Blog

 

06.01.2026

A świat trwa

Wędrowanie na stojąco.

Trzeba stąd odejść, to nie jest miejsce, w którym da się żyć i w którym warto zostać, to miejsce, gdzie ciężar tego wszystkiego, co nieznośne, niemożliwe do wytrzymania, zimne, smutne, śmiertelne i pozbawione życia, zmusza do ucieczki, złapania walizki, przede wszystkim walizki, dwie w zupełności wystarczą, zapakować rzeczy i zatrzasnąć zamki, potem pobiec do jednego i drugiego szewca, a później już tylko zelować i iść, i znowu zelować, bo buty są niezbędne, jedna para butów, co najmniej, jedne dobre buty i dwie walizki wystarczą, i można ruszać w drogę, o ile tylko wiemy – bo to sprawa pierwszej wagi – gdzie dokładnie znajduje się miejsce, w którym teraz jesteśmy, potrzebna jest tedy umiejętność, najzupełniej praktyczna wiedza, nie tylko mówiące coś przeczucie czy mgliste wyobrażenie czające się w głębi serca i pozwalające określić miejsce, w którym się znajdujemy i wobec którego wyznaczymy właściwy kierunek, poczucie, że trzymamy w dłoni szczególne narzędzie, które pomoże nam stwierdzić, że tu i tu jest nasze miejsce w przestrzeni, a mianowicie w tym wyjątkowo nieznośnym, trudnym do wytrzymania, zimnym, smutnym, pozbawionym życia i śmiertelnym punkcie, z którego trzeba odejść, bo nie jest miejscem, w którym człowiek jest w stanie zostać i być, człowiek w tych przerażająco mrocznych moczarach nie jest zdolny do niczego więcej jak tylko do tego, by powiedzieć, że musi stąd pójść, natychmiast sobie pójść, bez namysłu ruszyć w drogę, nie oglądając się za siebie, patrząc w dal, podążać we wcześniej wyznaczonym kierunku, naturalnie w tym właściwym kierunku, który wyznaczyć wcale nie jest tak bardzo trudno, chyba że się okaże, iż praktyczna wiedza, to szczególne uczucie, które pozwoliło określić rozciągające się na szerokiej skali smutku i śmierci koordynaty rzeczonej przestrzeni, jednocześnie dadzą nam do zrozumienia, że w „zwyczajnym razie” będzie to tak, że powiemy sobie, trzeba stąd odejść albo trzeba pójść tam, czyli że właściwy jest ten oto kierunek albo właśnie kierunek zupełnie przeciwny, albowiem zdarzają się przypadki, tak zwane przypadki nadzwyczajne, kiedy nasze uczucie,  nasza słusznie uznawana za wielce wartościową praktyczna wiedza powiedzą nam, że wybrany kierunek jest dobry, i wtedy proszę bardzo, tak będzie dobrze, idziemy tam, proszę, tak jest dobrze – aczkolwiek kierunek przeciwny jest równie dobry, powtarza nam nasze przeczucie, no  cóż,  i  wtedy  zaczynamy dreptać w miejscu, i stoi sobie człowiek, z dwiema ciężkimi walizami w dłoniach, w tych swoich znakomicie podzelowanych buciorach, i może ruszyć w prawo, nie popełniwszy błędu, ale może też ruszyć w lewo, i tu również nie popełniłby najmniejszej pomyłki, kiedy więc te dwa całkowicie ze sobą sprzeczne kierunki nasze wewnętrzne przeczucie uzna za równorzędnie właściwe, a uzna je za takowe, mając po temu wszelkie powody, bo przecież wskazanie przez praktyczne zmysły tych dwóch najwyraźniej sprzecznych ze sobą kierunków wynika z naszych pragnień, czyli że „idź na prawo” znaczy dokładnie tyle samo co „idź na lewo”, gdyż obydwa kierunki wskazują na najdalszy, najbardziej oddalony teren naszych tęsknot, punkt, który można odnaleźć w sygnalizowanym kierunku, określają bowiem wcale nie praktyczna wiedza, wyczucie, zdolność, lecz wyłącznie pragnienie, tęsknota, by nie tylko możliwie najdalej znaleźć się od tego, co teraz, ale trafić na miejsce obiecane, gdzie człowiek może wreszcie spokojnie odetchnąć, gdyż o to właśnie idzie, o chwilę wytchnienia, tego właśnie szuka człowiek w wytęsknionej dali, spokoju po niewypowiedzianie przytłaczającym, bolesnym i szalonym niepokoju, który go ogarnia, gdy tylko pomyśli o swojej sytuacji, o punkcie wyjścia, o bezgranicznie obcej ziemi, na której się znajduje i z której musi odejść, bo tutaj wszystko jest nieznośne, niemożliwe do wytrzymania, zimne, smutne, śmiertelne i pozbawione życia, i z której ku swemu zaskoczeniu, od pierwszej chwili, kiedy wszystko zrozumie, nie potrafi się ruszyć, i rzeczywiście jest zaskoczony, że w gruncie rzeczy ma związane ręce, a przecież to z powodu swego zazwyczaj doskonale funkcjonującego praktycznego wyczucia ma związane ręce, które w tym samym czasie wskazują dwa przeciwne kierunki, żeby tylko ruszył przed siebie, przecież dobrze zrobi, tylko że jak ma w tym samym momencie ruszyć w dwóch przeciwnych kierunkach, to jest pytanie i zawsze pozostanie pytaniem, stoi tu, niczym zużyty statek na kotwicy, przygarbiony pod ciężarem potężnych waliz, stoi i się nie rusza, i tak na stojąco, bez najmniejszego ruchu, udaje się, dokąd   go oczy poniosą, obojętne, w jakim kierunku, nie rusza się ani na krok, i kiedy już jest daleko, zaczyna swoją wędrówkę po świecie, bo dopóki jego przygarbione ciało niczym nieruchomy pomnik wtapia się w to wszystko, czego niepodobna opuścić, w całej swojej istocie pojawia się na każdej drodze: widzimy je nocą i za dnia, wiedzą o nim w Ameryce i wiedzą o nim w Azji, znają w Europie i w Afryce, przemierza góry i doliny, idzie i idzie, nie przerywając swojej wędrówki nawet na jedną jedyną noc, czasami odpoczywa tylko godzinkę, ale i wtedy śpi czujnie jak zwierzątko albo jak żołnierz, i o nic nie pyta, na nikim nie zatrzymuje na dłużej wzroku, żeby przypadkiem nikt go nie zapytał, co ty robisz, szalony człowieku, dokąd podążasz z obłędem w oczach, usiądź sobie, odpocznij, przymknij powieki i zostań tu na noc, ale nie zamyka oczu, bo mówi, o ile w ogóle cokolwiek mówi, że musi bez ustanku iść przed siebie, ale dokąd tak maszeruje, tego nikomu by nie zdradził, bo sam już nie wie tego wszystkiego, co wiedział, kiedy stojąc tu z dwiema ciężkimi walizkami, wyruszył przed siebie, wyruszył, ale nie odnalazł drogi, więc nie mógł na  niej być, wyglądał jak żałosna zjawa, której nikt się nie boi, którą nikt nie straszy dzieci, nie powtarzano jego imienia w kościele, by znikł z miasta, a jeśli pojawił się tu czy tam, tylko machano ręką, że znów tu  jest, pojawił się w Ameryce i w Azji, znów zjawił się w Europie i w Afryce, zaczęto myśleć, że podróżuje dookoła świata, niczym wskazówka zegara, i jeśli nawet początkowo jego obecność budziła ludzką ciekawość, jak każda nawet najbardziej żałosna zjawa, kiedy pojawił się po raz drugi, trzeci albo czwarty, tylko machano ręką i nikogo to nie interesowało, i coraz rzadziej się zdarzało, by zadawano mu pytania czy zapraszano do siebie, coraz rzadziej częstowano go jadłem, a z biegiem czasu coraz mniej chętnie wpuszczano do domów, bo kto wie, szeptano między sobą, co to ma wszystko znaczyć, choć było jasne, że po prostu się nim znudzili, raz na zawsze, on tymczasem, w przeciwieństwie do wskazówek zegara, niczego nie pokazywał, nic a nic nie znaczył, a co najbardziej w nim przeszkadzało, o ile w ogóle ktoś zwracał nań uwagę, to przede wszystkim fakt, że ten człowiek był nikim, szedł przed siebie, niczego dla świata nie znacząc, aż wreszcie nadszedł czas, kiedy w ogóle przestano go zauważać, znikł, wyparował, przestał istnieć dla świata, zapomniano o nim, co oczywiście nie oznacza, by go nie było, owszem, nawet bardzo był, wędrował niestrudzenie pomiędzy Ameryką i Azją, Afryką i Europą, tylko już nic nie łączyło go z tym światem, i tak oto zapomniany stał się niewidzialny i pozostawiony samemu sobie, i wtedy dopiero  na kolejnych stacjach ziemskiej wędrówki raz za razem dostrzegał, że istnieją osobnicy tacy jak on, co pewien czas stawał z nimi twarzą w twarz, podobnymi do niego jak dwie krople wody, jak gdyby spoglądał w lustro, początkowo był tak zdziwiony, że szybko opuszczał miasto czy całą okolicę, ale powoli zaczął się przyglądać tym dziwacznym postaciom, studiować je, szukać, czym ich twarze różnią się od jego własnej, lecz w miarę upływu czasu los stawiał na jego drodze coraz więcej wędrowców takich jak on i stawało się jasne, że podobnie jak on mają ciężkie walizki i takie same przygarbione plecy, i kiedy posuwał się naprzód każdą ze swoich dróg, wszystko na nich było podobne, a nawet nie tylko podobne, lecz identyczne, nawet buty podzelowane przez szewca, zauważył też, wszedłszy na duże targowisko, by napić się wody, że buty mają tak znakomicie podzelowane, że zapiera dech w piersiach, widział, że targowisko pełne jest takich jak on ludzi, szybko się napił i bez namysłu opuścił miasto i jego okolice, i już nigdy nie postawił nogi w miejscu, o którym przypuszczał czy czuł, że spotka w nim podobnych sobie wędrowców, i tak oto został zupełnie sam, a jego wędrówka utraciła pełną szaleństwa przypadkowość, ale ciągle jeszcze niestrudzony szedł przed siebie, aż wędrówka wkroczyła w nowy etap, a on był pewien, że tylko wypełniając własne postanowienie, by znaleźć się w labiryncie, uda mu się uniknąć spotkania osób tak łudząco do niego podobnych, od tej chwili zaczął miewać sny, zasypiał w najzupełniej nieoczekiwanych miejscach i porach, spał krótkim, płytkim snem, ale w tych rzadkich chwilach krótkiego i płytkiego snu zaczął jak nigdy dotąd śnić, w dodatku ciągle ten sam sen, w którym jego wędrówka dobiegała końca, widział wielki zegar czy wielkie koło albo obracający się wokół własnej osi warsztat, po przebudzeniu nie był w stanie z całą pewnością sobie tego przypomnieć, w każdym razie dochodził do czegoś w tym rodzaju, wchodził do zegara albo do środka koła, albo do warsztatu, zatrzymywał się pośrodku, wśród niewypowiedzianego zmęczenia, które towarzyszyło jego dotychczasowemu życiu, padał na ziemię, jak gdyby dostał kulkę, niczym przewracająca się wieża, układał się na boku do snu, niczym śmiertelnie zmęczone zwierzę, sen powracał, ilekroć w zacisznym miejscu albo na pryczy złożył głowę do snu, widział dokładnie ten sam sen, choć otwierając oczy, powinien był widzieć coś zgoła innego, kiedy bowiem podczas jawiących się niczym wieczne wędrówek choć raz podniósłby zawsze opuszczoną głowę, dostrzegłby, że cały czas stoi w tym samym miejscu, z dwiema walizkami w dłoniach, w znakomicie podzelowanych butach, zakotwiczony do kawalątka ziemi, na której spoczywają jego stopy, bez najmniejszej nadziei, że będzie mógł odejść, bo ma tam stać po wsze czasy, z rękoma związanymi w dwóch jednocześnie właściwych kierunkach, ma tam stać po wsze czasy, bo to miejsce jest właśnie jego domem, tam się urodził i tam będzie musiał umrzeć, w domu, w swoim domu, tam, gdzie wszystko jest zimne i smutne.  

