21.11.2025

„…czuję się jak
wydrążona skorupa,
w której
pustka odbija się
głośnym echem.”
[…]
WYOBRAŻAM SOBIE, ŻE WYDZIEDZICZAM Hansa i robię wszystko, żeby nic nie dostał. On mi na to odpowiada, że chce mi odebrać Sixtena, dla naszego wspólnego dobra, bo tacy starzy ludzie jak ja nie powinni już chodzić do lasu, a takie psy jak Sixten muszą się wybiegać, tymczasem ja mogę mu zaoferować jedynie krótkie spacery lokalną drogą. Patrzę na Sixtena, który leży obok mnie na kuchennej kanapie. Szeroko ziewa i wygodnie układa łeb na moim brzuchu. Zagrzebuję spuchnięte palce w jego sierści i kręcę głową. Co ten Hans wie! Za cholerę nie pozwolę, żeby odebrał mi psa. Ingrid, która stoi przy kuchennym stole, wzdycha. Niczego nie mogę panu obiecać, ale zrobię wszystko, co możliwe, żeby panu pomóc – zapewnia. Bo ja też uważam, że to nie jest w porządku. – Zapisuje coś w dzienniku Pomocy Domowej. Kiwam głową i lekko ściągam usta. Jeśli ktoś mógłby mi pomóc w tej sprawie, to na pewno ona. Ogień trzaska w kominku, płomienie tańczą po brzozowych polanach; trudno mi od nich oderwać wzrok. Wracam myślami do porannej rozmowy z synem i znowu ogarnia mnie złość. Za kogo on się uważa? To nie on powinien decydować, z kim ma zostać Sixten. Na chwilę zamykam oczy, ponieważ kiedy się złoszczę, ogarnia mnie zmęczenie. Wsłuchuję się w ruchy Ingrid i mój oddech staje się cięższy. Gniew powoli mija, a zamiast niego pojawia się coś, co od pewnego czasu nie daje mi spokoju. Czuję się tak, jakby ktoś mnie piłował w okolicy mostka. Wydaje mi się, że pewne rzeczy powinienem robić inaczej.
[…]
Ingrid nigdy mnie w ten sposób nie poniża. Leżę na jednej z twoich starych kołder zrobionych ze ścinków, układam nogi w innej pozycji i obserwuję Ingrid. Na pewno ma miłe, uprzejme i dobrze wychowane dzieci. Biorę do ręki kubek zupy z dzikiej róży, który Ingrid postawiła na kuchennym stole. Chłodny, gęsty napój wypełnia mi usta. Zupa z dzikiej róży to jeden z moich przysmaków. Nadal ją lubię, podczas gdy wiele innych potraw zmieniło z czasem smak. Ciastek z bitą śmietaną nie jestem już w stanie jeść – mają smak pleśni. Mimo to Hans z uporem maniaka mi je kupuje. Jesteś taki chudy – mówi, jakby to była moja wina, że cierpię na zanik mięśni, albo jakbym to ja wymyślił coś takiego jak bezwartościowe, starzejące się ciało.
[…]
Niektórzy pracownicy Pomocy Domowej nie potrafią rozpalić ognia w kominku. Korę brzozową kładą na samej górze zamiast na dole, by na niej ułożyć stos polan i podpalić je od góry. Na początku próbowałem ich instruować, jak i co mają robić, ale później przestałem. Ci młodzi radzą sobie z tym najgorzej. Wiele można by powiedzieć o Starym, ale to on mnie nauczył, jak się to robi. Przynajmniej to mi po nim zostało. Dzisiejsza młodzież patrzy przed siebie nie dalej niż w perspektywie paru dni. Zwykle czekają, aż im się wszystko poda na tacy i nie potrafią robić rzeczy, których my uczyliśmy się w młodości. Ciekawe, jak by się zachowali, jeśli doszłoby do jakiegoś kataklizmu, gdyby na przykład elektrownia wyłączyła prąd albo przestały funkcjonować gminne wodociągi i zabrakłoby im wody. Jestem pewny, że rozsypaliby się jak domek z kart. Długo wpatruję się w ogień. Gdyby te wszystkie nieszczęścia spadły na mnie, piłbym wodę ze strumienia, dom ogrzewałbym drewnem i korzystałbym z zapasów żywności zgromadzonych w piwnicy. Płomienie wgryzają się w korę brzozową i zamienia się w gwałtowny ogień. Ich żółty taniec przypomina mi Hansa. Jako chłopiec często i długo wysiadywał przed kominkiem i jak zaczarowany wpatrywał się w ogień. W tamtych czasach nadal byłem dla niego prawdziwym autorytetem, więc wsłuchiwał się uważnie w każde moje słowo.
[…]
Przykładam szal do twarzy i wdycham jego zapach. Zamykam oczy, bo zaczynają mnie szczypać, a nie chcę się rozpłakać. Ingrid twierdzi, że to wilgotnienie oczu jest w moim wieku czymś normalnym. Łzy pojawiają się przy większości wspomnień. Kupiłaś ten szal na targu, kiedy Hans był tak mały, że jeszcze nie chodził. Siedział w wózku, który dostaliśmy od sąsiadów mieszkających po drugiej stronie drogi. Pamiętam, że miał duże koła, a ty powiedziałaś, że to dobrze, bo będą się nadawały na nasze piaszczyste drogi. Szal był na początku jednolicie ciemnoczerwony, ale później co pewien czas naszywałaś na niego różnobarwne łatki. Kiedy na dworze było zimno, owijałaś nim szyję, a przy ładnej pogodzie zarzucałaś go na ramiona.
[…]
Idę do łazienki, jęcząc, rozpinam dżinsy i opuszczam je na podłogę. Patrzę w lustro i widzę w nim żylastego faceta. Oczy mnie szczypią i nie dostrzegam wszystkich szczegółów swojego ciała, przez co postać w lustrze przypomina obraz olejny namalowany zamaszystymi ruchami pędzla. Uwagę zwracają długie włosy i broda. Postać w lustrze przypomina mi Starego, a moja twarz jego twarz, chociaż golił się do ostatniego dnia życia i przy każdej okazji robił aluzje do mojego wyglądu.
[…]
Głos ma dziwnie zestresowany. Nigdy nie wiem, co powiedzieć, kiedy nasz syn taki jest. Po prostu nie znam się na tych sprawach. Nie mam pojęcia, czym jest stres, wypalenie zawodowe albo jak to tam nazywają. Kilka lat temu Hans prawie zapracował się na śmierć. Tak to właśnie określiłaś. Potem tygodniami leżał w łóżku z opuszczonymi w oknach żaluzjami. Wzięłaś zapasowy klucz, weszłaś do niego, ugotowałaś mu coś do jedzenia i posprzątałaś. Czasem tam z tobą szedłem, żeby z nim pogadać, ale z trudem wydobywałem z niego pojedyncze słowa. Nie miałem pojęcia, jak mu pomóc. Nie mógłby mniej pracować? Dlaczego tego nie zrobi, skoro jego robota jest tak stresująca? Ich firma zatrudnia wiele osób i co druga cierpi na wypalenie zawodowe. Tak przynajmniej twierdzi Hans. Ja przepracowałem czterdzieści siedem lat, ale nikt się nigdy nie wypalił, chociaż to naprawdę była ciężka harówka. Nie rozumiem więc, jaki popełniają błąd w firmie Hansa. Mam ochotę go spytać, dlaczego nie zmienią systemu pracy, ale zrobiłby niezadowoloną minę, więc się przed tym powstrzymuję.
[…]
Odkładam telefon na stół. To, co Hans zamierza zrobić z Sixtenem, i los, jaki chce nam obu zgotować, porządnie mnie wkurza, ale oprócz złości ogarnia mnie też inne uczucie: podejrzenie, że kiedyś popełniłem jakiś błąd. Mimo wszystko żałuję, że nie potrafię mu doradzić, co powinien zrobić, żeby przestać się stresować. Może kiedy się uspokoi, poniecha swoich planów związanych z Sixtenem? Niestety, nie wiem, co zrobić, żeby przestał się tak miotać. Zazwyczaj nie masz na głowie tylu zmartwień – odparł Ture w czasie naszej ostatniej rozmowy przez telefon, kiedy spytałem go, czy jego zdaniem Hans jest tak zestresowany przeze mnie. W radiu mówili, że przeżycia z lat dzieciństwa mogą się odcisnąć na człowieku silnym piętnem.
