Blog

 

07.02.2025

Pasierb

„Ze wszystkiego,

co składa się na człowieka,

najbardziej kruche jest,

jak widać,

jego człowieczeństwo.”


„Wspomnienia to kazamat,

w których zamknięci jesteśmy

 od narodzin do śmierci.”


 „Już nad głową
wznosi się srebrne larum

 gwiazd to niebo

mówi obcą mową”

Zbigniew Herbert, Do Aurelego

[…]

Z tamtych pustych wybrzeży została mi przede wszystkim obfitość nieba. Wiele razy czułem się maleńki pod tym rozległym błękitem: na żółtej plaży byliśmy jak mrówki pośrodku pustyni. I jeśli dziś, na starość, pędzę swój żywot w miastach, to dlatego że tutaj żyje się poziomo, miasta przysłaniają niebo. Tam natomiast, nocami, sypialiśmy prawie miażdżeni przez gwiazdy. Wisiały, zdawało się, w zasięgu ręki, wielkie, nieprzebrane, ledwie porozdzielane czernią, niemal dosłownie roziskrzone, zupełnie jakby niebo było ponakłuwanym zboczem aktywnego wulkanu ukazującym jego wewnętrzny żar. Sieroctwo pchnęło mnie do portów. Zapach morza i wilgotnego takielunku, powolne, sztywne żagle, co zbliżają się i oddalają, rozmowy starych marynarzy, wieloraka woń przypraw i mnogość towarów, prostytutki, alkohol i rozkazy kapitanów, dźwięk i ruch: to właśnie mnie kształtowało, było mi domem i szkołą, pomogło dorosnąć, zastępując, jak daleko sięgam pamięcią, ojca i matkę. Posłaniec dziwek i wilków morskich, tragarz, pomieszkujący od czasu do czasu u krewnych, lecz najczęściej na stertach worków w magazynach, stopniowo zostawiałem za sobą dzieciństwo, aż pewnego dnia jedna z dziwek zapłaciła za moje usługi darmowym – pierwszym dla mnie – spółkowaniem, a jakiś marynarz, gdy spełniłem jego polecenie, nagrodził moją gorliwość łykiem czegoś mocniejszego i w ten sposób, jak to mówią, stałem się mężczyzną.

[...]

W owych czasach, ponieważ jakieś dwadzieścia lat wcześniej odkryto, że da się tam dotrzeć od zachodu, w modzie były Indie; to stamtąd po długim błądzeniu przez nieznane morza wracały statki wyładowane przyprawami albo poturbowane przez sztormy; w portach mówiło się tylko o tym i temat ten, bywało, przydawał spojrzeniom i słowom szaleństwa. To, co nieznane, jest abstrakcją; to, co znane – pustynią; ale to, co znane połowicznie, przeczuwane, stanowi idealną przestrzeń dla przypływów pragnienia i fascynacji. W opowieściach ludzi morza wszystko się mieszało: Chińczycy, Indianie, nowy świat, drogie kamienie, przyprawy, złoto, chciwość i baśnie. Rozmawiano o miastach brukowanych złotem, o ziemskim raju, o morskich potworach, które nagle wynurzały się z wody i które marynarze brali za wyspy do tego stopnia, że przybijali do ich grzbietów i obozowali wśród pofałdowań ich twardej jak skała, łuskowatej skóry. Słuchałem tych bajań zdumiony i rozdygotany; uważając się, jak wszystkie dzieciaki, za przeznaczonego do wielkich rzeczy i niepodatnego na jakiekolwiek zagrożenia, pod wpływem każdej nowej relacji, czy to radosnej, czy to mrożącej krew w żyłach, czułem coraz większą ochotę, żeby się zaciągnąć. W końcu nadarzyła się okazja: pewien kapitan, główny nawigator królewski, organizował wyprawę na Maluki [być może chodziło o indonezyjskie Wyspy Moluki, inaczej zwane Korzennymi – przyp. aut.], do której udało mi się dołączyć. [...] W portach dużo się gadało, ale ostatecznie mało kto się decydował. Później miałem zrozumieć, dlaczego. Faktem jest, że bez większego problemu zaciągnąłem się jako majtek na statek flagowy, główny z trzech wchodzących w skład ekspedycji. Gdy poszedłem się zamustrować, zdawało się wręcz, że wszyscy na mnie czekają; przyjęli mnie z otwartymi ramionami, zapewnili, że przed nami wspaniały rejs i że za kilka miesięcy wrócimy z Indii bogaci. Kapitana nie było; przebywał akurat na dworze królewskim i miał zjawić się w dniu rozpoczęcia podróży. Oficer odpowiedzialny za werbunek przydzielił mi koję w kajucie marynarzy i powiedział, żebym wpadł później po dalsze instrukcje. W tygodniu poprzedzającym wypłynięcie prawie co dzień schodziłem na ląd, żeby załatwiać sprawy oficerom, a nawet zwykłym marynarzom, nie zwłócząc jednak na mieście ani w tawernach, pozycja majtka napawała mnie bowiem dumą i chciałem jak najlepiej jej sprostać.

[...]

Pośród tego monotonnego błękitu żeglowaliśmy ponad trzy miesiące. Wkrótce po tym, jak podnieśliśmy kotwicę, dotarliśmy w tropiki. To tam zacząłem dostrzegać owo nieskończone niebo, które miało ze mną zostać na zawsze. Morze je podwajało. Statki, jeden za drugim w regularnych odstępach, zdawały się z wolna przecinać pustkę ogromnej niebieskawej kuli, która nocą stawała się czarna, ponakłuwana w górze świetlistymi punktami. Ani śladu ryby, ptaka, chmury. Cały znany świat wspierał się na naszych wspomnieniach. Byliśmy jego jedynymi gwarantami w tym gładkim, jednolicie błękitnym otoczeniu. Słońce, czerwone nad horyzontem, rozżarzone i żółte w zenicie, zaświadczało dzień po dniu, niezmiennie, o pewnej zmienności. Ale to, co realne i tak nam umykało. Po kilku tygodniach dopadł nas obłęd: same nasze przekonania i wspomnienia nie dawały wystarczającego oparcia. Morze i niebo powoli traciły swoje nazwy i sens. Im bardziej szorstkie były liny czy drewno pokładu, im chropowatsze żagle, konkretniejsze ciała, które snuły się wokół, tym bardziej problematyczna stawała się ich obecność. Rzec by można, chwilami, że staliśmy w miejscu. Trzy statki trwały w nierównym szyku jeden nieopodal drugiego, jak gdyby przyklejone do niebieskiego tła. Kolor zmieniał się, kiedy słońce wstawało nad horyzontem za naszymi plecami i kiedy chowało się zań na wprost nieruchomych galionów. Kapitan jak urzeczony kontemplował te zmiany z mostku. Czasem bez wątpienia wręcz marzyliśmy o tym, by pojawił się jeden z tych morskich potworów, o których tyle mówiło się w portach. Ale żadnych potworów nie było.

[...]

Należy również zaznaczyć, że delikatność nie zaliczała się do głównych przymiotów moich towarzyszy. Niejednokrotnie za jedyne wyznanie uczuć z ich strony musiał mi wystarczyć nóż na gardle. Wybór był prosty: honor albo życie. Dwa czy trzy razy miałem się już poskarżyć kapitanowi, lecz niedwuznaczne groźby moich adoratorów ostatecznie mnie od tego odwiodły. Postawiłem na spolegliwość i podstęp, szukając opieki najsilniejszych i próbując w tym wszystkim zyskać coś dla siebie. Kontakt z portowymi kobietami bardzo mi się koniec końców przydał. Obserwując je, za sprawą dziecięcej intuicji pojąłem, że sprzedawanie swoich ciał było dla nich po prostu sposobem na przetrwanie i że honor ustępował przy tym miejsca strategii. Osobiste upodobania również stanowiły kwestię dalszorzędną. Główną przywarą istot ludzkich jest chęć życia wbrew wszystkiemu, w jak najlepszym zdrowiu; chęć odnawiania, za wszelką cenę, kształtów nadziei. Ja chciałem się dostać do rajskich krain: dlatego przechodziłem z ręki do ręki i muszę powiedzieć, że – dzięki mojemu niejasnemu statusowi gołowąsa – układy z tymi mężczyznami, którzy w oczach takiego jak ja sieroty mieli też coś z ojca, były dla mnie niekiedy źródłem pewnej przyjemności. I tak to wyglądało, kiedy dostrzegliśmy ląd.

[...]

Wyszedłszy z łodzi, rozproszyliśmy się jak spłoszone zwierzęta. Jedni zaczęli biec bez celu, prosto przed siebie, każdy w inną stronę; drudzy truchtali w kółko po ograniczonej przestrzeni; jeszcze inni skakali w miejscu. Pewna grupka rozpaliła wielkie ognisko i zapatrzyła się w ogień, którego płomienie bladły w południowym słońcu. Dwóch starszych marynarzy, stojąc pod drzewem, śmiało się z dużego ptaszydła, które zamiast odlecieć, przefruwało rozwrzeszczane z gałęzi na gałąź. W głębi, dalej od brzegu, u stóp wzgórza, kilku mężczyzn ścigało jakiegoś kuraka o wielobarwnym upierzeniu. Niektórzy wspinali się na drzewa, inni kopali w piasku. Jeden, przystanąwszy na skraju plaży, sikał do wody. Byli i tacy, co z niezrozumiałych powodów woleli zostać na statku i przyglądali się nam z daleka, wsparci o burtę. O zmierzchu zgromadziliśmy się wokół ogniska, na którym piekło się to, co zdołaliśmy złowić i upolować. Kiedy zapadł zmrok, płomienie oświetliły brodate, spocone twarze siedzących kręgiem żeglarzy. Któryś ze starszych zaczął śpiewać. Reszta klaskała do taktu. Potem, gdy ogień dogasał, stopniowo zmogło nas zmęczenie. Część przysypiała już na siedząco, część kładła się obok na ciepłym piasku, część szukała ochrony przed wilgocią u stóp pagórka lub pod drzewami. Dziesięciu czy dwunastu wsiadło do jednej z łodzi i wróciło spać na pokład. Plażę ogarniała cisza. Korzystając z ciemności, jakiś marynarz puścił dla żartu przeciągłego bąka, czym wywołał śmiechy. Ja ułożyłem się na plecach i zapatrzyłem w gwiazdy. Ponieważ księżyc pozostawał niewidoczny, niebo było ich pełne: żółtych, czerwonawych, zielonych. Pulsowały blaskiem albo trwały nieruchome, albo sypały iskrami. Czasem któraś zsuwała się w mroku, kreśląc świetlisty łuk. Wisiały, zdawało się, w zasięgu ręki. Słyszałem wcześniej, jak jeden z oficerów mówił, że każda z nich to zamieszkany świat podobny do naszego i że Ziemia jest okrągła i też unosi się w przestrzeni niby gwiazda. Wzdrygnąłem się na myśl o naszych rzeczywistych rozmiarach, skoro te gwiazdy, zamieszkane przez ludzi podobnych do nas, oglądane z plaży były zaledwie świetlistymi punkcikami.

[...]

Kapitan, dawniej zdystansowany, stał się niedostępny: jakby unosił się w jakimś niedosiężnym wymiarze. W dniach po tamtym zejściu na ląd prawie nie pokazywał się na pokładzie. Wszystkiego doglądali jego zastępcy, on zaś nie opuszczał swojej kajuty. Początkowo myśleliśmy, że jest może chory, lecz zostaliśmy wyprowadzeni z błędu, gdy dwa czy trzy razy mignęła nam gdzieś w przelocie jego krzepka postać. Pewnego wieczoru, ponieważ zachorował zajmujący się tym zazwyczaj marynarz, polecono mi podać kapitanowi kolację i kiedy wróciłem zabrać naczynia, długo pukałem do drzwi bez odpowiedzi, aż uznawszy, że go nie ma, postanowiłem wejść i odkryłem, że wciąż siedzi przy stole, sam, pośrodku jasno oświetlonej kajuty, wpatrując się z uwagą w rybę, którą zaserwowałem mu nieco wcześniej i która leżała nietknięta na talerzu. Nawet nie usłyszał, jak wchodzę, a w każdym razie nic w jego postawie nie zdradzało, żeby usłyszał. Jego spojrzenie, baczne i mętne zarazem, utkwione było w rybie, konkretnie w jej okrągłym oku, które przetrwało gotowanie i zdawało się go przyciągać niby czerwonawa wirująca spirala, zdolna budzić w nim, mimo braku życia, niezmierną fascynację.

[...]

Mnie obudził wtedy pewien stary, posępny marynarz: należałem do grupy, która wraz z kapitanem miała się udać na wyprawę zwiadowczą. Stopniowo, zaspani i rozchełstani, gromadziliśmy się na pokładzie, gdzie kapitan już na nas czekał, spowity błękitnawym półcieniem poranka. Ponad linami i masztami, które odcinały się wyraźnie od tego półcienia, błyszczała, nieruchoma i ogromna, Jutrzenka. Razem z kapitanem było nas jedenastu: w jednej łodzi ruszyliśmy ku brzegowi na zachodzie i nadal pamiętam, że gdy tak wiosłowaliśmy, oddalając się od statków, powoli oddalaliśmy się również od czerwonej łuny malującej niebo za drzewami na brzegu po drugiej stronie. Kiedy zeszliśmy na ląd, już się rozjaśniało. Nasza obecność na tym błotnistym wybrzeżu wzmogła rozgwar ptaków. W porannym świetle przemieszczaliśmy się widoczni jak na dłoni. Kapitan porzucił swą zwykłą władczość, by przyłączyć się z wielkopańską nonszalancją do naszego czujnego zdumienia. Wyswobodzenie umysłu z rygorów przywództwa zdawało się wprowadzać go w stan zwierzęcej gotowości, która, jak się zapewne spodziewał, miała pozwolić mu lepiej sprostać temu, co skrywały te nieznane okolice. Wodząc dokoła powolnym i pustym spojrzeniem, zagłębiliśmy się w zarośla, zostawiwszy za plecami rzekę, gdzie popluskiwała łódka.

[...]

Kapitan, rozczarowany być może tym wypadem bez niespodzianek i najwyraźniej niezdecydowany, zwlekał z przeprawą na pokład, rozglądając się niespiesznie na wszystkie strony i roztargnionymi monosylabami odpowiadając swoim ludziom. Kiedy mieliśmy już wsiadać do łodzi, zawrócił nagle i cofnąwszy się o kilka metrów, jął potrząsać głową jak ktoś, kto zbiera się, żeby wyrazić jakieś niezłomne przekonanie, chociaż pozory uparcie je podważają. Nie przestawał przy tym lustrować krzewów, drzew, wody i pofałdowań terenu. My czekaliśmy, niepewni i skupieni dokoła. Wreszcie, wpatrzywszy się w nas z tym samym wyrazem niezłomnego przekonania i nieufności jednocześnie, zaczął mówić: „Na ziemi tej oto brak jest…”, wymachując ręką, jakby próbował być może spotęgować w ten sposób prawdziwość tezy, którą zamierzał nam przekazać. „Na ziemi tej oto brak jest…” – to właśnie mówił, gdy wypuszczona gdzieś z zarośli za jego plecami strzała przeszyła mu gardło, tak szybka i niespodziewana, że stał jeszcze chwilę z szeroko otwartymi oczyma, unieruchomiony w swojej perswazyjnej postawie, nim zwalił się na ziemię. Przez kolejny ułamek sekundy nie zaszło nic, poza tym, że w ogłupieniu skonstatowałem, iż wszyscy ci, co towarzyszyli kapitanowi, z wyjątkiem mnie, leżą bezwładnie dookoła, poprzeszywani – szczególnie w okolicach szyi i piersi, choć nie tylko – strzałami, które sprawiały wrażenie, jak gdyby wzięły się wprost z nicości, aby niechybnie wbić się w ich bezbronne ciała.

[...]

