Blog

 

24.02.2026

Ubik

„Przecież – pomyślał – wszystko

to istnieje tylko w mojej

wyobraźni”

[…]

Herbert Schoenheit von Vogelsang jako właściciel Moratorium Ukochanych Współbraci, oczywiście zawsze przychodził do pracy wcześniej niż jego pracownicy. O tej porze ruch w chłodnym, odbijającym odgłosy wnętrzu budynku dopiero się zaczynał. W recepcji oczekiwał z kwitem w ręku zatroskany, wyglądający na księdza mężczyzna w bardzo ciemnych okularach. Miał na sobie kurtkę z kociego futra i żółte, ostro zakończone buty. Najwyraźniej zjawił się, by korzystając z wolnego od pracy dnia odwiedzić jakiegoś krewnego. Zbliżało się Święto Zmartwychwstania, dzień poświęcony o?cjalnie osobom na wpół żywym. Należało oczekiwać, że już niedługo zacznie się ruch. Słucham pana – powiedział Herbert z uprzejmym uśmiechem. Osobiście przyjmę pański kwit. To taka starsza kobieta – tłumaczył klient. Bardzo drobna i zasuszona. Moja babka. Jedna chwileczkę – Herbert skierował się znów w stronę skrzyń– chłodni, by wyszukać numer 3054035–B. Odnalazłszy właściwą osobę, sprawdził dane w umieszczonej przy niej karcie kontrolnej. Wynikało z niej, że zostaje jeszcze tylko piętnaście dni w stanie półżycia. To niezbyt wiele – pomyślał. Odruchowo wcisnął przenośny wzmacniacz protofazonów do przezroczystej obudowy trumny, wykonanej z tworzywa sztucznego, nastawił go na właściwą częstotliwość i zaczął słuchać, chcąc stwierdzić, czy umysł funkcjonuje. Z głośnika doszedł słaby głos: …i wtedy właśnie Tillie skręciła nogę w kostce. Myśleliśmy, że nigdy się z tego nie wyleczy, tak głupio się zachowywała i chciała od razu zacząć chodzić… Zadowolony, wyłączył wzmacniacz i skontaktował się z jednym z członków brygady, polecając mu przewieźć numer 3054035–B do rozmównicy, gdzie klient będzie mógł porozumieć się ze starą damą. Dokonał pan już jej odbioru, prawda? – spytał klient wpłacając należną sumę. Osobiście – odpowiedział Herbert. Wszystko funkcjonuje znakomicie. Nastawił szereg przełączników, potem cofnął się. Życzę panu szczęśliwego Święta Zmartwychwstania, sir. Dziękuję. Klient usiadł zwrócony twarzą do trumny. Z otaczającej ją okładziny chłodzącej unosiła się para. Przycisnął do ucha słuchawkę i zaczął głośno mówić do mikrofonu: Flora, kochana, czy mnie słyszysz? Zdaje mi się, że już dociera do mnie twój głos. Flora? Kiedy umrę – pomyślał Herbert Schoenheit von Vogelsang – zażądam chyba w testamencie od swych potomków, by ożywiali mnie na jeden dzień co sto lat. Będę mógł w ten sposób śledzić losy ludzkości. Byłoby to jednak dosyć kosztowne dla potomków. On zaś wiedział dobrze, co by to oznaczało. Prędzej czy później zbuntowaliby się, kazaliby wyjąć jego ciało z chłodni i, nie daj Boże, pogrzebać. Grzebanie ciał jest zwyczajem barbarzyńskim – mruknął sam do siebie. Reliktem z okresu początków naszej kultury. Oczywiście, proszę pana – potwierdziła sekretarka, siedząca przy maszynie do pisania. W rozmównicy liczni już klienci porozumiewali się ze swymi półżywymi krewnymi. Siedzieli spokojnie, pogrążeni w zadumie. Każdemu z nich dostarczano kolejno właściwą trumnę. Ci wierni ludzie, przybywający tak regularnie, by oddać cześć swym zmarłym, stanowili krzepiący widok. Podtrzymywali oni półżywych na duchu w momentach ich aktywności umysłowej, przekazywali im wieści o tym, co dzieje się w otaczającym ich świecie. I – płacili Herbertowi Schoenheit von Vogelsang. Moratorium było przedsiębiorstwem intratnym. Mój ojciec wydaje mi się nieco słaby – oznajmił młody człowiek, gdy udało mu się zwrócić na siebie uwagę Herberta. – Byłbym ogromnie wdzięczny, gdyby mógł pan poświęcić chwilę czasu i zbadać go. Oczywiście – odparł Herbert. Wraz z klientem przeszedł przez rozmównicę, kierując się w stronę jego świętej pamięci krewnego. Z karty kontrolnej wynikało, że zostało mu już tylko kilka dni. To tłumaczyło mniej sprawną pracę mózgu. Ale mimo to… podkręcił regulację wzmacniacza protofazonów i głos półżywego w słuchawce stał się nieco mocniejszy. Jest już niemal u kresu sił – pomyślał Herbert. Wydawało mu się zrozumiałe, że syn nie ma ochoty oglądać karty kontrolnej, że w gruncie rzeczy nie chce uświadomić sobie, iż kontakt z ojcem de?nitywnie się kończy. Herbert nie powiedział więc nic. Po prostu odszedł, zostawiając syna w duchowym kontakcie z ojcem. Po co mu mówić, że jest to już zapewne jego ostatnia wizyta w tym miejscu? I tak sam zdąży się o tym dowiedzieć. Przy rampie załadowczej, ulokowanej za budynkiem moratorium, zjawiła się ciężarówka. Wyskoczyli z niej dwaj mężczyźni, ubrani w znajome bladoniebieskie uniformy. Z ?rmy transportowej Atlas Interplan Van and Storage – pomyślał Herbert. – Przywożą jeszcze jednego półżywego, który właśnie zszedł z tego świata, albo mają zabrać stąd kogoś, czyj termin już wygasł. Leniwie skierował się w tym kierunku, by sprawdzić, o co chodzi, ale w tym momencie jego sekretarka zawołała: Herr Schoenheit von Vogelsang, proszę mi wybaczyć, że przerywam panu chwilę skupienia, ale jeden z klientów prosi, by pomógł mu pan obudzić jego krewnego. Jej głos nabrał specjalnego tonu, gdy dodała: Ten klient to pan Glen Runciter; przyjechał tu aż z Federacji Północnoamerykańskiej. Wysoki, starszy mężczyzna o dużych dłoniach podszedł do niego szybkim, sprężystym krokiem. Miał na sobie różnobarwne, nie mnące się ubranie z tworzywa sztucznego, kamizelkę z dzianiny i kolorowy tkany krawat. Wysunąwszy nieco ku przodowi swą potężną głowę rozglądał się wokół siebie; jego oczy były lekko wypukłe, okrągłe, żywe i niezwykle czujne. Na twarzy Runcitera malował się wyraz zawodowej serdeczności i uwagi, która przez chwilę skupiona była na osobie Herberta i niemal natychmiast przesunęła się gdzie indziej, jak gdyby Runciter skoncentrował się już na sprawach, które mogą wydarzyć się w przyszłości.

[…]

