Blog

 

22.08.2025

Wszystko rozpada się

„Nigdy nie umawiaj się

na wcześnie rano z mężczyzną,

który dopiero co się ożenił.”


„Gdziekolwiek coś stoi, coś innego stanie obok”

Przysłowie afrykańskie Igbo

[…]

Okonkwo był szeroko znany w dziewięciu wioskach, a nawet dalej. Sławę zawdzięczał solidnym osobistym osiągnięciom. Jako osiemnastoletni młodzieniec okrył chwałą rodzinną wioskę, powalając Amalinzego Kota. Amalinze był wielkim zapaśnikiem, przez siedem lat niepokonanym przez nikogo od Umuofii po Mbaino. Nosił przydomek Kot, ponieważ jego grzbiet nigdy nie dotknął ziemi. Tego właśnie człowieka Okonkwo obalił w walce, o której starzy ludzie zgodnie mówili, że była najzajadlejszą od czasu, gdy założyciel ich osady zmagał się z duchem puszczy przez siedem dni i siedem nocy. Bębny dudniły, flety śpiewały, widzowie wstrzymali dech. Amalinze był chytry i doświadczony, za to Okonkwo - zwinny jak ryba w wodzie. Każdy nerw, każdy mięsień odznaczał się wyraźnie pod skórą ich ramion, pleców i ud, słychać wręcz było, jak napinają się do granic. W końcu Okonkwo powalił Kota na ziemię. To było przed wielu laty, dwudziestu albo i więcej, a od tamtego czasu sława Okonkwo rozprzestrzeniała się jak pożar buszu w porze harmatanu [suchy, zimny wiatr wiejący od północy. – przyp. tłum.] Okonkwo był wysoki i potężny, a krzaczaste brwi i szeroki nos nadawały mu bardzo srogi wygląd. Miał ciężki oddech; powiadano, że gdy spał, jego żony i dzieci w chatach obejścia słyszały, jak sapie. Kiedy szedł, ledwo muskał ziemię stopami - wyglądał, jakby stąpał na sprężynach, jakby miał zaraz rzucić się na ofiarę. I bywało, dość często, że rzucał się na innych. Lekko się jąkał, więc kiedy wpadł w złość i nie mógł się wysłowić, używał pięści. Nie miał cierpliwości do nieudaczników. Nie miał cierpliwości do swojego ojca. Unoka, bo tak miał na imię ojciec Okonkwo, umarł przed dziesięciu laty. Za życia był leniwy, niezaradny i całkiem niezdolny do myślenia o jutrze. Gdy trafiły mu się jakieś pieniądze, co zdarzało się rzadko, zaraz kupował tykwy wina palmowego, skrzykiwał sąsiadów i urządzał zabawę. Zawsze powtarzał, że widok ust nieboszczyka przypomina mu, jaką głupotą jest nie najeść się w życiu do syta. Unoka był, rzecz jasna, zadłużony, każdemu są-siadowi winien był pieniądze, od paru kauri [muszelki (porcelanki) sprowadzane z Oceanu Indyjskiego, szeroko stosowane jako waluta w przedkolonialnej Afryce – przyp. tłum.]  po całkiem znaczne sumy. Wysoki, ale strasznie chudy, nieco się garbił. Minę miał zawsze wystraszoną i smętną - chyba że pił albo grał na flecie. Był znakomitym flecistą, a najszczęśliwsze chwile w jego życiu nastawały dwa lub trzy księżyce po zbiorach, gdy wioskowi muzykanci zdejmowali instrumenty zawieszone nad paleniskami. Unoka grywał razem z nimi, a na jego twarzy malowała się wówczas błogość i spokój.

[…]

Unoka odmówił modlitwę do przodków o życie i zdrowie, a także o ochronę przed wrogami. Zjedli, a potem rozmawiali o wielu sprawach: o ulewnych deszczach zalewających jamsy [Jams (pochrzyn, ignam) - roślina, której bogate w skrobię bulwy (jamsy) są w Afryce Zachodniej bardzo popularnym pożywieniem. Wyglądem przypominają bulwy ziemniaka czy czarnej rzepy, są jednak znacznie większe i cięższe (dochodzą nawet do 2 m długości i 18 kg wagi). Jams spożywany jest zazwyczaj w formie papki (fufu) otrzymanej przez ubicie w moździerzu ugotowanych bulw. W smaku przypomina ziemniaki – przyp. tłum.], o nadchodzącym święcie przodków i o wiszącej w powietrzu wojnie z wioską Mbaino. Unoka zawsze markotniał przy temacie wojen. Był tchórzem i nie znosił widoku krwi. Zmienił więc temat i zaczął rozprawiać o muzyce, a jego twarz natychmiast się rozpogodziła. W wyobraźni już słyszał burzące krew, zawiłe rytmy ekwe [bęben drewniany – przyp. tłum.], udu [odmiana bębna glinianego – przyp. aut.]  i ogene [rodzaj gongu – przyp.], słyszał własny flet wijący wśród bębnów swoją nutę, zdobiący miarowe dudnienie barwną, błagalną melodią. Cała muzyka była na pozór wesoła i dziarska, lecz gdy śledziło się głos fletu, sunący w górę, potem w dół, by wreszcie porwać się na krótkie, pojedyncze frazy, odnajdowało się w niej żal i smutek.

[…]

Przypatrz się tej ścianie - powiedział, wskazując palcem ścianę chaty, natartą do połysku czerwoną gliną. Przypatrz się tym kredowym kreskom. - Okoye spostrzegł ciągi krótkich pionowych kresek, naznaczonych kredą, było tych ciągów pięć, najkrótszy składał się z dziesięciu kresek. Unoka miał wyczucie dramatu, więc uczynił pauzę, podczas której zażył szczyptę tabaki i kichnął siarczyście. Potem kontynuował: Każdy ciąg kresek przedstawia dług, który jestem komuś winien, a każda kreska to sto kauri. Widzisz - tamtemu jestem winien tysiąc kauri. Jednak on nie przyszedł budzić mnie rano z tego powodu. Oddam ci, ale nie dzisiaj. Starzy ludzie powiadają, że słońce najpierw świeci na tych, co stoją, a dopiero później na tych, co przed nimi klęczą. Najpierw spłacę wielkie długi. To rzekłszy, zażył znowu szczyptę tabaki, jakby właśnie w ten sposób spłacał wielkie długi. Okoye zwinął koźlą skórę i wyszedł. Unoka zmarł, nie przyjąwszy w życiu żadnego tytułu, w dodatku ciężko zadłużony. Czy można się więc dziwić, że syn, Okonkwo, wstydził się ojca? Całe szczęście, że jego lud zwykł oceniać mężczyznę wedle wartości własnej, a nie wartości ojca.

[…]

Lecz ta noc była ciemna i cicha. A po wszystkich dziewięciu wioskach Umuofii obwoływacz z ogene zwoływał mężczyzn na poranne zebranie. Okonkwo na swym bambusowym łóżku próbował odgadnąć naturę zagrożenia - wojna z sąsiednim klanem? Ten powód był najbardziej prawdopodobny, a Okonkwo nie lękał się wojny. Był człowiekiem czynu, człowiekiem walki. W przeciwieństwie do swojego ojca potrafił znieść widok krwi. W ostatniej wojnie Umuofii on pierwszy przyniósł do wioski ludzką głowę. Była to jego piąta głowa - a do starości wciąż miał daleko. Przy nadzwyczajnych okazjach, takich jak pogrzeb wioskowego dostojnika, pijał wino palmowe ze swojej pierwszej zdobycznej ludzkiej czaszki. Rankiem rynek zapełnił się po brzegi. Musiało się tam zebrać z dziesięć tysięcy mężczyzn i wszyscy rozprawiali stłumionymi głosami. Wreszcie pośrodku stanął Ogbuefi Ezeugo i huknął gromko cztery razy: „Umuofia kwenu!’’ [okrzyk podziwu i powitania – przyp. tłum.], z każdym okrzykiem zwracając się w inną stronę i wysuwając zaciśniętą pięść, jakby odpychał powietrze. Za każdym razem dziesięć tysięcy mężczyzn odpowiedziało: „Yaa!”. Potem zapadła doskonała cisza. Ogbuefi Ezeugo był wielkim mówcą i jego to zawsze wybierano do przemówień przy podobnych okazjach. Przeciągnął dłonią po białej głowie i przygładził białą brodę. Następnie poprawił szatę, założoną pod prawą pachę i związaną na lewym ramieniu. […] Wielu zabrało głos, a na koniec postanowiono przedsięwziąć zwyczajowe działania. Bezzwłocznie posłano ultimatum do Mbaino, dając do wyboru albo wojnę, albo ofiarowanie tytułem rekompensaty młodzieńca i dziewicy. Umuofii bali się wszyscy sąsiedzi. Była potężna w wojnie i w czarach [określenie „czar” używane w książce odnosi się do czegoś konkretnego, namacalnego - środka magicznego (proszku bądź kawałka materiału) – przyp. aut.], a jej kapłanów i czarowników lękał się cały okoliczny kraj. Najpotężniejszy wojenny czar Umuofii był tak stary, jak sam klan. Nikt nie wiedział, jak stary. Co do jednego tylko wszyscy byli zgodni: zasadą działania tego czaru była stara kobieta z jedną nogą. Sam czar nazywał się zresztą agadinwayi, czyli stara kobieta. Sanktuarium tego czaru mieściło się w samym centrum Umuofii, na oczyszczonej polanie. A śmiałek, który by przeszedł obok tego miejsca po zmierzchu, niechybnie ujrzałby starą kobietę skaczącą na jednej nodze. Tak więc sąsiednie klany, które, naturalnie, wiedziały o tym wszystkim, bały się Umuofii i wołały nie wdawać się z nią w wojnę bez wstępnej próby układu pokojowego. Na korzyść Umuofii przemawia to, że nigdy nie parła do wojny, dopóki sprawa nie była jasna, sprawiedliwa i potwierdzona jako taka przez Wyrocznię - Wyrocznię Wzgórz i Jaskiń. A zdarzało się, że Wyrocznia zakazywała Umuofii prowadzenia wojny. Jeśliby klan nie usłuchał Wyroczni, poniósłby niechybną klęskę, bowiem jego budząca postrach agadinwayi nigdy nie stanęłaby do walki zwanej przez łbów walką hańby.

[…]

Okonkwo rządził w domu twardą ręką. Jego żony, szczególnie najmłodsza, żyły w ustawicznym lęku przed ognistym temperamentem głowy rodziny, tak samo zresztą ich małe dzieci. Możliwe, że w głębi duszy Okonkwo nie był okrutnikiem. Ale całe jego życie zdominował lęk, lęk przed porażką i słabością. Ten lęk był w nim głębiej zakorzeniony niż lęk przed złymi i kapryśnymi bogami, przed magią, przed puszczą, przed siłami przyrody, zło-wieszczymi, o czerwonych zębiskach i szponach. Lęk Okonkwo był większy niż te wszystkie lęki. Nie pochodził z zewnątrz, lecz wypływał z jego wnętrza. Był to lęk przed samym sobą, obawa, aby się nie okazać podobnym do ojca. Już jako mały chłopiec Okonkwo brzydził się ojcowskim nieudacznictwem i słabością, wciąż pamiętał, jak bardzo go zabolało, gdy towarzysz zabawy powiedział o jego ojcu: agbala. Właśnie w ten sposób Okonkwo do-wiedział się, że agbala to nie tylko inna nazwa kobiety, ale i epitet dla mężczyzny, który nie pozyskał żadnych tytułów. […] Dobrobyt Okonkwo rzucał się w oczy w jego domostwie. Dużą zagrodę otaczał gruby mur z czerwonej ziemi. Osobista chata, czyli obi, Okonkwo stała tuż za jedyną bramą w czerwonym murze. Każda z trzech żon miała własną chatę, ustawioną wraz z pozostałymi w półksiężyc na tyłach obi. Z jednej strony pod czerwonym murem znajdowała się spiżarnia, a w niej piętrzyły się dumnie podłużne stosy jamsów. Po przeciwległej stronie zagrody stała szopa dla kóz, a każda z żon dobudowała do swojej chaty nieduży kurnik. Obok stodoły wznosił się mały domek, „dom czarów”, czyli kaplica, w której Okonkwo trzymał drewniane symbole swoich osobistych bogów oraz duchów przodków. Czcił je ofiarami z orzechów kola, żywności i wina palmowego i wznosił do nich modły za siebie, swoje trzy żony i ośmioro dzieci.

