Blog

 

10.07.2025

Kroniki portowe

„…jednocześnie miał okazję

okazać uczucia,

które często

sprowadzały się do tęsknoty.”


„Wciąż istnieją stare węzły nigdzie nie opisane.

Dlatego dopóki będziemy znajdowali nowe sposoby

wykorzystywania liny, dopóty

będziemy znajdować nowe węzły.”

Księga węzłów Ashleya


„Ale, kochanie, jeśli one nie będą wiedziały,

czym jest śmierć,

to jak zrozumieją głębszy sens życia?

Pory roku, naturę, stworzenie...”

Obraz zawierający szkic, rysowanie, clipart, ilustracja

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.

[…]

Oto kronika kilku lat z życia Quoyle’a, który urodził się w Brooklynie i wychował w różnych ponurych prowincjonalnych miasteczkach. Dzieciństwo przeżył obsypany pokrzywką, z brzuchem burczącym od gazów i skurczów. Jako student uniwersytetu stanowego, z dłonią przyciśniętą do podbródka, skrywał swoje cierpienia pod maską uśmiechów i milczenia. Na niepewnych nogach dociągnął do lat trzydziestu, ucząc się oddzielać uczucia od życia. Na nic nie liczył. Jadł za dwóch, lubił golonkę i omaszczone ziemniaki. Pracował jako dystrybutor automatów sprzedających cukierki, nocny sprzedawca w sklepie z mrożonkami, trzeciorzędny dziennikarz. Mając trzydzieści sześć lat, osierocony, pełen smutku i zawiedzionej miłości, Quoyle udał się na skalistą wyspę, Nową Fundlandię, gdzie urodzili się jego przodkowie. Na wyspie tej nigdy nie był i na razie nie miał zamiaru jej odwiedzać. Tak oto znalazł się w miejscu obfitującym w wodę. Budziła w nim lęk i dlatego nie potrafił pływać. Ojciec z uporem odrywał jego zaciśnięte dłonie, by siłą wrzucać go do stawów, strumieni, jezior i w przybrzeżne fale. Quoyle dobrze znał smak słonej wody i wodorostów. Brak umiejętności pływania choćby „pieskiem” był dla jego ojca powodem ujawnienia się kolejnych, dotąd nie obserwowanych u syna niepowodzeń: Quoyle nie zdołał opanować poprawnej dykcji, nie potrafił siedzieć w pozycji wyprostowanej, nie stać go było na wczesne wstawanie, nie wypracował w sobie nawyku przyjmowania nienagannej postawy, brakowało mu zdolności i ambicji - doprawdy brak mu było wszystkiego. Stanowił uosobienie wszelkiej niezdarności. O głowę wyższy od swoich rówieśników, Quoyle chodził, powłócząc nogami, w dodatku wiedział o tym, że mógł uchodzić za osobnika nieco tępawego. „Ach, ty wyrośnięty prostaku”, mawiał jego ojciec. Sam nie był pigmejem. Brat Quoyle’a, Dick, który był ulubieńcem ojca, udawał, że zbiera mu się na wymioty, kiedy Quoyle wchodził do pokoju, i wyrzucał z siebie: „Tucznik, usmarkaniec, Świnia, pokraka, przygłup, śmierdziel, pierdziel, kocmołuch”, przy czym tłukł go pięściami i kopał, dopóki Quoyle, osłaniając ze skowytem głowę ramionami, nie padł skulony na pokrytą linoleum podłogę. A wszystko to wynikało z głównego mankamentu Quoyle’a: z jego nieszczęsnej powierzchowności.

[…]

Jego najwcześniejsze wspomnienia dotyczące własnej osoby przywoływały oglądany z daleka obraz: gdzieś w tle umieszczona była jego rodzina; tutaj, na granicy widoczności, znajdował się on sam. Aż do ukończenia czternastego roku życia nie opuszczała go myśl, że znalazł się w obcej rodzinie, że gdzieś tam tęsknią za nim jego prawdziwi rodzice, ze świadomością obarczenia Quoyle’ów podrzutkiem. Jednak później, przeszukując pudełko pełne pamiątek z podróży, znalazł fotografię swojego ojca stojącego na pokładzie statku u boku braci i sióstr. Jedna z dziewcząt, ustawiona nieco z boku, wpatrywała się w morze, mrużąc oczy - jakby widziała miejsce przeznaczenia oddalone o tysiąc mil na południe. Patrząc na ich włosy, nogi i ramiona, Quoyle rozpoznawał siebie. Ten olbrzym o przebiegłym wyrazie twarzy, w przyciasnym swetrze, z dłonią przy kroczu to jego ojciec. A na odwrocie zdjęcia ktoś nabazgrał: „Wyjazd z domu, 1946”. Na uniwersytecie uczestniczył w kursach, których nie rozumiał. Przemykał się zgarbiony, nie odzywając się do nikogo. Jeździł do domu na burzliwe weekendy. Wreszcie dał sobie spokój ze szkołą i zaczął szukać pracy - wciąż przysłaniając podbródek dłonią. Dla osamotnionego Quoyle’a wszystko było niejasne. Jego myśli kotłowały się niczym bezkształtna masa, określana przez pradawnych żeglarzy dryfujących w arktycznym mroku mianem „morskiego płuca”. To określenie dotyczyło unoszącej się i opadającej na wodę kry spowitej mgłą, w której powietrze zamieniało się w krople wody, ciecz przybierała stan stały, a ciała stałe ulegały roztopieniu. Niebo zamarzało, a światło i ciemność przenikały się nawzajem.

[...]

Przez jakiś czas pozostawali przyjaciółmi - Quoyle, Partridge [z ang. kuropatwa – przyp. aut.] i Mercalia. Różnili się znacznie: Partridge, czarny, drobny, niespokojny wędrowiec po pochyłościach życia, niestrudzony gawędziarz; Mercalia, druga żona Partridge’a, o skórze w tonacji brązowego pióra rzuconego na ciemną wodę i dużych zasobach inteligencji; Quoyle, ogromny, biały, w ciągłym potykaniu się z życiem zmierzający donikąd. Partridge umiał kierować wzrok poza teraźniejszość, potrafił wyobrazić sobie fragmenty nadchodzących wydarzeń, jakby na moment podłączono mu poluzowane druty połączeń mózgowych. Był w czepku urodzony: w wieku trzech lat udało mu się zobaczyć piorun kulisty odbijający się od schodów przeciwpożarowych; śniły mu się ogórki tuż przed tym, jak jego szwagra pokąsały szerszenie. Był pewny, że w życiu mu się powiedzie. Potrafił wydmuchiwać idealne kółka z dymu papierosowego. Jemiołuchy w czasie swoich przelotów zawsze zatrzymywały się w jego ogrodzie.

[,,,]

Wzrok Quoyle’a powędrował w stronę akwareli wiszącej na ścianie. Ujrzał dziobatą twarz, oczy podobne do szklanych jaj, kępki włosów opadające na jego nakrochmalony kołnierz. Czy był to dziadek Puncha, tyle że w okrojonej postaci? Zaczął myśleć o przodkach… Jest to gazeta rodzinna. Podajemy ważne wydarzenia, nadając im lokalny retusz. „The Mockingburg Record” specjalizowała się w artykułach schlebiających miejscowym biznesmenom i opowieściach o rodzinnych bohaterach. Tę papkę mieszano z zagadkami i konkursami, przedrukami z innych gazet, artykułami wstępnymi i historyjkami obrazkowymi. Każdorazowo zamieszczany był quiz, mający pomóc w rozwiązaniu problemu ujętego w pytaniu: „Czy jesteś śniadaniowym alkoholikiem?”. Punch westchnął, udając, że musi podjąć trudną decyzję. Dam cię do wiadomości samorządowych, do pomocy Alowi Catalogowi. On cię wprowadzi. Powie ci, co masz robić. Pensja była nędzna, ale Quoyle na razie o tym nie wiedział.

[…]

Quoyle usadowił się w tylnej części sali, w której odbywało się spotkanie. Wciąż zapisywał coś w swoim notatniku. Potem poszedł do domu; zasiadł przy kuchennym stole, by pisać i przepisywać na maszynie przez całą noc. Rano z oczami podkrążonymi od niewyspania, doraźnie podratowany kawą, skierował kroki do redakcji wiadomości. Czekał na Ala Cataloga. Ed Punch, zawsze pierwszy, teraz wsunął się do biura niczym węgorz w szczelinę. Rozpoczęła się poranna parada. Facet zajmujący się artykułami wstępnymi, kręcący torbą kokosowych pączków; wysoka Chinka z lakierowanymi włosami; starszy mężczyzna od nakładu z ramionami jak cumy; dwie kobiety odpowiedzialne za makietę; fotograf, z widocznymi pod pachami plamami potu z dnia poprzedniego; wreszcie Quoyle przy swoim biurku z opuszczoną głową, pochłonięty skubaniem podbródka i udawaniem, że właśnie poprawia swój artykuł. Tekst liczył jedenaście stron. O dziesiątej pojawił się Partridge w czerwonych szelkach i płóciennej koszuli. Skinąwszy głową, podreptał przez redakcję, wsadził głowę w szczelinę drzwi prowadzących do biura Puncha, puścił oko do Quoyle’a i wcisnął się za swoje biurko. Partridge znał się na tysiącu najprzeróżniejszych rzeczy: wiedział na przykład, dlaczego mokre liny wytrzymują większe obciążenie, a jajko ugotowane na twardo lepiej się kręci od surowego. Z przymkniętymi oczami, z głową przekrzywioną jak w transie potrafił cytować baseballowe statystyki, tak jak starożytni cytowali Iliadę. To on urabiał materię banalnej prozy, zeskrobywał pleśń z imitacji Jimmy’ego Breslina. Gdzie się podziali reporterzy z dawnych lat? - zapytał mrukliwie. - Obgryzające paznokcie, zgryźliwe, chlejące wódę, cholerne nocne marki, wiedzące naprawdę, jak się pisze? Quoyle podał mu swój artykuł.

[…]

Ale entuzjazm Partridge’a nigdy mu się nie udzielił. Po sześciu miesiącach ćwiczeń przy stole redakcyjnym Quoyle wciąż nie wiedział, o co chodzi w kronice, nie uznawał potrzeby zajmowania się szczegółami. Bał się większości czasowników, poza kilkunastoma podstawowymi. Miał też fatalną skłonność do nadużywania strony biernej. Napisał: „Gubernatorowi Murchie został wręczony bukiet przez pierwszoklasistkę Kimberley Plud”, a Edna, stetryczała maszynistka, zerwała się wówczas i ryknęła na Quoyle’a: „Ty bezmózgi kretynie! Cholera, jeszcze trochę, a napisałbyś, że wręczyli gubernatora!” Quoyle mógł zatem uchodzić za jeszcze jeden przykład półanalfabety, który zechciał się parać dziennikarstwem. Takich to tylko pod ścianę! Quoyle przesiadywał na zebraniach, skrobiąc wytrwale w swoim notatniku. Wydawało mu się, że mimo wszystko istnieją powody, by czuł się częścią jakiejś większej całości. Nie obrażał się na ryki Edny czy krytyczne uwagi Partridge’a. Bądź co bądź, wcześniej przeszedł szkołę, którą zafundował okrutny brat, oraz znosił nieustanną krytykę ze strony ojca. Na widok swojego nazwiska w gazecie poczuł dreszcz. Pracując o różnych porach, wyobrażał sobie, że jest panem swojego czasu. A gdy około północy wracał do domu z zebrania poświęconego wprowadzeniu mało istotnych przepisów dotyczących ponownego użycia butelek, odnosił wrażenie, że jest trybikiem w machinie władzy. Poprzez gazetowe nagłówki komentował banalne wydarzenia dnia codziennego, by czytelnicy dowiedzieli się, że: „Mężczyzna przechodzi przez parking niezbyt szybkim krokiem”, „Kobiety rozmawiają o deszczu”, a „Telefon dzwoni w pustym pokoju”.

[…]

Punch udawał, że się zastanawia. Odgrywał scenkę, że robi dla Quoyle’a wyjątek, przyjmując go ponownie. Oczywiście tymczasowo. Prawda była taka, że Punch zauważył, iż Quoyle, sam małomówny, inspiruje innych do mówienia. Była to bodaj jedyna umiejętność, jaką posiadł w życiu. Jego uważna postawa i schlebiające przytakiwanie powodowały potok opinii, wspomnień, rozważań, domniemywań, komentarzy, podsumowań i wyjaśnień; wywoływały w innych jak najżywsze, do głębi poruszające reakcje. I tak to wyglądało. Wylany, pomocnik na stacji benzynowej, przyjęty. Wylany, taksówkarz, przyjęty.

[…]

Znalazł się na przyjęciu i tam ją zobaczył. Petal Bear. Szczupła, wilgotna, seksowna. Puściła do niego oko. Quoyle, jak większość dużych mężczyzn, pragnął małej kobiety. Stał tuż obok niej, przy stole z zakąskami. Szare oczy osadzone blisko siebie, kręcone włosy koloru dębu. W świetle jarzeniowej lampy twarz kobiety była blada jak wosk. Na jej powiekach błyszczał cień. Połyskiwanie metalicznych nitek w różowym swetrze sprawiało, że wyglądała jak skąpana w promieniach słonecznych. Uśmiechnęła się, na perłowych wargach błyszczały krople jabłecznika. Dłoń Quoyle’a siłą nawyku pomknęła do podbródka. Ona zaś wybrała ciasteczko z oczami z lukru i migdałowymi ustami. Nie odrywała wzroku od Quoyle’a, gdy jej zęby oddzielały kolejny kęs. Quoyle miał wrażenie, jakby jakaś niewidzialna dłoń wiązała jego wnętrze w skomplikowany węzeł. I co ty na to - powiedziała, słysząc dochodzące z jego strony pomruki. Mówiła szybko. Powiedziała to, co zwykła zawsze mówić: Chcesz się ze mną ożenić, nie? Nie sądzisz, że chcesz tego? Czekała na błyskotliwą odpowiedź. Kiedy mówiła, zmieniała się w jakiś prowokujący sposób, stawała się nasycona erotyzmem, przypominała nurka po opuszczeniu basenu, który lśni przez krótką chwilę, okryty migotliwą jak chrom taflą wody. Tak - odparł twierdząco, bo rzeczywiście tak myślał.

[…]

Nici tęsknoty oplatały Petal Bear, lecz po ślubie nie była to tęsknota za Quoyle’em. Pragnienie zamieniło się w niechęć niczym odwrócona na lewą stronę gumowa rękawiczka. W innych czasach, reprezentując inną płeć, byłaby może Dżyngis-chanem. Pragnąc płonących miast, jęku upadających jeńców, koni zmęczonych objeżdżaniem rozległego terytorium, odnosiła jedynie drobne zwycięstwa w seksualnych potyczkach. Tak to już bywa - powiedziała do siebie. - Tak to już bywa - powtórzyła głośno. W ciągu dnia sprzedawała przeciwwłamaniowe urządzenia alarmowe w Northern Security, nocą zaś zamieniała się w kobietę, którą trudno byłoby wyciągnąć z pomieszczeń zamieszkiwanych przez różnych nieznajomych. Była gotowa kochać się gdziekolwiek, nawet w śmierdzących toaletach albo w schowkach na miotły. Mogła pójść wszędzie z nieznajomym mężczyzną. Potrafiła latać samolotem do nocnych klubów w innych miastach. Schowana za maską wyciętą z opakowania po chipsach, zagrała rolę w filmie pornograficznym. Kredkę do powiek ostrzyła nożem do obierania warzyw, dlatego Quoyle niejednokrotnie się dziwił, skąd na jego serze wzięły się zielone smugi. Nienawidziła nie tyle podbródka Quoyle’a, co jego uniżonego braku pewności siebie, jakby czekał na jej gniew, jakby koniecznie chciał, żeby zadała mu ból. Nie mogła znieść jego gorących pleców, jego ogromnego cielska w łóżku. Niestety, podobała jej się tylko jedna jego część. Mors sapiący obok na poduszce. Tymczasem ona pozostawała zadziwiającym równaniem, które przyciągało wielu matematyków.

[…]

Któregoś wieczoru rozwiązywał w łóżku krzyżówkę. Wtem zorientował się, że wchodzi Petal; słyszał strzępy rozmowy. Drzwi lodówki otworzyły się i zamknęły. Brzęk butelki, odgłosy telewizora, a potem przeciągające się skrzypienie rozkładanego łóżka w saloniku i krzyk obcego. Zbroja obojętności, w której chronił ich małżeństwo, była krucha. Nie wstał, kiedy usłyszał trzask zamykanych drzwi i odgłos odjeżdżającego samochodu - dalej leżał na plecach. Przy każdym jego oddechu słychać było szelest gazety, łzy spływały mu po policzkach do uszu. Jak to możliwe, że odczuwał tak ogromny ból po czymś, co zrobili inni w innym pokoju? „Mężczyzna umiera z powodu złamanego serca”. Jego dłoń powędrowała do stojącej na podłodze obok łóżka puszki z orzeszkami. Rano obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem, lecz on nie powiedział nic, kręcąc się po kuchni z dzbankiem pełnym soku. Usiadł przy stole, filiżanka w jego dłoni drżała. W kącikach ust tkwiła jeszcze sól z orzeszków. Jej krzesło skrzypnęło. Poczuł zapach jej wilgotnych włosów. Pod powieki znowu napłynęły mu łzy. Pławi się w smutku, pomyślała. Wystarczy spojrzeć na jego oczy. Och, Boże, wydoroślej wreszcie - powiedziała Petal. Filiżankę z kawą zostawiła na stole. Trzasnęły drzwi. Quoyle wierzył w sens milczącego cierpienia; nie wiedział, że może ono innych denerwować. Starał się stłumić uczucie i zachowywać poprawnie. Taka już musi być próba miłości. Im większy ból, tym dobitniejszy dowód. Wszystko będzie dobrze, jeśli teraz wytrzyma i jeśli to zniesie. Na pewno będzie dobrze. Lecz wydarzenia zwarły się wokół niego jak sześć ścian metalowej skrzynki.

[…]

I nadszedł rok, kiedy życie cofnęło się jak rzygowiny. Zaterkotały głosy w słuchawce, rozległ się szczęk zwijanego metalu, buchnął płomień. Zaczęło się od rodziców. Najpierw ojciec. Rak wątroby, coraz więcej zwyrodniałych komórek. Miesiąc później na mózgu matki pojawił się guz niczym spoina na odlewie i zepchnął wszystkie jej myśli w jedną stronę. Ojciec obwiniał za to elektrownię. W odległości zaledwie dwustu jardów od ich domu bzyczały elektryczne przewody grube jak węgorze, które przypływały z północy. Od mrugających nerwowo lekarzy wyłudzili recepty na barbiturany i zgromadzili zapas kapsułek. Kiedy uznali, że więcej im nie trzeba, ojciec podyktował, a matka napisała na maszynie pożegnalny list samobójców, proklamację wolnego wyboru i samounicestwienia. Większość zdań zapożyczyli z broszur Towarzystwa Godnego Odejścia. Napisali, że z własnej i nieprzymuszonej woli wybierają spalenie i życzą sobie, by ich popioły zostały rozrzucone. Nadeszła wiosna. Rozmokła gleba pachniała specyficznie. Wiatr szarpał gałęziami drzew, w powietrzu unosił się cierpkawy zapach - jak przy pocieraniu krzemienia o krzemień. W rowach pojawił się podbiał, a w ogrodach jaskrawe plamy tulipanów. Zacinał rzęsisty deszcz. Wskazówki zegarów wskazywały coraz jaśniejsze wieczory. Chmury przesuwały się jak karty w białej dłoni. Ojciec wyłączył bojler. Matka podlała kwiaty w pokojach. Połknęli swoje różnobarwne kapsułki, popijając herbatą ziołową silent nite [z ang. cichy wieczór – przyp. aut.]. Ostatkiem sił ojciec zdążył zadzwonić do redakcji gazety Quoyle’a i zostawić mu wiadomość nagraną na automatycznej sekretarce. „Mówi twój ojciec. Dzwonię do ciebie. Dicky nie ma tam u siebie telefonu. No cóż. Czas, żebyśmy z matką odeszli. Oboje tak postanowiliśmy. Instrukcje dotyczące zakładu pogrzebowego, kremacji i innych spraw są na stole w jadalni.

[…]

Nie dzwoniła. Wpadła tutaj jakieś dwie godziny temu, spakowała swoje ubrania, powiedziała, co mam panu przekazać. Zabrała dzieciaki i odjechała z tym facetem w czerwonym samochodzie. Wie pan, o kim mówię. O tamtym. Powiedziała, że chce się z nim przeprowadzić na Florydę, kazała powiedzieć, że przyśle papiery. Rzuciła pracę i pojechała. Zadzwoniła do szefa i powiedziała: „Ricky, odchodzę”. Kiedy to powiedziała, stałam dokładnie w tym samym miejscu. Mówiła, żeby pan mi zaraz wypisał czek. Nie mogę się w tym wszystkim połapać - powiedział Quoyle z ustami pełnymi zimnego hot-doga. Zabrała dzieciaki? Nigdy ich nie zabierała. „Matka-uciekinierka porywa dzieci”. Tak jakby je zabrała, panie Quoyle. Może coś pokręciłam, ale na końcu powiedziała coś, jakby mieli zostawić dziewczynki u jakichś ludzi w Connecticut. Dzieciaki bardzo się cieszyły, że przejadą się tym małym autem. Prawie nigdzie nie chodzą. Marzą o takiej przygodzie. Ale o czeku wyraziła się bardzo jasno. O moim czeku. Jej ogromne ramiona zniknęły w rękawach dolmana, uszytego z tweedu w purpurowo-złociste cętki. Pani Moosup, na moim koncie jest zaledwie dwanaście dolarów. Godzinę temu zostałem wylany z pracy. Petal miała pani zapłacić. Jeśli o tych trzystu ośmiu dolarach mówi pani poważnie, to żeby pani zapłacić, będę musiał sprzedać nasze płyty kompaktowe. Ale to dopiero jutro. Niech pani się nie martwi, dostanie pani swoje pieniądze. - Nie przestawał sięgać po zimne hot-dogi. Ona tak zawsze mówiła - odparła z goryczą pani Moosup. Zdążyłam się już przyzwyczaić. Ale to żadna frajda pracować za darmo.

