Blog

 

06.02.2026

Rodzina Borgiów

ROZDZIAŁ 5

Żądza zemsty kardynała Giuliana delia Rovere z wolna przybierała rozmiary obsesji. Często budził się w nocy zmarznięty i rozdygotany, bo Aleksander nawiedził jego sny. Toteż rankiem, odmawiając codzienne modlitwy, a nawet klęcząc w kaplicy pod bacznym spojrzeniem olbrzymich marmurowych posągów miłosiernych świętych i barwnych portretów męczenników, planował zniszczenie papieża. U źródła tych uczuć leżała nie tylko porażka w wyścigu do papieskiej tiary, choć i to, oczywiście, miało jakieś znaczenie. Najważniejsze było przekonanie, że Aleksander w samej istocie swego jestestwa jest człowiekiem niemoralnym. Niewymuszony wdzięk papieża i jego charyzma zdawały się sprawiać, że wszyscy wokół niego obojętnieli na obowiązek zbawiania dusz bliźnich, niezdolni mu się przeciwstawić, kiedy nadawał swoim dzieciom najwyższe urzędy kościelne. Wielu kardynałów i większość królów oraz obywateli Rzymu wybaczała mu jego wybryki. Najwyraźniej bawiły ich organizowane przezeń gigantyczne procesje, bale, bankiety, widowiska i wyszukane uroczystości pochłaniające środki, które mogły być spożytkowane dla obrony państwa kościelnego i wysłania armii Kościoła na nowe terytoria. W przeciwieństwie do zawsze uprzejmego Aleksandra, delia Rovere był człowiekiem niecierpliwym i gwałtownym, który nigdy nie wydawał się szczęśliwy – chyba że na polowaniu lub na wojnie. Był niestrudzenie pracowity i nie znosił zabawy w jakiejkolwiek formie. Właśnie z powodu tej wady charakteru uważał siebie za uosobienie wszelkich cnót. Niewiele dbał o cokolwiek czy kogokolwiek, choć miał trzy córki. I w całym swoim życiu tylko raz szczerze kogoś pokochał. Trzeba przyznać, że kardynał delia Rovere nosił się z pewną godnością, co mogłoby budzić zaufanie do jego osoby, gdyby nie błysk fanatyzmu w dużych, czarnych oczach. Nie był urodziwy. Głowę miał sztywno osadzoną na karku, twarz o ostro zarysowanych liniach, kanciastą, o sterczących, spiczastych kościach policzkowych. Rzadko się uśmiechał, a zęby miał ładne, drobne i równe. Jedynie cofnięty podbródek przydawał jego obliczu nieco łagodności. W sumie była to twarz człowieka średniowiecza, żyjącego w oczekiwaniu dnia Sądu Ostatecznego. Nawet jego masywna, jak wyciosana z kamienia sylwetka kojarzyła się raczej z niezłomnością i niezależnością poglądów niż siłą. Że jest odważny i inteligentny – temu nikt nie przeczył. Nie był szczególnie lubiany ze względu na skłonność do grubiaństwa i obraźliwych uwag, co jakże mocno kontrastowało z naturalną elegancją i uprzejmością papieża. Tak czy inaczej, był nietuzinkowym wrogiem. W swoich listach do króla Francji, Karola, Ferrante, króla Neapolu i innych władców, delia Rovere bezustannie oskarżał Aleksandra o symonię – kupienie papieskiego urzędu. Przy okazji padały oskarżenia o korupcję, oszustwa, nepotyzm, chciwość, obżarstwo i wszelkie formy grzechu nieczystości. To, że on sam popełnił wiele z grzechów, które zarzucał Aleksandrowi, dla kardynała zdawało się nie mieć znaczenia. Faktem jest, że niektóre z tych oskarżeń nie były bezpodstawne. Po elekcji Aleksander oddał ważne zamki w ręce kardynałów, którzy go poparli, i mianował ich na najważniejsze watykańskie urzędy. Ascanio Sforza otrzymał urząd wicekanclerza Kościoła, gdyż pomógł utrwalić pozycję Aleksandra podczas ostatniego głosowania. Dostały mu się także zamki, kościoły i kilka lenn. Mówiło się, że ciemną nocą przed ostatnim głosowaniem dwa obładowane srebrem osły przeprowadzono z pałacu kardynała Rodriga Borgii do pałacu kardynała Sforzy. Głosując tak, jak głosował, kardynał Antonio Orsini zapewnił sobie tytuł własności dwu miast przynoszących dochody idące w dziesiątki tysięcy dukatów; inni kardynałowie dostali urzędy kościelne, beneficja i lenna. Sam Giuliano delia Rovere został obdarowany stanowiskiem legata papieskiego w Awinionie, fortecą Ronciglione, różnymi dochodowymi prebendami i zamkiem Nenci. Praktyka rozdawania beneficjów i ziem nie była nowa. Weszło w zwyczaj, że po elekcji papieże przekazywali zaufanym osobom część swoich posiadłości, choćby po to, by nie zostały złupione przez rzymski motłoch. A czyż to nie logiczne, że nagradzani owymi posiadłościami byli ci, którzy wykazali się lojalnością podczas konklawe? Niemniej oskarżenie o symonię było oburzające. Kardynał delia Rovere pochodził bowiem ze znacznie bogatszej i bardziej ustosunkowanej rodziny niż Rodrigo Borgia. Gdyby urząd papieża był do kupienia, gdyby hojnymi darami można było zdobyć głosy – delia Rovere mógłby bez trudu przelicytować Aleksandra i zmienić ostateczny wynik głosowania. Teraz, powodowany złością i goryczą przyćmiewającą rozsądek i polityczne wyczucie, Giuliano delia Rovere oraz kilku innych niezadowolonych z istniejącego stanu rzeczy kardynałów umyślili sobie, by nakłonić króla Francji, Karola VIII, do zwołania soboru. Przed laty sobór miał moc rozkazywania papieżowi, a nawet pozbawienia go urzędu. Zgromadzenie to, złożone z kardynałów, biskupów i świeckich władców miało wówczas służyć jako przeciwwaga dla władzy Rzymu i środek ograniczenia supremacji papiestwa. Jednakże od czasów Piusa II, a więc od lat trzydziestu, broń ta wyszła z użycia. Mimo to widok nowego papieża wyświęcającego swego syna na kardynała tak rozjuszył delia Rovere i jego sojuszników, że postanowili tchnąć nowe życie w ideę soboru, widząc w niej narzędzie zniszczenia Aleksandra. Aby podkreślić swój dystans do bieżących wydarzeń, delia Rovere opuścił Rzym tuż po ceremonii wyświęcenia Cezara i wrócił do swojej siedziby w Ostii, żeby rozpocząć ofensywę przeciw Aleksandrowi. Gdy nawiąże już odpowiednie sojusze i dopracuje strategię, pojedzie do Francji oddać się pod opiekę króla Karola. Teraz, gdy nadał już określony kierunek biegowi losów Cezara i Juana, Aleksander musiał zacząć ustalać miejsce córki w swoim wielkim planie. Doskonale wiedział, co powinien zrobić. Lukrecja nie była jeszcze kobietą, miała ledwie trzynaście lat, ale nie mógł czekać dłużej. Musiał obiecać wydać ją za Giovanniego Sforzę, hrabiego Pesaro. Jeszcze będąc kardynałem, obiecał ją był dwu młodym Hiszpanom. Jednakże od kiedy został papieżem, jego polityczna pozycja uległa zmianie i teraz musiał tak planować swoje posunięcia, by zapewnić sobie przychylność Mediolanu. Obietnice złożone wcześniej młodzieńcom z Hiszpanii muszą zostać złamane – tak uprzejmie, jak to możliwe. Lukrecja była najcenniejszym dobrem, jakim dysponował, przystępując do matrymonialnych przetargów. A dwudziestosześcioletni Giovanni, właśnie owdowiały, gdyż jego żona zmarła w połogu, był wymarzonym kandydatem do jej ręki. Aleksander musiał działać szybko, bo stryj Giovanniego, Il Moro, był najpotężniejszym człowiekiem w Mediolanie. Należało uczynić zeń przyjaciela Borgiów, zanim sprzymierzy się z królem Hiszpanii lub Francji. Aleksander wiedział, że jeśli nie będzie w stanie zjednoczyć feudalnych miast-państw w jedne Włochy, rządzące się prawami Stolicy Apostolskiej, bez wątpienia podbiją je tureccy barbarzyńcy, niewierni. Ruszą na rzymskie terytoria, jeśli tylko da im się po temu okazję. Ileż dusz uległoby wtedy zatracie, jak bardzo zmalałyby dochody jedynego prawdziwego Kościoła. A co najważniejsze – gdyby nie potrafił zachować lojalności ludu i obronić Rzymu przed najazdem obcych, gdyby nie umiał posłużyć się papieskim autorytetem dla wzmocnienia Świętej Matki Kościoła, inny kardynał – bez wątpienia Giuliano delia Rovere – zająłby jego miejsce na tronie Stolicy Piotrowej i cała rodzina Borgiów znalazłaby się w poważnym niebezpieczeństwie. Niechybnie zostaliby oskarżeni o herezję i torturami zmuszeni do przyznania się do winy. Majątek, nad którego zdobyciem tak ciężko pracował przez wiele, wiele lat, zostałby rozkradziony, a oni zostaliby bez niczego. Był to znacznie gorszy los niż ten, jaki miała znosić jego ukochana córka. Po bezsennej nocy spędzonej na krążeniu po komnatach, modlitwach o boską poradę i wszechstronnej analizie planu, Aleksander posłał po dzieci: Cezara, Juana i Lukrecję. Jofre wciąż jeszcze był zbyt dziecinny, a przy tym nie mógł uchodzić za najbystrzejszego z jego chłopców. Rozmowy o strategii politycznej wprawiłyby go jedynie w pomieszanie. W towarzystwie obcych Lukrecja składała ojcu dworski ukłon, całowała jego pierścień i na znak szacunku przed nim klękała. Ale gdy byli sami, podbiegała do niego i zarzuciwszy ręce na szyję, całowała czule. Dalibóg, to dziecko umiało trafić do jego serca. Dzisiaj, zamiast odpowiedzieć córce uściskiem, papież Aleksander odsunął ją i przytrzymał za ramiona, aż stanęła przed nim wyprostowana. Co się stało, papo? – zapytała, a na jej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Trapiła się, ilekroć sądziła, że ojciec jest z niej niezadowolony. Wysoka jak na trzynastoletnią dziewczynkę, mogła uchodzić za skończoną piękność o porcelanowej cerze i rysach twarzy tak doskonałych, jakby ukształtowała je dłoń Rafaela. W jej jasnych oczach skrzyła się inteligencja, a każdy ruch znamionowały płynność i wdzięk. Lukrecja była światłem życia swego ojca; w jej obecności papieżowi dużo trudniej przychodziło myślenie o Piśmie Świętym i strategii politycznej. Papo – niecierpliwie powtórzyła Lukrecja – co się stało? Co takiego zrobiłam, że jesteś niezadowolony? Musisz wkrótce wyjść za mąż – odrzekł po prostu. Och, papo. Lukrecja przypadła do kolan ojca. Nie mogę cię jeszcze opuścić. Nie odejdę. Aleksander wstał, podniósł córkę z klęczek i objął, starając się pocieszyć płaczącą jak dziecko. Ćśśś, ćśśś – szepnął. Lukrecjo, nie mogę nie zawrzeć tego aliansu, ale to nie znaczy, że już teraz musisz odejść. No, otrzyj łzy. Papa ci wszystko wytłumaczy. Siadła u stóp ojca na przetykanej złotą nicią poduszce i uważnie wsłuchiwała się w jego słowa. Rodzina Sforzów z Mediolanu jest bardzo potężna, a bratanek Il Mora, młody Giovanni, właśnie stracił żonę. Teraz zgodził się na skoligacenie naszych rodzin. Wiesz, że papa chce jak najlepiej dla nas wszystkich. Jesteś już wystarczająco dorosła, by rozumieć, że bez takich powiązań z wielkimi, wpływowymi rodami moje panowanie jako papieża nie potrwa długo. Wszyscy znajdziemy się wtedy w niebezpieczeństwie, a na to nie mogę pozwolić. Lukrecja pochyliła głowę, skinęła nią na znak zrozumienia. Wyglądała teraz bardzo dziecinnie. Aleksander wstał i zaczął przechadzać się po komnacie, zastanawiając się, jak możliwie najdelikatniej przedstawić kolejną sprawę. Na koniec odwrócił się w stronę córki i zapytał: Czy wiesz, co kobieta robi w łóżku z mężczyzną? Czy ktoś ci już to wyjaśnił? Nie, papo – odparła i po raz pierwszy uśmiechnęła się filuternie. Taki uśmiech nieraz widział na twarzach kurtyzan. Pokręcił głową, pełen podziwu dla córki. Równie uczuciowa jak jej matka, mimo młodego wieku umiała być sprytna i figlarna. Przywołał gestem Cezara i Juana. Zbliżyli się i klęknęli przed nim, z szacunkiem pochylając głowy. Wstańcie, synowie – powiedział. Musimy porozmawiać. Mamy do podjęcia ważne decyzje, a przyszłość nas wszystkich będzie zależeć od tego, o czym dzisiaj mówimy. Cezar, rozważny, o wysokim poziomie samoświadomości, nie był jednak tak swobodny i sympatyczny, jak jego siostra. Wszędzie widział pole do współzawodnictwa i zawsze nastawiał się na zwycięstwo za wszelką cenę i przy pomocy wszelkich dostępnych środków. Juan natomiast był bardziej wrażliwy na własną krzywdę, choć całkowicie obojętny na krzywdę innych. W jego usposobieniu wyczuwało się przymieszkę okrucieństwa, a na jego twarzy gościł zwykle sardoniczny uśmieszek. Nie miał nawet odrobiny niewymuszonego wdzięku Lukrecji ani charyzmy starszego brata. Niemniej Aleksander bardzo był do niego przywiązany, wyczuwając jego bezbronność, której brakło Cezarowi i Lukrecji. Papo, dlaczego nas tutaj wezwałeś? – zapytał Cezar, wyglądając przez okno. Rozpierała go energia; dzień był piękny, pogodny – chciałby w tej chwili znajdować się w mieście. W południe na placu odbędzie się świetna zabawa karnawałowa, w której powinniśmy wziąć udział... Aleksander podszedł do ulubionego fotela w rogu komnaty. Usiądźcie, moje dzieci, usiądźcie koło mnie – polecił łagodnym głosem. Wszyscy troje siedli u jego stóp na dużych jedwabnych poduszkach. Uśmiechnął się i zatoczył ręką łuk ponad ich głowami. Oto najświetniejsza rodzina w całym chrześcijaństwie – powiedział. Wzniesiemy się ponad przeciętność i zdobędziemy władzę dzięki wielkim dziełom, jakich dokonamy dla świętego Kościoła rzymskiego. Zbawimy wiele dusz. A trudząc się dla chwały bożej, będziemy całkiem nieźle żyć. Ale jak każde z was wie, pociąga to za sobą konieczność poświęcenia. Mogliśmy to wyczytać z żywotów wielu świętych... Wielkie czyny wymagają wielkich poświęceń. Aleksander uczynił znak krzyża. Spojrzał na Lukrecję, która siedziała na dywanie u jego stóp, opierając się o ramię Cezara. Obok, ale osobno od pozostałej dwójki, zajął miejsce Juan, polerując sztylet otrzymany niedawno w prezencie. Cezarze, Juanie? Spodziewam się, że każdy z was miał już sprawę z kobietą? Juan zmarszczył brwi. Oczywiście, papo. Dlaczego zadajesz takie pytania? Zanim podejmie się ważną decyzję, powinno się zebrać tyle informacji, ile to możliwe – odrzekł papież, a następnie zwrócił się do najstarszego syna: A ty, Cezarze? Byłeś w łóżku z kobietą? – zapytał. Z wieloma – odparł zwięźle Cezar. A czy były zadowolone? To pytanie Aleksander skierował do obu synów. Juan skrzywił się, wyraźnie zniecierpliwiony. Skąd miałbym wiedzieć? – zaśmiał się. Czy powinienem był zapytać? Papież pochylił głowę i zapytał: Cezarze czy kobiety, z którymi spałeś, były zadowolone? Nieco rozbawiony, ale nie tracąc kontenansu, Cezar odrzekł: Sądzę, że były, ojcze. Każda z nich błagała, bym spotkał się z nią raz jeszcze. Papież Aleksander spojrzał na córkę, która przyglądała mu się z mieszaniną ciekawości i oczekiwania. Następnie odwrócił wzrok ku synom. Który z was zgodziłby się dzielić łoże z waszą siostrą? Papo – odrzekł Juan znudzonym tonem – wolałbym raczej wstąpić do klasztoru. Aleksander uśmiechnął się i rzekł: Jesteś młody i głupi. Teraz Lukrecja zrobiła zagniewaną minę. Dlaczego pytasz o to moich braci, nie pytając najpierw mnie? Jeśli jeden z nich ma iść ze mną do łóżka, czy nie ja powinnam dokonać wyboru? Cezar uspokajająco poklepał ją po dłoni. Papo, co się za tym wszystkim kryje? Dlaczego żądasz od nas czegoś takiego? I czy nie obawiasz się, że za taki czyn nasze dusze czeka potępienie i piekło? Papież Aleksander podniósł się z krzesła i podszedł do portyku ozdobnych drzwi, łączących dwie ogromne komnaty. Wskazał złożone z pięciu płycin panneau nad łukowato sklepionym przejściem i zapytał: Czy w czasie studiów niczego nie dowiedzieliście się o wielkich egipskich dynastiach, o czasach, gdy bracia i siostry zawierali związki małżeńskie w celu zachowania czystości krwi? Czy nie słyszeliście o młodej Izydzie, która poślubiła swego brata, króla Ozyrysa, najstarszego syna nieba i ziemi? Izyda i Ozyrys spłodzili dziecko imieniem Horus i razem stworzyli wielką Trójcę, poprzedniczkę chrześcijańskiej Świętej Trójcy: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Izyda, Horus i Ozyrys pomagali ludziom uniknąć podstępów diabła i dbali o to, by dobrzy otrzymali nagrodę w postaci odrodzenia do życia wiecznego. Jedyna różnica między nimi a naszą Świętą Trójcą jest taka, że jedno z nich było kobietą. Tu Aleksander uśmiechnął się do Lukrecji. Egipcjanie stworzyli jedną z najbardziej rozwiniętych cywilizacji w dziejach i możemy brać z nich przykład. To nie może być jedyny powód, ojcze – powiedział Cezar. Egipcjanie byli poganami i czcili pogańskich bogów. Musiałeś mieć na uwadze coś, o czym nam nie powiedziałeś. Aleksander podszedł do Lukrecji i pogłaskał jej długie, jasne włosy. Czuł wyrzuty sumienia. Nie mógł powiedzieć żadnemu z nich, co tak naprawdę nim kierowało. A było to przeświadczenie, że zna naturę kobiety. Wiedział, że mężczyzna, któremu ulegnie jako pierwszemu, zawładnie jej miłością i oddaniem. Bo kiedy raz odda się mężczyźnie, powierzy mu klucze do swego serca i duszy. On jednak musiał zadbać o to, by jednocześnie nie powierzyła mu kluczy do królestwa. A że Aleksander nigdy nie pozwoliłby obcemu rościć sobie prawa do swoich najcenniejszych dóbr, nadszedł czas, by sam nimi zawładnął. Jesteśmy rodziną – zwrócił się do dzieci – a lojalność wobec rodziny musi mieć prymat nad lojalnością wobec czegokolwiek i kogokolwiek innego. Musimy uczyć się od siebie, ochraniać się i czuć, że przede wszystkim z sobą nawzajem jesteśmy związani. Bo jeśli uszanujemy ten związek, nikt nigdy nas nie zwycięży. Ale jeśli nasza wzajemna lojalność zawiedzie, wszyscy będziemy potępieni. Tu papież zwrócił się do Lukrecji. I masz rację, moje dziecko. W tej chwili to jest twój wybór. Nie możesz wybrać tego, którego poślubisz, ale możesz wybrać swego pierwszego mężczyznę. Lukrecja zerknęła na Juana i skromnie pochyliła głowę. Wolałabym raczej zostać posłana do klasztoru niż pójść do łóżka z Juanem. Następnie odwróciła się do Cezara. Musisz obiecać, że będziesz delikatny, bo to, co nas czeka, to miłość, nie wojna, braciszku. Cezar uśmiechnął się i skłonił żartobliwie. Masz moje słowo. A ty, siostrzyczko, możesz mnie więcej nauczyć na temat miłości i lojalności, niż nauczyłem się przez całe życie. To mi się także przyda. Papo – spytała, obracając na ojca szeroko rozwarte oczy – czy będziesz tutaj, aby mieć pewność, że wszystko idzie jak należy? Bez ciebie może mi zabraknąć odwagi. Słyszałam bowiem różne rzeczy na ten temat i od Giulii, i od moich dwórek. Będę tutaj – odrzekł Aleksander. Tak samo jak będę przy tobie w noc poślubną. Albowiem kontrakt ślubny nie jest ważny, jeśli nie ma świadków... Dziękuję, papo. Zerwała się, aby uściskać ojca i zapytała: Czy mogę dostać jakąś ładną nową suknię i pierścień z rubinem jako prezent z okazji tego święta? Oczywiście – odrzekł. Możesz dostać dwa... Minął tydzień i Aleksander zasiadł na swoim tronie spowity w szaty z połyskliwego białego atłasu, bez ciężkiej tiary na głowie, zamiast której miał małą, atłasową myckę. Podnóżek tronu wznosił się wysoko ponad posadzkę; pod przeciwległą ścianą, na tle subtelnej urody gobelinu stało łóżko. Rzecz działa się w jednej z najwspanialszych, urządzonych z największym zbytkiem komnat świeżo odnowionych apartamentów Borgii. Wezwani przez Aleksandra zjawili się Cezar i Lukrecja. Służbie natomiast przykazano usunąć się i czekać na wezwanie. Papież przyglądał się, jak syn i córka zdejmują szaty. Lukrecja zachichotała, kiedy Cezar, wyzbywszy się odzienia, stanął nagi. Spojrzał na nią z uśmiechem. Aleksander pomyślał, że to dziwne i poniekąd wzruszające, iż wyraz prawdziwej czułości pojawiał się na twarzy jego syna tylko w obecności Lukrecji. Z natury agresywny, w każdej innej sytuacji był stroną atakującą. Tylko ona – nawet w tej chwili – zdawała się mieć nad nim władzę. Lukrecja była najprawdziwszym skarbem. Nie tylko ze względu na swą urodę, choć nie znalazłoby się jedwabiu delikatniejszego niż złote loki spadające jej na ramiona. Jej oczy świeciły tak jasno, że zawsze miało się wrażenie, iż skrywają jakąś tajemnicę. Jaką, tego papież jeszcze nie zdołał dociec. Doskonale proporcjonalnej budowy, o pączkujących piersiach i gładkiej, nieskalanej skórze, Lukrecja wciąż jeszcze była odrobinę za szczupła. Radość dla oczu, marzenie każdego mężczyzny. A Cezar? Żaden z olimpijskich bogów nie mógł się pochwalić doskonalszą figurą. Wysoki i muskularny, był ucieleśnieniem młodej męskości i siły. Gdybyż tak inne cnoty wzięły w nim górę nad niedającą mu spokoju ambicją. Ale w tej chwili rysy twarzy Cezara zmiękły, z łagodnym uśmiechem patrzył na stojącą przed nim siostrę. Czy jestem dość piękna? – spytała, a kiedy przytaknął ruchem głowy, zwróciła się do ojca. Jestem, papo? Czy uważasz, że dorównuję urodą innym młodym kobietom, które widziałeś? Papież skinął głową i uśmiechnął nieznacznie. Jesteś piękna, moje dziecko. Doprawdy, jesteś jednym z najdoskonalszych dzieł Boga. Powoli uniósł prawą rękę, nakreślił w powietrzu znak krzyża i wypowiedział błogosławieństwo. Następnie polecił młodym zaczynać. Serce Aleksandra przepełniała radość i wdzięczność dla dzieci, które tak głęboko ukochał. Wyobrażał sobie, iż tak właśnie musiał się czuć Bóg Ojciec, patrząc na Adama i Ewę w ogrodach raju. Ale tylko przez kilka chwili bawił się tą myślą. Przyszło mu bowiem do głowy, że może dopadła go owa hybris, nieokiełznana pycha, prześladująca tylu pogańskich herosów. Szybko przeżegnał się, prosząc o przebaczenie. Jednakże spoglądając na swoje dzieci, widział tylko niewinność niesplamioną jakimkolwiek występkiem. Ich młode twarze rozjaśniała ciekawość i rozkosz. Nigdy już nie znajdą się tak blisko raju. I czyż nie to było przeznaczeniem mężczyzny i kobiety? Czuć radość Boga. Czy nie dość już cierpień, których przyczyną była religia? Czy cierpienie to jedyny sposób oddawania czci Stwórcy? Ludzki świat jest tak głupi, pełen niegodziwości i zdrady; tylko tu, w pałacu ojca, w Stolicy Apostolskiej, jego dzieci zawsze będą się czuły bezpieczne, otoczone opieką. Miał obowiązek zadbać o to. Te chwile wielkiej rozkoszy pomogą im przejść przez wszystkie trudy i niedole, jakie nieuchronnie wcześniej czy później napotkają na swojej drodze. Aleksander modlił się, a kiedy podniósł wzrok, Cezar i Lukrecja leżeli na łóżku, nadzy i wyczerpani. Dzieci – powiedział słabym głosem – włóżcie szaty i zbliżcie się do mnie... A kiedy klęknęli przed nim, Lukrecja ze łzami w oczach popatrzyła na ojca i szepnęła: Dziękuję, ojcze. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym w ten sam sposób oddać się innemu, nie zaznawszy wpierw tego, co zaznałam. Teraz zwróciła się do brata. Cezarze, mój bracie. Tobie także dziękuję. Nie przypuszczam, bym kogokolwiek pokochała tak, jak kocham w tej chwili ciebie. Cezar uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Za to spoglądając z góry na swoje dzieci, papież Aleksander dostrzegł w oczach syna coś, co go zmartwiło. Nie pomyślał o tym, by przestrzec Cezara o pewnej pułapce miłości: prawdziwa miłość przydaje mocy kobiecie, mężczyznę zaś wystawia na niebezpieczeństwo. Tak więc choć ten dzień mógł być błogosławieństwem dla Lukrecji i przyczynić się do wzmocnienia dynastii Borgiów, pewnego dnia może się okazać przekleństwem dla jego syna.