[…]

Okonkwo nie miał życiowego startu, jaki zwykle przypada w udziale młodym mężczyznom. Nie odziedziczył spiżarni po swoim ojcu. Nie było spiżarni, którą mógłby odziedziczyć. W Umuofii opowiadano historię o tym, jak jego ojciec, Unoka, udał się do Wyroczni Wzgórz i Jaskiń, aby zapytać, czemu zawsze zbiera mizerne plony. Wyrocznię zwano imieniem Agbala i wielu przybywało do niej z bliska i z daleka, aby się poradzić. Przybywali, gdy nękało ich nieszczęście albo gdy toczyli spór z sąsiadami. Przybywali dowiedzieć się, co kryje dla nich przyszłość albo poradzić się duchów zmarłych ojców. Wejście do sanktuarium stanowił kolisty otwór w stoku wzgórza, niewiele większy niż okrągłe wejście do kurnika. Czciciele oraz ci, którzy przybyli zasięgnąć wiedzy od bóstwa, wczołgiwali się na brzuchu przez ten otwór do ciemnej, bezkresnej przestrzeni i stawali w obecności Agbali. Agbali nikt nigdy nie oglądał, poza jego kapłanką. Jednak każdy, kto wczołgał się do jego strasznego sanktuarium, wychodził stamtąd zdjęty trwogą wobec potęgi bóstwa. Kapłanka Agbali stała przy świętym ogniu, który paliła stale pośrodku jaskini, i obwieszczała wolę boga. Ogień nie palił się płomieniem. Żarzące się głownie pozwalały tylko dojrzeć niewyraźną postać kapłanki. Czasami ktoś przychodził poradzić się ducha zmarłego ojca lub krewnego. Powiadano, że gdy duch taki się pojawiał, było go mgliście widać w ciemności, nigdy jednak nie było słychać jego głosu. Niektórzy nawet mówili, że słyszeli, jak duch fruwa i trzepie skrzydłami pod sklepieniem jaskini.

[…]

Zamilknij! - wrzasnęła kapłanka, a jej głos poniósł się straszliwym echem po ciemnej czeluści. - Nie obraziłeś ani bogów, ani swoich ojców. A gdy mężczyzna zachowuje pokój ze swoimi bogami i przodkami, jego plony będą dobre lub złe stosownie do siły jego ramion. Ty, Unoko, znany jesteś w całym klanie ze słabości swojej maczety i motyki. Kiedy twoi sąsiedzi wychodzą z siekierami karczować dziewicze lasy, ty siejesz jamsy na nieużytkach upraw, których oczyszczenie nie wymaga już trudu. Twoi sąsiedzi wyprawiają się za siedem rzek, by założyć plantacje, ty zaś siedzisz w chacie i składasz ofiary niechętnej ziemi. Wracaj do domu i pracuj jak mężczyzna. Los nie sprzyjał Unoce. Miał on złe czi, czyli osobiste bóstwo, i złe fatum prześladowało go aż do grobu, a raczej aż do śmierci, bo Unoka nie miał grobu. Umarł na puchlinę, będącą obrazą dla bogini ziemi. Temu, kogo dotknęła puchlina brzucha albo kończyn, nie było wolno umrzeć w domu. Wynoszono go do Złego Lasu i tam pozostawiano na śmierć. Krążyła opowieść o pewnym bardzo upartym człowieku, który dowlókł się z powrotem do domu, więc trzeba go było powtórnie zanieść do lasu i przywiązać do drzewa. Skoro choroba była obrazą dla ziemi, ofiary choroby nie godziło się pogrzebać w ziemskich wnętrznościach. Umierała i gniła na powierzchni, nie otrzymując ani pierwszego, ani drugiego pochówku. Taki właśnie los spotkał Unokę. Wynosząc go do lasu, zabrali z nim razem także flet.

[…]

Cieszy mnie widok takiego młodzieńca, jak ty, w dzisiejszych czasach, gdy nasza młodzież to mięczaki. Wielu młodych mężczyzn przychodziło do mnie, prosząc o jamsy, ale odmawiałem im, gdyż wiedziałem, że wrzucą je tylko w ziemię i pozwolą, aby zdusiły je chwasty. Kiedy mówię nie, myślą o mnie, że mam twarde serce. Ale tak nie jest. Ptak eneke powiada, że odkąd ludzie nauczyli się strzelać, nie chybiając, on nauczył się fruwać bez przysiadania na gałęzi. Nauczyłem się skąpić swoich jamsów. Tobie jednak mogę zaufać. Widzę to, kiedy patrzę na ciebie. Jak powiadali nasi ojcowie: dojrzałe zboże poznać po wyglądzie. Podaruję ci dwa razy po czterysta jamsów. Idź, szykuj swoją uprawę. Okonkwo podziękował mu wylewnie i poszedł do domu szczęśliwy. Przewidywał, że Nwakibie mu nie odmówi, ale nie spodziewał się takiej szczodrości. Nie miał nadziei na więcej niż czterysta jamsów. Będzie więc musiał założyć większą uprawę. Kolejne czterysta jamsów spodziewał się otrzymać od jednego z przyjaciół ojca z wioski Isiuzo.

[…]

Jeśli ktokolwiek zasłużył na swój sukces, to właśnie Okonkwo. W młodym wieku okrył się sławą największego zapaśnika w całym kraju. To nie była kwestia szczęścia. Można co najwyżej powiedzieć, że Okonkwo miał dobre czi, osobiste bóstwo. Jednakże przy-słowie łbów głosi, że jeśli człowiek mówi „tak”, to i jego czi mówi „tak”. Okonkwo mówił „tak” z wielką mocą, dlatego jego czi mu sekundowało. Nie tylko zresztą czi, ale i cały klan, w którym sądzono człowieka po pracy jego rąk. Dlatego dziewięć wsi wybrało Okonkwo na emisariusza, który zaniesie do siedziby wroga wezwanie do wojny albo do wydania młodzieńca i dziewicy tytułem zadośćuczynienia za zabicie żony Udo. A głęboki lęk, jaki wrogowie żywili wobec Umuofii, skłonił ich do potraktowania Okonkwo niczym króla i ofiarowania mu dziewicy, którą dano Udo za żonę, oraz młodzieńca Ikemefuny.

[…]

Słuchaj mnie - rzeki, kiedy Okonkwo skończył mówić. Nie jesteś obcym przybyszem w Umuofii. Wiesz równie dobrze jak ja, że nasi praojcowie nakazali, abyśmy przed zasadzeniem nowych upraw w ziemi zachowywali tydzień pokoju, w którym nikt do nikogo nie mówi złego słowa. Żyjemy w pokoju z bliźnimi dla uczczenia naszej wielkiej bogini ziemi, bez której błogosławieństwa nasze uprawy nie wzrosną. Popełniłeś wielkie zło. Laska mocno stuknęła w podłogę. Twoja żona zawiniła, ale nawet gdybyś wszedł do własnego obi i zastał ją pod kochankiem, popełniłbyś wielkie zło, bijąc ją. Znów stuknięcie laską. Zło, które wyrządziłeś, może zrujnować cały klan. Bogini ziemi, którą obraziłeś, może odmówić nam swojej hojności i wszyscy zginiemy z głodu. Ton kapłana zmienił się z gniewnego w rozkazujący. Jutro przyprowadzisz do sanktuarium Ani jedną kozę i przyniesiesz jedną kurę, sztukę płótna i sto kauri. Ezeani wstał i opuścił chatę. Okonkwo zrobił tak, jak mu nakazał kapłan. Wziął na-wet dodatkowo garnek wina palmowego. W głębi duszy czuł się skruszony. Nie należał jednak do mężczyzn, którzy skłonni są przyznać wszem wobec, że byli w błędzie. Dlatego wszyscy uważali, że Okonkwo nie szanuje bogów klanu. Jego wrogowie mówili, że powodzenie uderzyło mu do głowy. Przezywali go ptaszkiem nza, który tak dalece zapomniał się po sutym posiłku, że znieważył własne czi.

[…]

Jams, król upraw, był królem bardzo wymagającym. Przez trzy lub cztery księżyce żądał ciężkiej pracy i nieustannego doglądania, od piania koguta po godzinę, gdy kury idą spać. Młode pędy ochraniało się przed gorącem ziemi pierścieniami z sizalowych włókien. Gdy deszcze się wzmogły, kobiety posadziły w bruzdach między rzędami jamsów kukurydzę, melony i fasolę. Potem palikowało się jamsy, zrazu krótkimi kijkami, a potem długimi, mocnymi gałęziami drzew. Kobiety pełły uprawę trzy razy, w starannie oznaczonych porach wzrostu jamsów ani za wcześnie, ani za późno. Lecz oto deszcze rozpadały się na dobre, tak rzęsiście i uporczywie, że nawet wioskowy zaklinacz deszczu nie mógł już na to nic poradzić. Powstrzymywanie takiego deszczu, podobnie jak próba wywołania opadów w środku pory suchej, naraziłoby na poważny szwank jego zdrowie. Osobista moc, konieczna do przeciwstawienia się tak skrajnym żywiołom pogody, przekraczała znacznie ludzką miarę. Dlatego nie ingerowano w przyrodę podczas pełni pory deszczowej. Kurtyny ulewy gęstniały chwilami tak, że ziemia i niebo stapiały się w jedną mokrą szarość. Nie było wtedy wiadomo, czy niskie pomruki gromów Amadiory dochodzą z góry, czy z dołu. W takich dniach, w każdej z niezliczonych krytych strzechą chat Umuofii, dzieci obsiadały kołem palenisko kuchenne matki i opowiadały sobie baśnie lub grzały się przy głowniach w obi ojca, prażąc i zajadając kukurydzę. Był to krótki czas wypoczynku między pracochłonnym i żmudnym sezonem sadzenia a równie pracochłonnym, lecz radosnym miesiącem zbiorów.

[…]

Święto Nowych Jamsów było już blisko i w Umuofii panował odświętny nastrój. W dniu uroczystości składano dziękczynienie Ani, bogini ziemi i źródłu wszelkiej płodności. Ani pełniła w życiu tego ludu rolę ważniejszą niż jakiekolwiek inne bóstwo. Była najwyższym sędzią moralności i postępków. Co więcej, pozostawała w ścisłej komunii ze zmarłymi ojcami klanu, których ciała powierzono ziemi. Święto Nowych Jamsów urządzano co roku przed rozpoczęciem zbiorów, dla uczczenia bogini ziemi i duchów przodków klanu. Młodych jamsów nie wolno było jeść, dopóki części z nich nie ofiarowano tym właśnie mocom. Mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, wszyscy cieszyli się na Święto Nowych Jamsów, gdyż otwierało ono sezon obfitości - nowy rok. W ostatnią noc przed świętem po-zbywano się wszystkich jamsów z minionego roku, jeśli u kogoś jeszcze się zachowały. Wszystkie garnki, tykwy i drewniane misy szorowano dokładnie - zwłaszcza drewniany moździerz, służący do tłuczenia jamsów. Jamsowe fufu i zupa warzywna stanowiły główne pożywienie w czasie obchodów. Gotowało się ich tyle, że choćby nie wiem jaki apetyt miała rodzina, choćby nie wiem ilu znajomych i krewnych sproszono z sąsiednich wsi, zawsze jeszcze mnóstwo jedzenia zostawało po uroczystości.

[...]

Nasyciwszy w ten sposób gniew, Okonkwo postanowił udać się na polowanie. Miał starą, przerdzewiałą strzelbę, wykonaną przez zmyślnego kowala, który dawno temu sprowadził się do Umuofii. Jednak Okonkwo, chociaż był wielkim człowiekiem, powszechnie znanym ze swych umiejętności, nie miał natury myśliwego. Prawdę mówiąc, nie ubił nawet szczura ze swojej strzelby. Gdy więc zawołał na Ikemefuny, żeby szykował broń, żona, którą przed chwilą zbił, mruknęła coś o strzelbach, które nigdy nie wypalają. Na jej nieszczęście Okonkwo to usłyszał, pognał jak szaleniec do siebie po załadowaną broń, wybiegł z powrotem i wycelował w kobietę, która gramoliła się właśnie przez niski murek stodoły. Nacisnął spust i rozległ się donośny huk, któremu zawtórowało łkanie wszystkich żon i dzieci. Okonkwo rzucił strzelbę i wskoczył do stodoły, gdzie zastał kobietę leżącą, roztrzęsioną i wystraszoną, lecz nawet niedraśniętą. Odetchnął głęboko, wrócił po strzelbę i oddalił się.

