20.01.2025

„starzec się nauczył grać na panduri,
żeby sobie brzdąkać w niebie.”
Przysłowie gruzińskie
„Ależ to życie jest dziwne!
Nie życie,
tylko raczej strach przed śmiercią,
bo to strach,
że mogłam umrzeć,
wepchnął mnie w jego objęcia.”
[…]
Słońce jeszcze nie wzeszło, dopiero się rozwidnia. Gdzieś tam pieje stary kogut sąsiadki. Ostrożnie zamykam furtkę i nagle prosto w nos wali mnie smród. Ten smród, który jakby stał się zapachem lata. Wszyscy, miejscowi i przyjezdni, jeżdżą już tylko samochodami, dwóch kroków nikt nie zrobi na piechotę. I spaliny wiszą w powietrzu, jakby miały tak wisieć już wiecznie, jakby miały się nigdy więcej nie rozwiać. Drapie od nich w gardle i łzawią oczy. Wiatru ani na lekarstwo. Łupie mnie w kolanie, pewnie będzie padać. Lunie jak z cebra. Tak że lepiej iść. No to idę, a do tego się cieszę. Tak lekko idę, jakbym u ramion miała skrzydła. Sąsiadki z naprzeciwka mnie nie ubiegną. To ja nazbieram dojrzałych, dużych, czarnych jak smoła jeżyn. Wzięłam ze sobą zaczep i rękawice. To w moich ustach któregoś ponurego zimowego poranka rozpłynie się ta dojrzała, duża, czarna jak smoła jeżyna. Wiesz jakiego? Mokrego, zimnego, szarego poranka. Kiedy nie tylko nie chce ci się wstać z łóżka, ale w ogóle nie chce ci się żyć, istnieć, oddychać. Jak myślisz, co mi pomogło przetrwać tę poprzednią zimę, właśnie taką, no, jak myślisz? Konfitury z jeżyn! Smarowałam nimi chleb podpieczony na piecu i jadłam do herbaty i och, och, rozpływały mi się w ustach! Ten spieczony chleb moczyłam trochę w herbacie, wszystkie zęby mam swoje, ale wiadomo, trzeba uważać. Jak się ma własne zęby, to trzeba o nie dbać. To dlatego chętnie wstawałam z łóżka wcześnie, bo czekała na mnie konfitura z jeżyn na gorącym chlebie.
[…]
Zaraz przejdę przez most i kiedy dojdę do zarośli nad rzeką, zobaczę je – moje lśniące jeżyny. Rzeka Rioni jest zmętniała, szybka i głośna, łamie mnie w kolanie, jest tak duszno, że na pewno spadnie deszcz, ubranie już przykleja mi się do skóry, ale zdążę, zbiorę jeżyny i niech sąsiadki z naprzeciwka idą do czorta. Jak przyjdą, to wszystko w chruśniaku będzie już wyzbierane. Idę i chce mi się śpiewać, tak mi lekko na duszy, dobrze mi, prawie zapomniałam o kłuciu w podbrzuszu. Gdzieś w oddali słychać silnik samochodu, pewnie jakiś skacowany pijaczyna wraca do domu. Wokół jest cicho, w uszach mam tylko ten warkot i jeszcze poranne trele kilku kosów. I już stoję pośród ciernistych krzaków ze swoim wiaderkiem i zaczepem, w kolorowych rękawicach ogrodowych. Czuję jakąś dziwną radość i lekkość. Etero, a może dlatego, że już niedługo powinien się pojawić u ciebie pewien pan? Czyżby dlatego? No? Noo? Powiedz to, przyznaj się sama przed sobą, kochaneńka! To jest powód, prawda? Bo zobaczysz jego szpakowatą głowę, tak? I potem serce ci zadrży, prawda? No, powiedz, Etero, powiedz, przyznaj się! Przyznać się czy się nie przyznać? Nawet jeśli serce tłucze mi się w piersi, to co z tego? Nic nie zauważam i nic nie daję po sobie poznać! Dobrze, już dobrze, Etero. Tak trzymać! Tak trzymać! Ale szczerze, to nie pamiętam, kiedy ostatnio mi tak było. Tak lekko i dobrze. A może nigdy? Ale on przecież też przychodzi do mnie takim lekkim krokiem. A niby poważny mężczyzna! Idę przez kolczaste zarośla, ale, niech to diabli, wszystko wyzbierane! Tylko gdzieniegdzie jedna czy dwie jeżyny, niedojrzałe, takie, które tylko ptaki zjedzą. Pewnie wczoraj tu przylazły sąsiadeczki, o świcie. Został ci guzik z pętelką, Etero! Jeden krzak, drugi, trzeci i tam, i tam nic nie ma! Jeszcze chwila i pęknę ze złości, ale ta lekkość jakoś mi nie pozwala naprawdę się wściekać, nie opuszcza mnie. Dobra, myślę sobie, pójdę dalej i może tam coś znajdę, przecież te wiedźmy z naprzeciwka nie mogły wyzbierać wszystkiego na całym brzegu. Tam jest taka niecka, gdzie woda podmyła skarpę, tam też rosną jeżyny, one by tam nie poszły. Nie dosięgłyby tam, dokąd ja dam radę. Ręką i zaczepem. Jestem wysoka, a one to pokurcze, wyglądają wszystkie jak pole pszenicy po gradobiciu.
[...]
No i proszę, są jeżyny, i to, ile! Nie miały śmiałości zejść na podmytą skarpę te pokurcze z naprzeciwka. W gęstwinie nie widać nawet, że tu jest osypisko. Ależ się świeci moja czarna jeżyna! W dole huczy Rioni, unosi szlam i piasek. I co, sąsiadeczki, tu nie zajrzałyście?! Nie dosięgłyście tych krzaków swoimi krótkimi rączkami? Prawda, bezpiecznie to tu nie jest. Ziemia się osuwa. Możesz nawet nie zauważyć, jak zrobisz krok w osuwisko. Zrobisz krok i szurniesz po tej wysokiej, stromej skarpie prosto do rzeki. A Rioni tak pędzi, że zabiera z sobą wszystko, podmywa brzegi i za kilka lat ta zielona skarpa też się zapadnie. Przestanie istnieć. Pamiętam przecież z dzieciństwa, jak tu było. Dzisiaj już nie ma nawet połowy tego, co kiedyś. Rzeka zabrała drzewa i zarośla. Las prawie zupełnie się zapadł. A jak tu było pięknie! Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że to najcudowniejsze miejsce na świecie. Zaczarowane, tajemnicze. Przychodziło się tu i nie chciało wracać. Słońce ledwo, ledwo prześwitywało przez drzewa, a jak prześwitywało, to kładło się złotymi plamami na ziemi, tańczyło złotem na trawie. Albo ile ptaków mieszkało w tym lesie! Ilu skrzydlatych śpiewaków! Wiosną ich trele wdzierały się ludziom w okna. A jak tu pachniało! To był zapach życia. Przychodziliśmy tutaj jako dzieci, zbieraliśmy grzyby, wrzeszczeliśmy, bawiliśmy się. W chowanego, w wojnę, we wszystko. Nie było lepszego zajęcia i miejsca do zabawy niż las. Zanurzaliśmy się w ten gąszcz i zapominaliśmy o bożym świecie, nie chcieliśmy stąd wychodzić. Bo gdzie by nam było lepiej? A teraz? Co zostało z tego lasu? Nic! Czego nie zabrała woda, to ludzie zniszczyli, zostały tylko pniaki, uschnięte korzenie i porozrzucane wszędzie śmieci. Drzewa wycięli na opał, jak w kraju była wojna domowa i bieda, a śmieci wyrzucają do dziś. To, dlatego tam nie chodzę. My, ludzie, zasługujemy, żeby nas wszystkich zabrała Rioni, wszystkich wyrwała z korzeniami.
[…]
Zamachnęłam się znów zaczepem, w głowie mam wciąż te jego szpakowate włosy, w ciele czuję jakąś niemoc, pochylam się nagle do przodu, a przed oczyma miga mi nagle coś czarnego. Co to było? Zerwało się? Odleciało? To kos, kos! Czarny kos z żółtym dziobem! Takie czarne kosy mieszkały w podwórzu u Domny. Matko jedyna! Serce mi chce z piersi wyskoczyć! Ziemia osuwa mi się spod nóg! Lewą ręką w powietrzu uderzam o wiadro, prawą trzymam się kurczowo zaczepu, a ten zaplątał się w jeżyny! Wiaderko toczy się w dół, toczy, po czym wpada do huczącej pode mną Rioni. A ja zawisam na jednej ręce, trzymając się kurczowo zaczepu i zamykam oczy. Boże, ratuj! Unoszę powieki i nie ma go, nie ma ani kosa, ani jeżyn, tylko spieniona i tocząca się z hukiem po kamieniach, szara od szlamu woda! I ta woda unosi moje czerwone wiaderko, unosi je hen daleko i tak nim wesoło obraca, jakby z nim tańczyła. Matko jedyna! Rękami chwytam się gruntu, nogi mam w powietrzu i zjeżdżam po sypkiej ziemi, nie mogąc znaleźć stopami oparcia. Tylko ręce mogą mnie ocalić! Dziewczyno, Etero, tylko tymi rękami uda ci się ocalić życie! Próbuję się podciągnąć, leżąc na plecach, ale pod sobą mam śliski piasek, po którym zsuwam się plecami, zsuwam się nogami i serce zamiera mi w piersi. Już, już wpadnę do rzeki i Rioni zabierze mnie jak moje czerwone wiaderko, uniesie ku śmierci! Boże, ratuj! I nagle przed oczyma staje mi znów szpakowata głowa tego śmiesznego dostawcy. Ratunku! I zanim zupełnie zsunę się ze skarpy, coś w środku podpowiada mi – ni to jego głos, ni mojego własnego ciała – obróć się w prawo, Etero, obróć się w prawo! Przekręcam się na prawy bok i prawą ręką chwytam za zaplątany w jeżynach zaczep. Na szczęście mam rękawice i nie ślizgają mi się ręce, czuję, jak pot spływa mi po kręgosłupie, i teraz już brzuchem i piersiami zapieram się w ten osypany piach. Lewą ręką chwytam się jakiegoś korzenia i – o Boże, tkwi mocno w ziemi, oby tylko wytrzymał mój ciężar! Oby tylko wytrzymał! Podciągam się całym ciałem i uwolnioną prawą ręką łapię za krawędź osypiska, która też się trzyma mocno, dzięki Ci, Boże! Podciągam się na rękach, zaciskam szczęki, a w ustach czuję, jak ziemia kruszy mi się między zębami. Teraz kolej na prawą nogę, podciągam ją i już połową ciała wiszę na skraju skarpy. Zamykam oczy, żeby nie widzieć rozdziawionej, szarej od szlamu paszczy rzeki, podciągam cały tułów i wreszcie jestem na górze, jestem bezpieczna! Jestem bezpieczna! Nie spadłam, udało mi się, mój Boże! Plecami przywarłam do ziemi przy ścieżce, która zapadła się do osuwiska. Leżę i nie wiem, co mnie bardziej boli, co mnie bardziej piecze: czy naciągnięte w nadgarstku ścięgno, czy podrapane uda, ale widzę, jak słońce prześwituje przez chmury! To słońce, a nie śmierć, stoi nad moją głową jak królowa.
[...]
Patrzcie go, idzie, jakby mi posag przyniósł! Idź, poustawiaj to na zapleczu, otwieram drzwi i nagle słychać grzmot, tak blisko, jakby piorun uderzył zaraz koło mojego ucha. Spadnie zaraz sierpniowa ulewa, otworzy się niebo. A on na ten grzmot aż się skulił, ale nie daje po sobie poznać, że się zestrachał. Tylko nie rzucaj towaru na podłogę! Tak mu mówię. Dziewczyno, Etero, bo to ja ci kiedyś towar na ziemię rzuciłem? Mówi śpiewnie i wzrusza raz po raz tymi szczupłymi ramionami, ma zupełnie chłopięcą sylwetkę. Ale widzieliście kiedyś, żeby chłop w jego wieku miał tyle włosów na głowie? Wszyscy już dawno wyłysieli, nawet ci z pokolenia jego syna, on tymczasem ma taką szopę na głowie, że trzech by obdzielił. A niech go, skropił się jakimiś okropnymi perfumami! I gumę do żucia wsadził sobie do gęby tak z samego rana. On chyba naprawdę chce mi się przypodobać. Zobacz, wszystko ci tu ładnie poukładam, klęcząc na podłodze, ustawia te proszki na półkach jak dziecko klocki. Wyciąga chudą szyję i szybko porusza tymi wielkimi jak bochny rękami. Ja tymczasem stoję w progu zaplecza, zakleszczona biodrami w wąskim przejściu. Stoję mu nad głową, patrzę na niego z góry i widziany stąd przypomina mi jakiegoś ptaka. Drapieżnego, ale dobrego ptaka, takiego spokojnego. Pośród tych proszków i tak czuję jego zapach, zapach perfum, ale jego zapach też. Chyba się zaraz rozpłaczę. Boże, czuję zapach drugiego człowieka! Zapach człowieka, mężczyzny! Ja, wychowana bez matki, znam tylko zapach mężczyzn. Bliski mi był tylko zapach ojca i brata. Ile tego jest razem? Głos mi się załamuje. Trzydzieści, trzydzieści, tyle, ile poprosiłaś, dziewczyno, uśmiecha się do mnie z dołu. Trzydzieści? Chyba mówiłam: dwadzieścia? Staram się, żeby w tym pękniętym głosie zabrzmiała srogość. Trzydzieści powiedziałaś, Etero! Znów jakby śpiewał, a mnie chce się otworzyć usta i płakać w głos. Przecież to obcy człowiek, ile razy go widziałam na oczy? Pięć, sześć, nie więcej! Ale teraz jest mi tak bliski, z zapachem swoim i proszków do prania, jak gdyby na świecie nie było nikogo oprócz nas. Chce mi się płakać. Pragnę mu powiedzieć: wiesz, pół godziny temu niemal przeszłam się na tamten świat, o mało co nie wpadłam do Rioni, prawie mnie zabrała woda i o mało co nie utonęłam, o włos uniknęłam śmierci, a ty tu tymczasem ustawiasz te proszki do prania, jakby pół godziny temu nie było tej rzeki, co mnie miała zabrać, jakby nigdy mi nie groziła, że mnie porwie i zabije! A ty się tu cieszysz, ustawiasz te proszki na klęczkach i radujesz się jak przedszkolak, który układa klocki.
[...]
Wchodzą do sklepu jacyś obcy ludzie, jest lato i przyjezdnych jest od groma. Wszyscy wyglądają tak samo, nie odróżnisz jednego od drugiego i kobiety, i mężczyźni. Turyści. Przychodzą i nawet w upał robią z siebie nie wiadomo kogo, chodzą między półkami dumnie, jakby byli na scenie i oglądało ich tysiąc oczu. Patrzą z góry, myślałby kto, wielcy państwo. To ich niezdatni do roboty na wsi przodkowie, nie moi, wyroili się stąd do Tbilisi. Jakbym to ja była zrodzona z nieudaczników, leni, nierobów i kalek życiowych. Moja rodzina zawsze była robotna i mocno stała na nogach, szanowali pracę i kochali ziemię, która ich karmiła. Ojciec do końca życia pracował. Ba, umarł, kopiąc w ogródku, ale to ci miastowi noszą się tak, jakby byli ulepieni z lepszej gliny, pasożyty jedne. Za pożyczone z trudem pieniądze wynajmują coś na miesiąc w tym zapyziałym miasteczku, wchodzą tu z honorem, kupują coś za dwa lari [waluta gruzińska – przyp. aut.], jakby ci robili wielką łaskę, po czym wychodzą, strosząc pióra. Ale dzisiaj jest tak gorąco, że oni też snują się ospali jak muchy i mówią jeszcze bardziej rozlaźle niż zwykle. Mnie też jest słabo od tego upału, stoję i czuję, jakbym się topiła z gorąca, chyba naprawdę mam skoki ciśnienia. Czuję jakieś straszne pragnienie, pomiędzy jednym klientem a drugim słyszę, jak w uchu dzwoni mi głos ciotki, siostry ojca. Od lat już nie miałam w uchu tego głosu ani w uchu, ani w głowie: Nie przynieś wstydu rodzinie, dziewczyno! Masz ojca i brata! Mój ojciec i brat leżą w ziemi, moja Keto! Ciebie też już od dawna jedzą robaki, chwała Bogu! Już jestem dorosła i dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój! Sama dobrze wiem, jak mam żyć. Bo to ja żyję, a wy wszyscy jesteście martwi!
[...]