O szybkości.

Chcę stąd odejść, opuścić Ziemię, skręcam na łące opodal mostku nad potokiem, wynurzam się z leśnego mroku tuż za karmnikiem dla jeleni, na rogu ulic Schuhkammer i Kleiderkammer zakręcam obok Monowitza na drogę, chcę być szybszy niż Ziemia, tymczasem gdziekolwiek błądzę myślami, wszystko prowadzi mnie do punktu wyjścia: wszystko zostawić za sobą i porzucić Ziemię, więc się odwracam i szybko ruszam przed siebie, wcale nie na Wschód ani nie na Południe, ani na Północ czy na Zachód, czy w jakimś określonym przez nie kierunku, lecz prosto do celu, bez chwili zatrzymania, bo wydaje mi się, że skoro człowiek chce Ziemię opuścić, uczyni najsłuszniej, kiedy szczerze się do tego przyzna i uda się w drogę, więc szczerze się do tego przyznaję i puszczam się biegiem, w pierwszej chwili wydaje mi się, że tak robiąc, postąpiłem dobrze, szaleńcze emocje przeistaczają się w trudne zadanie, budynek, kuchnia o poranku, stół z filiżanką, szmaragdowa filiżanka z parującą herbatą i unoszącą się spiralą woni, i trawa na perlącej się rosą łące o poranku, i puste karmniki dla jeleni w mroku lasu, to wszystko w gruncie rzeczy sprzysięgło się przeciw mnie, a ja, który chciałem być szybszy niż Ziemia, obróciwszy się na pięcie, musiałem się z tym wszystkim zwyczajnie zderzyć, wszystkim, czym jest Ziemia, więc było zupełnie bez znaczenia, w którym kierunku się udam, skoro wszystko, cały istniejący tu świat, wszystkie miliardy miliardów najdrobniejszych części tego niezmierzenie gigantycznego uniwersum w niepojętym tempie krążyły z jednej strony w drugą, przeciw mnie było całe stworzenie, zatem ja, który chciałem być szybszy, musiałem, pomyślał instynktownie, ustalić własne tempo wobec przeciwnego, nieoczekiwanie ponad-fizycznego kierunku, ja, który srałem na to, że Ziemia się kręci, musiałem skonfrontować się z tym, tak, skonfrontować się z tym odrażającym światem i wszystkim, co jest w nim rogiem, łąką i mrokiem lasu – i nagle niczym strzała przeszyła mnie myśl, że nie, jak mam się z nim skonfrontować, jestem zgubiony, nie mogę pędzić prosto na czołowe, mimowolnie wybrałem na rogu i na łące błędny zakręt i ten mroczny las, a przecież to wcale nie jest obojętne, którędy człowiek podąża, bo przecież nie wolno tak po prostu na czołowe, kiedy naprawdę chcemy konfrontacji ze światem, tu należy się dogłębnie zastanowić i wybrać właściwy kierunek, och, mój Boże, w mgnieniu oka obróciłem się wokół własnej osi, jak mogłem bezwiednie pomyśleć, że wyjdę naprzeciw Ziemi, z cichym postanowieniem, że „wszystko jedno którędy”, szybkość Ziemi stanie się moją szybkością, a te będą mieć na siebie wzgląd, będą darzyć siebie szacunkiem, i szybkość zsumuje się w nim, będzie należała do Ziemi, podążającej z Zachodu na Wschód, i będzie należała do mnie, który przyjmując królewski bezruch za punkt wyjścia i bezwzględną wartość, najwyraźniej pędzi naprzeciw tego, co w Wielkiej Całości małe i niepozorne, niepozorny kierunek w stronę przeciwną niż Wielki Kierunek, obydwa od siebie niezależne, pozostające ze sobą w nierównej relacji, skoro Wielki Kierunek daje w sobie miejsce Małemu Kierunkowi, by ten takim oto sposobem przestał istnieć, cóż to za krótkie spięcie, stwierdziłem i już niemal się odwróciłem, dlaczego w ogóle o czymś takim pomyślałem, na domiar złego bezwiednie, skoro bowiem mówimy o tej jednej jedynej relacji, to nie może ona być niczym innym jak to, że jedno zawiera w sobie to drugie, jedno jest częścią drugiego, jest mu podporządkowane, staje się jego podwładnym, młodszym bratem albo młodszą siostrą, które Wielki Kierunek, idąc, niesie ze sobą, taka właśnie jest Ziemia, która z największą pewnością czyniąc słusznie, przemieszcza się z Zachodu na Wschód, a w niej ja, który pragnie być od niej szybszy, w sposób zrozumiały sam przez się pozostawałem z nią w jakiejś relacji, najbardziej logicznej z możliwych relacji, bo prędkość Ziemi zawierała w sobie tę prędkość, prędkość mojego biegu, tak czy siak, zawierała ją w sobie, nawet jeśli z jakiegoś Wielkiego Punktu widzenia być może nie miało najmniejszego znaczenia, że biegnę w przeciwnym do niej kierunku, wtedy jest minus, albo w tym samym co ona kierunku, wtedy jest plus, ale dla mnie, zgodnie z moim pełnym goryczy punktem widzenia, miało to przecież bardzo wielkie znaczenie, bo ja tego właśnie chciałem, być szybszy niż Ziemia, więc potrzebowałem dokładnie tego plusa, czyli nie Wielkiej Wolnej Dużej Całości, a w niej Małej Niezależnej Małej Całości, bo biegłem w Wielkim Fizycznym Bycie, teraz już tak jak należy, z Zachodu na Wschód, wraz z Ziemią, bo tylko tak, tylko w ten sposób, no jasne, że chcę być szybszy od Ziemi, i biegłem wraz z Ziemią, z Zachodu na Wschód, z kierunku zachodniego ku wschodniemu, nawet już byłem szybszy, a myśl, że bez jednego najmniejszego ruchu niosę na swoich barkach szybkość Ziemi, przeszyła mnie niczym błyskawica, a zatem biegnę po jej powierzchni w kierunku na Wschód, to oczywiste, oddychałem z coraz większym poczuciem szczęścia, na zewnątrz było świeże powietrze, pełna wolności noc albo pełen wolności świt, albo raczej coś pomiędzy, byłem w nich zamknięty, i już uspokoiła mnie myśl, że biegnę wraz z jej kierunkiem, że będę szybszy niż Ziemia, bo Ziemia jest myślą, skonstatowałem na samym początku, a ja pragnę być szybszy od myśli, chcę wyprzedzić myśl, to był mój nagle wyznaczony cel, i postępowałem zgodnie z nim, kiedy odwróciłem się na rogu ulic Schuhkammer i Kleiderkammer, obok Monowitza, i na perlącej się rosą łące nieopodal mostka albo w mroku lasu przy pustym karmniku dla jeleni, żeby ruszając z miejsca, po raz pierwszy bezwiednie popełnić błąd, a potem go skorygować i w mgnieniu oka obrać właściwy kierunek, z Zachodu  na Wschód, jak mała całość w Wielkiej Całości, do której szybkości muszę tylko dodać swoją własną, więc dodałem, czyli już biegłem, jak szybko tylko potrafiłem, przebierałem nogami pod mocarnym niebem wydobywającym się z nocy ku świtowi i nie miałem w głowie nic więcej jak to, że właśnie tak jest dobrze, do tej prędkości muszę jedynie dodać swoją, gdy nagle przeszyła mnie myśl, że no tak, w porządku, jestem szybszy niż Ziemia, i że w ogóle, ciekawe? i o ile jestem szybszy? nie, to bez znaczenia, powiedziałem sam   do siebie, przebierając żwawo nogami, znaczenie ma jedynie to, żeby wyprzedzić myśli, czyli stać się szybszym od Ziemi, wtedy w mojej głowie zaczął swoje obrachunki mój młodszy brat, w takim razie właśnie tam znajduje się prędkość Ziemi, dostojna niezmierzona wieczność na sekundę i tam jest wynikająca z szybkości mojego biegu chwilowość na sekundę, i wtedy zaczęło mi się wydawać, że do tego, żebym był szybszy niż Ziemia, wystarczy jakakolwiek dowolna wartość, dzięki której przemieszczę się szybciej niż Ziemia, choć wtedy już nie czułem tak wielkiej potrzeby biegu, pomyślałem sobie, gdyż moja zsumowana prędkość niewiele się zmieni, jeśli odrobinę zwolnię, więc zwolniłem, obniżyłem prędkość mojego biegu i nagle okazało się, że mam nieskończenie wiele możliwości, by stać się szybszy od Ziemi, wystarczy, że będę się poruszał z Zachodu na Wschód, wystarczy, że będę biegł, bo nie ulegając pokusom zataczanych kręgów, które podniosłyby do kwadratu gamę istniejących możliwości, i tak mam do wyboru niewypowiedzianą liczbę prędkości, nieskończenie wiele wartości tempa mojego biegu, co więcej, pomyślałem, bezustannie ograniczając prędkość biegu, w gruncie rzeczy wystarczy, jeśli będę po prostu… szedł, stawiał jeden krok po drugim, najważniejsze, żebym przemieszczał się z Zachodu na Wschód, wystarczy, że się nie zatrzymam, a do tego, żebym się nie zatrzymał, mam w dyspozycji miliardy    miliardów najrozmaitszych szybkości, kiedy i ja jestem wolny, całkowicie wolny, skonstatowałem, kiedy instynktownie moje kroki traciły na szybkości, z pełną swobodą mogę wybierać prędkość, z jaką idę, żeby być szybszym od Ziemi, od myśli, bo przecież Ziemia jest myślą, coś takiego chodziło mi po głowie, kiedy  nie tak dawno temu wyruszyłem w tę drogę, tędy, kiedy skręciłem na łące opodal mostku nad strumieniem, kiedy za karmnikiem dla jeleni wyszedłem z lasu, kiedy obok Monowitza skręciłem na rogu Kleiderkammer i Schuhkammer. O ile się nie pomylę, powiedziałem sam do siebie, i utrzymam właściwy kierunek, jeśli będę po prostu szedł albo tylko dreptał spacerem prosto przed siebie w świeżym porannym powietrzu, osiągnę wyznaczony cel i będę szybszy od Ziemi – i tylko leśny mrok oddali się ode mnie, tylko łąka i róg, i woń ich szmaragdowej mgły uniosą się pośród nieskończonego czasu i zawisną w bezkresie raz i na zawsze.  