ROZDZIAŁ 7

Osobisty medyk papieża w wielkim pośpiechu przybył do Watykanu z pilnym doniesieniem o wybuchu zarazy w Rzymie. Aleksander przyjął go, siedząc na tronie w Sali Wiary. Wiadomość o nadejściu Czarnej Śmierci bardzo go zaniepokoiła. Niezwłocznie wezwał do siebie córkę. Nadeszła pora, byś wyjechała do Pesaro i znalazła schronienie u boku męża – oznajmił bez ogródek. Ależ papo – zawołała, rzucając mu się do nóg – jak mogę cię opuścić? Jak mogę opuścić braci, moją najdroższą Adrianę i naszą Giulię? Jak mogę żyć tak daleko od miasta, które kocham? W innych okolicznościach Aleksander jeszcze by się targował z ukochaną córką, ale w obliczu niebezpieczeństwa musiał zdobyć się na stanowczość. Razem z tobą papa wyśle do Pesaro Adrianę i naszą drogą Giulię – powiedział. Będziemy do ciebie pisać co dzień, toteż żadne z nas nie będzie samotne. Lukrecja była jednak niepocieszona. Wstała, jej zwykle łagodne oczy płonęły. Wolałabym umrzeć na dżumę w Rzymie niż żyć z Giovannim Sforzą w Pesaro. On jest niemożliwy. Nigdy na mnie nie patrzy, rzadko się odzywa, a jeśli już, to mówi tylko o sobie albo każe mi zrobić coś, czego nienawidzą. Papież Aleksander czule objął córkę, próbując ją pocieszyć. Czy już o tym nie rozmawialiśmy? O poświęceniu, na jakie wszyscy musimy się godzić dla dobra rodziny i dla zachowania władzy bożej na ziemi? Giulia powiedziała mi, że podziwiasz świętą Katarzynę. Czy ona, tak jak ty, opierałaby się żądaniu ojca w niebiosach? A czyż twój papa nie jest jego rzecznikiem na ziemi? Lukrecja cofnęła się i popatrzyła na ojca. Wciąż nadąsana, z odętą dolną wargą, powiedziała: Katarzyna ze Sieny jest świętą, a ja jestem zwykłą dziewczyną. Dziewczęta nie muszą postępować jak święte. To, że jestem córką papieża, nie oznacza, iż muszę być męczennicą. Aleksandrowi zaświeciły się oczy. Niewielu mężczyzn byłoby w stanie oprzeć się namiętnej argumentacji jego córki. Ujęła go przy tym i rozbawiła swoją niechęcią do rozstania się z nim. Delikatnie ujął jej dłoń. Papa także poświęca się dla ojca w niebiosach, bo nikogo na świecie nie kocham bardziej od ciebie, moje dziecko. Nawet Giulii? Lukrecja nieśmiało zerknęła na ojca. Papież uczynił znak krzyża na piersi. Bóg mi świadkiem, że nikogo nie kocham bardziej od ciebie. Och, papo! Lukrecja zarzuciła ojcu ręce na szyję i wdychając woń kadzidła z wyszywanej złotej szaty, zapytała: Czy obiecasz pisać do mnie list za listem bez żadnych przerw? I czy obiecasz posłać po mnie, gdy dowiesz się, że dłużej już nie mogę wytrzymać? Bo jeśli nie, umrę z rozpaczy i nigdy już mnie nie zobaczysz. Obiecuję – odrzekł. Teraz zbierz swoje damy dworu, a ja zawiadomię twojego męża, że natychmiast wyjeżdżasz do Pesaro. Przed wyjściem Lukrecja pochyliła się, by ucałować pierścień papieża, a podniósłszy głowę, zapytała: Mam powiedzieć Giulii czy ty to zrobisz? Papież uśmiechnął się. Możesz jej powiedzieć – odrzekł z udawaną powagą. A teraz już idź...

Ostatniego dnia niespełna tygodniowej podróży do Pesaro spadł ulewny deszcz. Lukrecja, Giulia i Adriana przemokły do suchej nitki. Podobnie wszystkie ich służące i zapasy. Lukrecja była rozczarowana. Miała nadzieję przybyć do Pesaro w całej krasie swej urody; w końcu była tu panią. Dumna i podniecona niczym dziecko bawiące się w naśladowanie dorosłych, chciała nacieszyć się podziwem i uwielbieniem ludzi, którzy teraz mieli być jej poddanymi. Podróżowali konno; kobiety jechały na chłopskich wozach. Wyboiste gruntowe drogi wiodły ich przez piękne wiejskie okolice. Lukrecji i jej dworowi towarzyszył Micheletto z grupą zbrojnych dla obrony przed rabusiami. Mimo to co wieczór z chwilą zapadnięcia zmroku zmuszeni byli stawać na postój. Wzdłuż drogi łączącej Rzym z Pesaro znajdowało się jednak niewiele zajazdów, toteż często rozbijali obóz w polu. Kilka godzin przed kresem podróży Lukrecja poprosiła o rozstawienie namiotu, tak by ona i Giulia mogły się przygotować. Znajdowały się w drodze już od wielu dni i jej świeża, młoda twarz oraz czyste zazwyczaj włosy nosiły ślady wystawienia na wiatr, słońce i deszcz – nie mówiąc o błocie oblepiającym jej buty i dół sukni. Kazała służącym rozpuścić sobie włosy, wysuszyć bawełnianym ręcznikiem i wetrzeć w nie specjalny balsam, który jej złotym lokom przydawał szczególnego blasku. Kiedy jednak zrzuciła suknię, by włożyć inną, nagle zrobiło jej się słabo. Mam dreszcze – rzuciła w stronę damy dworu, przytrzymując się jej ramienia, by nie upaść. Adriana zrobiła zmartwioną minę; policzki Lukrecji zaróżowiły się od gorączki. Czy nie czujesz się chora? – zapytała. Lukrecja uśmiechnęła się, jej oczy błyszczały mocniej niż zwykle. Nic mi nie jest – skłamała, ale Adriana dostrzegła gęsią skórkę na jej ramionach. Jak tylko dojedziemy i napiją się gorącej herbaty, od razu poczuję się lepiej. Ruszajmy już, bo na pewno czekają nas różne uroczystości, a przecież nie chcemy męczyć naszych lojalnych poddanych. Zbliżali się do Pesaro. Kilka kilometrów przed miastem natknęli się na tłum mężczyzn, kobiet i dzieci stojących wzdłuż drogi. Niektórzy trzymali nad głowami deski lub kawałki płótna, osłaniając się przed ulewnym deszczem. Mimo to śpiewali, klaskali i pozdrawiali Lukrecję radosnymi okrzykami. Rzucali w jej stronę kwiaty i podnosili dzieci, by mogła ich dotknąć. Kiedy jednak dotarli do miejskiej bramy, Lukrecji zaczęło się kręcić w głowie. A gdy Giovanni pozdrowił ją z uśmiechem i rzekł: Witaj, moja hrabino – prawie go nie słyszała, a w chwilę później zemdlała. Któryś ze służących pochwycił ją w ramiona i zaniósł do pałacu. Dziwił się, że jest taka lekka, a jej świetlista uroda zrobiła na nim wielkie wrażenie. Delikatnie ułożył ją na zasłanym futrami łożu we wspaniałej sypialni i wrócił do swoich, opowiadając na lewo i prawo o nowej żonie hrabiego. Wokół Lukrecji zakrzątnęły się Adriana i Giulia. Kazały podać herbatę i zupę, by rozgrzać chorą. Tymczasem Giovanni wyszedł do poddanych i ogłosił, że pani oficjalnie przywita się z nimi następnego dnia, kiedy już odpocznie i nabierze sił. Tej nocy, spędzonej w ciemnej komnacie pośród obcego miasta, Lukrecja leżała w łóżku, modląc się i na próżno próbując zasnąć. Ogromnie tęskniła za ojcem, a jeszcze bardziej – za Cezarem. W dniu jej wyjazdu z Rzymu Cezar przyrzekł odwiedzić ją w Pesaro, a gdyby z jakichś powodów okazało się to niemożliwe, obiecał przysłać don Micheletta, by towarzyszył jej do Lago di Argento, leżącego akurat w połowie drogi z Rzymu do Pesaro. Tam mogliby pobyć tylko we dwoje; swobodnie rozmawiać; bawić się na łąkach tak jak wtedy, gdy byli dziećmi, z dala od wszystkowidzących oczu papieża i tych, którzy mieli ich chronić. Wspomnienie Cezara przyniosło jej ukojenie. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że czuje na wargach dotyk jego ust; wkrótce potem zasnęła. Rano wciąż jeszcze gorączkowała, ale odmówiła pozostania w łóżku. Nie chciała zmarnować kolejnego dnia; pragnęła zobaczyć Pesaro i przywitać się z jego obywatelami. Wiedziała, że na nią czekają. Deszcz ustał, do komnaty wpadały promienie słońca. W ich świetle wydawała się ciepła i przytulna. Grupa mieszczan przez całą noc czekała na Lukrecję na placu przed zamkiem; teraz śpiewali dla niej, przez otwarte okno słyszała ich głosy. Giovanni obiecał Lukrecji wspaniałe bale i przyjęcia na jej cześć. Musiała się przygotować. Przy pomocy Giulii, Adriany i dam dworu udało jej się wybrać suknię zarazem prostą i elegancką – z różowego atłasu i najprzedniejszej weneckiej koronki. Na głowie miała nieduży diadem ze złota i pereł. Włosy, związane na skroniach, z tyłu swobodnie opadały na plecy. Już wystrojona, Lukrecja zakręciła przed Giulią radosny piruet i spytała: Czy wyglądam jak hrabina? Moim zdaniem raczej jak księżniczka – odparła Giulia, patrząc na przyjaciółkę roziskrzonymi oczyma. Prawdziwy anioł – zgodziła się Adriana. Lukrecja wyszła na balkon i pomachała dłonią zgromadzonym na placu. Rozległy się oklaski i wiwaty, w stronę nowej pani Pesaro poleciały wianki z kwiatów. Podniosła jeden z nich i nałożyła na głowę. Wiwaty rozległy się ze zdwojoną siłą. Niebawem miasto opanowali muzykanci, kuglarze i błazny – zupełnie jak w Rzymie przy podobnych okazjach. Lukrecja czuła się uszczęśliwiona, bo oczy wszystkich zwrócone były na nią. Zawsze się zastanawiała, dlaczego ojciec i bracia tak przepadają za uroczystymi pochodami przez miasto, dlaczego tyle satysfakcji czerpią z władzy i pozycji. Teraz zaczynała rozumieć. Patrząc na wzniesione ku niej twarze mężczyzn, kobiet i dzieci, Lukrecja czuła się mniej samotna. Może i ona urodziła się do takiego życia? Pesaro było pięknym miastem. Otaczały je gaje oliwne, zielone, żyzne pola. Granic hrabstwa strzegły olbrzymie, lecz przyjazne góry – Apeniny. Lukrecja pomyślała, że mogłaby tu być szczęśliwa – zwłaszcza gdyby nauczyła się znosić obecność męża.