[…]

Wreszcie obie drużyny wtańczyły do wnętrza kręgu, a widownia wrzeszczała i klaskała. Bębny oszalały. Tłum zaczął napierać do przodu. Młodzi porządkowi biegali, wymachując palmowymi witkami. Starzy mężczyźni kiwali głowami w takt bębnów i wspominali dawne lata, kiedy to sami stawali do zapasów w takim upajającym rytmie. Zawody rozpoczęły się od zmagań chłopców, piętnasto- i szesnastolatków. Każda drużyna miała takich tylko trzech. Nie byli to prawdziwi zapaśnicy, dawali tylko wstęp do widowiska. W krótkim czasie dwie pierwsze rundy dobiegły końca. Trzecia jednak wzbudziła ogromną sensację nawet pośród starszyzny, której członkowie zazwyczaj nie zdradzali emocji tak otwarcie. Rozegrała się równie szybko, jak dwie pierwsze, może nawet szybciej. Niewielu jednak widziało dotąd takie zapasy. Zaledwie dwaj chłopcy zwarli się, jeden z nich uczynił coś, czego nikt nie potrafiłby opisać, gdyż stało się błyskawicznie, jak w okamgnieniu. I już drugi zawodnik leżał na wznak. Tłum ryczał i klaskał tak, że na chwilę zagłuszył oszalałe bębny. Okonkwo zerwał się na równe nogi, lecz zaraz siadł z powrotem. Trzej młodzieńcy ze zwycięskiej drużyny wynieśli triumfatora na ramionach, tańcząc przez wiwatujący tłum. Niebawem wszyscy poznali imię zwycięzcy. Był to Maduka, syn Obieriki.

[…]

Zapaśników jeszcze nie było i scena należała do bębnistów. Usadowili się oni wewnątrz kręgu widzów, twarzami do starszyzny. Za ich plecami wznosiło się ogromne, wiekowe drzewo kapokowe, które było święte. W tym drzewie mieszkały duchy dobrych dzieci, które mają się narodzić. W dni powszednie młode kobiety, pragnące dziecka, przychodziły i siadały w jego cieniu. Bębnów było siedem; stały w porządku wielkości w po-dłużnym drewnianym koszu. Grało na nich za pomocą pałek trzech mężczyzn, przerzucając się w gorączce z jednego bębna na drugi. Byli owładnięci duchem bębnów. Młodzi mężczyźni, którzy pilnowali porządku ceremonii, biegali w tę i z powrotem, konsultując się z sobą nawzajem i z przywódcami dwóch drużyn zapaśniczych, które wciąż jeszcze pozostawały poza kręgiem, z dala od gapiów. Co jakiś czas dwóch młodzików z palmowymi gałęziami obiegało krąg od wewnątrz i zmuszało tłum do cofnięcia się, uderzając witkami o ziemię, a niesfornych trzepiąc po łydkach i stopach. Wreszcie obie drużyny wtańczyły do wnętrza kręgu, a widownia wrzeszczała i klaskała. Bębny oszalały. Tłum zaczął napierać do przodu. Młodzi porządkowi biegali, wymachując palmowymi witkami. Starzy mężczyźni kiwali głowami w takt bębnów i wspominali dawne lata, kiedy to sami stawali do zapasów w takim upajającym rytmie.

[…]

Okonkwo radował się w duchu rozwojem syna i wiedział, że to zasługa Ikemefuny. Chciał, żeby Nwoye wyrósł na twardego młodzieńca, zdolnego objąć rządy nad gospodarstwem, gdy ojciec umrze i odejdzie połączyć się z przodkami. Chciał, żeby jego syn żył dostatnio, żeby miał zawsze dość zapasów w stodole do karmienia przodków regularnymi ofiarami. Dlatego cieszył się, ilekroć słyszał, jak Nwoye gdera na kobiety. To dowodziło, że w swoim czasie zapanuje nad żeńską częścią swojej rodziny. Choćby mężczyzna był nie wiem jak bogaty, jeżeli nie potrafił rządzić swoimi kobietami i dziećmi (zwłaszcza kobietami), nie zaliczał się do prawdziwych mężczyzn. Był jak ten mężczyzna z piosenki, który miał żon dziesięć i jedną, a nie starczało mu sosu do fufu. Dlatego Okonkwo chętnie zapraszał chłopców do swojego obi i opowiadał im historie o ich ziemi - męskie historie, pełne walki i krwi.

[…]

Okonkwo nie wziął nic do ust przez dwa dni po zabiciu Ikemefuny. Pił tylko wino palmowe od rana do nocy, a jego oczy zrobiły się czerwone i straszne, jak oczy szczura, gdy złapać go za ogon i tłuc nim o ziemię. Wołał syna Nwoye, żeby siedział z nim w obi. Ale chłopiec bał się go i uciekał z chaty, gdy tylko zauważył, że ojciec się zdrzemnął. Nocą nie spał. Chciał nie myśleć o Ikemefunie, ale im bardziej się o to starał, tym więcej o nim myślał. Wstał z łóżka i zaczął krążyć po obejściu. Był jednak tak słaby, że nogi ledwo go niosły. Czuł się jak pijany olbrzym, stąpający na odnóżach komara. Co jakiś czas zimny dreszcz przeszywał mu głowę i rozchodził się po całym ciele. Na trzeci dzień poprosił drugą żonę, Ekwefi, żeby mu upiekła parę plantanów. Przyrządziła je tak, jak lubił, z plasterkami oleistej fasoli i ryby. Nie jadłeś przez dwa dni - powiedziała córka Ezinma, stawiając przed nim posiłek. Więc to musisz zjeść do końca. Usiadła, wyciągając przed siebie złączone nogi. Okonkwo jadł z roztargnieniem. „Powinna była urodzić się chłopcem”, myślał, przypatrując się dziesięcioletniej córce. Poczęstował ją kawałkiem ryby. Idź, przynieś mi zimnej wody — rzekł wreszcie. Ezinma wybiegła z chaty, żując kęs ryby i wróciła niebawem z miską zimnej wody, zaczerpniętej z glinianej konwi w chacie matki.

[…]

Nieoczekiwanie do obi wszedł syn Obieriki, Maduka. Powitał Okonkwo i już chciał wyjść z powrotem na podwórze, kiedy Okonkwo rzekł: Podejdź i podaj mi rękę. Miałem wielką uciechę, oglądając cię ostatnio w zapasach. Młodzieniec uśmiechnął się, wymienił z Okonkwo uścisk dłoni i wyszedł w obejście. Dokona wielkich rzeczy - powiedział Okonkwo. Gdybym ja miał takiego syna jak on, byłbym szczęśliwy. Martwię się o Nwoye. W zapasach da się pokonać misce tłuczonych jamsów. Już dwaj jego młodsi bracia robią bardziej obiecujące postępy. Powiadam ci, Obierika: moje dzieci nie są do mnie podobne. Gdzie te młode pędy, co się rozrosną, gdy stary bananowiec umrze? Gdyby Ezinma była chłopcem, byłbym szczęśliwszy. Ona ma właściwego ducha. Niepotrzebnie się martwisz - odparł Obierika. Twoje dzieci są jeszcze bardzo młode. Nwoye jest dość dorosły, aby zapłodnić kobietę. Ja w jego wieku utrzymywałem się już samodzielnie. Nie, przyjacielu, on nie jest za młody. Kurczaka, który ma wy-rosnąć na koguta, poznać od pierwszego dnia po wykluciu. Robiłem, co mogłem, żeby wychować Nwoye na mężczyznę, ale zbyt wiele w nim matki.

[…]

Okonkwo zaczynał czuć się z powrotem sobą. Wystarczyło, że się czymś zajął. Gdyby zabił Ikemefunę podczas pracowitego sezonu sadzenia lub zbiorów, nie czułby się tak źle - jego umysł byłby skupiony na wykonywanych zajęciach. Okonkwo nie był człowiekiem rozmyślań, lecz człowiekiem czynu. Z braku pracy dobra była chociaż rozmowa. Wkrótce po wyjściu Ofoedu Okonkwo podniósł z ziemi swój worek z koziej skóry i też zaczął szykować się do pożegnania. Muszę wracać do domu, ponacinać palmy na popołudnie - powiedział. Kto ci nacina wysokie drzewa? - spytał Obierika. Umezulike - odrzekł Okonkwo. Żałuję nieraz, że nie przyjąłem tytułu ozo - powiedział Obierika.  Serce mi pęka, gdy patrzę, jak ci młodzi zabijają drzewa palmowe, aby ściągać wino.

[…]

Rozmowa natychmiast zeszła na jego temat i wszyscy byli zgodni, że chłopak jest ostry jak brzytwa. Czasami aż myślę, że za ostry - powiedział Obierika z nutką pobłażania. - On właściwie nie chodzi. Stale w biegu, stale się spieszy. Jak go wysłać z poleceniem, leci, zanim dosłucha do połowy, co ma zrobić. Ty sam byłeś bardzo podobny - rzekł jeden z jego starszych braci. Jak to u nas mówią: „Kiedy matka krowa żuje trawę, młode patrzą jej na pysk”. Maduka od początku patrzył ci na pysk.

[…]

Po raz pierwszy od trzech dni Okonkwo zasnął. Przebudził się tylko raz w środku nocy, sięgnął myślą do ostatnich trzech dni - i nie poczuł się nieswojo. Zaczynał się już dziwić, czemu w ogóle tak się czuł. Był jak ktoś, kto za dnia dziwi się, dlaczego nocny sen wydawał mu się taki straszny. Przeciągnął się i podrapał udo, w miejscu, gdzie we śnie ukąsił go komar. Już następny bzyczał nad uchem. Okonkwo trzepnął się w ucho - miał nadzieję, że go zabił. Dlaczego one zawsze latają nad uchem? Kiedy był mały, matka opowiadała mu o tym bajkę. Głupią, jak wszystkie babskie bajki. Komar, mówiła, oświadczył się Uchu, na co Ucho omal nie pękło ze śmiechu. „A jak długo ty zamierzasz jeszcze żyć? - spytało komara. Już teraz wyglądasz jak szkielet”. Komar odleciał upokorzony, lecz odtąd zawsze, kiedy przelatuje koło Ucha, powiadamia je, że jeszcze żyje.

[…]

Po ustawieniu, bądź usadzeniu, zebranych łatwo było poznać, że ceremonia przeznaczona jest dla mężczyzn. Zeszło się, co prawda, wiele kobiet, lecz wszystkie stały na obrzeżu zgromadzenia, niczym obce. Mężczyźni z tytułami i starszyzna zasiedli na swoich stołkach, oczekując rozpoczęcia sądów. Na wprost nich stały rzędem stołki, na których nikt nie siedział. Było ich dziewięć. Z tyłu za nimi, w stosownej odległości, ustawiły się dwie nieliczne grupki. Twarzami do starszyzny. Jedna grupka liczyła trzech mężczyzn, a druga - trzech mężczyzn i kobietę. Kobietą była Mgbafo; towarzyszyli jej trzej bracia. W drugiej grupce znajdował się jej mąż, Uzowulu i dwaj jego krewni. Mgbafo i jej bracia stali sztywno niczym posągi, których twarze artysta wyrzeźbił w rys wyzwania. Natomiast Uzowulu i jego krewni szeptali między sobą. Przynajmniej wyglądało to na szeptanie, chociaż w istocie rozprawiali bardzo głośno. Cały tłum gadał bowiem jak najęty. Istne targowisko. Z daleka brzmiało to jak przeciągły grzmot, niosący się z wiatrem. Zabrzmiał żelazny gong, a przez tłum przetoczyła się fala napięcia. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę chaty egwugwu. Bam, bam, bam, bam - obwieszczał gong, a przenikliwy flet zawtórował mu nagłym, cienkim trylem. Potem rozległy się głosy egwugwu, gardłowe i budzące trwogę. Fala napięcia uderzyła w kobiety i dzieci, aż cofnęły się w popłochu. Ale trwało to tylko chwilę. Stały przecież dość daleko i miały otwartą drogę ucieczki, gdyby któryś egwugwu chciał się na nie rzucić.