Miałam sen – powiedziała Ella. Widziałam zamglone czerwone światło; było ono przerażające. A mimo to posuwałam się ciągle w jego kierunku. Nie mogłam się zatrzymać. Tak – kiwnął głową Runciter – mówi o tym Bardo Thödol, Tybetańska księga zmarłych. Przypominasz ją sobie; lekarze polecili ci czytać ją, kiedy… – zawahał się – byłaś umierająca – dokończył. Zamglone czerwone światło jest niedobre, prawda? – spytała Ella. Tak, należy go unikać. – Odchrząknął. Słuchaj, Ella, mamy kłopoty. Czy czujesz się na siłach, aby o tym słuchać? Nie chciałbym cię nadmiernie obciążać ani nic w tym rodzaju. Powiedz po prostu, jeżeli jesteś zbyt zmęczona albo chcesz rozmawiać o czym innym. To takie niesamowite. Mam wrażenie, że śniłam przez cały czas od naszej ostatniej rozmowy. Czy to naprawdę były dwa lata? Wiesz, co mi się wydaje, Glen? Że wszyscy inni ludzie, którzy mnie otaczają – mam wrażenie, że coraz bardziej się integrujemy. Wiele moich snów wcale nie dotyczy mnie samej. Czasem jestem mężczyzną lub małym chłopcem, czasem zaś starą kobietą, cierpiącą na żylaki… znajduję się w miejscach, których nigdy nie widziałam na oczy i robię różne bezsensowne rzeczy. No cóż, tłumaczą to w ten sposób, że zmierzasz w kierunku nowego łona, z którego masz się urodzić. A to zamglone czerwone światło oznacza niedobre łono – nie możesz iść w tym kierunku. To upokarzający, kiepski typ łona. Prawdopodobnie przewidujesz swe przyszłe życie, czy jak tam to nazwiemy. Czuł się głupio, przemawiając w ten sposób; zasadniczo nie miał żadnych przekonań religijnych. Ale zjawisko półżycia było faktem realnym – i fakt ten z wszystkich zrobił teologów. No więc – powiedział, zmieniając temat posłuchaj, co się wydarzyło, dlaczego przyjechałem i cię niepokoję. S. Dole Melipone zniknął z pola widzenia. Zapanował moment ciszy – potem Ella wybuchnęła śmiechem. Kim lub czym jest ten S. Dole Melipone? Nie wierzę, by coś takiego istniało. Tak dobrze mu znany, niezwykle ciepły ton jej śmiechu, wywołał w nim dreszcz; dobrze go pamiętał, nawet po tak długim czasie. Nie słyszał śmiechu Elli już od ponad dziesięciu lat. Może zapomniałaś – powiedział. Nie zapomniałam – odparła. Nie mogłabym zapomnieć czegoś, co nazywa się S. Dole Melipone. Czy to coś w rodzaju skrzata? To główny telepata Raymonda Hollisa. Od półtora roku, to jest od momentu, gdy G.G. Ashwood zaobserwował go po raz pierwszy, co najmniej jeden z naszych inercjałów zawsze trzymał się blisko niego. Nigdy nie straciliśmy Melipone’a z oczu; nie możemy sobie na to pozwolić. Gdy zachodzi konieczność, potrafi on wytworzyć pole psi dwukrotnie silniejsze niż jakikolwiek inny pracownik Hollisa. A w dodatku Melipone jest tylko jednym z całego szeregu ludzi Hollisa, którzy zaginęli – w każdym razie dla nas. Żadna z instytucji zapobiegawczych należących do Towarzystwa też nie wie na ten temat nic więcej niż my. Pomyślałem więc: do diabła, pójdę i spytam Ellę, co się właściwie dzieje i jak mamy postąpić. Dokładnie tak, jak zażądałaś w testamencie – pamiętasz? Pamiętam. Wydawało mu się, że przemawia ze znacznej odległości. Dajcie więcej reklam w telewizji. Ostrzeżcie ludzi. Powiedzcie im… – głos milkł stopniowo. Nudzi cię ten temat – ponuro stwierdził Runciter. Nie. Ja… – zawahała się; poczuł, że znowu się oddala. Czy wszyscy ci ludzie to telepaci? – spytała po chwili milczenia. Przeważnie telepaci i jasnowidze. Wiem, że na pewno nie ma ich nigdzie na powierzchni Ziemi. Mamy z tuzin inercjałów, którzy są nieaktywni i nie mają nic do roboty, gdyż nigdzie nie ma ludzi o zdolnościach psi, których wpływy mają oni neutralizować, a co martwi mnie jeszcze bardziej, o wiele bardziej – zapotrzebowanie na inercjałów zmalało – czego można było oczekiwać w sytuacji, gdy brak tak wielu psi. Wiem jednak, że pracują oni wspólnie wszyscy nad jakąś jedną sprawa – to znaczy tak przypuszczam. Właściwie jestem pewien, że ktoś zatrudnił całą tę grupę – ale tylko Hollis wie, kto to jest i gdzie się oni wszyscy znajdują. I w ogóle o co tu chodzi. Zapadł w ponure milczenie. Jak mogłaby Ella pomóc mu rozgryźć tę sprawę? Zamknięta w swej trumnie, odseparowana od świata za pomocą niskich temperatur, wiedziała tylko tyle, ile on sam jej powiedział. A jednak zawsze polegał na jej rozsądku, tej szczególnej typowej dla kobiet jego odmianie; była to mądrość oparta nie na wiedzy czy doświadczeniu, lecz na czymś wrodzonym. W okresie, gdy jeszcze żyła, nigdy nie udało mu się tego zgłębić, z pewnością też nie miał szans uczynić tego, teraz gdy leżała w stanie zamrożonego bezruchu. Inne kobiety, które poznał po jej śmierci – a był ich cały szereg – miały to w niewielkim stopniu: może tylko jakiś ślad, wskazujący na większe możliwości potencjalne, które jednak, inaczej niż w Elli – nigdy się w nich nie objawiły.

[…]

Powiedz mi – mówiła Ella – co to za człowiek ten Melipone. Dziwak. Pracuje dla pieniędzy? Czy z przekonań? Kiedy zaczynają oni gadać o tej mistyce psi, o poczuciu celu i identyfikacji kosmicznej – zawsze budzi to moje podejrzenia. Tak było przecież z tym okropnym Sarapisem; pamiętasz go? Sarapisa nie ma już na świecie. Przypuszcza się, że Hollis wykończył go za to, że próbował w tajemnicy zorganizować swe własne przedsiębiorstwo i robić mu konkurencję. Jeden z jasnowidzów Hollisa uprzedził go o tym. Melipone – ciągnął dalej – stwarza nam o wiele poważniejsze problemy, niż to robił Sarapis. Gdy jest w dobrej formie, potrzeba aż trzech inercjałów, by zrównoważyć jego pole – i nic na tym nie zarabiamy. Otrzymujemy – a raczej otrzymywaliśmy – takie samo honorarium, jakie dostajemy posługując się jednym inercjałem. Towarzystwo ma bowiem teraz cennik, do którego my też musimy się stosować. Z każdym rokiem był coraz gorszego zdania o tym Towarzystwie – stało się to już jego stałą obsesją: uważał, że nie przynosi żadnych korzyści i jest zbyt kosztowne. A także zbyt pewne siebie. O ile się orientujemy, motywem działania Melipone’a są pieniądze. Czy to cię uspokaja? Czy uważasz to za mniej groźne? Daremnie czekał na odpowiedź. Ella! – odezwał się. Cisza. Zaczął mówić nerwowo: Halo, Ella, czy mnie słyszysz? Czy coś się stało? Do diabła – pomyślał – znowu się oddaliła. Po chwili przerwy do jego prawego ucha dotarła zmaterializowana myśl: Nazywam się Jory. Nie były to myśli jego żony: miały innego rodzaju élan, były żywsze, a mimo to mniej zborne. Pozbawione typowej dla Elli subtelnej bystrości. Proszę się wyłączyć – powiedział ogarnięty nagłym lękiem Runciter. Rozmawiałem z moją żoną Ellą; skąd pan się tu wziął? Nazywam się Jory – nadpłynęła myśl – i nikt ze mną nie rozmawia. Włączę się do pana na chwilę, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Kim pan jest? Chcę rozmawiać z moją żoną, panią Ellą Runciter – wyjąkał Glen. Zapłaciłem za rozmowę z nią i chcę rozmawiać z nią, a nie z panem. Znam panią Runciter – myśli zabrzmiały tym razem w jego uchu o wiele silniej. Ona rozmawia ze mną, ale to nie to samo, co rozmowa z kimś takim jak pan, z kimś ze świata. Pani Runciter znajduje się tutaj razem z nami; ona się nie liczy, bo nie wie wcale więcej niż my. Jaki jest teraz rok, proszę pana? Czy wysłali już ten wielki pojazd na Proximę? Bardzo mnie to interesuje; może pan potra? mi na to odpowiedzieć. A ja, jeśli pan chce, powtórzę to później pani Runciter. Zgoda? Runciter wyszarpnął słuchawkę z ucha, pospiesznie odłożył mikrofon i wszystkie inne urządzenia; wyszedł z dusznego biura, w którym unosił się kurz, i zaczął iść wśród zamrożonych trumien, ustawionych schludnie w ponumerowanych rzędach. Pracownicy moratorium zastępowali mu drogę – ale cofali się, gdy zbliżał się do nich gwałtownym krokiem, rozglądając się za właścicielem. Czy coś się stało, panie Runciter? – zapytał von Vogelsang, ujrzawszy, że klient przedziera się w jego stronę. Czym mogę panu służyć? Coś mi się odzywa w przewodach – Runciter zatrzymał się zdyszany. Zamiast Elli. Do diabła z wami, panowie i z waszymi podejrzanymi metodami prowadzenia interesów. Taka rzecz nie ma prawa się wydarzyć – co to w ogóle znaczy? Szedł teraz za właścicielem moratorium, który ruszył już w stronę biura 2A. Gdybym ja prowadził w ten sposób moją firmę… Czy ta osoba przedstawiła się? Tak, powiedział, że nazywa się Jory.

[…]

