Blog

 

19.07.2025

Zanim się pojawiłeś

„Wiedza to władza”


„Teraz świat to tylko on i ja”


„Zmieniłaś moje życie

 dużo bardziej, niż

te pieniądze zmienią twoje.”

[…]

Kiedy on wychodzi z łazienki, ona już nie śpi, siedzi oparta o poduszki, przeglądając katalogi biur podróży leżące obok łóżka. Ma na sobie jeden z jego T-shirtów, a jej potargane długie włosy nasuwają myśli o zeszłej nocy. On przystaje na chwilę i wycierając głowę ręcznikiem, cieszy się tym krótkim wspomnieniem. Ona spogląda na niego znad katalogów i wydyma usta. Z pewnością jest już na to za duża, ale są ze sobą na tyle krótko, że to wciąż jeszcze jest urocze. Czy koniecznie musimy jechać gdzieś, gdzie trzeba wspinać się po górach albo zwisać nad przepaścią? To właściwie nasz pierwszy wspólny wyjazd, a tutaj nie ma ani jednej wycieczki, która nie wymagałaby skakania skądś albo – udaje, że się wzdryga – noszenia polaru. Rzuca katalogi na łóżko, wyciąga nad głową ramiona o karmelowej skórze. Jej nieco schrypnięty głos świadczy o tym, że niewiele spała tej nocy. A może luksusowe spa na Bali? Moglibyśmy wylegiwać się na piasku... dawać się rozpieszczać... i te długie relaksujące wieczory... Zwariowałbym na takich wakacjach. Ja muszę coś robić.

[…]

Rozgląda się, po czym z pochyloną głową przebiega ostatnie kilka metrów do taksówki, już prawie mówiąc: „Na Blackfriars”. Deszcz spływa mu za kołnierz. Zmoknie, zanim dotrze do biura, choć ma do przejścia niewielki kawałek. Będzie musiał wysłać sekretarkę po koszulę na zmianę. I musimy załatwić tę sprawę należytej staranności, zanim zobaczy to Martin... Podnosi głowę, słysząc piskliwy dźwięk, gwałtowny ryk klaksonu. Widzi przed sobą lśniący bok czarnej taksówki, której kierowca już opuszcza okno, a na skraju pola widzenia coś, co niezupełnie potrafi rozpoznać, zbliżające się do niego z niebywałą prędkością. Odwraca się w tamtą stronę i w ułamku sekundy dociera do niego, że stoi na drodze tego czegoś, że w żaden sposób nie ucieknie. Zaskoczony otwiera dłoń, upuszczając blackberry na ziemię. Słyszy krzyk, być może swój własny. Ostatnia rzecz, jaką widzi, to skórzana rękawica, twarz za przyłbicą hełmu, grozę w oczach tamtego człowieka, niczym lustrzane odbicie własnej grozy. Następuje wybuch i wszystko rozpada się na kawałki. A potem nie ma już nic.

[…]

Mama postawiła czajnik na gazie i spojrzała na mnie. Chyba wreszcie zauważyła, że się nie odzywam.  Wszystko w porządku, kochanie? Strasznie jesteś blada. Wyciągnęła rękę i dotknęła mojego czoła, tak jakbym nie miała dwudziestu sześciu lat, tylko dużo mniej. Chyba nie pojedziemy na wakacje. Jej ręka znieruchomiała. Spojrzenie przenikało mnie na wskroś, tak jak w dzieciństwie. Czy macie jakieś problemy? Mamo, ja... Nie chcę się wtrącać. Po prostu jesteście już razem bardzo długo. To zupełnie naturalne, że ludzie się czasem poprztykają. Mam na myśli, że ja i twój tata... Straciłam pracę. Zapadła cisza. Słowa zawisły w powietrzu niewielkiego pokoiku. Co takiego? Frank zamyka kawiarnię. Od jutra. Wyciągnęłam rękę z lekko wilgotną kopertą, którą wciąż zszokowana ściskałam w ręku przez całą drogę powrotną. Wszystkie sto osiemdziesiąt kroków od przystanku. Dał mi trzymiesięczną odprawę. Dzień zaczął się jak co dzień. Nie znam człowieka, który by lubił poniedziałkowe poranki, ale mnie one nie przeszkadzały. Lubiłam przychodzić wcześnie do The Buttered Bun, włączać wielki termos bufetowy na herbatę, przynosić skrzynki z mlekiem i pieczywem z podwórka na tyłach i gawędzić z Frankiem, gdy przygotowywaliśmy się do otwarcia.

[…]

Mama na moment przymknęła oczy, tak jakby zbierając siły. To bystra dziewczyna. Coś sobie znajdzie. Ma już spore doświadczenie na koncie, prawda? Frank wystawi jej dobre referencje. Och, po prostu fantastyczne: Louisa Clark rewelacyjnie smaruje grzanki masłem i dobrze sobie radzi ze starym czajnikiem. Dzięki, że tak we mnie wierzysz, tato. Tylko tak mówię. Wiedziałam, czego obawia się tato. Moja pensja była ważna. Treena zarabiała grosze w kwiaciarni. Mama nie mogła pracować, bo musiała zajmować się dziadkiem, który miał bardzo marną emeryturę. Tata stale się martwił o swoją pracę w fabryce mebli. Jego szef od kilku miesięcy mamrotał coś o możliwych zwolnieniach. W domu rozmawiano ukradkiem o długach i żonglowaniu kartami kredytowymi. Dwa lata temu pewien nieubezpieczony kierowca skasował ojcu samochód i to wystarczyło, żeby chwiejna konstrukcja, jaką stanowiły finanse moich rodziców, wreszcie się rozpadła. Moje skromne zarobki były ważną pozycją w codziennym budżecie, dzięki nim rodzina mogła jakoś przeżyć z tygodnia na tydzień.

[…]

Po raz pierwszy w życiu wystąpiłam o zasiłek dla poszukujących pracy. Odbyłam czterdziestopięciominutową rozmowę, a następnie rozmowę grupową, wraz z mniej więcej dwudziestką kobiet i mężczyzn. Połowa z nich miała taką samą lekko oszołomioną minę, jaką zapewne miałam ja, a druga połowa obojętne, znudzone twarze ludzi, którzy są tu nie pierwszy raz. Starałam się ubrać jak przyzwoity człowiek – jak określił to tata. W efekcie tych starań musiałam wycierpieć krótkie zastępstwo na nocnej zmianie w zakładzie przetwórstwa drobiu (całymi tygodniami miałam potem koszmary) i dwa dni na szkoleniu dla doradców do spraw energii w gospodarstwie domowym. Dość szybko zorientowałam się, że właściwie to jestem szkolona, jak omamić starszych ludzi, żeby zmienili dostawcę prądu, i powiedziałam Syedowi, mojemu osobistemu „doradcy”, że nie mogę tego robić. Nalegał, żebym nie rezygnowała, więc wyliczyłam kilka metod, które miałabym stosować w tej pracy, a wtedy troszkę go zatkało i zaproponował, żebyśmy (to zawsze było „my”, chociaż było dość oczywiste, że jedno z nas już ma pracę) spróbowali czegoś innego. Dwa dni przepracowałam w sieciowym barze szybkiej obsługi. Praca była w sensownych godzinach, jakoś też znosiłam fakt, że od firmowego stroju elektryzują mi się włosy, nie mogłam jednak nauczyć się zasad „właściwych reakcji”, to znaczy: „Czym mogę dziś panu służyć?” oraz „Czy do tego duże frytki?”. Zostałam zwolniona po tym, jak jedna z dziewczyn od pączków przyłapała mnie na omawianiu z pewną czterolatką rozmaitych walorów dodawanych za darmo zabawek. Co mogę powiedzieć? To była bardzo rezolutna czterolatka. Ja też uważam, że Śpiące Królewny są głupie. Teraz siedziałam na swojej czwartej rozmowie w pośredniaku, a Syed szukał dla mnie kolejnych „możliwości zatrudnienia”. Nawet on, ze swoją nieustępliwie dziarską miną kogoś, kto potrafi wcisnąć gdzieś nawet największych nieudaczników, wydawał się już lekko znużony. Hm... Czy kiedykolwiek brałaś pod uwagę pracę w przemyśle rozrywkowym? Na przykład jako zwariowana staruszka w teatrzyku dla dzieci? Nie. Ale szukają tancerek na rurze. Nawet kilku.

[…]

Jak miałam mu wyjaśnić, że bardzo chciałabym pracować? Czy miał choć blade pojęcie o tym, jak bardzo tęsknię za dawną pracą? Bezrobocie było dla mnie dotąd tylko abstrakcyjnym pojęciem, czymś, o czym ględzili dziennikarze w wiadomościach w związku ze stoczniami albo fabrykami samochodów. Nigdy nie sądziłam, że gdy ktoś traci pracę, może się czuć, jakby obcięli mu nogę – jakby stracił coś stałego, coś, nad czym się nie zastanawiał. Nie sądziłam, że oprócz oczywistych obaw o pieniądze i przyszłość utrata pracy powoduje, że człowiek zaczyna się czuć nie na miejscu, trochę bezużyteczny. Że trudniej mu wstać rano teraz niż wtedy, gdy budzik brutalnie wyrywał go ze snu. Że można tęsknić za ludźmi, z którymi się pracowało, niezależnie od tego, jak mało się miało z nimi wspólnego. Albo że idąc ulicą, zaczynasz się rozglądać za znajomymi twarzami. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam panią Dmuchawiec, która snuła się wzdłuż witryn i wyglądała na tak samo niepotrzebną nikomu jak ja, musiałam się powstrzymywać, żeby nie podejść do niej i jej nie przytulić.

[…]

Ale poza krótkim okresem, kiedy byłam nastolatką, nigdy nie chciałam wyglądać tak jak Treena albo którakolwiek z dziewczyn w szkole, do wieku czternastu lat wolałam ubierać się jak chłopak, a teraz ubieram się tak, jak mi się podoba – zależnie od nastroju, jaki mam danego dnia. Nie ma sensu, żebym próbowała wyglądać normalnie. Jestem niewysoka, mam ciemne włosy i jak twierdzi tato, twarz jak elf. Ale nie chodzi o elfią piękność. Nie jestem brzydka, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek uznał mnie za piękną. Nie mam w sobie tego czegoś. Patrick mówi, że jestem cudowna, kiedy ma ochotę się pomiziać, ale ja wtedy wiem doskonale, o co mu chodzi. Ostatecznie znamy się już prawie siedem lat. Mam dwadzieścia sześć lat i właściwie nie wiem, kim jestem. Dopóki nie straciłam pracy, specjalnie się nad tym nie zastanawiałam. Myślałam, że pewnie wyjdę za Patricka, machniemy sobie kilkoro dzieciaków i zamieszkamy kilka ulic od domu rodziców, w którym mieszkałam od zawsze. Poza szczególnym gustem i niewysokim wzrostem niewiele odróżnia mnie od kogokolwiek mijanego na ulicy. Nikt by się nawet za mną nie obejrzał. Zwykła dziewczyna, wiodąca zwyczajne życie. I było mi z tym zupełnie dobrze.

[…]

Weszłam do środka i zapytałam Franka, czy nie potrzebuje kogoś do pomocy. Otworzył kawiarnię właśnie tego dnia i sam nie wiedział, jak mi dziękować. Teraz, gdy się nad tym zastanowiłam, nie mogłam sobie przypomnieć, żebyśmy kiedykolwiek rozmawiali o pieniądzach. Powiedział, ile będzie mi płacił tygodniowo, ja się zgodziłam, a potem raz do roku mówił, że daje mi niedużą podwyżkę, zwykle nieco wyższą, niż byłam gotowa poprosić. A o co zwykle pytają na takich rozmowach? Co jeśli poproszą, żebym zrobiła coś konkretnego przy tym staruszku, na przykład nakarmiła go albo wykąpała, albo coś? Syed powiedział, że mają tam pielęgniarza, który zajmuje się potrzebami osobistymi (wzdrygnęłam się na to określenie). Wymagania wobec drugiego opiekuna były „nieco niejasne w tym względzie”, jak powiedział. Wyobraziłam sobie, jak ocieram ślinę cieknącą staruszkowi z ust i jednocześnie pytam głośno: „Czy chce pan herbaty?”. Na początku, kiedy dziadek zaczął wracać do zdrowia po wylewach, nie był w stanie nic koło siebie zrobić. Mama wszystko robiła. Twoja mama jest święta – mówił tato, co chyba znaczyło, że mama podciera dziadkowi tyłek i nie wybiega z domu z krzykiem. Mnie by raczej nikt tak nie nazwał. Kroiłam dziadkowi jedzenie i robiłam mu herbatę, ale jeśli chodzi o inne rzeczy, nie wiem, czybym się do tego nadawała. Granta House był po drugiej stronie zamku Stortfold, niedaleko średniowiecznych murów, przy długiej, pozbawionej chodnika ulicy, przy której stały tylko cztery domy i sklep National Trust, w samym środku strefy turystycznej. Mijałam ten dom milion razy, ledwo go zauważając. Teraz, kiedy przechodziłam przez parking i tory miniaturowej kolejki, przy czym jedno i drugie było tak puste i ponure, jak tylko pusta i ponura może być letnia atrakcja w lutym, zobaczyłam, że jest większy, niż sobie wyobrażałam: czerwona cegła, dwuskrzydłowe drzwi frontowe, taki dom, jaki widuje się, przeglądając stare numery „Country Life” w poczekalni u lekarza.

[…]

Wydawała się znużona, jakby dzisiaj już wiele razy wypowiadała te słowa. Poszłam za nią do wielkiego pokoju z oknami sięgającymi od podłogi do sufitu. Ciężkie zasłony w eleganckich fałdach spływały z grubych mahoniowych prętów, a posadzki pokrywały perskie dywany o zawiłych wzorach. Pachniało woskiem i zabytkowymi meblami. Wszędzie stały małe eleganckie stoliki do kawy, na ich wypolerowanych blatach ustawiono ozdobne szkatułki. Ciekawe, gdzie u licha Traynorowie stawiają filiżanki.  Trafiła pani do nas przez biuro pośrednictwa, prawda? Proszę usiąść. Podczas gdy ona przeglądała papiery, ja rozglądałam się ukradkiem po pokoju. Myślałam, że będzie trochę jak w domu opieki, wszędzie podnośniki i łatwo zmywalne powierzchnie. Ale tu wyglądało raczej jak w jednym z tych przeraźliwie drogich hoteli, gdzie czuje się dawne fortuny, pełnych ukochanych przedmiotów, które same z siebie wyglądają na cenne. Na kredensie stały fotografie w srebrnych ramkach, ale były za daleko, żebym mogła dostrzec twarze. Podczas gdy ona przeglądała papiery, ja przesunęłam się nieco na krześle, próbując się im przyjrzeć. I wtedy właśnie usłyszałam ten dźwięk – niedający się z niczym pomylić odgłos pękających szwów. Gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam, że dwa kawałki materiału, które łączyły się z boku mojego prawego uda, rozeszły się, a spomiędzy nich wystrzeliły poszarpane kawałki jedwabnej nitki, niczym niechlujna grzywka. Poczułam, że robię się buraczkowa. Więc... Panno Clark, czy ma pani jakieś doświadczenie z paraliżem czterokończynowym? Odwróciłam twarz w stronę pani Traynor, przesuwając się tak, żeby zakryć żakietem jak największy kawałek spódniczki. Nie. Czy od dawna jest pani opiekunką? Hm... Właściwie nigdy się tym nie zajmowałam – powiedziałam, po czym dodałam, tak jakbym słyszała w uchu głos Syeda: Ale jestem pewna, że mogę się nauczyć. Wie pani, co to jest paraliż czterokończynowy? Kiedy... – zająknęłam się – ktoś jest uziemiony na wózku. Pewnie można to i tak ująć. Są różne stopnie paraliżu, ale w tym przypadku mówimy o całkowitej utracie władzy w nogach i bardzo ograniczonej władzy w dłoniach i ramionach. Czy to pani przeszkadza?

[…]

Camilla Traynor spuściła głowę. To bardzo ważne, żeby Will miał przy sobie kogoś, kto rozumie tę odpowiedzialność. Wszystko, co mówiła, nawet to, jak podkreślała poszczególne słowa, wydawało się dawać mi do zrozumienia, jaka jestem głupia. Rozumiem. Wzięłam torebkę. Więc przyjęłaby pani to stanowisko? To było tak niespodziewane, że w pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam. Słucham? Chcielibyśmy, żeby zaczęła pani tak szybko, jak tylko się da. Honorarium będziemy wypłacać raz w tygodniu. Na chwilę mnie zatkało. Chce mnie pani zatrudnić zamiast... – zaczęłam. Praca trwa długo – od ósmej do piątej, czasem dłużej. Nie ma przerwy na lunch, chociaż kiedy Nathan, pielęgniarz, który zajmuje się nim w ciągu dnia, przychodzi około południa, będzie miała pani wolne jakieś pół godziny. Czy nie będą państwo wymagać jakichś zabiegów... medycznych? Will ma zapewnioną wszelką opiekę medyczną. Chcemy, żeby był przy nim ktoś silny i optymistyczny. Jego życie jest... skomplikowane, i to ważne, by ktoś dodawał mu otuchy, by... – urwała, wpatrując się w coś za wysokim oknem. Wreszcie znów odwróciła się do mnie. Powiedzmy, że jego dobry stan psychiczny jest równie ważny jak fizyczny.

