Blog

 

23.01.2019

Gra w klasy cz.2

[…]

a wszystko to z muzyki gorszącej solidnych obywateli, tych, którzy uważają, że nic nie może być prawdą, jeżeli nie ma bileterów i wydrukowanych programów, i tak toczy się świat, a jazz jest niby ptak, który odlatuje i powraca, przylatuje i przyfruwa, przeskakując bariery, kpiąc z kontroli celnych, coś, co mknie rozprzestrzeniając się, tej nocy w Wiedniu śpiewa Ella Fitzgerald, podczas gdy w Paryżu Kenny Clarke otwiera nową piwnicę, a w Perpignan tańczą palce Oscara Petersona, i wszędzie Satchmo, z tym swoim darem ofiarowanym mu przez Boga, darem wszechobecności, w Birmingham, w Warszawie, w Mediolanie, w Buenos Aires, w Genewie, w całym świecie, to nieuniknione, to deszcz i chleb, i sól, coś poza narodowym obyczajem, poza niewzruszonymi tradycjami, językiem i folklorem: chmura pozbawiona granic, szpieg powietrza i wody, forma archetypu, coś z przeszłości, coś z głębi, z dołu, coś, co godzi Meksykanów i Norwegów, i Rosjan, i Hiszpanów, coś, co z powrotem włącza ich w ciemny, wspólny, dawno zapomniany ogień, tępo, źle i niepewnie zwraca ich ku dawno zapomnianym pierwocinom, mówi im, że może były i inne drogi, i że ta, którą poszli, nie jest ani jedyna, ani najlepsza, albo, że może były i inne drogi, i choć ta, którą poszli, jest najlepsza, istniały łatwiejsze, którymi nie poszli lub też poszli tylko kawałek, mówi im także, że człowiek to zawsze więcej niż człowiek i zawsze mniej niż człowiek, więcej - bo zawiera w sobie wszystko to, co jazz sugeruje, na co czyha, co często nawet przewiduje, a mniej - i bo z tej wolności zrobi sobie po prostu rodzaj estetycznej gry, szachownicę, na której może być zarówno laufrem, jak i konikiem, określenie wolności takie, jakie podają w szkołach, w tych właśnie szkołach, w których nigdy nie uczyli ani nie będą uczyli dzieci pierwszych tekstów ragtime, pierwszej frazy bluesa…

[…]

Ale ta jedność, suma posunięć, które określają jakieś życie, wydaje się sprzeciwiać wszelkiemu ujawnieniu, póki to życie nie skończy się jak spłukana mate, czyli że tylko inni, tylko biografowie zobaczą w tym całość, co faktycznie dla Oliveiry nie miało najmniejszego znaczenia. Sztuką było posiąść swoją jedność nie będąc bohaterem ani świętym, ani kryminalistą, ani championem boksu, ani nadczłowiekiem, ani pastorem. Poznać jedność w pełni wielości, poznać ją jako straszliwy wir, nie zaś osad zimnej, spłukanej mate.

 

Julio Cortazar, Gra w klasy

 

Puenta co każe nam wy-trwać może też jako mit co raz czule pochyla się i dziwnie potem mitręży; gdzie twoja jedność pokutuje w wielości a wielość ta znowu rodzi się dla cudzej jedności; gdzie są one wszystkie we wszystkim niczym ten spolegliwy już na zawsze gronostaj na moich rozedrganych przez życie a jednak i na twoich ramionach… poznania.



powrót ››