[…]
Ty jesteś całkiem inny – stwierdził. Takich jak ty stres się nie ima. Więcej tego tematu nie drążyłem, bo zaczęliśmy rozmawiać o czymś innym, ale teraz zastanawiam się, co Ture miał na myśli. Co to znaczy „takich jak ty”? Niby jaki jestem? Taki sposób mówienia jest dla niego typowy. Nie wiem, jak to nazwać – analizuje ludzi albo coś w tym stylu. Jego wyobraźnia obejmuje różne sfery naszego życia. Ture wymyśla różne rzeczy, nie wiedząc, jak się mają do rzeczywistości, ale mnie to nie przeszkadza. Przeciwnie, chyba właśnie z tego powodu zostaliśmy przyjaciółmi. Kiedy zatrudnił się w naszym tartaku, ja pracowałem tam już dziewiąty rok. Objął jedno z nowych stanowisk dla inżynierów. Szybko okazało się, że jest inny niż ci, którzy pracowali „na piętrze”. Pierwszego dnia zszedł energicznym krokiem po spiralnych schodach do naszej stołówki, żeby zjeść z nami lunch. Dzień dobry, mam na imię Ture i dzisiaj zaczynam pracę – oznajmił głośno i rozejrzał się. Kilka osób, które siedziały na końcu sali, popatrzyło na niego z zaciekawieniem. Nikt się nie odezwał, ale Ture miał taką minę, jakby się tym w ogóle nie przejmował. Usiadł po prostu przy stoliku i wdał się z kimś w rozmowę.
[…]
Milczałem, bo miał rację. Bywa, że kiedy wstaję, mam problem z rozpaleniem ognia w kominku. Wystarczy jednak uchylić drzwi wejściowe i zrobić przeciąg, a wtedy nawet lekki powiew sprawia, że z polan unosi się płomień. Deski sufitowe są długie i szerokie, wykonane z pięknego drewna. Stary kupił je od rodziny, która mieszkała parę kilometrów od nas, w górnej części wsi. Ciekawe, czy po mojej śmierci Hans przemaluje sufit na inny kolor. A może sprzeda dom w jego obecnym stanie? Przecież Ellinor nie będzie tu mieszkać. Szerokie deski, sęki i falujący kształt przypominają mi o moich początkach w tartaku w Ranviken. Do dzisiaj pamiętam tamten dzień, kiedy pierwszy raz pojechałem ze Starym do tartaku. Wczesnym rankiem stanąłem z rowerem przed naszym domem i czekałem, aż Stary wyjdzie na dwór. Wprawdzie wcześniej już bywałem w tartaku – w czasie ferii szkolnych układałem tam deski w sągi – ale tym razem chodziło o coś innego. Skończyłem szkołę i chciałem podjąć stałą, prawdziwą pracę, żeby być jak Stary i inni mężczyźni.
[…]
Czasem udaję, że jestem nim. W takich chwilach prawie czuję, jak ziemia uciska podeszwy moich stóp, a mięśnie pracują intensywnie. Zwłaszcza kiedy Sixten biega po łące. Żeby mógł pędzić w szybkim tempie, wszystkie jego mięśnie muszą energicznie pracować. Gdy dochodzę do poręby, o coś się potykam, ale na szczęście tuż przed upadkiem odzyskuję równowagę. Osłabienie nachodzi mnie bez ostrzeżenia. Siadam na powalonym pniu na leśnej polanie i opieram się o rosnące obok drzewo. Kiedyś przychodziłem tu ze szczeniakami, które hodowałem, bo wybierałem taką drogę dla tych małych stworzeń, żeby się za bardzo nie zmęczyły i miały siły wrócić do domu. W zagłębieniach ścieżki zebrały się resztki topniejącego śniegu i stoi w nich woda. Pamiętam, że lubiłaś takie miejsca. Wchodziłaś tam w butach, jakbyś chciała sprawdzić, czy rzeczywiście są wodoszczelne.
[…]
Obaj jesteśmy zgodni, że Ingrid i Malin są w tym najlepsze. Jeśli chodzi o pozostałych opiekunów z Pomocy Domowej, to uważam, że ci, którzy obsługują mnie, są generalnie lepsi od tych, którzy opiekują się moim przyjacielem. Na początku mierzyliśmy im czas pracy i chociaż obaj mamy tyle samo minut przeznaczonych na prysznic i pójście do toalety, zauważyłem, że moi opiekunowie zostają u mnie dłużej niż ci, którzy przychodzą do niego. Czasem bywa nawet tak, że zostają u mnie poza wyznaczony czas. Z wyjątkiem jędzy, która mnie odwiedza. Ture zajada tartaletkę [mini tarty z ciasta kruchego – przyp. aut.] i mlaska, co oznacza, że ciastko mu smakuje. Zerkam na stół, żeby sprawdzić, czy nie leży na nim jakaś czekoladka albo batonik, ale nic nie ma. Wiem, że Ture niezbyt ci się podobał. Nie twierdzę, że go nie lubiłaś, ale kiedy cię pytałem, dlaczego w czasie jego wizyt jesteś taka milcząca, odpowiadałaś, że sprawia dziwne wrażenie i nie potrafisz go rozgryźć.
[…]
Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałem z naszą wnuczką. Czy było to przed moją ostatnią rozmową z nim, czy zaraz po niej. Czas i wspomnienia zlewają się, tworząc jednolitą papkę. Bywa nawet i tak, że pierwsze lata, które z tobą spędziłem, wydają mi się bliższe niż kilka ostatnich tygodni. Odwiedzają mnie moi dawni nauczyciele i koledzy szkolni, a wraz z nimi wracają wspomnienia, które próbuję wyprzeć z pamięci. Czasem po minie Hansa widzę, że powiedziałem coś głupiego, na przykład o czymś, co należy do innej epoki. W takich momentach w jego oczach pojawia się wyraz troski i Hans milczy albo zmienia temat rozmowy, a ja czuję się jak zwykły głupek i od razu chcę się usprawiedliwiać. Nasz syn robi jednak taką minę, jakby nie chciał mnie wysłuchać.
[…]
Po dwóch godzinach wraca Marita. Sixten wbiega do kuchni i wskakuje na kanapę. Nie spałem, więc od razu usłyszałem, jak jej samochód nawraca na podjeździe. Leżałem i czekałem, aż zjawi się Sixten. Czuję się tak, jakbym zaraz miał eksplodować. Sixten wciska mi nos pod pachę i wygodnie się układa. Głaskam go po boku i czuję, że ma chłodną sierść. Zauważyło go małżeństwo, które niedawno wprowadziło się do Vråkäng – mówi Marita. Biegał koło lasu. Wyglądają na porządnych ludzi. Ona jest psycholożką z Växjö.
[…]
Przesuwam kciukiem po jej twarzy. Hans na pewno ucieszy się z tych zdjęć. Poprawią mu humor. Mam nadzieję, że nie tylko zmieni zdanie w sprawie Sixtena, ba, jestem przekonany, że dzięki tym fotografiom nasze wzajemne relacje się poprawią. Odkładam wybrane zdjęcia na bok. Próbuję wcisnąć karton z powrotem do skrzynki, ale chociaż naciskam ze wszystkich sił, niewiele to pomaga. Ture nie ma wnuczki, więc jego ród wygaśnie wraz z nim. Kiedy serce mojego przyjaciela przestanie bić, historia jego rodziny dobiegnie końca. Biorę fotografie i mocno trzymam je w dłoni. Dzięki Ellinor ja też będę w pewien sposób żył dalej. Być może opowie swoim dzieciom o tobie i o mnie. Ciekawe, czego się od niej dowiedzą. Jeszcze raz patrzę na zdjęcia. Kiedy Hansowi urodziła się córka, był z tego tak dumny, że ciągle o niej mówił. Każdy najmniejszy ruch, jaki wykonała, wydawał mu się fantastyczny. Nie musiałaś go o nic pytać, bo słowa same płynęły mu z ust. W tym szczególnym dla niego okresie patrzyliśmy na siebie w taki sposób, jakbyśmy wiedzieli coś, o czym nikt inny nie wie. Mieliśmy coś, do czego żaden inny człowiek nie miał dostępu.
