­dom­nych, które two­rzyła. Prze­dziwny świat – współ­ist­nieli w nim bez­kon­flik­towo Ka­rol Marks i Zyg­munt Freud, Stani­sław­ski i Jewreinow, An­driej Bieły i Ni­ko­łaj Ostrow­ski, Rach­ma­ni­now i Grieg, Ib­sen i Cze­chow! No i oczy­wi­ście uko­chany Ham­sun! Gło­du­jący dzien­ni­karz, który prze­żuł już na­wet skó­rzane sznu­rówki, miewa z głodu piękne ha­lu­cy­na­cje, do­póki nie przy­cho­dzi mu do głowy nie­wia­ry­godna myśl – a może by tak pójść do pracy? I za­trud­nia się jako maj­tek na statku.

[...]

Nora po­de­szła do gar­de­roby, czyli do kąta za bu­fe­tem, w któ­rym na trzech wie­sza­kach wi­siały wszyst­kie rze­czy babci. Boże, jaka nę­dza – zi­mowy płaszcz z ba­ran­ko­wym koł­nie­rzem, wy­tarty do cna, gra­na­towy ko­stium, prze­szyty ze sta­rego mę­skiego, dwie bluzki – każdą szmatkę Nora pa­mię­tała z dzie­ciń­stwa. Wnio­sku­jąc z fa­sonu, to ko­niec lat dwu­dzie­stych. Wy­brała tę bluzkę, która była mniej zno­szona. Z tych resz­tek odzieży można było stu­dio­wać hi­sto­rię stroju. Na rę­ka­wach za­cho­wał się ślad ja­kie­goś pseu­do­egip­skiego or­na­mentu. Ciało za­sty­gło, jak za­styga gips, dla­tego bluzkę na­le­żało roz­ciąć na ple­cach. Roz­ło­żyła ją obok ciała. Trzeba bę­dzie bab­cię ostroż­nie prze­nieść do trumny – po­my­ślała Nora. – Ale ubiorę ją te­raz, by nie le­żała naga. Na­gle po­czuła, że w po­koju jest bar­dzo zimno. Nie chciała, żeby bab­cia mar­zła – zdjęła z wie­szaka ża­kiet. Spód­nicy nie trzeba było roz­ci­nać, na­cią­gnęła ją przez nogi.

[...]

Z wsu­nię­tej pod tap­czan wa­lizki Nora wy­jęła stare pan­to­fle – ar­cha­iczne, eks­po­nat mu­ze­alny: pa­sek za­pi­nany na skó­rzany gu­zik, ob­cas kie­li­szek. W nich bab­cia cho­dziła w cza­sach NEP-u [Nowa Po­li­tyka Eko­no­miczna, okre­śle­nie przej­ścio­wego okresu przy­wró­ce­nia me­cha­ni­zmów ryn­ko­wych w go­spo­darce so­wiec­kiej w la­tach 1921–1929 – przyp. tłum.]. Te­raz nie zdo­łała ich wło­żyć na sztywną stopę zmar­łej. Nora, cho­ciaż wszyst­kie czyn­no­ści zwią­zane z po­chów­kiem wy­ko­ny­wała po raz pierw­szy, za­cho­wy­wała się tak, jakby nie były jej one obce. Nie pa­mię­tała, jak umie­rała druga bab­cia, Zi­na­ida – miała wtedy sześć lat. A dziad­ków swo­ich prak­tycz­nie nie znała... Ro­dzina ko­biet. Je­dy­nym męż­czy­zną był Gien­rich. Jak długo miesz­kał z nimi na Ni­kit­skim? Ama­lia roz­wio­dła się z nim, gdy Nora miała z trzy­na­ście lat.

[...]

Oj­ciec spoj­rzał na nią z wdzięcz­no­ścią: miesz­kał tu­taj od dzie­ciń­stwa, pa­mię­tał te sta­ruszki jako młode baby, ale i tak nie na­uczył się z nimi roz­ma­wiać – wciąż wy­cho­dziło mu nie­równo, to jakby z góry, to znów przy­po­chleb­nie. Nora wie­działa też, że on nie po­trafi trak­to­wać lu­dzi jak rów­nych, za­wsze ta dra­bina – wy­żej, ni­żej... Bie­da­czek, zro­biło jej się żal ojca, po­czuła na­wet cie­pło. A on to wy­czuł, po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu. Nie­zbyt pew­nie. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa Nory uwa­żał, że tylko dla­tego, iż ona jest jego córką, sam stoi wy­żej; roz­ma­wiał z nią wład­czo, a po­tem ona do­ro­sła i za­pro­wa­dziła po­rzą­dek. Miała już osiem­na­ście lat, gdy przy­szła do jego no­wego domu, do no­wej ro­dziny, a on, gdy zna­leźli się sam na sam, za­czął jej wy­rzu­cać, że rzadko go od­wie­dza i że to nie­wąt­pli­wie wpływ matki, która nie chce, by mieli kon­takt.

[...]

Nora wrzu­ciła hia­cynty do trumny, nie mu­siały być spe­cjal­nie ukła­dane. Ma­giczne było już to, jak one wszystko wo­kół prze­mie­niły – bieda stała się luk­su­sem, jak w bajce o Kop­ciuszku. Nora, doświad­czona, zda­wa­łoby się, sce­no­grafka te­atralna, któ­rej za­wód po­lega wła­śnie na tym, by tech­nicz­nymi spo­so­bami prze­kształ­cić sztuczną prze­strzeń sceny, za­marła z za­chwytu. To było jak latarnia ma­giczna, którą tak dawno temu wy­ko­rzy­stano w in­sce­ni­za­cji Nie­bie­skiego ptaka w MCha­cie, w sce­nie, w któ­rej Jaś i Mał­go­sia przy­cho­dzą do babci i dziadka do kra­iny zmar­łych. Tak, oczywi­ście, to wła­śnie Ma­ru­sia pro­wa­dzała ją, pię­cio­let­nią, na ten spek­takl. Miała wra­że­nie, że w wą­skiej szpa­rze mię­dzy nie­szczel­nie za­mknię­tymi po­wie­kami bły­snęła apro­bata. Hia­cynty miały jakąś nie­wia­ry­godną moc – swoją in­ten­sywną wo­nią wy­peł­niły cały po­kój, przy­sła­nia­jąc i za­pach wody ko­loń­skiej, i odór wa­le­riany. A Nora po­my­ślała na­wet, że cały ten po­kój, jak za do­tknię­ciem ma­gicz­nej różdżki, zmieni się w pa­łac, a biedna bab­cia o wiel­kich am­bi­cjach – sta­nie się tym, kim przez całe ży­cie chciała zo­stać, ale nie zdo­łała...

[...]

Na­stęp­nie we­szli od­pro­wa­dza­jący, wszy­scy bez wy­jątku w czar­nych cięż­kich płasz­czach z czer­wo­nymi goź­dzi­kami w rę­kach i oto­czyli trumnę pod­kową. Wszystko de­li­kat­nie mi­go­tało, ale wi­dać było wy­raź­nie. W tej wy­ra­zi­sto­ści Nora uświa­do­miła so­bie na­gle, że jej krewni dzielą się na stry­jecz­nych braci ojca, przy­po­mi­na­ją­cych odro­binę jeże szorst­kimi wło­sami ro­sną­cymi do przodu nad czo­łem, dłu­gimi no­sami ze spi­cza­stymi ko­niusz­kami i krót­kimi pod­bród­kami, i bra­ta­nice babci – o wą­skich twa­rzach, du­żych oczach, trój­kąt­nych ry­bich ustach... Ja je­stem z ga­tunku jeży, po­my­ślała Nora i po­czuła gwał­towne mdło­ści. Wtedy roz­legł się Mar­che fu­nèbre Cho­pina i znisz­czył to dziwne przy­wi­dze­nie – marsz ten już dawno zmie­nił się w dźwię­kową nie­przy­zwo­itość. Na­daje się tylko do scen ko­micz­nych...

[...]

Po­tem do po­koju wszedł cały au­to­bus, w ta­kim po­rządku, w ja­kim sie­dziano, pa­rami: stry­jeczni bra­cia ojca – jeże, czte­rej, roz­dzie­lili się i po­ło­żyli czarne płasz­cze na tap­cza­nie. Po­tem dru­żyna kobiet o ry­biej na­tu­rze ła­wicą prze­są­czyła się przez drzwi. Wszyst­kie były w fu­trach – trzy bra­ta­nice babci z dwiema mło­dymi cór­kami, da­le­kimi ku­zyn­kami Nory i wszyst­kie miały za­ostrzone ku dołowi pod­bródki, cudo. I jesz­cze para nie­zna­nych dam. Ku­zynki te Nora spo­ty­kała w dzie­ciń­stwie pod­czas świąt, które bab­cia urzą­dzała dla kil­korga dzieci z ro­dziny, ale wszyst­kie one były młod­sze, a przez to dla niej nie­cie­kawe. Nora nie lu­biła mło­dych lu­dzi, za­wsze wo­lała star­szych. W gru­pie ko­biet za­uwa­żal­nie wy­róż­niała się ro­sła Mi­ka­ela, czer­niawa, z wą­si­kami, mniej wię­cej sześćdzie­się­cio­let­nia. Nora pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, czyją jest córką albo żoną, ale za­po­mniała, za­po­mniała... W ogóle całą tę zbie­ra­ninę krew­nych wi­działa raz na dzie­sięć lat, z oka­zji ja­kichś oko­licz­no­ści ro­dzin­nych – ostatni raz oj­ciec ze­brał ich, by uczcić obronę dok­to­ratu. Lu­sza, Niu­sia i Wie­roczka – tak na­zy­wały się ciotki, a ich córki Nadia i Luba. No i ta nie do pary – Mi­ka­ela.

[...]

To tyle – we­zmę książki i ku­fe­rek. Ale, ro­zej­rzaw­szy się, wsu­nęła do wi­kli­no­wej skrzyni fo­to­gra­fie ze ścian, wą­ski srebrny kie­li­szek, w któ­rym bab­cia trzy­mała szpilki do wło­sów, drugi – na le­kar­stwa i sa­motny fa­jan­sowy spode­czek bez fi­li­żanki, którą Nora stłu­kła w dzie­ciń­stwie. Na­stęp­nie wy­jęła z bu­fetu małą cu­kier­nicę oraz szczyp­czyki do roz­łu­py­wa­nia cu­kru – bab­cia miała cu­krzycę, uwiel­biała sło­dy­cze i od czasu do czasu tymi szczyp­czy­kami odła­my­wała ma­leńki, wiel­ko­ści główki za­pałki, ka­wa­łek cu­kru. Przy­po­mniała so­bie o ze­sta­wie to­a­le­to­wym – ale on już za­czął nowe ży­cie w sta­rej kuchni – w cha­rak­te­rze na­czyń sto­ło­wych. A niech to w cho­lerę. Go­dzinę póź­niej, gdy krewni się ro­ze­szli, Nora ra­zem z oj­cem znio­sła ku­fe­rek i książki do sa­mo­chodu. Wi­kli­nowa skrzy­nia zmie­ściła się w ba­gaż­niku, a książki za­wa­liły tylne sie­dze­nie, za­sła­nia­jąc szybę.

[...]

Po­tem przej­rzała stos ksią­żek le­żący przy drzwiach i zro­zu­miała, że dziś się nie po­łoży, do­póki wszyst­kiego nie ogar­nie. Naj­bar­dziej prze­szka­dzał jej za­pach ku­rzu. Na­mo­czyła szmatkę, wy­ci­snęła i za­częła prze­cie­rać książki jedną po dru­giej, nie zwra­ca­jąc uwagi ani na grzbiety, ani na okładki. Po­zna­wała je przez sam do­tyk – były jej zna­jome. Za­peł­niła pu­ste miej­sca w dwóch du­żych sza­fach, po­tem za­częła bu­do­wać stosy w po­koju przej­ścio­wym, w któ­rym mie­ściła się jej pra­cow­nia. O czwar­tej skoń­czyła z książ­kami, zo­stał tylko ku­fe­rek. Ale nie miała już siły. Usia­dła na skrzy­pią­cym krze­śle wie­deń­skim, by od­po­cząć. Jed­nak wtedy Ju­rik za­czął się krę­cić. Nora zdjęła z sie­bie za­ku­rzone ubra­nie, we­szła pod prysz­nic, a gdy on ma­ru­dził, nie ro­zu­mie­jąc, dla­czego nie dają mu jeść, wy­tarła się i naga, z dwiema wy­peł­nio­nymi mle­kiem pier­siami, po­bie­gła do syna. Uśmiech­nął się ja­snymi oczyma i otwo­rzył usta. Gdy Ju­rik jadł, Nora za­pa­dła w drzemkę, a gdy za­snął, obu­dziła się. Wło­żyła pi­żamę i ru­nęła na tap­czan w są­sied­nim po­koju. Spała jak za­bita, jak ka­mień i obu­dziła się – jakby się pa­liło. Peł­zały po niej plu­skwy, zo­sta­wia­jąc za sobą ścieżkę uką­szeń. Po­trzą­snęła głową, spoj­rzała na ze­ga­rek – tuż po ósmej. Nie prze­spała na­wet dwóch go­dzin. Gwał­tow­nie wstała, po­de­szła do drzwi i do­tarło do niej, że plu­skwy się roz­grzały i prze­szły przez szcze­liny mię­dzy wit­kami. Nora pod­nio­sła wieko – ku­fe­rek był pe­łen pa­pie­rów, to w nich znaj­do­wały się gniazda wielu po­ko­leń owa­dów. Po­czuła ich cha­rak­te­ry­styczny za­pach. To ci spu­ści­zna! Ohyda...

[...]

No i do­brze – po­my­ślała – nie trzeba bę­dzie za­nu­rzać się w tę roz­mo­czoną prze­szłość. Przy­nio­sła z kuchni wia­dro na śmieci i za­częła prze­kła­dać do niego brzydko pach­nącą pa­pie­rową masę. Wynio­sła cztery wia­dra i na­gle na dnie ku­ferka od­kryła zwi­tek pre­cy­zyj­nie owi­nięty ró­żową ce­ratą. W środku znaj­do­wały się prze­wią­zane ta­siem­kami paczki li­stów. Wy­jęła pierw­szy z wierz­chu – na koper­cie wid­niał ad­res – „Ki­jów, ulica Ma­riin­sko-Bła­go­wiesz­czeń­ska 22” oraz pie­czątka pocz­towa „16 marca 1911 roku”. Za­adre­so­wany był do Ma­rii Kerns. Nadawcą był Ja­kow Osiecki, Ki­jów, ulica Kuznieczna 23. To była ogromna ko­re­spon­den­cja, pre­cy­zyj­nie uło­żona la­tami. Cie­kawe. Bar­dzo cie­kawe. Kilka no­tat­ni­ków za­peł­nio­nych sta­ro­mod­nym drob­nym pi­smem. Nora uważ­nie przyj­rzała się pacz­kom – nie chcia­łaby znów na­ra­zić domu na plagę plu­skiew. Wszyst­kie były czy­ste. Wło­żyła zwi­tek ra­zem z ce­ratą do swo­jego te­atral­nego ar­chi­wum, które już wtedy ist­niało. I za­po­mniała o nim na wiele lat. Le­żące w ciem­no­ści pa­piery długo doj­rze­wały – do czasu, gdy po­marli wszy­scy lu­dzie, któ­rzy mo­gliby od­po­wie­dzieć na py­ta­nia, ja­kie po­ja­wiły się pod­czas lek­tury sta­rych li­stów...

[...]

Ma­rija uro­dziła się w Ki­jo­wie, do któ­rego jej oj­ciec Pin­chas Kerns przy­był w 1873 roku, pra­wie dwa­dzie­ścia lat przed jej na­ro­dzi­nami; przy­je­chał z La Chaux-de-Fonds, ma­łego mia­steczka w zachodniej Szwaj­ca­rii. Oj­ciec był ze­gar­mi­strzem w trze­cim po­ko­le­niu i za­mie­rzał otwo­rzyć wła­sną firmę na po­do­bień­stwo nie­du­żych szwaj­car­skich, które w tym cza­sie za­czy­nały pod­bi­jać świat. Przy­jaź­nił się z wła­ści­cie­lem pra­cowni ze­gar­mi­strzow­skiej Lo­uisem Brand­tem, przy­szłym za­ło­ży­cie­lem firmy Omega, i to wła­śnie on pod­su­nął mu ten po­mysł. Pin­chas był pierw­szo­rzęd­nym rzemieślni­kiem i przy swo­jej pra­co­wi­to­ści oraz su­mien­no­ści mógłby zor­ga­ni­zo­wać skła­da­nie ze­gar­ków ze szwaj­car­skich czę­ści w Ki­jo­wie i zbie­rać bo­gate plony w brzę­czą­cej mo­ne­cie. Lo­uis Brandt na­wet czę­ściowo fi­nan­so­wał te po­czątki. Swoją za­szczytną mi­sję re­pre­zen­tanta za­chod­niego ka­pi­ta­li­zmu Pin­chas stop­niowo zruj­no­wał, choć wrósł w nowe miej­sce, oże­nił się z tu­tej­szą dziew­czyną żydow­skiego po­cho­dze­nia, spło­dził trzech sy­nów oraz córkę Ma­riję. Z bie­giem czasu na­uczył się obu ję­zy­ków sło­wiań­skich. Ich pa­rzy­stość była dla niego czymś zwy­czaj­nym, po­nie­waż w jego rodzinnym La Chaux-de-Fonds obok fran­cu­skiego pra­wie rów­no­praw­nie funk­cjo­no­wał nie­miecki, a tę dwu­ję­zycz­ność do­peł­niały jesz­cze dwa ję­zyki ży­dow­skie – do­mowy ji­dysz i wła­ściwy wykształco­nym Ży­dom hebrajski. Szwaj­car­skie pie­nią­dze wło­żone w prze­pro­wadzkę i urzą­dze­nie się w Ki­jo­wie nie roz­pły­nęły się cał­ko­wi­cie. Pin­chas szybko się prze­ko­nał, że sztuka han­dlu idzie mu znacz­nie gorzej niż rze­mieśl­ni­cza, dla­tego otwo­rzył za­kład na­praw­czy – wszel­kich, naj­czę­ściej po­zba­wio­nych ro­do­wodu wy­ro­bów miej­sco­wych mi­strzów – przy ulicy Ma­riin­sko-Błagowieszczeńskiej.

[...]

Wy­soko ce­nił swoje rze­mio­sło i z po­gardą od­no­sił się do ko­mer­cji, uwa­ża­jąc ją za od­mianę sza­chraj­stwa. Cho­ciaż Ka­pi­tał Marksa był już w tym cza­sie na­pi­sany i świa­towy ge­niusz, który wów­czas nie osią­gnął jesz­cze peł­nej mocy, wspo­mi­nał w tym per­spek­ty­wicz­nym dziele ro­dzinne mia­sto Pin­chasa La Chaux-de-Fonds w naj­po­chleb­niej­szych sło­wach, jako wzór ka­pi­ta­li­stycz­nej spe­cja­li­za­cji pro­duk­cji, ze­gar­mistrz ni­gdy nie prze­czy­tał tej bi­blii ko­mu­ni­zmu. Przez całe swoje ży­cie po­zo­stał rze­mieśl­ni­kiem i nie do­rósł nie tylko do ko­mu­ni­stycz­nego my­śle­nia, ale rów­nież i do kapitalistycznego... Za to jego dzieci wcze­śnie przy­swo­iły so­bie po­stę­powe idee ludz­ko­ści i ko­cha­jąc swo­jego do­brego, we­so­łego i ze wszech stron po­rząd­nego ojca, nie­ustan­nie żar­to­wały z jego archa­icz­nych przy­zwy­cza­jeń, fran­cu­skiego ak­centu i sta­ro­mod­nych szwaj­car­skich sur­du­tów, które do­na­szał przez pra­wie czter­dzie­ści lat. Wszyst­kie dzieci Kernsa świer­go­tały po fran­cu­sku i to czyniło z nich dziwne ptaki – po­zo­stali oby­wa­tele tego spo­łe­czeń­stwa mó­wili w in­nym na­rze­czu. Po­tom­ko­wie ze­gar­mi­strza, choć do­sko­nale wła­dali ję­zy­kiem matki, lu­bili prze­rzu­cać się mię­dzy sobą arystokratycznym fran­cu­skim, któ­rego już kom­plet­nie nikt nie uży­wał na ich ulicy.

[...]

W paź­dzier­niku 1905 roku w Ki­jo­wie miał miej­sce po­grom Ży­dów, który do­koń­czył po­wolny pro­ces po­pa­da­nia w ru­inę: pra­cow­nia ze­gar­mi­strzow­ska zo­stała cał­ko­wi­cie zde­wa­sto­wana, ma­ją­tek rodziny roz­gra­biony; czego nie wy­nie­siono, to uszko­dzono. Zna­le­ziono na­wet spo­sób na znisz­cze­nie sa­mo­wara. Ży­dow­scy han­dla­rze i rze­mieśl­nicy w Ki­jo­wie zo­stali zruj­no­wani, ale na­stęp­stwa pogromu miały nie tylko ma­te­rialny cha­rak­ter. Ży­dzi, któ­rzy prze­żyli po­grom, po­czuli, jak cienka jest prze­słona od­dzie­la­jąca ich od cał­ko­wi­tej za­głady. W re­zy­gna­cji i smutku po­grą­żyli się uczeni talmu­dy­ści, pełni bo­żych tek­stów i hi­sto­rycz­nych świa­dectw z ty­siąc­let­niej prze­szło­ści. Modny sta­wał się sy­jo­nizm, za­po­wia­da­jący ze­bra­nie Ży­dów wy­gnań­ców w Ziemi Świę­tej w celu od­bu­dowy histo­rycz­nego Izra­ela; nie mniej­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szyły się wśród ży­dow­skiej mło­dzieży także idee so­cja­li­styczne. Re­wo­lu­cja 1905 roku po­nio­sła klę­skę, ale myśl o no­wej, oczysz­cza­ją­cej i wyzwo­leń­czej re­wo­lu­cji nie­po­ko­iła serca. Po­li­tyka stała się modna. Je­den tylko Pin­chas Kerns, któ­rego ulu­bio­nym za­ję­ciem od mło­do­ści było czy­ta­nie prasy w zna­nych mu ję­zy­kach, stra­cił za­mi­ło­wa­nie do spo­rów dzien­ni­ka­rzy i po­li­ty­ków, po­rzu­cił lek­turę ga­zet i za­jął się na­prawą sta­rej szka­tułki z po­zy­tywką, po­ka­le­czo­nej w po­gro­mie.

[...]

Gdy Ma­ru­sia po­szła po ojca, klientka prze­glą­dała stos ksią­żek. „No­wyj Żur­nał dla Wsiech” nie przy­kuł jej uwagi. Za­cie­ka­wiła ją jed­nak okładka in­nego ty­tułu – czy na­prawdę ta sub­telna panna czyta po fran­cu­sku nie­dawno wy­dane La Vie de Beetho­ven mło­dego au­tora Ro­main Rol­landa? Py­ta­nie to za­dała dama sta­remu ze­gar­mi­strzowi, który zja­wił się kilka mi­nut póź­niej. Moja córka jest miłośniczką ksią­żek. Ze­ga­rek przy­nie­siony do na­prawy oka­zał się, co się ro­zu­mie samo przez się, okrą­głą złotą omegą, jed­nym z pierw­szych mo­deli, tak do­brze zna­nych ze­gar­mi­strzowi. Za­częli roz­ma­wiać. Ma­dame Le­roux oka­zała się Szwaj­carką, jej ro­dzina po­cho­dziła z Gór­nej Jury; ona sama, po­dob­nie jak Pin­chas, dawno opu­ściła ro­dzinne strony, ale na­wet wy­po­wie­dze­nie nazw rzek i do­lin oby­dwojgu spra­wiało przy­jem­ność. Pod­czas przy­ja­znej po­ga­wędki ze­gar­mistrz otwo­rzył tylną ściankę ko­perty, wło­żył do oka, na po­do­bień­stwo mo­no­kla, szkiełko w ko­ścia­nej opra­wie, wy­jął pęsetą ja­kąś ma­leńką śrubkę, po­grze­bał w szu­fla­dzie w stole i wy­cią­gnął do­kład­nie taką samą. Na cy­fer­bla­cie bra­ko­wało jed­nego drob­nego ka­myczka. Pin­chas za­py­tał, ja­kiego ten ka­myk był koloru. Czer­wo­nego – od­po­wie­działa dama. Wszyst­kie były czer­wone. Pin­chas ski­nął głową – ka­myk trzeba było spro­wa­dzić ze Szwaj­ca­rii, nie miał za­pasu ru­bi­nów.

[...]

Dzien­nik Ja­kowa Osiec­kiego (1910). 5 grud­nia

Czy­ta­łem opo­wia­da­nia Cze­chowa. Na­prawdę dużo pi­sze o ko­bie­tach. Ale wciąż mam wra­że­nie, że pi­sze o nich w spo­sób po­gar­dliwy. Jakby pi­sał czło­wiek, który wiele złego wy­cier­piał ze strony kobiet. Trzeba o tym jesz­cze po­my­śleć. Anna na szyi! Jak Anna, po­czuw­szy swoją siłę, prze­ga­nia Mo­de­sta Alek­sie­icza: „Precz mi stąd, bał­wa­nie!”. Po pro­stu serce za­miera. W jed­nej chwili taka zmiana cha­rak­teru! I jak je­dzie ulicą – pi­jany oj­ciec, bra­cia są opi­sani z taką sym­pa­tią, a ona obok... Szcze­gól­nie straszna jest „Tina”. Taka okropna dra­pież­niczka! Jakby mścił się za to, że sam nie może oprzeć się jej po­wa­bowi! A przy tym w na­stroju an­ty­se­mic­kim. A prze­cież po Toł­stoju naj­więk­szy jest Cze­chow! Cze­goś tu nie ro­zu­miem – jakby cały wdzięk ko­biet z sub­tel­nymi dłońmi, z białymi szy­jami i ko­smy­kami wy­su­wa­ją­cymi się z fry­zury zo­stał stwo­rzony tylko po to, aby roz­bu­dzić w męż­czyź­nie naj­niż­sze in­stynkty. A prze­cież to nie tak!!! So­nata na fort. i skrzypce Straussa. Skrzypce ci­chutko, for­te­pian – pa­saże, Piękne! W ostat­nim cza­sie dzięki wy­peł­nio­nemu za­ję­ciami dniu pra­wie prze­sta­łem ma­rzyć. To le­piej! Na ra­zie! My­ślę tylko o lep­szej or­ga­ni­za­cji dni, o za­ję­ciu się mu­zyką, ucze­niu się jęz. niem. Skoń­czy­łem grać II cz. – e’im­pro­vi­sa­tions. Te­raz fi­nał. Naj­bar­dziej od­le­głe ma­rze­nia nie wy­kra­czają poza lato, które my­ślę wy­ko­rzy­stać szcze­gól­nie pro­duk­tyw­nie. Przez ostat­nie dni nie ra­dzę so­bie zbyt do­brze z mu­zyką. Kwar­tet es-moll. Czy­ta­łem o Brahm­sie – zmarł w 1897 roku. Czyli w chwili jego śmierci mia­łem już sie­dem lat. O sy­me­trii. W na­tu­rze nie ma sy­me­trii. Na­tura nie jest sy­me­tryczna ani nie­sy­me­tryczna: na­tury to nie do­ty­czy. Sy­me­tria wy­stę­puje tylko tam, gdzie jest czło­wiek, który do­strzega sy­me­trię. Je­dy­nie czło­wiek zauważa szcze­gólny przy­pa­dek róż­no­rod­no­ści przy­rody: gdy dwie po­łówki wy­dają się mu po­dobne. W na­tu­rze nie ma także es­te­tyki. Fi­zyka, che­mia, zwłasz­cza me­cha­nika – są, a estetyka (i jesz­cze kilka dys­cy­plin) w przy­ro­dzie nie wy­stę­puje. Nie ma rów­nież kla­sy­fi­ka­cji, nie ma tego, co ważne i nie­ważne. Wszystko to two­rzy czło­wiek.

[...]

Mi­jał je­de­na­sty rok ich związku. Ten­giz za­de­cy­do­wał, że czas już za­mknąć te­mat Cze­chowa. Nora się zdzi­wiła: dla­czego? Jak może ist­nieć te­atr ro­syj­ski bez Cze­chowa? Ale Ten­giz po­wie­dział, że od dawna był na to go­tów. I za­czął roz­kła­dać na czę­ści pierw­sze Trzy sio­stry, nie­ocze­ki­wa­nie ostro i miaż­dżąco. Pod­no­sił swoje piękne, bar­dzo piękne ręce, trzy­mał je w po­wie­trzu, a Nora nie słyszała po­szcze­gól­nych słów, tylko w ca­ło­ści wchła­niała w sie­bie dziwne zda­nia, któ­rych nie spo­sób było na­wet po­wtó­rzyć. Po ro­syj­sku Ten­giz mó­wił nie do końca pra­wi­dłowo, ale wy­jąt­kowo wyrazi­ście. Miał silny ak­cent gru­ziń­ski, z jego po­wodu odro­binę zmie­niał się sens. A na­wet się roz­sze­rzał. Dla­czego tak się działo, Nora ni­gdy nie mo­gła zro­zu­mieć, ale za­wsze ją to cie­szyło – czuła, że nie cho­dzi tylko o ję­zyk, ale całą kon­struk­cję my­śli czło­wieka in­nej ziemi i kul­tury... A po­wiedz mi, dla­czego za­mknęli Efrosa? Prze­cież wy­sta­wił wła­ściwe Trzy sio­stry. Biedne, tak ich szkoda. Do łez! Od 1901 roku wszy­scy tę sztukę wy­no­szą i wy­no­szą co­raz wy­żej, pod nie­biosa. Prawda? Nie mogę dłu­żej na to pa­trzeć! Wy­star­czy już, prawda? Ten­giz cha­rak­te­ry­stycz­nym gru­ziń­skim zaśpie­wem ak­cen­to­wał, sy­labę „da”. Nora! Nora! Toł­stoj o Trzech sio­strach po­wie­dział, że to pa­skudna nuda! Lew Toł­stoj ro­zu­miał co­kol­wiek? Czy nie? Wszy­scy się nu­dzą! Nikt nie pra­cuje! W Rosji nikt nie pra­cuje, w Gru­zji też nie pra­cują, na­wia­sem mó­wiąc! A je­śli pra­cują, to z obrzy­dze­niem! Olga, dy­rek­tor gim­na­zjum, to prze­cież wspa­niała praca, po­czą­tek wieku, gim­na­zjum żeń­skie, edu­ka­cja ko­biet, za­czy­nają wy­kła­dać na­ukę, nie tylko uczyć wy­szy­wa­nia i re­li­gii, po­ja­wiają się pierw­sze wy­kształ­cone dziew­częta! A ta się nu­dzi! Kro­pla po kro­pli traci siły i mło­dość! Ma­sza z nu­dów za­ko­chuje się w Wier­szy­ni­nie – bar­dzo szla­chet­nym, ale bar­dzo głu­pim! Bez­rad­nym! Co to za męż­czy­zna? Nie ro­zu­miem. Irina pra­cuje w urzę­dzie, na te­le­gra­fie, Bóg wie, gdzie – praca ją nu­dzi, mę­czy, wszystko jest źle! Nie chce pra­co­wać, chce do Mo­skwy! Skarżą się! Cały czas się skarżą! A co, co one będą ro­bić w Mo­skwie? Nic! Dla­tego i nie jadą! An­driej to mier­nota! Na­ta­sza – „najeżony zwie­rzak”! So­lony – zwie­rzę praw­dziwe! A biedny Tu­zen­bach – jak można oże­nić się z ko­bietą, która w ogóle cię nie ko­cha? Ja­kieś ta­kie śmie­ciowe ży­cie! Nora! Ro­zu­miesz, kto jest głów­nym bo­ha­te­rem? Ro­zu­miesz? No myśl! An­fisa! To ona jest główną bo­ha­terką! Nia­nia cho­dzi i sprząta po wszyst­kich! Jej ży­cie jest świa­dome, Nora! Ma mio­tłę, szczotkę, szmatę, wy­ciera i myje, sprząta i pra­suje! Cała reszta struga głupa i się nu­dzi! Nu­dzą się! A co do­okoła? Po­czą­tek wieku, tak? Za­czyna się re­wo­lu­cja prze­my­słowa, ka­pi­ta­lizm? Bu­duje się li­nie ko­le­jowe, fa­bryki, za­kłady, mo­sty! A one do Mo­skwy chcą, tylko nie mogą dojść na dwo­rzec!

[...]

Ten­giz bę­dzie się z tego cie­szyć, że ona od razu, z miej­sca, wszystko wy­my­śliła, cały spek­takl! Już wi­działa dom Pro­zo­ro­wów, otwarty, ob­na­żony, mocno na pro­sce­nium – a z pra­wej, z le­wej, wo­kół bu­dowa, dźwigi, wa­gony jadą w swo­ich kie­run­kach i ży­cie się to­czy, zgrzyta, ja­kieś sy­reny, sy­gnały... ale w domu Pro­zo­ro­wów kom­plet­nie nie za­uważa się tego pra­co­wi­tego ży­cia, ru­chu, mieszkańcy błą­kają się po domu, piją her­batę, roz­ma­wiają... tylko An­fisa nosi wia­dra, szmaty, opróż­nia mied­nice... Wspa­niale, wspa­niale! Wszy­scy bo­ha­te­ro­wie są cie­niami, tylko An­fisa jest materialna. Wszy­scy ubrani są w mu­ślin, w dym, żoł­nie­rze też są na wpół roz­cień­czeni. Bez­sil­ność. Bez­pań­ska prze­strzeń. Sad pra­wie bez­cie­le­snych dusz. Ubie­rze wszyst­kich w se­pię, jak na starych fotografiach, w wy­bla­kłe, po­zba­wione ko­lo­rów ubra­nia. Taka hi­sto­ryczna sta­rzy­zna! Tak, oczy­wi­ście, Na­ta­sza Pro­zo­rowa jest przy ko­ści. In­ten­syw­nie ró­żowa suk­nia, zie­lony pas! Na tle wszechobecnej se­pii, bez­barwno-be­żo­wego, brą­zo­wa­wego... Bę­dzie ge­nial­nie! Nora po­wie­działa „tak”. Ten­giz ją po­chwy­cił, ob­jął, przy­ci­snął do sie­bie: Nora, stwo­rzymy coś ta­kiego, czego jesz­cze nie wi­dziano! I ni­gdy nie zo­ba­czą! Ro­ze­rwą nas na strzępy, rzecz ja­sna! Ale zro­bimy to! To bę­dzie naj­lep­sze ze wszyst­kiego, co zro­bi­li­śmy ra­zem!

[...]

Nora prze­le­żała w po­ścieli Ten­giza do czasu, gdy jego za­pach pra­wie się ulot­nił, je­dy­nie po­duszka od­da­wała ja­kiś cień jego cie­pła. Aż Nora miała dresz­cze. To tylko taka mo­le­kuła, mo­le­kuła jego potu – my­ślała Nora. A ja mam taką cho­robę, je­stem wy­czu­lona na ten za­pach. Co mnie na­pa­dło? Dla­czego te krót­kie epi­zody są tak prze­szy­wa­jące, zo­sta­wiają taki ślad, taką ranę? A gdyby on był zwy­kłym ko­chan­kiem, z któ­rym się je­dzie na ty­dzień na Krym albo za­wią­zuje ro­mans na wy­stę­pach go­ścin­nych – był prze­cież cu­downy chło­piec w ze­szłym roku w Ki­jo­wie czy stary Łu­kja­now, ak­tor, ba­biarz, mi­ło­śnik szcze­gó­łów i de­tali, pra­wie dwa­dzie­ścia lat star­szy... – aż tak by nie bo­lało? Nie było od­po­wie­dzi. Nora roz­stała się z Ten­gi­zem po raz szó­sty i za każ­dym ra­zem było to co­raz trudniej­sze. Wą­chała po­duszkę, ale jego za­pach zni­kał, za­la­ty­wało wil­go­cią, ku­rzem, wap­nem. Za­sy­piała i się bu­dziła. Z dołu do­la­ty­wały ją gamy i głos Mzii: „Mi­sza! W ter­cji! Prawa ręka za­czyna od dźwięku mi! W de­cy­mie prawa za­czyna od dźwięku mi, ale oktawę wy­żej! Mi­sza!”. Gamy się roz­bie­gały, Nora za­sy­piała, bu­dziła się, znów za­sy­piała...

[...]