Niemal wszyscy we Francji wiedzieli, że król Karol wierzy nie tylko w Boga chrześcijan i święty Kościół katolicki, ale i w układ gwiazd. Nic więc dziwnego, że jego najbardziej zaufanym doradcą był lekarz i astrolog Szymon z Pavii. Szymon odczytał z mapy nieba horoskop Karola w chwili jego narodzin i to on przepowiedział młodemu królowi, że jest mu przeznaczone dowodzić kolejną krucjatą przeciw pogańskim Turkom. Od wczesnego dzieciństwa Karol nie podejmował żadnej istotnej decyzji bez zasięgnięcia rady astrologa. Zdobycie tej ważnej informacji Duarte Brandao zawdzięczał nie tylko swoim talentom, ale także wielkiemu szczęściu. W jego umyśle natychmiast zrodził się wspaniały plan. Czując przypływ entuzjazmu, pospieszył do apartamentu papieża, aby z nim pomówić. Aleksander siedział przy biurku zasłanym dokumentami, podpisując kolejne egzemplarze bulli. Podniósł wzrok i ujrzawszy Duarte, uśmiechnął się przyjaźnie. Następnie polecił oddalić się pozostałym obecnym w komnacie. Wstał i podszedł do ulubionego fotela. Ale kiedy Duarte pochylił się, by ucałować pierścień papieża, ten niecierpliwym ruchem cofnął rękę. Zachowaj te wszystkie ceregiele na publiczne uroczystości, przyjacielu. Wiesz, że nikomu nie ufam tak jak tobie, nawet moim dzieciom. Wspólna odpowiedzialność poniekąd zrównuje ludzi i dotyczy to nawet Wikariusza Chrystusa. Jako człowiek, ja, Aleksander, wysoko cenię twoją lojalność i przyjaźń. Wskazał gestem krzesło naprzeciw siebie, ale Duarte nie był w stanie usiedzieć spokojnie, kiedy opowiadał, czego się dowiedział. Papież Aleksander słuchał uważnie, wreszcie spytał: A ty, czy ty wierzysz, że gwiazdy żądzą naszym życiem? Duarte pokręcił głową. W co ja wierzę, nie ma wielkiego znaczenia, Wasza Świątobliwość. A jednak... Wierzę, że gwiazdy w jakiś sposób wpływają na ludzkie życie, ale rządzi nim sam człowiek i nasz ojciec w niebiosach. Papież sięgnął do bursztynowego amuletu, który zawsze nosił zawieszony na szyi, i pogłaskał go czule. Każdy z nas wierzy, że naszym życiem kierują jakieś tajemne siły, tak więc Karol nie jest tu specjalnym wyjątkiem. Uśmiechnął się do Duarte. Ale widzę z twojej twarzy, że przyszedłeś do mnie z gotowym planem, więc teraz mi o nim opowiedz. Duarte ściszył głos niemal do szeptu. Nim nadciągną Francuzi, pozwól mi udać się do tego człowieka, tego Szymona z Pavii i wręczyć mu „honorarium”. Bez nadawania sprawie rozgłosu. W jakiej wysokości? – zapytał Aleksander. Duarte zawahał się, znał bowiem oszczędność papieża, kiedy chodziło o cokolwiek poza uroczystościami państwowymi i rodziną. Zaproponowałbym dwadzieścia tysięcy dukatów... Aleksander spojrzał nań rozszerzonymi oczyma, a gdy przemówił, starał się nie okazywać zaskoczenia. Duarte! Za takie pieniądze moglibyśmy wyposażyć w konie całą armię. Dwadzieścia tysięcy dukatów to nie honorarium, to kolosalna łapówka... Brandao uśmiechnął się. Wasza Świątobliwość, nie powinniśmy się trząść nad kilkoma sztukami złota. Musimy mieć pewność, że ten lekarz ułoży korzystny dla nas horoskop, bo zdobył zaufanie króla Francji. Przez kilka minut papież milczał zamyślony. Duarte – rzekł wreszcie – jak zwykle masz rację. Zapłać dottore to honorarium. Astrologia zaprzecza istnieniu wolnej woli, darowanej człowiekowi przez Boga. Jest zakazana przez prawo kanoniczne. Nie można więc nam zarzucić, że sprzeciwiamy się zakonowi chrześcijańskiemu. Tą interwencją nie splamimy naszych nieśmiertelnych dusz. Późną nocą Duarte, przebrany za Francuza, przejechał linię wrogich pikiet. Po kilku dniach osiągnął cel podróży – niewielką chatę pośród lasu. Szymon z Pavii baraszkował właśnie w pościeli z tłuściutką dziwką. Brandao, który nigdy nie zapominał o wymogach dobrego wychowania, przekonał go grzecznie, by przeprosił damę i udał się z nim do sąsiedniego pomieszczenia, jako że ma mu do przekazania wiadomość niezwykłej wagi. Przedstawienie warunków umowy i wypłacenie lekarzowi honorarium zajęło Duarte ledwie kilka chwil. Wciąż w przebraniu, przekonany o sukcesie swej misji, Brandao dosiadł wierzchowca i wyruszył w drogę powrotną do Rzymu. O, gdyby tylko papież miał serce i duszę świętego, miast być zwykłym śmiertelnikiem, pożądającym ziemskich rozkoszy! Choć wplątany w misterną sieć własnych intryg politycznych, co rusz rzucał wszystko dla spraw osobistych. Jego młoda faworyta, Giulia Farnese, musiała zostać w Pesaro o kilka tygodni dłużej niż się spodziewał, by zaopiekować się chorą Lukrecją. Gdy ta wyzdrowiała na tyle, że można ją było z czystym sumieniem zostawić samą, Giulia postanowiła odwiedzić męża, Orsina, przebywającego w zamku Bassanello. Po co? Aleksander nie miał pojęcia. Ale najpierw – prosiła – niech papież zezwoli jej spotkać się z matką i chorym bratem w Capodimonte. Aleksander odmówił prośbom Giulii. Orsino jest żołnierzem – przekonywał – i został wysłany do Bassanello służbowo, ma tam dbać o sprawy papiestwa. Wszelako Giulia, młoda i pełna temperamentu, zbuntowała się przeciw papieskiemu żądaniu natychmiastowego powrotu do Rzymu. Napisała kolejny list, w którym błagała Aleksandra o wybaczenie jej nieposłuszeństwa, ale upierała się, że na razie wrócić nie może. Jakby nie dość było tej zdrady, zabrała do Capodimonte swoją teściową, Adrianę. Aleksander wpadł w furię. Jeśli on nie mógł wytrzymać bez Giulii, jakim cudem ona wytrzymywała bez niego? Niewierna dziewczyna! Całemu otoczeniu papieża dane było odczuć jego gniew. W nocy dręczyła go bezsenność spowodowana nie żadnym politycznym zagrożeniem, ale tęsknotą za dotknięciem dłoni Giulii, zapachem jej włosów, za niosącym ukojenie ciepłym ciałem. Na koniec, nie mogąc już dłużej wytrzymać, klęknął przed ołtarzem i modlił się o oczyszczenie serca z nienasyconej żądzy. Gdy kardynał Farnese próbował przemówić mu do rozsądku, wyjaśniając, że siostra nie miała wyboru, Orsino bowiem zwyczajnie po nią posłał, a w końcu jest jej mężem – papież odprawił go, na pożegnanie wrzasnąwszy: Ingrazia! Niewdzięcznica! Dąsał się przez kilka dni. Błąkał się po komnatach, powtarzając w myślach długą listę występków kochanki, jej męża i swojej ulubionej siostrzenicy. Ekskomunikuje ich! Za tę zdradę niechybnie trafią do piekła. Ostatecznie to nie kto inny, tylko młody Orsino przyczynił się do uśmierzenia boleści papieża. Dowiedziawszy się o jego strapieniu, a obawiając się o własną pozycję, zabronił żonie przyjeżdżać do Bassanello. Polecił jej natomiast bez zwłoki udać się do Rzymu, zanim drogi opanują francuscy żołdacy. A ponieważ był jej mężem, musiała go posłuchać.

Kiedy król Karol z blisko czterdziestotysięczną armią ruszył przez Alpy w kierunku Italii, kardynał delia Rovere, zły i zgorzkniały, znajdował się u jego boku. Judził młodego władcę przeciwko papieżowi, dowodził, że atak na Borgię jest znacznie ważniejszy niż jakaś tam krucjata przeciw Turkom. Nikt nie próbował powstrzymać wojsk francuskich w ich marszu na południe, w kierunku Neapolu – ani Mediolan, ani Bolonia, ani Florencja. Na wieść o postępach Francuzów papież Aleksander podjął przygotowania do obrony Rzymu i Watykanu. Postanowił zaufać Virginiowi Orsiniemu, który był głównodowodzącym sił zbrojnych króla Ferrante i głową rodziny Orsinich. Virginio przekonał papieża o swej dobrej woli, płacąc podatek ze swoich zamków. Aleksander wiedział, że może on wezwać pod broń ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, a dzięki wielkiej, niezdobytej twierdzy Bracciano jego armia była wręcz nie do pokonania. Jednakże ziarna chciwości i zdrady mogą się kryć także w sercach najodważniejszych i nawet Ojciec Święty nie mógł przewidzieć, że nagle wykiełkują. Zdyszany Duarte Brandao wbiegł do komnaty papieża Aleksandra. Wasza Dostojność, otrzymałem wiadomość, że nasz były przyjaciel Virginio Orsini przeszedł na stronę Francuzów. Musiał postradać zmysły... – skwitował tę wiadomość Aleksander. Znany ze swego opanowania Duarte tym razem wyglądał na przygnębionego. O co chodzi, przyjacielu? – zapytał papież. Po prostu winniśmy teraz zmienić naszą strategię. Zamiast walczyć z królem Karolem, musimy go przechytrzyć. Duarte opuścił głowę i ściszył głos. Mam bardziej niepokojącą wiadomość, Wasza Omnipotencjo. Na drodze z Capodimonte Francuzi ujęli Giulię Farnese i Adrianę. Do tej chwili przetrzymują je w kwaterze dowództwa jazdy Karola. Papież Aleksander zbladł z wściekłości. Na długą chwilę całkiem zaniemówił, umysł zaćmiła mu mgła troski i przerażenia. Duarte – powiedział w końcu – upadek Rzymu byłby tragedią, ale jeśli jakaś krzywda stałaby się mojej drogiej Giulii, to byłaby całkowita klęska. Musisz się postarać, żeby ją uwolniono, bo na pewno będą żądali za nią okupu. Jakie są warunki Waszej Świątobliwości? – zapytał Duarte. Zapłacisz, ile będziesz musiał – odrzekł Aleksander. Albowiem Karol ma teraz w swoich rękach moje serce i moje oczy.

Francuzi znani byli jako znakomici żołnierze, ale słynęli także ze swej rycerskości. Uwięziwszy Giulię Farnese i Adrianę Orsini, zwolnili całą towarzyszącą im służbę. Następnie próbowali oczarować piękne panie poczęstunkiem i zabawnymi historyjkami. Kiedy jednak Karol dowiedział się, kim są branki, rozkazał natychmiast zwrócić je papieżowi. Jakiego zażądamy okupu? – zapytał dowódca francuskiej konnicy. Karol akurat był w nastroju do wspaniałomyślnych gestów. Trzy tysiące dukatów – oznajmił. Papież Aleksander zapłaci pięćdziesiąt razy tyle – zaprotestował dowódca. Jesteśmy tutaj, aby zdobyć koronę Neapolu – przypomniał mu Karol – która jest warta dużo więcej. Trzy dni później Giulia Farnese i Adriana całe i zdrowe wróciły do Rzymu pod eskortą czterystu francuskich kawalerzystów. U bram miasta, rozradowany i nareszcie wolny od obaw, czekał na nie Aleksander. Wieczorem, odziany niczym dworski galant, z puginałem i szpadą u pasa, w czarnych walenckich ciżmach i również czarnym, oblamowanym złotem kaftanie – Aleksander spotkał się z Giulią. Po raz pierwszy od kiedy wyjechała z Rzymu, czuł spokój.

Skutkiem oburzającej zdrady Virginia Orsiniego koncepcja stawienia oporu Francuzom straciła wszelki sens. Papież wiedział, że bez jego warowni, broniących dostępu do Rzymu, nie ma sposobu zatrzymania Karola. Teraz potrzebował czasu na opracowanie nowej strategii, mającej na celu przechytrzenie młodego króla, nie zaś pokonanie Francuzów w bitwie. Z właściwą sobie dalekowzrocznością, natychmiast po wstąpieniu na tron Piotrowy Aleksander przygotował się na możliwość obcego najazdu. Kazał zbudować korytarz łączący pomieszczenia Watykanu z zamkiem Świętego Anioła i zaopatrzył ową warownię w zapas żywności i wody wystarczający na przetrwanie co najmniej jednej zimy – właśnie tak długo zdecydowany był teraz w razie potrzeby stawiać opór. Pod nadzorem Duarte Brandao i don Micheletta służący spakowali co cenniejsze przedmioty należące do Aleksandra i Cezara – złote tiary, papieskie klejnoty, relikwie, łóżka, skrzynie i kobierce – by przenieść je do zamku Świętego Anioła, który uchodził za twierdzę nie do zdobycia. Zabrali ze sobą całą rodzinę. Nawet Vannozza porzuciła swój pałac dla bezpiecznego schronienia za murami Świętego Anioła. Kardynał Farnese wykazał się wielką mądrością i wrażliwością, wysyłając swą siostrę Giulię poza Rzym, aby broń Boże nie dopuścić do powstania sytuacji niezręcznej dla papieża. Konfrontacja pomiędzy byłą a obecną kochanką mogłaby bowiem przyczynić Aleksandrowi więcej kłopotów niż przybycie króla Karola. Co prawda, Vannozza pogodziła się z faktem, że młodsza rywalka zajęła jej miejsce, aczkolwiek nigdy nie umiała traktować jej poważnie. Giulia jednak była bardzo zazdrosna o matkę dzieci Aleksandra. W dzień Bożego Narodzenia papież rozkazał wszystkim neapolitańskim oddziałom niezwłocznie opuścić Rzym. Nie były dość silne, by zwyciężyć najeźdźców, a Aleksander obawiał się, że ich obecność w mieście zostanie przez Francuzów poczytana za przejaw wrogości. Karol mógłby się wtedy posunąć do splądrowania Rzymu, zrabowania wszystkiego, co ma jakąś wartość i nadaje się do wywiezienia – a przynajmniej nie powstrzymywałby od grabieży swoich żołdaków. Zaniesiesz Karolowi wiadomość – polecił papież Duarte. Powiesz mu, że Jego Świątobliwość papież Aleksander życzy sobie powitać go, gdy będzie przejeżdżał przez nasze miasto w drodze do Neapolu. Duarte ściągnął brwi, oczy mu się zwęziły. Przejeżdżał? Można tak powiedzieć – rzekł Aleksander, ale wyglądał na zamyślonego, gdy dodawał: – choć nie jestem pewien, że to właśnie chodzi po głowie poczciwemu królowi Francuzów.

W końcu grudnia Francuzi wkroczyli do Rzymu. Papież Aleksander w minorowym nastroju, z Cezarem u boku, przyglądał się z okna swojej fortecy armii maszerującej w równym ordynku. Miasto zalała prawdziwa ludzka powódź: szwajcarscy piechurzy, uzbrojeni w śmiercionośne dziesięciostopowe piki, Gaskończycy z kuszami i arkabuzami, niemieccy najemnicy, każdy z toporem i pałką, oraz lekka konnica wyposażona w budzące lęk kopie. Dalej ciężkozbrojni z mieczami i stalowymi buzdyganami i francuscy artylerzyści, maszerujący szeregiem obok gigantycznych brązowych dział. Przygotowując się do „wizyty” Karola, Aleksander oddał wspaniały pałac Wenecki na królewską kwaterę. Najlepszy – jakiego udało się znaleźć – kucharz został skierowany do pałacu; o wygodę francuskiego monarchy miało dbać kilkuset służących. W rewanżu za papieską gościnność Karol zakazał swoim wojskom grabieży i zapowiedział, iż wszelkie akty przemocy wobec mieszkańców miasta będą karane śmiercią. Karol czuł się w Rzymie doskonale, a szacunek, okazany mu przez papieża, zrobił na nim duże wrażenie. Jednak kardynał delia Rovere i jego sojusznicy w Kościele sączyli jad do królewskich uszu, ostrzegając przed chytrością Aleksandra i nalegając na zwołanie soboru. Papież wysłał jednego z wielu lojalnych kardynałów, obdarzonego szczególnym darem przekonywania, by porozmawiał z królem, bronił swego zwierzchnika przed oskarżeniem o symonię, z którym wystąpił delia Rovere. Wyglądało na to, że Karolowi bardziej trafiły do przekonania argumenty obrońcy Aleksandra niż powtarzane aż do znudzenia zarzuty oszalałego z nienawiści delia Rovere. Tak czy inaczej, żaden sobór nie został zwołany. Natomiast kilka dni później Karol przesłał papieżowi zapieczętowaną wiadomość. Aleksander rozpakował przesyłkę i na początek wziął głęboki oddech. Uważnie przebiegł wzrokiem królewskie pismo, starając się określić nastrój piszącego. Było to żądanie; król Karol chciał, by papież udzielił mu audiencji. Aleksander odetchnął z ulgą. Osiągnął to, czego się spodziewał. Jego strategia zdała egzamin; wszystko wskazywało na to, że w drodze rokowań tę niemal beznadziejną sytuację uda się obrócić na jego korzyść. Mimo iż wojska Karola najechały terytorium państwa kościelnego, papież wiedział, że z tym krewkim Francuzem musi rozmawiać z pozycji pewnej wyższości. Nie, żeby chciał zrobić wrażenie aroganta; musiał jednak unikać pokazywania po sobie, jak dalece mu ulżyło. Spotkanie miało się odbyć w ogrodach watykańskich. Teraz najważniejsza była koordynacja. Aleksander nie mógł zjawić się pierwszy, by nie wyglądało, że czeka. Nie mniej ważne było, żeby pierwszy nie przybył król i nie musiał czekać. W rozegraniu tej sytuacji geniusz Aleksandra ujawnił się w całym jego wyrafinowaniu. Na miejsce spotkania przyniesiono go z zamku Świętego Anioła w lektyce. Polecił jednak swoim tragarzom, by ukryli się z nim za dużym krzewem rosnącym przy ścianie jednego z budynków. Czekał tam cicho przez dwadzieścia minut. Na widok króla Karola wkraczającego do ogrodu i idącego długą alejką obsadzoną krzewami różanymi, Aleksander polecił tragarzom wynieść lektykę z ukrycia. Papież miał na sobie jeden ze swoich najwspanialszych strojów: trzy złote korony połyskiwały na okrytej mitrą głowie, na piersi zwieszał się wielki, wysadzany klejnotami krucyfiks. Potężny król Francji, najsilniejszego pod względem militarnym państwa w całym chrześcijaństwie, był drobnym, niemal karłowatym mężczyzną, chodził w butach na wysokim obcasie i zdawał się ginąć w obszernych szatach wszystkich kolorów tęczy. Wspaniała postawa papieża Aleksandra najwyraźniej wzbudziła w nim nabożny lęk, bo aż ślina pociekła mu na brodę. I tak w owym pełnym świętych róż ogrodzie papież Aleksander rozpoczął negocjacje o ocalenie Rzymu.

Następnego dnia papież i król spotkali się ponownie, by sfinalizować umowę – tym razem w Sali Papieży. Aleksander wiedział, że to miejsce daje mu pewną przewagę, gdyż Karol uzna je za święte. Papież zadbał o takie sformułowanie preambuły do umowy, by Karol nigdy nie mógł usunąć go z urzędu. „Nasz Ojciec Święty – stwierdzał dokument – pozostanie dobrym ojcem króla Francji, a król Francji pozostanie oddanym synem naszego Ojca Świętego”. Teraz można było wziąć się do pozostałych spraw. Aleksander umożliwi armii francuskiej swobodne przejście przez terytorium państwa kościelnego i dodatkowo zadba o jej aprowizację. Jeśli Karol zdoła pokonać Neapol, Aleksander udzieli jego poczynaniom aprobaty Kościoła. W formie gwarancji papież odda w ręce Karola swego umiłowanego syna Cezara jako zakładnika. Cezar Borgia zostanie też uprawniony do koronowania Karola na króla Neapolu, gdy miasto zostanie podbite. Książę Djem, wciąż przetrzymywany przez papieża, również zostanie oddany w ręce Karola, lecz Aleksandrowi wolno będzie zatrzymać czterdzieści tysięcy dukatów, które sułtan turecki płacił corocznie za więzienie brata. Król Francji uczyni z Djema jednego z przywódców krucjaty, osłabiając w ten sposób ducha obrony pogan. Największym pragnieniem Karola było zostać mianowanym przez papieża oficjalnym głównodowodzącym wypraw krzyżowych. Aleksander zgodził się, ale nalegał, by wpierw Karol przysiągł mu posłuszeństwo i uznał go za prawdziwego Wikariusza Chrystusa. Tak też zostało ustalone, z tym, wszakże wyjątkiem, że Karol otrzyma tytuł głównodowodzącego krucjat dopiero po podbiciu Neapolu. Karol wykonał przepisową liczbę ukłonów i ucałował pierścień Aleksandra. Następnie rzekł: Przysięgam posłuszeństwo i cześć Waszej Świątobliwości, jak przede mną wszyscy królowie Francji. Uznaję ciebie, Ojcze Święty, za papieża wszystkich chrześcijan i spadkobiercę apostołów Piotra i Pawła. Wszystko, co posiadam, ofiaruję Stolicy Apostolskiej. Aleksander wstał, uściskał Karola i rzekł: Spełnię trzy twoje prośby. Zgodnie ze zwyczajem, nim wasal złoży przysięgę posłuszeństwa nowemu panu, ma prawo prosić o trzy przysługi. By uniknąć naruszenia godności świętego urzędu, owe przysługi, rzecz jasna, wcześniej uzgadniano; ceremonia nie mogła wyglądać na transakcję, dobijanie targu. Proszę zatem – ciągnął Karol – byś potwierdził wszystkie królewskie przywileje mojej rodziny i ogłosił, że władamy z woli Boga. Po drugie, byś pobłogosławił moją wyprawę do Neapolu. I po trzecie, abyś trzech wybranych przeze mnie kandydatów mianował kardynałami, pozwalając kardynałowi delia Rovere osiąść we Francji. Papież Aleksander zgodził się spełnić wszystkie trzy prośby. Wówczas rozradowany król z grupy towarzyszących mu możnowładców wywołał rosłego, chudego jak tyczka mężczyznę o długiej twarzy i ponurym spojrzeniu. Wasza Świątobliwość, chciałbym przedstawić mojego lekarza i astrologa, Szymona z Pavii. Jego horoskop w większym stopniu wpłynął na moją decyzję niż jakikolwiek inny czynnik. Dlatego odrzuciłem nalegania kardynała delia Rovere i w tobie złożyłem swą ufność. Tak oto, startując z beznadziejnej pozycji, Aleksander wynegocjował rozsądny pokój.

