Blog

 

27.01.2025

Pani Einstein

 „Kuća ne leži na zemlji

nego na ženi”

[dom nie stoi na ziemi,

lecz na kobiecie]

Przysłowie serbskie


„Czas uleczy to,

czego rozum nie

może uleczyć”

Seneka

[…]

4 sierpnia 1948, 62 Huttenstrasse Zurych, Szwajcaria

Nadchodzi koniec. Czuję, jak zbliża się niczym ciemny, kusicielski cień, który zgasi pozostałe we mnie światło. W tych ostatnich chwilach patrzę w przeszłość. Kiedy zgubiłam drogę? Dlaczego straciłam Lieserl? Ciemność przyspiesza. W tych kilku momentach, które mi pozostały, grzebię w przeszłości niczym uważny archeolog w poszukiwaniu odpowiedzi. Mam nadzieję, że dowiem się, czy czas naprawdę jest względny, jak sugerowałam już wiele lat temu.

[…]

Wygładziłam zmarszczki na mojej świeżo wyprasowanej białej bluzce, poprawiłam kokardę wokół szyi i wcisnęłam niesforny kosmyk w ciasno upięty kok. Wilgoć mglistych ulic Zurychu prowadzących na kampus Szwajcarskiej Politechniki Federalnej nie sprzyjała mojej elegancji. Frustrował mnie upór moich ciężkich, ciemnych włosów, które za nic nie chciały się utrzymać w jednym miejscu. Pragnęłam, by wszystko tego dnia było idealne. Prostując ramiona, by wyglądać na choć odrobinę wyższą, położyłam dłoń na ciężkiej, mosiężnej gałce drzwi sali lekcyjnej. Zdobiona meandrem wytartym od dotknięć pokoleń studentów, sprawiała, że moja drobna, niemal dziecięca dłoń wydawała się jeszcze mniejsza. Znieruchomiałam. „Obróć ją i otwórz drzwi – powiedziałam do siebie. Uda ci się. Nie pierwszy raz mijasz ten próg. Przekraczałaś tę pozornie nieprzekraczalną granicę między mężczyznami a kobietami w wielu salach. Zawsze dawałaś sobie radę”. Mimo to wahałam się. Dobrze wiedziałam, że choć pierwszy krok jest najtrudniejszy, drugi wcale nie jest znacznie łatwiejszy. W tamtej chwili, krótkiej jak oddech, niemal słyszałam w myślach głos ojca. „Bądź dzielna – wyszeptałby Papa w naszym tak rzadko używanym serbskim języku. Jesteś mudra glava. Mądrą kobietą. W naszych żyłach płynie krew bandytów, naszych słowiańskich, zbójnickich przodków, którzy używali wszelkich środków, by brać, co do nich należało. Idź po to, co należy do ciebie, Mitzo. Idź”.

[…]

Kiedy wysiedliśmy z papą z pociągu z Zagrzebia po dwóch dniach podróży w tłoku, chwialiśmy się na nogach. Dym z lokomotywy unosił się nad Hauptbahnhofem, musiałam zmrużyć oczy, by zejść na peron. Niosłam dwie torby, w tym jedną wypełnioną ulubionymi książkami i próbowałam przebić się przez tłum na peronie. Za mną szli ojciec i tragarz niosący najcięższe bagaże. Papa podszedł do mnie, chcąc zabrać jedną z toreb. Dam sobie radę! – nalegałam, próbując wyrwać mu swoją dłoń. Masz własne bagaże i tylko dwie ręce. Mitzo, pozwól sobie pomóc. Mnie łatwiej będzie nieść jeszcze jedną. Zachichotał. Nie wspominając o tym, że twoja matka wściekłaby się, gdyby widziała, jak zmuszam cię do przebijania się przez tłum na dworcu w Zurychu. Odłożyłam torbę na ziemię, wciąż starając się wyrwać. Papo, muszę umieć sobie radzić bez twojej pomocy. Przecież zamieszkam tutaj sama. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, jakby dopiero teraz zrozumiał, że będę w Zurychu bez niego, tak jakbyśmy nie dążyli do tego celu, odkąd byłam małą dziewczynką. Niechętnie puścił moją dłoń, prostując palec po palcu. Rozumiałam, że to dla niego trudne. Chociaż wiedziałam, że na pewno cieszył się z mojego dążenia do edukacji, gdyż moje ambicje przypominały mu jego własną drogę od prostego chłopa do odnoszącego sukcesy urzędnika i właściciela ziemskiego, to jednak zastanawiałam się czasami, czy nie czuł się winny, zachęcając mnie do tej niebezpiecznej podróży.

[…]

Przy herbacie i ciastkach, pośród uprzejmości i natarczywych pytań ojca Engelbrechtowie wyjaśnili, jak działa ich stancja: godziny posiłków, wizyt, prania i sprzątania były ściśle ustalone.  Papa, były żołnierz, wypytywał o bezpieczeństwo lokatorów, a jego ramiona rozluźniały się przy każdej uspokajającej odpowiedzi i każdym zerknięciu na błękitną, pikowaną tapetę i bogato zdobione krzesła wokół szerokiego marmurowego kominka. Nigdy jednak nie uspokoił się do końca; papa pragnął dla mnie uniwersyteckiego wykształcenia niemal równie mocno, jak pragnęłam go ja, ale pożegnanie okazało się dla niego trudniejsze niż się spodziewałam. Popijając herbatę, usłyszałam śmiech. Dziewczęcy śmiech. Pani Engelbrecht dostrzegła moje zainteresowanie. Ach, to nasze młode damy grają w wista. Może cię przedstawię pozostałym mieszkankom? Pozostałe mieszkanki? Pokiwałam głową, choć bardzo chciałam odmówić. Moje dotychczasowe doświadczenia z młodymi damami nie kończyły się dobrze. W najlepszym wypadku nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego. W najgorszym – byłam poniżana przez kolegów i koleżanki, zwłaszcza gdy dowiadywali się o moich ambicjach.

[…]

Pewnego letniego wieczoru zgodnie ze swoim zwyczajem uczyłam się w pokoju, przygotowując się do kursów rozpoczynających się w październiku. Ramiona owinęłam swoim ulubionym szalem, by uchronić się przed zimnem, które panowało w sypialniach pensjonatu niezależnie od pogody. Robiłam właśnie analizę składniową tekstu, kiedy usłyszałam, że dziewczyny na dole grają suitę Arezjanka Bizeta [francuski kompozytor – przyp. aut.] – dość   słabo, ale z uczuciem. Dobrze znałam ten utwór, grałam go razem z rodziną. Ta znajoma muzyka sprawiła, że poczułam się melancholijnie: nie tylko sama, ale i samotna. Zerknęłam na stojącą w kącie zakurzoną tamburicę, chwyciłam ją i zeszłam na dół. Stojąc w wejściu do salonu, patrzyłam, jak dziewczęta walczą z utworem. Oparłam się o ścianę z tamburicą w dłoni i nagle zrobiło mi się głupio. Czemu miałyby zaakceptować moje towarzystwo, skoro tyle razy odrzucałam ich zaproszenia? Chciałam uciec z powrotem na górę, ale Helene zauważyła mnie i przestała grać. Pełnym ciepła głosem zapytała: Dołączysz do nas, panno Marić? Zerknęła na Ružicę i Milanę, dodając z żartobliwą rozpaczą: Słychać, chyba że przydałaby nam się pomoc. Zgodziłam się. W ciągu kilku kolejnych dni dziewczęta katapultowały mnie do świata, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłam. Świata, w którym miałam podobne do siebie przyjaciółki. Papa się mylił. Ja też. Przyjaciółki są ważne. W każdym razie takie przyjaciółki: błyskotliwie inteligentne, ambitne i mające podobne do moich doświadczenia pogardy i krytyki, które przetrwały z uśmiechem na ustach.

[…]

Program zajęć z fizyki zakładał współpracę między studentami nad częścią projektów, więc zastanawiałyśmy się nad strategią działania. Co miałabym zrobić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w grupie? Nie – odparłam instynktownie, przerwałam jednak, chcąc podążyć za radą Ružicy i spojrzeć na sprawę bardziej optymistycznie. Być może. Jeden ze studentów uśmiechał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szczerze. Bez drwiny. Chyba nazywa się Einstein. Helene z niepokojem uniosła swoje gęste brwi. Była wyjątkowo wyczulona na niepożądane miłosne gesty. Uważała, że są równie niebezpieczne jak przemoc. Sięgnęła po moją dłoń i ostrzegła: Uważaj. Odwzajemniłam uścisk. Nie martw się, Helene. Jestem bardzo ostrożna. Kiedy jej twarz się nie rozpogodziła, dodałam: No proszę. Wciąż oskarżacie mnie, że jestem za ostrożna. Zbyt nieśmiała. O to, że swoje prawdziwe ja pokazuję tylko wam. Czy naprawdę uważasz, że nie zachowam ostrożności, obcując z panem Einsteinem?

[…]

Przede mną leżały rozłożone notatki, kilka zadanych tekstów i artykuł z mojej własnej kolekcji. Wszystkie walczyły o moją uwagę jak domowe zwierzątka, a ja nie mogłam się zdecydować, czemu poświęcić czas. Newtonowi czy Kartezjuszowi? A może któremuś z nowszych teoretyków? Powietrze na politechnice, a nawet w całym Zurychu, zdawało się naładowane rozmowami o najnowszych osiągnięciach w fizyce. Miałam wrażenie, że są one skierowane bezpośrednio do mnie. Moje miejsce było w świecie fizyki. Ukryte w niej tajemne zasady rządzące światem – sekretne siły i niewidzialne związki tak skomplikowane, że tylko Bóg mógł je stworzyć – stanowiły odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące naszej egzystencji. Gdybym tylko umiała je odnaleźć... Czasami, kiedy podczas lektury i obliczeń udawało mi się odprężyć, dostrzegałam boskie wzory, których tak desperacko pragnęłam. Widziałam je jednak tylko kątem oka. Ledwie zwracałam wzrok prosto na nie, rozpływały się w nicość. Może nie byłam jeszcze gotowa, by boskie dzieło ukazało mi się w pełni. Być może za jakiś czas mi się to uda.

[…]

Jakieś dziesięć lat temu pewnego chłodnego wrześniowego popołudnia w odległej Rumie, gdzie się urodziłam, postanowiła nie kryć dłużej niechęci do wybranej przeze mnie niekobiecej drogi. I to, mimo że zachęcał mnie do niej papa, któremu zazwyczaj ustępowała. Jak co dzień szliśmy na cmentarz, na którym pochowani byli mój starszy brat i siostra, zmarli w dzieciństwie, wiele lat przed moimi narodzinami. Wiatr dął, trzepocząc chusteczką na mojej głowie. Chwyciłam czarny materiał i przytrzymałam go, wyobrażając sobie, jak bardzo mama by się zdenerwowała, gdybym choć przez chwilę miała gołą głowę na świętej ziemi. Tkanina zakrywała moje uszy, tłumiąc żałobne jęki wiatru. Byłam wdzięczna za tę ciszę, choć wiedziałam, że lament pasuje do okoliczności. Poczułam dobiegający z naszego kościoła zapach słodkiego, gryzącego kadzidła tamjan [z żywicy drzewa zwanego kadzidłowcem – przyp. aut.]. Starałam się dotrzymać mamie kroku, a jesienne liście szeleściły pod naszymi nogami. Wzgórze było skaliste, mama wiedziała, że trudno mi na nie wejść, lecz nie zwalniała. Tak jakby trud drogi na cmentarz był częścią mojej kary. Za to, że przeżyłam, podczas gdy mojemu rodzeństwu się to nie udało. Za to, że nie dałam się pokonać chorobom. I za to, że zachęciłam papę do przyjęcia urzędniczego stanowiska w Nowym Sadzie – dużym mieście, w którym znajdowała się prestiżowa szkoła dla dziewcząt. Bo przeprowadzka oznaczała, że mama będzie musiała zostawić za sobą groby swoich pierworodnych dzieci.

