12.09.2025

„W rzeczywistości
nikt nie wie, jak
wygląda
prawda w tej kwestii.”
Jean Le Coq
„Nie czerpią żadnej przyjemności
z gwałtu.
W istocie jest dla nich źródłem
największej rozpaczy”
„Kiedy jednak ludzie
tacy znajdują się na szczycie i
czują się bezpiecznie,
Fortuna zrzuca ich ponownie
w błoto,
oni zaś kończą niżej niż zaczynali”.
[…]
W MROŹNY PORANEK, kilka dni po Bożym Narodzeniu 1386 roku, tysiące ludzi przybyły na pole za paryskim klasztorem, żeby obejrzeć pojedynek dwóch rycerzy. Stawką było życie. Prostokątne pole turniejowe otoczono drewnianym ogrodzeniem, wokół którego ustawiono zbrojnych we włócznie strażników. Karol VI, osiemnastoletni król Francji, wraz z dworzanami zajmował barwnie zdobione trybuny na jednym krańcu, zaś nieprzeliczone rzesze gapiów tłoczyły się wokół pola walki. Wojownicy w pełnej zbroi, każdy z przypasanym mieczem i sztyletem, siedzieli na przypominających trony krzesłach ustawionych przed masywnymi bramami na przeciwległych końcach pola turniejowego. Przy każdej z bram służący przytrzymywali niespokojnego konia bojowego w pełnym rynsztunku, a księża w pośpiechu składali ołtarz i zbierali krucyfiksy, na które przed chwilą przysięgali rywale. Na znak dany przez marszałka uczestnicy pojedynku dosiedli wierzchowców, chwycili za kopie i pogalopowali na pole walki. Strażnicy zatrzasnęli bramy i zamknęli rycerzy wewnątrz ostrokołu. Pozbawieni możliwości ucieczki mieli stoczyć bezlitosną walkę, dopóki śmierć jednego z nich nie wskaże winnego i nie ujawni boskiego werdyktu w ich sporze. Rozentuzjazmowana ciżba obserwowała nie tylko zaciekłych wojowników i młodocianego króla otoczonego licznym dworem, lecz także piękną młodą kobietę w żałobie i pod strażą, siedzącą samotnie na pokrytym czarnym suknem szafocie, który górował nad polem turniejowym.
[…]
RÓD DE CARROUGES należał do Normanów lojalnych wobec władców Francji. W 1380 roku jego członkowie złożyli hołd młodocianemu Karolowi VI. Jean de Carrouges III, wtedy już koło sześćdziesiątki, dorastał w początkowym okresie wojny stuletniej i brał udział w licznych kampaniach przeciwko Anglikom. Rycerz był wasalem hrabiego Perche, który mianował go kapitanem załogi twierdzy Belleme, ważnego i pożądanego zamku. Jean był również wicehrabią Belleme, miejscowym urzędnikiem królewskim - odpowiednikiem angielskiego namiestnika królewskiego czy szeryfa. W 1364 roku pomagał zebrać pieniądze na okup za króla Jana. Szacowny rycerz poślubił Nicole de Buchard, dobrze urodzoną damę, z którą miał co najmniej trójkę dzieci. Gniazdem rodowym Jeana było Carrouges, ufortyfikowane miasteczko na szczycie wzgórza znajdujące się około dwudziestu kilometrów od Alenęon. Według legendy ród de Carrouges narodził się z krwi i przemocy. Jedna z historii opowiada o przodku, hrabim Ralfie, który zakochał się w czarodziejce i spotykał się z nią przy źródle na leśnej polanie - do czasu, aż pewnej nocy zazdrosna żona hrabiego zaczaiła się na kochanków ze sztyletem. Nazajutrz znaleziono niewiernego męża z poderżniętym gardłem. Hrabina uniknęła podejrzeń mimo tajemniczego czerwonego znaku, który pojawił się na jej twarzy. Niedługo potem urodziła synka imieniem Karle. Gdy chłopiec skończył siedem lat, u niego także pojawiło się takie samo czerwone znamię, od którego nazwano go Karle le Rouge [z fr. - Karle Czerwony - przyp. tłum.]. Dopóki gniew czarodziejki nie minął, wszystkie dzieci w rodzinie były naznaczone tym piętnem. Trwało to siedem pokoleń. Imię Karle le Rouge przekształciło się w Carrouges, tak przynajmniej głosi legenda. Czerwień jest obecna również w herbie rodziny, na którym widnieje karmazynowe pole ze srebrnymi lilijkami.
[…]
Hrabia Pierre d’Alenęon należał do najbogatszych i najpotężniejszych baronów we Francji. Jako trzeci syn Charles’a de Valois był również spokrewniony z wieloma koronowanymi głowami. W 1363 roku, w wieku dwudziestu paru lat, razem z innymi młodymi francuskimi szlachcicami został wysłany do Anglii w charakterze zakładnika mającego zagwarantować zapłacenie okupu za króla Jana. Pierre pozostał w Anglii przez ponad rok. Wrócił do Francji w 1364 roku, po śmierci króla Jana II Dobrego. Pierre był trzecim synem i miał niewielką szansę na oddziedziczenie tytułu hrabiowskiego. Mimo to po powrocie z Anglii nagły uśmiech fortuny przyniósł mu ogromne bogactwa i wysoki status -jego dwaj starsi bracia wstąpili bowiem do stanu duchownego i jako arcybiskupi szybko zyskali niemałą władzę, okupioną jednak koniecznością zrzeczenia się dziedzicznych ziem i tytułów. W 1367 roku, nie skończywszy jeszcze trzydziestu lat, Pierre został hrabią Alenęon i panem rozległych włości. W 1371 podwoił swój stan posiadania dzięki małżeństwu z Marie Chamaillart, wicehrabiną, która wniosła do jego dóbr pięć kolejnych lenn. Z czasem hrabia Pierre pozyskiwał jeszcze więcej ziem i bogacił się na corocznych czynszach. Gdy w 1377 roku zmarł jego brat Robert, Pierre’owi przypadły w udziale wszystkie grunty w Perche, a także fortece w Belleme i Exmes. To wszystko nie ugasiło żądzy ziemi Pierre’a, który zdecydował się na kupno nowych dóbr. Do najważniejszych nabytków należało Argentan, warowne miasto na szczycie wzgórza, leżące około czterdziestu kilometrów na północ od Alenęon. Piękne Argentan położone w strategicznym miejscu zaliczało się do ulubionych rezydencji Henryka II w czasie, gdy Normandia znajdowała się pod panowaniem Anglików. Hrabia Pierre zapragnął je zdobyć. W 1372 roku kupił miasto, zamek i okoliczne ziemie za sześć tysięcy liwrów w złocie. Pierre natychmiast przebudował starą siedzibę w Argentan i przeniósł się tam razem z całym dworem. Pałac - imponująca czteropiętrowa budowla z romańskimi oknami i trzema wieżami zwieńczonymi ostrokątnymi dachami - zachował się do dzisiejszych czasów. Na drugim piętrze znajdowała się wielka sala o ścianach zdobionych kosztownymi gobelinami, gdzie hrabia w otoczeniu dworu zasiadał na bogato rzeźbionym tronie, aby wydawać rozkazy, rozsądzać spory i przyjmować gości. Koło południa w wielkiej sali rozstawiano stoły i hrabia spożywał tam obiad w towarzystwie rycerzy, giermków, kleryków i gości. Tam też - jak głosi plotka - przyjmował swoje kochanki, między innymi Jeanne de Maugastel, żonę jednego z wasali, z którą miał nieślubnego syna. Hrabia Pierre wypełniał także małżeński obowiązek względem swojej żony Marie, która w ciągu pierwszych czternastu lat małżeństwa dała mu ośmioro dzieci.
[…]
POD KONIEC LAT SIEDEMDZIESIĄTYCH XIV wieku, niedługo po złożeniu przysięgi wierności hrabiemu Pierre’owi i dołączeniu do jego dworu, Jean de Carrouges doświadczył niepowetowanej straty: jego żona Jeanne zachorowała i zmarła. Wkrótce po tym nieszczęściu nastąpiła inna katastrofa: śmierć kilkuletniego synka, którego ojcem chrzestnym był Jacques Le Gris. Niemal równocześnie Jean stracił żonę i jedynego dziedzica. Przyczyną obu śmierci mogła być każda z nieuleczalnych wówczas chorób, takich jak dżuma, tyfus, cholera, ospa i dyzenteria, które pustoszyły średniowieczną Europę i dziesiątkowały jej mieszkańców z przerażającą regularnością. Jeanne prawdopodobnie zmarła w połogu, co często zdarzało się kobietom w średniowieczu, które rodziły w bardzo niehigienicznych warunkach. W razie komplikacji, które występowały nader często, nie mogły liczyć na pomoc medyczną. Wiele z nich umierało po porodzie z powodu zakażenia. Niedługo po utracie rodziny Jean opuścił dom, aby zaryzykować życie w walce. W 1379 roku, przed pozostawieniem królestwa zaledwie dziesięcioletniemu synowi, niedomagający Karol V postanowił wyprzeć Anglików z Normandii. Powołał wojsko pod dowództwem Jeana de Vienne, uznanego francuskiego admirała. Jean de Carrouges dołączył do królewskiej kampanii jesienią 1379 roku i służył w Dolnej Normandii pod dowództwem de Vienne’a na czele oddziału giermków. Każdy z uczestników wojny, podobnie jak Jean, musiał we własnym zakresie wyposażyć się w zbroję, broń, służących i wierzchowce, a jego dzienny żołd wynosił pół liwra.
[…]
W 1380 ROKU, KIEDY koronowano nowego władcę Francji, Jean de Carrouges z powodzeniem zakończył poszukiwania kandydatki na żonę. Wkrótce po powrocie z kampanii na Półwyspie Normandzkim poślubił dziedziczkę imieniem Marguerite. Była ona jedynaczką pochodzącą ze starego normandzkiego rodu, wcześniej niezamężną, a w chwili zaręczyn prawdopodobnie nie ukończyła jeszcze dwudziestu lat. Młoda, szlachetnie urodzona, bogata i bardzo piękna wydawała się wymarzoną żoną dla szlachcica chcącego zadbać o ciągłość rodu i przekazanie włości spadkobiercy. Jako jedynaczka Marguerite miała też wnieść do małżeństwa duży posag, a w przyszłości odziedziczyć znaczącą część rodowych ziem i dóbr. Stanowiła wyborną partię pod każdym względem. Jeden z kronikarzy opisał ją następująco: „młoda, piękna, dobra, rozsądna i skromna” - ostatnim określeniem dawał do zrozumienia, że mimo urody nie była kokietką. Inny ukazał taki portret Marguerite: „bardzo piękna i dzielna kobieta”. Tylko jedno świadectwo, autorstwa mnicha odnoszącego się do kobiet z wyraźną podejrzliwością, nie wychwala jej urody i charakteru. Sam Jean de Carrouges zeznał w sądzie, że jego żona jest „młoda i piękna”, a jednocześnie „cnotliwa i skromna”, choć oczywiście nie był obiektywny i miał w tym swój interes. Portret Marguerite zdobił niegdyś tę samą ścianę w opactwie w Caen, na której ukazano jej walecznego męża, ale czas zatarł również jej wizerunek i dziś nie dysponujemy żadnym szczegółowym opisem jej wyglądu. Niemniej ówcześni ludzie pióra i artyści pozostawili wiele świadectw tego, co uważali za godne podziwu u kobiety. Idealna dama pochodząca z północnej Francji miała mieć złote włosy, jasne czoło, brwi wygięte w łuk, szaroniebieskie oczy, kształtny nos, małe, lecz pełne czerwone usta, świeży oddech i brodę z dołeczkiem. Powinna wyróżniać się także smukłą szyją, śnieżnobiałym dekoltem oraz „postacią delikatną i kształtną”, a ponadto nosić długą lnianą szatę (chainse), zwykle białą, ale z okazji specjalnych uroczystości w jaskrawych kolorach. Większość arystokratek przyozdabiała się także klejnotami: nosiły brosze, naszyjniki lub złote pierścienie ze szlachetnymi kamieniami. Do obowiązków pani na zamku (chatelaine), takiej jak Marguerite, należało prowadzenie domu i wspomaganie męża w zarządzaniu posiadłością. Choć młoda małżonka miała zaledwie kilkanaście lat, oczekiwano, że w czasie częstych wyjazdów Jeana na dwór albo na wojnę będzie zarządzać zamkiem, nosząc przy pasie długiej sukni pęk kluczy otwierających piwnice, skrzynie i magazyny. Jej zadaniem było też zlecanie służbie codziennych zadań, nadzorowanie wychowania dzieci oraz zapewnianie wygody gościom, a także przewodniczenie wspólnym posiłkom przy długim stole w wielkiej sali. Jako że Marguerite miała polityczne wpływy wśród wysoko urodzonych krewnych i przyjaciół, mogła też nieoficjalnie doradzać mężowi w różnych sprawach, nie tylko związanych z dworem.
[…]
Małżeństwo z Marguerite miało tylko jedną wadę, która początkowo wywołała u Jeana wiele wątpliwości. Dziewczyna była córką okrytego złą sławą Roberta de Thibouville, normandzkiego rycerza, który dwukrotnie zdradził królów Francji. Tego podwójnego aktu zdrady Robert dopuścił się długo przed narodzinami Marguerite, na początku lat sześćdziesiątych XIV wieku. Czyn ten jednak położył się cieniem na rodzinie, a do dziewczyny przylgnęła łatka „córki zdrajcy”.
[…]
Ryzyko związane z poślubieniem córki zdrajcy było niewielkie w porównaniu z kłopotami, jakie Jacques ściągnął na siebie, wdając się w spór o Aunou-le-Faucon. Domagając się zwrotu utraconych ziem, obraził i zniechęcił do siebie Jacques’a Le Gris, starego przyjaciela pełniącego podobnie jak on urząd szambelana na dworze. Sprzeciwił się też hrabiemu Pierre’owi, swojemu seniorowi, który zapewniał mu poparcie i ochronę. Z tych względów jego nazwisko zaczęło się źle kojarzyć na dworze królewskim. Zaledwie po trzech latach służby u hrabiego Pierre’a Jean dał się poznać jako wyjątkowy zawistnik i kłótnik - nawet jak na normandzkie standardy. Przyjaźń między de Carrouges’em i Le Grisem osłabła już przed procesem - powodem była rywalizacja o względy hrabiego Pierre’a - jednak ostatecznie poróżnił ich spór o Aunou-le-Faucon. Dowodem zerwania relacji jest fakt, że Le Gris - który był ojcem chrzestnym syna Jeana, co świadczyło o wyjątkowej zażyłości i zaufaniu - nie zjawił się na ceremonii ślubnej dawnego przyjaciela i najwyraźniej nie było go wśród gości fetujących młodą parę. Być może Le Gris był wtedy zajęty własnymi sprawami, choć wydaje się bardziej prawdopodobne, że w ogóle nie został zaproszony na uroczystość. Jacques bowiem nie tylko opuścił ślub, ale też nie poznał samej Marguerite.
