Blog

 

14.02.2025

Biuro Skradzionych Wspomnień

„Nawet jeśli człowiek mówi prawdę,

może nie mieć racji.”


„Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu,

ukryliśmy w ziemi.”


„Czasami, gdy szukasz zmarłych,

znajdujesz żywych.”

[…]

W głębi parku stoją nowoczesne budynki, a w nich dziesiątki kilometrów regałów archiwów i szafek z aktami, wzdłuż których można spacerować całymi godzinami, nie słysząc jęków ukrytych w ciszy. Trzeba mieć doskonałe ucho, cierpliwość. Wiedzieć, czego się szuka i być gotowym na znalezienie czegoś zupełnie innego.

[...]

Mam dla pani zadanie specjalne. Irène nie potrafi powstrzymać uśmiechu. Odkąd Charlotte Rousseau kieruje International Tracing Service, to zdanie wszyscy słyszą od niej kilka razy dziennie. Drobna i energiczna, nadużywając cierpliwości personelu, próbuje nadrobić to, czego nie zrobili jej poprzednicy. Niektórzy z jej podwładnych opracowali specjalną strategię, żeby tylko nie wpaść na nią na korytarzu. Z Irène jest przeciwnie; energia dyrektorki udziela jej się i zachęca ją do pracy. Jakby otwierała bramę fascynującego starego mauzoleum. A poza tym ją i dyrektorkę łączy tęsknota za Francją. O co konkretnie chodzi? – pyta Irène. Charlotte obserwuje ją, pijąc kawę. Wczoraj wieczorem myślałam o tych rzeczach z obozów – mówi. Nie należą do nas. Przechowujemy je jak relikwie z piekła. Chyba pora, żeby wróciły do właścicieli. Do właścicieli? Przecież oni nie żyją… przynajmniej większość z nich. Może zostały dzieci, wnuki. Niech pani pomyśli, jak wielkie znaczenie miałoby dziś dla nich, dla ich wspomnień, gdyby nagle otrzymali przedmioty, przybyłe z tak daleka… To byłoby dla nich czymś w rodzaju spadku. Może pani ze swoim zespołem… Rzecz jasna, postaram się zorganizować wszelką możliwą pomoc. Irène słyszy własne „tak”.

[...]

Eva Volmann przeprowadziła z nią coś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej. Od razu zaczęła mówić jej na ty; zachowywała się jak dostojny mędrzec wobec ucznia. Mimo szczupłej sylwetki sprawiała wrażenie silnej. Trudno było określić, ile miała lat albo wyobrazić sobie jej życie prywatne. W pooranej głębokimi zmarszczkami twarzy błyszczał z onieśmielającą siłą płomień szarozielonych oczu. Czarne włosy poprzetykane srebrnymi pasmami miała upięte w mały kok. Polski akcent nadawał melodyjność jej lekko ochrypłemu głosowi. Irène z zakłopotaniem przyznała, że przyszła tu pod wpływem impulsu, bo przeczytała ogłoszenie w miejscowej gazecie. Międzynarodowa Służba Poszukiwań potrzebowała dla jakiejś misji badawczej osoby mówiącej i piszącej biegle po francusku. Irène nie miała pojęcia, na czym ta misja ma polegać. Przyciągnęło ją słowo międzynarodowa. Do roku tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego MSP nosiła nazwę Centralne Biuro Poszukiwawcze – poinformowała ją Eva. Instytucja ta powstała dzięki dalekowzroczności aliantów. Zanim jeszcze zakończyła się druga wojna światowa, zrozumieli, że ceną zwycięstwa będą nie tylko miliony poległych i zamordowanych, ale również miliony wysiedlonych i zaginionych. Po zakończeniu działań wojennych trzeba będzie odnaleźć te osoby i pomóc im wrócić do domów. I dowiedzieć się, jaki los spotkał tych, którzy nie zostali odnalezieni.

[...]

Słuchając jej, Irène miała wrażenie, że cofa się do tamtych ponurych czasów, gdy chmary ludzi o zagubionym spojrzeniu błądziły między ruinami. Dziwne, ale obawiała się reakcji męża. Nigdy nie rozmawiali o czasach nazizmu, dlaczego więc czuła, że ta praca nie będzie mu się podobała? Może przez to wzruszenie ramion, którym kiedyś zareagował; nie pamiętała już, o co dokładnie chodziło. O jakiś reportaż, relację z uroczystości poświęconej pamięci ofiar? Wzruszył ramionami i westchnął. Irène szybko wyłączyła telewizor. Kiedy tu przyjechałam – ciągnęła Eva – to miasto należało do SS. Jak chyba wszystkie miasta wtedy – dorzuciła Irène. Nie. To miasto w czasie wojny żyło przede wszystkim dzięki SS. Na ulicach i w okolicy częściej widziało się czarne mundury niż cywili.

[...]

Gdy szły zimnymi korytarzami, Irène czuła się onieśmielona. Ogromem tego miejsca, stertami pudeł z pożółkłymi papierami, sięgającymi sufitu, ścianami zabudowanymi półkami, teczkami z aktami, szufladami z tajemniczymi napisami, ciągnącymi się w nieskończoność korytarzami. Papierowy labirynt wokół szeleścił. W końcu znalazły się w holu, w którym stało kilka automatów do kawy i ławki pokryte zniszczonym skajem. Dookoła były drzwi, a na każdych tabliczka: Dokumenty z obozów koncentracyjnych, Dokumenty z czasów wojny, Dokumenty powojenne, Oddział poszukiwania dzieci, Oddział dokumentów historycznych… Eva wyjaśniła, że zasoby ośrodka pochodzą z różnych źródeł. Przede wszystkim z archiwów obozowych, przynajmniej tych, które udało się uratować przed masowym niszczeniem śladów dokonanym z rozkazu Himmlera. A także ze skromnych pozostałości nazistowskiej obsesji na punkcie biurokracji; były to spisy, indywidualne karty rejestracyjne, rejestry ukryte przez deportowanych albo te, których mordercy nie zdążyli zniszczyć. Kierownictwo obozów w Buchenwaldzie, Mauthausen i Dachau zostało zaskoczone niespodziewanie szybkim nadejściem wojsk alianckich. W ostatnich miesiącach wojny alianci, ścigając się z czasem, przeszukiwali niemieckie urzędy, szpitale, więzienia, posterunki policji, przytułki i cmentarze. Z czasem niemieckie przedsiębiorstwa zgodziły się przekazać im dane dotyczące robotników przymusowych. Były też kwestionariusze osób wysiedlonych, korespondencja urzędników nazistowskich, listy z chorymi psychicznie poddanymi eutanazji w zamku Hartheim, liczba wszy na głowach więźniów Buchenwaldu… Od 1947 roku zbiory dokumentów w ośrodku rosły i rosły jak rzeka zasilana tysiącem dopływów. Pierwsi pracownicy polowali na archiwa po całej Europie; czasem dokumenty docierały do nich najdziwniejszymi drogami. Po upadku żelaznej kurtyny na powierzchnię wypłynęły kolejne sekrety. Zgromadzone akta, gdyby ułożyć je w linii prostej, zajęłyby dziesiątki kilometrów. Irène poczuła się przytłoczona ilością dokumentów.

[...]

Człowieka, który ułożył te fiszki w niezwykle przemyślny sposób, nazywaliśmy Mózgiem – powiedziała Eva. Był to węgierski pilot, którego samolot zestrzelono nad Bad Arolsen. Postanowił tu zostać. Zarządzał głównym katalogiem przez ponad trzydzieści lat i w ten sposób powstał fundament archiwów. Katalog jest ułożony według dwóch kluczy: alfabetycznie i fonetycznie. To był genialny pomysł. Więźniowie obozów byli spisywani przez esesmanów albo przez innych więźniów, którzy notowali nazwiska, jak chcieli. Czasem, żeby było szybciej, stosowali niemiecką pisownię. Wielu osób nie odnaleziono, bo ich nazwiska zostały niestarannie zapisane. Spójrz, akta tego człowieka na długo utknęły w głębi kartoteki, tylko dlatego, że pisarz obozowy w Auschwitz połączył imię z nazwiskiem: Leibakselrad. Leib Akselrad. Mózg zorganizował ekipę poliglotów, wśród których kilku władało nawet jedenastoma językami. Przez wiele miesięcy niestrudzenie pracowali nad utworzeniem tej ogromnej listy nazwisk, biorąc pod uwagę wszystkie możliwe warianty we wszystkich językach, błędy w wymowie, zdrobnienia. Niektóre nazwiska mogły występować nawet w stu pięćdziesięciu wersjach.

[...]

W ostatnich miesiącach wojny alianci, ścigając się z czasem, przeszukiwali niemieckie urzędy, szpitale, więzienia, posterunki policji, przytułki i cmentarze. Z czasem niemieckie przedsiębiorstwa zgodziły się przekazać im dane dotyczące robotników przymusowych. Były też kwestionariusze osób wysiedlonych, korespondencja urzędników nazistowskich, listy z chorymi psychicznie poddanymi eutanazji w zamku Hartheim, liczba wszy na głowach więźniów Buchenwaldu… Od 1947 roku zbiory dokumentów w ośrodku rosły i rosły jak rzeka zasilana tysiącem dopływów. Pierwsi pracownicy polowali na archiwa po całej Europie; czasem dokumenty docierały do nich najdziwniejszymi drogami. Po upadku żelaznej kurtyny na powierzchnię wypłynęły kolejne sekrety. Zgromadzone akta, gdyby ułożyć je w linii prostej, zajęłyby dziesiątki kilometrów.

[...]

Ale żeby działać skutecznie, najpierw trzeba się zapoznać z terytorium. Z terytorium? – zdziwiła się Irène. Eva poprowadziła ją do ogromnej mapy, zajmującej całą ścianę. Setki czerwonych kropek. Obozy. Przy każdym podano oprócz nazwy okres działania i liczbę ofiar. Ta mapa – gigantyczna pajęczyna wielkości nazistowskiej Europy – była ich narzędziem pracy. Tu decydowały się losy kilkudziesięciu milionów osób – powiedziała Eva. Tych, które zbiegły, które złapano, które się ukrywały, które się opierały, które zamordowano lub uratowano w ostatniej chwili. A potem okres powojenny. Miliony przesiedlonych. Nowe granice, traktaty okupacyjne, ograniczenia migracyjne, szachownica zimnej wojny. Będziesz musiała się tego wszystkiego nauczyć, zostać prawdziwą specjalistką. Im lepiej to opanujesz, tym szybciej będziesz kojarzyć fakty. Czas, który zyskasz, to życie tych, którzy czekają na odpowiedź. Ich życie jest wątłą nitką.

[...]

Irène, inwentaryzując koperty umieszczone w wielkich metalowych szafach, do niektórych zagląda. Na każdej jest kod i krótki opis zawartości. Przedmioty w kopertach… Są ich prawie trzy tysiące, ukryte w ciemnościach. Dotyka się ich ostrożnie, w rękawiczkach. Są stare, zużyte. Zaśniedziałe tarcze zegarków, których wskazówki znieruchomiały pewnego ranka 1942 roku. A może w deszczowe popołudnie następnej wiosny. Albo zimową nocą 1944 roku. Wskazują godzinę, kiedy stanęły – jakby przestało bić serce. To, czym były dla właścicieli – zarządcami czasu i życia – straciło wszelki sens. W innych pudełkach są puste portfele. Na stronie jakiegoś notesu zapisano kilka słów w obcym języku; może w tamtym dniu brzmiały strachem przed śmiercią lub bólem. Irène może je dać do tłumaczenia, ale przecież nikt nie wyjaśni znaczenia, jakie miały dla kogoś, z kogo zdarto ubranie tuż za bramą obozu. Obrączki niezdejmowane z palców od chwili ślubu. Herbowe sygnety. Sztuczna biżuteria, dawno niemodna. Złamana oprawka od okularów. Przedmioty bez żadnej wartości handlowej. Te, które były coś warte, już dawno zrabowano.

[...]

Wpisuje nazwisko do wyszukiwarki katalogu centralnego. Odkąd w 2007 roku udostępniono go badaczom, fiszki zostały w dużej części zdigitalizowane. W bazie danych jest teraz prawie pięciuset Mazurków – dwóch Białorusinów, a wszyscy pozostali to Polacy. Ale jest jeden Teodor Mazurek, urodzony siódmego czerwca 1929 roku. We wrześniu 1942 roku, gdy został wywieziony do Buchenwaldu, dopiero co ukończył trzynaście lat. Dziecko. Na formularzu przyjęcia obozowy pisarz zaznaczył powód deportacji: złodziej. Irène powiększa zdjęcie szczupłej i opalonej twarzy z ostrymi rysami. Żywe spojrzenie, potargane ciemne włosy. Metr sześćdziesiąt osiem. Znak szczególny: blizna na podbródku. Podał swój adres, Izabelin, wieś w Polsce. Irène odnajduje to miejsce na wirtualnej mapie: dwadzieścia kilometrów od Warszawy. W dokumencie wpisano imię matki: Elżbieta. Ojca brak. Czy tego pierrota znalazł już w obozie? Z jego fiszki wynika, że spędził tam osiemnaście miesięcy, zanim przewieziono go do Neuengamme.

[...]

Irène przegląda teczkę Teodora Mazurka. Digitalizacja nie odzwierciedla co prawda emocjonalnego ładunku zawartego w archiwach zapisanych na papierze, ale pozwala zyskać na czasie i wszyscy pracownicy ośrodka mają w ten sposób dostęp do większości dokumentów. Przedtem mieli prawo do nich zaglądać tylko wybrani specjaliści. Życie Teodora to kilka fiszek, ale są w nich niespodzianki. Irène znajduje list, który jego matka wysłała do komendanta obozu w Buchenwaldzie. Gospodarstwo Mazurków znajdowało się wtedy w Generalnej Guberni, tej części Polski, która nie została dołączona do Rzeszy. Generalna Gubernia była kopalnią przymusowej siły roboczej, terenem, na którym nie obowiązywało żadne prawo, wysypiskiem wszystkich niepożądanych w Trzeciej Rzeszy. Niemcy rabowali te tereny i wyciskali z ich mieszkańców, ile się dało. Polska odmówiła współpracy i płaciła za to najwyższą cenę.

[...]

Szanse, żeby matka Teodora jeszcze żyła, są niewielkie, ale Irène prosi Janinę Dąbrowską, żeby sprawdziła, czy żyje jeszcze ktoś z tej rodziny. Dyktując adres gospodarstwa, obserwuje pierrota i odczuwa nieodpartą potrzebę, żeby go dotknąć. Palcami w rękawiczkach machinalnie unosi zszarzałą bluzę. Zaczyna szybciej oddychać. Na szmacianym brzuchu lalki ktoś napisał kilka cyfr. Numer. Irène notuje go na luźnej karteczce. Nie, nie zgadza się. Wraca do komputera, sprawdza formularz przyjęcia Teodora do obozu w Buchenwaldzie. Numer napisany na pierrocie nie należy do chłopca. Mały Polak odziedziczył po kimś tę lalkę. Zaniepokojona Irène przypomina sobie swoją wizję. Jakiś samarytanin musiał zlitować się nad Teodorem i dać mu lalkę. Do kogo w takim razie należał pierrot? Jeśli matka jeszcze żyje, powinna dostać tę lalkę po swoim zamordowanym dziecku, myśli Irène.

[...]

Od prawie ośmiu lat Irène pracuje z Henningiem w Sekcji Poszukiwań i Wyjaśniania Losów. Ta sekcja skupia wiele ekip, których członkowie niczym detektywi cofają się w czasie, by zbierać wskazówki i dowody dotyczące losów ofiar hitlerowskiego reżimu. Irène pracuje w zespole, którego misją jest odnajdywanie i łączenie rodzin. Skrupulatny Henning może poświęcić całe tygodnie na odnalezienie na mapie jakiejś jugosłowiańskiej wioski, która od lat czterdziestych kilkukrotnie zmieniła nazwę. Jest tak cierpliwy, że Irène wyobraża go sobie, jak w zimowe weekendy siedzi nad układanką z sześciu tysięcy kawałków i ani jeden włosek jego rudej brody nie drgnie. Ma żonę tak dyskretną i cichą jak on oraz bliźniaki, które chyba na zasadzie kontrastu są niezwykle żywiołowe. Mimo długich lat codziennej współpracy Irène do dzisiaj nie wie, co pchnęło Henninga do podjęcia pracy w Międzynarodowej Służbie Poszukiwań. Wie tylko to, co sam zgadza się pokazać, czyli obraz spokojnej, bezkonfliktowej rodziny. Poza pracą się nie widują. Nawet jeśli często omawiają wspólnie prowadzone sprawy – co obecnie zaczyna być dobrze widziane i przełożeni zachęcają do tego pracowników – rozmowy nigdy nie schodzą na tematy osobiste. Ta niechęć do zahaczania w pracy o sprawy prywatne, którą dzielą z nią koledzy, przez długi czas była Irène na rękę. Po burzliwym rozwodzie wolała nie angażować się w problemy innych, to pozwalało jej zachować dystans do własnych kłopotów. Skupiała się na pracy i na synu. Dziś wolałaby, żeby ta gładka fasada trochę popękała; nie boi się już ryzyka.

