05.12.2025

„Fizyk
– tak jak poeta –
nie powinien opisywać faktów
z tego świata,
tylko tworzyć metafory
i połączenia umysłowe.”
„Francuzi
przetłumaczyli pojęcie funkcji falowej
jako densité de présence,
gęstość obecności.”
[…]
Podczas badań przeprowadzanych w miesiącach poprzedzających procesy norymberskie lekarze zauważyli, że paznokcie u dłoni i stóp Hermanna Göringa zabarwione są na intensywnie czerwony kolor. Uznali – błędnie – że zabarwienie to wynika z uzależnienia od dihydrokodeiny, środka przeciwbólowego, którego więzień zażywał ponad sto pigułek dziennie. Zdaniem Williama Burroughsa działanie leku jest podobne do heroiny i co najmniej dwa razy silniejsze od kodeiny, a do tego daje efekt elektryzujący niczym kokaina; z tego powodu amerykańscy lekarze uznali, że muszą wyleczyć Göringa z nałogu, zanim stanie przed trybunałem. Nie było to łatwe. Kiedy pojmali go alianci, nazistowski przywódca ciągnął za sobą walizkę zawierającą nie tylko lakier, którym malował sobie paznokcie, gdy przebierał się za Nerona, ale także ponad dwadzieścia tysięcy dawek jego ulubionego narkotyku, niemal wszystko, co zostało z zapasów tego leku wyprodukowanych przez Niemcy pod koniec II wojny światowej. Jego nałóg nie był niczym wyjątkowym: praktycznie wszystkie jednostki Wehrmachtu otrzymywały metamfetaminę w tabletkach jako część racji żywnościowych. Rozprowadzano ją pod nazwą Pervitin, a żołnierze zażywali pigułki, żeby wytrzymywać bez snu całymi tygodniami, acz tracili od tego rozum, popadali na przemian w maniakalny szał i koszmarny letarg, co u części z nich wywoływało niepohamowane ataki euforii. „Panuje absolutna cisza. Wszystko staje się nieistotne i nierzeczywiste. Czuję się zupełnie nieważki, jakbym unosił się nad moim samolotem”, napisał pewien pilot Luftwaffe lata później, jakby wspominał spokojny przypływ błogiej wizji, a nie podłe dni wojny.
[…]
W ostatnich miesiącach wojny przez Niemcy przetoczyła się fala samobójstw. Tylko w kwietniu 1945 roku w samym Berlinie odebrało sobie życie trzy tysiące osiemset osób. Mieszkańcy miasteczka Demmin, znajdującego się mniej więcej trzy godziny jazdy na północ od stolicy, wpadli w zbiorową panikę, kiedy cofające się niemieckie oddziały wysadziły mosty łączące miasto z resztą kraju, przez co miejscowi zostali odcięci przez trzy płynące w pobliżu rzeki, bezbronni wobec okrucieństwa Armii Czerwonej. W ciągu raptem trzech dni setki mężczyzn, kobiet i dzieci odebrały sobie życie. Całe rodziny wchodziły w nurt Tollense, wszyscy opasani linami i związani jedni z drugimi, jakby zamierzali bawić się w koszmarną wersję przeciągania liny, a najmłodsze dzieci szły ze szkolnymi plecakami wyładowanymi kamieniami. Chaos był tak wielki, że radzieckie oddziały – które jak dotąd skupiały się na plądrowaniu domów, paleniu budynków i gwałceniu kobiet – otrzymały rozkaz, by zatrzymać tę samobójczą plagę. Rosjanie trzykrotnie ratowali pewną kobietę, która próbowała się powiesić na gałęzi potężnego dębu rosnącego w jej ogrodzie, pod którego korzeniami zdążyła już pochować trójkę dzieci, posypawszy im wcześniej suchary – ostatnia przyjemność – trutką na szczury; kobieta przeżyła, ale żołnierze nie zdążyli już powstrzymać dziewczynki, która podcięła sobie żyły nożem, a wcześniej, tym samym narzędziem, nadgarstki swoim rodzicom.
[…]
Göring został osądzony przez norymberski trybunał i skazany na śmierć przez powieszenie. Poprosił o rozstrzelanie: nie chciał umierać jak pospolity przestępca. Kiedy się dowiedział, że jego ostatnie życzenie spotka się z odmową, odebrał sobie życie, rozgryzając ampułkę z cyjankiem, którą trzymał schowaną w słoiku z pomadą do włosów; zostawił też wiadomość z wyjaśnieniem, dlaczego postanowił sam ze sobą skończyć, „niczym wielki Hannibal”. Alianci starali się zatrzeć wszelkie ślady jego istnienia. Usunęli mu z ust odłamki szkła i wysłali jego ubrania, przedmioty osobiste oraz nagie ciało do miejskiego krematorium na cmentarzu Ostfriedhof w Monachium, gdzie uruchomiono jeden z pieców, żeby spalić zwłoki Göringa; w ten sposób zmieszali jego popioły z popiołami tysięcy więźniów politycznych i opozycjonistów władzy nazistowskiej zgilotynowanych w więzieniu w Stadelheim, a także niepełnosprawnych dzieci i pacjentów zakładów psychiatrycznych zamordowanych w ramach programu eutanazji Aktion T4, jak również niezliczonych ofiar obozów koncentracyjnych. Marne resztki pozostałe z jego ciała rozsypano o północy nad wodami Wenzbach, małej rzeczki wybranej losowo na mapie, żeby w przyszłości jego grób nie mógł stać się celem pielgrzymek. Wszystkie te wysiłki okazały się jednak daremne: do dziś kolekcjonerzy z całego świata wymieniają się przedmiotami należącymi do ostatniego wielkiego przywódcy nazistowskich Niemiec, dowódcy niemieckiego lotnictwa i naturalnego następcy Hitlera. W czerwcu 2016 roku pewien Argentyńczyk zapłacił ponad trzy tysiące euro za parę jedwabnych slipów należących do Reichsmarschalla. Kilka miesięcy później ten sam człowiek zapłacił dwadzieścia sześć tysięcy euro za miedziano-cynkowy cylinder mieszczący szklaną ampułkę, którą Göring rozgryzł 15 października 1946 roku.
[…]
Elita partii narodowosocjalistycznej otrzymała takie kapsułki po ostatnim koncercie w Filharmonii Berlińskiej, który odbył się 12 kwietnia 1945 roku, krótko przed upadkiem miasta. Albert Speer, minister uzbrojenia i amunicji oraz oficjalny architekt III Rzeszy, przygotował specjalny program, obejmujący Koncert skrzypcowy D-dur Beethovena, następnie IV symfonię Brucknera – zwaną „Romantyczną” – a kończyła go, jakże stosownie, aria Brunhildy zamykająca trzeci akt Zmierzchu bogów Richarda Wagnera, podczas której walkiria wkracza na wielki stos pogrzebowy, a jego płomienie rychło obejmą świat śmiertelników, pałac i wojowników Walhalli oraz cały panteon bóstw. Kiedy publiczność ruszyła do wyjścia, a okrzyki bólu Brunhildy wciąż jeszcze pobrzmiewały w uszach słuchaczy, członkowie Deutsches Jungvolk, hitlerowskiej młodzieżówki – ledwie dziesięcioletni chłopcy, starsi bowiem ginęli już na barykadach – rozdawali kapsułki z cyjankiem z wiklinowych koszyczków, jakby to była jakaś liturgiczna ofiara.
[…]
Kilka dekad wcześniej poprzednik trucizny wykorzystanej przez nazistów w obozach zagłady – czyli cyklonu B – został zastosowany jako środek owadobójczy w kalifornijskich sadach pomarańczowych, używano go także do dezynfekcji pociągów, w których chowały się dziesiątki tysięcy meksykańskich migrantów wjeżdżających na teren Stanów Zjednoczonych. Drewno w wagonach zabarwiało się na piękny błękitny kolor, taki sam, jaki do dziś można zauważyć na niektórych cegłach w Auschwitz; przypadki te zdradzają, jaki był prawdziwy początek cyjanku uzyskanego w 1782 roku z pierwszego nowoczesnego syntetycznego barwnika, a mianowicie błękitu pruskiego. Gdy tylko się pojawił, wzbudził sensację w artystycznym światku Europy. Dzięki niższej cenie w kilka lat błękit pruski wyparł barwnik używany przez malarzy od czasów renesansu do kolorowania anielskich tunik i płaszcza Matki Boskiej: ultramarynę, najbardziej wyrafinowany i kosztowny z niebieskich pigmentów, który uzyskiwano, mieląc lapis-lazuli wydobywany z jaskiń w dolinie rzeki Kokcza w Afganistanie. Minerał ten, w formie bardzo drobnego proszku, nadawał tak intensywną barwę, że udało się go zastąpić chemicznie dopiero na początku XVIII wieku, kiedy to szwajcarski wytwórca farb Johann Jacob Diesbach wytworzył błękit pruski. Stało się to przez pomyłkę – tak naprawdę chciał uzyskać barwnik mogący zastąpić karmin, czyli koszenilę, uzyskiwany przez rozgniatanie milionów osobników czerwca kaktusowego, bardzo drobnego owada żyjącego na kaktusach z rodzaju opuncji w Meksyku oraz Ameryce Środkowej i Południowej. Są to stworzenia tak delikatne, że trzeba się z nimi obchodzić jeszcze ostrożniej niż z jedwabnikami, ponieważ ich białawe i owłosione ciała łatwo mogą zostać uszkodzone przez wiatr, deszcz i mrozy albo pożarte przez szczury, ptaki i gąsienice. Ich szkarłatna krew – obok srebra i złota – była jednym z najcenniejszych skarbów, jakie hiszpańscy konkwistadorzy zrabowali rdzennej ludności. Dzięki temu hiszpańska korona uzyskała monopol na barwnik i zachowała go na kilka stuleci. Diesbach próbował go przełamać, lejąc sale tartari (potas) na destylat ze szczątków zwierzęcych przygotowany przez jednego z jego pomocników, młodego alchemika Johanna Konrada Dippela, jednak zamiast intensywnej czerwieni koszenili mieszanka dała tak olśniewający błękit, że Diesbach pomyślał, iż udało mu się wytworzyć hsbd-iryt, oryginalny kolor nieba, legendarny niebieski barwnik, którego Egipcjanie używali do malowania swoich bogów. Egipscy kapłani przez stulecia strzegli jego tajemnicy, aż w końcu została wykradziona przez greckiego złodzieja, lecz przepadła na zawsze po upadku cesarstwa rzymskiego. Diesbach nazwał nowy kolor „błękitem pruskim”, by w ten sposób połączyć głęboko i trwale swoje przypadkowe odkrycie oraz mocarstwo, które swoją chwałą miało przyćmić starożytnych, bo musiałby być naprawdę dużo bardziej przenikliwym człowiekiem – obdarzonym, być może, zdolnościami proroczymi – by przewidzieć jego przyszłą klęskę.
[…]
Frisch napisał długi list do króla Fryderyka Wilhelma I, w którym wychwalał wyjątkowe walory tych małych owadów; list zawierał także opis projektu gigantycznej transformacji rolniczej, który objawił mu się we śnie: ujrzał w nim drzewa morwowe rosnące na dziedzińcach wszystkich kościołów w państwie, ich szmaragdowe liście służące za pokarm larwom Bombyx mori. Ów plan został wcielony w życie przez króla Fryderyka dość nieśmiało, a potem powtórzony w sposób gwałtowny ponad dwieście lat później przez władze III Rzeszy. Naziści posadzili miliony tych drzew na nieużytkach i w dzielnicach mieszkalnych, wokół szkół i na cmentarzach, przy szpitalach, sanatoriach i po obu stronach szos przecinających nowe Niemcy. Rozprowadzali wśród drobnych rolników poradniki i podręczniki opisujące sugerowane przez państwo techniki zbierania i obrabiania larw jedwabników; należało je zbierać, a następnie umieścić na trzy godziny nad gotującą się wodą, żeby para powoli je zabiła, nie uszkadzając jednak w żaden sposób niezmiernie delikatnego materiału tworzącego ich kokony. Tę samą metodę uwzględnił Frisch w jednym z dodatków do swego opus magnum, trzynastotomowego dzieła, któremu poświęcił ostatnich dwadzieścia lat życia i w którym z ocierającą się o obłęd precyzją skatalogował trzysta gatunków owadów występujących w Niemczech. Ostatni tom zawiera opis pełnego cyklu życiowego świerszcza polnego, od stadium larwalnego aż po godowe dźwięki wydawane przez samca, przenikliwy i wysoki dźwięk przypominający płacz dziecka. Frisch opisał to wszystko wraz z przebiegiem kopulacji i składania jaj przez samice, przy czym barwa tych jaj zaskakująco przypomina pigment, który uczynił z niego bogacza i był masowo używany przez artystów z całej Europy, odkąd tylko stał się dostępny w sprzedaży.
