Blog

 

23.01.2026

Sześć grobów do Monachium

ROZDZIAŁ 1

Michael Rogan przyjrzał się neonowemu szyldowi przed jednym z najpopularniejszych nocnych klubów w Hamburgu. Sinnlich! Schamlos! Sundig! Zmysłowy! Bezwstydny! Grzeszny! Roter Peter nie robił tajemnicy z tego, co się tam sprzedaje. Rogan wyjął z kieszeni niewielką fotografię i przypatrywał się jej uważnie w czerwonym świetle lampy w kształcie świni, wiszącej nad drzwiami. Oglądał to zdjęcie setki razy, lecz denerwował się, czy zdoła rozpoznać mężczyznę, którego szuka. Zdawał sobie sprawę, że dziesięć lat to szmat czasu i ten człowiek musiał bardzo się zmienić. On sam też się zmienił. Wchodząc do klubu, minął kłaniającego się służalczo portiera. W środku panowała ciemność, rozjaśniał ją jedynie migotliwy blask małego prostokątnego ekranu, na którym leciał film erotyczny. Rogan lawirował wśród stolików, przy których tłoczyli się hałaśliwi, cuchnący alkoholem mężczyźni. Nagle zapaliły się światła na widowni i jego sylwetka odcięła się na tle sceny, gdzie nad głową tańczyły mu nagie złotowłose dziewczyny. Rogan przesunął spojrzeniem po twarzach mężczyzn siedzących przy stolikach obok sceny. Kelnerka dotknęła jego ramienia i zaszczebiotała zalotnie po niemiecku: Czy Herr Amerikaner szuka czegoś specjalnego? Rogan przemknął obok niej, zirytowany, że tak łatwo zorientowała się, iż jest Amerykaninem. Czuł, jak krew silnie pulsuje pod srebrną płytką uzupełniającą kości jego czaszki - sygnał niebezpieczeństwa. Musi wykonać swoje zadanie szybko i natychmiast wrócić do hotelu. Szedł dalej, zaglądając do ciemnych zakamarków, gdzie stali goście popijali piwo z ogromnych kufli i bezosobowo podszczypywali przechodzące kelnerki. Zerkał za kotary wydzielonych boksów, gdzie mężczyźni rozwaleni na skórzanych kanapach lustrowali wzrokiem dziewczyny na scenie, po czym wydzwaniali swoje wybranki, by się do nich przyłączyły. Rogan zaczynał się niecierpliwić. Nie miał już więcej czasu. Odwrócił się w stronę sceny. Za nagimi tańczącymi girlsami fragment kurtyny był przezroczysty i goście widzieli przez nią kolejne dziewczyny szykujące się do wyjścia na scenę. Bili głośno brawo za każdym razem, gdy któraś zdejmowała stanik lub pończochę. Lalunie, ach, lalunie - zawołał jeden z mężczyzn zapitym głosem - mógłbym kochać się z wami wszystkimi. Rogan odwrócił się w stronę tego głosu, uśmiechając się w ciemności. Dobrze go pamiętał. Nie zmienił się ani trochę przez te dziesięć lat. Był to chrapliwy, zduszony głos Bawarczyka, ociekający fałszywą serdecznością. Rogan szybko przesuwał się w kierunku, skąd dochodził. Rozpiął marynarkę i zwolnił skórzany guzik, dzięki któremu pistolet walther pewnie tkwił w kaburze pod pachą. Drugą ręką wyjął z kieszeni tłumik i trzymał go w palcach jak fajkę. Po chwili stanął przed stolikiem, patrząc prosto w twarz człowiekowi, którego nigdy nie zapomniał, o którym pamięć trzymała go przy życiu przez ostatnich dziesięć lat. Tak, pamięć głosu go nie zawiodła - to był Karl Pfann. Niemiec musiał przybrać na wadze ze dwadzieścia pięć kilo i stracił prawie wszystkie włosy, z nagiej czaszki zwisały zaledwie nieliczne przetłuszczone jasne kosmyki, lecz wargi nadal miał tak samo cienkie i niemal tak samo okrutne jak kiedyś. Rogan usiadł przy sąsiednim stoliku i zamówił drinka. Gdy światła na widowni zgasły i ekran znowu zaczął migotać, Michael wysunął pistolet z kabury pod pachą i kryjąc dłonie pod stołem, założył tłumik na lufę. W pistolecie przesunął się środek ciężkości, toteż Rogan zdawał sobie sprawę, że nie uda mu się celnie strzelić z odległości większej niż pięć metrów. Pochylił się w prawo i poklepał Karla Pfanna po ramieniu. Toporna głowa odwróciła się w jego stronę, błyszcząca czaszka nachyliła się ku niemu, fałszywie przyjacielski głos, który Rogan słyszał przez dziesięć lat w sennych koszmarach, powiedział: Tak, mein Freund, czego pan sobie życzy? Jestem pańskim dawnym znajomym. Zawarliśmy transakcję handlową w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku w Rosenmontag [Rosenmontag - kulminacyjny punkt karnawału w Niemczech -przyp. tłum.], Różany Poniedziałek, w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości. Film rozpraszał Karla Pfanna, jego spojrzenie powędrowało w kierunku świecącego ekranu. Nie, nie, to niemożliwe - burknął ze zniecierpliwieniem. W tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku służyłem ojczyźnie. Biznesmenem zostałem po wojnie. Kiedy byłeś nazistą - powiedział Rogan. Kiedy byłeś oprawcą... Kiedy byłeś mordercą. Czuł gwałtowne pulsowanie krwi pod srebrną płytką uzupełniającą kości jego czaszki. - Nazywam się Michael Rogan. Byłem agentem amerykańskiego wywiadu. Czy teraz mnie sobie przypominasz? Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, gdy Karl Pfann obrócił z krzesłem swoje potężne cielsko, próbując przebić wzrokiem ciemność i dojrzeć twarz Rogana. Niemiec odparł cichym, groźnym szeptem: Michael Rogan nie żyje. Czego ode mnie chcesz? Twojego życia - rzekł Rogan. Wyjął spod blatu stolika pistolet i wcisnął lufę w tłusty brzuch Pfanna. Pociągnął za spust. Ciało Niemca zadrgało od uderzenia pocisku. Rogan dokręcił tłumik i strzelił ponownie. Stłumiony śmiertelny okrzyk utonął w rubasznym rechocie, który rozległ się na sali, gdy na ekranie pojawiła się komiczna scena uwiedzenia. Ciało Pfanna opadło ciężko na stolik. Nikt nie zauważy, że go zamordowano, dopóki film się nie skończy. Rogan zdjął tłumik i włożył obie części do kieszeni marynarki. Wstał i poruszając się cicho jak kot, przeszedł przez ciemną salę klubu. Portier w liberii ze złotym szamerunkiem zasalutował mu i przywołał gwizdnięciem taksówkę, lecz Rogan odwrócił się i podążył spiesznie Allee w kierunku nabrzeża. Szedł przez długi czas nabrzeżem, aż w końcu jego kołaczący szaleńczo puls stopniowo się uspokoił. W zimnym blasku księżyca w północnych Niemczech ruiny doków dla U - Bootów i przeżarte rdzą okręty podwodne przywołały straszliwe upiory wojny. Karl Pfann przeniósł się na łono Abrahama. Dwóch załatwionych, do odstrzału zostało jeszcze pięciu, pomyślał ponuro Rogan. A wtedy otrzyma zadośćuczynienie za dziesięć lat koszmarów sennych, wreszcie będzie mógł się pogodzić ze srebrną płytką w czaszce, z niekończącym się krzykiem Christine wzywającej jego imię, wołającej o ratunek, z przeraźliwą krótką chwilą, kiedy siedmiu mężczyzn w wysoko sklepionej sali monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości zgładziło go bezlitośnie, jak gdyby był zwierzęciem. Próbowali go zamordować nikczemnie, dla żartu. Hulający na nabrzeżu wiatr przejął chłodem jego ciało i Rogan skręcił w Reeperbahn, aleję Powroźników. Wkraczając na Davidstrasser, minął posterunek policji. Nie obawiał się policji. W nocnym klubie było ciemno, nikt nie mógł widzieć go na tyle dobrze, by dokładnie opisać. Jednakże kierując się względami bezpieczeństwa, dał nura w boczną uliczkę, u której wlotu widniała duża drewniana tablica z napisem: „Nieletnim wstęp wzbroniony!”. Uliczka zdawała nie różnić się niczym od innych, dopóki nie skręcił za róg. Wszedł niepewnym krokiem w słynną hamburską St. Pauli Allee, część miasta, w której uprawiano legalną prostytucję. Była rzęsiście oświetlona, pełna spacerujących mężczyzn. Dwupiętrowe kamienice o nadmiernych zdobieniach na pierwszy rzut oka wyglądały całkiem zwyczajnie, tyle tylko że we wszystkich odbywały się jakieś przyjęcia. Dolne kondygnacje miały ogromne okna wystawowe, przez które widać było, co dzieje się w środku. Młode kobiety, najpiękniejsze, jakie Rogan widział w życiu, siedziały w fotelach, czytały, piły kawę i rozmawiały albo leżały na sofach, wpatrując się z rozmarzeniem w sufit. Niektóre udawały, że sprzątają kuchnie. Nie miały na sobie nic poza fartuszkami sięgającymi do połowy uda i zupełnie odkrytymi z tyłu. Na każdym domu znajdowała się tabliczka: „30 marek za godzinę”. W kilku oknach rolety były spuszczone. Na czarnym tle widniał napis złotymi literami: Ausverkauft, „Sprzedane”, co dumnie oznajmiało, że jakiś dziany gość wynajął dziewczynę na całą noc. Jakaś blondynka czytała przy kuchennym stole ze stalowym blatem. Sprawiała wrażenie opuszczonej ani razu nie spojrzała w kierunku rojnej ulicy. Trochę kawy rozlało się na blat obok otwartej książki. Rogan stał na zewnątrz, czekając, aż dziewczyna podniesie głowę, by mógł zobaczyć jej twarz, ona jednak nie odrywała się od lektury. Widocznie musi być brzydka, doszedł do wniosku. Zapłaci jej trzydzieści marek za to, by pozwoliła mu odpocząć, zanim ruszy w długą drogę powrotną do hotelu. Lekarze ostrzegli go, że podniecenie jest dla niego niewskazane, a z kobietą o brzydkiej twarzy mu to nie grozi. Z powodu srebrnej płytki w czaszce nie wolno mu było pić mocnych trunków, kochać się bez umiaru czy nawet wpadać w gniew. Medycy nie wspomnieli ani słowem o zabijaniu. Gdy wszedł do jasno oświetlonej kuchni, zobaczył, że siedząca przy stole dziewczyna jest piękna. Zamknęła z żalem książkę, wstała i wziąwszy go za rękę, poprowadziła do położonego głębiej pokoju. Nagły przypływ pożądania sprawił, że nogi się pod nim ugięły, poczuł w głowie pulsujący ból. Dołączyła się do tego silna reakcja na niedawne morderstwo i na ucieczkę. Osunął się na łóżko, a głos dziewczyny, przypominający dźwięk fletu, zdawał się dobiegać z daleka. Co się stało? Jesteś chory? Rogan pokręcił głową i zaczął szperać w portfelu. Rzucił na łóżko plik banknotów i powiedział: Płacę ci za całą noc. Zaciągnij roletę i po prostu pozwól mi się przespać. Gdy kobieta wyszła do kuchni, Rogan wyjął z kieszeni koszuli mały flakonik z pigułkami i wrzucił dwie do ust. Była to ostatnia rzecz, jaką zapamiętał, zanim stracił świadomość. Gdy się obudził, przywitał go szary blask świtu sączący się przez zakurzone szyby okien w tylnej części mieszkania. Rozejrzał się dookoła. Dziewczyna spała na podłodze pod cienkim kocem. Jej skóra wydzielała delikatny zapach róż. Rogan przewrócił się na drugi bok, żeby móc zejść z łóżka po przeciwnej stronie. Sygnały ostrzegawcze zniknęły. Srebrna płytka przestała pulsować, ból głowy minął. Czuł się wypoczęty i silny. Zawartość jego portfela była nienaruszona. Walther nadal znajdował się w kieszeni marynarki. Rogan pomyślał, że wybrał uczciwą dziewczynę, obdarzoną również zdrowym rozsądkiem. Obszedł łóżko, by ją obudzić, lecz młoda kobieta właśnie podnosiła się z podłogi, jej piękne ciało drżało od porannego chłodu. Rogan zauważył, że w pokoju unosi się intensywna woń róż, że róże są wyhaftowane na zasłonach w oknie i na pościeli. Taki sam haft zdobił nawet prostą koszulkę nocną dziewczyny. Uśmiechnęła się do niego. Mam na imię Rosalie. Przepadam za różami... za perfumami o ich zapachu, za ubraniami, które mają różane akcenty, dosłownie za wszystkim, co ma jakikolwiek związek z różami. Wyraźnie była dumna niczym mała dziewczynka ze swego upodobania do róż, jak gdyby wyróżniało ją to w szczególny sposób. Roganowi wydało się to zabawne. Usiadł na łóżku i przywołał ją skinieniem. Rosalie podeszła i stanęła między jego nogami. Wdychał delikatny aromat jej perfum, a gdy powoli zdjęła jedwabną koszulę nocną, jego oczom ukazały się piersi o sutkach przypominających truskawki i długie białe uda. Następnie ciało Rosalie owinęło się wokół jego ciała niby miękkie, jedwabiste płatki kwiatów, a pełne, bezbronne, drżące z namiętności wargi dziewczyny rozchyliły się pod jego wargami.

