07.11.2025

„Jego twarz była wszędzie, ale
on sam nie widział już
cudzych twarzy”
„Jesteśmy czasem morskim”
„Tym,
co nas wykańcza,
jest codzienność”
„Bo jesteś zdolny do
wszystkiego,
ale nie umiesz bujać”
[…]
Dlaczego na początku zawsze jest światło? Najwcześniejsze wspomnienia Dorriga Evansa to słońce, zalewające nawę kościoła, w którym siedział ze swoją mamą i babcią. Drewnianą nawę. Oślepiające światło i on, który raczkował tam i z powrotem, wkraczał w strefę jego transcendentnego powitania i opuszczał ją, wracając w ramiona kobiet. Kobiet, które go kochały. Jak gdyby wchodził do morza i powracał na plażę. Raz po raz. Niech ci Bóg błogosławi, mówi jego matka, obejmuje go, a potem pozwala mu odejść. Niech ci Bóg błogosławi, mój synku. Było to w 1915 albo 1916 roku. Dorrigo miał wtedy rok albo dwa latka. Cienie przyszły później, przybrawszy postać unoszącego się przedramienia, którego czarny zarys podskakiwał w oleistym świetle lampy naftowej. W małej, ciemnej kuchni Evansów siedział Jackie Maguire i płakał. W tamtych czasach nikt nie płakał, tylko małe dzieci. Jackie Maguire był już starcem, miał ze czterdzieści, a może więcej lat i grzbietem dłoni próbował wycierać łzy ze swojej dziobatej twarzy. A może jednak palcami? Dorrigowi w pamięć zapadł tylko ten płacz. Brzmiał tak, jak gdyby coś się kruszyło albo pękało. Jego coraz powolniejszy rytm przywodził mu na myśl duszącego się w potrzasku królika, który miarowo uderza tylnymi nogami o ziemię — był to jedyny podobny do tego płaczu dźwięk, jaki w życiu słyszał. Miał wówczas dziewięć lat i wszedł do kuchni, żeby mama zajęła się podbiegłym krwią bąblem na jego palcu. Był jeszcze za mały, by móc porównać szloch Jackiego Maguire’a z czymś innym niż agonia królika. Wcześniej tylko raz widział, jak dorosły płacze. Była to zdumiewająca scena. Jego brat, Tom, wrócił z wielkiej wojny, z Francji. Wysiadł z pociągu, rzucił swój worek żołnierski na gorący piasek bocznicy i nagle wybuchnął płaczem.
[…]
Szczęśliwy człowiek nie ma przeszłości, a nieszczęśliwy nie ma nic poza nią. Będąc już w podeszłym wieku, Dorrigo Evans nie wiedział, czy gdzieś to wszystko przeczytał, czy sam to sobie wymyślił. Wymyślił, pomieszał, po czym rozłożył na czynniki pierwsze. Rozłożył nieubłaganie. Ze skał powstają piargi, z piargów piasek, z piasku błoto, z błota z powrotem skały i tak się kręci ten świat, jak powiadała jego mama, kiedy domagał się podania mu jakichś przyczyn albo wyjaśnień, dlaczego świat jest taki, a nie inny. Świat jest, odpowiadała matka. Po prostu jest, synku. Tamtego dnia Dorrigo bawił się, próbował wyrwać ze zbocza wystający kamień, bo chciał zbudować fort, a wtedy z góry spadł inny, większy kamień i uderzył go w kciuk, na którym pod paznokciem zrobił mu się duży, pulsujący krwią bąbel. Mama zamaszyście położyła Dorriga na kuchennym stole, bo tam było najjaśniej i unikając dziwnego spojrzenia Jackiego Maguire’a, podniosła palec swojego syna do światła. Jackiemu pomiędzy jednym chlipnięciem a drugim udało się powiedzieć to i owo. Jego żona przed tygodniem wyjechała z najmłodszym dzieckiem pociągiem do Launceston i dotąd nie wróciła. Mama Dorriga wzięła nóż do rozbierania mięsa. Wzdłuż ostrza biegła kremowa smuga stężałego tłuszczu baraniego. Pani Evans wsunęła czubek noża w węgle w piecu kuchennym, z którego wzbił się wianuszek dymu, napełniając kuchnię wonią przypalonej baraniny. Wyciągnęła nóż, a jego lśniący na czerwono koniuszek połyskiwał iskierkami błyszczących, rozgrzanych do białości drobinek, których widok wydał się Dorrigowi zarówno czarodziejski, jak i przerażający. Nie ruszaj się, powiedziała, przytrzymując rękę syna w zdumiewająco mocnym uścisku.
[…]
Wszystko to działo się w czasach, kiedy świat był jeszcze długi i szeroki, i kiedy dla Dorriga Tasmania stanowiła nadal cały świat. A z wielu dalekich i zapomnianych forpoczt na tej wyspie mało było dalszych i bardziej zapomnianych niż licząca około czterdziestu głów osada zwana Cleveland, gdzie mieszkał Dorrigo Evans. Ta założona przez skazańców wioska, będąca pierwotnie przystankiem dla dyliżansów, popadła z czasem w ubóstwo i niepamięć, ocalała zaś i istniała już teraz tylko jako prowincjonalna stacja kolejowa, garść rozpadających się georgiańskich budynków i rozrzuconych tu i ówdzie drewnianych domków o werandach przypominających brwi, tworzących azyl dla tych, którzy przetrwali całe stulecie wygnania i zatracenia. Cleveland otaczały lasy powykręcanych eukaliptusów i srebrzystych akacji, które falowały i tańczyły w upale. Latem było tu gorąco i żyło się trudno, a w zimie nie było gorąco, żyło się więc wtedy już tylko trudno, po prostu. Elektryczność i radio miały dopiero przyjść w te strony i gdyby nie to, że tymczasem nastały lata dwudzieste dwudziestego wieku, można by pomyśleć, że są lata osiemdziesiąte, a nawet pięćdziesiąte wieku dziewiętnastego. Wiele lat później Tom, chociaż niezbyt skłonny do używania metafor, powiedział — być może, jak sądził wtedy Dorrigo, pod wpływem myśli o nadchodzącej śmierci i towarzyszącej jej starczej obawie, że całe życie to tylko metafora i nie ma w niej prawdziwej historii — że ten czas był niczym długa jesień konającego świata. Ojciec Dorriga i Toma był mechanikiem kolejowym, który wraz z rodziną zajmował położony przy torach drewniany domek, należący do państwowych kolei tasmańskich. W lecie, kiedy brakowało wody, czerpali ją wiadrami ze zbiornika dla lokomotyw. Spali przykryci skórami łapanych w sidła oposów, żywili się zaś głównie mięsem królików, na które zastawiali pułapki, i małych kangurów, na które polowali z bronią w ręku. Uprawiali kartofle i sami piekli chleb. Ich ojciec, który przetrwał kryzys lat dziewięćdziesiątych i widział ludzi umierających z głodu na ulicach Hobart, nie mógł uwierzyć, że spotkało go takie szczęście i że skończył w takim robotniczym raju. W mniej optymistycznych momentach mawiał jednak też: „Kto żyje jak pies, ten zdycha jak pies”.
[…]
Przy zjeździe do Fingal Valley Dorrigo Evans zsuwał się z wozu, machał na pożegnanie do Joe’ego i Gracie i szedł dalej piechotą do Llewellyn, miasteczka wyróżniającego się głównie tym, że było jeszcze mniejsze niż Cleveland. W Llewellyn ruszał na północny wschód przez wygon i zachowując orientację w terenie dzięki wielkiemu, ośnieżonemu masywowi Ben Lomond, kierował się wśród buszu na drugą, śnieżną stronę tej góry, gdzie Tom przez dwa tygodnie z rzędu pracował jako łowca oposów, po czym brał tydzień urlopu, wracał na dwa tygodnie do roboty, i tak w kółko. Późnym popołudniem Dorrigo docierał do domu Toma, czyli do jaskini, schowanej na osłoniętym od wiatru ostrym łuku skalnym pod górskim grzbietem. Była nieco mniejsza niż ich aneks kuchenny, ale w jej najwyższym miejscu Tom mógł nawet stać, choć z pochyloną głową. Jaskinia zwężała się z obu końców jak jajko, a wejście do niej osłaniała wisząca wyżej skała, dlatego przez całą noc w progu mógł się palić ogień, ogrzewający wnętrze. Tom, który miał już dwadzieścia kilka lat, czasami zabierał ze sobą do pracy Jackiego Maguire’a. Tom miał ładny głos i często wieczorami śpiewał im piosenki, a potem w świetle ogniska Dorrigo czytał na głos stare egzemplarze „Bulletin” albo „Smith’s Weekly”, składające się na bibliotekę obu łowców oposów. Jackie Maguire nie umiał czytać, Tom twierdził, że potrafi. Lubili, kiedy Dorrigo czytał im dział porad Cioci Rose albo ballady z buszu, które uważali za „dowcipne”, a czasem „bardzo dowcipne”. Po pewnym czasie Dorrigo zaczął uczyć się dla nich na pamięć wierszy z antologii, z której korzystali w szkole, zatytułowanej The English Parnassus. Ich ulubionym poematem był Ulisses Tennysona.
[…]
Z jednej strony było to nieprawdopodobnie nudne, a z drugiej — fascynujące. Nigdy wcześniej nie znał nikogo, kto byłby tak pewny siebie. Żydzi i katolicy byli pośledniejsi od jego nowych znajomych, Irlandczycy brzydsi, a Chińczycy i Aborygeni w ogóle nie należeli do przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Nie chodziło o to, że ci ludzie tak myśleli — oni po prostu wiedzieli, że tak jest. Dorriga zdumiewały różne rzeczy. Ich kamienne domy. Ciężar ich sztućców. Ich niewiedza na temat tego, jak żyją inni ludzie. Ślepota na piękno przyrody. Dorrigo kochał swoją rodzinę, nie był z niej jednak dumny. Najważniejszym osiągnięciem Evansów było przetrwanie. Zrozumienie, jak wielki jest to wyczyn, zajęło mu całe życie, ale w tamtych latach — w zestawieniu z zaszczytami, bogactwem, majątkiem i sławą, z którymi stykał się wtedy po raz pierwszy — wydawało mu się, że jego rodzina poniosła porażkę. I zamiast się tego wstydzić, po prostu trzymał się z daleka od swoich bliskich, aż do dnia śmierci matki. Nie płakał na jej pogrzebie.
[…]
Dorrigo odniósł wrażenie, że w tym rzężącym dygocie, który wydobywał się jakby z wielkiej chłodni, minęło pięćdziesiąt lat. Tabletka przeciw-dusznicowa już działała, napięcie w jego piersi słabło, mrowienie ramienia zniknęło i chociaż w jego rozedrganej duszy pozostał niedosięgły dla medycyny, szalony, wewnętrzny nieład, poczuł się na tyle dobrze, by wrócić z hotelowej łazienki do sypialni. Wracając do łóżka, spojrzał na jej miękkie, obnażone ramię i jego łuk, który nigdy nie przestawał go fascynować. Podniosła nieco adamaszkową od snu twarz i zapytała: O czym mówiłeś? Kiedy znów się położył i przytulił do niej „na łyżeczkę”, zdał sobie sprawę, że chodziło jej o wcześniejszą rozmowę, tę, którą prowadzili, zanim zasnęła. W oddali — jak gdyby na przekór wszystkim melancholijnym odgłosom wczesnego poranka, wpływającym do ich hotelowego pokoju i z niego wypływającym — wył obłąkańczo silnik samochodowy. „Brudas”, szepnął w jej plecy, jak gdyby to było oczywiste, po czym, zrozumiawszy, że nie jest, dodał: Gardiner. Kiedy wymawiał jego nazwisko, musnął dolną wargą jej skórę. Nie mogę sobie przypomnieć jego twarzy, powiedział. Nie był podobny do ciebie, odparła. To nie ma sensu, pomyślał Dorrigo, „Brudas” Gardiner umarł i nie ma najmniejszego sensu o tym mówić. I zastanawiał się, dlaczego nie potrafi napisać czegoś tak oczywistego i prostego, i z jakiego powodu nie potrafi zobaczyć twarzy Gardinera. Kurczę, a od ciebie nie da się uciec, powiedziała. Uśmiechnął się. Nigdy nie zdołał w pełni pogodzić się z tym, że używa takich słów, jak „kurczę”. Doskonale wiedział, że w duchu jest wulgarna, choć dobre wychowanie kazało jej stosować takie językowe osobliwości. Przytknął swoje postarzałe, suche wargi do jej ramienia. Co jest takiego w kobietach, że nawet w tej chwili trzęsie się przy jednej z nich jak ryba? Nie da się już włączyć telewizora ani otworzyć żadnego czasopisma, ciągnęła, coraz bardziej ciesząc się swoim żartem, żeby nie zobaczyć tam tego twojego sterczącego nochala.
[…]
Niewytłumaczalnym dla niego zrządzeniem losu stał się w ostatnich latach bohaterem wojennym, sławnym chirurgiem, publicznym wizerunkiem określonego czasu i konkretnej tragedii. Pisano o nim książki biograficzne, sztuki teatralne i kręcono filmy dokumentalne. Był obiektem czci, hagiografii, pochlebstw. Rozumiał, że pewne cechy, zwyczaje oraz przeszłość łączyły go z bohaterami wojennymi. Ale on sam nie był bohaterem. Po prostu odniósł sukces, bo zdołał uratować swoje życie, zamiast zginąć, a na świecie nie pozostało już zbyt wielu żołnierzy, którzy mogliby reprezentować byłych więźniów obozów jenieckich. Odtrącenie tych oznak szacunku byłoby obrazą pamięci poległych. Nie mógł tego zrobić. A poza tym nie miał już na to siły. Jakkolwiek go nazywali — bohaterem, tchórzem, oszustem — wydawało mu się, że ma to z nim coraz mniej wspólnego. Te epitety należały do świata, który z każdą chwilą stawał się dla niego coraz bardziej odległy i mglisty. Wiedział, że podziwia go cały naród, nad czym ubolewali ci, którzy musieli z nim współpracować jako ze starzejącym się chirurgiem, i czym nieco gardziło wielu jego kolegów lekarzy, być może jednocześnie mu zazdroszcząc, sami robili bowiem podobne rzeczy w obozach, ale ze smutkiem wyczuwali, że Dorrigo ma to coś, czego im brakuje, ale właśnie to coś w jego naturze wyniosło go w sercach rodaków znacznie wyżej od nich. Niech szlag trafi ten dokument, powiedział. Dawniej publiczne zainteresowanie jego osobą mu nie przeszkadzało, a może nawet w głębi duszy sprawiało mu pewną przyjemność. Teraz jednak już nie. Nie można powiedzieć, aby nie zdawał sobie sprawy z tego, że ma swoich krytyków. Na ogół zgadzał się z nimi. Wydawało mu się, że został sławny, ponieważ ludzie mają o nim mylne wyobrażenie. Wprawdzie unikał wszystkiego, co uważał za oczywiste życiowe pomyłki, jak polityka czy golf, ale jego wysiłki zmierzające do opracowania nowej chirurgicznej techniki usuwania komórek rakowych jelita grubego zakończyły się niepowodzeniem; gorzej — mogły pośrednio doprowadzić do zgonu kilkorga pacjentów. Słyszał, jak Maison nazywa go rzeźnikiem. Być może, patrząc z perspektywy czasu, zachował się lekkomyślnie, wiedział jednak, że gdyby mu się powiodło, chwalono by go za odwagę i wyobraźnię. Jego niestrudzona pogoń za spódniczkami i zdrady, które się z tym z konieczności wiązały, były skandalami prywatnymi i nie poświęcano im publicznie uwagi. Nadal potrafił zadziwić nawet samego siebie — łatwością i skwapliwością, z jaką umiał kłamać, manipulować ludźmi i oszukiwać ich — a jego samoocena, jak uważał, była realistycznie niska. Nie był to jedyny symptom jego próżności, należał jednak do jej najgłupszych przejawów.
[…]
W przedmowie, którą próbował napisać wcześniej tego dnia, wyraził nadzieję — nie zadając sobie trudu, by umieszczać w tekście jakiekolwiek zbędne wyznania — że wreszcie jakoś załatwi te sprawy szczerze, zarazem więc i pokornie, że powróci do swojej naturalnej roli, roli lekarza, nie będąc już nikim więcej i nikim mniej, i przywróci światu słusznie należną zapomnianym bohaterom pamięć, koncentrując się na nich zamiast na sobie. W głębi serca wyczuwał, że byłby to z jego strony akt niezbędnej skruchy i poprawy, choć w skrytości bał się, że takie samoponiżenie, takie upokorzenie, przysporzy mu w ostatecznym rozrachunku jeszcze większych korzyści. Znalazł się w pułapce. Jego twarz była wszędzie, ale on sam nie widział już cudzych twarzy. Więc się stałem imieniem, powiedział. Kto? Tennyson. Nigdy tego nie słyszałam. To z Ulissesa. Nikt już tego nie czyta. Nikt już niczego nie czyta. Ludzie myślą, że Browning to pistolet. Myślałam, że dla ciebie istnieje tylko Lawson. Bo tak jest. Kiedy nie czytam Kiplinga albo Browninga. Albo Tennysona. Jestem częścią wszystkiego, com przeżył. Wymyśliłeś to sobie, powiedziała. Nie. To bardzo… Jak to się mówi? Stosowny cytat? Tak. Potrafisz to wszystko przytoczyć z pamięci, powiedziała Lynette Maison, przebiegając dłonią po jego zwiędłym udzie. I pamiętasz bardzo wiele innych rzeczy. Ale nie pamiętasz cudzych twarzy. Nie. Przypomniał mu się Shelley ze swoim wierszem o śmierci i Shakespeare. Obaj przyszli do niego, chociaż ich nie wzywał i byli nie tylko częścią jego życia, ale wręcz jego życiem. Jak gdyby życie można było zawrzeć w książce, w zdaniu, w kilku słowach. Są takie proste słowa. Na święto śmierci przybywasz, mój synu. Bladość, chłód i księżycowy uśmiech. Ach, ci pisarze z dawnych lat. Śmierć jest naszym doktorem, powiedział. Uważał, że jej sutki są cudowne. Na dzisiejszą kolację przyjechał jakiś dziennikarz, który wypytywał Dorriga o zbombardowanie Hiroszimy i Nagasaki. Raz, powiedział ten dziennikarz. Ale dwa? Po co? To były bestie, powiedział Dorrigo Evans. Pan nie ma o tym pojęcia. Dziennikarz zapytał, czy kobiety i dzieci też były bestiami. I nienarodzone dzieci tych kobiet. Promieniowanie, odpowiedział Dorrigo, nie ma żadnych szkodliwych następstw dla przyszłych pokoleń.
[...]
Powinieneś mówić to, co myślisz, własnymi słowami, powiedziała Lynette. Słowami Dorriga Evansa. Skończyła pięćdziesiąt dwa lata, dzieci — chociaż niechęć do szaleństw — miała już za sobą, odchowane, i czuła wobec siebie pogardę za to, że ten starzec sprawuje nad nią taką władzę. Wiedziała, że oprócz niej i żony Dorrigo ma także kochankę. Podejrzewała, że może nawet ze dwie albo trzy. Brakowało jej nawet podniecającego powodu do chwały, o jakim mogłaby mówić, będąc jego jedyną konkubiną. Nie pojmowała swojego postępowania. Dorrigo pachniał starością, jak ciasto na zakwasie. Jego klatka piersiowa zapadała się między zwiędłymi sutkami, a seks z nim był niepewny, choć dziwnie jej smakował, na przekór rozsądkowi. Przy Dorrigu czuła niezachwianą pewność, że jest kochana. A jednak wiedziała, że jest w nim coś takiego — coś, czego pragnęła najbardziej, coś, co było w nim światłem — co się jej wymyka i pozostaje nieznane. W snach Lynette Dorrigo zawsze unosił się w powietrzu o kilka cali nad nią. Za dnia często traciła cierpliwość, w swoich relacjach z Dorrigiem posuwała się do oskarżeń, gróźb i chłodu, lecz późną nocą, gdy leżeli obok siebie, nie chciała nikogo innego.
