Blog

 

30.08.2025

Droga do Indii

„Dawaj, nie pożyczaj.

Po śmierci któż ci podziękuje?"


„Cały świat wygląda tak, jakby umierał,

a jednak nie umiera,

więc musimy przyjąć, że istnieje

jakaś dobroczynna Opatrzność.”


„W przestrzeni rzeczy się stykają,

w czasie rzeczy się rozchodzą"


„nie pytam, ku czemu się pani zwraca,

lecz do czego pani powraca.”

[…]

Za torami - które biegną równolegle do rzeki - grunt się obniża, a potem znowu wznosi, i to dość stromo. Na tym drugim wzniesieniu rozłożyła się mała dzielnica rządowa i stąd oglądane Czandrapur wydaje się zupełnie inną miejscowością. To miasto ogrodów. To nie miasto, to las z rzadka usiany chatami. To tropikalny ogród rozkoszy, omywany wodami majestatycznej rzeki. Palmy toddy i drzewa nim, i mangowce, i drzewa pipalu [święte drzewo figowe Hindusów – przyp. tłum.], które były ukryte za bazarami, są teraz widoczne i same z kolei zasłaniają bazary. Wznoszą się ponad ogrody, gdzie czerpią pokarm ze starodawnych zbiorników, wyłamują się z dusznego otoczenia, uciekają od niepozornych świątyń. Szukając światła i powietrza, a obdarzone większą mocą niż człowiek i jego dzieła, wzbijają się w górę ponad niższe złoża, gdzie pozdrawiają się gałęziami i kłaniają listowiem i gdzie tworzą istne miasto dla ptaków. W szczególności po deszczach dają schronienie wszystkiemu, co przelatuje poniżej, ale o każdej porze roku, nawet pożółkłe i bezlistne, dodają miastu chwały w oczach Anglików, którzy zamieszkują to wzniesienie, a nowo przybyli nie mogą uwierzyć, że jest ono tak nędzne, jak się je opisuje, i trzeba ich zwieźć na dół, żeby przeżyli swoje rozczarowanie. Sama dzielnica rządowa nie wzbudza żadnych emocji. Nie urzeka, ale nie odpycha. Jest rozsądnie pomyślana, na pierwszym planie wznosi się budynek klubowy z czerwonej cegły, dalej jest sklep spożywczy i cmentarz, a wille stoją przy ulicach przecinających się pod kątem prostym. Dzielnica sama w sobie nie jest brzydka, ale piękny jest tylko widok; z miastem nie łączy jej nic prócz sklepionego nieba. Niebo także podlega pewnym przemianom, ale są one mniej widoczne niż przemiany roślinności i rzeki. Chmury znaczą je różnymi wzorami, ale zazwyczaj tworzy kopułę zlewających się odcieni, a przeważającym jest błękit. We dnie błękit płowieje i przechodzi w biel, tam, gdzie styka się z białością ziemi, po zachodzie ma jakby nowy obwód - pomarańczowy, rozpływający się ku górze w najdelikatniejszą purpurę. Ale rdzeń błękitu trwa nadal, i tak jest nawet w nocy. Gwiazdy zwisają wtedy na kształt lamp z olbrzymiego sklepienia. Odległość między nimi i sklepieniem jest niczym wobec przestrzeni za nimi i tych jeszcze dalszych przestrzeni, które, choć poza wszelką barwą, same są wreszcie wolne od błękitu. Niebo decyduje o wszystkim - nie tylko o klimacie i porach roku, lecz i o tym, kiedy ziemia ma być piękna. Sama przez się niewiele może zdziałać - najwyżej zrodzi nędzne kwiaty. Ale gdy niebo tego zapragnie, chwała spływa do czandrapurskich bazarów, błogosławieństwo obejmuje wszystko od horyzontu do horyzontu. Niebo zdolne jest tego dokonać, ponieważ jest tak silne i bezmierne. Siła pochodzi od słońca, które sączy się weń codziennie, ogrom -z rozpostartej poniżej ziemi. Żadne góry nie naruszają widnokręgu. Mila za milą ziemia ciągnie się płasko, faluje odrobinę, jest znowu płaska. Jedynie na południu, gdzie stłoczone jedne obok drugich pięści i palce przebijają grunt i sterczą ku górze, w nieskończonym obszarze powstaje przerwa. Te pięści i palce to Wzgórza Marabarskie, w których są owe niezwykłe jaskinie.

[…]

Czy w tym waszym szczęśliwszym świecie jest przypadkiem coś takiego jak nargile? Aziz, przestań paplać. Prowadzimy bardzo smutną rozmowę. Nargile, jak zwykle w domu jego przyjaciela, były nabite zbyt mocno i bulgotały nadąsane. Mówił do nich przymilnie. Ustąpiwszy w końcu, tytoń trysnął w górę do jego płuc i nozdrzy, wypędzając z nich dym płonącego krowiego nawozu, którym się napełniły, gdy Aziz przejeżdżał przez dzielnicę bazarów. Było cudownie. Leżał w transie, zmysłowym, lecz zdrowym, w którym rozmowa tamtych dwóch nie wydawała mu się szczególnie smutna - roztrząsali, czy jest rzeczą możliwą przyjaźnić się z Anglikiem. Mahmud Ali dowodził, że nie, Hamidullah protestował, ale z tyloma zastrzeżeniami, że nie było między nimi sporu. To naprawdę cudowne, leżeć tak na obszernej werandzie, kiedy przed tobą wschodzi księżyc, a za tobą służba przygotowuje kolację i kiedy nie dzieje się nic przykrego.

[…]

Nie sądzę. Wszyscy oni stają się dokładnie tacy sami ani gorsi, ani lepsi. Każdemu Anglikowi daję dwa lata, czy to Turton, czy Burton. To tylko różnica jednej litery. A każdej Angielce daję sześć miesięcy. Wszyscy są podobni do siebie jak dwie krople wody. Nie zgadzacie się ze mną? Ja nie - odpowiedział Mahmud Ali, przyłączając się do tej gorzkiej zabawy i odczuwając zarówno przykrość, jak rozbawienie przy każdym słowie, które wypowiadano. - Jeśli o mnie chodzi, to dostrzegam bardzo głębokie różnice wśród naszych władców.

[…]

Hamidullaha i zajmował tutaj pozycję ni to służącego, ni to osoby równej innym domownikom. Mówił tylko wtedy, kiedy ktoś się do niego odezwał, a ponieważ nikt do niego nie mówił, zachowywał pozbawione urazy milczenie. Od czasu do czasu czkał w dowód uznania dla znakomitości potraw. Cichy, pogodny i niezaradny człowiek; przez całe życie nie splamił się pracą. Póki któryś z jego krewnych miał dom, był pewien, że znajdzie schronienie, a wydawało się mało prawdopodobne, żeby w tak dużej rodzinie wszyscy mieli zbankrutować. Jego żona wiodła podobną egzystencję w odległości kilkuset mil - nie odwiedzał jej z uwagi na cenę biletu kolejowego. Aziz podokuczał mu trochę, a także służącym, a następnie zaczął recytować wiersze - perskie, w języku urdu, trochę arabskich. Pamięć miał dobrą i jak na tak młodego człowieka był bardzo oczytany; upodobał sobie takie szczególne tematy, jak upadek islamu i przemijanie miłości. Słuchali w zachwyceniu, bo w ich oczach poezja była sprawą publiczną, nie prywatną jak w Anglii. Nie nudziło ich nigdy słuchanie słów, słów, słów; wdychali je wraz z chłodnym powietrzem nocy ani przez chwilę ich nie analizując; imię poety, Hafiz, Hali, Ikbal*, było wystarczającą rękojmią. Indie- Indie ustokrotnione - szeptały wokół nich pod obojętnym okiem księżyca, ale w tym momencie Indie wydały się tylko jedne, ich własne; odzyskiwali swą utraconą wielkość, słuchając żalów nad jej utratą, czuli się znowu młodzi, bo przypomniano im, że młodość nieuchronnie ucieka. Służący odziany w szkarłat przerwał mu; był to goniec, który przybył od naczelnego lekarza i wręczył Azizowi list.

[…]

Niedługo klimat będzie tu dla pani bardzo niezdrowy! A po co w ogóle przyjechała pani do Czandrapuru? W odwiedziny do syna. Jest sędzią dla miasta Czandrapur. Och nie, proszę mi wybaczyć, to niemożliwe. Nasz sędzia nazywa się Heaslop. Znam go bardzo dobrze. Mimo to jest moim synem - powiedziała z uśmiechem. Ależ pani Moore, jak to możliwe? Byłam zamężna dwa razy. Tak, teraz rozumiem i pani pierwszy mąż zmarł? Tak, mój drugi mąż też. W takim razie jedziemy na tym samym wózku - powiedział tajemniczo. A więc sędzia jest teraz pani całą rodziną? Nie, mam młodsze dzieci, Ralpha i Stellę, w Anglii. A pan sędzia jest przyrodnim bratem Ralpha i Stelli? Tak. Proszę pani, to niezwykle dziwne, bo podobnie jak pani, ja też mam dwóch synów i córkę. Czy to nie jest jazda na tym samym wózku? Jak się nazywają? Bo chyba nie Ronny, Ralph i Stella? Ten pomysł go zachwycił. Nie, nie. Jak to śmiesznie brzmi! Ich imiona są zupełnie inne i zadziwią panią. Proszę posłuchać. Powiem pani imiona moich dzieci. Pierwsze nazywa się Ahmed, drugie nazywa się Karim, trzecie, moja najstarsza, Dżamila. Troje dzieci to dosyć. Zgadza się pani ze mną? Zgadzam się.

[…]

A major Callendar odrywa mnie co wieczór od kolacji z przyjaciółmi, a ja jadę natychmiast, psując sobie niezwykle przyjemną rozrywkę, i jego nie ma w domu, nawet nie zostawia żadnej wiadomości. Czarujące, czy tak? Ale jakie to ma znaczenie? Jestem bezradny i on wie o tym. Jestem tylko podwładnym, mój czas się nie liczy, Hindusowi wystarcza weranda, tak, tak, niech sobie tam stoi, a pani Callendar zabiera moją tongę i udaje, że mnie nie widzi... Pani Moore słuchała. Podniecały go trochę własne krzywdy, ale o wiele bardziej świadomość, że ktoś mu współczuje. To właśnie sprawiło, że się powtarzał, przesadzał, zaprzeczał samemu sobie. Dała dowód współczucia, krytykując swoją rodaczkę, ale on wiedział już wcześniej. Płomień, którego nawet piękno nie jest zdolne wzniecić, wzbijał się w górę, a choć to, co Aziz mówił, brzmiało gderliwie, jego serce zaczęło potajemnie płonąć. I teraz wybuchnęło słowami: Pani mnie rozumie, pani wie, co czują inni. Och, gdyby inni byli do pani podobni! Trochę zaskoczona, odpowiedziała: Nie myślę, żebym rozumiała ludzi zbyt dobrze. Wiem tylko, czy ich lubię, czy nie lubię. A więc jest pani człowiekiem Wschodu. Przyjęła jego towarzystwo w drodze powrotnej do klubu, a przy bramie wyraziła żal, że nie jest członkiem, bo mogłaby zaprosić go do środka.

[…]

Trzeci akt „Kuzynki Kasi" powoli dobiegał już końca, kiedy pani Moore weszła po raz drugi do klubu. Okna zasłonięto, żeby służba przypadkiem nie zobaczyła swoich memsahib [Europejki w Indiach – przyp. aut.] występujących na scenie, i upał był, wskutek tego straszliwy. Jeden elektryczny wentylator obracał się jak zraniony ptak, drugi był zepsuty. Nie mając ochoty wracać na widownię, weszła do pokoju bilardowego, gdzie powitały ją słowa „Chcę zobaczyć prawdziwe Indie” i natychmiast przypłynęło do niej z powrotem jej właściwe życie. Była to Adela Quested, ekscentryczna, rozważna dziewczyna, którą na polecenie Ronny'ego przywiozła z Anglii. Ronny jest jej synem, też rozważnym, którego panna Quested prawdopodobnie, chociaż nie na pewno, poślubi, a ona sama jest już starszą panią. Ja też chcę je zobaczyć i oby nam się to udało. Zdaje się, że Turtonowie mają coś zorganizować na przyszły wtorek.

[…]

Otoczyła ją grupka rozbawionych pań. Jedna powiedziała: Chce widywać Hindusów! Jakie to dziwne! Inna: Tubylcy, co za pomysł! Trzecia, poważniejsza, rzekła: Może ja wyjaśnię. Widzicie, moje panie, tubylcy nie szanują nas ani trochę więcej, kiedy się już z nami poznają. Tak bywa często po zawarciu znajomości. Ale pani, bardzo głupia i bardzo przyjacielska, ciągnęła: Chodzi mi o to, że zanim wyszłam za mąż, byłam pielęgniarką i często miałam z nimi do czynienia, więc wiem. Rzeczywiście znam prawdę o Hindusach. Bardzo nieodpowiednia sytuacja dla Angielki - byłam pielęgniarką w jednym z państw tubylczych. Jedyna szansa to z całą surowością trzymać się od nich z daleka.

[…]

Hmm, nie stykamy się z nimi towarzysko - odparł zarządca ze śmiechem. Są pełni wszelkich cnót, ale się z nimi nie stykamy, a teraz jest wpół do dwunastej i za późno na roztrząsanie przyczyn. Panna Quested, też mi nazwisko! - powiedziała pani Turton do męża, kiedy odjeżdżali. Nie przypadła jej do gustu ta nowo przybyła młoda osoba, uważała, że ma złe maniery i jest zbzikowana. Wyraziła nadzieję, że nie przywieziono jej po to, żeby wyszła za tego miłego małego Heaslopa, chociaż na to wyglądało. Jej mąż zgadzał się z nią w duchu, ale jeśli mógł tego uniknąć, nigdy nie mówił nic złego o żadnej Angielce, więc powiedział tylko, że panna Quested oczywiście popełnia błędy. I dodał: Indie czynią cuda, jeśli idzie o rozsądek, zwłaszcza w okresie upałów. Dokonały cudu nawet w wypadku Fieldinga. Pani Turton zamknęła oczy, słysząc to nazwisko, i orzekła, że pan Fielding nie jest pakka [z ind. doskonały – przyp. aut.] i że niech lepiej ożeni się z panną Quested, bo ona też nie jest pakka.

[…]

To najnowsza sztuczka wykształconego tubylca. Kiedyś płaszczyli się przed nami, ale młode pokolenie wierzy, że trzeba okazywać męską niezależność. Uważają, że to bardziej popłaca w oczach wizytującego te strony członka parlamentu. Ale bez względu na to, czy tubylec puszy się, czy płaszczy, za wszystkim, co mówi, zawsze coś się kryje, przynajmniej stara się zwiększyć swój izzat [z ind. autorytet, honor – przyp. tłum.] - mówiąc zwyczajnie, coś zarobić. Naturalnie są wyjątki. Dawniej, w domu, nigdy nie osądzałeś ludzi w taki sposób. Indie to nie dom - odparł dość niegrzecznie, ale żeby ją zmusić do milczenia, cały czas operował zwrotami i argumentami zasłyszanymi u starszych urzędników i nie czuł się zbyt pewny siebie. Mówiąc „naturalnie są wyjątki", cytował Turtona, natomiast „zwiększyć swój izzat " było własnością majora Callendara. Te zwroty coś znaczyły i były w stałym użyciu w klubie, ale ona dość zręcznie umiała odróżnić oryginał od naśladownictwa i mogła domagać się od niego konkretnych przykładów.

[…]

Nuta niepokoju w jego głosie wzbudziła w niej uczucie, że jest jeszcze małym chłopcem, który musi mieć to, co chce, więc przyrzekła, że zrobi tak, jak on sobie życzy, i pocałowali się na dobranoc. Nie zabronił jej jednak myśleć o Azizie i myślała o nim wróciwszy do swojego pokoju. W świetle uwag syna rozpatrzyła na nowo scenę w meczecie, żeby przekonać się, czyje wrażenia były słuszne. Tak, można by z tego zrobić bardzo nieprzyjemny incydent. Doktor zaczął od próby zastraszenia, powiedział, że pani Callendar jest miła, a następnie - widząc, że stoi na bezpiecznym gruncie - zmienił się; to opłakiwał swoje krzywdy, to znów traktował ją protekcjonalnie, w jednym zdaniu dziesięć razy zmieniał temat, był niesolidny, wścibski, próżny. Tak, to wszystko prawda, ale ile fałszu w tak skróconym obrazie człowieka; zaginęła w nim istota jego życia.

[…]

To skutek rozkazu wicegubernatora - brzmiało wyjaśnienie Mahmuda Ali. Turton nigdy by tego nie zrobił, gdyby nie musiał. Ci wyżsi urzędnicy są inni - okazują zrozumienie, wicekról okazuje zrozumienie, chcieliby, żebyśmy byli traktowani przyzwoicie. Ale przyjeżdżają zbyt rzadko, mieszkają za daleko. Gdy tymczasem... Łatwo okazywać zrozumienie na odległość - powiedział starszy pan z brodą. Wyżej cenię dobre słowo wypowiedziane tuż przy moim uchu. Pan Turton wyrzekł je, z tej czy innej przyczyny. On mówi, my słyszymy. Naprawdę nie widzę potrzeby dalszego rozwodzenia się nad tą sprawą. Nastąpiły cytaty z Koranu.

