21.12.2025

„…kto to powiedział,
że zanim nauczymy się kochać
innych,
musimy pokochać siebie.”
„Pojąłem, jak
trudno dorastać
w poczuciu, że jest się zawsze
na drugim miejscu, niezależnie
od tego,
czy to prawda,
czy wymysł.”
„Życie jest zbyt
krótkie
na nienawiść i zapiekłe urazy.”
[…]
Emilie poczuła, jak uścisk palców na jej dłoni się rozluźnia. Spojrzała w dół, na matkę. Miała wrażenie, że wraz z duszą opuszczającą ciało Valérie znika też ból, który zniekształcał jej rysy. Emilie mogła znów dostrzec w tej wymizerowanej twarzy niezwykłą urodę, z jakiej niegdyś słynęła matka. Opuściła nas – wyszeptał zupełnie niepotrzebnie Phillipe, lekarz. Tak. Usłyszała, że stojący za nią doktor odmawia cicho modlitwę, ale nie przyszło jej do głowy, by się przyłączyć. Patrzyła ze zdumieniem, jak zahipnotyzowana, na powoli siniejące ciało, jedyną pozostałość z istnienia, które dominowało nad jej życiem przez trzydzieści lat. Miała chęć potrząsnąć matką i obudzić ją, bo – biorąc pod uwagę temperament Valérie de la Martinières – trudno było uwierzyć w to przejście z życia do śmierci. Nie była pewna, co powinna czuć. Choć w ostatnich tygodniach przerabiała ten moment w myślach wielokrotnie. Odwróciła wzrok od twarzy zmarłej i spojrzała w otwarte okno, na strzępiaste obłoki zawieszone niczym piankowe bezy na błękicie nieba. Z oddali dobiegał głos skowronka zwiastującego nadejście wiosny. Powoli wstała, rozprostowując nogi zesztywniałe od wielu godzin nocnego czuwania, i podeszła do okna. Widok wczesnego poranka nie miał w sobie nic, co zapowiadałoby ciężar nadchodzących godzin. Natura malowała pełen świeżości obraz, delikatnie rozświetlając nowy dzień prowansalską paletą barw umbry, zieleni i lazuru. Emilie patrzyła na taras, ogród i falujące wzgórza otaczających dom winnic, które zdawały się ciągnąć bez końca, jak okiem sięgnąć. Ten cudowny widok nie zmienił się od wieków. Zamek de la Martinièresów był jej schronieniem w dzieciństwie, miejscem, gdzie czuła się bezpiecznie. Tutejszy spokój zapisał się trwale w każdym zakamarku jej umysłu.
[…]
Emilie z przykrością zdawała sobie sprawę, że jej narodziny były wynikiem niechętnego poddania się wymogom, by zapewnić linii de la Martinièresów potomka. Spełnieniem obowiązku, niemającym nic wspólnego z marzeniem o macierzyństwie. A kiedy okazało się, że to raczej „potomkini”, a nie oczekiwany dziedzic, zainteresowanie Valérie jeszcze bardziej osłabło. Na ponowną ciążę było za późno – Emilie przyszła na świat w ostatnim okresie płodności matki, kiedy ta miała czterdzieści trzy lata – Valérie wróciła więc do swojego trybu życia, jako jedna z najbardziej uroczych, gościnnych i pięknych właścicielek salonów w Paryżu. Narodziny Emilie i wynikająca z tego jej późniejsza obecność miały dla matki takie samo znaczenie jak wzięcie sobie kolejnego chihuahua do trójki już posiadanych piesków. Podobnie jak one Emilie była wyprowadzana ze swojego pokoju i rozpieszczana na oczach gości, kiedy mamie to pasowało. Psy przynajmniej miały na pociechę siebie nawzajem, myślała Emilie, a jej większość dzieciństwa upływała w samotności. Nieszczególnie pomagało też to, że odziedziczyła urodę raczej de la Martinièresów niż płowowłosych słowiańskich przodków matki o delikatnych drobnych rysach. Była dzieckiem krępej budowy, o oliwkowej cerze i gęstych czarnych włosach, ścinanych co sześć tygodni na pazia. Z grubą grzywką nad ciemnymi brwiami – genetycznym prezentem od ojca, Édouarda.
[…]
Emilie żałowała czasami, że nie może sobie wyrwać tych gałek o ciemnoniebieskich tęczówkach i zastąpić ich pięknymi piwnymi oczami taty. Sądziła, że te, którymi obdarzyła ją natura, nie pasują do jej twarzy, a poza tym zawsze gdy patrzyła w lustro, widziała matkę. Emilie zdawało się, że pozbawiona jest zupełnie talentów, które mogłaby docenić matka. Kiedy jako trzylatkę zaprowadzono ją na lekcje baletu, przekonała się, że jej ciało nie jest zdolne przyjmować wymaganych póz. Inne dziewczynki śmigały po sali jak motyle, a ona miała problemy, by poruszać się z wdziękiem. Małe, szerokie stópki lubiły stać twardo na ziemi i każda próba oderwania ich od niej kończyła się porażką. Lekcje pianina przyniosły podobną klęskę, a jeśli chodzi o śpiew, to Emilie najwyraźniej słoń na ucho nadepnął. Ciało Emilie nie umiało się też dostosować do noszenia kobiecych kreacji, do czego zmuszała ją matka, gdy urządzała swoje słynne przyjęcia w pełnym róż ogrodzie na tyłach paryskiego domu. Chowając się gdzieś w kącie, Emilie patrzyła z podziwem na elegancką, uroczą, piękną kobietę krążącą z gracją wśród gości. Podczas licznych spotkań towarzyskich w paryskim domu i zamku w Gassin Emilie czuła się niezręcznie, nie potrafiła wykrztusić słowa. Na domiar złego nie odziedziczyła po matce łatwości nawiązywania kontaktów.
[…]
Emilie wzięła kawę z mlekiem, croissanta i wyszła kuchennymi drzwiami na porośnięte lawendą podwórko za domem. To miejsce było najlepsze, gdy się chciało złapać nieco porannego słońca. Piękny wiosenny dzień wydawał się dość ciepły, by siedzieć na zewnątrz w bawełnianej koszulce. W dniu pogrzebu matki w Paryżu, czterdzieści osiem godzin wcześniej, deszcz padał nieustannie przez cały czas pochówku. Później, podczas stypy – urządzonej w Ritzu zgodnie z życzeniem matki – Emilie przyjęła kondolencje od paryskiej socjety. Kobiety, przeważnie w podobnym wieku jak jej matka, były ubrane na czarno. Emilie przypominało to zlot podstarzałych wron. Skrywając przerzedzone włosy pod niemodnymi kapeluszami o przeróżnych fasonach, krążyły po sali, sącząc szampana. Ich sylwetki zrujnował wiek, a makijaż sprawiał wrażenie maski nałożonej na obwisłą skórę. W swoich najlepszych latach były uznawane za najpiękniejsze i najbardziej wpływowe w Paryżu. Jednak czas biegł naprzód nieubłaganie i teraz ich miejsce zajęły zastępy młodszych przedsiębiorczych pań. Każda z tych kobiet czeka na śmierć, pomyślała Emilie ze ściśniętym sercem, kiedy wyszła z Ritza i rozglądała się za taksówką, żeby wrócić do swojego mieszkania. Ze smutku wypiła dużo więcej wina niż zwykle i następnego ranka obudziła się z kacem. Ale przynajmniej najgorsze już za nią, pocieszała się teraz, popijając kawę. Przez ostatnie dwa tygodnie nie było wiele czasu, żeby się skupić na czymkolwiek poza załatwianiem formalności pogrzebowych. Emilie wiedziała, że jest winna matce przynajmniej takie pożegnanie, jakie perfekcyjnie zorganizowałaby sama Valérie. Wahała się bez końca, czy lepiej zamówić do kawy babeczki, czy ptifurki, i czy kremowe pękate róże, które tak bardzo lubiła matka, prezentują się dość majestatycznie jako dekoracja stołu. Tego typu dylematy Valérie rozwiązywała co tydzień i Emilie, chcąc nie chcąc, musiała jeszcze raz przyznać, że radziła sobie z tym z podziwu godną łatwością.
[…]
Bardzo łatwo. Kiedy fundusze topniały, Valérie nie ograniczyła wydatków. Żyła ponad stan od wielu, wielu lat. Tylko proszę, Emilio, nie panikuj – dodał na widok wyrazu jej oczu. Te długi łatwo da się spłacić, nie tylko dzięki sprzedaży samego domu w Paryżu, co powinno dać około siedemdziesięciu milionów franków, ale i rzeczy twojej matki. Jak na przykład fantastyczna biżuteria, którą trzymała w skrytce bankowej, czy wiele obrazów i cennych dzieł sztuki w domu. Bieda ci nie grozi, w żadnym wypadku, możesz mi wierzyć. Tyle że trzeba podjąć szybkie działania, by zapobiec pogorszeniu sytuacji. I należy zdecydować, co dalej. No, tak – powiedziała wolno Emilie. Wybacz, Gerardzie. Jestem podobna do ojca. Niespecjalnie interesuję się zarządzaniem finansami. Nie mam w tym doświadczenia. Rozumiem to doskonale. Rodzice zostawili cię z ciężkim zadaniem, które spoczywa jedynie na twoich barkach. Chociaż – Gerard uniósł nieco brwi – zdumiewające, jak wielu krewnych nagle zyskałaś. Co masz na myśli? O, nie przejmuj się, w takich sytuacjach zwykle zlatują się sępy. Dostałem ponad dwadzieścia listów od ludzi, którzy twierdzą, że są w jakiś sposób powiązani z de la Martinièresami. Czworo utrzymuje, że są twoim przyrodnim rodzeństwem, podobno twój ociec spłodził ich poza związkiem małżeńskim, jest też dwoje kuzynów i wuj. A kobieta, która pracowała w waszym paryskim domu w latach sześćdziesiątych, przysięga, że matka obiecała jej po swojej śmierci Picassa.
[…]
Podczas wielu swoich wizyt u de la Martinièresów obserwował dziewczynkę, której rezerwa nie pozwalała odpowiadać na serdeczności z jego strony czy też ze strony innych osób. To dziecko wydawało się strasznie wycofane, zamyślone, niemal nieuprzejme w swoim ignorowaniu przyjacielskich gestów. Jako notariusz Gerard uważał, że jego praca obejmuje nie tylko techniczny proces podliczania liczb, lecz także zdolność odczytywania emocji klientów. Emilie de la Martinières to była kompletna niewiadoma. Przyglądał się jej podczas pogrzebu matki. Twarz młodej kobiety nie zdradzała żadnych uczuć. Trzeba przyznać, że jako dorosła stała się o wiele bardziej atrakcyjna, niż była jako dziecko. Jednak nawet teraz, na dole, choć straciła drugie z rodziców i musiała wziąć na siebie odpowiedzialność dramatycznych decyzji, nie wydała się Gerardowi bezbronną, budzącą instynkty opiekuńcze istotą. Życie, jakie prowadziła w Paryżu, było tak różne od tego, jakie wiedli jej przodkowie, jak tylko można to sobie wyobrazić. Nie robiła nic specjalnego. A przecież wszystko, co dotyczyło jej rodziców i historii rodziny, było nadzwyczajne.
[…]
Kiedy znalazła się na zewnątrz, uświadomiła sobie, że jej sytuacja jest jeszcze bardziej kłopotliwa, niż wcześniej myślała. Decyzje, jakie musi podjąć, mogą zagrozić rodzinie Benoit utratą źródła utrzymania. Ich sposób życia nie zmieniał się od setek lat. Widziała, że Jean szczególnie się niepokoi, bo zdaje sobie sprawę z konsekwencji, w razie gdyby sprzedała zamek. Nowy właściciel może zatrudnić własnego zarządcę, a Jean i Jacques będą zmuszeni opuścić swój dom. Trudno jej było to sobie nawet wyobrazić, bo obaj mężczyźni zdawali się zrośnięci z glebą, na której teraz stała. Słońce już pomału zniżało się na niebie, gdy Emilie szła po kamienistej ziemi pomiędzy rzędami delikatnych winorośli. W najbliższych tygodniach bujnie się rozrosną, by wydać pękate, słodkie owoce, które zostaną zebrane w końcu lata, żeby wyprodukować kolejny rocznik. Odwróciła się, spojrzała na zamek, oddalony o trzysta metrów, i westchnęła ze smutkiem. Jego blade, porośnięte bluszczem mury, okiennice pomalowane na tradycyjny jasnoniebieski kolor i obramowanie z wysokich cyprysów rosnących po obu stronach rysowały się miękko w łagodnym świetle nadchodzącego zachodu. Zaprojektowana z prostotą, choć elegancko, by pasować do wiejskiego krajobrazu, budowla była idealnym odbiciem podupadłego, ale szlachetnego rodu, do którego należała. I teraz poza nią i zamkiem nic z niego nie pozostało… Emilie ogarnęła nagle czułość dla tego domu. On też został osierocony. I tak jak w jej przypadku ignorowano jego najbardziej podstawowe potrzeby, a mimo to zachowywał z wdziękiem swoją godność – miała dziwne wrażenie, że są jak dwie bratnie dusze.
[…]
Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie do tej pory zrobiłeś, Gerardzie. Ale nie sądzę, bym mogła już teraz dać ci jakąś odpowiedź – powiedziała. Gdybyś spytał dwa tygodnie temu, stwierdziłabym kategorycznie, że mam zamiar sprzedać. Ale teraz… Rozumiem. Gerard skinął głową. Nie mogę doradzać ci nic w sferze sentymentów, jedynie finansów. Może pocieszy cię wiadomość, że jeśli sprzedasz dom w Paryżu, jego zawartość i biżuterię matki, to moim zdaniem wystarczy ci nie tylko na odnowienie zamku, ale i na dostatnie życie. No i jest jeszcze tutejsza biblioteka – dodał. Twój tata może nie wkładał energii w rozbudowę żadnego ze swoich domów, ale pozostawił po sobie dziedzictwo, które tu się mieści. Znacząco wzbogacił wspaniałą kolekcję rzadkich książek swojego ojca. Z jego katalogów wynika, że podwoił zbiory. Druki antykwaryczne to nie moja specjalność, domyślam się jednak, że te woluminy są niezwykle cenne. Nigdy się ich nie pozbędę – odparła zdecydowanie Emilie, sama zaskoczona swoją stanowczością. – To było dzieło życia mojego ojca. Spędziłam z nim w tej bibliotece wiele godzin jako dziecko. Oczywiście, i nie masz potrzeby do niczego się zmuszać. Jeśli jednak nie zdecydujesz się zatrzymać zamku, będziesz musiała znaleźć sobie coś większego od twojego paryskiego mieszkanka, by pomieścić kolekcję. Uśmiechnął się kwaśno. Teraz muszę coś zjeść. Wybierzesz się ze mną do miasteczka na kolację? Wyjeżdżam jutro, wcześnie rano, a powinienem, jeśli pozwolisz, przejrzeć jeszcze zawartość biurka twojego taty, by zgromadzić wszystkie dokumenty dotyczące finansów.
[…]
Emilie patrzyła, jak Gerard wstaje od stołu i wchodzi do domu. Czuła się niezręcznie w jego towarzystwie, choć znała go całe życie. Kiedy była dzieckiem, odnosiła się do niego jak do znajomego rodziców, a teraz, po śmierci obojga, musiała rozmawiać z nim bezpośrednio, co stanowiło dla niej nowość i krępowało ją. Kiedy powędrowała do środka, uświadomiła sobie, że ma wrażenie, jakby Gerard traktował ją protekcjonalnie, choć rozumiała, że on tylko stara się pomóc. Jednak chwilami w jego oczach widziała coś, co mogła odczytać jedynie jako urazę. Może Gerard sądzi – i kto by go za to winił – że nie jest na tyle utalentowana, by podołać obowiązkom, jakie spoczywają na ostatniej z wielkiego historycznego rodu de la Martinièresów. Emilie z przykrością zdawała sobie sprawę, że nie ma w niej nic ze świetności przodków. Urodziła się w niezwykłej rodzinie, a marzyła wyłącznie o jednym – żeby wydawać się zwyczajną.
[…]
Następnego dnia wczesnym rankiem Emilie usłyszała, jak samochód Gerarda odjeżdża spod zamku. Leżała w wąskim łóżku, w którym sypiała od dziecka. Okna pokoju wychodziły na północny zachód, docierało więc tu niewiele z porannego słońca. Oczywiście, zadumała się, nie było powodu, by nie mogła teraz zająć jednej z okazałych pięknych sypialni od frontu, z ogromnymi oknami wychodzącymi na ogród i winnice. Frou-Frou, która tak popiskiwała zeszłej nocy, że Emilie się poddała i pozwoliła jej spać ze sobą w łóżku, zaszczekała przy drzwiach, dając znać, że czas na jej poranną toaletę. Na dole w kuchni Emilie zrobiła sobie kawę, a potem poszła korytarzem do biblioteki. W wysokim pomieszczeniu, które ojciec zawsze chronił przed światłem, by nie niszczyć książek, unosił się przyjemnie znajomy zapach starych tomów. Emilie postawiła filiżankę na sfatygowanym, pokrytym skórą blacie biurka ojca, podeszła do okna i odsunęła jedną z zasłon. Miliony drobinek kurzu uwolnionych nagle ze swoich kryjówek zawirowały w powietrzu, tańcząc w promieniach słońca. Emilie usiadła przy oknie i przypatrywała się półkom sięgającym od podłogi do sufitu. Nie miała pojęcia, ile woluminów liczy sobie biblioteka. Jej ojciec spędził większość ostatnich lat życia na katalogowaniu i rozszerzaniu kolekcji. Wstała i obeszła powoli bibliotekę. Półki kończyły się na wysokości, która czterokrotnie przewyższała jej wzrost. Czujne i niewzruszone księgi zdawały się jej przypatrywać – swojej nowej pani – jakby zastanawiały się, jaki je czeka los.