Chce zapomnieć.

Znajdujemy się dokładnie w środku cynicznej samozagłady; niezbyt doskonałe dzieci niezbyt doskonałej epoki, która za każdym razem tylko wówczas uznaje się za dopełnioną, kiedy wszystkie żyjące w niej istoty, spoczywając w najgłębszym cieniu ludzkiej historii, ostatecznie osiągną swój ponury i jedynie przez pewien czas jasny cel: zapomnienie. Chce zapomnieć, że sam jest przyczyną swojej przegranej i nie może nikogo o nią winić, ani obcej władzy, ani losu, dalekiej, złowieszczej ingerencji, sam jest sobie winien, że   nie ma ani Boga, ani żadnej idei. Chce zapomnienia, bo nie potrafi z godnością znieść gorzkiej porażki, bo piekielny dym i piekielny alkohol wyżarły mu duszę, bo doprawdy tylko tyle, dym i tani alkohol pozostały z tęsknot niegdysiejszego metafizycznego wędrowcy do anielskiego imperium – brudny dym zamiast pragnień i wykręcający nos alkohol zamiast wprawiającego w szaleństwo napoju. Nie ma końca historii, nie ma końca niczego, nie możemy już się oszukiwać, że coś w naszym życiu ostatecznie dobiegnie końca. Jedynie coś tam kontynuujemy, jakoś podtrzymujemy, coś biegnie i coś zostaje. Wprawdzie tworzymy jeszcze dzieła sztuki, ale już o nich nie mówimy, nie są niczym szczególnie podniosłym. Przyjmujemy za podstawę to, co dotychczas zawsze określało istotę naszej la condition humaine, z poczucia obowiązku, lecz bez najmniejszego pomysłu, pełni surowej dyscypliny, choć w rzeczywistości niczym więźniowie skostniałego stanu ducha na nowo nurzamy się w błotnistej wodzie całości obrazującej ludzką egzystencję. Nie popełniamy już błędów brawury, oświadczając, że nasz wyrok jest tym ostatnim, ani nawet nie twierdzimy, że nie ma już drogi dalej. Nie możemy powiedzieć, że skoro nic nie ma sensu, to w dziełach nie ma już ani czasu, ani opowieści, podobnie jak nie mogąc twierdzić, że w poszukiwaniu sensu rzeczy nikt poza nami nie ma szans się odnaleźć, stwierdzamy: dla nas już stało się jasne, że kiedy rozczarowani daremnie próbujemy zapomnieć o samych sobie i wyruszamy ku szlachetniejszemu celowi czy wyższej sile, wszystkie nasze starania skazane są na sromotną porażkę. I choć próbujemy mówić o naturze, ta tego nie chce, próbujemy mówić o tym, co boskie, ono też tego nie chce, i w ogóle daremnie chcemy, nie potrafimy, mówiąc o czymś, wyjść poza samych siebie, bo umiemy jedynie mówić o historii, o stanie człowieka, o nigdy niezmieniającej się jakości, która tylko dla nas jest intrygującym odniesieniem, zresztą, z punktu widzenia „tego boskiego zresztą”, w tym leży istota rzeczy, więc może od zawsze i raz na zawsze: jest po prostu wszystko jedno.  

Jaki piękny.

Jaki piękny byłby świat, żegnający się z nami świat, któremu położylibyśmy kres, organizując cykl wykładów pod tytułem Cykl wykładów z teorii krajobrazu, na które niczym na cyrkową arenę przybyliby ze wszech stron świata fizyk z wykładem o teorii krajobrazu, a potem historyk sztuki, poeta, geograf, biolog, teoretyk muzyki, architekt, filozof, anarchista, matematyk, astronom i tak dalej, i gdzie przed  stałą, nigdy niezmieniającą się publicznością ów fizyk, historyk sztuki, poeta, geograf, biolog, teoretyk muzyki, architekt, filozof, anarchista, matematyk i astronom, i tak dalej opowiedzieliby, co sądzą o krajobrazie, a tytuł cyklu wykładów brzmiałby Krajobraz nie istnieje, dając wszystkim do zrozumienia, że nawet relacja pomiędzy tytułem a treścią jest tu osobliwa, gdzie artysta i naukowiec przedstawialiby z punktu widzenia poezji, muzyki, matematyki, architektury, sztuk plastycznych, geografii, biologii, poezji, fizyki, filozofii i anarchizmu, co sądzą i co my, słuchając ich sugestii, mamy sądzić o krajobrazie – a wszystko to pod znakiem podsumowującego wszystko zaprzeczenia, jakoby przedmiot wykładu, krajobraz, w ogóle miał istnieć. Sprzeczność jednakowoż jest tutaj jedynie pozorna: cykl wykładów równie dobrze mógłby nosić tytuł Każdy krajobraz (gorzko) albo Krajobraz nie istnieje (rzeczowo). I mówiliby o tym, jakie znaczenie ma dla nich i dla nas istota, z której punktu widzenia istnieje krajobraz, kiedy patrzy na wszechświat, jaką wagę ma kwestia, czy pełen oczywistych ograniczeń charakter ludzkiego postrzegania jest w stanie doprowadzić nas do trudnego, bo pozbawionego dowodów stwierdzenia, że przecież może istnieć także inny punkt widzenia, różny od tego ludzkiego – skoro więc sprawy mają się tak, że krajobrazu nie ma, skoro takie są realia, że dla nas, gdziekolwiek byśmy skierowali wzrok, wszystko, choć całe, leży w gruzach, każdy krajobraz i każde miejsce, skoro doszliśmy do punktu, gdzie zamknięci w cudownie wąskim kącie ludzkiego postrzegania, pod koniec drogi pełnej duchowej udręki spostrzegamy, że poza tą cudowną ciasnotą nic nas tam nie trzyma, nic, ani istnienie, nawet istnienie, jedynie obietnica, że kiedyś w samej głębi piękna rozpadającego się krajobrazu dostrzeżemy to coś, co dotyczy nas samych.  