[…]

Niektórzy myślą pewnie, że była zła, ale ja uważam, że ona tylko tęskniła do miłości. Myślę, że potrzebowała więcej miłości. I dlatego była taka, jaka była. Gdzieś w głębi duszy nie lubiła samej siebie. Wszystko, co robiła... dodawało jej pewności na jakiś czas. A ja jej nie wystarczałem. Ciotka zastanawiała się, czy Quoyle naprawdę wierzy w tę swoją paplaninę. Domyśliła się, że to on wymyślił tę spragnioną miłości Petal. Wystarczyło jedno spojrzenie na fotografię, na lodowate oczy tej kobiety, na jej sztywną, wyzywającą pozę czy wreszcie na różę, którą Quoyle umieścił w stojącym przed zdjęciem wazonie, i wiedziała, że patrzy na sukę na wysokich obcasach. Quoyle wstrzymał oddech, przyciskając słuchawkę do ucha; świadomość straty zalewała go jak woda wdzierająca się do wnętrza pękniętego kadłuba. Powiedzieli mu, że samochód zjechał z autostrady, stoczył się z porośniętego dzikimi kwiatami nasypu i w końcu się zapalił. Dym spowijał piersi agenta nieruchomości. Włosy Petal były nadpalone, a jej kark złamany. Na autostradę wysypały się gazetowe wycinki: artykuły o ogromnym jaju z Teksasu, o grzybie podobnym do Jaschy Heifetza, o rzepie wielkiej jak dynia i dyni małej jak rzodkiew. Podczas przeszukiwania nadpalonych czasopism astrologicznych i przeglądania ubrań policja znalazła torebkę Petal wypchaną ponad ośmioma tysiącami dolarów w gotówce. W jej kalendarzyku znajdowała się adnotacja o spotkaniu z Bruce’em Cuddem, wyznaczonym na dzień przed wypadkiem. Miała się z nim spotkać w Bacon Falls w Connecticut. Znaleziono też pokwitowanie na siedem tysięcy dolarów wypłaconych za „prywatne usługi”. Zdaniem policji mogło to oznaczać, że sprzedała dzieci Bruce’owi Cuddowi.

[…]

Dziewczynki bardzo mi przypominają Feeny i Fanny, moje młodsze siostry - stwierdziła ciotka, podnosząc i opuszczając głowę. Tak, są niezwykle podobne. Feeny mieszka w Nowej Zelandii, jest biologiem morskim, wie wszystko o rekinach. Tej wiosny złamała biodro. Fanny przebywa w Arabii Saudyjskiej. Wyszła za sokolnika i teraz musi nosić na twarzy tę czarną rzecz. No, chodźcie tutaj dziewczynki i uściskajcie ciotkę - powiedziała. Dziewczynki jednak pobiegły wprost do Quoyle’a i uczepiły się go jak ktoś spadający z okna, kto chwyta się parapetu; jak strumień cząstek elektrycznych, który łukiem wypełnia przerwę i zamyka obwód. Czuć było od nich płynem do mycia naczyń, nasyconym mocno zapachem nagietka i mięty. Ciotka przyglądała im się trudnym do odgadnięcia spojrzeniem. Może wyrażało tęsknotę. Quoyle, pomimo całej udręki, dostrzegł w niej stanowczą starszą panią. Jego jedyna krewna. Zostań u nas - powiedział. Nie wiem, co robić. Spodziewał się, że pokręci odmownie głową, powie, że musi wracać lub może zostać jedynie przez kilka minut.

[…]

Jestem pewna, że stworzymy niezły zespół. Ciotka oparła brodę na dłoni. W miarę jak mijają lata, stwierdzasz, że coraz bardziej ciągnie cię do miejsca, z którego pochodzisz. Kiedy byłam młoda, nigdy nie chciałam ponownie zobaczyć Nowej Fundlandii, ale od kilku lat tęsknota za nią nie daje mi spokoju. Pewnie to jakieś atawistyczne pragnienie odejścia tam, gdzie się wszystko zaczęło. Tak więc w pewnym sensie i ja zaczynam od początku. Mam zamiar przenieść tam mój mały interes. Nic cię nie będzie kosztowało rozglądnięcie się za pracą.

[…]

Partridge zadzwonił dwa dni później. Cieszył się, że jeszcze raz może pomóc Quoyle’owi. Quoyle przypominał mu ogromny bęben świeżo wyprodukowanego papieru gazetowego. Czysty i upstrzony tylko usterkami. Jednak, poza tym niewyraźnym widokiem dostrzegł jakby nikłe światło odbite od widzianego z daleka kołpaka koła; iskrę, która była dowodem na to, że w życiu Quoyle’a istnieje jeszcze szansa na coś wspaniałego. Może na szczęście? Powodzenie? Sławę albo bogactwo? Kto wie, pomyślał Partridge. On sam tak rozsmakował się w życiu, że i Quoyle’owi życzył kilku smakowitych kąsków. To zdumiewające, jak stare układy nie rdzewieją. Taa... Mają tam gazetę. Tygodnik. I szukają kogoś. Jak cię to interesuje, to dam ci jedno nazwisko. Chcą kogoś, kto zajmie się kroniką portową. To musi być gdzieś na wybrzeżu. Potrzebny im jest ktoś, kto ma morskie kontakty. Quoyle, masz takie kontakty? Mój dziadek polował na foki. O Jezu! Ty to potrafisz zasunąć coś z zaskoczenia. W każdym razie gdybyś to wziął, musiałbyś się zajmować pozwoleniami na pracę, sprawami imigracyjnymi i wszystkim, co się z tym wiąże. Miałbyś do czynienia z takimi typami. Dobra. Redaktor naczelny nazywa się Tertius Card. Masz coś do pisania? Podam ci numer. Quoyle zapisał.

[…]

To miejsce, pomyślała, ta skała, sześć tysięcy mil wybrzeża spowitego we mgle. Statki zatopione pod pomarszczoną powierzchnią wody, łodzie przemykające pomiędzy skutymi lodem klifami. Tundra i nieużytki, ziemia skarłowaciałych świerków, które człowiek wyciął i wywiózł. Ilu przybyło tutaj, opierając się o poręcz tak jak ona teraz. Wpatrzeni w skałę wyrastającą z morza. Wikingowie, Baskowie, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy. Zwabieni dorszem, jeszcze w czasach, gdy masowe połowy przyciągały statki płynące na Wyspy Korzenne, spodziewali się znaleźć złote miasta. Obserwator śnił o pieczonej alce i naczyniach z plecionej trawy wypełnionych słodkimi jagodami, a zamiast tego ujrzał załamujące się fale, światełka mrugające wzdłuż relingów. Jedyne miasta to miasta z lodu, góry o wnętrzach z berylu, błękitne klejnoty wewnątrz białych, które - zdaniem wielu - pachniały migdałami. Jako dziecko czuła ten zapach. Zwiadowcy powracali na pokład umazani krwią po ukąszeniach owadów. Mokro, wszędzie mokro, wyspa, mówili, to jedno bagno i moczary, rzeki i połączone ze sobą stawy pełne ptaków wydających metaliczne dźwięki. Statki płynęły wokół przylądków, ocierając się o skały. Obserwator dostrzegł ginące we mgle karibu. Później niektórzy uznali wyspę za siedlisko złych duchów. Z wiosennym głodem pojawiły się przypominające szkielety postacie. Z niesłychaną desperacją trzymali się życia, pragnęli przetrwać najcięższe czasy. Morze niczym alchemik zamieniało rybaków w mokre kości, unosiło łodzie wśród ławic dorszy i wyrzucało je na brzeg. Pamiętała dawne opowieści: o ojcu, który zastrzelił siebie i najstarsze dzieci, żeby pozostali mogli wyżywić się okruchami, o łowcach fok dryfujących na krze, która coraz bardziej się zanurzała, dopóki jeden z nich nie skoczył do morza, o wyprawach po lekarstwa w czasie burzy, zawsze coś nie tak i za późno. Nie widziała tych wód od czasów, kiedy była małą dziewczynką, lecz natychmiast powróciły wspomnienia: hipnotyczne wrzenie morza, zapach krwi, wiatru i soli, rybich głów, świerkowego dymu i potu, grzechotanie kamieni niesionych przez syczącą falę, nurzyki, smak rosołu, sypialnia tuż pod dachem.

[…]

I wreszcie stanął jej przed oczami ojciec, Harold Hamm, zmarły na miesiąc przed ich wyjazdem, zabity, gdy w czasie przeładunku zawiodło zabezpieczenie. Wyładowywali beczkę z gwoździami. Strop, do którego była podwieszona, nie wytrzymał obciążenia i beczka spadła. Jej żelazna obręcz uderzyła go w kark, przemieściła kręgi i strzaskała kręgosłup. Sparaliżowany gasł powoli na terenie przystani. Nie mógł mówić; kto wie, jakie myśli rozbijały się o brzeg jego rozgorączkowanego mózgu, kiedy żona i dzieci schylały się nad nim, wołając: ojcze, ojcze! Nikt nie wymówił jego imienia, tylko to „ojcze” - jakby ojcostwo było czymś niezwykle doniosłym w jego życiu. Wszyscy płakali, nawet Guy, który dbał tylko o siebie. Jakie to dziwne, myślała, wracać tam z pogrążonym w smutku bratankiem i prochami Guya. Przejęła urnę od płaczącego Quoyle’a i zaniosła na górę do pokoju gościnnego. Leżała, nie mogąc zasnąć. I myślała, że mogłaby wsypać prochy Guya do plastykowej torby ze sklepu, związać sznureczkiem i wrzucić do klozetu. Zastanawiała się, co zmieniło się bardziej: ona czy miejsce? Kiedyś to miejsce emanowało siłą. Zadrżała. Teraz będzie lepiej. Pochyliła się nad poręczą, patrząc w ciemne wody Atlantyku, który prychał nonszalancko na mroki przeszłości.

[…]

Ciotka zakreśliła na mapie Quoyle’s Point. Cypel położony na zachodniej stronie Omaloor Bay wrzynał się w ocean jak zgięty kciuk. Kiedyś stał na nim dom. Teraz może zniszczony, ograbiony, spalony albo niesiony przez fale. Kiedyś. Widoczna na mapie zatoka przypominała jasnoniebieską flaszkę alchemika, do której wlano ocean. Statki wpływały do zatoki przez szyjkę tej flaszki. Na wschodnim wybrzeżu osada Flour Sack Cove, a trzy mile poniżej miasteczko Killick-Claw. Na samym dole znajdowały się zabudowania rozrzucone w mniejszych zatoczkach. Ciotka sięgnęła po broszurę do płaskiej, czarnej torebki. Przeczytała o urokach Killick-Claw, zaznajomiła się ze statystyką dotyczącą nabrzeża, przetwórni ryb, portu przeładunkowego i restauracji. Ludność - dwa tysiące. Możliwości nieograniczone. Będziesz pracował w Flour Sack Cove, tak? To dokładnie naprzeciw Quoyle’s Point. Jakieś dwie mile przez wodę. Za to kawał drogi lądem. Kiedyś rano i wieczorem pływał prom z Capsize Cove do Killick-Claw. Ale pewnie już go nie ma. Gdybyś miód łódź z silnikiem, mógłbyś sam pływać. Jak się dostaniemy do Quoyle’s Point? - spytał. Wyjaśniła, że jest boczna droga odbijająca od głównej szosy, która na mapie zaznaczona jest kropkowaną linią. Nie podobały mu się drogi, które mijali, a szczególnie te, które na mapie zaznaczono kropkowanymi liniami. Żwir, błoto, wertepy prowadzące donikąd.

[…]

Pół godziny później wyruszyli w kierunku domu; Sunshine na ramionach ciotki, Bunny na plecach Quoyle’a, na końcu kuśtykający pies. Wiatr wiał teraz tuż nad ziemią, unosząc mgłę. Co jakiś czas ukazywała się pomarszczona zatoka. Ciotka wskazywała, wyciągając ramię. Ujrzeli mały trawler znajdujący się w połowie drogi do cieśniny; ślad, jaki pozostawiał, przypominał odsłonięty rąbek halki. Bunny siedziała na plecach Quoyle’a, dłonie zaciskała pod jego brodą, kiedy pokonywał zarośla. Dom był zielony jak trawa, pochylał się we mgle. Bunny cierpliwie znosiła dłonie ojca na swoich kolanach, zapach włosów, narzekania, że waży tonę, że za chwilę go udusi. Dom kołysał się w rytm jego kroków, kiedy szedł przez falujący ocean karłowatej brzozy. Od tej zieleni robiło jej się niedobrze. Teraz już dobrze - powiedział, rozwierając jej palce. Minęło sześć lat od urodzenia Bunny, a z każdym dniem jej odpływająca łódź oddalała się od brzegu, którym był ojciec. Już prawie doszliśmy, jesteśmy prawie na miejscu - wyrzucił z siebie Quoyle zdyszany jak umęczony koń. Postawił ją na ziemi. Razem z Sunshine biegały tam i z powrotem. Ich głosy powracały odbite przez ściany domu, głuche, obce. Posępny budynek stał na skale. Charakterystyczną cechą były dwa małe okna umieszczone po obu stronach większego, jakby dorosła osoba opiekuńczym gestem otaczała ramionami dzieci. Nadświetle nad drzwiami. Quoyle zauważył, że brakuje połowy szyb. Farba łuszczyła się na drewnianych ścianach. Dziury w dachu. To cud, że jeszcze stoi. Dach wciąż jest prosty - stwierdziła ciotka. Drżała. Zobaczymy w środku - powiedział Quoyle. Pewnie podłoga zapadła się do piwnicy. […] Potem weszli do środka. Ciotka wspięła się po kręconych schodach, a Quoyle badał podłogę, powtarzając wciąż, żeby uważały. Kurz wzbił się w powietrze i wszyscy zaczęli kichać. Zimno, pleśń; przechylone drzwi na obluzowanych zawiasach. Krawędzie schodów lekko wklęsłe, wytarte niezliczonym wchodzeniem i schodzeniem. Tapety odkleiły się od ścian. Na strychu pierzyna, z mapami plam na poszwie, gubiła pióra. Dzieci biegały tu i tam. Te pokoje, nawet kiedy były nowe, musiały wyglądać ubogo i beznadziejnie. Jeszcze jeden dolar dla mnie! - wrzasnęła Bunny, obracając się na pięcie na pokrytej brudem podłodze. Przez okno widać było chłodną równinę morza. Quoyle wyszedł na zewnątrz. Zapach wiatru wydał mu się równie słodki jak łyk wiosennej wody w spragnionych ustach. W domu ciotka prawie zaszlochała, zanosząc się kaszlem. Jest stół, cholerny stół, stare krzesła, jest też piec, o Boże, miotła wisi na ścianie tak jak zawsze! - krzyknęła i chwyciła drewnianą rączkę. Przegniły węzeł puścił, słoma wypadła spod trzymającego ją drutu i w dłoni ciotki pozostał tylko kij. Spojrzała na przerdzewiałą rurę pieca, na zniszczone nogi stołu i krzesła. Potrzebuje solidnego odgrzybienia. Matka zawsze tak mówiła. Krążyła po pokojach, brała do ręki zdjęcia, których potłuczone szklane oprawy leżały na podłodze. Zatrzymała się nad pamiątkową fotografią zmarłej kobiety, oczy przymknięte, nadgarstki owinięte białym płótnem. Ciało ułożono na kuchennym stole, trumna stała obok, oparta o ścianę.

[…]

Znalazła się sama na tyłach domu. Karłowate drzewa rosnące u samego podnóża skały. Zapach żywicy i soli. Za domem skalna półka. Potok spływający w rozpadlinę. Także ta strona domu, osłonięta przed słońcem, miała kolor zgniłej zieleni. Bunny spojrzała w górę i ściany wybrzuszyły się, jakby miały na nią opaść. Odwróciła się; zarośla poruszyły się jak nogi pod kocem. Ujrzała dziwnego psa: biały, zniekształcony, o skołtunionej sierści. Jego oczy lśniły jak mokre jagody. Stał, wpatrując się w nią. W otwartym, czarnym pysku widać było zęby, jakby jego wnętrze porastały sztywne włosy. W następnej chwili zniknął jak dym. Krzyknęła przeraźliwie. Stała w miejscu, ciągle krzycząc, a kiedy przybiegł Quoyle, rzuciła się w jego ramiona, prosząc głośno, by ją uratował. Chociaż przez następne pół godziny przeszukiwał zarośla, młócąc kijem, nie znaleźli żadnego psa. Ciotka wyjaśniła, że w dawnych czasach, kiedy listonosz jeździł zaprzęgiem i psy pomagały ściągać drewno na opał, wszyscy je trzymali. Może teraz włóczą się jeszcze jacyś zdziczali potomkowie tamtych psów, dodała bez przekonania. Warren powąchała bez entuzjazmu trawę i nie chciała pójść śladem. Nie odchodźcie teraz same. Zostańcie z nami. Ciotka zrobiła minę do Quoyle’a, która miała oznaczać^ Co? Że dziewczynka jest zbyt nerwowa. Spojrzała w dół na zatokę, przesunęła wzrokiem wzdłuż brzegu, wzdłuż fiordów, urwistych klifów wznoszących się nad wzburzoną wodą. Podrywały się z nich wciąż te same ptaki, niczym rakiety sygnalizacyjne, swoim krzykiem przecinając powietrze. Horyzont pociemniał. Stara siedziba Quoyle’ów, częściowo zrujnowana, samotna, ściany i drzwi wygładzone twardym życiem zmarłych pokoleń. Ciotka poczuła ogarniające ją ciepło. Nic nie jest w stanie wygnać ich po raz drugi.

[…]

Został tylko pokój deluxe i apartament małżeński oświadczył recepcjonista, przecierając zaczerwienione oczy. – Burza zaskoczyła tu mnóstwo ludzi, a poza tym mamy dzisiaj turniej gry w strzałki. Brian Mulroney, premier, spał w tym pokoju w zeszłym roku, kiedy tędy przejeżdżał. Duży pokój, cztery łóżka, w tym dwa dziecięce. Jego goryle spali na dziecięcych. Sto dziesięć dolarów za noc. Nie mieli wyboru. Recepcjonista wręczył Quoyle’owi ozdobny klucz z numerem 999. Obok kasy stał kosz pełen nakręcanych pingwinów i Quoyle kupił po jednym dla dziewczynek. Zanim opuścili hol, Bunny zdążyła złamać skrzydła swojego pingwina. Za sobą, na dywanie, zostawili mokrą ścieżkę. Pokój numer 999 znajdował się dziesięć stóp od głównej szosy, miał duże okna, które wychodziły wprost na nią. Światła reflektorów wszystkich pojazdów wjeżdżających na parking osuwały się po ścianie ich pokoju niczym surowe jajko wbite do oleju. Klamka od wewnątrz została Quoyle’owi w dłoni, więc umieścił ją ostrożnie na swoim miejscu. Później pójdzie do recepcji po śrubokręt i przykręci ją. Rozejrzeli się po pokoju. Okrągła sofa służyła za jedno z łóżek. Dywan pokryty śladami zabłoconych stóp. Nie ma szafy na ubrania – powiedziała ciotka. Pan Mulroney pewnie spał w garniturze. Toaleta i prysznic wciśnięte do małej kabiny. Umywalka umieszczona tuż obok telewizora miała tylko jeden kurek. W miejscu drugiego była dziura. Przewody telewizora zwieszały się aż do podłogi. Jego górna część wydawała się jakby stopiona, najwyraźniej rozpalono na nim ognisko. Nic nie szkodzi - ziewnęła ciotka - lepsze to niż spanie w samochodzie. Rozejrzała się za kontaktem. Kiedy go przekręciła, pojawiło się purpurowe jarzenie.

[…]

Droga do Flour Sack Cove pięła się w górę z Killick-Claw, pokonywała wzniesienie i opadała ku domom i wyciągniętym na brzeg łodziom. Rybie łuski, rusztowania z okorowanego świerku, pochodzące jeszcze z dawnych czasów, kiedy przygotowywano na nich solonego dorsza. Minął dom pomalowany na biało-czerwono. Drzwi zamknięte, nieruchome. Minął kilka przystani i szop ze sprzętem rybackim. Garbate skały przykryte welonami sieci. Nie miał wątpliwości, że dojechał do siedziby gazety. Nad drzwiami wisiał przybity gwoździem emblemat. Napis PLECIUCHA wypisany nad wymalowaną kaczką edredonową. Quoyle zaparkował przed budynkiem obok dwóch półciężarówek: zardzewiałego, dość nowego modela dodge’a i starszej, lecz lśniącej toyoty. Z wnętrza biura dochodziły jakieś krzyki. Drzwi gwałtownie otworzyły się do wewnątrz. Jakiś mężczyzna wyszedł szybko i wskoczył do toyoty. Rura wydechowa zadrżała. Silnik zacharczał i zamilkł, jakby zawstydzony. Mężczyzna popatrzył na Quoyle’a. Wysiadł z samochodu i podszedł do niego z wyciągniętą dłonią. Policzki miał poznaczone bliznami po pryszczach. Jak widzisz - powiedział - czasem nie da się zwiać. Jestem Tert Card, cholerny redaktor naczelny, maszynistka, facet od makiet, szef działu reklamy, facet zajmujący się pocztą i dystrybucją, a także odśnieżaniem. A ty jesteś albo dzianym gościem od reklamy, który chce zamówić czterostronicowe ogłoszenie zachwalające japońskie buty z lewej nogi, albo panem Quoyle’em, którego oczekujemy z zapartym tchem. W jego głosie pobrzmiewała nuta gderliwości. Diabeł dawno już upodobał sobie Terta Carda, wypełniając go, niczym róg obfitości, drażliwością i irytacją. Jego drugie imię zaczynało się na X. Twarz przypominała rozgnieciony widelcem twaróg.

[…]

Omaloor: ogromny, tępawy, niezdarny, głupawy typ. Pełno ich było po drugiej stronie zatoki - wskazał na Quoyle’s Point - i stąd wzięła się nazwa. - Puścił oko do Quoyle’a, który zastanawiał się, czy powinien się uśmiechnąć. Zrobił tak. Siedzący przy oknie mężczyzna słuchał radia. Tłuste włosy miał zaczesane za uszy. Oczy osadzone blisko siebie, wąsy. Obok niego leżała paczka importowanych daktyli. Wstał, żeby uścisnąć dłoń Quoyle’a. Niezdarny patyczak. Muszka w szkocką kratę i paskudny pulower. Brytyjski akcent sączył się z jego płaskiego nosa. Nutbeem - powiedział. Nutbeem z Arktyki. Wykonał namiastkę salutowania. Imitacja postaci z jakiegoś starego wojennego filmu. To jest B. Beaufield Nutbeem - powiedział Tert Card. Żałosny, paskudny Brytol wyrzucony już rok temu na brzeg niegościnnej Nowej Fundlandii. Między innymi wydaje mu się, że jest szefem wiadomości ze świata. Kradnie je z radia i przepisuje w swoim własnym kwiecistym języku. Które to cholerny, obrzydliwy Card ma czelność przerabiać na swój własny obłąkany sposób. To właśnie uczynił ten szczur klozetowy.