[…]

To jest przybudówka. Kiedyś tu były stajnie, ale doszliśmy do wniosku, że Willowi będzie tu lepiej niż w domu, bo wszystko jest na jednym poziomie. Tutaj jest dodatkowy pokój, żeby Nathan mógł zostać na noc, jeśli to konieczne. Na początku dość często potrzebowaliśmy kogoś w nocy. Pani Traynor, stukając obcasami, szła energicznie korytarzem, pokazując mi kolejne drzwi i nie oglądając się na mnie. Najwyraźniej oczekiwała, że za nią nadążę. Tu są kluczyki od samochodu. Dodałam cię do naszego ubezpieczenia. Ufam, że dane, które mi podałaś, są zgodne z rzeczywistością. Nathan pokaże ci, jak działa rampa. Będziesz musiała tylko pomóc Willowi ustawić się odpowiednio, samochód zrobi resztę. Chociaż... on teraz nie ma szczególnej ochoty nigdzie się wybierać. Jest trochę zimno – powiedziałam. Pani Traynor jakby mnie nie słyszała.– W kuchni możesz sobie zrobić herbatę czy kawę. Dopilnuję, żeby w szafkach niczego nie zabrakło. Łazienka jest tutaj... Otworzyła drzwi, a ja wpatrzyłam się w białą metalowo-plastikową poręcz przyczajoną nad wanną. Pod prysznicem był po prostu kawałek podłogi z odpływem, obok stał składany wózek inwalidzki. W kącie znajdowała się szafka o oszklonych drzwiczkach, w której piętrzyły się schludne stosiki owiniętych w folię rolek. Z tej odległości nie widziałam, co to jest, ale wydzielały słaby zapach środka dezynfekującego. Pani Traynor zamknęła drzwi i odwróciła się na chwilę, by na mnie spojrzeć. Chciałabym raz jeszcze przypomnieć: to bardzo ważne, żeby Will stale miał kogoś przy sobie. Poprzednia opiekunka zniknęła pewnego razu na wiele godzin, żeby oddać samochód do naprawy, a Will... zranił się podczas jej nieobecności. Przełknęła ślinę, jakby to wspomnienie wciąż budziło w niej grozę.

[…]

Otworzyła drzwi. Salon przybudówki wydawał się ogromny, jedna ściana składała się wyłącznie ze szklanych drzwi wychodzących na łąki i pola. W kącie cicho palił się piecyk na drewno, a przed ogromnym telewizorem z płaskim ekranem stała niska sofa z siedzeniem przykrytym wełnianą narzutą. Pokój był urządzony w spokojnym, gustownym stylu – coś jak skandynawska kawalerka. Pośrodku pokoju stał czarny wózek inwalidzki, z siedzeniem i oparciem wyłożonym baranicą. Mocno zbudowany młody człowiek w białym pielęgniarskim uniformie kucał, układając na podnóżkach stopy siedzącego na wózku mężczyzny. Gdy weszłyśmy do pokoju, ten na wózku spojrzał na nas spod długich, rozczochranych włosów. Popatrzył mi w oczy i po chwili wydał z siebie mrożący krew w żyłach jęk. Potem wykrzywił usta i wydał kolejny straszliwy odgłos. Jego matka zesztywniała. Will, przestań! Nawet na nią nie spojrzał. Kolejny odgłos godny neandertalczyka wydobył się gdzieś z jego piersi. Był to straszliwy, pełen bólu dźwięk. Starałam się nie wzdrygnąć. Z głową zwieszoną między ramionami mężczyzna spoglądał na mnie, wciąż wykrzywiony w straszliwym grymasie. Wyglądał groteskowo, trochę groźnie. Zdałam sobie sprawę, że ściskam rączkę torebki tak mocno, że aż zbielały mi palce.

[…]

Poszliśmy do kuchni. Pani T. mówi, że nie miałaś za dużo doświadczenia z osobami sparaliżowanymi? Nie. Okej. To zaczniemy od prostych rzeczy. Tu masz teczkę, w której jest wszystko na temat stałych zabiegów Willa i wszystkie numery telefonów, na wypadek gdyby się coś działo. Radzę ci to przeczytać w wolnej chwili. Myślę, że ci ich nie zabraknie. Nathan odpiął klucz od paska i otworzył zamkniętą szafkę, pełną pudełek i plastikowych pojemniczków z lekami. Dobra. To wszystko to głównie moja broszka, ale jakby co, musisz wiedzieć, gdzie co jest. Tu na ścianie masz harmonogram, żebyś wiedziała, co on codziennie musi wziąć. Wszystkie dodatkowe leki, jakie mu dasz, zaznaczasz tutaj. Pokazał. Ale najlepiej, jeśli uzgodnisz wszystko najpierw z panią T., przynajmniej na początku. Nie wiedziałam, że będę musiała podawać mu leki. To nie jest trudne. On raczej wie, czego mu trzeba. Ale czasem trzeba mu pomóc to połknąć. Zwykle używamy tego kubka z dzióbkiem. Albo możesz rozgnieść je w tym moździerzu i wymieszać z napojem.

[…]

Nathan patrzył przez chwilę w podłogę. Potem podniósł głowę. Żeby spróbować trochę go rozweselić? On jest trochę... marudny.  Zrozumiałe, biorąc pod uwagę... okoliczności. Ale musisz być dość odporna. Ten mały odpał dziś rano to jego sposób, żeby wytrącić człowieka z równowagi. Czy to dlatego płacą tak dobrze? No tak. Nie ma nic za darmo, co nie? Nathan poklepał mnie po ramieniu, aż się cała zatrzęsłam. Ale w ogóle to jest w porządku. Nie trzeba się z nim cackać.  Zawahał się. Ja go lubię. Powiedział to tak, jakby był w tym zupełnie odosobniony. Poszliśmy z powrotem do salonu. Wózek inwalidzki Willa Traynora stał teraz pod oknem, a on, siedząc plecami do nas, patrzył przez okno i słuchał czegoś w radiu.

[…]

Niemal pobiegłam po płaszcz. Nie zamierzałam wychodzić na lunch, ale było mi aż słabo z ulgi, że wreszcie mogę wyjść z tego domu. Postawiłam kołnierz i z torebką na ramieniu ruszyłam żwawo podjazdem, tak jakbym miała jakiś określony cel. Tak naprawdę przez pół godziny po prostu chodziłam po najbliższych ulicach, dmuchając ciepłym powietrzem w ciasno owinięty wokół twarzy szalik. Teraz, kiedy The Buttered Bun została zamknięta, w tej części miasta nie było żadnej kawiarni. Na zamku było pusto. Najbliższym miejscem, gdzie można było coś zjeść, był pub, gdzie pewnie nie stać by mnie było na drinka, nie mówiąc o lunchu. Wszystkie samochody na parkingu były wielkie i drogie, na nowych rejestracjach. Stojąc na parkingu zamku, gdzie na pewno nie mógł mnie widzieć nikt z Granta House, zadzwoniłam do siostry. Hej. Wiesz, że nie mogę rozmawiać w pracy. Chyba nie poszłaś sobie stamtąd, co? Nie. Chciałam tylko usłyszeć jakiś ludzki głos. Czy on jest aż tak okropny? Treen, on mnie nienawidzi. Patrzy na mnie jak na coś, co kot przyniósł z podwórka. I nie pije herbaty. Ukrywam się przed nim.

[…]

Siedziałam bez słowa. Sens tego, co powiedziała moja siostra, docierał do mnie powoli, ale nieuchronnie. Czułam się tak, jak pewnie czują się ofiary mafii, patrząc, jak beton powoli zastyga im wokół kostek. Naprawdę muszę to zrobić, Lou. Chcę czegoś więcej dla Thomasa, dla nas obojga. Mogę do czegoś dojść, tylko jeśli wrócę na studia. Nie mam żadnego Patricka. I nie sądzę, żeby kiedykolwiek mi się jakiś trafił, biorąc pod uwagę, że od kiedy urodził się Thomas, nikt się mną nie zainteresował nawet przelotnie. Sama muszę zrobić tyle, ile tylko się da. Ponieważ nadal nic nie mówiłam, dodała: Zrób to dla mnie i dla Thomasa. Skinęłam głową. Lou? Proszę. Nigdy wcześniej nie widziałam mojej siostry z taką miną. Naprawdę nie wiedziałam, co mam zrobić. Podniosłam głowę, starając się uśmiechnąć. Kiedy się odezwałam, mój głos brzmiał, jakby należał do kogoś innego. Cóż, tak jak powiedziałaś. Muszę się tylko do niego przyzwyczaić. A to z początku nigdy nie jest łatwe, prawda?

[…]

Przez te pierwsze kilka tygodni uważnie przyglądałam się Willowi Traynorowi. Zauważyłam, że bardzo się stara, żeby nie wyglądać tak jak człowiek, którym był kiedyś; jego kasztanowe włosy tworzyły bezkształtną szopę, policzki pokrywał coraz gęstszy zarost. Pod szarymi oczami miał zmarszczki, skutek znużenia i bólu (Nathan powiedział mi, że on rzadko czuje się dobrze). Miał puste spojrzenie kogoś, kto zawsze jest o kilka kroków wycofany ze świata wokół niego. Czasem zastanawiałam się, czy to mechanizm obronny, czy może jedyny sposób, by poradzić sobie z życiem takim jak jego, to udawać, że to nie jest jego życie. Chciałam go żałować. I naprawdę było mi go żal. Myślałam, że jest najsmutniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam, zwłaszcza wtedy, gdy zaglądając do pokoju, widziałam, jak patrzy przez okno. A gdy już minęło trochę czasu, zrozumiałam, że jego stan to nie tylko kwestia tego, że tkwi na wózku inwalidzkim, że stracił swobodę ruchu, ale też nieprzerwany ciąg upokorzeń i problemów zdrowotnych, zagrożeń i uciążliwości, i doszłam do wniosku, że ja na jego miejscu też byłabym okropnie nieszczęśliwa. Ale Boże słodki, jakiż on był dla mnie okropny. Na każde moje słowo miał złośliwą odpowiedź.

[…]

Znów ciężkie milczenie. Will, proszę, powiedz coś. Moje gratulacje – odezwał się wreszcie. Wiem, co sobie myślisz. Ale żadne z nas tego nie planowało. Naprawdę.  Przez bardzo długi czas byliśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaciółmi, którzy się o ciebie martwili. Rupert bardzo mnie wspierał po twoim wypadku. Jakże szlachetnie. Nie bądź taki. To okropne. Strasznie się bałam ci o tym powiedzieć.  Oboje się baliśmy. Najwyraźniej – powiedział beznamiętnie Will. Odezwał się Rupert: Słuchaj, mówimy ci o tym tylko dlatego, że jesteś dla nas ważny. Nie chcieliśmy, żebyś usłyszał o tym od kogoś innego. Ale, no wiesz, życie toczy się dalej. Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. Minęły już dwa lata. Zapadła cisza. Uznałam, że nie chcę dalej tego słuchać, więc zaczęłam na paluszkach odsuwać się od drzwi, lekko stękając z wysiłku. Ale Rupert odezwał się znowu, tym razem głośniej, więc nie mogłam go nie słyszeć. Daj spokój, stary. Wiem, że to wszystko musi być... cholernie trudne. Ale jeśli choć trochę zależy ci na Lisie, na pewno chcesz, żeby miała udane życie. Will, powiedz coś, proszę. Mogłam sobie wyobrazić wyraz jego twarzy, zarazem nieprzenikniony i pełen chłodnej pogardy. Gratulacje – powiedział wreszcie. Na pewno będziecie bardzo szczęśliwi. Alicia zaczęła protestować – powiedziała coś, czego nie zrozumiałam – ale przerwał jej Rupert. Daj spokój, Lissa. Chyba powinniśmy już iść. Will, nie przyszliśmy tu dlatego, że oczekiwaliśmy twojego błogosławieństwa. Uznaliśmy, że tak będzie uprzejmiej. Lissa uznała – oboje uznaliśmy – że powinieneś wiedzieć. Przykro mi, stary. Mam... mam nadzieję, że twoja sytuacja się poprawi i że będziemy w kontakcie, kiedy... no wiesz... kiedy wszystko się trochę poukłada.

[…]

Na długich półkach nie było już ani jednej fotografii, kosztowne ramki leżały połamane na podłodze, w dywan powbijały się błyszczące odłamki. Na kolanach miał pełno szkła i kawałków drewnianych ramek. Ogarnęłam spojrzeniem ten obraz zniszczenia i czułam, jak serce powoli mi się uspokaja, bo najwyraźniej Willowi nic złego się nie stało. Oddychał ciężko, jakby to, co zrobił, kosztowało go wiele wysiłku. Odwrócił wózek, zachrzęściło potłuczone szkło. Spojrzał na mnie. W oczach miał nieskończone znużenie, ale też cichą groźbę, żebym przypadkiem nie próbowała go pocieszać. Spojrzałam na jego kolana, a potem na podłogę dookoła. Wśród innych ofiar dostrzegłam jego zdjęcie z Alicią, której twarz przesłaniała teraz pogięta metalowa ramka. Patrząc na nią, przełknęłam ślinę, po czym powoli podniosłam wzrok. Te kilka sekund to były najdłuższe sekundy w moim życiu. Czy ten pojazd może złapać gumę? – zapytałam w końcu, wskazując głową wózek. – Bo nie mam pojęcia, jak do niego przystawić lewarek. Otworzył szerzej oczy. Przez chwilę myślałam już, że zawaliłam sprawę. Ale przez jego twarz przemknął jakby cień uśmiechu. Niech pan się nie rusza – powiedziałam. Przyniosę odkurzacz.

[…]

Patrzył na mnie nieruchomym wzrokiem. „Ojej” – pomyślałam. Chciałam tylko pomóc. Chciałaś naprawić to, co wczoraj zniszczyłem? Ja... Wiesz co, Louisa? Byłoby miło, gdyby chociaż raz ktoś wziął pod uwagę to, czego ja chcę. Nie zniszczyłem tych zdjęć przez przypadek. To nie był eksperyment z nowatorskim wystrojem wnętrza. Zrobiłem to dlatego, że nie chcę już na nie patrzeć. Podniosłam się. Przepraszam. Nie pomyślałam, że... Uznałaś, że wiesz lepiej. Wszyscy myślą, że wiedzą, czego mi trzeba.  Zbierzmy te cholerne zdjęcia do kupy. Niech biedny inwalida ma na co popatrzeć. Nie chcę, żeby te cholerne zdjęcia patrzyły na mnie za każdym razem, kiedy tkwię w łóżku, dopóki ktoś nie przyjdzie i mnie z niego nie wyciągnie. Okej? Myślisz, że dasz radę to ogarnąć? Przełknęłam ślinę. Nie miałam zamiaru naprawiać zdjęcia Alicii... Nie jestem aż tak głupia...  Pomyślałam tylko, że może za jakiś czas poczuje pan... Jezu – odwrócił się ode mnie, ton miał jadowity. Oszczędź mi psychoterapii. Po prostu idź sobie i czytaj te swoje cholerne plotkarskie pisemka czy cokolwiek tam robisz, kiedy nie parzysz herbaty.

[…]

Patrzyłam mu w oczy, czując, jak łomocze mi serce. Swoich przyjaciół potraktowałeś paskudnie. Okej. Może na to zasłużyli.  Ale ja tu jestem codziennie, starając się, ile tylko mogę. Więc byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś nie uprzykrzał mi życia tak samo jak wszystkim naokoło. Otworzył szerzej oczy. Milczał przez chwilę. A gdybym ci powiedział, że nie chcę, żebyś tu była? Nie ty mnie zatrudniłeś. Zatrudnia mnie twoja matka. I dopóki ona mi nie powie, że mam stąd znikać, zostanę. Nie dlatego, że mi jakoś na tobie zależy albo że lubię tę idiotyczną pracę, albo chcę zmienić twoje życie, ale dlatego, że potrzebuję pieniędzy. Okej? Naprawdę potrzebuję pieniędzy. Jego wyraz twarzy właściwie się nie zmienił, ale widziałam, że się zdziwił, tak jakby nie przywykł do tego, że ktoś mu się stawia. „Cholera” – pomyślałam, kiedy zaczęło do mnie docierać, co zrobiłam.  „Teraz to naprawdę mam przechlapane”. Ale Will patrzył tylko na mnie przez chwilę. Nie odwracałam wzroku, więc prychnął cicho, tak jakby zamierzał powiedzieć coś nieprzyjemnego. W porządku – zgodził się i odwrócił wózek.

[…]

Kiedy wpada się po uszy w zupełnie nowe życie – albo zostaje się wepchniętym do cudzego, tak że równie dobrze można by stać, przyciskając twarz do okna mieszkania tego człowieka – człowiek musi się na nowo zastanowić nad tym, kim jest. Albo jak widzą go inni. Dla moich rodziców w ciągu zaledwie czterech tygodni stałam się kimś dużo bardziej interesującym. Teraz byłam ich łącznikiem z innym światem. Zwłaszcza mama pytała mnie codziennie o zwyczaje panujące w Granta House, niczym zoolog badający nowe dziwne stworzenie i jego środowisko. Czy pani Traynor używa lnianych serwetek do każdego posiłku? – pytała, albo: Myślisz, że u nich odkurza się codziennie, tak jak u nas? Albo: Jak podają ziemniaki? Kiedy wychodziłam rano, dawała mi szczegółowe instrukcje, żebym dowiedziała się, jakiego używają papieru toaletowego albo czy mają pościel z bawełny ze sztucznym dodatkiem. Zazwyczaj nie pamiętałam takich rzeczy, co było dla niej ogromnym rozczarowaniem. Moja mama była skrycie przekonana, że bogaci ludzie mieszkają jak w chlewie – od kiedy jako sześciolatka powiedziałam jej, że mama jednej z moich zamożnych przyjaciółek nie pozwala nam bawić się w salonie, bo „kurz się podniesie”.