Jeszcze trochę tu posiedzę, a potem zamknę sklep i pójdę się położyć, wyśpię się porządnie i potem będę myśleć, co i jak zrobić. Naprawdę, ależ mi się poszczęściło! Upiekło mi się! Uratowały mnie te kolczaste krzaki, ten wystający korzeń, coś mnie uratowało. Zuch dziewczyna, Etero! Jak ty się podciągnęłaś na tę skarpę z twoją tuszą?! Dziewięćdziesiąt pięć kilo! Ale życie jest słodkie, czego się nie zrobi, żeby je uratować. I co mi przyszło do głowy, jaki diabeł mnie podkusił, że polazłam w te jeżyny, nie patrząc na osuwisko, i o mały włos nie skończyłam na dnie Rioni? A przecież tak się zawsze bałam tej rzeki! Ciągle nas straszyli tymi czarnymi wirami. Nie podchodź blisko, wymyje ci ziemię spod nóg, nie patrz na nią długo, bo ci porwie oczy – porwie ci oczy i sama wpadniesz, sama się jej oddasz, rzucisz się w jej brudne od szlamu fale. Naprawdę jest jak czarny wir. Tylko w listopadzie ma inny kolor. W słoneczny dzień w listopadzie przypomina szmaragd. I do tego jest spokojna. Jakby w jej korycie płynęła zupełnie inna rzeka. I ma tak przejrzysty nurt, jakby pół kraju nigdy nie zlewało do niej swoich ścieków. Zupełnie inna jest w listopadzie. Chce ci się stać i tylko patrzeć, taka jest. Nie jest wtedy groźna, jest piękna, ale i tak wszyscy się jej boją, czyż nie? Nawet najlepsi pływacy do niej nie wchodzą, bo też kto by pływał w brudnej wodzie? Samobójcy też się do niej nie rzucają, tylko wieszają się na sznurze, tak jest najłatwiej. Raz na ruski rok ktoś wpadnie, tak jak ja o mało tego nie zrobiłam, potem topielca wyrzuca na brzeg woda, ludzie gadają dwa, trzy dni i tyle. Plotkują, jaki był topielec, czy bardzo obgryziony, wszystko to wola boska, chroń nas, Panienko Przenajświętsza, powiedzą i to wszystko. Ale naprawdę mi się poszczęściło, Boże! Boże, czy kim Ty tam jesteś, czy gdzie Ty tam jesteś. Moje szczęście, mój łaskawy losie! Byłabym martwa i wyrzucona na brzeg i gdzie by mnie znaleźli? I ten las nad rzeką, co ludzie z nim najlepszego zrobili? Zupełnie ogołocili to miejsce z drzew i teraz ziemia się tam osuwa. Rioni zjada ją kawałek po kawałku, ale nikt nic nie robi. Wszyscy udają, że nic nie widzą. Tak będzie, dopóki czarny wir nie dopełznie ludziom do domów, zanim nie zabierze im dzieci, bo kto by się tam przejmował, że wpadła do rzeki jakaś samotna kobieta? Nikt. Nawet nie byłoby komu po mnie płakać. A dla tych wszystkich darmozjadów ważne jest tylko to, żeby mieć ciepło w jaja, w spodniach czy pod sutanną, wszystko jedno, i żeby się nażreć, a potem wsiądą te spasione byki do swoich wielkich jak czołgi samochodów terenowych, żeby w mieście z dwiema ulicami na krzyż nie przejść przypadkiem tych kilku kroków na piechotę, i zasmrodzą powietrze spalinami i swoimi pierdami.
[...]
Pamiętam wszystko od pierwszego spotkania. Zamienił się z synem, który jeździł z dostawami. Dlatego tak dobrze go zapamiętałam. Dobry chłopak był z tego młodego, cichy, porządny. Potem przyszedł on. Przyszedł i od razu go zapamiętałam. Dostawcy z dystrybucji to przeważnie młode chłopaki. Prawda, już żonaci, tacy, co ledwo wiążą koniec z końcem, bo dzieci i kredyt, ale wciąż młodzi. Tacy, co jeszcze lubią pożartować, pośmiać się, powygłupiać. Ale ten młody taki nie był, nie. Był już zmęczony życiem, przepracowany. Bo jaki miał być, jak jeździł harować na budowach w Hiszpanii? I w dodatku pracował nielegalnie. Tak chłopaki mówiły. I ten jak przyszedł, to mówi, że za swojego syna. I się do mnie uśmiecha. Uszy mu czerwienieją. Podobni byli do siebie, nie powiem – obydwaj szczupli, z burzą włosów na głowie i wielkimi jak łopaty dłońmi. Jak przyjechał drugi raz, to się na mnie patrzył tak, jakby jednocześnie nie mógł na mnie spojrzeć. Cisana była wtedy u mnie w sklepie i zapytała: a ten to co za jeden? Nowy dostawca, mówię, a ona na to: aaa, no tak, ojciec tego chłopaka z Terdżoli, wnuki już ma, porządny z niego człowiek. Myślę sobie, piorun by cię strzelił, Cisana, kto cię prosił mówić, że jest dziadkiem, ale potem, jak przyszedł za którymś razem, to go zapytałam, jak się ma jego syn w Hiszpanii. Nie wiem, czemu byłam taka rozmowna, przecież normalnie milczę jak grób, a on na to mówi: dobrze, dziękuję i uśmiecha się zawstydzony, a potem na swojej starej Nokii, takiej samej jak moja, pokazuje mi niewyraźne zdjęcia dwójki kudłatych bobasów. Tylko loki i odstające uszy było widać. Po dziadku i ojcu, rodowe. To moje wnuki, bliźniaki, patrz, jakie fajne chłopaki, mówi. Pomyślałam sobie – dzieci jak dzieci, uszate, z wybałuszonymi oczami, ale wiadomo, każdy kocha swoje. Te oczy pewnie miały po matce albo babce, ale o to już nie spytałam. Bo co mi do tego? Nic. No więc pokazywał mi te bachory, a moje ciało mówiło, że chyba chce stanąć blisko mnie i dlatego podsuwa mi pod nos ten swój telefon. A jak ciało mówi, to znaczy, że tak jest. Co mi ciało mówi, to wszystko prawda! Ale jak się przysunęłam za blisko do tego osuwiska nad rzeką, to czemu nic mi nie powiedziało, nie ostrzegło mnie? Powiedziało mi za to, że nasze ciała się zbliżą. Od razu, w jednej chwili rozpoznało jego ciało. I kto to powiedział, że w jego wieku mężczyźni już nic nie mogą? No ale on przecież nie jest taki stary. Zaraz, zaraz, ile on właściwie ma lat, mówił mi kiedyś, ile to było? Pięćdziesiąt pięć, tak powiedział. Czyli żaden tam stary. Wcale nie jest stary, no i co z tego, że ma wnuki? Jeśli pięćdziesięciopięcioletni chłop jest stary, to ja też jestem stara. Ale przecież wcale nie jestem i chyba całkiem nieźle się trzymam, co? Męża i dzieci, co by mi zatruwali życie, nie mam, to czemu mam dobrze nie wyglądać? On już trochę gorzej się trzyma. Zmarszczki ma – na twarzy, przy oczach. Po męsku wygląda, ale fakt faktem, zmarszczki są. Za to włosy dodają mu młodzieńczego wyglądu. I to, że jest szczupły. Stare to są grube i łyse chłopy! Nie, on wcale nie jest stary i ja też wciąż jeszcze jestem młoda, tylko nas tu na siłę postarzają. W tym kraju to już ludzie po dwudziestce są starzy. Ale to wszystko nieważne. Ważne jest, co kto ma w sercu. Serce najważniejsze. A to nie jest zły człowiek, ma dobre serce. Ciekawe, co by zrobił, gdybym naprawdę utonęła w Rioni? Jakby podjechał pod zamknięty sklep i powiedzieliby mu, że Etero się utopiła, proszę pana, zabrała ją rzeka. Żal by mu się pewnie zrobiło, ścisnęłoby mu się serce. A przecież z jaką radością wchodzi do sklepu! Gęba mu się już od progu śmieje. Jakby nie proszki niósł, tylko złoto, rubiny i perły. Bo przecież cieszy się, że mnie widzi, prawda? No chyba tak. Ja też się cieszę na jego widok, ale nic nie daję po sobie poznać, bo i dlaczego?
[...]
Uważają mnie za porządną kobietę, starą pannę, co nie dopuszcza do siebie nikogo. I niech tak pozostanie. Chcę mieć spokojną, dostatnią i zasłużoną starość i tak właśnie chcę ją spędzić. Trzeba bardzo uważać z tutejszymi sępami. One tylko czekają, żeby zatruć życie. A jemu powiem, że zdarzyło się, to się zdarzyło, ale teraz pójdźmy każde w swoją stronę. On to zrozumie, jeśli jest uczciwym człowiekiem. Ma swoje troski i swoje sprawy, żonę, syna i wnuki na głowie. I niech nie waży się tym gdzieś chwalić, ani pary z ust, tak mu powiem. Nie posłucha, to się przekona, do czego jestem zdolna. Będzie tak, jak chcę i kropka! Głuptak jeden. Ale, niech go diabli, jak on się całował! Jak jebał się bez pamięci! Jak sobie przypomnę, to żar się budzi w ciele, ale nie czas teraz na to, bo już bym dzisiaj w ogóle nie zasnęła, serce by mi tylko galopowało. A nawet nie zdążyłam popatrzeć, jaki z niego mężczyzna, co on tam ma. Co wy mówicie, ona chuja to nawet na oczy nie widziała, śmiała się do rozpuku Cisana, jak sobie kiedyś popiła. Ale chujów to ja się dosyć naoglądałam, jak byłam w technikum, bo w tym zapuszczonym parku za każdym krzakiem stał ktoś i walił konia. Ale nic się nie odzywałam. Mogłam po chuju poznać każdego onanistę w miasteczku. Tfu! Tfu, jak ja się ich brzydziłam, aż mi się zbierało na wymioty! Nie, nie bałam się, wzbudzali we mnie tylko obrzydzenie. Bo kto by się bał zwisającego jak gałgan kawałka mięsa? Kto by się bał jakiejś indyczej szyi, powiedzcie? Rzygać mi się chce, jak o tym pomyślę. A on, jakiego ma? Czy też wygląda jak indycze podgardle? Ale jak jest twardy i gorący, to baby tracą rozum, tak jak ja straciłam. Bo kto by tam szalał za indyczą szyją?
[...]
To było zeszłej wiosny, piłyśmy wodnistą kawę do rozmiękłego tortu, który został z poprzedniego dnia z urodzin jej syna. Skończyły się tematy do rozmowy i zaczęły wspominać swoje teściowe. Moja była wiedźmą z klimakterium, powiedziała Neno. Moja też, mówi Cisana, była wiedźmą i od klimakterium jeszcze się jej pogorszyło. Jak miała uderzenia gorąca, to zimą otwierała na oścież okna i marzliśmy wszyscy, a ja byłam w ciąży i dostałam zapalenia pęcherza przez to jej otwieranie okien, o mało nie umarłam. A na to Neno, ta żmija, mówi: naszej Etero też niedługo się zaczną uderzenia gorąca i obydwie zaniosły się śmiechem. Obydwie są o dziesięć lat młodsze ode mnie, ale jakbyśmy stanęły razem obok siebie, to wyglądamy na rówieśnice, a nawet mogę uchodzić za młodszą od nich. Etero, gdybyś była chudsza, tobyś w ogóle wyglądała jak młoda dziewczyna, tak raz, uśmiechając się, powiedziała mi w sklepie Szorena, jakby ją kto o to pytał, ale ona taka już jest, na każdy temat musi się wypowiedzieć i wszystko skomentować. Pierwsza w gminie dostała jakiś certyfikat starszego nauczyciela i od tego czasu nie przestaje się wymądrzać, mówi, że jest inteligencją, mózgiem i kręgosłupem miasteczka, rzuca nazwiskami od Waży Pszawelego [autora mitologicznych poematów epickich z życia górali gruzińskich – przyp. aut.] i Rustawelego [Szota, poety gruzińskiego – przyp. aut.] po jakichś nowych pisarzy, nie pamiętam nawet jakich. Powinnaś mieć taką figurę jak twój brat i ojciec, oni byli wysocy i strzeliści jak topole, bo mamy twojej to nie pamiętam, mówi. Skąd miałaby pamiętać moją matkę, jest ode mnie tylko trzy lata starsza. Chciałam ją zapytać, czemu nie wspomina o siostrze mojego ojca, bo ją na pewno musi kojarzyć, ale się nie odezwałam, nie chciało mi się z nią dyskutować. A ona dalej swoje: ale masz wielką tę dupę, jak armata – tak powiedziała i w tym momencie puściły mi nerwy. Może i wielką, mówię jej, ale ładną. Zamknęła się.
[...]
Jak przychodziłam ze sklepu głodna po całym dniu, to rzucałam się bez umiaru na jedzenie. Nie mieściłam się już w żadną sukienkę i jak pewnego dnia spojrzałam w lustro, to się przeraziłam, bo patrzyła na mnie stamtąd Keto – zrobiłam się podobna do ciotki. Powiedziałam sobie wtedy: Etero, jeśli nie chcesz zamienić się w tę straszną, podłą, znienawidzoną kobietę, jeśli nie chcesz do końca życia oglądać jej w lustrze, to lepiej się weź za siebie. Tak też zrobiłam. Zaczęłam jeść śniadanie przed wyjściem do sklepu. Przedtem cały dzień chodziłam głodna i wieczorem rzucałam się na wszystko, co mi wpadło w ręce. Nie znałam umiaru. Czasem się zdarzało, że nie czułam głodu, ale i tak jadłam. Potem nie mogłam spać i chodziłam wiecznie zmęczona. I gdy pewnego pięknego dnia z lustra spojrzała na mnie Keto, zrozumiałam, że dalej tak być nie może. Jem śniadanie, idę otworzyć sklep, a potem między dwunastą trzydzieści a pierwszą wracam do domu na obiad. O tej porze kończy się też duża przerwa w szkole ani dzieci, ani dorośli nie zaglądają do sklepu. Wracam do pracy i wychodzę jeszcze raz pomiędzy piątą trzydzieści a szóstą, za każdym razem przygotowuję już zawczasu jedzenie, zupę gotuję na trzy dni, czasem i na cztery mi wystarcza. Mam swój rytm, dopasowany do mnie jak sukienka szyta na miarę. Jedynie, gdy jestem w Terdżoli, siadam w tej ładnej kawiarni i zjadam na raz bez mrugnięcia okiem dwa kawałki napoleonki. Nawet gdyby objawił mi się w tym momencie duch mojej ciotki, to i tak bym zjadła te ciastka, popijając je gorącą kawą ze spienionym mlekiem. Jeśli okruszki spadną mi na dekolt, to też je zjadam. Trzeci kawałek zabieram ze sobą do domu zapakowany. Kiedy go wyjmuję z pudełka, jest trochę pokruszony, ale i tak mruczę z przyjemności, wieczorem jedząc go do herbaty.
[...]
Ja osobiście nikogo takiego wśród dostawców nie spotkałam, może jeden Soliko jest dziwny, ale on taki był już w szkole. Dla tych młodych chłopaków jestem jak ściana w tym sklepie, patrzą na mnie chłodnym i obojętnym wzrokiem. Kilku nawet mówi do mnie „ciociu”. A Soliko starym nauczycielkom patrzył na uda. No, starym jak starym, wtedy one miały tyle lat, ile ja teraz, ale jak jesteś w szkole, to czterdzieści osiem albo pięćdziesiąt lat nie znaczy, że jesteś stara? Znaczy. Niech szlag trafi Soliko i wszystkich dostawców z dystrybucji, ale jak mnie pierwszy raz nazwano ciocią, a była to ta mała od Madony, to aż mną zatrzęsło, a ile miałam wtedy lat? Trzydzieści, trzydzieści trzy? Dopiero co otworzyłam sklep. Zamarłam z rękami na kasie. Ciociu Etero, mama przysłała mnie po farbę do włosów. Do dziś pamiętam, którą farbę do włosów chciała ta jej durna matka, a od tego czasu z dziesięć razy zmieniała kolor włosów. Wtedy miała bordowe z jakimś strasznym połyskiem, no i była ta Madona moją koleżanką z klasy, siedziała w ławce przede mną, a jej córka miała już dziesięć lat i w sumie miała prawo nazywać mnie ciocią. Pamiętam, że pomyślałam wtedy: matko, jak ten czas leci w tej przeklętej dziurze na końcu świata, ale wiesz co? W takich przeklętych dziurach na końcu świata czas płynie intensywniej, moim zdaniem. Jakby jednocześnie płynął i stał w miejscu, ale jednak płynął. Wszystkie lata, wiosny, jesienie i zimy są do siebie podobne. Czas stoi w miejscu, a ty lecisz gdzieś w przepaść. I nawet nie wiesz, nie czujesz, jak i kiedy się staczasz. Tak jak ja nie zauważyłam, a córka Madony ma dziś dwadzieścia pięć lat i własne dzieci czepiają się jej spódnicy. Dla niektórych mogę być już nie tylko ciocią, ale i babcią.