[…]

Przeciwległy kąt pokoju oddzielało przepierzenie z wiórowej płyty. To jest biuro Jacka - powiedział Card. A tutaj jest twój kącik, Quoyle. Zatoczył szeroki łuk ramieniem. Biurko, połowa szafki (zamiast górnej, odpiłowanej połowy przybity kawałek sklejki), książka telefoniczna prowincji Ontario z 1983 roku, obrotowe krzesło z jedną poręczą. Obok biurka stała lampa, jaką można było znaleźć w hotelowym holu w latach trzydziestych: gruby, czerwony przewód przypominający szczurzy ogon i wtyczka wielkości piłki baseballowej. Co mam robić? - spytał Quoyle. Jakie zadanie ma dla mnie pan Buggit? Ach, o tym tylko on sam może ci powiedzieć. Na razie chce, żebyś siedział spokojnie i zaczekał na niego. Powie ci, co ma dla ciebie. Masz przychodzić tutaj rano, a on pojawi się któregoś pięknego dnia i wyjawi ci wszystko. Poczytaj stare egzemplarze „Pleciuchy”. Zapoznaj się z gazetą. Przejedź się trochę po okolicy i poznaj wszystkie nasze cztery drogi. - Card odwrócił się do swojego komputera.

[…]

Quoyle przewracał kolejne strony. Zamrugał, ujrzawszy zdjęcia rozbitego samochodu na stronie tytułowej. Raporty dotyczące napastowania seksualnego - w każdym numerze trzy lub cztery. Niedźwiedzie polarne na krze. Kronika portowa wyglądała dość nieciekawie - zawierała głównie listę statków przebywających w porcie. Albo wypływających z niego. „Kiedy jesteś głodny” - pod tym nagłówkiem umieszczono przegląd restauracji prowadzony przez Benny'ego Fudge’a i Adonisa Collarda; ich nazwiska widniały pod dwoma brudnymi zdjęciami. Twarz Fudge’a wyglądała jakby ulepiona z resztek mięsa. Collard miał na głowie czapkę, która zakrywała mu oczy. Czytając, Quoyle wzdrygnął się.

„Zastanawiacie się, gdzie przekąsić coś gotowego? Dlaczego nie w Cod Hop u Grudge’a? Okno frontowe sali głównej wychodzi na autostradę. Siedząc przy intymnie oddzielonych stolikach, możecie obserwować przejeżdżające ciężarówki! Tak jak my. Zamówiliśmy «Porcję rybnych płatów», na którą składały się trzy kawałki smażonej ryby, surówka z kapusty i pokaźna porcja frytek za pięć dolarów i siedemdziesiąt centów. Napoje trzeba kupić osobno. Z «Porcją rybnych płatów» powinniście dostać obiadową bułkę, lecz my otrzymaliśmy kromkę chleba. Rybie płaty były chrupiące i smakowite. Można też wybrać między sokiem z cytryny a sosem tatarskim. Obaj wzięliśmy sos tatarski. Możesz też zamówić przy ladzie”. „Wiadomości lokalne” Billy’ego Pretty’ego - zbieranina wierszy, fotografii dzieci, wzorów kilimów na ścianę. Stały kącik: jak zbudować domek dla ptaków z blaszanych puszek, tekturową pochwę na siekierę, urządzenie do przewracania bekonu ze starego widelca. Przepisy na „pieczone diabliki”, wino z derenia i groszek z ikrą. [...] „Oto listonosz wylądował w więzieniu na czterdzieści pięć dni za wyrzucenie poczty do wody w Killick-Claw Harbour. Powiedział, że ma zbyt dużo przesyłek do doręczania, i jeśli ludzie chcą, to mogą je sobie sami wziąć. No cóż, myślę, że w takiej sytuacji może się przydać umiejętność pływania. Biedna pani Tudge została we wtorek potrącona przez turystę podróżującego swoim luksusowym samochodem. Przebywa w szpitalu w niezbyt dobrym stanie. Wiemy, że samochód też ma się nie najlepiej. Policja konna bada sprawę pożaru, w wyniku którego wczesnym rankiem spłonęła przetwórnia ryb Pinhole Seafood na Shebeen Island; możliwe, że będą w tej sprawie wypytywać pewnego osobnika w jednej z zatoczek wyspy. Nieszczęśliwy wypadek w czasie jazdy śniegołazem kosztował życie Ricka Puffa liczącego siedemdziesiąt osiem lat. Pan Puff wracał z - jak to określiła pani Puff - «pohulanki», kiedy lód załamał się pod jego pojazdem. Pan Puff był znanym akordeonistą, którego kiedyś filmowała uniwersytecka ekipa filmowa. W latach siedemdziesiątych odsiedział cztery lata za seksualne molestowanie swoich córek. Daję głowę, że się specjalnie nie zmartwiły. A teraz dobre wiadomości! Podobno pies Kevina Mercy’ego zwany Gryzakiem zginął pod lawiną na Chinese Hill. A co my tam czytamy w zagranicznych gazetach na temat porywaczy przysyłających pocztą rodzinie lewe ucho sycylijskiego biznesmena, którego porwano? Można się zdziwić, czytając, jak żyją inni!”.

[…]

W poniedziałkowy ranek, po tygodniu pracy w gazecie, zobaczył, że drzwi biura Jacka Buggita są uchylone. Sam Buggit siedział odchylony na drewnianym krześle z papierosem wetkniętym za ucho i mruczał do telefonu „hmmm”. Zakreślił dłonią dwa kółeczka, dając Quoyle’owi znak, by przyszedł do niego. Quoyle usiadł na krześle z oberwaną krawędzią, która wrzynała mu się w uda. Dłoń na brodzie. Zza przepierzenia dochodziło mamrotanie radia Nutbeema, stukot klawiszy komputera, skrzypienie stalówki pióra starego Billy’ego Pretty’ego, którą maczał w butelce. Jack Buggit wyglądał dość nietypowo jak na wydawcę gazety. Drobny, o rudawym czole; wiek jakieś, pomyślał Quoyle, czterdzieści pięć, dziewięćdziesiąt pięć lat. Broda pokryta szczeciną zarostu, obwisła szyja. Potargane włosy, opadające niechlujnie. Palce miały kolor ochry z powodu nieustannego palenia papierosów. Ubrany w oblepiony rybimi łuskami kombinezon położył na biurku nogi, na których miał gumowe buty z czerwonymi podeszwami. […] Tak więc, Quoyle, siedzimy w głównej kwaterze „Pleciuchy”, która nieźle sobie radzi, a w której teraz i ty pracujesz. Opowiem ci, jak do tego wszystkiego doszedłem. Żebyś miał jasność. Pewnie zorientowałeś się, że nie ukończyłem dziennikarstwa. - Kącikami ust wypuścił obłoczki dymu i spojrzał w górę, jak marynarz spoglądający na gwiazdy. - Kanibalizm uratował mojego praprapradziadka przed śmiercią. Osiedliliśmy się właśnie tutaj, w Flour Sack Cove, teraz pozostało tu już tylko kilka rodzin. Buggitowie łowili na tych wodach, polowali na foki, wypływali daleko, robili wszystko, co pozwalało im zarobić na życie. Kiedy byłem młody, łowiliśmy głównie przy brzegu. Miałeś swój skif, swoje sieci. Niełatwo było znaleźć ryby. Prawdziwe jest powiedzenie, że „ryba nie pływa z dzwonkiem na szyi”. Mało kto dorównywał Billy'emu Pretty’emu. Potrafił przewidywać pogodę tak dobrze, jak opisać z pamięci dziury we własnym materacu. Nie skłamię, jeśli powiem, że może podać bezbłędnie nazwę każdego wraku na tym wybrzeżu. Trzeba było wypruwać sobie flaki, harować bez końca; zdrzemnąłeś się tu i tam odrobinkę i dalej do roboty w nocy przy pochodniach; dłonie i nadgarstki miałeś całe w pęcherzach, ale robota nie ustawała. Odkąd nauczyłem się je leczyć, nigdy już ich nie miałem. Wystarczy obciąć paznokcie w poniedziałek i masz spokój. Teraz wszyscy tak robią! Wiesz, jak szybko spec potrafi wypatroszyć rybę? Nie, widzę, że nie wiesz. Trzydzieści ryb na minutę, chociaż tobie to i tak nic nie powie. Pomyśl tylko. Oczyścić trzydzieści ryb na minutę! Moja siostra robiła to z zamkniętymi oczami. - Urwał na chwilę. Siedział, oddychając głęboko. Zapalił kolejnego papierosa i wypuścił dym.

[…]

To były ciężkie czasy, ale dawały pewną satysfakcję. Tak, było ciężko. Cholernie ciężko. Posłuchaj niektórych historii, a osiwiejesz w jedną noc. Ja mogę ci je opowiedzieć. Wtedy istniały dzikie, okrutne miejsca, w których ludzie robili, co chcieli. Ty pewnie możesz coś na ten temat powiedzieć, zważywszy, kim jesteś! Ale wiele się zmieniło. Kiedy to cholerne miejsce poddało się twardym czasom i zawiązało konfederację z Kanadą, jaki był tego rezultat? Oczywiście rząd. Och, taa, Joey Smallwood powiedział: „Chłopcy, wyciągnijcie łodzie na brzeg, spalcie zwiskładki i zapomnijcie o rybołówstwie. Teraz każdy Nowofundlandczyk będzie mógł mieć przynajmniej dwa zawody”. - Roześmiał się ponuro, ukazując cztery zęby, i zapalił następnego papierosa. - Wtedy byłem jeszcze frajerem i mu uwierzyłem. Przez jakieś dziesięć lat pozwalałem się naciągać. Pewnie, że chciałem tego wszystkiego: elektryczności, dróg, telefonów, radia. Chciałem opieki zdrowotnej, a jakże, poczty, dobrej szkoły dla dzieciaków. I niektóre z tych rzeczy dostałem, ale nie pracę. A rybołówstwo upadało, coraz bardziej upadało przez czterdzieści lat. Ten cholerny kanadyjski rząd dawał prawa łowieckie całemu światu, ale nas wykopywał z interesu. Przeklęte obce trawlery. To one zgarniają wszystkie ryby. A potem jeszcze cholerny Greenpeace, próbujący zakazać polowania na foki. Dobra, powiedziałem sobie, kiedy zobaczyłem, że koniec z łowieniem, dobra, powiedziałem sobie, teraz już będę mądry, zatańczę tak, jak chce tego rząd. Idę więc do Kanadyjskiego Biura Zatrudnienia w Killick- Claw i mówię: „No to jestem. Szukam pracy. Co macie dla mnie?” A oni mi na to: „A co potrafisz robić?” „No cóż, mówię. Potrafię łowić. Zimą pracowałem w lesie”. „Nie, nie, nie. Nie potrzebujemy rybaków. Nauczymy cię czegoś bardziej pożytecznego”.

[…]

A teraz ty. Chcę, żebyś zajął się wypadkami samochodowymi. No wiesz, piszesz artykuł, robisz zdjęcia. Co tydzień na stronie tytułowej dajemy zdjęcie z kraksy, bez względu na to, czy był jakiś wypadek czy nie. To nasza zasada. Żadnych wyjątków. Tert ma dużą kolekcję zdjęć powypadkowych. Jeśli nie mamy nowych, trzeba sięgnąć do zbiorów. Ale zwykle nie brakuje bieżących. Tłumy z Horncup dostarczają nam nowych materiałów. Tert pokaże ci, gdzie jest aparat. Jemu będziesz oddawał filmy. Wywołuje je w domu. A teraz kronika portowa. Weź listę od komendanta portu. Statki, które przypływają do Killick-Claw i które wypływają. Co roku jest ich więcej. Mam przeczucie, że to wypali. Na razie musimy improwizować. Zorientuj się, co się da zrobić.  Tak jak mówiłem przez telefon – powiedział Quoyle – nie mam wielkiego doświadczenia ze statkami. Wypadki samochodowe! Z przerażeniem pomyślał o tym, że będzie musiał oglądać krew i umierających ludzi.

[…]

Tam właśnie po raz pierwszy pomyślałem o łodzi - powiedział Nutbeem, wyjmując daktyla z paczki leżącej na biurku. Chyba dlatego, że mieszkałem na wybrzeżu i codziennie patrzyłem na wodę i łodzie. Wciąż oglądałem jangada - te niesamowite malutkie łódki rybackie, które właściwie są platformami skleconymi z kilkunastu niegrubych bali, coś takiego jak tratwy balsa, zbite drewnianymi kołkami i powiązane włóknami. Napędzane wiatrem, a sterowane wiosłem. Kiedyś świat składał się głównie z węzłów i wiązadeł, wszystko poddawało się, gięło elastycznie, tak, tak było, zanim nastały barbarzyńskie gwoździe i śruby. Rozumiesz coś z tego? Z daleka wydawało się, że rybacy stoją w wodzie. Naprawdę w niej stali. Woda zalewała tratwę, a oni stali po kostki w wodzie. Wstał i zaczął chodzić po pokoju z uniesioną brodą. Tak samo robili dawniej komatiki, sanie - wtrącił Billy. Bez jednego gwoździa. Wszystko powiązane ścięgnami i rzemieniami. Nutbeem zignorował jego uwagę. Podobały mi się te łodzie, ale nic w tym kierunku nie zrobiłem. Kiedy interesy z tym śmierdzącym śledziem z „Timesa” wzięły w łeb - wciąż wylegiwał się na swoim wodnym materacu, grając na papierowym grzebieniu i popijając czarny rum - poleciałem do Houston w Teksasie, tylko nie pytaj, dlaczego, i kupiłem turystyczny rower. Rower, nie motocykl. A potem popedałowałem do Los Angeles. Najstraszniejsza podróż w moim życiu. Apsley Cherry-Garrard i Scott wysiadają ze swoimi przygodami na biegunie. Przeżyłem burze piaskowe, straszliwe, śmiertelne upały, niesamowite pragnienie, mroźne wichry, ciężarówki, które próbowały mnie zabić, defekty roweru, północne wichry, ulewne deszcze i powodzie, wilki, ranczerów w jednosilnikowych samolotach zrzucających pyłowe bomby. I mówię ci, Quoyle, jedyne, co trzymało mnie przy życiu, to myśl o malutkiej łodzi, o słodkiej żaglóweczce, która mknie cicho po chłodnej wodzie. Przysięgałem sobie, że jeśli kiedyś zsiądę z tego pieprzonego siodełka, które wtedy przyrosło mi do dupy, jeśli kiedyś zwlokę się z niego, to pojadę nad morze i nigdy już się stamtąd nie ruszę.

[…]

Kapitan portu wyciągnął inną księgę. Okładka ze sklejki, na której wypalono chwiejnymi literami: ODJAZDY. Cha, cha, myślałem, że kapitan ma do dyspozycji komputer - powiedział Quoyle. Zdaje się, że trzeba się nieźle napracować nad tymi księgami raportowymi. Kapitan portu wskazał na wnękę za kontuarem. Ekran monitora miał kolor gotującego się mleka. Kapitan naciskał klawisze i wyskakiwały wypisane granatowymi literami nazwy statków, ich tonaże, właściciele, miejsce rejestracji, ładunki, daty przypłynięcia i odpłynięcia, miejsca ostatniego postoju, miejsca kolejnego portu, daty wypłynięcia z portów macierzystych, składy osobowe załóg, nazwiska kapitanów, daty urodzenia, numery polis ubezpieczeniowych. Kapitan portu wcisnął kolejny klawisz i zaterkotała drukarka, papier opadał do plastykowego kosza. Oderwał poszczególne strony i wręczył je Quoyle’owi. Ot i cała kronika portowa.

[…]

To on właśnie poróżnił ojca i syna, Jacka i jego najmłodszego syna, Dennisa. Dennisa - powtórzył Quoyle. Dennis ma naprawiać nasz stary dom. Na Quoyle’s Point. Może i byłem w tym domu - powiedział Diddy Shovel obojętnym głosem. Jako chłopiec. Dawno, bardzo dawno temu. Dennis, tak, dobry z niego cieśla. Lepszy cieśla niż rybak. A i Jackowi lżej, szczególnie po tym, co się przydarzyło Buggitom na morzu. Jack okropnie boi się morza, chociaż tyle czasu spędza na wodzie. Nie chciał, żeby jego chłopcy zostali rybakami. A oni, oczywiście, obaj wariowali na punkcie łowienia. Jack tłumaczył im, że to ciężkie życie, z którego nic nie ma poza biedą i zrujnowanym zdrowiem. No i wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że któregoś dnia znajdziesz się sam pod cholernie zimnym lodem. To właśnie przytrafiło się jego najstarszemu chłopakowi, Jessonowi. Statek naładowany rybami pokrył się lodem przy Baggy Banks i przewrócił się, gdy pogoda się zepsuła. Przepowiadali bardzo silny wiatr, a w rzeczywistości zerwał się sztorm. Na brzegu straszliwa srebrzysta szklanka, im piękniejsza, tym bardziej niebezpieczna. Napij się jeszcze herbaty. Nalał Quoyle’owi czarnej herbaty, od której język zupełnie mu zesztywniał. Dennis idzie więc na ucznia do znanego cieśli z St. John’s, Briana Corkeryego, tak się chyba nazywał i uczy się u niego gruntownie fachu.

[…]

Witam, witam - odezwał się Nutbeem. Jego długie nogi przypominały rozwierające się i zamykające nożyczki, gdy szedł przez pokój, by uścisnąć dłoń ciotki i wręczyć jej butelkę vin du France reserve de Terre Neuve. Uścisnął też dłoń Quoyle’a i rozejrzał się uśmiechnięty, jakby podziwiał nowe widoki. Usiadł na krześle stojącym najbliżej Warren; jego zgięte kolana znalazły się całkiem blisko ramion. Zerknął na zawiniątko. Pomyślałem sobie, że zajrzę - powiedział. Opowiem ci do końca o mojej łodzi. W redakcji nie da się pogadać. Mam na zbyciu węzłówkę, dam ci do twojej łodzi. Stary Buggit wściekł się, jak ją zobaczył, ale może ci się przydać. Tylko bądź ostrożny. Z nikim innym nie mogę tutaj pogadać. Nie gadałem z nikim od czasu mojego przyjazdu. Osiem miesięcy. Przez osiem miesięcy nie zamieniłem z nikim cywilizowanego słowa. Dlatego pomyślałem sobie, że wpadnę po kolacji, żeby poznać pannę, panią Hamm – podpowiedziała ciotka. Agnis Hamm. Jest mi bardzo miło, pani Hamm. Wie pani, jedną z tragedii prawdziwego życia jest to, że nie ma ono muzycznego tła. Przyniosłem ze sobą kilka taśm. Trochę jemeńskiego blaszanego bębnienia, trochę algierski raj, tacy tam artyści. To na wypadek, gdybyście mieli magnetofon. Nie? Niezła tu speluna, co? No cóż, musicie kiedyś mnie odwiedzić i posłuchać. Chociaż u mnie trochę ciasno. Mieszkam w przyczepie. Ale sami się przekonacie. Muszę was zaprosić na jedno z moich curry. Mam nawet taśmy z miejscowymi nagraniami. We Fly-By-Night, tam zostałem wyrzucony na brzeg, nagrałem takiego dziwnego typka, jest ekspertem od, jak oni to nazywają, mruczanki, żadnych instrumentów, po prostu wybiera melodię i wypuszcza nosem te niewiarygodne strumienie nonsensownych sylab. Zupełnie jak na giełdzie tytoniowej: „Łubi-dubi dubi-dubi-łubi-dubi dybi-o!”.

[…]

Chyba wypiję szklaneczkę piwa, gdyby pani tak zechciała przy okazji. Ciotka pochyliła czerwoną twarz; zmarszczki wokół jej ust przypominały kleszcze. Nie sposób było powiedzieć, czy słucha Nutbeema, czy może wznosi się nad Himalajami. Nutbeem wypił do końca swojego lagera i podniósł dłoń, prosząc stojącą obok kelnerkę o kolejną szklankę. Przez cały czas zajmowałem się pisaniem recenzji książek dla niezwykle wysublimowanego czasopisma zajmującego się krytyką zrozumiałą jedynie dla wydawców. Straszne tłuki. I tak, żerując na moim wuju i żyjąc na cienkich zupkach, udało mi się zaoszczędzić tyle pieniędzy, bym mógł wynająć konstruktora, który wyrysował mi dżonkę na tyle prostą, żebym mógł ją zbudować w domu z półcalowej żeglarskiej sklejki. Ach, pani Hamm, szkoda, że jej pani nie widziała, kiedy już skończyłem robotę. Była brzydka. Ordynarna i brzydka, długa na dwadzieścia osiem stóp, osiem stóp zanurzenia i tylko jeden żagiel, ale za to o powierzchni trzystu pięćdziesięciu stóp kwadratowych. Na rufie ster z lotką. Była powolna i ciężka. I bardzo brzydka. Zbrzydła jeszcze bardziej, kiedy pomalowałem ją na szarobrązowo. Zamiast materaca kawałek styropianu, śpiwór. Pudła posłużyły mi za stół i krzesła. To było to. Początkowo chlapałem się tylko przy brzegu. Byłem zdumiony, jak mi było na niej wygodnie, jak dobrze dawało się nią manewrować. Żagiel okazał się istnym cudem. Muszę wam opowiedzieć, jak go zdobyłem.

[…]

Kiedy Quoyle odprowadzał Dennisa do nowej przystani, zapadał już zmierzch. Po drodze minęli skalny ogródek ciotki, głaz przykryty śmieszną kępą mchu, który wyglądał jak włosy na głowie. Z mchu wyłaniał się kamień jak duże oko, była tam także muszla, kawałki korala oraz biały kamień przypominający kształtem zwierzęcą głowę. Świeże drewno nowej przystani pachniało żywicą. Niżej chlupotała woda pokryta zmąconą pianą.  Teraz przycumujesz łódź, co? - spytał Dennis. Weź kilka starych opon, żeby się nie poobijała. Dennis zdjął z pali liny cumownicze, wskoczył do swojej łodzi i odpłynął w zapadającą ciemność, mrucząc silnikiem na pofalowanym morzu. Na cyplach zamigotały światła latami morskich. Quoyle ruszył pod górę do domu, w kierunku okien lśniących pomarańczowym blaskiem lamp. Odwrócił się, jeszcze raz spojrzał na zatokę. Ślad łodzi Dennisa przypominał biały włos. W kuchni ciotka potasowała karty i rozdała je. Kiedy byłam dziewczynką, graliśmy co wieczór - powiedziała. Stare gry. Teraz już takich nie znają. Francuski wist, jambone, skat, czwórki. Znam wszystkie. Klap, klap, uderzenia kart. Zagramy w czwórki. Uwaga, każdy walet odkryty przez rozdającego daje mu punkt. No to gramy, trefle są atutem.