Mi­nął rok od czasu, gdy Ten­giz wy­je­chał, a na­wet wię­cej. Nora zmie­niła w ży­ciu wszystko, do cna. Chciała, żeby nie zo­stał ża­den ślad prze­szło­ści, żeby ni­gdy wię­cej nie zda­rzyły się ta­kie po­żary, po­topy, trzę­sie­nia ziemi, po­nie­waż trzeba żyć, żyć da­lej, a Ten­giz wy­je­chał na za­wsze, na za­wsze... ze swo­imi nie­ogo­lo­nymi po­licz­kami, z ręką wy­rzeź­bioną jakby przez Mi­chała Anioła, z wa­dli­wym zgry­zem, z za­pa­chem wiej­skiej ta­baki, z wą­skimi bio­drami i chu­dymi jak u psa no­gami. I ni­gdy, ni­gdy wię­cej nie uda się za­grać tego wiel­kiego, za­bój­czego spek­ta­klu... Ko­re­spon­den­cja mię­dzy nimi nie była przy­jęta. Rzad­kie te­le­fony tylko w jedną stronę – od Ten­giza do Nory. Może chro­nił przed nią swoje tbi­li­skie ży­cie, a może cała ich dłu­go­let­nia re­la­cja była wzięta w na­wias jako coś szczegól­nie cen­nego i nie­mie­sza­ją­cego się z po­to­kiem nie­zna­nego No­rze ży­cia Ten­giza, w któ­rym były ko­biety, re­la­cje ro­dzinne z ja­kąś szy­chą prze­stęp­czego światka, która cza­sami wy­cią­gała go z kło­po­tów... Je­dyny list, który Nora do­stała do Ten­giza, przy­szedł pół roku po jego wy­jeź­dzie, po jego mie­sięcz­nym po­by­cie w Pol­sce, w Te­atrze La­bo­ra­to­rium Je­rzego Gro­tow­skiego.

[...]

Je­dy­nym, co przy­ćmie­wało jej ży­cie, była wła­sna po­wierz­chow­ność, która ni­gdy jej nie za­do­wa­lała, a w tam­tym roku zwłasz­cza. Ale te­atr po­zwa­lał na inne po­dej­ście do ży­cia! Nora za­częła eksperymenty w po­szu­ki­wa­niu no­wej po­staci – za­częła się mocno ma­lo­wać, ob­cięła się pra­wie na łyso, schu­dła – nie­chcący, ale spodo­bało się jej to. Pulchne po­liczki przy­po­mi­nały ró­żo­wego niemow­laka, a za­pa­dliny pod ko­śćmi po­licz­ko­wymi wy­glą­dały sty­lowo, wy­ra­zi­ście. Za­częła dbać o swoją chu­dość. Po­sta­no­wiła zre­zy­gno­wać ze sło­dy­czy, a tego za­kazu prze­strze­gała przez całe życie. Po­wie­działa so­bie: „Nie lu­bię ich”. I na­prawdę je po­rzu­ciła. Za­częła pa­lić – mocno, dużo, kom­plet­nie bez przy­jem­no­ści. Ama­lia pra­wie pła­kała, wy­rzu­ca­jąc pety z po­piel­niczki: „Nora, już le­piej byś piła, za­miast pa­lić. Mało, że to szko­dliwe, śmier­dzi przy tym tak okrop­nie! Cze­chow mó­wił, że po­ca­ło­wać pa­lącą ko­bietę to jak ob­li­zać po­piel­niczkę”. Nora śmiała się, „Ma­muś! I tak nie będę miała oka­zji ca­ło­wać się z Cze­cho­wem”.

[...]

Dzien­nik Ja­kowa Osiec­kiego (1911). 22 stycz­nia

Wczo­raj nie mia­łem sił, by pi­sać. A i dziś nie mam. Ale my­ślę, że je­śli nie za­pi­szę wszyst­kiego, co się mi przy­da­rzyło, od pierw­szej do ostat­niej mi­nuty, to znik­nie. Ta­kiej bu­rzy w ży­ciu jesz­cze nie prze­ży­łem, a co naj­waż­niej­sze – do­piero wczo­raj miał miej­sce jakby po­czą­tek ży­cia, a wszystko wcze­śniej­sze było za­le­d­wie ćwi­cze­niami, ja­ki­miś etiu­dami! Gamy, gamy! Naj­pierw – Rach­ma­ni­now. W pierw­szej czę­ści dy­ry­go­wał or­kie­strą sym­fo­niczną. II sym­fo­nia. Nie sły­sza­łem jej wcze­śniej. Ge­niusz no­wych cza­sów. Ale trzeba dużo słu­chać, wiele dla mnie no­wego. Nie był we fraku, jak to należy do zwy­czaju, ale w sur­du­cie o dłu­gich po­łach. Krótko ostrzy­żony, a z wy­glądu – jakby był lot­ni­kiem albo uczo­nym che­mi­kiem. A nie ar­ty­stą. I wy­gląd ma taki po­tężny, że od pierw­szej chwili wia­domo, że to ja­kiś ko­los, gi­gant! I przez całą pierw­szą część nie mia­łem po­ję­cia, gdzie się znaj­duję – w nie­bio­sach? Na pewno nie na ziemi. Jed­nak miej­sce to nie było bo­skie, tylko ludz­kie, ale nie­zwy­czaj­nie ludz­kie. Rów­nież po­czą­tek mu­zyczny jest bar­dzo mocny. Ja­kiś zu­peł­nie inny kie­ru­nek niż u Skria­bina; bar­dziej od­po­wiada mo­jej na­tu­rze. Mia­łem też ta­kie uczu­cie, że we­wnątrz mo­jego ciała or­gany – serce, płuca, wą­troba – każdy z osobna, cie­szą się z tych dźwię­ków. [...] Wdra­pa­łem się na ja­skółkę, gdy Rach­ma­ni­now sia­dał już przy for­te­pia­nie. Wziął pierw­szy akord – a ja po pro­stu prze­pa­dłem, prze­pa­dłem. Te­raz mi­nęły już pra­wie dwie doby, zdo­by­łem na­wet par­ty­turę przez Fi­li­mowa, klar­ne­ci­stę, przej­rza­łem i będę ją jesz­cze długo stu­dio­wać, ale wciąż mam po­czu­cie, że pierw­sza część jest nie­osią­galna. To po­czą­tek roz­mowy w gór­nym i śred­nim re­je­strze, i ni­ski dźwięk F w kontr­ok­ta­wie, sam po­czą­tek, i po­tężny te­mat, i wej­ście smycz­ków i klar­ne­tów... Treść koncertu była ogromna, nie ma w niej ani jed­nego pu­stego zwrotu, żad­nych ozdob­ni­ków, samo sedno! Gdy skoń­czyła się część druga, sala po pro­stu eks­plo­do­wała aplau­zem! Pu­blicz­ność reagowała z ner­wo­wym za­chwy­tem, a Rach­ma­ni­now był tak spo­kojny i nie­wzru­szony, gi­gant, gi­gant! Kla­skano mia­rowo, wy­stu­ku­jąc rytm, a po­tem cha­otycz­nie i znów ryt­micz­nie!

[...]

Wi­tia po­ło­żył się na ka­na­pie, żeby przed snem przej­rzeć ksią­żeczkę, któ­rej Gri­sza po­le­cił mu strzec i nie ob­śli­nić kar­tek. Cenna rzecz. Otwo­rzył pu­bli­ka­cję. Nie wi­dział nic po­dob­nego! I sen, i an­gina, i samo po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści go opu­ściły. Prze­padł! Czuł, jak zmie­nia się fi­zycz­nie wraz z każdą prze­czy­taną stroną. Przez kilka lat roz­wią­zy­wał liczne bły­sko­tliwe za­da­nia i są­dził, że zaj­muje się ma­te­ma­tyką, ale do­piero tej nocy wszedł na te­ry­to­rium praw­dzi­wej ma­te­ma­tyki. To była cała pla­neta cu­dow­nych i roz­ma­itych mno­go­ści. Ran­kiem spoj­rzał w okno i od­no­to­wał, że świat ani tro­chę się nie zmie­nił, i nie wia­domo było, jak te domy jesz­cze stoją, gdy w świe­cie jest coś ta­kiego! Wi­tia ni­gdy nie prze­czy­tał zna­nych wer­sów Man­delsz­tama, ale prze­ży­wał do­kład­nie to samo uczu­cie, które nie­ja­snymi sło­wami opi­sał po­eta:

Aż oto z prze­strzeni po­wrócę

Do liczb zdzi­cza­łego ogrodu,

Po­zory sta­ło­ści od­rzucę

I więź przy­czy­nową do­wodu,

I, nie­skoń­czo­no­ści czy­tel­nik,

Bez świad­ków się wczy­tam w jej księgi –

W bez­listny, ol­brzymi jej ziel­nik,

W zbiór za­dań pod­ziem­nej księgi.

Jed­nym sło­wem, tra­fił do tego wła­śnie ogrodu. Ni­czego pięk­niej­szego nie można było so­bie na­wet wy­obra­zić.

[...]

Wi­tia do­stał się na stu­dia me­cha­niczno-ma­te­ma­tyczne i już na pierw­szym roku cał­ko­wi­cie po­chło­nęła go teo­ria mno­go­ści, która sto­sun­kowo nie­dawno, w po­ło­wie dzie­więt­na­stego wieku stała się czę­ścią ma­te­ma­tyki, nie­ustan­nie przy­cią­ga­jącą sza­leń­ców i sa­mo­bój­ców. Jego też we­ssała. Ludz­kie losy, cha­rak­tery i bio­gra­fie jesz­cze nie stały za na­zwami teo­rii. Do­piero kilka lat póź­niej, gdy zaczęto tłu­ma­czyć na ro­syj­ski wie­lo­to­mowe wy­da­nie pod­ręcz­ni­ków do ma­te­ma­tyki i jej hi­sto­rii, na­pi­sa­nych przez grupę ma­te­ma­ty­ków ukry­wa­ją­cych się pod pseu­do­ni­mem Ni­co­lasa Bo­ur­ba­kiego, Witia po­znał losy pio­niera ca­łego ru­chu, Geo­rga Can­tora, uro­dzo­nego w Pe­ters­burgu twórcy po­ję­cia nie­skoń­czo­no­ści ak­tu­al­nej, fi­lo­zofa, mu­zyka, ba­da­cza twór­czo­ści Szek­spira, który sam się pogubił w za­wi­ło­ściach stwo­rzo­nego przez sie­bie świata i zmarł w kli­nice dla ner­wowo cho­rych w Halle. Zo­stał po nim – poza wszyst­kim, co wy­żej wy­mie­nione – „pro­blem Can­tora”, to jest „hi­po­teza kon­ti­nuum”, któ­rej, o czym prze­ko­nały się na­stępne po­ko­le­nia ma­te­ma­ty­ków, nie można ani oba­lić, ani po­twier­dzić... Do­wie­dział się także Wi­tia o śmierci Fe­lixa Haus­dorffa [niemiecki matematyk, jeden z twórców topologii – przyp. aut.], który po­peł­nił sa­mo­bój­stwo w czter­dzie­stym dru­gim roku, przed ze­sła­niem do obozu kon­cen­tra­cyj­nego, zo­sta­wia­jąc kon­ty­nu­ato­rom w spadku prze­strzeń Haus­dorffa i pa­ra­doks Haus­dorffa, oraz o ma­sie in­nych rze­czy, do­ty­czą­cych nie tyle ma­te­ma­tyki, ile sa­mych ma­te­ma­ty­ków. Przez cały czwarty rok Wi­tia pi­sał pracę na te­mat funk­cji ob­li­czal­nych, budzącą za­chwyt kie­row­nika ka­te­dry, rów­nież dość eg­zo­tycz­nego czło­wieka.

[...]

Życz­li­wie na­sta­wiony do Wi­tii pro­mo­tor dok­to­ratu – tenże sam kie­row­nik ka­te­dry – dwa ty­go­dnie po nie­uda­nej obro­nie oso­bi­ście przy­je­chał do Wi­tii do domu. Wi­tia do tego czasu upo­rał się ze swoją traumą i my­śli kie­ro­wał ku przy­szło­ści. Dwie po­je­dyn­cze kry­tyczne uwagi opo­nenta, który roz­wa­lił jego obronę, do­ty­czące te­matu 2.2 oraz twier­dze­nia 6.4 za­wie­rały w so­bie pe­wien za­lą­żek my­śli, która za­częła go mocno ab­sor­bo­wać. On sam do­strzegł już pewne może nie tyle de­fekty, ile nie­ja­sno­ści w swo­jej roz­pra­wie dok­tor­skiej, za­nie­po­koił się i rzu­cił się w naj­dzik­sze ostępy ru­chli­wych i roz­ga­łę­zia­ją­cych się mno­go­ści, da­leko wy­cho­dzące poza gra­nice ubo­giego trój­wy­mia­ro­wego świata. Kie­row­nik ka­te­dry spę­dził w su­te­re­nie przy Bra­mie Ni­kit­skiej dwie go­dziny i wy­szedł za­smu­cony tym, że uczeń opu­ścił re­alne, jak są­dził, te­ry­to­rium ma­te­ma­tyki i wsko­czył w prze­strzeń, na któ­rej pasą się uszko­dzeni ogrom­nym ob­cią­że­niem in­te­lek­tu­ali­ści. To było ry­zyko za­wo­dowe ma­te­ma­ty­ków i już dwu­krot­nie za swo­jego ży­cia pro­fe­sor był świad­kiem ta­kich dra­ma­tycz­nych wy­pad­ków przy pracy. Przy­kra sprawa. Zdolny chło­pak, może na­wet ge­niusz, za­koń­czył aspi­ran­turę, od­ma­wia obrony dok­to­ratu... Bez pracy, rzecz ja­sna. Bez środ­ków do ży­cia. Co można dla niego zro­bić? Nie, nie można było mu po­móc.

[...]

Zro­zu­miała, że w tej wła­śnie chwili we­szła w naj­waż­niej­szy etap swo­jego ży­cia – być obok Ten­giza. Roz­ma­wiać z nim, sie­dzieć przy stole, spać, mil­czeć – to było naj­lep­sze, co może tylko być, lepsze od wszyst­kiego, co znała. Jed­na­kowo mocno mam ochotę cię wy­rzu­cić, co po­ło­żyć do łóżka. Je­stem Ko­zio­roż­cem, Ten­giz. Dla Ko­zio­roż­ców świat prze­staje ist­nieć, gdy ro­bią to, co ko­chają. A tym, co ja ko­cham, je­steś ty... Uwiel­biam cię, Nora. A ja, jak się oka­zało, je­stem Smo­kiem! Na­tella wcią­gnęła się w astro­lo­gię i to naj­lep­sze sza­leń­stwo, ja­kie się jej przy­da­rzyło. Po­cze­kaj, Smok pocho­dzi z in­nego ka­len­da­rza. W chiń­skim nie je­stem Ko­zio­roż­cem, tylko Kozą, zdaje się. Dla Smo­ków to wszystko jedno! Są mą­dre i wspa­niałe i we wszyst­kim mają po­wo­dze­nie! Jak ja! Dia­log toczył się da­lej, ale ubra­nia już le­żały na ster­cie obok wie­szaka, a Nora wdy­chała ten je­dyny na świe­cie za­pach, na który były na­stro­jone wszyst­kie jej re­cep­tory: ba­rani ko­żuch, wiej­ska ta­baka i ciało Tengiza. On też zro­bił gło­śny wy­dech, jak bie­gacz, który wła­śnie prze­rwał szarfę na me­cie.

[...]

Za­czy­namy, Nora, nową ro­botę. Lalki. Tym ra­zem bę­dziemy pra­co­wać z lal­kami. Cho­dzi mi o na­prawdę duże lalki. Ar­chi­tek­to­niczne. Z ak­to­rami w środku. Z moż­li­wo­ścią wy­cho­dze­nia na ze­wnątrz! Gu­li­wera gra żywy ak­tor. Po­cze­kaj, po­cze­kaj! Ja ni­gdy nie pra­co­wa­łam z lal­kami. Co to za sztuka? I gdzie? Nora! To Swift, rzecz ja­sna! Gu­li­wer w Kra­inie Li­li­pu­tów? Tak, tylko to bę­dzie o Ja­hu­sach i Ho­uyhnhn­mach, o lu­dziach, któ­rzy stra­cili ludzką po­stać, i ko­niach, które stoją wy­żej od lu­dzi! A Gu­li­wer jest tylko na­rzę­dziem do mie­rze­nia tem­pe­ra­tury w tej sy­tu­acji! A sztuka? Nora, jaka sztuka? Nie ma ta­kiej sztuki! Ale cho­ciaż tekst? Naj­pierw mu­simy wszystko ob­my­ślić, a ja wiem, kogo po­pro­sić o na­pi­sa­nie tek­stu. Ten­giz był w swo­jej naj­lep­szej for­mie, w naj­wyż­szym stop­niu po­bu­dzony do dzia­ła­nia, a żar ten już udzie­lił się No­rze, choć Swi­fta czy­tała w dzie­ciń­stwie, w skró­co­nej ad­ap­ta­cji i kiep­sko go pa­mię­tała. Trzy­maj! Ten­giz wy­cią­gnął z sa­kwo­jaża mocno zu­żytą książkę. Nora zwa­żyła w ręku tom Swi­fta, za­częła go prze­glą­dać – po ro­syj­sku, z nie­bie­ską pie­czątką bi­blio­teczną z gru­ziń­skimi li­te­rami. Wy­da­nie z czter­dzie­stego siód­mego roku. Ukra­dłeś z bi­blio­teki? Wzią­łem do pracy!

[...]

Dla­czego lalki? U nas wszyst­kie te­atry lal­kowe to te­atry dla dzieci, dla kogo ro­bimy spek­takl? A poza tym, o czym nie wspo­mnia­łeś ani sło­wem, gdzie to wy­sta­wiamy? Ten­giz się wy­ma­wiał: Dla­czego dla dzieci? Skąd ten po­mysł? Sama prze­cież wiesz wszystko! W sie­dem­na­stym wieku, już po Szek­spi­rze, par­la­ment an­giel­ski za­ka­zał te­atru dra­ma­tycz­nego. Akt, edykt, nie pa­mię­tam do­kład­nie. Było coś ta­kiego, prawda? I co? Wtedy roz­kwitł te­atr lal­kowy! Grano na pla­cach, na ryn­kach! To prze­cież klasa wyż­sza! Nie ma w tym nic dzie­cię­cego. No, co na to po­wiesz? Zo­bacz, ten Ja­hus, lump, cham, a obok niego szla­chetne zwie­rzę, koń! Jeź­dzi­łaś kie­dyś wierz­chem? Znasz w ogóle ko­nie? A te­atr jest w po­rządku! Pro­win­cjo­nalny jak za­wsze. Ał­taj! Pro­po­zy­cja jest. Umowa jesz­cze nie­pod­pi­sana. Omó­wimy to ra­zem i po­lecę tam... A w ogóle mu­szę ci po­wie­dzieć, że te­raz naj­cie­kaw­sze rze­czy dzieją się w te­atrach lal­ko­wych. Tam jest wol­ność... No, lal­kowa, rzecz ja­sna...

[...]

Otrzy­maw­szy jej zgodę, Ten­giz po­le­ciał na Ał­taj pod­pi­sać umowę i do­ga­dać szcze­góły. Dy­rek­to­rem ar­ty­stycz­nym był jego ko­lega z roku w szkole-stu­dium MChAT, gdzie przez dwa lata uczył się w za­mierz­chłych cza­sach. Wszystko ukła­dało się wspa­niale. Wró­cił po trzech dniach szczę­śliwy – zna­lazł tam ge­nial­nego, jak twier­dził, ak­tora. Za­czął się naj­szczę­śliw­szy czas w ży­ciu Nory – we trójkę, z Ju­ri­kiem i Ten­gi­zem. Spek­takl ro­dził się w dys­ku­sjach o szki­cach, w spo­rach o tym, co tu­taj naj­istot­niej­sze – o gra­nicy, za którą czło­wiek staje się zwie­rzę­ciem, a zwie­rzę czło­wie­kiem i na czym wła­ści­wie po­lega ta róż­nica, i jak może zo­stać pla­stycz­nie wy­ra­żona. Przy uważ­niej­szej lek­tu­rze książki Nora do­szła do wnio­sku, że spo­łe­czeń­stwo Ho­uyhnhn­mo­wów wcale nie jest Bóg wie czym – są tępi, ogra­ni­czeni i to ra­czej nudne by­dlątka... Tu Nora się za­smu­ciła, po­nie­waż roz­my­śla­nia o spo­łecz­no­ści koń­skiej i ludz­kiej ja­koś się nie prze­kła­dały na ję­zyk te­atru lal­ko­wego. Ale ta kwe­stia po pew­nym cza­sie sama się roz­wią­zała. Ten­giz ją tro­chę po­cie­szył: Nam do pracy wy­star­czy wy­po­wiedź Gu­li­wera-Swi­fta na te­mat lu­dzi: „mu­szę wy­znać, że wy­da­wały mi się najobmierźlejszymi stwo­rze­niami, ja­kiem tylko wi­dział”. Aby pra­co­wać z tym ma­te­ria­łem, na­leży moż­li­wie naj­da­lej od­su­nąć na­sze do­my­sły, że szla­chetni Ho­uyhnhn­mo­wie są tę­pawi w kon­tak­cie emo­cjo­nal­nym, nie znają mi­ło­ści ani przy­jaźni, stra­chu, smutku, a gniew i nie­na­wiść od­czu­wają tylko w sto­sunku do Ja­hu­sów, któ­rzy w ich świe­cie zaj­mują mniej wię­cej to samo miej­sce, ja­kie Ży­dzi zaj­mo­wali w na­zi­stow­skich Niem­czech.

[...]

Po­tem za­czął się naj­szczę­śliw­szy etap ży­cia – w pro­win­cjo­nal­nym ał­taj­skim mie­ście, z dużą rzeką, z od­świętną pracą. Nora od­kry­wała, że lal­ka­rze to szcze­gólny ga­tu­nek ak­to­rów, któ­rzy nie ode­szli da­leko od te­atru jar­marcz­nego, od lu­do­wego święta. Rów­nie in­te­re­su­ją­cych sa­mo­gra­jów w te­atrze dra­ma­tycz­nym nie znaj­dziesz! Dy­rek­tor te­atru, była kie­row­niczka par­tyjna, oka­zała się wspa­niałą ko­bietą, wręcz nie­sły­chaną, za co ją po­tem zwol­niono z pracy, na szczę­ście nie za Gu­li­wera, tylko za na­stępny spek­takl. Za Gu­li­wera otrzy­mała je­dy­nie na­ganę. Dla Ju­rika ten ał­taj­ski czas też okazał się bar­dzo ważny – chło­piec z opóź­nio­nym roz­wo­jem mowy za­czął mó­wić, od razu zda­niami zło­żo­nymi i strasz­nie za­baw­nie. I, co oka­zało się wiele lat póź­niej, wła­śnie tu prze­bu­dziła się jego nie­zwy­kła pa­mięć: naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia do­ty­czą te­atru, pra­cowni te­atral­nych i Ten­giza, któ­rego mia­no­wał swoim oj­cem. Pre­miera od­była się pięt­na­stego wrze­śnia. Tego sa­mego dnia rano Ten­giz otrzy­mał te­le­gram, że zmarła jego matka. Spek­takl za­grano, pre­miera po­szła świet­nie, pu­blicz­ność była za­chwy­cona, ale Ten­giz nie wy­szedł do ukło­nów – wą­tłym sa­mo­lo­tem lo­kal­nych li­nii le­ciał już do du­żego mia­sta, No­wo­sy­bir­ska, a stam­tąd przez Mo­skwę do Tbi­lisi.

[...]

Myli ręce w ła­zience, Ju­rik prze­krę­cał kurki – raz pusz­czał zimną wodę, raz cie­płą. Nora cze­kała cier­pli­wie. Nora, a dla­czego zimna woda ma głos mę­ski, a cie­pła ko­biecy? Nora się za­my­śliła: ona tej róż­nicy nie sły­szała. Tak też od­po­wie­działa. Wtedy on mach­nął roz­cza­ro­wany ręką: To w ta­kim ra­zie po­wiedz, gdzie woda ma śro­dek... Nora czuła, że od­staje od syna w kwe­stii wchła­nia­nia fe­erycz­nego świata i ob­ra­ca­nia się w nim. We wszyst­kich rze­czach jest odro­binę ognia – ob­wie­ścił chło­piec, ba­wiąc się sznur­kiem. Nie ro­zu­miem, co masz na my­śli – na­chy­liła się nad nim. Ju­rik ści­snął sznu­rek w jed­nej ręce, a drugą mocno po­cią­gnął. Wi­dzisz, w sznu­rek wło­żono odro­binę ognia i on się pali... Roz­luź­nił dłoń, w któ­rej wnę­trzu zo­stał ró­żowy ślad. Mamo, a sznu­rek ma okrą­głą twarz?

[...]

Ten­giz nie zni­kał na długo – te­raz wzy­wał Norę do wspól­nej pracy, a to do kra­jów bał­tyc­kich, a to na Sy­be­rię. Zwią­zek Ra­dziecki obej­mo­wał wielki ob­szar: od Brze­ścia po Wła­dy­wo­stok. Za­częto ich za­pra­szać ra­zem. Ta para gwa­ran­to­wała suk­ces, cza­sem pod­szyty skan­da­lem. Na zmianę otrzy­my­wali to na­grody, to na­gany. Ten­gi­zowi za­pro­po­no­wano ob­ję­cie te­atru w Ku­ta­isi. Od­mó­wił, przede wszyst­kim z po­wodu Nory. Sta­no­wi­sko dy­rek­tora ar­ty­stycz­nego nie po­zwa­lało na swo­bodne roz­jeż­dża­nie się po ca­łym kraju, a Nory do Gru­zji nie mógł za­pro­sić. A ona też by nie po­je­chała. Cza­sem by­wał w jej domu, ale sta­rał się tam nie no­co­wać, szedł do ho­telu. Chło­piec wy­brał go so­bie na ojca... za każ­dym ra­zem wcze­piał się tak w niego, że two­rze­nie ilu­zji ro­dziny zda­wa­łoby się nadmiernym okru­cień­stwem. Było to też co­raz trud­niej­sze rów­nież dla Ten­giza...

[...]

Osta­tecz­nie wy­pi­sano jej skie­ro­wa­nie do In­sty­tutu De­fek­to­lo­gii, gdzie Ju­rika ba­dała cała bry­gada le­ka­rzy. Nora była obecna pod­czas tego kon­sy­lium i po­ra­żał ją brak pre­cy­zji py­tań le­ka­rzy oraz pre­cy­zja od­po­wie­dzi Ju­rika. Na po­czątku spraw­dzili, czy chło­piec roz­po­znaje pod­sta­wowe fi­gury geo­me­tryczne – trój­kąt, koło, kwa­drat. Po­tem za­py­tali, jaki kształt ma cho­inka. Jest okrą­gła – na­tych­miast od­po­wie­dział. Znów po­ka­zano mu fi­gury i po­wtó­rzono py­ta­nie. Okrą­gła – po­wtó­rzył. Po raz ko­lejny mu wy­tłu­ma­czono za­da­nie i za­dano py­ta­nie raz jesz­cze. Ja prze­cież pa­trzę z góry! – powiedział roz­draż­niony Ju­rik, a Nora le­dwo po­wstrzy­mała uśmiech. Ona znała jego zdol­ność do oglą­da­nia rze­czy z wła­snej per­spek­tywy. Le­ka­rze wy­mie­nili spoj­rze­nia i dano mu ko­lejne za­da­nie. Na kartce pa­pieru, po­dzie­lo­nej na cztery czę­ści, była przed­sta­wiona głowa ko­nia, pies, gęś i sanki. Co tu nie pa­suje? – słod­kim gło­sem za­py­tała star­sza ko­bieta w bia­łym far­tu­chu, z la­ko­wym ko­szycz­kiem we wło­sach. Koń – od­po­wie­dział sta­now­czo Ju­rik. Dla­czego? – chó­rem za­py­tali le­ka­rze. Po­nie­waż reszta jest po­ka­zana w ca­ło­ści, a tylko on je­den w ka­wałku, sama głowa. Nie, to niewła­ściwa od­po­wiedź, za­sta­nów się jesz­cze raz – po­pro­sił ko­szy­czek. Ju­rik po­my­ślał, przy­glą­da­jąc się ob­raz­kom z dużą uwagą: Gęś – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie. I znów wszy­scy się zdu­mieli: Dla­czego? Po­nie­waż ko­nia i psa można za­prząc do sa­nek, a gęsi nie. Baby w far­tu­chach znów wy­mie­niły spoj­rze­nia i po­pro­siły matkę, by wy­szła. Wtedy Nora w końcu do­my­śliła się, że pra­wi­dłowa od­po­wiedź brzmiała: sanki – je­dyny przed­miot nie­oży­wiony w tym zwie­rzyńcu. I wy­szła. Na ko­ry­ta­rzu nie było jej do śmie­chu, była zła na samą sie­bie – dla­czego przy­pro­wa­dziła swo­jego mą­drego chłop­czyka do tych idio­tów? Nie zro­zu­mieli na­wet, o ile jego mózg jest le­piej zor­ga­ni­zo­wany od ich. Ale dia­gnoza zo­stała po­sta­wiona – za­bu­rze­nie roz­woju psy­chicz­nego.

[...]

Naj­waż­niej­szy rok (1911)

Ma­ru­sia – która do tego czasu z po­moc­nicy na­uczy­cielki sama zo­stała na­uczy­cielką i już nie bie­gała na siódmą, by po­wi­tać dzieci z ochronki, a za­miast tego przy­cho­dziła na dzie­wiątą i pro­wa­dziła z nimi nie­wy­szu­kane za­ję­cia mu­zyczne – od razu na pierw­szym wy­kła­dzie zro­zu­miała, po co uczyła się tej ca­łej hi­sto­rii i li­te­ra­tury, ana­to­mii i bo­ta­niki, po co słu­chała wszyst­kich na wpół niezrozumiałych roz­mów do­ro­słych i mą­drzej­szych od niej, cho­dziła do te­atrów i na kon­certy: żeby na­tych­miast za­cząć na­ukę u za­chwy­ca­ją­cej pani Ra­be­neck! Wy­kład był po­ry­wa­jący! Wy­star­czy wspo­mnieć same na­zwi­ska! Nie­tz­sche, Isa­dora Dun­can [amerykańska tancerka – przyp. aut.], Émile Ja­ques-Dal­croze [szwajcarski kompozytor i pedagog, twórca rytmiki – przyp. aut.] ... rytmy świata, rytmy ciała... A wszyst­kie te rytmy za­szy­fro­wane są w mu­zyce, która sama jest także od­bi­ciem pulsu ko­smosu. O tym, że na dro­dze słu­cha­nia i od­twa­rza­nia tych ko­smicz­nych ryt­mów powstaje nowy czło­wiek, Ma­ru­sia jesz­cze nie zdą­żyła się do­wie­dzieć, ale już wkrótce, wkrótce... Oczy­wi­ście, było to wła­śnie tym, o czym Ma­ru­sia ma­rzyła – stać się ta­kim no­wym, wol­nym, myślącym i czu­ją­cym czło­wie­kiem, nową ko­bietą, i po­ma­gać in­nym iść tą drogą! Och, prze­czu­cie cu­dow­nej prze­miany! Ale naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nie, być może naj­waż­niej­sze w jej ży­ciu, miało miej­sce w dniu, w któ­rym Ella Iwa­nowna wy­gło­siła ostatni wy­kład i urzą­dziła po­kaz do mu­zyki. Zmie­niła swój mę­ski gar­ni­tur na biały krótki chi­ton. W ru­chach jej nie było ni­czego z ba­letu – wol­ność i ener­gia, na­tu­ral­ność i śmia­łość. To jest moje! To jest wła­śnie moje! – po­czuła Ma­ru­sia ca­łym swoim cia­łem. Po wy­kła­dzie le­ciała do domu jak na skrzy­dłach, w ciągu go­dziny zmie­nił się jej spo­sób cho­dze­nia: plecy się wy­pro­sto­wały, ra­miona opa­dły, długa szyja jakby jesz­cze bar­dziej się wy­dłu­żyła, a stopy lekko śli­zgały się po ziemi jak po lo­dzie.

[...]

Ro­ze­śmiała się, po­nie­waż świet­nie pa­mię­tała, która z uko­cha­nych bo­ha­te­rek Toł­stoja wy­po­wia­dała tę kwe­stię, cie­sząc się z wio­sny i mło­do­ści [na­wią­za­nie do Wojny i po­koju Lwa Toł­stoja – przyp. tłum.]. Wy­biła dzie­siąta, gdy wy­szła z domu. Było sło­necz­nie, ale dość zimno, ja­sno i czy­sto, wró­ciło do niej wczo­raj­sze uczu­cie lek­ko­ści, wol­no­ści i uśmiech­nęła się do mi­nio­nego dnia. Oka­zało się jed­nak, że nie do po­przed­niego dnia się uśmie­cha, tylko do mło­dego męż­czy­zny, który stał obok wi­tryny pra­cowni ze­gar­mi­strzow­skiej. Miał krę­cone włosy w ko­lo­rze ru­da­wego blondu, no­sił stu­dencką fu­rażkę i szy­nel, a twarz jego, nie­zu­peł­nie nie­zna­joma, ja­śniała taką samą ra­do­ścią, jaka prze­peł­niała Ma­ru­się. Ma­rijo! A już stra­ci­łem na­dzieję, że pa­nią spo­tkam. Pa­mięta pani, by­li­śmy na kon­cer­cie Rach­ma­ni­nowa! I choć mi­nął pra­wie mie­siąc od tego dnia, Ma­ru­sia od razu so­bie przy­po­mniała stu­denta, który od­stą­pił jej miej­sce na par­te­rze, a po­tem od­pro­wa­dził do domu. Wy­warł na niej wów­czas wra­że­nie do­brze wy­cho­wa­nego mło­dego czło­wieka, a i te­raz za­cho­wy­wał na­le­żyty sza­cu­nek. [...] Tak, tak, ro­zu­miem to do­sko­nale, ro­zu­mia­łem to jesz­cze jako dziecko, cho­ro­wa­łem na an­ginę, sta­łem z ob­wią­za­nym gar­dłem przy oknie i li­czy­łem opa­da­jące je­sienne li­ście, i wie­dzia­łem, że od tego, jak one opa­dają, za­leży ból, który od­zywa się przy każ­dym do­tknię­ciu ziemi przez liść, i ni­komu nie mo­głem tego po­wie­dzieć. [...] Po­kój był dość duży, ze sceną, z ko­lo­sal­nym oknem na całą ścianę, na pod­ło­dze le­żał dy­wan, ściany – obite ja­snym suk­nem. Małe czarne pia­nino było przy­su­nięte pra­wie do sa­mej ściany. Do sali we­szła młoda dama o moc­nej bu­do­wie ciała, od­su­nęła in­stru­ment od ściany, wy­cią­gnęła spod niego okrą­gły ta­bo­ret, otwo­rzyła po­krywę i ci­cho zagrała nie­znaną Ma­rusi me­lo­dię. Ja­kow, oczy­wi­ście, roz­po­znałby kom­po­zy­tora... Ma­ru­sia ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu krze­sła, nie zna­la­zła, wy­szła na ko­ry­tarz, ale i tam żadne nie stało. Gdy błąkała się po ko­ry­ta­rzu, w sali po­ja­wiło się stado mło­dych ko­biet, bo­sych, w krót­kich tu­ni­kach, a Ella Iwa­nowna wy­gło­siła przed nimi mowę. Uczen­nice jakby jej nie sły­szały, cho­dziły w tę i we w tę po sce­nie, nie­dbale wy­ma­chu­jąc rę­koma i no­gami, cha­otycz­nie, w spo­sób nie­sko­or­dy­no­wany. Mu­zyka wciąż ci­cho grała. Tak, tak, tak... Na­ta­szo, Na­ta­szo, po­wtó­rzę to dla pani – każdy ruch od­bywa się z jak naj­mniej­szą utratą ener­gii, pod­nosi pani rękę, za­czyna ten ruch od dłoni, od łok­cia, po­trzebne jest tylko lek­kie na­pię­cie mię­śnia ra­mien­nego, a wszyst­kie po­zo­stałe mię­śnie po­zo­stają całkowi­cie nie­po­ru­szone! To pod­stawa pod­staw! Trzeba uwol­nić rękę od zbęd­nego na­pię­cia, pani ruch sta­nie się wtedy pla­styczny, na­tu­ralny! Stop! Pro­szę za­sty­gnąć. Wła­śnie, po­winna pani po­czuć cię­żar ręki, cię­żar ciała, cię­żar jego po­szcze­gól­nych człon­ków... Na­ta­szo, pro­szę spoj­rzeć na Elizę... Wła­śnie tak... Wła­śnie w taki spo­sób przy­wraca się jed­ność, która jest na­ru­szona przez na­sze nie­na­tu­ralne ubra­nia, nie­do­rzeczne na­wyki... Wra­cają do nas te pla­styczne ru­chy, które ob­ser­wu­jemy na an­tycz­nych wa­zach, w grec­kich rzeź­bach. Utra­ci­li­śmy je! Pod­nieść rękę, pod­nieść ko­lano, wy­pro­sto­wać tu­łów! Le­piej, już le­piej... Do­brze, stop. Po­pro­szę o linę!