[…]

Słyszałam skrobanie wiecznych piór w zeszytach studentów pracujących nieopodal, ale tylko jeden człowiek skupiał na sobie moją uwagę. Philipp Lenard. Sięgnęłam po artykuł tego znanego niemieckiego fizyka. Powinnam była czytać zadane przez profesora teksty Hermanna von Helmholtza i Ludwiga Boltzmanna [niemiecki naukowiec i austriacki fizyk – przyp. aut.], jednak ciągnęło mnie do ostatnich badań Lenarda na temat właściwości promieni katodowych. Bombardował metaliczne elektrody opróżnionych szklanych tubek prądem elektrycznym o wysokim napięciu i badał promienie. Lenard zaobserwował, że jeśli końcówka tubki przeciwna do ładunku ujemnego była pomalowana na fluorescencyjny kolor, wewnątrz tubki pojawiał się maleńki świecący obiekt. To doprowadziło go do przekonania, że promienie katodowe są strumieniami negatywnie naładowanych cząsteczek. Nazwał je kwantami elektryczności. Odkładając artykuł, zaczęłam się zastanawiać, jak odkrycia Lenarda mogły wpłynąć na dyskusję o naturze i istnieniu atomów. Z jakiej substancji Bóg zrobił świat? Czy odpowiedź na to pytanie mogła przybliżyć nas do zrozumienia celu naszego życia na tym bożym świecie? Czasami na kartach czytanych testów i w chwilach zadumy wyczuwałam boskie wzory obecne w prawach fizyki, które poznawałam. To w nich właśnie czułam Boga silniej niż w kościelnych ławach i na cmentarzach, dokąd prowadzała mnie mama.

[…]

Spędza pani godziny w bibliotece, zamiast marnować je w kawiarniach. A jednak należy pani do bohemy, tak jak ja. Nie spodziewałem się. Do bohemy? Nie rozumiem. Mój ton był ostry. Słowo „bohema” kojarzyło mi się z austro-węgierskim regionem Bohemii, czy w ten sposób chciał zażartować z mojego pochodzenia? Pan Einstein wiedział, że jestem Serbką, a uprzedzenia ludzi z krajów zachodnich wobec obcokrajowców były dobrze znane. Zastanawiałam się nad pochodzeniem samego Einsteina, chociaż wiedziałam, że przyjechał z Berlina. Jednak jego ciemne włosy i oczy, a także charakterystyczne nazwisko sprawiały, że nie miał wiele wspólnego z typowym germańskim blondynem. Może jego rodzina skądś przyjechała do Berlina? Musiał wyczuć mój utajony gniew, bo zaraz zaczął wyjaśniać swoje słowa. Użyłem słowa „bohema” we francuskim znaczeniu: la bohéme. Przynależność do niej oznacza niezależność w myśleniu. Nowoczesność. To, że nie jest pani bourgeois [z fr. - burżuazja – przyp. aut.], jak niektórzy z naszych kolegów.

[…]

Dotarliśmy do pensjonatu Engelbrechtów, a on odprowadził mnie po schodach pod same drzwi. Poczułam ulgę. Raz jeszcze bardzo panu dziękuję. Pana uprzejmość nie była konieczna, tym bardziej ją doceniam. Cała przyjemność po mojej stronie, panno Marić. Zobaczymy się jutro na zajęciach – odparł na odchodnym. Z uchylonego okna salonu dobiegł nas fałszywie grany utwór Vivaldiego. Pan Einstein odwrócił się i zajrzał przez okno do sali, w której dziewczęta zebrały się na spontaniczny koncert. Na Boga, cóż za wesoła gromadka! – zawołał. Żałuję, że nie zabrałem skrzypiec, Vivaldi zawsze lepiej brzmi przy akompaniamencie smyczków. Czy pani gra, panno Marić? Jego skrzypce? Cóż za zarozumiałość. To były moje przyjaciółki i moja świątynia, do której bynajmniej go nie zapraszałam. Tak. Gram na tamburicy [instrument strunowy – przyp. aut.] i na fortepianie. I śpiewam. Ale to bez znaczenia, bo państwo Engelbrechtowie są bardzo surowi, jeśli chodzi o wizyty mężczyzn.

[…]

Po raz pierwszy, odkąd wysiadłyśmy z pociągu z Zurychu i ruszyłyśmy ku dolinie rzeki Sihl, nasza grupa umilkła. Wokół zapadła cisza, jakbyśmy wchodziły do katedry. W pewnym sensie pradawne puszcze, takie jak Sihlwald, tym właśnie były. Otaczały nas stare, wysokie drzewa, a kroczyłyśmy po ciałach ich martwych towarzyszy. Dywan z mchu tłumił dźwięk naszych kroków, przez co kumkanie żab, stukanie dzięciołów i ptasie trele wydawały się jeszcze głośniejsze. Czułam się tak, jakbym wkroczyła w prehistoryczną dzicz z jednej z ukochanych bajek z dzieciństwa. Milczenie Milany, Ružicy i Helene dowodziło, że i one czują ten sam podziw. Fagus sylvatica – wyszeptała Helene, wytrącając mnie z zamyślenia. Nie rozumiałam znaczenia tej łacińsko brzmiącej frazy, co było o tyle dziwne, że mówiłam lub chociaż czytałam, po niemiecku, francusku, serbsku i łacinie, znałam więc o dwa języki więcej od niej. Zastanawiałam się, czy mówi do mnie, czy tylko do siebie. Słucham? To gatunek i rząd tego konkretnego drzewa bukowego. Chodziliśmy z ojcem na długie spacery do lasu nieopodal naszego domu w Wiedniu. Bardzo kochał łacińskie nazwy drzew. Obróciła w palcach liść buku.

[…]

Znudzona chodzeniem w kółko po salonie chwyciłam książkę z półki i rozsiadłam się w fotelu papy. Podciągnęłam nogi i zwinęłam się wokół oprawionego w skórę, okutego złotem tomiszcza, którego okładka kryła ośle uszy zniszczonych kartek. Chociaż w naszej domowej bibliotece znajdowało się mnóstwo książek – papa uważał, że każdy ma obowiązek się uczyć, nawet jeśli, tak jak on, nie miał szansy na formalną edukację – wciąż wracałam do baśni i legend. Historie te były dla mnie już nieco zbyt proste, ale ta książka zawierała moją ulubioną bajkę Mała śpiewająca żabka. Byłam w połowie historii o parze, która modliła się o dziecko, lecz zamiast dziewczynki dostała córeczkę żabę. Rodzice tak bardzo wstydzili się jej odmienności, że postanowili ją ukryć. Ledwie dotarłam do swojej ulubionej sceny, w której książę słyszy śpiew żabki i zakochuje się w niej mimo jej wyglądu, wybuchnęłam gromkim śmiechem. Papa zaczaił się, wszedł do pokoju i zaczął mnie łaskotać. Przytuliłam go mocno, po czym chwyciłam za ręce i podekscytowana pociągnęłam przez pokój. Chciałam pokazać mu pochylnie, które zbudowałam, opierając się na szkicach stworzonych dzisiaj w szkole. „Papo, papo, chodź zobaczyć!”, wołałam. Pobiegłam slalomem pomiędzy dekoracyjnymi meblami z zielonego aksamitu i orzechowego drewna do jedynego pustego kąta salonu. Postanowiłam zademonstrować eksperyment, który przeprowadziłam na podstawie naszej wcześniejszej rozmowy o sir Izaaku Newtonie. Często zresztą mówiliśmy o nim przy kolacji i podobało mi się jego przekonanie, że wszystko na świecie, od jabłek aż po planety, podlega tym samym niezmiennym prawom. Prawom nie spisanym przez ludzi, ale zawierającym się w samej naturze. Wierzyłam, że w prawach tych odnajdę Boga.

[…]

Jeśli już, to jej kalectwo jest darem. Skoro nikt nie zechce wziąć ją za żonę, będzie mogła podążać drogą, jaką wyznaczył jej Bóg, obdarzając ją takim intelektem. Jej kalectwo to znak, że jej przeznaczeniem jest coś znacznie większego, lepszego niż zwykłe małżeństwo. Znak? Dar od Boga? Milošu, Bóg chciałby, żebyśmy otoczyli ją opieką w tym domu. Jej oczekiwania powinny być realistyczne, inaczej narazimy ją na rozczarowania. – Mama przerwała, a tata odezwał się dopiero po chwili milczenia. Chcę, żeby Mitza była silna. Chcę, żeby potrafiła stanąć przed klipani [z serb. – chuligani – przyp. tłum.], którzy wyśmiewają się z jej nogi, z przekonaniem, że Bóg dał jej coś wyjątkowego: inteligencję. Wydało mi się, że po raz pierwszy widzę siebie oczami swoich rodziców. Mama i tata postrzegali mnie tak samo jak rodzice dziewczynki w bajce Mała, śpiewająca żabka. Powtarzali, że jestem mądra, ale wyczuwałam głównie ich wstyd.  Chcieli ukryć mnie przed światem: w szkole albo w domu. Byli absolutnie przekonani, że nie mogę liczyć na małżeństwo, coś, do czego aspirować mogły nawet najzwyczajniejsze wiejskie dziewczęta.

[…]

Ach, to panna Marić. Udał zaskoczonego. Jakby nie wiedział, dokąd zmierza. Jakbym nie pokazała mu już wielokrotnie swoich intelektualnych możliwości. Sztuczne zdziwienie było kolejnym sposobem na to, by mnie obrazić. I sprawdzić. Odpowiedź na pana pytanie to jeden procent – powiedziałam. Policzki mi płonęły i od razu pożałowałam, że w ogóle się odezwałam. Przepraszam, czy mogłaby pani powtórzyć trochę głośniej, tak żebyśmy wszyscy mogli nacieszyć się pani mądrością? Mądrość. Weber sobie ze mnie żartował. Czyżbym się pomyliła? Czy cieszył się moją porażką? Odkaszlnęłam i najbardziej zdecydowanym tonem, na jaki byłam się w stanie zdobyć, powiedziałam: Biorąc pod uwagę kontekst, najściślejsza odpowiedź, jakiej możemy udzielić na pytanie o czas schładzania ziemi, to jeden procent. Poprawna   odpowiedź   –   przyznał   Weber, wyraźnie   zaskoczony i rozczarowany. Jakby ktoś nie usłyszał, informuję, że panna Marić podała właściwą odpowiedź. Jeden procent. Proszę to zapisać. […] Kiedy lekcja dobiegła końca, wstałam i zaczęłam się pakować. Pan Einstein podszedł do mojego biurka. Imponujące, panno Marić. Dziękuję, panie Einstein – odpowiedziałam cicho. Jestem pewna, że każdy z naszych kolegów doszedłby do tej samej odpowiedzi. Nie docenia pani swoich możliwości, panno Marić. Zapewniam, że nikt z nas jej nie znał. Ściszył głos. Inaczej nie pozwolilibyśmy Weberowi tak niemożliwie długo nas dręczyć. Bezczelność pana Einsteina, który krytykował Webera, kiedy ten stał na podium kilka metrów od nas, sprawiła, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

[…]

Gdy szliśmy tarasem, z przyzwyczajenia liczyłam kąty proste i podziwiałam symetryczny układ. Rytuał ten był sposobem na odwrócenie uwagi od lekceważących szeptów, jakie słyszałam czasem z ust studentów i nauczycieli, a czasem nawet ich sióstr, matek czy narzeczonych. Krytykowano obecność kobiety studentki jako nieodpowiednią, śmiano się z mojego kalectwa, komentowano złośliwie moją ciemną karnację i poważną minę. Nie chciałam, żeby te słowa zagroziły mojej pewności siebie w sali wykładowej. Nic pani nie mówi, panno Marić. Często słyszę ten zarzut, panie Einstein. Niestety, w odróżnieniu od większości dam nie potrafię prowadzić towarzyskiej konwersacji. Ale jest pani wyjątkowo cicha. Jakby w pani głowie rodziła się jakaś ważna teoria. Jakie myśli zaprzątają pani wspaniały umysł? Szczerze? Proszę zawsze mówić szczerze. Oglądałam kolumnady i geometryczny wzór na tarasie. Zdałam sobie sprawę, że ich obustronne osiowe odbicie jest niemal doskonale symetryczne.