[…]

Quoyle obudził się w pustym pokoju. Szare światło. Miarowe uderzenia. Jego własne serce. Leżał w śpiworze na środku pokoju. Obok świeca. Czuł zapach wosku, zapach otwartej książki, która leżała przy nim, kurzu w szczelinach podłogi. Okno wypełnione bladym światłem. Znowu dudnienie i trzepoczący w górze okna cień. Ptak. Wstał i podszedł do okna. Odpędzi go, zanim obudzi ciotkę i dziewczynki. Wydawało się, że ptak chce się uwolnić z zamkniętej przestrzeni morza, skał i nieba i wedrzeć do przestworzy pustego pokoju. Szelest jego stóp na podłodze. Za szybą mleczne niebo, blade niebo pobazgrane i podrapane ścinkami chmur. Pusta zatoka, przeciwległy brzeg przykryty śmietanką mgły. Quoyle ubrał się i zszedł na dół. Na progu znalazł trzy kępki zawiązanej w węzły trawy. Jakiś nowy pomysł Sunshine. Obszedł ogromną skałę, do której był przymocowany dom, i wszedł między krzaki. Jego oddech tworzył rożki z pary. Ledwie widoczna ścieżka skręcała ku morzu. Pomyślał, że pewnie zaprowadzi go na brzeg, od północnej strony przystani. Ruszył w dół. Kiedy uszedł sto stóp, dróżka stała się bardziej stroma i mokra, tak że szedł, ślizgając się wśród badyli dzięgielu i gęstych krzewów derenia. Nie zauważył węzłów zawiązanych na końcach gałęzi olchy.

[…]

Jesteśmy z lokalnej gazety, proszę pana. „Pleciucha”. Pomyśleliśmy, że naszych czytelników zainteresuje pański jacht. Staramy się opisywać co ciekawsze łodzie, które cumują w Killick-Claw, a takiej jeszcze nie widzieliśmy. Quoyle powiedział swoje. Czuł się, jakby stanął na równinie. Uśmiechnął się przymilnie, chociaż „Łobuzica” wcale nie wydawała się gościnna. Ach, tak. Ten niesamowity kapitan portu, jak mu tam, Doodles czy jakoś tak, mruczał coś o wizycie z la presse locale. - Mężczyzna westchnął głęboko. Wykonał gest, jakby wyrzucał skórki owoców. No cóż, moja kochana żona i ja jesteśmy właśnie w trakcie czegoś na kształt piekielnej sprzeczki, ale sądzę, że możemy dać jeszcze jedno przedstawienie. Wygłosiłem już na tej łodzi tyle wykładów dla różnych osób, począwszy od Andy’ego Warhola dwa tygodnie temu, przed tą fatalną operacją, po Scotland Yard. Wszędzie gromadzi ona niezliczone tłumy, bez względu na to, czy znajdziemy się w Antibes, czy w Boca Raton. Jest absolutnie niepowtarzalna. - Zrobił krok na zewnątrz, w deszcz. Jeśli chodzi o konstrukcję, jest to tradycyjny holenderski jacht płaskodenny, lecz cudownie komfortowy, z wieloma niewiarygodnymi detalami. Moim zdaniem to najwspanialszy boterjacht, jaki kiedykolwiek zbudowano. Kiedy go ujrzeliśmy po raz pierwszy, był całkowitym wrakiem. Tkwił przycumowany w jakimś paskudnym włoskim porcie. Należał do księżniczki L’Aranciata. Wynajęliśmy na lato willę w Ansedonii, sąsiadującą z jej posiadłością. Kiedyś wspomniała, że ma jakiś wrak holenderskiego jachtu, który należał do Hitlera i którego ma już dość. Tak więc poszliśmy go obejrzeć i od razu dostrzegłem jego możliwości. Nie mogło być najmniejszej wątpliwości, że natrafiliśmy na coś jedynego w swoim rodzaju. Deszcz kapał z jego mokrych włosów, koszulę miał już tak mokrą, że stała się przezroczysta.  Absolutnie płaskie dno, tak że może pływać zupełnie bezpiecznie. Gdy trzeba coś naprawić lub w czasie sztormu, można wpłynąć wprost na brzeg. Niewiarygodnie ciężki. Prawie czterdzieści ton dębu. Ma się rozumieć, został zaprojektowany na podróże po Morzu Północnym. Pełen dziób. Nic nie może lepiej trzymać się na wodzie. Moja żona go nienawidzi, ale ja go kocham. […] Otworzył szerzej oczy. To dla małego spaniela mojej żony. Świetny system. Piesek robi kupę na sztucznej trawie, ty wyrzucasz ją za pokład. Widzicie w rogu pętlę z linką? Presto, ciągnie się tę sztuczną trawę za łodzią, dopóki nie będzie idealnie czysta. Wspaniały wynalazek. Konstrukcja była znana już w piętnastym wieku. Mówię o łodzi, oczywiście, nie o gównianym dywaniku. Takie jachty widuje się na cudownych obrazach Rembrandta. To były jachty królewskie. Henryk VIII miał jeden, a także Elżbieta I. Tak, doprawdy, królewski jacht. Kiedy go zobaczyliśmy, nosił nazwę „Das Knie”, co znaczy „Kolano” i musiałem przyklęknąć na jedno kolano, by przekonać moją kochaną, najukochańszą żonę, żeby mi pozwoliła go kupić. - Urwał, czekając, aż Quoyle skończy się śmiać. - Tak samo się nazywał, kiedy kupiła go księżniczka. Nikt nie zmieniał jego nazwy od czasu, kiedy ten plugawy niemiecki przemysłowiec dostał go w swoje łapy. Moja ukochana żona uważała, że powinien nosić jej imię, ale ja nazwałem go „Łobuzicą”. Kiedy poznałem jego prawdziwy charakter. Za sto lat będzie równie mocny. Został zbudowany w Haarlemie. Budowali go przez dziewięć lat. Jest absolutnie, absolutnie niezniszczalny Niewiarygodnie masywny. Wręgi siedem i jedna ósma na sześć cali, na jedenastocalowym wzdłużniku.

[…]

Słowa opadały wraz z deszczem. Quoyle odłożył swoje przemoknięte notatki i stał, trzymając mokrą dłoń na mokrej brodzie. Włosy na torsie jasnowłosego mężczyzny sterczały przez mokry jedwab jego koszuli, przypominając szare węzły. Wydawało się, że nie zauważa deszczu. Quoyle dostrzegł szkarłatne blizny na dłoniach, a na serdecznym palcu rubin wielkości niewielkiego pomidora. Poczuł zapach alkoholu. Absolutnie cudowne rzeźby. Są wszędzie. Ci nieprawdopodobni mistrzowie pracowali nad nimi przez dziewięć lat. Wszelkie możliwe zwierzęta. Zebry, łosie, dinozaury, żubry, legwany, rosomaki; musieliśmy zatrudnić znanego specjalistę od dzikiej zwierzyny, żeby zidentyfikował wszystkie te gatunki. Do tego jeszcze ptaki. Zupełnie, zupełnie niewiarygodne. Pewnie już wiecie, że jacht zbudowano dla Hitlera, ale jego stopa nigdy na nim nie stanęła. Tysiące celowych opóźnień. Niezwykły holenderski ruch oporu. - Słowa rozbryzgiwały się, krople odbijały się od pokładu. Powiedz im, co się wydarzyło w czasie huraganu Bob. Zdaje się, że moja kochana żona stara się zwrócić na siebie uwagę - stwierdził przemoknięty mężczyzna. No to zajrzyjcie do środka i rzućcie okiem na wnętrze. Spodoba się wam. Te zewnętrzne rzeźby są naprawdę okazałe, ale w środku twórcy przeszli samych siebie. Przytrzymał otwarte drzwi i wciągnął brzuch, by ich przepuścić. W murowanym kominku płonął ogień; jego obramowanie wykonano z drewna atłasowego wyłożonego masą perłową, opalem i jaspisem. Wszystko wyglądało niezwykle. Przepych pomieszczenia miał w sobie coś odpychającego, lecz on nie potrafił określić, co to było. Wyczuwał wypaczającą wszystko morską wilgoć, żrącą sól. Na sofie siedziała kobieta w poplamionym jedzeniem szlafroku, o włosach koloru piany pokrywającej ściek. Jej dłonie obwieszone bransoletami i pierścieniami. Nogi wyprostowane, grubawe, szkarłatne kostki. Trzymała w dłoni kieliszek z wyrżniętym inicjałem M. Łkające dźwięki wiolonczeli dodawały dramatyzmu. Na ławie Quoyle dostrzegł okładkę płyty kompaktowej, Śniadanie w satynowej pościeli. Kobieta postawiła kieliszek. Mokre, żółte usta.

[…]

Ciociu - zagadnął Quoyle, którego umysł błądził gdzieś między łodziami cumującymi na jego piersi a tapicerką jachtową. Ta kobieta z twojej pracowni. Co ona studiowała? Zawsze bawił się ze swoimi dziećmi. Wstydził się przyjemności, jaką odczuwał, układając klocki z Bunny. Interesował się też babkami z piasku. Mówisz o Dawn? Stopa pani Bangs nie stanęła w żadnej szkole, a co dopiero na uniwersytecie. Farologia. Dziedzina zajmująca się latarniami morskimi i światłami sygnalizacyjnymi. Dawn zna się na określaniu natężenia światła, ma pojęcie o błyskach, odblaskach i bojach. Czujesz się przy niej jak skończony dureń. I wciąż o tym gada, żeby nie zapomnieć. Co schowasz, na zawsze pochowasz. A ona zapomina. Tak mówi. Nie może jednak znaleźć pracy, chociaż ruch na morzu jest tak duży, że nocą nieomal bez przerwy słychać prujące morze statki. Dlaczego pytasz o Dawn? Ciotka przesunęła palcami po nawoskowanym blacie. Nie wiem - powiedział Quoyle. Nawet jej nie znam. Tak się tylko zastanawiałem.

[…]

Przy maszynie siedziała kobieta o włosach jak u Emily Dickinson, upiętych nad uszami i przedzielonych szerokim przedziałkiem. Trajkotanie igły przycichło, muślin zsunął się ze stołu. Kobieta uśmiechnęła się do Quoyle’a, ukazując idealne zęby między fioletowymi wargami, a zaraz potem uśmiech znikł z jej oblicza, ustępując miejsca strumieniowi smutku, który oblał jej twarz od czoła po usta. Pod jej szyją pienił się żabot. Pani Mavis Bangs… – powiedziała ciotka niczym mistrz ceremonii. Przy innym stole siedziała młoda kobieta o kręconych, brązowych włosach. Energicznie cięła rozłożoną skórę. …I Dawn Budgel – dodała ciotka. Kobieta nie podniosła wzroku, skupiona na pracy. Quoyle czuł zapach skóry, barwnika, kleju i perfum. Woń perfum płynęła od pani Bangs, która przyglądała się teraz Quoyle’owi z założonymi rękoma. Jego dłoń powędrowała do brody. No cóż, tak to wygląda - powiedziała ciotka. Na razie mamy dwie maszyny i jedno stanowisko krojnicze, ale jak rozkręcimy interes, chciałabym mieć sześć maszyn i dwa stoły krojnicze.

[…]

Wiesz co, bratanku, nie spieszyłabym się z tym tak bardzo. Poczekałabym jeszcze. Można na to spojrzeć z innej strony. Chodzi mi o to, że może ona ma inną wrażliwość niż my wszyscy. Wyczuwa rzeczy, których my nie zauważamy. W tych stronach można spotkać takich ludzi. Zerknęła na Quoyle’a, żeby sprawdzić, jak to przyjął. Że jego córka potrafi widzieć coś więcej niż tylko powierzchowną rzeczywistość. Lecz Quoyle nie wierzył w takie rzeczy. Obawiał się, że utrata matki, beznadziejne dzieciństwo, niewystarczająca miłość ojcowska źle wpłynęły na dziewczynkę. Zaczekaj z tym, bratanku. Zobaczymy. We wrześniu pójdzie do szkoły. Trzy miesiące to kawał czasu w życiu dziecka. Zgadzam się z tobą, że ona jest inna; można powiedzieć, że czasem trochę dziwna, ale wiesz, wszyscy jesteśmy inni, chociaż lubimy udawać, że tak nie jest. Wewnątrz jesteśmy dziwni. Uczymy się maskować swoją inność, w miarę jak dorastamy. Bunny jeszcze tego nie robi.

[…]

Najlepsza część dnia nadeszła dla Quoyle’a dopiero wtedy, kiedy pojechał do domu Dennisa i Beety, aby zabrać córki. Poczuł, że życie ma głębszy sens, stał się bardziej ojcem, a jednocześnie miał okazję okazać uczucia, które często sprowadzały się do tęsknoty. Wzgórze opadało w stronę wody. Minął ogrodzenie z rzadko przybitymi sztachetami, a potem dom Dennisa w kolorze ultramaryny, z głównym oknem wychodzącym na ulicę. Zanim Quoyle wszedł do środka, wyjął z kieszeni wieczne pióra i położył je na desce rozdzielczej samochodu. Drzwi otwierały się do wnętrza. Prowadziły do kuchni. Szedł ostrożnie, klucząc między dziećmi. W saloniku, pod retuszowanym zdjęciem przedstawiającym dwie krępe kobiety siedzące w paprociach, Dennis oglądał wiadomości rybackie rozparty wygodnie na cętkowanych poduszkach. Po jego obu stronach leżały poduszki przybrane szydełkowymi ozdobami w kwadraty i tęcze. Cieśla w domu. Było gorąco i pachniało chlebem. Quoyle uwielbiał, gdy w mieszkaniu było ciepło i pachniało drożdżami. Rozmowy i pokrzykiwania dzieci zagłuszały odgłosy telewizora. Od czasu do czasu któreś z dzieci płakało. Czuł, jakby Dennis i Beety byli jego tajemnymi rodzicami, chociaż Dennis był w jego wieku, a Beety młodsza.

[…]

Zdjęcia boterjachtu leżały na biurku. Ciemne, ale nadające się do druku, wystarczająco dobre, żeby ukazać przerażającą siłę jachtu. Quoyle postawił jedno przed sobą i wkręcił do maszyny arkusz papieru. Teraz już wiedział.

MORDERCZY JACHT W KILLICK-CLAW

„Potężny jacht zbudowany pięćdziesiąt lat temu dla Adolfa Hitlera zawinął w zeszłym tygodniu do portu w Killick-Claw. Hitler nigdy nie stanął na pokładzie luksusowego boterjachtu nazwanego «Łobuzicą», ale jego zła moc zdaje się emanować z łodzi. Obecni właściciele, Silver i Bayonet Melville’owie z Long Island, opisali spustoszenie, jakie «Łobuzica» uczyniła podczas huraganu Bob wśród łodzi wycieczkowych i luksusowych willi White Crow Harbor w Maine. «Zmiażdżył na drzazgi siedemnaście łodzi, roztrzaskał w puch dwanaście nadmorskich domów i przystani» - powiedział pan Melville”.

Słowa pojawiały się na papierze z szybkością jego myśli. Teraz czuł, że pisze dobrze. Tekst dobrze oddawał dumę Melville’ów z niszczycielskiej siły ich łodzi. O jedenastej położył skończony artykuł na biurku Terta Carda. Card, zatopiony w myślach, liczył fale. To do kroniki portowej. Opis jednego z jachtów w porcie. […] Gadasz, jakbyś łowił dziurawą siecią. Patrzył groźnie na Quoyle’a, który opadł na krzesło, zasłaniając dłonią brodę. Miałem wczoraj cztery telefony w sprawie tej łodzi Hitlera. Ludziom się to podobało. Pani Buggit też. Sam przejechałem się, żeby ją zobaczyć. Zebrał się tam niezły tłum, wszyscy oglądali. Oczywiście, ty nie masz pojęcia o łodziach, ale to też jest zabawne. W każdym razie pisz dalej. Od dzisiaj będziesz miał kolumnę, rozumiesz? „Kronika portowa”. Rozumiesz? Co tydzień artykuł o jakiejś łodzi. Będą czytać. Nie tylko w Killick-Claw. Na całym wybrzeżu. Masz kolumnę. Znajdujesz łódź i piszesz. Nieważne, czy to taklowiec, czy statek wycieczkowy. To wszystko. Zamówimy ci komputer. Powiedz Tertowi Cardowi, że chcę z nim rozmawiać. Cardowi nie trzeba było nic mówić. Słyszał wszystko przez cienką ściankę. Quoyle wrócił do swojego biurka. Czuł się lekki jak piórko. Nutbeem złączył dłonie nad głową i znacząco nimi potrząsnął. Przekrzywił fajkę. Quoyle wkręcił papier do maszyny, lecz niczego nie napisał. Miał trzydzieści sześć lat i po raz pierwszy ktoś powiedział mu, że zrobił coś dobrze. Za oknem mgła biała jak mleko.

[…]

Biblioteka mieściła się w odnowionym domu. Kwadratowe pokoje, tapety w intensywnych kolorach pistacji i melona. Proste półki, pomalowane stoły. Tu jest dział dziecięcy - powiedziała Wavey. Może dziewczynki będą chciały wypożyczyć kilka książek. Sunshine i Bunny. Wymówiła ich imiona ostrożnie. Jej włosy były wyszczotkowane i zaplecione, szara sukienka ozdobiona koronkowym kołnierzykiem. Herry stał już przy półkach z książkami, ciągnął za grzbiety, otwierał okładki, odsłaniając fantastyczne światy. Quoyle czuł się jak ogromny, niezdarny słoń, za każdym razem, kiedy się obrócił, zaczepiał swetrem o wystającą książkę. Zrzucał eseistów, morderców, jeźdźców, perorujących lekarzy i łapał ich w powietrzu albo nie. Głupi Quoyle, z rumieńcem na twarzy, w malutkiej bibliotece na północnym wybrzeżu. Ale dotarł jakoś do działu podróżniczego i znalazł Ericsa Newby’ego i Hansena oraz Redmonda O’Hanlona i Wilfrida Thesigera. Wziął cały stos.

[…]

Usiedli na nabrzeżu, jedząc swoje porcje ze styropianowych tacek, zamroczeni upałem. Quoyle oddychał ustami, mrużył oczy przed oślepiającym blaskiem słońca. Billy Pretty, zwrócony na północny wschód, wskazał na fioletowe chmury, które wynurzały się w jednym miejscu zza horyzontu niczym jedwabna apaszka wyciągana z obrączki. Na południowym wschodzie widniały rywalizujące z nimi podniebne grzywacze, tworzące fantastyczne wzory, jakby ktoś powycinał kaskady i fontanny. Jeszcze nigdy dotąd nie miałem w jednym tygodniu tylu przypadków molestowania seksualnego - powiedział Nutbeem. Jack powinien być zadowolony. Aż siedem. Tradycyjna paplanina o obrzydliwych starych capach napastujących swoje dzieci, jeszcze jeden ksiądz obmacujący chłopców z chóru, milutki wujaszek ze Stribbins Cove, który podwozi dziewczęta do szkoły niedzielnej i kupuje im cukierki, jeśli zdejmą majtki. Ale jeden kawałek jest wyjątkowy, pozwala dostrzec mroczniejszą stronę charakteru Nowofundlandczyka. Ten chłopak pracował jako wykidajło w barze w Misky Bay i próbował wyrzucić pijanego klienta. Ale klient poszedł do swojej ciężarówki, wyjął małego ze skrzyni z lodem, wrócił do baru, złapał chłopaka, ściągnął mu portki, tak zupełnie, od rufy po dziób i przeleciał go małym. Nutbeem się nie roześmiał.

[…]

Przeczytał głośno.

ŻEGNAJ, „BUDDY”

„Nikt w Perdition Cove nie zapomni wtorkowego poranka. Wielu spało jeszcze, kiedy pierwsze promienie słońca padły na rufę taklowca «Buddy». Właściciel statku, Sam Nolly, wyszedł na pokład z nową żarówką w dłoni. Miał zamiar wymienić przepaloną. Lecz zanim promienie słońca dotarły do sterowni, Sam Nolly już nie żył, a «Buddy» zamienił się w dymiący wrak, który unosił się na wodach zatoki. Potężny podmuch wybił prawie wszystkie szyby w oknach domów w Perdition Cove, a wybuch słychać było aż w Misky Bay. Załoga łodzi rybackiej znajdującej się w okolicy Finał Point zeznała, że na wodzie ukazała się ognista kula, a w chwilę później chmura gęstego czarnego dymu. Podobno przyczyną eksplozji był ulatniający się w ciągu nocy propan, który wybuchł w chwili, kiedy Sam Nolly wkręcił nową żarówkę. Taklowiec pływał zaledwie od dwóch tygodni. Zwodowano go w dniu, kiedy Sam Nolly i Helen (z domu Bodder) zawarli ślub”.

Wstyd – podsumował Billy. Nieźle - powiedział Nutbeem. Spodoba się Jackowi. Krew, łodzie i eksplozje. Spojrzał na zegarek.

[…]

Poszarpana skała z wystającymi zębami. Dwanaście. Tyle przynajmniej było kiedyś. Nazwali ją tak, ponieważ przypomina zapałki siarkowe, jakie kiedyś robili. Zwykle przypominały właśnie grzebień, na dole tworzyły całość. Było ich dwanaście. Odłamywało się je. Siarka strasznie śmierdziała. Dlatego nazywano je śmierdziuchy: grzebień śmierdziuchów. Quoyle’s Point ma kilka znanych skał podwodnych. Na północ od Comb jest Tea Buns, jak talerz pełen okruchów, pół sążnia pod wodą. A przy samym skraju cypla Komatik-Dog. Jak płyniesz na wprost niego, to wszystkim się wydaje, że to ogromny pies pociągowy, który siedzi na wodzie i rozgląda się z uniesioną głową. Kiedyś mówili, że czeka na rozbity statek, wtedy ożyje, podpłynie i pożre biednych rozbitków.

[…]

Co to znaczy „Quoyle w starym stylu”? Nic o tym nie wiem. Lepiej, żebyś nie wiedział. Quoyle’owie dali nazwę Omaloor Bay. To pomyleńcy. Dzikusy parzące się między sobą, półgłówki i mordercy. Połowa z nich to kompletne prymitywy. Szkoda, że nie słyszałeś Jacka, kiedy dostał list z wiadomością, że przyjeżdżasz. Dzwonił, gdzie tylko się dało, żeby cię sprawdzić. Gadał też z jakimś facetem o takim ptasim nazwisku. Ale tamten zapewnił, że jesteś złoty człowiek, żaden tam zabijaka. Partridge. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy staniesz w drzwiach redakcji. Spodziewaliśmy się zobaczyć ogromnego, dzikiego zbira. Rzeczywiście jesteś wielki. Czy wiesz, że Quoyle’owie mieszkali na cyplu dopiero od jakichś stu lat? Przybyli tam w latach osiemdziesiątych albo dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Ciągnęli linami ten swój zielony dom kawał drogi po lodzie. Wszyscy Quoyle’owie i ich różni krewni. Ciągnęli go na ogromnych płozach zrobionych ze świerkowych pali. Przypominało to ogromne sanie. Kiedy wypłynęli z cieśniny, Billy skierował łódź na pełne morze. Skif wciął się w martwą falę. Quoyle poczuł tę nieokreśloną przyjemność, jakiej można doznać tylko na łodzi w pogodny dzień.