[...]
Na przykład ten dziad, co jak mnie zobaczy, to płaci mój rachunek w kawiarni w Terdżoli, przychodzi specjalnie wtedy, kiedy tam jestem, a potem siedzi i gapi się na mnie tak, że nawet nie mogę w spokoju zjeść swojej napoleonki. Nie wiem, co mam z nim zrobić. Kelnerka zdradziła mi, że jest wdowcem i szuka żony, niby tak w tajemnicy mi powiedziała. Pęka ze śmiechu, chichocze po cichu, kiedy on przychodzi. Z nas się śmieje. No, może ze mnie nie, ale z niego. A ja chcę jej powiedzieć: śmiej się, śmiej, dziewczyno, póki masz dwadzieścia lat! Póki masz radość w sercu, póki ci serce trzepocze z radości, głupia! Ostatnim razem, gdy tam byłam, to mi powiedziała, że ten dziad się jej pytał, kim jest ta puszysta pani, skąd pochodzi, nie wygląda na mężatkę, i jak mi to mówiła, o mało nie udusiła się ze śmiechu, idiotka. Ona durna, a on sprytny! Domyślił się, że jestem sama. Bo która kobieta w moim wieku, mając rodzinę, może sobie pozwolić na przesiadywanie w kawiarni? Powiedziałam tej kelnerce, żeby mu tak odpowiedziała: to prawda, nie mam męża i nie mam zamiaru wychodzić za mąż, tak postanowiłam. I mówię do niej: słuchaj, dziewczyno, gdyby chuj dawał szczęście, to przychodziłoby tu do kawiarni wiele szczęśliwych kobiet, ale jakoś żadnej oprócz siebie tu nie widzę. Ten chichot zamarł jej w gardle. No i dobrze! Ten dziad mi w sumie nic nie zrobił, siedzi sobie, to niech siedzi, ale jakby zaczął mnie nagabywać, tobym go od razu wysłała, gdzie jego miejsce. Ale na razie tylko siedzi i przygląda mi się maślanym wzrokiem. Myślę, że najbardziej mu się podoba, jak poślinionym palcem zbieram okruszki napoleonki z dekoltu, po czym je zlizuję. Takie rzeczy podobają się starym dziadom.
[...]
Jak się jakiś na ciebie zagapi, a potem zrobi nachalny, to masz problem. Bo jak myślisz, czemu nazwałam swój sklep perfumerią, no? Nie mam tu drogich zapachów, tylko proszki do prania, mydła i jakieś kosmetyki, ale tak się mówi u nas na sklep z chemią. Perfumeria. Powinno być w zasadzie: środki higieniczne, ale tak się utarło i już. Moje klientki to głównie kobiety, pijacy i awanturnicy tu nie zaglądają. Nikt mnie nie błaga o kreskę, przecież nie sprzedaję chleba i wódki, tylko podpaski i płyn do mycia naczyń. Jak przyszedł mi do głowy pomysł, żeby ten sklep założyć, to od razu wiedziałam, że ma być z domową chemią. Przychodzą tu kobiety, takie, które mają niewiele pieniędzy i chcą mieć czysto w domu, i trochę o siebie zadbać. I mam w związku z tym święty spokój. Raz na sto lat zajrzy tu jakiś dziwak w rodzaju Soliko albo latem wejdzie za klientką jakiś mąż, taki, co i tak nie wie, kim jest, gdzie jest i czego w ogóle chce od życia. Obcy, nietutejszy. Kiedy powiedziałam ojcu, że nie da się już tak dalej żyć i chcę otworzyć sklep w budynku, który kiedyś wybudował na garaż, to popatrzył na mnie ze łzami w oczach, ale co było robić? Nie miałam już siły dłużej pracować w przedszkolnej kuchni i gotować zupy dla niedożywionych dzieci, wyrabiać ciasta i piec chaczapuri [placek z ciasta drożdżowego z nadzieniem – przyp. aut.] z oszukiwanym nadzieniem, które potem sprzedawano w szkolnym bufecie. Przez brata zastawiłam już wszystko, co tylko mogłam zastawić i sprzedałam wszystko, co się dało sprzedać, a ojca zwolnili wtedy z pracy w muzeum i dostawał tylko jakąś głodową emeryturę. I wiesz, co się stało? Miałam znaleziony kiedyś w kieszeni marynarki brata studolarowy banknot. Chowałam go na czarną godzinę przez prawie piętnaście lat. Wtedy sto dolarów to były pieniądze i to z tymi pieniędzmi zaczęłam biznes. Sklep stoi po drugiej stronie podwórza, od drogi. Zrobię dwa kroki i jestem domu, przejdę przez podwórze i jestem w pracy. Mój dom stoi w samym środku miasteczka, w tym też mi się poszczęściło. Ale najbardziej to mi się poszczęściło w tym, że jestem panią samej siebie i na dodatek swoją własną powierniczką.
[...]
Mój sklep taki jest i dlatego klientki wpadają tu z przyjemnością. Kupują w supermarkecie, tylko jak mam zamknięte. W wielkim sklepie niby mają wszystko, ale ja znam je lepiej, wiem, że trzeba im dać wybór, obok rzeczy wysokiej jakości położyć tańszy towar w dobrej cenie i przyjdą. Cena może być taka sama jak w supermarkecie, ale gdy masz szeroki asortyment, to i tak u ciebie kupią, czy to będzie papier toaletowy, czy golarka. I tak każdy kupi tej samej firmy co zawsze, ale woli, by obok leżało dużo innych do wyboru. No i mogą się u mnie wygadać do woli, umiem słuchać. Może nie jestem wylewna i rozmowna, bo i o czym zresztą miałabym im opowiadać, ale słuchać potrafię. One za to mają dużo do powiedzenia i o wszystkim mi mówią. O swoich i cudzych sprawach. I wiedzą też, że mogą mi zaufać, że dochowam tajemnicy. Nie tylko nic nikomu nie powtarzam, ale czasem też zapominam, co mi powiedziały. Wiesz, ile z nich ma synową brudaskę i zołzę teściową? Plotkarkę sąsiadkę i męża niedorajdę? Tępe dziecko i podłą kuzynkę? Nie kończą się te historie, a przy tym wszystkie są podobne do siebie, nie do odróżnienia. Któż by to wszystko spamiętał?
[...]
W tym miasteczku czas przecież stoi w miejscu. Stoi, ale i płynie jednocześnie. Ale wiesz co? Sklep mnie nie męczy – wszystko mam tu zrobione i poukładane po swojemu. Nigdy nie miałam tego dosyć. Mam uporządkowany dzień, godziny pracy, które wszyscy znają. W sobotę jest dzień bazarowy i w ogóle zamykam sklep. W soboty otwieram tylko latem, i to po południu. Raz w miesiącu w ogóle nie otwieram, kiedy jadę do Terdżoli do hurtowni. Pracuję do siódmej, latem do ósmej, ale latem czas szybciej płynie. Płynie szybciej, bo się patrzy na obce twarze. W niedziele otwieram trochę później, tak koło dwunastej. Nowy tydzień zaczynam od niedzieli i kiedy w ten dzień otwieram sklep, to mi czasem serce zatrzepocze, ale dlatego, że mam tu spokój. Rano zapach wilgoci i proszków do prania wydaje mi się prawie przyjemny, uspokaja mnie. Ten zapach jakby mi mówił, że wszystko jest w porządku, Etero, jest tak, jak chcesz. Zobacz, masz dom, masz sklep, zarabiasz na siebie, nawet masz oszczędności, więc niczego się nie bój! Zobacz, jaką będziesz miała piękną, spokojną i dostatnią starość. Taką, jakiej sobie życzysz, jaką sobie wymarzyłaś. Jak by to było dobrze, gdyby ten człowiek nie pojawił się nagle w twoim życiu jak jakaś diabelska pułapka. No i co teraz zrobić? Co on tam powiedział, że kiedy przyjdzie? We wtorek! A jak wyobrażę sobie, że widzę w drzwiach tę jego szpakowatą głowę, to czuję, jak nawet w tym przepoconym staniku twardnieją mi sutki.
[...]
Pamiętam, jak wślizgnął się na wypominki mojego brata niczym wąż, razem ze swoimi dwoma koleżkami, jeden z nich jest teraz biskupem, cała okolica go w pierścień całuje, drugi miał na imię Ramaz, dureń i też kawał zbója, i mówi do mnie, że mój brat był dla nich jak własny brat, a ty jesteś jak młodsza siostra, chodź, mamy tu zioło, wyjdźmy i zajarajmy, trochę odgonisz od siebie smutki. Och, jak chciałam ich wtedy wszystkich trzech wytargać za włosy. Od razu domyśliłam się, o co im chodziło, czego naprawdę chcieli. Mój brat leżał w trumnie z zakrytym wiekiem, mieliśmy go chować na drugi dzień, a te sukinsyny już się na mnie zasadzały, sprawdzali, co zrobię, czy jak zostałam bez brata, bez opiekuna, to dam sobie zawrócić w głowie. Czy wsadzę sobie w usta tego zaślinionego przez nich skręta na wypominkach własnego brata, czy dam się potem łatwo omamić. Pamiętam, coś im wtedy wysyczałam w odpowiedzi i zwinęli się w sekundę. Od tamtego czasu znienawidziłam tego łajdaka razem z jego kolegami, tego biskupa na oczy nie chcę widzieć, wiem dobrze, kim był i co robił, zanim włożył sutannę, co wyczyniał razem z moim bratem i bez niego, wielki sługa Boży, mitrę mu wkładają na głowę i w rękę całują. Jakim był mafiosem, szatańskim pomiotem, szubrawcem i bezbożnikiem, to nikt już chyba oprócz mnie nie pamięta. Ale najbardziej to nienawidzę tej jego trzody wiernych owieczek. Ten drugi, Ramaz, głupi jak but, potem niby prosił o moją rękę, a w rzeczywistości postanowił, że musi mnie przelecieć, gad obleśny. Dałam mu wtedy nieźle popalić, zrobiłam z niego pośmiewisko na całe miasteczko. A jej mąż to był z nich wszystkich najgorszy łajdak. Jak ją porwał, to mówią, że już w samochodzie ją zgwałcił na oczach kolegów, a po tym który ojciec i dyrektor by ją wziął z powrotem do domu? Pamiętam, jak płakałam ze złości, kiedy się o tym dowiedziałam. Już nie podobały mi się wtedy tak bardzo ani jej uroda, ani jej śpiew, ale i tak żal mi jej było.
[...]
I stoi teraz przede mną, postarzała, z workami pod oczami, swego czasu najpiękniejsza dziewczyna w szkole, i niby mimochodem pyta mnie: a ty nie wyszłaś za mąż? Sto razy mnie o to pytano, ale od niej tego nie oczekiwałam i mówię: nie, kobieto, jakie zamążpójście? Ale nie poznaję swojego głosu, taki w nim słyszę nagle wstręt. Chcę jej powiedzieć, nie, wykrzyczeć: czyś ty oszalała, jakie małżeństwo, kobieto?! Spójrz na siebie, co ci dało zamążpójście?! Niech mnie diabli, jeśli moja wielka dupa i spędzone w sklepie lata nie są lepsze od twojego zszarganego zdrowia i złamanego życia! Od twojego cierpienia! Może ja też nie chodzę z aureolą szczęścia wokół głowy, ale jak mi zakwitnie kwiatek na podwórku, a w ogródku dojrzeje pomidor, to się cieszę, jestem szczęśliwa, wiesz?! Radość mnie rozpiera, a wiesz, dlaczego? Bo czuję, że jeszcze potrafię być szczęśliwa! A ty się umiesz jeszcze z czegoś cieszyć?! No, potrafisz? Ale ona dalej swoje, jakby nigdy nic: ojej, czemu nie wyszłaś za mąż, kobieto? Wiesz, jakie bezsensowne jest życie bez dzieci? A wnuki i podsuwa mi pod nos tego śpiącego bachora, wnuki są najsłodsze. Chcę ją rozerwać na pół, ale jak mogę jej coś powiedzieć? Bo czyje życie jest bardziej sensowne, przyjrzyj się dobrze, głupia, moje czy twoje?! Ty dawno zakończyłaś swoje życie, a ja swoje dopiero zaczynam! Mam kochanka, bogowie! Kochanka! Może nie jest rycerzem na białym rumaku, ale jest mężczyzną i jeździ białym samochodem dostawczym. Mężczyzną, rozumiesz?! Cieszy się, jak mnie widzi, chce mojego ciała! Ja teraz zaczęłam życie, Lela, a ty swoje zakończyłaś, nieszczęsna! Chcę to wszystko powiedzieć, ale przecież tego nie zrobię. Taaak, bezsensowne, trzeba się z nią zgodzić, inaczej się nie da, bo jeszcze zacznie gadać o tym, że na starość trzeba mieć kogoś, kto ci poda szklankę wody, a tego już nie zdzierżę, więc gryzę się w język i potakuję, tak, moje życie jest bez sensu, bo jakie ma być? Nie mam dziecka, nie mam potomka, to co to za życie? No powiedz! A tymczasem w uszach mi dzwoni: mam kochanka, Lela, kochanka! Zobacz, mam czterdzieści osiem lat i mam kochanka, kobieto, pierwszy raz w życiu! To ja powinnam mówić, że jestem prawdziwą kobietą, zobacz, straciłam dziewictwo prawie na progu starości, jeszcze chwila i się roześmieję w głos. Wreszcie się ze mną żegna. Tak szybko mija to życie, moja Etero, idzie w stronę drzwi, kołysząc na rękach dziecko. Już-już ma wyjść, kiedy odwraca się ze słowami: ale wiesz, jakoś tak ci się oczy świecą, dziewczyno.
[...]
Teraz wyskrobię tylko z dna słoika ostatki konfitury, wyjem do czysta owoce w cukrowych kryształkach i walnę się spać. Bardzo mi się zachciało słodkiego, nie mogłam się powstrzymać. W czasie okresu trzeba jeść słodkie. Jak cię organizm prosi, to trzeba mu uwierzyć. Ale wiesz co? Ja i tak zapamiętam Lelę taką, jaka była w szkole, taką ją zachowam we wspomnieniach. Co ona mi tam powiedziała, że przytyłam i zmieniłam się? No przecież nie jestem mumią, kochaneńka! Po trzydziestu latach nie będę wyglądać tak samo jak wtedy, gdy miałam dwadzieścia. Ale w ogóle nie boję się starości. Ba, ja na nią czekam! Czekam, kiedy będzie tak, żebym mogła naprawdę robić to, co chcę, kiedy chcę, i siedzieć z nogą założoną na nogę. Urządzić sobie taką starość, o jakiej nikomu się nie śniło. Otóż to! Bo po co sterczę w tym sklepie pół życia od rana do nocy, po co składam grosz do grosza, jak nie po to, żeby mieć dostatnią starość! Moje wygodne życie staruszki! Bo co będzie, jak umrę? Nic. Nie wyszłaś za mąż? A niech ją! Jakby nie wiedziała! Musiała się dopytać. Bo co, nie wie, że nie wyszłam za mąż? Ile lat musi jeszcze minąć, zanim przestaną mnie o to pytać? I kręcić ze smutkiem tymi swoimi pustymi głowami? Szorena, co nie ma nic lepszego do roboty, tylko wsadzać nos w nie swoje sprawy, powiedziała mi nawet kiedyś: kobieto, jak ty się marnujesz, z takimi biodrami to powinnaś z pięcioro dzieci urodzić. No, kochaneńka! Chociaż to prawda, już dawno nikt mnie o to nie zapytał, po czterdziestce już o to nie pytają. Ale był czas, że nie dawali mi spokoju. Kupiła jedna z drugą mydło, papier toaletowy albo ścierkę do podłogi i wszystkie bez wyjątku pytały: nie wychodzisz za mąż, dziewczyno? Ja odpowiadałam, że nieee, one na to: dlaczego, kobietooo? Ja odpowiadałam: nie chcę, kobietooo i dlategooo I traciły orientację, bo spodziewały się każdej odpowiedzi oprócz tej, że nie chcę, bo przecież kobieta nie potrafi mówić, że czegoś nie chce. Chcę i nie chcę – to są przecież słowa przynależne mężczyźnie. Jak któraś na tym nie wyczerpała potrzeby wścibstwa, to pytała: a dziecko? Dziecka nie chcesz, kobietooo? Żeby ci na starość szklankę wody miał kto podać? I przytulały do piersi ciągnące się za nimi bachory, swoje dzieci, a teraz już wnuki.