[…]

Przez kilka ostatnich miesięcy dostrzegłam podobieństwa między symetrią w sztuce a koncepcją symetrii, jaką dostrzegamy w fizyce. Do jakich doszła pani wniosków? Uznałam, że wielbiciel Platona powiedziałby, że piękno kwadratu jest wyłącznie funkcją jego symetrii. Nie dodałam, jak bardzo zasmucił mnie ten wniosek: teoria matematyki i fizyki, dziedzin, które kochałam najbardziej, była ideałem symetrii, wzorem, do którego ja, z moimi nierównymi nogami, nigdy nie mogłabym aspirować. Zatrzymał się. To bardzo ciekawe. Co jeszcze widzi pani w tym kwadracie, który ja codziennie bezmyślnie mijam? Wskazałam na liczne iglice dokoła. Cóż, zauważyłam, że w Zurychu kościelne wieże rosną gęściej niż drzewa.

[…]

Po takim zaproszeniu mogłam już odpowiedzieć: Zastanawiam się, czy cząsteczki, jakie pan Thomson znalazł za pomocą tych promieni katodowych, nie są kluczem do zrozumienia materii. Mężczyźni milczeli, a ja od razu się wzdrygnęłam. Czyżbym powiedziała zbyt dużo? Czy powiedziałam coś głupiego? Dobrze powiedziane – rzekł pan Besso. Zgadzam się – pokiwał głową pan Grossman. Wszyscy trzej wrócili do dyskusji na temat istnienia atomów, która najwyraźniej zaczęła się, nim dołączyłyśmy do nich z Ružicą, a ja znów zamilkłam. Nie na długo jednak. Kiedy przerwali, ponownie miałam szansę wyrazić swoją opinię. Gdy stało się jasne, że nie chowam się w skorupę niczym żółw, pozostali czekali na moje opinie, także gdy przeszliśmy do rozmowy o europejskich eksperymentach, zwłaszcza o odkryciu promieniowania elektromagnetycznego przez Wilhelma Roentgena [niemiecki fizyk – przyp. aut.].

[…]

W bawialni rozległo się westchnienie ulgi. Zresztą co mogłoby podobać się w panu Einsteinie poza możliwością prowadzenia nudnych dyskusji o fizyce? Chyba nie jego szalona fryzura – zażartowała Milana. Wybuchnęłyśmy śmiechem. Niesforne loki pana Einsteina przeszły już do legendy. W elegancko uczesanym Zurychu jego włosy nie miały sobie równych. Wyglądał, jakby nie miał w domu grzebienia. Z pewnością nie pociąga jej też jego strój – wtrąciła się Ružica. Widziałyście, jak pognieciona była ostatnio jego marynarka? Kiedy przyszedł grać Bacha? Jakby przechowywał swoje ubrania na podłodze.

[…]

Zrobiłam tak po to, żeby im pomóc, ale też po to, by pomóc samej sobie. Gdyby udało mi się wszystko im wyjaśnić, może pani Stanojević mogłaby przejść do jakiegoś ciekawszego tematu. Na przykład do dzielenia. Jakiej użyłaś metody? Zamiast powtarzać tabelki, jakie nauczycielka zapisała na tablicy, wybrałam jedno działanie: sześć razy trzy. Powiedziałam koleżankom, żeby nie próbowały go zapamiętać, ale żeby użyły dodawania, które już rozumiały. Wyjaśniłam, że sześć razy trzy oznacza po prostu: dodaj liczbę sześć trzy razy. Kiedy usłyszałam słowo „osiemnaście” z ust kilku z nich, zrozumiałam, że pomogłam przynajmniej niektórym.

[…]

Kiedy straciliśmy towarzyszy z oczu, pan Einstein posadził mnie obok siebie na dużym, zwalonym pniu. Widok roztaczał się u naszych stóp i choć wiedziałam, że powinniśmy cieszyć się zachodem słońca barwiącym niebo na różowo, czułam ogromne zdenerwowanie. Zapiera dech w piersiach, prawda? – spytał. Owszem. Miałam nadzieję, że nie usłyszał drżenia mojego głosu. Odwrócił się do mnie. Panno Marić, od długiego już czasu żywię do pani uczucie. Uczucie odmienne od tych, jakimi obdarzam swoje koleżanki... Wydawało mi się, że śnię. Choć od dawna to podejrzewałam – a nawet, jeśli mam być szczera, pragnęłam tego, mimo deklaracji składanych przyjaciółkom – teraz, gdy naprawdę wypowiadał te słowa, czułam się przytłoczona. Spróbowałam wstać. Myślę, że powinniśmy ruszać w drogę...

[…]

Przez okno przyglądałam się bujnym, nakrapianym słonecznikami nizinom wokół Kacia. Ta część regionu Wojwodiny na północ od Dunaju była kiedyś scenerią gwałtownych walk pomiędzy Cesarstwem Austro-Węgier na zachodzie a Imperium Osmańskim na wchodzie. Teraz w jego sztucznie stworzonych granicach wciąż dochodziło do napięć pomiędzy germańską władzą a słowiańskimi ludami. Miałam nadzieję, że znajomy pejzaż, przyjemne zapachy, ojczysty język i rodzinne ciepło pomogą mi zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Sihlwaldzie między mną a panem Einsteinem. A jednak czułam się równie rozdarta jak ta wieś, zagubiona pośród własnych uczuć i obietnic. Przez cienkie ściany wieży dało się słyszeć dudnienie ciężkich kroków i to mógł być tylko mój potężny tata. Udawałam, że go nie słyszę. Nie dlatego, że nie miałam ochoty go zobaczyć. Chciałam po prostu, by wciąż wierzył, że jestem w stanie w pełni poświęcić się lekturze, co nie udawało mi się od czterech tygodni. Zwinięta na podniszczonym szezlongu, który mama umieściła w tej rzadko odwiedzanej części Iglicy, udawałam całkowite zaangażowanie.

[…]

Na początku października, tuż przed moim przyjazdem na uniwersytet w Heidelbergu, nad doliną rzeki Neckar w południowo-wschodnich Niemczech, gdzie uczelnia miała swoją siedzibę, zapadła niemal nieprzenikniona mgła. Przez kilka pierwszych dni w hotelu Ritter, gdzie miałam spędzić semestr, nie opadała ani na chwilę. Podczas gdy lekcje fizyki, w których brałam udział, były rzeczywiście prowadzone na wysokim poziomie przez tak wybitnych wykładowców jak sam Lenard, przez ciężki welon mgły nie byłam w stanie dostrzec uroku budynków i zabytkowego uniwersytetu. Przygniecione tym ciężarem otaczające uczelnię las i rzeka przypominały mi tylko o pięknie Sihlwaldu. Czułam się tak ponuro, że czasem miałam wrażenie, iż także moje myśli zasnuła mgła. Samotność przeważała nad wszelkim żarem, jaki mogłaby zrodzić w moim umyśle kinetyczna teoria gazów Lenarda i jego eksperymenty dotyczące prędkości, z jaką przemieszczają się cząsteczki tlenu. Brakowało mi towarzystwa, śmiechu i czułości Ružicy, Milany i Helene, chociaż ukrywałam swoje uczucia w wesołych listach, opisujących moje rzekome podniecenie wykładami. Podczas smutnych godzin spędzanych samotnie w hotelowym pokoju pozwalałam sobie na szczerość wobec siebie samej: tęskniłam też za panem Einsteinem. Mój zły humor trwał jednak tak długo, że zaczęłam się zastanawiać, czy tęsknota za przyjaciółkami i panem Einsteinem jest jego jedyną przyczyną. […] Kiedy pewnego popołudnia pod koniec października wróciłam z zajęć, w hotelowym lobby czekał na mnie list od Helene. Ściskając go w dłoniach, wbiegałam na górę po dwa stopnie naraz – przy moim kalectwie nie było to łatwe – by go jak najszybciej przeczytać. Przecięłam kopertę ostrym nożem do papieru i zaczęłam pochłaniać słowa Helene. Pomiędzy opowieściami o wykładach i plotkami z pensjonatu wyczytałam: „Myślałam, że Heidelberg nie przyjmuje kobiet. Pewna przyjaciółka mojej rodziny z Wiednia chciała studiować tam psychologię, ale musiała uzyskać od profesora pozwolenie po to tylko, by słuchać wykładów! Za pracę nie mogła uzyskać zaliczenia. Czy nie będziesz przez to o semestr do tyłu?”.

[…]

Pracowałam bardzo ciężko – ciężej niż koledzy z grupy, z pewnością ciężej niż pan Einstein – po to, by znaleźć się w tym punkcie. Po to, by zmierzyć się z pytaniami, które filozofowie zadawali od zarania dziejów, które nurtowały największe współczesne umysły: o naturę rzeczywistości, przestrzeni, czasu i jego zawartości. Chciałam poddać krytyce zasady Newtona – prawa akcji i reakcji, siły, przyspieszenia i grawitacji – i badać je w świetle najnowszych odkryć dotyczących atomów i mechaniki, by sprawdzić, czy istnieje jakaś teoria, która mogłaby wyjaśnić pozornie nieskończoną różnorodność fenomenów naturalnych i chaosu. Chciałam sprawdzać najnowsze koncepcje dotyczące ciepła, termodynamiki, gazów i elektryczności, a   także   ich   matematyczne   podwaliny.   Liczby   stały u podstawy gigantycznego, całościowego systemu fizyki. Miałam pewność, że są sekretnym językiem Boga. To była moja religia, moja krucjata. A krzyżowcy nie mogli sobie pozwolić na słabość. Czując na sobie wzrok pana Einsteina, przypomniałam sobie, że nie mogli też pozwolić sobie na miłość.