Wieczorem Aleksander wezwał Cezara, by wyjaśnić mu sens popołudniowej umowy z królem Karolem. Słuchając ojca, Cezar poczuł nagły przypływ gniewu, ale tylko pochylił głowę. Jako kardynał i syn papieża wiedział, że z oczywistych powodów był najwłaściwszym zakładnikiem. Nie mógł nim zostać jego brat Juan, który wkrótce miał objąć stanowisko kapitana generalnego armii papieskiej. Gniew Cezara nie brał się z obawy przed czekającymi go niebezpieczeństwami. Transakcja zawarta między papieżem a królem Karolem przypomniała mu natomiast, iż jest pionkiem, który inni mogą przestawiać według swojego widzimisię. Aleksander usiadł na stojącej w nogach łóżka skrzyni. Jej wieko pięknie ozdobił Pinturicchio zawiłymi płaskorzeźbami. Wewnątrz znajdowały się napoje, puchary, nocne stroje, luksusowe perfumy i olejki – wszystko to, co zdawało się niezbędne, gdy papież sprowadzał do sypialni swoje kochanki. Wolał siedzieć na tej skrzyni niż na jakimkolwiek krześle. Wiesz, synu, że nie mogę oddać na zakładnika twego brata Juana, gdyż ma on zostać kapitanem generalnym Kościoła. Przeto musisz to być ty – oznajmił Aleksander, potwierdzając domysły Cezara i pogłębiając jego irytację. Karol zażądał także drugiego zakładnika, Djema. Będziesz więc miał towarzystwo. Uszy do góry! Neapol to rozkoszne miasto dla młodzieńca takiego jak ty. Aleksander przerwał na chwilę, następnie dodał z rozbawieniem w oczach: Nie przepadasz za Juanem, co? Cezar jednak znał tę sztuczkę ojca – uciekanie się do jowialności, która miała maskować prawdziwe intencje. Jest moim bratem – odrzekł z szacunkiem. Kocham go więc jak brata. Cezar miał sekrety dużo gorsze niż nienawiść wobec brata. Mogły mu one zrujnować życie, zepsuć stosunki z ojcem, przyjaciółmi, Kościołem. Nie próbował więc nazbyt gorliwie skrywać niechęci do Juana. Oczywiście – powiedział ze śmiechem – gdyby nie był moim bratem, uważałbym go za wroga. Aleksander zrobił niezadowoloną minę. Nigdy tego nie mów, nawet w żartach. Rodzina Borgiów ma wielu wrogów. Możemy przetrwać pod warunkiem, że będziemy sobie nawzajem ufać. Wstał, podszedł do Cezara i objął go. Wiem, że wolałbyś być żołnierzem niż księdzem. Wierz mi, w planach dotyczących rodziny przyznano ci ważniejszą rolę niż Juanowi, a wiesz, jak kocham twojego brata. Gdy umrę, wszystko się zawali, jeśli mnie nie zastąpisz. Tylko ty z wszystkich moich dzieci możesz tego dokonać. Nie brak ci rozumu, śmiałości, potrafisz walczyć. Byli już papieże-wojownicy i na pewno możesz takim zostać. Jestem za młody – niecierpliwie odrzekł Cezar. Musiałbyś żyć jeszcze dwadzieścia lat... Aleksander odepchnął syna na wyciągnięcie rąk. A czemuż by nie? – rzekł i odsłonił zęby w łajdackim uśmiechu, którym zdobywał serca swoich dzieci i kochanek. Jego głęboki baryton zabrzmiał z całą mocą. Kto lepiej ode mnie bawi się na ucztach i bankietach? Kto dłużej potrafi bez wytchnienia uganiać się za zwierzyną? Kto lepiej wygodzi kobiecie? Ilu miałbym teraz bękartów, gdyby posiadanie dzieci przez papieża nie było sprzeczne z prawem kanonicznym? Będę żył jeszcze dwadzieścia lat, a ty zostaniesz papieżem. Już to sobie zaplanowałem. Wolałbym walczyć niż się modlić. Taką już mam naturę. Zdążyłeś tego dowieść – westchnął Aleksander. Mówię ci to wszystko, byś wiedział, że cię kocham. Jesteś moim synem i moją największą nadzieją. Pewnego dnia ty, nie Karol, odzyskasz Jerozolimę. Umilkł, ogarnięty wzruszeniem. Najskuteczniejszą bronią Aleksandra była zdolność wywoływania w otaczających go ludziach poczucia sukcesu, umiejętność sprawiania, że wierzyli, iż ich pomyślność ma dla niego pierwszorzędne znaczenie. W ten sposób zdobywał ich zaufanie, dzięki temu wierzyli weń bardziej niż w samych siebie. Oto była prawdziwa perfidia. Postępował tak zarówno z odwiedzającymi go władcami, jak i ze swoimi dziećmi i poddanymi – dopóki był papieżem, cały świat uważał za swoje dominium. Na chwilę urok Aleksandra zawładnął Cezarem, ale wzmianka o kolejnej krucjacie sprawiła, że czar prysnął. Papieże i królowie często posługiwali się obietnicą wyprawienia krucjaty, by wyciągnąć pieniądze z kieszeni ufnego ludu; było to dodatkowe źródło ich dochodów. Tymczasem epoka krucjat minęła, gdyż islam stał się zbyt silny. Zagrażał już samej Europie. Wenecjanie żyli w strachu, że wojna z Turkami przerwie światowe szlaki handlowe, że poganie mogą nawet zaatakować ich miasto. Francja i Hiszpania bezustannie żarły się o koronę Neapolu, a papież robił, co mógł, by utrzymać świecką władzę nad państwem kościelnym. Aleksander był zbyt mądry, by tego wszystkiego nie wiedzieć. Cezar zdawał też sobie sprawę z tego, że Juan zajmował pierwsze miejsce w sercu ojca – i nie bez powodu, pomyślał teraz. Juan miał zgoła kobiece zamiłowanie do krętactwa i przebiegłych sztuczek oraz serce dworaka. Czasami udawało mu się nawet oczarować samego Cezara, choć ten gardził nim, uważając za tchórza. Głównodowodzący papieskiej armii? Wolne żarty! Kiedy poprowadzę krucjatę, każę sobie wystrzyc na głowie tonsurę – powiedział Cezar. Był to żart zrozumiały tylko dla niego i ojca. Cezar nigdy nie nosił księżej tonsury. Aleksander roześmiał się. Może po tej krucjacie potrafisz przekonać Kościół, by odrzucił i celibat, i obowiązek noszenia tonsury. Może to i zdrowe praktyki, ale tak czy inaczej nienaturalne. Papież milczał przez chwilę, zatopiony w myślach. Wreszcie rzekł: – Pozwól, że ci o czymś przypomnę. W drodze do Neapolu musisz strzec bezpieczeństwa drugiego zakładnika, Djema. Pamiętaj, że sułtan turecki płaci mi czterdzieści tysięcy dukatów rocznie za jego przetrzymywanie. Jeśli umrze, nie będzie pieniędzy; jeśli ucieknie, także. A jest więcej wart niż kardynalski kapelusz. Będę strzegł i jego, i siebie – odparł Cezar. Ufam, że wpłyniesz na Juana, by nie poczynał sobie zbyt śmiało w Hiszpanii. Niech nie próbuje wejść w sojusz z królem Ferdynandem, dopóki będziemy towarzyszyć Karolowi, bo w ten sposób zagrozi naszemu bezpieczeństwu. Twój brat robi tylko to, co mu rozkażę. A nigdy nie wydam rozkazu, który naraziłby ciebie na niebezpieczeństwo. W końcu to ty, mój synu, trzymasz w ręku przyszłość rodziny Borgiów. Zawsze zrobię dla ciebie wszystko, co w mojej mocy – rzekł Cezar. Dla ciebie i dla Kościoła. Cezar wiedział, że przed wieczorem zostanie wydany Francuzom i zmuszony do opuszczenia Rzymu. Wyjechał więc z Watykanu przed świtem, kierując się ku odległym od miasta okolicom. Nurtowała go teraz tylko jedna myśl. Po dłuższej jeździe przez wzgórza i las pełen szelestów, odgłosów umykających zwierząt i pohukiwania sów, dotarł do skraju niewielkiej wioski. Właśnie słońce wychyliło się zza horyzontu, rozpraszając cienie nocy. Koń Cezara był spocony i wyczerpany szybkim biegiem. Zajechali przed małą chatę z kamienia. Noni, Noni! – zawołał Cezar, ale nie doczekał się odpowiedzi. O ile mógł się zorientować, wokół nie było nikogo. Skierował się na tył chaty. Stara kobieta, niemal zgięta wpół pod brzemieniem lat i ciężko wsparta na kosturze z gałęzi głogu, dreptała przez ogród z wiklinowym koszem pełnym świeżo zerwanych ziół i kwiatów. Na chwilę przystanęła skulona, a potem ostrożnie uniosła nieco głowę i rozejrzała się dokoła. Jej słabe oczy nikogo jednak nie wypatrzyły. Postawiła kosz na mokrej ziemi, zerwała jeszcze jeden pęczek ziół i ułożyła ostrożnie na kwiatach. Skierowała wzrok ku niebu i przeżegnała się. Następnie, jakby zmieszana, ruszyła przed siebie, powłócząc po błocie obutymi w sandały stopami. Noni! – zawołał ponownie Cezar, podjeżdżając bliżej. Noni! Kobieta zatrzymała się i szybko uniosła kostur jak do uderzenia. Nagle rozpoznała gościa i dopiero wtedy się uśmiechnęła. Zejdź, mój chłopcze – powiedziała głosem drżącym ze starości i wzruszenia. Zbliż się i pozwól mi się dotknąć. Cezar zsiadł z konia i delikatnie objął starą kobietę, jakby obawiał się połamać jej kruche kości. Co mogę dla ciebie zrobić, mój synu? Potrzebna mi twoja pomoc – odrzekł. Chodzi o zioło, które uśpi rosłego mężczyznę na wiele godzin, ale bez szkody dla jego zdrowia. Musi być pozbawione smaku i koloru. Starucha zachichotała i czułym gestem dotknęła policzka Cezara. Dobry chłopiec. Jesteś dobrym chłopcem – powtórzyła. Nie chcesz trucizny? Nie to, co twój ojciec... – mamrotała. Znów zaniosła się chichotem, a jej twarz zmarszczyła się niczym cienki arkusz brązowego pergaminu. Cezar znał Noni całe swoje życie. W Rzymie mówiło się, że była mamką jego ojca i że Aleksander darzył ją takim przywiązaniem, że opuszczając Hiszpanię, zabrał starą z sobą i obdarował tą chatką na wsi i ogrodem, w którym mogła uprawiać swoje zioła. Nikt już nie pamiętał, jak długo żyła w samotności, ale też nikt jej nie niepokoił – nawet grasujący po nocy bandyci, którzy czasem zapuszczali się w te okolice rabować słabych i bezbronnych wieśniaków. Aż dziw, że Noni przetrwała tak długo. Jeśli jednak wierzyć innym plotkom, miała obrońców potężniejszych nawet niż Ojciec Święty. Mówiono, że ciemną nocą z jej chaty dochodziło dziwne wycie – i zdarzało się to nie tylko podczas pełni księżyca. Cezar wiedział, że przynajmniej jedna z plotek o Noni była prawdziwa: nigdy nie polowała ani nie kupowała jedzenia. Martwe ptaki i niewielkie zwierzęta same pojawiały się na progu jej domostwa lub w ogrodzie, świeże i gotowe do pieczenia. Cezar rzadko słyszał ojca mówiącego o tej kobiecie, a jeśli już – to zawsze ciepło i z czułością. Co roku jednak przyjeżdżał do tej chaty na dalekiej prowincji, a Noni kąpała go w niewielkim stawie w ogrodzie. Ci, którzy mu towarzyszyli, czekali daleko od chaty, ale przysięgali, że słyszeli szum dzikiej wichury i łopot skrzydeł oraz widzieli wirowanie gwiazd. o Rzymie krążyły jeszcze inne opowieści. Aleksander nosił na szyi bursztynowy amulet, który dostał od Noni, gdy był młodym kardynałem. Kiedy pewnego razu go zgubił, wpadł w istny szał. Tego samego popołudnia podczas polowania spadł z konia, uderzył się w głowę i przez wiele godzin nie odzyskiwał przytomności. Zdawało się, że umrze. Cała służba, wielu kardynałów – wszyscy w jego pałacu szukali zaginionego amuletu i po wielu ślubach i żarliwych modlitwach zguba została odnaleziona. Aleksander wyzdrowiał i gdy tylko odzyskał siły, kazał watykańskiemu złotnikowi zaopatrzyć gruby, złoty łańcuch, na którym wisiał bursztynowy amulet, w mocne zapięcie. Później owo zapięcie zlutowano, tak że było nie do otwarcia. Aleksander przysięgał, że amulet chroni przed złem, i nikt nie mógł mu tego wyperswadować. Noni weszła powoli do mrocznego wnętrza chaty; Cezar postępował za nią. Na wbitych w ściany kołkach wisiały powiązane wstążkami pęczki wszelkiego rodzaju ziół. Z jednego z nich stara kobieta delikatnie oderwała kilka liści, umieściła je w moździerzu i zacisnąwszy sękate, powykrzywiane palce na kamiennym tłuczku, utarła je na drobny proszek. Przesypała go do małego woreczka, który wręczyła Cezarowi. Wielką tajemnicą tej rośliny – powiedziała – jest to, że sprowadza ona głęboki sen. Dla jednego człowieka wystarczy szczypta, tu jednak daję ci dość, by uśpić całą armię. Cezar podziękował starej kobiecie, ponownie ją objął. Kiedy dosiadał konia, położyła mu dłoń na ramieniu i rzekła: Śmierć mieszka w twoim domu. Umrze ktoś młody. Strzeż się, bo i tobie grozi niebezpieczeństwo. Cezar skinął głową i próbując dodać starej otuchy, odparł: Śmierć zawsze jest blisko, żyjemy bowiem w niebezpiecznych czasach.

ROZDZIAŁ 9

W Rzymie chwilowo panował spokój, papież udał się więc do Lago di Argento na zasłużony odpoczynek. Niezwłocznie też wezwał dzieci, by przybyły na rodzinne święto. Lukrecja przyjechała z Pesaro, Juan – z Hiszpanii (choć bez żony, Marii), Jofre i Sancia – z Neapolu. Rodzina Borgiów znów była w komplecie. Giulia Farnese i Adriana miały się zjawić nieco później; pierwszy tydzień na wsi Aleksander chciał spędzić tylko z dziećmi. W Lago di Argento Rodrigo Borgia zbudował ogromną murowaną willę, domek myśliwski ze stajniami dla swoich cennych koni oraz kilka małych willi dla dzieci i kobiet, które często towarzyszyły mu, gdy uciekał z Rzymu przed dławiącym upałem letnich miesięcy. Papież Aleksander uwielbiał otaczać się pięknymi, wytwornymi niewiastami, toteż wiele takich dworskich ślicznotek dotrzymywało mu towarzystwa, gdy tymczasem ich mężowie bawili w odległych stronach. Niektóre zabierały ze sobą dzieci; widok ich jasnych twarzyczek, tak świeżych i nieskażonych złem, napawał papieża nadzieją. Ponad sto osób otaczało papieża i jego gości: grupa szlachty z żonami, dworzanie i damy dworu, służba i pałacowi kucharze serwujący obfite posiłki, stali członkowie dworu papieskiego. Do tego muzycy, aktorzy, kuglarze i błazny, jako że Aleksander przepadał za komediami i różnego rodzaju widowiskami. Wiele czasu papież spędził z dziećmi nad jeziorem. W te spokojne dni często bawił je opowieściami o wielkich cudach, jakie zdarzały się w czasach, gdy przybywali tu grzesznicy z Rzymu, by wykąpać się w wodach jeziora, zmywając z siebie występne żądze. Przed laty, gdy po raz pierwszy opowiadał te historie, Cezar zapytał: A ty, ojcze, także kąpałeś się w jeziorze? Nigdy – uśmiechnął się Aleksander, wówczas jeszcze kardynał. Bo i jakież to grzechy popełniłem? W takim razie i ja, jak mój ojciec, nie potrzebuję się kąpać. Lukrecja przyglądała się ojcu i bratu, wreszcie z chytrym uśmieszkiem rzuciła: Przypuszczam, że żaden z was nie tęskni za cudem? Rodrigo Borgia odrzucił do tyłu głowę i zaniósł się radosnym śmiechem. Wręcz przeciwnie, moje dziecko – odrzekł. A potem z dłonią przy ustach wyszeptał: Ale w tej chwili ważniejsze są dla mnie moje ziemskie pragnienia i drżę ze strachu, że zostaną zmyte nazbyt wcześnie. Przyjdzie i na to czas. Nie wtedy jednak, gdy łaknienie pełni życia, tkwiące w moim brzuchu, jest większe niż łaknienie zbawienia w mojej duszy... Przeżegnał się wtedy, jakby obawiając się świętokradztwa. Teraz każdy dzień zaczynał się polowaniem. Prawo kanoniczne zabraniało polować papieżowi, lecz Aleksander powoływał się w tym wypadku na swoich lekarzy, których zdaniem potrzebował ruchu na świeżym powietrzu. Robił już inne zakazane rzeczy, myślał, a większości z nich nie lubił tak jak polowania. Na utyskiwania pokojowca, iż nosi buty, które niemożliwym czynią okazywanie mu szacunku przez ucałowanie stóp, odpowiedział żartem, że przynajmniej psy myśliwskie nie odgryzą mu palców. Teren otaczający domek myśliwski – około stu akrów – z trzech stron ogrodzony był płotem z drewnianych pali i grubego żaglowego płótna; stopniowo, w sposób naturalny, gromadziła się tam pewna ilość zwierzyny. Przed każdym polowaniem nęcono ją surowym mięsem w pobliże szerokiego wyjścia z zagrody. O świcie zebrali się myśliwi. Każdy dla pokrzepienia wypił po pucharze mocnego wina z Frascati i wreszcie Aleksander dał znak papieską chorągwią. Przy wtórze trąb i bębnów brama zagrody stanęła otworem i zwierzęta runęły ku wyjściu, które zdało się prowadzić ku wolności. Wnet jednak wszystkie te jelenie, dziki, wilki, zające i jeżozwierze spotkały na swej drodze myśliwych. Zbrojni w dzidy, oszczepy i miecze – co bardziej krwiożerczy nawet w topory bojowe – ludzie puścili się w pogoń za zdobyczą. Lukrecja i Sancia oraz ich damy dworu mogły przyglądać się tej rzezi z bezpiecznego podwyższenia. Kobiety na polowaniu – to dodaje mężczyznom odwagi i fantazji. Lukrecja jednak, zdegustowana, zasłoniła oczy i odwróciła się. Coś w niej się wzdragało na myśl, że między losem tych biednych, zapędzonych w pułapkę zwierząt i jej własnym istnieje pewne podobieństwo. Sancia natomiast nie przypisywała głębszego znaczenia temu, co działo się przed jej oczyma. Zgodnie z oczekiwaniami mężczyzn oklaskiwała widowisko i nawet wręczyła szwagrowi, Juanowi, jedwabną chusteczkę, by zamoczył ją we krwi ubitego przez siebie dzika. Nie tak zręczny we władaniu bronią jak Cezar, Juan miał jednak to upodobanie do okrucieństwa, które w połączeniu z próżnością czyniło zeń najzagorzalszego myśliwego w rodzinie. Dał popis odwagi, nie cofając się przed szarżującym nań wielkim odyńcem; ugodził zwierzę dzidą i dobił toporem. Cezar zabrał z sobą dwa swoje ulubione charty: Wrzosa i Konopie. Udawał, że poluje, ale w rzeczywistości przyjemność sprawiała mu dopiero konna gonitwa z psami. Tego dnia zaś był nazbyt zajęty swoimi myślami, by interesować się zwierzyną. Zazdrościł Juanowi. Jego brat mógł żyć pełnią życia, normalnego życia i liczyć na wojskową karierę. Tymczasem Cezar na dobre związany był z Kościołem, czekała go kariera, której sobie nie wybrał i której nie chciał. Czuł, jak żółć podchodzi mu do gardła, a jednocześnie narastała w nim nienawiść do brata. Szybko jednak sam siebie przywołał do porządku. Dobry człowiek, w szczególności sługa boży, nie mógł nienawidzić brata. To nie tylko coś sprzecznego z naturą, nie tylko mogło unieszczęśliwić ojca, to także było niebezpieczne. Juan jako kapitan generalny armii papieskiej, dysponował większą władzą niż jakikolwiek kardynał Kościoła katolickiego. I jeszcze ta prawda pozostała niezmieniona: nawet po tylu latach, mimo wszystkich jego wysiłków, by sprostać wymaganiom, żeby stać się najlepszym – nadal to Juan, nie on, był ulubieńcem ojca. Cezar, głęboko zamyślony, oprzytomniał nagle, słysząc przeraźliwy skowyt jednego z chartów. Ruszył w kierunku źródła tych dźwięków i niebawem dostrzegł wspaniałe zwierzę przyszpilone do ziemi ostrzem lancy. Zsiadł z konia, by pomóc rannemu psu i wtedy kątem oka dostrzegł twarz Juana wykrzywioną w ponurym grymasie. I nagle zrozumiał, co się stało. Juan chybił uciekającego jelenia i trafił w charta. Przez chwilę Cezar sądził, że było to zrobione celowo, ale wtedy podjechał doń brat i rzucił przepraszającym tonem: Za tego jednego kupię ci parkę. Wciąż ściskając w dłoni wyrwaną z ziemi lancę, Cezar opuścił wzrok na zabitego charta i na mgnienie oka owładnęła nim mordercza furia. W tym momencie dostrzegł ojca, który przejeżdżał nieopodal, kierując się w stronę zaplątanego w liny sieci odyńca. Przy tym dziku myśliwy nie ma już nic do roboty! – zawołał. Muszę poszukać innego... Uderzył piętami w boki konia, zawrócił i pognał za następnym dużym odyńcem. Inni myśliwi, zaniepokojeni brawurą papieża, ruszyli w jego stronę. Ten jednak już dopadł dzika i zadał mu potężne pchnięcie dzidą w bok. Rana była śmiertelna, ale papież jeszcze dwukrotnie uderzał i na koniec grot broni przeszył serce zwierzęcia. Odyniec zaprzestał walki o życie i znieruchomiał. Pozostali myśliwi rzucili się na jego zwłoki i posiekali je na strzępy. Obserwując ten popis odwagi, Cezar dziwił się sile niemłodego przecież mężczyzny i czuł się dumny z ojca. Jeśli nawet Cezar nie żył tak, jak chciał, to przynajmniej żył tak, jak tego sobie życzył Aleksander. Wiedział, że było to dla niego źródłem wielkiej radości. Spoglądając na powalone zwierzę, Cezar pomyślał, że ma szczęście, bo jest takim człowiekiem, jakim ojciec chciałby go widzieć.

