06.08.2025

„Ty zawsze
Będziesz w nim mieszkał, gdy umrzesz i nie umrzesz.
Grobem twoim będzie miasto, które założyłeś.”
„Nie jestem z Egiptu,
jestem z Aleksandrii”
Marwan Pablo
„Moje miasto niszczy samo siebie
i unicestwia się co chwila”
Giuseppe Ungaretti
„Niekiedy mówią
do nas
z sennego widzenia,
niekiedy nagle słyszy je
[ich głosy]
zamyślony umysł”
Konstandinos Petru Kawafis
[…]
Siedzę na występie skalnym na końcu promenady i patrzę w stronę biblioteki. Wielka Biblioteka Aleksandryjska, jeden z najwspanialszych ośrodków wiedzy w dziejach, powstała w III wieku p.n.e., ale od dawna nie ma po niej śladu. Po z górą dwóch tysiącach lat od jej założenia zbudowano nową bibliotekę. Wznosi się ona w pobliżu miejsca, w którym stała kiedyś jej starożytna poprzedniczka. Patrzę na bibliotekę z zachwytem nie dlatego, że jej szklany dach pochyla się ku morzu jak tarcza zegara słonecznego, ale dlatego, że sama jej symbolika przenosi mnie w inną epokę. Spoglądam na zatłoczoną promenadę, a potem podnoszę wzrok i patrzę w dal. W jednej chwili zapominam o teraźniejszości, a moje myśli ulatują w przeszłość. Ojciec, zwykle, gdy leżałem już w łóżku, lubił opowiadać mi o pełnych chwały czasach naszego miasta – i w tej chwili przypominają mi się jego opowieści. Wystarczy głęboko odetchnąć, by poczuć wiew historii. Aleksandria to żywy dowód na wzajemne przenikanie się historii i mitologii. Wiele miejsc na świecie ma swój mit założycielski, opowieść o sławnych początkach, która służy wytworzeniu poczucia tożsamości. O Aleksandrii powstało wiele takich mitów, a jej tożsamość nie jest jednoznacznie określona. Po części z powodu braku widocznych pozostałości starożytnego miasta wśród zabudowań współczesnej metropolii; kryją się one pod ziemią i w morskich głębinach. A po części dlatego, że jego założyciel – Aleksander Wielki – sam jest jedną z najbardziej legendarnych postaci wszystkich czasów. W Aleksandrii mit miał wpływ zarówno na założenie, jak i na rozwój miasta, na jego pejzaż i jego mieszkańców. Prawdziwe i mityczne opowieści z dziejów Aleksandrii – które przekazywali sobie moi przodkowie i które za chwilę sam będę snuł na kartkach tej książki – niezawodnie splatają się, mieszają jak farby na malarskiej palecie. Każde pociągnięcie pędzla umieszcza osobę, wydarzenie, epokę na wiecznotrwałym płótnie tego wciąż zmieniającego się miasta.
[…]
Miasto zrodziło się z potęgi wyobraźni: sennej mary Aleksandra Wielkiego, która kazała mu zapuścić się w te strony, i z ambitnego planu zrealizowanego przez tutejszych władców – Ptolemeuszy. Marzenia i decyzje twórców Aleksandrii pokazują, jak można tworzyć i rozbudowywać miasta. Przyjęli oni dwa szokująco śmiałe założenia: że skupisko ludzi pochodzących z różnych stron świata, którzy mieli razem żyć i pracować, uczyni ten strategiczny punkt ośrodkiem światowego handlu; i że dzięki gromadzeniu i wzbogacaniu wiedzy stanie się ono globalną potęgą. Kiedy wcielali te założenia w życie, określili po nowemu samo pojęcie miasta – przeobrazili tradycyjne wyobrażenia o tym, gdzie i jak budować takie ośrodki i w jaki sposób przyciągnąć nowych mieszkańców. Rozumieli też, że jest wiele dróg do zdobycia politycznej supremacji, a jedna z nich prowadzi przez skarbnicę wiedzy. Działalność Biblioteki Aleksandryjskiej nie sprowadzała się do gromadzenia książek. Wytężona praca nad kolacjonowaniem uczonych tekstów, ich rozpowszechnianiem i szerzeniem wiedzy stała się niezawodnym źródłem „soft power”, a Ptolemeusze dołożyli wszelkich starań, aby nic nie przeszkodziło bibliotece w realizacji jej posłannictwa. Zaledwie kilkadziesiąt lat od założenia miasto stało się centrum nauki. Najtęższe umysły ówczesnego świata przybywały tu, aby snuć filozoficzne rozważania, dyskutować, prowadzić badania, dokonywać odkryć i konstruować wynalazki. Już pierwsze pokolenie uczonych aleksandryjskich dowiodło, że Ziemia nie jest płaska i że krąży wokół Słońca. Świat zawdzięczał im maszyny parowe, wiatraki, automaty sprzedające, klawiatury, lata przestępne, geometrię i znaki przestankowe. Dzięki swym założycielom i uczonym, mozaice etnicznej i kolejnym falom najeźdźców Aleksandria przeobrażała filozofię, technikę, politykę, teologię i geografię świata. Położenie na styku trzech kontynentów, ruchliwy port przyjmujący gości z całego świata i szybko spełniające się aleksandryjskie marzenie, które skłaniało ludzi do osiedlania się tutaj – dzięki temu wszystkiemu miasto stało się miejscem spotkania wielu kultur, czego wynikiem była niewyobrażalna wcześniej różnorodność. Mieszkali tu Egipcjanie i Grecy, Żydzi i buddyści. Wschód spotykał się z Zachodem, Afryka z Azją i Europą, a wielkie cywilizacje – egipska, grecka i rzymska – mogły stapiać się jak w tyglu. Historia Aleksandrii przekracza granice samego miasta i obejmuje najbardziej abstrakcyjne pojęcia składające się na charakter danego miejsca. Pokolenia różnych ludów przybywały do Aleksandrii wraz ze swymi obrzędami, religiami, umiejętnościami i wartościami, a każde z nich odcisnęło piętno na jej tradycjach, architekturze i poziomach tolerancji. Jej dzieje pokazują, czym potrafi stać się miasto i jakie owoce mogą wydać dwa tysiąclecia wymiany kulturalnej.
[…]
Zachodni kraniec delty Nilu – gdzie płynąca na północ rzeka uchodzi wieloma ramionami do Morza Śródziemnego – zaczyna się dokładnie tam, gdzie stoi aleksandryjska cytadela. Przed wiekami była tu tylko mała wyspa, którą starożytni Grecy nazywali Faros. Jest to dość niepozorny skrawek lądu zbudowany ze skał wapiennych. Chociaż powierzchnia wyspy nie potwierdza hipotezy o wczesnym osadnictwie, ślady budownictwa kamiennego w wodach otaczających Faros świadczą o tym, że przed kilkoma tysiącami lat w pobliżu znajdował się port. Niedawne prace wykopaliskowe ujawniły skażenie ołowiem sięgające 2700 roku p.n.e., co potwierdza datowanie radiowęglowe okruchów muszli. Wynika z tego, że odcinek wybrzeża naprzeciwko Faros, gdzie dziś wije się aleksandryjska promenada, jest zamieszkiwany od pięciu tysięcy lat, a może nawet dłużej. W czasie wykopalisk znaleziono szczątki organiczne i wytwory rąk ludzkich, co dowodzi, że ludzie z całą pewnością mieszkali tu już około 1300 roku p.n.e., a prawdopodobnie znacznie wcześniej. Ten fragment wybrzeża stwarzał tak znakomite warunki do połowów, że dziesiątki rodzin zbudowało tu swoje domostwa z suszonego mułu zmieszanego z trzciną papirusową.
[…]
Już od IV wieku p.n.e. Egipt szczycił się uprawą papirusu; jasnozielone łodygi tej rośliny osiągały wysokość pięciu metrów i były uważane za cenny dar Nilu. Papirus – od którego pochodzi słowo „papier” – stanie się ważnym czynnikiem powstania w Aleksandrii ośrodka wiedzy i rękodzielnictwa, ale służył Egipcjanom nie tylko za materiał piśmienny. Korzystano z niego w budownictwie, a także do wyrobu wielu przedmiotów codziennego użytku: od amuletów do tarcz i łodzi, koszyków i pudełek, żagli i sandałów, materacy i lekarstw, mat i lin, zabawek i stołów, sznurków i ubrań. Łodygi papirusu były też niewyszukanym jadłem – cięto je na małe kawałki i pieczono w glinianych piecach. Tutejsi Egipcjanie spożywali w ciągu dnia dwa główne posiłki. Rano – ciężki pszeniczny chleb, mętne jęczmienne piwo i wonne cebule. Wieczorem również chleb i piwo, a do tego warzywa: papirus albo czosnek, cebule, seler, tykwy i melony. Mięso miało nieco mniejsze znaczenie, ale jedzono je regularnie: powodzeniem cieszyły się ptactwo wodne, gęsi, koźlina i wołowina. Mniejsze ptaki, takie jak przepiórki, solono i spożywano na surowo. Czerwone mięso zwykle pochodziło z większych zwierząt, więc musiało być konserwowane w solance, miodzie lub piwie. Egipcjanie już około 2500 roku p.n.e. zaczęli tuczyć gęsi i cielęta. Tradycja ta trwała aż do założenia Aleksandrii wiele wieków później, kiedy zaczęto tuczyć gęsi suszonymi figami, żeby powiększyć wątroby tych zwierząt. Zwyczaj ten przejęli od aleksandryjczyków Rzymianie, u których gęsie wątróbki stały się specjałem. Taki jest rodowód francuskiego pasztetu foie gras [po fr. tłusta wątroba – przyp. aut.].
[…]
Wybrzeże, na którym miała powstać Aleksandria, było czymś więcej niż skrawkiem lądu – miało znaczenie mityczne. Aby to w pełni zrozumieć, przenieśmy się na drugą stronę Morza Śródziemnego: do Grecji pod koniec VIII wieku p.n.e. Tu bowiem powstały dwie epopeje, które staną się jednymi z najważniejszych utworów literackich kultury zachodniej. Ówcześni Grecy przyjęli nazywać Homerem tajemniczego autora Iliady i Odysei. Oba utwory, bez wątpienia dzieło genialnego poety lub genialnych poetów, łączyły prawdę ze zmyśleniem i były zwieńczeniem wielowiekowej tradycji ustnej. Przez długie stulecia miały być podstawą greckiej edukacji i kultury. Wobec braku w Grecji kasty kapłańskiej i świętej księgi to z tych utworów możemy poznać najważniejsze rysy greckiej teologii, między innymi to, jak Grecy wyobrażali sobie bogów. Wciąż nie wiemy, kim dokładnie był Homer – a nawet czy ktoś o tym imieniu w ogóle istniał. Wiemy jednak, że to fascynujący poetycki narrator, który chełpi się, że został natchniony przez bogów, i przypisuje sobie powszechny autorytet. Helena Trojańska najprawdopodobniej występowała w podaniach sprzed czasów Homera. Ta córka Zeusa, najpotężniejszego boga i spartańskiej królowej Ledy uchodziła za najpiękniejszą kobietę na świecie. W mitologii greckiej nazywano ją po prostu „Piękną Heleną”, była ona jednak nie tylko piękna, lecz także najbardziej czarująca. Dares Frygijczyk w swojej Historii upadku Troi, rzekomym dzienniku wojny trojańskiej napisanym przez świadka wydarzeń, z zachwytem wyraża się o jej przepięknych nogach, malutkich ustach i pieprzyku między brwiami, o którym nie sposób zapomnieć. Tymczasem synem króla i królowej Troi był przystojny i inteligentny Parys. Znano go też pod innym imieniem – Aleksandros – co znaczy „obrońca ludzi”. W czasach późniejszych to greckie imię przybierze w językach wschodnich formę Iskander, a w językach zachodnich, począwszy od łaciny, Aleksander.
[…]
Egipskie słowo oznaczające kota było wspaniałe w swojej prostocie: miw. Z historii wiemy, że dzisiejsze popularność i władza kotów nie są niczym nowym. W Egipcie koty od dawna były udomowionymi towarzyszami człowieka, ale uważano je też za strażników faraonów. Miw był otoczony miłością i szacunkiem. Nie tylko odpędzał gryzonie; zauważono, że ma cechy boskie: jest delikatny i zarazem drapieżny, pełen wdzięku i niebezpieczny. W grobie z XIII wieku p.n.e. zachował się nawet wizerunek tego zwierzęcia ze srebrnym kolczykiem w uchu – prezentem od właściciela, a przecież w tych czasach srebro było metalem rzadszym i cenniejszym niż złoto. Odebranie życia kotu było czynem niewybaczalnym i karanym śmiercią. Dzisiaj miejscowych kotów wszelkiej maści, nieco mniejszych niż ich europejscy i północnoamerykańscy krewni, jest pełno w całej Aleksandrii. Wślizgują się one do domów podczas podwieczorków i upominają o resztki, włażą do szaf na czas kocenia się i odchowywania młodych. Wchodzą tam, gdzie nie wolno wchodzić ludziom: między nogi niczego niepodejrzewających gości nadmorskich restauracji rybnych i na blanki wyniosłej cytadeli. Trudno też sobie wyobrazić, żeby nie wdrapywały się na aleksandryjską latarnię morską, gdy jeszcze stała.
[…]
Pół tysiąca lat po Homerze, w połowie IV wieku p.n.e., nastoletni chłopiec o bardzo chudych nogach, maleńkich oczach i starannie utrefionych włosach przyjechał do starożytnego miasta Ateny, by wstąpić do Akademii Platońskiej. Miał zostać uczniem Platona – sławnego mędrca, wychowanka Sokratesa, czyli pierwszego znanego filozofa moralności1. Młodzieniec, zwący się Arystotelesem, pochodził z bardzo szacownej rodziny. Jego ojciec był nadwornym lekarzem Amyntasa III, króla Macedonii, prawnuka Aleksandra I – byłego władcy tego kraju. Amyntas miał trzech synów, którzy jeden po drugim zasiądą na macedońskim tronie: Aleksandra, Perdikkasa i Filipa, urodzonego mniej więcej w tym samym czasie co Arystoteles. Miał również córkę Eurinoe, którą wymienia bodaj tylko jedno źródło historyczne – Zarys dziejów powszechnych Justynusa, rzymskiego historyka – ale która odegrała doniosłą rolę: ocaliła życie ojca, gdy powiadomiła go o spisku na jego życie uknutym przez matkę i jej kochanka.
[…]
W Romansie możemy przeczytać, że pewnego dnia piętnastoletni Aleksander usłyszał przeraźliwe rżenie zamkniętego konia. Gdy o to zapytał, dowiedział się, że koń, wokół którego walały się szczątki ludzkich zwłok, jest „ludożercą”. Kiedy Aleksander podszedł do rumaka, zachowanie zwierzęcia zmieniło się – koń zaczął lekko trącać księcia chrapami. Aleksander wszedł więc do klatki i dosiadł demonicznego konia, którego wszyscy się bali. Romans nadaje rumakowi mityczne cechy i zauważa, że wyrocznia delficka przepowiedziała Filipowi, iż kto dosiądzie tego konia, będzie „rządzić światem”. Dowiedziawszy się, czego dokazał jego syn, Filip objął go mocno i oznajmił: „Aleksandrze, władco świata, bądź nam pozdrowiony”2. Plutarch, historyk grecki z przełomu I i II wieku n.e., podaje inną wersję wydarzeń. Pisze, że kiedy Filipowi zaproponowano kosztownego wierzchowca, który nie dawał się nikomu dosiąść, dziesięcioletni Aleksander oświadczył ojcu, że okiełzna rumaka, a jeśli nie, to sam go kupi. Młodzieniec zdążył zauważyć, że koń – wielki czarny źrebak z błękitnymi oczami i białą gwiazdą na czole – boi się swojego cienia. „Obrócił” więc rumaka „przodem do słońca”, aby zwierzę się uspokoiło, a potem „pogłaskał je delikatnie”, dosiadł i odjechał galopem. Król i jego ludzie, którzy przed chwilą wyśmiewali się z Aleksandra, otworzyli usta ze zdumienia. Gdy książę zawrócił i ruszył w ich kierunku, zaczęli wiwatować, a ojciec „z radości podobno się nawet rozpłakał”. „Kiedy zaś Aleksander zsiadł z konia, ucałował [syna] w głowę”, po czym jął go nakłaniać, by mierzył wysoko: „Synu, szukaj sobie równego ci królestwa, bo Macedonia dla ciebie za ciasna”3. W obu opowieściach król darowuje wierzchowca synowi, który nadaje zwierzęciu imię Bucefał, czyli „byczogłowy”, ze względu na jego narowistość albo dlatego, że miał na zadzie znamię w kształcie głowy byka. Tyle legendy. Możemy jednak być pewni, że Aleksander nauczył się jeździć konno i grać w polo i że naprawdę miał wiernego rumaka o imieniu Bucefał, który stał się jednym z najsłynniejszych koni w historii.
[…]
Do wyrobu wonnych olejków używano korzeni i podczas kampanii w Persji Aleksander okazał duże zainteresowanie pachnidłami – zaraz po pokonaniu króla Dariusza III pospieszył do jego perfumerii. Jedynie „sen i rozkosz miłosna” przypominały Aleksandrowi o jego śmiertelności, pisał Plutarch6. Szczytowanie i sen to przejściowe stany nieświadomości i słabości, jakby „małej śmierci” – la petite mort, jak mówią Francuzi, którzy nazywają tak orgazm. Aleksander, prowadzący życie erotyczne od młodego wieku, będzie miał trzy żony i co najmniej cztery metresy. Co noc wybierał sobie nałożnicę i przespał się nawet z eunuchem. Podczas kampanii wojennych żołnierze Aleksandra zażywali towarzystwa hetairai – pobudzające i dowcipne konwersacje z nimi miały nie mniejsze znaczenie niż seks. W przeciwieństwie do pornai – pospolitych robotnic seksualnych, które należały do alfonsów i pracowały na ulicach oraz w domach publicznych w specjalnych dzielnicach – hetairai zajmowały najwyższy szczebel w hierarchii ówczesnych prostytutek. Były wyrafinowane, znały się na sztukach pięknych i muzyce, odznaczały się dużą kulturą i dowcipem. Miały tak wysoką pozycję, że brały udział w najważniejszych ucztach, podczas których delektowały się jadłem i toczyły rozmowy z najpotężniejszymi ludźmi w imperium.
[…]
Aleksander rządził teraz sławnym krajem i zapisywał swe imię w księdze jego długich i świetnych dziejów. Co prawda tylko w Romansie o Aleksandrze znajdujemy twierdzenie, że kapłani egipscy koronowali Aleksandra na faraona, ale obok jego imienia w inskrypcjach świątynnych z późniejszych czasów rzeczywiście pojawia się ten tytuł. Dziecięcy zapał Aleksandra do literatury przerodził się po osiągnięciu dorosłości w dojrzałą namiętność. Młody władca nigdy nie lubił sportów wymagających rywalizowania, takich jak lekka atletyka i boks, czym różnił się od ojca, który wystawiał konie w każdych igrzyskach olimpijskich, i swego przodka Aleksandra I, osobiście biorącego udział w najważniejszych zawodach olimpijskich: stadionie (biegu na sto osiemdziesiąt metrów) i pięcioboju. Wszędzie otaczał opieką rapsodów, muzyków i dramaturgów, dla których ufundował kilka nagród. Miłość do sztuki wpływała na stosunek Aleksandra do świata, a nawet na decyzje polityczne. Wszak Arystoteles za pomocą literatury objaśniał swym uczniom rzeczywistość. Na przykład opowieści o wojnie trojańskiej Homera służyły filozofowi do wpajania podopiecznym wiedzy o sztuce dowodzenia.
[…]
Kiedy wojska Aleksandra grabiły bogactwa Persji, królowi przyniesiono w darze złotą szkatułę, będącą rzadkim okazem. Władca zastanawiał się, do czego mógłby jej użyć, a nawet rozmawiał o tym z przyjaciółmi. Bardzo cenił sobie egzemplarz Iliady Homera podarowany przez Arystotelesa i nigdy się z nim nie rozstawał. W czasie kampanii wojennych przechowywał więc księgę za dnia w owej szkatule z litego złota. Nocą zaś, ilekroć miał zapaść w sen, unosił poduszkę i z wielką troskliwością umieszczał pod nią cenne dzieło – obok swego sztyletu. Plutarch pisze, że pewnej nocy, gdy nie mógł zasnąć, Aleksander przypomniał sobie słowa Menelaosa z Odysei:
Jest na grzmiącym morzu wyspa, tuż naprzeciw Egiptu, nazywa się Faros, oddalona o dzień drogi okrętem, gdy się ma ostry wiatr za rufą. Jest na wyspie dobra przystań, skąd można z powrotem zepchnąć na morze okręty, gdy się z nich czarną wodę wyczerpie.
Zasnąwszy, Aleksander miał dziwny sen. Ujrzał w nim postać czcigodnego starca, który rzekł mu krótko i dobitnie: „Wyspa pośród burzliwych fal morza / Leży naprzeciw Egiptu, a nazywają ją Faros”. Plutarch pisze, że zdumiony Aleksander zaraz się zbudził i „poszedł na miejsce tego Faros”.