[…]
Jean, próbując zrównoważyć niedawno poniesione straty dzięki posiadanej gotówce - być może pochodzącej z posagu Marguerite - postanowił zdobyć nowe ziemie. 11 marca 1383 roku kupił od rycerza Jeana de Vauloger dwa lenna: Cuigny i Plainville. Obie posiadłości, jedna położona pod Argentan, a druga w północnej części regionu noszącej nazwę Calvados, były wybornymi lennami zapewniającymi duże plony i wysokie czynsze. Nie dziwi więc, że de Carrouges zapragnął zdobyć te ziemie, chociaż położenie Cuigny - włości znajdowały się dokładanie pomiędzy dobrami należącymi do hrabiego Pierre’a i Jacques’a Le Gris - powinno go zaniepokoić. On jednak zignorował ten fakt. Zakup wkrótce obrócił się przeciwko niemu - 23 marca 1383 roku, zaledwie dwadzieścia dni po nabyciu ziem, hrabia Pierre upomniał się o oba majątki należne mu zgodnie z prawem pierwszeństwa i zażądał, by Jean mu je oddał [zgodnie z prawem feudalnym wasal nie mógł sprzedać ani kupić ziem należących do rodu bez zgody seniora. Jeśli prawo do lenna wygasało z powodu śmierci dzierżawcy bez spadkobiercy, wracało ono do seniora, który mógł przyznać je innemu wasalowi – przyp. tłum.]. Czy Jean, kupując ziemię, nie wiedział, że lenno było obłożone prawem pierwszeństwa? A może wiedział o przysługującym hrabiemu prawie pierwszeństwa, a mimo to postanowił dobić interesu? Znając jego kłótliwą naturę, można przypuszczać, że sprawy właśnie tak się przedstawiały. Ta samo buńczuczność, która uczyniła z niego groźnego żołnierza i bez wątpienia wielokrotnie uratowała mu życie na polu walki, stała się przyczyną jego porażki na dworze w Argentan. Tam bowiem awans osiągano dzięki taktowi i dyplomacji, nie zaś zuchwałością czy brutalną siłą. Na mocy prawa pierwszeństwa, do którego odwołał się hrabia Pierre, de Carrouges był zmuszony oddać Cuigny i Plainville, nim wszedł w ich pełne posiadanie. Hrabia zwrócił Jeanowi sumę, którą ten zapłacił za dwa lenna. Ta porażka oznaczała dla Jeana nie tylko utratę ziem i renty feudalnej, którą mógłby uzyskać z tych cennych włości, nie tylko brak prawa do dziedziczenia tych dóbr przez jego spadkobierców, lecz stanowiła także kolejne upokorzenie na dworze w Argentan.
[…]
Choć Jeana wezwano do odbycia służby u boku seniora w 1383 roku, w czasie kampanii flandryjskiej, został odesłany do domu już po ośmiu dniach, co było kolejnym dowodem chłodnych stosunków między nim a hrabią. Dla Marguerite musiał to być trudny okres - zaledwie trzy lata po ślubie jej gniewny i kłótliwy mąż odciął się od dworu i osiadł w donżonie, gdzie za grubymi ścianami pomstował na spotykające go niepowodzenia. Bez wątpienia wiele się nasłuchała o Jacques’u Le Gris, choć jeszcze nigdy nie miała okazji go spotkać. JEAN ZERWAŁ KONTAKTY z hrabią Pierre’em i Jacques’em Le Gris co najmniej na rok, w tym okresie nie bywał też na dworze. Dopiero w 1384 roku, gdy od początku waśni minęło ponad dwanaście miesięcy, nastąpiło ocieplenie stosunków. Do wydarzenia, które zakończyło jego dobrowolne wycofanie się z dworu hrabiego Pierre’a, doszło jesienią lub w tygodniach poprzedzających Boże Narodzenie.
[…]
Gdy jednak Jean z Marguerite u boku weszli do wielkiej sali zamku, zauważyli, że wśród zgromadzonych jest Jacques Le Gris. Giermek razem z innymi gośćmi popijał wino i dobrze się bawił. Marguerite nigdy wcześniej go nie widziała. Cała jej wiedza o nim pochodziła od męża, który nie powiedział o byłym kompanie ani jednego dobrego słowa. De Carrouges i Le Gris, niegdyś bliscy przyjaciele, później rywale, a wreszcie wrogowie, zmierzyli się wzrokiem, stojąc po przeciwnych stronach komnaty. Pozostali goście, zauważywszy wymianę spojrzeń, zastygli, jakby zobaczyli błyskawicę i czekali na grzmot. Spór między mężczyznami był przedmiotem wielu plotek i miejscowa szlachta doskonale się orientowała w ich zajadłej walce o ziemie, tytuły oraz przywileje na dworze hrabiego. Nie doszło jednak do wybuchu gniewu, wymiany obelg, wyzwań ani gróźb. Byli przyjaciele nie próbowali też zignorować kłopotliwego spotkania. Przeciwnie - ruszyli ku sobie, co ułatwiły im ogólnie panująca wesołość i duża ilość wina. Gwar i śmiechy umilkły w oświetlonej pochodniami wielkiej sali, a wszyscy zebrani z uwagą śledzili ich poczynania.
[…]
Z powodu sporu męża z Le Grisem pani de Carrouges zapewne nie darzyła tego drugiego ciepłymi uczuciami. W ciągu ostatnich lat Jean przedstawiał rywala w najgorszych barwach i nie stronił od plotek przedstawiających Le Grisa jako kobieciarza. Ze względu na tak złe prowadzenie się - nawet jeśli były to tylko pogłoski - nie był on dobrym kandydatem na przyjaciela czy znajomego młodej zamężnej kobiety. Dlatego może dziwić fakt, że Jean polecił żonie pocałować Le Grisa - od dawna znienawidzonego wroga, którego oskarżał o swoje liczne niepowodzenia. Nawet jeśli zostało to wcześniej zaplanowane i Marguerite o wszystkim wiedziała, miała prawo uznać, że mąż posunął się trochę za daleko, każąc jej pocałować Jacques’a. Tego czynu, spowodowanego dużą ilością wypitego wina, Jean miał później gorzko żałować. Można przypuszczać, że Jacques Le Gris był równie zaskoczony jak Marguerite. Ledwie pogodził się z de Carrouges’em po latach zaciekłej waśni i oziębłych stosunków, a młoda, piękna żona dawnego wroga niespodziewanie podchodzi do niego i całuje go w usta. Wcześniej Le Gris słyszał, że Marguerite jest pięknością, ponieważ ślub Jeana z młodą dziedziczką był szczegółowo omawiany na dworze. Dotąd jednak nigdy jej nie widział.
[…]
NASTĘPNEJ WIOSNY, NADAL cierpiąc z powodu niepowodzeń na dworze hrabiego Pierre’a, mimo zawartej niedawno zgody z Le Grisem, Jean de Carrouges postanowił wyjechać z Normandii, aby szukać okazji do wzbogacenia się i awansu za granicą. Przyłączył się do francuskiej kampanii wojennej w Szkocji. Rozpoczęła się ona w 1385 roku na rozkaz króla Francji. Armia złożona z francuskiego rycerstwa i zbrojnych miała popłynąć do Edynburga, tam połączyć się z siłami szkockimi, następnie pomaszerować na południe, a dotarłszy do Anglii, plądrować miasta i zamki, w czasie żniw niszczyć zaś gospodarstwa i wsie. Kampanią kierował uznany dowódca Jean de Vienne. W 1373 roku, w wieku trzydziestu dwóch lat, został mianowany admirałem Francji. Zmodernizował francuską flotę wojenną, organizował obronę zamków i przewodził wielu osławionym morskim atakom na siły Anglików. Przyczynił się również do pokonania Karola II Złego w 1378 roku, a rok później w Normandii kierował kampanią, w której przez kilka miesięcy brał udział także Jean de Carrouges. Wojska admirała składały się z ponad tysiąca rycerzy i giermków oraz dwóch tysięcy kuszników i służebnych - łącznie około trzech tysięcy wojowników. Do wyprawy przyłączyli się szlachcice z całej Francji, a Jean de Carrouges stanął na czele oddziału dziewięciu giermków. De Carrouges z natury „miał skłonność do przygód”, a kampania była dla niego okazją do opuszczenia dworu w Argentan, gdzie doświadczył tak licznych upokorzeń. Dzięki męstwu okazanemu na obcej ziemi mógł nawet zdobyć pas rycerski. Przede wszystkim miał jednak nadzieję na wzbogacenie się podczas wyprawy - chciał zagrabić z angielskich zamków i miast wystarczająco dużo dóbr, aby wynagrodzić sobie szkody związane z utratą ziem.
[...]
Przed wyjazdem Jean zawiózł Marguerite do zamku jej ojca w Fontaine-le-Sorel, leżącego około trzydziestu kilometrów na południowy zachód od Rouen. Tam Marguerite dorastała, a dom opuściła zaledwie pięć lat wcześniej, by poślubić Jeana. Nie można wykluczyć, że sama wybrała Fontaine-le-Sorel jako miejsce pobytu, mimo że panią zamku była jej macocha. Alternatywa była znacznie mniej pociągająca - pozostanie z owdowiałą teściową. To miała być najdłuższa rozłąka Marguerite z Jeanem od chwili ich ślubu. Wyjazd męża mógł wzbudzić u kobiety złe przeczucia. Być może zastanawiała się, czy po pięciu latach małżeństwa Jean się nią znużył lub czy czymś go uraziła. Nadal nie dała mu dziedzica, na co przede wszystkim liczył, decydując się na ożenek. Jean stwierdził później, że do jego wyjazdu oboje „z całego serca się kochali oraz prowadzili skromne i spokojne życie”. Wydaje się również, że Jean miał dobre stosunki z rodziną żony. Kiedy przyjechali do Fontaine-le-Sorel, najpewniej w kwietniu, dołączył do nich kuzyn Marguerite, Robert de Thibouville, jeden z dziewięciu giermków towarzyszących Jeanowi w wyprawie.
[…]
Zamek Wark był wyposażony w potężny czteropiętrowy donżon. Na każdym jego poziomie wejścia bronił „ogromny kamienny łuk” i „pięć wielkich śmiercionośnych otworów”, przez które obrońcy ciskali pociski lub strzelali. Twierdza Wark znajdowała się w rękach Johna Lussebourne’a, który mieszkał tam z żoną i dziećmi. Dowiedziawszy się o nadchodzących oddziałach wroga, Lussebourne wzmocnił garnizon, a na murach zamku umieścił „ogromne bombardy”, czyli ciężkie armaty. Poza broniącymi blanek kuszami i działami zamek ze wszystkich stron otaczały szerokie rowy, które spowalniały atakujących i czyniły z nich łatwiejszy cel. Admirał de Vienne wysłał naprzód herolda z żądaniem, aby Lussebourne się poddał, i zagroził, że w przeciwnym razie wojska przejdą do oblężenia. W odpowiedzi stojący na murach John Lussebourne obrzucił wysłannika obelgami i poradził admirałowi, by wycofał oddziały, zanim padną ofiarą sztuczek zdradzieckich Szkotów. Po tej wymianie zdań rozpoczęło się oblężenie. […] Francuzi i Szkoci zaatakowali miasto 7 września. Starali się wejść na mury po drabinach „i zmobilizowali ogromne siły, chcąc zburzyć obwarowania lub zdobyć je szturmem”. Zacięte natarcie zakończyło się jednak porażką. Przekonawszy się, że nie uda im się łatwo zdobyć miasta, złupić go lub zniszczyć, a także z obawy przed walką w głębi ziem wroga, najeźdźcy zdecydowali się na zakończenie bezowocnego oblężenia. Gdy Francuzi i Szkoci wracali na północ, dokonując po drodze kolejnych grabieży, dosięgła ich katastrofa. Henry Percy, syn i dziedzic hrabiego Northumberland, nagle zaatakował ich wojska od tyłu. Młody Henry, ze względu na swoje umiejętności jeździeckie i gwałtowną naturę zwany Hotspur [z ang. - gorąca ostroga - przyp. tłum.], zaatakował wrogów nocą, „wielu zabijając, a innych zmuszając do ucieczki”, wziął także do niewoli jeńców - „dwadzieścia sześć majętnych osobistości”. Jean de Carrouges i Robert de Thibouville mieli szczęście - zdołali uniknąć zarówno śmierci, jak i niewoli. Revue wojsk admirała sporządzony około miesiąca później, 28 października, wskazuje, że Jean stracił pięciu spośród dziewięciu swoich kompanów. Nie można wykluczyć, że niektórzy zginęli we wcześniejszych bitwach albo zmarli z powodu chorób. Inni mogli jednak polec podczas zajadłego i niespodziewanego uderzenia Henry’ego Hotspura. Ten atak na wycofujących się Francuzów był - jak się miało okazać - ostatnią bitwą tej kampanii.
[…]
Straciwszy zdrowie, pieniądze i pięciu towarzyszy, a także pół roku na bezowocnej wyprawie, Jean de Carrouges wrócił z jedną wymierną nagrodą za swoje trudy: pasem rycerskim. W spisie wojsk francuskich przeprowadzonym pod koniec października, po ich powrocie ze Szkocji, został wymieniony jako „pan Jean de Carrouges, rycerz”, co wskazuje, że otrzymał tytuł wiosną lub jesienią podczas kampanii angielskiej. Jean de Carrouges zbliżał się do pięćdziesiątki i dotychczas był pomijany, gdy na dworze hrabiego Pierre’a przyznawano tytuły rycerskie. Otrzymana ranga upoważniała go do tytułu Chevalier - i bez wątpienia po powrocie na dwór w Argentan nalegał, by tak się do niego zwracano. Dzięki pasowaniu jego żołd wzrósł dwukrotnie i wynosił jeden liwr za dzień, nie zdołał jednak jeszcze wyegzekwować wypłaty całego należnego mu uposażenia.