[...]
Miał wtedy dwadzieścia lat, właśnie zaczął brać narkotyki, ja miałam czternaście i uczyłam się jeszcze w szkole. Skąd miałam wiedzieć, co on nosi w kieszeniach? Jakiś malutki plastikowy woreczek został mi w mokrej ręce. To wszystko. Jak on mnie wtedy pobił, jak strasznie skatował. Oczy mu zaszły krwią. Tak mnie stłukł, że przez długi czas wstydziłam się pójść do szkoły, bo miałam pod oczami sińce. Myślałam wtedy, co takiego mogło być w tym plastikowym woreczku, ale cokolwiek by to było, jak on mógł na mnie podnieść rękę, tak mnie strasznie znieważyć? Domyśliłam się wszystkiego później, kiedy dowiedziałam się, że był narkomanem. I wtedy znienawidziłam go doszczętnie, że tak mnie sponiewierał za działkę, przeklinałam go w duszy i życzyłam mu śmierci. Potem, kiedy umarł, a dokładnie, gdy go zabili, to się trochę przestraszyłam tych myśli, ale też poczułam straszną ulgę, jakby mi kto odjął z gardła rękę, która mnie przez lata dusiła. Było mi wstyd, że to poczułam, bo w końcu brat, ale ja dla niego nigdy nie byłam siostrą. Od samego początku, od chwili, kiedy mnie tu przyprowadzili z domu Domny, on miał dwanaście, a ja sześć lat, szłam do pierwszej klasy. Byłam dla niego kocim pomiotem, czymś, co się trąca nogą w przejściu, a nie siostrą, człowiekiem, dziewczynką. A ja się tak strasznie cieszyłam, że go wreszcie poznam, że będę go miała blisko. Jak go pierwszy raz zobaczyłam, to mi serce zamarło, bo on nawet na mnie nie spojrzał. Nie uśmiechnął się do mnie, nie odezwał się słowem, nic. Wstał, wyszedł i zamknął za sobą drzwi do swojego pokoju. Jak trochę podrosłam, to ojciec z synem zrobili ze mnie swoją praczkę, sprzątaczkę, kucharkę i wynosicielkę śmieci. Tak się cieszyłam, kiedy jechał do Kutaisi, do tej kobiety, bo zostawał mi wtedy tylko jeden mężczyzna do obsługiwania. A ojciec nie jadł wiele. Tyle co ptaszek. Ja i ojciec razem jedliśmy przez trzy dni jeden garnek gotowanej fasoli. A on, mój brat, mimo że był chudy, żarł jak świnia, a jak zapalił albo przygrzał, to już w ogóle nie znał umiaru. Żarł i nie mógł się napchać. Fuj, jak ja się go brzydziłam. I jak się go bałam! Z tego strachu długo nie mogłam się przyznać sama przed sobą, że kiedy umarł, poczułam ulgę. Brata ci zabili, opiekuna, patrona, masz po nim rozpaczać, masz go opłakiwać. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu, jakbym miała kamień w gardle. Ciotka Keto lała za to łzy wielkie jak groch, opłakiwała go i lamentowała. I tam, przy trumnie, przy ludziach jednocześnie dawała mi burę, że nie dość wyrażam żal po zmarłym: płacz, dziewczyno, brat ci zmarł, a nie pies. Dopadłam ją, jak leżała na łóżku w pokoju mojego ojca i odpoczywała w przerwie między szlochami i lamentami. Wbiłam w jej tłuste ramię wszystkie dziesięć paznokci i wysyczałam do ucha: żebym cię nie wystawiła z wypominek za drzwi razem z tym twoim krzesełkiem, chyba nie myślisz, że jestem wciąż tą sześcioletnią Etero, mam dwadzieścia lat i od dzisiaj to ja jestem odpowiedzialna za swojego ojca, za samą siebie i za ten dom! Odepchnęła mnie, ale widać było, że ją przestraszyłam, a ja zrozumiałam, że już nie odważy się mnie poniżyć, nie śmie mi rozkazywać, zresztą i tak ostatnimi czasy już nie miała odwagi mi ubliżać, ale widocznie w tamtej chwili musiałam wyglądać strasznie. Jej twarz wyrażała jednocześnie strach i nienawiść. Strach był czymś nowym, bo nienawiść miała od zawsze przyklejoną do gęby. Nie przyszła już do nas do domu po pogrzebie, dzwoniła tylko raz na sto lat do mojego ojca i sączyła mu jad do ucha, podła żmija. Nienawidziła mnie, ale i ja jej odpłacałam.
[...]
Mój ojciec był wśród swojego rodzeństwa najbardziej bezkonfliktowym i spokojnym człowiekiem. Niby był na tym świecie, ale jakby go nie było. Po śmierci syna w ogóle stracił kontakt z rzeczywistością. Mówiło się do niego, a on niby patrzył na ciebie, ale nie byłaś pewna, czy cię słyszał. Po jakimś czasie zrozumiałam, że niektóre rzeczy do niego docierały, a niektórych albo wcale nie słuchał, albo zaraz o nich zapominał. Pod koniec w ogóle nie rozmawialiśmy. Jak go wyrzucili z muzeum, to zamknął się w swoim pokoju i praktycznie stamtąd nie wychodził. Przynosiłam mu jedzenie i tylko wtedy coś do niego mówiłam. Czasem odpowiadał, a czasem nie. Głowę miał schowaną w książce albo z zamkniętymi oczami słuchał radia. Ucieszyłam się, kiedy zaczął wychodzić do ogródka i coś tam robić na grządkach, pomyślałam, że wróciła mu chęć życia, ale gdzie tam – do ziemi go już ciągnęło, do grobu. Ech! Nie zaznałam od ojca ani radości, ani pociechy, ani czułości, ani serdecznego słowa, ani pochwały, nic. Był, ale jakby go nie było, a ja mimo to go kochałam, dla siebie, po cichu, jakąś nieporadną miłością. Byłam mu wdzięczna za to, że mnie nie bił, że na mnie nie krzyczał, nie robił uwag. Ale długo nie mogłam mu wybaczyć, że kiedy mój brat zbił mnie za ten wyrzucony z kieszeni dżinsów proszek, kiedy mnie całą posiniaczył, to ojciec nic nie powiedział, nie wtrącił się, chociaż był w domu, tylko siedział zamknięty w swoim pokoju. Co, może nie słyszał, jak brat ryczał w ataku szału, a ja płakałam? Nie oglądał przez miesiąc fioletowych sińców pod moimi oczami?
[...]
Teraz zimą ani śnieg nie pada, ani ptaki nie przylatują po jedzenie. Ojciec zmarł i wydaje się, że od tego czasu minął wiek, ale do dziś tak lubię śnieg, że nawet jak spadną z nieba dwa płatki, to prawie że w podskokach wybiegam na podwórko. Razem z radością czuję wtedy, jak gardło ściska mi się z tęsknoty za tamtym dużym śniegiem z dzieciństwa. Czasem też żal tak mi doskwiera, że już wolę, żeby w ogóle nie padał. Niechby zima była albo zupełnie sucha, albo deszczowa i wilgotna, taka, co wszystko pokrywa mchem, kiedy nie wiadomo, czy to wiosna czy jesień, a może obydwie razem, tymczasem to jest zima, bezśnieżna i nijaka, do niczego. A przecież jak byłam u Domny, kiedy byłam zupełnie mała, to ile było zimą śniegu! Pamiętam, przychodził pewien barczysty mężczyzna, co pracował na pobliskiej tamie, odgarniał śnieg aż do samej furtki, dach też odśnieżał, spychał wielkie płachty mokrego śniegu na ziemię, a małego domku Domny prawie nie było widać spod tego śniegu. Nic więcej nie pamiętam o tym mężczyźnie ani jego twarzy, ani imienia, pamiętam tylko, jak wokół niego unosiła się para, kiedy szuflował ten wielki, biały śnieg, i pamiętam, jak ten wielki, biały śnieg mnie oślepiał, a ja szłam za mężczyzną po tej odśnieżanej drodze jak cielę i stawiałam kroki w pozostawione przez niego wielkie jak łódź ślady. Opowiadał mi przy tym jakieś bajki, historie, ja patrzyłam na niego z dołu i coś mu tam odpowiadałam, ale zaraz, zaraz – no przecież on też miał szpakowate, kręcone włosy. Przychodził bez czapki, odgarniał śnieg i jak dziecko otwierał gębę, żeby płatki lądowały mu na języku, a ja naśladowałam go ze śmiechem, krygowałam się i piszczałam ze szczęścia. Ciekawe, kim on był, jak miał na imię? Pewnie już nie żyje. Boże, ta zima u Domny, ten człowiek z łopatą w śniegu, to wszystko było teraz jak sen w środku lata, w sierpniowym upale, w wilgotnej od potu pościeli. Ale wiesz co? Minęło tyle lat, a ja do dzisiaj otwieram buzię i wystawiam język, kiedy pada śnieg, nawet ten niby-śnieg, dwa płatki na krzyż pomieszane z kroplami deszczu. Robię to tylko u siebie na podwórku, tak żeby mnie nikt nie zobaczył, nikt nie podejrzał.
[...]
Jedyne, co pamiętam w związku z nim, to ten zimowy poranek, tak dobry, że utkwił mi w pamięci na całe życie. Kiedy pada śnieg, jeśli w ogóle pada – zimy są coraz bardziej deszczowe – to ściska mi się serce, bo przypominam sobie ten dzień, który zdarzył się dobre czterdzieści lat temu. Tamtej śnieżnej zimy ja i ojciec wysypaliśmy na balkonie karmę dla ptaków. Karmę jak karmę, po prostu okruchy suchego chleba. To był jeden jedyny raz, kiedy zrobiliśmy coś razem. Zrozumiałam to znacznie później, bo wtedy byłam bardzo mała, ale pamiętam, jak dreszcz jakiejś nieznanej radości przeszył całe moje ciało. Razem z ojcem karmiliśmy ptaki! I było tak, jakby przestał być tym obcym, nieobecnym człowiekiem i zrobił się nagle podobny do ojców innych dzieci, stał się prawdziwym ojcem, moim tatą! Chyba nawet pogłaskał mnie po głowie, ale nie wiem, czy tak było naprawdę, czy sobie to wyobraziłam i tak zapamiętałam. Tę chwilę, kiedy obydwoje chyba byliśmy szczęśliwi, że nakarmiliśmy ptaki, ale wkrótce te gnoje z naszej dzielnicy wzięły wiatrówkę i zaczęły dla zabawy strzelać do wróbli, co się chmarą zleciały do chleba, więc po co było im sypać jedzenie? Żeby łatwiej je mogli zabić? Już więcej nie sypaliśmy okruchów. A tym sukinsynom próżno było mówić, żeby nie strzelały do ptaków. Oni się urodzili mordercami.
[...]
Od rana jestem w sklepie, chwytam się a to tego, a to tamtego. Nie chcę się przyznać sama przed sobą, ale mnie nosi. Serce tłucze mi się w piersi jak szalone. Jakbym czekała na randkę, ale to w sumie chyba jest randka? Randka w sklepie. Spędziłam tu pół życia, to i randkę tu mam, to tutaj pierwszy raz rozłożyłam nogi i jak przyjdzie na mnie czas, to obym tutaj wyzionęła ducha. Czuję, że moje ciało jest spokojne, to dusza się miota. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, a to przeniosłam w inne miejsce i od nowa poukładałam mydła, a to się wzięłam do składania ściereczek, posprawdzałam naklejki na produktach, trzy razy patrzyłam, czy aby na wszystkim są ceny, poszłam na zaplecze niby liczyć zapasy towaru i widzę, jak leżeliśmy tu pomiędzy pudełkami proszków do prania. Od tamtej pory za każdym razem, gdy tu wchodzę, staje mi przed oczami tamta scena. Widzę to i dreszcz przebiega mi po całym ciele. Ale teraz nawet tego nie czuję, tak jestem niespokojna. Myślę o tym, że jak on przyjdzie, a ktoś będzie w sklepie, to jak wtedy się rozmówimy? Żeby tylko nie zaczął czegoś gadać przy ludziach na moją zgubę. Skąd mam wiedzieć, jaki on jest: ostrożny czy lekkomyślny? Kto widział mężczyznę, co by się tym przejmował? Ale jemu samemu powinno zależeć na tym, żeby sobie kłopotów nie narobić, więc niech się lepiej pilnuje. To on ma rodzinę jak skład węgla za lokomotywą, nie ja. Ja kogo mam? Nikogo. Tylko zmarłych. A oni przez cudzołóstwo z grobów nie wstaną.
[...]
W sobotę, kiedy pojadę do Terdżoli, to się wypytam o niego u dziewczyn z hurtowni. Muszę przecież wiedzieć, co z niego za człowiek. Że uczciwy, to mówili tutejsi, ale bo ja wiem, może w każdym sklepie ma taką jak ja? Och, niech go szlag trafi! Ale jak taki stary chłop może mieć babę w każdym sklepie? Z drugiej strony, jak się stary koń zerwie z uprzęży, to nic go już nie zatrzyma. Co prawda, to prawda! Ale o której właściwie on zamierza się tu pojawić? Powinnam była zapytać albo on powinien był powiedzieć. Tak czy inaczej, powinien być przed pierwszą. Inni dostawcy z Terdżoli tak przyjeżdżają. Zastanawiam się, czy już go kiedyś tam nie widziałam. A może on widział mnie? Czy zapamiętałabym go, gdybym go zobaczyła? Zapamiętałabym na pewno te jego siwawe, kręcone włosy. Tak, na pewno. Ależ to życie jest dziwne! Nie życie, tylko raczej strach przed śmiercią, bo to strach, że mogłam umrzeć, wepchnął mnie w jego objęcia. Co we mnie wstąpiło tamtego dnia, co mi opętało jednocześnie głowę i ciało? Myślę i myślę, już tydzień gimnastykuję mózg, ale nic nie wymyśliłam. Chyba ten strach przed śmiercią, bo co innego? Czy to śmierć mnie wysłała w ramiona mężczyzny? Ale w tamtym momencie nie chciałam niczego innego, chciałam się tylko do niego przytulić. Kto się spodziewał, że skończy się na jebaniu? Kto jak kto, ale ja nie. Chciałam tylko, żeby mnie ktoś przytulił i powiedział: jak dobrze, że nie umarłaś, Etero! Nie czas ci umierać, dziewczyno! Nie, kochany, takiej śmierci to ja sobie nie planowałam. Ani nie planowałam, ani sobie nie życzę. Utopić się w Rioni? Nie, dziękuję!
[...]
W dzieciństwie ja też kochałam lato. Bo które dziecko go nie lubi?! Kochałam je, mimo że większość czasu i tak spędzałam w domu, bo trzeba było wszystkiego dopilnować. Wszystkie dzieci kochają lato, ale wiesz, co najbardziej pokochałam ostatnimi czasy? Koniec jesieni. Czas, kiedy kończy się jesień albo nawet zaczyna się zima. Kiedy w czystym, zimnym powietrzu unosi się zapach opadłych liści. Kiedy rano na ziemi jest szron, a wieczorem czuć zapach śniegu, ale on jeszcze nie pada, kiedy tylko nim pachnie, a na górach leżą smugi mgły. Kiedy wszystko nieruchomieje, nikogo nie ma na ulicy, a ludzie siedzą pochowani po domach, duzi i mali, kobiety i mężczyźni. Dzieciarnia siedzi pochylona nad lekcjami, wyciągając szyje i kręcąc głowami nad swoimi książkami, a w mieście czuć tylko zapach palonych liści i dymu z kominów. Kiedy krakanie wron przecina zasnute mgłą powietrze, a ty, siedząc przy rozpalonym mokrym drewnem piecu, myślisz, że zawsze tak było, jest i już zawsze tak będzie, nic się nie zmieni, nigdy. To lubię. Ale nienawidzę tego, co następuje zaraz potem – niekończący się deszcz i błoto. Padający zamiast śniegu deszcz i czarne, wszechobecne błoto.
[...]