[…]
W tym czasie wyspa Faros uchodziła za siedzibę bóstwa morskiego Proteusa [w mitologii greckiej syn boga Posejdona i Tetydy. Jego imię najprawdopodobniej znaczy tyle, co „urodzony jako pierwszy” i należy on do tak zwanych „starców morskich” – przyp. aut.]. Aleksander przypłynął do jej grząskich brzegów i ujrzał – jak czytamy w Romansie o Aleksandrze – „ogromny obszar rozciągający się po horyzont, na którym znajdowało się 16 osad”2. W rzeczywistości wygląd tego miejsca mógł wzbudzić rozczarowanie. Nie było tu żywego ducha. Na wybrzeżu po drugiej stronie cieśniny leżało kilka wiosek w sporej odległości od siebie. Największa żyła głównie z łowienia ryb, chociaż mieszkało tam też kilku piratów, umiejących żeglować po morzu wzburzonym w porze zimowej. Aleksander jednak zakochał się w tej okolicy od pierwszego wejrzenia. W jednej chwili dostrzegł, jak ogromne możliwości tkwią w tym skalistym okruchu lądu. Odległość między wyspą a wybrzeżem kontynentu była stosunkowo niewielka. Gdyby połączyć je groblą, można by stworzyć jedno z najbardziej strategicznie położonych miast portowych na świecie.
[…]
Plutarch pisze, że kiedy Aleksander skończył pracę, zza horyzontu nadleciało stado ptaków, które zaczęły wydziobywać rozsypane krupy. Król był zaskoczony i zdetonowany, ale doradcy szybko go uspokoili. Scena z ptakami to znak, że miasto będzie „opiekunem i żywicielem wielu narodów”. Inna wersja opowieści o założeniu miasta mówi, że do oznaczenia jego granic użyto mąki jęczmiennej. Aleksander chciał się dowiedzieć, jak duże mogłoby być nowe miasto, poprosił więc o wytyczenie jego granic. Setki ludzi zaangażowano do narysowania na ziemi swego rodzaju planu miasta. Żołnierze nosili swoje zapasy ze sobą w naczyniach, więc budowniczy wziął po pewnej ilości mąki jęczmiennej od każdego i czekał na rozkazy Aleksandra. Według Kurcjusza Rufusa, rzymskiego historyka, długość obwodu miasta wyniosła osiemdziesiąt stadiów, czyli około szesnastu kilometrów. Użycie przez Aleksandra jęczmienia było wysoce symboliczne: jego miasto miało być bogate i szybko się rozwijać.
[…]
Nazwa nowego miasta brzmiała „Aleksandria przy Egipcie” – a nie „Aleksandria w Egipcie”. Może to wskazywać, że zdaniem Aleksandra miasto leżało nieco zbyt daleko od kraju tradycyjnie nazywanego Egiptem. I że Aleksander wciąż nie miał pewności, czy rzeczywiście jest panem tak rozległego kraju. Mówiąc prościej, Aleksandria miała być własną stolicą, miastem jak żadne inne, istniejącym na swoich warunkach. Jej rozkwit zaczął się niemal od razu. Egipcjanie na ogół życzliwie przyjęli Aleksandra, a jego plany ich zaciekawiły. Być może już wówczas najważniejszą wieś zaczęli nazywać Rakote – co po egipsku znaczyło: „to, co jest w budowie” albo „plac budowy” – po grecku Rakotis. Z klasycznych źródeł greckich i rzymskich wynika, że osada nosiła tę nazwę przed przybyciem Aleksandra, ale nie wiadomo dokładnie, kiedy ją otrzymała. Możliwe, że weszła ona w użycie dopiero po rozpoczęciu budowy Aleksandrii.
[…]
Większość Aleksandrii nie przetrwała do naszych czasów, ale nawet te, którym się to udało, nie noszą żadnego osobistego ani ideologicznego piętna swego założyciela. Niektóre zostały zdobyte, a ich nazwy zmieniono. Ani w czasach Aleksandra, ani dziś żadne nie może się równać z Aleksandrią przy Egipcie. Nie było to miasto zrodzone z wojny ani z geograficznego podziału. Na pewno też nie powstało w sposób samoistny. Było to miasto, które Aleksander stworzył od podstaw, które sobie wymarzył, które zrodziła wola jednego człowieka. Z Romansu dowiadujemy się, że zaraz po położeniu fundamentów Aleksander napisał – jedna pod drugą – pięć pierwszych liter alfabetu greckiego: ABGDE (alfa, beta, gamma, delta, epsilon). Każda z nich oznaczała odpowiednie słowo, tak jak w znanych zagadkach greckiego bajkopisarza Ezopa:
(A)leksandros
(B)asileus
(G)enos
(D)ios
(E)ktisen
Co znaczy: „Aleksander, król, z rodu Zeusa, zbudował [to miasto]”.
[…]
Podczas jednej z podróży statkiem historyk Arystobul odczytał ponoć hagiograficzny opis jednego z pojedynków władcy. Aleksander tak się oburzył na tę przesadnie pochwalną opowieść, że wyrzucił tekst za burtę. Autorowi zaś powiedział, że ma szczęście, iż nie został wyrzucony razem z jego dziełem5. To mitotwórstwo nie ominęło też Aleksandrii. Jej założenie, podobnie jak sam założyciel, otoczone jest legendami, które zaczęły powstawać w czasach Aleksandra i mnożyły się z upływem lat, co skazało nas na błądzenie wśród wątpliwości i sprzecznych świadectw.
[…]
Poprosił jednak Dejnokratesa, żeby dołączył do królewskiej świty: „Ciebie chcę mieć przy sobie, gdyż skorzystam z twoich usług”. Być może Aleksander nie był aż takim megalomanem, jak można by sądzić, chociaż jego decyzja świadczy raczej o zdrowym rozsądku: rozumiał, że gdy zakłada się nowe miasta, trzeba zapewnić im żywność i wodę. A żadne z założonych przezeń miast nie dysponowało takimi zasobami wody i żywności jak Aleksandria. Dejnokrates zamienił lwią skórę na togę i został nadwornym architektem Aleksandra. Wkrótce potem otrzymał zadanie zaprojektowania najświetniejszego miasta króla. Aleksandrię zaplanowano z wielkim rozmachem. Miała ona imponować całemu światu, być megalopolis rozsławiającą potęgę jej fundatora i jego imperium, supermiastem konkurującym z Atenami i Kartaginą, miejscem, w którym świat hellenistyczny Aleksandra styka się ze skarbami Persji. Dejnokrates zastosował system wymyślony w poprzednim stuleciu przez Hippodamosa z Miletu, greckiego architekta. W systemie tym układ ulic przypominał siatkę geograficzną. Koncepcja Hippodamosa, ojca planowania miejskiego, była wysoko ceniona, między innymi przez Arystotelesa. Utrzymywano, że wszystkie miasta powinny tak wyglądać: szerokie proste ulice przecinające się pod kątem prostym. W swoich pismach Arystoteles przedstawił ideał miasta, a jednym z jego założeń było takie zorientowanie ulic, aby wpadała do niego morska bryza, mieszkańcy zaś byli chronieni przed silnymi wiatrami. Założenie to przyjął Dejnokrates, gdy projektował Aleksandrię. Brzeg morski w tym mieście był dość płaski, więc połączenie Faros z kontynentem i stworzenie dwóch dużych portów również pomogło osłonić miasto przed wiatrami.
[…]
Egipt nie był do tego przyzwyczajony, więc Aleksandria, miasto leżące w kraju o bogatym dziedzictwie kulturalnym, budziła zdumienie, póki jej hybrydowa kultura nie przeniknęła do innych części Egiptu. Ponieważ Egipcjanie zbudowali już wiele kanałów odchodzących od Nilu, niewielkie roboty ziemne wystarczyły, by zapewnić miastu stały dopływ świeżej wody. Połączono też miasto nowym kanałem z odnogą Nilu, przy której leżało miasto Kanopos. Kanał ten dostarczał Aleksandrii słodkiej wody i umożliwiał przywóz zboża, kamienia i robotników. Pracami irygacyjnymi kierował Krates z Olintu, inżynier hydraulik, który zbudował miejską sieć kanalizacyjną. Nowy kanał służył do napełniania podziemnych cystern wodą do mycia i prania. Przyjęto zmyślne rozwiązanie i zrobiono użytek ze skądinąd niebezpiecznego zjawiska: cysterny napełniano co roku pod koniec lata, kiedy fala powodziowa docierała w pobliże Aleksandrii. Kanał odgrywał zasadniczą rolę w życiu miasta i wymagał nieustannych prac – czyszczenia, konserwacji i poszerzania. W ciągu kilku lat oddano do użytku dalsze kanały, a otwarcie każdego uświetniły ogólnomiejskie uroczystości.
[…]
Trzy lata później spotkało go jeszcze większe nieszczęście: zmarł Hefajstion, przyjaciel Aleksandra od dzieciństwa, powiernik i dowódca wojsk. Jego rozpacz nie miała granic. Arrian donosi, że król „większą część owego dnia rozciągnięty na zwłokach przyjaciela płakał i nie chciał się odeń oderwać, aż wreszcie został siłą oderwany przez przyjaciół”. Starożytni Egipcjanie otaczali szacunkiem Nil, a starożytni Grecy by podziękować miejscowym rzekom, wrzucali do nich pukle swoich włosów. Kiedy w Iliadzie Patroklos ginie, Achilles opłakuje śmierć najbliższego towarzysza i odcina sobie pukiel, a następnie kładzie go na zwłokach. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że po śmierci Hefajstiona Aleksander zrobił to samo. Przez długi czas był w żałobie i „przez trzy dni […] ani nie wziął nic do ust, ani też nie troszczył się o siebie, lecz leżał jęcząc lub milczał pogrążony w smutku”. Oddziałowi jazdy, który walczył pod rozkazami zmarłego przyjaciela, nadał imię Hefajstiona i nie mianował nowego dowódcy. Kazał też ukrzyżować lekarza swego druha za to, że nie ocalił mu życia. Po odsunięciu się od ludzi na dwa tygodnie Aleksander wyprawił w końcu zmarłemu wystawny pogrzeb i sam powoził karawanem. Polecił wygasić święty ogień w perskiej świątyni, choć w ten sposób czczono dotąd tylko zmarłego króla. […] Nic nie mogło powetować Aleksandrowi tej straty. Ani bogactwa, ani zdobycze nie były w stanie ukoić jego bezbrzeżnego smutku. Śmierć przyjaciela Aleksander uznał też za zły omen. Od tej pory pił coraz więcej, najpierw z żalu i poczucia osamotnienia, potem – aby zapomnieć. Już w niecały rok później poniesie tego konsekwencje. Władca, co najmniej ośmiokrotnie ranny na polu bitwy – między innymi doznał poważnych obrażeń klatki piersiowej w Pendżabie – spędzał noce na pijaństwie i dzikich hulankach, aż w końcu dostał wysokiej gorączki, przypuszczalnie tyfusowej albo malarycznej. Hipokrates, zwany ojcem medycyny, na początku tegoż wieku pisał, że wino jest lekarstwem. Nieduża jego ilość obniża gorączkę, można je też stosować do przemywania ran albo jako środek moczopędny, pokrzepiający i rozweselający. W następnych trzech stuleciach pogląd ten będzie propagować kilku lekarzy aleksandryjskich, między innymi Erasistratos, Apollonios i Kleofantos. Na razie Aleksander twórczo rozwijał doktrynę Hipokratesa: skoro niewielka ilość wina leczy gorączkę, to duża ilość musi działać jeszcze skuteczniej. Podczas uczt pił więc bez umiaru.
[…]
Aleksandria jest w pewnym sensie wyjątkiem wśród miast, które Aleksander zdobył lub założył. Miasta takie często mogły rządzić się same, na uzgodnionych warunkach, natomiast Aleksandrią zarządzali powiernicy króla. Aleksandria nie miała bogatej historii, więc ambitna wizja zdobywcy mogła bez trudu przyćmić dotychczasowy charakter tego miejsca. Krótko mówiąc, inne miasta Macedończyk podbijał – Aleksandrię stworzył. Po jego śmierci stało się oczywiste, że to on zbudował, niemal w pojedynkę, swoje imperium i że absolutna władza, którą posiadał, pozwalała mu improwizować i naprędce wcielać w życie swoje pomysły. Stworzenie Aleksandrii – podróż na Faros, a potem szybkie powzięcie pomysłu i założenie miasta – jest przykładem takiej spontaniczności działania. To, że nigdy nie zobaczył żadnej aleksandryjskiej budowli, świadczy o braku cierpliwości, a dowodem idealizmu jest wiara, że można będzie rządzić światem z tego miasta mającego doskonałe położenie i że zdoła nie tyle zhellenizować ten świat, ile zaprowadzić w nim harmonijny ład. W Aleksandrii zogniskowały się największe geograficzne i społeczne ambicje Aleksandra. U Diodora znajdujemy informację, że władca pozostawił plany swego idealnego świata: zjednoczone i rozległe imperium; drogi i porty łączące basen Morza Śródziemnego z wybrzeżami Atlantyku.
[…]
Uprowadzenie zwłok Aleksandra, które nastąpiło dwa lata później, stało się momentem przełomowym. Aleksander nadał swej władzy mityczne wymiary, toteż jego doczesnych szczątków nie można było traktować jak zwłok zwykłego śmiertelnika. Uważano go powszechnie za symbol stabilności, bo choć odbierał niezależność polityczną podbijanym ludom, szanował ich kulturę i obyczaje. Niektórych wyzwolił spod ucisku okrutniejszych władców. Czasami uchodził nawet za nadczłowieka, wręcz półboga. Nie mogło być wątpliwości, że jego grób będzie na wieki otaczany czcią. Dlatego kontrola nad nim ogromnie wzmocniła Ptolemeusza, zahamowała imperialne ambicje Perdikkasa i umożliwiła wzrost znaczenia Aleksandrii, która wkrótce stanie się stolicą ptolemejskiego państwa. Gdyby Ptolemeusz nie porwał się na zawładnięcie bezcennym ciałem, zapewne skończyłby w zapomnieniu, a Perdikkas zbudowałby imperium ze stolicą w innym mieście. Z perspektywy czasu można więc powiedzieć, że to dzięki zmianie kierunku konduktu pogrzebowego i zwłokom jednego nieboszczyka Aleksandria tak szybko po swoim założeniu zyskała wielką rangę. Na łożu śmierci Aleksander wyraził pragnienie, aby pochowano go nie obok biologicznego ojca w Macedonii, lecz obok jego mitycznego ojca – w wyroczni Amona w Siwie.
[…]
W tym czasie przyszła mu do głowy dość oczywista myśl: miejsce Aleksandra Macedońskiego jest w Aleksandrii. Rozumiał, że zatrzymanie ciała zdobywcy w Egipcie będzie naocznym dowodem, że on, Ptolemeusz, prawomocnie rządzi tym krajem. Stolicę pozostawił w Memfis, być może przez szacunek dla Egipcjan, ale też dlatego, że Aleksandria mogła zostać łatwo zaatakowana od strony morza. Aby zneutralizować niebezpieczeństwo grożące miastu, musiał pozyskać sobie sojuszników w rejonie śródziemnomorskim. Zawarłszy przymierze z Cyprem, postanowił wystawić zmarłemu grobowiec w Aleksandrii. Liczył, że pomoże to stworzyć z miasta ośrodek kultu Macedończyka i ułatwi przeniesienie doń stolicy Egiptu, a także zhellenizowanie kraju. Spełnienie życzenia zmarłego, by pochować go w Siwie, nie służyłoby osiągnięciu tych celów. Aleksander został pochowany w Memfis, a tymczasem w Aleksandrii budowano mu wspaniały grobowiec. Historycy przypuszczają, że w chwili, gdy Ptolemeusz pokazał skradzione zwłoki ludowi Egiptu, Aleksander otrzymał tytuł, który wytrzymał próbę czasu. Był odtąd Megaleksandrosem, czyli Aleksandrem Wielkim.
[…]
Stela satrapy to najważniejszy z zachowanych do dziś przedmiotów związanych z Ptolemeuszem, opisujący jego rolę i działalność polityczną. Inskrypcja poświadcza, że Aleksandria jest stolicą kraju i miastem bezpośrednio związanym z Aleksandrem Wielkim. Symbolizuje kres rodzimej władzy w Egipcie, potwierdza wymuszoną zgodę jej mieszkańców na obce rządy. Ale oznacza też początek nowej dynastii – początek Egiptu Ptolemeuszy. Pod skrzydlatym słońcem i obrazami wyobrażającymi króla w dwóch sakralnych scenach inskrypcja informuje, że Ptolemeusz:
uczynił swoją siedzibą fortecę Króla Dolnego i Górnego Egiptu, „Umiłowanego duchowego sobowtóra Amona, Wybrańca Re, Syna Re: Aleksandrosa” [kapłańskie określenie miasta Aleksandrii], położoną na brzegach wielkiego zielonego morza Egejczyków; jej poprzednia nazwa brzmiała Rakotis.
Nie wiadomo, czy grobowiec Aleksandra powstał dokładnie w tym czasie, czy nieco później. Wiemy jednak, że Ptolemeusz opisywał i uwieczniał koleje życia Aleksandra; być może nawet to on był autorem legendarnego Romansu o Aleksandrze.
[…]
Miasto, szczegółowo zaplanowane, było niebywale przestronne; pod słonecznym błękitnym śródziemnomorskim niebem wszystko wydawało się czyste i lśniące. Było tu wiele pięknych świątyń i pałaców, szerokich ulic i zielonych parków. Od wschodu strzegła miasta Brama Słoneczna, od zachodu – Brama Księżycowa. Łączył je główny bulwar miejski, ulica zwana Drogą Kanopską. Idący nią aleksandryjczycy mogli podziwiać oświetloną pochodniami aleję, marmurowe kolumnady, place z arkadami i fasady z polerowanego kamienia. Mijali pałace strzeżone przez żołnierzy, karety zaprzężone w konie i wozy ciągnięte przez muły. Mogli też napotkać ludzi z zakupami, kobiety niosące do domu na wieczorny posiłek worki z przyprawami i kosze z warzywami. W następnych dziesięcioleciach wyrosły tu rzędy kolorowych willi. Był też park nazwany na cześć Pana (Panejon), greckiego boga lasów i pól, rozkoszny ogród, w którym zażywano leniwego odpoczynku, z marmurowym amfiteatrem i publiczną łaźnią. Tuż obok znajdowało się słynne mauzoleum. Aleksandria była już miastem bogatym. Ptolemeusz nie tylko zagarnął pieniądze Kleomenesa, lecz także sprawił, że duża część bogactw Egiptu napływała do nowej stolicy.
[…]
Możliwe więc, że Aleksander został najpierw pochowany w jednym miejscu, a wkrótce potem przeniesiony do większego grobu, aby Ptolemeusz i jego następcy mogli spocząć po śmierci obok założyciela miasta. Możemy się też mylić co do czasu pochówku, jeśli ciało Aleksandra zostało przywiezione do Aleksandrii później niż dotąd przyjmowano. Na przykład nie przez pierwszego, lecz przez drugiego z Ptolemeuszy – po to, aby w 282 roku p.n.e. wyprawić Aleksandrowi i Ptolemeuszowi I wspólny pogrzeb, a tym samym zapewnić dynastii panującej dodatkową legitymizację. Aleksander mógł nawet – choć jest to mało prawdopodobne – zostać skremowany, tak jak to zrobiono z ciałem Hefajstiona. Wówczas szukalibyśmy grobu zawierającego jego popioły. Grobowiec mógł też zostać ukradziony albo zniszczony w późniejszym okresie, podczas walk o władzę nad miastem. Wszystko to utrudnia poszukiwanie grobu Aleksandra. Zastanawiające, że po pielgrzymkach cesarzy rzymskich do tego grobu przez cały III wiek wzmianki o takich wizytach całkowicie ustają. Setki prób odkrycia grobu nie dały żadnego wyniku. Ja sam godzinami wysłuchiwałem najrozmaitszych hipotez – według jednej grób znajduje się na cyplu, który był kiedyś wyspą Faros.
[…]
Śmiertelnicy nie mogli zawierać małżeństw ze swoim rodzeństwem, acz nieśmiertelni czynili to nagminnie. Dlatego na ślubie Ptolemeusza z Arsinoe w Aleksandrii rapsod przezornie odczytał starannie dobrane wersy z Iliady: „Widząc tej bitwy skutek, niebios pan wzruszony / Tak się do swej odzywa i siostry, i żony”. Ale Sotades, skandalizujący poeta mający opinię opętanego przez demony, pisywał obsceniczne wiersze i palindromy – czyli wyrażenia brzmiące tak samo, gdy są czytane wprost i wspak (na przykład „Kobyła ma mały bok”) – za których wynalazcę dziś uchodzi. Na wieść, że faraon bierze ślub z własną siostrą, postanowił się zabawić i o tym napisać. Gdy napisał o królu spółkującym z królową – „Przekłuł zakazany owoc zabójczym żądłem” – posunął się trochę za daleko. Poezja satyryczna była w Aleksandrii modna, ale tym razem Ptolemeusz II nie docenił żartu. Plutarch pisze, że Sotades został uwięziony i zgnił w lochu. Ale poeta Atenajos – który zapewne mieszkał w Aleksandrii w II wieku – notuje, że Sotades zdołał w końcu uciec z więzienia, być może dzięki przekupieniu strażników. Pospieszył do portu i wsiadł na pierwszy statek odpływający z Aleksandrii. Statek zmierzał na wyspę Gawdos, leżącą na południe od Krety, swej większej sąsiadki. Po przybyciu do celu Sotades odetchnął z ulgą: był pewien, że Ptolemeusz II jest zadowolony z wyjazdu poety i nie zamierza go ścigać. Sprawa była też zbyt błaha, aby faraon miał wszczynać starania o ekstradycję zbiega; podobne prośby spełniano zawsze pod warunkiem odwdzięczenia się za przysługę.
[…]
Król stał się znany jako Filadelfos – „miłujący siostrę” – i taki sam przydomek nosiła królowa (w jej wypadku znaczył „miłująca brata”). Na cześć małżonki Ptolemeusz przemianował miasto Fajum na Arsinoe, a także założył nowe miasto na jego obrzeżach i nadał mu nazwę Filadelfia, czyli „miłość rodzeńska”. Dwa tysiące lat później amerykańscy kwakrzy nadadzą tę nazwę nowemu miastu na wschodnim wybrzeżu Ameryki, nieświadomi jej kazirodczego podtekstu.