[…]

Sama Nowa Fundlandia to nic innego jak ogromna skała zanurzona w morzu, otoczona mniejszymi skałkami. W St. John’s są słynne skały, takie jak Chain Rock i Pancake, obie wystają nad wodę i obie są bardzo strome. Ludzie mówią, że wybuchły i wypluły Merlina i Ruby Rock w cieśninie St. John’s. Stało się to sto lat temu albo wcześniej. Niedaleko północnego wybrzeża znajduje się też Long Harry. A także piekielne skały z plątaniną wodorostów. Przy Cape Bonavista jest Old Harry Rock zanurzona dwa sążnie pod wodą; ciągnie się trzy mile przez morze, a na końcu ma paskudne, niewielkie wzniesienie zwane Young Harry. W North Broad Cove mają Shag Rock i Hell’s Rock. Shag to inna nazwa kormorana, czarnej gęsi, śmierdzącego, czarnego ptaka, o którym mówiono dawniej, że buduje gniazda ze zdechłych ryb. Dlatego tak cię nazywali, jeśli pochodziłeś z Grand Bank. A jeśli pochodziłeś z Fortune, to nazywali cię gally, czyli straszydło. Tak, na Burin Peninsula.

[…]

Popatrz, już widać Gaze Island. Ze trzy lata już tu nie byłem. A tutaj się urodziłem, wychowałem i mieszkałem do czterdziestki. Przez ładnych parę lat, jeszcze jako młodzik, pływałem na frachtowcach. Potem dwukrotnie przeżyłem katastrofę statku i pomyślałem sobie, że jeśli ma być jeszcze trzeci raz, to niech to się stanie na rodzinnych wodach. Wielu moich krewnych spoczywa tutaj na dnie, więc czuję się tu jak w domu. Dlatego wróciłem i łowiłem przy brzegu z innymi. Jednym z nich był Jack Buggit, chociaż on pochodzi z Flour Cove. Jego matka była kuzynką mojej matki. Trudno zgadnąć, patrząc na nas, ale jesteśmy rówieśnikami. Obaj mamy siedemdziesiąt trzy lata. Tylko że Jack stwardniał, a ja się skurczyłem. Rząd przeniósł nas z Gaze w sześćdziesiątym roku. Ale zobaczysz, że niektóre domy całkiem nieźle się jeszcze trzymają, chociaż minęło już ponad trzydzieści lat. Tak, wyglądają jeszcze całkiem solidnie. Tak jak nasz dom na cyplu - powiedział Quoyle. Wytrzymał czterdzieści lat, chociaż nikt w nim nie mieszkał.

[…]

Dziwne miejsce – stwierdził Quoyle. Gaze Island. W Killick-Claw mówiło się kiedyś, że mieszkańcy Gaze Island znani są z dwóch rzeczy: nikt nie potrafił tak jak oni znaleźć ryby i nikt w całej Nowej Fundlandii nie wiedział tyle o wulkanach co oni. Billy podpłynął do plaży, wyłączył silnik i podniósł go. Ciszę przerywało tylko kapanie wody ze śruby i nawoływanie mew. Billy chrząknął i splunął, wskazując na budynek oddalony nieco od wybrzeża. To nasz stary dom. Kiedyś pomalowano go na czerwono, lecz słone morskie powietrze rozjaśniło farbę, tak że teraz miał kolor wyblakłego różu. Część płotu przewróciła się. Billy wziął swoją torbę i wyskoczył z łodzi; obcasy jego butów zostawiały w piasku półkoliste ślady. Przywiązał linę do rury wbitej w skałę. Quoyle wygramolił się za nim. Cisza. Słychać tylko skrzypienie ich butów i pomruki morza.

[…]

Tu leży mój staruszek - wskazał Billy Pretty. Miałem piętnaście lat, kiedy umarł. Zrywał trawę i chwasty z grobu, który okalała drewniana obudowa w kształcie trumny. Pomalowano ją w biało-czarne romby, wciąż jeszcze dobrze widoczne. Odnowiłem, kiedy byłem tutaj po raz ostatni - powiedział Billy, otwierając torbę i wyjmując z niej puszki z farbą i dwa pędzle - ale dzisiaj poprawię. Quoyle pomyślał o swoim ojcu. Zastanawiał się, czy ciotka ma jeszcze jego prochy. Nie było żadnej ceremonii pogrzebowej. Czy powinni postawić nagrobek? Poczuł wzbierające w nim uczucie straty. Nagle zobaczył swojego ojca, a także szlak wiśniowych pestek, prowadzący z ogrodu wokół żywopłotu okalającego trawnik. Obchodził go, zjadając owoce. Owoce były jego namiętnością. Quoyle pamiętał purpurowo-brązowe gruszki, które wielkością i kształtem przypominały figi. Ojciec gryzł je leniwie. Zapach owoców wypełniający cały dom, popielniczki pełne ogryzków i skórek, szkielety kiści winogron pozbawione owoców, pestki brzoskwiń na parapetach, podobne do kurzych móżdżków, rękawiczki bananowych skórek na desce rozdzielczej samochodu. Na stole w piwnicy wśród trocin leżały plejady nasion i pestek, długie, białe pestki z daktyli, przypominające statki kosmiczne. Truskawki w lodówce, a w czerwcu samochód zaparkowany przy wiejskiej drodze i ojciec zbierający na kolanach poziomki. Wydrążone grejpfrutowe czapeczki, popękane kule mandarynkowych skórek.

[…]

Morze było niebezpieczne i zabierało ludzi, ale wiedli tutaj życie dające zadowolenie w takim sensie, jakiego dzisiaj nikt nie jest w stanie zrozumieć. Żyli we wspólnocie, wszyscy pracowali razem, czasem było łatwiej, czasem trudniej, ale byli razem. Praca i życie stanowiły jedno, nie były oddzielone, tak jak dzisiaj. Ojciec otrzymywał te wzruszające listy, czasem po sześciu miesiącach od chwili ich wysłania i czytał je na głos, a ludzie płakali. Och, jak bardzo pragnęli dostać w swoje ręce tych okrutnych farmerów z Ontario. Ani jeden mieszkaniec Gaze Island nie głosował za konfederacją z Kanadą! Gdyby mój ojciec żył dłużej, to w Dzień Konfederacji zakładałby pewnie czarną opaskę. Jeden z tych chłopaków, Lewis Thorn, nigdy nie miał własnego łóżka, musiał spać na sianie, nie miał butów, a stopy owijał szmatami. Karmili go łupinami ziemniaków i skórkami, które dawali świniom. Bili go codziennie, aż jego skóra przybrała kolor ciemnej tęczy, żółta, czerwona, zielona, niebieska i czarna. Pracował od świtu do ciemnej nocy, podczas gdy dzieci farmera chodziły do szkoły i na różne przyjęcia. Włosy sięgały mu do pleców, brudne i potargane. Próbował przyciąć je sierpem. Możesz sobie wyobrazić, jak wyglądały. Był brudny i zawszony. Najgorsze jednak było to, że śmiali się z niego, szydzili, dlatego że był chłopcem z domu, gardzili nim. Uczynili z jego życia piekło. A na koniec ograbili go z niewielkiej zapłaty, jaka mu się należała i wyrzucili w środku zimy. Miał wtedy trzynaście lat. Poszedł do innego farmera, który okazał się jeszcze gorszy, jeśli to w ogóle jest możliwe. Przez wszystkie te lata, kiedy pracował na farmach, a służył na nich dlatego, że nie potrafił robić niczego innego, a potem zginął w wypadku w wieku zaledwie dwudziestu lat, tak więc przez wszystkie te lata, odkąd zszedł ze statku w Montrealu, nie usłyszał ani jednego przyjaznego słowa. Musiał kraść papier, żeby napisać list. Planował podróż do Nowej Fundlandii, ale umarł. Pozostali dwaj też nie mieli lżejszego życia. Ach, pamiętam, jak ojciec kładł się na tapczanie, wyciągając nogi i opowiadał nam o tych biednych, samotnych chłopcach, niewolnikach okrutnych kanadyjskich farmerów. Mówił wtedy: „Powinniście się cieszyć, że żyjecie w takiej zacisznej zatoce”.

[…]

Ach, to. Zaraz, jak to było. Mówił, że w sercu każdego mężczyzny są cztery kobiety. Panna na łące, demoniczna kochanka, kobieta o lwim sercu oraz wysoka i łagodna kobieta. Nie wiem, co to znaczy i skąd to wziął. Billy, nigdy się nie ożeniłeś? Tak między nami, miałem pewną osobistą dolegliwość i nie chciałem, żeby się ktoś o tym dowiedział. Dłoń Quoyle’a powędrowała do brody. Nie rozumiem – stwierdził Billy. Nie rozumiem połowy z tej gadaniny Nutbeema i Terta o seksie. Nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. W jego pojęciu kobiety były jak liście, a mężczyźni po prostu opadali na nie jak nasiona. Wskazał w dół, w głąb wyspy. Tam jest jeszcze jeden cmentarz. Stary. Cmentarz otoczony był kamieniami z plaży. Poszli przez zarośla w tamtą stronę. Kilka grobów, po których pozostały zarośnięte kopczyki, inne zginęły w plątaninie roślinności. Billy utkwił spojrzenie w Quoyle’u, jakby czekał na coś. Nie domyśliłbym się, że to jest cmentarz. Wygląda na bardzo stary. Och, tak. Bardzo stary. To cmentarz Quoyle’ów. Zadowolił go efekt, jaki wywołały jego słowa. Quoyle otworzył szeroko usta i odrzucił głowę do tyłu jak żmija zdumiona widokiem lustra. Mówią, że byli grabieżcami wraków. Podobno przybyli na Gaze Island bardzo dawno temu i uczynili z niej swoją jaskinię. Byli piratami, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Zwabiali statki na skały. Kiedy byłem mały, kopaliśmy tutaj w różnych miejscach. Odkrywaliśmy kamienie, żeby sprawdzić, czy nie ma pod nimi czarnej skrzyni.

[…]

Prawdę mówiąc - ciągnął Billy - wielu było tutaj takich, którzy poprawiali swój los, ograbiając rozbite statki. Ratowali, kogo się dało, a potem łupili statek. Zabierali kosztowności, masło, ser, chińską porcelanę, srebrne zastawy i pełne komody. Jeszcze teraz w wielu domach możesz zobaczyć skarby, które pochodzą z rozbitych statków. A piraci zawsze przypływali z Karaibów do Nowej Fundlandii, aby werbować ludzi do swoich załóg. Tak, to miejsce urodzonych piratów i grabieżców. Wrócili na wzgórze, żeby jeszcze raz się rozejrzeć. Quoyle próbował wyobrazić sobie siebie w roli bezbożnego pirata, który rozgląda się w poszukiwaniu wroga albo ofiary.

[…]

Przez sufit przemknął krążek światła, zniknął. Latarka. Quoyle wstał, podszedł do okna wychodzącego na morze; pod jego bosymi stopami trzeszczały wyschnięte muchy. Przyklęknął przy oknie i ostrożnie spojrzał w odchodzącą noc. Długo nic nie widział. Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i dopiero wtedy ujrzał niebo oblane perłowym blaskiem napływającej jasności. Morze przypominało srebrny negatyw. Daleko, w gęstych zaroślach dostrzegł niespokojnie podskakującą iskierkę, która wkrótce zniknęła. Powinniśmy tam pojechać. Zobaczyć tego starca - powiedział Quoyle. Nie mam zamiaru węszyć za jakimś rzekomym kuzynem i wymyślać mu. Do tej pory dobrze sobie dawaliśmy radę, dlatego lepiej zostawić wszystko tak, jak jest. Quoyle chciał jechać. Zabralibyśmy dziewczynki, zmiękczyłyby serce wilkołaka. Wręcz przeciwnie, pomyślała ciotka. No, ciociu. Nalegał. Pozostawała obojętna. Zastanawiałam się, kto to może być. Moja matka miała kuzynów w Capsize Cove, ale oni byli w jej wieku, jeśli nie starsi. Kiedy miałam kilkanaście lat, byli już dorośli, mieli własne dzieci, wnuki. Jeżeli on jest jednym z nich, to musi mieć ponad osiemdziesiąt, a może dziewięćdziesiąt lat. Pewnie mocno zgrzybiały. Przypuszczam, że tam, na drodze, widziałam kogoś z miasta, może ktoś spacerował albo polował, nie wiedział, że tutaj mieszkamy.

[…]

Początkowo twierdzili, że przyczyną był sztorm. Ale kilkanaście mil dalej były też inne platformy i one nie utonęły. „Sevenseas Ajax” i „Deep Blue 12”. Tamte nie miały żadnych kłopotów. Takie sztormy jak tamten zdarzają się każdej zimy. To nie był sztorm stulecia, który przychodzi raz na wiek. Dziewięćdziesięciu siedmiu ludzi zaginionych, nie odnaleźli ani jednego ciała. Widziano kilku w tonącej łodzi ratunkowej, ale przykryła ich fala i już nie wypłynęli. Prawda wyłaniała się powoli. Jak koszmar, który dręczy cię coraz bardziej i nie możesz się obudzić. Jeśli chodzi o tego typu sprzęt, nie istniały żadne oficjalne przepisy bezpieczeństwa. Platforma była źle zaprojektowana. Nikt też nie wiedział, kto tam dowodzi. Robotnik czy brygadzista? Większość z zatrudnionych na platformie nie miała pojęcia o morzu. Geologowie, cementownicy, dźwigowi, błotniarze, wiertacze, spawacze i ślusarze, wszyscy interesowali się tylko ropą, nie zwracali najmniejszej uwagi na morze ani na pogodę. Nie rozumieli nawet prognoz pogody. Nie wiedzieli nawet tego, że kiedy zaczął się sztorm, trzeba zamknąć osłony przeciwburzowe. Szkło iluminatora burtowego w pomieszczeniu balastowym było słabe. Jeśli woda przedostała się do tablicy rozdzielczej, następowało zwarcie. Fala zbiła okno iluminatora burtowego i woda zalała tablicę. Nie byli odpowiednio wyszkoleni. Nie mieli żadnych instrukcji. Tak więc, kiedy wysiadła tablica, próbowali przesunąć balast ręcznie, takie mosiężne sztabki, ale zrobili to źle i platforma się przechyliła. Tak jak góra lodowa. Przewróciła się. Łodzie ratunkowe na nic się nie przydały, mało kto zdążył do nich dotrzeć, ponieważ system nagłaśniający przestał działać, kiedy wysiadła tablica. Prawnik powiedział, że przypominało to przewracające się kostki domina.

[…]

Quoyle leżał we wrzosach i patrzył za nią, obserwując, jak rozmywają się plisy oddalającej się niebieskiej spódnicy. Ciotka, dzieci, Wavey. Przycisnął krocze do ziemi, jakby tworzył z nią jedno. Jego rozbudzone zmysły nadawały widocznej w oddali scenie ogromną wagę. Malutkie postacie na tle skał, a za nimi morze. Opadła plątanina drutów życia, tak że mógł ujrzeć jego szkielet. Jedynie skały i morze, a na ich tle pojawiające się na chwilę malutkie postacie ludzkich istot i zwierząt. Ostrze jego spojrzenia przebiło przeszłość. Ujrzał pokolenia niczym stada wędrujących ptaków, zatokę lśniącą od zgubionych sieci, wyludnione osady znowu tętniące życiem, w głębi sieci migocące łuskami ryb. Ujrzał Quoyle’ów, których nieubłagany upływ czasu oczyścił ze zła. Wyobraził sobie, że ciotka zmarła, została pochowana, on jest już stary, Wavey zgarbiona pod ciężarem wieku, jego córki prowadzące swoje odległe życie, Herry wciąż zachwycony drewnianymi psami i kolorowymi nitkami, posiwiały Herry, który będzie spał w północnym pokoju na górze albo w małym pokoiku pod schodami. Przepełniło go uczucie odnowionej czystości, uczucie przypadkowości zdarzeń na kołyszących się szalach losu. Wydawało mu się, że wszystko, dosłownie wszystko zawiera w sobie zapowiedź tego, co ma nadejść.

[…]

Billy z sykiem wciągnął powietrze. Jestem świadkiem, jak z milionów ton gromadnika i dorsza pozostało zaledwie kilka wiader. Od dawna obserwuję, jak sezonowe, przybrzeżne połowy małymi łodziami musiały ustąpić miejsca trawlerom i statkom-przetwórniom łowiącym przez cały rok na pełnym morzu. Ryb nie ma, lasy wyrąbane. Kompletna ruina! Nic dziwnego, że pojawiły się tutaj duchy. To zmarli wypruci z ziemi przez buldożery! Mężczyzna z przetwórni dodał swoje: Kiedyś mówili: „Człowiek da sobie radę w życiu, jeśli ma świnię, płaskodenną łódź i zagon ziemniaków”. A co teraz? Każdy pilnuje swego.  Zgadza się - powiedział Billy. Wszyscy gonią tylko za pieniądzem i kupują plastykowe motorówki, śniegołazy i pieski do zabawy, które przywożą z lądu. Wysiadują po barach, mordują i kradną. Zdzierają z ciebie ubranie i udają wariatów. Kiedyś wiedliśmy szczęśliwe życie. Pełne radości. Radosne życie. Ty, Tercie Card, nie wiesz, o czym mówię, ty z tym swoim obsesyjnym pragnieniem wyjazdu na Florydę.

[…]

Dziesięć minut później Quoyle wręczył Cardowi artykuł do swojej kolumny, nic nie powiedział, patrzył, jak oczy Carda przebiegają kolejne wiersze. „Personel oczekuje na apopleksję”.

NIKT NIE WIESZA OBRAZKÓW Z TANKOWCAMI

„W Bibliotece Publicznej w Killick-Claw wisi na ścianie fotografia z 1904 roku. Przedstawia osiem szkunerów, które wyruszają z Omaloor Bay na łowiska. Ich postawione żagle przypominają białe skrzydła. Są nieprawdopodobnie piękne. Potrzeba było ogromnych umiejętności i wiedzy, żeby nimi pływać. Dzisiaj natomiast najbardziej powszechnym widokiem, jaki można ujrzeć na morskim horyzoncie, jest niska, czarna sylwetka tankowca. Ropa, surowa czy przetworzona, jest bez wątpienia towarem numer jeden w handlu międzynarodowym. Innym powszechnym widokiem jest czarny oleisty muł zalegający całe mile wybrzeży, taki jak ten, który pokrył w tym tygodniu brzegi Cape Despond. Setki ludzi obserwowały w poniedziałkowy ranek, jak czternaście tysięcy ton ropy wylało się na brzeg z uszkodzonego zbiornika «Golden Goose». Ropa uwięziła tysiące ptaków i miliony ryb, zanieczyściła sieci i łodzie rybackie. «To jest koniec tego miejsca» – powiedział Jack Eye, osiemdziesięciosiedmioletni mieszkaniec Little Despond, który w młodości był rybakiem we flocie szkunerów. Nasz świat opiera się na ropie. Ponad trzy tysiące tankowców grasuje po morzach całego świata. Wśród nich znajdują się największe pływające jednostki, jakie kiedykolwiek zbudowano: ogromne transportowce naftowe, zwane OTN-ami, których długość dochodzi do czterystu metrów, a nośność sięga dwustu tysięcy ton. Wiele z nich ma pojedynczy kadłub. Niektóre są stare i przerdzewiałe, mają słabą konstrukcję. Jedno jest pewne. Można się spodziewać kolejnych plam na morzu, a niektóre z nich spowodują prawdziwe katastrofy.

Nikt nie wiesza na ścianie obrazka z tankowcem”. Tert Card przeczytał artykuł, położył arkusz na rogu swojego biurka i spojrzał na Quoyle’a. Ty też - powiedział. Ty, kurwa, też. Tego wieczoru, kiedy wszyscy wyszli z redakcji, Card stanął w oknie, przemawiając do nieobecnego Quoyle’a. Zatrzymaj dla siebie swój cholerny amerykański komunistyczny zielony liberalizm. Kim ty, do cholery, jesteś, żeby tak gadać? Och, tak, cholernie ważna kolumna.

[…]

Pisał o Samuelu Plimsollu i jego wynalazku.

NA MIŁOŚĆ BOSKĄ, POMÓŻCIE MI

„Wszyscy widzieli linie Plimsolla albo znak «wolnej burty» na statku. Oznaczają one granicę bezpiecznego ładunku, jaki dany statek może przewieźć. Znaki te pojawiły się w 1868 roku dzięki staraniom jednego człowieka, Samuela Plimsolla, członka parlamentu z Derby. Plimsoll walczył o bezpieczeństwo marynarzy w czasach, kiedy pozbawieni skrupułów właściciele statków celowo wysyłali na morze przeciążone stare statki. Niewielka książeczka Plimsolla Nasi marynarze opisywała statki tak obciążone węglem i żelazem, że fale przelewały się przez ich pokład. Ich właściciele dobrze wiedzieli, że statki zatoną, a ich załogi zginą. Pozwalali jednak na to ze względu na ubezpieczenie. Przeciążenie stanowiło główną przyczynę tysięcy katastrof morskich każdego roku. Plimsoll błagał, by wprowadzono nakaz malowania na burcie linii granicy ładunku, zaklinał, by pod żadnym pozorem nie wypuszczano statku w morze, jeśli nie ma na nim widocznej linii. Zwracał się on bezpośrednio do swoich czytelników: «Czy wątpicie w moje słowa? W takim razie, na miłość boską, pomóżcie mi nakłonić Komisję Królewską, by zbadała sprawę!» Potężni właściciele przedsiębiorstw żeglugowych zwalczali go wszelkimi sposobami”.