Co by pani zrobiła, gdyby próby wykazały, że ma pani te właściwości? – spytał Joe. Wydają mi się one takie… negatywne – powiedziała Pat z namysłem. Nie potra?ę nic: ani poruszać przedmiotów, ani zamieniać kamieni w chleb, ani rodzić dzieci bez zapłodnienia czy odwracać procesów chorobowych u osób dotkniętych jakąś przypadłością. Nie posiadam nawet zdolności tak powszechnych, jak umiejętność czytania w czyichś myślach czy przepowiadania przyszłości. Umiem tylko sprowadzać do zera zdolności kogoś innego. Wydaje mi się to… – machnęła ręką – groteskowe. Jako czynnik mogący mieć wpływ na przetrwanie gatunku ludzkiego – powiedział Joe – zdolności pani są równie ważne jak właściwości psi. Szczególnie dla nas, Normów. Czynnik antypsi przywraca w sposób naturalny równowagę ekologiczną. Jeden owad umie latać – więc inny potra? tkać pajęczynę, aby go schwytać. Czy można nazwać to nielataniem? U pewnych mięczaków rozwinęła się twarda muszla ochronna – ptaki nauczyły się więc unosić mięczaka wysoko w górę i upuszczać go na kamienie. W pewnym sensie jest pani czymś w rodzaju istoty żerującej na ludziach o zdolnościach psi, tak jak oni są istotami żywymi żerującymi na nas – Normach. To panią czyni przyjaciółką ludzi należących do klasy Normów. Równowaga, pełny cykl, drapieżnik i o?ara. Ten system wydaje się wieczny i szczerze mówiąc nie wiem, jak można by go udoskonalić. Mogę zostać oskarżona o zdradę – powiedziała Pat. Czy martwi to panią? Martwię się, że pewni ludzie będą się do mnie wrogo odnosić. Ale wydaje mi się, że nie da się przejść przez życie nie wzbudziwszy czyjejś nieżyczliwości: nie można zadowolić wszystkich, bo ludzie pragną wielu różnych rzeczy. Dogadzając jednemu robi się przykrość drugiemu. Jaki jest pani przeciwtalent? – spytał Joe. Trudno mi wytłumaczyć. Mówiłem ci już – powiedział G.G. Ashwood – to coś niezwykłego. Nigdy dotąd o czymś takim nie słyszałem. Jakiego typu zdolności psi neutralizuje pani? Umiejętność jasnowidzenia – powiedziała Pat. Tak mi się wydaje. Wskazała na G.G. Ashwooda, który nadal uśmiechał się z entuzjazmem. Wasz wywiadowca, pan Ashwood, wytłumaczył mi to. Wiedziałam, że robię coś dziwnego, zawsze zdarzały mi się takie dziwne momenty, już od szóstego roku życia. Nigdy nie przyznałam się do tego rodzicom, bo czułam, że ich to zmartwi. Czy oni są jasnowidzami? Tak. Ma pani rację; zmartwiłoby ich to. Ale gdyby posłużyła się pani swymi talentami w ich obecności choćby tylko raz, zorientowaliby się, że je pani posiada. Czy nie zakłócała pani ich działalności? Ja… – Pat wykonała nieokreślony gest. Wydaje mi się, że powodowałam takie zakłócenia, ale oni nie zdawali sobie z tego sprawy. Na jej twarzy malowało się zmieszanie. Wytłumaczę pani, na jakiej zasadzie działa zwykle antyjasnowidz – zaczął Joe. W gruncie rzeczy tak było we wszystkich znanych nam przypadkach. Jasnowidz widzi wielką liczbę różnych przyszłości ułożonych obok siebie, jak komórki w ulu. Jedna z nich wydaje mu się jaśniejsza – i tę właśnie wybiera; gdy dokona już tego wyboru, antyjasnowidz jest bezradny. Antyjasnowidz musi być obecny w chwili, gdy jasnowidz ma podjąć decyzję, nie zaś później. Wpływ jego polega bowiem na tym, że jasnowidz zaczyna widzieć wszystkie przyszłości jednakowo wyraźnie: całkowicie traci umiejętność wyboru. Jasnowidz natychmiast orientuje się, że w pobliżu przebywa antyjasnowidz, gdyż cały jego układ odniesienia w stosunku do przyszłości ulega wtedy zmianie. W wypadku telepatów podobną przeszkodą…

[…]

Czy nie zakłócała pani ich działalności? Ja… – Pat wykonała nieokreślony gest. Wydaje mi się, że powodowałam takie zakłócenia, ale oni nie zdawali sobie z tego sprawy. Na jej twarzy malowało się zmieszanie. Wytłumaczę pani, na jakiej zasadzie działa zwykle antyjasnowidz – zaczął Joe. W gruncie rzeczy tak było we wszystkich znanych nam przypadkach. Jasnowidz widzi wielką liczbę różnych przyszłości ułożonych obok siebie, jak komórki w ulu. Jedna z nich wydaje mu się jaśniejsza – i tę właśnie wybiera; gdy dokona już tego wyboru, antyjasnowidz jest bezradny. Antyjasnowidz musi być obecny w chwili, gdy jasnowidz ma podjąć decyzję, nie zaś później. Wpływ jego polega bowiem na tym, że jasnowidz zaczyna widzieć wszystkie przyszłości jednakowo wyraźnie: całkowicie traci umiejętność wyboru. Jasnowidz natychmiast orientuje się, że w pobliżu przebywa antyjasnowidz, gdyż cały jego układ odniesienia w stosunku do przyszłości ulega wtedy zmianie. W wypadku telepatów podobną przeszkodą… Ona cofa się w czasie – powiedział G.G. Ashwood. Joe spojrzał na niego z uwagą. W czasie – powtórzył G.G. Ashwoood, wyraźnie rozkoszując się tą chwilą sukcesu; znaczące błyski w jego oczach zdawały się promieniować na całą kuchnię. Jasnowidz, na którego ona oddziaływa, nadal widzi jedną przyszłość wyraźniej, tak jak powiedziałeś: jako jedyny element o większej jasności. Wybiera go więc i robi słusznie. Ale dlaczego ma on w tym momencie rację? Dlaczego ten właśnie element ma większą jasność? Ponieważ ta dziewczyna… – wykonał gest w jej kierunku. Pat ma wpływ na przyszłość: ta jedna ewentualność ma większą jasność, ponieważ Pat cofnęła się w przeszłość i zmieniła ją. Zmieniając ją zaś, zmienia również teraźniejszość, łącznie z osobą jasnowidza. Nic o tym nie wiedząc ulega on tym samym jej wpływowi. Choć wydaje mu się, że nadal posługuje się swymi umiejętnościami, w istocie nie posiada ich już. Pod tym względem jej przeciwtalent ma przewagę nad zdolnościami innych antyjasnowidzów. Druga przewaga, jeszcze ważniejsza, polega na tym, że potra? ona przekreślić wybór jasnowidza, i to wtedy, gdy on już go dokonał. Może włączyć się do akcji już później, a sam wiesz, że zawsze prześladował nas ten problem: jeśli nie znajdowaliśmy się gdzieś od samego początku, byliśmy bezradni. W pewnym sensie prawdą jest, że nigdy nie byliśmy w pełni zdolni stłumić zdolności jasnowidzów, przeciwdziałać im tak skutecznie, jak robiliśmy to z innymi, nieprawdaż? Czyż nie był to słaby punkt w zakresie naszych usług? – spojrzał na Joego pytająco. To ciekawe – powiedział Joe po chwili. Do diabła, co znaczy: ciekawe? G.G. Ashwood niecierpliwie poruszył się na krześle. Jest to największy przeciwtalent, jaki pojawił się do tej pory! Nie cofam się w czasie – powiedziała cichym głosem Pat. Podniosła wzrok i spojrzała Joemu w oczy, jakby z poczuciem winy, choć zarazem wyzywająco. Mam pewne zdolności, ale pan Ashwood wyolbrzymił je do rozmiarów niemających żadnego związku z rzeczywistością.

[…]

Tym razem sytuacja jest inna – stwierdził krótko Joe. Nie mam już pięciocentówek – oznajmił G.G. Nie mogę stąd wyjść. Proszę wziąć jedną z moich – powiedziała Pat rzucając krótkie spojrzenie kolejno na Joego i na G.G. Rzuciła Ashwoodowi monetę, którą złapał z wyrazem osłupienia na twarzy. Osłupienie to zmieniło się stopniowo w pełen żalu smutek. Ładnie mnie załatwiliście – powiedział, wrzucając monetę do otworu w drzwiach. Wy oboje… – mruknął wychodząc. Ja ją odkryłem. W tej branży naprawdę panują bezwzględne metody, jeżeli… Głos jego cichł stopniowo, w miarę jak drzwi się zamykały. Potem nastąpiła cisza. Kiedy mu przejdzie entuzjazm, niewiele z niego zostaje – powiedziała po chwili Pal. On jest w porządku – stwierdził Joe. Jak zwykle czuł się winny. Ale nie bardzo. W każdym razie zrobił swoje. Teraz… Teraz, że tak powiem, pańska kolej – powiedziała Pat. Czy mogę zdjąć buty? Oczywiście. Zaczął przygotowywać swą aparaturę pomiarową. Sprawdził bębny i dopływ prądu, następnie uruchomił na próbę wszystkie wskaźniki, włączając różne napięcia i odnotowując ich efekt. Gdzie jest prysznic? – spytała Pat, schludnie odstawiwszy buty na bok. Dwadzieścia pięć centów – mruknął. Kosztuje dwadzieścia pięć centów. Podniósł wzrok i spostrzegł, że zaczęła rozpinać swą bluzę. Nie mam dwudziestu pięciu centów – dodał. W kibucu wszystko jest bezpłatne – powiedziała Pat. Bezpłatne! Przyjrzał się jej z uwagą. To nie do pomyślenia z punktu widzenia ekonomii. Jak może coś funkcjonować na tej zasadzie i nie zbankrutować po miesiącu? Pat w dalszym ciągu spokojnie odpinała guziki swej bluzy. Nasze pensje wpłacane są do kasy kibucu, my zaś otrzymujemy zaświadczenie, że wykonaliśmy pracę. Sumą naszych dochodów w całości dysponuje kibuc. W istocie kibuc Topeka od wielu lat przynosi dochód; my – jako grupa – wpłacamy więcej, niż pobieramy, Odpięła bluzę i rzuciła ją na oparcie krzesła. Pod szorstką, niebieską bluzą nie miała na sobie już nic; dostrzegł jej twarde, wysokie piersi i kształtne ramiona. Czy jesteś pewna, że masz na to ochotę? – spytał Joe. Mam na myśli rozbieranie się. Nic pan nie pamięta – powiedziała Pat. Czego nie pamiętam? Że nie zdjęłam ubrania. Wtedy, w innej teraźniejszości. Był pan wtedy o to dosyć zły, więc wymazałam ten epizod – i stąd ta zmiana. Zręcznie podniosła się z miejsca. Jak postąpiłem, gdy nie zdjęłaś ubrania? – spytał czujnie. Czy odmówiłem zbadania cię? Mruczał pan coś, że Ashwood przecenił moje antyzdolności. Ja nie pracuję na tej zasadzie – powiedział Joe. Nie robię takich rzeczy. Proszę spojrzeć. Pochyliła się i piersi jej zakołysały się. Poszperała w kieszeni bluzy, wyjęła złożony arkusz papieru i podała go Joemu. To pochodzi z poprzedniej teraźniejszości, tej, którą wymazałam. Przyjrzał się arkuszowi i odczytał swą końcową ocenę: „Wytwarza pole antypsi – niewystarczające. Całkowicie poniżej przyjętych norm. Nie można posługiwać się nią przeciwko jasnowidzom, z jakimi aktualnie mamy do czynienia”. Po tym następował stosowany przez niego znak umowny: przekreślone kółko. „Nie zatrudniać” – oznaczał symbol, czytelny tylko dla niego samego i dla Glena Runcitera. Nawet wywiadowcy nie potra?liby odczytać tego znaku, więc Ashwood nie mógł wyjaśnić jej jego znaczenia. W milczeniu zwrócił jej arkusz papieru; złożyła go i umieściła w kieszeni bluzy.