* * *

Tamtego ostatniego strasznego poranka w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości Klaus von Osteen uśmiechał się, siedząc w cieniu przy wielkim biurku, gdy Hans i Erie Freislingowie ponaglali go, by przebrał się w swoje „ubranie wolności”. Genco Bari nic nie mówił, patrzył tylko na niego łagodnymi, pełnymi współczucia oczami. Wreszcie przeszedł przez całą salę i stanął przed Roganem. Pomógł mu zawiązać krawat i wygładził go pod marynarką. Na tyle rozproszył uwagę Michaela, że ten nie zauważył, iż Erie Freisling zakradł się od tyłu z pistoletem. Bari też przyłożył rękę do poniżającego okrucieństwa egzekucji. I właśnie z powodu jego ludzkich uczuć Rogan nie potrafił mu wybaczyć. Moltke był samolubnym człowiekiem dbającym wyłącznie o własne interesy; Karl Pfann brutalnym zwierzęciem. Bracia Freislingowie byli wcielonym złem. Można było spodziewać się po nich tego, co zrobili, wypływało to z ich natury. Natomiast Genco Bari promieniował ludzkim ciepłem i jego udział w torturach i egzekucji był zamierzonym, złośliwym, perwersyjnym czynem. Niewybaczalnym. Jadąc nocą pod rozgwieżdżonym sycylijskim niebem, Michael myślał o wszystkich tych latach, kiedy marzył o zemście. O tym, że była to jedyna rzecz, która trzymała go przy życiu. I o tym, że gdy rzucono go na stertę zwłok na dziedzińcu monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości, nawet wtedy, gdy jego strzaskany mózg krwawił i tliła się w nim zaledwie maleńka iskierka życia, tę maleńką iskierkę podtrzymywała siła czystej nienawiści. I teraz, kiedy nie był już z Rosalie, kiedy postanowił, że więcej jej nie zobaczy, wspomnienia o zmarłej żonie nawiedziły go znowu. Christine, Christine, myślał, ogromnie spodobałaby ci się ta gwiaździsta noc, balsamiczne sycylijskie powietrze. Nigdy nie rozumiałaś pracy, którą wykonywałem, w każdym razie nie całkiem. Nigdy nie zdawałaś sobie sprawy, co się stanie z nami wszystkimi, jeśli nas złapią. Gdy słyszałem twoje krzyki w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości, to właśnie zdumienie, jakie w nich brzmiało, czyniło je takimi przerażającymi. Nie mogłaś uwierzyć, że ludzie są zdolni do robienia takich strasznych rzeczy innym ludziom. Była piękna ta francuska dziewczyna - miała długie nogi, kształtne uda, szczupłą talię i drobne, nieśmiałe piersi, które prężyły się pod dotykiem jego palców. Śliczne brązowe włosy, lśniące i delikatne jak jedwab, oczy o uroczo poważnym wyrazie. Z jej warg, pełnych i zmysłowych, emanowała ta sama uczciwość, którą dostrzegł w jej oczach. Jaką krzywdę jej wyrządzili, zanim umarła? Bari, Pfann, Moltke, Freislingowie, Pajerski i von Osteen? Co jej zrobili, że tak strasznie krzyczała? W jaki sposób ją zabili? Nigdy nie zapytał o to żadnego z nich, ponieważ wiedział, że okłamaliby go. Pfann i Moltke złagodziliby opis, bracia Freislingowie wymyśliliby wszystkie drastyczne szczegóły po to, by cierpiał nawet teraz. Jedynie Genco Bari powie mu prawdę. Z jakiegoś powodu Rogan był tego pewien. Dowie się w końcu, co było przyczyną tych potwornych krzyków, krzyków, które oprawcy nagrali i przechowywali tak starannie.