[…]

To zdanie bardzo się liczyło. Nawab Bahadur był wielkim właścicielem ziemskim i filantropem, człowiekiem życzliwym i stanowczym. Cieszył się poważaniem we wszystkich kręgach społecznych prowincji. Był nieprzejednany jako wróg i lojalny jako przyjaciel, a jego gościnność stała się przysłowiowa. „Dawaj, nie pożyczaj. Po śmierci któż ci podziękuje?" - tak brzmiała jego ulubiona maksyma. Śmierć w dobrobycie uważał za hańbę. Skoro tego rodzaju człowiek był gotów przejechać samochodem dwadzieścia pięć mil, żeby uścisnąć dłoń zarządcy, impreza nabierała innego posmaku. Albowiem nie był on jednym z tych wybitnych ludzi, co to rozgłaszają, że przyjdą, a potem robią w ostatniej chwili zawód, narażając drobniejsze płotki na niezręczną sytuację. Jeśli mówi, że przyjedzie, to przyjedzie, nigdy nie wprowadzi w błąd swoich zwolenników. Panowie, do których skierował ów wykład, teraz zachęcali się wzajemnie do wzięcia udziału w przyjęciu, choć w głębi serca byli przekonani, że jego rady nie są słuszne.

[…]

Ale ci ludzie... nie wyobrażajcie sobie, że oni to Indie. Wskazał na smagłą gromadkę po drugiej stronie kortów tenisowych, tu i ówdzie zabłysły w niej binokle i zaszurały buty, jak gdyby wszyscy byli świadomi, że nimi gardzi. Strój europejski szerzył się niczym trąd. Niewielu uległo mu całkowicie, lecz nikt nie pozostał nietknięty. Kiedy Ronny skończył mówić, zapanowało milczenie po obu stronach kortów; jeszcze kilka pań przyłączyło się do grupy angielskiej, ale ich słowa zdawały się zamierać w chwili, kiedy były wypowiadane. W górze krążyły kanie, bezstronne, nad kaniami przesunął się masywny kształt sępa, a niebo, z bezstronnością przekraczającą wszystko inne, nie nasycone głęboką barwą, lecz przejrzyste, sączyło światłość ze swego przestworu. Wydawało się nieprawdopodobne, by ów ciąg urywał się tutaj. Dalej niż niebo musi chyba istnieć coś, co nakrywa sklepieniem wszystkie nieba, coś bardziej jeszcze bezstronnego od nich? A poza nimi znowu...

[…]

Obie panie, wyższa i niższa, poprawiły sari i uśmiechnęły się. Ich ruchy cechowała dziwna niepewność, jak gdyby szukały jakiejś nowej formuły, której nie mógł im dać ani Wschód, ani Zachód. Kiedy mówił mąż pani Bhattacharya, ona odwracała się od niego, ale nie miała nic przeciw patrzeniu na innych mężczyzn. W rzeczy samej wszystkie panie były niepewne siebie, to kuląc się ze strachu, to odzyskując spokój, chichocząc, wykonując drobne gesty skruchy lub rozpaczy w odpowiedzi na wszystko, co usłyszały, i na przemian pieszcząc teriera lub się przed nim wzdrygając. Panna Quested miała teraz swoją wymarzoną okazję; oto stali tu przed nią przyjaźni Hindusi, a ona próbowała nakłonić ich do rozmowy, ale ponosiła porażkę, na próżno usiłując przebić się przez rozbrzmiewające echem mury ich uprzejmości. Wszystko, co mówiła, wywoływało szmer uprzejmych „Ach!" i „Och!", który przeszedł w szmer zaniepokojenia, kiedy upuściła chusteczkę. Próbowała nie robić nic, żeby się przekonać, co z tego wyniknie, i one też nic nie robiły. Pani Moore odniosła równie niewielki sukces. Pani Turton czekała na nie z wyrazem obojętności; od pierwszej chwili wiedziała, jaki to wszystko nonsens.

[…]

Tak, Ronny jest zawsze zapracowany - odparła wpatrując się we wzgórza. Jak piękne stały się nagle! Ale nie będzie mogła ich dotknąć. Przed nią, niby żaluzja, zawisł obraz jej małżeńskiego życia. Oboje z Ronnym będą jak dziś zaglądać co wieczór do klubu, a potem jechać do domu, żeby się przebrać; będą spotykać Lesleyów i Callendarów, i Turtonów, i Bulionów, i zapraszać ich lub przyjmować ich zaproszenia, podczas gdy prawdziwe Indie będą się prześlizgiwały obok niepostrzeżenie. Barwność pozostanie - korowód ptaków wczesnym rankiem, korowód brązowych ciał, białych turbanów, idoli o ciałach szkarłatnych albo błękitnych - i pozostanie ruch, dopóki będą tłumy na bazarze i ludzie kąpiący się w zbiornikach z wodą. Usadowiona na siedzeniu dwukółki będzie ich widziała. Ale siła, która kryje się za tymi barwami i za tym ruchem, umknie jej bardziej jeszcze niż umyka teraz. Będzie widziała Indie zawsze jako fryz, nigdy nie dostrzeże ich ducha, a była prawie pewna, że właśnie tego ducha pani Moore ujrzała w przelocie.

[…]

Widzisz, ona uważa, że nie zachowują się zbyt ładnie wobec Hindusów. A nie mówiłem?! - wykrzyknął, tracąc całą swoją łagodność. Wiedziałem o tym już w zeszłym tygodniu. Och, jakie to kobiece martwić się o sprawy uboczne! Zdumiona, zapomniała o Adeli. Sprawy uboczne? - powtórzyła. Nazywasz to sprawą uboczną? Nie jesteśmy tu po to, żeby się ładnie zachowywać! Co masz na myśli? To, co mówię. Jesteśmy tu po to, żeby wymierzać sprawiedliwość i utrzymywać spokój. Takie są moje poglądy. Indie to nie salon. Twoje poglądy są poglądami bogów - powiedziała spokojnie, ale zirytował ją jego sposób mówienia, nie poglądy. Usiłując odzyskać spokój, zauważył: Indie lubią bogów. Natomiast Anglicy lubią pozować na bogów.

[…]

Nie rozstawali się jeszcze przez kilka chwil, ale rozmowa stała się czymś nierealnym, odkąd pojawiło się w niej chrześcijaństwo. Ronny pochwalał religię, póki popierała hymn narodowy, ale protestował, kiedy usiłowała wywrzeć wpływ na jego życie. W takich razach zwykł mówić tonem pełnym szacunku, ale zdecydowanym: „Nie sądzę, by miało sens mówienie o tych sprawach, każdy człowiek musi sobie wypracować własną religię", a każdy człowiek, który go słyszał, mruczał: „Brawo!". Pani Moore czuła, że popełniła omyłkę, wspominając Boga, ale w miarę, jak się starzała, było jej coraz trudniej tego unikać i Bóg znajdował się nieustannie w jej myślach, odkąd przyjechała do Indii, chociaż, rzecz dziwna, mniej ją zadowalał.

[…]

Och Boże, Boże! Jeżeli ja mieszkam w tym miejscu - i kopnął butem żwir - a szpital dla krów jest kawał drogi stąd, po drugiej stronie pana domu - o tam - to w jaki sposób mógł pan przejeżdżać koło tego szpitala w drodze do mnie? A teraz niech pan dla odmiany trochę popracuje. Odszedł wściekły, nie czekając na usprawiedliwienie, które, jeśli chodzi o ścisłość, było całkiem rozsądne: szpital dla krów leżał w prostej linii między domem Hamidullaha a jego własnym i Aziz oczywiście musiał tamtędy przejeżdżać. Major nie zdawał sobie sprawy, że wykształceni Hindusi stale się nawzajem odwiedzają, tkając jakby przy tym, choćby nawet z największym trudem, nową materię społeczną.

[…]

Ujęła go jej miłość do niego, jej lojalność, która zawierała w sobie coś więcej niż pokorę, jej uporczywe próby kształcenia się na wypadek likwidacji pardy, co miało nastąpić w następnym, jeżeli nie w ich pokoleniu. Była inteligentna, a jednak miała pewien staroświecki wdzięk. Stopniowo zanikało przeświadczenie, że jego krewni dokonali złego wyboru. Rozkosz zmysłowa - cóż, nawet gdyby ją miał - uległaby stępieniu w ciągu roku, a w zamian za to zyskał coś, co zdawało się coraz silniejsze, im dłużej żyli ze sobą. Została matką syna... a dając mu drugiego syna umarła. Wtedy zrozumiał, co stracił, i wiedział, że żadna kobieta nie będzie mogła nigdy zająć jej miejsca; przyjaciel byłby bliższy temu ideałowi niż inna kobieta. Odeszła, nie ma takiej jak ona, a czym jest ta niepowtarzalność, jeśli nie miłością? Bawił się, czasem o niej zapominał, ale kiedy indziej wydawało mu się, że zabrała ze sobą do raju całe piękno i radość tego świata, i przemyśliwał o samobójstwie. Czy spotka ją za grobem? Czy istnieje miejsce takich spotkań? Chociaż był prawowierny, nie wiedział. Jedyność Boga była niewątpliwa i w niewątpliwy sposób obwieszczona, lecz we wszystkich innych sprawach wahał się jak przeciętny chrześcijanin; jego wiara w życie przyszłe przekształcała się w blady cień nadziei, znikała, pojawiała się znowu, wszystko na przestrzeni jednego zdania lub w ciągu kilkunastu uderzeń serca, jakby to cząsteczki jego krwi, bardziej niż on sam, miały rozstrzygać, jakie poglądy będzie wyznawał i jak długo. Tak było z wszystkimi jego poglądami. Nic nie stało w miejscu, nic nie mijało bezpowrotnie; wszystko krążyło nieustannie i dawało mu młodość, a on opłakiwał swoją żonę tym szczerzej, że opłakiwał ją rzadko. […] I otworzywszy szufladę wyjął z niej fotografię żony. Wpatrywał się w nią i łzy trysnęły mu z oczu. „Jaki ja jestem nieszczęśliwy!" - pomyślał. Ale ponieważ był naprawdę nieszczęśliwy, do owej litości nad samym sobą przyłączyło się szybko inne uczucie: zapragnął przypomnieć sobie żonę - i nie mógł. Dlaczego umiał zapamiętać ludzi, których nie kochał? Zawsze stali mu przed oczyma jak żywi, natomiast teraz, im dłużej przyglądał się tej fotografii, tym mniej widział. Wymykała mu się tak, odkąd zanieśli ją do grobu. Wiedział, że mu się wyśliźnie z rąk i zniknie z oczu, ale wierzył, że może żyć w jego myślach, nie zdając sobie sprawy, że już sam fakt naszej miłości do zmarłych wzmaga ich nierzeczywistość i że im namiętniej ich przyzywamy, tym dalej odchodzą. Skrawek brązowej tektury i troje dzieci - oto wszystko, co pozostało po jego żonie. Było to nie do zniesienia, więc raz jeszcze pomyślał: „Jaki ja jestem nieszczęśliwy” i stał się szczęśliwszy.

[…]

Doktor Panna Lal to człowiek nic nie znaczący, ale czy to rozsądnie się z nim kłócić? Jego myśl zmieniła zabarwienie z humanistycznego na polityczne. Nie myślał już: „Czy potrafię współżyć z ludźmi?", lecz: „Czy są silniejsi ode mnie?", wdychając teraz powszechne tu miazmaty.

[…]

Dzięki wpływowym znajomym został mianowany dyrektorem niewielkiego college'u w Czandrapurze, polubił to i wierzył, że pracuje dobrze. Był z pewnością lubiany przez uczniów, ale przepaść między nim i jego rodakami, którą zauważył już w pociągu, pogłębiła się niepokojąco. Początkowo nie rozumiał, w czym rzecz. Nie brakło mu patriotyzmu, w Anglii zawsze dobrze współżył z Anglikami, wszyscy jego najlepsi przyjaciele byli Anglikami, więc dlaczego tu jest inaczej? Duży, niedźwiedziowaty, o zbyt długich kończynach i błękitnych oczach, zdawał się budzić zaufanie, dopóki nie otworzył ust. Wtedy coś w jego sposobie bycia intrygowało ludzi i nie pozwalało rozproszyć nieufności, jaką w naturalny sposób wzbudzał jego zawód. Ta plaga tęgich mózgów jest złem koniecznym w Indiach, lecz biada temu, kto powiększa ich liczbę! Ustaliło się mniemanie, że pan Fielding przedstawia sobą siłę destruktywną, i słusznie, bo idee są zgubne dla kasty, a on posługiwał się nimi, stosując tę najbardziej skuteczną metodę - wymianę. Nie będąc ani misjonarzem, ani badaczem, czuł się najszczęśliwszy w atmosferze wzajemnych ustępstw prywatnej rozmowy. Świat, jak wierzył, jest planetą ludzi, którzy próbują dotrzeć do siebie nawzajem, co najlepiej mogą osiągnąć z pomocą dobrej woli, kultury i inteligencji - wyznanie wiary źle pasujące do Czandrapuru, ale przybył tu za późno, żeby zeń zrezygnować. Nie miał przesądów rasowych - nie dlatego, że stał wyżej od swoich braci cywilów, tylko ponieważ dojrzewał w innej atmosferze, tam, gdzie nie rozwija się bujnie instynkt stadny. […] Tym, co najbardziej zaszkodziło mu w klubie, była żartobliwa uwaga, że tak zwane białe rasy są w rzeczywistości różowo-szare. Rzucił ją tylko po to, żeby było wesoło, nie orientował się, że słowo „biały" ma tyle wspólnego z kolorem, co „Boże, chroń króla" z Bogiem, i że jest rzeczą wysoce niewłaściwą rozważać jego konotacje. Różowo-szary samiec, do którego zwrócił te słowa, był subtelnie zgorszony; zbudziło się w nim poczucie zagrożenia i przekazał je reszcie stada. […] Fielding przekonał się, że jest rzeczą możliwą być w dobrych stosunkach z Hindusami i Anglikami, ale ten, kto chciałby stykać się także z Angielkami, musi zrezygnować z Hindusów. Jedno nie idzie w parze z drugim. Na nic się nie zda winić tę czy tamtą stronę, na nic się nie zda winić je, że obwiniają się wzajem. Po prostu tak było i człowiek musiał wybierać. Większość Anglików wolała swoje krewne, przyjeżdżające coraz liczniej do Indii, bo dzięki nim życie według wzorów krajowych stawało się z każdym rokiem możliwsze. Fielding stwierdził, że kontakty z Hindusami są dla niego dogodne i miłe, i musiał za to płacić. Z zasady żadna Angielka nie przekraczała progu college'u, z wyjątkiem oficjalnych okazji, a jeśli zaprosił panią Moore i pannę Quested na herbatę, zrobił do dlatego, że jako osoby świeżo przybyłe będą patrzyć na wszystko okiem nieuprzedzonym, choć może powierzchownie, i nie zaczną przybierać specjalnego tonu w rozmowie z pozostałymi gośćmi.

[…]

Nie uważam pani Moore za bliską znajomą, spotkałem ją tylko przypadkiem w moim meczecie - i miał już dodać: „Jedno spotkanie to za krótko, żeby się zaprzyjaźnić", ale nim zdążył skończyć zdanie, oschłość się ulotniła, bo czuł, że u podstawy wszystkiego leży dobra wola Fieldinga. Jego własna życzliwość wyszła jej na spotkanie i szamotała się pod falującą powierzchnią przypływów i odpływów emocji, które jedyne zdolne są do-prowadzić podróżnego do cichej przystani, ale mogą też ponieść go dalej i wyrzucić na skały. Był właściwie bezpieczny - tak bezpieczny jak mieszkaniec lądu, który potrafi zrozumieć tylko twardą ziemię pod stopami i przypuszcza, że każdy statek musi się rozbić, i miał także doznania niedostępne dla mieszkańca lądu. W rzeczy samej był raczej uczulony niż wrażliwy. We wszystkim, co mówiono, odnajdywał jakieś znaczenie, ale nie zawsze prawdziwe i jego życie, chociaż barwne, było w znacznej mierze snem. Fielding, na przykład, nie chciał wyrazić się lekceważąco o Hindusach, tylko o postimpresjonizmie; była ogromna przepaść między jego uwagą i słowami pani Turton: „Proszę, proszę, one mówią po angielsku", ale dla Aziza obie te wypowiedzi brzmiały jednakowo.

[…]

Ja z mojej strony myślę, że się zawstydzili swojego mieszkania i dlatego nie przysłali powozu. To jest myśl - powiedział Fielding. Tak strasznie nie lubię tajemnic - oświadczyła Adela. Jak wszyscy Anglicy. Nie lubię ich nie dlatego, że jestem Angielką, ale z mojego osobistego punktu widzenia - skorygowała. Ja lubię tajemnice, ale bardzo nie lubię zamętu - powiedziała pani Moore. Tajemnica to zamęt. Ach, tak pan myśli, panie Fielding? Tajemnica to tylko szumne określenie zamętu. I w jednym, w drugim przypadku lepiej tego nie ruszać. Aziz i ja wiemy dobrze, że Indie to jeden wielki zamęt. Indie to... Och, co za przerażająca myśl! Nie będzie zamętu, kiedy państwo przyjdą do mnie - powiedział Aziz, nieco zdezorientowany. - Pani Moore, wszyscy państwo... zapraszam was... och, bardzo proszę.

[…]

Zaczęto się więc żegnać. Wszyscy byli albo źli, albo czuli się nieszczęśliwi - jak gdyby rozdrażnienie parowało z gleby. Czy człowiek mógłby być tak małostkowy wśród wrzosowisk Szkocji albo włoskich turni? Nad tym później zastanawiał się Fielding. W Indiach, jak się zdawało, nie istniała żadna rezerwa spokoju, z której można by czerpać. Albo nie było jej wcale, albo też spokój pożerał wszystko, jak chyba w przypadku profesora Godbole'a. Oto Aziz, wulgarny i odrażający, pani Moore i panna Quested, obie niemądre, i on sam, i Heaslop, obaj na pozór godni, ale w istocie obrzydliwi i nie znoszący się nawzajem. Do widzenia, panie Fielding, naprawdę bardzo dziękujemy... Jakie ładne te budynki szkolne! Do widzenia, pani Moore.