[…]
W jednej z najżarliwszych diatryb, jakie Swedenborg napisał przeciw dawnemu nauczycielowi, porównuje go do samego Szatana: „To najbardziej niecny demon, nie wyznający żadnych zasad, wszystkie je bowiem neguje”. Jego krytyka nie wzruszyła Dippela, który uodpornił się na wszelkie skandale po siedmioletniej odsiadce w więzieniu za heretyckie idee i praktyki. Odbywszy karę, porzucił jakiekolwiek zainteresowanie ludźmi: zabrał się do niezliczonych eksperymentów na żywych i martwych zwierzętach, które z dużą wprawą preparował. Pragnął zapisać się na kartach historii jako pierwszy człowiek, który zdołał przenieść duszę z jednego ciała do drugiego, acz zyskał sławę raczej z powodu skrajnego okrucieństwa i perwersyjnej przyjemności, towarzyszących mu w pracach nad szczątkami. W swojej książce Choroby i leczenie żyjącego ciała, wydanej w Lejdzie pod pseudonimem Christianus Demócritus, deklarował, że udało mu się odkryć eliksir życia – płynną wersję kamienia filozoficznego – który jest w stanie wyleczyć każdą chorobę i zapewnić nieśmiertelność temu, kto go wypije. Próbował wymienić ową recepturę na prawo własności do zamku Frankenstein, ale wywar ów nadawał się jedynie jako środek owadobójczy i odstraszający za sprawą niewiarygodnego wręcz smrodu, jako że płyn zawierał rozkładające się resztki krwi, kości, rogów, kopyt i pazurów.
[…]
Chemik, który odkrył cyjanek, o niebezpieczeństwie mógł się przekonać na własnej skórze: w 1782 roku Carl Wilhelm Scheele zamieszał w naczyniu z pruskim błękitem łyżką, na której znajdowały się resztki kwasu siarkowego, i tak stworzył najpotężniejszą truciznę nowożytności. Ochrzcił swoje odkrycie mianem „kwasu pruskiego” i natychmiast dostrzegł ogromny potencjał wynikający z jego ogromnej aktywności. Nie mógł jednak przewidzieć, że dwieście lat po jego śmierci, w połowie XX wieku, substancja ta znajdzie tak wiele zastosowań przemysłowych, medycznych i chemicznych, że każdego miesiąca wytwarzać się będzie taką jej ilość, jaka wystarczyłaby do wytrucia wszystkich ludzi na planecie. Niesłusznie zapomniany geniusz naukowy Scheele przez całe życie borykał się z pechem; choć był chemikiem, który odkrył kilka nowych pierwiastków (w tym tlen, który nazwał „ognistym powietrzem”), to ostatecznie sława odkrywcy przypadała komu innemu, nierzadko naukowcom o mniejszych talentach. Wydawca Scheelego zwlekał ponad pięć lat z wydaniem książki przygotowanej przez Szweda z wielką miłością i skrajną dbałością, posuniętą do tego stopnia, że niejednokrotnie wąchał i próbował smaku nowych substancji, które udawało mu się stworzyć w laboratorium. Miał wprawdzie szczęście, że nie zaryzykował z kwasem pruskim – zabiłby go w kilka sekund – jednak ów fatalny nawyk i tak kosztował go życie – umarł w wieku czterdziestu trzech lat. Przyczyną śmierci był fatalny stan wątroby oraz pokrywające całe jego ciało od stóp do głów ropiejące wypryski, nie był też w stanie się poruszać ze względu na nagromadzenie wody w stawach.
[…]
Cyjanek uwiódł nie tylko zabójców i morderców; kiedy Alanowi Turingowi, skazanemu przez brytyjski rząd na chemiczną kastrację za homoseksualizm, wyrosły piersi, ten genialny matematyk i pionier informatyki popełnił samobójstwo, gryząc jabłko nasycone cyjankiem. Legenda głosi, że zrobił to, by powtórzyć scenę z bajki o Królewnie Śnieżce, jego ulubionego filmu, z którego dwa wersety – „Dip the apple in the brew. / Let the Sleeping Death seep through” – często nucił sobie pod nosem podczas pracy. Jabłka nigdy jednak nie zbadano, by zweryfikować hipotezę o samobójstwie (choć nasiona tego owocu zawierają substancję uwalniającą cyjanek w sposób naturalny; pół filiżanki wystarczy, żeby zabić człowieka), toteż niektórzy sądzą, że Turing został zamordowany przez brytyjskie tajne służby, choć to właśnie on dowodził ekipą, która złamała kod używany przez Niemców do komunikacji podczas II wojny światowej, co okazało się kluczowe dla zwycięstwa aliantów. Jeden z biografów stawia tezę, że dwuznaczne okoliczności śmierci Turinga (takie jak obecność naczynia po cyjanku w domowym laboratorium uczonego albo zapisana ręcznie karteczka pozostawiona na stoliku nocnym, która zawierała wyłącznie listę zakupów do zrobienia następnego dnia) zostały zaplanowane przez niego samego, żeby jego matka mogła uwierzyć w przypadkową śmierć i nie borykać się z wizją samobójstwa.
[…]
Człowiekiem, który zaplanował atak gazowy pod Ypres, twórcą nowego rodzaju wojny, był chemik Fritz Haber. Miał żydowskie pochodzenie i był prawdziwym geniuszem, być może jedyną osobą na tym polu walki, która potrafiła pojąć skomplikowane reakcje molekularne sprawiające, że skóra tysiąca pięciuset żołnierzy poległych pod Ypres zabarwiła się na czarno. Sukces tej misji zapewnił mu awans do stopnia kapitana, przeniesienie do komendy oddziału chemicznego Ministerstwa Wojny, a także kolację z cesarzem Wilhelmem we własnej osobie. Kiedy jednak wrócił do Berlina, Haber musiał stawić czoła swojej żonie. Clara Immerwahr – pierwsza kobieta, która zrobiła doktorat z chemii na niemieckim uniwersytecie – nie tylko widziała efekty działania gazu na zwierzętach laboratoryjnych, ale też o włos nie straciła małżonka, gdy podczas jednej z prób polowych nagle zmienił się kierunek wiatru. Gaz poleciał prosto w stronę wzgórza, z którego dosiadający konia Haber dowodził oddziałem. Fritz uratował się cudem, ale jeden z jego adiutantów nie zdołał uciec przed toksyczną chmurą. Clara widziała, jak umierał, leżąc na ziemi, wijąc się, jakby oblazła go armia głodnych mrówek. Kiedy Haber triumfalnie wrócił po masakrze pod Ypres, Clara zarzuciła mu, że sprzeniewierzył się nauce, tworząc metodę eksterminacji ludzi na skalę przemysłową, lecz Fritz całkowicie ją zlekceważył: jego zdaniem wojna to wojna, a śmierć to śmierć, nieważne, jakim sposobem zadana. Wykorzystał dwudniową przepustkę, żeby sprosić wszystkich przyjaciół, i bawił się z nimi do rana; wtedy to jego żona zeszła do ogrodu, zdjęła buty i strzeliła sobie w pierś regulaminowym pistoletem męża. Umarła, wykrwawiając się na rękach trzynastoletniego syna, który zbiegł po schodach, usłyszawszy wystrzał. Fritz Haber, wciąż w stanie szoku, następnego dnia musiał jechać na front wschodni, gdzie miał nadzorować kolejny atak gazowy.
[…]
Fritz przyjął chrześcijaństwo w wieku dwudziestu pięciu lat. Ze swoim krajem i jego obyczajami identyfikował się do tego stopnia, że jego dzieci dowiedziały się o swoim żydowskim pochodzeniu dopiero wtedy, gdy rodzina musiała uciekać z Niemiec. Haber zbiegł jako ostatni z rodziny i poprosił o azyl w Wielkiej Brytanii, jednak jego brytyjscy koledzy stanowczo zaprotestowali, wiedząc, jaką rolę odegrał w wojnie chemicznej. Musiał opuścić wyspę krótko po przyjeździe. Przemieszczał się z jednego kraju do drugiego, starając się dotrzeć do Palestyny, z piersią ściśniętą z bólu, ponieważ jego naczynia krwionośne nie były w stanie dostarczać odpowiednio dużo krwi do serca. Zmarł w Bazylei w 1934 roku, obejmując cylindryczne naczynie – używał go do udrażniania tętnic wieńcowych – nieświadom, że niebawem opracowany przy jego współudziale środek owadobójczy miał zostać użyty przez nazistów w komorach gazowych, gdzie ponieśli śmierć jego przyrodnia siostra, szwagier, siostrzeńcy i wszyscy ci inni Żydzi, którzy umierali, kucając, ze stężałymi mięśniami i skórą pokrytą czerwonymi i zielonymi plamami, z ich oczu ciekła krew, z ust piana, a młodsi rozdeptywali dzieci i starców, próbując wspiąć się na górę stosu nagich ciał i dzięki temu oddychać choćby parę minut dłużej, parę sekund więcej, ponieważ cyklon B, kiedy już wpuszczono go przez szczeliny w suficie, ścielił się blisko podłogi. Gdy wentylatory rozproszyły już cyjankową mgłę, ciała przenoszono do potężnych pieców krematoryjnych. Popioły zakopywano w zbiorowych mogiłach, wysypywano do rzek i stawów albo rozsypywano jako nawóz na pobliskich polach. Wśród nielicznych rzeczy, jakie znaleziono przy Fritzu Haberze po jego śmierci, znalazł się list do żony. Haber wyznaje w nim, że ciąży mu nieznośny wyrzut sumienia, ale nie z powodu roli, jaką odegrał w zagładzie tak wielu ludzkich istot, bezpośrednio lub pośrednio, tylko dlatego, że jego metoda pozyskiwania azotu z powietrza w znacznym stopniu zaburzyła naturalną równowagę planety i należy się obawiać, że przyszłość Ziemi należy nie do człowieka, lecz do roślin. Wystarczy bowiem, że światowa populacja spadnie do poziomu sprzed epoki nowożytnej nawet na kilka dekad, a wówczas rośliny będą mogły rosnąć bez żadnych zahamowań, wykorzystując nadmiar składników odżywczych dostarczonych im przez ludzkość, i rozprzestrzenią się po całej powierzchni globu, porastając go całkowicie i dławiąc wszelkie inne formy życia swoją straszliwą zielenią.
[…]
Koperta przewędrowała przez ogarnięty pożogą kontynent; była brudna, wymięta i ubłocona. Jeden z jej rogów całkowicie się rozerwał, a nazwisko nadawcy zniknęło pod plamą krwi. Einstein włożył rękawiczki, wziął kopertę do ręki i rozciął nożykiem. W środku znalazł list zawierający ostatni przebłysk pewnego geniuszu: napisał go Karl Schwarzschild, astronom, fizyk, matematyk i porucznik niemieckiej armii. „Jak Pan widzi, wojna potraktowała mnie na tyle łaskawie, mimo intensywnego ostrzału, że udało mi się ujść cało i dokonać rekonesansu na terenie Pańskich idei” – tak kończył się list, który Einstein przeczytał z głębokim zdumieniem, ale wcale nie dlatego, że jeden z najbardziej szanowanych niemieckich naukowców dowodził oddziałem artyleryjskim na rosyjskim froncie, ani nie ze względu na enigmatyczne ostrzeżenia dotyczące nadciągającej katastrofy, jakie jego przyjaciel zawarł w liście, tylko z powodu tego, co zostało napisane na odwrocie kartki: pismem tak drobnym, że Einstein musiał użyć lupy, żeby je odczytać, Schwarzschild zapisał tam pierwsze dokładne rozwiązanie równań z ogólnej teorii względności. Einstein musiał przeczytać je kilka razy. Ile czasu upłynęło od momentu publikacji jego teorii? Miesiąc? Niecały? To niemożliwe, żeby Schwarzschild rozwiązał tak skomplikowane równanie w tak krótkim czasie, skoro nawet on – twórca tychże równań – zdołał dojść jedynie do przybliżonych wyników. Rozwiązanie Schwarzschilda było dokładne: opisywało w precyzyjny sposób, jak masa gwiazdy odkształca przestrzeń i czas wokół siebie.