Najpóźniej w Turynie.

Dobre sto lat temu, w 1889 roku, w dniu jakże podobnym do dzisiejszego Friedrich Nietzsche wyszedł z bramy domu numer sześć przy Via Carlo Alberto, by udać się na spacer albo może na pocztę odebrać listy. Opodal, a może w tym momencie już bardzo daleko od niego, woźnica – że tak powiem! – zmagał się z upartym koniem. Popędza go, ale koń ani myśli ruszyć z miejsca i wtedy woźnica – Giuseppe? Carlo? Ettore? – traci cierpliwość i zaczyna okładać zwierzę batem. Nietzsche wbiega w tłum i w ten sposób kończy się okrutne przedstawienie pieniącego się ze złości woźnicy. Otóż ten potężnie zbudowany mężczyzna o sumiastych wąsach – ku ledwie skrywanej radości gapiów – nagle podskakuje do dyliżansu i z płaczem rzuca się koniowi na szyję. Gospodarz mieszkania zabiera go do domu, Nietzsche przez dwa dni leży na kanapie, w bezruchu i milczeniu, aż w końcu wypowiada swoje ostatnie słowa (Mutter, ich bin dumm - w tłum. z niem. Mamo, jestem głupi), potem lekko obłąkany żyje jeszcze dziesięć lat pod opieką matki i siostry. O dalszych losach konia niczego nie wiemy. Ta wątpliwej wiarygodności historia – w którą jednak z natury rzeczy wierzymy – niczym modelowy przykład dramatu ludzkiego rozumu z niespotykaną ostrością rzuca światło na schyłkowe czasy naszej umysłowości. Szatański gwiazdor filozofii życia, zagorzały przeciwnik „powszechnych ludzkich wartości”, niedościgniony mistrz zaprzeczania współczuciu, dobroci, przebaczeniu i empatii – rzucający się na szyję bitemu koniowi? Uciekając się do niewybaczalnie wulgarnego, ale narzucającego się zwrotu wypadków: dlaczego nie na szyję woźnicy? Wielki szacunek dla doktora Möbiusa, w którego opinii był to jedynie zwyczajny objaw ataku paralysis progressiva [z łac. postępujący paraliż – przyp. aut.] wywołanego syfilisem, my tymczasem, urodzeni ponad sto lat później, jesteśmy świadkami natychmiastowego zrozumienia tragicznej pomyłki: po długiej i znojnej walce dusza Nietzschego powiedziała „nie” piekielnym w swoich konsekwencjach poglądom filozofa. Thomas Mann pisze, że pomyłka polegała na tym, iż ten „chorowity prorok przeciwstawił moralność życiu. To prawda – dodał – one łączą się ze sobą. Etyka jest opoką życia, a człowiek moralny jest jego prawdziwym obywatelem”. Zdania Manna są tak piękne, tak bezwarunkowe w swoim szlachetnym osądzie, że może nawet warto byłoby się nad nimi zamyślić i wraz z nimi popłynąć dalej, a jednak tego nie robimy, naszym statkiem kieruje teraz Nietzsche z Turynu, a to nie tylko oznacza inne wody, lecz także wymaga innego systemu nerwowego, by użyć szybkiego porównania – każe trzymać nerwy na postronkach. I będzie nam to potrzebne, gdyż ku największemu zaskoczeniu dotrzemy do tego samego miejsca, do którego wiedzie zdanie Manna, będzie potrzebne, bo nawet jeśli jest to to samo miejsce, będziemy czuli się w nim inaczej, niż obiecuje pisarz. Dramatyczna scena z Turynu podpowiada, że żyć zgodnie z nakazem moralności nie jest naszą zasługą, po prostu nie mamy innego wyboru. Mogę żyć wbrew nakazowi, ale i tak nie uwolnię się od jego tajemniczej i trudnej do nazwania siły, która mnie z nim nierozerwalnie wiąże. Jeśli będę tak postępował i żył wbrew niemu, z największą pewnością odnajdę się w stworzonym przez człowieka i z tej oto przyczyny ani trochę niezaskakującym żałosnym ludzkim losie, w którym – jak mawiał Nietzsche – „żyć i być niesprawiedliwym to dokładnie to samo”, ale będę bezradny wobec nierozwiązywalnego konfliktu, który od czasu do czasu stawia mnie w samym centrum poszukiwania sensu własnego istnienia. Bo o ile jestem częścią świata międzyludzkich relacji, o tyle jednocześnie stanowię część tego, co nie wiadomo dlaczego nazwano   większą całością, większą całością, która we mnie – odwołajmy się tym razem do Kanta – zaszczepiła zasadę, którą, jakież to smutne, w imię wolności mam prawo złamać. Płyniemy pomiędzy bojami prowadzącymi do portu, trochę na ślepo, bo śpiąca załoga latarni morskiej nie jest w stanie pomóc w manewrowaniu, abyśmy tam, na miejscu, rzucili kotwicę w mroku, który w okamgnieniu spowije nasze pytanie, czy ta większa całość wyraża zatem wyższy sens przywołanej tu zasady. Stoimy tutaj, niczego nie wiedząc, i patrzymy, jak z tysiąca kierunków powoli nadchodzą nasi towarzysze, nic do nich nie mówimy i pełni współczucia obserwujemy ich w milczeniu. Wydaje się nam, że słusznie odczuwamy współczucie i że podobnie powinni odczuwać ci wszyscy, którzy się ku nam zbliżają, a nawet jeśli dziś jest inaczej, to może jutro… albo za dziesięć… albo za trzydzieści lat. A najpóźniej w Turynie.  

Świat idzie naprzód.