[…]
Emilie przypomniała sobie, jak siadywała tu z ojcem i grali w alfabet. Polegało to na tym, że mogła wybrać dowolne dwie litery, a wtedy ojciec szukał na półkach książki, której autor miał takie inicjały. Bardzo rzadko nie był w stanie znaleźć nic odpowiedniego. Nawet kiedy starała się chytrze stawiać na X i Z, papa zawsze potrafił wyciągnąć jakieś wyblakłe, podniszczone wydanie chińskiej filozofii albo cienki tomik wierszy dawno zapomnianego rosyjskiego poety. Choć wiele lat patrzyła, jak Édouard zajmuje się książkami, teraz żałowała, że nie zwróciła baczniejszej uwagi na jego eklektyczne metody katalogowania i ustawiania zbiorów. Przeglądając półki, zorientowała się, że nie ma tu zwyczajnego porządku alfabetycznego. Na regale przed nią stały książki od Dickensa do Platona i Guy de Maupassanta. Wiedziała też, że kolekcja jest ogromnie rozległa i spis, jaki sporządził jej ojciec w rejestrach leżących w stertach na biurku, to tylko czubek góry lodowej. Sam ojciec wiedział, gdzie szukać, żeby znaleźć konkretną książkę niemal natychmiast, ale tę zdolność i jej sekret zabrał ze sobą do grobu. Jeśli sprzedam ten dom, co ja z wami pocznę? – szepnęła książkom. Popatrzyły na nią w milczeniu. Tysiące nieszczęsnych dzieci, które wiedziały, że ich przyszłość spoczywa w jej rękach. Emilie otrząsnęła się z zadumy nad przeszłością. Nie wolno poddawać się emocjom. Jeśli zdecyduje się sprzedać zamek, zbiorom trzeba będzie znaleźć nowy dom. Zamknęła żaluzję, pozwalając książkom znów zapaść w sen, i wyszła z biblioteki.
[…]
Emilie zauważyła, że choć mężczyzna mówi świetnie po francusku, to z lekkim angielskim akcentem. W takim razie pozwolę sobie spytać, skąd pan mnie zna? – powiedziała nerwowo tonem nieznoszącym sprzeciwu. To długa historia i chciałbym ją pani opowiedzieć. Czy pani na kogoś czeka? - dodał, wskazując na krzesło naprzeciw niej. Ja… nie. Emilie pokręciła głową. W takim razie czy mogę usiąść i wyjaśnić? Zanim zdołała zaprotestować, mężczyzna przysunął sobie krzesło. Słońce przestało ją oślepiać i Emilie przyjrzała mu się uważniej. Wydawał się w podobnym wieku co ona, eleganckie, sportowe ubranie dobrze leżało na jego szczupłej sylwetce. Miał odrobinę piegów na nosie, kasztanowe włosy i ładne piwne oczy. Słyszałem o śmierci twojej matki, bardzo mi przykro – powiedział ze smutkiem.
[…]
Jesteśmy spokrewnieni? Emilie przypomniała sobie nagle o tym, przed czym przestrzegał ją poprzedniego dnia Gerard. Nie, zdecydowanie nie – odparł z uśmiechem. Choć moja babka była w połowie Francuzką. Odkryłem niedawno, że podczas wojny współpracowała blisko z Édouardem de la Martinièresem, czyli, jak sądzę, twoim ojcem. Ach, tak? Emilie nie wiedziała prawie nic o przeszłości ojca. Tylko tyle, że nigdy o niej nie mówił. Nadal niepokoiło ją, czego ten Anglik od niej chce. Niewiele wiem o tym okresie życia ojca. No cóż, dopóki babcia nie powiedziała mi o tym tuż przed śmiercią, niemiałem pojęcia, że przyjechała tu podczas okupacji. Mówiła, że Édouard był niezwykle odważnym człowiekiem – dodał. Emilie poczuła, że ściska ją w gardle. Nie wiedziałam… Urodziłam się, kiedy mój ojciec miał sześćdziesiąt lat, ponad dwadzieścia lat po zakończeniu wojny.
[…]
A znałeś swojego dziadka? Umarł, kiedy miałem pięć lat. To był wspaniały człowiek, ale w czasie wojny walczył w Afryce Północnej, gdzie został ranny, i już nigdy nie wrócił do pełni sił. Moi dziadkowie bardzo się kochali. Biedna babcia straciła więc nie tylko męża, którego uwielbiała, ale i córkę. Sądzę, że tak naprawdę dzięki wnukom miała motywację, by się nie poddawać – rzekł Sebastian. Była niesamowita, nawet w wieku siedemdziesięciu pięciu lat stawiała mury z kamieni i nic jej nie dolegało jeszcze tydzień przed tym, nim zachorowała. Nie ma już chyba takich kobiet – zastanowił się ze smutkiem. Przepraszam – uciął nagle. Za dużo mówię. Nie, nie. Jest mi lżej, kiedy słyszę, że ktoś też dorastał w trudnych warunkach. Czasami myślę – Emilie westchnęła – że zbyt wiele przeszłości jest równie złe, jak nieposiadanie jej wcale. Absolutnie się z tobą zgadzam. Sebastian kiwnął głową i uśmiechnął się. Rany, gdyby ktoś słyszał naszą rozmowę, pewnie wziąłby nas za dwójkę rozpuszczonych bananowych dzieciaków użalających się nad sobą. Powiedzmy sobie szczerze, żadne z nas nie wylądowało na ulicy, prawda? No nie. I oczywiście masz rację. Ludzie mogliby tak pomyśleć. Zwłaszcza o mnie. Dlaczego mieliby sądzić inaczej? Widzą tylko to, co na wierzchu. Popatrz – wskazała – zamek jest tam, w dolinie. Sebastian skierował wzrok na rysujący się w oddali elegancki różowawy budynek. Gwizdnął z podziwem. Jaki piękny, dokładnie taki, jak opisywała mi babcia. To raczej coś zupełnie innego niż nasz dom rodzinny na ponurych wrzosowiskach Yorkshire. Choć surowe otoczenie sprawia, że Blackmoor Hall też jest na swój sposób wyjątkowe – dodał. Emilie skręciła na długi podjazd prowadzący do zamku i zaparkowała na tyłach zabudowań.
[…]
Przez ten krótki czas, który spędzili razem w zamku, poczuła się w jego obecności bezpieczna. Wydawał się zdolny, solidny i… tak, był wyjątkowo atrakcyjny. Kiedy na moment jego ręka dotknęła jej dłoni w bibliotece, nie cofnęła się, jak zwykle, kiedy ktoś za bardzo się do niej zbliżył. Emilie wymawiała sobie tę słabość. Jakże musi być smutna i samotna, że tak działa na nią ktoś, kogo zna ledwie parę godzin. Poza tym, czy ona mogłaby spodobać się takiemu doświadczonemu, przystojnemu mężczyźnie jak Sebastian? Był dla niej nieosiągalny i najprawdopodobniej nigdy więcej się nie spotkają. Chyba że, oczywiście, zadzwoni pod numer z jego wizytówki i poprosi o pomoc przy ekspertyzie Matisse’a… Pokręciła ponuro głową. Wiedziała, że nigdy się na to nie zdobędzie. To była droga donikąd. Lata temu doszła do wniosku, że najlepiej żyć w pojedynkę. Wtedy nikt jej nie zrani ani znów nie zawiedzie. I z tym silnym postanowieniem wreszcie zapadła w sen.
[…]
Nie tylko był kolebką rodu – zbudował go hrabia Louis de la Martinières w 1750 roku – lecz także tchnął atmosferą, którą zawsze uwielbiała. W tym domu potrafiła odnaleźć spokój, wszystko przypominało jej o szczęśliwych dniach, jakie spędziła tu z ojcem. Czy powinna rozważyć możliwość zatrzymania zamku? Emilie wstała i krążyła po kuchni, zastanawiając się nad tym głęboko. Czy to nie absurd, i w ogóle nieprzyzwoitość, żeby samotna kobieta miała tak wielki dom? Najwyraźniej jej matka tak nie myślała, ale ona obracała się w elitarnych kręgach. Emilie zbuntowała się przeciw nim lata temu i wiedziała, jak żyją zwyczajni ludzie. Jednak myśl, że mogłaby tu zamieszkać, wśród tej ciszy i spokoju, coraz bardziej ją pociągała. Zawsze uważała się za wyrzutka rodziny, a teraz, o ironio, po raz pierwszy czuła, że znów jest u siebie w domu. Była zaszokowana tym, jak bardzo chce tutaj zostać. Ponownie usiadła przy kuchennym stole i dalej spisywała listę pytań, tym razem pod adresem Gerarda. Jeśli zdoła przywrócić zamkowi dawną świetność, to nie tylko dla siebie, bo przecież to cząstka historii Francji, prawda? Emilie przysłuży się więc też ojczyźnie. Pocieszona tą myślą, wzięła telefon i wybrała numer Gerarda. Po długiej rozmowie z nim popatrzyła na swoje notatki. Gerard powtórzył, że będzie ją stać na odnowienie zamku. Stawiał jednak sprawy jasno, przypominając, że chwilowo brak jej gotówki – wszystko, co chciałaby zrobić, musi zostać sfinansowane z tego, co sprzeda w najbliższej przyszłości.
[…]
Damien wskazał ruchem ręki ciągnące się w dolinie winnice. Kiedy byłem dzieckiem, otaczały nas tylko pola i pastwiska dla krów. Teraz nasze prowansalskie rosé jest słynne na całym świecie. Miło słyszeć, że ojciec pomógł regionowi, który kochał – odparła Emilie. Ród de la Martinièresów to cząstka Gassin, mademoiselle. Mam nadzieję, że zdecyduje się pani zostać z nami. Damien dalej ją emablował, przyniósł jej dzbanek wody, chleb i talerz serów. Ale gdy udało jej się podłączyć do sieci, zostawił ją samą. Sprawdziła pocztę, a potem wyjęła wizytówkę Sebastiana i poszukała jego galerii w internecie. Arté mieściła się na Fulham Road w Londynie i zajmowała się głównie malarstwem współczesnym. Emilie z ulgą stwierdziła, że galeria istnieje. Zdecydowała się i zadzwoniła do Sebastiana. Włączyła się poczta głosowa, Emilie zostawiła więc swój numer i krótką wiadomość, że prosi, aby skontaktował się z nią w sprawie, o której rozmawiali poprzedniego dnia.
[…]
Oboje chodzili po piwnicy, wyciągali butelki i oglądali je. Nie mogę znaleźć żadnego wina młodszego niż z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku, a ty? – zapytał Sebastian. Wygląda na to, że nikt nie dbał o uzupełnianie zapasów od tamtej pory. Zaczekaj chwilę… Postawił na podłodze dwie butelki, które trzymał, a potem wyciągnął jeszcze cztery i kolejne, aż w końcu było ich dwanaście. Za tymi regałami coś jest. To drzwi. Widzisz? Emilie zaglądnęła za półki i zobaczyła, co Sebastian ma na myśli. Pewnie prowadzą do kolejnej piwnicy, której nikt nie używał – próbowała wyjaśnić. Chciała wyjść stąd jak najprędzej na górę. Naturalnie, taki dom jak ten musi mieć wielkie piwnice. Aha! Sebastian wyjął ostatnią butelkę, złapał przegniły regał i odsunął go od ściany. Miałem rację: to drzwi. Otarł pajęczyny i spróbował nacisnąć klamkę. Drzwi stawiały opór. Nie pasowały już do futryny, drewno spaczyło się od wilgoci. Zobaczymy, co tam jest? Ja… Emilie bała się iść dalej. Tam pewnie nic nie ma. No to sprawdźmy – powiedział Sebastian, z całych sił ciągnąc drzwi szorujące po posadzce piwnicy, aż wreszcie stanęły otworem. Sebastian znów szukał włącznika, ale na nic takiego nie trafił. Poczekaj tu chwilę – polecił Emilie, kiedy dał krok w ciemność. Tutaj chyba dochodzi skądś naturalne światło… Zniknął kompletnie w mroku. Tak, jest tu malutkie okno, auć! Przepraszam, rąbnąłem w coś nogą.
[…]
Znaleźli się w środku małego pokoju, na który niesamowitą poświatę rzucały płomyki świec. Rozglądali się przez chwilę w milczeniu. Sprostuj, jeśli to tylko moja chora wyobraźnia, ale mam wrażenie, że ktoś tutaj kiedyś mieszkał – powiedział wreszcie Sebastian. To łóżko tam, z małym stolikiem obok, fotel pod oknem, ustawiony pewnie tak, by łapać ten wątły promień światła, jaki tu wpada, komoda… Poruszył świecą w tamtym kierunku. Jest nawet koc na materacu. Tak – potwierdziła Emilie, kiedy jej oczy przywykły do mroku – i dywanik na podłodze. Ale kto by mieszkał w piwnicy? Może ktoś ze służby? – podsunął Sebastian. Służący mieszkali w pokojach na poddaszu. Moja rodzina nigdy nie byłaby tak okrutna, żeby lokować służbę w czymś takim. No pewnie – wycofał się szybko Sebastian. I patrz, tam są jeszcze jedne małe drzwi. Podszedł i je otworzył. Sądzę, że to było coś w rodzaju łazienki. Na ścianie jest kran, a pod nim na ziemi duża emaliowana miska. I szafka. Pochylił ostrożnie głowę, wychodząc ze środka. To musiało być przez kogoś używane, ale przez kogo?
[…]
Na piętrze Emilie wzięła sweter, ściągnęła koc z łóżka i przeszła po pokojach, żeby upewnić się, czy wszystkie okiennice są dobrze zamknięte przed nasilającą się wichurą. Wielu okolicznych mieszkańców bało się mistrala pędzącego z nieustępliwą siłą doliną Rodanu, często zrywającego się znienacka i w ciągu kilku minut osiągającego niesamowitą prędkość. Krążyły różne opowieści, jakoby wiatr sprzyjał czarom, wpływał na cykl hormonalny kobiet i zachowania zwierząt. Ale Emilie zawsze podziwiała jego potęgę i to, że kiedy ustawał, powietrze robiło się czyste jak kryształ. Sebastian pojawił się w kuchni dziesięć minut później z taczką pełną suchych gałęzi zebranych w ogrodzie i kilkoma starymi bierwionami znalezionymi w szopie. No dobrze – rzucił – do dzieła. Pokaż mi, gdzie napalić. Emilie zaprowadziła go do pokoju porannego i wkrótce w palenisku wesoło strzelał ogień.
[…]
Obawiam się, że bardzo mało wiem o historii mojej rodziny. Przychodzi mi do głowy, że to może być miejsce, w którym ktoś ukrywał się podczas wojny. Boże, po kilku minutach spędzonych tam człowiek mógłby oszaleć – rzucił rozemocjonowany. A wyobrażasz sobie, co by było, gdyby tak siedzieć w tym zamknięciu wiele dni, tygodni, a nawet miesięcy? Nie, to nie do pomyślenia – zgodziła się Emilie. Szkoda, że ojciec nie żyje i nie mogę go już o nic spytać. Wstyd, że tak mało wiem o przeszłości. Może porządkując tu rzeczy, odkryję więcej. Na pewno. Sebastian wstał i zaczął zbierać naczynia. Proszę, zrobiłeś już dość, pozwól, że ja się tym zajmę – zaoponowała Emilie. Pewnie czas na ciebie. Co? – oburzył się Sebastian. Naprawdę myślisz, że zostawię cię tu samą na noc, kiedy nawet nie da się zamknąć frontowych drzwi? Nie zmrużyłbym oka. Nie, Emilio, zgódź się, żebym został. Mogę spać tu, na dole, na kanapie przed kominkiem, żaden problem.
[…]
Emilie siedziała w tylnym rzędzie na sali, gdzie prowadzono aukcję. Przypatrywała się zbiorowisku wytwornych paryżanek unoszących finezyjnie wymanicurowane dłonie, by podbijać stawkę za przepiękny naszyjnik i kolczyki z kanarkowymi brylantami. Spojrzała na katalog, gdzie na marginesie zapisywała sumy, i zdała sobie sprawę, że jak dotąd osiągnęła ze sprzedaży prawie dwanaście milionów franków. W ciągu paru następnych tygodni, poza kilkoma obrazami i meblami, które postanowiła zatrzymać i za jakiś czas przetransportować do zamku, cały wystrój paryskiego domu miał również pójść pod młotek. Sama rezydencja została już sprzedana i nowi właściciele mieli ją wkrótce przejąć. Poczuła lekki dotyk na lewej ręce i zerknęła w bok. W porządku? – szepnął Sebastian. Skinęła głową, wdzięczna, że on rozumie, jak musi się czuć, kiedy cenna kolekcja biżuterii jej matki idzie pod młotek. Uzyskane pieniądze spłacą sporą część długów Valérie, co pozwoli jej przeznaczyć środki ze sprzedaży paryskiego domu na rozpoczęcie renowacji zamku. Autentyczność Matisse’a została potwierdzona, i to dość szybko, dzięki pomocy Sebastiana. Natychmiast znalazł też zainteresowanego nim prywatnego kupca i dumnie wręczył jej czek na pięć milionów franków. Jaka szkoda, że Matisse nie podpisał płótna. Byłoby warte przynajmniej trzy razy tyle.
