28.11.2025

„nie wiem, co jest
moim celem ani czy
taki cel
w ogóle istnieje,
bo im bardziej się staram,
tym szybciej on mi się wymyka”
[…]
Z każdym zakrętem zbliżaliśmy się do elit szkierowego wybrzeża. Coraz częściej mijaliśmy ubrane z nonszalancką elegancją, opalone pary. Nasza pomarańczowa furgonetka wyróżniała się pośród czarnych elektrycznych SUV-ów cyrkową pstrokatością. Wtoczyliśmy się wreszcie na wąską szutrową drogę, kończącą się znienacka stromym urwiskiem. To tutaj? – zapytał Kai i zgasił silnik, a ja oderwałam wzrok od mapy w komórce i wyjrzałam przez okno. Otaczało nas królestwo ciemnych gładkich nadbrzeżnych skał, szlifowanych wiatrem i wodą przez dwanaście tysięcy lat. To chyba musi być tu – odparłam. Żadne z nas nie miało nawet ochoty na ten wyjazd. Moi teściowie zaprosili chłopców do siebie, co było zupełnie do nich niepodobne, a Kai wziął cały tydzień wolnego. Ja miałam się wziąć za ogród, on zaś – wreszcie skończyć budowę tarasu, dziesięć lat od zakupu domu. Nie należę do elit szkierowego wybrzeża. Wiedziałam to od zawsze. Mam zbyt dużą skłonność do autorefleksji, czuję się zbyt niezręcznie i niekomfortowo we własnym ciele i we własnych ubraniach, nie mając przy tym pojęcia, jakie inne ubrania mogłabym włożyć, by poczuć się lepiej, do kogo miałabym się upodobnić.
[…]
Ruszyliśmy przed siebie z bagażem: Kai ze swoim workiem marynarskim, ja z niepraktyczną, zupełnie niepasującą do tego miejsca walizką na kółkach – po suchej ścieżce wijącej się wśród nietkniętej ludzką ręką roślinności, wielkich kęp zawciągów wyglądających spośród wysokiej i lśniącej, odpornej na morski wiatr trawy. W końcu dotarliśmy na zupełnie gładką przybrzeżną skałę. Dotychczas widywałam takie formacje tylko na zdjęciach. Skała mieniła się odcieniami różu, pomarańczu i brązu lśniącymi między szarością, zdawała się falować przed naszymi oczami, a idąc po niej, można było odnieść wrażenie, że jest miękka. Dalej naszym oczom ukazała się woda, najpewniej Skagerrak... jak o tym myśleć: cieśnina czy morze? Przystanęłam. Jakie to smutne – westchnęłam i pokręciłam głową. Ludzie wysadzają w powietrze dziewiczą naturę, żeby stworzyć wakacyjny raj dla bogaczy.
[…]
Zatrzymał się na skalnym wzniesieniu jakieś dziesięć metrów przede mną. Gdy stanęłam obok niego, też zaraz zobaczyłam dom. Zbudowano go w naturalnym zagłębieniu terenu, tuż przy dwóch ogromnych zaokrąglonych skałach, za pięcioma niskimi, poskręcanymi od wiatru sosnami i był ledwie widoczny pod kątem innym niż ten, z którego właśnie na niego patrzyliśmy. O rany – powiedział cicho Kai, gdy schodziliśmy po betonowych stopniach między dwiema skałami. Wbrew moim nadziejom dom nie był zbyt tandetny i kiczowaty, wręcz przeciwnie – okazał się gustowny i dyskretny, zbudowany z poszarzałego drewna, ze szkła i z kamienia. No tak, to... hm – zaczęłam, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Pragnęłam czegoś krzykliwego, w złym guście, czegoś, co mogłabym skrytykować. Tymczasem na pierwszy rzut oka nie było tu nic, co moglibyśmy z Kaiem wyśmiać i objechać, cementując tym samym nasz sojusz – tylko przyjazne dla środowiska materiały i ostentacyjna zamożność.
[…]
Intencja kryjąca się za zaproszeniem wystosowanym przez Iris Vilden była jasna – obudzić we mnie przesyconą zazdrością autorefleksję: Co takiego sprawiało, że nie byłabym nawet w stanie wymyślić sobie takiego domu w najśmielszych fantazjach, i co sprawiało, że ona taki dom posiadała? Znów chwyciłam telefon, wyszukałam aplikację do zarządzania zamkiem w drzwiach, znalazłam kod, który wysłała mi Iris, i wstukałam go na klawiaturze. Drzwi natychmiast wydały z siebie cichy chrobot. Za nimi ukazało nam się coś, co bardziej przypominało wystrój skandynawskiego salonu wnętrzarskiego niż domek wakacyjny, w którym prawdziwi ludzie spędzali wolny czas. Weszłam do chłodnego korytarza. Taki dom chyba kosztuje, no... tak z dwadzieścia czy trzydzieści milionów? – powiedziałam powoli. O ile nie więcej – dorzucił Kai. Jakim cudem oni w ogóle dostali pozwolenie na budowę? Pewnie kupili jakąś starą ruinę i wystarali się o pozwolenie, żeby ją zburzyć i postawić na jej miejsce coś nowego. Ależ to przecież wygląda jak jakieś centrum konferencyjne – rzuciłam.
[…]
Poza abstrakcyjnymi obrazami w całym domu znalazłam tylko jedno jedyne zdjęcie, świadczące zarazem o tym, że przebywał tu kiedyś jakiś rzeczywisty człowiek. Na ścianie między łazienką a największą sypialnią wisiała fotografia przedstawiająca czteroosobową rodzinę na tle zachodu słońca. Dwaj opaleni mali chłopcy w podobnym wieku jak moi, z szerokimi białymi uśmiechami i piaskiem przylepionym do ramion, chłopcy o zmierzwionych włosach surferów, wypłowiałych od słońca i sztywnych od słonej wody. Wargi Iris rozciągnięte były w przesadnym uśmiechu, miała na sobie białą górę od bikini, a jej lewe ramię nie mieściło się w kadrze. Za nimi stał ojciec rodziny, rosły, ubrany w biały T-shirt i czapkę z daszkiem włożoną tył na przód, spod której wyglądały jasne od słońca włosy. Był gładko ogolony, uśmiechał się z samozadowoleniem i pewnością siebie, miał długie silne ręce, Iris znalazła sobie męską wersję samej siebie. Ogarnęła mnie nagła wściekłość na myśl, że świat wygląda, jak wygląda, bo jest przecież tak, że kelnerzy w restauracjach mają jakiś instynkt, wyczuwają, że mnie i moje dzieci można traktować gorzej niż na przykład Iris i jej chłopców, wystarczy, że rzucą na nas okiem, musi chodzić o jakieś drobne szczegóły, materiał, z których uszyto nasze ubrania, fryzury, jakość naszej cery! A my po prostu przyjmujemy, że tak ma być.
[…]
Ale zawsze znajdowałam ją blisko centrum. Sama pomieszkiwałam na ogół w północno-wschodnich dzielnicach miasta, a z upływem lat stopniowo oddalałam się od Iris, aż wylądowałam ostatecznie po drugiej stronie granicy gminy, w Skillebekku na południu Nittedal. Kai prowadził jednoosobową działalność gospodarczą, specjalizując się w oszczędzających przestrzeń rozwiązaniach wnętrzarskich – ścianach kolankowych, półkach na książki robionych na miarę, łóżkach i tak dalej – pracował więc, jeżdżąc po całym południu kraju w swoim pomarańczowym fordzie transicie wypakowanym narzędziami, ja zaś cały czas tkwiłam w tym samym miejscu: ratuszu w Nittedal, gdzie po zrobieniu dyplomu z prawa skończyłam dobrowolnie na stanowisku referendarki i niemal od dziesięciu lat zajmowałam się podnoszeniem jakości oraz kontrolą wewnętrzną, do czego czułam się jednocześnie zbyt wysoko i zbyt nisko wykwalifikowana. Do centrum Oslo nie zbliżałam się właściwie nigdy, więc zagrożenie spotkaniem Iris Vilden wisiało nade mną naprawdę rzadko. A potem, w maju, Kai zaskoczył mnie nagle biletami do filharmonii. Fakt, że trzecia symfonia Mahlera nigdy nie należała do moich ulubionych – powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie – a do tego mieliśmy najgorsze niemal miejsca na całej widowni, nie grał żadnej roli. Najważniejsze w tym prezencie było to, że Kai zdołał wyszukać w sieci właściwą stronę i zamówić dwa bilety na moje urodziny zupełnie sam z siebie.
[…]
Bo widzisz, tak się właśnie składa, że mam subtelny prawniczy dylemat. To, co Iris Vilden nazwała subtelnym – domyśliłam się, że chodzi jej o sprawę niewielkiego kalibru – prawniczym dylematem, wcale nim nie było, to jest: nie stanowiło konieczności wyboru między dwiema przykrymi możliwościami. Tak naprawdę Iris Vilden prosiła mnie o poradę, chciała się bowiem wzbogacić. Wyznała mi, że zasady podziału honorarium między nią a scenarzystą przedstawienia są zupełnie niesprawiedliwe, zwłaszcza że ona była autorką dużych fragmentów scenariusza, dostarczywszy przy okazji surowego materiału z własnego życia. Jak sama oszacowała, jej dziełem była jedna trzecia przedstawienia. A mimo to całe honorarium za tekst przypadło w udziale scenarzyście. To zupełnie nie wchodzi w zakres moich kompetencji – powiedziałam. Jej brwi zmarszczyły się groźnie. Odkąd byłyśmy małe, nie umiałam jej odmówić. Nie wiem, czy to była bardziej kwestia mojego, czy jej charakteru, czy to Iris miała szczególną zdolność perswazji, czy może mnie było tak łatwo przekonać.
[…]
W końcu zaczęłam opowiadać. Iris Vilden przeniosła się do nas w czwartej klasie, wkraczając w moje pełne harmonii życie i zmieniając dalsze lata mojej edukacji w zapętlony remake Władcy much. Została pobłogosławiona przez los niezwykłą umiejętnością manipulowania ludźmi i reorganizacji stosunków społecznych. Naskoczyła na nas jak jednoosobowe stado szarańczy, niszczyła przyjaźń za przyjaźnią, korzystając z technik izolacji, rozpuszczania plotek i następnie godzenia się, w doskonale wyreżyserowanym cyklu „witamy w domu – wynoś się”. Nigdy się nie wiedziało, co przyniesie kolejny dzień. Czy przyjdzie moja kolej, by doświadczać upokarzającej samotności na każdej przerwie, czy może wyrok spadnie na kogoś innego? Z powodu intensywnego uczucia ulgi i radości, doznawanego, gdy jednak zapraszano nas w krąg chłodnego ciepła roztaczanego przez młodą Iris Vilden, nie byliśmy w stanie zebrać żadnego ruchu oporu, stworzyć zorganizowanej opozycji. Bo ona jednak mimo wszystko rządziła w pewnego rodzaju systemie parlamentarnym, została wybrana demokratycznie.