[…]

Miałam poczucie, że od czasu wypadku wszyscy chodzą wokół niego na paluszkach – może oprócz Nathana, którego Will jakoś odruchowo traktował z szacunkiem i któremu i tak niełatwo było wetknąć szpilkę. Nathan był niczym pojazd opancerzony w ludzkiej postaci. Więc może postaraj się, żeby częściej być celem jego żartów?  Wstawiłam kubek do zlewu. Z tym chyba nie będzie problemu. Inną dużą zmianą, poza atmosferą w domu, było to, że Will już nie tak często prosił, żebym wyszła z pokoju, a kilka razy po południu poprosił nawet, żebym została i obejrzała z nim film. Zgodziłam się chętnie, kiedy to był Terminator – chociaż widziałam już wszystkie części – ale kiedy pokazał mi francuski film z napisami, zerknęłam na okładkę i powiedziałam, że chyba sobie odpuszczę. Dlaczego? Wzruszyłam ramionami. Nie lubię filmów z napisami. To tak, jakbyś powiedziała, że nie lubisz filmów, w których grają aktorzy.  Nie żartuj. Co ci się nie podoba? To, że musisz jednocześnie czytać i oglądać? Ja po prostu nie lubię zagranicznych filmów.

[…]

A czego chcesz? W jakim sensie? Od życia? Zamrugałam. To dość osobiste pytanie. Tylko ogólnie. To nie żadna psychoanaliza. Po prostu pytam, czego byś chciała. Wyjść za mąż? Machnąć sobie gromadkę dzieciaków ? Marzysz o jakiejś pracy? Podróży dookoła świata? Zamilkłam. Wiedziałam, że moja odpowiedź go rozczaruje, jeszcze zanim otworzyłam usta. Nie wiem. Nigdy tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałam. W piątek pojechaliśmy do szpitala. Cieszę się, że dowiedziałam się o tym, że jest umówiony na wizytę, dopiero kiedy przyszłam rano, bo chyba całą noc nie spałabym ze strachu, że to ja będę go musiała zawieźć. Tak, umiem prowadzić. Ale mniej więcej tak samo, jak umiem mówić po francusku. Tak, zdałam egzamin na prawo jazdy. Ale od tamtej pory nie prowadziłam przez ponad rok. Czystą grozą napełniała mnie myśl o tym, że mam zapakować Willa razem z jego wózkiem do samochodu i dostarczyć go bezpiecznie do sąsiedniego miasta i z powrotem. Od wielu tygodni marzyłam, żeby w ramach pracy móc wyrwać się na trochę z tego domu. Teraz zrobiłabym wszystko, żeby nie musieć z niego wychodzić. Znalazłam informację na temat szpitala w materiałach dotyczących jego zdrowia – pękatych segregatorach podzielonych na kategorie: „transport”, „ubezpieczenie”, „życie z niepełnosprawnością” oraz „wizyty kontrolne”. Wyjęłam kartkę i sprawdziłam, że jest na niej dzisiejsza data. Miałam nadzieję, że Will się mylił.

[…]

Nathan odłożył książkę. Jemu się nie polepszy. To uraz rdzenia kręgowego. Ale przecież masz z nim fizjoterapię i tak dalej. To po to, żeby zachował kondycję: żeby powstrzymać zanik mięśni i demineralizację kości, żeby nie robiły mu się zastoje żylne i tym podobne rzeczy. Potem odezwał się łagodnym tonem, jakby myślał, że mnie rozczaruje. – On nie będzie znów chodził. To się zdarza tylko w hollywoodzkich filmach. Staramy się tylko, żeby nie cierpiał i żeby zachował taki zakres ruchu, jaki ma. Czy on robi te ćwiczenia dla ciebie? Tę całą rehabilitację? Nigdy nie chce robić tego, co ja proponuję. Nathan zmarszczył nos. Tak, ćwiczy, ale raczej bez zapału. Kiedy przyszedłem po raz pierwszy, był dość zdeterminowany. Zrobiliśmy pewne postępy, ale kiedy po roku nie było dalszej poprawy, pewnie trudno było mu nadal wierzyć, że to ma sens. Myślisz, że powinien dalej próbować? Nathan popatrzył w podłogę. Szczerze? To porażenie rdzenia kręgowego na poziomie C5–C6. To znaczy, że nic nie działa poniżej mniej więcej tego miejsca. Przyłożył rękę do górnej części swojej klatki piersiowej. Jeszcze nie umiemy tego leczyć.

[…]

Wzruszył ramionami, tak jakby nic nie można było na to poradzić, po czym zniknął w korytarzu, najwyraźniej z ulgą, że zrzucił z siebie odpowiedzialność. – Wiesz, czego mu trzeba, prawda? – zawołał jeszcze przez ramię. Zdjęłam płaszcz i buty, a ponieważ wiedziałam, że pani Traynor jest w sądzie (zaznaczała swoje dyżury w kalendarzu w kuchni Willa), położyłam na kaloryferze mokre skarpetki. W koszu z upraną bielizną była para czystych skarpetek Willa, więc je włożyłam. Wyglądały śmiesznie, bo były sporo na mnie za duże, ale cudownie było wreszcie mieć ciepłe, suche stopy. Will nie odpowiedział, kiedy się odezwałam pod drzwiami, jednak po chwili zrobiłam mu coś do picia, zapukałam cicho i zajrzałam do pokoju. W półmroku dostrzegłam jego sylwetkę pod kocem. Spał głęboko. Cofnęłam się, zamknęłam za sobą drzwi i zajęłam się tym, co miałam do zrobienia rano. Dom wysprzątany na błysk sprawiał mojej mamie niemal fizyczną przyjemność. Ja od miesiąca codziennie odkurzałam tutaj i pucowałam, ale nadal nie mogłam pojąć, co ją w tym kręci. Przypuszczałam, że w moim życiu chyba nigdy nie nastąpi taka chwila, kiedy nie będę wolała, żeby robił to za mnie ktoś inny. Ale takiego dnia jak ten, kiedy Will leżał w łóżku, a świat na zewnątrz zastygł w bezruchu, dostrzegałam pewną medytacyjną przyjemność w sprzątaniu przybudówki. Odkurzając i wycierając, przenosiłam ze sobą radio z pokoju do pokoju, nastawione na tyle cicho, żeby nie obudzić Willa. Co jakiś czas zaglądałam do niego, żeby zobaczyć, czy oddycha, ale gdy zrobiła się pierwsza, a on wciąż się nie budził, zaczęłam się niepokoić.

[…]

Zapisałam wszystko w notesiku. Bałam się, że znów coś pomylę. Wieczorem będziesz musiała jeszcze raz zrobić to, co przed chwilą. Dasz sobie radę? Nathan opatulił się niczym Eskimos, żeby znów wyjść w zamieć. – Przeczytaj to, co masz w teczce. I nie panikuj. Jakby co, dzwoń. Wszystko ci wytłumaczę przez telefon. Jeśli naprawdę będzie trzeba, to znów przyjdę. Kiedy Nathan wyszedł, zostałam w pokoju Willa. Za bardzo się bałam zostawiać go samego. W kącie stał stary skórzany fotel z lampką do czytania, być może pozostałość z jego poprzedniego życia, więc zwinęłam się na nim ze zbiorem opowiadań, który wyciągnęłam z biblioteczki. W tym pokoju było dziwnie spokojnie. Przez szczelinę w zasłonach widziałam świat na zewnątrz, spowity w biel, nieruchomy i piękny. W środku było ciepło i cicho, czasem tylko coś stuknęło albo zasyczało w kaloryferach. Czytałam, co jakiś czas zerkając na śpiącego spokojnie Willa, i zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej w moim życiu nie było takiego momentu, żebym siedziała spokojnie, w milczeniu, bezczynnie. Trudno przywyknąć do ciszy w domu takim jak mój, gdzie nieustannie wył odkurzacz, ryczał telewizor, ktoś na kogoś wrzeszczał. W rzadkich chwilach, kiedy telewizor był wyłączony, tato wyciągał stare płyty Elvisa i odtwarzał je na pełen regulator. Kawiarnia to także stały g war i brzęk. Tutaj wreszcie mogłam zebrać własne myśli. Niemal słyszałam bicie swojego serca. Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że całkiem mi się to podoba. O piątej zadźwięczał sygnał esemesa. Will poruszył się, a ja zerwałam się z fotela, żeby dopaść telefonu, zanim go obudzi.

[…]

Przyniosłam więcej drewna do kominka, bo może, jeśli poczuje się lepiej, będzie chciał przenieść się do salonu. Przeczytałam kolejne opowiadanie i zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio kupiłam sobie jakąś książkę. Kiedy byłam mała, uwielbiałam czytać, ale nie pamiętam, żebym od tamtej pory czytała coś poza czasopismami. To Treena była molem książkowym. Wybierając sobie jakąś książkę, która mi się spodobała, czułabym się niemal, jakbym wchodziła na jej teren. Pomyślałam o tym, że niedługo wyjedzie z Thomasem na uczelnię, i wciąż nie wiedziałam, czy czuję z tego powodu radość, czy smutek, czy też coś skomplikowanego pomiędzy. Nathan zadzwonił o siódmej. Chyba się ucieszył, że zostaję na noc. Nie mogę złapać pana Traynora. Dzwoniłam nawet na stacjonarny, ale od razu włącza się sekretarka. Tak. No cóż. Pewnie go nie ma. Nie ma? Poczułam nagły dreszcz na myśl, że przez całą noc w domu będę tylko ja i Will. Bałam się, że znów coś bardzo ważnego pójdzie nie tak, że narażę życie Willa. Czy mam zadzwonić do pani Traynor? Nathan milczał przez chwilę. Nie. Lepiej nie. Ale... Słuchaj, Lou, on często... często gdzieś idzie, kiedy pani T. zostaje na noc w mieście.

[…]

Tak sądziłem, że zechcesz o coś zapytać. Jak to się stało? Wciąż zastanawiałam się nad śladami na jego nadgarstkach. Ale nie mogłam zapytać o to wprost. Otworzył jedno oko. Dlaczego jestem w takim stanie? Kiedy skinęłam głową, znów zamknął oczy. Wypadek z motocyklem. Ale to nie ja prowadziłem. Ja byłem tylko niewinnym przechodniem. Myślałam, że to się stało przy jeździe na nartach albo skokach na bungee, albo czymś takim. Wszyscy tak myślą. Taki mały dowcip Pana Boga. Przechodziłem przez ulicę niedaleko domu. Nie tutaj – dodał. Mieszkałem w Londynie.

[...]

Może dla ciebie to ohydne, ale, choć może cię to zdziwi, Willu Traynorze, nie wszystkie dziewczyny ubierają się tylko po to, żeby się podobać facetom. Bzdura. Nie, wcale nie bzdura. Wszystko, co robią kobiety, robią ze względu na facetów. Wszystko, co robią ludzie, robią ze względu na seks. Nie czytałaś Czerwonej Królowej? Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Ale mogę cię zapewnić, że nie siedzę na twoim łóżku, śpiewając Pieśń o Molahonkey, bo chcę się z tobą przespać. A kiedy miałam trzy latka, po prostu strasznie lubiłam rajstopki w paski. Zdałam sobie sprawę, że z każdą uwagą Willa spływa ze mnie napięcie całego dnia. Już nie byłam jedyną osobą odpowiedzialną za biednego paralityka. Byłam po prostu Lou, która siedzi obok szczególnie sarkastycznego faceta i z nim gawędzi.

[...]

Rozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym Will znów zasnął. Leżałam obok niego, patrząc, jak oddycha, i zastanawiałam się, co by powiedział, gdyby się obudził i zobaczył, że na niego patrzę, na jego za długie włosy, zmęczone oczy i wątłe zaczątki brody. Ale nie mogłam się ruszyć. Godziny stały się nierzeczywiste, jakbyśmy tkwili na jakiejś wyspie poza czasem. Byłam jedyną poza nim osobą w domu i wciąż się bałam go zostawić. Niedługo po jedenastej zobaczyłam, że znów zaczyna się pocić, a oddech ma płytszy, więc obudziłam go i skłoniłam, żeby wziął leki przeciwgorączkowe. Nie miał siły mówić, wymamrotał tylko podziękowania. Zmieniłam mu poszewki, a kiedy znów zasnął, położyłam się tuż obok niego i po dłuższej chwili też zasnęłam. Obudziłam się na dźwięk swojego imienia. Byłam w klasie, zasnęłam w ławce, a nauczycielka stukała w tablicę, wciąż na nowo powtarzając moje imię. Wiedziałam, że powinnam słuchać uważnie, że nauczycielka uzna tę drzemkę za akt nieposłuszeństwa, ale nie mogłam podnieść głowy.

[…]

Bolało go z różnych powodów. Były ogólne bóle na skutek zaniku mięśni – był dużo słabszy, mimo całej fizjoterapii Nathana. Bolał go brzuch z powodu problemów z trawieniem, bolały go barki, bolał go pęcherz na skutek infekcji – które mimo wszelkich starań były najwyraźniej nieuchronne. Ponieważ na samym początku po wypadku łykał środki przeciwbólowe jak tic-taki, miał też wrzód żołądka. Co jakiś czas dostawał odleżyn, ponieważ zbyt długo siedział w jednej pozycji. Kilka razy musiał leżeć w łóżku, żeby je wyleczyć, ale nienawidził być ułożony na brzuchu. Leżał tak, słuchając radia, a oczy błyskały mu od ledwo powstrzymywanego gniewu. Miewał także bóle głowy – był to, jak sądziłam, skutek uboczny gniewu i frustracji. Jego umysł miał tyle energii, której nie mógł w żaden sposób wykorzystać. Musiała się gdzieś gromadzić. Ale najbardziej osłabiające było wrażenie pieczenia w dłoniach i stopach, nieustające, pulsujące, niepozwalające mu się skupić na czymkolwiek innym. Przynosiłam miskę z zimną wodą i moczyłam mu stopy i dłonie albo owijałam je zimną flanelą z nadzieją, że to uśmierzy dolegliwości. Na szczęce drgał mu napięty mięsień, a czasem wydawało się, że Will cały znika, tak jakby jedynym sposobem na to doznanie było uciec z własnego ciała.

[…]

Skręcił nieco w lewo, żeby ominąć gałązkę na ścieżce. W polar. Albo bardziej w stylu mojej matki, coś od Jaegera albo Whistles. Spojrzał na mnie. Skąd u ciebie taki egzotyczny gust? Mieszkałaś gdzieś za granicą? Nie. Naprawdę? Całe życie mieszkałaś tutaj? Gdzie pracowałaś? Tylko tu na miejscu. Popatrzyłam na niego, w obronnym geście krzyżując ręce na piersi. No i co? Co w tym takiego dziwnego? To takie małe miasteczko. Ciasne horyzonty. I wszystko kręci się wokół zamku. Zatrzymał się na ścieżce, a ja spojrzałam na zamek, który wznosił się w oddali na dziwnym, kopulastym wzgórzu i wyglądał jak z dziecięcego rysunku. Zawsze myślę, że to jest takie miejsce, do którego ludzie wracają, kiedy się zmęczą wszystkim innym. Albo kiedy nie mają dość wyobraźni, żeby pojechać gdzie indziej.

[...]

Bawisz się w golibrodę? Po co ten ręcznik? Nie wiem – wyznałam. Tak robią w filmach. To tak samo jak z ręcznikami i gorącą wodą, kiedy ktoś rodzi dziecko. Nie widziałam jego ust, ale lekko zmrużył oczy, rozbawiony. Chciałam, żeby częściej miały taki wyraz. Chciałam, żeby był wesoły, żeby jego twarz straciła ten udręczony, czujny grymas. Paplałam więc. Opowiadałam dowcipy. Zaczęłam nucić. Robiłam wszystko, by tylko jak najdłużej nie miał znów tej ponurej miny. Podwinęłam rękawy i nałożyłam mu na twarz piankę do golenia, aż do uszu. Potem zawahałam się z maszynką nad jego brodą. Czy nie powinnam ci powiedzieć, że do tej pory goliłam tylko nogi? Zamknął oczy i odchylił głowę. Zaczęłam delikatnie skrobać ostrzem jego szczękę, ciszę przerywał tylko plusk, gdy płukałam maszynkę w umywalce pełnej wody. Pracowałam w milczeniu, przyglądając się twarzy Willa Traynora, biegnącym ku kącikom ust bruzdom, które wydawały się przedwcześnie głębokie jak na jego wiek. Odgarnęłam włosy z boku twarzy i zobaczyłam wiele mówiące ślady szwów, być może po wypadku. Zobaczyłam sinawe cienie, świadectwa niezliczonych bezsennych nocy, zmarszczkę między brwiami mówiącą o cichym cierpieniu. Jego skóra parowała ciepłem, zapachem pianki i czymś szczególnym dla Willa, dyskretnym i kosztownym. Spod pianki zaczęła się wyłaniać jego twarz – cóż, nic dziwnego, że zainteresował sobą kogoś takiego jak Alicia.

[…]

Patrzyłam na Willa i widziałam niemowlę, które trzymałam kiedyś w swoich ramionach, ogarnięta pierwotnym zachwytem, nie mogąc uwierzyć, że stworzyłam ludzką istotę. Widziałam przedszkolaka, który łapie mnie za rękę, ucznia, który wyciera łzy wściekłości, bo dał się upokorzyć jakiemuś starszemu chłopakowi. Widziałam słabości, miłość, całą jego historię. A teraz prosi mnie, żebym unicestwiła to wszystko – nie tylko mężczyznę, ale i małe dziecko – całą tę miłość, całą tę historię. A potem 22 stycznia, kiedy ja ugrzęzłam w sądzie z niekończącym się szeregiem drobnych złodziei i nieubezpieczonych kierowców oraz płaczących i wściekłych byłych małżonków, Steven wszedł do przybudówki i znalazł naszego syna niemal nieprzytomnego, z odchyloną bezwładnie głową i kałużą ciemnej, lepkiej krwi wokół wózka. Will znalazł jakiś zardzewiały gwóźdź, wystający ledwo na centymetr z pospiesznie wykończonych belek w holu na tyłach, i przyciskając do niego nadgarstek, jeździł w tę i z powrotem, aż rozdarł sobie ciało na strzępy. Aż do dziś nie mogę sobie wyobrazić determinacji, która sprawiła, że nie przestawał, chociaż musiał być na wpół przytomny z bólu. Lekarze powiedzieli, że dwadzieścia minut później już by nie żył.

