Blog

 

02.02.2025

Ja, która nie poznałam mężczyzn

„człowiek

musi mówić, bo inaczej

traci człowieczeństwo”


„nic nie jest zwykłe,

bo nic mi się

nie przydarzyło.”


„świat był jak puzzle,

a ja miałam tylko kilka

niepasujących do siebie

kawałków.”

[…]

W chwili, kiedy kreślę te słowa, moja opowieść jest ukończona. Wokół mnie panuje porządek i wykonałam ostatnie zadanie, jakie sobie postawiłam. Zajęło mi to zaledwie miesiąc, a był to chyba najszczęśliwszy okres w moim życiu. Nie potrafię tego zrozumieć: ostatecznie to, co pamiętam, nie było niczym więcej jak osobliwym trwaniem, które nie dostarczało mi wiele szczęścia. Może jednak praca pamięci daje zadowolenie, które się karmi samo sobą, a to, co sobie przypominamy, liczy się mniej niż samo wspominanie? Oto jeszcze jedno z pytań, które pozostaną bez odpowiedzi: mam wrażenie, że składam się w całości z takich pytań. Kiedy sięgam w przeszłość najdalej jak potrafię, jestem w piwnicy. Czy to jest właśnie to, co się nazywa wspomnieniem? Zdarzyło się kilka razy, że na moją prośbę kobiety opowiadały jakieś chwile ze swojego życia i były tam zdarzenia, przybycia i odejścia, mężczyźni – co do mnie, wspomnieniem mogę nazywać jedynie poczucie istnienia w tym samym miejscu, z tymi samymi osobami wykonującymi wciąż te same czynności, a mianowicie jedzenie, wydalanie i spanie. Przez bardzo długi czas dni mijały stale w taki sam sposób, potem zaczęłam myśleć i wszystko się zmieniło. Wcześniej nie działo się nic oprócz powtarzania identycznych gestów i czas wydawał mi się nieruchomy, chociaż niejasno zdawałam sobie sprawę z tego, że rosnę, on zaś upływa. Moja pamięć zaczyna się od gniewu. Nie umiem oczywiście powiedzieć, ile miałam lat. Kiedy można było przypuszczać, że wchodzę w wiek dojrzewania, pozostałe kobiety były już od dawna dorosłe. Pojawiły się tylko pierwsze oznaki: pod pachami i na podbrzuszu wyrosły mi włoski, piersi trochę się powiększyły i na tym się skończyło. Nigdy nie miałam miesiączki. Słyszałam, że mam szczęście: nigdy nie będę się musiała kłopotać krwią i uważać, by nie pobrudzić materaca, omija mnie uciążliwe, comiesięczne pranie gałganków, które kobiety muszą wkładać między uda i przytrzymywać jak się da, to znaczy napięciem mięśni, bo nie ma czym ich przymocować, i nie będą mi dolegały częste u młodych dziewcząt bóle brzucha. Ale nie wierzyłam temu, co mówiły kobiety: prawie wszystkie miesiączkowały, a czy nieposiadanie czegoś, co mają inni, można uznać za przywilej? Miałam wrażenie, że mnie oszukują.

[…]

Czasami kobiety stwierdzały, że nic nie straciły, a innym razem zaczynały płakać. Ja miałam na zawsze pozostać dziewicą. Któregoś dnia zebrałam się w sobie, przezwyciężyłam gniew i zaczęłam wypytywać Dorothée, mniej opryskliwą z dwóch najstarszych kobiet. Biedna dziewczynka! I po kilku westchnieniach odpowiedziała jak zwykle: A po co ci to wiedzieć, skoro i tak nigdy cię to nie spotka? Żeby wiedzieć – odpowiedziałam ze złością i w ten właśnie sposób sama sobie wyjaśniłam przyczynę mojej determinacji. Nie rozumiała, jak można pragnąć wiedzy, z której nie będzie się miało żadnego pożytku, i nic z niej nie wyciągnęłam. Było pewne, że umrę nietknięta, ale chciałam przynajmniej dać zaspokojenie umysłowi. Dlaczego się tak upierały, żeby mi nic nie powiedzieć? Na pocieszenie powtarzałam sobie, że ich sekret jest tajemnicą poliszynela, bo wszystkie go znają. Czy dlatego mi go nie zdradzają, że chcą mu dodać blasku, sprawić, by na nowo stał się cudownym skarbem, po to milczą, by mieć przed sobą dziewczynę, która nie wie i patrzy na nie jak na posiadaczki cudownego klejnotu, po to utrzymują mnie w niewiedzy, by udawać, że mimo wszystko zachowały coś cennego?

[…]

Z wyjątkiem pewnego wieczoru. Zamiast zasnąć z nudów podczas prób wyobrażenia sobie pocałunku, do którego nigdy nie dojdzie, przypomniałam sobie, że kobiety rozmawiały kiedyś o przesłuchaniach i zastanawiały się, dlaczego nigdy ich nie było. Na podstawie strzępów, które wychwyciłam, wyobraziłam sobie, że wzywają jedną z kobiet, że ją zabierają, przerażoną i krzyczącą. Czasem nie wracała, innym razem rano wrzucano ją z powrotem między nas, poparzoną, poranioną, jęczącą, i nie zawsze wychodziła z tego żywa. Pomyślałam: „Ach, gdyby były przesłuchania! Przyszedłby po mnie, wyszłabym z sali, w której mieszkam od zawsze, poprowadziłby mnie w głąb nieznanych korytarzy, coś by się wydarzyło!”. Mój umysł działał z niewiarygodną szybkością: chłopak, który tak stanowczo mnie przed sobą popychał, sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego swoim zadaniem, ale tuż za rogiem, kiedyśmy się znaleźli poza zasięgiem wzroku, stanął, odwrócił się do mnie, uśmiechnął i powiedział: „Nic się nie bój”, a potem mnie objął. W tym momencie przeniknęło mnie coś olbrzymiego, uniesienie tak ogromne, że sięgnęło daleko poza mnie, w ciele wybuchło niesamowite światło, straciłam oddech – i zaraz go odzyskałam, bo trwało to rozpaczliwie krótko. Po tym zdarzeniu moja dusza się odmieniła. Nie zależało mi już na tym, by kobiety wyjawiły mi swoją tajemnicę, bo miałam własną.

[…]

Opowieść całkowicie mnie pochłonęła, byłam zachwycona zarówno zupełnie dla mnie nowym zajęciem, jak i samą fabułą. Potem bardzo szybko nabrałam wielkiej wprawy, opanowałam technikę opowiadania, potrafiłam wyczuć, czy historia nie zaczyna się źle, czy nie zapędza się w ślepą uliczkę, a nawet podjąć na nowo wydarzenia od wcześniejszego punktu, by odpowiednio nagiąć ich przebieg. Doszło nawet do tego, że tworzyłam postacie, które stale się pojawiały, z opowieści na opowieść nabierały nowych cech i coraz lepiej je poznawałam. Byłam z nich bardzo zadowolona i dopiero w ostatnich czasach, kiedy zaczęłam czytać książki, przekonałam się, że były dość schematyczne. Trzeba było układać coraz bardziej skomplikowane historie – sądzę, że coś we mnie wiedziało, czego się po nich spodziewam, i sprzeciwiało się temu, musiałam sama siebie zaskakiwać. Niekiedy opowiadałam przez wiele godzin, by zmylić moją wewnętrzną publiczność, która zapominała, że powinna mieć się na baczności, dawała się wciągnąć historii, cieszyło ją słuchanie, świetnie się bawiła i traciła czujność. Wówczas następowała cudowna chwila – spojrzenie chłopca, jego dłoń na moim ramieniu i uniesienie ogarniające całe moje jestestwo. Później mogłam już zasnąć. Być może przerywanie opowieści sprawiało zawód mojemu wewnętrznemu słuchaczowi,  który  wolał historię od uniesienia i dlatego stale je opóźniał, a nawet chętnie całkiem by mnie go pozbawił, by przedłużyć własną przyjemność.  Zdarzało mi się w trakcie opowieści przemawiać mu do rozsądku: jestem zmęczona, chce mi się spać, pozwól mi na uniesienie, jutro będę opowiadała dalej. Nic jednak nie pomagało, nie dawał się oszukać.

[…]

Annabelle zmarszczyła brwi i odeszła do tamtych. Tym razem dyskusja trwała dłużej. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby tyle czasu prowadziły poważną rozmowę, zazwyczaj po dziesięciu minutach parskały śmiechem. Wyglądało na to, że zasiałam w ich umysłach coś nowego. Potem wstała i podeszła do mnie inna kobieta – Dorothée, najstarsza i najbardziej szanowana, o której nawet ja nie myślałam z nienawiścią. Usiadła i zaczęła mi się uważnie przyglądać. Bardzo mi to przeszkadzało, bo przerwała mi bardzo długą opowieść w niezwykle obiecującym momencie: miałam być zamknięta w pojedynczej celi, usłyszałam, jak mówiono coś na temat zmiany warty, i mogłam mieć nadzieję, że nocną straż obejmie młodzieniec. Jak miałam ciągnąć dalej historię przy tej starej kobiecie, która przypatrywała mi się w milczeniu? Co najwyżej mogłam się starać, by sytuacja nie umknęła mi z pola widzenia:  byłam sama, przerażona, bez tchu, z korytarza dobiegały mnie głosy i szczęk broni, nie wiedziałam, co się dzieje, i w atmosferze pośpiechu i poruszenia czułam lęk. Usiłowałam w myślach utrzymać tę scenę w zawieszeniu, kiedy tak patrzyłam na patrzącą na mnie Dorothée, i mówiłam sobie w duchu, że jeśli zaraz nie nastąpi uniesienie, będę zmuszona nadać tej sytuacji jakiś sens, a na czym, u diaska, miałaby polegać niespodzianka, co mogłoby dotrzeć do naszego niezmiennego świata – świata, w którym żyją kobiety zamknięte od tylu lat, że straciły rachubę czasu?

[…]

Wszystkie byłyśmy tak samo zamknięte z nieznanego nam powodu, pilnowali nas strażnicy, którzy czy to z pogardy, czy na rozkaz z góry nigdy się nie odzywali do żadnej z nas. Nigdy nie wchodzili do klatki. Było ich zawsze trzech z wyjątkiem momentu zmiany warty, kiedy widziałyśmy sześciu naraz, i nie rozmawiali między sobą. W porze posiłku otwierało się skrzydło wielkich podwójnych drzwi, jeden z mężczyzn wprowadzał wózek w wąską przestrzeń między ścianą a klatką,  drugi otwierał drzwiczki w kracie i podawał produkty. Nigdy nie odpowiadali na pytania i od bardzo dawna nikt ich o nic nie pytał. Stare kobiety były tak samo bezsilne jak młode. Przywłaszczyły sobie jakąś wyimaginowaną władzę, władzę nad niczym, opartą na milczącej umowie, ustanawiającej hierarchię pozbawioną znaczenia, bo nie istniał żaden przywilej, który przywódczynie mogłyby przyznawać lub odbierać. W rzeczywistości byłyśmy sobie całkowicie równe.

[…]

Myślisz, że jak tylko powiesz, że chcesz je poznać, to zaraz muszę ci wszystko powiedzieć. Tak właśnie uważała. Dokładnie tak powinno być – stwierdziła. Dlaczego? To ją zbiło z tropu. Widziałam, że się nie zastanawia nad moim pytaniem, zanadto jest zdziwiona, że można je było zadać. Była spadkobierczynią tradycji, do której nie należałam: kiedy starsza domaga się od młodszej odpowiedzi, młodsza odpowiada. Nigdy wcześniej nie podawała tego w wątpliwość, ja jednak dorastałam w piwnicy i nie miałam powodu, by się tej zasadzie podporządkowywać. Po dłuższej chwili spytała: Jak to dlaczego? Dlaczego miałabym ci odpowiadać? Dlaczego uważasz, że to oczywiste? W jej oczach pojawiła się niepewność. Usiłowała się zastanowić nad tym, co usłyszała, ale nie przywykła do tego, sprawiała wrażenie oszołomionej i uczepiła się pierwszej myśli, jaka jej przyszła do głowy. Jesteś bezczelna – rzekła z poczuciem ulgi, że odkryła znaczenie niezrozumiałych słów, które przed chwilą wypowiedziałam. Była pewna, że wystarczy wrócić do zwykłych zachowań, zasad, utartych formuł.

[…]

Gdyby kobiety były roztropne, poprzestałyby na tym. Można było udawać, że nic się nie wydarzyło, i nie narażać się na nierówną walkę. Zrozumiałam, że jestem równie silna jak one i że jeśli ktoś nie chce wyjawić tajemnicy – którą mógłby poznać każdy, gdyby zbytnio na to nie naciskał – natychmiast rodzi się przekonanie, że tajemnica jest czymś niezmiernie cennym. Kiedy kobiety nie chciały się ze mną podzielić wiedzą na temat miłości, wydawała mi się ona rzeczą najbardziej upragnioną. Teraz nie obchodziła mnie ich małoduszność, mówiłam sobie, że w innych czasach byłabym dostała to, czego chcę, od pierwszego lepszego chłopca, a gdy wypytywałam o to kobiety,  przyznawałam  im przywilej,  którego  nigdy nie miały i który niesłusznie nadawała im moja niewiedza. Dziś, kiedy wzbudziłam   ich   ciekawość,   one   z   kolei   zaznały   wykluczenia i zawodu. Podczas gdy ja znalazłam sposób, by doznawać pociechy dzięki uniesieniu, one miotały się w niemocy i karmiły się jedynie własną irytacją. Zaczęły mnie śledzić.

[…]

Mówiłam sobie w duchu, że jeśli wszystko, co nas różni od zwierząt, ogranicza się do defekacji w ukryciu przed innymi, to status istoty ludzkiej ma bardzo mizerne podstawy. Nigdy nie dyskutowałam z innymi kobietami, w gruncie rzeczy już wtedy uważałam, że są głupie, ale nie zastanawiałam się nad tym na tyle, żeby jasno to sobie powiedzieć. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę się nadziwić, jaką byłam wstrętną smarkulą! Nadymałam się i pyszniłam, że wymyśliłam sobie rozrywkę, która wydawała mi się niezwykła i cudowna, uważałam, że stoję samotnie przeciwko ścigającej mnie sforze,  a tymczasem wszystkie byłyśmy uwięzione i jednakowo bezsilne. Być może tak mi dokuczała samotność z powodu mojego wieku i narzuconych nam ograniczeń, że podobnie jak pozostałe kobiety potrzebowałam złudnych wyobrażeń, w których mogłabym utopić smutek. Nie wiem, jak to dokładnie było. Odkąd przestałam wychodzić, dużo rozmyślam, ale z braku dialogu wydaje mi się, że moje myśli szybko się zapętlają. Dlatego właśnie warto je zapisywać – kiedy pojawiają się po raz drugi, rozpoznaję je i nie powtarzam.

