19.09.2025

„Za co cię bije?
Za to, że ja to ja
a nie ty”
„Świat się zmienia,
powiedziałam.
Nie należy już tylko
do mężczyzn i chłopców.”
„Sparzony palec
nie zapomina
ognia.”
[…]
Mama umarła. Jak umierała to krzyczała i klęła. To na mnie tak krzyczała, mnie przeklinała. Bo jestem gruba. Z niczem nie nadążam. Zanim się wrócę od studni, woda się nagrzeje. Zanim podam jedzenie na stół, całe wystygnie. Zanim wyszykuję dzieci do szkoły, pora nakrywać do obiadu. On nic nie mówił. Siedział przy łóżku, trzymał ją za rękę i płakał i prosił nie zostawiaj mnie tak, nie odchodź. Pytała mnie się o te piersze. Czyje ono? Pan a Boga, mówię. A co żem miała powiedzieć? Nie znałam innych mężczyzn. Zabolało, w brzuchu zaczęło mi się cóś ruszać a potem wyszed ze mnie ten dzieciaczek. Ssał piąstkę, a ja tak się zdziwiłam, że o mało co nie zemglałam. Nikt do nas nie zachodzi. Ona coraz bardziej chora. Wreszcie pyta Gdzie się podziało? Bóg wziął, mówię. Ale to on je wziął. Wziął, kiedy spałam. Zaniós do lasu i zabił. Te drugie tyż zabije jak tylko mu się uda.
[…]
Tego samego wieczora przyjechał pan. Leżałam w łóżku i płakałam. Nettie wreszcie przejrzała na oczy. Nasza nowa mama tyż. Siedzi u siebie w pokoju i płacze. Nettie pielęgnuje pierw jedną, potem drugą. Sama taka zestrachana, że raz to aż wyszła na dwór i się porzygała. Ale za domem, nie od ganku, bo tam siedzieli mężczyźni. No cóż, powiada pan, mam nadzieję, że w końcu się pan namyślił. On na to nie, nie powiem, żebym zmienił zdanie. Wie pan, mojem małem bidactwom przydałaby się matka, mówi pan. Nie, odpowiada bardzo wolno, nie mogę panu oddać Nettie. Za młoda. Nic nie wie o życiu, wszystko trza jej mówić. A zresztą niech jeszcze pochodzi do szkoły. Wykieruję ją na nauczycielkę. Ale weź pan Celię. I tak jest najstarsza. Piersza powinna wyjść za mąż. Fakt, że jest ruszona, ale chiba pan o tem wie. Któś ją zepsuł. I to dwa razy. Ale co komu po świeżej babie. Moja jest świeża i nic tylko choruje. Splunął przez porencz. Dzieciaki działają jej na nerwy, gotować tyż za bardzo nie potrafi. No i już zaszła. Pan nic na to nie mówi. A ja takem się zdziwiła aż płakać przestałam. Brzydula z niej, mówi on. Ale za to nie boi się ciężkiej roboty. No i jest czysta. A w dodatku sam Bóg ją unieszkodliwił więc można z nią robić co się chce i nic potem w domu jeść nie zawoła.
[…]
Pan w końcu wziął i się oświadczył o Nettie. Ale On nie chce jej puścić. Za młoda, mówi, niedoświadczona. Powiada, że pan ma już za dużo dzieciów. No i jeszcze ten skandal z żoną co to ją któś zabił. A to całe gadanie o Cuksie Avery? Co to właściwie ma znaczyć? Spytałam się naszej nowej mamy o Cuksę Avery. Co to takiego? - pytam się. Powiada, że nie wie, ale się dowie. Mało, że się dowiedziała: znalazła fotografię. Piersze zdjęcie kogoś prawdziwnego jakie żem w życiu widziała. Powiedziała, że pan wyjmował cóś z portfela, żeby pokazać Tacie i to zdjęcie mu wypadło i wleciało pod stół. Cuksa Avery to kobita. Nigdy jeszcze nie widziałam takiej pięknej. Ładniejsza niż moja mama. Dziesięć tysięcy razy ładniejsza ode mnie. Na tem zdjęciu stoi ubrana we futro. Ma róż na twarzy, a włosy jakby ogon jakiego zwierzaka. Oparła nogę o czyjsiś samochód i się uśmiecha. Ale oczy ma poważne. Jakby smutne. Poprosiłam, żeby mi dała to zdjęcie. Patrzyłam się na nie całą noc. I tera, jak śpię to mi się śni Cuksa Avery zabójczo wystrojona, wycina pirułety i się śmieje.
[…]
Pan wciąż się nie odzywa. Wyciągam zdjęcie Cuksy Avery. Patrzę jej się w oczy. Jej oczy mówią No właśnie, tak to bywa. Żeby tak prawdę powiedzieć to muszę jej się pozbyć z domu. Słyszane to rzeczy, żeby taka duża dziewucha mieszkała z własną rodziną. No i ma zły wpływ na resztę córek. Dostanie własną pościel. I tę krowę co ją sama chowa tam w zagrodzie. Ale Nettie pan mu nie dam, nima mowy. Ani tera, ani nigdy. Pan wreszcie się odezwał. Chrząknął i powiada Tej drugiej to żem się nawet dobrze nie przyjrzał. No, to inną razą możesz jej się pan przyjrzeć. Brzydula. Nawet nie poznać, że ona i Nettie to krewne. Ale żona z niej będzie lepsza. Mądra nie jest. Trza na nią uważać, bo jak nie to wszystko z domu porozdaje. Ale do roboty nie gorsza niż mężczyzna. A ile ma lat, pyta się pan. Prawie dwadzieścia, on na to. I jeszcze jedno: straszna z niej kłamczucha.
[…]
Tata wstał i poszed za niemi. Bez resztę tygodnia nic tylko żem rzygała i oprawiała dziczyznę. Ale Nettie nie dała za wygraną. Niewiele czasu minęło jak przyszła do nas pan na Beasley pogadać z Tatą. Powiedziała, że od kiedy uczy w szkole nigdy nie miała takich pilnych uczennic jak Nettie i ja. Ale Tata mnie zawołał żebym wyszła i wtedy ona zobaczyła jak mi się sukienka na brzuchu opina. Nic więcej nie powiedziała tylko zabrała się i poszła. Nettie dalej nic nie rozumi. Ja tyż. Widzimy tylko że wciąż jestem gruba i mnie mgli. Czasem to aż jestem zła, że Nettie mnie prześcigła w nauce. Ale z tego co do mnie mówi nic mi w głowie nie zostaje. Cóś mi tam klarowała, że niby ziemnia wcale nie jest płaska. Aha, mówię jakbym dawno wiedziała. Wcale żem się nie przyznała, że na moje oko to ziemnia jest całkiem płaska. Wreszcie któregoś dnia przyjechał pan, cały jakby wyżęty. Ta kobita co mu pomagała w domu zabrała się i poszła. Jego mamuśka tyż powiedziała Dosyć Tego. Jeszcze raz bym jej się przyjrzał, powiada. Tata mnie zawołał. Celio, mówi. Jakby nigdy nic. Pan chce jeszcze raz się na ciebie popatrzyć.
[…]
Jak już wzielim ślub to bez cały dzień nic tylko uciekałam przed najstarszym chłopakiem. Ma dwanaście lat. Własna matka umarła mu na rękach więc mały ani słyszeć nie chce o nowej mamie. Złapał za kamień i rozbił mi głowę. Krew pociekła aż między piersi. Jego tata krzyknął Przestań! Ale nic więcej chłopakowi nie powiedział. Ma czworo dzieciaków a nie troje: dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Dziewczynkom od śmierci matki nikt włosów nie czesał. Mówię mu, że trza zgolić i niech rosną od nowa. On na to, że kobicie włosy obcinać to wróży nieszczęście. Więc zabandażowałam sobie głowę jak się dało i ugotowałam obiad - zamiast studni mają tu źródło, w piecu pali się drewnem a ten piec wielki jak ciężarówka - i dalej rozsupływać te kołtuny. Jedna dziewczynka ma tylko sześć lat a druga osiem więc obie w bek. Co tam w bek: rozdarły się na całe gardło. Krzyczały, że je morduję. Do dziesiątej się uwinęłam. Dziewczynki płakały, płakały, aż posnęły. Ale ja nie płaczę. On leży na mnie a ja myślę o Nettie czy nic jej nie grozi. A potem o Cuksie Avery. Wiem, że to samo co tera robi mnie robił z Cuksą Avery i może jej z tem było dobrze. Obejmuję go jedną ręką.
[…]
Nettie jest u nas. Uciekła z domu. Mówi, że nie chciała zostawiać macochy, ale musiała się wynieść, żeby może jakoś pomóc mniejszym siostrzyczkom. Chłopcom nic nie będzie, mówi. Umią schodzić mu z drogi. Jak urosną, to mu się postawią. A może i zabiją, mówię. A jak się tobie układa z panem, pyta się Nettie? Ale przecie ma oczy i widzi, że wciąż mu się podoba. Wieczorem wystrojony po niedzielnemu wychodzi na ganek. My siedzimy we dwie i Nettie pomaga mi łuskać groch albo poprawia błędy w tem co dzieci napisały albo co ja napisałam i uczy mnie wszystkiego co podług niej trza wiedzieć. Żeby tam nie wiem co, Nettie stale i wciąż probuje mi wytłumaczyć, co się we świecie dzieje. Zresztą dobra z niej nauczycielka. Jakby się wydała za kogoś takiego jak pan albo skończyła w kuchni jakiej białej pani to bym chiba umarła. Cały Boży dzień czyta, uczy się, ćwiczy kalegrafię i przymusza nas do myślenia. Ja prawie co dzień jestem taka zmęczona, że myśleć nijak nie mogę. Ale Nettie to wcielona cierpliwość.
[…]
Zastrzygłam uszami jak zaczęły mówić o Cuksie Avery. Sama chętnie bym o niej pomówiła. Zara zmilkły. Mnie tyż mgli jak o niej słyszę, mówi Kate i głośno wypuszcza powietrze. A co do Celii to masz rację. Dobrze prowadzi dom, ma rękę do dzieci, dobrze gotuje. Nasz brat nie móg lepiej trafić choćby się nie wiem, jak starał. A ja właśnie myślę o tem jak się starał. Drugą razą Kate przyjechała sama. Ma ze dwadzieścia pięć lat. Stara panna. Wygląda młodziej ode mnie. Widać po niej, że zdrowa. Oczy jej się błyszczą. Język ma ostry. Kup Celii cóś z ubrania, mówi do pana. To ona potrzebuje się ubrać, on na to? Sam zobacz. On patrzy się na mnie jakby się patrzył w ziemnię. To ten kawałek ziemni potrzebuje się ubrać, mówią jego oczy?