[…]

Jakkolwiek panna Quested dobrze znała Ronny'ego w Anglii, pomyślała, że będzie rozsądnie odwiedzić go, zanim zdecyduje się zostać jego żoną. Indie rozwinęły w nim cechy charakteru, które jej nigdy nie zachwycały. Jego zadowolenie z siebie, jego mentorstwo i brak subtelności, wszystko to rozkwitło bujnie pod tropikalnym niebem; wydawał się obojętniejszy niż kiedyś na to, co dzieje się w duszach jego bliźnich, pewniejszy, że słusznie ich osądza albo że nie jest ważne, jeśli osądza ich źle. Kiedy zdołała mu udowodnić, że nie ma racji, stawał się szczególnie irytujący; zawsze dawał jej jakoś do zrozumienia, że niepotrzebnie się trudziła, usiłując mu to udowodnić. Żadna wysuwana przez nią teza nie była tezą istotną dla tematu, jej argumenty były trafne, ale jałowe, raz po raz słyszała, że on ma specjalne wiadomości, a ona nie, i że doświadczenie nic jej nie pomoże, bo nie potrafi go odpowiednio zinterpretować.

[…]

Chciałam z tobą pomówić o czymś zupełnie innym, co nie ma nic wspólnego z grotami. Wpatrywała się w wyschniętą trawę. Kochanie, postanowiłam ostatecznie, że się nie pobierzemy. Ta nowina bardzo zabolała Ronny'ego. Słyszał, jak Aziz mówił, że ona nie zostaje w Indiach, ale puścił tę uwagę mimo uszu, bo nawet nie przyszłoby mu do głowy, żeby dwoje Anglików mogło się porozumiewać za pośrednictwem Hindusa. Opanował się teraz i powiedział łagodnie: Nigdy nie mówiłaś, że się pobierzemy, moja droga. Nigdy nie wiązałaś ani siebie, ani mnie... nie przejmuj się tym tak bardzo. […] Myślę, że pozostaniemy przyjaciółmi. Wiem, że tak będzie. Na pewno. Z chwilą, gdy wymienili te zapewnienia, przeniknęła ich jakby fala ulgi, która przekształciwszy się w falę czułości ponownie ich ogarnęła. Roztkliwieni własną uczciwością poczuli się teraz samotni i niemądrzy. Dzieliły ich przeżycia, nie charaktery; jak na przeciętnych ludzi nie różnili się tak bardzo od siebie. Można powiedzieć, że w porównaniu z tymi, którzy byli najbliżej nich w sensie przestrzeni, stawali się właściwie identyczni. Bhil [indyjskie plemię mieszkające w rejonach górskich na północno-zachodzie Indii – przyp. tłum.], który trzymał oficerskiego kucyka do polo, Eurazjata, który prowadził samochód Nawaba Bahadura, sam Nawab Bahadur, rozpustny wnuk Nawaba Bahadura - żaden z nich nie analizowałby swoich trudności w sposób tak szczery i chłodny. Sam fakt przeprowadzenia takiej analizy sprawiał, że trudność malała. Oczywiście są przyjaciółmi, i to na zawsze.

[…]

Taka była kanwa jego oracji; wplótł w nią wdzięczność dla panny Derek za podwiezienie, gotowość trzymania w ramionach obrzydliwego pieska i ogólne ubolewanie z powodu kłopotów, jakich przysporzył tego wieczoru rodzajowi ludzkiemu. Chciał też wysiąść w centrum miasta, żeby złapać swojego sprzątacza i przekonać się, co znowu spsocił jego wnuk. Splatając wszystkie te niepokoje w jeden łańcuch, podejrzewał jednocześnie, że jego słuchacze nie okazują zainteresowania i że sędzia dla miasta Czandrapur pieści albo jedno, albo drugie dziewczę za zasłoną fisharmonii, ale dobre maniery kazały mu przemawiać dalej; nie obchodziło go, że są znudzeni, ponieważ nie wiedział, co to nuda, i nie obchodziło go, że są wyuzdani, ponieważ Bóg stworzył wszystkie rasy w taki sposób, by się między sobą różniły. Było już po wypadku, a jego życie, w równej mierze pożyteczne, co dystyngowane i szczęśliwe, toczyło się jak przedtem i wypowiadało potokiem starannie dobieranych słów.

[…]

Aziz, jak przepowiedział, był chory, lekko chory. Trzy dni później leżał w łóżku w swoim bungalowie, udając, że jest bardzo chory. Miał trochę gorączki, którą by zlekceważył, gdyby w szpitalu działo się coś ważnego. Od czasu do czasu pojękiwał i myślał, że na pewno umrze, ale nie myślał o tym długo i byle co odrywało jego uwagę. Była niedziela, dzień zawsze trochę dwuznaczny na Wschodzie i pretekst do nieróbstwa. Leżąc w półśnie słyszał dzwony kościelne zarówno w dzielnicy rządowej, jak i u misjonarzy daleko za rzeźnią; były to różne dzwony i uderzano w nie w różnej intencji, gdyż jedne zwracały się mocnym głosem do Anglo-Indii, drugie słabym do całej ludzkości. Aziz nie miał nic przeciw tym pierwszym; tamte natomiast ignorował, znając ich nieskuteczność. Stary pan Graysford i młody pan Sorley zdobywali nowych wyznawców w okresie klęski głodowej, bo rozdawali żywność, ale kiedy nadchodziły lepsze czasy, znowu zostawali sami i chociaż za każdym razem bardzo ich to dziwiło i martwiło, nigdy nie zmądrzeli. „Żaden Anglik nas nie rozumie prócz pana Fieldinga - pomyślał- ale jak mam się z nim znowu zobaczyć?

[…]

Ach, gdyby tak rozeszła się wieść, że nie jest człowiekiem godnym szacunku! Musi też wziąć pod uwagę swoją pozycję zawodową, cokolwiek myśli o tym major Callendar. Aziz podporządkowywał się nakazom przyzwoitości, chociaż nie przystrajał ich w jakiś nimb moralny i tu właśnie różnił się najbardziej od Anglików. Jego konwenanse miały charakter społeczny. Nie ma nic złego w oszukiwaniu społeczeństwa, póki ono cię na tym nie przyłapie, bo tylko wtedy, kiedy cię przyłapie, wyrządzasz mu krzywdę; społeczeństwo to nie przyjaciel czy Bóg, których krzywdzi sam fakt niewierności. Ponieważ było to dla niego zupełnie jasne, zaczął medytować nad rodzajem kłamstwa, jakim się posłuży, żeby uciec do Kalkuty, i właśnie pomyślał o pewnym zaufanym człowieku, który mógł mu wysłać depeszę i list, odpowiednie do przedłożenia majorowi Całlendarowi, kiedy z ogrodu dobiegł go odgłos kroków. Ktoś przyjechał spytać o jego zdrowie. Na myśl o okazywanym mu współczuciu podskoczyła mu gorączka i z nie udawanym jękiem zawinął się w kołdrę.

[…]

Aziz dalej myślał o pięknych kobietach. Jego poglądy na tę sprawę były zdecydowane i otwarte, ale nie brutalne. Przed wielu laty dowiedział się o swoim organizmie wszystkiego, co mu było potrzebne, dzięki systemowi społecznemu, w którym się urodził, a kiedy zaczął studiować medycynę, odpychała go pedantyczna drobiazgowość, z jaką Europa systematyzuje zjawiska płci. Nauka zdawała się podchodzić do wszystkiego od niewłaściwej strony. Nie tłumaczyła jego doświadczeń, kiedy znajdował je opisane w niemieckim podręczniku, bo z chwilą, gdy się tam znalazły, nie były już jego doświadczeniami. To, co mu powiedzieli ojciec czy matka lub co zasłyszał od służących - tak, tego rodzaju informacje okazywały się pożyteczne i gdy była po temu okazja, przekazywał je innym.

[…]

Utwór ten nie miał nic wspólnego z tym, co się działo, lecz płynął z głębi jego serca i przemawiał do ich serc. Porwał ich patos wiersza; patos, jak zgodnie sądzili, jest w sztuce wartością najwyższą; wiersz winien wzbudzić w słuchaczu poczucie własnej słabości, a także przeprowadzić jakby porównanie między ludzkością i kwiatami. W obskurnej sypialni zapanowała cisza; głupie intrygi, plotki, powierzchowne urazy, wszystko to umilkło, a słowa, będące dla nich słowami nieśmiertelnymi, wypełniły obojętne na wszystko powietrze. Nie w postaci hasła do boju, lecz spokojnej pewności spłynęło na nich uczucie, że Indie są tylko jedne: muzułmańskie. I zawsze były. Pewność, która trwała, dopóki nie wyjrzeli na zewnątrz. Cokolwiek odczuwał Ghalib [wybitny poeta i filozof indyjski – przyp. tłum.], żył w każdym razie w Indiach i już to konsolidowało Indie w ich oczach: przeminął dawno wraz ze swymi tulipanami i różami, ale tulipany i róże nie mijają. I siostrzane królestwa Północy - Arabia, Persja, Fergana, Turkiestan - wyciągały dłonie, kiedy śpiewał smutno, gdyż wszelkie piękno jest smutne, i pozdrawiały śmieszny Czandrapur, gdzie każda ulica i każdy dom były podzielone wewnętrznie, i mówiły mu, że jest kontynentem i jednością. Z całego towarzystwa jedynie Hamidullah miał jakieś pojęcie 0 poezji. Mózgi pozostałych były pośledniejszego gatunku, nieokrzesane.

[…]

Jest tylko jedna odpowiedź w tego rodzaju wymianie zdań: „Anglia włada Indiami dla ich dobra". Ale Fielding nie był skłonny jej udzielić. Trawiło go nieodparte pragnienie uczciwości. Powiedział: Ja też jestem szczęśliwy, że tu przyjechałem - oto moja odpowiedź, moje jedyne usprawiedliwienie. Nie mogę panom nic powiedzieć na temat sprawiedliwości. Może nie było sprawiedliwie, że się w ogóle urodziłem. Za każdym oddechem zabieram powietrze komuś innemu, prawda? A jednak cieszę się, że tak się stało, i cieszę się, że tu jestem. Choćby się było największym zbirem, jeżeli człowiek czuje się szczęśliwy, jest to już jakieś usprawiedliwienie. Hindusi byli oszołomieni. Ten sposób myślenia nie był im obcy, ale słowa wydawały się zbyt precyzyjne i zimne. Jeśli jakieś zdanie nie złożyło choćby mimochodem kilku ukłonów przed Sprawiedliwością i Moralnością, jego gramatyka raniła ich uszy i paraliżowała umysły. To, co mówili, i to, co czuli (chyba że w przypadku namiętności), rzadko się pokrywało. Mieli liczne konwenanse psychiczne i kiedy je lekceważono, niełatwo było im funkcjonować. Hamidullah zniósł to najlepiej. A ci Anglicy, którzy nie są zachwyceni, że są w Indiach... czy oni nie mają usprawiedliwienia? - zapytał. Żadnego. Wyrzućcie ich. Może być trudno oddzielić ich od reszty - roześmiał się Hamidullah.

[…]

Jakże niewielkie znaczenie ma dla większości żywych stworzeń, co mniejszość, która mieni się ludźmi, pragnie lub postanawia. Większość mieszkańców Indii nie interesuje się tym, jak Indie są rządzone. Także świat zwierzęcy Anglii nie interesuje się Anglią, ale w tropikach ta obojętność jest wyraźniejsza, świat stworzeń niemych jest bliższy i bardziej gotowy do ponownego objęcia władzy, gdy tylko ludzie się zmęczą. Kiedy siedmiu panów, którzy w domu mieli tak różne poglądy, znalazło się na zewnątrz, zdali sobie sprawę z pewnego wspólnego ciężaru, niejasnego zagrożenia, nazywanego przez nich „zbliżeniem się niepogody". Wydawało im się, że nie mogą wykonywać swojej pracy albo że nie będą za nią należycie wynagradzani. Przestrzeń między nimi i ich powozami, już nie pustą, wypełniła lepka materia, która uciskała im ciało, wyściełane siedzenia powozów przypiekały im spodnie, w oczach czuli kłucie, pod nakryciami głowy gromadziły się całe zbiorniki gorącej wody i spływały po policzkach. Pozdrawiając się słabym głosem, rozproszyli się po wnętrzach innych bungalowów, gdzie odzyskali swoją miłość własną i cechy, które ich od siebie odróżniały. W całym mieście i w znacznej części Indii rozpoczynał się ten sam odwrót rodzaju ludzkiego: do piwnic, w góry, pod drzewa. Kwiecień, zwiastun rzeczy straszliwych, jest tuż-tuż. Słońce po-wracało do swojego królestwa z mocą, lecz bez piękna - i właśnie to wydawało się tak złowrogie. Gdyby tylko była w tym odrobina piękna! Łatwiej można by wtedy znieść jego okrucieństwo. Z winy nadmiaru światła nie mogło zatriumfować nawet ono; w żółtawobiałym potopie zatonęła nie tylko materia, lecz sama jasność. Nie było owym nieosiągalnym przyjacielem czy to ludzi, czy ptaków, czy innych słońc, nie było ową wieczną obietnicą, ową nigdy nie odwołaną zapowiedzią, która nawiedza naszą świadomość; było jedynie stworzeniem jak wszystkie inne, przeto pozbawione chwały.

[…]

Niech go pan rozłoży. Kto to? Była moją żoną. Jest pan pierwszym Anglikiem, któremu się pokazała. Teraz niech pan odłoży fotografię. Fielding był zdumiony, był zdumiony jak podróżny, który wśród kamieni pustynnych dostrzega nagle kwiaty. Kwiaty rosły tam zawsze, ale on dostrzega je nagle. Próbował przyjrzeć się fotografii, ale była na niej po prostu kobieta w sari, zwrócona twarzą do świata. Rzekł cicho: Naprawdę nie wiem, dlaczego robi mi pan ten wielki zaszczyt, Aziz, ale jestem bardzo wdzięczny. Och, drobiazg, ona nie była specjalnie wykształcona ani nawet ładna, ale niech pan to odłoży. Zobaczyłby ją pan, więc dlaczego nie miałby pan zobaczyć jej fotografii? Pozwoliłby mi pan ją zobaczyć? Czemu nie? Uznaję pardę, ale powiedziałbym jej, że jest pan moim bratem, i pokazałaby się panu. Widział ją Hamidullah i kilku innych.

[…]

Właśnie dlatego, że potrafi pan wypowiedzieć i odczuć takie słowa, pokazuję panu jej fotografię - rzekł z powagą Aziz.  To jest poza możliwościami większości ludzi. Dlatego, że pan zachowuje się dobrze, kiedy ja zachowuję się źle, pokazuję ją panu. Wcale nie liczyłem na to, że pan wróci, kiedy pana zawołałem. Pomyślałem sobie: „On już na pewno ze mną skończył. Obraziłem go". Widzi pan, nikt nie może zrozumieć, ile życzliwości potrzebujemy my, Hindusi, nawet my sami nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale wiemy, kiedy nam się ją okazuje. Nie zapominamy, chociaż może się tak zdawać. Życzliwość, życzliwość i jeszcze raz życzliwość. Zapewniam pana, że to jedyna nadzieja. Głos Aziza zdawał się płynąć jakby z wnętrza snu. Zmieniając jego barwę, lecz mówiąc wciąż z dalekich głębi, powiedział: Nie możemy zbudować Indii na czymś innym niż nasze odczucia.

[…]

Zdarzały się w nim rzeczy, którymi nie chwalił się przed nikim, ale były tak nieciekawe, że nie warto by znosić pardy z ich powodu. Był kiedyś zakochany, zaręczony, ale ona zerwała zaręczyny, wspomnienia i myśli o niej kazały mu przez jakiś czas stronić od innych kobiet; potem nieumiarkowanie, po nim skrucha i równowaga. Doprawdy skromne to żniwo, z wyjątkiem równowagi, i nie ma potrzeby zwierzać się z tego Azizowi - powiedziałby, że „wszystko jest uszeregowane zimno na półkach". „Nigdy nie będę naprawdę blisko z tym człowiekiem", pomyślał Fielding, a potem: „ani z nikim". To był końcowy wniosek.

[…]

Bo jakoś dałem sobie radę bez tego - odparł. Myślałem, że któregoś dnia powiem panu coś niecoś o sobie, jeżeli potrafię zrobić to dość interesująco. Kobieta, która mi się podobała, nie chciała za mnie wyjść - to główna przyczyna, ale było to piętnaście lat temu i teraz nie ma już znaczenia. I nie ma pan dzieci? Nie mam. Proszę wybaczyć następujące pytanie: czy ma pan jakieś nieślubne dzieci? Nie. Chętnie bym panu powiedział, gdybym miał. Więc pana nazwisko całkowicie wygaśnie. Musi wygasnąć. No tak. Potrząsnął głową. Tej obojętności człowiek Wschodu nigdy nie zrozumie. Nie przepadam za dziećmi. To nie ma nic do rzeczy - rzucał niecierpliwie Aziz.

[…]

Proszę, proszę! Ale koniec może być taki, że straci pan pracę. Stracę, to stracę. Dam sobie radę. Podróżuję bez bagażu. Bez bagażu! Jesteście niesłychaną rasą- rzekł Aziz, przewracając się na drugi bok, jak gdyby chciał zasnąć, i natychmiast odwracając się znowu. - To ten wasz klimat czy co? Mnóstwo Hindusów też podróżuje bez bagażu - święci mędrcy i tak dalej. To jedna z rzeczy, które u nas najbardziej podziwiam. Każdy może podróżować bez bagażu, póki nie ma żony i dzieci. Między innymi dlatego występuję przeciw małżeństwu. Jestem świętym człowiekiem minus świętość. Proszę to przekazać swoim trzem szpiegom i niech się nad tym dobrze zastanowią. Aziz słuchał, oczarowany i zaciekawiony, a jego myśli krążyły wokół nowego odkrycia. Więc to, dlatego pan Fielding i jemu podobni są tacy nieustraszeni! Nie mają nic do stracenia. Natomiast on tkwi korzeniami w społeczeństwie i islamie.