[…]

Zamachnęła się, widać było, że miałaby ochotę dać mi w twarz. Widać to było tak dobrze, że strażnicy,  którzy nigdy nie spuszczali z nas oka, ujrzeli to w tej samej chwili co ja i rozległo się trzaśnięcie bata. Wiedziałyśmy, że nigdy nas nie biją i że baty trzaskają wyłącznie w pustce otaczającego nas korytarza, ale bałyśmy się tego odgłosu i Colette aż podskoczyła. Żadna z kobiet nie przypominała sobie, żeby ją kiedykolwiek uderzono, ale – jak mi Théa później opowiadała – musiało do tego dochodzić w zamierzchłej przeszłości, w początkowym okresie zamknięcia,  skoro  strach tak głęboko się w nas utrwalił.  Nie zdarzyło się,  żeby  któraś nie usłuchała bata, a kobiety opisywały czasem krwawe smugi, jakie rzemień pozostawiał na obnażonej skórze, i piekący ból, który nie mijał przez wiele dni. Rzeczywiście wiele z nich miało długie białe blizny. Przerażona Colette cofnęła się, uśmiechnęłam się do niej z ponurym zadowoleniem. Chęć milczącego naigrawania się z niej, w czym mogłam liczyć na wsparcie ze strony strażników,  walczyła we mnie z pragnieniem, by jej wyjaśnić, jak jest głupia i bezsilna, wówczas jednak wkroczyła Théa. Podeszła do trzęsącej się ze złości i strachu Colette i dała jej znak, by odeszła. Chodź. To nie ma sensu – powiedziała bardzo łagodnie. Colette zadrżała na całym ciele, myślałam, że rzuci się w objęcia Théi, ale wiedziałyśmy doskonale, że nie wolno nam się nawzajem dotykać, więc tylko spuściła głowę.

[…]

Strażnicy byli znakomitymi strzelcami, trafiali do celu z dużej odległości, przecinali paski, z których miała powstać linka, wytrącali z dłoni tępy nóż.  Dbali o to, by nas utrzymać przy życiu, przez co kobiety doszły do przekonania, że chcą je w taki czy inny sposób wykorzystać, że mają jakiś zamysł. Wyobrażały sobie najróżniejsze rzeczy, ale nic się nie wydarzyło. Dawano nam jeść, nie za wiele, dzięki czemu zbyt tęgie schudły, ale i nie za mało. Przygotowywałyśmy posiłki w wielkich garach i po obraniu warzyw musiałyśmy oddawać dwa noże, które nigdy nie były naostrzone. Od czasu do czasu dostawałyśmy kilka metrów tkaniny, z której mogłyśmy szyć ubrania o bardzo niewymyślnym kroju, bo nie miałyśmy nożyc, materiał trzeba było ostrożnie rozdzierać. Przed chwilą napisałam, że nic się nie działo, co nie do końca jest prawdą: pojawienie się kawałków tkanin wywoływało wielkie podniecenie. Wiedziałyśmy, która sukienka jest tak zniszczona, że nie nadaje się już do naprawy, a którą można jeszcze uratować, i zaczynały się mozolne obliczenia, służące do tego, by jak najlepiej wykorzystać nowe płótno. Musiałyśmy też brać pod uwagę ilość nici dołączonych do materiału, zdarzało się, że zostawały nam kawałki tkaniny, a nie miałyśmy czym ich pozszywać. Pewnego razu Dorothée wpadła na pomysł, żeby wykorzystywać do szycia włosy, pamiętała, że w bardzo odległej przeszłości używano ich do haftowania. Anna i Laurette miały najdłuższe włosy, których użyto do pierwszych prób. Okazały się nieudane, bo włosy się rwały. Potem któraś wymyśliła, żeby splatać nić z kilku włosów, i osiągnęłyśmy połowiczny sukces: szwy były niezbyt trwałe, ale przynajmniej miałyśmy je czym naprawiać.

[…]

Dwa czy trzy razy zdarzyło się, że któraś z kobiet zachorowała, wtedy razem z jedzeniem przynoszono termometr, bat dawał do zrozumienia, że chora musi zmierzyć temperaturę, a jeśli miała gorączkę, przychodziły lekarstwa. Zdaje się, że cieszyłyśmy się wyjątkowo dobrym zdrowiem. Biorąc jednak pod uwagę koszty wyżywienia, oświetlenia i stałego ogrzewania, musiałyśmy kogoś lub coś sporo kosztować i nie wiedziałyśmy, w jakim celu zadawano sobie tyle trudu. W poprzednim życiu kobiety pracowały, rodziły dzieci, można się było z nimi kochać, o czym wiedziałam tylko tyle, że bardzo to sobie ceniono. A tutaj do czego miałyśmy służyć? Zdumiewały mnie te myśli. Nagle zarówno sekret, którego mi nie chciano wyjawić, jak i ten, który sama ukrywałam, wydały mi się niewiele warte w zestawieniu z tajemnicą, której strzegli strażnicy: co tu robimy, dlaczego utrzymują nas przy życiu?

[…]

Nie możemy jedna drugiej uderzyć w twarz, ale jeśli rozmawiamy spokojnie i gesty nie zdradzają gwałtownych uczuć, ostra wymiana zdań jest możliwa. A co by nam przyszło z takiej rozmowy? Nic się od tego nie zmieni. I znów widać, jakie jesteście głupie! Tak jakby mówienie miało służyć wyłącznie do tego, żeby się coś wydarzyło. Kto mówi, ten istnieje. Zobacz sama: one tak dobrze o tym wiedzą, że rozmawiają całymi godzinami tylko po to, żeby nic nie powiedzieć. Ale czy od mówienia dowiemy się, co tu robimy? Nie wiesz o tym wcale więcej niż ja ani żadna z nas. Nie, ale mogę się dowiedzieć, co ty o tym myślisz, ty będziesz wiedziała, co ja o tym myślę, może powstanie z tego jakaś nowa myśl, a poza tym będziemy miały wrażenie, że się zachowujemy jak ludzie, a nie jak automaty, które stale robią to samo.

[…]

Czy wiadomo, dlaczego nas zamknęli? Nie. A gdzie są inni? Jeśli nawet ktoś jest, to i tak nie wiadomo. Skoro my tu jesteśmy i utrzymują nas przy życiu, sądzimy, że gdzieś muszą też być inni, ale nie ma na to żadnych dowodów, a jeśli tak jest, to żadna z nas nie ma najmniejszego pojęcia, jaki to może mieć sens. Nie ma żadnego punktu zaczepienia. Zebrali tu dorosłe kobiety, ty znalazłaś się z nami z pewnością przez pomyłkę. Od początku, a właściwie to niezupełnie od początku, bo był taki okres, z którego żadna nie ma dokładnych wspomnień, ale później, od momentu, do którego możemy już sięgnąć pamięcią, nieustannie się nad tym zastanawiamy. Mogli cię zabić, ale nie zabili,  albo  zabrać stąd, wysłać w inne miejsce, jeśli są gdzieś jeszcze podobne więzienia, ale wówczas twoje przybycie byłoby informacją, a jedyną rzeczą, jakiej jesteśmy pewne, jest to, że nie chcą, byśmy cokolwiek wiedziały. Zaczęłyśmy wreszcie podejrzewać, że cię tu zostawili, ponieważ każda decyzja pobudza do rozważań, a brak decyzji może oznaczać jedyną rzecz, jaką chcą, żebyśmy wiedziały, czyli to, że mamy nic nie wiedzieć.

[…]

Wyobraź sobie, jakiej to wymagało pracy: zadbali o to, by żadna z nas nie znała tu nikogo. Pozbierali nas z najróżniejszych stron kraju, a nawet z różnych krajów, i wszystko sprawdzili, żeby przez przypadek nie spotkały się dwie kuzynki albo mieszkające daleko od siebie przyjaciółki. Dlaczego? O co im chodzi? O mało nie oszalałyśmy od tych rozmyślań. Ty byłaś za mała, nic z tego nie rozumiałaś, a poza tym leżałaś zwinięta w kłębek na ziemi, kiedy do ciebie mówiłyśmy, nie odpowiadałaś. Zupełnie tego nie pamiętam. Myślałyśmy, że z tego nie wyjdziesz. Ponieważ nie wolno nam było się nawzajem dotykać, żadna z nas nie mogła wziąć cię na ręce, utulić, a nawet nakarmić, choćby siłą. Myślałyśmy, że umrzesz, ale wreszcie, po długim czasie, zaczęłaś się trochę ruszać.

[…]

Nigdy sobie nie przedstawiałam tak wyraźnie naszej sytuacji. W moich historiach zawsze następowały jakieś wydarzenia – w życiu nigdy ich nie było. Zrozumiałam, że Théa ma rację i że tajemnice miłości mnie nie dotyczą. Być może kobietom zależało na tym, żeby wiedzieć coś, czego ja nie wiem, bo same nie wiedziały tego, co najważniejsze. Podejrzewałam, że mężczyźni nie są zbudowani tak samo jak kobiety – ale jakie znaczenie może mieć ta różnica, skoro nigdy nie zbliżę się do mężczyzny? Powiedziałam sobie w duchu, że przygotowanie do ślubu jest potrzebne dziewczętom z innej opowieści. Tamten dzień wydał mi się bardzo krótki, co przypisywałam intensywności moich rozmyślań. Kiedy światło przygasało, trzeba było rozłożyć czterdzieści materacy, na których się kładłyśmy. Miejsca było bardzo mało, materace leżały tuż obok siebie, a co rano musiałyśmy je układać jedne na drugich, po trzy czy cztery, żeby było jak chodzić i na czym usiąść. Położyłam się i próbowałam podjąć na nowo opowieść,  ale  nie potrafiłam,  czułam  pustkę w głowie i silny ucisk w piersiach.

[…]

To mężczyźni byli tacy ważni? Potrząsnęła głową. Mężczyźni, dziewczynko, oznaczali życie. Czym jesteśmy bez przyszłości, bez potomstwa? Ostatnimi ogniwami zerwanego łańcucha. Czy życie dawało aż tyle przyjemności? Tak mało wiesz o tym, co to jest cel w życiu, że nie potrafisz zrozumieć, jak to jest, kiedy ktoś jest go pozbawiony tak bardzo jak my. Popatrz sama, jak żyjemy: wiemy, że trzeba się zachowywać tak, jakby było rano, bo włączają nam jaśniejsze światło, potem podają jedzenie i w pewnej chwili światła przygasają. Nie jesteśmy nawet pewne, czy żyjemy w rytmie dwudziestoczterogodzinnym, bo w jaki sposób miałybyśmy odmierzać czas? Pozbawili nas wszystkiego.

[…]

Chciałabym wytrącić go z równowagi. Ale po co? Théa nie posiadała się ze zdziwienia. Nie wiem.  Żeby mieć nad nim władzę. Tamci mają bat i zmuszają nas, żebyśmy robiły to, czego chcą, czyli prawie nic. Zakazują wszystkiego. Chciałabym, żeby się poczuł zmieszany, zaniepokojony, przestraszony i żeby nie mógł zareagować.  Nigdy nam nie bronili siedzieć i patrzeć. Może teraz zabronią. Zabraniają według własnego widzimisię. W takim razie przyznają, że istnieję. Jeśli robisz coś, co jest zakazane, zakaz dotyczy czynności. Jeśli robisz rzecz, która nie była wcześniej zabroniona, i ktoś na to reaguje, to nie czynność przyciąga uwagę, tylko ty. Ze wszystkich kobiet Théa była najinteligentniejsza, ale ja zrozumiałam coś, co wcześniej nie przyszło jej do głowy, byłam co najmniej tak samo inteligentna jak ona! Przeszedł mnie rozkoszny dreszcz, uśmiechnęłam się do niej. Żywią czterdzieści kobiet, zapewniają im ogrzewanie i odzież. Jesteśmy dla nich bezimienne, traktują nas tak, jakby nie było między nami żadnych różnic. Ja jestem mną. Nie jestem jedną czterdziestą stada, pojedynczą sztuką bydła. Będę na niego patrzyła, aż się poczuje speszony.

[…]

A gdybyśmy wszystkie na nich patrzyły, czy jeszcze bardziej by to ich nie speszyło? Nic by sobie z tego nie robili. Myśli napływały niczym niezbite prawdy i byłam ich absolutnie pewna. Skąd mi się brały? Do dziś tego nie wiem, tyle tylko, że to, co się działo w moim umyśle, sprawiało mi olbrzymią przyjemność. Coś, co robią wszyscy, nie ma sensu. To tylko zwyczaj, sposób zachowania, nie wiadomo, skąd się wziął, powtarza się go mechanicznie. Tylko ja powinnam na niego patrzeć, jeśli ma się poczuć zaniepokojony.

[…]

Znów doznałam olśnienia, zrozumiałam, dlaczego musi ich być trzech – po to, żeby nie mogli ze sobą nawiązać porozumienia, prowadzić prywatnych rozmów, na podstawie których mogłybyśmy coś wywnioskować, żeby stale zachowywali postawę czujnych strażników więziennych. Dwaj starsi mężczyźni pełniący wartę z najmłodszym byli tu od dawna.  W pierwszych latach kobiety próbowały rozmawiać ze strażnikami, wysuwać żądania albo wzbudzać litość, ale nic nie zdołało przełamać ich pogardliwej obojętności. Zaprzestały więc prób i zachowywały się, jakby ich nie widziały, jakby wymazały z myśli ich obecność albo jakby strażnicy byli czymś w rodzaju dodatkowych prętów klatki, o których wiadomo, gdzie się znajdują, więc nikt się o nie już nie obija. Żadna z nas nawet nie marzyła o tym, by im to doskwierało, ale duma więźniarek nie doznawała uszczerbku. Nie uskarżały się już przed nimi na swój los i nie odczuwały ich nieprzystępności jako zniewagi. Tym większej siły nabierał pewnie wzrok siedzącej bez ruchu dziewczyny.

[…]

Wczoraj między chwilą, kiedy zrobiło się jaśniej, a przybyciem młodego strażnika, czyli zmianą warty, moje serce wykonało trzy tysiące dwieście dwadzieścia uderzeń, a dzisiaj pięć tysięcy dwanaście. Ile to jest czasu? Zobaczyłam, że na chwilę wstrzymała oddech. Co takiego? Policzyłaś to? To może posłużyć do oceny upływu czasu. Młody strażnik szedł wolno wzdłuż kraty,  dwaj  inni za nim,  w odstępach paru kroków. Nigdy się od siebie nie oddalali, nigdy nie szli ramię w ramię. Przez cały czas, kiedy rozmawiałam z Théą, nie spuszczałam z oka swojej ofiary – wzrok strażnika ani razu nie skierował się w moją stronę. Jeśli to policzyłaś, to ja przynajmniej spróbuję wykonać dzielenie – powiedziała Théa. Tak dawno nie robiłam obliczeń! Ale czy wiemy, z jaką prędkością bije ci serce? Mówiłaś, jaki jest zwykły rytm. Tak, ale są indywidualne wahania, a poza tym skąd mogę wiedzieć, czy twoje serce bije w normalnym rytmie? Nie mogę nawet sprawdzić ci pulsu, nie wolno się nam nawzajem dotykać.

[…]

Pomyślałam, że oprócz uderzeń serca są też inne rytmy, i zaczęłam się wsłuchiwać w swoje ciało. Wiedziałam, że miesiączka następuje co dwadzieścia osiem dni, i żałowałam, że brakuje mi tej wskazówki, ale przyglądałam się wahaniom mojego apetytu. Niekiedy po przebudzeniu byłam bardzo głodna i dłużyło mi się czekanie na posiłek. Wcześniej byłyśmy pewne, że przynoszą nam jedzenie o stałej porze – przekonałam się, że to nieprawda. Między dwoma posiłkami mijały czasem trzy godziny, a kiedy indziej – pięć. Po dziesięciokrotnym liczeniu okazało się, że młody strażnik przychodzi o bardzo różnych porach. Nie będę przytaczała liczb, jakie otrzymywałam, chociaż doskonale je pamiętam – są to daty narodzin mojego myślenia. Théi wydawały się takie dziwne, że zastanawiała się, czy długość zmian nie jest zupełnie przypadkowa. Ale z tego, co wskazywało moje serce, młody strażnik nie pozostawał nigdy powyżej sześciu godzin. Kiedy się zjawiał, wyglądał na świeżego i wypoczętego – dzięki stałej obserwacji dobrze go poznałam – a pod koniec zmiany widać było drobne oznaki zmęczenia. Nie potrafiłam dokładnie określić,  na  czym to polegało, bo nadal chodził sprężystym krokiem, z podniesioną głową. Może miał nieco bledszą cerę? Mniej przenikliwy wzrok? Może szedł odrobinę wolniej?