W ciągu kilku sekund osobność mojej sytuacji objawiła się z całą mocą: po śmierci tych, którzy wraz ze mną wzięli udział w tamtej zwiadowczej wyprawie, pewność wspólnego doświadczenia znikła, a ja zostałem na świecie sam wobec niekończących się problemów, jakie pociąga za sobą jego istnienie. Ten stan trwał krótko. Z zarośli wyłoniła się zgraja nagich śniadych mężczyzn z łukami i strzałami w dłoniach. Podczas gdy część z nich zajęła się zbieraniem trupów, reszta otoczyła moją osobę i tłocząc się wokół, wskazując mnie palcami, dotykając delikatnie i z podziwem, pośród radosnych, zachwyconych śmiechów jęła wydawać z siebie raz za razem, bez przerwy, te same prędkie i piskliwe dźwięki: Def-ghi! Def-ghi! Def-ghi! Również i to nie trwało długo; wrażenie, że dryfuję, że jestem gdzie indziej, było dużo silniejsze niż strach. I zanim się zorientowałem, zanim zdążyłem spojrzeć w stronę statków znajdujących się wciąż, jeśli się nie mylę, na środku rzeki, nadzy śniadzi mężczyźni porwali trupy i popędzili, zabierając mnie ze sobą, ku chaszczom, tak zwinni i szybcy, jakby nie wymagało to od nich żadnego wysiłku, w związku z czym i ja zostałem zmuszony do trwającego co najmniej godzinę biegu, pod eskortą dwóch rosłych Indian, z których każdy stanowczo, lecz łagodnie podtrzymywał mnie za jedno ramię i prowadził umiejętnie wśród nierówności terenu, bez słowa pod moim adresem czy choćby spojrzenia. Zdawali się znać na pamięć każde drzewo, każdą ścieżkę, każdy krzew. Kiedy wreszcie przystanęli, w cieniu nad brzegiem spokojnego strumyka, nie mieli nawet przyspieszonych oddechów.

[...]

Inny powód mojego niezwykłego spokoju stanowiła niezmienna uprzejmość, z jaką dzicy mnie traktowali, dotykając na ogół czubkiem palca i zagadując w swoim języku. Słowo, które powtarzali, mówiąc do mnie albo na mój temat, było jedno, wyraźnie podzielone na dwie łatwe do wychwycenia sylaby. Dźwiękom tym, wymawianym raz po raz prędko i piskliwie – def-ghi, def-ghi, def-ghi – zazwyczaj towarzyszyły przyjazne śmiechy lub chichoty, delikatne i wesołe muskanie moich ramion, rąk czy piersi, jak również drobiazgowe roztrząsania, których musiałem być przedmiotem, skoro śniade palce nie przestawały wyciągać się w moją stronę. Czasem któryś z tych nagich mężczyzn kucał przede mną, śląc mi natarczywe, rozmarzone spojrzenia. Paru przyniosło wodę, a także owoce, które początkowo oglądałem nieufnie, aż w końcu pożarłem. Inni przy pomocy życzliwych, zamaszystych gestów zachęcili mnie, bym przeniósł się w cień drzew sąsiadujących z tymi, pod którymi trwała narada, albowiem dwaj Indianie asystujący mi w trakcie biegu zostawili mnie w popołudniowym słońcu. Gdy pojąłem to zaproszenie i ruszyłem w kierunku pobliskiego drzewa, jeden z Indian ułamał z niego gałąź i zaczął zamiatać ziemię, żebym mógł usiąść w czystym miejscu.

[...]

Obudził mnie biały, świetlisty kształt, którego powierzchnia falowała jak stabilny płomień i w którym dopiero po chwili rozpoznałem księżyc. W ciemności obok moi tragarze oddychali spokojnie, niemal bezdźwięcznie. Odgłos stu osiemdziesięciu ośmiu stóp uderzających naprzemiennie w ziemię brzmiał jak lekki trzask, który prawie natychmiast ginął w mroku. Później ogromny księżyc znikł za naszymi plecami i nastał ranek – wschód słońca, świt i blask. Słońce wzniosło się powoli, po czym jęło zniżać stopniowo przed naszymi oczyma, aż jego rzednące znowu światło przybrało ów znany mi już zielonkawożółty odcień i wtedy, na spadzistym brzegu ogromnej rzeki o złotobrązowych wodach, przystanęliśmy. Rzeka ta była tak szeroka, że pośrodku jej nurtu mieściło się kilka płaskich wysp. Wieczorna łuna polśniewała na drobnych falach. Moi dwaj stróże opuścili mnie i dotknąłem ziemi. Coś w mojej głowie obracało się z wolna, a gdy wszystko wokół podjęło ten chwiejny, okrężny ruch, usiadłem, nie chcąc się przewrócić. Jeśli ta kraina miała zachować proporcje, to biorąc pod uwagę wielkość jej rzek, musiała być nieskończona, one bowiem, wzgardliwe w swoim napawającym euforią bezmiarze, sprawiały właśnie takie wrażenie. Ziemie, które pokonaliśmy dotąd nieprzerwanym truchtem, były raczej wyżynne, harmonijnie pofałdowane, poprzecinane strumieniami, które tu i tam usłużnie zanikały, żeby otworzyć nam przejście. Obszar, który dostrzegałem ze skarpy, położony za potężną rzeką z jej wysepkami, zdawał się płaski i jednolity: ziemistozielona równina rozciągała się bez zakłóceń aż po horyzont, urozmaicana wyłącznie przez niebo. [...] Podczołgałem się do krawędzi urwiska i zapatrzyłem stamtąd na pejzaż i ludzi, którzy najwyraźniej odpoczywali, leżąc lub spacerując na brzegu płynącej w dole rzeki. Tam znowu ich policzyłem: dziewięćdziesięciu i czterech. Dzień po naszym pierwszym spotkaniu byłem już do nich tak przyzwyczajony, że moi towarzysze podróży, kapitan oraz statki jawili mi się jako niepowiązane ze sobą resztki w większości zapomnianego snu, i sądzę, że właśnie wówczas – już w wieku lat piętnastu – powziąłem myśl, która bliska mi jest do dzisiaj: że wspomnienie jakiegoś wydarzenia nie stanowi wystarczającego dowodu na jego prawdziwość, tak jak wspomnienie snu, który, jak sądzimy, przyśnił się nam w przeszłości, wiele lat lub miesięcy przed dniem, gdy go wspominamy, nie stanowi wystarczającego dowodu ani na to, że ów sen rzeczywiście przyśnił się nam w odległej przeszłości, nie zaś poprzedniej nocy, ani na to, że w ogóle miał miejsce przed tą chwilą, kiedy odtwarzamy go jako rzekomo już zaistniały.

[...]

Postój okazał się krótki, zupełnie jakby Indianie zgodzili się na niego tylko ze względu na moją osobę albo jakby chodziło o zwykłą formalność. Wśród zarośli porastających skarpę, tak wysoką, że była niemal wzgórzem, poukrywali wcześniej mnóstwo czółen z wydrążonych pni, które teraz błyskawicznie spuścili na wodę, od razu zajmując w nich miejsca i rozdzielając między siebie trupy. Zdawali się jak zwykle poruszać z pełną prędkością: po zabiciu biednego kapitana i reszty moich towarzyszy pokonali w krótkim czasie ogromną odległość, przez kilka minut niby to odpoczęli, po czym, nie zwlekając – ledwie spuścili czółna na wodę, co zresztą uczynili prawie biegiem – jęli energicznymi wyrzutami ramion wiosłować ku zmierzchowi czerwieniącemu rzekę u drugiego brzegu. I znowu okazali mi szczególne względy: dostałem czółno tylko dla siebie, jeśli nie liczyć dwóch moich nieodłącznych pomocników, którzy wiosłowali niezmordowanie i z impetem.

[...]

Prowadzony przez dwóch Indian przekroczyłem granicę drzew i znalazłem się koło ognisk, które płonęły między chaotycznie rozstawionymi chatami dosyć dużej wioski. Trzy starsze kobiety gawędziły spokojnie przy ogniu przed jedną z tych chat. Na nasz widok przerwały i pierwsza, kiwnąwszy ku mnie głową, zwróciła się do moich opiekunów z niedbałym zainteresowaniem, wykonując pytający gest stuloną dłonią, którą uniosła kilkakrotnie do otwartych ust, jakby naśladowała jedzenie. Def-ghi, def-ghi, odpowiedział stanowczo Indianin. Wtedy wszystkie trzy wybałuszyły na mnie oczy w uradowanym zdumieniu i potrząsając głowami, uśmiechnęły się z tą samą ujmującą słodyczą, z jaką witali mnie na ogół wszyscy członkowie tego plemienia. Później, okrążywszy dom, przed którym rozmawiały, moi opiekunowie kazali mi wejść do jednego z pozostałych. Każde życie to studnia samotności pogłębiająca się wraz z upływem lat. A ja, sierota bardziej niż inni pozbawiony korzeni, od początku miałem się na baczności przed stwarzanymi przez rodzinę pozorami wspólnoty. Jednakże tamtego wieczoru moja samotność, już wcześniej ogromna, stała się nagle bezmierna, jak gdyby dno owej pogłębiającej się z wolna studni zarwało się niespodziewanie pod moimi stopami, sprawiając, że runąłem w ciemność. Położyłem się więc zrozpaczony na ziemi i rozpłakałem.

[...]

Nigdy nie wiadomo, kiedy się rodzimy: poród to tylko konwencja. Wielu umiera, nie narodziwszy się wcale; inni rodzą się ledwo, ledwo, jeszcze inni źle, jakby niedonoszeni. Niektórzy, rodząc się raz za razem, przechodzą z życia w życie i gdyby śmierć im nie przerwała, mogliby w ten sposób, zaopatrzeni widać w niekończący się zapas niewinności i pokory, wyczerpać gamę możliwych światów. Ja, wieczny pasierb, rodziłem się właśnie wtedy, sam o tym nie wiedząc i niby niemowlę, co zakrwawione i pozbawione świadomości wyłania się z ciemnej nocy, jaką jest brzuch matki, mogłem jedynie płakać. Zza drzew napływał nieustanny rozgwar prędkich piskliwych głosów wraz z mateczną wonią ogromnej rzeki – i w końcu usnąłem.

[...]

W ten sposób, pędząc między drzewami wzdłuż brzegu, bez stawiania sobie tego za cel oddaliłem się od plaży i wznoszonych na niej konstrukcji. Biegłem, aż zaczęło mi brakować powietrza, a mój oddech stał się tak szybki i ciężki, że w końcu przystanąłem, oślepiony na moment zmęczeniem i wstrząsem oparłem się o drzewo, po czym wyciągnąłem się na ziemi i stopniowo uspokoiłem. Leżąc na plecach, widziałem nad sobą korony drzew połyskujące w wysokim już słońcu. To, co się dzieje, myślałem, to jest moje życie. To jest moje życie, moje życie, a ja jestem sobą, sobą, myślałem, obserwując nieruchome liście, spomiędzy których tu i ówdzie prześwitywało niebo. Obojętność, z jaką Indianie powitali moją rejteradę, wskazywała, że prawdziwa ucieczka nie wchodzi ich zdaniem w grę. Na tej niemej i pustej ziemi nie było zapewne miejsca gotowego mnie przyjąć: wszystko tu wydawało mi się trudne i dziwne – aż z myśli tych wyrwały mnie liczne i przemieszane dziecięce głosy. Usiadłem powoli i zastygłem, czujnie zwróciwszy głowę w kierunku, z którego chyba dobiegały. Potem ruszyłem przez zarośla na czworakach, ostrożnie i wreszcie dostrzegłem całą grupkę nieopodal wody. Było to mniej więcej dwadzieścioro dzieci, chłopców i dziewczynek, z których najstarsze nie mogły mieć więcej niż lat dziesięć, najmłodsze zaś mniej niż trzy czy cztery. Co do jednego gołe, najwyraźniej zdrowe i szczęśliwe, bawiły się na plaży. Ich zabawa wydawała się prosta i zarazem dziwaczna: najpierw wszystkie ustawiały się gęsiego wzdłuż brzegu, a potem jedno po drugim padały na piasek, gdzie nieruchomiały jak martwe albo uśpione. Kiedy ostatnie leżało już na ziemi, pozostałe zrywały się kolejno i zajmowały pozycje za nim, aż i ono wstawało, a wtedy gra zaczynała się od nowa.

[...]

W końcu znalazłem się znów na plaży: z ulgą stwierdziłem, że w stercie porąbanego mięsa spoczywającej na podściółce z liści nie pozostało już nic, co mogłoby mi przypominać dawnych towarzyszy. Głowy znikły. Co do rusztów – wydawały się gotowe, podobnie jak zapas drewna zgromadzony pod moją nieobecność. Podszedłem bliżej: jeden z mężczyzn kucał akurat i sprawnie obracał w dłoniach spiczasty patyczek, pocierając nim o kawałek drewna przykryty suchymi liśćmi, co po kilku minutach przyniosło efekt w postaci smużki dymu, a chwilę później – malutkiego, lecz stabilnego błękitnawego ogieńka. Reszta, która dotąd z uwagą i satysfakcją się temu przyglądała, jęła teraz karmić rosnący płomień chrustem, a gdy ognisko stało się dość duże, obkładać je drwami. W miarę jak ogień się rozpalał, z wioski pospiesznie nadciągali mężczyźni, kobiety i dzieci, by go kontemplować. Część z nich z wyraźną lubością zerkała przy tym na stertę mięsa. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, a nawet maluchy, które niedawno widziałem na brzegu zajęte zabawą – wszyscy jednako dzielili tę prostą, niefrasobliwą uciechę, jaką wzbudzał w nich widok płomieni i złożonego na zielonych liściach mięsa. W świetle przedpołudnia wydawali się pewni, zwarci i oczywiści, zupełnie jakby świat był dla nich od dawna właściwym miejscem, przestrzenią skrojoną na ich miarę, docelowym punktem, którego skończoność akceptuje się w zamian za podstawowe rozkosze. Już wkrótce miałem dostrzec skalę swego błędu, bezdenną czerń skrytą w tych ciałach, które za sprawą swej barwy i faktury kojarzyły się z gliną i ogniem.

[...]

Gdy powoli i uroczyście rozłożono mięso na rusztach, zainteresowanie coraz liczniejszych Indian jeszcze wzrosło. Było tak, jakby cała wioska zależała od owych krwawych ochłapów. Nieobecne, zastygłe półuśmiechy tych, co przypatrywali się zafascynowani pracy mistrzów ceremonii, nieomylnie zdradzały pragnienie, którego realizacja musi się odwlec z powodów niezależnych i które w związku z tym rozrasta się w mnogość wizji: zgromadzeni wokół rusztów płonęli na myśl o czekającej ich uczcie ogniem nie mniej gwałtownym niż ten buzujący nieopodal. Mimo podobieństwa wyrazu ich twarzy z każdego emanowała teraz jakaś nagła samotność, biorąca się chyba z owych wizji, które rozlewały się chciwie, niby najeźdźcze wojsko po zdobytym mieście, w najbardziej niedostępne zakątki. Paroletnie dziecko, które na chwiejnych nóżkach zbliżyło się do kobiety, najwyraźniej swojej matki, by klepaniem po udzie domagać się wzięcia na ręce, zostało przez nią delikatnie, lecz stanowczo odepchnięte, podczas gdy jej uporczywe spojrzenie nie oderwało się ani na chwilę od skwierczących już kąsków. Zgromadzeni wokół rusztów zrezygnowali nawet z uprzejmości, z jaką wcześniej traktowali moją osobę, i rzec by można, że chwilowo przestałem dla nich istnieć: jeśli znalazłszy się w ich polu widzenia, zasłaniałem im widowisko, przesuwali się nieco, posyłając mi na odczepnego szybki, mechaniczny uśmiech, pochłonięci nieokiełznanym pragnieniem, które, jak dowiedziałem się dużo później, wczepia się w swój przedmiot, by pogrążać się w zachwyconej kontemplacji siebie i swoich fantasmagorycznych wizji mających w tym zwierzęcym obłędzie wiele wspólnego z nadzieją.

[...]