[…]

Panie i panowie – głos Runcitera zapanował nad panującym w gabinecie gwarem. Udajemy się na Lunę: wy, czyli jedenastu incrcjaiów, Joe Chip, ja sam oraz przedstawicielka naszego klienta. Zoe Wirt – razem czternaście osób. Posłużymy się naszym własnym pojazdem. Wydobył staromodny, okrągły kieszonkowy zegarek i sprawdził godzinę. Jest trzecia trzydzieści. Pratfall II wystartuje o czwartej z dachu głównego budynku. Zamknął zegarek i schował go do kieszonki swej jedwabnej szarfy. No cóż, Joe – stwierdził. Razem bierzemy w tym udział, na dobre czy na złe. Chciałbym, żebyśmy mieli dyżurnego jasnowidza, który mógłby przepowiedzieć nam przyszłość. W jego głosie, tak jak i na twarzy, widoczne było zmęczenie wywołane troskami, kłopotami, a także ciężkim brzemieniem odpowiedzialności i wieku.

[...]

Wracamy na Ziemię, zabieramy stąd natychmiast inercjałów. Podnosząc głos, przemówił do pozostałych: Zabierzcie swoje rzeczy, lecimy z powrotem do Nowego Jorku. Chcę, żebyście wszyscy byli na statku w ciągu najbliższych piętnastu minut. Tych, którzy się nie zjawią – będziemy musieli tu zostawić. Joe, poskładaj swoje rupiecie na jedną kupę; jeśli sam nie dasz sobie rady, pomogę ci je zanieść na statek. W każdym razie chcę je stąd zabrać i ciebie razem z nimi. Ponownie zwrócił w stronę Stantona Micka swą obrzmiałą z gniewu twarz i zaczął coś do niego mówić… Stanton Mick, rozkładając sztywno ręce uniósł się nagle pod sufit pokoju i przemówił stamtąd swym skrzypiącym głosem, przypominającym brzęczenie metalowego owada: Panie Runciter, niech pan nie pozwala swoim odruchom zapanować nad rozsądkiem. Sprawa ta wymaga rozwagi, nie zaś pośpiechu. Proszę uspokoić swych ludzi; zbierzmy się razem, by podjąć wysiłki zmierzające do wzajemnego zrozumienia. Jego kolorowa, okrągła postać balansowała na wszystkie strony, wykonując poprzeczne ruchy obrotowe. Teraz w kierunku Runcitera zwrócona była nie jego głowa, lecz nogi. Słyszałem o czymś takim – powiedział do Joego Runciter. To samoniszcząca bomba w kształcie człowieka. Pomóż mi wyprowadzić stąd wszystkich. Przed chwilą przestawili ją na działanie samoczynne, dlatego uniosła się w górę. W tym momencie nastąpiła eksplozja. Zwały smrodliwego dymu, kłębiące się wśród popękanych ścian opadały ku podłodze, zasłaniając drgającą postać ludzką, leżącą twarzą w dół u stóp Joego Chipa. Zabili Runcitera, panie Chip! – krzyczał Joemu do ucha Don Denny jąkając się z podniecenia. To pan Runciter! Kogo jeszcze? – spytał Joe chrapliwym głosem, usiłując złapać oddech; gryzący dym uciskał mu płuca. W głowie dzwoniło od wstrząsu wywołanego wybuchem. Poczuł, że po szyi spływa mu coś ciepłego; okazało się, że skaleczył go jeden z odłamków. Wydaje mi się, że wszyscy pozostali żyją, choć są ranni – powiedziała stojąca obok, ale ledwie widoczna Wendy Wright. Czy moglibyście wezwać któregoś z animatorów Raya Hollisa? – spytała Edie Dorn, pochylając się nad Runciterem. Na jej pobladłej twarzy malowała się rozpacz. Nie – powiedział Joe, również schylając się. Nie masz racji – zwrócił się do Dona Denny. On żyje. Ale Runciter konał leżąc na pokrzywionej podłodze. Za dwie – trzy minuty słowa Dona Denny staną się faktem. Posłuchajcie mnie wszyscy – powiedział głośno Joe. Ponieważ pan Runciter jest ranny – ja obejmuję dowództwo, w każdym razie do momentu naszego powrotu na Ziemię. Zakładając – powiedział Al Hammond – że w ogóle uda nam się tam wrócić. Przyłożył złożoną chusteczkę do głębokiego rozcięcia nad prawym okiem. Kto z was ma przy sobie broń? – spytał Joe. Inercjałowie poruszali się bezładnie, nie odpowiadając. Wiem, że jest to sprzeczne z zarządzeniami Towarzystwa – ciągnął – ale wiem też, że niektórzy ją mają. Nie przejmujcie się tym zakazem; zapomnijcie o wszystkim, co kiedykolwiek mówiono wam na temat inercjałów mających przy sobie broń podczas pracy. Mam broń wśród naszych bagaży. W sąsiednim pokoju – powiedziała po chwili Tippy Jackson. Moja jest tu – odezwał się Tito Apostos. Trzymał już w prawej ręce starodawny rewolwer na ołowiane naboje. Jeśli macie rewolwery w sąsiednim pokoju, tam gdzie zostawiliście wasze rzeczy – idźcie i przynieście je tu – polecił Joe. Sześciu inercjałów ruszyło w kierunku drzwi. Musimy umieścić Runcitera w chłodni – powiedział Joe do Ala Hammonda i Wendy Wright, którzy pozostali w pokoju. Na statku są urządzenia chłodnicze – oznajmił Al Hammond. Zaniesiemy go tam. Hammond, niech go pan podniesie z jednej strony, ja wezmę z drugiej. Apostos, proszę iść przodem i strzelać do każdego człowieka Hollisa, który próbowałby nas zatrzymać. Czy sądzi pan, że Hollis zorganizował to wspólnie z panem Mickiem? – spytał Jon Ild, wracając do pokoju z tubą laserową w ręce. Razem z nim albo nawet sam – odparł Joe. Niewykluczone, że w ogóle nie mieliśmy do czynienia z Mickiem, że była to od samego początku sprawa Hollisa. Zdumiewające – myślał – że eksplozja człekokształtnej bomby nie zabiła nas wszystkich. Ciekawy był, co się stało z Zoe Wirt. Wyglądało na to, że wyszła, zanim nastąpił wybuch – nie widział jej bowiem nigdzie. Ciekawe, jaka była jej reakcja, gdy dowiedziała się, że wcale nie pracuje u Stantona Micka, że jej pracodawca, prawdziwy pracodawca, wynajął nas i sprowadził tutaj po to, by nas zabić.

[…]