Nad Lago di Argento zapadał zmierzch. Cezar i Lukrecja, trzymając się za ręce, spacerowali brzegiem jeziora. Tworzyli piękną parę: on – wysoki, smagły, ciemnowłosy, przystojny południową urodą, ona – jakby dla kontrastu jasnowłosa, o błękitnych oczach, które często błyszczały inteligencją i rozbawieniem. Tego jednak wieczoru była smutna. To był błąd, Cezarze – powiedziała – że papa zmusił mnie do poślubienia Giovanniego. On nie jest dobrym człowiekiem. Prawie się do mnie nie odzywa, a jeśli już coś powie, jest wulgarny i grubiański. Na co ja liczyłam? Wiedziałam, że to małżeństwo polityczne, ale nie miałam pojęcia, iż będę tak nieszczęśliwa. Wiesz, siostrzyczko – Cezar starał się być delikatny – że Ludovico Sforza nadal jest najpotężniejszym człowiekiem w Mediolanie. W krytycznym momencie Giovanni pomógł nam utrwalić związek ze swoją rodziną. Lukrecja skinęła głową. Ja to rozumiem. A jednak sądziłam, że będę się czuła inaczej. Tymczasem nawet podczas tego nieprzyzwoicie wystawnego ślubu, gdy klęczeliśmy na idiotycznych złotych podnóżkach i spojrzałam na mężczyznę, który miał zostać moim mężem, wiedziałam, że zaszła jakaś straszliwa pomyłka. Kiedy zobaczyłam wszystkich tych kardynałów w purpurowych szatach, drużbów w tureckich strojach ze srebrnego brokatu... nie mogłam się zdecydować: śmiać się czy płakać. Miała to być uroczystość, święto, a ja czułam się taka przygnębiona. Czy było tam cokolwiek, co by ci się spodobało? – zapytał z uśmiechem. Owszem. Ty w czarnej sutannie i weneckie gondole ozdobione dwudziestoma tysiącami róż. Cezar przystanął i odwrócił się ku siostrze. To było nie do wytrzymania, Lukrecjo – powiedział. Nie mogłem znieść myśli, że niebawem znajdziesz się w ramionach innego mężczyzny. Wszystko jedno, dlaczego. Gdybym mógł nie wziąć udziału w tej katastrofie... Ale papa nalegał, żebym przyszedł. Tego dnia moje serce oblekł smutek czarny jak sutanna, którą miałem na sobie... Lukrecja delikatnie pocałowała brata w usta. Giovanni to arogancki bufon. Do tego jest okropnym kochankiem. Ryczałam jak bóbr, byle tylko uniknąć jego uścisków. Nie znoszę nawet jego zapachu. Miłość z nim nie sprawia ci tyle uciechy, co ze mną? – zapytał Cezar, starając się ukryć uśmiech. Lukrecja zachichotała mimo woli. Och, najdroższy, to różnica jak między niebem a piekłem. Znów zaczęli się przechadzać. Minęli niewielki most i weszli do lasu. Twój mąż przypomina mi Juana – powiedział Cezar. Lukrecja z powątpiewaniem pokręciła głową. Juan jest młody, może jeszcze wyrośnie ze swoich wad. To, że ma ciebie za brata, nie jest dla niego takim błogosławieństwem jak dla mnie. Cezar milczał przez chwilę, wreszcie bardzo poważnym tonem rzekł: Prawdę mówiąc, uważam, że to Jofre jest zakałą rodziny, nie Juan. Pogodziłem się już z jego głupotą, ale dom, jaki prowadzą z Sancią, to doprawdy skandal. Ponad stu służących na rozkazy tylko ich dwojga. Złote talerze i wysadzane klejnotami puchary dla setki gości, bo akurat im się spodobały. To szaleństwo i w złym świetle ukazuje naszą rodzinę. A co ważniejsze, dla syna papieża takie ekstrawagancje są niebezpieczne. Wiem, braciszku. Papę też to gryzie, choć rzadko się do tego przyznaje. Nie kocha Jofre tak jak nas. Znając jego słabość i brak rozumu, więcej mu wybacza. Cezar raz jeszcze przystanął, by w świetle księżyca przyjrzeć się Lukrecji. Jej porcelanowo-biała skóra wydawała się bardziej świetlista niż zazwyczaj. Delikatnie uniósł twarz siostry, aby zajrzeć jej w oczy. Znalazł w nich jednak tyle smutku, że musiał odwrócić wzrok. Siostrzyczko – powiedział więc – czy chcesz, żebym porozmawiał z papą o twoim rozwodzie? Ojciec cię uwielbia. Mógłby na to przystać. A Giovanni? Czy by się zgodził? Nie mam najmniejszej wątpliwości – uśmiechnęła się Lukrecja – że mój mąż doskonale poradziłby sobie beze mnie; tęskniłby jednak za moim posagiem. To złoto w sakiewce, nie złoto moich włosów budziło zawsze jego namiętność. Cezara rozbawiła otwartość siostry. Zaczekam na odpowiedni moment i wtedy przedstawię rzecz całą papie.

Zmierzch już zapadał nad jeziorem, kiedy Juan wybrał się z Sancią, żoną Jofre do lasu, aby pokazać jej stary domek myśliwski ojca. Ostatnio rzadko go używano, ponieważ powstał nowy, znacznie elegantszy. Sancia, choć równa wiekiem Juanowi, wydawała się odeń znacznie dojrzalsza. Była pięknością w klasycznym hiszpańskim typie – oczy miała ciemnozielone, długie rzęsy i lśniące, kruczoczarne włosy. Beztroska i figlarna, robiła na wszystkich wrażenie bystrej i obdarzonej poczuciem humoru. Tymczasem wszystko to była płytka poza, narzędzie uwodzenia naiwnych – mocno zresztą nadużywane. Juan wziął Sancię za rękę i zarośniętą ścieżką poprowadził przez las. Na koniec dotarli do sporej polany i oczom ich ukazał się dom z surowych, z grubsza tylko obciosanych sosnowych bali; nad dachem wznosił się kamienny komin. To nie jest odpowiednia siedziba dla księżniczki – powiedział ze śmiechem Juan. Była w końcu córką króla Neapolu, Alfonsa II, najprawdziwszą księżniczką krwi. Uważam, że to miejsce jest urocze – odparła Sancia, ani na chwilę nie wypuszczając z uścisku palców Juana. Weszli do domu i podczas gdy Juan rozpalał ogień na kominku, Sancia obeszła izbę, przyglądając się wiszącym na ścianach licznym łowieckim trofeom w postaci spreparowanych zwierzęcych głów. Pogłaskała serwantkę z wiśniowego drewna, wezgłowie zasłanego puchową pościelą łoża i kilka innych pięknych, wiejskich mebli. Pokrywająca je złocista patyna stanowiła świadectwo wielu lat używania i troskliwej pielęgnacji. Dlaczego twój ojciec zostawił tu wszystkie meble, skoro dom nie jest już używany? – zapytała Sancia. Juan, klęczący przed kominkiem, podniósł głowę i uśmiechnął się. Nadal używa go od czasu do czasu. Kiedy ma gościa, z którym chce być sam na sam... tak jak ja teraz. Wstał, podszedł do niej, objął szybko i przyciągnął do siebie. A potem ją pocałował. Przez chwilę milczała, ale zaraz odchyliła się, szepcząc: Nie, nie, nie mogę. Jofre mógłby... Podniecony Juan przygarnął Sancię jeszcze mocniej i szepnął: Nie bój się. Jofre niczego nie zrobi. Nie jest do tego zdolny! Juan nie lubił Cezara, szanował go jednak za jego inteligencję i sprawność fizyczną. W stosunku do lekkomyślnego Jofre czuł tylko pogardę. Ponownie przytulił żonę swojego brata i wsunął rękę pod białą spódnicę. Powoli przesuwając dłoń w górę, pieścił uda Sancii. Kiedy wyczuł jej podniecenie, pociągnął ją w stronę łóżka. Chwilę później leżeli razem. Długie czarne włosy Sancii lśniły rozrzucone na poduszce, w świetle migoczących płomieni kominka. Wyglądała niezwykle pięknie. Widok uniesionej w górę spódnicy rozpalił Juana do białości. Nakrył Sancię swoim ciałem. Kiedy w nią wszedł, cicho jęknęła. Nie broniła się; zaczęła go zachłannie całować, nie mogła oderwać się od jego ust. Juan nasilił ruchy, wnikał w nią coraz głębiej. Wszelkie myśli o mężu i próbie protestu wyleciały Sancii z głowy. Zapamiętała się w niczym niekontrolowanej przyjemności.

Tego dnia papież z rodziną wieczerzali na łące nad jeziorem. Drzewa wkoło obwieszono kolorowymi lampionami, wzdłuż brzegu migotały pochodnie umocowane na długich tyczkach. Dziczyzna z porannego polowania gwarantowała wspaniałą ucztę; mięsiwa wystarczyło i dla z górą setki domowników Aleksandra, i dla biednych z okolicznych wsi i miasteczek. Biesiadników zabawiali kuglarze i muzykanci, a na koniec podnieśli się z miejsc Juan z Sancią i zaśpiewali w duecie. Siedzący obok Lukrecji Cezar ciekaw był, kiedy tych dwoje znalazło czas na wspólne próby, bo śpiewali równo i bardzo ładnie. Mąż Sancii robił jednak wrażenie zadowolonego i świetnie się bawił. Cezar zastanawiał się, czy to możliwe, aby był tak tępy, na jakiego wyglądał. Papież Aleksander cenił ciekawą rozmowę na równi z polowaniem, dobrą kuchnią i kobietami. Po bankiecie, kiedy zaczęły się występy aktorów, a młodzi ruszyli do tańca, Aleksander uraczył dzieci czymś na kształt wykładu. Jeden z aktorów – w przypływie śmiałości, zwykłym u przedstawicieli tego ekscentrycznego ludku – przedstawił dialog, w którym znękany nieszczęściami szlachcic zapytuje, jak Bóg może zsyłać na swoich wiernych wyznawców najsroższe klęski żywiołowe. Jak może dopuszczać do powodzi, pożarów, epidemii? Dlaczego pozwala, by niewinne dzieci padały ofiarą najstraszniej szych okrucieństw? By człowiek, stworzony na jego obraz i podobieństwo, tak krzywdził bliźniego swego? Aleksander podjął wyzwanie. Jako że znajdował się wśród przyjaciół, nie odwoływał się do Pisma Świętego, aby przedstawić swój punkt widzenia. Odpowiedział raczej jak grecki filozof albo kupiec z Florencji. Co by się stało, gdyby Bóg obiecał nam niebo tu, na ziemi i uczynił je łatwo osiągalnym? – rzekł. – Nie wydawałoby się wówczas specjalnie wielką nagrodą. Po cóż więc człowiek miałby dowodzić swej wiary i szczerości? Bez czyśćca nie ma nieba. Gdyby było, jak powiedziałem, jakież góry zła wyszłyby spod ręki człowieka. Ludzie wymyśliliby tyle sposobów niszczenia się nawzajem, że i samej ziemi by nie stało. To, co osiąga się bez bólu, jest nic niewarte. To, co łatwo osiągalne, jest bez znaczenia. Człowiek stałby się oszustem, grającym w życie fałszywymi kośćmi i znaczonymi kartami. Nie byłby lepszy od zwierząt, na które polujemy. Bez wszystkich tych przeszkód, nazywanych przez nas nieszczęściami, wcale byśmy się nie radowali z dotarcia do nieba. A owe nieszczęścia są właśnie dowodem istnienia Boga, dowodem jego umiłowania rodzaju ludzkiego. Nie możemy go winić za to, co ludzie robią sobie nawzajem. Wszystko to nasza wina i musimy ją okupić pokutą w czyśćcu. Ojcze – pierwsza odezwała się Lukrecja; z wszystkich dzieci Aleksandra ona była najwrażliwsza na problemy wiary i etyki – czym w takim razie jest zło? Władza jest złem, moje dziecko – odrzekł papież. Dlatego mamy obowiązek oczyścić ludzkie serca i umysły z żądzy władzy. Kościół święty może tego dokonać. Nigdy jednak nie odbierzemy zbiorowości jej władzy nad jednostką. Dlatego też nigdy nie wyplenimy całego zła z cywilizowanego społeczeństwa. Zawsze będzie niesprawiedliwe, zawsze będzie okrutne wobec zwykłego człowieka. Ale nie jest wykluczone, że za pięćset lat ludzie przestaną się nawzajem oszukiwać i mordować. Cóż to będzie za radosny dzień! Tu Aleksander popatrzył na swoich synów, Juana i Cezara, i dodał: Taka jest jednak natura społeczeństwa, że aby ludzie trzymali się razem i wspólnie służyli Bogu i ojczyźnie, król musi czasem wieszać i palić na stosie poddanych, bo tylko tak może ich nagiąć do swej woli. Rodzaj ludzki jest bowiem równie krnąbrny i nieokiełznany jak przyroda, a niektóre demony nie boją się wody święconej. Papież uniósł puchar do toastu. Wypijmy za matkę naszą, święty Kościół rzymski i za rodzinę. Obyśmy sięgnęli szczytów, niosąc słowo boże do najdalszych zakątków świata. Wszyscy podnieśli szklanice i zawołali: Za papieża Aleksandra! Niechaj Bóg pobłogosławi go zdrowiem, szczęściem oraz mądrością Salomona i wielkich filozofów. Wkrótce potem biesiadnicy rozeszli się do swoich domków. Nad każdym z nich powiewała flaga Borgiów z czerwonym szarżującym bykiem. Umocowane do tyczek pochodnie rzucały migotliwe światło na powierzchnię jeziora.

Jofre z posępną i nadąsaną miną krążył bez celu po izbie. Po kolacji Sancia nie wróciła z nim do domu. Kiedy wcześniej, podczas zabawy, podszedł do niej i zażądał, by towarzyszyła mu w drodze powrotnej, odmówiła ze śmiechem i przegoniła go rozkazującym gestem. Badając wzrokiem twarze najbliższych gości, czuł, jak na policzki wypełza mu palący rumieniec wstydu. Ten dzień w Lago di Argento zakończył się dlań upokorzeniem, choć inni świetnie się bawili, śmiali, wznosili toasty i najpewniej niczego nie zauważyli. On sam, oczywiście, klaskał i śmiał się, jak wymagał dworski protokół, ale na widok żony śpiewającej w duecie z tym zarozumialcem Juanem zacisnął zęby, niezdolny cieszyć się urodą pieśni. Samotnie wrócił do domku. Próbował zasnąć, ale bezskutecznie. Wyszedł na zewnątrz, starając się zapanować nad wzburzeniem. Głosy nocnych ptaków dochodzące z zarośli sprawiły, że poczuł się mniej samotny. Usiadł na ziemi; jej chłód działał nań kojąco, uspokajająco. Głowę pełną miał myśli o ojcu, papieżu, swoich braciach i siostrze... Zawsze wiedział, że nie jest tak mądry jak Cezar ani tak silny i sprawny jak Juan. W głębi serca skrywał jednak przekonanie, iż pojął coś, czego oni nie pojmowali: że grzechy, których się dopuścił – zachłanność, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu – nie są tak ciężkie jak grzechy Juana i Cezara – okrucieństwo i ambicja. Jeśli zaś chodzi o bystry umysł... Jakież on mógł mieć znaczenie dla kierunku drogi życiowej Jofre? Lukrecja była odeń nieporównywalnie bystrzejsza, inteligentniejsza, a przecież nie decydowała o swoim życiu w większym stopniu niż on. Patrząc na to, co działo się w rodzinie, Jofre doszedł do wniosku, że inteligencja nie jest tak ważna. Liczy się głos serca, podszept czystej duszy. Juan zawsze był bardzo niemiły wobec braci i siostry; od dziecka znieważał ich, przezywał. Zgadzał się uczestniczyć tylko w tych grach, w których mógł bez trudu zwyciężyć. Cezar, jako książę Kościoła, czuł się czasem zobowiązany zganić Jofre za jego wybryki, ale była w tym raczej szorstka czułość, a nie okrucieństwo i chęć poniżenia typowe dla Juana. Najbardziej Jofre lubił Lukrecję. Zawsze traktowała go łagodnie, z miłością, dawała mu odczuć, iż cieszy ją spotkanie z młodszym bratem. Ojciec, papież, zdawał się go prawie nie zauważać. Jofre poczuł, że znów ogarnia go niepokój. Postanowił udać się na poszukiwanie Sancii. Przekona ją, by wróciła z nim do domku. Wstał i ruszył wąską ścieżką między drzewami. Tuż za ostatnimi zabudowaniami dostrzegł na tle nieba dwie ciemne sylwetki. Już miał zawołać, pozdrowić napotkanych, ale coś go powstrzymało. Usłyszał cichy śmiech, a potem światło księżyca wydobyło z mroku twarze Juana i Sancii idących pod rękę. Jofre zawrócił i bezszelestnie podążył za nimi w kierunku domku. Widział, jak przystanęli, by się objąć i usta wykrzywił mu grymas pogardy. Jak skamieniały, przyglądał się bez słowa, gdy Juan pochylił się i żegnał Sancię namiętnym pocałunkiem. W tym momencie Jofre uświadomił sobie rozmiar niegodziwości Juana. Lecz chyba jeszcze wyraźniej dotarło doń, że w jego bracie jest coś szatańskiego, nieczystego. I oto świadomie i z całą stanowczością, na jaką było go stać, przeklął w duchu Juana i raz na zawsze wyrzucił go ze swego serca. Nie miał już brata. I nagle wszystko zrozumiał. Tak, nie miał już wątpliwości. Jak zarodek Chrystusa, umieszczony w łonie Matki-Dziewicy przez Ducha Świętego, tak zasiane być może ziarno zła. Niezauważone lub nierozpoznane, odkryte zostaje dopiero w porze owocowania. Juan już się oddalał. W przypływie rzadkiej u niego radości dobył sztylet i zatoczył nim koło w powietrzu. Zaśmiał się i tonem przechwałki rzucił w stronę Sancii: Niedługo zostanę kapitanem generalnym papieskiej armii. Zobaczysz, co wtedy zrobię. Jofre potrząsnął głową, starając się powściągnąć wściekłość. Dopiero po dłuższej chwili udało mu się zapanować nad emocjami. I wtedy, nienaturalnie zgoła beznamiętny, pogrążył się w rozmyślaniach. Nie interesowały go bezsensowne batalie o polityczne korzyści; nie sprawiały mu przyjemności i w gruncie rzeczy, nudziły go. Odbieranie życia bliźniemu, narażanie się na wieczne potępienie dla osiągnięcia jakiegoś celu strategicznego, militarnego – też nie miało sensu. Takie ryzyko, myślał Jofre, warto podjąć tylko wtedy, gdy ma się na widoku nagrodę znacznie cenniejszą, o bardziej osobistym charakterze.