Jedynie mistrzowie ceremonii, którzy przy pomocy długich żerdzi, krążąc między ogniskiem a rusztami, sumiennie uzupełniali żar pod pieczenią, zdawali się nie uczestniczyć w ogólnej ekstazie. Spokojnie i czujnie doglądali pieczystego, obserwując z tak bliska, jak tylko się dało, stan mięsa wśród dymu, od którego łzawiły im oczy, odgarniając nadmiar popiołu i krótkimi, wprawnymi ruchami gasząc płomienie wzbudzane niekiedy przez skapujący tłuszcz. Spoceni krążyli z wolna wokoło, by od czasu do czasu przystanąć i obrzucić całą scenę przenikliwym spojrzeniem. I wszystko to było rzeczywiste: opanowani mistrzowie ceremonii, zżerany czymś bez nazwy tłum, a obok, pod spodem, na górze, dokoła – piasek, nieporuszane najlżejszym nawet wiaterkiem drzewa, z których co jakiś czas nagle i bez powodu zrywały się, by zaraz wracać, ptaki, dalej niebo, błękitne i bezchmurne, wielka połyskliwa rzeka oraz, przede wszystkim, jałowe słońce już niemal w zenicie, rozpłomienione tak, że płomienie w dole stanowiły, rzec by można, jego chwilowe odpryski. Ziemia, puste niebo, sprofanowane ciała i obłęd powtarzający się pod rozpalonym słońcem cyklicznie i obojętnie po wiek wieków: tak oto tamtego przedpołudnia jawiła się moim świeżo otwartym oczom rzeczywistość.

[...]

Jak okiem sięgnąć widziałem wyłącznie Indian skupionych na przeżuwaniu i oświetlanych blaskiem słońca, które, minąwszy już zenit, wywoływało na spoconych ciałach ciemne poblaski i lśniło na niespiesznych falach wielkiej rzeki. Jedyny wyjątek stanowili ci, którzy, przytomni i niewzruszeni, wciąż doglądali resztek pieczeni i żaru. Rozpraszając się, biesiadnicy przestali zasłaniać stłoczonymi ciałami ruszty i dostrzegałem teraz, jak mistrzowie ceremonii przy pomocy kościanych nożyków kroją ostatnie kawałki pieczystego, by rozdawać je tym, którzy dopraszali się o drugą albo nawet trzecią dokładkę; po ich spokojnych twarzach dało się poznać, że sami nie próbowali mięsa.

[...]

Kiedy chyba wszyscy się nasycili, ciałami rozproszonymi po okolicy zawładnęła senność. Obserwowałem to, gdy zza krytych strzechami chat wyłonił się Indianin, który, sądząc po jowialności, z jaką się wobec mnie zachowywał, najwyraźniej pozostał na czczo, a teraz przy pomocy prędkich, lecz nienatarczywych gestów zachęcał mnie, bym poszedł za nim. Zostawiliśmy za sobą zarośla oraz część domów i na czymś w rodzaju placyku ocienionego dwoma czy trzema drzewami natknęliśmy się na grupkę Indian, którzy w spokojnym milczeniu piekli na ruszcie ryby. Def-ghi, def-ghi, rzucili, wskazując mnie z satysfakcją, by zaraz, unosząc ku otwartym ustom dłonie o zetkniętych czubkami palcach, zaproponować mi jedzenie. Scena ta jawnie kontrastowała z tym, co działo się jeszcze niedawno na plaży: swobodna prostota, z jaką ci tutaj przyrządzali swój posiłek na niewielkim ruszcie wspartym o cztery wkopane w ziemię pniaki, zwyczajność tego posiłku i szczodra ojcowska troska, z jaką mnie nim częstowali, sprawiły, że przez chwilę brałem ich za przedstawicieli innego plemienia. Stopniowo jednak zacząłem rozpoznawać poszczególne twarze: to byli ci, którzy wcześniej ćwiartowali trupy i zarazem, jak miałem się dowiedzieć dużo później, kiedy już zorientowałem się w miejscowych zwyczajach, ci sami, których strzały i łuki przyniosły śmierć kapitanowi i reszcie moich towarzyszy.

[...]

W tamtej teraźniejszości spomiędzy zgromadzonych na plaży Indian zdawał się dobywać niemy poszum, który wiązł wysoko w gałęziach, a brał się bezpośrednio z tych śniadych ciał. Poszum ów wypełniał całą dookolną przestrzeń, przenikał drzewa rosnące w pobliżu i piaszczysty grunt, na którym kładły się długie niebieskie cienie: odgłos napiętych członków, zwieraczy i porów skóry wymieszany z niesłyszalnym szmerem wewnętrznych, niemącących powierza westchnień i z charkotem, jaki wywołują, odżywając, zastarzałe obsesje, nieodkryte pragnienia skazane na to, by zalegać i gnić w wilgotnej, bezdennej czerni poszczególnych istnień, uporczywe żądze, co niby utajony, zimny ogień podgryzają wewnętrzne fundamenty, popychając każdego, niepostrzeżenie, ku śmierci. Od przeciągłych spojrzeń Indianie przeszli wkrótce do czynów. Niektórzy kładli się na ziemi, jak gdyby chcieli odpocząć i pociągali za sobą sąsiadów, ci zaś ulegali im bez oporu; inni otwierali się jak kwiaty lub parzyli jak zwierzęta, a jeszcze inni krążyli wokół, szukając w tłumie obiektu, który odpowiadałby ich wyobrażeniu, z niedorzeczną drobiazgowością kogoś, kto pragnie pogodzić – jakby ulepione były z tej samej gliny – wnętrze i zewnętrze. Nikt nie oglądał się na wiek ani płeć, ani więzy pokrewieństwa. Ojciec mógł penetrować własną sześcio- czy siedmioletnią córkę, wnuk – sodomizować dziadka, syn – dawać się uwodzić matce jak wilgotnej pajęczycy; siostry z wyraźną lubością lizały piersi siostrom. Gdzieniegdzie trafiali się też tacy, którzy, leżąc na plecach lub wsparci o drzewo, oddawali się raz za razem rozkoszom Onana.

[...]

Chociaż bez przerwy krążyliśmy wśród tego rozgorączkowanego tłumu, nie uczestnicząc jednak w orgii, staliśmy się, rzec by można, niewidzialni – do tego stopnia wszyscy nas ignorowali. Przemykali obok, w ogóle w naszą stronę nie patrząc albo raczej ich błędne spojrzenia przeszywały nas na wylot, jak gdybyśmy byli przezroczyści, w poszukiwaniu czegoś bardziej rzeczywistego, na czym mogłyby spocząć. Zupełnie jakbyśmy znajdowali się w dwóch różnych światach, jakby nasze drogi, gdziekolwiek byśmy poszli, nie miały możliwości się spotkać, jakby dzieliły nas szklane ściany. Bo jeśli, dajmy na to, kobieta zmierzała ku nam chętna i rozedrgana, zbliżywszy się – albo przystawała, odwracała się na pięcie i oddalała w przeciwnym kierunku, albo po prostu nas omijała, zwłaszcza że my z kolei instynktownie usuwaliśmy się na bok, ona zaś wędrowała dalej, jak gdyby nigdy nic, jak gdybyśmy nie zajmowali miejsca w przestrzeni, nie stali tam i nie zakłócali pustki swoimi ciałami. Łatwo było dostrzec, że niemal całe plemię odbywa jakąś wewnętrzną podróż w bezdenne czeluście i że tylko ich ciała, niby puste skorupy, błądzą dookoła od uścisku do uścisku. Nad naszymi głowami pojawiły się stopniowo, najpierw po jednej, zaraz potem całymi garściami, niezliczone, podobne do żaru gwiazdy. Błyszcząc różnobarwnie – czerwono, żółto, zielono, niebieskawo – rozpalały czarne niebo, bledsze wokół ogromnego księżyca, który wschodził po drugiej stronie rzeki. Ten powolny księżyc, szeroką, białą i łamliwą smugą tnący na dwoje czarną pustkę, w którą ciemność zamieniła olbrzymią rzekę, zsyłał przez gałęzie drzew zimne, blade światło ukazujące niekiedy w roślinnym mroku fragmenty pojedynczych lub splątanych ciał i nieprzytomne twarze.

[...]

Kiedy nastał nieco blady poranek, większość skierowała się do wioski. Między chatami coś bulgotało nad wielkim ogniem w kilku ogromnych glinianych kotłach. Paru trzeźwych mężczyzn mieszało ich zawartość, a gdy podszedłem, by zajrzeć do środka, przekonałem się, że tym, co się tam gotowało, były wnętrzności oraz głowy moich towarzyszy z dodatkiem jakichś nieznanych mi warzyw. Oddaliłem się znowu ku rzece, przedzierając się przez tłum, który zmierzał w przeciwną stronę, do kotłów. Jakiś człowiek klęczał nad wodą, starając się zwymiotować. Oczy miał opuchnięte, twarz czerwoną, a dłonie zaciśnięte na brzuchu: wyraźnie cierpiał. Próbowałem go nienawidzić – bez skutku. Na mój widok otworzył oczy trochę szerzej, chyba z nadzieją. Def-ghi, def-ghi, wymamrotał z czymś w rodzaju uśmiechu i chciał wykonać jakiś gest, lecz ciało stawiło opór. W końcu zadygotał i runął do wody. Pozostał tam przez kilka dni, z twarzą w rzece, wstrząsany nurtem.

[...]

Pośród tylu wyciągniętych na ziemi ciał trudno było rozpoznać, kto śpi, kto umarł, a kto po prostu rozmyśla z przymkniętymi powiekami i wyciszonym oddechem. Ci, co poprzedniego wieczoru odgrywali rolę mistrzów ceremonii, przechadzali się obojętnie, jakby nikogo nie widzieli. Ja ułożyłem się w cieniu i spałem aż do zmierzchu. Kiedy się obudziłem, rzeka była niemal fioletowa, a jakiś przykucnięty obok Indianin łagodnie dotykał mojego ramienia. Def-ghi, def-ghi, powtarzał, muskając je czubkami palców. Napotkawszy moje spojrzenie, uśmiechnął się i skinął, żebym za nim poszedł. Przed chatami w głębi wioski znów spożywano skromny posiłek z ryb. Gospodarze poczęstowali mnie nimi uprzejmie, dali mi też trochę wody. Reszta plemienia trwała nieopodal w letargu. Drugiej nocy, zamiast harmidru pierwszej, aż do rana słychać było urywane szepty i szlochy, krótkie tłumione rozmowy, rozpaczliwe wołania i lamenty. Nie mówiono wiele. Gdy kogoś mijałem, patrzył na mnie osowiale, po czym spuszczał głowę, potrząsał nią, a bywało, że wybuchał płaczem. Wszyscy przypominali chore, opuszczone dzieci. O świcie natknąłem się na mężczyznę, który, leżąc na boku, rysował coś patykiem na piasku, by zaraz ścierać to krawędzią dłoni. Robił tak do wieczora. Wielu wyglądało na chorych. Krzywili się żałośnie, chwytali za różne części ciała, wyraźnie cierpieli na biegunkę lub po prostu leżeli bez sił na ziemi, oddychając z trudem, jak w ataku astmy albo w agonii. Oczy mieli opuchnięte i zmrużone, twarze poczerwieniałe, włosy tłuste i matowe. Niejeden doznał zranień czy poparzeń. Któremuś ręka zwisała jak złamana w łokciu, inni utykali, a nawet musieli się czołgać. Często udawali się nad rzekę, by przemyć twarz lub odświeżyć się, ochlapując wodą całe ciało. Ranni i chorzy objawiali swoje cierpienie, z sykiem wciągając powietrze przez zaciśnięte zęby. Jeden, wsparty o drzewo, pluł raz za razem, kawałek dalej inny z wielką uwagą studiował własne ekskrementy, rozgarniając je czubkiem palca. Wcześniejszy entuzjazm zgasł, pozostawiając ich wylęknionych, oszołomionych i zmaltretowanych. Zupełnie jakby łuk pragnienia, wypuściwszy swoje strzały, odbił, uderzając ich boleśnie prosto w twarz. Dzieci przypominały starców, a starcy upodobnili się do dzieci; kobiety straciły wdzięk, szorstkie jak mężczyźni, mężczyźni zaś zmiękli jak kobiety. Na wielu twarzach pojawiły się czerwonawe pryszcze, sterczące białym czubkiem ropy. Gdziekolwiek zerknąłem, widziałem tylko spłoszone spojrzenia i przywiędłe ciała, które kontrastowały, niby ciemne, rozmazane plamy, ze zdecydowaną jasnością lata, bo nawet noce z olbrzymim księżycem i bezmiarem gwiazd wydawały się wtedy świetliste i zdrowe. Niemniej ci nieliczni, którzy nie uczestniczyli w orgii, nieodmiennie dyskretni i spokojni, czyści i krzepcy, stanowili żywy dowód, że była w członkach tego plemienia moc zdolna utrzymywać ich pośród ciągłości czasu spoistych i wyraźnych, na dystans od nierozróżnialnego.

[...]

Wszyscy razem przypominali chorego, który stopniowo dochodzi do siebie. Ci, którzy umierali lub przez dłuższy czas nie wracali do zdrowia, byli jak nieodwracalnie albo granicznie uszkodzone części jednej istoty. Pojedyncze ciała stanowiły widzialne objawy niewidzialnej dolegliwości. Rana, apatia czy bladość, krew, ropa czy oparzenie – wszystko to były jedynie znaki słane z głębin, bez powodu, przez coś obecnego we wszystkich, rozdzielonego po równo, lecz tak potężnego i jednolitego, że każdy z osobna wydawał się przy tym kruchy i przypadkowy. Nie wiem, o jakiego mogło chodzić boga, jeśli w ogóle chodziło o boga, bo nigdy nie dostrzegłem, żeby jakiegokolwiek czcili; w każdym razie chodziło o rodzaj obecności, która rządziła nimi wbrew nim samym, warunkowała ich postępki bardziej niż wola czy dobre zamiary i niekiedy, bez względu na to, jak głęboko o niej zapomnieli albo jak usilnie próbowali ją ignorować, objawiała się niczym lewiatan, widoczny tylko wtedy, gdy z rzadka wynurzy się z głębin oceanu.

[...]

Nieliczni Indianie jeszcze niedomagali i co rano, wsparci o drzwi lub o kogoś z domowników, chwiejnie wyglądali ze swych chat, mrużąc oczy przed wysokim już słońcem i przesuwając oszołomionym wzrokiem po rozmigotanych liściach. Niektórym zostały trwałe ślady: jeden stracił ucho, drugi oko, którego pozostałości ropiały potem przez wiele miesięcy; trzeci miał kuleć do końca życia. Natykałem się na nich czasami wśród drzew lub na plaży i widząc ich stan, który niechybnie zdradzał udział w minionych ekscesach, posyłałem im pytające spojrzenia, by sprawdzić, czy jakimś gestem lub miną zdradzą, że żar tamtych koszmarnych dni wciąż nie zagasł w ich pamięci, jednakże ich oczy, napotkawszy moje, wydawały się niewinne i nieme, obojętne lub niedostępne wspomnieniu. Przelotny, niemal ironiczny uśmiech, jakim mnie zazwyczaj obdarzali, też nie był wcale sygnałem wspólnictwa czy zmowy, nie sugerował, że uznając moje świadectwo, doceniają zarazem dyskrecję mojego milczenia albo że wystawieni na moje natarczywe i sondujące zerknięcia odczuwają wobec mnie, ze względu na swą nieprzeniknioną postawę, coś w rodzaju wyższości; przeciwnie, zdawał się mieć związek nie tyle z ich niedawnymi postępkami, których byłem świadkiem, ile z czymś, do czego, jak sądzili, mogłem okazać się na ich oczach zdolny już niebawem. Gdy minęła ogólna drżączka, znów zaczęli mnie traktować z życzliwą uprzejmością.

[...]