[…]

Jakby został sam na planecie. Przestwór nieba słał na niego grom, tak że instynktownie uniósł ramiona w obronnym geście. Półprzezroczyste, trzydziestostopowe grzywacze koloru butelki rozbijały się o skałę, bełtały i tak już spienioną kipiel jakby pełną mleka zmieszanego ze śmietanką. Nawet na wysokości setek stóp nad morzem słona mgiełka kłuła w oczy i oblepiała kropelkami jego twarz i kurtkę. W odgłosach fal pobrzmiewały dudniące basowe dźwięki charakterystyczne dla grot i mysich dziur. Zaczął schodzić skalistą pochyłością. Była mokra i śliska. Posuwał się ostrożnie. Podniecony żywiołem zastanawiał się, jak musi tu wyglądać w czasie sztormu. Nieustanne wznoszenie się i opadanie wody nacierającej na ląd, w czasie odpływu i przypływu, jakby w środku świata biło ogromne serce, tyle że tylko dwa razy dziennie. Te wody, myślał Quoyle, pełne zatopionych statków, rybaków, badaczy wciągniętych w morskie głębie, czarne jak gardziel psa. Wrzeszczących w słoną kipiel. Wikingowie mknący z huczącym wiatrem, sterujący we mgle za pomocą polaryzowanego światła skaleni. Eskimosi w skórzanej łodzi, oddechy, oddechy, rytmiczne ssanie lodowatego powietrza, oblodzone wiosła zanurzające się w wodzie, zamarzająca mgiełka, lśniący tył łodzi unosi się, rozpycha, rozdarta łódź mknąca do wnętrza wiru. Tysiącletnie góry lodowe, okruchy lodowców, przerażające, pogrążone w ciszy, przerywanej tylko odgłosem fal rozbijających się o ich ściany, złudne wrażenie bliskości brzegu, gdy tymczasem nie ma żadnego brzegu. Rogi przeciwmgłowe, stłumione odgłosy strzałów. Lód spajający ląd z morzem. Zmarznięty dym. Chmury upstrzone odbiciami wodnych oczek w lodowych równinach. Gładka, oślepiająca tafla lodu, zadająca kłam wszelkim wymiarom, odległościom, mamiąca zmysły mirażami. Wyjątkowe miejsce. […] Ujrzał oblane wodą groty, przypominające plaster miodu, skałę w kształcie ogromnego psa i ludzkie ciało w żółtym stroju z głową pod powierzchnią wody, jakby podziwiało morskie dno. Z nogami i ramionami rozpostartymi na podobieństwo rozgwiazdy zwłoki zanurzały się i wyłaniały z małej groty, niczym zabawka na sznurku pociąganym przez morze. „Dziennikarz prasowy zdaje się działać na zmarłych jak magnes”. Żeby dotrzeć do ciała, musiałby skoczyć w kipiel. Gdyby zabrał ze sobą linę i bosaka Zaczął się wspinać z powrotem w górę klifu. Przyszło mu do głowy, że mężczyzna mógł spaść z miejsca, w którym on teraz się znajduje. Nie, chyba jednak wypadł z łodzi. Trzeba kogoś zawiadomić. Kiedy dotarł na szczyt, ruszył biegiem. Czuł kłucie w boku. Trzeba komuś powiedzieć o topielcu. Będzie potrzebował przynajmniej godziny, żeby objechać zatokę i dotrzeć do posterunku policji konnej. Łodzią będzie szybciej. Wiejący z tyłu wiatr zarzucił mu włosy na czoło, tak że ich końce chłostały go po oczach. Początkowo czuł chłód na plecach, lecz w miarę jak biegł, rozgrzewał się coraz bardziej, musiał nawet rozpiąć kurtkę. Jeszcze daleko do przystani.

[…]

Billy, przestań nas męczyć. O co chodzi?! - ryknął ze swojego kąta Tert Card. Brak głowy. Walizka? – rzucił Quoyle głupio. Głowa z walizki? Pan Melville? Tak, pan Melville z walizki. Tak sądzą. Konni i straż przybrzeżna wyją jak wilki do księżyca. Linia telefoniczna do Stanów aż iskrzy, komunikaty, ostrzeżenia. Ale pewnie nic z tego nie będzie. Ich zdaniem wygląda na to, że ciało ubrano w odzież ratunkową już po odcięciu głowy. Skąd wiedzą? - spytał Tert Card. Ponieważ ciało zostało włożone w pięciu kawałkach. Pocięte na porcje jak pasztet. Billy Pretty przy swoim komputerze, wystukuje kolejne zdania.

CIAŁO ZAGINIONEGO MĘŻCZYZNY ODNALEZIONE MAKABRYCZNE ODKRYCIE W PIECZARACH

Nie wiem, dlaczego mnie nigdy nie trafiają się dobre tematy - powiedział Nutbeem. Wciąż tylko te wstrętne ochłapy. Wszystko, co najgorsze, dla Nutbeema, podła obrzydliwość, którą można opowiedzieć, jedynie posługując się stekiem insynuacji i aluzji. Naprawdę, nie będę za tym tęsknił. Najprzyjemniejsza jest chyba lista przestępstw burmistrza Galliambic. Dwa tygodnie temu wygrał na loterii dwa tysiące dolarów i postanowił to uczcić, molestując czternastu uczniów w ciągu jednego tygodnia. Oskarżono go o napastowanie, karygodne molestowanie i pedofilię. Mam jeszcze zdeprawowanego dwudziestodziewięciolatka, który pojechał do domu starców Goldenvale i namówił siedemdziesięcioletnią staruszkę, żeby udała się z nim do sklepu w Misky Bay. Ale jak tylko wyjechali, skręcił w krzaki i zgwałcił ją tak paskudnie, że trzeba było ją szyć. Przymknęli go, a my już wiemy, co zrobił na sali sądowej. Zdarł z siebie ubranie – zaintonowali zgodnie Quoyle, Billy Pretty i Tert Card. Kolejni księża związani z sierocińcem. Już dziewiętnastu czeka na rozprawę. Jest też lekarz z przychodni w No Name Cove oskarżony o molestowanie seksualne kilkunastu pacjentek; określili to jako „prowokacyjne pieszczoty piersi i genitaliów”. Dyrygent chóru w Misky Bay uznany został w poniedziałek winnym molestowania seksualnego ponad setki chłopców w ciągu ostatnich dwunastu lat. Także w Misky Bay aresztowano amerykańskiego turystę za obmacywanie małych chłopców na miejskim basenie. „Obmacywał moją pupę i z przodu” - powiedziała dziesięcioletnia ofiara. A u nas, w Killick-Claw, kochający tatuś oskarżony o wielokrotne seksualne napastowanie dwóch synów oraz kilkunastoletniej córki: robił to od tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego roku aż do chwili obecnej. Pedofilia, molestowanie i stosunki seksualne. A oto jeszcze jeden wielbiciel rodziny, ogromne chłopisko, trzydziestopięcioletni rybak, spędza czas na lądzie, ucząc swoją czteroletnią córeczkę oralnego seksu i masturbowania tatusia.

[…]

Ciotka wyszła, by się rozejrzeć. Chciała trochę odetchnąć świeżym powietrzem, pobyć z dala od Quoyle’a i dzieci. Nie słyszeć trajkotania Sunshine, stukania butami i denerwujących pytań. I jeszcze ta taśma Nutbeema, którą Bunny puszczała bez końca, zużywając baterie. Ostatnie dni października, grzechotanie strzałów wzdłuż wybrzeża, gdyż nurzyki zleciały niżej, chroniąc się przed napierającym lodem. Skarpy popłynęły na wschód. Łososie po tarle leżały na dnie rzecznych rozlewisk głęboko pod skorupą lodu albo odpłynęły do morza. Doszła do małego stawu. Pamiętała go. Wodny owal otoczony czernicą i wawrzynem, kobiety i dzieci chodzące po jesiennych bagnach, jabłuszka złocące się jak krople miodu w ukośnych smugach światła. Przemoczone buty, ptaki wzlatujące spod krzaków, kiedy nadchodzili zbieracze jagód. Pomimo kleszczy jej matka zawsze lubiła bagna. Zawsze znajdowała jakieś wzniesienie, żeby się przespać pod płynącymi chmurami. „Och, mogłabym tak przespać resztę życia” - mawiała. Jak dużo go przespała nieświadoma! I umarła na zapalenie płuc w brooklyńskim szpitalu, przekonana, że leży na wzniesieniu pod północnym słońcem. Ciotka pozwoliła pamięci wrócić do tamtego października: zamarznięty staw, lód bezbarwny jak spód żelazka, chmury podobne do szarych kredek. Bażyna pokryta warstewką lodu. Wiatr ucichł. Głęboka cisza, obłoczki pary płynące z ust. Odległe wzdychanie morza. Nie poruszyła się ani jedna trawka, nie przeleciał ani jeden ptak. Perlisto-szary krajobraz. Miała wtedy jedenaście albo dwanaście lat. Niebieskie, robione na drutach pończochy, przerobiona sukienka po matce. Angielski wełniany, sprany płaszcz, za ciasny pod pachami, jakiś odrzut z darów zielonoświątkowców. Miała parę ogromnych męskich łyżew hokejowych. Założyła je na buty, zawiązała mocno. Zerwało się sznurowadło. Zawiązała babski węzeł, przełożyła metalowy koniec przez oczko, zawiązała na kokardę.

[…]

Zobaczyli szkołę. Bunny stała u podnóża schodów z kartką papieru w dłoni. Quoyle nie lubił przedmiotów, które przynosiła ze szkoły i które pokazywała mu, wydymając usta: grudki ciasta przyklejone na papierze, które miały przedstawiać twarz, poskręcane przetyczki do fajek imitujące kwiaty, narysowane kredkami domy z kwadratowymi oknami i brązowe drzewa o koronach w kształcie brokułów, jakich nikt nie widział w Nowej Fundlandii. Nazywał to szkolną ikonografią. Tak nam każe robić panna Grandy. Ale, Bunny, widziałaś kiedyś brązowe drzewo? Marty rysuje je brązową kredką. To ja też.

[…]

Quoyle z dziewczynkami poszedł do Sea Gull Inn, gdzie koczowała ciotka, cała wymiętoszona i przemarznięta. Sunshine szła, trzymając Quoyle’a za rękę, i co chwilę się przewracała, dopóki nie zorientował się, że robi to specjalnie, i kazał jej przestać. Droga w świetle księżyca przypominała snop światła z motocyklowego reflektora. Mroźna grudniowa mgła przykrywała świat ciemnym szkliwem, panowało przejmujące zimno północnego wybrzeża. Nie sposób było jechać samochodem, chociaż wcześniej Quoyle pojechał do Little Despond i z powrotem, żeby przyjrzeć się plamie ropy. Było zamknięte. Stary pan Eye leżał w szpitalu z zapaleniem płuc. Oleista obwódka rozciągała się wokół zatoczki. Szli przez hall, wypełniony mieszaniną chemicznych zapachów, do jadalni, gdzie czekała ciotka. Mijali puste stoliki. Bunny szła spokojnie; Sunshine rzuciła się w kierunku ciotki, potknęła się, runęła na podłogę i zapłakała głośno. Tak więc obiad rozpoczął się od łez. Skroplona para spływała po szybach.

[…]

Miał to być jakby obiad z nowinami. Mam wam coś do zakomunikowania. Złe wiadomości i dobre wiadomości. Dobre to te, że dostałam duże zamówienie, którego wykonanie zajmie mi prawie całą zimę. Złe wiadomości to takie, że jest to praca w St. John’s. Powiem wam, jak do tego doszło. Dużo ostatnio myślałam o mojej tapicerce jachtowej. No cóż, trzeba przyznać, że nie ma tutaj tylu właścicieli jachtów co na Long Island. A w Nowej Fundlandii nie ma licznych portów, do których zawijają jachty turystyczne. Zaczęłam się więc martwić, gdyż przez ostatnie sześć tygodni nie miałam zbyt wiele pracy. Byłoby ze mną krucho, gdyby nie tajemnicze pieniądze z Makau, które nie są dla mnie żadną tajemnicą; i pomyśleć tylko, co za dziwna kobieta, która ćwiartuje męża, ale płaci rachunki. Zaczęłam więc główkować. A może ja robię coś nie tak? Być może. W Nowej Fundlandii dużo jest statków handlowych. Zaczęłam wymyślać nowe szyldy, gdyż „Tapicerka jachtowa - Hamm” z pewnością nie brzmi zbyt zachęcająco. I tak pytam panią Mavis Bangs, jak by jej się podobał szyld „Tapicerka morska - Hamm”? Można by obsługiwać jachty, tankowce, wszystko, co unosi się na wodzie. Pochwaliła mnie. Podzwoniłam więc po zakładach remontowych i naprawczych w St. John’s, przedstawiając się jako Agnis Hamm z pracowni „Tapicerka morska - Hamm”, no i proszę. Jest robota, od zaraz. Duże zamówienie, towarowiec „Rzym”, na którym był pożar. Zniszczony pomost, tapicerka w świetlicy oficerskiej i w świetlicy dla marynarzy. Woda i dym wszystko zniszczyły. A zatem zabieram ze sobą do St. John’s Dawn i panią Mavis Bangs i będziemy tam pracować, dopóki nie skończymy wszystkiego. Praca na kilka miesięcy. Chcą mieć skórę naugahyde w kolorze soczystego burgunda. A także granatową, bardzo elegancko. Skóra nie jest dla każdego. Można ją kształtować.

[…]

Dziewczynka ułożyła sznurek w pętlę, zwinęła ją i ułożyła go wokół palców w formie zachodzących na siebie kół, kciuki i palce wskazujące trzymała w narożnych pętlach. A teraz patrz na słońce - powiedziała. Dziura w środku jest słońcem, a te z boku są chmurami. Patrz, co się dzieje. Powoli naciągnęła pętle, tak że środkowe koło zaczęło się zmniejszać, aż wreszcie zniknęło. To jest przekładaniec - powiedziała Bunny. Potrafię też zrobić inny. Szyper Alfred zna ich setki. To niezwykłe - powiedział Quoyle. Czy szyper Alfred dał ci ten sznurek? Wziął do ręki gładki sznurek i policzył siedem drobniutkich, twardych węzłów, a na końcu jeszcze jeden, niezbyt udany, zwykły. Czy to ty zawiązałaś te węzły? - spytał pogodnym głosem. Ja zawiązałam ten. Mówiła o zwykłym. Znalazłam sznurek rano w samochodzie na tylnym siedzeniu.

[…]

Ja bym tam nie pojechał. Nie wszedłbym do żadnego samolotu. Billy Pretty przerwał pisanie swoich notatek i spojrzał znad tonącego w bałaganie biurka. Przekrwione oczy, twarz podobna do pokłutego pasztetu. Quoyle, liczę na to, że masz całe mnóstwo katastrof, ponieważ ja mam niewiele: kilka kolejnych, nie zidentyfikowanych ciał i dwaj nadzy mężczyźni w sądzie. Chłoptaś nakryty w momencie, kiedy wychodził przez okno obładowany maszyną do szycia, kuchenką mikrofalową, radiem, kolorowym telewizorem, podczas gdy właściciele spali sobie w najlepsze w swojej sypialni. Policja zobaczyła go, jak zawisł z parapetu na gwoździu. Zabrali go więc do ciupy w Killick-Claw. A w środku nocy on zaczął ryczeć, wyć i zdzierać z siebie ubranie. Powiedzieli, że jest umysłowo chory, i wysłali go na obserwację do Waterford. To jakaś cholerna zaraza! Mam jeszcze jednego. Młodzieniaszek. Jego ojciec jest rybakiem w Port aux Priseurs, dorobił się na krewetkach. I co zrobił? Kupił chłopaczkowi konia. „Chcę, żeby miał wszystko to, czego ja nie miałem”. Takie tam. Nie mają pojęcia o koniach. Wpakowali zwierzaka do stajni. Po jakimś tygodniu młodzieniaszkowi znudził się koń i zapomniał o nim, tak że zwierzę zdechło z głodu. A oni dali burę synalkowi, tatusiowi zaś wlepili grzywnę w wysokości tysiąca dolarów. No i jak myślicie, co on zrobił? Stanął przed sędzią i zdarł z siebie całe ubranie. Tak więc jego też wysłali do Waterford.

[…]

Ramiona miała gładkie jak jedwab, aż miło, kiedy cię uściskała. Tak wszyscy mówili. Nutbeem, mam nadzieję, że ta część o usuwaniu włosów w Ontario nie znajdzie się w twoich wiadomościach. No cóż, w Peru mają epidemię cholery. Argentyna i Paragwaj nie chcą tam rozgrywać meczów piłkarskich. Zanotowano czternaście tysięcy przypadków w ciągu ostatnich sześciu tygodni. Dobrze. Damy to obok historii o nieznanych owadach gryzących pracowników biura opieki społecznej w Misky Bay od czasu przybycia peruwiańskich imigrantów. Spojrzał na Quoyle’a. Masz rozbity statek, bracie? Mhm - mruknął Quoyle. Nic więcej nie dodał. No to co to jest, gdzie się wydarzyło, masz jakieś zdjęcia? Kolizja statku przy Strain Bag. Mam też kilka fotek pożaru samochodu. Przyczyna nieznana. Wóz stał zaparkowany przed domem pogrzebowym i po prostu stanął w płomieniach, podczas gdy cała rodzina znajdowała się w środku. Wyglądał jak rozpalony ruszt. Trafna uwaga, Quoyle. Jeśli kiedyś zabraknie nam zdjęć, możemy wziąć ruszt, podlać olejem i podpalić go. Poruszy się aparatem i kto pozna? Jeszcze coś z Misky Bay. Najwyraźniej kłótnia bliźniaków, Boyle’a i Doyle’a Catów. Znam ich - stwierdził Billy Pretty. Jeden z nich jeździ taksówką. Zgadza się. Boyle ma taksówkę. Miał kłopoty poprzedniej nocy. Podejrzewają, że chodzi o narkotyki. W środę po południu Boyle zabrał pasażera z przetwórni ryb, zawrócił i został zaskoczony przez zamaskowanego mężczyznę, który jechał śniegołazem. Był to starszy model niebieskiej yamahy ze słowem PSYCHOPATA wymalowanym na osłonie silnika. Podobno jego brat ma taki śniegołaz. Kierowca oddał kilka strzałów w stronę taksówki i uciekł. Rozbił przednią szybę auta i dlatego wjechało ono na rampę załadowczą przetwórni ryb. Boyle ma tylko drobne obrażenia. Tamten facet uciekł śniegołazem.

[…]

Quoyle ledwie rozróżniał słowa nieustannego monologu. Kiedy mój ojciec był jeszcze młody, na Labradorze... Nazywali go szajbus, ponieważ był leworęczny. Mówił, że czuł, jakby był blisko DZIURY pod śniegiem. Trzeba iść ostrożnie albo. wpadniesz do środka. Szedł ostrożnie. jakby straszyło. Jednego dnia razem ze swoim kumplem Alphonse’em… Pojechali do obozowiska… Alphonse mówi: „NIC Z TEGO, wracam”. Ojciec próbował go przekonać. „ZOSTAŃ do rana”. położył się. Rano Alphonse ZNIKNĄŁ. Jego ślady. prowadziły prosto. A potem nic. urwały się, czyściutki śnieg. Mężczyzna o nalanej twarzy, której rozmiary i kształt przypominały szesnastofuntową szynkę, przecisnął się przez tłum i stanął przed Quoyle’em. Jego słowa wydawały się bardzo odległe, mimo że krzyczał. Cześć, Quoyle, Adonis Collard. Piszę do kolumny kulinarnej. Chciałem się przywitać. Nie zaglądam zbyt często do Killick-Claw. Wiesz, przeważnie siedzę w Misky Bay. Ze względu na restauracje! Tłum zafalował i Quoyle został poniesiony w pobliże kubła z piwem. Ze sprzętu nagłaśniającego płynęły niezwykle niskie odgłosy jakby chrapania i piłowania. Potem znowu pojawił się Tert Card. Z jego ust wystawał plasterek szynki. Ojciec miał TYCZKĘ. Pogrzebał w miejscu, gdzie skończyły się ślady. I nagle odgłos, jakbyś wyciągnął z butelki KOREK. głęboka, niebieska studnia. gładki, stalowy CYLINDER. Wrzucił do niego kij. Świsnął jak płozy sań. Ktoś wepchnął się między nich i Quoyle, próbując przedostać się do drzwi, pracował łokciami jak wiosłami. Lecz Card znowu pojawił się przed nim. Nagle coś pojawiło się ZA NIM. WŁOCHATY DIABEŁ wskoczył do dziury jak HOKEJOWY krążek. CZERWONE OCZY. I mówi do mojego ojca: „WRÓCĘ po ciebie. jak tylko zmyję GARNKI”. Ojciec. biegł całe czterdzieści mil.

[…]

Narastało pulsujące dzikie szaleństwo, krzyki i ryki mieszały się z dudniącą muzyką. Rozbrykana, coraz bardziej gwałtowna dzicz. Słowa, coraz mniej zrozumiałe, stapiały się w dawną gwarę prowincjonalnych portów. Quoyle nie rozumiał ani słowa. Wychudzony mężczyzna o czarnych włosach, o stopę wyższy od miejscowych, których charakteryzowały ogromne szczęki, brak szyj, włosy koloru piasku i potężne klatki piersiowe, wspiął się na schody. Wzniósł nad głowę siekierę, którą zabrał ze stosu drewna Nutbeema. Hej! - zawołał. Chce jechać, taa? Chcemy go mieć tutaj! Chodźcie, chłopaki! Porąbiemy jego łódź! Masz piłę, Neddie? Nie! - wrzasnął Nutbeem. Nie! Nie dotykaj jej, kurwa! Pieprz się, zostaw ją! Tuzin chłopa, rycząc, rzucił się za czarnowłosym mężczyzną. Quoyle nie rozumiał, co się dzieje, zorientował się tylko, że został sam. Wszyscy poszli gdzieś bez niego. Jak zawsze. Quoyle samotny. Nic, ale to nic się nie zmieniło. Czując się rozdrażniony i odrzucony, ruszył drogą, zataczając się w kierunku... czego? Czegoś. Quoyle, ty pieprzony sukinsynu, wracaj i pomóż mi ją uratować! Jednak ryki Nutbeema utonęły w ogólnej wrzawie.

[…]

Panie Quoyle, panie Quoyle! - zawołał. Czuł, że woła samego siebie. Żadnej odpowiedzi. Nacisnął klamkę i wszedł. Pełno śmieci i drewna, smród. Zawarczał pies. Dostrzegł go w kącie, przy piecu, biały pies o matowych oczach. Stos łachmanów w drugim kącie poruszył się i starzec usiadł. Nawet w mrocznym świetle, nawet pod maską wieku i zniszczenia Quoyle dostrzegł podobieństwo. Zwichrzone włosy ciotki, pozbawione warg usta jego ojca, postawa jego brata, wspólna cecha całej rodziny - oczy głęboko osadzone pod brwiami sztywnymi jak końskie włosie. A co do samego Quoyle’a: jego monstrualna broda u tamtego mężczyzny przybrała kształt nieco mniej kościstej półki pokrytej szczeciną siwego zarostu. W człowieku, który siedział przed nim w tej chacie, naznaczonej ubóstwem poprzedniego wieku, Quoyle zobaczył to, od czego kiedyś uciekł. Starzec zwariował. Z trybów jego umysłu dawno już zostały tylko zgrzytające tarcze z wyszczerbionymi pieńkami zębów. Stracił rozum z samotności albo braku miłości, a może z powodu jakieś genetycznej, chemicznej pomyłki albo z poczucia przytłaczającej zdrady, która daje się we znaki wszystkim pustelnikom. Przy jego nogach wdeptane w ziemię i zmieszane ze śmieciami pętle linki do wędki, balia pełna drzazg, piasku, deszczu, morskiej wilgoci, chwastów, kawałków wełny, ogryzionych owczych żeber, świerkowych igieł, rybich ości i łusek, zgniecionych pęcherzy, foczych odpadków, skorup kałamarnicy, okruchów szkła, podartych ubrań, psiej sierści, obciętych paznokci, kory i krwi. Quoyle wyjął z kieszeni sznurki z węzłami, rzucił je na ziemię. Mężczyzna skoczył do przodu. Chwycił je guzowatymi palcami i wrzucił do pieca. Te węzły nigdy już się nie rozwiążą! Ogień je zaciągnął! Quoyle nie mógł na niego krzyczeć nawet za czarodziejskie węzły pozostawione na progach pokoi jego córek, nawet za psa, którego tak się bała Bunny. Powiedział tylko parę słów, które nic nie znaczyły: Nie musisz tego robić. I wyszedł.