[…]

Ganges, chociaż bierze początek ze stóp Wisznu i płynie przez włosy Siwy, nie jest rzeką prastarą. Geologia, sięgająca wzrokiem dalej niż religia, wie o czasach, kiedy nie istniała ani rzeka, ani Himalaje, które ją zasilają, i gdy święte miejsca Hindustanu pokrywał ocean. Wyłoniły się góry, ich odpryski zamuliły ocean, na ich szczytach zasiedli bogowie i stworzyli rzekę, i tak oto narodziły się Indie, które zowiemy odwiecznymi. Ale Indie są w rzeczywistości znacznie starsze. W dniach prehistorycznego oceanu południowa część półwyspu już istniała, a wyżyny Drawidii są lądem, odkąd w ogóle pojawił się ląd i widziały po jednej stronie zapadnięcie się kontynentu, który je łączył z Afryką, a po drugiej wynurzenie się Himalajów z morza. Są starsze niż wszystko, co istnieje na świecie. Nie pokrywała ich nigdy żadna woda, a Słońce, przypatrując im się przez niezliczone eony, może nadal rozróżnić w ich konturach kształty, które samo miało, zanim nasz glob został wyrwany z jego łona. Jeśli gdziekolwiek można dotknąć słonecznego miąższu, to właśnie tu, wśród tych niewiarygodnie starych gór. Ale zmieniają się nawet one. Kiedy wypiętrzyły się himalajskie Indie, te Indie, pierwotne, uległy spłaszczeniu i z wolna wchodzą ponownie w obręb krzywizny Ziemi. Być może za następne eony tutaj również popłynie ocean i pokryje szlamem zrodzone ze Słońca skały. Tymczasem równina Gangesu wdziera się na ich obszar, w czym przypomina trochę działanie morza. Zapadają się pod naporem nowych ziem.

[…]

Zaangażowały go w Bombaju, jeszcze, kiedy były globtroterkami. W hotelach czy w eleganckim towarzystwie był znakomity, ale gdy jego panie zaczynały się zadawać z kimś, kogo uważał za coś gorszego, pozostawiał je po prostu ich hańbie. Noc była jeszcze ciemna, ale nabierała już owego wyglądu tymczasowości, który zwiastuje jej kres. Przycupnięte na dachu wozowni kury zawiadowcy stacji śniły już teraz o kaniach, a nie sowach. Zgaszono lampy, żeby oszczędzić sobie trudu gaszenia ich później; z ciemnych kątów, gdzie skupiali się pasażerowie trzeciej klasy, płynął zapach tytoniu i dochodziły odgłosy spluwania; obnażano głowy, czyszczono zęby gałązkami drzewa. Jeden z niższych pracowników, głęboko przeświadczony o nieuchronnym nadejściu jeszcze jednego wschodu słońca, z entuzjazmem uderzył w dzwon. To wzburzyło służących. Krzycząc, że pociąg rusza, rozbiegli się na oba jego końce, żeby interweniować. Do wagonu dla kobiet musiało jeszcze wejść niejedno - skrzynia z mosiężnymi okuciami, melon z fezem na czubku, ręcznik, w który zawinięte były owoce gwajawy, drabinka i strzelba. Panie bardzo dobrze dostosowały się do sytuacji. Nie miały przesądów rasowych - pani Moore była za stara, panna Quested zbyt tu nowa - i traktowały Aziza, jak traktowałyby każdego młodego człowieka, który okazywałby im uprzejmość w czasie wycieczki na wieś.

[…]

Nieobecność Fieldinga była osobistą stratą, jest przecież przyjacielem, i to coraz droższym, gdyby jednak Fielding pojechał, on sam pozostałby pod kuratelą. „Hindusi nie są zdolni do odpowiedzialnych zadań", mówili urzędnicy, a niekiedy mówił to Hamidullah. Ale on pokaże tym pesymistom, że nie mają racji. Uśmiechając się, z dumą spojrzał na krajobraz, wciąż jeszcze niewidzialny, chyba tylko jako poruszanie się czegoś ciemnego w ciemności; potem w górę, gdzie rozwleczone po niebie gwiazdy Skorpiona zaczynały już blednąc. Wreszcie dał nurka przez okno do wagonu drugiej klasy. Słuchaj, Mohammed Latif, co właściwie jest w tych grotach, bracie? Dlaczego wszyscy jedziemy je oglądać? Odpowiedź na to pytanie przekraczała możliwości ubogiego krewnego. Mógł tylko zapewnić Aziza, że wie to Bóg i okoliczni wieśniacy oraz że ci ostatni chętnie posłużą za przewodników.

[…]

Życie jest przeważnie tak nudne, że nic o nim nie można powiedzieć, a książki i opowieści, które chciałyby je przedstawić jako interesujące, są zmuszone do przesady, żeby usprawiedliwić własne istnienie. Kryty w kokonie pracy czy obowiązków społecznych duch ludzki zazwyczaj drzemie, rejestrując różnicę między przyjemnością i bólem, ale bynajmniej nie tak czujny, jak to udajemy. W najbardziej pasjonującym dniu są chwile, kiedy nic się nie dzieje, i chociaż nie przestajemy wykrzykiwać „Świetnie się bawię" czy też „To przerażające", jesteśmy nieszczerzy. „Jeżeli w ogóle coś odczuwam, jest to zadowolenie, przerażenie" - na-prawdę nie ma tu nic więcej i doskonale przystosowany organizm po prostu by milczał. Tak się zdarzyło, że pani Moore i panna Quested od dwóch tygodni nie miały żadnych intensywnych przeżyć. Od chwili, gdy profesor Godbole odśpiewał swą przedziwną pieśń, każda z nich była mniej lub bardziej wewnątrz własnego kokonu, a różnica między nimi polegała na tym, że starsza pani godziła się z tym swoim otępieniem, podczas gdy młodsza była na nie rozżalona. Adela wierzyła, że cały nurt wydarzeń jest doniosły i interesujący, a jeśli odczuwała znudzenie, obwiniała o to z całą surowością samą siebie i zmuszała swoje usta do entuzjastycznych wypowiedzi. Była to jedyna nieszczerość w tej skądinąd szczerej dziewczynie, a w istocie był to intelektualny protest jej młodości. Teraz dręczyła się szczególnie, bo zarówno przebywała w Indiach, jak i zaręczyła się, a ta podwójna okoliczność powinna uwznioślić każdą chwilę jej życia.

[…]

Pani Moore podniosła żaluzję i wyjrzała przez okno. Skojarzyła Ronny'ego i Adelę, bo sami sobie tego życzyli, ale doprawdy nie mogła już im dłużej radzić. Odnosiła coraz silniejsze wrażenie (wizja czy koszmar?), że chociaż ludzie się liczą, stosunki między nimi nie są ważne, i że zwłaszcza robi się zbyt wiele hałasu wokół małżeństwa; całe stulecia zbliżeń cielesnych, a przecież człowiek nie jest bliższy zrozumieniu człowieka. Dzisiaj odczuwała to z taką siłą, że samo to doznanie wydało się jakby stosunkiem łączącym ją z ludźmi, jakby osobą, usiłującą ująć ją za rękę. […] Daleko za nią, z przeraźliwym gwizdem, który świadczył o poważnych zamysłach, pędził pociąg pocztowy, łączący miasta tak znaczne jak Kalkuta i Lahore, gdzie zachodzą ciekawe wydarzenia i można rozwinąć swą osobowość. Rozumiała to. Niestety, Indie mają niewiele znacznych miast. Indie to wieś, pola, pola, potem góry, dżungla, góry i znowu pola. Lokalny pociąg przystaje, szosa jest dostępna dla samochodów tylko do pewnego punktu, wózki zaprzężone w woły turkocą po bocznych drogach, ścieżki rozwidlają się na granicy upraw i znikają obok bryzgu czerwonej farby. Jak można objąć umysłem taki kraj? Próbowały tego pokolenia najeźdźców, ale oni żyją tu jak na wygnaniu. Znaczne miasta, które budują, są jedynie miejscami schronienia, ich spory - złym samopoczuciem ludzi, którzy nie potrafią odnaleźć drogi do ojczyzny. Indie wiedzą o ich troskach, wiedzą o troskach całego świata, znają je do głębi. Wołają: „Pójdźcie" tysiącem swoich ust, poprzez rzeczy śmieszne i dostojne. Ale pójdźcie do czego? Tego nigdy nie określiły. Nie są obietnicą, są tylko wołaniem.

[…]

Przewędrowawszy około mili po równinie, pociąg zwolnił i za-trzymał się obok słonia. Był tam również peron, ale skurczył się do zupełnie znikomych rozmiarów. Słoń, który witał poranek, wznosząc do góry swe pomalowane czoło! - Ach, co za niespodzianka! - wykrzyknęły uprzejmie panie. Aziz nie powiedział ani słowa, ale rozsadzała go duma i uczucie ulgi. Słoń był jedynym naprawdę wspaniałym urozmaiceniem wycieczki, a tylko Bóg wiedział, co przeszedł Aziz, żeby go dostać. Zwierzę miało pół-urzędowy charakter i najłatwiej było do niego trafić przez Nawaba Bahadura, do którego najłatwiej było trafić przez Nureddina, tylko że ten nigdy nie odpowiadał na listy, ale jego matka miała na niego wielki wpływ i przyjaźniła się z Hamidullah begam [tytuł kobiet z książęcych rodów muzułmańskich w Indiach – przyp. aut.], która była niezwykle dobra i przyrzekła odwiedzić ją pod warunkiem, że zepsuta żaluzja w wagonie dla kobiet powróci niedługo z Kalkuty.

[…]

Gościnność stała się faktem, panie były „jego" gośćmi; od ich zadowolenia zależał jego honor, a wszelka przykrość, na jaką byłyby narażone, zraniłaby jego duszę. Jak większość ludzi Wschodu, Aziz przeceniał gościnność, biorąc ją mylnie za zażyłość i nie dostrzegając, że jest ona skażona poczuciem posiadania. Tylko kiedy znajdowała się przy nim pani Moore albo Fielding, patrzał głębiej i rozumiał, że większym szczęściem jest otrzymywać, niż dawać. Kochał ich nawet bardziej niż Hamidullahów, bo żeby ich poznać, musiał przezwyciężać przeszkody, a to jest zawsze bodźcem dla szlachetnego umysłu. Ich wizerunki pozostaną gdzieś w jego duszy aż do śmierci, wzbogacą ją na zawsze. Przypatrywał jej się teraz, siedzącej na leżaku i popijającej jego herbatę, i przez chwilę odczuwał radość, która zawierała w sobie ziarno własnego rozkładu, bo miała mu nasunąć myśl: „Och, co jeszcze mógłbym dla niej uczynić?", i w ten sposób doprowadzić znowu do nudnego popisu gościnności. Czarne paciorki jego oczu zajaśniały delikatnym, pełnym wyrazu światłem i rzekł: Czy wspomina pani czasem nasz meczet, pani Moore? Tak, tak - odparła, nagle pełna życia i młoda. I jak byłem wtedy szorstki i niegrzeczny, a pani taka dobra. I jacy byliśmy oboje szczęśliwi.

[…]

Pierwsza grota była względnie wygodna. Obeszli kałużę wody, a potem wspinali się po niezbyt efektownych głazach, wystawiając plecy na palące promienie słońca. Z pochylonymi głowami zniknęli, jedno po drugim, we wnętrzu wzgórz. Tam, gdzie przez chwilę poruszały się ich różnorodne kształty i kolory, ziała niewielka czarna dziura. Zostali przez nią wessani jak woda do ścieku. Gładkie i nagie wznosiły się urwiska; masywna i biała indyjska kania trzepotała się między skałami z jakby zamierzoną niezdarnością. Zanim narodził się człowiek ze swoją tęsknotą do piękna, planeta musiała tak wyglądać. Kania odleciała... Może przed ptakami... A potem dziura czknęła i powrócili ludzie. Grota Marabarska okazała się dla pani Moore czymś okropnym; starsza pani o mało nie zemdlała i niewiele brakowało, a przyznałaby się do tego, kiedy znowu wyszli na powietrze. Było to nawet zrozumiałe: zawsze miała skłonności do omdleń, a w grocie zrobiło się duszno, bo weszła tam za nimi cała świta. Zatłoczona wieśniakami i służącymi kolista komnata zaczęła cuchnąć. W ciemnościach pani Moore zgubiła Aziza i Adelę, nie wiedziała, kto jej dotyka, nie mogła oddychać i coś ohydnie nagiego uderzyło ją w twarz i osiadło na ustach jak tampon. Usiłowała wrócić do tunelu wejściowego, nagle napór wchodzących wieśniaków odepchnął ją. Uderzyła się w głowę. Przez chwilę była jak szalona, dyszała i miotała się obłąkańczo. Trwożył ją nie tylko tłok i smród; było jeszcze przerażające echo.

[…]

Diabły pochodzą z Północy. Można o nich pisać poematy, ale nikt nie zdoła uromantycznić skał marabarskich, gdyż ograbiły one nieskończoność i wieczność z ich bezmiaru, jedynej cechy, która je godzi z ludzkością. Próbowała pisać dalej swój list, mówiąc sobie, że jest tylko starszą kobietą, która wstała za wcześnie i odbyła zbyt daleką podróż, że rozpacz, która nią owładnęła, jest tylko jej rozpaczą, osobistą słabością i że nawet jeśli dostanie porażenia słonecznego i zwariuje, reszta świata żyć będzie dalej. Lecz nagle, gdzieś w zakątku jej mózgu, pojawiła się religia, biedne, malutkie, gadatliwe chrześcijaństwo, i starsza pani zrozumiała, że wszystkie jego boskie słowa, od „Niech stanie się światło " do „I stało się", znaczą tyle co jedno „bum". Wtedy jej przerażenie ogarnęło obszary większe niż dotąd; wszechświat, którego nigdy nie mogła objąć umysłem, nie dawał wypoczynku duszy, nastrój ostatnich dwóch miesięcy przybrał wreszcie określony kształt i zdała sobie sprawę, że nie chce pisać do dzieci, nie chce komunikować się z nikim, nawet z Bogiem. Znieruchomiała z trwogi, a kiedy podszedł do niej stary Mohammed Latif, wydawało jej się, że zauważy w niej zmianę. Pomyślała: „Będę chora", żeby się pocieszyć, i w końcu poddała się swojej wizji. Nic jej już nie interesowało, nawet Aziz, i mogło się zdawać, że ciepłe i szczere słowa, które do niego skierowała, nie pochodziły od niej, tylko z powietrza.

[…]

Panna Quested i Aziz w towarzystwie przewodnika kontynuowali tę nieco nudną ekspedycję. Nie rozmawiali prawie ze sobą, bo słońce stało już wysoko. Powietrze przypominało ciepłą kąpiel w wannie, do której nieustannie ciurka coraz gorętsza woda, temperatura wciąż wzrastała, głazy mówiły: „Jesteśmy żywe", mniejsze kamienie odpowiadały: „Jesteśmy prawie żywe". W szczelinach leżały popioły małych roślinek. Zamierzali wspiąć się aż do chybotliwego głazu na szczycie, ale było to za daleko, więc zadowolili się dużą grupą jaskiń. Po drodze napotkali kilka osobnych grot i przewodnik namówił ich, żeby je zwiedzili, chociaż naprawdę nie było tam nic do oglądania; zapalili zapałkę, podziwiali jej odblask na gładziźnie, wypróbowali echo i wyszli na zewnątrz. Aziz „był przekonany, że lada chwila trafią na jakieś ciekawe stare rzeźby ", ale należało przez to rozumieć, że chętnie by tam ujrzał jakieś rzeźby.

[…]

Czy idziemy za szybko? - zapytał Aziz, bo Adela zatrzymała się z wyrazem powątpiewania na twarzy. To odkrycie przyszło tak nagle, że poczuła się jak alpinista, któremu pękła lina. Nie kochać mężczyzny, którego ma się poślubić! I odkryć to dopiero w tym momencie! Bardziej zirytowana niż przygnębiona, stała bez ruchu z oczami utkwionymi w iskrzącą się skałę. Był wzajemny szacunek i zwierzęcy kontakt o zmierzchu, ale zabrakło uczucia, które jest łączącym ogniwem. Czy powinna zerwać zaręczyny? Była skłonna sądzić, że nie - przysporzyłoby to zbyt wielu kłopotów innym; zresztą nie miała pewności czy miłość jest nieodzowna dla udanego związku. Gdyby miłość była wszystkim, niewiele małżeństw przetrwałoby miodowy miesiąc.

[…]

Z panną Quested to zupełnie normalna sprawa - zauważył, bo jakiś czas obracał owo zdarzenie w myślach, usiłując oczyścić je z ostrych kantów. Prowadziliśmy bardzo interesującą rozmowę z naszym przewodnikiem, potem pokazał się samochód, więc postanowiła zejść na dół do swojej przyjaciółki. Był nieuleczalnie nieprecyzyjny, więc już sądził, że tak właśnie było. Był nieprecyzyjny, ponieważ był wrażliwy. Wolał nie pamiętać słów panny Quested o poligamii, słów niegodnych gościa, więc usunął je ze swoich myśli, a wraz z nimi wspomnienie o tym, jak schował się do groty, żeby od niej uciec. Był nieprecyzyjny, ponieważ pragnął ją uczcić, a skoro fakty tak się pogmatwały, musiał uładzić je wokół niej, jak porządkuje się grządkę po wyrwaniu chwastów. Zanim śniadanie dobiegło końca, zdążył całkiem sporo nakłamać. Ona pobiegła do swojej przyjaciółki, a ja do swojej - mówił dalej z uśmiechem. A teraz jestem z moimi przyjaciółmi, a oni są ze mną i ze sobą, i to właśnie jest szczęście.