[…]
Niemal natychmiast po przybyciu do Capomesnil Jean rozpoczął przygotowania do kolejnej podróży, nie bacząc na mroźną pogodę i nadwątlone zdrowie. Wydał fortunę na pechową kampanię, a dokonane rabunki nie zrekompensowały poniesionych kosztów - nie mówiąc o przyniesieniu zysków - dlatego pilnie potrzebował gotówki. Jego dochody ledwie starczały na pokrycie codziennych wydatków, mimo że uzupełniały je czynsze z ziem wniesionych przez Marguerite w posagu. Czekały na niego niespłacone długi za wierzchowce i zapasy zakupione na wyprawę wojenną; ponadto nadal nie otrzymał należnego mu żołdu. Z tych względów zdecydował się na wyjazd do Paryża, by w stolicy odebrać należną mu wypłatę od królewskiego skarbnika, Jeana le Flament. Być może zamierzał powołać się na swoich zamożnych i wpływowych paryskich przyjaciół, którzy mogli mu pomóc w uzyskaniu królewskiego wstawiennictwa. Gdyby de Carrouges nie wchodził w liczne konflikty z hrabią Pierre’em, wystarczyłoby, żeby po pieniądze udał się do Argentan. Hrabia słynął z hojności graniczącej z rozrzutnością i obsypywał podarkami swoich protegowanych, a zwłaszcza Jacques’a Le Gris. Jednakże po licznych zaciekłych sporach z seniorem - mimo zgody zawartej z Le Grisem przed wyjazdem do Szkocji -Jean miał niewielkie szanse na współczucie i pomoc hrabiego. Duma nie pozwoliłaby mu zaś prosić o pomoc Jacques’a Le Gris.
[…]
De Carrouges wiedział też, że w Argentan ma szansę spotkać się z Jacques’em Le Gris, który nie zgłosił się na wyprawę do Szkocji, lecz pozostał w domu, by pilnować swoich interesów. A może, kiedy rok wcześniej mężczyźni godzili się w domu Jeana Crespina, czujne spojrzenie Le Grisa zatrzymało się na młodej i pięknej żonie Jeana o ułamek sekundy za długo? Nie można tego wykluczyć. Marguerite spędziła jednak większość kończącego się roku w zamku swego ojca. I choć znajdowała się teraz znacznie bliżej Argentan, pozostawała pod czujnym okiem Nicole. Dworzanie tacy jak Le Gris mogli pożądać nie tylko włości Jeana. Przed wyjazdem na wyprawę, mającą rozdzielić go z żoną na wiele tygodni, de Carrouges wziął na bok jedną ze służących Marguerite i poinstruował ją, aby podczas jego nieobecności nigdy - ani w dzień, ani w nocy -nie pozostawiała swojej pani samej. W tych sprawach ostrożności nigdy za wiele.
[…]
Do nowego podboju mogła go pchać nie sama chęć zdobycia żony rycerza, ale przede wszystkim pragnienie zemsty. Choć mężczyźni publicznie się pogodzili, giermek nie zapomniał -i najpewniej też nie wybaczył - tego, że rycerz próbował przejąć Aunou-le-Faucon. Jako faworyt seniora Le Gris uwikłał się także w spory de Carrouges’a z hrabią Pierre’em, z pewnością dotknęły go również nienawistne i pełne podejrzliwości opinie rozpowiadane na dworze przez Jeana. Jeśli w czasie swej ostatniej wizyty w Argentan de Carrouges rzucił giermkowi w twarz pogardliwe słowa, Le Gris, mający powyżej uszu obelg z jego strony, mógł podjąć decyzję o odparowaniu ciosu w sposób, który najmocniej zraniłby rycerza. Przedłużająca się nieobecność Jeana i pobyt jego żony w pobliskim zamku mogły podsunąć Jacques’owi sprytny plan. Jak wspaniałym odwetem byłoby potajemne spędzenie nocy z żoną rycerza, nie mówiąc o rozkoszy, której przysporzyłby mu ten podbój! Początkowo Le Gris zapewne planował, że uwiedzie Marguerite, ale plan ten - przy całej swej podłości - zmienił się w coś znacznie gorszego. Mając motyw, jakim była zemsta na rycerzu i narzędzie - uwiedzenie jego żony - giermek musiał tylko znaleźć odpowiednią sposobność do realizacji swojego planu. Ta wkrótce się nadarzyła. W trzecim tygodniu stycznia, około dwóch tygodni po wyjeździe de Carrouges’a do Paryża, Nicole została niespodziewanie wezwana do Saint-Pierre-sur-Dives, klasztornego miasta leżącego około dziesięciu kilometrów od jej zamku. Wicehrabia Falaise posłał po wdowę, aby stawiła się przed bajlifem Caen, Guillaume’em de Mauvinet jako świadek w procesie sądowym. Miała się stawić w sądzie 18 stycznia 1386 roku. Podróż do Saint-Pierre, złożenie zeznań i powrót musiały zabrać Nicole co najmniej pół dnia.
[…]
Gdy hałas nie ustawał, dziewczyna narzuciła na suknię podbity futrem płaszcz i zeszła sprawdzić, kto zawitał do zamku. Wchodząc do głównego holu, ostrożnie odsłoniła zakratowane okienko w masywnych drewnianych wrotach. Widok męskiej twarzy w pierwszej chwili zaskoczył ją i wystraszył. Zaraz jednak rozpoznała przybysza. Był to Adam Louvel. Kiedy zapytała, czego chce, Adam odparł, że przyszedł prosić ją o przysługę. O co chodzi? - zapytała Marguerite. Zimno tu, pani - odparł Adam. Mogę ogrzać się w środku i wszystko ci wyjaśnić? Marguerite znała Louvela, ponieważ podczas walk służył pod dowództwem jej męża, a nieopodal znajdował się jego dom. Bardziej zirytowana niż wystraszona niezapowiedzianą wizytą zgodziła się przyjąć gościa. Podniosła żelazną sztabę, otworzyła ciężkie wrota i wpuściła przybysza. Następnie zatrzasnęła drzwi - by nie wpuszczać do środka mroźnego powietrza - ale ich nie zaryglowała. Stojąc w holu, Adam rozglądał się wokół, jakby szukał kominka. Gdy jednak pani de Carrouges nie uczyniła żadnego zapraszającego gestu, zaczął wyjaśniać powód swego najścia.
[…]
Skończywszy, Le Gris rozkazał służącemu uwolnić dziewczynę. Louvel, który przez cały czas pozostawał w komnacie, podszedł do łoża i uwolnił Marguerite, uważnie zbierając kawałki sznura lub tkaniny, którymi została skrępowana. Kobieta nadal leżała, łkając i przyciskając do ciała poszarpane ubranie. Kiedy Le Gris zapiął pas i zawiązał buty, podszedł do łoża, by wziąć leżącą tam, jeszcze ciepłą i wilgotną czapkę. Giermek strzepnął nakrycie głowy, a potem, patrząc z góry na dziewczynę, rzekł: Pani, jeśli komuś powiesz o tym, co się tu wydarzyło, okryjesz się hańbą. Zaryzykujesz życie, jeśli twój mąż się o tym dowie. Nic nikomu nie mów, a ja też dochowam tajemnicy. Marguerite bez słowa spuściła oczy. Wreszcie, pod dłuższej ciszy, odparła zdławionym głosem: Będę milczała. Przez twarz giermka przebiegł cień ulgi. Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała z wściekłością na Le Grisa. Ale nie tak długo, jak byś tego chciał - dodała gorzko. Mężczyzna spiorunował ją wzrokiem. Nie pogrywaj ze mną, Marguerite. Jesteś tu sama, a ja mam świadka, który przysięgnie, że byłem w innym miejscu. Możesz być pewna, iż zatrę za sobą wszelkie ślady.
[…]
Społeczne nastawienie do gwałtu było bardzo zróżnicowane. Poezja dworska wychwalała rycerzy jako obrońców niewieściej czci, a feudalna arystokracja postrzegała zgwałcenie szlachetnie urodzonej damy jako „zbrodnię nad zbrodniami”. Jednocześnie wiele poematów i opowieści opisuje przypadkowe pozbawienie dziewictwa panien niskiego stanu, które stanęły na drodze rycerzy. Król Edward III miał ponoć zgwałcić hrabinę Salisbury w 1342 roku - dziś ta historia jest obiektem sporów, ale współcześni powszechnie w nią wierzyli. W średniowieczu nieliczne kobiety miały szansę zabrać głos i zaprotestować przeciwko twierdzeniu, że dzięki gwałtowi mogą nawet odczuwać przyjemność. Christine de Pisane w Livre de la cite des dames [Mieście dam] (1405) napisała: „Nie czerpią żadnej przyjemności z gwałtu. W istocie jest dla nich źródłem największej rozpaczy”. Ściganie sądowe i karanie gwałtu było często uzależnione od pozycji społecznej i politycznej ofiary. We Francji kobiety oskarżone o lżejsze przestępstwa, na przykład kradzież, często skazywano na śmierć, tymczasem gwałciciele niejednokrotnie wykpiwali się grzywną. Odszkodowanie wypłacano zwykle nie ofierze, lecz jej ojcu lub mężowi, ponieważ gwałt postrzegano raczej jako wykroczenie przeciwko własności niż seksualną przemoc wobec kobiety. Protokoły sądowe wskazują, że klerycy, czyli mężczyźni obsługujący kościelne kancelarie, byli nadzwyczaj często oskarżani o gwałty, lecz zazwyczaj udawało im się uniknąć surowej kary przez powołanie się na wyłączenie duchowieństwa spod jurysdykcji świeckiej. Dzięki temu ich sprawy rozsądzały sądy kościelne. Okoliczności, w jakich dokonywano przestępstw, między innymi częsty brak świadków, sprawiały, że w sądzie trudno było udowodnić popełnienie gwałtu. We Francji kobieta, bez względu na jej status społeczny, nie mogła wnieść oskarżenia bez poparcia męża, ojca lub opiekuna. Wiele ofiar gwałtów, bojąc się hańby i zniesławienia, wolało milczeć niż ryzykować utratę reputacji lub pohańbienie rodu przez upublicznienie zbrodni. Dlatego choć gwałt zaliczano do poważnych przestępstw, a prawo przewidywało surową karę za jego popełnienie, w praktyce sprawca często unikał osądzenia i postępowania, ofiara zaś nierzadko wcale nie wnosiła skargi.
[…]
Le Gris zagroził jej upokorzeniem najgorszym z możliwych dla kobiety z wyższych sfer, arystokracja ceniła bowiem honor ponad życie. Szczególną wagę przypisywano kobiecej czci, na którą składały się lojalność i cnota. Groźba Le Grisa była dla Marguerite szczególnie bolesna również dlatego, że od czasu zdrady, której jej ojciec dopuścił się wobec króla Francji, ród de Thibouville popadł w niełaskę. Być może giermek rozmyślnie wykorzystał wstyd, jaki odczuwała z powodu czynu ojca. Nie można też wykluczyć, że wybierając dziewczynę na ofiarę, Le Gris liczył, iż przeszłość rodu skłoni ją do przemilczenia doświadczonej krzywdy. Publiczne oskarżenie wymagałoby od Marguerite przedstawienia dowodów, co byłoby niezwykle trudne, jeśli nie niemożliwe. Le Gris jako faworyt hrabiego Pierre’a mógł się też spodziewać życzliwego potraktowania w sądzie w Argentan, tymczasem słowa córki zdrajcy i żony jednego z najbardziej kłopotliwych wasali od początku byłyby traktowane z podejrzliwością. Co więcej, Jacques Le Gris pełnił funkcję królewskiego giermka, miał zatem znajomości w Paryżu i cieszył się sympatią na dworze. I wreszcie, gdyby rycerz i jego żona wnieśli oskarżenie do sądu świeckiego, Le Gris jako kleryk, który przyjął święcenia niższe, miał prawo przenieść sprawę do sądu kościelnego.
[…]
Jean początkowo słuchał w osłupieniu, a następnie z oburzeniem, gdy żona z płaczem wyjawiła mu „wstrętny, haniebny i karygodny czyn”, którego się wobec niej dopuszczono. Skończywszy, błagała, aby pomścił ją ze względu na własny honor. Marguerite wiedziała, że honor i dobra sława Jeana zależą od jej reputacji - zasada ta miała od tej pory wiązać ich losy silniej niż małżeństwo. Miała również świadomość, że zgodnie z ustrojem feudalnym bez pomocy i rzecznictwa męża nie zyska żadnego oparcia w prawie. Nazajutrz rano Jean de Carrouges zwołał rodzinę i przyjaciół na tajną naradę. Rycerz miał teraz poważny powód, aby nienawidzić Le Grisa i podejrzewać go o kolejne knowania. Jako że już wcześniej był przekonany, iż giermek spiskował przeciwko niemu na dworze, łatwo było mu uwierzyć w opowieść żony. Przedwczesny lub chybiony atak na faworyta hrabiego Pierre’a -szczególnie po sporach, jakie de Carrouges prowadził z seniorem przez ostatnie kilka lat - mógł jednak wpędzić Jeana w jeszcze większe problemy. Spotkanie w gronie najbliższych dawało mu możliwość uzyskania wartościowych rad członków rodu i przyjaciół bez zawstydzającego i potencjalnie katastrofalnego w skutkach upubliczniania całej sprawy.
[…]
Gdy Marguerite wyjaśniła wszystkie niejasności i Jean poprosił zebranych o opinię, zaczęli go namawiać, by „poszedł do swojego pana, hrabiego d’Alenęon, i o wszystkim mu opowiedział”. Zgodnie z prawem feudalnym senior był odpowiedzialny za rozstrzyganie sporów między wasalami, więc dwór hrabiego Pierre’a był jedynym miejscem, dokąd de Carrouges mógł się udać, by sprawiedliwości stało się zadość. Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę, jak hrabia może przyjąć oskarżenie o zbrodnię wniesione przeciwko jego faworytowi. Reakcją na zdumiewającą opowieść Jeana mogło być niedowierzanie, wybuch gniewu, a może nawet represje. De Carrouges i Le Gris niedawno się pogodzili, a gdyby nowy i jeszcze poważniejszy konflikt został upubliczniony, bez wątpienia uczyniłby z nich śmiertelnych wrogów. Przy takim obrocie spraw hrabia z pewnością stanąłby po stronie ulubionego dworzanina. Mimo ryzyka związanego z rozprawą sądową na dworze w Argentan rycerz miał też inny naglący powód, by właśnie tam szukać sprawiedliwości dla siebie i żony oraz zemsty na giermku.