[…]
Słyszałeś, tato? Emilie wychodzi za mąż – powtórzył Jean. A na przydechu dodał do Emilie: Znów ma atak bronchitu. Zawsze go to łapie w zimie. Tak? Jacques otworzył drugie oko. A za kogo? Za tego młodego Anglika, którego poznaliśmy, kiedy go przyprowadziła do winnicy. Ma na imię Sebastian, a dalej? Jean popatrzył na nią pytająco. Carruthers – dokończyła Emilie. Pochodzi z hrabstwa Yorkshire w Anglii. Przeprowadzę się tam po ślubie. Ale tylko na jakiś czas, póki w zamku trwa remont, i często będę przyjeżdżać – oświadczyła zdecydowanie. Mówisz Carruthers? – ożywił się nagle Jacques. Z Yorkshire? Tak, tato – potwierdził Jean. Jacques potrząsnął głową, jakby chciał oprzytomnieć. To na pewno przypadek, ale znałem kogoś o nazwisku Carruthers z Yorkshire wiele, wiele lat temu. Naprawdę, tato? Kogo? Constance Carruthers mieszkała tu ze mną podczas wojny – powiedział Jacques. Tak nazywała się jego babka! A Sebastian mówił mi, że była we Francji w tamtych latach. Emilie aż przebiegł dreszcz i dodała podekscytowana: Mam jej pierścionek zaręczynowy.
[…]
Jacques, proszę – błagała Emilie. Jestem taka ciekawa. Każdego dnia odkrywam, jak mało wiem, szczególnie o swoim ojcu. Édouard był wspaniałym człowiekiem. Przyznano mu order za odwagę i służbę dla Francji, ale – Jacques ze smutkiem wzruszył ramionami – nie zgodził się go przyjąć. Uważał, że bardziej należałby się on innym. Proszę, Jacques, czy mógłbyś choć zacząć? – naciskała Emilie. Przecież mam wyjść za wnuka Constance i to chyba ważne, żebym rozumiała, co łączyło nasze rodziny w przeszłości. Tak. Masz rację. Powinnaś wiedzieć. To w końcu historia twoich bliskich. Ale od czego zacząć…? Jacques popatrzył w dal, jakby szukał tam podpowiedzi. Może – powiedział wreszcie – zacznę od Constance. Wiem o niej prawie wszystko. Uśmiechnął się. Podczas długich wieczorów tutaj wiele razy opowiadała mi o swoim życiu w Anglii. I o tym, jak to się stało, że znalazła się we Francji…
[…]
Constance Carruthers otworzyła brązową kopertę bez nadruków, którą znalazła na biurku po przyjściu do pracy, i przeczytała wiadomość. Po południu miała zgłosić się na rozmowę do pokoju 505a w Ministerstwie Wojny. Kiedy zdejmowała palto, zastanawiała się, czy to nie jakaś pomyłka. Connie bardzo odpowiadało obecne stanowisko – archiwistki w sekcji piątej kontrwywiadu, MI5 – i nie miała ochoty zmieniać etatu. Przeszła przez pełen pracowników pokój i zapukała do drzwi gabinetu szefowej. Proszę. Przepraszam, że przeszkadzam, pani Cavendish, ale dostałam list z wezwaniem na rozmowę w Ministerstwie Wojny, na dziś. Zastanawiałam się, czy może pani wie, o co chodzi. Nie ma co pytać dlaczego, po co – warknęła pani Cavendish, rzucając szybkie spojrzenie znad wysokiej sterty dokumentów na swoim biurku. Jestem pewna, że wyjaśnią pani wszystko podczas rozmowy. Ale… – Connie zagryzła wargę. Mam nadzieję, że jest pani zadowolona z mojej pracy tutaj. Tak, pani Carruthers, jestem. Sugerowałabym, żeby poczekała pani z pytaniami do dzisiejszego popołudnia. Powinnam więc pójść? Oczywiście. Czy to już wszystko? Tak, dziękuję. Connie zamknęła za sobą drzwi, wróciła do biurka i usiadła, uświadamiając sobie, że sprawa jest przesądzona. Parę godzin później, kiedy prowadzono ją labiryntem podziemnych korytarzy w piwnicach Ministerstwa Wojny, gdzie mieściło się serce wojennych operacji brytyjskiego rządu, wiedziała już, że nie czeka ją tu zwyczajna rozmowa.
[…]
Świdrujące spojrzenie pana Pottera oszacowało gęste ciemne włosy Connie, piwne oczy i mocną galijską budowę. Tak, zdecydowanie wygląda pani na Francuzkę. Z pani papierów wyczytałem też, że studiowała pani romanistykę na Sorbonie? Tak, mieszkałam trzy lata w Paryżu. I bardzo miło wspominam te czasy – dodała Connie z uśmiechem. Dlaczego zdecydowała się pani wrócić do Anglii po dyplomie? Przyjechałam, żeby wyjść z mąż za swoją sympatię z czasów szkolnych. Jasne – mruknął pan Potter. Obecnie mieszka pani w Yorkshire? Tak. Posiadłość rodziny męża leży na wrzosowiskach na północy Yorkshire. Ale chwilowo zatrzymałam się w naszym lokum w Londynie, bo pracuję w dzielnicy Whitehall. Męża nie ma w kraju, jest w Afryce Północnej. Kapitan w oddziałach Szkockich Gwardzistów? Tak – potwierdziła Connie. Obecnie uznany za zaginionego podczas działań wojennych.
[…]
Podobnie sprawdziliśmy panią w ostatnich dniach – oznajmił pan Potter. I nie pojawiło się nic niepokojącego. Teraz sądzimy, że nadaje się pani, by dołączyć do naszej grupy agentów do zadań specjalnych. Jak dotąd omijaliśmy jednak kwestię nie tylko zaufania, jakim zamierzają obdarzyć panią Wielka Brytania i Francja, ale także realnego zagrożenia życia. Pan Potter przybrał poważną minę. Co pani na to? Connie intuicyjnie wyczuwała już, o co mogą ją poprosić, i od kilku dni nie mogła spać, bo myślała nad tym i zastanawiała się, jak zareagować. Panie Potter, całym sercem wierzę w słuszność sprawy, o którą walczą alianci. I zrobię co w mojej mocy, by nigdy was nie zawieść. Jednak wiem, że nie przeszłam dotąd wystarczającej próby, by odpowiedzieć w pełni na takie pytanie. Skończyłam dwadzieścia pięć lat, nie mam doświadczenia w takich sprawach i muszę się jeszcze wiele nauczyć zarówno o sobie, jak i o samym życiu. Doceniam pani rozsądną ocenę własnej osoby, pani Carruthers, ale chciałbym zapewnić, że brak doświadczenia to nie problem. Większość kobiet, które werbujemy do tych niezwykle delikatnych zadań, nie ma więcej doświadczenia od pani. Ostatnio mieliśmy sprzedawczynię, aktorkę, żonę i matkę, recepcjonistkę hotelową. Na pocieszenie dodam, że zrobimy wszystko, by odpowiednio przygotować panią do wyjazdu. Zostanie pani wysłana na intensywne szkolenie, które pomoże pani, na ile to tylko możliwe, radzić sobie w wielu niebezpiecznych sytuacjach, jakie mogą się zdarzyć. I zapewniam panią, pani Carruthers, że na końcu tego procesu zarówno dla pani, jak i dla szefów SOE będzie wiadome, czy jest pani w stanie sprostać zadaniu, które chcemy pani powierzyć. Dlatego – pan Potter wrócił do wcześniejszego wątku – muszę jeszcze raz spytać panią, czy jest pani gotowa przyjąć rolę, która w efekcie może prowadzić do pani śmierci?
[…]
Chcielibyśmy zapewniać swoim agentom przynajmniej osiem tygodni szkolenia, ale ze względu na sytuację we Francji i pilną potrzebę ulokowania tam naszych dziewczyn, może to być nieco krócej. Panna Atkins westchnęła. Wszyscy jesteśmy ci bardzo wdzięczni, podobnie jak innym agentom, za gotowość do tak niebezpiecznej pracy. Jakieś inne pytania, moja droga? Mogę spytać, jakie konkretnie będą moje obowiązki, kiedy już znajdę się we Francji? Świetne pytanie – pochwaliła panna Atkins. Wiele dziewczyn, które tu przychodzą, myśli, że zostały zwerbowane na szpiegów, ale to nie tym zajmuje się sekcja F. Nasi agenci zapewniają nam łączność i zajmują się sabotażem. Naszym zadaniem jest podkopywanie reżimu faszystowskiego we Francji. Działamy ramię w ramię z francuskim ruchem oporu, wspieramy go na wszelkie możliwe sposoby. Rozumiem. Sądziłabym jednak, że jest wielu ludzi lepiej nadających się do tego ode mnie. Connie nachmurzyła się. Wątpię, Constance – zapewniła ją panna Atkins. Twój nienaganny francuski i znajomość zarówno Paryża, jak i południa Francji, połączone z galijską urodą, sprawiają, że jesteś idealna do tej roboty.
[…]
Constance odwróciła się, by się przywitać, i oniemiała. Młoda kobieta miała kruczoczarne błyszczące włosy prawie do pasa, porcelanową cerę i ogromne zielone oczy, podkreślone czarnym ołówkiem, co pasowało do pomalowanych na czerwono ust. Kontrast pomiędzy szokującą urodą dziewczyny a przepisowym strojem FANY nie mógł być większy. Connie dziwiła się, że taką piękność uznano za odpowiednią kandydatkę. Musiała rzucać się w oczy w każdych warunkach. Constance Carruthers albo raczej Chapelle. Connie uśmiechnęła się i podeszła do Venetii, by uścisnąć jej wyciągniętą dłoń. – Słyszałaś może, czy dołączą do nas jeszcze jakieś kobiety? Nie, kiedy pytałam, powiedziano mi, że będziemy tylko my dwie. Trenujemy razem z chłopakami – poinformowała Venetia, padając na łóżko, po czym zapaliła papierosa. Przynajmniej są jakieś plusy w tej pracy. Uniosła brwi, zaciągając się dymem. Wiesz, my obie jesteśmy chyba kompletnie szalone! Być może – zgodziła się Connie, podchodząc do lustra i sprawdzając, czy nie powinna poprawić włosów upiętych starannie w kok. A ciebie gdzie sobie wypatrzyli? – spytała Venetia. Pracowałam jako archiwistka w kontrwywiadzie. Powiedzieli mi, że się nadam ze względu na mój świetny francuski i znajomość kraju, do którego chcą mnie wysłać.
[…]
Connie patrzyła, jak James znika z jej pola widzenia. Nagle dostała dreszczy, skrzyżowała ręce na piersi, podeszła do jednego z wielkich okien i spojrzała na księżyc w pełni. Czy się boi? Nie wiedziała. Może wojna, która szalała przez cztery lata jej młodego życia, spowodowała emocjonalne odrętwienie? Odkąd Lawrence wyjechał walczyć zaledwie kilka tygodni po ślubie, Connie miała wrażenie, że jej życie stanęło gdzieś na bocznicy, w chwili kiedy powinno się właśnie zaczynać. Z początku tęskniła za mężem tak strasznie, że było to prawie nie do zniesienia. Mieszkając w wielkim, wyziębionym domu męża w Yorkshire, gdzie jedynym towarzystwem, na jakie mogła liczyć, była opryskliwa teściowa i jej dwa starzejące się czarne labradory, miała aż za dużo czasu na rozmyślania. Matka Lawrence’a nie pochwalała jej decyzji wyjazdu do Londynu i podjęcia pracy w MI5, którą załatwił ojciec Connie, widząc, jak córka usycha w samotności na ponurych wrzosowiskach. Wiele dziewczyn, które pracowały z nią w MI5, korzystało z dziwnie zabawowej atmosfery w wojennym Londynie, stale umawiały się na jakieś randki z oficerami na urlopach, dawały się zapraszać na kolacje i do klubu. A część z tych kobiet była już zaręczona albo, co gorsza, zamężna. Ich młodzi ukochani, podobnie jak Lawrence, walczyli gdzieś z dala od kraju, ale te dziewczyny nie miały skrupułów. Connie widziała to inaczej. Lawrence był zawsze, odkąd go poznała na spotkaniu tenisowym w Yorkshire w wieku sześciu lat, jedynym mężczyzną, którego kochała. I choć była dość zdolna, żeby dostać dobrą pracę po studiach na Sorbonie, i wolała Francję od ponurej północy Yorkshire, bez żalu wybrała rolę przyszłej pani Blackmoor Hall i żony ukochanego Lawrence’a.
[…]
Connie widziała to inaczej. Lawrence był zawsze, odkąd go poznała na spotkaniu tenisowym w Yorkshire w wieku sześciu lat, jedynym mężczyzną, którego kochała. I choć była dość zdolna, żeby dostać dobrą pracę po studiach na Sorbonie, i wolała Francję od ponurej północy Yorkshire, bez żalu wybrała rolę przyszłej pani Blackmoor Hall i żony ukochanego Lawrence’a. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu, kiedy weszła do małej katolickiej kaplicy w posiadłości Blackmoor i złożyła przysięgę małżeńską. Ale już kilka tygodni później mężczyzna, którego kochała od czternastu lat, został jej brutalnie odebrany. Connie westchnęła. Przez cztery lata każdego dnia dręczył ją lęk, że dostanie telegram z informacją o zaginięciu męża podczas działań wojennych. I wreszcie taki nadszedł. Pracując w MI5, wiedziała aż za dobrze, że po dwóch miesiącach braku wiadomości szanse na to, że Lawrence żyje, są coraz bardziej nikłe. Odwróciła się i ruszyła w kierunku schodów. Gdy parę tygodni temu otwierała tamten telegram, bała się jak jeszcze nigdy w życiu. Teraz, skoro Lawrence zaginął, niespecjalnie miało dla niej znaczenie to, czy sama nadal żyje, czy musi umrzeć. Położyła się spać, zostawiając zapaloną lampkę nocną dla Venetii. Już prawie świtało, kiedy koleżanka weszła, potknęła się o coś na podłodze i cichutko zachichotała.
[…]
W głębi hangaru usiadły przy małym stoliku, a Vera podała Connie kartkę. Proszę, poświęć teraz dwadzieścia minut na zapamiętanie wszystkiego, co tu jest napisane. Twój pseudonim to Lawenda, będzie zawsze używany w twoich kontaktach z nami i innymi agentami podczas operacji w terenie, zarówno brytyjskich, jak i francuskich. Dołączysz do grupy Naukowca, która działa głównie w Paryżu i jego okolicach. Kiedy wylądujesz we Francji w Vieux-Briollay, ktoś będzie na ciebie czekał. Zaopiekują się tobą i zapewnią konieczny dalszy transport, a także szczegóły dotyczące kontaktu z osobą, której będziesz podlegać, z radiotelegrafistą i innymi członkami twojej grupy. Tak, panno Atkins. Muszę cię ostrzec, Constance. Ostatnio mieliśmy kłopot z nawiązaniem kontaktu z siatką na twoim terenie – ciągnęła panna Atkins. Nasi przyjaciele we Francji pewnie udzielą ci bardziej aktualnych informacji, niż mogę to zrobić teraz. Jednak jestem pewna, że przy swojej inteligencji i wyczuciu na pewno sobie poradzisz. A teraz – panna Atkins położyła na stole małą skórzaną walizkę – tu jest wszystko, co ci będzie potrzebne. Dokumenty na nazwisko Constance Chapelle. Jesteś nauczycielką z Paryża. Masz wielu krewnych na południu Francji, skąd pochodzisz. Tym będziesz się tłumaczyć, gdybyś w jakimś momencie była zmuszona przekroczyć linię demarkacyjną i uciekać ze strefy okupowanej na północy. Connie patrzyła, jak panna Atkins wyjmuje małą fiolkę z jedną tabletką w środku. A to twoja pigułka C. Schowaj ją do obcasa – poleciła.