[…]
Harpo pyta się swojego taty czego mnie bije. A bo to moja żona, mówi pan. No i za to, że uparta. Wszystkie kobity jak raz się nadają... nie dokończył. Wetknął nos w gazetę, jak to on. Podobny do mojego Taty. Harpo pyta się mnie Czego jesteś uparta? Nie pyta Czego się za niego wydałaś? Nikt się mnie o to nie pyta. Chiba już się taka urodziłam, mówię Bije mnie tak samo jak i dzieci. Tylko że im to prawie nigdy lania nie spuści. Mówi Celia, przynieś pasa. Dzieci siedzą pod drzwiami i podglądają bez szpary. Ledwo się powstrzymuję, żeby nie płakać. Celia, mówię sobie, jesteś drzewo. Stąd wiem, że drzewa się boiją człowieka.
[…]
Cały dzień noszę przy sobie różowy afisz i czuję, jak mi wypala dziurę w kieszeni. Na drzewach od sklepu aż do tego miejsca, gdzie się do nas skręca pełno wisi takich afiszy. On ma ich w swojem kufrze chiba z piędziesiąt. Cuksa Avery z ręką na biedrze stoi koło pianina. Na głowie ma takie cóś jak Wodzowie Indian. Usta roztworzyła, aż widać wszystkie zemby a minę to ma taką jakby nic a nic jej nie trapiło. Chodźcie do mnie wszyscy, mówi. Królowa Pszczół już się wróciła. Boże, jak mi się chce tam iść. Nie żeby tańczyć. Nie żeby pić. Nie żeby grać w karty. Nawet nie po to, żeby słuchać jak Cuksa Avery śpiewa. Daj mi się na nią chociaż spojrzeć.
[…]
Harpo nie lepiej niż ja umi się postawić swojemu tacie. Pan codzień wstaje z łóżka, siada na ganku i patrzy się w powietrze. Czasem się patrzy na drzewa przed domem. Albo na motyla, co siądzie na porenczy. Za dnia popija wodę. Wieczorem wino. Ale tak, to prawie się nie rusza. Harpo narzeka, że tyle musi orać. Masz orać i już, mówi jego tata. Harpo prawie taki sam duży jak pan. Ciało silne, wola słaba. Boi się. Cały dzień we dwoje harujemy w polu. Kopiemy i orzemy, cali spoceni. Od słońca mam tera skórę jak palona kawa. Harpo czarny jak komin we środku. Oczy ma smutne, zamyślone. Twarz coraz bardziej jak u kobity. Czego tak siedzisz i nic nie robisz, pyta się swojego taty? A po co, mówi pan. Przecie mam ciebie, może nie? Powiedział to jakoś tak wrednie. Przykro chłopakowi. Zwłaszcza że zakochany.
[…]
Wszyscy mnie chwalą, że taka jestem dobra dla dzieci pana. No bo jestem. Ale nic do nich nie czuję. Jak żem głaskała Harpa po plecach to nawet nie jak psa. Prędzej jak kawałek drewna. Nie żywe drzewo tylko stół albo szafę. Zresztą one tyż mnie nie kochają, choćbym dla nich była nie wiem jaka dobra. Wszystko im jedno. Żadne nie chce robić, jeden Harpo. Dziewczyny stale i wciąż patrzą się na drogę. Bub po całych nocach nie wraca do domu, pije z dwa razy starszemi chłopakami. A ich tata pyka fajkę.
[…]
Mówię jej, że nie może co i rusz jeździć do siostry. Przecieżeśmy się pobrali, mówię. Twoje miejsce jest przy dzieciach i tyle. A ona na to, że weźnie dzieci ze sobą. To ja jej mówię Twoje miejsce przy mnie. No to ona Chcesz się tyż z nami zabrać? Szykuje dzieci do drogi i sama bez ten czas pindży się przed lustrem. Bijesz ją, kiedy, pyta się pan? Harpo patrzy się na własne ręce. Nie, tato, powiada. Widać, że mu wstyd. No to jak ma się się ciebie słuchać? Z żoną to jak z dzieckiem. Trza jej pokazać, kto tu rządzi. Nima lepszego sposobu niż porzonne baty. I znowuż pyka fajkę.
[…]
Myślę o tem wszystkiem, kiedy Harpo się mnie pyta co ma jej zrobić, żeby wziąć ją w ryzy. Nie przypominam mu jaki jest tera szczęśliwy. Nie mówię, że mineły już trzy lata a on wciąż gwizda i śpiewa. Myślę za to, że jak pan czegóś ode mnie chce a ja za każdą razą skaczę na piersze zawołanie to Sofia robi zdziwioną minę. I tak jakby się nade mną litowała. Zbij ją, mówię. Następną razą Harpo cały posiniaczony na twarzy. Usta ma rozcięte. Jedno oko zamknięte jak pięść. Chodzi sztywnem krokiem i mówi, że zemby go bolą. Co ci to, Harpo, pytam się? A, to bez tę mulicę, powiada. Znarowiona jak nie wiem. Któregoś dnia w polu całkiem się wściekła. Nimem ją zawrócił do domu cały byłem pokopany. A potem w stajni żem rąbnął głową prosto w drzwi boksu. Uderzyłem się w oko i podrapałem sobie brodę. A jak dziś w nocy była burza to żem sobie oknem przyciął rękę.
[…]
Tak po prawdzie to jesteś podobna do mojej mamy, mówi. Ojciec wziął i ją ujeździł. Co tam ujeździł: udeptał. Jego słowo zawsze święte. A ona nigdy mu się nie odszczeknie. Nigdy się nie postawi. Czasem probuje trochu się wstawiać za dzieciami, ale to się tylko na gorsze obraca. Im bardziej ona się za nami wstawia tem gorzej on daje jej w kość. Nienawidzi dzieci i brzucha, z którego wyszły, chociaż jakby nas policzyć to nikt by na to nie wpad. Nic dotąd nie wiedziałam o jej rodzinie. Jak się na nią patrzyłam to zawsze sobie myślałam, że nikt z takiej rodziny niczego się chiba nie boi. A ile was ma, pytam się? Dwanaścioro. Fiu, fiu, mówię. Mój tata zrobił sześcioro mojej mamie zanim umarła a potem jeszcze czworo tej żonie co ją tera ma. O tem dwojgu co ich zrobił mnie nawet nie wspominam. Ile w tem dziewczynek, pyta się Sofia? Pięć. A u was? Sześciu chłopaków i sześć dziewczyn. Wszystkie dziewczyny tak samo duże i silne jak ja. Chłopcy tyż duzi i silni, ale my dziewczyny zawsze trzymamy się razem. Dwaj bracia tyż czasem z nami trzymają. Jak zaczynamy się bić to jest na co popatrzyć.
[…]
Cuksa Avery zachorowała. Nikt w całem mieście nie chce przygarnąć Królowej Pszczół. Jej własna mama powiada A nie mówiłam. Jej tata mówi na nią ścierka. Jedna kobita w kościele mówiła, że Cuksa Avery umiera - może na tuberozę, a może na jakie choróbsko złego życia. Na co, na co, o mało żem nie spytała, ale zmilczałam. Te kobity z kościoła to nawet czasem dla mnie miłe. A czasem nie bardzo. Patrzą, jak się użeram z dzieciarami pana. Najsampierw muszę się uszarpać, żeby ich zawlec do kościoła a potem, żeby nie hałasowały na mszy. Niektórne kobity pamiętają oba razy, kiedy chodziłam z brzuchem. Czasem jak im się zdaje, że nie widzę to się na mnie gapią. Same nie wiedzą co myśleć. Ja tam się nie daję. Nieźle się przysługuję pastorowi. Myję podłogi i okna, robię wino, pierę obrusy z ołtarza. Zimą pilnuję, żeby nie zbrakło drew na opał. Siostra Celia, mówi na mnie pastor. Siostro Celio, powiada, siostra to wierna jak dzień długi. A potem mówi do innych kobit i ich mężczyzn. Ja się krzątam, chodzę koło różnych zajęć. Pan siedzi koło drzwi i patrzy się to tu, to tam. Kobity uśmiechają się do niego, kiedy tylko mają okazję. On na mnie ani się spojrzy, wogle nie zauważa.
[…]
Z Cuksą Avery wszystko w porządku. Tyle że chora. Nigdy żem nie widziała, żeby któś aż tak chorował. Nawet moja mama nie była taka chora jak umierała. Ale Cuksa Avery bardziej wredna od mojej mamy i to ją trzyma przy życiu. Pan dzień i noc siedzą z nią w izbie. Ale nie trzyma jej za rękę. Na to to ona za wredna. Puść moją rękę, do cholery, mówi do niego. Co jest z tobą, zwariowałeś czy co? Nie potrzebuję, żeby na mnie wisiał jaki słabowity chłopczyna co nie umi się sprzeciwić swojemu tatusiowi. Potrzebny mi mężczyzna. Mężczyzna, powiada. Patrzy się na niego, przewraca oczami i się śmieje. Słabo, bo słabo, ale dość, żeby się bał podejść do łóżka. Siad w kącie z dala od lampy i siedzi. Ona czasem budzi się w nocy i nawet go nie widzi. Ale on czuwa. Siedzi w ciemnym kącie i ssie fajkę. Pustą, bez tytoniu. Piersze co mu powiedziała to Żeby mi tu nie cuchło żadną sakramencką fajką, słyszysz Albert?
[…]
Zrobili razem trójkę dzieciaków, ale wykąpać ją to się wzbrania. Może się boi, że jeszcze zacznie myśleć o czemś o czem nie powinien. A co ja mam powiedzieć? Jakżem pierszy raz zobaczyła Cuksę Avery całą gołą, to jej smukłe czarne ciało z sutkami jak czarne śliwki, jak jej usta, to mi się zdawało, że się chiba zamieniam w mężczyznę. Co się tak gapisz, pyta się ona? Nienawistnie. A słaba jak kociak. Ale minę to ma taką jakby chciała ugryźć. Nigdy żeś nie widziała gołej kobity? Nie, proszę pani, mówię. Nigdy w życiu. Tylko Sofię, ale ona taka pulchna, rumiana i tak się wygłupia, że z nią to jak ze siostrą. No to się napatrz, mówi ona. Chociaż została ze mnie skóra i kości. Miała czelność oprzeć rękę na gołem biedrze i zatrzepotać powiekami. Myję ją, a ta cmoka i oczami przewraca. Myję ją i czuję jakbym się modliła. Ręce mi się trzęsą i tchu brak.
[…]
A jej matka do dziś dnia robi u białych za praczkę. A każde jej dziecko ma innego ojca. Wszystko to hańba i pomieszanie z poplątaniem. Wszystkie dzieciaki Cuksy Avery mają jednego ojca, powiada pan i patrzy się prosto w oczy swojemu tacie. Ręczę. Pan znowuż chrząka. To mój dom, mówi. Moja ziemnia. Twój chłopak Harpo tyż mieszka w mojem domu na mojej ziemni. A jak mi moją ziemnię zarastają chwasty to je plewię. Wiatr naniesie śmieci to je palę. Wstaje i zabiera się do odejścia. Oddaje mi szklankę. Drugą razą jak przyjdzie to mu doleję do wody trochu siuśków Cuksy Avery. Ciekawość jak mu zasmakują. Współczuję ci Celio, powiada. Mało która kobita pozwoliłaby, żeby mąż sprowadził sobie kurwę do domu.