Wszystkie matki są okrutne dla córek. Mają je za nic, wychowują na służące, a jak im tylko wyrosną piersi, to robią im z życia piekło, jakby w tych dziewczynach widziały same siebie i chciały się odegrać za własną straconą młodość. Pomyślisz, że rozkwitanie córek sprawia im ból, bo same są już jak zwiędłe, nadjedzone przez życie i rodzinę owoce, pomyślisz, że chyba nawet nie wiedzą, jak inaczej postępować ze swoimi córkami i że po prostu zżera je zazdrość. I naprawdę tak jest – one im zazdroszczą. Zazdroszczą młodego wieku, urody, ciekawości. Bo co im samym zostało? Nic! Młodość i uroda opadły z nich nagle jak łupina. A te dziewczyny są jak przestraszone sarny, uciekają od okrucieństwa matek tam, gdzie mają nadzieję znaleźć trochę ciepła. Trochę ciepła i miłości. Ich jedyną drogą ucieczki jest wyjście za mąż, co tutaj oznacza pogrzebanie się za życia. Wejście do paszczy jeszcze bardziej okrutnego zwierza. Powiedz jej jeszcze dzisiaj, dobrze? Jutro muszę dać tym ludziom odpowiedź. Jest teraz u Neno, weź do niej idź, proszę cię, ciociu Etero. Powiedz jej, może cię posłucha. Patrzy na mnie błagalnie, rozpaczliwie. Powiem jej, dziecko, powiem, serce mi się ściska, jak patrzę w te jej oczy, pójdę i powiem jej, bo co więcej mogę zrobić? Pójdę i powiem, ale dobrze wiem, że dziewczyny nie puści. Nie puści cię, dziecko, nie. Nie puści cię, biedna. Twoja matka czuje swoim węchem twoje pragnienia. Wie również, dokąd cię pcha to pragnienie. Do włożenia głowy w chomąto, do dobrowolnego niewolnictwa, pogrzebania samej siebie. Więc chroni cię przed tym, kiedy zamyka cię w domu i okrutnie z tobą postępuje. Myśli, że cię chroni.
[...]
Widziałam, że wszystkie dziewczyny wokół mnie ją miały, a ja nie, jakbym była od tego wolna. Byłam sama dla siebie. Być może dlatego, że od małego wiedziałam, czym są mężczyźni. Że mężczyzna oznacza usługiwanie mu, opiekowanie się nim, spełnianie jego życzeń i nic więcej. Być może dlatego, że już jako dziecko zostałam służącą ojca i brata, ich praczką, sprzątaczką i kucharką, że zastąpiłam swoją zmarłą matkę w usługiwaniu mężczyznom. W ogóle nie znałam mamy, nie pamiętałam jej, ale wcale nie chciałam jej pamiętać, nie chciałam jej mieć. Może by nie była dla mnie tak okrutna jak Cisana dla swojej córki? Byłaby! Po co mi było potrzebne jeszcze więcej okrucieństwa, kobiecego okrucieństwa? Bo ono jest jeszcze gorsze, bardziej bolesne niż to męskie, którego doświadczyłam od ojca i brata. Jak patrzyłam na inne dziewczyny, to odechciewało mi się mieć matkę, jakąś babę, która by mnie tylko jeszcze bardziej zniszczyła i stłamsiła. Tylko gdy byłam małym dzieckiem, chciałam mieć matkę, kiedy zrozumiałam, że wykonuję za nią całą robotę, że zajęłam jej miejsce. Kiedy widziałam, jak moje rówieśnice się bawią, biegają po ulicy, podczas gdy ich matki harują. [...] Też chciałam leżeć razem z innymi w gorącym słońcu na brzegu rzeki, łazić po lesie i nadrzecznych krzakach, jeść kradzioną z czyjegoś pola kukurydzę, pieczoną na rozpalonym w ukryciu ognisku. Ja też chciałam! A latem to po prostu strasznie chciałam. A co tymczasem robiłam? Obierałam zebraną z jednego hektara kukurydzę, łuskałam góry fasoli, sprzątałam, prałam i prasowałam, przygotowywałam codziennie trzy posiłki, bo mój brat nie jadł jedzenia z poprzedniego dnia, panisko. Na rękach miałam od małego odciski i wrzody. Siedziałam, łzy spływały mi do gardła i tęskniłam do tego, żeby mieć matkę. Tęskniłam do obcej kobiety! Niechby i była obca, ale to ona by wtedy to wszystko robiła, nie ja!
[...]
Teraz i ja idę przez podwórze, a moje myśli krążą wokół Sofiko. Ech, głupia dziewczyno! Chodzisz tak pomiędzy jedną a drugą przepaścią! W jednej czeka na ciebie mąż i jego rodzina, którzy tylko patrzą, żeby zamienić cię w posługaczkę, opiekunkę i żywicielkę ich potomstwa. Zrobią z ciebie dobrowolnego więźnia i jeszcze będą ci wmawiać, że to wszystko w imię miłości. Powiedzą ci, że to właśnie jest miłość! Będziesz musiała uwierzyć. I uwierzysz, dziewczyno, bo jakie będziesz miała inne wyjście? Okłamiesz samą siebie. W imię tej miłości zatracisz w więzieniu duszę. Ale ta druga przepaść jest jeszcze gorsza. Jak cię okłamie ten chłopak, jak za nim pójdziesz, a on ci zabierze dziewictwo i zostawi, to co potem? Co cię uchroni przed tą bandą śliniących się sukinsynów? Pomyślą, że już ci się podwinęła noga, i rzucą się na ciebie jak wygłodniałe wilki. Każdy z nich będzie święcie przekonany, że chcesz się z nim przespać, że o niczym innym nie marzysz. Ludzie się od ciebie odwrócą, wszyscy bez wyjątku, będą cię oczerniać i wygadywać na twój temat.
[...]
Na początku chciano mnie swatać. Och, nie zliczę, ilu mężczyzn przychodziło pod moje drzwi po tym, jak umarł mi brat. Nawet próbowali coś wskórać na wypominkach, ale w trumnie leżał dwudziestopięcioletni chłopak i nie ośmielili się. Skończyły się te podchody dopiero, kiedy rozwaliłam Ramazowi rękę. Bo tak to nie dawali mi spokoju, żyć mi nie dawali. Raz nachodzili mnie w domu, innym razem zjawiali się w sklepie. Z Neno była wielka swatka. Zna wszystkich, bo pracuje w szpitalu, więc przychodzili do niej z prawa i z lewa prosić ją o pośrednictwo. A ona się uparła. Wiedziała, co myślę o zamążpójściu i swataniu, ale i tak przychodziła, siadała i próbowała mnie przekonać. W końcu raz ją wyrzuciłam i przestała mielić jęzorem. Cisana była bardziej pojętna. Jak któryś ją prosił, żeby mnie przekonała do małżeństwa, to odpowiadała: idź, sam jej powiedz, jak ci nie żal własnej rozbitej głowy, ja tam swoją wolę w całości. Ja też mogłam mówić: nie, nie chcę, ale kto by tam słuchał? Moje „nie” to nie było „nie”. Nieważne, jak twardo i ile razy powtarzałam, że nie mam zamiaru wychodzić za mąż. Przyszli kilka razy do mojego ojca, a potem dali mu spokój. Za każdym razem odpowiadał, że to nie jego sprawa i nie on o tym decyduje. Boże, jaka ja mu byłam wdzięczna za te słowa. Nigdy mi nie powiedział, jak inni ojcowie swoim córkom, żebym wyszła wreszcie za mąż i dała mu spokój. Bo jak mógł powiedzieć? Mieliśmy tylko siebie. Poza tym on też czuł, że ci idioci chcieli położyć rękę na naszym domu, chcieli wżenić się w majątek i przejąć schedę. Kiedy umarł, pojawiło się na horyzoncie kilku dzieciatych wdowców z poważnymi zamiarami, ale zanim do mnie dotarli osobiście, opowiedziano im o historii z ręką Ramaza i zniknęli, jakby ich nigdy nie było. Zanim poharatałam Ramazowi tę rękę, to wszyscy wokół haratali mi nerwy i zdrowie.
[...]
Siądę sobie tu na krzesełku, jest jeszcze wcześnie i nie ma nikogo, to mogę pomyśleć spokojnie. Ciekawe, że za każdym razem, kiedy od niego wracam, mój sklep wydaje mi się jakiś inny. Obcy, jakbym była tu obca. Jakby były nas dwie, Etero ze sklepu i ta druga, jego Etero. Jakbym jednocześnie miała dwa życia. Jakby jedna Etero siedziała za ladą, a druga biegała to tu, to tam, żeby się z nim jebać. Najpierw tak siedzę i patrzę, jakbym widziała te ściany po raz pierwszy, potem powoli, powoli zaczynam się czuć jak u siebie, jakby opadały ze mnie tamte emocje i jakbym znów stawała się sobą. Co mam zrobić? Co tu można zrobić? Jak można tak żyć? Kiedy jestem z nim, to nie pamiętam o niczym oprócz nas. Kiedy jestem sama, nachodzą mnie czarne myśli. Wtedy w Kutaisi, zanim mnie podwiózł na dworzec, powiedział mi w samochodzie, patrząc oczami zbitego psa, że nie będzie go następne dwa tygodnie, przyjaciel poprosił, żeby go zastąpił na ciężarówce, i że do mnie przez ten czas będzie przyjeżdżał tylko Tengo. Zrobiło mi się smutno, ale i ulżyło mi jednocześnie. Będę sama te dwa tygodnie, trochę sobie wszystko przemyślę, poukładam w głowie i być może uda mi się skierować moje rozchwiane życie z powrotem na właściwą drogę.
[...]
Na myśl o kradzieży zimny pot spływa mi po plecach. Zamykam wprawdzie sklep porządnie, a czasy są teraz w miarę bezpieczne, ale pamiętam, że w każdej chwili wszystko może się odmienić. Gdyby tak weszli i mnie okradli, to nie stracę wszystkiego, nie zbankrutuję. Ale wiesz, czego boję się najbardziej? Że znów w kraju wszystko może się wywrócić do góry nogami i że znów nastanie taki chaos, jaki zapanował, kiedy byłam młoda. Że świat znów zawali się nam na głowę, jak wtedy, kiedy oszaleli wszyscy i wszystko. I wiesz, co się wtedy działo w tym miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich, kogo obrabowano i zamordowano pierwszego? Samotną kobietę! Ci bandyci, co wtedy rządzili na ulicach, w pierwszej kolejności wzięli się za samotne starsze kobiety. Jedna była księgową, druga nauczycielką, a jeszcze inna lekarką. Przypalali je żelazkiem, sadzali na rozpalonych do czerwoności elektrycznych grzałkach, gwałcili. Ta księgowa zmarła. Myśleli, że jest najbogatsza, i najokrutniej się z nią obeszli. Lekarka i nauczycielka przeżyły, wyprowadziły się stąd później, zniknęły na zawsze. Gdzie są, czy jeszcze żyją? Nie wiem. Mówiło się, że mój brat też miał z tym coś wspólnego, Boże, zbaw jego grzeszną duszę! Więc jakby teraz znów się coś zaczęło, to do kogo przyjdą w pierwszej kolejności? Kto według nich będzie miał najwięcej pieniędzy? No kto? Właścicielka sklepu! I kto mnie obroni, kto będzie moim patronem? Dlatego wiem doskonale, że nie mogę się obnosić z tym, że mam jakieś pieniądze. Bo też na co ja wydaję? Wszystko, co zarobię, odkładam. Postawiłam nowy sedes w łazience i kupiłam sobie w Terdżoli puchową kołdrę, to wszystko. Jest taka cudownie miękka i lekka, zupełnie niepodobna do tych wełnianych kołder, co je dawniej w domu mieliśmy. To jest cały mój luksus. Nie mam samochodu, chodzę na piechotę, nie ubieram się w szmaty, ale ładnych i nowych ubrań nie noszę. Mam tylko ten sklepik, a wszystkie zyski odkładam tak, jakbym w ogóle nic nie zarabiała i na nic nie wydawała. Przypuśćmy, że znów rozpęta się taki chaos jak wtedy i że mi się tutaj wedrą siłą. Pokażę im wtedy te pieniądze w szufladzie, chodźcie zobaczcie, to wszystko, co mam. Bo jakie złoto i brylanty mogły przetrwać w tym domu, kiedy mieszkał tutaj mój brat? Wyniósł i sprzedał wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, i przepuścił to na narkotyki, na truciznę. I wtedy się ode mnie odczepią. Nie myślę, że znów wszystko się tak wywróci do góry nogami, żeby mnie posadzili na rozżarzonym piecu, ale okraść mogą. Wezmą te pięćset dolarów, co je tutaj trzymam w szufladzie, i żadnemu łachudrze nie przyjdzie do głowy, że w swoim tajnym schowku mogę mieć dziesięć razy więcej, że każdy studolarowy banknot mam pięknie schowany pomiędzy kartkami książek mojego ojca, które jeszcze piękniej w równych rzędach stoją sobie na półkach. I to nie zwykłych książek, ale tomów encyklopedii. Który sukinsyn pomyśli, że pieniądze trzymam w książkach? I który bandyta, co przychodzi cię okraść, patrzy na książki? Te półki z książkami trzymam w idealnym porządku, zawsze ścieram kurze, żeby nie było widać, czy którąś właśnie specjalnie wyjęłam. Studolarówki kupuję w Terdżoli, tam mają lepszy kurs. No i nie ma potrzeby, żeby ktokolwiek tutaj wiedział, ile i na co wymieniam pieniędzy. A do banku nie pójdę, nie ufam im. Co zostało z tego, co mój ojciec oszczędzał w tym starym banku? Guzik z pętelką!
[...]
Ja w końcu też potrzebuję odpocząć kiedyś tam i jakoś tam, no i odpoczywam po trochu. Odpoczywam w domu po przyjściu ze sklepu, kiedy już nie muszę się z nikim użerać. Kładę się na tapczanie przy piecu, stawiam sobie obok herbatę z konfiturą i gapię się w telewizor. Zasypiam potem dobrym, mocnym snem. Takim snem, jakiego mi zawsze brakowało w dzieciństwie. Kiedy w takiej chwili przychodzą do mnie Neno, Cisana albo Mediko, to na ich twarzach widzę zawiść i złość. Bo one sobie tak nie poleżą na kanapie – dzień i noc chodzą w kieracie. Usługują mężom i dzieciom. Cóż, kochaneńka, to są uroki życia w samotności! Życia tak, jak ci się podoba, po swojemu. To jest wolność, nie musieć się nikim zajmować, być tylko dla siebie, beztrosko i bez zobowiązań, i jaka wspaniała jest ta wolność! Na samą myśl o tym, że miałabym w domu chłopa, robi mi się niedobrze. Że kiedykolwiek mogłabym mieć w domu jakichś mężczyzn! Żebym kiedykolwiek musiała się kimś zajmować. Nie, już nigdy więcej żadnego opiekowania się kimkolwiek! Ja się już dość w życiu naopiekowałam innymi. Głośno tego nikomu nie powiem, bo po co? Póki mam siłę i zdrowie, to sobie tak będę żyła. A potem wystarczy mi pieniędzy i rozumu, żeby sobie urządzić życie na starość tak, by wszyscy wokół mi zazdrościli. Żebym miała kogoś, kto będzie przychodził się mną zajmować.
[...]
Kiedy pytałam, jak i na co właściwie umarła matka, to myślisz, że ktoś mi normalnie odpowiadał? Albo było komu odpowiedzieć? Wszyscy nabierali wody w usta. Zapytałam ze dwa–trzy razy i przestałam pytać. W ogóle nie znałam matki, nie pamiętałam jej i nie tęskniłam za nią. Kogo się nie zna, za tym się nie tęskni. Ktoś powiedział, że zmarła na sepsę, ktoś inny, że wykończyła ją jakaś kobieca choroba. Pewnie tak było, ale kto to wie. Słyszałam też, że rodzice się kochali. To prawda, trudno wyobrazić sobie, że mój ojciec mógł być zakochany, ale pewnie ją kochał i chyba był szczęśliwy, no nie? Jako historyk był w podróży służbowej w Osetii Południowej. Brał udział w jakichś wykopaliskach czy coś tam badał w Tamaraszeni i wynajmował pokój od rodziny matki. To tam się w niej zakochał. Pewnie ona też go kochała. Pewnie tak było, bo przecież chybaby za nim nie poszła? Nie myślę, że matka była kobietą, która mogłaby gdzieś żyć bez miłości. Ja jej nie pamiętałam, ale mój brat tak. Nigdy nie odważyłam się go zapytać, co o niej myślał. Bo i po co? Nie czułam nic do tej obcej kobiety. Znałam ją tylko z powiększonego zdjęcia w ramce, tylko tam dla mnie istniała. Na fotografii jest taka uśmiechnięta, jakby nie miała żadnych trosk. Odnajduję w sobie coś z jej rysów i tego uśmiechu. Mam twarz matki, jej głowę, do której doczepione jest ciało ciotki, ale matka jest mi obca, została dla mnie na zawsze obcą osobą. Obce jest też miejsce, skąd pochodziła. Niby Osetia Południowa jest tuż niedaleko, ale teraz nikogo tam nie wpuszczają. Nie mam tam już żadnych krewnych i bliskich, a nawet gdybym miała, to co? Granice są zamknięte. Tych krewnych też tylko mój brat znał, jeździł tam pod koniec życia po narkotyki i tam go w końcu zabili, w Kwaisi. To przez Kwaisi z Osetii Południowej przywożono narkotyki i wszelkie inne świństwo. Brat miał tam kontakt z jakimiś krewnymi, bywał u nich w domu, ale potem podobno się o coś poróżnili, stali się z jakiejś przyczyny wrogami. Niedługo potem go zamordowano i zabitą gwoździami trumnę postawili nam pod drzwiami. A potem zaczęła się tam wojna domowa i wszyscy zaczęli się nawzajem wyrzynać. Wiem też, że mój brat także miał krew na rękach i zostawił w tym Kwaisi kilka trupów. Nawet gdyby granica była otwarta, to i tak nie mogłabym się tam pokazać jako jego rodzona siostra. Nie skończyłoby się to dobrze. Zresztą, co się tam skończyło dobrze? Zaczęła się wojna. Matka była wprawdzie Gruzinką z Tamaraszeni, ale jak się zaczęła wojna, to od razu mnie zaczęli przezywać Osetynką.