[…]
Hrabia Pierre odparł, że jest gotów ich wysłuchać, ponieważ do jego obowiązków należy rozsądzanie sporów między wasalami. W związku z tym zwołał członków dworu: „dostojników kościelnych, rycerzy, członków rady i innych doświadczonych ludzi”. Niektórzy duchowni mieli przygotowanie prawnicze, a klerycy prawdopodobnie sporządzali protokoły z procesów (nie dotrwały one jednak do naszych czasów). Przesłuchanie odbyło się w wielkiej sali zamku hrabiego. Komnata była udekorowana tapiseriami, dywanami i wyposażona w ciężkie drewniane ławy. W wyznaczony dzień sala zapełniła się szlachcicami, klerykami oraz innymi dworzanami. Pogłoski o przerażającej napaści na Marguerite i gniewnych oskarżeniach Jacques’a Le Gris rozpowszechnianych przez jej męża obiegły wszystkie włości hrabiego. Pomimo mrozów na zamek tłumnie przybyli gapie żądni sensacji, którzy chcieli się przekonać, czy w tych gorszących doniesieniach jest choć ziarno prawdy. Wszyscy wiedzieli, że Jacques Le Gris jest faworytem hrabiego Pierre’a. Sytuacja, w której senior rozsądzał spór między zwaśnionymi wasalami, jednego z nich darząc większą sympatią, nie była niczym niezwykłym. W tej sprawie hrabia Pierre nie był bezstronny, choć prawo zobowiązywało go do wydania sprawiedliwego wyroku.
[…]
Kiedy wieści o wyroku dotarły błotnistymi zimowymi drogami do Capomesnil położonego około czterdziestu kilometrów na północ od Argentan, Marguerite zapewne nie była zaskoczona. Początkowo być może straciła nadzieję na jakąkolwiek sprawiedliwość. Pozostając w odosobnieniu po strasznej napaści, bez wątpienia z wściekłością przyjęła nowinę, że Le Gris został uznany za niewinnego, a senior niemal otwarcie oskarżył ją o kłamstwo. Możliwe jednak, że wiadomość ta tylko utwierdziła jej mocne postanowienie pomszczenia własnej krzywdy, co poprzysięgła napastnikowi zaraz po gwałcie. Ta wiadomość prawdopodobnie nie zaskoczyła też Jeana, choć z pewnością wzbudziła jego gniew. Wyrok hrabiego był nie tylko kpiną ze sprawiedliwości, lecz także najgorszą z obelg, które upokarzany na dworze rycerz musiał kiedykolwiek znosić. Nawet jeśli informacja została przekazana w domowym zaciszu, musiała zaboleć go niczym publicznie wymierzony policzek.
[…]
POD KONIEC ZIMY LUB WCZESNĄ WIOSNĄ 1386 roku Jean de Carrouges już po raz drugi tego roku wyruszył do Paryża. Marguerite była w drugim lub trzecim miesiącu ciąży. Jeśli Jean zostawił żonę w domu, planując w późniejszym terminie posłać po nią lub osobiście towarzyszyć jej w drodze do stolicy, tym razem zapewnił jej dobrą ochronę, być może zaufanych krewnych, na przykład Roberta de Thibouville. Wraz z rozwojem ciąży podróż do Paryża stawała się dla Marguerite coraz trudniejsza, choć w cieplejszych miesiącach jazda wozem po suchych drogach mogła być mniej uciążliwa. Pokonanie dwustu czterdziestu kilometrów dzielących Carrouges od Paryża zabrało rycerzowi większą część tygodnia. Wędrował prowadzącym na wschód traktem przez Sees, Verneuil i Dreux - był to jeden z wielkich szlaków z Normandii do Paryża, którym kupcy podróżowali od miasta do miasta, a bydło było pędzone do stołecznych rzeźni. Rycerz wiedział, że na sposób, w jaki zostanie przyjęty na dworze władcy, będą miały wpływ liczne czynniki: fakt, że służył królowi w przeszłości, rodzinne powiązania oraz sieć przyjacielskich i rodowych sojuszy, które kształtowały politykę dworską. Na korzyść Jeana działało to, że jego ród od dawna lojalnie służył królom Francji. Sam parę miesięcy wcześniej walczył po stronie Karola VI w Brytanii, a wcześniej brał udział w wielu innych kampaniach wojennych. Ponadto przed około dwudziestu laty, w 1364 roku, pomógł rodzinie królewskiej zebrać część okupu za króla Jana II Dobrego.
[…]
ZGODNIE Z FRANCUSKIM PRAWODAWSTWEM szlachcic odwołujący się od wyroku u króla miał prawo wyzwać przeciwnika na sąd boży, czyli pojedynek sądowy. W przeciwieństwie do pojedynku honorowego, który kończył spory dotyczące zniewagi, był on oficjalną procedurą prawną rozstrzygającą, która ze stron złożyła fałszywą przysięgę. Powszechnie wierzono, że wynik pojedynku wskazuje winnego zgodnie z wolą Boga. Dlatego nazywano go sądem bożym - Judicium Dei. Rozstrzygnięcie sporu sądowego przez walkę było starym zwyczajem stosowanym we Francji, a zwłaszcza w Normandii i zarówno przodkowie Jeana, jak i Marguerite służyli jako zaprzysiężeni sekundanci w pojedynkach sądowych. We wczesnym średniowieczu ludzie ze wszystkich klas społecznych mieli prawo odwołania się do sądu bożego, dlatego do publicznych pojedynków dochodziło także między mieszczanami i chłopami. W niektórych częściach Europy nawet kobiety miały prawo walczyć z mężczyznami. Za pomocą pojedynku rozstrzygano winę w wypadku oskarżeń o wiele ciężkich przestępstw, a także spraw cywilnych, takich jak spory własnościowe. W sprawach cywilnych uczestnicy sporu mieli prawo do wynajęcia pełnomocników, czyli „obrońców”, którzy za nich walczyli. Nie było to możliwe w sprawach kryminalnych, w których obie strony musiały osobiście wziąć udział w walce - karą za przegraną była zwykle śmierć, więc tylko kobiety, starcy i chorzy mieli prawo do wynajęcia obrońcy.
[…]
Przez centrum Paryża przepływała Sekwana - największy szlak miejski i równocześnie główny ściek stolicy. Na jej zanieczyszczonych wodach wokół Ile de la Cite - centralnej wyspy stolicy ozdobionej najwspanialszymi świątyniami chrześcijaństwa - nieustannie trwał ruch rzeczny. W pobliżu jednego krańca wyspy wznosiła się ogromna katedra Notre Dame, siedziba biskupa Paryża, której dwie monumentalne wieże ukończono zaledwie wiek wcześniej, w 1285 roku. Na drugim końcu wyspy wznosiła się smukła iglica Sainte-Chapelle - kaplicy z pozłacanego kamienia i kolorowego szkła wzniesionej na rozkaz Ludwika Świętego w latach czterdziestych XIII wieku. Było to miejsce przechowywania bezcennych relikwii przywiezionych z Ziemi Świętej, między innymi kolca z korony cierniowej i kawałka krzyża Jezusa. Nieopodal stał Palais de Justice, w którym obradowały parlament Paryża i rada królewska. Na południe od rzeki znajdował się Uniwersytet Paryski, najsłynniejsza uczelnia w Europie. To tu odziani w togi doktorzy nauk wykładali Arystotelesa i Tomasza z Akwinu po łacinie, będącej powszechnym językiem średniowiecznych sal wykładowych, a studenci, wolni mężczyźni wszelkich narodowości, wypełniali ulice, karczmy i burdele wielojęzycznymi żartami i kłótniami. Od czasu do czasu buntowali się przeciwko sklepikarzom i wysokim cenom lub urządzali walki, tworząc narodowe frakcje: Niemcy obrzucali końskim łajnem Włochów, a Anglicy uzbrojeni w kije gonili po ulicach Szkotów.
[…]
Prawnicy bez wątpienia uprzedzili Jeana, że zgodnie z prawami regulującymi stosowanie pojedynku sądowego ma on nikłe szanse spotkać się z Jacques’em Le Gris na ubitej ziemi. Z pewnością zachęcali go do porzucenia tego ryzykownego przedsięwzięcia. Gdy niezrażony de Carrouges nalegał na pojedynek, adwokaci opisali mu długi i skomplikowany proces prawny, który go czekał. Pierwszym krokiem było złożenie apelacji inicjującej - oficjalna ceremonia, podczas której powód, nazywany appelant, oskarżał pozwanego, noszącego nazwę defendeur, wskazując przyczynę pojawienia się w sądzie i domagając się należnego mu prawa do udowodnienia słuszności swoich oskarżeń z bronią w ręku, czyli w pojedynku. Defendeur nie musiał być obecny w sądzie w czasie składania apelacji - dzięki temu appelant mógł wnieść oskarżenie nawet wtedy, gdy pozwany uciekł albo zaginął. Kolejny krok polegał na rzuceniu oficjalnego wyzwania podczas osobnej ceremonii - wówczas wymagano obecności obu stron sporu. Appelant wypowiadał wtedy oskarżenie pozwanemu prosto w twarz i deklarował, że udowodni swoje zarzuty przez „próbę ciała”.
[…]
WIOSNĄ 1386 ROKU Karol VI, król Francji, nadal miał zaledwie siedemnaście lat. W 1380 roku, w wieku jedenastu lat, odziedziczył koronę, a jego regentami zostali ambitni stryjowie, z których największą rolę odegrał książę Filip Śmiały. Karol miał wkrótce uwolnić się spod kurateli stryjów i ogłosić się samodzielnym władcą. W omawianym czasie niedoświadczony i podatny na wpływy młodzieniec nadal jednak korzystał z rad starszych krewnych, przede wszystkim w sprawach państwowych, takich jak podniesienie lub obniżenie podatków, wypowiedzenie wojny, zawarcie pokoju, wejście w sojusz i w wielu innych, z którymi musiał się mierzyć monarcha. Latem 1385 roku Karol poślubił wybraną mu przez stryjów czternastoletnią Izabelę Bawarską. Karol V, ojciec króla, każdego ranka po mszy w pobliskiej kaplicy - albo później po zakończeniu posiłku - wysłuchiwał petycji na dziedzińcu w Vincennes. Jednakże młody Karol VI, nieprzyzwyczajony do roli najwyższego sędziego we Francji, prawdopodobnie zapoznał się z apelacją rycerza w Salle de Conseil, bogato zdobionej sali recepcyjnej na drugim piętrze donżonu. Salle de Conseil miała około trzech metrów kwadratowych i sklepiony sufit wykładany drewnem sprowadzonym znad Bałtyku, wsparty na wyrastających z centralnego filara łukach pomalowanych na jaskrawe kolory - czerwony, niebieski i złoty. Kapitel zdobiły rzeźbione lilie, a sklepienie królewskie medaliony. Na ścianach wisiały jedwabne i wełniane tapiserie przedstawiające sceny mitologiczne i biblijne. Nad salą górował ustawiony na niewysokim podium tron królewski udekorowany błękitem i złotem. Drzwi zwieńczonych łukami pilnowali uzbrojeni strażnicy, w sali zaś zebrali się szlachcice, klerycy i dworzanie.
[…]
MOŻNA PRZYPUSZCZAĆ, ŻE wezwanie do Paryża nie zaskoczyło Jacques’a Le Gris, z pewnością jednak go zmartwiło. Choć hrabia Pierre napisał wcześniej do króla, by uprzedzić go o zamiarach de Carrouges’a, zdeterminowany oskarżyciel został wysłuchany przez władcę. W rezultacie Le Gris jako defendeur otrzymał nakaz stawienia się przed parlamentem paryskim, czego nie mógł zignorować. Kiedy Le Gris przybył do Paryża, również zaczął od poszukania prawnika. Został nim Jean Le Coq, znany i ceniony adwokat. Le Coq sporządzał w swoim terminarzu notatki dotyczące sprawy, zapisując fakty i uwagi staranną prawniczą łaciną. Terminarz ten jest jednym z najstarszych zachowanych źródeł tego typu i pozwala na lepszy wgląd w sprawę, jak również ukazuje charakter giermka, gdyż prawnik zanotował kilka osobistych spostrzeżeń na temat klienta i przeprowadzonych z nim poufnych rozmów. Le Coq miał wówczas około trzydziestu pięciu lat. Był synem uznanego prawnika również noszącego imię Jean - wraz z imieniem i nazwiskiem odziedziczył po nim bliskie kontakty z francuską rodziną królewską. Do klientów Le Coqa syna należeli między innymi Louis de Valois, brat króla oraz jego potężny stryj Filip, książę Burgundii. Być może to parlament wybrał Le Coqa na reprezentanta Jacques’a Le Gris - taką praktykę stosowano czasem w razie apelacji. Niewykluczone też, że obrońcę wskazała rodzina - lub hrabia Pierre - ze względu na bliskie związki prawnika z koroną.
[…]
LE COQ SZYBKO się przekonał, że obrona giermka oskarżonego o zgwałcenie Marguerite de Carrouges nie będzie łatwym zadaniem, zwłaszcza że Le Gris nie zawsze postępował zgodnie z jego zaleceniami. Giermek już na początku dał dowód swego uporu, gdy adwokat nalegał, aby skorzystał z przysługującego klerykom wyłączenia spod świeckiej jurysdykcji. Jacques Le Gris był przecież klerykiem - należał do ludzi wykształconych - mógł więc uniknąć procesu przed paryskim parlamentem i oddać się w ręce sądu kościelnego, gdzie rozstrzygnięcie sporu przez pojedynek nie wchodziłoby w grę. Jak jednak zapisał sfrustrowany adwokat w swoim notatniku, giermek „gwałtownie sprzeciwił się” takiemu rozwiązaniu i odrzucił tę radę, „nie pozwalając sobie pomóc”. Prawdopodobnie upierał się przy swoim z próżności i obawy przed przypięciem mu łatki tchórza, tym bardziej że sprawa została przedstawiona królowi w obecności dworu i stała się głośna w całej Francji.
[…]
Jacques Le Gris był prawdopodobnie znacznie mniej ukontentowany takim obrotem sprawy. Jego prawnik, Jean Le Coq, nakłaniał go do uniknięcia ryzyka związanego z walką na ubitej ziemi przez skorzystanie ze statusu kleryka, ale Le Gris odmówił, rezygnując z możliwości wyjęcia spod jurysdykcji parlamentu. Musiał więc podporządkować się śledztwu i przyjąć jego wynik. Sąd podjął stosowne kroki, żeby rycerz i giermek nie opuszczali Paryża w czasie prowadzenia enquete [z fr. – dochodzenie – przyp. aut.]. Parlament miał prawo aresztować obu mężczyzn, ale po złożeniu przez nich przysiąg i gwarancji przyznał im wolność w obrębie murów miejskich. Obaj musieli „ślubować, dać słowo i zobowiązać się” do ponownego zjawienia się przed sądem na wezwanie „we wskazanym miejscu, dniu i godzinie”. Gdyby któryś z uczestników sporu uciekł z Paryża lub nie stawił się na wezwanie, zostałby wydany rozkaz jego aresztowania. Niestawienie się lub próba ucieczki byłyby uznane za dowód winy i doprowadziłyby do skazania na śmierć bez procesu.