[…]
Jego rachunki były tak precyzyjne, że używa się ich do dziś, aby obliczać ruch gwiazd, orbit planet i zniekształceń, jakim ulegają promienie światła przebiegające w pobliżu ciała o silnym oddziaływaniu grawitacyjnym. Wyniki Schwarzschilda kryły jednak w sobie coś nadzwyczaj dziwnego. Działały w przypadku zwykłej gwiazdy – w takiej sytuacji przestrzeń wykrzywiała się łagodnie, jak przewidział to Einstein, a dane ciało niebieskie mieściło się w środku powstałej luki, niczym para dzieci śpiących w hamaku. Problem pojawiał się wtedy, gdy w centrum niewielkiego obszaru skupiała się zbyt wielka masa, jak to się dzieje, kiedy gigantycznej gwieździe kończy się paliwo i zaczyna się zapadać. Zgodnie z obliczeniami Schwarzschilda przestrzeń i czas ulegają wtedy nie wykrzywieniu, lecz rozdarciu. Gwiazda staje się coraz bardziej zwarta i jej gęstość rośnie bez ustanku. Siła grawitacji zwiększa się do tego stopnia, że przestrzeń zagina się w sposób nieskończony i zamyka się sama w sobie. Efektem tego jest otchłań, z której nie ma ucieczki, na zawsze oddzielona od reszty wszechświata. Nazwano to „osobliwością Schwarzschilda”.
[…]
W centrum konającej gwiazdy cała masa skupiała się w punkcie o nieskończonej gęstości. Dla Schwarzschilda coś takiego w kosmosie było nie do pomyślenia. Nie tylko stało to w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i stawiało pod znakiem zapytania sensowność ogólnej teorii względności, ale jeszcze podważało fundamenty fizyki: w tej osobliwości nawet same pojęcia przestrzeni i czasu traciły sens. Karl szukał logicznego wyjścia z zagadki. Być może problem tkwił w samym pomyśle. Bo przecież nie istnieją idealnie sferyczne, całkowicie nieruchome i pozbawione ładunku elektrycznego gwiazdy – anomalia wyniknęła z idealnych założeń, które przyjął w swoich obliczeniach i które nie mogą zaistnieć w rzeczywistości. Osobliwość, powtarzał sam sobie, to potwór straszny, ale wyimaginowany, papierowy tygrys, chiński smok. A jednak nie był w stanie przestać o niej myśleć. Nawet zanurzony w wojennym chaosie czuł, jak osobliwość rozlewa mu się w umyśle niczym plama i przyćmiewa piekło okopów; widział ją w ranach towarzyszy, w oczach martwych koni leżących w błocie, w odbłyskach szkiełek z masek gazowych. Jego wyobraźnia wpadła w zasadzkę własnego odkrycia; z przerażeniem pojął, że jeśli ta osobliwość rzeczywiście miałaby zaistnieć, to trwać będzie aż do końca wszechświata. Jej idealne cechy czyniły ją przedmiotem wiecznym, który nie rośnie ani się nie zmniejsza, zawsze pozostaje identyczny. W odróżnieniu od wszystkiego innego nie zmienia się z upływem czasu i w dwójnasób nie da się od niej uciec: w ramach dziwnej kosmicznej geometrii, jaką tworzy, osobliwość znajduje się na obu krańcach czasu – można uciec przed nią w najdalszą przeszłość albo wybrać się w najodleglejszą przyszłość tylko po to, by znów ją tam spotkać. W ostatnim liście wysłanym do żony z Rosji, napisanym tego samego dnia, w którym postanowił podzielić się swoim odkryciem z Einsteinem, Schwarzschild skarży się na coś dziwnego, co wokół niego narasta: „Nie umiem tego nazwać ani zdefiniować, ale posiada to niepohamowaną siłę i zaciemnia wszystkie moje myśli. To pustka bez kształtu i wymiarów, cień, którego nie mogę dostrzec, ale który odczuwam całą duszą”.
[…]
W swoich dziennikach Schwarzschild zapisał: „Księżyc płynął po niebie tak szybko, że miało się wrażenie, jakby czas przyśpieszył. Moi żołnierze mieli broń w gotowości i czekali na rozkaz do ataku, ale uznali to dziwaczne zjawisko za zły znak i widziałem na ich twarzach lęk”. Karl starał się im wyjaśnić, że księżyc nie zaczął się inaczej zachowywać; to złudzenie optyczne wywołane przez cienką warstwę chmur, które przysłaniały satelitę i sprawiały, że wydawał się większy i szybszy. Choć przemawiał do nich z czułością jak do własnych dzieci, nie zdołał przekonać podkomendnych. Sam zresztą nie mógł oprzeć się wrażeniu, że od samego początku wojny wszystko działo się coraz szybciej, jakby wszyscy zsuwali się ze stromego zbocza. Kiedy niebo się rozjaśniło, ujrzał dwóch jeźdźców galopujących z wielką prędkością, za nimi sunęła gęsta mgła nadciągająca ku jego oddziałom niczym fala. Mgła rozciągała się nad całym horyzontem, wysoka jak jakiś klif. Z oddali sprawiała wrażenie nieruchomej, ale po chwili owionęła kopyta jednego z koni i zwierzę wraz z jeźdźcem runęło na ziemię. Wszędzie w okopach podniesiono alarm. Karl musiał pomóc dwóm skamieniałym z przerażenia młodym rekrutom przy zakładaniu masek i ledwie zdążył założyć swoją, kiedy chmura gazu ich dopadła.
[…]
Uczył się w żydowskiej szkole, nadwyrężając cierpliwość rabinów pytaniami, na które nikt nie znał odpowiedzi: jakie jest prawdziwe znaczenie wersetu z Księgi Hioba, w którym mowa, że Jahwe „dach rozciąga nad pustką, ziemi niczym nie umacnia”? Na marginesach jego zeszytów, obok zadań z arytmetyki, nad którymi tak się biedzili jego koledzy, Karl obliczał równowagę obracających się ciał ciekłych, zafascynowany stabilnością pierścieni Saturna, które w jego powracających koszmarnych snach ulegały rozpadowi. Żeby okiełznać te obsesje, ojciec kazał Karlowi pobierać lekcje gry na fortepianie. Pod koniec drugiej lekcji Karl otworzył instrument i poodczepiał wszystkie struny, żeby zrozumieć, jaką logiką rządzą się wydawane przezeń dźwięki; przeczytał Harmonice Mundi Johannesa Keplera, który uważał, że każda planeta podczas swojej wędrówki wokół Słońca gra pewną melodię, muzykę sfer, której nasze uszy nie słyszą, ale ludzki umysł jest w stanie ją rozszyfrować. Nigdy nie stracił umiejętności dziwienia się rzeczom: kiedy studiował na uniwersytecie, obserwował z przełęczy Jungfraujoch całkowite zaćmienie Słońca i choć rozumiał mechanizm stojący za tym zjawiskiem, trudno mu było się pogodzić z tym, że ciało niebieskie tak małego rozmiaru jak Księżyc jest w stanie zatopić całą Europę w całkowitej ciemności. „Jakże dziwny jest kosmos i jak kapryśne są prawa optyki i perspektywy, które sprawiają, że najmniejsze dziecko może zakryć słońce palcem” – pisał do swojego brata Alfreda, malarza mieszkającego w Hamburgu.
[…]
W 1910 roku odkrył, że gwiazdy mają różne kolory i jako pierwszy dokonał ich pomiaru, używając specjalnego aparatu, który skonstruował z pomocą dozorcy z poczdamskiego obserwatorium (jedynego oprócz niego Żyda, który tam pracował); często razem pili aż do rana. Aparat został zamocowany na kiju od miotły dozorcy i Schwarzschild chodził z nim w kółko, robiąc zdjęcia pod różnymi kątami, żeby dowieść istnienia czerwonych olbrzymów, monstrualnych gwiazd setki razy większych od naszego Słońca. Jego ulubiony olbrzym – Antares – świecił na rubinowo. Arabowie nazywali go Kalb al-Akrab, „serce skorpiona”, Grecy uważali za jedynego rywala Aresa. W kwietniu Schwarzschild zorganizował ekspedycję na Teneryfę, żeby sfotografować powracającą kometę Halleya, którą zawsze uznawano za zły znak: w roku 66 naszej ery historyk Józef Flawiusz opisał ją jako „gwiazdę przypominającą miecz”, której pojawienie się zapowiadało zburzenie Jerozolimy przez Rzymian, zaś w 1222 roku jej obecność na niebie zachęciła Czyngis-chana do inwazji na Europę. Schwarzschilda fascynował fakt, że ogromny ogon komety – przez który Ziemia tym razem przechodziła przez sześć godzin – skierowany jest zawsze w stronę przeciwną względem Słońca. „Jaki wiatr ją popycha z furią niebiańskiego anioła, że tak spada, spada i spada?”
[…]
Kiedy umarł, Einstein zadedykował mu elegię, którą odczytał podczas pogrzebu. „Walczył z problemami, których inni unikali. Uwielbiał odkrywać relacje między wieloma aspektami natury, ale źródłem jego poszukiwań była radość, przyjemność, jaką odczuwa artysta, zawrót głowy wizjonera umiejącego wskazać nici, z których składają się drogi przyszłości” – powiedział do małej grupki zebranej nad grobem, a żaden z żałobników nawet nie podejrzewał, do jakiego stopnia Schwarzschilda dręczyło to największe z jego odkryć, ponieważ nawet Einstein nie był w stanie pojąć, co się dzieje, kiedy równania stają się osobliwe, a jedynym możliwym wynikiem jest nieskończoność. Młody matematyk Richard Courant był ostatnim człowiekiem, który rozmawiał ze Schwarzschildem, i jedynym, który mógł zaświadczyć o tym, jaki wpływ na umysł astrofizyka miała osobliwość. Courant został ranny pod Rawą Ruską; spotkał Schwarzschilda w szpitalu wojskowym. Ów młody człowiek pracował jako asystent Davida Hilberta, jednego z najbardziej wpływowych niemieckich matematyków epoki, dlatego od razu rozpoznał Karla, mimo ran zniekształcających jego twarz. Podszedł nieśmiało, nie rozumiejąc, dlaczego człowiek tej rangi i klasy intelektualnej został wysłany w tak niebezpieczne miejsce. W swoich dziennikach Courant opisał, jak oczy porucznika Schwarzschilda, zamglone na polu bitwy, od razu się rozjaśniły, kiedy tylko młody asystent zaczął mu opowiadać o badaniach Hilberta. Przegadali całą noc. Krótko przed świtem Schwarzschild wspomniał o osobliwości, którą najwyraźniej odkrył.
[…]
Obliczenia największego fizyka XX wieku okazały się jednak błędne. 1 września 1939 roku – tego samego dnia, w którym nazistowskie czołgi przekroczyły polską granicę – Robert Oppenheimer i Hartland Snyder opublikowali artykuł w pięćdziesiątym szóstym numerze pisma „Physical Review”. Amerykańscy fizycy dowodzili w nim, że ponad wszelką wątpliwość, „kiedy źródła energii termojądrowej ulegną wyczerpaniu, dostatecznie ciężka gwiazda ulegnie zapadnięciu, i o ile nie zredukuje swojej masy poprzez rozszczepienie, promieniowanie albo wyrzut masy, zapadanie będzie postępować bez ograniczeń”, w efekcie czego powstaje czarna dziura, której istnienie przewidział Schwarzschild, „zdolna sfałdować przestrzeń niczym kartkę papieru i znieść czas, jakby był płomieniem świeczki”, i żadna fizyczna siła ani prawo natury nie są w stanie tego powstrzymać.
[...]
Rankiem 31 sierpnia 2012 roku japoński matematyk Shin’ichi Mochizuki opublikował na swoim blogu cztery artykuły. Na ponad pięciuset stronach przedstawił rozwiązanie jednego z najważniejszych zagadnień z teorii liczb, znanego jako a + b = c. Do dziś nikt nie zdołał zrozumieć tego rozwiązania. Mochizuki przez lata pracował w odosobnieniu, rozwijając teorię matematyczną, która nie była podobna do niczego dotąd znanego. Umieściwszy ją na blogu, w żaden sposób nie nagłośnił swoich wyników. Nie wysłał pracy do specjalistycznych pism ani nie zaprezentował na żadnym kongresie. Jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się o publikacji, był Akio Tamagawa, jego kolega z Instytutu Badań nad Naukami Matematycznymi Uniwersytetu w Kioto, który przesłał rzeczone dokumenty do Ivana Fesenki, teoretyka liczb z Uniwersytetu w Nottingham wraz z mejlem zawierającym tylko jedno pytanie: „Czy Mochizuki rozwiązał a + b = c?”. Fesenko z trudem hamował ciekawość, ściągając na swój komputer cztery ciężkie pliki. Przez dziesięć minut wpatrywał się w linię pokazującą postępy w pobieraniu dokumentów, a potem zamknął się na dwa tygodnie, żeby zbadać dowód, zamawiał jedzenie do domu i spał tylko wtedy, kiedy zmęczenie brało górę. Jego odpowiedź do Tamagawy zawierała cztery słowa: „Nie da się zrozumieć”.