[…]

Ja kontynuowałam odliczanie. Stopniowo doszłam do tego, że mogłam liczyć, wcale o tym nie myśląc, podczas rozmowy,  jedzenia, a wkrótce nawet przez sen.  Budziłam się z liczbą w głowie – z początku wydawało mi się to nieprawdopodobne,  nie dowierzałam, potem przekonałam się, że to prawda. Théa powiedziała, że rozwinęłam w sobie umiejętność, która może wcale nie jest aż tak nadzwyczajna, tyle że nikt jej wcześniej nie potrzebował. Najpierw liczyłam uderzenia serca jedno po drugim, ale wkrótce dochodziłam do zupełnie niesłychanych liczb, które nie poddawały się rachunkom w pamięci. Przy siedemdziesięciu dwóch uderzeniach na minutę godzina wynosiła cztery tysiące trzysta dwadzieścia uderzeń, pod koniec dnia otrzymywałam ponad pięćdziesiąt tysięcy, nie dało się tym operować.

[…]

Brak własnych wspomnień przypisywałam temu, że byłam za mała,  że znajdowałam się w stanie szoku, o czym mi opowiadała Théa, ale reszta nie wiedziała więcej od mnie. Zdaje się, że życie toczyło się jak zwykle i nagle w środku nocy, która zaczęła się podobnie jak wszystkie inne, nastąpiły krzyki, płomienie,  szarpanina, rzeczy,  jakich ja, która zawsze żyłam w zaciszu piwnicy, zupełnie nie znałam. Były dziwne narkotyki, które zakłócały pamięć, wzbudzały fałszywe wspomnienia – powiedziała Emma. Théa nie miała pewności, czy naprawdę tak było. Krążyły najróżniejsze pogłoski, których nic nie potwierdzało, opowieści o praniu mózgów, o manipulacjach genetycznych, o robotach tak doskonałych, że brano je za ludzi. Niewątpliwie żadna z nas najwyraźniej nie ma spójnych wspomnień, które pozwoliłyby odtworzyć to, co się wydarzyło. Nie wiemy nawet,  czy  była wojna – odezwała się Dorothée. Mam w głowie niewyraźne obrazy, widzę płomienie,  biegających  bezładnie ludzi, wydaje mi się, że jestem związana, że się boję. Trwa to bardzo długo, cały czas się boję, ale potem nie ma już nawet pojedynczych obrazów.

[…]

Spójrz na nas, popatrz, jak żyjemy. Pozbawiono nas wszystkiego, co sprawiało, że byłyśmy wcześniej istotami ludzkimi, ale zorganizowałyśmy sobie życie, może po to, żeby nie zginąć, albo dlatego, że nie można się przed tym powstrzymać, kiedy się jest człowiekiem. Stworzyłyśmy sobie na nowo własne zasady rządzące tym, co nam zostało, wymyśliłyśmy regulamin. Najstarsza nalewa zupę do misek, ja kieruję pracami krawieckimi, jeśli mamy co szyć, Annabelle wkracza, kiedy dochodzi do kłótni, i nie wiemy, jak powstał ten system. Przez dłuższy czas musiałyśmy żyć w półśnie, a po przebudzeniu byłyśmy już przystosowane.

[…]

Jeden ze strażników włożył klucz do zamka małych drzwiczek. W tej samej chwili rozległ się potwornie głośny dźwięk. Nigdy wcześniej nic podobnego nie słyszałam, ale kobiety znieruchomiały, bo rozpoznały syrenę alarmową. Był to okropny hałas, trwający bez końca i rozrywający uszy. Osłupiałam i wydaje mi się, że po raz pierwszy, odkąd zaczęłam odliczać czas, straciłam rachubę. Kobiety, które siedziały, zerwały się na równe nogi, te, które podeszły do kraty po żywność, odskoczyły. Strażnik puścił klucz, który pozostał w zamku, i odwrócił się w stronę dwóch pozostałych mężczyzn. Wymienili spojrzenia, ogarnięci jedną myślą, rzucili się do wielkich drzwi, popchnęli oba skrzydła, otworzyli je na oścież – co się nigdy przedtem nie zdarzyło – i wybiegli. Wybiegli. W piwnicy pierwszy raz od zamknięcia zostały tylko kobiety.

[…] 

Co do mnie, dość szybko otrząsnęłam się z szoku. Przyskoczyłam do kraty, przesunęłam rękę między prętami, przekręciłam do końca klucz i wyciągnęłam go razem z całym pękiem innych. Popchnęłam kratę i małe drzwiczki stanęły otworem. Cofnęłam się z zaciśniętą dłonią, bo trzymałam w niej rzecz najcenniejszą w świecie. Wewnętrzny zegar znów zaczął chodzić i mogę powiedzieć, że stałyśmy tak dłużej niż minutę przed otwartymi drzwiczkami, znieruchomiałe, niezdolne jeszcze do reakcji. Z emocji nie mogłam złapać tchu. Po chwili oprzytomniałam. Chwyciłam za pręty, podskoczyłam i przeszłam na drugą stronę, by otworzyć duży zamek. W pęku było wiele kluczy, musiałam wypróbować dwa, zanim znalazłam właściwy,  a ponieważ nigdy przedtem nie miałam w rękach klucza, nie poszło mi to sprawnie, ale otworzyłam większą kratę. Kobiety patrzyły, co robię, skamieniałe ze zdumienia, najwyraźniej nie rozumiały, co się dzieje. Chodźcie tu – zawołałam. Wyjdźcie, chodźcie! […] Nagle dotarłam na samą górę. Znalazłam się w czymś, co później nazywałyśmy strażnicą: trzy ściany i drzwi, również otwarte, a przede mną równina. Wyskoczyłam, popatrzyłam, ujrzałam świat. Było jasno, niebo miało szarą barwę, ale nie przypominało to martwej szarości piwnicznych ścian: olbrzymie masy delikatnie różniące się odcieniami przesuwały się powoli, niesione lekkim wiatrem, rozpoznałam chmury, mieniące się perłowo, bo od tyłu oświetlało je słońce. Ścisnęło mnie za gardło dziwne wzruszenie, niepodobne do entuzjazmu, który mnie niósł w górę po schodach, łagodniejsze i słodsze. Kiedy indziej miałabym ochotę się nad nim zastanowić, ale zbyt wiele rzeczy domagało się mojej uwagi. Mżyło. Przypadek sprawił, że wyszłyśmy na zewnątrz w deszczowy dzień, potem przekonałyśmy się, że o tej porze roku rzadko padają deszcze. Przeszłam kilka kroków, wystawiłam twarz i ramiona na tę zadziwiającą wodę, o której słyszałam, ale nie potrafiłam jej sobie wyobrazić. Na dłonie spadło mi kilka kropelek, które z zachwytem zlizałam. Wiatr, chociaż słaby, oblepił mi wokół ud sukienkę, która szybko nasiąkła wilgocią, i wydało mi się to nadzwyczajne. […] Zaczęły nadchodzić inne kobiety, były zdyszane, chwiały się na nogach, odsunęłyśmy się od strażnicy, by miały gdzie stanąć. Wkrótce przyszły wszystkie, rozglądały się ze zdziwieniem,  usiłowały ustalić, gdzie jesteśmy, jedna po drugiej powtarzały, że nie widziały nigdy nic podobnego,  niemal  przerażone,  że  znajdują się w tak osobliwym miejscu. Nie rozumiałam, dlaczego nie poddają się beztrosce, dlaczego nie wpadają w zachwyt, że są na zewnątrz, uwolnione z klatki, że widzą niebo, czują deszcz i wiatr. Przez całe dotychczasowe życie czegoś pragnęły, ale w tym, co tu otrzymały, nie rozpoznawały swoich oczekiwań. Być może ktoś, kto zaznał zrozumiałej codzienności, nigdy nie potrafi przywyknąć do niezwykłego otoczenia, a ja, która wyrosłam w bezsensie, mogę się tego tylko domyślać.

[…]

Rodził się bunt, widać było, że tym razem nie dadzą się zaskoczyć,  jak to się musiało odbyć dawno temu, że nie poddadzą się biernie biegowi wypadków niczym przerażone istoty, które można poprowadzić do najbliższej rzeźni, bo nie wiedzą, co to rzeźnia. Wyprostowały się, rozejrzały po dziwnym świecie, w którym się znajdowałyśmy, stanęły pewniej na ziemi, pojawiły się uśmiechy. Pada – powiedziała Francine. I zrobiła to samo co ja – wyciągnęła przed siebie ręce, by złapać kropelki wody, i podniosła je do warg. Potem dotknęła swoich włosów, policzków: Jestem całkiem przemoczona. Zapomniałam, jak to jest. Tyle czasu minęło… Ponad dwanaście lat – rzekła Germaine. Wystarczy popatrzeć, jak dziewczynka urosła.

[…]

Wdały się w zawiłą dyskusję, z której nic nie zrozumiałam.  Latem dnie się wydłużają, a zimą skracają, ale między jednym zachodem a drugim są zawsze, albo może nie zawsze, dwadzieścia cztery godziny. Żadna nie wiedziała tego dokładnie, nawet Théa, mimo że była najbardziej wykształcona. Bardzo szybko przestałam ich słuchać. W każdym razie w pewnej chwili zapadnie noc – gdzie ją spędzimy? Nie mogło być oczywiście mowy o spaniu w klatce, a nie podobał się nam pomysł, żeby pozostać w pobliżu strażnicy. Podczas rozmowy patrzyłam, jak się przesuwa słońce, i wydawało mi się, że do nocy zostało jeszcze wiele godzin. Zaproponowałam, żeby zejść po koce i żywność, a potem stąd odejść. Tylko w jakim kierunku? A jeśli strażnicy wrócą? Jak zgadnąć, skąd przybędą, skoro nie widać było żadnej drogi? I jak właściwie odjechali?  Théa powiedziała, że w salach nie ma łóżek. Kobiety znów zaczęły się przerzucać pytaniami, ale Dorothée nie dopuściła do tego, by zapanował chaos, i skierowała ich uwagę na kwestię, która wydawała jej się najważniejsza: jeśli postanowimy się oddalić, trzeba się zdecydować na jakiś kierunek. Jak go wybrać? Théa wskazała na południe, widać tam było małe wzniesienie terenu, które mogłoby nas zasłonić.

[…]

Obawa przed powrotem strażników utrzymywała się długo, ale nigdy do tego nie doszło. Wiele czasu minęło, zanim strach opuścił kobiety,  a ja nie mogłam zrozumieć, dlaczego szybciej nie wyzbyły się niepokoju. Strażnicy znikli zupełnie nagle, bez śladu, jakby się rozpłynęli w powietrzu – wcześniej pojawili się znikąd, teraz tam powrócili, a ja dziwiłam się temu mniej niż inne, mające za sobą lata życia w świecie, w którym rzeczy miały sens. Ja zaś znałam wyłącznie bezsens i sądzę, że dlatego stałam się kompletnie inna niż pozostałe, jak to sobie potem powoli uświadomiłam. Byłyśmy wolne. W rzeczywistości zamieniłyśmy jedno więzienie na drugie.

[…]

Podeszłam więc do niewielkiej, ogrodzonej kocami przestrzeni. Kobiety patrzyły na mnie z zapartym tchem.  Widziałam,   że   ofiarowują   mi   bardzo   cenny   prezent,  i krępował mnie mój brak entuzjazmu. Odsunęłam grubą, sztywną tkaninę, weszłam do środka, koc opadł i z miejsca ogarnęło mnie bardzo dziwne uczucie. Serce waliło jak młotem, zakręciło mi się w głowie. Powiodłam wzrokiem po tym, co mnie otaczało – dostrzegłam jedynie kolczaste gałęzie i fałdy ciemnobrązowych koców zasłaniających mnie przed innymi. Przeszedł mnie dreszcz. Zaraz jednak zrozumiałam: po raz pierwszy jestem sama, nie widzi mnie żadna kobieta, a ja nie widzę żadnej z nich. Poczułam wielki zamęt. Stałam bez ruchu, z opuszczonymi rękami, i rozmyślałam   o tym, co się ze mną dzieje. Odkrywałam fizyczne odosobnienie, tak pospolite w zwykłym ludzkim świecie, którego jednak nigdy nie zaznałam. Od razu w nim zasmakowałam. Na szczęście.

[…]

Obudziłam się w środku nocy. Nie posiadałam się ze zdziwienia: było całkiem ciemno! Otwierałam oczy jak najszerzej i ledwo widziałam własne ręce. Niebo było mroczną masą, trochę przerażającą, zdawało mi się, że zaraz runie na ziemię. Dość dużo czasu minęło, zanim zrozumiałam, że znów napłynęły chmury. Czułam się przytłoczona i usiłowałam sobie dodać otuchy, przywołując na myśl to, co kobiety opowiadały czasem o gwiazdach, znajdujących się bardzo daleko, o gwiazdozbiorach i galaktykach. Zaraz jednak ogarnął mnie innego rodzaju niepokój, poczucie nieskończonej pustki, zawrót głowy i obawa, że wpadnę w tę dziwną nieskończoność, będę wiecznie krążyć pośród niczego. Zwinęłam się w kłębek, by się poczuć bezpieczniej, i stwierdziłam, że leżę tuż obok innej kobiety, że jej dotykam. Zadrżałam, ze strachu przed batem chciałam się natychmiast odsunąć, a potem przypomniałam sobie, że strażników już nie ma. Mimo to jednak kontakt z cudzym ciałem nie był dla mnie przyjemny i ostrożnie się przesunęłam. Nigdy więcej nie powrócił impuls, który pewnej nocy popchnął mnie ku Francine. Ktoś okrył mnie kocem, wydało mi się to dziwne i poruszające.

[…]

Nie czułam już dawnej wściekłej wrogości, gniew ustąpił, nie doszukiwałam się nienawistnie wad i oznak głupoty u moich towarzyszek. Przekonałam się jednak, że trudno im przez dłuższy czas rozważać jedną kwestię i że nie potrafią doprowadzić rozumowania do logicznego końca. Tylko Théa miała tę umiejętność. Na podstawie tego, co mi mówiła, wydaje mi się, że nie potrafiły skupić myśli, ponieważ długo podawano im narkotyki, i że ja również mogłabym być bystrzejsza i bardziej pomysłowa niż wtedy, kiedy po latach zostałam sama: na przykład po znalezieniu drogi nie przyszło mi na myśl, żeby ją zbadać w obu kierunkach, pomyślałam o tym dopiero całkiem niedawno, kiedy nie miałam już na to sił. Ponadto były to kobiety niezbyt wykształcone. Przed wypadkami, o których nic nie wiemy, zajmowały się domem, wychowywały dzieci, a te, które pracowały, były sprzedawczyniami, kelnerkami, kasjerkami – stopniowo dowiadywałam się, na czym polegały te nieskomplikowane zajęcia. Tylko Théa uczyła się dłużej – po kilku latach pracy jako maszynistka wstąpiła do szkoły pielęgniarskiej i uzyskała dyplom tuż przed tym, jak nas zamknięto. Wiele zapomniała. Pozostałe kobiety nie miały umiejętności przewidywania i były dość niezorganizowane,  szybko popadały w rutynę, nigdy nie rozwinęły w sobie cech, które nie były im potrzebne. Dla wielu z nich nic się pod tym względem nie zmieniło, ponieważ Dorothée, Théa i ja wkrótce wzięłyśmy na siebie odpowiedzialność za to, jak ma wyglądać nasze życie. Przedtem uważałam, że Dorothée uzurpuje sobie władzę wyłącznie z racji swojego wieku, i znienawidziłam ją – teraz zaczęłam ją szanować, bo przekonałam się, że jako pierwsza myśli o rzeczach najistotniejszych. Za każdym razem, kiedy kobiety wdawały się w dyskusję i zapominały, czego dotyczyła, Dorothée taktownie im przerywała i proponowała użyteczne rozwiązanie. Zobaczyłam, że swój autorytet zawdzięcza trafności ocen, ale nie miałam ochoty czekać na jej polecenia, wolałam być taka jak ona i przewidywać, co będzie do zrobienia. Po paru dniach stwierdziłyśmy, że zapasy zmniejszyły się o połowę. Trzeba iść po jedzenie – powiedziała Dorothée – i zrobić spis wszystkiego, co tam jest na dole. A potem zdecydujemy, czy zostajemy tutaj, czy idziemy dalej. Mówiąc „my”, w tych pierwszych dniach miała na myśli jedynie siebie i Théę, ale wiedziałam, że wkrótce do nich dołączę. Oprócz mnie i Théi zgłosiło się jeszcze piętnaście kobiet. Ustaliłyśmy, że nie będą schodziły na dół, ale pomogą nam dźwigać to, co wyniesiemy na zewnątrz. Wynikła również kwestia wystawienia warty, co wydawało mi się zbędne. Podzieliłam się wątpliwościami z Théą.