[...]
Jaka Osetynka, mówiłam im, moja matka była Gruzinką, nie słyszeliście o Tamaraszeni?! To była gruzińska wieś! W czasie ostatniej wojny, tej sierpniowej, usłyszałam jeszcze: ta Etero ma twarz Osetynki, taką rozpłaszczoną. Osetyńskim kobietom te ich małe nosy, wąskie oczy i pełne usta siedzą jakby na rozpłaszczonych twarzach. Ludzie, słyszycie – rozpłaszczonych! Jak się zapytałam, kto to powiedział, kogo mam rozpłaszczyć na miejscu, to zamilkli. Było wielu takich, co to powtarzali, ale kto powiedział pierwszy, to się już nie dowiedziałam. Bo kto by się tam przyznał? Złość ściskała mnie w gardle, prawie wyłam z wściekłości, że jaka Osetynka, kobieto, jestem Gruzinką! Jak tylko się zaczynało w kraju źle dziać, to zaraz sobie przypominano o moim niby osetyńskim pochodzeniu. Przeraziłam się, że jeśliby naprawdę tu do mnie przyszli w złych zamiarach, to nikt by nie stanął w mojej obronie, nikt by nie zaczął wyjaśniać, kto ma rację, a kto nie. Spaliliby mi dom, obrócili w perzynę! I sklep też, oczywiście! Byłam dla nich Osetynką, a do tego samotną kobietą. W czasie sierpniowej wojny ojciec już nie żył i zostałam sama, zupełnie sama. Ale jakoś mi się udało. Nie zbliżyli się do mnie. Ale jaka byłam wtedy zrozpaczona i wściekła! Oni tylko patrzą, żeby kogoś wykluczyć i zepchnąć na margines, obrzucić błotem! Rozpłaszczona twarz Etero! Ta moja rozpłaszczona twarz jest tysiąc razy lepsza od ich paskudnych mord!
[...]
Tak, już od dawna do mnie nie dzwoni, ale przecież wysyła wiadomości. Zresztą jak dzwoni, to szybko obydwoje uświadamiamy sobie, że nie ma za bardzo o czym rozmawiać. Tęsknię za tobą, ja też za tobą tęsknię, jego ciężarówka, mój sklep, a potem? Co więcej? Nigdy nie odpowiadam na jego wiadomości, ale on przecież wie, że je otrzymuję i czytam. Nawet to mu wystarcza. Cały czas myślę o Tobie, Etero, pisze do mnie przed snem. Myślę sobie czasem, że oho – zaraz mi wiersz napisze, ale nie, wierszy mi nie przysyła, wygląda na to, że ma je tylko dla siebie. Niech ma. Niech ma i niech je pisze, jeśli mu to sprawia radość. Ciekawe, czy o mnie też pisze? Z pośpiechu nic nie zdążyłam porządnie przeczytać w jego notesie. Jeśli mnie kocha, to o mnie też pisze, na pewno. Jeśli przed snem wysyła mi wiadomość, to znaczy, że o mnie pamięta. Ten jego Tengo przyjechał raz z towarem, ale ani on nic nie powiedział, ani ja się go o nic nie pytałam. W milczeniu poukładał towar i wyszedł bez słowa, tylko rachunki obliczyliśmy razem. To było wszystko. Będzie już ze dwa tygodnie, jak jeździ tą ciężarówką i chyba dlatego już się zaczynam niepokoić. A do tego jeszcze słabo się czuję. Niech on już skończy tę fuchę, umówimy się na randkę w Kutaisi i pójdę sobie zrobić badanie krwi. Bo na same badania to mi się tak strasznie nie chce jechać, że już bardziej nie można. Miałam niby jechać do Terdżoli, ale się rozmyśliłam. Jak się zastanowiłam, to doszłam do wniosku, że bardziej chciałam tam jechać dla przyjemności. Tak, przyznaję się – jeżdżenie tam to były moje wycieczki. Bo czy raz w miesiącu nie należała mi się jakaś przyjemność? Teraz ani one nie mają nowych towarów, ani ja niczego nie potrzebuję. Szczerze mówiąc, nawet nie chce mi się tej napoleonki z kawiarni. Robię się chyba jakaś dziwna.
[...]
Złamaliście kompletnie człowieka, który i tak miał już złamane serce po śmierci syna. I to człowieka, który czterdzieści lat pracował tutaj w muzeum, znał na pamięć wszystkie obrazy, przedmioty, wszystkie ruiny w okolicy! Wasza władza kazała mu iść precz, bo nie znał angielskiego, nie umiał obsługiwać komputera! Bo, jak mówiliście, był reliktem komunistycznego systemu. Do wyrzucenia, do spuszczenia z wodą! I wyrzuciliście go z tej pracy, a ten i tak cichy człowiek zamilkł i już zupełnie zamknął się w sobie. Obyście i wy poczuli kiedyś taki żal i wściekłość jak ja, kiedy go znalazłam martwego w ogródku! Znalazłam go w grządkach, leżącego twarzą ku ziemi, zaplątanego w pędy fasoli. Jak tylko go zobaczyłam, to wiedziałam, że jest martwy. Martwego się czuje od razu. Biedny ojciec! Pamiętam, jak mój wzrok spoczął na jego stopie, z której zsunął się but, i na oczku w jego skarpecie. Na dziurze w skarpecie! Bardzo o niego dbałam, zawsze nosił czyste i porządne rzeczy i pomyślałam wtedy, dlaczego ta skarpeta jest dziurawa, jak mi to umknęło? Pamiętam, jak po tej wystającej z dziurawej skarpety pięcie przebiegła mu mrówka. Ten widok często staje mi przed oczami. I wiesz, co wtedy zrobiłam? Zdjęłam mu szybko obydwie skarpety i wepchnęłam sobie do kieszeni sukienki! Potem włożyłam mu z powrotem buty. Boże, jakie ciężkie miał nogi ten wychudzony mężczyzna! Wciągnęłam go do domu, rozebrałam i bez tchu popędziłam do sąsiadki. Pobiegłam do Neno, a właściwie do jej teściowej, bo Neno nie była jeszcze wtedy ich synową. Ona też była pielęgniarką i umiała się zajmować zarówno żywymi, jak i umarłymi. Potem przyszły i inne sąsiadki, one się wszystkim zajęły, obmyły go i ułożyły w trumnie, postawiły u wezgłowia świecę. Tutaj sąsiedzi potrafią cię wspomóc i wesprzeć w nieszczęściu, ale jak tylko masz powód do radości, to ich żółć z zazdrości zalewa. Tak, to tamci zabili ojca! Tamta władza, obecna władza, policja. Ale nie chowam w sercu nienawiści. Ojciec był już stary i tak stał jedną nogą w grobie.
[...]
Ale gdyby mnie ktoś zapytał, to bardziej sprawiedliwe byłoby, gdyby po śmierci ciało razem z duszą unosiło się do nieba, znikało, rozpływało się. Zdecydowanie tak. Znikasz i twoje ciało również. Czy to nie byłoby lepsze niż gnicie w trumnie pod ziemią? Nie lepsze to niż stać się pożywieniem dla robaków? Potem na twoim grobie w Wielkanoc stawiają stół i piją na umór. Boże, jak ja tego nienawidzę! Mamrocząc toasty, będą ci na grób wylewać wino, które zmieszane z ziemią zamieni się w błoto. Do diabła z takimi obrządkami, jeśli to w ogóle są obrządki! Dlatego w Wielkanoc chodzę na groby bardzo wcześnie, jestem pierwsza na cmentarzu. Przynoszę ze sobą butelkę wina, każdemu ze swoich kładę na grób zabarwione na czerwono jajko i przy każdej nagrobnej fotografii zapalam po jednej świeczce. Gdy świeczki się wypalą, wracam do domu. Kiedy schodzę drogą w dół, ludzie dopiero zaczynają wchodzić pod górę. Nie przynoszę na groby babki wielkanocnej, ciastem zajadam się w domu sama. Jak przyjdą Neno albo Cisana, to też je częstuję. Zawsze przychodzę z cmentarza z sercem pełnym jakiejś dziwnej radości i zadowolenia. Wiesz, z czego jestem zadowolona? Z tego, że wszystko skończy się na mnie! Że jestem ostatnim ogniwem w tym rozpoczętym nie wiadomo jak dawno temu łańcuchu przodków. Że kiedy przyjdzie na mnie czas i postawię na końcu wszystkiego kropkę, to razem ze mną przestanie również istnieć ród i nazwisko. Dlatego jestem wyjątkowa.
[...]
O wszystkim już pomyślałam i wszystko mam już zawczasu przygotowane. Pieniądze na trumnę i stypę odłożyłam osobno. Wiem, kto mnie pochowa i kto będzie mnie opłakiwać. Ale wiesz, co jest najważniejsze? Że przygotowałam już sobie miejsce na cmentarzu obok rodziny. Dawniej to miejsce było przeznaczone jakoby tylko dla moich rodziców, ładne, ogrodzone płotem w środku cmentarza, pod cyprysami, ale najpierw obok matki pochowany został mój brat. Jak kopano grób ojcu, to się zrobiła afera. Wzięłam na stronę wszystkich trzech grabarzy i wysyczałam im po cichu, żeby zostawili też miejsce dla mnie. Nie ma takiej możliwości, odpowiedzieli mi, a ja na to, że jest i tak mają zrobić. Nie i nie, upierają się, a ja, żeby się postarali. Mówię im, żeby wykopali ojcu grób tam, gdzie leży matka, i położyli jego trumnę na jej trumnie, byli małżeństwem, a słyszeliście zapewne, że małżeństwo to jedno ciało i jedna dusza, a jak nie słyszeliście, to słuchajcie, bo tak wam mówię! Patrzyli na mnie i wytrzeszczali gały, kręcili głowami, że kto to słyszał jedną trumnę kłaść na drugą, to nie nasz obyczaj, powtarzali. Ja im na to mówię, że obyczaje na grobie swoich zmarłych to ja ustalam. Jeden z nich mówi do mnie: oszalałaś, kobieto, co ty gadasz, chyba masz diabła w duszy. Drugi dodaje: chyba jesteś z tych świadków Jehowy i tylko udajesz prawosławną chrześcijankę. Trzeci był bardzo młody, na oko ze dwadzieścia lat i nie ośmielił się nic powiedzieć. Róbcie, co każę, patałachy, bo jak nie, to wezmę i wepchnę was wszystkich do tego grobu, co go sami wykopaliście! mówię do nich. A gdy zrobicie tak, jak chcę, to zapłacę wam dwa razy więcej niż kiedykolwiek zarobiliście w waszym smutnym fachu, dorzucam. Płacę podwójnie, więc się zastanówcie, bo początek roku szkolnego się zbliża, a za te pieniądze wyprawicie do szkoły swoje zasmarkane dzieci. [...] Odetchnęłam z ulgą, kiedy uregulowałam tę sprawę. Bo wiesz, co by się stało, gdybym tego nie zrobiła? Po śmierci pochowaliby mnie gdzieś na skraju cmentarza, tam, gdzie ziemia jest rozmiękła i zarosłabym w mig trawą i chwastami. Deptałyby po mnie psy, krowy i ludzie, mój grób momentalnie zrównałby się z ziemią. A tak będę ze swoimi. Bezpieczna, spokojna. Będzie nas wszystkich otaczał metalowy płotek i może wszystko kiedyś pozarasta trawą, ale co z tego? Może i zapadną się nasze groby, ale tu, w samym środku cmentarza i w jednym grobie z dwoma mężczyznami, nikt nie ruszy ani mnie, ani mojej matki. Za życia nigdy nie byliśmy razem, to chociaż po śmierci będziemy tu wszyscy we czwórkę.
[...]
Nasza szkoła to było bardziej technikum, potem ją przemianowali na szkołę wyższą, ale i tak uczyłyśmy się z tych samych zniszczonych książek w tych samych nieogrzewanych, mrocznych klasach. W każdym razie, czy tego chciałyśmy, czy nie, żeby dojść do szkoły, musiałyśmy przejść przez ten park onanistów. Całe pokolenie pielęgniarek pobierało nauki, oglądając wystawione zza krzaków fiuty i czując obrzydzenie do mężczyzn. Znałyśmy na pamięć ich przyrodzenia. Dziewczyny rysowały je na tablicy i jeśli akurat wszedł któryś profesor, to ścierały je niemalże rękawem płaszcza. Ale dupę zostawiały. Dupa była w porządku. Boże, ile się śmiałyśmy! To byłe te czasy, kiedy zaczęły się przerwy w dostawach prądu, bo woda i tak już była tylko przez parę godzin dziennie. Chodziłyśmy wiecznie głodne, ale i tak się cieszyłyśmy każdym porankiem, każdym dniem, każdą nocą! W tym wieku kobiety potrafią się jakoś inaczej przyjaźnić, jakoś bardziej być razem, potem się już nie umie być taką przyjaciółką. Wierną, jedyną, gotową na wszystko. Potem rodzina wypija z ciebie wszystkie soki i nie ma już miejsca na taką przyjaźń. Ja byłam podwójnie szczęśliwa, bo wreszcie wyrwałam się z domu, nikim się już nie musiałam zajmować! A jak my razem potrafiłyśmy się bawić! Śmiałyśmy się do rozpuku w te noce mrocznych czasów. Nie policzę, ile razy zastawał nas świt.
[...]
Ze strychu dochodzi jakieś chrobotanie. Pewnie mysz się wprowadziła na zimę. Jak dawno już nic nie biegało po strychu. Och, jakie znajome, jaki kojący jest ten odgłos! Biegaj sobie, biegaj, kimkolwiek jesteś, myszą czy łasicą. Chrobotaj! Pamiętasz, jak było u Domny? Jakie ciemne były noce! W całym domu słychać było różne odgłosy, a w lesie pohukiwały puszczyki i pójdźki. Jak to wszystko było słychać w ciemności i ciszy. Leżałam zawinięta w kołdrę jak w kokon, a Domna kładła mi w nogach rozgrzaną cegłę zawiniętą w jakiś stary szal w zielonym kolorze. Najpierw ta rozgrzana na piecu cegła parzyła mnie w stopy, ale potem ciepło rozlewało mi się po całym ciele i zasypiałam słodko. Gwizd wiatru, uderzenia gałęzi orzecha o dach, chrobotanie myszy, nocne odgłosy lasu, sapanie Domny i trzask płonącego drewna w piecu – wszystko to było dla mnie jak matczyna kołysanka. Czego więcej można sobie życzyć, by spokojnie spać? Nie ma słodszej muzyki. Boże, jak ja tęsknię za tymi odgłosami! W lesie już nie ma puszczyków, a na strychu myszy. Pójdźki wyginęły. A świetliki? Świetliki! Każdego lata roiło się od nich na podwórzu Domny. Jak tam było pięknie, mój Boże! To było miejsce jak z bajki, tajemnicze. Kiedy ostatni raz widziałam świetlika? Już nawet nie pamiętam! Albo jak pająk snuł między gałęziami swoje sieci. Krople wody świeciły się potem na nich w słońcu jak klejnoty. Nawet ten pająk był piękny, z długimi nogami i krzyżem na tułowiu. A jak zwierzęta szły na pastwisko i schodziły z niego wieczorem? Porykiwania krów, szum lasu za domem? Wiatr, co przebiegał po wierzchołkach leszczyny? Wrony, dzięcioły? A dudek? Raz nawet zobaczyłam dudka siedzącego na gałęzi orzecha! Boże! Ten dom, to obejście, to był dla mnie cały kosmos.