[…]
Już tydzień później zadzwonił do mnie nieznany numer. Siedziałam w pracy, a ponieważ spodziewałam się telefonu od koleżanki, odebrałam. Iris była zachwycona. Wracała właśnie ze spotkania z dyrekcją teatru, która zgodziła się na wszystko. Honorarium miało zostać podzielone między nią i scenarzystę po połowie. Po połowie? – wymknęło mi się. Jak to możliwe? Ale ona tego nie skomentowała, ja zaś doskonale znałam odpowiedź na swoje pytanie. Scenarzysta uznał zapewne, że lepiej już stracić pieniądze i zwiać z ula tej królowej pszczół, dopóki sytuacja nie jest jeszcze zbyt zaogniona. Nie wiem, jak ci się odwdzięczę – powiedziała Iris i zanim zdążyłam rzucić, że nie ma o czym mówić, że to miło móc po prostu pomóc, dodała: Czekaj! Już wiem! Już nawet pomyślałam, że wezmę te bilety na monodram, które mi zaraz wciśnie, i dam je sąsiadom. „Dzięki, bardzo chętnie!” – zaczęłam już ćwiczyć odpowiedź w duchu, planując rzucić ją spontanicznie, ale ostatecznie nie wypowiedziałam jej wcale. Bo zamiast biletów Iris zaproponowała mi urlop w swoim domu wakacyjnym. Zaczęła mnie uciszać, zanim zdążyłam zaprotestować.
[…]
Był to istny raj dla tej rodziny. Dom, co nie zaskakiwało, został zaprojektowany przez biuro architektoniczne Snøhetta, a na myśl, ile to wszystko musiało kosztować, aż zakręciło mi się w głowie. I płaciła za to z nieregularnie napływających honorariów aktorki? Puszka Pandory została zatem otwarta. Nie mogłam inaczej, musiałam wyszukać Mikkela Wexøe, byłam ciekawa, skąd biorą się te wszystkie pieniądze. W wynikach wyskoczyło sporo artykułów ze specjalistycznej prasy ekonomicznej. Szybko przeklikałam się przez te teksty, żałując, że w ogóle zaczęłam poszukiwania. Mikkel Wexøe już na początku lat dwutysięcznych założył spółkę zajmującą się sprzedażą paneli fotowoltaicznych, a potem odnosił tylko kolejne sukcesy. Teraz przerzucił się na paliwa wodorowe i obrót nieruchomościami. Jęknęłam bezgłośnie, poczułam, że chcę wiedzieć jak najmniej o tym eko-krezusie. Odłożyłam telefon, upiłam łyk ze schłodzonej puszki z piwem, ale szybko znów sięgnęłam po komórkę. Nie mogłam przestać, ciągnęło mnie do informacji o życiu rodzinnym Iris Vilden jak ćmę do lampy w oborze.
[…]
Raport o stanie socjoekonomicznym. Nic o tym, ile lat ma instalacja hydrauliczna w oglądanym domu, nic o wilgoci, pleśni ani ogrzewaniu. Tylko mapa sąsiedzkich sukcesów w wyspecjalizowanych dyscyplinach „kto osiągnie większe dochody” i „kto zdobędzie wyższe wykształcenie”. Mechanizm segregacyjny dla wyższej warstwy klasy średniej poszukującej nowego domostwa, ludzi z aspiracjami, chcących zbić się w kupki w etnicznie norweskich enklawach kultury, mediów, akademii, polityki i życia gospodarczego. A wszystko to w pełni legalne, bo chodzi o informacje powszechnie dostępne. Mikkel Wexøe zrobił tylko tyle, że opracował określone algorytmy (tak to sobie wyobrażałam) automatycznie gromadzące i sortujące te wszystkie dane w gigantycznej bazie, do której zainteresowani mogli otrzymać dostęp w zamian za jednorazową opłatę. Zerwałam się gwałtownie z miejsca, z przystani dochodził rumor towarzyszący burzeniu starego pomostu. Wyobraziłam sobie portret rodzinny na ścianie domu. Wyprany z sumienia biznesmen o zimnym spojrzeniu, ta skorupa człowieka, żonaty z równie pustą aktorką, ojciec dwóch małych lordów przekonanych, że wszystko im się należy, od urodzenia karmionych pogardą dla słabości!
[…]
Co też się urodziło w najgłębszych zakamarkach mojej duszy. Nie-zazdrość, tak mi się przynajmniej wydawało, absolutnie nie-zazdrość. Najchętniej w ogóle bym o nich nic nie wiedziała, o ich życiu, tych branżach i modelach biznesowych, nie chciałam nawet przez chwilę myśleć, z kim się socjalizują, jakie lubią restauracje, kto ich tutaj odwiedza, by korzystać z czterech wielkich pokojów gościnnych i dwóch łazienek. Łagodne rozżalenie, tak, to bardziej do mnie pasowało. Niezadowolenie w wyniku porównywania się z innymi. Poczucie, że mam niewiele, żyjąc pośród ludzi, którzy mają dużo. Zawsze się tego doszukiwałam, robiłam to wręcz aktywnie. Już piętnaście lat temu postanowiłam, że nie będę korzystać z mediów społecznościowych, by nie ryzykować zdrowiem psychicznym. Ale to wszystko i tak się gdzieś we mnie gotowało. Spałam beznadziejnie, nie potrafiłam odepchnąć od siebie myśli o wszystkich nocach, które spędzili tu Iris i Mikkel Wexøe, śpiąc w tej śnieżnobiałej pościeli. Poszwa na kołdrę była gruba i sztywna, jakby ciężka, a jednocześnie miękka, przyjemna w dotyku, należała do zupełnie innego świata niż pościel z kory w naszym domu. Nawet papier toaletowy był tu gruby i miękki.
[…]
Najchętniej zobaczyłabym, jak Mikkel Wexøe ląduje w więzieniu, skazany za swoją faszystowską wyszukiwarkę. Pomyśleć, zaczął od fotowoltaniki, a skończył na segregacji! Znów spróbowałam się z tego otrząsnąć, przecież świeciło słońce, a ja byłam na urlopie! Tak sobie właśnie powtarzałam: jestem na urlopie, do tego darmowym, jakie to wspaniałe! Taki właśnie nieskomplikowany stosunek miał do tego Kai i chciałam, by mi się on udzielił. Ruszyłam w kierunku, który uznałam za północ, wzdłuż brzegu, skały ciągnęły się jak okiem sięgnąć, co jakiś czas rosły na nich pojedyncze wysmagane wiatrem sosny, a ja byłam szczerze ciekawa, w jakiej odległości mieszkają najbliżsi sąsiedzi. Czyżby Mikkel Wexøe wykupił całą okolicę? Pamiętam, że w komórce widziałam niedaleko cały rząd dachów, ale odległości są tu najwyraźniej dużo większe, niż się to wydaje na mapie. Chciałam dostać się na drugą stronę półwyspu, ale w niektórych miejscach skała była poorana szerokimi szczelinami, w których huczały morskie fale, gdzieniegdzie było tak stromo, że skalne formacje przypominały regularne klify, więc musiałam wejść nieco w głąb lądu, oddalić się od morza. Przybrzeżna skała wydawała się na zdjęciach zawsze taka łagodna i przyjazna spacerowiczom, ale w rzeczywistości sytuacja przedstawiała się inaczej.
[…]
Co proszę? – wymknęło mi się, choć doskonale go usłyszałam. Teren prywatny – powtórzył, teraz wyraźniej, z irytacją, a moje ciało zareagowało potrzebą, by go czołobitnie przeprosić, odwrócić się i zniknąć, ale jednocześnie: Co to niby za sposób traktowania obcej osoby, bliźniej, przedstawiciela tego samego gatunku, w tym samym kraju, na tej samej skale? Najbliższą sąsiadkę w kierunku północno-wschodnim traktować jak niepożądaną biomasę, którą należy natychmiast usunąć? Więc zamiast odpełznąć z powrotem, zawstydzona i przybita, nabrałam powietrza i nagle usłyszałam, jak mówię, raźnym, radosnym tonem: Jak tam? Biorą? A on zakręcił szybko kołowrotkiem, poderwał haczyk z wody, poirytowany, że nie zastosowałam się do jego bardzo wyraźnej sugestii, by sobie pójść. Nadal nie patrzył mi w oczy. Bo u nas aż się roi od ryb – dodałam spokojnym głosem. Całe mnóstwo makreli. Umyślnie powiedziałam „u nas”, żeby sobie nie pomyślał, że jesteśmy jakimiś przypadkowymi biedakami, którzy węszą w okolicy i wyciągają sobie jedzenie z morza, bo nie mogą go zdobyć nigdzie indziej. Mężczyzna odwrócił się do mnie półprofilem i zmarszczył brwi.
[…]
Fakt, że zostałam potraktowana przez naszego sąsiada jak odpad, wcale mnie nie przygnębił. Wręcz przeciwnie, czułam się dziwnie podekscytowana. Niespodziewanie elegancki sposób, w jaki mu się odcięłam – tak zdecydowany, a jednocześnie spontaniczny, niemal żartobliwy – sprawił, że ośmieszyłam jego grubiańskie i małostkowe zachowanie wobec obcej kobiety, zestawiając je z moją wesołą odpowiedzią i szczodrą propozycją. Gdy wspięłam się na ostatnie wzniesienie przed naszą chatą, ujrzałam Kaia ciężko pracującego przy brzegu. I w tej samej chwili dotarło do mnie, kim jest mężczyzna z wędką. Spotkałam Pera Sindinga. Pisarza. Ale przede wszystkim człowieka rozpoznawanego jako małżonek pisarki, bo sam nie był równie znany, jak jego żona, Hilma Ekhult. Ona zaś była tak sławna, że nawet nie mieszkała w Norwegii. Ani w Nowym Jorku, co byłoby zresztą trochę komiczne albo smutne, zupełnie jakby próbowała być bladą kopią Siri Hustvedt albo Paula Austera. Byli zbyt wielcy na Norwegię, lecz za mali na Nowy Jork. Wydawało mi się, że mieszkają w Sztokholmie, co już samo w sobie stanowiło rodzaj deklaracji: Norwegia? Nie, dziękuję. Najbliższy kraj sąsiedni? Tak, poproszę!