[…]

Trzeba ruszyć w drogę – powiedziała. Nie możemy tu zamieszkać i żyć jak pasożyty z zapasów w piwnicy. Musimy pozostać ludźmi,  chcę  wiedzieć,  gdzie  jesteśmy,   kto nas zamknął i dlaczego. Nie mam ochoty umrzeć na tym krześle pośrodku nie wiadomo czego. Dziwna rzecz, że właśnie w tej chwili przepowiedziała swój los. Mamy koce i dużo nici, uszyjemy plecaki i każda będzie niosła tyle, ile da radę. Czy pójdziemy na północ, czy na południe, to wszystko jedno, skoro nie wiemy, gdzie jest to, czego szukamy. Ani czy będziemy zadowolone, żeśmy to znalazły – wyszeptała Théa. Germaine, Théa i dziewczynka wrócą do piwnicy po puszki. Musimy policzyć, ile waży to, co zjadamy w ciągu dnia, i sprawdzić, czy jedna osoba może nieść żywność na dwa miesiące. Będziemy przez cały czas iść. Poprawimy kondycję, po jakimś czasie będziemy mogły robić od dwudziestu do dwudziestu pięciu kilometrów dziennie, to nam da tysiąc do półtora tysiąca kilometrów. Przez ten czas powinnyśmy coś znaleźć. Jeśli nie… Zadrżała. Na chwilę zapadło milczenie, które przerwała Théa: Jeśli zabierzemy żywność na dwa miesiące, będziemy mogły iść tylko przez miesiąc, musimy pamiętać o powrocie.

[…]

Nie posiadałam się ze zdumienia. Nigdy jeszcze nie słyszałam muzyki, wiedziałam tylko, że coś takiego istnieje. Chwilę wcześniej Annabelle powiedziała: „Popatrzcie, jakie piękne niebo!”, i wszystkie oczy skierowały się na zachód. Pojedyncze okrzyki zachwytu zaraz ucichły w obliczu niespodziewanej wspaniałości barw. Nie znałam ich dotąd, nigdy nie oglądałam takich odcieni różu i szkarłatu, widziałam tylko szarość piwnicy: długie pasma purpury przechodziły w fiolet, niektóre obłoki wydawały się zielone, przepuszczały przez siebie złote promienie.  Zaparło mi dech w piersiach i już miałam się zwrócić z pytaniem do Théi, kiedy w ciszy rozległ się jasny,  silny  głos Rosette. Ogarnęło mnie coś w rodzaju wibracji, niczym odległe echo dawnego uniesienia, tym razem jednak nie ustawało i łzy stanęły mi w oczach. Śpiew Rosette brzmiał długo, inne kobiety przyłączyły się do niej i nuciły po cichu. Ta powolna, łagodna pieśń dziękczynna trwała, aż słońce znikło i nad równiną zapadł zmrok.

[…]

Dwudziestego siódmego dnia, kiedyśmy się w południe zatrzymały na postój, kobiety przygotowywały posiłek, a ja poszłam jak zwykle naprzód i po raz pierwszy coś zobaczyłam: pośrodku długiego zbocza, po którym miałyśmy schodzić po obiedzie, wznosiła się niewielka kwadratowa budowla, przypominająca do złudzenia strażnicę, którą opuściłyśmy kilka tygodni temu. Z początku pomyślałam, że zatoczyłyśmy koło, ale teren był ukształtowany inaczej, strażnica nie znajdowała się pośrodku równiny i nie miała wyjścia na południe jak nasza. Drzwi nie były zamknięte i miałam je naprzeciw siebie. Zerwałam się do biegu, ale uświadomiłam sobie, że muszę zawiadomić resztę kobiet. Zawróciłam więc, zaczęłam do nich machać, a one odeszły od ognisk i garnków i pośpieszyły w moją stronę. Zmusiłam się do tego, by na nie zaczekać. Ja również stałam się solidarną towarzyszką. Przybiegły do mnie czym prędzej, nawet Dorothée, choć zadyszana, również szła najszybciej jak mogła. Podtrzymywałyśmy ją z Théą aż do szczytu wzniesienia, byłam zadowolona, że to zadanie pomaga mi powściągnąć niecierpliwość. Zebrałyśmy się przed wejściem i stałyśmy przez chwilę oszołomione i przestraszone:  a jeśli są tam strażnicy? Zrobiłam krok naprzód, chciałam otworzyć uchylone drzwi, zawiasy zaczęły już rdzewieć, stawiały opór, pociągnęłam silniej i ze zgrzytem ustąpiły. Dostrzegłam początek schodów, paliło się światło. Poczułam przykry zapach. Weszłam pierwsza, a za mną Théa i Dorothée, i zaczęłyśmy schodzić. Milczałyśmy, jakby już ogarniało nas przeczucie tego, co zastaniemy na dole. Zapach nasilał się i nie doszłyśmy nawet do połowy schodów, kiedy stał się nie do wytrzymania. Najodważniejsze kobiety szły tuż za nami, usłyszałyśmy okrzyki zaskoczenia. Dorothée stanęła, oderwała pas u dołu sukienki, złożyła na kształt maski i zakryła nos. Poszłyśmy w jej ślady, zapach niewiele zelżał, ale miałyśmy wrażenie, że nas nie dosięga. Ruszyłyśmy dalej w dół, starałyśmy się jak najmniej oddychać i często stawałyśmy, żeby nie dostać zadyszki. Stopniowo kobiety przestawały mówić, słychać było tylko cichy odgłos naszych kroków na schodach. Dotarłyśmy na sam dół. Wielkie dwuskrzydłowe drewniane drzwi były otwarte, jak w naszej piwnicy w dniu,  kiedy  rozległa się syrena.  Przeszłam przez próg i stanęłam jak wryta, zdjęta zgrozą. W piwnicy panował nocny półmrok, ale widziałam klatkę: była usłana ciałami martwych kobiet.

[…]

Tamtego dnia nie wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Po powrocie na miejsce postoju żadna nie chciała tknąć jedzenia i przesiedziałyśmy w milczeniu wiele godzin. Dopiero po zapadnięciu zmroku zjadłyśmy coś i zaczęłyśmy znów rozmawiać. Nie my jedne byłyśmy uwięzione. Istniała inna piwnica, taka sama jak nasza. Te dwa pewniki poruszyły nas do głębi. To, co nas spotkało, było dla wszystkich zagadką – teraz na zmianę wydawało nam się, że to odkrycie coś nam wyjaśni, albo przeciwnie, wszystko stawało się jeszcze mniej zrozumiałe. Dziś mogę stwierdzić, że po prostu ogarnęło nas jeszcze większe poczucie bezsensu. Powiedziałam, że było ich czterdzieści – z miejsca odniosłyśmy wrażenie, że jest ich tyle samo co nas, ale nikt tego nie sprawdził. Zrobiłam to nazajutrz i doliczyłam się trzydziestu dziewięciu ciał i czterdziestu materacy. Jedna z nich umarła zapewne przed dniem alarmu i zwłoki wyniesiono. Kiedyśmy o tym później rozmawiały, nadal mówiłyśmy o czterdziestu kobietach, bo łączył nas wspólny los, były naszymi sobowtórami, tylko miały mniej szczęścia, i uważałyśmy,  że było ich tyle samo. Chciałyśmy otworzyć kratę i wynieść ciała zmarłych, by je pochować na równinie, szukałam kluczy, licząc na to, że gdzieś zostały, ale ich nie znalazłam.

[…]

Po trzech dniach ruszyłyśmy w dalszą drogę. Moje towarzyszki ogarnęła   apatia.   Niewiele    mówiły,    wieczory    upływały    nam   w milczeniu, czasem tylko rozlegał się śpiew Rosette, a wtedy pozostałe kobiety jej wtórowały. Wydaje mi się, że nie miały ochoty snuć głębszych rozważań, by nie dojść do tego, z czym wkrótce potem musiałyśmy się pogodzić. Bały się stracić nadzieję. Liczyły, że znajdziemy miasta, cywilizację – ja zaś uważałam za naturalne, że będziemy spotykać wyłącznie strażnice, i sądzę, że one także to przeczuwały. Świata, o którym mi opowiadały, zupełnie nie znałam, nie potrafiłam go sobie wyobrazić, i kiedy po długim podejściu widziałam po drugiej stronie wzniesienia kolejną kotlinę, nie dziwiłam się, ponieważ pamięć nie podsuwała mi żadnego innego wyraźnego obrazu. Stopniowo jednak ich ponury nastrój zaczął mi się chyba udzielać, bo zdarzało się, że nie miałam już ochoty wybiegać naprzód, i trzecią strażnicę zauważyła Germaine. Nie przyśpieszałyśmy zbytnio kroku, powstrzymywała nas obawa przed tym, co zastaniemy, a kiedy zaczęłyśmy schodzić do piwnicy,  niedługo trwała nadzieja, że klatka jest otwarta, że te, które w niej mieszkały,  zdołały uciec i pewnego dnia spotkamy je na równinie –   tu też poczułyśmy fetor. 

[…]

Spodziewałyśmy się kobiet – byli tam mężczyźni. Także i oni próbowali się wydostać. Usiłowali wymontować zlew, wyrwać rury, by się nimi posłużyć do wyłamania zamka. Ich wysiłki okazały się daremne – rury powyginały się, ale nie popękały, miski ustępowe zwisały z postumentów, ale nie zdołali ich potłuc. Ciała leżały wszędzie, były w takim samym stanie, co zwłoki trzydziestu dziewięciu kobiet. Wentylacja działała, wiedziałyśmy, że trupia woń stopniowo zaniknie, a zwłoki zostaną, przekształcą się w mumie albo szkielety, jedne nagie, inne odziane w łachmany, podarte koszule lub spodnie z tego samego cienkiego materiału, co nasze sukienki, będą leżeć bezładnie, tam gdzie upadły, wyzbyte godności, tragiczne świadectwo niepojętego losu. Zapłakana Rosette odmówiła zejścia na dół i nie zaśpiewała pieśni zmarłych. Zabrałyśmy z magazynów to,  co się nam mogło przydać, i zaraz ruszyłyśmy dalej, szłyśmy, dopóki nam nie zabrakło sił, żeby nie robić postoju obok zbiorowej mogiły. Wędrowałyśmy tak miesiącami i była to wędrówka od grobu do grobu. Straciłyśmy nadzieję, że dotrzemy do miast,  nasze oczekiwania się zmieniły: teraz liczyłyśmy na to, że za którymś razem natrafimy na otwartą kratę. Postanowiłyśmy nawet, że będziemy zostawiać ślady naszej obecności, by uprzedzić innych, gdyby się pojawili. Wyrównywałyśmy ziemię przed wejściem do każdej strażnicy i układałyśmy z kamieni wielki krzyż. Théa wyjaśniła mi, że jest to symbol chrześcijaństwa, do którego należeli nasi przodkowie, i że w bardzo dawnych czasach służył za godło prześladowanym. Nikt się już nie obawiał, że pojawią się strażnicy, nie wiedziałyśmy, co się z nimi stało, ale byłyśmy pewne, że ich nie ma. Obok krzyża zostawiałyśmy również strzałkę wskazującą obrany przez nas kierunek.

[…]

Teraz jednak zamierzałyśmy wybrać miejsce, gdzie mogłybyśmy się osiedlić, zupełnie jakby te dwie śmierci przekonały nas, że na tej planecie, która być może nie jest Ziemią, nie ma już czego szukać. Chciałyśmy znaleźć rzekę blisko piwnicy, która dostarczałaby nam żywności. Takie właśnie było miejsce, z którego odeszłyśmy, ale nie chciałyśmy oczywiście zostać tak blisko strażnicy,  w której jedna   z nas się zabiła, by dalej nie cierpieć. Śmierć Dorothée zasmuciła te, które ją kochały – była stara i wszystko odbyło się bardzo spokojnie. Śmierć Marie-Jeanne wywołała wstrząs, przestraszyła nas. Najstarsze kobiety nie chciały o tym rozmawiać. Pewnie dlatego tak szybko wyruszyłyśmy w drogę. Po kilku tygodniach znalazłyśmy to, czego szukałyśmy: rzeczka była całkiem szeroka, brzegi gęsto porośnięte drzewami, pośrodku woda sięgała nam do ud. Postanowiłyśmy   wybudować   domy   z kamieni, a jako zaprawy użyć gliny pomieszanej z wodą. Dachy chciałyśmy zrobić z ociosanych pni drzew. Spostrzegłyśmy, że tam, gdzie nurt jest wolniejszy, są jakieś wodorosty, z których po wysuszeniu i spleceniu możemy mieć sznury. Przymocowałyśmy nimi do belek grubą warstwę gałęzi, tak aby powstało coś, co nazywałyśmy strzechą, chociaż nie byłyśmy pewne, czy takie jest właśnie znaczenie tego słowa. Później okazało się, że te same rośliny można dodawać do zaprawy, która dzięki temu stawała się mocniejsza. Nie miałyśmy wygórowanych ambicji: nasz pierwszy dom miał cztery metry na cztery.  Zbudowałyśmy go w dwa miesiące i bardzo nam było przyjemnie móc się w nim schować, kiedy padał deszcz. Nie mogłyśmy oczywiście wejść tam wszystkie jednocześnie, ale te, które zostawały na zewnątrz – ciasno skupione, by nie zmarznąć, tak jak to zawsze robiłyśmy, odkąd wyszłyśmy z piwnicy – wiedziały, że przy następnym deszczu będzie kolej na nie. Drugi dom zajął nam mniej czasu. Postanowiłyśmy, że będzie prostokątny. Drzewa były niskie i nie dało się oprzeć całego dachu na jednej długiej belce, ale wszystko się mocno trzymało dzięki temu, że położyłyśmy połączone pnie na kamiennych kolumnach. Poza tym wiedziałyśmy, że nigdy nie wieją tu silne wiatry. Może ten dom nadal stoi.