[…]
Po osiągnięciu wieku dojrzewania młody człowiek składał do władz podanie o nadanie obywatelstwa. W określonych dniach roku nastoletni chłopcy i dziewczęta gromadzili się wraz z rodzicami pod murem Wielkiego Gimnazjonu, na którym wywieszano listę osób przyjętych do grona obywateli. Dokumenty i inskrypcje z epoki każą sądzić, że osobę, która znalazła się na liście, przypisywano do określonego przedmieścia Aleksandrii. Obywatele mieli też zagwarantowane miejsce w jednym z wielu nowych gimnazjonów, w których poziom nauczania był wysoki. I chłopcom, i dziewczętom zapewniano podstawowe wykształcenie. Bogatsi kształcili dzieci w domu, a niektórzy guwernerzy otwierali nawet firmy nauczycielskie. Młodzi aleksandryjczycy czytali greckie tragedie i epopeje, między innymi Homera. Lampka terakotowa z II wieku ozdobiona jest scenami z aleksandryjskiego gimnazjonu. Na tle wspaniałych kolumnad widzimy trzy sceny z życia szkolnego: po lewej nauczyciel karci ucznia; w środku uczeń czyści się strigilisem (przyrządem z zakrzywionym ostrzem, którym zeskrobywało się brud i pot przed kąpielą); po prawej chłopiec biegnie z pochodnią w ręku. Figurki terakotowe z czasów ptolemejskich przedstawiają też dziewczęta w wierzchnim odzieniu, co sugeruje, że kształciły się one poza domem. Jedna trzyma na kolanach dyptych (tabliczkę używaną jako zeszyt), druga gra na lirze, a trzecia tańczy (taniec zastępował dziewczętom sport). Niektóre dziewczęta jednak uczyły się tylko pisać i czytać, a te, które nie miały obywatelstwa, pozostawały niepiśmienne.
[…]
W kwestii języka i religii mieszkańcy Aleksandrii potrafili jednak znaleźć wspólną płaszczyznę. Porozumiewali się nowo powstałym językiem, a ściślej mówiąc – nowym aleksandryjskim dialektem greki, który przyjęło się nazywać „koine” (wspólnym). Język ten miał początek w szeregach wojsk Aleksandra, ale ukształtował się, gdy Egipcjanie i Żydzi zaczęli się komunikować w nowym języku urzędowym, greckim, a drugie i trzecie pokolenie obywateli miasta zmieniło i uprościło ten język. Greka koine zostanie w końcu językiem Biblii i upowszechni się też poza Aleksandrią, w Grecji macierzystej w okresie poklasycznym, gdzie będą się nią posługiwać tacy uczeni jak Plutarch. Co do religii, to w Aleksandrii czczono wielu popularnych bogów. Posejdon, bóg morza, miał szczególne znaczenie dla mieszkańców dzielnicy portowej. Kult Serapisa w dużym stopniu jednoczył miasto. Nowym, choć mniej ważnym bóstwem był Agathodaimon, dobry duch natury, wyobrażany w postaci węża. Było to nawiązanie do legendy założycielskiej: kiedy stawiano miejskie bramy, węże wśliznęły się do nowych budynków. Wiele aleksandryjskich rodzin trzymało w domach małe figurki tego boga i po wieczerzy wylewało na jego cześć czyste wino, aby okazać wdzięczność i zabiegać o pomyślność. Agathodaimon został ukochanym bogiem Aleksandrii i był bohaterem obchodów rocznicy założenia miasta. Takie publiczne święta zaczęły zajmować poczesne miejsce w miejskim kalendarzu. Ptolemeusz II co cztery lata urządzał niezmiernie podniosłe uroczystości, by uczcić pamięć ojca.
[…]
Festyn składał się z kilku części. Najpierw mężczyźni przebrani za konie wśród gromkich wiwatów wybiegli ze stadionu i zbliżyli się do publiczności; nie był to tylko pierwszy akt zabawy, ponieważ ludzie ci mieli za zadanie ochraniać uroczysty pochód. Nazywano ich sileni. W mitologii greckiej byli to upojeni winem wielbiciele Dionizosa, zwanego też Bachusem – boga wina, zabawy i teatru. Dalej szli rozbawieni satyrowie, pijący i hasający, niosący pozłacane pochodnie z liści bluszczu; mieli przyprawione ośle uszy, perkate nosy, ogony, a nawet dziwacznie wielkie penisy. Wrzawa tłumu narastała, a pochód zmierzał w stronę głównego bulwaru. Obok biegli nikai z ogromnymi – blisko trzymetrowymi – kadzidłami, przybranymi złoconymi liśćmi bluszczu. Reprezentowali Nike, boginię zwycięstwa, która ma złote skrzydła i zawsze jest bosa (to paradoks, jeśli zważyć, jaka firma nosi dziś jej imię). Przy akompaniamencie głośnych fanfar wkraczało dwoje bohaterów dramatycznych: kobieta i mężczyzna w teatralnych kostiumach, z gałązkami palmy w ręku. Za nimi podążały kobiety niosące owoce i jagody, gałązki winorośli i bluszczu, a nawet węże i sztylety. W końcu oczom czekających ukazały się obiecane platformy – i warto było na nie czekać. Pierwsza miała prawie sześć metrów długości i cztery metry szerokości, a ciągnęło ją stu osiemdziesięciu ludzi. Stał na niej posąg, który odpowiadał rosnącej fascynacji mieszkańców teatrem. Ozdobiony małymi koronami, bębenkami i maskami, ucieleśniał trzy gatunki dramatyczne: satyrę, komedię i tragedię. Aleksandryjczycy patrzyli dalej w zadziwieniu: na drugiej platformie wznosił się niesamowity czterometrowy mechaniczny posąg, który raz po raz wstawał i siadał, wstawał i siadał. Jeszcze bardziej zdumiewające było to, że gdy stał, ze złotego naczynia wylewał mleko dla mas. Jakby tego było jeszcze mało, na trzeciej platformie, ciągniętej przez trzystu mężczyzn, jechała olbrzymia prasa do winogron o wymiarach jedenaście na siedem metrów, która tryskała wokoło miejscowym winem. Sześćdziesięciu mężczyzn przebranych za satyrów skakało przy dźwiękach fletni po stertach winogron. Kilka platform dalej gromada dzikich zwierząt – jedne z królewskiego zoo, inne sprowadzone specjalnie na uroczystości – pokazywała, do jak dalekich krajów podróżowali Ptolemeusze. Były tam lamparty, gepardy i karakale, a także zwierzęta, których mieszkańcy miasta nigdy wcześniej nie widzieli: nosorożec, żyrafa i „wielki biały niedźwiedź”. Mężczyźni nieśli też gałęzie, na których siedziały dzikie ptaki, a także klatki z hałaśliwymi papugami i wielobarwnymi pawiami. Po zwierzętach przyszła kolej na jawną propagandę, czyli małe posągi założycieli miasta – Aleksandra Wielkiego i Ptolemeusza I – ze złotymi koronami z bluszczu na głowach. […] Miasto czciło również własne bóstwa i postacie kultowe, które miały mu pomóc rozsławiać swoje imię. Aleksander Wielki i Ptolemeusz Zbawca pozostali symbolami jego wielkości, a Ptolemeusz II dołączył do nich po swojej śmierci jako Ptolemeusz Wielki. Okres ptolemejski jest jednym z najważniejszych w dziejach Aleksandrii. Były to czasy, w których nie tylko zbudowano miasto; to wtedy też zaczęła się kształtować i umacniać kulturalna tożsamość Aleksandrii, odmienna od tożsamości jej egipskich i hellenistycznych sąsiadów. Uznanie Aleksandrii przez Ptolemeuszy za stolicę państwa i centrum światowego handlu przyczyniło się do rozwoju gospodarczego i zapoczątkowało nową epokę w egipskiej – a szczególnie aleksandryjskiej – architekturze, sztuce, literaturze i nauce. Symbolizowały ją dwa nowe obiekty rozsiewające światło, odróżniające to miasto od innych: majestatyczna latarnia morska i wielka biblioteka.
[…]
Przystanąłem przy ulicznym straganie, żeby kupić trochę termes – jasnożółtych nasion łubinu. Moczy się je przez wiele dni w ciepłej wodzie, a potem zalewa solanką i sokiem cytrynowym. Wkłada się okrągłe nasiono między zęby i naciska, a nasiono samo wskakuje do ust; łupina zostaje w palcach. Egipt już od tysięcy lat zna ten nadmorski przysmak, jeden z moich ulubionych – mamy o nim świadectwa pochodzące z XXII wieku p.n.e. W tym miejscu Corniche, skąd rozpościera się wspaniała panorama, jeden punkt widoczny w oddali fascynuje mnie od dawna: światełko leniwie migające we mgle. Nie mam pojęcia, jak daleko się ono znajduje. W dzieciństwie na widok tej migającej latarni morskiej często wyobrażałem sobie, że jestem nocą na morzu. Światło, zamiast dodawać otuchy, uwydatniało bezkres wód pogrążonych w nieprzeniknionej ciemności. Przypominało też, że Aleksandria przez długie wieki mogła pochwalić się najwyższą budowlą na świecie wzniesioną ludzkimi rękami. Ostatnim ze starożytnych siedmiu cudów świata. Po przybyciu do Egiptu Aleksander, aby założyć miasto, połączył groblą wyspę Faros z afrykańskim wybrzeżem. Wielka latarnia morska w Aleksandrii – pierwsza w czasach historycznych – została zbudowana na wyspie i otrzymała jej nazwę.
[…]
W aleksandryjskich portach roiło się od statków wszystkich rozmiarów i barw. Wywożono stąd rozmaite i bardzo poszukiwane towary: szkło, lampki, ceramikę, przedmioty ze srebra i brązu, tkaniny, papirus. Aleksandryjczycy, którzy zmonopolizowali egipski rynek oliwy, na brzegach jeziora uprawiali pszenicę, oliwki i winorośl. Ogromne ilości pszenicy sprzedawano Rzymowi, którego populacja stale rosła. Ziarno, wiezione barkami Nilem i przez jezioro Mareotis do południowej Aleksandrii, było sprawdzane pod względem jakości, ładowane i transportowane kanałem do Wielkiego Portu, gdzie albo składowano je w magazynach, albo ładowano na statki płynące do Rzymu. W Aleksandrii wytwarzano też trzy inne produkty, które przynosiły miastu krociowe zyski: oliwę, piwo i wino. Odkryte niedawno amfory na wino – naczynia z dwoma małymi uchwytami w kształcie pętli pochodzące z I wieku p.n.e. – dowodzą, że wino znad jeziora Mareotis trafiało na eksport. Niesamowite, że podobne ślady znaleziono nad Cieśniną Sycylijską i jeszcze dalej, nad zatoką Fos we Francji, niedaleko Marsylii, co świadczy o tym, że wino aleksandryjskie miało duże wzięcie. W I wieku p.n.e. Wergiliusz i Horacy chwalą w swych utworach wino mareotyjskie – białe, słodkie i aromatyczne.
[…]
Wybrzeże było rozległe i pozbawione punktów orientacyjnych, więc po przybiciu do brzegu podróżnik mógł znaleźć się na środku pustyni. To, dlatego Homer w Odysei opisywał Faros jako samotną przystań na „drodze długiej i żmudnej […] po mglistym morzu do Egiptu”1. Co gorsza, według niektórych źródeł w okolicy Faros grasowały zgraje rabusiów, którzy celowo sprowadzali statki na skały, żeby potem okraść ich wraki. Dlatego jedno proste, ale ważne rozwiązanie – zainstalowanie silnego źródła światła – mogło zapewnić Aleksandrii jeszcze pomyślniejszą przyszłość. Nie tylko ułatwiłoby nawigację z oddali i zwiększyło liczbę przypływających statków, lecz także dawałoby gwarancję bezpiecznego zawinięcia do portu. Toteż pod koniec panowania Ptolemeusza I – czyli według różnych szacunków, między 300 a 282 rokiem p.n.e. – rozpoczęto wznoszenie budowli, która miała się stać ozdobą aleksandryjskich portów: wspaniałej latarni morskiej.
[…]
Latarnia była zbudowana z białego wapienia, który odbijał światło i zdawał się jaśniejący. Składała się z trzech coraz mniejszych kondygnacji i stała na dziesięciometrowej cylindrycznej podstawie. Najniższa i największa kondygnacja miała kształt prostopadłościanu i stanowiła prawie połowę całej budowli. Środkowa kondygnacja, mniej więcej o połowę mniejsza od pierwszej, była w przekroju ośmiokątna, a najwyższą, w której znajdowało się palenisko i zwierciadła, tworzył pusty walec z filarami na obwodzie. Po długiej, sklepionej rampie wchodziło się do dolnej kondygnacji, skąd schody wiodły do około siedemdziesięciu pomieszczeń, między innymi sali, przez którą można było pod ziemią dojść do morza. Na samym wierzchołku stał posąg Zeusa, boga niebios i piorunów, trzymającego w ręku błyskawicę w kształcie płomienia. Związki Aleksandrii z Zeusem były już wcześniej liczne za sprawą jego powiązań z wyspą Faros u Homera i domniemanych więzów krwi łączących boga z założycielem miasta. Od strony morza na latarni widniał wielki napis w języku greckim, informujący o poświęceniu budowli Zeusowi. Al-Masudi, historyk arabski z X wieku, pisze, że widział napis złożony z ołowianych liter wysokości jednego łokcia (prawie pół metra), dzięki czemu był widoczny z daleka dla wszystkich przybyszy. Za dnia promienie słońca odbijały się od zwierciadeł umieszczonych na szczycie latarni. Nocą, jak to ujął podniośle Jan Tzetzes, bizantyński poeta, była ona „światłem ocalenia”. Ogień na palenisku przypominał świecę w zupełnej ciemności, a jego blask potęgowały zwierciadła.
[…]
Preparowanie mumii było zabiegiem długim, żmudnym i kosztownym. Narządy wyjmowano i suszono, ciało obmywano w winie z korzeniami, a potem obsypywano solą. Około czterdziestego dnia po śmierci zwłoki wypychano – napełniano je płótnem, piaskiem, trocinami albo liśćmi. Siedemdziesiątego dnia mumię zawijano w setki metrów płótna i umieszczano w sarkofagu. Wygląda na to, że w II wieku p.n.e. preparatorowi mumii, czyli balsamiście, zabrakło w pewnej chwili materiału do wypchania pustych zwłok. Użył więc zapisanego papirusu, którego nikt nie potrzebował, między innymi zwoju o długości półtora metra i szerokości trzydzieści centymetrów, który włożył do jamy klatki piersiowej. Nie wiadomo, co działo się z tym zwojem przez następne dziesięciolecia, ale w 1992 roku pojawił się on na europejskim szarym rynku – nie nielegalnym, jak czarny, lecz nieoficjalnym i niezwiązanym z pierwotnym dostawcą lub twórcą – i został kupiony przez Uniwersytet Mediolański. Okazało się, że papirus pochodzi z Aleksandrii okresu ptolemejskiego. Jest zapisany po obu stronach: jedna zawiera ponad sto utworów poetyckich, ogółem sześćset wersów, druga – tekst mitologiczny. Z racji swej długości jest to jeden z najwcześniejszych zachowanych przykładów kompletnego tomu poezji. Ponieważ wiadomo już było, że autorem dwóch wierszy jest poeta Posejdippos, przypisano mu też resztę tekstu.
[…]
Najsłynniejsza budowla Aleksandrii stała się emblematem miasta i częścią jego codziennego życia. Mieszkańcy tej bogatej stolicy, od dworzan do poetów, uczestniczący w jej ciągłych przeobrażeniach, za dnia widzieli majestatyczną bryłę Faros, a nocą jej jasny, promienny blask. Kiedy w I i II wieku n.e. kupowali żółte nasiona łubinu u ulicznych przekupniów, płacili za nie jedną z wielu monet z wizerunkiem sławetnej latarni. Na jej widok podróżnicy nie mieli wątpliwości, że przybywają do jednego z pierwszych miast na świecie. Imponująca latarnia dostarczała im najpierwszych wrażeń z pobytu w megalopolis. Był to „Nowy Świat”, równie olśniewający, jak futurystyczny. Ci, którzy ośmielili się spełnić swe marzenia i przenieść się do tego miasta, liczyli, że ich życie zmieni się na lepsze. Aleksandria była czymś na podobieństwo Nowego Jorku, a latarnia Faros – jej Statuą Wolności. Sława Faros rozeszła się po całym świecie. Jako pierwsza budowla pełniąca funkcję latarni morskiej stała się wzorem dla naśladowców. Jej nazwa przyjęła się w wielu językach na określenie latarni – najpierw w grece, a potem w łacinie i wielu językach europejskich, od albańskiego, przez francuski, po włoski. We wczesnym średniowieczu, dobre tysiąc lat po powstaniu Faros, jej błyski słały statkom na morzu zaszyfrowane wiadomości. Były to pierwociny techniki heliograficznej, która upowszechni się w XIX wieku dzięki alfabetowi Morse’a.
[…]
Kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy Aleksander Wielki rysował na piasku plan miasta, przewidział w nim miejsce dla biblioteki poświęconej muzom. Ptolemeusz, który też był uczniem Arystotelesa, położył już materialne fundamenty pod Aleksandrię. Nadszedł więc czas, by stworzyć podwaliny życia umysłowego miasta, Demetriusz otrzymał więc od króla zadanie stworzenia wielkiej biblioteki. Podobnie jak to było z latarnią morską, przedsięwzięcie zostało zainicjowane przez Ptolemeusza I, a doprowadził je do końca jego syn na początku III wieku p.n.e. Potem ważną rolę w rozbudowie biblioteki odegra Ptolemeusz III. Najwcześniejsza znana wzmianka o niej pochodzi z listu Arysteasza z II wieku p.n.e. Uważa się, że jego autorem był żydowski uczony, który swego czasu pracował w bibliotece. Pisze on, że przedsięwzięcie było niezwykle ambitne i śmiałe: „Demetriusz […] otrzymał dużo pieniędzy, aby zgromadzić, w miarę możności, wszystkie książki na świecie”1. Biblioteka Aleksandryjska, inaczej niż dotychczasowe biblioteki służące potrzebom okolicy lub regionu, miała być ośrodkiem ogólnoświatowym, tak uniwersalnym jak miasto, w którym się znajdowała. Miała być świadectwem, że to miasto wyprzedza swój czas. Dzięki gromadzeniu książek z całego świata Ptolemeusze mogli pozować na kustoszy światowej skarbnicy wiedzy. Liczyli, że jeśli im się to uda, posiądą najwyższą władzę.
[…]
Tak powstał w Aleksandrii nowy, znamienity przybytek, który nazwano Musejonem – świątynią muz. Stanął w dzielnicy królewskiej i składał się z dwóch budynków. Jednym z nich był Biblion – świątynia ksiąg – gdzie przechowywano teksty. Chodziło jednak nie tylko o nabycie i przechowywanie książek, lecz także o ich tłumaczenie i studiowanie, toteż obok Biblioteki wzniesiono właściwy Musejon – instytut naukowy, w którym zdobywano wiedzę i dzielono się nią. Oba były państwowymi instytucjami, mającymi do dyspozycji pokaźne fundusze pochodzące ze skarbca królewskiego. Możliwe, że powstały mniej więcej w tym samym czasie i że od samego początku zakładano stworzenie dwóch powiązanych ze sobą, ale odrębnych instytucji. Jest jednak bardziej prawdopodobne, że Ptolemeusz I zbudował bibliotekę, a Ptolemeusz II dodał do niej ośrodek naukowy – albo że obie budowle zainicjował Ptolemeusz I, a ukończył je dopiero Ptolemeusz II.
[...]
Ale taktyka to jedno, a zasady – drugie. Wprowadzono przepisy, dzięki którym Biblioteka korzystała z tego, że przez Aleksandrię przewijały się tłumy cudzoziemców. Każdy, kto przybywał do miasta, miał obowiązek okazać urzędnikom miejskim wiezione przez siebie książki. Statek wpływający do portu podlegał oficjalnej rewizji – i nie chodziło wcale o kontrabandę, lecz o książki. Każdy znaleziony zwój trafiał do Biblioteki, gdzie na poczekaniu podejmowano decyzję, czy należy go zwrócić, czy zatrzymać. Właściciel musiał się liczyć z tym, że najprawdopodobniej nie zobaczy już swojej własności. Chociaż na konfiskatę nic nie można było poradzić, urzędnicy wracali na statek i wręczali właścicielowi kopię, którą wykonano od ręki, a także pewną pieniężną rekompensatę. Takie książki opatrywano potem w Bibliotece adnotacją „ze statku”. A najprostszy z nowych przepisów stanowił, że żadna książka nie może opuścić miasta bez uprzednich oględzin. Pierwszy raz w dziejach ludzkości książki stały się wartościowym towarem – niczym drogocenne kamienie, papirus, oliwa i pszenica.
