14.08.2025

„Gdy umiera starzec,
płonie cała biblioteka”
Przysłowie afrykańskie
„jestem olbrzymi,
zawieram niezmierzone rzesze”
Walt Whitman
„wiedziałeś, że jestem
szczurem,
kiedy przyjąłeś mnie
pod swój dach.”
„Skądeś się wziął,
kochane dziecię?
Kiedyś byłeś nigdzie,
dziś jesteś na świecie”
[…]
Wewnątrz każdej kartki tkwiła kosztująca dolara zdrapka z loterii stanowej, a podpis zawsze był ten sam: „Z najlepszymi życzeniami od pana Harrigana”. Prosta, grzecznościowa formułka. Reakcja mojego ojca też była zawsze taka sama: śmiech i żartobliwe przewrócenie oczami. Sknera z niego – powiedział tata któregoś dnia. Miałem wtedy może jedenaście lat, to było parę lat po tym, kiedy kartki zaczęły przychodzić. Płaci ci nędzne grosze i daje nędzną premię: kupony Lucky Devil ze sklepu Howiego. Zwróciłem mu wtedy uwagę, że wśród tych czterech kuponów zwykle trafiał się jeden z kilkudolarową wygraną. Tata odbierał za mnie te pieniądze u Howiego, bo nieletnim nie wolno było grać na loterii, nawet jeśli dostawali losy za darmo. Raz, gdy dopisało mi wyjątkowe szczęście i wygrałem całe pięć dolarów, poprosiłem go, żeby kupił za to następne pięć zdrapek za dolara. Odmówił, wyjaśniając, że gdyby zaspokoił mój głód hazardu, moja matka przewróciłaby się w grobie. Wystarczy, że Harrigan sprowadza cię na złą drogę – powiedział tata. Swoją drogą, powinien ci płacić siedem dolarów za godzinę. Może nawet osiem. Stać go, każdy to wie. Pięć za godzinę to może i dopuszczalna stawka, bo jesteś jeszcze dzieckiem, ale niektórzy nazwaliby to wykorzystywaniem nieletniego. Lubię u niego pracować – odparłem. I lubię go, tato.
[…]
Fajnie to jest mieć mail. I telefon komórkowy. Dla mnie jedno i drugie to cud. Za młody jesteś, żeby to zrozumieć. Gdybyś, dorastając, miał tylko telefon towarzyski, który musiałbyś dzielić z czterema innymi rodzinami, w tym panią Edelson, której gęba się nie zamykała, może patrzyłbyś na to inaczej. Kiedy będę mógł mieć komórkę? To było pytanie, które często zadawałem w tamtym roku, zwłaszcza od czasu, gdy w sprzedaży pojawiły się pierwsze iPhone’y. Kiedy uznam, że do tego dorosłeś. Oj tam, tato. Teraz to ja przewróciłem oczami, ku jego rozbawieniu. Potem spoważniał. Zdajesz sobie sprawę, jak bogaty jest John Harrigan? Wzruszyłem ramionami. Wiem, że kiedyś miał fabryki. I nie tylko fabryki. Zanim przeszedł na emeryturę, był wielkim bossem firmy o nazwie Oak Enterprises. Należały do niej linia żeglugowa, centra handlowe, sieć kin, spółka telekomunikacyjna i nie wiem, co jeszcze. Niewiele było większych na parkiecie. Parkiecie? Giełdzie papierów wartościowych. To taki rodzaj hazardu dla bogatych. Kiedy Harrigan sprzedał swoje udziały, pisali o tym nie tylko w dziale biznesowym „New York Timesa”, ale i na pierwszej stronie. Ten facet, który jeździ sześcioletnim fordem, mieszka na końcu gruntowej drogi, płaci ci pięć dolców za godzinę i cztery razy w roku przysyła ci zdrapkę za dolara, siedzi na więcej niż miliardzie dolarów. Tata uśmiechnął się szeroko. A mój najgorszy garnitur, ten, który twoja matka, gdyby jeszcze żyła, kazałaby mi oddać dla biednych, jest lepszy od tego, w którym on chodzi do kościoła. Wszystko to mnie zaciekawiło, szczególnie fakt, że pan Harrigan, który nie miał laptopa ani nawet telewizora, kiedyś był właścicielem kin. Mógłbym się założyć, że do żadnego z nich nie zajrzał. Był, jak nazywał go mój tata, luddystą, co oznacza (między innymi) człowieka, który nie przepada za gadżetami. Dla radia satelitarnego uczynił wyjątek, ponieważ lubił muzykę country, a nie znosił reklam na WOXO, jedynej rozgłośni nadającej country & western, którą łapało jego radio samochodowe.
[…]
Nigdy nie chełpiłem się tym, że umiałem czytać od małego; nie czułem takiej potrzeby dzięki rodzicom, którzy wcześnie przekazali mi ten dar, jakim jest świadomość, że posiadanie krztyny talentu nie czyni cię lepszym od bliźnich. Wieść jednak się rozeszła, jak to na wsi i kiedy miałem osiem lat, wielebny Mooney zapytał, czy chciałbym odczytać fragment z Biblii na niedzielnej mszy dla rodzin. Może podkusiła go myśl, że to byłoby coś nowego; dotychczas tego zaszczytu dostępowali zwykle uczniowie szkoły średniej. Tej niedzieli czytanie było z Ewangelii według Świętego Marka i po mszy wielebny pochwalił mnie i powiedział, że jak chcę, mogę to robić co tydzień. Mówił, że małe dziecię całą trzódkę poprowadzi czy coś – wyjaśniłem tacie. To podobno z Księgi Izajasza. Mój ojciec burknął pod nosem, jakby to go niespecjalnie obchodziło. Potem skinął głową. Dobrze, bylebyś pamiętał, że jesteś środkiem przekazu, nie przekazem.
[…]
Była dobrą mamą. W dwa tysiące czwartym roku, kiedy zacząłem pracować u pana Harrigana, wciąż dotkliwie mi jej brakowało, choć nie żyła od trzech lat. Tęsknię za nią nawet dziś, szesnaście lat później, choć jej twarz zatarła mi się w pamięci, a zdjęcia tylko trochę odświeżają wspomnienia. Prawdą jest to, co mówi ta piosenka o dzieciach bez matki: ciężka ich dola. Kochałem tatę i zawsze dobrze nam było ze sobą, ale że przytoczę kolejny trafny cytat z owej piosenki: tatuś wielu rzeczy nie zrozumie. Choćby plecenia wianka ze stokrotek zerwanych na dużej łące za domem i nakładania ci go na głowę ze słowami, że dzisiaj nie jesteś zwyczajnym chłopczykiem, tylko królem Craigiem. Zadowolenia, ale okazywanego powściągliwie – bez przechwałek ani niczego takiego – kiedy w wieku trzech lat zaczynasz czytać komiksy z Supermanem i Spider-Manem. Kładzenia się z tobą do łóżka, gdy budzisz się w środku nocy z koszmaru, w którym gonił cię doktor Octopus. Czy wreszcie przytulania cię i mówienia ci, że już wszystko dobrze, kiedy większy od ciebie chłopak – na przykład Kenny Yanko – spierze cię na kwaśne jabłko za to, że nie chciałeś skurwielowi wyczyścić butów. Przydałby mi się taki uścisk tamtego dnia. Matczyny uścisk tamtego dnia mógłby wiele zmienić.
[…]
Piję z butelki, jak kiedyś mój tato – powiedział. Jak na człowieka interesu przystało, od razu przeszedł do rzeczy. Jeśli mój ojciec wyrazi zgodę, wyjaśnił, chciałby mnie zatrudnić do czytania mu przez dwie, może trzy godziny tygodniowo. Płaciłby mi pięć dolarów za godzinę. Mógł też zaproponować trzy dodatkowe godziny pracy, powiedział, w czasie których pielęgnowałbym jego ogródek i wykonywał inne obowiązki, na przykład zimą odśnieżałbym schody frontowe i przez cały rok ścierałbym kurze ze wszystkiego, co się zakurzy. Dwadzieścia pięć, może nawet trzydzieści dolarów tygodniowo, z czego aż połowa za czytanie, coś, co byłbym gotów robić za darmo! Nie wierzyłem własnemu szczęściu. Natychmiast wpadłem na pomysł, że zacznę odkładać na skuter, i nie miało znaczenia, że wedle prawa będę mógł nim jeździć dopiero za siedem lat. To było zbyt piękne, aby było prawdziwe, i bałem się, że ojciec odmówi, ale tego nie zrobił.Tylko proszę mu nie dawać do czytania kontrowersyjnych tekstów – zastrzegł. – Żadnych politycznych bredni, żadnej drastycznej przemocy. Czyta, jak dorosły, ale ma dopiero dziewięć lat, i to od niedawna. Pan Harrigan obiecał mu to, napił się sprite’a i mlasnął mięsistymi wargami. Czyta dobrze, fakt, ale nie to jest głównym powodem, dla którego chcę go zatrudnić. Chodzi o to, że nie klepie monotonnie tekstu, nawet kiedy czegoś nie rozumie. To, jak dla mnie, niezwykłe. Nie nadzwyczajne, ale niezwykłe.
[…]
Pan Harrigan obiecał się zastosować także do tego życzenia, ale przypuszczam, że ludzie, którzy mają pojęcie o biznesie, rozumieją, że z obietnic łatwo się wycofać, bo przecież składanie ich nic nie kosztuje. Z całą pewnością nic sprośnego nie było w Jądrze ciemności, pierwszej książce, którą mu przeczytałem. Kiedy skończyliśmy, pan Harrigan zapytał, czy coś z niej zrozumiałem. Chyba nie chciał udzielić mi lekcji; był po prostu ciekawy. Nie bardzo – przyznałem. Tylko tyle, że ten Kurtz był mocno szurnięty. W następnej książce też żadnych sprośności nie było – Silas Marner to czyste nudziarstwo, moim skromnym zdaniem. Za to trzecia, Kochanek lady Chatterley, naprawdę otworzyła mi oczy. Był rok dwa tysiące szósty, kiedy zapoznałem się z Konstancją Chatterley i jej jurnym gajowym. Miałem dziesięć lat. Dziś, choć tyle czasu upłynęło, wciąż pamiętam tekst Starego, szorstkiego krzyża, ale równie wyraziście przypominam sobie scenę, w której Mellors pieści damę, szepcząc „Ładnaś”. To, jak ją traktował, jest dobrą lekcją dla każdego chłopca, lekcją, którą powinno zapamiętać się na zawsze. Rozumiesz, co właśnie przeczytałeś? – zapytał mnie pan Harrigan po jednym szczególnie pikantnym fragmencie. Znów z czystej ciekawości. Nie – odparłem nie całkiem szczerze. Dużo lepiej rozumiałem to, co Ollie Mellors i Konstancja Chatterley robili ze sobą w lesie, niż to, co zaszło między Marlowem a Kurtzem w Kongu Belgijskim. Seks jest trudną zagadką, o czym przekonałem się jeszcze przed studiami, ale szaleństwo jeszcze trudniejszą.
[…]
Craig, jesteś absolutnie pewien? Nie chcę, żebyś potem był zawiedziony, więc sprawdź jeszcze raz. Tak zrobiłem, z jakiegoś powodu przekonany, że wątpliwości taty zmienią to, co zobaczyłem; że co najmniej jedna z odsłoniętych liczb stanie się inną. Wszystkie trzy wyglądały jednak tak samo jak poprzednio. Powiedziałem mu to, zaśmiał się. Cóż, w takim razie gratuluję. Wieczorem idziemy do Marcel’s i dzisiaj ty stawiasz. Teraz to ja się roześmiałem. Chyba nigdy nie czułem tak czystej radości, jak wtedy. Pragnąłem podzielić się nią z kimś jeszcze, zadzwoniłem więc do pana Harrigana. Odebrał swój luddycki telefon stacjonarny. Panie Harrigan, dziękuję za kartkę! I za kupon! Właśnie… Dzwonisz z tego swojego gadżetu? – zapytał. Domyślam się, że tak, bo ledwo cię słyszę. Jakbyś był po drugiej stronie Księżyca. Panie Harrigan, wygrałem główną nagrodę! Trzy tysiące dolarów! Z całego serca panu dziękuję!
[…]
Craig, rzadko daję ludziom rady, bo to zwykle gadanie po próżnicy, ale dziś paru ci udzielę. Henry Thoreau zauważył, że nie my mamy rzeczy; to rzeczy mają nas. Każda nowa własność, czy to dom, samochód, telewizor czy wymyślny telefon taki jak ten, jest kolejnym ciężarem, który musimy dźwigać na grzbiecie. Jak Jakub Marley powiedział do Scrooge’a: „Noszę łańcuch, który sobie ukułem za życia”. Nie mam telewizji, bo gdybym miał, tobym ją oglądał, choć nadają tam głównie same bzdury. Nie mam w domu radia, bobym go słuchał, chociaż odrobina muzyki country dla przerwania monotonii długiej podróży to wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba. Gdybym miał to…
[…]
Kiedy nasza skrócona sesja dobiegła końca, podlałem nieliczne rośliny pokojowe pana Harrigana. To zawsze było moim ostatnim zadaniem przed wyjściem i zajmowało tylko kilka minut. Robiąc to tego dnia, widziałem, jak pan Harrigan bawił się telefonem, włączał go i wyłączał. Skoro mam tego używać, może lepiej pokaż, jak się z tym obchodzić – powiedział. Na początek, co zrobić, żeby mi nie zdechł. Widzę, że już się rozładowuje. Z czasem sam wszystkiego się pan nauczy – odparłem. To dość łatwe. Co do ładowania, w pudełku jest kabel. Wystarczy go włożyć do gniazdka. Mogę panu pokazać parę innych rzeczy, jeśli… Nie dzisiaj – uciął. Może jutro. Dobrze. Jeszcze tylko jedno pytanie. Dlaczego mogłem przeczytać ten artykuł o Coffee Cow i obejrzeć mapę lokali przewidywanych do zamknięcia? Pierwszym, co mi przyszło do głowy, była odpowiedź Hillary’ego na pytanie, po co zdobywać Mount Everest, o której niedługo przedtem czytaliśmy w szkole: Bo jest. Pan Harrigan mógłby jednak pomyśleć, że się wymądrzam, i w sumie miałby rację. Powiedziałem więc: Nie rozumiem. Naprawdę? Taki bystry chłopak jak ty? Pomyśl, Craig, pomyśl. Właśnie przeczytałem za darmo coś, za co ludzie płacą spore pieniądze. Nawet uwzględniając to, że w prenumeracie „Journal” jest znacznie tańszy, niż kiedy kupuje się go w kiosku, wydaję około dziewięćdziesięciu centów za numer. Tymczasem na tym… Uniósł telefon tak, jak wkrótce miały to robić tysiące dzieciaków na koncertach rockowych. Rozumiesz?