[…]
Na początku 1943 roku, kiedy przyjechali do Syjamu, wszystko wyglądało inaczej. Po pierwsze, niebo było czyste i ogromne. Znajome, a w każdym razie tak mu się wydawało. Trwała pora sucha, dżungla stała otworem, nad ziemią unosił się pył i kurz, a na drzewach brakowało liści. Po drugie, mieli trochę żywności. Niewiele, za mało, ale jeszcze nie cierpieli głodu, który zagnieździł się później w ich brzuchach i myślach niczym jakiś oszalały potwór. A praca dla Japończyków nie stała się jeszcze obłędem, wskutek którego jeńcy padali jak muchy. Było ciężko, ale na początku nie był to jeszcze obłęd. Spuściwszy wzrok, zobaczył biegnące w linii prostej kołki miernicze, wbite w ziemię przez inżynierów cesarskiej armii japońskiej i wyznaczające trasę kolejową, prowadzącą gdzieś w dal z tego miejsca, w którym stał na czele grupy milczących jeńców wojennych. Dowiedzieli się od japońskich inżynierów, że kołki biegną na odległość czterystu piętnastu kilometrów, od północnych rubieży Bangkoku aż do granic Birmy. Wytyczyli wielki szlak dla kolei, który był wciąż tylko szeregiem ograniczonych planów, pozornie niewykonalnych rozkazów i patetycznych nacisków ze strony najwyższego dowództwa wojsk japońskich. Dla legendarnej kolei, wzbudzającej zarówno rozpacz, jak i fanatyzm, zbudowanej w takim samym stopniu z mitu i fantazji, jak później z drewna, żelaza oraz wielu tysięcy istnień ludzkich, które miały być jej składane w ofierze przez cały następny rok, by można było zrealizować owo przedsięwzięcie. Ale czy realiści choć raz stworzyli coś rzeczywistego?
[...]
A potem właściwie nikt nie będzie o tym pamiętał. Tak jak w przypadku największych zbrodni, będzie się nam wydawać, że nigdy do tego nie doszło. Cierpienie, śmierć, żal i podła, żałosna bezsensowność olbrzymiego bólu wielkiej rzeszy ludzi — może to wszystko istnieje tylko na kartach tej i kilku innych książek. Można zamknąć koszmar w książce, jeśli nada mu się formę i znaczenie, w prawdziwym życiu koszmar nie ma jednak formy ani znaczenia. On po prostu jest. A kiedy króluje koszmar, to jest tak, jak gdyby na całym świecie nie było nic oprócz niego. Historia, która dała początek publikacji niniejszego albumu, zaczyna się piętnastego lutego 1942 roku, gdy wraz z upadkiem Singapuru kończy się jedno imperium i powstaje nowe. Ale w roku 1943 obciążona ponad miarę i cierpiąca na niedobór środków oraz bogactw naturalnych Japonia przegrywa już wojnę, coraz bardziej potrzebuje więc tej linii kolejowej. Sprzymierzeni zaopatrują w broń armię Czang Kaj-szeka szlakiem przez Birmę, a Amerykanie panują na morzu. By odciąć swoich chińskich przeciwników od dostaw uzbrojenia i zająć Indie, wkraczając do nich przez Birmę — o czym szaleńczo marzą teraz japońscy przywódcy — Japonia musi wzmocnić swoje birmańskie siły liczebnie i zaopatrywać je drogą lądową. Nie ma jednak pieniędzy ani odpowiednich maszyn, żeby zbudować ten tak potrzebny jej szlak kolejowy. Nie ma również czasu.
[...]
Nie znajdziemy tam również żadnej wzmianki o okropnościach, których doświadczyli więźniowie budujący kolej. Brakuje nazwisk tych, którzy umarli przy pracy. Z drugiej strony nie udało się jednak nawet ustalić dokładnej liczby zmarłych na Kolei Śmierci. Jeńcy wojenni, pochodzący z krajów alianckich, stanowili zaledwie ułamek — sześćdziesiąt tysięcy — ogólnej liczby osób wykonujących niewolniczą pracę na tej iście faraońskiej budowie. Oprócz nich było tam jeszcze ćwierć miliona Tamilów, Chińczyków, Jawajczyków, Malajów, Tajów i Birmańczyków. Albo i więcej. Niektórzy historycy twierdzą, że z tych ludzi, zmuszonych do niewolniczej pracy, zginęło pięćdziesiąt tysięcy, inni, że sto, a jeszcze inni, że dwieście. Nikt tego dokładnie nie wie. I nigdy nie będzie wiedział. Ich nazwiska zostały już zapomniane, a ich zaginionym duszom nie poświęcono dotąd żadnej książki. Niech więc ten wstęp będzie darem dla nich. W ten sposób Dorrigo Evans wcześniej tego dnia zakończył swoją przedmowę do złożonego z rysunków z obozów jenieckich albumu autorstwa Guya Hendricksa, poprosiwszy najpierw swoją sekretarkę, by zapewniła mu trzy godziny spokoju, chciał bowiem ukończyć tekst, którego nie był w stanie napisać przez kilka miesięcy i z którym był już teraz mocno spóźniony. Lecz nawet kiedy go skończył, wydawało mu się, że jest to z jego strony tylko jeszcze jedna nieudana próba zrozumienia sensu tego wszystkiego, coś w rodzaju wprowadzenia do książki mającego przystępnie wyjaśnić, czym była Kolej Śmierci.
[...]
Powody, dla których jeńcy określają późniejsze, ogarniające ich powoli szaleństwo po prostu jednym słowem — Linia — są dobrze uzasadnione. Po tym, co przeżyli, już na zawsze istniały dla nich tylko dwa rodzaje ludzi: ci, którzy pracowali „na Linii”, i wszyscy inni, których tam nie było. A może uznawali tylko jedną grupę: tych, którzy „przeżyli Linię”, choć ostatecznie chyba nawet takie spostrzeżenie nie jest zupełnie trafne: Dorriga coraz częściej prześladowała myśl, że jeńcy wierzyli w istnienie wyłącznie tych, którzy zginęli przy budowie kolei. Bał się, że tylko w ofiarach kryje się straszliwa doskonałość tego cierpienia i wiedzy, które czynią nas w pełni istotami ludzkimi. Ponownie spoglądając w dół na kołki miernicze, Dorrigo zrozumiał, jak wiele z tego, co ich otaczało, jest niepojęte, niekomunikowalne, nieczytelne, nieodgadnione, nie do opisania. Obecność kołków tłumaczyły proste fakty, które nie niosły jednak ze sobą żadnego znaczenia. Co to jest linia, zastanawiał się i czym jest ta Linia? Linia to coś, co biegnie od punktu a do punktu b, od rzeczywistości do nierzeczywistości, od życia ku śmierci. To pozbawiona szerokości długość, przypomniał sobie, jak przedstawiał ją Euklides w szkolnym podręczniku geometrii. Długość bez szerokości, życie bez znaczenia, wędrówka z życia ku śmierci. Podróż do piekła. Książkę, która towarzyszyła mu tej nocy, dostał od delegacji kobiet japońskich, które przyjechały do Australii przeprosić za japońskie zbrodnie wojenne. Przybyły uroczyście, z kamerami wideo, i przywiozły prezenty, z których jeden okazał się osobliwy: był to tom przekładów japońskich wierszy o śmierci, powstałych na mocy tradycji, nakazującej każdemu japońskiemu poecie napisać w życiu chociaż jeden taki ostateczny utwór. Dorrigo położył książkę na nocnym stoliku z ciemnego drewna, sięgającym na wysokość jego poduszki i starannie ułożył tomik równolegle do swojej głowy. Wierzył, że książki roztaczają wokół niego opiekuńczą aurę i bez książki w pobliżu umrze. Sypiał dobrze bez kobiet, ale nigdy nie mógł spać bez książki.
[...]
Zwłaszcza jeden wiersz zrobił wrażenie na Dorrigu Evansie, kiedy wcześniej tamtego dnia przeglądał swój japoński prezent. Umierając, osiemnastowieczny poeta Shisui odpowiedział w końcu na prośby o wiersz o śmierci w ten sposób, że chwycił pędzel, namalował swój utwór, i zaraz potem umarł. Wstrząśnięci wielbiciele poety zobaczyli, że namalował koło. Wiersz Shisuiego krążył w podświadomości Dorriga jako ograniczona próżnia, nieskończona tajemnica, pozbawiona długości szerokość, wielkie koło, wieczny powrót: koło — antyteza linii. Obol pozostawiony w ustach zmarłego, żeby mógł zapłacić przewoźnikowi.
[...]
Kiedy Dorrigo wstał o brzasku, zobaczył, że Gardiner rozpalił ognisko na środku głównej ulicy. Siedział przed nim w wygodnym, wielkim fotelu, obitym niebieskim jedwabiem, wyszywanym w srebrne rybki i przerzuciwszy nogę przez oparcie, bawił się zgniecionym pudełkiem francuskich papierosów. W morzu tego fotela jego ciemnoskóra, chuda postać, odziana w brudną zieleń khaki, przypominała Dorrigowi kępę wodorostów, wyrzuconych na nieznany brzeg. Worek Gardinera sprawiał wrażenie o połowę mniejszego od worków innych żołnierzy, ale wyłaniały się z niego najwyraźniej nieskończone zapasy jedzenia i papierosów — kupowane na czarnym rynku, wyfasowane albo ukradzione. Były to małe cuda, którymi Gardiner zasłużył sobie na swoje drugie przezwisko: Czarny Książę. W momencie, kiedy rzucił Dorrigowi puszkę portugalskich sardynek, Francuzi z Vichy zaczęli ostrzeliwać miasteczko z siedemdziesiątek piątek, z ciężkich karabinów maszynowych oraz z samolotu, który pikował na nich co kilka chwil. Wszystko to wydawało się jednak rozgrywać, jak gdyby gdzie indziej, popijali więc francuską kawę, którą znalazł gdzieś Jimmy Bigelow, i gawędzili, czekając na rozkazy — albo aż znajdzie ich wojna.
[...]
Jak rzucasz dwie monety, zauważył „Brudas”, wyciągając z leżącego u jego stóp worka butelkę koniaku i wzmacniając nim wszystkim kawę, to obstawiasz jakiś wynik, ale prawda wygląda tak, że jeśli trzy razy z rzędu wypadną ci dwie reszki, to statystycznie rzecz biorąc, jest równie prawdopodobne, że taki sam wynik uzyskasz za czwartym razem. Więc znów obstawiasz dwie reszki. Każdy rzut monetą zawsze jest pierwszy. Czy to nie piękna myśl? Chwilę później wojna ich w końcu znalazła. Dorrigo stał koło fotela i nalewał kawę, a Burrows właśnie wrócił z kuchni polowej z podgrzewaczem, w którym niósł im śniadanie, kiedy usłyszeli nadlatującą siedemdziesiątkę piątkę. Gardiner zerwał się z fotela, chwycił Dorriga za ramię i pociągnął go za sobą na ziemię. Eksplozja przeszyła ich niczym fala promieniowania kosmicznego. Kiedy Dorrigo otworzył oczy i rozejrzał się wokół, niebieski fotel i srebrne rybki zniknęły. W chmurze pyłu stał jakiś arabski chłopiec. Krzyczeli do niego, żeby się położył na ziemi, a ponieważ nie zwracał na nich uwagi, Burrows podniósł się, chcąc do niego pomachać. Kiedy i machanie nie przyniosło skutku, podbiegł do chłopaka i w tym momencie uderzył drugi pocisk. Siła eksplozji rzuciła chłopca z gardłem przeciętym przez szrapnel w ich stronę. Umarł, zanim ktokolwiek z nich zdążył się nad nim pochylić. Dorrigo odwrócił się do Gardinera, który ciągle trzymał go za ramię. Stojący obok Hendricks wsuwał sobie do ust zapiaszczoną sztuczną szczękę. Z Burrowsa nie zostało dosłownie nic.
[...]
Na początku prac na Linii, kiedy jeszcze byli w stanie robić takie rzeczy, urządzili pewnego wieczoru koncert na małej bambusowej scenie, oświetlonej rozpalonymi z obu stron ogniskami. Przedstawienie oglądał wraz z Dorrigiem Evansem także stojący obok niego dowódca, pułkownik Rexroth, chodzące zestawienie niemożliwych do pogodzenia kontrastów. Jego głowa drapieżcy wieńczyła ciało rzeźnika, a poza tym pułkownik miał wytworny akcent i odznaczał się wszystkimi tymi cechami charakteru, które sugerował ów akcent w ustach syna zrujnowanego właściciela sklepu tekstylnego z Ballarat. Rexroth był Australijczykiem, który pragnął, żeby brano go za Anglika, i w 1927 roku zwrócił się do wojska w poszukiwaniu szans, które do tej pory ominęły go w życiu. Chociaż on i Dorrigo mieli ten sam stopień oficerski, Rexroth został jego przełożonym ze względu na dłuższy staż i jako zawodowy wojskowy, nie lekarz. Odwrócił się do Dorriga i powiedział, że jego zdaniem ich brytyjskie walory osobiste wystarczą im w obozie, brytyjski esprit de corps utrzyma się, ich brytyjski duch nie zostanie złamany, a brytyjska krew pozwoli im wszystko przetrwać. Nieźle byłoby też mieć trochę chininy, odparł Dorrigo Evans. Z brytyjskiego obozu przyszło kilku Anglików, którzy odegrali krótką sztukę o obozach jenieckich dla Niemców w czasie pierwszej wojny. Nocne powietrze zrobiło się tak gęste od rojących się owadów, że aktorów nie było wyraźnie widać.
[...]
W jakiej liczbie, tego nie umiał porachować nikt, słabi ani silni. Umarłych przybywało. Trzech w zeszłym tygodniu, ośmiu w tym, a Bóg wie, ilu zmarło dzisiejszego dnia. Barak szpitalny — nie tyle szpital, ile miejsce, gdzie ludzie znajdujący się w najgorszym stanie mogli leżeć w brudzie i smrodzie gangreny na długich, zbitych z bambusów platformach — wypełniali umierający. Nie było już ani jednego zdrowego żołnierza. Zostali tylko chorzy, ciężko chorzy i skazani na śmierć. Dawno minęły te dni, kiedy Gallipoli von Kessler uważał za męczarnię to, że nie może dotknąć żadnej kobiety. Dawno minęły dni, gdy którykolwiek z nich choć myślał o kobiecie. Teraz myśleli już tylko o jedzeniu i odpoczynku. Prześladował ich głód. Krył się w każdej myśli i czynności jeńców. Mogli mu przeciwstawić jedynie swoją australijską mądrość, która w istocie była niczym więcej jak tylko zbiorem poglądów, jeszcze bardziej pustych niż ich brzuchy. Usiłowali trzymać się razem dzięki australijskiej kostyczności, australijskim przekleństwom, australijskim wspomnieniom i australijskiej przyjaźni. „Australia” znaczyła jednak nieoczekiwanie mało w walce z wszami, głodem i beri-beri, ze złodziejstwem, biciem i coraz dłuższą niewolniczą pracą. Australia kurczyła się i więdła, ziarnko ryżu było już ważniejsze niż kontynent, a jedyne, co z dnia na dzień stawało się coraz większe, to ich sfatygowane, opadające kapelusze, majaczące niczym sombrera nad wyniszczonymi twarzami i niewidzącymi, ciemnymi oczami, które już wtedy wydawały się jedynie ocienionymi czernią oczodołami, czekającymi na robaki. A umarłych ciągle przybywało.
[...]
Dorrigo Evans nie cierpiał cnoty, nie cierpiał, kiedy cnotę podziwiano, nie cierpiał ludzi, którzy udawali, że uważają, że on jest cnotliwy lub którzy sami zgłaszali pretensje do cnoty. A im częściej oskarżano go o bycie cnotliwym, tym bardziej tego nienawidził. Nie wierzył w cnotę. Była przebraną próżnością, czekającą na poklask. Szlachetności i godności miał powyżej dziurek w nosie, a Lynette Maison wydawała mu się wyjątkowo ludzka i zarazem godna podziwu dzięki swoim słabościom. To w jej niewiernych ramionach odnajdował wierność tej dziwnej prawdzie, głoszącej, że wszystko przemija.Lynette zaznała w swoim życiu zaszczytów i przywilejów i nigdy nie spędziła ani jednej nocy targana jakimikolwiek rozterkami. Teraz, gdy opuszczała ją uroda, niczym zanikający ślad pozostający na wodzie po przepłynięciu statku, zaczęła potrzebować Dorriga bardziej niż on jej. Niezauważalnie dla nich obojga stała się dla niego jeszcze jednym obowiązkiem. Ale wtedy jego życie w ogóle było jednym wielkim obowiązkiem. Wobec żony. Wobec dzieci. Wobec pracy, wobec komitetów, wobec organizacji charytatywnych. Wobec Lynette. Wobec innych kobiet. Było to wyczerpujące. Wymagało od niego wytrzymałości. Czasami zdumiewał sam siebie. Sądził, że za takie osiągnięcie należy mu się jakaś forma uznania. Wymagało to od niego dziwnej odwagi. I było obrzydliwe. Nienawidził się za to, ale nie potrafił być teraz sobą bardziej niż wtedy, kiedy nie potrafił być sobą u boku pułkownika Rexrotha. Uważał, że był coś winien żołnierzom, z którymi siedział w obozie w czasie wojny, i w jakiś sposób to właśnie dawało mu sens, cel i siłę, by trwać, spełniając obowiązek ważniejszy od wszystkich innych.
[...]
Dorrigo Evans, zanim miał wyjechać, Bóg wie, dokąd, w czasie potwornych upałów pod koniec 1940 roku, przebywał na ostatnim szkoleniu ze swoim szpitalem polowym 2/7 w Adelaide, w obozie wojskowym Warradale. Dostał wtedy przepustkę na pół dnia — właściwie więc do niczego nie mogła mu się przydać. Tom przysłał mu telegram z Sydney z wiadomością, że ich wuj, Keith, który prowadził pub na wybrzeżu, tuż pod Adelaide, chce się z nim zobaczyć. „Zaopiekuje się tobą po królewsku”. Dorrigo nie znał Keitha Mulvaneya. Wiedział o nim właściwie tylko tyle, że ożenił się z najmłodszą siostrą ojca, która kilka lat temu zginęła w jakimś wypadku samochodowym. Chociaż Keith ożenił się po raz drugi, utrzymywał kontakt z rodziną swojej pierwszej żony w ten sposób, że wysyłał kartki bożonarodzeniowe Tomowi, a ten mu napisał, że Dorrigo stacjonuje w Adelaide. Dorrigo zamierzał odwiedzić Keitha tamtego dnia, ale samochód, który miał pożyczyć, akurat się zepsuł. Dlatego wybierał się wieczorem do miasta na spotkanie z kilkoma swoimi kolegami po fachu ze szpitala 2/7 na potańcówkę, organizowaną przez Czerwony Krzyż.
[...]
Ale jego gust nie ulegał uprzedzeniom człowieka, który za młodu podróżuje daleko w świat klasyków, a potem rzadko wybiera się gdzie indziej. Na ogół nie rozumiał pisarzy współczesnych i wolał mody literackie sprzed pół wieku — poetów wiktoriańskich, ale także autorów starożytnych. Niewielki tłumek gości uniemożliwiał mu przejrzenie książek na dole, dlatego skorzystał z obiecująco wyglądających schodów z surowego drewna na drugim końcu księgarni. Na piętrze znajdowały się dwa mniejsze pokoje służbowe, puste, i jeden duży, w którym też nikogo nie było, z podłogą z szerokich nieheblowanych desek i wychodzącymi na ulicę oknami mansardowymi. Wszędzie leżały książki, które mógł wziąć do ręki: książki w chwiejnych stosach, książki w pudłach, a także ściśnięte pod różnymi kątami książki antykwaryczne, stojące chaotycznie niczym niezdyscyplinowani stróże prawa na sięgających od podłogi do sufitu półkach, które zajmowały całą szerokość przeciwległej do wejścia ściany.