[…]
Sytuacja miała też dobrą stronę: dzięki ogromnemu ruchowi w interesie księgozbiór Biblioteki stał się niebywale bogaty i różnorodny. W założeniu miała ona być instytucją greckojęzyczną, ale jej nabytki pochodziły z kręgu wszystkich znanych kultur i były napisane w każdym znanym języku. Personel Biblioteki składał się z wielu tłumaczy i charakitai – pisarzy – zwanych tak dlatego, że pisali na charta (papirusie). A przecież w Egipcie od dawna ceniono słowo pisane, które było tu uważane za pochodzące od bogów. Po egipsku „pismo”, czyli medu netdżer, znaczyło „słowa boga”. Ptolemejskie tłumaczenie tego terminu brzmiało „hieroglify”, co znaczy „święte znaki”. Ptolemeusze polecili egipskim kapłanom pisać książki i przekazywać je do Biblioteki, toteż greckich i egipskich papirusów w zbiorach było bez liku. Nie brakowało też pism politeistycznych, buddyjskich, hinduistycznych, żydowskich i zoroastryjskich, co nadawało Bibliotece charakter quasi-religijnego przybytku, chociaż żadne wyznanie nie nosiło tu miana urzędowego.
[…]
Ale ta uniwersalizacja prowadziła też do monopolizacji. Z biegiem lat ambicje Aleksandrii były coraz większe – jej biblioteka z pierwszej na świecie miała się stać jedyną. Osiągnięcie tego celu ogromnie ułatwiała miastu jedna rzecz: kontrola nad uprawą papirusu. Papirus był najpowszechniej używanym materiałem piśmiennym, idealnie nadającym się do wyrobu zwojów. Librarius (skryba) przepisywał rękopis autorski na inny arkusz papirusu. Dla zapewnienia czytelności tekstu skrybom płacono nie tylko od liczby napisanych linijek (jednostką obrachunkową było sto linijek) – liczyła się też jakość pisma. Librariolus (kopista) dodawał następnie tytuły i ozdoby. Bibliopegus (introligator) pilnował, żeby pierwszy arkusz pozostawał pusty, a cały zwój był równy. Arkusze nawijano na umbilicus – drewniany wałek z gałkami na końcach. Zapewniał on zwojowi zwartość i ochronę, pozwalał na rozwijanie go do czytania. Egipt nie zadowalał się jednak tym, że Aleksandria ma tak łatwy dostęp do papirusu, i w 190 r. p.n.e. wprowadził zakaz wywozu tego materiału. Zapewniło to Bibliotece Aleksandryjskiej miażdżącą przewagę nad innymi książnicami. Biblioteka w greckim mieście Pergamonie (dzisiejsza Turcja) posiadała dwieście tysięcy książek, ale nie mogła się oczywiście równać z aleksandryjską. Jej działalność mocno jednak ciążyła bibliotekarzom z Aleksandrii. Doszło do tego, że aleksandryjczycy kupowali dla swojej biblioteki więcej falsyfikatów, bo nie mogli ryzykować, że pergamoński konkurent sprzątnie im sprzed nosa jakiś cenny zwój. Poza tym szkoła w Pergamonie przyciągała intelektualistów z Aten, a niekiedy nawet z Aleksandrii. Embargo na papirus miało utrącić konkurencję, zwłaszcza pergamońską. Dlatego też w Pergamonie zaczęto pisać na wyprawionych skórach zwierzęcych, czyli tak zwanym pergamenos, od czego pochodzi nazwa pergaminu. Dopiero pięć wieków później zastąpi on papirus jako podstawowy materiał piśmienny.
[…]
Kiedy Ptolemeusz I potrzebował nauczyciela dla swoich dzieci – dwoje z nich będzie w przyszłości parą monarszą – zatrudnił Filetasa z Kos. Ten poeta i gramatyk przybył na dwór królewski w czasie budowy Biblioteki i stał się założycielem poetyckiej szkoły aleksandryjskiej, która kilka wieków później wywrze wpływ na twórczość rzymskiego poety Owidiusza. Filetas został zapewne poproszony o pomoc w organizowaniu Biblioteki, zwłaszcza przy klasyfikacji nabywanych dzieł. Biblioteka posiadała już tysiące zwojów i stało się oczywiste, że ktoś musi sprawować pieczę nad rozrastającym się księgozbiorem. Człowiek, któremu powierzono to zadanie w 284 roku p.n.e. – Zenodot z Efezu, uczeń Filetasa – jest pierwszym w dziejach bibliotekarzem znanym z imienia.
[…]
Pomocnikiem i następcą Zenodota był Kallimach z Cyreny – człowiek słynący z encyklopedycznej wiedzy. Zwoje miały wprawdzie etykietki i zostały pogrupowane w klasy rzeczowe, ale liczba rękopisów wciąż rosła i szła już w setki tysięcy. Odszukanie właściwej grupy zwojów było uciążliwe i zabierało wiele czasu. Nie wiedziano też dokładnie, jakie tytuły zawiera księgozbiór. Kallimach podjął się opracowania pierwszego katalogu rzeczowego, czyli Pinakes (Tablice) – jak go nazwał. Była to praca herkulesowa i bez precedensu, a jej ukończenie zajęło autorowi wiele miesięcy. Dzięki temu rewolucyjnemu narzędziu bibliograficznemu użytkownicy Biblioteki mogli bez trudu znaleźć właściwą salę i półkę. Kallimach postanowił podzielić autorów na dziewięć kategorii: lekarze, historycy, prawnicy, filozofowie, retorzy, poeci komiczni, poeci epiccy, poeci tragiczni i rozmaici pisarze. Rękopisy pogrupował w jedenaście dziedzin. Wyodrębnione zostały historia, prawo, matematyka, medycyna, przyrodoznawstwo i retoryka. Co do dzieł literackich, to było ich tyle – katalog zawierał sto dwadzieścia tysięcy zwojów – że Kallimach podzielił je na cztery kategorie: komedię, epikę, poezję liryczną i tragedię. Powstała też kategoria „różne” (tu należało szukać między innymi książek kucharskich). W każdym haśle znalazł się krótki życiorys autora, obejmujący takie dane jak imię jego ojca, miejsce urodzenia i wykształcenie. Dzieło Kallimacha, zatytułowane Tablice tych, którzy odznaczyli się we wszelkich działach literatury, oraz tego, co napisali, samo składało się ze stu dwudziestu zwojów. Uczony zestawił również Katalog pisarzy dramatycznych ułożony chronologicznie od czasów najdawniejszych.
[…]
Znaczenie Zenodota i Kallimacha jest nie do przecenienia. W następnych stuleciach przyjęty przez nich system stał się wzorem w Europie i świecie arabskim. Pomysł uporządkowania książek na każdej półce w kolejności alfabetycznej może wydawać się banalny, ale w rzeczywistości był przełomowy. Tak naprawdę pierwszym wielkim dokonaniem Biblioteki było właśnie przyjęcie alfabetu jako zasady porządkującej. Coś, czego dotąd tylko uczono się na pamięć, stało się przydatnym i często używanym narzędziem. Ze względu na ogrom księgozbioru Kallimach użył alfabetu do porządkowania książek nie tylko według autorów, lecz także według tytułów. Na razie pod uwagę brano tylko pierwszą literę (dlatego Homer mógł znaleźć się przed Herodotem) i dopiero w II wieku zaczęła się pełniejsza alfabetyzacja, uwzględniająca kolejne litery. Co więcej, poprzez swoją bibliografię Kallimach wykazał przydatność szczegółowego katalogu, z którego zrodził się pomysł jeszcze jednej pomocy bibliograficznej – skorowidza.
[…]
Pierwsi kierownicy Biblioteki Aleksandryjskiej byli prawdziwymi znakomitościami. Fragment egipskiego papirusu opublikowany przez archeologów w 1914 roku zawiera osobliwe zadanie szkolne: uczniowie mają wymienić imiona pierwszych sześciu kierowników Biblioteki. W pierwszych dwóch stuleciach kierownik Biblioteki był faktycznie dostojnikiem wysokiej rangi. Mógł zostać mianowany tylko przez faraona, z którym pozostawał w bezpośrednim kontakcie. Cieszył się szczególną ochroną władcy ze względu na znaczenie swojej funkcji, ale także dlatego, że dużej części aleksandryjczyków nie podobała się skala nakładów państwa na Bibliotekę; pozycja kierownika i jego pensja oburzały tysiące mieszkańców miasta. Chodziło nie tylko o uhonorowanie urzędnika, lecz także o zminimalizowanie ryzyka przekupienia go przez handlarzy książkami albo przez inne książnice. Kierownik Biblioteki był jednocześnie nadwornym nauczycielem i mieszkał w pałacu królewskim, w którym zajmował się kształceniem dzieci władcy. Musiał ponadto należeć – przynajmniej formalnie – do tiasos, czyli stanu kapłańskiego. Wobec mieszkańców Egiptu występował jako Kapłan Muz. Zgodnie z tradycją książki należały przecież do świątyń, a Biblioteka była jednym z aleksandryjskich sanktuariów.
[…]
Wszystko to robi wrażenie idylli, można więc zrozumieć, dlaczego obywatele Aleksandrii nie przepadali za Musejonem. Gniewało ich zwłaszcza to, że uczeni byli zwolnieni od podatku. Aleksandria i tak wydawała się czymś odmiennym od reszty Egiptu, a mieszkający w niej uczeni tworzyli własny, zamknięty światek. Tymon z Fliuntu, poeta i sceptyk, dał wyraz uczuciom ogółu – zakpił z tego, że w Aleksandrii „wyhodowano rasę siedzących w książkach gryzipiórków, którzy darmo chleb jedzą i trawią życie na sporach w muz kurniku”. Biblioteki i Musejonu nie uważano za obiektywnie ważne instytucje, ale raczej za miejsca, w których Ptolemeusze zamykali uczonych i hołubili ich, aby ci tworzyli ideologię odpowiadającą potrzebom władz. To, że cudzoziemcy wiedli życie bardziej uprzywilejowane od obywateli miasta, było źródłem ciągłych zadrażnień. Jeśli sądzić po powstałych w Aleksandrii dziełach, tutejsi uczeni cieszyli się względną wolnością intelektualną i dawali wyraz takim poglądom, jakie uważali za słuszne.
[…]
Na początku III wieku p.n.e. Timochares z Aleksandrii i jego uczeń Arystillos dokonali odkryć dotyczących ruchu gwiazd. Timochares był pierwszym astronomem, który wspomniał w swoich pismach o planecie Merkury, Arystillos zaś zestawił katalog gwiazd. Dlatego jeden z księżycowych kraterów, którego szerokość geograficzna odpowiada szerokości geograficznej Aleksandrii, nosi dziś jego imię. Pisma Platona i Arystotelesa mówiły o geocentrycznym wszechświecie, w którym Słońce krąży wokół Ziemi. Koncepcja ta była logiczna, ponieważ z powierzchni Ziemi wydaje się, że Słońce wędruje po niebie, a jednocześnie nie czujemy, aby ziemia pod naszymi stopami się poruszała. Jednakże w III wieku p.n.e. Arystarch z Samos, astronom aleksandryjski, wysunął inną teorię. Twierdził, że wszechświat jest o wiele większy, niż dotychczas sądzono, a szczególnie że Słońce jest większe od Ziemi, znajduje się w centrum, a gwiazdy są innymi, odleglejszymi słońcami. Ziemia nie tylko obiega Słońce, lecz także obraca się wokół własnej osi – dokonuje jednego obrotu na dobę. Arystarch był więc twórcą teorii heliocentrycznej, głoszącej, że Słońce leży w środku wszechświata. Badał zagadnienie rozmiarów Słońca i Księżyca oraz ich odległości od Ziemi. Prace badacza wzbudziły w Aleksandrii duże zainteresowanie – i wywołały poruszenie. Grecja próbowała oskarżyć astronoma o bezbożność. Przez długie wieki filozofowie odrzucali dziwaczną teorię Arystarcha – dlatego, zwłaszcza że matematyk i astronom Klaudiusz Ptolemeusz, również z Aleksandrii, opracował w II wieku geocentryczny model wszechświata. Zdumiewające jest to, że dopiero tysiąc osiemset lat po Arystarchu renesansowy matematyk Mikołaj Kopernik powrócił do teorii heliocentrycznej. Kopernika jednak wyraźnie martwił fakt, że teoria ta powstała już w starożytnej Aleksandrii. W podeszłym wieku, gdy przygotowywał swe przełomowe dzieło do druku, usunął z tekstu wzmianki o Arystarchu. Stulecie później, w czasach siedemnastowiecznej rewolucji naukowej, Johannes Kepler, Galileusz i Izaak Newton poświęcili wiele czasu i wysiłku, aby dowieść, że przed dwoma tysiącami lat Arystarch miał całkowitą rację.
[…]
Filozof Celsus, żyjący w Aleksandrii w II wieku, pisał:
I kiedy w tych złoczyńcach wciąż tliło się życie, badali te miejsca, które natura wcześniej skrywała przed ich wzrokiem, barwę, kształt, wielkość, układ, twardość, miękkość, gładkość każdego narządu, z czym się styka, gdzie jest wypukły, a gdzie wklęsły, gdzie się przyczepia i co przykrywa. Albowiem, jak powiadają, kiedy wewnątrz występuje ból, ktoś, kto nie poznał, w jakim miejscu znajduje się każdy narząd, nie może wiedzieć, co boli pacjenta. Bolące miejsce też nie może być wyleczone przez kogoś, kto nie wie, czym ono jest.
Celsus przechodzi do porządku nad tym, że takie postępowanie równało się torturom. Jego zdaniem nie mogło być okrucieństwem to, „że poświęcano ludzi winnych zbrodni, aby znaleźć lekarstwa dla niewinnych osób”. Arystoteles opisał trzydzieści pięć zwierząt z takimi szczegółami, że musiał dokonać ich wiwisekcji; większość przypuszczalnie była martwa. Nigdy jednak nie przeprowadził wiwisekcji człowieka – i nigdy by mu w głowie nie postało, że może istnieć tak liberalne miasto, które na to zezwala. Ale mimowolnie przyczynił się do tego procederu, ponieważ twierdził, że ciało i dusza są nierozłączne i jedno nie może istnieć bez drugiego. Podało to w wątpliwość nieśmiertelność duszy, co z kolei zmniejszyło znaczenie martwego ciała. Praktyka wiwisekcji mogła się w Aleksandrii bujnie rozwinąć, gdyż tutejsi uczeni uznawali autorytet Arystotelesa, a i sam władca wychował się w kręgu jego idei. Wiwisekcje żywych organizmów niezmiernie wzbogacały wiedzę anatomiczną. Z czasem jednak nawet sekcje zwłok zostały zakazane. Gdy wieść o wiwisekcjach rozeszła się po mieście, wywołała poruszenie, a nawet protesty i Ptolemeusze postanowili położyć kres podobnym praktykom. Herofilos i Erasistratos byli pierwszymi i ostatnimi lekarzami, którzy dokonywali wiwisekcji ludzi. Do systematycznych sekcji zwłok wrócono dopiero wiele stuleci później – w czasach odrodzenia.
[…]
Lingwiści nie tylko wymyślali nowe sposoby zapisu, lecz także sporządzali wykazy słów. Arystofanes zapisał wszystkie niezwykłe i archaiczne słowa, jakie przyszły mu do głowy, aby ocalić je od zapomnienia. W następnych wiekach uczeni kontynuowali prace leksykograficzne, o czym świadczy działalność Hezychiusza z Aleksandrii w V lub VI wieku. Był on autorem greckiego leksykonu zatytułowanego Alfabetyczny zbiór wszystkich słów, który zawiera omówienia wielu rzadkich wyrazów, na przykład wyrazu „amazonka”. Do uczniów Arystofanesa należał Arystarch z Samotraki, który zastosował system akcentowania swego nauczyciela do poezji Homera i opracował najpowszechniej przyjęty tekst jego epopei. Agallis, filozofka i gramatyczka, o której dowiadujemy się od greckiego gramatyka Atenajosa z III wieku, również pisała o Homerze. W swoich analizach podkreślała rolę kobiet, między innymi Nauzykai z Odysei, która po upraniu bielizny w rzece i rozpostarciu jej, aby wyschła, gra w piłkę z pannami służącymi, co obudziło Odyseusza, śpiącego w pobliskich zaroślach. Agallis dowodziła, że to Nauzykaa wynalazła grę w piłkę, co w ciągu wieków było dla artystów podnietą do malowania tej sceny. Historycy twierdzili, że Agallis musiała być hetaira, wykształconą kurtyzaną, ale takie hipotezy, których niepodobna dowieść, deprecjonują Agallis. Jej przykład pokazuje bowiem, że kobiety kształciły się pod kierunkiem zarządców Biblioteki i oddawały się w Musejonie działalności naukowej.
[…]
Homer jednak był nadal najważniejszy. Pomimo żywej tradycji krytycznej powątpiewanie w jego wielkość pozostało czymś wysoce kontrowersyjnym. Według Witruwiusza, autora rzymskiego, grecki krytyk Zoil, który w IV wieku p.n.e. przybył do Aleksandrii, atakował Homera tak gwałtownie, że Ptolemeusz II kazał mężczyznę ukrzyżować. Sława Homera ciągle rosła. Pod koniec III wieku p.n.e. Ptolemeusz IV wzniósł świątynię poświęconą wielkiemu poecie, zwaną Homerejonem. Homer był zapewne pierwszym poetą zachodnim, którego otoczono niemal boskim kultem. Od Eliana, rzymskiego pisarza z III wieku, dowiadujemy się, że pośrodku świątyni stał wspaniały posąg Homera w pozycji siedzącej. Nad nim rozpięty był półkolisty łuk z wyrytymi nazwami wszystkich miast uznających Homera za swego obywatela. Było też malowidło artysty o imieniu Galaton, który ukazał Homera w dosyć dziwnej sytuacji. Na tym obrazie autor Iliady wymiotuje, a inni poeci zbierają z ziemi jego żółć. Nie jest jasne, co ma oznaczać ta scena. Czy chodzi o kpinę z aleksandryjskich poetów epickich, czy po prostu o to, że wszyscy poeci czerpali natchnienie z Homera? A może Galaton chciał dać do zrozumienia, że Aleksandria zebrała wszystkie rozproszone słowa i myśli Homera? Oczywiście Aleksandria została założona zbyt późno, aby mogła być miejscem narodzin Homera. Ale miasto to niejako odwraca stosunek między poetą a jego miejscem urodzenia: tutaj to nie poeta wywodzi się z określonego miasta (tak jak na przykład Shakespeare ze Stratford-upon-Avon), lecz miasto wywodzi się z twórczości poety (ponieważ poezja Homera natchnęła Aleksandra Wielkiego do założenia Aleksandrii).
[…]
Do poetów wczesnego okresu należał Likofron, który podobno napisał wiersz o tym, jak Aleksander Wielki jednoczy świat. Teokryt pisał tak zwane idylle, czyli „obrazki”, w odróżnieniu od bohaterskich epopei, które mogły składać się z dziesiątków ksiąg. Uznaje się go za wynalazcę pieśni pasterskiej – jego utwory miały za tło przyrodę, a ich bohaterami byli pasterze, pasterki i nimfy. Kallimach, który skatalogował księgozbiór Biblioteki, był również płodnym poetą. Elegia Warkocz Bereniki upamiętnia znalezienie pukli królowej wśród gwiazd. W jednym z wierszy Kallimacha Apollo, bóg poezji, radzi autorowi „dbać o szczupłość muzy”, innymi słowy: nie pisać długich utworów8. Kallimach był zdania, że w dziedzinie epiki działa zbyt wielu twórców i że poeci nie są najlepszymi epikami. Został więc orędownikiem epigramu – krótkiego utworu poetyckiego, który z czasem przeszczepiono do wielu języków, na przykład do łaciny w I wieku n.e. i języka angielskiego w dobie odrodzenia. Ponieważ epigramy miały być ryte w kamieniu, starano się, by były krótkie i treściwe, nadawały się do ozdobienia grobowców i takich budowli jak latarnia morska. Uczeni przepisywali potem te epigramy na papirusy, aby przekazać je Bibliotece, więc z czasem epigram stał się odrębnym gatunkiem poetyckim.
[…]
O wyjątkowości Aleksandrii decydowała nie tylko poezja, lecz także dramat, muzyka i sztuki piękne. Ptolemeusz II kochał sztukę dramatyczną. W królewskich ogrodach kazał zbudować teatr i poświęcił go Bachusowi, znanemu przede wszystkim jako bóg wina, ale będącemu także bogiem teatru. Teatry aleksandryjskie – królewski i miejskie – grały przy wypełnionej po brzegi widowni zarówno klasyczne, jak i współczesne tragedie i komedie. Jedna ze sztuk, bardzo długo utrzymująca się na deskach, opowiadała o królu Kandaulesie. Widzowie najbardziej czekali na scenę, w której władca ukrywa swego ministra w komnacie, a ten podgląda rozbierającą się królową. Scena ta wywoływała zawsze głośny aplauz. Nie brakowało też pantomim, parodii i satyr, a komedie muzyczne stały się tak popularne jak poważne tragedie. Widownia też była zróżnicowana: raz spokojna i sztywna, innym razem hałaśliwa i niesforna. W niektórych szkołach uczono tańca, który odgrywał ważną rolę w trakcie miejskich uroczystości. Podczas świąt wielu mieszkańców wybierało się za miasto: płynęło kanałem do pobliskiego miasteczka Kanopos, które Ptolemeusze przebudowali i w którym wznieśli świątynię Serapisa. Wśród pól kwiatowych, pisał Strabon w I wieku p.n.e., aleksandryjczycy śpiewali i tańczyli przez całą noc „bez opamiętania i z zupełnym bezwstydem”. W Aleksandrii lokale przypominające kabarety były pełne tańczących kobiet, a stali klienci często przyłączali się do tańca. Jeśli chodziło o muzykę, to unowocześnienia dokonane w tej dziedzinie przez Eratostenesa i Klaudiusza Ptolemeusza okazały się bardzo przydatne. Aleksandria, mogąca się poszczycić imponującą sceną muzyczną, zyskała największą popularność jako stolica fletni. Czołowi fletniści i fletnistki stali się ulubieńcami tłumów. Polibiusz, historyk grecki z II wieku p.n.e., pisze o Mnesis i Poteinie, dwóch słynnych fletnistkach, które pojawiały się w towarzystwie samego króla Ptolemeusza II. A jednego z jego dalszych potomków – Ptolemeusza XII (ojca słynnej Kleopatry), panującego w I wieku p.n.e. – aleksandryjczycy obdarzyli przydomkiem Auletes (Fletnista). Poważniejsza rozrywka polegała na przysłuchiwaniu się dyskusjom retorów. W Atenach debaty miały charakter polityczny, ale w beztroskiej Aleksandrii, rządzonej przez autokratę, była to forma zabawy. Niektórzy retorzy zdobywali sławę i grono zaprzysięgłych zwolenników. W I wieku n.e., gdy w mieście zaczęły się przyjmować rzymskie zwyczaje, w modę weszły walki gladiatorów i wyścigi rydwanów.