[…]

Zobaczyłam, jak patrzą na siebie z tatą. Wiedziałam, że potem będą mruczeć między sobą, że Traynorowie zmuszają mnie do zbyt ciężkiej pracy, że zajmowanie się takim inwalidą to dla mnie za dużo. Wiedziałam, że będą się obwiniać za to, że zachęcali mnie do przyjęcia tej posady. Nie będę ich wyprowadzać z błędu. Jak na ironię, następnego dnia Will był w dobrej formie – nadzwyczaj rozmowny, pewny siebie, uparty. Mówił chyba więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Tak jakby miał ochotę się ze mną sprzeczać i był rozczarowany, że nie daję się wciągnąć do zabawy. To kiedy masz zamiar dokończyć tę rąbaninę? Sprzątałam w salonie. Spojrzałam na niego znad właśnie trzepanych poduszek. Co takiego? Włosy. Nie skończyłaś. Wyglądam jak sierotka z Dickensa. Albo jakiś punk. Odwrócił głowę, żebym mogła lepiej zobaczyć swoje dzieło. Chyba że to jeden z manifestów twojego alternatywnego stylu. Chcesz, żebym dokończyła cię strzyc? Cóż, wyraźnie dobrze się przy tym bawiłaś. Poza tym miło by było nie wyglądać jak pacjent wariatkowa. Bez słowa przyniosłam ręcznik i nożyczki. Nathan jest zadowolony, że znów wyglądam jak facet – oznajmił – chociaż martwi się, że teraz trzeba mnie będzie codziennie golić. Och – powiedziałam. Nie masz chyba nic przeciwko? W weekendy będę musiał jakoś znosić hipsterski zarost.

[…]

Nie sądzi pani, że byłoby uczciwie wspomnieć o tym, że właściwie moim zadaniem jest pilnować, żeby się nie zabił? Camilla Traynor westchnęła jak ktoś, kto zmuszony jest wyjaśniać coś grzecznie imbecylowi. Zastanawiałam się, czy zdaje sobie sprawę, że każde jej słowo sprawia, że człowiek czuje się przy niej jak idiota. I czy przypadkiem nie jest to pielęgnowana świadomie umiejętność. Nie sądziłam, żebym ja potrafiła kiedykolwiek sprawić, że ktoś przy mnie poczuje się jak śmieć. Być może tak było, kiedy się poznałyśmy... ale jestem pewna, że Will dotrzyma słowa. Obiecał mi sześć miesięcy, i tak właśnie będzie. Potrzebujemy tego czasu, Louisa. Potrzebujemy go, żeby przekonać Willa, że jest szansa. Miałam nadzieję, że uda mu się zaszczepić myśl, że mógłby się cieszyć życiem, nawet jeśli to nie jest takie życie, jakie planował. Ale to wszystko kłamstwa. Okłamała mnie pani i wy wszyscy okłamujecie się nawzajem. Jakby mnie nie słyszała. Odwróciła się do mnie i wyciągnęła książeczkę czekową, trzymając w pogotowiu długopis.

[…]

Oni mają własne pieniądze. A on pewnie dostał całą kupę kasy z ubezpieczenia za wypadek. No więc możesz im powiedzieć, że musisz mieć budżet, a wtedy wykorzystasz te pieniądze i – ile mówiłaś? – cztery miesiące, jakie ci zostały. I sprawisz, że Will Traynor zmieni zdanie. Co? Zrobisz coś, żeby zmienił zdanie. Powiedziałaś, że większość czasu spędza w domu, prawda? No to zacznij od czegoś małego, a kiedy uda ci się go trochę rozruszać, pomyśl o wszystkich wspaniałych rzeczach, jakie mogłabyś dla niego zrobić, wszystkim, dzięki czemu mógłby odzyskać chęć do życia – przygody, dalekie podróże, pływanie z delfinami, cokolwiek – a potem to zrób. Mogę ci pomóc. Mogę wyszukiwać różne rzeczy przez internet w bibliotece. Na pewno wymyślimy dla niego coś wspaniałego. Coś, co go naprawdę uszczęśliwi. Gapiłam się na nią. Katrina... Tak. Wiem. Wyszczerzyła zęby, a ja zaczęłam się uśmiechać. Jestem cholernym geniuszem.

[…]

Wyglądali na nieco zaskoczonych. Mało powiedziane. Pani Traynor sprawiała wrażenie ogłuszonej, potem nieco zirytowanej, a potem jej twarz przybrała zupełnie nieprzenikniony wyraz. Jej córka, skulona obok niej na sofie, po prostu patrzyła na mnie spode łba – mama ostrzegała mnie, że taka mina może człowiekowi zostać na zawsze, jeśli akurat wiatr się zmieni. Było to dalekie od entuzjastycznej reakcji, jakiej się spodziewałam. Ale co właściwie chciałabyś zrobić? Jeszcze nie wiem. Moja siostra jest dobra w wyszukiwaniu informacji. Spróbuje się dowiedzieć, co mogą robić ludzie z porażeniem czterokończynowym. Ale naprawdę chciałabym wiedzieć, czy państwo będą gotowi się na to zgodzić. Siedziałyśmy w salonie. Był to ten sam pokój, w którym odbyła się moja rozmowa o pracę, tylko że tym razem panie Traynor siedziały na kanapie, z ich starym, śliniącym się psem pomiędzy sobą. Pan Traynor stał przy kominku. Ja ubrałam się w dżinsową granatową budrysówkę, minisukienkę i ciężkie sznurowane buty. Poniewczasie pomyślałam, że do przedstawienia swojego planu mogłam wybrać jakiś bardziej profesjonalnie wyglądający strój. Powiedzmy to jasno. Camilla Traynor nachyliła się do przodu. Chcesz zabrać Willa z tego domu.

[…]

Potem policzyłam do przodu i zaznaczyłam dzień – 12 sierpnia – teraz zostały do niego tylko cztery miesiące. Cofnęłam się o krok i przyglądałam się przez chwilę, starając się sprawić, by niewielkie czarne kółeczko nabrało coś z wagi momentu, który zapowiadało. I kiedy tak patrzyłam, zaczęło do mnie docierać, na co się porywam. Będę musiała zapełnić te małe prostokąciki mnóstwem rzeczy, które budzą radość, zadowolenie, satysfakcję lub przyjemność. Będę musiała je zapełnić wszelkimi pozytywnymi przeżyciami, jakie tylko mogłam wyszukać dla człowieka, którego bezwładne ręce i nogi oznaczały, że sam nie może ich sobie zorganizować. Miałam niecałe cztery miesiące prostokątnych kratek, które powinnam zapełnić wyjazdami, wycieczkami, odwiedzinami, lunchami i koncertami. Musiałam wymyślić wszelkie sposoby, żeby to się stało, i przygotować się jak najlepiej, żeby te przedsięwzięcia nie skończyły się porażką. A potem musiałam przekonać Willa, żeby się na to zgodził. Wpatrywałam się w swój kalendarz, trzymając długopis w nieruchomej dłoni. Ten niewielki kawałek laminowanego papieru nagle nabrał ciężaru wielkiej odpowiedzialności. Miałam sto siedemnaście dni, żeby przekonać Willa Traynora, że ma po co żyć.

[…]

Są takie miejsca, gdzie zmianę pór roku sygnalizują przyloty i odloty ptaków albo przypływy i odpływy. W naszym miasteczku takim zwiastunem był powrót turystów. Na początku był to wątły strumyczek ludzi, którzy wysiadali z pociągów czy samochodów w jaskrawych kurtkach przeciwdeszczowych, ściskając przewodniki i legitymacje National Trust; potem, gdy robiło się nieco cieplej i zbliżało się lato, coraz większe ich grupy wylewały się z bekających i posykujących autokarów i tłoczyły na głównej ulicy: Amerykanie, Japończycy, grupki zagranicznych dzieci w wieku szkolnym. Zimą niewiele tu było otwarte. Zamożniejsi właściciele sklepów korzystali z długich, ponurych miesięcy, żeby wyjechać na wakacje za granicę, podczas gdy ci bardziej zdeterminowani urządzali imprezy gwiazdkowe i zarabiali na odbywających się od czasu do czasu koncertach kolęd albo świątecznych kiermaszach rzemiosła. Ale potem, kiedy robiło się cieplej, zamkowe parkingi zapełniały się samochodami, lokalne bary odnotowywały zwiększoną liczbę zamówień na „lunch żniwiarza”, i tak po kilku słonecznych niedzielach znów zmienialiśmy się z sennej mieściny w jedną z tradycyjnych angielskich atrakcji turystycznych. Wchodziłam na wzgórze, mijając pierwszych w tym sezonie turystów, którzy ściskali swoje wodoodporne torebki i podniszczone przewodniki i unosili aparaty, by zrobić pamiątkowe zdjęcie zamku wiosną. Uśmiechnęłam się do kilku osób, zatrzymałam się, by kilku innym pstryknąć zdjęcie wręczonym mi aparatem.

[…]

Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, zapakowaliśmy go w płaszcz, a ja wybiegłam na zewnątrz, żeby ustawić samochód. Wszystko miałam zaplanowane. Mieliśmy przyjechać na tor wyścigów w piękny słoneczny dzień. Miały tam być błyszczące rasowe konie o smukłych nogach, dżokeje w jaskrawych jedwabnych kurtkach, mijający nas kaczkowatym krokiem. Może jakaś orkiestra dęta. Trybuny miały być pełne wiwatujących ludzi, a my znaleźlibyśmy sobie miejsce, z którego moglibyśmy machać naszymi kwitkami od zakładów. W Willu obudziłby się duch rywalizacji i nie mógłby się powstrzymać przed szacowaniem szans zawodników, tak żeby wygrać więcej niż ja i Nathan razem wzięci. Wszystko obmyśliłam. A potem, kiedy mielibyśmy już dość oglądania koni, poszlibyśmy do cieszącej się znakomitą opinią restauracji przy torze na świetną wyżerkę. Powinnam była posłuchać mojego taty. „Chcesz poznać prawdziwą definicję triumfu nadziei nad rzeczywistością? – mawiał. – Zaplanuj rodzinną wycieczkę”.

[…]

Zastanowiłam się przez chwilę, czy nie dałoby się zafarbować naszych niebieskich plakietek na inny kolor, ale uznałam, że ponieważ jako jedyni jesteśmy tu z wózkiem inwalidzkim, pewnie wyglądałoby to trochę podejrzanie. Za nami na trybunach, z plastikowymi kubkami kawy i piersiówkami, siedzieli mężczyźni w tweedowych marynarkach i kobiety w eleganckich ciepłych kurtkach. Wyglądali nieco bardziej zwyczajnie i plakietki też mieli niebieskie. Podejrzewałam, że niektórzy z nich to instruktorzy jazdy albo stajenni, albo inni z końskiej branży. Na dole z przodu, przy niewielkich białych tablicach, stali ludzie bukmacherów, wymachujący ramionami niczym semafory i dający sobie niezrozumiałe znaki. Wypisywali wciąż nowe kombinacje cyfr, po czym ścierali je rękawem. A niżej, niczym w parodii systemu klasowego, wokół placu do pokazów stała grupa mężczyzn w pasiastych koszulkach polo, z puszkami piwa, którzy wyglądali, jakby byli na wycieczce. Ich ogolone głowy pozwalały sądzić, że chyba są z wojska. Co jakiś czas ryczeli jakąś piosenkę albo zaczynali hałaśliwą sprzeczkę, nacierając na siebie głowami albo zarzucając ramiona na karki kolegów. Kiedy przechodziłam obok nich po drodze do toalety, zaczęli gwizdać na widok mojej krótkiej spódniczki (byłam chyba jedyną osobą na całych trybunach ubraną w spódniczkę), a ja za plecami pokazałam im palec.

[…]

Wiem, że dziś nie wszystko wyszło tak, jak zaplanowałam. Ale to miała być miła wycieczka. Myślałam, że będzie ci się podobało. Nie dodałam, że to on jest uparcie marudny, że nie ma pojęcia, przez co musiałam przejść, żeby go skłonić, żeby chociaż spróbował się dobrze bawić, i że nawet się nie starał czerpać z tego jakiejś przyjemności. Nie powiedziałam mu, że gdyby mi pozwolił kupić te głupie plakietki, zjedlibyśmy dobry obiad i zapomnielibyśmy o wszystkim, co się nie udało. Właśnie o to chodzi. Że co? Jesteś taka sama jak wszyscy. To znaczy? Gdyby tylko przyszło ci do głowy, żeby mnie zapytać, Clark. Gdybyś zechciała chociaż raz zapytać mnie o zdanie na temat tej swojej tak zwanej wesołej wycieczki, tobym ci powiedział. Nienawidzę koni oraz wyścigów konnych. Nigdy tego nie lubiłem. Ale ty nawet nie zapytałaś. Sama zdecydowałaś, co mi się będzie podobało, po czym wprowadziłaś to w czyn. Zrobiłaś to samo co wszyscy. Zdecydowałaś za mnie.

[…]

Wciąż boleśnie odczuwałam ostatnią porażkę, a pani Traynor nie pomagała mi się uspokoić, zaglądając do nas co kwadrans i pytając, gdzie i kiedy to będzie i co właściwie będziemy tam robić. Powiedziała, że wieczorne zabiegi Willa wymagają dużo czasu. Musi być pewna, że ktoś będzie mógł jej pomóc. Nathan miał inne plany. Pan Traynor najwyraźniej wychodził wieczorem. To co najmniej półtorej godziny. I to straszliwie żmudne – dodał Will. Zdałam sobie sprawę, że też szuka wymówki, żeby nie iść. Ja to zrobię – zaproponowałam. Jeśli Will powie mi, co mam robić. To dla mnie nie problem, mogę zostać i pomóc – stwierdziłam, zanim zrozumiałam, na co właściwie się zgadzam. Cóż, już nie możemy się doczekać – powiedział Will zrzędliwie, kiedy jego matka wyszła z pokoju. Będziesz mogła pooglądać sobie mój tyłek i będzie mnie mył ktoś, kto mdleje na sam widok kawałka golizny. Nie mdleję na widok kawałka golizny. Clark, nigdy jeszcze nie widziałem kogoś, kto byłby tak skrępowany jak ty na widok ludzkiego ciała. Zachowujesz się, jakby to było coś radioaktywnego.

[…]

Czułam mrowienie na skórze, dłonie mi zwilgotniały. Will nie wspominał o żadnych takich wrażeniach. Myślałam, że będę się nudzić, tymczasem była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam. Sprawiła też, że moja wyobraźnia zaczęła wyczyniać nieoczekiwane rzeczy; siedząc tam, zaczęłam myśleć o sprawach, o których nie myślałam od lat, przepływały przeze mnie dawne uczucia, a nowe myśli i pomysły wypływały ze mnie, tak jakby sama percepcja wykraczała poza własne granice. Było to niemal nie do zniesienia, ale nie chciałam, żeby się skończyło. Chciałam już zawsze siedzieć i słuchać. Zerknęłam ukradkiem na Willa. Słuchał absolutnie skupiony, jakby nagle zapomniał o sobie. Odwróciłam się, bo nieoczekiwanie zaczęłam się bać na niego patrzeć. Bałam się tego, co on mógł odczuwać, ogrom swojej straty, skalę swoich lęków. Życie Willa Traynora tak bardzo wykraczało poza moje doświadczenia. Kim ja jestem, żeby mu mówić, czego powinien chcieć w życiu? Przyjaciel Willa zostawił liścik z prośbą, żebyśmy po koncercie przyszli za kulisy, żeby się z nim zobaczyć, ale Will nie chciał. Próbowałam go przekonywać, ale po tym, jak zaciskał szczękę, widziałam, że nie ustąpi. Trudno mu się dziwić. Pamiętam, jak jego dawni koledzy z pracy patrzyli na niego tamtego dnia – mieszanina litości, odrazy i gdzieś w głębi ogromnej ulgi, że im udało się uniknąć takiego zrządzenia losu. Podejrzewałam, że nie jest w stanie znieść więcej tego rodzaju spotkań.

[…]

Widziałem, że ci się nie podoba. Tak bardzo, że aż miałaś łzy w oczach. Uśmiechnęłam się do niego. Strasznie mi się podobało – powiedziałam. Nie jestem pewna, czy lubię całą muzykę klasyczną, ale myślę, że to było niesamowite. Potarłam nos. Dziękuję. Dziękuję, że mnie zabrałeś. Siedzieliśmy w milczeniu, spoglądając na zamek. Zwykle w nocy skąpany był w pomarańczowej poświacie latarni umieszczonych na murach. Ale dziś wieczorem, przy pełni księżyca, wydawał się zalany eterycznym błękitem. Jaką muzykę mogli tam grać, jak myślisz? – zapytałam. Musieli czegoś słuchać. Na zamku? Jakąś średniowieczną. Lutnie, instrumenty smyczkowe. Ja akurat w tym nie gustuję, ale jak chcesz, mogę ci pożyczyć jakąś płytę. Powinnaś pochodzić po zamku ze słuchawkami, jeśli chcesz naprawdę wczuć się w klimat. Nie. Ja właściwie nie chodzę do zamku. Zawsze tak jest, jak się mieszka blisko czegoś. Mruknęłam coś wymijająco. Siedzieliśmy tam jeszcze chwilę, słuchając, jak silnik w końcu milknie. No dobra – powiedziałam, odpinając pas. Lepiej zawiozę cię do środka.