[…]

Panna Quested miała robić tylko to, na co ma ochotę, taka była nasza umowa. Widzę, że martwisz się ze względu na mnie, ale ja się naprawdę nie przejmuję, nigdy nie zwracam uwagi na drobiazgi. Istotnie martwię się ze względu na ciebie. Uważam, że obie zachowały się niegrzecznie! -powiedział Fielding zniżając głos. Ona nie miała prawa uciekać z twojego przyjęcia, a panna Derek nie miała prawa jej do tego namawiać. Aziz, zazwyczaj tak drażliwy, wydawał się niedosięgły. Skrzydła podtrzymujące go na wyżynach nawet nie drgnęły, był bowiem cesarzem z dynastii Mogołów, który spełnił swój obowiązek. Usadowiony na grzbiecie słonia, patrzył, jak oddalają się Wzgórza Marabarskie, i widział znowu - a wszystko to były prowincje jego królestwa - ponurą, niechlujną równinę, gorączkowe i ledwie widoczne ruchy wiader przy studniach, białe świątynie, płytkie groby, łagodne niebo, węża, który wyglądał jak drzewo. Ofiarował swoim gościom najlepszą rozrywkę, na jaką go było stać, a to, że przyszli za późno albo odeszli za wcześnie, już go nie dotyczyło.

[…]

Tamten odpowiedział gestem: jest chora. Coraz gorzej, fatalnie - rzucił Fielding, szczerze przejęty. Ale zarządca spojrzał na niego surowo, bo ten człowiek nie tracił głowy. Nie wpadł w furię na słowa „młoda Angielka prosto z Anglii", nie pospieszył pod sztandary rasy. Nadal domagał się faktów, mimo że stado wybrało emocję. Nic bardziej nie roz­wściecza Anglo-Indii niż pochodnia rozumu, jeśli ktoś trzyma ją w górze choć przez chwilę po tym, jak zapadło postanowienie, żeby ją zgasić. Tego dnia w całym Czandrapurze Europejczycy rezygnowali ze swoich indywidualnych istnień i zatapiali się w społeczności. Przepełniała ich litość, gniew, bohaterstwo, ale stracili zdolność obliczenia, ile jest dwa plus dwa. Skończywszy rozmowę zarządca wyszedł na peron. Zamęt, jaki tam panował, był odrażający. Jeden z czaprasich [posługacz, woźny – przyp. tłum.] Ronny'ego otrzymał rozkaz przyniesienia drobiazgów należących do pań i teraz przywłaszczał sobie różne przedmioty, do których nie miał prawa; był maruderem wlokącym się za wojskami gniewnych Anglików. Mohammed Latif nawet nie próbował mu się przeciwstawić. Hassan zerwał z głowy turban i płakał. Wszystkie tak szczodrze ofiarowane przysmaki walały się po ziemi i niszczały w słońcu. Zarządca błyskawicznie zorientował się w sytuacji i chociaż był na pół-obłąkany z gniewu, odezwało się w nim poczucie sprawiedliwości. Wydał odpowiednie rozkazy i grabież ustała. Potem odjechał do swojej willi i ponownie dał upust namiętnościom. Widząc śpiących w rowach kulisów czy sklepikarzy, którzy wstawali, żeby mu się ukłonić, powiedział do siebie: „Wiem wreszcie, jacy jesteście; zapłacicie mi za to, będziecie płakać".

[…]

Aziz płakał, kiedy go wyprowadzano. McBryde był wstrząśnięty jego klęską, ale żaden Hindus nie mógł go nigdy zadziwić, bo miał własną teorię stref klimatycznych. Teoria brzmiała, jak na­stępuje: „Wszyscy ci nieszczęśni krajowcy są w głębi serca przestępcami, gdyż żyją na południe od trzydziestego równoleżnika. Nie wolno ich potępiać, po prostu nie mają ani cienia szansy - my bylibyśmy tacy sami, gdybyśmy osiedlili się tutaj". Urodzony w Karaczi, sam zdawał się zaprzeczać własnej teorii, i niekiedy przyznawał to ze smutnym uśmiechem. „Jeszcze jeden z nich zdemaskowany", pomyślał, zasiadając do pracy nad raportem dla sędziego. Przerwało mu przybycie Fieldinga.

[…]

Nie rozumiem. Bo jak możesz zrozumieć? Kiedy myślisz o przestępstwie, myślisz o przestępstwie angielskim. Tu psychologia jest zupełnie inna. Na pewno powiesz mi za chwilę, że Aziz był całkiem normalny, kiedy zszedł ze wzgórza, żeby cię przywitać. Nie ma powodu, żeby nie był normalny. Poczytaj trochę opisów rebelii. To one, a nie Bhagawadgita [słynny sanskrycki poemat religijno-filozoficzny – przyp. tłum.], powinny być twoją biblią w tym kraju. Chociaż nie dałbym głowy, że jedno i drugie ściśle się ze sobą nie łączy. Jestem nieludzki? Ale widzisz, Fielding, jak ci to już raz powiedziałem, jesteś nauczycielem i w związku z tym znasz tych ludzi z ich najlepszej strony. I to cię właśnie gubi. Jako chłopcy potrafią być czarujący. Ale ja znam ich takimi, jacy są naprawdę, kiedy już przekształcą się w dorosłych mężczyzn. Na przykład popatrz na to. - Wziął ze stołu portfel Aziza. Prze­glądam właśnie zawartość. Nie jest budująca. Jest tu list od znajomego, który najwyraźniej prowadzi dom publiczny. Nie chcę znać jego prywatnych listów.

[…]

W tym momencie zjawiły się dalsze „dowody rzeczowe" -szuflada biurka Aziza, wniesiona triumfalnie przez kaprala. Fotografie kobiet. A! To jego żona - powiedział Fielding, krzywiąc się boleśnie. Skąd wiesz? Powiedział mi. McBryde uśmiechnął się leciutko, z niedowierzaniem, i zaczął grzebać w szufladzie. Jego twarz miała wyraz inkwizytorski, trochę bestialski. „Żona, akurat, znam ja te żony", myślał. No, musisz już uciekać, mój stary - rzekł głośno. Niech Bóg nam dopomoże, niech Bóg dopomoże nam wszystkim... Jak gdyby jego modlitwa została wysłuchana, odezwał się zgiełkliwie jeden z dzwonków świątynnych.

[…]

Czołowy adwokat Czandrapuru, człowiek o nienagannych manierach i z dyplomem uniwersytetu w Cambridge, był głęboko wstrząśnięty. On także kochał Aziza i wiedział, że jego przyja­ciel padł ofiarą kalumnii; ale to nie wiara rządziła jego sercem i paplał o „linii postępowania" i „dowodach" w sposób, który zasmucił Anglika. Fielding też miał pewne obawy - nie podobała mu się sprawa lornetki i rozbieżność co do przewodnika - ale spychał je na margines świadomości, nie pozwalając, żeby zaata­kowały jej jądro. Aziz jest niewinny, na tym muszą się opierać wszystkie działania, a ludzie, którzy mówią, że jest winien, nie mają racji i wszelkie próby zjednania ich sobie są sprawą bez­nadziejną. W chwili gdy decydował się dzielić los Hindusów, uświadomił sobie całą głębię przepaści, jaka go od nich dzieliła. Zawsze robią coś niemądrego. Aziz próbował uciec przed poli­cją, Mohammed Latif nie zapobiegł grabieży. A teraz Hamidul-lah! Zamiast wściekać się i demaskować oszczerców, gra na zwłokę. Czy Hindusi są tchórzliwi? Nie, ale źle wychodzą ze startu i czasem stają dęba. Strach kryje się wszędzie; opiera się na nim całe brytyjskie panowanie; szacunek i uprzejmość, jakie są udziałem jego samego, to tylko nieświadome akty przebłaga­nia. Powiedział Hamidullahowi, żeby nie tracił ducha, bo wszyst­ko dobrze się skończy, a Hamidullah istotnie odzyskał animusz i stał się wojowniczy i rozsądny. Słowa McBryde'a: „Kiedy opuszczasz szereg, zostawiasz w nim lukę", znalazły dobrą ilustrację.

[…]

Do zobaczenia, mój drogi. Więc naprawdę jesteś po naszej stronie przeciwko własnym rodakom? Tak, zdecydowanie. Żałował, że musi się opowiadać po tej czy innej stronie. Jego celem było prześliznąć się przez Indie bez żadnej etykietki. Odtąd będą o nim mówić „antybrytyjski", „buntownik"; te określenia nudziły go i zmniejszały jego użyteczność w tym kraju. Przewi­dywał nie tylko tragedię, lecz także zamęt; już teraz dostrzegał przykre drobne trudności, a ilekroć wracał ku nim wzrokiem, wydawały się większe. Urodzony jako człowiek wolny, nie bał się zamętu, ale wiedział, że istnieje.

[…]

Nie, niezupełnie, według naszej filozofii. Ponieważ nic nie może być dokonane w izolacji. Wszyscy dokonują czynu dobrego, jeżeli dobry czyn został dokonany, a kiedy zostaje popełniony zły czyn, wszyscy go popełniają. Zilustruję panu moją myśl na przy­kładzie sprawy, o której mowa. Dowiaduję się, że na Wzgórzach Marabarskich popełniono zły czyn i że w rezultacie pewna godna szacunku dama z Anglii jest teraz poważnie chora. Odpowiadam na to: ten czyn popełnił doktor Aziz. Przerwał i wciągnął chude policzki. Ten czyn został popełniony przez przewodnika. Prze­rwał ponownie. Przez pana. Na jego twarzy malowała się teraz odwaga i jednocześnie onieśmielenie. Został popełniony przeze mnie. Zerknął nieśmiało na rękaw swego płaszcza. I przez moich uczniów. Został popełniony przez nią samą. Gdy wydarza się zło, jest ono wyrazem całości wszechświata. Podobnie, gdy wydarza się dobro. I podobnie, gdy wydarza się cierpienie, i tak dalej, i dalej, i wszystko jest wszystkim innym, a nic jest czymś – mruknął Fielding z irytacją, bo był mu potrzebny solidniejszy grunt.

[…]

Taka rzecz nie tylko budzi gniew Nawaba Bahadura i innych, ale sam rząd Indii czuwa i obserwuje - a za nim stoi ta klika dziwaków i tchórzów, Parlament brytyjski. Musiał nieustannie napominać sam siebie, że w oczach prawa Aziz jest jeszcze niewinny, i ten wysiłek go nużył. Inni, obciążeni mniejszą odpowiedzialnością, mogli się zachowywać w sposób naturalny. Zaczął mówić o „kobietach i dzie­ciach" - a frazes ten, kiedy powtórzy się go kilka razy, może pozbawić zdrowego rozsądku każdego mężczyznę. Wszyscy czuli, że gra toczy się o to, co ukochali najbardziej na świecie, domagali się zemsty i byli przepełnieni jakimś bynajmniej nie przykrym żarem, w którym chłodne i ledwo znane rysy panny Quested z wolna się roztapiały, aby ustąpić miejsca wszystkiemu co najmilsze i najdroższe w prywatnym życiu człowieka. „Ależ tu chodzi o kobiety i dzieci!" wołali jeden przez drugiego, a zarząd­ca wiedział, że powinien przerwać to ich samo-durzanie się, ale po prostu nie miał serca. „Należy zmusić tych ludzi do dania zakładników" i tak dalej. Wiele spośród rzeczonych kobiet i dzie­ci miało za kilka dni wyjechać w góry, wobec czego ktoś zaproponował, żeby je wyekspediować natychmiast specjalnym pociągiem.

[…]

Naturalnie jestem zdenerwowana, ale to przejdzie. Wtedy załamywała się zupełnie i kobiety czuły, że jest naprawdę jedną z nich, i też płakały, a mężczyźni w sąsiednim pokoju pomrukiwali: „Mój Boże, mój Boże!". Nikt nie zdawał sobie sprawy, że uważała łzy za coś nikczemnego, za degradację znacznie głębszą niż wszystko, co przeżyła w Marabarze; że były zaprze­czeniem jej nowoczesnego światopoglądu i wrodzonej rzetelności intelektu. Adela wciąż starała się „przemyśleć ten incydent ", wciąż mówiła sobie, że nic złego się nie stało. Był „szok", ale cóż to znaczy? Na jakiś czas dawała się przekonać własnej logice, potem znowu słyszała echo, płakała, oświadczała, że jest niegodna Ronny'ego, i wyrażała nadzieję, że napastnik otrzyma najwyższą karę. Po jednym takim ataku zapragnęła pójść do dzielnicy bazarów i prosić o przebaczenie każdego, kogo spotka, bo miała niejasne uczucie, że zostawia ten świat gorszym, niż go zastała. Czuła, że jest to jej zbrodnia, aż w końcu rozum, budząc się znowu, pod-szepnął jej, że popełnia tutaj błąd, i raz jeszcze skazał ją za bezpłodne poszukiwana.

[…]

Ale pomyśl tylko, jak on się zachował wobec ciebie, Ronny. Kiedy i tak już tyle przeze mnie wycierpiałeś! To okropne z jego strony. Mój drogi, jak ci to wynagrodzę? Jak można coś wynagrodzić, skoro nie ma się nic do dania? Jaki jest pożytek ze związków między ludźmi, jeśli każdy coraz mniej do nich wnosi? Uważam, że wszyscy powinniśmy wrócić na pustynię na całe stulecia i starać się odnaleźć w sobie dobro. Chcę zacząć od początku. To wszystko, czego się we własnym pojęciu nauczyłam, jest tylko przeszkodą, to nie jest w ogóle żadna wiedza. Nie nadaję się do międzyludzkich związ­ków.

[…]

Moje ciało, moje nieszczęsne ciało - westchnęła. Dlaczego nie jest silne? Dlaczego nie mogę odejść i zniknąć? Dlaczego nie mogę uwolnić się wreszcie od obowiązków i zniknąć? Dlaczego przy chodzeniu dostaję bólu głowy i sapię? I cały czas rób to i rób tamto, i rób to, jak ty chcesz, i rób tamto, jak ona chce, i wciąż tylko współczucie i zamieszanie, i wzajemne dźwiganie nie swoich ciężarów. Dlaczego to czy tamto nie może być zrobione, jak ja tego chcę... a gdyby było zrobione, miałabym wreszcie spokój? Nie rozumiem, dlaczego w ogóle coś musi być zrobione? Po co to całe małżeństwo, małżeństwo?... Rodzaj ludzki stałby się jedną osobą już przed wiekami, gdyby z małżeństwa był jakiś pożytek. I te wszystkie bzdury na temat miłości, miłość w kościele, miłość w jaskini, jakby to była jakaś różnica, a mnie się odrywa od moich spraw dla takich drobiazgów!

[…]

Dzięki biednej Adeli jego nazwisko było już znane w Urzędzie Gubernatorskim, a teraz pani Moore wyryje je w pamięci lady Mellanby podczas wspólnej podróży przez Ocean Indyjski i po Morzu Czerwonym. Powróciła w nim nagle czułość dla matki, jak zdarza się nam w stosunku do krewnych, których spotykają świetne i niespodziewane zaszczyty. Nie była osobą bez znaczenia, umiała jeszcze zwrócić na siebie uwagę żony wysokiego urzędnika. Pani Moore miała więc wszystko, czego pragnęła; uciekała od procesu, ślubu i pory gorącej; ma powrócić do Anglii wygodnie i z godnością, żeby zobaczyć swoje pozostałe dzieci. Na propozycję syna i na własne życzenie istotnie odjechała. Ale przyjęła ten uśmiech losu bez entuzjazmu. Osiągnęła już stan, w którym dostrzega się jednocześnie grozę wszechświata i jego małość - ów półmrok podwójnego widzenia, w jakim pogrąża się wielu starych ludzi. Jeśli ten świat nie jest nam do smaku, cóż, istnieje w każ­dym razie Niebo, Piekło, Unicestwienie - taka czy inna z tych wielkich spraw, owo potężne teatralne tło gwiazd, płomieni, błękitnych lub czarnych przestworzy. Wszelkie heroiczne dążenia i wszystko, co znamy pod imieniem sztuki, zakłada, że istnieje takie tło, podobnie jak wszelkie zabiegi praktyczne, kiedy świat przypadł nam do smaku, zakładają, że świat jest wszystkim. Ale w półmroku podwójnego widzenia powstaje duchowa gmat­wanina, dla której nie sposób znaleźć żadnych szumnych słów; nie możemy ani działać, ani powstrzymać się od działania, nie potrafimy ani zlekceważyć, ani uszanować nieskończoności. Pani Moore zawsze skłaniała się ku rezygnacji. Zaraz po wylądowaniu w Indiach rezygnacja wydała jej się czymś dobrym, a gdy widziała wodę przepływającą przez zbiornik w meczecie czy Ganges, czy księżyc schwytany w chustę nocy wraz z wszyst­kimi gwiazdami, rezygnacja wydawała się jej celem pięknym i jakże łatwym. Zjednoczyć się z wszechświatem! To takie godne i proste.