[...]
Mężczyźni byli w różnych mundurach armii australijskiej — lotniczych, marynarskich i wojsk lądowych. Dorrigo domyślił się, że są trochę pijani, a wszyscy w taki czy inny sposób próbowali zwrócić na siebie uwagę tej drobniejszej kobiety, która jednak nie wydawała się nimi zainteresowana. Coś ją od nich dzieliło i chociaż bardzo starali się znaleźć jakiś sposób, żeby się do niej zbliżyć, nie było widać ani jednego umundurowanego ramienia wokół jej szyi ani umundurowanej nogi, która ocierałaby się o jej nogę. Dorrigo Evans zobaczył to wszystko wyraźnie w jednej chwili i zarówno ta kobieta, jak i ci mężczyźni wydali mu się nudni. Byli nikim więcej, jak tylko jej ozdobami, i gardził nimi za to, że chodzą w jarzmie kogoś, kto tak ewidentnie nigdy nie będzie należał do żadnego z nich. Nie spodobała mu się moc tej kobiety, dzięki której zmieniała mężczyzn w istoty, będące dla niego kimś niewiele lepszym od śliniących się psów — a co za tym idzie, właściwie nie spodobała mu się również ona sama. Odwrócił się i znowu spojrzał na półkę. Zresztą i tak rozmyślał właśnie w tej chwili o Elli, którą poznał w Melbourne, kiedy kończył swój specjalizacyjny staż chirurgiczny. Jej ojciec był wybitnym prawnikiem, matka pochodziła z dobrze znanej rodziny hodowców bydła, dziadek zaś był jednym z autorów Konstytucji Australii. Ella została nauczycielką. Wprawdzie bywała nudna, ale jej świat i uroda pociągały Dorriga. Jeśli nawet to, co mówiła, pełne było wyuczonych na pamięć banałów, powtarzanych z taką determinacją, że w gruncie rzeczy nie był pewien, co Ella naprawdę myśli, to jednak uważał ją za miłą i przywiązaną do niego. A razem z Ellą przyszedł do Dorriga świat, który wydawał mu się bezpieczny, poza czasem, pewny i niezmienny; świat obitych ciemną boazerią salonów i klubów, kryształowych karafek z sherry i słodową whisky oraz sycącego, lekko uderzającego do głowy, nieco klaustrofobicznego zapachu politurowanej pleśni.
[…]
Jakie pytanie? Nie mam pojęcia, odpowiedziała. Bał się, że się z nim drażni. Instynkt podpowiadał mu, żeby od niej uciec, ale coś trzymało go na miejscu. Co to za książka? spytała, wskazując tomik, który trzymał w rękach. Katullus. Naprawdę? Uśmiechnęła się raz jeszcze. Dorrigo Evans chciał się od niej uwolnić, lecz nie umiał. Te jej oczy, ten czerwony kwiat. Sposób, w jaki wydawała się do niego uśmiechać, chociaż nie chciał uwierzyć w jej uśmiech. Wsunął znów rękę za plecy i bębnił palcami po grzbietach książek na półkach, po Lukrecjuszu, Herodocie i Owidiuszu. Ale oni nie odpowiadali. To taki rzymski poeta, powiedział. Przeczytaj mi jakiś jego wiersz. Otworzył książkę, spojrzał w nią i podniósł wzrok. Na pewno? Oczywiście. Jest bardzo… wytrawny. Podobnie jak Adelaide. Znów skierował wzrok na książkę i przeczytał:
Bo po śniadaniu na wznak leżę syty
Z żądzy dziurawiąc kołdrę i tunikę.
[...]
Bo teraz liczyło się, hmmm, wyłącznie „ich dwoje”, chociaż Dorrigo, przyglądając się jej milczącemu, ale całkowicie zrozumiałemu sygnałowi, doszedł do wniosku, że wcale go sobie nie życzył i się na niego nie zgodził. Wszystkie te rozmowy o miłości, ciągnął zalotnik, to po prostu bzdura. Miłość nie jest do niczego potrzebna. Najlepsze małżeństwa polegają na odpowiednim dopasowaniu stron. Nauka powiada, że wszyscy wytwarzamy pole elektromagnetyczne. Kiedy ktoś spotyka osobę wytwarzającą jony nacechowane przeciwnie do jego jonów i zwracające się w odpowiednim kierunku, odczuwa do niej pociąg. Ale to nie jest miłość. Więc w takim razie co? zapytał Dorrigo. Magnetyzm, odpowiedział zalotnik.
[...]
Naprawdę spodziewał się, że Nakamura wybuchnie, uderzy go albo będzie mu grozić, a przynajmniej zacznie się wściekać i wrzeszczeć. Ale japoński dowódca tylko się śmiał, kiedy porucznik Fukuhara tłumaczył jego słowa. Potem rzucił coś na stronie i szedł już chwiejnie do wyjścia, gdy Fukuhara przełożył całą jego odpowiedź dla Dorriga. Major Nakamura mówić, że jeńcy mieć szczęście. Odzyskują honor, umierając za cesarza. Nakamura zatrzymał się, zawrócił i zaczął do nich przemawiać. To prawda, że ta wojna być okrutna, tłumaczył dalej Fukuhara. A która wojna nie być? Ale wojna to ludzie. To my być ta wojna. Kolej może i zabijać ludzi, ale ja nie buduję ludzi, tylko kolej. Postęp nie wymagać wolności. Postęp wolności nie potrzebować. Major Nakamura mówić, że postęp może brać się z innych źródeł. Pan, lekarz, nazywać to niewolnością, a my duchem, narodem albo cesarzem. Pan, lekarz, nazywać to okrucieństwem, a my przeznaczeniem. Z nami czy bez nas. To być przyszłość.
[...]
Nie chodzi mi o Ellę, powiedziała Lynette. Bo to nie jest miłość. Pomyślał o swojej żonie. Jego małżeństwo jawiło mu się jako wielka samotność. Nie rozumiał, dlaczego jest żonaty, dlaczego seks z kilkoma kobietami naraz ludzie uważają za coś złego i dlaczego to wszystko coraz mniej dla niego znaczy. Nie potrafił też wyjaśnić, skąd bierze się dziwny, narastający ból w podbrzuszu, dlaczego tak rozpaczliwie musi obwąchiwać plecy Lynette Maison ani dlaczego jedyną rzeczywistością w jego życiu stały się sny.
[...]
Czarne włosy, ciemne oczy, pełna figura — była piękna, a jednak nic do niej nie czuł. Co się stało? Myślał nie o jej włosach czy oczach, ale o uczuciu tak zdumiewającym jak milion roztańczonych i bezsensownych pyłków kurzu. Przygnębiało go dziwne poczucie winy. Ale co on zrobił? Nic. Rozmawiał tylko z tą kobietą przez kilka minut, nic więcej, a potem odwrócił się i wyszedł z księgarni. Nawet nie znał jej imienia ani nazwiska. O co ją pytał? Co mu powiedziała? Nic! Nic! Nawet nie znał jej imienia ani nazwiska… Świat Elli, który do tej pory sprawiał tak bardzo krzepiące wrażenie w swoim bezpieczeństwie i pewności, że Dorrigo chciał do niego należeć, wydał mu się nagle zbyt blady i bezkrwisty. Chociaż próbował znaleźć w nim owo niedefiniowalne poczucie łatwości i nieusuwalny zapach władzy oraz jej przywilejów, które wcześniej wydawały mu się bardzo atrakcyjne, to teraz ten świat już nic dla niego nie znaczył; gorzej, bo wydawał mu się wręcz odpychający. Ella i inni tłumaczyli sobie te nowe grymasy Dorriga uniwersalną odpowiedzią tamtych czasów: wojną. Wojna ciążyła, mieszała zmysły, niszczyła, usprawiedliwiała. Z kolei Dorrigo myślał, że nie może się doczekać wojny, jeśli miałaby być dla niego wyjściem z tej sytuacji.
[...]
Powinnam być zazdrosna? spytała Ella. O co? odpowiedział pytaniem. Nawet nie potrafię ci powiedzieć, jak się cholernie ucieszyłem, że udało mi się wyjść z tej księgarni. Chwilę później całował się z Ellą. Ella jest dobra, powiedział sobie. I gdzieś w głębi duszy było mu jej żal, a jeszcze głębiej skrywało się zrozumienie, że oboje będą cierpieć przez tę jej dobroć i przez tę jego litość. Nienawidził jej dobroci, bał się swojej litości i pragnął tylko uciec od tego wszystkiego na zawsze. A im bardziej nienawidził, bał się i pragnął uciec, tym dłużej ją całował, i kiedy ich uściski stały się bardziej namiętne, gdy jedna chwila przeszła w drugą, a tamten dzień w następny, kiedy życie wypełniło się życiem, przygnębiający nastrój prysł i Dorrigo prawie w ogóle przestał myśleć o dziewczynie z czerwoną kamelią we włosach.
[...]
Dopiero wsiadłszy do wozu wuja, kabrioletu, nowego modelu forda, Dorrigo Evans przekonał się, jak potężnym mężczyzną jest Keith i że ma twarz człowieka dobiegającego raczej pięćdziesiątki. Był z nim maleńki piesek, terierka rasy Jack Russell, którą wuj nazywał Panną Beatrice, a która wydawała się tylko podkreślać masywną budowę ciała Keitha Mulvaneya — jego szerokie plecy, uda i wielkie stopy, za którymi ziający pies leżał bezwładnie niczym upuszczona, skórzana rękawiczka. Było za gorąco, żeby palić, wuj jednak wyciągnął fajkę. Wieniec dymu otoczył jego uśmiech, który, jak później zorientował się Dorrigo, był wypisany na jego twarzy na stałe, chciał bowiem uważać świat za wesołe miejsce, pomimo licznie produkowanych przez życie oznak, że wcale taki nie jest. Wszystko to mogłoby przerazić Dorriga, gdyby nie głos Keitha, dość wysoki i przywodzący na myśl nastoletniego chłopaka. Brzmieniu tego głosu, podobnie jak upałowi w Adelaide, nie było końca. Dorrigo Evans zrozumiał, że świat Keitha Mulvaneya należy tylko do niego, jest samowystarczalny i krąży wokół trzech słońc — hotelu, mandatu radnego w miejscowej Radzie Miejskiej oraz żony.
[...]
Tak czy owak na pewno trochę odsapniesz, oświadczył Keith Mulvaney. I to w wygodnym łóżku, nie na wojskowej pryczy. W King of Cornwall zaprowadził Dorriga do pokoju na czwartym piętrze. Kiedy wchodzili na wspaniałe schody, wyłożone wytartym chodnikiem, natknęli się na idącą na dół Amy, dźwigającą worek z brudną pościelą. Dorrigo odczuł dziwne uniesienie, równie niestosowne, co niezaprzeczalne. Zerknęła na męża, a Dorrigo dostrzegł w jej spojrzeniu złożoną sieć intymności, zazwyczaj niewidocznych dla świata zewnętrznego — wspólny sen, zapachy, odgłosy, czarujące i denerwujące zwyczaje, wielkie i małe przyjemności i smutki — cement codzienności, który w końcu łączy dwoje w jedno. Jej zaczesane w koński ogon włosy w świetle atrium wydawały się rubinowo-złociste. Kiedy Keith przedstawiał go swojej żonie, Dorrigo odniósł wrażenie, że jest z Amy w jakiejś zmowie, chociaż nie stało się nic, co mogłoby na to wskazywać. Obrzucając ją szybkim spojrzeniem, zauważył, że jej twarz nienaturalnie jaśnieje, a kosmyk włosów podskakuje nad prawym uchem niczym pstrąg, i wtedy zrozumiał, że jednak zawarli ciche porozumienie, żeby nie wspominać o tamtej chwili w księgarni.
[...]
Dorrigo Evans tamtego wieczoru spodziewał się wielu rzeczy, ale nie sądził, że Amy zabierze go do klubu nocnego w pobliżu Hindley Street. Powiedziała, że skoro widział już film, to zna jego fabułę, a to wszystko zepsuje. On był w mundurze, ona w orientalnej, morelowej bluzce i luźnych, czarnych spodniach z jedwabiu. Przypominała kroplę jakiegoś kolorowego płynu. Jej ciało wydawało mu się niezwykle solidne i silne, ale kiedy się poruszała, wyglądała tak, jak gdyby płynęła. Najważniejsze to nigdy nie wiedzieć, co będzie dalej, powiedziała Amy. Nie sądzisz? Nie sądził. Nie wiedział. Klub nocny był wielką salą, oświetloną od dołu, wszystkie okna zaciemnione, w środku pełno cieni i mundurów. Dorrigo wyczuł jakby drożdżowy zapach, lekko odurzającą woń wiosennych chwastów. Pili martini, grał zespół swingowy. Wokół panowała dziwnie ekscytująca atmosfera. Po jakimś czasie klubowe światła przygasły i muzycy zapalili świeczki na swoich stojakach na nuty, a kelnerzy na stołach.
[...]
Nic się nie stało, powiedziała, kiedy wychodził z jej mieszkania. Dokładnie tak powiedziała. Obejmowali się, ale ona powiedziała, że to nic. Jak mogłoby to coś dla niego znaczyć? Poza tym, że się do siebie przytulili, do niczego nie doszło. To była prawda. Do niczego nie doszło też w księgarni. Uścisk? Ludzie robią gorsze rzeczy na pogrzebach. Amy, amie, amour, szepnął do siebie. Nic się nie stało, choć wszystko się zmieniło. Zatracał się. Słuchał, jak załamują się fale i migocą na piasku, i zatracał się. Z długich cieni wczesnego poranka wstała lekka bryza, a on wciąż się zatracał. Zatracał się i zatracał, i czuł się szaleńczo wolny. Czymkolwiek była ta wolność, wydawała mu się równie niepoznawalna i zdumiewająca jak Amy. Tyle z tego rozumiał. Nie wiedział, jak to się skończy.
[...]
Wrócił do obozu, do uporządkowanego życia i dyscypliny. Ale takie życie nie miało już dla niego żadnego sensu. Właściwie nawet nie wydawało mu się realne. Ludzie przychodzili, rozmawiali, mówili różne rzeczy, ale nie było w tym nic interesującego. Rozmawiali o Hitlerze, Stalinie, Afryce Północnej, blitzkriegu. Nikt nie mówił o Amy. Rozmawiali o wyposażeniu, strategii, mapach, harmonogramach, morale, o Mussolinim, o Churchillu, o Himmlerze. A on pragnął krzyczeć: Amy! Amie! Amour! Chciał wziąć ich za kark i wykrzyczeć, co się stało, jak bardzo za nią tęskni i jak się przy niej czuje. Choć jednak bardzo chciał, by każdy to usłyszał, nie mógł sobie pozwolić na to, aby ktokolwiek o tym się dowiedział. Ich monotonne rozmowy, jego nieznajomość Amy i namiętność, jaką ona żywiła do niego, a on do niej, stanowiły ubezpieczenie Dorriga przed niedyskrecją. Dzień, w którym ich rozmowy zaczęłyby dotyczyć jego i Amy, byłby dniem, w którym ich prywatne uczucie zamieniłoby się w publiczną tragedię.
[...]
Tych stu ludzi ma tam iść na piechotę? W czasie monsunu nie ma innego wyjścia. Na to również nie można nic poradzić. Nakamura wiedział, że wielu ludzi z tej setki umrze po drodze. Może nawet większość. Tego jednak wymagała kolej, cesarz nakazał budowę i postanowiono, że zostanie przeprowadzona w ten sposób. I major rozumiał, że w realnym świecie — w realnym świecie snów i koszmarów nocnych, w którym musiał żyć każdego dnia — nie ma innego sposobu wybudowania tej linii. Mimo to nie ustępował. Proszę mnie zrozumieć, powiedział. Mam problem natury praktycznej. Jak mogę zbudować tę kolej bez narzędzi i przy topniejącej co dzień liczbie robotników? Nawet jeśli większość z nich umrze z wyczerpania, to musi pan skończyć budowę, odparł pułkownik Kota, wzruszając ramionami. Nawet jeśli więźniowie wymrą co do jednego. I Nakamura także zrozumiał konieczność takiego poświęcenia, bo nie było innej możliwości spełnienia życzeń cesarza. Kim zresztą jest jeniec wojenny? Mniej niż człowiekiem, po prostu budulcem pod drogę kolejową, jak tekowe podkłady, żelazne szyny i hufnale.
[…]
Amy Mulvaney chciała czegoś innego, nie umiała jednak powiedzieć czego. Gdy popijała herbatę i patrzyła, jak jej szeroki w barach mąż niezgrabnie wychodzi przez drzwi, mimo woli zastanawiała się nad tym, czym jest to jej pragnienie — pragnienie, które ssało ją w dołku, od którego czasami przebiegał ją dreszcz, niewidoczne, bezimienne, straszliwe pragnienie, być może będące — czego się obawiała — najgłębszą istotą ludzkiego życia. I tak to się ciągnęło mniej więcej przez cały ostatni rok. Amy flirtowała, ale ostrożnie; zaprzyjaźniała się z mężczyznami, z którymi może nie powinna się przyjaźnić, zbliżała się do nich jednak w taki sposób, który zarówno jej, jak i innym nie wydawał się niewłaściwy, jeśli nawet nie był zupełnie stosowny. Z tego powodu czuła się dziwnie wolna — a nawet bezpieczna — bo przecież postanowiła, że żadna z jej znajomości nie zakończy się nieelegancko i dlatego czasem miała śmiałość, aby robić i mówić takie rzeczy w kontaktach z mężczyznami, jak wtedy, gdy spotkała tego wysokiego lekarza w księgarni.
[…]
I znowu ogarnęło ją to dziwne, męczące uczucie, które nie dawało jej spokoju — ale Amy Mulvaney nie potrafiła powiedzieć, czego chce. Kilkoma ruchami odpłynęła od brzegu, odnosząc wrażenie, że morze, słońce i lekka bryza chciały, by coś zrobiła; cokolwiek, niech jednak coś zrobi. Rozglądając się wokół, zauważyła, że w wodzie w jednej linii kąpie się wielu, bardzo wielu ludzi, pełnych nadziei i podobnie jak ona czekających na kolejną falę, by dać się unieść w stronę plaży. Kiedy morze zaczęło się za nią piętrzyć toczącą się ścianą, spostrzegła wzdłuż grzebienia fali długi szereg żółtookich, srebrzystych rybek. Wszystkie kierowały się pyszczkami w tę samą stronę i płynęły wściekle, jak gdyby starając się wymknąć z uścisku rozbijającej się fali. Ale woda przez cały czas trzymała je w swojej mocy, niosła je tam, gdzie chciała i nie było nic, co lśniący łańcuch rybek mógłby zrobić, żeby odmienić swój los. Amy wyczuła, że znowu wznosi się na grzbiecie fali, czekała na nią w napięciu i podnieceniu, nie wiedząc, czy uda się jej z nią unieść — a jeśli tak, to gdzie ostatecznie wyląduje razem z tymi rybkami.
[...]