[…]
Oddaję jej ten kwadrat com go szyła i zaczynam nowy. Ona szyje długiemi, koślawemi ściegami, trochu takiemi jak ta jej koślawa melodyjka. Jak na początek to nawet niczego sobie, mówię. Piersza klasa. Patrzy się na mnie i tylko prycha. Dla panny Celii wszystko co robię jest piersza klasa. Ale to bez to, że pannie Celii brak pomyślunku. Śmieje się, a ja zwieszam głowę. Ma dużo więcej pomyślunku niż Margaret, powiada Tobiasz. Margaret wzięłaby tę igłę i zara by ci zaszyła nosa. Wiesz co, Tobiaszu, kobita kobicie nierówna, mówi ona. Możesz mi nie wierzyć, ale tak to już jest. Wierzę, wierzę, Tobiasz na to. Tylko świata nie mogę przekonać. Pierszy raz żem pomyślała o świecie. A co tu świat ma do roboty, dziwię się. I raptem widzę samą siebie jak siedzę między Cuksą Avery a panem i ścibolę kilim.
[…]
Odkąd Sofia wyjechała nie słyszałam tyle łomotania młotkiem co tera. Co wieczór jak tylko zejdzie z pola zara zaczyna stukać i pukać. Jego koleżka Swain czasem przychodzi pomóc i oba robią do późna w noc. Aż pan musi krzyczyć, żeby już skończyli z tem rejwachem. Co tak budujecie, pytam się? Urządzamy tancbudę, powiada. Na tem odludziu? A inne tancbudy to niby gdzie, pyta się? Nic nie wiem o żadnych innych, znam tylko Szczęśliwą Gwiazdę. Tancbuda właśnie, że powinna stać w szczerem polu, żeby nikomu nie wadziła głośna muzyka. Tańce. Bijatyki. Trupy, podpowiada Swain. No i policja nie wie, gdzie szukać, dodaje Harpo.
[…]
Podchodzi do mnie i kładzie mi rękę na ramieniu. On mnie bije jak ciebie tu nima, mówię. Kto, pyta się. Albert? Pan, mówię. Niemożliwe, powiada. Siada przy mnie na ławce jakby jej nogi podcięło. Za co cię bije? Za to, że ja to ja a nie ty. Och, panno Celio, mówi i mnie obłapia. Siedzimy tak będzie z godzinę. Potem ona całuje mnie w ramię tam, gdzie mam pulchne i wstaje. Nie wyjadę, powiada, póki się nie upewnię, że Albertowi nawet nie przyjdzie do głowy cię zbić.
[…]
Cuksa niedługo zabierze się i wyjedzie. Co sobota śpiewa tera u Harpa. On robi na niej furę piniędzy a ona tyż trochu zarabia. No i tyje i z powrotem nabiera krzepy. Najsampierw śpiewała ładnie, ale trochu słabo a tera głos ma jak dzwon. Ludzie na podwórku całkiem nieźle słyszą. Ona i Swain już się galanto zgrali. Ona śpiewa, on gra na wieśle. Miło tera u Harpa. Naobkoło izby stoliki ze świeczkami com je sama zrobiła. Na dworzu nad strumykiem tyż pełno stolików. Czasami jak się spojrzę od nas z ganku to wygląda jakby w domu Sofii i wszędzie naobkoło wyroiły się świetliki. Wieczorem Cuksa to aż się nie może doczekać, żeby tam wreszcie pójść. Któregoś dnia powiada No, panno Celio, chiba pora żebym się stąd zbierała. Kiedy, pytam się? Zara na początku przyszłego miesiąca, mówi. Czerwiec to dobra pora, żeby ruszyć w świat.
[…]
Pan poszed do szeryfa prosić dla nas o widzenie ze Sofią. Bub już tyle razy pakował się w kabałę i taki jest podobny do szeryfa, że szeryf i pan mówią tera ze sobą prawie jak krewniaki. Byle tylko pan pamiętał, że jest czarny i znał swoje miejsce. To wariatka, mówi szeryf, ta żona twojego chłopaka. Zdajesz sobie sprawę? Tak jest szeryfie, powiada pan. Wiadoma rzecz. Już dwanaście lat klaruję Harpowi, że to wariatka. Mówiłem mu jeszcze zanim się pobrali. Ale ona nie całkiem temu winna, bo cała jej rodzina to wariaci. A zresztą szeryf sam wie jak to jest z kobitami. Szeryf chwilę sobie przypominał jakie zna kobity. Tak, powiada w końcu, masz rację.
[…]
We więźniu dali Sofii robotę w pralni. Cały Boży dzień od piątej do ósmej pierze i pierze. Brudne drelichy więźniów, zapaskudzone prześcieradła i koce zwalone na kupę wyżej głowy. Dwa razy na miesiąc chodzim do niej na widzenie, wszystkiego raptem pół godziny. Cerę ma żółtą i niezdrową a palce jak serdelki. Wszystko tu paskudne, mówi, nawet powietrze. Żarcie takie, że można skonać. Kalaruchy, myszy, muchy, wszy a nieraz trafi się i wąż. Dość się odezwać, żeby człowieka rozebrali do goła i kazali spać na betonie bez światła. No to jak dajesz radę, pytam się? Kiedy każą mi cóś zrobić naśladuję ciebie. Zrywam się i robię akuratnie to czego chcą. Jak to mówiła to minę miała dziką a tem swojem ślepem okiem toczyła po celi.
[…]
Ja i Piszczka siedzimy, nic nie mówimy. Nie wiem co Piszczce chodzi po głowie, ale ja myślę o aniołach. O tem, żeby Bóg zjechał na sam dół ognistem wozem, porwał naszą Sofię i przywióz do domu. Widzę to wyraźnie. Aniołowie poubierani na biało, oczy i włosy tyż mają białe, całkiem jak jakie albinosy. Bóg tyż tak samo wygląda jak biały mężczyzna przy tuszy co pracuje w banku. Aniołowie biją w czynele a jeden dmucha w trąbę. Bóg zionie z ust wielkiem ogniem i nagle Sofia wolna.
[…]
No tom mu powiedziała coście mi kazali powiedzieć. Że Sofię jeszcze za mało skarali. Że sama mówi jak jej dobrze we więźniu, bo przecie silna z niej dziewucha. Jej największe zmartwienie to, żeby nigdy nie iść na służbę do żadnych białych paniów. Bo właśnie od tego się zaczęła cała bijatyka, mówię. Burmistrzowa chciała Sofię na pokojówkę. A Sofia jej na to, że za cholerę nie zgodzi się do żadnej białej na pokojówkę ani na nic. Czyżby, on na to. I cały czas mi się przygląda. Tak jest, powiadam. Mówi, że we więźniu wszystko w sam raz jej pasuje. Psiakość, w domu tyż po całych dniach nic nie robi tylko prasuje i pierze. Ma przecie sześcioro dzieciów.
[…]
Jak Sofia opowiada o tych ludziach, u których robi to koń by się uśmiał. Mają czelność nam wmawiać, że to bez nas niewolnictwo się rypło, mówi. Że niby bez naszą głupotę się nie utrzymało. Bo stale i wciąż łamalim kołki od motyk i puszczalim muły w szkodę. Ale jakiem cudem oni sami umią zbudować cóś co ustoi chociaż jeden dzień to ja poprostu nie rozumim. To głupie ludzie, powiada. Gamonie, ofiary losu. Burmistrz kupił nowy samochód specjalnie dla panny Millie, bo powiedziała, że jak czarni mogą mieć auta to jej tyż dawno należy się własne. No to wziął i jej kupił, ale nauczyć jej jeździć to już nie chce. Codzień wraca się z miasta do domu patrzy się na żonę a potem bez okno na samochód i pyta się Jak ci się jeździ Millie? A ona zrywa się z kanapy cała obrażona idzie do łazienki i zatrzaskuje drzwi za sobą. Przyjaciół to ona nima.
[…]
Pan myśli, że to auto dla niego. Cuksa zarabia tera kupę piniędzy, stale i wciąż chodzi we futrach. W jedbawiach i satynach i złotych kapeluszach. W Boże Narodzenie z samego rana słychać auto z dworu. Wyjrzelim. Rany gorzkie, powiada pan wskakuje w spodnie i biegiem do drzwi. Staję przed lustrem i probuję jakoś ułożyć włosy. Ni to długie ni to krótkie. Kręcone ni to w pierścionki ni to w świderki. Kolor tyż nijaki. Daję za wygraną i wkładam chustkę. Słyszę jak Cuksa woła Albert! On na to Cuksa. Wiem, że się ściskają. Potem nic już nie słychać. Lecę do drzwi. Cuksa, mówię i ręce wyciągam. Ale nimem się spostrzegła jakiś chudzielec z dużemi zembami ubrany w spodnie na czerwonych szelkach pcha mi się przed oczy. Nawet się nie zdążyłam zdziwić co to za czort, bo mnie zara zaczął ściskać.
[…]
Nie, mówi Mary Agnes. Boi się, że nikt nie zechce jej słuchać, bo nima takiego dużego głosu jak Cuksa. Ale Cuksa mówi, że to nieprawda. A pomyśl jakiemi dziwnemi głosami ludzie śpiewają czasem w kościele, powiada. Przypomnij sobie te różne dźwięki co to brzmią jak trza chociaż nikt by nie zgadł, że człowiekowi takie cóś przejdzie bez gardło. No, co ty na to? I dalej jęczeć. Jakby śmierć nadchodziła, święty Boże nie pomoże. Aż włosy na karku stawają dęba. Trochu tak mogłaby śpiewać pantera jakby śpiewała. I jeszcze jedno ci powiem, mówi Cuksa do Mary Agnes. Jak ty śpiewasz to ludziom się zachciewa zdrowo sobie podupczyć. Oj, panno Cukso, powiada Mary Agnes i aż się rumieni. Co, wstydzisz się pomyśleć, że śpiew, taniec i pierdolenie to jedno i to samo, Cuksa jej na to? I w śmiech. Właśnie dlatego mówią, że śpiewamy diabelską muzykę. Diabły kochają się pierdolić. Słuchaj, mówi. Chodź zaśpiewamy którejś nocy u Harpa. Dla mnie to będzie jak wspomnienie dawnych czasów. A jak cię przedstawię ludziom to będą słuchać z większem uszanowaniem. Czarnuchy nie umią udawać, ale jak dobrniesz do połowy pierszej piosenki to ich kupiłaś.
[…]
Wszystkie dzieci urodziłam w domu. Przyszła położna, przyszed pastor i różne paniusie z kościoła. Akurat wtedy, kiedy tak mnie bolało, że nie wiedziałam, jak się nazywam uznali, że pora palnąć mi kazanie o żalu za grzechy. Śmieje się. Za głupia byłam, żeby żałować za grzechy, powiada. Miałam swojego Alberta i go kochałam, mówi. Nawet odezwać mi się nie chce. Tam, gdzie jestem jest spokój. Cisza. Nima tutej żadnego Alberta. Ani Cuksy. Nima nic.