ROZDZIAŁ 16

Gdy Rogan obudził się ostatniego dnia w Budapeszcie, przede wszystkim zniszczył teczki z dokumentami, które zgromadził na wszystkich siedmiu mężczyzn. Następnie dokładnie przejrzał swoje rzeczy, sprawdzając, czy jest wśród nich coś, co chciałby zatrzymać. Ale nie znalazł nic takiego poza paszportem. Włożył walizki do pustego schowka na bagaż, po czym opuścił budynek stacji. Przejeżdżając przez jeden z wielu mostów, wrzucił mimochodem kluczyk od schowka do rzeki. Potem udał się do konsulatu. Vrostk przygotował wszystko, o co go prosił. Rogan kolejno sprawdził potrzebne mu przedmioty: małą wiertarkę, jakiej używają jubilerzy, dłuto, cieniutkie kabelki, czasowy zapalnik, płynny materiał wybuchowy i kilka specjalnych mikroskopijnych elementów elektronicznych. Świetnie - rzekł z uśmiechem. Mam bardzo sprawną organizację - napuszył się Vrostk. Niełatwo było zdobyć wszystkie te rzeczy w tak krótkim czasie. Aby się jakoś odwdzięczyć - powiedział Michael - postawię panu późne śniadanie w Black Violin. Potem wrócimy tutaj i popracuję nad tym, co pan dla mnie przyszykował. I wyjaśnię, co zamierzam zrobić. Na śniadanie zamówili kawę i brioszki. Następnie, ku wyraźnemu zdziwieniu Vrostka, Rogan poprosił, by podano im szachy. Kelnerka przyniosła je, a Michael rozstawił figury, wybierając dla siebie białe. Nie mam czasu na takie głupoty - burknął ze zniecierpliwieniem Vrostk. Muszę wracać do biura. Graj - rozkazał Rogan. Coś w jego głosie sprawiło, że Vrostk nagle umilkł. Pozwolił Roganowi wykonać pierwszy ruch, a następnie przesunął czarny pionek. Gra szybko się skończyła. Łatwo pokonał Michaela, po czym wszystkie figury trafiły z powrotem do pudełka, które zabrała kelnerka. Gdy wyszli z restauracji, Rogan przywołał taksówkę i kazał wieźć się do konsulatu. Bardzo się teraz śpieszył. Cenna była każda chwila. W gabinecie Vrostka Rogan usiadł przy stole, na którym leżały zamówione przez niego przedmioty. Vrostk był wściekły. Wezbrał w nim brutalny gniew małostkowego człowieka. Co mają znaczyć te wszystkie głupoty? - spytał. Żądam wyjaśnienia. Rogan włożył prawą rękę do kieszeni marynarki i wyjął zaciśniętą pięść. Podsunął ją pod nos kostkowi i otworzył. Na jego dłoni leżał biały król.