[…]
Gromada rycerzy i arystokratów w roli gwarantów pokazuje, jak szybko w ten spór - gdy tylko został przedstawiony władcy i parlamentowi - zostało zaangażowanych wiele ważnych osobistości ówczesnej Francji. Dwunastu poręczycieli, z których każdy miał poparcie rodziny i przyjaciół, należy pomnożyć przez liczbę osób pośrednio wciągniętych w sprawę de Carrouges - Le Gris. Spór stał się tematem plotek i zażartych dyskusji na dworze królewskim, gdzie wielu dobrze znało jego uczestników lub ich rodziny i stanęło po jednej ze stron jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnego enquete. Wkrótce sprawa miała wzbudzić kontrowersje w całej Francji, a nawet poza królestwem. Spór, który początkowo był jedynie lokalną kłótnią na dworze senioralnym w Normandii, szybko zmienił się w głośną sprawę rozgrywającą się na szczeblu ogólnopaństwowym. Podczas wyzwania de Carrouges i Le Gris stali zwróceni do siebie twarzami, a po zakończeniu zeznań odwrócili się do siebie plecami i każdy w otoczeniu świty opuścił Palais de Justice, by wrócić do kwater znajdujących się po przeciwnych stronach Paryża.
[…]
Giermek, a także rycerz i jego żona zeznawali w używanej na co dzień normandzkiej odmianie francuszczyzny. Do naszych czasów nie zachował się żaden protokół z ustnych zeznań, ale oficjalne dokumenty paryskiego parlamentu zawierają szczegółowe streszczenie sprawy spisane po łacinie przez skrybę sądowego zwanego greffier. Owa zachowana w jednej kopii relacja obejmuje blisko dziesięć stron gęsto zapisanych wyblakłym brązowym atramentem. Zawiera ona szczegółowe oskarżenie wniesione przez Jeana de Carrouges, sporządzone na podstawie złożonego pod przysięgą zeznania Marguerite, pod którym znajduje się udzielona przez Le Grisa obszerna odpowiedź na zarzuty. RYCERZ ZACZYNA SWOJE zeznanie od opowieści o tym, jak przez wiele lat ufał Jacques’owi Le Gris, będącemu jego najbliższym i najbardziej oddanym przyjacielem oraz ojcem chrzestnym pierworodnego syna. Jean de Carrouges podkreśla intymność i świętość tej relacji, opisując, jak giermek podniósł i trzymał dziecko przy chrzcielnicy, aby ksiądz mógł je zanurzyć w święconej wodzie.
[…]
ISTNIEJE JEDNA KWESTIA, najwyraźniej przemilczana przez obu mężczyzn, która mogła mieć wpływ na sprawę, a która wraz z upływem czasu coraz bardziej rzucała się w oczy: Marguerite była brzemienna. Nie mamy pewności, czyje dziecko nosiła - rycerza, giermka czy innego mężczyzny. Ponieważ jednak pani de Carrouges przez pięć-sześć pierwszych lat małżeństwa pozostawała bezdzietna, a zaszła w ciążę około stycznia 1386 roku, nie można wykluczyć, że ojcem był Jacques Le Gris. Urzędnicy w parlamencie paryskim być może nawet nie brali pod uwagę możliwości, że ciąża Marguerite jest wynikiem gwałtu. Szeroko rozpowszechniona teoria oparta na nauczaniu medyka Galena (ok. 200 r. n.e.) głosiła bowiem, że kobiece „nasienie”, konieczne do zapłodnienia na równi z męskim, jest uwalniane jedynie wówczas, gdy przeżywa ona orgazm. To oznaczało, że „kobieta nie może począć, jeśli w pełni nie uczestniczyła w stosunku płciowym”. Przekonanie to było w średniowieczu utrwalone do tego stopnia, iż „w świetle prawa gwałt nie mógł być przyczyną ciąży”.
[…]
Rycerz odnosi się też do twierdzenia Le Grisa, że oskarżenie przeciwko niemu jest wadliwe czy niekompletne. De Carrouges upiera się, że przedstawił swoje zarzuty zgodnie z prawem i we właściwym porządku, opisując w odpowiedniej formie przestępstwo i podając datę jego popełnienia. Jean podkreśla, że do zbrodni doszło, „jak wynika z zeznań i zapewnień rzeczonej Marguerite, gdyż jej zeznania są prawdziwe i wystarczające” [ponieważ do domniemanego przestępstwa mogło dojść wyłącznie w czwartek 18 stycznia, w dniu, kiedy Nicole wyjechała z Capomesnil, by wziąć udział w procesie, którego data jest pewna, twierdzenie Le Grisa, że de Carrouges nie podał dokładnego czasu popełnienia zbrodni, mogło zostać uznane przez sąd za pozbawione znaczenia. Niemniej Jean mógł przegrać sprawę z powodu uchybień formalnych. Dekret z 1306 roku rzeczywiście stwierdzał, że szlachcic domagający się pojedynku musi wskazać dokładną datę popełnienia domniemanego przestępstwa. Le Gris mógł liczyć na to, że na podstawie tego wymogu pozew wniesiony przez rycerza zostanie oddalony przyp. tłum.]. Jean de Carrouges obstaje również przy tym, że jego żona mówiła prawdę oraz że zbrodnia nie mogła być bardziej ewidentna. Wskazuje, iż Marguerite - którą Le Gris sam określił jako „uczciwą i cnotliwą” - sprowadziłaby na siebie „wieczne potępienie”, gdyby kłamała w tej sprawie. Jakże mogłaby podtrzymywać swoje zeznania „równie stanowczo i kategorycznie, niezmiennie i nieustannie, gdyby do rzeczonej zbrodni nie doszło”? W ostatnim punkcie swojej repliki Jean zgłasza wątpliwości dotyczące czasu przebycia galopem drogi z Argentan do Capomesnil po kiepskich zimowych drogach, by popełnić przestępstwo. Jean stwierdza, że Jacques jest „możnym posiadającym liczne wierzchowce” i z łatwością byłby w stanie „w krótkim czasie” pokonać w obie strony trasę między Argentan a Capomesnil. W ten sposób rycerz kończy swoją odpowiedź na zeznania Le Grisa.
[…]
PÓŹNYM LATEM ŚLEDZTWO nadal trwało. Podczas gdy wszyscy zainteresowani niecierpliwie czekali na decyzję parlamentu, Jean le Coq wyciągnął własne wnioski dotyczące tej kontrowersyjnej sprawy. W prowadzonym przez siebie notatniku prawnik Jacques’a Le Gris sporządził listę czynników działających na korzyść jego klienta i tych, które mogą mu zaszkodzić, zapisał także kilka własnych refleksji na temat tego niezwykle trudnego procesu. Do okoliczności przemawiających na niekorzyść Le Grisa zalicza fakt, że „żona de Carrouges’a nieugięcie obstawała przy twierdzeniu, że doszło do przestępstwa”. Marguerite, która nie zmieniła swojej wersji wydarzeń mimo zaprzeczeń Le Grisa, jego alibi i kontroskarżeń różnego rodzaju - jak się zdaje - zaimponowała prawnikowi nie mniej niż innym świadkom jej zeznań. Le Coq, będący wnikliwym obserwatorem, notuje też, że giermek pewnego razu zapytał go, „czy mam co do niego wątpliwości, gdyż zobaczył, że jestem zamyślony”. Prawnik wyjawia, że Jacques Le Gris „powiedział mi, iż kiedy usłyszał, że de Carrouges zamierza podać go do sądu w tej sprawie, natychmiast poszedł do księdza się wyspowiadać”. Gdyby parlament wydał zgodę na pojedynek, obaj uczestnicy mieliby dużo czasu, by wyznać przed bitwą swoje grzechy. Le Gris najwyraźniej nie miał zamiaru narażać swojej nieśmiertelnej duszy i postanowił wyznać występki, które miał na sumieniu, przed dniem sądu bożego.
[…]
Rycerz i giermek po raz kolejny stanęli naprzeciw siebie przed zgromadzeniem parlamentarnym. Każdy stawił się w towarzystwie swoich prawników, przyjaciół, stronników oraz sześciu szlachetnie urodzonych gwarantów. Marguerite zapewne się nie zjawiła, ponieważ zbliżał się termin porodu. Zakończywszy rozważanie sprawy, sędziowie spisali werdykt po francusku na pergaminie i umieścili w opieczętowanej płóciennej sakwie razem z innymi dokumentami dotyczącymi sporu. Kiedy w sali zapanował spokój, a rycerz, giermek i ich stronnicy wstali, rapporteur, czyli urzędnik odpowiedzialny za prowadzenie sprawy, otworzył sakwę. Wyjął pergaminową kartę, na której spisano decyzję sądu, i powoli odczytał wyrok: Po rozważeniu sprawy toczącej się przed królem, naszym panem, sąd podjął decyzję dotyczącą pojedynku między powodem panem Jeanem de Carrouges, rycerzem, i pozwanym Jacques’em Le Gris, giermkiem - a mianowicie: w niniejszej sprawie zarządza organizację pojedynku między stronami.
[…]
BIORĄC POD UWAGĘ TO, jak rzadko przed 1386 rokiem parlament udzielał zgody na pojedynek sądowy, zwłaszcza w wypadku oskarżeń opierających się na niepotwierdzonych zeznaniach, decyzja ta była czymś niezwykłym. Być może wynikała jednak bardziej z przesłanek politycznych niż ściśle prawnych. Przez wiele miesięcy spór dzielił dwór królewski. Zarówno rycerz, jak i giermek byli dobrze znani w Paryżu, obaj wiernie służyli królowi, a wpływowi arystokraci popierali jedną lub drugą stronę konfliktu, służąc jako gwaranci w pojedynku. Jean Le Coq wspomina o kontrowersjach, jakie budziła ta sprawa w Paryżu, gdzie liczni popierali giermka, a „wielu innych” było stronnikami rycerza. W sytuacji, gdy młody król wraz ze stryjami przebywali we Flandrii i byli zajęci planowaniem inwazji na Anglię, sąd najwyższy mógł mieć obawy przed opowiedzeniem się po którejś ze stron i wzbudzeniem jeszcze bardziej zaciętych sporów. Możliwe, że właśnie dlatego przychylił się do prośby rycerza, zezwalając na pojedynek i pozostawiając rozstrzygnięcie tej skomplikowanej sprawy w rękach Boga.
[…]
PRAWNIK JACQUES’A LE GRIS zapisał w notatniku, że „po ogłoszeniu pojedynku sądowego giermek zachorzał”. Łatwo odgadnąć przyczynę jego choroby. Czyż kilka miesięcy wcześniej Le Gris nie został oczyszczony ze wszystkich zarzutów w sądzie hrabiego Pierre’a? I czy nie odrzucił możliwości uniknięcia walki przez odwołanie się do przywilejów należnych klerykom? Nagle znów był podejrzany o wszystkie zarzucane mu czyny i musiał po raz kolejny udowodnić swą niewinność - tym razem w walce na śmierć i życie. Jeśli chodzi o Jeana de Carrouges, z pewnością z satysfakcją przyjął przychylenie się sądu do jego apelacji. Wbrew wszelkim przewidywaniom, po miesiącach niepewności i pogarszającej się sytuacji finansowej, wreszcie spełniono jego prośbę. Krył się w tym jednak pewien haczyk. W sprawach zagrożonych najwyższą karą za krzywoprzysięstwo groziła śmierć. Mężczyźni mieli stoczyć bezlitosną walkę, aby udowodnić swoje zarzuty, więc nawet gdyby Jean się poddał i uniknął śmierci z rąk przeciwnika, jako kłamca zostałby powieszony na Montfaucon [średniowieczna platforma do powieszania w Paryżu, która w swojej funkcji była miejscem publicznego wykonania wyroków śmierci – przyp. aut.]. Marguerite jako główny świadek w tej sprawie musiała się zmierzyć z jeszcze straszniejszym losem. Zgodnie z dawnym obyczajem, który nadal stanowił część francuskiego prawa, jeżeli wynik pojedynku sądowego dowiódłby, że kobieta popełniła krzywoprzysięstwo i złożyła fałszywe zeznania dotyczące oskarżenia o gwałt, czekał ją stos.
[…]
Poza kaplicą, krużgankami i innymi budynkami służącymi celom religijnym na terenie Saint-Martin znajdowały się także sąd i więzienie, ponieważ klasztor pełnił funkcję trybunału karnego dla otaczającego go bourg, którego ulice podlegały jurysdykcji Saint-Martin. Protokoły sądowe opactwa są pełne spraw dotyczących morderstw, kradzieży, gwałtów, napadów i innych przestępstw, a spektrum kar rozciąga się od chłosty i pręgierza po okaleczenia, wieszanie, grzebanie żywcem i palenie na stosie. W 1355 roku Thassin Ausoz stracił ucho w ramach kary za kradzież sukna, w 1352 roku, również za kradzież, Jehanne La Prevoste pochowano żywcem. Kobiety często otrzymywały wyroki surowsze od mężczyzn za podobne przestępstwa. Sądzono i skazywano również zwierzęta. Maciorę, która zabiła i zjadła niemowlę, przeprowadzono ulicą Saint-Martin i powieszono, a inna świnia, która pokiereszowała dziecku twarz, została skazana na stos. Konia, który zabił człowieka i uciekł z pomocą swojego właściciela, zaocznie uznano za winnego i powieszono przedstawiającą go kukłę. Najbardziej spektakularną areną sprawiedliwości w Saint-Martin było jednak pole turniejowe znajdujące się na rozległej równinie, na wschód od budynków zakonnych. Saint-Martin stanowił jeden z dwóch klasztorów w Paryżu posiadających takie pole (drugim było Saint-Germain-des-Pres leżące po południowej stronie murów miejskich), dlatego w ciągu wieków wiele pojedynków sądowych odbyło się na terenie tego opactwa. Pod koniec XIV wieku pojedynki sądowe należały już jednak do rzadkości i pole w Saint-Martin wykorzystywano przede wszystkim do sportowych walk turniejowych, czyli gonitw, w których uczestnicy często używali kopii i innego rodzaju broni o stępionych ostrzach, by uniknąć ciężkich obrażeń lub śmierci. Typowe pole wykorzystywane do pojedynku sądowego było płaskim prostokątnym terenem wielkości 40 na 80 kroków, czyli 30 na 60 metrów. Saint-Martin zostało jednak przebudowane na potrzeby sportowych turniejów, miało więc „tylko 24 kroki szerokości i 96 kroków długości” -około 18 na 73 metry. Dłuższe pole umożliwiało walczącym konno wojownikom osiągnięcie większej prędkości i zadanie silniejszych uderzeń kopią. Ograniczenie szerokości pola do zaledwie jednej czwartej jego długości pozwalało widzom na śledzenie walki z bliska.