Są tacy, co utrzymują, że nasze pierwsze wrażenie jest zawsze najtrafniejsze i prawdziwe; muszę powiedzieć, że ta opinia nijak się ma do tamtych Indian: ci, którzy w pierwszych dniach zachowywali się gorzej niż dzikie zwierzęta, z czasem zamienili się w najczystsze, najrozsądniejsze i najbardziej zrównoważone istoty, z jakimi się w swoim długim życiu zetknąłem. Ich delikatność zakrawała wręcz na zniewieściałość lub świętoszkowatość, ich upodobanie do higieny – na manię, ich względy dla bliźniego – na ostentacyjną afektację. Ta przesadna obyczajność z biegiem dni tylko rosła, by w końcu nabrać niesłychanej finezji. Okazali się zaskakująco wstydliwi. W kolejnych miesiącach nigdy nie widziałem, by ktokolwiek z nich publicznie załatwiał fizjologiczne potrzeby. Mimo że chodzili całkiem nago, u wszystkich mężczyzn, bez względu na wiek, członek po prostu zwisał, sflaczały i prawie nieobecny, między kryjącymi go nogami. Dotyk, obmacywanie czy jakakolwiek cielesna aluzja zdawały się zupełnie wykluczone z ich społecznych relacji. Powściągliwość w tym zakresie była u nich tak wielka, że jeszcze dziś zdarza mi się zadawać sobie samemu pytanie, czy spółkowali choćby w zaciszu domów, i gdyby nie rodzące się od czasu do czasu dzieci, najbystrzejszy obserwator mógłby dojść do wniosku, że po prostu nie znali stosunków płciowych. Mężczyźni i kobiety, nawet blisko spokrewnieni, zwracali się do siebie oględnie i z dystansem. Nie popadając w bezduszność czy tyranię, dzieci chowali surowo i choć nie bez troski albo nawet czułości – apodyktycznie i pryncypialnie. Ogólnie rzecz biorąc, rysował się dość wyraźny podział na kobiety i dzieci z jednej strony i mężczyzn z drugiej. U wszystkich bez wyjątku troska o czystość wydawała się nadmierna, niemal irytująca. Roczne czy dwuletnie dziecko z pośladkami upapranymi kupą niechybnie stawało się powodem małżeńskiej kłótni. A takiemu, które postanowiło wysikać się pod drzewem na widoku, natychmiast wymierzano policzek.

[...]

W swojej gościnności stawali się czasem namolni i uciążliwi. Wystarczyło, że ktoś przechodził koło ich domu, by porzuciwszy swoje codzienne zajęcia, powitali go wylewnie, zatrzymali na dłuższą chwilę i zaczęli drobiazgowo wypytywać o stan zdrowia każdego z krewnych, nie pomijając ani jednego i domagając się więcej szczegółów przy pomocy coraz bardziej precyzyjnych pytań, w związku z czym cały rytuał trwał godzinę, nim dociekliwy gospodarz zasięgnął satysfakcjonującej informacji o osobach, które widział tego samego ranka na plaży i osobiście w przelocie pozdrowił. Jeśli bowiem do takiego przypadkowego spotkania dochodziło w przestrzeni publicznej, to jest w miejscu oddalonym od domostw jego uczestników, kończyło się na rozmowie pospiesznej, lakonicznej, a wręcz nieco wyniosłej. Dystans objawiał się wtedy również fizycznie, jako że rozmówcy trzymali się w odległości dwóch, trzech metrów od siebie, jak gdyby ich podstawowa troska sprowadzała się do tego, by się wzajemnie nie dotykać, za wszelką cenę uniknąć cielesnego kontaktu. Stali tak przez chwilę, sztywno wyprostowani, nieco odchyleni do tyłu, dostojni, wymieniając pospieszne i w żadnym razie ani serdeczne, ani szczere formułki, po czym oddalali się każdy w swoją stronę, z wysoko uniesioną głową, zmrużonymi oczyma i napiętym karkiem, a z całej ich postawy biły duma i powaga. Ten nadmiar wstydliwości i godności skutkował przewrażliwieniem. Obrażali się o byle co. Jeżeli, dajmy na to, przez przypadek padła w rozmowie jakaś odrobinę niestosowna uwaga, obecni spuszczali głowy, robili zadumane miny, trwali przez kilka minut w milczeniu, by w końcu pod dowolnym pretekstem się rozejść. Gdy musieli podjąć temat związany ze stosunkami cielesnymi, menstruacją czy wydalaniem, robili to z dala od dzieci, a jeśli ktoś lekkomyślnie poruszył podobną kwestię w ich obecności, przywoływano go do porządku tonem nieznoszącym sprzeciwu.

[...]

Będąc przedmiotem ich uwagi lub obojętności, nagłych a przelotnych względów, niezrozumiałych roszczeń lub uporczywego lekceważenia, błąkałem się między nimi przekonany, że tego, czego zdawali się ode mnie oczekiwać, jeżeli rzeczywiście czegoś oczekiwali, nie spodziewali się osiągnąć dzięki mojej śmierci, lecz raczej dzięki mojej ciągłej obecności i cierpliwemu zainteresowaniu, z jakim przyjmowałem ich perory. Od czasu do czasu bowiem ktoś podchodził i przystanąwszy przede mną, wdawał się w nieskończone rozważania, którym towarzyszyły powolne, wyjaśniające gesty kierowane ku horyzontowi, rzece czy drzewom, okraszane niekiedy energiczniejszym wymachem, jakim mówca, klepiąc się we własną pierś, sygnalizował, że to on jest właściwym punktem ciężkości tego potoku krótkich, prędkich i piskliwych słów. Przy innych okazjach, kiedy mijałem jedną czy drugą chatę, kobieta pracująca w cieniu przy drzwiach szeptała łagodnie i poufnie Def-ghi, def-ghi, sugerując, żebym się zatrzymał, po czym, wciąż zajęta swoją pracą, wygłaszała krótką i dobitną przemowę, a następnie, bez choćby jednego spojrzenia w moją stronę, znów popadała w skupione milczenie, zupełnie jakbym już sobie poszedł. Dzieci, bardziej ekspansywne, czasem włóczyły się za mną, nieustannie trajkocząc. Były jak rozgadane przeciwieństwo reszty owego plemienia, niemniej ogólna powaga udzielała się również im, tłumiąc żywsze zapędy.

[...]

Wszystko to robią z rozwagą i wyczuciem, toteż – co pojąłem dużo później – jeśli niektórzy rośli mężczyźni cieszyli się w trudnych miesiącach przywilejami, to nie dlatego że inni po prostu bali się ich siły, ale dlatego że ta ich siła była niezbędna, aby przetrwało całe plemię, w którym każdy z członków, nawet najmniej ważny, od noworodków poczynając i na konających starcach kończąc, miał przydzieloną konkretną funkcję. Niejednokrotnie widziałem, jak któryś z owych siłaczy oddaje swoje okrycie lub swój przydział jedzenia dziadkowi, choremu czy dziecku, co zaskakująco kontrastowało z okropnościami, które zapamiętałem z pierwszych dni.

[...]

Zdystansowana uprzejmość cechująca dotąd stosunki między Indianami ustąpiła miejsca tajemniczości, obojętności, drażliwości. Niejeden znienacka się niecierpliwił, nagle denerwował, a wszyscy szukali odosobnienia i chodzili jak w półśnie. Pieniste wino świtu zdawało się nikomu nie smakować, jakby fermentowały w nim smutek i nostalgia. Że czegoś każdemu brakuje – to nie ulegało wątpliwości, ale obserwując ich z zewnątrz, nie potrafiłem orzec czego. Wpatrywali się w pusty dzień, w otwarte niebo, w świetliste wybrzeże, jak gdyby mieli nadzieję, że z połyskliwego powietrza dobiegnie ich jakieś wezwanie lub wyłoni się wizja. Pozbawieni celu i sił dryfowali w oczekiwaniu. Wspólne tworzywo, które zdawało się spajać całe plemię, nadając mu integralność pojedynczego bytu, słabło na rzecz ogólnej dezorientacji i rozproszenia. W codziennych relacjach uwydatniały się apatia i przybicie. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby przeczuwali brak czegoś, nie potrafiąc tego nazwać; jakby szukali po omacku, nieświadomi, czego szukają i co właściwie utracili.

[...]

W dniach, które następowały po sobie niespiesznie, spojrzenia Indian co rusz biegły w stronę wielkiej, lśniącej i opustoszałej rzeki. Ukształtowane przez jej nurt płaskie i wydłużone wyspy trwały pośrodku nieruchomo. Znad wody nie ciągnęło żadne orzeźwiające tchnienie. Znad białego, rozmytego przez upał horyzontu nie dobiegał żaden, niewyraźny nawet, sygnał. Niepewność i lęk coraz mocniej wgryzały się w serca. Od czasu do czasu któryś z Indian, odrywając się na chwilę od pracy, szedł na plażę i ukradkiem, udając, że myje ręce albo sika do wody, patrzył w górę rzeki z nadzieją, że dostrzeże wracające łodzie. Inni kilka razy dziennie stawali w drzwiach swoich chat, w których kryli się przed gorącem, i popatrywali ku brzegowi. Niecierpliwość sprawiała, że stopniowo porzucali swoje zajęcia i gromadzili się nad wodą. Najpierw było ich trzech czy czterech, nazajutrz spora grupka, później już niemal tłum, aż wreszcie całe plemię zebrało się znowu na plaży, nie odrywając wzroku od tego miejsca na rzece, między płaskimi i wydłużonymi wyspami, gdzie zniknęły łodzie i gdzie bez wątpienia spodziewano się je ponownie zobaczyć.

[...]

Tego, co wydarzyło się w kolejnych dniach, łatwo się domyślić: począwszy od nagromadzenia żądzy w słoneczny i spokojny poranek, gdy rozczłonkowane ciała skwierczały na ruszcie, po korowód chorych i umierających trzy czy cztery dni później i ostatecznie, dla reszty plemienia, trudny powrót do normalności, przez problematyczne rozkosze uczty, samobójczą desperację pijaństwa i drżączkę zbiorowego, dziwacznego i uporczywego spółkowania – nawrót tych wydarzeń, w identycznym porządku, mógł zadziwiać tym bardziej, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie brał się z żadnej premedytacji, nie był wynikiem żadnego skoordynowanego według odgórnych założeń planu; to sam poukładany, szary i pozbawiony radości żywot, jaki pędzili, wiódł ich stopniowo, niczego nieświadomych, ku ognistemu węzłowi ich jedynego święta, po którym wielu z trudem dochodziło do siebie, niektórzy zaś grzęźli w nim na całą wieczność. Wyglądało to tak, jakby tańczyli do władającego nimi, niesłyszalnego rytmu, którego istnienie, choć przeczuwane, było nieuchwytne, wątpliwe, nieobecne i obecne zarazem, rzeczywiste, lecz nieokreślone – jak istnienie boga.

[...]

W ciągu dziesięciu lat, które między nimi spędziłem, dziesięć razy dopadało ich, punktualnie, to samo szaleństwo. Najdziwniejsze było, że w miesiącach abstynencji nic w nich nie zdradzało potęgi tej zżerającej całe plemię żądzy. Gdy zacząłem orientować się w gąszczu miejscowego języka na tyle, by się nim niezdarnie posługiwać, co zajęło mi trochę czasu, wielokrotnie z ciekawością, nawet jeśli nie wprost, próbowałem ich o to pytać. Sprawiali wtedy wrażenie, jakby stracili pamięć i w ogóle nie wiedzieli, o czym mówię. To nie były wykręty ani hipokryzja: nie, ich odpowiedzi objawiały całkowite zapomnienie lub niewiedzę. Indianie z wioski nigdy nie uciekali się do kłamstwa. Mówili mało i zawsze z konkretnych powodów. Sztuka konwersacji była im obca. Ich narady mniej miały wspólnego z prawdziwą rozmową, a więcej z wymianą bardzo konkretnych pomysłów, które lakonicznie przedstawiali zebranym, nie oczekując reakcji. Między jakimś pytaniem a związaną z nim odpowiedzią mogły czasem minąć całe godziny. Gwar, który niekiedy towarzyszył tym spotkaniom, brał się nie tyle z mnogości wypowiedzi, ile z powtarzania, ze zmiennym naciskiem i różną prędkością, dwóch czy trzech krótkich, wygłaszanych piskliwie zdań, a czasami nawet pojedynczych wyrazów. Zwyczajowe pozdrowienia, które wymieniali i nadmiar uprzejmych formułek musiały być, z ich punktu widzenia, złem koniecznym. To słowne ubóstwo stanowi dla mnie dowód, że nie kłamali, bo kłamstwo wykuwa się z reguły w języku i do zaistnienia potrzebuje werbalnej obfitości. Niepamięć i niewiedza, które przejawiali, wydawały się autentyczne: zupełnie jakby jakaś część zaznanego przez nich mroku wsączyła się w ich wspomnienia, zamazując czernią te, od których, gdyby pozostały dostępne, można by oszaleć.

[...]

Dziesięć lat składa się z mnóstwa dni, godzin i minut. Jak również z mnóstwa śmierci i narodzin. To, co pierwszego wieczoru na owej plaży jawiło mi się tak obce, wraz z upływem czasu, który kształtuje nas i zmienia, stopniowo stało się bliskie. Skoro każdemu człowiekowi własna przeszłość wydaje się niepewna i trudna do usytuowania w konkretnym punkcie czasu i przestrzeni, mnie, co pochodzę znikąd, jej uchwycenie sprawia jeszcze więcej kłopotów. Żadne ludzkie życie nie trwa dłużej niż ostatnie sekundy świadomości przed śmiercią. Dwadzieścia, trzydzieści, sześćdziesiąt czy dziesięć tysięcy przeszłych lat ma dokładnie tę samą rozciągłość i realność. Po największym pożarze zostaje wyłącznie prawda popiołu. Niemniej jest w każdym życiu decydujący okres, który bez wątpienia też należy uznać za czystą iluzję, ale który mimo to kształtuje nas na zawsze. To iluzja nieco gęściej utkana od reszty, przyznawana nam w obfitości, abyśmy mogli, wypowiadając je, w taki czy inny sposób zwizualizować sobie słowo życie. Jeśli chodzi o mnie, gdy dotarłem na tamte deliryczne wybrzeża, byłem miękką gliną, a zanim je opuściłem – zestaliłem się w kamień, nawet jeśli mój pobyt tam, biorąc pod uwagę, ile lat mam obecnie, był stosunkowo krótki i nawet jeśli później przeżyłem, przynajmniej na pozór, tyle rzeczy, które inni uznaliby za ważne i rozmaite.

[...]

Prześlizgiwali się z jednego świata w inny, przemierzając po drodze jakąś czarną strefę, która była jak wody niepamięci, i od czasu do czasu znajdowali się w punkcie, gdzie wszelkie granice się zacierały, a oni stawali na krawędzi unicestwienia. Nic dziwnego, że niektórzy nie wracali, wielu zaś wracało osmalonych, jakby przedarli się przez pożogę. Ten ruch w tę i z powrotem stanowił dla nich, jak sądzę, źródło udręki. Wystarczyło spojrzeć, w jaki sposób sięgali po to, czego tak pragnęli: jak gdyby parzyło im dłonie. A skrajna powściągliwość okresów abstynencji brała się z poczucia, że codzienność jest wyłącznie pozorem i że oni sami muszą pochodzić z innego, zapomnianego świata.

[...]

Choć cieszyłem się pewnymi przywilejami i dyskretną opieką gospodarzy, dzieliłem z nimi plany i zmienne koleje losu. Nigdy jednak, co to to nie, nie włączali mnie w swoje orgie. W ostatnich latach, byle ich nie widzieć, wędrowałem samotnie po okolicy, nie z obrzydzenia zresztą, ale raczej z żalu, żeby nie obserwować, jak wielu z tych, którzy okazywali mi często uwagę i dobroć, budząc we mnie cieplejsze uczucia, grzęźnie w tych samych czeluściach co poprzednio. Język, którym mówili, przez to, że tak rudymentarny, sprawiał mi szczególne trudności. Przypadkowy obserwator mógłby dojść do wniosku, że powstawał na bieżąco wedle widzimisię mówiącego. Później zrozumiałem, że nawet nasze widzimisię kształtują rozumowe prawa nadające mu pozory rozeznania i także w tym egzystencja owych Indian różniła się diametralnie od egzystencji innych ludzi, pośród których żyłem wcześniej i miałem żyć w kolejnych latach. Tamto życie – a język, którym mówili, miał wiele z tym wspólnego – zostawiło mi posmak ziemi, ludzkiej trzody, świata nieukończonego raczej niż nieskończonego, niezróżnicowanego i mętnego bytu, ślepej i pozbawionej planu materii, niemego praźródła: innymi słowy, jak powiedzieliby inni, prochu. Przez długie lata dzień w dzień budziłem się, nie wiedząc, czy jestem zwierzęciem, czy robakiem, czy może ociężałym metalem i całe dnie upływały mi w tej niepewności, jakbym zaplątał się w pełen dzikich widziadeł sen, z którego nocą dopiero wyzwalała mnie nieświadomość.

[...]