[...]

Irène podchodzi do okna i zapala papierosa. Ten człowiek zwraca się do niej tak, jakby była kamienną boginią, ferującą wyroki bez mrugnięcia okiem. Potępia i usprawiedliwia w tym samym zdaniu. Nie potrafi powiedzieć, jak zginęła ta kobieta. Używa formy biernej: została zamordowana. Błaga, by nie niszczyć jego rodziny. To bolesne, rozdzierające i jakże znajome. Mordercy to nie sprawa Irène. Ślady po ofiarach oświetlają jednak ciemność, a wyschnięta krew opryskuje kolejne pokolenie, które chciałoby się uwolnić od przygniatającego ciężaru. Jeśli potrzebna mu do tego pomoc francuskiej archiwistki, ta powinna wiedzieć, że Elsie Weber odpokutowała za swoje winy. Nie tylko za sprawą wyroku powojennego trybunału – cierpiała aż do śmierci.

[...]

Spowiedź Elsie Weber – nadzorczyni w obozie dla kobiet w Ravensbrück [1975]

Po wojnie byłam sądzona przez brytyjski trybunał wojskowy. Zarzucano mi okrucieństwo wobec więźniarek. A przecież tylko wykonywałam rozkazy. Uczono nas, żebyśmy były surowe. Ravensbrück był obozem kobiecym, nie tak ciężkim jak obozy na Wschodzie, ale więźniarki były bardzo nieposłuszne. Zwłaszcza te polityczne i Cyganki. Szef Gestapo miał swoje wtyczki na blokach, żeby wyśledzić sabotażystki i złodziejki. Polki i Żydówki były odpychająco brudne. Francuzki doprowadzały nas do szału, więźniarki z Armii Czerwonej odmawiały pracy na rzecz wojny. Niektóre zabijały wcześniej niemieckich żołnierzy. Trzeba było bardzo uważać, bić te leniwe, żeby wymóc posłuch u pozostałych. Za pierwszym razem, kiedy przełożona zmusiła mnie do bicia więźniarki, dopóki ta nie zemdlała, nie mogłam przez kilka dni nic przełknąć. A potem człowiek się przyzwyczaja. Byłam dumna z wykonywania ciężkiej pracy, z tego, że służę Rzeszy. Niestety, pod koniec 1944 roku warunki w obozie drastycznie się pogorszyły. Armia Czerwona się zbliżała. Obozy na Wschodzie ewakuowano jeden po drugim. Przybywały do nas tysiące więźniarek w strasznym stanie. Nie wiedzieliśmy, gdzie je umieszczać, wszystkiego brakowało. Jesienią nagle pojawił się tłum kobiet i dzieci z Warszawy, gdzie nasze oddziały zgniotły powstanie wszczęte przez partyzantów i zrównały miasto z ziemią. Wepchnęliśmy wszystkie pod wielki namiot na zewnątrz obozu i nawet nie byłyśmy w stanie ich spisać. Polki były brudne i bez przerwy się skarżyły. Wiele z nich było w ciąży. Dzień i noc wybuchały awantury. Trzeba było je bić, żeby się uspokoiły. Przy pierwszych deszczach ziemia w namiocie stała się pełnym błota rozlewiskiem. Kobiety i dzieci kuliły się pomiędzy zwłokami. Któregoś dnia wybrałam się tam, żeby zrobić trochę porządku, i zobaczyłam tę Polkę, która coś mówiła do kobiet z Warszawy. Wyznała mi, że szuka siostry. Rozkazałam jej wrócić na swój blok, jeśli nie chce skończyć w karcerze. Miała bardzo jasne niebieskie oczy i blond włosy, prawie białe. Była chuda, mimo to piękna. Bez więziennych łachów można by ją wziąć za Aryjkę.

[...]

Ravensbrück był największym obozem koncentracyjnym dla kobiet i centrum szkolenia strażniczek esesmanek. W ostatnim tygodniu personel spalił góry archiwów. Wykazy i akta więźniarek, rozkazy egzekucji, pocztę od właścicieli fabryk, którą ci wysyłali masowo do dziesiątek obozów, domagając się kolejnych rąk do pracy, ponieważ te, które dostawali, szybko się wykańczały. Alianci nie znaleźli prawie nic. Oprócz kilku dokumentów, które do upadku żelaznej kurtyny były w rękach Rosjan, lub takich, które udało się zdobyć więźniarkom i ukryć przy sobie, kiedy opuszczały obóz. Irène nie rozumiała słowa Mittwerda. Może Henning będzie wiedział. No, jak ci się podoba ta niespodziewana przesyłka? – pyta Henning, wchodząc do jej pokoju. Zawsze wydaje się sztywny, sztuczny, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić. Wysoki, wygląda jak drzewo, z którego korony wymykają się kępy czerwonego listowia. Nie wiem… – odpowiada Irène, wyjmując z paczki stary medalion owinięty folią bąbelkową. Nie spodziewałam się, że będę czytała wspomnienia esesmanki.

[...]

Tymczasem pieczęć wskazywała, że transfer miał miejsce. Najdziwniejsze, że na Śląsku w ogóle nie ma takiego miejsca, odnotował przesłuchujący Amerykanin. Szukali go. Co stało się z kobietami przewiezionymi w 1945 roku do obozu, który nie istniał? Komendant Ravensbrück, przyciskany, upierał się przy swojej wersji. Transport został anulowany, a on niczego więcej nie wie. Amerykanie poczuli zapach krwi. Wszczęli śledztwo, by dowiedzieć się, co stało się z zaginionymi kobietami. Odnaleźli dwie, które przeżyły. Powiedziały, że więźniarki skierowane do obozu wypoczynkowego Mittwerda zostały tak naprawdę przewiezione do Jugendschutzlager Uckermark, żeby je tam zabito. Twierdziły, że cudem wyszły cało z wielu prób odebrania im życia. Nie miały pojęcia, w jaki sposób ich skrajnie wyczerpane organizmy to wytrzymały. W Jugendschutzlager zbierano kobiety stare i chore. Bito je, głodzono i zagazowywano. Godzinami stały na śniegu w samych koszulach. Czasem nago, do późnej nocy. Przełożona esesmanek wybierała codziennie od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu więźniarek i przewożono je ciężarówką do komory gazowej, drewnianego budynku wzniesionego koło krematorium. Któregoś wieczoru jedna z kobiet, której udało się wyskoczyć z ciężarówki, biegała po całym obozie, krzycząc, że je gazują. Esesmani ją złapali, ale pozostałe więźniarki już wiedziały.

[...]

Teraz, kiedy mieszka sama z synem, jej książki czują się jak u siebie. Przed rozwodem chowała spory ich zbiór na temat nazistowskich prześladowań na strychu, gdzie urządziła sobie biuro. Powiedziała mężowi, że zajmuje się archiwami z okresu wojny. Nie okazał ciekawości. Nawet jeśli to ułatwiało jej życie, poczuła się wówczas dotknięta. Być może Wilhelm uważał, że praca kobiety się nie liczy, że jej życie powinno koncentrować się na prowadzeniu domu i zajmowaniu się rodziną. Obawiała się, że dziecko zabierze jej resztki niezależności, długo więc nie decydowała się na macierzyństwo. Praca zajmowała coraz więcej miejsca w jej życiu i myślach. Irène nie wyobrażała sobie, że mogłaby z niej zrezygnować. Ukradkiem czytała wszystko na temat drugiej wojny światowej, a gdy mąż wyjeżdżał zawodowo, odwiedzała księgarnie aż w Kassel lub w Getyndze. Czasem zostawała tam na noc i spała w hotelu, a wieczorem spacerowała po ulicach, przysiadała na tarasach Biergarten [typowy niemiecki ogród piwny – przyp. aut.] i napawała się atmosferą studenckiego miasta. Odnajdywała utraconą swobodę, mogła się szybko decydować na to lub tamto, nie musiała podporządkowywać swoich zachcianek drugiej osobie. Szła do kina na ostatni seans, żeby obejrzeć jakiś włoski film, siadała na stopniach muzeum, by poczytać. Zdarzało jej się spotkać natarczywy wzrok jakiegoś nieznajomego, ale zasypiała upojona swoją nową rolą anonimowej podróżniczki, ukołysana odgłosami miasta. Następnego dnia czuła lekkie wyrzuty sumienia, tęsknotę za Wilhelmem i trochę za szybko jechała do domu.

[...]

Spowiedź Elsie Weber – nadzorczyni w obozie dla kobiet w Ravensbrück [1975]

Któregoś dnia pod koniec lutego w grupie więźniarek przywiezionych z Ravensbrück rozpoznałam tę piękną Polkę. Nie rozumiałam, co tu robiła, pośród tych starych kobiet, chorych i wariatek. Jakaś pomyłka, pomyślałam. Pewnie esesmani, którzy polowali na więźniarki w blokach, znów okazali się nadgorliwi. Na początku nie zauważyłam dziecka – chłopca. A potem zobaczyłam, że nie puszcza go na krok i że zachowuje się wobec niego jak matka. Dowiedziałam się, że było sierotą i pochodziło z transportu Żydówek z Belgii. Odrażające chorowite małpiątko, z za dużymi oczami, jak u wszystkich dzieci biegających po obozie. Od czasu do czasu esesmani polowali na nie; najsłabsze dawały się łatwo złapać.

Upuszcza list, oddychając ciężko. Język, jakim ta kobieta pisze o więźniarkach i o dzieciach, jest obrzydliwy…

 [...]

Spowiedź Elsie Weber – nadzorczyni w obozie dla kobiet w Ravensbrück [1975]

Następnego dnia zaczęłam ją obserwować. Karmiła dzieciaka, dzieliła się z nim swoimi skromnymi porcjami. Chłopczyk, skóra i kości, ledwo stał. Wycierała mu brudną twarz swoją chusteczką do nosa, resztką śniegu zebranego z brzegu okna bloku. Gdy na to patrzyłam, robiło mi się niedobrze. Miałam ochotę nią potrząsnąć, wrzasnąć: „Dość!”. Ta mała małpa nie ma żadnej przyszłości! Ale straciłabym tylko czas. A poza tym co mnie obchodziła jakaś tam Polka? Miałam opinię twardej, ale nigdy nie biłam bez powodu. Czasem więźniarki prosiły mnie nawet o kawałek chleba czy trochę wody. Komendantka zabiłaby je za mniej. Polka była zbyt dumna, żeby o cokolwiek prosić. Mały cicho jęczał, ona coś do niego szeptała i dawała mu śnieg do ssania, żeby oszukać głód. Wczesnym popołudniem rozległa się syrena wzywająca na apel. Weszłam na blok i zaskoczyłam ją, jak kucała w głębi, w ciemności. Wkładała na miejsce deskę podłogową pod ostatnim łóżkiem. Odepchnęłam ją, uniosłam deskę i znalazłam medalion, który tam schowała. Widziałam, że jej na nim zależy. Obiecała, że coś mi da w zamian, jeśli go jej zostawię. Przecież nic nie miała, co mogła mi dać? Roześmiałam się jej w twarz i włożyłam medalion do kieszeni. Przez kilka sekund patrzyła na mnie z nienawiścią w oczach. Powinnam dać jej w twarz, nie wiem, co mnie powstrzymało. [...] Pamiętam tamtą ciszę. Słychać było tylko jęki wiatru. „Możesz jeszcze pracować”, powiedziała komendantka. „Chcę iść tam, gdzie on”, oświadczyła Polka. Królowa patrzyła na nią w milczeniu. Polska więźniarka zrozumiała, że musi ją prosić. Widać było, ile ją to kosztuje. Miała w sobie dumę czystej Niemki. Ręka mnie świerzbiła, żeby dać jej w twarz i wrzasnąć: „Nie masz prawa tego robić!”. Jej skóra wyglądała z zimna jak marmur. „Bardzo proszę!” Poczułam w ustach smak żółci. Królowa napawała się tą chwilą. Jedyna wartościowa więźniarka w tej grupie kalek i chorych prosiła ją o pozwolenie na śmierć. Po długim namyśle komendantka wskazała Polce pejczem, żeby podeszła do chłopca i czterech kobiet czekających z boku. [...] Zaparło mi dech w piersiach. Weszła pierwsza do drewnianego baraku, z chłopczykiem. Czekaliśmy w ciężarówce może dwadzieścia minut, które ciągnęły się w nieskończoność. Gdy odjeżdżaliśmy, znów panowała kamienna cisza. Moja kochana córeczko, kiedy będziesz czytała ten list, ja będę już w grobie, a Ty będziesz się wstydziła za swoją matkę. Ale przynajmniej będziesz wiedziała, co zrobiłam i będziesz umiała odróżnić prawdę od kłamstwa. Najgorszy był okres w Uckermark. Przez pierwsze lata po wojnie w ogóle o tym nie myślałam. Uciekłam z Ravensbrück przed wkroczeniem Rosjan i ukrywałam się u chłopów. Pomagałam im w polu. Mój ojciec w grobie musiał się śmiać. Myślałam tylko o tym, żeby przeżyć i nie dać się zgwałcić. Dopiero po procesie zaczęły się koszmary. Bez przerwy śniłam o tej Polce. Czasem widziałam, jak płonie i spojrzenie jej jasnych oczu wbija się we mnie przez płomienie. Czasem to mnie prowadzono do drewnianego baraku. „Puśćcie, nie poznajecie mnie?!”, krzyczałam do Tyczki i Szramy, a oni śmiali się, pokazując mi płomienie strzelające w niebo. Zatrzymałam ten medalion. Nawet gdy nie miałam nic, nie próbowałam go sprzedać. Dostałabym za niego kilka marek. Któregoś dnia zawiesiłam go sobie na szyi, ale mnie parzył. W nocy zaczęłam przemawiać do Wity. „Zostaw mnie w spokoju – błagałam ją. Zostaw, spłaciłam swój dług”.

[...]

Irène wstukuje cyfry z brzuszka pierrota do spisu akt osobowych i odkrywa fiszkę przyjęcia do obozu w Buchenwaldzie, do której jest dołączone zdjęcie młodego bruneta. Poważne czarne oczy patrzą w jakiś punkt powyżej fotografa. To Matias Bárta, obywatel Czechosłowacji. Z jego twarzy bije naturalna uroda i melancholia. Został zatrzymany w Polsce w 1944 roku, przewieziony na Gestapo w Warszawie i kilka dni później do Buchenwaldu. Nie ma jeszcze dwudziestu pięciu lat, jest stolarzem i mówi, że nie ma żadnej rodziny. Jako powód zatrzymania pisarz obozowy zanotował: Przyjechał do Polski z organizacją Todt. Podejrzenie o nielegalną działalność. Dostał czerwony trójkąt więźniów politycznych. Irène widzi postać w pasiaku, która nachyla się nad chorym Teodorem, młodym Polakiem, żeby dać mu szmacianego pierrota. Kim byłeś, Matiasie? – zastanawia się. Dlaczego wypisałeś swój numer na tej lalce, skoro chciałeś ją podarować temu chłopcu? Żeby mógł cię odnaleźć po wojnie? W takim razie, dlaczego nie napisałeś swojego nazwiska?

[...]