[…]
Podróż rowerem na stację obyła się na szczęście bez przygód. Connie pamiętała te rejony z czasów przedwojennych. Miasto niewiele się zmieniło, tyle że na ratuszu wisiała flaga ze swastyką. Stefan kupił bilet i podał go Connie. Zauważyła, że nerwowo rozgląda się po peronie. Muszę cię tu zostawić. Do widzenia, madame – powiedział, całując ją serdecznie w oba policzki, tak jakby była jego bliską krewną. Liczymy na wieści od ciebie – dodał i zapalając kolejnego papierosa, ruszył niedbale w stronę swojego roweru, zostawiając Connie samą. Pociąg podjechał punktualnie o jedenastej. Buckmaster żartował kiedyś, że jedyna korzyść z niemieckiej okupacji jest taka, że francuskie koleje nagle przestały się spóźniać. Connie wsiadła i położyła walizkę na półce nad sobą. Kiedy ruszali, rozejrzała się po wagonie i zobaczyła zwykłą mieszaninę ludzi z różnych środowisk. Burczało jej w brzuchu z głodu. Zamknęła powieki w nadziei, że tak dobrze znane z przeszłości kołysanie i stukot kół o szyny uspokoją jej sterane nerwy. Ale na każdej stacji otwierała szeroko oczy, by sprawdzić, kto wchodzi do pociągu. W Le Mans miała przesiadkę i zdołała kupić sobie jakąś czerstwą bułkę w kiosku na peronie. Kiedy czekała na ławce na następny pociąg, po raz pierwszy dostrzegła niemieckiego oficera. Stał na peronie i rozmawiał z zawiadowcą. Wreszcie, koło piątej po południu, pociąg, którym jechała, wtoczył się na stację Montparnasse w Paryżu. Connie dołączyła do reszty pasażerów, którzy wysiadali i szli peronem, szykując się do pierwszej kontroli przy posterunku. Widziała, jak wielu jej towarzyszy podróży zostaje zatrzymanych, a ich walizki lądują otwarte na stole. Serce podeszło jej do gardła, kiedy przechodziła obok, ale żaden z francuskich policjantów nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi.
[…]
Na kursach SOE – Connie zachichotała – stale mnie ostrzegali, że mój francuski zdradza burżujskie pochodzenie. To nie pasowało do roli nauczycielki z Paryża. Zwracali mi uwagę na moje arystokratyczne maniery i robiłam, co mogłam, żeby się ich pozbyć. No widzisz, a dziś wieczorem okazały się one dla nas zbawienne. I wygląda na to, że zyskałaś adoratora. Twarz Édouarda nagle spoważniała. Jest jednym z nielicznych znanych mi faszystów pochodzących z arystokratycznych rodzin. Ale nie daj się zwieść, że możesz się czuć przy nim bezpiecznie. Falk von Wehndorf jest jednym z najokrutniejszych morderców rządzących obecnie w Paryżu. Bezlitośnie ściga wszystkich zdrajców Hitlera – dodał. To głównie on jest odpowiedzialny za aresztowanie wielu członków siatki, do której miałaś dołączyć. Connie przebiegł dreszcz po plecach. Rozumiem – powiedziała zasępiona. A wydaje się świetnie wykształcony i zakochany we Francji. Docenia historię, kulturę i elegancję naszego kraju, ale chce je zawłaszczyć dla siebie i swojej ojczyzny. To sprawia, że jest jeszcze bardziej niebezpieczny. I jak oboje widzieliśmy dziś wieczorem – Édouard uniósł nieco brwi – ceni też nasze kobiety. A jeśli zapragnął ciebie… no, o przyszłości porozmawiamy jutro. Édouard odstawił kieliszek, wstał, podszedł do Connie i poklepał ją lekko po ramieniu. Na razie niech ci wystarczy, że możesz spać spokojnie. Jesteś z nami w Paryżu i nic ci nie grozi.
[…]
Connie dostrzegła grymas w twarzy Édouarda. Splótł mocno dłonie, aż zbielały mu kostki. Ale zamiast tego zapraszam ich do domu, częstuję najznakomitszym winem z naszych piwnic, wydaję krocie na czarnym rynku, by zapewnić im najlepsze mięso i sery, i prowadzę z nimi uprzejme rozmowy. Spytasz czemu. Jak mogę coś takiego robić? Connie nic nie mówiła, wiedziała, że Édouard nie czeka na jej odpowiedź. Robię to, bo czasami, gdy wypiją za dużo brandy, usłyszę jakiś strzępek informacji nieostrożnie rzuconej z pijanych niemieckich ust. I czasami ta drobna informacja pozwala mi ostrzec przed niebezpieczeństwem, a może nawet uratować życie moich rodaków. I z tej przyczyny, tak, znoszę towarzystwo okupantów przy moim stole. Connie siedziała w milczeniu. Teraz rozumiała. Widzisz więc – wyjaśnił Édouard – że nie może paść na mnie nawet cień podejrzenia, że mam cokolwiek wspólnego z jakąkolwiek organizacją, którą naziści próbują zdławić. To mogłoby nie tylko pociągnąć za sobą śmierć współpracujących ze mną wielu dzielnych mężczyzn i kobiet, ale także uniemożliwić zdobywanie cennych informacji, które teraz jestem w stanie dostarczać, a ludzie naprawdę ich potrzebują.
[…]
Minął miesiąc, od czasu kiedy Constance stała się domownikiem u de la Martinièresów. Dostała mnóstwo pięknych strojów, miękkie skórzane buciki – takie, jakich nie widziała od wybuchu wojny – i kilka par jedwabnych pończoch. Gdy wkładała je do szuflady, westchnęła. Co za ironia losu. Mieszka jak księżniczka w domu, gdzie pieniądze najwyraźniej nie stanowią żadnego problemu i gdzie na każde skinienie ma służbę gotową do pomocy. Jednak przepych, w jakim zmuszona była żyć, w najmniejszym stopniu nie łagodził poczucia zniewolenia. Nocami, leżąc w łóżku, nie tylko tęskniła za Lawrence’em tak bardzo, że aż bolało ją serce, ale też zadręczała się myślą, że jej dzielni koledzy z kursu walczą, narażają życie, cierpią niewygody, o jakich jej się nie śniło. Gryzły ją nieustanne wyrzuty sumienia. Uwięziona w tej złotej klatce, pozbawiona kontaktów ze światem zewnętrznym Connie była bliska obłędu. Jej ratunkiem okazała się Sophia. Connie ogromnie ją polubiła. Wyczulona na wszelkie sygnały przez ślepotę, poznawała od razu, kiedy Connie jest przygnębiona. Wystarczył ton głosu przyjaciółki. Sophia miała dwadzieścia pięć lat, dokładnie tyle co Connie, i bardzo chciała dowiedzieć się jak najwięcej o życiu w Anglii. Sama, przez swoją niepełnosprawność, nigdy jeszcze nie była za granicą. W upalne lipcowe popołudnia Connie opowiadała jej o ponurych, ale cudownych wrzosowiskach Yorkshire i o Blackmoor Hall, domu rodzinnym Lawrence’a. Przynosiło jej to ulgę, a zarazem rozstrajało, ale przynajmniej ożywiało wspomnienie o mężu.
[…]
Wziął kieliszek szampana z podanej tacy, a gdy to zrobił, drzwi otworzyły się znowu i stanął w nich Édouard, a za nim… dokładna kopia Falka. Connie patrzyła zdezorientowana. Falk parsknął śmiechem na widok jej zaskoczenia. Fräulein, zdaje ci się, że widzisz podwójnie? Zapewniam cię, to nie szampan uderzył ci do głowy. Pozwól przedstawić sobie mojego brata bliźniaka, Frederika. Madame, czuję się zaszczycony. Frederik podszedł, by ująć dłoń Connie i uprzejmie ją uścisnąć. Z bliska zauważyła, że choć mieli tę samą budowę i rysy, to w oczach Frederika było ciepło, kiedy uśmiechał się do niej. A to – wtrącił Édouard – moja siostra Sophia. Frederik odwrócił się, by przywitać się z Sophią. Spojrzał na nią i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Stał jak zahipnotyzowany, patrząc na nią zdumiony. Po dłuższej chwili Sophia wyciągnęła do niego rękę i odezwała się pierwsza: Pułkowniku von Wehndorf, bardzo miło mi pana poznać.
[…]
Connie obserwowała napięcie między braćmi, starając się nie dać po sobie poznać, że ich słowa robią na niej jakieś wrażenie. Na szczęście światła przygasły i zebrane towarzystwo usiadło. Frederik pospiesznie zajął miejsce tuż przy Sophii. Connie znalazła się pomiędzy braćmi. Lubi pani Wagnera, Fräulein Chapelle? – zapytał Falk, kończąc szampana i odstawiając kieliszek na tacę. Nie jestem szczególnie osłuchana z muzyką tego kompozytora, ale z przyjemnością poznam go lepiej – odpowiedziała dyplomatycznie Connie. Mam nadzieję, że pani, Fräulein Sophia i Édouard zjecie potem z nami kolację – dodał Falk. Skoro brat jest w Paryżu, czuję się w obowiązku pokazać mu to miasto od najlepszej strony. Connie nie musiała odpowiadać, bo słowa Falka utonęły w dramatycznym śpiewie chóru, który otwierał operę Walkiria. Nigdy nie lubiła Wagnera. Jego muzyka i ilustrowane nią historie wydawały się jej za ciężkie. Teraz po prostu dyskretnie rozglądała się po audytorium. Czuła się strasznie skrępowana, że pokazuje się publicznie z wrogiem, ale co mogła na to poradzić? Jeżeli, jak przekonywał ją Édouard, musi to robić dla wyższych celów, to trzeba przełknąć odrazę, gdy Falk przesuwa dłoń na jej kolano okryte jedwabiem sukni, i jakoś to wytrzymać.
[…]
Ja po prostu… – potrząsnęła głową z rozpaczą – nie wytrzymam tego dłużej. Zdradzam wszystko, co mi wpajano i w co wierzę. To jeden wielki fałsz! Grzęznę w kłamstwach. Constance, proszę, staraj się nie zadręczać. Doskonale rozumiem, co czujesz. Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że dla nas wojna to sama przyjemność, ale to, co musimy znosić my troje, ty, przez przypadek, ja z wyboru, a Sophia przez powiązanie rodzinne, to prawdziwa męka dla duszy – przyznał Édouard. Wybacz mi, Édouardzie, ale ty przynajmniej wiesz, po co to robisz! – wyszlochała. Podczas gdy ja nie mam żadnego dowodu na to, że mówisz prawdę! Jestem wyszkoloną brytyjską agentką, wysłaną tu, by bronić dwóch bliskich memu sercu krajów, a nie jadać kolacje, tańczyć i zabawiać konwersacją niemieckich oficerów! Édouardzie, dziś wieczór, kiedy usłyszałam tę kobietę krzyczącą „Zdrajca!”, było mi wstyd jak jeszcze nigdy w życiu. Otarła łzy z policzków. Ona może przez nas stracić życie! Niewykluczone – zgodził się Édouard – ale może nie. A najprawdopodobniej –dodał spokojnie, nie spuszczając z niej swoich piwnych oczu – dzięki temu wieczorowi będę w stanie ostrzec kilkadziesiąt osób, które miały się spotkać jutro wieczorem w bezpiecznym miejscu niedaleko stąd, o czym dowiedzieli się naziści. W ten sposób uratujemy nie tylko ich, ale i setki innych dzielnych ludzi, którzy pracują dla organizacji.
[…]
Proszę, Édouardzie, błagam, powiedz, dla kogo pracujesz. Będę przynajmniej mogła spać spokojnie, że nie zdradzam ojczyzny. Nie. Édouard pokręcił głową. Tego nie mogę zrobić. Musisz mi po prostu zaufać. I może, szybciej, niż myślisz, usłyszysz coś, co da ci dowód, od kogoś innego. Przecież nie-ostatni raz widzimy się z naszym przyjacielem Falkiem. Jeśli będzie pysznił się nową falą aresztowań, to tak, jestem zdrajcą, jak mi zarzucasz. Ale jeśli przypadkiem pod bezpiecznym adresem nikogo nie będzie, kiedy zapuka tam gestapo, to może mówię prawdę? Constance – Édouard znowu westchnął – rozumiem, że jest ci ciężko, bo nie wybrałaś sama tej drogi. Mogę cię tylko zapewnić, jak robiłem to już wiele razy, że oboje walczymy po tej samej stronie. Gdybyś mi tylko powiedział, dla kogo pracujesz – spróbowała znowu. I naraził życie twoje i wielu innych? Édouard pokręcił głową. Nie, Constance, nawet Sophia nie zna szczegółów, i tak musi zostać. A teraz zdaje się, że stawka wzrosła. Wiem, kim jest brat Falka, Frederik. To członek partii, należy do elitarnej grupy oficerów SS, wywiadu Rzeszy. Raportuje bezpośrednio do najwyższych władz. Jeśli on też zacznie zaliczać się do stałych bywalców tego domu, będziemy musieli wykazać jeszcze większą ostrożność.
[…]
Connie unikała wzroku Édouarda. Dobrze rozumiała, co ma na myśli. W związku z tym, o czym mówiliśmy, zgodziłabym się, oczywiście – przyznała niechętnie. To może w swoich relacjach z Falkiem zdołasz oddzielić kwestie duchowe od fizyczności i za każdym razem, kiedy będziesz chciała wyrwać się z jego objęć, przypomnisz sobie, że pomagasz sprawie ważniejszej niż twój wstręt do niego. Ja muszę to robić dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie przejmujesz się tym, że rodacy uważają cię za zdrajcę? Oczywiście, przejmuję się, Constance. Ale przecież nie o to chodzi, prawda? Bardziej zależy mi na obywatelach Francji, którzy gniją zamknięci w celach, są torturowani, dręczeni i mordowani, niż na mojej reputacji. I sądzę, że to, co przypadło mi w udziale, jest stosunkowo łatwe. A teraz – powiedział – muszę cię opuścić. Mam coś do zrobienia.
[…]
Gdy byłam z Lawrence’em, czułam się tak, jakby cały świat nabierał blasku. Nawet najbardziej ponure z pochmurnych dni zdawały się pełne słońca, zwyczajny spacer po wrzosowiskach zamieniał się w magiczny moment, tylko dlatego, że Lawrence był przy mnie. Connie wyczarowywała z pamięci wspomnienia tych uderzających do głowy dni, kiedy zaczynali się spotykać z Lawrence’em, i ścisnęło ją w gardle. Chciałam, żeby mnie dotykał, nigdy się tego nie bałam, to było cudownie podniecające i czułe zarazem. Miałam wrażenie, że z nim… mogę wszystko, jestem wyjątkowa i niesamowicie bezpieczna, tak jakby nie było się czego bać, kiedy on jest przy mnie. Godziny rozłąki wlokły się niczym wieczność. Z kolei czas spędzony razem mijał jak jedna chwila. Przy Lawrensie czułam, że żyję, Sophio… Wybacz…
[…]
Jak mówiłem, to Alex ucierpiał najbardziej – podkreślił Sebastian. Jakie to smutne. Emilie pokręciła głową i popatrzyła na męża. Powinieneś był mi o tym powiedzieć wcześniej. Tak, i dać ci szansę odwołania ślubu, zanim było za późno. Sebastian uśmiechnął się gorzko. Nie! Nie to miałam na myśli – pospiesznie rzuciła Emilie. Ale nauczyłam się przy tobie, że dobrze jest dzielić się problemami, nie zatrzymywać ich dla siebie. Masz rację – zgodził się Sebastian. Wiesz, tragedia polega na tym, że Alex był zawsze taki bystry. Dużo zdolniejszy ode mnie. Zdawał egzaminy, choć wcale się nie uczył, a ja musiałem wszystko, co osiągnąłem w życiu, okupić ciężką pracą. Alex mógł zdobyć cokolwiek chciał, gdyby tylko nie był taki pokręcony i nieodpowiedzialny. Często myślę, że ludziom zbyt zdolnym jest równie trudno jak tym, którzy muszą wszystko okupić wielkim wysiłkiem – powiedziała Emilie. Ojciec mawiał, że dobrze być utalentowanym, ale w miarę. Za dużo zdolności czy za mało to zawsze problem.
[…]
Rozmyślała o tym, co opowiedział jej poprzedniego wieczoru o bracie. Po piorunującej wiadomości, że Alex jest na stałe w Blackmoor Hall, Sebastian wyjaśnił, że brat złamał w wypadku kręgosłup i teraz musi poruszać się na wózku. Zajmuje specjalnie przystosowane mieszkanie na parterze we wschodnim skrzydle domu i ma zatrudnioną opiekunkę, która czuwa nad nim dwadzieścia cztery godziny na dobę. Oczywiście, zapewnienie mu stałej opieki jest bardzo kosztowne, nie wspominając o przebudowach, które były konieczne, by przystosować wszystko dla osoby niepełnosprawnej, ale co mogę poradzić? Sebastian westchnął. W każdym razie nie martw się Alexem, proszę. Jest zajęty swoimi sprawami i rzadko zapuszcza się do wspólnej części domu. Czy po wypadku udaje mu się trzymać z dala od narkotyków i alkoholu? – spytała z wahaniem Emilie. W zasadzie tak. Ale non stop trzeba zmieniać opiekunki. Dwóch trzeba się było pozbyć, bo zostały przyłapane na przemycaniu do domu alkoholu na prośbę brata. Alex potrafi być bardzo uroczy i przekonujący, jeśli chce – dodał. Pomimo zapewnień męża, że Alex żyje swoim życiem, Emilie przerażała myśl, że ten uzależniony od używek, sparaliżowany człowiek mieszka z nimi pod jednym dachem, nawet jeśli w specjalnie wydzielonej części domu. Sebastian napomknął też, że Alex jest nałogowym kłamcą.