[…]

Czekał na mnie. Nie odpowiedziałam mu przydomkiem „Johnnie”, zdrobnieniem od Jonzerl, którym zazwyczaj się do niego zwracałam.  Mówiąc szczerze, w ogóle nie miałam ochoty mu odpowiadać. Byłam wściekła, że musiałam narazić na szwank swoją reputację, bo Albert wolał uczyć się sam, niż przychodzić na zajęcia Webera. Uważał, że razem będziemy w stanie rozwiązać największe zagadki naukowe, ale tylko pod warunkiem, że ja będę sporządzać dokładne notatki z wykładów Webera o fizyce tradycyjnej, a on zostanie w domu, poznając idee młodszych badaczy, jak Boltzmann i Helmholtz. Plan Alberta zakładał naszą współpracę i dzielenie się starymi oraz nowymi teoriami. Obecnie zajmowaliśmy się naturą światła i elektromagnetyzmem. Zgodziłam się z entuzjazmem na ten eksperyment pasujący do naszej koncepcji nowoczesnego związku, mimo że oznaczał dla mnie pracę po nocach, bo wciąż miałam zaległości po semestrze spędzonym w Heidelbergu. Wszystko było dobrze, aż do teraz.

[…]

Usiedliśmy obok siebie na kanapie – blisko, lecz nie dotykając się – i wymieniliśmy się notatkami. On zasiadł nad wykładami Webera, a ja zachwycałam się sporządzanymi przez Drudego [Paula, niemieckiego fizyka-optyka – przyp. aut.] opisami różnych teorii światła. Drude wyjaśniał, że w rozważaniach o naturze światła zawiera się dyskusja o istocie niewidzialnej pustki wszechświata; współgrało to z moją osobistą opinią o boskich tajemnicach ukrytych w nauce. Opinią, którą Albert z pewnością by wyśmiał, ale której ja byłam pewna. Czy światło stworzone było z maleńkich cząsteczek eteru, jak sugerował Newton, czy może było falą w plenum, otaczającym nas, niewidzialnym płynem, jak wierzył René Descartes [francuski filozof i naukowiec – przyp. aut.]? Czy też, jak w fascynującej koncepcji Jamesa Clerka Maxwella [szkocki fizyk i matematyk – przyp. aut.], w rzeczywistości światło jest tańcem przeplatających się pól elektrycznych i magnetycznych? Czy wizja, że promienie świetlne są elektromagnetycznymi oscylacjami, może zostać udowodniona za pomocą równań matematycznych? Obracaliśmy tę teorię elektromagnetyzmu w tę i z powrotem, i w końcu, za moją radą, postanowiliśmy przyglądać się jej podejrzliwie i z wykorzystaniem analizy matematycznej. Naszym założeniem była wiara w prostotę i wystrzeganie się archaicznych, skomplikowanych idei. Nieustannie musiałam przypominać o tym Albertowi, który miał skłonność do dygresji.

[…]

Kiedy wyszłam na korytarz, usłyszałam słowa pani Engelbrecht: Jest pan tutaj tak często, że powinnam chyba zacząć pobierać od pana opłaty od liczby godzin spędzonych w salonie. Nie wyglądało na to, by właścicielka pensjonatu chciała prowadzić kurtuazyjną rozmowę. Zatrzymałam się, żeby podsłuchać. Albertowi odpowiedź zajęła dłuższą chwilę. Przepraszam, że panią zdenerwowałem. Zawsze wychodzę przed kolacją lub przychodzę po niej, zgodnie z zasadami pani domu. Owszem, postępuje pan zgodnie z literą prawa, ale wydaje mi się, że nie ma pan zamiaru postępować zgodnie z jego duchem. Jej głos stawał się coraz ostrzejszy i bardziej lodowaty. Niemal cedziła słowa przez zęby. Prosiłabym, żeby przestrzegał pan zasad w całej ich rozciągłości, ponieważ dotyczą one panny Marić. Jestem za nią odpowiedzialna i nie zamierzam spuścić jej z oka.

[…]

Zwłaszcza jeśli zamierzaliśmy wziąć ślub. Nie przychodzi mi do głowy żadna inna przyczyna – powiedział. Nie do końca w to wierzyłam. Niechęć profesora Webera do Alberta była oczywista, nie sądziłam jednak, by fakt, że nie zgodził się napisać mu entuzjastycznej rekomendacji, był jedyną przyczyną wszystkich tych odmów. Większość naszych kolegów – a właściwie w ogóle większość absolwentów politechniki, nie tylko z dyplomami z fizyki – zapewniła sobie stanowiska dzięki wstawiennictwu profesorów i starszych absolwentów, a za Albertem nie chciał się wstawić nikt. Jego nieobecności na zajęciach i bezczelność, którą okazywał, gdy się już pojawił, nie przysparzały mu popularności. Może porozmawiałabyś o mnie z Weberem raz jeszcze? I spytała, czy nie wysłałby więcej listów pochwalnych? – zapytał, biorąc mnie za rękę. Widywałam się z profesorem co tydzień w ramach pracy nad moją rozprawą. Johnnie, wiesz, że zrobiłabym dla ciebie wszystko, nie sądzę jednak, by należało tak ryzykować. Albert doskonale wiedział, że nie powinnam dłużej męczyć Webera, prosząc o rekomendacje, których ten nie chciał napisać. Moje zawodowe losy również zależały od profesora, musiałam więc dbać o nasze relacje. Przypominanie mu o naszym związku z Albertem z pewnością nie wpłynęłoby dobrze na jego pozytywną opinię o mnie, tak ciężko wypracowaną. A na tej mi zależało, jako że Weber przewodził komisji, która dość subiektywnie oceniała wyniki egzaminów ustnych czekających mnie w lipcu. Skoro Albert nie mógł znaleźć pracy, byłam zdeterminowana, by się gdzieś zatrudnić. Musiałam usunąć przynajmniej jedną z licznych obiekcji jego rodziców co do naszego związku.

[…]

Niemieckie szkoły są antysemickie. To może być kolejny powód. Znalazł następne wyjaśnienie, o którym wspominał dotąd kilka razy. Myślał o sobie jako o ateiście, nie przejmując się pochodzeniem, choć wiedział, że inni sądzą   inaczej. Pokiwałam głową, bo rzeczywiście w niemieckich instytucjach edukacyjnych niechęć do Żydów kwitła. To nie wyjaśniało serii listów odmownych z włoskich uczelni, nie ważyłam się jednak zwrócić mu na to uwagi. Wesołe zmarszczki wokół jego oczu zniknęły. Zapadła niezręczna cisza. Niezręczna przynajmniej dla mnie. Nie miałam pojęcia, co robić, kiedy Albert miał tak fatalny humor. Rozejrzałam się po sali, próbując zająć swoją uwagę ekstrawaganckimi dekoracjami, krzesłami zdobionymi w esy-floresy, stołami o marmurowych blatach. Byliśmy w kawiarni niemal sami o dziwnej porze, gdzieś pomiędzy obiadem a kolacją. Kelnerzy w białych strojach stali, zrelaksowani, w rzędzie pod tylną ścianą, najwyraźniej zadowoleni, że nie mają wielu klientów.

[…]

Coś jednak nakazało mu zaryzykować i pociągnąć temat. Być może wiedział, jak rozpaczliwa stała się sytuacja Alberta. Pytam tylko dlatego, że mój ojciec wspominał, iż jego przyjaciel Friedrich Haller, dyrektor Szwajcarskiego Urzędu Patentowego w Bernie, poszukuje egzaminatora. Hmmm – Albert markował spokój. A nawet brak zainteresowania. Nie wiem, czy znalazłeś już stałe zatrudnienie... Jestem brany pod uwagę w kilku miejscach – przerwał mu Albert. Miałam ochotę na niego wrzasnąć. Co on robił? Czy zamierzał przegapić taką szansę? Nie było czasu na gierki. Od tego zależała także i moja przyszłość. Niech diabli wezmą jego dumę. Tak też podejrzewałem – powiedział pan Grossman, ciągnął jednak ostrożnie. Oczywiście nie jest to praca, w której posługiwałbyś się fizyką teoretyczną, jednak musiałbyś używać jej w sposób praktyczny, badając wynalazki ubiegające się o patent. Byłby to oryginalny, wręcz niekonwencjonalny sposób na wykorzystanie twojego dyplomu. Tym jednym słowem „niekonwencjonalny” pan Grossman dał Albertowi szansę wyjścia z tej sytuacji z twarzą. Promieniejąc, Albert powiedział: Masz rację, Marcelu. To stanowisko z pewnością jest niekonwencjonalne. A ja zawsze poszukiwałem tego, co niezwykłe. Może to faktycznie coś dla mnie?

[…]

Pachnący różami zmierzch spowijał alpejski pejzaż, gdy mój pociąg zbliżał się do Como. Niebieskie wody legendarnego jeziora otoczone były szmaragdowymi wzgórzami oraz tak malowniczymi willami i wioskami, że wyglądały jak z obrazów renesansowego mistrza Tycjana. Nocna podróż z Zurychu zajęła wiele godzin, powinnam więc czuć się zmęczona. Tak jednak nie było. Przeciwnie, byłam podekscytowana, jakbym podeptała resztki dawnego życia i znalazła się wreszcie u progu nowej egzystencji. Pociąg zwolnił, gdy wjeżdżaliśmy na peron. Wyjrzałam przez okno. Czy Albert naprawdę będzie na mnie czekał? W liście zapisałam godzinę przyjazdu, znając jednak jego skłonność do spóźnień, nie ważyłam się wierzyć, że go zobaczę. Przygotowałam się już na to, że to ja poczekam na niego, pijąc kawę. Kiedy wagony pociągu kolejno wtaczały się na przestronną, zwieńczoną kopułą stację, moje podejrzenia okazały się słuszne. Przywitał mnie pusty peron i równie pusta kawiarnia. O tak wczesnej godzinie nie było nikogo prócz samotnego biletera. Potem jednak na krańcu peronu zobaczyłam jakąś postać. Mrużąc oczy, rozpoznałam charakterystyczną sylwetkę Alberta pośród pary wypełniającej stację. Chwyciłam bagaże i pobiegłam korytarzem ku najbliższym drzwiom.

[…]

Gospodyni rzuciła mu gniewne spojrzenie. Nie takiego przywitania się spodziewałam. Skąd przyjechaliście? Ze Szwajcarii. Nie wyglądasz mi na Szwajcara. I nie brzmisz jak Szwajcar – zakrakała. Albert spojrzał na mnie ze zdziwieniem – czemu ta kobieta tak bardzo interesowała się naszym pochodzeniem? W regionie było mnóstwo turystów z całej Europy. Bardzo przepraszam. Spytała pani, skąd przyjechaliśmy i naprawdę przyjechaliśmy ze Szwajcarii, ale ja pochodzę z Berlina. Albert nie mógł pokazać jej dokumentów, bo aktualnie takich nie miał. Niechętny militarystycznej kulturze swojego miasta, zrezygnował z obywatelstwa i czekał teraz na szwajcarskie papiery. Na Niemca też nie wyglądasz. Wyglądasz na Żyda. Albert zmrużył oczy z wściekłością, którą widziałam wcześniej tylko raz, podczas kłótni z doktorem Weberem. Jestem Żydem. To jakiś problem? Owszem. Nie wynajmujemy pokojów Żydom.