[…]
To był więc ten „wielki humanista” Per Sinding, z którym czytałam liczne wywiady. Rzucał w nich tajemnicze uwagi dotyczące własnych książek, które wcale nie wydawały się tak niezrozumiałe, jak próbował je przedstawić – były to z grubsza egzaltowane, egocentryczne dzieła auto-fikcji, historie o walczących na froncie krewnych od strony matki, rozważania, czemu dokonali wtedy niewłaściwego wyboru, i obowiązkowe refleksje nad tym, kim był sam autor, z domieszką, rzecz jasna, krytycznego spojrzenia na społeczną rolę współczesnego mężczyzny. Zawsze dawał się fotografować z tym samym wystudiowanym wyrazem twarzy, poważne spojrzenie i lekko ściągnięte brwi, głębokie zmarszczki wokół oczu, często stał pod drzewem, całym sobą dając do zrozumienia, że dźwiga na swoich barkach znaczny ciężar egzystencjalnego bólu. Specjalizował się, poza tymi ociekającymi zarozumiałością wywiadami, w nadętych, pisanych mentorskim tonem felietonach, które wysyłał do gazet za każdym razem, gdy następował jakiś nowy kryzys – przede wszystkim humanitarny. Pisał z żarem o empatii i ludzkich odruchach, celował drżący z oburzenia palec nie tylko w wybranych przez naród polityków, ale w ogóle w nas wszystkich, co trudno było uznać za rozważną taktykę.
[…]
To wszystko przejawiało się również w opisach pozornie beztroskich wakacji spędzanych w dzieciństwie właśnie tutaj, w domu letniskowym należącym do rodziny Hilmy Ekhult od wielu pokoleń, podobnie jak serwis do kawy – jak podkreśliła – a opowiadała o tym tak, jakby chodziło o perspektywę wielu stuleci, choć dom zbudowano w latach pięćdziesiątych. Cały czas pilnowała, by jej wspomnienia różniły się wyraźnie od wspomnień z wakacji nad morzem zwyczajnych ludzi. Opowiedziała, krótko i aluzyjnie, o wrodzonym lęku przed czymś, co nazwała „głębią”, ostrożnie dołączała informacje o tym, jak jako dziecko leżała na pomoście, wpatrując się niczym urzeczona w tę właśnie głębię, otaczał ją tylko śmiech i radość, a ona czuła, że coś ją ciągnie pod wodę, coś ją kusi, grożąc, że ją połknie, to wszystko Hilma Ekhult dawkowała starannie we wszystkich trzech wielkich wywiadach, by móc w końcu stwierdzić, że była dzieckiem innym niż wszystkie. Ostatni wywiad pochodził sprzed siedmiu lat. Później Hilma Ekhult już ani nie wydawała nowych książek, ani nie rozmawiała z prasą. Przynajmniej z tego, co mi się udało ustalić. Czytałam to wszystko ze skwaszoną miną, wydając zdegustowane chrząknięcia za każdym razem, gdy mówiła coś „mądrego”, ale wiedziałam, że nie wynika to z niechęci do samej Hilmy Ekhult, lecz ze wzbierającej we mnie urazy na myśl, jak zostałam potraktowana przez Pera Sindinga.
[…]
Hilma Ekhult pisała coś w rodzaju ibsenowskich kameralnych dramatów, wprawiając je w ramy współczesności. Były one zarówno przyjazne dla czytelnika, jak i miały jasne zacięcie intelektualne. Sama byłam zdania, że tajemnicą jej sukcesu jest to, że trafiała do wysublimowanych płatów czołowych swoim przemyślanym i niemal chłodnym językiem, swoimi precyzyjnymi, pełnymi opanowania opisami – lecz jednocześnie układała skomplikowane intrygi rozgrywające się pośród przedstawicieli klas wyższych (do jej głównych bohaterów należeli między innymi dyrektor galerii sztuki, minister czy wzięty architekt), a odkrywanie kłamstw z przeszłości łechtało prymitywniejsze części mózgu ukierunkowane na plotki, seks i autoafirmację cudzym kosztem. Jej powieści były recenzowane w „New Yorkerze”, przeprowadzono z nią również – jako jedyną norweską autorką – wywiad w „The Paris Review”. Ale teraz była tutaj. Otworzyłam mapę i spojrzałam najpierw z góry na dom wakacyjny Iris, zobaczyłam szary dach, który wyglądał, jakby dwa prostokąty zderzyły się ze sobą pod kątem stu dwudziestu stopni, zobaczyłam podwórze, stary pomost przy białej niemal skale, morze, które przy brzegu było turkusowe, a potem robiło się prawie czarne.
[…]
Wyobraziłam sobie, jak Hilma Ekhult w tej właśnie chwili siedzi na plaży w ogromnym kapeluszu słonecznym i długiej sukience z lekkiej luksusowej tkaniny, siedzi tam i czyta jednego ze swoich zachodnich myślicieli, notuje krótkie uwagi na marginesie i popija małymi łyczkami... no właśnie, co? Może mimozę? Per Sinding stoi w tym czasie w wodzie do kolan, zakrywającej opalone łydki, wyławia omułki do pasta vongole, którą zaserwuje wieczorem. Ja tymczasem siedzę tutaj, w butach, pod dachem, pochłonięta mapą na iPadzie, moim jedynym źródłem wglądu w ich życie. Wyobraziłam sobie wieczory przy ogrodowym stole, lampiony na drzewach i płonące świeczki. Kolacje do późna, z zawrotnie drogimi winami, fascynujące rozmowy ze wspaniałymi gośćmi: dyrektorami teatrów i wydawcami, mecenasami i kolekcjonerami dzieł sztuki, członkami rodziny królewskiej, o ile to nie zbyt naiwne, i co ciekawe, w swojej fantazji wyszłam z założenia, że Hilma Ekhult i jej małżonek nie spoufalają się z przedstawicielami swojego środowiska – innymi pisarzami czy artystami – i zdało mi się, że to się zgadza, bez trudu byłam w stanie sobie wyobrazić, że Hilma Ekhult nie jest zainteresowana rozmową z ludźmi sobie równymi, lecz sięga o poziom wyżej, ku tym, którzy zarabiają i – co nie mniej ważne – tracą pieniądze na działalności artystów, ku super-klasie administracji publicznej, tym, którzy znają się na Bourdieu i de Beauvoir, a jednocześnie potrafią układać i analizować budżet państwa. Czułam się brudna. Brudna, bo oto stałam, skamląc u drzwi obcych ludzi, chciałam się dostać do środka, po to jedynie, by spojrzeć, nie uczestniczyć, lecz spojrzeć na ich życie.
[…]
Przed jedzeniem zadzwoniłam do chłopców. Ponieważ moi teściowie pozwolili im siedzieć przed telewizorem i bawić się pilotem, wyduszenie z nich odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, czy w ogóle nawiązanie rozmowy, okazało się w zasadzie niemożliwe. Przytłoczyło mnie potem poczucie, że stopniowo, lecz nieuniknienie tracę ich na rzecz społeczeństwa. Gdy byli mniejsi, trzymałam ich życie jak na dłoni. Mogłam – w rozsądnych granicach – wtłaczać w nich własne preferencje, muzykę, gust kulinarny. A teraz pozostało mi tylko stać i patrzeć, jak wszystko, czym ich karmiłam, jest z nich wysysane i zastępowane gustami narzuconymi przez grupę rówieśniczą. Wszystkie historie, które im opowiadałam. Wszystkie greckie mity, jakie zdołałam znaleźć. Zaczęłam od Minotaura, którego pokochali, a potem z pamięci odkrywałam przed nimi kolejne przygody Tezeusza, łącznie z rzuceniem Ariadny dla Fedry, co ich szczerze zszokowało. Później przekopaliśmy się przez wszystko o mitologii, co dało się znaleźć w bibliotece, próbowałam tylko odsiać najgorsze przypadki kanibalizmu czy kazirodztwa. Gdy zasoby biblioteki przestały nam wystarczać, siadałam na skraju łóżka z telefonem, czytając im streszczenia tragedii Eurypidesa i Sofoklesa na stronach Wikipedii. A oni leżeli w swoich łóżkach i słuchali tego wszystkiego z szeroko otwartymi oczami.
[…]
Pomyśl, jak ona na mnie wpłynęła jako na matkę – ciągnęłam. Jak koordynowałam przyjaźnie chłopców, odkąd byli maleńcy, próbowałam nimi tak sterować, by nie zetknęli się z paskudnymi dzieciakami o ewidentnych cechach manipulatorów, bo czuliby się przy nich niepewnie albo chcieliby im się przypodobać. A ja wierzę, że dzieci trzeba eksponować na trudne sytuacje, a nie przed nimi chronić – stwierdził Kai. Jasne, trzeba pozwalać, żeby się przewracali i robili sobie krzywdę, kaleczyli się do krwi nożami, ja też jestem zwolenniczką takiego myślenia. Ale terror psychiczny? W wieku, gdy delikatny dziecięcy mózg jeszcze się rozwija? Naprawdę? Kai zrobił minę, jakby chciał zmienić temat, i bardzo mnie to sprowokowało. On zawsze pozwalał rzeczom po prostu się dziać, to ja musiałam niechętnie się we wszystko włączać, martwić się, i może to zresztą Kai miał rację, może należało pozwalać rzeczom dziać się, ale ja nie mogę się temu przyglądać, robi mi się dosłownie niedobrze od patrzenia, jak moi chłopcy cierpią, są przecież tacy mali i bezbronni.
[…]
Kai spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony. Możliwe, że myślisz o tej Iris dużo więcej niż ona o tobie – stwierdził. I to właśnie doprowadza mnie do szału! Poświęciłam całe lata mojego życia, żeby się jej pozbyć, ale nadal, nadal się zdarza, że prowadzę z nią wyimaginowane rozmowy, odtwarzam w głowie dramatyczne sceny, które nigdy nie zaistniały, próbuję się na niej odegrać w wyobraźni. A to znaczy, że ona wygrywa! Kim ja dla niej tymczasem jestem? Marnym pyłkiem, okruchem z przeszłości, który może wykorzystać. Wykorzystać? Przecież cię tu zaprosiła – zaoponował Kai. Jęknęłam. Przecież zrobiła to tylko po to, żebym zobaczyła jej wspaniały dom, ujrzała, jaka jest niesamowicie szczęśliwa, podziwiała rodzinny portret na ścianie.
[…]
Stał nad nim Per Sinding, z okrągłymi okularami przeciwsłonecznymi zsuniętymi na czoło i dłońmi w kieszeniach spranych czerwonych szortów. Słyszałam, jak mówi: „...od zachodu, po drugiej stronie półwyspu”. Natychmiast odskoczyłam od okna i wybiegłam na zewnątrz, nie zaczerpnąwszy nawet powietrza, by przerwać rozmowę, zanim Kai wyjawi, że jesteśmy tylko gośćmi, bo to zaprzeczyłoby temu, co wcześniej powiedziałam Sindingowi. On zaś, gdy wypadłam zza rogu, zdał się całkiem niewzruszony. Uśmiechnęłam się z zaskoczeniem, odrobinę pytająco, jakbym nie poznała go od razu. Przepraszam – rzuciłam. Teren prywatny. Była to zagrywka ryzykowna jak na pierwsze słowa mające przełamać lody, ale Per Sinding zdecydował się zareagować uśmiechem. Zobaczyłam teraz, że ma lekko orli nos, nadający jego twarzy nieco arogancki wyraz – jego uśmiech wydawał się więc dwuznaczny, a w każdym razie niezupełnie godny zaufania.