[…]

Bardzo mi się podobało budowanie i chętnie zajmowałabym się tym dalej, ale kobiety nie miały takiej potrzeby. W klatce mieszkało nas czterdzieści, więc teraz były zadowolone, że jest po jednym domu na dziewięć czy dziesięć osób. Opowiadały, jakie miały dawniej wygody, bieżącą wodę, wannę – były to rzeczy na zawsze utracone, o których lepiej byłoby zapomnieć. Wydaje mi się, że przystosowały się do osiadłego życia lepiej niż ja. Czasami wspinałam się na wzgórze, rozglądałam się po równinie, miałam ochotę ruszyć w drogę, czułam się podenerwowana. Wymyślałam sobie wtedy coś do zrobienia, dodatkowy stół, ławkę, najużyteczniejsze było przenośne urządzenie z desek, które pozwalało korzystać z toalety w pozycji siedzącej. Z cienkich pni, rozciętych wzdłuż, pozbijałam też ścianki, które łatwo można było ustawić w dowolnym miejscu, dzięki czemu mogłyśmy się obyć bez krzaków i koców. Była to długa i skomplikowana praca, przy której nie chciałam niczyjej pomocy, żeby mi to nie skróciło przyjemności. Kiedy nie było już nic do budowania, mówiłam, że piły są zanadto zużyte, że brakuje gwoździ lub obcęgów, i namawiałam tę czy inną kobietę na parotygodniową wspólną wyprawę. Po powrocie wymyślałam coś nowego, co mnie przez jakiś czas zajmowało, ale zawsze dotyczyło to wykonywania jakichś sprzętów, a miałyśmy tak małe potrzeby, że stopniowo przestały mi przychodzić do głowy jakiekolwiek pomysły. Mijały lata, jedne podobne do drugich, aż pewna rozmowa z Théą rozbudziła w mnie pragnienie uczenia się.

[…]

Pierwsza część życia wpoiła mi odrazę do natarczywych pytań, ale Théa dostrzegła moją niewiedzę i wyjaśniła mi, co kobiety mogą robić, kiedy są razem. Wydało mi się to dziwne, bo nie znosiłam cudzego dotyku, co Théa składała na karb wspomnień o bacie. Ale w takim razie – zapytałam – do czego służyli mężczyźni? Théę zdumiała moja naiwność. Jak miałabym wiedzieć coś,  czego   nikt   mi   nie wyjaśnił? W piwnicach z mężczyznami, gdzie niektórzy byli nadzy, widziałam, że nie są zbudowani tak samo jak my. Przypuszczam, że ma to związek z miłością, o której dawniej rozmawiałyście, a teraz od dawna już nie ma o niej mowy, ale nic więcej na ten temat nie wiem. Wtedy powtórzyła to samo, co już wiele razy słyszałam: Co by ci przyszło z tej wiedzy? Mężczyzn już nie ma. Zapłonęłam gniewem, ale nie byłam już małą dziewczynką wśród dorosłych kobiet: niezależnie od tego, w jakim wieku znalazłam się w piwnicy,  od naszego wyjścia minęło siedem lat i z pewnością byłam dwudziestoparolatką. Należałam do tych, które myślą, organizują wspólne życie, miałam sprawne ręce, umiałam piłować, wbijać gwoździe, szyć, splatać liny, i nie chciałam być traktowana jak dziecko.

[…]

Opowiedzcie, jak żyłyście – odezwałam się. Jak to było? Przez chwilę się opierały, aż uległy. Z początku mówiły do mnie, a potem okazało się, że nigdy sobie niczego nawzajem nie opowiadały i że sprawia im to przyjemność. Francine była zamężna i miała dwoje dzieci, Paula i Marie. Tuż przed katastrofą była mowa o trzecim dziecku, ale z powodu tego okropnego zaćmienia pamięci nie wiedziała, czy była w ciąży i je straciła, czy też było to dopiero w planach. Jej mąż nazywał się Lucien, poznała go, kiedy miała dwadzieścia trzy lata i zaczynała wychodzić z dołka po zawodzie miłosnym, po którym myślała, że już nigdy nie dojdzie do siebie. Podczas tej opowieści co chwila powtarzała: To są przecież najzwyklejsze w świecie rzeczy, to się mogło przydarzyć komukolwiek! Zupełnie jakby nie potrafiła sobie zdać sprawy z tego, że dla mnie nic nie jest zwykłe, bo nic mi się nie przydarzyło. Dziewczynka ma rację, nic nie jest zwykłe – powiedziała Denise – kiedy się jest osobą, która to wszystko przeżywa. Co do mnie, nie miałam dzieci, ale bardzo chciałam je mieć i zawsze tego zazdrościłam innym kobietom. Kiedy stało się to, co wszystkim złamało życie, właśnie się drugi raz rozwodziła, bo jak mówiła, zawsze tak źle sobie wybierała mężczyzn, że nie mogła być z nimi szczęśliwa. Germaine nie rozumiała, dlaczego Denise chciała znów wyjść za mąż. Ona sama nigdy tego nie zrobiła, natomiast od wielu lat żyła z tym samym kochankiem, z którego była bardzo zadowolona. Denise była tym zgorszona. I tak oto wdały się w dyskusję, czy lepiej wychodzić za mąż, czy nie, i rozmawiały o tym na tej pustyni, gdzie nie było ani jednego mężczyzny do poślubienia, do zdradzania ani do porzucenia, a kiedy sobie to uświadomiły, wybuchły śmiechem. Nawet ja dostrzegłam absurd tej sytuacji i śmiałam się razem z nimi. Doprawdy, kiedy o tym myślę, widzę, że śmiałam się o wiele częściej, niż mi się zdawało! Ale potem się rozpłakały i wtedy już nie potrafiłam ich zrozumieć. Potem zaczęły się nade mną użalać, że nie poznam miłości, a ja czułam się tak jak wówczas, kiedy mówiły o czekoladzie albo o cudownej rzeczy, jaką jest gorąca kąpiel – wierzyłam im, ale nie bardzo umiałam sobie wyobrazić, o czym mowa.

[…]

Mówiły o powrotach do domu o świcie, o zagniewanych rodzicach, o pocałunkach, o odprawionych zalotnikach, o mężczyznach, którzy im się podobali, ale którzy ich nie chcieli, i miałam w głowie mętlik. Stopniowo przestałam je prosić, żeby mi opowiadały o swoim świecie, i zrezygnowałam z prób wyobrażenia go sobie. Wiem, że się z niego wywodzę. Miałam ojca i matkę, którzy zapewne chodzili na tańce, pobrali się, może rozstali, katastrofa rozdzieliła ich,  jak  Francine i Luciena. Może jedna z martwych kobiet, które widziałam w piwnicach, była moją matką, może zmumifikowane zwłoki mojego ojca leżą obok kraty – zostaliśmy od siebie odcięci, nie ma ciągłości, a świat, z którego się wywodzę, jest mi całkowicie obcy.  Nie słyszałam jego muzyki, nie widziałam malarstwa, nie czytałam jego książek oprócz kilku, które znalazłam w schronie i z których niewiele zrozumiałam: jedyne, co znam, to kamienista równina, tułaczka i powolna utrata nadziei. Jestem bezpłodną latoroślą rasy, o której nic nie wiem, nawet tego, czy bezpowrotnie wyginęła. Być może gdzieś pod gwiazdami ludzkość wspaniale się rozwija i nie wie, że życie jednej z jej córek w ciszy dobiega kresu. Nic na to nie można poradzić.

[…]

Przekonanie o zbyteczności wszelkich wysiłków stopniowo obezwładniało umysły. Miałyśmy zapewnioną żywność i dach nad głową, parę kilo czarnego mydła pozwalało utrzymać higienę, naszą wstydliwość chroniło kilka metrów tkaniny – wiedziałyśmy, że poumieramy jedna po drugiej i nigdy się nie dowiemy, co się nam przydarzyło, a z biegiem lat wszelkie dociekania ustały. W piwnicach nadal paliło się światło, a ja nie mogłam się pogodzić z tym, że nigdy nic nie zrozumiem. Skąd się brała elektryczność?  Gdzieś musi działać jakaś elektrownia, mówiła Théa. Czy jest w pełni zautomatyzowana? Czy zostali jacyś ludzie, którzy ją obsługują, choć nie wiedzą po co? Czy pewnego dnia przestanie działać i mięso w chłodniach zgnije? Nikt już sobie nie wyobrażał, że pojawi się ktoś, kto nas uratuje, a nieliczne pytania,  które  jeszcze sobie zadawałyśmy, mówiły stale o naszej klęsce. Nie śmiałam powiedzieć, że chciałabym jeszcze wędrować, odkrywać, czułam, że uznałyby mnie za wariatkę.

[…]

Wiesz, że zostaniesz sama – powiedziała. Często o tym myślałam. Opiekowałam się tobą na tyle, na ile mogłam, kiedy byłaś mała, a potem przekazałam ci wszystko, co wiedziałam. Ale wkrótce nie będę ci już mogła towarzyszyć. Wydaje mi się, że odchodzę. Nie masz wyjścia – odparłam. Jak będziesz żyła? Znów ruszę w drogę. Będę dalej szukać. Nigdy bym nie przestała, ale widziałam, że reszta ma już dosyć. Dasz sobie radę? Nie oszalejesz? Nie rozumiem, na czym polega wasze szaleństwo. Dobrze wiesz, że nie jestem taka jak wy. Nie znałam tego, czego tak żałujecie, a jeśli nawet coś poznałam, to nic mi z tego nie zostało i wcale się tym nie martwię. Wydaje mi się, że nawet z wami byłam zawsze sama, bo bardzo się od was różniłam. Nigdy was dobrze nie rozumiałam, nie znałam tego, o czym rozmawiałyście. To prawda – powiedziała Théa – jesteś jedyną z nas, która należy do tej krainy. Nie. Ta kraina należy do mnie. Będę jedyną jej właścicielką i wszystko, co się w niej znajduje, będzie moją własnością. Po tych słowach Théa zapadła w długie milczenie. Przypuszczam, że myślała o poprzednim czasie, kiedy wiodła życie, które rozumiała i które straciła, bo chwilami z oczu płynęły jej łzy, a ja je delikatnie ocierałam. Poza tym nie ruszałyśmy się i wyczuwałam dłonią nieregularne bicie jej serca. Nauczyłam się już rozpoznawać takie uderzenia, które coraz bardziej słabną, wydaje się, że ustaną, wracają, ale nie należy sobie robić nadziei – życie nie jest aż tak uparte, by odnieść zwycięstwo. Nie byłam pewna, czy Théa doczeka świtu.

[…]

Wiesz – odezwałam się – chciałabym wyruszyć na wyprawę. Nie chcę tu żyć do końca moich dni, jedząc konserwy, które potem kawałek dalej wydalę. Podniosła wzrok. Widać było, że naprawdę próbuje zrozumieć, co powiedziałam. Chciałam jej pomóc i powtórzyłam: Pójdę na wyprawę. Ale przecież nic nie ma – odrzekła zdziwiona – nic, tylko piwnice. Z wielkim trudem zmuszała się do myślenia. Nie ma nawet pór roku. Nie możemy być tego pewne. Za szybko dałyśmy za wygraną. Czy szukałyśmy dłużej niż przez pierwsze dwa lata? To z powodu najstarszych. Trzeba się było ciągle zatrzymywać, żeby mogły spokojnie umrzeć. A czasem to trwało dość długo. Dziesiątki razy zaczynały się czuć lepiej i myślałyśmy, że z tego wyjdą. Wyruszę znowu w drogę. Nie jestem stara. Zaczekaj – powiedziała – zaczekaj. Nie zajmie mi to wiele czasu. Rozumiała mnie. Obie doskonale wiedziałyśmy, że sama sobie nie poradzi, że nie będzie miała siły chodzić do piwnicy po jedzenie ani zbierać drewna na ogień i że nie można jej zostawić.

[…]

Nie życzyłam jej śmierci, ale jak mogłam życzyć dalszego życia? Przez całe popołudnie wiele razy czułam, jak mi ciało drży z niecierpliwości. Myśl o tym, że będę wolna, uskrzydlała mnie. Żeby uspokoić nerwy, zaczęłam się zastanawiać, co ze sobą zabiorę. Wezmę jeden z największych plecaków i włożę do niego żywność na dwa tygodnie, dwa koce, bo przywykłam do spania na materacu i boję się, że ziemia może mi się wydawać za twarda. Potem, kiedy się już na nowo przystosuję, wystarczy mi jeden i ładunek będzie lżejszy. Potrzebne mi będzie dużo zapałek, łopatka i solidne buty. Nie mogę zapomnieć o mydle. Sukienka jest już w kiepskim stanie, ale na pewno uda mi się znaleźć trochę płótna i nici, bo po drodze znajdę strażnice, w których będę regularnie uzupełniała zapasy. Jeśli zamierzam iść długo, będę musiała uważać na buty, nosić mój własny rozmiar. Miałam     kiedyś przykre doświadczenia z pęcherzami, a od lat chodzę w sandałach. Nigdy nie znalazłyśmy skarpetek, a skóra na stopach mi zmiękła, ale wiedziałam, że szybko stwardnieje.

[…]

Poszłam się położyć. Myślałam, że po takiej pracy będę spała jak zabita, ale byłam zbyt podniecona myślą o wędrówce. Około trzeciej nad ranem nie mogłam już wytrzymać i wstałam, rozpaliłam ogień, żeby zagrzać wodę, i zabrałam się do pakowania. Kiedy było nas czterdzieści albo trzydzieści, musiałyśmy się stale liczyć ze starszymi kobietami, które szły wolno i niewiele mogły unieść, ale ja byłam silna i postanowiłam zabrać żywność na trzy tygodnie, więcej, niż potrzeba na dojście do kolejnej piwnicy. W ciągu minionych lat znalazłyśmy sześć metalowych manierek, napełniłam je wodą, bo rzek było dość mało, jedną od drugiej dzieliło czasem wiele dni marszu. Théa mówiła, że mięso dodaje sił, a kiedy się zajmowałam pogrzebem Laurette, przekonałam się, że mam gorszą kondycję. W puszkach nie było dość mięsa, postanowiłam wziąć duży kawałek z chłodni i długo gotować, żeby się nie zepsuło. Nasza osada leżała pięć kilometrów od piwnicy pełnej mężczyzn i jak zwykle zamknęłyśmy na dole wielkie drzwi – była to skromna ceremonia, której nigdy nie omieszkałyśmy dopełnić. Po wyjęciu paru ćwiartek mięsa postanowiłam popatrzeć ostatni raz na martwych towarzyszy ostatnich dziesięciu lat, jakie tu spędziłam.  Z czasem zapach wywietrzał, bo wentylacja nadal działała, a w miarę jak odwiedzałam kolejne piwnice, przywykłam do widoku leżących bezładnie ciał,  teraz  już wyschniętych na mumie.  Jedno z nich przyciągnęło wszakże moją uwagę. Mężczyzna siedział osobno, z dala od zamkniętych drzwiczek w kracie. Czy nie chciał się przyłączyć do oszalałej z rozpaczy grupy, która do ostatniego tchnienia usiłowała sforsować zamek, czy umarł na samym końcu, po udzieleniu pomocy – podobnie jak ja tylekroć to robiłam – tym, którzy już nie mogli znieść cierpienia, a nie przestawali żyć? Jeden złożony na pół materac miał za plecami, a dwa po bokach, i siedział wyprostowany, z solidnym oparciem dla ciała. Pomyślałam, że umierał godnie, z podniesioną głową, patrząc dumnie i wyzywająco, spoglądając szeroko otwartymi oczyma w mroczne przejście. Ruszyłam naokoło kraty, podeszłam do niego: chociaż z twarzy pozostało bardzo niewiele, miałam wrażenie, że był piękny, ciemna broda i proces mumifikacji ciała nie przesłoniły regularnych rysów. Zaciśnięte pięści spoczywały obok siebie na kolanach, może dawni wojownicy umierali właśnie w ten sposób – z bronią w ręku czekali odważnie na przeznaczony im los? Tors miał częściowo okryty rozdartą tuniką, widziałam mocne kości ramienia, które musiało być silne. Ja, która nie poznałam mężczyzn, zadrżałam ze smutku, kiedy tak stałam przed tym człowiekiem,  który  chciał przezwyciężyć strach i rozpacz, by pewnie i z gniewem wkroczyć w wieczność. W innym życiu mogłabym tego człowieka znać, nie był stary, mógł być znajomym mojego ojca albo moim ojcem, bo przecież na pewno miałam kiedyś ojca.  Albo kochankiem. Ale wiedziałam o nim tylko to, że postanowił umrzeć z godnością, na siedząco, wyprostowany, z dala od innych, napierających na siebie wśród chaosu strachu i krzyków. Był samotnikiem jak ja,  dumną  istotą,  a teraz odchodziłam, nic o nim nie wiedząc – poznałam tylko jego ostatni plan. Ale przynajmniej jedno mu się udało: do samego końca nie chciał się poddać rozpaczy i ktoś się o tym dowiedział. Dopóki będę żyła, moje wspomnienie o nim będzie żyło razem ze mną, pozostanie świadkiem jego dumy i samotności. Przystanęłam, wahałam się przez chwilę, a potem wróciłam na dół, żeby na niego popatrzeć. Nie odkryłam nic nowego na pergaminowym obliczu. Czułam głęboki smutek, pomyślałam, że pewnie w ten sposób niegdyś, w czasach, gdy żyli ludzie, żegnano ciało ukochanej istoty, starając się ją w całości zapisać w pamięci. Nic o nim nie wiedziałam, ale nic też nie wiedziałam o sobie oprócz tego, że pewnego dnia również umrę i tak jak on przygotuję sobie oparcie, żeby siedzieć prosto, do ostatniej chwili będę patrzyła przed siebie, a kiedy śmierć zatriumfuje nad moim wzrokiem, pozostanę niczym pomnik dumy, wzniesiony z nienawiścią, na przekór ciszy.