[…]

Gdy egwugwu zasiedli, gdy ucichł dźwięk mnóstwa dzwoneczków i grzechotek, którymi byli obwieszeni, Zły Las zwrócił się do dwóch stojących przed nim grupek. Ciało Uzowulu, pozdrawiam cię - rzekł. Duchy zawsze tytułowały ludzi „ciałami”. Uzowulu pochylił się i prawą dłonią dotknął ziemi na znak poddaństwa. Ojcze, moja ręka dotknęła ziemi - powiedział. Ciało Uzowulu, czy mnie znasz? - spytał duch. Jakże mogę cię znać, ojcze? Ty jesteś poza naszą wiedzą. Zły Las zwrócił się do drugiej grupki, wzywając najstarszego z trzech braci. Ciało Odukwe, witam cię - rzekł, na co Odukwe pochylił się i dotknął ziemi. Potem zaczęło się przesłuchanie. […] W ubiegłym roku, kiedy siostra dochodziła do zdrowia po chorobie, pobił ją znowu, i to tak, że gdyby sąsiedzi nie przybiegli na ratunek, pewnie by ją zabił. Dowiedzieliśmy się o tym i uczyniliśmy tak, jak on opowiedział. Prawo Umuofii stanowi, że jeżeli kobieta ucieknie od męża, jej opłatę za żonę należy zwrócić. Ale w tym wypadku ona uciekła, żeby ratować własne życie. Jej dwoje dzieci należy do Uzowulu. Temu nie zaprzeczamy. Są jednak jeszcze za małe, żeby odłączać je od matki. Gdyby jednak Uzowulu opamiętał się i w należyty sposób poprosił żonę, aby do niego wróciła, ona to uczyni, pod warunkiem, że jeśli on zbije ją jeszcze raz, to my mu obetniemy genitalia. […] Odwrócił się do grupki Uzowulu i uczyni! krótką pauzę. Ciało Uzowulu, czy mnie znasz? Jakże mogę cię znać, ojcze? Ty jesteś poza naszą wiedzą - odrzekł Uzowulu. Ja jestem Zły Las. Zabijam człowieka w dniu, w którym życie jest mu najsłodsze. To prawda - odparł Uzowulu. Idź do rodziny swojej żony z garnkiem wina i błagaj żonę, aby do ciebie wróciła. To nie jest dzielność, kiedy mężczyzna walczy z kobietą. Potem zwrócił się do Odukwe i znów uczynił pauzę. Ciało Odukwe, witam cię - rzekł. Moja ręka na ziemi - odparł Odukwe. Czy znasz mnie? Nikt nie może ciebie znać. Ja jestem Zły Las, ja jestem Zeschłe-mięso-które-wypełnia-usta, ja jestem Ogień-który-się-pali-bez-podpałki. Kiedy twój szwagier przyjdzie do ciebie z winem, pozwól swojej siostrze odejść z nim. Pozdrawiam cię.

[…]

Dawno, dawno temu - zaczęła Ekwefi - wszystkie ptaki zostały zaproszone na ucztę w niebie. Uszczęśliwione, jęły się szykować na ten wielki dzień. Malowały się całe na czerwono drewnem cam i za pomocą uli zdobiły skrzydła w przepiękne czarne wzory. Żółw zauważył te przygotowania i szybko odkrył, do czego zmierzają. Nic, co działo się w świecie zwierząt, nie uszło nigdy uwagi Żółwia, który był bardzo przebiegły. Gdy tylko usłyszał o wielkiej uczcie w niebie, na samą myśl o poczęstunku zaczęło go łaskotać w gardle. Panował bowiem w owym czasie głód i Żółw nie najadł się porządnie już od dwóch księżyców. Jego korpus telepał się jak suchy patyk w pustej skorupie. Zaczął więc knuć, jak by tu dostać się do nieba. Ale przecież nie miał skrzydeł - wtrąciła Ezinma. Słuchaj cierpliwie - pouczyła ją matka. O tym właśnie jest bajka. Żółw nie miał skrzydeł, ale poszedł do ptaków i poprosił je, żeby wzięły go ze sobą. „Za dobrze cię znamy - odpowiedziały ptaki. Jesteś przebiegły i niewdzięczny. Jeśli weźmiemy cię ze sobą, na pewno coś spsocisz”. „Wcale mnie nie znacie - odparł na to Żółw. -Zmieniłem się. Nauczyłem się, że kto sprawia kłopoty innym, sprawia je także sobie”. Żółw umiał słodko przemawiać, więc po niedługim czasie wszystkie ptaki uwierzyły mu, że się zmienił, i każdy ofiarował mu jedno swoje pióro. Z tych piór Żółw sporządził sobie dwa skrzydła. Przyszedł wreszcie wielki dzień i Żółw pierwszy stawił się na miejscu zbiórki. Gdy ptaki zgromadziły się w kom-plecie, wzbili się do nieba wszyscy razem. Uradowany żółw perorował bez ustanku, frunąc pomiędzy ptakami, prędko też wybrano go na mówcę całej gromady, gdyż był wielkim oratorem. Jest jedna ważna rzecz, o której nie wolno nam zapomnieć - oznajmił podczas lotu. Goście, zaproszeni na tak wspaniałą ucztę jak ta, przybierają na tę okazję nowe imiona. Nasi gospodarze w niebie na pewno spodziewają się, że uszanujemy ten odwieczny zwyczaj”. Żaden ptak nie słyszał nigdy o podobnym zwyczaju, wszystkie jednak wiedziały, że Żółw, chociaż ma swoje wady, jest wielkim podróżnikiem i zna się na obyczajach rozmaitych ludów. Każdy ptak przybrał więc nowe imię. Gdy to uczyniły, także i Żółw nadał sobie nowe miano. Nazwał się Wy Wszyscy. Dolecieli w końcu do nieba, a gospodarze powitali ich z radością. Żółw, w swoim wielobarwnym upierzeniu, wy-stąpił naprzód i podziękował za zaproszenie. Przemawiał tak potoczyście, że ptaki, zadowolone, że go ze sobą za-brały, kiwały tylko głowami na każde słowo. Gospodarze uznali więc Żółwia za króla ptaków, także dlatego, że wyglądał inaczej niż reszta. Po ofiarowaniu i spożyciu orzechów kola lud niebiański postawił przed gośćmi najsmakowitsze dania, jakie Żółw kiedykolwiek oglądał, nawet w snach. Zupę wniesiono prosto z ognia, w tym samym garnku, w którym się gotowała. Pełno w niej było mięsa i ryby. Żółw węszył głośno, delektując się zapachami. Podano jamsy tłuczone i jamsy duszone w oleju palmowym ze świeżą rybą. Do tego wiele garnków palmowego wina. Gdy wszystko to stanęło przed gośćmi, jeden z mieszkańców nieba wystąpił naprzód i popróbował po trochu ze wszystkich naczyń. Następnie zaprosił ptaki do jedzenia. Ale Żółw zerwał się na nogi i spytał: „Dla kogo przygotowaliście tę ucztę?”. „Dla was wszystkich” - odparli niebianie.  Żółw zwrócił się do ptaków i powiedział: „Pamiętacie, chyba że nazywam się Wy Wszyscy. Tutejszy obyczaj nakazuje ugościć najpierw mówcę, a dopiero potem całą resztę. Podadzą wam, jak ja skończę”. I wziął się do jedzenia, a ptaki zrzędziły zagniewane. Niebianie uznali, że taki widać panuje u nich zwyczaj, iż całe jedzenie oddają królowi. A Żółw powyjadał wszystko, co najlepsze, wypił dwa garnki palmowego wina i zaraz przytył, wypełniając sobą całą skorupę. Wówczas ptaki przystąpiły do dziobania resztek potraw, a także kości, które Żółw porozrzucał po całej podłodze. Niejeden ze złości nie mógł jeść i wołał wrócić do domu z pustym żołądkiem. Zanim jednak odleciały, każdy ptak odebrał od Żółwia pióro, które mu wcześniej pożyczył. I tak Żółw został w swojej twardej skorupie, nadęty od jadła i wina, ale bez skrzydeł, które by go poniosły do domu. Błagał ptaki, żeby przekazały chociaż wiadomość jego żonie, lecz wszystkie odmówiły. W końcu jednak Papuga, rozzłoszczona bardziej od innych, zmieniła znienacka zdanie i zgodziła się wziąć wiadomość dla żony Żółwia. „Powiedz mojej żonie - polecił Żółw - niech powynosi przed dom wszystkie miękkie rzeczy i zaścieli nimi całe obejście, żebym nie zrobił sobie krzywdy, jak zeskoczę z nieba”. Papuga obiecała dostarczyć wiadomość i odfrunęła. Ale kiedy dotarła do domu Żółwia, kazała jego żonie wynieść przed dom wszystkie najtwardsze rzeczy. Żona powynosiła więc mężowskie motyki, maczety, włócznie, strzelby, a nawet armatę. Żółw przyglądał się z góry krzątaninie żony, nie widział jednak z wysoka, co ona wynosi. Gdy wszystko wyglądało na gotowe - skoczył. Spadał, spadał, spadał, aż przestraszył się, że to spadanie nigdy się nie skończy. A zaraz potem, z hukiem godnym armaty, runął w domowe obejście.

[…]

W zagrodzie Obieriki było rojno jak w mrowisku. Na każdym skrawku wolnego miejsca wznoszono prowizoryczne trójnogi do gotowania, z trzech opartych wzajem-nie o siebie bloków wysuszonej na słońcu ziemi - pod tym stożkiem rozpalało się ogień. Na trójnogach bulgotały garnki, w stu drewnianych moździerzach tłukło się fufu. Jedne kobiety gotowały jamsy i maniok, inne szykowały warzywa na zupę. Młodzi mężczyźni ubijali fufu albo rozszczepiali drewno na podpałkę. Dzieci krążyły między obejściem a strumieniem, donosząc wodę. Trzej młodzi mężczyźni pomagali Obierice zarżnąć dwie kozy, przeznaczone na zupę. Były to tłuste kozy, ale najtłuściejsza stała przywiązana do kołka pod murem zagrody. Była wielkości małej krowy. Obierika posłał krewnych aż do Umuike, żeby mu kupili tę kozę. Chciał ją ofiarować żywą rodzinę przyszłego zięcia. Targ w Umuike to wspaniałe miejsce - zachwycał się młodzieniec, wysłany przez Obierikę po zakup kozy-olbrzymki. Tyle tam ludzi, że jakby rzucić w górę ziarenko piasku, nie miałoby gdzie spaść na ziemię. To skutek potężnego czaru - wyjaśnił mu Obierika. Ludzie z Umuike chcieli, żeby ich targ się rozrósł i pochłonął targowiska sąsiadów. Sporządzili więc potężny czar. W każdy dzień targowy, przed pianiem koguta, ten czar staje na targowym placu w postaci starej kobiety z wachlarzem. Magiczny wachlarz przyciąga na rynek wszystkie sąsiednie klany. Stara kobieta wachluje się z przodu, z tyłu, z prawa i z lewa. Dlatego wszyscy tam ciągną - dodał drugi z pomocników. Uczciwi i złodzieje. Na tym targu potrafią ci ukraść szatę, którą jesteś przepasany. To prawda - przyznał Obierika. Uprzedziłem Nwankwo, żeby miał oczy i uszy otwarte. Kiedyś pewien człowiek poszedł tam sprzedać kozę. Prowadził ją na grubym postronku, którego koniec uwiązał sobie wokół nadgarstka. Ale idzie przez targowisko i widzi, że ludzie pokazują go sobie palcami, jak wariata. Nie mógł zrozumieć, dlaczego, dopóki nie spojrzał za siebie: okazało się, że na postronku ciągnie już nie kozę, ale kłodę drewna.