[…]
Zagadałam do niej. Ale już samo to, że ma się do mnie odezwać, okropnie ją chyba krępowało i nagle tak jakby zniknęła. Strasznie to było dziwne, Celio! Mówię normalnej, żywej kobiecie dzień dobry i patrzeć, a tu nikt żywy przede mną nie stoi. Została z niej tylko ludzka figura. Myślałam o tym przez całą noc. Wreszcie Samuel i Corrina powiedzieli mi, co słyszeli o tym, jak ta kobieta nastała do burmistrza na służbę. Rzuciła się na niego na ulicy, a potem burmistrz i jego żona wyciągnęli ją z więzienia, żeby u nich pracowała. Rano zaczęłam wypytywać o Afrykę i czytać o niej w książkach, które mają Samuel i Corrina. Czy wiesz, że przed tysiącami lat w Afryce istniały wielkie miasta, większe niż Milledgeville, a nawet Atlanta? Że Egipcjanie, ci co zbudowali piramidy i trzymali Izraelitów w niewoli, też byli ciemnoskórzy? Że Egipt leży w Afryce? Że jak w Biblii mowa o „Etiopii, „to chodzi o całą Afrykę? Czytałam do upadłego, aż w końcu myślałam, że mi oczy wypłyną. Czytałam o tym, jak Afrykanie sprzedawali nas, bo kochali pieniądze bardziej niż własne siostry i braci. Jak przypłynęliśmy do Ameryki na statkach. Jak nas zmuszono do pracy. Nawet nie przypuszczałam, Celio, że jestem taka niedouczona! O samej sobie wiedziałam raptem tyle, co brudu za paznokciem! A panna Beasley zawsze mówiła, że nigdy nie uczyła takiego bystrego dziecka jak ja! Ale przynajmniej nauczyła mnie samodzielnie się kształcić - czytać, uczyć się i wyraźnie pisać. Za co jak za co, ale za to jestem jej wdzięczna. I za to, że podtrzymała we mnie głód wiedzy.
[…]
Przez dwa tygodnie uczyliśmy się dialektu Olinków, którzy mieszkają tam, dokąd jedziemy. Potem zbadał nas lekarz (kolorowy!), a Nowojorskie Stowarzyszenie Misjonarzy zaopatrzyło nas w zapas leków na nasz własny użytek i dla mieszkańców wioski, która ma nas gościć. Nowojorskim Stowarzyszeniem Misjonarzy kierują biali. Ani słowem nie wspomnieli o tym, że chodzi o dobro Afryki, tylko wciąż mówili o poczuciu obowiązku. Niedaleko naszej wioski mieszka już pewna biała misjonarka. Od dwudziestu lat żyje w Afryce. Tubylcy podobno bardzo ją kochają, chociaż jej zdaniem należą do zupełnie innego gatunku niż ci, których nazywa Europejczykami. Europejczycy mają białą skórę i mieszkają na kontynencie zwanym Europą. Właśnie stamtąd pochodzą biali z naszych stron. Ta biała misjonarka twierdzi, że wprawdzie wszystkie stokrotki to kwiaty, ale stokrotka afrykańska bardzo się różni od angielskiej. Jeden z prezesów Stowarzyszenia twierdzi, że ta kobieta ma osiągnięcia, bo się nie „cacka” ze swoimi podopiecznymi. No i zna ich język. Prezes jest biały i patrzy na nas z taką miną, jakby nie wierzył, że poradzimy sobie z Afrykanami równie dobrze jak tamta misjonarka. Po wizycie w Stowarzyszeniu jakby mi trochę opadły skrzydła. Na wszystkich ścianach wiszą tam portrety białych mężczyzn. Niejaki Speke, niejaki Livingstone. Niejaki Daly. A może Stanley [podróżnicy i eksploratorzy Afryki – przyp. aut.]? Rozglądałam się za portretem tej białej misjonarki, ale nigdzie go nie było. Samuel też trochę zmarkotniał, ale potem się ożywił i przypomniał nam, że mamy jedną mocną stronę: nie jesteśmy biali. Nie jesteśmy Europejczykami. Jesteśmy tak samo czarni jak Afrykanie. I razem z nimi będziemy dążyć do wspólnego celu, którym jest awans czarnych na całym świecie.
[…]
Kiedyś całe przedpołudnie spędziliśmy w takim muzeum, gdzie pełno jest biżuterii, mebli, futrzanych dywanów, mieczy, ubrań, a nawet grobowców z tych wszystkich krajów, które Anglicy zwiedzili. Z Afryki nazwozili tysiące wazonów, dzbanów, masek, koszy, misek, posążków, i to takich pięknych, aż w głowie się nie mieści, że ci, którzy to wszystko zrobili, zniknęli już ze świata. Ale Anglicy zapewniają nas, że tych ludzi już nie ma. Chociaż Afrykanie mieli niegdyś lepszą cywilizację od Europejczyków (tylko że nawet Anglicy głośno się do tego nie przyznają: wyczytałam to u niejakiego J. A. Rogersa), kilka stuleci temu nastały dla nich ciężkie czasy. Anglicy bardzo lubią to określenie, kiedy mówią o Afryce. Łatwo jest przy tym zapomnieć, że te ciężkie czasy między innymi przez nich stały się jeszcze cięższe. Miliony Afrykanów schwytano i sprzedano w niewolę - także ciebie i mnie, Celio! W czasie łowów na niewolników całe miasta obrócono w ruinę. Dzisiejsi Afrykanie nękani są chorobami, tkwią pogrążeni w duchowym i fizycznym nieładzie, bo wymordowali albo sprzedali w niewolę swoich najsilniejszych pobratymców. Wierzą w diabła i oddają cześć zmarłym. Pisać ani czytać też nie umieją.
[…]
W naszych stronach o kimś, kto jest naprawdę wyjątkowo czarny, też mówi się, że świeci. Ale wyobraź sobie, Celio, miasto pełne świecących, granatowoczarnych ludzi ubranych w jaskrawoniebieskie szaty ozdobione fikuśnymi deseniami, takimi jak na kilimach ze ścinków. Ci ludzie są wysocy, szczupli, mają długie szyje i prosto się trzymają. Czy możesz to sobie w ogóle wyobrazić? Bo ja tak się wtedy czułam, jakbym pierwszy raz w życiu zobaczyła, co to prawdziwa czerń. Celio, ten kolor jest jakiś zaczarowany. To taka gęsta czerń, że aż się ciemno robi przed oczami, a jeszcze w dodatku ten blask, taki świetlisty, jakby bił od księżyca, ale ich skóra świeci nawet w pełnym słońcu. Ale tak naprawdę, to ci Senegalczycy, których spotkałam na targu, wcale mi się nie spodobali. Obchodziło ich tylko to, czy sprzedadzą swój towar. Ledwo się któryś połapał, że nic nie kupimy, stawaliśmy się dla niego tak samo przezroczyści jak biali Francuzi, co tam stale mieszkają. Jakoś nie byłam przygotowana na to, że w Afryce spotkam białych, ale widziałam ich tu całe tłumy. I wcale nie wszyscy są misjonarzami. W Monrovii też ich się spotyka. Kilku zasiada w rządzie, którego prezydent nazywa się Tubman. Jest też sporo ministrów, którzy są wprawdzie kolorowi, ale wyglądają całkiem jak biali. Nazajutrz po przyjeździe do Monrovii piliśmy wieczorem herbatę w pałacu prezydenckim. Samuel twierdzi, że ten pałac jest bardzo podobny do białego domu (a właśnie w białym domu mieszka nasz amerykański prezydent). Prezydent Tubman dość długo opowiadał o tym, jak bardzo się stara wprowadzić postęp i ile ma problemów z tubylcami, którzy wcale nie chcą pracować dla rozwoju kraju. Pierwszy raz w życiu słyszałam, żeby czarny tak się wyraził. Wiedziałam, że dla białych wszyscy kolorowi to tubylcy. Ale prezydent odchrząknął i powiedział, że dla niego „tubylec” to to samo, co „rodowity mieszkaniec Liberii”. W jego rządzie nie widziałam ani jednego „tubylca”. Żony ministrów też wcale nie wyglądały jak miejscowe kobiety. Miały na sobie takie jedwabie i sznury pereł, że w porównaniu z nimi Corrina i ja byłyśmy ledwo ubrane, a już na pewno nie wystrojone na uroczystą okazję. Te kobiety, które poznałyśmy w pałacu, muszą chyba poświęcać strojom mnóstwo czasu. Mimo to miały niezadowolone miny. Wcale nie przypominały tych wesołych nauczycielek, które zobaczyliśmy przypadkiem, kiedy poganiały całe stado swoich uczniów w stronę plaży.
[…]
Port jest ładny, ale za płytki dla dużych statków. Dlatego też wioślarzom dobrze się powodzi, przynajmniej w tej porze roku, kiedy przypływają statki. Wioślarze byli znacznie roślejsi i lepiej umięśnieni od Josepha, ale wszyscy są ciemnoczekoladowi i Joseph też. Nie są więc tacy czarni jak Senegalczycy. Żebyś wiedziała, Celio, jakie mają mocne, czyste i białe zęby! W podróży często myślałam o zębach, bo mnie bolały prawie przez cały czas. Wiesz, jakie popsute mam trzonowce. W Anglii też zwróciłam uwagę na zęby Anglików. Zwykle są krzywe i sczerniałe od próchnicy. Zastanawiałam się, czy to wina tamtejszej wody. Za to Afrykanie mają naprawdę końskie zęby - takie kształtne, proste i mocne. Całe tutejsze „miasto” portowe to po prostu jeden dom towarowy. W środku są stoiska, a w nich tkaniny, lampy naftowe i nafta, moskitiery, śpiwory, hamaki, siekiery, motyki, maczety i inne narzędzia. Pewien biały zarządza tym wszystkim, ale niektóre stoiska wydzierżawia Afrykanom. Joseph pokazał nam, co powinniśmy kupić. Kupiliśmy więc żelazny gar do gotowania wody i ubrań, cynową miskę. Moskitiery. Gwoździe. Młotek, piłę i kilof. Naftę i lampy.
[…]
Najdłuższa część ceremonii powitalnej dotyczyła tych tutejszych liści do krycia dachów. Jeden z wieśniaków opowiadał historię, wokół której osnuty jest ceremoniał, a Joseph tłumaczył na angielski. Ci wieśniacy są przekonani, że zawsze mieszkali dokładnie w tym miejscu, gdzie teraz stoi ich wioska. To miejsce jest dla nich dobre. Uprawiają maniok i zbierają ogromne plony. Z takim samym powodzeniem uprawiają orzeszki ziemne. Hodują też ignam, bawełnę i proso. Słowem, najrozmaitsze rośliny. Ale dawno, dawno temu pewien wieśniak chciał uprawiać więcej ziemi niż mu przysługiwało. Chciał zbierać większe plony, żeby nadwyżkę sprzedawać białym z wybrzeża. Ponieważ był wtedy wodzem, zagarniał coraz więcej wspólnej ziemi i brał sobie coraz więcej żon, żeby na tej ziemi pracowały. Jego chciwość rosła, zaczął więc w końcu uprawiać nawet i te grunty, na których rósł dachowiec. Nawet jego własne żony zaniepokoiły się i zaczęły trochę narzekać, ale nikt nie zwracał uwagi na to, co mówią te leniwe baby. Od niepamiętnych czasów liści dachowca było aż za wiele. Ale zachłanny wódz zagarnął w końcu tyle ziemi, że nawet starszych plemienia ogarnął niepokój. Lecz wódz po prostu ich przekupił siekierami, tkaninami i garnkami, które miał od białych z wybrzeża. W czasie pory deszczowej nadciągnęła straszna burza i zerwała dachy z wszystkich chat w wiosce, a wtedy ludzie stwierdzili ze zgrozą, że już nigdzie nie ma dachowca. Wszędzie tam, gdzie pienił się od dawien dawna, wyrósł maniok. Proso. Orzeszki ziemne.