Był mocno uwiązany, ale jakoś się wyswobodził, choć wiemy tylko tyle, że wyzwoliła go ta sama siła, która niegdyś go związała, i nic więcej nie da się o tym powiedzieć, w każdym razie wielką głupotą byłoby cokolwiek o tym mówić, określać, nazywać kategorycznym tonem tak tę siłę, jak uwolnienie się od niej, ów niemierzalny, niemożliwy do przejrzenia system, coś rzeczywiście niemierzalnego i niemożliwego do przejrzenia, wiecznie niezrozumiałe dla nas działanie nieuniknionego przypadku, w którym szukaliśmy obowiązujących zasad i w końcu je znaleźliśmy, ale przez minione bohaterskie wieki wcale ich nie rozpoznaliśmy, tak samo jak możemy mieć pewność, że w przyszłości także ich nie rozpoznamy, bo  jesteśmy i będziemy w stanie poznać jedynie konsekwencje nieuchronnych przypadków, straszne chwile, kiedy trzaska bicz, trzaska na naszych plecach, trzaska bicz nad przypadkowym uniwersum zwanym światem i puszcza to wszystko, co było przywiązane, czyli kiedy – tak jak teraz – znów się uwolni i opanuje świat, który my, ludzie, ciągle i bez przerwy nazywamy nowym i nieznanym, aczkolwiek nigdy nie jest ani nowy, ani nigdy nie jest nieznany, gdyż był tu od początku stworzenia, wyrażając się ściślej, dotarł tu wraz   z nami, czy mówiąc jeszcze dokładniej: stoimy, zawsze tak, że jego nadejście byliśmy i jesteśmy w stanie pojąć, tylko oglądając się za siebie, już tu jest, a kiedy już rozumiemy, że znów tutaj jest, i tak zawsze nas zaskakuje nieprzygotowanych, mimo że powinniśmy wiedzieć, że już nadchodzi, że tylko na pewien czas był gdzieś przywiązany, powinniśmy słyszeć brzęk puszczających oków, jak z sykiem rozwiązują się supły na ciasnym sznurze, nasza wewnętrzna wrażliwość podpowiada, powinniśmy WIEDZIEĆ, że się uwolnił, i tak powinno być także później, powinniśmy wiedzieć, że tak będzie, że przyjdzie, ale pamiętamy jedynie tyle, że dostrzegliśmy jego obecność i że ma kłopoty, chcieliśmy powiedzieć, że jesteśmy bezradni, bo jeśli o niego chodzi, to od zawsze jesteśmy bezsilni i bezbronni, i w pierwszych godzinach napaści tak bardzo nikt nie miał ochoty nad tym się zastanawiać, że w końcu zaczęliśmy coś robić, żeby się dowiedzieć, co się stało i jak to się stało, kim oni byli i dlaczego, zaczęło nas zajmować, jak zawaliły się dwie Wielkie Wieże i jak padł Pentagon, jak padł, no właśnie, jak padł i co to byli za ludzie, i jak to zrobili, ci, którzy zaatakowali je i zburzyli, a przecież właśnie to powinno nas zajmować, tak samo jak powinniśmy skupić się na tym, by w końcu zrozumieć: nie rozumiemy tego, co się wydarzyło, i wcale nie jest to rzecz dziwna, bo oznacza, że dotychczas był dobrze uwiązany, ale jakoś się uwolnił, a coś takiego zawsze, bez wyjątku zawsze, oznacza, że wkroczyliśmy w nową epokę, a stara już się skończyła, i zaczęła się ta nowa, nas tymczasem „nikt o nic nie pytał”, co więcej, nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy to wszystko się stało, jeszcze nie zaczęliśmy mówić o „przełomie” albo o „wielkiej zmianie epok”, kiedy ośmieszając ich przełomowy charakter, czyli osadzenie w czasie, widzimy, że nagle żyjemy w jakimś nowym świecie, przechodzimy do z gruntu nowej epoki i nic z tego wszystkiego nie rozumiemy, bo wszystko, co mamy, jest stare, stare są nasze nawyki, za pomocą których usiłujemy odkryć istotę zachodzących procesów, że „to wszystko” prowadzi „więc” do tego, co teraz, stare są nasze poglądy nakazujące odwoływać się do posiadanych doświadczeń i do zdrowego rozsądku, by opierając się na nich, szukać przyczyn i dowodów wyjaśniających to, co się nam przydarzyło, szukać nieistniejących albo nieosiągalnych dla nas przyczyn i dowodów na to, że znaleźliśmy się w całkowicie nowej epoce, jednym słowem stoimy tutaj, od pierwszego do ostatniego ludzie ze starego świata, rozglądający się wokół w sposób pamiętny jeszcze z tamtych czasów, bojowym nastawieniem zdradzający swoją dawną niepewność, głupio walecznych, kiedy jeszcze nawet nie zaczęli się prawdziwie bać, bo kłamią, że nie, nie ma mowy o żadnym zasadniczym zwrocie, nie ma mowy o tym, że dobiegła końca pewna epoka i żyjemy już w kolejnej, a w niej sami dawni ludzie, wśród nich to oczywiście ja jestem tym najdawniejszym, odczuwający od dawna niedoświadczaną wspólnotę z pozostałymi, zatem dawny, i w najgłębszym tego słowa rozumieniu milczący, bo 11 września niczym fizyczny ból przeszyła mnie myśl, że – o mój Boże! – jaki dawny jest język, w którym teraz mógłbym przemówić, próbuję szukać słów, wywracam je na wszystkie strony, przesuwam jedno po drugim, zrzędzę i brnę naprzód, nanizując jedno stare słowo po drugim, jaki bezsilny, jaki niepotrzebny i jaki głupi jest mój język, i jaki był piękny, jaki cudowny, jaki giętki, sprawny i wstrząsający, a dziś stracił sens, siłę, wymiar i precyzję, potem przez wiele dni się nad tym zastanawiałem, sprawdzałem, czy mógłbym, czy byłbym do tego zdolny, nagle nauczyć się jakiegoś innego języka, bo bez tego sytuacja jest zupełnie beznadziejna, to wiedziałem od razu, patrzyłem na palące się, walące się Wieże, potem ciągle o nich myślałem i byłem pewien, że bez nowego języka nie zrozumiem  nowej epoki, tej, w której nagle wszyscy się znaleźliśmy, rozmyślałem, głowiłem się, przez kilka dni zadręczałem sam siebie, aż nagle musiałem się przyznać, że nie będę umiał z dnia na dzień nauczyć się nowego języka, że wraz z innymi ludźmi jestem nadmiernie zniewolony przez stary język, nie pozostaje mi zatem nic innego, pomyślałem, jak porzucić nadzieję, że zrozumiem, co tu się dzieje, siedziałem więc zatroskany i wyglądałem na dół przez okno, a tam waliły się i waliły dwie Wielkie Wieże, siedziałem i wyglądałem na zewnątrz, zacząłem starymi słowami opisywać to, co widzę, wraz z innymi, w tym  obecnym świecie, zacząłem opisywać, co czuję, niczego nie rozumiejąc, i już zachodziło słońce nad starym światem, mój dawny pokój zaczął przed oknem po staremu pogrążać się w mroku, kiedy powoli zaczął mnie ogarniać potworny strach, nie wiedziałem, skąd nadchodzi, czułem tylko, że jest coraz większy, to po prostu strach, przez chwilę nie miałem pojęcia jaki, wiedziałem tylko, że czuję go coraz mocniej, siedziałem zupełnie bezsilny i śledziłem, jak rośnie we mnie ten strach, czekałem, że za jakiś czas dowiem się, czego się boję, ale tak się nie stało, zdarzyło się coś zupełnie przeciwnego, strach rósł, ale niczego o sobie nie mówił, jedynie informował, że jest, a ja, co całkiem zrozumiałe, zacząłem się go obawiać, co mam teraz zrobić, nie mogę w nieskończoność tkwić w tym niezrozumiałym strachu, a jednak siedziałem jak skamieniały przy oknie, a tam waliły się i waliły dwie Wieże, kiedy nagle usłyszałem hałas, jakby dźwięczał w oddali zwinięty łańcuch, usłyszałem przypominający szuranie szelest, jakby powoli rozplątywała się mocno zasupłana lina – słyszałem tylko ten szurający hałas i przerażający szelest, znów pomyślałem o moim dawnym języku, o głębokiej ciszy, w której się zanurzyłem, siedziałem i patrzyłem przez okno, i w tym pogrążonym w mroku pokoju mogłem być pewien tylko jednego: że już się uwolnił, że już się zbliża, że już tu jest. 

Rachunek.