[…]
W drodze powrotnej, kiedy schodziłem ze wzgórza, kopiąc nogami grudy ostatniego śniegu, myślałem o tym, co powiedział pan Harrigan: że internet jest jak pęknięta magistrala wodociągowa, z której chlustają informacje zamiast wody. To samo można było powiedzieć o laptopie mojego taty, komputerach szkolnych i w ogóle wszystkich w całym kraju. A nawet na świecie. Choć iPhone był dla niego taką nowością, że ledwo potrafił go włączyć, pan Harrigan już wtedy zrozumiał konieczność, by tę dziurawą rurę załatać, jeśli branża prasowa – przynajmniej w znanej mu postaci – miała dalej funkcjonować jak do tej pory. Myślę, że chyba przewidział powstanie paywalli na rok–dwa lata przed tym, kiedy po raz pierwszy użyto tego terminu. Mnie wówczas takie sprawy były zupełnie obce, nie miałem też pojęcia o usuwaniu ograniczeń sprzętowych – co z czasem zaczęto nazywać jailbreakingiem. Kiedy paywalle w istocie się pojawiły, ludzie przywykli już do tego, że wszystko dostają za darmo, i oburzali się, gdy kazano im bulić za dostęp do treści. Skoro nie mogli bezpłatnie wejść na stronę „New York Timesa”, odwiedzali witryny typu CNN czy „Huffington Post”, mimo że jakość publicystyki była tam niższa. (Chyba że, oczywiście, kogoś fascynował najnowszy krzyk mody, jakim był odsłonięty fragment cycka). Pan Harrigan miał co do tego absolutną rację.
[…]
A gdzie ty byś zamieszkał, Craig? Gdybyś mógł, jak to ująłeś, mieszkać wszędzie, gdzie zechcesz? Może w Los Angeles, tam, gdzie kręcą filmy. Zaczepiłbym się przy noszeniu sprzętu, a potem poszukałbym czegoś lepszego. Wtedy zdradziłem mu moją wielką tajemnicę. – Może pisałbym scenariusze filmowe. Myślałem, że mnie wyśmieje, ale tego nie zrobił. Cóż, ktoś musi, więc czemu nie ty? Ale nie tęskniłbyś za domem? Za widokiem twarzy ojca, za składaniem kwiatów na grobie matki? Och, przyjeżdżałbym od czasu do czasu – odparłem, ale jego pytanie i wzmianka o mojej matce dały mi do myślenia. Chciałem zerwać z przeszłością – wyznał pan Harrigan. Jako ktoś, kto przeżył całe życie w mieście… wychowywałem się na Brooklynie, zanim stał się, nie wiem, czymś w rodzaju rośliny doniczkowej… zapragnąłem swoje ostatnie lata spędzić poza Nowym Jorkiem. Zamarzyło mi się zamieszkać gdzieś na prowincji, ale nie w jakimś ośrodku turystycznym typu Camden, Castine czy Bar Harbor. Szukałem miejsca, gdzie drogi do dziś są nieubite.
[…]
Jest coś jeszcze. Nie wiem, co czytałeś o moim życiu zawodowym i czy w ogóle cokolwiek, ale jeśli tak… albo jeśli poczytasz o mnie w przyszłości… przekonasz się, że zdaniem wielu byłem bezwzględny, kiedy piąłem się po tym, co zawistni i intelektualnie ograniczeni nazywają „drabiną sukcesu”. Ta opinia nie jest całkowicie bezzasadna. Narobiłem sobie wrogów, przyznaję bez bicia. Biznes jest jak futbol amerykański, Craig. Jeśli musisz kogoś staranować, by zdobyć punkty, lepiej to w cholerę zrób, inaczej nie masz po co wkładać stroju i wychodzić na boisko. Kiedy jednak mecz się kończy… a mój się skończył, choć nadal trzymam rękę na pulsie… przebierasz się w szatni i idziesz do domu. A mój dom teraz jest tutaj. W tym niepozornym zakątku Ameryki z jednym sklepem i szkołą, która, jak przypuszczam, wkrótce zostanie zamknięta. Ludzie nie wpadają już do mnie „na drinka”. Nie muszę chodzić na służbowy lunch z osobnikami, którzy zawsze, ale to zawsze, czegoś chcą. Nie jestem zapraszany na posiedzenia zarządów. Nie muszę uczestniczyć w imprezach charytatywnych, na których chce mi się wyć z nudów, nie budzą mnie o piątej rano śmieciarki hałasujące na Osiemdziesiątej Pierwszej Ulicy. Po śmierci spocznę tutaj, na cmentarzu Pod Wiązami, wśród weteranów wojny secesyjnej i nie będę musiał powołać się na swoje wpływy ani przekupić jakiegoś decydenta odpowiedzialnego za przydział grobów, żeby dostać ładną kwaterę. Czy to ci coś wyjaśnia?
[…]
Tata powiedział, że pewnie mam rację, ale na wszelki wypadek przyśle karetkę. Czy wiem, kto był lekarzem pana Harrigana? Powiedziałem, że nie miał lekarza (i wystarczyło spojrzeć na jego zęby, by stwierdzić, że dentysty również nie). Zapewniłem, że poczekam i tak uczyniłem. Wyszedłem jednak na zewnątrz. Przedtem pomyślałem, żeby położyć jego zwisającą dłoń z powrotem na kolanie. Prawie to zrobiłem, ostatecznie jednak nie zdobyłem się na to, by jej dotknąć. Na pewno okazałaby się zimna. Wziąłem tylko jego iPhone’a. To nie była kradzież. Myślę, że postąpiłem tak z rozpaczy, bo zaczynało do mnie docierać, że straciłem go na zawsze. Chciałem czegoś, co do niego należało. Czegoś, co miało znaczenie. Chyba był to największy pogrzeb, jaki urządzono w naszym kościele. I najdłuższy za ludzkiej pamięci kondukt pogrzebowy, prawie cały z wynajętych samochodów. Przyszli, rzecz jasna, miejscowi, w tym ogrodnik Pete Bostwick, Ronnie Smits, który wykonał znaczną część robót przy budowie domu pana Harrigana (i z pewnością nieźle się na tym obłowił), oraz pani Grogan, gosposia. Także sporo innych mieszkańców Harlow, bo zmarły był we wsi lubiany, jednak większość żałobników (o ile rzeczywiście byli w żałobie, a nie przyjechali tylko po to, żeby się upewnić, że on naprawdę nie żyje) stanowili wyglądający na biznesmenów przybysze z Nowego Jorku. Nie zjawił się nikt z rodziny. Dosłownie nikt. Ani siostrzenica, ani nawet daleki kuzyn. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci – pewnie między innymi dlatego tata początkowo niechętnie mnie do niego puszczał – i przeżył wszystkich swoich krewnych. Dlatego znaleźć go musiał małolat mieszkający przy jego ulicy, ten, któremu płacił za to, by przychodził i mu czytał.
[…]
Miał na sobie ciemnografitowy garnitur, którego nigdy przedtem nie widziałem. W domu pogrzebowym nałożyli mu trochę różu na policzki, żeby wyglądał zdrowo, tyle że zdrowi ludzie nie leżą w trumnach z zamkniętymi oczami i martwymi twarzami po raz ostatni zalanymi światłem dnia, zanim na zawsze spoczną w ziemi. Dłonie miał splecione, podobnie jak raptem kilka dni wcześniej, kiedy wszedłem do jego salonu. Przypominał naturalnej wielkości kukłę i przykro było oglądać go w takim stanie. Chciałem jak najszybciej stamtąd wyjść. Odetchnąć świeżym powietrzem. Być z ojcem. Wrócić do domu. Najpierw jednak musiałem coś zrobić, i to już, teraz, bo wielebny Mooney lada chwila mógł wrócić z zakrystii. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni mojej marynarki sportowej i wyjąłem komórkę pana Harrigana. Kiedy widziałem go ostatnim razem – to znaczy żywego, a nie siedzącego bezwładnie w fotelu ani wyglądającego jak kukła w drogiej skrzyni – wyraził radość z tego, że go przekonałem, żeby ten telefon zatrzymał. Był zabezpieczony hasłem – jak już wspomniałem, pan Harrigan szybko się uczył, kiedy coś go naprawdę zainteresowało – ja to hasło jednak znałem: piratl. Poprzedniego wieczoru dostałem się do jego iPhone’a i otworzyłem aplikację do robienia notatek. Chciałem zostawić mu wiadomość. Pomyślałem, żeby napisać „Kocham Pana”, to jednak nie byłoby zgodne z prawdą. Lubiłem go, oczywiście, ale i nie do końca mu ufałem. On też raczej mnie nie kochał. Sądzę, że pan Harrigan nigdy nie darzył miłością nikogo, może oprócz matki, która, jak wyczytałem, wychowywała go samotnie po tym, kiedy porzucił ją mąż. Ostatecznie napisałem, co następuje: „Praca u Pana była zaszczytem. Dziękuję za kartki i zdrapki. Będzie mi Pana brakowało”. Uniosłem klapę marynarki pana Harrigana, starając się nie dotknąć jego nieoddychającej piersi skrytej pod świeżo wyprasowaną białą koszulą…, ale moje knykcie delikatnie ją musnęły i czuję ten dotyk do dziś. Była twarda, jak z drewna. Wsunąłem telefon do jego wewnętrznej kieszeni i cofnąłem się o krok.
[…]
Craig, jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że umarłem. Zostawiłem Ci 800 000$ w funduszu powierniczym. Zarządzać nim będą Twój ojciec i Charles Rafferty, mój menedżer biznesowy, a w przyszłości wykonawca mojego testamentu. Obliczyłem, że ta suma powinna Ci wystarczyć na cztery lata studiów, a nawet dłużej, gdybyś chciał robić doktorat. I jeszcze zostanie dosyć na postawienie pierwszych kroków w wybranym przez Ciebie zawodzie. Wspominałeś o pisaniu scenariuszy. Jeśli naprawdę tego chcesz, zajmij się tym, jak najbardziej, wiedz jednak, że tego nie pochwalam. Jest taki dowcip o scenarzystach, którego tu nie przytoczę, ale śmiało możesz go poszukać w swoim telefonie, słowa kluczowe „scenarzysta” i „gwiazdka”. Choć wulgarny, zawiera w sobie ziarno prawdy, którą, jak sądzę, zrozumiesz nawet w swoim obecnym wieku. Filmy przemijają, książki zaś – te dobre – żyją wiecznie, a przynajmniej prawie wiecznie. Przeczytałeś mi wiele niezłych powieści, ale inne wciąż czekają na to, by ktoś je napisał. Tyle na ten temat. Choć Twój ojciec ma prawo weta we wszystkich sprawach związanych z Twoim funduszem powierniczym, postąpiłby nierozsądnie, wnosząc sprzeciw wobec inwestycji sugerowanych przez pana Rafferty’ego. Chick zna się na rynkach jak mało kto. Nawet uwzględniając koszty edukacji, Twoje 800 000$ może urosnąć do miliona, jeszcze zanim skończysz dwadzieścia sześć lat – kiedy to fundusz wygaśnie i będziesz mógł wydać te pieniądze (lub zainwestować – zawsze najmądrzejsze posunięcie), jak zechcesz. Lubiłem nasze wspólne popołudnia.
Z serdecznym pozdrowieniem,
pan Harrigan
PS Nie musisz dziękować za kartki i ich zawartość, wysyłałem je z przyjemnością.
[…]
Po kolacji pan Rafferty uścisnął moją dłoń i mi pogratulował. Harrigan miał niewielu przyjaciół, bardzo niewielu, Craig. Miałeś szczęście, że byłeś jednym z nich. A on miał szczęście, że miał Craiga – powiedział cicho tata i objął mnie ramieniem. Poczułem gulę w gardle i kiedy pan Rafferty poszedł, trochę sobie popłakałem w moim pokoju. Jak najciszej, żeby tata nie słyszał. Może mi się udało; a może usłyszał i zrozumiał, że chcę być sam. Kiedy łzy przestały płynąć, włączyłem swój telefon, otworzyłem Safari i wpisałem słowa kluczowe scenarzysta i gwiazdka. Znalazłem dowcip, podobno wymyślony przez powieściopisarza nazwiskiem Peter Feibleman, o gwiazdce filmowej tak durnej, że dała dupy scenarzyście. Pewnie go znacie. Ja poznałem go dopiero wtedy, ale zrozumiałem, co pan Harrigan chciał mi przekazać za jego pośrednictwem.
[…]
Nagle zapragnąłem usłyszeć jego głos. I zrozumiałem, że to jest do zrobienia. To było makabryczne (zwłaszcza o drugiej w nocy) i chore, wiedziałem o tym, ale wiedziałem też, że jeśli to zrobię, potem będzie mi łatwiej znów zasnąć. Wybrałem więc jego numer i dostałem gęsiej skórki, kiedy dotarła do mnie prosta prawda wynikająca ze sposobu działania technologii komórkowej: gdzieś pod ziemią cmentarza Pod Wiązami, w kieszeni nieboszczyka, Tammy Wynette śpiewała dwa wersy Stand By Your Man. Potem do mojego ucha wsączył się jego głos, spokojny i wyraźny, trochę tylko ochrypły ze starości: „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”. A jeśli oddzwoni? Co wtedy?
[…]
Padłeś ofiarą spoofingu. Patrzyłem na niego z rozdziawionymi ustami. Wiedziałem, co to jest spoofing, ale przez myśl mi nie przeszło, że coś takiego mogło spotkać mnie – i to w środku nocy. Coraz bardziej się to szerzy – powiedział. W pracy mieliśmy nawet specjalne zebranie w tej sprawie. Ktoś włamał się do telefonu komórkowego Harrigana. Sklonował go. Wiesz, o czym mówię? Tak, jasne, ale, tatusiu… Ścisnął moją dłoń. Może ktoś, kto usiłował wykraść tajemnice biznesowe. Przecież on był emerytem! Ale wciąż trzymał rękę na pulsie, sam ci tak powiedział. A może chodziło o to, żeby dobrać się do jego karty kredytowej. Ktokolwiek to zrobił, odsłuchał twoją wiadomość na sklonowanym telefonie i postanowił spłatać ci figla.
[…]
Pewnie nie pamiętasz Dusty’ego Bilodeau, co? Nie, nie mógłbyś. Wtedy jeszcze tu nie pracowałeś. Z tych Bilodeau, co mieszkają na kempingu? Mhm, koło sklepu, zgadza się, chociaż Dusty’ego, jak mniemam, już wśród nich nie ma. Chyba dawno odszedł w siną dal. Był ogrodnikiem przed Pete’em, ale ośmiu miesięcy nie przepracował, kiedy pan Harrigan nakrył go na kradzieży i wylał na zbity pysk. Nie wiem, ile zwinął ani jak szef się o tym dowiedział, ale na zwolnieniu się nie skończyło. Na pewno słyszałeś, ile pan H. zrobił dla naszego Harlow, na jak wiele sposobów pomagał, ale Mooney nie wymienił nawet połowy jego zasług, może dlatego, że o nich nie wiedział, a może musiał zmieścić się w czasie. Dobroczynność jest zdrowa dla duszy, ale daje też człowiekowi władzę i pan Harrigan tę władzę wykorzystał przeciwko Dusty’emu Bilodeau.