[…]
Sebastian wynajął dla Alexa opiekunkę z firmy oferującej pracowników tymczasowych. Emilie nie widziała szwagra od dnia, kiedy miała atak paniki. Nastawiając wodę, żeby zaparzyć kawę i zabrać ją na górę do łóżka, pomyślała, że naprawdę odzyskuje równowagę. Sebastian powiedział jej, ile pieniędzy potrzebuje, by przetrwać kolejnych kilka miesięcy, a ona natychmiast dokonała przelewu na jego konto. Od tamtej pory wyraźnie się zrelaksował. Skoro jesteśmy uwięzieni przez śnieg, myślę, że powinniśmy wykorzystać ten czas na mały miesiąc miodowy – oświadczył. W piwnicy jest wino, w lodówce jedzenie, mamy ogień w kominku i siebie nawzajem. Spróbujmy się tym nacieszyć, dobrze? Spędzali więc kolejne leniwe poranki, długo nie wychodząc spod kołdry, potem ubierali się w ciepłe kurtki i kalosze, by dziarsko pomaszerować do miasteczka i posilić się jakąś brytyjską specjalnością w lokalnym pubie. W drodze powrotnej wdawali się w szaleńcze walki na śnieżki i docierali do domu w doskonałych nastrojach, kiedy się już nawdychali świeżego, lodowatego powietrza. Wieczorami tulili się do siebie przy kominku, popijając wino, które Sebastian przyniósł z piwnicy. Rozmawiali, kochali się.
[…]
Sądzę, że jesteś zbyt skromna – skomentował Alex. Przede wszystkim pochodzisz z jednego z najstarszych arystokratycznych rodów we Francji. O śmierci twojej matki pisano nawet w „Timesie”. Wiesz to od brata? Nie, zrobiłem własny wywiad – przyznał. Poszukałem, co jest o tobie w internecie. Skoro wiesz o mnie wszystko, czemu zadajesz mi te pytania? – skontrowała Emilie. Byłem ciekaw, co sama masz do powiedzenia. Mimo wszystko teraz stanowimy rodzinę – powiedział Alex. I, prawdę mówiąc, jesteś inna, niż się spodziewałem. Zaskoczyło mnie, że przy swoim pochodzeniu nie przypominasz archetypu zepsutej francuskiej księżniczki, która czerpie pewność siebie ze swojego nazwiska. Większość młodych kobiet z twoich kręgów nie poszłaby na weterynarię, prawda? Znalazłyby sobie odpowiednio zamożnego męża i spędzały czas a to na Karaibach, a to w Alpach, a to w Saint-Tropez, w zależności od pory roku. Trafiłeś w sedno, jeśli chodzi o opis życia mojej matki. – Emilie pozwoliła sobie na uśmiech. No właśnie. Alex triumfalnie machnął wałkiem. A ty postanowiłaś robić wszystko odwrotnie niż mama. Pytanie brzmi – potarł brodę, jakby się zastanawiał – dlaczego? Może, Emilie, twoja piękna, towarzyska matka była tak bardzo zajęta, że nie miała dla ciebie czasu. I nie znosiłaś tego blichtru i przepychu jej światowego życia, bo zawsze byłaś na drugim miejscu. Ona, uosobienie szyku i francuskiej elegancji. A ty pewnie miałaś wrażenie, że nigdy nie zdołasz spełnić jej oczekiwań. Czułaś się przez nią niekochana i ignorowana. Dlatego dorastałaś w przekonaniu, że jesteś niewiele warta. Odrzuciłaś więc to, co przynależne ci z urodzenia, podobnie jak, w twoim pojęciu, matka odrzuciła ciebie, i postanowiłaś prowadzić zupełnie inny tryb życia.
[…]
Emilie, naprawdę bardzo przepraszam za dzisiejsze popołudnie. To niewybaczalne. Przysięgam, że taka sytuacja się już nigdy nie powtórzy. Nie zasłużyłaś na podobne potraktowanie. Proszę, czy moglibyśmy puścić to w niepamięć i zacząć od nowa? Dobrze. Ja też przepraszam. Za to, że cię uderzyłam. O, to całkiem zrozumiałe. Jestem mistrzem w zrażaniu do siebie ludzi. I przyznaję, że czasem robię to celowo. Pewnie z nudów. Alex westchnął. Chcesz powiedzieć, że lubisz wystawiać innych na próbę? – spytała zaczepnie Emilie. Doprowadzać ich do ostateczności? Używać techniki szokowej, mówiąc im głośno to, czego inni nie odważyliby się przy nich nawet pomyśleć? Żeby ich speszyć, wytrącić z równowagi, zyskać nad nimi przewagę? Touché, madame. Alex spojrzał na nią z szacunkiem. No to teraz, po tej kłującej ripoście i policzku wymierzonym mi po południu, uznamy, że jesteśmy kwita? Wyciągnął do niej rękę. Emilie podeszła do niego i uścisnęła mu dłoń. Zgoda. Widzisz? Obudziłem w tobie ducha walki. Sprostałaś wyzwaniu. Nie dałaś się złamać.
[…]
Emilie znów skupiła się na wierszach. Jakie piękne. Sophia zanotowała swój wiek tu, na dole. Wskazała na podpis. Miała tylko dziewięć lat. Napisała, co chciałaby widzieć, gdyby mogła… Ja… Potrząsnęła głową, bliska łez. To takie smutne. Mnie szczególnie podoba się ten. Alex przerzucał kartki, aż znalazł to, czego szukał. Światło za oknem. Ma w sobie elegancję i prostotę i podoba mi się jego budowa rytmiczna. Em, opowiedziałabyś mi, co wiesz o pobycie mojej babki we Francji? Jestem bardzo ciekawy. Gotując risotto, Emilie zrelacjonowała mu, co usłyszała o Constance od Jacques’a. Alex słuchał uważnie, zadając pytania, kiedy coś mu umknęło.
[…]
Po cudownym pasztecie z gęsiej wątróbki, który przywołał w Emilie mocne wspomnienia o domu – bo foie gras to był jeden z ulubionych przysmaków jej ojca – zaparzyła kawę i wrócili do ciepła kominka w salonie. Nie czujesz się tu samotny? – zapytała. Czasami, zawsze jednak byłem raczej typem samotnika, więc brak towarzystwa nie doskwiera mi tak bardzo jak innym ludziom. A ponieważ nie znoszę też idiotów, rzadko z kim miałbym ochotę zjeść kolację. Obecne towarzystwo, oczywiście, bardzo mi odpowiada – dodał. Ale przyznaj, i ty wolisz się trzymać na uboczu? Rzeczywiście – zgodziła się. Nigdy nie miałam wielu przyjaciół, ale może dlatego, że nie czułam się dobrze w żadnym środowisku. Dziewczyny w prywatnej szkole, do której chodziłam w Paryżu, wydawały mi się zepsute i głupie. A na uniwersytecie, ze względu na moje nazwisko, większość czuła się przy mnie dziwnie skrępowana. Nie pamiętam, kto to powiedział, że zanim nauczymy się kochać innych, musimy pokochać siebie. Wydaje się, że oboje mieliśmy z tym spory problem. W każdym razie ja – wyznał Alex.
[…]
Czasem mam jakieś przebłyski. To łączy się głównie z zapachami. Na przykład skręt zawsze mi o niej przypomina. Może masz rację, może dlatego tak mocno wpadłem w narkotyki. Alex skrzywił się. Mam to w genach. Nie potrafię zrozumieć, jak ktoś może chcieć tracić panowanie nad sobą. Emilie pokręciła głową. Ja tego nie znoszę. Emilie, każdy z nas uzależnionych ucieka przed samym sobą. I przed rzeczywistością. Cokolwiek, co tylko łagodzi ból istnienia, pomaga – wyjaśnił Alex. To smutne, ale niektórzy najciekawsi ludzie, jakich znałem, to byli nałogowcy. Im się jest bystrzejszym, tym więcej się myśli, a im więcej się myśli, tym bardziej człowiek zdaje sobie sprawę, jak beznadziejne jest życie, i tym bardziej chce się uciec od jego bezsensu. Na szczęście mam to już za sobą. Przestałem obwiniać innych o swoje problemy. To droga donikąd. Przestałem widzieć w sobie ofiarę i zacząłem brać za siebie odpowiedzialność. Kiedy kilka lat temu to zrobiłem, wiele spraw się poukładało. To bardzo smutne, że ty i Sebastian dorastaliście bez matki czy ojca. Chociaż– Emilie westchnęła – jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie czasami, że jestem adoptowana. Mogłam wtedy fantazjować, że moja prawdziwa matka by mnie kochała albo przynajmniej trochę lubiła. Byłam potwornie samotna w tych pięknych domach, gdzie pozornie nie brakowało mi gwiazdki z nieba. Większość ludzi pragnie tego, czego mieć nie może – wtrącił trzeźwo Alex. W dniu, w którym obudzisz się i zdasz sobie sprawę, że to bez sensu, i skupisz się na tym, co masz, wchodzisz na ścieżkę prowadzącą do względnego zadowolenia. Życie to loteria. Kości zostają rzucone i wszyscy musimy najlepiej wykorzystać to, co nam się trafi.
[…]
Na pewno będziemy się ze sobą często kontaktować w najbliższych miesiącach – powiedział Adrien, kierownik budowy. Niech się pani jednak przygotuje na to, że zamek będzie wyglądał okropnie, kiedy go pani zobaczy następnym razem. To potrwa, zanim pani piękny dom wróci do pełnej krasy. Gdy wszyscy wreszcie wyszli, Emilie zamknęła drzwi frontowe i wolno pospacerowała po domu. Wiedziała, że to głupie i sentymentalne, ale zapewniała wszystkie pokoje, że zmiany, jakie je czekają, to dla ich dobra. Wcześniej zadzwoniła do Jeana. Proponował jej kolację u nich w domu, a także nocleg. Emilie weszła do komórki za kuchnią, gdzie schowała swoją walizkę i dwie czarne plastikowe torby. Wyciągnęła ostatnią nieprzejrzaną jeszcze stertę papierów i fotografii. Wzięła jakąś pożółkłą kopertę i zajrzała do środka. Było tam zdjęcie Édouarda z czasów młodości. Musiał mieć wtedy jakieś dwadzieścia parę lat, stał na plaży, obejmując opiekuńczo śliczną dziewczynę o jasnych włosach. Emilie poznała, że to ta sama, co na portrecie z jego paryskiego gabinetu. Jego siostra Sophia. W kopercie była też kartka wyrwana z notesu… Emilie rozłożyła ją i zobaczyła znane, nierówne dziecinne pismo.
[…]
I jak, w zamku wszystko gotowe? Tak, to będzie nowy początek – powiedziała Emilie i kiwnęła głową. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo cieszymy się z tatą, że zamek zostanie w rękach de la Martinièresów. Uratowałaś nie tylko nasze źródło utrzymania, ale i dom, który obaj tak bardzo kochamy. Naprawdę myślę, że tata nie przeżyłby tego, gdyby musiał się stąd wyprowadzić – wyznał Jean. A teraz chodźmy, usiądziemy przy kominku i wypijemy sobie po kieliszku wina. W tym roku rosé jest wyjątkowo udane. Pogoda dopisała. Tak naprawdę niedługo dowiem się, czy dostaliśmy nagrodę za nasze rosé w konkursie winiarskim. To byłby pierwszy taki laur dla tej winnicy i wiążę z tym wielkie nadzieje. Emilie pomogła Jeanowi pogasić światła w piwnicy i poszli do domu. W kuchni unosił się smakowity zapach. Chodźmy do salonu. Ojciec na pewno otworzył już dla nas wino – powiedział Jean. Jacques znów drzemał w fotelu przy kominku. Nawet Emilie, która od dziecka miała wrażenie, że to wiekowy pan, zauważyła, jak bardzo się postarzał.
[…]
Wrócił do spraw winnicy i swoich planów modernizacji i powiększenia produkcji. Jestem pewien, że przy odpowiednim doinwestowaniu w ciągu pięciu lat winnica zacznie przynosić pokaźne zyski. Byłoby pięknie, gdyby stała się atutem dla posiadłości, a nie obciążeniem – mówił z zapałem. Emilie słuchała, jak Jean opowiada z entuzjazmem o swojej pasji, i myślała, że nadal jest bardzo przystojny. Miał gładką skórę, smagłą nawet po długiej zimie, wijące się falami kasztanowe włosy. Nie wyglądał na swoje trzydzieści dziewięć lat. Kiedy była nastolatką i sporo czasu spędzali razem, trochę się w nim podkochiwała.
[…]
Do siódmej trzydzieści wszyscy zaproszeni już się zebrali, poza Falkiem. Frederik przeprosił w imieniu brata za spóźnienie. Falk obiecywał, że dołączy później. Wczoraj wieczorem było włamanie do biura STO na rue des Francs-Bourgeois – wyjaśnił Frederik. Ruch oporu wykradł sześćdziesiąt pięć tysięcy teczek z dokumentami. Sprawcy uciekli. Nic dziwnego, że brat nie jest zachwycony. O programie STO, Service du Travail Obligatoire, Connie słyszała podczas szkolenia. W tym systemie zarejestrowano niemal sto pięćdziesiąt tysięcy nazwisk młodych Francuzów. Byli masowo wywożeni do Niemiec, by pracować w fabrykach broni i przy taśmie. Deportacje tysięcy młodych ludzi spotykały się z coraz większym potępieniem ze strony opinii publicznej i bardzo zraziły Francuzów do rządów Vichy. Program STO sprawił, że wielu przestrzegających dotąd prawa obywateli zaczęło wspierać ruch oporu. Zatroskana mina Connie słuchającej relacji Frederika nie zdradzała rozpierającej ją radości z udanej misji. I z oczywistego wkładu w nią Venetii. Oczywiście nie puścimy tego płazem, nastąpią represje – dodał wysoki rangą urzędnik Vichy. Będziemy jeszcze bardziej czujni, by eliminować buntowników, którzy niszczą nasz kraj.
[…]
Przynajmniej dowiedzieliśmy się, że ruchowi oporu udało się przejąć dokumenty STO. To świetna wiadomość, prawda? – spytała. Tak. Odwrócił się do niej z dziwnym wyrazem twarzy. I to nie koniec, zapewniam cię, że na tym nie koniec. Édouard wyszedł z biblioteki, a Connie została z książką na kolanach, teraz już pewna, że Édouard de la Martinières miał swój udział we włamaniu do STO poprzedniego wieczoru. I ta myśl przyniosła jej ulgę. Ale to nie zmieniało faktu, że tkwiła uwięziona w sytuacji, której sobie nie wybrała, zmuszona do pasywnej roli, choć trenowano ją, by mogła działać… Powoli zaczynała już od tego wariować… I dlaczego Frederik chciał kryć ten dom, wspominając o radiu? Czy to możliwe, że Sophia ma rację i Frederik naprawdę nie wierzy w idee nazistów? A może wie już, że to z tego domu nadawano, i zamierza sam wszystko sprawdzić? Connie ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Sprawa, dla której miała walczyć, zaczynała rozpływać się wśród tego chaosu. Wszyscy inni zdawali się wiedzieć, w co grają i jaka jest ich rola. A ona czuła się jak jakieś szczątki rozbitego statku miotane to tu, to tam wedle widzimisię innych, którzy mają swoje ukryte cele.
[…]
Édouard zbudził się z niespokojnego snu. Panowała nieprzenikniona ciemność. Namacał zapałki, które ze sobą zabrał. Zapalił jedną, żeby spojrzeć na zegarek, i zobaczył, że jest po trzeciej. Minęło pięć godzin, odkąd usłyszał, jak grupa szturmowa wtargnęła do jego domu nad nim. Poruszył zesztywniałymi nogami i rękami, żeby się rozprostować, a jego stopy dotknęły ściany po drugiej stronie ciasnej kryjówki. Ta mała, wyłożona cegłami dziupla, do której można się było dostać przez zamaskowaną klapę w piwnicy, została wykopana dawno temu, by chronić jego przodków podczas rewolucji. Mieściło się w niej najwyżej dwoje ludzi. Choć legenda głosiła, że pewnej nocy, kiedy na górze płonął Paryż, a arystokratów dziesiątkami zapędzano na wozy i wożono pod gilotynę, ukrył się tu Arnaud de la Martinières z żoną i dwójką dzieci. Édouard ukląkł i zapalił kolejną zapałkę. Wypatrzył krawędź klapy nad sobą i otworzył ją resztkami sił. Podciągnął się i znalazł na wilgotnej kamiennej posadzce piwnicy. Leżał chwilę, zdyszany z bólu. Doczołgał się do szafy, gdzie trzymano dzbany wody na te noce, kiedy trzeba było uciekać do piwnicy przed nalotami. Wziął kilka dużych łyków. Trząsł się z zimna i pocił na przemian. Spojrzał w dół i zauważył, że z rany na ramieniu coś się sączy i przesiąka koszulę – płyn miał żółtawy kolor. Potrzebował pilnie pomocy medycznej. W innym przypadku infekcja pomału ogarnie cały organizm. Ale nie miał szans dostać się do szpitala. Wiedział, że dom jest pod obserwacją. Śledzą, czy ktoś tu wróci. Znalazł się w pułapce.