[…]
Nieliczni, którzy byli w stanie zagłębić się w system Mochizukiego na tyle, by zrozumieć go choć częściowo, mówią, że składa się on z serii niewidocznych na pierwszy rzut oka powiązanych z liczbami relacji. Mochizuki napisał na blogu: „Żeby zrozumieć moją pracę, trzeba wyłączyć schematy myślenia, które mamy zainstalowane w mózgach i na których opieraliśmy się przez te wszystkie lata”. Przyszedł na świat w Tokio i już we wczesnym wieku zyskał sławę dzięki umiejętności koncentracji, przez innych ludzi uznawanej za nadludzką. Jako dziecko miewał ataki niemoty, które przybrały na sile w okresie dojrzewania, do tego stopnia, że prawdziwą rzadkością było usłyszeć jakieś słowo z jego ust. Nie znosił także, kiedy inni na niego patrzyli i chodził z oczami spuszczonymi w ziemię, przez co dorobił się niewielkiego garbu, który jednak wcale nie umniejszał jego niewątpliwej urody – wysokie czoło, czarne napomadowane włosy i gigantyczne okulary w zaskakujący sposób upodabniały go do Clarka Kenta, alter ego Supermana.
[…]
Alexander Grothendieck był jednym z najważniejszych matematyków XX wieku. W wyniku twórczego zrywu, praktycznie bez porównania w historii nauki, zrewolucjonizował sposób rozumienia przestrzeni oraz geometrii, i to nie raz, a dwa razy. Międzynarodowa sława Mochizukiego narodziła się w 1996 roku, kiedy przeprowadził dowód jednego z twierdzeń Grothendiecka, i ci, którzy znali Japończyka z czasów studenckich, twierdzą, że uważał on wielkiego matematyka za swojego mistrza. Uznawany za autora obowiązkowego dla wszystkich matematyków świata, Grothendieck stał na czele grupy badaczy, którzy stworzyli dziesiątki tysięcy stron, kolosalne i imponujące dzieło. Większość studiujących matematykę uczy się tylko tego, co podstawowe, by móc prowadzić badania na wybranym polu, ale nawet to może oznaczać lata pracy. Natomiast Mochizuki zaczął czytać pierwszy tom dzieł zebranych Grothendiecka już na początku studiów i nie przerwał, dopóki nie doszedł do ostatniego. Minhyong Kim, współlokator Mochizukiego z Princeton, wspomina, jak kiedyś o północy ujrzał swojego kolegę w stanie delirium, po kilku dniach bez jedzenia i snu. Wyczerpany i odwodniony Japończyk mamrotał jakieś bezsensowne frazy, a źrenice miał rozszerzone jak u sowy. Mówił coś o „sercu w sercu”, dziwnej koncepcji odkrytej przez Grothendiecka w jądrze matematyki, która doprowadziła Mochizukiego na skraj obłędu. Nazajutrz rano, kiedy Kim domagał się wyjaśnień, Mochizuki spojrzał na niego nierozumiejącym wzrokiem. Niczego z minionej nocy nie pamiętał.
[…]
Jego specjalnością było uogólnienie, zoom out doprowadzony do granic. Każdy dylemat stawał się prosty, jeśli spojrzało się nań z wystarczającego dystansu. Nie interesowały go liczby, krzywizny czy proste ani żaden inny konkretny obiekt matematyczny: jedyne, na czym mu zależało, to relacje między nimi. „Cechowało go wyjątkowe wyczucie harmonii rzeczy – wspomina jeden z jego uczniów, Luc Illusie. – Nie tylko wprowadził nowe techniki i opracował dowody wielkich zagadnień: on zmienił nasz sposób myślenia o matematyce”. Jego obsesją była przestrzeń, a jednym z największych przebłysków geniuszu – rozszerzenie pojęcia punktu. W oczach Grothendiecka skromny punkt przestał być bezwymiarowym obiektem i zyskał złożone wewnętrzne struktury. Tam, gdzie inni widzieli coś pozbawionego głębi, rozmiaru, szerokości i długości, Alexander dostrzegł cały wszechświat. Od czasów Euklidesa nikt nie zaproponował niczego równie śmiałego.
[…]
Alexandr Shapiro, Alexandr Tanaroff, Sasza, Piotr, Siergiej. Nikt nie zna prawdziwego imienia jego ojca, ponieważ posługiwał się licznymi pseudonimami w ramach swojej działalności w szeregach anarchistów, którzy trzęśli Europą początku wieku. Ukrainiec urodzony w rodzinie chasydów, w wieku piętnastu lat aresztowany w Rosji przez carską policję, razem z towarzyszami został skazany na śmierć. Tylko on jeden uszedł z życiem. Przez trzy tygodnie ciągano go z celi na miejsce egzekucji, gdzie patrzył, jak rozstrzeliwuje się jego kolegów jednego po drugim. Otrzymał ułaskawienie ze względu na wiek, ale skazano go na dożywocie w więzieniu. Uwolniono go dziesięć lat później, podczas rosyjskiej rewolucji z 1917 roku; rzucił się wtedy w wir najróżniejszych konspiracji, tajemnych spisków i partii rewolucyjnych. Stracił lewe ramię, ale nie wiadomo, czy w wyniku nieudanego zabójstwa, próby samobójczej czy bomby, która zbyt szybko wybuchła mu w rękach. Zarabiał na życie jako uliczny fotograf. W Berlinie poznał matkę Alexandra i już razem przenieśli się do Paryża. W 1939 roku został aresztowany przez władze Vichy i wysłany do Le Vernet. Deportowany w 1942 do Niemiec zmarł otruty cyklonem B w jednej z komór gazowych Auschwitz.
[…]
Świetny bokser, wielbiciel Bacha i ostatnich kwartetów Beethovena, kochał przyrodę i czcił drzewa oliwne, „skromne i długowieczne, pełne słońca i życia”, ale ponad wszystko na świecie, wliczając nawet matematykę, prawdziwym uwielbieniem darzył pismo – do tego stopnia, że nie potrafił myśleć inaczej, niż pisząc. Pisał z taką żarliwością, że na niektórych jego rękopisach widać, jak ołówek przebijał się przez papier. Podczas obliczeń kreślił równania w zeszytach, a potem przepisywał je raz za razem, pogrubiając każdy symbol do tego stopnia, że stawał się nieczytelny – wszystko dla samej przyjemności, jaką dawało mu skrobanie grafitu o papier. W 1958 roku francuski milioner Léon Motchane stworzył na przedmieściach Paryża Instytut Zaawansowanych Badań Naukowych, instytucję skrojoną na miarę ambicji Grothendiecka. Liczący ledwie trzydzieści lat Alexander ogłosił tam program prac, których celem było zdefiniowanie na nowo fundamentów geometrii oraz połączenie wszystkich gałęzi matematyki. Całe pokolenie badaczy i studentów włączyło się w ten projekt wyśniony przez Alexandra, który wygłaszał kazania, podczas gdy reszta robiła notatki, rozwijała jego argumenty, sporządzała pierwsze szkice i następnego dnia je poprawiała. Najbardziej oddany z wszystkich Jean Dieudonné budził się przed wschodem słońca, żeby uporządkować zapiski z poprzedniego dnia, zanim Grothendieck wtargnie na salę punktualnie o ósmej, prowadząc dyskusję z samym sobą, która równie dobrze mogła się rozpocząć jeszcze na korytarzu. Efektem tego seminarium były liczne tomy obejmujące w sumie ponad dwadzieścia tysięcy stron, w których spotykają się geometria, teoria liczb, topologia oraz analiza zespolona.
[…]
Jego zdolność myślenia abstrakcyjnego nie miała granic. Potrafił przeskakiwać w zupełnie nieoczekiwany sposób do wyższych kategorii i pracować na takich rzędach wielkości, na jakie nikt dotąd nie śmiał się porywać. Formułował swoje tezy, usuwając warstwę po warstwie, upraszczając i abstrahując, aż wydawało się, że nie zostało nic – by następnie w tej pozornej pustce odnaleźć poszukiwaną strukturę. „Moje pierwsze wrażenie, kiedy widziałem go w trakcie wykładu, było takie, że to ktoś, kto został przysłany na naszą planetę przez jakąś obcą cywilizację z odległego układu słonecznego, żeby przyśpieszyć naszą ewolucję intelektualną” – powiedział o nim pewien profesor z kalifornijskiego Uniwersytetu Santa Cruz. Mimo to, wbrew jego radykalizmowi, matematyczne pejzaże odkrywane przez Grothendiecka w ramach abstrakcyjnych ćwiczeń wcale nie wydawały się sztuczne. W oczach matematyka jawiły się jako środowisko naturalne, ponieważ Alexander nie podporządkowywał rzeczy swojej woli, tylko pozwalał im samym rosnąć, dzięki czemu rezultat cechowało organiczne piękno, jakby każda idea wykiełkowała i wyrosła napędzana sama z siebie.
[…]
Nawet jego najbliżsi współpracownicy uznali, że poszedł za daleko. Grothendieck chciał złapać słońce ręką, odsłonić sekretny korzeń, który pozwoliłby połączyć niezliczone teorie pozornie niemające ze sobą żadnego związku. Powiedziano mu, że to niemożliwy projekt, wyglądający raczej na majaki megalomana niż na naukowy program badawczy. Alexander nie słuchał. Tak głęboko zapuszczał się w fundamenty nauki, że jego umysł zderzył się z otchłanią.
[…]
W monachijskiej sali konferencyjnej nie było już ani jednego wolnego krzesła. Heisenberg musiał wysłuchać wykładu Schrödingera, siedząc w przejściu i gryząc palce. Nie był w stanie wytrzymać do końca. W połowie przemowy Schrödingera zerwał się z ziemi i podszedł pod tablicę, odprowadzany zdumionymi spojrzeniami zebranych, wykrzykując, że elektrony to nie są żadne fale i że świata subatomowego nie da się zwizualizować. „To znacznie dziwniejsze niż wam się wydaje!” Został tak gwałtownie wybuczany przez setkę zebranych, że sam Schrödinger musiał prosić, by pozwolono mu mówić. Nikt jednak nie chciał słuchać młokosa, który domagał się, by zapomniano o możliwości zwizualizowania atomów. Nikt nie zamierzał spojrzeć na sprawę tak, jak oczekiwał tego Heisenberg. Kiedy zaczął pokrywać tablicę swoimi dowodami na mylność teorii Schrödingera, został siłą wyprowadzony z auli. Domagał się zbyt wiele. Dlaczego naukowcy, żeby zejść na najniższy poziom materii, mieliby zrezygnować ze zdrowego rozsądku? Ten młody człowiek z pewnością po prostu jest zazdrosny. To zrozumiałe. W końcu idee Schrödingera kompletnie przyćmiły jego własne odkrycie, odbierając mu miejsce w historii.
[…]
Z okna pokoju mógł cieszyć się widokiem bezkresnego oceanu. Patrząc na fale pędzące hen w stronę horyzontu, nie mógł przestać myśleć o słowach wypowiedzianych przez swego mentora, duńskiego fizyka Nielsa Bohra, który stwierdził kiedyś, że część nieskończoności znajduje się w zasięgu tych, którzy potrafią patrzeć w zawrotny bezmiar morza bez zamykania oczu. Poprzedniego lata wspólnie przemierzali wzgórza otaczające Getyngę i Heisenberg uznał, że to właśnie od tych długich wędrówek zaczęła się jego kariera naukowa. Bohr był gigantem świata fizyki. Jedynym naukowcem, który mógłby się z nim równać w kwestii wpływów w pierwszej połowie XX wieku, był Albert Einstein – obaj przyjaźnili się i jednocześnie rywalizowali. W 1922 roku Bohr otrzymał już Nagrodę Nobla, a do tego posiadał dar odkrywania wyjątkowych talentów i włączania ich w swoją orbitę. Dokładnie tak stało się w przypadku Heisenberga: podczas górskich wycieczek przekonał młodego fizyka, że mówienie o atomach ludzkim językiem ma sens wyłącznie w kategoriach poetyckich. Spacerując z Bohrem, Heisenberg po raz pierwszy przeczuł, że świat subatomowy może być diametralnie inny: „Skoro jeden kłębek kurzu zawiera miliardy atomów – mówił Bohr podczas wspinaczki na masywy gór Harzu – jak można sensownie rozprawiać o czymś tak maleńkim?”. Fizyk – tak jak poeta – nie powinien opisywać faktów z tego świata, tylko tworzyć metafory i połączenia umysłowe. Tego lata Heisenberg zrozumiał, że stosowanie pojęć fizyki klasycznej – takich jak położenie, prędkość czy pęd – do cząstki subatomowej to kompletny bezsens. Ten aspekt natury wymaga nowego języka.