***

Rogan pracował w skupieniu przy stole prawie przez trzy godziny. Wywiercił otwór w dolnej części figury króla, po czym odciął całkiem spód. Bardzo ostrożnie wydrążył środek i napełnił go płynnym materiałem wybuchowym, kabelkami i mikroskopijnymi elementami elektronicznymi. Kiedy skończył, umieścił spód na swoim miejscu, a następnie za pomocą emalii i szmatki do polerowania ukrył wszystkie rysy i odpryski. Trzymał figurę szachową w palcach, próbując wyczuć, czy dodatkowy ciężar nie jest zbyt oczywisty. Zauważył niewielką różnicę, lecz doszedł do wniosku, iż stało się tak dlatego, że jej szukał. Figura króla nie zwróci uwagi. Dziś wieczorem o ósmej ten król wybuchnie Pajerskiemu w twarz - oznajmił.  Uzbroiłem figurę w taki sposób, że nikt inny nie poniesie uszczerbku. Jest dość materiału wybuchowego, by zabić człowieka trzymającego figurę. A Pajerski zawsze drapie się nią w brodę. Ten ruch oraz zapalnik czasowy spowodują wybuch. Jeśli zobaczę, że trzymają ktoś inny, wkroczę i rozbroję zapalnik. Ale obserwowałem Pajerskiego i jestem pewien, że to on będzie trzymał w palcach króla dziś wieczorem o ósmej. A teraz co do mnie. Chcę, żeby pańscy ludzie zabrali mnie z rogu ulicy, dwie przecznice od restauracji. Liczę, że pańska organizacja załatwi mi przerzut z waszego kraju. Czy to ma znaczyć, że zamierza pan zostać w restauracji, dopóki nie wyprawi pan Pajerskiego na tamten świat? - spytał Vrostk. To czyste szaleństwo. Dlaczego nie miałby pan wyjść wcześniej? Chcę dopilnować, żeby nie zginął ktoś inny - odrzekł Rogan. Chcę też uświadomić Pajerskiemu, z czyjej ręki i dlaczego ponosi śmierć, a nie zdołam uczynić tego w inny sposób, jak będąc na miejscu. Vrostk wzruszył ramionami. Pańska sprawa. Jeśli idzie o moich ludzi, to zabieranie pana dwie przecznice od restauracji jest dla nich zbyt niebezpieczne. Zrobimy tak: przed konsulatem będzie czekał na pana czarny mercedes z umieszczoną na nim chorągiewką konsulatu. O której mam go tam podstawić? Rogan zmarszczył brwi. Być może zmienię ustawienie zapłonu ładunku wybuchowego albo też bomba eksploduje wcześniej, jeśli Pajerski będzie zbyt często drapał się figurą króla w brodę. Lepiej niech samochód czeka na mnie od siódmej trzydzieści i proszę uprzedzić ludzi, by spodziewali się mnie dziesięć po ósmej. Będę szedł piechotą i po prostu wsiądę do samochodu bez żadnego zamieszania. Zakładam, że znają mnie z widzenia. Chyba im pan mnie pokazał? Oczywiście - potwierdził Vrostk z uśmiechem. A teraz przypuszczam, że obaj zjemy razem późny lunch w Black Violin, a potem zagramy partyjkę szachów, żeby mógł pan zwrócić białego króla. Rogan również się uśmiechnął. Widzę, że jest pan coraz bardziej pojętny. Przy kawie rozegrali drugą partię szachów. Rogan pokonał Vrostka bez trudu. Gdy wychodzili z restauracji, biały król z bombą pułapką leżał znów spokojnie wśród innych figur szachowych. Tego wieczoru Rogan wyszedł ze swojego małego hotelowego pokoiku dokładnie o szóstej. Pistolet Walther tkwił pod jego pachą, bezpiecznie przypięty w kaburze. Tłumik znajdował się w lewej kieszeni marynarki. Paszport oraz wizy Michael schował do wewnętrznej kieszeni. Udał się leniwym spacerem do Black Violin i jak zwykle usiadł przy niedużym narożnym stoliku. Rozłożył gazetę, zamówił butelkę tokaju i powiedział kelnerce, że posiłek zje później. Wypił pół butelki, gdy Wenta Pajerski wszedł hałaśliwie do restauracji. Rogan spojrzał na zegarek. Potężny Węgier zjawił się zgodnie z planem, punktualnie o siódmej. Patrzył, jak Pajerski podszczypuje jasnowłosą kelnerkę, woła coś do czekających na niego kumpli i pije pierwszego drinka. Była to już prawie pora, gdy zwykle kazał przynosić szachownicę, on jednak zamówił drugiego drinka. Rogan poczuł, jak rośnie w nim napięcie. Czyżby miał to być pierwszy wieczór, kiedy Pajerski zrezygnuje z partyjki szachów? Wyglądało na to, że z jakiegoś powodu wyleciało mu to z głowy. Ale wtedy jasnowłosa kelnerka bez proszenia przyniosła szachy do stolika Pajerskiego, niecierpliwie czekając, by nagrodził uszczypnięciem jej zapobiegliwość. Przez moment Michael miał wrażenie, że Pajerski odprawi ją machnięciem ręki, lecz on wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, jego pokryta brodawkami świńska twarz nabrała dobrodusznego wyrazu. Uszczypnął blondynkę tak mocno, że wydała cichy okrzyk bólu. Rogan przywołał kelnerkę i poprosił ją o ołówek i kartkę papieru listowego. Popatrzył na zegarek. Była siódma trzydzieści. Na szarym chropowatym papierze napisał: „Za chwilę będziesz krzyczał z bólu, a nie z rozkoszy. Rosenmontag, 1945, Pałac Sprawiedliwości w Monachium”. Odczekał do godziny siódmej pięćdziesiąt pięć, po czym jeszcze raz przywołał kelnerkę i dał jej list. Zanieś to panu Pajerski emu - powiedział - a potem natychmiast wróć do mnie, a ja dam ci to. Pokazał jej banknot o wartości większej od jej tygodniowego zarobku. Nie chciał, by stała blisko Pajerskiego w chwili wybuchu bomby pułapki. Pajerski drapał się białym królem w brodę, gdy kelnerka wręczyła mu list. Przeczytał go powoli, poruszając wargami i tłumacząc na głos angielskie słowa. Podniósł głowę i spojrzał prosto na Rogana. Rogan również wpatrywał się w niego, uśmiechając się lekko. Jego zegarek pokazywał za minutę ósmą. Dokładnie w chwili, gdy dostrzegł w oczach Pajerskiego błysk rozpoznania, biały król eksplodował. Huk był ogłuszający. Pajerski trzymał figurę szachową w prawej dłoni, pod brodą. Rogan miał wzrok wlepiony w jego oczy. Nagle oczy Pajerskiego zniknęły w eksplozji i Rogan patrzył teraz w dwa puste krwawe oczodoły. Kawałki ciała i kości rozprysły się po całej sali, a głowa ze strzępami zwisającej skóry opadła na to, co pozostało z szyi. Rogan wysunął się zza stolika i wymknął z restauracji przez kuchenne drzwi. Krzyczący, tłumnie uciekający w popłochu ludzie nie zwrócili na niego uwagi. Znalazłszy się na ulicy, przeszedł dwie przecznice do głównej alei i zatrzymał taksówkę. Proszę na lotnisko - rzucił taksówkarzowi, po czym chcąc potwierdzić swoje podejrzenia, polecił mu: Niech pan jedzie ulicą, przy której znajduje się konsulat amerykański. Słyszał wycie syren policyjnych radiowozów pędzących do Black Violin. Po kilku minutach taksówka dotarła na ulicę, przy której mieścił się konsulat. Proszę nie jechać tak szybko - rzekł do kierowcy. Odchylił się na oparcie tak, by go nie widziano z ulicy. Nie było tam żadnego mercedesa. Nie stały w ogóle żadne samochody, co już samo w sobie wydawało się dziwne. Natomiast bardzo wielu pieszych czekało, by przejść na drugą stronę ulicy i oglądało wystawy sklepowe. W większości byli to potężnie zbudowani, silni mężczyźni. Doświadczone oko Rogana natychmiast dostrzegło, że mają wypisane na czołach: tajna policja. Jak najprędzej na lotnisko - ponaglił kierowcę. Dopiero wtedy zwrócił uwagę na coś w rodzaju fizycznego chłodu w klatce piersiowej, jak gdyby o jego ciało otarła się śmierć. Czuł, że ten chłód się rozprzestrzenia. Ale jemu nie było zimno. Nie odczuwał żadnego fizycznego dyskomfortu. Po prostu było tak, jakby w pewnym sensie śmierć zamieszkała w nim. Nie miał najmniejszego problemu przy odlocie. Wiza była w porządku, nie dostrzegł też szczególnej aktywności policji na lotnisku. Gdy wchodził na pokład, serce biło mu szybko, ale tu również wszystko poszło gładko. Samolot wystartował, wzniósł się, a następnie wyrównał lot i skierował w stronę niemieckiej granicy i Monachium.