[…]
Później tego dnia, kiedy miałem okienko, pani Hargensen zjawiła się w sali gimnastycznej, gdzie rzucałem piłką do kosza i zabrała mnie do holu. Byłeś dziś jakiś markotny na lekcji – powiedziała. Wcale nie. Właśnie, że tak i wiem, dlaczego, ale coś ci powiem. Dzieci w twoim wieku mają ptolemejski obraz wszechświata. Jestem jeszcze na tyle młoda, że to pamiętam. Nie wiem, o czym pani… Ptolemeusz był rzymskim matematykiem i astrologiem, który uważał, że Ziemia jest centrum wszechświata, nieruchomym punktem, wokół którego wszystko się obraca. Tak samo dzieci uważają, że cały świat obraca się wokół nich. To poczucie, że jesteś w centrum wszechrzeczy, zwykle słabnie, kiedy masz, powiedzmy, dwadzieścia lat, ale tobie jeszcze sporo do tego brakuje. Nachylała się ku mnie ze śmiertelnie poważną miną. Miała przepiękne zielone oczy. Od zapachu jej perfum trochę kręciło mi się w głowie. Widzę, że nie bardzo rozumiesz, więc zostawmy metafory. Co chcę powiedzieć: jeśli myślisz, że miałeś coś wspólnego ze śmiercią tego Yanko, wybij to sobie z głowy. Nie było w tym twojej winy. Przeglądałam jego kartotekę i wierz mi, chłopak miał poważne problemy. W domu, w szkole, z własną psychiką. Nie wiem, co się stało i nie chcę wiedzieć, ale dostrzegam pewien plus tej sytuacji. Jaki? – spytałem. To, że więcej mnie nie zleje? Zaśmiała się, odsłaniając zęby równie ładne jak cała reszta jej postaci. I znów ten ptolemejski obraz świata. Nie, Craig, plusem jest to, że był za młody, by wyrobić sobie prawo jazdy. Gdyby mógł prowadzić samochód, może zabrałby ze sobą kilkoro innych dzieci. A teraz wracaj do sali gimnastycznej i pograj jeszcze w kosza.
[…]
Z jednej strony żałowałem, że nie wyrzuciłem tego iPhone’a do jeziora Castle, z drugiej, przyznam, trochę mnie cała ta sytuacja fascynowała. Tak jak wszystkich nas fascynuje to, co dziwne. Co zakazane. Kilka razy omal nie wybrałem numeru pana Harrigana, ale ostatecznie tego nie zrobiłem, przynajmniej nie wtedy. Jego głos kiedyś dodawał mi otuchy, był głosem doświadczenia i sukcesu, głosem, można rzec, dziadka, którego nigdy nie miałem. Teraz nie mogłem sobie przypomnieć, jak ten głos brzmiał w owe wspólnie spędzane, słoneczne popołudnia, kiedy mówił o Charlesie Dickensie, Franku Norrisie, D.H. Lawrensie czy o tym, że internet jest jak pęknięta magistrala wodociągowa. Myśląc o nim, słyszałem tylko starcze chrypienie, niby szuranie mocno zużytego papieru ściernego, informujące mnie, że oddzwoni, jeśli uzna to za stosowne. I wyobrażałem go sobie leżącego w trumnie. Pracownik zakładu pogrzebowego Hay & Peabody bez wątpienia skleił mu powieki, ale jak długo ten klej będzie trzymał? Czy jego oczy były otwarte tam, pod ziemią? Czy patrzyły w górę, w ciemność, gnijąc w swoich oczodołach? Te myśli nie dawały mi spokoju.
[…]
Sportowcy raczej nie zadawali się z mózgowcami (tak zapewne jest w większości szkół, bo sportowcy na ogół tworzą zamkniętą klikę) i gdyby nie Arszenik i stare koronki, pewnie nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili. W dodatku U-Boot był w jedenastej klasie, a ja zaledwie w dziewiątej, co w zasadzie gwarantowało, że nie mamy szans zostać kolegami. Tak się jednak stało i kumplujemy się do dziś, choć teraz widuję go znacznie rzadziej. Większość liceów organizuje przedstawienia z udziałem uczniów ostatnich klas, ale w Gates Falls było inaczej. Szkoła wystawiała dwie sztuki rocznie i choć za ich realizację odpowiadało kółko teatralne, na przesłuchania mógł przyjść każdy. Na to półrocze przewidziano komedię, którą znałem, bo pewnego deszczowego sobotniego popołudnia obejrzałem w telewizji jej wersję filmową. Podobała mi się, więc przyszedłem na casting. Dziewczyna Mike’a, należąca do kółka teatralnego, namówiła go, żeby też wziął udział w przesłuchaniu, i ostatecznie dostał rolę pałającego żądzą mordu Jonathana Brewstera. Mnie obsadzono jako jego podstępnego pomagiera, doktora Einsteina. W filmie grał go Peter Lorre i usilnie starałem się mówić tak jak on, każdą swoją kwestię poprzedzałem szyderczym „Tjaak! Tjaak!”. Wyszła z tego dość marna imitacja, ale szczerze powiem, że publiczność była zachwycona. Małomiasteczkowe gusta, rozumiecie. W tych oto okolicznościach U-Boot i ja zostaliśmy przyjaciółmi, a dzięki temu dowiedziałem się, co naprawdę spotkało Kenny’ego Yanko. Jak się okazało, wielebny się mylił, a gazetowy nekrolog zawierał prawdę. To rzeczywiście był wypadek.
[…]
Kiedy wyobrażałem sobie Kenny’ego Yanko w szafie, walącego konia z gaciami spuszczonymi do kostek, sznurem na szyi i siniejącą twarzą, robiło mi się go wręcz żal. Jakże głupia, niegodna śmierć. „W wyniku tragicznego wypadku”, napisano w nekrologu w „Sun” i było to znacznie bliższe prawdy, niż wszyscy sądziliśmy. Z drugiej jednak strony, było jeszcze to, co tata U-Boota powiedział o włosach Kenny’ego. Mimowolnie zastanawiałem się, co mogło spowodować takie zjawisko. Co takiego Kenny zobaczył w szafie, gdy pogrążał się w nieświadomości, zapamiętale męcząc swojego nieszczęsnego kapucyna. Wreszcie zwróciłem się do mojego najlepszego doradcy, internetu. Tam zdania były podzielone. Niektórzy naukowcy twierdzili, że nie ma żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że człowiek może osiwieć pod wpływem szoku. Inni przekonywali, że tjaak, tjaak, jest to jak najbardziej możliwe. Że nagły wstrząs naprawdę może zniszczyć komórki macierzyste melanocytów, które decydują o kolorze włosów. W jednym artykule wyczytałem, że przytrafiło się to Thomasowi More’owi i Marii Antoninie, zanim zostali ścięci. Inny autor drwił z tego, nazywając to zwykłą legendą. Koniec końców, całą dyskusję podsumować można było zdaniem, które pan Harrigan czasem wygłaszał na temat kupowania akcji: decydujesz się na to czy tamto i musisz ze swoim wyborem żyć. Te wszystkie pytania i obawy z czasem pomału zeszły na dalszy plan, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że Kenny Yanko na dobre przestał nawiedzać moje myśli.
[…]
Wczesną zimą dwa tysiące jedenastego roku przeznaczyłem część zarobionych pieniędzy na kupno nowego iPhone’a 4. Jeszcze tego samego wieczoru skopiowałem listę kontaktów z poprzedniego telefonu i przeglądając ją, zobaczyłem numer pana Harrigana. Niewiele myśląc, wybrałem go. „Dzwonię do pana Harrigana”, przeczytałem na ekranie. Przyłożyłem telefon do ucha, przerażony i zaciekawiony zarazem. Nie było nagranego komunikatu. Nie było automatycznego głosu informującego, że wybrany numer jest nieaktywny. Nie było sygnału. Tylko niezmącona cisza. Można rzec, że mój nowy telefon, he-he, milczał jak grób. Ulżyło mi.
[…]
Szorowaliśmy zlewy, bo ci, co chodzili na chemię, oczywiście nie raczyli się tym zająć, choć teoretycznie mieli to robić przed każdym weekendem. Pani Hargensen znieruchomiała i się uśmiechnęła. Może z lekkim zawstydzeniem. Ludzie nauki nie są wolni od przesądów, Craig. Wolę nie igrać z czymś, czego nie rozumiem. Jak mawiała moja babcia, nie wołaj, jeśli nie chcesz odzewu. Zawsze uważałam, że to dobra rada. Dlaczego pytasz? Nie zamierzałem jej wyznać, że ciągle myślę o Kennym. Jestem metodystą i w kościele często mówimy o Duchu Świętym. Duchu, rozumie pani? Chyba dlatego mnie to zaciekawiło. Cóż, jeśli duchy istnieją – powiedziała – założę się, że nie wszystkie są święte. Nigdy tego nie zapomniałem.
[…]
Pracowałem wtedy w czasopiśmie literackim. „Ploughshares” jest jednym z najlepszych w kraju i zawsze miało wybitnych redaktorów naczelnych, ale ktoś musi czytać niezamówione rękopisy i to zadanie należało do mnie. Lubiłem tę robotę, mimo że wiele nadsyłanych tekstów nie przewyższało poziomem pamiętnego, klasycznie grafomańskiego wiersza 10 powodów, dla których nienawidzę matki. Bardzo to było pocieszające, że tylu jest na świecie ambitnych gryzipiórków, którzy piszą gorzej ode mnie. Pewnie brzmi to złośliwie. I pewnie złośliwe jest. Tym właśnie się zajmowałem pewnego wieczoru, z talerzem ciastek oreo po mojej lewej ręce i kubkiem herbaty po prawej, kiedy zabrzęczał mój telefon. To był tata. Powiedział, że ma złą wiadomość: umarła pani Hargensen. Powiedział mi, co wiedział, a dalsze szczegóły poznałem parę dni później, z zamieszczonego w sieci artykułu z „Weekly Enterprise”, gazety wychodzącej w Gates Falls. LUBIANI NAUCZYCIELE ZABICI W VERMONCIE, głosił nagłówek. Victoria Hargensen Corliss nadal uczyła biologii w liceum w Gates Falls; jej mąż był nauczycielem matematyki w sąsiednim Castle Rock. Postanowili wybrać się w ferie wiosenne na wycieczkę motocyklem po Nowej Anglii, każdą noc spędzali w innym pensjonacie. Wracali przez Vermont i byli już przy granicy z New Hampshire, kiedy Dean Whitmore, lat trzydzieści jeden, z Waltham w stanie Massachusetts, zjechał na przeciwległy pas drogi numer dwa i uderzył w nich czołowo. Ted Corliss zginął na miejscu. Victoria Corliss – kobieta, która zabrała mnie do pokoju nauczycielskiego po tym, jak dostałem wycisk od Kenny’ego Yanko, i dała mi swoje aleve, choć to było zabronione – zmarła w drodze do szpitala.
[…]
Tego popołudnia wróciłem do domu i przeszperałem szuflady komody w moim pokoju, nie do końca gotów przyznać sam przed sobą, czego szukam… i po co. Gdy tego nie znalazłem, byłem zawiedziony, ale mi ulżyło. Już miałem wyjść, zawróciłem jednak i stanąłem na palcach, by zajrzeć na górną półkę szafy, zawaloną gratami, które nie wiedzieć, kiedy się tam nagromadziły. Znalazłem stary budzik, iPoda, który się zepsuł, gdy upuściłem go, jeżdżąc na deskorolce po podjeździe, splątane słuchawki nauszne i douszne. Było też pudełko pełne kart baseballowych i sterta komiksów Spider-Man. W głębi leżała bluza Red Sox, zdecydowanie za mała na ciało, w którym aktualnie żyłem. Uniosłem ją i spod niej wyłonił się iPhone, który dostałem od ojca na Boże Narodzenie. W czasach, kiedy jeszcze byłem szczawikiem. Była tam też ładowarka. Podłączyłem do niej starego iPhone’a, wciąż nieskory przyznać, co knuję, ale kiedy dziś myślę o tamtym dniu – nie tak wiele lat temu – sądzę, że powodującym mną impulsem było coś, co pani Hargensen powiedziała do mnie, kiedy szorowaliśmy zlewy w laboratorium chemicznym: „Nie wołaj, jeśli nie chcesz odzewu”. A ja tamtego dnia go chciałem. Pewnie nawet się nie naładuje, powiedziałem sobie. Tyle lat tam przeleżał, zbierając kurz. A jednak się myliłem. Wieczorem, kiedy tata poszedł spać, wziąłem starego iPhone’a do ręki i w prawym górnym rogu ekranu zobaczyłem znaczek pokazujący, że bateria jest pełna.
[…]
Tyle że w głębi ducha wiedziałem, że coś się jednak wydarzy, nie byłem więc zaskoczony, kiedy odpowiedział mi sygnał zamiast ciszy. Ani gdy usłyszałem chropawy głos płynący z telefonu, który prawie siedem lat wcześniej włożyłem do kieszeni martwego człowieka. „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”. Dzień dobry, panie Harrigan, mówi Craig. Zachowywałem zadziwiający spokój, biorąc pod uwagę, że przemawiałem do nieboszczyka, a nieboszczyk ten być może mnie słuchał. Człowiek nazwiskiem Dean Whitmore zabił moją ulubioną nauczycielkę z liceum i jej męża. Facet był pijany i wjechał w nich samochodem. Byli dobrymi ludźmi, ona mi pomogła, kiedy tego potrzebowałem, a sprawca nie poniósł zasłużonej kary. To chyba wszystko.
[...]
I dzięki Bogu, że był, ale akurat o tej jednej sprawie nie mogłem z nikim rozmawiać. Przynajmniej, jeśli nie chciałem wyjść na wariata. Poszedłem do swojego pokoju i zdjąłem starego iPhone’a z półki w szafie. Trzymał się dzielnie, bateria była jeszcze naładowana. Dlaczego właściwie to zrobiłem? Czy zamierzałem zadzwonić do człowieka leżącego w grobie, żeby mu podziękować? Zapytać, czy naprawdę tam jest? Nie pamiętam i chyba nie ma to większego znaczenia, bo ostatecznie nie zadzwoniłem. Kiedy włączyłem telefon, zobaczyłem, że dostałem esemesa. Nadawcą był krolpiratowl. Otworzyłem go drżącym palcem i przeczytałem, co następuje: C C C dOs. Kiedy patrzyłem na te litery, coś mi zaświtało, możliwość, która przed tym dniem późnego lata ani razu nie przyszła mi do głowy. A jeśli w pewnym sensie trzymałem pana Harrigana na uwięzi? Wikłałem go w moje doczesne troski przy użyciu telefonu, który wsunąłem do kieszeni jego marynarki, zanim wieko trumny opadło? A jeśli rzeczy, o które go prosiłem, sprawiały mu ból? Może nawet były dla niego torturą?