[...]

Jed­nak me­tody wy­cho­waw­cze Nory były dla Ta­isii zbyt okrutne, roz­piesz­czała więc swo­jego wy­cho­wanka z ca­łych sił. Mimo to Ju­rik sta­wał się dość sa­mo­dzielny i nie­za­leżny, co Nora po­pie­rała. Cza­sami No­rze zda­wało się, że do­strzega w jego nie­za­leż­no­ści ce­chy za­mknię­cia się w so­bie Wi­tasi, brak chęci albo umie­jęt­no­ści, by ko­mu­ni­ko­wać się z oto­cze­niem. Nowe zna­jo­mo­ści za­wią­zy­wał z tru­dem, wiele czasu mu­siało mi­nąć, za­nim na­zwał po imie­niu dziecko, z któ­rym każ­dego dnia ba­wił się na po­dwórku. Po­tra­fił ba­wić się sam ze sobą, nie­spe­cjal­nie po­trze­bu­jąc to­wa­rzy­stwa. Właśnie w pierw­szych la­tach ży­cia Ju­rika Nora prze­my­ślała wiele rze­czy zwią­za­nych z hi­sto­rią ich ro­dziny. Do­piero te­raz zro­zu­miała, dla­czego tak bar­dzo chciała uro­dzić syna i od­ga­niała od sie­bie myśl, że to może być dziew­czynka. Wręcz się tego bała. Swoją bab­cię od strony matki, Zi­na­idę Fi­lip­pownę, słabo pa­mię­tała – ta zmarła, gdy Nora nie miała jesz­cze sied­miu lat. Ostat­nie dwa lata bab­cia le­żała w łóżku, sła­bo­wita, za­wsze w weł­nia­nej czapce, za­wsze z uma­lo­wa­nymi ustami, od czasu do czasu po­krzy­ku­jąc na Ama­lię gło­śno, choć nie­zu­peł­nie zro­zu­miale. Na­wia­sem mó­wiąc, po­szcze­gólne obe­lgi były cał­ko­wi­cie czy­telne. Wiele lat póź­niej, gdy Nora do­ro­sła, po­pro­siła Ama­lię, by opo­wie­działa jej o swo­jej matce. Opo­wieść była dość krótka: Zi­na­ida miała nie­szczę­śliwe życie. Ro­dzice, pod­upa­dli kupcy, wy­rzu­cili szes­na­sto­let­nią dziew­czynę z domu. Za co, Ama­lia nie wie­działa do­kład­nie, ale są­dziła, że matka miała se­kret­nego ka­wa­lera. Zi­na­ida wy­je­chała do Moskwy i pra­co­wała jako słu­żąca. Za ostat­niego swo­jego go­spo­da­rza, Alek­san­dra Igna­tje­wi­cza Ko­tienkę, wy­szła za mąż. Ów wdo­wiec, sporo od niej star­szy i do tego pra­wie ślepy, w cza­sach młodo­ści był dy­ry­gen­tem chórku cer­kiew­nego, a w ostat­nich la­tach ży­cia śpie­wał w chó­rze głę­bo­kim dud­nią­cym ba­sem, dla­tego Zi­na­ida na­zy­wała go trąbą je­ry­choń­ską. Mał­żeń­stwo nie na­le­żało do lek­kich, mąż w ta­jem­nicy się upi­jał, od czasu do czasu ją tłukł. Nie be­stial­sko, ale w ce­lach wy­cho­waw­czych. Z tego po­zba­wio­nego ra­do­ści związku Zi­na­ida Fi­lip­powna uro­dziła córkę Ama­lię. Kotienko po­wie­dział, że dziecko jest bę­kar­tem, ale żony nie wy­pę­dził. Ama­lię trak­to­wał obo­jęt­nie, ale ra­czej do­brze. Co prawda ochrzczono ją na ży­cze­nie wąt­pią­cego w swoje oj­co­stwo Alek­san­dra Igna­tje­wi­cza jako Mag­da­lenę, matka póź­niej zmie­niła w do­ku­men­tach córce imię na Ama­lia. A Zi­na­ida Fi­lip­powna żyła z mę­żem, który w końcu zu­peł­nie oślepł, do jego śmierci zno­sząc w mil­cze­niu kop­niaki i obe­lgi.

[...]

Je­dziemy do Pol­ski wy­sta­wić ra­zem Króla Le­ara. Nora mil­czała. Ten­giz mó­wił da­lej: Król Lear. To szczyty! Wy­żej się nie da. Przez pół­tora roku czy­ta­łem, czy­ta­łem. Na­uczy­łem się an­giel­skiego, żeby czy­tać. Te­raz wiem wszystko. Pra­wie wszystko. Zro­bimy to ra­zem. Wcze­śniej nie ro­zu­mia­łem, jak to jest – wy­sta­wić jedną rzecz? Je­den au­tor. Je­den spek­takl. Jedna myśl. A te­raz po­ją­łem. To naprawdę za­działa, gdy jest to je­dyna rzecz na świe­cie. Zro­zu­mia­łem – trzeba zro­bić to tak, by świat skoń­czył się twoim spek­ta­klem. Był kropką. To wła­śnie jest te­atr. Jedna myśl, ale ro­ze­grana tak, żeby nic wię­cej nie zo­stało. Ro­zu­miesz mnie? Nora wciąż nie mo­gła prze­łknąć grudy w gar­dle, ale też nie było tu nic do po­wie­dze­nia. Po­żar we krwi, wy­bu­chł­szy, za­czął przy­ga­sać sam z sie­bie. Głę­boki smu­tek i zdu­mie­nie: słowa, pu­ste słowa. Prze­stał nada­wać na jej fa­lach? Naj­wy­raź­niej naj­pierw po­winni byli iść do łóżka, do­piero póź­niej roz­ma­wiać. A jed­nak – do­tyka ją do głębi, szaleńczo. Taki już jest – ta­lentu ma wię­cej niż ro­zumu! Tak jakby ktoś że­la­zem... roz­pa­lo­nym...

[...]

By­łam już sce­no­grafką, po­cząt­ku­jącą. Mia­łam dwa­dzie­ścia lat. By­łam młod­sza od cie­bie! Mi­cho­els za­pro­sił ojca na pre­mierę do ży­dow­skiego te­atru przy Ma­łej Bron­nej. Mój oj­ciec sta­rał się zapomnieć o swoim ży­do­stwie ze wszyst­kich sił. Był ra­dziec­kim pi­sa­rzem – nie z tych cał­kiem bez ta­lentu, nie z tych naj­po­dlej­szych. Spek­takl grano w ji­dysz. Ji­dysz to on aku­rat znał, choć wo­lałby nie... to ja nie ro­zu­mia­łam ani słowa. Ale nie mo­głam ode­rwać oczu od sceny. Oka­zało się, że tekst nie ma zna­cze­nia. Wła­śnie wtedy to zro­zu­mia­łam, to zna­czy, zro­zu­mia­łam to o wiele póź­niej. Ale wtedy zo­ba­czy­łam, że na­tura te­atru jest taka, że działa nie tekst, tylko ak­tor wy­gła­sza­jący tekst. Gest, ruch, mi­mika. Ma­ru­sia to do­sko­nale wie­działa. Wiesz, że Gor­don Craig był w Mo­skwie na jed­nym ze spek­ta­kli Króla Le­ara i po­wie­dział, że w An­glii nie ma praw­dzi­wego Szek­spira w te­atrze, po­nie­waż w An­glii nie ma ta­kiego ak­tora jak Mi­cho­els. Po­myśl – Gor­don Craig, który zna każde słowo tej sztuki, sły­szy ją w ji­dysz i tak mówi! To był ak­tor­ski te­atr! Tysz­ler tam pra­co­wał, wspa­niały sce­no­graf, Cha­gall też pra­co­wał w tym te­atrze. Cha­gall aku­rat w ogóle nie ro­zu­miał na­tury te­atru, bu­do­wał swój wła­sny, na płót­nie. Ale ten spek­takl wy­my­ślił Łeś Kur­bas. To był wy­bitny re­ży­ser, z Ukra­iny. Ale świat... Jego te­atr do tego czasu już roz­pę­dzono. W 1933 roku, zdaje się... Przez trzy mie­siące miał próby z Mi­cho­el­sem. Pod­czas tego spek­ta­klu Mi­cho­els z Ra­dło­wem, ofi­cjal­nym re­ży­se­rem, cał­kiem się po­kłó­cili. Mi­cho­els wszystko do­stał z rąk Łe­sia Kur­basa. To był po­mysł Łe­sia – zmu­sić króla Le­ara do młod­nie­nia na sce­nie. I Mi­cho­el­sowi się to udało. Ale Łeś nie wy­stę­po­wał tu jako sce­no­graf, choć my­ślę, że wiele rze­czy wy­my­ślił. Ak­to­rzy, oczy­wi­ście, byli wspa­niali – sam Mi­cho­els, Zu­skin, wspa­niała Sara Rot­baum. Ale dziś te­atr nie opiera się na ak­to­rach. No, w mniej­szym stop­niu... Dziś spek­takl musi wy­my­ślić re­ży­ser, sce­no­graf, żeby nie tylko słowa dzia­łały – bo kto tych słów nie zna? Każdy uczeń je zna! Cała od­po­wie­dzial­ność dziś leży wła­śnie na re­ży­se­rze i sce­no­gra­fie. Ak­tor jest bar­dziej wy­ko­nawcą niż twórcą. Nie mó­wię tu o geniuszach! [...] W kla­syce dziś ważne są wła­śnie re­ży­ser­skie roz­wią­za­nia. Po­ra­dzi­łaś so­bie już z Cze­cho­wem, zda­łaś eg­za­min z pro­fe­sjo­na­li­zmu. A Król Lear to za­da­nie tego sa­mego ga­tunku. Jeśli ra­zem z Ten­gi­zem wy­my­śli­cie, o czym bę­dzie wasz spek­takl – poza po­wszech­nie zna­nym tek­stem! – wtedy jest sens się za to brać. Ale weź pod uwagę myśl Kur­basa o prze­ży­wa­niu ży­cia od sta­ro­ści do mło­do­ści. Za­po­mniano o nim, cał­kiem za­po­mniano. Po­sa­dzono go w 1933 roku, krótko po­tem za­bito. Ro­zu­miesz, był ho­ło­do­mor w Ukra­inie. On wy­sta­wił Króla Le­ara cza­sów wiel­kiego głodu, cza­sów lu­do­bój­stwa. A Tysz­ler był nie­zły, ale jako sce­no­graf nie rów­nał się z Kur­ba­sem. Tysz­ler miał swój te­atr – z braku cie­ka­wych pro­po­zy­cji na sce­nie two­rzył swój w ma­lar­stwie, w rzeź­bie!

[...]

Na­wet my­śli o Ten­gi­zie jej nie prze­szka­dzały – tym ra­zem przy­szedł z kró­lem Le­arem i król Lear oka­zał się waż­niej­szy... Cho­dziło o „na­giego dwu­noga”. Jak po­wie­dział Ten­giz – pół ży­cia zbie­rasz, a po­tem za­czy­nasz roz­da­wać. Nie do­ty­czyło to je­dy­nie Le­ara. Tylko każ­dego. Wy­ko­nać ruch od­wrotny, za­koń­czyć cykl: uro­dzić się, zy­skać wiele cech, wła­dzę, mie­nie, sławę, wie­dzę, na­wyki. Zy­skać oso­bo­wość, a po­tem wszystko z sie­bie zrzu­cić. Rów­nież oso­bo­wość. Dojść do cał­ko­wi­tego, po­cząt­ko­wego ob­na­że­nia, do stanu by­cia nowo na­ro­dzo­nym, pier­wot­nym.

[...]

Tego wła­śnie mi trzeba – fi­nał, gdy Lear ob­ja­wia się w in­nym wy­mia­rze, poza gra­ni­cami ludz­kiej mar­no­ści, ale nie jest mar­twy, tylko w in­nym sta­nie. A lu­dzie, któ­rzy są obok niego, wciąż żywi, nie po­tra­fią tego zo­ba­czyć. Oni, ra­zem z wi­dzami, mu­szą po­zo­stać wstrzą­śnięci, nie­ro­zu­mie­jący, co się wy­da­rzyło. Po­tem Tu­sia pod­su­nęła jej książkę fi­lo­zo­ficzną – Bier­dia­jewa. I tam też Nora zna­la­zła coś waż­nego. U niego wy­ło­żone to było trud­nym ję­zy­kiem, ale je­śli upro­ścić do po­trzeb­nego No­rze po­ziomu – cała ma­te­ria jest udu­cho­wiona. Ale w czło­wieku tej du­cho­wej tre­ści jest wię­cej niż w zwie­rzę­tach. W drze­wach, w ro­śli­nach też jest za­warta pewna miara du­cho­wego za­czynu, ale jesz­cze mniej. Na­wet skost­niała ma­te­ria, jak ka­mień, też nie jest zupeł­nie mar­twa, ona także nosi ślad du­cha. A to bar­dzo ważne dla na­szej hi­sto­rii, po­nie­waż bu­rza w Królu Le­arze to bunt udu­cho­wio­nych ży­wio­łów: wody, wia­tru, ognia. Wła­śnie tu do­cho­dzi do olśnie­nia Le­ara na te­mat na­giego czło­wieka. Do­kład­nie tak. I to olśnie­nie spra­wia, że młod­nieje. I w ogóle on przez cały czas młod­nieje. Za­czyna się hi­sto­ria ze star­cem Le­arem, a koń­czy – przez Prze­mie­nie­nie – Le­arem, który zrzu­cił z sie­bie wszystko. To zna­czy za­czyna zrzu­cać z sie­bie wcze­śniej. A pierw­szym, czego się po­zbywa, jest wła­dza. Ale jesz­cze nie ro­zu­mie, ja­kie będą tego na­stęp­stwa. Na pierw­szym ry­sunku, który wy­ko­nała Nora, zna­lazł się Lear z pierw­szego aktu. Ma na so­bie wie­lo­war­stwowe ubra­nie, rze­czy na­rzu­cone są na niego jak na wie­szak z ro­gami-ha­czy­kami, na wierz­chu tego wszyst­kiego ma płaszcz kró­lew­ski. Zdej­muje go, in­for­mu­jąc, że odda wła­dzę cór­kom. Zgar­biony, grube dło­nie z ogrom­nymi opuch­nię­tymi sta­wami, może na­wet się trzęsą. Twarz po­kryta głę­bo­kimi zmarszcz­kami, w fałd­kach ob­wi­słej skóry, z dwiema ży­łami na szyi, mię­dzy któ­rymi wisi zwięd­nięty wo­rek pod pod­bród­kiem. Zro­bię taką ma­skę z la­teksu. Spró­buję. I star­cze brodawki z kęp­kami wło­sów. I opad­nięte prze­ro­śnięte brwi, pra­wie za­sła­nia­jące oczy. Po wy­gna­niu naj­star­szej córki, Go­ne­ril, ubrań jest na nim mniej, zrzu­cił część w gnie­wie, jego twarz jest młodsza, bar­dziej su­rowa, po­wiedzmy, z dzie­więć­dzie­się­ciu lat od­młod­niał o dwa­dzie­ścia. A po bu­rzy – po pro­stu do­bra cha­rak­te­ry­za­cja na sta­rego czło­wieka, ale już bez tych nad­dat­ków, wszyst­kie or­na­menty zdej­mu­jemy z twa­rzy. Ak­tor już w bie­liź­nie. A w fi­nale, na sa­mym końcu, jest mło­dzień­cem, z młodą Kor­de­lią na rę­kach, są już ró­wie­śni­kami. Zero cha­rak­te­ry­za­cji. Młoda twarz, młode ciało. Niech Le­ara gra ak­tor trzy­dzie­sto­letni. I wła­śnie wtedy po­winno się wy­da­rzyć pełne prze­mie­nie­nie – nie po­winni mieć na so­bie ubrań, będą zu­peł­nie nadzy. A wła­ści­wie niech to bę­dzie kom­bi­ne­zon w cie­li­stym ko­lo­rze, żeby nie było wi­dać żad­nych wło­sów, żad­nych cech płci, bo płeć też już zo­stała zrzu­cona. Nagi czło­wiek!

[...]

Tajny ślub (1911)

Ja­kow, który przy­wykł już dzie­lić się z Ma­ru­sią swo­imi naj­skryt­szymi my­ślami, wy­ło­żył jej swoje roz­wa­ża­nia w skład­niej­szej for­mie. Tak, tak, ona też za­sta­na­wiała się nad kwe­stią płci, duże wra­że­nie wy­warły na niej wy­kłady z bio­lo­gii – z nich Ma­ru­sia przy­swo­iła, że ko­bieta płaci wy­soką cenę za zdol­ność wy­da­wa­nia na świat dzieci, a sama nie­rów­ność płci zwią­zana jest wła­śnie z od­mien­nymi funk­cjami mę­skiego i ko­bie­cego or­ga­ni­zmu. Ale jej my­śli szły w in­nym kie­runku – nie w stronę an­dro­gyne [postać dwupłciowego bóstwa, protoplasty rodzaju ludzkiego, występująca w wielu starożytnych mitologiach – przyp. aut.], ale praw­dzi­wej eman­cy­pa­cji ko­biety w ob­sza­rze du­cha, po­nie­waż w bio­lo­gicz­nym sen­sie nie może być mowy o żad­nej rów­no­ści, skoro na­tura prze­zna­czyła ko­bie­cie rolę kon­ty­nu­atorki rodu, to ona ro­dzi i karmi dzieci – to nie daje jej moż­li­wo­ści peł­nego roz­woju. Ja­kow cał­ko­wi­cie po­dzie­lał po­glądy Ma­rusi na eman­cy­pa­cję, a na­wet uzmy­sło­wił jej, że ideę eman­cy­pa­cji ko­niecz­nie po­winni po­dzie­lać męż­czyźni, ina­czej za­miast ro­zum­nego part­ner­stwa bę­dziemy mieli wy­łącz­nie ry­wa­li­za­cję, co nie pro­wa­dzi do ni­czego do­brego. Te roz­mowy zbli­żyły ich jesz­cze bar­dziej, roz­my­śla­nia Ma­rusi w ja­kiś spo­sób do­kar­miały mę­skość Ja­kowa. [...] Ma­ru­sieńka nie cho­dziła na kółko przez cały rok – kilka razy za­cią­gnął ją na za­ję­cia Iwan Bie­ło­usow, było nudno. Pani Ma­ru­siu, a co tu ukry­wać? Nie ma te­raz ani jed­nego kursu eko­no­mii po­li­tycz­nej, na któ­rym nie uwzględ­niano by Marksa. Prze­ro­bi­łem wszystko, od Rę­ko­pi­sów fi­lo­zo­ficzno-ekonomicznych z 1844 roku... od pierw­szych prac do ostat­nich. Po co pani to kółko? Pod­sta­wowe prace mam, co prawda, po nie­miecku. Ro­syj­skie prze­kłady są bar­dzo złe. Ale mógł­bym zdo­być dla pani fran­cu­ski prze­kład. Wiem, że ist­nieje. Prze­czy­ta­łem je uważ­nie – we wcze­snych pra­cach Marksa można do­strzec, że jest hu­ma­ni­stą, a jego ce­lem jest uwol­nie­nie czło­wieka spod wła­dzy stosun­ków ka­pi­ta­li­stycz­nych, ale w woli czło­wieka wi­dział tylko prze­jaw uwa­run­ko­wań hi­sto­rycz­nych, a war­tość in­dy­wi­du­al­nego ist­nie­nia, wol­ność jed­nostki pod­po­rząd­ko­wy­wał ide­ałom tego sa­mego spra­wie­dli­wego przy­szłego spo­łe­czeń­stwa. My­ślę jed­nak, że w ta­kiej sy­tu­acji moż­liwy jest taki ucisk jed­nostki, pod­po­rząd­ko­wa­nie in­te­re­sów in­dy­wi­duum in­te­re­som spo­łecz­nym, że mnie to prze­raża. Nie, nie, za nic nie zo­stał­bym mark­si­stą. I po co jest to kółko? Za­ję­cia gru­powe za­wsze pro­wa­dzą do zbęd­nej straty czasu, prze­ko­na­łem się o tym.

[...]

No­tat­niki Ja­kowa (1911). 21 listopada

Te­raz do­strze­głem, że za­ję­cia moje mają na­ukowy sens. Żadna hi­sto­ria cy­wi­li­za­cji nie ist­nia­łaby bez eko­no­mii. Nie spo­sób przy­glą­dać się cy­wi­li­za­cji bez tego waż­nego czyn­nika, funk­cjo­nują w niej swo­iste re­guły, które wpla­tają się także w za­sady po­rządku świata. Bez tego nic się nie uda. Dla­tego też przez cały ty­dzień czy­ta­łem – od Adama Smi­tha! I zro­zu­mia­łem, że bez głę­bo­kiej zna­jo­mo­ści hi­sto­rii śre­dnio­wie­cza też nie można ni­czego ze sobą po­wią­zać. I tak przez cały czas – cią­gniesz za ni­teczkę, a oka­zuje się, że wszystko ze wszyst­kim jest po­łą­czone.

[...]

A po­tem, Jurik już za­sy­pia­jąc, po­wie­dział: Nora, przy­jem­ność ma swoje gra­nice. Po ich prze­kro­cze­niu robi się okrop­nie nie­przy­jem­nie. Na po­czątku jest bar­dzo, bar­dzo przy­jem­nie, ale gdy jest za bar­dzo, to z raju tra­fiasz do pie­kła. Skąd on to wie? zdu­miała się. Nie może tego wie­dzieć...

[...]

Od­by­łem roz­mowę wstępną z pro­fe­so­rem Po­go­riel­skim o pracy wy­kła­dowcy, która po­ciąga mnie o wiele bar­dziej niż dzia­łal­ność prak­tyczna, o któ­rej ma­rzy mój papa. Kwe­stia chrztu jest jesz­cze bar­dziej po­ni­ża­jąca. Nie­raz do­ty­ka­li­śmy tego te­matu – ży­jąc w pra­wo­sław­nym kraju, oto­czeni jego kul­turą, pra­wo­sła­wie po­ko­cha­li­śmy, za­apro­bo­wa­li­śmy je. O moim re­li­gij­nym mi­ni­mum też Ci mówiłem: przy­ka­za­nia, dane Moj­że­szowi, są pod­stawą chrze­ści­jań­stwa. Ob­raz Chry­stusa bu­dzi współ­czu­cie, tym bar­dziej, że to je­den z naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cych bo­ha­te­rów hi­sto­rii, kul­tury. Ale nie wierzę w jego bo­skie po­cho­dze­nie. Syn Czło­wie­czy – mó­wił o so­bie. Jak i my wszy­scy, cała reszta lu­dzi, Izra­elici w pierw­szej ko­lej­no­ści, a przez nich wszy­scy, któ­rzy w tej czy in­nej for­mie przy­jęli Stary Te­sta­ment. Ta pro­po­zy­cja chrztu jest dla mnie bar­dziej po­ni­ża­jąca niż do­bro­wolne przej­ście z grona stu­den­tów w grono wol­nych słu­cha­czy. Roz­wa­ża­nia fi­lo­zo­ficzne i re­li­gijne w ogóle zostawiam z boku, sam mam wiele kwe­stii świa­to­po­glą­do­wych nie­roz­strzy­gnię­tych, ale żadna re­li­gia, ani ju­da­izm, ani chrze­ści­jań­stwo, ani tao­izm, nie grają waż­nej roli w tej kon­struk­cji. A tu – przymusowa ma­ni­pu­la­cja. Co się ty­czy mo­jego sto­sunku – zaj­muję ra­czej sta­no­wi­sko agno­styka. Choć po­ję­cia te – gno­sty­cyzm i agno­sty­cyzm – są tro­chę po­plą­tane, jed­nego nie można prze­ciw­sta­wić dru­giemu. Jeśli gno­stycy uwa­żają, że świat jest po­zna­walny do końca, a agno­stycy – że świat nie jest do końca po­zna­walny, to w cha­rak­te­rze Boga wy­biorę dla sie­bie wła­śnie gnozę i wszyst­kie sprzecz­no­ści zo­stają usu­nięte. Ozna­cza to, że całe ży­cie je­stem go­towy iść w stronę po­zna­nia, bez na­dziei na to, że pełne po­zna­nie można osią­gnąć. Oczy­wi­ście, roz­wa­ża­nia te stoją o wiele wy­żej od tej prak­tycz­nej de­cy­zji, która mnie czeka, ale nie mogę nie wziąć ich pod uwagę. I ceną de­cy­zji, którą mam pod­jąć, choćby na­wet w sfe­rze rów­nie prak­tycz­nej, jaka zaj­muje mnie w tej chwili, nie może być za­pro­po­no­wany kom­pro­mis. Pod­ją­łem wła­sną de­cy­zję – wy­pi­suję się z in­sty­tutu. Na­pi­sa­łem o swo­jej de­cy­zji Gien­ri­chowi. Opi­nia star­szego brata na ten te­mat jest dla mnie o wiele ważniej­sza niż zda­nie ojca. Ale od­po­wiedź od niego nie przyj­dzie prędko, a de­cy­zję już pod­ją­łem. Nie wiem, czy mnie po­prze. Lecz mamy od­mienną sy­tu­ację ma­te­rialną... W tym roku do Szwaj­ca­rii wysłali młod­szą sio­strę Gien­ri­cha, Aniutę, uczy się w Zu­ry­chu w szkole me­dycz­nej. Ja o nie­miec­kim uni­wer­sy­te­cie nie mogę na­wet ma­rzyć...

[...]

Re­ży­ser, z któ­rym wtedy pra­co­wała, za­pro­po­no­wał jej, by wspól­nie od­wie­dzili miej­scową sławę i dużą grupą po­je­chali na po­nure przed­mie­ścia, do sza­rego ośmio­pię­trowca, do or­miań­skiej ma­larki, o któ­rej Nora sły­szała już od ja­kichś wspól­nych przy­ja­ciół. Drzwi otwo­rzyła im naj­praw­dziw­sza Py­tia o chu­dym gar­ba­tym no­sie, wy­ra­zi­stych śliw­ko­wych oczach, w dziw­nej derce z prze­tar­tego si­no­nie­bie­skiego je­dwa­biu i z nie­praw­do­po­dob­nym tur­ba­nem na gło­wie. Nora od razu za­pra­gnęła ją na­ry­so­wać. W mil­cze­niu oglą­dała ob­razy, które po­kry­wały wszyst­kie po­wierzch­nie, stały w trzech rzę­dach pod ścia­nami i nie wia­domo było, gdzie ma­larka w swo­ich je­dwa­biach sy­pia, po­nie­waż wszę­dzie znaj­do­wały się szta­lugi, blejt­ramy, pa­piery, puszki. Wśród tego ar­ty­stycz­nego nad­miaru mieściła się nie­wielka ku­chenka z dwoma ty­giel­kami i kilka fi­li­ża­nek do kawy: ani śladu co­dzien­no­ści, ży­cia, łóżka... Wszyst­kie ob­razy miały ja­kąś fik­cyjno-mi­to­lo­giczną te­ma­tykę – ba­śniowe zwierzęta, węże, dewy i dzie­wice. Wschod­nie ko­lo­rowe sza­leń­stwo nie­wąt­pli­wie uta­len­to­wa­nej osoby... A po­środku po­koju na szta­lu­dze stał duży por­tret Ten­giza, o su­ro­wej kre­sce, na­ma­lo­wany twardą ręką, bez alu­zji do orien­tal­nej swa­wol­no­ści. Pa­trzył spode łba, ma­larka pre­cy­zyj­nie uchwy­ciła za­rys jego ust, ko­lo­ry­styka ob­razu była wła­ściwa, ciężka, a nad głową miał jakby wy­rwę w nie­bie – roz­pacz­li­wie ciem­no­nie­bie­ską... Duży, nie­ukoń­czony wciąż por­tret. Nora na­tych­miast wy­czuła za­pach jego ty­to­niu sa­mo­sieja. Do­piero co tu był, po­zo­wał – do­my­śliła się.

[...]

W moim ży­ciu za­szły zmiany, ro­zu­miesz. Nanka wy­szła za mąż, jej mąż ma dom pod Tbi­lisi. No, Na­tella po­sta­no­wiła prze­pro­wa­dzić się do córki, te­raz wszy­scy tam miesz­kają. Na­tella mnie zostawiła, tak? Je­stem te­raz sa­mot­nym wil­kiem. Ro­zu­miem – przy­tak­nęła Nora. To prawda, było w jego wy­glą­dzie coś wil­czego, w oczach ni to dra­pież­ność, ni to uta­jony strach. On prze­cież chce zo­stać ze mną, ze mną, tu­taj! Ręce Ten­giza za­wsze były moc­niej­sze od głowy, sam tak o so­bie mó­wił. „Zwłasz­cza, gdy to ty je­steś mo­imi rę­koma”, przy­znał się No­rze. Ale to nie było tak, miał na my­śli coś in­nego: Nora po­tra­fiła ob­lec w słowa to, co jemu się nie uda­wało. Ro­syj­ski, oczy­wi­ście, nie był jego pierw­szym ję­zy­kiem, ale i po gru­ziń­sku nie po­tra­fił pre­cy­zyj­nie wy­ra­zić swo­ich my­śli, robił to ja­kąś drogą na­około, ge­sty­ku­lu­jąc, po­ry­ku­jąc, w spo­sób bez­słowny, ale osta­tecz­nie umiał tak za­wład­nąć ak­to­rami, że ci cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wy­wali się jego woli. A i nie tylko ak­to­rami. Miał ta­lent: umiał usta­wiać lu­dzi, a oni ro­bili to, co chciał. Naj­pew­niej dawną siłą su­ge­stii. Na świe­cie był tylko chyba je­den czło­wiek, jego żona Na­tella, który nie pod­da­wał się tej sile, ale na od­wrót, on sam był pod­po­rząd­ko­wany jej pry­mi­tyw­nej, ale po­tęż­nej, nie­prze­zwy­cię­żo­nej ko­bie­cej wła­dzy. Przez pra­wie trzy­dzie­ści lat trwała ich nie­koń­cząca się walka. Oboje prze­czu­wali klę­skę tego boju, któ­rego nie mo­gli prze­rwać.

[...]

Nora da­wała mu to, co za­bie­rała Na­tella, na tym też opie­rał się ich wie­lo­letni zwią­zek. Nora była ide­al­nym od­bior­ni­kiem i sta­cją prze­kaź­ni­kową jego woli, a praca z nią przy spek­ta­klu była dla Tengiza roz­ko­szą. Uda­wało się jej jego za­my­sły, jego ryki zmie­niać w two­rzywo – a to w rudą scenę imi­tu­jącą ce­gły, a to w se­piowe suk­nie, a to w białe tło, jakby po­szar­pane po­ci­skami artyleryjskimi... A ona ca­ło­wała jego ręce, ob­li­zy­wała każdy jego pa­lec, jak szcze­niak, który liże brzuch matki w po­szu­ki­wa­niu peł­nego po­karmu sutka. „Moja mą­dra główka”, szep­tał bez­dź­więcz­nie, od­da­jąc swoje palce jej wil­got­nym zę­bom, twar­demu ję­zy­kowi.

[...]

Ten­giz każ­dego dnia spo­ty­kał się ze sce­na­rzy­stą, oma­wia­jąc ol­brzymi pro­jekt, za­pro­po­no­wany mu przez Mos­film – ekra­ni­za­cję Ry­ce­rza w ty­gry­siej skó­rze, śre­dnio­wiecz­nego eposu gru­ziń­skiego. Usi­ło­wali ra­zem na­pi­sać pierw­szą wer­sję. Nora czy­tała Ry­ce­rza, pró­bo­wała zna­leźć w nim coś swo­jego, zo­rien­to­wać się w tej nie­skoń­cze­nie po­plą­ta­nej hi­sto­rii sto­sun­ków mię­dzy władcą, jego rycerzem i ich uko­cha­nymi, a wszystko to zda­wało się jej or­na­men­ta­cyjne, wy­myślne, gór­no­lotne. Gdy chciała po­wie­dzieć o swo­ich wra­że­niach Ten­gi­zowi, ten ma­chał tylko ręką: to za­le­d­wie materiał wstępny, a sce­na­riusz, który pi­szą, bę­dzie się bar­dzo róż­nił od pier­wo­wzoru. I w ogóle to bę­dzie o czymś in­nym! A ty czy­taj, czy­taj, póź­niej bę­dziemy roz­ma­wiać, gdy sce­na­riusz bę­dzie go­towy, bę­dziemy ro­bić swoje! Ten­giz ani przez chwilę nie wąt­pił, że zdoła wy­sta­rać się o za­trud­nie­nie Nory jako sce­no­grafki przy pla­no­wa­nym fil­mie. Ale ona ni­gdy wcze­śniej nie pra­co­wała w fil­mie i zda­wała so­bie sprawę, że tam mają swój ze­spół i ra­czej nie do­pusz­czą do niego po­stron­nego czło­wieka, a przy tym ta­kiego, który nie ma żad­nego do­świad­cze­nia poza te­atral­nym. Ten­giz nie wi­dział pro­blemu – „osta­tecz­nie zo­sta­niesz po­moc­ni­kiem re­ży­sera!”. Nora w tym cza­sie ry­so­wała za­mó­wione szkice do Kró­lo­wej Śniegu dla te­atru w Tasz­kien­cie, ba­wiąc się róż­nicą tem­pe­ra­tur między wi­dow­nią a sceną.

[...]

Li­sty z Uralu i na Ural (paź­dzier­nik 1912 – maj 1913)

Czy­tam Dzie­ciń­stwo, lata chło­pięce, mło­dość Toł­stoja. By­wały chwile okrop­nej tę­sk­noty za Tobą, za­pra­gną­łem być wła­śnie z przy­ja­cie­lem, je­dy­nym w ca­łym ży­ciu przy­ja­cie­lem. Przy­po­mniały mi się pewne ob­razy z dzie­ciń­stwa, dawne ma­rze­nia – wspo­mnie­nia, o któ­rych ni­komu, poza Tobą, nie mógł­bym po­wie­dzieć. Dla­czego ja i Ty tak lu­bimy Toł­stoja? Poza wszel­kimi in­nymi za­le­tami – Toł­stoj nas oboje wy­cho­wuje w szcze­ro­ści. Nie ma ni­czego trud­niej­szego od szcze­ro­ści – tak są­dzę, a prze­ko­na­nie to przy­brało osta­teczny kształt do­piero w ostat­nich dniach. Car­lyle [Blackwell, amerykański aktor, reżyser i producent filmowy – przyp. aut.] uważa szcze­rość za oznakę ge­niu­szu. Gdy weź­miemy to pod uwagę – można by po­my­śleć – że nie ma ni­kogo po­nad Toł­stoja, w tym też za­wiera się jego wy­cho­waw­cze zna­cze­nie. Ko­lejna lo­giczna prze­słanka – dla­tego wła­śnie zbliża on lu­dzi. Dla­tego on tak zbliża lu­dzi. Co jesz­cze tak zbliża jak szcze­rość? Mam dziwny sto­su­nek do ludz­kich dłoni – zbyt wiele zna­czą one w cha­rak­te­ry­styce. Dla­tego na­der je ce­nię. Są bli­scy lu­dzie; spo­śród ich pięk­nych cech mógł­bym od­dać wszystko, byle nie ręce. Niech zmie­nią się ich oczy, brwi, włosy, ale ręce niech zo­staną za­cho­wane. A prze­zorna na­tura za­wsze się ze mną zga­dza, trak­tuje tę ozdobę z de­li­kat­no­ścią. Włosy wy­padną, oczy zmęt­nieją, ciało się ze­sta­rzeje, a dło­nie będą te same. Odro­binę tylko po­kryją się drob­nymi zmarszcz­kami, ale kształtu swego nie zmie­nią!

[...]