[…]

Po wyjeździe pani Moore upał zmienił tempo i zbliżał się z coraz większą szybkością, aż w końcu trzeba było znosić trudy żywota i karać zbrodnie w temperaturze stu dwunastu stopni. Wiatraczki elektryczne szumiały i pluły, woda bryzgała na parawany, lód pobrzękiwał w szklankach, a poza tymi obronnymi szańcami, między szarawym niebem i żółtawą ziemią, poruszały się nie­zdecydowanie chmury pyłu. W Europie życie chroni się przed zimnem, dzięki czemu powstały cudowne mity ogniska domo­wego - Baldur, Persefona - ale ta ucieczka jest ucieczką od samego źródła życia, zdradliwego słońca, i nie ozdabia jej żadna poezja, ponieważ utrata złudzeń nie może być piękna. Ludzie tęsknią za poezją, choć mogą się do tego nie przyznawać: pragną, by radość była pełna wdzięku, a troska dostojna, i by nieskoń­czoność miała kształt, ale Indie nie chcą spełnić ich pragnień. Coroczny zamęt kwietnia, kiedy rozdrażnienie i namiętności szerzą się jak rakowata narośl, jest jednym z komentarzy Indii na temat uładzonych nadziei ludzkości. Ryby radzą sobie lepiej; kiedy wysychają zbiorniki, ryby wkręcają się w muł i czekają na deszcz, by zmył z nich tę powłokę. Ale ludzie starają się żyć harmonijnie przez cały rok i wyniki tego bywają niekiedy katastrofalne. Triumfująca machina cywilizacji może się nagle zaciąć i znieruchomiała upodobnić do samochodu z kamienia, a w takich chwi­lach los ludzi z Anglii zdaje się przypominać losy ich poprzed­ników, którzy też przybyli do tego kraju z zamiarem przekształ­cenia go, ale zostali wciągnięci w jego tryby i przysypani jego pyłem.

[…]

W sądzie było tłoczno i naturalnie bardzo gorąco, i pierwszą osobą, jaką zauważyła Adela, był ktoś najmniej ważny ze wszystkich obecnych, ktoś, kto nie miał żadnego oficjalnego wpływu na sam proces: człowiek obsługujący pankhę. Prawie nagi i wspaniale zbudowany, siedział na podwyższeniu pośrodku głównego przejścia i przyciągnął jej uwagę, kiedy weszła, bo zdawał się panować nad wszystkim, co się tutaj działo. Miał w sobie siłę i piękno, jakie czasem zakwitają w Hindusach niskiego stanu. Kiedy ta dziwna rasa jest najbliższa ulicznego pyłu i zostaje potępiona jako nie­dotykalna, wtedy natura przypomina sobie o fizycznej doskonało­ści, którą osiągnęła gdzie indziej, i produkuje boga - nie wielu, lecz jednego, to tu, to tam, żeby pokazać społeczeństwu, jak mało sobie robi z jego klasyfikacji. Tego mężczyznę zauważono by wszędzie; wśród chuderlawych, wątłych miernot Czandrapuru wyróżniał się swoją boskością, a przecież należał do miasta, wykarmiły go jego ścieki, pewnego dnia miał skończyć życie na jego śmietnikach.

[…]

Mozolnie opisywał całą genezę pikniku. Oskarżony poznał pannę Quested na przyjęciu wydanym przez dyrektora college'u i już tam powziął wobec niej pewne zamiary: oskarżony prowadził rozwiązły tryb życia, co potwierdzą dokumenty znalezione przy nim w chwili aresztowania, a ponadto jego zastępca, doktor Panna Lal, będzie mógł rzucić pewne światło na jego charakter, zresztą przemówi też sam major Callendar. Tu McBryde przerwał. Chciał, żeby proces odbył się w sposób jak najuczciwszy, ale patologia Wschodu, jego ulubiony temat, otaczała go ze wszystkich stron i nie mógł się jej oprzeć. Zdjąwszy okulary, co miał zwyczaj robić przed wygłoszeniem jakiejś ogólnej prawdy, popatrzał na nie ze smutkiem i oświadczył, że ciemniejsze rasy odczuwają fizyczny pociąg do ras jaśniejszych, ale nie vice versa - nie jest to powód do goryczy ani do obrazy, ale po prostu fakt, który potwierdzi każdy uczony obserwator. Nawet jak pani jest tak bardzo brzydsza od pana? Te słowa padły znikąd, może z sufitu. Po raz pierwszy przerwano mówcy i sędzia poczuł się w obowiązku skarcić winowajcę. Usunąć tego człowieka - powiedział. Jeden z indyjskich policjantów schwycił za ramię jakiegoś mężczyznę, który się w ogóle nie odzywał, i wyrzucił go brutalnie z sali. McBryde włożył okulary i mówił dalej. Ale ów komentarz zdenerwował pannę Quested. Jej ciało, urażone, że nazwano je brzydkim, za­ drżało.

[...]

Teraz przyszła kolej na wybitnego adwokata z Kalkuty. Był to przystojny mężczyzna, wysoki i kościsty, o siwych, krótko ostrzyżonych włosach. Sprzeci­wiamy się obecności na podwyższeniu tylu pań i panów z Eu­ropy - powiedział z akcentem oksfordzkim. To zastraszy naszych świadków. Ich miejsce jest na sali wraz z resztą publicz­ności. Nie zgłaszamy zastrzeżeń co do panny Quested, która może pozostać na podwyższeniu, ponieważ nie czuje się dob­rze. Okażemy jej wszelkie względy przez cały czas trwania procesu, wbrew naukowym prawdom objawionym nam przez okręgowego inspektora policji. Mamy jednak zastrzeżenia co do innych osób. Och, skończcie z tym gadaniem i ogłoście wyrok – warknął major. Znakomity gość wpatrywał się z szacunkiem w sędziego. Zgadzam się z tym - powiedział sędzia Das, rozpaczliwie kryjąc twarz w jakichś dokumentach. Tylko pannie Quested pozwoliłem usiąść na podwyższeniu. Jej przyjaciele zechcą być tak bardzo uprzejmi i zejść na salę. Brawo, Das, bardzo słusznie - powiedział Ronny z wręcz samobójczą uczciwością. Zejść na salę, dobre sobie, co za impertynencja! - wykrzyk­nęła pani Turton.

[…]

Czy pani wycofuje oskarżenie? Proszę mi odpowiedzieć! - krzyczał przedstawiciel sprawiedliwości. Coś, czego nie rozumiała, owładnęło dziewczyną i pociągnęło ją za sobą. Chociaż jej wizja już zniknęła, a ona sama powróciła do bezbarwności tego świata, pamiętała przecież, czego się na­uczyła. Pokuta i spowiedź - to wszystko może poczekać. Ostrym, rzeczowym tonem powiedziała: Wycofuję wszystko. To wystarczy, proszę usiąść. Panie McBryde, czy wobec tego pragnie pan mówić dalej? Inspektor spojrzał na swojego świadka jak na zepsutą maszynę. Czy pani zwariowała? Proszę jej o nic nie pytać. Nie ma pan już prawa. Muszę mieć czas do namysłu... Sahib, będzie pan musiał wycofać oskarżenie. To zakrawa na skandal - zagrzmiał nagle Nawab Bahadur z głębi sali. Nie zrobi tego! - krzyknęła pani Turton wśród wzrastającej wrzawy. - Wezwijcie innych świadków. Nikt z nas nie jest bez­pieczny... - Ronny próbował ją powstrzymać, ale uderzyła go rozzłoszczona i zaczęła obrzucać wyzwiskami Adelę. Inspektor ruszył na odsiecz swoim przyjaciołom, mówiąc non­szalancko do sędziego: Dobrze, wycofuję.

[…]

Panna Quested wyrzekła się swoich rodaków. Kiedy odchodziła od nich, wessał ją tłum indyjskich sklepikarzy i uniósł w kierunku wyjścia dla publiczności. Ogarnęła ją mdła, trudna do opisania woń bazarów, przyjemniejsza od zapachu w londyńskich slumsach, ale bardziej niepokojąca; kłębek perfumowanej waty wetknięty w ucho starego człowieka, okruchy betelu między jego czarnymi zębami, wonne proszki, olejki - pachnący Wschód tradycji, ale stopiony z ludzkim potem, jak gdyby potężny król dał się uwikłać bezecnościom i nie mógł się z nich oswobodzić lub jakby wszystkie wspaniałości ziemi gotowały się i smażyły na jedną papkę w piekącym słońcu. Nie zwracali na nią uwagi. Ściskali sobie dłonie ponad jej głową, krzyczeli do siebie ponad jej ciałem - bo kiedy Hindus naprawdę ignoruje swoich władców, staje się całkowicie nieświadomy ich istnienia. Pozbawiona udziału we wszechświecie, który sama stworzyła, została nagle popchnięta w ramiona Fieldinga. Czego pani tu szuka? Wiedząc, że jest jej wrogiem, minęła go i wyszła na słońce. Zawołał za nią: Dokąd pani idzie?! Nie wiem. Nie może pani tak wędrować bez celu. Gdzie samochód, który panią przywiózł? Pójdę pieszo. To szaleństwo... w mieście są podobno rozruchy... policja ruszyła do akcji, nikt nie wie, co się może zdarzyć. Dlaczego pani nie jest ze swoimi? Powinnam się do nich przyłączyć? - spytała bez śladu emocji. Czuła się pusta, bezwartościowa; nie było już w niej prawości.

[…]

Zamiast środka odkażającego położyli mu na rany pieprz. Panie Mahmud Ali, to niemożliwe. Trochę surowości chłopcu nie zaszkodzi, potrzebna mu dyscyplina. Pieprz. Tak powiedział naczelny lekarz. Chcą nas zniszczyć jednego po drugim. To im się nie uda. Ta nowa zniewaga rozwścieczyła tłum. Do tej chwili brakowało mu celu, krzywdy do pomszczenia. Kiedy ludzie znaleźli się na majdanie i zobaczyli brudno-złote arkady szpitala, powlekli się w tamtą stronę z wyciem. Zbliżało się południe. Ziemia i niebo były obłąkańczo brzydkie, duch zła znowu rozszalał się po świecie. Walczył z nim samotnie Nawab Bahadur, mówił sobie, że pogłoska jest nieprawdziwa. Zaledwie w zeszłym tygodniu widział swojego wnuka na sali szpitalnej. Ale i on dał się ponieść ku tej nowej przepaści. Uratować, wywrzeć zemstę na majorze, a potem przy­jdzie kolej na całą dzielnicę rządową.

[…]

Adela spytała, czy może jej udzielić „czegoś w rodzaju posłuchania", a kiedy milczał, rzekła: Czy potrafi pan jakoś wytłumaczyć moje niezwykłe zacho­wanie? Nie - odparł krótko. Po co było wysuwać tego rodzaju oskarżenia, skoro miała pani zamiar je wycofać? Właśnie, po co? Chyba doktor Aziz powinien być pani wdzięczny, ale... Nie oczekuję wdzięczności. Myślałam tylko, że może chciałby pan usłyszeć, co mam do powiedzenia. Ach, Boże - westchnął, czując się trochę jak uczniak. Uważam, że nie powinienem z panią dyskutować. Szczerze mó­wiąc, w tej obrzydliwej sprawie jestem po przeciwnej stronie niż pani. A nie interesuje pana, co myśli moja strona? Nie bardzo. Naturalnie nie mówiłabym panu tego w zaufaniu. Więc mógł­by pan przekazać moje słowa swojej stronie, bo z całej dzisiejszej tragedii spłynęła na mnie jedna wielka łaska: nie mam już żadnych tajemnic. Moje echo ucichło... nazywam szum w uszach echem. Widzi pan, czułam się źle od czasu tej wyprawy do grot, a może nawet dawniej. To go zainteresowało; sam podejrzewał czasem coś takiego. Jak się objawia ta choroba? Dotknęła skroni, potem potrząsnęła głową. To była moja pierwsza myśl, zaraz w dniu aresztowania: halucynacje.

[…]

Fieldinga to zastanawiało i martwiło. Zmysłowość, byle tylko prosta i szczera, wcale go nie odpychała, ale owa wtórna zmys­łowość - która kochankę stawia na równi z samochodami, jeżeli jest piękna, a jeżeli jest brzydka, z natrętnymi muchami - była obca jego psychice i kiedy się ujawniała, miał uczucie, że między nim i Azizem wyrasta mur. Była to, w nowym kształcie, ta sama stara, bardzo stara zmora, która wyżera serce każdej cywilizacji; snobizm, żądza posiadania, pragnienie przynoszących zaszczyt akcesoriów, i żeby uciec właśnie przed tym, bardziej niż od cielesnych pożądań, święci mężowie chronią się w Himalaje. Chcąc zmienić temat, powiedział: Ale może dokończę swojej analizy. Zgadzam się, że Aziz nie jest czarnym charakterem i pani też nie, a co więcej, nie jesteśmy tak naprawdę pewni, że to były halucynacje. Jest jeszcze czwarta możliwość, o której należy wspomnieć: czy mógł to być ktoś inny? Przewodnik. Właśnie, przewodnik.

[…]

Ale, ale, Panna Lal i Callendar zostaną wylani. Tak, w Czandrapurze będzie generalna przeprowadzka. A ty dostaniesz awans. Nie bardzo mogą mnie zdegradować, bez względu na to, co myślą. W każdym razie spędzimy razem wakacje i pojedziemy do Kaszmiru, ewentualnie do Persji, bo będę miał mnóstwo pienię­dzy. Z racji szkód wyrządzonych mojemu dobremu imieniu - wyjaśnił z cynicznym spokojem. Ze mną nie wydasz ani grosza. Zawsze tego pragnąłem, i w wyniku moich nieszczęść pragnienie się spełni. Odniosłeś wielkie zwycięstwo... - zaczął Fielding. Wiem, wiem, mój drogi. Niepotrzebnie mówisz to tak uroczys­tym i zatroskanym głosem. Wiem, co zaraz od ciebie usłyszę: „Och, zwolnij pannę Quested od płacenia, żeby Anglicy mogli powiedzieć: «Oto tubylec, który naprawdę zachował się jak dżen­telmen. Gdyby nie jego czarna twarz, prawie byśmy mu pozwolili wstąpić do naszego klubu»". Aprobata twoich rodaków już mnie nie interesuje, stałem się antybrytyjski i powinienem być taki wcześniej, to by mi oszczędziło wielu nieszczęść. W tym także znajomości ze mną.

[…]

Chciałbym pomarzyć o przyszłości. Nie nadaję się do marzeń. Wobec tego dobranoc, mój drogi. Bankiet Zwycięstwa skończył się i biesiadnicy leżeli na dachu pałacu zwykłego pana Zultiąara, śpiąc lub przez moskitiery wpatrując się w gwiazdy. Dokładnie nad ich głowami zawisła kon­stelacja Lwa, z tarczą Regulusa tak wielką i jasną, że przypominała tunel, a kiedy się zaakceptowało to urojenie, wszystkie inne gwiazdy też wyglądały jak tunele.

[…]

Te słowa nie były zakończone znakiem zapytania, lecz kropką. Fielding tak je też przyjął i zapadło milczenie, rozkosznie wypeł­nione wietrzykiem, który lekko omiatał szczyt domu. Bankiet, jakkolwiek hałaśliwy, był przyjemny, teraz zaś błogosławieństwa wywczasu - nie znane Zachodowi, który albo pracuje, albo próż­nuje - spłynęły na całą tę pstrą kompanię. Cywilizacja błąka się tutaj niczym duch, nawiedzając ruiny imperium, a odnaleźć ją można nie w wielkich dziełach sztuki lub wspaniałych czynach, ale w gestach, jakie wykonują dobrze wychowani Hindusi, kiedy siadają albo się kładą. Fielding, którego przebrano w strój miej­scowy, czuł się w nim szczególnie nieswojo i zdawał sobie sprawę, że wszystkie jego ruchy są jakby udawane, podczas gdy ilekroć Nawab Bahadur sięgał ręką po jedzenie albo Nureddin oklaskiwał jakąś pieśń, dokonywało się coś pięknego, co nie wymagało udoskonalenia. Ów kwietyzm gestu - to spokój, który przekracza zrozumienie, to w gruncie rzeczy towarzyski odpowiednik jogi. Kiedy ustaje zamęt działania, jest on nagle widoczny i ujawnia kulturę, którą Zachód może zmącić, ale której nigdy nie nabędzie. Dłoń wyciąga się na zawsze, w uniesionym kolanie jest wieczność, ale nie grobowy smutek. Aziz tego wieczoru promieniał kulturą, był skończenie doskonały, godny, raczej surowy, i w głosie Fieldinga zabrzmiało onieśmielenie, kiedy powiedział: Tak, stanowczo powinieneś darować pannie Quested. Ona musi pokryć wszystkie twoje koszty, tego wymaga sprawiedliwość, ale nie traktuj jej jak pokonanego wroga.

[…]

Pani Moore ma dwóch synów i córkę, tak samo jak ja. Powiedziała mi w meczecie. Znałem ją bardzo mało. Ja widziałem ją tylko trzy razy, ale wiem, że jest człowiekiem Wschodu. Jesteś nieprawdopodobny... Panny Quested nie chcesz po­traktować wspaniałomyślnie, natomiast wobec pani Moore upra­wiasz tę wyszukaną rycerskość. W każdym razie panna Quested zachowała się dziś rano bardzo przyzwoicie, gdy tymczasem starsza pani w ogóle nic dla ciebie nie zrobiła, a to, że wystąpiłaby w twojej obronie, jest tylko przypuszczeniem, opartym na plotkach służby. Wiesz, Aziz, twoje uczucia nigdy nie wydają się propor­cjonalne do swojego przedmiotu.

[…]

Jeżeli jest tak, jak mówisz, żadna przyjaźń nie ma sensu. Wszystko sprowadzałoby się do brania i dawania albo dawania i zwracania, a to jest wstrętne i naprawdę byłoby lepiej przeskoczyć przez ten parapet i zabić się. Co się dziś z tobą dzieje, że zrobiłeś się takim materialistą? Twoja niesprawiedliwość jest gorsza od mojego materia­lizmu. Ach tak. Masz jeszcze jakieś skargi? Był dobroduszny i serdeczny, ale jakby trochę groźny. Pobyt w więzieniu wydrążył nowe łożyska w jego psychice, która nigdy już nie miała podlegać tak wyraźnym fluktuacjom jak w przeszłości. Bo lepiej, żebyś mi powiedział o wszystkich swoich trudnościach, jeżeli mamy na zawsze pozostać przyjaciółmi. Nie lubisz pani Moore i złości cię, że ja ją lubię. Ale polubisz ją z czasem.