[…]
Zapomniałeś? Jedziemy odwiedzić mamę. Patrzę mu w oczy i widzę, że są podkrążone. Jego oczy wyglądają dokładnie tak jak twoje. Oprócz ust i pod- bródka, które twoim zdaniem odziedziczył po mojej rodzinie, wszystko inne w nim przypomina ciebie. Ma takie samo wysokie czoło i krągły nos. Uderza mnie, że nasz syn stanowi mieszankę ciebie i mnie z lat naszej młodości. Takich, jakich nas zapamiętałem. A teraz jestem dla ciebie kimś obcym. Nie zapomniałem – odpowiadam i odwracam się zdecydowanym ruchem. Możemy jechać.
[…]
Teraz zwalnia i wjeżdża na most. Przed nami rozciąga się miasto, które opada w stronę jeziora Storsjön. Szczerość naszego syna często wywoływała mój gniew, ale było w nim coś, czego mu zazdrościłem: wiara we własne słowa, pewność siebie i przekonanie, że ma prawo mieć inne zdanie. Wjeżdżamy na parking przed ośrodkiem dla osób z demencją; elektryczny samochód toczy się bezszelestnie. Żal ściska mi serce, ogarnia mnie nagła niechęć do całego świata. Hans jak zwykle parkuje przed brzozowym gajem, który oddziela ośrodek od przedszkola. Rozpina pas bezpieczeństwa i wyjmuje telefon. Niech ich diabli wezmą! – mruczy, uiszczając opłatę. Żeby jeszcze kasować za parking! Pamiętam, że kiedy tu trafiłaś, parking dla odwiedzających był za darmo.
[…]
Od dawna nie nosisz butów z cholewkami ani żadnego ciężkiego obuwia, bo kiedy personel zabiera cię na spacer, najczęściej idziecie nie dalej niż do parku. Przepraszam, nie widzieliście gdzieś klucza? Zjawiłaś się nagle w wąskim korytarzu z rękami luźno zwisającymi po bokach. Smutny widok, bo chociaż byłaś niezbyt wysokiego wzrostu, zawsze wyglądałaś na silną kobietę. Od pewnego czasu pytasz nas w czasie takich wizyt o klucz, a mimo to za każdym razem jesteśmy zdziwieni tym pytaniem. Mamo, to przecież my – odpowiada Hans i kładzie dłoń na twoim ramieniu, jakby miał nadzieję, że twój stan się polepszył, że nas poznasz, a potem usiądziemy sobie przy stole i razem zjemy ciastka, które kupił. Nasz syn upiera się, że takie wizyty działają na ciebie pozytywnie, chociaż ja tego po tobie nie widzę. A może jednak ma rację?
[…]
Teraz siedzisz na krześle i przez potrójną szybę patrzysz na dwór, a mnie przypominają się nasze pierwsze dni w Renäs. Czasem stałaś milcząca i wpatrzona we wznoszące się w oddali góry Oviksfjällen. Przez pierwsze tygodnie prawie w ogóle się nie odzywałaś. Myślę, że tęsknota za rodzinnym domem przyprawiała cię o chorobę. Zastanawiałam się, czy to nie byłoby coś dla mnie – powiedziałaś któregoś wieczoru po długim milczeniu, kładąc na stole wycinek z prasy. Odsunąłem talerz i zobaczyłem ogłoszenie o kursie dla przyszłych sekretarek. Z jego treści wynikało, że nie jest wymagane ukończenie szkoły średniej. Nie musisz pracować – odparłem, odkładając wycinek na stół. Potem już o tym nie rozmawialiśmy.
[…]
Wzruszyłem ramionami, bo co on mógł wiedzieć o tych sprawach? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że Sonja poznała jakiegoś faceta i zaczęła się z nim spotykać. Z nami było inaczej, bo było nam ze sobą dobrze. Nie kłóciliśmy się i lubiliśmy swoje towarzystwo. A oni? Zdarzało się, że urządzali sobie sceny w miejscach publicznych, na oczach obcych ludzi. Któregoś razu Hans spóźnił się na umówioną kolację do restauracji i Sonja tak na niego nakrzyczała, że wszyscy ją słyszeli. Zresztą on też nie był lepszy, bo czasem zadzierał nosa. Kiedy był w złym humorze, wyżywał się na niej z byle powodu. Nie chcę być złośliwy, ale ja nigdy się do ciebie tak nie odzywałem. Bywało, że wpadał w depresję. W takich sytuacjach namawiałem go na wyprawę na ryby, ale nie miał ochoty. Czasem przywoziłaś mu wiejskie produkty, które tak lubił.
[…]
Dochodzę do wniosku, że chodzi mu o twoją pamięć, i w pełni się z nim zgadzam. To dziwne, jak bardzo się zmieniłaś. Niewiele zostało z kobiety, jaką byłaś dawniej. A przecież to całe nasze życie! Mimo to ciągle sobie wmawiam, że jednak coś musiało w tobie pozostać. Na przykład wspomnienia, które pojawiają się w twoich snach, albo obrazy przesuwające się przed twoimi oczami, kiedy patrzysz przez okno. A może mi się tak tylko wydaje? Bo gdybym tak nie myślał, odczuwałbym ból. Jeszcze raz oglądam fotografie. Moją uwagę przykuwa ta, na której ciągnę Ellinor na lapońskich sankach. To chyba ty nas sfotografowałaś. Stoję wyprostowany i mam na sobie uprząż. W jednej ręce trzymam kij, w drugiej piłę i patrzę w kierunku lasu. Ellinor ma zadowoloną minę i zaróżowione policzki. Zdjęcie zrobiono w ciągu dnia, bo na dworze jest jasno. To na nas spadał obowiązek, żeby co roku przywieźć z lasu do domu świąteczne drzewko. Kiedy Ellinor była bardzo małą dziewczynką, sadzaliśmy ją na sanki i opatulaliśmy w futra, a sami przypinaliśmy sobie narty. Byliśmy naprawdę razem: ty, ja i Ellinor.
[…]
Jak leci w pracy? Ostatnio często pracowałem po godzinach, co oznacza, że wszystko jest w porządku. Wydawało mi się, że dla każdego człowieka sprawą oczywistą powinno być to, żeby pracować jak najmniej. Chyba każdy chce mieć krótszy dzień pracy. Z tego, co powiedział Hans, wynika jednak, że jest wprost przeciwnie: że ludzie chcą się zapracowywać na śmierć i robią to z własnej woli. Ture twierdzi, że ta kwestia nie podlega dyskusji, bo przecież żadna partia polityczna nie ogłosi, że powinniśmy mieć więcej wolnego czasu.
[…]
Idę do łazienki, patrzę w lustro i widzę człowieka z ponurą miną. Pod oczami ma wielkie worki wypełnione jakąś cieczą. Mrugam, żeby odzyskać ostrość widzenia, odchrząkuję i wypluwam ślinę. Żółty śluz przylepia się do ścianek sedesu; nie mogę go spuścić razem z wodą, ale w końcu odkręcam kran, puszczam wodę i myję umywalkę do czysta. Napisałem do ciebie list, bo mi się śniłaś. Wyszedłem na dwór i przez pewien czas stałem w miejscu, obserwując różowy horyzont nad grzbietem wzgórz. W noc świętojańską rok przed naszym ślubem uparłaś się, żeby pójść nazbierać kwiatów na łące nad drogą, tam, gdzie wynajmowaliśmy pokój w Hissmofors. Czy może być coś piękniejszego? – spytałaś, wykonując zamaszysty ruch ręką nad tym oceanem kwiatów. Szczerze mówiąc, pomyślałem wtedy, że skoro chcesz zbierać kwiaty o tak późnej porze, to na pewno masz nie po kolei w głowie. Kiedy jednak ujrzałem twój wzrok, byłem gotowy zrobić wszystko, żeby sprawić ci radość.