[…]

Nieobecny ton jego głosu i rozluźnione ramiona mówiły mi, że jego myśli krążyły gdzieś w oddali. Mówisz o Wnioskach na temat fenomenu kapilarności? Wyprostowałam się. Napisaliśmy pracę teoretyczną głoszącą, że każdy atom związany jest z molekularnym polem przyciągania, niezależnym od temperatury i sposobu, w jaki każdy z atomów jest powiązany z innymi atomami. Pytanie o to, czy   i w jaki sposób pola związane są z siłami grawitacji, pozostawiliśmy otwarte. Tak, właśnie ten. Skończyliśmy tworzyć tę pracę miesiąc wcześniej z zamiarem zgłoszenia jej do znanego czasopisma fizycznego. Publikacja zwiększyłaby nasze szanse na otrzymanie odpowiednich stanowisk naukowych. Nie spytają o współautora? O to, kim jest ta panna Marić? Albert milczał przez chwilę. Byłabyś zła, gdybym podał tylko swoje nazwisko? Mam nadzieję, że tekst przeczyta profesor Weber. Gdyby zrobił na nim wrażenie, a sądzę, że tak właśnie będzie, może zaoferowałby mi stałą pracę. Nie odpowiedziałam. Było mi przykro, że zostanę wyłączona z autorstwa artykułu, pracowaliśmy jako równi partnerzy. Ale jeśli zamierzał pokazać tekst tylko nowemu profesorowi Weberowi, by zrobić na nim wrażenie, i jeśli potem moglibyśmy zgłosić go do czasopism pod obydwoma nazwiskami, mogłam się na to zgodzić. Byłam gotowa na wszystko, byle przyspieszyć szanse Alberta na nową pracę.

[…]

Nie jestem zadowolony ze swojej teorii, Dollie. Czemu nie, Johnnie? Jak wiesz aż zbyt dobrze, częściowo opiera się ona na badaniach Drudego, znalazłem jednak w jego tekstach kilka błędów. Jak mogę opublikować swój tekst, skoro błędami obarczone są źródła, z których korzystałem? Opisał problemy, które napotkał w pracy Drudego, i poprosił mnie o radę. Zastanawiałam się przez chwilę. Cóż, może gdybyś napisał do Drudego i wskazał mu jego błędy, czułbyś się lepiej, dzieląc się własnymi teoriami. Może nawet, gdybyś postąpił taktownie, moglibyście zawrzeć przydatny sojusz? Sojusz dwóch wielbicieli fizyki? To wspaniały pomysł, Dollie. Ruch wydaje mi się odważny, ale my przecież jesteśmy odważni, czyż nie?

[…]

Miałem wolny poranek i przeczytałem wreszcie dokładnie Annalen Widemana [Gustaw, niemiecki fizyk – przyp. aut.]. Uwierzysz, że znalazłem w tym tekście potwierdzenie teorii elektronów? Oczy błyszczały mu z podniecenia. Czy on naprawdę sądził, że w takiej chwili chciałam słuchać o jakichś jego efemerycznych badaniach zamiast o konkretnych planach zawodowych? Czy spodziewał się, że zacznę teraz dyskutować z nim o sensie życia? Kiedy przemówiłam, miałam wrażenie, że przyglądam się sama sobie z góry. To rzeczywiście ekscytujące. Najwyraźniej nie udało mi się wyrazić zainteresowania wystarczająco wiarygodnie, bo Albert przerwał. Wyrwał się z zamyślenia i zobaczył mnie wreszcie. Naprawdę mnie zobaczył. I samego siebie również.

[…]

Wróciłam do listu.

Dollie, nie mogę teraz przyjechać do Kacia. Nie dlatego, że nie chcę poznać naszej Lieserl, ale z pewnego ważnego powodu, który – mam nadzieję – zrozumiesz. Praca w urzędzie patentowym, którą obiecał Grossman, jest już pewna. Zaczynam za kilka dni. Podróż jest więc teraz poza dyskusją. Zbyt długo się jednak nie widzieliśmy. Błagam cię, byś przyjechała do Szwajcarii: może nie do Berna, gdzie ludzie zaczęliby plotkować, lecz do Zurychu, tak byśmy mogli się odwiedzać. Przyjedź sama. Bez maleńkiej. Przynajmniej, póki nie zorganizujemy w Bernie naszego ślubu. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale pozwól mi wyjaśnić. Dobrze wiesz, jak świętoszkowaci są Szwajcarzy. Ledwie pół roku temu w dokumentach aplikacyjnych napisałem, że jestem kawalerem. Gdybym teraz przyjechał do Berna z żoną i córką, domyśliliby się od razu, że dziecko jest nieślubne, a to z pewnością stanowiłoby dla mnie zagrożenie. Rozumiesz, prawda? Może znajdziemy razem jakiś sposób, by w przyszłości zabrać ze sobą Lieserl. Może twój mądry papa pomoże nam...

[…]

Kiedyś pragnęłam go dla siebie, teraz potrzebowałam go dla kogoś innego. Dla Lieserl. Urzędnik stanu cywilnego miał tak grube okulary i tak gęste wąsy, że omal nie wybuchnęliśmy śmiechem, gdy weszliśmy do sali. Spojrzał na nas z tak sztywną, szwajcarską godnością, że szybko zapanowaliśmy nad sobą i usiedliśmy naprzeciwko niego. Pan Gauchat przez dłuższą chwilę sadowił się na podium. Gdy się upewnił, że dobrze prezentuje się na tle olśniewających Alp, rozpoczął swoją przemowę podkreślającą powagę chwili. Nasi świadkowie – Maurice Solovine, student z Berna, który wpierw uczył się u Alberta, a później został jego przyjacielem, i Conrad Habicht, jego kolega z Schaffhausen, który niedawno się tu przeprowadził – stanęli na wyznaczonych przez urzędnika pozycjach. Nie odważyliśmy się zaprosić członków naszej rodziny; matka Alberta nadal głośno wyrażała swoje obiekcje, a moi rodzice zajmowali się Lieserl. Wygląda na to, że państwa dokumenty są w porządku, panie Einstein i panno Marić – powiedział urzędnik. Dziękujemy panu – odparł Albert. Czy są państwo gotowi do przysięgi? Tak, proszę pana – odparliśmy chórem, a panowie Solovine i Habicht podeszli o krok bliżej. Zacznijmy zatem. Urzędnik odkaszlnął i zapytał: Czy ty, Albercie Einsteinie, bierzesz za żonę obecną tu Milevę Marić? Tak – odparł Albert, szukając w kieszeni prostej srebrnej obrączki. Drżącymi dłońmi włożył mi ją na palec. Urzędnik zwrócił się do mnie i zapytał: Czy ty, Milevo Marić, bierzesz za męża obecnego tu Alberta Einsteina? Czas zwolnił, gdy spoglądałam w ciemnobrązowe oczy Alberta. W oczy, którym kiedyś ufałam bezgranicznie, a na których teraz musiałam polegać, czy tego chciałam, czy nie. Kiedyś marzyłam o tej chwili, teraz zaś mama i Helene zapewniły mnie, że to właściwa decyzja – jedyna możliwa decyzja – zastanawiałam się jednak, co przyniesie moja przyszłość jako pani Einstein. Odkąd skończyły się czasy studiów, w naszym związku były głównie problemy, a Albert wielokrotnie rozczarowywał mnie swoim nieprzewidywalnym zachowaniem, ciągłym wahaniem  i niechęcią do poznania Lieserl. Milevo? – spytał Albert, gdy nie odpowiedziałam od razu. Wszystko w porządku? Tak, wszystko dobrze, jestem po prostu wzruszona doniosłością tego dnia. Urzędnik skinął z uznaniem głową, widząc moją powagę. Oczywiście, że za ciebie wyjdę, Albercie Einsteinie.

[…]

W czasie tych ośmiu miesięcy od naszego ślubu wprowadziłam w życie wszystkie umiejętności, których nauczyłam się od mamy podczas samotnych miesięcy w Iglicy.  Moje dni wypełniało gotowanie, sprzątanie, zakupy i cerowanie, prace, przed którymi papa mnie chronił, zachęcając do umysłowego wysiłku. Zaczęłam ucieleśniać stare serbskie przysłowie: Kuća ne leži na zemlji nego na ženi, dom nie stoi na ziemi, lecz na kobiecie. Wmawiałam sobie, że lubię opiekować się Albertem, jak mama opiekowała się tatą. Napisałam nawet do Helene, że „jestem dziś jeszcze szczęśliwsza niż za naszych studenckich czasów”. Czy próbowałam w ten sposób przekonać samą siebie? Bo gdy byłam wobec siebie szczera, opieka nad Albertem i naszym domem zdawała mi się ogłupiająca. Na szczęście przynajmniej wieczory ożywiały mój umysł. Po kolacji, a czasem jeszcze w jej trakcie, przychodzili Conrad i Maurice, rozpoczynając zebrania akademii Olympia. Jako honorowa członkini siedziałam w tle, robiąc na drutach, słuchając i od czasu do czasu wtrącając kilka słów, kiedy pozwalała mi na to wrodzona powściągliwość. A gdy wychodzili, naprawdę budziłam się do życia. Znów dzieliliśmy naszą pasję, a ja poszukiwałam boskich sekretów w języku matematyki i fizyki. Razem badaliśmy istotę światła, istnienie atomów, a przede wszystkim pojęcie względności.

[…]

Uniosłam wzrok, zaskoczona tym pytaniem. Jak mogłabym nie pojechać? Na jak długo? Póki Lieserl nie wyzdrowieje. Czy twoja matka nie może się tym zająć? Może cię nie być bardzo długo. Dobra żona nie powinna zostawiać męża. Jak sobie poradzę sam? Wpatrywałam się w niego oszołomiona. Czy on naprawdę zadał mi te pytania? Zajęty sobą, nie wspomniał nawet o stanie zdrowia Lieserl. Czyżby nie współczuł swojej córce, w ogóle się nią nie przejmował? Jedynym, co go interesowało, była niewygoda, jaką miała mu przynieść moja nieobecność. Miałam ochotę na niego krzyknąć. Potrząsnąć nim z całej siły. Powiedziałam jednak tylko: Nie, Albercie. Jestem jej matką. Ja się nią zaopiekuję. Ale ja jestem twoim mężem. Nie wierzyłam w to, co słyszę. Chcesz mi oznajmić, że nie mogę jechać? – powiedziałam głośno, biorąc się pod boki. Albert wyglądał na zszokowanego. Nigdy nie słyszał, jak podnoszę głos.

[…]

Kiedy wóz wjechał do Kacia, zobaczyłam, że niemal na wszystkich drzwiach widniały czerwone krzyże o czarnych konturach. Symbole szkarlatyny były wszechobecne. Nigdy wcześniej, podczas żadnej epidemii, nie widziałam aż tylu czerwonych krzyży. Nic dziwnego, że Lieserl zachorowała. Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze i instynktownie chwyciłam się za brzuch. Jak miałam chronić to nowe dziecko, skoro i mnie groziła infekcja? Czy jest aż tak źle? – spytałam tatę. To najgorsza epidemia, jaką widziałem – odparł. I najcięższe symptomy choroby. Wieże Iglicy zbliżały się, ale zamiast się cieszyć, że zobaczę córkę, coraz bardziej się bałam. W jakiej kondycji zastanę moją biedną Lieserl? Czy nie przyjechałam za późno?