[…]
Poczekałem na piknięcie. Dziękuję za wszystko, panie Harrigan. Żegnam – powiedziałem. Rozłączyłem się, wziąłem zamach i rzuciłem telefon z całej siły. Patrzyłem, jak leciał łukiem na tle szarego nieba. Widziałem, jak z cichym pluskiem wpadł do wody. Sięgnąłem do lewej kieszeni i wyjąłem mojego obecnego iPhone’a, 5C w kolorowym etui. Jego też zamierzałem wrzucić do jeziora. Telefon stacjonarny na pewno by mi wystarczył, a i niewątpliwie ułatwił życie. Znacznie mniej bzdurnych pogaduszek, żadnych esemesów typu „Co słychać”, żadnych kretyńskich emoji. Jeśli po studiach dostanę pracę w jakiejś gazecie i z jakiegoś powodu każą mi stale być pod telefonem, będę korzystał z pożyczonego i oddam go po wykonaniu przydzielonego zadania. Zrobiłem zamach i trwałem w tej pozycji, zdaje się, dość długo – może minutę, może dwie. Ostatecznie schowałem komórkę z powrotem do kieszeni. Nie wiem na pewno, czy wszyscy są uzależnieni od tych nowoczesnych puszek połączonych woskowanym sznurkiem, ale ja tak, to nie ulega wątpliwości, i pan Harrigan też popadł w ten nałóg. To, dlatego tamtego dnia wsunąłem mu telefon do kieszeni. Myślę, że w dwudziestym pierwszym wieku nasze telefony są tym, co wiąże nas ze światem. Iście małżeńskim węzłem. I chyba nie jest to małżeństwo udane.
[…]
Doug jakby nie usłyszał. Patrzy na szwagra, który – w jego własnym odczuciu – jest prawdziwym bratem. Który zapewnił jego siostrze dobre życie. Który pomógł mu postawić pierwsze kroki w biznesie, choć to akurat najmniej ważne. Spędzili razem wiele miłych chwil. Za mało, ale wygląda na to, że tyle będzie mu musiało wystarczyć. Ludzki mózg jest ograniczony, to tylko kawał gąbczastej tkanki uwięziony w klatce z kości, ale umysł zawarty w tym mózgu jest nieskończony. Ma kolosalną pojemność, zasięg jego wyobraźni przekracza naszą zdolność pojmowania. Moim zdaniem, kiedy umiera człowiek, mężczyzna czy kobieta, w gruzy wali się cały świat, świat, który dana osoba znała, w który wierzyła. Pomyśl o tym, mały: miliardy ludzi na Ziemi i każdy z nich nosi w sobie świat. Ziemię wykreowaną przez ich umysły. I teraz umiera świat mojego taty. Ale nie nasz – mówi Doug i jeszcze raz ściska ramiona siostrzeńca. Nasz jeszcze trochę przetrwa. Twojej matki też. Musimy być silni, przez wzgląd na nią, Brian. Tak silni, jak to tylko możliwe.
[…]
Marty Anderson zobaczył ten billboard niedługo przed tym, jak internet padł na dobre. Szwankować zaczął osiem miesięcy wcześniej, kiedy to wystąpiły pierwsze krótkie przerwy w dostępie. Wszyscy zgodnie twierdzili, że teraz to już tylko kwestia czasu, ale jakoś sobie poradzą, gdy cyberświat pogrąży się w ostatecznym mroku – przecież dawniej żyli bez niego, prawda? Poza tym, były inne zmartwienia, jak wymieranie całych gatunków ptaków i ryb, a teraz do tego doszła jeszcze Kalifornia: ubywało jej i ubywało, niebawem pewnie zupełnie zniknie. Marty wyszedł ze szkoły później niż zwykle, dziś wypadła najbardziej znienawidzona data w kalendarzu każdego nauczyciela liceum: dzień wywiadówek. Jak się okazało, niewielu rodziców miało ochotę rozmawiać o postępach małego Johnny’ego i małej Janey w nauce (bądź ich braku). Naczelnym tematem był prawdopodobny koniec internetu, który pociągnąłby za sobą utratę kont na Facebooku i Instagramie. Nikt nie wspomniał o Pornhubie, ale Marty podejrzewał, że wielu rodziców, którzy się zjawili – płci obojga – w duchu opłakiwało nieuchronnie zbliżającą się zagładę także i tego serwisu. Normalnie pojechałby do domu obwodnicą, rach-ciach i byłby na miejscu, ale ten wariant odpadał, bo zawalił się most nad Otter Creek. Stało się to przed czterema miesiącami, a na rychłą odbudowę się nie zanosiło; poprzestano na zastawieniu dojazdu drewnianymi barierkami w pomarańczowe pasy, które już były brudne i wymazane tagami grafficiarzy.
[…]
Jedną ręką chwycił stertę książek, drugą – swoją sfatygowaną starą teczkę. Była ciężka od prac do sprawdzenia. Obarczony tym brzemieniem, wygramolił się z auta i zamknął drzwi tyłkiem. Zaśmiał się, widząc swój cień na ścianie, wyginający się niby w jakimś fikuśnym tańcu. Ten dźwięk go zaskoczył; w tych trudnych czasach wesołość była towarem deficytowym. Potem połowa książek wypadła mu na podłogę garażu i zalążki dobrego humoru ulotniły się bez śladu. Podniósł Wstęp do literatury amerykańskiej i Cztery krótkie powieści (obecnie przerabiał Szkarłatne godło odwagi z dziesiątymi klasami), i wszedł do domu. Ledwie zdołał wszystko położyć na blacie kuchennym, a już zadzwonił telefon. Stacjonarny, oczywiście; sieci komórkowe ostatnio praktycznie nie działały. Marty czasem gratulował sobie tego, że w odróżnieniu od wielu znajomych zachował ten telefon. Oni mieli autentycznie przerąbane, bo od mniej więcej roku załatwienie stacjonarnego graniczyło z cudem. Prędzej otworzą obwodnicę niż trafisz na czoło listy oczekujących. Inna sprawa, że linie naziemne też ulegały częstym awariom.
[…]
Pierwszym, na co Marty nazajutrz zwrócił uwagę, wyjeżdżając tyłem z garażu, było niebo. Kiedy ostatnio widział taki czysty, nieskazitelny błękit? Miesiąc temu? Półtora? Chmury i deszcz (czasem kapuśniaczek, czasem rzęsista ulewa) stały się praktycznie codziennością, nawet w te dni, gdy się przejaśniało, niebo zazwyczaj zasnuwał dym z pożarów trawiących Środkowy Zachód. Ogień pochłonął już większość stanów Iowa i Nebraska, teraz, niesiony wichurami, ogarniał Kansas.
[…]
Siedzieli przed domem Marty’ego i patrzyli na ludzi wracających ze śródmieścia, wielu w garniturach i krawatach. Kobieta w ładnym różowym kostiumie szła noga za nogą w tenisówkach, niosąc w dłoni buty na wysokim obcasie. Marty kojarzył, że nazywa się Andrea jakaś tam i mieszka przy sąsiedniej, a może jeszcze następnej ulicy. Chyba pracuje w Midwest Trust? Zdaje się, że tak mówiła Felicia. No i pszczoły – ciągnął Gus. Już dziesięć lat temu było z nimi krucho, ale teraz doszczętnie wyginęły, pomijając kilka rojów w Ameryce Południowej. Koniec z miodem. I skoro nie będzie miał kto zapylać tych roślin uprawnych, które ocaleją…
[…]
Pewnie pan wie, że w powszechnym przekonaniu doba ma dwadzieścia cztery godziny? – spytał Yarbrough. A tydzień siedem dni. Wszyscy to wiedzą, nawet małe dzieci. Cóż, wszyscy są w błędzie. Doba gwiazdowa miała dwadzieścia trzy godziny i pięćdziesiąt sześć minut. Plus parę sekund. Miała? Otóż to. Jak wynika z moich obliczeń, które, zapewniam, są prawidłowe, a mogę to wykazać, doba obecnie składa się z dwudziestu czterech godzin i dwóch minut. Wie pan, co to znaczy, panie Anderson? Marty się zastanowił. Chce pan powiedzieć, że Ziemia wolniej się obraca? Właśnie. Yarbrough wyjął fajkę z ust i wskazał gestem ludzi idących chodnikiem. Teraz, kiedy popołudnie przechodziło w zmierzch, szeregi spacerowiczów powoli topniały. Założę się, że wiele z tych osób uważa, że liczne klęski, które nas dotknęły, mają jedną i tę samą przyczynę: to, co zrobiliśmy ze środowiskiem naturalnym Ziemi. Mylą się. Pierwszy przyznam, że traktowaliśmy naszą matkę… tak, jest matką nas wszystkich… bardzo źle, z pewnością ją molestowaliśmy, żeby nie powiedzieć gwałciliśmy, ale jesteśmy małym pyłkiem w porównaniu z wielkim zegarem wszechświata. Małym pyłkiem. Nie, to, co się dzieje, jest czymś więcej niż katastrofą ekologiczną. Może wszystko przez Chucka Krantza – powiedział Marty. Yarbrough spojrzał na niego z zaskoczeniem i parsknął śmiechem.
[…]
Wujek Doug kiwa głową i obejmuje Briana ramieniem. Wiem, że ci ciężko, mały, mnie też, ale nic innego nie potrafię powiedzieć. Życie jest tajemnicą. Śmierć też. Milkną, wsłuchani w miarowy pik… pik… pik monitora i charczenie Charlesa Krantza – przez żonę, brata żony i przyjaciół zwanego Chuckiem – towarzyszące powolnym tchnieniom, które są ostatnimi interakcjami jego ciała ze światem. Każdym wdechem i wydechem (oraz biciem jego serca) steruje gasnący mózg, w którym pewne czynności jeszcze trwają. Człowiek, który całe zawodowe życie spędził w dziale księgowości Midwest Trust, podlicza swoje ostatnie rachunki: małe wpływy, duże rozchody. […] Uwielbiał swoją pracę – wzdycha Doug. W zasadzie nie robił nic nadzwyczajnego, nigdy nie zdobyłby Nagrody Nobla ani nie dostałby Medalu Wolności od prezydenta…, ale naprawdę to kochał. Taniec też – zauważa Brian. Kochał tańczyć. I był w tym dobry. Podobnie jak mama… mawiał, że wymiatali na parkiecie. Ale on był lepszy. Doug się śmieje. Mówił o sobie, że jest Fredem Astaire’em dla ubogich.
[…]
Miał udane życie, Bri. Ale za krótkie – zauważa Brian. Nigdy nie przejedzie pociągiem przez Kanadę, o czym marzył. Nie odwiedzi Australii… to też chciał zrobić. Nie zobaczy, jak kończę szkołę. Nie uczczą jego przejścia na emeryturę imprezą, na której ludzie wygłaszają dowcipne mowy i na pamiątkę dają – ociera oczy rękawem kurtki – złoty zegarek. Doug ściska ramiona siostrzeńca. Brian patrzy na swoje splecione dłonie. Chcę wierzyć w Boga, wujku, i może nawet wierzę, ale nie rozumiem, czemu tak to musi być – mówi. Dlaczego Bóg na to pozwala. To zagadka? Taki z ciebie mądry filozof i tylko na tyle cię stać? Tak, bo filozofia upada w obliczu śmierci, myśli Doug. Wiesz, jak to mówią, Brian: śmierć zabiera najlepszych z nas, a i gorszymi nie wzgardzi. Brian próbuje się uśmiechnąć. Jeśli to ma mnie pocieszyć, musisz bardziej się postarać.
[…]
Razem z Makiem pracują na pół etatu w Doctor Records przy Newbury Street, ale w dobre dni Jared mniej więcej tyle samo zarabia, grając na ulicy. A znacznie przyjemniej walić w bębny na słonecznej Boylston Street niż wdychać opary paczuli w sklepie i toczyć długie rozmowy z maniakami płyt gramofonowych szukającymi Dave’a Van Ronka, Folkways lub rzadkich nagrań Grateful Dead na winylach w tureckie wzory. Jared zawsze ma ochotę ich zapytać, gdzie byli, kiedy plajtowało Tower Records. Wyleciał z Juilliard, który nazywa – na pamiątkę starej audycji radiowej – College’em Wiedzy Muzycznej. Przetrwał trzy semestry, ale ostatecznie uznał, że to nie jego klimaty. Wymagali, żebyś myślał o tym, co robisz, a w przekonaniu Jareda rytm jest twoim przyjacielem, a myślenie wrogiem. Od czasu do czasu łapie jakieś fuchy, ale gra w kapeli niespecjalnie go interesuje. Choć nigdy nie mówi tego otwarcie (no dobrze, może raz–dwa razy się zdarzyło po pijaku), sądzi, że może to muzyka jako taka jest wrogiem. Rzadko myśli o tych sprawach, kiedy już złapie rytm. Wtedy muzyka staje się bladym widmem. Liczą się tylko bębny. Tylko beat.
[…]
Chuck miał tenorowy głos, nie nadzwyczajny, ale przyjemny dla ucha, nie bał się też wydrzeć na całe gardło ani zaśpiewać falsetem, kiedy sytuacja tego wymagała, tak naprawdę jednak najbardziej lubił wstawki instrumentalne, bo wtedy mógł tańczyć i paradować po scenie jak Mick Jagger, czasem wywijając statywem mikrofonu między nogami w sposób, jak sądził, wyuzdany. Potrafił też wykonywać moonwalk, co zawsze spotykało się z aplauzem. The Retros byli kapelą garażową, która czasem odbywała próby w prawdziwym garażu, a czasem w pokoju rekreacyjnym gitarzysty prowadzącego, gdzie zwykle dołączała do nich jego młodsza siostra (Ruth? Reagan?). Zbiegała tanecznym krokiem po schodach w swoich bermudach, stawała między dwoma wzmacniaczami Fender, ostentacyjnie kręciła biodrami i tyłkiem, wtykała sobie palce do uszu i wystawiała język. Raz, kiedy zrobili sobie przerwę, przysunęła się do Chucka i powiedziała: Między nami mówiąc, śpiewasz tak, jak starzy ludzie się pieprzą.