Gdy przyszła moja kolej, nie mogłem uwierzyć, że robię wszystko tak spokojnie, w duchu byłem bowiem przerażony. Mimo to bez drżenia wyciągnąłem z pochwy miecz, który dostałem od swojego ojca, zmoczyłem ostrze tak, jak nam pokazał instruktor, nie upuszczając broni, i przez chwilę przyglądałem się, jak paciorki wody zbiegają się w większe skupiska i spływają powoli. Nie uwierzy pan, jak bardzo pomogło mi patrzenie na tę wodę. Stanąłem za jeńcem, stanąłem na szeroko rozstawionych nogach i uważnie przyjrzałem się jego szyi, chudej, starczej i brudnej w fałdach skóry. Nigdy jej nie zapomnę. Wszystko się skończyło, zanim się zaczęło, a ja myślałem, dlaczego na moim mieczu pozostały małe grudki tłuszczu, które nie chciały zejść, nawet kiedy przetarłem ostrze kawałkiem papieru, który ktoś mi podał. Myślałem tylko o tym — skąd wziął się ten tłuszcz w chudej szyi takiego mizeraka? Szyję miał brudną, szarą jak ziemia, na którą się szcza, lecz kiedy ją przeciąłem, kolory stały się bardzo wyraziste, bardzo żywe: czerwień krwi, biel kości, róż mięśni, żółcień tłuszczu. Życie! Te kolory były samym życiem. Myślałem o tym, jakie to było łatwe, jakie jasne i piękne były te kolory, i zdumiałem się, że jest już po wszystkim. Dopiero kiedy wystąpił następny kadet, zauważyłem, że z szyi mojego więźnia nadal wypływają dwie strugi krwi, jak z szyi ofiary porucznika, lecz jest jej tylko trochę, co oznaczało, że od momentu, kiedy go zabiłem, musiał już minąć jakiś czas.
[...]
W trakcie dalszej rozmowy Nakamura dowiedział się z radością, że pułkownik Kota dzieli z nim namiętne upodobanie do tradycyjnej literatury japońskiej. Zrobili się sentymentalni, kiedy zaczęli rozmawiać o przyziemnej mądrości haiku Issy, o wielkości Busona, o cudownej, wielkiej księdze haibun autorstwa Bash?, zatytułowanej Ścieżki Północy, która, jak stwierdził pułkownik, stanowiła jednotomowe podsumowanie geniuszu japońskiego ducha narodowego. Obaj zamilkli ponownie. Nakamurę ogarnął nagle lepszy nastrój na myśl o tym, że ich kolej zapewni Japonii zwycięstwo podczas inwazji na Indie, że cały świat da się zmieścić pod jednym japońskim dachem, że wiersze Bash? są piękne. Wszystko, co wydawało mu się takie niejasne i pozbawione treści, kiedy usiłował wyjaśnić temu australijskiemu pułkownikowi, dlaczego Japonia rozpoczęła wojnę, teraz, kiedy rozmawiał z takim sympatycznym i dobrym człowiekiem jak pułkownik Kota, niespodziewanie zrobiło się całkowicie przejrzyste, oczywiste, spójne, sympatyczne i dobre.
[...]
Recytowali sobie więcej ulubionych wierszy haiku i bardzo się wzruszyli, nie tyle samą poezją, ile swoją wrażliwością na nią; nie tyle jej genialnością, ile własnym rozumem, który pozwalał im ją pojąć; nie tyle znajomością wiersza, ile wynikającą z niej wyższością własną i japońskiego ducha — ducha, który wkrótce miał podróżować codziennie właśnie tą koleją aż do Birmy; ducha, który z Birmy miał znaleźć drogę do Indii, a potem podbić cały świat. W ten sposób, myślał Nakamura, japoński duch narodowy sam stał się tą koleją, a kolej japońskim duchem, naszą ścieżką północy, która pomoże zanieść piękno i mądrość poezji Bash? w szeroki świat. A kiedy rozmawiali o renga, waka i haiku [japońskie gatunki poetyckie – przyp. aut.], o Birmie, Indiach i kolei, odczuwali głęboki sens wspólnoty, chociaż żaden z nich nie umiałby później powiedzieć, co właściwie ze sobą dzielili. Pułkownik Kota zacytował jeszcze jedno haiku pióra Kato i obaj zgodzili się, że pracując na tej kolei, pomagają pokazać wszystkim ten właśnie najwspanialszy japoński dar — zdolność wyjątkowo zwięzłego i eleganckiego przedstawiania świata. Ich rozmowa, będąca w gruncie rzeczy serią wzajemnych przytaknięć, sprawiła, że poczuli się znacznie lepiej, jeśli chodziło o własne niedostatki, słabości oraz zawziętą walkę, jaką była ich praca.
[...]
Z Dorrigiem u boku wszystko, co dotąd wydawało się Amy nudne i głupie, było teraz rozkoszne i ciekawe; wszystko, co wczoraj miała za coraz bardziej klaustrofobiczne więzienie, z którego chciała uciec, uznała dzisiaj za najcudowniejsze tło swojego życia. Była jednak tak zdenerwowana, że ciągle gasł jej samochód i w końcu za kierownicą usiadł Dorrigo. Boże, pomyślała, jak ona go pragnie, i to na jakie niestosowne i niewymowne sposoby. Pomyślała, że jest bardzo niegodziwa, ma nikczemne serce i że świat ją pokarze. Ale tę myśl natychmiast zastąpiła inna. Moje niegodziwe, nikczemne serce, pomyślała Amy, jest odważniejsze niż ten świat. Przez chwilę wydawało się jej, że nie ma na świecie niczego, czemu nie zdołałaby stawić czoła i zwyciężyć. I chociaż wiedziała, że jest to wyjątkowo głupia myśl, to podnieciła ją i ośmieliła jeszcze bardziej.
[...]
Podniósł rękę ku pokrytemu białymi smugami niebu i pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział czegoś równie doskonałego. Zamknął jedno oko, a drugim patrzył, jak jego palec dotyka piękna chmury. Dlaczego nigdy nie pamiętamy chmur? zapytał. Bo one nic nie znaczą. A przecież są wszystkim, pomyślał, ale ta myśl była zbyt wielka albo zbyt absurdalna, żeby zachować ją w pamięci albo przywiązywać do niej wagę, pozwolił więc, by przesunęła się nad nim razem z chmurą. Czas mijał wolno lub szybko, trudno było powiedzieć.
[…]
Jednak już wtedy jego pamięć pożerała prawdę o nich. Później pamiętał jedynie ich ciała, wznoszące się i opadające do wtóru rozbijających się fal, muskane wiatrem od morza, mierzwiącym wierzchołki wydm i grabiącym popiół, w który obrócił się jego pozostawiony samemu sobie papieros.
[...]
A Keith? Kiedy wróciłam, był miły. Bardzo miły. Pewnie czuł się winny. A ja byłam okropnie przygnębiona. Powiedział, że chce się ze mną ożenić, chociaż nie było już dziecka… Może dlatego, żeby mi to wszystko wynagrodzić. Może wstydził się bardziej niż ja. Nie wiem. I przyszła miłość? Coś przyszło. Wszystko było jak śnieg. W mojej głowie. Zdarzyło ci się kiedyś coś takiego? Masz swój świat, a potem wszystkie twoje myśli zamieniają się w śnieg. Keith był dla mnie taki miły, a ja byłam śniegiem. Może się wstydziłam. Może po prostu myślałam, że jestem śmieciem. Tak, myślałam, że jestem śmieciem. Wiem, że nie chciałam być starą panną. Może myślałam, że uda nam się jakoś to za drugim razem naprawić. Że znowu zajdę w ciążę. Ale wszystko popsuliśmy. Nienawidziłam go za tę jego dobroć. Nienawidziłam go tak długo, aż zaczął mi odwzajemniać moją nienawiść. Powiedział, że wrobiłam go w ten ślub. I w pewnym sensie wydawało mi się, że on powinien tak mówić. Powiedział, że go wrobiłam, że robię różne straszne rzeczy i stąd ta ciąża. Może teraz już tak naprawdę nie myśli. Ale czasami mówi się różne rzeczy i wtedy nie chodzi po prostu tylko o słowa. Bo wtedy zawiera się w jednym zdaniu wszystko, co ktoś myśli o kimś innym. Tylko w jednym zdaniu. „Wrobiłaś mnie, powiedział i stąd nasze małżeństwo”. Są słowa i słowa i żadne z nich nic nie znaczy. A potem jedno zdanie znaczy wszystko.
[...]
Ale miłość to miłość. Czyżby? Czasami wydaje mi się, że miłość jest przekleństwem. Albo karą. A kiedy jestem z nim, jestem samotna. Jestem samotna, kiedy siedzę naprzeciwko niego. Kiedy budzę się w nocy, leżąc koło niego, też jestem strasznie samotna. A nie chcę być samotna. Keith mnie kocha i nie mogę powiedzieć, że… To byłoby zbyt okrutne. Lituje się nade mną, tak myślę, ale to nie wystarcza. Może to ja się lituję nad nim. Rozumiesz? Nie rozumiał i nie mógł tego zrozumieć. Nie rozumiał też, dlaczego, jeśli pragnął Amy i im bardziej jej pragnął, tym coraz silniej wiązał się z Ellą. Nie potrafił zrozumieć, jak to, co jest między nią a Keithem, może być miłością, skoro czyni ją tylko nieszczęśliwą i samotną, i jak to możliwe, że więzy łączące ją z mężem są silniejsze niż miłość, która daje jej szczęście. I kiedy Amy mówiła dalej, wydawało się, że wszystko, co im się przydarza, nigdy nie może być efektem ich decyzji, że żyją w świecie wielu ludzi i wielu związków, i ani oni, ani one nie pozwalają im ze sobą być. Nie jesteśmy sami, powiedział.
[...]
Pragnęła wiedzieć o nim wszystko, chciała mu opowiedzieć wszystko o sobie. Przyjechała z Sydney na wycieczkę z przyjaciółką, która miała rodzinę w Adelaide, i skończyło się to tak, że Amy już tu została, podjęła bowiem pracę za barem w King of Cornwall. Tam właśnie poznała Keitha Mulvaneya. Był nudziarzem, choć na swój sposób miłym, potem stało się to, co się stało. Ale kim ona jest? Córką malarza reklam i szyldów z Balmain, który umarł, gdy miała trzynaście lat. Była jednym z jego siedmiorga dzieci, starających się dawać sobie radę najlepiej, jak potrafią. Nigdy wcześniej nie poznała takiego mężczyzny jak Dorrigo. Podłoga jest bardziej interesująca ode mnie? spytała. Dlaczego, na Boga, powiedziała coś takiego? Była nikczemną, niegodziwą kobietą; wiedziała o tym i czasami nie obchodziło jej to, czy wie o tym świat.
[...]
Ten pieprzyk nad górną wargą, uśmiech odsłaniający krzywy ząb, lekka niezdarność w chodzie — Amy kołysała się w zamyśleniu w biodrach, przyjmowała niemal buńczuczną postawę, jak gdyby próbowała zapanować nad czymś, nad czym zapanować się nie da i chciała jednocześnie udawać poważną i skromną, nie ujawniając przy tym czegoś kobiecego i zwierzęcego zarazem. Zawsze odruchowo szarpała swoją bluzkę, żeby zasłaniać dekolt, jak gdyby jej nieosłonięte bluzką piersi mogły uciec. Przypominał sobie, że im bardziej próbowała unikać swojej natury i maskować ją, tym większy jej natura podnosiła bunt, dlatego wszyscy się jej przyglądali. Chodzący paradoks, kobieta, która była jednocześnie zawstydzona i podniecona tym, czym ociekała. Miała skrzekliwy śmiech, kołysała się, idąc, a dla niego zawsze pachniała piżmem i nierównym oddechem morskiego wiatru, który dmuchał po hotelowym tarasie i łagodnie grzechotał prowadzącymi na niego otwartymi drzwiami. W łóżku często przebiegała ręką po różnych częściach swojego ciała i wpatrywała się w swoje uda lub biodra z dziwnym zdumieniem: jej ciało było dla niej taką samą nieodgadnioną tajemnicą, jak dla niego. Mówiła o sobie jak o wadliwej konstrukcji — o kształcie swoich nóg, obwodzie w biodrach, wykroju oczu.
[...]
Nie było nikogo, z kim mogłaby porozmawiać o takich sprawach. Miłość jest publiczna, powiedziała jedna z jej znajomych w czasie tego karcianego wieczoru, z którego właśnie wracali, albo nie jest miłością. Jeśli nie dzielisz się nią z innymi, umiera. Keith i Amy grali w karty z Robertsonami w pierwszą niedzielę każdego miesiąca, a dzisiaj rozmawiali o niedawnym skandalu, wywołanym przez powszechnie znanego adwokata, który zostawił żonę dla córki jakiegoś lekarza. Ta rozmowa doprowadziła do opowieści o kilku paskudnie porzuconych osobach i o godnych pogardy cudzołożnych związkach. Współczucie siedzących przy stole dotyczyło bez wyjątku osób porzucanych. Mąż albo żona, którzy znajdowali sobie nowych partnerów, stawali się obiektami pogardy, szyderstw i egzorcyzmów. Głównie egzorcyzmów. Wyrzutkami. Amy pragnęła właśnie stać się wyrzutkiem, a to ze względu na dramatyczną ostateczność takiego zakończenia. Tymczasem jednak wszystko wokół niej krwawiło. Krwawiło, krwawiło i nie chciało przestać. Zrozumiała, że nie będzie dramatycznego końca, tylko powolne obumieranie jak w przypadku nieszczęsnej siostry Keitha, która zgasła na gruźlicę. Ciągle tylko krwawienie i krwawienie.
[...]
Tego popołudnia Dorrigo powiedział jej, że jego oddział wyjeżdża w najbliższą środę. I że może zginie, a może przeżyje, ale już nigdy do niej nie wróci. Przypomniała sobie, co opowiadał jej kiedyś o Grekach i Trojanach — czy Grecy mieli wygrać i tym razem? I zastanawiała się, czy jej miłość jest ogromną miłością, która wcale żadną miłością nie jest? I dlaczego, skoro żyła tylko dzięki drugiemu człowiekowi, czuje się taka okropnie samotna? Amy wiedziała bowiem tylko tyle: jest sama. Kiedy skończyli grać i wyszli ze spotkania, Keith wydał się jej dziwnie milczący. Zwykle dużo gadał, ale ostatnio coraz mniej, a w czasie gry w karty nie odzywał się prawie wcale. Bijący od niego smutek wydawał się pustoszyć świat. Próbowała pogrążyć się w swoich myślach, wyglądając przez okna kabrioletu, nasłuchując odgłosów na drodze, cichego szumu silnika. Była świadoma jednak tylko tego, że Keith schował się głęboko w sobie, a stukot, chrzęst i szum pozostają wyłącznie stukotem, chrzęstem i szumem.
[...]
I nigdy nie mógł później zrozumieć, dlaczego powiedział to, co wtedy powiedział, wiedział tylko, że każde jego słowo było szczere. Że jednym zdaniem porzucił swoją wolność, a z nią rozsądną nadzieję zbudowania miłości. Ja wrócę, powiedział Dorrigo. Kiedy to się skończy. Po ciebie, Amy. I pobierzemy się. Zdawał sobie sprawę, że jest to droga do nieszczęścia, a nawet potępienia. Coś, o czym jeszcze przed chwilą nawet nie myślał, teraz stało się w jakimś sensie nieuniknione, on zaś miał wrażenie, że nic nigdy nie mogło być inaczej — spotkanie w księgarni pośród rozszalałych pyłków kurzu, obłażąca z farby sypialnia o leniwych zasłonach, marszczących się na wietrze od morza, i ten blaszany barak, gorący jak wędzarnia. Bakelitowa słuchawka była tak mokra od potu, że zsunęła mu się z ucha, i musiał minąć moment albo dwa, zanim dotarło do niego, że Amy właśnie przerwała po łączenie i może nie usłyszała już ani słowa z tego, co właśnie powiedział. Musiał się z nią zobaczyć — mógł myśleć tylko o tym. Musi ją zobaczyć. Zostały mu tutaj dwie noce; wykradnie się jakoś z koszar i zorganizuje ich spotkanie, by mogli porozmawiać. Wyjeżdżasz, Evans, odezwał się jakiś głos za jego plecami. Odwrócił się i zobaczył jednego z oficerów swojego pułku z notesem w ręku.
[...]
Ale nie Middleton — jego brzuch się marszczył, pierś mu falowała, okrutne ramiona się napinały. Traktował tę pracę jak strzyżenie owiec, bo tym się kiedyś zajmował, jak gdyby były to jakieś kretyńskie zawody i z nadejściem wieczoru znowu okazywał się najszybszy i najlepszy. Ale jego próżność przynosiła korzyści wyłącznie Japończykom, jeńców zaś zabijała. Potem przyszedł Pęd. Biciem i ograniczaniem racji żywnościowych Japończycy zmuszali ich do coraz cięższej i dłuższej pracy w ciągu dnia, a kiedy jeńcy stopniowo pozostawali w tyle za japońskim harmonogramem, tempo robót stawało się jeszcze bardziej szaleńcze. Pewnego dnia, gdy padali już wyczerpani na bambusowe prycze, żeby wreszcie zasnąć, dostali rozkaz powrotu do wykopu. Tak rozpoczęła się praca na nocną zmianę. Wykop był skalną szczeliną, szeroką na sześć metrów, głęboką na siedem i długą na pół kilometra. Oświetlały go bambusowe ogniska i prymitywne pochodnie z namoczonych w nafcie szmat, wciśniętych do wydrążonych łodyg bambusowych, nadzy, brudni niewolnicy pracowali więc teraz w dziwnym, piekielnym świecie roztańczonego ognia i pełzających cieni.
[…]
Dorrigo goli się każdego ranka, ponieważ uważa, że musi zachowywać pozory ze względu na swoich żołnierzy. Bo jeśli będzie wyglądało na to, że już o siebie nie dba, to niby czemu oni mieliby dbać o siebie? I kiedy patrzy w małe służbowe lusterko, widzi swoje zamglone odbicie, zniekształcające twarz człowieka, który już nie jest nim: starszego, chudszego, bardziej kościstego, twardego jak nigdy dotąd, bardziej zdystansowanego wobec rzeczywistości i coraz częściej polegającego na kilku żałosnych rekwizytach, na przykład na zawadiacko przekrzywionej czapce oficerskiej i na czerwonej chuście, zawiązanej wokół szyi jak bandana, będącej cygańskim akcentem, przeznaczonym może bardziej dla niego samego niż dla jego ludzi. Przed trzema miesiącami, w drodze po lekarstwa do innego obozu, leżącego w dole rzeki, napotkał pewnego Tamila, przymusowego robotnika w zniszczonym czerwonym sarongu, siedzącego nad strumieniem i czekającego na śmierć. Starzec nie był zainteresowany pomocą, którą mógł mu zaproponować Dorrigo. Czekał na śmierć, tak jak podróżny czeka na autobus. Miesiąc temu, idąc tą samą ścieżką, spotkał tego starca po raz drugi: teraz był to już szkielet, objedzony z mięsa przez dzikie zwierzęta i owady. Dorrigo zdjął z niego czerwony sarong, wyprał go, przedarł na pół i lepszy kawałek tkaniny zawiązał sobie na szyi. Kiedy śmierć przyjdzie po niego, ma nadzieję spotkać ją podobnie jak ten Tamil, aczkolwiek wątpi, czy mu się to uda. Bo on nie akceptuje siły rządzącej życiem, a zatem, jak mu się zdaje, nie pogodzi się też z tą siłą, która rządzi śmiercią.
[...]