[…]
Podczas pobytu na Helgolandzie Heisenberg postanowił oddać się ćwiczeniom z zakresu radykalnej precyzji myślenia. Co tak naprawdę możemy powiedzieć o tym, co dzieje się we wnętrzu atomu? Za każdym razem, kiedy jeden z elektronów okrążających jądro zmienia poziom energii, emitowany jest foton, cząstka światła. Światło to można zapisać na kliszy fotograficznej. I to jedyna informacja, jaką można bezpośrednio zmierzyć, jedyne światło wydobywające się z mroku atomu. Heisenberg postanowił odrzucić całą resztę. Zamierzał wydedukować rządzące na tym poziomie rzeczywistości reguły, opierając się na owej garstce danych. Nie będzie używać żadnego pojęcia, żadnego obrazu, żadnego modelu; sprawi, że rzeczywistość sama podyktuje nam to, co można na jej temat powiedzieć. Kiedy tylko alergia pozwoliła mu zabrać się do pracy, uporządkował wszystkie dane, układając je w serię tabel i kolumn, stworzył w ten sposób skomplikowany system macierzy. Przez szereg dni bawił się nimi jak dziecko, jakby układał puzzle, których pudełko zginęło, czerpał przyjemność z dopasowywania do siebie elementów, choć nie wiedział, jaki mają przybrać kształt. Powoli zaczął dostrzegać subtelne relacje, sposoby sumowania i mnożenia macierzy, reguły nowego typu algebry, która stawała się coraz bardziej abstrakcyjna. Chodził krętymi ścieżkami przecinającymi wyspę, nie odrywając wzroku od ziemi, bez najmniejszego pojęcia, dokąd zmierza.
[…]
Pocąc się od stóp do głów, całymi dniami uczył się na pamięć Dywanu Zachodu i Wschodu, tomu wierszy Goethego, który wcześniejszy gość zostawił w pokoju. Czytał poezję na głos, raz za razem. Niektóre wersety uciekały z wnętrza pokoju, nabierając mocy na pustych korytarzach hotelu, co wprawiało w niepokój pozostałych gości, dla których brzmiały one niczym majaki jakiegoś ducha. Goethe napisał je w 1819 roku, zainspirowany sufickim mistykiem Szamsoddinem Mohammadem Hafezem Szirazim, znanym po prostu jako Hafez. Niemiecki geniusz przeczytał wielkiego czternastowiecznego poetę perskiego w kiepskim przekładzie wydanym w Niemczech i doszedł do wniosku, że tom ów trafił w jego ręce z woli Boga. Tak bardzo się z nim utożsamił, że kompletnie zmienił głos, zjednoczył się z człowiekiem, który opiewał Boga i wino ponad czterysta lat wcześniej. Hafez był świętym pijakiem, w równym stopniu mistykiem, co hedonistą. Poświęcał się modlitwie, poezji i alkoholowi, a w wieku sześćdziesięciu lat narysował na pustynnym piasku krąg, usiadł w środku i przysiągł, że nie wstanie, dopóki nie dotknie umysłu Allaha, wszechmogącego i jedynego Boga. Spędził czterdzieści dni w całkowitym milczeniu, dręczony przez słońce i wiatr, bez żadnych efektów, ale kiedy przerwał ów długi post, wychylając czarkę wina, którą podał mu jakiś człowiek, ratując przed bliską śmiercią, poczuł, że budzi się w nim druga świadomość: zawładnęła tą pierwszą i podyktowała mu ponad pięćset wierszy. Goethe też korzystał z pomocy przy pisaniu swojego Dywanu, choć inspiracji szukał nie u Boga, lecz u żony jednego z przyjaciół, Marianne von Willemer, równie fanatycznie jak on oddanej Hafezowi. Napisali tę książkę na cztery ręce, pracując nad rękopisami w długich, nasyconych erotyzmem listach, w których Goethe wyobraża sobie, jak kąsa jej sutki i penetruje ją palcami, podczas gdy ona marzy o tym, by go zsodomizować, choć widzieli się tylko raz i nie ma żadnych dowodów, że spełnili swoje fantazje.
[…]
Idee Heisenberga wywołały konsternację. Choć sam Einstein zabrał się do studiowania „mechaniki macierzowej”, jak gdyby stanowiła ona mapę zaginionego skarbu, było w niej coś, co budziło jego autentyczny wstręt. „Teoria Heisenberga jest najciekawszym odkryciem ostatniego czasu – pisał do swojego przyjaciela Michelego Bessa – to diabelne obliczenia opierające się na nieskończonej liczbie czynników i używające macierzy zamiast współrzędnych. Bardzo to inteligentne. I bardzo trudno byłoby dowieść fałszywości, ze względu na piekielnie wysoki stopień komplikacji”. Jednak Einsteina odrzucała nie hermetyczność formuł, ale rzecz znacznie bardziej zasadnicza: świat odkryty przez Heisenberga okazywał się niekompatybilny ze zdrowym rozsądkiem. Mechanika macierzowa nie opisywała normalnych obiektów – nawet jeśli niewyobrażalnie małych – lecz ujmowała aspekt rzeczywistości niemożliwy wręcz do nazwania za pomocą słów i pojęć stosowanych przez fizykę klasyczną. Dla Einsteina to nie był drobiazg. Ojciec względności był wielkim mistrzem wizualizacji; wszystkie jego idee dotyczące przestrzeni i czasu narodziły się w efekcie jego umiejętności wyobrażania sobie najbardziej ekstremalnych okoliczności fizycznych. Z tej samej przyczyny nie był skłonny godzić się na narzucane przez młodego Niemca restrykcje, które można by porównać do wydłubania sobie obu oczu, aby móc widzieć dalej. Einstein przeczuwał, że jeśli doprowadzi się ten tok rozumowania do ostateczności, cała fizyka może skryć się w mroku: jeśli Heisenberg zatriumfuje, to fundamentalna część zjawisk tego świata będzie podległa regułom, których nigdy nie poznamy, jakby niemożliwy do sterowania los zagnieździł się w samym jądrze materii. Ktoś musiał to zatrzymać. Ktoś musiał wyjąć atom z czarnego pudełka, w którym zamknął go Heisenberg. I w oczach Einsteina tym kimś był młody, nieśmiały, nieco zmanierowany i ekstrawagancki Francuz: książę Louis Victor Pierre Raymond de Broglie.
[…]
W 1913 roku Louis popełnił błąd, zgłaszając się do jednostki inżynieryjnej, by odbyć służbę wojskową, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Pełnił służbę jako telegrafista na wieży Eiffla aż do końca walk, odpowiadał za stan sprzętu, za którego pomocą przechwytywał wiadomości wroga. Z natury był tchórzliwy i miał pacyfistyczne poglądy, wojskowe życie okazało się zatem dla niego czymś ponad siły. W latach powojennych często gorzko narzekał na wpływ, jaki owa europejska katastrofa wywarła na jego umysł, który, jak twierdził, nigdy potem nie działał już tak sprawnie. Jedynym towarzyszem broni, z którym utrzymywał kontakty, był młody artysta Jean-Baptiste Vasek, pierwszy prawdziwy przyjaciel de Broglie’a od czasów dzieciństwa. Stał się on wyłącznym źródłem rozrywki w ciągu tych nużących lat spędzanych razem na wieży, po wojnie zachowali bliską i serdeczną relację. Vasek był malarzem, ale zgromadził również sporą kolekcję dzieł, które określał wspólnym szyldem art brut: były to wiersze, rzeźby, grafiki i obrazy autorstwa pacjentów zakładów psychiatrycznych, włóczęgów, dzieci z zaburzeniami mentalnymi, narkomanów, pijaków i dewiantów – w ich zaskakujących pracach zdawał się dostrzegać zarzewie mitów przyszłości. De Broglie nigdy nie dał się przekonać, że można coś przydatnego uzyskać z tego, co Jean-Baptiste nazywał „energią twórczą w stanie czystym”, ale jego oddanie sztuce było bardzo podobne do obsesyjnej namiętności, jaką Louis darzył fizykę, potrafili całymi wieczorami dyskutować o nich w jednym z salonów posesji de Broglie’ów, ale równie dobrze mogli siedzieć w komfortowej ciszy, nie odczuwając upływu czasu ani nie zwracając uwagi na to, co się dzieje w świecie zewnętrznym.
[…]
Na inauguracji zebrało się tyle ludzi, że policja musiała rozpędzać tłumy napierające na drzwi budynku, bo groziło to śmiercią przez stratowanie. Wystawa podzieliła opinię krytyczną na dwie nieprzejednane połowy: jedni uznali to za przejaw skrajnej dekadencji światka artystycznego, inni przyklasnęli, dostrzegając w tej idei narodziny nowego rodzaju sztuki, przy którym dadaistyczne eksperymenty sprawiały wrażenie gier salonowych znudzonych paniczyków. Nawet w kraju takim jak Francja, nawykłym do wszelkiej ekscentryczności swej nielicznej już arystokracji, wystawa okazała się niezrozumiała; pogłoska, że książę de Broglie roztrwonił rodzinną fortunę, by oddać cześć jednemu ze swych kochanków, niosła się w eleganckim towarzystwie z ust do ust przez cały sezon. Kiedy Louis przeczytał artykuł, w którym bezlitośnie wyśmiewano obrazy Jeana-Baptiste’a (które de Broglie zebrał w osobnej sali w ramach ekspozycji), zamknął się w budynku, otoczony dziełami wszystkich szaleńców Europy, i przez wiele miesięcy odmawiał spotkań z kimkolwiek prócz siostry, która przynosiła mu posiłki, on jednak zostawiał je za drzwiami, nawet ich nie tknąwszy.
[…]
Pierwszy krok zrobił nasz kolega Albert Einstein: ponad dwadzieścia lat temu stwierdził, że światło to nie tylko fala, że zawiera także cząsteczki energii; owe fotony, będące niczym innym jak skoncentrowaną energią, podróżują na falach światła. Wielu wątpiło w trafność tej myśli; inni próbowali zamykać oczy i nie widzieć nowej drogi, jaka się przed nami otwiera. Bo nie ma się co oszukiwać: tu chodzi o prawdziwą rewolucję. Mówimy o najcenniejszym obiekcie fizycznym, o świetle; to światło nie tylko pozwala nam widzieć kształty tego świata, ale również pokazuje nam gwiazdy zdobiące spiralne ramiona galaktyki oraz ukryte serce rzeczy. Nie jest to jednak obiekt pojedynczy, tylko podwójny. Światło istnieje na dwa różne sposoby. Przez to rozsadza kategorie, w które próbowaliśmy wcisnąć miriady form, w jakich objawia się natura. Jako fala i cząstka tkwi w dwóch systemach i ma dwie przeciwstawne tożsamości, niczym Janus o dwóch twarzach. Tak jak ów rzymski bóg posiada sprzeczne właściwości tego, co ciągłe i tego, co rozproszone, oddzielone i indywidualne. Ci, którzy sprzeciwiają się tej rewolucji, utrzymują, że nowa ortodoksja oznacza rezygnację ze zdrowego rozsądku. Na to mam dla nich taką odpowiedź: każdą materię cechuje taka podwójność! Nie tylko światło się rozszczepia, ale także każdy z atomów, z których boski byt stworzył wszechświat. Praca, którą trzymacie panowie w rękach, dowodzi, że dla każdej cząstki materii – czy to elektron, czy proton – istnieje odpowiednia fala niosąca ją w przestrzeni. Wiem, że wielu z was zwątpi w mój tok rozumowania. Wyznaję, że snułem te rozważania w samotności. Przyznaję, że są dziwne, i gotów jestem przyjąć karę, jaka przypadnie mi w udziale, jeśli wykazana zostanie ich fałszywość. Dziś jednak mówię z pełnym przekonaniem, że każda rzecz istnieć może na dwa sposoby i że nic nie jest tak stałe, na jakie wygląda; kamień w ręku dziecka, które celuje w obojętnego wróbla na gałęzi, mógłby rozpłynąć się w jego rękach niczym woda”.