[…]
Zgłoszę się do pracy w Hissmofors! – wołam w stronę czubka drzewa i ciskam bukiet na ziemię. Przepełnia mnie tak wielka energia, że nie czuję głodu ani zmęczenia. Przeciągam się i ruszam przez łąkę. Z ogłoszenia wynika, że tartak zapewnia robotnikom zakwaterowanie. Dostanę pokój z łóżkiem, moje pierwsze własne mieszkanie. Żołądek podchodzi mi do gardła, mam ochotę pobiec do domu, żeby się spakować. Próbuję sobie przypomnieć, czy do Hissmofors kursują autobusy. Może z Krokom będę musiał iść piechotą. Nagle słyszę dźwięk, który przypomina grę na trąbce. Unoszę głowę i widzę nad sobą dwa majestatyczne ptaki. Od razu je poznaję: to pierwsze w tym roku żurawie. Zatrzymuję się i śledzę je wzrokiem. Metodycznie uderzają w powietrze mocnymi skrzydłami, dzięki czemu te duże ptaki bez problemu lecą przed siebie. Obiecuję sobie, że zanim odlecą na południe, mnie już tu nie będzie.
[…]
Mężczyźni nie są przecież stworzeni do wychowywania małych dzieci – powiedziałem, mając na myśli Starego. Wyobraziłem sobie, jak źle by się to dla mnie skończyło, gdyby to on mnie wychowywał. Lata przed pójściem do szkoły, które spędziłem z matką, uważam za najlepszy okres w swoim życiu. Całymi dniami byliśmy tylko my i nasze zwierzęta. Matka nauczyła mnie wszystkiego, co mogło mi się przydać w życiu. Uważałem, że im dłużej Starego nie było w domu, tym lepiej. Z pewnością tak jest – odparłaś, stawiając na piecu dzbanek z kawą. Przymykam powieki. To dobrze, że nie muszę się już angażować w takie rzeczy. Nie pojmuję, jakim cudem Hans i Sonja sobie radzili. Prawdziwy facet dba o swoją kobietę, żeby mogła się zająć dzieckiem – zwracam się do Sixtena i zamykam oczy.
[…]
Robię nim kółka i wspominam, jak przeprowadziłem się do Hissmofors. To było naprawdę dla mnie dobre, że wyprowadziłem się z Renäs i uwolniłem od Starego – odzywam się po chwili. Przestałem mieć z nim problem, a już nie wtrącał się w moje sprawy. Wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, zawsze będzie chciał stawiać na swoim, a ja nie będę potrafił mu się przeciwstawić. Wystarczyło, że układałem sąg drewna inaczej, niż on to robił, i od razu była awantura. Ture patrzy na mnie ze zrozumieniem i stawia garnek na ogień. Zauważyłem, że jest bardziej milczący niż zwykle, chociaż kiedy tu przyjeżdżamy, raczej nie jest tak gadatliwy. Z ludzi z jego pokolenia pewnych zachowań nie da się wyrugować – stwierdza i patrzy za okno.
[…]
Głośno się śmieję i głaskam ją po jasnych włosach, które od ostatniego razu urosły. Od dawna ich nie obcinam, bo chcę, żeby mi sięgały do pleców – wyjaśnia Ellinor bez cienia zażenowania, kiedy dotykam jej grzywki. Zawsze taka była. Mówiła prosto z mostu i szczerze, bez żadnych zahamowań. Jest pod tym względem całkowitym przeciwieństwem swojego ojca, który woli ukrywać to, co myśli. Ellinor jest jak Ture – świetnie nam się rozmawia. W jej obecności nie muszę się nad niczym zastanawiać ani chodzić na palcach, jak się to zdarza w czasie rozmów z Hansem. Ciekawe, dlaczego Ellinor tak bardzo różni się od ojca. Może ma to po Sonji? Może nasza była synowa zrobiła z nią coś, czego my nie zrobiliśmy z Hansem?
[…]
Niechętnie otwieram oczy. Nasza wnuczka ma tak nieszczęśliwą minę, że w jednej chwili cała złość mi przechodzi. Nie chcę jej zranić. Myślę, że Sixtenowi będzie lepiej, jeśli trafi do jakiejś rodziny – dodaje Ellinor. Kładzie mi rękę na nodze, a mnie się wydaje, że jej dłoń drży. Cała ta sytuacja jest dla mnie tak nowa i obca, że nie wiem, co powiedzieć. Tracę siły, jestem coraz słabszy. Leżę w milczeniu i nie reaguję, nawet wtedy, kiedy nasza pszczółka żegna się i wychodzi. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale zawód, jaki mi sprawiła, podziałał na mnie gorzej niż zachowanie Hansa. Nie spodziewałem się tego po niej, bo nie byłem przygotowany, że może mi coś takiego zrobić. Leżę i patrzę na przebarwienie na jednej z desek sufitowych. Kiedyś wyrastała z niej gałąź, której już nie ma. Po pewnym czasie dochodzę do prostego wniosku: mam tego wszystkiego dość.
[…]
Spoglądam na wzgórze i zastanawiam się, czy uda mi się wjechać na szczyt na rowerze. Po namyśle postanawiam go poprowadzić i iść piechotą. Hansowi nic się nie stanie, jeśli położy się spać trochę później. Patrzę na pole i łąkę na skraju lasu i widzę na nich trzy żurawie: dwa są duże, jeden jest mały. Zatrzymuję się i chwytam Hansa za ramię, żeby pokazać mu te ptaki. Co… – zaczyna, ale przykładam palec do ust i wskazuję mu je głową. Nasz syn mruży oczy i patrzy w tamtym kierunku. Ten młody zaczyna się uczyć latać – szepczę mu do ucha. Żurawie kryją się w lesie. Krążą po łące w poszukiwaniu pożywienia, a ich wspaniałe pióra ogonowe podrygują. Zanim odlecą do ciepłych krajów, muszą się najeść do syta – wyjaśniam. Hans kiwa głową w zamyśleniu.
[…]
Hans patrzy na mnie, a ja mam wrażenie, że dostrzegam w jego oczach coś w rodzaju współczucia. Patrzę na naszego syna, który ma pięćdziesiąt siedem lat. Wychowywanie młodego człowieka to coś szczególnego, bo z niczym innym nie da się tego porównać. Nikt cię nie uprzedzał, co to znaczy, dowiedziałaś się dopiero po tym, jak zaszłaś w ciążę. Nikt cię nie ostrzegał, że to trudna sprawa. Jak to możliwe, że coś tak naturalnego jak wychowywanie dziecka może być jednocześnie aż tak skomplikowane? Głaskam Sixtena po łbie i sprawdzam treść umowy, którą sam ze sobą zawarłem. Postanowiłem, że zanim przyjdzie moja pora, załatwię i uporządkuję wszystkie swoje sprawy. Nie chcę, żeby po mojej śmierci pozostały jakieś niezałatwione kwestie albo żeby Hans musiał się czymkolwiek martwić.
[…]
PO OBU STRONACH ŚCIEŻKI leżą gałęzie i chrust. Pierwszy odcinek jest stromy. Nocą musiało padać, bo nagie gałęzie są śliskie i jedna z nich wystaje nad ścieżkę. Nie zauważam i zaplątuje mi się w nią noga. Potykam się i niemal przewracam, ale w ostatniej chwili udaje mi się chwycić gałęzi, która zwisa z drzewa, i utrzymuję równowagę. Tymczasem Sixten dobiega do leśnej polany. Bardzo lubię to miejsce, najbardziej ze wszystkich. W samym środku lasu rosną dzikie kwiaty, które wyglądają jak naturalny bukiet. Przynieś do domu trochę kwiatów – mówiłaś, kiedy brałem smycz i wychodziłem z psem. Oczywiście jeśli będziesz szedł przez łąkę – dodawałaś, chociaż wiedziałaś, że prawie zawsze tamtędy chodzę. Od posłańca z kwiaciarni – mówiłem po powrocie do domu. Wręczałem ci piękny bukiet, a ty kładłaś go na kuchennym stole i przycinałaś łodygi. Potem wsadzałaś kwiaty do dużego wazonu, który dostaliśmy w prezencie ślubnym od twojej ciotki, i stawiałaś go na stole. Czasem brałaś inny wazon.