[…]
Ale ja nie jestem matką niczyich dzieci, odparłam, a mimo to jestem kimś. Nikim wielkim, powiedziała wieśniaczka. Wyrobnicą misjonarzy. Owszem, nawet mi się nie śniło, że podołałabym tak ciężkiej pracy jak ta, która tutaj na mnie spada. Rzeczywiście zamiatam klasy w szkole i sprzątam po mszy, ale wcale się nie czuję jak wyrobnica. Zdziwiłam się, że ta kobieta o chrześcijańskim imieniu Catherine w ten sposób mnie widzi. Córeczka Catherine ma na imię Tashi i po lekcjach bawi się z Olivią. Ze wszystkich chłopców tylko Adam odzywa się w szkole do Olivii. Nie są dla niej niedobrzy, ale... jak by to powiedzieć? Spotykają ją przy „chłopięcych” zajęciach, więc jej po prostu nie dostrzegają. Ale nic się nie bój, Celio, Olivia odziedziczyła twój upór i przenikliwość. Jest bardziej pojętna niż wszyscy chłopcy razem wzięci, nie wykluczając Adama.
[…]
My tu swoje kobiety szanujemy, rzekł ojciec. Nigdy byśmy nie pozwolili, żeby włóczyły się po świecie tak jak Amerykanki. Kobietą z plemienia Olinka zawsze ma się kto opiekować. Ojciec, stryj, brat albo bratanek. Bez obrazy, siostro Nettie, nasi ludzie litują się nad takimi kobietami jak ty, wyrwanymi nie wiemy nawet skąd i ciśniętymi w nie znany wam świat, w którym musicie sobie radzić same jedne. A więc ściągam na siebie litość i pogardę, pomyślałam, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Co więcej, dodał ojciec Tashi, wcale nie jesteśmy głupimi prostaczkami. Rozumiemy, że są na świecie kraje, w których kobiety żyją inaczej niż nasze, ale nie pochwalamy tego trybu życia i nie chcemy go dla swoich dzieci.
[…]
Namawiam ją i Olivię, żeby zapisywały te historie w miejscowym narzeczu i po angielsku. Będzie to dla nich dobre ćwiczenie. Olivia uważa, że przy historiach Tashi jej opowiastki bledną. Kiedy pewnego dnia zaczęła opowiadać „Wuja Remusa”, zaraz się okazało, że Tashi zna pierwotną wersję! Olivii aż się wydłużyła twarzyczka. Ale potem rozmawiałyśmy o tym, jak opowieści Olinków dotarły do Ameryki i Tashi cała się zasłuchała. Płakała, kiedy Olivia opowiedziała, co jej babcia przeżyła, będąc niewolnicą. Ale w całej wiosce nikt oprócz Tashi nie chce nawet słyszeć o niewolnictwie. Miejscowi nie czują się w żadnym stopniu odpowiedzialni. Co jak co, ale ta ich cecha zdecydowanie mi się nie podoba. W czasie ostatniej pory deszczowej straciliśmy ojca Tashi. Zachorował na malarię i żadne mikstury znachora nie mogły go uratować. Nie chciał brać naszych leków ani nawet pozwolić, żeby Samuel do niego zajrzał. Po raz pierwszy widziałam, jak wygląda pogrzeb u Olinków. Kobiety malują sobie twarze na biało, wkładają długie białe szaty podobne do całunów i lamentują piskliwie. Ciało zawinięto w płachtę z włókien kory i pochowano w lesie pod wielkim drzewem. Tashi o mało serce nie pękło. Przez całe życie starała się, żeby ojciec był z niej zadowolony, nie bardzo zdając sobie sprawę, że dla dziewczynki jest to cel nieosiągalny. Ale po śmierci ona i matka zbliżyły się do siebie i teraz Catherine czuje, że należy do naszej rodziny. „Nasza rodzina” to ja i dzieci, a chwilami także Samuel.
[…]
Właśnie poprzez pracę Catherine zaprzyjaźniła się z pozostałymi żonami swojego męża. W rozmowie Samuel często wspomina o tych kobiecych przyjaźniach. Zbijają go one z tropu, bo wprawdzie kobiety mają wspólnego męża, ale sam mąż nie ma dostępu do ich przyjaźni. To chyba istotnie może być mylące. A Samuel jako chrześcijański kaznodzieja ma obowiązek głosić biblijną zasadę „jeden mąż, jedna żona”. Nie bardzo wie, co o tym wszystkim sądzić, bo wydaje mu się, że skoro kobiety tak się przyjaźnią i nie odmawiają sobie nawzajem żadnej pomocy (a w każdym razie częściej sobie pomagają, niż by się tego spodziewał przybysz z Ameryki), skoro tak chichoczą, plotkują i wzajemnie niańczą swoje dzieci, to widocznie dobrze im jest tak, jak jest. Ale wiele kobiet rzadko przebywa ze swoimi mężami. Niektóre tuż po urodzeniu obiecano starcom albo mężczyznom w sile wieku. W centrum ich życia jest praca, dzieci i towarzystwo innych kobiet (żadna z nich nie może naprawdę zaprzyjaźnić się z mężczyzną, nie narażając się na najgorszego rodzaju ostracyzm i plotki). A mężom dogadzają, nie można powiedzieć. Gdybyś widziała, jak im kadzą. Wychwalają ich za najdrobniejsze osiągnięcia. Poją ich winem palmowym i karmią słodyczami. Nic dziwnego, że tutejsi mężczyźni często bywają dziecinni. A dorosłe dziecko może być niebezpieczne, zwłaszcza że u Olinków mąż decyduje o życiu i śmierci swoich żon. Jeśli oskarży którąś o czary albo niewierność, może zostać zabita.
[…]
Afrykanie bardzo mi przypominają białych z naszych stron - przynajmniej pod tym względem, że uważają się za pępek świata i myślą, że wszystko robi się właśnie ze względu na nich. Olinkowie z całą pewnością żywią takie przekonanie. Zresztą sami budowniczowie bardzo się rozwodzili nad tym, jak szybko miejscowi będą teraz mogli dostać się na wybrzeże. Drogą można się tam dostać w trzy dni idąc pieszo, a jeszcze prędzej rowerem, którego oczywiście nie ma żaden Olinka, ale jeden z budowniczych jeździ na rowerze, a wszyscy miejscowi mężczyźni mu zazdroszczą i każdy twierdzi, że niedługo też sobie kupi taki pojazd.
[…]
Z początku myślał, że ludzie, którzy mówili mu o angielskiej kompanii kauczukowej, pomylili się - przynajmniej co do tego, że wioska Olinków też stała się własnością Anglików. W końcu jednak skierowano go do rezydencji gubernatora. Jest to ogromny biały gmach. Na jego dziedzińcu powiewają flagi. Pewien biały, który sprawuje tam władzę, udzielił wodzowi audiencji. Ten sam człowiek wydał rozkazy budowniczym drogi, wiedząc o Olinkach tylko tyle, ile wyczytał z mapy. Mówił po angielsku, a nasz wódz robił co mógł, żeby się z nim porozumieć w tym języku. Musiała to być żałosna rozmowa. Nasz wódz umie powiedzieć po angielsku tylko kilka oderwanych zdań, których się nauczył od Josepha, a nawet Joseph zamiast „angielski” mówi „jangluski”. Ale najgorszej rzeczy mieliśmy dopiero się dowiedzieć. Ponieważ wioska nie należy już do Olinków, muszą oni płacić za jej dzierżawę, a jeśli chcą korzystać z wody, która też nie jest już ich własnością, muszą uiszczać osobny podatek. Z początku ludzie wybuchnęli śmiechem. Pomysł wydał im się szalony. Przecież od wieków mieszkają w tych stronach. Ale wódz się nie śmiał. Będziemy walczyć z tym białym, powiedzieli jego ludzie. Ale biały nie jest sam, rzekł wódz. Sprowadził swoje wojsko.
[…]
Pochowaliśmy Corrinę w obrządku Olinków: zawinęliśmy ją w płachtę z włókien kory i pogrzebaliśmy pod wielkim drzewem. Razem z nią przepadła cała jej słodycz i wykształcenie. Jej serce, tak niezłomne w czynieniu dobra. Tyle mnie nauczyła! Wiem, że zawsze będzie mi jej brakować. Dzieci oszołomiła śmierć matki. Wiedziały, że bardzo choruje, ale dziecko nie kojarzy umierania ani z rodzicami, ani z sobą samym. Dziwny był ten nasz mały kondukt: wszyscy w białych szatach, z twarzami pomalowanymi na biało. Samuel jest zupełnie zagubiony. Odkąd się pobrali, chyba ani jednej nocy nie spędzili osobno.
[…]
Panno Celio lepiej milcz, mówi Cuksa. Bo jeszcze Bóg cię usłyszy. A niech sobie słyszy, mówię. Jakby kiedy posłuchał bidnych czarnych kobit to na świecie inaczej by się działo ręczę ci. Cuksa gada i gada byle mi tylko wybić z głowy te bluźnierstwa. Ale ja bluźnię, ile chcąc. Nigdy mnie nie obchodziło co sobie ludzie o mnie pomyślą mówię. Ale w głębi duszy obchodził mnie Bóg. Przejmowałam się tem co pomyśli. A tu się jak raz okazuje, że on wcale nie myśli. Tylko siedzi sobie tam na górze i pewnikiem się napawa własną głuchotą. Ale nie łatwo jest się obejść bez Boga. Nawet jak wiesz, że go nie ma to i tak ledwo idzie dać sobie radę bez niego. Grzeszna jestem, mówi Cuksa. Grzeszna jestem, bo żem się urodziła i wcale się tego nie zapieram. Ale jak już człowiek raz zrozumi co go czeka tam dalej to kim może być jak nie grzesznikiem? Grzeszniki mają z życia więcej przyjemności mówię.