Jestem Herr Herbert Schoenheit von Vogelsang. Czy postanowił pan zwrócić się do mnie w swym bólu, sir? Proszę łaskawie podać mi swe nazwisko i adres, na wypadek gdybyśmy zostali rozłączeni – właściciel moratorium sprawiał wrażenie człowieka zupełnie spokojnego. Zdarzył się wypadek – powiedział Joe. To, co my uważamy za wypadek – stwierdził von Vogelsang – jest w istocie tylko przejawem działalności Boga. W pewnym sensie całe życie można nazwać wypadkiem. A jednak… Nie zamierzam wdawać się w dyskusje teologiczne – oświadczył Joe. W każdym razie nie w tej chwili. A jednak właśnie w takiej chwili bardziej niż kiedykolwiek pociecha, jaką niesie religia, przynosi największą ulgę. Czy zmarły jest pańskim krewnym? Naszym szefem – odparł Joe. To Glen Runciter,  prezes Korporacji Runcitera z Nowego Jorku. Jego żona, Ella, jest już u pana. Będziemy lądować za osiem, dziewięć minut. Czy może pan przysłać jedną ze swych ciężarówek–chłodni? Czy w tej chwili przebywa w chłodni? Nie – odparł Joe. Wygrzewa się na plaży w Tampa, na Florydzie. Domyślam się, że pańska żartobliwa odpowiedź oznacza potwierdzenie. Proszę, aby pański wóz oczekiwał na nas w porcie lotów kosmicznych – powiedział Joe i przerwał połączenie. Będziemy odtąd musieli funkcjonować za pośrednictwem takiego człowieka – myślał. Dostaniemy Raya Hollisa – odezwał się do zebranych wokół inercjałów. Jak to, na miejsce pana Runcitera? – spytał Sammy Mundo. Odnajdziemy go i wykończymy – powiedział Joe. Za to, co zrobił. Glen Runciter… – myślał. Zamrożony w pionowej pozycji w przezroczystej plastykowej trumnie, ozdobionej plastykowymi różyczkami. Pobudzany do stanu aktywnego półżycia raz w miesiącu na okres godziny. Niszczejący, słabnący, coraz trudniej słyszalny. Boże – pomyślał z wściekłością – że też spośród wszystkich ludzi na świecie akurat jemu musiało się to przytra?ć. Był tak pełen życia. I emanowało z niego tyle witalności. W każdym razie – odezwała się Wendy – będzie bliżej Elli. W pewnym sensie – przyznał Joe. Mam nadzieję, że nie ulokowaliśmy go w chłodni zbyt… – przerwał, nie chcąc głośno wypowiedzieć swych myśli. Nie lubię moratoriów. Ani ich właścicieli. Nie znoszę Herberta Schoenheit von Vogelsang. Dlaczego nie odpowiada mu to, które znajduje się w Nowym Jorku? To szwajcarski wynalazek – powiedziała Edie Dorn. I według badań dokonanych przez bezstronne ?rmy, przeciętna długość półżycia w moratoriach szwajcarskich przewyższa o pełne dwie godziny wyniki osiągane u nas. Szwajcarzy znają – jak się wydaje – jakieś specjalne sposoby. ONZ powinna zakazać utrzymywania ludzi w stanie półżycia – powiedział Joe. Zakłóca to naturalny cykl narodzin i zgonów. Gdyby Bóg był zwolennikiem półżycia, każdy z nas rodziłby się w trumnie wypełnionej suchym lodem – powiedział drwiącym tonem Al Hammond. Jesteśmy już w zasięgu działania mikrofalowego nadajnika z Zurychu – powiedział Don Denny, który siedział przy pulpicie sterowniczym. On doprowadzi nas do końca podróży – odszedł od pulpitu z ponurym wyrazem twarzy. Przestań się martwić – zwróciła się do niego Edie Dorn. Powiem twardo i brutalnie: pomyśl tylko, ile mieliśmy wszyscy szczęścia. Moglibyśmy już nie żyć. Zginąć od bomby albo broni laserowej – już po wybuchu. Poczujesz się lepiej, gdy nam się wreszcie uda wylądować: będziemy znacznie bezpieczniejsi. Fakt, że mieliśmy jechać na Lunę, powinien był wzbudzić nasze podejrzenia – powiedział Joe, myśląc: podejrzenia Runcitera. Ze względu na lukę w przepisach prawnych regulujących sprawy jurysdykcji cywilnej na tej planecie. Runciter zawsze nam powtarzał: „Bądźcie podejrzliwi wobec każdego, kto zleca wam pracę poza Ziemią”. Gdyby żył, mówiłby to właśnie teraz. „Szczególną zaś ostrożność  zachowajcie  wtedy,  gdy  chcą,  byście  pojechali  na  Lunę. Zbyt wiele instytucji zapobiegawczych dało się już na to nabrać”. Jeśli w moratorium powróci do życia – pomyślał – będzie to pierwsza rzecz, jaką powie. Będzie mówił: „Zawsze bytem podejrzliwy wobec wszystkiego, co miało związek z Luną”. Ale nie był wystarczająco podejrzliwy. Kontrakt był zbyt korzystny; nie potrafił go odrzucić. I tak złapali go na tę przynętę. Jak zresztą sam zawsze przepowiadał.

[…]

Proszę o jeden międzynarodowy poscred – powiedział głośnik. Zapiszcie to na rachunek Glena Runcitera, dyrektora Korporacji Runcitera z Nowego Jorku – zażądał Joe. Proszę więc o włożenie odpowiedniej karty kredytowej – rzekł głośnik. Od pięciu lat nie pozwalają mi posługiwać się kartą kredytową – powiedział Joe. Ciągle jeszcze spłacam kredyty zaciągnięte w… Proszę o jeden poscred – oznajmił głośnik. Zaczęło dochodzić z niego złowieszcze tykanie. W przeciwnym razie za dziesięć sekund zawiadomię policję. Joe wrzucił monetę – tykanie ustało. Nie potrzebujemy takich klientów jak pan – powiedział głośnik. Któregoś dnia – powiedział z wściekłością Joe – ludzie tacy jak ja powstaną i obalą wasze rządy; taki będzie kres tyranii maszyn homeostatycznych. Wrócą czasy, kiedy liczyły się wartości ludzkie, serdeczność i współczucie. Wtedy ktoś, kto jak ja przeszedł ciężkie chwile i naprawdę potrzebuje filiżanki gorącej kawy, która podtrzyma go na duchu i pozwoli mu normalnie funkcjonować w sytuacji wymagającej od niego aktywnego działania, dostanie tę kawę bez względu na to, czy akurat ma przy sobie jeden poscred, czy też nie. Podniósł maleńki pojemnik na śmietankę i odłożył go z powrotem na bar. A ponadto wasza śmietanka czy mleko, czy cokolwiek mi podaliście, jest skwaśniałe. Głośnik nie przerwał swego milczenia. Czy nie macie zamiaru zrobić czegoś w tej sprawie? – spytał Joe. Mieliście mnóstwo do powiedzenia, kiedy chodziło wam o pieniądze. Płatne drzwi kawiarni otwarły się i wszedł Al Hammond. Zbliżył się do Joego i usiadł przy nim. Pracownicy moratorium przenieśli już Runcitera do swego śmigłowca. Są gotowi do startu; pytają, czy polecisz z nimi. Popatrz na tę śmietankę – powiedział Joe, podnosząc pojemnik w górę; płyn osadzał się na ściankach w postaci stwardniałych grudek. Oto co otrzymujesz za sumę jednego poscreda w jednym z najnowocześniejszych, najbardziej rozwiniętych technologicznie miast świata. Nie wyjdę stąd, zanim ten zakład nie załatwi mojej reklamacji albo zwracając mi pieniądze, albo dostarczając inną śmietankę. Al Hammond położył rękę na ramieniu Joego i przyjrzał mu się uważnie. O co chodzi, Joe? Najpierw mój papieros – liczył Joe. Potem nieaktualna od dwu lat książka telefoniczna na statku. A teraz podają mi kwaśną śmietankę, sprzed tygodnia. Nie pojmuję tego, Al. Wypij kawę bez mleka – powiedział Al. I chodź do helikoptera, żeby już można było przewieźć Runcitera do moratorium. Reszta ludzi zostanie na statku aż do twego powrotu. A potem jedziemy do najbliższego oddziału Towarzystwa i składamy im pełny raport. Joe podniósł fliżankę i stwierdził, że kawa jest zimna, gęsta i nieświeża; na jej powierzchni unosiła się porowata pleśń. Ze wstrętem odstawił filiżankę. O co chodzi? – pomyślał. Co się ze mną dzieje? Jego wstręt zmienił się nagle w dziwny, niewytłumaczalny lęk. Chodźże, Joe – Al chwycił go silnie za ramię. Zapomnij o kawie. To nieistotne. Ważne jest teraz, żeby dowieźć Runcitera do…

[…]

Joe odłożył arkusz papieru z maszyny gazetowej i ostrożnie zbliżył się do drzwi. – To zapewne Pat Conley – myślał – udało jej się mnie tu wytropić. Z drugiej strony może to być ktoś, kto przyjechał po mnie z Nowego Jorku i chce mnie tam zawieźć. Teoretycznie – rozważał – może to nawet być Wendy. Ale nie wydawało mu się to prawdopodobne; Wendy zjawiłaby się wcześniej. A może to nasłany przez Hollisa morderca? Może  zabija nas wszystkich po kolei? Joe otworzył drzwi. W progu stał, zacierając swe tłuste dłonie, Herbert Schoenheit von Vogelsang. Nie rozumiem tego, panie Chip – wymamrotał. Pracowaliśmy przy nim na zmianę przez całą noc i nie dostrzegliśmy ani jednej iskierki życia. A jednak kiedy posłużyliśmy się elektroencefalografem, aparat ten zanotował wyraźną, choć słabo wyczuwalną pracę mózgu. A więc mamy do czynienia z jakąś formą życia pośmiertnego – ale, jak się wydaje, nie potra?my odnotować żadnych sygnałów. Umieściliśmy już czujniki we wszystkich ośrodkach kory mózgowej. Nie wiem, co moglibyśmy zrobić więcej, sir. Czy aparaty rejestrują metabolizm mózgu? Owszem. Wezwaliśmy do pomocy eksperta z innego moratorium i stwierdził on istnienie metabolizmu za pomocą własnej aparatury. Odbywa się on w sposób naturalny – taki jakiego można się spodziewać bezpośrednio po śmierci. Skąd pan wiedział, jak mnie znaleźć? – spytał Joe. Telefonowałem do Nowego Jorku, do pana Hammonda. Próbowałem potem dodzwonić się do pana do hotelu, ale pański telefon był przez całe rano zajęty. Dlatego uznałem, że muszę przyjechać osobiście. Wideofon jest popsuty – powiedział Joe. Ja też nie mogę nigdzie się dodzwonić. Pan Hammond również próbował bezskutecznie skontaktować się z panem. Prosił mnie, żebym przekazał od niego wiadomość: chodzi o pewną sprawę, którą mógłby pan załatwić przed wyjazdem do Nowego Jorku. Chce mi pewnie przypomnieć, że mam się porozumieć z Ellą – stwierdził Joe. Że ma ją pan poinformować o tragicznym przedwczesnym zgonie jej męża. Czy może mi pan pożyczyć kilka poscredów, żebym mógł zjeść śniadanie? – spytał Joe. Pan Hammond ostrzegał mnie, że będzie pan usiłował pożyczyć ode mnie pieniądze. Poinformował mnie, że zaopatrzył pana w odpowiednio dużo gotówki, by wystarczyło panu na opłacenie pokoju hotelowego, kilku drinków, a także… Al dokonując swych obliczeń zakładał, że wynajmę skromniejszy pokój niż ten. Nie przewidział jednak, że nie uda mi się dostać mniejszego apartamentu. Może pan doliczyć tę sumę do następnego rachunku, jaki przedłoży pan Korporacji Runcitera pod koniec miesiąca. Jak zapewne powiedział panu Al, pełnię obecnie obowiązki dyrektora firmy. Ma pan przed sobą konstruktywnie myślącego twardego człowieka, który konsekwentnie szedł w górę po szczeblach kariery, aż osiągnął szczyt. Mogę – jak pan dobrze wie – zmienić politykę naszej firmy w zakresie moratoriów, z których usług zamierzamy korzystać. Moglibyśmy na przykład zdecydować się na jedno z tych, które położone są bliżej Nowego Jorku.