[…]

Nutbeem mówił dalej, jakby go nie słyszał: Przemyślałem to i zmieniłem plany. To znaczy, że zostaniesz jeszcze trochę? Zostaniesz na bożonarodzeniową paradę? Chyba długo już nie będę miał ochoty na żadne przyjęcie - odpowiedział Nutbeem. To tak jak z tym młodzieńcem, który lubił podkradać łyżeczki cukru, aż wreszcie babka posadziła go przed cukiernicą, dała mu ogromną łyżkę i zapowiedziała, że nie odejdzie od stołu, dopóki nie zje wszystkiego. Od tej pory nie lubił już cukru. Roześmiał się, wydymając żałośnie policzki. Przynajmniej potrafisz się z tego śmiać. Dennis sam uśmiechnął się pod nosem. Inaczej można by się wściec, co? Nie, postanowiłem, że potraktuję to jako żart, zapomnę o wszystkim i polecę do Brazylii. Ciepło. Żadnej mgły. Woda jak śliczny, zielony basen, kolor Davida Hockneya. Kojąca bryza. Może przez kilka miesięcy da się pożyć przyjemnie. No i ryby! Ach, Boże. Steki z zimnicy. Mają taki prosty, miejscowy sos, możesz nim polać rybę albo dodać do innych sosów lub sałatek. Potrzeba na niego filiżanki soku z limony, dodajesz sporą szczyptę soli i zostawiasz na kilka tygodni, potem odcedzasz, wlewasz do zakorkowanej butelki i używasz. Pachnie dość dziwnie, ale smakuje wybornie. Zdejmujesz porcję rybki z grilla i skrapiasz ją nim. I jeszcze kubański sos zielony - limona z czosnkiem, rukiew wodna i tabasco, śmietana i ikra homara. Robią też curry, curry z muszli, duszone w kokosowym mleku i podawane z płatami wędzonej żaglicy. Jak ja to mówię: niebo na talerzu.

[…]

Quoyle ze zdumieniem przyglądał się gorączce, która nadeszła wraz z grudniowymi sztormami, jakby demoniczna energia, którą uwolniły wichry i fale, udzieliła się ludziom na całym wybrzeżu. Wszędzie, gdzie poszedł, rozbrzmiewało piłowanie i heblowanie, szczękanie drutów dziewiarskich. Ogromne, okrągłe puddingi nasączone brandy, wymalowane twarze lalek zrobionych z klamerek do bielizny, wypchane koty ze starych pończoch. Bunny opowiadała o świątecznym widowisku w szkole. Przygotowywała coś z Marty. Quoyle zebrał siły na godzinę wyuczonych na pamięć bożonarodzeniowych wierszyków. Nie lubił Bożego Narodzenia. Myślał o czasach, kiedy jego brat rozrywał papier, w który zawinięty był cały zestaw samochodów, niezwykle kolorowych, malutkich pojazdów. On pewnie też dostawał wtedy jakąś zabawkę, lecz pamiętał tylko płaskie naleśniki podarunków, które zawierały piżamę albo brązowo-niebieskie trykotowe koszule, kupowane przez jego matkę. „Rośniesz tak szybko” - mawiała matka oskarżycielskim tonem. Jej wzrok wędrował w stronę brata, który uderzał Alfą Romeo w czerwony piętrowy autobus. Nie pozbył się jeszcze wspomnień tamtych dni, dlatego z niechęcią słuchał tyranizujących głosów płynących z radia, które odliczały dni do Bożego Narodzenia i namawiały słuchaczy do zaciągania długów. Lubił jednak zapach jodły. I musiał pójść na szkolne widowisko, które wcale nie było widowiskiem.

[…]

Beety będzie wiedziała, do kogo się zwrócić. Udziela się w tej tam Zbawczej Łasce, która pomaga kobietom. A także u Matek Nastolatków. Zna wszystkie grupy. Wavey też. Beety i Wavey? Płomień poczucia winy na twarzy Quoyle’a. Powinien się zająć starym kuzynem, jak tylko go zobaczył. Nie pomyślał o tym. Tę Zbawczą Łaskę założyły Beety i Wavey. Kilka lat temu. Jeden z radnych, mieszkający niedaleko nas, którejś zimy stłukł swoją żonę, wypędził ją na śnieg z gołym tyłkiem. Przyszła do Beety. Sina z zimna, otępiała, krew w uszach. Następnego dnia Beety zadzwoniła do Wavey. Ona wie, jak się zakłada takie grupy. Sama przecież założyła grupę specjalnego kształcenia. Trzeba zwrócić uwagę władz prowincji. Dzielne kobiety - stwierdził Quoyle. Ale pomyślał: Ach, musiałbyś zobaczyć Petal, musiałbyś zobaczyć moją kochaną dziewczynkę. Absurdalny pomysł, Petal w Killick-Claw, nic śmiesznego. Ale by wrzeszczała, uciekłaby pierwszym możliwym samolotem. Nigdy by jej już nie zobaczył.

[…]

Quoyle wtulony w swój ogromny, kasztanowaty skafander. Przypomniał sobie imię foki Oscara. Pussels. Tak jak nazywali miejscowe przegrzebki. Okay, Quoyle, Billy chce dalej pisać lokalne wiadomości, więc ty zostaniesz redaktorem naczelnym. Przejmiesz działkę Terta Carda, zbierzesz wszystko do kupy, telefony, przydział pracy, rachunki, ogłoszenia, drukarnię. Musisz uważać na tego sukinsyna drukarza. Jeśli tylko można popełnić jakiś błąd, to on na pewno to zrobi. Zobaczymy. Chcę, żebyś dalej redagował „Kronikę portową”. Quoyle zaskoczony, dłoń w połowie drogi do brody. Chcę wypróbować Benny’ego Fudge’a w kronice sądowej, wypadkach i seksualnym molestowaniu. Odpuszczam rubrykę kulinarną i wiadomości zagraniczne. Wszyscy dobrze znają restauracje, a nikt nie interesuje się tym, co się dzieje gdzie indziej. Mogą się dowiedzieć z telewizji.

[…]

Muszę wam powiedzieć, że przeczytałem z pięćdziesiąt artykułów Nutbeema, żeby zobaczyć, jak pisał o tych nadużyciach seksualnych, ale nie mogę wyczaić, jak on to robił. Próbowałem to zgłębić, ponieważ uważałem, że jestem to winien Nutbeemowi, po tej historii z łodzią. Ale wciąż nie wiem. Chociaż się starałem. „Oskarżenie o kazirodztwo przeciwko sześćdziesięciosiedmioletniemu mężczyźnie z Misky Bay zostało odrzucone we wtorek, gdyż jego czternastoletnia córka odmówiła składania zeznań”. „Dr Singlo Booty, siedemdziesięciojednoletni mieszkaniec Distant Waters został aresztowany i oskarżony o dziewięciokrotne molestowanie seksualne. W siedmiu przypadkach – od maja 1978 roku do lipca 1991 roku – sprawa dotyczy pacjentów. Oskarżony stanie przed sądem okręgowym 31 stycznia”. 

[…]

Dwaj faceci podpadający chyba pod cały kodeks. Nadziali się na straż ochrony przyrody. Oskarżeni o noszenie broni poza sezonem, utrudnianie funkcjonariuszom wykonywania obowiązków, napaść na strażników przy użyciu zaostrzonych kijów i więcierzy, stłuczenie polaroidowych okularów przeciwsłonecznych należących do strażników i grożenie funkcjonariuszom na służbie. Inna historia dotyczy faceta oskarżonego o posiadanie miedzianego drutu wartości około czterech tysięcy dolarów. Oskarża się go też o przemycanie haszyszu. Mam też „młodzieńca na przestępczej ścieżce”. Ukradł rower w Lost All Hope, pojechał na nim jedenaście mil do Bad Fortune, tam ukradł motocykl i pojechał do Never Once. Ale chłopak był ambitny. Porzucił motocykl i ukradł samochód. Wjechał nim do morza i przypłynął do brzegu w Joy in the Morning. A tam nadział się na dwóch konnych, którzy zajadali pączki w samochodzie patrolowym. Do tego jeszcze pięć przypadków oszustw dotyczących ubezpieczenia przeciw bezrobociu. A także historia czterech kapitanów małych trawlerów, z których każdy dostał po dwa tysiące grzywny za łowienie karmazyna na zamkniętych wodach. Facet z No Name dostał trzydzieści dni za łowienie na błystkę na wodach wewnętrznych. I wypadki samochodowe, jakie chcesz. Mnóstwo zdjęć. Lubię robić zdjęcia. Mogę zrobić podwójną karierę. Dziennikarza i fotografa.

[…]

I tak się to toczyło - artykuły o towarowcach uwięzionych przez lód, o akcji ratunkowej ekipy poszukiwawczej, która uwolniła marynarza przyciśniętego wodoszczelnymi drzwiami, o trawlerze rufowym dryfującym na wodzie po pożarze w maszynowni, o statku chłodni- przetwórni odzyskanym przez bank, o marynarzu zmiecionymi przez fale z pokładu okrętu hydrograficznego, o katastrofach lotniczych, wyciekach ropy, wielorybach zaplątanych w sieci, nielegalnym wyrzucaniu rybich odpadków do portowych wód, o odznaczeniach przyznanych strażakom i zwyciężczyniach konkursów piękności, o brutalnych mężach, utopionych chłopcach, odkrywcach zaginionych i odnalezionych, statkach zatopionych przez sztormy, rybackiej łodzi uderzonej przez górę lodową, zwycięzcy loterii, przechwyceniu nielegalnego transportu łosiego mięsa. Ciotce posłał biuletyn policyjny. Pani Melville została aresztowana na Hawajach razem ze stewardem z „Łobuzicy”. Przystojny mężczyzna, młodszy od niej o trzydzieści lat, ubrania od Armaniego, toyota lexus LS400 z telefonem komórkowym. „Zrobiłam to z miłości” - wyznała. Steward nic nie powiedział. A wszystko to w ciągu jednego dnia pracy.

[…]

Zbliżał się świt. W miarę jak pojawiało się coraz więcej światła, wody przybrzeżne wzdłuż linii zderzenia słonego Golfsztromu ze słonawym prądem labradorskim pokryły się mleczną patyną roślinnego planktonu. Mieszały się tutaj warstwy wód arktycznych i tropikalnych; fale tętniły życiem bakterii, drożdży, okrzemków, grzybów i glonów, pulsowały materią życia spragnioną wzrostu, zmiany, rozmnażania. Piątkowe popołudnie. Quoyle w domu przebiera się w stare ubranie. Przez kuchenne okno wypatruje skifu Jacka. Powietrze w oddali zabarwione deszczem, chociaż tam, gdzie on patrzył, nie padało. Z przetwórni ryb wypłynął trawler rufowy, pewnie zmierzając w kierunku Funk Island Banks. Taki statek z czternastoosobową załogą przez dziesięć dni ciągnie sieć, potem wolno wraca, po czym następuje krótka chwila podniecenia, kiedy worek włoka idzie do góry i dorsze wpadają do ładowni. Albo i nie wpadają. A potem na dół - patroszenie i wykrwawianie. Znowu z siecią i koniec zaciągu. I naprawianie sieci. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

[…]

To właśnie przykład tutejszych nastrojów, ale miało to też coś wspólnego z „Listami do redakcji”. Dasz wiarę? Facet przysłał anonimowy list, w którym wyjaśniał, że rozruchy są konieczne dla oczyszczenia systemu i odpowiedniego rozdzielenia dóbr. Nie wydrukowali mu go, więc przyszedł z karabinem maszynowym. Edna mówi, że nie oberwała tylko dlatego, że w chwili, kiedy zaczęła się strzelanina, szukała akurat pod biurkiem spinaczy biurowych. Pamiętasz, ciągle ich brakowało. Mówię ci, Quoyle, w zeszłym tygodniu strzelali do Mercalii na autostradzie. To daje obraz, jakie panuje tu wariactwo. A ja żartowałem sobie z życia w Kalifornii, ze stylu życia w Los Angeles. W szybie ciężarówki Mercalii zostały pieprzone dziury po pociskach. Przeleciały tuż obok niej. Ona była śmiertelnie przerażona, a ja sobie żartowałem. Dopiero jak zadzwoniła Edna, zdałem sobie sprawę, w jakim pieprzonym, podłym miejscu żyjemy. Już nie ma, dokąd pójść, żeby cię nie zastrzelili, spalili albo pobili. A ja się śmiałem. Quoyle’owi wydało się, że jego przyjaciel po drugiej stronie kontynentu płacze. A może znowu się śmiał.

[…]

Powiedział jednak: Chodzi o Herolda. Jej męża. Wciąż o nim myśli. On pozostaje głęboko w jej pamięci. Erold Prowse! Starzec zamknął drzwi. Powiem ci coś o Eroldzie Prowsie. Kiedy zginął, w wielu miejscach odetchnięto z ulgą. Słyszałeś pewnie o typie kobieciarza, he? Takim właśnie facetem był Erold. Płodził bękarty po całym wybrzeżu od St. John’s do Go Aground. W Misky Bay traktowali to prawie jak grę: należało przyjrzeć się dzieciakom i sprawdzić, czy nie są podobne do Erolda. Często były podobne. Czy Wavey wiedziała o tym? Oczywiście, że tak. Zupełnie zatruł jej życie. Znikał i szlajał się całymi tygodniami i miesiącami. Nie, chłopcze, już ty się nie martw o Erolda. Oczywiście w pamięci pozostał jako wielce tragiczna postać. A co innego mogła zrobić? Potem był chłopak. Nie można takiemu dzieciakowi powiedzieć, że jego ojciec był parszywym szczurem. Wiem, że ona rozwodzi się nad Eroldem, ale jak daleko ją to zaprowadzi? Znowu otworzył drzwi. Pewnie niedaleko od Herolda – odparł Quoyle, który zawsze odpowiadał na retoryczne pytania. To zależy od tego, jak na to spojrzysz. Ewie upiekła chleba. Możemy chyba go spróbować z filiżanką herbaty. - Poklepał Quoyle’a po ramieniu.

[…]

Polowania na foki zaczęły się w marcu; kilku zagranicznych myśliwych na cholernym wybrzeżu Labradoru, gdzie foki grenlandzkie rodziły młode i traciły sierść wśród lodowych pagórków. Od wieków ludzie palili się tam, zamarzali i tonęli, zamierali w bezruchu z pałką w dłoni uchwyceni na czerwonym tle kamerą telewizyjną. Do zatok przybywały tysiące fok, dlatego podniecone szczury lądowe wyruszały za nimi, używając wszystkiego, co zdołało się poruszać wśród płynącej kry. W fosforyzującej jasności brzasku Jack Buggit wypił ostatnią filiżankę herbaty, podszedł do wieszaka za piecykiem po swoją kurtkę i kaptur. Na dłonie wciągnął zrobione przez żonę rękawiczki, zabrał strzelbę, włożył do kieszeni pudełko naboi. Zgasił światło i po ciemku wymacał klamkę. Drzwi zamknęły się za nim bezgłośnie. Zimne powietrze wypełniło mu gardło jak lodowata woda. Niebo podobne do sieci, w której oczkach utkwiły żarzące się gwiazdy. Znalazłszy się na przystani, załadował sprzęt do oszronionego skifu. Strzelba, pałka - żałował, że nie ma jednej z tych norweskich hakapik [norweskie narzędzie do zabijania fok – przyp. aut.], które bardzo pomagały wydostać się na lód w razie wypadku. No cóż, trzeba spróbować. Nóż do oprawiania fok, roztwór, siekiera, pokruszony lód, wiadra, nylonowa miotła, linka, plastykowe torby. Jack bowiem oprawiał foki na lodzie. I trzeba było to robić dobrze albo w ogóle nie robić. Sprawdził paliwo w skifie i wyruszył przez zatokę ku zewnętrznym lodom. Kiedy rozjaśniło się już na dobre, pełzł na brzuchu przez lodowe pagórki w kierunku stada fok.

[…]

Pomyślał o czasach, kiedy przygotowywał dla niej kolacje, ustawiał głupie świece, układał serwetki, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, a potem czekał, czekał i wreszcie jadł sam przy włączonym radiu. Później jadał z dziećmi, wsuwając spaghetti z puszek, zdrapując dziecięce odżywki z małych bród. Kiedyś podarowała mi dwa jajka. Taki prezent, dwa surowe jajka. Zrobił z nich omlet i karmił ją ręką, jakby była pisklęciem. Skorupki trzymał zawinięte w papier na szafce w kuchni. Może jeszcze tam leżą. Ale chyba od czasu do czasu przygotowywała jakiegoś tosta? Rzadko bywała w domu. W ciągu dnia pracowała. A wieczorami i w weekendy. no cóż, pewnie spędzała je ze swoimi chłopakami. Chłopakami! Powie jej to. Petal znała bardzo dużo mężczyzn. Bardzo lubiła innych mężczyzn - powiedział Quoyle. Bardzo. Nie wiedział, czy chodziło mu o rozmiar uczucia, czy o liczbę. Ale Wavey wiedziała, syknęła przez zęby. Czyż nie odgadła, że coś jest nie tak? Sposób, w jaki Quoyle opowiadał o swojej miłości, lecz nigdy o tamtej kobiecie? Mogła wyciągnąć z worka jedną ze swoich tajemnic. Wiesz - powiedziała. Herold. Pomyślała o Heroldzie, który wracał o świcie, zataczając się, przesiąknięty zapachem papierosów, rumu i kobiecych dał, walił się nagi w czystą pościel, włosy łonowe pozlepiane i potargane po pracowitej nocy. „To tylko sok z piczki, kobieto, mawiał. Zamknij się już”.

[…]

Tamten kierowca pruł przez Nową Szkocję i Nowy Brunszwik, ręce miał przełożone przez kierownicę i przez cały czas zasuwał na drutach jak karabin maszynowy. Zanim dotarł do Montrealu, zdążył wydziergać porządny sweterek, który sprzedał za niezłą sumkę jako przykład autentycznego rękodzieła wykonanego przez nowofundlandzkiego rybaka. Bardzo możliwe - powiedział Benny Fudge. Nie wiecie przypadkiem, ile za niego dostał? Nie. Ale mogę wam opowiedzieć o tym, jak kiedyś ten sam koleś walił autostradą Trans-Kanada, dziergając z szybkością, z jaką poruszała się jego ciężarówka, kiedy namierzył go patrol. Rusza za nim, pruje sto czterdzieści. Wreszcie dogania go, jedzie równolegle, daje znak kolesiowi, żeby się zatrzymał, a ten tak jest zajęty dzierganiem, że wcale go nie zauważył. Jeden z żartów Billy’ego. Quoyle uśmiechnął się słabo. Policjant daje znaki światłem, aż wreszcie krzyczy przez okno: „A ty, co wyrabiasz, kamikadze?” Na to kierowca, mistrz drutów, spogląda na niego i kręci głową: „Nie, kamizelę”. Benny Fudge nawet się nie uśmiechnął. Za to Billy skrzypiał jak zardzewiałe zawiasy.

[…]

Quoyle spojrzał na swoją łódź. Jej istotę stanowią wręgi, pomyślał, myląc fakt z pomysłem. Gdyż łódź istniała w umyśle Yarka od wielu miesięcy. Yark piłował i wyrównywał, Quoyle zaś ustawiał wręgi pod ścianą. Widząc ich wygięcia, pomyślał o Wavey, o wypukłości jej bioder podobnych do liry, o udach napiętych jak chińskie mosty. Gdyby pobrali się z Wavey, czy Petal byłaby z nimi w łóżku? Albo Herold Prowse? Wyobraził sobie kochających się demonicznych kochanków, warczących i gryzących się, podczas gdy on i Wavey klęczą u nóg łóżka z zamkniętymi oczami i dłońmi przyciśniętymi do uszu. Zaczęło zmierzchać; kiedy mocowali wręgi, ich oddechy przybrały postać białych obłoczków. „Och, na nic się to zdało, na nic się zdało, za mało herbaty do mego kambuza się wlało” - zaśpiewał Yark, kiedy wyszli z mroku warsztatu w zielone światło zorzy polarnej. Morze i niebo przypominały przydymione szkło. Latarnia morska wypuściła smugę światła, okna domów wypełniły się jasnopomarańczowym światłem. Słyszysz? - spytał Yark, zatrzymując się na ścieżce. Wzniósł rękę i rozłożył palce w ostrzegawczym geście. Co? - Quoyle słyszał jedynie ssące bulgotanie morza poniżej. Chciał już być w domu. Morze. Słyszałem „dużą”. Nabiera rozmachu. Stali pod bursztynowym niebem, nasłuchując. Zarośla tworzyły czarną plątaninę, klif przypominał stelę.

[…]

Zegar z wahadłem przywieziony z równika do kraju na Północy będzie się spieszył. Arktyczne rzeki wrzynają się najgłębiej w swoje prawe brzegi, myśliwi zaś, którzy zabłądzili w lasach Północy, nieświadomie skręcają na prawo, w miarę jak Ziemia obraca się pod ich stopami. Na Północy niebezpieczne sztormy nadchodzące z zachodu często zaczynają się wschodnim wiatrem. Wszystkie te zjawiska mają związek z siłą Coriolisa, działaniem girostatycznym obracającej się Ziemi, które daje początek wiatrom i zmianom pogody, cofającym się falom i powietrznym wirom. Wiatr zachodzi, paskudna pogoda - mruknął do siebie Billy Pretty, schodząc bokiem ze wzgórza. Wiatr skręcał teraz na północ. Kilka dni temu widział „wietrzne ogary”, świetlne romby na brudnym niebie. Potrafił zobaczyć wiatr oczyma wyobraźni, widział jego kierunek w asymetrycznych kształtach wykresów prędkości wiatru zaznaczanych na starych mapach, różach wiatru, których wydłużone końce przedstawiały przeważające prądy. Wykres prędkości sztormu dla jego wybrzeża zawierał też punkt, który wskazywał zmianę z północnego wschodu na południowy zachód. Do północy kierunek wiatru ustalił się już na zachodni, a jego jęki przeszły w przeciągłe ryki – jeden z najgorszych z katalogu wichrów. Wiatr spokrewniony z innymi, jak: Blue Norther, lodowaty Blaast czy Landlash. Kuzynka szkwału Bull’s-eye, który wykluwał się z małej chmurki o rdzawym rdzeniu, teściowa Vinds-gnyr z norweskich sag i trzydniowych Nor'easterów z wybrzeży Nowej Anglii. Wuj wiatru Williwaw z Alaski i dzikiego Doinionnu z Irlandii. Siostra przyrodnia Koshavy, który zasypuje równiny Jugosławii rosyjskim śniegiem, a także Steppenwindu, gwałtownego Burana z rozległych stepów środkowej Azji oraz Criwetzu, lodowatych Wiugów i Purgów z Syberii i wreszcie okrutnego Myatela z północnej Rosji. Brat krwi panującego na preriach Blizzarda, kanadyjskiego arktycznego krzykacza zwanego po prostu Northwind i Pittaraka, przybywającego z lodowych pól Grenlandii. Ten bezimienny wiatr piłował skałę niczym stalowe ostrze. Billy wymamrotał w poduszkę modlitwę za biedne dusze schwytane tej nocy przez fale, które pędziły po morzu przystrojonym długimi na milę wstęgami piany. Sztywne tankowce, stare trawlery ze słabymi kadłubami rozpadną się na kawałki.