Chociaż każdy zmarły to zmniejszenie ich stanu liczebnego, tysiąc tych jeńców wojennych, którzy pierwotnie wyjechali z Changi jako Oddział J pod dowództwem Dorriga — a byli tam Tasmańczycy i Australijczycy z zachodniej Australii, którzy poddali się na Jawie, Australijczycy z południa, którzy poddali się w Singapurze, rozbitkowie z zatopionego niszczyciela HMAS Newcastle, Australijczycy z Wiktorii i z Nowej Południowej Walii, którzy dostali się do niewoli wskutek różnych nieszczęśliwych wypadków, i lotnicy australijskich sił powietrznych — pozostaje wciąż Oddziałem J, którym on dowodzi. Tym byli, kiedy tu przyjechali, i tym będą, kiedy stąd wyjadą, Oddziałem J, liczącym tysiąc żołnierzy, bez względu na to, czy na końcu pozostanie choćby tylko jeden, który opuści ten obóz. Przetrwali ponure, naznaczone ubóstwem dziesięciolecia, a teraz pozostało im już tylko nieredukowalne minimum: wiara w siebie nawzajem, wiara w to, że kiedy przyjdzie śmierć, będą ze sobą jeszcze silniej związani. Bo jeśli żywi opuszczą swoich zmarłych, przestanie się liczyć także ich własne życie. Ich ocalenie w pewien sposób wymaga, by pozostali jednością, teraz i na zawsze.
[...]
Zastanawiał się, czym jest to pragnienie, by być z nią i tylko z nią, być z nią dniem i nocą, wysłuchiwać nawet jej najrozwleklejszych anegdot, najbanalniejszych uwag, przesuwać nosem po jej plecach, czuć, jak obejmują go jej nogi, słyszeć, jak powtarza z jękiem jego imię — czym jest to pragnienie, ciążące na pozostałych latach jego życia? Jak ma nazwać ten ból, który mu ściska żołądek, kiedy o niej myśli, te duszności, ten potężny zawrót głowy? I jak ma powiedzieć — innymi słowami niż najoczywistsze — że opanowała go teraz tylko jedna myśl, właściwie instynktowna: że musi być blisko niej, z nią i tylko z nią. Pragnęła oznak czułości. Zawsze wzruszały ją nawet najbłahsze prezenty, dawały jej pewność, że jego uczucie do niej nie zniknęło. Potrzebowała podarunków i deklaracji. Co mogła mieć więcej na dowód jego miłości?
[…]
I znowu próbował sobie powtarzać, że to jest dobry dzień i ma szczęście, bo zachował energię, a to dodaje mu sił; Gardiner rozumiał, że słabość wytwarza tylko więcej słabości, każdy mylny krok prowadzi do tysiąca dalszych pomyłek, że za każdym razem, kiedy staje na palcach na trudno dostępnym kawałku wapienia, trzeba się skupić na następnym celnym kroku na kolejny kruchy kamień albo oślizgły pniak, żeby nie upaść i nie zrobić sobie krzywdy, i żeby można było zrobić to samo jutro i każdego następnego dnia. Nie wierzył jednak, tak jak Middleton, że ocali go ciało. Nie chciał skończyć jak on, szarpiąc się za pierś i wołając: „Ja!”. Gardiner w ogóle nie wierzył w zbyt wiele rzeczy. Nie wierzył, że jest wyjątkowy ani że ma do wypełnienia jakieś przeznaczenie. W głębi duszy uważał, że wszystkie tego rodzaju koncepcje to całkowity nonsens i śmierć może go znaleźć w każdej chwili, jak tylu innych. Życie nie polega na koncepcjach. Może trochę na szczęściu, ale głównie przypomina grę znaczonymi kartami. Życie polega na tym, żeby dobrze postawić następny krok.
[...]
Od dnia wybuchu epidemii cholery Jimmy Bigelow dostał pracę w obozie, żeby grać na trąbce na pogrzebach, które odbywały się teraz codziennie. Wezwali go, czekał więc poza granicą szpitala dla chorych na cholerę, gdy wynoszono nosze. Ostatnie nieśli Dorrigo Evans, idący z przodu w tej swojej zawadiackiej czapeczce i czerwonej bandanie, i „Bonox” Baker w idiotycznych butach, które przywodziły Jimmy’emu na myśl Myszkę Miki; z tyłu nosze podtrzymywał jeszcze „Kiciuś”, który dziwnie przechylał głowę do tyłu. Jimmy ruszył za tą żałosną procesją pogrzebową przez ciemną, ociekającą wodą dżunglę. Trąbkę miał przewieszoną przez ramię na kawałku szmaty, którą zastąpił przegniły, skórzany pasek. Myślał o tym, jak bardzo kocha tę trąbkę, bo ze wszystkich rzeczy w dżungli — jak bambusy, ubrania, skóry, jedzenie i ludzkie ciało — tylko ona wydawała się nie podlegać zepsuciu i rozkładowi. Był człowiekiem prozaicznym, a mimo wszystko uważał, że w tym prostym, blaszanym instrumencie dętym, który przetrwał już tylu umarłych, jest coś nieśmiertelnego. Jeńcy, którzy układali stosy pogrzebowe i czekali na nich na mokrej polance, przekonali się już, ile się trzeba natyrać, żeby spalić człowieka. Ich stos był wielką, prostokątną kupą bambusów i wznosił się na wysokość piersi dorosłego człowieka. Na górze leżał już jeden zmarły na cholerę wraz z kilkoma swoimi nędznymi rzeczami osobistymi i kocem. Jimmy Bigelow rozpoznał w nieboszczyku „Królika” Hendricksa. Zawsze się dziwił, że w takich sytuacjach właściwie nie znajduje w sobie żadnych uczuć.
[...]
Bo to jest kronika, powiedział „Bonox” Baker. Jego kronika. Żeby przyszłe pokolenia wiedziały… no, co tu się działo. Żeby pamiętały. Hendricks tego chciał. Żeby ludzie pamiętali, co oni tu robili. Z nami. Żeby pamiętali? Tak, panie pułkowniku. Ostatecznie wszystko zostaje kiedyś zapomniane, Baker. Trzeba żyć chwilą obecną. „Bonox” Baker nie wydawał się o tym przekonany. „Byśmy nie zapomnieli”, przecież tak mówimy, powiedział Baker. Czy nie tak mówimy, panie pułkowniku? Owszem, Baker. Chociaż raczej śpiewamy, a to niezupełnie to samo. No, to dlatego trzeba by to zachować. Byśmy nie zapomnieli. Znasz ten wiersz, Baker? Kiplinga. On wcale nie jest o pamięci, tylko o zapominaniu… O tym, jak wszystko ulega zapomnieniu:
Kurczy się nasza flota w dalekich stronach;
Na wydmie i przylądku ogień dogasa już:
Spójrz, wczorajsza nasza świetność kona,
Niczym Niniwę i Tyr pokrywa ją kurz!
Sędzio Narodów, niech nas oszczędzą anieli,
Byśmy nie zapomnieli — byśmy nie zapomnieli!
I Dorrigo skinął na budowniczego stosu, żeby podpalił bambusy. Niniwa, Tyr i nawet zapomniana przez Boga linia kolejowa w Syjamie, powiedział Dorrigo, a cienie płomieni pokrywały jego twarz tygrysimi paskami. Skoro nie pamiętamy, że ten wiersz Kiplinga mówił o tym, że wszystko ulega zapomnieniu, to jak w ogóle możemy coś pamiętać? Wiersz nie jest prawem. Nie jest przeznaczeniem, panie pułkowniku.
[...]
Nasz kochany Hendricks był lepszy niż aparat fotograficzny, uśmiechnął się „Bonox” Baker. Nie mam zielonego pojęcia, skąd ten skurczybyk wytrzasnął tutaj farby. Kto wie, co te rysunki będą kiedyś oznaczać? zapytał krótko Dorrigo. Kto będzie wiedział, co one przedstawiają? Jeden zinterpretuje je jako świadectwo niewolniczej pracy, drugi jako propagandę. Co nam mówią hieroglify o tym, jak wyglądało życie pod knutem, kiedy budowano piramidy? Czy rozmawiamy o tym? Rozmawiamy? Nie, mówimy o wspaniałości i majestacie Egipcjan. O Rzymianach. Mówimy o Sankt Petersburgu, ale ani słowa o kościach tych setek tysięcy niewolników, na których zbudowane jest to miasto. Może w ten sposób ludzie zapamiętają Japońców. Może te rysunki Hendricksa ostatecznie zostałyby wykorzystane tylko po to, żeby usprawiedliwić wspaniałość tych potworów. Nawet jeżeli zginiemy, powiedział „Bonox” Baker, to te rysunki pokazują, co się z nami stało. W takim razie ty będziesz musiał przeżyć, odpowiedział Dorrigo.
[...]
Usłyszał krzyki małp. Dotarła do niego woń cuchnącego błota dżungli. I w całym tym otaczającym go życiu Gardiner po raz pierwszy wyczuł własną śmierć. Zrozumiał, że to wszystko będzie trwać, a z niego nie zostanie nic, że nawet wspomnienie o nim, które chociaż przez kilka lat, może dekad, będzie przechowywane w pamięci kilku członków jego rodziny i przyjaciół, w końcu pogrąży się w niepamięci i przestanie znaczyć więcej niż przewrócony bambus albo wszechobecne tutaj błoto. Kiedy rozglądał się na lewo i prawo wzdłuż szlaku, kiedy myślał o nagich niewolnikach, pracujących mozolnie zaledwie o milę dalej, ogarnęła go straszliwa wściekłość. Wszystko to będzie istnieć dalej i dalej, tylko jego zabraknie. Wszędzie, gdzie spojrzał, widział pulsujący życiem świat, który go nie potrzebował i ani przez chwilę nie zastanawiałby się nad jego zniknięciem, który wcale by o nim nie pamiętał. Świat będzie istniał bez niego.
[...]
Dorrigo spojrzał na Nakamurę, który drapał się gwałtownie w udo. I zrozumiał, że Gardiner musi zostać ukarany, aby powstała ta linia kolejowa, ten szlak, będący w tej chwili jedynym powodem niesłychanych cierpień setek tysięcy ludzi, ten bezsensowny ciąg nasypów, wykopów i trupów, przekopanej i ubitej ziemi, wysadzonych w powietrze skał i kolejnych trupów, bambusowych estakad, chwiejnych mostów, tekowych podkładów i jeszcze większej liczby trupów, niezliczonych haków szynowych i nieugiętych żelaznych torów, i kolejnych trupów, trupów, trupów i trupów. W tym momencie podziwiał straszliwą siłę woli Nakamury, podziwiał ją nawet bardziej niż rozpaczał nad biciem Gardinera, podziwiał ponurą siłę, cnotliwe posłuszeństwo wobec honorowych zasad, niepozostawiających miejsca na zwątpienie — sam nie umiał bowiem znaleźć w sobie takiej siły życiowej, którą mógłby przeciwstawić majorowi. Nakamura miał nieruchomą twarz, był w poszarpanej koszuli jak pustelnik, a kiedy bił Warana i wyszczekiwał swoje rozkazy, nie był już dla Dorriga tym dziwnym, chociaż ludzkim oficerem, z którym grał wczorajszej nocy w karty, nie był surowym, lecz pragmatycznym dowódcą, z którym targował się rano o życie więźniów, lecz stał się straszliwą mocą, ogarniającą jednostki, grupy i całe narody, wypaczającą je i wykrzywiającą wbrew ich naturze, wbrew ich przekonaniom, i z beztroskim fatalizmem niszczącą wszystko, co stoi jej na drodze. Waran pochylił się, założył Gardinerowi chwyt strażacki i podniósł jeńca. Zarzucił go sobie na ramię, a potem unieruchomił w pozycji stojącej.
[…]
W Dorrigu, gdy na to patrzył, coś się działo. Oto trzystu ludzi przygląda się, jak trzech innych ludzi masakruje człowieka, którego wszyscy znali, a jednak nikt nie robi nic, żeby to powstrzymać. Będą tak patrzeć dalej i dalej nic nie zrobią. W pewien sposób pogodzili się z tym, co się działo i odmierzali swój czas rytmem wibracji; Dorrigo był ich przywódcą, który przybył za późno i zrobił za mało, a teraz w jakimś sensie zgadzał się na bicie. Nie mógł pojąć, jak do tego doszło, wiedział tylko, że doszło. Przez chwilę sądził, że uchwycił prawdę straszliwego świata, w którym nie można uciec od koszmaru, w którym przemoc jest wieczną, ogromną i jedyną prawdą, większą niż jakikolwiek bóg, czczony przez człowieka, bo tylko ona jest prawdziwym bogiem. Jak gdyby człowiek istniał wyłącznie po to, aby przesyłać, przekazywać przemoc dalej, żeby zapewnić jej wieczne panowanie. Albowiem świat się nie zmienia, ta przemoc istniała zawsze i nigdy nie da się jej wyeliminować, ludzie będą umierać pod butami, pięściami i wskutek koszmarnych okrucieństw innych ludzi aż do końca czasu, a cała historia ludzkości jest historią przemocy.
[...]
A Linia? Kiedy marzenie o światowym mocarstwie japońskim rozwiało się razem z chmurą radioaktywnego pyłu, Kolej Birmańska straciła sens istnienia i wsparcie. Japońscy inżynierowie i strażnicy, odpowiedzialni za budowę, zostali wzięci do niewoli lub odesłani do kraju, a niewolników, których Japończycy zatrzymali, żeby ją obsługiwać, uwolniono. Po kilku tygodniach od zakończenia wojny zaczął się koniec Linii. Tajowie ją opuścili, Anglicy rozebrali, a resztki wyciągnęli i sprzedali tubylcy. Jeszcze później Linia zaczęła się zniekształcać i kruszyć. Pękały jej brzegi, a nasypy i mosty zabrała woda, która zalała wykopy. Pustka ustąpiła miejsca metamorfozie. Tam, gdzie królowała śmierć, powróciło życie. Linia z radością powitała deszcz i słońce. W masowych grobach zaczęły kiełkować nasiona, pośród ludzkich czaszek, kości udowych i połamanych stylisk od kilofów, wzdłuż haków szynowych i kości obojczykowych pięły się cienkie łodygi, owijały się wokół tekowych podkładów, kości łopatkowych, kręgowych i strzałkowych. Linia gościnnie przyjęła tę roślinność, porastającą nasypy, które zbudowali z ziemi i kamieni niewolnicy, mający na sobie tylko przepaski biodrowe, przyjęła termity, gnieżdżące się w belkach powalonych mostów, które niewolnicy budowali z własnoręcznie ścinanych i przyciąganych tu drzew, przyjęła rdzę z szyn, które długie szeregi niewolników dźwigały na własnych ramionach, przyjęła zgniliznę i zniszczenie. W końcu pozostały tylko upał, deszczowe chmury, owady, ptaki, zwierzęta i roślinność, a one nic nie wiedziały i nic je to wszystko nie obchodziło. Człowiek to tylko jedna z wielu form istnienia, wszystkie formy chcą istnieć, a najwyższą formą życia jest wolność, dzięki której człowiek może być człowiekiem, chmura chmurą, a bambus bambusem.
[...]
Wrony, rozsiane niczym ziarna sezamu wzdłuż poszarpanego grzbietu Shinjuku Rashomon, spłoszone, bo ktoś rzucił w nie kamieniem, wzbiły się nad Tokio, dopiero co zastygające betonem na popiołach przeszłości. Miasto pod ich bijącymi powietrze skrzydłami prawie nie istniało. Jeszcze niedawno te same ptaki żerowały na poczerniałych trupach, których w trawionym ogniem mieście było bardzo wiele. Teraz frunęły ponad wielką, zwęgloną równiną gruzowisk, a po jej niesamowitych korytarzach i labiryntach włóczyły się wdowy i sieroty, przygnębieni i kalecy żołnierze, obłąkańcy, ludzie umierający i zrozpaczeni, których ścieżki przecinał od czasu do czasu jeep pełen amerykańskich żołnierzy. Srogiej zimy 1946 roku odbudowa sprowadzała się właściwie tylko do namiotów, przybudówek i blaszanych baraków, w których kryli się ci, co mieli więcej szczęścia, bo reszta mieszkańców szukała schronienia w metrze, na dworcach kolejowych albo w szczelinach i jaskiniach wśród ruin. Ten, kto rzucił ów kamień, Tenji Nakamura, były major 2 Pułku Kolejowego cesarskiej armii japońskiej, krył się przed ulewnym deszczem w czymś w rodzaju chwiejnej bramy, utworzonej w bocznej uliczce przez spadłe belki i gruzy zbombardowanych i spalonych budynków, częściowo wskutek niszczycielskiego przypadku, częściowo zaś dzięki ludzkiej przemyślności. Mieszkańcy, którzy musieli przechodzić przez ten ledwo trzymający się tunel, zmierzając do zniszczonej dzielnicy rozkoszy Shinjuku albo z niej wracając, nazwali ową kupę gruzów Shinjuku Rashomon, jak gdyby była to wspaniała brama, prowadząca do wspaniałego miasta. Nie licząc złodziei, najliczniejszymi lokatorami były tu lisy, szczury i kurwy, zamieszkujące różne nory, gniazda i zawalone pokoje. Góra Fudżi, którą Nakamura widział nawet z tej walącej się bramy, znów się wznosiła nad światem, tak jak półtora wieku temu, by mógł ją namalować wielki Hokusai [jeden z najwybitniejszych i najpłodniejszych japońskich malarzy i twórców barwnych drzeworytów – przyp. aut.], znowu w pełni widzialna, wiecznie się zmieniająca i niezmienna zarazem, nieruchoma i nieśmiertelna.
[...]
Wszystko to są wilki, pomyślał Nakamura. W ich leniwym wzroku i nagłych ruchach widział coś niesamowitego, coś będącego słabością i zagrożeniem zarazem. Dzieciaki wyglądały na wycieńczone sześcio- czy siedmiolatki, ale nierzadko były już znacznie starsze. Kobiety sprzedawały się wszędzie; tylko nieliczne znajdowały w sobie dziwne poczucie honoru i nie chciały usługiwać amerykańskim diabłom, choć oznaczało to dla nich obniżenie dochodów. Większość żyła jednak w dostatku, jaki zapewniała im praca w charakterze dziewczyn pan-pan, czyli ulicznych prostytutek. Pewnej nocy, którą spędził z taką kobietą, Nakamura wpadł w gniew z powodu rzemiosła, które uprawiała, a w którym widział teraz odbicie własnego życia, i zapytał ją, jak może sypiać z Amerykanami. Prostytutka, trzymająca świeżo zapalonego lucky strike’a w swoich uśmiechniętych, czerwonych ustach, spytała w odpowiedzi: A czy my wszyscy nie jesteśmy teraz dziewczynami pan-pan? Odkąd został zdemobilizowany dwa i pół miesiąca temu, żył wśród takich ludzkich i miejskich ruin. Pośród nich okazał się nikim i to go cieszyło. Jedyną bronią, jaką dysponował, był łom, służący mu zarówno do pracy — dzięki której udawało mu się czasem zdobyć środki do niepewnego życia — jak i do samoobrony.
[…]
Zaczął uważnie śledzić procesy zbrodniarzy wojennych. Przeczytał gdzieś, że za pobicie jeńca, który kilkakrotnie uciekał z obozu, pewnego Japończyka uznano winnym zbrodni wojennej i powieszono. Nie mógł tego pojąć. Za jedno pobicie? W armii japońskiej bito go nieustannie, a bicie innych żołnierzy było jego obowiązkiem. Ba, w czasie szkolenia dwukrotnie stracił przytomność z powodu pobicia, a raz nawet pękł mu bębenek w uchu. Kiedyś zbili go kijem bejsbolowym po pośladkach za to, że okazywał „niewystarczający entuzjazm”, kiedy prał bieliznę swojego przełożonego. Gdy był rekrutem, trzech oficerów pobiło go do nieprzytomności, bo źle usłyszał rozkaz. Kazali mu wtedy przez cały dzień stać na baczność na placu apelowym, a kiedy upadł, rzucili się na niego i skatowali go tak, że zemdlał. Jak w takim razie bicie mogło zrobić z człowieka zbrodniarza wojennego? I kim był jeniec wojenny? Czy kodeks służby polowej nie powiadał wyraźnie, że oficer wzięty do niewoli powinien popełnić samobójstwo? Kim jest jeniec wojenny? Nikim, właśnie tak. Człowiekiem bez wstydu, bez honoru. Zerem. Za jedno pobicie? Był dobrym oficerem, a niektórzy koledzy czasem go besztali, bo w większości wypadków za naruszenie dyscypliny bił winowajcę tylko po twarzy.