[…]

Zaczęłam iść w stronę wschodzącego słońca, bo niebo było tam bardzo piękne, bez jednej chmurki, i od dawna lubiłam patrzeć, jak wstaje dzień. Od początku szłam swobodnym, nieśpiesznym krokiem i mogłam takie tempo utrzymać długo. Obrałam sobie w oddali punkty orientacyjne, żeby nie krążyć w kółko, i rozpoczęłam wędrówkę. Liczyłam na to, że będzie trwała, dopóki żyję, chociaż sama nie wiedziałam, czego się po niej spodziewam. Szłam po łagodnej, długiej pochyłości i kiedy byłam na samej górze, obejrzałam się za siebie: popatrzyłam na wioskę z dziesięcioma domami, które budowałam z ogromną przyjemnością. Za największym znajdował się cmentarz, na którym pochowałam Théę. Dopiero dziś myślę, że to, co wobec niej czułam – ufność, która się stopniowo we mnie rozwijała, stałe przedkładanie jej ponad wszystkie inne, radość za każdym razem, kiedy ją witałam po powrocie z wyprawy – było pewnie tym, co kobiety nazywały miłością. Teraz nie miałam już kogo kochać. Od początku liczyłam kroki. Uderzenia serca wymierzały czas, kroki miały być miarą odległości. Mówiono mi dawniej, że średni krok ma siedemdziesiąt centymetrów długości, a na metr przypada sto centymetrów. Kiedy     kobiety mówiły o długościach i odległościach, określały je zawsze w metrach albo kilometrach, dlatego i ja używałam zwykle tych samych terminów.  Teraz uznałam, że to absurd – te pojęcia miały sens dla nich, ale nie dla mnie, i nie musiałam dłużej posługiwać się wspólnym językiem. Godzina marszu: tylko to miało dla mnie sens, nie warto było podejmować trudu przeliczania kroków na kilometry. Będę określała odległości według czasu marszu. Zawsze mogłam polegać na swoim wewnętrznym zegarze i tego pierwszego dnia postanowiłam policzyć, ile kroków stawiam w ciągu godziny, i obrać jednostkę długości przemierzanej trasy, która byłaby moim odpowiednikiem kilometra.

[…]

Innym razem dwa metry od kraty leżał porzucony pęk kluczy i długo myślałam o tym, jakie straszne musiało być dla nich to, że go widzą i nie mogą dosięgnąć. Czasem w klatce lała się z kranu woda i aż podskakiwałam, kiedy słyszałam cichy plusk, ale od dawna już wyzbyłam się nadziei, że któraś krata będzie otwarta. Wszędzie były składy żywności i zapalone na wieczność światło. Szłam od piwnicy do piwnicy, ciągle na wschód, niosłam na plecach zapasy, ale nigdy nie zabierałam materaca. Zniszczyły mi się buty, co mnie nie martwiło, byłam pewna, że trafią mi się nowe w odpowiednim rozmiarze, zanim będzie za późno. Nadeszła znana mi pora zachmurzonego nieba i siąpiącego deszczu. Byłam bardzo zadowolona, że w którymś pomieszczeniu dla strażników znalazłam na stole kawał ceraty. Leżała złożona obok kompletu nowych koców, których nie schowano do magazynu. Z tego powodu znowu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w piwnicach tak rzadko trafiają się przedmioty inne niż zwykle, tak jakby przestrzegano zasady, że wszędzie musi być absolutnie jednakowo. Prowadziło mnie to do odwiecznych rozważań na temat strażników i sensu trzymania nas w więzieniu, więc w pierwszym odruchu miałam ochotę wzruszyć ramionami, skierować myśli na co innego.

[…]

We wszystkich piwnicach znajduje się to samo, również w pomieszczeniach strażników. Również w pomieszczeniach strażników – pomyślałam, że jeszcze nigdy nie sformułowałam tego tak wyraźnie. Te słowa wciąż krążyły mi w głowie i zaczynało mnie to już drażnić, aż wreszcie myśl nabrała kształtu: już dawno zrozumiałyśmy, że umyślnie nie dawano nam żadnych wskazówek na temat sensu naszego uwięzienia i utrzymywania nas przy życiu, ale zawsze wydawało się nam oczywiste, że strażnicy to wiedzieli. A może utrzymywano ich w takiej samej niewiedzy? Może nie chciano, by rozumieli sens pracy, jaką im kazano wykonywać? Może ci, którzy tym wszystkim kierowali, umieścili takie same rzeczy we wszystkich piwnicach właśnie po to, by ukryć wszelkie informacje zarówno przed nami, jak i przed nimi? Ta hipoteza zelektryzowała mnie, poczułam, że nie idę, lecz tańczę, i roześmiałam się. Zdawałam sobie w pełni sprawę z tego, że do wszystkich poprzednich pytań dodałam jedynie kolejne, ale było ono nowe, a w niedorzecznym świecie, w którym żyłam,  w którym nadal żyję, dostarczało mi to szczęścia. Niedługo przed śmiercią Théi powiedziałam jej: „Zostanę jedyną właścicielką tej krainy”, ale wiedziałam, że kamienie i chłodnie będą mizernym majątkiem. Wyruszyłam z zamiarem odkrywania nowych rzeczy, może osławionej elektrowni, o której stale opowiadały mi kobiety, miejsca, z którego wychodziły rozkazy rządzące naszym życiem, czegokolwiek nowego, a myśl, że strażnicy niczego nie wiedzieli, była całkiem nowa i nic nie wydawało mi się cenniejsze.

[…]

Zbiegałam w dół z bijącym sercem, tak szybko, że znalazłam się tam w ciągu dziesięciu minut. Raz czy dwa razy się potknęłam, bo   nie potrafiłam oderwać oczu od znaleziska: wielkiej zardzewiałej konstrukcji długości dziesięciu kroków, dwa razy wyższej ode mnie, stojącej ukośnie na częściowo przerdzewiałych kołach, z oknami ze wszystkich stron. Kiedy byłam w połowie drogi, zobaczyłam siedzące w środku sylwetki i był to tak silny wstrząs, że o mały włos byłabym się zatrzymała, ale zaraz oprzytomniałam. Podeszłam blisko, upuściłam plecak na ziemię, przez chwilę stałam bez ruchu i próbowałam zrozumieć,  co  właściwie widzę. Rozpoznałam drzwi i klamkę, chciałam ją przekręcić, oderwała się i została mi w ręku. Szyby były potłuczone, pociągnęłam za obramowanie, drzwi się otworzyły i wypadły z zawiasów. Wdrapałam się na to, co pozostało ze stopni, i weszłam do środka. Zwłoki w piwnicach z biegiem lat ulegały mumifikacji, z tych pozostały szkielety, ubrane w dobrze mi znane mundury, zaopatrzone w broń i w dziwne maski zasłaniające kości twarzy. Wszyscy siedzieli zupełnie zwyczajnie, jakby śmierć nastąpiła natychmiast i od ostatniego uderzenia serca przeszli niepostrzeżenie do ostatecznego bezruchu, którego przez lata nic nie zakłóciło. Kierowca siedział na swoim fotelu, w chwili śmierci obejmował rękoma kierownicę i tak pozostało. Chwilę przedtem w autobusie podniósł się wokół mnie leciutki obłok kurzu, który natychmiast opadł, kiedy stanęłam oszołomiona, niezdolna się poruszyć. Odruchowo zrobiłam to samo, co robiłam od lat i co ukształtowało mój umysł – zaczęłam liczyć. Na dwudziestu czterech siedzeniach umieszczonych po dwa w dwóch rzędach po obu stronach przejścia naliczyłam dwudziestu dwóch pasażerów. Były tam zatem dwadzieścia trzy ciała. Każdy pasażer miał pakunek, albo na kolanach, albo na podłodze między nogami.

[…]

Najpierw wyjęłam wszystkie pakunki i ułożyłam jeden obok drugiego o parę kroków od zardzewiałego wraku,  następnie  zrobiłam to samo z ciałami. Zredukowane do szkieletów, wydały mi się zdumiewająco lekkie. Ich odzież bardzo mnie zainteresowała, zastanawiałam się, czy spodnie z lekkiej tkaniny i koszula z pagonami – takie, jakie widziałam na strażnikach w piwnicy – będą wygodniejszym strojem niż moja sukienka. Jeden ze zmarłych strażników był niski i szczupły, postanowiłam, że zachowam jego ubranie i przymierzę po wypraniu. Broń ułożyłam w dwóch stosach: w jednym baty, które już nigdy nie będą strzelały, w drugim wielkie pistolety, których w piwnicy mężczyźni nigdy nie wyjmowali z kabur, ale wyjaśniono mi, do czego służą. Miałam ochotę je wypróbować, wzięłam jeden, wyciągnęłam dłoń i nacisnęłam na spust. Nic się nie wydarzyło i pomyślałam wtedy, że pewnie nie jest nabity. Znacznie później przypomniałam sobie, że te urządzenia mają blokadę, i przyszło mi do głowy, że pistolet mógł być zabezpieczony, ale i tak nie wiedziałabym, jak go odbezpieczyć. Potem zaczęłam przeszukiwać wszystkie torby i wcale nie byłam zaskoczona, że wszędzie znajduję to samo: marynarkę, dwie pary slipek, paczuszkę z jedzeniem – jedna, mniej zniszczona, zawierała wysuszone resztki czegoś białego, co kruszyło się w palcach, wydawało mi się, że to może być chleb, pospolity produkt żywnościowy, którego nigdy nie jadłam – koc, brzytwę i książkę. Nie musiałam nawet odcyfrowywać tytułu, bo widziałam, że za każdym razem jest ten sam. Nie chciałam się nad tym zastanawiać, ponieważ obawiałam się, że znów mnie ogarnie nerwowość i usnę ze zmęczenia. Gdy kończyłam te porządki, przyszło mi do głowy pytanie, jak to się stało, że nigdy, w żadnej piwnicy nie natrafiłyśmy na chleb.

[…]

Nagle stałam się posiadaczką całego mnóstwa różnych dóbr, a ponieważ przywykłam do tego, że nic nie mam, poczułam się przytłoczona. Jadłam, patrząc na moje szkielety. Ci ludzie byli kiedyś strażnikami niedorzeczności, pilnowali przestrzegania zaleceń, których sensu nie znali, sami podlegali niezrozumiałym zasadom i być może tak samo jak my nie mieli pojęcia, gdzie są. Śmierć zaskoczyła ich, kiedy siedzieli w autobusie – ale czy wiedzieli, dokąd jadą? Od czasu, kiedy zabrzmiała syrena,  nie  natrafiłyśmy na żaden ślad strażników i myślałyśmy, że ich zabrano gdzie indziej – dlaczego ci znajdowali się w tym miejscu? Jedyne hipotezy, do jakich doszłam, przyszły mi do głowy znacznie później: był to rutynowy przejazd z jednej piwnicy do drugiej, udawali się na nocleg albo wieziono ich – jako nowo przybyłych – do miejsca, gdzie mieli objąć służbę, i nie uprzedzono o zagrożeniu. Maski gazowe wskazywały, że ta kraina nie była bezpieczna, ale nie przewidziano tego, co ich zabiło. Byłyśmy w jedynym więzieniu, gdzie syrena odezwała się, kiedy krata była otwarta, i to nas uratowało – oni jako jedyni znajdowali się na zewnątrz, co ich zgubiło. Ta symetria na długo zajęła mi umysł, sama nie wiem, dlaczego dopatrywałam się w niej swoistego mrocznego piękna. Czy coś, ktoś, gdzieś zna sens tego wszystkiego? I czy to nadal trwa? Czy na tej planecie, z której niezależnie od tego, jak długo będę po niej chodziła, zobaczę jedynie cząstkę, a może na innej jest jakieś miejsce, gdzie dalej działają piwnice; gdzie kobiety i mężczyźni są posłuszni batom, śpią i jedzą w narzuconych im porach, i gdzie jakaś zbuntowana dziewczyna zaczyna liczyć uderzenia własnego serca? Czy jestem jedyna? Czy na gwiaździstym niebie są tysiące planet podobnych do tej, po której wędruję, i nocą, kiedy czekam na sen, mój wzrok przesuwa się czasem po jakiejś odległej ziemi, gdzie rozgrywa się taka sama scena?

[…]

Za każdym razem była to ta sama książka: Krótki kurs ogrodnictwa. Wyjaśniano w niej, jak sadzić, siać, przesadzać, okopywać, pielić, w jakiej porze roku, jakie rośliny i w jakim porządku. Przeczytałam uważnie całość i stałam się bezkonkurencyjną specjalistką w zakresie oczkowania róż. Było tam mnóstwo ilustracji poglądowych, z których dowiedziałam się, jak wyglądają grabki, cebulka tulipana i wiele innych rzeczy, których nigdy w życiu nie widziałam i już nie zobaczę. Przeczytałam książkę jeszcze raz. Zyskałam dzięki niej wiedzę, która była całkowicie bezużyteczna, ale sprawiło mi to przyjemność. Poczułam się tak, jakby ozdobiła mi umysł, co przywiodło mi na myśl klejnoty – rzeczy, za pomocą których kobiety podkreślały urodę w czasach, kiedy uroda się do czegoś przydawała.