Nić DNA to al­fa­bet, w któ­rym jest za­pi­sana hi­sto­ria świata. I to nie tylko ze­staw ge­nów, ale jesz­cze i pro­gram do mo­le­ku­lar­nych kom­pu­te­rów ży­wej ko­mórki. In­te­re­su­jące – przy­tak­nął Wi­tia. Ni­gdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem. Wy­cho­dzi na to, że mo­le­kuła che­miczna, jak ty ją na­zy­wasz, może być pro­gra­mem? Gri­sza otwo­rzył na­le­żącą wcze­śniej do świę­tej pa­mięci dziadka, sław­nego dok­tora, sfa­ty­go­waną teczkę ze srebrną ta­bliczką „Fur liebe Isaak Lie­ber” i z za­gad­ko­wym wy­ra­zem twa­rzy wy­jął z niej książkę. Wi­tia uważ­nie się jej przyj­rzał: wła­śnie z tym wy­ra­zem twa­rzy Gri­sza piętnaście lat wcze­śniej przy­niósł mu Teo­rię mno­go­ści Haus­dorffa, która zmie­niła jego ży­cie. Ko­lejna ksią­żeczka była znisz­czona, nie­wielka i no­siła ty­tuł Czym jest ży­cie? Fi­zyczne aspekty ży­wej ko­mórki. Na­zwi­sko na okładce prze­czy­tał do­piero rano: „Schrödin­ger” [austriacki fizyk-teoretyk, autor mechaniki kwantowej – przyp. aut.]. Ba­nalna co­dzienna re­guła pa­rzy­sto­ści, zgod­nie z którą istnieją po­dobne wy­da­rze­nia, które ko­lejno na­stę­pują po so­bie, dwu­krot­nie – raz jako szkic, drugi raz w wer­sji skoń­czo­nej – znana wszyst­kim spo­strze­gaw­czym lu­dziom, a zwłasz­cza ko­bie­tom, Wi­tii była obca. Gri­sza po­now­nie in­for­mo­wał go o czymś spek­ta­ku­lar­nym, zdol­nym od­mie­nić jego los. Nie­po­zorna ksią­żeczka cał­ko­wi­cie po­chło­nęła Wi­ta­się. Mę­cząca go za­zwy­czaj bez­sen­ność stała się tej nocy ła­ską, ja­sny umysł cie­szyła praca, jakby opa­dła za­słona, a świat się prze­mie­nił – przez jego głowę prze­le­ciała zu­peł­nie nowa myśl: ma­te­ma­tyka, naj­wyż­szy sto­pień ludz­kiego umy­słu, nie istnieje osobno od reszty świata, sama też jest na­uką słu­żebną, czę­ścią ca­ło­ści, czę­ści wspól­nego i jesz­cze wyż­szego stop­nia... czego? Słowo „dzieło”, któ­rym z taką ła­two­ścią ope­ro­wał Gri­sza, nie znaj­do­wało się w zwy­cza­jo­wym słow­niku i Wi­tia czuł jed­no­cze­śnie za­wiść, pra­gnie­nie i po­śpiech – chciał wejść do tego świata, który jesz­cze wczo­raj kom­plet­nie go nie in­te­re­so­wał. Resztki de­pre­sji znik­nęły jak ręką od­jął. [...] Jak więk­szość ma­te­ma­ty­ków, fi­zykę trak­to­wał z po­gardą. A bio­lo­gii w ogóle nie uwa­żał za na­ukę, tylko za ogromne śmiet­ni­sko fak­tów. Była dla niego nie­ora­nym po­lem, ro­bio­nymi na łapu-capu eks­pe­ry­men­tami, da­nymi, de­mon­stru­ją­cymi nie­zdol­ność ba­da­czy do udźwi­gnię­cia i prze­my­śle­nia uzy­ska­nych wy­ni­ków. W do­datku cał­ko­wi­cie bra­ko­wało w tym wszyst­kim apa­ratu ma­te­ma­tycz­nego. Che­mia, na któ­rej te­mat miał tylko mętne po­ję­cie, zdała mu się na­uką bar­dziej ści­słą niż bio­lo­gia. Schrödin­ger umiał spoj­rzeć na ten ze­staw osob­nych fak­tów i uznał teo­rię ewo­lu­cji Dar­wina za je­dyną struk­turę, która była zdolna utrzy­mać i zor­ga­ni­zo­wać tę la­winę. I, co naj­waż­niej­sze, po­ka­zał, że zja­wi­ska zwią­zane z prze­strze­nią i cza­sem, usta­lone przez fi­zy­ków, dają się prze­ło­żyć rów­nież na żywe or­ga­ni­zmy. Dzięki ksią­żeczce Schrödin­gera Wi­tia od­krył, że ma­te­ma­tyka nie jest do­ce­lo­wym osią­gnię­ciem ludz­kiego umy­słu, lecz je­dy­nie na­rzę­dziem do po­zna­wa­nia świata, który jest więk­szy od ma­te­ma­tyki... Wcze­śniej nie przy­szło mu to do głowy.

[...]

Kom­pu­tery stwo­rzone przez czło­wieka pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych ro­biły pierw­sze kroki na dro­dze swo­jej ewo­lu­cji. Wy­cy­ze­lo­wany umysł Wi­tii funk­cjo­no­wał w zwy­czaj­nym try­bie, lecz sto­jące przed nim za­da­nia zmu­szały go do za­glą­da­nia w nie­opi­sany spo­sób w for­malny chaos ży­cia bio­lo­gicz­nego i łą­cze­nia go z su­ro­wym po­rząd­kiem ma­te­ma­tyki. Ale czy można skon­stru­ować kom­pu­ter w opar­ciu o ana­lo­gie z dzie­dziny bio­lo­gii? Im głę­biej Wi­tia za­nu­rzał się w pracy, zbli­ża­jąc się do od­po­wie­dzi na pry­watne py­ta­nia, tym bar­dziej nie­po­ko­iło go po­czu­cie, że tylko drep­cze na progu. Nie spo­sób było chyba uzy­skać osta­tecz­nej od­po­wie­dzi. Ale też nie było na świe­cie ni­czego waż­niej­szego. Gri­sza co­raz bar­dziej prze­cią­gał go na swoją stronę, prze­ko­ny­wał, że trzeba się sku­pić na ba­da­niu ży­wych kom­pu­te­rów ko­mórki. Wi­tia jed­nak uwa­żał, że Gri­sza za­nu­rza się w ob­sza­rze fan­ta­styki na­uko­wej, a prak­tycz­nym i wy­ko­nal­nym za­da­niem dzi­siej­szych uczo­nych jest stwo­rze­nie „my­ślą­cych” kom­pu­te­rów, które by­łyby „mą­drzej­sze” od swo­jego twórcy. Tu wy­stą­piły mię­dzy nimi głę­bo­kie roz­bież­no­ści.

[...]

Ten­giz od­su­nął się tro­chę, żeby wi­dzieć jej twarz: Po­wiem ci jedną rzecz. Mia­łem wiele ko­biet. Ak­torki lu­bią re­ży­se­rów. Do­staje się je jak resztę z ru­bla. A po­tem za­wsze przy­cho­dzi wstyd i nuda. Śmier­telna nuda i smu­tek, Nora. Za­wsze tak mia­łem. Z tobą jedną nie czuję tej nudy po sto­sunku. Znasz to uczu­cie, a może do­ty­czy ono wy­łącz­nie męż­czyzn? Nie znam. Nora tra­wiła słowa Tengiza. To była naj­lep­sza rzecz, jaką jej po­wie­dział. Tak, wła­ści­wie ni­gdy nie sko­men­to­wał przyj­mo­wa­nej przez nich po­zy­cji po­zio­mej... To było bar­dzo mocne wy­zna­nie. Nic wię­cej nie na­le­żało doda­wać. Nora wy­cią­gnęła rękę po paczkę pa­pie­ro­sów, szczę­śli­wie le­żącą na pod­ło­dze w jej za­sięgu. Nie wiem, Ten­giz. W wieku pięt­na­stu lat do­szłam do wnio­sku, że sprawy łóż­kowe na­leży oddzie­lać od wszyst­kiego, co można by na­zwać mi­ło­ścią. Wiesz, by nie my­lić róż­nych rze­czy. Uwol­niło mnie to od wielu emo­cjo­nal­nych nie­przy­jem­no­ści. Raz je po­łą­czy­łam i wciąż się nie mogę z tego wyplą­tać... Śmier­tel­nej nudy nie czu­łam, ale znu­dze­nie już tak, zda­rzało się. Moja sek­su­alna re­wo­lu­cja miała miej­sce jesz­cze w szkole... Do­brze, wra­camy do mi­ło­ści! Do tej! – Za­gwiz­dał Habanerę [znana także jako L'amour est un oiseau rebelle - w tłum. z franc. Miłość jest wolnym ptakiem – aria z opery Georges'a Bizeta Carmen – przyp. aut.].

[...]

Pa­mię­tasz scenę z Fel­li­niego, w któ­rej Cy­ganka się śmieje, pa­trząc na dło­nie ja­kiejś damy? Wró­że­nie, oczy­wi­ście! Mętne wie­lo­znaczne słowa! Sta­ru­cha wróży Car­men. Strzeż się żoł­nie­rza. „W naszej pro­fe­sji... boją się żoł­nie­rzy... – co tam masz? Żoł­nierz cię za­bije. Strzeż się żoł­nie­rza!”. I Car­men wie wcze­śniej, że on ma ją za­bić. Ona zmusi go, by ją za­bił! Re­ali­zuje plan losu! To niebezpieczne! Bar­dzo nie­bez­pieczne! Znów zbli­żamy się do opery! A tę war­stwę na­leży... ob­cio­sać! Żeby nie zo­stało nic z tej per­fu­mo­wa­nej po­wierzchni! Można też Śmierć wy­cią­gnąć! Trzeba! Car­men spo­krew­niona ze Śmier­cią! Śmierć jako re­wers jej wol­no­ści! Nie ro­zu­miem! Po­tem zro­zu­miesz! Mi­łość na­szej Car­men­sity w ogóle nie in­te­re­suje. Nie ma po­ję­cia o mi­ło­ści! Dla niej mi­łość jest tylko prze­ja­wem jej woli, wła­snej woli, je­śli chcesz. Jest tylko na­rzę­dziem! A on? Co z nim? José? Nic! To szlach­cic, we wsi ma na­rze­czoną. Zbój­ni­kiem zo­stał z głu­poty! To w ogóle głupi chło­pak. Nie, nie głupi – pro­sty. Może na­wet scena z na­rze­czoną. Roz­mowa o „swo­jej wsi”. Czy­sta re­la­cja idio­tów. On, rzecz ja­sna, jest ofiarą, ale osta­tecz­nie za­cho­wuje się god­nie. Trafił do cu­dzej hi­sto­rii! Jego prze­zna­cze­niem tak czy ina­czej jest sa­dze­nie ka­pu­sty, a Car­men za­ha­czyła go przy­pad­kiem. Trudno go po­lu­bić. Co to za ideał – czy­ste ży­cie, białe fi­ranki, wy­cho­dzące na biały ogród i w ogóle, zdaje się, że za­chwyca się bielą, a tra­fia w czerń i czer­wień...

[...]

Sie­dzieli w cia­snym po­koju ho­te­lo­wym – wy­bity z rytmu Wi­tia po dzie­wię­cio­go­dzin­nym lo­cie i świeży, spra­gniony roz­mowy Gri­sza. Kwe­stia, która zaj­mo­wała go już tyle lat, oka­zuje się po­ważna: co było pierw­sze: idea ży­wej ko­mórki czy kom­pu­ter? Naj­pierw po­ja­wiły się kom­pu­tery... Każda żywa ko­mórka jest kom­pu­te­rem, a kom­pu­ter kwan­towy... Wi­tia zmarsz­czył brwi – czy to jego głowa wciąż nie prze­łą­czyła się na czas ame­ry­kań­ski, czy to Gri­sza wy­ga­dy­wał bzdury. Nie, ga­dasz od rze­czy. Mo­le­ku­larny kom­pu­ter ko­mórki pra­cuje z DNA. DNA pro­gra­muje jego pracę. Skąd tu kom­pu­ter kwan­towy? To wy­nika ze wzglę­dów ener­ge­tycz­nych – kom­pu­te­rowi mo­le­ku­lar­nemu nie star­czy mocy. Po­wiem ci wię­cej – kom­pu­ter kwan­towy po­wi­nien być aku­styczny! Ogromne tek­sty! Bo­skie teksty, wiel­kie! I kom­pu­tery bio­lo­giczne po­winny być bar­dzo po­tężne! Wi­tia tylko wzru­szył ra­mio­nami i prze­rwał Gri­szy na­tchnione na­ukowo-re­li­gijne wy­wody, spro­wa­dza­jąc go na zie­mię re­pliką: Tego nie ro­zu­miem... Ja­kie Bo­skie tek­sty? Chcesz cały pro­ces ewo­lu­cji prze­czy­tać jako Bo­ski tekst? To nie­udo­wod­nione... [...] W końcu róż­nice mię­dzy nimi za­szły tak da­leko, że Wi­tia ob­wie­ścił: jemu oso­bi­ście przez wszyst­kie te lata kon­cep­cja Stwórcy i Bo­skiego tek­stu ani razu się nie przy­dała. Z ła­two­ścią można się bez tego obejść! Gri­sza pro­te­sto­wał z wła­ści­wym mu rozgorączkowaniem: To prze­cież oczy­wi­ste, że pod­sta­wowy, po­cząt­kowy tekst zo­stał dany przez Stwórcę i wszy­scy zaj­mu­jemy się jego roz­szy­fro­wa­niem! Nie, nie, ja je­stem za­jęty kon­kre­tem. Pi­szę konkretne pro­gramy, i to dość pro­ste tek­sty, a bio­che­micy spraw­dzają, na ile od­po­wia­dają one re­al­nym pro­ce­som syn­tezy w ko­mórce... Wszystko to nie ma żad­nego związku z za­my­słem two­jego Stwórcy.

[...]

Ta­kie la­bo­ra­to­rium! Sto osób czeka w ko­lejce, by tam tra­fić! Za­słu­ży­łeś! Jesz­cze i No­bla do­sta­niesz! A w Mo­skwie tylko kop­niaka w ty­łek byś do­stał! Gri­sza cie­szył się z tej pro­po­zy­cji bar­dziej niż Witia. Na po­że­gna­nie Gri­sza za­żar­to­wał: Naj­pierw przy­nio­słem ci Stary Te­sta­ment pod po­sta­cią Haus­dorffa, a po­tem Schrödin­gera w cha­rak­te­rze No­wego Te­sta­mentu. Ale tu bę­dziesz mu­siał w końcu do­strzec, że wszyst­kich nas po­chła­nia wspólne za­da­nie – roz­szy­fro­wa­nie tego ję­zyka, bez któ­rego nie ist­nia­łaby na tym świe­cie ani jedna żywa istota... Tekst, Wi­ta­sia, Bo­ski tekst! Na świe­cie nie ma ni­czego waż­niej­szego! Po na­my­śle Wik­tor przy­jął pro­po­zy­cję – miał swoje po­wody: la­bo­ra­to­rium było pierw­szo­rzędne, zda­wał też so­bie sprawę, że bę­dzie tu pra­co­wał bar­dziej efek­tyw­nie niż w Mo­skwie.

[...]

Ko­re­spon­den­cja Ja­kowa i Ma­rii (maj 1913 – sty­czeń 1914). 23 sierp­nia 1913

Czy­tam książkę Mity w sztuce – sta­rej i no­wej. René Jo­seph Ménard [francuski malarz i teoretyk malarstwa – przyp. aut.]. Nie tyle czy­tam, ile oglą­dam. Nie mogę się na­pa­trzeć. Rzeźba an­tyczna – je­śli wier­nie od­daje bu­dowę współ­cze­snego so­bie ludz­kiego ciała – pod­kre­śla taką ce­chę, któ­rej wcze­śniej nie do­strze­ga­łem. Ciało ko­biety nie różni się tak bar­dzo od mę­skiego. Ist­nieje masa po­są­gów, gdzie je­dyną ce­chą płci są piersi. A są fi­gury, gdzie i ta ce­cha ni­czego nie mówi. Więk­szość bo­gów, męż­czyzn, ma miękką, obłą bu­dowę, o pew­nej krą­gło­ści bio­der, ra­mion, rąk, z pier­siami – zbyt ma­łymi dla ko­biety i odro­binę zbyt du­żymi dla męż­czy­zny. Twarz nie za­wsze ma ty­powe ce­chy płci, zwłasz­cza u mło­dych. Co wię­cej, w błąd wpro­wa­dza sze­ro­kość bio­der. Bio­dra współczesnych nam męż­czyzn są znacz­nie węż­sze. Naj­le­piej się sku­pić na ubra­niu. „Apollo Mu­sa­ge­tes” nosi udra­po­waną suk­nię z prze­dłu­że­niem z tyłu i wy­soką ta­lią. „Apollo Sau­rok­to­nos” ma typowe kobiece ciało o zgrab­nych no­gach. „Aph­ro­dite Na­ples Fréjus” zaś ty­powo mę­skie ciało. Można by masę przy­kła­dów przy­wo­łać, ale po co. Wy­star­czy po­bież­nie przyj­rzeć się rzeź­bom w mu­zeum albo w al­bu­mie, by się prze­ko­nać. Czy lu­dzie wów­czas nie róż­nili się od sie­bie na­wza­jem sty­lem ży­cia, na­wy­kami, wy­kształ­ce­niem? Ra­zem żyli, tań­czyli, uczyli się, ką­pali, upra­wiali gimnastykę, ra­zem ko­chali. Ży­cie było na­iw­niej­sze i prost­sze. I tak cud­nie, po bal­mon­tow­sku, poza gra­ni­cami wstydu. Trudno jest ko­chać egip­ską rzeźbę ka­mienną, z mar­twymi po­sta­ciami i jed­na­kimi pro­fi­lami. [...] 15 wrze­śnia 1913. Gdy­bym był te­raz re­ży­se­rem ope­ro­wym, za­jął­bym się wpro­wa­dze­niem po­glą­dów Re­in­hardta [austriacki reżyser teatralny i aktor żydowskiego pochodzenia – przyp. aut.] w ope­rze. R. jest wręcz stwo­rzony dla opery, z jej umow­no­ścią, pod­kre­śloną te­atral­no­ścią. Umow­ność to ce­cha ca­łej sztuki, rzecz ja­sna, ale dra­mat jest jed­nak bliż­szy ży­ciu. A opera, z jej ogromną skalą, wy­maga wiel­kich form re­ży­ser­skiej twór­czo­ści... Ar­chi­tek­to­niczno-rzeź­biar­skie ten­den­cje mogą być odro­binę zmie­nione, do­sto­so­wane do kon­kret­nej opery. Ale naj­waż­niej­sze są wy­mogi „wi­do­wi­ska” – nie­praw­dziwy kształt, naj­więk­szą swo­bodę otrzy­muje w ope­rze, w fe­erii, w ba­le­cie oraz w tra­ge­dii. Te­atr Ar­ty­styczny w Mo­na­chium pod­jął dzia­ła­nia, któ­rych ce­lem jest zmniejsze­nie sceny. Na du­żej sce­nie ak­to­rzy, twa­rze, słowa roz­my­wają się. Duża scena za­wsze wy­maga wielu osób, co nie za­wsze jest ar­ty­stycz­nie uza­sad­nione. A Re­in­hardt bie­rze ty­siące osób, cyrk, setki świa­teł, ty­siące ko­lo­rów.

[...]

Re­ak­cje kry­tyki i pu­blicz­no­ści były nie­kiedy na­wet eu­fo­ryczne, zwłasz­cza pu­blicz­no­ści fe­sti­wa­lo­wej, za­chod­niej. Za­pra­szano ich i do Ju­go­sła­wii, i do Pol­ski; raz Ten­giz tra­fił na­wet na fe­sti­wal te­atralny w Edyn­burgu, choć, co prawda, bez Nory. Tym ra­zem zro­biło się o nich gło­śno w Mo­skwie. Suk­ces przy­niósł Go­gol. Wy­sta­wili Wija. In­sce­ni­za­cję Nora przy­go­to­wała sama, ze sporą pewnością sie­bie – po Car­men na­brała dość od­wagi. Wy­stę­po­wała w dwóch ro­lach – jako au­torka tek­stu i jako sce­no­grafka. Sztukę za­ty­tu­ło­wali Choma Brut. Spek­takl wy­szedł tak, jak to zaplanowali, raczej śmieszny niż straszny. Dra­mat uzu­peł­nili o do­dat­kowy wą­tek – bez­słowną walkę o „fi­lo­zofa” Wiedźmy-Pa­nienki i od­mło­dzo­nej epi­zo­dycz­nej baby z kuchni w domu set­nika. Nie do końca było ja­sne, która z pre­ten­den­tek zwy­cię­żyła. Ten­giz był za­do­wo­lony z fi­nału: ostat­nia noc – Choma, za­kre­śliw­szy ma­giczny krąg, re­cy­tuje mo­dli­twy za nie­bez­pieczną zmarłą. Uno­szą się wi­szące do ziemi po­wieki Wija, roz­po­czyna się wspa­niały cho­re­ogra­ficzny sa­bat, pierw­szym pro­mie­niom słońca to­wa­rzy­szy pia­nie ko­guta, ikony spa­dają na zie­mię, a w pu­stych oczo­do­łach iko­no­stasu tkwią i biesy, i wszyst­kie inne po­czwary, i chu­tor­nicy, któ­rzy się tu zja­wili i któ­rzy nie róż­nią się zbyt­nio od bie­sów. Wszy­scy po­ru­szają się w ra­mach okien i za­sty­gają, gdy roz­le­gają się dru­gie kury. Tylko scze­pione w ostat­nim star­ciu o Chomę Wiedźma-Pa­nienka i Baba na­dal szar­pią się na­wza­jem za włosy. Sło­wem – po­wieść go­tycka! Mu­zykę do spek­ta­klu na­pi­sał młody kom­po­zy­tor, wy­szła za­bawna mie­szanka awan­gardy i et­no­gra­fii. Cho­re­ografa, sta­rego znawcę ta­necz­nego folk­loru i mi­strza na wpół za­ka­za­nego w Ro­sji ste­po­wa­nia, Ten­giz za­pro­sił z Permu. Tańce wy­szły nad wy­raz po­ry­wa­jące. Któ­ryś z ich te­atral­nych przy­ja­ciół przy­cią­gnął na ich spek­takl Fe­lixa Co­hena, gosz­czą­cego w Mo­skwie pro­du­centa z Broad­wayu, który wpadł w nie­opi­sany za­chwyt. Po spek­ta­klu Amery­ka­nin, pomarsz­czony sta­ru­szek o po­far­bo­wa­nych wło­sach i w pan­to­flach z kro­ko­dyla, za­pro­sił Ten­giza z Norą do re­stau­ra­cji, w któ­rej spę­dzili miły wie­czór, ra­cząc się barsz­czem, piel­mie­niami i wódką, a pod ko­niec póź­nej ko­la­cji re­ży­ser za­pro­po­no­wał im, by prze­nie­śli ten „very Rus­sian” [z ang. - bardzo rosyjski – przyp. aut.] spek­takl na scenę ame­ry­kań­ską... Ten­giz z Norą za­po­mnieli o tej propozycji od razu, gdy tylko wy­szli z re­stau­ra­cji. Hi­sto­ria ta jed­nak miała swój ciąg dal­szy: pół­tora mie­siąca póź­niej przy­szło za­pro­sze­nie od Fe­lixa Co­hena i bi­lety wraz z in­for­ma­cją, że koszty pobytu po­krywa strona za­pra­sza­jąca. Wie­lo­pię­trowe pe­ry­pe­tie z kie­row­nic­twem Ro­syj­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Te­atral­nego i za­ła­twie­niem wizy trwały około ośmiu mie­sięcy, ale w końcu Ten­giz z Norą zna­leźli się w No­wym Jorku, w te­atral­nej dziel­nicy Broad­way.

[...]

To Mon­tauk Po­int Li­ght, chyba naj­star­sza la­tar­nia mor­ska w Ame­ryce – za­uwa­żył Wi­tia. Mar­tha już mnie tu przy­wo­ziła. Ocean był ogromny. Za­okrą­glał się na koń­cach i każde, naj­bar­dziej niewprawne oko mo­gło do­strzec, że zie­mia jest okrą­gła. Nie wia­domo tylko, czy jak dysk, czy jak kula... Ra­czej kula, je­śli weź­mie się pod uwagę to, jak zsu­wał się za ho­ry­zont brzeg Rhode Is­land. I nie było ta­kiej per­spek­tywy – ani li­nio­wej, ani od­wró­co­nej, ani sfe­rycz­nej – która po­zwo­li­łaby od­dać ten ob­raz, po­nie­waż prze­strzeń funk­cjo­no­wała zgod­nie z re­gułą kom­plet­nie nie­znaną ludz­kiemu oku czy ro­zu­mowi. Na­wet wiatr tu, na wy­so­ko­ści, był ku­li­sty. Miało się ta­kie uczu­cie, że stoi się na szczy­cie świata, a świat ota­cza cię jak ziarno scho­wane w miąż­szu owocu...

[...]

Nora, która w wieku pięt­na­stu lat wy­brała pro­fe­sję sce­no­grafki te­atral­nej, wie­działa, że mo­głaby ro­bić też inne rze­czy – za­jąć się re­ży­se­rią, na­wet dra­ma­tur­gią, mo­gła też być ak­torką czy, ostatecznie, pe­da­gożką, ale ni­gdy nie zo­sta­łaby ani le­karką, ani in­ży­nierką, ani ma­te­ma­tyczką. Ten­giz za to mógł być kim­kol­wiek – wy­twórcą win, psy­cho­lo­giem, na­wet sprze­dawcą na ba­za­rze. Kimkol­wiek, poza tymi za­wo­dami, które wy­ma­gają su­ro­wej dys­cy­pliny ze­wnętrz­nej, jak choćby żoł­nierz czy ma­szy­ni­sta. Wi­tia mógł być wy­łącz­nie ma­te­ma­ty­kiem. Ale w przy­padku Ju­rika nic nie było wia­dome, od sa­mego dzie­ciń­stwa: mógł ro­bić co­kol­wiek, ale tylko gdy miał wenę. Je­śli mi­jała, w tej sa­mej chwili po­rzu­cał swoje za­ję­cie. Nie spo­sób było go na­kło­nić do zro­bie­nia cze­goś, co mu nie od­po­wia­dało. Mu­siało po­ja­wić się coś, co by go cał­kiem po­chło­nęło, trzy­ma­łoby go przy so­bie na­tar­czy­wie i nie­ustan­nie. Jak ma­te­ma­tyka Wi­tię. W dwu­na­stym roku ży­cia jego za­in­te­re­so­wa­nia dookre­śliły się pod po­sta­cią mu­zyki. Ale nie ogól­nie mu­zyki, tylko wy­łącz­nie mu­zyki ze­społu The Be­atles. Ju­rik na­gry­wał pio­senkę za pio­senką – Norę ta jego ma­nia­kalna pra­co­wi­tość do­pro­wa­dzała do kresu. Po­dej­mo­wała pewne próby wy­cią­gnię­cia Ju­rika z be­atle­ma­nii, pró­bu­jąc od­dać go do nor­mal­nej szkoły mu­zycz­nej, gdzie pa­no­wały gamy, etiudy Go­edicke’a, lek­cje sol­feżu i chóru. Na nic jed­nak się to zda­wało – za każ­dym ra­zem, gdy za­czy­nały się ja­kieś re­gu­larne za­ję­cia, rzu­cał je z roz­ma­itych przy­czyn: to na­uczy­ciel był zły, to in­stru­ment prze­sta­wał mu od­po­wia­dać, to po­zo­stali ucznio­wie bu­dzili taki jego sprze­ciw, że od­ma­wiał cho­dze­nia na za­ję­cia.

[...]

Ojca skre­mo­wano w pierw­szym mo­skiew­skim kre­ma­to­rium, na ty­łach Mo­na­styru Doń­skiego, a urnę Nora umie­ściła w ko­lum­ba­rium nu­mer 6, w ko­mórce, w któ­rej były pro­chy jego ro­dzi­ców, Ja­kowa Osiec­kiego i Ma­rii Kerns. Gdy ro­bot­nik wyj­mo­wał mar­mu­rową klapę, żeby wci­snąć w wą­ską szcze­linę nową urnę, Nora przy­po­mniała so­bie ży­cze­nie Ma­rusi, które ta prze­ka­zała Gien­ri­chowi niedługo przed śmier­cią: „mo­żesz mnie po­cho­wać gdzie­kol­wiek, byle nie z Ja­ko­wem”. Gien­rich też nie chciał zna­leźć się w nud­nym ma­te­ria­li­stycz­nym po­śmier­ciu z ro­dzi­cami. Ja­kie trudne, ja­kie nie­ja­sne sto­sunki...

[...]

To był list na­pi­sany nie przez Wi­tię, tylko Mar­thę, po an­giel­sku. Ta dość nie­do­rzeczna ko­bieta – taka wy­dała się No­rze pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia – z za­chwy­tem przy­jęła po­mysł o przeprowadzce Ju­rika do Ame­ryki. Pi­sała: „bę­dziemy szczę­śliwi”, „zro­bimy wszystko, co w na­szej mocy”, „cze­kamy na Ju­rika, po­cząw­szy od dzi­siej­szego dnia...”. Ogromna, nie­fo­remna, w dre­sie i trampkach, z chłop­ską ró­żową twa­rzą i uśmie­chem się­ga­ją­cym uszu... Po­ru­szała się tak, jakby była wy­cio­sana z drewna, ale nie z po­lana, tylko z pnia ogrom­nej mięk­kiej lipy. I ten jej pi­skliwy głos, jak u Bu­ra­tina [pajacyka z książki Aleksego Tołstoja – przyp. aut.] z bajki... I tak za­ko­chana w Wi­tii. Zdaje się, że wi­dzi w nim ce­chy, któ­rych ona, Nora, w nim nie do­strze­gła. Nora się za­my­śliła. W ży­ciu Wi­tii nie­wąt­pli­wie za­szła głę­boka zmiana: te­raz jego za­cho­wa­niem za­rzą­dzała nie War­wara Wa­sil­jewna, tylko Mar­tha. Czy Wi­tia się zmie­nił, czy był go­tów po­dej­mo­wać ży­ciowe de­cy­zje, czy jego serce za­częły po­ru­szać ja­kieś emo­cje – z li­stu nie spo­sób było wy­wnio­sko­wać. Ale miał przy so­bie do­brą ko­bietę. Ona go wy­brała... Od chwili, w któ­rej do­stała ten list, No­rze zro­biło się lżej na sercu. Po­mysł, by wy­słać Ju­rika do ojca, za­czy­nał na­bie­rać re­al­nych kształ­tów.

[...]

Nora wy­szła od Tusi z gru­bym to­mem Fra­zera [Sir James George, szkocki antropolog społeczny, filolog i historyk religii – przyp. aut.] i ta Złota ga­łąź, wcze­śniej jej nie­znana, skie­ro­wała jej my­śli w nową stronę. I nie cho­dziło wcale o ba­da­nie ma­gii i wszyst­kich nie­zli­czo­nych fak­tów na te­mat roz­woju re­li­gii i ca­łej reszty my­śli ludz­kiej, ale o to, że prze­ra­ziła ją bez­deń wła­snego braku wykształcenia. Ileż in­te­re­su­ją­cych i waż­nych rze­czy omi­nęło ją przez te lata, gdy ślepo po­dą­żała za wszyst­kimi przed­się­wzię­ciami Ten­giza... Sie­działa te­raz w bi­blio­tece Wszech­ro­syj­skiego Towarzy­stwa Teatral­nego od otwar­cia do za­mknię­cia, stu­diu­jąc wody, które w mi­to­lo­gii wszyst­kich na­ro­dów po­ja­wiały się przed ludzką du­szą od razu po śmierci. To były małe rzeki albo stru­mie­nie, cza­sem pod­ziemne, cza­sem oce­any, ogromne i mroczne wody wszyst­kich na­ro­dów, wy­mar­łych i ży­wych: Egip­cjan, Skan­dy­na­wów, Hin­du­sów i Mon­go­łów. Ale Nora miała od­gad­nąć, jak ta rzeka może wy­glą­dać u Sło­wian... Prak­tyczne za­da­nie sce­no­grafa oka­zało się tylko pre­tek­stem do tych za­chwy­ca­ją­cych stu­diów. Choć pa­mięć Nora miała do­sko­nałą, ro­biła małe kon­spekty, w któ­rych zapi­sy­wała na­zwy rzek i imiona prze­woź­ni­ków, cza­sami na­wet na­zwy ło­dzi, któ­rymi do­ko­ny­wano tej wiel­kiej prze­prawy, frag­menty za­cho­wa­nych ry­tu­ałów. Ło­dzie też były naj­roz­ma­it­sze – to wą­tła łódeczka, to skrzy­dlaty sta­tek... Ja­sne było i to, że kie­row­nik ma­łego folk­lo­ry­stycz­nego ze­społu chciał po­rwać się na rzecz ol­brzy­mią: na jedną z naj­bar­dziej nie­do­stęp­nych świa­do­mo­ści kwe­stii, na mit o po­śmiert­nym ży­ciu du­szy ludz­kiej. Ob­raz ten oka­zał się uni­wer­salny dla wszyst­kich kul­tur: świat ludzki, ziem­ski i stały, ist­nieje w oto­cze­niu wiel­kich wód, a po śmierci du­sza jest zmu­szona prze­pra­wić się przez wiel­kie wody, aby prze­do­stać się na drugi brzeg, prze­kro­czyć gra­nicę in­nego świata, in­nego bytu. Nora już wi­działa, jak z pra­wej i le­wej ku­lisy wy­pły­wają brzegi tych świa­tów, a po­środku, na ciem­nych fa­lach wszyst­kich przy­gra­nicz­nych wód, opi­sa­nych przez wszyst­kie mi­to­lo­gie świata, we wszyst­kich księ­gach zmar­łych, po­ru­sza się łódź z wioślarzami, ma­ry­na­rzami, ka­pi­ta­nem i bos­ma­nem. A rzeka – może być ja­ka­kol­wiek. Choćby i Wołga...

[...]

Sie­dząc w bi­blio­tece nad książ­kami, Nora przy­po­mniała so­bie bar­dzo wy­raź­nie brzeg Oki, sie­bie na tym brzegu, jak leży na sta­rym fla­ne­lo­wym prze­ście­ra­dle, które wy­ko­rzy­sty­wano w for­mie koca, czte­ro­ko­lo­rową piłkę i mło­dego męż­czy­znę z mo­krymi wło­sami, który się nad nią po­chyla. Wszystko się zga­dzało – Ama­lia mó­wiła, że ura­to­wał ją i ocu­cił syn go­spo­dyni, stu­dent me­dy­cyny. Do tego daw­nego wspo­mnie­nia przy­cze­pił się rów­nież kosz­mar, który raz przy­śnił się No­rze, także zwią­zany z wodą: pły­nęła do brzegu w strasz­nej atra­men­to­wej cie­czy, znacz­nie cięż­szej i gęst­szej niż zwy­kła woda. Gdy jed­nak wy­do­stała się na brzeg, zro­zu­miała, że do­pły­nęła nie do lądu, tylko do ogrom­nego po­twora. Nie­wy­obra­żalne prze­ra­że­nie wy­strze­liło ją, z tru­dem ła­piącą od­dech i mo­krą, ze snu, jak ko­rek z bu­telki. Za­pach jej wła­snego potu był okropny, ale był to za­pach tej strasz­nej wody... Odło­żyła książki, skoń­czyła lek­turę. Od czasu, gdy kwe­stia wiary zo­stała w jej ży­ciu sformułowana i gdy twardo opo­wie­działa się po stro­nie nie­wiary, uwa­żała się za bez­wa­run­kową ma­te­ria­listkę. Ani nie­ja­sne pan­te­istyczne wy­po­wie­dzi babci Ma­rusi, ani wzru­sza­jąca dzie­cięca półwiara Ama­lii, ani tym bar­dziej książ­kowe for­mułki przy­ja­ciół, nowo na­wró­co­nych chrze­ści­jan w du­chu eku­me­nicz­nym, kom­plet­nie jej nie po­cią­gały. Ale te­raz, po tych wła­ści­wie ar­che­olo­gicz­nych stu­diach, po­czuła, że ten drugi, od­le­gły brzeg ist­nieje, a, co za tym idzie, śmierci ta­kiej – jaką ją wi­działa, ob­ser­wo­wała, zbli­żała się do niej – ta­kiej śmierci nie ma. Jest coś o wiele bar­dziej złożonego i o wiele cie­kaw­szego... A naj­bar­dziej po­twier­dza to wła­śnie mu­zyka. Może zwłasz­cza te la­menty lu­dowe, które zbie­rał po wy­mie­ra­ją­cych wsiach, na­gry­wa­jąc skrzy­piące głosy półmartwych sta­ru­szek, ten ge­niusz folk­loru, z któ­rym po­znała ją Tu­sia.