[…]
W utworach poetyckich zwykle nie mówiono o Egipcjanach, a gdy już o nich wspominano, to tylko jako o barbarzyńskich „opryszkach”. Świadczyło to o tym, jak kruchy jest wciąż wieloetniczny ład w Aleksandrii. Co więcej, przez sam fakt, że miasto miało własną szkołę poetycką, kłótnie były na porządku dziennym. Kallimach na przykład poróżnił się ze swoim uczniem i kolegą poetą Apolloniosem z Rodos. Gdy ten ostatni recytował fragment epopei, nad którą właśnie pracował, Kallimach zganił ten gatunek poezji, który porównał do zatłoczonej ulicy: „Nie cierpię poematu epickiego, tak jak mam awersję do drogi, którą wielu chodzi tam i z powrotem”. Apollonios rzecz jasna nie pozostał dłużny i tak wywiązała się ostra polemika, podczas której adwersarze obrzucali się obelgami ujętymi w formę poetycką. Literaci aleksandryjscy zostali zmuszeni do opowiedzenia się albo za Kallimachem, kierownikiem Biblioteki i nadwornym poetą, albo za Apolloniosem, młodym rzecznikiem tradycjonalizmu. Kiedy szale przechyliły się w końcu na stronę Kallimacha, Apollonios musiał opuścić Aleksandrię. Wyjechał na Rodos, ukończył tam swoją epopeję i ogrzewał się w blasku sławy. Po śmierci Kallimacha wrócił do Aleksandrii i został trzecim kierownikiem Biblioteki. A kiedy sam umarł, został pochowany obok swego poetyckiego rywala.
[...]
Dzieła sztuki i literatury aleksandryjskiej, co widać na przykładzie poezji i rzeźby, miały niewielką skalę. Najwyraźniej pokazuje to czołowy aleksandryjski wynalazek: sztuka mozaiki. W mozaikarniach rzemieślnicy układali z malutkich kawałków kolorowego szkła, kamyków i gliny misterne obrazy zwane emblemata. Szklane emblemata, które zachowały się do dziś – pochodzące z I wieku p.n.e. i mające zaledwie parę centymetrów – ukazują, w jaki sposób z barwnych kwadracików tworzono ozdoby z greckimi i egipskimi motywami. Pliniusz, uczony z I wieku n.e., pisze, że ozdoby te wywożono do Rzymu, a wykopaliska dowodzą, że mozaiki były aleksandryjską specjalnością jeszcze w pierwszej połowie II wieku. Archeolodzy odkryli też wiele większych mozaik wykonanych z malutkich otoczaków, płytek i kostek (tesserae), które zdobiły posadzki i ściany pałaców i prywatnych domów w całym mieście. W 1993 roku, podczas drążenia wykopów pod fundamenty nowej biblioteki, znaleziono przepiękne mozaiki posadzkowe. Jedna z nich, datowana na pierwszą połowę II wieku p.n.e., przedstawia udomowionego psa. Mozaiki aleksandryjskie zdumiewają wielością odcieni, których używano do realistycznego odtworzenia rzeczywistości. Mimo – a może właśnie dlatego – że aleksandryjskie wytwory były tak powszechne, w całym regionie uważano je za dzieła sztuki. A miasto, w którym powstawały, przez wieki zażywało sławy ważnego ośrodka życia artystycznego.
[...]
Czymże jest imię? – pyta Julia u Shakespeare’a. Starogreckie słowa kleos i pater – „chwała” i „ojciec” – połączyły się i utworzyły imię Kleopatry. Każda Kleopatra miała ojca Ptolemeusza, ale każda też panowała samodzielnie. Nikt jednak do tego stopnia nie zepchnął w cień swoich imienników lub imienniczek, jak uczyniła to Kleopatra VII ze swymi licznymi poprzedniczkami. Mimo to każda Kleopatra ma własną historię, jedyną w swoim rodzaju historię. Wszystkie, uwikłane w kazirodcze związki będące przyczyną waśni rodzinnych, łączyło jedno: władza. Za czasów pierwszych trzech Ptolemeuszy Aleksandria została wymyślona, zbudowana i przeobrażona. Stała się stolicą Egiptu i ptolemejskiego imperium, stworzyła silną armię, przyciągała ludzi z całego regionu i kierowała się dewizą, że im większa wiedza, tym większa władza.
[...]
Przez cały okres ptolemejski nawet kobiety bez królewskiego rodowodu korzystały w Aleksandrii ze względnej swobody w porównaniu ze swymi koleżankami ze świata hellenistycznego. Odsetek wykształconych kobiet był tu wysoki. Źródła starożytne poświadczają, że aleksandryjki z I wieku p.n.e. kupowały, dzierżawiły i dziedziczyły ziemię. Mamy pisemne dowody, że Greczynki niepochodzące z rodów królewskich posiadały włości, winnice i konie, a Egipcjanki były właścicielkami ziemi rolnej i gospodarowały na niej. Miały też prawo występować o rozwód. Co prawda, jeżeli nie mogły podać uzasadnionego powodu, traciły posag, ale gdy winę ponosił mąż, zachowywały wiano i otrzymywały jeszcze część majątku małżonka. Kobiety mogły chodzić po ulicach bez towarzystwa i same robić zakupy na targu. Dlatego Aleksandria zasłynęła jako miasto, w którym kobiety mają istotny wpływ na życie publiczne i społeczne. Filozof Filon z Aleksandrii pisał w I wieku n.e., że jeśli kobieta nie zgadza się z mężczyzną, nie waha się chwycić go za „przyrodzenie”. A rozgoryczony Palladas, poeta z IV wieku, narzekał mową wiązaną, że w tym mieście żony biją mężów sandałami i jest tu dużo niewiernych mężatek.
[...]
W papirusie z tego okresu czytamy, że żołnierzom aleksandryjskim kazano walczyć za Rzym, rolnicy na ziemiach królewskich strajkowali, a co najgorsze – podatki osiągnęły nienotowaną dotąd wysokość. Ponadto aleksandryjczyków oburzało, że faraon wyrzekł się ziem tradycyjnie ptolemejskich, płaszczy się przed ludźmi odpowiedzialnymi za śmierć brata i podporządkowuje kraj Rzymowi. Przed pięcioma laty Syria stała się rzymską prowincją i powszechna była obawa, że za chwilę to samo czeka Egipt. Przez kilka tygodni w Aleksandrii trwały zamieszki i władza Ptolemeusza XII wisiała na włosku. Atmosfera nigdy nie była tak napięta i antyrzymska; w końcu tłum opanował ulice i chełpił się, że ma więcej władzy niż rząd. Diodor opisuje, jak pospólstwo ścigało rzymskiego żołnierza, który zabił kota, i otoczyło dom mężczyzny. Żadne prośby i zaklęcia urzędników królewskich nie uchroniły Rzymianina przed samosądem. W związku z tym Diodor miał dla czytelników dobrą radę: jeśli podczas bytności w Aleksandrii zdarzy wam się przechodzić obok kociego truchła, nie zapomnijcie zawołać: „Ten kot już nie żył!”.
[...]
Tymczasem Cezar pokonał Pompejusza, który szukał teraz schronienia w Egipcie, pewien, że Ptolemeusz XIII przygarnie przyjaciela swego nieżyjącego ojca. Ale kiedy we wrześniu 48 roku p.n.e. okręty Pompejusza przypłynęły do Aleksandrii, Pompejusz wpadł w zasadzkę i został zamordowany; odrąbano mu głowę, a resztę ciała wrzucono do morza. Doradcy Ptolemeusza XIII liczyli, że w ten sposób zjednają sobie Cezara, któremu przyniesiono w darze głowę jego wroga, gdy trzy dni później w pościgu za Pompejuszem przybył do Aleksandrii. Według Plutarcha Cezar „odwrócił się z odrazą” od tego, który wręczał mu głowę Pompejusza, i „miał łzy w oczach”. Grecki historyk chciał ukazać prawego Rzymianina, ale Cezar natychmiast zażądał zwrotu pieniędzy i szybko rozgościł się w pałacu królewskim. Lukan, rzymski poeta z I wieku n.e., pisze, że Cezar, „murom miasta nie ufając”, bronił się „zamknięciem bramy pałacowej” i był jak „zwierz dziki w małej zamknięty przestrzeni [co] zęby łamie, gryząc zażarcie więzienie”.
[...]
Rozmiary zniszczeń nie są znane, ale wiadomo, że pożar nie ominął Biblioteki. Nieuchronnie rozeszły się plotki, że Cezar kazał spalić tę chlubę Ptolemeuszy i Aleksandrii. Nigdy zapewne się nie dowiemy, jakie zniszczenia wyrządził pożar w Bibliotece, ale chwilę, w której wdarł się do niej ogień, wolno uznać za początek jej schyłku. Można też orzec z dużą dozą pewności, że mniejsze biblioteki, znajdujące się bliżej portu i magazynów portowych, nie miały szans ocaleć. Jak zauważa Kasjusz Dion, ogień strawił magazyny pełne zboża i książki „w wielkiej ilości i najpiękniejsze”. Filozof Seneka pisze, że „w Aleksandrii spaliło się czterdzieści tysięcy książek”, a historyk Ammianus Marcellinus, piszący pod koniec IV wieku, określa zniszczone zbiory na „siedemset tysięcy woluminów”. Sam budynek Biblioteki jakoś przetrwał, największą więc stratą była zagłada zbiorów: dziesiątków, a może i setek tysięcy zwojów, napisanych i skatalogowanych przez dziewięć pokoleń twórców i uczonych. Dzieła te ułatwiłyby nam zrozumienie wielu starożytnych odkryć i tekstów źródłowych wykorzystanych przez niektórych największych filozofów, a także oczywiście pomogłyby nam stworzyć dokładniejszy obraz świata antycznego i samej Aleksandrii. Cezar, wybitny kronikarz własnych dokonań, milczy o tym, że w wywołanym przez niego pożarze przepadły niektóre z najwspanialszych dzieł świata. W Aleksandrii był coraz bardziej niepopularny. Podobno mieszkańcy, ujrzawszy go na jednym z okrętów, wdarli się na pokład i Cezar musiał się salwować ucieczką: zerwał z siebie zbroję i wskoczył do wody. W uniesionej ręce trzymał ważne dokumenty, aby uchronić je przed zamoczeniem. Jeśli ta opowieść jest prawdziwa, trudno nie dostrzec ironii sytuacji: Cezar ocala marne kilka zwojów w chwili, gdy dym ze spalonych tysięcy unosi się jeszcze nad Biblioteką.
[...]
Armia aleksandryjska wycofała się pospiesznie w kierunku Nilu; Cezar ścigał ją przez pewien czas, a potem wrócił do Aleksandrii i obwieścił zwycięstwo. Ptolemeusz XIII, brat Kleopatry, utopił się w rzece podczas ucieczki. Jej siostra Arsinoe IV została pojmana i zakuta w łańcuchy i musiała przejść ulicami Rzymu w pochodzie triumfalnym Cezara; towarzyszyła jej płonąca makieta latarni Faros. Był to obraz tak żałosnego upokorzenia, że lud rzymski, nawykły do widoku tylko rosłych mężczyzn w takich okolicznościach, ulitował się nad płaczącą dziewczyną i żądał oszczędzenia jej życia. A Kleopatra, cały czas pozostająca w swym przepysznym pałacu, była teraz w ciąży z Cezarionem – „małym Cezarem”.
[...]
Izyda była żoną Ozyrysa, jednego z głównych bogów Aleksandrii, o którego zmartwychwstaniu traktowała najważniejsza opowieść w religii starożytnych Egipcjan. Według tej opowieści bóg Set postanawia zamordować swego starszego brata Ozyrysa, aby zawładnąć tronem faraonów. Aby uniemożliwić Ozyrysowi powrót do życia, rozczłonkowuje jego ciało i ukrywa je. Izyda, siostra i żona Ozyrysa w jednej osobie, szuka zwłok męża. Po ich znalezieniu balsamuje je i składa na powrót rozdzielone członki. Ozyrys w cudowny sposób ożywa i sprawia, że Izyda zachodzi w ciążę z ich synem Horusem, przyszłym bogiem, zrodzonym ze wskrzeszonego ojca. Jest on prawowitym następcą tronu, wychowywanym przez Izydę, doskonałą samotną matkę. Tę doniosłą rolę Izydy wyraża przydomek „matka bogów” (podobny będzie nosić inna kobieta: Maria, matka Jezusa, urodzona kilkadziesiąt lat później). Dzięki występowaniu jako Izyda Kleopatra mogła zjednać sobie Egipcjan i potwierdzić prawowitość Cezariona, jej syna zrodzonego z bogów.
[...]
Zgodnie z tym planem Kleopatra odrzuciła też zaproszenie Antoniusza na ucztę i zaprosiła go na bankiet na pokładzie statku. Z relacji Pliniusza wynika, że Kleopatra uchodziła za kobietę czarującą, ekscentryczną i lubiącą przepych. Podobno założyła się z Antoniuszem o to, że wyprawi najbardziej wystawną ucztę w historii. Na monetach aleksandryjskich z czasów Kleopatry królowa ma na sobie krótkie i długie naszyjniki z pereł i suknie wyszywane perłami. Wprawiła Antoniusza w zdumienie, kiedy zdjęła jeden z perłowych kolczyków – wart ponoć dziesięć milionów sesterców (ponad trzydzieści milionów dolarów) – i wrzuciła perłę do kielicha z octem winnym, a potem wypiła go. Interesowała się alchemią, może więc dodała dość kwasu, aby mieć pewność, że perła się rozpuści; mogła też ją rozgnieść, a nawet połknąć w całości. Według legendy Rzymianie krzyknęli na Kleopatrę, żeby nie rozpuszczała drugiej perły. Przecięli ją później na pół i umieścili w uszach posągu Wenus stojącego w rzymskim Panteonie.
[...]
Tak czy owak, Kleopatra stała się postacią jednoczącą społeczeństwo, uosabiała bowiem kosmopolityzm Aleksandrii. Jej grecko-egipskie stroje, biegła znajomość języka egipskiego i rzecz bodaj najważniejsza – to, że była wcieleniem bogini Izydy – przyczyniły się do tego, że pierwszy raz od wielu dziesięcioleci Egipt cieszył się względnym pokojem. Kleopatra podniosła podatki i faworyzowała handel zagraniczny, którego wartość wzrosła do dwunastu tysięcy talentów (trzystu milionów dolarów) rocznie. W ciągu dziesięciu lat od objęcia tronu odmieniła losy Egiptu – od długów do bogactwa, od dłużnika Rzymu do jego wierzyciela. Uczeni, którzy od kilkudziesięciu lat opuszczali miasto, zaczęli do niego wracać. Wielu filozofów porzucało Ateny, w których sytuacja była niepewna, i osiedlało się w Aleksandrii.
[...]
Do naszych czasów przetrwało niewiele materialnych świadectw rządów Kleopatry. Bodaj najbardziej godne uwagi są monety wybite za jej panowania – mówią nam one, jak chciała być przedstawiana. Z kręconymi włosami opadającymi na czoło, wydatnym nosem i podbródkiem nie była typową pięknością, jak można by przypuszczać, a przynamniej nie według dzisiejszego kanonu urody. Kiedy znamy jej historię, zaczynamy dostrzegać inny rodzaj piękna – jest ono oparte na charyzmie, dowcipie i inteligencji. Staje się też jasne, że postać Kleopatry służyła ludziom różnych epok do wyrażania własnych idei i postaw. W średniowiecznej sztuce zachodniej egipska królowa jest blondynką, ale w okresie mody na klasycyzm staje się typową Greczynką; w dobie kolonializmu jest bierna, uległa, potrzebuje Europejczyka, który by ją ocalił, a nawet zdobył; w czasach handlu niewolnikami przedstawia się ją jako służącą, którą Cezar poddaje oględzinom. Znamy też wizerunek Kleopatry jako wielkiej uwodzicielki i bogini seksu, lansowany przez pisarzy, od Geoffreya Chaucera po scenarzystów z dwudziestowiecznego Hollywood (w filmie z 1963 roku zagrała ją Elizabeth Taylor, najlepiej opłacana gwiazda owych czasów i miłośniczka szmaragdów). Ale złą sławę oportunistki i rozpustnicy zawdzięcza pismom Oktawiana powstałym zaraz po wojnie domowej i użytym przez Plutarcha jako źródło. Kleopatra była wszak cudzoziemką w czasach rzymskiej wojny domowej. Tendencyjne źródła rzymskie musiały wyjaśnić, jakim cudem kobiecie udało się usidlić dwóch z najwybitniejszych ludzi Rzymu – i to prawdziwych herosów. Przypisano więc Kleopatrze nadprzyrodzoną moc uwodzenia. Dla aleksandryjczyków jej historia wyglądała zupełnie inaczej. Sam wychowałem się na panegirycznych opowieściach o Kleopatrze. Była ona naszą dumą, intelektualistką, która dyskutowała z wybitnymi mężczyznami jak równy z równym. Znała wiele języków, miała własną obszerną bibliotekę i była oczytana w dziełach filozoficznych i astronomicznych. Sięgała również po pióro i napisała traktat farmakologiczny poświęcony dbaniu o wygląd. Malowała oczy proszkiem antymonowym, mającym z medycznego punktu widzenia korzystne działanie. Nosiła też wiele klejnotów. Nieco wcześniej Egipcjanie odkryli złoża szmaragdów w górskich dolinach. Kopano tam przez następne pięćset lat, a szmaragdy wywożono za granicę przez Aleksandrię. Kleopatra słynęła też z pachnideł, być może miała nawet ich fabrykę w pobliżu portu. Modę traktowała bardzo poważnie, wprowadzała nowe style, łączyła strój grecki z egipskim, a także proste wzornictwo z bardzo wyszukanym.
[...]
Mimo wszystko Żydzi żyli w społeczeństwie, które wyznawało całkiem inne wartości. Filon pisał, że mieszkańcy Aleksandrii są „jak świnie i kozy, jeśli chodzi o poszukiwanie przyjemności”, krzywił się, że kobiety i mężczyźni „spółkują tylko dla cielesnej rozkoszy”, i przypominał Żydom, że seks ma służyć parom małżeńskim „do płodzenia dzieci i przedłużania rasy”. Do mniej intymnych aleksandryjskich rozrywek należało oglądanie przedstawień, więc już w IV wieku p.n.e. powstały pierwsze teatry żydowskie. Chodzono do nich w szabat, gdy Żydzi zamykali swoje sklepy i warsztaty. Pozostali mieszkańcy mogli odnieść wrażenie, że Żydzi odcinają się od reszty społeczeństwa, gdyż teatry żydowskie grały na przykład tragedie Ezechiela, aleksandryjsko-żydowskiego dramaturga, który łączył hellenistyczną tragedię z opowieściami biblijnymi. Jedyna i tylko częściowo zachowana sztuka Ezechiela opowiada o wyjściu Żydów z Egiptu, a jej bohaterem jest Mojżesz. Zmiany w świętym tekście, przekleństwa i to, że na scenie mówiono tylko po grecku, oburzały część Żydów. Domagali się oni zakazu wystawiania takich sztuk, zwłaszcza odkąd podczas kazań w synagogach zaczęli słyszeć, że powinni stronić od grzesznego aleksandryjskiego społeczeństwa. Ale przeważała opinia, że osobny teatr zapewnia Żydom najlepszą rozrywkę, odpowiadającą ich tożsamości i artystycznej atmosferze miasta. Co ciekawe, nieżydowscy dramaturdzy próbowali skorzystać z popytu na ten gatunek, ale nie odnieśli sukcesu. Sztukę w tym stylu napisał na przykład poeta Teodektes z Faselis i okazała się ona zupełnie nieudana. W Dawnych dziejach Izraela Józef Flawiusz twierdzi, że ponieważ Teodektes w jednym ze swoich wierszy ośmielił się wspomnieć o prawie żydowskim, został ukarany przez Boga utratą wzroku.
[...]
Egipcjanie i Grecy wystąpili przeciwko Żydom. Apion, który studiował w Aleksandrii w czasach tych zamieszek, pisze, że Egipcjanie i Żydzi żyli ze sobą w zgodzie, natomiast między Grekami a Żydami panowała wrogość. Inaczej mówi o tym Filon, co nie dziwi, bo jeden był zhellenizowanym Egipcjaninem, a drugi – zhellenizowanym Żydem. Ale od założenia miasta zarówno Egipcjanie, jak i Żydzi byli traktowani z pewnością gorzej niż Grecy, łączyła ich więc pewna wspólnota losu. Religia była dla nich sprawą poważniejszą niż dla Greków. Jedni i drudzy nie jedli wieprzowiny i praktykowali obrzezanie chłopców. Aleksandryjscy Grecy częściej niż Egipcjanie patrzyli na Żydów z góry, ale wydaje się, że w tym okresie wszyscy mieszkańcy Aleksandrii przyłączyli się do antysemickiej nagonki. Zapewne w tym czasie powstały w mieście pierwsze kluby antysemickie. Ludzie zbierali się w gimnazjonie i obmyślali plan działań. Zaczęli napadać na synagogi, plądrować je i ustawiać w nich posągi cesarza. Przywieźli nawet do wielkiej synagogi stary posąg woźnicy rydwanu, bo wiedzieli doskonale, że umieszczenie ludzkiej podobizny w świątyni to ciężka obraza dla Żydów. Ale te sporadyczne antyżydowskie wystąpienia nabrały teraz bardziej złowrogiego charakteru, gdyż zyskały aprobatę władz. Przez ponad trzy i pół stulecia mieszkańcy Aleksandrii żyli we względnym pokoju. W 38 roku p.n.e. doszło do pierwszego pogromu zwanego rozruchami aleksandryjskimi.