Ów zamknięty, złożony z wody, piasku, roślin i nieba pejzaż jąłem z wolna postrzegać jako miejsce docelowe. W pierwszych miesiącach, a może przez pierwsze dwa czy trzy lata wypatrywałem tego, co miało mnie wydobyć nie tyle z niedoli, ile z dookolnej dziwności. Jednakże ta nadzieja stopniowo zanikała. Następujące po sobie doznania podkopywały swoją zwodniczą oczywistością utrwalone kiedyś i bezbronne teraz wspomnienia. Jeśli zapominamy, to znaczy, że wyzbyliśmy się raczej tęsknoty niż pamięci. Nic nie jest nam wrodzone. Wystarczy nagromadzenie życia, choćby zwyczajnego i szarego, by zniszczały nasze najtrwalsze nadzieje i najsilniejsze żądze. Doświadczenia spadają na nas, jedno za drugim, jak nieubłagane grudy ziemi na trumnę w wilgotnym dole. Krótko mówiąc, dwa czy trzy lata po przybyciu w tamto miejsce czułem się tak, jakbym nigdy nie był nigdzie indziej. Istniała jedynie lepka teraźniejszość, w której szarpie się nasze waleczne, lecz kruche rozumienie, oraz przyszłość zapowiadająca, miast nowości, więcej tego samego. Dlatego doznawana przeze mnie dziwność szła w parze nie z konsternacją, a ze zobojętnieniem.

[...]

Nigdy nie widziałem człowieka tonącego w bagnie, ale myślę, że w takiej sytuacji, kiedy odjęta jest mu nawet możliwość obrony, bo żeby nie pomagać temu, co go wchłania, musi trwać w bezruchu, jego oczy, oczy człowieka uwięzionego w kleistej czeluści, muszą patrzeć podobnie. Tamte spojrzenia, których wyraz tak wielu nauczyło się maskować, są jak rewers rzeczy, z uporem negujący fałszywie chełpliwą obfitość widzialnego. To one udowadniają, że współczucie jest usprawiedliwione, lecz bezużyteczne; demontują, w swoim dyskretnym przerażeniu, luksus pozorów. Choć przygaszone, zasnute tym, od czego nie potrafią się uwolnić, stanowią wbrew, a może i dzięki temu – punkty odniesienia.

[...]

Zmęczenie powiodło mnie do brzegu. Spałem w łodzi. O świcie obudził mnie jakiś głos. „Ma brodę”, mówił cicho, lecz nieopodal moich uszu. Gdy uniosłem powieki, schylało się nade mną dwóch brodaczy z bronią, przypatrując mi się w zdumieniu. Na głowach mieli błyszczące hełmy; wyglądali na zmęczonych i dosyć prostych. Ponieważ leżałem nisko, oni zaś schylali się ku mnie z przybrzeżnej skarpy, początkowo się przeraziłem, bo ujrzałem ich twarze górą do dołu i uznałem, wciąż zaspany, że są jakimś osobnym gatunkiem tubylców, których kaprys natury obdarzył odwróconymi głowami, gdy jednak usiadłem, tak gwałtownie, że przestraszeni wyprężyli się i zagrozili mi bronią, stwierdziłem, że głowy mają umocowane jak trzeba, a ich wylęknione twarze przypominają wiele innych, jakie w dzieciństwie widywałem w portach. Żeby ich uspokoić, zacząłem opowiadać swoją historię, ale im dłużej mówiłem, tym bardziej wydawali się zdziwieni, i w końcu pojąłem, że zwracam się do nich w mowie Indian. Próbowałem przemówić w swoim języku ojczystym, lecz zdałem sobie sprawę, że go nie pamiętam.

[...]

Wnioskuję na podstawie trudności ze wzajemnym zrozumieniem, że dziesięć lat pośród Indian uczyniło mnie dla tych ludzi niezwyczajnym. Gdy dotarliśmy do obozu, poprowadzili mnie, ignorując ciekawość pracujących na brzegu marynarzy, przed oblicze oficera, który jął mnie przepytywać, przy czym ja, mimo pełnych dobrej woli wysiłków, niewiele z tego rozumiałem. Jego słowa, choć wypowiadał je na mój użytek powoli, brzmiały w moich uszach jak zwykły hałas, a te nieliczne dźwięki, które pozwalały mi przywołać konkretne obrazy, były niczym mniej lub bardziej rozpoznawalne fragmenty przedmiotu dawniej dobrze znanego, lecz roztrzaskanego przez jakąś katastrofę w drobny mak. Z kolei te pojedyncze wyrazy, jakie sam potrafiłem sformułować w naszym wspólnym języku w chwilach ciszy pozostawianych mi na odpowiedź, wydobywały się ze mnie zaplątane w pęki czy sieci tych, których nauczyłem się od Indian i które, niby rosnące w tamtych stronach rośliny, zdawały się silniejsze, szybsze, liczniejsze i lepiej przystosowane. Ostatecznie udało nam się porozumieć na migi: tak, mniej niż dzień drogi w górę rzeki żyją Indianie; pod prąd ta droga być może trwałaby dłużej; nazywają się colastiné [dziś w etymologii argentyńskiej funkcjonują dwie dzielnice w mieście Santa Fe i rzeka dopływ Parany o podobnych nazwach – przyp. aut.]; Kolastynowie nie, nie mają złota ani kamieni szlachetnych, ale włóczni i łuków ze strzałami im nie brakuje; tak, tak, owszem, jedzą ludzkie mięso.

[...]

Oficer do ostatniej chwili sprawiał wrażenie, że jest gotów zabrać mnie na tę wyprawę, lecz powodowany nieufnością, która brała się być może z tego, że odgadł, bezwiednie, instynktowną odrazę, jaką do niego czułem, ostatecznie nie tylko zostawił mnie na statku, ale na dodatek kazał nas zamknąć wraz z księdzem w ładowni, jak gdyby obawiał się z mojej strony zdrady lub złego uroku. Muszę powiedzieć, że wtedy, na początku, ciekawość, jaką wzbudzały moje przejścia, mieszała się z powszechną podejrzliwością i niechęcią, zupełnie jakbym, wszedłszy w kontakt z ową dziką strefą, zaraził się nieznaną chorobą albo wyrwany na tyle czasu ze strefy, do której przynależeli otaczający mnie teraz ludzie, wracał do niej skażony zewnętrzem.

[...]

Wymęczywszy mnie wciąż tymi samymi, bezskutecznymi pytaniami, przetransportowali nas razem z księdzem na drugi statek. Tam zajęli się mną inni oficerowie, by powtórzyć całe przesłuchanie od nowa, a potem odesłać mnie w jakiś odległy kąt pokładu. Do łachmanów, które dostałem pierwszego dnia, żeby zakryć genitalia, dorzucili teraz koszulę i spodnie, których początkowo nie byłem w stanie włożyć. Drapały skórę, sprawiały, że czułem się dziwnie oderwany od własnego ciała, lecz stopniowo się do nich przyzwyczaiłem i zapomniałem, że je noszę. Następnego ranka ksiądz obudził mnie, chcąc przyciąć mi brodę i włosy oraz dać coś do jedzenia. Od niego usłyszałem, że kolejna ekspedycja wyprawiła się o świcie na ląd i że od niedługiej chwili nasz statek płynie z powrotem w dół rzeki.

[...]

Tylko jeden człowiek ich nie podzielał, nie tyle z litości, ile przez dyskrecję. Ten człowiek, ojciec Quesada, umarł ponad czterdzieści lat temu. Kiedy już zostałem przepytany, obejrzany i po wielokroć przekazany z rąk do rąk przez uczonych i dworaków, ksiądz, który towarzyszył mi na statku i przywiózł mnie tutaj niby rozżarzony węgiel na gołej dłoni, przejęty raczej własnym niż moim zbawieniem, lecz przeświadczony w swej naiwności, że pierwsze ściśle wiąże się z drugim, poczuł, że nadchodzi chwila uwolnienia się od mojej osoby, i podsunął zwierzchnikom, że jedynym dla mnie rozwiązaniem będzie stan duchowny. Dzięki jego pewności, że mam w sobie diabła, poznałem zatem ojca Quesadę. Wraz z nim spędziłem siedem lat w klasztorze, z którego widać było na pobliskim wzgórzu białą wioskę.

[...]

Całymi godzinami siadywałem przy oknie, nie widząc ani szyby, ani świata zewnętrznego. Przebudzony o poranku marzyłem jedynie o szybkim nadejściu nocy, żebym mógł znowu zasnąć. Kiedy nie przechodziłem z rąk do rąk, przepytywany wciąż na nowo i uważnie oglądany, w ogóle nie ruszałem się z łóżka, dryfując w pustym bezwładzie. Było tak, jakbym – nigdy się nad tym nie zastanawiając – szukał pomocy w zapomnieniu, by wydobyć się spod władzy czegoś, co przykrywało mnie coraz grubszymi warstwami pozbawionego przyczyny cierpienia i mroku. Z tej niedoli wydźwignął mnie, mocą samej swojej obecności, ojciec Quesada. Był nie tylko dobry; był również odważny, inteligentny i – jeśli naszła go wena – umiał mnie rozśmieszać godzinami. Pozostali członkowie zakonu udawali, że to potępiają; w gruncie rzeczy mu zazdrościli. Gdy go poznałem, skończył już lat pięćdziesiąt: szpakowata broda i rozwichrzone, ździebko przerzedzone włosy trochę go postarzały, ale ciało miał silne i muskularne, a głowę nosił wysoko na energicznie wyprostowanej szyi. Jego żyły i mięśnie widoczne pod trwale ściemniałą od słońca skórą kojarzyły się z poskręcanymi korzeniami, wyschłym drewnem. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, wracał właśnie z konnej przejażdżki, tak że przejechał przez klasztorną bramę tuż po mnie i mojej straży, i pamiętam, że nim ujrzałem jeźdźca, usłyszałem stukot końskich kopyt, i że odwróciłem się, dostrzegłszy niejasną przyganę, z jaką patrzył na niego mnich, który wyszedł nam na spotkanie.

[...]

Był to mąż oświecony, a nawet mądry. Wszystkiego, czegokolwiek człowiek może się nauczyć, nauczyłem się od niego. Miałem wreszcie ojca, który powoli wydobywał mnie z szarych odmętów, aż osiągnąłem po trochu to, co w najlepszym wypadku da się osiągnąć na tym świecie: stan ciągłej, niezmiennej neutralności, równoodległej od entuzjazmu i od zobojętnienia, a uzasadnianej od czasu do czasu jakimś skromnym porywem. Nie poszło łatwo: trudniej od łaciny, greki, hebrajskiego i nauk było wpoić we mnie przekonanie o ich wadze i potrzebie. Dla ojca Quesady stanowiły rodzaj szczypiec, przydatnych, by chwytać rozżarzone węgle doświadczalnego, co z mojej perspektywy, z moją fascynacją przypadkiem jako siłą sprawczą, brzmiało tak, jakbym miał polować na drapieżnika, który zdążył mnie już pożreć. A jednak ojciec Quesada zdołał mnie ulepszyć. Strawił na tym długie lata i jeśli się temu poddałem, to z uwielbienia dla jego cierpliwości i prostoty dużo bardziej niż dla samej wiedzy. Potem, gdy od dawna już nie żył, zrozumiałem, że gdyby nie nauczył mnie czytać i pisać, jedyna działalność, która jakoś usprawiedliwia mój żywot, pozostałaby poza moim zasięgiem. [...] Ojciec Quesada poświęcał swoją dumę z pewnością dlatego, żeby ich nie ranić, ponieważ byli głupi, przesądni, niegodziwi, wyrachowani, nierzetelni i lekkomyślni, ale niewykluczone, że również dla własnego bezpieczeństwa, gdyż wbrew swoim łagodnym, powściągliwym maskom zdolni byli posłać człowieka na stos. Sam, z punktu widzenia religii, miał niewątpliwie trochę wad; inni jednak też je mieli, nie mając za to żadnej z jego zalet. Szeptano, że w Kordobie i Sewilli, dokąd często jeździł, utrzymuje kochanki, czego, jako że było mi to całkowicie obojętne, nigdy nie próbowałem sprawdzać. Pewne jest natomiast, że zbytnio upodobał sobie wino, tyle że to akurat, jak sądzę, miast szkodzić, jedynie mu służyło. Przymioty, które na trzeźwo ze skromności taił, po tym, jak napił się z przyjaciółmi, wychodziły na jaw i choć nie zdawał sobie z tego sprawy, czyniły go jeszcze bardziej godnym miłości. Przez długie noce zabawiał nas i zadziwiał, na każdy temat mając coś ciekawego do powiedzenia. Był subtelnym, otwartym na nowe idee filozofem, wytrwałym i precyzyjnym retorem, niemniej codzienne życie interesowało go tak samo jak fizyka czy teologia. Na koniec, gdy wypił już zbyt dużo, popadał w smutek, ale nawet w smutku okazywał się szczodry, przejmując się wyłącznie cudzym losem, bo przez siedem lat nie słyszałem, żeby skarżył się na własny.

[...]

Muszę powiedzieć, że historia śmierci kapitana i reszty moich towarzyszy zabitych na oczach marynarzy, którzy zostali na statkach i przypatrywali się całej scenie z pokładu, po powrocie owych statków do domu rozniosła się po wszystkich wielkich miastach, przez wiele miesięcy omawiana, wyolbrzymiana, przeinaczana i kolportowana niezmordowanie z portów na dwory i z dworów na place targowe. Podobne rzeczy działy się ponoć i gdzie indziej w Indiach i w Afryce. Raz jacyś Indianie porwali grupę marynarzy, a reszta załogi, miast odpłynąć, po długich naradach postanowiła ruszyć im na ratunek, tyle że dotarłszy do indiańskiej wioski, przekonała się, że tubylcy zjedli swoich więźniów na surowo, nie zostawiając nic poza ogryzionymi do czysta kośćmi i nagimi czaszkami. Przedmiot dyskusji stanowiła sama natura tych Indian: zdaniem niektórych w ogóle nie byli ludźmi; zdaniem innych, ludźmi byli, ale chrześcijanami niestety już nie; zdaniem większości, nie będąc chrześcijanami, ludźmi po prostu być nie mogli. Ojciec Quesada zadawał mi niekiedy podczas lekcji pytania, które, bywało, zbijały mnie z pantałyku, on jednak starannie notował moje odpowiedzi, każąc je powtarzać z dodatkowymi uściśleniami. Czy mieli rząd? Poczucie własności? Jak się wypróżniali? Czy wymieniali wytworzone przez siebie przedmioty na inne, wytwarzane przez sąsiednie plemiona? Znali muzykę? Religię? Nosili ozdoby na ramionach, w nosie, na szyi, w uszach albo innych częściach ciała? Którą ręką jedli? Na podstawie zebranych w ten sposób informacji przygotował bardzo krótki traktat zatytułowany Relacja porzuconego i złożony z zapisu naszych rozmów. Muszę, wszakże wyznać, iż w tamtym okresie, ciągle oszołomiony rozwojem wypadków, żywiłem dla ojca Quesady szacunek tak wielki, że w swoim onieśmieleniu nie miałem odwagi opowiedzieć mu o wielu ważnych sprawach, których nie dotykał swoimi pytaniami. Pewnego razu, na jednym ze spotkań z przyjaciółmi, uśmiechając się i potrząsając lekko głową, powiedział, co sam słyszałem, że Indianie to dzieci Adama, bez wątpienia przybrane, ale jednak dzieci Adama, a zatem, jego zdaniem, ludzie. Tamtego wieczoru, pamiętam to teraz doskonale, pogrążony w milczeniu pomyślałem, że dla mnie nie ma na tej ziemi ludzi poza nimi i że od kiedy kazali mi wrócić, spotykam, pomijając ojca Quesadę, same dziwne, nieprzekonywające istoty, które wyłącznie z przyzwyczajenia albo dla wygody można określać tym mianem.

[...]