* * *

Strażnicy przykuwali mu ręce i nogi do ciężkiego drewnianego krzesła, a kluczyk od kajdanek rzucali na mahoniowy stół. Gdy w progu stawał pierwszy z przesłuchujących, żeby rozpocząć codzienną pracę, strażnicy opuszczali salę. Potem niespiesznie wchodzili pozostali śledczy, niektórzy trzymali w dłoniach filiżanki z kawą, którą pili na śniadanie. Przez cały pierwszy tydzień Klaus von Osteen zawsze zjawiał się ostatni. Był to tydzień, w którym wobec Rogana stosowano „normalne” tortury fizyczne. Z powodu skomplikowanej natury informacji, które chciano od niego wydobyć, zawiłości szyfrów oraz siły mentalnej koniecznej do przypomnienia sobie cyfrowych wzorów, które kiedyś zapamiętał, tortury fizyczne okazały się zbyt druzgocące dla procesów myślowych. Po torturach Rogan nie był w stanie podać im szyfrów, nawet gdyby tego chciał. Klaus von Osteen zrozumiał to pierwszy i polecił ograniczyć do „delikatnego” minimum wszelką fizyczną perswazję. Później von Osteen każdego ranka stawiał się w sali jako pierwszy z przesłuchujących. We wczesnych godzinach porannych twarz von Osteena, o pięknie rzeźbionych arystokratycznych rysach, była blada od talku, którego używał po goleniu, oczy miał jeszcze łagodne od snu. Starszy od Rogana o całe pokolenie, był ojcem, jakiego chciałby mieć każdy młody człowiek. O dystyngowanym wyglądzie, bez cienia fircykowatości. Szczery, bez przypochlebiania się czy obłudy. Poważny, lecz niepozbawiony humoru. Sprawiedliwy, choć surowy. I podczas tygodni, które nastąpiły, Michael, wykończony z powodu fizycznego zmęczenia, braku właściwego odżywiania i odpoczynku oraz nieustannego psychicznego dręczenia, zaczął postrzegać von Osteena, jak gdyby był kimś w rodzaju opiekuńczego ojca, który karze go dla jego własnego dobra. Jego rozum odrzucał to nastawienie jako absurdalne. Ów mężczyzna był szefem jego oprawców, odpowiedzialnym za całe jego cierpienie. Mimo to, rozemocjonowany, schizofrenicznie czekał na von Osteena codziennie rano, tak jak dziecko czeka na ojca. Pierwszego ranka von Osteen przyszedł przed innymi, włożył Roganowi papierosa do ust i podał mu ogień. Następnie zaczął mówić, nie zadając pytań, lecz wyjaśniając swoje stanowisko. Otóż on, von Osteen, spełnia swój obowiązek wobec ojczyzny, przesłuchując Rogana. Rogan nie powinien uważać tego za coś osobistego. On darzy go sympatią. Jest taki młody, że niemal mógłby być jego synem, którego nigdy nie miał. Martwi go, że Rogan jest taki uparty. Jaki cel może mieć taki dziecinny upór? Tajne szyfry w mózgu Rogana z pewnością nie będą już nigdy wykorzystane przez aliantów. Minęło dość czasu, by uczynić bezużyteczną każdą informację, jaką im poda. Dlaczego Rogan nie zakończy tej farsy i nie oszczędzi im wszystkim cierpienia? Albowiem torturujący cierpią razem z torturowanym. Czy sądzi, że jest inaczej? Następnie zapewnił go, że przesłuchania niedługo się skończą. Że wojna się skończy. Rogan i jego żona Christine będą znowu razem, szczęśliwi. Skończy się wojenna gorączka i morderstwa, ludzie nie będą musieli dłużej obawiać się siebie nawzajem. Rogan nie powinien wpadać w rozpacz. I von Osteen poklepał go pocieszająco po ramieniu. Ale gdy do sali weszli wolnym krokiem pozostali śledczy, zachowanie von Osteena zmieniło się. Z powrotem stał się głównym przesłuchującym. Spojrzenie jego głęboko osadzonych oczu przewiercało Rogana. Melodyjny głos stał się ostry, niecierpliwy. O dziwo, był to jednak ostry ton surowego ojca, z nutką miłości dla krnąbrnego dziecka. Było coś tak magnetycznego, tak silnego w osobowości von Osteena, że Rogan uwierzył w rolę, którą tamten odgrywał. Że przesłuchanie jest uzasadnione. Że on, Rogan, sam sprowadził na siebie fizyczny ból. Potem nastąpiły dni, kiedy słuchał krzyków Christine dobiegających z sąsiedniego pokoju. W tych dniach von Osteen nie przychodził wcześnie rano, lecz zawsze zjawiał się ostatni. Aż w końcu nadszedł tamten straszny dzień, gdy zaprowadzili go do sąsiedniego pokoju i pokazali fonograf z obracającą się płytą, na której były nagrane przedśmiertne krzyki Christine. Umarła w pierwszym dniu tortur - oznajmił z uśmiechem von Osteen. Przechytrzyliśmy cię. Rogan, który nienawidził go w tej chwili tak bardzo, aż go zemdliło, zwymiotował, żółć chlusnęła mu z ust na więzienne ubranie. Von Osteen skłamał nawet wtedy. Genco Bari wyznał, że Christine umarła w czasie porodu, i Michael mu wierzył. Ale dlaczego von Osteen kłamał? Dlaczego chciał, by jego ludzie wydawali się bardziej podli niż byli w rzeczywistości? I nagle Rogan, przypominając sobie to teraz, zrozumiał, jak głęboka znajomość ludzkiej psychiki kryła się za każdym słowem i postępkiem von Osteena. Nienawiść, którą czuł do morderców swojej żony, sprawiała, że pragnął przeżyć. Pragnął przeżyć po to, by móc ich zabić i uśmiechać się nad ich zadręczonymi ciałami. I to właśnie ta nienawiść, ta nadzieja zemsty, skruszyła jego opór i sprawiła, że w następnych miesiącach zaczął podawać przesłuchującym wszystkie tajne szyfry, które pamiętał. Von Osteen znowu przychodził wcześnie, był pierwszy w sali przesłuchań. I znowu pocieszał Rogana, jego głos był pełen zrozumienia. Po kilku pierwszych dniach zawsze rozkuwał Michaelowi ręce i nogi, przynosił mu na śniadanie kawę i papierosy. Nie przestawał go zapewniać, że gdy tylko wyjawi wszystkie szyfry, zostanie uwolniony. A potem pewnego dnia przyszedł z samego rana, zamknął za sobą drzwi wysokiej sali i przekręcił klucz w zamku. Powiem ci coś w tajemnicy - rzekł do Rogana - ale musisz mi obiecać, że jej nie zdradzisz. Rogan skinął głową, a von Osteen mówił dalej przyjaźnie, z poważną miną: Twoja żona żyje. Wczoraj urodziła chłopczyka. Oboje czują się dobrze i oboje są pod dobrą opieką. I daję ci uroczyste słowo honoru, że połączycie się wszyscy troje, gdy podasz nam już informacje, których potrzebujemy. Nie wolno ci jednak pisnąć słowa pozostałym. Mogą narobić kłopotów, ponieważ składając ci tę obietnicę, przekraczam granice swojej władzy. Rogan patrzył w osłupieniu, próbując wyczytać z twarzy von Osteena, czy ten nie kłamie, ale dostrzegł w oczach Niemca życzliwą szczerość, łagodną dobroć. I Michael mu uwierzył. A myśl, że Christine żyje, że znowu zobaczy jej piękną twarz, że będzie trzymał w ramionach jej smukłe ciało, że jego żona nie leży martwa pod ziemią, spowodowała, iż się załamał i wybuchnął płaczem. Von Osteen poklepał go po ramieniu, mówiąc cicho swym zniewalającym głosem: Wiem, wiem. Przykro mi, nie mogłem powiedzieć ci wcześniej. To była taka sztuczka, część mojej pracy. Ale teraz nie jest to już dłużej konieczne i chciałem cię uszczęśliwić. Kazał Roganowi wytrzeć łzy, a następnie otworzył drzwi do sali przesłuchań. Pozostałych sześciu mężczyzn czekało na zewnątrz z filiżankami kawy w dłoniach. Byli wyraźnie źli, że nie zostali wpuszczeni do środka, źli, że ich przywódca w pewnym sensie sprzymierzył się z ofiarą. W nocy Roganowi śniła się Christine i ich maleńki synek, którego nigdy nie widział. Co dziwne, we śnie twarz dziecka była bardzo wyraźna, pulchna, o różowych policzkach, natomiast twarz Christine kryła się w cieniu. Gdy zawołał jej imię, wyszła z cienia i Michael zobaczył ją, zobaczył, że jest szczęśliwa. Śnili mu się każdej nocy. Pięć dni później był Rosenmontag i von Osteen wszedł do sali, niosąc naręcze cywilnych ubrań. Dzisiaj nadszedł dzień - rzekł z autentycznie radosnym uśmiechem do Rogana - kiedy dotrzymam danej ci obietnicy. Wówczas pozostałych sześciu mężczyzn weszło grupą do pokoju. Pogratulowali Roganowi, jak gdyby byli profesorami, którzy przyczynili się do tego, że ukończył szkołę z odznaczeniem. Rogan zaczął się przebierać. Genco Bari pomógł mu zawiązać krawat, lecz Rogan nie spuszczał wzroku z von Osteena, zadając mu oczami nieme pytanie, czy zobaczy swoją żonę i dziecko. A von Osteen zrozumiał je i skinął głową, ukradkiem, uspokajająco. Ktoś wcisnął Michaelowi na głowę filcowy kapelusz. Gdy stał tam, patrząc na ich uśmiechnięte twarze, uświadomił sobie, że jednego mężczyzny brakuje. W tym momencie poczuł dotyk zimnego metalu na karku, a kapelusz zjechał mu na oczy. W tej jednej milisekundzie zrozumiał wszystko i posłał ostatnie rozpaczliwe spojrzenie von Osteenowi, wołając w myśli: „Ojcze, ojcze, wierzyłem. Ojcze, przebaczyłem ci wszystkie tortury, twoją zdradę. Przebaczam ci zamordowanie mojej żony i danie mi nadziei. Ocal mnie teraz! Ocal mnie teraz!”. I ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, zanim eksplodowała jego czaszka, była arystokratyczna twarz von Osteena wykrzywiona w szatańskim, szyderczym uśmiechu.