[…]

Przyglądałam się zegarowi i czekającemu za nim cierpliwie pociągowi. Wyczuwałam – byłam wręcz przekonana – że mam przed sobą odpowiedź. Jaka ona była? Zegar. Pociąg. Lieserl. Nagle zrozumiałam. Co by się stało, gdyby pociąg opuścił stację nie w tempie sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, ale z prędkością światła? Co stałoby się z czasem? Robiłam w głowie pospieszne obliczenia. Gdyby pociąg wyjechał ze stacji w tempie bliskim prędkości światła, wskazówki zegara wciąż by się poruszały, ale światło nie byłoby w stanie dogonić pociągu. Im szybciej by jechał, tym wolniej poruszałyby się wskazówki. Wreszcie zatrzymałyby się, gdyby pociąg osiągnął prędkość światła. W konsekwencji czas by się zatrzymał. A gdyby pociąg zdołał poruszać się jeszcze szybciej – co jest, oczywiście, niemożliwe – wtedy czas zacząłby się cofać. Oto i ona. Nowa reguła wydała mi się prosta i naturalna. Prawa Newtona dotyczące wszechświata odnosiły się tylko do przedmiotów nieruchomych. Ale nas nie wiązały już stare zasady. Czas zależał od przestrzeni. Czas nie był absolutem. Nie wtedy, kiedy był w ruchu. Nowe prawo było nie tylko proste i naturalne, ale wręcz eleganckie, choć rzucało wyzwanie obowiązującym ponad dwieście lat zasadom Newtona i nowym twierdzeniom dotyczącym fal świetlnych, zaproponowanym przez Maxwella. Takiej właśnie boskiej zasady szukałam przez całe swoje życie. Czemu Bóg pozwolił mi dostrzec ją dopiero w chwili tak wielkiego cierpienia? Nie miałam do dyspozycji pociągu, który jechałby z prędkością światła. Nie mogłam zatrzymać ani cofnąć czasu. Nowo odkryte prawo nie mogło przywrócić Lieserl do życia.

[…]

Co odkryłaś, Dollie? Pomyślałam, że odpowiedź kryje się w pojęciu względności, o którym czytaliśmy u Macha [Ernst, austriacki fizyk i filozof – przyp. aut.] i Poincarégo [Jules, francuski naukowiec – przyp. aut.]. Względność może zakopać dół pomiędzy teoriami Newtona i Maxwella, pomiędzy starym i nowym. Ale tylko pod warunkiem, że zmienimy nasze rozumienie czasu i przestrzeni. Opowiedziałam mu o eksperymencie myślowym, jaki przeprowadziłam na dworcu w Nowym Sadzie. Logiczny wniosek jest taki, że miary niektórych wielkości, na przykład czasu, są zależne od prędkości obserwatora, zwłaszcza jeśli założymy, że dla wszystkich obserwatorów prędkość światła jest taka sama. Przestrzeń i czas powinny być rozpatrywane wspólnie i w odniesieniu do siebie nawzajem. Klasyczne prawa fizyki Newtona pozostają słuszne, ale jedynie przy ruchu jednostajnym. Wstrzymał oddech. To genialne, Dollie. Genialne. Czy naprawdę użył tego słowa? Zazwyczaj używał go w odniesieniu do wielkich mistrzów: Galileusza, Newtona, czasem któregoś ze współczesnych fizyków. Ale ja? Wstał i zaczął przechadzać się po sypialni. Widzę, że z twojej żałoby po Lieserl wynikło coś niezwykle ważnego.

[…]

Chciałam, by w tekście obok eksperymentów myślowych i uzasadniających je obliczeń znalazło się przynajmniej jedno zdanie, które dałoby się przedstawić szerszej publiczności. To bardzo dobry pomysł, Dollie. Myślę, że ta koncepcja zyska szeroki oddźwięk. Naprawdę? Jesteś pewien, że takie ujęcie nie jest błędne? – spytałam. Chociaż   istota   mojej   teorii   względności   rzeczywiście   była prosta, niełatwo było uchwycić sens samego pojęcia, był przeciwstawny wobec dotychczasowej wiedzy, a stojące za nim obliczenia przekraczały możliwości przeciętnego człowieka. Musiałam być pewna, że potrafię oddać esencję tej kategorii. Może będzie trzeba pobawić się trochę słowami, ale błędy zawsze pojawiają się, gdy próbuje się czegoś nowego – wymamrotał. Albert ostatnio często powtarzał te słowa. Pracując nad moim tekstem i jeszcze dwoma innymi, formułowaliśmy wiele nowych teorii. Żartowaliśmy między sobą, że cudem są nie tylko nasze rewolucyjne pomysły, ale że stałby się cud, gdyby ludzie je zaakceptowali. To prawda. Położyłam przed nim dwie kartki. Proszę, spójrz raz jeszcze na moje obliczenia dotyczące prędkości światła i próżni. Dollie, przerabialiśmy je już sto razy. Są doskonałe. Zresztą to ty jesteś w tej rodzinie matematyczką. W kwestii liczb muszę polegać na tobie! – zawołał z żartobliwą desperacją w głosie. Albert miał rację. Przez ostatnich osiemnaście miesięcy pracowaliśmy wspólnie nad trzema tekstami, choć ten dotyczący względności był przede wszystkim mojego autorstwa. Pozostałe: artykuł o teorii   kwantowej i o efekcie fotoelektrycznym, i trzeci, o ruchach Browna i teorii atomów, pisaliśmy razem. Albert szkicował teorie, ja zaś zajmowałam się głównie obliczeniami, chociaż doskonale znałam każde ich słowo i myśl.

[…]

Zmrużyłam oczy zmęczone przyglądaniem się maleńkim cyferkom i wygładziłam okładkę pracy: O elektrodynamice ciał w ruchu. Nasze nazwiska – Albert Einstein i Mileva Marić Einstein – widniały poniżej. Dużą część pracy wykonałam sama, ale rozumiałam, że nie mając dyplomu ani doktoratu, potrzebuję także nazwiska Alberta. Moja nowa teoria względności głosiła, że czas nie ma niezmiennych, stałych własności, które przypisywali mu Newton i wszyscy późniejsi fizycy i matematycy. Jednak znacznie dawniejszy filozof Seneka dokładnie rozumiał ważną cechę czasu, gdy mówił: „Czas uleczy to, czego rozum nie może uleczyć”. Czas i praca z Albertem, którą poświęcałam Lieserl, uleczyły bardzo wiele.

[…]

Kartkowałam tom, póki nie dotarłam na stronę 891. Widniał na niej tytuł, nad którym tak ciężko pracowałam: O elektrodynamice ciał w ruchu. W druku wyglądał wspaniale, nawet lepiej niż się spodziewałam. Przyjrzałam się całej stronie: gdzie jest moje nazwisko? Dokładnie przeczytałam każde słowo artykułu, ale nigdzie go nie znalazłam. Mileva Marić Einstein nie pojawiała się nawet w przypisie. Pod tytułem widniało tylko jedno nazwisko autora: Albert Einstein. Jak to się stało? Czyżby redaktor usunął moje nazwisko, nie pytając nas o zdanie? Czy to dlatego, że jestem kobietą? Byłoby to pogwałcenie etycznego kodeksu, który obowiązywał przy publikacjach naukowych. Upadłam na kolana. Co stało się z moim hołdem dla Lieserl? Artykuł był sposobem na to, by nadać sens jej krótkiemu życiu i długim miesiącom naszej rozłąki. Zaczęłam płakać na myśl o utraconej pamiątce mojej sekretnej córki. […] Krzywiąc się na wspomnienie Lieserl, chwycił mnie za przedramiona. Proszę cię, Dollie, posłuchaj mnie. Jeden z redaktorów napisał do mnie z pytaniami o twoje kompetencje. Wyjaśniłem, że jesteś moją żoną i że studiowałaś fizykę, choć nie zdobyłaś dyplomu. W jego odpowiedzi wyczułam wahanie. Czy kazał ci usunąć moje nazwisko? Nie – odpowiedział powoli. To ty poleciłeś mu je usunąć? Nie mogłam w to uwierzyć. Choć nie... Przypomniałam sobie, że już raz usunął moje nazwisko ze wspólnego artykułu. Tego o kapilarności, który napisaliśmy dla drugiego profesora Webera. Nie puszczając moich rąk, pokiwał głową. Jak mogłeś to zrobić, Albercie? Gdyby chodziło o inne artykuły, nie byłabym zachwycona, ale bym zrozumiała. Tylko nie ten. Ten powstał dla Lieserl. Powinieneś był nalegać. Jakie to ma znaczenie, Dollie? Czyż nie jesteśmy ein Stein? Jednym kamieniem?

[…]

Paul wciąż wyglądał na nieprzekonanego. Maschinchen [elektrostatyczny mnożnik potencjału – przyp. aut.] pozwoliłaby nam spotęgować maleńkie ilości energii i zmierzyć je, dzięki czemu naukowcy mogliby znaleźć potwierdzenie różnych teorii molekularnych – wyjaśniłam. Conrad przyzwyczaił się do moich komentarzy podczas spotkań akademii Olympia – często musiałam tłumaczyć zwięzłe wypowiedzi Alberta – ale nie wiedziałam, czy Paul okaże się równie otwarty. Nigdy nie mogłam być pewna, jak dany mężczyzna zareaguje na kobietę mówiącą językiem nauki. Ach tak. – Paul najwyraźniej zrozumiał wreszcie związek między maszyną a jedną z wielkich debat prowadzonych przez fizyków. Moje zaangażowanie najwyraźniej mu nie przeszkadzało, być może przygotował go na nie brat lub moje uwagi podczas dotychczasowych spotkań. Każde laboratorium chciałoby taką mieć – wtrącił się Conrad, zdając sobie sprawę z lukratywnej natury przedsięwzięcia. Właśnie – odparłam z uśmiechem. Podałam Hansa Alberta mężowi i rozwinęłam szkice Maschinchen, które przygotowałam, złożone przede wszystkim z wzorów na elektryczność i diagramów   zespołów obwodowych.  Przejrzałam   je   wraz   z   braćmi i zaproponowałam plan działań. Albertowi udało się załatwić wolną salę w lokalnym gimnazjum, gdzie mogliśmy wspólnie konstruować maszynę. Dołączycie do nas? Kiedy bracia wymieniali spojrzenia, w milczeniu pomodliłam się do Najświętszej Panienki. Rzadko się do niej zwracałam, gdy mamy nie było obok, zapominałam o tym rytuale, ale kiedy naprawdę czegoś pragnęłam, przychodziła mi do głowy. Oboje z Albertem byliśmy teoretykami: potrzebowaliśmy braci Habichtów, by uczynić Maschinchen rzeczywistością. Podzielimy się zyskami? – spytał Paul. Oczywiście. Po dwadzieścia pięć procent – powiedziałam. Jeśli się zgodzicie, poproszę prawnika o przygotowanie umowy. Kiedy skończymy budowę maszyny, Albert zajmie się zdobyciem patentu. Ma w tym pewne doświadczenie – stwierdziłam, uśmiechając się do niego.

[…]

Albert odwzajemnił uśmiech, wyraźnie zadowolony z mojego taktownego podejścia. Chociaż wielokrotnie przepraszał za pominięcie mojego nazwiska w artykułach opublikowanych w „Annalen der Physik” w 1905 – zwłaszcza za jego brak pod tekstem o względności – słowa nie wystarczyły, bym mu wybaczyła. Po wielu miesiącach milczenia Albert wreszcie zrozumiał, że kluczem do rozgrzeszenia było zaproszenie mnie do współpracy.  Projekt Maschinchen, nad którym   pracowaliśmy   wspólnie w zeszłym roku, w dużej mierze pod moim kierunkiem, był dla mnie jedynym akceptowalnym zadośćuczynieniem. Wybaczyłam mu, przynajmniej teoretycznie.