[…]
Jak czytasz biblię to musisz pomyśleć, że Bóg jest biały. Inaczej nie da rady. Cuksa wzdycha. Jak się tropłam, mówi, że myślę, że Bóg ma białą skórę a jeszcze do tego jest mężczyzną całkiem mnie te rzeczy przestały ciekawić. Złościsz się, bo ci się wydaje, że on nie słucha twoich modlitw. Hmmm! A burmistrz słucha co mówią czarni? Spytaj się Sofii. Ale ja nie muszę się pytać Sofii. I bez tego wiem, że białe ludzie nigdy nie słuchają głosu czarnych. A jeżeli już to przestają słuchać jak tylko dosyć się od ciebie dowiedzą, żeby ci znowuż cóś kazać. Powiem ci w co wierzę, mówi Cuksa. Wierzę, że Bóg mieszka w tobie i w każdem jednem człowieku. Przychodzisz na świat i od razu jest w tobie Bóg. Ale znajdują go tylko ci co go w sobie szukają. Chociaż czasem Bóg daje znać nawet kiedy go człowiek nie woła albo i szuka, ale sam nie wie czego. Najczęściej chiba znajduje Boga, kiedy mu źle. Smutno. Kiedy się czuje jak kupa gnoju to najłatwiej trafia na to cóś w sobie. Cóś? No właśnie, Cóś. Bóg to nie żaden on ani ona tylko Cóś.
[…]
Podeszła do nas Cuksa. Raz tylko się na mnie spojrzała i mówi Celio! Potem obraca się do pana i mówi Przestań Albercie. Nie mów nic więcej, bo tylko się gorzej wpakujesz. Już ja ją urządzę! - woła pan i skacze w moją stronę. Wiatr cisnął kłąb kurzu na ganek. Kurz zawirował między nami i wpad mi do ust. Wszystko co jeszcze na mnie spadnie z twojej ręki już spadło na ciebie, powiedział kurz. Poczułam, że Cuksa mną potrząsa. Celio, mówi. No i w końcu się ockłam. Jestem bidna czarna a może i brzydka i nie umim gotować, mówi jakiś głos do wszystkich co słuchają. Ale jestem. Amen, powiada Cuksa. Amen, amen.
[…]
Sofia powiada, że jak żem wyjechała to pan żył jak świnia. Tak się zamknął w domu aż w środku wszystko zaśmiardło. Nikogo nie wpuszczał dopiero Harpo siłą się dostał. Posprzątał, przyniós jeść. Wykąpał swojego tatę. Pan był za słaby, żeby się opierać. A zresztą tak miał już pomieszane w głowie, że było mu wszystko jedno. Nie móg spać po nocach. Stale i wciąż mu się zdawało, że zza drzwi słyszy nietoperze. W kominie tyż grzechotało jakieś cóś. Ale najgorsze było to, że musiał słuchać jak mu serce bije. Za dnia sprawowało się całkiem całkiem, ale ledwo zapad zmrok zaczynało wariować. Tak łomotało, że aż cały pokój się trząś. Jakby kto bił w bębny.
[…]
Póki się dało, Olinkowie nie zwracali uwagi na drogę ani na białych budowniczych. Ale prędzej czy później musieli ich zauważyć, bo jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobili drogowcy było to, że kazali wieśniakom przenieść się gdzie indziej. W miejscu, gdzie dotąd była wioska, postanowili urządzić centralę plantacji kauczuku. W promieniu wielu kilometrów jest to jedyny punkt, w którym nigdy nie brak wody. Olinkowie protestowali, ale pognano ich - a wraz z nimi misjonarzy, czyli nas - na jałowe pustkowie, gdzie przez sześć miesięcy w roku w ogóle nie ma wody. Trzeba ją wtedy kupować od plantatorów. W porze deszczowej płynie tamtędy rzeka, więc Olinkowie probują wykuć cysterny w okolicznych skałach. Na razie zbierają wodę do starych beczek po nafcie, które przywieźli drogowcy. Ale najstraszniejsze jest to, co się stało z rośliną, która - jak ci już pewnie pisałam - jest dla tutejszej ludności bóstwem, a zarazem dostarcza materiału na poszycie dachów. Otóż plantatorzy zbudowali w tym jałowym zakątku baraki dla robotników: jeden dla mężczyzn, drugi dla kobiet i dzieci. Ale Olinkowie przysięgli, że nie zamieszkają w domu niepokrytym liśćmi dachowca, tej boskiej rośliny, więc baraki zostawiono w ogóle bez dachów. Potem zaorano wieś Olinków i cały teren w promieniu wielu kilometrów. Łącznie z chaszczami dachowca, które zniszczono w ten sposób do ostatniej łodyżki.
[…]
Wyobraź sobie, Celio, że musieliśmy zapłacić za tę blachę! Poszły na to mizerne oszczędności Olinków i prawie cała suma, którą Samuel i ja zdołaliśmy odłożyć, żeby mieć za co dalej kształcić dzieci, kiedy już wrócimy do kraju. Odkąd Corrina umarła, co roku mówiliśmy sobie, że teraz to już wracamy, ale coraz bardziej omotywały nas problemy Olinków. Celio, nie ma nic brzydszego niż blacha falista. Szamocząc się z twardymi, zimnymi arkuszami, żeby jakoś ułożyć to błyszczące paskudztwo na dachach baraków, kobiety podniosły ogłuszający lament, który niósł się całymi kilometrami i odbijał echem w jaskiniach. Dopiero wtedy Olinkowie przyznali się wobec samych siebie do przynajmniej chwilowej porażki. Chociaż nie proszą nas już o nic prócz tego, żebyśmy dalej uczyli ich dzieci (bo przecież widzą jak bezsilni jesteśmy my sami i nasz Bóg), Samuel i ja uznaliśmy, że musimy jakoś zareagować na tę podłość poprzedzoną tyloma innymi chociaż wiele bliskich nam osób uciekło, żeby się przyłączyć do tak zwanych mbele, czyli leśnych ludzi, którzy żyją ukryci głęboko w dżungli, bo nie chcą pracować dla białych ani być w ich władzy.
[…]
Zaczęła więc w sobie pielęgnować pobożną fascynację poganami. Wyprowadziła w pole rodziców. Wyprowadziła w pole Towarzystwo Misjonarzy. Będąc pod wrażeniem jej zdolności językowych zarząd wysłał ją do Afryki (gorzej nie mogła trafić!), a tam zaczęła pisać powieści o wszystkich sprawach pod słońcem. Mój pseudonim literacki brzmi Jared Hunt, powiedziała. Bez trudu podbiłam publiczność angielską, a nawet amerykańską. Zdobyłam bogactwo i sławę. Czytelnicy myślą, że jestem ekscentrycznym pustelnikiem, który prawie nic innego nie robi, tylko wciąż poluje na dziką zwierzynę. Chyba nie myślicie, że sobie szczególnie zawracałam głowę poganami? - spytała w kilka wieczorów później. Nie widziałam powodu, żeby ich zmieniać. Zresztą oni chyba też dosyć mnie lubili. Sporo im w końcu pomogłam. Byłam przecież pisarką i w ich sprawie też zasmarowałam całe stosy papieru. Pisałam o ich kulturze, zachowaniach, potrzebach i tym podobnych rzeczach. Zdziwilibyście się, gdybym wam powiedziała, jak ważna jest potoczystośc stylu, kiedy chce się zdobyć pieniądze. Bezbłędnie opanowałam miejscowy język i żeby się odczepić od różnych wścibskich osób z misjonarskiej centrali pisałam w nim całe sprawozdania. Z familijnego skarbca udało mi się wydobyć prawie milion funtów zanim cokolwiek dostałam od stowarzyszeń misyjnych czy od rozmaitych bogaczy, którzy są starymi przyjaciółmi mojej rodziny. Zbudowałam szpital, gimnazjum i liceum. No i basen - jedyny luksus, na jaki sobie pozwoliłam, bo w rzece pijawki człowieka obłażą.
[…]
Pewnego dnia wódz w przypływie uznania, którego widocznie nie umiał inaczej wyrazić, podarował mi dwie żony. Chyba mało kto wierzył, że jestem kobietą. Wyglądało na to, że poganie zachodzą w głowę, kim właściwie jestem. W każdym razie zapewniłam tym dwóm dziewczynom jak najlepsze wykształcenie. Oczywiście posłałam je do Anglii na studia medyczne i ogrodnicze. Kiedy wróciły, przywitałam je serdecznie i wydałam za dwóch młodych ludzi, którzy zawsze kręcili się koło domu, a wtedy zaczął się najszczęśliwszy okres w moim życiu, bo zostałam babką ich dzieci. Powiem zresztą, rzekła rozpromieniona, że okazałam się fenomenalną babunią. Nauczyłam się tego od Akweanów. Oni nigdy nie biją dzieci. Nigdy ich nie zamykają w osobnej izbie. W okresie pokwilania robią ten swój rytualny zabieg i wtedy leje się trochę krwi. Ale matka Harry'ego jest lekarką i zmieni ten obyczaj. Prawda, Haroldzie?
[…]
Starsze panie wydawały się takie solidne. Takie nienaganne. Naprawdę nie sposób było sobie wyobrazić, że własnoręcznie zbudowały szkołę w buszu. Że walczyły z gadami. Albo z wrogim plemieniem Afrykanów, którzy uważali, że skoro misjonarki z tyłu sukni mają cóś, co wygląda jak skrzydła, to powinny umieć fruwać. „Busz?” - mówiła do mnie kpiąco Corrina albo ja do niej. Już sam dźwięk tego słowa wprawiał nas w stan cichej histerii, chociaż przez cały czas spokojnie popijaliśmy herbatkę. Bo starsze panie oczywiście nie zdawały sobie sprawy, że są komiczne, a nas śmieszyły, i to bardzo. Nasze rozbawienie było tym większe, że w tamtych czasach Afrykanie uchodzili nie tylko za dzikusów, ale za niezdary i ofermy, tak samo niezdarne i ofermowate jak ich pobratymcy w naszej ojczyźnie. Ale starannie - żeby nie powiedzieć: drobiazgowo - unikaliśmy tego bardzo oczywistego skojarzenia.
[…]
Przypomniałem sobie cóś, co się zdarzyło na jednym z czwartków ciotki Teodozji, zanim Corrina i ja pobraliśmy się, ciągnął Samuel. Ciotka naspraszała całe mnóstwo „poważnych młodych ludzi”, jak ich nazywała, a był wśród nich młody naukowiec z Harvardu, Edward. Nazywał się chyba DuBoyce. W każdym razie ciotka Teodozja rozwodziła się nad swoimi afrykańskimi przygodami, zmierzając do tego, żeby powiedzieć, jak to Leopold, król Belgii dał jej medal. Otóż ten Edward, a może Bill, miał bardzo popędliwe usposobienie. Widać to było w wyrazie jego oczu, w ruchach. Nie potrafił usiedzieć spokojnie. Ciotka Teodozja pomału zbliżała się do tego, żeby opowiedzieć, jaką radosną niespodziankę sprawił jej medal - który był przecież dowodem, że jako misjonarka w królewskiej kolonii oddała bezprzykładne usługi - gdy DuBoyce zaczął nerwowo przytupywać jedną stopą. Najwidoczniej nie mógł zapanować nad tym odruchem. Corrina i ja spojrzeliśmy po sobie z niepokojem. Widać było gołym okiem, że gość zna już tę historię i nie jest w stanie wysłuchać jej po raz drugi. Łaskawa pani, rzekł, kiedy ciotka Teodozja skończyła opowieść i błysnęła swoim słynnym medalem, pokazując go wszystkim obecnym, czy zdaje pani sobie sprawę, że król Leopold obcinał ręce robotnikom, którzy zdaniem nadzorców plantacji nie wyrabiali normy? Zamiast hołubić ten medal jak jakiś skarb powinna go pani uznać za symbol swojego mimowolnego wspólnictwa z despotą, który dziesiątki tysięcy Afrykanów zmusił do zabójczej pracy, zmaltretował i wreszcie unicestwił.