ROZDZIAŁ 20

Sędzia najwyższego sądu federalnego Klaus von Osteen siedział za stołem sędziowskim, mając po obu stronach dwóch swoich kolegów. Widział, jak poruszają się usta prokuratora, lecz nie rozumiał sensu słów. Udręczony własnym poczuciem winy, własnym strachem przed karą, nie mógł skoncentrować uwagi na toczącej się sprawie. Musiał zgodzić się z werdyktem pozostałych dwóch sędziów. Jakiś ruch w końcu sali przyciągnął jego wzrok, serce ścisnęło mu się boleśnie. Ale to tylko jakaś para zajmowała miejsca w ostatnim rzędzie. Usiłował dojrzeć twarz mężczyzny, lecz on miał pochyloną głowę. W tej chwili obrońca wyliczał argumenty na korzyść klienta. Von Osteen starał się skupić na tym, co mówi adwokat. W końcu mu się to udało. Nagle na końcu sali nastąpiło jakieś zamieszanie. Wielkim wysiłkiem woli von Osteen powstrzymał się, żeby nie wstać. Zobaczył, jak kobieta w bieli i jeden z woźnych sądowych na wpół wynoszą przez drzwi zwisającego bezwładnie mężczyznę. Nie było to niezwykłe wydarzenie w tych salach rozpraw, gdzie ludzie przeżywali taki okrutny stres. Ten incydent zaniepokoił go. Skinął palcem na jednego z protokolantów i wydał mu szeptem polecenie. Gdy protokolant wrócił i poinformował go, że przyjaciel pielęgniarki zatrudnionej przez sąd zemdlał i umieszczono go na oddziale pomocy doraźnej, von Osteen odetchnął z ulgą. A jednak było coś dziwnego w tym, że właśnie w tej chwili zdarzyło się coś takiego. Gdy gmach sądu opustoszał w porze lunchu, von Osteen postanowił odwiedzić oddział i spytać, jak się miewa mężczyzna. Mógł kogoś posłać, wolał jednak przekonać się na własne oczy. Pielęgniarka była bardzo ładną i dobrze wychowaną dziewczyną. Odnotował z aprobatą, że znacznie przewyższa osoby zatrudnione zwykle na takich państwowych posadach. Wskazała parawan ustawiony wokół jednego ze szpitalnych łóżek i powiedziała, że pacjent dochodzi do siebie. To nic poważnego, niegroźne chwilowe omdlenie. Von Osteen wlepił wzrok w parawan. Omal nie uległ przemożnej chęci, by wejść za parawan i spojrzeć mężczyźnie w twarz, by rozwiać wszystkie swoje obawy. Takie zachowanie byłoby jednak czymś niezwykłym, poza tym drogę zagradzała mu pielęgniarka. Musiałaby się odsunąć. Odruchowo powiedział jej kilka uprzejmych słów i wyszedł z sali. Po raz pierwszy od kiedy został sędzią w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości, przeszedł przez dziedziniec, odwracając głowę, by nie patrzeć na wewnętrzny mur, pod którym tamtego strasznego dnia wiele lat temu leżała sterta zwłok. Opuściwszy dziedziniec, ruszył główną aleją do przecznicy, gdzie czekała na niego limuzyna z szoferem, by zawieźć go do domu na lunch. Obok kierowcy siedział detektyw z ochrony i von Osteen uśmiechnął się z rozbawieniem. Ochroniarz niewiele zdziała w przypadku zdeterminowanego zabójcy, może stać się najwyżej jeszcze jedną ofiarą. Gdy samochód skręcił w podjazd do jego domu, on Osteen zauważył, że zwiększono ochronę wokół budynku. To będzie skuteczne, zmusi zabójcę do wybrania innego miejsca na dokonanie zamachu Marcia będzie bezpieczna. Żona czekała na niego w jadalni. Stół był nakryty białym obrusem, który przy zaciągniętych zasłonach sztucznym świetle miał lekko niebieskawy odcień, błyszczało srebro, w aranżacji różnokolorowych kwiatów w ustawionych wszędzie wazonach widać było rękę artystki. Marcia - powiedział żartobliwie do żony - mam nadzieję, że jedzenie będzie równie wspaniałe jak oprawa. Żona skrzywiła się z udawaną irytacją. Zawsze sędzia - odrzekła. Patrząc na nią, von Osteen zastanawiał się, czy wierzyłaby w jego winę, gdyby wszystko wyszło a jaw. I wiedział, że gdyby temu zaprzeczył, Marcia by mu uwierzyła. Była młodsza od niego o dwadzieścia lat, lecz naprawdę go kochała. Co do tego nie miał wątpliwości. Von Osteen powiódł dłonią o twarzy. Operacja udała się doskonale, zrobiono ją w najlepszej niemieckiej klinice, lecz z bliska było wyraźnie widać liczne drobne blizny po szwach. Zastanawiał się, czy dlatego żona lubi, gdy zasłony są zaciągnięte, a światło przyćmione. Po lunchu kazała mu się położyć na kanapie w salonie, by godzinkę odpoczął, a sama usiadła naprzeciwko z książką na kolanach. Klaus von Osteen zaniknął oczy. Nie potrafił wyznać prawdy swojej żonie, wierzyła w niego. Zresztą został ukarany. Kilka tygodni po Różanym Poniedziałku w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku odłamki pocisku raniły go w twarz. Pogodził się bez goryczy z tą straszliwą raną, ponieważ w jego umyśle była pokutą za zbrodnię, jaką popełnił na młodym amerykańskim agencie w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości. Jak mógł wyjaśnić komukolwiek, że jako oficer sztabowy, arystokrata, Niemiec, zdawał sobie sprawę z upadku swego kraju, z jego hańby. I podobnie jak mężczyzna, który ma żonę pijaczkę i sam decyduje się zostać pijakiem, by okazać jej swoją miłość, on stał się oprawcą i mordercą, by pozostać Niemcem. Ale czy rzeczywiście było to takie proste? We wszystkich tych latach po wojnie wiódł naprawdę uczciwe życie i było to dla niego rzeczą naturalną. Jako sędzia był ludzki, nigdy okrutny. Zostawił swoją przeszłość za sobą. Protokoły z monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości zostały starannie zniszczone i aż do pewnego dnia, kilka tygodni temu, czuł niewielkie wyrzuty sumienia z powodu okrucieństw, których dopuścił się podczas wojny. W owym dniu otrzymał informację, że Pfann, Moltke i bracia Freislingowie zostali zamordowani. Tydzień temu odwiedził go w domu oficer amerykańskiego wywiadu, Arthur Bailey i powiedział mu o Michaelu Roganie. To Rogan zamordował mężczyzn, którzy w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości byli podwładnymi von Osteena, kiedy ten sądził Rogana, nie będąc sędzią. Von Osteen pamiętał Michaela Rogana. A więc w końcu jednak go nie zabili. Arthur Bailey uspokoił go, że Rogan nigdy nie dokona ostatniego zabójstwa, wywiad amerykański tego dopilnuje. Utrzymają również w tajemnicy wojenne okrucieństwa von Osteena. Von Osteen zdawał sobie sprawę z tego, co to oznacza. Gdyby kiedykolwiek doszedł do politycznej władzy w Niemczech Zachodnich, będzie obiektem szantażu amerykańskiego wywiadu. Leżąc na kanapie z zamkniętymi oczami, wyciągnął rękę, by dotknąć żony. Dopiero wtedy, gdy dowiedział się, że Rogan żyje, zaczęły go dręczyć koszmarne sny. W tych snach Rogan pochylał się nad nim, z tyłu czaszki miał krwawą dziurę, z której krew kapała na twarz von Osteena. Śniły mu się też głośne krzyki młodej żony Rogana, które odtwarzał mu z fonografu. Jaka była prawda? Dlaczego torturował Rogana, a następnie go zabił? Dlaczego nagrał krzyki tamtej ślicznej dziewczyny umierającej przy porodzie? I dlaczego ostatecznie oszukał Rogana, zwodził go nadzieją na życie, pozwolił uwierzyć, że jego żona wciąż żyje? Pamiętał pierwszy dzień przesłuchań, wyraz twarzy Rogana. Była to niewinna, uczciwa twarz i to go rozdrażniło. Była to również twarz młodego człowieka, któremu nie przydarzyło się dotychczas nic złego. Tego samego dnia von Osteen poszedł odwiedzić żonę więźnia. Okazało się, że zabrano ją do gabinetu zabiegowego, ponieważ zaczęła rodzić. Idąc korytarzem w stronę gabinetu, usłyszał krzyki bólu młodej dziewczyny, a gdy lekarz powiedział mu, że dziewczyna umiera, von Osteen postanowił nagrać jej krzyki, by nastraszyć Rogana i zmusić go w ten sposób do mówienia. Jakim byłem wtedy błyskotliwym człowiekiem, pomyślał von Osteen. Był błyskotliwy we wszystkim. Błyskotliwy w czynieniu zła, a po wojnie, żyjąc ze swoją nową twarzą, błyskotliwy w czynieniu dobra. I dzięki swej inteligencji rozumiał teraz, dlaczego tak doszczętnie zniszczył Rogana. Uświadomił sobie, że uczynił to, ponieważ dobro i zło zawsze muszą próbować unicestwić się wzajemnie. I jest nieuniknione, że w świecie wojny i morderstwa zło musi zatriumfować nad dobrem. Toteż zniszczył Rogana, przewrotnie doprowadził go do tego, że młody człowiek mu zaufał i miał nadzieję. I w tym ostatnim momencie, gdy Rogan błagał go spojrzeniem o litość, von Osteen roześmiał się, jego śmiech utonął w huku kuli eksplodującej w czaszce Rogana. Roześmiał się, ponieważ widok Rogana w kapeluszu zsuniętym na oczy był autentycznie zabawny, a sama śmierć w tamtych strasznych dniach czterdziestego piątego roku była zwykłą burleską.