[...]

Wła­śnie skoń­czy­łem czy­tać Rol­landa [Romain, francuski pisarz, ojciec powieści rzeki – przyp. aut.] i chcia­łem się po­dzie­lić z Tobą nie­któ­rymi my­ślami na jego te­mat, na mój i Twój te­mat. To Fran­cuz i wszyst­kie te za­bój­cze dla Fran­cu­zów uogól­nie­nia czę­ściowo od­no­szą się także do niego. Ten duch kul­tu­ro­wej pro­sty­tu­cji i bez­pod­staw­nego znisz­cze­nia za­ra­ził odro­binę i jego. Pa­ryż zdyskredytował, ale na­le­żało także coś zbu­do­wać. Uważ­nie śle­dzi­łem, jak roz­biera ka­mień po ka­mie­niu wielki bu­dy­nek. Gdy wieczne mia­sto przy­brało po­stać ro­ze­bra­nego gma­chu, my­śla­łem, że on, być może, za­cznie z tych ka­mieni bu­do­wać nowe, ma­je­sta­tyczne, po­głę­bione dzieło sztuki. Po­wiada on – a ja do­brze za­pa­mię­ta­łem jego słowa – że Fran­cja prze­cież żyje, że mu­szą gdzieś istnieć te pod­sta­wowe, pier­wotne stru­mie­nie świa­do­mo­ści na­ro­do­wej, któ­rymi karmi się cały na­ród. Tego, że one ist­nieją – nikt nie wie le­piej od Rol­landa, a tego, że on do nich nie do­tarł – nikt nie wie le­piej od czy­tel­ni­ków Rol­landa...

[...]

Ko­re­spon­den­cja ro­dzinna (1916). 30.12

Dzie­cin­ność to po­ważne trak­to­wa­nie każ­dego głup­stwa i tych wszyst­kich szcze­rych emo­cji, które głup­stwa wzbu­dzają. Dzie­cin­ność to uczu­cie nie­wąt­pli­wie nie­świa­dome. Wy­star­czy, że do­ro­sły w tej sa­mej chwili zro­zu­mie swoją in­fan­tyl­ność i da­lej cią­gnie tę grę – a mi­giem zmieni się w nie­przy­jemne uszko­dzone stwo­rze­nie. Ale nie­świa­doma in­fan­tyl­ność jest urze­ka­jąca. Pa­trzysz na czło­wieka, gdy jeź­dzi na łyż­wach albo gdy z cie­ka­wo­ścią przy­gląda się wy­myśl­nej rączce pa­ra­sola (Twój papa), albo gdy po pro­stu ina­czej, po dzie­cię­cemu się uśmie­cha (mój papa) – wtedy za­czy­nasz rozumieć, że od­kry­łeś w cha­osie co­dzien­nego ży­cia ja­kieś cenne szla­chetne rysy i je ko­chasz... Dziś znów mie­li­śmy wie­czorną musz­trę. Na dwo­rze jest bar­dzo zimno, ale nie ma więk­szej przyjemno­ści od tego we­so­łego or­szaku. W za­gi­nio­nym li­ście pi­sa­łem, że musz­tra to cała sym­fo­nia prze­żyć masy mło­dych zdro­wych ciał. Ten na­strój prze­cho­dzi z jed­nego na dru­giego i po­trafi zawład­nąć najbardziej mrocz­nymi du­szami. Gdy za­czyna grać mu­zyka (to my gramy, to ja gram), cały ten na­strój otrzy­muje ryt­miczne wcie­le­nie. Ze wszyst­kich bram wy­bie­gają dzieci, ku­charki w ka­lo­szach na bo­sych no­gach, pod­śmie­wają się z żoł­nie­rzy, a ci pa­trzą, jak stado wy­gło­dzo­nych wil­ków. [...] My­ślę, że wszel­kie smętne wy­wody na te­mat tego, co mi­nęło, w ro­dzaju Wi­śnio­wego sadu, nie mają żad­nego uza­sad­nie­nia w ży­ciu. Po­zo­staje tylko pe­wien es­te­tyczny ca­łun. Ża­den ze mnie Ło­pa­chin, ale Ło­pa­chin jest mi bliż­szy od ca­łej reszty tych umie­ra­ją­cych lu­dzi. On je­dyny jest żywy! A wy­my­ślony zo­stał jako po­stać ko­miczna! I to w ogóle ko­me­dia! Cze­chow po­strzega miesz­kań­ców ma­jątku jako typy sa­ty­ryczne. Ale skoro tak, to Ło­pa­chin jako je­dyny z nich jest ak­tywny. Oskarże­nie prze­szło­ści, ale w mięk­kiej ko­me­dio­wej for­mie. A Sta­ni­sław­ski grał to jako dra­mat. Ładny dwo­rek z ko­lum­nami, ładne cier­pie­nie jego wznio­słych miesz­kań­ców. Cze­chow się nie śmieje, on się smutno uśmie­cha do tego za­cisz­nego świata, do któ­rego i sam też na­leży, i jest to uśmiech po­że­gnalny. Nie z po­wodu świa­do­mo­ści, że wkrótce umrze, ale z po­wodu zro­zu­mie­nia, iż ten świat umrze nie­długo po nim. Niech rą­bią kwit­nące drzewa – wiem, w ich miej­scu wy­ro­sną krzywe za­ułki bied­nych do­mów, które stło­czą się wo­kół fa­bryki. Cier­pie­nia się wzmogą, war­stwa ro­dzinna się roz­pad­nie, ale bę­dzie zro­biony jesz­cze je­den krok w kie­runku świa­do­mo­ści, uświa­do­mie­nia. Czy bę­dzie zro­biony ko­lejny krok ku walce – to mnie te­raz mało in­te­re­suje. Naj­więk­szym złem jest ludzkość biedna, brudna, po­zba­wiona kul­tury, nie­ro­zu­mie­jąca ni­czego. A za zy­ska­nie świa­do­mo­ści płaci się zwy­kle wie­ko­wymi cier­pie­niami i ogro­mem krwi. Ale jest to warte tej ceny. Wy­daje mi się, że Cze­chow to prze­czu­wał. Mi­nio­nym świa­tem po­gar­dzał, a przy­szłego się bał. Cier­pie­nie wi­śnio­sa­dow­ców jest upięk­szone. Inne cier­pie­nie – ob­na­żone, ob­szar­pane, głodne, ale ak­tywne, czynne – prze­kształci się w coś zu­peł­nie no­wego, co prze­wyż­szy wszyst­kie uto­pie pierw­szych so­cja­li­stów od Tho­masa More’a po Tom­maso Cam­pa­nellę, wszystko na długo przed Mark­sem zo­stało wymyślone i ob­my­ślone. My­ślę, że za sto lat, gdy kul­tura roz­wi­nie się do nie­wi­dzia­nego po­ziomu, Cze­chowa bę­dzie się oglą­dać w te­atrach wła­śnie jako wznio­sły po­mnik mi­nio­nego świata. Ale jego sztuki to nie­zbędny sto­pień ku temu, co lep­sze, bar­dziej wznio­słe...

[...]

Pierw­sze dni na Long Is­land przy­pa­dły na prze­rwę bo­żo­na­ro­dze­niową. Mar­tha pla­no­wała za­wieźć Ju­rika do No­wego Jorku, ale się prze­zię­biła i po­dróż trzeba było prze­ło­żyć. Ju­rik usiadł do gi­tary, ale ni­jak nie mógł się sku­pić – coś mu prze­szka­dzało. Wik­tor te świą­teczne dni spę­dzał w la­bo­ra­to­rium – pod ko­niec grud­nia uni­wer­sy­tet ku­pił kom­pu­ter firmy NeXT, ostat­nie dziecko Steve’a Jobsa, który w tam­tym cza­sie zo­stał zwol­niony z Ap­ple i stwo­rzył nową firmę pro­du­ku­jącą te no­wiut­kie „ne­xty” z no­wym sys­te­mem ope­ra­cyj­nym, pier­wo­wzory przy­szłych Ma­ców. Wi­tia w ża­den spo­sób nie mógł ode­rwać się tej no­winki tech­no­lo­gicz­nej. Za­pro­sił Ju­rika, by obej­rzał urzą­dze­nie – to był pierw­szy kom­pu­ter, który Ju­rik zo­ba­czył na wła­sne oczy. Wi­tia gła­skał kor­pus i wy­chwa­lał czarne pudełko, jak wła­ści­ciel psa wy­no­szący pod nie­biosa syl­wetkę swo­jego pu­pila: za­chwy­cał się jego mocą, pa­mię­cią ope­ra­cyjną, mo­ni­to­rem o nie­spo­ty­ka­nej roz­dziel­czo­ści. Ju­rik py­tał, Wi­tia odpowiadał, Ju­rik do­py­ty­wał. I chwy­tał w lot. Prze­sie­dzieli w pu­stym la­bo­ra­to­rium ze cztery go­dziny, które Ju­ri­kowi mi­nęły jak jedna chwila, i chło­pak zro­zu­miał, że są też inne cie­kawe rze­czy oprócz mu­zyki. Prze­sie­dzie­liby tak i całą noc, ale za­dzwo­nił te­le­fon i Mar­tha po­wie­działa, że czeka na nich z ko­la­cją. Wra­cali w mżawce, w ciem­no­ści, w mil­cze­niu, każdy za­jęty wła­snymi my­ślami: Wi­tia – na te­mat tego, jak cu­downe moż­li­wo­ści mo­de­lo­wa­nia pro­ce­sów ko­mór­ko­wych czają się w no­wym kom­pu­te­rze, Ju­rik – o tym, że wspa­niale by­łoby po­łą­czyć mu­zykę z tą nie­sa­mo­witą ma­szyną. Nie był pierw­szy, któ­remu to przy­szło do głowy, ale się tego nie do­my­ślał. Ju­rik nie wie­dział jesz­cze, że za­le­d­wie za parę lat kom­pu­ter sta­nie się nie­odzowną czę­ścią każ­dego mu­zycz­nego pro­cesu – od na­uki po na­gra­nia i wy­ko­na­nia.

[...]

Cu­downa sta­ruszka, Fran­cuzka, uczyła gry na for­te­pia­nie. Pa­trząc na jej po­dry­gu­jące, po­marsz­czone, drobne dło­nie, Ju­rik do­świad­czał pro­fe­sjo­nal­nej za­wi­ści: pia­ni­sta dla obu rąk sto­suje ten sam me­cha­nizm ru­chu, a gi­ta­rzy­sta musi wy­pra­co­wać znacz­nie bar­dziej zło­żoną ko­or­dy­na­cję – lewa i prawa ręka mu­szą żyć od­ręb­nymi ży­ciami, ale w ide­al­nej syn­chro­ni­za­cji... I, rzecz ja­sna, naj­więk­szą za­letą for­te­pianu jest to, że po­zwala pro­wa­dzić kilka gło­sów jed­no­cze­śnie i od­krywa cały wszech­świat zna­ków nie­moż­li­wych do uzy­ska­nia na gi­ta­rze. Poza tym dla for­te­pianu ist­nieje masa li­te­ra­tury mu­zycz­nej – wię­cej niż dla ja­kie­go­kol­wiek in­nego in­stru­mentu.

[...]

Ju­rik za­pro­wa­dził Norę do uko­cha­nych miejsc im­pre­zo­wa­nia – Per­for­mance Space 122, Col­lec­tive Un­con­scious. Lu­dzi tam pra­wie w ogóle o tej po­rze nie było, tylko pu­ste puszki po coli, to­rebki, czę­ści roz­ło­żo­nego ro­weru, brudny ma­te­rac, śpi­wór i po­psuty pa­ra­sol uosa­biały tę „Zbio­rową Nie­świa­do­mość”. To na­prawdę było miej­sce przy­god­nych ra­do­ści i wa­riac­kiej wol­no­ści, w któ­rym się śpiewa, pije, gra i ćpa póź­nymi wie­czo­rami i no­cami. Nora po­czuła się odro­binę nie­swojo. Obe­szli kilka po­dob­nych punk­tów: gdzie­nie­gdzie Ju­rika znano, wi­tano się z nim, a on był dumny ze swo­jej przy­na­leż­no­ści do tego un­der­gro­un­do­wego ży­cia. Kilka osób, owi­nię­tych w śpi­wory, spało jak za­bite. Je­den jaw­nie pi­jany stary męż­czy­zna obu­dził się, wy­lazł z kupy szmat, po­pro­sił o pie­nią­dze. Skoń­czony czło­wiek. [...] Po­tem Ju­rik za­pro­wa­dził ją do Nuy­ori­can Po­ets Café. Go­ści w ten przed­wie­czorny czas nie było wielu, a na ścia­nach wi­siały fo­to­gra­fie strasz­nie zna­nych lu­dzi, z któ­rych Nora roz­po­znała tylko Che Gu­evarę. Ju­rik po raz pierw­szy w ży­ciu oka­zał się le­piej po­in­for­mo­wany: „Zo­bacz! To Al­len Gins­berg”. Pod jego fo­to­gra­fią – mało sym­pa­tyczna morda! – wi­siała jego wypo­wiedź, na­pi­sana bia­łymi li­te­rami na czar­nym tle – „the most in­te­gra­ted place on the pla­net”. Do­brze po­wie­dziane, ale w spo­sób nie­moż­liwy do prze­tłu­ma­cze­nia na ro­syj­ski... Miej­sce in­te­gra­cji... Ale można to zro­zu­mieć jako miej­sce rów­no­ści lu­dzi, nie­sto­su­jące se­gre­ga­cji, wol­ność wy­razu aż do osta­tecz­nych gra­nic i w ogóle bez­gra­niczna. Książ­kowa wie­dza Nory pod­su­nęła jej na­tych­miast wszyst­kie ar­ty­styczne ka­wiar­nie po­czątku wieku – pa­ry­skie Les Deux Ma­gots i La Ro­tonde, pe­ters­bur­ską piw­nicę Bez­pań­ski Pies, bar­ce­loń­ską Els Qu­atre Gats (Cztery Koty). Wszyst­kie one były przod­kami w trze­cim po­ko­le­niu tego no­wo­jor­skiego ar­ty­stycz­nego gniazda, tylko pach­niało tu nie de­ka­den­ty­zmem, nie fu­tu­ry­zmem i nie dada, ale spo­łecz­nym sprze­ci­wem, re­wo­lu­cją i za­ma­chami ter­ro­ry­stycz­nymi... To było miej­sce dzi­siej­szej oraz odro­binę wczo­raj­szej awan­gardy, wszystko na umow­nej pierw­szej li­nii frontu – i mu­zyka, i po­ezja, i per­for­mance i nic nie miało naj­mniej­szego związku ani z ma­in­stre­amem, ani z ko­mer­cją. Na­gry­wano ja­kąś fan­ta­styczną śpie­waczkę ope­rową, Nora aż się za­trzy­mała, za­słu­chana, ale Ju­rik mach­nął ręką i po­wie­dział, że to kon­tra­te­nor. Taki wy­soki mę­ski głos, we Wło­szech pi­sano spe­cjalną mu­zykę dla ka­stra­tów.

[...]

Przez ostat­nie dwa lata po­czuł się czę­ścią tego mia­sta. Mu­zyka, jego mu­zyka, wy­ry­wała się z każ­dego skrzy­żo­wa­nia, ze wszyst­kich szcze­lin. Gdy z rzadka je­chał do Wi­tii i Mar­thy na Long Is­land, za­czy­nał tę­sk­nić już w po­ciągu. A dzie­cięca Mo­skwa od­su­nęła się na tyle da­leko, że zmie­niła się w ob­ra­zek w od­wró­co­nej lor­netce. Je­dy­nie wi­zyty Nory przy­po­mi­nały mu o wcze­śniej­szym, przedame­ry­kań­skim ży­ciu. Nora przy­je­chała na „dni ro­dzica”, jak na­zy­wała swoje co­roczne wi­zyty w No­wym Jorku. Przy­jazd matki zni­we­czył plany Ju­rika na zdo­by­wa­nie no­wych wra­żeń. Przez cały ty­dzień po zmia­nie w „mo­ovingu” [z ang. – także slangowo przeprowadzki – przyp. aut.] za­miast za­pla­no­wa­nych no­wych wra­żeń od­świe­żał stare: spa­ce­ro­wał z Norą po mie­ście, po­ka­zu­jąc jej słodkie za­ka­marki. Nora szła przy boku cał­kiem już do­ro­słego męż­czy­zny, przy­stoj­nego i wy­so­kiego, ale zu­peł­nie nie­przy­po­mi­na­ją­cego mło­dych męż­czyzn, stu­den­tów i ak­to­rów, z któ­rymi miała do czy­nie­nia w domu. Czym się róż­nił? Cał­ko­witą bez­tro­ską, nie­po­ko­ją­cym in­fan­ty­li­zmem, ja­kąś roz­chwianą wol­no­ścią... Nie, pró­bo­wała po­cie­szyć się Nora, po pro­stu skoń­czyło się na­sze wspólne życie, on te­raz pły­nie wła­snym nur­tem. Swoją drogą... Nie mogę go za­wró­cić. I też po co? I co mia­ła­bym mu po­wie­dzieć? Sama wy­sko­czy­łam z przy­ję­tych ko­lein w wieku pięt­na­stu lat... [...] To stary irlandzki bar, w któ­rym po­dają gu­in­nessa. To ho­tel, w któ­rym za­trzy­my­wali się wszy­scy. Miesz­kał w nim Jimmy Hen­drix, no i cała ame­ry­kań­ska li­te­ra­tura, nie­malże z Dic­ken­sem – ko­men­to­wał Ju­rik z dumą, jakby ho­tel był jego wła­sno­ścią. A Nora za­pa­trzyła się w wej­ście na po­dwó­reczko, gdzie stało je­dyne usy­cha­jące drzewo. Stara ławka. Wy­gląda, jakby wła­śnie tu mógł żyć cho­ru­jący na gruźlicę męż­czy­zna z opo­wia­da­nia Ostatni liść, a w tym miesz­kanku na gó­rze Jim i Della, bo­ha­te­ro­wie opo­wia­da­nia Dary Trzech Króli. Nora tak lu­biła w dzie­ciń­stwie te opo­wia­da­nia, że od razu rozpoznała prze­strzeń sce­niczną O. Henry’ego [właściwie William Sydney Porter, amerykański pisarz, opowiadań- humoresek – przyp. aut.]. Za­trzy­mała się. Pie­kielna kuch­nia, dziel­nica kraw­ców, ry­nek rzeź­ni­czy... wszystko to roz­gry­wało się gdzieś tu­taj...

[...]

Pa­mięci Mic­keya. Wła­śnie od niego, ży­ją­cego lekko i umie­ra­ją­cego ciężko, mą­drego, ka­pry­śnego i awan­tur­ni­czego, Ju­rik wziął, prze­jął myśl, że w sen­sie wyż­szym mu­zyka nie ma au­to­rów, jest jedynie umie­jęt­no­ścią czy­ta­nia z Bo­skiej Księgi i prze­kła­da­nia pew­nej me­lo­dii świata, nie­wy­ma­ga­ją­cej nut, na ję­zyk ża­ło­snych in­stru­men­tów mu­zycz­nych i za­pisu nu­to­wego, wy­my­ślo­nych dla wygody wy­ło­że­nia tre­ści, nie­prze­kła­dal­nych w żad­nym in­nym ję­zyku. Kom­po­zy­cji Ju­rika słu­chały tego wie­czoru naj­lep­sze uszy i naj­lep­sze du­sze tego mu­zycz­nego ko­smosu. I go usły­szały. Od tego dnia tra­jek­to­ria ży­cia Ju­rika znów się zmie­niła. Otrzy­mał kilka ku­szą­cych pro­po­zy­cji i wy­brał tę naj­bar­dziej dla sie­bie in­te­re­su­jącą i naj­mniej per­spek­ty­wiczną z punktu wi­dze­nia eko­no­micz­nego – pra­wie nie­znany ze­spół, wy­ko­nu­jący fan­kowe prze­boje lat sie­dem­dzie­sią­tych. [...] Za­nim za­snął, zdą­żył po­wie­dzieć Mar­cie, że za­bito mu przy­ja­ciela. Trauma, ko­lejna trauma – po­wie­działa do Wi­tii Mar­tha, która pa­mię­tała ze­szło­roczną hi­sto­rię z Mic­keyem. Wi­tia zgo­dził się w roz­tar­gnie­niu: tak, tak, trauma... Gri­sza, który, kie­dyś przy ko­ści, przez ostat­nią de­kadę schudł i wy­glą­dał jak za młodu, oj­ciec sze­ściorga dzieci w róż­nym wieku, za­uwa­żył: „Traumy to wy­my­sły naj­bar­dziej bez­na­dziej­nej z nauk: psy­cho­lo­gii. Wszystko to bio­che­mia i do­świad­cze­nie ży­ciowe”. Mar­tha, która przez wiele lat pra­co­wała w ad­mi­ni­stra­cji uni­wer­sy­tetu, ale z za­wodu była psy­cho­lo­giem, zdzi­wiła się: dla­czego bez­na­dziej­nej? Gri­sza miał wów­czas od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia: Po­nie­waż ta­kiej nauki w ogóle nie ma! I nie było! To aber­ra­cja świa­do­mo­ści, a nie na­uka. Ist­nieją su­rowe struk­tury, oczy­wi­sta, nie cał­kiem jesz­cze opra­co­wana bio­che­mia i za­pro­gra­mo­wane w związku z tym za­cho­wa­nie. Co mają z tym wspól­nego traumy? – I gder­li­wie za­koń­czył: – Po­wa­rio­wali z tym Freu­dem! Ja­kaś świa­towa mi­sty­fi­ka­cja... Che­mia ży­cia, oto, co jest...

[...]

Gri­sza wes­tchnął: tłum, jak wia­domo, pro­ro­ków nie słu­cha, usi­łuje ich albo wy­śmiać, albo uka­mie­no­wać. Wła­śnie w Izra­elu! Zwłasz­cza w Izra­elu! W ostat­nich la­tach stra­cił tyle sił, żeby prze­bić się do Pi­sma, które zda­wało mu się naj­waż­niej­sze na świe­cie, do Tory, i do­szedł do wnio­sku, że jest ona za­le­d­wie prze­glą­dem, ko­men­ta­rzem i ode­sła­niem do o wiele waż­niej­szego Tek­stu. Ale ze zrozumie­niem Gri­sza nie spo­tkał się za­równo wśród uczo­nych współ­braci, jak i wśród swo­ich na­uczy­cieli re­li­gij­nych. Je­den tylko głupi ka­ba­li­sta z Sa­fedu[najprawdopodobniej Izaak ben Szlomo Luria Aszkenazi, rabin, kabalista z XVI wieku – przyp. aut.], przy­wódca nie­ist­nie­ją­cej szkoły, apro­bo­wał roz­wa­ża­nia Gri­szy. Gri­sza ocze­ki­wał, że spo­tka się ze zro­zu­mie­niem Wi­tii, któ­rego omi­jał strumień współ­cze­snych fan­ta­zji na­uko­wych. Spo­tkał się jed­nak wy­łącz­nie z nie­zro­zu­mie­niem. Ale nie tra­cił na­dziei. Sztuczka, Wi­ta­sia, po­lega na tym, że pod­sta­wowy al­fa­bet, któ­rym jest na­pi­sany tekst, zo­stał od­kryty do­piero w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym trze­cim roku – to czte­ro­li­te­rowy kod DNA. Na­wet sami jego od­krywcy, Crick i Wat­son, nie zda­wali so­bie sprawy, że daje on możliwość od­czy­ty­wa­nia Tek­stu Bo­żego! Dali naj­bar­dziej prze­ko­nu­jący do­wód na ist­nie­nie Stwórcy! Gri­sza po­czer­wie­niał, pod­no­sił chude ręce jak uliczny ka­zno­dzieja i wy­krzy­ki­wał z prze­rwami: Prze­ko­nu­jący do­wód! Ab­so­lutny! A nie zda­wali so­bie sprawy! Po­cze­kaj! Wi­ta­sia pró­bo­wał po­ha­mo­wać pod­nie­co­nego Gri­szę. Po­cze­kaj, a może Wat­son i Crick ni­gdy nie po­trze­bo­wali kon­cep­cji Stwórcy? Ja, prawdę mó­wiąc, też ni­gdy jej nie po­trze­bo­wa­łem. Ani tro­chę... [...] W tym miej­scu obu­dził się Ju­rik, który nie do końca zda­wał so­bie sprawę, gdzie się znaj­duje. Ale to, co mó­wił dość piskliwy mę­ski głos, do­cie­rało do niego jak spe­cjal­nie dla niego prze­zna­czone słowa... Ist­nieje Tekst Boży! A je­dy­nym za­da­niem ewo­lu­cji czło­wieka jest do­pro­wa­dzić to nie­ukoń­czone Dzieło do etapu, gdy ono, czyli ludz­kość, na­uczy się czy­tać. I wła­śnie w tym celu zo­stały wy­na­le­zione wszyst­kie al­fa­bety, wszyst­kie znaki, cy­fry, a na­wet nuty! Ju­rik ode­rwał głowę od po­duszki. Na jego policzku od­ci­snął się gu­zik. Pierw­szym, co zo­ba­czył, był obcy mu Żyd w ki­pie, z za­dartą do góry na wpół siwą brodą i unie­sio­nymi do góry rę­koma. Mam zwidy – po­my­ślał. Gdy jed­nak do­strzegł, że za mio­ta­ją­cym się Ży­dem sie­dzi za­sę­piony oj­ciec, uspo­koił się. A jed­nak nie... [...] Ju­rik nie­ocze­ki­wa­nie po­czuł się do­brze. Traf­nie pan po­wie­dział o tym braku au­tora. Też tak my­ślę, mu­zyka ist­nieje gdzieś w nie­bio­sach, a rolą mu­zyka jest usły­szeć ją i za­pi­sać za po­mocą nut. Ale po­nie­waż ja je­stem mu­zy­kiem jaz­zo­wym, wiem, jak wiele mu­zyki w ogóle nie zo­staje za­pi­sane i żyje tylko w chwilowych im­pro­wi­za­cjach... Gri­sza ogrom­nie się ucie­szył, otrzy­maw­szy tak nie­ocze­ki­wane wspar­cie.  Nie martw się, nie martw! Jest w bez­piecz­nym schro­nie­niu! Wszystko jest za­pi­sane! Wi­dzisz, wi­dzisz, Wi­tia, twój syn od razu zro­zu­miał, o czym mowa! Świat to księga, którą do­piero uczymy się od­czy­ty­wać z ar­chi­wów! Pró­bu­jemy za po­mocą na­szych al­fa­be­tów, naj­prost­szych sys­te­mów zna­ków od­czy­tać tek­sty o naj­więk­szym stop­niu trud­no­ści, które ist­nieją poza na­szą świa­do­mo­ścią. Weźmy Pla­tona! [...] Gri­sza za­czął od prawa hie­rar­chicz­nego po­do­bień­stwa – wszech­świat, ko­mórka i atom zbu­do­wane są we­dług jed­nej i tej sa­mej za­sady: „To, co znaj­duje się ni­żej, jest ta­kie jak to, co po­wy­żej, a to, co znaj­duje się wy­żej, jest po­dobne do tego, co ni­żej”. Na­stęp­nie prze­szedł do ryt­micz­nego cha­rak­teru wszyst­kich pro­ce­sów za­cho­dzą­cych w przy­ro­dzie, od ob­rotu pla­net po rytm od­dy­cha­nia, bi­cia serca ludz­kiego or­ga­ni­zmu, by do­pro­wa­dzić Ju­rika do po­ję­cia pola informacyjnego i pierw­szej za­sady ter­mo­dy­na­miki. Zwra­cam twoją uwagę, Ju­rik! – odro­binę zmę­czo­nym po wie­lo­go­dzin­nych wy­kła­dach gło­sem wy­krzy­ki­wał Gri­sza. – Lord Ke­lvin w po­ło­wie minionego wieku wy­po­wie­dział myśl, że Stwórca w mo­men­cie stwo­rze­nia świata ob­da­rzył go nie­wy­czer­pal­nym za­pa­sem ener­gii i że ten Bo­ski Dar bę­dzie ist­niał wiecz­nie! Nic po­dob­nego! Przeleciaw­szy drugą za­sadę ter­mo­dy­na­miki, Grisza do­szedł do teo­rii ko­mór­ko­wej w jej wer­sji kla­sycz­nej i, za­cząw­szy od Schle­idena i Schwanna [botanik i zoolog, twórcy teorii komórkowej – przyp. aut.], trium­fal­nie ob­wie­ścił, że te­raz zbli­żyli się do tego, co naj­istot­niej­sze, do tego, o czym po­ję­cia nie mieli twórcy teo­rii ko­mór­ko­wej, obej­mu­ją­cej wszyst­kie żywe or­ga­ni­zmy – ko­mórka jest kompute­rem mo­le­ku­lar­nym, któ­rego opro­gra­mo­wa­niem jest DNA stwo­rzone przez Boga. Być ży­wym ozna­cza nie po­więk­szać en­tro­pii w trak­cie cy­klu ży­cio­wego or­ga­ni­zmu, mimo wszel­kich opcji – zwłasz­cza roz­mna­ża­nia – któ­rymi dys­po­nuje ko­mórka. Ko­mórka to sza­le­nie zło­żony sys­tem. Aby zro­zu­mieć, jak funk­cjo­nuje, uczeni two­rzą mo­dele po­sia­da­jące wła­ści­wo­ści ży­wej ko­mórki. Naj­le­piej na świe­cie robi to, zdaje się, Wi­tia, twój oj­czu­lek. To ge­niusz, ale nie ro­zu­mie jed­nej pod­sta­wo­wej rze­czy, jak to cza­sem z ge­niu­szami bywa. [...] Sku­pimy uwagę na or­ga­ni­za­cji sa­mego pro­cesu infor­ma­cyj­nego. Czym jest wła­ści­wie in­for­ma­cja? Jesz­cze nie­dawno uwa­żano, że to wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wane so­bie na­wza­jem ust­nie, pi­sem­nie albo za po­mocą ja­kichś sy­gna­łów. Stwo­rzono teorię in­for­ma­cji – prze­kaz może być re­ali­zo­wany nie tylko od osoby do osoby, ale i od osoby do ma­szyny, od ma­szyny do ma­szyny. Ist­nieje także al­go­rytm – sys­tem za­sad, zgod­nie z któ­rymi informa­cje są prze­ka­zy­wane w celu re­ali­zo­wa­nia za­dań o róż­nym po­zio­mie trud­no­ści... Po­dobne pro­cesy al­go­ryt­miczne są obecne także w ko­mórce! I nie ma przy tym ab­so­lut­nie zna­cze­nia to, jak my ro­zu­miemy ten pro­ces – jako spo­sób ko­mu­ni­ko­wa­nia się obiek­tów ma­te­rial­nych czy też przyj­mu­jąc, że sama ko­mórka wy­ko­rzy­stuje roz­ma­ite obiekty ma­te­rialne do swo­jego ist­nie­nia. Najważniej­sze jest to, że in­for­ma­cja i ma­te­ria nie ist­nieją nie­za­leż­nie od sie­bie. Ży­cie ko­mórki prze­ja­wia się w pracy jej sys­temu in­for­ma­cyj­nego. Można ją po­rów­nać z grą or­kie­stry sym­fo­nicz­nej, w któ­rej biorą udział kom­po­zy­tor, dy­ry­gent, mu­zycy, in­stru­menty mu­zyczne, par­ty­tura, a na­wet elek­tryk, który oświe­tla nuty... Tak, to do­bry przy­kład, po­wi­nien być dla cie­bie jako mu­zyka, zro­zu­miały. Kom­po­zy­tor two­rzy mu­zykę – al­go­rytm gry – i za­pi­suje ją – pro­gra­muje albo ko­duje – pod po­sta­cią par­ty­tury, za po­mocą nut – spe­cjal­nego al­fa­betu – w pa­mięci dłu­go­trwa­łej, to zna­czy na pa­pie­rze albo w pa­mięci kom­pu­tera. Par­ty­tura za­wiera in­for­ma­cje o po­czątku i końcu utworu mu­zycz­nego oraz o tym, co i jak po­wi­nien grać każdy in­stru­ment mu­zyczny w okre­ślo­nym mo­men­cie pod­czas wy­ko­ny­wa­nia utworu. I tyle! [...] Ro­zu­miesz, kim jest w ta­kim ra­zie kom­po­zy­tor? To Stwórca! Par­ty­tura zo­stała na­pi­sana przez Niego za po­mocą Tek­stu za­pi­sa­nego za po­mocą DNA! Po­nie­waż DNA to abe­ca­dło Stwórcy! I te­raz wy­tłu­macz mi, dla­czego twój oj­ciec od­że­gnuje się od tej pro­stej prawdy? To prze­cież oczy­wi­stość! Stwórca sfor­mu­ło­wał Prawo, ale sam też jest jemu pod­po­rząd­ko­wany. Wszech­świat jest ro­zumny i wie­lo­po­zio­mowy. A każdy po­ziom zro­zu­mie­nia ma swój kres. Ta wie­lo­po­zio­mo­wość opisy­wana jest róż­nymi sło­wami we wszyst­kich sys­te­mach re­li­gij­nych i z tego wy­nika pryn­cy­pialna po­zna­wal­ność wszech­świata. Zro­zum, skoro wszech­świat jest po­zna­walny, to można go mo­de­lo­wać.

[...]

Nora od szkol­nych lat od­czu­wała dumną po­gardę wo­bec ko­lek­ty­wi­zmu i od­razę w sto­sunku do kłam­li­wej idei „to, co wspólne, jest waż­niej­sze od tego, co pry­watne”, a Ten­giz w swo­jej pa­triar­chal­nej Gru­zji od trzy­na­stego roku ży­cia, gdy jego oj­ciec po­szedł na front, orał w do­słow­nym i prze­no­śnym sen­sie, by za­pew­nić byt ro­dzi­nie, był kar­mi­cie­lem sio­stry, matki, babci i dziadka oraz śle­pej sio­stry babci, która przez całe ży­cie miesz­kała z nimi, i ten wcze­sny cię­żar bro­nił go i chro­nił przed roz­ma­itymi głu­po­tami. Mało cho­dził do szkoły i do­piero po po­wro­cie ojca rzu­cił się do nad­ra­bia­nia wszystkiego tego, czego nie otrzy­mał w dzie­ciń­stwie. Po­je­chał do wujka do Ku­ta­isi, za­czął na­ukę w in­sty­tu­cie kul­tury, prze­niósł się po­tem na ak­tor­stwo, rzu­cił to, słu­żył w woj­sku w ba­ta­lio­nie budowla­nym, pra­co­wał wie­czo­rami, no­cami jako mo­del po­zu­jący ar­ty­stom, jako szewc, przez ja­kiś czas jako ku­charz, aż okre­ślił się jako re­ży­ser. Nie miał, kiedy stać się ani so­wiecki, ani antysowiecki. Wol­ność, na którą przy­zwo­lono, jej cień, nie zro­biła na nich żad­nego wra­że­nia. Nora też nie­spe­cjal­nie ją za­uwa­żyła – w niej sa­mej było zbyt wiele anar­chii, która od wczesnych lat za­stę­po­wała jej wol­ność. Praw­do­po­dob­nie sa­mo­dziel­ność Ten­giza i we­wnętrzna swo­boda Nory wza­jem­nie im im­po­no­wały. Tak czy ina­czej każde z nich cie­szyło się tą wolno­ścią, którą w so­bie na­wza­jem od­kry­wali. I wspólna praca była dla nich szczę­ściem. Ale ono – Nora pra­wie się z tym po­go­dziła – się skoń­czyło.

[...]