[...]
Taką samą opowieść zawiera Ewangelia Tomasza, której tekst został odnaleziony w Egipcie w 1945 roku i został zaliczony do apokryfów Nowego Testamentu. Pierwsi Ojcowie Kościoła nie uznali tych tekstów. W III wieku Orygenes z Aleksandrii uważał je za heretyckie, a stulecie później Atanazy Wielki z Aleksandrii zakazał rozpowszechniania niekanonicznych ewangelii. Prawdopodobnie więc w IV wieku te teksty zostały ukryte – być może po potajemnym wywiezieniu ich z Aleksandrii – choć niektóre mogły powstać już w połowie wieku I. Opowieść o ucieczce do Egiptu brzmi w Ewangelii (Dzieciństwa) Tomasza bardzo podobnie jak u Mateusza, ale jest jeszcze szczegółowsza, uzupełniona o trzy wersje historii opuszczenia Egiptu przez świętą rodzinę. Wszystkie ewangelie zostały napisane w konkretnym celu i mogą nie trzymać się ściśle faktów. Ale ewangelie kanoniczne zawierają mniej szczegółów niż apokryfy. Chociaż dawniej apokryfy uchodziły za niejasne, a tym samym mniej wiarygodne, współcześni bibliści są zdania, że teksty pisane niezależnie od ewangelii kanonicznych mogą zawierać trafniejszy opis życia Jezusa. Jest to pogląd słuszny zwłaszcza wtedy, gdy jakąś opowieść spotykamy w kilku ewangeliach. Jeśli pewna relacja znajduje się w ewangeliach kanonicznych i niekanonicznych, istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że została zmyślona. Dodaje to wiarygodności opowieści, że święta rodzina uciekła do Egiptu.
[...]
Pewnego wrześniowego popołudnia osioł człapiący tędy raptem zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Szybko się wyjaśniło, że spadł dwanaście metrów niżej, a wskutek tego nieszczęśliwego wypadku odsłonięty został tunel prowadzący do podziemnego cmentarza. W tym czasie wiedziano już, gdzie znajduje się sześć z siedmiu cudów średniowiecznego świata: Wielki Mur Chiński, Wieża Porcelanowa w Nankinie, Hagia Sofia w Stambule, rzymskie Koloseum, Krzywa Wieża w Pizie i Stonehenge w Wiltshire – ale położenie siódmego pozostawało zagadką. I oto wałęsający się osioł dokonał archeologicznego odkrycia o pierwszorzędnym znaczeniu. Znaleziono wreszcie aleksandryjskie katakumby, brakujący cud średniowiecznego świata. Tunel, czarny od sadzy, wiódł do podziemnej nekropolii złożonej z trzech poziomów (najniższy jest dziś zalany przez wodę), które wielkim nakładem pracy zostały wykute w litej skale. Spiralne schody, wijące się wokół pionowego szybu, którym ongiś spuszczano na linach zwłoki, zstępują na pierwszy poziom. Mijamy rotundę z kopułą podtrzymywaną przez sześć filarów, schodzimy po schodach do głównego grobowca, gdzie w dziesiątkach prostokątnych nisz wydrążonych w skale i przylegających do siebie składano zwłoki. Obok rotundy znajduje się sala biesiadna zwana triclinium – wielka kwadratowa komnata z kamiennymi łożami. Odkrywcy znaleźli w tym pomieszczeniu sterty potłuczonej ceramiki i szkła. Przed wiekami goście odwiedzający katakumby przynosili jedzenie i wino, aby ucztować podczas odwiedzin u zmarłych krewnych. I zamiast odnosić puste naczynia do domu, rozbijali je, a skorupy zostawiali w katakumbach. Dlatego katakumby – a nawet cała ta dzielnica Aleksandrii – noszą dziś nazwę Kaum asz-Szukafa, czyli Wzgórze Skorup.
[...]
Opowieść o zabiciu Ozyrysa przez brata, ważna część staroegipskiej mitologii, łączy mit z tragedią i w różnej formie znalazła odbicie w Biblii i Koranie (Kain i Abel), twórczości Shakespeare’a (Klaudiusz i Hamlet) oraz Walta Disneya (Skaza i Mufasa). Set, zazdrosny brat Ozyrysa, zabija starszego brata, by zawładnąć tronem faraonów. Izyda, żona-siostra Ozyrysa, odszukuje rozrzucone szczątki męża i składa je. Dzięki temu Ozyrys może na pewien czas wrócić do życia i spłodzić z nią boga Horusa. Na drugim malowidle przedstawiony jest mit nie egipski, lecz grecki – o Persefonie i Hadesie. Persefona była córką Zeusa, któremu zadedykowano aleksandryjską latarnię i którego Aleksander Wielki uważał za ojca; była też siostrą Heleny Trojańskiej, która przed wiekami miała odwiedzić Faros. Według legendy, opisanej szczegółowo w hymnach homeryckich, piękna Persefona, beztrosko zbierająca kwiatki na łące, zostaje porwana przez Hadesa, boga świata podziemnego. Jej matka Demeter, bogini urodzaju i rolnictwa, wszczyna poszukiwania córki. Ponieważ Demeter zajęta jest szukaniem Persefony, ziemia nie rodzi życiodajnych płodów. Zeus, poruszony skargami głodnych śmiertelników, nakazuje Hadesowi zwrócić Demeter jej córkę. Hades spełnia polecenie, ale wcześniej namawia Persefonę do zjedzenia nasion granatu, co skazuje ją, ponieważ posmakowała owoców podziemnego świata, na spędzanie po wsze czasy trzeciej części roku pod ziemią. Jest to symboliczne wyjaśnienie istnienia pory zimowej, w czasie której ziemia nie wydaje plonów. Legenda ta – która też opowiada o swoistym zmartwychwstaniu – miała duże znaczenie dla aleksandryjczyków. Od świętego Epifaniusza z IV wieku wiemy, że w Aleksandrii istniała świątynia Persefony. Opowieść o Ozyrysie to najważniejszy mit starożytnego Egiptu: po odtworzeniu swego ciała Ozyrys stał się w zasadzie pierwszą mumią. Takie jest źródło słynnej egipskiej sztuki balsamowania, która miała zapobiec rozkładowi ciała po śmierci i zapewnić zmarłą perspektywę życia wiecznego. Jak surowe zimy miały wyniknąć ze złej namiętności Hadesa do Persefony, tak doroczne wylewy Nilu to strumień żałobnych łez Izydy i rozlew krwi Ozyrysa.
[...]
Nie wszystkim mieszkańcom Aleksandrii, mającej przecież bardzo stare tradycje religijne, podobała się nowa wiara. Według koptyjskiej tradycji ustnej w 68 roku n.e. – kiedy święto Serapisa wypadło tego samego dnia co Wielkanoc – w Aleksandrii doszło do jednego z najohydniejszych mordów w jej historii. Grupa mieszkańców, rozgniewanych na Marka za kazanie przeciwko wierzeniom pogańskim, uprowadziła go z kościoła w Baukalis i wtrąciła do więzienia. Tu, zgodnie z tym samym przekazem, apostołowi na krótko ukazał się Jezus. Nazajutrz tłum zawiązał Markowi gruby sznur na szyi i w upokarzający sposób wlókł mężczyznę ulicami Aleksandrii, aż nieszczęsny wyzionął ducha. Chociaż niektóre źródła mówią o tym, że ciało apostoła zostało potem spalone, uważa się, że jego zwolennicy zdołali je odzyskać i nie dopuścili do tego. Później pochowano Marka potajemnie pod ołtarzem kościoła w Baukalis.
[...]
W III wieku mieszkańcy Aleksandrii, świadomi, że potrafią skutecznie wpływać na sytuację polityczną i społeczną w mieście, nabrali pewności siebie. A ponieważ nie byli w stanie wyzwolić się spod władzy Rzymu, uznali, że mogą sobie z niej przynajmniej zakpić – a znani byli z upodobania do komedii. Tak narodziła się tradycja satyry, która stała się ważnym elementem aleksandryjskiej tożsamości. Karakalla spadł satyrykom jak z nieba, bo dostarczał im wybornej pożywki. Był to wszak człowiek, który nie potrafił poradzić sobie z żoną, zabił brata i tłumaczył się niedorzecznie, że zrobił to w samoobronie; który naprawdę wierzył, że jest drugim Aleksandrem Wielkim, a na dodatek słynął z nikczemnej postury. Stał się więc głównym przedmiotem aleksandryjskich satyr, a jego matkę, syryjską Arabkę, nazywano w nich Jokastą, bo krążyła plotka – puszczona w obieg być może właśnie w Aleksandrii – że ona i Karakalla pozostają w kazirodczym związku (w mitologii greckiej królowa Jokasta sypia z synem Edypem). W 215 roku, po serii strajków i rozruchów, zorganizowanych zwłaszcza przez tkaczy, Karakalla wydał edykt o wysiedleniu Egipcjan z Aleksandrii – próbował w ten sposób spacyfikować klasę robotniczą miasta. Egipcjanie, którzy w tym czasie przenieśli się do Aleksandrii, nie byli uważani za aleksandryjczyków. Z fragmentów papirusu, na którym spisano edykt, dowiadujemy się, że „łatwo ich rozpoznać […] po innym sposobie mówienia, wyglądzie i odzieniu”, a także „trybie życia i obyczajach”1. Edykt Karakalli potwierdzał więc odmienność egipskiej ludności Aleksandrii i Egipcjan, którzy niedawno się tam przeprowadzili. A to oznaczało, że nawet autochtonom groziło wydalenie z miasta – coś, co za Ptolemeuszy było nie do pomyślenia. Niedługo potem, w grudniu 215 roku, Karakalla przybył do Aleksandrii. Ojcowie miasta zgotowali dwudziestosiedmioletniemu cesarzowi uroczyste powitanie i dołożyli starań – tak jak to mieli w zwyczaju – aby uhonorować znakomitego gościa. Kilka lat później Herodian, rzymski urzędnik piszący po grecku, podał swoją wersję tych wydarzeń. Relacjonuje więc, że:
wszelkiego rodzaju grupy muzyków i śpiewaków w różnych punktach rozmieszczone popisywały się rozmaitymi śpiewami, opary najróżniejszych wonności i kadzidła witały wkraczających miłym zapachem, a mieszkańcy trzymali w rękach pochodnie i rzucając kwiaty, oddawali cześć cesarzowi.
Karakalla wziął udział w tych uroczystościach, a potem pojechał odwiedzić grobowiec swojego idola (a może też go splądrować). Po powrocie zaczął głosić, że wniknął w niego duch Aleksandra Wielkiego.
[...]
Zebrał się wielki tłum, więc Karakalla zarządził, aby wszyscy młodzieńcy sformowali falangę na cześć Aleksandra. Kiedy ustawili się w szeregi, cesarz ze strażą przyboczną odszedł. Wtedy nieuzbrojeni aleksandryjczycy zostali otoczeni przez rzymskich żołnierzy, którzy „poczęli ich mordować we wszelki sposób”. Jedni żołnierze zabijali młodzieńców, a inni kopali wielkie doły, do których wciągali zwłoki i zasypywali je ziemią – część ofiar była martwa, ale wielu pogrzebano żywcem. Herodian pisze: „Rzeź była tak straszliwa, że strumienie krwi płynęły przez równinę, a ujścia Nilu, choć wielkie, i wybrzeże wokół miasta zupełnie krwią zostały zabarwione”. Wedle innej relacji, chyba bliższej prawdy, Karakalla nie czekał nawet, żeby wejść do miasta. Rzymski historyk Kasjusz Dion, też piszący kilka lat po tych wydarzeniach, informuje, że Karakalla wymordował ojców miasta, którzy czekali nań u bram, i dopiero potem wkroczył do Aleksandrii. Kiedy rozeszła się wieść o pochodzie cesarza, na wszystkich ulicach rozpoczęły się rozruchy, więc Karakalla dał znak swoim żołnierzom. Ci zamknęli bramy, po czym spędzili na wzgórze Rakotis wszystkich młodych ludzi, których znaleźli i tam wyrżnęli w pień dwadzieścia pięć tysięcy osób. Zwłoki wrzucono do ognia; dym i swąd palonych ciał tygodniami wisiały nad miastem. Masakra satyryków to jeszcze jedno świadectwo niezmiernie skomplikowanych stosunków łączących Rzym z Aleksandrią. Od samego początku rzymskiego zwierzchnictwa nad Egiptem w Aleksandrii panowały antyrzymskie nastroje. Wydarzenia z 215 roku pozostały w świadomości aleksandryjczyków długo po tym, jak zakrwawiona woda odzyskała zwykłą barwę, a dym rozwiał się bez śladu. Skutki „furii Karakalli” odczuwano w mieście przez następne dziesięciolecia. Rzymianie, mimo swego entuzjazmu wobec założyciela Aleksandrii, z pewnością nie byli godni zaufania. Wierzenia religijne tępili bez litości. Karakalla kazał zabijać aleksandryjczyków za to, że wierzą w egipskich bogów, a Żydom i chrześcijanom – wyznawcom monoteizmu – stale groziło niebezpieczeństwo. Karakalla zresztą atakował nie tylko mieszkańców Aleksandrii, lecz także tutejsze książki. Jeszcze przed przybyciem do Aleksandrii prześladował arystotelików: palił ich pisma i zamykał salę, w której zbierali się na posiłki. Możliwe, że zniszczył tę część Biblioteki i Musejonu.
[...]
Toteż na przełomie III i IV wieku cesarz Dioklecjan wrócił do Aleksandrii i narzucił jej system dostaw zboża ściśle nadzorowany przez jego rząd. Zakazał też praktyk alchemicznych i wszczął represje przeciwko aleksandryjskim alchemikom, co zapoczątkowało upadek alchemii. Możliwe, że podczas cesarskiej wizyty w 302 roku powstał jeden z najbardziej znanych zabytków Aleksandrii – tak zwana kolumna Pompejusza. Jest to jedna z największych monolitycznych kolumn w historii – sięga niemal dwudziestu siedmiu metrów. Pierwotnie wieńczył ją posąg Dioklecjana w zbroi. Zbudowana z najprzedniejszego różowego granitu, z kapitelem z szarego granitu i posągiem ze skrzącego się porfiru, była kolumną triumfalną upamiętniającą wojenne i gospodarcze sukcesy cesarza. Ale miała też świadczyć o potędze Rzymu – ku zgrozie tubylców wzniesiono ją tuż obok Serapejonu, w najwyższym punkcie miasta. Dziś ta monumentalna kolumna stoi niedaleko dworca głównego i przy całkiem zwyczajnej ulicy z odrapanymi blokami, po której śmigają żółto-czarne autoriksze grające głośną muzykę; po obu stronach zabytku trzymają straż kamienne sfinksy. Ale posągu na szczycie już nie ma. W XVIII wieku u stóp kolumny znaleziono fragment uda Dioklecjana wielkości 1,6 metra, z czego można wnosić, że posąg miał około 7 metrów wysokości. Ten i inne fragmenty zostały wywiezione do Europy i ślad po nich zaginął. Popularność zyskała opowieść, że kolumnę poświęcono Pompejuszowi Wielkiemu, który w 48 roku p.n.e. zginął z rozkazu brata Kleopatry, a odciętą głowę albo prochy tego rzymskiego wodza złożono na wierzchołku zabytku. Tak uważali krzyżowcy, którzy po przybyciu do Aleksandrii w XII wieku błędnie odczytali inskrypcję na cokole kolumny: „Publiusz, namiestnik Egiptu, wzniósł ten pomnik na cześć najdostojniejszego cesarza, boga opiekuńczego Aleksandrii, Dioklecjana niezwyciężonego”. Wskutek pomylenia greckiego imienia Publiusz (ΠΟΠΛΙΟΣ) z imieniem Pompejusza (ΠΟΜΠΗΙΟΣ) kolumnie nadano błędną nazwę, która pokutuje do dziś. W języku arabskim kwestia ta nie istnieje, bo arabskim podróżnikom kolumna przypominała maszt na ich żaglowcach, nazwali ją więc oni Amud as-Sawari, czyli Kolumna Masztów.
[...]
Widać z tego, że Aleksandria odrodziła się po ciężkich wstrząsach z połowy III wieku i nadal tętniła życiem. Jak świadczy kilka ocalałych prywatnych budynków w dzielnicy Kom el-Dikka, ich wewnętrzne dziedzińce zdradzały cechy stylu egipskiego, a posadzki w pokojach jadalnych były wyłożone greckimi mozaikami. Upowszechniał się też rzymski styl architektoniczny. Przebudowane duże domy – czasem z małymi dobudówkami – nosiły już jego piętno. Portyki i ceglane łaźnie dowodziły bogactwa i dużej ilości wolnego czasu, podobnie jak zamożność niektórych pracownic seksualnych. W jednej z relacji czytamy, że ówczesna prostytutka regularnie zamawiała dania z ryb i tyle wina, ile dusza zapragnie. Do łaźni chodzono masowo, by zażywać parowych kąpieli i pławić się w basenach z gorącą i zimną wodą. Pewnego dnia latem 365 roku, o wschodzie słońca, ziemia na krótko się zatrzęsła. Potem przyszła gwałtowna burza, która z czasem ucichła, a wzburzone morze przy aleksandryjskim brzegu zaczęło się cofać. Dziesiątki statków cumujących w porcie zostało wywróconych. Spoczywały one teraz na piasku, pośród ławic ryb wszystkich kształtów i rozmiarów. Mieszkańcy miasta pobiegli jak na skrzydłach zbierać ryby i zaglądać do statków. Naraz, bez ostrzeżenia, o brzeg uderzyła olbrzymia fala – a była tak wysoka, że poniosła leżące statki na pięć kilometrów w głąb lądu i zalała najwyższe budynki. Mimo że miasto było solidnie zbudowane, tsunami uszkodziło większość domów i zburzyło tysiące innych. Około pięciu tysięcy ludzi natychmiast utonęło. Statki osiadły na dachach budynków, a wszędzie walały się ludzkie zwłoki. Sąsiednim wsiom powiodło się jeszcze gorzej, bo zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Ammianus Marcellinus, historyk rzymski i autor tego szczegółowego opisu, nazywa to „szalejącą niezgodą żywiołów”, która zmieniła oblicze ziemi. Według dzisiejszych obliczeń doszło wówczas do dwóch następujących po sobie trzęsień ziemi o sile 8,6 w skali Richtera, dlatego mówi się o jednym z największych kataklizmów sejsmicznych w dziejach świata.
[...]
Od I wieku n.e. kosmopolityzm aleksandryjski oddziaływał silnie na miejscowych uczonych chrześcijańskich. Ich doktryny filozoficzne wchłonęły elementy egipskiego mistycyzmu, myśli greckiej i tradycji żydowskiej, a także pewne idee babilońskie, buddyjskie i hinduistyczne, które docierały drogą morską. Wiadomo też, że w tym okresie działali w Aleksandrii tak zwani terapeuci – żydowska wspólnota religijna często kojarzona z potomkami misjonarzy buddyjskich. Filon z Aleksandrii pisze, że grupy terapeutów istniały we wszystkich dzielnicach Aleksandrii, zwłaszcza nad jeziorem Mareotis, gdzie wiodły proste, uduchowione życie i dążyły do „doskonałego dobra”. Ostatecznym owocem wszystkich tych wpływów na chrześcijaństwo był gnostycyzm. Słowa gnosis użył swego czasu Platon na określenie wiedzy jako efektu teoretycznych rozważań, a nie praktycznego działania. Myśl gnostycka zrodziła się w odpowiedzi na życiowe wyzwania. Po najeździe rzymskim i następujących po nim represjach, które dotknęły wszystkie warstwy społeczne, aleksandryjczycy zaczęli się zastanawiać nad swoim miejscem we wszechświecie i wśród rodzaju ludzkiego, a także nad naturą mądrości bożej. Istotna część aleksandryjskich Żydów pod wpływem ciężkich przejść i politeistycznych sąsiadów została gnostykami i oddała się ezoterycznym i mistycznym rozmyślaniom. Niektórzy aleksandryjscy chrześcijanie poszli w ich ślady; roztrząsali idee gnostyckie i zastanawiali się, czy droga do Boga wiedzie przez gnozę, a nie przez wiarę – innymi słowy, czy droga mistyczna jest właściwsza niż obrzędowa. Dążenie do oświecenia było dlań ważniejsze od skruchy. Do uczonych gnostyckich należał Bazylides, działający na początku II wieku. Jego nauki pozyskały tej nowej odmianie chrześcijaństwa wielu aleksandryjczyków, zwłaszcza kobiety, które w efekcie zaczęły brać aktywniejszy udział w krzewieniu wiary. Aleksandria była więc kolebką gnostycyzmu, gdyż jej coraz liczniejsi chrześcijanie podlegali silnym wpływom greckich i żydowskich współmieszkańców i ponieważ taka mistyczna doktryna mogła przyciągnąć ludzi ze wszystkich klas społecznych. Gnostycyzm podkreślał rolę alegorii w odczytywaniu Pisma Świętego, a prekursorami tej metody interpretacyjnej byli żydowscy uczeni aleksandryjscy z I wieku n.e., na przykład Filon. Ale zwierzchnicy Kościoła w większości odrzucali gnostycyzm i przez pewien czas istniały w Aleksandrii dwie sekty chrześcijańskie: gnostycka i ortodoksyjna.