[…]
OGRODZONE POLE SAINT-MARTIN było wzorowane na znacznie starszych arenach, ponieważ pojedynek sądowy miał starożytne korzenie. W rozgrywającej się w późnej epoce brązu (ok. 1200 r. p.n.e.) Iliadzie Homera opisano dwóch wojowników walczących w pojedynku o Helenę Trojańską na starannie przygotowanym polu, wcześniej uświęconym przysięgami, modłami i ofiarami ze zwierząt. Rzymianie budowali specjalne areny, na których rozgrywały się krwawe walki gladiatorów, niezwykle popularne w okresie wczesnochrześcijańskim. I chociaż prawo rzymskie nie przewidywało pojedynku sądowego per se, antyczne areny, którymi była usiana średniowieczna Europa, czasem służyły pojedynkom sądowym. Wikingowie, którzy w IX wieku przywieźli zwyczaj staczania pojedynków do Normandii, często organizowali potyczki na wyspach, gdzie kamienne kręgi wyznaczały pole walki. Zgodnie z ich tradycją mężczyzna mógł zakwestionować prawo do ziemi należącej do innego człowieka, a nawet do jego żony, wyzywając go na pojedynek. Pod koniec XIV wieku nawet królowie wyzywali przeciwników do walki na champs clos, chcąc rozstrzygnąć spory terytorialne. Podczas wojny stuletniej władcy Anglii i Francji regularnie się pojedynkowali. W 1383 roku zaledwie szesnastoletni Ryszard II wyzwał na pojedynek czternastoletniego Karola VI i jego stryjów. Do walki jednak nie doszło - można przypuszczać, że była to raczej taktyka negocjacyjna niż propozycja przeprowadzenia prawdziwego sądu bożego.
[…]
Ogrodzone pole turniejowe ponoć stanęło niegdyś na wielkim placu przed katedrą Notre Dame jako miejsce pojedynku między człowiekiem a psem. Legenda głosi, że w 1372 roku pewien szlachcic, jeden z królewskich faworytów, został znaleziony martwy w swojej podparyskiej posiadłości. Morderca pozostawał nieznany do czasu, aż podejrzenie wzbudził fakt, że pies ofiary, olbrzymi chart niezwykle oddany swemu panu, zawsze warczał i szczekał na widok jednego człowieka. Był to Richard Macaire, o którym wiedziano, że zazdrościł zamordowanemu dobrych stosunków z królem. Gdy władca dowiedział się o zachowaniu psa, potraktował je jako oskarżenie i rozkazał zorganizować pojedynek sądowy między Macaire’em a psiskiem. W wyznaczony dzień wokół drewnianego ogrodzenia przed katedrą zebrał się ogromny tłum. Macaire był uzbrojony w pałkę, psu zapewniono natomiast obszerną beczkę bez dna i pokrywy, aby miał się, gdzie schronić. Według relacji: gdy tylko spuszczono psa, natychmiast skoczył na przeciwnika, wiedząc, że to pozywający powinien zaatakować jako pierwszy. Ciężka pałka trzymała psa na odległość, więc biegał wokół Macaire’a poza zasięgiem broni. Chart czekał na sposobność, a w końcu dostrzegł okazję i nagle rzucił się mężczyźnie do gardła, chwytając go z taką siłą, że przeciwnik padł na ziemię i musiał błagać o litość. Kiedy odciągnięto psa, Macaire przyznał się do winy i został powieszony na Montfaucon.
[…]
WCZESNYM RANKIEM, w niedzielę 29 grudnia, Jean de Carrouges i Jacques Le Gris wstali z łóżek w swoich kwaterach po przeciwnych stronach Paryża. Najpierw umyli się i wysłuchali mszy, następnie zjedli śniadanie, przerywając post, który trwał od minionego wieczoru. Zgodnie ze zwyczajem wojownicy pościli, a nawet czuwali przed ołtarzem w noc poprzedzającą pojedynek. W przeddzień walki zapewne modlili się w stołecznych kościołach, prosząc Boga o zwycięstwo. Po kąpieli, modlitwie i posiłku każdy z mężczyzn z pomocą służących rozpoczął przygotowania do bitwy. Obaj założyli na gołą skórę lekką lnianą tunikę, czyli chemise, a na nią cięższy lniany kubrak okrywający żebra, pachwiny i inne delikatne części ciała. Następnie kolejno zakładano na nich i przypinano sprzączkami poszczególne części zbroi, począwszy od stóp w górę, aby ograniczyć obciążenie ciała podczas tego długiego procesu. Na stopy najpierw wkładano materiałowe albo skórzane buty, potem zaś metalowe sabatons wykonane z kolczugi lub połączonych płyt. Uda okrywano nogawicami - chausses - ze zbroi kolczej, a golenie, kolana i uda metalowymi płytami. Wokół bioder przypinano kolczy fartuch osłaniający lędźwie i górną część ud. Pozbawiony rękawów płaszcz kolczy, czyli haubergeon, osłaniał tors i był umocowany do bioder za pomocą skórzanego pasa. Na wierzch wojownicy wkładali pikowany płaszcz pokryty metalowymi płytami, które zachodziły na siebie niczym łuski, albo stalowy napierśnik. Płyty zbroi ochraniały też ramiona, barki, łokcie i przedramiona walczących. Szyję otaczał stalowy kołnierz. Wreszcie wojownicy zakładali na głowę pikowaną skórzaną czapkę, na nią zaś bacinet, rodzaj hełmu z wysuniętą zasłoną, dzięki której chronione były twarz i broda, oraz camail - kolczugę osłaniającą szyję i ramiona. Zasłona z wąskimi otworami na oczy zapewniającymi dopływ powietrza utrudniała identyfikację wojownika na polu walki. Z tego powodu każdy z mężczyzn na zbroję wkładał cotte d’armure, czyli pozbawiony rękawów tabard z wyszytym herbem rodowym. Pełna zbroja turniejowa ważyła około trzydziestu kilogramów, nie licząc broni i innego wyposażenia [w XIV wieku zbroje kolcze (wykonane z połączonych ze sobą żelaznych kółek) coraz częściej zastępowano nitowanymi płytami, które miały chronić wojownika przed nowego rodzaju bronią - od śmiertelnych bełtów kusz po zakończone szpikulcem berdysze. Pierwsza zbroja wykonana w całości ze stalowych płyt pojawiła się około 1380 roku. Wielu wojowników nadal używało jednak kolczej zbroi i nogawic w połączeniu z metalowymi płytami; kolczuga często chroniła też tylne części ramion, nóg i stawów – przyp. tłum.].
[…]
Miecz był typową bronią arystokracji, a walka na miecze - zarówno konna, jak i piesza -zazwyczaj następowała po starciu na kopie. Francuska królewska tapiseria (obecnie zaginiona) ukazywała Jeana de Carrouges i Jacques’a Le Gris uzbrojonych w „przypięte do pasa mocne miecze kształtem przypominające duże sztylety”. Spis broni wykonany kilka dni przed walką de Carrouges - Le Gris przy okazji pojedynku w Bretanii wymieniał dwa miecze: jeden z ostrzem „długości dwóch i pół stopy” (75 centymetrów) i dwuręczną rękojeścią długości 33 centymetrów oraz drugi z nieco krótszym ostrzem i rękojeścią długości 18 centymetrów [ten pojedynek sądowy dotyczył morderstwa, do którego doszło 19 grudnia 1386 roku w Nantes. Zgody nań nie wydał ani francuski król, ani parlament, lecz cieszący się znaczną niezależnością książę Bretanii – przyp. tłum]. Dłuższy dwuręczny miecz służył do zadawania śmiertelnych ciosów krawędzią klingi (coups de taille). Krótszy miecz jednoręczny, zwany estoc, miał masywniejszą spiczastą głownię służącą do zadawania pchnięć i ran kłutych (coups de pointe). Ponieważ dozwolone było używanie kilku rodzajów broni, Jean de Carrouges i Jacques Le Gris zapewne mieli z sobą po dwa miecze. Dwuręczny wisiał zwykle przy siodle w skórzanej pochwie, natomiast krótszy, estoc, był przypasany po lewej stronie, dzięki czemu mógł zostać łatwo i szybko wyjęty z pochwy - jako że większość wojowników była praworęczna. Topór - również ukazany na zaginionej tapiserii - cieszył się popularnością w połowie i pod koniec XIV wieku, gdyż był w stanie przeciąć zarówno kolczugę, jak i zbroję płytową, a nawet rozłupać hełm oraz głowę przeciwnika. Niektórzy rycerze upodobali sobie tę broń ponad inne. Typowy w tym czasie topór (hache) miał z jednej strony rozszerzone żeleźce równoważone z drugiej ciężkim, spiczastym ostrzem, czyli „kruczym dziobem” (bec de corbin), a pośrodku, osadzony na końcu drzewca, znajdował się ostry grot. Żołnierze nazywali tę broń trójnikiem. Do walki pieszej używano półtorametrowego lub dłuższego drzewca umożliwiającego szerokie wymachy toporem na boki i przedzieranie się przez wrogie oddziały. Do walki w siodle używano krótszego drzewca, długości od 1 do 1,2 metra - broń ta wisiała na znajdującym się w zasięgu ręki metalowym pierścieniu przymocowanym do łęku siodła. Sztylet był przeznaczony do walki wręcz w bliskim kontakcie oraz dobijania umierającego lub rannego przeciwnika na ostatnim etapie walki. Bywał też rzucany jak pocisk. Tę broń, młodszą od miecza czy używanej od wieków włóczni, arystokracja przyjęła pod koniec XIII wieku. U schyłku XIV wieku typowy sztylet miał solidne ostrze długości od piętnastu do trzydziestu centymetrów ze zwężonym czubkiem, dzięki któremu można było go wbić w szczeliny między płytami zbroi lub otwory na uszy i oczy w hełmie. Sztylet wymieniony w spisie broni wykonanym przed pojedynkiem w Bretanii został wykonany „z żelaza, stali lub obu tych metali” i miał ostrze długości „około dwudziestu dwóch centymetrów, mierząc od rękojeści”.
[…]
Zima przełomu lat 1386 i 1387 w północnej Francji była niezwykle mroźna i śnieżna. Słońce słabo ogrzewało miejsce walki, a kamienne mury otaczające teren opactwa dawały niewielką osłonę przed lodowatym wiatrem, który hulał po mieście. Dlatego najwcześniej przybyli gapie musieli tego ranka znosić długie godziny przeszywającego zimna, jeśli chcieli zapewnić sobie dobre miejsca. Arystokraci, dostojnicy kościelni, a nawet niektórzy urzędnicy miejscy i kupcy mieli zapewnione siedziska na trybunach i mogli przyjść o dowolnej porze. Większość napływających ludzi - sklepikarzy, rzemieślników, robotników, czeladników, żaków i przekupek, a także żebraków i złodziejaszków - musiała jednak walczyć o miejsce i każdy przepychał się łokciami, jeśli chciał obejrzeć pojedynek. Wraz z wybijaniem kolejnych godzin przez paryskie dzwony kurczyła się wolna przestrzeń wokół pola. Aby zapewnić sobie dobry widok, niektórzy siadali nawet na murach klasztornych lub gałęziach drzew. Tego dnia najważniejszymi widzami byli Karol VI i jego stryjowie - książęta Burgundii, Berry i Burbonii. Władca pojawił się kilka godzin po przybyciu pierwszych gapiów, choć długo przed południem - w czasie, gdy zgodnie z prawem przygotowani do walki przeciwnicy mieli się stawić na polu. Kiedy młody król ze swoją barwną świtą wjechał przez bramę na teren opactwa, rozległ się dźwięk trąb. Nieprzebrany tłum zgromadzony wokół pola turniejowego odwrócił się żywo, by popatrzeć na królewski orszak, wiedziano bowiem, że jego nadejście oznacza, iż oficjalna część pojedynku wkrótce się rozpocznie.
[…]
Wielu innych - zauważa również prawnik - popierało jednak Jacques’a Le Gris. Wśród przychylnych mu osób znaleźli się wpływowi członkowie dworu królewskiego, a może nawet sam król, ponieważ Le Gris był faworytem hrabiego Pierre’a, kuzyna władcy. Rodzina i przyjaciele Le Grisa żywili do Marguerite głęboką nienawiść za splamienie honoru giermka i narażenie jego życia na niebezpieczeństwo oskarżeniami o hańbiącą zbrodnię. Z całego serca pragnęli ujrzeć śmierć rycerza i konanie jego żony na stosie. Widzowie pozbawieni osobistego stosunku do sporu nie mieli równie sprzecznych uczuć - wielu z nich nie znało nawet szczegółów sprawy. Dla przygodnych gapiów pojedynek był tylko rzadkim widowiskiem, w jakim nigdy wcześniej nie brali udziału, a przede wszystkim rozrywką uświetniającą bożonarodzeniowy tydzień swoim przepychem i emocjonującym krwawym widowiskiem. Niektórzy być może żałowali Marguerite. Inni natomiast rozsiewali złośliwe i okrutne pogłoski rozchodzące się w mroźnym powietrzu i podsycające żądzę obejrzenia pojedynku, a jeszcze bardziej egzekucji przez spalenie na stosie, do której mogło dojść po walce. Czy pani de Carrouges była wiedźmą? Czarownicą? Uwodzicielką? Kiedy Marguerite pojawiła się na polu turniejowym, zimowy wiatr chłostał ją po twarzy i targał jej podbite sobolami szaty, a ona z pewnością czuła w powietrzu współczucie, wrogość i ciekawość widoczne na twarzach, które nagle zwróciły się w jej stronę. Nawet publiczne pojawienie się w parlamencie Paryża przed kilkoma miesiącami nie przygotowało jej na tę ciężką próbę.