[…]

Z zapadnięciem nocy na drewnianych trójnogach ustawiono płonące pochodnie i młodzi mężczyźni wznieśli pieśń. Starsi siedzieli kręgiem, a śpiewacy przechodzili od jednego do drugiego, każdemu wyśpiewując pochwałę. Jedni byli wspaniałymi rolnikami, inni - oratorami, przemawiającymi w imieniu klanu, Okonkwo zaś był największym żyjącym zapaśnikiem i wojownikiem. Obszedłszy cały krąg, usadowili się pośrodku, a wówczas z wewnętrznego obejścia wyszły dziewczęta, gotowe na tańce. Początkowo nie było wśród nich panny młodej. Gdy się wreszcie zjawiła, niosąc w prawej ręce koguta, wszyscy zawiwatowali donośnie. Pozostałe tancerki rozstąpiły się przed nią. Panna młoda ofiarowała koguta muzykantom i rozpoczęła taniec. Brzęczały mosiężne bransolety na jej nogach, a całe ciało lśniło od drewna cam w łagodnym, żółtym blasku. Muzykanci grający na drewnianych, glinianych i metalowych instrumentach, przechodzili płynnie od pieśni do pieśni. Bardzo byli weseli. Odśpiewali najnowszą pieśń, która powstała w wiosce:

Kiedy biorę ją za rękę

Ona mówi: „Nie rusz!”

Kiedy biorę ją za nogę

 Ona mówi: „Nie rusz!”

Ale jak dotykam jej koralików w talii

Udaje, że nie widzi

[…]

Ezeudu był wielkim człowiekiem, więc na jego pogrzebie zebrał się cały klan. Dudniły pradawne bębny śmierci, huczały strzelby i armata, mężczyźni biegali jak w gorączce, ścinając wszystkie drzewa na swojej drodze, szlachtując zwierzęta, przeskakując przez mury i tańcząc na dachach. Grzebano wojownika, toteż od rana do nocy nadchodzili i odchodzili wojownicy, w swoich grupach wiekowych. Wszyscy poubierani byli w spódnice z osmalonej rafii, ciała zaś mieli wymalowane kredą i węglem. Co pewien czas ze świata podziemnego wyłaniał się jakiś duch przodka, egwugwu, od stóp do głów osłonięty rafią i przemawiający rozdygotanym, nieziemskim głosem. Niektóre duchy były bardzo agresywne - z rana, na przykład, wszyscy rozbiegli się w popłochu przed egwugwu uzbrojonym w ostrą maczetę, i tylko dzięki dwóm mężczyznom, którzy skrępowali go w pasie mocnym sznurem, udało się uniknąć poważnej szkody. Duch jednak odwracał się chwilami znienacka i rzucał się na swoich strażników, ci zaś brali nogi za pas. Za każdym razem wracali jednak, by znów ująć koniec długiego sznura, który duch wlókł za sobą. Egwugwu strasznym głosem wyśpiewywał, że Ekwenzu, czyli Zły Duch, wszedł mu w oko.

Ale najstraszniejszy egwugwu dopiero miał się zjawić. Zawsze przychodził sam i miał postać trumny. Zgniły odór unosił się za nim w powietrzu, a towarzyszyły mu muchy. Nawet najwięksi czarownicy chowali się, gdy ten duch był w pobliżu. Przed wielu laty inny egwugwu ośmielił się stawić mu czoła i został z miejsca unieruchomiony na całe dwa dni. Ten z kolei miał tylko jedną rękę i niósł w niej pleciony kubeł wody. Lecz trafiały się i egwugwu całkiem nieszkodliwe. Jeden był już tak stary i chromy, że wspierał się ciężko na lasce. Przykuśtykał tam, gdzie leżał nieboszczyk, popatrzył na niego chwilę i odszedł z powrotem - w podziemny świat. Kraina żywych nie leżała daleko od krainy przodków. Ciągle trwały między nimi wędrówki, szczególnie podczas świąt albo kiedy umierał stary mężczyzna - starzy mężczyźni byli bowiem bardzo bliscy przodkom. Życie mężczyzny od narodzin do śmierci było ciągiem rytuałów przejścia, prowadzących coraz bliżej ku jego przodkom. Ezeudu był najstarszym mężczyzną w wiosce; pośród żałobników z całego klanu tylko trzech było starszych od niego, a zaledwie czterech czy pięciu zaliczało się do tej samej co on grupy wiekowej. Ilekroć któryś z tych starców wstępował w tłum żałobników, aby chwiejnie odtańczyć żałobny krok swego plemienia, młodsi mężczyźni ustępowali mu z drogi i zgiełk przycichał. To był wspaniały pogrzeb, godny szlachetnego wojownika. Im bliżej wieczoru, tym głośniejsze stawały się okrzyki, tym huczniejsze wystrzały, tym donośniejsze dudnienie bębnów i klangor potrząsanych maczet.

[…]

Dla Okonkwo pozostało tylko jedno wyjście: zbiec przed klanem. Zabicie członka rodzimego klanu było zbrodnią przeciwko bogini ziemi, więc winowajca musiał zbiec ze swojej ziemi. Zbrodnia ta miała dwie odmiany: męską i żeńską. Okonkwo popełnił żeńską, gdyż zadziałał niechcący. Wolno mu było powrócić do klanu po siedmiu latach. Tej samej nocy spakował wszystkie swoje najcenniejsze rzeczy w toboły do niesienia na głowie. Jego żony szlochały gorzko, a dzieci płakały wraz z nimi, nie wiedząc czemu. Obierika i jeszcze kilku przyjaciół przyszło pomóc Okonkwo i pocieszyć go. Każdy obrócił dziewięć lub dziesięć razy, przenosząc jamsy Okonkwo na przechowanie do spiżarni Obieriki. Nim kogut zapiał, Okonkwo z całą rodziną był gotów do ucieczki - uciekał do ojczyzny swojej matki. Ojczyzną matki Okonkwo była Mbanta, mała wioska tuż za granicami Mbaino.

[…]

Okonkwo spotkał się z dobrym przyjęciem krewnych matki w Mbancie. Starzec, który go przywitał, był młodszym bratem matki, a obecnie najstarszym żywym członkiem rodziny. Nazywał się Uczendu. On to właśnie dwadzieścia i dziesięć lat wcześniej odbierał przyniesione z Umuofii ciało matki Okonkwo, aby mogła zostać pogrzebana ze swoimi. Okonkwo był jeszcze wtedy małym chłopcem; Uczendu wciąż pamiętał, jak mały Okonkwo wykrzykiwał tradycyjne pożegnanie: „Matka, matka, matka odchodzi”. Wiele lat minęło od tamtego czasu. Dziś Okonkwo nie przynosił ciała matki na pogrzebanie. Przybywał z własną rodziną, trzema żonami i jedenaściorgiem dzieci szukać schronienia w ojczyźnie matki. Gdy tylko Uczendu ujrzał go na czele tej smutnej i utrudzonej procesji, odgadł, co się stało, i nie zadawał żadnych pytań. Dopiero następnego dnia Okonkwo opowiedział mu całą historię. Stary wysłuchał cierpliwie do końca, po czym rzekł, z niejaką ulgą: To było żeńskie oczu [morderstwo, rzeź – przyp. tłum.]. I naszykował wszystko do koniecznych rytuałów i ofiar. Okonkwo otrzymał działkę pod budowę obejścia oraz parę kawałków ziemi uprawnej - właśnie zbliżał się sezon sadzenia. Z pomocą krewnych matki wzniósł obi i trzy chaty dla żon. Umieścił w domu swojego osobistego boga i symbole zmarłych ojców. Każdy z pięciu synów Uczendu podarował kuzynowi trzysta sadzeniaków jamsów, aby mógł założyć farmę, bo z pierwszym deszczem rozpoczynano prace w polu.

[…]

Jego życiem zawsze rządziła jedna wielka ambicja: zostać jednym z panów klanu. Stąd czerpał energię do działania. I prawie już dopiął swego. A potem nagle wszystko legło w gruzach. Okonkwo został wyrzucony z klanu jak ryba na suchy piasek plaży, nie mógł złapać tchu. Widocznie jego osobisty bóg, jego czi, nie został stworzony do rzeczy wielkich. Człowiek nie może się wznieść ponad przeznaczenie swojego czi. Nieprawdą jest to, co powtarzają starzy: że kiedy człowiek mówi „tak”, jego czi to potwierdza. On, Okonkwo, był człowiekiem, którego czi mówiło „nie”, chociaż on sam mówił „tak”. Starzec Uczendu widział, że Okonkwo ulega rozpaczy, i bardzo go to trapiło. Postanowił porozmawiać z nim po spełnieniu obrzędu isaifi.

[…]

Prawdą jest, że dziecko należy do ojca. Ale kiedy ojciec zbije dziecko, ono szuka współczucia w chacie matki. Mężczyzna należy do swojej ojczyzny, dopóki wszystko układa się dobrze i życie jest słodkie. Ale gdy przyjdzie smutek i gorycz, mężczyzna znajduje schronienie w ojczyźnie matki. Twoja matka jest tutaj, żeby cię chronić. Tu leży pogrzebana. I dlatego mówimy, że matka jest najwyższa. Czy godzi się, Okonkwo, abyś stawał przed matką z ponurą twarzą i odmawiał przyjęcia pociechy? Strzeż się, abyś nie obraził umarłej. Twoim obowiązkiem jest pocieszać żony i dzieci, a po siedmiu latach zaprowadzić je z powrotem do ojczyzny. Bo jeśli pozwolisz, żeby żal cię przygniótł i zabił, to cała twoja rodzina umrze na wygnaniu. Umilkł na dłuższą chwilę. To są teraz twoi krewni - rzekł, szerokim gestem wskazując swoich synów i córki. Tobie się wydaje, że jesteś największym cierpiętnikiem na świecie? Czy wiesz, że niektórzy mężczyźni zostają banitami do końca życia? Czy wiesz, że niektórzy mężczyźni tracą wszystkie swoje jamsy, a nawet dzieci? Ja miałem kiedyś sześć żon. Teraz nie mam ani jednej, tylko tę młodą dziewczynę, która nie odróżnia prawej strony od lewej. Czy ty wiesz, ile ja dzieci pogrzebałem - dzieci, które począłem w pełni młodości i siły? Dwadzieścioro dwoje. Nie powiesiłem się, wciąż żyję.

[…]

Uczendu zgrzytał głośno zębami.

Wreszcie wybuchnął: Nie wolno zabić człowieka, który nic nie mówi. Mężczyźni Abame okazali się głupcami. Co wiedzieli o tym człowieku? Znowu zazgrzytał, a potem opowiedział im historię dla zilustrowania swoich słów: Matka Latawiec posłała raz swoją córkę po jedzenie. Ta pofrunęła i wróciła z kaczęciem. „Spisałaś się bardzo dobrze - pochwaliła Matka Latawiec - ale powtórz mi, co powiedziała matka kaczęcia, kiedy porwałaś i uniosłaś jej dziecko?”. „Nic nie powiedziała - odparła Córka Latawiec. Poszła sobie”. „Musisz odnieść to kaczę - orzekła Matka Latawiec. W takim milczeniu kryje się coś złego”. Córka Latawiec zwróciła więc kaczątko, a w zamian przyniosła kurczę. „Co zrobiła matka kurczęcia?” - spytała Matka Latawiec. „Płakała, szalała, przeklinała mnie” - odparła Córka Latawiec. „W takim razie możemy zjeść to kurczę - powiedziała Matka Latawiec. Nie trzeba się niczego bać ze strony tego, kto krzyczy”. Mężczyźni Abame zachowali się jak głupcy.

[…]

Gdy upłynęły prawie dwa następne lata i Obierika znów odwiedził przyjaciela na wygnaniu, okoliczności przed-stawiały się mniej fortunnie. Do Umuofii zdążyli przybyć misjonarze. Wznieśli swój kościół, pozyskali garstkę wiernych i już rozsyłali głosicieli ewangelii po okolicznych wsiach i osadach. Zasmucało to wielce wodzów klanu, wielu z nich żywiło jednak przekonanie, że obca wiara i bóg białego człowieka nie przetrwają długo w Umuofii. Żaden z nawróconych nie zaliczał się do mężczyzn, których słowo poważano w zgromadzeniu. Żaden nie dzierżył tytułu. Byli to przeważnie ludzie tego rodzaju, o którym mówi się efulefu - bezwartościowi, puści. Obrazem efulefu w języku klanu był mężczyzna, który sprzedał swoją maczetę i idzie do walki z pustą pochwą. Czielo, kapłanka Agbali, nazwała konwertytów ekskrementami klanu, a nową wiarę - wściekłym psem, który przyszedł je zeżreć. Powodem, który skłonił Obierikę do odwiedzenia Okonkwo, było nagłe pojawienie się wśród misjonarzy Nwoye, syna Okonkwo.