Kiedyś zamieszkał u nas pewien dworski malarz, żeby namalować w refektarzu ostatnią wieczerzę. Spędził między nami prawie rok, wywołując swoimi przygotowaniami wielkie zamieszanie: przypatrywał się wszystkim uważnie, z przodu i z profilu, oglądał nasze dłonie i kazał nam, ubieranym na coraz to nowe sposoby, przyjmować najdziwaczniejsze pozy. W końcu wybrał modeli i zaczął właściwą pracę. Cały zakon musiał być do jego dyspozycji, on zaś rozporządzał wszystkimi, łącznie z przeorem, który okazywał mu pełną szacunku uległość, ale zdawał się czerpać z obecności gościa ogromną satysfakcję i spełniał najdrobniejsze jego kaprysy. Malarz ów ciągle domagał się czegoś, co należało mu natychmiast zapewnić, a gdy malował, słychać było zza drzwi refektarza, jak głośno mówi sam do siebie. Czasem jednak, kiedy dzień się kończył i zaczynało brakować światła, zmęczony i roztargniony odprawiał modeli, po czym, uporządkowawszy z ostrożną starannością swoje materiały, niosąc za pazuchą trochę wina, kierował się do celi ojca Quesady, by wśród czterech pokrytych książkami ścian rozmawiać z nim po cichu i spokojnie do późnych godzin nocnych.

[...]

Zresztą ojciec Quesada zauważył, że religia, w której miałem szukać odnowy, to dla mnie nic innego jak monotonny szmer słów bez znaczenia i rytualne powtarzanie pustych gestów. Na początku, zanim trafiłem pod jego opiekę, oddano mnie w ręce egzorcysty, by łacińskimi formułkami uwolnił grzesznika od demonów. Po kilku tygodniach, wskutek interwencji ojca Quesady, próby te, wszakże ustały. Najpierw służyłem mu do mszy i sprzątałem celę, on zaś stopniowo zaczął mnie uczyć czytać i pisać, a ponieważ zauważył szybkie postępy, postanowił wtajemniczyć i w inne sprawy, gdyż, jak powiedział, dopiero wchodziłem w świat, na którym zjawiłem się całkiem nagi, jakby ledwo wydobyty z brzucha matki. Ja prawie się nie odzywałem, co zdawał się szanować. Są, rzekł kiedyś, niedługo przed śmiercią, dwa rodzaje cierpienia: w pierwszym z tych przypadków wiemy, że cierpimy i gdy tak cierpimy, lepsze życie, którego smaku nie zdążyliśmy jeszcze zapomnieć, zostaje nam sprzątnięte sprzed nosa; w drugim – nie mamy o swoim cierpieniu pojęcia, ale cały świat, w najdrobniejszych przejawach, jawi się nam jako miejsce rozpaczliwie puste, wypalone do gołej ziemi. To drugie, ukryte cierpienie, mówił ojciec Quesada, nie patrząc na mnie zapewne z obawy, że zobaczy je na mojej twarzy, wymalowane tam bez mojej wiedzy, egzorcyści mogą, jeśli chcą, zwalczać łacińskimi formułkami, nie ulega jednak wątpliwości, że nie da się go zgłębić i że aby usunąć je z tego świata, trzeba by cały ten świat razem z nim unicestwić.

[...]

Spośród lat, które nastąpiły, pierwsze były latami popiołu i cienia. Snułem się jak umarły po wielu światach, które, nierządzone żadnym prawem, częściowo się między sobą mieszały, albo raczej po skorupach światów, anemicznych ziemiach, jałowych stepach, gdzie błądziły także inne nieważkie zewłoki, zachowujące o dziwo mgliście ludzką postać. Bez wątpienia tylko cudem utrzymałem się przy życiu. Częste były dni, gdy jadłem to, co wyżebrałem lub znalazłem na śmietnisku. W inne imałem się dorywczych, podrzędnych zadań. Prawdą jest, że czasy nastały dla mnie trudne i że moje zwyczaje różniły się zdecydowanie od zwyczajów innych ludzi, niemniej muszę przyznać, iż to zderzenie ze światem pogrążyło mnie na owe lata w jakimś stuporze, w którym na powody, by żyć, czy nawet na taką chęć prawie nie było miejsca. Do tamtego momentu być i żyć znaczyło dla mnie to samo, a moje życie stanowiło źródło wody gorzkiej, lecz obfitej i namacalnej; po powrocie stopniowo zmieniło się w coś dziwnego, niezrozumiałego i niebywale ulotnego, co obserwowałem, jak gdyby z daleka. Zupełnie jakby życie oddzieliło się od bycia, w związku z czym oba okazały się mroczne i zbędne.

[...]

Jednakże, jak się okazało, w najmniej spodziewanym miejscu odnalazłem nieoczekiwany spokój. Pewnego wieczoru w jakimś zajeździe grupka ludzi upijających się po kolacji przy sąsiednim stole nawiązała ze mną, nie pamiętam już w jaki sposób, rozmowę. Składała się, owa grupka, z dwóch mężczyzn, starego i młodego, oraz czterech kobiet. Poznawszy, że liznąłem nauk, wzięli mnie za literata i przedstawili mi się jako aktorzy. Wino szybko nas zbliżyło. Całą trupą jeździli od wioski do wioski, od miasta do miasta, wystawiając komedie, żeby dziecinnymi sztuczkami zarobić na nędzne życie. Niemniej starszy z owych dwóch mężczyzn, który trochę chromał i który mimo swej nędzy przejawiał niejakie poczucie godności, okazał się inteligentny i rozmiłowany w sztuce konwersacji. Kiedy zorientował się, że znam łacinę oraz grekę i nieobcy mi są ani Plaut, ani Terencjusz, zaproponował, bym dołączył do zespołu, by dzielić z nimi tak niebezpieczeństwa, jak i zyski. Młodszy, który był jego bratankiem, nazywał wszystkie cztery kobiety kuzynkami. Nie zdradzając, że stoi przede mną wybór między teatrem a śmietniskiem, ośmielony wypitym winem przyjąłem propozycję.

[...]

Przyszło mi to łatwo. W układanych przeze mnie strofach nie było ani cienia prawdy, a nawet jeśli przez przypadek jakaś jej odrobina do nich przeniknęła, stary – bardziej niż istotą mojego doświadczenia zainteresowany reakcją publiczności, tak dobrze mu wszak znanej – kazał takie ustępy natychmiast wykreślać. Na jego polecenie, gdy tekst był gotowy, przeczytałem go członkom trupy i jak tylko skończyłem, ci nieliczni na razie odbiorcy, choć podczas lektury przyjmowali najbardziej surowe i uczone miny, na jakie mogli się zdobyć, skupili się wokół mnie, gratulując mi rytmicznej doskonałości moich wierszy i arytmetycznej precyzji fabuły. Kiedy przystąpiliśmy do prób, stary wcielał się w kapitana, jego bratanek – w resztę moich towarzyszy, kobiety zaś odgrywały dzikich. Mnie wyznaczyli, niby atrybut przynależny bytowi pozbawionemu jeszcze właściwości, moją własną rolę. Zaczęliśmy dawać przedstawienia. Już po kilku pierwszych do każdej następnej miejscowości docieraliśmy poprzedzani swoją sławą. Była tak wielka, że dostaliśmy zaproszenie na dwór i sam król nas oklaskiwał. Nie wierzyłem własnym oczom. Zachwyt publiki sprawiał, że bez przerwy pytałem samego siebie, czy moja komedia, choć o tym nie wiem, niesie w sobie jakąś sekretną treść niezbędną ludziom jak powietrze, czy może w trakcie spektakli my, aktorzy, odgrywamy swoje role nieświadomi, że publiczność po prostu odgrywa swoją i że wszyscy jesteśmy postaciami innej komedii, której akcja, obejmująca nasze przedstawienie jako pojedynczy nieistotny szczegół, całkowicie nam umyka, tajemnicza do tego stopnia, że w jej ramach nasze pospolite fałsze i banalne czyny są w istocie fundamentalnymi prawdami. Głęboki sens naszej wulgarnej błazenady musiał być od zawsze przewidziany w jakiejś uwzględniającej nas opowieści, inaczej bowiem aplauz i honory, których nam nie szczędzono w trakcie tamtego objazdu, niekończące się uczty i złoto, których nigdy nie brakło, trzeba by uznać za całkowicie niezasłużone. Królowie, którzy bili nam brawo, musieli wiedzieć więcej niż my, inaczej bowiem trzeba by uznać za nonsens, że po przedstawieniu, na stronie, kazali swoim podskarbim przeliczać królewską wdzięczność na brzęczącą walutę.

[...]

W nieustannej pochlebczej wrzawie spodziewałem się lada moment wychwycić sceptyczne, potępiające milczenie, które raz na zawsze obnażyłoby nasze sztuczki, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że to milczenie jest od początku we mnie i że sama jego obecność pośród nierozumnego zgiełku miast i pańskich dworów sprowadza całe tłumy do wymiaru bezwolnych kukieł lub urojeń. W obecności tych pustych pokrowców, które próbowały uchodzić za ludzi, przyswoiłem sobie gorzki i nieco wyniosły śmiech kogoś, kto nad orędownikami ogólników ma przewagę doświadczenia. To właśnie sukces naszej komedii – bardziej niż okrucieństwa wojsk, nieprzystojna pazerność handlu czy wygibasy moralności usprawiedliwiającej wszelkie możliwe występki – objawił mi prawdziwą istotę bliźnich: zapał, z jakim chwalili moje niemądre wiersze, ukazywał wewnętrzną pustkę tych ludzi i wrażenie, że obcuję z wyblakłymi kostiumami wypchanymi słomą albo z nieważkimi, nadmuchanymi obojętnym ziemskim powietrzem balonami, nawiedzało mnie przy okazji każdego spektaklu.

[...]

Staliśmy się zamożni i obyci. Stary i jego bratanek nabrali pańskiego wyglądu. Ja gromadziłem dochody, nie bardzo wiedząc, co z nimi robić. Kobiety, poza tym, że występowały na scenie przebrane za – jak sądziły – dzikich, czas między spektaklami spędzały w łóżkach wielmożów, łajdacząc się na prawo i lewo. Nie sypialiśmy już w wozie, lecz w zajazdach, przyjmowano nas też w zamkach i klasztorach. Uczonych i urzędników wciąż ciekawiła moja osoba. Stary nauczył mnie, że najlepsze odpowiedzi, jakich można udzielić, to takie, których każdy się spodziewa. Po spotkaniach tego rodzaju moi rozmówcy, zadowoleni, że potwierdzili swoje przeświadczenia u zewnętrznego źródła, mościli się na powrót w ich ciepełku. Zostawałem sam ze swoim niemym, gorzkim śmiechem, który wraz z upływem lat zastygał mi pod bielejącą brodą w sztywną maskę.

[...]

Tu właśnie zamieszkaliśmy, w tym samym białym domu, gdzie teraz piszę. Przez lata spędzone na scenie zgromadziłem małą fortunę, a stary przed rozstaniem przekazał mi część oszczędności zasztyletowanej kobiety. Po ojcu Quesadzie zostało mi upodobanie do książek, które swoją niemą muzyką wypełniają jednostajne, niekończące się dni. W północnych krajach widziałem drukarnie i przyszło mi do głowy, że mógłbym założyć własną, nie tyle dla pomnożenia majątku, ile po to, by nauczyć swoje dzieci – bo są to już moje dzieci – zawodu, który pozwoliłby im zająć się czymś bardziej rzeczywistym niż pozy i pozory. Wyszło nam nie najgorzej. Praca w drukarni była dla malców niczym zabawa, a w miarę jak rosły i zaczynały naprawdę mi pomagać, miałem dla siebie coraz więcej czasu. Jesteśmy być może ludźmi pozbawionymi wesela, ale dyskrecji i lojalności mamy aż w nadmiarze. Doczekałem się wnuków i prawnuków. I cała ta rozbrykana gromadka od czasu do czasu ożywia drukarnię, której odgłosy dobiegają za dnia do tego białego pokoju. W ostatnich latach moje życie ogranicza się do okazjonalnych rodzinnych uroczystości, coraz krótszych spacerów o zmierzchu i lektury. Wieczorami, po kolacji, przy świetle świecy i oknie otwartym na rozgwieżdżoną, spokojną ciemność, siadam, by wspominać i pisać. Ciepłe noce, gdy uliczny gwar powoli się uspokaja, ślą mi zapachy ziemi i wiciokrzewu, w których obmywam się, pośród rosnącej w mieście ciszy, ze zgiełku przeżytych lat.

[...]

Nie byli to, przyznać trzeba, zapaleni wojownicy. Jeśli nie liczyć dorocznych wypraw, z których przywozili sobie, niezawodnie i ze znajomością rzeczy, ludzkie łupy, wojnie poświęcali się nieczęsto, a i wtedy sami nigdy jej nie wywoływali – chyba że przypuszczane na nich od czasu do czasu ataki stanowiły odwet sąsiadów za ofiary zjadane podczas uczt. Owe wyprawy miały zresztą charakter polowań raczej niż kampanii; Indianie z wioski byli bardziej myśliwymi niż wojownikami, ponieważ ich działania brały się w takich razach z rzeczywistej potrzeby, nie zaś z rozmiłowania w krwawym amoku, jaki wywołuje każda wojna. Litowali się nad wojowniczymi plemionami i skłonność do walki uważali najwyraźniej za rodzaj choroby. Zdawali się postrzegać wojnę jako niepotrzebny wysiłek, paskudny zwyczaj niemądrych dzieciaków. Nie przeszkadzało im, wszakże jej okrucieństwo; tym, co budziło ich sprzeciw, były związane z nią kłopoty rodzinne, jak również marnotrawstwo. Gdy ktoś na nich napadł, nie tyle opłakiwali swoich zmarłych, ile ubolewali nad powstałym przy tej okazji zamieszaniem, nad spalonymi domami, pobitymi garnkami, utraconymi narzędziami i ogólnym nieporządkiem.

[...]

W trudnym życiu, jakie wiedli, najcięższe do zniesienia i najbardziej niebezpieczne okazywały się chwile, kiedy ulegali swemu przemożnemu pragnieniu i podejmowali ryzyko przedarcia się na oślep przez najgęstszą noc. Z ostrożności wyznaczali wtedy mistrzów ceremonii, którzy, zachowując spokój, piekli mięso i zarazem czuwali nad nimi jak pasterze nie tyle owiec, co wilków. Kolejną rękojmię dawał im zawsze ów wzgardliwy gość, który wiedział, że od jego kaprysu czy pamięci zależy całe plemię, i był w stanie w tym wątpliwym świecie skazującym je na niedobór realności przekazać dalej jego wyrazisty, całościowy, rozpoznawalny obraz, by chociaż w ten sposób mogło przetrwać wśród rzeczy widzialnych nawet wtedy, gdy jego przelotna obecność całkiem się już zatrze. I jeśli na czas swoich uczt nieodmiennie ściągali między siebie takiego obserwatora, robili to również po to, aby dowodnie wykazać, że sami, zasłużenie, wyrwali się z pierwotnej miazgi; po to, aby szeroki, mglisty świat, ucząc się rozróżniać wnętrze i zewnętrze, to, co wzniosło się w świetlistość przestworzy, i to, co wciąż taplało się w mroku, poznał, że to oni dźwigają brzemię rzeczywistości, że to oni są prawdziwi. Czynili nas również, w tamte krwawe dni, świadkami swojej dobrej woli. Na wypadek, gdyby mieli zniknąć, za naszym pośrednictwem słali ku wrogiemu horyzontowi sygnały swojego istnienia. Rozproszeni po świecie, byliśmy ostatnimi odpryskami żaru, który ich spalał. Puszczali nas wolno, żebyśmy nieśli wieść o tym rozpadzie. I moje pióro, które, prowadzone wciąż pewną dłonią, powoli skrobie po szorstkiej karcie w tę cichą noc, gdy przez otwarte okno napływa zapach wapna i wiciokrzewu, zostawia na papierze nikły ślad owego wołania, co dobiega mnie, nie wiem skąd, wskroś lat ciszy i pogardy.

[...]