[…]
Teraz, kiedy bębny ucichły, wygląda na oszołomioną. Nie wiem – mówi Chuck. Ale to najlepsze, co mnie spotkało od niepamiętnych czasów. Magiczny Kapelusz jest wypełniony po brzegi. Bis! – krzyczy ktoś i tłum podchwytuje wezwanie. Wiele telefonów jest w górze, gotowych do nagrania następnego tańca i dziewczyna wygląda, jakby nie miała nic przeciwko, ale jest młoda. Chuck już się wytańczył do utraty tchu. Spogląda na bębniarza i kręci głową. Chłopak dyskretnie potakuje na znak, że rozumie. Chuck ciekaw jest, ilu ludzi miało na tyle szybki refleks, by nagrać ten pierwszy taniec, i jak zareaguje jego żona, jeśli to zobaczy. I syn. A jeśli nagranie stanie się hitem internetu? Mało prawdopodobne, ale jeśli tak, jeżeli dotrze do kierownictwa banku, co pomyślą, kiedy ujrzą podwładnego, którego wysłali do Bostonu na konferencję, kręcącego tyłkiem na Boylston Street z kobietą tak młodą, że mogłaby być jego córką? Albo czyjąś młodszą siostrą. Co mu właściwie do głowy strzeliło? Na dziś wystarczy, panie i panowie – oznajmia perkusista. Kończymy, dopóki jesteśmy na topie.
[…]
Kiedy mija miejsce, gdzie Jared rozstawił bębny, powracają te dwa pytania: co cię skłoniło, żeby się zatrzymać, i dlaczego zacząłeś tańczyć? Sam tego nie wie, ale czy odpowiedzi, aby na pewno uczyniłyby piękne przeżycie piękniejszym? Później utraci władzę w nogach, nie będzie mógł chodzić, a co dopiero tańczyć z siostrzyczką na Boylston Street. Później nie będzie w stanie przeżuwać jedzenia, wszystkie jego posiłki będą przygotowywane w mikserze. Później przestanie odróżniać sen od jawy i będzie doznawał tak straszliwych mąk, że będzie się zastanawiał, po co Bóg w ogóle stworzył świat. Później zapomni imię żony. Będzie za to pamiętał – czasami – tę chwilę, kiedy się zatrzymał, upuścił teczkę i zaczął poruszać biodrami w rytmie wybijanym na bębnach, a wtedy będzie go nachodzić myśl, że po to Bóg stworzył świat. Właśnie po to.
[…]
Nigdy tego nie zapomniał. Oczywiście znał dziadków od strony matki, odwiedzał ich co lato, ale byli dla niego prawie obcy. Kiedy został sirotą, często dzwonili, takie tam typowe gadki z gatunku jak- się-masz-co-tam-w-szkole, i nadal spędzał u nich wakacje; Sarah (vel bubbe, vel babcia) zawoziła go samolotem. Pozostali jednak nieznajomymi, żyjącymi na obcej ziemi zwanej Omaha. Przysyłali mu prezenty na urodziny i Boże Narodzenie – te ostatnie były szczególnie miłe, bo babcia i dziadzio nie obchodzili Bożego Narodzenia – ale poza tym wciąż widział w nich ludzi z dalszego planu, takich jak nauczyciele, z którymi tracił kontakt, kiedy dostawał promocję do następnej klasy. Chuck pierwszy zaczął zrzucać z siebie metaforyczne szaty żałobne, co siłą rzeczy także i jego dziadków (starych, owszem, ale nie zgrzybiałych) wydobyło z rozpaczy. Kiedy miał dziesięć lat, zabrali go do disneylandu. Zajęli sąsiednie pokoje w Swan Resort, łączące je drzwi stały otwarte przez całą noc i Chuck tylko raz usłyszał płacz babci. Poza tym dobrze się bawili.
[…]
Wiesz, w jakim stylu jest ten dom, Chucky? Wiktoriańskim – powiedział Chuck. Otóż to, i nie jest to żadna imitacja. Zbudowano go w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku, od tamtego czasu przeszedł kilka remontów, ale wieżyczka stoi, jak stała od samego początku. Kupiliśmy ten dom z twoją babcią, i to za grosze, kiedy biznes obuwniczy się rozkręcił. Jestem tu od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku i przez te wszystkie lata byłem w tej cholernej wieżyczce może sześć razy. Bo podłoga przegniła? – zapytał Chuck tonem, miał nadzieję, ujmująco niewinnym. Bo pełno tam duchów – padła odpowiedź i Chucka znów przebiegł ten zimny dreszcz. Jeszcze mniej przyjemny. Chociaż może dziadzio tylko żartował. Ostatnio pozwalał sobie na to od czasu do czasu. Żarty były dla niego tym, czym taniec dla babci. Dziadek pociągnął łyk piwa. Beknął. Miał przekrwione oczy. Duchów przyszłych świąt Bożego Narodzenia. Pamiętasz to, Chucky? Chuck pamiętał, oglądali Opowieść wigilijną w każdą Wigilię, chociaż nie obchodzili Bożego Narodzenia, ale to nie znaczyło, że wiedział, o czym dziadzio mówi.
[…]
Wróciła z Zabójstwem Rogera Ackroyda. O, to jest kryminał, co się zowie – powiedziała. Żadnych głupawych nastolatków rozbijających się gruchotami. Potraktuj to jako pierwszą lekcję prawdziwego pisarstwa. Zastanowiła się chwilę. No, Saul Bellow to nie jest, ale ujdzie. Chuck zaczął czytać tę powieść tylko po to, żeby zrobić babci przyjemność, ale szybko wciągnęła go bez reszty. W jedenastym roku życia pochłonął prawie dwa tuziny kryminałów Agathy Christie. Wziął na próbę parę tych z panną Marple, ale zdecydowanie bardziej polubił Herculesa Poirota, z tym jego wymuskanym wąsikiem i małymi szarymi komórkami. Poirot naprawdę miał głowę nie od parady. Pewnego dnia letnich wakacji Chuck czytał w hamaku za domem Morderstwo w Orient Expressie, kiedy jego spojrzenie powędrowało na okno wieżyczki. Zastanowił się, jak monsieur Poirot przeprowadziłby śledztwo w jej sprawie.
[…]
Cóż to była za przytłaczająca wizja: cały świat skryty pod kruchym kloszem jego czaszki. Pomyślał o małym Jefferiesie, rozjechanym na ulicy. O martwym Henrym Petersonie, księgowym jego ojca, wiszącym na sznurze (śnił o tym koszmary). O ich światach, które utonęły w ciemności. Jak pokój, w którym zgasi się światło.
[…]
Wierzy pani w duchy? Zamyśliła się nad tym pytaniem. Moim zdaniem duchami są wspomnienia. Ale jeśli masz na myśli widma snujące się po zatęchłych korytarzach zamków… nie, te raczej istnieją tylko w filmach. I być może w wieżyczce domu dziadzia, pomyślał Chuck. Udanych wakacji, Chucky. Chuck miał udane wakacje do sierpnia, kiedy to umarła babcia. Stało się to niedaleko od domu, w miejscu publicznym, co trochę uwłaczało jej godności, ale przynajmniej była to śmierć w rodzaju tych, które ludzie mogą na pogrzebie bezpiecznie skwitować słowami: „Dzięki Bogu, że nie cierpiała”. Ten drugi oklepany banał „Przeżyła długie, pełne życie” mógłby w tym przypadku budzić pewne zastrzeżenia; Sarah Krantz nie skończyła jeszcze sześćdziesięciu pięciu lat, choć niewiele jej zabrakło. W domu na Pilchard Street znów zagościł czysty smutek, tylko tym razem nie było wycieczki do disneylandu, wyznaczającej początek wychodzenia z żałoby.
[…]
Zaśmiała się i objęła go siostrzanym uściskiem. Na następne zajęcia Klubu Hołubca i Piruetu Cat McCoy przyniosła buty z kubańskimi obcasami pożyczone od brata. Chuck, który jako członek kółka tanecznego zniósł już niejeden przytyk kwestionujący jego męskość, był przygotowany na to, że mu się nie spodobają, zakochał się w nich jednak od pierwszego wejrzenia. Miały wysokie obcasy i spiczaste noski, były czarne jak środek nocy w Moskwie. Bardzo przypominały buty, które swego czasu nosił Bo Diddley. No dobrze, były trochę przyduże, ale papier toaletowy wciśnięty w spiczaste noski rozwiązał ten problem. A co najlepsze… kurczę, super się w nich tańczyło. Kiedy improwizowali przy Caribbean Queen, podłoga sali gimnastycznej wydawała się gładka jak lód. Jak porysujesz posadzkę, woźni spiorą ci tyłek – ostrzegła Tammy Underwood. Pewnie miała rację, ale żadnych rys nie było. Zbyt zwinnie się ruszał, żeby je zrobić.
[…]
Kiedy ich wspaniały taniec się zakończył i didżej puścił następny, nowszy kawałek, Cat McCoy pobiegła do swoich koleżanek, które chichotały, piszczały i ściskały ją z żarliwością, do jakiej zdolne są chyba tylko trzynastoletnie dziewczyny. Zlanemu potem Chuckowi było strasznie gorąco, miał wrażenie, że jego policzki zaraz staną w ogniu. Był też w euforii. W tej chwili pragnął tylko ciemności, chłodnego powietrza i tego, by trochę pobyć samemu. Jak we śnie ominął Dougiego i jego kumpli (którzy nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi), pchnął drzwi na końcu sali gimnastycznej i wyszedł na utwardzone boisko do koszykówki. Chłodne jesienne powietrze ugasiło ogień na jego policzkach, ale nie ogarniającą go euforię. Podniósł głowę, zobaczył milion gwiazd i zrozumiał, że za każdą z nich skrywa się następny milion. Wszechświat jest olbrzymi, pomyślał. Zawiera niezmierzone rzesze. Zawiera też mnie i w tej chwili jestem wspaniały. Mam prawo być wspaniały.
[…]
Dziadzio Chucka, jego zejde [z hebr. dziadek – przyp. aut.], umarł na zawał cztery lata po Jesiennym Balu. Stało się to, kiedy Albie wchodził po schodach do biblioteki publicznej, aby oddać Grona gniewu – książkę, stwierdził, pod każdym względem tak dobrą, jak to pamiętał. Chuck był wtedy w jedenastej klasie, śpiewał w kapeli i tańczył jak Jagger podczas wstawek instrumentalnych. Dziadek zostawił mu wszystko. Odkąd przeszedł na wczesną emeryturę, jego majątek, kiedyś całkiem spory, znacznie stopniał, ale zostało dosyć, by opłacić studia Chucka. Później pieniądze ze sprzedaży wiktoriańskiego gmaszyska poszły na pierwszy dom (mały, ale w dobrej dzielnicy, ze ślicznym pokojem w głębi, w sam raz dla dziecka), do którego wprowadzili się z Virginią po miesiącu miodowym spędzonym w górach Catskill. Jako świeżo upieczony pracownik Midwest Trust – skromny kasjer – nie mógłby sobie pozwolić na zakup własnego kąta, gdyby nie spadek po dziadku.
[…]
Nie było tam jednak nic. Jego oczom ukazał się pusty pokój. Był mały, okrągły, nie więcej niż cztery metry średnicy, może nawet mniej. Po przeciwległej stronie znajdowało się pojedyncze, szerokie okno, oblepione nagromadzonym latami brudem. Choć za szybą świeciło słońce, wpadające przez nią światło było rozmyte, rozproszone. Stojąc na progu, Chuck wysunął nogę do przodu i delikatnie dotknął desek dużym palcem, jakby sprawdzał, czy woda w sadzawce nie jest za zimna. Nie zaskrzypiały, nie ugięły się. Wszedł więc do środka, gotów odskoczyć do tyłu, gdyby tylko podłoga zaczęła się zapadać, ale była solidna. Ruszył do okna, zostawiając ślady stóp w grubej warstwie opadłego kurzu. Dziadzio kłamał, mówiąc, że podłoga przegniła, ale o widoku z wieżyczki powiedział całkowitą prawdę. Rzeczywiście nic ciekawego. Chuck zobaczył centrum handlowe za pasem zieleni, a dalej pociąg Amtrak, który jechał w stronę miasta, ciągnąc pięć wagonów pasażerskich niby kikut ogona. O tej porze dnia, po porannym szczycie, pasażerów zapewne było niewielu. Chuck zaczekał w oknie, aż pociąg przejedzie, po czym ruszył po swoich śladach z powrotem do drzwi. Kiedy się odwrócił, żeby je zamknąć, na środku okrągłego pokoju ujrzał łóżko. Szpitalne. Leżał w nim mężczyzna. Wyglądał na nieprzytomnego. Nie było żadnych maszyn, a mimo to Chuck jedną słyszał, robiła pik… pik… pik. Może monitor pracy serca. Przy łóżku stał stolik. Na nim były różne emulsje kosmetyczne i para okularów w czarnych oprawkach. Leżący mężczyzna miał zamknięte oczy. Jedna jego dłoń wysunęła się spod przykrycia i Chuck nie był zaskoczony, kiedy zobaczył na jej grzbiecie bliznę w kształcie półksiężyca.
[…]
Chuck wszedł z powrotem do wieżyczki, by mu się uważniej przyjrzeć, ale wizja już zniknęła. Ani mężczyzny, ani łóżka szpitalnego, ani stolika. Tylko jedno ostatnie, słaby pik niewidocznego monitora, który zaraz zamilkł. Mężczyzna nie rozwiał się w powietrzu niby zjawa z filmu; po prostu przepadł bez śladu, jakby go w ogóle tam nie było. Bo go nie było, pomyślał Chuck. Przy tej wersji pozostanę i będę żył swoim życiem dotąd, aż się zakończy. Jestem wspaniały, zasługuję na to, by wspaniałym być i zawieram niezmierzone rzesze. Zamknął drzwi, zatrzasnął kłódkę.
[…]
Pomysły na opowiadania zazwyczaj przychodziły Drew Larsonowi do głowy – przy tych coraz rzadszych okazjach, kiedy w ogóle raczyły przyjść – po trochu, fragmentami, jak strużki wody czerpanej z wysychającej studni. I za każdym krył się łańcuch skojarzeń, po którym można było dotrzeć do źródła: czegoś zobaczonego bądź usłyszanego w świecie rzeczywistym. Genezą jego ostatniego opowiadania, na przykład, był widok mężczyzny zmieniającego oponę u wjazdu na autostradę I-295 w Falmouth; facet siedział w kucki i pracował w pocie czoła, omijany przez trąbiące samochody. Z tego, po prawie trzech miesiącach mozolnej dłubaniny, powstała Przebita opona, opublikowana (po otrzymaniu listów odmownych od kilku większych czasopism) w „Prairie Schooner”. Jackowi się zacięło, jedyne jego opowiadanie zamieszczone w „New Yorkerze”, napisał jeszcze na studiach w Bostonie. Zalążek pomysłu zrodził się pewnego wieczoru, kiedy Drew słuchał radia studenckiego w swoim mieszkaniu. Didżej puścił Whole Lotta Love Zeppelinów i płyta zaczęła się zacinać. Trwało to prawie czterdzieści pięć sekund, aż w końcu zdyszany chłopaczyna wyłączył nagranie i wykrztusił: „Przepraszam, drodzy słuchacze, musiałem się odesrać”. Jackowi się zacięło powstało dwadzieścia lat temu. Przebita opona ukazała się przed trzema laty. Między jednym a drugim były jeszcze cztery opowiadania. Żadne nie miało więcej niż trzy tysiące słów. Wszystkie wymagały długich miesięcy żmudnej pracy i cyzelowania. Powieści nie napisał nigdy. Próbował, ale na próżno. Właściwie porzucił ten ambitny zamiar. Pierwsze dwie obszerne próby prozatorskie odbiły się na nim niekorzystnie. Ostatnia – bardzo niekorzystnie. Spalił rękopis i o mały włos nie spalił domu.