Z biegiem czasu Hanno zaczął ukrywać pewne aspekty swojego życia, których nie chciał z nią dzielić. Wystarczyło owinąć je w ciszę, żeby zniknęły, dołączyły do jego terra incognita o zmiennych kształtach. Gdy Hanno uchyla się przed odpowiedzią na jej pytanie, Irène ma wrażenie, że potknęła się o „część Wilhelma”. Ale nie ulega wątpliwości, że w takich momentach jest raczej podobny do niej. Syn, tak jak ona, musi się wyrwać z gniazda, żeby dojrzeć. Od tego, co ukrywa, na pewno ważniejsze jest to, co pokazuje. Są dni, gdy chciałaby, żeby oddano jej dziecko, które nie chroniło się ani przed miłością, ani przed bólem. Jej myśli płyną ku dziecku, które chroniła Wita, którego nagie stopy drgnęły, dotykając śniegu. Trop do mojej Polki jest zimny, lodowaty – mówi i wzdycha ciężko. Zacznij może od wpisania jej imienia – proponuje Henning. Odradziłbym ci to, gdyby to była Jadwiga, Jadwig mamy tysiące w naszych aktach. Ale Wita to rzadkie imię. Aż mnie korci…

[...]

Na zaświadczeniu pracy Irène odkrywa, że Matias Bárta był zatrudniony jako drwal. Esesmani mieli poczucie humoru: Jesteś stolarzem, będziesz drwalem! Niezależnie od pogody. Wiosną 1944 roku Matias zostaje przyjęty na rewir z powodu zakażonej rany prawej nogi. Teodor też tam jest, ma wysoką gorączkę. To z pewnością tam się spotykają. Na początku maja chłopca wysyłają do Neuengamme, z pierrotem. Rok później obozowy ruch oporu organizuje powstanie i więźniom udaje się przejąć władzę. Kilka godzin później czołgi generała Pattona wyzwalają obóz. W tych ostatnich wydarzeniach ślad po Matiasie znika. Czy należał do zbuntowanych? Czy dołączono go do grup skrajnie wyczerpanych więźniów, których esesmani pędzili w niekończących się marszach śmierci, po drodze zabijając zbyt słabych, by iść? Jest sposób, żeby się tego dowiedzieć. Po wyzwoleniu byli więźniowie trafiają do obozów dla osób przemieszczonych. To tak zwani dipisi – displaced persons [określenie stosowane przez aliantów wobec osób, które w „wyniku wojny znalazły się poza swoim państwem i chcą albo wrócić do kraju, albo znaleźć nową ojczyznę, lecz bez pomocy uczynić tego nie mogą” – przyp. aut.]. Obozy, naprędce organizowane w Niemczech, Austrii i we Włoszech, są prowadzone przez alianckie organizacje. Ludzie, którzy przeżyli obóz czy roboty przymusowe, po dotarciu tam dostają do wypełnienia kwestionariusze, w których muszą wpisać swoje dane, swoją historię i plany na najbliższą przyszłość. Po sprawdzeniu otrzymują bezcenny status DP, dipisa. Dzięki niemu mogą uzyskać wsparcie finansowe, pomoc w powrocie do ojczyzny lub w emigracji.

[...]

Pozostają dwa miliony tych, którzy nie chcą lub nie mogą wrócić do ojczyzny. Bo przestała istnieć albo zostały z niej ruiny zarządzane przez Sowietów. Bo nie mają sił wrócić do kraju, w którym wymordowano całą ich rodzinę, albo sąsiedzi zrabowali ich dobytek i zajęli mieszkania. Przeszłość jest cmentarzem. Wątły ognik przyszłości może zapłonąć tylko pod innym niebem. Jeden z takich kwestionariuszy znajduje się w aktach Bárty. Wątpliwości Irène budzi tylko to, że Bárta występuje tam pod innym imieniem i nazwiskiem: Lazar Engelmann. To nazwisko czeskiego Żyda.

[...]

Oszołomiona Irène robi w myślach szybkie podsumowanie. Tego rodzaju mężczyzna miał w swoim posiadaniu maleńkiego pierrota, na którego szmacianym brzuszku wypisał swój numer obozowy, zanim dał go choremu chłopcu. Pozostaje pójść tym tropem. Przeglądając uważnie jego odpowiedzi w kwestionariuszu, Irène stara się wyobrazić sobie, jakim był człowiekiem na początku i jak się potem zmienił. Przed wojną mieszka w Pradze, na Starym Mieście, przy ulicy Kaprova 6. Jego ojciec jest pediatrą, matka nie pracuje. Z pewnością wiodą spokojne życie żydowskiej burżuazji, niemieckojęzycznej, wykształconej, od dawna wtopionej w praską społeczność. Po maturze Lazar idzie na Uniwersytet Karola, na wydział prawa. Ale kiedy Czechy stają się protektoratem Trzeciej Rzeszy, Niemcy, którzy nie tolerują niesubordynacji studentów i niektórych profesorów, zamykają tę uczelnię. Zresztą nowe prawa rasowe i tak nie pozwoliłyby Lazarowi kontynuować studiów. Zaczyna pracować u wuja, Jakuba. Student prawa terminuje u stolarza. Rzemieślnicze doświadczenie z pewnością pomaga mu ocalić życie. Można przypuszczać, że pod koniec 1941 roku cała rodzina została wywieziona do Terezina, a potem do Treblinki.

[...]

Myślisz, że ten twój ocaleniec… że tak dostał się do Palestyny? Irène uśmiecha się, widzi pognieciony kołnierzyk jego koszuli, piegi na policzkach, które się nigdy nie opalały, i gojące się zadrapanie na podbródku, rezultat golenia się w stanie półsnu. Myślę, że facet, któremu udało się uciec z Treblinki, nie dał się zatrzymać angielskim żołnierzom – odpowiada. Niewyraźna sylwetka Lazara Engelmanna nabiera powoli kształtów na ekranie wyobraźni Irène, która prawie nic nie wie o tym człowieku, ale czuje, że nie da się go wodzić za nos. Z trudem zdobyta wolność pozostanie na zawsze jego własnością. Nie zatrzyma go żaden policjant ani celnik. Irène widzi go, jak czai się gdzieś w ciemności i potrafi ukrywać się jak nikt. Którejś bezksiężycowej nocy wskakuje na pokład statku i oparty o reling, wyczekuje świtu, wpatrując się w bezkresne morze, w płonący na horyzoncie punkt, który przyciąga go jak magnes. Dalekie słońce tej ziemi, na której, być może, uda mu się kiedyś zamieszkać. Nie zaczynać życia od nowa, ale ciągnąć je na popiołach tego minionego.

[...]

Wiem o pewnych sprawach z historii mojej rodziny. To, co mi powiedziano… albo to, czego się domyślam. Dziś już mi to nie wystarcza. Zaczęło mnie to męczyć, gdy urodziła się moja córka. Chciałabym poznać losy tych ludzi, dowiedzieć się, kim byli, jak żyli i jak umarli. Powinnam opowiedzieć o nich córce. O rodzinie ojca wiem prawie wszystko. O tej ze strony matki wiem, że byli polskimi Żydami. Dziadkowi udało się uciec tuż przed tym, jak Niemcy zamknęli warszawskie getto. Razem z żoną i dziećmi dostali się jakoś do Japonii, a potem do Argentyny. Starszy brat dziadka, Medres, jego żona i dzieci zostali, bo nie chcieli opuścić rodziców, ojca, który poruszał się na wózku inwalidzkim. Medres był starym żołnierzem i wielkim patriotą. Nie chciał uwierzyć, że spotka go krzywda. Nie wiemy, co się z nimi stało. Ani z nim, ani z jego żoną, ani z trojgiem ich dzieci. Do tej pory myśleliśmy, że wszyscy zginęli w Polsce. Poza jedną osobą, prawda? – pyta Irène cicho. Tą, której pani szuka? Lucia Heller uśmiecha się. Dlatego tu jestem. Dziadek nigdy o tym nie mówił. Nie można było przy nim nawet wspomnieć o Polsce. Ale mama miała siedem lat, kiedy opuścili Europę i dużo pamięta. Kiedy byłam mała, opowiadała mi o swojej starszej kuzynce, Ewie. Ewa podobno biła się jak chłopak, nienawidziła swoich długich warkoczy, które codziennie rano przed szkołą trzeba było zaplatać, więc któregoś dnia obcięła je nożyczkami. Za karę matka zabrała jej wszystkie książki. Wciąż się z matką kłóciły. Ewa chciała mieć tyle samo wolności co chłopcy, ale jej matka miała zdecydowane poglądy na temat wychowania dziewcząt.

[...]

Irène milknie. Normalnie powinni przyjechać po nie tutaj, do Bad Arolsen – odzywa się w końcu. Jeśli z jakiegoś powodu nie mogą, można im tę rzecz wysłać, ale zawsze lepiej, żeby to było spotkanie osobiste. Dla nas to duża różnica. Zwykle rozpoczynamy poszukiwania na prośbę kogoś bliskiego. A tutaj nikt nas o nic nie prosi, to my szukamy kontaktu. To może być dla tych ludzi szok. Staram się o tym nie myśleć. Nie wyobrażasz sobie, jak mnie to stresuje. Dawny dyrektor oszczędziłby ci tego trudu… – żartuje Antoine. Irène obserwuje, jak ogień z kominka barwi wino w kieliszku na złoty kolor. Ach… no tak. Za jego czasów stosy przedmiotów kurzyły się na półkach. Wyobrażam sobie, jaką miałby minę, gdyby teraz wrócił do MSP. Zdigitalizowane archiwa dostępne dla wszystkich. Dziesiątki projektów, współpraca z liceami, z miejscami pamięci, z historykami… Z całego świata zjeżdżają do nas ludzie, by odnaleźć na przykład ślady po dziadku zamordowanym w Mittelbau-Dorze. Odermatt by zwariował! Ziścił się jego najgorszy koszmar!

[...]

Biegł do utraty tchu w kierunku lasu, kule gwizdały, koledzy wokół niego padali bez życia. Gdy wpadł w ciemność między drzewami, zasnął. Jakby po takim wyczynie nie było już ważne, czy zginie, czy nie. Yehuda Lerner – szepcze Irène. Przed buntem [w Treblince – przyp. aut.] nigdy nikogo nie zabił. Teraz musiał zatłuc na śmierć esesmana wyższego od siebie, wyprostowanego wielkoluda jak z bajki braci Grimm O dzielnym krawczyku. Ściskał z całej siły trzonek siekiery. Ostatnia szansa. Ostatnia nadzieja. W ułamku sekundy niemożliwe stało się możliwe. Krew, która pociekła, nie była jego krwią ani krwią żadnego z braci. Ciało kata w splamionym mundurze padło na ziemię wysypaną trocinami. Czy wtedy, drugiego sierpnia 1943 roku, Lazar nauczył się zabijać? Czy padł ze zmęczenia na mokradłach i powierzył życie mętnej wodzie, która zakryła zapach jego strachu? Czy widział na niebie czarny dym unoszący się nad płonącym obozem? Nie zapominaj, że Łazarz w Ewangelii świętego Jana jest tym, którego Chrystus wskrzesza spomiędzy zmarłych – mówi Antoine. Od tej chwili jego życie jest tajemnicą… Jeśli twój Łazarz zatarł po sobie ślady, będzie ci trudno go odnaleźć.

[...]

Puls Irène przyspiesza. Twarz dziecka. Rysunek jest doskonały; każdy szczegół oddano precyzyjnie: dołki w policzkach, rzęsy. Mocniejszy cień na włosach, żeby podkreślić jasny blond. Autor rysunku włożył całą duszę w oddanie spojrzenia i twarzy chłopczyka. Portret jest podpisany: Karol Sobieski, 5 list. 1938. Irène od razu myśli o żydowskim dziecku z listu Elsie. Spogląda na dokumenty zebrane przez Henninga i na nazwiska wyszukanych przez niego Wit: Janowska, Kryziek, Gorczak, Nowicka, Sobieska. Wita Sobieska. Karol Sobieski. Jej syn? Piąty listopada 1938 roku mógłby być dniem jego urodzenia. W lutym 1942 roku Wita Sobieska zostaje przewieziona z więzienia w Warszawie do Auschwitz. Czy mogła później trafić do Ravensbrück i umrzeć w komorze gazowej z dzieckiem, którego nie urodziła? Palce Irène drżą, gdy wystukuje w wyszukiwarce MSP: Karol Sobieski. Jest ich około dwudziestu, wszyscy urodzeni przed 1921 rokiem. W 1938 byliby za starzy, żeby mógł to być portret któregoś z nich. Otwiera okno i zapala papierosa. Ma teraz do znalezienia trzy osoby i wreszcie jakiś trop.

[...]

Po południu idzie do archiwum. Jeden z archiwistów, Dieter Behrens, zgodził się przejrzeć razem z nią korespondencję znajdującą się w aktach Lazara Engelmanna. Wyniosły jak majordomus w starych angielskich serialach BBC, w hałasie wentylatorów prowadzi Irène między rzędami półek. Dokumenty, jak wino, muszą być przechowywane w stałej temperaturze. Od końca wojny ich konserwację finansują Niemcy. Podczas procesu digitalizacji archiwiści zorientowali się, jak wartościowe są te zbiory i od tej chwili obchodzą się z nimi z wyjątkową ostrożnością. Wkładają rękawiczki. Irène prosi Dietera Behrensa, żeby pokazał jej dwie fotografie Lazara Engelmanna: zdjęcie z Buchenwaldu i to zrobione już na wolności. Behrens z niechęcią podaje jej fotografie. Irène długo się im przygląda. Na oryginałach jeszcze wyraźniej widać, że smutek w oczach z pierwszego zdjęcia nie znikł na tym powojennym. Uśmiech rozjaśnia mniej wychudzoną twarz, ale spojrzenie zarówno na jednej, jak i na drugiej zdradza wewnętrzne wyniszczenie. Korespondencję, która nie została zdigitalizowana, przekazał do MSP w maju 1978 roku archiwista z Jad Waszem. Behrens odczytuje jego wyjaśnienia żałobnym tonem pracownika kostnicy. Izraelczyk tłumaczy, że niejaka pani Torres z Paryża przysłała do Jad Waszem kopertę z nazwiskiem Lazara Engelmanna. Nie miała pojęcia, gdzie szukać adresata, choć wiedziała, że przez długi czas mieszkał w Izraelu. Miała nadzieję, że tam go odnajdą.

[...]

Mierzą się wzrokiem, ale Irène wypowiedziała słowo zaklęcie. Dieter Behrens jest posłusznym pracownikiem i życzenia dyrekcji są dla niego rozkazem. Nożem do papieru otwiera kopertę, która zawiera kilka stron napisanych po hiszpańsku, ale z dziwną ortografią. Otwierające list Mi querido zapisano Mi kerido. Żadne z nich nie zna hiszpańskiego. Irène wpada na pomysł, żeby zadzwonić do Montse Trabal, francuskiej historyczki pochodzącej z Katalonii, od kilku miesięcy zatrudnionej w MSP. Kiedy literuje jej pierwsze słowa listu, Montse Trabal mówi bez wahania: To żydowski hiszpański. Na początku mówili nim Żydzi sefardyjscy wygnani z Hiszpanii w piętnastym wieku, a potem stał się językiem wszystkich wygnańców. To mieszanka starego kastylijskiego i hebrajskiego, do której wchodziły idiomy używane w krajach pobytu: tureckie, bułgarskie, włoskie, francuskie… Już niewiele osób mówi tym językiem. Studiowałam go na Sorbonie. Mam dużo pracy, ale na koniec tygodnia dałabym radę to pani przetłumaczyć. Irène rozłącza się. Co może łączyć sefardyjkę mieszkającą w Paryżu z czeskim aszkenazyjczykiem, który zbiegł do Izraela? Niestety, jeśli Allegra Torres w 1978 roku nie wiedziała, gdzie znaleźć listownie Lazara, Irène natknie się pewnie na ten sam mur. Antoine miał rację. Jak Łazarz z Ewangelii, tak i ten Lazar wydaje się mistrzem znikania.

[...]

Najbardziej mnie dziwi, że postanowiła umrzeć z żydowskim dzieckiem – mówi Constanze. Antysemityzm Polaków to nie jest legenda… Irène sprawdza dyskretnie, czy nie usłyszała tego Dorota, ich koleżanka Polka. To wręcz ich tradycja – dodaje Michaela. Może nie uogólniajmy! – przerywa jej Henning z irytacją. Naziści w całej Europie znajdowali gorliwych pomocników do tępienia Żydów. Nigdzie nie brakowało chciwych sąsiadów, którzy tylko czekali, żeby przejąć mieszkania i firmy Żydów. Antysemityzm nie dotyczy wyłącznie Niemiec i Polski. Był wszędzie.