[...]
Jak dobrze było, kiedy Domna rozpalała w piecu, żeby mi było ciepło zimą. Przed oczami stają mi jej szczupłe plecy i zawinięta w czarną chustę drobna głowa. Była upartą kobietą i to było widać również w jej ciele. Wysoka i koścista, tego samego wzrostu co ja i moja ciotka, ale żylasta i chuda. Z wszystkich kobiet w rodzinie chyba tylko ja i Keto się roztyłyśmy. Ile ona mogła wtedy mieć lat? Pewnie z siedemdziesiąt pięć, ale plecy miała proste jak struna. Zimą i latem nosiła czarne ubrania, a na głowie wiązała czarną chustę. Miała siwe, rzadkie włosy o pożółkłych końcówkach, które zbierała białą lnianą opaską pod chustką. Jej włosy widziałam wszystkiego może ze dwa razy, nie więcej. Swoją drobną głowę zawsze obwiązywała chustą. Boże, myślałam wtedy, że jest taka stara! Była bardzo dzielną i silną kobietą, ale nie znałam na świecie nikogo starszego od niej. Myślałam też, że zawsze była taka chuda i zasuszona. Że taka się urodziła. Nie umiałam sobie wyobrazić innej Domny. Już po latach zapytałam ojca, dlaczego zawsze nosiła czerń, i z trudem wydusiłam z niego odpowiedź, że to żałoba po narzeczonym, który zginął na wojnie. Gdzieś pod Kerczem, nie wiadomo dokładnie, gdzie. Jak włożyła żałobę, to nigdy jej nie zdjęła. Mówią, że już nigdy nie pozwoliła żadnemu mężczyźnie zbliżyć się do siebie. Ale złej i w podłym humorze nigdy jej nie widziałam. Ani rozpaczającej, ani załamanej. Miała swoje życie, swój świat i było jej w nim bardzo dobrze. Wepchnięto mnie w jej świat na pięć lat po śmierci mojej matki, ale myślę, że nie bardzo zmąciłam wody jej rzeki. To raczej ona dopasowała mnie do swojego życia i swojego domu. I z nikim już mi się w życiu tak dobrze nie mieszkało. Miałam u tej starej kobiety swój własny mały raj. Kiedy ją pytałam, kim dla mnie jest, odpowiadała: twoją babcią, dziewczyno. Ale ja wiedziałam przecież, że Domna nie była babcią. I nigdy tak do niej nie powiedziałam: babciu. Domna zawsze była Domną. Tak ją nazywałam.
[...]
Chodziłam z Domną wszędzie, do lasu i na jej pole, które było kiedyś częścią kołchozu, do winnicy. Lwie paszcze, groszki, rumianek, dzika róża, podbiał, cykoria, mącznica lekarska – wciąż coś zbierałyśmy. Domna znała każdą leśną ścieżkę jak własne pięć palców, znała każde drzewo, każdy krzak i chruśniak. Wchodziła na drzewa jak kocica, a miała przecież już swoje lata. Zbierała dla mnie czereśnie i śliwki, gruszki i wiśnie. Trzęsła morwowcem, a owoce spadały na rozścieloną pod drzewem starą folię. Ja patrzyłam na nią z dołu i cieszyłam się jak szczenię. Siadałyśmy potem i jadłyśmy wielkie, słodkie jak miód morwy prosto z tej folii. Zbierałyśmy jakieś zioła, kwiaty, z których Domna parzyła różne herbatki. Tych wywarów nie chciałam pić, ale za to razem wylizywałyśmy do dna słoiki konfitury. Robiła różne ziołowe nalewki, które wmuszała mi, kiedy zakaszlałam albo rozbolał mnie brzuch, ale to się często nie zdarzało. Mężczyźni pracujący przy tamie odwiedzali Domnę i odnosili się do niej z wielkim szacunkiem. Dawała im w butelkach a to jedną, a to drugą miksturę, jak nazywała te nalewki. Jedne były na kaszel, inne na wrzody, a jeszcze inne na kamienie nerkowe. Za to później wzywała ich zimą, żeby odśnieżali dach. Z wieloma rzeczami mogła sobie poradzić, ale odgarnięcie takiej masy śniegu było ponad jej siły.
[...]
Wszyscy wokół mnie zmarli szybką śmiercią, od matki poczynając, to czemu ja mam umierać w męczarniach? Ojciec runął nieżywy w grządki, ciotce też w sekundę przestało bić jej podłe serce. Domna spadła z drzewa i pod tym drzewem wyzionęła ducha. Nie było wysokie, ale nieszczęśliwie upadła, prawą skronią uderzyła o kamień. Ech, Domna, Domna! Myślę, że to tym okiem z kataraktą nie zauważyłaś, że gałąź, na której postawiłaś stopę, była spróchniała. Myślę, że przed śmiercią widziałaś już bardzo słabo. Ale gdyby ktoś ci powiedział, żebyś nie wchodziła na to drzewo, bo jesteś już stara i prawie ślepa, tobyś mu uwierzyła? Nie uwierzyłabyś! Jakby nie ta jabłoń, tobyś jeszcze żyła przecież z dziesięć lat albo i piętnaście! Tamtej jesieni zabrali mnie od niej we wrześniu, żebym poszła do szkoły, i nie minął miesiąc, jak Domna umarła. Pamiętam, że pogodziłam się z jej śmiercią z jakąś dziecięcą obojętnością. Znalazłam się w zupełnie nowym dla siebie świecie, nie bardzo rozumiejąc, co się ze mną dzieje. Tam była szkoła, tu dom i wszędzie obcy ludzie. Tu się uczyłam czytać i pisać, tam wykonywać prace domowe. Wciąż był wokół mnie jakiś chaos. Boże, jak mnie męczył szkolny hałas! To pewnie dlatego, że byłam przyzwyczajona do ciszy u Domny. Nawet mnie nie zabrali na jej pogrzeb. Nie zobaczyłam jej nigdy w trumnie i zawsze gdzieś w głębi duszy myślałam, że wciąż żyje. Tęskniłam za nią, ale jeszcze bardziej tęskniłam za jej domem, za podwórzem, lasem i osuwiskiem. I za swoją wolnością, za beztroską! Z domu został teraz tylko fundament, drewniane ściany zapadły się po którejś zimie. Jej niegdyś pięknie utrzymane podwórko zarosło chwastami. Jedynie osuwisko jest takie jak kiedyś. Ech, Domno, moja słodka, jak ja tęsknię za tymi naszymi latami! W lecie każdego piątku wstawałyśmy wcześniej, ja w podskokach zbiegałam z góry po ścieżce, a ty szłaś za mną. Schodziłyśmy najpierw z jednego pagórka, potem pokonywałyśmy drugi i wąskimi ścieżkami wychodziłyśmy wreszcie na drogę, gdzie siadałyśmy na rozchwianej ławeczce na przystanku i czekałyśmy na kudłatego lodziarza. Nasłuchiwałam odgłosu jego rozklekotanego motocykla. Czasem przychodziła też tamta kobieta z trzema córeczkami i stawały obok nas w cieniu drzewa, też na niego czekając. Ja i te dziewczynki biegłyśmy do siebie i zaczynałyśmy się bawić. Ja też je ciekawiłam, byłam dla nich obca. Myślę, że także mieszkały w jakimś ocalałym po lawinie błotnej domu w drugiej wsi. Ta kobieta, ich matka, miała dłonie jak mężczyzna i jak jej się coś nie spodobało, to swoją wielką dłonią waliła po głowie raz jedną, raz drugą, a raz trzecią córkę. Strasznie się jej bałam. Myślałam wtedy, Boże, jeśli tak się zachowują matki, to czy ja chcę mieć matkę?! Jeśli matki tak traktują swoje dzieci, myślałam, to ja już wolę Domnę niż prawdziwą matkę.
[...]
Patrzę jednym okiem na pasażerów, niektórzy rozmawiają, niektórzy śpią, kiwając się na boki. Słyszeli, o czym rozmawiałyśmy z Szoreną. Ciekawe, co zrobią, co powiedzą? Tyle, że Etero jechała na czyjś pogrzeb. Nie powiedzą, że to był młody człowiek i że zmarł na raka. O raku nie wspomną, bo jak zaczną o tym głośno mówić, to wywołają wilka z lasu i jeszcze się im coś złego przydarzy. Powiedzą to trochę z satysfakcją i ukrywaną radością, głosem pełnym udawanego smutku. A wiesz, z czego się będą cieszyć? Że to ich nie dotyczy. Że coś takiego przytrafiło się mnie, bo los tak chciał, los mnie wybrał. Boże, nie daj mi umrzeć, proszę. Wciąż nie tracę nadziei, wciąż się trzymam, chociaż bardzo mi się chce rzygać. Może przeżyję. Może nie mam przerzutów. Usuną mi w całości macicę razem z jajnikami i będzie po sprawie. I tak od teraz już mi się nie przyda. Do tej pory też do niczego jej nie potrzebowałam. Ciekawe, czy później też będę mogła robić to, co robiłam? Czy coś poczuję, jak ścisnę uda? Och, ale mi słabo! Śmierdzą te kwiaty strasznie, któreś z nich tak śmierdzą. Chyba te białe. Duszę się już prawie od tego zapachu. Ale muszę wytrzymać. Nie mam innego wyjścia. Została nam wszystkiego z godzina drogi. Jeszcze trochę i odsapniesz sobie, Etero! Wysiądziesz z busa, odetchniesz świeżym powietrzem. Odpoczniesz sobie dzisiaj w hotelu, a jutro pójdziesz do lekarza.
[...]
Och, jak ja nienawidzę Tbilisi! Lubię Terdżolę i Kutaisi, ale Tbilisi nie znoszę. Kiedy ja tu w ogóle byłam ostatni raz? Nawet nie pamiętam. Chyba wtedy, jak otwierałam sklep i szukałam hurtowni, sto lat temu. Chodziłam po ulicach i co chwila się gubiłam, nie wiedziałam, gdzie jestem, gdzie jest koniec, a gdzie początek tego wielkiego miasta. Każdy, kogo pytałam o drogę, starał się mnie wprowadzić w błąd. Bałam się tłumów i hałasu. Ale w końcu uśmiechnęło się do mnie szczęście i kiedy wykończona przechodziłam przez most dla pieszych, spotkałam na tym moście Lali, którą znałam jeszcze ze szkoły w Kutaisi. Nie poznałam jej, ale ona mnie tak. Stanęłyśmy tam zaraz obok mostu i rozmawiałyśmy o tym i owym, powiedziałam jej, że otwieram sklep u siebie w miasteczku i że przyjechałam do Tbilisi szukać hurtowni, ale nic nie znalazłam i tylko sobie napsułam nerwów. Lali mi na to mówi, co ty tu się męczysz niepotrzebnie, dziewczyno, mam w Terdżoli znajome, co prowadzą świetną hurtownię, lepszej nie znajdziesz. Daj jej Boże zdrowie i niech ją wszyscy święci mają w swojej opiece! To Lali mi wszystko załatwiła z hurtownią w Terdżoli. Jestem jej za to dozgonnie wdzięczna i zawsze proszę dziewczyny, żeby jej przekazały ode mnie pozdrowienia. Ech, co to był za czas! Jak ja się wtedy dobrze czułam. Życie we mnie kipiało.
[...]
Bo zobacz, ile po mnie zostaje: dom, podwórze, sklep. Która nie będzie chciała mojego domu albo sklepu? Jak to sprzedadzą albo wynajmą, będą wreszcie miały za co urządzić sobie normalne życie. Nie harowałyby już tak od świtu do nocy, wyślą dzieci na studia. I one wiedziałyby o tym doskonale i opiekowałyby się mną najlepiej, jak potrafią! Zrobię tak, że wspomnę o tym obydwu naraz, i jednej, i drugiej. Będą mnie na rękach nosić! Tak im powiem: kto się będzie mną zajmował i opiekował, to mu się za wszystko pięknie odwdzięczę. A oszczędności wydam na siebie! Jak nie zdążę wydać, to mi nie będzie żal, niech weźmie ten, kto otworzy encyklopedię, ten, komu się poszczęści! Jedyną osobą, która może sięgnąć po książkę, jest córka Neno. Jeśli oczywiście do tego czasu Neno albo Cisana nie sprzedadzą całej biblioteki mojego ojca! Ech, a ja już w tym czasie będę leżeć sobie ładnie w trumnie i nie będzie to moim zmartwieniem, niech sobie robią, co chcą! Wszystko jeszcze urządzę tak, że kiedyś posadzę je obie i dobrze się z nimi rozmówię. Rozdzielę na dwie części pieniądze, które trzymam na trumnę, grabarzy i stypę, i dam jednej połowę, a drugiej resztę. Tak będzie dobrze, żeby obydwie wiedziały dokładnie, ile która ma pieniędzy na mój pogrzeb. Ani jedna, ani druga nie będą mogły wtedy nic zachachmęcić. Powiem im też to, że trumnę chcę porządną, nie najtańszą, ale też nie wystawną. Sama wybiorę zdjęcie na pogrzeb, no i co, że będę na nim trochę młodsza? Niech wezmą to, które mam w dowodzie osobistym. To prawda, jestem na nim z dziewięć lat młodsza, ale co z tego? Nie mam zresztą innych zdjęć. Może pójdę i zrobię sobie nowe specjalnie na tę okazję. Powyliczam wszystko z obiema co do grosza. A do tego czasu będę żyła jak królowa! Jak królowa! Będę miała wszystko, czego nie miałam do tej pory! Nie doczekam starości i co z tego! Będę korzystać z każdej chwili, cieszyć się każdą minutą! Zapłacę, żeby mi prano ubrania, sprzątano i zajmowano się mną od stóp po końcówki włosów! Będę się wysypiać za wszystkie czasy, kupię sobie też nowy duży telewizor. Założę sobie jeszcze tę antenę, a jak i to mi się znudzi, to zawołam córkę Neno, żeby mi poczytała na głos jakąś dobrą książkę. Czy chcę internet? Nie chcę internetu. Nie mam na to nerwów. Internetu mieć nie będę, ale wszystko inne owszem, i to najlepsze! A do tego dobre jedzenie! Boże, jak mi się chce pić! Ale teraz bardziej od wody chce mi się snu. Pójdę do tego sklepu na dole, jak się obudzę.
[...]
Nie słychać żadnego dźwięku, nie jest wcale głośny ten hotelik. Powieki mi opadają i widzę szczupłe plecy Domny i jej drobną głowę z zawiązaną na niej czarną wełnianą chustką, stoi przy piecu i szczapą rozpala ogień. Ja siedzę obok przy stole. Jestem bardzo mała, bo siedzę na krześle, ale nogi mi wiszą w powietrzu. Przede mną stoją smażone ziemniaki, dopiero co zdjęte z ognia, czuję ich zapach i widzę unoszący się znad nich obłok gorącej pary. Zanim włożę sobie do ust wbity na widelec kawałek, wyciągam rękę po estragonową lemoniadę, którą Domna nalała mi do szklanki. Jest ciemnozielona, pełna bąbelków. Podnoszę szklankę do ust i czuję, jak bąbelki uderzają mnie w nozdrza.
[...]
W środku cała klinika jest biała, świeżo pomalowana, nawet trochę jakby czuć farbą, chociaż bardziej to czuć nagrzane powietrze w środku. Grzeją tak, że momentalnie wysycha mi w nosie i zaczyna drapać w gardle. Przy wejściu ludzie, przy wyjściu ludzie, na krzesłach ludzie, pod drzwiami ludzie, w rejestracji ludzie, przy kasie ludzie. Skąd razem się wzięło tylu tych chorych?! Proszę wziąć numerek, mówi do mnie, szczerząc się, jakaś dziewczyna w białym fartuchu. Jest jak mysz. Nie jak mysz, ale jak ryba. Ma zimne oczy. Jaki numerek? Jestem zdezorientowana, nic nie wiem. Na dodatek robi mi się niedobrze, wypita rano lemoniada podchodzi mi do gardła. Jak wczoraj się położyłam, to spałam do następnego rana czarnym, kamiennym snem. Potem, zanim wsiadłam do taksówki, weszłam do dużego sklepu obok hotelu, chodziłam tam pomiędzy półkami, sama nie bardzo wiedząc, czego chcę. Tyle tylko, że byłam bardzo spragniona. Wybrałam najdroższą lemoniadę z estragonu i wypiłam ją duszkiem na tylnym siedzeniu taksówki. Dobry mi się trafił kierowca, daj mu, Boże, zdrowie. W ogóle się nie odzywał, obydwoje w milczeniu siedzieliśmy w tej taksówce. Lemoniada była droga, ale nic specjalnego, a jej bąbelki podchodzą mi teraz do gardła. Chcę mi się też do toalety, mam przepełniony pęcherz. Dziewczyna ryba wywraca tymczasem oczami. Jaki numerek, proszę pani, numerek kolejki, stuka w jakąś stojącą obok maszynę i daje mi wyrwany z jej wnętrza świstek, proszę stanąć tutaj. Jak nie wiesz, że masz tak zrobić, to tego aparatu w ogóle nie zauważysz. Na karteczce cyfra dziewięćdziesiąt siedem. Dobrze, kochaneńka, stanę. Stanę i poczekam na swoją kolejkę, ale zanim nadejdzie, a na razie jest dziewięćdziesiąt cztery, muszę iść do toalety, bo się za chwilę zsikam. Przede mną jeszcze mnóstwo ludzi. Toaleta jest zaraz obok i ku mojemu zdziwieniu jest czysta, ale i tak przykucam, nie siadam na desce klozetowej. Teraz pustkę czuję i w głowie, i w pęcherzu.