[...]
Plotyn założył z czasem pierwszą neoplatońską szkołę filozoficzną. Głosił, że istnieje absolutne bóstwo, tak zwana Jednia, która stworzyła wszechświat i jest wobec niego transcendentna. Stanowi przyczynę wszelkiego dobra i wszyscy ludzie usiłują do niej powrócić. Plotyn pisał, że Jednia obdarza ludzi zdolnością myślenia, sumieniem i wolnością woli. Z Jedni wyłaniają się trzy inne byty: Umysł, Dusza i Natura, stanowiące trójcę. Plotyn nazywał je hipostazami, czyli podstawami wszystkiego, co istnieje. Do szkoły Plotyna uczęszczało wielu mężczyzn i kobiet, a także chłopcy i dziewczynki, których rodzice pragnęli, aby ich pociechy uczyły się o wszechświecie. Po jedenastu latach Plotyn uznał, że czas wybrać się w podróż; najtaniej wypadło przyłączenie się do rzymskiej wyprawy do Persji. Plotyn wyjechał więc, a swoje peregrynacje zakończył w Rzymie, gdzie założył akademię. Zdążył jednak zapisać się w dziejach Aleksandrii: miejscowym astrologom i wróżbitom zajrzało w oczy bankructwo, bo neoplatonizm uleczył ludzi z fatalizmu i wpoił im przekonanie, że mogą być kowalami własnego losu.
[...]
Z pism Orygenesa zachowały się tylko dwa listy. Od jego uczniów i z późniejszych pism mu poświęconych wiemy jednak, że uważał Chrystusa za człowieka i boga, a świat był dla filozofa pełen symboli, toteż Pismo Święte odczytywał on w sposób alegoryczny. Dowodził, że nawet przemoc i rozlew krwi obecne w Starym Testamencie nie mogły być rzeczywiste, ale były tylko metaforą. Ogień symbolizuje wewnętrzną boleść, a chrześcijaństwo jest na tyle dalekie od przemocy, że gdyby wszyscy się nań nawrócili, żadne państwo nie potrzebowałoby armii. Za sprawą szczegółowych komentarzy porównawczych do Biblii Orygenes stał się twórcą biblistyki. Zapewniło mu to tytuł ojca teologii i ugruntowało jego sławę najważniejszego teologa chrześcijańskiego przed Augustynem, który urodził się sto lat po śmierci Orygenesa. Neoplatonizm stał się podstawą doktryny chrześcijańskiej. Boga i jego niematerialność utożsamiono z Jednią, a Orygenes pozostał orędownikiem alegorii i pokoju – dwóch idei, które do dziś odgrywają w chrześcijaństwie pierwszorzędną rolę.
[...]
W IV wieku Aleksandria zachowała swój wielowyznaniowy charakter, a wierzenia i obrzędy wspólnot religijnych wciąż się zmieniały. Wada wielowyznaniowości polegała na tym, że miasto mogło w jednej chwili stanąć w ogniu wojen religijnych. W ciągu stuleci pokój w wielokulturowej metropolii zakłócały od czasu do czasu brutalne prześladowania, w których cierpieli Egipcjanie, Żydzi i chrześcijanie. Ale triumf chrześcijaństwa pociągnął za sobą szczególnie ostry atak na politeistyczne wierzenia mieszkańców. Kiedy cesarstwo rzymskie stało się państwem chrześcijańskim, koine – aleksandryjski dialekt języka greckiego – zaczął się kojarzyć z politeizmem, mimo że mówił nim nawet Chrystus. Politeistów nazywano Hellenami, czyli dosłownie Grekami. Od tej pory aż do czasów europejskiego odrodzenia nazwa ta miała wyraźnie obraźliwy wydźwięk. W IV wieku chrześcijanie zaczęli też używać na określenie politeistów łacińskiego słowa „poganie”. Wszelkie wierzenia zawsze przybierały w Aleksandrii nową postać – i chrześcijaństwo nie było wyjątkiem. Wchłonęło elementy filozofii greckiej, egipskiej i żydowskiej i ewoluowało w tyglu zaciętych sporów doktrynalnych i walk frakcyjnych. Aleksandryjscy chrześcijanie stale wywoływali zamieszki i walczyli między sobą, teraz zaś toczyli spór przede wszystkim o naturę Chrystusa i jego stosunek do Boga Ojca. Odrzucali też biskupów niepochodzących z Aleksandrii, przysyłanych przez cesarza. W konsekwencji w ciągu IV wieku Aleksandria powoli oddalała się od Konstantynopola i Rzymu; władza cesarska coraz mniej interesowała się Aleksandrią, co w końcu spowoduje, że najazd arabski zakończy się łatwym podbojem miasta. Zanim to jednak nastąpiło, chrześcijańscy przywódcy i obywatele wystąpili przeciwko swoim niechrześcijańskim sąsiadom: politeistom i Żydom. Wzrost znaczenia biskupów zmieniał hierarchię społeczną w Aleksandrii. Dotychczas najbardziej wpływową grupą była elita polityczna i gospodarcza miasta, ludzie zamożni od pokoleń i odbierający klasyczną grecką edukację. W IV wieku podobne wpływy zdobyła hierarchia chrześcijańskiego Kościoła, która utrzymywała stosunki polityczne z rzymskimi namiestnikami i urzędnikami i potrafiła oddziaływać na opinię publiczną. Biskupi jednak pochodzili często z niższych sfer i nie urodzili się w Aleksandrii. Z tych dwóch względów niektórzy przywódcy chrześcijan odegrali istotną rolę w likwidacji resztek aleksandryjskiej tolerancji. Zwalczali niechrześcijańskie kultury i utrzymywali własną siłę zbrojną, na wypadek gdyby trzeba było walczyć z wrogą frakcją. Parabolanie, którzy w czasie zarazy w III wieku bezinteresownie opiekowali się chorymi, stali się praktycznie gwardią przyboczną patriarchy i prywatną policją Kościoła; w IV wieku było ich około ośmiuset. Ludność nie śmiała im się sprzeciwiać, bo wiedziała, że stoją ponad prawem.
[...]
W IV wieku, począwszy od panowania Konstantyna, posiadanie domniemanych książek heretyckich stało się przestępstwem i wszelkie takie pisma były palone i niszczone. Jakże daleko odeszli już mieszkańcy Aleksandrii od swego dawnego celu: gromadzenia całego istniejącego piśmiennictwa. Ale przynajmniej jeden człowiek, prawdopodobnie mnich, ukrył swoje książki, by je ocalić dla potomności. W 1945 roku na cmentarzu w mieście Nadż Hammadi, niezbyt daleko od Luksoru, młody rolnik Mohammed as-Samman odkrył stary dzban, zamknięty hermetycznie. W środku znajdowało się trzynaście papirusowych kodeksów oprawnych w skórę, które przetrwały co najmniej tysiąc sześćset lat. Zawierały ponad pięćdziesiąt traktatów gnostyckich i Ewangelię Tomasza, zaliczaną dziś do apokryfów. Kilka lat po tym odkryciu Gilles Quispel, holenderski historyk, podarował jeden z kodeksów psychoanalitykowi Carlowi Jungowi na urodziny. Inni bogowie i ich świątynie w Aleksandrii i jej okolicach podzielili los Serapisa i Serapejonu. Zniszczono posągi i obrazy bożków, zarówno te z domów prywatnych, jak i te z publicznych budynków, łaźni i placów, gdzie spalono je pośród wiwatów i śpiewów tłumu. Zdewastowane świątynie zwykle zamieniano w kościoły. Ponieważ świątynie pozostały własnością państwa, chodziło w tym o unicestwienie politeistycznych tradycji i zarazem o chrystianizację. Zamiana świątyń w kościoły (a potem kościołów w meczety) miała charakter nie tylko religijny, lecz także polityczny – pokazywała, kto dysponuje rzeczywistą władzą.
[...]
W owych czasach wiele mieszkanek Aleksandrii umiało czytać i pisać, alfabet znały nawet kobiety z niższych sfer. Córki z elitarnych rodzin otrzymywały nie mniej staranne wykształcenie niż ich bracia, a ponadto uczono je dobrych manier. Hypatię kształcono inaczej od zwykłych aleksandryjek, bo w jej wypadku nacisk położono na słownictwo, gramatykę i frazeologię klasycznej greki, różniącej się znacznie od dialektu aleksandryjskiego. Być może natchnieniem dla Hypatii była Pandrosion z Aleksandrii, matematyczka urodzona nieco wcześniej. Pisma tej uczonej nie zachowały się, ale Pappus z Aleksandrii, jej konkurent, wzmiankuje, że wynalazła ona metodę przybliżonego podwojenia sześcianu. W wieku około trzydziestu lat Hypatia, namaszczona przez ojca, została nowym nauczycielem w jego akademii. Damaskios, neoplatonik z VI wieku, który kształcił się, a potem nauczał w Aleksandrii, pisze, że Hypatia „miała większe uzdolnienia niż jej ojciec, nie była zadowolona z tego, czego uczył w zakresie przedmiotów matematycznych; zajmowała się też pracowicie wszystkimi dziedzinami filozofii”. Aleksandryjska filozofia znacznie przybladła na tle rozwijającej się bujnie matematyki, Hypatia więc starała się tchnąć nowe życie w nauki Platona i Arystotelesa. Zewsząd przybywali do niej uczniowie. Jej pogadanki filozoficzne przyciągały setki słuchaczek i słuchaczy. Ich forma i treść były bardzo przystępne i gdy Hypatia mówiła, słuchały jej tłumy. Damaskios twierdzi, że „wkładała szatę filozofa i spacerowała po centrum miasta, publicznie objaśniając dzieła Platona, Arystotelesa albo innego filozofa”.
[...]
Hypatia ogłaszała komentarze do pism legendarnych uczonych aleksandryjskich, między innymi matematyka Diofantosa z Aleksandrii, „Wielkiego Astronoma” Klaudiusza Ptolemeusza i „Wielkiego Geometry” Apoloniusza z Pergi, który wynalazł jej ulubiony przyrząd astronomiczny – astrolabium. Zbudowała także urządzenia do destylacji wody i do mierzenia jej poziomu oraz areometr do pomiaru gęstości cieczy. Opiekowała się ponadto grupą utalentowanych uczniów, wśród których było dwóch braci wyznania chrześcijańskiego. Jeden nazywał się Synezjusz, a jego listy przetrwały do naszych czasów. Synezjusz opisuje między innymi, jak Hypatia nauczyła go konstruować astrolabium. Prosi też Hypatię o opinię na temat swego stylu literackiego oraz swoich dzieł o objaśnianiu snów i hodowli psów. Listy mówią o miłości, jaką uczniowie darzyli siebie nawzajem i Hypatię, swą intelektualną „matkę”. Ta apologia, oparta na Uczcie Platona, wyrasta z miłości do wiedzy i duchowości, miłości duszy, a nie ciała. To od idei platońskiej pochodzi dzisiejsze określenie „miłość platoniczna” i takie właśnie uczucie żywili do siebie uczniowie Hypatii.
[...]
W latach osiemdziesiątych IV wieku działały w Aleksandrii dwie konkurencyjne szkoły neoplatońskie. W poprzednim stuleciu neoplatonik Plotyn głosił, że istnieje absolutne bóstwo, Jednia, która napełnia ludzi uzdolnieniami. Porfiriusz, uczeń Plotyna, dodawał, że dusza ludzka może przez walkę i cnotę wspinać się na wyższe szczeble istnienia i zbawienia. A Syryjczyk Jamblich, uczeń Porfiriusza, uważał, że zbawienie można osiągnąć tylko przez uświadomienie duszy jej własnej boskiej natury za pośrednictwem symboli i rytuałów. Hypatia hołdowała poglądowi Porfiriusza, że zdobywanie wiedzy i badania naukowe prowadzą do cnoty, czyli czegoś, co przyciągało do jej szkoły dzieci chrześcijańskich elit Aleksandrii. A politeiści aleksandryjscy starali się odrodzić wiarę w moc symboli i obrzędów, dlatego uczyli teorii Jamblicha w Serapejonie przed jego zniszczeniem w 391 roku. Paradoksalnie tak zwane pogańskie przekonania Hypatii nie stały w sprzeczności z chrześcijańskimi. Ale ponieważ widziała, że jej religii odmawia się wszelkich praw, że świątynie, na przykład Serapejon, są burzone, a dzieła sztuki w rodzaju posągu Serapisa profanowane, a nawet przetapiane na złoto, musiała być zasmucona i pełna obaw. Wielu uczonych politeistów było na tyle zaniepokojonych, że wyjechało z miasta, Hypatia jednak postanowiła zostać. Wydawało się, że neoplatonizm, któremu hołdowała, przerzuca mosty między różnymi wierzeniami, a jej szkoła pozwalała na coraz już rzadszą swobodę dyskusji. Hypatia należała do aleksandryjskiej elity społecznej i była w dobrych stosunkach z władzami miasta. Liczyła więc, że jej prawa i swobody, zarówno w szkole, jak i w domu – zapewne obszernym budynku z ogrodem – zostaną uszanowane.
[...]
Zamordowanie Hypatii przeraziło aleksandryjskich uczonych. W popłochu zaczęli oni się pakować i wyjeżdżać do Aten, co oczywiście nietrudno zrozumieć. Po raz pierwszy od założenia Musejonu miasto nie mogło już nazywać się stolicą wiedzy. Filozofia platońska miała przetrwać jeszcze tylko stulecie – w 529 roku cesarz Justynian zamknie Akademię założoną przez Platona w Atenach. Sytuacja Biblioteki Aleksandryjskiej też była coraz gorsza. W pięć lat po śmierci Hypatii rzymski historyk Orozjusz odwiedził Aleksandrię i ze zdumieniem ujrzał w Bibliotece puste półki. Liczba zwojów powoli topniała; tego roku podczas zamieszek tłum zniszczył wiele rękopisów, a wyjeżdżający uczeni zabierali książki ze sobą. Jeśli chodziło o stosunki religijne, to pomiędzy chrześcijanami a politeistami istniały różnice nie do pogodzenia. Poczucie tożsamości wśród filozofów, historyków, a nawet zwykłych obywateli było coraz silniejsze – i wynikało nie tyle ze świadomości należenia do własnej grupy wyznaniowej, ile z wrogości do grupy przeciwnej. W Aleksandrii zatriumfowała polityka tożsamości. Damaskios winił Cyryla [biskupa aleksandryjskiego – przyp. aut.] o zabójstwo Hypatii i dodawał, że patriarcha zaskarbił tym sobie wiele sympatii, ponieważ „zniszczył resztki bałwochwalstwa w mieście”.
[...]
Zamordowanie Hypatii przez następne dziesięciolecia pozostało w żywej pamięci aleksandryjczyków i stało się dla nich naturalnym punktem odniesienia. Aleksandryjskie epigramy Palladasa są świadectwem kultu Hypatii, zwłaszcza wśród ludności politeistycznej. Poeta ten, przedstawiający się jako politeistyczny nauczyciel i więzień chrześcijańskiego miasta, a co gorsza – nieszczęśliwego małżeństwa, pisał:
Kiedy Cię widzę i słyszę twe słowa,
Uklękam, jakby przed niebios Dziewicą,
Bo w niebie także i Twoje są sprawy.
Hypatio wzniosła, pięknych słów mistrzyni,
Przeczysta gwiazdo w tej mądrości szkole.
Dla Palladasa Hypatia to święta męczennica, której dzieło nosi cechy boskości. Obecnie przebywa u Panny, która według mitologii greckiej jest również dziewicą i – jak wyjaśnia Gideon Nisbet, filolog klasyczny – „chodziła pomiędzy ludźmi, mówiąc im niewygodną prawdę, lecz w końcu wyrzekła się ich i zajęła miejsce wśród gwiazd”. Z Hypatii czyniono odtąd symbol różnych idei. W XX wieku na swoje sztandary, choć nie wszędzie, wziął ją ruch walczący o prawa kobiet. Wcześniej, w dobie renesansu, postać Hypatii połączono z postacią świętej Katarzyny z Aleksandrii, tworząc ideał aleksandryjskiej super-kobiety, wykształconej i zarazem pobożnej. W czasach oświecenia Hypatia była przedstawiana jako areligijna uczona, której działalność dowodziła owocności świeckich badań naukowych. Voltaire sławił w niej racjonalistkę, która nie poddała się dogmatom. Ale gdy żartował, że „kiedy rozbiera się piękną kobietę do naga, to nie po to, żeby ją mordować”, wielki Francuz nie potrafił wyjść poza kobiecość Hypatii. Przypomina nam to, że płeć wpływała – i nie przestaje wpływać – na sposób postrzegania uczonej. W czasach, gdy starano się odrodzić w Europie idee klasyczne, Hypatia znów wzbudziła zainteresowanie i uchodziła za ideał postaci hellenistycznej. Dziewiętnastowieczne rzeźby przedstawiają aleksandryjską uczoną jako zupełnie nagą kobietę.
[...]
W jaki sposób powstała dzisiejsza aleksandryjska tożsamość? W ciągu długich dziejów Aleksandrii istniało tu tyle systemów władzy i tyle przewinęło się żywiołów etnicznych, że aleksandryjska tożsamość jest pojęciem bardzo złożonym. Dzisiejsi mieszkańcy – czy to muzułmanie, czy to chrześcijanie urodzeni lub wychowani w Aleksandrii – mówią najczęściej, że są aleksandryjczykami i Egipcjanami. „Nie jestem z Egiptu, jestem z Aleksandrii”. Kiedy Marwan Pablo, najpopularniejszy artysta trapowy w kraju, wykrzykuje te słowa podczas nadmorskich koncertów, tłum aleksandryjczyków wpada w ekstazę. Choć „Egiptem” potocznie nazywany jest Kair, aleksandryjczycy zaś lubią się dystansować od stolicy kraju, tożsamość narodowa pozostaje dla nich rzeczą ważną. Świadczą o tym patriotyczne nazwy ulic, obecność wojska, hasła na plakatach z portretem prezydenta. Świadczy o tym fakt, że bardzo często widzi się flagę narodową na ulicach, na łodziach i budynkach, włącznie z tą, która bohatersko powiewa na szczycie aleksandryjskiej cytadeli. Tożsamość aleksandryjska i egipska bynajmniej się nie wykluczają. Ale w przeciwieństwie do większości Egiptu w Aleksandrii silniejsza jest identyfikacja z miastem niż z krajem.
[...]
Podczas wojny Egiptu z Izraelem w 1967 roku aleksandryjska tożsamość ponownie uległa zmianie. Wtedy właśnie na zawsze odeszła w przeszłość wielokulturowa Aleksandria. Nie znaczy to wcale, że miasto jest dziś monokulturowe. Wystarczy przejść się po ulicach, żeby się o tym przekonać, usłyszeć to w muzyce i zobaczyć w ludziach. Ujrzymy więc siedzących razem muzułmanów i chrześcijan, przy sąsiednich stolikach ortodoksa z długą brodą i miłośnika rocka ze strzechą na głowie, a w kolejce plażowiczkę w kusej kolorowej sukience przed kobietą skrywającą twarz za czarnym kwefem. W dzisiejszej Aleksandrii, w tym zglobalizowanym mieście, możesz wybrać sobie taką tożsamość kulturową, jaką chcesz. Miasto rozmywa więcej granic, niż je wytycza; mówiąc słowami Ibn Battuty: jest to miasto „ozdób i krenelaży”, nie wspominając o Wschodzie i Zachodzie, o religii i nauce, tradycji i nowoczesności, micie i rzeczywistości, teraźniejszości i przeszłości. Przy tym wszystkim jest to jednak miasto jednojęzyczne, arabskie i w większości muzułmańskie; miasto, w którym jedna tożsamość panuje niepodzielnie. Ale co drugi mieszkaniec Aleksandrii ma przodków, którzy przybyli tu z dalekiego kraju. Obecna hegemonia istnieje w cieniu kulturalnego tygla.
[...]
Być może każde pokolenie podświadomie uważa istniejący stan rzeczy za ostateczny i zakłada, że – bez względu na to, czy to dobrze czy źle – zawsze już będzie tak, jak jest. Czy ktoś przypuszczał na przykład, że rządy rdzennych Egipcjan dobiegną końca, że Aleksandria znajdzie się w cesarstwie rzymskim, że stanie się muzułmańska, że przestanie być stolicą, że jej żydowska społeczność praktycznie zniknie, a jeden na sześciu jej dzisiejszych mieszkańców będzie niepiśmienny? Długa historia Aleksandrii uczy nas, że społeczeństwa podlegają zmianom, że harmonia jest nietrwała, że siły zewnętrzne, wywierające przemożny wpływ, mogą pojawić się ni stąd, ni zowąd i że wzloty i upadki są nieuchronne. Dzisiejsza Aleksandria ma około trzech czwartych stulecia. Jeśli całe dzieje miasta potraktujemy jako jeden dzień, to okres ten będzie równy zaledwie trzem kwadransom. Aleksander Wielki założył Aleksandrię prawie dwa i pół tysiąca lat po zbudowaniu piramid w Gizie. My żyjemy około dwóch i pół tysiąca lat po Aleksandrze. Kto wie, co będzie za dwa i pół tysiąca lat?
[...]