[…]
Connie cieszyła się, że Sarah przejęła dowodzenie. Kiedy zajęły miejsca w przedziale pierwszej klasy, zamknęła oczy, by nie widzieć twarzy dwóch niemieckich oficerów siedzących naprzeciwko. Sarah nawiązała z nimi uprzejmą rozmowę i Connie była wdzięczna za obecność tej wprowadzającej spokój starszej kobiety. Sophia milczała, patrząc niewidzącymi oczami za okno, kiedy mijali przemysłowe przedmieścia Paryża, a pociąg zmierzał na południe. Connie pomyślała, że właściwie nie ma już znaczenia, czy żyje, czy nie. Zeszłej nocy zgwałcono jej duszę, została potraktowana jak zwierzę, jak nic niewarty worek mięsa i kości, upokorzona ponad wszelką miarę. Jak będzie kiedykolwiek mogła spojrzeć w oczy Lawrence’owi? I na co to wszystko? Walczyła, by chronić Édouarda, żeby dać mu tę noc na zaplanowanie ucieczki. A on został w Paryżu, samotny i ranny. Może teraz jest już w szponach Falka w siedzibie gestapo. Próbowałam, Édouardzie – jęknęła bezgłośnie. Wyczerpana drzemała, gdy pociąg wiózł pasażerów przez równinne rolnicze tereny Francji. Na każdej stacji czuła, jak siedząca obok Sarah sztywnieje i patrzy uważnie, czy nie pojawi się gestapo, które mogło dowiedzieć się o ich ucieczce na południe. Oficerowie z przeciwka wysiedli w Le Mans i kiedy zostały w zamkniętym przedziale same, Sarah odezwała się szeptem do swoich dwóch podopiecznych. Wysiądziemy w Amiens i zatrzymamy niedaleko, u mojej siostry, gdzie będziemy mogły kupić fałszywe dokumenty. Édouard poprosił wczoraj wieczorem swojego przyjaciela, żeby przerzucił nas potem stamtąd przez granicę. To zbyt ryzykowne przekraczać ją w oficjalnym miejscu kontrolnym. Na pewno pułkownik Falk zaalarmował już władze i szukają nas.
[…]
Na przemian to odzyskiwał, to tracił przytomność i pogodził się już z myślą, że wkrótce nadejdzie śmierć. A on powita ją z ulgą. Chciałby tylko wiedzieć, nim umrze, że jego ukochana siostra jest bezpieczna. Dobry Boże – wyszeptał – zabierz mnie, ale jej pozwól żyć… niech ona żyje. Znów wiedział, że ma halucynacje. Jego dusza przygotowywała się do opuszczenia ciała, a nad nim pojawił się anioł o kruczoczarnych włosach, przykładał mu do rozpalonego czoła rozkosznie chłodny kompres i podawał do spierzchniętych ust krople wody. Édouard poczuł, jak z łyżeczki spływa mu do gardła coś o nieprzyjemnym smaku. Zakrztusił się, ale połknął i znowu zasnął. Ten sam sen powtarzał się bez końca. Anioł stale przy nim czuwał. W pewnej chwili Édouard poczuł, że wciąga go na łóżko. Zaczął się uspokajać, nie był już tak rozpalony, zrobiło mu się wygodniej. A po jakimś czasie obudził się i linie na spękanym suficie nad nim już tak nie falowały. Obraz nabrał ostrości. Po raz pierwszy wydawał się rzeczywisty. Więc jednak jeszcze nie umarłem, tylko tkwię uwięziony w beznadziei życia, pomyślał z żalem.
[…]
Édouard zmierzył ją wzrokiem. Wolałbym nic nie mówić. Oj, przestań! Venetia była wyraźnie urażona. To chyba dość oczywiste, że jesteśmy po tej samej stronie. A teraz wiem już dokładnie, kim jesteś. W ruchu oporu mówi się o tobie z wielkim szacunkiem. To ogromna strata dla sprawy, że jesteś spalony. I przepraszam za swój współudział w tym, co się stało. Ale i tak chwała ci, że tak długo zdołałeś prowadzić swoją grę. Myślę, Bohaterze – powiedziała Venetia z naciskiem na jego pseudonim – że musisz jak najszybciej wydostać się z kraju. To prawie pewne, że jesteś na liście osób pilnie poszukiwanych przez gestapo. Nie mogę. Moja siostra jest niewidoma i przez to strasznie bezbronna. Jeśli aresztowałoby ją gestapo i starało się dotrzeć przez nią do mnie… Édouard aż się wzdrygnął. – Nawet nie potrafię o tym myśleć. Przypuszczam, że wysłałeś je tam, gdzie mogą się ukryć?
[…]
Chwilę trwało, nim do Connie dotarło, co służąca ma na myśli. Sugerujesz, że…? Nie sugeruję – powiedziała Sarah. Ja to wiem. Pamiętaj, że muszę pomagać mademoiselle Sophii w wielu sprawach. Nie krwawiła od kilku tygodni. Jest w ciąży? – szepnęła przerażona Connie. Tak, ale nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. – Sarah westchnęła. Nie przypominam sobie, żeby tych dwoje spędziło bez opieki dość czasu na to, by… Sarah skrzywiła się z obrzydzeniem. Ale bez wątpienia to prawda. Są wszelkie objawy. Jest brzemienna. Z bólem serca Connie zdała sobie sprawę, że wie, kiedy nadarzyła się ta okazja, i że to ona powinna była wtedy czuwać nad Sophią. Ale ani przez chwilę nie pomyślała, że Sophia, przy swoim wychowaniu, może posunąć się do czegoś takiego. Była tak niewinna… jak dziecko… Nie, poprawiła się Connie. Sophia to kobieta, pełna takich samych marzeń i zmysłowych pragnień jak każda inna – przecież jest w tym samym wieku co ona. To wszyscy w domu de la Martinièresów, jej nie wyłączając, traktowali Sophię jak dziecko. Teraz aż ściskało ją w dołku na myśl o konsekwencjach wiadomości, jaką przekazała jej Sarah – wiedziała, że ojcem dziecka jest wysokiej rangi oficer SS.
[…]
Następnego ranka po śniadaniu ze świeżym pieczywem, bo nawet croissant był jeszcze ciepły z pieca, Connie poczuła się trochę pewniej. Armand skinął jej głową z drugiego końca restauracji, gdzie wypił kawę, a potem wstał i popatrzył na zegarek. Miło było panie poznać, madame. Muszę już iść na stację, żeby zdążyć na pociąg, który jedzie wzdłuż wybrzeża. Uśmiechnął się do nich i wyszedł. Kilka minut potem Connie poprowadziła Sophię na stację. Armand uniósł kapelusz na ich widok. Po kupieniu dwóch biletów i posadzeniu Sophii na ławce na peronie Connie obserwowała Armanda przeglądającego od niechcenia gazetę. Nadjechał pociąg i wszyscy zaczęli się przepychać w bardzo niebrytyjski sposób. Connie wprowadziła Sophie do środka i wybrała dla niej miejsce przy oknie. Rozejrzała się za Armandem, ale ten najwyraźniej zniknął w następnym wagonie. Podróż do Gassin trwała nieco ponad dwie godziny. Connie patrzyła na szereg pięknych nadmorskich miasteczek, z których w lecie musiał roztaczać się cudowny widok na lazurowe morze. Teraz, na początku grudnia, w dole kłębiły się gniewne szare fale. Connie drżała z zimna. Miała tylko nadzieję, że po przyjeździe wreszcie się zagrzeją. Przemarzła do szpiku kości.
[…]
Wygląda na to, że wydostaniesz się stąd, Édouardzie. Pozdrów ode mnie serdecznie Anglię, dobrze? – powiedziała Venetia wesoło. Oczywiście. Chciałabyś polecieć ze mną? Édouard odwrócił się i spojrzał na nią. Przez chwilę widział wahanie w zuchowatych zielonych oczach. W idealnym świecie, na pewno. Skinęła głową. Nie widziałam mamy i taty już ponad rok. Ale świat nie jest idealny, prawda? I mam tu jeszcze coś do załatwienia. Jak zdołam ci kiedykolwiek podziękować za to, co dla mnie zrobiłaś? –powiedział Édouard. Oczy mu się zamgliły na myśl, że zostawia ją, narażoną na dalsze niebezpieczeństwa. Podczas całej jego choroby, uwięzienia w piwnicy czy ryzykownej podróży Venetii nigdy nie opuszczało poczucie humoru. Była taka dzielna. Jej hart ducha zdumiewał go i zachwycał. Będę za tobą tęsknił. Ja za tobą też. Uśmiechnęła się do niego szybko. Gdybyśmy, jakimś cudem, oboje przetrwali tę wojnę, bardzo chciałbym cię znowu spotkać, Venetio. Ja ciebie też.
[…]
Po tygodniu przesłuchań gestapo i brutalnych tortur, bo nie chciała udzielić żądanych informacji, Venetia została wyprowadzona na podwórze. Oficer, który ją przywiązywał do słupka, patrzył na nią z pogardą. Dałbyś dziewczynie ostatniego papierosa – poprosiła, zająkując się lekko i spróbowała się uśmiechnąć. Zapalił jednego i wetknął jej do ust. Zaciągnęła się kilka razy i w duchu przesłała pozdrowienia swoim najbliższym po drugiej stronie kanału La Manche. Kiedy gestapowiec przeszedł do rzeczy i wymierzył z broni prosto w jej serce, ostatnie, o czym myślała Venetia, zamykając oczy, był pocałunek Édouarda de la Martinièresa.
[…]
Rzeczywiście. Teraz myślę, że przedwczesna śmierć mojej ciotki ma coś wspólnego z jej romansem z Frederikiem. Westchnęła. Oboje wiemy, co się działo po wojnie z Francuzkami, które zadawały się z wrogiem. Smarowano je smołą i obsypywano pierzem albo ginęły zastrzelone przez sąsiadów – przyznał Jean. Emilie zadrżała. Że też Sophia ze wszystkich mężczyzn musiała wybrać sobie właśnie jego… Chyba dla nikogo miłość nie jest sprawą racjonalnego wyboru, nie sądzisz, Emilie? – powiedział cicho. A dziecko Sophii? Czy ono też umarło? – zastanawiała się głośno Emilie. Kto wie? Musimy poczekać, aż tata opowie nam resztę tej historii – rzekł Jean. Ale ja nie mam już wątpliwości, że Frederik był dobrym człowiekiem. A opowieść taty dowodzi tylko, jak bardzo przypadkowe jest to, gdzie i kiedy przychodzimy na świat. Czy jakikolwiek człowiek naprawdę chce walczyć i zabijać? – spytał. W tamtych czasach po prostu nie miało się wyjścia, niezależnie od tego, po której się było stronie. Te wszystkie cierpienia i straty, jakie musiało ponieść tamto pokolenie… Emilie pokręciła głową. To każe spojrzeć na nasze życie z zupełnie innej perspektywy.
[…]
Starała się być delikatna, ale jest kilka pytań, które chciałabym ci zadać w związku z tamtą rozmową, żeby jakoś poukładać sobie to wszystko w głowie. No, dobrze… Myślę, że wiem, dokąd zmierzamy. Do tematu, którego celowo starałem się unikać – zauważył posępnie Alex. Jesteś pewna, że tego chcesz? Mogę ci wyjawić prawdę. Ale jak to bywa, prawdę z mojej własnej perspektywy, która może być spaczona – dodał. To sądzę, że będzie prościej, jeśli zadam ci najpierw kilka krótkich pytań. Chyba da się na nie odpowiedzieć po prostu tak lub nie. Emilio, myślałaś kiedyś, żeby zostać prawnikiem? Wydaje mi się, że byłabyś świetna – rzucił z uśmiechem, starając się rozładować atmosferę. Alex, to poważna sprawa. Wysoki sądzie, w życiu nic nie jest aż tak poważne, póki człowiek żyje i fika. Błagam, Alex. Przepraszam. Odpowiem „tak” albo „nie”. I nie będę zagłębiał się w wyjaśnienia, chyba że mnie poprosisz. Strzelaj. Emilie spojrzała na swoją listę.
[…]
Jednak przez to wyrządziłem krzywdę babci i tego nigdy sobie nie wybaczę. To, że tu zostałem i próbowałem pogodzić się z Sebastianem, dawało mi przynajmniej poczucie, że staram się to jakoś zrekompensować. Rozumiem – powiedziała. Słuchaj, Em – odezwał się Alex po chwili. Martwię się teraz o ciebie. Pamiętaj, mój brat ma problem ze mną, ale to nie znaczy, że nie może nawiązywać dobrych relacji z innymi ludźmi. Czułbym się okropnie, gdyby to, co stało się pomiędzy nami, braćmi, w przeszłości, miało przesądzić o twoim stosunku do niego. Chciałbym, żebyście byli ze sobą szczęśliwi. Ale dlaczego tak ci na nim zależy po tym wszystkim, co zrobił? – spytała Emilie. Pojąłem, jak trudno dorastać w poczuciu, że jest się zawsze na drugim miejscu, niezależnie od tego, czy to prawda, czy wymysł. Wiem, jak musiał się czuć Seb. I pewnie nadal się czuje. Ty najlepiej powinnaś to rozumieć. Popatrzył na nią uważnie, a ona się zarumieniła.
[…]
Popatrzył na nią uważnie i po chwili powiedział: Emilio, kochanie, jesteś jakaś inna. Mam wrażenie, jakbyś była bardziej dojrzała. Wybacz tę uwagę. Nie szkodzi, Jean. Myślę, że masz rację – przyznała. Jak to się mówi, śmierć starszej generacji oznacza, że naprawdę stajemy się dorośli. Może to ma wynagradzać nam stratę. Może – zgodziła się Emilie. A teraz, póki tata odpoczywa, moglibyśmy porozmawiać o winnicy, Emilie? Chciałbym wyjaśnić ci mój plan rozwoju produkcji. Emilie jak mogła starała się skupić na danych i liczbach, które przedstawił jej Jean, ale czuła, że temat ją przerasta. Nie miała pojęcia o biznesie winiarskim i była zażenowana, że Jean prosi ją o zgodę na rozwój przedsiębiorstwa, a ona nie wie, co mu poradzić ani jak pomóc. Mam do ciebie pełne zaufanie, Jean, wiem, że zrobisz wszystko, aby winnica przynosiła większe zyski – powiedziała, kiedy układał papiery. Dziękuję, Emilie, ale oczywiście muszę omawiać z tobą moje pomysły. Ty jesteś właścicielką ziemi i tego biznesu.
[…]
Mój Boże, co on powie? Zrozumie, że jesteś tylko człowiekiem i że wszystko to z miłości – skłamała Connie. A owocem tej miłości jest nowe życie. Sophio, nie wolno ci się poddawać. Musisz walczyć jak jeszcze nigdy dotąd, dla dobra swojego dziecka. Ale… Édouard nigdy mi nie wybaczy, nigdy. A ty, Constance, jak mogłam ci wyznać, że tej nocy, kiedy mój brat wyjechał z Paryża, oszukałam cię, zaprosiłam Frederika i mu się oddałam? Na pewno mnie nienawidzisz! Sophia potrząsnęła głową zrozpaczona. Jednak opiekujesz się mną, bo jesteś dobra i nie masz wyboru. Ale nie masz pojęcia, Constance, jak to jest być dla wszystkich dokoła ciężarem. Od wczesnego dzieciństwa nie mogłam nigdy zostać sama, bo jeszcze bym upadła. Każdego dnia mojego życia nie jestem w stanie wykonać prostych czynności, które dla innych są banalnie łatwe. Muszę polegać na tym, że wszyscy mi pomagają, prosić, jeśli chcę wejść na schody albo do łazienki, albo zwyczajnie ubrać się w coś nowego, czego nie znam. Nie mogę nigdy, tak jak ty, wyjść z domu na ulicę. Sophia ukryła twarz w drobnych dłoniach. Wybacz mi, Constance, że tak się nad sobą użalam.
[…]
Zgoda, okoliczności nie mogły być bardziej skomplikowane, ale pamiętaj, że malutkie, niewinne życie, które w tobie rośnie, nic nie wie o tym wszystkim. I niezależnie od pochodzenia czy tego, co się potem stanie, powinnaś mu dać szansę, tyle jesteś mu winna, prawda? Wokół było tyle śmierci, tyle zniszczeń. A nowe życie to nowa nadzieja, bez względu na to, jak zostało poczęte. Dziecko to dar od Boga, Sophio. Urwała i zastanowiła się, czy to katolickie wychowanie podpowiedziało jej tę pełną pasji tyradę. Ale była pewna, że mówiła z całkowitym przekonaniem. Myślę, że na razie powinnaś się cieszyć tym, co w tobie rośnie – dodała cicho. Tak, masz rację – zgodziła się Sophia. Jesteś taka dobra i mądra, Constance, brak mi słów, by podziękować ci za to, co dla mnie zrobiłaś. Ale mam nadzieję, że pewnego dnia znajdę sposób, by ci się odwdzięczyć. No to może przede wszystkim wstań i przestań marzyć o śmierci – zasugerowała Sophia. Proszę, Sophio, pomóż mi pomóc sobie i swojemu dziecku. Dobrze. Sophia westchnęła. Byłam strasznie samolubna, przecież wielu cierpi dużo bardziej niż ja. Postaram się od tej pory nie tracić nadziei. A może kiedy przyjedzie Frederik, spróbujemy ułożyć jakiś plan.