[…]

Kiedy najbardziej znani europejscy fizycy, tacy jak profesor Planck [Max, niemiecki fizyk – przyp. aut.], zaczęli nauczać względności, inni adepci tej dyscypliny poczęli dopytywać o cztery artykuły opublikowane w 1905 roku w „Annalen der Physik”, zwłaszcza o mój. Żaden list nie był, co oczywiste, zaadresowany do mnie, skoro mój wkład został pominięty. Wszystkie przychodziły do Alberta. Niczym pająk, Albert rozpoczął budowę swojej sieci w samym centrum pajęczyny europejskich fizyków. Propozycje napisania kolejnych artykułów i komentarzy do cudzych teorii zaczęły przychodzić z różnych czasopism. Zaproszenia na konferencje i zebrania tworzyły sterty leżące w całym mieszkaniu. Obcy ludzie zaczęli go zatrzymywać na ulicach Berna, gdy dowiadywali się, kim jest. W nowej sieci Alberta brakowało jednak oparcia dla mnie i Hansa Alberta. Staliśmy się ledwie gałęziami, na których wisiała pajęczyna. Dzień po dniu zajmowałam się domem, opiekowałam Albertem i Hansem Albertem, a nawet przyjmowałam obcych studentów, którzy zamieszkiwali wolne pokoje. Gotowałam dla nich i sprzątałam.

[...]

Ku mojemu zdziwieniu list został wysłany przez Komitet Noblowski. Informował on, że Albert został nominowany do nagrody przez laureata w dziedzinie chemii Wilhelma Ostwalda za jego artykuł o względności z 1905 roku. Trzęsąc się, usiadłam na kanapie. Mój tekst został nominowany do Nagrody Nobla? Mimo wszystkich dotychczasowych pochwał zaszczyt tego rodzaju był dla mnie niewyobrażalny. Nawet jeśli nikt nigdy nie miał się dowiedzieć, jaką rolę odegrałam w jego stworzeniu, czułam spokój. Śmierć Lieserl przyczyniła się do tego niezwykłego sukcesu. Muszę przyznać, że trochę cierpiałam na myśl o tym, iż mnie nie czeka żadna nagroda. Potem jednak pomyślałam, że być może właśnie tego potrzebuję, powstrzymałam więc rozczarowanie. Może nominacja do Nagrody Nobla wyrówna Albertowi stratę stanowiska w Pradze i uczyni życie w Zurychu znośniejszym? Może zrozumie dzięki temu, że pozostając tutaj, i tak może osiągnąć naukowy parnas?

[…]

Czarna fabryczna sadza wypełniała praskie powietrze i opadała na mnie niczym głęboka depresja. Idąc z chłopcami przez gęsty labirynt praskich uliczek, czułam się tak, jakbym płynęła w szlamie. Nieprzyjemna atmosfera miasta odbijała się w zachowaniu jego niemieckich elit i władców, których niechęć do Słowian i Żydów od razu stała się dla mnie oczywista. Rosnąca polityczna niestabilność Austro-Węgier, spowodowana słabnącą relacją między cesarstwem a Imperium Ottomańskim oraz wysiłkami Serbów dążących do stworzenia w austro-węgierskich granicach kraju południowych Słowian, sprawiały, że tym silniej trzymali się swoich germańskich korzeni. Za wszelką cenę chcieli zdystansować się od Słowian. Jak miałam w takich warunkach stworzyć domowe ognisko? Mimo wszystko próbowałam.  Kiedy z kranów naszego mieszkania w dzielnicy Smichov, na ulicy Třebizského, zaczynała płynąć brązowa woda, wlokłam się do fontanny i targałam wodę do domu. Kiedy pchły i wszy zalęgły się w naszej pościeli, urządziłam wielkie ognisko, a potem wymieniłam materace i wstrętne prześcieradła na nową, kolorową pościel. Odwracałam uwagę chłopców od braku   świeżego   mleka, owoców   oraz warzyw i zwracałam ją ku muzyce w kościołach i salach koncertowych, a także cudownej architekturze, zwłaszcza ku słynnemu zegarowi, który królował nad starym ratuszem. […] Czas spędzony w Pradze był bardzo trudny. Trudny dla ciał i umysłów moich, jak i dzieci. Trudny dla naszego związku jako męża i żony, ale też dla związku ojca z synami. Moje oskarżenie – że jesteśmy „jednym kamieniem”, ale „dwoma sercami” – okazało się samospełniającą się przepowiednią, zwłaszcza w niesprzyjającym klimacie Pragi. Byłam jednak pewna, że swobodna atmosfera Zurychu go udobrucha, a jego bardzo osobne, zmienne serce wreszcie się uspokoi. Wreszcie wrócimy do zachowywania pozorów. Nie miałam już nadziei na nic więcej. Z rękami pełnymi produktów kupionych na targu otworzyłam drzwi nowego mieszkania w Zurychu. Zatrzymałam się na chwilę, by podziwiać pięciopiętrowy budynek ze stiukami w kolorze musztardy, zdobiony wykuszami, z czerwonym dachem, rzeźbioną, żelazną bramą, z widokiem na jezioro, miasto i Alpy. Jakże daleko zaszliśmy od studenckich czasów!

[…]

Nie udawało im się. Nie potrafili znaleźć świętego Graala, stworzonego – jak Albert przekonał sam siebie – przez niego, nie przeze mnie. Panowie przygotowywali tekst pod tytułem Zarys ogólnej teorii względności i teorii grawitacji czy też Entwurf, w którym przedstawiali początki swojej teorii, ale przyznawali się do tego, że wciąż nie udawało im się znaleźć metody matematycznej, która by jej dowodziła. Nie zamierzałam poprowadzić ich ku odpowiedzi. Chociaż Albert nie zapraszał mnie do swojego teoretycznego świata od lat, przynajmniej od czasów Maschinchen, nie spędziłam całego tego czasu we śnie pełnym pieluszek i brudnych naczyń. Czytałam, myślałam i w tajemnicy opisywałam szersze konsekwencje mojej teorii względności. Wiedziałam, że muszą porzucić cel znalezienia nowego prawa fizyki, mającego zastosowanie do wszystkich obserwatorów, i skupić się na grawitacji oraz względności odnoszącej się do obserwatorów obracających się i poruszających ruchem stałym, używając innego tensora. Nie zamierzałam jednak dzielić się swoją wiedzą, póki nie zostanę zaproszona do tańca. A skoro Albert nie zamierzał mnie zaprosić, nie zamierzałam dla niego tańczyć. Pozwoliłam, by się męczył. Był to jedyny, prawdziwy bunt przeciwko jego rosnącej niechęci do mnie.

[…]

Poważna pani Curie nieoczekiwanie zachichotała. O nie, Albercie, nikt nigdy nie zarzucił mi, że jestem modna. Wręcz przeciwnie. Poza tym tyle razy prosiłam, byś zwracał się do mnie po imieniu! Jej śmiech mnie zaskoczył, ale odpowiedź nie. Wydało mi się oczywiste, że mody nie ma wśród jej zainteresowań. Jej kręcone, niemal rozczochrane siwe włosy i czerń prostej sukni czyniły ją posępną. O dziwo, ten mrok sprawiał, że czułam się swobodnie. Jej słowiańskość, szczególnie wyraźna na tle innych paryżanek, była mi dobrze znana. Wkroczyliśmy na jeden z szerokich, eleganckich bulwarów, z których Paryż był znany. Gdy szliśmy chodnikiem okolonym wysokimi, dobrze utrzymanymi drzewami, poczułam, że ziemia trzęsie mi się pod nogami. Przestraszona, spojrzałam na Alberta, nim zdążyłam jednak zapytać o źródło wibracji, madame Curie powiedziała: To ruch naszej podziemnej kolejki elektrycznej, zwanej metrem. Wozi podróżnych z jednego końca miasta na drugi i z powrotem, jeśli mają ochotę, po pętli długości ośmiu mil. Te słowa rozpoczęły rozmowę o ulotnej mocy elektryczności. Albert podzielił się z madame Curie historią firmy założonej przez jego rodzinę. Śmiała się z jego opowieści o rodzinnych porażkach, widziałam, że docenia nie tylko jego intelekt, ale też swobodne zachowanie. Podejrzewałam, że musi to być miła odmiana, taka różnica względem formalnej powagi, z jaką traktowano zazwyczaj laureatkę Nagrody Nobla. Kiedy obserwowałam go w tej sytuacji – emanowała z niego charyzma, którą potrafił włączać i wyłączać bez trudu – przypominał Alberta z młodości. Tego, którego ja dawno już straciłam. Twarz madame Curie rozpromieniła się podczas tej ożywionej dyskusji. Dostrzegłam w niej wtedy Marię Skłodowską, młodą polską studentkę zafascynowaną dziedzinami zarezerwowanymi zazwyczaj dla chłopców. Dziewczynę podobną do mnie z przeszłości. Słuchałam ich, domyślając się, że Albert jak zwykle nie zechce włączyć mnie do dyskusji o elektryczności. Milczałam więc, podziwiając tramwaje i omnibusy mijające nas na bulwarze. Jakże staroświeckie i powolne wydały mi się nagle konie oraz wozy wciąż jeżdżące po ulicach Zurychu. To samo mogłabym powiedzieć o kawiarniach: zuryskie przybytki były nieliczne i nieatrakcyjne w porównaniu z licznymi bistro pełnymi rozgadanych klientów.

[…]

Poszukałam w pamięci skrawków informacji o pomysłach Rutherforda [Ernest, brytyjski fizyk – przyp. aut.], które   zasłyszałam   od   Alberta   i   wyczytałam   w   naukowych   tekstach, i powiedziałam: Zastanawiałam się, czy pogląd Alberta, że światło złożone jest z kwantów, można odnieść także do struktury materii jako światła, i czy wzmacnia on teorię pana Rutherforda na temat budowy atomów. Madame Curie z początku się nie odezwała, a Albert spojrzał na mnie z przerażeniem. Czyżbym powiedziała coś idiotycznego? Czy może w ogóle nie powinnam była odpowiadać? Nie interesowało mnie, co on sądzi, ale opinia madame Curie była dla mnie bardzo ważna. Wreszcie się odezwała: To bardzo ciekawe, pani Einstein. Nie patrzyłam na sprawę z tej perspektywy. Jest rewolucyjna, ale się z nią zgadzam. A ty, Albercie? To niezwykle interesujące rozwinięcie twoich własnych teorii. Wstyd Alberta zmienił się w dumę. Było jednak za późno, by obchodziła mnie jego opinia na temat mojego intelektu. Odbyłam rozmowę z madame Curie i wypowiedziałam własną opinię. To był mój skarb.

[…]

Madame Curie odparła spokojnie, pijąc herbatę: Ludzie, zwłaszcza kobiety, wielokrotnie pytali mnie, jak godzę życie rodzinne z karierą naukową. Nie było łatwo, ale dla osób takich jak my nic nie jest łatwe. Jesteśmy Europejkami ze Wschodu w krajach, które na ludzi   z naszej ziemi patrzą z góry. Jesteśmy kobietami, od których się oczekuje, że zostaną w domu, a nie że będą prowadzić laboratoria i wykładać na uniwersytetach. Znamy się na fizyce i matematyce, które dotąd były dziedzinami stricte męskimi. Poza tym obie jesteśmy nieśmiałe, a nasza praca wymaga wystąpień publicznych. W pewnym sensie opieka nad rodziną jest z tego wszystkiego najłatwiejsza. Co miałam odpowiedzieć? Bogu dzięki, nie musiałam. Jesteśmy do siebie podobne, dokonałyśmy tylko odmiennych wyborów. I miałyśmy innych mężów. Niemal krztusząc się herbatą, roześmiałam się, gdy słyszałam tę nieoczekiwaną, niemal nieprzyzwoitą uwagę. Pierre, zmarły mąż madame Curie, lojalnie wspierał jej karierę. Czyżby sugerowała, że Albert go nie przypomina? Często rozmyślałam o naukowym małżeństwie państwa Curie i pragnęłam podobnego związku. Kiedyś myślałam, że my z Albertem podążymy tą samą drogą. Nie miałam zaszczytu poznać monsieur Curie, jednak jego wsparcie dla pani pracy jest powszechnie znane. Musiał być niezwykłym człowiekiem – odparłam, starając się nie porównywać w żaden sposób Alberta do pana Curie. Albert wypadłby bowiem niezwykle blado. Nie wiem, jak wygląda podział pracy w waszym małżeństwie, ale mój mąż od początku opiekował się moją karierą. Kiedy w 1903 roku do Komitetu Noblowskiego wpływały petycje o wykreślenie mnie z listy nominowanych, publicznie mnie poparł. Przekonywał wpływowych członków Komitetu, że to ja rozpoczęłam nasze badania, przeprowadzałam eksperymenty i tworzyłam teorie o radioaktywności. Była to prawda, jednak mężczyzna o słabszym charakterze nie zdobyłby się na coś takiego.