[...]
Choi Sang-min siedział w ciemności na bambusowym stołku, który był luksusem, przysługującym mu jako skazanemu. Słyszał, że jacyś byli jeńcy wojenni, kiedy znaleźli Kima Lee w burdelu w Bangkoku, po prostu zrzucili go z najwyższego piętra. Wydało mu się to rozsądne i sensowne. Miał nadzieję, że Kim Lee opluł ich, kiedy go zrzucali, żeby zabić. Kim Lee był strażnikiem jak on i zabijał jeńców, a kiedy wojna się skończyła, oni zabili jego. Wydawało mu się to w pełni zrozumiałe, w przeciwieństwie do jego sytuacji, której nie pojmował. Gardził hipokryzją Australijczyków, strojących swoją zemstę w szaty rytuałów sprawiedliwości. W głębi duszy wiedział, że jego więźniowie też zawsze chcieli go zabić, po co więc to całe udawanie? Nie miał zegarka ani budzika, tylko intuicję, którą mógł się kierować, aby odgadnąć, jak długo jeszcze będzie trwała ta noc. Ale jego intuicja już chyba zawodziła. Ta noc nie miała końca, a przecież oddalała się od niego, i to pędem. Więzienie Changi zostało zamknięte na noc, zapewne przed mniej więcej dwiema godzinami. Gdyby się zastanowił, być może doszedłby do wniosku, że jest około północy. Ale nie myślał o tym, właściwie nie myślał o niczym. Był zagubiony w jakimś miejscu, pozostającym poza wszelką refleksją, a jego umysł odmierzał czas pomiędzy dwoma uczuciami. Jednym z nich był paniczny strach, który spadał na niego niczym wściekły, uporczywy atak kaszlu i kazał mu raz jeszcze coraz bardziej gorączkowo krążyć po celi w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki — tylko po to, żeby przekonać się, że jest ona niemożliwa, zarówno z tego więzienia, jak i przed nadciągającą śmiercią.
[...]
W głębi duszy wszyscy oczywiście dobrze wiedzieli, że cesarz nigdy nie zawiśnie na szubienicy, a oni tak. Nie było wątpliwości, że bili, torturowali i zabijali w imię cesarza, i nie można było teraz wątpić, że ci z nich, którzy nie wezmą za to odpowiedzialności, zostaną powieszeni niejako w jego zastępstwie. Umierali równie pięknie i niepięknie jak ci, którzy przyznawali się do winy albo jak ci, którzy zaprzeczali wszystkim oskarżeniom, bo kiedy jeden po drugim szarpali się pod zapadnią, wszyscy kopali nogami na prawo i lewo i srali pod siebie, a z ich nabrzmiewających nagle członków tak samo wytryskiwały szczyny i sperma. W czasie swojego procesu Choi Sang-min dowiedział się wielu rzeczy — poznał konwencję genewską, hierarchię dowódczą, japońską strukturę militarną i tak dalej — o których do tej pory miał jedynie bardzo mgliste pojęcie. Odkrył, chociaż było to dziwne, że Australijczycy, których tak się bał i nienawidził, szanowali go jako kogoś innego: jako potwora, którego nazywali Waranem. I Choi Sang-min wcale nie był niezadowolony, że stał się dla nich tak poważnym obiektem nienawiści. Wyczuwał bowiem w Australijczykach podobną pogardę dla siebie, jaką okazywali mu Japończycy.
[…]
Najbardziej euforyczne były dla niego te chwile, kiedy całkowicie tracił panowanie nad sobą. W swoim świecie ciemnoty i ignorancji czuł się wolny — a nawet więcej, po raz pierwszy w życiu czuł, że żyje. Cała jego nienawiść, złość, duma i chwała, cały jego strach i całe poczucie triumfu sumowały się, gdy robił komuś krzywdę — w każdym razie tak mu się teraz wydawało — i jego życie przez ten krótki czas miało jakieś znaczenie. I w takich chwilach udawało mu się uciec przed swoją nienawiścią. Z jednej strony znajdował się pod nieustanną presją japońskich inżynierów, domagających się zbudowania tej linii kolejowej, ale z drugiej z zainteresowaniem i przyjemnością obserwował, że im więcej bije swoich więźniów, tym bardziej tracą oni swoje człowieczeństwo, tym rzadziej pogwizdują albo śpiewają, on zaś staje się coraz bardziej człowiekiem — miał tego pełną świadomość. Dopóki kopał ich, okładał i bił, czuł się wolny. Słyszał, że na Nowej Gwinei żołnierze japońscy zjadali Australijczyków i Amerykanów, i wiedział, że za ich zachowaniem stało coś więcej niż po prostu głód. Wiedział też, że nie myśli w ten sposób, żeby się bronić, i nic z tego nie miałoby najmniejszego znaczenia dla Australijczyków, dla ich prawników o oczach jak skalpele ani dla sędziów o twarzach przypominających roztopione świece. Bo kiedy Sang-min był strażnikiem, to żył jak zwierzę, zachowywał się jak zwierzę, pojmował świat jak zwierzę i myślał jak zwierzę — jeżeli zwierzęta myślą. I wiedział, że to zwierzę jest najbliższą człowiekowi istotą, jaką kiedykolwiek pozwolono mu być.
[...]
Przyniósł im rybę z frytkami do stolika, a potem napełnił za ladą niewielkie szklaneczki czerwonym winem i też sam je im podał. Przysiadł się do gości. Kiedy jedli, pozwolił im rozmawiać. Gdy opadli z sił, sam zaczął mówić o tym, że taka zima zwiastuje dobre lato dla moreli, tak. Potem zaczął gadać o sobie, o wyspie Lipsos, skąd pochodził, o pięknym, ale trudnym życiu, jakie tam prowadził, o swojej zmarłej żonie i o tym, że jako młodych mężczyzn czeka ich jeszcze życie. Ciekawe. Dobre. Tak. I o tym, że ludzie mówią mu, że lubią przychodzić do jego restauracji. Miał nadzieję, że to prawda. Naprawdę, powiedział. To jest życie. Masz dzieci? spytał Jimmy Bigelow. Trzy córki, odparł. Dobre dziewczyny. Dobre rodziny. I chłopaka. Dobry chłopak. Dobry… Tu stary Grek zająknął się na chwilę, powiedział coś niezrozumiałego, a jego rozdygotana nagle głowa wydawała się zsuwać ze swojej krzywej osi. Podniósł do twarzy guzowate palce, przypominające stare, przycięte gałęzie moreli, które drżą w czas jesiennej nawałnicy, i jak gdyby próbował wepchnąć swoją głowę z powrotem w kadr pewności. Zginął na Nowej Gwinei w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim, powiedział. Pod Bougainville.
[...]
Wiele lat później z trudem przyszło mu przyznać, że w czasie wojny, mimo że trzy i pół roku spędził w obozie jenieckim, był w pewnym sensie wolny. Dlatego odkładał swój powrót tak długo, jak tylko mógł, ale po dziewiętnastu miesiącach pracy w najróżniejszych instytucjach wojskowych w południowo-wschodniej Azji — gdzie zajmował się wszystkim, począwszy od repatriacji, przez cmentarze wojskowe, aż po odbudowę dotkniętych wojną krajów — nie miał już, gdzie się schować, czekały go więc normalna służba w wojsku albo życie cywila. Nie domyślał się, jakie możliwości może kryć to drugie, ale nagle wydało mu się ono atrakcyjne, a wojsko przestało już być szaloną wycieczką, jaką mu się jawiło ze swoimi porażkami, zwycięstwami i żywymi — żywymi! — ludźmi, którzy nieustannie rwali wszystko na swej drodze na strzępy i niszczyli to, co solidne i trwałe. Bogactwo, sława, sukces, pochlebstwa — wszystko, co nadeszło później, wydawało się tylko wzmacniać poczucie bezsensu, który Dorrigo miał znaleźć w cywilnym życiu. Nigdy nie umiał przyznać sam przed sobą, że znaczenie jego egzystencji nadawała śmierć. Przeciwności losu wyzwalają w nas to, co najlepsze, powiedział siedzący obok niego niski i gruby oficer z komisji do spraw cmentarzy wojskowych, a DC-3 zaczął dość niepokojąco podskakiwać, kiedy podchodzili do lądowania. Tym, co nas wykańcza, jest codzienność.
[...]
Czy nie wiedziała, co on naprawdę myśli? Nie wiedziała? Nie znalazł zapomnienia pomiędzy jej piersiami. Wszystko, co wiązało się z Ellą, coraz boleśniej przypominało mu o Amy. Wtedy było mu wstyd, a teraz jeszcze bardziej. Dlatego cię kocham, Alwynie, powiedziała. Alwynie? Przez chwilę nie miał pojęcia, o kogo jej chodzi. Dopiero potem przypomniał sobie, że przecież tak ma na imię. I ono też wydało mu się więcej niż przebrzmiałe. Bo jesteś zdolny do wszystkiego, ale nie umiesz bujać. Po chwili objęła go, zamknęła w nieuchronnym uścisku, i wszyscy, których spotykał przez kilka następnych dni, w podobnie nieuchronny sposób cieszyli się na wieść o tym, że Dorrigo i Ella zamierzają się pobrać i nie może być co do tego żadnych wątpliwości, że zobowiązanie, podjęte pośpiesznie przed siedmioma laty w cieniu wojny i jego zbliżającego się wyjazdu, musi zostać teraz szybko dotrzymane bez najmniejszego namysłu czy wahania. W czasie, który minął, Dorrigo żył, jak gdyby w kilku wcieleniach, podczas gdy ona — a w każdym razie tak mu się wydawało — poświęciła swoje życie takiemu jego wyobrażeniu, w którym on sam z trudem się rozpoznał. Od czasu do czasu odczuwał w duszy, jak gdyby gniew i sprzeciw, był jednak tak znużony, jak chyba jeszcze nigdy, i uważał, że będzie o wiele łatwiej, jeśli pozwoli, by teraz urządzono mu życie wedle życzenia jakiejś szerszej, uniwersalnej woli, nie zaś jego jednostkowych, irracjonalnych i niewątpliwie źle ulokowanych lęków. Był przekonany, że jego umysł to obóz pełen koszmarów, którym nie chciał bez potrzeby nadawać większej wagi. Uznawał wielu otaczających go ludzi, podekscytowanych jego zbliżającym się ślubem, za myślących daleko trzeźwiej i znacznie zdrowszych na umyśle od niego, oddał się więc we władanie ich trzeźwości i zdrowia psychicznego — kontrastującego z jego coraz dziwniejszymi myślami — mając nadzieję, że zaprowadzą go w nowe, lepsze miejsce.
[…]
Podniósł głowę i rozejrzał się po bloku P. To był papier — nic — a on był człowiekiem. Człowiek, rozumował Sang-min, to jest ktoś. Człowiek, chciał powiedzieć, jest bardzo skomplikowany, podlega ciągłym zmianom. Człowiek, zły czy dobry, jest wspaniały. Nie było możliwe, żeby ten kawałek papieru, który jest niczym i nigdy się nie zmieni, mógł oznaczać koniec wszystkiego, co się porusza i przeobraża w nim — w istocie dobrej, złej, wspaniałej. A jednak oznaczał. Wtedy, widząc tę straszliwą ulgę, jaką okazywali inni skazańcy, wiedząc, że to jeszcze nie oni, ulgę, która paliła go jak ogień, zrozumiał w końcu, że wyrok na nim zostanie wykonany następnego dnia. Dla czterech więźniów, którzy mieli umrzeć nazajutrz, przygotowano japoński posiłek i papierosy. Odwiedził ich mnich buddyjski i to rozzłościło Choi Sang-mina. Nigdy nie rozważał kwestii religijnych i przypomniał sobie, że jego ojciec, o którym dotąd nie myślał za wiele, powiedział kiedyś, że jest wyznawcą cheondoizmu [inaczej czundoizm to synkretyczna religia koreańska, łącząca w sobie elementy taoizmu, konfucjanizmu, buddyzmu i chrześcijaństwa – przyp. aut.] Spojrzał na ryż, zupę miso i tempurę. Tęsknił za pikantnym kimchi swojej matki, nie cierpiał łagodnego japońskiego jedzenia, ale nienawiść i złość nie mogły mu się teraz na nic przydać. Nie mógł zjeść tego ostatniego posiłku. Bo gdyby go zjadł, byłby to jego ostatni posiłek. A jeżeli go nie zje, to nie będzie mógł umrzeć. Może będzie dostawał więc inne posiłki, dopóki sam im nie powie, który ma być ostatni. Ale ten na pewno ostatni nie będzie. Ostatni posiłek to zgoda na nieuchronność śmierci, a Sang-min nie chciał się pogodzić ze swoją śmiercią.
[...]
Stawiał opór strażnikom, kiedy przyszli zaprowadzić go na szubienicę. Zobaczył karalucha i chciał go rozgnieść, ale nie było na to czasu. Kiedy związali mu ręce na plecach, wezwano lekarza, który zapytał Sang-mina przez tłumacza, czy chce dostać coś na uspokojenie. Sang-min krzyknął przeraźliwie. Wciąż miał na oku tego karalucha. Dostał cztery tabletki fenobarbitalu [środek chemiczny, który wykazuje silne działanie nasenne, uspokajające i przeciwdrgawkowe – przyp. aut.], ale był tak roztrzęsiony, że zaraz zwrócił lekarstwo. Zanim lekarz dał mu zastrzyk morfiny, Sang-minowi udało się mimo wszystko rozdeptać karalucha. Mdliło go i trochę kręciło mu się w głowie, gdy w towarzystwie dwóch podtrzymujących go z obu stron żołnierzy pokonywał niedużą odległość, dzielącą blok P od szafotu. Wszystko działo się teraz bardzo szybko. Gdy wyszli na dziedziniec, zobaczył oparte o ścianę dwa worki z piaskiem. Krzątało się tam dwunastu, a może więcej ludzi, sześciu na szafocie, reszta niżej. Na szafot wprowadzili go pokrytym słomą pomostem. Zdumiał się, bo lina była znacznie grubsza niż się spodziewał. W oczach Sang-mina przypominała cumę okrętową. Wydało mu się, że jej wielki, potężny węzeł emanuje jakąś bestialską radością. Rozumiem, chciał powiedzieć do tej liny. Pragniesz mnie. Myśli miał spokojne, a nawet jakby przyjemne, lecz drżały mu mięśnie twarzy. Tylu ludzi, nikt się nie odzywa, a mięśnie twarzy nie przestają mu drżeć. Mniej więcej pięć metrów z boku zobaczył drugą zapadnię, już otwartą, z której wystawała napięta lina. Zrozumiał, że na jej końcu poza zasięgiem jego wzroku wisi Kenji Mogami. Zapytali go, czy chce coś powiedzieć. Podniósł głowę. Jakiś dzwon wybijał gdzieś nie wiadomo którą godzinę. Chciał im zakomunikować, że przyszła mu do głowy pewna myśl. Ktoś zaśmiał się cicho. Sang-min spojrzał w dół na żołnierzy i dziennikarzy, żadna myśl nie przyszła mu jednak do głowy. Dostawał pięćdziesiąt jenów, a pięćdziesiąt jenów to nie był dobry interes, to więc też na pewno nie była dobra myśl.
[…]
Mijały lata. Poznał młodą pielęgniarkę nazwiskiem Ikuko Kawabata, której rodzice zginęli od bomb zapalających podczas nalotów na Kobe w ostatnich miesiącach wojny. Kiedy nastał pokój, jej brat umarł z głodu. Kobe też stało się pustynią gruzów i ruin, a historia Ikuko okazała się tak zwyczajna, że podobnie jak wielu innych Japończyków dziewczyna uważała, że lepiej o niej nie mówić. Miała połyskliwą skórę i duże znamię na prawym policzku, a jedno i drugie wzruszało Nakamurę w niewytłumaczalny sposób tak bardzo, że nie chciał się do tego przyznać. Miała też leniwy uśmiech, który wydawał mu się zarówno seksowny, jak i irytujący. Starała się nim kończyć wszelkie zachodzące między nimi nieporozumienia, co z jednej strony mu się podobało, ale, jak sądził, stanowiło też oznakę głupoty i słabości charakteru. To dzięki Ikuko Nakamura znalazł zatrudnienie w szpitalu, najpierw jako sanitariusz, a potem magazynier. Chętnie porzucił pracę na czarnym rynku, nie była ona bowiem lukratywna ani szczególnie bezpieczna. Poza tym ciągle się bał, że go zdemaskują i oddadzą w ręce Amerykanów. Unikał towarzystwa nawet w swojej nowej pracy — ale przecież wielu ludzi zachowywało się podobnie i Nakamura sądził, że wszyscy rozumieją, dlaczego tak wielu z nich nie chce, żeby ktokolwiek zbliżył się do nich albo ich zrozumiał. Wprowadził się do Ikuko, zarówno po to, żeby zachować swoją samotność, jak i dlatego, że potrzebował towarzystwa. Była zdrową kobietą i dobrą gospodynią, a on był wdzięczny losowi za to, że znalazł towarzyszkę życia o takich zaletach.
[...]
My też jesteśmy ofiarami wojny, powiedział Nakamura. Sato nie odpowiedział. Nakamura w głębi duszy uważał się za czcigodnego, dobrego człowieka, fałszywie oskarżonego jak cały naród japoński. Tak, byli ofiarami — on, Ikuko, jego towarzysze, na których wykonano już wyroki, a nawet sama Japonia. To przekonanie tłumaczyło wszystko, co mu się przydarzyło, a nawet nadawało pewną wielkość jego nędznemu życiu, pełnemu tajemnic, uników, fałszywych tożsamości i narastającej alienacji. Ale opowieść Sato poruszyła Nakamurę, bo wydawało mu się, że tkwi w niej odległa perspektywa jakiegoś boskiego wyzwolenia. Zna pan taki dziwny dźwięk, który słychać pod koniec trzęsienia ziemi? zapytał Sato. Jego zmęczona twarz w gasnącym świetle zdawała się niewyraźna. Kiedy kończą się wstrząsy i wściekłe kołysanie, ciągnął dalej Sato, a wszystkie przedmioty, takie jak obrazy, lustra, szyby w oknach i klucze na haczykach, drżą i wydają taki dziwny dźwięk? A na zewnątrz, myśli się wtedy, kto wie, może wszystko, co kiedyś tam widzieliśmy, zniknęło na zawsze? Oczywiście, odparł Nakamura. Wie pan, ma się wtedy wrażenie, że to cały świat wydaje ten dziwny szmer? Tak, odrzekł Nakamura. Więc to jest taki sam dźwięk, który się rozległ, kiedy stalowa szala wagi w sali sekcyjnej zaczęła drżeć pod ciężarem serca tego Amerykanina. Jak gdyby drżał cały świat. Sato ściągnął twarz w dziwnym uśmiechu. Wie pan, dlaczego mi ufał? Profesor Ishiyama? Nie, ten amerykański lotnik. Nie. Bo myślał, że mój biały kitel oznacza, że mu pomogę.
[...]