Po­tem roz­mowa ze­szła na tory przy­szłej pracy. Opo­wie­dzieli o za­mó­wie­niu – do­bra ro­syj­ska kla­syka, z dala od po­li­tyki. Cze­chow! – żywo za­re­ago­wała Tu­sia. – Bo któż inny? Ten­giz po­krę­cił głową: on z Cze­cho­wem roz­stał się jesz­cze w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Tu­sia zdjęła oku­lary, spoj­rzała na nich od­sło­nię­tymi za­czer­wie­nio­nymi oczami: Po­my­ślę. Mi­łość i śmierć. Jacy wy je­ste­ście jesz­cze mło­dzi... Jacy mło­dzi? Nora zbli­żała się do sześć­dzie­siątki, Ten­giz prze­kro­czył sie­dem­dzie­siątkę. Nora o mały włos nie za­cy­to­wała ulu­bio­nego wersu z Brod­skiego – „Z punktu wi­dze­nia ko­mara czło­wiek nie umiera”, ale zdą­żyła ugryźć się w ję­zyk, po­nie­waż ży­cie Tusi było bar­dzo dłu­gie nie tylko z punktu wi­dze­nia ko­mara. Za­ma­wia­jący chce coś bar­dzo ro­syj­skiego – uśmiech­nęła się Nora. Nie wiem, bur­łacy na Woł­dze, pi­raci z No­wo­grodu, Ko­zacy roz­bój­nicy... Co po­wiesz, Tu­siu? Naj­bar­dziej ro­syj­ska hi­sto­ria to Córka ka­pi­tana. Tam jest wszystko – całe to „doli swo­jej końmi nie objedziesz” ... Zbrod­nia, kara, wię­zie­nie, na­wet mi­łość do pew­nego stop­nia też jest. Po­li­tyka nie ma zna­cze­nia u Pusz­kina. Tam cho­dzi o ludzką god­ność. Rzadki te­mat w Ro­sji. Nie, nie, Tu­siu! Za to się nie za­biorę. Nie po­ra­dzę so­bie, nie od­ważę się na in­sce­ni­za­cję Córki ka­pi­tana... Wię­zie­nie to ro­syj­ski te­mat. Po­wie­dzia­ła­bym Ar­chi­pe­lag GU­Łag, ale Soł­że­ni­cyn to jesz­cze nie kla­syka i nie ma tam pra­wie nic wię­cej poza po­li­tyką. Sama tylko po­li­tyka, ob­lana łzami i krwią. Le­skow [Nikołaj Siemionowicz, rosyjski prozaik i publicysta – przyp. aut.]. Po­wia­towa lady Mak­bet. Tam jest wszystko. Z ust mi to wy­jęła, po­my­ślała Nora. Od razu po­my­śla­łem o Je­ka­tie­ri­nie Izmaj­ło­wej, ale Szo­sta­ko­wicz mnie po­wstrzy­mał – od­po­wie­dział na­tych­miast Ten­giz. Wy­mie­nili spoj­rze­nia. Tak, oczy­wi­ście. Na­mięt­ność, śmierć. Dzie­cio­bój­stwo. Los ślepy, nie­ubła­gany... Tak, oczy­wi­ście. Nie od razu zro­zu­mia­łem, dla­czego Szo­sta­ko­wicz wy­rzu­cił dzie­cio­bój­stwo. Miał dwa­dzie­ścia sie­dem lat, gdy pi­sał operę. Nie ro­zu­miał, że za­bi­cie dziecka to skła­da­nie ofiary. Tylko Ka­tie­rina nie ro­zu­mie, co robi. Zjada ją na­mięt­ność, ona w ten ogień wrzuca wszystko i Fie­dię, i swoje wła­sne... Uro­dziła i od­dała – za­bierz­cie go ode mnie cał­kiem! Jakby w ogóle nie za­uwa­żyła. Już po za­bój­stwie Fie­dii! Jaka tam lady Mak­bet! U lady Mak­bet na­mięt­ność jest na­wet z niż­szej półki – chce no­sić ko­ronę! Ale sumienie ma żywe – po­pada w obłęd, nie może zmyć krwi z rąk. A prze­cież nie do­ko­ny­wała za­bójstw wła­snymi rę­kami! Nie, Noro, lady Mak­bet da­leko do na­szej Ka­tii! Na­szej kup­co­wej na­mięt­ność przy­sło­niła oczy – czym? – wła­śnie nią samą... Biedna Ka­tia! Biedna Ka­tia! Co za los! I cała mu­zyka Szo­sta­ko­wi­cza to sam los! A my bę­dziemy pra­co­wać bez tej mu­zyki. Nora, chcę, żeby wszystko było tylko o lo­sie! Okropny los we­tknął pa­lec w ży­cie pro­stej ko­biety – nie Me­dea cza­ro­dziejka, nie lady Mak­bet – zwy­czajna baba i taki mamy re­zul­tat. Los! Czemu ona jest winna? Ni­czemu! Płytka du­sza i ogromna na­mięt­ność – to prze­cież los! Nie jest winna...! I wszy­scy ci więź­nio­wie u Le­skowa – to także los. Ro­syj­ski los, po­zwolę so­bie za­uwa­żyć! Wła­śnie tak – doli swo­jej końmi nie objedziesz... Chcę po­wie­dzieć, że sam los jest wię­zie­niem. Z tej plą­ta­niny od­kryć na­ro­dził się spek­takl.

[...]

Ogromny nie­wi­dzialny pa­jąk owi­nął ciem­nymi nićmi całe lu­stro sceny, kur­tyna była z gru­bych, me­cha­tych, de­li­kat­nie się po­ru­sza­ją­cych sznu­rów. Pa­ję­czyna. On sam zaś przy­czaił się na gó­rze, na rusz­to­wa­niu, wi­dać tylko jego ko­smate łapy, które po­ru­szały się po­woli, ko­ły­sały sznu­rami, spra­wia­ją­cymi wra­że­nie, jakby ście­kały z czte­rech par od­nóży. A po pro­sce­nium od pra­wej do le­wej szli katorż­nicy, po­woli, zgar­bieni, ze smętną pie­śnią, szli długo, nie­prze­rwa­nym za­pę­tlo­nym ru­chem, wciąż ci sami, w dłu­gich ciem­nych ubra­niach, bez twa­rzy, w śred­nim wieku, nie męż­czyźni i nie kobiety, a każda fi­gura była jakby pod­wie­szona na czar­nym gru­bym sznu­rze bie­gną­cym w górę, ku nie­wi­dzial­nemu pa­ją­kowi, ku jego ła­pom. Lu­dzie wy­cho­dzili ra­zem z wię­zienną cią­gnącą się pieśnią, a wtedy po­ja­wiał się Sier­giej w czer­wo­nej ko­szuli, w czar­nych bu­tach, z har­mo­nią i, po­trzą­sa­jąc kę­dzie­rzawą głową, tań­czył i tak, i siak, i w przy­sia­dach... Sie­rio­żeńka, ko­cha­nek... Przetańczył swoją drogę w kie­runku od­wrot­nym – od ku­lisy, za którą we­szli więź­nio­wie, do tej, skąd przy­szli. I wtedy na nie­wiel­kiej dwu­po­zio­mo­wej plat­for­mie po­ja­wiała się ona, Ka­tie­rina Izmaj­łowa, z ko­ło­wrot­kiem, wrze­cio­nem. Obo­jęt­nie skrę­cała ró­żo­wymi peł­nymi dłońmi nić – białą, pu­szy­stą...

[...]

Ja­kow do­stał ofi­cjalne po­zwo­le­nie na po­ka­za­nie sy­nowi fa­bryki i w je­den z pierw­szych dni wi­zyty Gieni za­pro­wa­dził go tam. Naj­pierw za­pre­zen­to­wał mu ame­ry­kań­ski pro­jekt fa­bryki, wy­tłu­ma­czył jego spe­cy­fikę: była to kon­struk­cja mo­du­łowa. Gien­rich się za­chwy­cił – jak klocki! Roz­po­znał swój pierw­szy ze­staw do bu­do­wa­nia, który w dzie­ciń­stwie dał mu tyle twór­czej ra­do­ści. I cała ta fa­bryka bę­dzie zbu­do­wana tak, jakby ja­kiś ol­brzym zło­żył ją z kloc­ków. Tylko klocki były ogromne i o wiele bar­dziej róż­no­rodne niż w jego ze­sta­wie. Ja­kow po­ka­zał na ma­kie­cie, jak łą­czą ze sobą po­szcze­gólne bloki i jak z jed­na­ko­wych blo­ków po­wstają różne kon­struk­cje. Gien­rich pa­trzył jak za­cza­ro­wany na ma­kietę, coś so­bie ob­my­śla­jąc, a Ja­kow cie­szył się, że syn ma ta­kie zmyślne oczy, że jego twarz od­zwier­cie­dla pracę umy­słu. Tata, to zna­czy, że każdy blok jest jak li­tera, a łą­cząc się ze sobą, two­rzą słowa i całe zda­nia? Do­brze po­my­ślane, synku – ucie­szył się Ja­kow. Gien­rich ski­nął z po­wagą głową – oj­ciec nie­czę­sto go chwa­lił – i kon­ty­nu­ował roz­wa­ża­nia na głos: My­ślę, że cały świat można ła­two zbu­do­wać z ta­kich li­ter. To do­piero byłby ze­staw kloc­ków!

[...]

I jesz­cze to, że każdy ich nie­do­myty ró­wie­śnik w Ro­sji czyta przez rok tyle ksią­żek, ile oni we dwójkę z bra­tem nie prze­czy­tali przez całe swoje ży­cie, a każdy przy­zwo­ity do­ro­sły zna na pa­mięć tyle wier­szy, ile tu na­wet pro­fe­so­ro­wie fi­lo­lo­gii nie znają. Ale ni­czego ta­kiego Ma­rina swoim dzie­ciom nie po­wie­działa, po­nie­waż chciała, żeby stały się stu­pro­cen­to­wymi Ame­ry­ka­nami, żeby jak najszybciej, w pierw­szym po­ko­le­niu, po­zbyły się emi­granc­kiego za­paszku. Wszy­scy, któ­rzy przy­je­chali z Ro­sji, po­dzie­lili się na dwa obozy: jedni uczyli dzieci ję­zyka ro­syj­skiego, żeby czy­tały Puszkina i Tołstoja w ory­gi­nale, nie stra­ciły ro­syj­skiej kul­tury, inni, jak Ma­rina, tego nie ro­bili. A jed­nych i dru­gich łą­czył fakt, że emi­gra­cja z za­sady pro­wa­dziła do ogrom­nego ob­ni­że­nia sta­tusu społecznego i mało komu uda­wało się osią­gnąć po­zy­cję, jaką zaj­mo­wał w oj­czyź­nie. Wik­tor Cze­bo­ta­riew aku­rat był jed­nym z nie­wielu, któ­rym udało się bez­bo­le­śnie wto­pić: w Ame­ryce po­zo­stał tą samą osobą, którą był w Ro­sji – uta­len­to­wa­nym ory­gi­na­łem, dla któ­rego nie miał zna­cze­nia sta­tus spo­łeczny. A poza tym spo­tkało go szczę­ście pod po­sta­cią Mar­thy, która za­jęła miej­sce War­wary Wasiljewny w sfe­rze do­mo­wej, ale która zo­stała też jego wierną przy­ja­ciółką, a po kilku la­tach także i żoną. W No­wym Jorku No­rze nie od razu udało się zła­pać syna – przez dwa dni te­le­fon od­bie­rał Tom i mó­wił, że Jurika nie ma w domu. Trze­ciego dnia Ju­rik za­dzwo­nił sam, przy­je­chał do miesz­ka­nia Ma­riny. Nora przy­go­to­wy­wała się do spo­tka­nia: trzeba było wziąć się w garść, nie ro­bić mu wymówek, stłu­mić w so­bie to prze­ra­że­nie... Ju­rik wy­glą­dał par­szy­wie, był ob­darty i strasz­nie zmę­czony. Uca­ło­wali się. Śmier­dział sta­rym ubra­niem, gni­ją­cymi zę­bami i śmier­cią.

[...]

Bijsk. Li­sty Ja­kowa (1934 – 1937). 15.11.34. Bijsk

Z prze­szło­ści ożyli wszy­scy ra­dy­ka­ło­wie, wszy­scy, któ­rzy mo­gli czuć bar­dzo mocno. Dla­tego Tur­gie­niew, Gon­cza­row ode­szli, a zbli­żyli się Go­gol, Do­sto­jew­ski. I za­częto się nimi bar­dziej zaj­mo­wać. To wy­nika z ich na­sy­co­nej formy. Re­wo­lu­cja lubi lu­dzi go­rą­cych, krzy­czą­cych, a nie znosi mam­ro­czą­cych pod no­sem, let­nich. Tylko Toł­stoj jest na wszyst­kie czasy. To do­ty­czyło formy, te­raz przejdę do tre­ści. Śro­do­wi­sko Go­gola to naj­sil­niej­szy wróg Re­wo­lu­cji: pro­win­cjo­nalne miesz­czań­stwo. Nie okrutne mia­sto Oku­row, okru­cień­stwa u Go­gola nie ma, jest tylko nieskończone ba­gno. Ze­brał do kupy wszyst­kie bo­lączki z ro­syj­skiej hi­sto­rii, prze­cier­piał je i za­pre­zen­to­wał ca­łemu na­ro­dowi z wstrzą­sa­jącą mocą. Stwo­rzył ob­raz o zdu­mie­wa­ją­cej precyzji, pokazu­jąc przy tym, że z tego świata nie ma wyj­ścia. Co z nim w ta­kim ra­zie ro­bić? Tego Go­gol nie mówi. Od­po­wiedź przy­nio­sła re­wo­lu­cja – znisz­czyć, nie zo­sta­wić ka­mie­nia na ka­mie­niu. Te­mat w ta­kiej in­ter­pre­ta­cji oka­zuje się ak­tu­alny. [...] 08.02.1935. Książki na te­mat li­te­ra­tury. Cztery tomy Ko­gana [radziecki skrzypek i pedagog pochodzenia żydowskiego – przyp. aut.]. Hi­sto­ria najnow­szej ro­syj­skiej li­te­ra­tury. Wzią­łem tylko dla Briu­sowa, który stał mi się bli­skim po­etą, a przy oka­zji prze­czy­ta­łem ca­łość. Do­wie­dzia­łem się masę rze­czy, które już dawno po­wi­nie­nem był wiedzieć. Ko­gan to nie­głę­boka książka, ale nie­zwy­kle bo­gata w in­for­ma­cje i na­wet my­śli, które nie na­leżą do au­tora. A w ko­lejce na stole już leżą Szkice li­te­rac­kie Łu­na­czar­skiego [Anatol, rosyjski rewolucjonista, radziecki filozof, teoretyk kultury i publicysta – przyp. aut.]. Nie po­zwo­li­łem so­bie przy­tasz­czyć mnó­stwa ksią­żek na te­mat nauk przy­rod­ni­czych, fi­zyki. Mimo to na stole leży Hi­sto­ria kon­ty­nen­tów (książka z dzie­dziny geo­gra­fii). Hi­sto­ria zaj­mie mnie do wio­sny, a może na­wet do lata. Prze­ra­biam śre­dnio­wie­cze, a po­tem – hi­sto­ria ro­syj­ska i naj­now­sza. Tak się spie­szę, jakby zostało mi nie­wiele ży­cia albo jakby cze­kały mnie ja­kieś eg­za­miny. Z każ­dej książki zo­staje coś w mo­ich za­pi­skach. Bar­dzo spodo­bał mi się wą­tek do­ty­czący sporu na te­mat tego, czy Gorki [Maksim, rosyjski pisarz i publicysta – przyp. aut.] jest pi­sa­rzem pro­le­ta­riac­kim, czy nie. Łu­na­czar­ski pi­sze: tak nie można – stwo­rzyć miarę pi­sa­rza pro­le­ta­riac­kiego i przy­ło­żyć ją do niego jak ar­szyn: pa­suje czy nie pa­suje. Gorki jest po­tęż­nym zja­wi­skiem w li­te­ra­tu­rze i na­leży zro­bić na od­wrót: wy­cho­dząc od sa­mego Gor­kiego, skon­stru­ować po­ję­cie pi­sa­rza pro­le­ta­riac­kiego. Nie miary two­rzą rze­czy, lecz z sa­mych rze­czy ro­dzą się miary. [...] 28.11.1935. Do oceny Eren­burga [Ilja, rosyjski pisarz żydowskiego pochodzenia, publicysta, poeta – przyp. aut.] bra­kuje Ci obiek­ty­wi­zmu. Wiem, osą­dzasz go przez pry­zmat jed­nego bia­ło­gwar­dyj­skiego zda­nia o na­ro­do­wej fla­dze na sa­mo­cho­dzie, który na­pi­sał w ki­jow­skiej bia­łej ga­ze­cie w chwili przej­ścio­wego zrywu. Od tego czasu go nie uzna­jesz, co­kol­wiek by stwo­rzył. Nie­słusz­nie. Eren­burg to wielki mistrz. I Dzień wtóry, i Jed­nym tchem – to wspa­niałe, mi­strzow­skie książki – tak brzmiała jed­no­gło­śna ocena ca­łej kry­tyki ra­dziec­kiej. Eren­burg to pi­sarz zło­żony, włada tech­ni­kami li­te­ra­tury fran­cu­skiej. I wnosi do ra­dziec­kiej li­te­ra­tury tra­dy­cje li­te­rac­kiego opra­co­wa­nia ma­te­riału słow­nego, te tra­dy­cje, które są u nas słabe, a u Ostrow­skiego w ogóle ich brak. Ostrow­ski nie pi­sze... Warto od­no­to­wać – Ostrow­ski wie­czo­rem skoń­czył pi­sać książkę, a rano udał się na pocztę, by ją wy­słać. O święta pro­stoto! Po­czy­taj jesz­cze te wier­sze Eren­burga – w po­ezji nie ma miej­sca na fałsz. A on jest po­etą sub­tel­nym, praw­dzi­wym. [...] 19.02.1936. Po obie­dzie po­sze­dłem do bi­blio­teki – ga­zety – przez cały wie­czór czy­ta­łem po­wieść ame­ry­kań­skiej pi­sarki Pe­arl Buck [powieściopisarka i nowelistka amerykańska, noblistka – przyp. aut.] Ła­skawa zie­mia z przed­mową Trie­tja­kowa [Sergiej, pisarz rosyjski – przyp. aut.]. Wspa­niała po­wieść o ży­ciu w Chi­nach. Ko­niecz­nie ją wy­po­życz, znaj­dziesz ją w dziale z li­te­ra­turą za­gra­niczną! Buck to ko­bieta nie­młoda, mi­sjo­narka w Chi­nach, która na­gle na­pi­sała wy­śmie­nitą po­wieść. I ta po­cząt­ku­jąca pi­sarka od razu zy­skała świa­towy roz­głos. Gdy te­raz czy­tam książkę, od­bie­ram ją jako czy­tel­nik, jako tech­nik słowa, jako pi­sarz, jako kon­ku­rent. Od­czy­tuję zda­nia oraz to, jak te zda­nia są zro­bione. Jak to­czy się fa­buła przez na­gro­ma­dze­nie prze­szkód i jak się te­mat do­myka w fi­nale. Fi­nisz te­matu to chyba naj­trud­niej­szy ele­ment. Czy­ta­łem, że fran­cu­scy dra­ma­tur­dzy, pi­sząc sztukę, za­czy­nają od aktu pią­tego, od fi­nału, i je­śli jest on wy­star­cza­jąco efek­towny, to przyj­mują go za pod­stawę i do niego pod­łą­czają pierw­sze cztery akty. Ko­niecz­nie prze­czy­taj Pe­arl Buck, to po pro­stu wzor­cowa, z mo­jej per­spek­tywy, po­wieść, praw­dziwa szkoła dla po­cząt­ku­ją­cego pi­sa­rza. 01.07.1936. To ko­men­ta­tor, który wskrze­sza, kon­ty­nu­uje albo bada funk­cje spo­łeczne idei wy­ra­żo­nych przez pi­sa­rza. Tym bar­dziej – nie chwali. Ten man­ka­ment jest obecny: „Wspa­niale zor­ga­ni­zo­wany umysł... wie­lo­głos ... nie­zwy­kły pi­sarz (dwu­krot­nie)... wie­lo­znaczny... wy­jąt­kowe mi­strzo­stwo (!)... wspa­niałe szkice... pi­sarz wszyst­kich ga­tun­ków...”.

Czy to wszystko jest prawdą? To jakby dać do szklanki her­baty pięć ka­wał­ków cu­kru. Je­śli on na­prawdę jest pi­sa­rzem wszyst­kich ga­tun­ków, to po­wiem – wielki jest w swoim ga­tunku, tylko ga­tu­nek jego jest mały. Trie­tja­kow to po­ży­teczny pi­sarz, ale skoro po­trze­bu­jemy oceny, to po­wiem, że to ty­powy, druga ka­te­go­ria, prze­ciętny pi­sarz. Jego główną wadą (i wielu in­nych pi­sa­rzy) jest to, że nie ma wła­snych idei. Nie mo­gła­byś wy­mie­nić ani jed­nej my­śli, idei, która by w czy­tel­niku od razu wy­wo­łała ob­raz S.T. Roz­pusz­cza się w epoce, która go zro­dziła, uczy się od niej, ale jej nie wzbogaca. Bie­rze i nie daje. Do tego bra­kuje mu ra­dy­ka­li­zmu i sa­mo­ogra­ni­cze­nia. In der Be­schrankung ze­igt sich erst der Me­ister (Go­ethe). Prze­tłu­ma­czył­bym to nie­do­słow­nie, ale precy­zyj­nie – „W ogra­ni­cze­niu jest mi­strzo­stwo”. [...] Wziął­bym ja­kąś jedną ideę au­tora (je­śli ma ja­kieś) i zro­bił­bym z niej za­równo ty­tuł, jak i cen­tralną myśl szkicu. O au­to­rze by­łaby mowa (w miarę moż­li­wo­ści bez ocen) tylko w od­nie­sie­niu do da­nej idei. Szkic byłby wtedy po­świę­cony nie pi­sa­rzowi, tylko jego idei i za­cie­ka­wiałby nie­za­leż­nie od pi­sa­rza, któ­rego do­ty­czy. Co za idee ma ten pi­sarz? Co zna­czy w na­szych cza­sach: „ży­cie jest waż­niej­sze od li­te­ra­tury, a pi­sa­nie to pro­dukt po­boczny czy­nów”? „Na po­czątku był Czyn”, po­tem po­ja­wiło się Słowo – oto jego cha­rak­te­ry­styka naszych cza­sów. A ja­kie są czyny S.T.? Jego czyny są nie­wiel­kie, a pi­sar­stwo nie naj­wyż­szych lo­tów... a jego wła­sna idea („li­te­ra­tura jako od­chody ży­cia”) nie wy­trzy­muje próby ży­cia, oka­zuje się nie­słuszna, fał­szywa. Li­te­ra­tura jest war­to­ścią sa­mo­wy­star­czalną. To by­łoby za­koń­cze­niem, a szkic miałby swoją ge­ne­ralną tezę, swoje uza­sad­nie­nie nie­za­leżne od dru­go­rzęd­nych przy­kła­dów. Ta­kie my­śli pod­po­wie­dział mi Twój szkic.

[...]

Wojna (1942–1943). 15.02.1942. Opi­su­je­cie frag­ment z Peer Gynta [dramat Henrika Ibsena – przyp. aut.] – śmierć Azy. Ma­cie ra­cję, Ma­rijo Pie­trowna, że to chyba naj­moc­niej­sze miej­sce za­równo w sztuce Ib­sena, jak i w mu­zyce Griega. O ma­cie­rzyń­skiej mi­ło­ści, o jej nie­złom­no­ści i sile po­wie­dzieli wiele wielcy mi­strzo­wie słowa – Ro­main Rol­land i Gorki, Cze­chow i Mau­pas­sant, Nie­kra­sow i He­ine, i wielu in­nych, ale ta krótka scena ci­chej śmierci matki w ob­ję­ciach syna mar­no­traw­nego, który przy­szedł za­mknąć jej oczy i po­cie­szyć przed śmier­cią, prze­wyż­sza swoją la­ko­nicz­no­ścią, powścią­gli­wo­ścią emo­cji i siłą może nie wszystko, ale wiele. Tak, wojna się skoń­czy, Zwią­zek nasz jesz­cze się wzmocni i zjed­no­czy, za­goją się wszyst­kie rany, od­bu­dują wszyst­kie znisz­cze­nia, ży­cie wy­buch­nie z nową mocą, ko­biety i dziew­czyny znajdą so­bie no­wych mę­żów i uko­cha­nych – ale kto za­goi rany ty­sięcy ma­tek? Kto od­po­wie za wszyst­kie ich cier­pie­nia i nie­wy­obra­żalny ból? Bo i kto, poza sa­mymi mat­kami, zro­zu­mie ich cier­pie­nia? Prze­cież nie można o tym mó­wić. Ma­cie we wszyst­kim ra­cję. Każdy list, który do­staję od mo­jej mamy, w któ­rym ona, sta­ra­jąc się nie po­ka­zać mi swo­jej strasz­nej – by ko­lejny raz mnie nie mar­twić – tę­sk­noty, wnika we wszyst­kie naj­drob­niej­sze cząstki mo­jego ży­cia, bu­dzi we mnie taką na­wał­nicę obu­rze­nia i smutku, że trudno na­wet po­jąć, gdzie koń­czy się jedno, a za­czyna dru­gie. [...] 15.02.1942. Szczę­ście! Szczę­ście! Ma­ru­sia znów od­dy­chała te­atral­nym po­wie­trzem i sce­nicz­nym ku­rzem. Wy­sta­wiali sztukę, ja­kiej po­trze­bo­wał na­ród – Ro­sjan Kon­stan­tina Si­mo­nowa [rosyjski pisarz, poeta i dramaturg – przyp. aut.]. I nie miało zna­cze­nia, że dra­mat jest nieco to­porny, a byt trudny, i bra­kuje wszyst­kiego, co nie­zbędne. To była rozkosz pracy twór­czej, która dla Ma­rusi za­wsze była droż­sza od chleba po­wsze­dniego. La­tała po za­ciem­nio­nej Mo­skwie od­ro­dzona, a przy tym śmier­tel­nie zmę­czona. Pi­sała do Gien­ri­cha rzad­kie, pełne we­rwy li­sty i pra­co­wała do utraty sił ku chwale oj­czy­zny!

[...]

Po­roz­ma­wiamy dziś nie o jaz­zie, który eta­pami wy­kształ­cał się w prze­ciągu dwóch, trzech dzie­się­cio­leci, ale wła­śnie o tych mu­zycz­nych zja­wi­skach, które ist­niały przed nim, ist­niały za­wsze, ale, szczę­śli­wie się po­łą­czyw­szy, dały po­czą­tek ogrom­nemu fe­no­me­nowi, które okre­śla się wspól­nym sło­wem „jazz” ... A po­tem opo­wia­dał i opo­wia­dał o kom­plet­nie nie­zna­nych Li­zie spra­wach – wygrywał na gi­ta­rze, wy­stu­ki­wał rytm na ma­łym bę­benku, a cza­sem rów­nież śpie­wał ja­kieś frazy mu­zyczne. Po­ka­zał blu­esa, pie­śni ame­ry­kań­skich nie­wol­ni­ków, prze­pro­siw­szy za ba­nal­ność, któ­rej nie może unik­nąć, po­dał dawno już stry­wia­li­zo­waną, ale kla­syczną de­fi­ni­cję blu­esa – „gdy do­bremu czło­wie­kowi jest źle...”. I grał, po­ka­zy­wał, wy­śpie­wy­wał an­giel­skie frazy, po­tem je tłu­ma­czył i znowu śpie­wał... W ten spo­sób do­szedł do czar­nych ewan­ge­lic­kich chrze­ści­jan, do ich pie­śni ko­ściel­nych, psal­mów, tego wszyst­kiego, co okre­śla się mia­nem ne­gro spi­ri­tu­als. Po­tem prze­rwał sam so­bie, po­wie­dział, że dał się po­nieść i kom­plet­nie nie zre­ali­zo­wał swo­jego planu, i że bę­dzie kon­ty­nu­ował wy­kład do­kład­nie od tego miej­sca za ty­dzień – a na po­że­gna­nie za­grał im naj­bar­dziej popularny na świe­cie utwór ne­gro spi­ri­tu­als – Go Down Mo­ses. Po wy­kła­dzie Ju­rik pod­szedł do odro­binę roz­mięk­czo­nej Lizy, po­dzię­ko­wał jej za to, że tak mu się do­brze „na nią” mó­wiło, ponieważ mało po­wie­dzieć, że jej twarz jest mą­dra, ale rów­nież i em­pa­tyczna. Po ro­syj­sku nie mówi się „em­pa­tyczna twarz”, ale mnie się po­doba.

[...]

Ro­dzinne ta­jem­nice (1936 – 1937).

Ale nie tylko te wi­doczne oznaki cier­pie­nia drę­czyły Ja­kowa – o wiele głę­biej czuł roz­cza­ro­wa­nie Ma­rusi: mę­żem, który tak wiele jej obie­cy­wał, ży­ciem, które wciąż ją oszu­ki­wało. Wy­glą­dała na nieszczę­śliwą. Wpły­wała na to zna­cząco róż­nica w ich kon­struk­cji we­wnętrz­nej: Ma­ru­sia, aby czuć się szczę­śliwa, po­trze­bo­wała nie­ustan­nych oznak suk­cesu, po­wo­dze­nia, do­ce­nie­nia i gdy Ma­ru­sia za­chwy­cała się Ja­ko­wem, prze­ko­nana była o ich świe­tla­nej przy­szło­ści, jej siły się zna­cząco zwie­lo­krot­niały. Ale gwał­towny tem­pe­ra­ment łą­czył się w niej z kru­cho­ścią i sła­bo­wi­to­ścią, a wy­ra­zi­stość pra­gnień z ich ła­twym ula­ty­wa­niem. Jej du­sza nie była go­towa zno­sić ciosy od ży­cia – Ma­ru­sia uty­ski­wała, wi­niła oko­licz­no­ści, wpa­dała w roz­pacz. Dla Ja­kowa po­czu­cie „nie­szczę­sno­ści” było obce, nie po­zwa­lał so­bie na nie, wsty­dził się, gdy prze­mknęło mu przez myśl i w naj­trud­niej­szych oko­licz­no­ściach sta­rał się czer­pać ra­dość z co­dzien­nych drob­nych pre­zen­tów od ży­cia: słońca, które wyjrzało zza chmur, zie­lo­nej ga­łązki w oknie, spo­tka­nego po dro­dze przy­ja­znego czło­wieka, z któ­rym można po­roz­ma­wiać, a co naj­waż­niej­sze – do­brej książki. Ma­ru­sia też po­tra­fiła cie­szyć się z dro­bia­zgów, ale do tego po­trze­bo­wała mieć przy so­bie Ja­kowa, po­nie­waż je­śli nie było świadka i wi­dza, ra­dość go­rzej jej wy­cho­dziła. Ar­ty­sta za­wsze po­trze­buje pu­blicz­no­ści. Ja­kow był prze­ko­nany, że zdo­łałby prze­zwy­cię­żyć Ma­rusi przy­tło­cze­nie swoją mę­ską siłą, tą cu­downą i rzadką bli­sko­ścią, która tak ubar­wiała ich wspólne ży­cie. Po­gła­skać, po­pie­ścić, po­ca­ło­wać, do­pro­wa­dzić na najwyższy szczyt wza­jem­nej roz­ko­szy, a na­wet przejść w naj­czyst­szy ob­szar, znaj­du­jący się poza ra­do­ścią cie­le­sną... Ale nie­ważne, z jaką wir­tu­oze­rią wła­dałby pió­rem, jak czułe li­sty by pi­sał do żony, jego fi­zyczna nie­obec­ność była prze­szkodą nie do po­ko­na­nia. Wy­czu­wał to w jej li­stach, w roz­draż­nie­niu, które się w nich od­zy­wało, wy­rzu­tach i wy­mów­kach, a co naj­waż­niej­sze, we wciąż rosną­cej ener­gii ide­olo­gicz­nego pro­te­stu – sie­bie na­zy­wała „bez­par­tyjną bol­sze­wiczką”, a Ja­kowa oskar­żała o po­li­tyczną krót­ko­wzrocz­ność i za­nu­rze­nie w drob­no­bur­żu­azyj­nym ba­gnie.

[...]

Ja­ko­wowi Ma­ru­sia nie na­pi­sała o roz­wo­dzie, wciąż to od­kła­dała. Ko­re­spon­den­cja trwała, ale było w niej coś sztucz­nego. Zbli­żał się ko­niec wy­roku męża – Ma­ru­sia co­raz bar­dziej utwier­dzała się w prze­ko­na­niu, że chce żyć sama. Ma­rusi los tak się uło­żył, że całą swoją mło­dość prze­żyła jako żona „je­dy­nego męża”. Choć du­chem była ko­bietą no­wych cza­sów, eman­cy­pantką, to ży­cie skierowało ją na tory miesz­czań­stwa. Tak się zło­żyło: Ja­kow cał­ko­wi­cie wła­dał jej uczu­ciami i ni­gdy nie chciała zna­leźć się w ob­ję­ciach ko­goś in­nego. Teo­re­tycz­nie cał­ko­wi­cie po­dzie­lała teo­rię „szklanki wody” [pogląd na miłość, małżeństwo i rodzinę sprowadzający stosunki między kobietą a mężczyzną do zaspokojenia potrzeby fizjologicznej i propagujący seks bez zobowiązań – przyp. aut.], peł­nej swo­body sek­su­al­nej, gło­szoną jesz­cze przez Geo­rge Sand, Alek­san­drę Koł­łon­taj, In­essę Ar­mand. Ale w prak­tyce za­wsze ją coś po­wstrzy­my­wało: na­wet wiel­bi­ciela, któ­rego miała na sta­nie, Ma­ru­sia trzy­mała na dy­stans, choć od dawna cho­dzili po kra­wę­dzi. Iwan za­cho­wy­wał się a to z wdzięcz­no­ścią, a to bo­jaź­li­wie, a to ocze­ki­wał na ja­kiś spe­cjalny znak z jej strony. Wszystko spro­wa­dzało się do tego, że na­stała pora uwol­nie­nia się od nie­zno­śnej wła­dzy sta­rej mi­ło­ści. Oba­lić ją, oba­lić! Pod ko­niec li­sto­pada Ma­ru­sia otrzy­mała list od Ja­kowa ze spi­sem pa­pie­rów, któ­rych bę­dzie po­trze­bo­wał do za­mel­do­wa­nia. Nie wie­dział, że już ist­nieje do­ku­ment, który znosi wszyst­kie jego kło­poty – za­świad­cze­nie o roz­wo­dzie. Ma­ru­sia wpa­dła w po­płoch, ale de­cy­zja już była podjęta. Nie za­mel­duje Ja­kowa, by za­cho­wać... Nie, nie po­kój w miesz­ka­niu ko­mu­nal­nym – swoją nie­za­leż­ność, swoją oso­bo­wość.

[...]

Po ko­la­cji Ma­ru­sia za­sia­dła z po­wie­ścią Po­dróż do kresu nocy Céline’a [Louisa-Ferdinanda, debiut pisarski francuskiego prozaika – przyp. aut.] w ma­łym sa­lo­niku, w nie­wy­god­nym wy­so­kim fo­telu z pod­głów­kiem. Po­wieść zo­stała wy­dana kilka lat wcze­śniej, po fran­cu­sku nie tra­fiła w ręce Ma­rusi, ale te­raz czy­tała ją w prze­kła­dzie Elsy Trio­let. Za­brała się za nią Ma­ru­sia po nie­daw­nym kry­tycz­nym ar­ty­kule w „Praw­dzie”. Au­tor re­cen­zji ru­gał Céline’a za „es­te­tykę brudu”, przy czym brudu spo­łe­czeń­stwa ka­pi­ta­li­stycz­nego, brudu bur­żu­azyj­nego. Ma­rusi po­do­bała się i po­wieść, i prze­kład, a jednocze­śnie sy­ciła wzrok ob­ra­zami, ma­ho­nio­wymi me­blami, wi­do­kiem na park i poj­mo­wała prze­wagę ary­sto­kra­cji nad chciwą i prze­gniłą bur­żu­azją.

[...]

Ma­ru­sia nie spo­ty­kała się długo z Iwa­nem. On był pro­sto­li­nijny i so­lidny – po­li­tycz­nie uświa­do­miony i mo­ral­nie sta­bilny. Aresz­to­wano go w kwiet­niu. Od­był się ci­chy pro­ces, nie­zau­wa­żony wśród wielu gło­śnych pro­ce­sów tego roku. Pod­czas re­wi­zji w domu Iwana, mię­dzy pu­deł­kami z ka­ta­lo­giem, szu­flad­kami z cy­ta­tami z Le­nina, zna­le­ziono wy­ci­nek z fran­cu­skiej ga­zety „L’Echo de Pa­ris” z recen­zją ostat­niej książki Troc­kiego Zdra­dzona re­wo­lu­cja. Ma­ru­sia, którą Iwan po­pro­sił o prze­tłu­ma­cze­nie ar­ty­kułu, czer­wo­nym ołów­kiem pod­kre­śliła zda­nie, które ją oszo­ło­miło: „Gru­zin o ni­skim czole stał się, sam tego nie chcąc, bez­po­śred­nim na­stępcą Iwana Groź­nego, Pio­tra Wiel­kiego i Ka­ta­rzyny Wiel­kiej. Li­kwi­duje swo­ich prze­ciw­ni­ków – re­wo­lu­cjo­ni­stów, wier­nych swo­jej sza­tań­skiej wie­rze, po­że­ra­nych nie­ustan­nym neu­ro­tycz­nym pra­gnie­niem znisz­cze­nia”. Iwan uczci­wie ne­go­wał pod­czas prze­słu­cha­nia zna­jo­mość ję­zyka fran­cu­skiego. Imie­nia osoby, która za­zna­czyła czer­wo­nym ołów­kiem cy­tat po­cią­ga­jący za sobą karę śmierci, nie wy­mie­nił. Dwa mie­siące póź­niej roz­strze­lano wszyst­kich uczest­ni­ków pro­cesu – troc­ki­stów. I tych waż­nych, i tych drugopla­no­wych. Troc­ki­stą Iwan nie był, był wier­nym le­ni­now­cem, ale to nie miało zna­cze­nia. Trwał rok trzy­dzie­sty siódmy. Prze­żyć to wszystko nie było ła­two. Ale prze­żyli. Choć nie wszy­scy.