[...]
Jak bym chciała teraz siedzieć gdzieś w lesie wśród świergotu ptaków, szumu drzew, w tak głębokim lesie, gdzie nikt by nie usłyszał mojego płaczu, gdzie moje łkanie stopiłoby się ze śpiewem ptaków i szumem liści. Chcę się wypłakać, porządnie użalić się sama nad sobą, nad swoim życiem. Płakać tak, żeby w końcu zniknął ten głaz, co mi leży na sercu, ten kamień, który mam w gardle. Och, niechby się skończyły wreszcie te mdłości! Mój Boże, spraw, żeby ten lekarz powiedział: proszę pani, to nie żaden rak, tylko klimakterium, jaka ja stamtąd wyjdę, jakbym skrzydła miała u ramion! Nawet o ciastku i kawie zapomnę! Nawet o mdłościach też! Będę chodzić lekkim krokiem tymi duszącymi się od spalin, zatłoczonymi, zabetonowanymi ulicami. Bo w sercu nie będę już miała betonu. Nie będzie mi się już chciało rzygać, bo może te mdłości to wszystko z nerwów? Będę chodzić i chodzić, obejdę tak całe to brudne miasto. Nie będę czuła ani zimna, ani deszczu. Potem zatrzymam się przy kawiarni, która najbardziej mi się spodoba, i wejdę do środka. Postawię przed sobą dużą filiżankę ze spienioną kawą, którą wypiję powoli, z przyjemnością, wypiję ją tak, żeby piana z mleka pokryła mój język jak delikatna chmurka. Ale na myśl o mleku chyba znów mi się robi niedobrze. I na myśl o kawie i ciastku też! Chociaż to krzesełko mogłoby być większe, żebym mogła się na nim zmieścić, oparłabym głowę o ścianę i może by mi się zrobiło trochę lepiej.
[...]
Chcę, żeby one się nie domyśliły, że u takiego lekarza jestem po raz pierwszy. Proszę pójść tam i położyć się na kozetce, mówi do mnie blondynka, ta druga chowa się za ekranem komputera i nic się nie odzywa. Kładę torebkę na krześle i podaję jej wydruk z rejestracji. Ten jest dla pani, mówi ona w odpowiedzi, a ja jak we śnie idę w stronę kozetki. Proszę się położyć, mówi ta druga, nie patrząc na mnie, proszę się nie rozbierać, wystarczy zsunąć spodnie. Patrzy w ten ekran. Dobrze, kładę się i widzę, że ona ma najwyżej ze trzydzieści lat, może trochę mniej albo trochę więcej, może nawet czterdzieści, ale kto tam wie, te dziewczyny coś sobie teraz wstrzykują, nie tylko nie wiadomo, w jakim są wieku, ale nie można już ich od siebie odróżnić. Nie, ona jest młoda, nie ma więcej niż trzydzieści lat, tak myślę. Ciemnowłosa, z ładną buzią. Znów się wpatruje w ekran, od którego tak samo świecą się jej kolczyki w uszach i oczy. Jedne i drugie wyglądają jak zrobione ze szkła – i oczy, i kolczyki. W końcu odrywa się od ekranu i razem ze swoim obrotowym krzesłem przesuwa się w stronę kozetki. Proszę się zsunąć trochę niżej i rozluźnić, leje mi na brzuch coś lepkiego i mokrego, nawet nie patrzę, co to jest. Co pani dolega? Głos też ma jakby szklany. Dopiero teraz zauważam, że po drugiej stronie kozetki także stoi komputer. Jego ekran świeci się i mruga w tej ciemności. Widać na nim jakieś niebieskie jezioro, a przez to jezioro ciągnie się ładny, stary most, po którym jedzie pociąg. Boże, gdybym mogła teraz siedzieć w wagonie tego pociągu! Gdzieś daleko w obcym kraju pędzić przed siebie! Stałabym przy oknie, wiatr rozwiewałby mi włosy, a ja patrzyłabym na niebieską wodę i odbijające się w niej białe, puchate chmury! Ale blondynka staje między mną i ekranem, wylazła gdzieś z ciemnego kąta jak czarny kot. Siada przed tym ekranem z jeziorem i pociągiem i jej plecy zasłaniają wszystko.
[...]
Ciemne, kochaneńka, prawie czarne. Zamilkła. Całkiem stężały te jej szklane oczy. Ile ma pani lat? Jej głos brzmi jak odłamki lodu. Czterdzieści osiem, na wiosnę kończę czterdzieści dziewięć. Ledwo odrywa wzrok od ekranu i teraz patrzy na mnie. W jej wzroku jest jakieś niedowierzanie. Kiedy miała pani ostatni stosunek? Poczekaj, nie pisz jeszcze nic, mówi do blondynki. Jaki stosunek? Jeździ i jeździ mi po brzuchu tym czymś, nie znam ani takiego słowa, ani nazwy tego aparatu. Wydawało mi się czy westchnęła? Kiedy pani ostatnio uprawiała seks? Jakby mnie kto wrzątkiem oblał. A co ją obchodzi, kiedy ja uprawiałam seks?! Co to za pytanie?! Czy lekarz powinien pytać o takie rzeczy?! Czy się pyta osobę skazaną na śmierć, kiedy ostatnio się jebała?! Nie odzywam się. Nawet ci nie odpowiem, idiotko bez kultury i wychowania! Odwrócę wzrok i będę patrzeć na te żaluzje! W tej ciemnicy jest, jak się okazuje, jakieś okno. Na żaluzjach kładzie się cień. Co to jest? Drzewo. To jest drzewo. Poczekaj chwilę, wstaje z krzesła, Muszę to pokazać Gogiemu, mówi do blondynki. Gogiemu? Tamta nawet się nie odwraca, siedzi tak bez ruchu, zasłaniając ekran, ale teraz widzę drugi ekran, który wisi na ścianie, i widać na nim to, co jest na ekranie tej szklanookiej. Dwa puchate króliczki, jeden biały, drugi szary, przytulone do siebie. Są śliczne, mają długie uszy i wysunięte do przodu pyszczki. Gdybym chociaż była królikiem, mój Boże, takim puchatym królikiem, którego nic nie obchodzi prócz marchewki!
[...]
Na żaluzjach w oknie tańczy cień drzewa. Jaki rak, proszę pani, jest pani w ciąży! W pani wieku to się bardzo rzadko zdarza. A właściwie praktycznie się nie zdarza, właściwie nigdy. Naprawdę może sobie pani pogratulować, to mówi już blondynka, która odwraca się od swojego ekranu i patrzy na mnie z zadziwieniem. Ale co one mi mówią? Co za głupoty gadają? Naśmiewają się ze mnie czy co? Pewnie w ich oczach jestem prostaczką ze wsi i myślą, że mogą się zabawić moim kosztem! Myślą sobie, że przyszła taka prosta baba pierwszy raz do lekarza, pewnie się boi, i zaczęli sobie stroić żarty! Ja tu umieram ze strachu, a oni odgrywają jakąś scenę! Zmówili się pewnie i zrobili mi tutaj teatr! Śmiejecie się ze mnie, co, padalce?! Zamiast mi powiedzieć, że mam raka, opowiadacie mi tu jakieś bajki! Bajki i niestworzone historie! Oby wam pogniły te języki! Okrutnicy! A jeśli to jest żart, to co to za żart, powiedzcie mi? Stoję przy drzwiach z torebką w ręku. Kiedy ja podeszłam do tych drzwi i kiedy wzięłam torebkę? Jeśli to jest żart, to co to za żart? Tylko to wykrzykuję. Jaki żart, proszę pani, szklanooka podniosła się z krzesła, jej oczy znów zrobiły się szklane, czy pani myśli, że my tu mamy czas na żarty? Proszę iść się zarejestrować jako ciężarna i wybrać sobie ginekologa. Proszę, tu jest pani skierowanie, blondynka wciska mi do ręki jakąś kartkę. Tu jest wszystko napisane, proszę to dać ginekologowi, jak pani się u niego zarejestruje.
[...]
Co to jest, przejście podziemne? Schody? Zejdź pod ziemię, Etero, schowaj się pod ziemię, zobacz, jak strasznie się rozpadało, jak mokniesz na tym deszczu! Zejdź po schodach powoli, bo zobacz, jak ci się kręci w głowie, jakbyś spadła z tych schodów, tobyś się już nie podniosła, idź powoli. Czemu jest tak ciemno w tym przejściu podziemnym? Boże, jak mi jest słabo, zimno przenika mnie do kości, wstrząsają mną dreszcze. Nic nie widzę! I nic już nie słyszę, zaraz się przewrócę! Pod ścianą widzę jakieś pudełka i rozłożone szmaty. Zaraz upadnę, upadnę i uderzę głową o ten beton, ale zanim upadnę i stracę przytomność, to siadam na tych szmatach pod ścianą, podpieram się kolanem, żeby nie upaść i nie roztrzaskać sobie głowy, ale ktoś już tam siedzi. Widać jej siwą, rozczochraną głowę. A ja w tym momencie wiem, że jeśli teraz nie usiądę, to stracę przytomność. Muszę usiąść na chwilę, proszę pani, mówię do tej rozczochranej głowy i prawie padam na te szmaty, słabo mi, kochaneńka, daj mi siąść na chwilę. Robi mi się ciemno przed oczami i kiedy je otwieram, widzę przed sobą jej twarz, bezzębną, z płonącymi oczami. Uśmiecha się do mnie. Pani chyba umiera, prawda? Znów się do mnie uśmiecha. Nie, nie umieram, ledwo słyszę swój głos, zupełnie nie mam siły. To może jest pani głodna? Znów widzę, jak się do mnie śmieje, zupełnie nie ma zębów, w jej ustach świecą się tylko puste dziąsła. Widzę teraz, że w stojącej przed nią czarnej czapce leżą drobne pieniądze, które błyszczą się w ciemności. Jest żebraczką, siedzę z żebraczką na szmatach w przejściu podziemnym! Jaki wstyd, Etero, kobieto! Ale czy ktoś mnie tu zobaczy? Ktoś mnie tu pozna? Nikt! Wszyscy uznają mnie za żebraczkę i tak jest dobrze! Nawet jak ktoś cię zobaczy, to pomyśli, że ty też prosisz o jałmużnę, czekasz, aż ktoś wrzuci drobne do tej czarnej wełnianej czapki, która stoi przed tobą. Nie szkodzi, masz teraz obok siebie tę kobietę, nie jesteś sama, przywiązana sznurkiem do nogi od stołu.
[...]
To nie jest żaden sen. Naprawdę siedzę w przejściu podziemnym na szmatach z szaloną żebraczką, a przede mną chodzą tam i z powrotem ludzie. Naprzeciwko widzę sklepowe witryny sklepów z tanimi chińskimi butami, czuję zapach przejścia podziemnego, jakiś zapach starego tłuszczu czy spalenizny, farby, moczu, zapach chińskich butów i nieprzyjemny zapach tej kobiety, jej szmat, wszystko pomieszane ze sobą. Jest mi ciepło, to prawda, ona wie, co położyć na ziemię i jak położyć, żeby nie zmarznąć. Zamykają mi się oczy. Zamykają mi się oczy i mówię: chwilkę się tu zdrzemnę, ale nie do żebraczki, tylko do mojego anioła, zobacz, jakie ona ma siwe te włosy, a przecież jest w moim wieku, nie starsza. Myślę, że naprawdę jest aniołem, na pewno ma skrzydła, tylko ja ich nie widzę. Ona patrzy na mnie, ślini się i wyszczerza bezzębne dziąsła, i mówi: śpij, śpij, dotyka swoją brudną dłonią mojego policzka. Potrzymaj tak tę rękę jeszcze przez chwilę, kobieto, no i co z tego, że jest brudna, potrzymaj mi tę rękę na policzku. Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną swoim miejscem, dziękuję, że się mną zajęłaś, kiedy już miałam upaść na ziemię w tym przejściu podziemnym. Dziękuję, kobieto! Kimkolwiek jesteś, masz złote serce i Bóg ci to wynagrodzi. Chcę ci podziękować, ale gardło mam ściśnięte i lepiej, żebym teraz nic nie mówiła, ty tymczasem żebrz jak zwykle, może dwóm siedzącym pod ścianą kobietom rzucą więcej drobnych ci jednakowi, nijacy ludzie, którzy chodzą w te i we te szybkim krokiem, ale teraz ich już nie widzę, nie widzę ich sylwetek ani nóg, ani twarzy, teraz widzę tylko ścianę, ale ściany też już nie widzę, zamiast szarego muru widzę jeżynę, krzaki jeżyny, czarne, błyszczące jagody, pod którymi uginają się gałęzie, powiewa wiatr i z zagajnika słychać jakby trele kosa, chyba nawet go dostrzegam, siedzi tam, na krzaku jeżyny. Tak! To kos, kos z żółtym dziobem! I on też zrywa się do lotu, trzepocze skrzydłami i znika, odlatuje! Tak szybko, że nawet nie powiodłam za nim wzrokiem. Znów widzę krzaki jeżyny z ciężkimi od jagód pędami, którymi porusza wiatr, kołysze nimi lekko. Zamykam oczy i słyszę szum Rioni, słyszę jej dudnienie i zanim zapadnę w ciężki, mroczny sen, chwytam leżącą na swoim policzku rękę anioła i mocno zaciskam na niej swoją dłoń.
Tamta Melaszwili, Kos kos jeżyna
Sfilmowana powieść obyczajowa Tamty Melaszwili – gruzińskiej pisarki i działaczki feministycznej przenosi akcję tej dojmującej opowieści do małego miasteczka, gdzieś w zachodniej części dzisiejszej Gruzji, w czasy jak najbardziej nam współczesne. Po wielu smutnych latach opieki nad ojcem i bratem, Etero w końcu może cieszyć się wolnością i samodzielnością, której przejawami są zarówno praca na swoim we własnym sklepie drogeryjnym, jak i chorobliwa wręcz pasja do zrywania dziko rosnących jeżyn, zwłaszcza w miejscach uznanych za niebezpieczne, gdzie nie dosięga już ani ręka ludzka, ani też zdrowy rozsądek, jednym słowem nad urwiskami rwącej rzeki Rioni. Na domiar tego, co kręci w końcu też i „zakochuje się” z wzajemnością w starszym od siebie dostawcy chemii domowej, w mężczyźnie z kręconymi lokami na głowie. W objęciach tego kochanka, a w zasadzie to z rąk drugiego człowieka dostępuje przede wszystkim bezcennej uwagi i pożądliwej czułości; niebawem też od tbiliskiego lekarza dowiaduje się, że ma wciąż organizm dwudziestolatki, że z kolei spodziewa się czegoś lepszego od tego, co sobie samej wmówiła w przystępach „chorej” wyobraźni. Zdecydowana, aczkolwiek pełna wewnętrznych rozterek i niepokojów, a nawet i manii, prawie że prześladowczej, łaskawa samoświadomość Etero pozostawia po sobie nie byle jaki niedosyt, czy tak naprawdę mamy w tej opowieści do czynienia z rozpisaną na głosy fabułą rzeczywistą, czy może przeciwnie, że są to ostatnie drgnienia wewnętrznego dialogu u tonącej w rzece czterdziestoparolatki. Nader kobieca powieść Melaszwili nie stroni od wyrazistego, kwiecistego inaczej języka potocznego, który wcale nie utwierdza mnie w przekonaniu, że im więcej pada na stronach dosadnych wyrazów, to, tym bardziej taka literatura przybliża mi rzeczywistość...