[…]

Runciter się tam urodził – powiedział Joe. Spędził tam pierwsze piętnaście lat swego życia. Wspominał o tym od czasu do czasu. A więc wrócił tam teraz, po śmierci. W taki czy inny sposób. Runciter jest równocześnie w Des Moines i w Zurychu – myślał. W Zurychu odbywa się wykrywalny za pomocą aparatury pomiarowej metabolizm jego mózgu, ciało w stanie półżycia zamknięte jest w chłodni Moratorium Ukochanych Współbraci, a mimo to nie można nawiązać z nim kontaktu. W Des Moines nie ma go w sensie fizycznym, a jednak najwyraźniej właśnie tam można się z nim porozumieć. W istocie, za pomocą takich środków, jak ta instrukcja obsługi, kontakt taki został już nawiązany – przynajmniej w jedną stronę – od niego do nas. Tymczasem – myślał dalej – nasz świat zamiera, cofa się we własną przeszłość, demonstruje na zewnątrz realia minionych etapów swego rozwoju. Być może, obudziwszy się pod koniec tygodnia, zobaczymy, że po Piątej Avenue jeżdżą dzwoniąc staromodne tramwaje. „Trolley Dodgers” – zastanawiał się, co oznaczają te słowa. Zarzucona nazwa, pochodząca z przeszłości, pojawiła się w jego świadomości jako mgliste wspomnienie, wypierające aktualną rzeczywistość. Pod wpływem tego niejasnego, subiektywnego przecież odczucia poczuł się nieswojo: zjawisko, jakiego nigdy dotąd nie przeżył, stało się nagle zbyt realne. „Trolley Dodgers” – powiedział na głos. Co najmniej sto lat temu. Nazwa ta obsesyjnie utkwiła w jego świadomości – nie mógł jej zapomnieć. Skąd pan zna tę nazwę? – spytał kierownik warsztatu. Nikt już jej nie pamięta. Tak nazywała się niegdyś drużyna Brooklyn Dodgers. Spoglądał na Ala podejrzliwie. Chodźmy lepiej na górę – powiedział Joe – żeby się upewnić, czy nikomu nic się nie stało. Potem wyruszmy do Des Moines. Jeżeli nie pojedziemy tam od razu – mówił Al – może się okazać, że podróż zabierze nam cały dzień albo nawet dwa. Środki komunikacji będą się stawać coraz bardziej prymitywne – pomyślał. Pojazdy o napędzie rakietowym zastąpią odrzutowce, które z kolei ustąpią miejsca samolotom z silnikami spalinowymi. Potem podróże drogą lądową: parowy pociąg napędzany węglem, wóz konny… niemożliwe chyba, żebyśmy aż tak bardzo się cofnęli – mówił sam do siebie. A jednak mam już w rękach magnetofon sprzed czterdziestu lat, poruszany za pomocą gumowego koła napędowego i pasków transmisyjnych. Może więc dojść i do tego.

[…]

Przecież – pomyślał – wszystko to istnieje tylko w mojej wyobraźni. Świat wcale nie został pogrzebany pod pokładami wiatru, lodu i ciemności; wszystko to odbywa się we mnie, a jednak zdaje mi się, że widzę to wokół siebie. To dziwne – myślał. Czy cały świat znalazł się wewnątrz mnie? Otoczony moją cielesną powłoką? Kiedy to nastąpiło? Muszą to być objawy towarzyszące śmierci – powiedział sobie. Ta niepewność, którą odczuwam, zahamowanie wszystkich funkcji, prowadzące do całkowitej entropii – to jest sam proces. Lód zaś, który widzę – to dowód postępu tego procesu. Kiedy zamknę oczy – myślał dalej – cały wszechświat zniknie. Gdzie są jednak te różne światła, które powinienem widzieć – oznaczające drogi wiodące ku nowym łonom? Gdzie – w szczególności – zamglone, czerwone światło, które symbolizuje uprawiające nierząd pary? A ciemne, czerwone światło, będące oznaką zwierzęcej łapczywości? Czuję tylko całkowity zanik ciepła i widzę wdzierającą się ciemność: zamarzającą równinę, nad którą zgasło słońce. To nie może być zwykła śmierć – mówił sam do siebie. To coś nienaturalnego; prawidłowy proces umierania wyparty został przez jakiś inny czynnik, bezwzględnie narzucony. Może będę w stanie to zrozumieć – myślał – jeśli po prostu położę się i odpocznę; jeśli zbiorę w sobie dość energii, by się nad tym zastanowić.

[…]

Ale dlaczego telewizor nie zmienił się raczej w bezładny stos plastykowych i metalowych części? Były to przecież jego elementy składowe; zbudowany był z nich, a nie z dawnego radioodbiornika. Być może fakt ten potwierdzał w jakiś dziwny sposób zarzucony już dawno pogląd filozoficzny: koncepcję platońską, w myśl której ogólne pojęcia rzeczy były – w każdej kategorii – realne. Odbiornik telewizyjny był formą wprowadzoną na miejsce innych form; kolejne formy następowały po sobie jak klatki na kawałku taśmy filmowej. W każdym przedmiocie – rozmyślał Joe – muszą żyć w jakiś szczątkowy sposób jego formy poprzednie. Przeszłość – choć ukryta pod powierzchnią, zatajona – tkwi tam w dalszym ciągu i może wynurzyć się na światło dzienne, gdy tylko narosłe później formy znikną w jakiś niefortunny i nieprzewidziany sposób. Mężczyzna nie zawiera w sobie młodego chłopca, lecz wcześniej żyjących mężczyzn – myślał Joe. Historia zaczęła się dawno temu. Odwodnione szczątki Wendy. Ustało tu normalnie funkcjonujące następstwo form. Ostatnia forma dobiegła kresu i nic nie nastąpiło po niej; ani żadna nowa forma, ani następna faza tego, co nazywamy rozwojem. Na tym chyba polega starość: brak nowych form prowadzi do degeneracji i zgrzybiałości. Tylko że w tym wypadku nastąpiło to nagle – było kwestią zaledwie godzin.

[…]