Także Cezara nurtował niepokój. Rozmowa z Lukrecją nieznośnym ciężarem legła na jego sercu, nie pozwalając usnąć. Ustalił, że papież udał się już do swojej kwatery, lecz czuł, że musi się z nim rozmówić. Aleksander siedział przy biurku, czytał i podpisywał dokumenty, podsuwane mu przez dwójkę sekretarzy; odesłał ich, gdy Cezar wszedł do gabinetu. Młodzieńca zdziwiła świeżość i energia ojca, który miał przecież za sobą cały wypełniony zajęciami dzień. Zbliżył się doń i został obdarzony czułym uściskiem. Na olbrzymim palenisku kominka płonęło pięć masywnych kłód. Papież miał już na sobie strój do spania: długą wełnianą koszulę nocną, na którą zarzucił bogato haftowany jedwabny szlafrok obszyty futrem. Twierdził, że szata owa broni jego ciało przed utratą ciepła i chroni przed malarycznymi rzymskimi wiatrami. Na głowie miał rubinowej barwy niewielki, pozbawiony ozdób berecik. Aleksander nieraz powtarzał, że choć papież musi od czasu do czasu – kierując się racją stanu – ukazać ludowi bogactwo Kościoła, to przynajmniej spać mógł w stroju równie prostym, jak pierwszy lepszy wieśniak. I z czegóż to moja córka zwierzyła się swemu ulubionemu bratu? – ozwał się papież. Czy skarżyła się na męża? Cezar wychwycił w głosie ojca nutę ironii i pojął, że papież doskonale orientuje się w sytuacji. Niemniej zdziwiło go, iż tak dobrze zna stan uczuć Lukrecji. Jest z nim nieszczęśliwa – odparł. Aleksander zamyślił się na chwilę. Muszę przyznać, że i ja nie jestem już zadowolony z tego małżeństwa. Nie spełniło moich oczekiwań w sferze politycznej. Wyglądało na to, że papież z ukontentowaniem powitał okazję do poruszenia tego tematu. Do czego może nam się przydać ten chłopak Sforzów? Właściwie nigdy go nie lubiłem. A i żołnierz z niego byle jaki. Il Moro nie jest dla nas teraz wiele wart; nielojalny i niegodny zaufania. Oczywiście musimy się z nim liczyć, bo zależy nam na jego uczestnictwie w Świętej Lidze. Ale to człowiek nieprzewidywalny. A przy tym musimy także brać pod uwagę uczucia twojej siostry, nieprawdaż? Cezar pomyślał, że Lukrecja byłaby szczęśliwa, słysząc słowa ojca, i myśl ta sprawiła mu przyjemność. Siostra pewnie uznałaby go za bohatera. Jak więc to rozegramy? – zapytał. Król Ferdynand prosił mnie, bym zaprzyjaźnił się z domem Aragonów neapolitańskich. Żeniąc się z Sancią, Jofre, oczywiście, znalazł się w obozie popleczników władcy Neapolu, ale to niekoniecznie jest dla nas korzystne. Chyba że... – papież uśmiechnął się i dokończył myśl – ...zdołamy zatkać ten wyłom w naszych szeregach, zawiązując nowy alians. Cezar, zdziwiony, ściągnął brwi. Nie bardzo rozumiem, ojcze. Mam na myśli brata Sancii, Alfonsa. Oczy papieża błyszczały, zdawał się radować swoim najnowszym pomysłem. Mógłby stanowić znacznie korzystniejszą partię dla Lukrecji. Zawsze to kłopotliwe, tak obrażać Sforzów, ale gra może być warta świeczki. Powiedz siostrze, iż biorę pod uwagę dokonanie radykalnej odmiany jej położenia. Aleksander odsunął się z krzesłem od biurka, wstał i podszedł do kominka, by żelaznym pogrzebaczem przesunąć drwa na palenisku. Odwróciwszy się, spojrzał na syna. Wiesz, Cezarze, iż musimy sprawować stałą kontrolę nad legacjami państwa kościelnego. Papiescy wikariusze są chciwi niczym najemni żołdacy, bezustannie żrą się między sobą, podważają moją nieomylność, łupią i uciskają poddanych. Musimy coś zrobić, by przywołać ich do porządku. Masz jakiś plan? Królowie Francji i Hiszpanii jednoczą swoje terytoria, dążą do centralizacji władzy. Musimy robić to samo. Nie ma innego sposobu. Wymaga tego dobro ludu i papiestwa. A także dobro naszej rodziny. Jeśli bowiem nie stworzymy jednolitego, podległego Borgiom rządu, który zmusi lokalnych władców do uznania zwierzchności Rzymu i papieża, ty i reszta rodziny znajdziecie się w wielkim niebezpieczeństwie. Papież umilkł. Potrzeba nam twierdz z liczną załogą – zdecydowanym tonem rzekł Cezar. Do gaszenia lokalnych buntów i ruchawek oraz powstrzymywania obcych najeźdźców, łakomym okiem spoglądających na centralne obszary półwyspu. Papież milczał, jakby bez reszty zatopiony we własnych myślach. Możesz mną dysponować, ojcze – powiedział Cezar, pochylając głowę. Jestem kardynałem Kościoła świętego. Aleksander wrócił na ulubione, obite skórą krzesło i tonem powagi, dobitnie wymawiając każde słowo, rzekł: Nie muszę ci mówić, co się stanie, gdy umrę, a papieżem zostanie obrany jakiś wróg naszej rodziny w rodzaju delia Rovere; czym to grozi nam wszystkim. Nie chcę nawet myśleć, co stałoby się wówczas z twoją siostrą. Piekło Dantego jest niczym w porównaniu z tym, co by ją czekało... Dlaczego mi to mówisz, ojcze? Na razie nie musimy się lękać. Jeszcze nie zacząłeś uzdrawiać Kościoła, czynić dlań tego, co musisz uczynić. Jestem więc pewien, że jeszcze pożyjesz... Aleksander ściszył głos. Pomijając wszelkie zagrożenia, w Watykanie jest tylko dwóch ludzi, którym możesz ufać bez zastrzeżeń. Jednym jest don Micheletto... To dla mnie żadna niespodzianka, ojcze. Twoja sympatia dla niego nie uszła niczyjej uwagi. Ja sam darzę go zaufaniem od dziecka, chociaż... Jego życie stanowi dla mnie tajemnicę. Nigdy cię o to nie pytałem, ale powiedz: jak to się stało, że Hiszpan z Walencji tak głęboko tkwi w sprawach rzymskich? Aleksander opowiedział synowi dzieje Miguela Corella, znanego jako don Micheletto. Ale zwą go także dusicielem. To prawda, jednakże on jest kimś więcej. Jest świetnym dowódcą, dzielnym, nieznającym lęku wojownikiem, ale przede wszystkim gotów jest zginąć w obronie naszej rodziny. Jego lojalność jest niewzruszona; równie niepohamowana jest jego furia. Popełniłbyś błąd, biorąc go za pospolitego najemnego zabójcę. Można mu zaufać bez reszty. A kim jest ten drugi? – spytał Cezar. To Duarte Brandao. Niewiele mogę ci powiedzieć o jego przeszłości. Był już jeńcem, kiedy go do mnie przyprowadzono. Potrzebowałem tłumacza z angielskiego, a mój stały znawca angielszczyzny gdzieś się zawieruszył. Brandao został ciężko pobity przez naszych żołnierzy; przysięga, że sam niczego nie pamięta ze swojej przeszłości. Mimo to zatrzymałeś go przy sobie. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy – wspominał Aleksander – był brudny i zarośnięty jak każdy więzień wypuszczony z lochu. Wykąpano go, przyzwoicie ubrano i przyprowadzono do mnie ponownie. Coś w jego postawie przywiodło mi na myśl niejakiego Edwarda Bramptona, nawróconego żyda, który oddał wielkie usługi królowi Anglii Edwardowi Czwartemu. Widziałem go tylko raz, wiele lat wcześniej, ale zwróciłem nań uwagę, jako że był pierwszym żydem pasowanym na rycerza. Podobno służył bratu króla, Ryszardowi Trzeciemu, który, jak wiesz, został zabity przez zwolenników Henryka Tudora. Za Edwarda Czwartego brał udział w wielkich bitwach lądowych i morskich, a Ryszard Trzeci zawdzięcza mu ocalenie dosłownie całej angielskiej floty. Po klęsce Ryszarda Brampton zniknął z Anglii i mniej więcej w tym samym czasie w Rzymie ujęto Duarte Brandao. Tudorowie kazaliby go zabić, gdyby wpadł im w ręce. Wciąż grozi mu niebezpieczeństwo ze strony agentów Tudorów. To tłumaczy zmianę nazwiska – zauważył Cezar. Ale czy w takim razie Brandao jest żydem? Jeśli nawet, to żydem nawróconym na wiarę katolicką. Sam widziałem, jak przyjmował komunię. A przez ostatnie siedem lat służył Kościołowi świętemu z niespotykanym oddaniem. Jest najodważniejszym i najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam, doskonałym żołnierzem i, co dziwniejsze, jednocześnie wielce doświadczonym żeglarzem. Nie przeszkadza mi, że jest żydem, ojcze – oznajmił Cezar z nieco rozbawioną miną. – Zastanawiam się tylko, co powiedzą ludzie, kiedy się dowiedzą, że doradcą głowy świętego Kościoła katolickiego został człowiek, który nawet nie jest chrześcijaninem. Aleksander uśmiechnął się. Cieszy mnie, że nie masz nic przeciwko żydom – rzekł z sarkazmem. Wnet jednak spoważniał. Znasz moje poglądy na kwestię żydowską. Kiedy Ferdynand i Izabela nalegali, bym więził, torturował i zabijał żydów, którzy potajemnie oddają się swoim praktykom religijnym, odmówiłem. Powiedziałem, że moim zdaniem hiszpańska inkwizycja jest czymś odrażającym, podobnie jak obrzydliwe było traktowanie żydów w kraju Ich Wysokości. W końcu ci ludzie dali nam Prawo, dali Jezusa. Mam ich mordować, bo nie uwierzyli, iż jest on Synem Bożym? Nigdy! Nie zawsze mogę powstrzymać swoich poddanych, a nawet swoich urzędników przed napadaniem na żydów, przed lżeniem ich i prześladowaniem. Ale to nie jest moja polityka. Cezar wiedział, że podczas ceremonii intronizacji każdego nowo obranego papieża starszy rzymskiej gminy żydowskiej uroczyście wręczał elektowi księgę hebrajskiego Zakonu. Ten przyjmował ją, a następnie na znak odrzucenia ciskał na ziemię. Tylko jego ojciec postąpił inaczej. On także odrzucił księgę, ale zamiast cisnąć ją na bruk, z szacunkiem zwrócił ofiarodawcy. A jaka jest twoja polityka, ojcze? – zapytał. Nie skrzywdzę ich – odrzekł papież – ale też nie będę ich oszczędzał przy ustalaniu wysokości podatków.

ROZDZIAŁ 13

Aleksander był ciągle jeszcze pogrążony w żałobie po śmierci Juana, więc Duarte namówił Cezara, żeby po koronowaniu króla Neapolu odwiedził Florencję, która podczas inwazji wojsk francuskich została przewrócona do góry nogami. Trzeba było wysłać tam kogoś wiarygodnego w celu nawiązania stosunków między papieżem a signorią, ciałem ustawodawczym Florencji, żeby spróbować przywrócić władzę Medyceuszy. Prócz tego należało ocenić stopień niebezpieczeństwa, zagrażającego papiestwu ze strony proroka Savonaroli. Krążą pogłoski – powiedział Duarte Cezarowi – że pewien zakonnik dominikański, nazwiskiem Savonarola, ostatnio stał się jeszcze bardziej wywrotowy i zyskuje coraz liczniejsze rzesze słuchaczy. Podżega ludność Florencji do buntu przeciw papieżowi, jeśli nie przeprowadzi daleko idących reform. Aleksander już wysłał interdykt do Florencji, zabraniający zakonnikowi wygłaszania kazań, jeśli nadal będzie podkopywał autorytet papiestwa. Zakazał mu występować przed wiernymi, dopóki nie przybędzie do Rzymu na rozmowę z papieżem. Nałożył też sankcje na tych kupców florenckich, którzy będą dawać posłuch zakonnikowi. Lecz wszystkie obostrzenia niewiele dały. Fanatyczny prorok nadal wygłaszał kazania. Buta Piera Medici odstręczała od niego zarówno obywateli Florencji, jak i członków jego dworu. Płomienne przemówienia Savonaroli przeciw Medyceuszom, wygłaszane z ambon i na miejskich placach, wzbudziły w ludności entuzjazm dla reform. Oliwy do ognia dolewała rosnąca w siłę klasa średnia, która żywiła urazę do Medyceuszy, a przy tym uważała, że jej pieniądze upoważniają ją do zabierania głosu w sprawach Florencji. Wszystko razem groziło buntem przeciw władzy papieża. Cezar uśmiechnął się. Czy możesz mi zagwarantować, przyjacielu, że jeśli pojadę do Florencji, to nie zostanę tam zasztyletowany? Mogą to zrobić dla przykładu. Słyszałem, że obywatele Florencji i Savonarola uważają, iż jestem równie zły jak Ojciec Święty. Masz tam wrogów, ale nie brakuje przyjaciół – stwierdził Duarte. Są nawet wielbiciele. Jednym z nich jest genialny mówca, Niccolo Machiavelli. W czasach słabości papiestwa potrzebne jest czyjeś bystre oko, które potrafi odróżnić niebezpieczeństwo rzeczywiście zagrażające Borgiom od wyimaginowanego. Doceniam twoją troskę, Duarte – powiedział Cezar. Daję ci słowo, że gdy tylko załatwię sprawy w Neapolu, udam się do Florencji. Będzie cię chronił płaszcz kardynalski – zauważył Duarte. Nawet przed tak zawziętym wrogiem jak ów prorok. Potrzebujemy relacji naocznego świadka, żebyśmy dokładnie wiedzieli, o co Savonarola oskarża papieża, i mogli zbić jego argumenty. Medyceusze stracili władzę, rządziła signoria – w sumie wpływ papiestwa był zagrożony. Cezar postanowił pojechać do Florencji, żeby spróbować zmienić sytuację na korzyść papieża. Zrobię to, o co prosisz – rzekł. – Pojadę tam jak najprędzej.

Niccolo Machiavelli właśnie wrócił do Florencji z podróży do Rzymu. Signoria wysłała go tam, żeby zbadał sprawę zamordowania Juana Borgii. Spotkanie odbywało się w wielkiej sali w Palazzo delia Signora, której ściany były udekorowane przepysznymi arrasami, bezcennymi obrazami pędzla Giotta i Botticellego i wieloma innymi dziełami sztuki, ofiarowanymi niedawno radzie przez Lorenza il Magnifico. Przewodniczący signorii zajmował wielki, pokryty krwistym atłasem fotel, obok niego zasiadało ośmiu członków rady. Był już starym człowiekiem – denerwował się, czekając na raport Machiavellego. Nie tylko on. Wszyscy członkowie signorii bali się tego, czego jeszcze nie wiedzieli, a co miał im powiedzieć Machiavelli: jakie losy czekają Florencję – a więc ich samych. Mimo iż znali niepośledni talent młodego człowieka do przejrzystego przedstawiania argumentów, byli świadomi konieczności zachowania najwyższego skupienia, aby w pełni zrozumieć jego wywody. Wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić nawet na moment nieuwagi. Machiavelli był szczupły, wyglądał młodziej niż na swoje dwadzieścia pięć lat. Długa czarna peleryna, którą był otulony, stwarzała atmosferę dramatyzmu. Przez dłuższy czas spacerował tam i z powrotem przed członkami rady, zanim zaczął mówić. W Rzymie wszyscy są przekonani, że mordercą Juana Borgii jest jego brat Cezar. Możliwe, że nawet papież tak myśli. Mam inne zdanie w tej sprawie. Cezar miał motyw – jak wszyscy wiemy, stosunki między braćmi były napięte. Mówi się, że ostatniego wieczoru omal nie doszło między nimi do pojedynku. Mimo to uważam, że to nie Cezar. Przewodniczący machnął niecierpliwie wyschniętą ręką. Młody człowieku, nie interesuje mnie, co myślą Rzymianie. My, Florentczycy, chcemy mieć własny punkt widzenia. Wysłaliśmy cię, żebyś dokonał oceny sytuacji, a nie zebrał plotki, które krążą po Rzymie. Uszczypliwość przewodniczącego nie zrobiła wrażenia na Machiavellim. Uśmiechnął się chytrze, po czym podjął relację. Ekscelencjo, nie wierzę w to, że Cezar Borgia zabił Juana. Jest wielu innych, którzy mieli poważne powody. Mogli to zrobić Orsini, którzy nie zapomnieli mu śmierci Virginia i zajęcia ich twierdz. Albo Giovanni Sforza, w zemście za podstawę do rozwodu z córką papieża, Lukrecją. Do rzeczy, młody człowieku – powiedział przewodniczący. Umrę ze starości, zanim skończysz raport. Machiavelli nawet nie mrugnął okiem. Mimo że mu przerwano, kontynuował z niesłabnącym zapałem. Jest jeszcze Guido Feltra, książę Urbino, który został uwięziony przez Orsinich z powodu niekompetencji Juana i przetrzymywany w lochu przez wiele miesięcy, bo chciwy Juan zwlekał z zapłaceniem okupu. Nie zapominajmy również o dowódcy hiszpańskim, Gonsalvie de Cordobie, który zwyciężył Orsinich, ale to Juan przywłaszczył sobie chwałę i pieniądze. Jednak najpoważniejszy motyw miał hrabia Mirandella. Juan uwiódł jego czternastoletnią córkę, a następnie pochwalił się tym przed zgromadzonym na placu tłumem. Zrozumcie ojca. Jego pałac stoi naprzeciw miejsca, w którym ciało Juana wrzucono do Tybru. Przewodniczący zaczął drzemać, więc Machiavelli podniósł głos. – Są jeszcze inni wrogowie... Mógł to zrobić kardynał Ascanio Sforza w odwecie za swojego majordomusa, którego Juan zabił tydzień wcześniej. Przede wszystkim jednak weźmy pod uwagę człowieka, któremu Juan uwiódł żonę... – zrobił wyważoną, złowieszczą pauzę, po czym dokończył tak cicho, że trzeba było dobrze nadstawić ucha – ...jego młodszego brata, Jofre. Dosyć, dosyć – przerwał mu zirytowany przewodniczący. Interesuje nas tylko to, czy Rzym zagraża Florencji – powiedział, objawiając niezwykłą jak na jego wiek jasność umysłu. – Został zamordowany Juan Borgia, kapitan generalny. Chcemy wiedzieć, kto to zrobił. Niektórzy twierdzą, że Cezar. Jeśli on, to grozi nam niebezpieczeństwo. Jest ambitny, a będąc przy tym patriotą, któregoś dnia pokusi się o podporządkowanie sobie Florencji. Podsumowując, młody człowieku, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Cezar Borgia zamordował swojego brata. Machiavelli potrząsnął przecząco głową. Wasza Ekscelencjo – odparł szczerze – nie wierzę, że to zrobił Cezar. Opieram się na następujących faktach: Juan Borgia został dziewięciokrotnie pchnięty sztyletem... od tyłu. To nie w stylu Cezara. Cezar jest bardzo silny. Jest rycerzem, któremu wystarczy jeden cios, żeby zabić. Taki człowiek jak on uznaje tylko walkę twarzą w twarz. Nocne morderstwa w ciemnych zaułkach i topienie ciał w Tybrze nie przystają do jego charakteru. To wszystko skłania mnie do przekonania, iż jest niewinny.