[…]
Piątego dnia, w piątek, odbyłam już tyle wyimaginowanych rozmów z Hilmą Ekhult, że nie chciało mi się z nią dłużej gadać. Z reguły wyobrażałam to sobie tak, że siedziałyśmy na zewnątrz w zapadającym zmroku, popijając lodowate różowe wino przy jednym z kamiennych stołów, a faceci, jak ich nazywałam, sadowili się nad wodą, pili piwo i rozmawiali ściszonymi głosami. W tych snutych na jawie snach formułowałam zdania o kunszcie pisarskim Hilmy Ekhult, których nikt inny wcześniej nie wyartykułował w sposób tak precyzyjny i przemyślany, nikt nie wniknął głębiej w istotę powieści tej autorki. A Hilma Ekhult, która w prawdziwym życiu nie miała potrzeby i nie lubiła słuchać pseudointelektualnego gadania o produkowanej przez siebie literaturze, przysłuchiwała mi się w skupieniu, z zainteresowaniem w oczach, kiwała poważnie głową, gdy wygłaszałam jakąś szczególnie głęboką myśl, i w ogóle się mną napawała. Od siedmiu lat nie wydała żadnej książki i próbowałyśmy wspólnie dotrzeć do istoty problemu, który ewidentnie za tym stał. Byłam uważna, cierpliwa, rozważna. Hilma Ekhult z całą pewnością dotarła do momentu w swojej karierze, kiedy wszystko zdało jej się nagle bezsensowne, zaczęła wątpić w swoje pisanie, bo wątpiła w samą siebie jako osobę, a ponieważ byłam taka inteligentna, to Hilma Ekhult zaczęła nie tylko mnie podziwiać, lecz również się mnie trochę bać – i to tu właśnie nasze fikcyjne rozmowy utykały raz za razem na mieliźnie.
[…]
Przeprowadziłam się do Oslo z moją najlepszą przyjaciółką z liceum zaraz po ukończeniu trzeciej klasy. Jej rodzice byli prawnikami, ale moi nie, nie miałam żadnych powodów, żeby studiować prawo, poszłam na te same studia, co ona, bardzo mi się jednak spodobało. Razem z trzema innymi osobami wynajmowałyśmy mieszkanie na Colletts gate. Zorganizowałam sobie życie w stolicy niemal bez żadnych problemów i czułam się świetnie. Dobrze mi szło na uczelni i marzyło mi się prawo karne. A potem, pewnego marcowego popołudnia w czwartym roku mojego pobytu w Oslo, poszłam pod prywatny adres przy Vestkanttorget, żeby kupić używaną mosiężną lampę. W drodze do domu przecięłam Arno Bergs plass, w kierunku Gyldenløves gate, byłam podekscytowana zakupem i szłam nieco za szybkim krokiem, jak zawsze w miejscach, których nie znałam, i zupełnie nieświadomie znalazłam się nagle na planie filmowym. Zaledwie dwa metry ode mnie o pień mocno przyciętej topoli opierała się Iris Vilden, naprzeciwko niej stała gigantyczna kamera i grupka ludzi w półkolu, i zanim ktoś zdążył krzyknąć: „Cięcie!”, zrobiłam w tył zwrot, właśnie tam, przed jej nosem, wyszłam z kadru z dokładnie taką samą prędkością, z jaką w niego weszłam, wykonując manewr, który musiał wyglądać bardzo dziwnie i komicznie, po czym wróciłam na Schives gate i ruszyłam do siebie bardzo okrężną drogą.
[…]
Wybraliśmy się na pożegnalną przejażdżkę łodzią. Kai siedział obok mnie i dawał mi wskazówki, a ja sterowałam, powoli kierując się na południe. Nigdy nie miałam szczególnie emocjonalnego stosunku do morza, nie pasjonowało mnie wcale żeglarstwo. Kiedy dorastałam, to tu właśnie przebiegała granica: jedne rodziny miały łodzie, a inne nie. Czasami mi się zdawało, że te dwie grupy żyją w dwóch różnych krajach, mówią różnymi językami i wyznają różne religie. Ale teraz brałam swoje zadania na poważnie, zmniejszałam prędkość, gdy tylko w polu widzenia pojawiały się inne płynące ku nam jednostki, niezależnie od tego, jak daleko się znajdowały. Morze, morze i jeszcze raz morze – powiedziałam. Każdy musi mieć dom nad morzem. Ale dlaczego? Czemu to jest niby takie fantastyczne, czy ktoś mi to kiedyś wyjaśni? Można łowić ryby – odrzekł Kai. Ale człowiek się z morza nie napije. Samej wody nie sposób użyć do żadnych rozsądnych celów. To wszystko jest tylko niepoważną zabawą!
[…]
To wy? Na wyprawie? – spytał Sinding, sunąc ku nam po spokojnej wodzie. Próbowałam nie patrzeć na Hilmę Ekhult, siedzącą na dziobie w spodniach do kostek, bluzce z dekoltem w serek i zwiewnym szalu. Pod białym daszkiem dało się ledwie dostrzec obojętne spojrzenie, skryte w cieniu, jej skóra zaś była cienka i niemal nieskalana żadną zmarszczką, musiała bardzo ją chronić przed słońcem. Jej bezpośrednia bliskość wywołała we mnie gwałtowną reakcję somatyczną, poczułam mrowienie w brzuchu, rozlewające się na klatkę piersiową. Ahoj! – rzuciłam lekko humorystycznie, starając się sprawić wrażenie osoby opanowanej i rozluźnionej, Kai zaś uniósł niedbale dłoń ku skroni w niemal ironicznym pozdrowieniu i powoli się minęliśmy. Hilma Ekhult uśmiechnęła się do nas nieznacznie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Oto spotkanie na morzu, przy którym należy zachować uprzejmą obojętność. To nasi sąsiedzi – odezwał się Per Sinding. A – odparła Hilma Ekhult. Nie „ach”, tylko „a”.
[…]
Zgadywałam, że oni są jakieś dziesięć czy piętnaście lat od nas starsi, na oko między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką – Kai miał czterdzieści trzy lata, ja czterdzieści jeden. Byli rodzicami co najmniej jednego dziecka, czytałam o tym w wywiadzie, to dziecko musiało być już niemal dorosłe, studiowało albo mieszkało u nich w Sztokholmie, pół-szwedzkie dziecko dwojga pełnokrwistych Norwegów, jaki w tym niby sens? Gdyby chociaż nauczyło się niemieckiego, francuskiego, nawet angielskiego, ale szwedzki?! Poczułam wyraźnie, jak podziw i uznanie dla Hilmy Ekhult i jej pisarskiego dorobku przechodzą, na skutek tego fizycznego spotkania, w jakąś formę złości, może był to zresztą mechanizm obronny, bo Hilma Ekhult wyraźnie zachowywała się jak osoba zarozumiała – którą zresztą obiektywnie była. Ale tylko jeśli ja wiem, kim ona jest, pomyślałam. A kogo my tutaj mamy? – zapytałam, spoglądając wesoło na Hilmę Ekhult. Ona zaś nie dała choćby najmniejszym gestem do zrozumienia, że ma zamiar odpowiedzieć, pod durnym daszkiem sportowym nie drgnęła jej nawet powieka. Pozwoliła, by Per Sinding grał rolę jej rzecznika.
[…]
Wspięliśmy się na ostatnią skałę i przed naszymi oczami roztoczył się widok na całą zachodnią stronę półwyspu, zabudowaną domkami letniskowymi. Mogliśmy zajrzeć prosto w głąb zacisznej, spokojnej zatoki Hilmy Ekhult, obejrzeć sobie ich wybrzeże, ich zabytkową trampolinę. Oboje siedzieli na maleńkiej kamiennej przystani, niewzruszeni, każde na swoim leżaku – Hilma Ekhult w czarnej sukience i kapeluszu o szerokim rondzie, z książką, dokładnie tak, jak ją sobie zawsze wyobrażałam. Per Sinding obok niej, również wyposażony w książkę – oto kapitał kulturowy wystawiony na widok wszystkich, którym chciało się patrzeć. Czemu byłam pewna, że to przedstawienie? Czy nie mogło być to po prostu niewymuszone i zupełnie autentyczne? Oto siedzieli sobie po prostu, małżeństwo literatów, każde z książką. Najprawdopodobniej był to zupełnie normalny widok, tak po prostu na ogół wyglądali. Nie. Wiedzieli przecież, że się do nich wybieramy, że możemy się pojawić w każdej chwili, życzyli sobie, byśmy ich tak ujrzeli i pomyśleli: „No tak, to właśnie tacy ludzie, zawsze z nosem w książce”, czując przy tym ukłucie zazdrości na myśl o ich bogatym życiu wewnętrznym, o tym, jak to skrzy się i błyska w ich płatach czołowych, gdy tak siedzą w głębokim skupieniu, przerzucając kolejne strony. Przeznaczyli na to czas, obmyślili tę strategię: „Jak przyjdą, to będziemy tu siedzieć i czytać, dobra?”, demonstracyjnie nie troszcząc się o gości, którzy w każdej chwili mogli wychynąć zza skały.
[…]
Takie miejsce to prawdziwy skarb – odrzekł Kai, tocząc spojrzeniem po posesji, od trampoliny i białej plaży do kamiennego nabrzeża wyłożonego dużymi płytkami, zlustrował naturalną roślinność od morskiego brzegu do podwórza i wreszcie sam dom. Hilma Ekhult zbliżała się do nas w tym czasie krok za krokiem. Bardzo tu miło – powiedziałam i było widać, że Per Sinding nie jest usatysfakcjonowany naszymi pochwałami, wolałby zobaczyć, jak zataczamy się z zazdrości, padamy z wrażenia, widząc, jak tu autentycznie i niemal idyllicznie, co stanowiło oczywiście kontrast względem naszego zimnego, bezdusznego domu, który lepiej by się wpasował w biennale architektoniczne niż w rzeczywiste wybrzeże szkierowe. Shabby chic [stylistyka urządzania wnętrz przy wykorzystaniu starych bądź celowo postarzanych mebli – przyp. aut.], tak to się chyba nazywa? – zapytał Kai, uśmiechając się pobłażliwie, a ja poczułam wielką wdzięczność za to, że znalazł tak idealne słowa, zawierające w sobie tyle samo krytyki, co pochwały. Sinding tymczasem nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Hilma Ekhult w końcu do nas dotarła, niczym duch przynoszący wiadomość o nadchodzącej śmierci, zdjęła z nosa wielkie okulary przeciwsłoneczne, które w połączeniu z kapeluszem o szerokim rondzie i czarną sukienką nadawały jej wygląd wdowy na pogrzebie członka sycylijskiej mafii. Pod pachą miała książkę. Ingeborg Bachmann, przeczytałam i dyskretnie przewróciłam oczami, czyżby jej się rzeczywiście wydawało, że Ingeborg Bachmann zrobi wrażenie na nas, finansistach po czterdziestce, właścicielach zawrotnie drogiego domu wakacyjnego? W najlepszym wypadku wyszlibyśmy z założenia, że to szwedzka autorka kryminałów, bo może pamiętalibyśmy jej nazwisko na grzbiecie książki w lotniskowych księgarniach – do których zdarzało nam się zajrzeć w drodze powrotnej z podróży w interesach.