[…]

Zarabiałam więcej niż kiedykolwiek. Dawałam rodzicom dwa razy więcej niż kiedyś, co miesiąc odkładałam coś na koncie i wciąż miałam więcej, niż byłam w stanie wydać. Częściowo dlatego, że pracowałam do późna, i kiedy wychodziłam z Granta House, sklepy były już zamknięte. A poza tym właściwie nie miałam zapału do wydawania. Wolny czas spędzałam w bibliotece, szukając różnych rzeczy w internecie. Biblioteczny komputer otwierał przede mną cały świat, coraz głębsze jego warstwy, a ja zaczęłam słyszeć jego syreni śpiew. Zaczęło się od listu z podziękowaniami. Kilka dni po koncercie powiedziałam Willowi, że chyba powinniśmy podziękować jego znajomemu skrzypkowi. Kupiłam po drodze ładną kartkę – oznajmiłam. Powiedz, co chciałbyś mu przekazać, a ja to napiszę. Wzięłam nawet swój dobry długopis. Raczej nie – odparł Will. Co? Słyszałaś. Raczej nie? Ten gość dał nam najlepsze miejsca. Sam powiedziałeś, że było fantastycznie. Mógłbyś mu przynajmniej podziękować. Will uparcie zaciskał szczęki.

[…]

Codziennie, idąc do pracy, myślałam o nowych miejscach, w które zabiorę Willa. Nie miałam żadnego ogólnego planu, ale każdego dnia skupiałam się na tym, żeby gdzieś go wyciągnąć i żeby był w dobrym nastroju. Niektóre dni – kiedy czuł pieczenie w rękach i nogach albo kiedy znów dopadła go infekcja i biedny leżał w łóżku z gorączką – były trudniejsze niż inne. Ale w lepsze dni wiele razy udało mi się wyciągnąć go na wiosenne słońce. Wiedziałam, że jedną z rzeczy, których Will najbardziej nienawidzi, są litościwe spojrzenia obcych ludzi, więc zabierałam go do punktów widokowych w okolicy, gdzie przez godzinę czy dwie mogliśmy być zupełnie sami. Robiłam piknik i siedzieliśmy na skraju pól, ciesząc się wiatrem i tym, że jesteśmy z dala od domu. Mój chłopak chciałby cię poznać – powiedziałam pewnego popołudnia, dzieląc dla niego na kawałki kanapkę z serem i piklami. Pojechaliśmy kilkanaście kilometrów od miasta, na wzgórze, i teraz widzieliśmy po drugiej stronie doliny zamek, który oddzielały od nas pola pełne owiec. Dlaczego? Chce wiedzieć, z kim ostatnio spędzam wieczory. Co dziwne, wyraźnie go to rozweseliło. Pan Maratończyk.

[…]

Facet, z którym pracowałem kilka lat temu, miał klienta z porażeniem czterokończynowym. Mówi, że prawie w pełni odzyskał sprawność. Biega w triatlonach i w ogóle. Ciekawe – wtrąciła moja mama. Powiedział mi o nowych badaniach przeprowadzanych w Kanadzie, z których wynika, że mięśnie można wyćwiczyć tak, żeby pamiętały poprzednią aktywność. Jeśli wystarczająco zmusi się je do pracy, codziennie, to tak jak z połączeniami w mózgu – można je przywrócić. Założę się, że gdyby wybrać dla ciebie naprawdę dobry program treningów, przekonałbyś się, że zmieniła ci się pamięć mięśniowa. Lou mówiła mi, że przedtem prowadziłeś aktywny tryb życia. Patrick – powiedziałam głośno. Nie masz o tym zielonego pojęcia. Ja tylko próbuję... To nie próbuj.

[…]

Twoja praca nie na tym miała polegać. Miało nie być żadnych zabiegów medycznych ani pielęgnacji. Tego nie było w warunkach. Nagle coś mu przyszło do głowy. Mogłabyś podać ich do sądu z powodu zmiany warunków umowy. Nie wygłupiaj się. Robię to dlatego, że Nathan nie zawsze może być na miejscu, a dla Willa to koszmar, kiedy zajmuje się nim jakaś wynajęta pielęgniarka. A poza tym już się przyzwyczaiłam. To dla mnie żaden problem. Jak miałam mu to wyjaśnić – to, jak bardzo czyjeś ciało może stać się znajome? Potrafiłam wymieniać Willowi cewniki z profesjonalną zręcznością, obmywać gąbką górną połowę ciała, nie przerywając rozmowy. Już nawet nie wzdrygałam się na widok jego blizn. Przez jakiś czas widziałam w nim tylko potencjalnego samobójcę. Teraz to był po prostu Will – wkurzający, zmienny, inteligentny, zabawny Will – który traktował mnie protekcjonalnie i lubił się bawić w profesora Higginsa, edukującego swoją Elizę Dolittle. Jego ciało było tylko częścią tej całości, czymś, czym co jakiś czas należało się zająć, a potem wrócić do rozmowy. Miałam wrażenie, że stało się dla mnie najmniej interesującą jego częścią. W głowie mi się nie mieści... po tym wszystkim, co przeszliśmy... po tym, jak długo musiałem czekać, żebyś dopuściła mnie do siebie trochę bliżej... a teraz pojawia się obcy facet, a ty radośnie prawie wskakujesz mu w ramiona.

[…]

Maj to był dziwny miesiąc. W gazetach i telewizji wciąż mówili o tym, co nazywano „prawem do śmierci”. Jakaś kobieta cierpiąca na wyniszczającą chorobę prosiła, żeby prawo mogło chronić jej męża, gdyby pomógł jej w podróży do Dignitas, jeśli jej cierpienie stanie się nie do zniesienia. Młody piłkarz popełnił samobójstwo, przekonawszy wcześniej rodziców, żeby go tam zabrali. Zajęła się tym policja. W Izbie Lordów miała się odbyć debata na ten temat. Oglądałam wiadomości i słuchałam prawnych argumentów zwolenników ochrony życia oraz wybitnych filozofów moralności, i właściwie nie wiedziałam, co mam myśleć. To wszystko wydawało się w dziwny sposób zupełnie niepowiązane z Willem. Tymczasem zaczęliśmy coraz częściej wychodzić z domu – i wybieraliśmy się coraz dalej. Byliśmy w teatrze przy tej samej ulicy, żeby zobaczyć pokaz tradycyjnego tańca angielskiego (Will patrzył na dzwoneczki i haftowane chustki do nosa tancerzy z absolutnie kamienną twarzą, ale najwyraźniej kosztowało go to tyle wysiłku, że aż lekko poróżowiał), pewnego wieczoru pojechaliśmy na plenerowy koncert do jednej z pobliskich rezydencji (coś bardziej dla niego niż dla mnie), a raz do multipleksu, gdzie, ponieważ zbyt pobieżnie przeczytałam opis filmu, trafiliśmy na historię o śmiertelnie chorej dziewczynie. Wiedziałam jednak, że on też ogląda wiadomości. Od kiedy zainstalowaliśmy nowe oprogramowanie, częściej korzystał z komputera i nauczył się poruszać kursorem, przeciągając kciukiem po wskaźniku dotykowym. Dzięki temu żmudnemu ćwiczeniu mógł czytać dzienniki online. Kiedy pewnego ranka przyniosłam mu herbatę, akurat czytał o tym młodym piłkarzu – artykuł szczegółowo opisywał kolejne kroki, jakie musiał podjąć, żeby doprowadzić do własnej śmierci.

[…]

Właściwie to był z niego trochę terrorysta. A co było już naprawdę wkurzające, przepytywał mnie z lektur, żeby sprawdzić, czy naprawdę czytałam. Nie jesteś moim nauczycielem – marudziłam. Dzięki Bogu – odpowiadał ze szczerą ulgą. Ta książka – którą, co zaskakujące, czytało się całkiem nieźle – była o czymś w rodzaju walki o przetrwanie. Zdaniem autora kobiety wcale nie wiążą się z facetami dlatego, że ich kochają. Samice danego gatunku zawsze wybierają najsilniejszych samców, żeby ich potomstwo miało jak największe szanse. Nic nie mogą na to poradzić. Tak to już jest w przyrodzie. Nie zgadzałam się z tym. I nie podobała mi się cała argumentacja. To, do czego chciał mnie przekonać autor, miało nieprzyjemny podtekst. Z jego punktu widzenia Will był fizycznie słaby, uszkodzony. Biologicznie zbędny. Jego życie stawało się bezwartościowe. Ględził o tym bez końca przez prawie całe popołudnie, kiedy czytałam tę książkę, aż wreszcie nie wytrzymałam: Jest coś, czego ten cały Matt Ridley chyba nie wziął pod uwagę – powiedziałam. Will podniósł głowę znad ekranu. Czyżby? A jeśli ten genetycznie najlepszy samiec jest w gruncie rzeczy głupim dupkiem?

[…]

Ja kiedyś zarezerwowałam bilet do Australii. Ale nigdy tam nie poleciałam. Spojrzał na mnie zaskoczony. Coś mi przeszkodziło. Ale nie szkodzi. Może tam pojadę któregoś dnia.– Nie „może”. Musisz się stąd wydostać, Clark. Obiecaj mi, że nie spędzisz całego swojego życia w tej cholernej parodii pocztówki. Mam ci obiecać? Dlaczego? – starałam się utrzymać beztroski ton. Dokąd się wybierasz? Po prostu... nie mogę znieść myśli, że zostaniesz tu na zawsze – przełknął ślinę. Za inteligentna jesteś na to. Za bardzo interesująca. Spojrzał w bok. Człowiek ma tylko jedno życie. I właściwie ma obowiązek wykorzystać je najlepiej, jak się da. Okej – powiedziałam ostrożnie. W takim razie powiedz mi, dokąd powinnam pojechać. Dokąd ty byś pojechał, gdybyś mógł? Teraz? Teraz. I nie wolno ci powiedzieć, że na Kilimandżaro. To musi być takie miejsce, żebym mogła sobie wyobrazić, że ja tam pojadę. Kiedy z twarzy Willa znikało napięcie, wyglądał zupełnie inaczej. Teraz uśmiechał się, mrużąc oczy z zadowoleniem. Paryż. Siedziałbym przed kawiarnią w Le Marais, pił kawę i jadł ciepłe croissanty z solonym masłem i dżemem truskawkowym. Le Marais? To taka mała dzielnica w centrum Paryża. Pełno tam brukowanych uliczek, obdrapanych kamienic, gejów, ortodoksyjnych Żydów i kobiet w pewnym wieku, które kiedyś wyglądały jak Brigitte Bardot. Mógłbym tam zamieszkać.

[…]

Przejrzałam lokalną gazetę, zerkając na informacje o meczach piłki nożnej i wiejskich festynach, ale obawiałam się, że tak jak podczas fatalnego wyjazdu na wyścigi koła wózka Willa mogą ugrzęznąć w trawie. Obawiałam się też, że w tłumie może czuć się zanadto wystawiony na ludzkie spojrzenia. Musiałam wykreślić wszelkie zajęcia związane z końmi, co w okolicy takiej jak nasza oznaczało zdumiewającą ilość plenerowych rozrywek. Wiedziałam, że nie będzie chciał patrzeć, jak Patrick biega, nie obchodził go też krykiet ani rugby. Czasem czułam się naprawdę obezwładniona tym, że nie potrafię wymyślić nic nowego. Może Will i Nathan mają rację. Może jestem nudna. Może jestem ostatnią osobą, która powinna wymyślać rzeczy, które mogłyby obudzić w Willu apetyt na życie. Książka albo telewizja. Jeśli tak na to spojrzeć, trudno uwierzyć, że jest inaczej. Kiedy Nathan sobie poszedł, Will przyjechał do mnie do kuchni. Siedziałam przy stoliku, obierając ziemniaki na kolację dla niego, i nie podniosłam wzroku, kiedy zatrzymał wózek w drzwiach. Przyglądał mi się wystarczająco długo, żeby uszy poróżowiały mi pod jego spojrzeniem. Wiesz – odezwałam się w końcu – mogłam zachować się paskudnie wobec ciebie. Mogłam powiedzieć, że przecież ty też nic nie robisz. Nathan chyba nie postawiłby za dużo na to, że pójdę potańczyć – powiedział Will. Wiem, że to żart – ciągnęłam, wyrzucając długi kawałek ziemniaczanej skórki. Ale przez ciebie poczułam się naprawdę okropnie. Jeśli już zakładacie się o to, jak nudne mam życie, czy musieliście mi o tym mówić? Czy to nie mógł być wasz sekretny żarcik? Milczał przez chwilę. Kiedy wreszcie podniosłam głowę, zobaczyłam, że na mnie patrzy.

[…]

Odwróciłam się i usiadłam na stole przodem do niego, ze zwisającymi nogami. Żyłeś z rozmachem, prawda? Tak. Przysunął się nieco bliżej i uniósł siedzenie wózka tak, że byliśmy niemal na jednym poziomie. Dlatego mnie wkurzasz, Clark. Bo widzę cały ten talent, całą tę... – wzruszył ramionami – energię i inteligencję, i... Tylko nie mów potencjał... Potencjał. Tak. Potencjał. I za nic nie mogę pojąć, jak możesz być zadowolona z takiego małego życia. Życia, które nie sięga dalej niż pięć mil od twojego domu, w którym nie ma nikogo, kto kiedykolwiek cię zaskoczy albo sprowokuje, albo pokaże ci coś, od czego zakręci ci się w głowie i nie będziesz mogła zasnąć w nocy. Chcesz powiedzieć, że powinnam robić coś dużo bardziej sensownego, niż obierać ci kartofle. Chcę ci tylko powiedzieć, że cały świat stoi przed tobą otworem. Ale że byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś najpierw ugotowała mi ziemniaki.

[…]

Proponowałam też, że dotrzymam mu towarzystwa, ale czułam, że tam zawadzam, i dość szybko zdałam sobie sprawę, że Will nie chce przy sobie jeszcze jednej osoby. Powiedział, że mam iść do domu i wykorzystać ten czas na coś miłego. Rok wcześniej zmarnowałabym te wolne dni; łaziłabym po sklepach, może zjadłabym lunch z Patrickiem. Oglądałabym telewizję i może próbowała zrobić porządek w szafach. Pewnie dużo bym spała. Teraz jednak czułam się dziwnie niespokojna, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Brakowało mi tego, że nie muszę wstawać rano, jakiegoś celu. Minęło pół poranka, zanim doszłam do wniosku, że mogłabym zrobić coś pożytecznego. Poszłam do biblioteki i zaczęłam szukać. Zajrzałam na wszystkie strony dotyczące ludzi z tetraplegią [inaczej porażenie czterokończynowe – przyp. aut.], jakie udało mi się znaleźć, szukając tego, co moglibyśmy robić, kiedy Will poczuje się lepiej. Spisałam listę, dodając do każdego punktu sprzęt albo inne rzeczy, o które należałoby zadbać. Odkryłam fora dla osób z uszkodzeniami kręgosłupa i stwierdziłam, że są tysiące ludzi takich jak Will – żyjących w ukryciu w Londynie, Sydney, Vancouver, albo tuż obok, na następnej ulicy – wspomaganych przez rodzinę i przyjaciół, a czasem rozdzierająco samotnych.

[…]

Deirdre Bellows musiała powtórzyć moje imię dwukrotnie, zanim podniosłam głowę. Bazgrałam w notesie nazwy miejsc i pytania, za i przeciw, i właściwie zapomniałam, że jestem w autobusie. Próbowałam wymyślić, jak by tu wyciągnąć Willa do teatru. W zasięgu dwugodzinnej jazdy samochodem był tylko jeden, który wystawiał stary jak świat musical Oklahoma. Trudno było wyobrazić sobie Willa, jak kiwa głową do taktu piosenki Och, jakiż cudny poranek, ale wszystkie poważne teatry były w Londynie. A wyprawa do Londynu wciąż wydawała się czymś poza zasięgiem. Udawało mi się wyciągnąć Willa z domu, ale wykorzystaliśmy już prawie wszystko, co było dostępne w odległości godzinnej jazdy samochodem, a ja nie miałam pojęcia, jak go namówić, żebyśmy wypuścili się gdzieś dalej.

[…]

Poszedłem tego samego popołudnia i pokazałem mu, co potrafię, no i jestem na miesięcznym okresie próbnym. Zaczynam w sobotę. Będziesz pracował u ojca Willa? Powiedział, że muszę przejść okres próbny, żeby wszystko było zgodnie z procedurami, ale stwierdził, że nie widzi powodu, żebym miał nie dostać tej pracy. To... to fantastycznie – powiedziałam. Ta wiadomość dziwnie wytrąciła mnie z równowagi. Nawet nie wiedziałam, że kogoś tam szukają. Ja też nie. Ale to świetnie. To facet, któremu zależy na jakości. Rozmawiałem z nim o zielonym dębie, a on pokazał mi coś, co robił mój poprzednik. Nie uwierzyłabyś. Po prostu szok. Powiedział, że jest pod dużym wrażeniem mojej roboty. Tak ożywionego taty nie widziałam od wielu miesięcy. Przyszła mama. Umalowała usta i włożyła najlepsze buty na obcasie. Będzie miał do dyspozycji furgonetkę. I dobrze płacą, Lou. Nawet trochę więcej niż w fabryce mebli. Patrzyła na niego jak na bohatera. Kiedy odwróciła się do mnie, z jej miny wynikało, że ja powinnam patrzeć tak samo. Mama potrafiła przekazać wyrazem twarzy milion różnych rzeczy, a teraz chciała dać mi do zrozumienia, że ta chwila należy do mojego taty. To wspaniale, tato. Naprawdę! Podeszłam i uściskałam go. Właściwie to powinnaś podziękować Willowi. Równy z niego gość. Jestem cholernie wdzięczny, że o mnie pomyślał.