[…]
Kiedy w 1905 roku Einstein postawił tezę, że światło cechuje „dualizm korpuskularno-falowy”, wszyscy uznali, że się zagalopował. No ale światło nie jest materialne, kombinowali jego przeciwnicy, może więc istnieć w tak dziwny sposób. Natomiast materia jest czymś stałym. Nie sposób sobie wyobrazić, by zachowywała się jak fala. Te dwie rzeczy są wobec siebie całkowicie przeciwstawne. Cząstka materii to przecież coś podobnego do malutkiej grudki złota: istnieje w określonej przestrzeni i zajmuje jedno konkretne miejsce na świecie. Można ją zobaczyć i dokładnie określić, gdzie się znajduje, minutę po minucie, bowiem jej masa jest skupiona. Podobnie, gdyby ją gdzieś cisnąć i zderzyłaby się z czymś po drodze, to przecież się odbije. I zawsze wyląduje w jakimś konkretnym miejscu. Fale natomiast przypominają wody morza; wielkie i szerokie, rozciągają się na ogromnej powierzchni. A zatem istnieją w wielu pozycjach jednocześnie; kiedy fala zderzy się ze skałą, może ją okrążyć i płynąć dalej. Jeśli zderzą się dwie fale, mogą się wzajemnie znieść i przestać istnieć albo przez siebie nawzajem przeniknąć i nijak tego nie odczuć. A kiedy fala uderza o brzeg, robi to jednocześnie w wielu miejscach plaży i to nie we wszystkich w tej samej chwili. Oba te zjawiska mają więc przeciwną i sprzeczną naturę. Ich zachowanie jest skrajnie odmienne. A mimo to de Broglie twierdził, że wszystkie atomy są – tak jak światło – jednocześnie falą i cząstką: czasami zachowują się jak ta pierwsza, a czasem jak ta druga.
[…]
Naprawdę strachu najadł się tylko jeden raz, kiedy to pełnił dziesięciodniową straż na szczycie jednej z wież twierdzy. Schrödinger zasnął podczas oglądania gwiazd, a kiedy się obudził, ujrzał rządek świateł mknących po zboczu góry. Zerwał się na równe nogi i oszacował, że sądząc po rozmiarach, musiało chodzić o co najmniej dwustu ludzi, trzy razy więcej, niż liczył jego oddział. Tak bardzo przeraziła go wizja udziału w prawdziwej walce, że zaczął miotać się po pokoju, nie mogąc sobie przypomnieć, jaki powinien ogłosić alarm. Już miał zacząć bić w dzwon, kiedy zauważył, że światła trwają w całkowitym bezruchu; przyjrzał się im przez lornetkę i zrozumiał, że to tylko ognie świętego Elma, wyładowania elektryczne widoczne na krawędziach drutów kolczastych otaczających fortyfikacje, efekt nadciągającej burzy. Kompletnie oszołomiony Schrödinger przyglądał się niebieskawym światełkom dopóty, dopóki ostatnie z nich nie znikło, a potem przez całe życie wspominał ten moment.
[…]
Pierwsze, co zauważył, patrząc na siedzącą przed nim staruszkę, to jej długie palce, wyrzeźbione przez wieki bogactwa i przywilejów, którymi na wysokości twarzy – jej połowa została już całkowicie pożarta przez prątki gruźlicy – trzymała filiżankę herbaty. Schrödinger starał się ukryć wstręt, lecz nie był w stanie oderwać oczu od kobiety, przerażony myślą, że jego własne ciało także może ulec takiej deformacji, choć dotyczyło to bardzo niewielkiego procentu chorych cierpiących na rozrost gruczołów limfatycznych przypominających kiście winogron. Dama poczuła się niezręcznie i atmosfera udzieliła się całemu stołowi; w ciągu kilku sekund połowa śniadających – mężczyzn i kobiet równie groteskowo zdeformowanych jak ona – patrzyła na fizyka, jakby był psem, który załatwił się na środku kościoła. Schrödinger już miał się oddalić, kiedy poczuł na swoim udzie pod białym obrusem czyjąś dłoń. Nie była to pieszczota o charakterze erotycznym, ale wywołała efekt podobny do wyładowania elektrycznego, dzięki czemu szybko wrócił do siebie. Obrócił się w stronę właścicielki ręki, jej palce wciąż spoczywały na jego kolanie niczym motyl ze złożonymi skrzydełkami, i ujrzał, że to córka doktora Herwiga. Schrödinger nie ośmielił się uśmiechnąć w obawie, że ją spłoszy, podziękował samym spojrzeniem za ten gest i skupił się na filiżance kawy, starając się, by nie drgnął mu nawet jeden mięsień; tymczasem spokój ponownie brał w posiadanie kolejne stoły, jakby dziewczyna dotknęła nie tylko jego, ale wszystkich jednocześnie. Kiedy jedynym słyszalnym dźwiękiem stało się pobrzękiwanie sztućców i talerzy, panna Herwig cofnęła rękę. Wstała, wygładziła fałdy sukni i skierowała się w stronę drzwi, zatrzymując się wyłącznie po to, by powitać dwójkę dzieci, bliźniaki, które uwiesiły się jej na szyi i nie chciały puścić, dopóki nie da im po buziaku. Schrödinger poprosił o drugą kawę, ale nie był w stanie nawet jej spróbować. Siedział w salonie, aż wszyscy wyszli, a następnie udał się do recepcji, poprosił o kartkę papieru i ołówek i napisał wiadomość do doktora Herwiga, informując go, że gotów jest pomóc jego córce i to z największą przyjemnością.
[…]
Jednak by to zadziałało we wnętrzu atomu i dawało się zastosować do ruchu elektronów, Schrödinger musiał wprowadzić do wzoru liczbę zespoloną: pierwiastek kwadratowy z minus jeden. W praktyce oznaczało to, że pewna część fali opisywanej przez jego równanie wychodzi poza trzy wymiary przestrzeni. Jej wznoszenie i opadanie przenikało liczne wymiary w całkowicie abstrakcyjnym królestwie dającym się opisać wyłącznie przez czystą matematykę. Może i są piękne, ale fale Schrödingera nie należą do tego świata. Dla niego było jasne, że to nowe równanie opisuje elektrony tak, jakby były falami. Problem polegał na tym, by zrozumieć, co, do cholery, tak naprawdę faluje! On mówił, a panna Herwig usiadła na ławce umiejscowionej na brzegu jeziora. Kiedy fizyk przysiadł się obok, dziewczyna otwarła książkę, którą ze sobą przyniosła, i przeczytała fragment na głos: „Jeden duch podąża za drugim tak jak fale na złudnym morzu urodzin i śmierci. W czasie trwania życia nic nie jest w stanie uciec przed wznoszeniem i opadaniem form materialnych i umysłowych, podczas gdy rzeczywistość trwa nieprzenikniona. W każdej istocie drzemie nieskończona inteligencja, nieznana i ukryta, której przeznaczeniem jest jednak się obudzić, rozerwać mglistą sieć zmysłowego umysłu, przebić poczwarkę ciała i zawładnąć czasem oraz przestrzenią”. Schrödinger rozpoznał myśli, które obsesyjnie nawiedzały go od lat, a ona wyjaśniła, że zeszłej zimy w ośrodku spędził nieco czasu pewien pisarz, wcześniej kilka dekad mieszkał w Japonii, gdzie nawrócił się na buddyzm; to on udzielił jej pierwszych lekcji wschodniej filozofii. Schrödinger i panna Herwig spędzili resztę popołudnia, dyskutując o hinduizmie, wedancie i o wielkim wozie mahajany z entuzjazmem ludzi, którzy niespodziewanie odkrywają, że łączy ich wspólny sekret. Kiedy ujrzeli błysk wyładowania atmosferycznego daleko nad górami, panna Herwig stwierdziła nagle, że muszą szybko wracać, ponieważ najpewniej zaraz rozpęta się burza. Schrödinger próbował znaleźć jakiś pretekst, by się z nią nie rozstawać. Nie pierwszy raz ulegał obsesji na punkcie tak młodej dziewczyny, ale panna Herwig miała w sobie coś odmiennego, coś, co go rozbrajało i odbierało mu pewność siebie, do tego stopnia, że kiedy znaleźli się przed schodami zakładu, nie wiedział, czy powinien jej podać ramię, a przez ten moment wahania poślizgnął się na stopniu i skręcił sobie kostkę. Przeniesiono go do pokoju, stopę miał tak napuchniętą, że dziewczyna musiała mu pomóc w zdjęciu buta, żeby mógł się położyć do łóżka.
[…]
Ona wyznała, że nie cierpi Bożego Narodzenia; to jeden z okresów w roku, kiedy w zakładzie umiera najwięcej pacjentów, i ani libacje, ani taneczne hulanki nie pozwalają zapomnieć o tych wszystkich zgonach. Schrödinger miał już odpowiedzieć, ale ona położyła się na plecach na łóżku, jakby ktoś ją postrzelił prosto w pierś. „Wie pan, jaka jest pierwsza rzecz, jaką zrobię, kiedy stąd wyjdę? – zapytała, a uśmiech rozświetlił jej twarz. – Upiję się i pójdę do łóżka z najbrzydszym facetem, jakiego spotkam”. „Dlaczego z najbrzydszym?” – zapytał Schrödinger, wyjmując perły z uszu. „Bo chcę, żeby ten pierwszy raz był tylko dla mnie” – odpowiedziała, obracając głowę i patrząc mu prosto w oczy. Schrödinger zapytał, czy rzeczywiście nigdy nie była z mężczyzną. „Ani z mężczyzną, ani z kobietą, ani ze zwierzęciem, ani z ptakiem, ani z żadnym stworem, ani z demonem; ani z istotą materialną, ani z bezcielesnym członkiem; ani z tym, ani z tamtym, ani z niczym” – wyrecytowała panna Herwig, prostując się powoli na łóżku, jakby była trupem z wolna wracającym do życia. Schrödinger nie był w stanie dłużej nad sobą panować: powiedział jej, że jest najbardziej fascynującą istotą, jaką w życiu spotkał, i że od chwili, gdy dotknęła go w jadalni, czuje się jak opętany.
[…]
Przynajmniej teoretycznie Schrödinger mógł zastosować swoje równanie do całego wszechświata; wynik stanowić będzie funkcja falowa, w której zawarta zostanie przyszła ewolucja wszystkiego. Ale jak przekonać innych, że coś takiego jest możliwe? Ψ jest niewykrywalne; nie zostawi śladu w żadnym narzędziu pomiaru, nie da się go uchwycić nawet najprzemyślniejszą aparaturą ani w wyniku najbardziej zaawansowanego eksperymentu. To coś nowego, coś, czego natura jest odmienna od świata opisywanego przez to coś ze zdumiewającą precyzją. Schrödinger wiedział, że to jest to odkrycie, o którym przez całe życie marzył, ale nie wiedział, jak to wytłumaczyć. Nie wywiódł równania z wcześniejszych formuł. Nie oparł się na niczym znanym. Równanie stanowiło całość, a on wydobył je z niczego. Kiedy się obrócił, by sprawdzić, czy panna Herwig nadąża za jego długą przemową, ujrzał, że zapadła w głęboki sen.
[…]
W Zurychu Schrödinger nie tylko wrócił do zdrowia, ale też zaczął się nagle jawić jako człowiek opętany geniuszem. Dopracował swoje równanie i rozwinął je w kompletną mechanikę, którą opisał w pięciu artykułach przygotowanych w ciągu raptem sześciu miesięcy, każdy następny jeszcze błyskotliwszy od poprzedniego. Max Planck, który jako pierwszy postulował istnienie kwantów energii, napisał doń, że przeczytał te teksty „z przyjemnością, jaką ma dziecko, które słucha rozwiązania dręczącej je od lat zagadki”. Paul Dirac poszedł jeszcze dalej: ekscentryczny angielski geniusz o legendarnych zdolnościach matematycznych stwierdził, że równanie Austriaka zawiera w sobie praktycznie całą poznaną dotąd fizykę oraz – przynajmniej co do zasady – całą chemię. Schrödinger stał się sławny. Nikt nie ośmielał się negować znaczenia nowej mechaniki fal, choć niektórzy zadawali sobie te same pytania, co Schrödinger w Willi Herwiga. „To naprawdę piękna teoria. Jedna z najdoskonalszych, najcelniejszych i najurokliwszych, jakie odkrył człowiek. Jest w niej jednak coś dziwnego. Sprawia wrażenie, jakby nas ostrzegała »nie traktujcie mnie tak poważnie. Ja pokazuję świat, który nie jest tym, o jakim myślicie, kiedy mnie używacie«” – napisał Robert Oppenheimer, jeden z pierwszych, którzy zakwestionowali to, co funkcja falowa zdawała się mówić o rzeczywistości. Schrödinger jeździł po Europie, przedstawiając swoje idee, wszędzie zbierał owacje, aż natknął się na Wernera Heisenberga.