Palma Vecchio, Wenecja

Szukałeś nas, a my wiedzieliśmy, czego oczekujesz, więc wysłaliśmy Lukrecję i wysłaliśmy Florę, wysłaliśmy Leonorę i wysłaliśmy Elenę, a potem pojechała Cornelia i pojechała Diana, tak było od stycznia do czerwca, od października do grudnia, jechała Ofelia, jechała Veronica, jechała Andriana i jechała Danae, a potem Venus, odwiedziły cię wszystkie tłuste i zażywne kurwy i kurtyzany, a najważniejsze było, tak jak dla każdego mężczyzny w Wenecji, żeby miały wysokie czoła i szerokie krągłe ramiona, szeroką obfitą pierś, żeby się otwierały, żeby ukazało się ciało nad nisko opuszczoną szatą i żeby spojrzenie spadało z ponętnej buźki na świeżą, słodką i wzbudzająca pożądanie pierś, pokazałeś Federicowi, który przyjechał z zamówieniem, a potem Federico pokazał nam, że tak, niech będzie taka jak poprzednio, szeroka i rozłożysta jak dolina, jak Val Seriana, z której przyjechałeś, chichotał Federico, bo sądził, że tego szukałeś, doliny w Bergamo, skąd pochodzisz, i opowiedział, inni też to potwierdzili, że nic cię poza tym nie interesuje, a przynajmniej nie to, co jest na dole mroczną tajemnicą ciała, tylko na górze, kręcone jasne włosy, lśniące oczy, powoli rozwierające się wargi, słowem, głowa, a potem to wszystko, co jest poniżej szyi, pachnące ciało rozpościerające się poniżej krągłych ramion, reszta już nie, zawsze prosiłeś je, żeby opuściły ramiączko, odsłoniły ramię, upominałeś, że chcesz je widzieć całkiem swobodne, jednocześnie chciałeś jednak widzieć postrzępioną linię białego koronkowego obszycia bluzki, od jednego ramienia do drugiego, łuku, który teraz biegł nad namalowanymi brodawkami piersi albo rysował się pośrodku niczym horyzont nieba nisko opadający nad twoją wieś, nad Val Seriana, tego im nie wytłumaczyłeś, tego dopiero po pewnym czasie domyślił się Federico, ale też niczego nie wytłumaczył, a tobie nie można było zadać żadnego pytania, zwłaszcza takiego, które dotyczyłoby twoich obrazów, dlaczego malujesz te, może nietęgie, ale nadzwyczaj rosłe kobiety, nie pozwalałeś zadać sobie żadnego pytania, zawsze szybko traciłeś cierpliwość, zniecierpliwiony odsłaniałeś ich piersi, żeby potem znów zasłonić je suknią, więc nie wiedziały, czego od nich chcesz, niektóre bały się, bo słyszały najróżniejsze rzeczy, i choć były gotowe na wszystko, jednak się bały, że z tobą, u ciebie, w twojej pracowni, zechcą od nich czegoś, czego nie będą w stanie zrobić, ale jak mawiano, ty niczego nie chciałeś, a nawet często się zdarzało, że ich nie zatrzymywałeś, tylko szybko płaciłeś, nie dostawały nawet odrobiny winogron, kiedy skończyłeś malowanie tych potężnych kobiet, nie pozwalałeś zaprowadzić się do łóżka, ciągle musiały stać albo siedzieć na sofie, stać albo siedzieć całymi godzinami i się nie ruszać, tylko czekać i się bać, co teraz będzie, bo rozeszła się o tobie wieść, że ten z Bergamo, jak cię nazywały, w ogóle się nie bzyka, nie tyka kobiet, tylko cichym, łagodnym głosem mówi, gdzie mają stanąć albo usiąść, a potem na nie patrzy, patrzy, jak one patrzą na niego, a w końcu mówi, żeby opuściły niżej suknię na lewym ramieniu albo uniosły falbanę przy prawym, albo wysunęły jedną pierś, zawsze z daleka, z odległości, z której nie mógłby ich dotknąć, siedzisz na fotelu z poręczami, opowiadały kobiety, kiedy dwaj służący wyprowadzili je na trap, by stamtąd popłynęły łodzią do domu, nigdy bliżej nie podchodzisz i nie pozwalasz się dotykać, jak ci, chichotały, którzy chcieli je tylko oglądać, kiedy pieprzyły faceta od tyłu, ale nie ty, opowiadały nam dziewczęta, ty nie... ty tylko na nie patrzysz, a one muszą bez końca stać albo siedzieć, no, oczywiście, znały już takie rzeczy, w Wenecji było dosyć malarzy, którzy mogli zapłacić, żeby przyszła do nich kurwa albo cortigiana onesta [z wł. uczciwa kurtyzana – przyp. aut.], stały i siedziały przed najrozmaitszymi malarzami, niektóre bywały nawet u wielkiego Belliniego, żeby potem ku uciesze całego świata zobaczyć się w ss. Giovanni e Paolo jako Najświętsza Panienka, Święta Magdalena albo Święta Katarzyna, było czym się ubawić i całkiem dobrze się bawiły, ale w twoim przypadku, ciebie z Bergamo, po twojej wizycie, tego z Seriny, jakoś mijał wesoły nastrój, kiedy po odwiedzinach w twojej pracowni któraś opowiedziała o nich innym, bo ciągle ją zadręczali, że nie rozumieją, o co ci chodzi, a zwłaszcza nie mogą pojąć, dlaczego robisz z nich takie wielkie baby, ja wcale nie mam takich szerokich ramion, burczała Danae, a ja nie jestem taka tłusta, pokazywała biodra Flora, i rzeczywiście, w tych przesadzonych w swoich rozmiarach postaciach było coś trudnego do wytłumaczenia, bo mimo swojej karykaturalności pozostawały piękne i pociągające, nikt nie rozumiał, jak to robisz, a zwłaszcza po co, całe twoje malarstwo było dziwne, wszyscy tak twierdzili, wydawało się, że to nie malarstwo jest celem samym w sobie, malujesz je, żeby coś w nich zobaczyć, dlatego czuły się coraz bardziej zmieszane, bo nie mogły znieść twojego wzroku, mówiły, że tak się na nie gapisz, tak po świńsku, że to denerwuje nawet najbardziej doświadczoną kurwę, odwracały wzrok, ale wtedy na nie wrzeszczałeś, żeby patrzyły ci w oczy, poza tym traktowałeś je dobrze, tylko nie dotykałeś ich nawet palcem, a tego nie mogły zrozumieć, dlatego się ciebie obawiały i niechętnie odwiedzały, choć przecież dobrze im płaciłeś, nawet najgorszej wręczałeś jeden czy dwa skudy a za świeżutką młodą kurewkę albo cortigiana onesta dawałeś dowolne kwoty, choć przecież nie należysz do bogatych, tylko do sławnych, nie idzie ci aż tak dobrze, jak wieść niesie, twoje obrazy, które namalowałeś Danae, Florze czy Elenie, stoją na kupie, nabywców znajdują obrazy świętych, na których Danae jest Maryją, Flora świętą Katarzyną z małym dzieciątkiem pod drzewkiem albo na tle ładnego krajobrazu, no te wszystkie się sprzedały, wiemy o tym, ale te, na których zamawiający chciał zobaczyć swoją kochankę, a ty namalowałeś inne kobiety, zostały portretami Lukrecji, Danae, Flory i Eleny nie udawało ci się przekonać upartych w swoim guście klientów, że są takie, jakie zamówili, więc miałeś ich w pracowni całe mnóstwo, leżały jedne na drugich, te niesprzedane - czasami nawet zdradzałeś swoje niezadowolenie i próbowałeś ponownie, dlatego na najróżniejsze sposoby zwracałeś się do nas za pośrednictwem Federica z prośbą o ciągle tę samą kobietę, to było nietrudno zrozumieć, dla nas po tysiącach, dziesiątkach czy setkach tysięcy zamówień w Carampane, już w pierwszym roku twojej bytności w Wenecji było jasne, że zawsze chcesz tę samą kobietę, więc je do ciebie wysyłaliśmy, jechała Lukrecja i Flora, Leonora, Elena i Cornelia, i Diana, tak było od stycznia do czerwca i od października do grudnia, jechała Ofelia, jechała Veronica, jechała Andriana i jechała Danae, a potem Venus, od stycznia do czerwca i od października do grudnia zawsze chciałeś tę samą, co zrozumieliśmy dopiero po jakimś czasie, długo się zastanawiając, dlaczego te nasze kobiety są na twoich obrazach takie tłuste i na czym polega twoja tajemnica, że te wielkie kobiety na płótnach są tak diabolicznie piękne, aż w końcu zrozumieliśmy, przynajmniej jeden z nas, ja z całą pewnością, że chcesz zawsze tego samego, doliny Seriany ty bezwstydniku, pomiędzy piersiami a ramionami kurwy, pragnąłeś tej doliny, w której się urodziłeś i która być może przypomina ci piersi twojej matki, a przecież jesteś przystojnym mężczyzną, masz piękną sylwetkę, a zwłaszcza twarz, wiedzą to wszyscy, którzy cię