[...]

Te­atr, do któ­rego szły tym ra­zem, był nie­wielki, re­ży­ser, choć cie­szący się wielką sławą, jak na gust Tusi – prze­ciętny, a mod­nego i uta­len­to­wa­nego dra­ma­turga, który przy­spo­so­bił roz­ga­da­nego Szolema Alej­chema na scenę, cha­rak­te­ry­zo­wał nie­znisz­czalny duch ama­tora z te­atrzyku stu­denc­kiego. Za­pro­sił ich sce­no­graf, je­den z naj­lep­szych uczniów Tusi. Grali hi­sto­rię Tewje Mle­cza­rza, Tusia nie ocze­ki­wała po niej ni­czego do­brego: pa­mię­tała w tej roli Mi­cho­elsa w trzy­dzie­stym ósmym roku... Na wi­downi już pa­no­wała at­mos­fera szczę­ścia i za­chwyt ocze­ki­wa­nia. Gdy na sce­nie poja­wił się uwiel­biany przez wszyst­kich ak­tor ko­me­diowy, spe­cja­li­zu­jący się w ro­lach cza­ru­ją­cych i uczci­wych pro­stacz­ków, z ja­kie­goś po­wodu na tle du­żego pra­wo­sław­nego krzyża, sala za­wyła z za­chwytu. Na po­czą­tek ak­tor po­wie­dział: „Tu, w na­szej wsi, miesz­kają Ro­sja­nie, Ukra­ińcy i Ży­dzi...”. Na­stęp­nie przed­sta­wił obrzy­dliwą mi­to­lo­gię przy­jaźni na­ro­dów w in­to­na­cji ży­dow­skiego ka­wału – do­bro­dusz­nego, kwa­śno-słod­kiego – oraz klow­nady ni­skiej próby, od któ­rej Tu­sia co­raz bar­dziej po­sęp­niała, a sala była co­raz bar­dziej roz­ocho­cona... Pod ko­niec pierw­szego aktu ży­dow­skie we­sele zmie­niło się w po­grom, któ­rego przy­szli do­ko­nać po­ko­jowo na­sta­wieni ro­syj­scy są­sie­dzi z prze­ko­nu­jącą mo­ty­wa­cją: trzeba bić, bo nas uka­rzą! Po­li­cjant był roz­darty mię­dzy po­czu­ciem obo­wiązku – prze­pro­wa­dzić za­pla­no­wany po­grom – a są­siedz­kimi uczu­ciami w sto­sunku do pro­stych chło­pów Ży­dów, wo­bec sym­pa­tycz­nego Żyda mle­cza­rza. Na in­spi­ra­torkę po­gromu dra­ma­turg wy­zna­czył niedo­brą ko­bietę, pro­wo­ka­torkę, nie­jaką Ilzę Koch, która o wiele lat wy­prze­dziła zbu­do­wane przez in­nych nie­do­brych lu­dzi na­ro­do­wo­ści nie­miec­kiej ko­mory ga­zowe. Po­grom się udał. Tewje przeniósł po pro­sce­nium na rę­kach za­krwa­wioną naj­młod­szą córkę, a po­tem po­zo­sta­wił na bia­łej ścia­nie czer­wone od­bi­cie swo­jej du­żej dłoni ro­bot­nika. Dzwo­niły dzwony, do­ko­nu­jący po­gromu skakali w tańcu ko­zac­kim, do­bro­duszny po­li­cjant pro­sił, by go nie nie­po­koić, do­bry ka­płan roz­kła­dał ręce, Tewje wzy­wał ży­dow­skiego Boga, który zbrod­ni­czo po­zo­sta­wał bez­czynny, skła­nia­jąc tym sa­mym mło­dych i oświe­co­nych Ży­dów do re­wo­lu­cji. Szo­lem Alej­chem już od sie­dem­dzie­się­ciu lat spo­czy­wał na ży­dow­skim cmen­ta­rzu w Qu­eens, a du­sza jego roz­ma­wiała w dawno po­grze­ba­nym ję­zyku ji­dysz z du­szami sze­ściu mi­lio­nów eu­ro­pej­skich Ży­dów, któ­rzy za­miesz­ki­wali wcze­śniej kraj o nie­okre­ślo­nych gra­ni­cach, na­zy­wany Ji­dysz­lan­dem, oj­czy­znę mi­lio­nów eu­ro­pej­skich Ży­dów.

[...]

Pierw­sze py­ta­nie, ja­kie Je­fim za­dał No­rze, brzmiało: ja­kiej ona jest na­ro­do­wo­ści? Czy aby nie Ży­dówka? Nora się zdzi­wiła: w pasz­por­cie miała za­pi­saną na­ro­do­wość matki – ro­syj­ską, ale ni­gdy nie ukry­wała ży­dow­sko­ści swo­jego ojca. W po­ło­wie, po ojcu – od­po­wie­działa la­ko­nicz­nie. Pa­su­jesz mi! – po­wie­dział Je­fim i za­pro­sił Norę do pracy nad wy­sta­wie­niem Skrzypka na da­chu. Jak się póź­niej oka­zało, ku­lisy tej pro­po­zy­cji były bar­dzo cie­kawe. Cho­dziło o to, że szkice de­ko­ra­cji do tego spek­ta­klu zo­stały już zro­bione przez bar­dzo zna­nego ma­la­rza szta­lu­go­wego Ko­no­nowa, za­ak­cep­to­wano je na­wet, ale w ostat­niej mi­nu­cie Je­fim z niego zre­zy­gno­wał. Ko­no­now, lau­reat wszyst­kich na­gród pań­stwo­wych i ulu­bie­niec władz, ni­gdy wcze­śniej nie pra­co­wał w te­atrze. Wsła­wił się por­tre­tami dzia­ła­czy pań­stwo­wych i ogrom­nymi pa­trio­tycz­nymi pan­neau na he­ro­iczno-hi­sto­ryczne te­maty – od bi­twy nad je­zio­rem Pej­pus po roz­gro­mie­nie fa­szy­stów pod Sta­lin­gra­dem. Ko­no­now był ide­owym an­ty­se­mitą, o czym wszy­scy do­sko­nale wie­dzieli i Je­fim Bierg nie­wy­po­wie­dzia­nie się zdzi­wił, gdy otrzy­mał od niego pro­po­zy­cję zro­bie­nia sce­no­gra­fii do ży­dow­skiego spek­ta­klu Skrzypka na da­chu. Sama obec­ność tak zna­nego na­zwi­ska na afi­szu za­pew­niała przy­szłemu spek­ta­klowi za­in­te­re­so­wa­nie pu­blicz­no­ści i po­błaż­li­wość mi­ni­ster­stwa. Mo­nu­men­talny Ko­no­now szybko i cał­kiem re­ali­stycz­nie na­ry­so­wał po­chy­lone domki ży­dow­skiego mia­steczka, szkice zo­stały już prze­ka­zane do te­atral­nych pra­cowni, można było bu­do­wać de­ko­ra­cje, i wtedy wy­buchł skan­dal. Przed sa­mym wy­jaz­dem re­ży­ser z ar­ty­stą na­pili się „przed drogą”, obaj się roz­luź­nili, a Je­fim w po­ry­wie pi­ja­nej wdzięcz­no­ści przy­znał, że za­wsze uwa­żał Ko­no­nowa za an­ty­se­mitę i cie­szy się, że ten oka­zał się „nor­mal­nym fa­ce­tem”, wziął udział w ży­dow­skim spek­ta­klu. Ale Ko­no­now za­czął bro­nić swo­jej re­pu­ta­cji i przed­sta­wił Je­fi­mowi uza­sad­nie­nie swo­jego udziału w tym pro­jek­cie: wy, Ży­dzi, je­ste­ście agre­sywni i cały czas za­własz­cza­cie so­bie cu­dze te­ry­to­rium – wasz Le­wi­tan ma­luje na­sze pej­zaże, wasz Cha­gall wnosi na nasz te­ren swoje ży­dow­skie fan­ta­zmaty, wasi Pa­ster­nak i Man­delsz­tam po­słu­gują się na­szym ję­zy­kiem jak wła­snym, za­śmie­ca­cie ro­syj­ską sztukę, prze­sy­ca­jąc ją du­chem ko­smo­po­li­ty­zmu, na­ru­sza­jąc ro­syj­ską jed­ność i czy­stość. An­ty­se­mi­tyzm to na­sza je­dyna obrona, po­nie­waż gdy­by­śmy się od was nie od­gra­dzali, nie bu­do­wali wam prze­szkód, za­ra­zi­li­by­ście swo­imi ży­dow­skimi ide­ami świat! I ta awan­garda, cały ten Ma­le­wicz i Szo­sta­ko­wicz (a tu się po­my­lił!) to wy­twór ży­dow­skiej za­razy, wchło­nięty przez Ro­sjan przez kon­takt z wami. Tak, je­stem an­ty­se­mitą, ale je­stem go­tów po­móc zro­bić wasz ży­dow­ski spek­takl, by­le­by­ście tylko nie leźli ze swo­imi nisz­czą­cymi ide­ami do na­szego ro­syj­skiego świata... A niech roz­kwita sto kwia­tów, ale nikt nie po­trze­buje kun­dli i hy­bryd, będę wal­czyć o czy­stość sztuki ro­syj­skiej. Wy­sta­wiaj so­bie swo­jego Szo­lema Alej­chema, po­mogę ci na­wet, ale nie ty­kaj mo­jego Cze­chowa! – ob­wie­ścił Ko­no­now na ko­niec z do­bro­dusz­nym uśmie­chem.

[...]

Ich zna­jo­mość też była zwią­zana z kon­flik­tem sprzed pię­ciu lat: Je­fima mia­no­wano wów­czas głów­nym re­ży­se­rem, za­pro­sił Ten­giza, któ­rego znał z jego licz­nych prac, by wy­sta­wił u niego Opo­wieść wi­gi­lijną Dic­kensa. Ten­giz przy­jął pro­po­zy­cję, przy­je­chał z Norą. Czasu było mało, spek­takl trzeba było zro­bić przed po­cząt­kiem fe­rii szkol­nych, wszy­scy się spie­szyli, at­mos­fera była ner­wowa, a pod ko­niec Je­fim z Ten­gi­zem po­kłó­cili się z po­wodu, któ­rego obaj nie mo­gli so­bie póź­niej przy­po­mnieć. A te­raz Je­fim za­pra­szał Norę, by wy­sta­wiła z nim Szo­lema Alej­chema... Nora się ro­ze­śmiała – do­piero by­łam na mo­skiew­skiej pre­mie­rze, o mało da­chu nie ze­rwano owa­cjami. Nie da się drugi raz po­wtó­rzyć ta­kiego suk­cesu. Ale ja nie mó­wię o tej sztuce, tylko o Skrzypku na da­chu. Ge­nial­nym broad­way­ow­skim mu­si­calu, wy­sta­wia­nym na ca­łym świe­cie. Li­bretto Jo­seph Stein, kom­po­zy­tor Jerry Bock. Mam te­raz w te­atrze dwa ta­kie głosy, że To­pol [Chaim, izraelski aktor teatralny i filmowy – przyp. aut.] po­wiesi się z za­zdro­ści.

[...]

Wi­dzisz, Nora – wy­ja­wiła jej Tu­sia – pod ko­niec ży­cia by­łam zmu­szona zre­wi­do­wać swój sto­su­nek do ży­dow­sko­ści... Dla ro­syj­skich Ży­dów po­ko­le­nia na­szych oj­ców i two­ich dziad­ków to na­der drę­czący pro­blem. Pro­blem asy­mi­la­cji. Oni wsty­dzili się ży­dow­sko­ści i do­ło­żyli ogrom­nych sta­rań, żeby ode­rwać się od ko­rzeni i bez reszty wejść do kul­tury w Eu­ro­pie. Tylko tam się wcze­śniej za­częło, jesz­cze pod ko­niec osiem­na­stego wieku. Weź en­cy­klo­pe­dię i po­czy­taj. Na li­terę A – asy­mi­la­cja. Sprawdź też Au­stro-Wę­gry. Tom pierw­szy – mach­nęła ręką w kie­runku bi­blio­teczki. Po­krótce... W dzie­więt­na­stym wieku wy­kształ­ceni Ży­dzi stali się głów­nymi ko­smo­po­li­tami Eu­ropy, twór­cami in­te­lek­tu­al­nego uni­wer­sa­li­zmu. To była ko­lo­salna eks­plo­zja. Ży­dow­ska mło­dzież z sza­loną ener­gią wy­rwała się z che­de­rów w stronę świec­kiej edu­ka­cji. I osią­gnęła ogromne re­zul­taty tak w na­uce, jak w sztuce i li­te­ra­tu­rze. No i w eko­no­mii, ma się ro­zu­mieć... A jed­no­cze­śnie za­częła tra­cić to, co póź­niej na­zwano „toż­sa­mo­ścią na­ro­dową”. W tym sa­mym cza­sie po­ja­wił się także nurt cał­kiem prze­ciwny, sy­jo­nizm, któ­rego ce­lem było utwo­rze­nie sa­mo­dziel­nego pań­stwa ży­dow­skiego, które nie ist­niało od dwóch ty­siąc­leci. Wbrew ca­łemu hi­sto­rycz­nemu do­świad­cze­niu pań­stwo to po­wstało, ale za­pła­cono za nie ogromną cenę – sześć mi­lio­nów zgi­nęło w ko­mo­rach ga­zo­wych. Mój świę­tej pa­mięci oj­ciec, gdyby usły­szał to, co dziś mó­wię, po­stra­dałby zmy­sły... Ta­kie to prze­my­śle­nia na stare lata... Dla­czego Ży­dzi tak po­ko­chali ra­dziecką wła­dzę? A dla­tego, że po­cząt­kowo za­stą­piła war­to­ści na­ro­dowe „in­ter­na­cjo­nal­nymi” i wła­śnie tu wielu Ży­dów miało na­dzieję uchro­nić się przez brze­mie­niem ży­do­stwa...

[...]

To była naj­trud­niej­sza praca Nory. Sto­czyła z tek­stem ciężki bój. Naj­bar­dziej po­mo­gła jej w pracy ta na­pu­szona pre­miera z bi­ciem dzwo­nów w fi­nale – na tym te­re­nie nie miała prawa zna­leźć się pod żad­nym po­zo­rem. Je­fim Bierg przy­je­chał do Mo­skwy w ja­kichś swo­ich spra­wach, spo­tkali się i spę­dzili wspa­niały wie­czór z Tu­sią. Je­fim, za­zwy­czaj roz­ga­dany i kiep­sko słu­cha­jący swo­ich roz­mów­ców, tym ra­zem był sku­piony i mil­czący. Roz­ma­wiali o za­le­tach i nie­do­stat­kach te­atru mu­zycz­nego, o stop­nio­wej trans­for­ma­cji opery i de­mo­kra­tycz­nym mu­si­calu, o dwóch re­wo­lu­cyj­nych ame­ry­kań­skich mu­si­ca­lach – West Side Story Bern­ste­ina i Je­sus Christ Su­per­star Web­bera, a Tu­sia po raz ko­lejny zdu­miała Norę swo­imi prze­my­śle­niami o moż­li­wych dro­gach roz­woju te­atru, o po­sze­rze­niu prze­strzeni te­atral­nej przez wy­ko­rzy­sta­nie tech­nik fil­mo­wych oraz ak­cji ulicz­nych, wcią­gnię­cia wi­dzów do udziału w spek­ta­klu, o kar­na­wa­li­za­cji ży­cia. O po­wro­cie te­atru do jego daw­nych mi­ste­ryj­nych ko­rzeni. Wszystko to zo­stało wy­pró­bo­wane w Ro­sji od razu po re­wo­lu­cji, ale się skoń­czyło... Dość szybko wró­cono do kon­ser­wa­tyw­nych form, a ro­syj­ska awan­garda, tak obie­cu­jąca, zo­stała za­blo­ko­wana.

[...]

Na szes­na­stu drąż­kach wi­siały trzy war­stwy ma­te­riału, w środku każ­dego pa­sma było nie­duże pio­nowe roz­cię­cie cał­ko­wi­cie nie­wi­doczne. Pierw­sza war­stwa była gę­sta, czer­wona, świą­teczna i nie­spo­kojna. Pod ko­niec sceny „sza­ba­so­wej mo­dli­twy” Tewje ściąga z drążka za­słonę, za­kłada ją na sie­bie jak płaszcz, prze­ci­snąw­szy głowę przez roz­cię­cie, i wszy­scy po­zo­stali też wkła­dają te czer­wone za­im­pro­wi­zo­wane płasz­cze, śpie­wają pieśń, o któ­rej Nora już wie, że nie jest to żadna sza­ba­sowa mo­dli­twa, tylko cho­dliwa mu­zyka, po mi­strzow­sku zło­żona ze śpie­wów sy­na­go­gal­nych i pro­win­cjo­nal­nego folk­loru. W tym miej­scu Nora wy­jęła we­wnętrzny szkie­let kon­struk­cji: na drąż­kach wi­siała ko­lejna war­stwa za­słon, ochrowo-brą­zo­wych, i gdy ro­ze­gra się na­stępna scena – ze swa­tami i we­se­lem, płyn­nie prze­cho­dzą­cym w po­grom – te za­słony zo­staną ze­rwane i staną się płasz­czami po­dróż­nymi, a na pro­sce­nium tłum wstrzą­śnię­tych Ży­dów za­śpiewa od­po­wied­nie pełne bólu me­lo­die, a spod war­stwy brą­zo­wej wy­łoni się war­stwa ostat­nia, ciem­no­nie­bie­ska... Nora wy­jęła środ­kową część ma­kiety i zo­stała ostat­nia... Tu ro­ze­gra się fi­nał: po­li­cjant po­in­for­muje Ży­dów, że wszyst­kich czeka wy­sie­dle­nie z Ana­tewki, spod stropu zo­sta­nie spusz­czona dra­bina – i można ją od­czy­tać, jak się chce, w za­leż­no­ści od swo­jego obe­zna­nia w kon­tek­stach. Może to być dra­bina Ja­kuba – Ży­dzi ścią­gają z drąż­ków ostat­nią war­stwę za­słon, na­rzu­cają na sie­bie te nie­bie­skie nocne płasz­cze i wspi­nają się po dra­bi­nie, i zni­kają tam, pod stro­pem, a na ciem­nej sce­nie, w czar­nym ga­bi­ne­cie, po­zo­stają tylko drążki, nie ma ani jed­nego czło­wieka – pu­sty świat, z któ­rego znik­nął na­ród... A to, że idąc do nieba, będą śpie­wać swoje głu­pawe ku­plety: A nie za­po­mnia­łaś pa­telni? A dy­wa­nik? A gdzie gar­nu­szek, uzda dla ko­nia, świecz­nik? – to na­wet do­brze! Po­nie­waż kon­trast mię­dzy ma­łym, nic nie­zna­czą­cym ży­ciem ze swa­tami, za­mąż­pój­ściem, piąt­kową krzą­ta­niną, cho­robą krowy, gro­szo­wymi oszu­stwami i ma­leń­kimi pod­stę­pami a wiel­kim dra­ma­tem ży­cia czło­wieka, koń­cem ludz­kiego ist­nie­nia na ziemi i cał­ko­witą klę­ską nie­uda­nego za­my­słu Pana Boga, bę­dzie wtedy wy­raź­niej­szy. I niech tam, w nie­biań­ski mrok, pójdą nie tylko te ubo­gie lu­dowe dźwięki, ale... rów­nież VI sym­fo­nia i VII, i VIII... i XVII, i XXXII, i frag­menty Das Wohl­tem­pe­rierte Kla­vier, naj­więk­szego tek­stu mu­zycz­nego po wsze czasy. Osta­tecz­nie, wszyst­kie te sza­lone i złe gry nie­mą­drych lu­dzi­ków do­pro­wa­dziły prze­cież do próby ge­ne­ral­nej ludz­ko­ści, do Ho­lo­cau­stu... A na sce­nie zo­staną tylko czarne drążki, pustka i ci­sza... Tak, co do ko­stiu­mów... Ja­kie ko­stiumy? Try­koty gim­na­styczne, na któ­rych wierzch na­rzu­cone będą nie­okre­ślone chla­midy, szmaty bez ko­loru i kształtu, i żad­nej et­no­gra­fii, czar­nych sur­du­tów, ka­mi­ze­lek, chu­s­tek z wę­zeł­kiem nad czo­łem, żad­nej et­no­gra­fii. I pro­szę, bez żad­nych okla­sków. Tylko zimny strach i prze­czu­cie po­wszech­nego końca... Roz­chodź­cie się, dro­dzy pań­stwo, w ciem­no­ści i ci­szy. Do­brze, Nora! Bar­dzo do­brze! Ro­bimy! Tylko nie zro­zu­mia­łem, co to za dra­bina Ja­kuba, o któ­rej mó­wi­łaś. Nora spoj­rzała na Bierga ze zdu­mie­niem: Jak to? Sen pa­triar­chy Ja­kuba obok Be­tel. Przy­śniła mu się dra­bina, po któ­rej scho­dzą i wcho­dzą anio­ło­wie, a na sa­mej gó­rze dra­biny Pan Bóg mówi mniej wię­cej coś ta­kiego: zie­mię, na któ­rej le­żysz, od­daję to­bie i two­jemu po­tom­stwu, bło­go­sła­wię cie­bie i wszyst­kich two­ich po­tom­ków, a przez cie­bie i przez nich rów­nież wszyst­kie ple­miona ziemi. Wspa­niały sen. Z ja­kie­goś po­wodu go nie za­pa­mię­ta­łem. Też bym to prze­ga­piła, ale Tu­sia zwró­ciła mi na niego uwagę. Nie za­drę­czaj się. Naj­waż­niej­sze dla nas jest to, że Pan Bóg przez Ży­dów po­bło­go­sła­wił wszyst­kich, wszyst­kich bez wy­jątku. I je­śli się wy­pę­dzi Ży­dów z tego świata, nie wia­domo, czy jego bło­go­sła­wień­stwo zo­sta­nie za­cho­wane... – za­śmiała się Nora.

[...]

Wiele lat póź­niej, w roku 1925, już jako miesz­kańcy sto­licy, Ja­kow z Ma­ru­sią tra­fili na spek­takl w Te­atrze Ży­dow­skim. Ma­ru­sia do tego czasu osta­tecz­nie roz­stała się z te­atrem, ale mło­dzień­cze ma­rze­nia o ka­rie­rze ar­ty­stycz­nej od­zy­wały się z go­ry­czą. Spek­takl Noc na sta­rym rynku wpra­wił Ma­ru­się w za­kło­po­ta­nie. Z jed­nej strony po­do­bała się jej tra­dy­cja te­atru jar­marcz­nego, z dru­giej jed­nak, opo­wieść o oży­wio­nych zmar­łych do niej nie tra­fiała: z mi­styką do tego czasu wzięła roz­brat, wznio­sła się po­nad swoją te­atralną prze­szłość, zre­zy­gno­wała z bez­i­de­owego ar­ty­zmu, we wszyst­kim szu­kała po­li­tycz­nego sensu, prze­sią­kła ide­ami pro­le­ta­riac­kiego in­ter­na­cjo­na­li­zmu i draż­niło ją, że to zro­bione po mi­strzow­sku wi­do­wi­sko jest zu­peł­nie bez­i­de­owe, a ję­zyk ji­dysz sam w so­bie bu­dził aso­cja­cje z bur­żu­azyj­nym na­cjo­na­li­zmem. Spek­takl był ni­jaki w tre­ści, a przy tym wspa­niały: re­ży­se­ria i sce­no­gra­fia na naj­wyż­szym po­zio­mie, ak­to­rzy grali wy­jąt­kowo do­brze – lekko, ostro, z za­ska­ku­jąco zsyn­chro­ni­zo­waną in­to­na­cją, mi­strzow­sko usta­wio­nym ru­chem sce­nicz­nym i bar­dzo do­brą mu­zyką. Jed­nym sło­wem, Ma­ru­się drę­czył dys­kom­fort na grun­cie ar­ty­styczno-ide­olo­gicz­nym, a Ja­ko­wowi w od­bio­rze spek­ta­klu prze­szka­dzało po­czu­cie, że skądś zna jed­nego z głów­nych ak­to­rów. Wy­jął z rąk Ma­rusi pro­gram, ale po ciemku nie mógł prze­czy­tać na­zwi­ska tego wspa­nia­łego bła­zna, który z wir­tu­oze­rią łą­czył ma­ło­mia­stecz­kowy hu­mor, skie­ro­wany pod swoim ad­re­sem, i wło­ską jar­marczną ma­nierę wy­śmie­wa­nia wszyst­kich do­koła.

[...]

Do ho­telu Mi­cho­els [Solomon, żydowski aktor, reżyser i pedagog – przyp. aut.] nie wró­cił. Zna­le­ziono go wcze­snym ran­kiem 13 stycz­nia, z wie­loma zła­ma­niami i roz­bitą głową. Ja­kow do­wie­dział się o tym nie­szczę­ściu na­stęp­nego dnia z ra­dia. Kilka dni póź­niej od­był się po­grzeb. Lu­dzi było tak wielu, że Ja­kow cze­kał pra­wie go­dzinę, żeby po­dejść do trumny. Głowa zmar­łego była oka­le­czona, ale twarz roz­po­zna­walna – nie­bie­ska­wo­szara i ka­mienna. Obok na sto­liku le­żały jego roz­bite oku­lary... Ja­kow wy­szedł z te­atru. Było bar­dzo mroźno, a świa­tło ga­sło szybko, jak w te­atrze. Z Ma­łej Bron­nej au­to­ma­tycz­nie skrę­cił w stronę swo­jego daw­nego domu, na Po­war­ską. Po­tem się za­trzy­mał, skrę­cił i po­szedł bul­wa­rem w kie­runku Osto­żenki. Prze­szłość nie znika, tylko scho­dzi na głę­binę. Pa­mięć pew­nie za­nu­rza się w ja­kieś głę­bo­kie war­stwy kory mó­zgo­wej i tam drze­mie... Ja­kow nie miał wąt­pli­wo­ści, że po­peł­niono po­li­tyczne za­bój­stwo. O czym po­my­ślał, co so­bie przy­po­mniał Mi­cho­els, gdy go mor­do­wano? Rzu­cić, rzu­cić wszystko, wy­je­chać na pro­win­cję, uczyć dzieci sol­feżu [z wł. - nauka i metoda czytania nut głosem - przyp. aut.], gry na pia­ni­nie czy klar­ne­cie, czy­tać Dic­kensa, opa­no­wać wło­ski i czy­tać Dan­tego. Je­śli zdążę...

[...]

Je­steś cał­kiem pe­wien, że je­dyne? – za­pro­te­sto­wał odro­binę le­ni­wie Wi­tia. Je­steś prze­ko­nany, że na tym eta­pie ewo­lu­cji nie po­wstaje nowe po­ko­le­nie lu­dzi, su­per­ludz­kość, która bę­dzie czymś w ro­dzaju pro­duktu hy­bry­do­wego? Ot, na ten przy­kład matka Mar­thy od dzie­się­ciu lat cho­dzi ze sztucz­nym roz­rusz­ni­kiem serca, nasz są­siad Je­remy sztuczną ręką za­pusz­cza so­bie kro­ple do oczu, nie będę ci na­wet opo­wia­dać, co dziś po­tra­fią ro­bić roz­ma­ite ro­boty. Per­spek­tywy są obec­nie ja­sno na­kre­ślone, ja nie lu­bię tego de­fi­nio­wać – ale sens jest taki, że świat wkro­czył na nowy etap: trwa hy­bry­dowa ewo­lu­cja. Zda­jesz so­bie sprawę, że ludzka świa­do­mość po­łą­czona z kom­pu­te­rem to zu­peł­nie nowy ja­ko­ściowo pro­dukt... Gri­sza, który wy­pił pół bu­telki, co­raz bar­dziej się za­pa­lał: Wi­ta­sia! Nie ro­zu­miesz rze­czy naj­waż­niej­szej! Wy­bacz, je­steś tech­no­kratą! Wszelki tekst to forma ist­nie­nia in­for­ma­cji! Ży­cie na ziemi na­leży ro­zu­mieć jako tekst. Bo­ski Tekst, nie­na­pi­sany przez nas! Stwórca to In­for­ma­cja. Bo­ski Duch – to In­for­ma­cja! Du­sza ludzka to frag­ment tej in­for­ma­cji! „Ja” jest frag­men­tem tej in­for­ma­cji! Ży­cie to nie spo­sób ist­nie­nia ciał biał­ko­wych, jak są­dził En­gels, tylko spo­sób ist­nie­nia In­for­ma­cji. Białka pod­le­gają de­na­tu­ra­cji, a in­for­ma­cja jest nie­znisz­czalna! Nie ma śmierci! In­for­ma­cja jest nie­śmier­telna! Ale ta wa­sza ame­ry­kań­ska walka o pręd­kość do­pro­wa­dzi w końcu do tego, że świat bę­dzie na­le­żeć do tych, czyje kom­pu­tery będą szyb­ciej pra­co­wać. We­wnątrz tej go­ni­twy za­ło­żony jest in­stynkt kon­sump­cji. I sa­mo­kon­sump­cji! Dzi­siej­szy czło­wiek nie może po­skro­mić sa­mego sie­bie, pra­gnie wła­dać, pra­gnie wo­jen! Chce wszystko po­żreć! I Ame­ryka, i Ro­sja, i Chiny! To błędna droga! Otwórz oczy! Dzia­ła­cie na rzecz wo­jen! W tej walce prze­żyją tylko pu­stel­nicy z Ty­betu i w ten spo­sób... to od nich wy­wie­dzie się nowe po­ko­le­nie lu­dzi, to bę­dzie nowa ga­łąź ewo­lu­cji sa­pien­sów, nie po­śród ma­mu­tów i ty­gry­sów sza­blo­zęb­nych, tylko po­śród za­rdze­wia­łych kom­pu­te­rów i w wy­so­kim pro­mie­nio­wa­niu...

[...]

Im bar­dziej go­rącz­ko­wał się Gri­sza, tym spo­koj­niej i we­se­lej wy­glą­dał Wi­tia. Gri­sza, ja prze­czy­ta­łem ten tekst. Dawno temu. Moja żona Mar­tha bar­dzo chciała wziąć ze mną ślub. Ja, mu­szę przy­znać, po dziś dzień nie ro­zu­miem, dla­czego to było dla niej ta­kie ważne. Są­dzi­łem, że za­łożę czarny gar­ni­tur i kra­wat, po­jadę z nią do jej ulu­bio­nego ko­ścioła i stracę na to cały dzień. Ale się nie udało. Ka­płan za­żą­dał, bym wcze­śniej po­znał za­sady na­uki chrze­ści­jań­skiej, jed­nym sło­wem, stra­cił masę czasu, no i prze­czy­ta­łem Bi­blię. Może ona i jest Bo­skim Tek­stem dla daw­nych Ży­dów, ale dziś to dla mnie cał­kiem ar­cha­iczny do­ku­ment... Masa okru­cień­stwa, za­gwoz­dek, nie­ja­snych miejsc i sprzecz­no­ści. To nie przy­pa­dek, że Ży­dzi od trzech ty­sięcy lat ko­men­tują, in­ter­pre­tują te tek­sty, wy­wra­cają je na lewą stronę, pró­bu­jąc usu­nąć sprzecz­no­ści. Wy­daje mi się, że po­wszech­nie znana skłon­ność Ży­dów do nauk bie­rze swój po­czą­tek wła­śnie w tym ty­siąc­let­nim szli­fo­wa­niu umy­słów. Nie po­tra­fisz czy­tać! Nie po­tra­fisz! – krzyk­nął Gri­sza. Żyd to mo­del czło­wieka. Jak każdy mo­del – uprosz­czony. Wszy­scy lu­dzie, w pew­nym sen­sie, po­winni stać się Ży­dami. Adam Kad­mon, pierw­szy czło­wiek [według kabały żydowskiej – przyp. aut.], to du­chowy prze­jaw istoty ludz­kiej, pier­wo­wzór du­cho­wego i ma­te­rial­nego świata. Ale dziś uwa­żamy, że „du­chowe” to sy­no­nim „in­for­ma­cyj­nego”. A czło­wiek jest stwo­rzony, jak uważa ra­bin Akiwa ben Jo­sef [żydowski rabin, nauczyciel prawa ustnego – przyp. aut.], a ja się z nim zga­dzam, na po­do­bień­stwo Adama Kad­mona. Czyli to jest wła­śnie mo­del, który zo­stał zre­ali­zo­wany w ra­mach Stwo­rze­nia!

[...]