[…]
Mężczyzna o którem myślelim, że to nasz Tata nie żyje. Jak możesz wciąż o nim mówić Tata, spytała się mnie Cuksa któregoś dnia. Ale tera już za późno mówić o nim Alphonso. Nawet nie pamiętam, żeby Mama, kiedy tak o nim powiedziała. Zawsze tylko Wasz Tata i Wasz Tata. Pewnikiem po to żebyśmy łatwiej uwierzyły. W każdem bądź razie Daisy, ta jego mała żonka, zadzwoniła do mnie późną nocą. Panno Celio, mówi, mam złą wiadomość. Alphonso nie żyje. Kto taki, zdziwiłam się? Alphonso. Pani ojczym. A jak umar, pytam się? Przychodzi mi do głowy, że może wpad pod ciężarówkę, piorun go strzelił albo się raptem okazało, że jest na cóś chory. Ale ona mówi Nie, umar we śnie. No, może zresztą nie całkiem. Trochuśmy się zabawiali w łóżku przed spaniem. No to współczuję, mówię.
[…]
Panno Celio, mówi Cuksa, może byśmy uczciły twój powrót chińskiem obiadem? Uwielbiam chińską kuchnię więc pojechalim do restaurancji. Z tej całej radości, że się wróciłam nawet żem nie zauważyła jaka Cuksa jest znerwowana. Kawał z niej kobity, ale tak wogle to ma dużo wdzienku nawet jak się o cóś wścieknie. A tu widzę, że raptem nie umi jeść pałeczkami. Przewraca szklankę z wodą. Nie wiadomo czemu pasztecik z jajkiem jej się rozwinął na talerzu. Widzę co się dzieje, ale myślę, że to wszystko tylko z radości, że przyjechałam. Więc się przed nią puszę i stroję miny i dalej się opycham zupą wonton i smażonem ryżem. Wreszcie podali nam placki z wróżbami. Uwielbiam je. Takie są ładniutkie. Od razu roztwieram swoją wróżbę, czytam a tam pisze Jesteś jaka jesteś więc czeka cię szczęśliwa i pogodna przyszłość. Przeczytałam to i w śmiech. Podaję kartkę Cuksie. Czyta i się uśmiecha. Czuję, że jestem w przyjaźni ze światem.
[…]
Jedno co mnie trzyma przy życiu to to, że widzę, jak Henrietta walczy ze śmiercią. A walczyć to ona umi, jeszcze jak. Co dostanie ataku to tak się drze, że umarłego by obudziła. Leczymy ją tak samo, jak żeś pisała, że się leczą ludzie w Afryce. Codziennie dajemy jej ignamy. Tak się akuratnie składa, że ona ich nie cierpi i bez krępacji daje nam o tem znać. Wszyscy schodzą się z bliska i z daleka i probują wymyślać różne dania z ignamów co by nie smakowały ignamami. Przynoszą nam pełne talerze ignamowych jaj, ignamowych flaków, ignamowych sznycli z kozy. I różne zupy. Mój ty Boże, ludzie pichcą je z czego się da tylko nie z zelówek byle czemsiś zgłuszyć smak ignamów. Ale Henrietta się upiera, że tak czy owak go czuje i niewiele brakuje, żeby cisła talerzem bez okno. Obiecujemy jej, że już niedługo będzie miała trzy miesiące wytchnienia od ignamów, ale ona mówi, że ten czas chiba się nigdy nie zacznie. Tymczasem wszystkie stawy jej spuchli gorączkę ma taką, że aż parzy. Mówi, że w głowie to ma chiba pełno małych białych ludzików z młoteczkami.
[…]
Szyję spodnie. Rzeczywiście, prawie cała rodzina chodzi w spodniach twojego szycia. Znaczy się szyjesz tera zawodowo? Zgadza się, mówię. Ale właściwie to zaczęłam szyć jeszcze tutej w twojem domu. Żeby cię nie zabić. Patrzy się w podłogę. Cuksa pomogła mi uszyć pierszą parę, mówię. I zaczynam płakać jak jaka głupia. Celio, powiedz mi prawdę, mówi on. Nie lubisz mnie, bo jestem mężczyzna, tak? Wycieram nos. Dla mnie to każden jeden mężczyzna wygląda jak żaba ledwo zdejmnie spodnie. I żeby go nie wiem, jak całować to po mojemu zawsze będzie tylko żabą.
[…]
Tashi i jej matka uciekły. Postanowiły przyłączyć się do tych, o których tutaj mówią: mbele. Wczoraj Samuel, dzieci i ja rozmawialiśmy o tym i doszliśmy do wniosku, że nawet nie mamy pewności, czy mbele w ogóle istnieją. Wiemy tylko, że podobno mieszkają w najgłębszych ostępach, chętnie przyjmują uciekinierów do swego grona, napadają na plantacje należące do białych, a samych właścicieli zamierzają, jeśli nie unicestwić, to przynajmniej wygnać z kontynentu, który uważają za swój. Adam i Olivia są załamani, bo kochają Tashi i tęsknią za nią, a jak dotąd nie wrócił nikt spośród tych, których mbele mieli rzekomo przygarnąć. Wynajdujemy im rozmaite zajęcia na terenie osady, a ponieważ w tym sezonie jest mnóstwo przypadków malarii, roboty nie brakuje. Kiedy plantatorzy zaorali pola ignamu, a w zamian za to zaczęli sprzedawać Olinkom różne puszki i proszki, wieśniacy stracili odporność na malarię. Biali oczywiście nie wiedzieli, co robią - chcieli tylko zagarnąć ziemię i hodować kauczukowce. Ale Olinkowie od tysięcy lat jedli ignam po to, żeby zapobiec malarii i hamować rozwój chronicznej choroby krwi. Odkąd ignamu brakuje, plemię - a raczej to, co z niego zostało - choruje i wymiera w zastraszającym tempie. Prawdę mówiąc boję się o nasze własne zdrowie, a także o dzieci. Ale Samuel twierdzi, że nic nam się nie powinno stać, bo mieliśmy ataki malarii w pierwszych latach pobytu.
[…]
Jak się zapewne domyślasz, niewiele tu mamy rozrywek. Czytamy gazety i czasopisma przysyłane z kraju i gramy z dziećmi w najrozmaitsze afrykańskie gry. Z grupą tutejszych dzieci próbujemy reżyserować fragmenty sztuk Szekspira. Adam zawsze świetnie wypadał jako Hamlet recytujący monolog „Być albo nie być”. Corrina miała bardzo dokładne wyobrażenia o tym, czego dzieci należy uczyć i dbała, żeby każda wartościowa książka zachwalana w prasie trafiała do ich biblioteki. Oboje sporo już wiedzą i chyba nie będą zbytnio zaszokowani amerykańskim społeczeństwem - może tylko nienawiścią wobec czarnych, która bije nawet z gazet. Natomiast niepokoi mnie ich bardzo afrykańska niezależność sądów i łatwość, z jaką je wyrażają, no i ten skrajny egocentryzm. W dodatku czeka nas bieda, Celio i na pewno lata miną, nim kupimy choćby własny dom. Jak dzieci wychowane w Afryce zniosą tę całą wrogość, z którą się zetkną? Ilekroć probuję sobie wyobrazić ich życie w Ameryce, wydają mi się znacznie młodsi niż kiedy tutaj na nich patrzę. Dużo bardziej naiwni. Tutaj w najgorszym razie musieliśmy znosić obojętność i pewną płytkość w stosunkach z ludźmi (oprócz Catherine i Tashi), całkiem zresztą zrozumiałą. Olinkowie wiedzą przecież, że my zawsze możemy wyjechać, a oni muszą zostać na miejscu. Kolor skóry nie gra tu oczywiście żadnej roli.
[…]
Jak się z nim tera rozmawia to czuć, że naprawdę człowieka słucha, a jednego razu jak siedzielim i sobie gadalim to raptem ni w pięć ni w dziewięć powiedział Celio, dopiero tera czuję, że naprawdę jestem człowiekiem i żyję na Ziemni. To dla mnie wielka nowość. Sofia i Harpo stale probują naraić mi jakiegoś mężczyznę. Wiedzą, jak kocham Cuksę, ale myślą, że kobity zakochują się bez przypadek w każdem kto się tylko nawinie. Co pójdę do Harpa to zara jakiś agencina od ubezpieczeń pcha mi się przed oczy. Pan musi mnie ratować. To moja żona, powiada a tamten znika za drzwiami. Siedzimy sobie z zimnem piciem. Rozmawiamy o tym jak to mieszkałim wszyscy razem z Cuksą. Jak pan przywióz ją chorą do domu. O tej koślawej piosenczynie którą śpiewała. O tym jak dobrze było nam siedzieć wieczorami u Harpa.
[…]
A poza tem? Twoja siostra to taka wariatka, że nawet zabić się nima chęci. Przeważnie czuję się jak kupa gnoju, ale już nieraz tak się czułam i co z tego? Miałam siostrę jak się patrzy. Na imię jej było Nettie. Miałam przyjaciółkę, tyż niczego sobie kobitę. Mówią na nią Cuksa. Urodziłam dwoje dzieciów. Dorastają w Afryce, śpiewają i piszą wiersze. Piersze dwa miesiące to było piekło, prawdę mówię nie kłamię. Ale tera te umówione pół roku Cuksy wzięło i przeleciało a ona się do mnie nie wróciła. Probuję wmówić swojemu sercu, że ma nie chcieć tego czego mieć nie może.
[…]
No właśnie, synu, mówię. Miłości to oni mieli wiele do dania. Ale ja potrzebowałam, żeby któś mnie nie tylko kochał, ale i rozumiał tyż. A z rozumieniem to u nich krucho. Przecie już nie żyją, on na to. Będzie z dziewięć albo i dziesięć lat. Póki mogli to pilnowali żebyśmy chodzili do szkoły. Wiesz, że nigdy nie myślę o mamie ani o tacie. Wiesz za jaką twardą kobitę się uważam. Ale odkąd nie żyją a ja widzę, że mojem dzieciom nieźle się wiedzie, lubię o nich myśleć. Może jak się wrócę to położę im kwiaty na grobach. Pisze do mnie tera prawie co tydzień i owszem. Długachne listy a w nich pełno nowin i różne różności co to je niby dawno temu zapomniała. I jeszcze to i owo o pustyni, o Indianach i skalistych górach. Szkoda, że nie możemy tak jeździć po świecie obie razem, ale dzięki Bogu i za to, że ona może. Czasem jestem na nią wściekła jak nie wiem co. Włosy mogłabym jej wydrapać, żeby została łysa. Ale potem sobie myślę, że Cuksa tyż ma prawo żyć. Ma prawo oglądać świat z kim tylko chce. Kocham ją czy nie kocham i tak ma to prawo i każde inne tyż.