[…]
Bardzo tu macie miło. Była wyrafinowana. To było właściwe słowo. Wyrafinowana od stóp do głowy. Od jasnych prostych włosów na karku, które wyjrzały spod kapelusza, gdy się odwróciła, po paznokcie u stóp w koniakowych sandałach, polakierowane na blady róż, niemal w odcieniu skóry. Zwróciła się do Pera Sindinga. Podamy teraz napoje orzeźwiające? – zapytała głębszym nieco głosem, a jej cienka skóra między podbródkiem i szyją wyraźnie się napięła. Tak, jasne, napoje orzeźwiające – odparł Per Sinding i odwrócił się na pięcie. Taaak... – westchnęła Hilma Ekhult, gdy zostaliśmy sami i spojrzała znów w stronę morza. Założyłam, że to głównie dlatego, że nie czuje się komfortowo w naszej obecności, choć takie odwrócenie się do nas plecami zdawało się po prostu aroganckie.
[…]
Znów wznieśliśmy toast, wykonując bardzo drobne ruchy i nieznacznie kiwając głowami, kiwnięcie Pera Sindinga było tak naprawdę tylko drgnięciem jednego z nozdrzy, po czym napiliśmy się w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w morze. Czyli piszesz o polityce? – spytałam. Cóż, wszystko jest polityką, czy tego chcemy, czy nie – padła odpowiedź. Wszystko? – dopytywałam niczym natrętny Sokrates, nieprzyjmujący niczego bezkrytycznie. Kai siedział i nucił cicho, jak zawsze, gdy myślał o czymś innym i nie słuchał rozmowy. Per spojrzał na Hilmę Ekhult bezradnie. Ona zaś uniosła elegancko brew, spuściła lekko spojrzenie i przekrzywiła nieznacznie głowę z protekcjonalnym, ledwie widocznym uśmieszkiem, który wyrażał, że cała ta rozmowa jest idiotyczna z racji samego faktu, że bierzemy w niej udział ja i Kai.
[…]
Poszłam po schodach za Perem, z dzbankiem i ze szklankami, i wkroczyłam z nim do starej jasnozielonej kuchni z lat pięćdziesiątych. A ty? – zapytałam. Pewnie dorastałeś w pysze wielkich ogrodów? Sinding zamarł i odwrócił się, słysząc to literackie nawiązanie, którego w ogóle nie miałam zamiaru rzucać. Jesteś chyba pierwszą znaną mi drapieżną kapitalistką, która czytała biografię Myklego – oświadczył. Myklego? – zapytałam spokojnie i przełknęłam ślinę, odstawiłam dzbanek i szklanki na kuchenny blat. Nic z tych rzeczy – odezwał się Sinding. Co takiego? – zapytałam. Absolutnie nie dorastałem w wielkim ogrodzie. Jestem prostym chłopakiem z Telemarku – wyjaśnił i odwrócił się, by otworzyć lodówkę.
[…]
Ona zaś uśmiechnęła się do mnie, jak zwykle ze ściągniętymi wargami i się napiłyśmy. W kuchennym oknie mignęła biała koszula Sindinga, kręcącego się tam nerwowo. Oglądanie tylu jego małych porażek z tak bliska, cała ta jego mieszczańska delikatność, to wszystko działało mi na nerwy. I bardzo kontrastowało z wizerunkiem, który próbował budować: radykała i humanisty. Wydawał się również trochę zbyt pochłonięty własnym wyglądem jak na człowieka w jego wieku. Kai wstał od stołu z puszką w ręku i poszedł bez słowa do krzywej ochrowej szopy, niemal zarośniętej bluszczem i wiciokrzewem, zniknął w jej wnętrzu i wyłonił się znów, gwiżdżąc, z kilkoma deskami pod pachą. Hilma postrzegała go najwyraźniej jako ludzki bufor i znów odczuwała wyraźny dyskomfort, skazana na wyłącznie moje towarzystwo. Uśmiechnęła się krótko i odwróciła głowę w kierunku domu, jakby chcąc sprawdzić, kiedy wreszcie pojawi się jedzenie, ale w tej właśnie chwili Per Sinding wytknął głowę przez kuchenne okno.
[…]
Ciekawiło mnie, że nie wydała niczego od sześciu, prawie siedmiu lat, tak ciekawiło, że musiałam się pilnować, by nie wyjawić, ile w rzeczywistości o niej wiem. A ile zajmuje napisanie książki? Ach, to zależy. To zależy. Od kilku tygodni do... do trzydziestu lat. Ojej. I to przebiega tak, że piszesz, wydajesz, piszesz, wydajesz, czy dzieje się coś więcej? Jest trochę wydarzeń literackich, prelekcji, spotkań. A – rzuciłam. I znów zapadła cisza. Piłam zimnego szampana małymi łyczkami. Spocona, zastanawiałam się, czemu nie ma tu żadnego parasola. Hilma Ekhult siedziała schowana pod rondem swojego kapelusza, a ja nie wzięłam nawet okularów przeciwsłonecznych. Nagle przepełniła mnie wściekłość na myśl o tym, jak zdawkowo i lekceważąco mi odpowiadała, choć przecież zadawałam jej ewidentnie dziecinne pytania. Zupełnie jakbym nie była pełnoprawnym człowiekiem, wobec którego należy się zachowywać przyzwoicie, tylko molem, którego ona może odgonić machnięciem swojej wąskiej dłoni o wypielęgnowanych paznokciach polakierowanych tak samo, jak te u stóp.
[…]
Podczas jedzenia przyszła mi do głowy smutna myśl, a mianowicie żałowałam, że nie byłam bardziej ambitna w życiu zawodowym. Cała moja kariera objawiła mi się nagle jako seria dogodnych decyzji o rezygnacji – od chwili, gdy opuściłam stanowisko na dworze Iris, niezamierzenie czyniąc z mojego ojca ofiarę wymyślnej zemsty, aż do momentu, kiedy jako świeżo upieczona prawniczka z bardzo dobrymi ocenami wybrałam pracę w monopolowym, a w końcu złożyłam papiery i otrzymałam niemal śmiesznie nic nieznaczące stanowisko w urzędzie gminy. Jedynie Kai był w tym wszystkim jakimś triumfem, ale życie podało mi go właściwie na srebrnej tacy. Gdybym nie była wtedy tak pozbawiona ambicji, może pracowałabym dziś jako szanowana sędzia albo wzięta wyspecjalizowana adwokatka. Ekspertka od spraw karnych i sąsiadka z domu wakacyjnego obok, bo w tej fantazji dom naprawdę był nasz i mogła się między nami nawiązać prawdziwa serdeczność, moglibyśmy odwiedzać ich w Sztokholmie, prowadzić ściszonymi głosami długie rozmowy, nie tylko o literaturze i systemie prawnym, bo takie tematy na dłuższą metę nużą, lecz o życiu jako takim i jego trudnych wyborach, konfliktach czy dylematach. O błędach w ocenie sytuacji i pożądaniu, o wszystkim, co się da, ja mogłabym być w takich dyskusjach głosem rozsądku, doświadczoną prawniczką, która widziała niejeden przejaw ludzkiej lekkomyślności, która mogłaby być doradczynią i przyjaciółką. A Kai zrobiłby im półki na wymiar – jakie to praktyczne przyjaźnić się z cieślą! O wiele bardziej praktyczne niż pogłębianie znajomości ze spekulantem na emeryturze.
[…]
Bycie rodzicem nie jest łatwe – stwierdził kokieteryjnie. Musiałam zdusić jęk, bo tego rodzaju stereotypowe narzekania straciły na wartości już całe wieki temu, zjadła je inflacja. Te niby wyrzuty sumienia spod znaku „nigdy nie byłem dobrym ojcem”, zarezerwowane dla artystów i poszukiwaczy przygód, stawały się nieznośne. Nie rozumiem, czemu bycie złym ojcem to jakby dowód szlachetności – powiedziałam. Ależ w ogóle tak nie jest! – zaprotestował Per. I to mnie właśnie tak boli! Hilma siedziała w milczeniu ze spuszczonym wzrokiem. Ale poważnie – ciągnęłam. Twoja córka ma nie tylko jedno, ale dwoje rodziców pracujących w domu. Nie da się chyba być w takiej sytuacji nieobecnym. Ja w ogóle nie mówię o nieobecności – zastrzegł Per. Trzeba popatrzeć na innych – wtrącił się Kai. Nasi sąsiedzi oboje pracują na zmiany. Jedno z nich widzi dzieci przez kilka godzin po południu, a drugie tylko rankami, rodzice zaś nie widują się nawzajem nigdy.
[…]
Rozważałam, czy nie spróbować jej się przypodobać, ujawniając, że żywię duże zainteresowanie jej domenami i mam o nich pewną wiedzę: to znaczy o literaturze i życiu kulturalnym. Wiedzę większą niż ona być może przypuszcza. Ale pewnie poczułaby się tym tylko urażona, bo wolała mieć te sfery życia tylko dla siebie. Zaczęłam żałować, że podobały mi się jej książki. Byłoby zupełnie inaczej, gdybym wcześniej dowiedziała się tego, co dzisiaj do mnie dotarło, a mianowicie, że Hilma Ekhult ma przemożną potrzebę pozowania na kruchą geniuszkę, wręcz do granic absurdu. Pisanie ibsenowskich dramatów kameralnych w dwudziestym pierwszym wieku jest przecież właściwie pretensjonalne. A ona zawsze, po prostu zawsze pisała tylko o hetero-normatywnych parach z klasy wyższej. Miała najwyraźniej silne zamiłowanie do szczytów społecznych. Główny bohater jednej z jej powieści był nawet dyrektorem Banku Centralnego – chociaż ja wiedziałam, rzecz jasna, że napisała tę książkę, nie mając żadnego pojęcia o ekonomii czy zarządzaniu pieniędzmi. I nie wydała nic od jakichś sześciu czy siedmiu lat. Może miała poczucie, że czas i duch współczesności jej się wymykają, że nie ma już zbyt wiele do powiedzenia swoim starym czytelnikom, nie wspominając nawet o tym, jak trudne musi być teraz rekrutowanie nowych.