[…]
Nagle się przewracam. Dzieje się to tak niespodziewanie, że nie mam szansy temu zapobiec. Leżę twarzą do ziemi i czuję wilgotny zapach lasu. Gdybym miał na nosie okulary, zobaczyłbym przez nie mrówki, które żmudnie wykonują swoją pracę. Niestety, bez okularów widzę tylko zamazane plamy, ale na pewno wiem, że obok mnie leży pień drzewa. Znajduje się tam od czasów, kiedy Hans był chłopcem. Boli mnie kolano, ale poza tym nie doznałem żadnego innego uszczerbku i czuję się normalnie. Przewracam się na bok, a potem unoszę do pozycji siedzącej. Teraz już wiem, dlaczego się przewróciłem: nie zauważyłem pnia, który spadł na ścieżkę i zarósł roślinnością. Wraca Sixten. Liże mnie po twarzy i skamle.
[…]
Patrzysz na mnie, wstajesz, odchodzisz od stołu i nalewasz wody do dzbanka. Pytasz matkę, czy ma ochotę się napić, a potem napełniasz szklankę po same brzegi. Udaję, że wcale się nie przejmuję słowami Starego, bo najważniejsze jest dla mnie to, że dogadujesz się z moją matką, a Stary wyjątkowo na nikogo nie krzyczy. Mimo to jestem rozczarowany jego zachowaniem. Chciałem mu opowiedzieć o swojej pracy w tartaku, zwłaszcza o tym, czym się różni od poprzedniej pracy w Ranviken, ale on wcale mnie o to nie pyta. Jakby moja praca w ogóle go nie interesowała. Po posiłku odkładam sztućce na stół i wstaję.
[…]
Tak dłużej być nie może i dobrze o tym wiesz – zaczyna, jakby nie zauważył, że właśnie rodzi się między nami konflikt, w którym jego wola ma się zderzyć z moją. Tyle że to on będzie musiał podjąć decyzję. Nie wiem, kiedy do tego doszło, ale role się odwróciły. Wprawdzie Hans nigdy nie dorównywał mi wzrostem ani siłą, ale teraz to od niego bije autorytet. To on zadecyduje o moim dalszym życiu i to z mojego powodu tu dzisiaj jest. Wiem, że muszę mu się podporządkować, bo jestem uzależniony od jego decyzji, i to jego wszyscy słuchają, nie mnie. W dzisiejszych czasach nikt mnie nie słucha tak, jak ja w latach swojej młodości słuchałem Starego. Wszyscy robili, co im kazał. Trwało to do ostatniego dnia jego życia. Walczę ze sobą, żeby nie okazać słabości, ale i tak zbiera mi się na płacz. Nie chcę, żeby Hans to widział, więc zamykam oczy, jakbym był zmęczony. Wolę, żeby nie oglądał mnie w chwili słabości.
[…]
Czuję jedynie pustkę. Właśnie tak zrobimy – rzuca zdecydowanym tonem Hans i wstaje z krzesła. I chociaż na nic się nie skarżyłem ani mu się nie sprzeciwiałem, dodaje stanowczym tonem: Tak po prostu musi być. Czuję dławienie w gardle. Żałuję, że cię tu nie ma, bo gdybyś tu z nami była, położyłabyś dłoń na ramieniu naszego syna, żeby go przywołać do rozsądku, dać mu do zrozumienia, że nie wolno traktować ojca w taki sposób, bo wszystko ma swoje granice. Stary był dla mnie okropny, ale zawsze znałem swoje miejsce. Takie są koleje losu. Sixten kładzie łeb na moim brzuchu i zamyka oczy. Czuję coraz silniejsze dławienie w gardle, kręci mi się w głowie. Moim psem będzie się zajmował ktoś inny. Nie ja.
[…]
Biorę telefon i ponownie dzwonię. Wsłuchuję się w sygnały, ale Ture znowu nie odbiera. Serce bije mi mocno; oblewam się potem. Do głowy przychodzą mi najgorsze scenariusze, na przykład taki, że mój przyjaciel zemdlał w łazience. Przypomina mi się rozmowa sprzed dwóch lat, kiedy ustalaliśmy, gdzie chcemy być pochowani. Nie życzę sobie pogrzebu kościelnego – oświadczył Ture. I na pewno nie chcę leżeć w Hissmofors. Siedzieliśmy na ławce w parku miejskim koło stanowiska z dużą tablicą do gry w szachy i czekaliśmy na swoją kolej. Ture zawsze ze mną wygrywał, mimo to granie w szachy sprawiało mi przyjemność. A ja chcę leżeć w Hissmofors obok Fredriki – odparłem. Bardzo jasno to akcentowałaś: chcesz być pochowana na miejscowym cmentarzu, a ponieważ dla mnie było to bez znaczenia, obiecałem, że spełnię twoje życzenie.
[…]
HANS WJEŻDŻA NA PODJAZD przed domem, a ja czekam na niego w sieni. Zadzwonił do mnie z miasta i zapowiedział, że przyjedzie po Sixtena. Otwiera drzwi samochodu i wysiada. Patrzę na niego przez okno w sieni i przekręcam klucz w zamku. Za cholerę ci go nie oddam! Nie dzisiaj! Hans zamyka drzwi samochodu i rusza w stronę domu. Zdejmuje czapkę, przesuwa dłonią po głowie, chwyta palcami płatek ucha i przez chwilę go masuje. Stoi nieruchomo, wpatrzony w ziemię, a ja czuję, jak rośnie we mnie gniew. Podchodzę do ławy, ze stojącej na niej torby wyjmuję polano i zaciskam na nim dłoń. Słońce świeci przez okno i nawet o tej wczesnej porze w sieni jest ciepło. Muchy uderzają o szybę i z uporem bzyczą. Pachnie stęchlizną, a ja się pocę. Odkładam polano do torby i wracam do łóżka. Kładę się obok Sixtena i czekam. Po kilku sekundach słyszę, jak Hans szarpie za klamkę. Zamknąłeś się na klucz?! – woła zza drzwi. Tato, do cholery, otwórz! Myślałeś, że łatwo ci pójdzie? Że tak sobie przyjdziesz i go zabierzesz? Nie wpuszczę cię – odpowiadam, głaskając Sixtena po łbie.
[…]
Patrzę na niego i nic nie mówię. Głośno wzdycha i zdejmuje buty, ale robi to tak głośno, że Sixten aż się wzdryga. Nasz syn zachowuje się tak, jakby miał prawo demonstrować złość, jakby w ogóle miał prawo być rozgniewany. Gdybyś tu z nami była, przemówiłabyś mu do rozsądku. Wyszłabyś ze swojej małej domowej szwalni i obrzuciłabyś go tym spojrzeniem, które mówiło „Przestań, dosyć tego!”. Hans zawsze okazywał ci posłuszeństwo w sposób, w jaki nigdy nie robił tego wobec mnie. Ale cóż, dzisiaj cię tu nie ma i nie ma to już żadnego znaczenia. Sixten czołga się do mnie i trąca nosem moje grube paluchy, jakby chciał powiedzieć „Nie chcę”. Ja też nie chcę, ale to, co chcemy, się nie liczy. Od dawna przestało cokolwiek znaczyć. Trafi do nowej rodziny i będzie miał dobrze – obiecuje nasz syn, chociaż jego mina mówi, że Hans dobrze wie, że to, co zamierza zrobić, jest niemoralne. Mają tam nawet dziecko.