[...]

Mam Witę Sobieską. Data przybycia do obozu się zgadza. Ale nie mam nic na temat dziecka. Serce Irène uderza mocniej. Rozmówca przeprasza, że ma dla niej tak niewiele informacji. W Auschwitz Niemcy również niszczyli dowody swoich zbrodni. Nazwisko Wity figuruje na formularzu przyjęcia na rewir w kwietniu 1942 roku. W muzeum są zdjęcia identyfikacyjne, które Wilhelm Brasse, polski więzień, miał obowiązek robić każdej osobie w momencie przyjęcia do obozu. Nie dotyczyło to tylko Żydów i Romów, którzy prosto z selekcji na rampie byli prowadzeni do komór gazowych. Zdjęcia en face i z profilu robił tylko tym, którzy wchodzili do obozu. Do zdjęcia z lewego profilu mężczyźni musieli włożyć czapkę, kobiety chustkę. Pracownik muzeum dodaje kilka słów o fotografie. Brasse w wieku dwudziestu dwóch lat odmówił podpisania Volkslisty, dzięki której mógłby stać się czystym Niemcem, i ten bunt wystarczył, żeby wysłano go do Auschwitz. Przez cztery lata fotografował wszystkich, którzy przekraczali bramy piekła. Kazano mu robić zdjęcia dzieciom torturowanym przez doktora Mengele, wymęczonym ciałom, przed którymi pozowali esesmani, „na pamiątkę”. W styczniu 1945 roku Niemcy rozkazali mu spalić te kompromitujące klisze. Z narażeniem życia Brasse uratował część dokumentacji. Dziś w muzeum Auschwitz znajduje się prawie czterdzieści tysięcy tych zdjęć, a między nimi portret Wity.

[...]

Irène ogarnia wzruszenie, gdy widzi na ekranie jej twarz. Jest pewna, że patrzy na kobietę, która tak zafascynowała Elsie, której wspomnienie męczyło byłą strażniczkę obozu aż do śmierci. Zdjęcie zostało podkolorowane. Blade spojrzenie ucieka gdzieś za niewidoczny horyzont. Bardzo jasne blond loki rozświetlają brzydotę pasiaka. Wita jest piękna. Skąd się tam wzięła? Makabryczny żart losu. Młody fotograf musiał ją jakoś pocieszać, bo nie wygląda na przerażoną. Ale na ostatnim zdjęciu, z profilu, z włosami okrytymi chustką, jej podkrążone oczy wyrażają już tylko oszołomienie i smutek. Nie rozumiała celu tego miejsca. Jak wycie z bólu czy uderzenia pejcza mogły istnieć jednocześnie z robieniem tych zdjęć? Czy po tej parodii normalności Wita odzyskała trochę nadziei? A potem fotograf poprosił ją, żeby odwróciła się profilem, jak na zdjęciach kryminalistów. W przebłysku świadomości musiała zrozumieć, że tu kończy się jej życie wolnego człowieka. To, co wcześniej utraciła, ścisnęło jej gardło, ale nie chciała płakać przed oprawcami. Tak jak w wypadku Lazara, Irène drukuje zdjęcia Wity i zabiera je do domu.

[...]

Zgubiłam ślad po nim [Lazarze – przyp. aut.] w Austrii, a teraz znajduję go zakochanego w Salonikach! Wydaje się ruiną człowieka. Kiedy tłumaczyłam, tak mi było ich żal! Ta historia to prawdziwa tragedia grecka. I na dodatek wszystko dzieje się w Salonikach… Była tam pani kiedyś? Nigdy. Miasto ma kształt wielkiego amfiteatru otwartego na morze. Jakby kamienie i woda cały czas prowadziły ze sobą dialog. Chciałabym tam pojechać. W Salonikach była kiedyś duża diaspora żydowska, prawda? Duża i kwitnąca! – potwierdza Katalonka. W czasach imperium osmańskiego Saloniki nazywano „bałkańską Jerozolimą”. Całe wieki żyli tam w harmonii Żydzi, prawosławni i muzułmanie. To o tym złotym wieku opowiada Lazar Allegrze, kiedy przechadzają się po Ano Poli, dawnej dzielnicy tureckiej. Zdumiewające, gdy się czyta, jak aszkenazyjczyk opowiada sefardyjce o swoich przodkach! Niestety, greckie Saloniki wymazały ślady żydowskiej przeszłości. Proszę sobie tylko wyobrazić, że kampus Uniwersytetu Arystotelesa zbudowano na terenie starego żydowskiego cmentarza! Największego cmentarza Żydów sefardyjskich! Obecnemu burmistrzowi zależy, zdaje się, na przywróceniu pamięci o wielokulturowej przeszłości miasta. Mam nadzieję, że dotrzyma słowa. Dla tej dziewczyny życie w miejscu, które wymazało ślady po jej przodkach, musiało być bolesne.

[...]

Jeśli Allegra przeżyła, to tylko dlatego, że ta jej grecka matka z narażeniem życia ukryła ją i przechowała. Zaadoptowała ją i najwyraźniej kochała jak córkę. Tylko że warunkiem przeżycia dla małej było całkowite wyrzeczenie się żydowskich korzeni. Musiała nosić greckie imię i wtopić się w prawosławną społeczność. Może jej się wydawało, że zdradziła rodziców… I kiedy spotkała Lazara, wszystko wypłynęło na powierzchnię. Używając greckiego słowa, powiem, że ta miłość to była epifania. Katalonka uśmiechnęła się. Ale często się zdarza, że miłość otwiera nam oczy na nas samych. Nie uważa pani? Może… – odpowiada Irène, myśląc o Wilhelmie [byłym mężu – przyp. aut.]. Myśli pani, że ten list pomoże odnaleźć tego mężczyznę? – pyta Montse. Przynajmniej ślad po nim – odpowiada Irène. Bo nie sądzę, żeby on jeszcze żył.

[...]

W notesie obok nazwiska Lazara Engelmanna zapisuje nazwisko Allegra Torres. Pod spodem notuje: Elvire Torres, urodzona 12 marca 1959 roku w Paryżu. Zastanawia się, czy Allegra jeszcze żyje i co ona ma zrobić z listem, zawierającym tyle informacji. Oblicza, że córka Allegry skończy wiosną pięćdziesiąt siedem lat. Czy istnieje jakaś – choćby symboliczna – więź między szmacianym pierrotem i tym, że Lazar Engelmann nie chciał dziecka? Żeby odpowiedzieć na te pytania, musi odnaleźć przynajmniej ślad po tym człowieku.

[...]

No właśnie nie. Cudem ocalał. Po wyzwoleniu miał płuca w strasznym stanie. Leczono go w Austrii i stamtąd potajemnie wyemigrował do Izraela. Według mnie przebywał w Izraelu do tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku. Dlaczego pani tak myśli? Dlatego, że w pięćdziesiątym ósmym zakochał się w Salonikach w młodej Żydówce! – mówi Irène i uśmiecha się, widząc zdziwienie dyrektorki. Wspomina o liście znalezionym w archiwach i o swoim małym konflikcie z archiwistą Dieterem Behrensem. On zachowuje się tak jak za czasów Odermatta – komentuje to Charlotte Rousseau, krzywiąc się.  Powiem mu, żeby się nie wtrącał do spraw, które pani prowadzi. A teraz proszę mi opowiedzieć, co robił w Grecji ten ocaleniec z Treblinki. Irène nie ma pojęcia. Wie tylko, że kiedy Lazar Engelmann mieszkał w Izraelu, w Hajfie, pracował jako szkutnik i od dokerów z Salonik nauczył się dialektu żydowsko-hiszpańskiego. Więc kiedy w końcu dotarł do Salonik, spotkał tę młodą kobietę i się z nią ożenił? – pyta dyrektorka. Niezupełnie.

[...]

To szerokie zagadnienie. Czy powinniśmy ujawniać potomności wszystko, czego się dowiedzieliśmy na temat przodków? Ludzie, którzy się do nas zwracają, czekają na odpowiedzi… niekoniecznie zgodne z tym, co sami wiedzą. Nierzadko dziecko deportowanego odkrywa, że ojciec miał drugą żonę albo inne dzieci, które zginęły w obozach. Ile lat ma teraz córka Lazara? Pięćdziesiąt sześć. Jest więc wystarczająco dorosła, żeby poznać prawdę – kwituje dyrektorka. – Proszę w siebie nie wątpić. Nowe pokolenie chce wiedzieć. Tylko że ona o nic nie prosiła. Nie wypytywała matki? Wypytywała – przyznaje Irène. Jest pani uparta i ma pani intuicję. Ale dążąc do doskonałości, przekracza pani granice misji. Znalazła pani właściciela przedmiotu i jego potomka. Czego pani chce więcej? Proszę odnaleźć tę kobietę i oddać jej pierrota.

[...]

Odnalazła pani tę Witę, znając tylko jej imię? – pyta zaskoczona dyrektorka. Tak, dzięki Henningowi. Jeśli dziecko z rysunku jest dzieckiem tej deportowanej kobiety, ile by dziś miało lat? Siedemdziesiąt osiem. Jeśliby żyło. To niesłychany czyn – szepcze Charlotte Rousseau. Umrzeć z sierotą w ramionach… Przypomina mi to historię tego lekarza z getta w Warszawie, Janusza Korczaka. Znał wielu wpływowych ludzi i wszyscy chcieli go ratować. Odmówił jednak, bo nie chciał zostawić dzieci z sierocińca, którymi się opiekował, poszedł na śmierć razem z nimi. Tylko ta pani Polka miała syna, co powinno ją zatrzymać… A może on już wtedy nie żył i nie miała nic do stracenia? Irène kręci głową; jest pewna, że Wita chciała żyć. Ten rysunek był wystarczającym powodem, żeby się ratować. Ale żydowskie dziecko zmieniło jej zamiar. Nie mogła go zostawić.

[...]

Gdy kończą rozmowę, Irène przygląda się portretowi dziecka, harmonijnym rysom chłopczyka, jego jasnym włosom. Odziedziczył po matce wszystko, co kwalifikowało go do przynależności do „rasy aryjskiej”. Dla obojga to, co wydawało się wówczas korzystne, zmieniło się w przekleństwo. Zamyślona przygląda się podpisowi: Karol Sobieski, 5 list. 1938. Kiedy zobaczyła ten rysunek po raz pierwszy, pomyślała, że to ulotka dotycząca zaginionego dziecka. W miarę zagłębiania się w tę historię Wita ożywa i staje się jej coraz bliższa. To kobieta, której siłą odebrano synka, a ją wsadzono do więzienia i wywieziono najpierw do Auschwitz, potem do Ravensbrück. Irène ma ją przed oczami. Wita oszczędza siły i stara się nie zwracać niczyjej uwagi. W mroku baraku rysuje twarzyczkę synka. Pod spodem pisze jego imię, nazwisko i datę urodzenia. Kiedy tylko wyjdzie z obozu, zacznie go szukać. Na jej drodze staje jednak mały żydowski chłopiec, który najwyraźniej ma tyle lat co jej syn. Jest w obozie sam. Wita mimo woli przywiązuje się do niego i stara się go ratować, na darmo. Zostają wysłani razem do podobozu Jugendschutzlager Uckermark. Okrutna strażniczka oddziela od niej dziecko podczas apelu. Wita nie może się z chłopczykiem rozstać. Tego dziecka jej już nie odbiorą.

[...]

Sztab Amerykanów mieścił się w dawnej rezydencji księcia nazisty i właśnie tam umieszczono MSP, wtedy jeszcze nazywaną Centralnym Biurem Poszukiwawczym. W byłych barakach garnizonu SS mieszkały setki dipisów, którzy znaleźli się tu w powojennym zamęcie. Większość zamierzała emigrować. Uczyli się języków obcych i przyuczali do zawodów, które pomogłyby im uzyskać wizę do wybranego kraju. Stanowili międzynarodową enklawę wewnątrz miasta, którego mieszkańcy byli do nich wrogo nastawieni, uważali ich bowiem za darmozjadów korzystających z hojności okupanta. Niektórzy, zwłaszcza poligloci, dostawali pracę w Centralnym Biurze Poszukiwawczym. Tak się stało z Mózgiem. Podczas ostatnich walk jego samolot został zestrzelony i spadł gdzieś niedaleko, Mózg spędził więc dwa lata w szpitalu, otumaniony lekarstwami, przechodząc operację za operacją. Ze szpitala wyszedł na jednej nodze, ale znalazł w Biurze stanowisko na miarę swojej wiedzy, ponieważ znał kilka języków. Eva przybyła do ośrodka któregoś ranka w towarzystwie Erin O’Sullivan, młodej kobiety z brytyjskiego Czerwonego Krzyża, która potrafiła ją oswoić. I w tych wojskowych barakach Eva odkryła serdeczną społeczność podobnych sobie ocaleńców. Razem próbowali odbudować swoje życie. Organizowano bale, zawody sportowe, święta Bożego Narodzenia, pikniki nad jeziorem. Chociaż ich sytuacja była mało stabilna, tworzyły się pary, przychodziły na świat dzieci.

[...]

Trafiła tam za udział w ruchu oporu? Raczej nie, ale nie wiem, dlaczego niemiecka policja ją tam wysłała. Może po prostu chcieli się jej pozbyć – sugeruje Silke Bauer. W jaki sposób historycy odkryli program germanizacji? – zaciekawiła się Irène. Na początku były tylko plotki. Że podobno w krajach okupowanych porywano dzieci „wartościowe rasowo” i oddawano je na wychowanie niemieckim rodzinom. Jak w tych okropnych bajkach z Babą Jagą… A potem ze Wschodu i z krajów nadbałtyckich zaczęły napływać tysiące zdjęć i trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Dziś szacuje się, że porwano około dwustu tysięcy dzieci. Dwieście tysięcy! – wykrzykuje Irène. W głowie się nie mieści! Himmler rozkazał esesmanom kraść „czystą krew” wszędzie, gdzie tylko ją znajdą. Wypatrywali dzieci od dwóch do dwunastu lat, o „aryjskich” rysach. Poza tym nazistowskie pielęgniarki, tak zwane Braune Schwestern, wyłapywały dzieci w szkołach i w sierocińcach, a czasem nawet porywały je z ulicy.

[...]

Czy te dzieci były od razu przewożone do Niemiec? Najpierw przekazywano je „specjalistom od rasy”. Oglądano je na wszystkie strony: odległość między oczami, kształt nosa, proporcje ciała, ewentualne znamiona, choroby czy wady genetyczne… Dzieci nie dość aryjskie odsyłano z powrotem do domów albo kierowano do obozów pracy. Wybrani trafiali do specjalistycznych ośrodków, gdzie byli poddawani reedukacji. Kilka takich miejsc znajdowało się na terenie Polski. Tam robiono z tych dzieci małych Niemców. Jeśli odezwali się w ojczystym języku, byli surowo karani. Najmłodsze oddawano do domów Lebensborn, skąd trafiały do adopcji, do nazistowskich rodzin. Pozostałe miały służyć Rzeszy. Irène jest zafascynowana skrupulatnym zaplanowaniem tego procesu. Łańcuchem zależności, w którym każdy, od brutalnych esesmanów po pielęgniarki i otumanionych lekarzy, gra z oddaniem swoją rolę, nie stawiając żadnych pytań. Wszyscy są przekonani, że robią to dla dobra dzieci. Nie kradną, ale kierują ku ich prawdziwemu przeznaczeniu.

[...]

Wywiad z Evą Volmann, pracownikiem Misji z 1978 roku.

Epstein rzuca to pytanie niby od niechcenia, chociaż wie, że dotyka bolesnego tematu. Zapada długie milczenie. W tle wciąż słychać trzaski.

E.V. Nikogo nie ma. Tak jakby nigdy nie istnieli. Wiesz, że przy transportach z warszawskiego getta do Treblinki nawet nie robiono list? Ci ludzie nie istnieli, jeszcze zanim dostali się do piekła.

M.E. Czy członków twojej rodziny nie ma w żadnym spisie?