[…]
Pan uważa, że to właśnie jest męskie zachowanie. Ale Harpo wcale nie taki, mówię mu. I ty nie taki. Po mojemu Cuksa to kobita całą gębą. Przecie Sofia ma to samo co i ona. Co w tem męskiego? Sofia i Cuksa niepodobne do mężczyzn, mówi on, ale do kobit tyż nie. Znaczy się niepodobne do ciebie ani do mnie. Same sobie dają radę, powiada. I bez to są inne. Najbardziej kocham Cuksę za to co w życiu przeszła, mówię. Jak jej się popatrzeć w oczy to zara wiadomo, że była, gdzie była, widziała co widziała, robiła co robiła. I tera już rozumi. Szczera prawda, mówi pan.
[…]
Naprawdę żal mi ciebie, Celio, że cię rzuciła, mówi pan. Pamiętam jak sam się czułem, kiedy zostałem się bez niej. I wtedy ten stary diabeł objął mnie obiema rękami. Stalim oba razem na ganku bez słowa. W końcu szyja mi zesztywniała więc żem mu oparła głowę na ramieniu. No i proszę, pomyślałam, dwa stare głupki co nie nadążyły za miłością stoją pod gwiazdami i jeden drugiego pociesza. Inną razą pytał mnie się o moje dzieci. No to mu mówię co wiem od ciebie: że podobnież chodzą w długich szatach jakby w sukienkach. Przyszed akuratnie, jak żem szyła i spytał się czemu moje spodnie są inne od wszystkich. Temu, że każden jeden może je nosić, mówię. Kobity i mężczyźni nie powinni tak samo się ubierać, on mi na to. Spodnie są dla mężczyzn. Powiedz to tym mężczyznom co mieszkają w Afryce, mówię.
[…]
No więc Olinki słyszeli od białych misjonarzy o Adamie i Ewie i o tym jak wąż oszukał Ewę i jak Bóg wziął i wygnał ich z rajskiego ogrodu. Słuchali i ciekawość ich brała, bo potem jak wygnali ze swojej wioski własne białe dzieci to już prawie o tem więcej nie myśleli. Nettie pisze, że u Afrykanów po piersze co z oczu to i z serca. A po drugie Afrykanie nie ścierpią, żeby im się pchało przed oczy cóś co inaczej wygląda, inaczej się zachowuje. Chcą, żeby wszyscy byli tacy sami. Czyli nikt biały długo by się między niemi nie utrzymał. Nettie pisze, że Afrykanie wygnali wszystkich białych Olinków właśnie za wygląd. Nas tyż wygnali i sprzedali w niewolę za to jak się zachowywalim. Bo nam to chiba nigdy nic się nie uda choćbyśmy się nie wiem, jak starali. Wiesz przecie jakie są czarnuchy. Nawet i dziś nikt nic im nie może powiedzieć. Nie dają sobą rządzić. Każden jeden czarnuch nosi w głowie całe królestwo.
[…]
Po dwóch i pół miesiącach Adam i Tashi wrócili! Adam dogonił Tashi, jej matkę i kilka innych osób z naszej osady, kiedy cała grupa zbliżała się do wioski, w której dawniej mieszkała ta biała misjonarka, ale Tashi ani Catherine nie chciały nawet słyszeć o powrocie, więc Adam poszedł razem z nimi do obozu mbele. Mówi, że to bardzo niezwykły obóz! Musisz wiedzieć, Celio, że w pewnym miejscu w Afryce jest ogromne zagłębienie w ziemi zwane wielkim rowem tektonicznym. Leży ono jednak na przeciwległym krańcu kontynentu. Ale Adam twierdzi, że i po naszej stronie znajduje się rów tektoniczny - „mały”, czyli obejmujący tysiące akrów gruntu i jeszcze głębszy od „wielkiego”, który zajmuje całe miliony akrów. Jest to tak głęboka rozpadlina, że zdaniem Adama dokładnie widać ją chyba tylko z lotu ptaka, a i wtedy wygląda pewnie po prostu jak wyjątkowo duży kanion. Otóż w tym wyjątkowo dużym kanionie żyją tysiące Afrykanów z dziesiątków plemion. Adam przysięga, że jest wśród nich jeden czarny z Alabamy! Są tam farmy. Jest szkoła, szpital, świątynia. I są wojownicy obojga płci, którzy rzeczywiście uprawiają sabotaż na plantacjach należących do białych.
[…]
Owszem, wróciłam, ale to jeszcze nie znaczy, że zgadzam się za ciebie wyjść, rzekła Tashi. Właśnie, że się zgadzasz, odparł Adam zapalczywym tonem, ale równocześnie ziewnął. Obiecałaś swojej matce. I ja sam jej to obiecałem. Nikomu w Ameryce się nie spodobam, powiedziała Tashi. Mnie się spodobasz, stwierdził Adam. Olivia podbiegła do Tashi i mocno ją objęła. Potem zaczęła czym prędzej szykować jej jedzenie i kąpiel. Wczoraj Tashi i Adam spali prawie przez cały dzień, a wieczorem odbyliśmy naradę rodzinną. Powiedzieliśmy im, jakie mamy plany: całe tłumy naszych uciekły do obozu mbele, a biali do pracy na plantacjach sprowadzają muzułmanów z północy. Zresztą i tak już na nas pora, więc za kilka tygodni wrócimy do kraju. Adam oświadczył, że pragnie się ożenić z Tashi. Tashi oświadczyła, że nie chce wyjść za mąż. A potem z właściwą sobie szczerością i otwartością wyjaśniła, dlaczego odmawia. Otóż głównie dlatego, że z powodu blizn na policzkach Amerykanie zaczną nią gardzić jako dzikuską i będą omijać z daleka ją samą i dzieci urodzone z jej związku z Adamem. Dlatego, że czytała prasę, którą dostajemy z kraju i wie doskonale, że czarnym wcale się nie podobają ludzie naprawdę czarni - tacy jak ona - a już zwłaszcza nie podobają im się kobiety czarne jak smoła. Rozjaśniają sobie twarze i prostują włosy. Chcą się upodobnić do nagusów.
[…]
W każdem bądź razie, on na to, sama wiesz, jak jest. Zadasz sobie jedno pytanie i zara widzisz piętnaście następnych. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego trza nam miłości. Dlaczego cierpimy. Dlaczego jesteśmy czarni. Dlaczego są mężczyźni i kobity. Skąd tak naprawdę biorą się dzieci. Niewiele czasu minęło zanim się tropłem, że wiem tyle co nic. I że nawet jak któś się spyta czemu jest czarny, czemu jest mężczyzną, kobitą albo krzakiem, to jeszcze o niewiele zapytał, póki się nie zastanowi po co wogle przyszed na świat. A ty jak myślisz, po co, pytam się? Ja tam myślę, że przyszlim na świat po to, żeby się cudować. Cudować i pytać. I że jak człowiek cuduje się wielkim rzeczom i pyta się o nie to o tych małych tyż się czegóś dowiaduje prawie mimochodem. Ale o tych wielkich nigdy się nie dowiaduje niczego więcej niż to z czem zaczął. Im więcej się cuduję tem więcej kocham.
[…]
Cuksa wysiada z auta ubrana jak gwiazda firmowa i mówi Och, Celio, tęskniłam za tobą gorzej niż za rodzoną mamą. Ściskamy się. Chodź do środka, mówię. Och jak tu ładnie, powiada, bo już weszlim do jej pokoju. Wiesz, że uwielbiam różowy. Słonie i żółwie tyż dostaniesz, obiecuję. A gdzie twój pokój, pyta się ona? Parę drzwi dalej, mówię. Chodźmy to mi pokażesz, mówi. No to już tutej, mówię, kiedy stanęlim w progu. U mnie w pokoju wszystko fioletowe i czerwone oprócz podłogi, bo podłoga pomalowana ostrą żółcią. Cuksa podchodzi prosto do fioletowej żabki co siedzi na kominku jakby przycupła. Co to, pyta się? O, mówię, to Albert mi wyrzeźbił. Cuksa jakoś dziwnie się na mnie patrzy a ja na nią. Mija chwila i już obie się śmiejemy.
[…]
Najsampierw Albert spojrzał się na drogę i powiada Ciekawość kto tyż tam jedzie? Na razie widać tylko że za jakiemś autem kurzy się jak nie wiem co. Ja, Albert i Cuksa siedzielim na ganku po obiedzie. Rozmawialim. Milczelim. Huśtalim się we fotelach i oganialim od much. Cuksa powiada, że już nie chcę więcej śpiewać przed ludźmi. No, może najwyżej czasem u Harpa. A tak wogle to chiba przejdzie na remeryturę. Albert prosi, żeby przymierzyła tę nową koszulę co ją uszył. A ja mówię o Henrietcie. I o Sofii. O swojem ogrodzie i sklepie. No i wogle o tem jak mi idzie. Takem przywykła do szycia, że zszywam pęczek ścinków - ot tak, żeby zobaczyć co mi wyjdzie. Chłodno jest jak na koniec czerwca. Miło tak siedzieć na ganku z Albertem i z Cuksą. Za tydzień czwarty lipca, znaczy się święto. Planujemy spotkać się całą rodziną u mnie przed domem. Byle tylko nie zrobił się gorąc. Może być, że listonosz, mówię. Tylko trochu za szybko jedzie. Może Sofia, powiada Cuksa. Wiecie, że zawsze prowadzi jak wariatka. Może Harpo, mówi Albert. Ale to nie Harpo. Tymczasem auto staje pod drzewami na podwórku i wysiada z niego cała kupa ludzi ubranych jak stare dziadki.
Alice Walker, Kolor purpury
Sfilmowana i nagrodzona Nagrodą Pulitzera w kategorii fikcji literackiej powieść epistolarna Alice Walker - amerykańskiej pisarki, aktywistki i feministki pochodzenia afrykańskiego, czirokeskiego oraz szkocko-irlandzkiego, umiejscawia akcję tej drastycznej także językowo opowieści przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, na skolokwializowanym przeto amerykańskim Południu, na prowincji w południowym stanie Georgia, w latach trzydziestych ubiegłego wieku. To historia afroamerykańskiej Celii, która od dziecka doświadcza przemocy seksualnej ze strony człowieka, którego uważa za swego ojca, a któremu w końcu rodzi też dwójkę dzieci. Na dodatek rozdzielona z ukochaną siostrą Nettie żyje w przekonaniu, że drogi ich więcej nie zejdą toteż pisze do niej listy swym naiwnym czy nawet półanalfabetycznym językiem. Dopiero kontakt z „oświeconą” artystką i doświadczoną przez życie „w drodze” - Cuksą Avery otwiera jej oczy na świat, który oferuje więcej niż niewolnicze godziny spędzone u boku swego nieznanego z imienia pana X. Książka Alice Walker to również „utapirowany” apel przeciwko wszelkiej przemocy, w której wstrętny rasizm nie ustępuje miejsca pogardzie wobec słabszych, z kolei okazywana drugiemu „wyższość kulturalna” to przede wszystkim sfrustrowana i bezmyślna nienawiść wobec siebie samego.