[…]

Najgorsze w pracy opiekuna wcale nie jest to, o czym można by pomyśleć. Wcale nie dźwiganie i mycie, leki, waciki i słaby, ale zawsze jakoś wyczuwalny zapach środków dezynfekcyjnych. Nawet nie to, że większość ludzi sądzi pewnie, że zajmujesz się czymś takim, bo do niczego lepszego się nie nadajesz. Najgorszy jest fakt, że kiedy spędza się cały dzień naprawdę blisko z kimś, nie da się uciec od jego nastrojów. Ani swoich własnych. Will przez całe rano zachowywał rezerwę wobec mnie, od kiedy powiedziałam mu o swoich planach. Ktoś z zewnątrz pewnie nic by nie zauważył, ale mniej żartowaliśmy, rozmawialiśmy mniej swobodnie. Nie pytał mnie o nic poza tym, co w gazetach.

[...]

Ale oczywiście ustaw wszystko tak, jak chcesz. Nie mam nic przeciwko temu. Zwolnił dla mnie dwie szuflady i szafę w pokoju gościnnym. Pozostałe dwie szuflady wypełniały jego sportowe ciuchy. Nawet nie wiedziałam, że jest tyle rodzajów lycry i polaru. Kiedy powiesiłam swoje dziko kolorowe ciuchy, wciąż zostało sporo wolnej przestrzeni z dźwięczącymi żałośnie metalowymi wieszakami. Muszę chyba kupić sobie więcej ubrań, żeby ją zapełnić – powiedziałam na ten widok. Roześmiał się nerwowo. Co to jest? Patrzył na mój kalendarz, który powiesiłam na ścianie, z pomysłami na zielono i zaplanowanymi wydarzeniami zaznaczonymi na czarno. Kiedy coś się udało (muzyka, degustacja wina), rysowałam obok uśmiechniętą buźkę. Kiedy coś nie wyszło (wyścigi konne, wystawa sztuki), nie rysowałam nic. Na następne dwa tygodnie nie miałam wielu planów. Will znudził się tym, co było blisko, a ja nie mogłam go przekonać, żebyśmy wybrali się gdzieś dalej.

[…]

Ale miałam dużą ochotę wyjść z przybudówki. Okej. Daj mi pięć minut. Spróbuję usunąć z rąk zapach octu. Różnica między dorastaniem moim i Willa polegała na tym, że on traktował swobodnie swoje poczucie uprzywilejowania. Myślę, że jeśli ktoś spędza dzieciństwo tak jak on, jako dziecko bogatych rodziców, w ładnym domu, jeśli czymś normalnym jest chodzenie do dobrej szkoły i eleganckich restauracji, być może nabiera poczucia, że tak właśnie być powinno, że w naturalny sposób zajmuje wyższą pozycję. Will powiedział mi, że przez całe dzieciństwo przekradał się na zamek, kiedy nikogo tam nie było. Jego tato pozwalał mu tam buszować, pod warunkiem że nie będzie niczego dotykał. Po wpół do szóstej, kiedy poszli sobie ostatni turyści, a na teren zamku wkraczali ogrodnicy, żeby przycinać i porządkować, kiedy personel opróżniał kosze na śmieci i zamiatał kartoniki po napojach i krówkach, to był jego prywatny plac zabaw. Kiedy mi o tym powiedział, pomyślałam, że gdybyśmy ja z Treeną miały cały zamek tylko dla siebie, chyba skakałybyśmy z radości i ganiałybyśmy po nim jak wariatki. Po raz pierwszy całowałem się z dziewczyną pod mostem zwodzonym – powiedział, zwalniając, żeby spojrzeć w tamtą stronę, kiedy szliśmy żwirową ścieżką. Powiedziałeś jej, że jesteś panem tego zamku? Nie. Może powinienem. Rzuciła mnie tydzień później dla chłopaka, który pracował w sklepiku.

[…]

Dziwnie było tak spacerować po zamku pogrążonym w ciszy; tylko my dwoje i ogrodnik gdzieś w oddali. Zamiast gapić się na turystów, słuchać ich dziwnych akcentów i zastanawiać się nad ich – jakże innym od mojego – życiem, chyba po raz pierwszy zaczęłam się przyglądać samemu zamkowi i myśleć o jego historii. Te obłożone krzemieniem mury stały tu od ponad ośmiuset lat. Ludzie się tu rodzili i umierali, kochali i rozpaczali. Teraz, w ciszy, można było niemal usłyszeć ich głosy, ich kroki na ścieżce. Okej, czas na zwierzenia – powiedziałam. Czy kiedykolwiek, kiedy chodziłeś po zamku, udawałeś, że jesteś jakimś rycerzem albo księciem? Will zerknął na mnie kątem oka. Szczerze? Oczywiście. No jasne. Kiedyś nawet pożyczyłem sobie jeden z mieczy wiszących na ścianach Wielkiej Sali. Ważył chyba z tonę. Pamiętam, jak oblał mnie zimny pot, bo nie wiedziałem, czy dam radę odstawić go z powrotem. Weszliśmy na wzgórze zamkowe i stamtąd, za fosą, widzieliśmy długie trawiaste zbocze sięgające aż do zrujnowanego muru, który wyznaczał granice zamku. Dalej rozciągało się miasto, z jego neonami i sznurami samochodów, zgiełkiem godziny szczytu. Tu na górze było cicho, słychać było tylko ptaki i niegłośny szum wózka Willa. Zatrzymał go na chwilę i obrócił się, żeby popatrzeć na teren zamku. To dziwne, że nigdy się nie spotkaliśmy – powiedział. To znaczy kiedy byłem chłopcem.

[…]

Nikt nie chce wiedzieć, że czasem, siedząc na tym wózku, czuję taką klaustrofobię, że mam ochotę wrzeszczeć jak wariat na samą myśl o tym, że spędzę w nim kolejny dzień. Moja matka jest o włos od załamania i nie może mi wybaczyć, że wciąż kocham ojca. Siostra nie może mi wybaczyć, że znów jestem ważniejszy niż ona – a ponieważ jestem kaleką, nie może mnie nienawidzić tak jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Ojciec najbardziej chciałby, żeby to wszystko było tylko złym snem. Ostatecznie wszyscy chcą szukać w tym wszystkim jasnych stron i chcą, żebym ja też miał takie podejście – urwał. – Chcą wierzyć, że jest jakaś jasna strona. Zamrugałam w ciemności. I ja mam być tą jasną stroną? – zapytałam cicho. Ty, Clark – spojrzał na swoje dłonie – jesteś jedyną osobą, z którą jestem w stanie rozmawiać, odkąd wylądowałem na tym cholernym czymś. Więc mu powiedziałam. Wzięłam go za rękę, tak samo jak wtedy, kiedy wyprowadził mnie z labiryntu, popatrzyłam na swoje stopy, nabrałam powietrza i opowiedziałam mu o tamtym wieczorze, o tym, jak się ze mnie śmiali i żartowali z tego, jaka jestem pijana i upalona, i jak straciłam przytomność, a moja siostra powiedziała później, że to nawet lepiej, bo nie pamiętam tego, co zrobili, ale że te pół godziny, kiedy nie wiedziałam, co się ze mną działo, prześladuje mnie od tamtej pory aż do teraz.

[…]

Weszliśmy do internetu i wybraliśmy prezent ślubny. Will wydał sto dwadzieścia funtów na srebrną ramę do obrazów oraz kolejne sześćdziesiąt funtów na jego zdaniem „absolutnie potworny” wazon. Byłam wstrząśnięta tym, że wydaje pieniądze na kogoś, kogo właściwie nie lubi, ale już w ciągu kilku pierwszych tygodni pracy u Traynorów zrozumiałam, że oni mają inne podejście do pieniędzy. Bez mrugnięcia okiem wypisywali czterocyfrowe czeki. Raz kiedyś widziałam wyciąg z konta Willa, który ktoś zostawił na kuchennym stole, żeby mógł go sobie obejrzeć. Było na nim tyle pieniędzy, że można by za nie kupić co najmniej dwa takie domy jak nasz – a to było tylko jego bieżące konto. Postanowiłam, że włożę swoją czerwoną sukienkę – bo wiedziałam, że Willowi się podoba (a zdawałam sobie sprawę, że będzie mu potrzebne tyle nawet drobnych pozytywnych bodźców, ile tylko się da), poza tym nie miałam żadnej innej kreacji, którą ośmieliłabym się włożyć na taką imprezę. Will nie zdawał sobie sprawy, ile obaw budzi we mnie wizja, że znajdę się na weselu ludzi z wyższych klas, nawet tylko jako opiekunka. Za każdym razem, kiedy wyobrażałam sobie hałaśliwe głosy, taksujące spojrzenia w naszym kierunku, miałam ochotę zamiast tego spędzić cały dzień, oglądając Patricka na bieżni. Może to głupie, że tak się przejmowałam, ale nic nie mogłam na to poradzić. Wizja tych wszystkich gości patrzących na nas z wyższością sprawiała, że żołądek skręcał mi się na supeł.

[…]

Młodsze kobiety stały elegancko na bardzo wysokich obcasach, z idealnym pedikiurem. Starsze, w czółenkach na słupku, ubrane były w szykowne żakiety z jedwabną podszewką w kontrastującym kolorze i miały na sobie kapelusze przeczące prawom grawitacji. Mężczyźni byli mniej interesujący, ale niemal wszyscy promieniowali tą aurą, którą czasem wyczuwałam u Willa – zamożności i uprzywilejowania, poczucia, że życie ułoży się tak, żeby było ci wygodnie. Zastanawiałam się, jakimi firmami kierują, w jakich światach żyją. I czy w ogóle zauważają ludzi takich jak ja, którzy opiekują się ich dziećmi albo obsługują ich w restauracjach. Albo tańczą na rurze dla ich kolegów, z którymi robią interesy – pomyślałam, przypominając sobie rozmowy w pośredniaku. Na weselach, na których bywałam, zwykle oddzielano rodziny panny młodej i pana młodego, z obawy, że ktoś naruszy warunki zwolnienia warunkowego. My ustawiliśmy się z tyłu kościoła, wózek Willa tuż przy prawym krańcu ławki, na której siedziałam. Na chwilę podniósł wzrok, kiedy Alicia szła główną nawą, ale potem patrzył na wprost, z nieprzeniknioną miną. Czterdziestoośmioosobowy chór (policzyłam) odśpiewał coś po łacinie. Rupert w swoim smokingu wyglądał jak tłusty ping win i unosił brwi, jakby był zadowolony i jednocześnie zdumiony całą sytuacją. Nikt nie klaskał ani nie wznosił okrzyków, kiedy pastor ogłosił ich mężem i żoną. Rupert wyglądał na trochę oszołomionego, rzucił się w kierunku panny młodej, jakby była jabłkiem na sznurku, i omal nie trafił w jej usta. Zastanawiałam się, czy wyższe klasy uważają, że to niestosowne serio całować się przed ołtarzem.

[…]

Tego wieczoru coś się zmieniło. Przygaszono światła, więc nasz stolik mniej rzucał się w oczy, wieczorny wietrzyk złagodził trochę wszechobecny ciężki zapach kwiatów, a muzyka, wino i tańce sprawiły, że w tych mało sprzyjających okolicznościach zaczęliśmy się naprawdę dobrze bawić. Will nigdy nie był tak swobodny i rozluźniony. Wciśnięty między mnie i Mary, rozmawiał z nią, uśmiechnięty, a jego widok chyba powstrzymywał ludzi, którzy inaczej może zerkaliby na niego nieufnie albo z litością. Skłonił mnie, żebym zdjęła szal i usiadła prosto. Zdjęłam mu marynarkę i rozluźniłam krawat. Oboje staraliśmy się nie śmiać na widok tańczących. Nie macie pojęcia, o ile lepiej się poczułam, kiedy zobaczyłam, jak tańczy to wyelegantowane towarzystwo. Faceci wyglądali, jakby ich poddano elektrowstrząsom, panie unosiły paluszki i wyglądały potwornie sztywno, nawet kiedy się okręcały. Mary Rawlinson co jakiś czas mruczała pod nosem: Dobry Boże. Zerknęła na mnie. Z każdym kolejnym drinkiem mówiła coraz barwniejszym językiem. Nie masz ochoty pokazać, co potrafisz? Boże, nie. Mądra dziewczynka. Już lepiej tańczą na wiejskiej dyskotece. O dziewiątej dostałam esemesa od Nathana. Okej? Tak. Nie uwierzysz, ale Will świetnie się bawi. I tak było. Patrzyłam, jak śmieje się do rozpuku z czegoś, co powiedziała Mary, i wtedy coś do mnie dotarło. Zrozumiałam, że to może się udać. On może być szczęśliwy, jeśli będzie miał wokół siebie odpowiednich ludzi, jeśli będzie mógł być Willem, a nie człowiekiem na wózku, listą chorób, obiektem litości. A potem, o dziesiątej, zaczęły się wolne tańce. Patrzyliśmy na Alicię i Ruperta na parkiecie, oklaskiwanych uprzejmie przez oglądających. Fryzura jej obwisła i trzymała Ruperta za szyję, jakby potrzebowała podparcia. Rupert obejmował ją w talii. Chociaż była piękna i bogata, było mi jej trochę żal. Pewnie zrozumie, co straciła, dopiero gdy będzie za późno. W połowie piosenki na parkiet wyszły inne pary, więc trochę nam ich zasłoniły, a mnie rozproszyła Mary, rozprawiająca o zasiłkach dla opiekunów, aż nagle podniosłam wzrok i okazało się, że stoi przed nami Alicia, niczym supermodelka w białej jedwabnej sukni. Serce uwięzło mi w gardle. Alicia skinęła Mary na powitanie i nachyliła się nieco, żeby Will dosłyszał jej głos przez muzykę. Twarz miała lekko spiętą, tak jakby musiała zebrać się w sobie, żeby tu przyjść. Dziękuję, że przyszedłeś, Will. Naprawdę. Zerknęła na mnie kątem oka, ale nic nie powiedziała. Cała przyjemność po mojej stronie – odparł gładko Will. Wyglądasz prześlicznie, Alicio. To piękne wesele.

[…]

Co ty na to, Will? Zakręcisz się ze mną? Co? No chodź. Niech te dupki mają o czym gadać. Cholernie dobry pomysł – stwierdziła Mary, unosząc kieliszek. Cholernie fantastyczny. No chodź. Teraz dają wolne. Bo chyba nie dasz rady pogować na tym wózku. Nie dałam mu wyboru. Usiadłam mu ostrożnie na kolanach i chwyciłam go za szyję, żeby nie spaść. Dłuższą chwilę patrzył mi w oczy, jakby zastanawiał się, czy może mi odmówić. A potem, ku mojemu zdumieniu, wyjechał na parkiet i zaczął zataczać kółeczka w migoczącym świetle lustrzanych kul. Czułam się jednocześnie skrępowana i nieco spanikowana. Siedziałam pod takim kątem, że sukienka podjechała mi do połowy ud. Zostaw – mruknął mi Will do ucha. Ale... Przestań, Clark. Nie psuj mi tego. Zamknęłam więc oczy i obejmowałam go za szyję, przytulając policzek do jego policzka i wdychając cytrusowy zapach wody kolońskiej. Czułam, jak nuci razem z muzyką. Czy już wszyscy się przerazili? – zapytał. Otworzyłam jedno oko i zerknęłam w półmrok. Kilka osób uśmiechało się zachęcająco, ale większość jakby nie wiedziała, co ma o tym myśleć.

[…]

Facet na wózku. Jak miło – zauważył Will. Ale widać było, że nic a nic się nie przejął. Był wyluzowany i zrelaksowany, żartował ze swojego kaca, chociaż byłem prawie pewien, że cierpi. Dopiero kiedy jego mamuśka najechała na Louisę, przestał się uśmiechać. Wszedł jej w słowo i powiedział, że jeśli ma coś do powiedzenia, to proszę bardzo, on słucha, bo to była jego decyzja, żeby zostać na noc, a Louisa nie miała wyboru. Poza tym wydaje mi się, mamo, że ponieważ mam trzydzieści pięć lat, nie muszę się nikomu spowiadać, jeśli mam ochotę przenocować w hotelu. Nawet swoim rodzicom. Gapiła się na nich dwoje, potem wymamrotała coś na temat zwykłej uprzejmości i wyszła z pokoju. Louisa wyglądała na trochę roztrzęsioną, ale on podjechał do niej i coś jej szepnął, i wtedy właśnie to zobaczyłem. Zarumieniła się jakby i roześmiała. To był taki rodzaj śmiechu, kiedy wiesz, że nie powinieneś się śmiać. Taki śmiech, który mówi o wzajemnym porozumieniu.

[…]

Nathan? A kto to jest Nathan? Jego pielęgniarz. Poznałeś go, kiedy Will przyszedł na moje urodziny. Widziałam, że się zastanawia. Otarł sobie pot spływający do oczu. Zanim zdążysz zapytać – dodałam – nie, nie mam romansu z Nathanem. Zwolnił, patrząc na asfalt, aż w końcu niemal biegł w miejscu. O co chodzi, Lou? Bo... bo wydaje mi się, jakby zacierała się granica między tym, co jest pracą, a tym, co jest... – wzruszył ramionami – normalne. To nie jest normalna praca. Wiedziałeś o tym. Ale ostatnio Will Traynor robi się ważniejszy niż cokolwiek innego. Czyżby? A to nie? Zdjęłam rękę z kierownicy i wskazałam jego wciąż poruszające się nogi. To co innego. Wystarczy, że zadzwoni, a ty już do niego biegniesz. A kiedy ty idziesz biegać, ja przybiegam w te pędy. Próbowałam się uśmiechnąć. Bardzo zabawne. Odwrócił się. To sześć miesięcy, Pat. Sześć miesięcy. Sam uważałeś, że powinnam wziąć tę pracę. Nie możesz teraz na mnie najeżdżać za to, że traktuję ją poważnie. Nie sądzę... nie sądzę, żeby chodziło o pracę. Myślę, że jest coś, o czym mi nie mówisz. Zawahałam się, chwilę za długo. To nieprawda. Ale nie jedziesz na Vikinga. Mówiłam ci, że...