[…]
Choć wciąż był jeszcze młody, rodzice naciskali, żeby przestał trwonić talent i postarał się o stanowisko profesorskie w Niemczech. Heisenberg wyjechał do Danii, gdzie pracował jako asystent Nielsa Bohra, mieszkał na małym poddaszu na ostatnim piętrze Instytutu Fizyki Teoretycznej na Uniwersytecie Kopenhaskim, a z powodu skosów musiał chodzić po pokoju pochylony, co przypominało mu codziennie o jego „poddańczej pozycji” wobec duńskiego fizyka, jak to określił ojciec Heisenberga. Mistrza i ucznia wiele łączyło: podobnie jak Heisenberg, Duńczyk również słynął z celowej mroczności argumentów i choć wszyscy go szanowali, wielu twierdziło, że jego idee wydają się często bardziej filozoficzne niż fizyczne. Bohr jako jeden z pierwszych przyjął postulaty Heisenberga, stanowił jednak źródło ciągłej frustracji dla ucznia, ponieważ był zdania, że należy przyjąć zarówno fale Schrödingera, jak i macierze Heisenberga, zbierając je pod jednym szyldem, który on nazywał zasadą komplementarności. Zamiast zastanawiać się, jak wyjaśnić sprzeczności między dwiema mechanikami, Bohr uznawał obie jednocześnie. Jego zdaniem atrybuty cząstek elementarnych wywodzą się z pewnej relacji i sprawdzają tylko w określonym kontekście. Nie da się tego sprowadzić do jednego ujęcia. Jeśli mierzono je w ramach danego eksperymentu, wykazywały właściwości fali; jeśli w ramach innego, jawiły się jako cząsteczki. Obie te perspektywy są wobec siebie sprzeczne i przeciwstawne, ale i wzajemnie się uzupełniają: żadna nie odzwierciedla w pełni rzeczywistości, tylko stanowi pewien model świata. Połączone oferują pełniejszą ideę natury. Heisenberg nie cierpiał zasady komplementarności. Stał na stanowisku, że należy rozwinąć jednorodny system pojęć, a nie dwa sprzeczne. I aby to osiągnąć, gotów był na wszystko; jeśli ceną za zrozumienie mechaniki kwantowej będzie demontaż pojęcia samej rzeczywistości, to on się nie cofnie.
[…]
Oddawał się długim monologom, podczas których rozdzielał się na dwie osobowości, argumentując za swoimi tezami, a potem referując racje Bohra, i to z takim zapałem, że niebawem opanował w stopniu doskonałym umiejętność naśladowania nieznośnej pedanterii mistrza, jakby cierpiał na złożone zaburzenia osobowości. Wbrew własnej intuicji odsunął na bok swoje kolumny liczb i macierze i próbował wyobrazić sobie elektron jako wiązkę fal. Co tak naprawdę opisuje równanie Schrödingera, jeśli zastosujemy je do elektronu kręcącego się wokół jądra? To nie była rzeczywista fala, co do tego nie ma wątpliwości, posiadała zbyt wiele wymiarów. Być może równanie pokazywało wszystkie stany, w jakich może się znaleźć elektron – poziomy jego energii, szybkości, współrzędne – a zarazem jakby to były liczne fotografie ponakładane na siebie. Niektóre były ostrzejsze: to bardziej prawdopodobne stany elektronu. A może to fala składająca się z prawdopodobieństw? Rozkład statystyczny? Francuzi przetłumaczyli pojęcie funkcji falowej jako densité de présence, gęstość obecności. To właśnie pokazywała mechanika Schrödingera: rozmazane obrazy, obecność widmową, niewyraźną i nieokreśloną, ślady czegoś, co nie należy do tego świata. Ale co wyniknie z tego, jeśli przyjmie się jednocześnie tę perspektywę i jego własną? Odpowiedź wydała mu się tak absurdalna, że aż ciekawa: elektron, który jednocześnie jest cząstką tkwiącą w danym miejscu i falą rozchodzącą się w czasie i przestrzeni. Oszołomiony tymi wszystkimi paradoksami i rozwścieczony, że nie umie obalić idei Schrödingera, wyszedł na spacer po parku okalającym uniwersytet.
[…]
Próbował pan haszyszu? Nie, z pewnością nie. Dziś nikt nie ma czasu na wieczność. Tylko dzieci, dzieci i pijacy, ale już nie-poważni ludzie tacy jak pan, profesorze, którzy zaraz zmienią świat. A może się mylę?” Heisenberg nie odpowiadał. Nie zamierzał dać się wciągnąć w tę grę i już miał wstać od stołu, kiedy nagle dostrzegł metaliczny błysk w dłoni mężczyzny. „Nie ma pośpiechu, profesorze, mamy przed sobą całą noc. Niech pan się rozluźni i pozwoli postawić sobie coś do picia. Panu przydałoby się coś mocniejszego, nieprawdaż?” Wlał zawartość flakonika do resztki własnego piwa i pchnął kufel w stronę Heisenberga. „Widzę, że pan zmęczony, profesorze. Musi pan bardziej dbać o siebie. Wie pan, że pierwszą oznaką poważnych dolegliwości psychologicznych jest niezdolność do walki z przyszłością? Jeśli weźmie to pan pod uwagę, staje się jasne, jak niesamowitą rzeczą jest zdolność zapanowania nad godziną naszego życia. Jakże trudno jest kontrolować własne myśli! Po panu, na przykład, widać, że pan jest opętany. Zawładnął panem intelekt jak zboczeńcem włada cipka. Na pana rzucono czar, profesorze, coś pana wysysa w środku własnej głowy. No, pij pan. Niech pan nie każe się prosić dwa razy”. Fizyk odchylił się, ale nieznajomy chwycił go za ramię i uniósł kufel na wysokość ust Heisenberga, który rozejrzał się wokół, szukając pomocy, i zdał sobie sprawę, że wszyscy w barze gapią się na niego bez cienia zdumienia, jakby byli świadkami rytuału, przez który każdy musiał przejść. Otworzył usta i jednym haustem wypił zielonkawą zawartość kufla. Mężczyzna uśmiechnął się, rozparł na krześle i splótł dłonie na karku: „No, teraz możemy pogadać jak dwie cywilizowane istoty, profesorze. Proszę mi wierzyć, ja się na tym znam. Trzeba pozwolić przestrzeni i czasowi, by scaliły się w jedną nić, trzeba ciągle pozostawać w ruchu. Któż byłby w stanie zdzierżyć w jednym miejscu przez całe swoje życie? To dobre dla kamieni, ale nie dla ludzi takich jak pan, profesorze.
[…]
Kiedy je otworzył, w powietrzu unosiły się małe języczki ognia, migotały jak światełka chmary robaczków świętojańskich. Nie czuł już zimna, nogi mu nie dygotały. Był jednocześnie zupełnie przytomny i zdezorientowany, zupełnie jakby się obudził wewnątrz snu. Lasu nie poznawał; korzenie pulsowały jak żyły, gałęzie kołysały się, choć wiatru nie było, a ziemia zdawała się oddychać pod jego stopami, on jednak nie odczuwał żadnego niepokoju. Ogarnęło go wszechpotężne wrażenie spokoju, co Heisenberg uznał za tak naturalne – zważywszy na okoliczności – że obawiał się, iż w każdej chwili spokój może zmienić się w panikę. Aby temu zapobiec, zaczął się przyglądać pląsającym światełkom: wypełniały całą przestrzeń wokoło, opadały z koron drzew albo kiełkowały spomiędzy liści ścielących się na ziemi. Większość z nich od razu znikała, niektóre jednak utrzymywały się na tyle długo, by ułożyć się w małą pręgę. Rozszerzonymi źrenicami Heisenberg patrzył na te linie i dostrzegł, że nie są ciągłe, tylko stanowią serię pojedynczych punktów. Wyglądało to tak, jakby światełka te przeskakiwały z miejsca na miejsce zupełnie nagle, nie przemierzając po drodze żadnej przestrzeni. Zahipnotyzowany tymi omamami poczuł, że jego umysł stapia się z tym, co właśnie obserwował: każdy punkt świetlistej pręgi pojawiał się bez przyczyny, a całościowy ślad istniał tylko w jego umyśle, który łączył ze sobą punkty. Heisenberg skupił się na jednym z nich, ale im bardziej starał się mu przyglądać, tym bardziej mglisty stawał się punkt. Zaczął chodzić po ziemi na czworakach, próbując złapać jedno światełko w dłonie, śmiejąc się jak dziecko polujące na motyla, i był już blisko, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że otoczył go cały legion cieni.
[…]
Obejrzał się przez ramię i ujrzał czarną postać, która zasłaniała wszystko. Rzucił się w przerażeniu do ucieczki, ale potknąwszy się, pojął, że podąża za nim jego własny cień padający za jego plecami za sprawą trzymanego w rękach światełka. Obrócił się, by stanąć twarzą w twarz ze swoim widmem, rozłożył ręce i rozpostarł palce. Światło i cień zniknęły jednocześnie. Kiedy Bohr wrócił z urlopu, Heisenberg powiedział mu, że istnieje nieprzekraczalna granica tego, co możemy wiedzieć o świecie. Ledwie przełożony przekroczył próg uniwersytetu, Heisenberg złapał go za łokieć i zaprowadził do parku, nie dając mu nawet czasu na odłożenie bagażu czy otrzepanie płaszcza ze śniegu. Łącząc własne wnioski z tymi autorstwa Schrödingera – mówił, podczas gdy zapuszczali się coraz głębiej między drzewa, wlekąc za sobą walizki Bohra i lekceważąc jego protesty – zrozumiał, że obiekty kwantowe nie posiadają określonej tożsamości, tylko zamieszkują przestrzeń możliwości. Elektron, tłumaczył Heisenberg, nie istnieje wyłącznie w jednym miejscu, tylko w wielu; nie posiada jednej prędkości, tylko wiele. Funkcja falowa pokazuje wszystkie te możliwości jednocześnie. Heisenberg zapomniał o tej całej nieszczęsnej dyskusji na temat fal i cząsteczek, ponownie skupiając się na liczbach, żeby znaleźć drogę. Analizując matematykę Schrödingera oraz własną, odkrył, że pewne cechy obiektu kwantowego – takie jak jego pozycja i ilość ruchu – istnieją w sposób równoczesny i podlegają bardzo specyficznej relacji. Im precyzyjniejszą tożsamość przyjmuje obiekt w jednym z tych aspektów, tym bardziej niepewna staje się druga. Jeśli na przykład elektron znajduje się w jednej tylko pozycji z całkowitą pewnością, trwa na stałe na swojej orbicie jak owad przebity szpilką, jego prędkość staje się całkowicie niezdefiniowana: mógłby trwać bez ruchu albo się przemieszczać z prędkością światła i nie ma, jak tego sprawdzić. To samo jest prawdą także w przeciwną stronę! Jeśli elektron posiada dokładną wielkość ruchu, jego pozycja staje się tak nieokreślona, że równie dobrze może znajdować się na twojej dłoni, jak i po drugiej stronie wszechświata. Te dwie zmienne uzupełniały się matematycznie: określenie jednej niweczyło drugą.
[…]
Wyszli z parku i zapuścili się w uliczki miasta, nie przestając dyskutować nad konsekwencjami odkrycia Heisenberga, Bohr bowiem uznał je z miejsca za kamień milowy, na którym będzie można oprzeć prawdziwie nową fizykę. W ujęciu filozoficznym, powiedział, biorąc towarzysza pod rękę, to koniec determinizmu. Heisenbergowska nieokreśloność obalała nadzieje tych, którzy wierzyli w precyzyjny mechanizm wszechświata obiecywany przez fizykę Newtona. Zdaniem deterministów wystarczy odkryć prawa rządzące materią, by poznać najdawniejszą przeszłość i przewidzieć najodleglejszą przyszłość. Jeśli wszystko, co się wydarza, jest konsekwencją tego, co było wcześniej, jedyne, czego trzeba, to podminować teraźniejszość i uruchomić obliczenia za pomocą równań, by uzyskać wiedzę podobną boskiej. W świetle odkrycia Heisenberga wszystko to okazywało się złudą: poza naszym zasięgiem wcale nie znajduje się przyszłość. Ani przeszłość. To dotyczy teraźniejszości. Nawet sytuacji nędznej cząsteczki nie można dokładnie opisać. Możemy wnikać w fundamenty, ile chcemy, ale zawsze zostanie coś zamazanego, nieokreślonego, niepewnego, jakby rzeczywistość pozwalała nam spojrzeć wyraźnie na świat jednym okiem, ale dwoma już nigdy.