Jak ukształtowało się fizyczne oblicze Aleksandrii, które dziś znamy? Trudno sobie nawet wyobrazić, że tu, gdzie żyją dziś miliony jej mieszkańców, była kiedyś mała wioska rybacka oddzielona cieśniną od jeszcze mniejszej, bezludnej wyspy. Historia Aleksandrii to zatem opowieść o tym, jak owa wieś i wyspa stały się regionalną stolicą, światowym ośrodkiem nauki, centrum handlu międzynarodowego i pożądaną zdobyczą dla ekspansjonistycznych imperiów. Trzeba pamiętać, że miasto przeobrażało się wskutek celowych wysiłków, a nie w sposób organiczny. Zrodziła je nie wojna ani podziały geograficzne, ale wola i myśl jednego człowieka. Znalezienie miejsca położonego na styku kontynentów – to jedno. Założenie, że jeśli skupi się ludzi z różnych stron świata w jednym miejscu i pozwoli im się żyć we względnej wolności, to skutkiem będzie rozkwit gospodarczy – to koncepcja znacznie ambitniejsza. Ostatecznie, mimo ciągłych wahań między wolnością a nietolerancją, ten wielki plan się powiódł. Aleksandryjski sen, który popychał ludzi do osiedlania się w mieście, stał się rzeczywistością. Nadmorskie miasto rozwinęło się w wielki ośrodek handlowy i węzeł komunikacyjny, gościnnie przyjmujący kupców i podróżników z całego świata i eksportujący swoje towary we wszystkich kierunkach. Pomysł następców Aleksandra, że gromadzenie i tworzenie wiedzy stanie się źródłem siły, również zdziałał cuda. Systemy filozoficzne, wynalazki i oświata zapewniły Aleksandrii „soft power” o kolosalnej wręcz skali. W ciągu zaledwie jednego stulecia te dwa czynniki spowodowały, że Aleksandria stała się handlową stolicą regionu, na której opierały swój byt całe imperia, i światową stolicą wiedzy, propagującą różne koncepcje filozoficzne i wytyczającą nowe drogi w nauce i technice. Obie strategie oznaczały odejście od tradycyjnych przekonań i wartości związanych z przestrzenią, ludnością, wiedzą i władzą. Obie sprawiły, że Aleksandria stała się pierwszym nowoczesnym miastem na świecie.
[...]
Dawne przedmioty zaściełają dno morskie, próbują wydostać się na powierzchnię i proszą się o odnalezienie. Mogą pochodzić z dowolnego okresu: faraońskiego, ptolemejskiego, rzymskiego, bizantyńskiego, osmańskiego. Jeden z niedawno emerytowanych szefów policji aleksandryjskiej opowiadał mi, że za jego urzędowania panna młoda wpadła w swojej białej sukni do rowu przy dawnej Drodze Kanopskiej i odkryła wejście do dzielnicy starożytnego miasta. „Wystarczy się schylić, żeby coś znaleźć” – żartował, czym nawiązywał do licznych informacji o mieszkańcach, którzy przypadkiem odkrywają antyczne przedmioty, zwykle monety z czasów rzymskich. Pewnego dnia w 2008 roku pojechał na dworzec główny, bo kolejarze natknęli się na piwnicę, o której nikt wcześniej nie wiedział. Zszedł z pochodnią w ręku i zobaczył sieć korytarzy. W jednym znalazł mundury armii brytyjskiej. Dwudziestopierwszowieczna Aleksandria przypomina teatr uliczny, ale fizyczne ślady przeszłości miasta, inaczej niż w Atenach, Jerozolimie czy Rzymie, nie rzucają się tu w oczy. Aby dowiedzieć się, jak wyglądały starożytny aleksandryjski ogród albo świątynia, najlepiej zwiedzić willę Hadriana z początku II wieku w środkowych Włoszech. Budowle aleksandryjskie spotkał inny los. Zostały one zburzone i odbudowane w innej postaci. Znalazły się głęboko pod ziemią. Pogrążyły się w morskich odmętach. Taki był skutek licznych trzęsień ziemi, tsunami, powodzi, pożarów i konfliktów zbrojnych, które przeżyło miasto w swoich dziejach.
[...]
Archeolodzy odsłaniają prawdę o przeszłości, ale konserwatorzy chronią ją dla przyszłych pokoleń. W Aleksandrii praca tych drugich też nie jest łatwa, bo jest przecież możliwa tylko wtedy, gdy coś jeszcze istnieje. „Moje miasto niszczy samo siebie i unicestwia się co chwila” – pisał z zadumą Ungaretti aleksandryjsko-włoski poeta modernistyczny. „Nic nie potrafi przetrwać dłużej, nawet to, co stało się przed chwilą”. Niektóre charakterystyczne budowle, jak Biblioteka Aleksandryjska i latarnia Faros, uległy zniszczeniu. Inne, jak mauzoleum Aleksandra Wielkiego, znikły bez śladu. Budynki ucierpiały także podczas wojen domowych i obcych najazdów. Czasami dochodziło do celowego niszczenia. Tak było w czasach prześladowań religijnych (zburzenie Serapejonu przez chrześcijan w IV wieku), w okresie konfliktów politycznych (ostrzelanie przez brytyjską artylerię głównego placu Aleksandrii w XIX wieku) albo podczas niepokojów społecznych (rozruchy na tle podwyżek cen żywności w 1977 roku, kiedy spłonął gmach giełdy, z którego Naser wygłosił słynne przemówienie o nacjonalizacji Kanału Sueskiego). A niektóre utracone zabytki nie uległy zniszczeniu per se, ale zostały przebudowane albo pełnią inną funkcję. Meczet Al-Attarin zastąpił kościół, który wcześniej zastąpił pogańską świątynię. Aleksandria jest dowodem, że nic nie jest wieczne. Zacieranie przeszłości to paradoksalnie nieodłączna część historii. Ale zjawisko wciąż zmienia swą postać. Od XX wieku jedne obiekty zmieniły wygląd, na przykład drogowskazy; inne, jak pomniki królów, zostały usunięte albo są po prostu niewidoczne, jak skarby antycznego miasta spoczywające pod ziemią. W ostatnich czasach Aleksandria zmienia się nie dlatego, że jakaś dynastia, imperium albo religia odciskają na niej swoje piętno. Motorem zmian stały się modernizacja i kapitalizm – nasi dzisiejsi suwereni – za których sprawą powstają mosty, osiedla i centra handlowe.
[...]
Przybywam do Aleksandrii – ale nie drogą lotniczą ani lądową, jak to mam w zwyczaju, lecz morską. Jak zawsze jestem podekscytowany na myśl o spotkaniu z dziadkiem. Odkładam kieszonkowe wydanie Homera, które czytałem podczas podróży. W oddali widzę olbrzymią metropolię: gęsty las wieżowców, ciągnący się daleko w głąb lądu. Z morza naprawdę dobrze widzi się układ urbanistyczny Aleksandrii: długa ulica biegnąca wzdłuż brzegu, pas lądu wychodzący w morze, cytadela na jego końcu, a po obu stronach porty. Cały bulwar nadmorski, od jednego krańca do drugiego, ma zaledwie dwadzieścia kilometrów długości. Dwa tysiące lat temu miał prawie trzydzieści stadionów, czyli około sześciu kilometrów. Cała historia Aleksandrii, ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami, miłością i nienawiścią, rozegrała się na tak małej przestrzeni! Cała nauka, która tu powstała, wszystkie dzieła i wynalazki. Kiedy zawijamy do portu, widzę nieopodal siedzącego szewca. Wyobrażam sobie, że to święty Anian – i że święty Marek zaraz zejdzie ze mną na ląd, aby nieść chrześcijańską dobrą nowinę mieszkańcom tego kraju. Staję pod cytadelą Kaitbeja, niebo jest błękitne, morze – jeszcze błękitniejsze. Na dziedzińcu wąskie schody prowadzą do bizantyńskiej łaźni. Są to „pozostałości starej latarni”, informuje tabliczka, i mimochodem wspomina o jednym z cudów starożytności. Swego czasu bywałem tu bardzo często, ale w tej chwili czuję doniosłość faktu, że stoję dokładnie w miejscu, w którym kiedyś znajdowała się latarnia Faros. W czasach Aleksandra Wielkiego była to mała wysepka i to dwa kroki stąd słynny zdobywca założył wielkie miasto. We wschodnim porcie puste biało-żółto-niebieskie łodzie rybackie lekko kołyszą się na wodzie. Za sprawą spokojniejszej fali i jaśniejszej barwy wody było to jedno z moich ulubionych miejsc. Nieopodal, w zgrabnie ułożonych pryzmach, pyszni się świeży połów: czerwone barweny, tasergale, morlesze, strzępiele, wrakonie, sole, węgorze, sumy, homary, kraby, krewetki i ośmiornice. Kiedy wychodzę na Corniche, klaksony samochodowe zaczynają swą niekończącą się symfonię. Widzę wysłużone czarne i żółte taksówki marki Łada, które przez cały dzień jeżdżą po promenadzie tam i z powrotem. Na szyldzie sklepowym czytam „Troja”, więc odwracam się, by spojrzeć w kierunku Faros, dokąd – jak sobie wyobrażam – Helena Trojańska, najpiękniejsza kobieta na świecie, przybyła jeszcze przed Aleksandrem Wielkim. Jest tu restauracja Starbucks z tarasem na dachu, z którego rozciąga się widok na morze. Jej ścianę zdobi wielka mozaikowa syrena: uśmiecham się, bo przecież Aleksandria jest Syreną Morza Śródziemnego. Znów patrzę na wodę i przypominam sobie, że Idotea, której ojciec Proteus według starożytnej mitologii władał wyspą Faros, mogłaby w tym miejscu z wdziękiem pluskać się w morzu. Pierwszą rzeczą, która rzucała się w oczy wielu podróżnikom, była kolumna Pompejusza. Dziś ma ona za tło całą falangę bloków mieszkalnych, a pranie powiewające na balkonach podkreśla jej niewzruszony bezruch. Kiedy szykuję się do przejścia przez szeroką i ruchliwą promenadę, uderza mnie w twarz orzeźwiający powiew. Wyobrażam sobie, jak Dejnokrates z Rodos w pocie czoła projektuje miasto, przez cały czas myśląc o kierunkach wiatru. Tej sygnalizacji świetlnej nie było tu jeszcze kilka lat temu: odliczanie od dwustu siedemdziesięciu wydaje się wiecznością. Jakiś motorower skręca z fasonem w przecznicę, w której perspektywie ukazuje się nagle doskonale proporcjonalna bryła meczetu Al-Mursiego. Pod palmą jakaś para zajada limonkowy sorbet, obok przejeżdża mały samochód, do którego wcisnęło się osiem osób. Mijam Pomnik Nieznanego Żołnierza z flagą Egiptu łopoczącą na wietrze. Idę w stronę placu Manszeja – dawniej Place des Consuls i Place Muhammad Ali. Pomnik konny ojca Egiptu stoi przed zespołem eleganckich budynków jakby przeniesionych wprost z Paryża. To tu z jednego z balkonów Gamal Abdel Naser ogłosił nacjonalizację Kanału Sueskiego, dwa lata po tym, jak omal nie zginął w zamachu w tym samym miejscu. Samochody śmigają po prostokątnej płaszczyźnie placu. Pod pomnikiem jakaś kobieta sprzedaje z wiadra małe zielone i czerwone owoce. Inna wciąga na swój balkon kosz ze świeżą miętą i pomidorami. Jestem teraz dalej od morza i odgłos fal powoli cichnie. Tutejsze ulice noszą imiona dwudziestowiecznych bohaterów ruchu niepodległościowego: ulica An-Nasr, ulica Ahmeda Urabiego. W dzielnicy Al-Attarin (Kupców Korzennych) wchodzę w labirynt bazaru pod gołym niebem. Mogę tu dostać wszystko: od drewnianych mebli do lśniącej, stylowej zastawy stołowej; od staroświeckich aparatów radiowych i telefonicznych do ozdobnych fajek wodnych; od podzwaniających kostiumów do tańca brzucha po zabytkowe drobiazgi ze wszystkich epok – wiele z nich należało do europejskich mieszkańców Aleksandrii, którzy na zawsze opuścili miasto. Po drodze do stojącego na rogu meczetu Al-Attarin mijam kilka kin w stylu art déco; stąd niedaleko już do katedry świętej Katarzyny w jednym kierunku i do mojej ulubionej palarni kawy w drugim. Przechodzę obok katedry, z jej kopułą i kolumnami, i idę ulicą wytwornych kamienic i sklepów. Na tabliczce jest napisane „Droga Wolności”, ale okoliczni mieszkańcy wciąż nazywają ją ulicą Fuada. Przypomina mi się jeszcze starsza nazwa: Droga Kanopska. Niemal dwa i pół tysiąca lat temu Aleksander Wielki narysował tę główną ulicę na piasku. Gdy człowiek nią idzie, doznaje wrażenia, że wysiadł właśnie z wehikułu czasu, bo jest to miejsce, w którym zachowały się typowe cechy europejskiej Aleksandrii. Trzy- i czteropiętrowe kamienice mają śliczne balkony francuskie i wielkie drewniane drzwi. Najstarsza kwiaciarnia w mieście, z odrapaną fasadą i koszem wysokich róż przed wejściem, roztacza piękny zapach świeżych kwiatów. Przy skrzyżowaniu stoi niepozorna kamienica, w której na pierwszym piętrze mieszkał Kawafis. Wyobrażam sobie, jak siedzi z ukochanym kotem przy rzeźbionym drewnianym biurku i zanurza pióro w kałamarzu. [...] Muszę napić się kawy. Przy wejściu do kawiarni leżą dwa tuziny plansz do gry w tryktraka. Na ścianie wisi obraz przedstawiający słynne popiersie Aleksandra Wielkiego – tyle że założyciel miasta wypuszcza z ust wielki różowy balon z gumy do żucia. Pojawia się uśmiechnięty kelner i z miedzianej kanaki (mały dzbanek z długą rączką) nalewa z wysoka do malutkiej filiżanki trzymanej na tacy moją powolnie przyrządzaną, aromatyczną kawę. Patrząc na brązowawą piankę, czyli wesz (twarz kawy), myślę o tym, jak ważny w ciągu wieków był dla aleksandryjczyków ten napój. W tle słychać melancholijną muzykę Sajeda Darwisza, a ja patrzę na taflę morza, połyskującą hipnotycznie. Nieopodal jest antyczny rzymski teatr z podkowiastą widownią. Kiedy stoję pośrodku sceny, surowa, lecz podniosła kameralność tego miejsca przyprawia mnie o gęsią skórkę. Przechodzę obok siedziby miejskiego klubu piłkarskiego o nazwie Związek. Na budynku wisi zielony transparent wyjaśniający cel istnienia klubu: „Dla imprez sportowych i narodowych”. Mijam nową bibliotekę miejską i myślę o Ptolemeuszu I pytającym o liczbę książek, o pierwszych kierownikach biblioteki, Zenodocie z Efezu i Kallimachu z Cyreny. Wyobrażam sobie, jak przez jej wrota wchodzą i wychodzą zastępy uczonych, jak ucinają sobie pogawędkę, trzymając w ręku zwoje z dziełami Homera albo Arystotelesa. Są Euklides i Klaudiusz Ptolemeusz. Są Eratostenes opowiadający o kulistości Ziemi i Heron objaśniający działanie swojej maszyny parowej. Teokryt i Kallimach rozprawiają o poezji, a Arystyl i Arystarch spozierają w niebo. Aleksandria była wtedy światową stolicą wiedzy, kolebką naukowej myśli i debat. Z zamyślenia wyrywa mnie uliczny przekupień sprzedający maseczki. To tylko najnowsza zaraza, która zaatakowała coraz bardziej ruchliwą ludzkość. Ktoś kupuje paczkę papierosów Cleopatra. Ale zmysł węchu kieruje mnie w inną stronę. Przystaję, żeby zjeść słynną aleksandryjską kanapkę z wątróbką, i dumam nad międzynarodową rozmaitością jej przypraw i nad tym, skąd tu przybyły. Na środku ruchliwego ronda stoi pomnik Aleksandra Wielkiego na jego wiernym koniu Bucefale. Pierwszy raz zauważam pewną rzecz: Aleksander trzyma w ręku gołębicę – przybywa w pokojowych zamiarach. Opuściłem właśnie najstarszą zaprojektowaną ulicę na świecie i mam teraz przed sobą park Nouzha. Jakaś para urządza sobie piknik, a dzieci gonią się po najstarszym ogrodzie świata.
[...]
Cmentarzy jest tu bez liku, nic więc dziwnego, że Strabon wymyślił specjalne słowo na określenie Aleksandrii: „Nekropolis”, miasto umarłych. Na wielkim cmentarzu greckim jest biała brama i liczne pomniki. W pobliżu znajduje się cmentarz z okresu ptolemejskiego, spoczywają na nim muzułmanie, żydzi, anglikanie, Koptowie, katolicy i protestanci. Moi przodkowie, dziadkowie i ciotki. Kawafis uchwycił atmosferę tego miejsca, gdy rozmyślał o zmarłych, których nadal kochamy: „Niekiedy mówią do nas z sennego widzenia, niekiedy nagle słyszy je [ich głosy] zamyślony umysł”. Pamiętam, że ziemia kryje w sobie wiele jeszcze starszych, nieznanych nam cmentarzy. Ale na moście Stanleya, pierwszym w Egipcie łączącym morskie brzegi, życie toczy się dalej. Słyszę, jak galopuje po nim koń, a wtedy myślę o rydwanach, które jechały tędy w starożytności, i czarnych karetach wiozących pary do teatru w znacznie bliższych nam czasach. Wyobrażam sobie tych, którzy przybywali z daleka, jadących konno przez miasto: Amra Ibn al-Asa, Saladyna, Napoleona. Moją uwagę zwraca kunsztownie zbudowana, lecz dziś odrapana willa. Mieszkał w niej Sabahi – właściciel fabryki włókienniczej, w której pracował mój dziadek. W ogromnym centrum handlowym, zajmującym miejsce, w którym stał kiedyś ekskluzywny hotel San Stefano z kasynem, panuje ożywiony ruch. Kiedy pospiesznie przechodzę przez tory tramwajowe, przypominam sobie reformy Muhammada Alego. Tramwaj przejeżdża obok i dwóch nastolatków wskakuje na koniec wagonu; są odwróceni tyłem do kierunku jazdy. Tramwaj ten staje przy ulicy Mustafy Paszy, gdzie E.M. Forster miesiącami przychodził codziennie rano i wypatrywał ukochanego. Odnoga kanału sięga aż tutaj i oczom mojej wyobraźni ukazuje się Kleopatra siedząca w majestatycznej pozie na pokładzie swojej złotej barki. Ten królewski obraz kontrastuje z pustym, zapuszczonym trawnikiem po drugiej stronie ulicy, gdzie stała kiedyś fabryka bawełny. Zachodzące słońce jest coraz niżej. Gdy zapalają się uliczne latarnie, z wielu miejsc wokół jasno oświetlonych sklepów złotników dobiega wezwanie do modlitwy. Zbliżam się do dzielnicy Bakos. Jest tu tłoczno. Wyobrażam sobie starożytne bachanalia, uroczystości ku czci Bachusa, który był nie tylko bogiem wina i teatru, lecz także zabawy. Kiedy ulice robią się coraz węższe; oczyma duszy widzę Hypatię trzymającą w ręku astrolabium, a zaraz potem – jak tłum dyszący żądzą mordu wlecze ją ulicą. Miejscowy listonosz mija mnie szybkim krokiem, a ja zastanawiam się, czy jego syn nie zostanie czasem następnym prezydentem Egiptu. Mężczyźni i kobiety z dawnych epok są obecni jak żywe duchy na każdym rogu tego czarodziejskiego miasta – tak jak dziesiątki imperiów, historii i wydarzeń. Oczywiście nie żyłem w tamtych czasach ani nie poznałem osobiście żadnej z tych historycznych postaci, ale nieodparcie czuję ich przemożną obecność. Drzwi otwierają się ze skrzypieniem, wchodzę i zapalam starą lampę gazową. Podchodzę do portretu mego nieżyjącego dziadka Ibrahima, którego też nie dane mi było poznać. Wygląda jak żywy w swoim świeżo odprasowanym fezie. Wreszcie jestem w domu.
Islam Issa, Aleksandria, miasto, które zmieniło świat
Sukcesywne eseje historyczne Islama Issy - egipsko-brytyjskiego uczonego, autora powieści i wydawcy, a także profesora uniwersyteckiego przenoszą czytelnika do Północnej Afryki, w zasadzie do antycznego i nowożytnego Egiptu, choć przede wszystkim do jego-nie-jego-egipskiego miasta nadmorskiego i kosmopolitycznego zwanego Aleksandrią, założonego przez genialnego wodza i twórcę późniejszego imperium hellenistycznego Aleksandra Macedońskiego. W ujęciu narracyjnym Islam Issa syntetyzuje nam na pewno bogatą przede wszystkim zaś złożoną historię wielokulturowego miasta i jego zaradnych mieszkańców na przestrzeni szeregu wieków od czasów prehistorycznych przed czwartym wiekiem przed naszą erą aż po czasy nam współczesne dwudziestego pierwszego wieku. Islam Issa wreszcie będąc już w domu tak też i w końcu podsumuje swą ponadczasową opowieść, że: Całymi dniami zanurzałem się w przeszłość, chodziłem ulicami miasta i zawierałem znajomość z bohaterami jego dziejów. Powrotowi do teraźniejszości często towarzyszyło przykre uczucie rozczarowania. Daremnie jednak starałem się poznać jedną osobę – nazwijmy ją Przodkiem Wielkim. To mój pierwszy dziadek, który tak jak Aleksander Wielki, wyprawił się do miejsca noszącego dziś nazwę Aleksandrii. Mam nadzieję, że wydobycie moich przodków z niepamięci – i wplecenie ich postaci w opowieść o chwalebnej historii miasta – będzie formą spłaty długów, jakie wobec nich zaciągnąłem.