ROZDZIAŁ 22

Na oddziale doraźnej pomocy w klinice przy Monachijskim Pałacu Sprawiedliwości Rogan przygotowywał się do swego ostatniego spotkania: Klausem von Osteenem. Przyczesał włosy i wygładził ubranie. Chciał się prezentować przyzwoicie, by nie wyróżniać się spośród tłumu. Poklepał prawą kieszeń marynarki, by upewnić się, że pistolet wciąż tam jest, mimo iż czuł jego ciężar. Rosalie wzięła z tacy flakon z bezbarwnym płynem i zmoczyła nim gruby tampon gazy. Włożyła gazę do lewej kieszeni marynarki Rogana. Jeśli poczujesz, że robi ci się słabo, przyłóż to do ust i głęboko wdychaj - powiedziała. Michael pochylił się, by ją pocałować, ona zaś poprosiła: Zaczekaj, aż wyjdzie z sali rozpraw. Zaczekaj do końca dnia. Będę miał większą szansę, jeśli zaskoczę go, gdy będzie wracał z lunchu. A ty bądź w samochodzie. Musnął lekko dłonią jej policzek. Jest duże prawdopodobieństwo, że uda mi się uciec. Uśmiechnęli się do siebie smutno, z udawaną pewnością siebie, po czym Rosalie zdjęła biały fartuch i rzuciła go na krzesło. Pójdę już. Nie mówiąc nic więcej, nie oglądając się, wyszła z kliniki i ruszyła dziedzińcem w kierunku ulicy. Rogan odprowadził ją wzrokiem, po czym również opuścił gabinet i wszedł po wewnętrznych schodach na korytarz na głównym piętrze monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości. Korytarz był zatłoczony, pełno tam było skazańców oczekujących na wyrok, w otoczeniu rodzin i przyjaciół, jak również ich obrońców i stróżów prawa. Kolejno znikali w poszczególnych salach, aż w końcu ciemny, chłodny korytarz całkiem opustoszał. Nie było śladu von Osteena. Rogan poszedł korytarzem do sali, gdzie von Osteen przewodniczył rano rozprawie. Spóźnił się, rozprawa toczyła się już od kilku minut i za chwilę miał być wydany wyrok na przestępcę. Von Osteen jako przewodniczący siedział pomiędzy dwoma sędziami. Wszyscy byli ubrani w czarne togi, lecz tylko von Osteen miał na głowie wysoki kapelusz z otokiem z gronostajów i norek, który był zarezerwowany dla przewodniczącego kompletu sędziowskiego, i chyba wszyscy na sali ulegali lękliwej fascynacji jego osobą. Miał właśnie ogłosić wyrok na skazanego, który stał przed nim. Decyzję wypowiedział tym wspaniałym, przekonującym głosem, który Rogan tak dobrze pamiętał. Był to wyrok dożywotniego więzienia dla nieszczęsnego przestępcy. Rogan poczuł ogromną ulgę, że jego poszukiwania dobiegły końca. Przeszedł jakieś trzydzieści metrów od drzwi sali sądowej i ukrył się w jednej z pustych nisz w korytarzu, która przez tysiąc lat mieściła w sobie zbroję germańskiego wojownika. Czekał tam prawie godzinę, aż wreszcie ludzie zaczęli się wysypywać na korytarz przez dębowe drzwi. Dostrzegł postać w czarnej todze wychodzącą z sali przez małe boczne drzwi. Von Osteen szedł ku niemu przez ciemny korytarz. Wyglądał jak starożytny kapłan przygotowany na ofiarę, czarna toga łopotała, stożkowaty kapelusz z otokiem z gronostajów i norek przypominał biskupią mitrę, świętą i nietykalną. Rogan czekał, tarasując korytarz. Wyciągnął walthera i trzymał go przed sobą. Stali teraz twarzą w twarz. Von Osteen, próbując przeniknąć wzrokiem mrok, w którym tonął korytarz, wyszeptał: „Rogan?”. A Michaela ogarnęła oszałamiająca radość, że ta ostatnia ofiara go rozpoznała, że wiedziała, za jaką zbrodnię musi umrzeć. Kiedyś skazałeś mnie na śmierć - powiedział. I wtedy znowu usłyszał zniewalający głos: Rogan, Michael Rogan? Von Osteen uśmiechnął się do niego. Cieszę się, że w końcu przyszedłeś. Podniósł rękę i dotknął obszytego futrem kapelusza. W moich snach jesteś znacznie bardziej przerażający - oznajmił. Rogan wypalił z pistoletu. Wystrzał rozbrzmiał w marmurowych korytarzach niczym dźwięk potężnego dzwonu. Von Osteen zatoczył się do tyłu. Obie ręce miał uniesione, jak gdyby błogosławił Rogana. Ten wystrzelił jeszcze z. Postać w czarnej todze zaczęła osuwać się na posadzkę, stożkowaty kapelusz sprawił, że upadek oglądał majestatycznie, świętokradczo. Ludzie wybiegali na korytarz z sąsiednich sal i Rogan oddał ostatni strzał w kierunku ciała leżącego na marmurowej posadzce. Potem, z pistoletem w ręku, wypadł przez boczne wyjście na nasłoneczniony plac. Był wolny. Widząc czekającego mercedesa nie dalej jak sto kroków od niego, puścił się pędem w jego stronę. Rosalie stała obok samochodu. Wydawała się malutka, jak gdyby znajdowała się na końcu długiego tunelu. Michael biegł, myśląc, że naprawdę mu się uda. Już po wszystkim, a jemu się uda. Jednak wąsaty policjant w średnim wieku, kierujący ruchem, dostrzegł pistolet w dłoni Rogana i opuścił swój posterunek, by go zatrzymać. Był nieuzbrojony, zastąpił drogę Michaelowi i powiedział: - Jest pan aresztowany. Nie wolno wymachiwać bronią w miejscu publicznym. Rogan odepchnął go i szedł dalej w stronę mercedesa. Rosalie zniknęła z pola widzenia. Musiała być w samochodzie i uruchamiać silnik. Policjant dążył za nim, chwytając go za ramię i mówiąc: Daj spokój, bądź rozsądny. Jestem niemieckim policjantem i aresztuję cię. Miał silny bawarski akcent, który sprawiał, że jego głos brzmiał przyjaźnie. Rogan uderzył go w twarz. Policjant zachwiał się, po czym pobiegł za nim niezdarnie, próbując zagonić Michaela do Pałacu Sprawiedliwości. Był potężnie zbudowany, lecz bał się użyć siły fizycznej, widział bowiem pistolet w dłoni Rogana. Jestem policjantem - powtórzył zdziwiony, nie mogąc uwierzyć, że ktoś nie podporządkował się jego legalnym rozkazom. Rogan odwrócił się i wypalił mu w klatkę piersiową. Policjant upadł na niego, spojrzał mu w oczy i rzekł z zaskoczeniem, z niewinnym przerażeniem: „O Wie gemein Sie sind”. Jego słowa zadźwięczały w mózgu Rogana. „Och, jakże jesteś niegodziwy”. Stał tam jak sparaliżowany, a policjant umierał u jego stóp. Własne ciało Rogana, zastygłe w bezruchu na nasłonecznionym placu, zdawało się rozpadać na drobne kawałki, tracił siły, lecz wtedy znalazła się przy nim Rosalie. Wzięła go za rękę i zmusiła do raz. Postać w czarnej todze zaczęła osuwać się na posadzkę, stożkowaty kapelusz sprawił, że upadek wyglądał majestatycznie, świętokradczo. Ludzie wybiegali na korytarz z sąsiednich sal i Rogan oddał ostatni strzał w kierunku ciała leżącego na marmurowej posadzce. Potem, z pistoletem w ręku, wypadł przez boczne wyjście na nasłoneczniony plac. Był wolny. Widząc czekającego mercedesa nie dalej jak sto kroków od niego, puścił się pędem w jego stronę. Rosalie stała obok samochodu. Wydawała się malutka, jak gdyby znajdowała się na końcu długiego tunelu. Michael biegł, myśląc, że naprawdę mu się uda. Już po wszystkim, a jemu się uda. Jednak wąsaty policjant w średnim wieku, kierujący ruchem, dostrzegł pistolet w dłoni Rogana i opuścił swój posterunek, by go zatrzymać. Był nieuzbrojony. Zastąpił drogę Michaelowi i powiedział: Jest pan aresztowany. Nie wolno wymachiwać bronią w miejscu publicznym. Rogan odepchnął go i szedł dalej w stronę mercedesa. Rosalie zniknęła z pola widzenia. Musiała być w samochodzie i uruchamiać silnik. Policjant podążył za nim, chwytając go za ramię i mówiąc: Daj spokój, bądź rozsądny. Jestem niemieckim policjantem i aresztuję cię. Miał silny bawarski akcent, który sprawiał, że jego głos brzmiał przyjaźnie. Rogan uderzył go w twarz. Policjant zachwiał się, po czym pobiegł za nim niezdarnie, próbując zagonić Michaela do Pałacu Sprawiedliwości. Był potężnie zbudowany, lecz bał się użyć siły fizycznej, widział bowiem pistolet w dłoni Rogana. Jestem policjantem - powtórzył zdziwiony, nie mogąc uwierzyć, że ktoś nie podporządkował się jego legalnym rozkazom. Rogan odwrócił się i wypalił mu w klatkę piersiową. Policjant upadł na niego, spojrzał mu w oczy i rzekł z zaskoczeniem, z niewinnym przerażeniem: „O wie gemein Sie sind”. Jego słowa zadźwięczały w mózgu Rogana. „Och, jakże jesteś niegodziwy”. Stał tam jak sparaliżowany, a policjant umierał u jego stóp. Własne ciało Rogana, zastygłe w bezruchu na nasłonecznionym placu, zdawało się rozpadać na drobne kawałki, tracił siły, lecz wtedy znalazła się przy nim Rosalie. Wzięła go za rękę i zmusiła do ucieczki. Wepchnęła go do mercedesa i ruszyła z rykiem silnika. Jechała jak szalona ulicami Monachium, by jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym schronieniu ich pokoju. Rogan siedział z głową odchyloną w prawą stronę i Rosalie z przerażeniem spostrzegła cienką strużkę krwi sączącą mu się z lewego ucha. Krew płynęła wbrew prawu ciążenia, napędzana wewnętrzną pompą, która się zepsuła. Rosalie zatrzymała samochód przed pensjonatem pomogła mu wysiąść. Michael ledwie mógł się utrzymać na nogach. Dziewczyna wyjęła mokry tampon gazy z lewej kieszeni jego marynarki i przytrzymała mu przy ustach. Gdy podniósł gwałtownie głowę, zauważyła, że szkarłatna smużka krwi jest coraz szersza. Nadal ściskał w prawej dłoni pistolet, przechodnie na ulicy gapili się na nich. Rosalie wprowadziła go do pensjonatu i pomogła mu wejść do schodach. Gapie bez wątpienia wezwą policję, lecz z jakiegoś powodu Rosalie pragnęła, by Michael znalazł się za zamkniętymi drzwiami, ukryty przed oczami wszystkich. A gdy już byli sami bezpieczni, pociągnęła go do zielonej kanapy, zmusiła, by się położył i oparła jego głowę na swoich kolanach. A Rogan, czując ból pod srebrną płytką w swojej czaszce, wiedząc, że nigdy już nie będą mu się śniły tamte koszmarne sny, poprosił: Pozwól mi odpocząć. Pozwól mi zdrzemnąć się, zanim po mnie przyjdą. Rosalie gładziła go po czole, Michael czuł zapach róż unoszący się z jej dłoni. Tak - powiedziała. Prześpij się trochę. Wkrótce potem niemiecka policja wkroczyła do pokoju i zastała ich tam. I ostatecznie siedmiu mężczyzn z wysoko sklepionej sali monachijskiego Pałacu Sprawiedliwości zabiło Michaela Rogana. Teraz, po upływie dziesięciu lat, jego uszkodzony mózg eksplodował w niezwykle silnym krwotoku. Krew płynęła ze wszystkich otworów w jego głowie - z ust, z nosa, z uszu, z oczu. Rosalie siedziała spokojnie, na jej kolanach utworzyła się sadzawka krwi. Gdy policjanci zbliżyli się do nich, wybuchnęła rozpaczliwym szlochem. Następnie powoli skłoniła głowę i złożyła na zimnych wargach Michaela ostatni pocałunek.