[…]
Nasze samotne życie to życie bezpieczne – powiedział Jacques pewnego wieczoru. Nikomu nie wolno ufać i skoro Sophia jest pod moją opieką, nie możemy sobie folgować. Musimy znosić samotność i monotonię naszego wzajemnego towarzystwa, póki to się nie skończy. Uniósł brwi i uśmiechnął się do niej. Connie mogła tylko przyznać mu rację. Skazana na tego obcego człowieka, z czasem ogromnie go polubiła. Jego wysmagana wiatrem, spalona słońcem skóra i prosty sposób bycia mogły kogoś zwieść, ale to był wyjątkowo inteligentny, refleksyjny człowiek. Sophia spała na dole w piwnicy, a oni wiele wieczorów spędzali, głowiąc się nad szachownicą. Connie nauczyła się też od Jacques’a wiele na temat skomplikowanego procesu produkcji wina. I zawsze wzruszało ją, jak bezgranicznie jest oddany swojemu drogiemu przyjacielowi i pracodawcy Édouardowi. Ona z kolei opowiadała mu o swoim życiu w Anglii i ukochanym Lawrensie, który nie miał pojęcia, gdzie jest żona. Connie miała wrażenie, że egzystuje w wiecznym mroku. Na dole w piwnicy z Sophią albo w pokojach zamku o osłoniętych żaluzjami oknach. Od czasu do czasu zabierała Sophię na górę do cudownej biblioteki stworzonej przez Édouarda i jego ojca. Brała jakąś książkę z półki i czytała ją Sophii w migoczącym świetle lampy naftowej. Na jednym z regałów znalazła pierwszy tom Historii francuskich owoców i zabrała go do domku przy winnicy, żeby pokazać Jacques’owi.
[…]
Frederik zastanawiał się chwilę, szukał słów. Wyczerpany starał się zebrać myśli, żeby spróbować jej to tłumaczyć. Tobie i mnie trudno wyobrazić sobie jak to jest, kiedy miliony ludzi spijają każde twoje słowo i wielbią cię bezkrytycznie. Na pewno człowiek czuje się wtedy wszechwładny, jak sam Pan Bóg. Rozumiem, tak – zamruczała Sophia w jego ramię. Jeszcze zanim się zaczęła wojna, byłem przerażony tym, co dzieje się z Żydami w Niemczech. Hitler łamał wszelkie przykazania. Jestem chrześcijaninem, jak wiesz. Musiałem to zataić, żeby się nie narażać. Ale w tamtym czasie zostałem już oddelegowany do wywiadu. Nie miałem wyboru, Sophio. Rozstrzelaliby mnie, gdybym odmówił. Mój Frederiku, ile ty musiałeś przejść – powiedziała ze łzami w oczach Sophia. To nic w porównaniu z tym, co przeżywają trzynastoletni chłopcy, którym wciska się broń do rąk i każe zabijać dla sprawy, której nie są w stanie zrozumieć! Frederik też się rozpłakał. A ja, przez swoje działania, świadomie posyłałem ludzi na śmierć. Nie wiesz, jak straszne rzeczy robiłem… Boże, przebacz. A ty, Sophio – Frederik spojrzał na nią z udręką w twarzy – czy ty zdołasz mi przebaczyć? Jak ja sam sobie wybaczę?
[…]
Może czekałeś na taką chwilę, od kiedy byliśmy dziećmi. Frederik popatrzył na brata bliźniaka z wielkim smutkiem. I chętnie zginąłbym z twojej ręki, gdyby nie kobieta, którą kocham. Jeśli poddam ci się bez oporu i pojadę z tobą do Niemiec, gdzie będziesz mógł zebrać laury za to, jak sprytnie mnie wytropiłeś, czy zostawisz ją w spokoju? Przysięgam ci na życie naszej matki, Sophia nic nie wie o miejscu pobytu Édouarda de la Martinières. Zawrzemy umowę? – spytał błagalnie Frederik. Pójdę z tobą z własnej woli i pozwolę ci cieszyć się glorią zwycięstwa, o jakim zawsze marzyłeś, jeśli oszczędzisz kobietę, którą kocham, i nasze dziecko. Falk popatrzył na brata i parsknął śmiechem. Rechotał tak strasznie, że aż zgiął się wpół, a pistolet zachybotał mu w dłoni. Braciszku! Co z ciebie za idealista! Te wierszyki, które czytałeś w dzieciństwie, romantyczne bzdury! Ta twoja wiara w Boga, słynny intelekt i skłonność do filozofowania, kiedy nie masz pojęcia o prawdziwym życiu. Życie jest zimne, twarde, okrutne. Nie mamy duszy, o której zawsze tyle rozprawiałeś. Nie jesteśmy lepsi od mrówek, które krążą ślepo po ziemi. Nigdy nie rozumiałeś rzeczywistości. To świat, gdzie silniejszy pożera słabszego, bracie. Każdy sobie. Myślisz, że twoje marne życie ma jakieś znaczenie? Albo jej życie? Naprawdę sądzisz, że miłość – to słowo wymówił z pogardliwą emfazą – może zwyciężyć wszystko? Jesteś w błędzie, Frederiku, jak zawsze. A teraz czas, żebym nauczył cię, o co tu naprawdę chodzi. Pistolet Falka powędrował od brata i zatrzymał się wycelowany w Sophię. Popatrz! Frederik rzucił się, by osłonić ukochaną, gdy wśród ciszy świtu rozległ się wystrzał.
[…]
Connie patrzyła, jak znika za drzwiami otoczonego murem ogrodu. Od wielu tygodni marzyła o tej chwili, a jednocześnie tak bardzo się jej bała. I teraz stało się. Zastanawiała się, jak znaleźć słowa, by powiedzieć mu to, co musi. Choć jego dawno oczekiwana obecność oznaczała dla niej upragnione wyzwolenie, z ciężkim sercem patrzyła, jak Édouard wraca z dzbanem wina i dwoma kieliszkami. Ale przede wszystkim, zanim porozmawiamy, wypijmy za koniec tamtego piekła. Francja jest już prawie wolna i wkrótce przyjdzie też kolej na inne kraje. Édouard stuknął kieliszkiem o jej kieliszek. Za nowy początek – szepnęła Connie. Trudno mi uwierzyć, że to już prawie koniec. Tak, za nowy początek. Édouard wziął mały łyk rosé. Powiedz, gdzie jest Sarah? Connie wyjaśniła mu, jak ją aresztowano w drodze na południe. Próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć w ostatnich tygodniach. Najprawdopodobniej została wysłana do niemieckiego obozu pracy. Musimy po prostu czekać na dalsze wiadomości. – Connie westchnęła.
[…]
Usypiając Victorię w wiklinowym łóżeczku, które trzymała tu, żeby mieć gdzie położyć małą podczas odwiedzin u Jacques’a, Connie z duszą na ramieniu czekała na to, z czym wróci. Kiedy się pojawił, od razu po wyrazie jego twarzy poznała, że nie ma dobrych wieści. Nie, Constance – westchnął – jest niewzruszony. Ma w sobie tyle żółci i nienawiści… to teraz zupełnie inny człowiek. Nie wiem, co ci poradzić. Nadal wierzę, że z czasem, jak mówiłem, Édouard się z tego podniesie. Ale ty nie masz tyle czasu, by czekać. Rozumiem. I jeśli ktoś miałby mieć wyrzuty sumienia, że chce wracać do tych, których kocha, to już na pewno nie ty. Dałaś tej rodzinie tak wiele. No, to może ten sierociniec, o którym wspomniałem… Nie! – powiedziała stanowczo Connie, kręcąc głową. Nigdy nie porzucę Victorii! Nie umiałabym żyć po czymś takim. Constance, nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale w tym przyklasztornym sierocińcu, o którym mówię, jest czysto, a siostry są bardzo miłe. Prawdopodobnie tak piękne dziecko jak Victoria natychmiast znajdzie odpowiednią rodzinę – zapewnił z o wiele większym przekonaniem, niż w to wierzył. I proszę, pamiętaj, że opieka nad Victorią to nie twój obowiązek. Musisz teraz pomyśleć o sobie.
[…]
Tej nocy Connie nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, nie wiedziała już, co jest dobre, a co złe. Zdawało się, że wojna przewróciła do góry nogami cały porządek moralny, a ona kurczowo stara się trzymać swoich zasad. Nagle usiadła na łóżku. Przyszedł jej do głowy pewien pomysł. A gdyby zabrała Victorię ze sobą do Anglii…? Wygramoliła się z pościeli i zaczęła chodzić po pokoju, żeby to przemyśleć. Nie, to szaleństwo… poza tym, jeśli przyjedzie do domu z dzieckiem, po latach nieobecności, czy Lawrence uwierzy w tę całą historię? Czy też, jak wszyscy inni, dojdzie do wniosku, że ona kłamie i to jej dziecko? Cokolwiek sobie pomyśli, to powrót z dzieckiem po czterech latach rozłąki na pewno nie pomoże w ich związku. To po prostu nie byłoby w porządku wobec Lawrence’a. Rozżalona Connie wdrapała się znów na łóżko i przypomniała sobie słowa Jacques’a. Wiedziała, że nie tylko dla swojego dobra, ale i ze względu na Lawrence’a nie ma wyboru. Musi zaakceptować to, co nieuniknione. Jacques ma rację. Wojna wymaga poświęceń. A ona i jej mąż wycierpieli już dość za całe życie.
[…]
Jacques mówił mi, jak uratowałaś życie Sophii, kiedy pojawił się tu Falk von Wehndorf, by odnaleźć swojego brata. Jestem ci wdzięczny. Zrobiłam, co trzeba, Édouardzie – powiedziała krótko. Z kolei twoja dzielna przyjaciółka Venetia uratowała moje życie. I przez to, że była taka dzielna, sama straciła swoje – dodał ze smutkiem. Słyszałem, że została rozstrzelana przez gestapo, kiedy byłem w Londynie. Venetia nie żyje? O Boże, nie! Ze łzami napływającymi do oczu Connie zastanawiała się, kiedy ten koszmar wojenny się skończy. To była wspaniała kobieta – powiedział Édouard, a w jego głosie zabrzmiała czułość. Nigdy jej nie zapomnę. Wiesz, ostatnio myślałem, że lepiej by było, gdybym umarł z tymi, których kochałem i których straciłem. Widocznie nie było ci to pisane, podobnie jak mnie, Édouardzie – oświadczyła twardo. I to do nas, jako tych, którzy przetrwali, należy budowanie przyszłości, przez pamięć dla nich. Tak. Jednak niektórych rzeczy – Édouard potrząsnął głową – nie potrafię wybaczyć ani zapomnieć.
[…]
Niestety, przypadkiem zapukałaś do drzwi jednego z najcenniejszych i najbardziej wpływowych członków francuskiego ruchu oporu pod dowództwem de Gaulle’a. Rozkazy szły z samej góry. Nie mogli ryzykować, że Bohater będzie spalony. Niestety. Nic nie dało się zrobić, biorąc pod uwagę okoliczności. W każdym razie cieszę się, że wróciłaś bezpiecznie do kraju. Dziękuję. Z czterdziestu dziewcząt, które tam pojechały, czternaście, niestety, nie wróciło. Jedną z nich była twoja przyjaciółka Venetia. Buckmaster westchnął. Wiem – powiedziała ze smutkiem Connie. Ale tak naprawdę trzeba wam wszystkim pogratulować, że aż tyle z was przetrwało. Spodziewałem się większych strat – dodał. Strasznie mi żal Venetii. Kiedy wyjeżdżała do Francji, wszyscy martwiliśmy się, jak sobie da radę z tym swoim nonszalanckim podejściem. A okazała się jedną z naszych najlepszych i najdzielniejszych agentek. W tej chwili trwa proces o przyznanie jej pośmiertnie odznaczenia za bohaterstwo. Cieszę się, panie pułkowniku. Nikt bardziej sobie na nie nie-zasłużył niż ona. Na szczęście Francja jest już wreszcie wolna. A SOE odegrało istotną rolę w zwycięstwie. Szkoda, że nie miałaś możliwości bardziej się w to zaangażować, Connie. Pod skrzydłami de la Martinièresów pewnie jadałaś lepiej ode mnie. Uśmiechnął się. Słyszałem, że na koniec mieszkałaś w ich pięknym zamku na południu Francji. – Tak, ale…
[…]
Jestem pewien, że postąpiłeś słusznie, tato – próbował pocieszyć go Jean. Jeśli Frederik kochał Sophię, jak mówisz, nie cofnąłby się przed niczym, żeby odszukać dziecko. A jeśli ono zadomowiło się już w nowej rodzinie, która nie miała pojęcia o jego nazistowskich korzeniach, na pewno lepiej, że to nie wyszło na jaw. Widzicie, musiałem chronić Victorię. Jacques przeżegnał się. Boże, wybacz mi tamto straszliwe kłamstwo. Frederik był zdruzgotany. Szalał z rozpaczy. Mogę sobie wyobrazić. Jean aż się wzdrygnął. Jacques, gdzie pochowaliście Sophię? – spytała Emilie. Na cmentarzu w Gassin – odparł. Nie miała nagrobka aż do końca wojny. Nie mogliśmy wzbudzać podejrzeń. Nawet po śmierci trzeba ją było ukrywać. A wiesz, gdzie jest Frederik, tato? – zapytał Jean. Może już nie żyje. Musiałby być przynajmniej po osiemdziesiątce? Mieszka w Szwajcarii pod przybranym nazwiskiem. Kiedy wreszcie wrócił do Niemiec, okazało się, że rodowa posiadłość znalazła się po zmianie granic w obrębie Polski. Jego rodziców zastrzelili Rosjanie. Jak wielu innych po wojnie musiał zaczynać wszystko od nowa. Ale z czasem dowiadywałem się coraz więcej o tym, że pomagał, komu tylko mógł, uniknąć obozów śmierci, jeszcze przed wojną. I sporo ludzi chciało mu się zrewanżować za to, co dla nich zrobił. Pomogli mu zacząć nowy rozdział. Jacques zachichotał. Dalibyście wiarę? Został zegarmistrzem w Bazylei! I świeckim kaznodzieją w czasie wolnym. Nauczył mnie wiele o wybaczaniu, kiedy korespondowaliśmy ze sobą, i jestem dumny, że mogę go nazwać swoim przyjacielem. Często powtarzałem Édouardowi, że powinien skontaktować się z Frederikiem. Nie byli całkiem od siebie różni, obaj robili, co w ich mocy w tamtych strasznych czasach. Myślałem, że może byliby dla siebie nawzajem pociechą po utracie kobiety, którą obaj kochali. Ale – westchnął – to się nie udało.
[…]
Jacques wstał, ale zaraz obrócił się do Emilie, jakby coś mu się przypomniało. Édouard poświęcił dla swojego kraju wszystko. Był prawdziwym Francuzem i naprawdę możesz być z niego dumna. Ale wojna zmieniła nas wszystkich, Emilie, zmieniła nas wszystkich. Emilie siedziała zamyślona, zapatrzona w ogień, kiedy Jean poprowadził ojca na górę. Jak tam, w porządku? – zapytał Jean, gdy wrócił na dół. Jestem zszokowana potwornością tej historii. Muszę to sobie jakoś poukładać w głowie. Rzeczywiście. I wszystko to działo się zaledwie pięćdziesiąt lat temu. Westchnął. Nie do wiary. Twój ojciec wie, gdzie jest dziecko Sophii i Frederika, Jean, jestem tego pewna– dodała Emilie. Możliwe – zgodził się Jean. Ale jeśli wie, to pewnie ma swoje powody, żeby ci o tym nie mówić. I jeśli będzie chciał dochować tajemnicy, musisz to uszanować. Wiem. Co było, to było i miejmy nadzieję, że wszyscy wyciągnęliśmy z tego naukę. Świat poszedł naprzód.
[…]
Po czterdziestu strasznych minutach kierowca skręcił w wąską brukowaną uliczkę pomiędzy dwoma wysokimi budynkami. Dawniej były tu składy herbaty przywożonej z Indii. Kto by pomyślał, że przerobią je kiedyś na modne mieszkania. Teraz warte są miliony. Obawiam się, że wyszło nam trzydzieści sześć funtów, moja droga – dodał. Emilie zapłaciła, wzięła bagaż i chwiejnie wysiadła z taksówki. Serce nadal jej waliło. Podeszła do wejścia i zobaczyła, że jest tam domofon z przyciskiem do każdego z mieszkań. Sprawdziła ponownie adres, zmobilizowała resztki sił i zadzwoniła pod numer dziewięć. Tak? Dzień dobry, czy zastałam Bellę Roseman-Boyd? A o co chodzi? Byłam w galerii Arté na Fulham Road. Przysłał mnie tu Jonathan, bo chciałam zobaczyć więcej pani prac – kłamała jak z nut. Ach tak? – odezwał się głos. Ciekawe, czemu nie zadzwonił, żeby mnie uprzedzić. Nie spodziewałam się gości. Mówiłam mu, że wybiorę się tu od razu, bo… jutro wracam do Francji i chciałam zobaczyć pani prace przed wyjazdem. Proszę, niech się pani z nim skontaktuje, jeśli pani chce. Powie pani, czy to prawda. Nastąpiła cisza, a Emilie mogła mieć tylko nadzieję, że te wyjaśnienia wystarczą. No to niech pani wejdzie.