[…]

Ledwie zaczęła się we mnie rodzić wątła pewność siebie, wyniesiona ze spotkania z siłą madame Curie, Alberta zaczął wzywać Berlin. Stanowisko dyrektora w nowo stworzonym Instytucie Fizyki Cesarza Wilhelma. Profesura na berlińskim uniwersytecie bez obowiązków dydaktycznych. Członkostwo w Pruskiej Akademii Nauk – obok Nagrody Nobla najwyższy z naukowych zaszczytów. Pozycje, prestiż, pieniądze – a to wszystko opatrzone jedynie obowiązkiem myślenia – sprawiły, że Albert zapomniał o dawnej nienawiści do Berlina. Jego niechęć była wtedy tak wielka, że zrzekł się niemieckiego obywatelstwa, by stać się Szwajcarem. A może wspomnienia zbladły z zupełnie innego powodu. We mnie Berlin budził jedynie strach. Berlin oznaczał rodzinę Alberta, która mnie nienawidziła. Berlin był znany z niechęci do Europejczyków ze Wschodu, a ja bynajmniej nie wyglądałam na aryjkę. Przede wszystkim jednak   w   Berlinie   mieszkała Elsa, która, jak sądziłam, pomogła w załatwieniu mu pracy. Mimo zapewnień Alberta, że ich romans dawno się skończył, bałam się, że wyjazd do Berlina okaże się dzwonem żałobnym dla naszego małżeństwa.

[…]

Targały mną sprzeczne uczucia. Chciałam zaprotestować, powiedzieć, że czuję się dobrze. Od lat powtarzałam sobie to jak mantrę, uspokajałam nią rodziców. Tym razem jednak prawdziwe emocje wydostały się na powierzchnię i zaczęłam płakać. Mitzo, kroczysz za Albertem niczym służąca. Na Boga, kiedy jego koledzy nazwali mnie panią Einstein, żadne z was nawet nie zaprotestowało. Mieliśmy z mężem wiele problemów, ale nigdy nie straciłam publicznego szacunku. Jak do tego doszło? Nie wiem, Helene – powiedziałam przez łzy. Nie wiem. Nie lubię już Alberta – powiedziała. Nie podoba mi się człowiek, którym się stał. Kamień spadł mi z serca. Nikt inny nie widział nic poza jego zewnętrzną maską. Naprawdę, Helene? Najchętniej przytuliłabym cię w podziękowaniu za te słowa. Inni znajomi nadal podziwiają go za jego naukowe osiągnięcia, chociaż widzą, jak mnie traktuje. Jakby ich podziw przekładał się na nienaruszalną przyjaźń zupełnie niezależną od jego zachowania.

[…]

Była to umowa dotycząca mojego zachowania. Czytając barbarzyńskie porozumienie punkt po punkcie, wściekałam się coraz bardziej. Miałam przed oczami listę obowiązków wobec Alberta: miałam prać, przygotowywać posiłki i przynosić mu je do pokoju, sprzątać w jego sypialni i gabinecie z wyłączeniem biurka, którego nie wolno mi było dotykać. Jeszcze bardziej szokująca była lista wymogów wobec mnie w naszych osobistych relacjach. Żądał, bym nie wchodziła z nim w domu w żadne interakcje, zamierzał kontrolować, gdzie i kiedy będę z nim rozmawiać i co wolno mi do niego powiedzieć w obecności dzieci. Szczególnie podkreślał, bym powstrzymywała się od jakiejkolwiek cielesnej intymności. Dokument w zasadzie czynił ze mnie własność Alberta. Czułam stojącą obok mnie Helene, która dawała mi odwagę, by powiedzieć: Jak możesz sądzić, że zgodzę się na coś podobnego? Że upadnę jeszcze niżej, niż dotąd mnie zepchnąłeś? Jeśli się nie zgodzisz, nie zostanę tutaj – powiedział bezczelnie. Zdałam sobie wtedy sprawę, że zwyciężył, niezależnie od tego, czy się zgodzę, czy nie. Czy zostanę z nim, czy nie. Wepchnęłam mu kartkę z powrotem do rąk. Czułam smutek, wiedząc, że już spełniam większość tych warunków. Jakże nisko upadłam! Odetchnęłam i powiedziałam spokojnie: Nie musisz się martwić. Zgadzasz się? – spytał z niedowierzaniem. O nie, nigdy nie zgodziłabym się na coś podobnego, Albercie. Nie musisz się martwić, że zmuszę cię, byś z nami został. To my się wyprowadzimy.

[…]

4 sierpnia 1948, 62 Huttenstrasse Zurych, Szwajcaria

Jeśli na ciało nie działa żadna siła lub siły działające równoważą się, to ciało pozostaje w spoczynku lub porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym. Uważam tę pierwszą zasadę dynamiki za głęboką i piękną, za   wyrafinowane   przedstawienie   jednej   z odkrytych przez człowieka boskich prawd. W młodości sądziłam, że odnosi się tylko do przedmiotów; dopiero później odkryłam, że także ludzie zachowują się zgodnie z tym prawem. Droga mojej młodości – droga matematyczki, studentki, samotniczki – była prosta, póki nie zadziałała na mnie siła. Albert był siłą, przez którą z niej zboczyłam. Siła Alberta działała na mnie zgodnie z drugą zasadą dynamiki. Zostałam porwana w jego kierunku, a jego siła stała się moją. Gdy odgrywałam kolejne role: kochanki, matki jego dzieci, żony, sekretnej partnerki w nauce, pozwoliłam mu odciąć wszystkie części, które nie pasowały do wyobrażonej przez niego formy. Brałam na siebie coraz więcej, by mógł spełnić swoje marzenia. Cierpiałam w milczeniu, kiedy moje pragnienia były inne od jego pragnień. Poświęciłam zawodowe ambicje, by on mógł wznieść się do gwiazd. Opuściłam dla niego Lieserl. Aż wreszcie nie mogłam już dłużej znieść siły Alberta. Zadziałała trzecia zasada dynamiki, a ja wywarłam na niego siłę o tej samej wartości i przeciwnym zwrocie. Odebrałam mu swoją przestrzeń. Opuściłam go. Od tamtej pory pozostałam nieruchoma, broniąc się przed zasadami dynamiki. Dwa razy patrzyłam na toczącą się w Europie wojnę i w tamtych czasach przyjęłam pomocną dłoń mojej drogiej, przewidującej Helene. Nawet gdy dostałam już od Alberta obiecane podczas rozwodu pieniądze z Nagrody Nobla, które pomogły mi opiekować się synami – wybitnym Hansem Albertem, który został inżynierem, i biednym Tete, który zapadł na chorobę umysłową – obudziłam znów swój intelekt i pasję nauki. Uczyłam młode, obiecujące dziewczęta. Taką dziewczyną mogłaby stać się Lieserl, gdyby przeżyła. I ja taka kiedyś byłam. Być może te dziewczęta znajdą w nauce pozostałe boskie wzory i pewnego dnia opowiedzą moją historię. Patrzyłam, jak Albert staje się świeckim świętym. Ale nigdy nie chciałam powrócić do roli jego żony. Jeśli czegoś pragnęłam, to znów być matką Lieserl. Gdybym mogła cofnąć czas, co zrobiłabym, by uchronić ją przed śmiercią? Czy powinnam zmienić coś już wtedy, gdy byłam niewinną studentką fizyki? Czy może wrócić do tych dni w Iglicy, które spędziłam z nowo narodzoną córeczką? Może na dworzec, gdzie spóźniłam się na pociąg? Jak znaleźć powrotną drogę do niej? Wreszcie, chociaż jest ciemno, widzę. Widzę zegar. Widzę pociąg. I już rozumiem. Nie muszę niczego zmieniać. Bo to ja jestem pociągiem. Poruszam się szybciej niż światło, a wskazówki zegara się cofają. Widzę moją Lieserl.

Marie Benedict, Pani Einstein

Powieść obyczajowa Marie Benedict – amerykańskiej pisarki i prawniczki przenosi akcję tej obrazoburczej opowieści przede wszystkim do Konfederacji Szwajcarskiej, w niej zaś do takich miast jak Zurich, czy Berno, ale też do Niemiec czasów Pierwszej Rzeszy, w tym do miasta uniwersyteckiego Heidelberg i do stołecznego Berlina, także do byłych już Austro-Węgier z Serbią, gdzie leży małe i dziś miasteczko Kać koło Nowego Sadu w Wojwodinie, również do czeskiej Pragi, jak i do Republiki Francuskiej, a tam z kolei do Paryża, ogólnie rzecz ujmując, w pierwsze dwudziestolecie ubiegłego wieku. W tej odważnej próbie beletrystycznego opisania historii burzliwego związku pomiędzy Milevą Marić a Albertem Einsteina - małżeństwem Einsteinów najważniejszym w podtekście wydaje się wątek naukowy, choć autorka nie stroni w opowieści od konkluzji, że „Nigdy nie wpadł mi do głowy pomysł, by naszkicować tę historię z punktu widzenia Alberta. Interesowało mnie odkopywanie tego, co nieznane, a przeszłość Alberta była już dobrze opisana. Uznałam, że nadszedł czas, by opowiedzieć o nim inaczej.”. I to spojrzenie inaczej, nieco a rebour niewątpliwie się autorce udało, gdyż „Na szczęście zachowały się listy między Albertem a Milevą, a także między Milevą a Helene. [to one – przyp. aut.] Okazały się dla mnie bezcenne.”. Toteż w świetle zachowanych źródeł rękopiśmiennych, po prawdzie jednak w interpretacji Marie Benedict postać Alberta wygląda niezmiernie blado na tle wielowymiarowej Milevy, żeby nie dopowiedzieć sromotnie nieludzko, co oczywiście da się w pewien sposób wytłumaczyć erudycyjnym umysłem genialnego fizyka, ale czy tak do końca? Co ciekawe, ustalenie jedynego autorstwa samej teorii względności autorka też poddaje krytyce, kładąc w swej opowieści nacisk na większy proporcjonalnie wkład intelektualny Milevy w skonstruowanie podwalin pod krytykę zasad dynamiki Newtona. Czy można zatem na serio wziąć sobie do serca, że „Biorąc jednak pod uwagę to, w jaki sposób Mileva patrzyła na świat, i to, jak desperacko musiała kochać swoją córkę, można uznać za prawdopodobne, że utrata córki zainspirowała ją do stworzenia szczególnej teorii względności.”? Raczej trudno by było dziś na tyle zrewolucjonizować nową teorię, żeby rewolucyjna w 1905 roku teoria względności mogła mieć także i swoją matkę.



powrót ››