Mario Puzo, Sześć grobów od Monachium

Powieść kryminalna, swoisty thriller szpiegowski Mario Puzo – amerykańskiego pisarza pochodzenia włoskiego przenosi wyrafinowaną akcję do po-drugo-wojennej Republiki Federalnej Niemiec i do uprzednich w czasie ostatnich minut hitlerowskich Niemiec – tamtej Trzeciej Rzeszy, również do nowej Republiki Austriackiej, także i Włoskiej oraz do komunistycznych, a zatem quasi-ludowych Węgier, w lata skądinąd czterdzieste i pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Młody amerykański oficer wywiadu Michael Rogan wraz z żoną Christine trafia w ręce „nienawistnych" nazistów, którzy w monachijskim Pałacu Sprawiedliwości co rusz prowadzą okrutne przesłuchania szczególnych szpiegów. Nasz zmaltretowany kapitan Mike pod bezpośrednim wpływem perfidnej w skutkach audialnej perswazji zdradza tajne szyfry alianckiego podziemia we Francji. Na koniec tuż przed wyzwoleniem okrutni prześladowcy Rogana w osobie ich przywódcy Clausa von Osteena próbują zamordować swoją ofiarę, kula jednak wymierzona w czaszkę nie zabiera kapitana Rogana do świata zmarłych. Po wojnie Michael zakłada firmę komputerową i szybko zdobywa znaczny majątek poprzysięgając sobie oraz światu krwawą zemstę na nietypowych dręczycielach. Opowieść o mrocznej zemście Mario Puzo przestrzega, że człowiekowi w warunkach nadzwyczajnych trudno jest utrzymać się w ryzach obostrzeń moralnych i wyprzeć się gotowości do zabijania innego życia, jeśli przeżycie staje się krzywą normą, a osobowość - ułomna, destrukcyjna oraz pełna kompleksów złożonych z niepowodzeń życiowych.  



powrót ››