znają, zawieszają na tobie wzrok wszystkie dziewuchy i pewnie przyszłyby za darmo, ale ty ich nie potrzebujesz, chcesz tylko patrzeć na ich oczy, brody, ramiona, piersi, więc szybko cię znienawidziły, bo nie miały pojęcia, czego od nich chcesz, musieliśmy im tłumaczyć, żeby się nie obawiały i jechały, kiedy je zamawiasz, nigdzie przecież z taką łatwością nie zarobią tylu skudów, na dodatek ubierzesz je w piękne suknie, z tego domyślaliśmy się, że czegoś gorączkowo szukasz, mijały lata, jechały nowe Flory i Lukrecje, i Veroniki, i Ofelie, każda była inna, choć dla ciebie taka sama, w bramie musiały wyskakiwać ze swoich wysokich calcagnetti [z wł. obcasów – przyp. aut.], a właściwie ściągać wszystko, bo kazałeś im się rozbierać aż do majtek i dwie służące zakładały im proste koronkowe camicia [z wł. bluzki – przyp. aut.] i wszystko, co trzeba, a na koniec cudowny tkany złotem płaszcz albo suknię, albo czasami tylko niebieski lub zielony aksamitny płaszczyk, i prosiłeś je cichym głosem, żeby odsłoniły jedną pierś, zsunęły niżej koszulę, a potem godzinami wpatrywałeś się w ich szerokie, miękkie, krągłe ramiona i niewinne, zepsute uśmiechy na ustach, nie zauważając nawet rozpalonej z gorąca wilgotnej skóry nad obnażonymi piersiami, nie dostrzegałeś tego, co chciały ci ofiarować, bo nie były ci potrzebne smukłe biodra, biały brzuch albo tyłek, a już na pewno nie łona przykryte kędziorami ani rozwierające się wargi, kolana i uda, gorące łona i oszałamiająca woń chmury perfum, nie robiło na tobie najmniejszego wrażenia, kiedy jedna czy druga próbowały zachęcić cię słowem, spojrzeniem czy westchnieniem, wszystkimi znanymi im sztuczkami uwodzenia, skinieniem dłoni oznajmiałeś, że nie, nie trzeba, że bardzo je prosisz, nie, żeby się nie ruszały, siedziały spokojnie na sofie i na ciebie patrzyły, nie zdejmując ani na chwilę wzroku, czego on chce, dziwiły się wszystkie od Lukrecji po Venus, co to za wygłupy z tym drętwym gapieniem się, kim my niby jesteśmy, głupie dziewice z fabryki koronek?! podnosiły głos, i wszystkie wyglądały na rozwścieczone - a my wiedzieliśmy, że ty nie ich potrzebujesz, lecz czegoś zupełnie innego, przynajmniej ja zawsze uważałem cię - nie mówię w imieniu alfonsów, ale powiedzmy, że jako ktoś, kto stoi za nimi, blisko Serenissimy, a jako mężczyzna jeszcze bliżej Carampane, na podstawie tego, co było, zapewne już wiesz, kto to mówi - za wyjątkowego mężczyznę, którego nie interesuje nic ponad odnalezienie w kobiecie tej skandalicznie wyrafinowanej, szatańskiej zmysłowości, że dla ciebie kobieta oznacza wyłącznie ciało i ja się z tym zgadzam, i cię rozumiem, bo uważam, że jesteśmy jedynie ciałem i niczym więcej, i z tego ciała, jeśli zobaczysz je w niewinnych momentach, z tego niewinnie parującego ciała dowiesz się, jak głębokie, tajemnicze i nieodparte jest twoje szaleńcze pragnienie, żeby ją zdobyć, że gotów jesteś wszystko poświęcić, żeby była twoja - a przecież to tylko trochę skóry, lekki rumieniec na skórze i markotny uśmiech, kiedy opuści ramię, a potem spuści i podniesie głowę, jasnoblond kędziorek, uwodzicielskie pasmo włosów przykrywające skronie, coś obiecując, ale nie masz pojęcia co, umarłbyś, gdyby nie mogła być twoja, i może dlatego, jestem pewien, staje się dla ciebie zupełnie jasne, że nie wtedy ukazują się w pełnej krasie, doprowadzając mężczyzn do szaleństwa, kiedy zrzucą z siebie ubrania, och nie, jest wręcz przeciwnie, zazwyczaj, kiedy odsłonią pierś, brzuch, łono, pośladek, udo, no, wtedy pryskają wszystkie niepohamowane iluzje, kiedy zaś w drżącym blasku świec w ich oczach błyśnie coś zwierzęcego, bo za tym spojrzeniem przecież tak wszyscy szalejecie, za tym pięknym zwierzęciem, a samo ciało jest tym zwierzęciem, dla niego się wykrwawiacie, za tę chwilę, kiedy to zwierzę w ułamku chwili jest tak niewytłumaczalnie cudowne, to błyszczy w oczach Cornelii i Flory, i Eleny, i Venus, podczas gdy wiesz dobrze, bo już długo żyjesz na tej ziemi, jak dziś wygląda Cornelia, Flora, Elena i Venus - pokryły się zmarszczkami i na zewnątrz, i w środku, i nie interesuje je nic więcej, tylko ich brzuch i sakiewka, choć i jedno, i drugie zazwyczaj jest już puste, a ty raz po raz ciągle je wzywasz, a my je wysyłamy, za każdym razem w nowym wcieleniu, i jedzie Cornelia i Flora, i Elena, i Venus, żeby swoim wzrokiem odnalazły w tobie ten punkt, żeby go odnalazły, bo zapewne ty też tego chcesz, dlatego powstrzymujesz je przed tym, co miały w zwyczaju robić, nie pozwalasz, żeby się rozebrały, co to, to nie, pokazały piersi i wszystko, co mają, bo wiesz, że ta zwierzęca istota kryje się w opóźnianiu, w czekaniu, żeby tylko obiecywały ci to spojrzeniem, że może, że za chwilę albo innego dnia, choć możliwe też, że za chwilę, kiedy rozwiążą pasek, wtedy wszystko z nich spadnie, żeby tylko obiecały to swoim wzrokiem, to, na co tak polujesz i pewnie chcesz uwiecznić na swoich płótnach, a jak macie dobry dzień i ich wzrok cię odnajdzie, a w dodatku coś obieca, że no, teraz, no, teraz, może... gdyż opóźnianie jest istotą tej diabelskiej istoty, która trzyma cię w niewoli, i wszystkich mężczyzn tu, w Wenecji, i na całym świecie, ale ty ciągle chcesz malować tę następną chwilę, chwilę spełnienia obietnicy, by w ten sposób ją uchwycić, do czego z wielu przyczyn nie jesteś zdolny, to, co możesz, to wypełnić barwami i kreską to wszystko, co jest przed spełnieniem obietnicy, i ten proces jest w tym wzroku, który dostajesz za kilka skudów, o ile dostajesz - bo obraz, którego pragniesz, mówi o czymś innym, i tego obrazu nikt nigdy nie namaluje, gdyż jest zatrzymanym w czasie obrazem, rajem spełnionej obietnicy, kiedy nic się nie porusza i nic się nie dzieje, a co jest jeszcze trudniejsze do wytłumaczenia, tak trudne, że niemożliwe do powiedzenia o tym bezruchu, stałości, niezmienności: nic, bo w spełnionej obietnicy ginie to, co obiecano, spełniona obietnica to niszczy, usuwa to, co jest przedmiotem pragnienia, tym sposobem pragnienie ogranicza samo siebie, bardzo czegoś pragniesz i na tym koniec, bo pragnienie to nie jest rzeczywistość, można je co najwyżej odłożyć na później, z dziś na przyszłość, bo w dziwny sposób z później, z tego, co potem, z tyłu, z perspektywy wspomnienia okazuje się zupełną niemożliwością, tak, to wspomnienie wiedzie nas na manowce, może takie jest właśnie jego zadanie, uświadomić nam, że było, że się zdarzyło, że coś się wydarzyło, że stało się coś, czego wcześniej dotyczyło pragnienie, tymczasem właśnie ono, wspomnienie, odwodzi nas od swojego przedmiotu, jest zafałszowaną rzeczywistością, bo prawdziwej rzeczywistości nie może nam dać, gdyż ta nie istnieje, ale to oczywiście nie jest twoja droga, ty jesteś malarzem i żyjesz pragnieniami, czyli widzisz wszystko z perspektywy przyszłości, oszukujesz sam siebie, że camicia w końcu opadnie, i też jesteś winny w kwestii tej obietnicy, jesteś grzesznikiem, który gorzko odpokutuje swoje winy, kiedy nadejdzie dzień sądu, tobie jeszcze do tego daleko, jeszcze masz nadzieję, jeszcze jesteś pełen pragnień i nie rozmyślasz, tylko szalejesz, wpadasz w obłęd, tracisz oddech, kiedy ci się przypomni, i posyłasz Federica, a my przysyłamy ci Danae, Veronicę, Andrianę i Venus, wysyłamy je, zawsze wysyłamy, kiedy Federico mówi, czego sobie życzysz... ale wreszcie nadejdzie dzień, kiedy podliczymy to wszystko, kiedy podliczymy, o co prosiłeś, i wtedy, Palmo Vecchio, wtedy, Jacopo Negretti, nie będzie już nic więcej, będzie koniec, wyślemy ci rachunek, tego możesz być pewien.