Kiedy Nakamura zaczął oddalać się od Sato, zbliżył się do innych ludzi i znalazł w sobie siłę, by w pewnym sensie stać się prawdziwszy jako istota ludzka. Wreszcie zrozumiał, że jest wielu takich żołnierzy jak on — dumnych, dobrych żołnierzy, którzy spełnili swój obowiązek, postanowili się tego nie wstydzić i uważali się za ofiary wojny. Zdał też sobie sprawę, że czas, kiedy nikt nie był tym, za kogo się podawał, kiedy nikt nie był tym, na kogo wyglądał, i kiedy wszyscy pamiętali tylko to, o czym można było mówić, właśnie się zakończył. Kiedy zwolniono pozostających jeszcze w więzieniach zbrodniarzy wojennych, Nakamura przestał się ukrywać, uznał, że najlepiej żyć dalej honorowo w prawdzie, i powrócił do swojego prawdziwego nazwiska. Rok później ożenił się z Ikuko. Mieli dwoje dzieci, dwie zdrowe córki, które bardzo kochały swojego łagodnego ojca. W wieku sześciu lat ich młodsza córka, Fuyuko, o mało nie zginęła pod kołami szkolnego autobusu. Najważniejszym wspomnieniem z tamtych chwil stał się dla niej ojciec, dniem i nocą siedzący ze zwieszoną głową przy jej łóżku. Córkom wydawało się czasami, że jest z innego świata, bo źle zapinał koszule, zapominał włożyć pasek do spodni i starał się nie robić krzywdy pająkom, które łapał i wynosił przed dom, albo komarom, których nie chciał zabijać.
[...]
Potem mężczyzna stojący za jego plecami zaczął mówić:
Za morzem, trupy w wodzie,
Za górami, trupy w trawie…
Nakamura oczywiście znał Umi Yukaba, stary poemat przerobiony na pieśń, który stał się tak popularny w czasie wojny, że to od niego zaczynały się w radiu wiadomości z frontu. Powtarzano w nich niezmiennie, że japońscy żołnierze zginęli honorową śmiercią, zamiast się zhańbić i poddać. Nakamura wyrecytował ostatnie dwie linijki, jak gdyby to było hasło:
Umieramy u boku naszego cesarza,
Nie spoglądamy wstecz.
Ponownie poczuł dotyk cudzej ręki na swojej szyi. Jaka dobra, jaka wspaniała szyja, odezwał się mężczyzna. Nakamura odwrócił się i podniósł wzrok. Włosy tego człowieka posiwiały i stały się szczeciniaste, przytył, ale jego twarz, chociaż nieco obwisła, a w tej chwili uśmiechnięta, z powodu nosa przypominała mu wciąż rekinią płetwę. Musiałem zobaczyć twoją szyję. Po prostu musiałem się upewnić, że jesteś tym, za kogo się podajesz. Bo wiesz, ja nigdy niczego nie zapominam.
[...]
Kilkadziesiąt lat później pewien młody japoński dziennikarz o nacjonalistycznych poglądach, Taro Ootomo, który chciał wyjaśnić liczne nieporozumienia narosłe wokół roli Japonii w wielkiej wojnie w Azji Południowo-Wschodniej, pojechał zrobić wywiad ze znakomitym żołnierzem, Shiro Kotą, liczącym sobie wtedy już sto pięć lat. Taro przeczytał kilka artykułów, które opublikował Kota w różnych pismach zen pod koniec lat pięćdziesiątych. Pułkownik w swoich tekstach dowodził istnienia głębokich duchowych podstaw japońskiego kodeksu busido. Twierdził, że inspirowani przez zen Japończycy dostrzegli, iż ostatecznie nie ma żadnej różnicy pomiędzy życiem a śmiercią i dlatego stali się taką potęgą militarną, chociaż brakowało im sił i środków. Ale kiedy Taro Ootomo udał się w towarzystwie przedstawicieli urzędu dzielnicowego i ekipy miejscowej telewizji, by powinszować Kocie z okazji sto piątych urodzin, nikogo nie było w domu. Ootomo był młodym zapaleńcem i nie rezygnował. Posunął się nawet do tego, że odwiedził leciwą córkę Koty, Ryoko, żeby zapewnić ją o swoich dobrych intencjach. Miał również nadzieję, że dzięki córce dotrze jakoś do starego kombatanta. Ryoko zniechęciła jednak dziennikarza, mówiąc, że ojciec nie chce rozmawiać z obcymi, zwłaszcza o wojnie i o swojej służbie wojskowej, bo te sprawy bardzo łatwo jest przedstawić w niewłaściwym świetle. Powiedziała też, że teraz, w podeszłym wieku, Kota próbuje stać się wcieleniem Buddy.
[...]
Na stoliku nocnym koło martwego już wcielenia Buddy leżał stary egzemplarz wielkiego dziennika podróży pióra Bash?, zatytułowany Ścieżki Północy. Hashimoto otworzył go na stronie, zaznaczonej źdźbłem zeschłej trawy. „Dni i miesiące to wędrowcy wieczności”, przeczytał. „Tak samo mijają też lata”.
[...]
Miłość to za skromne słowo, nie uważa pan? Mam przyjaciółkę w Fern Tree, która uczy gry na fortepianie. Ona jest bardzo muzykalna, a mnie słoń na ucho nadepnął. Ale pewnego dnia ta przyjaciółka powiedziała mi, że każdy pokój ma swoją nutę. Trzeba ją tylko znaleźć. Zaczęła przebierać palcami po klawiszach, tam i z powrotem, i nagle jedna nuta powróciła do nas, po prostu odbiła się od ścian, uniosła nad podłogą i wypełniła cały pokój takim jakimś doskonałym pomrukiem. Pięknym dźwiękiem. Było to tak, jak gdyby rzucił pan śliwkę, a ona wróciłaby do pana całym sadem. Nie uwierzyłby pan w to, panie Evans. To takie dwie kompletnie różne rzeczy, nuta i pokój, a jakoś się znalazły. Ten dźwięk brzmiał… dobrze. Nie mówię jak idiotka? Czy sądzi pan, że właśnie to mamy na myśli, mówiąc o miłości? Taką nutę, która do nas powraca? Która znajduje pana nawet wtedy, kiedy nie chce pan zostać odnaleziony? Że pewnego dnia znajduje pan kogoś, a potem wszystko, czym ten człowiek jest, powraca do pana jakimś dziwnym pomrukiem? Który pasuje. Jest piękny. Nie potrafię dobrze wytłumaczyć, o co mi chodzi, prawda? Nie jestem zbyt elokwentna. Ale tacy właśnie byliśmy, Jack i ja. Właściwie się nie znaliśmy. Nie wiem, czy wszystko w nim mi się podobało. Pewnie miał w sobie coś, co mnie irytowało. Ale ja byłam tym pokojem, a on tą nutą i teraz Jacka nie ma. I wszędzie panuje cisza. Byłem przy Jacku, zaczął Dorrigo. Kiedy odchodził. Chciał zapalić pall malla.
[...]
Może wielu z nas nie wie, co to jest miłość. Dorrigowi nigdy wcześniej nie przyszło to do głowy. Może nie. Może po prostu dostajemy swoje twarze, życie, los, szczęście i nieszczęście. Niektórzy dostają dużo, a inni nic. Tak samo jest z miłością. Jak ze szklankami do piwa, znaczy są różnej wielkości. Dostajesz dużo albo nic, ale jak wypijesz, co twoje, to też nic nie masz. Człowiek niby o tym wie, a jakby nie wiedział. Może my w ogóle nad tym nie panujemy. Kochać to nie to samo, co budować jakiś mur albo dom. Ludzie zarażają się miłością jak katarem. Miłość unieszczęśliwia człowieka, a potem przemija. Ten, kto udaje, że jest inaczej, wchodzi na drogę do piekła.
[...]
Kiedy wszedł w wiek średni, Dorrigo przybrał na wadze, jego rysy stały się nieco wyolbrzymione i donkiszotowskie, jak gdyby był człowiekiem w każdym sensie przesadzonym i przejaskrawionym — jak gdyby, co lubiła powtarzać Ella, jego potencjometr został przekręcony prawie na maksymalną moc: wyglądał potężnie, był jednak jakoś dziwnie wyalienowany i miał dziwne, pytające oczy. Dla tych, którzy go podziwiali, te jego cechy stanowiły o wdzięku, a nawet elegancji Dorriga, natomiast dla ludzi mu niechętnych były to czynniki decydujące o jego irytującej ich inności. Zachował męski wygląd. Był wysoki, owszem, ale już przygarbiony wskutek upływu czasu, i wiedział, że ten aspekt jego wyglądu brano niekiedy mylnie za oznakę godności i powagi — nie był jednak niewdzięczny losowi za maskę, którą zyskiwał dzięki takiej pomyłce otoczenia. Przez ponad dwadzieścia lat, które minęły od zakończenia wojny, jego duch jakby spał, i chociaż Dorrigo bardzo się starał, by pobudzić go do życia wstrząsami i ryzykiem kolejnych, a czasami nawet współistniejących w czasie cudzołóstw, wybuchów gniewu, bezsensownych manifestacji współczucia i ryzykownych operacji chirurgicznych, nic nie pomagało. Duch Dorriga Evansa wciąż spał kamiennym snem. Jako lekarz podziwiał rzeczywistość, nauczał jej i starał się ją praktykować, chociaż prawdę mówiąc, wątpił w jej istnienie. Bycie częścią faraonowego systemu niewolnictwa, na którego szczycie stał boski król słońce, doprowadziło go do zrozumienia tego, że najpotężniejszą siłą w życiu jest nierzeczywistość. A jego życie, jak obecnie sądził, stało się teraz właśnie jedną wielką nierzeczywistością, w której wszystko, co nie było ważne — ambicje zawodowe, osobista pogoń za pozycją społeczną, kolor tapet, wielkość gabinetu czy problem stałego miejsca parkingowego — przesycone było wyjątkowym znaczeniem, natomiast to, co było naprawdę ważne — przyjemność, radość, przyjaźń, miłość — uchodziło pod pewnym względem za marginalne. Najczęściej prowadziło to Dorriga do nudy, a w sensie ogólnym — do dziwactw.
[...]
Od czasu do czasu jakaś kobieta niewłaściwie odczytywała jego intencje i wyobrażała sobie, że będzie z nim prowadzić wspólne życie, ale wtedy Dorrigo szybko leczył ją z choroby romansu. Z czasem zaczęto go uważać za człowieka zainteresowanego wyłącznie rozkoszą cielesną — a prawdę mówiąc, nic nie interesowało go mniej. Im dalej szarżował, tym dalej odsuwał się od niego wiatrak. Przypomniał sobie znaną z mitologii greckiej karę, polegającą na tym, że skazany nie może dostać tego, czego najbardziej pragnie. Syzyfowi udaje się wtoczyć kamień prawie na sam szczyt, ale wtedy głaz spada, a skazaniec musi wrócić na dół i zaczynać wszystko od początku następnego dnia. Podobne męki cierpi wiecznie głodny i spragniony Tantal, który przyniósł ludziom pokarm bogów i został skazany na to, by stać pośrodku jeziora i patrzeć, jak odsuwa się od niego woda, kiedy się pochyla, żeby się napić, a ciężka od owoców gałąź nad jego głową wymyka mu się, gdy tylko wyciąga rękę, chcąc zerwać jeden z nich i zaspokoić głód. Może na tym właśnie polega piekło, doszedł do wniosku Dorrigo, że człowiek wiecznie powtarza swoje porażki. Może on już w nim jest. Podobnie jak Sokrates, który odkrył duszę nieśmiertelną, umierając po zażyciu cykuty, Dorrigo znalazł prawdziwy przedmiot swojej miłości tam, gdzie nigdy go nie było: wśród innych kobiet, z których żadna nie była nią — Amy. Kiedy żar zaczął w nim gasnąć, Dorrigo zwrócił się w kierunku teatru zmysłowości, który okazał się jeszcze bardziej ponury niż seks bez ozdobników.
[…]
Czasami wydaje mi się, że on jest najbardziej samotnym człowiekiem na świecie, oświadczyła pewnego dnia Ella Evans w czasie obiadu dla komitetu wykonawczego związku chirurgów. I wszyscy się roześmiali. Nasz zacny, kochany Dorry? wyobraziła sobie ich reakcję. Najlepszy przyjaciel każdego faceta? Potajemny przedmiot pożądania każdej kobiety? Ale on wiedział, że ona wie. Był sam w tym małżeństwie, był sam ze swoimi dziećmi, był sam na sali operacyjnej, był sam w wielu organizacjach medycznych, sportowych, dobroczynnych i kombatanckich, do których należał, i był sam, kiedy przemawiał na spotkaniu tysiąca byłych jeńców wojennych. Otaczała go jakaś zmęczona pustka; tego sławnego i cieszącego się ogromnym szacunkiem lekarza otulała nieprzenikniona próżnia, jak gdyby żył już gdzie indziej, jak gdyby wiecznie rozwijał i zwijał swój bezkresny sen — albo nieustający koszmar, bo trudno dokładnie powiedzieć, co to było — w jednym miejscu, z którego nigdy nie uda mu się uciec. Był niczym latarnia morska, której światła nie da się zapalić na nowo. W snach słyszał swoją matkę, która wołała do niego z kuchni: Synku, chodź tu, mój mały! W środku zalegały jednak ciemność i chłód, kuchnia okazywała się jedynie kupą nadpalonych belek, popiołu i cuchnęło w niej gazem, a w domu nikogo nie było. Dorrigo Evans nie widział jednak swojego małżeństwa jako ziemi jałowej. Wcale nie. Po pierwsze, był przekonany, że nie powinien uważać związku z Ellą za porażkę ani myśleć, że nie kocha żony. Po drugie, oboje pracowali nad swoją miłością, stosując takie praktyki, jakie stosuje się w małżeństwach aranżowanych — gdyż trzeba przecież przyznać, że sami zaaranżowali swój związek.
[…]
I chociaż nie zapomniał o niej we wczesnych latach powojennych, bo Amy przez jakiś czas niewątpliwie stanowiła dla niego jedyny powód do życia, to teraz zaczęła jednak znikać z jego myśli. Starając się uciec przed zgubnym naciskiem pamięci, Dorrigo z kolosalnym smutkiem odkrył, że pogoń za przeszłością nieuchronnie prowadzi tylko do poczucia jeszcze większej straty. Pamiętać jakiś gest, zapach czy uśmiech oznaczało zrobić z niego nieruchomy odlew, gipsową, śmiertelną maskę, która rozsypywała się w proch w jego palcach, gdy tylko jej dotykał. A kiedy z biegiem lat jego pamięć o Amy ulegała stopniowej atomizacji, Ella stała się jego najbardziej nieustraszonym sprzymierzeńcem i doradcą, do którego miał największe zaufanie. Dawała mu ukojenie, kiedy wpadał we wściekłość; dodawała mu otuchy, kiedy napotykał na przeszkody i krok po kroku, jedno zdarzenie po drugim, jego pamięć o Amy tonęła powoli w wirze i błotnym osuwisku życia, aż wreszcie zaczął mieć trudności, by w ogóle coś sobie o niej przypomnieć. Mijały całe tygodnie, kiedy jej nie wspominał, potem ten okres wydłużał się w miesiące, a później wcale nie myślał o Amy przez pół roku. Zaczął czuć bijący od niego ten sam dziwny, okrywający go niczym koc zapach wspólnych drobiazgów codzienności, które przyszło im dzielić — jedzenia, ręczników, sztućców i kubków, zapach połączonych celów ich wspólnego życia; zapach, który wzbudzał w nim kiedyś taką odrazę, gdy wyczuwał go wokół Keitha Mulvaneya.
[...]
Tak jak meteoryt, który spadł na Ziemię w czasach prehistorycznych, odpowiada za istnienie ogromnego jeziora, tak obecność Amy kształtowała dla niego wszystko, nawet wtedy — a czasem zwłaszcza wtedy — gdy wcale o niej nie myślał. Stanowczo odmawiał wyjazdu do Adelaide, nawet gdy odbywały się tam jakieś ważne imprezy dla lekarzy albo weteranów wojennych. Ogrodem zainteresował się tylko raz — na co dzień zostawiał go Elli i ogrodnikowi — kiedy ku wielkiej wściekłości swojej żony kazał wyrwać duży i bardzo piękny krzak czerwonych kamelii zaraz po przeprowadzce do ich nowego domu w Toorak. Jego wieczna niewierność była w jakiś dziwny sposób wyrazem wierności wobec pamięci Amy, jak gdyby nieustannie zdradzając Ellę, oddawał Amy cześć. Nie myślał o tym w ten sposób i byłby przerażony, gdyby ktoś mu to powiedział, ale żadna kobieta, którą poznał w tamtych latach, właściwie nic dla niego nie znaczyła.
[...]
Zobaczyła go? Zawoła ją. Zawoła! A potem, w pełnym słońcu, wiszącym za jej plecami, zauważył, jak ściska w dwóch palcach sukienkę i podciąga ją wyżej, żeby zasłonić dekolt. Być może przez chwilę sądził, że w tym transcendentnym świetle Amy weźmie go w ramiona i zaprosi do swojego życia. Ale światło pojawia się tylko na początku. Chciał coś powiedzieć, gdy uświadomił sobie, że właśnie przeszli obok siebie bez słowa. Szedł dalej w cieniu, patrząc prosto przed siebie. Pomylił się, kompletnie się pomylił; co do niej, co do siebie, co do nich, co do ich miłości — zwłaszcza co do miłości. Pomylił się co do czasu. Nie mógł w to uwierzyć, ale musiał. Pomylił się co do jej śmierci, co do swojego życia, co do nich, co do wszystkiego, absolutnie wszystkiego. Waga tej pomyłki była tak duża i tak przytłaczająca, że nie był w stanie się jej przeciwstawić i zawrócić, zawołać Amy, pobiec za nią. Siłę, żeby się odwrócić, znalazł w sobie dopiero wtedy, kiedy dotarł na drugi koniec mostu. Amy nigdzie nie było widać.
[...]
Jak mu powiedzieć o spadku? Że dobrze jej się żyje po śmierci Keitha? O swoim drugim małżeństwie, przyjemnym, zabawnym, zawartym długo po wojnie, z pewnym bukmacherem, lepszym w traceniu pieniędzy niż w ich gromadzeniu, który przepuścił wszystko, a potem zniknął i podobno wyjechał do Ameryki? Z jej strony to właściwie wszystko. Było jeszcze kilku innych mężczyzn, krótkie albo bardzo krótkie romanse. Raczej bardzo krótkie. Jak mu powiedzieć, że to nie była miłość, nawet z tym bukmacherem? To było coś lżejszego — jak kapelusz, sukienka albo chmura. A kto pamięta kształt chmury? I ilekroć była już prawie gotowa, żeby napisać list albo zatelefonować, dostrzegała przed sobą wielką przeszkodę, bo przecież on ją odtrącił, nie próbując jej odszukać i nie wracając do niej po wojnie, chociaż obiecał to zrobić. A teraz ich sytuacja zmieniła się radykalnie: on był sławnym Dorrigiem Evansem, który wciąż piął się w górę, a ona była nikim i spadała coraz niżej. A potem przyszła diagnoza. Jak ma mu o tym powiedzieć? Siostra zawołała ją po raz drugi. Tak, odpowiedziała, jeszcze chwilę. Była strasznie zmęczona. Zapomniała tak wiele z tego, co się z nim wiązało. Ale to był on. Nie zginął i ona też żyła. To wystarczyło. Zdjęła naszyjnik i przesuwała perłę w palcach. Ogarniały ją różne uczucia. Potem odłożyła naszyjnik. Dorrigo stał się kimś albo więcej niż kimś — zrozumiała, że teraz jest raczej czymś, że nie jest już osobą.
[...]