Po śmierci Juana Aleksander przez długi czas miewał częste napady głębokiej depresji. Kiedy go nachodziła, zamykał się w swoich komnatach, nie chciał z nikim rozmawiać i zaniedbywał obowiązki papieskie. Po takich okresach ukazywał się naładowany energią, gotów kontynuować misję zreformowania Kościoła. Pewnego dnia wezwał do siebie szefa kancelarii, Plandiniego, żeby podyktować pismo z żądaniem powołania komisji kardynalskiej, która miałaby mu przedstawić swoje propozycje reformy Kościoła. Jako następnego poprosił Duarte. Oświadczył mu, że reforma będzie dotyczyła nie tylko Kościoła, że ma zamiar zająć się również naprawieniem własnego życia i polepszeniem życia mieszkańców miasta. Stwierdził, że w tym drugim dziele nie potrzebuje rad, wystarczy mu boża inspiracja. Miał rację, iż Rzym wymagał reform. W handlu panowało oszustwo i złodziejstwo. Szerzyły się napady rabunkowe. Na ulicach, w zaułkach i rozmaitych przybytkach kwitły prostytucja, homoseksualizm i pedofilia. Nawet kardynałowie i biskupi paradowali po ulicach ze swoimi ulubionymi chłopczykami, odzianymi w kosztowne bizantyjskie szaty. Po ulicach krążyło tysiące prostytutek, stwarzając zarówno moralne, jak i medyczne zagrożenie dla Rzymian. Syfilis, który zaczął się w Neapolu wraz z inwazją Francuzów, opanował najpierw Rzym, następnie rozprzestrzeniał się coraz bardziej na północ; dotarł do Bolonii, po czym razem z armią powędrował za Alpy. Bogatsi Rzymianie, dotknięci „francuską chorobą”, płacili handlarzom oliwą ogromne sumy za pozwolenie kąpania się godzinami w beczkach z oliwą, co łagodziło wrzody. Na ironię, tę samą oliwę sprzedawano później w modnych sklepach jako „dziewiczo czystą”. Aleksander wiedział, iż musi zmienić przede wszystkim metody administrowania Kościołem. Potrzebna mu była do tego pomoc komisji. Święty Kościół katolicki był olbrzymim, zasobnym przedsiębiorstwem, prowadzącym ogromną liczbę rachunków. Sama kancelaria wysyłała ponad dziesięć tysięcy listów rocznie. Kardynał zajmujący się finansami Kancelarii Apostolskiej odpowiadał za płacenie tysięcy rachunków, a także za wpływy w dukatach, florenach i innych walutach. Liczny, w dodatku rosnący z roku na rok personel Kurii był płatny, prócz tego sprzedawano cenne posady – oficjalnie lub po kryjomu. Należało jednak postąpić rozważnie. W ostatnich latach zarówno papież, jak i kardynałowie domagali się większej władzy. Reforma pociągnęłaby za sobą osłabienie pozycji papieża, przy równoczesnym wzmocnieniu władzy Kolegium Kardynałów. Ścieranie się obu instytucji w łonie Kościoła ciągnęło się od ponad stu lat. Aleksander wiedział, że jedną ze spornych kwestii będzie liczba kardynałów. Papież mógł wzmocnić swoją pozycję poprzez naszpikowanie kolegium członkami własnej rodziny. Z ich pomocą mógł decydować o wyborze następcy, rozwijać i chronić interesy rodzinne i pomnażać własny majątek. Z kolei ograniczając liczbę kardynałów, papież dawał każdemu z nich większą władzę osobistą, a także większy dochód, gdyż beneficja Kolegium Kardynałów były równo dzielone pomiędzy jego członków. Pięć tygodni po rozpoczęciu pracy zespołu, powołanego przez Aleksandra do opracowania projektu reform, komisja zebrała się w Wielkiej Sali Watykanu, aby przedstawić papieżowi propozycje. W imieniu komisji zabrał głos kardynał Grimani – niski, jasnowłosy Wenecjanin. Mówił ozdobnie modulowanym głosem. Wzięliśmy pod uwagę sugestie poprzednich komisji do spraw reform i rozważyliśmy te, które wydawały nam się aktualne – zaczął dyplomatycznie. – Zacznijmy od nas samych. Postanowiliśmy w znacznym stopniu zrezygnować z przyjemności życia doczesnego. Musimy zmniejszyć liczbę posiłków, podczas których spożywamy mięso. Każdy posiłek będzie poprzedzony odczytaniem ustępu z Biblii... Aleksander słuchał cierpliwie. Na razie nie było to nic rewolucyjnego. Kardynał Grimani zaproponował następnie ukrócić symonię i rozdarowywanie własności należących do Kościoła, a także pomniejszyć dochody kardynałów – nie te, które pochodziły z rodzinnych majątków – tylko profity z niektórych beneficjów kościelnych. Ponieważ kardynałowie byli na ogół bogaci, ta propozycja nie powinna spotkać się ze sprzeciwem. Aleksander wiedział, że teraz nastąpią dalej idące sugestie reform. Należy ograniczyć władzę papieża – zaczął miękko Grimani. Kardynałowie powinni mieć prawo mianowania biskupów. Papieżowi nie wolno będzie sprzedawać żadnych urzędów bez zgody Kolegium Kardynałów. Po śmierci któregokolwiek z obecnie urzędujących kardynałów nie będzie wolno wybierać nowego na jego miejsce. Aleksander zmarszczył czoło. Grimani mówił teraz tak cicho, że papież musiał pochylić się do przodu i wytężyć słuch. Żadnemu z książąt Kościoła nie wolno będzie mieć więcej niż osiemdziesięciu służących i trzydzieści koni. Nie wolno będzie trzymać kuglarzy, błaznów i muzykantów. Żadnemu nie wolno będzie zatrudniać młodych chłopców w charakterze lokajów. Żadnemu duchownemu, niezależnie od jego pozycji w hierarchii kościelnej, nie wolno będzie mieć konkubin – pod groźbą utraty wszelkich dochodów. Papież słuchał obojętnie, przesuwając w palcach paciorki różańca. Propozycje były bezwartościowe, żadna nie służyła wyższym celom – dobru duszy ani Kościoła. Mimo to się nie wtrącał. Grimani skończył, po czym zapytał z pokorą: Czy Ojciec Święty ma jakieś uwagi? W ciągu ostatniego miesiąca entuzjazm Aleksandra dla reform stopniowo malał. Teraz, po wysłuchaniu głosu komisji, zgasł całkowicie. Papież wstał z tronu. W tej chwili nie mam żadnych uwag, Grimani. Doceniam twoją pracowitość. Przestudiuję starannie wszystkie propozycje, po czym Plandini, szef mojej kancelarii, zawiadomi was, że jestem gotów do dyskusji. Uczynił znak krzyża, pobłogosławił komisję i wyszedł. Sangiorgio, inny kardynał wenecki, podszedł do Grimaniego, który jeszcze stał przy pulpicie. Cóż, Grimani – szepnął – wątpię, żebyśmy mogli liczyć na powtórny przyjazd do Rzymu. Mam wrażenie, że byliśmy świadkami ostatniego namaszczenia reformy.

Po powrocie do swoich komnat papież kazał wezwać Duarte Brandao. Duarte zastał papieża przy kieliszku mocnego wina. Aleksander poprosił go, żeby usiadł, gdyż chce z nim porozmawiać o popołudniowych wydarzeniach. Duarte przyjął kieliszek wina i zajął miejsce. To nie do wiary – powiedział Aleksander – że natura ludzka w imię wzniosłych zasad uparcie zwraca się przeciw sobie. Rozumiem, że Wasza Świątobliwość nie znalazła w raporcie komisji niczego wartego zastanowienia. Papież wstał i zaczął chodzić po komnacie z rozbawionym wyrazem twarzy. To oburzające, Duarte. Ich propozycje sprowadzają się do zlikwidowania wszelkich ziemskich przyjemności. Zgodziłbym się żyć umiarkowanie, ale nie mam zamiaru stać się ascetą. Czy Bóg byłby szczęśliwy, gdyby jego podwładni nie znali radości? Którą z propozycji uważasz, Ojcze Święty, za nie do przyjęcia? Aleksander zatrzymał się przed Duarte. Przyjacielu, oni zabraniają posiadania konkubin. Jako papież nie mogę się ożenić, więc moja ukochana Giulia nie mogłaby spać ze mną w tym samym łożu ani nawet w tym samym domu. Nigdy do tego nie dopuszczę. Jeszcze bardziej perfidne jest to, że moje dzieci zostałyby pozbawione majątku. Nie mógłbym urządzać żadnych zabaw dla ludu. To nonsens, Duarte, kompletny nonsens! Zmartwiło mnie to, że kardynałowie stali się do tego stopnia obojętni na potrzeby wiernych. Duarte roześmiał się. Rozumiem, iż nie zaakceptujesz propozycji komisji? Aleksander usiadł ponownie, nieco odprężony. Chyba byłem otumaniony nieszczęściem, przyjacielu. Ta reforma oddaliłaby mnie jako papieża, od dzieci, od ukochanej, od ludu, a tym samym zbawiłbym mniej dusz ludzkich. Odczekamy z miesiąc, po czym reforma umrze śmiercią naturalną. Więc raport cię zaskoczył? Nie zaskoczył, tylko przeraził, drogi przyjacielu. Po prostu przeraził – odparł papież.

W Rzymie i jego okolicach plotki rozrastały się jak chwasty. Mówiono, że śmierć Juana była karą opatrzności za występki braci, którzy – nie wyłączając ojca – sypiali z Lukrecją. Giovanni Sforza, zmuszony do rozwodu, oskarżył rodzinę Borgiów o kazirodztwo, chcąc w ten sposób podważyć wiarygodność pogłosek o powodach unieważnienia małżeństwa. Twierdził, że Lukrecja była kochanką nie tylko Cezara, lecz również papieża. Wieści te były tak skandaliczne, że powtarzał je cały Rzym. Wkrótce dotarły do Florencji, stając się wodą na młyn Savonaroli, który z nowym zapałem wygłaszał kazania na temat „zła, które pośle do piekieł wiernych obłudnemu papieżowi”. Aleksander nie przejmował się plotkami. Rozglądał się za najbardziej odpowiednim konkurentem do ręki Lukrecji. Jego wybór padł na Alfonsa Aragońskiego, syna króla Neapolu. Alfons był przystojnym młodzieńcem, wysokim, jasnowłosym, o pogodnym usposobieniu. Podobnie jak jego siostra, Sancia, pochodził z nieprawego łoża, lecz żeby mu zapewnić status i dochód, ojciec uczynił go władcą Bisceglii. Pokrewieństwo rodziny Alfonsa z Ferdynandem związałoby papieża z Hiszpanią, przynosząc Aleksandrowi przewagę taktyczną w rozgrywkach z wojowniczymi książątkami i baronami na południu. Papież wytyczał przyszłość Lukrecji, a młody Perotto, kursując między klasztorem Świętego Sykstusa a Watykanem, przywoził jej codziennie nowe wieści, dotyczące postępowania rozwodowego i toczących się negocjacji ślubnych. Córka papieża i sympatyczny młodzieniec szybko stali się dobrymi przyjaciółmi. Codziennie spacerowali po klasztornych ogrodach, wymieniając się opiniami na temat literatury i muzyki. Lukrecja pierwszy raz w życiu znalazła się poza kontrolą i dominacją ojca – wreszcie była panią samej siebie. Perotto zachęcał ją do korzystania z wolności. Lukrecja i Perotto spacerowali, trzymając się za ręce i dzieląc najbardziej osobistymi sekretami. Siadywali na trawie, żeby spożyć razem południowy posiłek, po którym Perotto wplatał różnokolorowe kwiaty w długie, jasne włosy Lukrecji. Ona zaś uśmiechała się – czuła się znów młoda i pełna życia. Pewnego dnia Perotto przywiózł jej list, z którego dowiedziała się, że musi wrócić do Rzymu, by wziąć udział w uroczystym ogłoszeniu unieważnienia jej małżeństwa przez rzymską Rotę – najwyższy trybunał kolegialny Kościoła. Lukrecja wpadła w popłoch. Trzymając pergamin w drżących dłoniach, zaczęła spazmatycznie szlochać. Perotto, który zdążył ją pokochać, choć nigdy jej tego nie wyznał, wziął ją w ramiona, żeby się uspokoiła. Co się stało, kochanie? – spytał, po raz pierwszy ujawniając swoje uczucia. Co ci sprawiło taki ból? Przywarła doń, ukrywając twarz na jego ramieniu. Nikt prócz Cezara nie wiedział o jej stanie. Teraz musiała dokonać nie lada sztuki – stawić się przed trybunałem i przysiąc, że jest dziewicą. Gdyby ojciec lub ktokolwiek inny odkrył prawdę, zagroziłoby to jej małżeństwu z księciem Alfonsem Aragońskim, a co więcej, wrogowie rodziny mogliby ją i brata skazać na śmierć za przyniesienie hańby papiestwu. Tak więc Lukrecja, nie mając nikogo, komu mogłaby zaufać, zwierzyła się ze swojego nadzwyczaj kłopotliwego położenia najnowszemu przyjacielowi. On zaś zachował się jak szlachetny rycerz, który spieszy z pomocą damie serca. Zaproponował, żeby – zamiast przyznać się do związku z bratem – ogłosiła, iż ojcem jej nienarodzonego jeszcze dziecka jest on, Perotto. Trudno będzie uniknąć pewnych konsekwencji – przekonywał – lecz nie będą one tak poważne jak w przypadku oskarżenia o kazirodztwo. Lukrecję ogarnęło wzruszenie. Zaniepokoiła się jednak o los Perotta. Ojciec się na tobie zemści za to, że zagroziłeś sojuszowi, a co za tym idzie, osłabiłeś jego pozycję. Plotki, oczywiście i tak krążyły, ale teraz jest dowód... Poklepała się delikatnie po brzuchu i westchnęła. Jestem gotów oddać życie za ciebie i Kościół – powiedział z uniesieniem Perotto. Nie wątpię, że ojciec w niebiosach wynagrodzi mi bezinteresowność moich intencji niezależnie od tego, co orzeknie Ojciec Święty. Muszę powiedzieć o tym mojemu bratu, kardynałowi – odparła Lukrecja. Perotto jeszcze raz okazał umiarkowanie i szlachetność charakteru. Powiedz mu to, co twoim zdaniem powinien wiedzieć, a ja poniosę konsekwencje mojej miłości do ciebie. Parę miesięcy z tak cudowną istotą jest warte najwyższej ceny. Lukrecja napisała list do Cezara. Dopilnuj, żeby list trafił prosto do niego, bo wiesz, jak niebezpieczne byłoby, gdyby wpadł w obce ręce – podkreśliła. Perotto ukłonił się głęboko i wyszedł.

Po powrocie do Rzymu Perotto bez zwłoki udał się do papieża, informując go, że Lukrecja jest w szóstym miesiącu ciąży i że on sam jest ojcem jej przyszłego dziecka. Poprosił papieża o przebaczenie. Przyznał, iż zawiódł jego zaufanie i zobowiązał się ponieść wszelkie konsekwencje swego czynu. Aleksander wysłuchał uważnie wszystkiego, co Perotto miał mu do powiedzenia. Ku zdziwieniu Perotta nie rozgniewał się; z początku wydawał się zaskoczony, lecz szybko się opanował. Zabronił młodzieńcowi z kimkolwiek rozmawiać na ten temat. Powiedział mu, że Lukrecja do czasu urodzenia dziecka będzie przebywała w klasztorze. Dziecko zostanie odebrane przez młode panny w Chrystusie, które ślubowały wierność Kościołowi, dzięki czemu będzie można mieć pewność, iż zachowają to, czego będą świadkami, dla siebie. Co natomiast począć z potomkiem? Alfons i jego rodzina z całą pewnością nie powinni o niczym wiedzieć. Prawdę mogą znać wyłącznie Aleksander, Lukrecja i oczywiście Cezar. Gdyby wyszła na jaw, to nawet Jofre i Sancia znaleźliby się w niebezpieczeństwie. Rozumie się samo przez się, że Perotto nie wyjawi prawdy nawet na torturach. Kiedy Perotto szykował się do wyjścia, papież upewnił się po raz ostatni: Przypuszczam, że nikomu o tym nie powiedziałeś? Nikomu, Ojcze Święty – potwierdził Perotto. Miłość do twojej córki położyła pieczęć na moich ustach. Aleksander uściskał młodzieńca i odprowadził go do drzwi. Uważaj na siebie – przestrzegł go. Cenię cię za twoją szczerość i odwagę. Po wyjściu od papieża Perotto udał się do kardynała, żeby wręczyć mu list od Lukrecji. W miarę czytania pergaminu Cezar stawał się coraz bledszy. Spojrzał ze zdumieniem na młodego Hiszpana. Co cię skłoniło do tego gestu? – spytał. Perotto, z nieodłączną gitarą na ramieniu, uśmiechnął się. Miłość, Wasza Eminencjo. Komu o tym powiedziałeś? – chciał się dowiedzieć Cezar. Tylko Jego Świątobliwości... Cezar z trudem zachował spokój. Jak na to zareagował? Był bardzo opanowany – odparł Perotto. Dopiero teraz Cezar przestraszył się nie na żarty. Wiedział, że ojciec wydaje się najbardziej spokojny wtedy, gdy jest wściekły. Ukryj się w jakiejś kryjówce w getcie Trastevere i nie wychylaj stamtąd nosa – rozkazał. Nie mów o tym nikomu, jeśli ci życie miłe. Zastanowię się, co zrobić i poślę po ciebie, kiedy wrócę z Neapolu. Perotto ukłonił się i wyszedł. Zanim zamknął za sobą drzwi, Cezar powiedział: Jesteś zacną duszą, Perotto. Niech cię Bóg prowadzi!