Lepiej posłużyć się schodami. Zrezygnowany, zaczął schodzić. Był już niemal w połowie drogi, gdy nagle uświadomił sobie pewien złowieszczy fakt. W żaden sposób nie będzie w stanie wrócić na górę – ani do swego apartamentu, ani do czekającej na dachu taksówki. Gdy raz znajdzie się na parterze, będzie skazany na pozostanie tam – być może na zawsze. Chyba że zawarty w aerozolowej puszce Ubik będzie wystarczająco potężny, by przywrócić do istnienia windę lub ruchomy korytarz. Naziemne środki transportu – pomyślał – jak one będą, do diabła, wyglądać w momencie, gdy znajdę się już na dole? Pociąg? Kryty wóz konny? Zrezygnowany, kontynuował schodzenie, hałaśliwie zeskakując po dwa stopnie. Było już za późno na zmianę decyzji. Doszedłszy do parteru znalazł się w obszernym hallu. Stał tam bardzo długi stół z marmurowym blatem, na którym ustawione były dwa ceramiczne wazony z kwiatami – najwyraźniej były to irysy. Cztery szerokie stopnie prowadziły w dół do osłoniętych kotarą drzwi frontowych. Joe przekręcił karbowaną szklaną klamkę i otworzył je. Znowu schody. Po prawej zaś ich stronie znajdował się rząd zamykanych na klucz mosiężnych skrzynek na listy; na każdej z nich umieszczone było czyjeś nazwisko. Miał więc rację: poczta dostarczana była tylko do tego miejsca. Zidenty?kował swoją skrzynkę, znajdując umieszczony na niej pasek papieru z napisem: Joseph Chip 2075, oraz przycisk dzwonka, który najwyraźniej odzywał się w jego apartamencie po naciśnięciu guzika. Klucz. Nie miał klucza. A może? Przetrząsając swe kieszenie odkrył kółko, na którym dzwoniły liczne metalowe klucze o różnych kształtach; przyglądał im się zdumiony, usiłując odgadnąć ich przeznaczenie. Zamek skrzynki do listów wydawał się niezwykle mały; najwyraźniej pasował do niego klucz o podobnych rozmiarach. Wybrawszy najdrobniejszy klucz z tych, które przymocowane były do kółka, włożył go do otworu i przekręcił w zamku. Mosiężne drzwiczki odskoczyły, Joe zajrzał do środka. W skrzynce leżały dwa listy i prostopadłościenna paczka, owinięta brązowym papierem i oklejona taśmą. Przez chwilę podziwiał niezwykłe pamiątki z przeszłości: purpurowe, trzycentowe znaczki z podobizną George’a Washingtona, potem rozdarł opakowanie, z satysfakcją zauważając, że paczka jest dość ciężka. Ale przecież – zorientował się nagle – paczka o tym kształcie nie może zawierać puszki z urządzeniem rozpylającym; jest na to zbyt krótka. – Poczuł dotknięcie lęku. A jeśli to nie jest bezpłatna próbka Ubika? To musi być ona; po prostu musi. W przeciwnym razie powtórzy się historia Ala. Mors certa et hora certa – powiedział sam do siebie, upuszczając na podłogę opakowanie z brązowego papieru i przyglądając się tekturowemu pojemnikowi, który trzymał w ręce. Ale jeśli chodzi o tę dawną doktrynę – czyż Platon nie twierdził, że coś musi przetrwać rozpad, że jakiś element wewnętrzny nie podlega mu? Ten dawny dualizm, w myśl którego ciało i dusza były elementami odrębnymi? Ciało dobiegło kresu życia – jak w wypadku Wendy – dusza zaś wyfruwała jak ptak z gniazda, kierując się gdzie indziej. Możliwe – pomyślał. – Aby narodzić się na nowo zgodnie z tym, co mówi Tybetańska księga zmarłych. To istotnie prawda. Chryste Panie – pomyślał – mam nadzieję, że to prawda. W takim bowiem razie będziemy mogli wszyscy spotkać się znowu. Tak jak w Kubusiu Puchatku: istnieje inna część lasu, w której chłopiec i jego miś zawsze będą mogli się bawić… Oto niezniszczalna kategoria – pomyślał. Tak samo my wszyscy. Każdy z nas, razem ze swym misiem, odnajdzie się w nowym, jaśniejszym, trwalszym świecie. Z czystej ciekawości włączył prehistoryczny odbiornik radiowy. Żółta celuloidowa tarcza zaświeciła się, radio wydało z siebie głośny pomruk, a potem wśród zakłóceń i gwizdów odezwała się jakaś stacja.

[…]

Wewnątrz pudełka znalazł słoik z niebieskiego szkła, zaopatrzony w dużą pokrywkę. Na etykiecie znajdował się napis: „SPOSÓB UŻYCIA. Gwarantujemy, że ten niezwykły środek przeciwbólowy, nad którego udoskonaleniem doktor Edward Sonderbar pracował przez czterdzieści lat, raz na zawsze uwolni was od przykrej konieczności wstawania w ciągu nocy. Po raz pierwszy będziecie spać spokojnie, znakomicie się czując. Należy po prostu rozpuścić łyżeczkę balsamu na nerki i wątrobę Ubik w szklance ciepłej wody i wypić pół godziny przed udaniem się na spoczynek. Gdyby ból lub pieczenie utrzymywały się – wskazane jest zwiększenie dawki do jednej łyżki stołowej. Nie podawać dzieciom. Zawiera wyciąg z liści oleandra, saletrę, olej miętowy, fenacytynę, tlenek cynkowy, węgiel drzewny, chlorek kobaltu, kofeinę, ekstrakt digitaliny, szczątkowe ilości steroidów, cytrynian sodowy, kwas askorbinowy, sztuczne aromaty i barwniki. Balsam na nerki i wątrobę – Ubik, jest silny i skuteczny w działaniu, jeśli stosuje się go według instrukcji. Wywołuje podrażnienie skóry. Należy używać gumowych rękawiczek. Uważać, by preparat nie dostał się do oczu ani nie kapnął na skórę. Nie wdychać przez dłuższy okres. Uwaga: przewlekłe stosowanie lub przedawkowanie może doprowadzić do nałogu”. To szaleństwo – pomyślał Joe. Ponownie przeczytał listę składników, czując, jak wzbiera w nim gniew i frustracja. I narastające poczucie bezradności, które zakorzeniło się w nim i opanowało go bez reszty. Jestem wykończony – myślał. Ten preparat nie jest środkiem, który reklamował w telewizji Runciter: to jakaś tajemnicza mikstura dawnych specyfików, maści na cerę, środków przeciwbólowych, trucizn i składników całkowicie obojętnych, z dodatkiem, ni mniej, ni więcej, tylko cortisonu, którego nie znano przed drugą wojną światową. Najwyraźniej nastąpiła regresja Ubika, który opisywał Runciter w tej nagranej reklamówce telewizyjnej – w każdym zaś razie regresja dotknęła tę jego próbkę. Ironia jest tu aż nazbyt wyraźna: preparat, który stworzono po to, by odwracał proces regresywny, sam uległ temu procesowi. Mogłem być tego pewny, gdy tylko zobaczyłem te stare, czerwone, trzypensowe znaczki.

[…]

Joe Chip bez słowa podał pilotowi płaską butelkę eliksiru Ubique. Mówiła mi o tym moja babka – stwierdził Jespersen, podnosząc butelkę i przyglądając jej się pod światło. Skąd pan ją wziął? Nie robią już tego chyba od czasów wojny domowej. Odziedziczyłem ją – powiedział Joe. To jedyna możliwość. Tak, teraz już nie widuje się tych ręcznie wykonanych flaszek. Zresztą ta firma i tak niewiele ich wyprodukowała. Lekarstwo to wynaleziono w San Francisco gdzieś około roku 1850. Nigdy nie sprzedawano go w sklepach; robili je tylko na zamówienie. Produkowano trzy gatunki, posiadające różną moc. Pan ma właśnie ten najsilniejszy rodzaj. Przyjrzał się Joemu. Czy wie pan, jakie są jego składniki? Oczywiście – odparł Joe. Olejek miętowy, tlenek cynku, cytrynian sodowy, węgiel drzewny… Mniejsza o to – przerwał mu Jespersen. Ze zmarszczonymi brwiami najwyraźniej usilnie się nad czymś zastanawiał. W końcu wyraz jego twarzy zmienił się; podjął już decyzję. Zawiozę pana do Des Moines w zamian za tę butelkę eliksiru Ubique. Ruszamy od razu; chciałbym jak najdłuższy odcinek lotu przebyć za dnia. Z butelką w ręku zaczął oddalać się od Forda z roku 1929. W ciągu dziesięciu minut zatankowali paliwo do dwupłatowca, zakręcili ręcznie śmigło i samolot, z Jespersenem i Joem Chipem na pokładzie, zaczął toczyć się po wyboistym pasie startowym trzęsąc niemiłosiernie. Joe, zaciskając zęby, usiłował utrzymać się w fotelu. Jesteśmy bardzo obciążeni – powiedział beznamiętnie Jespersen; nie wydawał się zaniepokojony. W końcu samolot chwiejnie wzniósł się w powietrze, na dobre rozstając się z pasem startowym. Hałaśliwie terkotał nad dachami budynków, kierując się na zachód. Kiedy będziemy na miejscu?! – wykrzyczał Joe. To zależy od tego, jak długo będziemy lecieć z wiatrem! Trudno powiedzieć! Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to zapewne jutro koło południa!

[…]

Zimno gorsze niż na Lunie, gorsze niż ów chłód wtedy, w jego pokoju hotelowym w Zurychu. Tamte chłody były jedynie zwiastunami tego, który teraz panuje. Metabolizm – pomyślał – polega na procesie spalania, jak w rozgrzanym piecu. Kiedy przestanie on funkcjonować, następuje kres życia. Najwyraźniej mylą się wszyscy na temat piekła mówił dalej sam do siebie. Piekło jest zimne, wszystko w nim marznie. Ciało – to ciężar i ciepło; teraz ciężar jest siłą, która mnie niszczy, ciepło zaś – moje własne ciepło – opuszcza mnie. I nigdy nie powróci, chyba żebym urodził się po raz drugi. Taki los przeznaczony jest całemu światu. A więc przynajmniej nie będę sam. A jednak czuł się samotny. Uczucie to ogarnia mnie zbyt wcześnie – pomyślał. Nie nadszedł jeszcze właściwy moment, coś musiało przyspieszyć przebieg wydarzeń. Zrobiła to z ciekawości czy przekory jakaś uboczna siła: jakiś wielopostaciowy, perwersyjny element, który pragnie mnie obserwować. Jakaś infantylna, niedorozwinięta istota, którą bawią moje przeżycia. Zgniotła mnie jak pełzającego owada, zwykłego żuka, który nigdy nie oddala się od ziemi, który nie potra? ulecieć ani uciec. Może tylko posuwać się krok za krokiem w kierunku chaosu i rozkładu. W kierunku świata grobów, miejsca, w którym przebywa otoczona własnymi nieczystościami owa perwersyjna istota. Ta, którą nazywamy Pat. Czy masz klucz od swego pokoju? – spytała Pat. Pomyśl tylko, jak okropnie czułbyś się, spostrzegłszy po wejściu na drugie piętro, że nie masz klucza i nie możesz dostać się do numeru. Mam. Zaczął po omacku przeszukiwać kieszenie. Podziurawiona, postrzępiona marynarka rozdarła się całkowicie i zsunęła z jego ramion. Gdy spadała na podłogę, z jej górnej kieszeni wysunął się klucz i wylądował o dwa stopnie niżej. Poza zasięgiem Joego. Podniosę ci go – powiedziała natychmiast Pat. Przemknąwszy obok niego, wzięła z podłogi klucz, uniosła w kierunku światła, by mu się przyjrzeć, położyła na poręczy u szczytu schodów. Leży tutaj, będziesz mógł go wziąć, gdy zakończysz wspinaczkę. To będzie twoja nagroda. Wydaje mi się, że ten pokój znajduje się po lewej stronie, czwarte drzwi w korytarzu. Musisz poruszać się powoli, ale będzie to o wiele łatwiejsze niż wchodzenie po schodach. Niż wspinanie się.