[…]

Ruszyłam szosą. Nie używano jej od dwudziestu lat i roślinność, choć mizerna, miejscami wyrosła tak, że ją przykryła. Dopiero kiedy się wspięłam na pochyłość, ujrzałam w dali odsłonięty pas. Wiódł na południowy zachód. Zastanawiałam się, czy mnie do czegoś zaprowadzi. Tego wymagałaby logika, o ile jakaś logika rządziła tym światem. W autobusie dwa miejsca nie były zajęte: czy kierowca miał jeszcze pojechać po trzech strażników, z których jeden podróżowałby na stojąco, a może dwóch wysiadło i wiózł pozostałych do ostatecznego miejsca przeznaczenia? Szłam przez trzy dni po dziesięć godzin, bo znowu wskazany był pośpiech – postój trwał długo. Zaczynało mi już brakować zapasów, kiedy ujrzałam strażnicę. Podeszłam do niej bez emocji, pewna, że jak zwykle zastanę tylko jasno oświetlone schody, otwarte dwuskrzydłowe drzwi i zamkniętą kratę. W chłodni z zadowoleniem spostrzegłam nieduży kawałek baraniny, który się szybko rozmrozi i upiecze. Po powrocie na górę uświadomiłam sobie, że nie rzuciłam nawet okiem na piwnicę i jej mieszkańców. Serce mi się ścisnęło i obiecałam sobie, że nazajutrz oddam im hołd.

[…]

Nazajutrz zeszłam na dół i usiadłam naprzeciw kraty. Była to jedna z nielicznych piwnic, w której więźniowie zachowali do końca godność. Nie było tam okropnego stosu umęczonych ciał, spoczywali każdy na własnym materacu, ułożeni jak do snu. Może któryś cieszył się dużym autorytetem i przekonał pozostałych, że krzyki i przerażenie na nic się nie zdadzą, że trzeba się przygotować na śmierć i pogodzić z losem bez niepotrzebnej walki. W klatce panował ład – ale o jakim nieporządku oprócz rozrzuconych bezładnie ciał można mówić, kiedy więźniowie nie mają niczego? Na widok tych zwłok poczułam, że ogarnia mnie pewnego rodzaju błogość – umarli spokojnie i przenieśli się do wieczności w pozach pełnych odprężenia. Zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób umrę: czy stanie się to w nocy, we śnie, i już zawsze będę leżała na równinie, owiewana łagodnym wiatrem, czy też zachoruję i będę musiała znosić ból. Powróciło wspomnienie pistoletów,  właśnie wtedy pomyślałam o blokadzie kurka, powiedziałam sobie, że trzeba było lepiej poszukać, że na pewno odkryłabym, jak się posługiwać bronią, bo może się zdarzyć, że kiedyś będę chciała umrzeć.

[…]

Teraz, kiedy miałam książkę i mogłam się ćwiczyć w czytaniu, żałowałam, że nie mam ołówka ani nic innego do pisania, mogłabym robić notatki z wędrówki. Wieczorem przed zaśnięciem kreśliłam litery na wysuszonej ziemi. Za wzór służyły mi słowa i zdania z książki. Wielu używałam już wcześniej, kiedy mówiłam, rozpoznawałam je więc i zastanawiałam się, jak można zbudować inne, których tam nie było. Na pierwszy ogień poszła strażnica, podobna do słowa różnica, a tu natrafiłam na słowo mszyca, w którym jest y, a nie i. Do strażnicy podobny jest strażnik, tak jak ogrodnik, ale w książce występowało słowo ogrodniczka i pomyślałam, że mogłaby również być strażniczka, chociaż nigdy nie widziałam żadnej strażniczki. Takie rozważania i poczucie, że niczego nie zapomniałam, sprawiały mi wielką przyjemność.

[…]

Przyszło mi do głowy pytanie, czy piwnice są rozmieszczone przypadkowo, czy też według jakiegoś planu. Podczas naszej pierwszej wędrówki minęło dwadzieścia sześć dni, zanim napotkałyśmy strażnicę, ale zdarzało mi się też iść niespełna tydzień do miejsca, gdzie mogłam odnowić zapasy. Zrobiłam sporo półokręgów, a potem, kiedy już byłam pewna, że umiem utrzymać dowolny wybrany przez siebie kierunek, zaczęłam się poruszać zygzakiem po łukach. Po kilku tygodniach zauważyłam, że układ piwnic tworzy wzór kwinkunksa [z łac. - pięcioelementowy wzór geometryczny spotykany w kartach do gry czy dominie – przyp. aut.]. Ponieważ poruszałyśmy się po linii prostej, siłą rzeczy nie natrafiałyśmy na wiele z nich. Wkrótce potrafiłam określić, jak dojść z jednej strażnicy do następnej, i tylko ode mnie zależało, czy którąś odwiedzę, czy obejdę bokiem. Nigdy żadnej nie pomijałam i niezależnie od tego, czy potrzebowałam żywności, czy nie, schodziłam, by złożyć uszanowanie zmarłym. Żadna krata nie była otwarta. Przypadek, który sprawił, że syrena zawyła dokładnie w chwili, kiedy strażnik wkładał klucz do zamka, okazał się wyjątkiem. Czasem nie mogę wyjść z podziwu nad moim losem: wśród wszystkich kobiet byłam jedynym dzieckiem i właśnie ta grupa uwięzionych kobiet uszła z życiem. Przeżyły kilka lat więcej. Nowo nabyta umiejętność planowania wędrówki rozproszyła melancholijny nastrój, jaki mnie ogarnął. Koniec końców coś przecież znalazłam, więc z jakiej racji miałabym się z tego powodu sama zadręczać? Na pewno znowu coś odkryję. I odkryłam.

[…]

Prawie się bałam przystąpić do rozbierania kopca, musiałam wziąć się w garść. Kamienie były dość duże, trzeba je było podnosić po jednym i uprzytomniłam sobie, że mogę się zranić. Oddarłam brzeg koca i owinęłam sobie dłonie, praca szła wolniej, ale w głębi duszy byłam z tego zadowolona: ogromnie bałam się rozczarowania i tego, że w wyniku moich wysiłków zakłócę tylko spokój paru szukającym cienia owadom. Pryzma była sztucznym tworem, nie miałam co do tego wątpliwości. Jeśli nic się pod nią nie kryje, będę się zastanawiała, po co ją ułożono, i dołożę jedynie kolejne pytanie do bezużytecznej kolekcji, która zaczynała mnie już nużyć. Ten świat był jak puzzle, a ja miałam tylko kilka niepasujących do siebie kawałków. Théa opowiadała mi kiedyś, na czym polega ta układanka, i wydawało mi się, że mogłaby mi się spodobać. Starałam się zdejmować kamienie równomiernie z całej powierzchni, żeby się nie obsuwały. Trwało to długo. Minęła godzina, zanim dotarłam do ostatniej warstwy, złożonej z o wiele drobniejszych kamieni, które zakreślały okrąg. Wzięłam łopatkę, której używałam co wieczór do wyrównywania gruntu przed położeniem się spać, i zaczęłam ostrożnie rozgrzebywać ziemię. Klęczałam, zupełnie jak pielgrzymi z minionych epok, i z pewnością drżałam tak samo jak oni. Bardzo szybko łopatka natrafiła na płaską powierzchnię z metalu.

[…]

Było tam osiemdziesiąt metalowych, ażurowych stopni. W końcu zobaczyłam podłogę, zrobioną z tego samego chropowatego materiału co ściany. Ostatni obrót wokół własnej osi i stanęłam na dole, w korytarzu szerokości sześciu czy siedmiu, a długości dwunastu kroków, zabudowanym od góry do dołu półkami pełnymi wszelkiego rodzaju pudeł, butelek i paczuszek, kończącym się drzwiami z jakiegoś dziwnego, nieznanego mi materiału. Dało się je bez trudu otworzyć: ujrzałam wielkie kwadratowe pomieszczenie, które wcale nie było szare i ponure jak piwnice, ściany miało wyłożone pięknym, ciemnym i lśniącym drewnem, a podłogę czymś miękkim i delikatnym. Zrozumiałam, że po raz pierwszy w życiu stanę na dywanie. Z ustawionych tu i ówdzie lamp dochodziło ciepłe światło, którego jaśniejsze plamy obejmowały duży stół i szerokie, niskie krzesła – od razu rozpoznałam w nich sprzęty zwane dawniej fotelami. Zaparło mi dech z podziwu. Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś równie pięknego, ponieważ nie widziałam nigdy nic pięknego, co byłoby dziełem ludzkich rąk. Znałam piękno nieba, obłoków o zmieniających się kształtach, delikatnych kropli deszczu, widziałam wolno przesuwające się gwiazdy i nieliczne kwiaty, a tu ujrzałam meble, obrazy wiszące na ścianach, wazony, małą rzeźbę. Nie powinnam jednak teraz dokładnie opisywać tych przedmiotów, ponieważ w pierwszej chwili zobaczyłam tylko plątaninę linii, kształtów i harmonijnych barw, niezrozumiałą kompozycję, która mnie poruszyła do głębi, i łzy stanęły mi w oczach, bo niosła w sobie wrażenie spokoju i równowagi, przywodzące na myśl śpiew kobiet, kiedy dawno temu rozbrzmiewał nad równiną. Kolory cudownie się ze sobą łączyły, były zestrojone z kształtami i proporcjami. Nie minął jeszcze zawrót   głowy,   który   mnie   ogarnął   podczas   schodzenia, i przykucnęłam z obawy, że upadnę. Po paru minutach uznałam, że bezpieczniej będzie zamknąć oczy, bo mdłości nie tylko nie ustępowały, ale jeszcze się nasilały, i oparłam głowę o skrzyżowane ramiona. Głęboko odetchnęłam i zrobiłam coś, czego nie robiłam od wielu lat – zaczęłam liczyć uderzenia serca. Powrót do tego przyzwyczajenia z bardzo odległego czasu wyraźnie mnie uspokoił. Musiałam jednak odczekać ponad godzinę,  zanim  mogłam przystąpić do zwiedzania mojego nowego królestwa. Zanim to się stało, kilka razy próbowałam podnieść głowę i otworzyć oczy – bardzo   szybko   emocje   brały   górę,   musiałam   się   znów   kulić i spokojnie czekać, aż minie burza. Miałam przed sobą przeszłość rodzaju ludzkiego, znajdowałam się w miejscu niemającym nic wspólnego z piwnicami, stworzonym dla przyjemności tego, kto tam mieszkał. Dotychczas znałam wyłącznie więzienia, sprzęty do zaspokajania podstawowych potrzeb, baty i sienniki, które trzeba było układać jedne na drugich, by dało się chodzić – natomiast to ukryte, podziemne pomieszczenie było domem.

[…]

Po obejrzeniu wszystkiego usiadłam na jednym z krzeseł, a potem na fotelu. Roześmiałam się. Potrzebowałam ponad dwóch godzin, by osłupienie i wzruszenie zmieniły się w radość. Tyle było do oglądania, zapoznawanie się z tym wszystkim tak mnie wytrącało z równowagi, że dotychczas nie zwróciłam uwagi na jedną z ozdób na ścianie. Dopiero teraz spostrzegłam, że jest to półka zapełniona książkami. Znów zakręciło mi się w głowie i długo siedziałam, przyglądając się im z daleka. Wielokrotnie czytałam mój podręcznik ogrodnictwa, znałam go na pamięć, teraz otwierałam szeroko oczy na widok tego, co mi tu podarowano. Aby odzyskać panowanie nad sobą, zabrałam się do liczenia: było ich dziewiętnaście, w tym osiem bardzo grubych, szerokich na dobre trzy palce. Podeszłam bliżej – tytuły były wydrukowane wielkimi literami na grzbietach i początkowo czułam się tak onieśmielona, że usiłowałam je odczytać z daleka i pomyślałam, że już nie umiem czytać. Podniosłam rękę, sięgnęłam po jedną z książek, która wydała mi się zdumiewająco ciężka, a potem usiadłam i postawiłam ją pionowo, grzbietem do góry. Było tam napisane: Podstawy astronautyki. Otworzyłam tom. Strony były zapełnione słowami i dziwnymi znakami. Rozpoznałam wśród nich tylko kilka symboli, których nauczyła mnie Théa – plus, minus, razy, podzielone przez, równa się. Myślę, że jedynie zmęczeniu zawdzięczam mądrą decyzję, by tego wieczoru nie posuwać się dalej. Później przekonałam się, że część pozostałych książek omawiała pogłębione zagadnienia tej samej dyscypliny.  Przeczytałam wszystkie linijka po linijce. Nic z nich nie zrozumiałam. Czy więcej zrozumiałam ze sztuk Szekspira? Albo z historii o don Kichocie z Manczy? Albo z tego, co się dzieje w książkach Dostojewskiego? Nie sądzę. Wszędzie mowa o doświadczeniach, jakich nie zaznałam. Wydaje mi się, że lepiej sobie radzę z przedmiotami – potrzebowałam wielu godzin namysłu, zanim użyłam korkociągu i otworzyłam butelkę z winem, ale wreszcie mi się to udało – a uczucia pozostają dla mnie tajemnicą. Może dlatego,  że związane z nimi doznania są mi obce albo budzą we mnie odrazę, jak kontakt fizyczny, tak podobno ważny w miłości. Zawsze mi łzy stają w oczach, kiedy myślę o śmierci Théi i o wysiłku, na jaki się musiałam zdobyć, by ją objąć. Usiłuję sobie wyobrazić, że jestem czuła i serdeczna – zawsze nadchodzi chwila, kiedy trzaska bat. Wiele rzeczy, o których mówiły kobiety, nadal nie jest dla mnie jasnych: wiem, że istniały pieniądze, że wszystko trzeba było kupować,  a   kobiety   zawsze   się   dziwiły,  że   zaopatrujemy   się   w chłodniach, nic nikomu nie płacąc, ale wszystko to jest dla mnie abstrakcją i nie wyobrażam sobie, że można by kogoś zabić dla pieniędzy, jak to zrobił nieszczęsny Raskolnikow. Sama co prawda zabijałam, ale po to, by ulżyć swoim towarzyszkom, i zawsze miałam wrażenie, że są mi za to wdzięczne. Może jednak nie powinnam być tego pewna – moja nieznajomość ludzkich uczuć jest tak wielka, że równie dobrze mogły mnie nienawidzić, a ja nic nie spostrzegłam, ponieważ mi tego nie mówiły. Nie rozumiem również, jak noszenie zniszczonych ubrań mogłoby być upokarzające – rzadko mi się zdarzało mieć inne! Podobały mi się pieśni Rosette, sądzę, że na muzykę byłabym wrażliwsza niż na literaturę,   ale jeśli nawet w domu są jakieś nagrania i przyrządy potrzebne do tego, by ich słuchać, to ich nie rozpoznałam.

[…]

Byłabym zapomniała! Jednym z najbardziej zaskakujących odkryć było oczywiście lustro. Nigdy przedtem nie widziałam, jak wyglądam. Théa mi powiedziała, że jestem ładna, ale nie miało to dla mnie żadnego sensu ani go nie nabrało. Mimo to lustro mnie zafascynowało i spędzałam długie godziny na przyglądaniu się sobie. Nie znałam swojej mimiki, dowiedziałam się, jak wygląda mój uśmiech, wyraz powagi lub niepokoju, wpatrywałam się w swoją twarz i myślałam: „To ja”. Do dziś to lubię. W miarę jak mijają lata, patrzę na postępy zmarszczek żłobiących mi czoło, policzki się zapadły,  a wargi stały się bledsze – ale to wciąż ja i darzę obraz z lustra czymś w rodzaju czułości. W chwili naszego wyjścia musiałam mieć jakieś czternaście albo piętnaście lat, a Laurette umarła dwadzieścia trzy lata później. Zanim doszłam do tego miejsca, które nazywam domem,  wędrowałam dwa lata – miałam więc trochę ponad czterdzieści lat. Było to dwadzieścia dwa lata temu, przypuszczam, że teraz jestem starą kobietą, i nadal lubię patrzeć na tę twarz. Nie wiem, czy jest ładna, czy brzydka, ale to jedyna ludzka twarz, jaką widuję. Uśmiecham się do niej przyjaźnie i dzięki temu otrzymuję uśmiech.