[…]
Nagle zobaczyłem Bustera. Był daleko ode mnie. Szedł, kulejąc, z nosem przy ziemi. Energicznie merdał ogonem. Uspokoiłem się. Pomyślałem, że poszedł ze Starym na polowanie. Rozsiadłem się wygodnie na ziemi. Buster był najładniejszym wyżłem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Matka mawiała, że nie powinienem tak myśleć, ale traktowałem go jak starszego brata. Był mi wierny, dotrzymywał mi towarzystwa. Strzał był tak głośny, że moje ręce uniosły się do uszu szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. Równie szybko zakryłem usta na widok leżącego bez życia Bustera. To, co miałem w żołądku, podeszło mi do gardła i zwymiotowałem. Nie mogłem oddychać, czułem się tak, jakby ktoś mnie dusił. Stary stał nad psem i zasypywał go ziemią. Nie zauważył mnie. Wiatr maskował moje łzy. Zerwałem się i pobiegłem do domu tą samą ścieżką, którą przyszedłem. Nie wiedziałem, dokąd niosą mnie nogi, bo napędzała mnie tylko jedna myśl: żeby się stamtąd jak najszybciej oddalić. Tak daleko, jak się da.
[…]
Woda jest za zimna, ale boję się o tym powiedzieć. Zamykam oczy, bo wiem, że jeśli będę trzymał język za zębami, szybciej będę miał to za sobą. Przypomina mi się Stary: wystarczyło zacisnąć pięści w niemym gniewie i było po sprawie. Zamiast więc sprzeciwiać się albo opierać, posłusznie wykonuję polecenia: unoszę ręce i podsuwam brodę, żeby Eva-Lena miała łatwiejszy dostęp do wszystkich miejsc. Po tym, jak zabrali mi Sixtena, wszystko i tak jest mi obojętne. Kiedy ta jędza mnie myje, ogarnia mnie coraz większa pustka. Im mocniej szoruje mnie gąbką, od której skóra robi mi się czerwona, tym bardziej zanikam. Po jej wyjściu leżę w łóżku i czuję się jak wydrążona skorupa, w której pustka odbija się głośnym echem. Przez cały czas słyszę te same słowa: „Już tego nie chcę”, „Już tego nie chcę”.
[…]
Jej siostra wychodzi w Hudiksvallu za mąż, więc jedziemy na ślub. Cały weekend spędzimy razem. Zwolniłem się z lekcji, żeby zostać tam na poniedziałek. Ciotka Karin jest o kilka lat młodsza od matki, ale trochę od niej wyższa i więcej gada. Miały dwóch braci, ale jeden utopił się w dzieciństwie, a drugi zginął w wypadku samochodowym. Stary znowu coś mruczy, a ja patrzę na matkę. Boję się, że zmieni zdanie i zostaniemy w domu, na szczęście jednak dzielnie się trzyma. Wiem, że nie odpuści sobie takiej okazji jak ślub siostry. Możesz z nami pojechać, jeśli chcesz – proponuje, chociaż wie, że Stary na pewno tego nie zrobi. Rodzina matki w ogóle go nie interesuje. A co bym tam robił? – pyta i popija z butelki. Przecież nikogo tam nie znam.
[…]
Ja z jednej strony chciałem, żeby Hans miał rodzeństwo, bo kiedy byłem mały, brakowało mi w domu kogoś do zabawy. Z drugiej – wiedziałem, że bycie jedynakiem też ma swoje zalety. Hans nie musiał się niczym z nikim dzielić, podczas gdy Micke, który mieszka koło kościoła, pokłócił się z rodzeństwem o spadek i teraz ze sobą nie rozmawiają. Ellinor też nie ma rodzeństwa, ale nie jestem pewny, czy to nie była świadoma decyzja jej rodziców. Hans nigdy się na ten temat nie wypowiada. „Dzisiejsi mężczyźni są inni niż dawniej – stwierdza facet w radiu. Mamy lepsze warunki do bycia tatą”. Nie wiedziałem, że jako ojciec miałem jakieś szczególne warunki. Patrzę w sufit i zastanawiam się, co na ten temat miałaby do powiedzenia Ellinor.
[…]
A może tylko my tacy byliśmy? To znaczy ja i Stary? Marszczę czoło i na samą myśl o tym, że mógłbym być taki jak on, twarz wykrzywia mi grymas. Zastanawiam się nad tym i dochodzę do wniosku, że ty też byłaś wobec swoich bliskich taka jak Hans wobec Ellinor. Mam na myśli twój stosunek do ojca, matki i rodzeństwa. Też obejmowaliście się i poklepywaliście po plecach, a ja czułem się nieswojo. Słucham faceta z radia i dochodzę do wniosku, że dla takich jak on nie istnieją żadne granice. Mówi o erekcji i wilgotnych narządach płciowych. Rozumiem tylko połowę jego słów, ale i tak czuję się zażenowany i zawstydzony. Po co tyle gadać o tych sprawach?
[…]
Poczułem się jak obcy człowiek, który zamierza cię skrzywdzić. Jakbyśmy nie przeżyli razem sześćdziesięciu lat. Brakuje mi tego – powiedział kiedyś Ture, kiedy nadal mogliśmy chodzić do parku, obserwować ludzi i jeść lody. Czasem wskazywał głową tych, którzy mu się z jakichś powodów podobali. Chyba tylko po to, żeby mi ich pokazać. Biorę do ręki swojego penisa. Jest miękki i bezwładny. Poruszam nim, ale nic się nie dzieje. Wcale się tym nie przejmuję. Odwracam się na bok i krzyżuję nogi, ale szybko wracam do poprzedniej pozycji. Moje nogi nie wiedzą, jak powinny leżeć, a lewa dłoń wydaje mi się niepotrzebna. Po tym, jak Hans odebrał mi Sixtena, przez cały czas żyję w pustce. W nicości, która wzmocniła pustkę po tobie. To dziwne, ale jeszcze bardziej za tobą tęsknię. Czuję się tak, jakby Hans odebrał mi ciebie zamiast psa. Moje uszy próbują wychwycić znajome ziewanie i odgłos drapiących o podłogę pazurów. Szukam delikatnego dźwięku, który wydawały twoje druty, kiedy byłaś zajęta jakąś robótką. Niestety, słyszę tylko brzęczenie lodówki i tykanie zegara.
[…]
Próbuję wyprostować spuchnięte kciuki i zastanawiam się, dlaczego ja nigdy nie byłem wierzący. Nawet wtedy, kiedy jako chłopiec chodziłem z matką do kościoła. Chociaż to lubiłem. W zimowe niedzielne poranki opatulała mnie ciepło, sadzała na rower i jechaliśmy do głównej drogi. W kościele zajmowała miejsce w jednym z tylnych rzędów, a ja siadałem obok niej. W czasie mszy pozwalała mi zasypiać z głową na jej ramieniu. Dlatego nie odrzucam Kościoła, tak jak to robił Ture. Być może dlatego, że zarówno ty, jak i moja matka byłyście wierzące i praktykujące. Tak przynajmniej myślę, kiedy rozmawiam z pastorką. Uważam, że religia ma w sobie coś ciepłego i ludzkiego. Ja i Ture wiele razy o tym rozmawialiśmy, ale myślę, że do końca nie rozumiał, dlaczego miałem taki stosunek do religii i Kościoła. Oni mają krew na rękach – odparł, kiedy któregoś dnia zasugerowałem, że występując z Kościoła, popełnił błąd. Miał na myśli księży.
[…]
Podążam za jego wzrokiem i widzę za szybą czerwono-żółty krajobraz. Pasmo górskie Bydalsfjällen jest skąpane we mgle, która napływa znad jeziora Storsjön. To twoja ulubiona pora roku. Ture nie znosił jesieni. Kiedyś powiedział, że o tej porze wolałby mieszkać na południu. Czepiał się lata i chodził w barwnych szortach nawet wtedy, gdy pojawiły się już pierwsze zimne podmuchy. Mój wzrok zatrzymuje się na wieży stojącego nad jeziorem kościoła. W świątyni stoi trumna z Turem. Próbuję sobie wyobrazić, jak wygląda martwy. Oczami wyobraźni widzę, jak wyglądał dawniej, kiedy spał na górze piętrowego łóżka w swojej chacie. Gdybyś tu z nami była, usiadłabyś z tyłu i nie powiedziałabyś ani słowa, bo nigdy nie wiedziałaś, jak potraktować jego odmienność.