[…]

Gdy wszyscy się zebrali, biały człowiek zaczął do nich przemawiać. Mówił przez tłumacza, mężczyznę z klanu łbów, który jednak posługiwał się innym niż tutejszy dialektem, przykrym dla uszu Mbanty. Wielu ludzi naśmiewało się z jego dialektu i osobliwego użycia słów. Zamiast mówić „ja sam”, mówił za każdym razem „moje pośladki”. Tłumacz miał jednak władczą posturę, więc klan słuchał jego mowy. Powiedział, że jest jednym z nich, co sami widzą po kolorze skóry i języku. Pozostali czterej czarni mężczyźni to także ich bracia, chociaż jeden nie mówi językiem łbów. Także i biały człowiek jest ich bratem, gdyż wszyscy ludzie są synami Boga. Potem im opowiedział o tym nowym Bogu, Stworzycielu całego świata i wszystkich mężczyzn, i wszystkich kobiet. Oni zaś, mówił, czczą fałszywych bogów, bogów z drewna i kamienia. Groźny pomruk przeszedł przez tłum, gdy padły te słowa. Tłumacz powiedział jeszcze, że prawdziwy Bóg mieszka na wysokości i że każdy człowiek, kiedy umrze, idzie stanąć przed nim na sąd. Źli ludzie i poganie, którzy w swoim zaślepieniu kłaniają się drewnu i kamieniom, wtrąceni zostają w ogień, który płonie jak olej palmowy. A dobrzy ludzie, którzy czczą prawdziwego Boga, żyją wiecznie w Jego królestwie szczęśliwości. Ten wielki Bóg przysłał nas tutaj, abyśmy zalecili wam porzucić drogę zła i fałszywych bogów, a w zamian zwrócić się ku Niemu, po to, byście po śmierci mogli zostać zbawieni - zakończył.

[…]

W zgromadzeniu znalazł się jednak młodzieniec, które-go zauroczyła opowieść misjonarzy. Młodzieniec imieniem Nwoye, pierworodny syn Okonkwo. To nie wariacka logika Trójcy go zauroczyła. Tej nie zrozumiał. Uległ jednak poezji nowej religii, tego czegoś, co przenika człowieka do szpiku kości. Hymn o braciach, którzy tkwią w ciemności i lęku, zdawał się odpowiedzią na niejasne a uporczywe pytanie, dręczące młodą duszę - pytanie o bliźnięta, których płacz słychać z buszu, i o Ikemefunę, który został zabity. Nwoye doznał ulgi, gdy hymn nasączał jego spierzchniętą duszę. Słowa hymnu były jak zamarznięte krople deszczu topniejące na wyschłym talerzu umęczonej ziemi. Niewprawny umysł Nwoye doświadczył wielkiej zagadki.

[…]

Zaproponowali misjonarzom, aby wzięli sobie tyle Złego Lasu, ile zechcą. Misjonarze zaś, ku ich najwyższemu zdumieniu, podziękowali i zaintonowali pieśń radości. Oni nic nie rozumieją - powiedział jeden ze starszych. Ale zrozumieją jutro rano, jak wejdą na swoją działkę. Rozeszli się. Następnego ranka szaleńcy, jakby nigdy nic, rozpoczęli oczyszczanie terenu i budowę swojego domu. Mieszkańcy Mbanty spodziewali się, że wszyscy poumierają w przeciągu czterech dni. Minął jednak pierwszy dzień i drugi, i trzeci, a żaden nie umarł. Ludzie byli zaskoczeni. Po wsi poszła pogłoska, że fetysz białego człowieka ma niewiarygodną moc. Powiadano, że biały człowiek nosi na oczach okulary, żeby móc widzieć złe duchy i rozmawiać z nimi. Niedługo potem biały człowiek w okularach pozyskał trzech pierwszych na-wróconych.

[…]

Okonkwo nosił wśród ludzi przydomek Ryczący Płomień. Przypomniał go sobie, patrząc w palenisko. Był ryczącym płomieniem. Jakże się to więc stało, że spłodził takiego syna jak Nwoye - zniewieściałego degenerata? Może to wcale nie jest jego syn. Na pewno nie! To przecież niemożliwe. Żona go oszukała. Dostanie za to nauczkę! A jednak Nwoye był podobny do swojego dziadka, Unuoki - ojca Okonkwo. Tę myśl Okonkwo prędko od siebie od-pędził. On sam był ryczącym płomieniem. Jak więc mógł spłodzić syna, który jest babą? Okonkwo, gdy był w wieku Nwoye, słynął już w całej Umuofii jako zapaśnik i mąż nieustraszony.

[…]

Raz tylko zdarzyło się, że misjonarze spróbowali prze-kroczyć umowną granicę. Trzej neofici wkroczyli do wioski, głosząc butnie, że wszyscy bogowie są martwi i pozbawieni mocy, a oni trzej gotowi są stawić im czoła poprzez spalenie ich kaplic. Lepiej idź i spal genitalia swojej matki - powiedział takiemu krzykaczowi jeden z kapłanów. Wszystkich trzech pojmano i zbito tak, że spływali krwią. Po tym incydencie przez długi czas nic się nie wydarzyło między Kościołem a klanem. Krążyły już jednak pogłoski, że biały człowiek przyniósł ze sobą nie tylko religię, ale i rząd. Podobno budują w Umuofii siedzibę sądu dla ochrony wyznawców swojej religii. Powiadano nawet, że powiesili człowieka, który zabił misjonarza.

[…]

Potem wyjaśnił mu, kto to jest osu. Był to osobnik poświęcony bogu, ktoś odłączony, ktoś, kto na zawsze pozostawał tabu, a po nim także jego dzieci. Nie mógł ożenić się z osobą urodzoną wolno. Dosłownie wykluczony, mieszkał w wydzielonej kwaterze wioski, blisko Wielkiego Sanktuarium. Gdziekolwiek szedł, niósł na sobie piętno zakazanej kasty - długie, brudne, skołtunione włosy. Dla osu brzytwa stanowiła tabu. Osu nie miał wstępu na zgromadzenie urodzonych wolno, im zaś nie wolno było wejść pod jego dach. Nie miał prawa przyjąć żadnego z czterech tytułów klanu, a po śmierci grzebany był z podobnymi sobie, w Złym Lesie. Jakże taki osobnik mógłby być naśladowcą Chrystusa?

[…]

Gdybym powiedział, że nie spodziewaliśmy się tak wielkiej uczty, dałbym do zrozumienia, że nie wiedzieliśmy, jak hojny jest nasz syn, Okonkwo. Znamy go wszyscy, więc oczekiwaliśmy wielkiej uczty. Okazała się ona jeszcze większa niż przypuszczaliśmy. Dziękujemy ci. Niech wszystko, co ofiarowałeś, zwróci ci się dziesięciokrotnie. W dzisiejszych czasach, gdy młodsze pokolenie uważa się za mądrzejsze od ojców, miło jest spotkać człowieka, który stosuje się do dawnych, świetnych zwyczajów. Kto zwołuje krewnych na ucztę, nie czyni tak, aby uchronić ich przed głodem. Oni wszyscy mają w domu dość jedzenia. Gdy gromadzimy się na wiejskim placu w blasku księżyca, powodem nie jest księżyc. Księżyc każdy może sobie obejrzeć z własnej zagrody. Schodzimy się, bo dobrze jest dla krewnych, gdy są razem. Możecie spytać, po co ja to wszystko mówię. Mówię to, bo lękam się o młodsze po-kolenie, o was. Machnął ręką w tę stronę, gdzie siedziała większość młodych mężczyzn. Ja już niewiele mam przed sobą życia, podobnie jak Uczendu, Unaczukwu czy Emefo. Lękam się jednak o was, młodych, bo wy nie rozumiecie, jak mocna jest więź pokrewieństwa. Nie wiecie, co to znaczy mówić jednym głosem. A skutek tego jaki? Zagnieździła się pomiędzy wami haniebna religia. Mężczyzna może teraz porzucić ojca i braci. Może przekląć bogów swoich ojców i przodków. Jest jak pies myśliwego, który wścieka się i rzuca na swego pana. Lękam się o was; lękam się o nasz klan. Zwrócił się znów do Okonkowo i zakończył: Dzięki, że zwołałeś nas wszystkich razem.

[…]

Siedem lat to długa nieobecność we własnym klanie. Nie zawsze czekało na człowieka miejsce, które opuścił. Zaraz po jego odejściu zajmował je ktoś inny. Klan był niczym jaszczurka, która traci ogon, lecz szybko odrasta jej nowy. Okonkwo o tym wszystkim wiedział. Wiedział, że stracił swoje miejsce wśród siedmiu zamaskowanych duchów, wymierzających w klanie sprawiedliwość. Stracił okazję poprowadzenia swojego wojowniczego klanu przeciwko nowej religii, która, jak mu mówiono, rozpanoszyła się na dobre. Stracił lata, podczas których mógł pozyskać klanowe tytuły. Jednak część strat nie była nie do odrobienia. Okonkwo postanowił wrócić tak, by zauważono jego powrót. Powróci w wielkim stylu i odzyska siedem zmarnowanych lat. Już w pierwszym roku banicji planował ten swój po-wrót. Na początek zamierzał odbudować obejście, i to w większej skali. Wzniesie większą stodołę i pobuduje cha-ty dwóm nowym żonom. Potem popisze się bogactwem, wprowadzając synów do związku ozo. Tylko największych dostojników klanu było na to stać. Okonkwo już widział w wyobraźni szacunek, jakim będzie się cieszył, widział siebie przyjmującego najwyższy tytuł w kraju. W miarę jak upływały lata na wygnaniu, wydawało się Okonkwo, że jego czi wynagradza mu minione nieszczęścia. Jamsy dawały obfite plony, nie tylko w ziemi matki, ale i w Umuofii, gdzie przyjaciele Okonkwo rokrocznie najmowali do nich zbieraczy. Potem jednak przyszła tragedia związana z pierworodnym synem. Zrazu wydawało się, że nieszczęście przerosło miarę ducha Okonkwo. Lecz był to twardy duch i ostatecznie Okonkwo przezwyciężył rozpacz. Miał jeszcze pięciu synów i tych zamierzał wychować wedle reguł klanu.

[…]

Umuofia zmieniła się znacznie przez te siedem lat wygnania Okonkwo. Przybył jej Kościół, który uwiódł wielu ludzi. Nie tylko nisko urodzeni i wykluczeni, lecz bywało, że i zamożni przystępowali do Kościoła. Na przykład Ogbuefi Ugonna, który dzierżył dwa tytuły, a jednak, jak szaleniec, przeciął bransoletę z tytułami i cisnął precz, aby przyłączyć się do chrześcijan. Biały misjonarz był z niego bardzo dumny. Ogbuefi Ugonna jako jeden z pierwszych w Umuofii przyjął sakrament Komunii Świętej, zwany w języku łbów sakramentem Świętej Uczty. Przyjął go jako poczęstunek z jadła i napoju, tyle że bardziej święty niż uczty wydawane w wiosce. Dlatego przyniósł na tę okazję swój róg do picia w worku z koziej skóry. Oprócz Kościoła biali ludzie sprowadzili do Umuofii rząd. Wybudowali gmach sądu, gdzie Komisarz Okręgowy rozstrzygał sprawy, o których nie miał pojęcia. Komisarz zatrudniał woźnych sądowych, którzy doprowadzali mu ludzi na rozprawy. Wielu woźnych pochodziło z Umuru nad Wielką Rzeką, gdzie przed wielu laty pojawili się pierwsi biali ludzie, a potem wznieśli tam ośrodek swojej religii, handlu oraz rządu. Woźni sądowi byli znienawidzeni w Umuofii za swoją obcość, arogancję i brutalność. Mówiono na nich kotma [zniekształcone angielskie court man - urzędnik sądowy – przyp. tłum.], a ponieważ nosili szarobure szorty, zyskali sobie dodatkowy przydomek: Popielate Tyłki. Strzegli więzienia pełnego mężczyzn, którzy przekroczyli prawo białego człowieka. Niektórzy winni byli wyrzucenia bliźniąt, inni - napaści na chrześcijanina. Kotma bili ich w więzieniu i zmuszali do pracy: co rano więźniowie sprzątali rządowe obejście i znosili drewno dla białego Komisarza oraz dla woźnych sądowych. Wśród więźniów byli mężczyźni z tytułami, którym nie godziło się wykonywać takich podłych prac. Cierpieli oni z racji upokorzenia i nie mogli odżałować zaniedbanych plantacji.