Umrzeć zresztą nic dla nich nie znaczyło. Życie i śmierć były w ich oczach zrównane i wraz z rzeczami oraz zwierzętami, żywi czy martwi, wszyscy współistnieli w tym samym wymiarze. Chcieli, oczywiście, jak każdy, przeżyć, ale świadomość, że umrą, przerażała ich mniej niż inne zagrożenia, przed którymi czuli paniczny strach. Śmierć, byle rzeczywista, nie spędzała im snu z powiek. Dlatego bez trudu potrafię sobie wyobrazić, jak wracają po swoje, nie zważając na nieprzyjacielskie arkebuzy, i jestem pewien, że te zsiniałe ciała, które kilka dni później płynęły w dół rzeki razem ze statkami, żegnały się z życiem bez lęku i smutku. Tym, co trwożyło ich naprawdę, było nie tyle możliwe nieistnienie innego, pozagrobowego świata, ile możliwe nieistnienie tego, na którym żyli. Pierwszy zawierał się w drugim, oba stanowiły jedno; jeśli ten był prawdziwy, to tamten również. Wystarczyło, by jedna rzecz okazała się realna, a wszystkie pozostałe, widzialne i niewidzialne, także nabierały realności.

[...]

Każde plemię żyło w pojedynczym, nieskończonym, jedynym w swoim rodzaju uniwersum, które w żaden sposób nie stykało się z innymi, zamieszkanymi przez sąsiadów. Przebywając w tej niezmierzonej krainie, nauczyłem się stopniowo rozpoznawać poszczególne plemiona i choć Indianie z wioski sądzili, że jeśli istnieje jakakolwiek szansa na realność, to została zarezerwowana dla nich, wszystko zaś, co poza tym, czyli inne ludy, stanowi niezróżnicowaną, kleistą magmę, magma ta posiadała, wszakże w ich oczach pozór egzystencji i poddawała się klasyfikacjom. Wiedzieli, że nierzeczywiste chimery, o których nieodmiennie wypowiadali się z sarkazmem lub ironią, organizują się w rozproszone wokół plemiona.

[...]

Sam widziałem, z jaką niechęcią, zmuszeni przez przybór wód, oddalali się stamtąd, jak usilnie próbowali skrócić dystans między wioską a czasowym obozem i jak prędko, ledwie wody opadły, ciągnęli z powrotem na brzeg rzeki. Zupełnie jakby wracali nie tyle do własnego domu, ile do domu wszelkich zdarzeń. To miejsce stanowiło, w ich oczach, dom całego świata. Jeśli coś mogło w ogóle istnieć, mogło istnieć tylko tam. Chociaż w gruncie rzeczy twierdzenie, że miejsce to stanowiło dom całego świata, jest z mojej strony błędem, albowiem ono i świat były dla nich jednym i tym samym. Gdziekolwiek się udawali, nieśli je w sobie. Sami nim byli. W nim rodzili się i umierali, siali i wykonywali pozostałe prace, a gdy wybierali się na połów czy polowanie, do niego taszczyli swoje łupy. Organizując ekspedycję, rozciągali to miejsce na inne albo może, skoro nosili je w sobie, ono przemieszczało się wraz z nimi. Tak oto przydawali realności terenom, które odwiedzili; swoją obecnością stabilizowali rozedrgany, pozbawiony formy horyzont. Byli trwałym jądrem świata spowitym w miękką substancję, która dzięki ich wizytom zastygała od czasu do czasu w okresowe wysepki namacalnego istnienia.

[...]

Drzewo, dajmy na to, niekoniecznie wystarczało jako takie, aby udowodnić, że istnieje. Zawsze nie dostawało mu realności. Było tam jakby cudem, dzięki czemuś w rodzaju wzgardliwego przyzwolenia, jakiego Indianie z wioski raczyli mu łaskawie udzielić. A robili to w zamian za pewne konkretne korzyści: owoce, opał czy cień. Niemniej w głębi duszy zdawali sobie sprawę, że prawdziwość tej wymiany, z całą jej skutecznością, jest dość wątpliwa. To drzewo było tam dla nich i oni byli tym drzewem. Bez nich nie istniało, jednakże bez niego i oni okazywali się niczym. Zależeli od siebie nawzajem tak bardzo, że ufność nie wchodziła w rachubę. Nie mogli ufać, że to drzewo istnieje, ponieważ wiedzieli, że jego istnienie zależy od istnienia ich samych, ale zarazem – ponieważ drzewo to swoją obecnością dostarczało gwarancji ich własnego istnienia – nie mogli czuć, iż w pełni istnieją, gdyż rozumieli, że jeśli ich istnienie bierze się z tego drzewa, to jest wysoce problematyczne, skoro drzewo z kolei zdaje się czerpać swoje z tego przyzwolenia, którego oni mu udzielają. Wątpliwość wynikała więc nie tyle z braku gwarancji, ile raczej z ich nadmiaru.

[...]

Odkrywałem to powoli, zagłębiając się, jak w bagno, w ich język. Był to język nieprzewidywalny, wewnętrznie sprzeczny, pozbawiony uchwytnych zasad. Gdy sądziłem, że rozgryzłem już jakieś słowo, stwierdzałem niebawem, że to samo słowo znaczy też coś przeciwnego, a dzięki dwóm pierwszym znaczeniom docierały do mnie również kolejne, choć nie bardzo potrafiłem zrozumieć, z jakiej przyczyny jeden wyraz określa jednocześnie tak rozmaite zjawiska. En-gui, dla przykładu, znaczyło „ludzie”, „my”, „ja”, „jeść”, „tutaj”, „patrzeć”, „wewnątrz”, „jeden”, „budzić się” i wiele innych rzeczy. Żegnając się, Indianie z wioski używali słówka negh, które sygnalizowało też ciągłość, co jest raczej absurdalne, jeśli wziąć pod uwagę, że kiedy dwie osoby się żegnają, wymiana zdań między nimi zostaje przerwana. Negh oznaczało coś w rodzaju „a wtedy”, jak w zdaniu „a wtedy zdarzyło się to czy tamto”. Usłyszałem kiedyś, jak jeden z moich gospodarzy śmieje się z sąsiedniego plemienia – że jego członkowie płaczą przy narodzinach i urządzają wielkie uczty z okazji czyjejś śmierci. Wytknąłem mu wtedy, że oni przy pożegnaniu mówią właśnie negh, a on spojrzał na mnie przeciągle, z niedowierzaniem i pogardą, spod przymkniętych powiek, po czym oddalił się bez słowa. Nie było w ich języku wyrazu, który znaczyłby „być”. Najbliższe mu byłyby „wydawać się”, „przypominać”. Dlatego chcąc powiedzieć, że drzewo jest albo że drzewo jest drzewem, mówiło się „wydaje się drzewem”, „przypomina drzewo”. Tyle że „przypomina” akcentowało w takich razach bardziej nieufność niż podobieństwo. Ten zwrot, raczej negatywny niż pozytywny, bliższy był zastrzeżeniu niż porównaniu. Zamiast odsyłać do jakiegoś znanego już obrazu, zacierał jasność postrzegania, odbierał mu wagę. Słowo, które oznaczało wygląd, oznaczało też zewnętrzność, kłamstwo, zaćmienie Słońca, nieprzyjaciół. Dookolna materialność, która na początku pobytu w wiosce wydawała mi się bezdyskusyjna i spoista, stanowiła w istocie, zgodnie z tym, jak definiował ją ów język, oszukańczy mechanizm, skład przywidzeń. W mowie tej „gładkie” i „chropawe” nazywały się identycznie. To samo słowo, trochę inaczej wymawiane, służyło na określenie tego, co obecne i tego, co nieobecne. W oczach Indian z wioski wszystko, zamiast być, tylko się wydawało. I owo wydawanie się rzeczy mieściło się, bardziej niż gdziekolwiek indziej, w dziedzinie nieistnienia.

[...]

Wyczuwali je w każdym swoim działaniu, w każdym wypowiadanym słowie, w namacalnych wytworach własnych rąk i w snach. I wszelkimi sposobami starali się utrwalić niepewny, zmienny świat. Zmarnować strzałę, na przykład, znaczyło dla nich wyzbyć się kawałka rzeczywistości. Dlatego wszystko naprawiali, ciągle sprzątali i czyścili. Dlatego, gdy powódź wygnała ich w głąb lądu, ledwie wody się cofnęły, wracali w to samo miejsce. Jedyny znany świat, bez względu na to jak chwiejny, trzeba było chronić za wszelką cenę. O ile istniała jakakolwiek szansa na bycie, na trwanie, nadarzała się tylko tam. Tam znajdowało się to, co, choć niepewne, należało utrzymywać przy życiu. Odświeżali zatem, chwila po chwili, choćby i daremnie, jedyne możliwe uniwersum. Nie było zresztą większego wyboru: tak czy owak mieli to lub nic.

[...]

Każda modyfikacja musiała znaleźć zadośćuczynienie; każda strata – rekompensatę. Całość winna pozostawać – co do kształtu i rozmiarów – zawsze mniej więcej taka sama. Dlatego gdy ktoś umierał, niecierpliwie wyczekiwali nowych narodzin; nieszczęście wymagało, dla przeciwwagi, jakiegoś powodzenia, jeśli zaś przytrafiło im się coś przyjemnego, nie potrafili zaznać spokoju, póki nie dotknęła ich taka czy inna w miarę znośna niedola, która przywracała stan pierwotny. Kiedyś jeden z nich mi to wyjaśnił: ten świat – jak wydaje mi się, że powiedział – składa się z dobra i zła, ze śmierci i narodzin, są na nim starzy, młodzi, mężczyźni, kobiety, zima i lato, woda i ziemia, niebo i drzewa; i zawsze każdy z tych elementów musi być na swoim miejscu, bo gdyby raz czegokolwiek zabrakło, oznaczałoby to koniec wszystkiego.

[...]

Wykonując dowolny gest, wypowiadając dowolne słowo, kładli na szali istnienie wszystkiego i byle błąd, byle zaniedbanie wystarczyłyby, żeby wszystko zniszczyć. Stąd brały się ich gorliwość i niepokój: gorliwość, bo rozległy dzień i każda rzecz w jego obrębie zależały właśnie od nich, a niepokój, ponieważ nigdy nie mieli pewności, czy to, co budują, lada moment się nie rozpadnie. Zupełnie jakby nosili na głowach delikatne, grożące upadkiem przedmioty. Jeden nieostrożny ruch i mogłyby spaść, ciągnąc za sobą ich samych. Od ponad pięćdziesięciu lat codziennie, raz po raz, usiłuję dociec, skąd brało się w nich takie poczucie. Ta szczelina, której ciągłą groźną obecność odgadywali na skraju ciemności, musiała powstać w wyniku jakiejś zamierzchłej katastrofy. Ludzie rodzą się w pewnym sensie równi, neutralni i dopiero za sprawą ich czynów i tego, co się im przydarza, stopniowo pojawiają się różnice. Poza tym nie chodziło o wybrane jednostki, które by się tak czuły, lecz o całe plemię; sam przez te wszystkie lata widziałem, jak dzieci, dorastając, w sposób całkowicie naturalny wstępują powoli w ową bagnistą niepewność.

[...]

Dowolne, najpospolitsze słowo, którego używamy wiele razy na dzień, zaczyna brzmieć obco, oddziela się od swego znaczenia i staje wyłącznie dźwiękiem. Powtarzamy to słowo, zaciekawieni, ale jego sens, zwykle tak czytelny, wcale dzięki temu nie wraca, wręcz przeciwnie: im częściej je wymawiamy, tym dziwniej i mniej zrozumiale brzmi dla naszych uszu. Ten brak sensu, co sam z siebie zalewa jednocześnie nas i wszystko wokół, wywołuje nagłe poczucie nierzeczywistości, które ociężały upływ dni zaciera, aż pozostaje ledwie posmak, mgliste wspomnienie czy cień zakłócający trochę nasze stosunki ze światem.

[...]

Przede wszystkim jednak chodziło o to, że tamto pradawne, niejasne i elementarne poczucie niebytu, które w nich przetrwało, utrwaliło się jako ich wewnętrzna prawda. Jeśli istotnie, jak twierdzą niektórzy, zawsze próbujemy powtarzać swoje pierwsze doświadczenia i zawsze w jakiś sposób je powtarzamy, niepokój tamtych Indian musiał się wiązać z archaicznym posmakiem, jaki miało, choć zmieniło tymczasem przedmiot, ich pragnienie. Nie mogli być pewniejsi samych siebie, bo w głębi duszy rozumieli, że bez względu na stosunki łączące ich z rzeczywistością jedyny punkt odniesienia, jakim dysponowali skonfrontowani z cudzym mięsem, stanowiło wspomnienie własnego. Rozumieli, że ta siła, która kazała im z regularnością ruchu słońca na firmamencie wyprawiać się ku mglistemu horyzontowi po ludzkie mięso, to wcale nie pragnienie pożarcia nieistniejącego, lecz starsze i głębsze pragnienie pożarcia samych siebie. Tak oto sami byli przyczyną i przedmiotem swojego niepokoju. Nie znając swych potrzeb, jakoś jednak je znali i podejmowali działania, których znaczenie, z czego zdawali sobie sprawę, było inne, niż się wydawało; coś pozornie niezwiązanego z ich pragnieniem, czyli oni sami, stanowiło – o czym wiedzieli, bez wątpienia nie uświadamiając sobie tego w pełni – prawdziwy powód ich wypraw. Chcąc znowu zakosztować dawnego smaku, wybierali długą okrężną drogę przez zewnętrze. I dzięki tej mistyfikacji na jakiś czas trochę się uspokajali. Pozwalali sobie, pijanym i ślepym, runąć w czerń, by wydobywać się potem stopniowo na bardziej uporządkowaną niż wcześniej jasność, która, wszakże wraz z powolnym upływem roku zaczynała ponownie się zużywać. Nie chcieli wracać myślą do tego, co się stało, ponieważ przeżywszy to od środka, nie mieli żadnych wątpliwości co do stojących za tym prawdziwych przyczyn. Nieco oszołomieni uporczywymi nawrotami owego głodu, wydawałoby się raz na zawsze zaspokojonego, uciekali się do skomplikowanego, zespołowego wybiegu, który w świetle dnia dostarczał im niepodważalnych dowodów na to, że istnieją i są niewinni.

[...]

Spośród wszystkich ich gości ja jeden nie umiałem się zachować; pozostali wiedzieli chyba, czego się od nich oczekuje i wiedza ta najwyraźniej dawała im prawo do suchej wzgardy. Jeszcze zanim trafili do niewoli, rozumieli to, czego ja musiałem się domyślać latami. Natarczywe i słodkie Def-ghi! Def-ghi! miało dla nich, ledwie wylądowali na żółtej plaży, oczywisty sens, dla mnie natomiast odcyfrowanie go było jak mozolna wędrówka przez gęstą dżunglę. Indianom z wioski, przekonanym, że cała zewnętrzność zależna jest od nich, nigdy do głowy nie przyszło, bym mógł nie znać ich języka czy zamiarów. Pozbawiony wszak, w ich oczach, własnego istnienia, powinienem był mieć świadomość, czego się po mnie spodziewają. Ani razu nie udzielili mi żadnych wyjaśnień. Od samego początku, gdy pierwszego wieczoru snułem się między ogniskami, każdy z nich patrzył na mnie – teraz to rozumiem – nie tylko jak ktoś, kto chce zwrócić na siebie czyjąś łaskawą uwagę, ale również jak ktoś, kto z nieco kłopotliwą uporczywością próbuje przypomnieć drugiej stronie postanowienia jakiegoś sekretnego paktu.

[...]

Słowem def-ghi określali także odbicia w wodzie, to, co zajmowało dużo czasu, oraz przedmioty kładzione na miejscu nieobecnego człowieka i reprezentujące go na naradach do tego stopnia, że niekiedy przydzielano im porcję żywności, jakby były zdolne jeść w jego zastępstwie. Wkrótce po przybyciu zauważyłem też, że dzieci, bawiąc się, wołały def-ghi na towarzyszy, którzy oddzielili się od grupy, by odgrywać przed nią jakąś inną osobę. Def-ghi był ponadto ten, co podczas ekspedycji wypuszczał się na zwiady, ten, co szpiegował nieprzyjaciół i zdawał szczegółowe relacje z ich działań, i ten, któremu w trakcie spotkań zdarzało się mówić na głos do samego siebie. Wszystko to – i jeszcze więcej – dało się objąć słowem def-ghi. Po długim namyśle doszedłem do wniosku, że nazywając mnie w ten sposób, chcieli, bym ze wszystkim, co też się tak nazywało, współdzielił pewne ważne dla nich cechy. Oczekiwali, że będę podwajał ich obraz jak odbicie w wodzie, powtarzał ich gesty i słowa, służył im w razie czego zastępstwem i umiał, gdy znajdę się wśród swoich, odegrać rolę wysłannika lub szpiega, który, doświadczywszy czegoś nieznanego reszcie plemienia, wróci i o wszystkim szczegółowo opowie. Żyjąc w nieustannym zagrożeniu tym, co rządzi nami z ciemności i utrzymuje nas w otwartych przestworzach, aż pewnego pięknego dnia, nagle i nieprzewidywalnie, strąci w dziedzinę nierozróżnialnego, pragnęli, by po ich przejściu przez tę materialną fantasmagorię pozostał jakiś świadek, ktoś, kto przetrwa i o nich opowie.