[…]
Po obejrzeniu broni jeden z heroldów wszedł na pole, aby przedstawić zgromadzonym zasady walki. Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie, panowie, rycerze, giermkowie i wszyscy pozostali! Z rozkazu naszego pana, króla Francji, pod karą śmierci i utraty majątku surowo zabrania się noszenia w tym miejscu broni, miecza, sztyletu i innego oręża. Zakaz ten nie obejmuje strażników i osób korzystających z pozwolenia pana naszego, króla. Ponadto z rozkazu pana naszego, króla, surowo zabrania się ludziom wszelkiego stanu, z wyjątkiem uczestników walki, dosiadać wierzchowca w trakcie pojedynku, za co wysoko urodzonemu grozi utrata konia, a służącemu kara obcięcia ucha. Z rozkazu pana naszego, króla, surowo zabrania się także ludziom wszelkiego stanu wchodzenia na teren pola turniejowego z wyjątkiem osób upoważnionych. Każdy, kto złamie ten zakaz, straci życie i majątek. Z rozkazu pana naszego, króla, pod karą obcięcia dłoni surowo zabrania się też ludziom wszelkiego stanu wstawania z ław lub ziemi i zasłaniania widoku innym zgromadzonym. Z rozkazu pana naszego, króla, pod karą utraty życia i majątku w czasie walki surowo zabrania się też ludziom wszelkiego stanu rozmawiać, gestykulować, kaszleć, pluć, krzyczeć. Najwyraźniej pojedynki sądowe nie były hałaśliwą rozrywką przerywaną wybuchami radości i gwizdami tłumu. Za zakłócenie ciszy, nawet mimowolne, groziły surowe kary. Kronikarze opisują oniemiałych z przejęcia widzów oglądających pojedynki w całkowitej ciszy i ledwie ważących się oddychać.
[…]
Faktyczne bycie rycerzem było zupełnie inną kwestią. Wymagało nieustannego doskonalenia techniki władania mieczem i jazdy konnej podczas pojedynków, turniejów oraz intensywnych przygotowań do walki. W ciągu swojego życia Jean de Carrouges brał udział w licznych starciach. Od najmłodszych lat uczestniczył w kampaniach wojennych - i wychodził z nich żywy - ostatni raz w 1385 roku w Szkocji. Jacques Le Gris, choć należał do osobistych giermków króla i był dowódcą twierdzy w Exmes, miał mniejsze doświadczenie wojenne. Le Gris był jednak większy i silniejszy, co dawało mu innego rodzaju przewagę w pojedynku. Cieszący się znacznie lepszym zdrowiem giermek był też w stanie zaopatrzyć się w lepszego konia, wytrzymalszą zbroję i broń. Mimo niemocy, w którą popadł we wrześniu, dowiedziawszy się o zarządzeniu sądu bożego, w dniu starcia Le Gris czuł się świetnie, „sprawiał wrażenie silnego”, podczas gdy „Carrouges był osłabiony trawiącą go od dłuższego czasu gorączką”. W jednej z relacji zapisano, że rycerz „tego właśnie dnia padł ofiarą nowego ataku choroby”. Te czynniki - warunki fizyczne, zdrowie, zamożność, wyszkolenie wojskowe i doświadczenie -mogły okazać się decydujące w bitwie, choć nie sposób było przewidzieć, do jakiego stopnia wpłyną na wynik walki. Rezultat pojedynku mogły zmienić tysiące przypadkowych i nieprzewidywalnych wydarzeń - od pośliźnięcia się jednego z uczestników i zerwania pasa zbroi po nagły błysk słońca odbitego w pancerzu przeciwnika lub ostrzu miecza.
[…]
Jeżeli którykolwiek z wojowników wniesie na pole walki zabroniony prawem rodzaj broni, zostanie ona skonfiskowana i nie otrzyma on w zamian innej. Jeżeli którykolwiek z wojowników wniesie na pole walki broń wykonaną za pomocą zaklęć, czarów, uroków lub jakiejkolwiek innej czarnej magii, z powodu których ucierpią siła lub sprawność przeciwnika przed walką, w trakcie walki lub po jej zakończeniu, a jego prawa i honor będą zagrożone, złoczyńca zostanie odpowiednio ukarany jako nieprzyjaciel Boga, zdrajca lub morderca. Każdy wojownik musi wnieść na pole wystarczająco dużo chleba, wina i innego rodzaju pożywienia i napojów, by w razie potrzeby starczyło ich na cały dzień, a także wszystkiego, czego będzie potrzebował on sam oraz jego wierzchowiec. Każdy wojownik ma walczyć konno i pieszo, uzbrojony w sposób, który mu odpowiada, bronią i narzędziami służącymi do ataku i obrony, z wyjątkiem tych wykonanych według szatańskiego projektu lub za pomocą zaklęć i uroków czy innych metod zakazanych przez Boga i Święty Kościół ku pełnej chwale Chrystusa. Każdy wojownik musi złożyć przysięgę i stwierdzić, że jeśli Bogu nie spodoba się, aby jeden z nich został pokonany lub zabity do zachodu słońca, przyjmą wolę Boga i zgodzą się stawić nazajutrz, aby kontynuować walkę.
Zdarzało się, że pojedynek trwał przez cały dzień i nie przynosił rozstrzygnięcia do zachodu słońca, czyli „czasu, kiedy gwiazdy ukazują się na niebie”. W takim wypadku walkę podejmowano nazajutrz. Jeśli chodzi o wpływ sił nieczystych na wynik pojedynku, w średniowieczu była to rzeczywista obawa, ponieważ niektórzy wojownicy - aby zapewnić sobie zwycięstwo - zwracali się ku zaklęciom i urokom, a nawet sięgali po specjalną broń wykonaną przy użyciu magii. Uczestników biorących udział w pojedynku sądowym obowiązywał więc surowy zakaz uciekania się do czarów w celu udaremnienia boskiego wyroku. Za złamanie go groziła kara śmierci.
[…]
Marguerite przed milczącym, wpatrzonym w nią tłumem odparła: Mój Panie, tak jest, możesz walczyć z ufnością, gdyż ta sprawa jest sprawiedliwa. Na to rycerz odpowiedział tylko: Powierzmy to woli Boga. Takie były ostatnie słowa, które Jean i Marguerite wypowiedzieli do siebie przed pojedynkiem. Oboje wiedzieli, że mogła to być ich ostatnia rozmowa. Następnie rycerz „ucałował żonę, uścisnął jej dłoń i się przeżegnał”. Po ostatnim pocałunku wrócił na swoje miejsce po prawej stronie pola. Kronikarz opisał niepokój, z jakim Marguerite patrzyła na męża przygotowującego się do wejścia na listę, by walczyć o ich życie: Pani pozostała na obrzeżu pola, modląc się żarliwie do Boga i Najświętszej Panienki, pokornie błagając o zesłanie zwycięstwa jej mężowi zgodnie z jej prawem. Rozumiecie, w jak wielkim była niepokoju i jak wielka była jej bojaźń o życie, w wypadku przegranej męża zostałaby bowiem bezapelacyjnie skazana na stos. Nie wiem - gdyż nigdy z nią nie rozmawiałem - czy nie żałowała skierowania tej sprawy do sądu, przez co sprowadziła tak wielkie niebezpieczeństwo na siebie i męża. Ostatecznie nie pozostało jej nic innego niż czekać na wynik walki.
[…]
Marguerite rzeczywiście groziło ogromne niebezpieczeństwo. Opis przerażającej śmierci królewskiego urzędnika straconego w czasie panowania Karola VI na podstawie fałszywych oskarżeń o herezję sugeruje, jak okrutny los czekałby ją w wypadku przegranej męża. Pognali go. Stos był już gotów, szubienica została ustawiona na placu, a w odległości stopy od niej znajdował się pal z ciężkimi żelaznymi łańcuchami. Inny łańcuch, z doczepioną żelazną obręczą, zwisał ze szczytu szubienicy. Na szyję założono mu obręcz z zawiasami, następnie zamknięto ją i uniesiono go, aby żył jak najdłużej. Obwiązano go pierwszym łańcuchem i przymocowano do pala. Krzyczał i wył. Gdy tylko go unieruchomiono, wokół ustawiono ogromne polana drewna i podłożono ogień. Natychmiast się zapaliły. Tak więc wisiał i płonął jednocześnie, a król Francji mógł oglądać przez okno egzekucję, jeśli zechciał. Gdyby Marguerite miała zostać spalona, król również mógłby oglądać jej śmierć. Od króla po najuboższego chłopa ludzie w średniowieczu z entuzjazmem brali udział w ponurych spektaklach publicznych tortur i egzekucji. Nawet dzieci oglądały palenie na stosie, ścinanie głów, wieszanie, topienie, grzebanie żywcem i inne okrutne kary. Zachowane dokumenty z epoki sugerują, że ofiary palenia na stosie umierały w męczarniach nawet przez półtorej godziny. Kronikarz nie przesadzał, twierdząc, że Marguerite przeżywała wielką trwogę, patrząc na pole, gdzie ważył się jej los.
[…]
Kiedy wojownicy dali znak, że są gotowi, i wszyscy opuścili pole, herold ponownie wkroczył na jego środek. Stanął naprzeciw Karola VI, czekając, aż zapadnie całkowita cisza. Kiedy wszystkie głosy umilkły, ciszę zakłócało tylko parskanie koni i łopot proporców nad czerwono-srebrnymi pawilonami. Nagle herold zakrzyknął donośnym głosem, tak żeby wszyscy go usłyszeli: Faites vos devoirs! (Czyńcie swoją powinność!) Zanim po raz trzeci, zgodnie z wymogiem prawa, wydał ten rozkaz, obaj uczestnicy wypadli z pawilonów z przypasaną bronią i zamkniętymi zasłonami hełmów. Podążały za nimi grupki niespokojnych służących. De Carrouges i Le Gris ruszyli w pobrzękujących zbrojach ku swoim wierzchowcom. Obaj pewnie oparli osłonięte żelazem stopy na podestach obok koni i przygotowali się do ataku. Herold opuścił pole, a jego miejsce zajął marszałek. Czterech wysoko urodzonych świadków, czyli escoutes, również stanęło na wyznaczonych stanowiskach - po dwóch na każdym krańcu -przed otwartymi bramami, zagradzając je trzymaną poziomo włócznią. Marszałek stanął pośrodku pola i dał znak białą rękawicą. Wszyscy zgromadzeni zwrócili oczy w jego stronę. Obaj wojownicy stali w gotowości obok swoich wierzchowców, z uwagą słuchając i obserwując marszałka, który powoli podnosił rękawicę nad głowę. Nagle wyrzucił ją w powietrze, wznosząc zwyczajowy okrzyk: Laissez-les aller! (Niech idą!)
[…]
Walka miała być nie tylko bezlitosna, lecz także pozbawiona zasad. W walce na śmierć i życie, inaczej niż w czasie turniejów rycerskich, przeciwnik miał prawo zaatakować od tyłu, mierzyć w szczelinę wzrokową hełmu, oślepić piaskiem, podstawić nogę, kopnąć czy skoczyć na wroga, gdy ten potknie się i upadnie. W pojedynku, który odbył się w 1127 roku we Flandrii, dwaj wycieńczeni wojownicy rzucili broń, padli na ziemię i zaczęli zadawać sobie ciosy metalowymi rękawicami, aż w końcu jeden z nich sięgnął pod zbroję przeciwnika i urwał mu genitalia, zabijając go na miejscu. Rycerskość miała się dobrze podczas turniejów, a nawet w czasie ceremonii poprzedzających pojedynek sądowy, ale znikała wraz z rozpoczęciem walki na śmierć i życie. Jean de Carrouges jako oskarżyciel zaatakował pierwszy. Obniżył kopię, oparł ją o wycięcie w tarczy, ścisnął mocno pod prawym ramieniem i uważnie wycelował w przeciwnika. Następnie spiął konia ostrogami i ruszył z kopyta w kierunku wroga. Jacques Le Gris, widząc, że de Carrouges przechodzi do ataku, natychmiast również obniżył kopię, spiął wierzchowca i wyjechał mu naprzeciw.
[…]
Ranny rycerz wciąż tracił krew i siły. Jego ruchy stawały się powolniejsze, a po każdym ciosie robił dłuższą przerwę, by dokładniej wycelować mieczem. W końcu, po kolejnym ciosie rękojeścią, stalowy trzpień zamka puścił. Zasłona się otworzyła, ukazując twarz wroga od czoła po podbródek. Le Gris zmrużył oczy, widząc słońce i znajdującą się zaledwie kilka centymetrów od niego twarz przeciwnika. De Carrouges uniósł sztylet, ponownie wołając: Przyznaj się! Le Gris, unieruchomiony przez bezlitosnego rycerza, odkrzyknął, starając się, aby usłyszeli go wszyscy zgromadzeni: W imię Boga i na zgubę i potępienie mojej duszy jestem niewinny! A zatem będziesz potępiony! - krzyknął rycerz. Z tymi słowami de Carrouges wbił sztylet w gardło wroga. Przytrzymując jego hełm drugą dłonią, z całej siły pchnął ostrą klingę w odkryte blade ciało i zatopił ją aż po rękojeść.
[…]
Gdy krzyk tłumu odbijał się od kamiennych murów klasztoru, strażnicy otworzyli bramę znajdującą się na prawo od królewskiej loży i Jean de Carrouges z trudem wykuśtykał z pola walki. Za wrotami czekał na niego służący, który czym prędzej odpiął część zbroi okrywającą udo rycerza i zabandażował ranę pasem czystego płótna. Następnie zwycięzca ruszył w kierunku loży króla. Przed uściskaniem żony i świętowaniem triumfu musiał złożyć hołd monarsze i najwyższemu sędziemu. Tłum ponownie zamilkł, gdy de Carrouges powoli obchodził pole, zmierzając przed oblicze monarchy. Karol VI, jego stryjowie i dworzanie patrzyli z podziwem na wycieńczonego, ale zwycięskiego rycerza, który stanął przed nimi w zakurzonej, poplamionej krwią zbroi. Ciężka walka i zwycięstwo nad silniejszym, zdrowszym przeciwnikiem wydały się jednemu ze świadków „niemal cudem”. Jean de Carrouges klęknął przed władcą, ale król „kazał mu wstać i obdarował tysiącem franków, a także uczynił członkiem swojej komnaty z dożywotnią pensją w wysokości dwóch tysięcy franków rocznie”. Karol VI rozkazał też swojemu osobistemu lekarzowi, by udał się ze zwycięzcą do jego kwatery i tam opatrzył ranę.
[…]
A CO SIĘ STAŁO z zabitym Jacques’em Le Gris? Kiedy Jean i Marguerite opuścili pole turniejowe w Saint-Martin, żeby podziękować Bogu w Notre Dame, jego szczątki ruszyły w zupełnie inną podróż. Podczas gdy krewni i przyjaciele zwycięskich małżonków radowali się wraz z nimi, bliscy Le Grisa nie mieli powodów do świętowania, przeciwnie - musieli znosić hańbę, która spadła na ciało martwego rycerza. Zabitego po śmierci „skazano na zawleczenie na szubienicę, zgodnie z przyjętym zwyczajem”. Zwłoki Le Grisa rozebrano ze zbroi i wyniesiono nogami do przodu z pola, a następnie „oddano katowi Paryża”, który rzucił zakrwawione ciało na zaprzężony w konie wózek i zawiózł zwyczajową trasą do Bramy Świętego Dionizego i poza mury, na Montfaucon. Gdyby wynik pojedynku był inny, kat Paryża - budzący przerażenie, okryty czarnym kapturem bourreau [z fr. – oprawca, kat, dręczyciel – przyp. aut.] - zająłby się Marguerite. Najpierw przywiązałby ją do stosu pośród grubych polan, następnie pozwolił uzyskać rozgrzeszenie od księdza, a na koniec oddał płomieniom. Tymczasem krzepki oprawca wkroczył na pole turniejowe, aby ściągnąć zwłoki otoczonego pogardą i hańbą przestępcy, w którego winę już nikt nie wątpił.