[…]
Wielu dobrych pisarzy tworzyło prawie same opowiadania – nie ustępował Al. Poe. Czechow. Carver. Saki i O. Henry, choć wiem, że od literatury popularnej trzymasz się z daleka. Harlan Ellison, jeśli uwzględnić współczesnych. Oni wszyscy popełnili dużo więcej niż pół tuzina utworów. I, Al, ten pomysł jest naprawdę świetny. Serio. Możesz mi coś o nim powiedzieć? Pokazać go z lotu drona, że tak powiem? Przyjrzał się Drew. Nie, nie możesz. Widzę to po tobie. Drew, który szczerze pragnął wszystko wyjawić – bo to był taki piękny pomysł! wręcz, kurczę, doskonały! – pokręcił głową. Na razie wolę podusić to w sobie. Pojadę na jakiś czas do starego domku ojca. Tylko żeby ruszyć z pisaniem. Aha. To w TR-90, nie? Innymi słowy, na zadupiu. Co na to Lucy? Zachwycona nie jest, ale siostra pomoże jej przy dzieciach. Nie o dzieci się martwi, Drew. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę. Drew nie odpowiedział. Myślał o saloonie. O szeryfie. Znał już jego nazwisko. James Averill. Al napił się herbaty, po czym postawił szklankę obok mocno zaczytanego egzemplarza Maga Fowlera. Drew domyślał się, że na każdej stronie są podkreślenia: zielone odnosiły się do charakterystyki postaci, niebieskie do głównych motywów, czerwone wskazywały szczególnie zgrabne sformułowania. Błękitne oczy Ala wciąż patrzyły bystro, były też jednak nieco załzawione i podkrążone. Drew nie chciał myśleć, że widzi w tych oczach nadciągającą śmierć, ale chyba tak było.
[…]
Dlaczego to dla ciebie takie ważne, żeby napisać powieść? Chodzi o pieniądze? Bo całkiem dobrze żyjemy z twojej pensji i moich zleceń księgowych. A może to kwestia prestiżu? Ani jedno, ani drugie, bo nie ma gwarancji, że ta książka w ogóle się ukaże. Nawet gdyby wylądowała w szufladzie jak kiepskie powieści na całym tym naszym okrągłym świecie i tak byłbym zadowolony. – Kiedy te słowa wyszły z jego ust, uzmysłowił sobie, że, o dziwo, są zgodne z prawdą. W takim razie o co chodzi? Alowi powiedział, że chce doprowadzić to do końca. I poczuć ten dreszcz emocji towarzyszący wkraczaniu na niezbadane terytorium. (Nie był pewien czy sam w to wierzy, ale wiedział, że takie wyjaśnienie przemówi do Ala, który w skrytości ducha był romantykiem). Lucy na takie bajki nie nabierze. Mam niezbędne narzędzia – powiedział wreszcie. I mam talent. Może więc wyjdzie z tego coś dobrego. Może nawet z potencjałem komercyjnym, przynajmniej w sensie, w jakim rozumiem ten termin w odniesieniu do literatury. Owszem, zależy mi, żeby to było dobre, ale to nie główny powód. Ważniejsze jest co innego. – Odwrócił się do niej, wziął ją za ręce, dotknął czołem jej czoła. Muszę to skończyć. I tyle. Do tego to się sprowadza. Potem będę mógł albo zrobić to znowu, już nie z takim Sturm und Drang, albo z czystym sumieniem sobie odpuścić. I na cokolwiek się zdecyduję, będzie dobrze. Chcesz zamknąć ten rozdział, inaczej mówiąc. Nie. Tak właśnie to ujął w rozmowie z Alem, ale tylko dlatego, że wiedział, że Al zrozumie i zaakceptuje ten sposób przedstawienia sprawy. Chodzi o coś innego. Prawie fizycznego. Pamiętasz, jak Brandonowi utknął w gardle pomidor koktajlowy? Nigdy tego nie zapomnę. Jedli w Country Kitchen w Gates Falls, kiedy Brandon, wówczas czteroletni, nagle zaczął się krztusić i łapać za gardło. Drew chwycił go, odwrócił plecami do siebie i wykonał chwyt Heimlicha. Pomidor wypadł w całości, ze słyszalnym „pang”, jak korek z butelki. Skończyło się na strachu, ale i Drew, i Lucy zawsze będą pamiętali błagalne spojrzenie syna w chwili, kiedy uświadomił sobie, że nie może oddychać.
[…]
Kiedy skręcił na wjazd na I-295, gdzie pewnego razu widział człowieka zmieniającego oponę, zrobiło mu się lżej na duszy. Jego prawdziwe życie – dzieci, nauczanie współczesnej literatury amerykańskiej studentów, którym o ósmej rano oczy się kleją, sprawunki, obowiązki domowe, odbieranie Stacey i Brandona po zajęciach pozaszkolnych zostawił za sobą. Wróci do tego za dwa tygodnie, góra trzy i pośród codziennego zamętu zapewne nadal będzie miał do napisania większą część powieści, ale teraz otwierał się przed nim inny świat, świat stworzony przez jego wyobraźnię. Pracując nad poprzednimi trzema książkami, nigdy nie potrafił na dobre przenieść się do tego świata, przejść na drugą stronę. Tym razem czuł, że się uda. Jego ciało może będzie siedziało w prostym, pozbawionym wygód domku w lasach Maine, ale duch będzie w Bitter River w stanie Wyoming, gdzie kuśtykający szeryf i jego trzej przerażeni zastępcy są zmuszeni chronić młodego człowieka, który z zimną krwią zabił jeszcze młodszą kobietę na oczach co najmniej czterdziestu świadków. A obrona przed rozwścieczonymi mieszkańcami miasta to dopiero początek. Stróże prawa muszą też przewieźć zabójcę do stolicy hrabstwa, gdzie stanie przed sądem (o ile pod koniec dziewiętnastego wieku w Wyoming były hrabstwa; sprawdzi to później). Drew nie wiedział, skąd stary Prescott wziął małą armię bandziorów, którym kazał do tego nie dopuścić, ale był pewien, że prędzej czy później to wymyśli. Prędzej raczej niż później.
[…]
Zajechał przed domek. Wyglądał na opuszczony, zapomniany. Zielona farba schodziła płatami ze ścian nieodmalowywanych od śmierci Billa Colsona, dach z ocynkowanej blachy był usłany jodłowym igliwiem i opadłymi liśćmi, a zamontowana na nim antena satelitarna (o czaszy też wypełnionej igłami i liśćmi) wyglądała tu, pośród lasu, wręcz komicznie. Drew ciekaw był, czy Luce oprócz rachunków za telefon opłacała też telewizję satelitarną. Jeśli tak, zapewne były to pieniądze wyrzucone w błoto, bo nie sądził, by ta antena jeszcze się do czegokolwiek nadawała. Wątpił też, czy DirecTV zwróci pobrane opłaty z notką treści „ups, oddajemy kasę, bo antenę wam szlag trafił”. Ganek był podniszczony, ale wyglądał dość solidnie (choć lepiej nie przyjmować tego za pewnik). Pod nim dostrzegł wypłowiałą zieloną plandekę przykrywającą, jak się domyślał, jeden– dwa sągi drewna – być może ostatnie, jakie Stary Bill przyniósł przed śmiercią. Wysiadł i stanął przy suburbanie, z dłonią na ciepłej masce samochodu. Gdzieś zakrakała wrona. Inna odpowiedziała z oddali. Oprócz szemrania potoku Godfrey płynącego do jeziora to były jedyne dźwięki. Drew przez chwilę zastanawiał się, czy stoi w tym samym miejscu, gdzie Bill Colson zaparkował swój wóz i palnął sobie w łeb. Zdaje się, że dawno temu – chyba w średniowiecznej Anglii – uważano, że duch samobójcy zmuszony jest zostać tam, gdzie odebrał sobie życie? […] Wszedł do środka, spodziewając się zastać bałagan, ale domek był nienagannie wysprzątany. Niechybnie zasługa Starego Billa; możliwe nawet, że ostatnie porządki zrobił w dniu, kiedy się zabił. Pośrodku pokoju wciąż leżał stary szmaciany dywanik Aggie Larson, przetarty na brzegach, ale poza tym w przyzwoitym stanie. Na cegłach stał opalany drewnem piecyk ranger, pusty, z mikowym okienkiem tak czystym, jak podłoga. Po lewej znajdowała się prowizoryczna kuchnia. Po prawej, przy oknie z widokiem na las schodzący ku potokowi, był dębowy stół jadalniany. Drugi koniec pokoju zajmowały zapadająca się kanapa, dwa fotele i kominek, w którym Drew wolał nie palić. Bóg raczy wiedzieć, ile w kominie zebrało się kreozotu, nie wspominając o zwierzynie: myszach, wiewiórkach, nietoperzach.
[…]
W leśnej głuszy mrok zapadał szybko. Drew zapalił wszystkie lampy (były cztery, z abażurami, co jeden to brzydszy), po czym zajął się automatyczną sekretarką. Dwa razy odsłuchał wiadomość powitalną świętej pamięci ojca, starego, dobrego taty, który, z tego, co pamiętał, nigdy nie powiedział złego słowa ani nie podniósł ręki na synów (od złych słów i podnoszenia rąk była ich matka). Jakoś przykro było ją skasować, ale ponieważ w biurku nie znalazł zapasowej kasety, stanowcze żądanie Lucy nie pozostawiło mu wyboru. Komunikat, który nagrał, był krótki i zwięzły: „Mówi Drew. Proszę zostawić wiadomość”. Załatwiwszy to, włożył lekką kurtkę i wyszedł na zewnątrz, by posiedzieć na schodkach i popatrzeć na gwiazdy. Zawsze go zadziwiało, jak wiele ich widać, kiedy jest się z dala od zanieczyszczenia świetlnego, obecnego nawet w takich względnie małych mieścinach jak Falmouth. Jakby Bóg wylał tam w górze dzban światła, tworząc roziskrzone morze, za którym skrywała się wieczność. Wielka, bezkresna, tajemnicza rzeczywistość, która wymyka się ludzkiemu zrozumieniu. Zerwał się silniejszy wiatr, sosny westchnęły żałośnie i Drew nagle poczuł się bardzo mały i bardzo samotny. Zadygotał i wszedł z powrotem do środka, postanawiając rozpalić na próbę mały ogień w piecyku, po to tylko, żeby się upewnić, że nie zakopci całego domku.
[…]
Nazajutrz wstał wcześnie. Zjadł śniadanie, po czym zadzwonił do Lucy. Właśnie wyprawiała dzieci do szkoły – beształa Stacey za to, że nie dokończyła pracy domowej, informowała Brana, że zostawił swój plecak w salonie – więc rozmowa siłą rzeczy była krótka. Kiedy się pożegnali, Drew naciągnął kurtkę i poszedł nad potok. Drzewa na drugim brzegu wykarczowano, odsłaniając wart miliona dolarów widok na pofałdowany przestwór lasu. Niebo przybrało stopniowo pogłębiający się odcień błękitu. Drew stał w tym miejscu przez prawie dziesięć minut, sycąc oczy skromnym pięknem świata i próbując opróżnić swój umysł. Przygotować go. Co semestr prowadził kursy ze współczesnej literatury amerykańskiej i brytyjskiej, ale ponieważ był publikowanym (i to w „New Yorkerze”) autorem, przede wszystkim uczył twórczego pisania. Każde zajęcia i seminarium zaczynał od omówienia twórczego procesu. Tłumaczył studentom, że tak jak większość ludzi wykonuje przed snem szereg rutynowych czynności, tak też trzeba mieć swój rytuał poprzedzający przystąpienie do codziennej pracy. To coś jak seria gestów wykonywanych przez hipnotyzera przed wprowadzeniem medium w trans. Akt pisania prozy czy poezji porównuje się do marzenia sennego – mówił słuchaczom. Moim zdaniem jednak nie jest to trafne porównanie. Myślę, że więcej ma wspólnego z hipnozą. Im bardziej zrytualizowane przygotowania, tym łatwiej w ten stan wejść.
[…]
Odpalił laptopa i utworzył nowy dokument. To, co nastąpiło potem, też w zasadzie było elementem rytuału: nazwał dokument (BITTER RIVER #1), sformatował go i wybrał czcionkę. Pisząc Wioskę, zdecydował się na Book Antiqua, ale nie miał zamiaru użyć jej także w Bitter River; to byłoby kuszenie losu. Pomny na to, że mogą się zdarzyć przerwy w dopływie prądu, wymuszające przejście na maszynę do pisania, wybrał czcionkę American Typewriter. To wszystko? Nie, jeszcze jedno. Zaznaczył opcję autozapisywania. Nawet gdyby siadł prąd, najprawdopodobniej nie straciłby całego tekstu, bateria laptopa była naładowana do pełna, ale lepiej dmuchać na zimne. Kawa była gotowa. Nalał sobie kubek i usiadł. Naprawdę chcesz to zrobić? Naprawdę zamierzasz to zrobić? Odpowiedź na oba pytania brzmiała „tak”, więc ustawił migający kursor na środku i napisał:
Rozdział 1
Nacisnął „return” i na chwilę znieruchomiał. Domyślał się, że setki kilometrów na południe od tego miejsca Lucy, podobnie jak on, siedzi z kawą przed otwartym laptopem, zawierającym dane klientów, którym aktualnie prowadziła rachunkowość. Wkrótce sama też wpadnie w hipnotyczny trans – wywołany liczbami, nie słowami – teraz jednak myślała o nim. Był tego prawie pewien. Myślała o nim i miała nadzieję, może nawet modliła się o to, by nie… jak to ujął Al Stamper?… by nie poprzestawiały mu się klepki.