[…]

To nie jest realne, to jest jak film. Co? No bo w końcu to jest kwestia życia i śmierci, a ty tkwisz w życiu tego człowieka codziennie, uwikłana w jego dziwną tajemnicę. To musiało doprowadzić do jakiejś fałszywej bliskości między wami. No chyba że zaczynasz mieć jakiś dziwaczny syndrom Florence Nightingale [dziewiętnastowieczna pielęgniarka, symbol niestrudzonego opiekuństwa – przyp. aut.]. Wierz mi, to na pewno nie to. Leżałyśmy, gapiąc się w sufit. Ale to jest trochę szalone, jak się pomyśli, że można kochać kogoś, kto nie może... no wiesz, odwzajemnić ci tego. A może to tylko twoja histeryczna reakcja na przeprowadzkę do Patricka. Wiem. Masz rację. A jesteście razem już bardzo długo. Po takim czasie skoki w bok są całkiem prawdopodobne. Zwłaszcza że Patrick ma obsesję na punkcie tego swojego maratonu. A ty być może znów znielubisz Willa. To znaczy pamiętam, jak uważałaś go za dupka. Czasem wciąż tak myślę.

[…]

„ Jeśli mam spróbować wszystkich tych rzeczy, o których mówisz, że powinnam, w takim razie musisz spróbować ich ze mną”. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie. Energiczna z niej dziewczyna. Will słuchał jej i widziałem, że czyta materiały, które przed nim położyła. Skąd zdobyłaś te wszystkie informacje? – zapytał wreszcie. Uniosła tylko brwi. Wiedza to potęga, Will – odparła. A mój syn uśmiechnął się, jakby powiedziała coś szczególnie inteligentnego. A więc... – oznajmiła, kiedy już wszystkie pytania zostały zadane. Wyjeżdżamy za osiem dni. Czy jest pani zadowolona, pani Traynor? – zapytała to lekko prowokującym tonem. Jeśli taki plan wam odpowiada, to nie mam nic przeciwko temu – odpowiedziała Camilla. Nathan? Nadal masz na to ochotę? Pytanie.

[…]

Wiedziałem, co sobie myśli: ostatecznie z czego tu się cieszyć? Słyszałem, jak późnym wieczorem rozmawia z Georginą, tłumacząc jej, dlaczego tak postanowiła. Georgina, nieodrodna córka swojej matki, już węszyła, w jaki sposób Louisa mogłaby wykorzystać sytuację Willa. Georgina, ona zaproponowała, że za siebie zapłaci – powiedziała Camilla. I dodała: Nie, kochanie. Myślę, że tak naprawdę nie mamy wyboru. Zostało bardzo mało czasu, a Will się na to zgodził, więc mogę tylko mieć nadzieję, że wszystko się uda. Ty też powinnaś mieć nadzieję. Wiedziałem, że bronienie Louisy musi ją dużo kosztować, a nawet sama uprzejmość wobec niej. Ale tolerowała tę dziewczynę, bo wiedziała, tak samo jak ja, że jej obecność to jedyny sposób, żeby nasz syn był choć trochę szczęśliwy. Choć żadne z nas tego nie powiedziało, Louisa Clark stała się jedyną szansą, żeby utrzymać go przy życiu. Wczoraj wieczorem poszedłem na drinka z Dellą. Camilla wybrała się z wizytą do siostry, więc wróciliśmy spacerem nad rzeką. Will wybiera się na wakacje – powiedziałem. To cudowne – odparła. Biedna Della. Widziałem, jak walczy z odruchowym pragnieniem, żeby zapytać o naszą przyszłość - i o to, jak może wpłynąć na nią ten niespodziewany obrót spraw – ale przypuszczałem, że tego nie zrobi, przynajmniej dopóki sytuacja nie będzie jasna.

[…]

Siedziałem z nim i nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć takiego, co by go choć trochę pocieszyło. Przypadł mu w udziale najbardziej gówniany los, jaki można sobie wyobrazić. I wiesz co? Patrzyłem na niego wczoraj wieczorem i myślałem o jego życiu, o tym, jak pewnie będzie wyglądać... i chociaż niczego nie pragnę bardziej, niż żeby był szczęśliwy... nie mogę osądzać go za to, co chce zrobić. To jego wybór. To powinien być jego wybór. Zaczęło mi brakować powietrza. Ale... to było wcześniej. Sam powiedziałeś, że tak było, zanim przyszłam. On się teraz zmienił. Zmienił się przy mnie, prawda? Tak, ale... Ale jeśli nie będziemy wierzyć, że będzie z nim lepiej, że może się lepiej poczuć, to jak on ma uwierzyć, że jeszcze może mu się przydarzyć coś dobrego? Nathan odstawił kubek i spojrzał mi prosto w oczy. Lou. Z nim nie będzie lepiej. Nie wiesz tego. Wiem. Dopóki nie nastąpi jakiś zasadniczy przełom w badaniach nad komórkami rdzenia kręgowego, Willa czeka kolejne dziesięć lat na wózku. Co najmniej. On o tym wie, nawet jeśli jego rodzice nie chcą tego przyznać. A to tylko połowa problemu. Ona chce utrzymać go przy życiu za wszelką cenę. Pan T. uważa za to, że w pewnym momencie decyzję należy pozostawić jemu. Oczywiście, że to on zdecyduje, Nathan. Ale musi zobaczyć, jaki ma wybór. To bystry facet. Doskonale wie, co ma do wyboru.

[…]

Dokładnie dziesięć dni później ojciec Willa wysadził nas z samochodu na lotnisku Gatwick. Nathan ładował nasze bagaże na wózek, a ja upewniałam się w nieskończoność, czy Willowi jest wygodnie – aż w końcu nawet on się wkurzył. Uważajcie na siebie. I bawcie się dobrze – powiedział pan Traynor, kładąc rękę na ramieniu Willa. Tylko nie rozrabiajcie zanadto. Nawet mrugnął do mnie, gdy to mówił. Pani Traynor nie mogła zwolnić się z pracy, żeby nas odprowadzić.  Podejrzewałam jednak, że chodziło raczej o to, że nie chce spędzać dwóch godzin w samochodzie ze swoim mężem. Will skinął głową, ale się nie odezwał. W samochodzie był rozbrajająco cichy, z nieprzeniknioną miną wyglądał przez okno, nie zwracając uwagi, gdy paplaliśmy z Nathanem o ruchu na drodze i o tym, czego na pewno zapomnieliśmy. Nawet gdy już szliśmy przez halę odlotów, nie byłam pewna, czy dobrze robimy. Pani Traynor w ogóle nie chciała, żeby jechał. Ale od dnia, kiedy zgodził się na mój zmodyfikowany plan, wiedziałam, że boi się powiedzieć mu, że nie powinien jechać. Przez ostatni tydzień sprawiała wrażenie, jakby w ogóle bała się z nami rozmawiać. Siedziała przy Willu w milczeniu, rozmawiała tylko z lekarzami. Albo pracowała w ogrodzie, z przerażającą skutecznością przycinając różne rzeczy.

[…]

Za każdym razem, kiedy patrzyłam na Willa, zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam. Dopiero zeszłego wieczoru jego lekarz uznał, że może lecieć. Will niewiele jadł i przez większość dnia spał. Wydawał się nie tyle znużony chorobą, ile wyczerpany życiem, zmęczony naszym wtrącaniem się, próbami ożywionej konwersacji, niezmożoną determinacją, żeby poprawić mu humor. Tolerował mnie, ale często miałam poczucie, że chciałby, żeby dać mu spokój. Nie wiedział, że właśnie tej jednej rzeczy nie mogę zrobić. Jest już pani z linii lotniczych – powiedziałam, gdy podeszła do nas żwawym krokiem uśmiechnięta dziewczyna w uniformie i z podkładką do pisania. Wygląda na to, że nie będzie z niej wiele pożytku przy wchodzeniu na pokład – mruknął Nathan. Nie udźwignęłaby nawet mrożonej krewetki. Damy sobie radę. Razem damy sobie radę. To zdanie było moją dewizą, odkąd wymyśliłam, co chcę zrobić. Od czasu rozmowy z Nathanem w przybudówce na nowo ogarnął mnie zapał, żeby udowodnić, że wszyscy się mylili. To, że nie udało nam się pojechać na zaplanowane wakacje, nie oznacza, że Will w ogóle nie może nic zrobić.

[…]

To prawda, kolory wydawały się jaskrawsze niż w Anglii, niebo miało barwę błękitu, którego głębia wydawała się nieskończona. Widziałam, że wyspa jest porośnięta bujną roślinnością i uprawami trzciny cukrowej, a morze przebłyskuje niczym pasek rtęci spomiędzy wulkanicznych wzgórz. Powietrze miało lekki zapach czegoś dymnego i korzennego, słońce stało tak wysoko na niebie, że musiałam mrużyć oczy w jasnym świetle. Wyczerpana, czułam się tak, jakbym się obudziła na stronach błyszczącego magazynu o podróżach. Ale choć moje zmysły musiały się uporać z lawiną nowych bodźców, moje spojrzenie wciąż wracało do Willa, jego bladej, znużonej twarzy, tego, jak głowa dziwnie zapadła mu się w ramiona. A potem wjechaliśmy na podjazd między szpalerem palm, zatrzymaliśmy się przed niewysokim budynkiem o drewnianej konstrukcji, a kierowca od razu wysiadł i zaczął wypakowywać nasze bagaże.

[…]

Jego skóra odzyskała normalny kolor, zniknęły sine cienie pod oczami. Skurcze osłabły i znów zaczął jeść. Jechał powoli wzdłuż niekończącego się, ekstrawaganckiego szwedzkiego stołu i mówił mi, co mam mu nałożyć na talerz. Wiedziałam, że czuje się lepiej, bo zmuszał mnie, żebym spróbowała rzeczy, których nigdy w życiu bym nie zjadła – pikantnych kreolskich curry albo owoców morza, których nawet nie umiałam nazwać. I nic dziwnego. Musiałam pamiętać, że przez większość życia Willa to właśnie było jego królestwo – cała planeta, te dalekie lądy – a nie mała przybudówka w cieniu zamku. Hotel, zgodnie z obietnicą, zapewnił nam specjalny wózek o szerokich kołach. Niemal każdego ranka Nathan przenosił na niego Willa i szliśmy we trójkę na plażę, ja z parasolem, na wypadek gdyby słońce zanadto przypiekało. Ale nigdy tak nie było, południowa część wyspy słynęła z morskiej bryzy, a poza sezonem temperatura rzadko wynosiła więcej niż dwadzieścia kilka stopni. Zatrzymywaliśmy się na małej plaży w pobliżu skalistego cypla, skąd nie było widać hotelu. Rozkładałam sobie leżak, siadałam obok Willa pod palmą i obserwowaliśmy z naszego stanowiska, jak Nathan próbuje surfować albo jeździć na nartach wodnych – czasem dodając mu odwagi okrzykami albo obelgami. Z początku personel hotelowy otaczał Willa wręcz nadmierną troską, chcieli pchać jego wózek, nieustannie podtykali mu zimne napoje.

[…]

Chyba nie potrafię – stwierdziłam, kiedy wynurzyłam się po raz siódmy, plując i parskając. James, mój instruktor nurkowania, spojrzał na Willa i Nathana. Nie umiem – powtórzyłam ze złością. Nie nadaję się do tego. James odwrócił się tyłem do nich, poklepał mnie po plecach i wskazał otwarte morze. Niektórym łatwiej zacząć tam – powiedział cicho. W morzu? Czasem lepiej zostać wrzuconym na głęboką wodę. Chodźmy.  Weźmiemy łódkę. Trzy kwadranse później gapiłam się pod wodą na jaskrawo-kolorowy krajobraz, dotąd ukryty przed moimi oczami, zupełnie zapominając o strachu, że butla może przestać działać, że wbrew wszystkiemu opadnę na dno i się utopię, w ogóle zapomniałam, że się kiedykolwiek bałam. Tajemnice tego nowego podwodnego świata całkowicie mnie pochłonęły. Przyglądałam mu się w ciszy, przerywanej tylko odgłosem własnego oddechu. Patrzyłam na ławice maleńkich tęczowych rybek, na większe czarne i białe ryby, które wpatrywały się we mnie badawczo, na łagodnie kołyszące się anemony filtrujące delikatne prądy niosące ich niewidoczny pokarm. Widziałam odległe krajobrazy, dwa razy bardziej jaskrawe i różnorodne niż te na lądzie. Widziałam pieczary, gdzie czaiły się nieznane stworzenia, kształty migoczące w oddali w promieniach słońca. Wcale nie chciałam wracać na powierzchnię. Mogłabym zostać tam na zawsze, w tym milczącym świecie. Dopiero kiedy James zaczął pokazywać swój wskaźnik tlenu, zrozumiałam, że nie mam wyboru. Aż nie wiedziałam, co powiedzieć, kiedy wreszcie, rozpromieniona, wyszłam na plażę, gdzie czekali Nathan i Will. W głowie wciąż kłębiły mi się kolorowe obrazy, czułam się, jakbym nadal pływała pod wodą.

[…]

Chodzi o to, że rozumiem, że to mogłoby być dobre życie. Rozumiem, że przy tobie może nawet mogłoby to być bardzo dobre życie. Ale to nie jest moje życie. Nie jestem taki sam jak ludzie, z którymi rozmawiałaś. To absolutnie nie jest takie życie, jakiego bym chciał. Ani trochę – mówił głuchym, urywanym głosem. Wyraz jego twarzy przeraził mnie. Przełknęłam, potrząsając głową. Kiedyś... kiedyś powiedziałeś mi, że tamta noc w labiryncie nie musi decydować o całym moim życiu. Powiedziałeś, że sama mogę wybrać, co nada mu kształt. Więc ty... nie możesz pozwolić, żeby o twoim życiu decydował ten wózek. Ale decyduje, Clark. Nie znasz mnie tak naprawdę. Nie widziałaś mnie, zanim nie wylądowałem na tym czymś. Kochałem swoje życie. Naprawdę je kochałem. Uwielbiałem swoją pracę, podróże, różne rzeczy, którymi się zajmowałem. Uwielbiałem to, że mam ciało. Lubiłem jeździć na motocyklu, skakać na bungee. Lubiłem wygrywać w negocjacjach. Lubiłem seks. Dużo seksu. Prowadziłem życie z rozmachem – mówił teraz trochę głośniej. Nie jestem stworzony, żeby żyć w tym czymś – a właśnie ta rzecz decyduje teraz o moim życiu. Ta jedna rzecz. Ale ty nawet nie chcesz spróbować – wyszeptałam. Wydawało mi się, że zamiast mnie mówi ktoś inny. Nie dajesz mi szansy. To nie jest kwestia tego, czy daję ci szansę. Obserwowałem, jak w ciągu tych sześciu miesięcy stajesz się zupełnie kimś innym, kimś, kto dopiero zaczyna postrzegać swoje możliwości. Nie masz pojęcia, ile radości mi to sprawiło. Nie chcę, żebyś była uwiązana przy mnie, moich wizytach w szpitalu, ograniczeniach mojego życia. Nie chcę, żeby ominęło cię to wszystko, co mógłby ci dać ktoś inny. I, samolubnie, nie chcę, żebyś spojrzała na mnie pewnego dnia i poczuła choćby cień żalu, że... Nigdy bym tak nie pomyślała! Nie wiesz tego, Clark. Nie masz pojęcia, jak by się to potoczyło. Nie możesz przewidzieć, co będziesz czuła za pół roku. A ja nie chcę patrzeć na ciebie codziennie, widzieć cię nagą albo jak przechadzasz się po przybudówce w jednej z tych twoich odjazdowych sukienek i… i nie móc zrobić tego, co bym chciał z tobą zrobić. Och, Clark, gdybyś tylko wiedziała, na co miałbym teraz ochotę. A ja... nie mogę żyć z tą świadomością. Nie mogę. Nie jestem kimś takim. Nie mogę być człowiekiem, który po prostu... się na to zgadza. Spojrzał na wózek, głos mu się załamał. Nigdy się z tym nie pogodzę. Zaczęłam płakać.

[…]

Patrzyłam na niego ze zgrozą, krew szumiała mi w uszach. Ledwo rozumiałam, co do mnie mówi. Jak możesz mnie prosić o coś takiego? Wiem, że to... Ja ci mówię, że cię kocham i że chcę z tobą być, a ty mnie prosisz, żebym pojechała z tobą patrzeć, jak popełniasz samobójstwo? Przykro mi. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak brutalnie. Ale ja nie mam tego luksusu, jakim jest czas. Co? Czyżbyś już się umówił? Masz jakieś spotkanie, którego nie chcesz przegapić? Widziałam, jak inni goście hotelowi przystają, być może słysząc nasze podniesione głosy, ale miałam to w nosie. Tak – odparł Will po chwili. To prawda. Odbyłem już konsultacje.  Klinika uznała, że mogą mnie przyjąć. A moi rodzice zgodzili się na datę 13 sierpnia. Polecimy tam dzień wcześniej. Aż zakręciło mi się w głowie. To za niecały tydzień.

[…]

Po powrocie z wakacji Louisa nie wychodziła z pokoju przez półtorej doby. Przyjechała z lotniska w niedzielę późno wieczorem, blada jak widmo pod opalenizną, i na początku nie wiedzieliśmy, o co chodzi, bo oznajmiła, że zobaczy się z nami w poniedziałek rano. Muszę się przespać, powiedziała, po czym zamknęła się w pokoju i poszła do łóżka. Uznaliśmy, że to trochę dziwne, ale przecież ona od dzieciństwa była trochę dziwna. Mama zaniosła jej rano kubek herbaty, ale Lou nadal spała. W porze kolacji mama zaczęła się martwić i potrząsnęła nią, żeby sprawdzić, czy żyje. (Mama trochę przesadzała – ale zrobiła zapiekankę rybną i nie chciała, żeby Lou to ominęło). Ale Lou odmówiła jedzenia, nie chciała rozmawiać ani zejść na dół. „ Ja tu sobie posiedzę przez jakiś czas, mamusiu” – powiedziała w poduszkę. Wreszcie mama dała jej spokój. Dziwnie się zachowuje – stwierdziła mama. Myślisz, że to jakaś opóźniona reakcja na zerwanie z Patrickiem? Ona ma w nosie Patricka – odparł tato. Mówiłem jej, że dzwonił do nas, żeby powiedzieć, że zajął sto pięćdziesiąte siódme miejsce w tym całym Vikingu, i spłynęło to po niej jak po kaczce.