[…]
Hans włącza prawy kierunkowskaz i skręca w prowadzącą do kościoła drogę. Za czasów mojego dzieciństwa była to zwykła szutrówka, teraz biegnie tędy droga asfaltowa. Elektryczny samochód sunie po niej bezszelestnie. Na prawo od drogi rośnie świerkowy zagajnik. Przed Bożym Narodzeniem jeździliśmy tam we trzech – ja, Hans i Ture – żeby nielegalnie wyciąć dwa drzewka. Wprawdzie rodzice Marity, do których ten las należał, po- zwalali nam wycinać świerki, ale Ture wolał je kraść z lasu należącego do kościoła. Wymogłem na Hansie, żeby ci tego nie mówił. Dzisiaj na samą myśl o tym nie mogę się powstrzymać od śmiechu. Zerkam w stronę rosnącego za kościołem lasu, bo to tam spoczywają matka i Stary. On umarł przed nią. Po jego śmierci przychodziłem tam z matką na Wszystkich Świętych, żeby posadzić wrzos, który ze sobą przynosiła. Pamiętam, że za którymś razem kupiła inną roślinę i ta wytrzymała dłużej, dzięki czemu matka nie musiała tam tak często jeździć. Na pogrzebie Starego ukradkiem ją obserwowałem. Siedziała ze splecionymi na kolanach dłońmi i pochyloną głową. Wydawała mi się taka mała. Jej siwe włosy, jak zwykle związane na karku, przylegały do skroni. Kościół był prawie całkowicie wypełniony ludźmi. Odwróciłem się, żeby popatrzeć na dawnych pracowników tartaku w Ranviken.
[…]
Ty miałaś zamknięte oczy i trzymałaś w ręce śpiewnik. Pomyślałem, że się modlisz, i ogarnęła mnie dziwna rzewność, bo nie wiadomo, dlaczego nagle sobie wyobraziłem, że modlisz się za mnie, nie za Starego. Wiedziałaś, jak wyglądały nasze wzajemne relacje, ale nigdy nie powiedziałaś o nim złego słowa, co bardzo mi się podobało, ponieważ mój gniew był tylko moim gniewem. Kiedy zagrały organy, matka wstała z ławki i zrobiła to tak gwałtownie, że się wzdrygnąłem. Podeszła do trumny, więc ruszyłem za nią i stanąłem obok niej. Na widok Starego coś w moim wnętrzu drgnęło, jakby stanęło we mnie sztorcem i zabolało.
[…]
Z tyłu, na środku kościoła, widzę Malin, która pracuje w Pomocy Domowej i była dla Turego kimś takim jak Ingrid dla mnie. Ma na sobie służbową bluzę z logo Pomocy Domowej. Patrząc na nią, zadaję sobie pytanie, czy po pogrzebie pojedzie do któregoś z podopiecznych. W sumie to miłe, że przyszła. Wnętrze kościoła wypełnia emitowana przez głośniki muzyka organowa. Hans podaje mi piękny kwiat – różę. Ma grubą łodygę i jest ciemnoczerwona, czyli taka, o jaką go prosiłem. Kładę ją na kolanach i zamykam oczy. Wyobrażam sobie, że siedzisz obok mnie. Na pewno skomentowałabyś jakoś muzykę i kwiaty. Przysunęłabyś się bliżej mnie, żeby nasze ramiona się dotykały, i powiedziałabyś, że Ture znalazł w końcu wieczny spokój. Gdy patrzę na trumnę, przychodzi mi na myśl, że następnym razem na katafalku znajdzie się prawdopodobnie twoje zdjęcie. Ogarnia mnie dziwne uczucie… jakby mi coś ciążyło, jakbym na coś czekał. Sama myśl o tym, że któregoś dnia będę cię musiał pochować, wydaje mi się nierealna. A jednocześnie chciałbym to już mieć za sobą. Muszę też pozałatwiać wszystko, zanim sam stąd odejdę.
[…]
Ciekawe, jak by to wyglądało, gdybym ja przemawiał zamiast niej przez mikrofon. Niestety, nikt mi tego nie zaproponował, ponieważ nikt się ze mną nie liczy. I dobrze, bo moje ciało jest zbyt słabe, żeby mnie utrzymać. Ture, którego znaliśmy, nie bał się życia – ciągnie pastorka. Właśnie tak jej to przekazałem: „Ture, którego znałem, nie bał się życia i podróżował po całym świecie”. Kiedyś wrócił z Tunezji, gdzie spędził prawie miesiąc. Dla mnie był to długi okres i trochę się za nim stęskniłem. Przywiózł ze sobą mnóstwo drobiazgów, opowiadał o tamtejszych ludziach i o lokalnej kuchni. Był trochę inny niż zwykle: liryczny i rozochocony. Pastorka odchrząkuje i przewraca kartki, a ja czuję, jak ogarnia mnie zmęczenie. Zamykam oczy i zaczynam się zastanawiać, co w czasie mojego pogrzebu powinna o mnie powiedzieć osoba prowadząca ceremonię. Ciekawe, co powie Hans, bo na pewno będzie chciał wygłosić jakąś mowę. Może Ellinor też coś powie?
[…]
Powietrze na dworze jest rześkie. Na chwilę zatrzymuję się na szerokich schodach i biorę głęboki oddech. Obserwuję, jak w pewnej odległości od nas Eskil wsiada do taksówki. Nie sądzisz, że zachowywał się trochę dziwnie? – pyta Hans. Dlaczego nie powiedział nam, kim jest? Tylko wzruszam ramionami. Domyślam się, kim jest ten człowiek i skąd Ture go znał, ale nie wiem, jak to powiedzieć naszemu synowi. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, dlaczego Ture nie był żonaty ani nie miał dzieci. Hans idzie na dół po schodach, a ja ruszam za nim. Wiatr rozwiewa mi włosy. Na maszcie przed wejściem do budynku parafialnego łopocze flaga z logo Kościoła Szwecji. Zaczynam się zastanawiać, czy ty też o niektórych rzeczach mi nie mówiłaś. Pamiętam, jaka byłaś w stosunku do młodszej o rok siostry. Ludzie uważali, że zachowujecie się jak bliźniaczki. Rozmawiając o niektórych rzeczach, głośno chichotałyście, chociaż ja nic śmiesznego w nich nie dostrzegałem.
[…]
BUDZI MNIE ZIMNO. ODWRACAM głowę i widzę, że na szafce leży sucha kanapka. Chce mi się sikać, ale na samą myśl o tym, że będę musiał wstać i pójść do toalety, ogarnia mnie zmęczenie. Z trudem unoszę nogi; głowa ciężko spoczywa na poduszce. Wsuwam dłoń pod kołdrę, dotykam krocza i stwierdzam, że ktoś mi włożył pieluchę. Oddanie moczu sprawia mi przyjemność, ale tylko na początku, bo po opróżnieniu pęcherza ogarnia mnie wstyd. Ciekawe, czy ty też się wstydzisz, kiedy to robisz. A może już tego nie zauważasz? Biorę do ręki puszkę z twoim szalem i próbuję odkręcić wieczko. Nie daję jednak rady, więc odkładam ją obok siebie na kołdrę.
PIERWSZĄ RZECZĄ, KTÓRA PO przebudzeniu przykuwa moją uwagę, jest twój zapach. Odwracam głowę i dotykam policzkiem twojego miękkiego szala. Potem biorę głęboki oddech i znowu zasypiam.