[…]
Tego ranka durnych lęków nie było. W jego głowie otworzyły się drzwi do zadymionego, pachnącego naftą saloonu pod nazwą Buffalo Head Tavern i przeszedł przez nie. Widział każdy szczegół, słyszał każde słowo. Był tam, patrzył oczami Herkimera Belasco, pianisty, jak młody Prescott przystawia lufę czterdziestki piątki (z elegancką, perłową rękojeścią) do podbródka młodej fordanserki i złorzeczy dziewczynie. Akordeonista zasłonił sobie oczy, kiedy Andy Prescott pociągnął za spust, ale Herkimer miał swoje szeroko otwarte, dzięki czemu Drew widział wszystko: nagłą erupcję włosów i krwi, rozbitą pociskiem butelkę old dandy, pękające lustro, przed którym butelka stała. Tak dobrze jeszcze nigdy mu się nie pisało i kiedy skurcze głodu wreszcie wyrwały go z transu (na śniadanie zjadł tylko miseczkę płatków Quaker Oats), spojrzał na pasek zadań u dołu ekranu laptopa i zobaczył, że już prawie druga po południu. Bolały go plecy, piekły oczy i był w uniesieniu. Czuł się prawie jak pijany. Wydrukował to, co napisał (osiemnaście stron, kurde mol, niewiarygodne), ale kartki zostawił na tacy odbiorczej. Wieczorem przejrzy je z długopisem w ręku – to też część jego rytuału – choć z góry wiedział, że niewiele będzie do poprawienia. Zgubione jedno–dwa słowa, parę niezamierzonych powtórzeń, jakieś zbyt wydumane bądź nie dość przemyślane porównanie. Poza tym tekst był czysty. Wiedział to. Jakbym pisał pod dyktando – mruknął i wstał, żeby zrobić sobie kanapkę.
[…]
Westchnął i kiedy westchnienie zagroziło przejściem w kaszel, stłumił je. Serio? Naprawdę chcesz o tym teraz rozmawiać? Drew… sam zacząłeś. Znużenie w jej głosie go rozwścieczyło. Jakby miała do czynienia z głupim dzieckiem, które nie potrafi pojąć najprostszej lekcji. No dobra, Luce, a więc jako przemądry mężczyzna wytłumaczę ci coś jeszcze. Przez większość dorosłego życia próbowałem napisać powieść. Czy wiem, dlaczego? Nie. Wiem tylko, że jest to coś, czego mi w życiu brakuje. Luka, którą muszę wypełnić. To dla mnie bardzo, bardzo ważne. Ty chcesz, żebym naraził to na szwank. Równie ważne, jak ja i dzieci? Oczywiście, że nie, ale czy musi to być kwestią wyboru? Myślę, że tak i właśnie go dokonałeś. Zaśmiał się i śmiech przeszedł w kaszel. Dramatyzujesz. Nie uczepiła się tego; co innego zwróciło jej uwagę. Drew, dobrze się czujesz? Nie złapałeś, aby czegoś? W myślach słyszał słowa wychudzonej kobiety z ćwiekiem w wardze: „musiał pokazać, jaki to z niego prawdziwy mężczyzna, no i przyplątało się zapalenie płuc”. Nie – powiedział. – Alergia. Zastanowisz się przynajmniej nad powrotem? Możesz obiecać choć tyle? Tak. Kolejne kłamstwo. Już się zastanowił. Zadzwoń wieczorem, dobrze? Pogadaj z dziećmi.
[…]
O pierwszej wyłączył komputer. Od rana napisał dwie strony i coraz trudniej było wyzbyć się wrażenia, że na powrót zmienia się w nerwowego i znerwicowanego człowieka, który przed trzema laty omal nie spalił własnego domu. Mógł przekonywać samego siebie, żeby machnął ręką na duperele typu, czy lepsze są krzesła bujane czy ławka, i dał się porwać fabule, ale kiedy patrzył na ekran, żadne słowo mu nie pasowało. Za każdym zdawało się skrywać inne, lepsze. Czy to możliwe, że miał początki alzheimera? Może na tym polega problem? Nie bądź głupi – powiedział i przeraził się, kiedy usłyszał swój głos. Był mocno nosowy. I ochrypły. Wkrótce całkiem go straci. Nie żeby miał tu z kim rozmawiać, oprócz siebie. Weź dupę w troki i wracaj do domu. Masz żonę i dwójkę wspaniałych dzieciaków, możesz rozmawiać z nimi. Gdyby to jednak zrobił, książka byłaby stracona. Był tego tak pewien, jak własnego nazwiska. Po czterech–pięciu dniach w Falmouth, kiedy poczułby się lepiej, otworzyłby dokumenty BITTER RIVER i odniósłby wrażenie, że ma przed sobą cudzy tekst, obcą opowieść, której za skarby nie potrafiłby dokończyć. Gdyby teraz wyjechał, to byłoby tak, jakby wyrzucił do śmieci cenny dar, jakiego być może nigdy więcej nie dostanie. „Musiał pokazać, jaki to z niego prawdziwy mężczyzna, no i przyplątało się zapalenie płuc”, powiedziała córka Roya DeWitta. W wolnym tłumaczeniu: „jeszcze jeden głupek, jakich wielu”. I teraz on sam miałby wziąć z niego przykład?
[…]
Kaszel w końcu ustał, ale gorączka wyraźnie mu wzrosła. To, że przemokłem do suchej nitki, pewnie nie pomogło, pomyślał. Jak już zapali lampę – o ile da radę – weźmie jeszcze parę aspiryn. Do tego saszetkę leku na ból głowy i łyk specyfiku doktora Kinga. Kilka razy wcisnął małe ustrojstwo z boku lampy, by wytworzyć ciśnienie, otworzył zawór, po czym zapalił zapałkę i wsunął ją w otwór zapłonowy. Przez chwilę nic się nie działo, potem jednak koszulki żarowe rozbłysły światłem tak jasnym i intensywnym, że musiał zmrużyć oczy. Poszedł z lampą do jedynej szafy w domku, żeby poszukać latarki. W środku zobaczył ubrania, pomarańczowe kamizelki myśliwskie i stare łyżwy (mgliście pamiętał, że parę razy jeździli na nich z bratem po zamarzniętym potoku, kiedy byli tu zimą). Znalazł też czapki, rękawiczki i wiekowy odkurzacz marki Electrolux, który wyglądał na równie sprawny jak zardzewiała piła łańcuchowa w szopie. Latarki nie było. Wiatr zaryczał pod okapem, dźwięk, od którego Drew rozbolała głowa. Deszcz tłukł w okna. Resztki światła dnia dogasały, zanosiło się na bardzo długą noc. Dotąd zaprzątnięty był wyprawą do szopy i zapalaniem lampy, teraz jednak, kiedy już to wszystko załatwił, miał czas na to, żeby się bać. Utknął tu z powodu książki, która (w tej chwili śmiało mógł to przyznać) rozłaziła się w szwach jak wszystkie poprzednie. Ugrzązł odcięty od świata, był chory i pewnie pochoruje się jeszcze bardziej. Mogę tu umrzeć – powiedział swoim nowym, ochrypłym głosem. Naprawdę. Zamiast o tym myśleć, lepiej włożyć drwa do piecyka i rozpalić ogień, bo noc będzie nie tylko długa, ale i zimna. Temperatura poleci na łeb na szyję, czyż nie tak mówił ten nieogolony pasjonat meteorologii? To samo powiedziała ekspedientka z ćwiekiem w wardze. Nawet posłużyli się identyczną metaforą (o ile to była metafora), porównującą temperaturę do fizycznego przedmiotu, który może spaść z dużej wysokości. A to przypomniało mu o zastępcy szeryfa Jepie, który nie był najbystrzejszym uczniem w klasie. Serio? Naprawdę sądził, że to się nada? Przecież to gówniana metafora (o ile to w ogóle była metafora). Nawet nie słaba, po prostu beznadziejna. Kiedy wkładał drwa do piecyka, w jego trawionym gorączką umyśle otworzyły się sekretne drzwi i pomyślał: brakowało mu piątej klepki. Lepiej. Sama piana, zero piwa. Jeszcze lepiej, bo to oddaje ten westernowy klimat. Głupszy od buta z lewej nogi. Ciemny jak tabaka w rogu. Mądry jak salomonowe…
[…]
Drew zawrócił, odciągnął zasuwę i otworzył drzwi. Uniósł lampę. Nikogo. Już miał zamknąć drzwi z powrotem, kiedy spojrzał w dół i zobaczył szczura. Pewnie wędrowny, może nie gigant, ale całkiem spory. Leżał na przetartej słomiance, z jedną łapą – różową, dziwnie ludzką, podobną do dłoni małego dziecka – wyciągniętą w górę i drapiącą powietrze. Jego brunatno-czarną sierść pokrywały kawałeczki liści, gałązek i krople krwi. Wyłupiaste czarne ślepia patrzyły na Drew. Bok ciężko podnosił się i opadał. Różowa łapka dalej drapała powietrze, tak jak przed chwilą skrobała w drzwi. Prawie niesłyszalnie. Lucy nienawidziła gryzoni, piszczała wniebogłosy, kiedy zobaczyła choćby myszkę polną przemykającą wzdłuż listwy przypodłogowej, i nie dawała się przekonać, że ten maleńki, cichy, bojaźliwy stworek bez wątpienia lęka się jej bardziej niż ona jego. Drew też za szczurami nie przepadał, zdawał sobie sprawę, że roznoszą choroby – hantawirusy, gorączkę szczurzą, żeby wymienić tylko te najczęściej spotykane – ale nigdy nie czuł do nich takiego instynktownego wręcz wstrętu jak ona. Ten tutaj budził w nim tylko współczucie. Pewnie to za sprawą tej małej różowej łapy, która wciąż drapała pustkę. Albo punkcików białego światła lampy odbitego w jego ciemnych ślepiach. Szczur leżał, dysząc ciężko i patrzył na niego, z krwią na sierści i wąsikach. Był mocno poturbowany, zapewne umierający.
[…]
Drew próbował coś powiedzieć, ale z gardła wydobył mu się tylko chrypliwy skrzek. Odchrząknął – co zabolało – i spróbował znowu. Wydawało mi się, że coś powiedziałeś. Owszem, powiedziałem. Pyszczek szczura ani drgnął, ale głos płynął z niego, bez wątpienia; nie był złudzeniem. To mi się śni – powiedział Drew. Albo majaczę. Może jedno i drugie. Nie, to dzieje się naprawdę – zapewnił szczur. Jesteś przytomny i nie majaczysz. Gorączka ci spadła. Sam sprawdź. Drew położył dłoń na czole. Rzeczywiście, było chłodniejsze, ale raczej nie mógł na tym wrażeniu polegać, prawda? Bądź co bądź, rozmawiał ze szczurem. Poszukał w kieszeni zapałek wziętych z kuchni, potarł jedną o draskę i zapalił lampę. Podniósł ją, przekonany, że szczur zniknie, wciąż tam jednak był, siedział na tylnych łapach z ogonem owiniętym wokół zadu i tymi dziwnymi różowymi łapami na piersi. Jeśli naprawdę istniejesz, zejdź z mojego rękopisu – zażądał Drew. Za ciężko nad nim pracowałem, żeby teraz szczur osrał mi stronę tytułową. Pracowałeś ciężko, to prawda – przytaknął gryzoń (nie ruszając się jednak z miejsca). Podrapał się za uchem, teraz już nad wyraz żwawy. Cokolwiek na niego spadło, najwyraźniej tylko go ogłuszyło, pomyślał Drew. O ile on rzeczywiście tu jest. O ile w ogóle kiedykolwiek istniał. Pracowałeś ciężko i z początku dobrze. Trzymałeś kurs, pisanie szło jak z nut. Potem jednak wszystko zaczęło się rozłazić, prawda? Tak jak przy poprzednich. Nie czyń sobie wyrzutów; niedoszli pisarze na całym świecie zderzają się z tym samym murem. Wiesz, ile nieukończonych powieści tkwi w szufladach biurek i szafkach? Miliony. Choroba mnie rozłożyła. Przypomnij sobie, jak było naprawdę, tak szczerze. Wszystko zaczęło się wcześniej. Drew nie chciał tego pamiętać. Tracisz zdolność selektywnej percepcji – powiedział szczur. Za każdym razem. Przynajmniej wtedy, kiedy piszesz powieści. Nie dzieje się to z dnia na dzień, ale w miarę jak książka się rozrasta, zaczyna żyć swoim życiem, trzeba dokonywać kolejnych wyborów, ty stopniowo tracisz tę zdolność.
[…]
Szczur zignorował ten wtręt. Ty umiesz tę selekcję przeprowadzać, ale tylko krótkimi zrywami. Kiedy bierzesz się do pisania powieści, co jest biegiem maratońskim, nie krótkodystansowym, zawsze z czasem się zacinasz. Dostrzegasz wszystkie wyrażenia i szczegóły, jakie masz do wyboru, ale coraz trudniej ci odróżnić lepsze od gorszych. To nie tak, że słowa ci uciekają; tracisz zdolność do wychwycenia słów właściwych. Wszystkie pasują, a zarazem nie pasuje żadne. Bardzo to smutne. Jesteś jak samochód z potężnym silnikiem i zepsutą skrzynią biegów.
[…]
Ktoś, na kim ci zależy, będzie musiał umrzeć. I znów znajomy grunt. A zatem to wszystko jest tylko snem odtwarzającym jego kłótnię z Lucy. Wytłumaczył jej (dość niezbornie, ale najlepiej, jak potrafił), że musi tę książkę napisać. Że to bardzo ważne. Zapytała wtedy, czy równie ważne, jak ona i dzieci. Powiedział, że nie, oczywiście, że nie, i spytał, czy musi to być kwestią wyboru. Myślę, że tak, odparła. I właśnie go dokonałeś. Krótko mówiąc, to nie jest prawdziwe magiczne życzenie – powiedział. Raczej transakcja. Albo faustowski pakt. Na pewno niewiele to ma wspólnego z baśniami, które czytałem w dzieciństwie. Szczur podrapał się za uchem, jakimś cudem utrzymując równowagę. Godne uznania. W baśniach każde życzenie ma swoją cenę. No i jest jeszcze Małpia łapka. Pamiętasz to opowiadanie? Nawet we śnie – odparł Drew – nie oddałbym żony ani żadnego z moich dzieci za western bez literackich pretensji. Ledwie te słowa wyszły z jego ust, uzmysłowił sobie, że właśnie dlatego z takim entuzjazmem przyjął pomysł na Bitter River; western, w którym najważniejsza jest fabuła, nigdy nie będzie porównywany z następnym Rushdiem, Atwood czy Chabonem. O Franzenie nie wspominając. Nie wymagałbym tego od ciebie w żadnych okolicznościach – zapewnił szczur. Prawdę mówiąc, myślałem o Alu Stamperze. Byłym szefie twojego wydziału.