[…]

Wróciłam do domu za kwadrans szósta, położyłam papiery na krześle w korytarzu. Wszyscy już czyhali przy stole, czekając, aż mama poda kolację. Thomas wskoczył na mnie, oplatając mnie nogami wokół talii, a ja go pocałowałam, wdychając cudowny, trochę drożdżowy zapach małego chłopca.

[…]

Nie jestem pewien, czy komukolwiek na świecie udałoby się odwieść go od raz powziętego zamiaru. On wie, kim jest. Nie możesz sprawić, żeby człowiek stał się kimś innym. Ale jego rodzice! Nie mogą mu pozwolić się zabić – powiedziała mama.  Co z nich za ludzie? To normalni ludzie, mamo. Pani Traynor po prostu nie wie, co innego mogłaby zrobić. Na początek mogłaby nie zawozić go do tej cholernej kliniki – mama była zła, aż nawet zaczerwieniła się nieco. Ja walczyłabym o was dwie, o Thomasa, aż do ostatniego tchu. Mimo że on już raz próbował się zabić? – zapytałam. W naprawdę okropny sposób? On jest chory, Katrina. Jest w depresji. Ludziom w tak delikatnym stanie nie powinno się dawać szans, żeby zrobili coś, co... – z gniewu aż nie mogła mówić, tylko otarła oczy chusteczką. Ta kobieta chyba nie ma serca. Ani odrobiny. I pomyśleć, że wciągnęli Louisę w to wszystko. Na miłość boską, ta pani jest przecież sędzią pokoju. Można by pomyśleć, że ktoś taki będzie wiedział, co jest dobre, a co złe. Kto jak kto, ale ona... Chętnie bym tam poszła i przyprowadziła go tutaj. To skomplikowane, mamo. Nie. Wcale nie. On jest bezbronny, a ja nie rozumiem, jak ona mogła choćby pomyśleć o czymś takim. Jestem wstrząśnięta. Biedny człowiek. Biedny człowiek. Wstała od stołu, zebrała resztki kurczaka i pomaszerowała do kuchni. Louisa patrzyła na nią mocno zdumiona.

[…]

Myśleliśmy, że to najlepsze wakacje twojego życia. Nie byłam sama. Treena wiedziała o wszystkim – powiedziała, patrząc na mnie. Treena była wspaniała. Ja nic nie zrobiłam – odparłam, przytulając Thomasa, który stracił zainteresowanie rozmową, kiedy mama postawiła przed nim otwarte pudełko cukierków. Ja tylko słuchałam. To ty wszystko zrobiłaś. Ty zebrałaś wszystkie te pomysły. I to jakie pomysły. Oparła się o tatę. Tato uniósł jej podbródek, tak żeby spojrzała na niego. Ale zrobiłaś wszystko, co mogłaś. I poniosłam porażkę.

[…]

Zacisnęła usta, czego nigdy nie robiła, ramiona skrzyżowała sztywno na piersi. Naprawdę. Nie chcę, żebyś się w to mieszała. Jeśli to jest to, o czym myślę, to się nie zgadzam. Ale... – zaczęła Treena, zerkając na mnie. Nie – powtórzyła mama, z wyjątkową jak na nią stanowczością w głosie.  Żadnych ale. Zastanawiałam się nad tym wszystkim, co nam powiedziałaś. To jest złe. To jest moralnie złe. A jeśli będziesz w to wplątana i ktoś uzna, że pomagasz temu człowiekowi się zabić, czekają cię bardzo poważne problemy. Mama ma rację – stwierdził tato. Słyszeliśmy o takich historiach w wiadomościach. To może wpłynąć na całe twoje życie, Lou. Na przyjęcie do college’u, w ogóle na wszystko. Jeśli będziesz miała w dokumentach, że byłaś karana, nigdy nie zrobisz dyplomu ani nie dostaniesz dobrej pracy, ani żadnego... Ale on ją poprosił, żeby przyjechała. Nie może tego tak po prostu zignorować – wtrąciła się Treena. Owszem, może. Poświęciła tamtej rodzinie pół roku swojego życia. I chyba niewiele dobrego jej z tego przyszło, sądząc po tym, jak się rzeczy mają. A naszej rodzinie też nie przyniosło to nic dobrego – obcy ludzie dobijają nam się do drzwi, a sąsiedzi podejrzewają, że wyłudziliśmy zasiłek albo coś takiego. Nie, teraz nareszcie Lou ma szansę zrobić coś dla siebie, a oni chcą, żeby jechała do tego okropnego miejsca w Szwajcarii i brała udział w Bóg wie czym. Ja się na to nie zgadzam.

[…]

Nie wychowałam cię po to, żebyś pomagała komuś zakończyć życie! Czy to samo zrobiłabyś dziadkowi? Może jego też powinniśmy odstawić do Dignitas? Z dziadkiem to co innego. Wcale nie. Nie może robić tego, co kiedyś. Ale jego życie nadal ma wartość. Tak samo jak życie Willa. Ale to nie moja decyzja, mamo. To decyzja Willa. Chodzi tylko o to, żeby go wspierać. Wspierać? W życiu nie słyszałam takiej bzdury. Jesteś jeszcze dzieckiem,  Louisa. Niewiele widziałaś, niewiele doświadczyłaś. I nie masz pojęcia, jak to na ciebie wpłynie. Jak na miłość boską będziesz mogła potem spać spokojnie, jeśli pomożesz mu w tym wszystkim? Będziesz pomagała człowiekowi umrzeć. Czy ty rozumiesz, co to znaczy? Będziesz pomagała Willowi, temu uroczemu, inteligentnemu młodemu człowiekowi, umrzeć. Będę spać spokojnie, bo wierzę, że Will wie, co jest dla niego najlepsze, i dlatego że najgorszą dla niego rzeczą było to, że nie może już podjąć żadnej decyzji, niczego sam zrobić w swoim życiu. Popatrzyłam na rodziców, bardzo pragnąc, żeby mnie zrozumieli. – Nie jestem dzieckiem. Kocham go i nie powinnam zostawiać go samego, i nie mogę znieść tego, że jestem tutaj i nie wiem, co.…co on...

[…]

Napisałam: Boję się. To dlaczego tu jesteś? Bo nie mogłabym tu nie być. On mnie poprosił. Czekam w hotelu, żeby z nim pojechać. Po chwili wahania napisałam: Nie mam pojęcia, jak się skończy ten dzień. Och, Pszczółko. Co ja mam mu powiedzieć? Jak mam zmienić jego decyzję? Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili. Tekst pojawiał się na ekranie wolniej niż zazwyczaj, tak jakby ważył każde słowo. Jeśli on jest w Szwajcarii, Pszczółko, nie sądzę, żeby chciał zmienić zdanie. Poczułam gulę w gardle i przełknęłam ślinę. Ritchie wciąż pisał. Ja bym nie podjął takiej decyzji. Ani większość nas tutaj. Kocham swoje życie, chociaż wolałbym, żeby wyglądało inaczej. Ale rozumiem, dlaczego twój przyjaciel ma już dosyć. Takie życie jest strasznie męczące, sprawni nigdy tego nie zrozumieją. Jeśli jest zdeterminowany, jeśli naprawdę nie widzi możliwości, żeby jego sytuacja miała się poprawić, moim zdaniem chyba najlepsze, co możesz zrobić, to być przy nim. Nie musisz uważać, że postępuje słusznie. Ale powinnaś tam być. Wstrzymałam oddech. Powodzenia, Pszczółko. I zajrzyj tu potem. Po tym wszystkim pewnie czeka cię trudny okres. W każdym razie cieszę się, że mam przyjaciółkę taką jak ty.

[…]

Naprawdę nie do wytrzymania. Nie płacz, Clark – mruknął. Czułam jego usta na swoich włosach. Proszę, nie płacz. Spójrz na mnie. Zacisnęłam oczy i potrząsnęłam głową. Popatrz na mnie, proszę. Nie mogłam. Jesteś zła. Proszę, nie chcę cię skrzywdzić ani sprawić... Nie... Znów potrząsnęłam głową. Nie o to chodzi. Nie chcę... Przycisnęłam policzek do jego piersi. Nie chcę, żeby ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz, była moja zaryczana, zasmarkana twarz. Wciąż nie rozumiesz, prawda? Słychać było uśmiech w jego głosie. To nie ty tu decydujesz. Długo nie mogłam się pozbierać. Wydmuchałam nos, odetchnęłam głęboko. Wreszcie podniosłam się na łokciu i spojrzałam na niego. Jego spojrzenie, tak długo pełne napięcia i bólu, teraz było dziwnie jasne i spokojne. Wyglądasz pięknie. Bardzo śmieszne. Chodź tu – powiedział. Przysuń się do mnie. Znów się położyłam, patrząc na niego. Zobaczyłam zegar nad drzwiami i nagle poczułam, że czas ucieka. Wzięłam jego ramię i ułożyłam je wokół siebie, przytuliłam się do niego tak, że leżeliśmy ciasno spleceni.

[…]

Postępowałam po prostu zgodnie z instrukcją. Usiadłam pod ciemnozieloną markizą kawiarni, wpatrując się w rozciągającą się przede mną Rue des Francs Bourgeois, łagodne słońce paryskiej jesieni grzało mnie w policzek. Kelner z galijską zręcznością postawił przede mną talerz rogalików i dużą filiżankę kawy. Kilkadziesiąt metrów dalej dwóch rowerzystów zatrzymało się na światłach i zaczęło gawędzić ze sobą. Jeden miał niebieski plecak, z którego pod różnymi kątami wystawały dwie duże bagietki. W powietrzu, nieruchomym i parnym, unosił się aromat kawy i ciastek i ostry zapach czyichś papierosów. Skończyłam czytać list od Treeny (pisała, że chętnie by zadzwoniła, ale nie stać ją na rozmowy międzynarodowe). Jest najlepsza ze swojego roku z księgowości i ma nowego chłopaka, który nazywa się Sundeep. On nie może się zdecydować, czy pracować w firmie handlowej swojego ojca

przy Heathrow, i ma jeszcze gorszy gust muzyczny niż ona. Thomas jest bardzo przejęty przejściem do następnej klasy. Tacie nadal doskonale idzie w pracy, przesyła całusy. Treena była pewna, że mama niedługo mi wybaczy. „Na pewno dostała twój list” – napisała. „Wiem, że go przeczytała. Daj jej trochę czasu”. Upiłam łyk kawy, na chwilę przenosząc się na Renfrew Road, do domu, który wydawał się odległy o miliony mil. Siedziałam, mrużąc oczy w słońcu i patrząc, jak jakaś kobieta w okularach słonecznych poprawia sobie fryzurę, przeglądając się w witrynie. Wydęła usta do swojego odbicia, wyprostowała się nieco, po czym poszła dalej ulicą. Odstawiłam filiżankę, głęboko odetchnęłam, po czym wzięłam do ręki drugi list – list, który nosiłam przy sobie od prawie sześciu tygodni. Z przodu koperty, wypisane drukowanymi literami, widniało moje nazwisko, a poniżej instrukcja: „Przeczytać w Café Marquis, Rue des Francs Bourgeois, przy rogalikach i dużej filiżance café crème”.

[…]

Clark,

minie kilka tygodni, zanim to przeczytasz (nawet biorąc pod uwagę twoje świeżo odkryte zdolności organizacyjne, wątpię, żeby udało ci się dotrzeć do Paryża przed początkiem września). Mam nadzieję, że kawa jest mocna i dobra, a rogaliki świeże, i że wciąż jest dość ciepło, żeby usiąść na jednym z tych metalowych krzesełek na chodniku, które zawsze się trochę chwieją. To całkiem niezła kawiarnia, Marquis. Mają tu także dobre steki, gdybyś miała ochotę wrócić tu na lunch. A jeśli spojrzysz w ulicę po lewej, mam nadzieję, że zobaczysz L’Artisan Parfumeur, dokąd, kiedy już to przeczytasz, powinnaś pójść i wypróbować zapach, który nazywa się Papillon Extrême (nie pamiętam dokładnie). Zawsze myślałem, że doskonale by do ciebie pasował. Okej, dosyć instrukcji. Chciałbym ci powiedzieć kilka rzeczy, które powiedziałbym ci osobiście, ale a) zaraz zaczęłabyś płakać, b) nie pozwoliłabyś mi powiedzieć tego wszystkiego głośno. Zawsze za dużo mówisz. No więc tak: czek, który dostałaś w pierwszej kopercie od Michaela Lawlera, to nie jest pełna kwota, tylko mały podarunek, żeby ci było łatwiej przez pierwsze tygodnie bez pracy i żebyś mogła pojechać do Paryża. Kiedy wrócisz do Anglii, weź ten list i pójdź do Michaela do jego biura w Londynie, a on da ci stosowne dokumenty, żebyś mogła korzystać z konta, które założył dla mnie na twoje nazwisko. Na tym koncie jest dość pieniędzy, żebyś mogła kupić sobie jakieś ładne mieszkanko i zapłacić za studia i utrzymanie. Moi rodzice wiedzą o tym wszystkim. Mam nadzieję, że dzięki temu i dzięki Michaelowi będzie z tym jak najmniej zamieszania. Clark, już prawie słyszę, jak zaczynasz protestować. Tylko nie panikuj ani nie próbuj oddawać tych pieniędzy – nie ma tego tyle, żebyś mogła siedzieć na tyłku i nic nie robić przez resztę życia. Ale powinno wystarczyć, żeby kupić ci wolność: i od tego klaustrofobicznego miasteczka, które oboje nazywamy domem, i od wyborów, do których, jak ci się wydawało, byłaś zmuszona. Nie daję ci pieniędzy, żebyś za mną tęskniła albo czuła się moją dłużniczką, ani na jakąś cholerną pamiątkę. Daję ci je, bo już niewiele jest rzeczy, które sprawiają, że jestem szczęśliwy, ale tobie się to udaje. Zdaję sobie sprawę, że stałem się dla ciebie powodem cierpienia i rozpaczy, ale mam nadzieję, że któregoś dnia, kiedy będziesz mniej zła na mnie i mniej smutna, zrozumiesz, że mogłem zrobić tylko to, co zrobiłem, ale też że to pomoże ci mieć naprawdę dobre życie, lepsze, niż gdybyś mnie nie spotkała. Pewnie przez jakiś czas będziesz się czuła nieswojo w tym nowym świecie. Człowiek zawsze czuje się dziwnie, kiedy musi wyjść ze swojej wygodnej norki. Ale mam nadzieję, że poczujesz także radość. Twoja mina wtedy, kiedy wróciłaś po nurkowaniu, powiedziała mi wszystko: masz w sobie głód, Clark. Nieustraszoność. Tylko zakopałaś ją gdzieś głęboko, tak jak większość ludzi. Nie mówię, że masz skakać na bungee z wieżowców czy pływać z wielorybami (chociaż cichcem bym się z tego cieszył), ale żebyś żyła odważnie. Zmuszaj się do przekraczania własnych granic. Nie spoczywaj na laurach. Noś z dumą swoje pasiaste rajstopy. A jeśli się upierasz, żeby związać się na stałe z jakimś śmiesznym gościem, zachowaj to gdzieś w sobie. Świadomość, że wciąż masz przed sobą możliwości, to luksus. Świadomość, że mogłem ci je dać, to dla mnie w pewnym sensie ukojenie. To właśnie chciałem ci powiedzieć. Pozostaniesz na zawsze w moim sercu, Clark. Byłaś w nim od pierwszego dnia, kiedy weszłaś do pokoju, ze swoimi odjazdowymi ciuchami, kiepskimi żartami i kompletną niezdolnością ukrywania uczuć. Zmieniłaś moje życie dużo bardziej, niż te pieniądze zmienią twoje. Nie myśl o mnie za często. Nie chcę, żebyś się mazała. Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj. Ucałowania, Will

Jojo Moyes, Zanim się pojawiłeś

Sfilmowana powieść obyczajowo-romantyczna Jojo Moyes – brytyjskiej dziennikarki i pisarki przenosi akcję tej psychologizującej opowieści przede wszystkim do Królestwa Wielkiej Brytanii, tak do stołecznego Londynu jak i do pobliskiego miasteczka Stortfold z zamkiem, w którym mieszka rodzina Traynorów, przenosi także do Republiki Szwajcarskiej do osobliwej kliniki Dignitas, gdzie można poddać się dobrowolnej eutanazji, ogólnie rzecz biorąc w bliskie nam czasy pierwszego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku. Dwudziestosześcioletnia Lou Clark spotyka na swej drodze Willa Traynora. Ona to energiczna osóbka co świeżo straciła pracę w kawiarni, z kolei on utalentowany biznesman, który po wypadku samochodowym zostaje ubezwłasnowolniony na wózku inwalidzkim z niechęcią do dalszego życia co wisi u niego niczym na włosku. Niebawem w miarę rozwoju wydarzeń to właśnie Lou jest tym zmysłowym temperamentem i taką też pomysłowością godną naśladownictwa co próbuje zatrzymać Willa wśród żywych. Opowieść Moyes to doskonale rozegrana psychologicznie, w tym wielce sugestywna powieść o sile empatii i nieśmiertelnie królującej w niej kruchości uczuć oraz o wręcz magicznym wpływie jedynego człowieka na pojedynczego człowieka.   



powrót ››