[…]

Fielding nic więcej nie powiedział. Fakty są nieubłagane i rano wszyscy dowiedzą się o śmierci pani Moore. Ale uderzyło go jedno, a mianowicie, że ludzie nie umierają naprawdę, póki inni nie uznają ich za zmarłych. Potwierdzało to jego własne doświad­czenie. Przed wielu laty stracił bliskiego przyjaciela, kobietę, która wierzyła w chrześcijańskie niebo i zapewniała go, że po zmiennych kolejach i przypadkach doczesnego życia spotkają się tam znowu. Fielding był bezkompromisowym, szczerym ateistą, ale szanował wszystkie poglądy swojej przyjaciółki: uważał to za istotne w przyjaźni. I wydawało mu się przez jakiś czas, że zmarła go oczekuje, a kiedy to złudzenie się rozwiało, została po nim pustka, która była niemal poczuciem winy: „To jest naprawdę koniec - myślał - i to ja zadałem jej ostateczny cios". Tej nocy, na dachu domu Nawaba Bahadura, próbował zabić panią Moore; ale ona nadal mu się wymykała i nic nie zmąciło nastroju. Wstał księżyc - wychudzony sierp, który idzie przed słońcem - i wkrótce ludzie i woły rozpoczęli swój nie kończący się trud, a pełne wdzięku intermezzo, które on próbował skrócić, w sposób naturalny dobiegło kresu. […]  Tak, nie żyła - oddano ją morskiej głębi, jeszcze kiedy płynęli na południe, bo statki z Bombaju nie mogą wziąć kursu na Europę, póki nie okrążą Arabii; była dalej w tropikach, niż udało jej się dotrzeć lądem, kiedy promienie słońca dotknęły jej po raz ostatni i jej ciało spuszczono w głąb jeszcze innych Indii - Oceanu Indyjskiego. Pozostawiła po sobie uczucie dotkliwej przykrości, bo śmierć na statku niesie za sobą złą sławę. Kim była ta pani Moore? Gdy dotarli do Adenu, lady Mellanby wysłała depesze, pisała, spełniała wszelkie dobre uczynki, ale żona gubernatora nie jest na ogół przygotowana na tego rodzaju przeżycia, więc też powtarzała: - Widziałam tę nieszczęsną kobietę tylko przez kilka godzin, potem zachorowała. Doprawdy to niepotrzebna przykrość, takie rzeczy psują powrót do domu. - Widmo towarzyszyło stat­kowi na Morzu Czerwonym, ale nie zdołało przedostać się na Śródziemne.

[…]

Adela - ona też będzie musiała odjechać; miał nadzieję, że sama to wcześniej zaproponuje. Naprawdę nie mógł się z nią ożenić - byłby to koniec jego kariery. Biedna, pożałowania godna Adela... Dzięki uprzejmości Fieldinga pozostała w college'u; bardzo to niewłaściwe i upokarzające, ale nikt w dzielnicy rządowej nie chciał jej przyjąć. Wszelkie prywatne rozmowy odkładał do chwili, kiedy zapadnie wyrok w sprawie o odszkodowanie. Aziz wystąpił przeciwko niej do sądu niższej instancji. Wtedy on, Ronny, poprosił ją, żeby go zwolniła ze słowa. Zabiła jego miłość, która nigdy nie była zbyt gorąca; nie doszłoby do zaręczyn, gdyby nie wypadek samochodowy Nawaba Bahadura. Adela należała do szczenięcego, studenckiego okresu jego życia, z którego już wy­rósł - Grasmere, poważne rozmowy, przechadzki i tego rodzaju historie.

[…]

Aziz był przyjazny i apodyktyczny. Chciał, żeby Fielding, jak to określał, „ugiął się przed Wschodem" i żył w stanie uczuciowej zależności do tegoż Wschodu. „Możesz mi ufać, Cyryl". To było oczywiste, zresztą Fieldinga nie łączyły żadne mocniejsze więzy z jego rodakami. Ale mimo wszystko nie mógł stać się kimś w rodzaju Mohammeda Latifa. Kiedy sprzeczali się na ten temat, do ich kłótni wkradał się problem rasy - bez goryczy, ale nie­uchronnie, jak barwa ich skóry: kawowy przeciw różowo-szaremu. Czy nie rozumiesz, że jestem ci wdzięczny za pomoc i chcę cię wynagrodzić? - kończył zwykle Aziz. Jeżeli chcesz mnie wynagrodzić, zwolnij pannę Quested od płacenia - odpowiadał wtedy tamten. Obojętność wobec Adeli gniewała Fieldinga. Byłoby rzeczą słuszną, ze wszech miar słuszną, potraktować ją wspaniałomyślnie, i któregoś dnia postanowił odwołać się do pamięci pani Moore. Aziz miał o niej tak wysokie i romantyczne mniemanie. Śmierć starej kobiety sprawiła szczery ból jego wrażliwemu sercu; płakał jak dziecko i kazał też płakać swoim trojgu dzieciom. Nie było wątpliwości, że ją poważał i kochał. […] Ale jego opór zaczął słabnąć i Fielding nie wstydził się za-stosować odrobiny nekromancji. Ilekroć wypływała sprawa od-szkodowania, wymieniał nazwisko zmarłej. Niektórzy wymyślili dla niej grób, a on przypomniał Azizowi jej wątpliwy wizerunek, nie mówiąc niczego, co uważał za nieprawdę, ale stwarzając coś, co było zapewne dalekie od prawdy. Aziz nagle ustąpił. Czuł, że pani Moore pragnie, aby oszczędził kobietę, która ma poślubić jej syna, i że jest to jedyny hołd, jaki może jej złożyć; w namiętnym i pięknym wybuchu zrezygnował z całości odszkodowania, do­magając się tylko zwrotu kosztów. Było to bardzo ładne z jego strony, ale jak przewidywał, nie przyniosło mu chwały w oczach Anglików. Nadal wierzyli w jego winę, wierzyli w nią do końca urzędniczej kariery i emerytowani Anglicy z Indii w Tunbridge Wells czy Cheltenham jeszcze dziś mamroczą do siebie: „Ten marabarski proces, który nie wyszedł, bo biedna dziewczyna załamała się w czasie zeznań... to też była przykra historia". Kiedy sprawa została w ten sposób oficjalnie zakończona, Ronny, który miał wkrótce wyjechać, bo przeniesiono go do innej części prowincji, podszedł w klubie do Fieldinga i ze swoim zwykłym zażenowaniem powiedział: Chcę panu podziękować za pomoc, jakiej pan udzielił pannie Quested. Już nie będzie dłużej nadużywać pańskiej gościnności. Ściśle mówiąc, postanowiła wrócić do Anglii. Właśnie załatwiłem jej bilet na statek. O ile wiem, chciałaby pana zobaczyć.

[…]

Skąd mogła wiedzieć to, czego my nie wiemy. Może telepatia. Zuchwałe, jałowe słowo trafiło w pustkę. Telepatia? Co za wyjaśnienie! Lepiej się wycofać i Adela tak właśnie zrobiła. Była u kresu wytrzymałości psychicznej, podobnie jak Fielding. Czy istniały światy, poza które nie mogli sięgnąć, czy też do ich świadomości wtargnęło wszystko to, co możliwe? Nie umieli tego rozstrzygnąć. Zdali sobie jedynie sprawę, że patrzą na świat w sposób mniej więcej podobny, i to im dawało satysfakcję. Może życie jest tajemnicą, nie zamętem; nie wiedzieli. Może te setki różnych Indii, które tak męcząco krzątają się i kłócą między sobą, są jednością, i jednością jest wszechświat, który odzwierciedlają. Nie posiadali wystarczającego przygotowania intelektualnego, żeby to osądzić. Niech pani do mnie napisze po przyjeździe do Anglii. Będę pisała, często. Był pan dla mnie tak niezwykle dobry. Dopiero teraz, kiedy wyjeżdżam, zdaję sobie z tego sprawę. Tak bym chciała móc się panu czymś odwdzięczyć, ale widzę, że ma pan wszystko, czego panu trzeba.

[…]

Atmosfera była przesycona życzliwością, przyjaźnią, jakby dwoje karzełków ściskało sobie ręce. Oboje, mężczyzna i kobieta, znajdowali się u szczytu swoich możliwości - rozsądni, uczciwi, nawet subtelni. Mówili tym samym językiem, wyznawali te same poglądy i nie dzieliły ich różnice wieku ani płci. A przecież nie byli zadowoleni. Kiedy zgodnie stwierdzali „Chcę jeszcze trochę pożyć" albo „Nie wierzę w Boga", za ich słowami ciągnęła się dziwna smuga, jak gdyby wszechświat przesunął się nagle, żeby wypełnić sobą maleńką pustkę, albo jakby dostrzegali własne gesty z olbrzymiej wysokości - gesty karzełków rozmawiających, wymieniających uścisk dłoni i zapewniających jeden drugiego, że znajdują się na tym samym poziomie intuicji. Nie uważali, że są w błędzie, bo z chwilą gdy uczciwi ludzie dochodzą do przeko­nania, że są w błędzie, wytwarza się między nimi atmosfera niepewności. Nie dla nich był niedosięgalny cel ponad gwiazdami i zresztą wcale go nie szukali. Ale podobnie jak przy innych okazjach, tak i teraz spłynęła na nich zaduma; przelotny cień marzenia przesłonił im wszystkie jasno zdefiniowane zaintereso­wania, a rzeczy, jakich nigdy więcej nie mieli ujrzeć, zdawały się orędziami z innego świata.

[…]

Egipt przyniósł zmianę atmosfery. Czyste piaski, spiętrzone po obu stronach kanału, zdawały się wymazywać wszystko, co trudne i dwuznaczne, nawet Port Said wyglądał niepokalanie i czarująco w różano-szarym świetle poranka. Zeszła tam na ląd z amerykań­skim misjonarzem, powędrowali do pomnika Lessepsa, wchłaniali ożywcze powietrze Lewantu. Do jakich obowiązków w swoim kraju powraca pani zakosz­towawszy tropików? - spytał misjonarz. Proszę zauważyć, że nie pytam, ku czemu się pani zwraca, lecz do czego pani powraca. Każdy żywot powinien zawierać zarówno zwroty, jak i powroty. Ten słynny pionier (wskazał statuę) wyjaśnia sens mojego pytania. Zwraca się ku Wschodowi, powraca na Zachód. Jest to widoczne we wdzięcznym ułożeniu jego rąk, z których jedna trzyma sznur kiełbasek. Misjonarz popatrzył na nią z rozbawieniem, żeby pokryć to pustosłowie. Nie miał pojęcia, co chciał powiedzieć przez owe „zwroty" i „powroty", ale często używał słów parami, by przydać im moralnego blasku.

[…]

Innym lokalnym skutkiem procesu był sojusz między islamem i hinduizmem. Co znakomitsi obywatele wymieniali hałaśliwe deklaracje przyjaźni, którym towarzyszyła szczera chęć rzetel­nego porozumienia. Pewnego dnia odwiedził Aziza w szpitalu bardzo sympatyczny człowiek, sędzia Das, i poprosił go o dwie przysługi: lekarstwo na półpasiec oraz wiersz do nowego mie­sięcznika, który redagował jego szwagier. Aziz wyświadczył mu obie. Jakże to, mój drogi, pan próbował zamknąć mnie w więzieniu, a ja miałbym posyłać wiersze panu Bhattacharya? To naturalnie tylko żart. Napiszę, jak umiem najlepiej, ale zdawało mi się, że ten miesięcznik jest dla wyznawców hinduizmu. Nie dla wyznawców hinduizmu, tylko w ogóle dla Hindusów - powiedział nieśmiało tamten. Nie istnieje nic takiego jak „w ogóle Hindusi". Nie istniało, ale może zaistnieć, kiedy pan napisze ten wiersz.

[…]

Wystarczyło, że poczuł pióro w palcach, a natych­miast zaczął produkować perskie słowiki. Wiersz mówił o upadku islamu i przemijaniu miłości; miał w sobie cały smutek i słodycz, na jakie stać było Aziza, ale nie czerpał z jego osobistych do­świadczeń i nie mógł być interesujący dla tych czcigodnych wyznawców hinduizmu. Niezadowolony z siebie Aziz wpadł w dru­gą ostateczność i napisał satyrę, która była jednak zbyt ostra i nie nadawała się do druku. Aziz umiał wyrazić jedynie patos albo jad, chociaż przez większość życia nie miał nic wspólnego ani z jednym, ani z drugim. Kochał poezję - wiedza była jedynie rzeczą nabytą, którą odsuwał na bok, kiedy go nikt nie widział, podobnie jak swój europejski ubiór - a tego wieczoru marzył, żeby ułożyć nową pieśń, oklaskiwaną przez tłumy i nawet śpiewaną na polach. W jakim języku powinna być napisana? I co powinna obwieszczać? Przysiągł sobie kontaktować się częściej z Hin­dusami, którzy nie są muzułmanami, i nigdy nie spoglądać za siebie. To jedyna zdrowa linia postępowania.

[…]

Ja nie wytrzymuję tych wszystkich komitetów. Muszę natych­miast wyjechać. Dokąd? Turtonowie i Burtonowie są wszędzie tacy sami. Ale nie w państwach indyjskich. Myślę, że wymaga się tam od brytyjskich doradców lepszych manier. Różnica polega tylko na tym. Naprawdę chcę wydostać się z Indii Brytyjskich, nawet na kiepską posadę. Myślę, że mógłbym wtedy pisać wiersze. Szkoda, że nie żyłem w czasach Babura, że nie walczyłem i nie pisałem dla niego. Przeszło, minęło i nie warto nawet mówić „przeszło, minęło", bo to nas tylko osłabia. Jest nam potrzebny król, Hamidullahu, to by nam ułatwiło życie. A w obecnej sytuacji musimy starać się zrozumieć tych dziwacznych hinduistów. Mam ochotę poszukać posady lekarza w jednym z ich państw. Och, tu już posuwasz się za daleko.

[…]

Nigdy się nie wzbogacę, to nie leży w moim charakterze. Gdybyś był rozsądny i zmusił pannę Quested do płacenia... Postanowiłem inaczej. Roztrząsanie przeszłości jest bezcelowe - powiedział Aziz tonem, w którym nagle zabrzmiała szorstka nuta. Pozwoliłem jej zachować majątek, niech sobie kupi męża w Anglii, do tego pieniądze będą bardzo potrzebne. Nie wspominaj więcej o tej sprawie. Doskonale, ale musisz w dalszym ciągu żyć jak biedak. Nie stać cię jeszcze na wakacje w Kaszmirze, musisz wytrwać w swoim zawodzie i dojść do wysoko płatnego stanowiska, zamiast zagrzebywać się w jakimś państewku w dżungli i pisać wiersze. Kształć dzieci, czytaj najnowsze pisma naukowe, zmuś europej­skich lekarzy, żeby cię szanowali. Musisz ponieść konsekwencje swoich czynów jak prawdziwy mężczyzna. Aziz mrugnął do niego i powiedział: Nie jesteśmy w sądzie. Można dowieść, że się jest mężczyzną na wiele sposobów. Mój polega na wyrażaniu tego, co noszę w sercu.

[…]

Dokładnie! Swoją drogą to, co masz na myśli, nie rozwiązuje moich trudności. Zdecydowałem się wyjechać z Czandrapuru. Pytanie, dokąd? Zdecydowałem się też pisać wiersze. Pytanie, o czym? Ani trochę mi nie pomagasz. - I nagle, zaskakując tym zarówno Hamidullaha, jak siebie samego, wybuchnął: Ale kto mi pomaga? Nikt nie jest moim przyjacielem. Wszyscy są zdraj­cami, nawet moje dzieci. Mam po uszy przyjaciół.

[…]

Prawdę mówiąc, całe nasze życie zrobiło się trochę smutne. Nowy lekarz naczelny jest taki sam jak poprzedni, tylko jeszcze nie ma odwagi tego pokazać. Wszystkie moje cierpienia nic nam nie dały. Ale, ale, Cyryl, póki pamiętam. O tobie też krążą plotki, nie tylko o panu McBryde. Podobno ty i panna Quested zawarliście trochę za intymną przyjaźń. Mówiąc całkiem szczerze, powiadają, że dopuściliście się rzeczy zdrożnych. To było do przewidzenia. Te plotki krążą po mieście i mogą ci popsuć opinię. Wiesz, że wcale nie wszyscy są po twojej stronie. Robiłem, co mogłem, żeby uciszyć plotkarzy. Nie przejmuj się. Panna Quested nareszcie się wyniosła.

[…]

Już wyjaśniliśmy - odparł Aziz z godnością. - Wierzę bez zastrzeżeń temu, co powiedziałeś, ta sprawa nie powinna budzić żadnych dalszych wątpliwości. Ale należy wyjaśnić sposób, w jaki to powiedziałem. Byłem wbrew woli niegrzeczny. Najszczersze wyrazy żalu. Wina jest wyłącznie po mojej stronie. Tego rodzaju nieporozumienia nadal mąciły ich stosunki. Jakaś pauza w nieodpowiednim miejscu, jakaś źle zrozumiała intonacja -i cała rozmowa szła na opak. Fielding był zaskoczony, nie zgor­szony, ale jak miał wyrazić różnicę? Zawsze powstają trudności, kiedy dwie osoby nie myślą o sprawach płci w tym samym momencie, zawsze są wzajemne pretensje i niespodzianki, nawet jeśli obie strony należą do tej samej rasy. Zaczął głośno reasu­mować swój stosunek do panny Quested. Aziz przerwał mu: Ależ wierzę ci, wierzę. Mohammed Latif będzie surowo ukarany za te wymysły.