[...]

Tak oto po sześćdziesięciu latach Indianie z tamtej wioski wciąż zajmują, zwycięsko, moją pamięć. Nie potrafię jednak przywołać ich obrazu w oderwaniu od niezmierzonego, błękitnego i świetlistego nieba, które nocą wypełniało się gwiazdami. Kiedy nie było księżyca, zdawały się nieprzebrane, ogromne i roziskrzone. Zimą mieniły się lodowato – zielenią, błękitem, fioletem, czerwienią i żółcią. Dziś już rozumiem, że trwały tam, wisząc nad nami jak nad cieniuchną warstewką lęku, niewiedzy i popędów, bo podtrzymywali je, bez chwili odpoczynku, owi Indianie. Wielka rzeka, która je podwajała, wypełniając się odblaskami, płynęła na południe pchana siłą ich woli, a drzewa zieleniały każdej wiosny, swoje soki bowiem mieszały z ich krwią. Dzień w dzień, po kres sił, ludzie ci płacili niemożliwą do zapłacenia cenę za to, że połowicznie wyrwali się ze swej bagnistej macierzy, po której został im już na zawsze posmak zagubienia. Wiele spośród wspomnień, które każdego dnia bez powodu przemykają jak meteory przez moją pamięć, wiąże się z brzegami wielkiej rzeki przecinanej we wszystkich kierunkach przez szybkie łodzie i niejeden mechaniczny gest, wykonywany przeze mnie w najmniej spodziewanym momencie, wynika właśnie z owych wspomnień, czasem w sposób tak niebezpośredni i tajemniczy, że nawet ja nie dostrzegam związku, doznając wszakże dziwnego wrażenia, iż za sprawą tej mimowolnej i nieistotnej czynności wszystkie tamte lata nagle wrócą na powierzchnię z mroku, gdzie zostały pogrzebane. Do tych zachowanych w pamięci wspomnień, które mój umysł co dzień obserwuje jak obrazy na ścianie, dochodzą też inne, zapamiętane jedynie przez ciało i odradzające się w nim bez udziału pamięci czy skłonnego do analiz rozumu. Takie wspomnienia nie pojawiają się w formie obrazów, lecz raczej jako dreszcze, ciarki, rozsiane po organizmie supły, niesłyszalne echa, dygoty.

[...]

Nie wiadomo już, gdzie jest środek takiego wspomnienia, gdzie zaś jego obrzeże: środek zdaje się przemieszczać w różne strony, a ponieważ każdy szczegół się rozrasta, wywołując pojawianie się innych, zapomnianych dotąd szczegółów, które też mnożą się i potężnieją, często czuję się przytłoczony i myślę sobie, że nie tylko świat nie ma końca, lecz również wszystkie jego części z osobna i wobec tego, także moje wspomnienia. W takich razach zdarza mi się myśleć, że Indianie z wioski, trzymając mnie tyle czasu u siebie, nie zdołali mnie uchronić przed toczącą ich chorobą. Kiedy indziej, wszakże wspomnienia ukazują mi się w uspokajającym porządku, zamknięte i jasne, utrzymując się przez długą chwilę, znikając i ukazując się znowu dzięki jakiejś stałej i tajemnej sile, która zapewnia im określony, niemożliwy do pomylenia z innymi kształt, a wręcz zdaje się je wygładzać i zaokrąglać, aż stają się solidne i czyste jak kamienie lub kości.

[...]

Kolejne z owych wspomnień nawiedzających mnie we własnym tajemniczym rytmie wiąże się z pewnym letnim świtem, jaki nastał po którejś z dorocznych orgii wciągających w swój wir Indian z wioski. Jeden z nich dogorywał, leżąc na piasku twarzą do bladych przestworzy. Ciało miał całe w ranach, siniakach, poparzeniach. Poprzedni dzień spędził, jedząc ludzkie mięso, upijając się i spółkując. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w białawe niebo, a z kącików półotwartych ust pociekły mu wcześniej strużki krwi i śliny, które zaschły już pod wpływem rześkiego porannego powietrza. W miarę, jak pogrążał się w śmierci, niemal w tym samym rytmie, letnie słońce wspinało się po niebie, które na skutek rosnącej jasności stawało się z bladego coraz bardziej błękitne. Że świat pasie się na nas, że poi się naszą krwią – zaświadczyć mógł o tym ów kontrast między dogorywającym człowiekiem a przestrzenią, gdzie dogorywał, bo im mocniej przygasał blask jego oczu, im jego oddech stawał się słabszy i bardziej urywany, tym wspanialej błyszczało poranne światło, jak gdyby właśnie z resztek tego ludzkiego oddechu brały się poblaski, które tańczyły na wodzie, żółciły piasek, pogłębiały błękit nieba i migotały na zielonych, ruchliwych liściach drzew. Klęczałem wtedy przy tym Indianinie, niewiele ode mnie starszym i całkiem już nieświadomym mojej obecności. Znałem go dosyć dobrze, o ile w ogóle byłem w stanie poznać tych ludzi: mieszkał z rodziną w sąsiedniej chacie i wiele razy przysyłał mi jedzenie przez kobiety lub dzieci albo sam coś przynosił. Moją uwagę zwróciły jego dyskrecja i umiar. Nawet jeśli bywało, że Indianie tygodniami czy wręcz miesiącami zdawali się mniej mną przejmować i trochę o mnie zapominać, przez większość czasu nie szczędzili mi swoich przesadnych póz, niejasnych roszczeń i nachalnych pochlebstw. Nierzadko, na przykład, gdy dzielili się ze mną jedzeniem, robili to z wielką pompą, zapewne po to, żebym opowiadając o nich w jakiejś wyobrażalnej przyszłości, wspomniał ich szczodrość. Przejaskrawiali swoje miny i uczynki, by stały się dla mnie bardziej czytelne i zrozumiałe. Pozy, które przyjmowali, nie zawsze ukazywały to, co było w nich najlepsze. Czy prezentowali się w ten sposób w dobrym, czy w złym świetle, niespecjalnie ich obchodziło; liczyło się jedynie to, by obraz okazał się wyrazisty i łatwy do zapamiętania.

[...]

W dniu, kiedy wsadzili mnie do wyładowanej zapasami łodzi, by wysłać w dół rzeki, zobaczyłem go po raz ostatni, jak przepychał się przez tłum cisnący się wokół, z trudem zachowując w tych warunkach swój uśmiech i wydając raz za razem owe dźwięki, których wprawdzie w ogólnym rozgardiaszu nie słyszałem, lecz odgadywałem z łatwością: Def-ghi, def-ghi, to ja żartowałem, że cię zjemy. Niemal wszyscy Indianie z wioski, nie zawsze posuwając się aż do takich skrajności, zachowywali się podobnie. Strach przed rozpłynięciem się w anonimowej masie nierozróżnialnego sprawiał, że nakładali te stałe, jednoznaczne maski, które, gdy tylko mogli, starali się mi w ten czy inny sposób, mniej lub bardziej ostentacyjnie, w zależności od sytuacji, pokazać. Jeśli dana poza wiązała się z jakąś ich zaletą, sprawiali wrażenie bezmiernie próżnych.

[...]

W tym zresztą śmierć i wspomnienia zdradzają daleko posunięte podobieństwo: są dla wszystkich osobne i ci, co sądzą, że mają – skoro przeżyli coś razem – jakąś wspólną pamięć, nie zdają sobie sprawy, że w istocie pamiętają co innego, skazani na samotność tak samo w tym, jak w umieraniu. Wspomnienia to dla każdego rodzaj kazamat, w których zamknięci jesteśmy od narodzin do śmierci. Wspomnienia to sama śmierć. Wszyscy nieustannie umieramy od ich osobności razem z tym, co ulotne, co nie odradza się w innych i w ramach grupy nieuchronnie znika. Od tamtego zmaltretowanego człowieka, który ledwie już oddychał, nauczyłem się również owego ranka, że cnota nie ocali nas przed dookolną czernią. Nawet jeśli walecznie przedrzemy się przez jedną noc, nieco dalej czyha inna, potężniejsza. Na darmo w spokojne dni Indianin ów doceniał dobroć; otwarta paszcza, na której krawędzi, zachowując chwiejną równowagę, próbował w swej niewinności tańczyć, pochłaniała go bez względu na wszystko.

[...]

A w gruncie rzeczy wszystko jest wspomnieniem. Tyle że świat nadaje takim obrazom wiek i gęstość. Gdybym teraz, powiedzmy, przypomniał sobie sen o ojcu Quesadzie, jego obecność w owym śnie nadałaby mu wiek w tym sensie, że nie mógłby mi się przyśnić, zanim go poznałem, a wspomnienie ojca Quesady, pozwalające uznać go za byt niezależny od moich snów, nabiera gęstości i realności dzięki kilku książkom, które podarował mi przed śmiercią i z którymi nigdy na długo się nie rozstaję. W ten sposób sen, wspomnienie i chropawe doznanie rozdzielają się i splatają, tworząc, niby tkaninę o niejasnym wzorze, to, co bez większego zachwytu nazywam swoim życiem. Czasem jednak wśród cichej nocy pisząca dłoń zastyga bez ruchu i w wyrazistej, a przecież prawie niewiarygodnej teraźniejszości trudno mi orzec, czy to życie naprawdę się rozegrało, pełne mórz, kontynentów, ciał niebieskich i ludzkiego mrowia, czy raczej zaistniało ledwie przed chwilą jako ulotna wizja wywołana nie tyle ekscytacją, ile zmęczeniem. Ostatecznie więc to, że Indianie z wioski nie mówili nigdy, że coś jest, a mówili, że się wydaje, miało w sobie sporo sensu.

[...]

Zbity piasek wilżył moje bose stopy. W swoim rozkojarzeniu dopiero po paru minutach dostrzegłem, że błyszczy. Błyszczał biało, fosforyzująco, a gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem identyczny poblask na rzece. Obracając się i unosząc głowę wyżej, popatrzyłem ku niebu: to był księżyc. Nigdy nie widziałem go tak wielkim, tak okrągłym, tak lśniącym. Jaśniał tak bardzo, że znikły wszystkie gwiazdy. Wznosił się powoli, niepodważalny i jedyny, ciepły i znany; jego jasność tłumaczyła wyraźny od dłuższej chwili brak dalszych postępów ciemności. Wszystko wokół ozdabiały teraz księżycowe plamki, które – przepuszczane przez gęstwę liści na drzewach – kładły się absolutną bielą na ziemi, na ścianach i dachach domów, na widocznych tu i ówdzie nagich ciałach, emanując, zdawać się mogło, nieruchomym, zimnym ogniem. Księżyc ów miał w sobie przyjazną naturalność rzeczy, których nie rozumiemy, ale których już się nie boimy, bo zaakceptowaliśmy, któż to wie, dlaczego, ich tajemnicę. Nic nie usprawiedliwiało jego obecności, a przecież pojawiając się raz za razem w swoich cyklicznych fazach, bliższy i milszy niż rozżarzone słońce, tak regularny, że nie tylko przewidywalny, ale i przydatny do porządkowania na różne sposoby naszej egzystencji, zamiast nas niepokoić, jak powinien, raczej nas uspokajał.

[...]

Wywodząc się z portów, gdzie człowiek tak bardzo zależy od nieba, wiedziałem, czym jest zaćmienie. Ale wiedza to nie dosyć. Naprawdę wiedzieć można tylko tyle, że wiemy wyłącznie to, co zechce nam się ukazać. Od owej nocy chronię się w miastach. Nie ze strachu. Za tamtym razem, kiedy czerń osiągnęła najwyższe natężenie, księżyc powoli znów się ukazał. Indianie w ciszy, jak wcześniej zgromadzili się na plaży, tak teraz rozproszyli, wrócili do wioski i – niemal zadowoleni – położyli się spać. Zostałem na plaży sam. To, co przyszło później, nazywam latami albo swoim życiem: ten huk mórz, miast, ludzkich pragnień, niewstrzymany nurt, który jak prastara, niosąca szczątki widzialnego rzeka zostawił mnie w tym białym pokoju, gdzie przy coraz słabszym świetle ogarków mamroczę coś o przypadkowym spotkaniu pod – i bez wątpienia również z – gwiazdami.

Juan Jose Saer, Pasierb

Powieść historyczno-obyczajowa Juana Jose Saera – argentyńskiego pisarza przenosi akcję tej wybitnej opowieści do szesnastowiecznej Hiszpanii i Ameryki Południowej, przede wszystkim nad dorzecza dwóch rzek: Parany i Urugwaj oraz ich rozlewiska w postaci estuarium La Platy między dzisiejszą Argentyną a Urugwajem, w chronologii z kolei umownie w pierwszą połowę szesnastego wieku. Młody, a więc i żądny przygód chłopiec-majtek hiszpańskiego frachtowca dostaje się w umowną niewolę do plemienia rdzennych południowoamerykańskich Indian, którego zwyczaje daleko odbiegają o norm świata europejskiego. Po dziesięciu latach wraca do swej rodzimej cywilizacji, gdzie jako nowicjusz-zakonnik, potem członek wędrownej trupy aktorskiej, w końcu też i drukarz we własnej drukarni, z przerażeniem odkrywa, że kultura i duchowość pierwotnych Kolastynów o niebo przewyższa standardy ówczesnej europejskości. Już sam tytuł powieści w polskim tłumaczeniu daje nam jasną odpowiedź o kierunku ewolucji światopoglądowej byłego majtka, który w dorosłym życiu nie może uwolnić się od uroku tamtego hermetycznego świata, tamtego poczucia, że się istnieje naprawdę w indiańskiej głuszy. Etymologicznie z języka hiszpańskiego tytułowe „El Entenado” to luźno tłumacząc „świadek” lub ściślej „ten, który rozumie”, a już najpewniej, jak powiada w posłowiu tłumaczka, że w „słowie entenado, oznaczającym pasierba, pobrzmiewa bowiem nada, czyli nic. Polskie słowo pasierb nie oferuje wprawdzie takiej możliwości, niemniej zdecydowałam się na nie, gdyż jego rodzinne, nie zawsze pozytywne konotacje mogą prowadzić nas ku temu, co swego czasu sygnalizował Stanisław Barańczak, przestrzegając: nie będziesz nigdy w świecie czuł się jak u siebie w domu.”. Z kolei w wymowie dalekosiężnej istotą tego swoistego traktatu filozoficzno-wyrozumowanego jest przekonanie, że widzialny świat tylko wydaje się nam znajomym, częściej zaś, czy raczej de facto jest bardziej i coraz bardziej nierealnym, niepoznawalnym i nieprzekazywalnym w jakichkolwiek doświadczeniach, które nas spotykają w życiu. Szczególnie widać to na linii „drętwego” języka próbującego opisać niewerbalną naturę świata, języka którego niemoc pozostawia narratora opowieści pod koniec życia w swym skromnym białym pokoju w niejakim zapatrzeniu na „niepewną pokusę widzialnego”. Na koniec trzeba jeszcze dopowiedzieć, że zdaniem tłumaczki: „Kolastynowie funkcjonują jako metafora ludzkości. Odnosząc się do historycznych, dziś absurdalnie brzmiących dyskusji, czy Indianie są ludźmi, czy też nie, narrator stwierdza wprost, że nie ma dla niego na tej ziemi ludzi poza nimi i że od kiedy kazali mu wrócić, spotyka, „pomijając ojca Quesadę, same dziwne, nieprzekonywające istoty, które wyłącznie z przyzwyczajenia albo dla wygody można określać tym mianem”, albowiem „ślepa pewność bycia człowiekiem i tylko człowiekiem upodabnia nas do zwierząt bardziej niż ciągła, trudna do wytrzymania wątpliwość co do naszej kondycji”.  



powrót ››