We­szli do czar­nej sali. Ciem­ność była gę­sta i na­ma­calna. Sta­nęli przy drzwiach, oparli się o ścianę. Roz­legł się ci­chy, skrzy­piący, jakby owa­dzi dźwięk, na jed­nej nu­cie. Roz­świe­tlił się ekran – dość długi i nie­zbyt wy­soki. Fa­lami prze­bie­gły przez niego nie­okre­ślone cie­nie – ni to woda, ni to trawa, ni to ob­ra­zek w obiek­ty­wie mi­kro­skopu. Ład­nie, nie­zro­zu­miale, ale ob­ja­śnie­nia nie były po­trzebne. Po­tem cie­nie po­łą­czyły się w dwie po­staci, mę­ską i ko­biecą. Mię­dzy nimi za­cho­dził wza­jemny ruch i oto już nie po­staci, ale same ręce zbli­żają się do sie­bie, do­ty­kają, a ekran roz­bija eks­plo­zja cieni. Żad­nej mu­zyki – tylko od czasu do czasu fa­lu­jące i nie­okre­ślone dźwięki, które nie od razu dają się roz­po­znać jako mu­zyka. Wy­ra­stają z ni­czego ro­śliny, roz­kwi­tają i więdną oso­bliwe kwiaty, i nie można się ro­ze­znać, z czego to zro­bione – do­póki nie po­ja­wiają się ręce: droga, góry, pej­zaż. Cer­kiew na gó­rze, rzeka. Kom­plet­nie nie wia­domo, jak to jest zro­bione. Cie­nie są gę­ste i zu­peł­nie prze­zro­czy­ste... Prze­pły­wają ryby – ła­wicą, po­tem za­miast masy drob­nych ry­bek po­ja­wiają się dwie duże i ogromny po­twór. To nie walka, lecz ta­niec. Ekran mi­go­cze, nie ma nic oprócz cieni – i dziw­nych zwie­rząt: jedne to zna­jome psy i za­jące, niedź­wie­dzie i sło­nie, a inne to kro­czące ośmior­nice i scze­pione węże. Trwa pełne wy­da­rzeń ży­cie, tylko wy­da­rze­nia są nie do od­czy­ta­nia, same alu­zje, do­my­sły... I ta­jem­ni­cze dźwięki – czy to in­stru­ment mu­zyczny, czy głos ludzki, czy to zwie­rzę wy­syła ja­kieś sy­gnały? No tak, sy­gnały... Urze­ka­jące. Oto cie­nie lgną do sie­bie na­wza­jem, łą­czą się ze sobą i roz­łą­czają. Po­ja­wia się nie­mowlę, nie­mowlę w wiel­kich dło­niach... Kom­plet­nie nie wia­domo, z ja­kiej ma­te­rii jest to zro­bione. Nie ma żad­nej ma­te­rii – to te­atr w ogóle bez ma­te­rii. Te­atr ide­alny, w któ­rym nie ma ni­czego, poza cie­niem, a za­miast mu­zyki jest cień dźwięku... Po­cie­kły łzy. Ta­kiej prze­strzeni nie było ni­g­dzie na świe­cie, w ogóle ni­gdy. To świat, który od po­czątku do końca stwo­rzył Ten­giz z sa­mych tylko cieni, tre­ści nie da się od­dać w żad­nym ję­zyku. I nie ma też ani jed­nego słowa. Nie ma w ogóle ni­czego... To Stwo­rze­nie. No tak, oczy­wi­ście. Nie opo­wieść o Stwo­rze­niu, tylko samo Stwo­rze­nie. I wła­ści­wie można zro­zu­mieć, dla­czego po­rzu­cił ma­te­rialny te­atr rze­czy, dla­czego przez ostat­nie lata wspól­nej pracy mę­czyła go or­dy­nar­ność te­atru, dla­czego mó­wił o tym, jak zmę­czył go fałsz te­atru, kłam­stwo słów, ilu­zja de­ko­ra­cji, ko­stiu­mów, cha­rak­te­ry­za­cji, nie­ustanne chy­bie­nia tek­stu, omył­ko­wość po­cząt­ko­wych za­ło­żeń i nie­moż­ność tra­fie­nia do celu, który sam w so­bie nie wy­maga żad­nych wy­sił­ków... [...] Jak zna­lazł trupę, w któ­rej wy­ko­nawcy zgo­dzili się zre­zy­gno­wać z pre­zen­to­wa­nia wła­snej oso­bo­wo­ści? Skromne wyj­ście na ko­niec... Co za cał­ko­wita re­zy­gna­cja z te­atru! Na co komu Sta­ni­sław­ski, gdzie Mey­er­hold, po co Brecht, jaki znów Gro­tow­ski? On wy­szedł poza gra­nice tego, co ma­te­rialne, po­le­ciał tam, gdzie poza cie­niami nie ma już nic... Na ekra­nie na­gle wszystko się zmie­niło – po­ja­wiły się wy­raźne mi­sie i za­jączki, ży­rafy i ła­bę­dzie, od­gry­wały śmieszne scenki, na wi­downi roz­le­gły się śmie­chy. Szy­dzi? Po­ka­zuje miej­sce wi­dzowi, który zdą­żył się wznieść na wy­żyny? Robi z niego je­le­nia? I fak­tycz­nie po­ja­wił się cień je­le­nia z wiel­kimi ro­gami. Nora nie za­uwa­żała swo­ich łez, które pły­nęły po za­pad­nię­tych po­licz­kach, tylko się uśmie­chała. Ach, Ten­giz, Ten­giz! By­li­śmy ra­zem mło­dzi, a ja nie wie­dzia­łam tego, co ty... a może wtedy i ty nie wie­dzia­łeś? Na­prawdę tylko po to tak cie­bie prze­bo­la­łam, żeby na sta­rość zro­zu­mieć, że zo­stają tylko cie­nie... Je­dy­nie istotne, je­dy­nie ist­nie­jące... Za­pa­liło się świa­tło. Sala była nie­duża, nie wszyst­kie miej­sca za­jęte. Kla­skano. Na wi­downi było sporo dzieci, ale wię­cej do­ro­słych. Roz­ma­wiano gło­śno i nie­zro­zu­miale, po gru­ziń­sku. A po­tem na scenę wy­szedł ma­sywny sta­rzec z la­ską. Duża ogo­lona głowa, ja­sna twarz; mach­nął ręką i wy­szli ci, któ­rzy two­rzyli cie­nie. Nora się uśmiech­nęła – cie­nie cieni, mło­dzi chłopcy i dziew­częta w licz­bie sied­miorga... [...] Na­stęp­nego dnia po­le­ciała do Mo­skwy. Nora, jak mało kto, lu­biła dłu­gie loty, gdy znaj­do­wała się ni­g­dzie, w ode­rwa­nej prze­strzeni i nie­pew­nym cza­sie, gdy jed­no­cze­śnie koń­czą się wszyst­kie zo­bo­wią­za­nia, obiet­nice, wszystko zo­staje odło­żone, te­le­fony, poczta, prośby, pro­po­zy­cje i skargi nie do­cho­dzą, i się wisi, leci, szy­buje mię­dzy nie­bem a zie­mią, mię­dzy zie­mią a księ­ży­cem, mię­dzy zie­mią a słoń­cem, wy­pada ze zwy­kłego sys­temu układu współ­rzęd­nych. Leci... Jak Ten­giz to zro­bił? Przy­ja­ciel mo­jej du­szy, je­dyny, kto mógł za ży­cia prze­kro­czyć wszyst­kie gra­nice i urzą­dzić inny świat, świat cieni... Ten­giz... Mi­łość bez­kon­tak­towa.

[...]

Po­cząt­kowo, po spraw­dze­niu w pa­pie­rach stop­nia jego kom­pe­ten­cji, Ja­kow zo­stał skie­ro­wany do księ­go­wo­ści eli­tar­nego od­działu tech­nicz­nego, ale po­kłó­cił się z cha­mem na­czel­ni­kiem, rów­nież więź­niem, który w efek­cie na­pi­sał ra­port o nie­zna­nej Ja­ko­wowi tre­ści. Naj­pierw wsa­dzono go więc na pięć dni do kar­ceru, a po­tem mia­no­wano bi­blio­te­ka­rzem w czę­ści kul­tu­ralno-edu­ka­cyj­nej, gdzie był ra­czej stró­żem niż kie­row­ni­kiem. Miesz­kań­cami wsi byli więź­nio­wie po­li­tyczni, ska­zani za oszczer­stwa pod ad­re­sem ob­ra­żal­skiej wła­dzy ra­dziec­kiej oraz szpie­go­stwo. Praw­dziwa mię­dzy­na­ro­dówka: Ro­sja­nie ze wszyst­kich stron kraju, Li­twini, Po­lacy, Ży­dzi, po pa­rze z każ­dego rzad­kiego stwo­rze­nia... Na krań­cach obozu, za ro­wem me­lio­ra­cyj­nym, w któ­rym raz pły­nął stru­myk, raz gniło błoto, ni­gdy jed­nak cał­kiem nie wy­sy­chał, roz­cią­gał się ogromny, pra­wie czte­ro­hek­ta­rowy cmen­tarz. Przez rów były prze­rzu­cone mostki z pod­kła­dów ko­le­jo­wych, a da­lej, po ho­ry­zont, cią­gnęły się ko­lejne doły, ale mo­gilne. Zimą śnieg mi­ło­sier­nie ukry­wał wy­ryte za­wczasu zbio­rowe groby, każdy na pięć­dzie­siąt tru­pów, a wio­sną, gdy śnieg top­niał, od­mar­z­nięte ciała przy­sy­py­wano zie­mią. Pod­czas mro­zów ziemi tej nie prze­bije ża­den ki­lof, tym bar­dziej, że ci, któ­rzy wciąż żyli, byli sła­bo­wici. We wszyst­kich do­łach bez ładu i składu le­żały wy­nisz­czone ty­siące, ty­siące wiel­bi­cieli i nie­na­wist­ni­ków wła­dzy, nie­pi­śmien­nych i wy­kształ­co­nych, głu­pich i mą­drych, tych o świa­to­wej sła­wie i tych zu­peł­nie bez­i­mien­nych... Pod pa­li­kami z nu­me­rem. Ja­kow znał ta­jem­nicę, którą wy­ga­dał mu zna­jomy, fel­czer Ko­stia Go­wo­ru­now: gdzieś w tych do­łach, po­śród ty­sięcy in­nych, le­żał pra­wo­sławny fi­lo­zof Kar­sa­win, do nie­dawna pro­fe­sor Uni­wer­sy­tetu Wi­leń­skiego. Je­den z więź­niów, li­tew­ski le­karz, wsu­nął mu do brzu­cha pod­czas prze­pro­wa­dza­nej sek­cji fla­ko­nik z ciem­nego szkła z na­zwi­skiem za­pi­sa­nym na skrawku pa­pieru. Ko­stia był przy tym obecny i wi­dział to na wła­sne oczy. Dok­tor ten miał na­dzieję, że przyjdą czasy, gdy po­tom­ko­wie za­czną eks­hu­ma­cję tru­pów, znajdą wśród szcząt­ków bez­i­mien­nych ciał tę no­tatkę, wrzu­coną do oce­anu ludz­kich szcząt­ków, i po­sta­wią fi­lo­zo­fowi po­mnik...

[...]

To dno ży­cia było w pew­nym sen­sie szczy­tem ła­gro­wego szczę­ścia. Bi­blio­teka była zbie­ra­niną ru­pieci. Księ­go­zbiór skła­dał się głów­nie z ksią­żek ode­bra­nych więź­niom. Naj­lep­szym, co dało się tu zna­leźć, był drugi tom Ał­pa­towa, po­świę­cony epoce od­ro­dze­nia, przy­słany do ła­gru Ni­ko­ła­jowi Ni­ko­ła­je­wi­czowi Pu­ni­nowi. Pra­wie rok tom ten prze­żył z Pu­ni­nem, ale osta­tecz­nie tra­fił do bi­blio­teki. Ja­kow po­sta­wił na nim pie­czątkę, nadał mu nu­mer in­wen­ta­rzowy i na kilka dni za­nu­rzył się w re­ne­san­sie, ża­łu­jąc, że pół­nocne od­ro­dze­nie zo­stało przed­sta­wione tak skąpo i że w tak oczy­wi­sty spo­sób przy­znaje się wyż­szość wło­skiemu. W jego gło­wie już for­mo­wały się my­śli na te­mat róż­nic po­strze­ga­nia po­staci ludz­kiej na ob­ra­zach wło­skiego i pół­noc­nego od­ro­dze­nia, ale, pa­mię­ta­jąc o śmierci rę­ko­pisu po­wie­ści przed ostat­nim eta­pem, po­wstrzy­mał sam sie­bie. W du­szy wy­rzekł się ulu­bio­nego za­ję­cia – pi­sa­niny. Po­nie­waż nie umiał żyć bez wy­zna­cza­nia so­bie wiel­kich ce­lów, za­czął się uczyć ję­zyka li­tew­skiego. Był ła­twy, z ro­dziny in­do­eu­ro­pej­skiej i nie bra­ko­wało wo­kół kon­sul­tan­tów. Do­bie­gał końca sześć­dzie­siąty trzeci rok jego ży­cia, Ja­kow zdą­żył prze­my­śleć wszyst­kie prze­żyte lata w od­wrot­nym toku. Bu­stro­fe­don [z gr. - sposób pisania w kolejnych wierszach tekstu na przemian od prawej do lewej, i od lewej do prawej – przyp. aut.] mo­jego ży­cia – uśmiech­nął się pod wą­sem, ale nie miał na­wet komu tego na­pi­sać... Ma­ru­sia, Ma­ru­sia... Na­wet te­raz pi­sałby do niej li­sty, ale ona za­ka­zała mu ko­re­spon­den­cji, na­wet tej jed­no­stron­nej. Roz­grze­wa­jąc skost­niałe dło­nie od­de­chem, z przy­zwy­cza­je­nia two­rzył po­zba­wione ad­re­sata za­pi­ski, które za­ty­tu­ło­wał nic nie­zna­czą­cym sło­wem „Tek­sty”.

[...]

Ja­kow zmarł osiem mie­sięcy póź­niej, pod ko­niec sierp­nia, na za­wał serca. Asia po­je­chała do Mo­skwy ode­brać eme­ry­turę, a po po­wro­cie zna­la­zła go mar­twego. Le­żał na ma­te­racu. Na jego ostat­nim biurku le­żały dwie wczo­raj­sze ga­zety, sto­sik świeżo na­pi­sa­nych na ta­nim sza­ra­wym pa­pie­rze li­stów i cztery książki z bi­blio­teki – pod­ręcz­nik do na­uki ję­zyka li­tew­skiego, Ma­te­ria­lizm a em­pi­rio­kry­ty­cyzm Le­nina, opa­trzony uwa­gami gę­sto za­pi­sa­nymi ołów­kiem, do­piero co wy­dana Ewo­lu­cja fi­zyki Ein­ste­ina i In­felda oraz przed­re­wo­lu­cyjna par­ty­tura ora­to­rium Ha­en­dla Me­sjasz. Na kartce sza­ra­wego pa­pieru, wło­żo­nej w to­mik Le­nina, było na­pi­sane: „Za­wsze po­zo­staje w tyle z lek­turą li­te­ra­tury na­uko­wej. Pi­sze o ist­nie­niu ma­te­rii w prze­strzeni i w cza­sie w 1908 roku, już po od­kry­ciu teo­rii względ­no­ści, ogła­sza twier­dze­nie o prze­kształ­ce­niu masy w ener­gię przez ide­alizm, pod­czas, gdy już w 1884 roku John Henry Poyn­ting wy­ka­zał, że ener­gia, po­dob­nie jak masa sub­stan­cji, jest zlo­ka­li­zo­wana, prze­no­szona przez pole, jej stru­mień po­siada po­wierzch­niową gę­stość”.

[...]

Skoń­czył się po­śpiech, z ja­kim Nora prze­żyła całe świa­dome ży­cie. Po­dróż do Tbi­lisi usta­wiła wszystko na wła­ści­wym miej­scu: nie po­my­liła się w ni­czym, Ten­giz nie tylko jej nie roz­cza­ro­wał, ale oka­zał się w końcu tym wła­śnie czło­wie­kiem, który pro­wa­dził ją za sobą do­kład­nie tyle, ile po­trze­bo­wała, żeby dojść do tego spo­koj­nego i cał­ko­wi­cie świa­do­mego punktu, a mi­ło­sne bu­rze, które z nim prze­ży­wała, nie po­zo­sta­wiły ani go­ry­czy, ani bólu. Je­dy­nie wy­ra­zi­ste i bo­gate wspo­mnie­nia oraz odro­binę za­kło­po­ta­nia: dla­czego te hor­mo­nalne po­bły­ski za­jęły tak wielką część ży­cia? Tak jest skon­stru­owany ko­biecy or­ga­nizm? Ta­kie jest ul­ti­ma­tum po­sta­wione przez ge­ne­tykę? Ta­kie są bio­lo­giczne re­guły prze­dłu­że­nia ga­tunku? Nora do tego czasu zdą­żyła na­pi­sać książkę o ro­syj­skiej awan­gar­dzie te­atral­nej, w tymże roku prze­tłu­ma­czono ją na an­giel­ski i fran­cu­ski.

[...]

Nie otwie­rała tego za­wi­niątka od czasu jej śmierci, ale pa­mię­tała, że na gó­rze le­żały li­sty dziadka Ja­kowa, da­to­wane na rok 1911. Roz­wi­nęła roz­pa­da­jącą się ze sta­ro­ści ce­ratę. Zmur­szałe li­sty prze­żyły stu­le­cie, a Nora zdała so­bie sprawę, że jest je­dy­nym czło­wie­kiem na świe­cie, który pa­mięta tych dawno już zmar­łych lu­dzi – Ma­ru­się Kerns, którą tak ko­chała w dzie­ciń­stwie, a póź­niej prze­stała, i Ja­kowa Osiec­kiego, któ­rego jako dziew­czynka wi­działa raz w ży­ciu, nie­długo przed jego śmier­cią, gdy prze­jaz­dem z jed­nego ze­sła­nia na dru­gie od­wie­dził ich na Bul­wa­rze Ni­kit­skim... Li­sty były skru­pu­lat­nie uło­żone la­tami, wszyst­kie w ko­per­tach ze znacz­kami, z da­tami i ad­re­sami, skre­ślo­nymi ta­kim cha­rak­te­rem pi­sma, ja­kim ni­gdy nie będą już pi­sać żadni lu­dzie na świe­cie. Lek­tura ich trwała ty­dzień, wła­ści­wie bez przerw. Nora pła­kała, śmiała się, była zdu­miona. I za­chwy­cona. Od­kryła w tym za­wi­niątku kilka no­tat­ni­ków, które Ja­kow za­czął pro­wa­dzić jako na­sto­la­tek. Hi­sto­ria wiel­kiej mi­ło­ści, hi­sto­ria po­szu­ki­wa­nia sen­sów, twór­cze po­dej­ście do ży­cia i nie­wia­ry­godna żą­dza wie­dzy, ro­zu­mie­nia roz­wi­chrzo­nego i sza­lo­nego świata. Na jaw wy­szło wiele ro­dzin­nych ta­jem­nic, ale po­ja­wiło się rów­nież kilka py­tań, na które nie było od­po­wie­dzi. Nora roz­ło­żyła stare fo­to­gra­fie – dzie­dzic­two Gien­ri­cha. Było ich dość sporo. Część zo­stała pod­pi­sana, te Nora odło­żyła na bok. Masa fo­to­gra­fii przed­sta­wiała nie­zna­nych lu­dzi – krew­nych i przy­ja­ciół, któ­rych imion nie spo­sób już było usta­lić. Fo­to­gra­fii ama­tor­skich na po­czątku wieku w za­sa­dzie nie było – wszyst­kie to były przy­kle­jone na kar­ton pro­fe­sjo­nalne zdję­cia z ate­lier fo­to­gra­ficz­nego z po­da­niem ad­resu za­kładu, a czę­sto rów­nież na­zwi­ska fo­to­grafa. Naj­wcze­śniej­sza fo­to­gra­fia była da­to­wana na 1861 rok, przed­sta­wiała starca z długą brodą w je­dwab­nej okrą­głej cza­peczce. To pew­nie dzia­dek Ma­rusi...

[...]

Dziwne, mocne uczu­cie: ona, Nora, jedna je­dyna Nora, pływa w rzece, a za nią roz­sze­rza­ją­cym się wi­rem jej przod­ko­wie, trzy po­ko­le­nia twa­rzy o zna­nych imio­nach, uwiecz­nione na kar­te­lusz­kach, a za nimi, w głębi tych wód, nie­skoń­czone mro­wie bez­i­mien­nych przod­ków, męż­czyzn i ko­biet, któ­rzy wy­brali się z mi­ło­ści, z na­mięt­no­ści, z wy­ra­cho­wa­nia, na po­le­ce­nie ro­dzi­ców, pło­dzą­cych i chro­nią­cych po­tom­ków, i jest ich wielka masa, za­lud­niają całą zie­mię, brzegi wszyst­kich rzek, są płodni i roz­mna­żają się, żeby wy­pro­du­ko­wać ją, Norę, a ona swo­jego je­dy­nego chłopca Ju­rika, a ten jesz­cze jed­nego ma­łego chłop­czyka Ja­kowa, i pi­sze się nie­skoń­czona hi­sto­ria, któ­rej sens tak trudno uchwy­cić, choć od dawna wy­ła­nia się ja­kąś cienką ni­teczką. Praca wszyst­kich po­ko­leń, wszyst­kie gry przy­padku tylko po to, by uro­dziło się nowe dzie­ciątko Ja­kow i wpi­sało się w ten nie­skoń­czony, bez­myślny stru­mień. Spek­takl ten grany jest od ty­sięcy lat, z nie­znacz­nymi w su­mie wa­ria­cjami: na­ro­dziny-ży­cie-śmierć, na­ro­dziny-ży­cie-śmierć... I dla­czego wciąż jesz­cze pły­nie się po tej rzece z cie­ka­wo­ścią i z fa­scy­na­cją, ob­ser­wu­jąc zmiany pej­zażu? Czy dla­tego, że zo­stała ob­my­ślona sprytna ba­nieczka, naj­de­li­kat­niej­sza osłonka, która za­myka w ogra­ni­czo­nych ra­mach każdą żywą istotę, każde ja, pły­nące po rzece do­póty, do­póki nie pęk­nie z głu­chym ję­kiem i nie wy­leje się z po­wro­tem do nie­skoń­czo­nej wody? Te zmur­szałe, cu­dem za­cho­wane li­sty są wła­śnie nie­śmier­telną tre­ścią tego ja, śla­dem ist­nie­nia...

[...]

Dwa ty­go­dnie póź­niej Nora ode­brała te­le­fon z ar­chi­wum – po­wie­dziano jej, że może przyjść za­po­znać się z ak­tami sprawy Ja­kowa Osiec­kiego. Udała się do ar­chi­wum na most Ku­zniecki. Sym­pa­tyczna ko­bieta po­ło­żyła przed Norą teczkę, na któ­rej wierz­chu było na­pi­sane:

„Sprawa J.S. OSIEC­KIEGO

Po­czą­tek 1 gr. 1948 – ko­niec 4 kwiet­nia 1949 r.

Od­dano do ar­chi­wum R-6649

Ar­chi­wum KGB nr 2160”.

Teczka była gruba, obok zszy­tych po­żół­kłych kar­tek znaj­do­wały się w niej duże ko­perty za­mknięte pie­czę­cią, któ­rych, jak uprze­dziła ją pra­cow­nica ar­chi­wum, nie można było otwie­rać. Nie można było także fo­to­gra­fo­wać czy kse­ro­wać, po­zwa­lano jed­nak ro­bić no­tatki. W ko­per­cie nie­za­mknię­tej pie­czę­cią le­żała fo­to­gra­fia. Ja­kow Osiecki w dniu za­ło­że­nia akt, pro­fi­lem i en face – ogo­lona głowa, nie­wiel­kie wąsy, mocno za­ci­śnięte usta. Nora nie mo­gła zła­pać od­de­chu na wi­dok tej twa­rzy...

[...]

„Pod­czas re­wi­zji skon­fi­sko­wano także 34 no­tat­niki du­żego for­matu, 65 te­czek i 180 ze­szy­tów na te­mat hi­sto­rii li­te­ra­tury i mu­zyki oraz ksią­żeczkę oszczęd­no­ściową z kwotą 400 ru­bli”. Na osob­nej kartce, dwa­dzie­ścia stron da­lej, Nora od­kryła de­cy­zję: „De­cy­zja z 21.03.1949 r. Znisz­czyć wy­mie­nione ma­te­riały po­przez spa­le­nie. Pod­pis: ma­jor Je­zie­pow”. Na na­stęp­nej stro­nie ra­port „o wy­ko­na­niu de­cy­zji spa­le­nia w wię­zie­niu we­wnętrz­nym MBP-KGB w obec­no­ści ma­jora Je­zie­powa”. I pod­pis ma­jora. Przez trzy mie­siące, wnio­sku­jąc z dat, spe­cja­li­ści ba­dali książki i pa­piery dziadka, za­nim ska­zano je na spa­le­nie. W tym miej­scu Nora po­czuła mdło­ści, prze­rwała no­to­wa­nie, od­dała akta w ręce mi­łej pra­cow­nicy i wy­szła. Wró­ciła na­stęp­nego dnia i cho­dziła do ar­chi­wum do końca ty­go­dnia, prze­pi­su­jąc frag­menty akt do ze­szytu, nie­zbyt do­brze ro­zu­mie­jąc, po co to robi. Ze­szyt był za­peł­niony do po­łowy, ale Nora nie mo­gła się za­trzy­mać. Za­świad­cze­nia me­dyczne. W jed­nym „Hro­niczne ko­rzonki”, w in­nym, na­pi­sa­nym z więk­szą kul­turą, z uży­ciem ła­ciny „eg­zema ty­bo­li­cum, forma chro­niczna”. I pod­su­mo­wa­nie – „zdolny do wy­ko­ny­wa­nia pracy fi­zycz­nej”. Nora spoj­rzała na swoje nad­garstki: przez ostatni rok eg­zema się uspo­ko­iła, przy­po­mi­nała o niej cienka, błysz­cząca skóra po­kry­wa­jąca wcze­śniej do­tknięte miej­sca. A ma­luch od pierw­szych dni ży­cia ma dia­tezę. Czyli to pew­nie ro­dzinna cho­roba. Geny...

[...]

„...Na po­czątku wojny, mniej wię­cej we wrze­śniu 1941 roku, spo­tka­łem ojca przy­pad­kiem na ulicy; oma­wia­jąc sy­tu­ację na fron­cie, oj­ciec wy­ra­ził przy­pusz­cze­nie, że w naj­bliż­szym cza­sie Niemcy mogą po­dejść pod Mo­skwę i ją za­jąć (nie pa­mię­tam, jak do­kład­nie sfor­mu­ło­wał tę myśl, jed­nak jej sens był mniej wię­cej taki). Nie zwró­ci­łem wów­czas uwagi na te słowa i do­piero póź­niej uzna­łem jego wy­po­wiedź za sia­nie de­fe­ty­zmu. Wy­peł­nia­jąc po­le­ce­nie biura par­tyj­nego i in­for­mu­jąc was o tym fak­cie, pro­szę was o uwzględ­nie­nie, że w da­nym przy­padku, je­śli moje ze­zna­nia się wam przy­da­dzą, będę je skła­dać nie jako syn aresz­to­wa­nego, tylko jako czło­nek WKP(b), po­nie­waż moje po­glądy po­li­tyczne stoją po­nad mo­imi uczu­ciami wo­bec człon­ków ro­dziny. W przy­padku, gdy mój oj­ciec okaże się wro­giem na­rodu, bez żad­nych wąt­pli­wo­ści wy­rzeknę się go, po­nie­waż par­tia oraz wła­dza ra­dziecka, które mnie ukształ­to­wały, są mi droż­sze od wszyst­kiego in­nego. 5.01.1949. Na­stępna była kartka, na któ­rej za­pi­sano pro­to­kół prze­słu­cha­nia Gien­ri­cha Ja­kow­le­wi­cza Osiec­kiego. Norę strasz­nie bo­lała głowa. Mdliło ją. Za­schło jej w ustach. Za­częła się mi­grena, ja­kiej od dawna już nie miała. Ostat­nia no­tatka, jaką Nora zro­biła tego dnia, brzmiała: „Skie­ro­wany do spe­cjal­nego ła­gru MSW ZSRR – 10 lat za agi­ta­cję i prze­cho­wy­wa­nie kontr­re­wo­lu­cyj­nej li­te­ra­tury”.

[...]

Do­szła do Łu­bianki. Za­trzy­mała się przed sza­rym po­two­rem. Wy­so­kie drzwi wej­ściowe były mar­twe, nikt nie wcho­dził i nikt nie wy­cho­dził. To pie­kielne mon­strum, tylko uda­jące szpetny bu­dy­nek, wy­dzie­lało za­pach stra­chu i okru­cień­stwa, pod­ło­ści i tchó­rzo­stwa, któ­rego nie ła­go­dziło żadne de­li­katne świa­tło za­cho­dzą­cego słońca. Dla­czego nie po­chło­nął go ogień pie­kielny? Dla­czego na to prze­klęte miej­sce nie spadł deszcz smoły i siarki? Biedna mała So­doma, nędzna Go­mora, schro­nie­nie lu­bu­ją­cych się w roz­ko­szy roz­pust­ni­ków, zo­stało spa­lone, dla­czego kara bo­ska się nie do­ko­nała i to dia­bel­skie gniazdo stoi po­śród obo­jęt­nego nar­cy­stycz­nego mia­sta? Na wieki? Nie, ni­czego nie ma na wieki... Nie ma już Bramy No­wej Ni­kol­skiej, nie ma domu kom­pa­nii ubez­pie­cze­nio­wej „Ro­sja”, na­wet po­mnika Dzier­żyń­skiego już nie ma... Nora za­wró­ciła i po­szła w stronę ulicy Te­atral­nej. Ból głowy nie od­pusz­czał, a przez ból prze­bi­jała się wciąż jedna i ta sama myśl: Biedny Gien­rich! Do­bry, ogra­ni­czony, śmie­jący się z głu­pich żar­tów, nie­szko­dliwy i lekki Gien­rich, dla­czego na­stęp­nego dnia po aresz­to­wa­niu ojca po­biegł się go wy­rzec, do­nieść na niego, uspra­wie­dli­wiać się i osta­tecz­nie po­grą­żyć wła­snego ojca? Chro­nił swoją ka­rierę, miej­sce pod wą­tłym słoń­cem, a może ro­dzinę? Mnie i mamę? Biedny Gien­rich... Co to za głę­boki roz­kład? Co za ze­psu­cie? Strach, tchó­rzo­stwo... Albo wie­dział coś, czego ja się ni­gdy nie do­wiem...

[...]

Nie­ocze­ki­wa­nie Nora się roz­pła­kała. W ogóle nie była re­li­gijna, nie miała nic wspól­nego z pra­wo­sła­wiem, po­dob­nie jak z każdą inną re­li­gią. Ale serce za­re­ago­wało na dźwięki. Boże mój! Ten drugi dzia­dek, kie­row­nik chóru, Alek­sandr Igna­tje­wicz Ko­tienko wy­słał mi znak, to jego mu­zyka, jego ży­cie. Ni­czego, ni­czego o nim nie wiem – drę­czył bab­cię, był ślepy i zły, jak mó­wiła Ama­lia... Dla­czego tak po­ru­szyły ją te śpiewy? To na­prawdę ja­kiś znak... Wszy­scy byli tacy mu­zy­kalni, i dzia­dek Alek­sandr, i dzia­dek Ja­kow, i Gien­rich... Gien­rich... I w jej du­szy na­gle roz­legł się ja­kiś straszny płacz, i było tak, jakby to nie ona pła­kała, tylko Gien­rich w niej... mały Gien­rich, nie­zno­śne dziecko, które rzu­cało się na pod­łogę i tu­pało nóż­kami, które chciało la­tać szy­bow­cem albo sa­mo­lo­tem, któ­rego nie do­pusz­czono do uko­cha­nej awia­cji, po­nie­waż jego oj­ciec Ja­kow był wro­giem na­rodu i wszystko ze­psuł. Ode­brano mu ma­rze­nie, na­dzieję, świe­tlaną przy­szłość... Och, biedny Gien­rich! I Nora pła­kała ra­zem z nim, tym chłop­cem, swoim przy­szłym oj­cem i by­łym oj­cem, któ­remu nie udało się prze­żyć ta­kiego ży­cia, o ja­kim ma­rzył. On łkał, za­chły­sty­wał się pła­czem, po­tem się mę­czył i ci­cho za­wo­dził, za­wo­dził, wpa­dał w hi­ste­rię, a Nora tylko ocie­rała łzy. To straszne! Czy ten ból na­prawdę się w nim nie skoń­czy, nie wy­pali, ni­gdy nie umrze, tylko bę­dzie drę­czyć i jego, i Norę, i tego ma­łego Ja­kowa, który do­piero się uro­dził i ni­czemu, ni­czemu nie jest wi­nien... Czy na­prawdę całe zło, któ­rego się do­pusz­czamy, nie roz­pływa się z cza­sem i wisi nad każ­dym na­stęp­nym nie­mow­lę­ciem wy­nu­rza­ją­cym się z tej rzeki? Nora wy­szła z cer­kwi.

[...]

A może roz­łoży stare li­sty i na­pi­sze książkę... Książkę, któ­rej dzia­dek czy to nie zdą­żył na­pi­sać, czy to spa­lano ją na we­wnętrz­nym po­dwó­rzu we­wnętrz­nego wię­zie­nia na Łu­biance...Ale kto bę­dzie moim głów­nym bo­ha­te­rem? Ja­kow? Ma­ru­sia? Gien­rich? Ja sama? Ju­rik? Nie, nie! W ogóle żadna z istot, świa­do­mych swo­jego in­dy­wi­du­al­nego ist­nie­nia, na­ro­dzin oraz są­dzo­nej i nie­unik­nio­nej śmierci. Można by było po­wie­dzieć, że nie istota, tylko sub­stan­cja o okre­ślo­nym skła­dzie che­micz­nym. Ale czy można na­zwać sub­stan­cją to, co, bę­dąc nie­śmier­telne, po­trafi się zmie­niać w swo­ich zwro­tach, za­krę­tach, pier­wiast­kach... To ra­czej istota nie­przy­na­le­żąca ani do bytu, ani do nie­bytu. To, co błąka się przez po­ko­le­nia, prze­cho­dzi z osoby na osobę, co two­rzy ilu­zję oso­bo­wo­ści. Nie­śmier­telna istota, za­pi­sana ko­dem, or­ga­ni­zu­ją­cym ciała Pi­ta­go­rasa i Ary­sto­te­lesa, Par­me­ni­desa i Pla­tona oraz pierw­szą osobę na­po­tkaną w tram­waju, w me­trze, na są­sied­nim fo­telu sa­mo­lotu... Jest tym, co na­gle mi­gnie roz­po­zna­niem, nie­ja­snym uczu­ciem wcze­śniej już wi­dzia­nej ce­chy, po­do­bień­stwa – może u pra­dziadka, miesz­kańca tej sa­mej wsi albo w ogóle ko­goś z in­nego kraju. Czyli moim bo­ha­te­rem jest istota. No­śnik tego wszyst­kiego, czym dys­po­nuje czło­wiek – wy­so­ko­ścią i ni­sko­ścią, od­wagą i tchó­rzo­stwem, okru­cień­stwem i czu­ło­ścią, a także żą­dzą wie­dzy. Sto ty­sięcy istot, po­łą­czo­nych zna­nym po­rząd­kiem, two­rzy czło­wieka, tym­cza­sową sie­dzibę wszyst­kich oso­bo­wo­ści. Oto ona, nie­śmier­tel­ność. A ty, czło­wieku, biały męż­czy­zno i czarna ko­bieto, idioto, ge­niu­szu, afry­kań­ski pi­ra­cie, pa­ry­ski pie­ka­rzu, trans­we­styto z Rio De Ja­ne­iro, stary ra­bi­nie z Bene Be­rak – je­ste­ście tylko jego tym­cza­so­wym do­mem...

[...]

Nora pod ko­niec ży­cia za­czyna przy­po­mi­nać Tu­się, nosi jej duże pier­ścionki na ko­ści­stych pal­cach, uczy mło­dych sce­no­gra­fów te­atral­nych. Wi­tia otrzy­muje cał­ko­wi­cie za­słu­żoną Naj­waż­niej­szą Na­grodę, o któ­rej skry­cie ma­rzył Gri­sza. Gri­sza pod ko­niec lat trzy­dzie­stych dwu­dzie­stego pierw­szego wieku umiera w głę­bo­kiej sta­ro­ści w Je­ro­zo­li­mie; na jego gro­bie liczne dzieci i wnuki po­sta­wią płytę, na któ­rej, zgod­nie z jego ży­cze­niem, na­pi­sane bę­dzie nie jego imię, tylko ad­res strony www... Po wej­ściu na nią, chętni mogą prze­czy­tać en­tu­zja­styczne prze­sła­nie na te­mat Tek­stu Bo­żego, skie­ro­wane do po­tom­ków, a przy oka­zji rów­nież i do ca­łej ludz­ko­ści. Tekst ten jest długi i za­wiły, ale piękny w swo­jej isto­cie. Ju­rik, na po­do­bień­stwo swo­jego pra­dziadka Ja­kowa, cały jest za­nu­rzony w mu­zyce. Nie klar­net, nie for­te­pian, nie gi­tara – pró­buje usły­szeć tę mu­zykę, która roz­brzmiewa w ko­smo­sie. I zu­peł­nie nie jest ważne, czy zo­stał pro­fe­sjo­nal­nym kom­po­zy­to­rem, czy po­zo­stał tym chłop­cem, który py­tał: „Mamo, a pa­mię­tasz, jak śpie­wa­łem u cie­bie w brzu­chu?”.

Ludmiła Ulicka, Drabina Jakowa

Powieść obyczajowa Ludmiły Ulickiej – rosyjskiej pisarki i scenarzystki, także działaczki społecznej przenosi akcję tej sagi rodzinnej, przede wszystkim do byłej już Rosji carskiej i byłego Związku Radzieckiego, choć również do nowej, współczesnej nam Rosji, w tym zwłaszcza, do takich miast, jak Kijów czy Moskwa, a ponadto do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, tutaj z kolei głównie do Nowego Jorku, ogólnie rzecz ujmując, w przeciąg czasowy od pierwszego dziesięciolecia dwudziestego wieku, po drugie dziesięciolecie panującego nam stulecia. To nade wszystko barwna - poprzez stare listy i pożółkłe notatniki - zaprzeszła fabuła rodzinna o Marii Kerns-Osieckiej i Jakowie Osieckim, ale i z wnikliwą narracją bardziej współczesną ich wnuczki Nory Osieckiej. W dużej też mierze z myślą przewodnią o człowieku jako autonomicznej jednostce, człowieku „utopionym” w burzliwych i nieludzkich czasach ideologicznych sofizmatów, w jakich przyszło żyć w zasadzie bezimiennemu człowiekowi pod butem sowieckim. Jak również w następnej czy uprzedniej kolejności, także i w narratorskim zaokrągleniu Nory Osieckiej, że to: „Hi­sto­ria wiel­kiej mi­ło­ści, hi­sto­ria po­szu­ki­wa­nia sen­sów, twór­czego po­dej­ścia do ży­cia i nie­wia­ry­godnej żą­dzy wie­dzy, ro­zu­mie­nia roz­wi­chrzo­nego i sza­lo­nego świata”. Epicka saga Ulickiej może przede wszystkim przestrzega, że na świecie ludzkim czy tym bardziej nieludzkim nie wystarczy po prostu „uczciwie” własne życie przeżyć, że konformizm w wymiarze społecznym chcąc nie chcąc, skraca czasem cierpienie, które można zadać drugiemu człowiekowi mimowolnie.



powrót ››