[…]

Już za późno - rzekł smutno Obierika. Nasi mężczyźni i nasi synowie wstąpili w szranki obcych. Przyjęli ich religię, pomagają im utrzymać rząd. Wygnać białych ludzi z Umuofii byłoby nam łatwo - jest ich tylko dwóch. Ale co z naszymi własnymi ludźmi, którzy przyjęli ich zwyczaje i dostali od nich władzę? Pójdą do Umuru, sprowadzą żołnierzy i skończymy tak, jak Abame. Zamilkł na dłuższą chwilę, a potem dodał: Kiedy ostatni raz byłem u ciebie w Mbancie, mówiłem ci, jak powiesili Aneto. A co się stało z tą sporną ziemią? - spytał Okonkwo. Sąd białego człowieka postanowił, że ziemia należy do rodziny Nnamy, który dał dużo pieniędzy woźnym i tłumaczowi białego człowieka. Czy biały człowiek rozumie nasze zwyczaje dotyczące ziemi? Jakże miałby rozumieć, skoro nawet nie mówi naszym językiem? Mimo to twierdzi, że nasze obyczaje są złe, a nasi właśni bracia, którzy przyjęli jego religię, też teraz twierdzą, że nasze obyczaje są złe. Jak, twoim zdaniem, mielibyśmy walczyć, skoro nasi bracia zwrócili się przeciwko nam? Biały człowiek jest bardzo przebiegły. Najpierw wkroczył cicho i pokojowo ze swoją religią. Rozbawiła nas jego głupota i pozwoliliśmy mu zostać. A on przekabacił naszych braci, tak że nasz klan nie działa już jak jeden mąż. Biały człowiek przyłożył nóż do więzów, które trzymały nas razem, i rozpadliśmy się.

[…]

W końcu perswazje pana Browna zaczęły wydawać owoce. Do szkoły zgłaszało się coraz więcej uczniów, a misjonarz nagradzał ich za to podkoszulkami i ręcznikami. Nie wszyscy chętni do nauki byli młodzi. Niektórzy mieli po trzydzieści lat i więcej. Z rana pracowali na swoich uprawach, a popołudniami przychodzili do szkoły. Niebawem ludzie zaczęli szeptać między sobą, że czary białego człowieka działają szybko. Szkoła pana Browna w krótkim czasie przynosiła efekty. Wystarczyło parę miesięcy nauki, aby zostać woźnym czy nawet pisarzem sądowym. Najwytrwalsi uczniowie sami w końcu zostawali nauczycielami i, jako robotnicy winnicy Pańskiej, szli pracować poza granice Umuofii. W okolicznych wioskach powstawały nowe kościoły, a przy nich szkoły. Od samego początku religia i wykształcenie szły ręka w rękę. Misja pana Browna rosła w siłę, a dzięki powiązaniom z nową administracją zyskiwała wysoki prestiż społeczny. Za to sam pan Brown stopniowo podupadał na zdrowiu. Z początku ignorował niepokojące objawy. Ostatecznie jednak musiał opuścić swoją trzódkę. Wyjechał smutny i załamany.

[…]

Doroczna uroczystość bogini ziemi przypadła w niedzielę; zamaskowane duchy już grasowały po okolicy. Dlatego chrześcijanki, które rano były w kościele, nie mogły wrócić do domów. Ich mężowie wyszli prosić egwugwu, aby usunęli się na chwilę z drogi i dali kobietom przejść. Duchy zgodziły się i już były w odwrocie, gdy Enoch zawołał chełpliwie, że nie śmiałyby tknąć chrześcijanina. Na to wszyscy egwugwu zawrócili, a jeden z nich rąbnął Enocha z całej siły laską, z którą żaden duch się nie rozstawał. Wtedy Enoch rzucił się na niego i zdarł mu maskę. Pozostali egwugwu natychmiast otoczyli zbezczeszczonego kompana, osłaniając go przed profanującym spojrzeniem kobiet i dzieci, i odprowadzili go na stronę. Enoch zamordował ducha przodków - w Umuofii zapanował zamęt. Tej nocy Matka Duchów przeszła wzdłuż i wszerz przez cały klan, lamentując po zabitym synu. Straszna to była noc. Nawet najstarszy mężczyzna Umuofii nie słyszał nigdy równie dziwnego i przeraźliwego głosu, i nikt go nigdy więcej nie miał usłyszeć. Zdawało się, że to sama dusza plemienia lamentuje nad wielkim złem, które już nadchodzi - nad swoją własną śmiercią. Nazajutrz wszyscy zamaskowani egwugwu Umuofii zebrali się na targowisku. Ściągnęli z wszystkich kwater klanu, a nawet z sąsiednich wiosek. Straszliwy Otakagu przybył z Imo, a Ekwensu, wymachujący białym kogutem - z Uli. Tworzyli przerażające zgromadzenie. Nieziemskie głosy niezliczonych duchów, dzwonki, które niektórzy egwugwu wlekli za sobą, szczęk maczet, którymi trącali się w doskoku na powitanie - wszystko to budziło drżenie i trwogę w każdym sercu. Po raz pierwszy w pamięci żyjących usłyszano za dnia ryczenie świętego byka.

[…]

Po raz pierwszy od lat Okonkwo doznawał uczucia zbliżonego do szczęścia. Świat, który tak niezrozumiale się zmienił przez czas jego wygnania, jakby wracał na swoje miejsce. Klan, który go zdradził, jakby dokonywał zadośćuczynienia. Okonkwo nie przebierał w słowach, przemawiając do swoich klanowych pobratymców na rynku, kiedy planowali działanie. Oni zaś słuchali go z szacunkiem. Całkiem jak za dawnych dobrych dni, kiedy wojownik to był ktoś, z kim trzeba się liczyć. Chociaż nie zgodzili się na zabicie misjonarza i wygnanie chrześcijan, to jednak przystali na zdecydowaną akcję. I dokonali jej. Okonkwo znów był prawie szczęśliwy. Przez dwa dni po zburzeniu kościoła nic się nie działo. Wszyscy mężczyźni Umuofii chodzili uzbrojeni w strzelby albo maczety. Nie zamierzali dać się zaskoczyć tak, jak ludzie Abame. Potem Komisarz Okręgowy powrócił z wyjazdu w teren. Pan Smith natychmiast się do niego udał i odbyli długą naradę. Mężczyźni Umuofii nie przejęli się tym spotkaniem - nie wydało im się ono niczym szczególnie ważnym. Misjonarz często odwiedzał swojego brata, białego człowieka. Nic w tym dziwnego.

[…]

Rzecz nastąpiła tak błyskawicznie, że żaden z sześciu nie spostrzegł się w porę. Wywiązała się krótka szamotanina - zbyt krótka na wydobycie z pochwy maczety. Sześciu mężczyzn skuto kajdankami i wyprowadzono do aresztu. Nie wyrządzimy wam żadnej krzywdy - oświadczył im po pewnym czasie Komisarz Okręgowy - pod warunkiem, że będziecie z nami współpracować. Sprowadziliśmy tu do was pokojową administrację, abyście wraz z całym swoim ludem żyli szczęśliwie. Jeżeli ktoś źle was traktuje, spieszymy wam na pomoc. Ale nie pozwolimy, abyście sami źle traktowali innych. Mamy sąd, który rozstrzyga sprawy i wymierza sprawiedliwość, tak samo jak to się dzieje w moim kraju, pod rządami wielkiej królowej. Sprowadziłem was tutaj, bo sprzymierzyliście się, aby dokuczyć innym, spalić ich domy i miejsce kultu religijnego. To niedopuszczalne w kraju podległym naszej królowej, najpotężniejszej władczyni na świecie. Postanowiłem, że macie za to zapłacić grzywnę w wysokości dwustu woreczków kauri. Zostaniecie uwolnieni, gdy tylko zgodzicie się przyjąć karę i uzbierać grzywnę pośród swego ludu. Co na to odpowiecie? Sześciu mężczyzn Umuofii milczało ponuro. Komisarz pozostawił ich samych na pewien czas. Wychodząc z aresztu, polecił woźnym sądowym, aby traktowali osadzonych z szacunkiem, gdyż są to wodzowie Umuofii.

[…]

Okonkwo i jego współtowarzysze zostali uwolnieni za-raz po wpłaceniu grzywny. Komisarz Okręgowy naopowiadał im raz jeszcze o wielkiej królowej, pokoju i dobrym rządzie. Ale mężczyźni Umuofii go nie słuchali. Siedzieli, gapiąc się tępo na niego i na tłumacza. Na koniec oddano im kozie worki oraz schowane w pochwach maczety i polecono wracać do domu. Powstali i opuścili budynek sądu. Nie odezwali się przy tym słowem do nikogo ani do siebie nawzajem. Budynek sądu, podobnie jak kościół, stał w pewnym oddaleniu od wioski. Na łączącej je ścieżce panował duży ruch, gdyż wiodła ona zarazem do strumienia, płynącego za sądem. Ścieżka była otwarta z obu stron i piaszczysta. W porze suchej wszystkie ścieżki były otwarte i piaszczyste. Za to, gdy przychodziły deszcze, busz gęstniejący z obu stron zarastał drogi. Teraz była pora sucha.

Sześciu mężczyzn zdążających do wioski napotykało po drodze kobiety i dzieci, idące z garnkami do strumienia. Miny mieli jednak tak chmurne i groźne, że nikt nie odważył się pozdrowić ich słowem „nno”, tylko każdy usuwał im się z drogi. Na terenie wioski przyłączały się do nich stopniowo grupki mężczyzn, tworząc w końcu spory po-chód. Szli w milczeniu. Każdy z sześciu znikał, jeden po drugim, w swoim obejściu, pociągając za sobą część pochodu. W wiosce narastało milczące, stłumione wzburzenie.

[…]

Okonkwo bardzo mało spał tej nocy. Gorycz serca mieszała się w nim z dziecięcym wręcz podekscytowaniem. Nim się położył, wyjął na wierzch strój wojenny, którego nie tykał od dnia powrotu z wygnania. Otrząsnął spódnicę z przydymionej rafii, obejrzał dokładnie wysokie nakrycie głowy z piór oraz tarczę. Uznał, że wszystko jest w zadowalającym stanie. Leżąc na bambusowym łóżku, wspominał, jak potraktowano go w sądzie białego człowieka i poprzysięgał zemstę. Jeżeli Umuofia zdecyduje się na wojnę, to wszystko w porządku. Jeśli jednak stchórzy, Okonkwo stanie sam przeciwko wszystkim i pomści swoją krzywdę. Przypominały mu się dawne wojny. „Najszlachetniejsza - myślał - była wojna przeciwko Isike”. W tamtych czasach żył jeszcze Okudo. Okudo śpiewał pieśń wojenną tak, jak nikt inny nie potrafił. Sam nie był wojownikiem, ale jego głos każdego mężczyznę przemieniał w lwa. „Nie ma już zacnych mężczyzn - westchnął Okonkwo, wspominając dawne dni. Isike nigdy nie zapomną, jak kładliśmy ich trupem w tamtej wojnie. Zabiliśmy im dwunastu mężczyzn, a oni nam tylko dwóch. Przed upływem czwartego targowego tygodnia wystąpili o pokój. To były czasy, kiedy mężczyzna był mężczyzną”.