Od czasu do czasu przypominała sobie pokój z widokiem na morze, księżyc i Dorriga, pozornie unoszącą się w ciemności zieloną wskazówkę budzika, odgłos fal, rozbijających się o brzeg, i uczucie, jakiego nie zaznała nigdy przedtem i już nigdy potem. Nie skontaktuje się z nim. On ma swoje życie, a ona swoje: nie można było marzyć, żeby je połączyć. A tego, o czym nie możemy marzyć, nigdy nie zrobimy. Za osiemnaście miesięcy — sześć więcej niż dawali jej lekarze — zostanie pochowana na podmiejskim cmentarzu, na niczym niewyróżniającym się placu pośród całych akrów podobnie niczym niewyróżniających się grobów. Nikt nigdy więcej już jej nie zobaczy, po pewnym czasie zatrą się nawet wspomnienia jej siostrzenic, a wtedy, zresztą tak jak i one same, znikną. Jedyne, co pozostanie, lśniące w długiej nocy ziemi, to ten naszyjnik z perłą, w którym, o co poprosiła już wcześniej, miała zostać pochowana.
[...]
Płomienie otaczały go w promieniu półmili, nie były jednak tak gwałtowne, żeby przypominały główne ognisko pożaru, chociaż Dorrigo nie miał zielonego pojęcia, jak coś takiego mogłoby wyglądać. Nie wiedział też, gdzie mieszka siostra Elli, bo nigdy wcześniej u niej nie był; wprawdzie znał jej adres, nigdzie nie widział jednak tabliczek z nazwami ulic. Nie bardzo widział też drogę, która stała się plątaniną płonących gałęzi, gdzie tu i ówdzie palił się jakiś samochód, padał deszcz rozżarzonych węgli i unosił się gęsty dym. Drogą, którą przebył raz prawie dwadzieścia lat temu w ciężarówce do przewozu piwa, jechał teraz niewiele szybciej niż w spacerowym tempie. Tu, gdzie w zadymce śnieżnej usiłował kiedyś znaleźć miłość, rozpaczliwie szukał teraz w gęstym dymie swojej żony i dzieci, przyglądał się podjazdom, poboczom, altanom i nieustannie wciskał klakson. Ale nikogo tu nie było. Uznał, że wszyscy uciekli albo zginęli. Niebo zniknęło, od czasu do czasu widać było tylko wściekle kłębiące się granatowo-czarne chmury, podświetlone z tyłu piekielnym, czerwonym światłem. Jechał dalej, skupiony na poszukiwaniach, przysuwając ucho jak najbliżej okna, które uchylił tylko na tyle, żeby kogoś usłyszeć, czyjeś wołanie, cokolwiek. I wtedy wydało mu się, że słyszy coś dziwnego, ale ponieważ wszystko wokół trzeszczało i szumiało, zlekceważył ten odgłos, sądząc, że to syczy parująca żywica z pękających drzew. Po chwili jednak odgłos powtórzył się; był słabszy, ale brzmiał jakoś inaczej. Zatrzymał samochód i wysiadł.
[...]
Kiedy zielony ford o poczerniałym i popękanym lakierze zjeżdżał, skrzypiąc i ślizgając się, z tej góry płomieni, Ella rzuciła spojrzenie Dorrigowi, któremu palce lewej ręki puchły już od bąbli wielkości baloników i były poparzone tak dotkliwie, że musiano mu potem przeszczepić na nich skórę. Ten człowiek jest tajemnicą, pomyślała, wielką tajemnicą. Zrozumiała, że nic o nim nie wie, że ich małżeństwo skończyło się, zanim się zaczęło i nie jest w mocy żadnego z nich, żeby to zmienić. Ford toczył się już tylko na trzech kołach i jednej wgniecionej feldze, chwiejnie wziął długi zakręt, i wtedy dostrzegli wreszcie w kłębach dymu azyl, jakim była dla nich blokada policyjna. Coś mi się zdaje, że Freddy Seymour więcej nie zaprosi cię na lunch, powiedziała Ella. A troje milczących, umorusanych sadzą dzieci, siedzących na tylnym siedzeniu, chłonęło to wszystko — duszący odór kreozotu, ryk wiatru i płomieni, szaleńcze kołysanie pędzącego samochodu, żar i wzruszenie otwarte i surowe niczym krwawa rana; udręczone, beznadziejne uczucie dwojga ludzi, żyjących razem w miłości, wciąż niebędącej miłością, jeszcze nie; żyjących niewspólnym życiem, które przecież dzielili; żyjących w konspiracji uczuć, chorób, tragedii, żartów i pracy; małżeństwo — dziwna, straszna ludzka „nieskończonościowość”. Rodzina.
[...]
Kiedy Jodie skończyła dziewiętnaście lat, jej mama umarła na białaczkę. Jimmy Bigelow przeżył żonę o dwadzieścia osiem lat. Nie traktował samego siebie poważnie i doszedł do wniosku, że świat jest z gruntu śmieszny. Lubił towarzystwo i znalazł w swoim życiu — albo w swoim spojrzeniu na nie — wiele rzeczy, którymi zachwycał się razem ze znajomymi. Wokół niego powstawał rozrastający się coraz bardziej przemysł wspomnieniowy, on jednak pamiętał z tamtych lat coraz mniej. Kilka żartów, kilka opowieści, smak kaczego jajka, które dał mu kiedyś „Brudas” Gardiner, nadzieję. Dobroć. Pamiętał, jak poszli pochować małego Wata Cooneya. Pamiętał, że Wat kochał ich wszystkich, że zawsze czekał w kuchni, dopóki ostatni jeniec nie wrócił z pracy, choćby było już nie wiadomo jak późno, zawsze zostawiał takiemu maruderowi coś do zjedzenia i pilnował, żeby każdy, bez względu na to, jak niewiele mieli pożywienia, coś dostał. Gdy stali nad jego grobem, nikt nie chciał pierwszy rzucić grudki ziemi. Jimmy nie pamiętał, że Wat Cooney zmarł w czasie marszu na północ, na Przełęcz Trzech Pagód, i nie pamiętał towarzyszących tej wyprawie okrucieństw. Nie takie rzeczy wyznaczały dla niego prawdę tamtych wydarzeń. Synowie coraz częściej korygowali jego wspomnienia. A co oni, do cholery, wiedzą na ten temat? Najwyraźniej wiedzieli o wiele więcej niż on. Historycy, dziennikarze, realizatorzy filmów dokumentalnych, a nawet jego rodzina, niech ją cholera weźmie, wytykała mu pomyłki, niekonsekwencje, lapsusy i zwykłe sprzeczności w jego różniących się od siebie relacjach. A kim on niby miał być? Encyklopedią Britannicą, do cholery? Wziął udział w tej wojnie. To wszystko. Kiedy puszczał sobie na kaseciaku Without a Song, to ten utwór też krył w sobie tajemnicę, bo przez chwilę Jimmy widział mężczyznę, który stoi na jakimś pniaku i śpiewa, i wtedy odczuwał to wszystko, czego nie zaznawał w innych sytuacjach. Jego słowa i wspomnienia były niczym. To wszystko żyło w nim. Czy oni tego nie rozumieją? Nie mogą po prostu zostawić go w spokoju? Jego myśli powoli wydestylowały wspomnienia z obozów jenieckich w coś pięknego. Jak gdyby kropla po kropli wyciskał z nich upokorzenie, którego zaznał, będąc niewolnikiem. Najpierw zapomniał o całym koszmarze tych lat, później o aktach przemocy, jakich dopuszczali się na jeńcach Japończycy. W podeszłym wieku mógł już powiedzieć szczerze, że nie przypomina sobie żadnych okrucieństw. Unikał tego, co mogłoby przywrócić mu pamięć o nich — książek, filmów dokumentalnych, historyków. Potem odrzucił wspomnienia o chorobach i o okropnym umieraniu, o cholerze, beri-beri i pelagrze. Zapomniał nawet o błocie, a potem o głodzie. I wreszcie pewnego popołudnia zdał sobie sprawę, że w ogóle nie pamięta czasu, który przyszło mu spędzić w obozie jenieckim. Umysł miał wciąż sprawny; wiedział, że kiedyś był więźniem, jak wiedział, że kiedyś był embrionem, ale z tego wojennego doświadczenia nic nie zachował w pamięci. Pozostała mu w niej natomiast nieodparta idea ludzkiej dobroci, równie niezaprzeczalna, jak piękna. W wieku dziewięćdziesięciu czterech lat wreszcie stał się wolnym człowiekiem.
[...]
Gdy umarł w domu starców po upadku ze schodów w pokoju na piętrze, gdzie karmił ptaki, Jodie znalazła w szafie jego trąbkę. Była stara, brudna i mocno pogięta. Zamiast na porządnym sznurku wisiała na kawałku czerwonej szmatki. Jodie sprzedała instrument na garażowej wyprzedaży swoich domowych staroci. Czasami w najmniej spodziewanym momencie powracał do niej śmiech ojca — w alejce w supermarkecie, gdzie szukała proszku do zmywarki albo w poczekalni u dentysty, kiedy przeglądała jakieś kolorowe pismo o celebrytach. W takich sytuacjach przypominała sobie, że nigdy nie był w stanie jej uderzyć, że jego ręka zawsze tylko trzęsła się nad nią, i słyszała głos ojca: To wszystko, co wiem. I w gruncie rzeczy wszystko, co ludzie powinni wiedzieć. A potem słyszała swój głos, pytający raz jeszcze: Co znaczy ta muzyka?
[...]
Dorrigo Evans przejeżdżał właśnie przez skrzyżowanie w Parramatta o trzeciej nad ranem — nikt później nie wyjaśnił publicznie, skąd wziął się w tym miejscu i o tej godzinie, mając niewielkie stężenie alkoholu we krwi — kiedy po raz pierwszy w życiu poczuł, że frunie, wyrzucony w powietrze nagłym uderzeniem, aby już nigdy nie powrócić na ziemię. Grupka pijanej młodzieży uciekała przed policją skradzionym subaru imprezą, który wpadł na skrzyżowanie na czerwonym świetle i zderzył się ze starzejącym się bentleyem Dorriga. Oba samochody zostały skasowane, dwóch młodych ludzi zginęło, a jeden z największych australijskich bohaterów wojennych, którego siła zderzenia wyrzuciła na drogę przez przednią szybę, został ciężko ranny. Umierał przez trzy dni i w tym czasie nawiedzały go najbardziej niezwykłe sny, jakie miał w swoim życiu.
[…]
Nagle do ociągającego się żołnierza podszedł jeden z japońskich podoficerów i zaczął go brutalnie bić po twarzy bambusową trzciną. Chłopak natychmiast wyprostował się, szczeknął kilka słów przeprosin i skupił wzrok z powrotem na ciągnącej się przed nim dżungli. Dorrigowi wydało się jasne, że nie rozumiał, dlaczego został pobity i co tutaj robi, podobnie jak australijscy jeńcy nie mogli zrozumieć swojego nieszczęsnego losu. Jak daleko stąd jest jego dom, zastanawiał się Dorrigo. Mieszka na farmie? Czy w mieście? Pewnie jest jakieś miejsce, dolina, ulica, alejka, zaułek, o których być może marzy, miejsce słońca i pieściwego wiatru, odświeżających deszczów, miejsce ludzi, którzy o niego dbali i śmiali się razem z nim, miejsce, leżące daleko od tego smrodu zgnilizny, od duszącej zieleni, od bólu i zwyrodnialców, którzy po prostu nienawidzili i uczyli nienawiści, i którzy zmusili świat, żeby nienawidził. Kiedy młodziutki żołnierz odchodził ciężkim krokiem, Dorrigo zauważył, że krwawi na twarzy od uderzeń bambusa, jego prosty mundur jest brudny, podarty i sparciały, a chłopak po prostu nie ma serca do wojny i służby wojskowej. Gdyby jednak dostał rozkaz, to nawet on, ten niosący lampę młodziutki Japończyk o łagodnym wejrzeniu, zabijałby brutalnie i mógłby sam zostać zabity. [...] Wyszeptał:
Bo celem jest moim
Żeglować poza słońca zachód,
Pod gwiazd ulewą — potąd, aż nie umrę.
Co on mówi? spytała jedna z pielęgniarek. Majaczy, odparła druga. Lepiej idź po lekarza. To albo morfina, albo koniec, a może jedno i drugie. Jedni nic nie mówią, inni przestają oddychać, a jeszcze inni majaczą. Kiedy politycy, dziennikarze oraz pajacowaci prezenterzy radiowi i telewizyjni rywalizowali między sobą, wymyślając coraz bardziej szaleńcze panegiryki na temat człowieka, którego nigdy nie rozumieli, Dorrigo marzył tylko o jednym dniu, w którym tych stu żołnierzy ściskało mu dłoń. Myślał o „Brudasie” Gardinerze, Jacku Rainbowie i „Maleńkim” Middletonie. O Micku Greenie. O Jacku Mirorskim i o „Cyganie” Nolanie. O małym Lennym, który wraca do swojej mamy w Mallee. O tysiącu innych — nazwiska zapamiętane, nazwiska zapomniane, morze twarzy. Amie, amante, amour. Jedno życie nakładało się na drugie, Dorrigo szeptał niewyraźnie, każde słowo było teraz objawieniem, jak gdyby zostało napisane dla niego, jak gdyby poemat był jego życiem, a życie poematem. Mało i mnie zostaje. Ale chwila każda Ciszy wieczystej jest wydarta. Więcej… …Więcej… więcej… Zapomniał kilku wersów i nie wiedział już, jaki to jest poemat ani kto go napisał, do tego stopnia poezja stała się nim. Siwy duch, pomyślał przygnębiony, ale może jednak coś mu się przypomina? …Tak, to jest to…
(…) podle
Byłoby dla słońca grzech gromadzić siebie,
Swego siwego ducha, który tęskni
Za wiedzą jak za gwiazdą spadającą,
Chcąc myśli ludzkiej przekroczyć granice.
Odczuwał wstyd, stratę i wydawało mu się, że jego życie zawsze było tylko wstydem i stratą, a teraz jakby światło przygasało, wołała go mama: Mój mały! Synku! Nie mógł jej jednak znaleźć, wracał do piekła, i było to piekło, z którego nie miał nigdy uciec. I przypomniał sobie twarz śpiącej Lynette Maison, i te miniaturki whisky Glenfiddich, które wypił przed wyjściem z jej pokoju, i rysunki „Królika” Hendricksa, przedstawiające „Brudasa” Gardinera siedzącego w wygodnym fotelu, na którego obiciu pływały srebrzyste rybki, w syryjskiej wiosce, gdzie za chwilę miał zginąć „Robal” Burrows razem ze swoją nastroszoną czupryną. I z niewiadomego powodu wydawało mu się idiotyczne, że ten rysunek ocalał i miał być powielany bez końca, mimo że Burrowsa już nie było i z jego życiem nie dało się połączyć żadnej przyszłości ani znaczenia. Nad Dorrigiem stał ktoś w niebieskim kitlu. Dorrigo chciał przeprosić tę osobę, lecz kiedy otworzył usta, wyciekła z nich tylko ślina. [...] Nieważne. Leciał teraz na łeb na szyję, do tyłu, wpadał w coraz szybciej kłębiący się wir ludzi, rzeczy i miejsc, obracając się wokół własnej osi, wpadał coraz głębiej i głębiej w narastającą, rozpaczającą, roztańczoną burzę spraw i rzeczy zapomnianych lub zapomnianych częściowo, w burzę opowieści, fragmentów wierszy, twarzy, opacznie zrozumianych gestów, odtrąconej miłości, czerwonej kamelii, płaczącego mężczyzny, drewnianego kościoła, kobiet, światła, które skradł ze słońca… Przypomniał sobie jeszcze jeden poemat, który widział w całości, chociaż nie chciał go widzieć ani znać. Zobaczył płonące oczy Charona, wpatrzone w jego oczy, chociaż nie chciał ich oglądać. Poczuł smak obola, wsuniętego mu przemocą w usta i pustkę, w którą się przeistaczał… i wreszcie zrozumiał jej znaczenie. Ostatnie słowa Dorriga, których świadkiem był sudański pielęgniarz, brzmiały: Naprzód, panowie. Do walki z wiatrakami.
[...]
Zgasił lampę, żeby oszczędzać paliwo, i zapalił ogarek świecy. Długo przypatrywał się płomieniowi, który nie chciał zgasnąć. Dym rozciągał się w maleńkie pyłki, podskakujące w górę i w dół w pulsujących aureolach światła świecy. Popatrzył na światło, na kurz. Jak gdyby istniały dwa światy. Ten i drugi, ukryty, prawdziwy, pełen nieokiełznanych, fruwających cząsteczek, które wirują, połyskują i przypadkowo odbijają się od siebie, a w wyniku ich zderzeń powstają nowe światy. Uczucie jednego człowieka nie zawsze wystarcza, żeby ogarnąć życie. Uczucie czasami w ogóle niewiele ogarnia. Dorrigo zapatrzył się w płomień. Amy, amante, amour, szepnął, jak gdyby te słowa były pyłkami wznoszącego się i opadającego kopciu, jak gdyby ta świeca była historią jego życia, a Amy jej płomieniem. Położył się na pryczy. Po jakimś czasie znalazł i otworzył książkę, którą czytał już od pewnego czasu i która, jak miał nadzieję, dobrze się skończy. Był to romans i Dorrigo chciał, żeby się dobrze skończył, żeby bohaterowie odnaleźli miłość, a także spokój, radość, odkupienie i zrozumienie. „Miłość to jedna dusza w dwóch ciałach”, przeczytał, po czym przewrócił kartkę. Ale dalej nie było już nic — ktoś wyrwał ostatnie strony i użył ich jako papieru toaletowego albo bibułek do papierosów, nie było więc nadziei, radości ani zrozumienia. Zabrakło ostatniej stronicy. Książka jego życia po prostu się urwała. Pod nim było tylko błoto, a nad nim ohydne niebo. Zabraknie mu spokoju i nadziei. Ta historia miłosna będzie trwać już zawsze, całą wieczność, aż do końca świata. Będzie żył w piekle, bo miłość jest także piekłem. Odłożył książkę. Nie mógł zasnąć, wstał i podszedł do wyjścia z baraku, wokół którego wciąż bębnił rzęsisty deszcz. Księżyc gdzieś się zapodział. Dorrigo ponownie zapalił lampę naftową, wziął ją i poszedł oddać mocz do bambusowej wygódki po drugiej stronie obozu. Wracając, zauważył, że przy błotnistej ścieżce, pośród wszechogarniającej ciemności, rośnie jakiś karmazynowy kwiat. Pochylił się i oświetlił ten maleńki cud światłem lampy naftowej. Długo stał zgarbiony w strugach deszczu. Potem wyprostował się i poszedł dalej.
Richard Flanagan, Ścieżki Północy
Powieść obyczajowo-historyczna Richarda Flanagana – australijskiego pisarza, historyka i filmowca przenosi akcję tej wielowątkowej opowieści przede wszystkim na antypody do Australii i jej pobliskiej Tasmanii, choć również w reminiscencjach narratora do monsunowej dżungli na drugo-wojenne pogranicze birmańsko-syjamskie, także do powojennej Japonii, generalnie w umownie określone czasy lat czterdziestych, może po lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Historia krzyżujących się australijskich i japońskich życiorysów tak w czasie drugiej wojny światowej, jak i potem w pokojowym życiu codziennym to przede wszystkim przekaz, wobec którego nie można przejść obojętnie. Flanagan w mistrzowski sposób oddaje do podświadomych rąk czytelnika skomplikowaną strukturę duchowości i świadomości osamotnionego w tej dużej historii człowieka, który się znowu uczy świata do ostatnich swych dni pomiędzy tymi dwoma niewiadomymi, jakimi są narodziny i śmierć biologiczna. W bezużyteczności jakiejkolwiek przemocy, jak i w eteryczności miłości Człowieka do Człowieka osadza się starogrecki mit o Syzyfie, w którym to właśnie praca na marne wykoślawia czasoprzestrzeń naszego krótkiego życia. Opowieść Flanagana to zbuntowany krzyk, w którym prawdy dostępują ci, co porzucają łatwą przemoc i zgubną w domyśle miłość tak naprawdę własną.