[…]

Mówmy o poezji. Fielding zwrócił się myślą ku temu nieszkodliwemu tematowi. Wy tutaj jesteście w niewesołej sytuacji. O czym właściwie macie pisać? Nie możecie mieć poezji patriotycznej, w rodzaju „Indie, o moje Indie", skoro te Indie są niczyje. Podoba mi się ta rozmowa. Może doprowadzić do jakiegoś interesującego wniosku. Bardzo słusznie uważasz, że poezja musi dotyczyć życia. Kiedy cię poznałem, używałeś jej jako zaklęcia. Kiedy mnie poznałeś, byłem dzieckiem. Każdy był wtedy moim przyjacielem. Przyjaciel: perskie określenie Boga. Ale nie chcę być też poetą religijnym.

[…]

W dawnych uniwersyteckich latach Fielding spowijał się w wielobarwny płaszcz świętego Marka, ale teraz miał przed sobą coś więcej niż mozaiki i marmury: harmonię między dziełem człowieka i ziemią, która je dźwiga, cywilizację, która uniknęła zamętu, ducha ujętego w rozsądny kształt, w którym przetrwały ciało i krew. Wysyłając kolorowe pocztówki do swoich indyjskich przyjaciół, czuł, że żaden z nich nie podzieli z nim rozkoszy, jaką on teraz odczuwa, rozkoszy formy, i że to stanowi poważną między nimi barierę. Dostrzegą wystawność Wenecji, nie jej kształt, a chociaż Wenecja nie jest Europą, jest częścią śródziemnomorskiej harmonii. Morze Śródziemne jest wzorcem dla człowieka. Opuszczając to cudowne jezioro, czy to przez Bosfor, czy przez Słupy Heraklesa, ludzie zbliżają się do czegoś monstrualnego i niezwykłego; a wyjście południowe prowadzi do najdziwaczniejszych doświadczeń. Raz jeszcze obróciwszy się do nich plecami, wyruszył pociągiem na północ i delikatne roman­tyczne zjawy, o których myślał, że umarły na zawsze, rozkwitły znowu, kiedy ujrzał czerwcowe jaskry i stokrotki.

[…]

Wizyta Fieldinga nosiła charakter służbowy. Odwołano go z Czandrapuru i posłano na objazd Indii Centralnych, gdzie miał sprawdzić, co osiągnęły bardziej odległe księstwa w dzie­dzinie szkolnictwa angielskiego. Ożenił się, zrobił z panną Quested to, czego się należało spodziewać, i Aziz nie pragnął go widzieć. „Kochany stary Godbole", pomyślał i uśmiechnął się. Nie in­teresowały go sprawy religii, toteż nigdy nie próbował dowiedzieć się, co znaczy owo doroczne błazeństwo, ale był pewien, że Godbole jest kochanym starcem. To za jego sprawą przyjechał do Mau i został ze względu na niego. Bez Godbole'a nigdy by nie dotarł do sedna tutejszych problemów, tak odmiennych od tego, co działo się w Czandrapurze. Bo tutaj linia podziału przebiegała między braminami i nie-braminami; muzułmanie i Anglicy nie mieli w tym wyścigu żadnych szans, czasem nie wspominano nawet o nich przez całe dnie. Ponieważ Godbole był braminem, Aziz był nim także, żeby zaintrygować innych: często żartowali ze sobą na ten temat. Niezliczone są szczeliny w ziemi Indii: hinduizm, tak jednolity z pewnej odległości, rozszczepia się na sekty i klany, które rozchodzą się niczym promienie i znów się łączą, i zmieniają nazwę, zależnie od tego, z jakiej strony się do nich podchodzi. Latami możesz go studiować z pomocą najlep­szych nauczycieli, ale kiedy podniesiesz głowę i spojrzysz, nic z tego, co ci powiedzieli, właściwie nie pasuje. Aziz w dniu objęcia stanowiska oświadczył: „Ja niczego nie studiuję, ja tylko szanuję", co zrobiło doskonałe wrażenie. Wszelkie uprzedzenia względem niego wyraźnie osłabły. Nominalnie podległy lekarzowi hinduskiemu, w rzeczywistości był głównym medykiem dworu.

[…]

Życie płynęło przyjemnie, klimat był zdrowy, więc dzieci mogły być z nim przez cały rok, a on ożenił się ponownie - ściśle biorąc nie było to małżeństwo, ale chętnie je za takie uważał - i czytał perską poezję, sam pisał wiersze, jeździł konno i czasem nawet trochę polował, a poczciwi wyznawcy hinduizmu udawali, że tego nie widzą. Jego wiersze miały zawsze ten sam temat - kobiety Wschodu. „Parda musi zniknąć - brzmiał ich motyw przewodni -inaczej nigdy nie będziemy wolni". I oznajmiał (puszczając wodze fantazji), że Indie nie zostałyby podbite, gdyby kobiety walczyły na równi z mężczyznami w bitwie pod Plassy [starcie zbrojne, które miało miejsce dnia 23 czerwca 1757 r. w Bengalu. W starciu udział wzięły wojska Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej oraz Hindusi pod wodzą Nawaba Bengalu Siraja Ud Daulach – przyp. aut.]. „Ale nie pokazujemy naszych kobiet cudzoziemcom" - dodawał, nie wyjaśniając, jak należy rozwiązać tę sprawę, bo przecież pisał wiersz. Słowiki perskie i róże nadal trwały na posterunku, cały patos pokonanego islamu pozostał mu we krwi i żadne nowoczesne chwyty nie mogły go stamtąd usunąć. Nielogiczne wiersze - jak ich autor. A przecież brzmiała w nich prawdziwa nuta: nie ma ojczyzny bez nowych domów. W jednym wierszu - jedynym, jaki spodobał się śmiesznemu staremu Godbole'owi - prześliznął się po ojczyźnie (której nie kochał prawdziwą miłością) i przeszedł wprost do problemu międzynarodowości.

[…]

Lekarz hinduski, sekretarz osobisty i zaufany sługa pozostali przy zwłokach, natomiast Azizowi przypadł obowiązek pokazania się ludziom i wprowadzenia ich w błąd. Bardzo lubił starego władcę i może przy jego następcy nie będzie mu się dobrze wiodło, ale nie mógł jeszcze brać sobie do serca takich spraw, bo sam uległ złudzeniom, które pomagał tworzyć. Dzieci wciąż biegały dokoła, polując na żabę, którą chciały wpuścić Mohammedowi Latifowi do łóżka, małe głuptasy. W ogrodzie przy domu były setki żab, ale one się uparły, żeby złapać żabę w forcie. Zameldowały, że w dole widać dwa tropikalne hełmy. Fielding i jego szwagier, zamiast odpoczywać po podróży, wspinali się w stronę grobu świętego.

[…]

Punkt kulminacyjny stanowił taniec dójek przed Kryszną i jeszcze wspanialszy taniec Kryszny przed dójkami, kiedy to muzyka i muzycy wirowali wśród granatowych szat aktorów, wwiercając się w ich połyskujące korony, i wszystko stawało się jednością. Radża i jego goście zapominali wówczas, że jest to popis sceniczny, i oddawali cześć aktorom. Nic takiego nie mogło zdarzyć się dzisiaj, albowiem śmierć przerywa wszystko. Tu przerywała może mniej niż w Europie, jej patos jest mniej dominu­jący, jej ironia nie tak okrutna. Było, niestety, dwóch pretendentów do tronu, którzy znajdując się teraz w pałacu, podejrzewali, co się stało, ale nie robili trudności, bo religia jest w hinduizmie żywą siłą i potrafi w pewnych chwilach stłumić wszystkie niskie i przelotne odruchy w naturze jego wyznawców. Weselono się nadal, dziko i szczerze, ludzie kochali się nawzajem i instynktownie unikali wszystkiego, co mogłoby komuś sprawić przykrość czy ból. Aziz nie mógł tego zrozumieć, podobnie jak nie zrozumiałby tego przeciętny chrześcijanin. Zdumiewało go, że z Mau tak nagle znikała podejrzliwość i egoizm.

[…]

Jeden z listów leżących na pianinie - bardziej interesujący - był od Heaslopa do Fieldinga. Rzucał pewne światło na mentalność jego dawnego przyjaciela, co jeszcze bardziej wzburzyło Aziza. Sporo tam było o Ralphie Moore, który z listu wydawał się prawie imbecylem... „Mojego brata przekaż dalej, kiedy tylko zechcesz. Piszę do ciebie, bo pewnie w pierwszej chwili zrobi złe wrażenie". I dalej: „Całko-wicie się zgadzam - życie jest za krótkie, żeby pielęgnować urazy, ulżyło mi też, kiedy się dowiedziałem, że uznałeś za możliwe współpracować w pewnej mierze z ciemiężycielami Indii. Potrzeb­ne nam jest teraz jak najszersze poparcie. Mam nadzieję, że kiedy Stella następnym razem zawędruje w moje strony, przywiezie cię ze sobą, a ja urządzę was tak wygodnie, jak może to zrobić kawaler, bo na pewno już czas, żebyśmy się spotkali. Małżeństwo mojej siostry z tobą zaraz po śmierci matki, a także moje własne trudności, wszystko to wytrąciło mnie z równowagi i zachowałem się niezbyt rozsądnie. Pora chyba, żebyśmy to jakoś załatwili, jak sam mó­wisz - obciążmy konto obu stron. Cieszy mnie wiadomość o twoim synu i dziedzicu. Jak któreś z was będzie znowu pisało do Adeli, niech przekaże jej parę słów ode mnie, bo i z nią chciałbym się pojednać. Masz szczęście, że nie jesteś teraz w Indiach Brytyjskich. Incydent po incydencie, wszystkie na skutek propagandy, ale nie potrafimy dotrzeć do wspólnego źródła. Im dłużej człowiek żyje, tym większej nabiera pewności, że wszystko jest ze sobą powiąza­ne. Osobiście uważam, że to Żydzi".

[…]

Ona pana kochała. Tak, pana matka była moim najlepszym przyjacielem na świecie. - Umilkł, zdumiony rozmiarem swojej wdzięczności. Do czego sprowadzała się ta wieczna dobroć pani Moore? Do niczego, jeśli poddać ją próbie myśli. Nie złożyła zeznań na jego korzyść, nie odwiedziła go w więzieniu, a jednak przeniknęła do samej głębi jego serca i zawsze ją wielbił. - To jest nasz monsun, najlepsza pogoda - powiedział teraz, spoglądając na światła pro­cesji, które falowały, jak gdyby wyhaftowane na poruszającej się kurtynie. - Ach, jaka szkoda, że nie mogła ich zobaczyć, tych naszych deszczów. To czas szczęścia dla wszystkich istot, młodych i starych. Oni tam są szczęśliwi w tym swoim dzikim hałasie, chociaż nie możemy ich zrozumieć. Mają pełne zbiorniki, więc tańczą, i takie są Indie. Wolałbym, żeby pan nie był w towarzystwie urzędników, bo wtedy pokazałbym panu mój kraj, ale nie mogę. Może wezmę pana na wodę teraz, na krótkie pół godziny.

[…]

Znowu jako przyjaciele, lecz świadomi, że już się więcej nie spotkają, Aziz i Fielding wyruszyli na ostatnią przejażdżkę po dżungli Mau. Wody opadły i radża oficjalnie umarł, więc grupa gości z pawilonu odjechała następnego ranka, jak tego wymagały dobre obyczaje. Żałoba z jednej strony, nastrój świąteczny z drugiej sprawiły, że wizyta okazała się nieudana. Fielding właściwie nie widział Godbole'a, który codziennie obiecywał oprowadzić go po College'u imienia króla i cesarza Jerzego Piątego, co było głównym celem wizyty, ale zawsze znajdował jakąś przeszkodę. Tego popołudnia Aziz wyjawił, co zaszło: college został przekształcony w spichlerz i minister oświaty nie bardzo chciał się do tego przyznać swojemu dawnemu dyrektorowi. Otwarcia szkoły dokonał doradca gubernatora zaledwie ubiegłego roku i na papierze szkoła nadal rozkwitała; Godbole miał nadzieję, że wznowi naukę, zanim ktokolwiek zauważy brak tej uczelni, i że zgromadzi znowu uczniów, zanim oni sami spłodzą dzieci. Fielding śmiał się z tego bałaganu i marnotrawstwa energii, ale nie podróżował już z tak małym bagażem, jak niegdyś; oświata była jego stałą troską, bo od niej zależały jego zarobki i dobrobyt rodziny. Wiedział, że niewielu Hindusów uważa oświatę za coś z gruntu dobrego, i bolał nad tym z wielu powodów. Zaczął mówić przykre rzeczy na temat państw indyjskich, ale życzliwość Aziza zbiła go z tropu. Tak czy owak, to pojednanie należało uznać za wielki sukces.

[…]

Co chcesz przez to powiedzieć? Czy Stella nie jest ci wierna? To mnie napawa głębokim niepokojem. Fielding zawahał się. Małżeństwo nie dawało mu pełnego zadowolenia. W sensie fizycznym odnalazł dawną namiętność -ostatni zryw przed obciążeniami wieku średniego - ale wiedział, że żona nie kocha go tak, jak on ją kocha, i wstydził się, że prześladuje Stellę swoją miłością. Jednakże w czasie pobytu w Mau sytuacja uległa poprawie. Wydawało się, że wreszcie połączyła ich więź - owa więź niezależna od żadnego z uczest­ników, a tak niezbędna we wszelkich wzajemnych stosunkach. Mówiąc językiem teologii, ich związek został pobłogosławiony. Mógł spokojnie zapewnić Aziza, że Stella jest mu nie tylko wierna, ale prawdopodobnie będzie jeszcze wierniejsza; i starając się wyjaśnić coś, co nie było jasne dla niego samego, dodał stłumionym głosem, że różni ludzie mają różne punkty widzenia.

[…]

Kiedy skończył, zwierciadło krajobrazu było strzaskane, łąka rozdrobniła się na motyle. Poemat o Mekce... Kaaba Przymierza... cierniste głogi, w których pielgrzymi umierają, zanim ujrzą Przyjaciela... wszystko to przemknęło koło niego teraz; pomyślał o swojej żonie. A wtedy nadszedł koniec całej tej na pół-mitycznej, na pół-zmysłowej przemiany, tak charakterys­tycznej dla jego życia duchowego, jakby to było obsunięcie się ziemi, i wszystko wróciło na swoje właściwe miejsce, a on znalazł się na przejażdżce po dżungli w towarzystwie drogiego Cyryla. Och, bądź cicho - powiedział. Nie psuj naszych ostatnich chwil głupimi pytaniami. Daj spokój Krysznie i pomówmy o czymś rozsądnym. I tak się stało. W drodze powrotnej do Mau cały czas spierali się o politykę. Obaj nabrali wewnętrznej siły od czasów Czandrapuru i taka ostra utarczka okazała się czymś miłym. Ufali sobie, chociaż mieli się rozstać, może właśnie dlatego, że mieli się rozstać. Fielding „nie widział już żadnego pożytku z uprzejmości", przez co chciał powiedzieć, że Imperium Brytyjskiego naprawdę nie można obalić, ponieważ jest nieuprzejme.

[…]

Dlaczego nie możemy być przyjaciółmi już teraz? – spytał Fielding, obejmując go serdecznie. Ja tego chcę. Ty tego chcesz. Ale konie tego nie chciały - odskoczyły od siebie; nie chciała tego ziemia, zagradzając drogę skałami, przez które jeźdźcy musieli przejeżdżać jeden za drugim. Świątynie, zbiornik, więzienie, pałac, ptaki, padlina, pawilon dla Europejczyków, który się ukazał, kiedy wynurzyli się spomiędzy drzew i zobaczyli pod sobą Mau: one wszystkie tego nie chciały, mówiąc tysiącem głosów: „Nie, jeszcze nie", gdy tymczasem niebo mówiło: „Nie, nie tam".

Edward Morgan Forster, Droga do Indii

Sfilmowana powieść historyczno-obyczajowa Edwarda Morgana Forstera – angielskiego prozaika, eseisty i krytyka literackiego przenosi akcję tej klasycznej opowieści do środkowych i północnych Indii kontynentalnych, w ujęciu historyczno-kolonialnym to dokładnie do Indii Brytyjskich, do miejscowości takich, jak Czandrapur w stanie Maharasztra, czy Mau w stanie Uttar Pradesh, generalnie w lata dwudzieste ubiegłego wieku. Do grona urzędników brytyjskiego dominium kolonialnego w Indiach dołączają dwie Angielki leciwa Pani Moore i młoda Adela Quested, które trafiają można powiedzieć w sam środek burzliwych wydarzeń ścierania się ze sobą dwóch kultur: miejscowego Wschodu i przybyłego Zachodu. W czasie wycieczki krajoznawczej do fikcyjnych grot marabarskich następuje kulminacja narastającej nieufności i wrogości, jaką okazują cudzoziemcy z Zachodu gardzący odmiennymi zwyczajami i rasą pomogolskiego Hindustanu. Podczas potyczki sądowej o naruszenie dóbr cielesnych Adeli przez oskarżonego lekarza-muzułmanina Aziza, okazuje się, że gorzkie oskarżenie jest jedynie pomówieniem, z kolei urzędnicza nieżyczliwość uprzedzeniami najeźdźców brytyjskich. Powieść Forstera pokazuje, że wszelkie uprzedzenia rasowe i kulturowe to również osobliwa fikcja, że nad różnicami światopoglądowymi czy interesami bieżącymi można jednak zbudować mosty indywidualnych przyjaźni.



powrót ››