[…]
A ta książka, nad którą teraz pracujesz... – zaczęłam, ale zanim dokończyłam pytanie, ona mnie powstrzymała, unosząc dłoń. Nie ma żadnej książki – oświadczyła. Nie? Nie. Hilma opuściła dłoń, patrząc na mnie ponuro. Rozumiałam, że ona nie chce o tym ze mną rozmawiać, że uznaje za nonsensowne dyskutować o procesie twórczym z kimś takim jak ja, ale jednocześnie rodziła się we mnie myśl, że właśnie ktoś taki jak ja, z moją znajomością jej dorobku i moimi ogólnymi..., jeśli nie kompetencjami, to przynajmniej wiedzą w tej dziedzinie, ukrytą za fałszywą tożsamością cynicznej przedsiębiorczyni, mógłby się nadać do zidentyfikowania i zdefiniowania problemu najwyraźniej uniemożliwiającego jej pracę. Może nawet dałabym radę pchnąć ją we właściwym kierunku. Rozumiem – odparłam, ale nieznaczne drgnięcie kącika ust Hilmy świadczyło chyba o tym, że nie wierzy w to moje rozumienie. Co prawda nie wiem oczywiście, jak to działa w twojej branży, ale jednego jestem pewna... Moja rozmówczyni zmierzyła mnie nagle wzrokiem, w którym mignęło zainteresowanie. Nie miałam pojęcia, co dalej powiedzieć. Uniosłam palec wskazujący do twarzy, na wysokość nosa. Wietrz zapach – dokończyłam wreszcie.
[…]
Zrobiła minę, jakby się zastanawiała nad moimi słowami. Mogę się czegoś nauczyć od tej osoby, pomyślałam. Od tej przedsiębiorczyni mówiącej to, co myśli, bo ona patrzy ludziom prosto w oczy, wzbudza szacunek. Będę nią również po powrocie do domu. Bo może to właśnie tak naprawdę jestem ja, po prostu kiedyś uznałam, że jestem kimś innym, miałam zbyt wiele skrupułów. Hilma milczała przez dłuższą chwilę. Wyobrażałam sobie, co teraz myśli, wręcz byłam pewna, że rozkładowi ulega jej pisanie. Te jej wieczne intrygi klas wyższych. Rozgrywki o władzę, piękne domy i drogie wina. Architekci, adwokaci, politycy i lekarze, przemieszani z różnymi osobami ze światka kultury: aktorami czy reżyserami teatralnymi, poetami, od czasu do czasu nawet z jakimś rzeźbiarzem. To wszystko było anachroniczne do granic parodii. Jakie to wszystko błahe, gdy przyjdzie co do czego – wyobrażałam sobie, że tak właśnie myśli teraz Hilma, siedząc naprzeciwko mnie. Nie wiem, czy to się da jakkolwiek przenieść do sfery literackiej – powiedziała z powściągliwym, ostrożnym uśmieszkiem. Ależ oczywiście, że się da! Zajrzyj w głąb samej siebie: gdzie się unosi zapaszek zgnilizny? Właśnie od tego miejsca powinnaś zacząć pisać.
[…]
Zobacz! To tutaj żyją, w takim jakby... getcie! Kai wziął ode mnie telefon i ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na mapę, ale ja szybko mu go wyrwałam i wyszukałam zdjęcia Hilmy Ekhult – każdy jeden wywiad w Sztokholmie został przeprowadzony w jakimś parku, muzealnej kawiarni albo restauracji w modnej dzielnicy, dziesiątki kilometrów od adresu jej zamieszkania. Żadna z rozmów nie odbyła się w jej domu, to jest w tej dziurze, w której najwidoczniej mieszkała. Ten ich styl nonszalanckich bogaczy to przykrywka – zaczęłam. Oni po prostu nie mają pieniędzy na nic lepszego. Jakby byli spłukani, to nie mieliby czego inwestować – zauważył Kai. Szukają szybkiego zarobku – powiedziałam. To, dlatego tu w ogóle jesteśmy. W drzwiach pojawiły się opalone nogi Pera Sindinga. Tym razem gospodarz niósł tacę. Ruszył w naszym kierunku.
[…]
Przecież my go po prostu oszukiwaliśmy. Siedzieliśmy przed nim, wystawiając go na pośmiewisko, nagle już nie pamiętałam, z jakiego powodu to przedstawienie stało się konieczne, co usprawiedliwiało nasze oszustwo, czy to, że Per powiedział do mnie „teren prywatny”? Czy to tego nie mogłam znieść? Jak to o mnie świadczyło? Przecież to była prosta informacja o stanie rzeczy, nie miała na celu mojej dehumanizacji. Czy może chodziło o to, co stało się później, gdy Per nas odwiedził i patrzył na nas w ten dziwny sposób, jakby wątpił, że jesteśmy właścicielami domu. Bo przecież nie byliśmy! Moja kawa wystygła w lekkiej jak piórko filiżance, która wydawała się w moich dłoniach o kilka numerów za mała – dużo lepiej pasowała do filigranowych rąk Hilmy Ekhult. Nie sikałam, odkąd tu przyszliśmy, sądziłam, że wytrzymam do powrotu, ale zasiedzieliśmy się tutaj, a ja dotarłam do granicy wytrzymałości.
[…]
Dopiero teraz zobaczyłam, że trzyma w rękach kartonową teczkę z szarym marmurkowym wzorem. A co? Położyła się dopiero o trzeciej w nocy – powiedział Per. Pracowała siedem godzin bez przerwy. A teraz... Tak? – zapytałam. Hilma nigdy nie pozwala nikomu czytać tego, co pisze. Ale wygląda na to, że nastały nowe czasy. Bo teraz ona pyta, czy... – urwał. Wyciągnął do mnie rękę z teczką, czekając, aż ją od niego wezmę. Ja? – zdziwiłam się. Ale do czego ja jej jestem potrzebna? Wzruszył ramionami. Masz instynkt. Udowodniłaś to wczoraj, niezależnie od tego, co jej powiedziałaś. Kai spojrzał na mnie z pełnym dumy uśmiechem. To ci zajmie parę godzin. Per podetknął mi teczkę jeszcze bliżej. Jak widzisz, tekst jest dość krótki. Postawiłam walizkę na ziemi, nie byłam w stanie wydusić z siebie odpowiedzi.
[…]
To chyba miłe, że do nas przyjdą? Czyżbyś zapomniał... – zaczęłam i nabrałam powietrza, żeby się uspokoić. Oni myślą, że jesteśmy zupełnie innymi osobami, i są o jakieś dwa milimetry od odkrycia prawdy! Możemy im po prostu powiedzieć, jak jest – rzucił Kai swobodnie. Co nam niby zrobią? Zawrócą w drzwiach, bo jednak nie jesteśmy bogaci? Oni lubią rozmawiać z nami, a my z nimi, to się przecież liczy. Ale od kilku dni łżemy im w żywe oczy. Niewykluczone, że uznają to za zabawne! – krzyknął za mną Kai, a ja przymknęłam powieki, zaczęłam bezgłośnie mamrotać i kręcić głową. Czy nie mogłabyś po prostu cieszyć się urlopem? – zapytał. To nasz jedyny wyjazd tego lata, a ty chcesz wracać do domu? Zdajesz sobie sprawę, ile ludzie płacą za tydzień w takim miejscu?
[…]
Nic z tego nie rozumiałam. Poszła do domu urażona moją niewinną sugestią, że może nie jest dobrą feministką, a teraz nagle chce, żebym została jej konsultantką? Bo potrzebują z mężem pieniędzy? Chce pasożytować na moim wyczuciu przedsiębiorczyni, by osiągnąć zysk. Miałabym przeanalizować jej maszynopis z perspektywy rynkowej i doradzić jej, co zrobić, by zwiększyć jego potencjał sprzedażowy? A może chodziło o to, że Hilma Ekhult nosiła w sobie jakieś mniej albo bardziej irracjonalne wyobrażenie o tym, że mam jakiś pierwotny, „czysty” instynkt, że jestem jakąś literacką szlachetną dzikuską? Nieważne, jak bardzo byłoby to zaszczytne, wszystkie te myśli zaadresowane były do fikcyjnej przedsiębiorczyni, a nie do mnie, lekko neurotycznej matki dwojga dzieci i urzędniczki z gminy Nittedal. Ale jednocześnie, myślałam, jednocześnie mogłabym przecież być kimś innym, gdyby nie Iris, która mnie tłamsiła, albo, co jeszcze gorsze: sprawiała, że tłamsiłam samą siebie. Mogłabym być osobą z ligi Hilmy Ekhult, utrzymującą stosunki towarzyskie z członkami rządu i sędziami Sądu Najwyższego. Takie właśnie myśli snułam, otwierając teczkę i inicjując coś, co mogłoby być sceną z przyszłego podręcznika historii literatury albo biografii Hilmy Ekhult – opowieść o tym, jak tajemnicza, bezimienna konsultantka zaczyna czytać i komentować tekst, który stanie za wielkim powrotem autorki, po tym, jak tekst ten przeleżał siedem lat w szufladzie. Oto fascynująca kobieta bez imienia i twarzy, poznana przypadkowo przez pisarkę w pewien słoneczny dzień nad Oslofjordem latem 2022 roku – osoba, której Hilma Ekhult nigdy już potem nie spotkała.
[…]
Pierwsza kartka była czysta. Obróciłam ją w naiwnej nadziei, że na jej odwrocie ujrzę dedykację „Dla Karin”, ale kolejna kartka również okazała się pusta i dopiero na trzeciej widniał tytuł Pentimento, wydrukowany fontem o skromnym rozmiarze. Już w tym miejscu nakreśliłam ołówkiem mały minus. Zbyt pompatyczne. Sprawdziłam ostatnią kartę, by zobaczyć, przez ile stron mam się, zdaniem autorki, przebić tego wieczora. Niecałe sto dwadzieścia. Mikropowieść. Powinnam dać radę. Przez moment bałam się nawet, że to wszystko jest tylko złośliwym żartem – że Hilma napisała, w ciągu jednej zaledwie nocy, powieść o tym, jak to zostali z Perem zmuszeni do kontaktów z nękanym kompleksem niższości małżeństwem podającym się za ludzi bogatych i odnoszących sukcesy, że to wszystko będzie gorzkim, lecz precyzyjnym opisem naszych bezradnych prób udawania kogoś lepszego, pierwszą książką, w której Hilma Ekhult zabłyśnie wyrafinowanym poczuciem humoru, niekoniecznie charakteryzującym jej poprzednie powieści. Ale po kilku zaledwie stronach mogłam z ulgą skonstatować, że powieść traktowała właśnie o tym, co zostało mi zapowiedziane: o artystce, która niechętnie wraca do rodzinnego miasta, by zaprojektować jedną z sal nowego gmachu sądu.