E.V. Nie. Kiedy Niemcy zaczęli deportacje, ojciec z przyjaciółmi urządzili dla dziadków kryjówkę na strychu, nad mieszkaniem. Ojciec nosił im jedzenie… miał to robić nawet wtedy, gdybyśmy wszyscy umierali z głodu. Któregoś ranka poszedł do nich na górę i zobaczył, że zrobiona przez niego fałszywa ścianka jest rozbita, a fotel na kółkach przewrócony… Sąsiadka powiedziała mu, że żydowski policjant z Judenratu przyszedł tam z Trawnikami… Tak nazywano rekrutowanych do SS Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Łotyszy i Estończyków, szkolonych w obozie w Trawnikach, równie okrutnych jak esesmani. Wiedzieli, gdzie szukać. Wrzucili moich dziadków na wózek razem z „nietransportowalnymi” i zamordowali ich na cmentarzu żydowskim. Ojciec nie chciał, żebyśmy się dowiedzieli, ale mieszkaliśmy wszyscy w jednym pokoju, więc usłyszałam, jak mówił mojej matce. [...] Irène niemal widzi spojrzenie, jakie Eva musiała rzucić Epsteinowi, gdy zadał to pytanie.

E.V. Żyliśmy ze śmiercią. Każdego dnia, na każdym kroku. Trupy na klatce schodowej, na podwórku, na chodniku. Nie mogliśmy wychodzić, bo ulica była zbyt niebezpieczna. Kiedy zaczęły się deportacje, musieliśmy godzinami siedzieć bez ruchu, skuleni w kłębek jak akrobaci. Nie płakać, cicho oddychać. Nasłuchiwaliśmy odgłosów kroków, szczekania psów. Baliśmy się nieustannie. Miałam dwanaście lat, słyszałam rozmowy dorosłych i wiedziałam, że Umschlagplatz oznacza śmierć. Ale i tak nie chciałam się rozstawać z rodzicami. Matka nie dała mi jednak wyboru. Którejś nocy, na początku zimy tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku, przyszedł po mnie jakiś mężczyzna i wyprowadził mnie z getta kanałami. Przez kilka godzin szliśmy w ciemnościach. Czasem czołgaliśmy się w czarnej wodzie. Trzymałam się jego płaszcza. W końcu, gdy wyszliśmy po drugiej stronie miasta, byłam cała mokra i trzęsłam się z zimna. Ktoś owinął mnie wielkim kocem i wsadził do bagażnika samochodu. Pamiętam tylko, że bardzo się bałam i byłam głodna. Zostawiono mnie u jakiejś kobiety, gdzie były inne dzieci. Wykąpała mnie. Robiła, co mogła, żeby nas pocieszyć. Wszystkie dzieciaki płakały, to było okropne. [...] Eva milczy, jakby się wahała.

E.V. Chciałam, ale jakoś nie mogę. Oni wyjechali przed zamknięciem getta. Wydawało się, że wystarczy zacisnąć zęby i wspomagać się wzajemnie, i w końcu to piekło się skończy, tak jak się rozpoczęło. Kiedy myślę o tym, jaka byłam wtedy mała… W domu bez przerwy dochodziło do dyskusji i kłótni. Czasem ta atmosfera mnie dusiła, chciałam wtedy zostać sama. Co za ironia! Dziś mam takie życie, jakiego wtedy pragnęłam. Jestem sama. Ale to życie jest puste, bo ich już nie ma. A mała dziewczynka, jaką wtedy byłam, nie żyje, zmarła, odeszła. Więc nie mogę się z nimi spotkać, z tymi, którzy przeżyli. Jeśli oni nie chcieliby wiedzieć, to by mnie złamało. Jeżeli chcieliby, ich złamałoby to, co by ode mnie usłyszeli. Lepiej niech zostanie tak, jak jest.

M.E. Czy tutaj czujesz się jak u siebie?

E.V. Co to znaczy „jak u siebie”? Czułam się jak u siebie w dzieciństwie. Nigdy i nigdzie nie będę się już tak czuć.

[...]

Irène dzwoniła do wielu osób, z którymi Silke Bauer robiła wywiady do swojej książki. Jedna z nich zmarła w zeszłym roku. Inna, która po wojnie pracowała w ośrodku opieki nad dziećmi rozdzielonymi z rodzicami, opowiadała o maluchach odbieranych przybranym rodzicom. Podobno płakały całymi nocami, zaczynały się moczyć, a ona traciła poczucie sensu tego, co robili. Tak, wśród tych dzieci byli mali Polacy. Nie pamiętała już nazwisk, bo to było dawno, a imiona mieli niemieckie. Jeden z chłopców został zwrócony biologicznej matce, która mieszkała gdzieś pod Gdańskiem. Kilka tygodni później uciekł do przybranej matki. To były okropne historie – mówiła. W końcu dochodziliśmy do wniosku, że lepiej zostawiać te dzieci w przybranych rodzinach, skoro było im tam dobrze. Piotr jednak się z tym nie zgadzał. Poruszał niebo i ziemię, żeby znaleźć prawdziwych rodziców tych dzieci.

[...]

Ojej. MSP! – wykrzykuje Piotr Waliński, gdy Irène się przedstawia. Jest pani Duchem minionych świąt Bożego Narodzenia [z ang. Ghost of Christmas Past – postać stworzona przez Charlesa Dickensa w Opowieści wigilijnej – przyp. tłum.]. Ma ciepły głos i mówi po angielsku z polskim akcentem. Mężczyzna żartuje, ale Irène słyszy w jego głosie szok, przeszłość, która nagle zagląda do okna, dobre, ale też złe wspomnienia. Wyjechał za ocean, pięćdziesiąt lat emigracji i marychy, a teraz jeden telefon z Niemiec i jak bumerang wraca czas powojenny, czas jego młodości. Dużo o panu słyszałam! Nazywano pana Bykiem, prawda? – zagaduje Irène, żeby przełamać lody. Piotr Waliński śmieje się; chyba zapomniał o tym dawnym przezwisku. Zmartwychwstają niemieckie miasta w odbudowie, siedziby organizacji alianckich zorganizowane w zbombardowanych kinach, kolejki po wszystko, a często po nic. I potem Shirley, Dee, Janet, Alice, które przybyły do Niemiec z Kent czy z Bostonu, żeby naprawiać świat, lecz wkrótce, zdyszane, załamywały ręce pośród skomplikowanych sytuacji, przeszkód administracyjnych i prawnych i dzieci… Oczywiście przede wszystkim dzieci – smutnych, oszołomionych, zdziczałych, rozbrajających. Zebranych w prowizorycznych obozowiskach, jak towar bez etykietki, który nie wiadomo skąd przybył i nie wiadomo, dokąd zostanie wysłany. To, czego się domyślano wobec ich milczenia, odbierało sen. Piotr szukał skradzionych dzieci; to była jego obsesja. Wysiadywał w biurach amerykańskiej armii, denerwując wszystkich. „Dlaczego wciąż zawraca nam pan głowę akurat tymi dziećmi? Przecież one nie należą do tych najbardziej nieszczęśliwych”.

[...]

Piotr przerywa na chwilę, a potem ciągnie: Od razu wiedziałem, że to coś dla mnie! Poprosiłem kolegę z MSP, żeby odnalazł Ottona Wintera. Miałem szczęście, bo ten był przesłuchiwany w Monachium przez wojskową komisję denazyfikacyjną. Nie został zaliczony do niebezpiecznych nazistów. Co oczywiście nic nie znaczyło, bo ta operacja to było jak pranie brudnych pieniędzy: jedni kryli drugich. Pojechałem więc do Monachium. W tamtych czasach Bawaria prowadziła politykę ukrywania informacji, ale byłem bardziej uparty od nich. Znalazłem Winterów i zadzwoniłem do ich drzwi. Ich sytuacja zdecydowanie się pogorszyła, ale jakoś dawali sobie radę. Chłopczyk miał wtedy z dziesięć lat, wysoki jak na swój wiek, w dobrej formie. Rodzice byli do niego bardzo przywiązani. Ani na chwilę nie zostawili mnie z nim samego. Na próbę powiedziałem kilka zdań po polsku. Ojciec od razu się spiął i wyrecytował mi historię o tym, jak to Karl był niemieckim sierotą znalezionym na Wschodzie, papiery adopcyjne były w porządku. Wysłałem jego zdjęcie do polskiego Czerwonego Krzyża, ale nie udało im się zidentyfikować chłopca. Chciałem go zabrać do jednego z naszych ośrodków, ale Amerykanie się nie zgodzili. Twierdzili, że nie mam dowodów, że to tylko przypuszczenia.

[...]

Poznali się w parku, eleganckim, romantycznym i trochę staromodnym – tak jak on. Spokój Wilhelma kojarzył jej się z dorosłym życiem, w którym wreszcie będzie mogła wypłynąć na szerokie wody, cokolwiek to miało znaczyć. Pasja wydawała jej się śmiesznym płomieniem; Irène wolała oprzeć się na czymś solidniejszym. Podobała jej się też intymna strona życia z Wilhelmem. Była to miłość spokojna, która zostawiała jej dużo wolności. Mogłaby się stać panią Bovary na wygnaniu albo lady Chatterley [jak w powieści Davida Herberta Lawrence’a – Kochanek Lady Chatterley – przyp. aut.] Hesji. Tymczasem poświęciła się misji, która w końcu wysadziła w powietrze jej małżeństwo. Wszystko rozpadło się tak prędko, jakby byli zabawkami w świecie iluzji. Kiedy myśli o byłym mężu, przypomina jej się baśń o Sinobrodym. Wilhelm zgodziłby się na wszystko, gdyby tylko uszanowała jego milczenie i to, czego nim bronił. Klucz do tej klatki dostała od Evy. To były archiwa i książki, które zaczęła ukrywać na strychu. I w końcu ciekawość wygrała. Czy zdradziła męża? Niewątpliwie tak. Gwałcąc ich milczące porozumienie, pokazała, że nigdy do niego nie należała i że nie poślubiła jego rodziny. Kochali się dopóty, dopóki trwała cisza, z czułością, która z biegiem lat zmieniłaby się pewnie w miłą obojętność. Scementowałoby ich dziecko. Może Irène wybrałaby milczenie, gdyby musiała je chronić.

[...]

Z Hermine nic nie jest z góry wygrane, przyznaje chłopiec ze śmiechem. Raz jest silna, raz słaba, wrażliwa, drwi z jego rycerskich odruchów, ale dzwoni w środku nocy, bo boi się końca świata. Jak tu się nią zaopiekować, nie będąc dla niej ciężarem? Nie martw się, to samo przyjdzie – odpowiada Irène. Ważne, żebyś zachowywał się spontanicznie, naturalnie. Musisz być naprawdę sobą. Jesteś szczęśliwy? Syn z uśmiechem kiwa głową. On i jego dziewczyna godzinami ze sobą rozmawiają. Hermine chce, żeby był ambitny, żeby szukał tego, czego nie widać gołym okiem.

[...]

Po wojnie Stalin w Jałcie zażądał Polski i ją dostał. Dla tej kruchej ugody alianci poświęcili polski rząd emigracyjny i krajowy ruch oporu. Dla ludzi, którzy walczyli z nazistami na śmierć i życie, oznaczało to zdradę. Jak można było zapomnieć, że Hitler i Stalin na początku wojny podzielili Polskę między siebie? Że Armia Czerwona, stojąc w czasie powstania warszawskiego na drugim brzegu Wisły, zamiast przeprawić się przez rzekę, patrzyła na płonące miasto, czekając, aż się wypali, a ludność zostanie wymordowana lub wywieziona? Bojownikom Armii Krajowej nakazano, by się ujawnili, bo Stalin obiecał im amnestię. Ci, którzy uwierzyli, byli potem torturowani, więzieni lub wywożeni na Syberię. Część wybrała partyzantkę i uciekła do lasu. Marek dołączył do Narodowych Sił Zbrojnych, zdecydowanie antykomunistycznych. Przez lata ci, jak ich nazywano, Żołnierze Wyklęci organizowali akcje przeciwko sowieckiej władzy. Latem 1945 roku Marka wrzucono do lochu na zamku lubelskim. Na szczęście jego przyszły teść miał wpływowe znajomości wśród komunistycznej inteligencji w mieście i dzięki temu Marek uniknął zesłania do gułagu.

[...]

Od piętnastu lat Stefan i jego koledzy zbierają świadectwa ocaleńców i ich sąsiadów po aryjskiej stronie. Nagrania przechowywane są w ośrodku, który posiada nieoceniony skarb: tysiące zdjęć getta i jego mieszkańców. Skąd te zdjęcia? – pyta Irène. Oczy Stefana błyszczą. Wiedziałem, że to panią zainteresuje! Przede wszystkim jest dużo fotografii zrobionych przez jakiegoś niemieckiego żołnierza. To zresztą zadziwiające, bo sposób, w jaki na nich patrzy, jest bardzo ludzki. Chciałabym je obejrzeć. Pokażę je pani. Ale to nie wszystko! Odnawiając stary budynek, znaleźliśmy na poddaszu prawie trzy tysiące negatywów na szkle, zawiniętych w stare szmaty. Obrazki z dzielnicy żydowskiej sprzed wojny. Portrety, sceny rodzinne, z życia codziennego… Cud! Nie mieliśmy pojęcia, kto mógł być ich autorem. Na pewno należał do diaspory, bo fotografował prywatne uroczystości i ceremonie religijne. Przez wiele lat bezskutecznie go szukaliśmy.

[...]

Ale we Francji większość ludzi nie wiedziała, co się dzieje z wywiezionymi. Tu wszystko się działo u nas, w naszych wsiach. Kiedy Niemcy łapali Żydów, sąsiedzi widzieli, jak ich mordują na środku ulicy. Dzieci wyrzucano przez okna. Niektórzy Polacy pomagali w polowaniach na Żydów, podczas gdy inni biegli do opuszczonych mieszkań, żeby je okraść. Wiele osób widziało to na własne oczy. – Janina mówi drżącym głosem. Wypija łyk wina. Poza zbiorową traumą jest jeszcze skrywane poczucie winy. I nienawiść do wszystkiego, co je budzi. Potem opowiada o specyficznej sytuacji Sprawiedliwych, ludzi, którzy ryzykując życie – swoje i najbliższych – przechowywali Żydów. Musieli ich ukrywać nie tylko przed Niemcami, ale też przed sąsiadami, innymi Polakami, którzy nie wahaliby się ich zadenuncjować. Nawet dziś wielu z tych dobroczyńców woli żyć w ukryciu, bojąc się reperkusji. A niektórzy wyjechali po wojnie z kraju.

[...]

Polska wyjątkowo wycierpiała podczas wojny – mówi Irène. Okupacja u was była straszna. Mieliście setki tysięcy ludzi w partyzantce! Francja, kiedy wojna się skończyła, wolała zapomnieć o rządzie Vichy i wmawiać sobie, że miała ruch oporu… Stefan kiwa głową: tak, każdy kraj ma swój narodowy epos. Decyzja, kogo uważać za bohatera, a kogo za ofiarę, jest zawsze polityczna. Oficjalna wersja zaprzecza prawdzie i zdusza głosy oponentów, co nie pomaga narodom w poznaniu własnej historii. Irène dobrze o tym wie. Od zakończenia wojny MSP idzie krętą ścieżką, którą wyznacza zmieniająca się wciąż narracja historyczna. Po wojnie wypłacano odszkodowania tylko pewnym kategoriom ofiar żydowskich. Trzeba było lat, żeby włączyć członków ruchu oporu do polityki odszkodowań, dziesiątek lat, żeby objęła ona również ludzi wysyłanych na roboty przymusowe. Pamięć to również kwestia ekonomiczna. Każda ofiara jest dodatkowym wydatkiem w budżecie państwa. Kiedyś znalazłam u babci, głęboko w szafie, mały cynowy kubek… Miała wtedy jedenaście, może dwanaście lat. Na cynie wygrawerowano tajemniczy napis. Dla Janiny, która zaczytywała się wówczas w powieściach Tolkiena, ten przedmiot był jakby prosto ze świata Śródziemia. Pobiegła do babci, lecz ta wyrwała jej kubek z ręki i zakazała go dotykać. Później Janina na próżno szukała go w szafie. Po śmierci babci znalazła go w pudle na kapelusze. W tym czasie pracowała w Czerwonym Krzyżu i wiedziała już, że napisy były po hebrajsku. Poczuła się niezręcznie i oddała ten przedmiot do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Skąd babka miała ten kubek? Do tej pory męczy ją to pytanie. Kochałam babcię, ale bardzo źle mówiła o Żydach. To dziwne, bo uwielbiała muzykę klezmerską i to dzięki babci poznałam kuchnię aszkenazyjską. Ta historia przeszkadza mi do dziś, kiedy myślę o babci.