[…]

Niski pomruk przeszedł przez tłum. Nie wszyscy - odpowiedział sam sobie mówca. Niektórzy oderwali się od klanu i poszli własnymi drogami. My, którzy stawiliśmy się tutaj dziś rano, pozostaliśmy wierni naszym ojcom, ale nasi bracia opuścili nas, by przystać do obcego i pokalać ziemię ojców. Jeśli wyruszymy zbrojnie na obcego, uderzymy w naszych braci, być może przelejemy krew własnego klanu. Ale tak trzeba. Naszym ojcom nigdy nawet nie przyszło to do głowy, nigdy nie zabijali swoich braci. Do nich jednak nigdy nie przybył biały człowiek. A zatem my musimy uczynić to, czego nigdy nie uczyniliby nasi ojcowie. Ptak eneke, spytany, dlaczego nigdy nie ustaje w locie, odpowiedział: „Ludzie nauczyli się trafiać, nie chybiając celu, więc ja nauczyłem się latać, nie siadając na gałęzi”. Musimy wykorzenić to zło. A jeśli nasi bracia stoją po stronie zła, ich również musimy wykorzenić. I to już, teraz. Trzeba wyczerpać tę wodę zawczasu, póki sięga tylko po kostki...

[…]

W tłumie dało się zauważyć nagłe poruszenie i wszystkie oczy zwróciły się w jedną stronę. Droga łącząca plac targowy z budynkiem sądu i strumieniem miała w tym miejscu ostry zakręt. Dlatego nikt nie spostrzegł przybycia pięciu woźnych sądowych aż do chwili, gdy wyłonili się zza zakrętu, dosłownie kilka kroków od obrzeża tłumu. Tam właśnie siedział i Okonkwo. Widząc, kto idzie, zerwał się na nogi. Stanął oko w oko z woźnym głównym, dygocąc z nienawiści, niezdolny wykrztusić choćby słowa. Przybysz nie okazał lęku, nie cofnął się; czterej kompani stali za nim murem. W tej krótkiej chwili świat jakby się zatrzymał, czekał. Cisza była niezmącona. Mężczyźni Umuofii wtopili się w nieme tło drzew i gigantycznych lian. Czekali.

[…]

Obierika i pięciu czy sześciu mężczyzn razem z nim ruszyli przodem. Komisarz szedł za nimi ze swoimi ludźmi, trzymającymi broń w pogotowiu. Przestrzegł Obierikę, że wystarczy jeden fałszywy ruch jego lub towarzyszy, a wszyscy zginą na miejscu. I poszli. Za domostwem Okonkwo rósł niewielki busz. Z zagrody prowadziło w ten busz tylko jedno przejście: mała okrągła dziura w murze z czerwonej ziemi, przez którą przełaziło w tę i z powrotem ptactwo domowe nieustannie poszukujące pożywienia. Człowiek nie mógłby się przecisnąć przez tak ciasny otwór. Właśnie do tego buszu powiódł Obierika Komisarza i jego ludzi. Okrążyli obejście tuż przy murze. Towarzyszył im tylko jeden odgłos: chrzęst suchych liści, miażdżonych pod stopami. Wreszcie doszli do drzewa, na którym wisiał trup Okonkwo, i stanęli jak wryci. Może pańscy ludzie pomogliby nam go zdjąć i pochować - powiedział Obierika. Posłaliśmy już po pomoc do innej wioski, ale kto wie, kiedy nadejdzie, pewnie nieprędko. Komisarz Okręgowy natychmiast zmienił ton. Trzeźwy administrator ustąpił w nim pola badaczowi tubylczych obyczajów. A czemuż to nie możecie zdjąć go sami? - zapytał. To wbrew naszym obyczajom - odrzekł jeden z mężczyzn. Hańbą jest dla człowieka odebrać sobie życie. To zbrodnia przeciwko Ziemi, więc mężczyzny, który ją popełnił, nie grzebią członkowie jego klanu. Jego ciało jest złe i tylko obcy mogą go dotykać. Dlatego prosimy pańskich ludzi, aby go zdjęli, bo oni są obcy. A pochowacie go jak każdego innego zmarłego? - dopytywał się Komisarz. My go nie możemy pochować. To wolno tylko obcym. Zapłacimy pańskim ludziom za tę robotę. Kiedy już zostanie pogrzebany, dopełnimy przy nim naszych obowiązków. Złożymy ofiary dla oczyszczenia zbezczeszczonej ziemi. Obierika, który cały czas wpatrywał się w dyndające na gałęzi zwłoki przyjaciela, nagle zwrócił się obcesowo do Komisarza: Ten mężczyzna był jednym z największych w Umuofii. A wyście doprowadzili do tego, że odebrał sobie życie i będzie za to pogrzebany jak pies...

[…]

Komisarz oddalił się, zabierając ze sobą paru żołnierzy. W ciągu wielu lat, które zmitrężył na wdrażaniu cywilizacji w różnych rejonach Afryki, nauczył się niemało. Na przykład tego, że Komisarz Okręgowy nigdy nie powinien asystować przy tak niesmacznych operacjach, jak odcina-nie wisielca z gałęzi. Obecność przy podobnych scenach obniżyłaby jego reputację w oczach tubylców. Komisarz zamierzał mocno podkreślić ten punkt w książce, którą kiedyś napisze. Właśnie o tej książce myślał, wracając do sądu. Każdy dzień dostarczał mu nowych materiałów. Historia człowieka, który zabił rządowego posłańca, po czym się powiesił, powinna się nieźle czytać. Można by jej właściwie poświęcić cały rozdział. No, może nie cały - ale z pewnością jeden akapit. Tyle jest przecież spraw do opisania, że trzeba bezlitośnie ciąć szczegóły. Komisarz miał już nawet tytuł dla swojej książki. Wybrał go po długim namyśle. Tytuł brzmiał: Pacyfikacja prymitywnych plemion Dolnego Nigru.

[…]

Mit Igbo o stworzeniu świata głosi, że na początku całą ziemię zalewała woda i nie żyły na niej żadne istoty ludzkie. Aż pewnego dnia Czukwu (Bóg) stworzył pierwszą ludzką rodzinę, złożoną z Eze Nri, jego żony, synów i córek. Eze Nri stał z rodziną na czubku mrowiska i nie mogli się stamtąd ruszyć, gdyż cała ziemia leżała pod wodą. Byli głodni. Czukwu spojrzał z góry i ulitował się nad ich dolą. Dał Eze Nri kawałek jamsa i powiedział: „Weź, to jadalne”. Eze Nri i jego rodzina zjedli jamsa i poznali, że jest dobry. Następnego dnia rano znowu poczuli głód i Eze Nri pomodlił się do Boga o więcej jamsów. Czukwu wysłuchał go uważnie, po czym dał mu nasiona jamsów, mówiąc: „Zasadź je w ziemi, a będziesz miał obfitość jamsów”. Eze Nri przyjął nasiona z wdzięcznością. Rozejrzał się jednak wokoło i rzekł do Czukwu: „Przecież cała ziemia jest zalana wodą”. Czukwu polecił mu, aby wezwał kowali z Awka, ci zaś nadeszli ze swoimi miechami i dęli w nie dopóty, dopóki cała ziemia nie wyschła. Wówczas Czukwu zażądał, aby Eze Nri złożył w ofierze swojego pierworodnego syna i pierworodną córkę, a na ich grobach zasadził ziarna jamsów. Eze Nri usłuchał. Niedługo potem z grobów jego dzieci wykiełkowały pędy jamsów i koko-jamsów. Gdy przyszedł czas, Eze Nri zebrał bulwy jamsów i koko-jamsów, i rozdzielił je między ludzi Igbo. Legenda ta potwierdza wiarę ludu Igbo w najwyższego boga (Czukwu), który stworzył wszystko i żąda posłuszeństwa. Wynika z niej również, że religia od dawna stanowi integralną część życia Igbo. Mit założycielski Igbo ukazuje początki rolnictwa, odwieczność instytucji rodziny oraz znaczenie obróbki żelaza dla rozwoju społeczności tego ludu. Znamienne, że - w przeciwieństwie do większości innych afrykańskich mitów założycielskich - nie ma w nim mowy o migracji z odległych terenów, co pozwala przypuszczać, że lud Igbo zajmuje swe obecne terytoria od bardzo dawna; przypuszczenie to potwierdzają też badania archeologiczne. Wynika z nich, że dzisiejszy lud Igbo i jego przodkowie zasiedlają ten sam z grubsza rejon geograficzny od co naj-mniej dwóch tysięcy lat.

[…]

Podobnie jak wiele innych systemów religijnych, religia Igbo skupiała się wokół idei narodzin, śmierci i reinkarnacji. Igbo wierzyli, że duchy ich starszyzny nie odchodzą po śmierci w zaświaty, lecz krążą niewidzialne w pobliżu, dbając o dobrobyt żyjących członków rodu. Starszy rodu, zanim napił się wina palmowego, skrapiał nim ziemię na cześć zmarłych przodków. Ofiarowywał też w ich imieniu cząstkę orzecha kola, prosząc o ochronę i przewodnictwo. Igbo często składali zmarłym przodkom ofiary ze zwierząt. Jeżeli chłopiec narodził się wkrótce po śmierci swego dziadka, nie mógł być nikim innym jak reinkarnacją zmarłego - dlatego nazywano go imieniem Nnamdi lub Nnadi („Ojciec powrócił”). Jeżeli dziewczynka przyszła na świat wkrótce po śmierci babki, nadawano jej imię Nnenna. Igbo wierzyli także w reinkarnację niemowląt, te jednak przysparzały tylko rodzicom niepotrzebnych cierpień. Niemowlęta często umierały wkrótce po narodzinach, aby po jakimś czasie wrócić do tych samych rodziców - dlatego nazywano je ogbandże, co znaczy „idzie i wraca”. Zdarzało się, że kobieta traciła w ten sposób nawet pięcioro dzieci, z których żadne nie dożyło narodzin następnego. Aby przerwać ów cykl narodzin i śmierci, należało zasięgnąć pomocy znachora. W powieści Achebego matka Ezinmy pochowała dziewięcioro z dziesięciorga dzieci, które wydała na świat, toteż panicznie lęka się, żeby również Ezinma nie okazała się ogbandże.

Chinua Achebe, Wszystko rozpada się

Kultowa powieść historyczno-obyczajowa Chinuiego Achebe - nigeryjskiego pisarza, poety, krytyka i nauczyciela akademickiego, nagrodzona w 2007 roku Międzynarodową Nagrodą Bookera przenosi akcję opowieści do Afryki Zachodniej, w dolinę rozległego Nigru i do dzisiejszej Nigerii, a w zasadzie do Igbolandu, jej części południowo-wschodniej, w czasy odległe, gdyż z końca dziewiętnastego wieku, w czasy surowego kolonializmu uprawianego przez monokultury europejskie. Jest to przede wszystkim opowieść o Okonkwo, obdarzonym silną osobowością bohaterze plemienia Igbo, walczącym o zachowanie kulturowej tożsamości swojego ludu w obliczu przytłaczającej potęgi angielskiego kolonializmu i rasizmu. W którym to tyglu jaki pisze kenijski badacz postkolonialny Simon Gikandi: Kulturowy bohater - pogromca Amalinzego Kota z pierwszego akapitu powieści - cofa się w swej życiowej podróży, najpierw na wygnanie, a ostatecznie w śmierć. Śledząc jego wzlot i upadek, uświadamiamy sobie także zbiorowy wymiar dramatu Okonkwo: jego osobistą klęskę spowodować mogła osobista słabość, lecz klęska ta była nieuchronna, gdyż rządy kolonialne podważyły wartości i instytucje, na których polegał Okonkwo. Powieść wyraźnie ukazuje współzależność osobistego kryzysu władzy i siły, który przeżywa Okonkwo, i kryzysu społecznego, doświadczanego przez wspólnotę, której tożsamość (specyficzne pojęcia własności, małżeństwa, religii, języka i historii) jest w coraz większym stopniu podważana i zastępowana nowym, kolonialnym porządkiem. Choć skoro Wszystko rozpada się to-jest-to także retrospektywna próba objaśnienia początków samego kryzysu, jest wreszcie „spojrzeniem wstecz i próbą wskazania momentu, w którym coś się popsuło, w którym deszcz zaczął nas zalewać”. Powieść Achebego opisuje doświadczenie prymitywnego kolonializmu i „wojującego” w nim chrystianizmu z perspektywy myślowej afrykańskiego szeregowego plemieńca, ale co ważne również bez idealizowania animistycznej afrykańskiej przeszłości.



powrót ››