[…]
Na samą myśl o kolejnym daniu z owoców morza zrobiło mi się niedobrze. Gdyby tylko dało się im zaserwować prostą, smaczną jednogarnkówkę! Albo Boeuf Bourguignon! Gdyby mieli nas odwiedzić goście w gorący czerwcowy wieczór, podałabym im wędliny, domowe chrupkie placki, moją sałatkę ziemniaczaną, a do tego tradycyjne piwo, posiłek prosty, lecz pyszny. Ale nie, na tym wybrzeżu, w tej przypominającej Watykan enklawie wszyscy byli zakładnikami kościoła owoców morza, a w ramach świętej komunii podaje się tu kielich słonej wody w temperaturze idealnej do kąpieli oraz opłatek z ikry.
[…]
Zsunęłam się z barowego stołka i podeszłam do rodzinnego portretu na ścianie. I to ona była na nim uwieczniona: Iris, namiętna, bezwzględna hedonistka, szukająca dreszczu emocji, gorączki, ekstazy. Kai nigdy nie potrafiłby jej tego zapewnić. Obok niej zaś Mikkel Wexøe. Młody, przystojny, bogaty, świadomie niemedialny. Opalone silne ramiona, niebieskie zimne oczy. Odnawialna energia i pogarda dla słabości. Zasługiwali na siebie. „Kim był Kai, wobec tego człowieka?” – zapytałam sama siebie z ulgą, a potem nagle uderzyła mnie pewna myśl. Była taka prosta, tak oczywista, gdy się ją już poznało. Kim był Kai? Kimś, kto należał do mnie.
[…]
Na szóste urodziny wymarzyłam sobie całkiem poważnie – i dostałam – kasetę z utworami Mozarta! Kochałam malować. Gdy byłam nastolatką, muzyka znaczyła dla mnie wszystko. W liceum pochłaniały mnie filozofia, historia, sztuka, pytania egzystencjalne, słuchałam trudnego w odbiorze jazzu i uważałam, że jest łatwy. Jak to możliwe, że taka osoba, z tak dobrym punktem wyjścia do radowania się życiem, wyrosła na taką zgorzkniałą, powierzchowną, małostkową i groteskowo wręcz tragikomiczną postać, jak z komiksów o Kaczorze Donaldzie? Czemu sama nie patrzyłam na to, co robię, nie studiowałam samej siebie tak, jak studiowałam zdjęcia satelitarne rezydencji Iris Vilden, nie dostrzegłam ślepych uliczek, w które sama się zapędziłam i w których bezradnie tkwiłam? Spłynęłam bezwolnie do odpływu zazdrości, kropla za kroplą, do krainy na opak, gdzie to, co bez znaczenia, było ważne, a to, co miało znaczenie – zupełnie nieistotne. I jak ta książka? – odezwał się głos za moimi plecami, a ja odłożyłam gwałtownie telefon i się odwróciłam.
[…]
Ona musiała nawiązać z nim kontakt już dawno temu. Znalazła pewnie mój adres któregoś dnia, gdy jej się nudziło. Zaaranżowała jakieś przypadkowe spotkanie, ot tak, dla zabawy. Chciała się zabawić, sprawdzić, czy nadal ma tę samą władzę, przeprowadzając eksperyment: czy wciąż jest w stanie dostać wszystko, czego pragnie. Miałam godzinę, by doczytać maszynopis do końca. Przywykłam do pobieżnego przeglądania tekstów przy jednoczesnym jako takim rozumieniu ich treści, na tym właśnie polegała duża część moich zadań w pracy. Iris Vilden, pomyślałam. Po co to wszystko? Tylko po to, by odebrać mi pewność siebie? Spróbowałam zastosować brzytwę Ockhama. Jakie byłoby, obiektywnie rzecz ujmując, najprostsze wyjaśnienie tego, że dzwoniła do Kaia? Spotkała nas w tamtym pubie, dowiedziała się, że jestem prawniczką, poprosiła o poradę, a w ramach podziękowania udostępniła nam na tydzień swój dom wakacyjny. W ramach podziękowania, lecz również w celu wywołania u mnie zawiści. Co jej się częściowo udało. A teraz wydzwaniała do Kaia, niejako w gratisie, mając pewnie nadzieję, że to odkryję i będę zazdrosna. Co również jej się udało.
[…]
Hm – mruknęłam, a on na mnie spojrzał, ale ja wbiłam wzrok z powrotem w maszynopis. Spróbowałam wytyczyć w myślach naszą trasę między gmachem filharmonii a pubem, nie była to trasa logiczna, bo jeśli Kai chciał coś zjeść, to mieliśmy wiele lepszych miejsc po drodze do metra, ale on zaproponował, żebyśmy minęli stację przy Teatrze Narodowym i skręcili w Rosenkrantz gate. I to on wybrał właśnie tamten pub, miejsce, w którym często urządzano imprezy z okazji teatralnych premier, przynajmniej w tamtym czasie. O czym Kai nie miał pojęcia, więc ktoś musiał mu o tym powiedzieć, pomyślałam i zacisnęłam powieki, próbowałam dojść do tego, o co w tym wszystkim chodzi, czy może zaczynam już zupełnie tracić rozum i tonąć w teoriach spiskowych. Czy kiedy w ostatnich latach Kai mówił mi, że jedzie w podróż służbową i wróci następnego dnia, czy był wtedy tutaj, razem z nią? A ja siedziałam w tym czasie w domu, zamknięta tam razem z dziećmi?
[…]
Co się właściwie dzieje? Nic! – krzyknął. A co ci się wydaje? Że coś jest między nami? Nie wiem! – wrzasnęłam. A jest? Kai spojrzał na mnie wielkimi oczami. Zupełnie ci odbiło? – zapytał. Może? Jak sądzisz? Jak sądzę? Sądzę, że masz na jej punkcie obsesję – stwierdził Kai. Jesteś opętana zazdrością i... I co? – spytałam spokojnie. Czy twoje życie jest gorsze przez to, że życie Iris jest dobre? Wzruszyłam ramionami, przywołałam na wargi niewzruszony uśmiech. Tak czy nie? Tak – odparłam. Tak? Po prostu tak? – pytał zaskoczony. Czy ty w ogóle masz świadomość, co wygadujesz? Masz dwóch wspaniałych synów, dobrą pracę, dom, masz mnie... Dom, w którym wszystkie ściany są wyłożone tapetą z włókna szklanego – rzuciłam, a on spojrzał na mnie z otwartymi ustami. Nie jesteś przecież taka – powiedział wreszcie. Nic na to nie odrzekłam, przewróciłam tylko oczami. Od dawna się znacie? – zapytałam, po czym odwróciłam się i spojrzałam mu prosto w oczy. Co? Wstał, jakby ogarnięty odrazą, a ta reakcja była dla niego tak nietypowa, że musiało chodzić o coś jeszcze. Przełknęłam z trudem ślinę.
[…]
Niestety, choruje na poważną postać encefalopatii mięśniowej. O nie. Kai odłożył sztućce. To, dlatego nadal mieszka w Sztokholmie – dodała Hilma. Nie dałaby rady się nigdzie przeprowadzić. Planowaliśmy zostać tam tylko ze dwa lata – wyjaśnił Per. A siedzimy już osiem. Czy ona choruje od dawna? – zapytał Kai. Naprawdę źle zrobiło się jakieś pięć czy sześć lat temu, prawda? Per spojrzał pytająco na żonę. Sześć – odparła zapytana. Miała wtedy ledwie czternaście lat. To, dlatego w ostatnim okresie tak nam ciężko idzie z pracą – wyjaśnił Per. Mieliśmy dużo innych zmartwień. Biedna dziewczyna – rzuciłam. Słodką satysfakcję, która zaraz się pojawiła – bo oto nasi goście borykali się z trudami życia, chorobą, finansami (czemu mnie to właściwie cieszyło?) – szybko przykryło wzbierające w piersi ciepło, które przynajmniej częściowo zgłuszyło również wszystkie małostkowe emocje, takie jak kompleks niższości z jednej i podziw z drugiej strony, powiązane ściśle ze strachem przed demaskacją po tych wszystkich kłamstwach. Było mi ich naprawdę żal. Te nieoczekiwane autentyczne uczucia nagle we mnie napęczniały, do oczu napłynęły mi łzy i poczułam pulsujące wyrzuty sumienia, że nie doczytałam maszynopisu do końca. Okazali mi duże zaufanie, co prawda budując je na wątpliwych fundamentach – a ja je właśnie zawiodłam. Ale mogłam przecież po prostu powiedzieć, że potrzebuję więcej czasu. Że nie zdążyłam z lekturą? Tylko że była sobota, mieliśmy wyjechać następnego dnia i nie dało się dalej przeciągać tego przedstawienia.
[…]
Per otworzył oczy i na mnie spojrzał, jego wzrok przywodził na myśl żebrzącego psa. Myślisz, że dasz radę jej to powiedzieć? I ją przekonać? Ona cię posłucha. Poczułam nagle do niego coś w rodzaju sympatii. Jego nadęte, ekstrawertyczne zachowanie było formą ofiary, składanej po to, by Hilma mogła wydawać się tak niedostępna, jak chciała. Teatralne zachowania męża były dla niej jak tarcza, a to wszystko stanowiło czyste wyznanie miłości. Per wiedział i akceptował, że ona jest od niego ważniejsza.
[…]
No cóż – podjęłam. Szkoda. Niewielu ludzi potrafi pisać tak jak ty. Zupełnie czysta fabuła, bez rozwodzenia się nad opisami, bez jakichś etycznych rozważań, język oszczędny, lecz mimo to wciągający. Moja rozmówczyni uniosła brew, tak jak się tego spodziewałam, ciekawa, skąd u mnie ten poziom precyzji, ale nie ujawniając żadnej formy zadowolenia z moich pochwał. Ach tak – rzuciła tylko. Musisz zakończyć współpracę ze swoim redaktorem. On ci nie dał rady pomóc, nie przeprowadził cię przez ten proces. To poważny zarzut. A co ci się właściwie podobało? – zapytała Hilma, co mnie zaskoczyło, ale zanim otworzyłam usta, by jej odpowiedzieć, ona machnęła ręką, jakby anulując własne pytanie. Jak już wspomniałam – podjęłam – to, że potrafisz naładować tak precyzyjne, krótkie zdania takim emocjonalnym napięciem, budować taką atmosferę...