[...]

Ludzie często mnie pytają, dlaczego poświęcam się pamięci Żydów – mówi Stefan. „Przecież nie jest pan Żydem!”, powtarzają. Odpowiadam, że żyli między nami prawie tysiąc lat, przelewali krew we wszystkich naszych bitwach, we wszystkich przegranych powstaniach. Są częścią naszej historii. Ich muzyka, myśl, kuchnia, folklor… Brak tego tworzy pustkę w każdym z nas. Możemy tę pustkę wypełnić ciszą, fantazjami lub nienawiścią, ale pustka zawsze pozostanie pustką.

[...]

Trzeba było wreszcie skończyć z tym mitem, że Wehrmacht nie brudził sobie rąk. Że ci biedni żołnierze dopiero w 1945 roku odkryli okropieństwa, o których wcześniej nie mieli pojęcia. Irène nie mogła zrozumieć, jakim cudem ta legenda wciąż żyła, mimo kilkudziesięciu lat pracy historyków. Pracując od sześciu lat w MSP, widziała na własne oczy dokumenty dowodzące ogromu zbrodni, ich powszedniości; wszyscy Niemcy brali w nich udział. Zgadzali się na rabunek, na deportacje, na przymusową pracę. Ileż nocy nie mogła spać po lekturze niektórych dokumentów. Ten bezduszny język administracji, w którym człowiek staje się jednostką, a zbrodnia likwidacją, ostatecznym rozwiązaniem.

[...]

Nie mogła opowiedzieć synowi o tej katastrofie. Piętnaście lat później powiedziała, że pokłóciła się z teściem i że Wilhelm nigdy jej tej kłótni nie wybaczył. Więc Opa był łajdakiem! Mordował niewinnych! Usłyszała cierpienie w głosie syna i zobaczyła je na jego twarzy. Nie wiem, kochanie – odparła. Może nie zrobił niczego złego. Niektórzy odmawiali udziału w tych zbrodniach, inni nigdy w nich nie uczestniczyli. Byli też żołnierze, którzy dezerterowali i ich rozstrzeliwano lub wysyłano do oddziałów karnych. A ci, którzy nie chcieli strzelać do ludzi? Byli rozstrzeliwani? Nie, jeśli odmawiali strzelania do cywili. Za to nie byli karani. No to, dlaczego to robili? – spytał Hanno. Wyglądał tak niewinnie z palcami poplamionymi atramentem, w okularach w czerwonych oprawkach i z potarganymi kręconymi włosami. Chciałaby móc mu powiedzieć: „Nie martw się, synku, to tylko bajka, na koniec smok ginie, a Tomcio Paluch ratuje się razem z braćmi”. Bardzo trudno jest odmówić wykonania rozkazu. Zwłaszcza żołnierzowi. Jeszcze trudniej jest sprzeciwić się grupie. Powtarzano im, że to podludzie, że ich życie jest nic niewarte. Że wszyscy Żydzi to partyzanci i komuniści. I że jeśli nie zamordują ich dzieci, to one urosną i się zemszczą. Hanno się zamyślił. Dlaczego tata nie stanął w twojej obronie? Zraniłam go, kłócąc się z twoim dziadkiem. Przecież mówiłaś prawdę! Nawet jeśli człowiek mówi prawdę, może nie mieć racji – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem.

[...]

Współczuła temu człowiekowi. Po wojnie żołnierze, którzy popełniali zbrodnie, zostali oficjalnie rozgrzeszeni, zdjęto z nich wszelką odpowiedzialność. I przez cały ten czas, gdy wynoszono Wehrmacht pod niebiosa za odwagę i wysokie morale żołnierzy, ci zostali sami z tym, co nazizm z nimi zrobił. Z tym, co zrobili sobie sami. Myślała o Erwinie [ojcu byłego męża – przyp. aut.]. O murze, który wzniósł, żeby się obronić przed własną pamięcią. Irène pchnęła ten mur, choć nie wiedziała, na co spadnie. I nigdy się nie dowie. Tak jak się nie dowie, co prześladuje Wilhelma: co jej były mąż z taką siłą od siebie odpycha. Podczas tej krucjaty przeciw wypieraniu, przeciwko fałszowaniu prawdy kompletnie o nim zapomniała. To próbowała przekazać synowi tamtego dnia, ale nie jest pewna, czy ją zrozumiał.

[...]

W barakach szpitalnych kazano im się wykąpać. Ciepła woda, mydło. Niesamowity luksus, przerażające. Więźniarka pielęgniarka przyniosła im czyste koszule nocne. Sabina pomyślała o ostatnim posiłku skazańca. Przy esesmanach nie byłoby oczywiście mowy o czymś takim. Spytała jakiejś więźniarki, co to znaczy. Jesteście chore, będą was operować – odpowiedziała zapytana, odwracając przestraszony wzrok. Nie, nie, jesteśmy wszystkie zdrowe! – odpowiedziała Sabina. Więźniarka odwróciła się i uciekła. Pielęgniarka esesmanka zaprowadziła Sabinę do jakiegoś pokoju i kazała się położyć. Widok białych łóżek, które nie pasowały do tego baraku, zmroził dziewczynę. Ale położenie się na czystych prześcieradłach było przyjemne jak sen. Była taka zmęczona. Gdy Schwester zrobiła jej zastrzyk, Sabina wpadła w panikę, bo poczuła, że nie może się ruszyć. W jej głowie kłębiły się pytania, strasznie się bała. W końcu straciła przytomność. Gdy się obudziły, było im strasznie gorąco i umierały z pragnienia. Każda miała nogę w gipsie. Przez pierwsze godziny Sabinę strasznie bolała głowa i czuła się słaba. W nocy zaczęło boleć. Co oni nam zrobili? – jęknęła Basia, która nie miała jeszcze szesnastu lat. Dostały wysokiej gorączki, majaczyły. Schwester otwierała drzwi, żeby je obserwować. Czeka, aż zdechniemy, pomyślała Sabina. Za oknem widziała druty kolczaste. Wystarczyło ich dotknąć i ból zniknie. Wyciągała palce w pustkę. Następnego dnia miały nogi czerwone i tak spuchnięte, że gips wrzynał się w ciało. Przyszedł lekarz esesman, żeby je obejrzeć.

[...]

Przed wojną tańczyłam. Chciałam się zapisać do baletu. Rodzice uważali, że taniec nie jest zajęciem dla młodej dziewczyny… Kiedy wyszłam z rewiru, wiedziałam, że już nigdy nie zatańczę. Normalnie, kiedy człowiek jest młody, wydaje mu się, że jest nieśmiertelny. Ale ja miałam wtedy dziewiętnaście lat i wiedziałam, że moje życie będzie krótkie. Operowano mnie jedenaście razy. Ból… no cóż… raz boli, raz nie boli. Kiedy mówię o obozie, noga boli. Budzą się okropne wspomnienia… Po wyjściu z Ravensbrück spotkałam męża. Kierował trupą teatralną. Na początku tylko patrzyłam, ale potem chciałam spróbować. Uwielbiałam to. Kiedy gram, posługuję się swoim ciałem, jego słabościami. Staję się kimś innym, zapominam o wszystkim. Na scenie mogę zrobić wszystko. Mogę zagrać kalekę, ale i femme fatale albo czarownicę… Irène stara się nie patrzeć na nogi Sabiny ukryte w czarnych spodniach. Jak jej się udało przeżyć w miejscu, gdzie najmniejsza słabość skazywała na śmierć? Ośmiela się zadać to pytanie. Wie pani, co nas tam uratowało? – odpowiada stara kobieta. Solidarność. I bunt.

[...]

Sabina mówi, że najtrudniej stawić opór po raz pierwszy. Potem przychodzi to łatwiej. Obóz nauczył ją, że wolność zaczyna się w tobie. Trzeba pozbyć się poczucia bezradności, odepchnąć strach. Wolność przedostanie się przez najgrubsze ściany, ale zmusza, żeby wznieść się wysoko. Gdy raz człowiek znajdzie się na tej drodze, już nie ma powrotu. Esesmani po prostu nie wiedzieli, co mają z nami zrobić – mówi starsza pani, rozbawiona. Byli wściekli. Przez całe miesiące je nękali, wymyślali coraz to nowsze kary. Nie udało im się ich złamać, uznali, że to wariatki, i przenieśli je do bloku 32, na samym końcu obozu. W tym bloku było doborowe towarzystwo – ciągnie Sabina. Francuskie bojowniczki ruchu oporu, więźniarki Armii Czerwonej, Polki i… Wita.

[...]

W tym okresie Kaninchen [z niem. króliczki – przyp. aut.] pilnowały rowów przeciwlotniczych. To strategiczne zajęcie pozwalało im przemieszczać się po całym obozie i zorganizować siatkę pomocy. Esesmani, którzy już wiedzieli, że wojna jest przegrana, byli nerwowi i nieprzewidywalni. Zwiększał się chaos, nasilała się brutalność. Trzeba było chronić dzieci. Kobiety starały się mobilizować wszystkich ludzi dobrej woli. Niektóre więźniarki adoptowały sieroty. Maluchy nazywały je „obozowymi mamami”. Wita mówiła, że ma własne dzieci, ale zgodziła się pomagać. Pozwolono im urządzić dla maluchów święta Bożego Narodzenia. Przez całe tygodnie więźniarki szykowały prezenty, a nawet zorganizowały przedstawienie kostiumowe! Wita zdołała ukraść dość chleba i margaryny, żeby każde dziecko dostało kanapkę. Niestety, Wigilia się nie udała, bo dzieci wystraszyły się kostiumów. Były tak niedożywione, że nie mogły przełknąć ani kęsa. To było straszne. Kobiety myślały, że Wigilia poprawi nastroje, a tymczasem złamała serca. Sabina pamięta opartą o mur Witę, kiedy ta patrzyła na małego chłopca, który nawet nie dotknął swojej porcji. Miał ogromne czarne oczy, zajmujące niemal całą twarz. Nie wydawał żadnego dźwięku i nie ruszał się. Wita uklękła i zaczęła do niego mówić. Po chwili chłopczyk wyciągnął do niej rękę i razem odeszli. Gdy pracowała, powierzała dziecko tym, które zostawały na bloku. Kiedy wracała, chłopiec nie odstępował jej ani na krok. Był taki drobniutki, chowały go pod kocem.

[...]

Wita, tak doświadczona w walce o życie, tak skupiona na swoim celu, została rozbrojona przez samotnego chłopczyka. Ale dzieci nie udało się ocalić – szepcze Sabina. Nie uratowałyśmy Léona ani Wity. Tyle innych zginęło… Zostawiłyśmy je tam. Irène milczy, gardło ma ściśnięte. Wie, że nie da się ukoić poczucia winy człowieka, który się uratował, gdy wszyscy inni zginęli. Kiedy zbiera się już do wyjścia, Sabina przynosi jej chusteczkę z wyhaftowanymi imionami. Proszę ją wziąć – mówi. Nie będzie mi potrzebna w ostatniej podróży. Trzeba ją oddać dzieciom Wity. Jej córce, jeśli się pani uda. Od nas wszystkich.

[...]

Jej pierwszy poranek w Warszawie. Niebo jest całkowicie białe. Zimno ją zatyka, ledwo może oddychać. Przez chwilę myśli o Stefanie. Chwycił ją w ramiona tak spontanicznie, jakby ratował ją nad brzegiem przepaści. Ten gest pozostanie w jej pamięci razem z obrazem tańczących rabinów na ścianie restauracji, z uśmiechem Sabiny, z echem kolędy rozbrzmiewającej wieczorem daleko w mieście. Długo stali nieruchomo; mijały ich grupy turystów w ciepłych kurtkach. Szukali się ustami, uścisk powoli zmieniał charakter. W Irène pragnienie torowało sobie drogę poprzez ciężkie znużenie. Oto los ofiarował jej przerywnik bez konsekwencji, jedno z najstarszych lekarstw odpychających śmierć. Zanim kompletnie zamarzli, schronili się w jego małym mieszkaniu, kilka ulic od Grodzkiej. Pili lokalne białe wino. Powiedziała Stefanowi, że jej się podoba, ale nie pójdą do łóżka, bo tego wieczoru potrzebuje czegoś innego. Palili i pili do świtu. Stefan zwierzył się jej, że zna taką wewnętrzną pustkę, jaką poczuła tego dnia. Niekiedy czytając lub słuchając relacji świadków zbrodni, odnosił wrażenie, że staje się pochłaniającą wszystko gąbką, i zastanawiał się, czy to, co robi, ma jakikolwiek sens. Tyle wysiłku i pracy, by uratować kilka śladów po wymordowanym narodzie, w świecie, który wciąż niszczy i sieje spustoszenie. W świecie, który nadal nie nauczył się szanować życia – przeciwnie, ciągle przekracza kolejne granice okrucieństwa i obojętności. Bywały takie dni, kiedy poważnie myślał, żeby wyjechać gdzieś daleko stąd. Ale to mijało. Wielu ludzi odwiedza muzeum. Całe rodziny przyjeżdżają z Izraela, obawiając się, że w muzeum nie ma zbyt dużo do zobaczenia, i wyjeżdżają odmienione, pod ogromnym wrażeniem wystawy. Wystarczy jeden poruszony człowiek, żeby praca Stefana nabrała wartości.

[...]

Irène patrzy na ścianę, na której widnieją ostatnie słowa dziewiętnastoletniego Dawida Grabera: Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu, ukryliśmy w ziemi. Latem 1942 roku podjęli decyzję o zakopaniu archiwów. W wyniku wielkiej akcji deportacyjnej getto pustoszało. Już prawie wszyscy członkowie grupy zostali wywiezieni do Treblinki. Ci, którzy jeszcze trwali, nie mieli złudzeń co do przyszłości. Wiedzieli, że to archiwum jest ich testamentem. Musiała przeżyć przynajmniej jedna osoba z trzech, które wiedziały, gdzie jest skrytka. Modlitwa została wysłuchana. Po wojnie ci, którzy przeżyli, wrócili do Warszawy. W zrujnowanym mieście bez trudu można było odtworzyć granice getta, które Niemcy zrównali z ziemią. Pośrodku pustyni z kamieni i cegieł wznosił się kościół Świętego Augustyna, który przetrwał bombardowania. Dzięki niemu ocalały członek Oneg Szabat odnalazł skrytkę. Posługując się lotniczymi zdjęciami sprzed wojny, obliczył odległość między kościołem a piwnicą domu numer 68 przy ulicy Nowolipki. I zaczął kopać.

[...]

Po wojnie tego terenu nie odtworzono identycznie, jak to się stało ze Starym Miastem. Nie odnajduje się tu tego bajkowego złudzenia przeszłości, malowniczych witryn i małych uliczek. Na Muranowie miejski pejzaż nosi silne piętno socrealizmu. Żegnając się z Irène, kustoszka uprzedziła ją, że wiele starych ulic już nie istnieje, a nawet jeśli są, to nazywają się inaczej lub zostały przeniesione w inne miejsce. Trzeba długo szukać rzadkich resztek przeszłości. Irène musi nadkładać drogi, pójść naokoło, żeby zobaczyć fragment muru getta, tabliczkę czy pomnik. Stare sądy i budynek, w którym mieścił się Judenrat, jeszcze stoją. Kościół Świętego Augustyna nie wznosi się już nad zwałami gruzu, jest otoczony spokojnymi ulicami i zaśnieżonymi skwerami. Volmannowie mieszkali trochę dalej, przy ulicy Nowolipki. Eva z braćmi chodzili do szkoły pod numerem 68, właśnie tam, gdzie zostały ukryte ocynkowane skrzynie z pierwszą częścią Archiwum Ringelbluma. Tu skończyło się dzieciństwo Evy. W silnych porywach mokrego wiatru Irène mija okutanych przechodniów wyprowadzających psy. Kto pamięta przedstawienie Cztery pory roku, dzieci przebrane za płatki śniegu i żonkile? Któż pamięta twarze tych, którzy w nędzy wegetowali na tych ulicach? Ta elegancka dzielnica jest ich cmentarzem. Powstała z ruin: mieszano beton z ziemią z grobów i z resztkami ciał zamordowanych. Wszystko mija, nic nie ginie.