[…]

W domu Burke’ów ciotka wsłuchiwała się w odgłosy morza: miarowe dudnienie, które jakby pełzło w górę łóżka. Dalej przy drodze pani Buggit słyszała przeraźliwe krzyki tonącego syna. Herry, zesztywniały pod kocem, doświadczał ogromu bezmiaru, przemienił się w samotną mrówkę w ogromnej sali. A w St. John’s w swoim bialutkim łóżku stary kuzyn drżał z radości na myśl o tym, co wyczarował dzięki swoim wietrznym węzłom. Bunny natomiast popłynęła wyjącym kominem, pożeglowała pod wiatr przez zatokę na skałę, na której zielony dom zmagał się z linami. Położyła się na kamieniu, spojrzała w górę. Gont uniósł się, uleciał z wiatrem. Kilka cegieł sfrunęło z komina niczym karty. Każda z napiętych lin wyła w innej tonacji, wściekłe basy wierciły skałę, belki i krokwie wibrowały. Ściany mamrotały, strzelały gwoździami na stękające podłogi. Dom wyrywał się ku morzu. Trzask. Świst pękającej liny. Brzęk szkła. Dom obrócił się na zgrzytających podkładach. Liny piszczały przeraźliwie. Bunny obserwowała. Leżała na plecach z rozpostartymi rękoma niczym wbity na pal bezsilny więzień. Uwolniony narożnik domu uniósł się, opadł, znowu się uniósł. Brzęk szkła. Trzasnęła druga lina. Teraz uniósł się cały tył domu, jakby budynek dygnął w ukłonie i opadł. Trzeszczące krokwie, okruchy szkła, w środku garnki, łóżka, komody sunące po podłodze, dalej szuflada pełna noży i widelców, prostujące się schody. Podmuch wiatru wykręcił dom na wschód. Puściły ostatnie liny i budynek przewrócił się ostatecznie. Obudziła się z krzykiem. Pełznąc po podłodze, próbowała uciec jak najdalej. Wicher za oknem jakby potwierdzał realność koszmaru. Quoyle wszedł, chwiejąc się i chwycił wierzgającą dziewczynkę. Okropnie bał się o swoją córkę, która była śmiertelnie przerażona. Jednak po dziesięciu minutach uspokoiła się, przełknęła kilka łyków ciepłego mleka, wysłuchała Quoyle’a, który wyjaśnił jej, że to odgłosy wiatru były przyczyną koszmarnych snów, i obiecała, że pójdzie spać, jeśli Warren Druga będzie spała na łóżku. Kiedy ostrożnie zapytał, co jej się śniło, nie mogła sobie przypomnieć. W redakcji „Pleciuchy” Quoyle pracował nad specjalnym wydaniem gazety, zatytułowanym „Nasze zdruzgotane wybrzeże”, przedstawiającym zdjęcia łodzi na ulicach i zdmuchniętych pługów śnieżnych. „Tysiące historii”, powiedział Billy Pretty zmęczonym głosem. Zaginione statki, ponad czterdziestu mężczyzn, trzy kobiety i jedno dziecko: wszyscy utonęli między Grand Banks a St. Lawrence Seaway. Zniszczone łodzie i stracone ładunki. Benny Fudge przyniósł zdjęcia pokazujące ludzi odkopujących swoje półciężarówki. Prognozy pogody zapowiadały gorącą falę.

[…]

Nie wiedziała, co powiedzieć, więc się roześmiała. Mniej więcej. A potem szlochała, zakrywszy twarz dłońmi, podczas gdy jej bratanek siedział tuż obok, powtarzając: już dobrze, już dobrze i poklepując ją po ramieniu, jakby pocieszał Bunny albo Sunshine. Tym razem to Quoyle pomyślał o filiżance herbaty. Powinien był trzymać język za zębami. Wyprostowała się, ruchliwe dłonie znowu powróciły do życia. Jakby nigdy nic się nie stało. Znowu rzucała pomysłami jak Jack rybami. Zbudujemy coś nowego. Tak jak mówisz, letni dom. Do końca roku będę mieszkała w mieście. Właściwie tak zamierzałam zrobić. Najpierw będziemy musieli zarobić trochę pieniędzy. Zanim zbudujemy coś na cyplu. Nie wiem, ile będę mógł na to przeznaczyć. Chyba chciałbym kupić dom Burke’ów. No cóż - powiedziała ciotka. Nie martwiłabym się o pieniądze na odbudowę. Mamy ubezpieczenie. Ubezpieczyłaś zielony dom? - spytał niedowierzająco. Nie myślał zbyt często o ubezpieczeniach. Oczywiście. Od tego zaczęłam, kiedy wprowadziliśmy się tam w zeszłym roku. Ubezpieczenie na wypadek pożaru, powodzi, kry i wypadków losowych. To był wypadek losowy.

[…]

Beety i Wavey rozmawiały o Toronto zajęte zmywaniem naczyń. Głos Beety miękki jak gorący gałgan. Jak by to mogło być. Czy dzieciaki by się cieszyły. Może lepiej, żeby nie. Może. Może. Quoyle musiał się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć: nie jedźcie. Wiedział, że jeśli pojadą, to zginą na zawsze, gdyż nawet ci nieliczni, którzy wracali, wracali zmienieni, inne charaktery, jak noże wygrzebane z popiołów po pożarze domu. Biedna Bunny, może będzie musiała się rozstać z Marty. Biedny Quoyle, jeśli będzie musiał stracić Dennisa i Beety. Kiedy wszyscy już zaczęli ziewać, Quoyle wziął na ręce Herry’ego, który prawie zasnął na dywanie. Sunshine trzymała Wavey za rękę, ponieważ było ślisko. Pies pierwszy wskoczył do samochodu i przebiegł po wszystkich siedzeniach. Wavey. Gdybyś wyprasowała rybę, to czy byłaby tak duża jak chodnik? - spytała Sunshine. Myślę, że większa - powiedziała Wavey. Ale rozkrojona.

[…]

Wyszedłszy z wanny, wytarł się ręcznikiem, a potem przetarł duże lustro przymocowane do drzwi łazienki. Popatrzył na swoją nagość, rozgrzane ciało parowało w chłodnym powietrzu. Przesunął wzrokiem po swojej ogromnej postaci. Byczy kark, mocna szczęka i ciężkie płaty policzków pokryte miedzianą szczeciną zarostu. Żółtawe piegi. Potężne bary i silne ramiona, ręce owłosione jak u wilkołaka. Wilgotne futro na piersi, schodzące aż do wystającego brzucha. Duże genitalia, jasnoczerwone od gorącej kąpieli, spoczywające w gnieździe rudawych włosów. Uda, całe nogi jak pnie drzew. Bardziej jednak przedstawiały obraz siły niż otyłości. Domyślał się, że osiągnął szczyt swoich fizycznych możliwości. Zbliżał się do granicy wieku średniego, lecz nie martwiło go to zbytnio. Teraz trudniej było zliczyć jego wady, może dlatego, że zmieszały się w niepoliczalną masę albo przybrały postać cechy jego charakteru. Szara nocna koszula - rozpruta pod pachami - przykleiła mu się do mokrych pleców. Ponownie poczuł dreszcz radości. Bez powodu.

[…]

Wavey opadła mu na ramię jak ścięte drzewko; jej łzy moczyły mu koszulę. Quoyle oparł się o zlew w jej małej kuchni. Powiedział, że zawiezie Herry’ego i Bunny do szkoły, żeby było tak jak zawsze. Sunshine zostanie z Wavey, która - podbudowana trochę obecnością Quoyle’a - przygotowywała już kanapki do szkoły. Żeby pomóc Beety. Cisza. Na wodzie rzadka mgła grubości dłoni zamazywała plątaninę brzegu. Skalne występy, podobne do czarnych metalowych uchwytów, łączyły morze z lądem. Quoyle wziął głęboki oddech, zimne powietrze popłynęło w górę jego nozdrzy; poczuł się winny, gdyż Jack nie żył, a on stał tam i wciąż oddychał.

[…]

Quoyle wyobraził sobie ubranie Jacka falujące pod wodą jak jedwab, jego białą twarz, szyję i dłonie migocące w morskiej toni. Amen - powiedział Benny Fudge. Wielu rybaków tak kończy. A jak to przyjęła pani Buggit? Pomyślał o kobiecie żyjącej nieustannie w krainie mroźnego smutku, unoszonej na falach koronkowych frywolitek. Zadziwiająco spokojnie. Powiedziała, że spodziewała się tego od pierwszego tygodnia ich małżeństwa, kiedy to po raz pierwszy uznano Jacka za zaginionego na lodzie. Polował na foki. Już trzykrotnie cierpiała podobne męki. Teraz przynajmniej ma jedną pociechę. Widzicie, odnaleźli zwłoki. Może pochować Jacka. Zabrali go do domu, gdzie wystawią zwłoki. Dawno już żadnego z Buggitów nie pochowano w ziemi, Jack będzie pierwszy. Jego ciało jest dla niej pewną pociechą. Na cmentarzu w Killick-Claw nagrobki stały ciasno obok siebie, gdyż ci, którzy zginęli na morzu, nie potrzebowali aż sześciu stóp ziemi. Wystawili ciało. Quoyle, dzisiejszej nocy będzie czuwanie, a jutro rano pogrzeb. Przyjdź z Wavey do domu Jacka o siódmej wieczorem. Dennis kazał ci to przekazać. Pytał też, czy poniesiesz biednego Jacka.

[…]

Quoyle, wyczerpany i podniecony, przygotowywał się na czuwanie. Wcisnął się w czarne, odświętne spodnie. Gdy tylko uzna, że już wypada wyjść, będzie musiał wrócić do redakcji, aby skończyć matryce długiego artykułu Billy’ego. Dostali dobre zdjęcie Jacka, wprawdzie sprzed dziesięciu lat, ale wygląda na nim tak samo, stoi przy świeżo pomalowanym skifie. Quoyle kazał oprawić dla pani Buggit odbitkę dziewięć na dwanaście. Bał się widoku Jacka leżącego w salonie, spowitego pianą koronkowych węzłów. Wyobrażał sobie, że wciąż jest mokry, jakby nie mogli osuszyć jego ciała - morska woda ściekająca strumieniami, kapiąca z pluskiem na wyczyszczoną podłogę, podczas gdy pani Buggit pochyla się, by zetrzeć ją białą ścierką. Jego stara tweedowa marynarka też okazała się za ciasna. Wreszcie dał za wygraną i włożył obszerny sweter koloru byczej krwi, który nosił na co dzień. Trudno. Ale na pogrzeb będzie musiał kupić nową marynarkę. Zrobi to jutro z samego rana w Misky Bay, kiedy pojedzie do drukami. Zawiązywał odświętne buty, gdy zadzwoniła Wavey z wiadomością, że Bunny chce go o coś zapytać. Zawzięty, dziecięcy głos. Dopiero drugi raz rozmawiał z nią przez telefon. Nie zarobiłaby na życie, sprzedając ubezpieczenia. Tato, Wavey mówi, że muszę ciebie zapytać. Chcę pójść na wstawanie do wujka Jacka. Wavey mówi, że ty musisz zadecydować. Tato, ty idziesz i Marty, i one, i Herry z Wavey też idą, a my z Sunshine mamy zostać z ciotką w jej pracowni pełnej igieł. Ja nie chcę, chcę iść na wstawanie. Bunny, to jest „czuwanie”, nie „wstawanie”. A Marty, Murchie i Winnie idą tam dlatego, że Jack był ich dziadkiem. Pozwól, że najpierw porozmawiam z Wavey. Wavey uważała, że mogą pójść. Zdaniem Quoyle’a w ostatnim roku za często stykały się ze śmiercią. Przecież wszystko umiera - powiedziała Wavey. Życie niesie z sobą stratę i smutek. Muszą to zrozumieć. A one chyba traktują śmierć jak sen. No cóż. Są jeszcze dziećmi. Dzieci należy chronić przed wiedzą o śmierci. A te koszmary Bunny? Może być jeszcze gorzej. Ale, kochanie, jeśli one nie będą wiedziały, czym jest śmierć, to jak zrozumieją głębszy sens życia? Pory roku, naturę, stworzenie...

[…]

Wiecie przecież, że wszyscy odchodzimy. Krótki czas chodzimy po tych kamieniach, nasze łodzie tylko przez chwilę unoszą się na wodzie, a potem muszą utonąć. Woda jest jak czarny kwiat, rybak zaś to pszczoła w jego sercu. Dennis w garniturze z serży [tkanina wełniana, wysokogatunkowa z wełny czesankowej – przyp. aut.] z poszerzonymi nogawkami spodni i Beety z dłonią na drżącym ramieniu pani Buggit. Koronkowy, biały kołnierz podkreślał czarny jedwab sukni. Dennis przeszukiwał szuflady i pudełka w poszukiwaniu spinki klubowej Jacka, której nie można było znaleźć od lat. Teraz była potrzebna. Dzieci bawiły się na zewnątrz. Quoyle widział, jak Marty rzuca okruchy kurom na podwórku. Bunny jednak nie chciała pójść do niej, weszła z powrotem do salonu i stała przy trumnie. Wezmę ją - powiedziała Wavey. Wydawało jej się nienaturalne, że dziecko tak się przygląda. Tymczasem Dennis pokazał matce spinkę, którą znalazł w filiżance na najwyższej półce w spiżarni. Emaliowany wieniec z inicjałem R. Ze spinką w dłoni wstała i poszła wolno przez salon, żeby wpiąć ją w klapę garnituru Jacka. Ostatnie dotknięcie. Pochyliła się nad zmarłym mężem. Spinka drżała, kiedy próbowała przebić materiał. Żałobnicy stali pogrążeni w pełnym szacunku milczeniu. Beety niespodziewanie zaszlochała. Wavey pociągnęła delikatnie Bunny za rękę. Dziewczynka utkwiła spojrzenie w zmarłym. Nie chciała iść, wyrwała dłoń. Rozległ się kaszel, jakby ktoś zapalał stary silnik. Pani Buggit upuściła spinkę na atłas, odwróciła się i chwyciła kurczowo ramię Dennisa. Ściśnięte gardło, oczy jak drewniane gałki szuflady. Wavey siłą odciągnęła Bunny. Dennis głośno zawołał: Tato wraca do życia! Skoczył, by pomóc ojcu wydostać ramiona z ciasnej trumny. Wśród przeraźliwych wrzasków jedni odskoczyli, potykając się, inni rzucili się do przodu. Quoyle zaczął się przeciskać z kuchni. Zobaczył kłębowisko ramion wyciągających się, by pomóc Jackowi powrócić do teraźniejszości. Z każdym kaszlnięciem z jego ust chlustała woda. Usłyszał krzyk Bunny z drugiego końca pokoju: Obudził się!

[…]

Martwią się o zapalenie płuc! Uszkodzenie mózgu! A ja wcale! Dennis śmiał się, walił pięścią w siedzenie samochodu, mówił, żeby Quoyle jechał za karetką. W dłoniach plik skądś wyciągniętych papierów. Podnieconym głosem wyrzucał z siebie zdania, które mogłyby być skrzydłami wściekle obracającego się wiatraka. Szeleścił papierami, przekładając je. Grzmocił Quoyle’a po ramieniu. - A tu masz go, gramoli się, żeby usiąść. Nieźle się zaklinował. Podnosi się do połowy i patrzy na nas. Znowu kaszle. Woda leje się z niego. Nie może mówić. Ale wydaje się, że wie, gdzie się znajduje. Przyjeżdża lekarz i mówi, że wygląda na twardziela i pewnie się z tego wyliże. Mówi, że często dzieci przeżywają zanurzenie. Dorośli rzadko. Ale oni nie znają ojca. Widzisz, zimno wody zamyka układ krwionośny i serce bije bardzo wolno. Przez jakiś czas. Lekarz twierdzi, że ojciec nie mógł przebywać długo w wodzie. Jego zdaniem wyjdzie z tego. A matka! Jak tylko odzyskała głos, mówi do ojca: „Jack, Dennis znalazł twoją spinkę. Tę, której tak długo szukaliśmy”. Quoyle widział już tytułową stronę. Przebije wszystko inne. Dennis upuścił papiery na podłogę.

[…]

Wuj Jack nie żył, a obudził się. On w rzeczywistości nie umarł. Pomylili się. Tylko im się wydawało, że on nie żyje. Nie pierwszy raz coś takiego się zdarza. Tak samo było z jednym chłopcem, kiedy chodziłam do szkoły. Eddie Bunt. Myśleli, że się utopił. A on był jakby w śpiączce. Co to jest śpiączka? No cóż, to taki stan, kiedy tracisz świadomość, nie umierasz, ale i nie śpisz. Coś w twoim ciele albo w twojej głowie jest uszkodzone i czeka trochę, aż to coś się poprawi na tyle, żeby mogło się obudzić. Pamiętasz, jak tata włącza rano silnik w samochodzie i rozgrzewa go? Silnik pracuje, ale samochód nie jedzie. W takim razie Petal jest w śpiączce. Śpi, tato tak mówi i nie może się obudzić. Bunny, powiem ci wprost. Petal nie żyje, ona nie jest w śpiączce. Nie śpi. Tato tak powiedział, żeby tobie i Sunshine nie było bardzo smutno. Nie chciał was przestraszyć. Ale może być w śpiączce. Może się pomylili, tak jak z wujkiem Jackiem. Och, Bunny. Przykro mi, że muszę ci to mówić, ale ona naprawdę nie żyje. Tak samo jak nie żył ptaszek, ponieważ miał przetrącony kark. W niektórych wypadkach nie da się naprawić szkody. Czy Petal miała przetrącony kark? Tak.

[…]

W ciągu tygodni, które nastąpiły po jego zmartwychwstaniu, Jack powoli wychodził z zapalenia płuc i odzyskiwał głos na tyle, by szeptem opowiedzieć szczegóły swojej podróży na drugi brzeg i z powrotem. Był dobry dzień. Nie za dużo homarów, ale nie tak źle. Kiedy wracał, silnik zaczął słabo pracować. Potem zgasł całkowicie. Latarka kieszonkowa wysiadła. Przez dwie godziny grzebał w silniku po ciemku, lecz nie mógł go uruchomić. Przepływało kilka skifów, krzyczał, żeby go wzięli na hol. Nie słyszeli. Robiło się coraz później. Pomyślał, że zostanie tam na całą noc. Przy płomyku zapalniczki sprawdził godzinę na swoim zegarku. Za pięć dziesiąta. Szyper Tom miauczał i kręcił się niemiłosiernie. A potem zrobił ogromną kupę na więcierz. Jack wyrzucił więcierz za burtę, żeby go opłukać, no i po wszystkim - pociągnęło go do wody. Szarpał za szpagat przy pasku, do którego miał przywiązany nóż. Poczuł, że węzeł się rozwiązał, a nóż wypadł i uderzył go w bok głowy. Napił się wody. Szarpał się z całych sił. W miarę jak tracił przytomność, zaczął sobie wyobrażać, że znajduje się w ogromnym słoju do marynatów. Czekał, aż go ktoś z niego wyciągnie.

[…]

Quoyle doświadczał chwil wypełnionych wszystkimi kolorami tęczy, zupełnego oślepienia. Zwracał uwagę na bogactwo dźwięków fal liżących kamienie, śmiał się i płakał, dostrzegał zachody słońca, słyszał muzykę deszczu. Powiedział: przyrzekam. Przed domem Burke’ów pojawił się rząd lśniących kołpaków zatkniętych na patyki. Ślubny prezent od ojca panny młodej. Skoro Jack Buggit potrafił wydostać się ze słoja, skoro ptak z przetrąconym karkiem potrafił odlecieć, to co jeszcze było możliwe? Woda może być starsza od światła, diamenty mogą pękać w gorącej koziej krwi, lodowe góry mogą strzelać zimnym ogniem, na środku oceanu mogą wyrosnąć lasy, kraba może pochwycić cień dłoni, a wiatr można schwytać w węzły na kawałku sznurka. Może się też okazać, że miłość przychodzi czasem bez bólu i cierpienia.

Obraz zawierający szkic, rysowanie, Sztuka dziecięca, łącznik

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.

Annie Proulx, Kroniki Portowe

Sfilmowana i nagrodzona Nagrodą Pulitzera w kategorii fikcja literacka powieść obyczajowa Annie Proulx – amerykańskiej pisarki, nowelistki i dziennikarki przenosi akcję tej interesującej opowieści przede wszystkim do Kanady, a tam z kolei na jej obrzeża południowo-wschodnie, czyli coraz bliżej na nie za przyjazną do życia Wyspę Nową Funlandię ze stołecznym w niej miastem St. John’s, w czasy z dzisiejszej perspektywy już nieco odległe, gdyż ubiegłowieczne z początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Quoyle to indywidualista, ale też niepewny siebie i swego zdania „pechowiec życiowy”. Po nieudanym związku z bezpruderyjną i energiczną Petal Bear, która po rozwodzie nawet nie waha się sprzedać swych dzieci w adopcję sama o Ironio losu, ginąc w spektakularnym wypadku samochodowym, Quoyle wraz ze swą ciotką wraca w rodzinne strony do Nowej Funlandii na opuszczone od czterdziestu lat domostwo Quoyle’s Point u stóp szalejącego w czasie sztormów kanadyjskiego wybrzeża. W nowym życiu rozpoczyna pracę w redakcji lokalnego czasopisma „Pleciucha” krok za krokiem, odkrywając, że nowa ojczyzna coraz bardziej pasuje do jego nadwątlonej przez czas i pokruszonej tożsamości, zwłaszcza że poznaje w sąsiedztwie Wavey Prowse, która również samotnie wychowuje swego autystycznego synka. Opowieść Proulx to wciąż pięknie opowiedziana historia co pozwala każdemu człowiekowi i w każdej jego chwili śmiało spoglądać przed siebie z taką otwartością co rozgrzesza nawet najgorszą czy nieudaną przeszłość.       



powrót ››