[…]
Obok lalki Barbie w stroju topless leżał pluszowy szczur. Podnosząc go, Drew czuł pulsowanie tętna w skroniach, może więc jednak jeszcze do końca nie wyzdrowiał. Ścisnął szczura, który w odpowiedzi wydał znużone piśnięcie. Tylko zabawka, ale w tych okolicznościach trochę makabryczna. Kto daje dziecku do spania pluszowego szczura, kiedy w tej samej skrzynce jest całkiem porządny miś (jednooki, ale mimo wszystko)? Są gusta i guściki, pomyślał i dokończył na głos starą maksymę matki: „Powiedziała stara panna, całując krowę”. Może w malignie zobaczył tego pluszowego szczura i stąd się wziął ten sen. Nawet nie może, tylko prawie na pewno. To, że nie pamiętał, by przeszukał skrzynkę do samego dna, nie miało znaczenia; kurczę, przecież nawet nie pamiętał, kiedy się rozebrał i poszedł do łóżka. Wrzucił zabawki z powrotem do skrzynki, zaparzył herbatę i zabrał się do pracy. Początkowo niepewnie, z wahaniem, nawet odrobiną lęku, jednak po kilku wstępnych potknięciach złapał właściwy rytm i pisał dotąd, aż zrobiło się za ciemno, by widzieć tekst bez lampy. Dziewięć stron, i to, miał wrażenie, dobrych. Cholernie dobrych.
[…]
Pierwszego grudnia Jim Averill zdał swoją odznakę sędziemu sądu objazdowego, przybyłemu do miasta na egzekucję i już jako cywil wrócił do Bitter River, gdzie miał spakować swój skromny dobytek (jeden kufer wystarczy) i pożegnać się z zastępcami, którzy świetnie się spisali w chwili najtrudniejszej próby. Tak, nawet Jep Leonard, który był głupszy od buta z lewej nogi. Albo mądry jak salomonowe gacie, jak kto woli. Drugiego grudnia szeryf zaprzągł konia do lekkiego powozu, wrzucił kufer i siodło na tył, po czym wyruszył na zachód, aby szukać szczęścia w Kalifornii. Gorączka złota się skończyła, ale pragnął zobaczyć Pacyfik. Nie wiedział, że dwie mile za miastem czeka na niego zrozpaczony ojciec Andy’ego Prescotta; przyczajony za skałą, patrzył przez muszkę sharpsa pięćdziesiątki, karabinu, który w przyszłości znany będzie jako „broń, która zmieniła historię Zachodu”.
Nadjechał lekki powóz, na którego koźle, z butami na błotniku, siedział człowiek odpowiedzialny za jego rozpacz i utracone nadzieje, człowiek, który zabił mu syna. Nie sędzia, nie przysięgli, nie kat. Nie. Wszystkiemu winien był ten mężczyzna tam w dole. Gdyby nie Jim Averill, jego syn byłby teraz w Meksyku i miałby przed sobą długie – aż do nowego stulecia! – życie. Prescott odciągnął kurek. Wymierzył. Trzymając palec na zimnym stalowym sierpie cyngla, wahał się, co zrobić w ciągu tych może czterdziestu sekund, zanim powóz zniknie za szczytem najbliższego wzgórza. Strzelić? Czy pozwolić mu odjechać? Drew pomyślał, żeby dodać jeszcze jedno zdanie – Zdecydował – ale tego nie zrobił. Część, może nawet większość, czytelników mogłaby zrozumieć to tak, że Prescott postanowił strzelić, a on wolał pozostawić tę kwestię nierozstrzygniętą. Zamiast tego dwa razy nacisnął spację i napisał
KONIEC
Dość długo wpatrywał się w to słowo. Potem spojrzał na stos kartek między laptopem a drukarką; po dołożeniu tego, co napisał dzisiaj, w sumie wyjdzie niecałe trzysta stron. Udało się. Może to się ukaże drukiem, może nie, może napiszę następną książkę, może nie, wszystko jedno. Ważne, że tym razem się udało. Ukrył twarz w dłoniach.
[…]
Stamper był wiecznie nienasyconym pożeraczem książek, który całe życie zawodowe poświęcił rozbieraniu prozy na czynniki pierwsze. Drew nie znał innego nauczyciela, który ośmieliłby się w jednym semestrze zadać studentom Pod wulkanem i Infinite Jest. Myślę, że jest bardzo dobra. Al coraz bardziej przypominał samego siebie, nie tylko z głosu, ale i z wyglądu: wróciły mu kolory, przytył kilka kilogramów. Stracił włosy w wyniku chemioterapii, ale baseballówka Red Sox zasłaniała łysinę. Jasne, nacisk kładziesz na fabułę, ale relacja między szeryfem a młodym więźniem nadaje całej historii dość niezwykły wydźwięk. Nie jest to rzecz tak dobra, jak Zdarzenie w Ox-Bow czy Witajcie w Ciężkich Czasach, powiedziałbym, że… Wiem – uciął Drew z lekkim rozdrażnieniem. I nigdy nie ośmieliłbym się tak twierdzić. Ale myślę, że dorównuje Warlockowi Oakleya Halla, który w mojej ocenie jest tuż za tymi dwoma. Miałeś coś do powiedzenia, Drew, i powiedziałeś to bardzo umiejętnie. Twoja książka nie wali czytelnika po głowie głębszymi zagadnieniami i większość pewnie przeczyta ją dla samej historii, wiesz, z ciekawości, co będzie dalej, ale niewątpliwie zawiera drugie dno, o tak.
[…]
Al i Nadine Stamper nie żyli. Al był tego dnia umówiony na badania w Szpitalu Uniwersyteckim (mówił, że przez następny rok ma co trzy tygodnie chodzić na badania, przypomniał sobie Drew). Mógł je przełożyć na inny termin – powiedziała Kelly. Ale znasz Ala, a Nadine była taka sama. Odrobina śniegu nie mogła ich powstrzymać. Wypadek zdarzył się na dwieściedziewięćdziesiątcepiątce, niecały kilometr od szpitala. Duży pikap wpadł w poślizg na oblodzonej jezdni i bokiem uderzył małego priusa Nadine Stamper, podrzucając go jak krążek do gry w pchełki. Prius przekoziołkował i wylądował na dachu. O mój Boże – powiedziała Lucy. Zginęli. Oboje. Można sobie wyobrazić coś straszniejszego? I to, kiedy mu się polepszało! Tak – odparł Drew. Czuł się otępiały. Polepszało mu się, to prawda. Tyle że, oczywiście, miał te cholerne szczury. Sam tak powiedział. Może lepiej usiądź – powiedziała Lucy. Jesteś blady jak ściana. Ale Drew musiał najpierw coś zrobić, zanim usiądzie. Przypadł do kuchennego zlewu i zwymiotował szampana. Stał pochylony, targany torsjami, ledwo czując dłoń Lucy gładzącą go po plecach i myślał: według Ellie książka ukaże się w lutym przyszłego roku.
[…]
Wnętrze domku było schludnie wysprzątane. Mikowe okienko piecyka wyczyszczono z sadzy, sam piecyk lśnił czystością. Podobnie jak okna, stół jadalniany i wyłożona deskami sosnowymi podłoga, która wyglądała, jakby została nie tylko umyta, ale i zaimpregnowana olejem. Lodówka znów była odłączona od prądu i stała otwarta, a w środku, jak poprzednio, znajdowało się tylko jedno pudełko sody oczyszczonej Arm & Hammer. Pewnie nowo kupione. Wdowa po Starym Billu znakomicie się sprawiła. Tylko na blacie obok zlewu zostały ślady październikowego pobytu Drew: lampa Colemana, mały kanister, opakowanie halls, kilka saszetek goody’s, pół butelki specyfiku doktora Kinga. I jego zegarek. Z kominka usunięto cały popiół, palenisko było wyszorowane i wypełnione dębowymi polanami; wyglądało na to, że Młody Jackie albo zlecił komuś przeczyszczenie komina, albo sam się tym zajął. Bardzo fachowa robota, ale w sierpniowym upale nie będzie potrzeby rozpalać ognia. Drew podszedł do kominka, ukląkł i wykręcił głowę, by zajrzeć w czarną gardziel komina.
[…]
Drew obudził się w środku nocy. Sypialnia srebrzyła się blaskiem sierpniowej pełni księżyca. Szczur siedział mu na piersi, patrzył na niego tymi małymi, czarnymi, wyłupiastymi ślepiami. Cześć, Drew. Pyszczek się nie poruszył, ale głos płynął z niego, pewnie, że tak. Kiedy ostatnio rozmawiali, Drew był chory i w gorączce, ale doskonale ten głos pamiętał. Zejdź ze mnie – szepnął. Chciał go z siebie zrzucić, strzepnąć, ale nie miał władzy w rękach. No, no, nie bądź taki. Wezwałeś mnie, to przyszedłem. Nie tak to się odbywa w takich historyjkach? Czym więc mogę ci służyć? Chcę wiedzieć, dlaczego to zrobiłeś. Szczur usiadł prosto, położył różowe łapki na swojej kosmatej piersi. Bo o to poprosiłeś. Wyraziłeś takie życzenie, pamiętasz? To nie było życzenie, tylko umowa. Oj, wy wykształciuchy z tą waszą semantyką. Umowa dotyczyła Ala – upierał się Drew. Tylko jego. Bo i tak miał umrzeć na raka trzustki. Nie przypominam sobie, żeby ktoś wspominał o raku trzustki – powiedział szczur. Mylę się? Nie, ale zakładałem, że…
[…]
Mogłem cię zostawić na zimnym wietrze, ale tego nie zrobiłem. Wniosłem cię do środka, położyłem przy piecyku. A ty w podzięce zabiłeś dwoje niewinnych ludzi i odebrałeś mi przyjemność z ukończenia jedynej książki, jaką kiedykolwiek napiszę. Dlaczego? Szczur się zamyślił. Cóż – powiedział wreszcie – lekko parafrazując morał starej przypowieści, wiedziałeś, że jestem szczurem, kiedy przyjąłeś mnie pod swój dach. Drew zerwał się na równe nogi. Był szybki, ale jego dłonie schwyciły tylko powietrze. Szczur smyrgnął po podłodze, zanim jednak dopadł do ściany, odwrócił się do Drew. W świetle księżyca wyglądał, jakby był szeroko uśmiechnięty. Poza tym, nie ty ją ukończyłeś. Za nic w świecie nie dałbyś rady. Ja to zrobiłem. W listwie przypodłogowej była dziura. Szczur wbiegł do niej. Przez chwilę jeszcze widać było jego ogon. Potem i on zniknął. Drew leżał wpatrzony w sufit. Rano wmówię sobie, że to był sen, pomyślał i rano tak właśnie uczynił. Szczury nie mówią, szczury nie spełniają życzeń. Al wywinął się rakowi po to tylko, by zginąć w wypadku samochodowym, koszmarna złośliwość losu, ale nic niespotykanego; przykro, że żona zginęła razem z nim, ale to też się zdarza. Wyruszył w drogę. Po powrocie zastał niezwyczajnie cichy dom. Poszedł na górę, do swojego gabinetu. Otworzył teczkę zawierającą zadiustowany rękopis Bitter River i przygotował się do pracy. Wiele się wydarzyło, w świecie rzeczywistym i w jego głowie, i nic tego nie zmieni. Grunt, by pamiętał, że zdołał przetrwać. Będzie kochał żonę i dzieci najlepiej, jak potrafi, będzie uczył najlepiej, jak potrafi, będzie żył najlepiej, jak potrafi, i z radością dołączy do grona pisarzy autorów jednej powieści. Szczerze mówiąc, kiedy o tym pomyśleć, nie miał na co narzekać. Szczerze mówiąc, kiedy o tym pomyśleć, wszystko było luz blues. W niebie same szczury.
Stephen King, Jest krew…
Zbiór czterech opowiadań z gatunku fantasy Stephena Kinga – amerykańskiego pisarza i klasyka literatury grozy przenosi akcję kilku opowieści oczywiście do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej przede wszystkim do północno-wschodnich autonomicznych regionów administracyjnych oraz w rzeczy samej nieco mniej już jasnej, że również w czasy jak najbardziej nam współczesne w pierwsze dwadzieścia lat naszego wieku. Osią spinającą wszystkie utwory są pewne zajawki postępu technologicznego takie jak telefony w zasadzie smartfony lub „wszechwiedzący” internet, który na naszych oczach czy w ostatnich latach wszystkim nam nie dają spokoju, a może i niekiedy spędzają sny z powiek. Sam autor zdradza czy prześmiewczo konfabuluje, że: Mgliście pamiętam obejrzany w dzieciństwie film – prawdopodobnie jeden z horrorów z wytwórni American International puszczanych w kinie Ritz w Lewiston, dokąd jeździłem stopem z moim przyjacielem Chrisem Chesleyem – o facecie, który tak bardzo się bał pochowania żywcem, że kazał zainstalować telefon w swojej krypcie. A może był to odcinek serialu Alfred Hitchcock przedstawia. Tak czy owak, ten motyw, wizja telefonu dzwoniącego w domu umarłych, zawładnęła moją wybujałą, dziecięcą wyobraźnią. Lata później, po nagłej śmierci serdecznego przyjaciela, zadzwoniłem na jego komórkę po to tylko, by raz jeszcze usłyszeć jego głos. Doświadczenie to, zamiast podnieść na duchu, przyprawiło mnie o ciarki. Nigdy więcej tego nie zrobiłem, ale ten telefon, w połączeniu ze wspomnieniem obejrzanego w dzieciństwie filmu czy serialu telewizyjnego, był zalążkiem Telefonu pana Harrigana. Z kolei sfilmowane ostatnio Życie Chucka to fantazyjnie udobruchane przez autora mniemanie, że: Wiem tylko, że pewnego dnia wyobraziłem sobie billboard z napisem „Dzięki, Chuck!”, ze zdjęciem tego jegomościa i dopiskiem 39 WSPANIAŁYCH LAT. Kiedy już miałem gotowe dwie opowieści o Chucku, zapragnąłem napisać trzecią, która połączyłaby je w spójną całość. Zawieram niezmierzone rzesze powstało rok po pierwszych dwóch. Czy te trzy akty – przedstawione w odwrotnej kolejności, jak film puszczony od tyłu – tworzą udaną konstrukcję, pozostawiam ocenie Czytelników. Co ciekawe konstrukcja kolejnego opowiadania Szczur stanowi a rebour próbę napisania przewrotnej baśni by wpleść w ten scenariusz żywą postać krwi i kości co odkrywa przez czytelnikiem mroczniejsze zaułki czystej wyobraźni ucztujące przy stole weny pisarskiej. I faktycznie tych kilka opowiadań Kinga można podsumować przekonaniem, że umysł ludzki wciąż pozostaje tworem nie-do-kończonym, w czym ciągle czeka na inspiracje i nowe wyzwania.