[...]

Zaczyna opowieść o męczeństwie Kaninchen i kawałkach jabłek wykradzionych z kantyny SS. Podkreśla ofiarność i odwagę Wity. Opowiada o ponurym Bożym Narodzeniu zorganizowanym dla dzieci, o buncie królików doświadczalnych i o tym, jak Wita je uratowała. Na koniec mówi o wycieńczonym małym Léonie i o tym, jak Wita wzięła go pod swoje skrzydła. Nie dodaje, że matka Agaty poszła na śmierć z dzieckiem w ramionach, mówi tylko, że Wita zaopiekowała się małym, że zostali razem przewiezieni do Jugendschutzlager i wysłani do komory gazowej. Gaz… – szepcze starsza pani. Myślałam, że gazowano tylko Żydów. Irène tłumaczy, że eksterminacja rasowa dotyczyła głównie Żydów i Cyganów, ale w Niemczech najpierw wysyłano do gazu osoby niepełnosprawne i chorych umysłowo. W Ravensbrück pozbywano się najpierw wszystkich chorych i słabych. Komora gazowa w tym obozie istniała tylko kilka miesięcy, ale funkcjonowała do ostatniej minuty. Była priorytetem SS.

[...]

Słuchając tłumaczenia Janiny, Irène przypomina sobie zdjęcia tłumu ubranych na czarno kobiet z parasolkami. Czerń, wyjaśnia jej Janina, to nawiązanie do czasów rozbiorów, kiedy Polki nosiły żałobę po swoim kraju. Stała się symbolem tego strajku kobiet i wraz z czerwoną błyskawicą miała symbolizować złość Polek.

[...]

W przedziale Irène spostrzega starszą kobietę w szarym płaszczu z paskiem i w czarnym filcowym kapeluszu. Gdy ich spojrzenia się krzyżują, nieznajoma wydaje jej się podobna do Audrey Hepburn pod koniec życia. Czy jadą w to samo miejsce? Wiejski krajobraz przesuwa się za szybami pociągu; widać pola pokryte śniegiem, mgliste światło. Po warszawskim zgiełku ta samotna podróż przygotowuje ją do ostatniego spotkania w Polsce. Co to za dziwne uczucie; pociąg jedzie tymi samymi torami co konwój, w którym w 1942 roku jechał Lazar. Pejzaż z pewnością niewiele się zmienił. Kobieta w kapeluszu wysiada za nią na stacji Małkinia. Na torze naprzeciwko stoi pociąg towarowy z zardzewiałymi wagonami. Irène, której dziadek był kolejarzem, jako dziecko lubiła bawić się z braćmi koło torów. Dziś wydają się jej ponure. Między latem 1942 roku a jesienią 1943 transporty jeździły tędy bez przerwy. Czasem stały na torze całą noc. Zdarzały się okresy, kiedy konwoje przyjeżdżały nieprzerwanie, wyładowane ludźmi po brzegi, a kilka godzin później wracały puste. Naziści potrzebowali sieci kolejowej, żeby można było bezproblemowo przewozić to, co nazywali „ładunkiem”. I miejsca oddalonego od ciekawskich oczu. W tej okolicy drogi biegną wśród lasów i bagien. Prowadzą tylko do niewielkich wiosek i gospodarstw rolnych.

[...]

Pomnik jest zaledwie cztery kilometry stąd. Irène nie wie, kiedy stacja w Treblince została zburzona. Pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy Claude Lanzmann przyjechał tu robić zdjęcia do filmu dokumentalnego Shoah, jeszcze stała. W książce, którą Irène ma w torebce, zawiadowca opowiada Gitcie Sereny, że liczył konwoje deportowanych, żeby przekazać informacje AK; skrupulatnie notował liczbę więźniów wypisaną kredą na każdym wagonie. Naliczył ponad milion ofiar. Kilka tysięcy Romów, a wszyscy pozostali byli Żydami. Pociągi miały od trzydziestu do sześćdziesięciu wagonów. Na rampie obozowej mieściło się nie więcej niż dwadzieścia. Reszta czekała na stacji; więźniowie umierali z pragnienia, z gorąca lub zimna w zależności od pory roku. Na początku żony kolejarzy przychodziły z dziećmi z wodą dla więźniów. Ale potem siedzący na wagonach Litwini, zatrudnieni przez Niemców do pomocy – nazywano ich krwiożerczymi psami – zaczęli strzelać, żeby je odpędzić.

[...]

Wokół mauzoleum wznosi się niezliczona liczba kamieni w polu zasypanym śniegiem. Każdy kamień przedstawia sztetl lub miasto, którego żydowskich mieszkańców tu zamordowano. Trochę dalej Irène dostrzega kobietę w kapeluszu, stojącą nieruchomo z lekko pochyloną głową. Nie ma nawet jednego ptaka. Są same w tym ściskającym serce spokoju. Obóz rozciągał się na dwudziestu pięciu hektarach. Teren był piaszczysty, ogrodzony liściastymi żywopłotami, zasiekami z drutu kolczastego i wieżami strażniczymi. Z zewnątrz widać było tylko zielone ogrodzenie, wieże strażnicze i dachy drewnianych baraków. Irène, patrząc na plan, próbuje sobie wyobrazić rozmiary tego wszystkiego, lecz nie potrafi. Wokół wyrosła zapora z sosen, które wyglądają tak, jakby stały na straży. Myśli o makbetowskim maszerującym lesie, mszczącym śmierć niewinnych ofiar.

[...]

Pokolenie urodzone podczas wojny odkryło zbrodnie poprzedniej generacji podczas procesu oświęcimskiego. Horror i przerażenie wywołały głęboką złość. Dzieci domagały się moralnego rozliczenia. Ale rodzice stosowali uniki, kraj odmawiał konfrontacji z przeszłością. Trzeba powiedzieć, że byłych nazistów można było znaleźć wszędzie, na każdym poziomie społeczeństwa, aż po Bundestag. Błyskawicznie zmienili poglądy na wiarę w cud gospodarczy, w czym studenci widzieli tylko chciwość i wyobcowanie, kolejny przejaw wciąż istniejącego faszyzmu. W latach sześćdziesiątych większość policjantów to byli dawni aktywni naziści – przypomina Henning. Tak jak połowa sędziów. Było oczywiste, że nie zdobędą się na bezstronność w sądzeniu zbrodniarzy wojennych. Prasa grupy Springera i inne media domagały się bezlitosnego ukarania manifestantów. Część studentów tak się zradykalizowała, że byli gotowi na walkę zbrojną. Jeśli Karl jest naszym ukradzionym dzieckiem, tym bardziej miał powody do gniewu – szepcze Irène. Nawet jeśli już nie pamiętał Polski, a resztę w sobie zdusił.

[...]

Wiesz, ja go rozumiem – odpowiada przyjaciółka. To szokujące: dowiedzieć się, że podstawą twojej egzystencji może być kłamstwo. On po prostu dba o ojca. Daj mu trochę czasu, żeby to przetrawił. A jeśli nie będzie chciał poznać prawdy? Ma prawo. Musisz być na to przygotowana. Tak, tylko że wtedy Agata nigdy nie odnajdzie brata. To niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe jest to, na co narażono te dzieci. Ten twój reżyser musi sobie dać z tym radę. Każdy ma inną strategię zwalczania traumy. Cioteczna babka Benjamina przeżyła Auschwitz. Gdy nadeszło wyzwolenie, odmłodziła się o dwa lata. Dwa lata, które spędziła w obozie, po prostu wymazała z życiorysu. Zachowywała się tak, jakby to nigdy nie miało miejsca. Więc nie mówiliśmy o tym, szanowaliśmy jej wybór. Najwidoczniej dla niej była to kwestia życia i śmierci.

[...]

Centrala Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych powstała w 1958 roku. Większość zbrodniarzy żyła wówczas na wolności i nikt ich nie niepokoił. Albo po odsiedzeniu kilku lat zostali objęci amnestią. Odnaleźli swoje miejsce w społeczeństwie i domagali się, by wypłacono im zaległe pensje. Niemcy nie chcieli już procesów nazistowskich. Centrala, jak nazywa się tu tę placówkę, została tak samo chłodno przyjęta jak MSP. Młodzi prokuratorzy, których tu wysyłano, przyjeżdżali do miasta nastawionego do nich wrogo, wygrażano im i ich przeklinano. Robiono wszystko, żeby ich zniechęcić, tak by ich działania były wyłącznie symboliczne. Ale młodość tych prokuratorów okazała się mieczem obosiecznym: patrzyli świeżym wzrokiem na zbrodnie o bezprecedensowej skali i charakterze. Niektórzy byli tak wstrząśnięci, że prosili o odwołanie już w pierwszych tygodniach pracy. Ci, którzy wytrzymywali, okazywali się wyjątkowo energiczni i bezkompromisowi. Do początku lat osiemdziesiątych MSP pomagała im w zbieraniu dowodów i odszukiwaniu świadków. Dopiero Max Odermatt zarządził, by z dnia na dzień zamknąć przed nimi archiwum – najbogatsze archiwum zbrodni nazistowskich.

[...]

Spośród mężczyzn siedzących na ławie oskarżonych paru wykazywało się czasami ludzkimi odruchami. Bili więźniów bez nadmiernej gorliwości, niechętnie. Przez to robili wrażenie jagniąt pośród stada wilków. Wykonywali posłusznie rozkazy, żeby jak najdłużej unikać wysłania na front. Obóz zagłady działał do października 1943 roku. Przez piętnaście miesięcy okrucieństwo było regułą, a człowieczeństwo – anomalią. Kilkudziesięciu ocalałych jeszcze żyło, żeby o tym zaświadczyć. Wśród nich był Lazar. Czytając jego zeznania po niemiecku, Irène ma wrażenie, że pochyla się nad jeziorem z mętną wodą. Widzi tylko falującą ciemną masę. Pod spodem jest przepaść, której nie można dostrzec ani pojąć. Lazar wyrywa słowa z tej przepaści. Słowa są wymawiane bez wahania, wrzynają się w ciszę jak ostrze noża. Opowiada o tłumach wysypujących się z pociągów wjeżdżających na rampę. Widzi siebie w tym tłumie. Oszołomiony, dostrzega na placu góry rzeczy; na początku nie rozumie, co to jest. Wszystko dzieje się szybko. Oddzielanie kobiet od mężczyzn, rozbieranie się. Podczas selekcji przydzielony jako żydowski robotnik do dolnego obozu, nigdy nie wychodził za liściaste żywopłoty. Ale słyszał krzyki. Później widział, jak wielkie koparki wznosiły ku niebu paszcze pełne zwłok. Wdychał smród palonych ciał.

[...]

Lazaret był w obozie jedyną przyszłością żydowskich robotników. Tam esesmani ich zabijali, kiedy chcieli ich ukarać albo kiedy uważali, że ci już dość się napracowali. Jeśli dobrze rozumiem, miał pan zaprowadzić to dziecko na miejsce egzekucji? – naciska prokurator. Tak – odpowiada Lazar. Wiedział, że za ogrodzeniem jest rów, w którym noc i dzień płonie ogień. Czasem esesmani wysyłali któregoś z nich, żeby spalili tam zdjęcia czy dokumenty ofiar. Widział, co się dzieje z Żydami. Anioł Śmierci rozkazywał ofiarom, żeby usiadły nad brzegiem rowu. Ubrany w biały fartuch Frankenstein stawał za nimi i strzelał im w kark. Ciała spadały prosto do ognia.

[...]

Irène z rozbawieniem patrzy na jego zakłopotanie. Od dwudziestu sześciu lat – mówi. Pana ojczyzna i ja to już stara historia. Co za dziwne powołanie pchnęło panią do zagrzebania się w jakiejś dziurze w Hesji i tropienia ofiar nazizmu? To nie było powołanie, trafiłam tam przypadkiem. A potem bardzo tę pracę polubiłam. Polubiła pani zajmowanie się okresem wojny? – pyta Rudi zaskoczony. Nie, polubiłam odnajdywanie ludzi. Patrzy na nią uważnie. Przedtem go irytowała, teraz intryguje.

[...]

Irène wyobraża sobie śmiech Evy. Raczej tak. Muszę powiedzieć, że miałam najlepszą nauczycielkę z możliwych. Więc na czym to polega? Jaki jest sekret dobrej „tropicielki ludzkich losów”? – pyta Rudi, dolewając jej wina. Instynkt i cierpliwość – odpowiada Irène. Bardzo dużo myślę o ludziach, których szukam. W nocy, w dzień. Spacerując, prowadząc samochód. Mój syn wciąż ma do mnie o to pretensje. Sprawy, na których jestem skupiona, mnie nie opuszczają. Słucham każdego wewnętrznego głosu, który coś mi podpowiada, sprawdzam każde przeczucie. Próbuję łączyć ślady, tropy, znaki, co jest zwykle pracochłonne. Zimno, zimno, zimno i nagle… gorąco! Tak szczególnie gorąco…

[...]

Potem nadeszły ogniste burze, bombardowania i terror. Kruchy, chwiejny horyzont zawężał się każdego dnia. Przemoc zeszła na ulice i Wita nie była w stanie ochronić swoich dzieci. Córkę wysłała do siostry. Warszawa wydawała jej się bezpieczniejsza, choć oczywiście to było względne. Polska przecięta jak piłą rzeźniczą nie dawała schronienia; był to teren łowiecki, teren myśliwych i sępów. Jej syn był jeszcze mały, więc zatrzymała go przy sobie. Gdyby zostawiła go w Warszawie, może nie zostałby porwany. Ale kto to wie? Myślała, że go jej zwrócą, jeśli grzecznie poprosi. SS uznało to za zuchwalstwo, a karą za nie był obóz Auschwitz, skąd po kilku miesiącach przeniesiono ją do Ravensbrück. Tam Wita należała do grupy kobiet, które pomagały innym. Jeszcze była zdolna do czułości, nawet jeśli wyczerpały się jej zapasy radości. Ich miejsce zajęły odwaga i wytrzymałość. Zimna wściekłość i siła. To imponujące! – odzywa się Rudi z entuzjazmem. Wie pani, od dawna pasjonuję się życiem tych, którzy pozornie nie mają w sobie nic wyjątkowego, których mija się obojętnie. Dopiero gdy człowiek bliżej ich pozna, okazuje się, że był w wielkim błędzie. To nasze spojrzenie na nich tak upraszcza tych ludzi.

[...]

Między tą kartką a następną jest kilka lat przerwy – ocean, proces. Podróż trwa: Hamburg, Wiedeń, Triest. Czy jest w niej jakiś konkretny cel? Czy Lazar ma jakiś plan? Z tyłu kartki przedstawiającej port w Genui o zmierzchu, wysłanej siódmego kwietnia 1967 roku, pisze:

Gdy się budzę, myślę o tej brunetce z długimi włosami. O jej gładkiej opalonej skórze Greczynki-Żydówki. W świetle poranka rzeczy niemożliwe stają się możliwe. To o świcie ludzie wymyślają bogów. O świcie wypowiadają wojnę. Szalom, Hershl. Statek na mnie czeka.

Allegra. Nie zapomniał o niej.

[...]

Kartki stają się coraz rzadsze. W 1970 roku przychodzi widokówka z oświetlonej zatoki Valparaiso z następującą wiadomością:

Bracie mój, każde z tych świateł to nadzieja niemożliwa do zabicia. Nocą je liczę, żeby zasnąć. Zawsze znajdzie się jakiś pijak, co ryczy pod moim oknem. Znam jego piosenkę na pamięć: „Już nie żyjesz, a nie możesz umrzeć”.

W 1975 roku śle ostatnią wiadomość z Mar del Plata:

Tutaj zachodzące słońce ma kolor krwi. Odnalazłem Kelewa. Wypij za moje zdrowie. Le Chaim, mój bracie. Myślisz, że odnajdziemy kiedyś pokój?

Kelew. Irène gorączkowo zagląda do notatek, które zrobiła w Ludwigsburgu:

Transport dociera do rampy. Oficer SS, szczupły, solidnie zbudowany, różowa cera, brwi wypłowiałe od słońca. Kelew. Wściekły Pies. Na placu chce odebrać pierrota małej dziewczynce. Strzela w głowę matce, rozkazuje Lazarowi zanieść dziecko do lazaretu.