Teoria przeszkód.

Niech się przyjrzą ziemi, niech się przyjrzą niebu, mówi, niech sobie idą, dokąd zapragną, do piekła albo do nieba, wszędzie jest to samo, mogą sobie obserwować budowę atomu przez mikroskop tunelowy albo wypróbowywać w bezmiarze wielkich systemów gwiezdnych elektroniczne linijki służące do pomiarów przekątnych wszechświata, mogą sobie badać największe i najmniejsze elementy, dokładnie wszystko jedno co, społeczeństwo czy rodzinę, losy ludzkości od samego jej początku albo żywe istoty sztuka po sztuce, albo kamienie jeden po drugim, albo myśli, źródła, teorie, wiedzę, uczucia, zamiary, wolę, albo to, w którą stronę spogląda Wenus z Milo, albo dlaczego ktoś kogoś kocha, albo dlaczego ktoś kogoś nie kocha, dokładnie wszystko jedno, na przykład on ze swoją dwulitrową plastikową butelką wody, którą zresztą zaraz wypije, ma ją przy sobie i możecie być pewni, że gdyby komuś przyszło do głowy go badać, obserwowałby, jak podnosi butelkę, pociąga z niej potężny łyk, pije, a potem odstawia na brudny mokry kamień, ale tego już nie widzi, dlaczego, dlaczego ją odkłada, no, o to nigdy nikt nie zapyta, dlaczego więcej nie pije, na razie, oczywiście, dlaczego bierze akurat taki łyk i nie więcej, dlaczego nie trzyma dłużej butelki przy ustach, dlaczego ją tu odstawia, dlaczego zaświnił dnem butelki brudny od śniegowej brei marmurowy chodnik w rogu przejścia podziemnego przy Dworcu Zachodnim, ale mówi coś innego, mówi, po pierwsze, wszystko, co teraz jest na świecie, na całym świecie, wszystko, co na nim jest i gdzie jest, jest tam dlatego, że nie może dalej spadać na ziemię, grawitacja przyciąga je z powrotem, ale coś mu nie pozwala, i to coś jest silniejsze, albo pomyślcie o rzece, mówi, jakie to ważne, w którą stronę skręca, on akurat dobrze wie, jakie to ważne, jakie zakręty pokonuje w drodze ku morzu, a te zakręty, od pierwszego do ostatniego, określa to, do jakiego punktu na powierzchni dociera woda, jak tam jest wyżej, to go omija, słowem, rzeka zderza się z czymś, co jest wyżej, i to przesuwa jej nurt, no, i wiele takich miejsc kreśli całą, jak to się mówi, linię koryta rzeki, tak zwane meandry, dlaczego skręca tu albo tam, a potem pojawiają się kartografowie i statki, i strażnicy zapór wodnych, i Bóg wie kto jeszcze, ale ich nie interesuje, co tu jest, lecą niby pszczoły do miodu, ale istota rzeczy nikogo nie obchodzi, patrzą, że łyk to tyle a tyle i nie więcej, patrzą, że rzeka właśnie tu robi zakręt, nawet mówią, to z powodu poziomu, który tutaj jest wyższy, ale w ogóle nie dostrzegają istoty rzeczy, albo, mówi, dlaczego wszystko wygląda tak, jak widzimy, rozglądając się po świecie, dzięki grawitacji wszystko jest na swoim miejscu, czy ktoś zadał sobie pytanie, dlaczego jakiś przedmiot znajduje się w tym albo w tamtym miejscu? od czego to miejsce zależy, dlaczego świat jest talu, jaki jest?! - no, widzicie, to wszystko z powodu grawitacji, gdzieś się zatrzymuje i dalej nie spada, to jest świat, ale można też powiedzieć coś innego, że na przykład, jak teraz tam na górze pada śnieg, spadają płatki śniegu, no, to taka sama sytuacja, dlaczego spadają właśnie tak powoli, bo co mówią o tym, że ciężar i masa, i opór powietrza, i wiatr w grawitacji, słyszymy najwyżej takie rzeczy, ale nie to, że tu funkcjonuje niewidoczny gigantyczny system i że to jest świat, to nikogo, po prostu, nikogo, nie interesuje, powiadają, grawitacja, siła, no i co, jasna sprawa, nie ma co się nad tym rozwodzić, i tu właśnie widzimy, że dosłownie wszyscy są kompletnie, absolutnie nieświadomi, albo mówią coś innego, bo są tam, weźmy na przykład ziemię i patrzenie, okaże się, że są rzeczy, które się zatrzymały, i są rzeczy, które niebawem się zatrzymają albo za jakiś czas, a w tej chwili poruszają się w jakimś kierunku albo z jakiegoś kierunku, stanie i opóźnione stanie, mamy takie dwie możliwości, kiedy pomyślimy o ziemi albo o patrzeniu, ale nie o widzialnej przestrzeni, gdzie, powiedzmy, mówi, pędzą elektrony i hadrony, i leptony, i lewarki, i bozony, i super-partnerzy, i tak dalej, można wymieniać bez końca, jak płynie czas, bo one też z czegoś się składają, no, wszystko jedno, najważniejsze, że widzimy tu ruch, taki ruch, którego przerwanie albo zatrzymanie, jak mówi, jest zawsze przesunięte w czasie, jest więc trwanie w miejscu i ruch, ale tak za jednym, jak za drugim, lepiej jeśli się teraz skupicie, kryje się ten sam niepojęty, nieuchwytny gigantyczny system, który mówi, kiedy coś trwa w miejscu, a kiedy jest w ruchu, za światami, kolejne młodsze światy, i każdy z nich zakrywa kolejny, oczywiście: albo tak, albo nie, gdyż można to opisać także w ten sposób, że każdy ze światów jest tylko bramą, tajemnymi drzwiami do miliardów innych światów, do których można dotrzeć tylko przez ten jeden jedyny świat, czyli światy jeden na drugim, doprawdy, wielki bałagan i wielki chaos, tak też można to sobie wyobrazić, bo nic nie wyraża lepiej tego, o co tu chodzi, niż myśl, że to wszystko można uznać za hierarchicznie ułożone części jednego wielkiego porządku, oczywiście to tylko słowa, a te niczego nam nie zdradzą, a nawet, z całą pewnością, są jedynie zasłoną dymną, odgrywają rolę tajemnych, zamurowanych drzwi, które nigdy się nie otwierają, podobnie rzecz się ma z myślami, te też zatrzymują się na pewnej granicy, dokładnie na tej, którą powinny przekroczyć, tak więc czy słowa, czy myśli, wszystkie zachowują się tak jak niegdyś granice strzegące imperium, że ani w tę, ani we w tę, podczas gdy zamknięte terytorium drży jak galareta w napięciu pomiędzy przyczyną a skutkiem, bezsensownie i myląco, ale chodźmy dalej, no bo skoro już zgodziliśmy się co do tego, mówi, że albo trwanie w miejscu, albo przesunięte w czasie trwanie w miejscu, za tym czymś, co rozstrzyga, że trwamy w miejscu albo się poruszamy, za tym czymś także stoi ten niepojęty, ale jeszcze możliwy do wyobrażenia gigantyczny system, i to jest to samo, w każdym z przypadków działa ten sam gigantyczny system, gigantyczny to nie jest dobre określenie, ale lepszego nie zna, zresztą nie ma znaczenia, jakie słowo nie wyraża dobrze tego, co chce powiedzieć, nie po raz pierwszy napotyka taki problem i niestety może jedynie powtórzyć, że ze słowami jest tak, że są bezsilne, zawsze tylko dookoła, krążą dookoła spraw, ale nigdy nie trafiają w sedno, tak to jest ze słowami, więc on niespecjalnie się przejmuje, że jemu także się nie udaje znaleźć odpowiedniego słowa, pozostańmy zatem przy gigantycznym systemie, i tak niczego to nie wyraża, to znaczy w stosunku do tego, co powinno wyrazić, że mianowicie gdzieś zaraz za każdym z elementów widocznego i niewidocznego imperium jest system, że jest system w zasobach wielkich uniwersalnych jednostek i maleńkich uniwersalnych jednostek, a to już nie jest świat, ale istota rzeczy, pociąga łyk z plastikowej butelki w rogu przejścia podziemnego przy Dworcu Zachodnim, gdzie szukał schronienia przed zimowym chłodem, bo jest świat i jest jego istota, i najprawdopodobniej istnieją rozmaite światy i te także mają swoje rozmaite istoty, ale w całości, bo tak trzeba o tym myśleć, całość jest w całości, te światy i ich istoty są nierozdzielne, istota jest wpleciona, że tak powiem, w swój własny świat, choć o tej kwestii, tu uderza plastikową butelką w brudny od śniegowej brei chodnik ze sztucznego marmuru, nie będzie błędem pomówić oddzielnie, o ile w ogóle można mówić oddzielnie o świecie i o jego istocie, czyli o istocie, o której on sam, tutaj, na Dworcu Zachodnim, w bożonarodzeniowym tłumie, może, nim butelka będzie pusta, powiedzieć tyle - choć rozumie pan, że teraz nie za bardzo pana słuchają - że po prostu mogą sobie wyobrazić, jeśli tylko będą mieli na to czas, niczym całe mnóstwo przeszkód, niczym koszmarny, ogromny, śmieszny tor z przeszkodami, wszędzie niewidoczne przeszkody, bo wyobraźcie sobie świat, wyobraźcie sobie dokładnie ogromny świat, tak ogromny, jak tylko potraficie sobie wyobrazić, i zobaczycie, że każde wydarzenie zależy tam od jakiejś przeszkody, bardziej zależy od przeszkody niż od impulsu, że tak się wyrazi, który pcha go naprzód albo wprawiłby w ruch, gdyby mógł, to nie jest takie skomplikowane, mówi, można to sobie wyobrazić, prześledźcie w myślach cały świat od nieskończonych obszarów subatomów po nieskończone przestrzenie wszechświata i zobaczycie w nich fakty, które albo są rzeczami, albo wydarzeniami, albo brakiem rzeczy, albo brakiem wydarzeń, a jeśli tak, to i tak jest to jakiś oczywisty brak rzeczy albo wydarzeń, które nie miały miejsca, no, to teraz, chce wstać, ale natychmiast opada na stertę płaszczy, na których siedzi, wyraźnie ukazuje się istota świata, a nawet istoty wszystkich światów, teraz już dobrze widać, nieprawdaż? że w całości trzymają je właśnie przeszkody, że to przeszkody budują konstrukcję, o ile w ogóle możemy tu mówić o konstrukcji, to przeszkoda decyduje, co ma być, a czego ma nie być, przeszkoda, że będzie tak albo tak, wilk albo Czerwony Kapturek, które z nich ma być, a które nie, dokąd może iść albo gdzie może się zatrzymać, kiedy może ruszyć z miejsca i czy w ogóle może ruszyć z miejsca, nie ma niczego, mówi oparty plecami o ścianę do tłumu falującego w hałasie podziemnego przejścia, nie ma niczego, czego On nie stworzył albo nie usunął, jest panem życia i śmierci, najpotężniejszym porządkiem świata ukrytym za tym światem, monumentalną strukturą zanurzoną w bycie, który jak najbardziej istnieje, podczas gdy, i to wcale nie jest śmieszne, podczas gdy, powtarza, ostrzegawczo podnosząc wolną rękę do tłumu, tenże byt o nim nie wie, istota nie jest zawarta w istnieniu, w istnieniu bowiem istota obecna jest jedynie poprzez swoje konsekwencje, i to jest świat, czy, żeby wyrazić się prościej, weźmy na przykład jego, jest przecież równie interesujący, co każdy inny w tym rozszalałym bożonarodzeniowym zgiełku, więc będzie dobrym przykładem, miał swoje życie, szedł w tę stronę i w tamtą, bywało, że się zatrzymywał, i bywało, że szedł, ale w tę stronę nie mógł iść, a potem w tamtą stronę nie mógł iść, i jedno jest pewne, teraz tkwi w miejscu, teraz wszędzie są przeszkody, gigantyczny mat, bo tak to można określić, kiedy jedyne, co jeszcze ma, to te kilka łyków w plastikowej butelce, jeszcze może je dopić, jeszcze jeden łyk, aż w końcu się zatrzyma, aż w końcu zniknie, aż pochłonie go śmierdząca mgła, bez reszty, kiedy człowieka już nic nie jest w stanie sprowadzić z powrotem - tu, przy wyjściu z Dworca Zachodniego, możecie tu przyjść i zobaczyć, po stronie kasy, w rogu, gdzie hula przeciąg, jutro Boże Narodzenie, tylko jednego forinta, na górze pada śnieg, a dziś tutaj tylko ta pusta plastikowa butelka na wyziębniętych kolanach.

Niczego stąd nie chcę.

Zostawiłbym tu wszystko, doliny, góry, dróżki i sójki w ogrodzie, zostawiłbym wszystko, od a do zet, niebo i ziemię, wiosnę i jesień, zostawiłbym drogi, które stąd wyprowadzą, i noc w kuchni, ostatnie miłosne spojrzenie i wszystkie napawające strachem szlaki ku miastom, zostawiłbym opadający nad ziemią gęstniejący zmierzch, ciężar, nadzieję, oczarowanie i spokój, zostawiłbym wszystko, co ukochane i bliskie, wszystko, co budziło wzruszenie, wszystko, co poruszało, porywało za sobą i uwznioślało, zostawiłbym ludzi szlachetnych i dobrej woli, rzeczy miłe i demonicznie piękne, i każdy pąk w rozkwicie, wszystkie narodziny i byty, zostawiłbym czar, tajemnicę, magię dalekiego, niewyczerpanego i wiecznego: zostawiłbym ziemię i gwiazdy, niczego nie zabierając, bo wejrzałem w to, co nadejdzie, i niczego stąd nie chcę.

László Krasznahorkai, A świat trwa

Zbiór opowiadań ostatniego noblisty literackiego - László Krasznahorkaia, węgierskiego pisarza i scenarzysty filmowego - przenosi drobno-nicujące się akcje i realne historyczne czy wyimaginowane podmioty liryczne w północnoamerykańskie i europejskie continuum miejsc oraz przeciągów czasowych wiejących od filozoficznej starożytności po czasy nam, czy niemal współczesne. To, co przede wszystkim cechuje ponadwymiarowe opowieści Laszla to krańcowe postawienie człowieka i jego samo-świadomej kondycji egzystencjalnej in opposite contra nature gdzie w strukturze literackiej czy krzywo-zwierciadlanej rzeczywistości alienacja homo sapiens sięga do już wyzerowanego zenitu możliwości i ledwie do samospełnienia, dając przez to namiastkę nieoczekiwanego raju. Bowiem sercem prawie każdego krasznahorkajowskiego projektu literackiego jest autoanaliza rozszczepianej świadomości ludzkiej, znowu ta sama pojedyncza auto-analiza – jak przystało u wielkich tuzów pisarskich - osadzona w nieco mrocznej puencie, że tak naprawdę to pozostaje "naszemu" człowiekowi jedynie trwać w-drodze-co-jest-mu-po-drodze…  



powrót ››