[…]
Co sądzisz o zakończeniu? – zapytała, odstawiła kieliszek i spojrzała mi prosto w oczy. O zakończeniu? Tak. Zakończenie było... może trochę wieloznaczne? – zgadłam. A ona wydała z siebie ostry, nieprzyjemny śmiech, zdający się dobywać z górnych rejonów klatki piersiowej. Łagodnie rzecz ujmując – stwierdziła. Ale można je przecież zmienić – powiedziałam. Bardzo prosto. Musiałam się z tego wyplątać, jak najszybciej. To znaczy... Zakończenie musi chyba przynieść rozwiązanie kwestii będącej w oczywisty sposób problemem głównej bohaterki. Czyli? – zapytała Hilma, patrząc na mnie spokojnym wzrokiem. Jej problem polega na tym, że powątpiewa w swój talent. Tworzy obrazy, które mogą podobać się wszystkim. Anonimową, ale estetyczną sztukę współczesną, która nikomu nie zagraża. Owszem – odparła Hilma, stawiając uszy niczym czujne zwierzę, a ja zachęcona tym „owszem” brnęłam dalej, zgadywałam, co jeszcze może być prawdziwym problemem bohaterki. Ona powątpiewa w swoją sztukę, bo kwestionuje wartość siebie samej jako człowieka. Tworzy obrazy bez znaczenia, sama bowiem czuje się nic nieznaczącą osobą, która w każdej chwili może zostać zdemaskowana...
[…]
Dziwne, pomyślałam, robiąc zbliżenie. Czy to możliwe, że mamy przed sobą aktualizowane na bieżąco zdjęcie satelitarne? No i? – zapytała Hilma, a ja na nią spojrzałam. Co? Wysyłasz? Tak – odparłam i chrząknęłam. Chcesz, żebym to teraz zrobiła? Czy wolisz najpierw porozmawiać z Perem? Chwyciłam szklankę z wodą i się napiłam, próbowałam oddychać przeponą, uzupełniłam wodę. Porozmawiać z Perem? – zdziwiła się Hilma. A po co? W końcu jestem feministką, prawda? Wydała z siebie wysoki krótki śmiech, spojrzała na mnie wesoło i porozumiewawczo, ale ja nie odpowiedziałam. No i już – oznajmiłam. Wysłane. Musisz uzbroić się w cierpliwość, odpowiedź przyjdzie pewnie dopiero za parę tygodni. O rany Julek! – rzuciła Hilma. Przyznam, że tego się nie spodziewałam. Położyła dłoń na sercu, zrobiła głęboki wdech i spojrzała na mnie, rozpromieniona. Pozostawiłam jej uśmiech bez odpowiedzi, a ona popatrzyła na mnie przez chwilę, po czym wstała. Przepraszam – powiedziała. Skorzystam tylko z... Gdy weszła do domu, otworzyłam znów mapę satelitarną i zrobiłam zbliżenie. Zdjęcia musiały pochodzić z wczesnej jesieni, trawa była żółtawa, nie soczyście zielona jak wiosną. Szare morze i stara przystań. A na końcu szutrowej drogi: bez wątpienia pomarańczowa furgonetka. Zamknęłam oczy. Zasłoniłam twarz dłońmi i roześmiałam się bezgłośnie. A więc to prawda. Wszystko musiało trwać co najmniej pół roku. Od jesieni. Pewnie dłużej.
[…]
W końcu znów na mnie spojrzał. Myślałem, że dasz jej coś wartościowego. Maszynopis leży w domu – powiedziałam. Nadal mogę go przeczytać, jeśli sądzisz... Per pokręcił głową. Ona już nic więcej nie napisze – orzekł. Teraz jej się wydaje, że się tu przeprowadzi, zbuduje dla Simone dom zaprojektowany przez Snøhettę, ona się chwyta desperacko wszelkich możliwych sposobów, żeby tylko sobie przedłużyć kryzys twórczy. A nie sądzisz, że odmiana dobrze by jej zrobiła? – zapytałam. Per zaśmiał się cicho.
[…]
Chwycił paczkę papierosów i wyłowił jednego, zapalił go długą zapalniczką do świec. Powiedziałaś, że jest genialny – rzucił. Ale go nie przeczytałaś. Nie chciało ci się? Nie zdążyłam... – zaczęłam. Przebrnęłam przez pierwsze osiemnaście stron. Były bardzo dobre. Ale u mnie w pracy strasznie dużo się dzieje. Wielkie rzeczy, nie mogę powiedzieć nic więcej, ale jest duży ruch na giełdzie. Per wydmuchał dym nosem i odchylił głowę w tył. Pomyślałem, że masz w sobie... jakąś świeżość. Wiesz, Hilma otacza się ludźmi, którzy jej cały czas przytakują. Wydawcy, czytelnicy, nawet krytycy, wszyscy tylko wznoszą peany na jej cześć. A to w ogóle nie wychodzi jej na dobre, uczyniło ją tylko jeszcze bardziej krytyczną wobec samej siebie, bo ona wie, że nie może się od nikogo spodziewać szczerej informacji zwrotnej. Ale ktoś z zewnątrz, specjalistka w zupełnie innej dziedzinie, z całkowicie inną perspektywą, bez tego nabożnego szacunku...
[…]
Westchnął niemal bezgłośnie. Wiesz, Hilma i ja też przez niejedno przeszliśmy – zaczął. To wcale nie musi oznaczać końca. Ale tu nie chodzi o jednorazowy wyskok – powiedziałam. Ta historia się ciągnie od dłuższego czasu. Wszystko było zaplanowane. Kiedy Simone zachorowała, wszystko się zmieniło – ciągnął Per, zupełnie mnie nie słuchając. Od tamtej pory stoimy za sobą murem, non stop. Nie mamy żadnych powodów, by w siebie wątpić. Pomyślałam o domu. Nie będziemy mogli go zatrzymać. A chłopcy tak dobrze się tam czuli, mogli chodzić na piechotę do szkoły, odwiedzać kolegów. Kai miał tam swój warsztat. Dzieci są najważniejsze – podjął Per.
[…]
Zacisnęłam powieki, słuchając echa wszystkiego, co wygadywałam przez ostatnie dni. Czy on wiedział, jak się nazywam, kim jestem, co robię, czy przez cały ten czas dusił w sobie śmiech? A Hilma, czy ona wiedziała? Brała w tym wszystkim udział? Oparłam dłonie o podłogę, moje palce były zimne i białe. Zerwałam się na równe nogi, zachwiałam się, przytrzymałam się kuchennego blatu i wyjrzałam na zewnątrz. Per siedział nadal w ciemnościach, nieruchomo. Czy znał Iris dość dobrze, by jej o tym wszystkim opowiedzieć, za kilka dni przy zewnętrznym kominku, wybuchając co chwila pełnym niedowierzania śmiechem? Nie miałam czucia w nogach, ale postawiłam jedną stopę przed drugą, potem to powtórzyłam i w końcu dotarłam do drzwi, wyszłam z domu, a on uniósł wzrok. Przystanęłam. Proszę – powiedziałam, podając mu maszynopis, opadłam powoli na miejsce naprzeciw niego. Wszystko w porządku? – zapytał Per. Nie odpowiedziałam. Jesteś strasznie blada. Wiedziałeś cały czas? Odkąd przyszedłeś tamtego wieczora? O czym? Per nachylił się nad stołem. Że jestem... – zaczęłam, ale się powstrzymałam. A on na mnie spojrzał, czekał, co będzie dalej. Znasz Iris – odezwałam się głucho. Per odchylił się w tył. Oczywiście, że znam Iris – rzekł. Przecież jesteśmy sąsiadami.
[…]
Siedziałam bez ruchu, aż w końcu ogień się dopalił. Marzłam. Było zupełnie cicho, nie licząc szumu fal. Wstałam i na dwa razy posprzątałam wszystko ze stołu, zebrałam puste butelki, zaniosłam szklanki i kieliszki do kuchni, nastawiłam zmywarkę. Przez dłuższą chwilę stałam nieruchomo w pogrążonej w półmroku kuchni, patrzyłam na żar dopalający się w zewnętrznym kominku. Na lśniącym jak lustro czarnym kuchennym blacie leżał mój iPad. Otworzyłam go i weszłam na stronę urzędu gminy poświęconą planowaniu przestrzennemu. ZGŁOŚ NIELEGALNĄ BUDOWĘ – głosił nagłówek na samym dole menu. Kliknęłam w niego. W pouczeniu zapewniano, że osoba składająca donos pozostanie anonimowa. Wystarczyło podać adres i opisać, o co chodzi, ewentualnie załączyć zdjęcie, ale nie było to konieczne. W pierwszej kolejności wypełniłam pole adresu. „Niezgodna z przepisami wysokość kalenicy” – wpisałam w kolejnym polu. Zastanowiłam się, czy sprecyzować tę wysokość w centymetrach, ale stwierdziłam, że jednak lepiej nie. Rozległ się jakiś hałas, a ja zerknęłam za kuchenne okno. Kai wbiegał po schodach, sam, wyraźnie zadowolony, z butelką wina w każdej dłoni. Zatrzymał się na ostatnim stopniu i rozejrzał się dookoła.
Agnes Ravatn, Goście
Powieść psychologiczno-obyczajowa Agnes Ravatn – norweskiej pisarki, felietonistki i dziennikarki przenosi akcję tej wytrawnej opowieści do Królestwa Norwegii przede wszystkim do luksusowego apartamentu na fiordowe wybrzeże Oslofjordenu nad cieśniną Skagerrak, w czasy jak najbardziej nam współczesne: w drugie, a może już i trzecie dziesięciolecie naszego wieku. Małżeństwu Kariny i Kaja może w końcu się poszczęściło. On „złota rączka” dostaje zlecenie naprawy pomostu, ona z kolei tydzień wspólnego wolnego czasu spędzanego w luksusowym apartamencie Mikkela Wexøe i jego partnerki a wcześniej przyjaciółki Kariny Iris Vilden nad morzem nieopodal Oslo. Wśród poznanych sąsiadów, Karin dopatruje się znanych i cenionych pisarzy w osobach: Hilmy Ekhult i Pera Sindinga, których od samego początku okłamuje, podszywając się pod właścicielkę luksusowego domku letniskowego sama nie wiedząc, że literaci również czerpią zawiłą przyjemność z kolejno serwowanych kłamstewek. W końcu nic nie staje się w powieści już tak oczywiste, a przeciwnie u czytelnika podejrzanie surrealistyczne, gdzie na ten przykład piętrzące się w umyśle Kariny teorie spiskowe o manipulacjach Iris nabierają logicznego kształtu. Ten thriller psychologiczny Ravatn dopowiada jakie meandry w psychice ludzkiej zatacza myślenie wiecznie skazane na domysły, gdzie też kalkulacja przebiega jak granica pomiędzy dobrem a złem.