Na procesie w Düsseldorfie nie było go na ławie oskarżonych. Lazar nie zna jego prawdziwego nazwiska, ale – podkreśla – nigdy nie zapomni jego twarzy.

[...]

Po wojnie tysiące zbrodniarzy hitlerowskich schroniło się w Ameryce Północnej, Południowej i na Bliskim Wschodzie, korzystając ze szlaków ewakuacyjnych prowadzących przez południowy Tyrol i Włochy, dzięki pomocy przedstawicieli Watykanu i wskutek nieuwagi międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Poza tym zimna wojna zakreślała nowe granice na politycznej szachownicy. Wielu było gotowych wyciągnąć pomocną dłoń do wczorajszych wrogów. Czyż nie byli oni przednią strażą w obronie przed komunizmem? Opinia ta zachęcała Szwajcarię do liberalnego wydawania dokumentów podróży, a niektórych prałatów do wybaczenia krzyżowcom Hitlera pewnych ekscesów, zwłaszcza jeśli powrócili do owczarni Kościoła. Dla amerykańskich tajnych służb wartościowa była ich znajomość Europy Wschodniej. I nie brakowało dyktatorów – w Libii, Paragwaju, Brazylii czy Argentynie – którzy przyjmowali ich z otwartymi ramionami.

[...]

Irène otwiera torebkę i delikatnie wyciąga z koperty pierrota z wypłowiałym kołnierzykiem, tak zniszczonego, że trudno sobie wyobrazić, że kiedyś był ładny. Podaje go Elvire. Ta milczy, patrząc na zabawkę. Proszę zajrzeć pod ubranko – mówi Irène. Elvire drży na widok cyfr i dotyka ich opuszkami palców. Chce wiedzieć, dlaczego, chce wiedzieć, co to znaczy. Czas więc uwolnić ducha uwięzionego w pierrocie. W miarę jak Irène cofa się ku czasom rampy w Treblince, powietrze wokół jakby gęstnieje. Elvire słucha, jej dłonie zaciskają się na szmacianej lalce. Historia dziewczynki zabitej w ramionach Lazara jest nie do wytrzymania. Irène nie może jej złagodzić ani dać szczęśliwego zakończenia. Ojciec, którym Lazar mógł być, został zamordowany tamtego dnia razem z Hanką. Irène nie musi tego mówić, jej rozmówczyni rozumie. Między Elvire a jej ojcem zawsze była ta mała dziewczynka. Zostały tylko łzy.

[...]

Archiwa nie kłamią. Pierre się uśmiecha. Dlatego tyle osób robi wszystko, żeby były pod kluczem. Irène coś o tym wie – wtrąca Antoine. Opowiedz mu – zwraca się do niej – o walce, jaka się toczyła o upublicznienie archiwów MSP. To mu się spodoba. Irène opowiada o czasach, kiedy pracowała dla Maxa Odermatta. W MSP panowała wówczas zatruta atmosfera; każdą inicjatywę ucinano jako podejrzaną. Gdy Eva żyła, Irène dopasowywała się, bo przyjaciółka wiedziała, jak sprytnie omijać przepisy. Po jej śmierci ogarnęła ją apatia, wyczerpanie koniecznością ciągłego działania pod prąd, nieustanną walką z powolnymi procedurami administracyjnymi i z kaprysami dyrektora. Max Odermatt chwalił się, że nie zatrudnia ludzi z dyplomami, żadnych wykształciuchów, i że zakazuje pracownikom porozumiewać się z kimkolwiek na temat spraw, nad którymi pracują, również wewnątrz biura. Przecież to regularny sabotaż! – rzuca zdumiony Pierre. Dziel i rządź! – odpowiada Irène. Odermatt uważał MSP za swój własny folwark.

[...]

Na początku maja tropiciel hitlerowskich zbrodniarzy wojennych trafił na artykuł w argentyńskim dzienniku „La Capital”. Guillermo Cabral został znaleziony martwy na parterze swojej willi; obok leżało ciało szkutnika, niejakiego Matiasa Bárty. Ramię tego drugiego przebiła kula z lugera, a druga drasnęła go w policzek. Broń znaleziono kilka metrów dalej. Wyglądało na to, że mężczyźni stoczyli zaciętą walkę, która skończyła się pojedynkiem na noże. Cabral miał poderżnięte gardło, Bárta wykrwawił się z powodu wielu ran zadanych nożem w brzuch. Willa stała na uboczu, w spokojnej dzielnicy. Sąsiedzi, których było niewielu, przysięgali, że nic nie słyszeli. Życie Lazara skończyło się niewyjaśnioną tajemnicą. Irène nigdy się nie dowie, czy chciał sam wymierzyć sprawiedliwość, czy też były esesman go zaskoczył, bo zauważył, że jest obserwowany. A może rozpoznał byłego więźnia.

[...]

Przymusowa praca to marzenie kapitalisty – mówi Rudi, patrząc na splątane gałęzie wyrastające ze zrujnowanych murów. Wyobrażam sobie, że ci, którzy zarządzali wtedy Simensem, wyszli z wojny bez szwanku. Bez żadnych strat i z czystym sumieniem – potwierdza Irène. Podskakuje, bo coś się porusza w ciemności za zbitą szybą okienną. Z pewnością jakieś zwierzę. Ale czuje ulgę, że nie jest sama w tym ponurym miejscu.

[...]

Obóz wydaje się odległy o lata świetlne. Irène myśli, że może kobiety, które tędy pędzono, jeszcze liczyły na jakiś ratunek. Zaczynały marzyć o Mittwerdzie [miejsce wymyślone przez esesmanów przy transportach więźniów – przyp. aut.]. O spokojnym miejscu, gdzie wreszcie będą mogły wypocząć, gdzie nie będzie apeli i przymusowej pracy. Szybko jednak okazywało się, że to iluzja, makabryczny żart. Dziecko boso w śniegu. Nagie ciała na lodowatym wietrze. Dokąd uciec, gdzie się ukryć? Zimny las nie był żadnym schronieniem. Wchodzą na drogę pokrytą popękaną nawierzchnią, biegnącą pomiędzy wrzosowiskami a gajami jodłowymi. Tablica pomalowana na jaskrawoniebieski kolor wskazuje wejście do obozu. Dotarli na miejsce. Po zrównanych z ziemią barakach pozostał pas piachu. Między wysokimi trawami a polem maków czerwona tablica pokazuje miejsce dawnej Lagerstrasse. Pod kamiennym pomnikiem więdnie bukiet kwiatów. Na białym transparencie przyczepionym do jodeł jakaś niemiecka matka napisała: Natura zarasta to, co po nich zostało. Poznałam tylko pomost, przy którym Siemens ładował towar na statki na rzece Hawela, i kilka kamieni z bloku, w którym zamordowano moją córkę. Może natura zarasta ślady, żeby je uchronić, myśli Irène. Te drzewa, które są mocniejsze, schylają się, żeby podeprzeć inne, krzywe, powyginane. Pamięć jest wyryta w korze, która krwawi aż po korzenie.

[...]

Zanim się rozstają, dyrektorka składa im gratulacje. Bilans zwracania przedmiotów okazuje się pozytywny, w czym bardzo pomogli wolontariusze. Chciałaby zorganizować wystawę objazdową, żeby uczulić ludzi na ten proces; wystawa ma się nazywać Skradzione wspomnienia. Najpierw odwiedziłaby największe miasta europejskie, a potem – czemu nie? – jeździłaby po całym świecie. Członkowie ekipy Działu Poszukiwań i Wyjaśniania Losów grzecznie odchrząkują. Hm… doskonały pomysł, więc dlaczego nie dać mu dojrzeć i przedyskutować go po wakacjach? Każdy znajduje jakąś wymówkę, żeby dyskretnie wyjść: pilna wizyta u dentysty, konieczność zakończenia jakiejś sprawy. Nawet Henning ucieka, zostawiając Irène sam na sam z dyrektorką. Odnalazła pani to ukradzione dziecko – mówi Charlotte Rousseau w ciszy pustych krzeseł. Nie wierzyłam, że to się uda. Podziwiam pani zaparcie. Analiza DNA potwierdziła, że Karl Winter jest bratem Agaty. Rudi poprosił Irène, żeby zorganizowała im spotkanie w Berlinie.

[...]

Zastanawia się, czy były jakieś znaki ostrzegawcze, których nie zauważyła, bo bliskość między nią a Rudim powstała tak naturalnie. Jakby ich obsesyjne charaktery od razu się zrozumiały i wzajemnie uspokoiły. Do tej pory mężczyznom na początku podobała się jej wolność, niezależność, a potem starali się ją ukrócić. Tu po raz pierwszy Irène nie czuje się oblężona. Oboje wiedzą, jak to jest być razem, kiedy dzielą ich kilometry. Źle sypiają i cieszą się, kiedy mogą się do siebie przytulić w środku nocy, kochać, a potem rozmawiać do czwartej nad ranem na tarasie u Rudiego. Ten taras to ukryty klejnot jego starego, nadgryzionego zębem czasu mieszkania. Widać z niego dachy Kreuzberga [dzielnica Berlina – przyp. aut.] zacienione podwórka i ogrody. Przytuleni do siebie pod kocem, zagubieni w kontemplacji nieba, w wypatrywaniu spadających gwiazd i migających satelitów, słuchają tryli, pisków i szelestów nocnych stworzeń, skrzydlatych i tych, co nie latają.

[...]

Już przy pierwszych taktach Karl zamiera. Agata śpiewa i łagodnie bierze go za rękę. Karl jej nie odpycha; na jego twarzy widać wzruszenie. Wpatruje się w Agatę i wydaje się słuchać jej całą duszą. Julka, siedząca obok Irène, nuci cicho tę melodię do wtóru babci. Roman milczy. Są całkowicie pod wrażeniem tego cudownego momentu. Trzecią zwrotkę Karl zaczyna śpiewać razem z siostrą. Ochrypły głos zacina się trochę na niektórych dźwiękach, przychodzących z tak daleka, wyciągniętych z głęboko zakopanych wspomnień. Powoli, coraz pewniejszym głosem, wtóruje siostrze; przypomina sobie słowa, które odprowadzały go do snu. W oczach ma łzy. Agata ściska jego dłoń; już sama nie wie, czy śpiewa, czy płacze i wszyscy znajdują się nagle w tym podobnym dziwnym stanie. Jeśli można komuś zwrócić choć odrobinę z tego, z czego go ograbiono, nawet nie wiedząc, co dokładnie mu się zwraca, nie wszystko jest stracone, myśli Irène, wycierając oczy chusteczką.

[...]

Jeszcze trochę posiedzieli z Karlem, a potem Rudi odprowadził wyczerpanego emocjami ojca do pokoju. Gdy wracali na parking, powiedział Irène, że dopóki nie usłyszał ojca śpiewającego po polsku, nie chciał, nie mógł w to uwierzyć. Czasem, gdy rzeczywistość wydaje się wytworem wyobraźni szalonego scenarzysty, mózg ją toleruje, ale nie akceptuje. Jak zacząłeś tę rozmowę? – spytała. Nie wiedział, jak się do tego zabrać i nagle powiedział prawdę. Słyszał siebie wymawiającego słowa, które mogły załamać ojca: o tym, że jego matka zginęła w obozie, że ma w Polsce siostrę, która przyjechała z bardzo daleka, żeby go zobaczyć… Gdy te słowa zawisły w powietrzu, stały się jak bańki mydlane, które pękają, zanim się ich dotknie. Może dlatego, że sam w nie wierzył. Dopiero kiedy Agata zaczęła śpiewać, zmartwychwstały. Jej głos obudził uśpioną w kołysance czułość matki. Jakie spowodowało to zmiany w sercu Karla, tego nikt nigdy nie oceni.

[...]

Rudi uderza łyżeczką o brzeg kieliszka. Kiedy Irène do mnie zadzwoniła, czułem, że zburzy mój spokój. Zareagowałem jak rozdrażniony niedźwiedź, co mi się zresztą często zdarza. I choć cały swój czas poświęcam udowadnianiu, że historie, które koją nasze serca, są zbyt proste, by były prawdziwe, to kiedy w grę weszło moje własne serce… no cóż… Całe szczęście, że Irène się uparła, bo inaczej nigdy bym nie odkrył, że mój ojciec umie śpiewać po polsku. I was by tu nie było. Patrzę i widzę Francuzkę, Polaków i Niemców. Kilka pokoleń siedzi razem, kawałek Europy. Wojna zniszczyła życie Wity, mojego ojca i Agaty, ale dziś wieczorem łączy nas pokój. Więc wznoszę toast za Europę, którą Václav Havel nazwał ojczyzną naszych ojczyzn. Nie chcę dziś pamiętać, że często mnie przygnębia. Chcę pamiętać, że narodziła się, żeby utrzymać pokój. Więc za Europę i za pokój!

[...]

Irène przysiada obok Agaty i Julki i próbuje odczytać rozmarzone spojrzenie jasnych oczu starszej pani. Zrobiła pani piękny prezent mojej babci – odzywa się cicho Julka. I nam wszystkim. Dla Irène to również jest prezent. Zebrać dzieci Wity. Tym razem zdążyła! Pyta, jaki jest tytuł tej kołysanki. Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga – mówi Julka. Babcia mi ją śpiewała, kiedy byłam mała. O czym jest? O iskierce, która mruga z popielnika na Wojtusia i obiecuje mu opowiedzieć długą i piękną bajkę. Ale za każdym razem, gdy zaczyna, iskierka gaśnie, a bajka razem z nią. W końcu chłopczyk już jej nie wierzy, wie, że bajka będzie trwała tylko przez czas życia iskierki. To tak samo wesołe jak Dziewczynka z zapałkami – mówi Irène. Tak! Dziewczyna się uśmiecha. Ale dla mnie ta kołysanka nigdy nie była smutna.

[...]

Jak to się stało, że ona, która spędza życie w archiwach, zapomniała, że ma u siebie taki skarb? Jak okazała się powolna w zrozumieniu jego wartości! Czyżby to zeszyt po dziadku pokierował jej życiem? Do tej pory myślała, że wszystko było przypadkiem. A przecież bada koniec podróży, której dziadek widział początek. Zbiera ostatnie ślady dla potomków. Kręci jej się w głowie na myśl, że robi to samo co on. Kto wie? Może po prostu idzie na jego spotkanie.

 

Gaëlle Nohant, Biuro skradzionych wspomnień

 

Bliska sfilmowania powieść historyczno-obyczajowa Gaëlle Nohant – francuskiej pisarki, która "pozwoliła sobie puścić wodze fantazji koniecznej dla intrygi powieściowej", za co też między innymi została wyróżniona w 2023 roku prestiżową, francuską i książkową nagrodą Grand Prix RTL-Lire przenosi akcję opowieści przede wszystkim do dzisiejszych, środkowych Niemiec, do Hesji, do miasta uzdrowiskowego Bad Arolsen, do byłego obozu Ravensbrück w Brandenburgii, także do stołecznego Berlina oraz w znacznej mierze również do Polski, do miast takich, jak Warszawa czy Lublin, żeby nie wspomnieć o obozie zagłady w mazowieckiej Treblince, w czasy jak najbliżej nam współczesne dwudziesto-pierwszo-wieczne. Irène od dwudziestu lat mieszka w Niemczech, gdzie jest archiwistką, w organizacji pod nazwą Międzynarodowa Służba Poszukiwań, będącej swoistym centrum zbiorów dokumentujących losy ofiar niemieckiego reżimu narodowosocjalistycznego. W gąszczu dokumentów mających udokumentować zbrodnie hitlerowskie są też osobiste pamiątki materialne po zamordowanych osobach, które znalezione w miejscach kaźni, mają dla tych, co przeżyli, a zwłaszcza dla ich rodzin wartość więcej niż sentymentalną. Historia dalszych losów pozostawionej w obozie zagłady pacynki-pierrota z zagadkowym numerem ewidencyjnym staje się kanwą do opowieści o determinacji i o sile ludzkiej intuicji, czasem i wnikliwej dedukcji, która potrafi zdziałać cuda. Z drugiej strony na przykładzie powojennych losów Lazara Engelmanna, czeskiego Żyda opowieść, skłania do refleksji nad destrukcyjną rolą traumy poobozowej z chęcią zemsty na katach nazistowskich, która nie pozwala już Lazarowi wrócić do normalności czy realności dalszego "uratowanego" życia.



powrót ››