[…]
Idąc dalej, zobaczyła, że następny pokój używany jest jako składzik, były tam książki, obrazy i odkurzacz. Resztę niewielkiej przestrzeni zajmowały ubrania wiszące na stojaku. W tej „klitce” na pewno nie ma miejsca na łóżko, pomyślała z goryczą. Zataczając się lekko, weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi na zasuwkę. Na półce pod lustrem stała kosmetyczka Sebastiana, zawierająca jego przybory do golenia i wodę kolońską. Jego niebieska szczotka do zębów leżała na umywalce. Emilie usiadła na zamkniętej desce toalety, starała się opanować emocje i pomyśleć logicznie, co teraz robić. Choć instynktownie miała chęć natychmiast opuścić to mieszkanie i uciekać, wiedziała, że musi wykorzystać tę chwilę, aby zebrać jak najwięcej informacji u samego źródła. Jeśli odłoży to do rozmowy z Sebastianem, to może się spodziewać wyłącznie steku kłamstw i uników. Wstała i wcisnęła spłuczkę dla zachowania pozorów, po czym wróciła z łazienki do głównego pokoju. Słuchaj! – zawołała Bella. Minęło południe, zabrakło mleka do herbaty, a w gardle mi zaschło. Napijesz się ze mną wina? Pewnie, dziękuję – zgodziła się Emilie. Proszę, pochodź sobie po pracowni i oglądaj, co chcesz – powiedziała Bella, idąc w kierunku kuchni. Emilie posłuchała i na przekór sobie stwierdziła, że Bella jest niezwykle zdolną malarką. Z jej obrazów tchnęła siła, tego nie można się wyuczyć. Była najwyraźniej bardzo utalentowaną młodą kobietą.
[…]
Emilie patrzyła, jak Bella dolewa jej do kieliszka i potem napełnia swój. Tak między nami Bella zniżyła głos – on się ostatnio ożenił i sądziłam, że nasz wygodny układ zostanie zerwany. Jednak najwyraźniej nie. Ale to tak na marginesie – skwitowała, biorąc kolejny łyk wina. Nie przeszkadza ci, że jest żonaty? – zapytała Emilie, udając zwykłe zainteresowanie. Szczerze mówiąc, moje motto to: życie jest za krótkie, żeby przykuwać jedną osobę do drugiej łańcuchem. Seb i ja tworzymy związek, który świetnie się sprawdza. To nam obojgu pasuje. On zdaje sobie sprawę, że ja też mam innych kochanków. Wzruszyła ramionami. Naprawdę nie jestem typem zazdrośnicy. Właściwie dziwię się tylko, że się ożenił. Nie wypytywałam go o szczegóły, to nie w naszym stylu. Nie wiem nawet, jak nazywa się jego żona. Ale domyślam się, że jest dość bogata. Pojawił się tu kilka tygodni po ślubie i podarował mi piękny wisiorek od Cartiera. Dłoń Belli instynktownie powędrowała do niesamowitego brylantu na jej łabędziej szyi. Odkrył też Matisse’a w domu żony i dobrze zarobił na jego sprzedaży. Kupił sobie nowe porsche. Uwielbia krążyć nim po Londynie. Ma szczęście. Westchnęła. Od kiedy go znam, tkwił po uszy w długach. Jest beznadziejny, jeśli chodzi o pieniądze. Cokolwiek ma, wydaje, ale zawsze jakoś spada na cztery łapy.
[…]
Przycisnęła palce do skroni. To był stresujący dzień. Jesteś mistrzynią w powściągliwym określaniu istoty rzeczy. Alex uśmiechnął się cierpko. Czy Sebastian wie, że złożyłaś wizytę jego dziewczynie? Nie włączyłam komórki od wyjazdu z Londynu, więc nie mam pojęcia. Emilie wzruszyła ramionami. Powiedziałaś Belli, kim jesteś? Popatrzyła na Alexa. Znał to imię. Bella najwyraźniej odgrywała ważną rolę w życiu Sebastiana. Opanowanie, które Emilie narzuciła sobie z takim trudem, mogło lada chwila prysnąć niczym bańka mydlana. Nie, mówiłam, że chcę u niej coś zamówić, poprosiła więc, żebym zapisała swoje imię, nazwisko, adres i numer telefonu. Tak zrobiłam. Obiecała, że da te namiary Sebastianowi, kiedy on wróci do… domu. Mogła się spodziewać różnych reakcji, ale na pewno nie tego, że Alex odrzuci głowę do tyłu i zacznie ryczeć ze śmiechu.
[…]
Popatrzył na nią uważnie, ze współczuciem. Obawiam się, że to może być przykre. Przykrości to ja już mam za sobą, Alexie. Chcę tylko wiedzieć, czemu. W takim razie, dobrze. Przejrzyj zawartość teczki, nasz pierwszy eksponat. Emilie otworzyła teczkę i trafiła na swoją twarz i twarz matki patrzące z fotokopii artykułów, jakie ukazały się w różnych francuskich czasopismach donoszących o śmierci Valérie. I obwieszczających, że Emilie jest jedyną spadkobierczynią. A teraz otwórz kopertę, która wyjęliśmy z sejfu, i zobacz, co jest w środku. Ostrożnie, to bardzo stare. Emilie wsunęła dłoń do koperty i wydobyła z niej książkę. Popatrzyła na nią zdumiona. To Historia francuskich owoców. Słyszałam wczoraj od Jacques’a, że ojciec dał ją Constance na pamiątkę, kiedy wyjeżdżała z zamku i wracała tutaj. To książka, której, jak mówiłeś, nie mogłeś znaleźć w bibliotece.
[…]
No, dobrze, powiem ci to wprost. Skontaktowałem się z antykwariuszem rzadkich wydań poleconym przez znajomego w Londynie, tak jak pewnie zrobił to wcześniej Sebastian. Dowiedziałem się, że osobno oba tomy mogą być warte około miliona funtów każdy. Ale razem pięć razy tyle. Rozumiesz teraz, Emilio? Wreszcie załapała. Sebastian szukał pierwszego tomu w bibliotece mojego ojca – stwierdziła sucho. Tak. Na chwilę umilkła. Starała się przetrawić te informacje. Teraz przynajmniej wszystko układa się w logiczną całość. To dlatego Sebastian był we Francji kilka tygodni temu. Mój przyjaciel, Jean, który prowadzi winnicę w posiadłości, zastał go w bibliotece przeszukującego półki. Nic dziwnego, że wrócił do Yorkshire w tak złym humorze w tamten weekend. Najwyraźniej nie znalazł pierwszego tomu. To przynajmniej coś – powiedział Alex. Nareszcie wszystko rozumiem – podsumowała Emilie. Jedno jest dla mnie zagadką. Dlaczego posunął się aż do tego, żeby się ze mną ożenić.
[…]
Żałowała, że nie umie podejść do tego tak spokojnie jak Alex, który zaakceptował swoje relacje z bratem, ale jak mówił kiedyś, dobrze jest się czasem zezłościć. To pomaga leczyć rany. I przynajmniej, póki się wścieka, nie czuje bólu, choć jak zgadywała, to może przyjść później. Była zaskoczona, że na razie odczuwa tak niewiele, przecież szalała za Sebastianem na początku ich znajomości. Kompletnie zawrócił jej w głowie. Ale może to nigdy nie była miłość, jaką Constance opisywała Sophii dawno temu w Paryżu. W każdym razie na pewno nie ta trwała: spokojniejsza, bardziej cierpliwa, która pozwala razem przejść wszystkie próby, jakie gotuje nam życie. Sebastian pojawił się razem z mistralem i porwał ją bez reszty. Ale czy kiedykolwiek czuła się przy nim dość pewnie, żeby być sobą? Zdała sobie sprawę, że w ostatnim roku przez większość czasu starała się, jak mogła, robiła wszystko, by go zadowolić. Była tak wdzięczna za jego obecność w swoim życiu, że przesłaniało jej to pojęcie o tym, co dobre, a co złe. Tyle razy powinna była mu się przeciwstawić, okazać więcej siły, jednak od samego początku to Sebastian rozdawał karty. Zawsze robili to, co chciał, a ona była posłuszna, gotowa się ugiąć, zrobić unik, wierzyć we wszystko, co jej powie. Nie, pomyślała Emilie, to nie była miłość.
[…]
Oddalając się od domu i idąc w kierunku winnic, zadawała sobie pytanie, co oznaczało to „ale”, kiedy przed chwilą mówiła do Jeana. Była bogatą samotną kobietą, z ogromnym domem, i aktualnie miała czas, by poświęcić go osieroconemu dziecku. A w dodatku chłopcu, którego ogromnie polubiła w ostatnich tygodniach. Mało prawdopodobne, by ponownie wyszła za mąż. I, oczywiście, nigdy nie będzie miała własnych dzieci. Uświadomiła sobie, czym było to „ale” – bała się, bała się odpowiedzialności, wzięcia pod opiekę kogoś, kto by jej potrzebował, kogo dobro musiałaby stawiać zawsze na pierwszym miejscu. Kompletnie inaczej niż jej matka. Czy byłaby taką samą matką jak ona? Emilie przerażało, że istnieje taka groźba. Ten chłopiec mnie potrzebuje, on mnie potrzebuje…Czy ona temu podoła?
[…]
Jean nalał im wszystkim po kieliszku wina i usiadł obok Emilie. Zdecydowałem, że nadszedł moment, by wyjawić ci, kto jest dzieckiem Sophii. Mam nadzieję, że kiedy to powiem, zrozumiesz, dlaczego czekałem z tym aż do tej chwili. Jacques odchrząknął. Miał schrypnięty głos od rozmawiania przez cały dzień. Gdy zawieźliśmy Victorię do przyklasztornego sierocińca, a potem Constance wyjechała do Anglii, błagałem Édouarda, żeby jeszcze raz się zastanowił – zaczął Jacques. Ale nie chciał o tym słyszeć i, kilka dni później, wyjechał do Paryża. Jednak mnie gnębiły wyrzuty sumienia. Wiedziałem, że zaledwie kilka kilometrów stąd leży w łóżeczku córka Sophii de la Martinières. Niekochana. I nikt jej nie chce… Jacques wzruszył ramionami. Próbowałem tłumaczyć sobie, że to jeszcze jedno przypadkowe dziecko wojny i że nie jestem odpowiedzialny za Victorię, ale nie potrafiłem o niej zapomnieć. Bo widzicie, ja ją pokochałem. Po dwóch tygodniach walki z samym sobą postanowiłem pojechać do sierocińca sprawdzić, czy już ją ktoś adoptował. Jeśli tak, to uznam to za wolę boską i nie będę jej szukać. Ale, oczywiście, nikt jej nie wziął. Jacques pokręcił głową. W tym czasie Victoria skończyła już cztery miesiące. Gdy tylko wszedłem do sali z dziećmi, jej oczka się ożywiły. Poznała mnie. Uśmiechnęła się… Emilie, ona uśmiechała się do mnie. Jacques złapał się za głowę. I kiedy to zrobiła, wiedziałem już, że nie będę w stanie jej opuścić.
[…]
Wszyscy troje siedzieli w milczeniu, starając się pojąć konsekwencje tego, co przed chwilą wyjawił Jacques. Teraz rozumiesz, Emilie – odezwał się wreszcie Jacques – dlaczego tak bałem się wyjawić tożsamość tego dziecka. To przewróciłoby życie Margaux do góry nogami. Przez ponad piętnaście lat pracowała w zamku jako gosposia. Kiedy umarł twój ojciec ta poprzednia, którą na pewno pamiętasz, odeszła. W tym czasie przyjaźniłem się z matką Margaux. Poleciłem jej córkę Valérie, twojej matce. Teraz rozumiem, dlaczego sądziłeś, że nie powinieneś nic mówić, tato – odezwał się cicho Jean. Jak by się czuła Margaux, wiedząc, że tak długo pracuje dla de la Martinièresów, a tak naprawdę jest jedną z nich? No właśnie – przyznał Jacques. Ale teraz, oczywiście, Margaux już nie ma wśród nas, a na naszym progu, jak powracający do domu gołąbek, wylądował Anton. I staliście się sobie nawzajem bardzo bliscy… Jacques skinął w kierunku Emilie. Dlatego musiałem ci powiedzieć. Chłopiec, który właśnie pakuje się, by pojechać z tobą do twojego domku, to tak naprawdę syn twojej siostry ciotecznej, która została wykluczona z rodziny.
[…]
To zdanie stało się ich stałym żartem. Alex przyjechał rok temu i choć nie snuli żadnych planów na temat wspólnej przyszłości, to żadne z nich nie myślało o rozstaniu. Żyli z dnia na dzień, nie czuli, że powinni sformalizować swój związek, a jednak wiedzieli, że z każdym miesiącem są sobie coraz bardziej bliscy i potrzebni. Alex i Anton tworzyli towarzystwo wzajemnej adoracji, co było widoczne od początku. Bystry, dociekliwy umysł Antona działał pobudzająco na intelekt Alexa i Emilie wiedziała, że to korzystne dla obu stron. Ich osobliwa mała rodzina mogłaby się wydawać innym dziwna, ale ich trójka odnalazła w niej szczęście, radość i spokój zarazem. Anton nadal nic nie wiedział o swoim prawdziwym pochodzeniu, ale wkrótce jego relacje z Emilie miały być oficjalnie zatwierdzone – Anton zostanie adoptowany, dzięki czemu będzie mógł nosić należne mu nazwisko i pewnego dnia odziedziczyć zamek. Kiedy to już się stanie, także Emilie i Alex będą mogli zalegalizować swój związek, ale Emilie się nie spieszyła. Było idealnie tak, jak jest.
[…]
Jacques patrzył na przybyłego. To był stary człowiek, jak on. Wysoki, o wyprostowanej sylwetce, elegancki. Jacques – odezwał się mężczyzna – pamiętasz mnie. Mówił po francusku z silnym obcym akcentem. Wydawał się zdecydowanie znajomy, choć Jacques nie potrafił skojarzyć tej twarzy. Minęło ponad pięćdziesiąt lat, odkąd staliśmy razem w tym pokoju – dodał gość. Jacques przypatrywał się niebieskim oczom. Wyblakły, ale spojrzenie nadal było przenikliwie. I w końcu dotarło do niego, kto to jest. Frederik? Tak, to ja. Mój Boże, nie mogę w to uwierzyć! Jacques odepchnął dłoń syna i bez pomocy podniósł się z fotela. Dwaj mężczyźni patrzyli na siebie przez chwilę, łączyło ich tyle wspomnień. Potem Jacques wyciągnął ręce do Niemca i uściskali się na powitanie.
[…]
Anton wyjął wózek inwalidzki z tyłu auta i podprowadził Alexowi. Kim jest ten ktoś, kogo Emilie chce, żebym poznał? – zapytał, kiedy pomagał Alexowi wysiąść. Myślę, że zostawmy to jej. Sama ci wyjaśni – odparł Alex. Kiedy dotarli do kuchni, Anton zobaczył, że Emilie, Jean, Jacques i jeszcze jeden starszy pan piją kawę przy kuchennym stole. Dzień dobry – przywitał się nieśmiało. Emilie natychmiast wstała, podeszła do niego i objęła go ramieniem. Anton – powiedziała, patrząc, jak oczy Frederika napełniają się łzami na widok chłopca. To twój dziadek, Frederik. I jeśli jesteś na to gotów, opowie ci o twojej rodzinie…
Lucinda Riley, Tajemnice zamku
Powieść historyczno-obyczajowa Lucindy Riley – północnoirlandzkiej pisarki przenosi akcję tej dwuwymiarowej czasowo opowieści na francuską ziemię do centralnego Paryża oraz w okolice nadmorskiego Saint-Tropez w prowansalskiej części państwa, tudzież do środkowej Wielkiej Brytanii do hrabstwa Yorkshire, w tym i do samego Londynu, a jedynie ponadto czy w ogóle w czasy jak najbardziej drugo-wojennej pożogi jak i w lata całkiem nam współczesne. Ta historia dwóch rodzin (rodów) arystokratycznej i francuskiej z linii de la Martinièresów spersonalizowanej w osobach przede wszystkim Emillie oraz Édouarda i mieszczańskiej, a zatem angielskiej Carruthersów w osobach Constance czy Sebastiana. Po śmierci Valerie de la Martinières, matki Emillie ta ostatnia musi podjąć decyzję co zrobić z zadłużonymi dobrami ziemskimi i zamkiem rodzinnym Gassin, zasiedlonym od wielu pokoleń z winnicami i lawendowymi polami. Z kolei Sebastian, wnuk Constance Carrutthers trafia całkiem nie-przypadkowo do prowansalskiego zamku, z którym łączy go bogata przeszłość rodzinna jego babki i drogocenna książka. Z pozornie niewinnego i współczesnego spotkania dwojga bliskich sobie osób wyrasta w rozmachu wstrząsająca drugo-wojenna historia, w której jak to przystało na wojenną nutę ludzkie życie wisi na włosku, a przemoc i nienawiść grają fałszywie pierwsze skrzypce. Tak jak w opowiedzianej przez Jacquesa bohaterskiej historii wojennej, jak i w życiu współczesnym personalne wątki miłosne mieszają się z odpowiedzialnością społeczną, a natura ludzka krzyczy czy ryczy, że chce przeżyć z głową podniesioną zawsze za wysoko. Powieść Lucindy Riley wzrusza do łez, ale i cierpliwie poucza, że nasza historia w jakimś pan-wymiarze kołem się toczy, że przede wszystkim implikuje naszą teraźniejszość o ile jest z nami choćby w krzywym zwierciadle upływającego czasu...