[…]

Najcenniejszą rzeczą, jaką tu znalazłam, jest papier. Odkryłam w domu wiele ryz papieru i pudełko ołówków. Dzięki temu wreszcie mogłam się nauczyć pisać. Dopomogły mi w tym książki, nawet te, które mówiły o astronautyce. Nie rozumiałam oczywiście działań matematycznych, ale było tam wiele długich rozdziałów z wyjaśnieniami i mogłam w nich analizować sposoby wyrażania myśli, ortografię i gramatykę. Dużo czasu spędziłam na oglądaniu niezrozumiałych schematów towarzyszących tekstom. Odtwarzałam je i nauczyło mnie to poprawnego rysowania z zachowaniem proporcji, dzięki temu mogłam sporządzać mapy moich wypraw. Postanowiłam, że ta piwnica będzie moim macierzystym portem. Zastanawiałam się tysiące razy, do czego miała służyć. Nie oznaczono jej położenia za pomocą strażnicy, tylko pryzmą kamieni, którą byłoby łatwo przeoczyć, i usiłowałam dociec, czy kamienie miały ją ukrywać, czy wskazywać. Zawiera więcej zapasów niż jakiekolwiek więzienie i można w niej mieszkać bez końca.

[…]

Dwa miesiące później znów wyruszyłam na wyprawę. W sumie odbyłam ich ponad pięćdziesiąt, w linii prostej albo po koncentrycznych półokręgach. Nie znalazłam nic oprócz zamkniętych więzień. Być może są inne miejsca podobne do tego, które sobie obrałam za dom, ale ich nie znalazłam, chociaż zawsze pilnie oglądałam powierzchnię gruntu i cierpliwie wypatrywałam kolejnego kopczyka kamieni. Świat, w którym żyję, pozostał dla mnie całkowicie niezrozumiały. Wędrowałam po nim we wszystkich kierunkach i nie znalazłam jego granic. Podczas mojej ostatniej wyprawy stanęłam na wierzchołku wzgórza, miałam przed sobą długie zejście i kolejną równinę, widziałam w oddali strażnicę i naraz ogarnęło mnie zniechęcenie. Pomyślałam sobie: znowu schody, pomieszczenie strażników, krata i czterdzieści wyschniętych zwłok. Usiadłam i zrozumiałam, że mam dosyć. Przez dwadzieścia lat, odkąd zostałam sama, podtrzymywała mnie na duchu nadzieja, a teraz nagle mnie opuściła. Tysiące razy wyobrażałam sobie piwnicę z otwartą kratą,  skąd nieprzytomni z radości więźniowie mogliby wyjść na górę, ujrzeliby niebo, równinę, zadrżeliby, pomyśleli o miastach, o ratownikach, ale czekałaby ich ta sama jałowa wolność, wśród której upłynęło mi życie. Zupełnie jakbym ich widziała, jakby przede mną stali, patrzyli i zgłaszali pretensje: czy to jest wszystko, co mogłaś nam dać? Zostaw nas w spokoju, lepsza jest śmierć niż życie wyzbyte nadziei. Zwiesiłam głowę i ruszyłam w powrotną drogę.

[…]

Od czasu do czasu wspinam się na górę i siadam na zewnątrz. Słucham. Niedawno uznałam, że spróbuję zawołać najgłośniej jak potrafię: „Hej! Jest tam kto?”. Głos miałam schrypnięty i słaby, ale mimo wszystko nasłuchiwałam. Nie usłyszałam nic poza cichym szelestem trawy poruszanej lekkim wiatrem. Innym razem zebrałam mnóstwo gałęzi i rozpaliłam wielki ogień, który byłby widoczny z daleka. Podsycałam go przez całą noc, chociaż rozsądek mówił, że nie ma nikogo. Ale ten sam rozsądek powtarza mi również, że skoro jest tyle piwnic, to na pewno, z całą pewnością była jeszcze jakaś,  w której syrena zawyła, kiedy krata była otwarta, i z jakiej racji wszyscy mieliby już nie żyć? Noc  mija,  myślę  o  swoim  życiu,  o gniewnej dziewczynie, która prowokowała młodego strażnika, obrażona na teraźniejszość, jakby miała jakąś przyszłość, albo o tym, jak lekko wbiegałam po stu stopniach, jak tkwiłam w sieci złudzeń pośrodku bezbarwnej równiny, ciągnącej się bez końca pod niebem, które prawie zawsze jest szare, a jeśli nawet niebieskie, to tak blade, że wygląda, jakby umierało – ale niebo nie umiera, to ja sama umieram, umierałam już w piwnicy – i powtarzam sobie, że jestem sama na tej ziemi, gdzie nie ma już ani strażników,  ani więźniów, i nie wiem, po co się tu znalazłam; ja, władczyni milczenia, właścicielka piwnic i trupów, powtarzam sobie, że wędrowałam przez tysiące godzin, a teraz wkrótce przejdę ostatnie dziesięć kroków, by położyć te kartki na stole i wrócić na moje śmiertelne łoże; ja, stara kobieta o wyschniętym ciele, której nikt nie zamknie oczu i zawsze będą spoglądały w stronę drzwi. Całe moje życie upłynęło na nie wiadomo czym, co mi nie przyniosło szczęścia, zostały mi raptem trzy krople krwi, to cała libacja, jaką będę mogła złożyć przeznaczeniu, które zdecydowało o moim losie. A potem widzę, jak nadchodzi blady zimowy świt, i schodzę na dół, żeby zasnąć, jeśli mi ból na to pozwoli, na szerokim łóżku, na którym mogłoby leżeć wiele osób.

[…]

Światło nadal się pali. Czasem mam nadzieję, że którejś nocy zgaśnie, że coś się wydarzy. Kobiety zastanawiały się, skąd płynie prąd. Nigdy nie mogłam do końca zrozumieć ich objaśnień na temat elektrowni, słupów i przewodów i nie widziałam niczego, co przypominałoby wszystkie te rzeczy, które usiłowały mi opisać: widziałam tylko równinę, strażnice i schron, w którym moje życie dobiega końca. Już od dawna nawet nie próbuję sobie wyobrażać rzeczy, których nie znam. Bardzo długo przypatrywałam się przedmiotom na półkach w korytarzu i nic z tego nie wynikło. Może to broń albo urządzenia komunikacyjne, które pozwoliłyby mi dotrzeć do innych ludzi. Trudno. Zrezygnowałam z czytania książek i rozpraw o astronautyce. Przez wszystkie lata spędzone na wędrówkach tak mało się wydarzyło. Znalazłam autobus, zgubiłam drogę, przyszłam tutaj. W każdym razie tak czy inaczej muszę wreszcie umrzeć. Gdybym nawet miała zwyczajne życie, takie jak przedtem, to i tak nastąpiłby kiedyś poranek mojego ostatniego dnia. Czasem kobiety użalały się nade mną, mówiły, że same zaznały przynajmniej prawdziwego życia, a ja im zazdrościłam, ale już umarły, a mnie spotka to samo, i cóż to ma za znaczenie, że się żyło, kiedy się już nie żyje? Gdybym nie zachorowała, to sądzę, że mimo wszystko znów wyruszyłabym w drogę i nadal bym szła, bo nigdy nie miałam nic innego do roboty. Nawet wtedy, kiedy utrzymuję, że jest inaczej, dobrze wiem, że jestem jedyną żyjącą osobą na tej planecie, gdzie prawie nie ma pór roku. Tylko ja jedna mogę powiedzieć, że czas istnieje, ale przeminął wokół mnie tak, że tego nie poczułam. Widziałam, jak się starzały inne kobiety. Podchodzę do lustra, patrzę na siebie: przypuszczam,   że zmarszczki, które przecinają mi policzki i otaczają oczy,  dawniej nie istniały, ale nie pamiętam swojej twarzy sprzed zmarszczek.

[…]

Przemienność dni i nocy to zjawisko fizyczne, natomiast czas jest sprawą istot ludzkich, a czy ja mogę się naprawdę uważać za istotę ludzką, ja, która znałam tylko trzydzieści dziewięć osób, i to wyłącznie kobiety? Myślę, że czas musi mieć coś wspólnego z długością ciąży, dorastaniem dzieci, ze wszystkimi tymi sprawami, których nie doświadczyłam. Gdyby ktoś ze mną rozmawiał, istniałby czas, początek i koniec tego, co by do mnie powiedział, chwila, w której zaczęłabym odpowiadać,  następne słowa. Nawet najkrótsza rozmowa sprawia, że rodzi się czas. Być może próbowałam go stworzyć, kiedy zapełniałam te stronice: zaczynam pisać, dodaję słowa, zdania, układam coraz wyższy stos kartek i nadal nie istnieję,  ponieważ  nikt ich nie czyta. Piszę je z myślą o nie wiadomo jakim czytelniku, który prawdopodobnie nigdy się nie zjawi – nie jestem nawet pewna, czy ludzkość ocalała po tajemniczym zdarzeniu, które przesądziło o moim życiu. Jeśli jednak przybędzie, to je przeczyta i w jego głowie zyskam trochę czasu. Będzie miał w sobie moje myśli – ja i on złączeni w ten sposób będziemy tworzyli coś żywego, co nie będzie mną, bo już nie będę żyła, i nie będzie również tym, kim on sam był, zanim zaczął czytać, bo jego umysł przyswoi sobie moją historię, która stanie się częścią jego myśli. Umrę naprawdę dopiero wtedy, kiedy się okaże, że nikt się nigdy nie zjawi, kiedy upłyną stulecia, a potem tysiąclecia, i ta planeta, o której już nie myślę, że jest Ziemią, ostatecznie przestanie istnieć.

[…]

Bo nikt zapewne nie przyjdzie. Zostawię otwarte drzwi, a na stole swoją opowieść, którą powoli pokryje kurz. Pewnego dnia jakiś kataklizm, z tych, co to nawiedzają planety, zniszczy równinę, schron zawali się na nieduży stos starannie ułożonych kartek, które się rozsypią wśród gruzu, nigdy nieczytane. O tym, że jestem chora, dowiedziałam się przed trzema miesiącami. Byłam w łazience i kończyłam się wypróżniać, kiedy poczułam coś, czego nigdy nie doświadczyłam: coś ciepłego wypływało mi z pochwy, tej części mojego ciała, która zawsze zachowywała się tak spokojnie, że nigdy nie myślałam o jej istnieniu. Pochyliłam się nad muszlą klozetową i zobaczyłam gruby czarny skrzep z żółtawymi smużkami. Zanim się zdążyłam przestraszyć, popłynęła ze mnie struga krwi i poczułam tak silny ból, że mnie zamroczyło. Kiedy odzyskałam przytomność, leżałam na ziemi, a ból znikł. Podniosłam się bez większego trudu, trochę mi się tylko kręciło w głowie, może z powodu krwotoku, ale szybko to minęło. Umyłam się, sprzątnęłam zakrwawioną podłogę, a potem przypomniałam sobie nauki Théi i upiekłam kawałek czerwonego mięsa, by uzupełnić poniesioną stratę.

[…]

Jestem zupełnie sama. Chociaż niekiedy marzę o tym, że mnie ktoś odwiedzi, za długo przemierzałam równinę, by w to wierzyć. Nikt nie przyjdzie, bo zostały tylko trupy. Jak ojciec Hamleta może się mu ukazywać i z nim rozmawiać, skoro nie żyje? Umarli tkwią nieruchomo, rozkładają się na miejscu i zostają z nich tylko kości, które wystarczy lekko ścisnąć, by pękły. Widziałam ich setki, żaden nigdy nie przyszedł do mnie porozmawiać w środku nocy. A bardzo by mnie to ucieszyło! Théa usiłowała mi wytłumaczyć, co chrześcijanie rozumieli pod pojęciem Boga i duszy. Podobno ludzie głęboko w to wierzyli, jest o tym mowa nawet we wstępie do jednej z książek o astronautyce. Czasem siadałam pod niebem, kiedy nie było zasnute chmurami, patrzyłam na gwiazdy i mówiłam głosem, który stał się całkiem ochrypły: „Szanowny panie, jeśli jest pan gdzieś w górze i nie ma pan zbyt wiele do roboty, niech pan coś do mnie powie, bo jestem bardzo samotna i sprawiłoby mi to przyjemność”. Nic się nie wydarzyło. Mogę teraz spokojnie myśleć, że ta ludzkość, o której sama nie wiem, czy rzeczywiście do niej należę, miała doprawdy bujną wyobraźnię. Nie jestem chyba bardzo stara – jeśli w chwili wyjścia z piwnicy miałam około piętnastu lat, teraz ledwo przekroczyłam sześćdziesiątkę.

[…]

Usiądę na łóżku, poukładam wokół siebie poduszki i pozwijane koce, by dać ciału solidne oparcie. Wszystko będzie uprzątnięte i czyste. Mam nadzieję, że nie pojawi się krew, przekonałam się, że jest to możliwe. Być może nikt nie przyjdzie, a może pewnego dnia jakaś zdziwiona ludzka istota dotrze na sam dół po schodach, tak samo jak ja dawno temu, zobaczy pomieszczenie wyłożone ciemnym drewnem,  starannie  zaścielone łóżko i starą kobietę siedzącą z nożem w sercu, z wyrazem spokoju na twarzy.

Jacqueline Harpman, Ja, która nie poznałam mężczyzn

Powieść science-fiction Jacqueline Harpman – belgijskiej pisarki piszącej po francusku przenosi akcję tej apokaliptycznej opowieści w nieznane miejsce w niezmierzonym też wszechświecie, może z kolei na bliźniaczą planetę do naszej rodzimej Ziemi, czy może odwrotnie paradoksalnie na nią samą, ale już po jakimś co najmniej armagedonie, który nie pozostawił po sobie ani człowieka, ani jego cywilizacji; wydaje się również, że spisane tutaj wydarzenia lokują się w niezbyt odległej w czasie przyszłości, może nawet w następnym od ukazania się książki stuleciu – naszym dwudziestym pierwszym wieku. Bezimienna dziewczynka wraz z trzydziestoma dziewięcioma dojrzałymi kobietami spędza tyle wiadomo, że noce i dnie w podziemnym więzieniu pod uważnym wzrokiem strażników, którzy pozwalają na kontakt werbalny, ale karzą batem za jakiekolwiek bliższe próby, choćby dotyku. Gdy w czasie wydawania kolejnego posiłku więźniarkom nagle zawyją syreny alarmowe, a strażnicy pośpiesznie uciekną ze swojej strażnicy, kobiety o własnych siłach wychodzą na rzekomą wolność. Dla młodej dziewczynki, która nic nie pamięta ze swojej przed więziennej przeszłości, wszystko na wyludnionej planecie wydaje się nowym czy nowszym. Po latach bezcelowej wędrówki, w tym założeniu własnej osady ludzkiej i odkrywaniu coraz to liczniejszych strażnic z zawsze podobnymi w ilości więźniami, aczkolwiek płci obu, którym jednak zdecydowanie mniej się poszczęściło w momencie odejścia strażników, nasza dojrzała już narratorka niespodziewanie odkrywa podziemny schron. Będąc już sama jak palec w końcu decyduje się spisać swoje tułacze dzieje i trwożliwe myśli, przede wszystkim, licząc, że ktoś, a zwłaszcza kiedyś przeczyta to, co po niej pozostanie prawdopodobnie trwałego. Opowieść Harpman to kolejne świadectwo niezłomnej samotności, woli przetrwania za wszelką cenę i wolności człowieka, które razem czy osobno „w odosobnionych więzieniach” wydają się czasem większe niż nam się wydaje.    



powrót ››