[…]

Nie mogłem ci pomóc we wchodzeniu po schodach – powiedział Runciter. Na jego szerokiej twarzy malował się wyraz powagi. Nie chciałem, by ona mnie widziała. Szczerze mówiąc obawiałem się, że wejdzie za tobą aż do pokoju; byłoby to dla nas kłopotliwe, gdyż ona… Przerwał, pochylił się i dźwignął Joego na nogi tak łatwo, jakby był on już zupełnie pozbawiony wagi czy jakichkolwiek materialnych składników organizmu. Pomówimy o tym później. Teraz… – trzymając Joego pod pachą przeniósł go przez pokój i ulokował nie na łóżku, lecz w fotelu, na którym sam poprzednio siedział. Czy wytrzymasz jeszcze przez kilka sekund? – spytał. Chcę zamknąć drzwi i zasunąć zatrzask. Na wypadek, gdyby ona zmieniła plany. Tak – odparł Joe. Runciter, zrobiwszy trzy wielkie kroki, znalazł się przy drzwiach, zatrzasnął je, zamknął zasuwę i natychmiast wrócił do Joego. Z szu?ady toaletki pospiesznie wyjął puszkę z urządzeniem do rozpylania, której boki ozdobione były kolorowymi pasami, kółkami i literami. Ubik – powiedział Runciter. Silnie potrząsnął puszką, potem zaś stojąc naprzeciw Joego skierował otwór w jego stronę. Nie dziękuj mi za to – powiedział, rozpylając długie smugi Ubika na prawo i lewo. Powietrze drgało i błyszczało, jakby znalazły się w nim uwolnione z uwięzi cząsteczki światła; jakby w tym starym, zniszczonym pokoju hotelowym zabłysły promienie słońca. Czy lepiej ci? Należy się spodziewać, że podziała na ciebie natychmiast; już w tej chwili powinieneś odczuwać jego wpływ. Przyglądał się Joemu z niepokojem.

[…]

Podjąwszy decyzję Denny nacisnął guzik rozpylacza. Od razu wytworzył się wokół niego błyszczący, drgający mglisty obłok, wypełniony cząsteczkami metalicznego światła, wirującymi w zawrotnym tańcu. Don Denny znikł zasłonięty promieniującą chmurą wyładowań ergicznych. Odrywając się na chwilę od pomiarów ciśnienia Joego, doktor Taylor odwrócił głowę i spojrzał w tamtą stronę. Mgła zaczęła się skraplać; na dywanie błyszczały drobne kałuże płynu, który spływał też jasnymi strużkami po ścianie znajdującej się tuż za Dennym. Zasłaniający go obłok ulotnił się. Osoba stojąca w samym środku parującej plamy Ubika, którym przesiąkł obskurny, wytarty dywan, nie była Donem Denny. Pojawił się w jego miejsce młody, uderzająco wysmukły chłopak; jego czarne okrągłe oczy o nieregularnym kształcie patrzyły na nich spod zmierzwionych brwi. Miał na sobie anachroniczny strój: białą nylonową koszulę, dżinsy i skórzane mokasyny. Ubiór mniej więcej z połowy wieku. Joe dostrzegł uśmiech na jego podłużnej twarzy, ale był to uśmiech zniekształcony; poprzeczna bruzda, która zaraz zmieniła się w szyderczy niemal grymas. Wszystkie elementy jego urody kłóciły się ze sobą: duże uszy o wielkiej ilości zwojów nie pasowały do oczu, wyglądających, jakby były z chityny. Proste włosy kontrastowały ze splątanymi, kędzierzawymi brwiami. No i ten nos – pomyślał Joe – zbyt wąski, zbyt ostro zakończony,  o wiele za długi. Nawet podbródek nie harmonizował z kształtem twarzy: widoczna w nim była głęboka szczerba, rysa sięgająca najwyraźniej w głąb kości… Jak gdyby – pomyślał Joe – twórca tego stworzenia zadał mu cios pragnąc je zniszczyć. Ale tworzywo, z którego je wykonano, podstawowa substancja, było zbyt spoiste; chłopiec nie pękł i nie rozszczepił się na pół. Istniał nadal, na przekór nawet swemu twórcy, szyderczo wykrzywiając się do wszystkich, także i do niego samego. Kim jesteś? – spytał Joe. Chłopiec nerwowo poruszył palcami; ich zaciśnięcie najwyraźniej pomagało mu uniknąć jąkania się. Czasem używam imienia Matt lub Bill – powiedział. Ale przeważnie nazywam się Jory. Tak brzmi moje prawdziwe imię. Otwierając usta pokazał szare, zaniedbane zęby i jeżyk pokryty nalotem.

[…]

Co to jest Ubik? – spytał, chcąc, by została z nim dłużej. Puszka Ubika – odparła – to przenośny ujemny jonizator wyposażony w autonomiczny klimatyzator pracujący przy wysokim napięciu i małym natężeniu, zasilany baterią helową o napięciu szczytowym 25 kV. Komora akceleracyjna o specjalnej krzywiźnie nadaje ujemnym jonom spin przeciwny do ruchu wskazówek zegara, w wyniku czego mają one tendencję dośrodkową i przystają do siebie, a nie rozpraszają się. Ujemne pole jonów zmniejsza szybkość znajdujących się zazwyczaj w powietrzu antyprotofazonów; gdy tylko ich prędkość spada, przestają one być antyprotofazonami i stosownie do zasady równoważności nie mogą się już łączyć z protofazonami emitowanymi przez osoby zamrożone w chłodni, to znaczy znajdujące się w stanie półżycia. Rezultat końcowy polega na tym, że zwiększa się liczba protofazonów nie zneutralizowanych przez antyprotofazony, co powoduje, w każdym razie na pewien czas, przyrost energii pola aktywności protofazonicznej… a w rezultacie u człowieka znajdującego się w stanie półżycia następuje wzrost energii i przestaje on w pewnym stopniu odczuwać niską temperaturę chłodni. Widzi więc pan, dlaczego te formy Ubika, które przeszły proces regresywny,  nie mogły… Nie musi pani mówić „ujemne jony” – rzekł Joe z namysłem. Wszystkie jony są ujemne. Może spotkamy się jeszcze – powiedziała dziewczyna, znów się od niego oddalając. Miło mi było dostarczyć panu tę puszkę: może kiedyś… …moglibyśmy pójść razem na obiad – dokończył Joe. Z góry się na to cieszę. Oddalała się coraz bardziej. Kto wynalazł Ubik? – spytał. Grupa poważnych osób w stanie półżycia zagrożonych działalnością Jory’ego. Ale przede wszystkim Ella Runciter. Wspólnie z nimi pracowała nad tym przez bardzo długi czas. Mimo to, jak dotąd, dostępny jest nadal tylko w niewielkich ilościach. Wycofując się w swój zręczny, zamaskowany sposób, oddalała się coraz bardziej, aż wreszcie znikła mu całkowicie z oczu.

Philipp Dick, Ubik

Powieść science-fiction Philippa Dicka – amerykańskiego pisarza, najwyżej chyba notowanego mistrza tego osobliwego gatunku literackiego, również prekursora bliższego nam podgatunku świata fantastycznego zwanego w uzupełnieniu weird fiction co łączy tematykę mityczną z nadprzyrodzoną, w tym nawet naukową, przenosi czytelnika w futurystyczną przyszłość odległego roku...1992, przenosi na nie inaczej jak glob i do tego ziemski z dominującą lokalizacją w szwajcarskim Zurichu oraz przez chwilę na jego pozaziemską satelitę Lunę, czyli na srebrzysty Księżyc. Joe Chip, to jeden z pracowników agencji Runcitera zrzeszającej talenty w zakresie zdolności anty-parapsychicznych, specjalizujący się w obliczaniu pola elektroenergetycznego pozwalającego mierzyć anormalne zdolności człowieka. Jako że kondycja finansowa agencji staje się w końcu problemem dla samych w niej udziałowców, wybrani pracownicy z szefem na czele Glenem Runcierem organizują lot na Lunę, gdzie dochodzi do zamachu i świat realny przestaje już być tym linearnym. W podroży pomiędzy nielinearnymi światami, także umiejscowionymi w czasie przeszłym objawia świat Dicka - ten obcy czy nawet szyderczy osadzony na trwałe w absurdzie aż po rozwarstwiającą się po kres samoświadomością. Panaceum na zaistniałe bolączki ma budować tytułowy tutaj Ubik, czyli specyfik w aerozolu również przywracający do życia uprzednie życia realne i półżycia w zawieszeniu, pomimo tego, że jest ubique wcale nie znaczy dosłownie, że jest wszędobylski czy do zdobycia wszędzie. Uniwersalistyczna fabuła wybitnej powieści Dicka przypomina niekiedy podróż w świat egzystencjalnych, a nawet metafizycznych pytań z wykrzyknikami na które nigdy nie ma zdecydowanych odpowiedzi.  



powrót ››