[…]
Przymykam oczy i słyszę, jak odrywa słomkę od kartonika z napojem. Rozlega się cichy trzask pękającego celofanu. Ingrid opowiada mi o żywych kolorach jesiennego lasu i o lśniących liściach. Jej głos powoli cichnie, a ja widzę oczami wyobraźni, jak kroczysz wśród kwiatów po drugiej stronie drogi. Znikasz mi z oczu i po chwili znowu pojawiasz się w cielesnej powłoce, która obejmuje całe twoje życie. Idziesz pośród rzucanych przez jodły cieni i co chwilę zmieniasz postać. Pojawiasz się jako młoda, ciężarna, zagubiona. Nagle widzę, że w moim kierunku idzie Ingrid. Spuściła ze smyczy Sixtena, a on zachowuje się jak typowy pies gończy. Biega dookoła i robi to w taki sposób jak wtedy, kiedy dostaje bzika. Trochę dalej, za gospodarstwem Evertssonów, idzie Stary ze szpadlem. Dwa metry za nim kuśtyka matka. Jest przygarbiona, podpiera rękami plecy. Sixten biegnie w ich kierunku, żeby się przywitać.
[…]
Pamiętam, że ja i Ture chodziliśmy latem do Badhusparken na włoskie lody. Chłód lodów w moich ustach jest taki sam jak wtedy. Pastorka opowiada o czymś, czego nie rozumiem. Wstaje z krzesła, przynosi z rogu pokoju koc i okrywa mi nim nogi. To miłe z jej strony, bo trochę zmarzłem. Zastanawiam się, czy ostatnio była u ciebie. Chciałbym ją spytać, jak się czujesz i czy nadal uważa, że w twoim wnętrzu coś jeszcze zostało, i czy jej zdaniem po śmierci znowu będziemy razem. Nie robię tego jednak, bo dostaję zadyszki i nie mogę uregulować oddechu. Otwieram usta i próbuję wypowiedzieć twoje imię, ale ogarnia mnie zmęczenie.
[…]
Kiwam głową. Matka nauczyła mnie wszystkich najważniejszych rzeczy, bez których nie mógłbym się obyć w życiu. Na przykład zajmowania się psami i innymi zwierzętami. Lekarze powiedzieli, że miała szybką śmierć. Pewnego ranka ktoś z personelu przyszedł ją obudzić i stwierdził, że matka nie żyje. Leżała na plecach z otwartymi ustami i oczami, a dłonie miała splecione na kołdrze w taki sposób, jakby zaplanowała, że po śmierci chciałaby leżeć w wygodnej pozycji. Wciągam powietrze, bo znowu mam kłopot z oddychaniem. Wolałbym nie myśleć o śmierci matki, bo było to dla mnie trudne przeżycie. Pamiętam, co wtedy powiedziałaś: „Wiem, że jej śmierć wprawiła cię w smutny nastrój”. Coś tam odburknąłem, ale nigdy się nie przy- znałem, że tak naprawdę byłem w smutnym nastroju przez wiele miesięcy i bardzo za nią tęskniłem. Żałuję, że nie podziękowałem jej za to, jaka była. Przede wszystkim za to, że była dla mnie lepsza niż Stary. Powinienem był jej to powiedzieć, lecz nie zdążyłem. Dopiero teraz sobie uświadamiam, że stała między nami złość na Starego, dlatego kiedy się spotykaliśmy, nie do końca byłem szczęśliwy. Zaczynam się bać, brakuje mi powietrza. Próbuję otworzyć oczy, ale nie mogę. Dochodzę do wniosku, że chyba umieram, że człowiek właśnie tak odczuwa ten moment, że działa tu jakaś siła, która coraz bardziej mnie zasysa i wciska w dół.
[…]
Kiedy umierał Stary, mnie nie było u jego boku. Umierał przez wiele dni. Leżał w szpitalu podłączony do aparatury i podawano mu środki przeciwbólowe. Matka siedziała przy nim, kładła mu kompresy na czoło i czytała lokalne gazety. Przyszedłem do niego dwa razy, ale tylko ze względu na nią. Nie chciałem, żeby czuła się samotna, ale nie chciałem też, by Stary zaczął sobie coś wyobrażać. Stałem przy jego łóżku. Wyglądał tak żałośnie, że w pewnej chwili coś we mnie pękło. Przypomniała mi się nasza rozmowa telefoniczna sprzed kilku tygodni. Coś mi mówiło, żebym położył dłoń na jego ręce. Mijały lata, ale po tym, co zrobił Busterowi, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nic mnie z tym człowiekiem nie łączy. Dlatego zerwałem z nim wszystkie kontakty. Odwróciłem się do niego plecami i stworzyłem swój własny świat – taki, jaki mi odpowiadał. Mimo to pragnienie, żeby na mnie patrzył, nie znikło. Nie mogło, bo jego spojrzenie mówiło: „Dobrze się sprawiłeś, Bosse”.
[…]
Wiesz, że jestem z ciebie dumny? – wyrzucam w końcu to, co chciałem powiedzieć przed chwilą. Mama też. Nasz syn patrzy na mnie takim wzrokiem, jakiego dawno u niego nie widziałem. Tak dawno, że już całkiem zapomniałem, jak to wygląda. Patrzy na mnie oczami chłopca, który wpatrywał się we mnie uważnie i słuchał tego, co mu opowiadałem. Jego wzrok mówił: „Jesteśmy tylko my: ty i ja”. Hans mruga, pochyla się, całuje mnie w czoło i mówi: Wiem, tato.
[…]
Hans nadal trzyma dłoń na mojej ręce, a ja wyobrażam sobie, że to ja trzymam swoją dłoń na jego ręce, że go zapewniam, że zrobiłem wszystko, co się dało, i mam nadzieję, że on o tym wie. Ciepło jego dłoni rozchodzi się po całym moim ciele i przestaję marznąć. Ktoś zamyka drzwi wejściowe. Ingrid unosi moją lewą rękę i kładzie ją na grzbiecie Sixtena. Dłonie ma bardzo ciepłe. Widzę silne ciało Sixtena, który biegnie przede mną przez leśną polanę. Potem zawraca, pędzi w moją stronę, żeby się ochłodzić w strumieniu. Zanim zasnę, zdążę jeszcze pomyśleć, że wszystko ułożyło się tak, jak powinno.
[…]
Jest ciemno i nic nie widzę, ale czuję zapach sierści, który przenika mnie i we mnie krąży. Sixten wsuwa mi pod rękę wilgotny nos i przyciska się do mnie całym ciałem. Wszystko staje się krystalicznie jasne i czyste. Ktoś otwiera okno, a ja słyszę żurawie, które przed odlotem na południe zbierają się na łące.
Lisa Ridzen, Kiedy żurawie odlatują na południe
Nagrodzona powieść obyczajowa Lisy Ridzen – szwedzkiej pisarki i socjolożki umiejscawia stygnącą akcję opowieści w Królestwie Szwecji na dalekiej północy zimnego państwa, w którym nie tylko klimat jest nazbyt surowy, w czasy jak najbardziej nam współczesne: dwudziestego pierwszego wieku. Będący u schyłku swych dni na tej naszej ziemskiej orbicie i pod czułą opieką „lotnego” Domu Opiekuńczego Bo Andersson dokonuje rozrachunku z życiem, w tym przede wszystkim z żoną, którą trawi nieobecna demencja, z przyjacielem-gejem Ture’m, a zwłaszcza z synem Hansem czy „trudnym” ojcem w opowieści na dodatek zwanym z niechęcią - Starym. W miarę upływu pospolitych dni niezaradność Bo po kolei odbiera mu ostatnie promyki nadziei najpierw widziane w uosabiającym wszelkie witalności psie Sixtenie, którego musiał oddać na obcą poniewierkę, potem i w nagłej śmierci ostatniego przyjaciela Ture'go, którego inność niezłomnie podziwiał wbrew sobie, wbrew światu. Powieść Ridzen to przede wszystkim wciąż piękna opowieść o dojmującej starości, która nie potrafi się nikomu udać, o tej też samotności od urodzenia, którą trudno nazwać osamotnieniem, wreszcie o tamtych wspomnieniach spiętych w hiperboli czasu, czasu, co zwalnia i zwalnia i…