[…]
Jean Froissart, jeden z kronikarzy relacjonujących przebieg pojedynku, okazał niewiele litości Jacques’owi Le Gris, który tak haniebnie skończył na Montfaucon. Autor postrzegał szubienicę i zbiorową mogiłę jako odpowiednie zadośćuczynienie za odrażającą zbrodnię. Froissart sportretował Le Grisa jako „człowieka niskiego stanu, który jak wielu innych wybił się dzięki sprzyjającej Fortunie. Kiedy jednak ludzie tacy znajdują się na szczycie i czują się bezpiecznie, Fortuna zrzuca ich ponownie w błoto, oni zaś kończą niżej niż zaczynali”. Według skali wartości wyznawanych przez Froissarta błoto, w które Fortuna zrzuciła giermka, jest moralnym odpowiednikiem piachu, na który de Carrouges powalił przeciwnika w czasie walki, oraz podłogi, na którą Le Gris cisnął bezbronną kobietę, aby ją zgwałcić i pohańbić. Ostateczny upadek przestępcy ucieleśnił zatem sprawiedliwość - zarówno metaforyczną, jak i rzeczywistą. Kronikarz zasugerował nawet, że Najświętsza Maria Panna ukarała Le Grisa za zbrodnię, której dopuścił się wobec innej kobiety. Choć Fortuna jest ślepa, a jej koło bez litości odwraca los dobrych i złych, czasem ludzie niskiego pochodzenia, którzy stali się pyszni, zostają ponownie poniżeni. Zdaniem kronikarza jest to wyraz nieubłaganej sprawiedliwości rządzącej światem.
[…]
PENSJA PRZYZNANA JEANOWI DE CARROUGES przez króla po pokonaniu i zabiciu Jacques’a Le Gris w pojedynku oraz mianowanie go królewskim szambelanem nie były jedynymi nagrodami za odniesione zwycięstwo. W ciągu dwóch miesięcy od walki parlament Paryża przyznał rycerzowi dodatkową sumę sześciu tysięcy liwrów w złocie. Według arret [z fr. – wyrok – przyp. aut.] z 9 lutego 1387 roku suma ta miała zrekompensować rycerzowi „wydatki i obrażenia” poniesione w czasie procesu sądowego. Pochodziła z dóbr pokonanego i była dodatkowym łupem zdobytym dzięki zwycięstwu. Okazało się jednak, że pokonanie wroga, potwierdzenie wniesionych oskarżeń, uratowanie żony przed stosem, królewskie podarunki, powszechne dowody uznania i spore odszkodowanie nie przyniosły de Carrouges’owi zadowolenia. Większość ziem zabitego Le Grisa wróciło do hrabiego Pierre’a d’Alenęon, w tym także Aunou-le-Faucon. Było to lenno, które ojciec Marguerite sprzedał hrabiemu w 1377 roku i które rok później senior podarował Jacques’owi Le Gris. Kiedy w 1380 roku Jean de Carrouges ożenił się z Marguerite i zorientował się, że te cenne ziemie przeszły mu koło nosa i trafiły do rywala, wszczął proces sądowy, by je odzyskać. Hrabia Pierre otrzymał jednak od króla potwierdzenie przekazania Le Grisowi daru, co było równoznaczne z unieważnieniem pretensji de Carrouges’a do tych włości. Zabiwszy wroga, Jean podjął kolejną próbę zdobycia upragnionych ziem, jakby uważał, że zemsta nie dopełni się dopóty, dopóki on nie wejdzie w ich posiadanie.
[…]
CHOĆ JEAN DE CARROUGES ponownie utracił Aunou-le-Faucon, zwycięstwo w pojedynku przyniosło mu uznanie i satysfakcję, które przez lata w Argentan pozostawały poza jego zasięgiem. Na królewskim dworze w Paryżu rycerz znalazł nowe, wyższe sfery, w których mógł realizować swoje ambicje. W ciągu kilku lat od pojedynku został mianowany przybocznym rycerzem władcy. 23 listopada 1390 roku Karol VI wypłacił de Carrouges’owi czterysta złotych franków jako jednemu ze swoich chevaliers d’honneur [z fr. – rycerzy honorowych – przyp. aut.]. Było to stanowisko wyższe od zajmowanej niegdyś przez Jacques’a Le Gris posady giermka królewskiego. Można odnieść wrażenie, że zabiwszy rywala w pojedynku, rycerz zajął jego miejsce na dworze. Dzięki dołączeniu do uprzywilejowanego kręgu otaczającego króla de Carrouges zaczął otrzymywać ważne misje. W 1391 roku towarzyszył kilku francuskim arystokratom w podróży do Europy Wschodniej, aby zebrać informacje na temat osmańskich najazdów na te ziemie. Sułtan na czele potężnej armii zaatakował niedawno Węgry, wzbudzając nowe obawy dotyczące zagrożenia, jakim islam był dla chrześcijaństwa. Wywiadem wojskowym w Turcji i Grecji „zajmowali się stary marszałek Francji, Boucicaut, i pan Jean de Carrouges”. To, że de Carrouges został wymieniony razem z marszałkiem, wskazuje na prestiż, jakim rycerz cieszył się na królewskim dworze.
[…]
Pięć lat później de Carrouges wrócił do Europy Wschodniej z krucjatą zorganizowaną przeciwko osmańskiemu zagrożeniu, wcześniej jednak pomógł zapobiec niebezpieczeństwu bezpośrednio dotykającemu jego ojczyznę. W 1392 roku kraj ogarnęło poruszenie, gdy Pierre de Craon, zhańbiony i wydalony z dworu królewskiego szlachcic, próbował zabić Oliviera de Clisson, konetabla Francji, którego obwiniał o swoją banicję. Craon zaskoczył konetabla z oddziałem konnych żołnierzy w ciemnej uliczce Paryża, zrzucił go z siodła ciosem miecza w głowę i pozostawił na pewną śmierć. Clisson przeżył jednak napaść i zdołał wskazać napastników. Gdy Craon zbiegł i schronił się u księcia Bretanii, który odmówił jego wydania, Karol VI zebrał wojska, chcąc podporządkować sobie buntowniczego księcia i postawić go przed sądem. Z tego powodu latem 1392 roku świeżo wyniesiony do rangi chevalier d’honneur Jean de Carrouges w otoczeniu giermków znalazł się w królewskim orszaku zmierzającym do Bretanii. Karol VI, teraz dwudziestotrzyletni, właśnie wyzwolił się spod wpływu stryjów i ogłosił się samodzielnym władcą Francji. Kampania pod dowództwem młodego króla miała się zakończyć w zaskakujący sposób.
[…]
Wobec nikłych szans na zwycięstwo wielu krzyżowców się poddało - zrobili to między innymi Boucicaut i hrabia Eu, który poprowadził przedwczesne uderzenie francuskiego rycerstwa. Turcy wzięli do niewoli trzy tysiące jeńców. Po wpłaceniu okupu uwolniono wielu bogatych i znaczących arystokratów, między innymi Boucicauta i Jana bez Trwogi. Liczni zapłacili jednak życiem za rzeź, którą chrześcijanie zgotowali Turkom dzień wcześniej, gdyż sułtan pragnął zemsty. Dzień po bitwie Turcy ścięli kilkuset krzyżowców. Przerwali egzekucje dopiero na rozkaz Bajazyda, który miał dość rozlewu krwi. Nie wiemy, co spotkało Jeana de Carrouges pod Nikopolem. Zapewne zginął, walcząc z Turkami w pobliżu miejsca, gdzie poległ jego dowódca Jean de Vienne i został pochowany w zbiorowym grobie. Nie można jednak wykluczyć, że znalazł się wśród jeńców straconych przez Osmanów następnego dnia w odwecie za wcześniejszy mord, którego dopuścili się chrześcijanie. Znając jego odwagę, nieustępliwość i lojalność wobec towarzyszy broni, nie wydaje się prawdopodobne, aby uciekł z pola walki. Bitwa pod Nikopolis - jedna z największych klęsk militarnych wszech czasów - zakończyła trwający trzysta lat okres przygód europejskich wojowników na Wschodzie. Jean de Carrouges zginął więc, biorąc udział w wyprawie, która okazała się ostatnią krucjatą.
[…]
Twierdzono, że to wyznanie winy „prawdziwego” sprawcy skłoniło Jeana de Carrouges do wyjazdu na krucjatę, która stała się dla niego odkupieniem grzechów lub ucieczką przed skandalem. Próbowano też udowodnić, że wieści o spóźnionym przyznaniu się innego mężczyzny stały za decyzją o wstąpieniu do klasztoru podjętą przez Marguerite, dręczoną wyrzutami sumienia z powodu oskarżenia niewinnego człowieka i niesłusznego skazania go na śmierć. Jedna z relacji mówi o tym, że Marguerite przywdziała welon i zaprzysięgła życie w czystości do końca swoich dni; inna wskazuje, iż została pustelnicą i dokonała swego żywota, poświęcając się ćwiczeniom duchowym w zamurowanej celi. Te mało wiarygodne opowieści nie zostały potwierdzone żadnymi dowodami [pojawiła się też pogłoska, że Marguerite jako ofiara gwałtu popełniła samobójstwo – przyp. tłum]. W średniowieczu zamożne, wysoko urodzone wdowy wstępowały czasem do klasztorów i płaciły za pobyt jako „goście”, niektóre zaś zostawały zakonnicami. Wszystko wskazuje jednak na to, że Marguerite utrzymała swoje doczesne dobra, gdyż po latach przekazała je Robertowi. Nie przekonuje więc teoria, że zakończyła życie w odosobnieniu wywołanym wyrzutami sumienia.
[…]
GŁOŚNA WALKA na śmierć i życie między Jeanem de Carrouges i Jacques’em Le Gris była ostatnim pojedynkiem sądowym zatwierdzonym przez paryski parlament. Kontrowersyjny wynik starcia przyczynił się do odrzucenia praktyki, którą już wówczas część ludzi - a dużo więcej osób w późniejszych wiekach - zaliczała do najbardziej barbarzyńskich średniowiecznych metod rozstrzygania sporów. W późniejszych latach do parlamentu paryskiego wpłynęło jeszcze kilka apelacji z prośbą o pojedynek sądowy, ale żadna nie zakończyła się wydaniem arret zezwalającego na walkę. Mimo to przez następne wieki w kilku regionach dzisiejszej Francji znajdujących się poza jurysdykcją parlamentu, na przykład w Bretanii, a także w części Flandrii podległej Burgundii, nadal organizowano pojedynki sądowe. W 1430 roku dwóch szlachciców wzięło udział w pojedynku sądowym w Arras; w 1455 roku w Valenciennes dwóch mieszczan stoczyło publicznie walkę na pałki; a w 1482 roku do pojedynku sądowego doszło w Nancy. Sądy boże przetrwały też w innych częściach Europy, zwłaszcza w Anglii, gdzie zarówno szlachetnie urodzeni, jak i należący do ludu korzystali z tego przywileju do czasu, aż zwyczaj ten wyszedł z użycia. Jeszcze w 1583 roku za zgodą Elżbiety I w Irlandii doszło do pojedynku na śmierć i życie. Tego typu praktyk zakazano w Anglii dopiero w 1819 roku, kiedy proces w sprawie morderstwa doprowadził do wyzwania oskarżonego do walki. To wydarzenie skłoniło angielski parlament do ostatecznego zniesienia zwyczaju.
Eric Jager, Ostatni pojedynek
Sfilmowana powieść historyczno-obyczajowa Erica Jagera – amerykańskiego krytyka literackiego i specjalisty-wykładowcy literatury średniowiecznej - przenosi akcję średniowiecznego pojedynku sądowego do nie mniej feudalnej Francji, w zasadzie do lenniczej i północno-zachodniej Normandii, również do stołecznego Paryża, w schyłek epoki wieków średnich, czyli pod koniec czternastego stulecia. To historia niecodziennego gwałtu w następstwie, którego także uruchomionego śledztwa paryskiego parlamentu oraz sensacyjnego pojedynku pokrzywdzonego Jeana de Carrouges z domniemanym napastnikiem jego małżonki - giermkiem Jacques’em Le Gris na polu Saint-Martin w Paryżu. W dzisiejszej historiografii dominuje jednak „swobodna” teza post-sądowa, że sprawa de Carrouges - Le Gris „należy do najbardziej ponurych znanych przykładów nadużycia sądowego”, […] że de Carrouges, dowiedziawszy się, iż Marguerite została zgwałcona, „postanowił obrócić to na swoją korzyść” i „zmusił żonę, aby wskazała Le Grisa jako gwałciciela”. Dalej ten sam historyk R.C. Famigletti cytuje sądowe protokoły, ale przyjmuje wersję wydarzeń przedstawioną przez oskarżonego, sprowadzając Marguerite do roli „narzędzia”, za pomocą którego de Carrouges zniszczył znienawidzonego rywala. Tym samym kobieta oskarżyła niewłaściwego mężczyzna nie przez pomyłkę, lecz w zmowie z mężem. Przy czym powtarza też starą legendę o tym, że inny mężczyzna przyznał się do popełnienia gwałtu, a okryta hańbą Marguerite wstąpiła do klasztoru, „gdy na jaw wyszło jej krzywoprzysięstwo”. Mediewista w toku dalszego rozumowania nie przedstawia jednak żadnych nowych dowodów potwierdzających wielokrotnie powtarzaną wcześniej opowieść o przyznaniu się do win „prawdziwego” sprawcy. Ta nieprzekonująca legenda powstała zaraz po głośnym pojedynku i była podtrzymywana przez wieki w relacjach kronikarzy i historyków. Zapewne będzie żywa dopóty, dopóki trwać będzie pamięć o sporze sądowym między rycerzem, jego żoną a giermkiem i dopóki sprawa ta będzie omawiana oraz analizowana na kartach historii. Choć nie brakuje też i takich myślicieli, którzy nad-interpretując przestępcze wydarzenia do dziś oskarżają tamtejsze średniowieczne elity o barbarzyństwo i wiarę w zabobony, z kolei sprawy „boskiego” pojedynku sądowego uważają za najlepszy przykład ówczesnej ciemnoty.