[…]
Tego już dla Einsteina było za wiele. Ów znany ze swojego obrazoburstwa fizyk odmówił zaakceptowania tak radykalnej zmiany. Jeśli fizyka przestaje mówić o świecie obiektywnym, to jest to coś więcej niż zmiana punktu widzenia. Dla Einsteina fizyka musiała opowiadać o przyczynach i skutkach, a nie wyłącznie o prawdopodobieństwie. Nie zamierzał godzić się na to, by fakty z naszego świata podlegały logice tak sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem. Nie można stawiać na piedestale przypadku i odrzucać idei praw natury. Musi istnieć coś głębszego. Coś, czego jeszcze nie znamy. Ukryta zmienna, która zdoła rozproszyć kopenhaską mgłę i ukaże porządek leżący u podstaw niestabilnego zachowania świata subatomowego. Był o tym przekonany, w ciągu kolejnych trzech dni zaproponował całą serię hipotetycznych sytuacji, które wydawały się przeczyć zasadzie nieoznaczoności Heisenberga, stanowiącej fundament rozumowania kopenhaskich fizyków.
[…]
„Ta cała teoria mechaniki kwantowej przypomina mi trochę majaczenia nazbyt inteligentnego paranoika. To istny koktajl niespójnych idei” – pisał do jednego ze swoich przyjaciół. Intensywnie poszukiwał wielkiej i zwartej teorii, zmarł jednak, nie osiągnąwszy celu, wciąż przez wszystkich podziwiany, choć zupełnie wyalienowany przez nowe pokolenia uznające najwyraźniej przewagę odpowiedzi, której podczas kongresu Solvaya dekady wcześniej udzielił Einsteinowi Bohr – na gorzką uwagę o boskiej grze w kości [„Bóg nie gra wszechświatem w kości!” – przyp. aut.] Duńczyk odparł: „Nie naszą rzeczą jest mówić Mu, jak ma zarządzać światem”.
[…]
Opowiedział mi, że we wnętrzu pnia gnieżdżą się nietoperze, a kolibry żywią się nektarem szkarłatnej hermafrodytycznej rośliny żyjącej na jego najwyższych gałęziach, pasożytniczej Tristerix corymbosus, znanej powszechnie jako quintral, cutre albo ñipe, którą jego babcia co roku wycinała, po to tylko, by patrzeć, jak w kolejnym roku wypuszcza nowe pędy i kwitnie z jeszcze większą siłą, sycąc się roślinnym sokiem, który wysysała z drzewa, by produkować swój nektar oszałamiający cały legion ptaków i owadów. Nadal nie wiem, dlaczego odebrała sobie życie. Nigdy mi nie powiedziano, że popełniła samobójstwo, to był rodzinny sekret, byłem mały, miałem może pięć czy sześć lat, ale później, dekady później, kiedy przyszła na świat moja córka, stara opiekunka, kobieta, która opiekowała się mną, gdy matka szła do pracy, powiedziała mi o tym: Twoja babcia powiesiła się na tej gałęzi, w środku nocy. To było straszne, okropne, nie pozwalano nam jej zdjąć do przyjazdu policji, w każdym razie tak mówili: „Nie ściągajcie jej, zostawcie tak”, ale twój tata nie mógł tego wytrzymać, więc wspiął się na drzewo, wysoko, coraz wyżej – nikt nie rozumiał, jakim cudem tak wysoko wszedł – żeby zdjąć jej pętlę z szyi. Spadała między gałęziami, upadła z głuchym łoskotem, jakby po śmierci ważyła dwa razy tyle albo i trzy, co za życia. Twój tata zaczął walić siekierą w pień, ale twój dziadek nie pozwolił mu: powiedział, że ona zawsze kochała to drzewo. Patrzyła, jak rośnie, dbała o nie i nawoziła, podlewała i przycinała, aż do przesady przejmowała się wszystkim, każdą chorobą czy zarazą, każdym grzybem czy plamą widoczną na pniu. Toteż zostawiono dąb w spokoju, powiedział i będzie tu rósł, choć prędzej czy później trzeba będzie go wyciąć. Raczej prędzej niż później.
[…]
Nocny ogrodnik powiedział mi, że naukowiec, który wynalazł nowoczesny nawóz azotowy – niemiecki chemik nazwiskiem Fritz Haber – był zarazem pierwszym człowiekiem, który stworzył broń masowego rażenia, gaz chlorowy, który rozpylano nad okopami I wojny światowej. Ta zielonkawa trucizna zabiła tysiące ludzi, za jej sprawą niezliczone rzesze żołnierzy rozdrapywały sobie gardła, kiedy to gaz wdzierał się im do płuc, przez co dusili się swoimi własnymi wymiotami i flegmą, podczas gdy nawóz, który zawiera azot pozyskany z powietrza atmosferycznego, uratował setki milionów przed głodem i stał się przyczyną trwającej eksplozji demograficznej. Dziś azot jest łatwo dostępny, ale w ubiegłych stuleciach toczono wielkie wojny, żeby przejąć kontrolę nad ptasimi czy nietoperzymi odchodami, a grobowce egipskich faraonów padały łupem rabusiów, którzy szukali nie złota czy klejnotów, lecz azotu skrywającego się w kościach mumii władców i tysięcy pochowanych wraz z nimi niewolników. Zdaniem nocnego ogrodnika Mapucze [grupa etniczna Indian Ameryki Południowej, zamieszkujących południowo-centralne obszary Chile i południowo-zachodnią Argentynę – przyp. aut.] rozdrabniali szkielety wrogów i posypywali uzyskanym tak proszkiem pola, żeby je użyźnić, zajmowali się tym zawsze nocą, kiedy drzewa pogrążają się w głębokim śnie, wierzyli bowiem, że niektóre z nich – zacierp i araukaria – potrafią spojrzeć w duszę wojownika, wykraść mu jego najgłębsze sekrety i rozpowszechnić je po całym lesie poprzez korzenie; blade nitki grzybni wyszepczą wszystko roślinnym kłączom, co może zniszczyć reputację wojownika przed całą społecznością. Kiedy jego sekretne życie zostaje odsłonięte, obnażone i wystawione na widok całego świata, człowiek taki zaczyna powoli więdnąć, wysycha od środka na zewnątrz i nawet nie wie, dlaczego.
[…]
Osadę założyli emigranci z Europy. Ma w sobie coś wyraźnie nietutejszego, coś nietypowego dla innych miejsc w kraju, choć w niektórych miasteczkach na południu można spotkać dziewczynki o błękitnych oczach i pszenicznych włosach biegające wśród typowych przedstawicieli naszej jednorodnej i mieszanej ludności, połączenia Mapuczów i Hiszpanów. Zbudowano ją jako górskie schronienie. Jedną z rzeczy, które zawsze mnie w Chile zaskakiwały, jest nasza awersja do gór. Nie zamieszkujemy gór. Andy są jak miecz wbity w kręgosłup naszego kraju, ale my ignorujemy wszystkie te cyklopowe szczyty i osiedlamy się w dolinach i na wybrzeżu, jakby cały kraj cierpiał na zawroty głowy, lęk wysokości uniemożliwiający nam czerpanie radości z najbardziej charakterystycznego elementu naszego krajobrazu.
[…]
Nocny ogrodnik był kiedyś matematykiem i teraz opowiada o matematyce jak były alkoholik o alkoholu, z czymś między tęsknotą a lękiem. Powiedział mi, że jego kariera zaczęła się błyskotliwie, ale potem zrezygnował, zapoznawszy się z pracą Alexandra Grothendiecka, prawdziwego geniusza, który w latach sześćdziesiątych zrewolucjonizował geometrię tak, jak nikt od czasów Euklidesa, a potem z niewiadomych powodów odrzucił matematykę w wieku raptem czterdziestu lat, u szczytu międzynarodowej sławy, pozostawiając po sobie wyjątkowe i niepokojące dziedzictwo – jego fale uderzeniowe wciąż wstrząsają wszystkimi gałęziami dyscypliny, on jednak odmówił wszelkich dyskusji na ten temat, w ogóle zamilkł, aż do dnia śmierci, ponad cztery dekady później. Podobnie jak nocny ogrodnik, gdy Grothendieck dotarł do połowy swego życia, porzucił dom, rodzinę, karierę i przyjaciół i zaczął żyć jak mnich, ukrywając się w Pirenejach. To tak, jakby Einstein porzucił fizykę bezpośrednio po ogłoszeniu teorii względności albo jakby Maradona zarzucił futbol zaraz po zwycięstwie w mistrzostwach świata. Decyzja nocnego ogrodnika o rezygnacji z życia towarzyskiego nie była tylko, rzecz jasna, wynikiem lektury Grothendiecka. Przeszedł także rozwód, który doprowadził go do ruiny, oddalił się od swojej jedynej córki, a do tego wykryto u niego raka skóry, on jednak upierał się, że wszystko to, nawet jeśli bardzo bolesne, to sprawy drugorzędne w porównaniu z nagłym odkryciem, że to matematyka – a nie bomby atomowe, komputery, wojna biologiczna czy apokalipsa klimatyczna – zmienia nasz świat do tego stopnia, że w ciągu co najwyżej kilku dekad przestaniemy nawet rozumieć, co to znaczy być człowiekiem.
[…]
Umiemy dzielić atomy, dostrzec pierwsze światło i przewidzieć koniec wszechświata za pomocą garści równań, jakichś gryzmołów i tajemniczych symboli niezrozumiałych dla zwykłych ludzi, choć przecież rządzą one ich życiem w każdym najdrobniejszym szczególe. Ale nie chodzi tylko o zwykłych ludzi: sami naukowcy przestali rozumieć świat. Popatrz na przykład na mechanikę kwantową, klejnot koronny naszego gatunku, najbardziej precyzyjną, najpiękniejszą i posiadającą największy zasięg teorię fizyczną, jaką kiedykolwiek wymyśliliśmy. To ona stoi za internetem, za naszymi doskonałymi telefonami komórkowymi i obiecuje moc obliczeniową porównywalną tylko z boską inteligencją. Zmieniła nasz świat tak bardzo, że przestajemy go rozpoznawać. Wiemy, jak jej używać, działa na zasadzie jakiegoś cudu, a mimo to nie ma jednej duszy na całej planecie, żywej albo martwej, która naprawdę by to rozumiała. Umysł nie radzi sobie z jej paradoksami i sprzecznościami. Wygląda to tak, jakby teoria ta spadła na Ziemię niczym pochodzący z kosmosu monolit, a my po prostu łazimy wokół niej na czworakach jak małpy, bawimy się nią, ciskamy w nią kamieniami i kijami, tak naprawdę ni w ząb jej nie pojmując. Teraz więc zajmuje się ogrodem, dba o ten własny, a także opiekuje się innymi posiadłościami w wiosce. Z tego, co wiem, nie ma przyjaciół, sąsiedzi uważają go za dziwaka, ja jednak lubię sobie myśleć, że my dwaj się przyjaźnimy, bo czasami zostawia wiadro z kompostem obok mojego domu jako prezent dla roślin.
Benjamin Labatut, Straszliwa zieleń
Finalistka Międzynarodowej Nagrody Bookera w 2021 roku, zagadkowa powieść z gatunku fantasy historycznego Benjamina Labatuta – chilijskiego pisarza przenosi niezwyczajną opowieść w niedoświetlone zakamarki historii nauki, także w epilogu do samego już Chile, z kolei przekrojowo w czasy dwudziestego wieku ze współczesnym wątkiem końcowym. W kilku raczej luźno ze sobą powiązanych opowiadaniach o sakramenckich geniuszach i delikatesowych w nich wynalazcach, czyli z zawodu o radykalnych fizykach i matematykach, potem i noblistach wyziera zupełnie odmienny obraz ich życia oraz szeregu dokonań, które historia dziwnym trafem przemilcza. Bowiem Labatut ubarwia te wszystkie zamknięte historie swą poetycką, wręcz nieskończoną, w czym znowu świętą wyobraźnią. Z kolei czytelnik daje łatwo się ponieść nowej czy obrazoburczej fabule, która jest czymś o niebo więcej niż jedynie magiczną rzeczywistością. Kwantowość elektronu w atomie to energetycznie ruch chaotycznie-dynamiczny, fizykalnie to również falowanie, a obrazowo to nieuchwytne dla ludzkiego poznania mgliste rozmazanie; wynalazca śmiercionośnego gazu musztardowego to z kolei geniusz, którego azotanowe związki ratują życie milionom istnień ludzkich; względność teorii einsteinowskich to o dziwo w podtekście bezwzględny aksjomat religijnej wiary, o której nauka chce a priori jak najszybciej zapomnieć. Powieść Labatuta z wersu na wers coraz bardziej zaskakuje czytelnika, a tak naprawdę to znosi wszelkie granice, jakie oko ludzkie próbuje widzieć w kolejnych zdobyczach nauki dając taką zmienną w którą niepodobna już wierzyć.