Lukrecja wróciła do Rzymu. Stanęła przed dwunastoma sędziami, będąc w siódmym miesiącu ciąży. Nawet luźne szaty nie mogły zamaskować zmian w jej wyglądzie. Zrobiła, co się dało – zaplotła złote włosy w warkocz i ukryła pod kosmetykami różowość cery. Po miesiącach spędzonych w klasztorze, gdzie się zdrowo odżywiała, modliła i dobrze wysypiała, wyglądała młodo i niewinnie. Na jej widok trzej sędziowie zaczęli między sobą szeptać, lecz pulchny kardynał Ascanio Sforza uciszył ich gestem ręki, po czym poprosił Lukrecję o zabranie głosu. Z udawanym zażenowaniem, cichym, niepewnym głosem powiedziała po łacinie to, co napisał jej Cezar. Wywarła na kardynałach duże wrażenie. Wszyscy byli oczarowani słodką, czarującą córką papieża. Podczas gdy sędziowie się naradzali, Lukrecja podniosła do oczu lnianą chusteczkę i zaczęła płakać. Wybaczcie, Wasze Ekscelencje, że proszę was o pobłażanie. Pochyliła głowę, a kiedy ją znów podniosła, żeby spojrzeć na kardynałów, miała oczy pełne łez. – Wyobraźcie sobie moje życie bez dzieci, o które mogłabym się troszczyć. Czy chcecie, żebym żyła, nie mogąc zaznać rozkoszy w ramionach męża? Czy pozwolicie, by ciążyło nade mną przekleństwo, którego nie jestem winna? Odwołuję się do waszej dobroci i miłosierdzia – oszczędźcie mnie! Unieważnijcie ten nieszczęsny związek, w którym z niezależnych ode mnie przyczyn nie ma miejsca na miłość. Nie podniósł się ani jeden głosu sprzeciwu. Ascanio zwrócił się do Lukrecji i głośno, dobitnie oznajmił werdykt: Femina intacta! Dziewica! Jeszcze tego samego wieczoru wróciła do klasztoru, żeby spędzić w nim ostatnie tygodnie przed rozwiązaniem.

Perotto przybył do klasztoru, przynosząc Lukrecji wiadomość, że czynności rozwodowe zostały zakończone i że została zawarta umowa, w myśl której poślubi Alfonsa, księcia Bisceglii. Lukrecja rozpłakała się. Odbiorą mi dziecko... nie będę go wychowywała – skarżyła się, kiedy siedzieli w ogrodzie klasztornym. Nie będę mogła cię widywać, bo znów wychodzę za mąż. Dzisiejszy dzień jest dla mnie szczęśliwy, bo przestałam być żoną znienawidzonego człowieka... i smutny, bo tracę dziecko i najlepszego przyjaciela. Perotto objął ją ramieniem. Będziesz w moim sercu do końca moich dni. A ty w moim, przyjacielu – powiedziała.

Na krótko przed wyjazdem do Neapolu Cezar spotkał się z ojcem w jego komnatach, żeby porozmawiać o sytuacji Lukrecji i jej dziecka. Myślę, ojcze, że znalazłem rozwiązanie – powiedział. Dziecko zaraz po urodzeniu zostanie przeniesione do moich komnat, gdzie będzie się wychowywało. Twoje ani Lukrecji nie wchodzą w grę. Oświadczę, że dziecko jest moje i pewnej zamężnej kurtyzany, której nazwiska nie chcę zdradzić. Wszyscy uwierzą, bo to pasuje do panującej o mnie opinii. Aleksander spojrzał na syna i roześmiał się. Czemu się śmiejesz, ojcze? – spytał Cezar.  Czy to takie śmieszne, że aż niewiarygodne? Oczy papieża lśniły rozbawieniem. To jest śmieszne – odparł. I wiarygodne. Śmieję się, bo moja reputacja również przystaje do sytuacji. Dziś podpisałem bullę – która jeszcze nie została opublikowana – nadającą dziecku miano Infans Romanus, w której oświadczam, że ja jestem jego ojcem, matką zaś anonimowa kobieta. Objęli się ramionami, śmiejąc się do łez. Doszli do wniosku, że przypisanie ojcostwa Cezarowi jest lepszym rozwiązaniem. Papież obiecał wydać bullę w dniu urodzin, przyznając Cezarowi ojcostwo Infans Romanus. Pierwsza bulla, informująca, że ojcem jest Aleksander, miała spocząć na dnie szuflady papieskiego biurka.

W dniu, w którym Lukrecja powiła zdrowego chłopczyka, Aleksander kazał przenieść go natychmiast do domu Cezara. Lukrecja została w klasztorze, żeby dojść do siebie po porodzie. Postanowiono, że w przyszłości, uznając dziecko za bratanka, będzie je wychowywała jak własne. Mimo że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, Aleksander uznał, że należy zadbać o jeszcze jeden szczegół. Dręczyły go wyrzuty sumienia, lecz wiedział, że nie może inaczej postąpić. Kazał wezwać don Micheletta. Godzinę przed północą niski, potężnie zbudowany mężczyzna, o wypukłej klatce piersiowej, stanął w drzwiach gabinetu. Papież uściskał go jak brata i opowiedział mu o swoim kłopocie. Młody człowiek, który twierdzi, że jest ojcem tego dziecka – powiedział papież. Miły, młody Hiszpan, dobrze urodzony... a jednak... Don Micheletto spojrzał na papieża i położył palec na wargach. Ani słowa więcej, Ojcze Święty – powiedział. Jestem zawsze do twojej dyspozycji. Jeśli dusza tego młodzieńca jest równie piękna jak jego powierzchowność, to ojciec w niebiosach powita ją z najwyższą radością. Zastanawiałem się, czy nie wysłać go gdzieś daleko stąd – wyznał Aleksander. Był lojalnym sługą. Nie wiadomo jednak, czy jakaś pokusa nie rozwiąże mu języka, co mogłoby spowodować upadek mojej rodziny. Na twarzy don Micheletta odmalowało się współczucie. Twoim zadaniem, Ojcze Święty, jest uchronienie go od pokus, a moją – pomóc ci w tym na miarę moich możliwości. Dziękuję ci, przyjacielu – powiedział Aleksander. Po chwili, wahając się, dodał: Bądź delikatny, bo to rzeczywiście dobry chłopak. Nie można mu się dziwić, że nie znając się na kobiecych sztuczkach, łatwo dał się uwieść.

Micheletto wtopił się w mrok nocy. Pędził co koń wyskoczy wyboistymi drogami przez pola i góry, aż dotarł do wydm koło Ostii. Z ich szczytu widać było małe gospodarstwo, a wokół niego niewielkie zagony dziwnej roślinności, rzędy korzennych warzyw oraz sporo rabatek pełnych nieznanych ziół, egzotycznych kwiatów i wysokich krzewów obsypanych purpurowymi i czarnymi jagodami. Micheletto zajechał do domku od tyłu. Znalazł tam zgiętą wpół starą kobietę, opartą na głogowym kiju. Spojrzała ukosem na Micheletta i podniosła kij. Noni! – zawołał uspokajająco. – Przyjechałem po lekarstwo. Idź precz – powiedziała starucha. Nie znam cię. Noni! – powtórzył, zbliżając się do niej. Jest ciemno, więc mnie nie poznałaś. Przysłał mnie Ojciec Święty... Wykrzywiła twarz w czymś w rodzaju uśmiechu. Ach to ty, Miguel. Postarzałeś się... Takie jest życie, Noni – powiedział, tłumiąc chichot. To prawda. Przybyłem prosić cię o pomoc w zbawieniu pewnej duszy. Stał obok starej kobiety, górując nad nią wzrostem. Sięgnął po jej wiklinowy koszyk, chcąc pomóc, ale mu nie pozwoliła. Chcesz wysłać do piekła jakiegoś łajdaka czy dobrą duszę, która przeszkadza Kościołowi? W oczach don Micheletta była sama łagodność. To człowiek, który z pewnością ujrzy twarz Pana. Starucha pokiwała głową, po czym skinęła na przybysza, żeby poszedł za nią do domku. Rozglądała się wśród ziół wiszących na ścianach, w końcu wybrała jedno, zawinięte w najczystszy jedwab. To wprowadzi go w łagodny sen bez snów – powiedziała. Nie będzie cierpiał. Zanim wręczyła zioło gościowi, spryskała je święconą wodą. Pobłogosławiłam je – dodała. Patrząc, jak Micheletto się oddala, pochyliła głowę i uczyniła na piersi znak krzyża.

Właściciel obskurnej oberży w getcie dzielnicy Trastevere chciał już zamykać, lecz nie mógł się dobudzić pijanego klienta. Młody jasnowłosy mężczyzna już od godziny, czyli od chwili, gdy wyszedł jego towarzysz, siedział przy stole z głową opartą na ramionach. Oberżysta potrząsnął nim powtórnie, tym razem silniej. Głowa mężczyzny opadła bezwładnie. Knajpiarz odskoczył z przerażeniem. Twarz młodego człowieka była sina i spuchnięta, wargi purpurowe, oczy nabiegłe krwią i wytrzeszczone – lecz najbardziej szokujący widok sprawiał język, który był tak spuchnięty, że wystawał z ust, zmieniając przystojną twarz mężczyzny w maskę Chimery. W ciągu paru minut zjawiła się straż. Oberżysta nie potrafił prawie nic powiedzieć o towarzyszu młodego człowieka, prócz tego, że był niski i miał wypukłą klatkę piersiową. Podobnych mężczyzn bez liku kręciło się po Rzymie. Podobnych do młodego człowieka było niewielu. Niektórzy mieszkańcy miasta go znali. Powiedzieli straży, że nazywał się Pedro Calderon i że mówiono nań Perotto.

ROZDZIAŁ 26

Lukrecja odwróciła się i dotknęła twarzy brata. Wiem. Powinnam być ci wdzięczna za wszystko, co czynisz w mojej obronie... mimo śmierci Alfonsa, bo nawet to zrozumiałam. Niepokoi mnie twój charakter, ponieważ ostatnio stałeś się skory do zabijania. Czy nie martwisz się o własną duszę? Ojciec mówi, że Bóg nie zabrania zabijać, gdyż inaczej nie mogłoby być świętych wojen. Przykazanie: „Nie zabijaj” oznacza, że grzechem staje się dopiero zabijanie bez szlachetnej, moralnie uzasadnionej przyczyny – wyjaśnił Cezar. Wiadomo, że powieszenie mordercy nie jest grzechem. Czy to na pewno wiadomo? Mamy prawo decydować, która przyczyna jest szlachetna i moralnie uzasadniona? Czy to nie świadczy o naszej arogancji? Niewierni uważają, że zabijanie chrześcijan jest sprawiedliwe. Skoro chrześcijanie zabijają chrześcijan, to czym różnią się od niewiernych? Cezar umilkł, zaskoczony – jak często bywało – logiką rozumowania siostry. Lukrecjo – powiedział w końcu – nigdy nie zabijam dla osobistej satysfakcji, co najwyżej dla dobra nas wszystkich. Oczy Lukrecji zwilgotniały, lecz starała się mówić spokojnie. Czy będą następne trupy? Na wojnie z całą pewnością tak. Bywają jednak sytuacje poza wojną, kiedy musimy odebrać komuś życie nie ze względu na nasze bezpieczeństwo, lecz dla wyższego dobra. Opowiedział jej o zdobywaniu Ceseny i o tym, jak kazał powiesić złodziei kurcząt. Lukrecja zwlekała z odpowiedzią, gdyż nie była całkiem przekonana. Martwi mnie, Cezarze, że możesz zacząć używać „wyższego dobra” jako wymówki w celu wyeliminowania kłopotliwych ludzi, a świat jest ich pełen. Cezar podniósł się, spoglądając na jezioro. Masz szczęście, że nie jesteś mężczyzną, bo twoje wątpliwości hamowałyby cię w działaniu. Chyba masz rację – przyznała po namyśle. Ale nie wiem, czy to jest najgorsze... Przestała być pewna, czy potrafi dostrzec zło, zwłaszcza gdy kryło się w zakamarkach serc ludzi, których kochała.

ROZDZIAŁ 27

Cezar był zdumiony, ale nie stracił zimnej krwi. Czemu mi o tym doniosłeś, Niccolo? – spytał. Czy wstrzymanie mojej kampanii nie leży w interesie Florencji? Stanęliśmy przed nie lada dylematem, Cezarze. Który diabeł jest lepszy: konspiratorzy czy Borgiowie? – odparł Machiavelli. Podjęcie decyzji nie było łatwe, w końcu zapadła na posiedzeniu Rady Dziesięciu. Przekonałem ich, że jesteś rozsądny, a cele, do których dążysz – przynajmniej te publicznie głoszone – brzmią racjonalnie. Wierzę, że dotrzymasz umowy z Francją, iż nie zaatakujesz Florencji. Co do spiskowców: Paolo Orsini jest półwariatem. Wszyscy Orsini lekceważą zarząd Florencji, a twój przyjaciel, Vito Vitelli, pogardza całym miastem, nie wiadomo, dlaczego. Wiemy natomiast, że Orsini i Vitelli byli jedynymi, którzy podczas ostatniej kampanii nalegali, żebyś zaatakował Florencję, ale odmówiłeś. Uznaliśmy to za dowód lojalności z twojej strony, który znacznie zaważył na naszej decyzji. Gdyby cię pokonali, usunęliby z tronu twojego ojca – wówczas mielibyśmy wojowniczego papieża z ich wyboru, co byłoby dla nas katastrofalne. W przeciwieństwie do ciebie nie zawahaliby się zaatakować, a nawet splądrować Florencji. Co więcej, powiedziałem Radzie, że ci ludzie nie potrafią dochować tajemnicy. Natomiast ty, wiedząc o spisku, sprawnie rozprawisz się z konspiratorami. Na twarzy Machiavellego pojawił się chytry uśmieszek. Powiedziałem im więc: „Ostrzeżmy go sami, może kupimy sobie w ten sposób jego wdzięczność”. Cezar roześmiał się i poklepał Florentczyka po plecach. Na Boga, Machiavelli, jesteś niezrównany... po prostu niezrównany. Twój cynizm jest prawdziwą rozkoszą, a szczerość wprost oszałamiająca.

ROZDZIAŁ 28

Aleksander uśmiechnął się do syna. W jego intencji uśmiech miał być promienny, lecz pojawił się jedynie grymas. Nabrał tyle powietrza, na ile pozwalały mu niewydolne płuca i powiedział: Władza bez miłości stawia człowieka bliżej zwierząt niż aniołów. Skóra na ciele papieża zaczęła sinieć, lecz gdy wezwano Marruzzę, Aleksander odprawił go gestem ręki. Spełniłeś swoje zadanie – powiedział. Znaj swoje miejsce. Zwrócił się ponownie do syna, walcząc z opadającymi powiekami, które robiły się coraz cięższe. Cezarze, mój synu, czy kochałeś kogoś bardziej niż siebie samego? – spytał. Tak, ojcze. Kogo tak kochałeś? Moją siostrę – wyznał Cezar ze łzami w oczach, spuszczając głowę. Miał uczucie, że jest na spowiedzi. Lukrecja – wyszeptał Aleksander i uśmiechnął się, gdyż to imię brzmiało w jego uszach jak muzyka. Tak – westchnął. To był mój grzech, a twoje przekleństwo. To jej zasługa. Powiem jej, jak ją kochasz, bo nie wybaczy sobie, że jej tu nie było. Powiedz, że była najcenniejszym kwiatem mojego życia, a życie bez kwiatów jest jałowe. Potrzebujemy piękna bardziej, niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Cezar przyjrzał się papieżowi. Pierwszy raz dostrzegł w nim człowieka, jakim w istocie był: obarczonego wadami, niepewnego siebie. Chciał dowiedzieć się wszystkiego o tym człowieku, o swoim ojcu, z którym nigdy dotąd nie rozmawiał otwarcie. Ojcze, a czy ty kochałeś kogoś bardziej niż siebie? Aleksander z najwyższym wysiłkiem zmusił się do mówienia: Tak, mój synu, o tak... – powiedział to z bezbrzeżną tęsknotą. Kogo tak kochałeś? – powtórzył pytanie Aleksandra. Moje dzieci. Wszystkie moje dzieci. Myślę, że to był jeszcze jeden mój błąd. Ktoś, kto sprawuje urząd Ojca Świętego powinien bardziej kochać Boga. Ojcze – zapewniał Cezar – kiedy ujmowałeś złoty kielich, gdy wznosiłeś oczy ku niebu, serca wiernych napełniały się miłością do Boga. Ciałem Aleksandra zaczęły wstrząsać drgawki, kaszlał i dusił się, mimo to wyznał z autoironią: Kiedy wznosiłem kielich, gdy spożywałem chleb i piłem wino, symbole ciała i krwi Chrystusa, zawsze wyobrażałem sobie ciała i krew moich dzieci. Jak Bóg Chrystusa, ja stworzyłem moje dzieci i jak On składałem z nich ofiarę. Dopiero teraz zobaczyłem rozmiar mojej arogancji. Zachichotał szyderczo, co skończyło się atakiem kaszlu. Ojcze, jeśli chcesz, żebym ci przebaczył, to już to zrobiłem. Jeśli zależy ci na mojej miłości, to wiedz, że zawsze cię kochałem... Gdzie jest Jofre? – spytał nagle Aleksander, marszcząc brwi. Duarte wyszedł, żeby go przyprowadzić. Niebawem zjawił się Jofre i stanął zaraz przy progu. Patrzył zimno i twardo, bez najmniejszych objawów współczucia. Zbliż się, synu – powiedział Aleksander. Uściśnij mi rękę. Ktoś pomógł Cezarowi odsunąć się od łóżka. Jofre niechętnie ujął rękę ojca. Pochyl się nade mną, synu – poprosił papież. Chcę ci coś powiedzieć... Jofre zawahał się, lecz posłuchał ojca. Zrobiłem ci krzywdę, synu, a nie wątpię w to, że jesteś moim synem. Dopiero dziś dostrzegam, jak głupio postępowałem. Przez mgłę przesłaniającą mu oczy niewyraźnie widział twarz syna. Nie mogę ci przebaczyć, ojcze, bo z twojej winy nie mogę przebaczyć sobie samemu – odparł Jofre. Wiem, że już jest za późno, ale nim umrę, chciałbym, żebyś to usłyszał z moich ust – powiedział papież. To ty powinieneś zostać kardynałem, gdyż byłeś najlepszym spośród nas. Jofre pokręcił głową. Ojcze, nawet mnie nie znasz. Aleksander uśmiechnął się przewrotnie, gdyż widział wszystko tak wyraziście, że nie mógł się pomylić. Gdyby nie było Judasza, Jezus pozostałby cieślą, wiódłby życie kaznodziei, którego niewielu by słuchało, i umarłby ze starości – powiedział. Zachichotał, gdyż życie wydało mu się nagle absurdalne.

Mario Puzo, Rodzina Borgiów

Powieść historyczna Mario Puzo – amerykańskiego pisarza włoskiego pochodzenia przenosi akcję żywotnej w narracji opowieści przede wszystkim do włoskiego Państwa Kościelnego ze stołecznym Rzymem, które w czasie od wieków średnich aż po połowę dziewiętnastego wieku rozciągało się w środkowych Włoszech długim ramieniem władzy świeckiej, generalnie w czasy z przełomu piętnastego i szesnastego stulecia. To literacka historia hiszpańskiej rodziny z Królestwa Walencji, w tym centralnie usytuowanego Rodryga Borgii, papieża Aleksandra VI i jego dzieci z konkubinatu: Cezara, Juana, Jofre, a nade wszystko ukochanej Lukrecji. Opisuje bowiem jak Borgiowie w swym egotyzmie rodzinnym po kolei łamali wszystkie wypracowane przez kulturę chrześcijańską niemalże święte zasady życia społecznego podtrzymywane w imię świeckiej władzy nad poddanymi, przy tym nie stroniąc od kupczenia stanowiskami i od morderstw nie tylko politycznych, przy tym stosując w praktyce wyrafinowane tortury, pułapki i sprytne trucizny do walki z przeciwnikami, metodami z arsenału niejednego makiawelisty. W zamyśle zresztą samego autora, którego fascynowała Italia epoki renesansu, w tym zwłaszcza dzieje walencjańskich Borgiów istniało przekonanie przekazane nam przez tłumacza, że to oni byli pierwszą w dziejach świata zbrodniczą rodziną i że ich działania były bardziej perfidne niż te, które opisywał w swoich książkach o mafii. Wierzył, iż papieże byli pierwszymi donami, zaś najpotężniejszym z nich – papież Aleksander. Przez większość naszych wspólnie spędzonych lat Mario opowiadał mi epizody z życia Borgiów. Ich wybryki szokowały go, a zarazem bawiły – wiele z nich uwspółcześnił i wprowadził do swoich książek o mafii.



powrót ››